Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • Matka Boża i Święci Pańscy – styczeń 2025

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons


    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl


    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl



    31 stycznia

    Święty Jan Bosko, prezbiter

    Święty Jan Bosko - zdjęcie z 16 marca 1886 r.

    Jan Bosko urodził się 16 sierpnia 1815 r. w Becchi (ok. 40 km od Turynu). Był synem piemonckich wieśniaków. Gdy miał 2 lata, zmarł jego ojciec. Jego matka musiała zająć się utrzymaniem trzech synów. Młode lata spędził w ubóstwie. Wcześnie musiał podjąć pracę zarobkową. Kiedy miał 9 lat, Pan Bóg w tajemniczym widzeniu sennym objawił mu jego przyszłą misję. Zaczął ją na swój sposób rozumieć i pełnić. Widząc, jak wielkim powodzeniem cieszą się przygodni kuglarze i cyrkowcy, za pozwoleniem swojej matki w wolnych godzinach szedł do miejsc, gdzie ci popisywali się swoimi sztuczkami, i zaczynał ich naśladować. W ten sposób zbierał mieszkańców swojego osiedla i zabawiał ich w niedziele i świąteczne popołudnia, przeplatając swoje popisy modlitwą, pobożnym śpiewem i “kazaniem”, które wygłaszał. Było to zwykle kazanie, które tego dnia na porannej Mszy świętej zasłyszał w kościele parafialnym.
    Pierwszą Komunię świętą przyjął w wieku 11 lat (1826). Gdy miał lat 14, rozpoczął naukę u pewnego kapłana-emeryta. Musiał ją jednak po roku przerwać po jego nagłej śmierci. W latach 1831-1835 ukończył szkołę podstawową i średnią. Nie mając funduszów na naukę, Jan musiał pracować dodatkowo w różnych zawodach, by zdobyć konieczne podręczniki i opłacić nauczycieli. Musiał także pomyśleć o własnym utrzymaniu, mieszkając na stancji. Dorabiał nadto dawaniem korepetycji.

    Święty Jan Bosko

    Po ukończeniu szkół średnich Jan został przyjęty do wyższego seminarium duchownego w Turynie. Tutaj pod kierunkiem św. Józefa Cafasso, wykładowcy i spowiednika, czynił znaczne postępy w doskonałości chrześcijańskiej (1835-1841). 5 czerwca 1841 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Za poradą św. Józefa Jan wstąpił do Konwiktu Kościelnego dla pogłębienia swojej wiedzy religijnej i życia wewnętrznego.
    8 grudnia 1841 roku napotkał przypadkowo 15-letniego młodzieńca-sierotę, zupełnie opuszczonego materialnie i moralnie. Od tego dnia zaczął gromadzić samotną młodzież, uczyć ją prawd wiary, szukać dla niej pracy u uczciwych ludzi. W niedzielę zaś dawał okazję do wysłuchania Mszy świętej i do przyjmowania sakramentów świętych, a później zajmował młodzież rozrywką. Ponieważ wielu z nich było bezdomnych, starał się dla nich o dach nad głową. Tak powstały szkoły elementarne, zawodowe i internaty, które rychło rozpowszechniły się w Piemoncie. “Zaniósł wiarę, światło i pokój tam, gdzie samotność rodziła nędzę” (z hymnu Liturgii Godzin).
    Ten apostoł młodzieży uważany jest za jednego z największych pedagogów w dziejach Kościoła. Zdawał sobie wszakże sprawę, że sam jeden tak wielkiemu dziełu nie podoła. Aby zapewnić stałą pieczę nad młodzieżą, założył dwie rodziny zakonne: Pobożne Towarzystwo św. Franciszka Salezego dla młodzieży męskiej – salezjanów (1859) oraz zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych dla dziewcząt (1872). Będąc tak aktywnym, Jan potrafił odnajdywać czas na modlitwę i głębokie życie wewnętrzne. Obdarzony niezwykłymi charyzmatycznymi przymiotami, pozostawał człowiekiem pokornym i skromnym. Uważał siebie za liche narzędzie Boga.
    Rozwinął szeroko działalność misyjną, posyłając najlepszych swoich synów duchowych i córki do Ameryki Południowej. Dzisiaj członkowie Rodziny Salezjańskiej pracują na polu misyjnym na wszystkich kontynentach świata, zajmując jedno z pierwszych miejsc. W dziedzinie wychowania chrześcijańskiego św. Jan Bosko wyróżnił się nie tylko jako jeden z największych w dziejach Kościoła pedagogów, ale zostawił po sobie kierunek-szkołę pod nazwą “systemu uprzedzającego” (zachowawczego), który wprowadził prawdziwy przewrót w dotychczasowym wychowaniu. Ta metoda wychowawcza nie jest oparta na stosowaniu przymusu, lecz odwołuje się do potencjału dobra i rozumu, jakie wychowanek nosi w swoim wnętrzu. Wychowawca, w pełni szanując wolną wolę młodego człowieka, staje się mu bliski i towarzyszy mu na drodze autentycznego wzrastania. System zapobiegawczy polega na uprzedzaniu czynów podopiecznego tak, aby nie doprowadzić do zrobienia przez niego czegoś niewłaściwego.

    Święty Jan Bosko

    Nie mniejsze zasługi położył św. Jan Bosko na polu ascezy katolickiej, którą uwspółcześnił, uczynił dostępną dla najszerszych warstw wiernych Kościoła: uświęcenie się przez sumienne wypełnianie obowiązków stanu, doskonalenie się przez uświęconą pracę. Najświętsza Maryja Panna i św. Józef nie poszli w swoim życiu codziennym drogą nadzwyczajnych pokut czy też wielu godzin modlitwy. Wszystko jednak czynili dla wypełnienia woli Bożej, dla Jezusa. W ten sposób wszystkie ich czynności były aktem czci i miłości Bożej. Ta właśnie tak prosta i wszystkim dostępna asceza salezjańska wyniosła na ołtarze Jana Bosko, Michała Rua, jego następcę, Dominika Savio – jego wychowanka, Alojzego Orione – założyciela Małego Dzieła Boskiej Opatrzności (orionistów) oraz Marię Dominikę Mazzarello – współzałożycielkę Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, a także Alojzego Versiglia, biskupa, i Kaliksta Caravario, misjonarzy i męczenników w Chinach (+ 25 lutego 1930 r.).
    Cały wolny czas Jan poświęcał na pisanie i propagowanie dobrej prasy i książek. Początkowo wydawał je w drukarniach turyńskich. Od roku 1861 posiadał już własną drukarnię. Rozpoczął od wydawania żywotów świątobliwych młodzieńców, by swoim chłopcom dać konkretne żywe przykłady i wzory do naśladowania. Od roku 1877 dla wszystkich przyjaciół swoich dzieł zaczął wydawać jako miesięcznik, do dziś istniejący, Biuletyn Salezjański. Wszystkie jego pisma wydane drukiem to 37 tomów. Ponadto pozostawił po sobie olbrzymią korespondencję.
    W czasie kanonicznego procesu naoczni świadkowie w detalach opisywali wypadki uzdrowienia ślepych, głuchych, chromych, sparaliżowanych, nieuleczalnie chorych. Wiemy o wskrzeszeniu co najmniej jednego umarłego. Jan Bosko posiadał nader rzadki nawet wśród świętych dar bilokacji, rozmnażania orzechów czy kasztanów jadalnych. Zanotowano także przypadek rozmnożenia przez Jana Bosko konsekrowanych komunikantów. Najwięcej rozgłosu przyniosły mu jednak dar czytania w sumieniach ludzkich, którym posługiwał się niemal na co dzień, oraz dar przepowiadania przyszłości jednostek, swojego zgromadzenia, dziejów Italii i Kościoła.
    Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 r. Pius XI beatyfikował ks. Bosko 2 czerwca 1929 r., a kanonizował 1 kwietnia 1934 r., w Wielkanoc. Jest patronem młodzieży, młodych robotników i rzemieślników.W chwili śmierci Założyciela zgromadzenie salezjanów miało 58 domów i liczyło 1049 członków. Obecnie ponad 16 000 salezjanów prowadzi 1830 placówek w 128 krajach świata. Rodzina Salezjańska, do której należą zakonnicy i świeccy żyjący duchowością ks. Bosko, liczy ponad 400 000 członków.
    Duchowi synowie św. Jana Bosko, zwani najczęściej salezjanami, przybyli do Polski w 1898 roku. Córki Maryi Wspomożycielki przybyły do Polski w roku 1922. Ze zgromadzenia salezjańskiego wyszli m.in. prymas Polski, kardynał August Hlond (1881-1948) i metropolita poznański Antoni Baraniak (1904-1977). Salezjaninem był bł. Bronisław Markiewicz (+ 1912), który założył na ziemiach polskich zgromadzenie św. Michała Archanioła (michalitów). Z grona polskich salezjanów wywodzi się także bł. August Czartoryski, beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 25 kwietnia 2004 r.
    W ikonografii św. Jan Bosko przedstawiany jest jako kapłan w sutannie zakonnej. Najczęściej ukazywany jest w otoczeniu młodzieży, której poświęcił swoje życie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    Przerażająca wizja wiecznego potępienia według ks. Jana Bosko

    fot. via: Wikipedia/pxhere.com (domena publiczna)

    ***

    Przerażająca wizja wiecznego potępienia według ks. Jana Bosko

    Do św.Jana Bosko Pan Bóg przemawiał poprzez sny. Wśród 150 wizji jakie spisali najbliżsi współpracownicy i słuchacze apostoła młodzieży odnajdujemy opis piekła.

    Ks. Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 roku w wieku 73 lat. Swoje życie poświęcił młodzieży stąd też w ikonografii bardzo często przedstawiany jest w toczeniu osób młodych. Założył dwie rodzinny zakonne, których głównym zadaniem była opieka nad młodzieżą: Pobożne Towarzystwo św. Franciszka Salezego dla chłopców oraz Zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycieli wiernych dla dziewcząt. Ks. Bosko jest uważany za jednego z największych pedagogów w dziejach Kościoła.

    Św. Jan Bosko to człowiek, do którego Pan Bóg przemawiał poprzez sny, które możemy nazwać wizjami. Część z nich dotyczyła piekła. Ks. Bosko najprawdopodobniej nie chciał opowiadać o wszystkich snach. Został jednak za to upomniany. „Dlaczego im tego nie mówisz?” – spytała kapłana stojąca przy jego łóżku dystyngowana osoba. Ostatnie sny bardzo wyczerpały ks. Bosko.
    „A co mam im powiedzieć ?”

    „Wszystko to, co widziałeś i słyszałeś w swoich ostatnich snach; i to, czego chciałeś się dowiedzieć; i to, co zobaczysz jutro w nocy!”

    Kolejny dzień apostoł młodzieży spędził w oczekiwaniu na to co przyniesie noc. Myśl o nocnych koszmarach ks. Bosko napełniała takim strachem, że starał się odwlec moment zaśnięcia. W nocy osoba w czapce ponownie zjawiła się przy łóżku kapłan i powiedziała by poszedł za nim. „Zaprowadził mnie na rozległą, bezkresną równinę. Była to prawdziwa pustynia bez żadnych oznak życia. Nie zobaczyłem tam ani jednego drzewa, ani żadnego potoku, czy żywej duszy. Widniały jedynie resztki zżółkłej i wyschniętej roślinności. Nie miałem pojęcia, gdzie się znajduję i co miałem tu robić. Przez moment straciłem nawet z oczu swojego przewodnika i ogarnął mnie lęk, że samotny zginę. W końcu ujrzałem jednak swoich przyjaciół: ks. Rua, ks. Francesia i resztę, jak zbliżali się w moim kierunku. Westchnąłem z ulgą i zapytałem: Gdzie jestem?” – spytał ks. Bosko.

    „Chodź ze mną a sam się dowiesz!” – usłyszał w odpowiedź. Przewodnik prowadził go w milczeniu. Kapłan ujrzał drogę.
    „Weszliśmy na drogę szeroką, piękną i doskonale wybrukowaną. Droga grzeszników gładka, bez kamieni, a na jej końcu -przepaść piekła (Syr 21,10). Wzdłuż jej poboczy ciągnął się wspaniały żywopłot, przeplatany cudnymi kwiatami. Najczęściej róże wychylały swoje główki z zielonego pasa płotu. Na pierwszy rzut oka droga wydawała się równa i wygodna. Wszedłem na nią bez najmniejszych podejrzeń, lecz bardzo szybko zauważyłem, że prawie niedostrzegalnie pochylała się ku dołowi. Chociaż nie dostrzegłem stromości, czułem, że posuwam się tak szybko, jak bym unosił się w powietrzu. Rzeczywiście, coś mnie niosło tak, że nogami prawie nie dotykałem ziemi.”

    Jak się jednak przekonał ta droga, którą szedł biegła w dół. Co więcej za wizjonerem podążało wielu oratorianów, a także innych nieznanych chłopców. „Nagle znalazłem się pośród nich – opowiadał ks. Bosko. – Przypatrując się im, zobaczyłem, że co chwila któryś z nich padał na ziemię. Jakaś niewidzialna siła wlokła go jednak dalej i wciągała do przepaści podobnej do ziejącego pieca.

    Dlaczego ci chłopcy upadają? – zapytałem towarzysza. Pyszni sidło na mnie skrycie nastawiają, …umieszczają pułapki na mojej drodze (Ps 39,6)”.

    Chłopcy upadali ponieważ wpadali w sidła. Po przyjrzeniu się nim ks. Bosko uświadomił sobie, że każde z nich ma napis. Pycha, nieposłuszeństwo, zazdrość, nieczystość, kradzież, obżarstwo, lenistwo, złość i jeszcze inne. Rozejrzał się wokół siebie, by sprawdzić, który grzech najczęściej usidlał chłopców. Okazało się, że najbardziej niebezpiecznym, to nieczystość, nieposłuszeństwo i pycha. Wizjoner zauważył, że wszystkie trzy wiązały się ściśle ze sobą. Inne sidła czyniły także wielkie spustoszenie i zło, lecz najwięcej dwa pierwsze.

    „Rozejrzałem się jeszcze dokładniej wokoło i zaobserwowałem między sidłami rozrzucone noże. Jakaś opatrznościowa ręka tam je umieściła, dzięki nim można się było uwolnić. Jedne dość znacznych rozmiarów symbolizowały rozmyślanie i pozwalały bez trudu zniszczyć sidła pychy. Inne nieco mniejsze oznaczały czytanie duchowe. Dwa specjalne miecze wyrażały nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, a zwłaszcza częstą Komunię Świętą i nabożeństwo do Matki Bożej. Młotek to Spowiedź Święta. Na kilku mniejszych nożach widać było napisy: nabożeństwo św. Józefa, św. Alojzego i innych świętych. Przy pomocy tych środków wielu chłopców, którzy mieli dobrą wolę, potrafiło uwolnić siebie z poniżającej niewoli.”

    Później ks. Bosko ujrzał jednego ze swoich chłopców. „Przerażony zobaczyłem w oddali, jak ktoś zlatywał po ścieżce w dół z szaloną szybkością. Gdy się znalazł bliżej, mogłem- go rozpoznać: to był jeden z moich chłopców. Jego włosy sterczały zjeżone na głowie, lub rozwiewały się na wietrze. Ramionami wykonywał ruchy, jak by znajdował się w wodzie i próbował utrzymać się na jej powierzchni. Chciał się zatrzymać, lecz nie mógł. Uderzając o kamienie, spadał coraz szybciej.”

    Kapłan chciał mu pomóc. Jego przewodnik powiedziałby go zostawił. „Dlaczego?” – starał się dowiedzieć ks. Bosko.
    „Czy nie wiesz, że straszliwa jest Boża sprawiedliwość? Myślisz, że potrafisz kogoś zatrzymać, kto ucieka od Jego gniewu?” – usłyszał od swojego przewodnika.

    Przewodnik wymienił ks. Bosko przyczyny potępienia. Najczęstszym powodem wiecznego odrzucenia jest: złe towarzystwo, złe książki i grzeszne nawyki. „Pułapki uprzednio widziane doprowadzały rzeczywiście chłopców do ruiny. Na widok sporej liczby idących na zatracenie, krzyknąłem niepocieszony: Jeżeli, aż tylu z naszych chłopców tak kończy, to pracujemy daremnie. Jak można zapobiec tym tragediom?”

    Kolejnym miejsce jakie poznał ks. Bosko to straszliwy korytarz. „Nad wszystkimi wewnętrznymi bramami rzucały się w oczy napisy pełne gróźb. Ostatnia z nich prowadziła na wielkie, bardzo ponure podwórze, zakończone w głębi niewiarygodnie olbrzymim i odstraszającym wejściem. Nad nim widniał napis:

    Ześle w ich ciało ogień i robactwo i jęczeć będą z bólu na wieki (Jdt 16,17). I będą cierpieć katusze we dnie i w nocy i na wieki wieków (Ap 20,10). Tutaj wszelkiego rodzaju męki na zawsze . Tutaj jedynie chaos i strach wieczny mieszkaj ą (Hi 10,22). Dym ich katuszy na wieki wieków się wznosi (Ap 14,11). Nie ma pokoju dla bezbożnych (Iz 48,22). Będzie płacz i zgrzytanie zębów (Mt 8,12).”

    „Odtąd nikt już tu nie będzie miał ani kolegi, który pomoże, ani życzliwego przyjaciela. Nie spotka serca kochającego, ani wzroku litościwego, ani nie usłyszy dobrego słowa. To wszystko już przepadło na zawsze. Czy chcesz to tylko zobaczyć, czy może osobiście doświadczyć? Chcę tylko zobaczyć” – powiedział ks. Bosko. „Widząc to wszystko i słysząc, nagle zapytałem siebie: Jakżeż mogą ci chłopcy być potępieni? Przecież wczoraj wieczorem bawili się jeszcze w Oratorium”.

    Ks. Bosko usłyszał, że chłopcy, których zobaczył są umarli dla Bożej Łaski. „Gdyby skonali w tej chwili, czy nie chcieli wycofać się ze swoich

    Podsumowując to co zobaczył ks. Bosko stwierdził: „Tutaj uświadomiłem sobie jak potworne wyrzuty sumienia cierpieli wychowankowie naszych szkół. Przeżywali nieludzkie męki, przypominając sobie każdy nieodpuszczony grzech i sprawiedliwą karę za niego. Mogli przecież korzystać z licznych i niezwykłych środków ku naprawie swego życia, wytrwania w cnocie i zbierania zasług na niebo. Z trwogą przypominali sobie lekkomyślnie odrzucone hojne łaski, udzielane przez Najświętszą Dziewicę… Przeżywali prawdziwą gehennę, wiedząc, że tak łatwo mogli się zbawić, a teraz są nieodwołalnie straceni na zawsze. Cisnęło im się na pamięć tyle dobrych postanowień, których niestety nigdy nie wypełnili. Piekło rzeczywiście wybrukowane jest dobrymi intencjami!”

    Opowiadając o śnie ks. Bosko dodał, że „mając na uwadze, że nie należy was zbytnio przerażać, pominąłem opisywanie wielu strasznych szczegółów, choć je widziałem i przeżywałem. Przez następne siedem nocy nie mogłem spać, tak dalece czułem; się podekscytowany tym niesamowitym widzeniem sennym. Wiemy, że nasz Doby Bóg opisywał piekło zawsze w symbolach. Gdyby ukazał je nam w całej rzeczywistości, nie bylibyśmy w stanie go pojąć. Nikt ze śmiertelników nie może zrozumieć tych spraw.”

    Fronda.pl

    (fragment wizji św. Jana Bosko dotyczący piekła na podstawie książki pt. „Sny i wizje ks. Jana Bosko”)


    ***


    30 stycznia

    Błogosławiony Bronisław Markiewicz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Hiacynta, dziewica
      •  Święty Teofil, męczennik
      •  Kościół katedralny w Świdnicy
    Błogosławiony Bronisław Markiewicz

    Bronisław Markiewicz urodził się 13 lipca 1842 r. w Pruchniku koło Jarosławia. Otrzymał staranną formację religijną; nie uchroniło go to jednak przed pewnym załamaniem wiary podczas nauki w gimnazjum przemyskim. W 1863 r. wstąpił do seminarium duchownego. We wrześniu 1867 r. przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany do pracy duszpasterskiej w Harcie i w katedrze przemyskiej. Pragnął poświęcić się pracy z młodzieżą, dlatego podjął dodatkowe studia z pedagogiki, filozofii i historii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1875 r. został proboszczem parafii Gać, a dwa lata później – w Błażowej. Od 1882 r. wykładał teologię pastoralną w seminarium duchownym w Przemyślu.
    Z czasem ks. Bronisław odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego. W listopadzie 1885 r. wyjechał do Włoch i tam wstąpił do salezjanów. W marcu 1887 r. złożył śluby na ręce św. Jana Bosko. Z oddaniem i gorliwością wypełniał powierzane mu zadania. Z powodu surowego trybu życia zachorował na gruźlicę; uważano go za bliskiego śmierci. Udało mu się jednak odzyskać zdrowie. W marcu 1892 r., za pozwoleniem przełożonych, powrócił do Polski i został proboszczem w Miejscu Piastowym (koło Krosna).
    Oddał się tutaj pracy z młodzieżą, głównie z ubogimi i sierotami. Otworzył Instytut Wychowawczy, przez który troszczył się o materialną i zawodową przyszłość podopiecznych. W 1897 r. założył dwa nowe zgromadzenia zakonne pod opieką św. Michała Archanioła, oparte na duchowości św. Jana Bosko. Zostały one zatwierdzone dopiero po śmierci założyciela – gałąź męska w 1921 r., a żeńska – siedem lat później.
    W Miejscu Piastowym w 1892 r. ksiądz Markiewicz stworzył dom, w którym wychowały się setki chłopców. Obecnie jest tam sanktuarium św. Michała Archanioła i bł. Bronisława, dom generalny michalitów z muzeum Założyciela, dom centralny michalitek z muzeum misyjnym oraz duży zespół szkół dla młodzieży. W 1903 r. powstała też nowa placówka w Pawlikowicach koło Krakowa.
    Bronisław Markiewicz, wyczerpany pracą, zmarł 29 stycznia 1912 r. W 1958 r. rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny. Zakończył się on uroczystą beatyfikacją, dokonaną w Warszawie przez delegata papieskiego, kard. Józefa Glempa, w dniu 19 czerwca 2005 r.
    Obecnie michalici pracują w 15 krajach na całym świecie; podobnie michalitki, które mają kilkanaście domów w Polsce i 8 za granicą. Oba zgromadzenia należą do Rodziny Salezjańskiej. Znanym michalitą był tragicznie zmarły w 2001 r. bp Jan Chrapek.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    29 stycznia

    Błogosławiona Bolesława Lament, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Aniela Merici, dziewica
      •  Święty Józef Freinademetz, prezbiter
      •  Błogosławiona Archaniela Girlani, dziewica
      •  Święty Walery, biskup
      •  Święty Sulpicjusz Sewer, biskup
    Błogosławiona Bolesława Lament

    Bolesława urodziła się 3 lipca 1862 roku w Łowiczu. Jej ojciec był rzemieślnikiem. Po niej w rodzinie przyszło na świat jeszcze siedmioro dzieci. Atmosfera domu, w którym się wychowała, przepojona była głęboką i prawdziwą religijnością, a Bolesława od dziecka kochała Boga i miała dar modlitwy.
    W 1880 roku ukończyła ze złotym medalem gimnazjum w Łowiczu. Tam też miała okazję poznać problemy religijne, narodowe i społeczne swojej epoki, co miało duże znaczenie dla jej duchowej formacji. Przez dwa lata uczyła się w Warszawie zawodu krawcowej, po czym otworzyła w Łowiczu własny zakład krawiecki, wykazując dużo inicjatywy, przedsiębiorczości i talentu organizacyjnego.
    Wkrótce zlikwidowała swoją pracownię i mając 22 lata razem z siostrą Stanisławą wstąpiła do zgromadzenia sióstr Rodziny Maryi w Warszawie. Jako postulantka wyróżniała się darem modlitwy, skupienia oraz wiernością obowiązkom. Po złożeniu pierwszej profesji była wychowawczynią dziewcząt w internatach zgromadzenia i instruktorką krawiectwa; uczyła także w szkołach podstawowych. Ujawnił się wtedy jej talent organizacyjny. Nie będąc pewna swego powołania, nie złożyła profesji wieczystej. W 1893 roku opuściła zgromadzenie. Rok później nagła śmierć ojca postawiła przed nią zadanie zapewnienia bytu matce i młodszemu rodzeństwu. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie. Tu Bolesława odznaczyła się szczególną wrażliwością na ludzką biedę, rozwinęła działalność charytatywną wśród ubogich i bezdomnych, prowadząc dom noclegowy na Pradze.
    Ojciec Honorat Koźmiński – jej duchowy przewodnik polecił, aby objęła stanowisko przełożonej świeckiego III zakonu św. Franciszka przy jednej z warszawskich parafii. Przeżywając boleśnie rozdarcie jedności Kościoła przez podziały chrześcijan, dostrzegła w sobie powołanie do pracy nad zjednoczeniem Kościoła przez troskę o braci odłączonych. W 1903 roku poszła za radą ojca Honorata i wyjechała razem z dwiema ochotniczkami do Mohylewa nad Dnieprem (Białoruś), aby zająć się tam katolickim wychowaniem młodzieży.
    W 1905 roku wszystkie trzy rozpoczęły nowicjat zakonny. Z pomocą jezuity, ojca Józefa Wiercińskiego, Bolesława Lament napisała konstytucje nowego zgromadzenia zakonnego Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny, którego celem było wspieranie zjednoczenia chrześcijan na Wschodzie z Kościołem katolickim i umocnienie wiary. Służyła gorliwie tej sprawie, przyczyniając się do wzajemnego zbliżenia katolików i prawosławnych. W 1906 roku wraz ze swymi dwoma towarzyszkami Bolesława Lament złożyła pierwsze śluby zakonne, a w rok później siostry przeniosły się do Petersburga, gdzie rozwinęły działalność wychowawczą wśród dzieci i młodzieży. W 1913 roku wszystkie trzy złożyły wieczyste śluby. W tym samym roku założyła internat dla młodzieży żeńskiej w Wyborgu, poszerzając działalność zgromadzenia na Finlandię.
    Stawiając siostrom i sobie wzór Świętej Rodziny, Bolesława naśladowała Ją w ubóstwie, umiłowaniu pracy, wytrwałości i delikatności. W jej duchowości uderza wierność woli Bożej, postawa wstawiennicza i wynagradzająca.
    Po wybuchu rewolucji październikowej zgromadzenie nie mogło prowadzić swojej działalności. Za naukę religii więziono siostry, jedna z nich została wywieziona na Syberię. Mężnie znosiły prześladowania i głód. Pozbawione domu i środków do życia, w 1921 r. wróciły do Polski. W 1922 roku w Chełmnie na Pomorzu siostry otoczyły opieką młode repatriantki z Rosji. Po raz pierwszy włożyły wówczas habity. W 1925 roku siostra Bolesława zorganizowała nowicjat w Piątnicy pod Łomżą, a w rok później przeniosła dom generalny do Ratowa w diecezji płockiej. W 1935 r. zrzekła się urzędu przełożonej generalnej zgromadzenia.
    Decyzją nowej przełożonej generalnej wysłana do Białegostoku, zorganizowała tam przedszkole, kursy kroju i szycia oraz gimnazjum. Z jej inicjatywy siostry podjęły pracę w dwóch internatach, domu noclegowym i stołówce dla bezrobotnej inteligencji. Otaczały też opieką więźniów. Jeden z domów zgromadzenia przeznaczyła na ośrodek opiekuńczy dla bezdomnych dzieci, utrzymując je ze skromnych zasobów zakonnych. Zorganizowała też, formalnie jako kursy do Pierwszej Komunii św., tajną szkołę, gdzie dzieci uczyły się przedmiotów zakazanych przez okupantów. Od 1941 r. Bolesława znosiła cierpliwie paraliż, zamieniając swe czynne apostolstwo na apostolstwo cierpienia i modlitwy. Przez całe życie była człowiekiem głębokiej modlitwy, umiała modlić się w każdej sytuacji, jednocząc się z Bogiem. Dała przykład życia ofiarnego i pełnego ufności do Boga.
    Zmarła 29 stycznia 1946 roku w Białymstoku w opinii świętości. Jej ciało przeniesiono do klasztoru w Ratowie i złożono w krypcie pod kościołem św. Antoniego. Beatyfikował ją w Białymstoku w 1991 roku św. Jan Paweł II. Mówił wtedy o niej: W głębokim poczuciu odpowiedzialności za cały Kościół, boleśnie przeżywała Bolesława rozdarcie jedności Kościoła. Sama doświadczyła wielorakich podziałów, a nawet nienawiści narodowych i wyznaniowych, pogłębionych jeszcze bardziej przez ówczesne stosunki polityczne. Dlatego też głównym celem jej życia oraz założonego przez nią zgromadzenia stała się jedność Kościoła, ta jedność, o którą modlił się w Wielki Czwartek w Wieczerniku Chrystus: “Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim Imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno” (J 17, 11). Służyła matka Lament sprawie zjednoczenia tam zwłaszcza, gdzie podział zaznaczał się ze szczególną ostrością. Nie szczędziła niczego, byleby umacniać wiarę i rozpalać miłość do Boga, byle tylko przyczynić się do wzajemnego zbliżenia katolików i prawosławnych: “Żebyśmy wszyscy – jak mówiła – miłowali się i stanowili jedno”. Pracę na rzecz jedności Kościoła, zwłaszcza na terenach wschodnich, uważała za szczególną łaskę Bożej Opatrzności. Długo przed Soborem Watykańskim II stała się inspiratorką ekumenizmu w życiu codziennym przez miłość.
    W ikonografii bł. Bolesława przedstawiana jest w habicie zgromadzenia. W dłoniach trzyma otwartą księgę.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    28 stycznia

    Święty Tomasz z Akwinu,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Święty Tomasz z Akwinu

    Tomasz urodził się na zamku Roccasecca niedaleko Akwinu (Włochy) w 1225 r. Jego ojciec, rycerz Landulf, był z pochodzenia Lombardczykiem, matka zaś była Normandką. Kiedy chłopiec miał 5 lat, rodzice oddali go w charakterze oblata do opactwa na Monte Cassino. Jednak Opatrzność miała inne zamiary wobec młodzieńca. Z niewyjaśnionych przyczyn opuścił on klasztor i udał się do Neapolu, gdzie studiował na tamtejszym uniwersytecie. Tam zapoznał się z niedawno założonym przez św. Dominika (+ 1221) Zakonem Kaznodziejskim. Rok wstąpienia do tego zakonu nie jest bliżej znany. Święty miał wtedy ok. 20 lat. Spotkało się to z dezaprobatą rodziny. Wszelkimi sposobami, włącznie z dwuletnim aresztem domowym, próbowano zmienić jego decyzję; bezskutecznie. Wysłano nawet jego własną siostrę, Marottę, by mu dominikanów “wybiła z głowy”. Tomasz jednak umiał tak do niej przemówić, że sama wstąpiła do benedyktynek.
    Przełożeni wysłali go na studia do Rzymu, a stamtąd około roku 1248 do Kolonii, gdzie wykładał na tamtejszym uniwersytecie głośny uczony dominikański, św. Albert Wielki (+ 1260), który miał wypowiedzieć prorocze słowa o Tomaszu: “Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”. W Kolonii Tomasz przyjął święcenia kapłańskie. Po chlubnym ukończeniu studiów przełożeni wysłali go do Paryża, by na tamtejszej Sorbonie wykładał teologię. Był najpierw bakałarzem nauk biblijnych (1252-1253), z kolei wykładał Sentencje Piotra Lombarda (1253-1255). Zadziwiał wszystkich jasnością wykładów, wymową i głębią. Stworzył własną metodę, w której najpierw wysuwał trudności i argumenty przeciw danej prawdzie, a potem je kolejno zbijał i dawał pełny wykład.
    Na skutek intryg, jakie przeciwnicy dominikanów rozbudzili na Sorbonie, Tomasz po siedmiu latach powrócił do Włoch. Na kapitule generalnej został mianowany kaznodzieją (1260). Przez pewien czas prowadził także wykłady na dworze papieskim Urbana IV (1261-1265). W latach 1265-1267 przebywał ponownie w domu generalnym Zakonu – w klasztorze św. Sabiny w Rzymie. W latach 1267-1268 przebywał w Viterbo jako kaznodzieja papieski.
    Kiedy ucichła burza w Paryżu, przełożeni ponownie wysłali swojego czołowego teologa do Paryża (1269-1272). Po trzech latach wrócił do Włoch i wykładał na uniwersytecie w Neapolu (1272-1274). W tym samym czasie kapituła generalna zobowiązała go, aby zorganizował teologiczne studium generale dla Zakonu. Tomasz upatrzył sobie na miejsce tychże studiów Neapol.
    W roku 1274 papież bł. Grzegorz X zwołał do Lyonu sobór powszechny. Zaprosił także Tomasza z Akwinu. Tomasz jednak, mając 48 lat, po krótkiej chorobie zmarł w drodze na sobór w opactwie cystersów w Fossanuova dnia 7 marca 1274 roku. Z tego właśnie powodu do roku 1969 doroczną pamiątkę św. Tomasza Kościół obchodził właśnie 7 marca, w dzień śmierci. Ten dzień przypada jednak prawie zawsze w Wielkim Poście. Dlatego reforma liturgiczna doroczne wspomnienie świętego przesunęła wyjątkowo na 28 stycznia – a więc na dzień przeniesienia jego relikwii do Tuluzy w 1369 r.Akwinata wsławił się szczególnie niewinnością życia oraz wiernością w zachowywaniu obserwancji zakonnych. Właściwe Zakonowi zadanie, jakim jest służba Słowu Bożemu w dobrowolnym ubóstwie, znalazło u niego wyraz w długoletniej pracy teologicznej: w gorliwym poszukiwaniu prawdy, którą należy nieustannie kontemplować i przekazywać innym. Dlatego wszystkie swoje zdolności oddał wyłącznie na służbę prawdy. Sam starał się ją posiąść, skądkolwiek by pochodziła, i ogromnie pragnął dzielić się nią z innymi. Odznaczał się pokorą oraz szlachetnym sposobem bycia.
    Kaznodzieja, poeta, ale przede wszystkim wielki myśliciel, człowiek niezwykłej wiedzy, którą umiał połączyć z niemniej wielką świętością. Powiedziano o nim, że “między uczonymi był największym świętym, a między świętymi największym uczonym”. W swej skromności kilkakrotnie odmawiał propozycji zostania biskupem.

    Święty Tomasz z Akwinu

    Stworzył zwarty system nauki filozoficznej i teologii katolickiej, zwany tomizmem. Wywarł głęboki wpływ na ukierunkowanie zachodniej myśli chrześcijańskiej. Spuścizna literacka św. Tomasza z Akwinu jest olbrzymia. Wprost wierzyć się nie chce, jak wśród tak wielu zajęć mógł napisać dziesiątki tomów. Wyróżniał się umysłem nie tylko analitycznym, ale także syntetycznym. On jedyny odważył się dać panoramę całej nauki filozofii i teologii katolickiej w systemie zdumiewająco zwartym. Do najważniejszych jego dzieł należą: Summa contra gentiles, czyli apologia wiary przeciwko poganom, Kwestie dysputowane, Komentarz do “Sentencji” Piotra LombardaSumma teologiczna i komentarze do niektórych ksiąg Pisma świętego. Szczególną czcią Tomasz otaczał Chrystusa Zbawiciela, zwłaszcza na krzyżu i w tajemnicy Eucharystii, co wyraził w tekstach liturgicznych do brewiarza i mszału na uroczystość Bożego Ciała, m.in. znany hymn Zbliżam się w pokorze. Płonął synowską miłością do Najświętszej Maryi Panny.
    Jest patronem dominikanów, księgarni, studentów i teologów; opiekun podczas sztormów. Papież Jan XXII zaliczył go do grona świętych 18 lipca 1323 roku. Papież św. Pius V ogłosił go 11 kwietnia 1567 roku piątym doktorem Kościoła zachodniego. Papież Leon XIII ustanowił go 4 sierpnia 1880 roku patronem wszystkich uniwersytetów i szkół katolickich.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w białym habicie dominikańskim, w czarnej kapie i białym szkaplerzu. Jego atrybutami są: anioł, gołąb; infuła u nóg, której nie przyjął; kielich, kielich z Hostią, księga, laska, model kościoła, monogram IHS, monstrancja, pióro pisarskie, różaniec, słońce na piersiach, które symbolizuje jego Boską inspirację. Jego znakiem jest także Chrystus w aureoli.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    27 stycznia

    Błogosławiony Jerzy Matulewicz, biskup

    Błogosławiony Jerzy Matulewicz

    Jerzy urodził się 13 kwietnia 1871 roku w wielodzietnej rodzinie litewskiej, we wsi Lugine koło Mariampola na Litwie. Oboje rodzice umarli, gdy był małym dzieckiem. Był wychowywany przez swojego starszego brata Jana, niezwykle surowego i wymagającego człowieka. Pomimo kłopotów zdrowotnych i materialnych – często nie miał za co kupić podręczników – uczył się dobrze dzięki swojej niezwykłej pilności i pracowitości. Po kilku latach nauki na prawach eksternisty w gimnazjum (od 1883 r.) zachorował na gruźlicę kości. Musiał posługiwać się kulami. Choroba ta gnębiła go do końca życia. Już w gimnazjum pragnął zostać kapłanem. Jednakże dopiero w 1891 roku, jako dwudziestoletni młodzieniec, wstąpił do seminarium duchownego w Kielcach. Wówczas też zmienił swoje nazwisko z Matulaitis na Matulewicz. Zapamiętano go jako kleryka pełnego spokoju, wewnętrznej równowagi, otwartego i pracowitego. Gdy władze carskie zamknęły seminarium, kontynuował naukę w Warszawie, a następnie w Petersburgu. Tu przyjął święcenia kapłańskie 31 grudnia 1898 roku. W następnym roku ukończył Akademię Petersburską jako magister teologii. Doktorat uzyskał na uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim.
    Powrócił do Kielc, gdzie podjął zajęcia jako profesor seminarium (do 1904 r.). Postępująca gruźlica kości spowodowała, że musiał poddać się ciężkiej operacji w jednym z warszawskich szpitali. Po kuracji rozwinął działalność społeczną w Warszawie, zakładając m.in. Stowarzyszenie Robotników Katolickich oraz gimnazjum na Bielanach. W 1907 roku objął katedrę socjologii w Akademii Duchownej w Petersburgu. Dojrzał w nim wówczas zamiar odnowienia i zreformowania zakonu marianów, skazanego przez władze carskie na wymarcie. 29 sierpnia 1909 roku, w kaplicy biskupiej w Warszawie, złożył śluby zakonne na ręce ostatniego żyjącego marianina ojca Wincentego Senkusa. Rok później ułożył nowe konstytucje dla marianów, którzy odtąd mieli być zgromadzeniem ukrytym. Jeszcze w tym samym roku Pius X potwierdził regułę. Pierwszy nowicjat odnowionej wspólnoty złożony z 2 profesorów i jednego ucznia został utworzony w Petersburgu. W 1911 r. we Fryburgu Szwajcarskim powstał drugi nowicjat, następnie powstał dom zakonny w Chicago, a podczas I wojny światowej dom na Bielanach pod Warszawą. W 1911 roku Jerzy Matulewicz został generałem zakonu, którym kierował do śmierci.
    Po zakończeniu działań wojennych ojciec Jerzy powołał Zgromadzenie Sióstr Ubogich Niepokalanego Poczęcia NMP, które szybko rozprzestrzeniło się na Litwie i w Ameryce. Założył również Zgromadzenie Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii oraz wspierał zgromadzenia założone przez bł. o. Honorata Koźmińskiego. W 1918 roku Benedykt XV mianował go biskupem wileńskim. Udało mu się umocnić katolicyzm w diecezji. Na własną prośbę został zwolniony z obowiązków biskupa w sierpniu 1925 roku. Pragnął poświęcić się całkowicie kierowaniu zgromadzeniem marianów, lecz już w grudniu tego samego roku został mianowany wizytatorem apostolskim na Litwie. W ciągu dwóch następnych lat nieludzkimi wprost wysiłkami udało mu się zorganizować życie katolickie w tym kraju i naprawić stosunki ze Stolicą Apostolską.
    W trakcie prac nad zatwierdzeniem konkordatu, ojciec Jerzy umarł nagle po nieudanej operacji 27 stycznia 1927 r. Beatyfikowany został przez św. Jana Pawła II w 1987 roku podczas uroczystości z okazji 600-lecia Chrztu Litwy. Jego relikwie spoczywają w kościele w Mariampolu. Jest jednym z patronów Litwy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    26 stycznia

    Święci biskupi Tymoteusz i Tytus

    Zobacz także:
      •  Święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci
      •  Święta Paula, wdowa
    Święci Tymoteusz i Tytus

    Tymoteusz był wiernym i oddanym uczniem oraz współpracownikiem św. Pawła. Św. Paweł nazywa go “najdroższym synem” (1 Kor 4, 17), “bratem” (1 Tes 3, 2), “pomocnikiem” (Rz 16, 21), którego wspomina ze łzami w oczach (2 Tm 1, 4).
    Kiedy Apostoł Narodów zatrzymał się w czasie swojej drugiej podróży w miasteczku Listra, nawrócił dwie Żydówki: kobietę imieniem Lois i jej córkę, Eunikę. Synem tejże Euniki, a wnukiem Lois był św. Tymoteusz. Jego ojcem był zamożny Grek, poganin, który jednak pozwolił babce i matce wychować Tymoteusza w wierze mojżeszowej. Tymoteusz był młodzieńcem wykształconym. Znał Pismo święte i często się w nim rozczytywał. Wyróżniał się dobrymi obyczajami. Chrzest przyjął z rąk św. Pawła. Dlatego słusznie Apostoł nazywał go swoim synem. Dla ułatwienia Tymoteuszowi pracy wśród rodaków św. Paweł poddał go obrzezaniu.
    Św. Paweł często wysyłał Tymoteusza w trudnych i poufnych sprawach do poszczególnych gmin, które założył, m.in. do Koryntu, Filippi i Tesalonik. Jego też wyznaczył na biskupa Efezu, ówczesnej metropolii Małej Azji i stolicy rzymskiej prowincji. W czasie swoich podróży po Małej Azji, Achai (Grecji) i do Jerozolimy św. Paweł zabierał ze sobą Tymoteusza do pomocy w posłudze apostolskiej. Święty uczeń dzielił także ze swoim mistrzem więzienie w Rzymie (Flp 2, 19-23). Dwa Pawłowe listy do Tymoteusza znajdują się w kanonie ksiąg Nowego Testamentu. Paweł wydaje mu najpiękniejsze świadectwo i daje pouczenia, jak ma rządzić Kościołem w Efezie.
    Według podania, kiedy św. Jan Apostoł przybył do Efezu, Tymoteusz oddał się do jego dyspozycji. Kiedy zaś Apostoł został skazany na banicję na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana, Tymoteusz miał na nowo objąć biskupstwo w tym mieście.
    Tradycja głosi, że Tymoteusz miał ponieść śmierć męczeńską za Trajana z rąk rozjuszonego tłumu pogańskiego, kiedy miał odwagę publicznie zaprotestować przeciwko krwawym igrzyskom. Tłum miał rzucić się na starca i tak go pobić, że ten niebawem wyzionął ducha. Martyrologium Rzymskie podaje jeszcze inną wersję, że biskup miał występować przeciwko czci pogańskiej bogini Diany, która w Efezie miała swoje centralne sanktuarium. Możliwe, że obie przyczyny były powodem jego śmierci około roku 97. Dlatego do roku 1969 św. Tymoteusz odbierał chwałę jako męczennik. Ostatnia reforma liturgii czci go jednak jako wyznawcę w przekonaniu, że ostatnie chwile życia Tymoteusz spędził nie jako męczennik, mimo że w latach swojego pasterzowania wiele musiał wycierpieć dla sprawy Chrystusa.
    Jego relikwie przeniesiono z Efezu do Konstantynopola (356 r.) i umieszczono w bazylice Dwunastu Apostołów. W XII w. krzyżowcy wywieźli je do włoskiego miasta Termoli. Zamurowane, zostały odnalezione przypadkiem 7 maja 1945 roku.
    W ikonografii św. Tymoteusz przedstawiany jest w tunice lub jako biskup w liturgicznych szatach. U jego stóp leżą kamienie.
    Tytus znany jest wyłącznie z listów św. Pawła. Pochodził z rodziny grecko-rzymskiej, zamieszkałej w okolicy Antiochii Syryjskiej. Stamtąd bowiem Apostoł zabrał go do Jerozolimy. Został ochrzczony przez św. Pawła przed soborem apostolskim w 49 r. Obok Tymoteusza i św. Łukasza Ewangelisty Tytus należał do najbliższych i najbardziej zaufanych uczniów św. Pawła Apostoła. Towarzyszył mu w podróżach i na soborze apostolskim w Jerozolimie. Dowodem wyjątkowego zaufania, jakim młodego człowieka darzył św. Paweł, były delikatne misje, jakie mu powierzał. Jego to właśnie wysłał do Koryntu. Nie pozwolił go też obrzezać w przekonaniu, że jego praca apostolska będzie rozwijać się nie wśród Żydów, ale wśród pogan. W swoich Listach Apostoł Narodów oddaje Tytusowi najwyższe pochwały. Jeden list skierował wyłącznie do niego – tekst ten został włączony do kanonu Nowego Testamentu. Około roku 63 Paweł ustanowił Tytusa biskupem gminy chrześcijańskiej na Krecie.
    Tytus zmarł mając 94 lata. Według podania miał ponieść śmierć męczeńską w mieście Gortyna na Krecie za panowania cesarza Domicjana (81-96). Od roku 1969 Kościół zachodni, rzymski, oddaje mu cześć jako wyznawcy. Jego śmiertelne szczątki złożono w miejscu jego śmierci. Św. Andrzej z Jerozolimy, metropolita Krety (712-740), wygłosił ku czci św. Tytusa płomienne kazanie, nazywając go fundatorem Kościoła na Krecie, jego pierwszym pasterzem, kolumną, bramą obronną i ojcem wyspy. Po najeździe Saracenów na Kretę odnaleziono tylko relikwię jego głowy i umieszczono ją w relikwiarzu (823). W roku 1662 Wenecjanie zabrali ją do swego miasta i umieścili w bazylice św. Marka. Paweł VI w ramach ducha ekumenicznego zbliżenia nakazał tę relikwię zwrócić Kościołowi prawosławnemu. Wśród wielkich uroczystości została przewieziona na Kretę (12 maja 1966 roku) i umieszczona w mieście Heraklion (Iraklion).
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutem jest księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    25 stycznia

    Nawrócenie św. Pawła, Apostoła

    Nawrócenie św. Pawła

    Szaweł urodził się w Tarsie w Cylicji (obecnie Turcja) około 5-10 roku po Chrystusie. Pochodził z żydowskiej rodziny silnie przywiązanej do tradycji. Byli niewolnikami, którzy zostali wyzwoleni. Szaweł odziedziczył po nich obywatelstwo rzymskie. Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Później przybył do Jerozolimy, aby studiować Torę. Był uczniem Gamaliela (Dz 22, 3). Gorliwość w strzeżeniu tradycji religijnej sprawiła, że mając około 25 lat stał się zdecydowanym przeciwnikiem i prześladowcą Kościoła. Uczestniczył jako świadek w kamienowaniu św. Szczepana. Około 35 roku z własnej woli udał się z listami polecającymi do Damaszku (Dz 9, 1n; Ga 1, 15-16), aby tam ścigać chrześcijan. Jak podają Dzieje Apostolskie, u bram miasta “olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos: «Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?» – «Kto jesteś, Panie?» – powiedział. A On: «Jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić» (Dz 9, 3-6).
    Po tym nagłym, niespodziewanym i cudownym nawróceniu przyjął chrzest i zmienił imię na Paweł.
    Po trzech latach pobytu w Damaszku oraz krótkim pobycie w Jerozolimie odbył trzy misyjne podróże: pierwszą – w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; drugą w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecią w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima.
    Św. Paweł, nazywany Apostołem Narodów, jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu.
    W Palestynie Paweł został aresztowany i był przesłuchiwany przez prokuratorów Feliksa i Festusa. Dwa lata przebywał w więzieniu w Cezarei. Gdy odwołał się do cesarza, został deportowany drogą morską do Rzymu. Dwa lata przebywał w więzieniu o dość łagodnym regulaminie. Uwolniony, udał się do Efezu, Hiszpanii (prawdopodobnie; jak podaje Klemens, “dotarł do kresu Zachodu”, a tak określano tereny Półwyspu Iberyjskiego) i na Kretę. W Efezie albo w Troadzie aresztowano go po raz drugi (64 r.). W Rzymie oczekiwał na zakończenie procesu oraz wyrok.
    Zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie mieczem w tym samym roku co św. Piotr Apostoł (67 r.). W Rzymie w IV wieku szczątki Pawła Apostoła złożono w grobowcu, nad którym wybudowano bazylikę św. Pawła za Murami. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.
    W ikonografii św. Paweł przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    24 stycznia

    Święty Franciszek Salezy,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Paula Gambara Costa, tercjarka
    Święty Franciszek Salezy

    Franciszek urodził się pod Thorens (w Alpach Wysokich) 21 sierpnia 1567 r. Jego ojciec, także Franciszek, był kasztelanem w Nouvelles i miał tytuł pana di Boisy. Matka, Franciszka, pochodziła również ze znakomitego rodu Sionnaz. Spośród licznego rodzeństwa Franciszek był najstarszy.
    W domu otrzymał wychowanie głęboko katolickie. Duży wpływ na jego późniejsze życie wywarła mamka Puthod i kapelan Deage. Jednak wpływ decydujący na wychowanie syna miała matka. Wyszła za pana di Boisy, gdy miała zaledwie 15 lat. On miał wówczas 45 lat, mógł być zatem dla niej raczej ojcem niż mężem. Wychowała 13 dzieci. Jej opiece było zlecone ponadto całe gospodarstwo i służba. Franciszka umiała znaleźć czas na wszystko, była bardzo pracowita, systematyczna, spokojna i zapobiegliwa. Właśnie przykład matki będzie dla Franciszka wzorem, jaki poleci osobom żyjącym w świecie, by nawet wśród najliczniejszych zajęć umiały jednoczyć się z Panem Bogiem.
    W roku 1573 jako sześcioletni chłopiec Franciszek rozpoczął regularną naukę w kolegium w La Roche-sur-Foron. W dwa lata później został przeniesiony do kolegium w Annecy, gdzie przebywał trzy lata. W tym też czasie przyjął pierwszą Komunię świętą i sakrament bierzmowania (1577). Kiedy miał 11 lat, zgodnie z ówczesnym zwyczajem otrzymał tonsurę jako znak przynależności do stanu duchownego. Kiedy miał zaledwie 15 lat, udał się do Paryża, by studiować na tamtejszym słynnym uniwersytecie. Ponadto w kolegium jezuitów studiował klasykę. W czasie tych studiów owładnęły nim wątpliwości, czy się zbawi, czy nie jest przeznaczony na potępienie. Właśnie wtedy wystąpił we Francji Kalwin ze swoją nauką o przeznaczeniu. Franciszek odzyskał spokój dopiero wtedy, gdy oddał się w niepodzielną opiekę Matki Bożej w kościele św. Stefana des Gres. Franciszek studiował ponadto na Sorbonie teologię i zagadnienia biblijne. Do rzetelnych studiów biblijnych przygotował się dodatkowo przez naukę języka hebrajskiego i greckiego.
    Posłuszny woli ojca, który chciał, by syn rozpoczął studia prawnicze, które mogły mu otworzyć drogę do kariery urzędniczej, Franciszek udał się z Sorbony do Padwy. Studia na tamtejszym uniwersytecie uwieńczył doktoratem. Wybrał się następnie do Loreto, gdzie złożył ślub dozgonnej czystości (1591). Potem odbył pielgrzymkę do Rzymu (1592). Kiedy syn powrócił do domu, ojciec miał już gotowy plan: zamierzał go wprowadzić jako adwokata i prawnika do senatu w Chambery i czynił starania, by go ożenić z bogatą dziedziczką, Franciszką Suchet de Mirabel. Franciszek jednak ku wielkiemu niezadowoleniu ojca obie propozycje stanowczo odrzucił. Natomiast zgłosił się do swojego biskupa, by ten go przyjął w poczet swoich duchownych. Święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1593 przy niechętnej zgodzie rodziców. Jednocześnie został prepozytem kolegiaty św. Piotra, co uczyniło go drugą osobą po miejscowym biskupie.

    Święty Franciszek Salezy

    W rok potem (1594) za zezwoleniem biskupa Franciszek udał się w charakterze misjonarza do okręgu Chablais, by umocnić w wierze katolików i aby próbować odzyskać dla Chrystusa tych, którzy odpadli od wiary i przeszli na kalwinizm. Właśnie ten rejon Szwajcarii został wówczas przyłączony do Sabaudii (1593). Wśród niesłychanych trudów Franciszek musiał przełęczami pokonywać wysokości Alp, dochodzące w owych stronach do ponad 4000 m. Odwiedzał wioski i poszczególne zagrody wieśniaków. Miał dar nawiązywania kontaktu z ludźmi prostymi, umiał ich przekonywać, swoje spotkania okraszał złotym humorem. Na murach i parkanach rozlepiał ulotki – zwięzłe wyjaśnienia prawd wiary. Może dlatego właśnie Kościół ogłosił św. Franciszka Salezego patronem katolickich dziennikarzy. Wśród jego cnót na pierwszy plan wybijała się niezwykła łagodność. Był z natury popędliwy i skory do wybuchów. Jednakże długoletnią pracą nad sobą potrafił zdobyć się na tyle słodyczy i dobroci, że przyrównywano go do samego Chrystusa.
    W epoce fanatyzmu i zaciekłych sporów Franciszek objawiał wprost wyjątkowy umiar i łagodność. Jego ujmująca uprzejmość i takt spowodowały, iż nazwano go “światowcem pośród świętych”. W kontaktach między ludźmi wyznawał zasadę: “Więcej much się złapie na kroplę miodu aniżeli na całą beczkę octu”. Według podania miał on w ten sposób odzyskać dla Kościoła kilkadziesiąt tysięcy kalwinów. W swojej żarliwości apostolskiej Franciszek posunął się do tego, że w przebraniu udał się do Genewy i złożył wizytę głowie Kościoła kalwińskiego, Teodorowi Beze, usiłując nakłonić go do powrotu na łono Kościoła katolickiego. Wizytę ponowił Franciszek aż trzy razy, chociaż nie dała ona konkretnych wyników.
    Misja w Chablais trwała 4 lata. W roku 1599 papież Klemens VIII mianował Franciszka biskupem pomocniczym. Po otrzymaniu sakry biskupiej Franciszek udał się ponownie do Chablais, by dokończyć tam swoją misję (1601).
    W 1602 r. został biskupem Genewy po śmierci biskupa Graniera. Z właściwą sobie żarliwością zabrał się natychmiast do dzieła. Rozpoczął od wizytacji 450 parafii swojej diecezji, położonej po większej części w Alpach. Niestrudzenie przemawiał, spowiadał, udzielał sakramentów świętych, rozmawiał z księżmi, nawiązywał bezpośrednie kontakty z wiernymi. Wizytował także klasztory. Zreformował kapitułę katedralną. Zdając sobie sprawę, jak wielkie spustoszenia może sprawić ignorancja religijna, popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej. Za podstawę nauczania wiary służył katechizm, ułożony niedawno przez kardynała św. Roberta Bellarmina. Sam także cały wolny czas poświęcał nauczaniu. Stworzył nowy ideał pobożności – wydobył z ukrycia życie duchowe, wewnętrzne, praktykowane w klasztorach, aby “wskazywało drogę tym, którzy żyją wśród świata”. W roku 1604 zapoznał się Franciszek ze św. Joanną Franciszką de Chantal i przy jej współpracy założył nową rodzinę zakonną sióstr Nawiedzenia NMP (wizytek). Uzyskała ona zatwierdzenie papieskie w 1618 r. W 1654 r. przybyły one do Polski i zamieszkały w Warszawie. Zaproszony do Paryża w celu odbycia konferencji (1618-1619), Franciszek zapoznał się tu ze św. Wincentym a Paulo.
    Zmarł nagle w Lyonie, w drodze powrotnej ze spotkania z królem Francji, w dniu 28 grudnia 1622 r. Jego ciało przeniesiono do Annecy, gdzie spoczęło w kościele macierzystym Sióstr Nawiedzenia. Jego serce zatrzymały jednak wizytki w Lyonie. Beatyfikacja odbyła się w roku 1661, a kanonizacja już w roku 1665. Papież Pius IX ogłosił św. Franciszka Salezego doktorem Kościoła (1877), a papież Pius XI patronem dziennikarzy i katolickiej prasy (1923). Ponadto czczony jest jako patron wizytek, salezjanów i salezjanek (Towarzystwa św. Franciszka Salezego, założonego przez św. Jana Bosko); Annecy, Chabery i Genewy.
    Jego pisma wyróżniają się tak pięknym językiem i stylem, że do dnia dzisiejszego zalicza się je do klasyki literatury francuskiej. Do najbardziej znanych należą: Kontrowersje, Filotea, czyli wprowadzenie do życia pobożnego (1608) i Teotym, czyli traktat o miłości Bożej (1616). Zostało także sporo jego listów (ok. 1000).
    Co roku w dzień wspomnienia św. Franciszka Salezego papież ogłasza orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. W Polsce ten dzień obchodzony jest w III niedzielę września.
    Ikonografia przedstawia św. Franciszka Salezego w stroju biskupim – w rokiecie i mantolecie lub w stroju pontyfikalnym z mitrą na głowie. Jego atrybutami są: gorejąca kula ośmiopłomienna, księga, pióro, serce przeszyte strzałą i otoczone cierniową koroną trzymane w dłoni.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    23 stycznia

    Błogosławieni
    Wincenty Lewoniuk i Towarzysze,
    męczennicy z Pratulina

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Henryk Suzo, prezbiter
      •  Błogosławiony Mikołaj Gross, męczennik
      •  Święty Ildefons, biskup
    Męczennicy z Pratulina

    Męczennicy z Pratulina byli prostymi chłopami z Podlasia. Zasłynęli niezwykłym męstwem i przywiązaniem do swej wiary podczas prześladowań Kościoła katolickiego, które miało miejsce na terenie zaboru rosyjskiego.
    Kościół unicki, będący w jedności z Rzymem, powstał na mocy Unii Brzeskiej z 1596 roku. Doprowadziła ona do zjednoczenia Kościoła prawosławnego na terenach Rzeczpospolitej z Kościołem katolickim i papieżem. Wyznawcy tego Kościoła, po zjednoczeniu, nazywani są powszechnie unitami.
    Prześladowania rosyjskie były wyjątkowo krwawe i dobrze zorganizowane. Carowie zaczynali likwidację Kościoła katolickiego od zniszczenia właśnie Kościoła unickiego. Czynili to planowo i systematycznie. W roku 1794 caryca Katarzyna II zlikwidowała Kościół unicki na podległych sobie ziemiach. W roku 1839 car Mikołaj I dokonał urzędowej likwidacji Kościoła unickiego na Białorusi i Litwie. W drugiej połowie XIX w. na terenach zajętych przez Rosję Kościół unicki istniał już tylko w diecezji chełmskiej, w Królestwie Polskim. Administracja carska zaplanowała likwidację także tego Kościoła. Car Aleksander II zaaprobował program prześladowań.
    Na styczeń 1874 roku zaplanowano wprowadzenie obrzędów prawosławnych do liturgii unickiej. Następnie mieli to zaakceptować wierni, a rząd rosyjski oficjalnie potwierdzał przystąpienie danej parafii do Kościoła prawosławnego. Wcześniej usunięto biskupa i kapłanów, którzy nie zgadzali się na reformy prowadzące do zerwania jedności z papieżem. Za swoją wierność zapłacili oni zsyłkami na Sybir, więzieniem lub usunięciem z parafii. Wierni świeccy, pozbawieni pasterzy, sami ofiarnie bronili swojego Kościoła, jego liturgii i jedności z papieżem, często nawet za cenę życia.
    W Pratulinie doszło do starcia z Kutaninem, carskim naczelnikiem powiatu. Żądał on, aby miejscowi parafianie oddali kościół nowemu duszpasterzowi. Ludność nie zgodziła się na oddanie świątyni. Mieszkańcy otrzymali kilka dni do namysłu. Kutanin powrócił do Pratulina w dniu 24 stycznia 1874 roku, ale nie sam, lecz z kozakami. Żołnierzami dowodził pułkownik Stein. Na wieść o tym przy cerkwi zebrała się niemal cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy cerkiewnych. Straszył zgromadzonych wojskiem. Otoczył kościół, zajmując pozycje za parkanem przykościelnym.
    Unici wiedzieli, że obrona świątyni może ich kosztować utratę życia. Szli do kościoła, aby bronić wiary i byli gotowi na wszystko. Żegnali się z bliskimi w rodzinach, ubierali się odświętnie, ponieważ, jak mówili, szło o najświętsze sprawy. Nie mogąc nakłonić unitów do rozejścia się ani groźbami, ani obietnicami łask carskich, dowódca dał rozkaz strzelania do zebranych. Widząc, że wojsko ma nakaz zabijania stawiających opór, wierni uniccy uklękli na cmentarzu świątynnym i śpiewem przygotowywali się do złożenia życia w ofierze. Umierali pełni pokoju, z modlitwą na ustach, śpiewając “Święty Boże” i “Kto się w opiekę”. Nie złorzeczyli prześladowcom, gdyż jak mówili: “słodko jest umierać za wiarę”.
    Pułkownik Stein wydał rozkaz, aby żołnierze się przegrupowali, a następnie ustawili bagnety na karabinach i przygotowali do odebrania cerkwi przemocą. Wśród obrońców byli dawni żołnierze carskiej armii, którzy znali zasady wojskowego rzemiosła. Wiedzieli, że żołnierze nie mogą postępować brutalnie wobec ludności cywilnej. Wojsko przekroczyło parkan i bijąc ludzi kolbami karabinów i kłując bagnetami, torowało sobie drogę do cerkwi. Przy świątyni w Pratulinie w dniu 24 stycznia 1874 roku poniosło śmierć za wiarę i jedność Kościoła 13 unitów.
    Byli to:Wincenty Lewoniuk, lat 25, żonaty, pochodził z Woroblina. Był człowiekiem pobożnym i cieszył się uznaniem u ludzi.
    Jako pierwszy oddał życie w obronie świątyni.
    Daniel Karmasz, lat 48, żonaty, pochodził z Lęgów. Jego syn mówił, że ojciec był człowiekiem religijnym. Jako przewodniczący bractwa podczas obrony kościoła stanął na czele z krzyżem, który do dzisiaj jest przechowywany w Pratulinie.
    Łukasz Bojko, lat 22, kawaler, pochodził z Lęgów. Brat zaświadczył, że Łukasz był człowiekiem szlachetnym, religijnym i cieszył się dobrą opinią wśród ludzi. W czasie obrony świątyni bił w dzwony.
    Konstanty Bojko, lat 49, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był ubogim rolnikiem i sprawiedliwym człowiekiem.
    Konstanty Łukaszuk, lat 45, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był sprawiedliwym i uczciwym człowiekiem, szanowanym przez ludzi. W wyniku otrzymanych ran zmarł następnego dnia, zostawiając żonę i siedmioro dzieci.
    Bartłomiej Osypiuk, lat 30, pochodził z Bohukal. Był żonaty z Natalią i miał dwoje dzieci. Cieszył się szacunkiem mieszkańców. Był uczciwy, roztropny i pobożny. Śmiertelnie ranionego przewieziono go do domu, gdzie zmarł modląc się za prześladowców.
    Anicet Hryciuk, lat 19, kawaler, pochodził z Zaczopek. Był młodzieńcem dobrym, pobożnym i kochającym Kościół. Idąc do Pratulina z żywnością dla obrońców, powiedział do matki: “Może i ja będę godny, że mnie zabiją za wiarę”. Zginął przy świątyni 24 stycznia w godzinach popołudniowych.
    Filip Kiryluk, lat 44, żonaty, pochodził z Zaczopek. Wnuk zaświadczył, że miał opinię troskliwego ojca, dobrego i pobożnego człowieka. Zachęcał innych do wytrwania przy świątyni i sam oddał życie za wiarę.
    Ignacy Frańczuk, lat 50, pochodził z Derła. Był żonaty z Heleną. Miał siedmioro dzieci. Syn mówił, że ojciec starał się wychowywać dzieci w bojaźni Bożej. Wierność Bogu przedkładał nad wszystko. Idąc do Pratulina założył odświętne ubranie i ze wszystkimi się pożegnał, przeczuwając, że już nie wróci. Po śmierci Daniela podniósł krzyż i stanął na czele broniących świątyni.
    Jan Andrzejuk, lat 26, pochodził z Derła. Był żonaty z Mariną, miał dwóch synów. Uważany był za człowieka bardzo dobrego i roztropnego. Pełnił funkcję kantora w parafii. Odchodząc do Pratulina żegnał się ze wszystkimi, jakby to miało być ostatnie pożegnanie. Ciężko ranny przy kościele, został przewieziony do domu, gdzie niebawem zasnął w Panu.
    Maksym Gawryluk, lat 34, pochodził z Derła. Był żonaty z Dominiką. Cieszył się opinią dobrego i uczciwego człowieka. Ciężko ranny przy świątyni, umarł w domu dnia następnego.
    Onufry Wasyluk, lat 21, pochodził z Zaczopek. Był praktykującym katolikiem, uczciwym i szanowanym w miejscowości człowiekiem.
    Michał Wawryszuk, lat 21, pochodził z Derła. Pracował w majątku Pawła Pikuły w Derle. Cieszył się dobrą opinią. Ciężko ranny przy kościele, zmarł następnego dnia w domu.
    Męczeństwo w Pratulinie nie było faktem odosobnionym. Szczególnie od stycznia 1874 roku każda parafia unicka na Podlasiu pisała swoje męczeńskie dzieje. Car oficjalnie zlikwidował unicką diecezję chełmską w 1875 roku, a unitów zapisał wbrew ich woli do Kościoła prawosławnego. Wierni tego nie przyjęli i za swoją wierność Kościołowi katolickiemu płacili wielokrotnie śmiercią, zsyłkami na Sybir, więzieniem, karami. Pozostawionym bez pasterzy unitom z tajną posługą kapłańską śpieszyli księża katoliccy z Podlasia oraz misjonarze z Galicji i regionu poznańskiego. Mocna wiara unitów i solidarna pomoc Kościoła katolickiego pozwoliły przetrwać czas prześladowań i doczekać dekretu o wolności religijnej cara Mikołaja II z kwietnia 1905 roku. W tym właśnie roku większość unitów z Podlasia i lubelszczyzny przepisała się do parafii rzymskokatolickich, gdyż struktury Kościoła unickiego jeszcze wtedy nie istniały.
    Ponieważ o męczeństwie unitów z Pratulina zachowało się najwięcej dokumentów, biskup podlaski Henryk Przeździecki wybrał ich jako kandydatów na ołtarze i przedstawicieli wszystkich męczenników, którzy na Podlasiu oddawali życie za wiarę i jedność Kościoła.
    Unici z Pratulina i innych parafii zostali od samego początku uznani za męczenników przez swoje rodziny, przez parafian, przez lud na Podlasiu, a także przez Kościół powszechny. Hołd dla męczeńskiej śmierci unitów złożyli papieże Pius IX, Leon XIII i Pius XII. Ich ofiara pomogła mieszkańcom Podlasia zachować wiarę i tożsamość narodową w ciężkich czasach panowania ateistycznego komunizmu.
    Błogosławiony Wincenty Lewoniuk i 12 Towarzyszy byli mężczyznami w wieku od 19 do 50 lat. Z zeznań świadków i dokumentów historycznych wynika, że byli ludźmi dojrzałej wiary. Masakra przy kościele zapewne trwałaby dłużej, gdyby nie wypadek postrzelenia żołnierza przez innego kozaka. Przerwano więc ogień i żołnierze bez przeszkód dotarli do drzwi cerkwi, które otworzyli siekierą. Do świątyni wprowadzono rządowego proboszcza. Rozproszony lud zbierał swoich rannych, których było około 180 osób. Ciała zabitych leżały na cmentarzu kościelnym przez całą dobę. Potem pogrzebano je bezładnie, wrzucając do wspólnej mogiły, którą zrównano z ziemią, aby nie pozostawić żadnego śladu po pochówku. Miejscowi ludzie jednak dobrze zapamiętali to miejsce. Zostali pogrzebani przez wojsko rosyjskie bez szacunku i bez udziału najbliższej rodziny. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku grób męczenników został należycie upamiętniony. 18 maja 1990 roku szczątki Męczenników zostały przewiezione z grobu do świątyni parafialnej.
    Obrona świątyni otoczonej uzbrojonym wojskiem nie była skutkiem chwilowego przypływu gorliwości, ale konsekwencją głębokiej wiary mieszkańców Pratulina. Męczennicy uniccy pod wieloma względami są podobni do męczenników z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy to prości wierni ginęli za odważne wyznawanie wiary w Chrystusa.
    Do grona błogosławionych męczennicy pratulińscy zostali wprowadzeni przez św. Jana Pawła II w dniu 6 października 1996 roku, w rocznicę 400-lecia zawarcia Unii Brzeskiej. Trzy lata później, w czerwcu 1999 r. w homilii podczas Mszy św. odprawianej w Siedlcach papież mówił m.in.: Męczennicy z Pratulina bronili Kościoła, który jest winnicą Pana. Oni tej winnicy pozostali wierni aż do końca i nie ulegli naciskom ówczesnego świata, który ich za to znienawidził. W ich życiu i śmierci wypełniła się prośba Chrystusa z modlitwy arcykapłańskiej: “Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził (…). Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. (…) Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie” (J 17, 14-15. 17-19). Dali świadectwo swej wierności Chrystusowi w Jego świętym Kościele. W świecie, w którym żyli, z odwagą starali się prawdą i dobrem zwyciężać szerzące się zło, a miłością chcieli pokonywać szalejącą nienawiść. Tak jak Chrystus, który za nich w ofierze oddał samego siebie, by byli uświęceni w prawdzie – tak też oni za wierność prawdzie Chrystusowej i w obronie jedności Kościoła złożyli swoje życie. Ci prości ludzie, ojcowie rodzin, w krytycznym momencie woleli ponieść śmierć, aniżeli ulec naciskom niezgodnym z ich sumieniem. “Jak słodko jest umierać za wiarę” – były to ostatnie ich słowa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    22 stycznia

    Święty Wincenty Pallotti, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wincenty, diakon i męczennik
      •  Błogosławiona Laura Vicuña, dziewica
      •  Błogosławiony Wilhelm Józef Chaminade, prezbiter
    Święty Wincenty Pallotti

    Wincenty Pallotti urodził się 21 kwietnia 1795 r. i pracował przez całe życie w Rzymie. Matka Wincentego, Magdalena de Rossi, była pobożną tercjarką franciszkańską, a ojciec, Piotr Pallotti – zamożnym kupcem i żarliwym miłośnikiem różańca; po latach Wincenty dziękował Bogu za “świętych rodziców”. Został ochrzczony następnego dnia po narodzeniu. Otrzymał wówczas imiona: Wincenty, Alojzy, Franciszek. Był trzecim z dziesięciorga dzieci. Po ukończeniu szkoły podstawowej i gimnazjalnej Wincenty zapisał się na studia filozoficzne, a potem teologiczne na papieskim uniwersytecie “Sapienza”, które uwieńczył podwójnym doktoratem. W czasie studiów zapoznał się ze św. Kasprem del Bufalo (+ 1837). Święcenia kapłańskie otrzymał w Rzymie 16 maja 1818 roku. Jako doktor filozofii i teologii, a także magister filologii greckiej, w latach 1819-1829 wykładał na uniwersytecie. W latach 1827-1840 był ojcem duchownym w wyższym seminarium rzymskim. Przez pewien czas pełnił funkcję duszpasterza wojskowego w państwie kościelnym (1842). Tworzył szkoły wieczorowe, stowarzyszenia cechowe dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt.
    4 kwietnia 1835 roku założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, charakteryzujące się nowatorskim programem duszpasterskim, który opiera się na współpracy świeckich i duchownych. Na czele Zjednoczenia miała stać nowa rodzina zakonna, Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (SAC), która miała spełniać zadanie animatora wszystkich dzieł katolickiego apostolatu. Nową rodzinę zakonną związał jedynie przyrzeczeniem i profesją. Do dziś centralną część tego dzieła stanowią księża i bracia pallotyni oraz siostry pallotynki. Pallotyni zatwierdzeni zostali przez Stolicę Apostolską w roku 1904. Na ziemiach polskich pallotyni pojawili się w 1907 roku, już trzy lata po zatwierdzeniu Stowarzyszenia.
    Jeszcze za swojego życia Wincenty Pallotti otrzymał zaszczytny tytuł “apostoła Rzymu” i “drugiego św. Filipa Nereusza”. Nazywa się go również prekursorem Akcji Katolickiej, która swoje apogeum osiągnęła za rządów papieża Piusa XI (1922-1939). Święty może być uważany także za ojca współczesnego ruchu ekumenicznego – zapoczątkował Oktawę Modlitw o jedność po uroczystości Objawienia Pańskiego (obecnie jest ona obchodzona w dniach 18-25 stycznia). Pozostawił po sobie wiele pism.
    Zmarł 22 stycznia 1850 r. z powodu choroby, której nabawił się spowiadając w zimnym kościele, oddawszy swój płaszcz żebrakowi. Chociaż jego proces beatyfikacyjny rozpoczął się bardzo wcześnie, bo w dwa lata po jego śmierci, trwał długo właśnie z powodu rozległej działalności, jaką sługa Boży prowadził. Błogosławionym ogłosił Wincentego papież Pius XII 22 stycznia 1950 r. (dokładnie w setną rocznicę śmierci Wincentego), a do chwały świętych wyniósł go 20 stycznia 1963 r. Jan XXIII. Jest patronem hodowców winorośli.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________

    22 stycznia zmarł Apostoł Rzymu, św. Wincenty Pallotti

    „Święty, apostoł Rzymu, nie żyje”, „Ojciec ubogich nie żyje” – tak w styczniu 1850 r. były zatytułowane artykuły włoskiego dziennika “Giornale di Roma” informujące o zgonie ks. Wincentego Pallottiego.

    Kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym

    Kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym

    Powodem jego nagłej śmierci było ostre zapalenie płuc, którego nabawił się w święto Trzech Króli – po uroczystościach Epifanii w kościele św. Andrzeja della Valle ks. Pallotti oddał swój płaszcz biedakowi, na skutek czego bardzo się przeziębił.

    Zmarł po krótkiej agonii, 22 stycznia o godz 21.45 w gronie najbliższych towarzyszy, w domu przy kościele Najświętszego Zbawiciela na Falach (Santissimo Salvatore in Onda), recytując słowa psalmu „In Te Domine speravi” (psalm XXX, „W Tobie nadzieję, Panie, zawsze miałem”). Jego ciało zostało wystawione w tymże kościele, którego był proboszczem.

    Przez trzy dni w pobliżu trumny gromadził się tłum wiernych. I nie należy się temu dziwić, bo zmarły był jedną z najbardziej znanych postaci ówczesnego Rzymu. Ks. Pallotti, który przeszedł do historii przede wszystkim jako założyciel dzieła apostolskiego w celu prowadzenia misji ewangelizacyjnej, umacniania wiary katolików oraz do czynienia dzieł miłosierdzia, które nazwał Zjednoczeniem Apostolstwa Katolickiego, był również formatorem alumnów różnych seminariów duchownych, rekolekcjonistą, spowiednikiem, kapelanem więźniów i żołnierzy ale przede wszystkim opiekunem ubogich.

     

    Dom Kurii Generalnej Pallotynów

    Dom Kurii Generalnej Pallotynów

    25 stycznia został pochowany w kościele Santissimo Salvatore in Onda, gdzie dziś spoczywa pod głównym ołtarzem w przezroczystym sarkofagu. Po śmierci wykonano maskę jego twarzy i odcisk dłoni, które są przechowywane w małym muzeum domu generalnego Pallotynów przy placu, który dziś nosi nazwę św. Wincentego Pallottiego.

    13 stycznia 1887 r. Kościół ogłosił dekret o heroiczności cnót ks. Wincentego Pallottiego, ale został on beatyfikowany dopiero przez Piusa XII 22 stycznia 1950 r. – była to pierwsza beatyfikacja Roku Świętego 1950. Natomiast jego kanonizacji dokonanał Jan XXIII 20 stycznia 1963 r. Święto liturgiczne Pallottiego przypada w dzień jego narodzin dla nieba, 22 stycznia.

    zdjęcia i tekst Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela

    __________________________

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    O tajemnicy zaufania

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    Od ponad 8 lat fascynowała mnie duchowość świętego Wincentego Pallottiego. Człowieka pokornego, człowieka miłosiernego, Apostoła XIX wieku. Przez lata również zastanawiałem się nad zagadnieniami zaufania i nieskończoności jakie często cytował w swoich dziełach wspomniany święty.

    Kiedy jeszcze studiowałem na wykładach jeden z moich profesorów na pytanie: co trzeba zrobić aby być świętym?  Odpowiedział: trzeba być po prostu człowiekiem. Zwykłym człowiekiem, nie pędzącym za nienawiścią, za bogactwami, zazdrością. Trzeba być człowiekiem zwyczajnym, prostym (nie prostackim) który umie rozmawiać z innymi ludźmi i z Bogiem. Umieć rozmawiać z człowiekiem znaczy umieć rozmawiać z Bogiem, bo nie można kochać Boga jeżeli nie kocha się człowieka. Nie można rozmawiać przyjaźnie z Bogiem nienawidząc innych. W człowieku, w jego gestach, słowach można zobaczyć miłość Boga, ale można i również innym ją ukazać. I tak sobie myślę, że św. Wincenty Pallotti doskonale potrafił ukazać miłość Boga widząc w drugim człowieku Jego obraz. Zaufać Bogu być może oznacza coś innego niż zaufać człowiekowi. Człowieka mamy na co dzień, możemy go zawsze skontrolować, możemy wiedzieć czy mówi prawdę, czy jest wiarygodny, możemy mieć nad nim kontrolę, a Bóg? Nie znamy Jego planów, nie wiemy co zamierza i czasami wydaje nam się bardzo daleki.

    Nieskończoność, być w nieskończonym kontakcie z Bogiem, nieskończenie mu zaufać, nieskończenie poddać się Jego woli i zdać się na Jego zbawcze posłannictwo. Czasami było bardzo trudno mi w to było uwierzyć, do tego się przekonać. Wydaje mi się, że najtrudniej jest pokonać barierę zaufania, zawierzenia. Niczym Abraham wyruszyć ze swojego domu by iść w nieznane, niczym Mojżesz stawać w obronie kogoś kto wcale nie chce być bronionym, jak buntujący się lud na pustyni, niczym ślepiec z Ewangelii pomimo sprzeciwu zgromadzonych „dopchać się” za wszelką cenę do upragnionego celu — do Chrystusa. Być może ktoś powie, ładna, bardzo ładna teoria, ale daleko jej jeszcze do praktyki. W XXI wieku rządzonym przez pieniądz, politykę trudno jest mówić o zaufaniu do człowieka, łatwiej jest mówić o „plecach” dzięki którym można się dostać do pracy, na studia, na wysokie stanowiska. Ciężej się mówi o zaufaniu do człowieka, a jeszcze ciężej o zaufaniu do Boga, gdy liberalizm stara się nam ukazać bezsens wiary, a ludzkość pyta: Gdzie jest Bóg? Czy naprawdę jest On wszechmogący?

    Nieskończenie zaufać Bogu, stanąć ponad systemami społecznymi, uwierzyć, że nad wszystkim co nam się w życiu przytrafia czuwa Bóg. Chroni nas i nigdy nie chce dla nas źle. Żyć wiarą i uwierzyć w życie, zaufać nieskończenie, że ostatnie słowo zawsze należy do Boga, a nie do człowieka. To brzmi jak prawdziwy sprawdzian z naszej wiary. Bo życie jest sprawdzianem z rozumienia Bożej miłości.

    W ubiegłym roku w Zurychu, Lozannie i wielu innych miastach odbyła się największa wystawa Techniki XX i XXI wieku — „Expo 2002”. Kolorowe afisze, reklamy telewizyjne. Tłumy Szwajcarów wyruszały by ujrzeć „cuda techniki”. W każdym sklepie można było usłyszeć pytanie: Czy widziałeś już EXPO 2002? Kiedyś na jednym z kazań powiedziałem, że zachwycamy się cudami techniki, a tymczasem nie zastanawiamy się nad sferą duchową. EXPO 2002 nie było niczym innym jak tylko Wieżą Babel XXI wieku krzyczącą na cały kraj: „patrzcie co jesteśmy w stanie uczynić!!!” My ludzie, zawładnęliśmy techniką, pieniądzem, możliwościami. Być może dzięki temu niektórzy chcą stać się równymi Bogu. A tymczasem? Kiedy pojawia się jakaś choroba, np. rak, czy też gdy nadchodzi śmierć zdajemy sobie sprawę, że ani pieniądze, ani technika nie są w stanie nam pomóc. Coś co może nas trzymać przy życiu nie może zostać ujęte w kryteriach materialnych. Wiary i zaufania nie da się kupić, nie da się ich wyprodukować. Są one owocem miłości. I tak sobie myślę, że źródłem nieskończoności jest również miłość, czyli sam Bóg, jako nieskończona miłość. Myślę, że słowa Wincentego były aktualne zarówno w XIX wieku , ale są jeszcze bardziej „na czasie” w 200 lat później:

    Szukaj Boga
    A znajdziesz go
    Szukaj Boga
    We wszystkich dziełach
    A znajdziesz go w nich.
    Szukaj go zawsze
    A zawsze Go znajdziesz

    Gdy znajdziemy w naszym życiu Boga, prawdziwie go spotkamy, myślę, że wówczas odkryjemy tajemnicę nieskończoności i zaufania. Odkrywając te tajemnice poznajemy tym samym Boga, jego miłość i troskę, jaką nas otacza każdego dnia. Tajemnica nieskończoności, jest tajemnicą Boga, bo On jest nieskończony, On jest Bogiem Nieskończonej Miłości.

    Artur Marek Wójtowicz/Opoka.pl

    _____________________

    Zwiastun przyszłości – św. Wincenty Pallotti

    św. Wincenty Pallotti

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Powinniśmy zawsze zabiegać o to, aby dążyć nie tylko do własnego zbawienia, ale też do zbawienia innych. On prowadził wytężoną walkę o ocalenie dusz. Zawsze, gdy tylko trzeba było, znajdował się przy chorych, ubogich, był rekolekcjonistą, założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, które, jako pierwsze, do głoszenia Ewangelii i misji ewangelizacyjnych włączyło także świeckich.

    Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego naturalnego faktu: “w świecie ludzi świeckich, do tego czasu biernym, ospałym (…) istnieje wielka energia służenia dobru. Święty zapukał do sumienia świeckich, jak puka się do drzwi.” Oto tajemnica wielkości człowieka, którego nazwano “prekursorem” przyszłości, piewcą zasady “świętej współpracy” w Kościele.

    Wincenty Pallotti urodził się 21 kwietnia 1795 r. i pracował przez całe życie w Rzymie. Rodzina, z której się wywodził, była wielce pobożną i wielodzietną. Jego matka, Magdalena de Rossi, była pobożną tercjarką franciszkańską, a ojciec, Piotr Pallotti – zamożnym kupcem i żarliwym miłośnikiem różańca. Dlatego też po wielu latach, wspominając ich, dziękował Bogu za “świętych rodziców”. Swoją naukę podzielił na etapy prowadzące go do właściwego celu, jakim była służba dla Boga i ludzi. Zamykając etap pierwszy – podstawowy, wiedział już, jaką posługą będzie się zajmował, jednakże, aby być do tego gruntownie przygotowanym, zapisał się na studia filozoficzne, a potem teologiczne na papieskim uniwersytecie “Sapienza”, które uwieńczył podwójnym doktoratem. Został wyświęcony na kapłana w Rzymie 16 maja 1818 roku.

    Przechodzi to ludzkie wyobrażenie – pisze w swoim Dzienniku – że nieskończona dobroć Boża mojego ukochanego Ojca raczyła w zadziwiający sposób spojrzeć na mnie i wynieść mnie do zaszczytu kapłaństwa… Proszę wszystkie stworzenia, aby za mnie dziękowały Bogu za nieocenioną łaskę powołania… Proszę Boga, aby uczynił ze mnie niezmordowanego robotnika. O swoim powołaniu napisał: “Nie wezwał mnie Pan do czynienia tego wszystkiego, co na tym świecie dokonane być może; ja jednak pragnę czynić to, co bym czynił, gdybym był powołany do czynienia wszystkiego.”

    Jego charyzmat kapłański to dwie cechy: skupienie i aktywność. Gdy się modlił, oddawał świat Bogu, gdy szedł ulicą, niósł Boga światu. W początku kapłaństwa poświęcił się głównie młodzieży, wśród której pracował już podczas studiów, niosąc jej pomoc duchową i materialną. Przez 13 lat był ojcem duchownym w wyższym seminarium rzymskim oraz pełnił funkcję duszpasterza wojskowego w państwie kościelnym.

    Tworzył w tym czasie zaplecze dla swojego powołania do pracy z ludźmi, czyli szkoły wieczorowe, stowarzyszenia cechowe dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt. Pomysł Apostolstwa Katolickiego, które później założył, tkwił w nim od pierwszych dni młodości, jego serce zawsze było przepełnione pragnieniem ożywiania wiary i rozpalania miłości wśród wszystkich stanów społecznych. Pragnął doprowadzić do Boga wszystkich ludzi. 9 stycznia 1835 roku podczas odprawiania Mszy Świętej dostąpił oświecenia, a odpowiedzią na nie było założenie 4 kwietnia 1835 roku Apostolstwa Katolickiego, charakteryzującego się nowatorskim programem duszpasterskim, opartym na współpracy świeckich i duchownych. Apostolstwo miało spełniać zadanie animatora wszystkich dzieł katolickiego apostolatu.


    Wróćmy jeszcze do 9 stycznia: Wincenty poszedł ze swoim pomysłem do kard. Odescalchi, który wówczas był Wikariuszem Rzymu; kardynał bez chwili wahania udzielił “Pobożnemu Zjednoczeniu Apostolstwa Katolickiego” wszelkich błogosławieństw. Natomiast 11 lipca tegoż roku dzieło to zatwierdził papież Grzegorz XVI. Do dziś centralną część tego dzieła stanowią księża i bracia pallotyni oraz siostry pallotynki. Zgromadzenie to zostało zatwierdzone przez Stolicę Apostolską w roku 1904. Jego hasło przewodnie: każdy jest apostołem na miarę swojego stanu i możliwości. Ale to nie koniec pomysłów na aktywizację świeckich, jakie miał Wincenty Pallotti. Zainicjował on coś, co w jego rozumieniu było następną drogą do ewangelizacji świeckich przez świeckich: stał się prekursorem Akcji Katolickiej, która swój największy rozwój osiągnęła za czasów papieża Piusa XI.

    Dokonania Wincentego Pallottiego były tak wielkie i było ich tak wiele, że trudno wymienić wszystkie. Do najważniejszych należą:

    * Obchody uroczystej Oktawy Epifanii,
    * Kolegium Misyjne dla włoskich księży,
    * Zdobywanie liturgicznych naczyń, książek, dewocjonaliów, obrazów religijnych dla celów misyjnych,
    * Zapoczątkowanie w Rzymie Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary,
    * Opieka nad ofiarami cholery w roku 1837,
    * Założenie Domu Miłosierdzia “Pia Casa di Carita” dla sierot,
    * Założenie i prowadzenie szkół wieczorowych dla młodzieży Rzymu i Albano,
    * Druk i propagowanie książek, pocztówek i modlitewnych tekstów,
    * Organizowanie Misji Ludowych,
    * Czwartkowe Konferencje dla kleru,
    * Opieka nad kościołem Św. Ducha, a potem Najświętszego Zbawiciela na Fali,
    * Opieka nad żołnierzami w wojskowym szpitalu,
    * Troska o włoskich emigrantów i założenie dla nich świątyni w Londynie,
    * Kongregacja św. Zyty,
    * I nieustanne niesienie miłości wszystkim ludziom będącym w potrzebie.



    Wincenty Pallotti chciał być wszystkim dla wszystkich, pomagać i wspomagać, naprawiać i poprawiać wszystkie dusze; niejednokrotnie głodny, oderwany od posiłku, przebudzony ze snu, w strugach deszczu czy w wielkim skwarze spieszył do potrzebujących, którzy go wzywali, był niestrudzony. Jego największą miłością była “więcej niż Najukochańsza Matka”. W swoim dzienniku napisał: “Chciałbym zawsze miłować, czcić i uwielbiać Najukochańszą Matkę moją Maryję, i sprawić, by Ją miłowali, czcili i uwielbiali wszyscy z taką miłością, czcią i uwielbieniem, z jaką Ty, Przedwieczny Ojcze, miłowałeś Ją, czciłeś i uwielbiałeś jako swą Córkę, i kazałeś Ją nam miłować, czcić i uwielbiać; z taką miłością, czcią i uwielbieniem, z jaką Ty, Synu Boży, kochałeś, czciłeś Ją i uwielbiałeś jako Matkę swoją, i kazałeś nam Ją miłować, czcić i uwielbiać; z taką miłością, czcią i uwielbieniem, z jaką Ty, Duchu Święty Boże, kochałeś Ją, czciłeś i wielbiłeś jako Najczystszą Oblubienicę swoją, i kazałeś Ją miłować, czcić i uwielbiać.” Mając 37 lat obchodził Zaślubiny Duchowe z Matką Bożą, odczuwał, że Oblubienica przynosi mu w posagu pełnię swej łaski. Oblubienica jako Matka Boga powierza mu Syna, by przyjął Go jako swojego. “Niech Rajem mi będzie, o Boże mój, chwała Twa nieskończona, niezmierna, wieczna, niepojęta i na wieki trwająca, a także najwyższa chwała Najświętszej Maryi Dziewicy.”

    Zmarł 22 stycznia 1850 r. z powodu choroby, której nabawił się spowiadając w zimnym kościele, oddawszy swój płaszcz żebrakowi. W setną rocznicę śmierci został zaliczony w poczet błogosławionych przez Papieża Piusa XII, a 20 stycznia 1963 roku kanonizowany przez Papieża Jana XXIII w czasie trwania Soboru Watykańskiego II. Było to wyróżnienie i uznanie postaci Pallottiego, ale też znak i program dla samego Kościoła. Papież powiedział o świętym: “Święty Wincenty Pallotti jest jedną z najwybitniejszych postaci w działalności apostolskiej XIX wieku.” Apostolska duchowość, czyli dar “świętej współpracy”.

    Nie można działalności Świętego zamknąć w żadnym schemacie, łamał on dotychczasowe konwencje, kanony świętości, przedstawiał sobą “stare i nowe”, ascezę najdawniejszą i najnowszą. To Święty paradoksów. Bóg dał Pallottiemu możliwość poznania Boskiej nieskończonej Miłości i nieskończonego Miłosierdzia. Pallotti twierdził, że najgłębszym motywem Bożej działalności jest Jego nieskończona Miłość, a ludzie stworzeni na obraz i podobieństwo Boga mają możliwość osiągnięcia podstawowego celu życia poprzez nieustanne trwanie w miłości do Boga i bliźniego. Jan Paweł II w swoim orędziu z okazji dwusetnej rocznicy urodzin św. Wincentego Pallottiego, skierowanym (21 kwietnia 1995 r.) do Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego, napisał: “Wyrażam moją radość z podjętych inicjatyw mających na celu ożywienie szczególnego charyzmatu, który św. Założyciel zostawił jako dziedzictwo. Ten dar Ducha niech będzie pobudką dla każdego do odnowy życia duchowego i do zjednoczenia apostolskich wysiłków, aby wobec świata dawać świadectwo o obecności Boga żyjącego, który jest Miłością Nieskończoną (…). Aktualność tego przesłania ukazuje się w sposób oczywisty u progu trzeciego Tysiąclecia; zaiste, w świecie, który ryzykuje dechrystianizację, cóż bardziej znaczącego mogliby ofiarować członkowie Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, jeżeli nie aktywne zaangażowanie się w dzieło nowej ewangelizacji?”

    Piotr Blachowski/wiara.pl

    __________________________


    Św. Wincenty Pallotti SAC

    Święty kapłan (1795-1850)

    Urodził się w 21 kwietnia 1795 roku w Rzymie, w zamożnej kupieckiej rodzinie jako trzeci z dziesięciorga dzieci. Jego matka Magdalena, z domu de Rossi, była pobożną tercjarką franciszkańską, zajmowała się domem i strzegła dzieci przed zgubnym wpływem świata, uczyła czynów chrześcijańskiego miłosierdzia. Ojciec – Piotr Pallotti – jeśli tylko mógł słuchał kilku Mszy Świętych dziennie. Był też wielkim miłośnikiem różańca świętego. Mały Wincenty został ochrzczony następnego dnia po urodzeniu w kościele pw. św. Wawrzyńca in Damaso. Rodzice dbali o jego religijne wychowanie i pobożność – codziennie cała rodzina odmawiał choć cząstkę różańca.
    Od najmłodszych lat Wincenty odznaczał się pokorą, zamiłowaniem w umartwianiu i miłosierdziem. Wiele godzin spędzał na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem i posługiwał przy ołtarzu jako ministrant. 10 lipca 1801 roku przyjmuje bierzmowanie z rąk arcybiskupa Benedykta Fenaja, a w 1805 roku przyjmuje I Komunię Świętą. Uczył się w szkole oo. pijarów, był bardzo dobrym uczniem. Z tego czasu pochodzi historia o tym, jak małemu Wincentemu opornie szła nauka łaciny, korepetycje nie pomagały zbytnio, więc chłopiec postanowił szukać pomocy w modlitwie. Po nowennie do Ducha Świętego nastąpiła na tym polu znaczna poprawa. Przy tym był bardzo skromny, nagrody za postępy w nauce często sprzedawał, a pieniądze rozdawał biednym.

    W wieku 12 lat wybiera sobie ks. Bernardino Fazzini na stałego spowiednika i kierownika duchowego (będzie nim przez 30 lat, aż do śmierci w 1837 roku).

    W latach 1809-14 pobiera nauki w Kolegium Rzymskim, otrzymuje tonsurę i przyjmuje cztery niższe święcenia oraz zapisuje się do Bractwa Pięciu Ran Jezusa Chrystusa. Chciał zostać kapucynem, ale z powodu wątłego zdrowia nie mógł zrealizować swego powołania. W 1818 rozpoczyna studia filzofii i teologii na Uniwersytecie Sapienza. W czasie studiów zapisał się do Pobożnego Zjednoczenia Pawła Apostoła, Arcybractwa Najświętszego Sakramentu i nawiązał znajomość ze św. Kasprem del Buffalo. Dnia 21 września 1816 roku otrzymuje święcenia subdiakonatu z rąk kardynała Giulio Maria della Somaglia w Bazylice św. Jana na Lateranie. W listopadzie zapisał się do Trzeciego Zakonu: Trynitarzy Bosych, Karmelitów, św. Franciszka z Asyżu, św. Franciszka z Paoli, św. Dominika oraz do Bractwa Dobrej Śmierci. Dnia 20 września 1817 roku otrzymuje święcenia diakonatu z rąk kardynała Somaglia.

    mal. Bruno Zwiener

    ***

    Po skończeniu studiów otrzymał święcenia kapłańskie w wigilię Trójcy Przenajświętszej w dniu 16 maja 1818 roku w Bazylice św. Jana na Lateranie z rąk biskupa Kandyda Marii Frattini. Mszę Świętą prymicyjną odprawił w święto Trójcy Przenajświętszej, 17 maja, we Frascati w kościele del Gesu. W latach 1819-29 wykładał na uniwersytecie, w latach 1827-40 był ojcem duchownym w wyższym seminarium rzymskim. Zasłynął szybko jako spowiednik i kaznodzieja. Ryzykował własnym życiem pracując wśród chorych w czasie epidemii cholery. Właśnie na cholerę w 1837 roku zmarł jego przyjaciel św. Kaspar del Buffalo, św. Wincenty wysłuchał jego ostatniej spowiedzi.

    Czuł silne powołanie do niesienia nauki Chrystusa muzułmanom, silnie zakorzeniony w tradycji Kościoła i wielki obrońca wiary katolickiej.
    W dniu 9 stycznia 1835 roku miał widzenie, po którym czuł się zobowiązany, pod opieką Maryi Niepokalanie Poczętej i Królowej Apostołów, do założenia zgromadzenia pracującego nad zbawieniem dusz. Grzegorz XVI zatwierdził je 14 lipca 1835 roku, nadając liczne przywileje, które Pius XI pomnożył w 1847 roku. Pallotyni oprócz pracy nad własnym uświęceniem zajmowali się udzielaniem Sakramentów, uczeniem chłopców katechizmu, dawaniem rekolekcji i misji oraz nawracaniem niewiernych. Nosili czarne sutanny z pelerynką i rzymski kapelusz.

    Bardzo pragnął zjednoczenia Kościoła rzymskiego i wschodniego, oraz powrotu anglikanów do Kościoła. Zapoczątkował uroczyste obchodzenie oktawy święta Trzech Króli, od 1836 roku. Początkowo w kościele św. Ducha w Neapolu, później w kilku innych większych Kościołach, a od 1841 roku u św. Andrzeja de la Valle.
    Przed wspaniałą szopką odprawia się codziennie uroczystą Mszę Świętą, za każdym razem w innym obrządku wschodnim lub zachodnim w otoczeniu wychowanków różnych kolegiów narodowych. Każdego dnia oprócz trzech kazań po włosku, jest nadto kazanie w innym języku.

    Z pomocy Palottiego korzystali również w 1837 roku pierwsi zmartwychwstańcy –
    ks. Hieronim Kajsiewicz i ks. Piotr Semenenko (wiadomo o tym z listów ks. Kajsiewicza do Adama Mickiewicza).

    Założył liczne domy miłosierdzia, wieczorowe szkoły religii dla młodzieży, utworzył Kolegium Misyjne dla księży, zdobywał naczynia liturgiczne, szaty, obrazy, księgi i dewocjonalia dla celów misyjnych. Współtworzył Rzymskie Papieskie Towarzystwo Rozkrzewiania Wiary zajmującego się między innymi drukiem i propagowaniem książek religijnych, obrazków i tekstów modlitewnych.

    Maska pośmiertna św. Wincentego

    Zmarł 22 stycznia 1850 roku około godz. 21.45 w swoim domu przy kościele
    p.w. Świętego Zbawiciela na falach (San Salvatore in Onda), z powodu ciężkiego przeziębienia, którego nabawił się zimnej i deszczowej nocy, gdy oddał swój płaszcz biedakowi. Został pochowany 25 stycznia w krypcie kościoła Świętego Zbawiciela.

    Sarkofag z relikwiami św. Wincentego Pallottiego

    Kościół San Salvatore in Onda, Rzym

    ***

    Dnia 13 stycznia 1887 roku rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny. Papież Pius XI dnia 24 stycznia 1932 roku zatwierdził dekret o heroiczności jego cnót, został beatyfikowany 22 stycznia 1950 roku przez papieża Piusa XII, a kanonizowany przez papieża Jana XXIII 20 stycznia 1963 roku. Za cud potrzebny do kanonizacji Palottiego uznano uzdrowienie generała pallotynów ks. Wojciecha Turowskiego w 1950 roku.

    Ciało Świętego po raz pierwszy wydobyto w roku 1906, nietknięte i wydzielające piękną woń. Po raz drugi w 1950 roku, aby umieścić je pod głównym ołtarzem w kościele Świętego Zbawiciela na falach, na twarz nałożono odlew w postaci maski pośmiertnej.

    Pokój św. Wincentego Pallottiego

    Mieszkał tam od lutego 1846 aż do śmierci

    ***

    Konstytucje zgromadzenia pallotynów zatwierdził Pius XI 22 stycznia 1904 roku, początkowo z sześcioletnim okresem próbnym. Pierwsze domy w Polsce otwarto
    w listopadzie 1907 roku Jajkowcach w diecezji lwowskiej i w Kleczy w diecezji krakowskiej.

    Patron:
    Papieskiej Unii Misyjnej.

    Ikonografia:
    Przedstawiany zw sutannie pallotyńskiej z krzyżem, wizerunkiem Matki Bożej Miłości lub księgą.

    Cytat:
    Poświęcić się apostolstwu chrześcijańskiemu znaczy zrozumieć naprawdę sens życia ludzkiego. Znaczy również opierać własne życie na wielkich, powszechnych
    i nadprzyrodzonych ideałach.

    Powinniśmy pomagać duszom czyśćcowym, gdyż domaga się tego miłość, a niesienie pomocy stanowi heroiczny akt chrześcijańskiej miłości. Święty Sobór Trydencki zwraca nam uwagę, że duszom w czyśćcu możemy pomagać szczególnie przez Najświętszą Ofiarę. A jak bardzo możemy ulżyć cierpieniom tych dusz przez posty
    i umartwienia, jak bardzo pocieszyć je możemy przez zdobywanie odpustów, tego cichym, lecz wymownym świadectwem jest wielka zapobiegliwość papieży
    w nadawaniu odpustów, które można uzyskać na rzecz dusz czyśćcowych.

    Kazanie o duszach czyśćcowych z 1815 roku.

    Kto jest z Bogiem, zawsze czuje się dobrze, a im bardziej wzmaga się klęska, tym bardziej naglący staje się powód, aby jeszcze ściślej zjednoczyć się z Bogiem.

    Ecce Homo

    Rzeźba wykonana na polecenie św. Wincentego

    Dzieła:
    “Bóg Miłość Nieskończona”
    “Listy. Lata 1816-1833”
    “Świętość w służbie apostolstwa”
    “Wybór pism” tom I-IV

    Lektury:
    ks. Franciszek Bogdan “Na drogach nieskończoności. Życie i spuścizna duchowa św. Wincentego Palottiego”

    ze strony: Święci Pańscy

     .

    ***


    21 stycznia

    Święta Agnieszka, dziewica i męczennica



    Agnieszka była w starożytności jedną z najbardziej popularnych świętych. Piszą o niej św. Ambroży, św. Hieronim, papież św. Damazy, papież św. Grzegorz I Wielki i wielu innych. Jako 12-letnia dziewczynka, pochodząca ze starego rodu, miała ponieść męczeńską śmierć na stadionie Domicjana około 305 roku. Na miejscu “świadectwa krwi” dzisiaj jest Piazza Navona – jedno z najpiękniejszych i najbardziej uczęszczanych miejsc Rzymu. Tuż obok, nad grobem męczennicy, wzniesiono bazylikę pod jej wezwaniem, w której 21 stycznia – zgodnie ze starym zwyczajem – poświęca się dwa białe baranki.
    Według przekazów o rękę Agnieszki, która złożyć miała wcześniej ślub czystości, rywalizowało wielu zalotników, a wśród nich pewien młody rzymski szlachcic oczarowany jej urodą. Ona jednak odrzuciła wszystkich, mówiąc, że wybrała Małżonka, którego nie potrafią zobaczyć oczy śmiertelnika. Zalotnicy, chcąc złamać jej upór, oskarżyli ją, że jest chrześcijanką. Doprowadzona przed sędziego nie uległa ani łagodnym namowom, ani groźbom. Rozniecono ogień, przyniesiono narzędzia tortur, ale ona przyglądała się temu z niewzruszonym spokojem.
    Wobec tego odesłano ją do domu publicznego, ale jej postać budziła taki szacunek, że żaden z grzesznych młodzieńców odwiedzających to miejsce nie śmiał się zbliżyć do niej. Jeden, odważniejszy niż inni, został nagle porażony ślepotą i upadł w konwulsjach. Młoda Agnieszka wyszła z domu rozpusty niepokalana i nadal była czystą małżonką Chrystusa.
    Zalotnicy znów zaczęli podburzać sędziego. Bohaterska dziewica została wtedy rzucona w ogień, ale kiedy wyszła z niego nietknięta, skazano ją na ścięcie. “Udała się na miejsce kaźni – mówi św. Ambroży – szczęśliwsza niż inne, które szły na swój ślub”. Wśród powszechnego płaczu ścięto jej głowę. Poszła na spotkanie Nieśmiertelnego małżonka, którego ukochała bardziej niż życie.

    Święta Agnieszka

    Agnieszka jest patronką dzieci, panien i ogrodników. Według legendy św. Agnieszka, całkowicie obnażona na stadionie, została rzucona na pastwę spojrzeń tłumu. Za sprawą cudu okryła się płaszczem włosów. Imię Agnieszki jest wymieniane w I Modlitwie Eucharystycznej – Kanonie rzymskim. Artyści przedstawiają Agnieszkę z barankiem, gdyż łacińskie imię Agnes wywodzi się zapewne od łacińskiego wyrazu agnus – baranek. Dlatego powstał zwyczaj, że w dzień św. Agnieszki poświęca się baranki hodowane przez trapistów w rzymskim opactwie Tre Fontane (znajdującym się w miejscu ścięcia św. Pawła), a następnie przekazuje się je siostrom benedyktynkom z klasztoru przy kościele św. Cecylii na Zatybrzu. Z ich wełny zakonnice wyrabiają paliusze, które papież nakłada co roku 29 czerwca (w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła) świeżo mianowanym metropolitom Kościoła katolickiego.
    W ikonografii św. Agnieszkę przedstawia się z barankiem mającym nimb lub z dwiema koronami – dziewictwa i męczeństwa. Nieraz obok płonie stos, na którym próbowano ją spalić. Jej atrybutami są ponadto: gałązka palmowa, kość słoniowa, lampka oliwna, lilia, miecz, zwój. W sztuce wschodniej św. Agnieszka przedstawiana jest w szatach żółtych (a nie czerwonych, jak męczennicy) i z krzyżem męczeńskim w ręce.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    20 stycznia

    Święty Sebastian, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Fabian, papież i męczennik
      •  Święta Eustachia Calafato, dziewica
      •  Błogosławiony Euzebiusz z Ostrzyhomia, prezbiter
      •  Błogosławiony Angelo Paoli, prezbiter
    Święty Sebastian

    Informacji o Sebastianie dostarcza nam Opis męczeństwa nieznanego autora z roku 354 oraz komentarz św. Ambrożego do Psalmu 118. Według tych dokumentów ojciec Sebastiana miał pochodzić ze znakomitej rodziny urzędniczej w Narbonne (Galia), matka zaś miała pochodzić z Mediolanu. Staranne wychowanie i stanowisko ojca miało synowi utorować drogę na dwór cesarski. Miał być przywódcą gwardii cesarza Marka Aurelego Probusa (276-282).
    Według św. Ambrożego Sebastian był dowódcą przybocznej straży samego Dioklecjana. Za to, że mu wypomniał okrucieństwo wobec niewinnych chrześcijan, miał zostać przeszyty strzałami. “Dioklecjan kazał żołnierzom przywiązać go na środku pola do drzewa i zabić strzałami z łuków. Tyle strzał tedy utkwiło w nim, że podobny był do jeża, a żołnierze przypuszczając, że już nie żyje, odeszli” – zapisał bł. Jakub de Voragine OP w swojej średniowiecznej “Złotej legendzie”.
    Na pół umarłego odnalazła go pewna niewiasta, Irena, i swoją opieką przywróciła mu zdrowie. Sebastian, gdy tylko powrócił do sił, miał ponownie udać się do cesarza i zwrócić mu uwagę na krzywdę, jaką wyrządzał niewinnym wyznawcom Chrystusa. Wtedy Dioklecjan kazał go zatłuc pałkami, a jego ciało wrzucić do Cloaca Maxima. Wydobyła je stamtąd i pochowała ze czcią w rzymskich katakumbach niewiasta Lucyna. Był to prawdopodobnie rok 287 lub 288.
    Św. Sebastian cieszył się tak wielką czcią w całym Kościele, że należał do najbardziej znanych świętych. Rzym uczynił go jednym ze swoich głównych patronów. Papież Eugeniusz II (824-827) podarował znaczną część relikwii św. Sebastiana św. Medardowi do Soissons (biskupowi z terenów obecnej Francji). Relikwię głowy Świętego papież Leon IV (+ 855) podarował dla bazyliki w Rzymie pod wezwaniem “Czterech Koronatów”, która znajduje się w pobliżu Koloseum. Św. Sebastiana zaliczano do grona Czternastu Wspomożycieli. Nad grobem męczennika wybudowano kościół pod jego wezwaniem – to obecna bazylika św. Sebastiana za Murami (San Sebastiano fuori le Mura), gdzie spoczywają jego relikwie. W miejscu męczeństwa powstał drugi kościół, bazylika św. Sebastiana na Palatynie (San Sebastiano al Palatino). W bazylice św. Piotra w Watykanie znajduje się kaplica św. Sebastiana, która obecnie jest miejscem spoczynku św. Jana Pawła II.
    Sebastian jest patronem Niemiec, inwalidów wojennych, chorych na choroby zakaźne, kamieniarzy, łuczników, myśliwych, ogrodników, rusznikarzy, strażników, strzelców, rannych i żołnierzy. Poświęcono mu liczne i wspaniale dzieła. Jego męczeństwo natchnęło wielu artystów – malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy i muzyków tej miary, co Messina, Rubens, Veronese, Ribera, Guido Reni, Giorgetti, Debussy.
    W ikonografii przedstawiany jest w białej tunice lub jako piękny obnażony młodzieniec, przywiązany do słupa albo drzewa, przeszyty strzałami. Czasami u jego nóg leży zbroja. Na starochrześcijańskiej mozaice w kościele św. Piotra w Okowach w Rzymie ukazany jest jako człowiek stary z białą brodą, w uroczystym dworskim stroju. Atrybuty Świętego: krucyfiks, palma męczeństwa, włócznia, miecz, tarcza, dwie strzały w dłoniach, przybity wyrok śmierci nad głową.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    19 stycznia

    Święty Józef Sebastian Pelczar, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
      •  Święty Mariusz, męczennik
      •  Błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
      •  Święty Makary Wielki, opat
      •  Święty Kanut Leward, król i męczennik
    Święty Józef Sebastian Pelczar

    Józef urodził się 17 stycznia 1842 roku w Korczynie koło Krosna, w rodzinie Wojciecha i Marianny, średniozamożnych rolników. Jeszcze przed urodzeniem został ofiarowany Najświętszej Maryi Pannie przez swoją pobożną matkę. Ochrzczony został w dwa dni po urodzeniu. Wzrastał w głęboko religijnej atmosferze. Od szóstego roku życia był ministrantem w kościele parafialnym. Po ukończeniu szkoły w Korczynie kontynuował naukę w Rzeszowie. Zdał egzamin dojrzałości w 1860 roku i wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. 17 lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. Podjął pracę jako wikariusz w Samborze. W 1865 r. został skierowany na studia w Kolegium Polskim w Rzymie, na których uzyskał doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. Oddawał się w tym czasie głębokiemu życiu wewnętrznemu i zgłębiał dzieła ascetyków. Zaowocowało to jego pracą zatytułowaną Życie duchowe, czyli doskonałość chrześcijańska. Przez dziesiątki lat służyła ona zarówno kapłanom, jak i osobom świeckim.
    Po powrocie do kraju w październiku 1869 r. został wykładowcą teologii pastoralnej i prawa kościelnego w seminarium przemyskim, a w latach 1877-1899 był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obok zajęć uniwersyteckich był również znakomitym kaznodzieją, zajmował się też działalnością kościelno-społeczną. Odznaczał się gorliwością i szczególnym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu, do Serca Bożego i Najświętszej Maryi Panny, czemu dawał wyraz w swej bogatej pracy pisarskiej i kaznodziejskiej. Podczas pobytu w Krakowie blisko związany był z franciszkanami konwentualnymi, mieszkał przez siedem lat w klasztorze przy ul. Franciszkańskiej. Wówczas wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, a profesję zakonną złożył w Asyżu, przy grobie Biedaczyny.
    W trosce o najbardziej potrzebujących oraz o rozszerzenie Królestwa Serca Bożego w świecie założył w Krakowie w 1894 r. Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek).
    W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a 17 grudnia 1900 r. ordynariuszem diecezji przemyskiej. Jako gorliwy arcypasterz dbał o świętość diecezji. Był mężem modlitwy, z której czerpał natchnienie i moc do pracy apostolskiej. Ubodzy i chorzy byli zawsze przedmiotem jego szczególnej troski. Jego rządy były czasem wielkiej troski o podniesienie poziomu wiedzy duchowieństwa i wiernych. W tym celu często gromadził księży na zebrania i konferencje oraz pisał wiele listów pasterskich. Popierał bractwa i sodalicję mariańską. Przeprowadził także reformę nauczania religii w szkołach podstawowych. Z jego inicjatywy powstał w diecezji Związek Katolicko-Społeczny. Zwiększył o 57 liczbę placówek duszpasterskich. Dzięki pomocy biskupa sufragana Karola Fischera dokonywał często wizytacji kanonicznych w parafiach.
    W 1901 roku powołał do życia redakcję miesięcznika Kronika Diecezji Przemyskiej. W 1902 roku urządził bibliotekę i muzeum diecezjalne, założył Małe Seminarium i odnowił katedrę przemyską. Jako jedyny biskup w tamtych czasach, pomimo zaborów, odważył się w 1902 roku zwołać synod diecezjalny po 179 latach przerwy, aby oprzeć działalność duszpasterską na mocnym fundamencie prawa kościelnego. Wśród tych wszechstronnych zajęć przez cały czas prowadził także działalność pisarską. Posiadał rzadką umiejętność doskonałego wykorzystywania czasu. Każdą chwilę umiał poświęcić dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Był ogromnie pracowity, systematyczny i roztropny w podejmowaniu ważnych przedsięwzięć, miał doskonałą pamięć. Oszczędny dla siebie, hojnie wspierał wszelkie dobre i potrzebne inicjatywy.
    Zmarł w Przemyślu 28 marca 1924 roku w opinii świętości. Beatyfikowany został w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku przez św. Jana Pawła II. Papież podczas homilii mówił wtedy m.in.:Święci i błogosławieni stanowią żywy argument na rzecz tej drogi, która wiedzie do królestwa niebieskiego. Są to ludzie – tacy jak każdy z nas – którzy tą drogą szli w ciągu swego ziemskiego życia i którzy doszli. Ludzie, którzy życie swoje budowali na skale, na opoce, jak to głosi psalm: na skale, a nie na lotnym piasku (por. Ps 31, 3-4). Co jest tą skałą? Jest nią wola Ojca, która wyraża się w Starym i Nowym Przymierzu. Wyraża się w przykazaniach Dekalogu. Wyraża się w całej Ewangelii, zwłaszcza w Kazaniu na górze, w ośmiu błogosławieństwach. Święci i błogosławieni to chrześcijanie w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana.

    18 maja 2003 r. św. Jan Paweł II kanonizował Józefa Sebastiana Pelczara razem z bł. Urszulą Ledóchowską. Powiedział wtedy:

    Święty Józef Sebastian Pelczar - obraz kanonizacyjny

    Dewizą życia biskupa Pelczara było zawołanie: “Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez niepokalane ręce Najświętszej Maryi Panny”. To ono kształtowało jego duchową sylwetkę, której charakterystycznym rysem jest zawierzenie siebie, całego życia i posługi Chrystusowi przez Maryję.
    Swoje oddanie Chrystusowi pojmował nade wszystko jako odpowiedź na Jego miłość, jaką zawarł i objawił w sakramencie Eucharystii. “Zdumienie – mówił – musi ogarnąć każdego, gdy pomyśli, że Pan Jezus, mając odejść do Ojca na tron chwały, został z ludźmi na ziemi. Miłość Jego wynalazła ten cud cudów, (…) ustanawiając Najświętszy Sakrament”. To zdumienie wiary nieustannie budził w sobie i w innych. Ono prowadziło go też ku Maryi. Jako biegły teolog nie mógł nie widzieć w Maryi Tej, która “w tajemnicy Wcielenia antycypowała także wiarę eucharystyczną Kościoła”; Tej, która nosząc w łonie Słowo, które stało się Ciałem, w pewnym sensie była “tabernakulum” – pierwszym “tabernakulum” w historii (por. encyklika Ecclesia de Eucharistia, 55). Zwracał się więc do Niej z dziecięcym oddaniem i z tą miłością, którą wyniósł z domu rodzinnego, i innych do tej miłości zachęcał. Do założonego przez siebie Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego pisał: “Pośród pragnień Serca Jezusowego jednym z najgorętszych jest to, by Najświętsza Jego Rodzicielka była czczona od wszystkich i miłowana, raz dlatego, że Ją Pan sam niewypowiedzianie miłuje, a po wtóre, że Ją uczynił Matką wszystkich ludzi, żeby Ona swą słodkością pociągała do siebie nawet tych, którzy uciekają od świętego Krzyża, i wiodła ich do Serca Boskiego”.
    Relikwie św. Józefa Sebastiana Pelczara znajdują się w przemyskiej katedrze. W szczególny sposób święty biskup jest czczony w krakowskim kościele sercanek, gdzie znajduje się poświęcona mu kaplica.
    W ikonografii św. Józef Pelczar przedstawiany jest w stroju biskupim.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    18 stycznia

    Błogosławiona Regina Protmann, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata Węgierska, dziewica
    Błogosławiona Regina Protmann

    Regina Protmann urodziła się w 1552 r. w Braniewie. W domu rodzinnym wzrastała w atmosferze szczególnej wierności dla religii katolickiej. Od młodych lat pozostawała pod kierownictwem duchowym jezuitów i należała do założonej przez nich Sodalicji Mariańskiej. Wyróżniała się urodą, bystrością umysłu, mądrością, roztropnością. Była wrażliwa na potrzeby i cierpienia bliźnich.
    Kiedy na Warmii wybuchła dżuma, dziewiętnastoletnia Regina, pobudzona łaską Bożą, opuściła dom rodzinny, by poświęcić się służbie Bogu i ludziom. Przez 12 lat wraz z towarzyszkami, które pociągnęła za sobą, oddawała się cichej pracy charytatywnej przy parafii. Żyła w wielkim ubóstwie. Dawała współsiostrom przykład gorliwego realizowania charyzmatu, opiekując się chorymi po domach, ucząc dzieci zasad chrześcijańskiego życia oraz podstaw czytania i pisania, a także troszcząc się o szaty liturgiczne w kościele. W 1583 r. założyła nowe zgromadzenie zakonne i przy pomocy swego spowiednika napisała regułę, zatwierdzoną przez biskupa warmińskiego Marcina Kromera. Nową wspólnotę zakonną powierzyła św. Katarzynie Aleksandryjskiej, patronce kościoła parafialnego w Braniewie. Siostrom katarzynkom, bo tak je nazywano, jako główne zadanie wskazała posługę chorym, zarówno w domach prywatnych, jak i w przytułkach, oraz wychowanie dzieci i młodzieży. Z biegiem lat zgromadzenie rozwijało swój apostolat, inspirowane jej przykładem i czułą opieką. Regina sama starała się żyć heroicznie, wierna dewizie: “Jak Bóg chce”, a Jego wolę uczyniła swoim codziennym chlebem.
    Świątobliwe życie zakończyła wśród swoich sióstr w Braniewie 18 stycznia 1613 r. Zarówno za życia, jak i w chwili śmierci otaczała ją sława świętości, która mimo niekorzystnych warunków przetrwała wieki, aż do naszych czasów.
    Ideał służby Bogu i bliźniemu, ukazany przez bł. Reginę, dzięki założonemu przez nią Zgromadzeniu Sióstr św. Katarzyny, pozostaje wciąż żywy i przynosi błogosławione owoce.Podczas beatyfikacji Reginy Protmann św. Jan Paweł II mówił o niej w Warszawie 13 czerwca 1999 r. m.in.: Błogosławiona Regina Protmann, pochodząca z Braniewa założycielka Zgromadzenia Sióstr św. Katarzyny, oddała się całym sercem dziełu odnowy Kościoła na przełomie XVI i XVII stulecia. Jej działalność, płynąca z umiłowania Pana Jezusa ponad wszystko, przypadła na czasy po Soborze Trydenckim. Czynnie włączyła się w posoborową reformę Kościoła, wielkodusznie pełniąc pokorne dzieło miłosierdzia. Żarliwa miłość przynaglała ją do pełnienia woli Ojca Niebieskiego, na wzór Syna Bożego. Nie lękała się podejmować krzyż codziennej służby, dając świadectwo Chrystusowi zmartwychwstałemu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    17 stycznia

    Święty Antoni, opat

    Święty Antoni i św. Paweł z Teb

    Antoni (zwany później Wielkim) urodził się w Środkowym Egipcie w 251 r. Miał zamożnych i religijnych rodziców, których jednak wcześnie stracił (w wieku 20 lat). Po ich śmierci, kierując się wskazaniem Ewangelii, sprzedał ojcowiznę, a pieniądze rozdał ubogim. Młodszą siostrę oddał pod opiekę szlachetnym paniom, zabezpieczając jej byt materialny. Sam zaś udał się na pustynię w pobliżu rodzinnego miasta. Tam oddał się pracy fizycznej, modlitwie i uczynkom pokutnym. Podjął życie pełne umartwienia i milczenia. Nagła zmiana trybu życia kosztowała go wiele wyrzeczeń, a nawet trudu. Jego żywot, spisany przez św. Atanazego, głosi, że Antoni musiał znosić wiele jawnych ataków ze strony szatana, który go nękał, jawiąc mu się w różnych postaciach. Doznawał wtedy umacniających go wizji nadprzyrodzonych.
    Początkowo Antoni mieszkał w grocie. Około 275 r. przeniósł się na Pustynię Libijską. Dziesięć lat później osiadł w ruinach opuszczonej fortecy Pispir na prawym brzegu Nilu. Miał dar widzenia rzeczy przyszłych. Słynął ze świętości i mądrości. Walki wewnętrzne, jakie ze sobą stoczył, stały się później ulubionym tematem malarzy (H. Bosch, M. Grünewald) i pisarzy (G. Flaubert, A. France).

    Święty Antoni Pustelnik

    Jego postawa znalazła wielu naśladowców. Sława i cuda sprawiły, że zaczęli ściągać uczniowie, pragnący poddać się jego duchowemu kierownictwu. Po wielu sprzeciwach zdecydował się ich przyjąć i odtąd oaza Faium na pustyni zaczęła zapełniać się rozrzuconymi wokół celami eremitów (miało ich być około 6000). Owe wspólnoty pustelników nazwano laurami. Wśród pierwszych uczniów Antoniego znalazł się św. Hilarion.
    W 311 r. Antoni gościł w Aleksandrii, wspierając duchowo prześladowanych przez cesarza Maksymiana chrześcijan. Spotkał się wówczas ze św. Aleksandrem, biskupem tego miasta i męczennikiem. Następnie, ok. 312 roku, udał się do Tebaidy, gdzie w grocie w okolicy Celzum, w górach odległych ok. 30 km od Nilu, spędził ostatnie lata życia. Stąd właśnie wybrał się do Teb, gdzie odwiedził św. Pawła Pustelnika. W latach 334-335 ponownie udał się do Aleksandrii. W roku 318 wystąpił tam bowiem z błędną nauką kapłan Ariusz. Znalazł on wielu zwolenników. Zatroskany o czystość wiary, żyjący jeszcze św. Aleksander zwołał synod, na którym około stu biskupów potępiło naukę Ariusza. Znalazł on jednak potężnych protektorów, nawet w samym cesarzu Konstantynie Wielkim, a przede wszystkim w jego następcy – Konstancjuszu, który rozpoczął bezwzględną walkę z przeciwnikami arianizmu. Dla ustalenia, po czyjej stronie jest prawda, Antoni udał się do Aleksandrii, gdzie biskupem był wówczas św. Atanazy. Po rozmowach z nim stał się żarliwym obrońcą czystości wiary wśród swoich uczniów.
    Cieszył się wielkim poważaniem. Korespondował m.in. z cesarzem Konstantynem Wielkim i jego synami. Zachowane listy Antoniego do mnichów zawierają głównie nauki moralne – szczególny nacisk kładzie w nich na poszukiwanie indywidualnej drogi do doskonałości, wsparte lekturą Pisma św.

    Święty Antoni Pustelnik

    Według podania św. Antoni zmarł 17 stycznia 356 roku w wieku 105 lat. Życie św. Antoniego było przykładem dla wielu nie tylko w Egipcie, ale i w innych stronach chrześcijańskiego świata. Jego kult rychło rozprzestrzenił się na całym Wschodzie. W roku 561 cesarz Justynian I przeniósł uroczyście jego relikwie do Aleksandrii. W roku 635 przeniesiono je do Konstantynopola. W wieku XII krzyżowcy zabrali je stamtąd do Francji do Monte-Saint-Didier, a w roku 1491 do Saint Julien koło Arles. Antoni jest patronem zakonu antoninów (powstałego w XII w. dla obsługi pielgrzymów przybywających do grobu św. Antoniego), dzwonników, chorych, hodowców trzody chlewnej (według legendy uzdrowił niewidome prosię), koszykarzy, rzeźników, szczotkarzy i ubogich. Orędownik w czasie pożarów. W ciągu wieków wzywano go podczas epidemii oraz chorób skórnych. Ku czci św. Antoniego Pustelnika wyrabiano krzyżyki w formie tau. Ku jego czci poświęcano również ogień, by chronił bydło od zarazy zwanej “ogniem”.
    W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest jako pustelnik, czasami w długiej szacie mnicha. Szczególne zainteresowanie artystów budził temat kuszenia św. Antoniego. Jego atrybutami są: jeden, dwa lub trzy diabły, diabeł z pucharem, dzwonek, dzwonek i laska, krzyż egipski w kształcie litery tau, księga reguły monastycznej, lampa, lampka oliwna, laska, lew kopiący grób, pochodnia, świnia, pod postacią której kusił go szatan, źródło.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    16 stycznia

    Święci Berard i Towarzysze,
    pierwsi męczennicy franciszkańscy

    Zobacz także:
      •  Święty Marceli I, papież i męczennik
      •  Święta Joanna z Balneo, dziewica
      •  Święty Honorat, biskup
    Święci Berard i Towarzysze

    W 1219 roku podczas drugiej kapituły generalnej zakonu św. Franciszek z Asyżu wysłał sześciu braci w podróż misyjną do północnej Afryki, aby głosili Ewangelię muzułmanom. W tym gronie było czterech kapłanów – Berard z Carbio (wstąpił do zakonu w 1213 r.), Witalis, Piotr i Otto – oraz dwaj bracia zakonni – Akursjusz i Adjut. Witalis, przełożony braci, w trakcie podróży zachorował i musiał pozostać w Hiszpanii.
    Pozostali bracia podczas próby głoszenia Ewangelii w meczecie w Sewilli zostali aresztowani i zaprowadzeni przed oblicze emira. Starali się nakłonić go do przyjęcia chrztu, ten jednak nakazał ich ściąć. Wkrótce zmienił jednak zdanie i pozwolił im kontynuować podróż.
    Misjonarze dotarli do Maroka. Chociaż spośród nich tylko Berard znał język arabski, odważnie głosili Ewangelię. Stanęli przed obliczem sułtana Miramolina, próbując także jego przekonać do przyjęcia chrztu. Władca nakazał im opuszczenie kraju. Ponieważ bracia nie podporządkowali się rozkazowi, zostali uwięzieni w Marrakeszu. Poprzez groźby i tortury nakłaniano ich do wyrzeczenia się wiary; próby te pozostały nieskuteczne.
    16 stycznia 1220 roku sułtan, w przypływie gniewu, ściął pięciu braci franciszkanów swoim bułatem. W ten sposób stali się oni pierwszymi męczennikami zakonu założonego przez św. Franciszka, jeszcze za jego życia. Ich ciała przewieziono do Koimbry w Portugalii. W ich pogrzebie brał udział pewien pobożny kapłan, znany dziś powszechnie jako św. Antoni z Padwy. Kanonizacji męczenników dokonał w 1481 r. papież Sykstus IV.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    15 stycznia

    Święty Paweł z Teb, pustelnik

    Zobacz także:
      •  Święci Maur i Placyd, uczniowie św. Benedykta
      •  Święty Arnold Janssen, prezbiter
      •  Święci Franciszek de Capillas, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy chińscy
      •  Błogosławiony Alojzy Variara, prezbiter
    Święty Paweł Pustelnik i św. Antoni

    Paweł urodził się w Tebach – starożytnej stolicy faraonów – w 228 r. Za jego czasów Teby były już tylko małą wioską. Pierwsze lata spędził szczęśliwie w domu rodzinnym. Odebrał bardzo staranne wychowanie, biegle władał greką i egipskim. Wcześnie stracił rodziców i odziedziczył po nich pokaźny majątek. Gdy miał ok. 20 lat, w 250 r. rozpoczęły się prześladowania Decjusza. Dowiedziawszy się, że jego szwagier-poganin, chcący przejąć jego bogactwa, planuje wydać go w ręce prześladowców, Paweł porzucił wszystko, co posiadał, odszedł na pustkowie i zamieszkał w jaskini. Prześladowanie trwało krótko, bo zaledwie dwa lata, ale Paweł tak dalece zasmakował w ciszy pustyni, że postanowił tam pozostać na zawsze. Jako pustelnik spędził samotnie 90 lat!

    Święty Paweł Pustelnik

    Przez cały ten czas zanosił do Boga swe gorące modlitwy, żywiąc się tylko daktylami i połówką chleba, którą codziennie przynosił mu kruk. Kiedy był bliski śmierci, odwiedził go św. Antoni, pustelnik. Tego dnia kruk miał przynieść Pawłowi cały bochenek. Nagość swego ciała od znoju i chłodu chronił Paweł jedynie palmowymi liśćmi. Legenda ta znalazła swoje odbicie w herbie zakonu paulinów, którzy obrali sobie św. Pawła Pustelnika za swojego głównego patrona: kruk na palmie z bochenkiem chleba.
    Zmarł mając 113 lat w 341 r. Miał oddać Bogu ducha, spoczywając na rękach św. Antoniego. Kiedy ten był w kłopocie, jak wykopać grób dla przyjaciela, według podania miały zjawić się dwa lwy i ten grób wykopać. Dwa lwy znalazły się dlatego również w herbie paulinów. Zakon paulinów czci św. Pawła jako swego patrona; czcią darzą go także piekarze i tkający dywany.
    W ikonografii św. Paweł Pustelnik przedstawiany jest w tkanej sukni z liści palmowych. Jego atrybuty: kruk, kruk z chlebem w dziobie, lew kopiący grób, przełamany chleb.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    14 stycznia

    Błogosławiony Piotr Donders, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Odoryk z Pordenone, prezbiter
      •  Święty Feliks z Noli, prezbiter
    Błogosławiony Piotr Donders

    Piotr Donders (po niderlandzku: Peerke Norbertus Donders) urodził się 27 października 1809 roku w Tilburgu w Holandii w rodzinie Arnolda Denis Dondersa i Petronili von den Brekel. Ze względu na trudną sytuację materialną, nie mógł chodzić do szkoły – musiał pracować w fabryce. Jednak dzięki pomocy duchownych z parafii, Piotr w wieku 20 lat mógł rozpocząć naukę w seminarium. 5 czerwca 1841 r. przyjął święcenia kapłańskie.
    Przełożeni skierowali go do pracy na misjach w holenderskiej kolonii w Surinamie (Ameryka Południowa). Piotr przybył tam we wrześniu 1842 r. i niezwłocznie podjął pracę duszpasterską. Jego praca polegała na docieraniu do pracowników plantacji położonych wzdłuż rzek, głoszeniu im Ewangelii i sprawowaniu sakramentów. W swoich listach wielokrotnie dawał wyraz oburzeniu z powodu brutalnego traktowania ludności afrykańskiej, zmuszanej do niewolniczej pracy. W ciągu ośmiu lat ochrzcił około 1200 osób.
    Podczas epidemii w 1851 r., angażując się w pomoc cierpiącym, sam padł ofiarą choroby. Zanim wrócił do zdrowia, podjął na nowo wysiłki duszpasterskie. W 1856 r. został przeniesiony do Batavi, gdzie mieszkało około 600 trędowatych. Z krótkimi przerwami pracował wśród nich do końca życia. Sam próbował ich leczyć, nie mogąc liczyć na pomoc ze strony władz. Dzięki nieustannym wysiłkom udało mu się poprawić warunki życia swoich podopiecznych. Kiedy w 1866 r. do Surinamu przybyli na misje redemptoryści, Piotr Donders poprosił o przyjęcie do Zgromadzenia.
    Rok później złożył pierwsze śluby zakonne. Swą uwagę skierował odtąd w stronę Indian Surinamu. Nauczył się ich języków, a potem zaczął przekazywać im prawdy wiary. W roku 1883 wikariusz apostolski, chcąc mu ulżyć w ciężkich obowiązkach, przeniósł go do Paramirabo, a następnie do Coronie. Jednak dwa lata później Piotr wrócił do Batavi. W grudniu 1886 r. zaczął chorować.
    Zmarł 14 stycznia 1887 r. w Batavii w Surinamie. Został pochowany w katedrze świętych Piotra i Pawła w Paramaribo (stolicy Surinamu). Kiedy sława jego świętości rozeszła się poza granice Surinamu i rodzinnej Holandii, rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Do grona błogosławionych włączył go św. Jan Paweł II 23 maja 1982 r. Obecnie trwa proces kanonizacyjny.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    13 stycznia

    Błogosławiona Weronika Nagroni, mniszka

    Zobacz także:
      •  Święty Hilary z Poitiers, biskup i doktor Kościoła
    Błogosławiona Weronika Nagroni
    Weronika urodziła się w 1445 r. w Binasco (Lombardia we Włoszech). Pochodziła z bardzo ubogiej, wieśniaczej rodziny. W 1466 r. jako 22-letnia dziewczyna wstąpiła do surowego klasztoru sióstr augustianek św. Marty w Mediolanie, gdzie pozostała do śmierci. W tym klasztorze nauczyła się czytać i pisać, a przede wszystkim poznawać i kochać Boga. Była mistyczką. W kontemplacji była tak zaawansowana, że otrzymała dar łez, a nawet ekstaz. Duch Święty obdarzył ją szczególnymi darami i Bożą mądrością. Radzono się jej nawet w bardzo trudnych i zawiłych sprawach. Otrzymała dar proroctwa i czytania w sercach ludzkich. Naglona natchnieniem Bożym, udała się do Rzymu, aby błagać o zmianę postępowania papieża Aleksandra VI, który złym przykładem swojego prywatnego życia wiele zła wyrządził Kościołowi Chrystusowemu.
    Weronika zmarła w klasztorze 13 stycznia 1497 r. w wieku 52 lat. Pochowano ją w kościele zakonnym, a kiedy klasztor został zlikwidowany, relikwie przeniesiono do jej rodzinnej wioski – Binasco. Papież Leon X zezwolił na jej kult (1518), a potwierdził go papież Aleksander VIII w 1690 roku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    12 stycznia

    Święta Tacjana, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Elred z Rievaulx, opat
      •  Święty Bernard z Corleone, zakonnik
      •  Święty Marcin z León, prezbiter
      •  Święty Arkadiusz, męczennik
      •  Święty Antoni Maria Pucci, prezbiter
      •  Święta Małgorzata Bourgeoys, dziewica
    Święta Tacjana

    Martyrologium Rzymskie podaje, że Tacjana (Tatiana) była rzymianką i poniosła śmierć za cesarza Aleksandra. Martyrologium poszło za późnym pismem (VII w.), które zostało niemal w całości skopiowane z pasji męczennicy Martyny oraz z pasji Pryski. Zresztą wspomniane pasje także nie wzbudzają jakiegokolwiek zaufania i trudno byłoby je uznać za historyczne źródło. Trudno także na podstawie tych literackich pokrewieństw utożsamiać wspomniane męczennice, chociaż tak chcieli niektórzy badacze.
    Nie do odrzucenia jest natomiast hipoteza wybitnego znawcy Franchiego de’Cavalieri, który przypuszcza, że Tacjana rzymska jest identyczna z Tacjaną z Amasei, którą Breviarium Syriacum wspomina pod dniem 18 sierpnia. Tę ostatnią wymienia się wśród innych męczennic: Filancji, Eliany i Marcjany. Są to niemal pura nomina, imiona, które być może zostały przypadkowo zgrupowane w jedno, a wcześniej sygnalizowały wspomnienia odrębne, może nawet inaczej lokalizowane.
    Stosunkowo wczesny kult Tacjany w Rzymie jest dobrze zaświadczony.Tacjana urodziła się w rzymskiej rodzinie. Jej ojciec, chrześcijanin, wychowywał ją w miłości do Boga i Kościoła. Służyła w świątyni jako diakonisa.
    Według legendy, za panowania cesarza Aleksandra Sewera (+ 235), podczas jednego z chrześcijańskich nabożeństw Tatianę wraz z ojcem pojmano i zaprowadzono do świątyni Apolla. Tacjana miała tam zostać złożona w ofierze bożkowi. Gdy Tacjana pomodliła się za swych oprawców, nastąpiło trzęsienie ziemi i posąg bożka rozpadł się na części. Tacjanę poddano więc torturom: bito ją, wyłupiono jej oczy, ale jej rany bardzo szybko goiły się. Lew, mający rozszarpać Tacjanę, nie zrobił jej krzywdy, a ogień, do którego była wrzucana, nie spowodował oparzeń ani śmierci.
    Około roku 225-228 została ścięta mieczem. Jej ojciec również został skazany na śmierć, gdyż nie chciał porzucić wyznawanej przez siebie wiary.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    11 stycznia

    Święty Teodozy, opat

    Zobacz także:
      •  Święta Honorata, dziewica
    Święty Teodozy
    Teodozy urodził się ok. roku 424 w Mogariassos, w Małej Azji, w Kapadocji (obecna Turcja). Po św. Bazylim, św. Grzegorzu z Nazjanzu i św. Grzegorzu z Nyssy to już kolejny Święty, który pochodził z Kapadocji, gdzie kiedyś Kościół był w stanie swego najpełniejszego rozwoju.
    Tęskniąc za życiem bogobojnym, Teodozy opuścił rodzinne strony i udał się w podróż do Syrii, gdzie spotkał się ze św. Symeonem Słupnikiem. Nawiedził też w Ziemi Świętej miejsca uświęcone działalnością i męką Chrystusa. Osiadł tam jako pustelnik w jaskini położonej na szlaku z Jerozolimy do Betlejem. Niedługo zaczęli gromadzić się przy nim uczniowie. Mnisi zaadoptowali na swoje mieszkania okoliczne pieczary skalne. Święty wystawił w pobliżu nich domy dla pielgrzymów oraz warsztaty, by mnisi mieli zajęcie. Tak powstało miasteczko mnichów. Z czasem Teodozy miał tak wielu uczniów, że musiał wystawić oddzielne pawilony dla pielgrzymów o różnych narodowościach: Palestyńczyków, Greków, Syryjczyków, Ormian. W roku 494 patriarcha Jerozolimy, Salustiusz, powierzył Teodozemu (Teodozjuszowi) opiekę nad wszystkimi eremami Ziemi Świętej. Nad pustelnikami Palestyny powierzył zaś pieczę św. Sabie. Obaj święci żyli ze sobą w wielkiej przyjaźni.
    W owym czasie wybuchła herezja monofizytów, którzy twierdzili, że Pan Jezus miał tylko jedną naturę, Boską, nie posiadał natomiast, jak to głosi Kościół, oddzielnej natury ludzkiej. Sobór powszechny, zwołany przez papieża św. Leona I Wielkiego do Chalcedonu w 451 roku, potępił błędy monofizytów. Ci mieli jednak potężnego sprzymierzeńca w cesarzu Anastazym, który rozpoczął prześladowanie wyznawców prawowiernej wiary. Ofiarą prześladowań padł także ówczesny patriarcha Konstantynopola, Eliasz. Cesarz chciał dla nowej herezji pozyskać klasztory palestyńskie, licząc się z ich liczbą i znaczeniem. Przeciwstawił się temu jednak stanowczo Teodozy. Jako już 90-letni starzec osobiście obchodził wszystkie klasztory, by przestrzec je przed herezją i zachęcić do wierności orzeczeniom soboru. Cesarz skazał go za to na wygnanie. Po śmierci cesarza Teodozy powrócił jednak do swoich synów duchownych. Zmarł w wieku 105 lat.
    Jego ciało pochowano ze czcią w grocie Trzech Króli, gdzie według podania Święta Rodzina miała przyjąć Magów. Arabowie do dziś nazywają to miejsce Deir Dosi, czyli “Klasztorem św. Teodozego”. Klasztor przetrwał szczęśliwie do wieku XV. W stanie ruiny przejął go od beduinów w roku 1900 prawosławny patriarcha Jerozolimy i osadził tam mnichów prawosławnych.
    Teodozy otrzymał zaszczytny tytuł i przydomek Cenobiarchy, czyli “ojca wielu klasztorów”. Jego żywot zostawił potomnym jego uczeń, Teodor, biskup miasta Petra.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    10 stycznia

    Święty Grzegorz z Nyssy, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm z Bourges, biskup
    Święty Grzegorz z Nyssy
    Grzegorz urodził się w 335 r. w Cezarei Kapadockiej. Jego ojciec był retorem w szkole wymowy. Był młodszym bratem św. Bazylego, którego przypominał wyglądem zewnętrznym. Chrzest przyjął jako młodzieniec. Po ojcu obrał sobie zawód retora i wstąpił w związek małżeński.
    Po śmierci małżonki poświęcił się ascezie. Za namową św. Bazylego przyjął święcenia kapłańskie i wstąpił do założonego przez niego klasztoru położonego nad Morzem Czarnym. Stamtąd powołano go w roku 371 na biskupa Nyssy (obecnie Nevsehir w Turcji). W 380 roku został wybrany metropolitą Sebasty (współcześnie Sivas).
    Grzegorz znany był jako żarliwy kaznodzieja i interpretator Słowa Bożego. Uczestniczył w Soborze w Konstantynopolu (381 r.), gdzie był głównym autorem słów uzupełniających Nicejski Symbol Wiary, dotyczących nauki o Duchu Świętym. Sobór ten nazwał Grzegorza “filarem Kościoła”. Dla potomnych pozostał w pamięci jako człowiek otwarty i miłujący pokój, współczujący biednym i chorym. Był jednym z najwybitniejszych teologów Kościoła Wschodniego. Jego pisma wyróżniają się subtelnością filozoficzną. Od Orygenesa zapożyczył alegoryczną metodę w interpretacji Pisma świętego. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę pism religijnych, m.in. ascetycznych i mistycznych, oraz komentarzy biblijnych. Papież św. Pius V (+ 1572) zaliczał go do doktorów Kościoła wschodniego, choć na żadnej oficjalnej liście doktorów Kościoła Grzegorz nie figuruje. Św. Grzegorz z Nyssy razem z bratem św. Bazylim i przyjacielem św. Grzegorzem z Nazjanzu nazywani są ojcami kapadockimi.
    Zmarł w wieku ok. 60 lat w dniu 10 stycznia ok. 395 roku.
    W ikonografii św. Grzegorz ukazywany jest jako grecki biskup. Trzyma ewangeliarz w lewej ręce, a prawą ma wyciągniętą w geście błogosławieństwa. Zazwyczaj jest przedstawiany ze św. Bazylim, od którego ma krótszą brodę i bardziej siwe włosy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    9 stycznia

    Święty Adrian z Canterbury, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Julian z Antiochii, męczennik
      •  Święty Andrzej Corsini, biskup
      •  Błogosławiona Alicja le Clerc, dziewica
    Święty Adrian

    Adrian (znany także jako Hadrian) urodził się w VII w. w północnej Afryce. W wieku ok. 10 lat przybył z rodziną do Neapolu, uciekając przed arabską inwazją. Wstąpił do klasztoru benedyktynów niedaleko Monte Cassino. Został z czasem opatem Niridanum, klasztoru na wyspie Nisida w Zatoce Neapolitańskiej. Papież św. Witalian (pontyfikat 657-672) nominował go dwukrotnie na arcybiskupa Canterbury. Adrian odmówił przyjęcia tego zaszczytu, gdyż uważał się za niegodnego. Na to miejsce zaproponował św. Teodora z Tarsu. Witalian zgodził się, ale mianował Adriana asystentem nowego arcybiskupa Canterbury. Obaj przez Francję wyruszyli w 668 r. do Brytanii.
    Podczas podróży Adrian został uwięziony przez Ebroina, burmistrza Neustrii we Francji, który podejrzewał, że Święty udaje się do angielskich królów z tajną misją od cesarza Konstansa II. Teodor musiał pojechać dalej sam. Kiedy Adrian został uwolniony, pojechał do Brytanii i tam został mianowany opatem w klasztorze świętych Piotra i Pawła w Canterbury (późniejsze opactwo św. Augustyna z Canterbury). Adrian wspierał biskupa Teodora w umacnianiu rzymskiego Kościoła w Anglii. Jemu przypisuje się zasługę utrwalenia chorału gregoriańskiego w angielskich kościołach.
    Opat Adrian przekształcił szkołę klasztorną w Canterbury w prężny ośrodek naukowy, w którym wiedzę pobierało wielu studentów, także z zagranicy. Oprócz prowadzenia studiów biblijnych, nauczał tam greki i łaciny, matematyki, poezji i astronomii. Tłumaczył też na staroangielski.
    Zmarł 9 stycznia 710 roku i został pochowany w klasztornym kościele. Jego grób stał się miejscem licznych pielgrzymek za sprawą cudów. Kiedy nastąpiło otwarcie grobu w roku 1091, ciało znaleziono w nienaruszonym stanie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***


    8 stycznia

    Święty Daniel Comboni, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Tomasz, biskup
      •  Święty Wawrzyniec Iustiniani, biskup
      •  Święty Seweryn z Noricum
      •  Błogosławiona Eurozja Barban
    Święty Daniel Comboni
    Daniel Comboni urodził się 15 marca 1831 r. w Limone nad jeziorem Garda (północne Włochy). Jego rodzice byli prostymi rolnikami, mieli ośmioro dzieci, ale wszystkie – oprócz Daniela – zmarły w dzieciństwie lub młodości. Daniel już w latach szkolnych wykazywał talenty organizacyjne i przywódcze. Chętnie spotykał się z kolegami na wspólne odrabianie lekcji i modlitwę. Wysłano go do szkoły dla zdolnych, ale ubogich dzieci w Weronie. Szkoła miała charakter misyjny; co pewien czas przybywali do niej na odpoczynek misjonarze z Afryki.
    Daniel chętnie słuchał opowieści z dalekich krajów. To zrodziło w nim powołanie misyjne. Zorganizował Koło Przyjaciół Misji Afrykańskich. Wraz z czterema towarzyszami, po przyjęciu święceń kapłańskich, wyjechał do Afryki. Wcześniej jednak przeżywał poważny dylemat – jego wyjazd oznaczał pozostawienie bez opieki starych rodziców. Ostatecznie jednak podjął decyzję i opuścił kraj, podejmując pracę głównie wśród niewolników.
    Walczył gorliwie o to, by mieszkańcy Afryki mogli cieszyć się szacunkiem dla ich ludzkiej i chrześcijańskiej godności. 15 września 1864 roku, klęcząc u grobu świętego Piotra, Daniel otrzymał natchnienie Planu Odnowienia Afryki. Plan został zaaprobowany i poparty przez papieża Piusa IX. W 1867 r. ks. Comboni założył w Weronie Instytut Misyjny dla Afryki (w roku 1885, cztery lata po śmierci Daniela, Instytut przekształcono w zgromadzenie misjonarzy kombonianów) i koło przyjaciół “Dzieło Dobrego Pasterza” (dziś Dzieło Zbawiciela), a w 1872 r. – zgromadzenie sióstr dla misji w Afryce. W 1877 r. został wikariuszem apostolskim Afryki Środkowej i konsekrowany na jej pierwszego biskupa z siedzibą w Chartumie.
    Daniel zmarł 10 października 1881 r. w Chartumie w wieku tylko 50 lat. Zaledwie kilka dni przed śmiercią napisał w jednym z listów: “Naprawdę obchodzi mnie tylko, czy Nigeria się nawróci i czy Bóg mi da i zachowa te pomocne narzędzia, które mi dał i jeszcze zechce mi dać”. Został pochowany obok swojego polskiego poprzednika, o. Maksymiliana Ryłły. Proces beatyfikacyjny Daniela Comboniego rozpoczęto w Weronie w 1928 r. Do grona błogosławionych biskupa Daniela zaliczył św. Jan Paweł II 17 marca 1996 roku; on też ogłosił go świętym w dniu 5 października 2003 roku.Dziś w Afryce działa ponad 150 wspólnot komboniańskich. W wielu krajach tego kontynentu panuje wojna – praca misjonarzy polega tam na codziennym towarzyszeniu ludziom. W innych miejscach z kolei kombonianie starają się dotrzeć do najuboższych, np. na przedmieściach wielkich miast, w szpitalach i leprozoriach. Działają także poza Czarnym Lądem – m.in. w Brazylii, Peru, Meksyku czy na Filipinach. Do Polski kombonianie przybyli w 1986 toku, zakładając w Warszawie dom formacyjny i centrum duszpasterstwa powołaniowego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ***

    7 stycznia

    Święty Rajmund z Peñafort, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Lucjan, prezbiter i męczennik
    Święty Rajmund z Peñafort

    Rajmund, urodzony między 1170 a 1175 r. w Villafranca del Panades w pobliżu Barcelony (Hiszpania), w starej szlacheckiej rodzinie katalońskiej Peñafort, był spokrewniony z królem Aragonii. W szkole katedralnej ukończył trivium i quadrivium. Już jako dwudziestoletni młodzieniec wykładał filozofię w Barcelonie, nie otrzymując za swoją pracę wynagrodzenia. W tym też czasie wydał swoje pierwsze monumentalne dzieło: Summę prawa, podręcznik dla studentów prawa.
    U swoich uczniów starał się formować zarówno serce, jak i intelekt. Obdarzony głęboką wiedzą i osobistą kulturą, odznaczał się gorliwością w formowaniu przyszłych kapłanów, dla których napisał Summę nauki, pełną duszpasterskiej mądrości. W trzydziestym roku życia wyjechał do Bolonii, aby kontynuować studia nad prawem kanonicznym i cywilnym, tam też uzyskał stopień doktora. W 1218 roku biskup Barcelony, Berengariusz IV z Palou, zakładając wyższą szkołę dla kształcenia kleru swojej diecezji, zaprosił do współpracy Rajmunda jako wykładowcę. Po powrocie do Barcelony w roku 1219 Rajmund został mianowany kanonikiem, archidiakonem i wikariuszem generalnym. Berengariusz równocześnie zaprosił dominikanów, których w 1220 roku przysłał św. Dominik. Rajmund rychło zaprzyjaźnił się z nimi tak dalece, że wstąpił do nich w 1222 roku. Było to osiem miesięcy po śmierci świętego założyciela tego Zakonu.

    Święty Rajmund z Peñafort

    Rajmund pracował żarliwie nad nawróceniem Maurów i Żydów, a równocześnie opracowywał dzieło zawierające wskazówki dla spowiedników. Papież Grzegorz IX w 1230 r. wezwał go do Rzymu i mianował kapelanem pałacu apostolskiego, penitencjariuszem i swoim osobistym spowiednikiem. Jako doradca papieski Rajmund rozwinął szeroką i owocną działalność. To, co uznawał, że sprawie Bożej wyjdzie na lepsze, podsuwał Ojcu świętemu. Na dworze papieskim zapoznał się z najznakomitszymi osobistościami Kościoła owych czasów. Miał więc okazję również za ich pośrednictwem rozwijać działalność apostolską.
    W tym czasie napisał pracę z prawa kanonicznego, znaną jako “Pięć dekretów”. Była ona zbiorem dekretów biskupów rzymskich. W ciągu wieków nagromadziło się tak wiele zarządzeń i ustaw papieskich, także soborowych, że trudno było nawet znawcom rozeznać się w ich gąszczu. Papież Grzegorz IX bullą Rex Pacificus promulgował opracowany przez Rajmunda zestaw obowiązujących odtąd praw kanonicznych pod nazwą Decretales Gregorii IX.

    Święty Rajmund z Peñafort

    W 1236 r. Rajmund wrócił do Hiszpanii. Dwa lata później, w 1238 r., został na kapitule generalnej w Barcelonie wybrany generałem zakonu dominikanów, obejmując ten urząd po bł. Jordanie z Saksonii, który był bezpośrednim następcą św. Dominika. Miał wówczas ok. 60 lat. Natychmiast z właściwą sobie energią zabrał się najpierw – jako wytrawny jurysta – do przeredagowania konstytucji zakonnych. Zatwierdzono je na kapitułach w latach 1239-1241. Okazał się wspaniałym administratorem i organizatorem zakonu, który rozszerzał się po Europie błyskawicznie, ale któremu groziło rozluźnienie. Po dwóch latach zrezygnował z funkcji i ponownie poświęcił się apostolatowi.Napisał dzieła prawnicze: Summę pastoralną i Traktat o małżeństwie. Był spowiednikiem i doradcą króla Aragonii, Jakuba I, a także wielu mężów stanu. Pomimo bardzo czynnego życia i praktyk pokutnych, którymi trapił swoje ciało, dożył 100 lat. Umarł w Barcelonie 6 stycznia 1275 r. Jego pogrzeb był prawdziwą manifestacją. Wziął w nim udział sam król ze swoim dworem. Jego wspomnienie doroczne przypadało zawsze 23 stycznia; obecnie przeniesiono je na 7 stycznia, gdyż dzień ten jest najbliższy dnia jego zgonu. Relikwie jego spoczywają w Barcelonie, w katedrze św. Eulalii, w jednej z bocznych kaplic. 29 kwietnia 1601 roku został zaliczony do grona świętych przez papieża Klemensa VIII.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________


    6 stycznia

    Objawienie Pańskie – Trzej Królowie

    Pokłon Trzech Króli

    Pokłon Mędrców ze Wschodu złożony Dziecięciu Jezus, opisywany w Ewangelii przez św. Mateusza (Mt 2, 1-12), symbolizuje pokłon świata pogan, wszystkich ludzi, którzy klękają przed Bogiem Wcielonym. To jedno z najstarszych świąt w Kościele.Trzej królowie być może byli astrologami, którzy ujrzeli gwiazdę – znak narodzin Króla. Jednak pozostanie tajemnicą, w jaki sposób stała się ona dla nich czytelnym znakiem, który wyprowadził ich w daleką i niebezpieczną podróż do Jerozolimy. Herod, podejmując ich, dowiaduje się o celu podróży. Podejrzewa, że narodził się rywal. Na podstawie proroctwa w księdze Micheasza (Mi 5, 1) kapłani jako miejsce narodzenia Mesjasza wymieniają Betlejem. Tam wyruszają Mędrcy. Odnajdując Dziecię Jezus, ofiarowują Mu swe dary. Otrzymawszy we śnie wskazówkę, aby nie wracali do Heroda, udają się do swoich krajów inną drogą.Uroczystość Objawienia Pańskiego należy do pierwszych, które uświęcił Kościół. Na Wschodzie pierwsze jej ślady spotykamy już w III w. Tego właśnie dnia obchodził Kościół grecki święto Bożego Narodzenia, ale w treści znacznie poszerzonej: jako uroczystość Epifanii, czyli zjawienia się Boga na ziemi w tajemnicy wcielenia. Na Zachodzie uroczystość Objawienia Pańskiego datuje się od końca IV w. (oddzielnie od Bożego Narodzenia).
    W Trzech Magach pierwotny Kościół widzi siebie, świat pogański, całą rodzinę ludzką, wśród której zjawił się Chrystus, a która w swoich przedstawicielach przychodzi z krańców świata złożyć Mu pokłon. Uniwersalność zbawienia akcentują także: sama nazwa święta, jego wysoka ranga i wszystkie teksty liturgii dzisiejszego dnia. Ewangelista nie pisze o królach, ale o Magach. Ze słowem tym dość często spotykamy się w Starym Testamencie (Kpł 19, 21; 20, 6; 2 Krn 33, 6; Dn 1, 20; 2, 2. 10. 27; 4, 4; 5, 7. 11). Oznaczano tym wyrażeniem astrologów. Herodot, historyk grecki, przez Magów rozumie szczep irański. Ksantos, Kermodoros i Arystoteles przez Magów rozumieją uczniów Zaratustry.
    Św. Mateusz krainę Magów nazywa ogólnym mianem Wschód. Za czasów Chrystusa Pana przez Wschód rozumiano cały obszar na wschód od rzeki Jordanu – a więc Arabię, Babilonię, Persję. Legenda, że jeden z Magów pochodził z murzyńskiej Afryki, wywodzi się zapewne z proroctwa Psalmu 71: “Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary. Królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą Mu pokłon wszyscy królowie… Przeto będzie żył i dadzą Mu złoto z Saby”. Przez królestwo Szeby rozumiano Abisynię (dawna nazwa Etiopii). Na podstawie tego tekstu powstała także tradycja, że Magowie byli królami. Tak ich też powszechnie przedstawia ikonografia.
    Prorok Izajasz nie pisze wprost o królach, którzy mają przybyć do Mesjasza, ale przytacza dary, jakie Mu mają złożyć: “Zaleje cię mnogość wielbłądów, dromadery z Madianu i Efy. Wszyscy oni przybędą ze Saby, ofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60, 6). Kadzidło i mirra były wówczas na wagę złota. Należały bowiem do najkosztowniejszych darów.
    Św. Mateusz nie podaje także liczby Magów. Malowidła w katakumbach rzymskich z wieku II i III pokazują ich dwóch, czterech lub sześciu. U Syryjczyków i Ormian występuje ich nawet dwunastu. Przeważa jednak w tradycji Kościoła stanowczo liczba trzy ze względu na opis, że złożyli trzy dary. Tę liczbę np. spotykamy we wspaniałej mozaice w bazylice św. Apolinarego w Rawennie z wieku VI. Także Orygenes podaje tę liczbę jako pierwszy wśród pisarzy chrześcijańskich. Dopiero od wieku VIII pojawiają się imiona Trzech Magów: Kacper, Melchior i Baltazar. Są one zupełnie dowolne, nie potwierdzone niczym.Kepler usiłował wytłumaczyć gwiazdę betlejemską przez zbliżenie Jowisza i Saturna, jakie zdarzyło się w 7 roku przed narodzeniem Chrystusa (trzeba w tym miejscu przypomnieć, że liczenie lat od urodzenia Jezusa wprowadził dopiero w VI w. Dionizy Exiguus; przy obliczeniach pomylił się jednak o 7 lat – Jezus faktycznie urodził się w 7 roku przed naszą erą). Inni przypuszczają, że była to kometa Halleya, która także w owym czasie się ukazała. Jednak z całego opisu Ewangelii wynika, że była to gwiazda cudowna. Ona bowiem zawiodła Magów aż do Jerozolimy, potem do Betlejem. Stanęła też nad miejscem, w którym mieszkała Święta Rodzina. Św. Mateusz nie tłumaczy nam, czy tę gwiazdę widzieli także inni ludzie.
    Żydzi przebywali na Wschodzie, w Babilonii i Persji, przez wiele lat w niewoli (606-538 przed Chr.). Znane więc mogło być Magom proroctwo Balaama: “Wschodzi gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło” (Lb 24, 17). U ludów Wschodu panowało wówczas powszechne przekonanie, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę.

    Pokłon Trzech Króli

    Kiedy Magowie przybyli do Syna Bożego? Z całą pewnością po ofiarowaniu Go w świątyni. Według relacji Ewangelisty, że Herod kazał wymordować dzieci do dwóch lat, wynika, iż Magowie przybyli do Betlejem, kiedy Chrystus miał co najmniej kilka miesięcy, a może nawet ponad rok. Magowie nie zastali Jezusa w stajni; św. Mateusz pisze wyraźnie, że gwiazda stanęła nad “domem” (Mt 2, 11). Było w nim jednak bardzo ubogo. A jednak Mędrcy “upadli przed Nim na twarz i oddali Mu pokłon”. Padano na twarz w owych czasach tylko przed władcami albo w świątyni przed bóstwami. Magowie byli przekonani, że Dziecię jest przyszłym królem Izraela.
    Według podania, które jednak trudno potwierdzić historycznie, Magowie mieli powrócić do swojej krainy, a kiedy jeden z Apostołów głosił tam Ewangelię, mieli przyjąć chrzest. Legenda głosi, że nawet zostali wyświęceni na biskupów i mieli ponieść śmierć męczeńską. Pobożność średniowieczna, która chciała posiadać relikwie po świętych i pilnie je zbierała, głosi, że ciała Trzech Magów miały znajdować się w mieście Savah (Seuva). Marco Polo w podróży na Daleki Wschód (wiek XIII) pisze w swym pamiętniku: “Jest w Persji miasto Savah, z którego wyszli trzej Magowie, kiedy udali się, aby pokłon złożyć Jezusowi Chrystusowi. W mieście tym znajdują się trzy wspaniałe i potężne grobowce, w których zostali złożeni Trzej Magowie. Ciała ich są aż dotąd pięknie zachowane cało tak, że nawet można oglądać ich włosy i brody”.
    Identyczny opis zostawił także bł. Oderyk z Pordenone w roku 1320. Jednak legenda z wieku XII głosi, że w wieku VI relikwie Trzech Magów miał otrzymać od cesarza z Konstantynopola biskup Mediolanu, św. Eustorgiusz. Do Konstantynopola zaś miała je przewieźć św. Helena cesarzowa. W roku 1164 Fryderyk I Barbarossa po zajęciu Mediolanu za poradą biskupa Rajnolda z Daszel zabrał je z Mediolanu do Kolonii, gdzie umieścił je w kościele św. Piotra. Do dziś w katedrze kolońskiej za głównym ołtarzem znajduje się relikwiarz Trzech Króli, arcydzieło sztuki złotniczej.

    Pokłon Trzech Króli

    Od XV/XVI w. w kościołach poświęca się dziś kadzidło i kredę. Kredą oznaczamy drzwi na znak, że w naszym mieszkaniu przyjęliśmy Wcielonego Syna Bożego. Piszemy na drzwiach litery K+M+B, które mają oznaczać imiona Mędrców lub też mogą być pierwszymi literami łacińskiego zdania: (Niech) Chrystus mieszkanie błogosławi – po łacinie:Christus mansionem benedicatZwykle dodajemy jeszcze aktualny rok.Król Jan Kazimierz miał zwyczaj, że w uroczystość Objawienia Pańskiego składał na ołtarzu jako ofiarę wszystkie monety bite w roku ubiegłym. Święconym złotem dotykano całej szyi, by uchronić ją od choroby. Kadzidłem okadzano domy i obory, a w nich chore zwierzęta. Przy każdym kościele stały od świtu stragany, na których sprzedawano kadzidło i kredę. Zwyczaj okadzania ołtarzy spotykamy u wielu narodów starożytnych, także wśród Żydów (Wj 30, 1. 7-9; Łk 1). W Biblii jest mowa o kadzidle i mirze 22 razy. Mirra to żywica drzewa Commiphore, a kadzidło – to żywica z różnych drzew, z domieszką aromatów wszystkich ziół. Drzew wonnych, balsamów jest ponad 10 gatunków. Rosną głównie w Afryce (Somalia i Etiopia) i w Arabii Saudyjskiej.
    W dawnej Polsce w domach pod koniec obiadu świątecznego roznoszono ciasto. Kto otrzymał ciasto z migdałem, był królem migdałowym. Dzieci chodziły po domach z gwiazdą i śpiewem kolęd, otrzymując od gospodyni “szczodraki”, czyli rogale. Śpiewało się kolędy o Trzech Królach. Czas od Bożego Narodzenia do Trzech Króli uważano tak dalece za święty, że nie wykonywano w nim żadnych ciężkich prac, jak np.: młocki, mielenia ziarna na żarnach, kobiety przerywały przędzenie.
    W ikonografii od czasów wczesnochrześcijańskich Trzej Królowie są przedstawiani jako ludzie Wschodu w barwnych, częstokroć perskich szatach. W X wieku otrzymują korony. Z czasem w malarstwie i rzeźbie rozwijają się różne typy ikonograficzne Mędrców.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________

    5 stycznia

    Błogosławiona
    Marcelina Darowska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Dydak Józef z Kadyksu, prezbiter
      •  Święty Edward Wyznawca, król
      •  Święty Szymon Słupnik
      •  Święty Jan Nepomucen Neumann, biskup
      •  Święty Karol Houben, prezbiter
    Błogosławiona Marcelina Darowska

    Marcelina urodziła się 16 stycznia 1827 r. w Szulakach, w rodzinie ziemiańskiej. W młodości pracowała w majątku, a także uczyła wiejskie dzieci. Często też odwiedzała chorych. Od dzieciństwa myślała o życiu zakonnym; jednak zgodnie z wolą ojca w wieku 22 lat wyszła za mąż za Karola Darowskiego. Wkrótce urodziła syna i córkę. Obowiązki żony i matki wypełniała wzorowo, nie pamiętając o sobie. Po trzech latach małżeństwa jej mąż zmarł nagle na tyfus, w rok później zmarł ich maleńki synek.
    W celach leczniczych wyjechała za granicę. W Rzymie w czasie modlitwy zrozumiała, że jest wezwana do stworzenia zgromadzenia o charakterze wychowawczym. Jej ojcem duchowym był o. Hieronim Kajsiewicz. To on zapoznał ją z Józefą Karską, która także myślała o założeniu nowego zgromadzenia. Niestety, choroba córki Marceliny zmusiła ją do powrotu na Podole. Podjęła tu pracę społeczno-oświatową, pomagała chłopom w usamodzielnieniu się po uwłaszczeniu.
    Mając 27 lat związała się w Rzymie prywatnymi ślubami ze zgromadzeniem tworzącym się wokół o. Hieronima i Józefy Karskiej. W 1863 r., po śmierci Józefy, została przełożoną nowej wspólnoty. Pius IX, błogosławiąc temu dziełu, powiedział: “To zgromadzenie jest dla Polski”.
    W tym samym roku matka Marcelina przeniosła Zgromadzenie Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (niepokalanek) do Jazłowca (obecnie Ukraina). Otworzyła tam zakład naukowo-wychowawczy dla dziewcząt, który wkrótce stał się ośrodkiem polskości na terenie zaborów. Sercem pracy Zgromadzenia miało być wychowywanie dzieci i młodzieży. Wprowadziła nowatorską wówczas zasadę indywidualizacji w nauczaniu. Starała się nie tylko uczyć, ale przede wszystkim kształtować młode dziewczęta, aby mogły potem stać się dojrzałymi kobietami, żonami i matkami, zaangażowanymi w sprawy narodu i Kościoła.
    Po kilku latach otwarto kolejny zakład, w Jarosławiu. Z czasem powstały też placówki w Niżnowie, Nowym Sączu i Słonimie. W 1907 r. Marcelina wysłała siostry do nowego zakładu w Szymanowie, niedaleko Warszawy. Uzyskanie od rządu carskiego pozwolenia na otwartą pracę u wrót stolicy graniczyło z cudem. Zgoda jednak nadeszła. Obecnie w Szymanowie znajduje się dom generalny zgromadzenia.
    Marcelina zmarła 5 stycznia 1911 r. w Jazłowcu. Pozostawiła po sobie 144 tomy maszynopisów; stworzyła polską terminologię mistyczno-ascetyczną o zabarwieniu romantycznym. Beatyfikował ją św. Jan Paweł II w Rzymie 6 października 1996 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________

    4 stycznia

    Święta Elżbieta Seton, wdowa

    Zobacz także:
      •  Święta Aniela z Foligno, zakonnica
      •  Święty Cyriak Eliasz Chavara, prezbiter
      •  Święta Genowefa Torres Morales, dziewica
    Święta Elżbieta Seton

    Elżbieta urodziła się w Nowym Jorku 28 sierpnia 1774 roku. Stany Zjednoczone stawały się wówczas na skutek walk niepodległościowych (1773-1783) z kolonii angielskiej – nowym, niepodległym państwem. Elżbieta była córką protestanckich rodziców. Miała zaledwie trzy lata, kiedy zmarła jej matka. Wtedy ojciec dziecka, Ryszard Bayley, dyrektor nowojorskiego szpitala, wszedł po raz drugi w związek małżeński. Jednak ciągłe konflikty córki z macochą doprowadziły do tego, że Elżbieta została zmuszona opuścić dom w wieku 16 lat. W dwudziestym roku życia wyszła za nowojorskiego kupca, Wiliama Magee Setona (1794), z którym miała pięcioro dzieci. Niestety, mąż zbyt ryzykował w swoich transakcjach kupieckich. Niebawem doprowadził swoje przedsiębiorstwo do bankructwa. Dopóki żył zamożny ojciec Elżbiety, wspierał młodych małżonków finansowo. Jednak po jego śmierci musieli borykać się z biedą. Na domiar złego mąż zachorował na gruźlicę. Dla ratowania go oboje wybrali się do Włoch, do Livorno, w nadziei, że klimat przywróci zdrowie ukochanemu mężowi. Stało się jednak inaczej. Wiliam zmarł niebawem w tamtejszym szpitalu (1803).
    Po śmierci męża Elżbieta zatrzymała się jeszcze jakiś czas u przyjaciół. Atmosfera głęboko religijna i bezinteresowna miłość, jaką otoczono młodą wdowę, sprawiły, że Elżbieta zainteresowała się bliżej Kościołem katolickim. Odbyła pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej w Montenero. To tam, w czasie Mszy świętej, powzięła stanowcze postanowienie przejścia na katolicyzm. Formalnie uczyniła to po swoim powrocie do Stanów Zjednoczonych 14 marca 1805 roku. Naraziło to ją na nowe trudności, gdyż traktowano ją jako “zdrajczynię” swojej wiary i całkowicie odsunięto się od niej. Elżbieta nie tylko się tym nie załamała, ale doprowadziła nawet do tego, że i jej dzieci przeszły na katolicyzm.
    W Baltimore sulpicjanie zaproponowali jej kierowanie szkołą parafialną. W roku 1809 Elżbieta przeniosła się jednak do Emmitsburga, gdzie powstało centrum jej dzieł. Założyła zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Józefa. Regułę nowej rodziny zakonnej oparła na ustawach, jakie napisał św. Wincenty a Paulo dla swoich duchowych córek. Wprowadziła jedynie te zmiany, które okazały się konieczne dla jej czasów i w jej kraju.
    Elżbieta zakończyła swoje ziemskie życie wcześnie, bo w 47. roku życia, 4 stycznia 1821 r. Do grona błogosławionych włączył ją papież Jan XXIII 17 marca 1963 roku, a do chwały świętych wyniósł ją Paweł VI 14 września 1975 roku. W jej kanonizacji jako pierwszej obywatelki Stanów Zjednoczonych wzięło udział ok. 15 tys. pielgrzymów z USA wraz z przedstawicielami episkopatu i rządu. Jej relikwie znajdują się w kościele domu macierzystego w Emmitsburgu.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________


    3 stycznia

    Najświętsze Imię Jezus

    Zobacz także:
      •  Święta Genowefa, dziewica
      •  Błogosławiony Alan de Solminihac, biskup
      •  Święty Józef Maria Tomasi, kardynał
    Jezus Chrystus

    Istnieje wiele imion, którymi określano Syna Bożego. Już prorok Izajasz wymienia ich cały szereg: Emmanuel (Iz 7, 14), Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9, 6). Prorocy: Daniel i Ezechiel nazywają Mesjasza “Synem człowieczym” (Dn 7, 13), a Zachariasz powie o Nim: “a imię Jego Odrośl” (Za 6, 12). W Nowym Testamencie św. Jan Apostoł nazwie Syna Bożego “Słowem” (J 1, 1). Sam Jezus Chrystus da sobie nazwy: Syn człowieczy (Mt 24, 27. 30. 37. 39. 44), Światłość świata (J 8, 12), Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz (J 10, 11; 14, 6) itp. Jednak imieniem własnym Wcielonego Słowa jest Imię Jezus. Ono bowiem zostało nadane Mu przez samego niebieskiego Ojca jako imię własne: W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (…). Anioł rzekł do Niej: “Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31). Św. Mateusz przypomina, że to samo polecenie otrzymał również św. Józef: Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: “Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 20-21).
    Pod tym też imieniem Słowo Wcielone odbiera największą cześć. Etymologicznie hebrajskie imię Jezus znaczy tyle, co “Jahwe zbawia”. Tak więc imię było synonimem posłannictwa, celu, dla którego Syn Boży przyszedł na ziemię. Imię to nadano Synowi Bożemu w ósmym dniu po narodzeniu, który liturgicznie przypada dnia 1 stycznia. Św. Łukasz tak nam krótko opisuje to wydarzenie: Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie (Matki) (Łk 2, 21).

    Jezus Chrystus

    Sam Jezus powiedział o swoim Imieniu: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna (J 16, 23-24). Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18).
    Apostołowie zawierzyli Chrystusowej obietnicy i spełniła się ona na nich w całej pełni. W imię Chrystusa czynili cuda. Św. Piotr do napotkanego kaleki od urodzenia mówi: Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! (Dz 3, 6). Do zdumionego tym cudem tłumu Apostoł mówi: Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły (Dz 3, 16).To samo wyznanie powtórzy także przed najwyższą Radą żydowską: Jeżeli przesłuchujecie nas w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka – którego wy ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych – że przez Niego ten człowiek stanął zdrowy… I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni (Dz 4, 10-12).
    Św. Paweł Imieniu Jezusa oddaje najwyższe pochwały: Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych (Flp 1, 8-10). Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko (czyńcie) w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego (Kol 3, 17). Jako cel swojej całej niezmordowanej działalności apostolskiej św. Paweł wskazuje: Aby w was zostało uwielbione imię Pana naszego Jezusa Chrystusa (Dz 16, 18).Także św. Paweł w imię Jezusa czynił cuda. Do szatana, który opętał pewną dziewczynę, woła: Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł! (Dz 3, 6-7). Kult Imienia Jezus ma więc głębokie uzasadnienie w Piśmie Świętym. Tekstów to potwierdzających można by przytoczyć znacznie więcej (J 14, 13-14; Dz 5, 40-41; 9, 15-16; Hbr 1, 4; Rz 10, 13; 2 Kor 5, 20; Ap 7, 1-11). Św. Paweł tak się rozmiłował w tym Najświętszym Imieniu, że w swoich pismach wymienia je aż 254 razy. Kult Imienia Jezus jest żywy także w tradycji Kościoła. Św. Efrem, ilekroć napotkał to imię wypisane czy wyryte, całował je ze czcią. Orygenes o tym Imieniu pisze: “Imię Jezus – to imię Wszechmocnego… To imię Pańskie niech będzie błogosławione na wieki”. Św. Jan Złotousty mówi: “Imię Jezusa Chrystusa, gdy je uważnie rozważymy, oznajmia nam całe jego dobrodziejstwo. Nie bez przyczyny bowiem zostało nam dane. Jest ono skarbcem tysiąca dóbr”.
    Przepiękny hymn ku czci Imienia Jezus ułożył św. Bernard z Clairvaux: “Wszystkie Boże przymioty dają się słyszeć uszom moim na dźwięk Imienia Jezus. Czczym jest wszelki pokarm, gdy tym olejem nie jest namaszczony… Gdy piszesz, nie rozumiem, gdy tam nie czytam Jezusa. Gdy dyskusję wiedziesz i rozmawiasz, nie pojmuję, gdy nie dźwięczy w niej Imię Jezus… Jezus jest miodem w ustach moich, słodką melodią w uszach, radosną uciechą w sercu… Smuci się kto z was? Niech tylko Jezus przyjdzie do jego serca, niech wypłynie na jego usta – a oto wobec światłości Jego Imienia pierzchnie każda chmura i powróci wesele” (Sermo 15 super Cantica).
    Św. Bernardyn ze Sieny nosił ze sobą tablicę, na której złotymi głoskami był wypisany monogram Pana Jezusa; w każdym kazaniu Bernardyn adorował to Imię: “O Imię Jezusa, wyniesione ponad wszelkie imię! O Imię zwycięskie! Radości aniołów, szczęście sprawiedliwych, przerażenie potępionych… Umysł się miesza, język drętwieje, wargi niezdolne są wyrzec słowo, gdy się ma sławić Najświętsze Imię Jezusa”.
    Syn duchowy św. Bernardyna, bł. Władysław z Gielniowa, każde swoje kazanie rozpoczynał od Imienia Jezusa. W znanym wierszu o Męce Pańskiej każdą nową strofę rozpoczyna tym Najświętszym Imieniem. Kiedy w Wielki Piątek 1505 r. wymawiał Imię Jezus, wpadł w zachwyt i został porwany na oczach słuchaczy nad ambonę.
    Św. Wawrzyniec Justynian pisze: “W przeciwnościach, w niebezpieczeństwach, w lęku – w domu, na drodze, na pustkowiu, na falach – gdziekolwiek się znajdziesz, wszędzie wzywaj Imienia Zbawiciela”.
    Św. Redegunda, bł. Henryk Suzo i św. Joanna de Chantal na swoich piersiach wyryli Imię Jezusa. Św. Ignacy Loyola umieścił w herbie założonego przez siebie zakonu jezuitów monogram imienia Jezus.
    W wieku XV powstała litania do Imienia Jezus, co dowodzi powszechności kultu tegoż Imienia. Zwyczajem powszechnym we wszystkich niemal językach świata stało się pozdrowienie chrześcijańskie: “Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.Pan Jezus ma jeszcze imię drugie, nadane Mu przez proroków i Jego wiernych wyznawców. Jest nim greckie imię Chrystus (hebrajskie – Mesjasz). Oznacza ono tyle, co “namaszczony” lub “Pomazaniec Pański”. Namaszczano w Starym Testamencie królów i arcykapłanów, a Duchem Świętym byli namaszczeni prorocy. Chrystus Pan jest Królem; jest Kapłanem (por. Hbr 4, 14 – 12, 2); jest także Prorokiem – On bowiem był celem wszystkich proroctw. On również wiele rzeczy przepowiedział: o sobie, jak też odnośnie losów ludzkości i świata. Od imienia Chrystusa otrzymali także imię Jego wyznawcy, najpierw w Antiochii, potem niedługo w całym świecie: W Antiochii po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami (Dz 11, 26).Ojcowie Kościoła i święci wiele razy podkreślali wagę tego Imienia. Tertulian pisze: “Chrześcijanin – to drugi Chrystus”. Św. Pacjanowi przypisuje się piękne wyznanie: “Imię moje – chrześcijanin, nazwisko – katolik”. Św. Grzegorz z Nyssy napomina: “Jesteś chrześcijaninem, naśladuj Chrystusa… Nie noś tego Imienia na próżno”. Podobnie pisze św. Leon I Wielki: “Poznaj, chrześcijaninie, godność twoją… Pamiętaj, jakiego Ciała jesteś członkiem”. A św. Bernard przypomina: “Od Chrystusa nazywamy się chrześcijanami… Czyż przeto nie tą drogą, którą podążał Chrystus, i my powinniśmy podążać? Chrześcijanie otrzymali imię od Chrystusa. To zaś zobowiązuje do czynu chrześcijańskiego – byśmy, będąc spadkobiercami imienia, byli również spadkobiercami Jego cnót”.Do pierwszych i najpowszechniej spotykanych jeszcze dzisiaj symboli Jezusa Chrystusa należą Jego monogramy. W sztuce starożytnej były one wyrazem osoby. Najdawniejsze pochodzą już z wieku III. Do najdawniejszych należą: I X, co oznacza Jezus Chrystus; X P, co znaczy Chrystus; wreszcie najczęściej spotykane monogramy IHS lub grecką literę X (chi) i wpisaną w nią grecką literę P (ro) – są to dwie pierwsze litery od greckiego słowa XPISTOS, czyli Pomazaniec, Mesjasz. Ostatni symbol ma o tyle jeszcze wymowę, że wyraźnie określa, iż Chrystus stał się naszym Zbawicielem przez ofiarę krzyża. Symbol przedostatni natomiast wywodzi się od czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego, kiedy to ów władca kazał na sztandarach swoich wojsk umieścić ten symbol (po roku 313). Najwięcej rozpowszechnił się też on w świecie. Często do tego symbolu dodawano inne, wieniec laurowy jako znak zwycięstwa, litery alfa i omega, co oznacza wieczność i bóstwo Jezusa Chrystusa itp.
    Od wieku XV bardzo popularny stał się monogram Pana Jezusa, złożony z trzech liter: IHS. Jest to “zlatynizowany” skrót grecki trzech pierwszych liter greckich od imienia Jezus (wielkimi literami: IHSOYS). Wreszcie symbolem Pana Jezusa najdawniejszym, bo sięgającym wieku II, jest słowo greckie Ichthys (“ryba”). Był to umowny znak rozpoznawczy dla chrześcijan w czasie prześladowań. W literach tego słowa chrześcijanie odczytywali skrót greckich słów: Jesous Christos Theou Yios Soter, co znaczy: Jezus Chrystus, Syn Boży, Zbawiciel.W Starym Testamencie tak wielką czcią otaczano imię Boga, że nie wolno go było wymawiać nawet kapłanom. Przy czytaniu publicznym zamieniano imię Jahwe na określenia zastępcze: Pan, Władca itp. Cześć Imienia Bożego wymaga, aby i dziś nie wymawiać go bez potrzeby. Drugie przykazanie Dekalogu mówi wyraźnie: “Nie będziesz brał Imienia Pana Boga twego nadaremnie”.Papież Klemens XII (+ 1534) pozwolił na osobne oficjum i Mszę świętą o Imieniu Jezus. Papież Innocenty XIII rozciągnął to święto na cały Kościół (1721), a papież św. Pius X wyznaczył je na niedzielę po Nowym Roku lub – gdy tej zabraknie – na 2 stycznia. Najnowsze, trzecie wydanie Mszału Rzymskiego, przypisało je jako wspomnienie dowolne na dzień 3 stycznia. Warto dodać, że chrześcijanie Wschodu praktykują Modlitwę Jezusową, polegającą na wielokrotnym powtarzaniu imienia Jezus, znaną od pierwszych wieków.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia



    2 stycznia

    Święty Bazyli Wielki,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Bazyli Wielki

    Bazyli urodził się w rodzinie zamożnej i głęboko religijnej w Cezarei Kapadockiej (obecnie Kayseri w środkowej Turcji) w 329 r. Wszyscy członkowie jego rodziny dostąpili chwały ołtarzy: św. Makryna – jego babka, św. Bazyli i Emelia (Emilia) – rodzice, jego bracia – św. Grzegorz z Nyssy i św. Piotr z Sebasty, oraz siostra – św. Makryna Młodsza. Jest to wyjątkowy fakt w dziejach Kościoła.
    Ojciec Bazylego był retorem. Jako taki miał prawo prowadzić własną szkołę. Młody Bazyli uczęszczał do tej szkoły, a następnie udał się na dalsze studia do Konstantynopola i Aten. Tu spotkał się ze św. Grzegorzem z Nazjanzu, z którym odtąd pozostawał w dozgonnej przyjaźni. W ławie szkolnej zasiadał z nimi także Julian, późniejszy cesarz rzymski (panował w latach 361-363, przez potomnych nazwany Apostatą ze względu na powrót do kultów pogańskich). W 356 r. Bazyli objął katedrę retoryki w Cezarei po swoim zmarłym ojcu. Tu przyjął chrzest w roku 358, mając 29 lat. Taki bowiem był wówczas zwyczaj, że chrzest przyjmowano w wieku dorosłym, w pełni rozeznania obowiązków chrześcijańskich.
    Przeżycia po śmierci brata poważnie wpłynęły na jego życie. W latach 357-359 odbył wielką podróż po ośrodkach życia pustelniczego i mniszego na Wschodzie: Egipcie, Palestynie, Syrii i Mezopotamii. Po powrocie postanowił poświęcić się życiu zakonnemu: rozdał swoją majętność ubogim i założył pustelnię w Neocezarei (obecnie Niksar w Turcji) nad brzegami rzeki Iris. Niebawem przyłączył się do niego św. Grzegorz z Nazjanzu. Razem sporządzili wówczas zestaw najcenniejszych fragmentów pism Orygenesa (Filokalia). Tam również Bazyli zaczął pisać swoje Moralia i zarys Asceticon, czyli przyszłej reguły bazyliańskiej, która miała ogromne znaczenie dla rozwoju wspólnotowej formy życia zakonnego na Wschodzie.
    Bazyli jest jednym z głównych kodyfikatorów życia zakonnego zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie chrześcijaństwa (miał ogromny wpływ na św. Benedykta z Nursji). Ideałem życia monastycznego Bazylego była braterska wspólnota, która poświęca się ascezie, medytacji oraz służy Kościołowi zarówno poprzez naukę wiary (poznawanie tajemnic Objawienia i obronę przeciw herezjom), jak i w działalności duszpasterskiej i charytatywnej.

    Święty Bazyli Wielki

    W 360 roku Bazyli wziął udział w synodzie, który odbył się w Konstantynopolu, a w dwa lata potem był świadkiem śmierci metropolity Cezarei Kapadockiej, Dioniusa. Jego następca, Euzebiusz, udzielił mu w 364 r. święceń kapłańskich. Po śmierci tegoż metropolity Bazyli został wybrany jego następcą (370). Jako arcybiskup Cezarei wykazał talent męża stanu, wyróżniał się także jako doskonały administrator i duszpasterz, dbały o dobro swojej owczarni. Bronił jej też niezmordowanie żywym słowem i pismem przed skażeniem herezji ariańskiej. Rozwinął w swojej diecezji szeroką działalność dobroczynną, budując na przedmieściach Cezarei kompleks budynków na potrzeby biednych i podróżujących (tzw. Bazyliada). Był człowiekiem szerokiej wiedzy, znakomitym mówcą, pracowitym i miłosiernym pasterzem.Zmarł 1 stycznia 379 r. Jego relikwie przeniesiono wkrótce do Konstantynopola wraz z relikwiami św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Jana Chryzostoma. Obecnie znajdują się one w Brugii (Belgia), przewiezione tam przez Roberta II Jerozolimskiego (1065-1111), hrabiego Flandrii, uczestnika wypraw krzyżowych. Część relikwii znajduje się we Włoszech: głowa w Amalfi koło Neapolu, a ramię w kościele S. Giorgio dei Greci w Wenecji.
    Św. Bazyli razem z pozostałymi ojcami kapadockimi (Grzegorzem z Nazjanzu i Grzegorzem z Nyssy) gorliwie zwalczał herezję ariańską i ustalił treść dogmatu o Trójcy Świętej (“jedna natura, trzy hipostazy” – jeden Bóg w trzech Osobach). Pozostawił bogatą spuściznę literacką: szereg pism dogmatyczno-ascetycznych, homilii i 350 listów. Poprzez swój Asceticon stał się ojcem i prawodawcą monastycyzmu wschodniego. Jest twórcą liturgii wschodniej (tzw. bizantyńskiej). W Kościele Wschodnim doznaje czci jako jeden z czterech wielkich Ojców Kościoła. Na 1600-lecie śmierci św. Bazylego w dniu 2 stycznia 1980 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił list apostolski Patres Ecclesiae. Bazyli jest patronem bazylianów i sióstr św. Krzyża.
    W ikonografii św. Bazyli przedstawiany jest jako biskup w pontyfikalnych szatach rytu łacińskiego, a także ortodoksyjnego, jako mnich w benedyktyńskiej kukulli, eremita. Ma krótkie, czarne, przyprószone siwizną włosy, długą, szpiczastą brodę, wysokie czoło i garbaty nos. W lewej ręce trzyma Ewangelię, prawą błogosławi lub przytrzymuje Świętą Księgę. Jego atrybutami są: czaszka, gołąb nad głową, księga, model kościoła, paliusz, rylec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    2 stycznia

    Święty Grzegorz z Nazjanzu,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Grzegorz z Nazjanzu

    Grzegorz urodził się w roku 329 lub 330 w Arianzie, w pobliżu Nazjanzu w Kapadocji (obecnie Turcja). Podobnie jak św. Bazyli Wielki, pochodził z rodziny świętych. Świętą była jego babka – Nonna, brat – św. Cezary i siostra – św. Gorgonia. Ojciec św. Grzegorza, również Grzegorz, był biskupem Nazjanzu. Pierwsze nauki Grzegorz pobierał w Nazjanzie (337-343) u swego wuja Amfilochiusza (uczył go krasomówstwa), studia średnie odbył w Cezarei Kapadockiej (343-349), a następnie udał się na studia wyższe retoryki do Cezarei Palestyńskiej (349-352), gdzie zapoznał się z nauką Orygenesa i stał się odtąd jego wielbicielem. W tym czasie podążył do Aleksandrii (351-352), gdzie metropolitą był wówczas sławny św. Atanazy Wielki. W samą Wielkanoc przyjął chrzest, mając 28 lat (358). Na dalsze studia udał się do Aten, gdzie odbywał je wraz ze św. Bazylim Wielkim (352-358). Po powrocie do ojczyzny zajął się administrowaniem rodzinnym majątkiem (359-361). W uroczystość Bożego Narodzenia z rąk ojca otrzymał święcenia kapłańskie i odtąd pomagał mu w duszpasterstwie i w zarządzaniu diecezją (361-363).
    Grzegorz pragnął jednak życia pustelniczego. Udał się więc do Neocezarei w Poncie, gdzie przebywał już wtedy św. Bazyli (363-364). Posłuszny jednak ojcu wrócił do Nazjanzu i nadal pomagał mu w zarządzaniu diecezją (364-371). Kiedy św. Bazyli został metropolitą w Cezarei Kapadockiej (372), w tym samym roku namówił Grzegorza, by przyjął biskupstwo w Sasimie. Grzegorz nie czuł się dobrze na tym urzędzie i dlatego usunął się do klasztoru św. Tekli w Seleucji Izauryjskiej, gdzie spędził cztery lata (375-379).
    Po wkroczeniu cesarza Teodozego I Wielkiego do Konstantynopola, Grzegorza powołano na metropolitę Konstantynopola. Cesarz uroczyście wprowadził go do katedry Hagia Sofia. Od maja do lipca 381 roku odbywał się w Konstantynopolu sobór powszechny. Przewodniczył mu biskup Antiochii, Melecjusz, a po jego nagłej śmierci – Grzegorz. Na soborze tym metropolitom Konstantynopola, Aleksandrii, Antiochii i Jerozolimy przyznano tytuł patriarchów. Grzegorz był więc pierwszym patriarchą Konstantynopola. Wkrótce jednak zrzekł się tej godności i udał się do Karbala Arianzos, gdzie oddał się wyłącznie kontemplacji i pracy pisarskiej (382).
    Zmarł w rodzinnym Arianzie w roku 389 lub 390. Data jego zgonu nie jest pewna (tradycja prawosławna podaje 25 stycznia 389 r.). Cesarz Konstantyn II (912-959) sprowadził jego relikwie z Arianzu do Konstantynopola, gdzie umieścił je w kościele Dwunastu Apostołów. Obecnie część tych relikwii znajduje się w Rzymie, w bazylice św. Piotra (w kaplicy św. Grzegorza), w klasztorze benedyktynek S. Maria in Campo Marzio oraz w Mantui w kościele św. Andrzeja.
    Wspomnienie św. Grzegorza obchodzi się wraz ze wspomnieniem św. Bazylego. Jak na ziemi łączyła ich przyjaźń, tak po śmierci łączy ich wspólna chwała.
    Grzegorz był wielkim teologiem, humanistą i poetą. Spuścizna literacka po nim jest bardzo bogata. Na pierwszym miejscu wypada wymienić jego kazania. Pozostało ich do naszych czasów czterdzieści pięć. Obszerna kiedyś musiała być jego korespondencja, skoro do dziś zachowało się szczęśliwie aż 245 listów. Grzegorz zasłynął ponadto jako jeden z największych poetów Kościoła Wschodniego. Ocalało aż 507 jego poetyckich utworów. Opiewa w nich tajemnice wiary, swoje osobiste przeżycia, uniesienia mistyczne i wydarzenia współczesne. Jest patronem bazylianów i poetów.
    W ikonografii św. Grzegorz ukazywany jest jako biskup rytu bizantyjskiego lub w pontyfikalnych szatach rytu rzymskiego. Czasami u jego stóp Lucyfer – symbol herezji. Jest przedstawiany jako starszy mężczyzna z jasnokasztanową, krótką brodą i znaczną łysiną czołową. Zazwyczaj prawą rękę ma złożoną w geście błogosławieństwa, w lewej trzyma Ewangelię. Jego atrybutami są: anioł, księga Ewangelii, paliusz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    1 stycznia

    Święta Boża Rodzicielka Maryja

    Bogarodzica Maryja

    Pierwszy dzień Nowego Roku to ósmy dzień od Narodzenia Jezusa. Według prawa żydowskiego każdy chłopiec miał być tego dnia obrzezany. W oktawę Bożego Narodzenia, dziękując Bogu za przyjście na świat Chrystusa, Kościół obchodzi uroczystość Maryi jako Matki Bożej, przez którą spełniły się obietnice dane całej ludzkości, związane z tajemnicą Odkupienia. Tego dnia z wszystkich przymiotów Maryi czcimy szczególnie Jej macierzyństwo. Dziękujemy Jej także za to, że swą macierzyńską opieką otacza cały Lud Boży.Poświęcenie Maryi pierwszego dnia rozpoczynającego się roku ma także inne znaczenie. Matka Jezusa zostaje ukazana ludziom jako najdoskonalsze stworzenie, a zarazem jako pierwsza z tych, którzy skorzystali z darów Chrystusa. Pragnienie zaakcentowania specjalnego wspomnienia Matki Bożej zrodziło się już w starożytności chrześcijańskiej. Kościół zachodni już w VII wieku wyznaczył w tym celu dzień 1 stycznia.Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi to najstarsze maryjne święto. Do liturgii Kościoła wprowadził je dość późno papież Pius XI w roku 1931 na pamiątkę 1500. rocznicy soboru w Efezie (431). Pius XI wyznaczył na coroczną pamiątkę tego święta dzień 11 października. Reforma liturgiczna w roku 1969 nie zniosła tego święta, ale podniosła je do rangi uroczystości nakazanych i przeniosła na 1 stycznia.

    Maryja - Święta Boża Rodzicielka

    W Starym Testamencie jest wiele szczegółowych proroctw, zapowiadających Zbawiciela świata. Pośrednio dotyczą one także osoby Jego Matki. Niektóre z nich są nawet wyraźną aluzją do Rodzicielki Zbawiciela, np. zapowiedź dotycząca Niewiasty, która zetrze głowę węża-szatana (Rdz 3, 15). Jeszcze wyraźniej o Matce Mesjasza wspomina prorok Micheasz (Mi 5, 1-2). Jako proroctwo dotyczące Maryi traktuje się także zapowiedź Izajasza:Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel (Iz 7, 14).Poza tymi tekstami tradycja chrześcijańska uznaje wiele innych w znaczeniu typicznym (stanowiącym wzór, pra-obraz), jak np. królowa stojąca po prawicy króla (Ps 45, 10), oblubienica z Pieśni nad Pieśniami, zwycięska Judyta czy ratująca swój naród od niechybnej zguby bohaterska Estera.Maryja była córką świętych Joachima i Anny (tak przekazuje nam apokryf Protoewangelia Jakuba, pochodzący z roku ok. 150). To oni oddali ją do Świątyni (to także przekaz apokryficzny – wspomnienie tego wydarzenia obchodzimy w liturgii 21 listopada). Przez Boga została wybrana na Matkę Jezusa Chrystusa. Jej postać jest obecna na kartach Nowego Testamentu od chwili Zwiastowania po Zesłanie Ducha Świętego.
    Anioł Gabriel zwiastuje Jej narodzenie Syna, który będzie “Synem Najwyższego” (Łk 1, 26-38). Od tej chwili Maryja całkowicie oddaje się Bogu. Za wskazaniem anioła odwiedza swoją krewną, św. Elżbietę, matkę Jana Chrzciciela (Łk 1, 39-56). Wraz ze swym oblubieńcem, św. Józefem, w związku ze spisem ludności udaje się do Betlejem, miasta, z którego wywodzi się Jej ród (a także ród Józefa, Jej męża). Tutaj przychodzi na świat Jezus (Łk 2, 1-20). Zgodnie z żydowskim obyczajem ofiarowuje Syna w świątyni (Łk 2, 21-38). Wobec zagrożenia ze strony Heroda ucieka z Jezusem i św. Józefem do Egiptu (Mt 2, 13-18). Po śmierci króla wraca do Nazaretu (Mt 2, 19-23). Podczas pobytu w Jerozolimie przeżywa niepokój z powodu zagubienia swego Syna (Łk 2, 41-49). Na godach weselnych w Kanie poprzez Jej wstawiennictwo Jezus czyni swój pierwszy cud (J 2, 1-11).
    Synoptycy (św. Mateusz, św. Łukasz i św. Marek) wspominają, że Maryja towarzyszyła Panu Jezusowi w Jego wędrówkach apostolskich (Mt 12, 46-50; Mk 3, 31-35; Łk 8, 19-21). Maryja jest także świadkiem śmierci Chrystusa. Stoi pod krzyżem Jezusa, gdy Ten powierza Ją opiece swego umiłowanego ucznia Jana (J 19, 25-27). Pod krzyżem zostaje Matką Kościoła i ludzkości. Po ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu pozostaje wśród Apostołów w Jerozolimie.
    Maryja niewątpliwie jest osobą najbliższą Jezusowi ze względu na szczególną rolę w dziele zbawienia. Jej niezwykłe posłannictwo i miejsce w chrześcijaństwie odsłania tekst Apokalipsy.
    Według tradycji po wniebowstąpieniu Jezusa żyła jeszcze 12 lat. Niektóre dokumenty mówią, że mieszkała ze św. Janem w Efezie, inne – że nie opuszczała Jerozolimy. Pusty grób Maryi znajduje się obok Ogrodu Oliwnego w dolinie Cedron. Fakty z Jej życia, tytuły i wezwania modlitewne oraz cudowne wydarzenia, które miały miejsce za Jej przyczyną, Kościół rozważa w ciągu wielu świąt podczas całego roku liturgicznego.Spośród szczególnych przywilejów Maryi na pierwszym miejscu trzeba wymienić Jej Boskie macierzyństwo, które w dzisiejszej uroczystości czcimy. Kiedy Nestoriusz, patriarcha Konstantynopola, odważył się odróżniać w Jezusie Chrystusie dwie natury i dwie osoby, wtedy Maryję zaczął nazywać Matką Chrystusa-Człowieka i odmówił Jej przywileju Boskiego macierzyństwa. Jednak biskupi zebrani na soborze w Efezie (431) stanowczo odrzucili i potępili naukę Nestoriusza, wykazując, że Jezus miał tylko jedną osobę, której własnością były dwie natury: Boska i ludzka. Dlatego Maryja była Matką Osoby Jezusa Chrystusa w Jego ludzkiej naturze – była więc Matką Bożą. Prawda ta została ogłoszona jako dogmat. Zebrani na tym soborze biskupi Kościoła pod przewodnictwem legatów papieskich orzekli jednogłośnie, że nie tylko można, ale należy Maryję nazywać Matką Bożą, Bogurodzicą (greckie Theotokos). Maryja nie zrodziła Bóstwa, nie dała Panu Jezusowi natury Boskiej, którą On już posiadał odwiecznie od Ojca. Dała Chrystusowi Panu w czasie naturę ludzką – ciało ludzkie. Ale dała je Boskiej Osobie Pana Jezusa. Jest więc Matką Syna Bożego według ciała i w czasie, jak według natury Bożej i odwiecznie Pan Jezus jest Synem Bożym. Ta godność i ten przywilej wynosi Maryję ponad wszystkie stworzenia i jest źródłem wszystkich innych Jej przywilejów.
    Prawdę o Boskim macierzyństwie Maryi potwierdzono na soborach w Chalcedonie (451) i w Konstantynopolu (553 i 680), w konstytucji Pawła IV przeciwko arianom (socynianom) w roku 1555, w wyznaniu wiary Benedykta XIV (1743) oraz w encyklice Piusa XI Lux veritatis w 1931 roku.
    Kościół właściwie przez cały rok wysławia ten wielki przywilej Maryi. W codziennej Komplecie w antyfonie końcowej spotykamy słowa: “Witaj, Matko Zbawiciela!”, “Witaj, Królowo nieba, Pani aniołów!”, “Witaj korzeniu i bramo święta, z której Światło zeszło na ziemię!”, “Królowo nieba, wesel się, alleluja, albowiem, którego zasłużyłaś nosić, zmartwychwstał, jak przepowiedział, alleluja!”, “Witaj, Królowo… a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż”.Macierzyństwo Maryi wobec Jezusa jest wyjątkowe, ponieważ jest dziewicze. Maryja była Dziewicą zawsze: przed porodzeniem Jezusa i po Jego urodzeniu, aż do śmierci. Kościół nie ustanowił osobnego święta dla podkreślenia tego tytułu. Łączy go jednak bezpośrednio z Boskim macierzyństwem. Prawdę o dziewiczym macierzyństwie ogłosił jako dogmat na Soborze Laterańskim I w roku 649. Jednak wiarę w tę prawdę Kościół wyraził również na soborach poprzednich, np. w Chalcedonie (451) i w Konstantynopolu (553). Nadto prawdę tę akcentuje w wyznaniach wiary, w orzeczeniach papieży, w pismach Ojców Kościoła i w liturgii.Pan Bóg godnością przewyższa wszystko, co tylko istnieje. Dlatego kult najwyższy, tak prywatny, jak i publiczny, należy się Panu Bogu. Maryja jest tylko stworzeniem, ale wśród stworzeń wyróżniona została najwyższą godnością. Dlatego Kościół oddaje Jej cześć szczególną, większą niż innym Świętym, co w liturgii nazywa się kultem hyperduliae – czcią wyjątkową. Kult Świętych jest zawsze względny i pośredni. Czcimy ich bowiem, ponieważ są przyjaciółmi Boga, a całą swoją godność i chwałę zawdzięczają Panu Bogu. To samo odnosi się również do Matki Bożej.
    W swoich początkach chrześcijaństwo na pierwszy plan wysuwało kult Pana Jezusa jako Wcielonego Słowa i Zbawiciela świata. W miarę jednak, jak nauka Chrystusa ogarniała coraz to nowe obszary, powiększało się też zainteresowanie osobą Matki Zbawiciela. Dlatego wspomnienie o Niej spotykamy u pierwszych Ojców Kościoła oraz w apokryfach. Kiedy zaczął rozwijać się kult męczenników, a zaraz potem wyznawców, kult Matki Bożej zyskiwał na znaczeniu. Od wieku IV można już mówić o powszechnym kulcie Maryi w Kościele. Wzrósł on po Soborze Efeskim (431), kiedy zaczęto stawiać ku czci Matki Bożej kościoły, otaczać kultem Jej obrazy, układać modlitwy, wygłaszać homilie i obchodzić Jej święta. Dzisiaj kult Matki Bożej w Kościele katolickim jest tak powszechny i żywy, że stanowi jedną z jego cech charakterystycznych. Do jego najważniejszych elementów należą:
    Dni i święta Maryi. W roku liturgicznym mamy kilkanaście obchodów maryjnych, co jest sytuacją wyjątkową – nikt inny nie jest tak często w liturgii wspominany. Niektórym z tych obchodów Kościół nadaje rangę najwyższą – uroczystości: Boskiego macierzyństwa Maryi (1 stycznia), Jej Wniebowzięcia (15 sierpnia) i Niepokalanego Poczęcia (8 grudnia). Dwa miesiące: maj i październik są miesiącami Maryi, w których Maryja odbiera szczególną cześć u wiernych. Są także święta lokalne, np. w Polsce – Królowej Polski (3 maja) czy Matki Bożej Częstochowskiej (26 sierpnia). Także poszczególne miejscowości czy zakony mają swoje święta. Sobota każdego tygodnia już od wczesnego średniowiecza była obchodzona jako dzień Maryi. W Okresie Zwykłym Kościół dozwala na odprawianie w soboty Mszy św. według specjalnego formularza o Matce Bożej.
    Świątynie pod wezwaniem Matki Bożej. Zaczęto je stawiać już od wieku IV. Dzisiaj są ich tysiące na całym świecie. Najdostojnieszą z nich jest bazylika Matki Bożej Większej w Rzymie.
    Obrazy i rzeźby Matki Bożej. Ikonografia w tej dziedzinie jest niezmiernie bogata. Obejmuje setki tysięcy obrazów i rzeźb. Pierwsze wizerunki Maryi spotykamy już w katakumbach w II w. – w katakumbach Pryscylli w Rzymie umieszczono literę M z krzyżem. Nadto na suficie jednej z krypt tych katakumb widzimy Maryję siedzącą na wysokim krześle niby na tronie albo na katedrze biskupiej. Jest ubrana w białą tunikę i ma welon dziewiczy na głowie. Na kolanach trzyma Dziecię Jezus. Powstały całe szkoły ikonografii maryjnej. Wiele obrazów i figur zasłynęło niezwykłymi łaskami, tak że zostały uznane za cudowne (jest ich ok. 3000, w tym kilkaset koronowano koronami papieskimi). Do sanktuariów maryjnych podążają milionowe rzesze pielgrzymów.
    Figury Maryi, stawiane na placach. W samym Awinionie we Francji jest ich 158. Wiele z nich przedstawia wysoką wartość artystyczną. W Rzymie znana jest kolumna Matki Bożej Niepokalanej na Placu Hiszpańskim, przed którą papież co roku zwyczajowo w każde święto Niepokalanej (8 grudnia) składa wiązankę kwiatów.
    Pisma teologów. Nie było pisarza kościelnego, który by nie podejmował tematyki maryjnej. Rocznie wychodzi kilkaset prac na temat Matki Bożej. Istnieją specjalne biblioteki, czasopisma i encyklopedie mariologiczne.
    Kongresy mariologiczne: miejscowe, diecezjalne, prowincjalne, krajowe, międzynarodowe. Rocznie przypada ich w różnych krajach kilka do dziesięciu, z okazji specjalnych – więcej. Pierwszy międzynarodowy kongres mariologiczny odbył się w Lyonie w dniach 5-8 września 1900 roku.
    Rozmaite nabożeństwa. Wystarczy wymienić najgłośniejsze: nabożeństwo 3 Zdrowaś Maryjo, koronki, różaniec, szkaplerze, medaliki, małe oficjum brewiarzowe (czyli Godzinki), nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, nowenny, pielgrzymki, peregrynacje obrazów i figur Matki Bożej, prywatne i publiczne akty poświęcenia się Matce Bożej, Święte Niewolnictwo, Dzieło Pomocników Maryi.Maryja jest patronką Kościoła powszechnego, wielu diecezji, zakonów, krajów, miast oraz asysty kościelnej, lotników, matek, motocyklistów, panien, piekarzy, prządek, studentów i szkół katolickich.

    Maryja - Święta Boża Rodzicielka

    W ikonografii Najświętsza Maryja Panna jest – obok Jezusa – najczęściej występującą postacią. Sztuka chrześcijańska rozwinęła szereg typów Madonny: z Dzieciątkiem, Matki Bożej tkliwej, majestatycznej (w sztuce bizantyjskiej), tronującej, opiekuńczej, orędującej, dziewczęcej, surowej władczyni, królowej, mieszczki, wieśniaczki, wytwornej damy. Ukazywana jest jako Bogurodzica, Niepokalana, Bolesna, Wniebowzięta, Niewiasta z Apokalipsy, Różańcowa, Wspomożycielka, Królowa, Matka Kościoła.
    Jej atrybutami są m.in.: gołąb – symbol Ducha Świętego, siedem gołębi – oznaczających siedem darów Ducha Świętego, jagnię, jaskółka, jednorożec; ciała niebieskie: gwiazdy, księżyc, półksiężyc, słońce i gwiazdy; kwiaty: anemon, fiołek, irys, lilia, lilia w ręku – symbol Niepokalanej, róża, różany szpaler; drzewa: cedr, dąb, drzewo figowe; owoce: cytryna – znak cierpienia, goździk, jabłko – symbol Odkupienia, truskawka, winorośl, winogrono jako symbol Jezusa zrodzonego ze szlachetnego winnego szczepu; ciernie, łza, mały krzyż, krucyfiks, miecz, miecz w piersi, siedem mieczów, narzędzia męki w dłoniach anioła; Boskie Miasto, kielich, kielich z hostią, korona, księga, otwarta księga, naszyjnik, naszyjnik z korali, perła, różaniec, smok u stóp, studnia.

    1 stycznia obchodzony jest Światowy Dzień Pokoju.

  • Ogłoszenia – styczeń 2025

    ***

    W Liturgii Kościoła od 13 stycznia do 5 marca, kiedy rozpocznie się Wielki Post Środą Popielcową, przeżywamy tzw. okres zwykły. Słowo “zwykłość” kojarzy się z powszechnie rozumianą codziennością, która może wydawać się banalna i nieciekawa. Tymczasem Kościół zwraca uwagę, że czas jest Bożym darem, jedynym i niepowtarzalnym. Dlatego każda chwila – tu i teraz – jest tak bardzo ważna. Dobrze jest przypomnieć sobie słowa św. o. Pio, który tak tłumaczył to nasze <dziś>: “Nie należy uciekać od codziennych obowiązków, ponieważ Pan Bóg spotyka nas właśnie w nich. Nie powinniśmy też żyć w przeświadczeniu, że wszystko zrobilibyśmy lepiej “gdzie indziej”. Diabeł jest właśnie w tym “gdzie indziej” a wola Boża znajduje się “tutaj”. Zaś św. Tereska od Dzieciątka Jezus napisała po prostu: “Aby kochać Ciebie, mój Boże, mam tylko <teraz>”.

    ***

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust albo na rękę – wtedy CIAŁO PAŃSKIE spożywamy w obecności kapłana. Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – odpowiadamy: AMEN.

    ***

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ***

    “Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ***

    Nabożeństwo 40 godzinne

    Współcześnie czterdziestogodzinne nabożeństwo jest stopniowo zapominane. Najczęściej służy jedynie jako „wstęp” do Wielkiego Postu. Ma jednak bardzo bogatą i długą tradycję. Już w 1539 r. papież Paweł III pisał, że powstało, aby „ułagodzić gniew Boga, spowodowany występkami chrześcijan, oraz aby udaremnić wysiłki i machinacje Turków, dążących do zniszczenia chrześcijaństwa”.

    Czterdziestogodzinne nabożeństwo nazywane jest Quarant’ Ore (lub Quarantore), od quarant – „czterdzieści” oraz hora – „godzina”. Polega na nieustannej, trwającej czterdzieści godzin modlitwie przed wystawionym Najświętszym Sakramentem…

    Adoracja trwa 40 godzin przede wszystkim dla upamiętnienia czasu, jaki według tradycji ciało Zbawiciela było złożone w grobie. Ale liczba 40 jest często wymieniana w Biblii i zawsze oznacza święty czas: przed rozpoczęciem nauczania Pan Jezus przebywał na pustyni przez 40 dni, tyle samo czasu padał deszcz w trakcie potopu, Żydzi błąkali się na pustyni przez 40 lat.

    Współcześnie dokumenty liturgiczne mówią nie tyle o „czterdziestogodzinnym nabożeństwie”, co o dłuższej adoracji, bez określania czasu jej trwania. Termin zachował się w praktyce duszpasterskiej i najczęściej określa się nim trzydniową adorację, odbywającą się albo w trzy kolejne niedziele przed Wielkim Postem, albo w niedzielę (od ostatniej Mszy porannej), poniedziałek i wtorek przed Środą Popielcową. 

    Nabożeństwo ma charakter głównie pokutny oraz przebłagalny za grzechy popełnione przez chrześcijan w okresie karnawału. Co istotne, jest wynagrodzeniem za winy nie tylko samych uczestniczących w adoracji, ale wszystkich ich współwyznawców. Traktuje się to nabożeństwo również jako chroniące przed złem, pokusami i wszelkimi niebezpieczeństwami. Jednak, jak w przypadku każdej adoracji Najświętszego Sakramentu, ma przede wszystkim służyć pogłębieniu wiary i umocnieniu relacji z Bogiem.(źródło: Dominikański Ośrodek Liturgiczny)

    W Archidiecezji Glasgow jest praktykowane nabożeństwo 40 godzinne, które rozpoczyna się w niedzielę wieczorem i adoracja Najświętszego Sakramentu trwa przez cały dzień w poniedziałek i we wtorek:

    • 2 lutego w uroczystość Ofiarowania Pańskiego – St. Brigid’s – Toryglen, Turnbull Hall, Nazareth House – Cardonald


    ***

    26 stycznia

    W trzecią Niedzielę Zwykłą Kościół zachęca do szczególnego zwrócenia naszej uwagi na Słowo Boże.

    Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.

    ***

    Co Ojciec Pio mówił o lekturze Pisma Świętego?

     

    o. Pio

     Archiwum Głosu Ojca Pio

    ***

    W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.

    Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.

    Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:

    Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.

    Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.

    Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.

    W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:

    Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.

    Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:

    Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.

    Ojciec Pio z Pietrelciny

    o.Tomasz Duszyc OFMCap /naszczas.pl/Tygodnik Niedziela

    ***

    „Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”

    “Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.

    fot. Plusonevector/Freepik/Stacja7.pl

    ***

    Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?

    Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!

    Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.

    W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?

    Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.

    Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.

    A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.

    Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?

    Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.

    Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.

    KAI/Stacja7.pl

    ***

    Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:

    nie trzeba czytać Biblii od deski do deski

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.

    Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.

    Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.

    Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.

    Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.

    Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.

    Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?

    Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.

    Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.

    Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?

    Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!

    A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.

    Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!

    Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?

    W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.

    W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.

    Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?

    Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.

    Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.

    Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?

    Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.

    Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?

    Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.

    Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.

    rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela

    ***

    Ks. Krzysztof Wons: Słowo Boże już nas zna, czeka na nas

    O medytującym Kowalskim, który wychodzi pokonany jako… zwycięzca, mówi ks. Krzysztof Wons, salwatorianin.

    Marcin Jakimowicz: Jeszcze przed dekadą plakat ze słowem „medytacja” pachniał z daleka New Age. Dziś to słowo pada coraz częściej w zakrystiach i salkach katechetycznych…

    ks. Krzysztof Wons: 
    I Bogu dzięki! Nie możemy być w odwrocie, nie możemy być w sytuacji, gdy słowa, które opisywały święte wartości, jak „tęcza”, „orientacja”, „medytacja”, zostają skradzione przez narrację tego świata. To przecież ogromne bogactwo, głęboko zakorzenione w chrześcijaństwie. Słowo meditare wskazuje przecież na to, co dzieje się z nami w najświętszym momencie, jakim jest słuchanie słowa Bożego i przyjmowanie go do własnego życia. Jak moglibyśmy z niego rezygnować? By nie wprowadzać w błąd ludzi zagubionych w informacyjnym chaosie, dodaję do słowa „medytacja” określenie „chrześcijańska”.

    Jan Kowalski chce rozpocząć dzień od biblijnej medytacji. Poranki są naprawdę dobre? A może zostawić sobie medytację na wieczór, na deser?

    Nie! Poranki są bardzo dobre, bo pokazują, że… decyzja nie jest po naszej stronie. Słowo już nas wybrało. Słowo jest poranne, paschalne, otwierające. Wybrzmiewa w nim poranek wielkanocny. Jest w nim Syn Ojca, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. A On jest zawsze poranny. Ja naprawdę nie muszę czekać cały rok na śniadanie wielkanocne. Mogę je spożywać codziennie, i to zasiadając do stołu z samym Jezusem. Poranna medytacja słowa jest jak wschodzące słońce. Ma ona wyprzedzać wszystko, bo „bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Przecież wyznajemy od pierwszej strony Biblii, aż po Prolog Janowy, że „na początku było Słowo” (Brandstaetter przetłumaczy „na początku jest Słowo”). To Ono daje początek wszystkiemu. Ono stworzyło i stwarza ten świat. Teologia mówi o creatio continua – ciągłym stwarzaniu. Jestem nieustannie stwarzany przez Słowo. W dzień i w nocy.

    Kowalski postanawia medytować, „gdy znajdzie czas”. Da się tak czy musi z góry go sobie wygospodarować?

    Musi go sobie wygospodarować, bo inaczej wszystko skończy się na pobożnych życzeniach. Niezwykle ważne są systematyczność i wierność. Słowo powinienem asymilować od poranka, i to najlepiej jeszcze przed śniadaniem. Jasne, trzeba być realistą i dostosować medytację do planu dnia. Jesteśmy bardzo niecierpliwi i czytamy Biblię, przyciskając od razu klawisz „enter”. Domagamy się natychmiastowej odpowiedzi. A Biblii trzeba dać czas. To żywa księga, która bada nasze intencje. Jesteśmy pokoleniem, które spędza sporo godzin przy komputerze i ma pod paluszkami klawiaturę. Wydaje się nam, że wciskając „enter”, mamy wszystko pod kontrolą. Klikamy i wyświetlamy to, co chcemy. A pokorny Bóg, który ukrył się w literze, otwiera się przed nami stopniowo, gdy spotyka się z naszą miłością. Słowo Boże już nas zna, czeka na nas.

    Kowalski zerka na opasły tom Biblii i drapie się po głowie: od czego zacząć? Od słowa „z dnia”?

    Wyjął mi to pan z ust! Unikajmy myślenia, że to ja wybieram słowo. To ono wybiera mnie. Kościół, jak dobra matka, karmi nas nim we wszystkich szerokościach geograficznych, a dzień rozpoczyna z nim i profesor teologii, i prosty robotnik, i proboszcz, i wikary. To nie jest słowo, które pochodzi od Kościoła, on je jedynie przekazuje. Czytajmy słowo „z dnia”. Jasne, można się na nie otworzyć już wcześniej. W Centrum Formacji Duchowej jednym z owoców gorzkiego czasu COVID-u jest codzienne internetowe przygotowanie do słuchania słowa z kolejnego dnia. Z tej propozycji korzystają tysiące osób!

    Śniadanie wielkanocne smakuje, bo jest raz w roku. Co zrobić, gdy trawione dzień w dzień słowo nam powszednieje?

    Być mu wiernym i czytać je codziennie. Nawet jeśli nie czujemy jego smaku. Jesteśmy wychowywani do hedonistycznego, zrelatywizowanego przeżywania rzeczywistości: „To czuję, tego nie; to lubię, tego nie”, a słowo niezależnie od tego, w jakim jestem stanie (czy uniesienia, czy acedii), jest zawsze takie samo – i jest pełne życia. Rozwiązanie? Być wiernym, stałym, konsekwentnym, nie oceniać medytacji wedle własnego samopoczucia (to pułapka, którą Zły chętnie wykorzystuje). Mówię kończącym rekolekcje: „Być może owoc zobaczysz dopiero po miesiącach, po latach. Ale naprawdę go zobaczysz!”. Słowo przemienia od środka, delikatnie, bez fajerwerków. W Krakowie nie ma weekendu bez fajerwerków, a niebo jest im potrzebne jedynie jako tło. Nie możemy z Boga robić tła dla naszych medytacyjnych fajerwerków, a z Biblii tła dla naszych oczekiwań!

    Kowalski, otwierając Biblię, ma zrezygnować z oczekiwań i pragnień?

    Nie! Ma chodzić z wielkimi pragnieniami, ale jednocześnie szukać w sobie wewnętrznej wolności wobec własnych oczekiwań. Czasami musi przełknąć gorzkie lekarstwo, ze świadomością, że jeśli będzie je cierpliwie zażywał, to pomoże mu wyzdrowieć. Bóg ma odpowiedź na wszystko, naprawdę. Trzeba tylko otwierać Biblię i czytać, czytać, czytać.

    Właściwie kto kogo czyta? Kowalski Biblię czy Biblia Kowalskiego?

    To kluczowe pytanie! To Biblia czyta mnie, choć wydaje się, że jest odwrotnie. To absolutne sedno tej rzeczywistości! To nie my mamy panować nad tekstem, ale on nad nami. Jak wiele zależy od tego, jak się otwieram na Słowo, czy je przeżywam i „przeżuwam”. Lectio divina to przecież Boże czytanie. To Bóg mnie czyta, nie ja Jego. Może być przecież i tak, że czytam słowo, nie wychodząc poza własne myśli. Benedykt XVI przypominał, że trzeba pytać, co mówi tekst sam sobie, bo istnieje niebezpieczeństwo, że moje czytanie będzie jedynie pretekstem, by nigdy nie wyjść poza własne myśli. Wiem lepiej! Ktoś otwiera Biblię i ziewa: „Znowu to samo? Co tu jeszcze medytować? Ileż homilii na ten temat powiedziałem”.

    Często zdarza się Księdzu odkryć coś nowego w słowie, które zna na pamięć?

    Nieustannie. Bo ono nigdy nie jest tym samym Słowem. Stare są tylko litery, ale za ich murem skrywa się słowo, które jest zawsze świeże, nowe, kochające. Nie narzekajmy: „Znam to na pamięć”. I nie chodzi nawet o pamięć intelektualną, ale o serce, bo to ono „pamięta”. Psycholog powie, że najsilniejsza pamięć to pamięć przeżyciowa. Ojcowie pustyni – często analfabeci – uczyli się na pamięć całych ksiąg czy nawet psałterza.

    Ale często „przeżuwali” przez cały dzień jedno słowo!

    Sam to praktykuję. Łapię się jednego zdania, wersetu i to przeżuwam. „Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione. Starożytni powtarzali, że „Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli”. Tym jednym jedynym, najdroższym słowem jest imię „Jezus”.

    „Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” – czytam w katechizmie.

    To przecież to jedno jedyne Słowo uczyło tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. Świetnie, że o tym mówimy, bo to ono właśnie odróżnia medytację chrześcijańską od niechrześcijańskiej. Ewagriusz z Pontu podpowiadał, by powtarzać to Imię „z gniewem” (użył takiego określenia! Chodziło mu o wiarę, dynamikę, modlitwę całym sercem), dlatego że to Słowo kryje w sobie moc, rodzi do życia, zbawia. To nie jest tak, że jakąś techniką wywołuję skutki (to sedno medytacji niechrześcijańskiej). To nie jest mantrowanie, które przynosi ukojenie. Niektórzy podpowiadają: powtarzaj jedno słowo, nieważne jakie. Nie! Tu nie ma relatywizmu, tu chodzi o słowo Boga, bo to Ono nas stwarza.

    A gdy Kowalski natrafia na fragment, którego nie rozumie? Na przykład opis budowy świątyni? Ma się mu poddać?

    To kluczowe sformułowanie! Trzeba czytać, nie rezygnować. Najbardziej głęboka modlitwa jest… pasywna. Passivum divinum. Pozwalam słowu działać. To najbardziej święty moment medytacji. I nie chodzi o letniość, bierność, doskonale znany nam stan „lelum polelum”. Łukasz opisał, jak pięknie przeżywa ten stan Maryja. Najpierw słucha, potem zachowuje, jednocześnie strzeże – tłumacząc inaczej: „strzeże jak żołnierz” (zdając sobie sprawę, że złodziej szuka okazji, by to słowo wykraść) – i wreszcie medytuje, czyli pozwala, „by słowo wyjaśniało się przez słowo”.

    „Jeszcze nikt swoim pytaniem okna w niebie nie wybił. Odpowiedzi w niebie nie brakuje, brakuje dobrych pytań. Nieraz trzeba się z Biblią pokłócić” – opowiadał mi Ksiądz. Kowalski się na to odważy?

    Czasami jego medytacja będzie przypominała walkę Jakuba z aniołem. W ciemnej nocy zniechęcenia, posuchy, zmęczenia. Najważniejsze jest to, co zrobił Jakub. Jego krzyk: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”. Bóg zachęca: „Kłóć się ze Mną, wiedź ze Mną spór”. W medytacji przychodzi moment, który ojcowie starożytni nazywali synkrisis – kryzysem. Konfrontacja. Słowo wprowadza cię w błogosławiony kryzys, który prowadzi do nawrócenia. Kłóćmy, się, walczmy, opowiadajmy Bogu, „co nam leży na wątrobie”. Ważne, byśmy na końcu otrzymali imię, które otrzymał Jakub: „Walczący z Bogiem”, bo „walczyłeś z Bogiem i ludźmi i zwyciężyłeś”. Kto wyszedł z tej medytacji, kuśtykając, z przetrąconym biodrem? Anioł czy Jakub? Ale – uwaga! – Jakub wyszedł jako zwycięzca. Nigdy bardziej nie jesteśmy zwycięzcami niż wtedy, gdy dajemy się pokonać przez Boga i Jego słowo.

    rozmawiał –Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ***

    10 powodów, dla których warto czytać Pismo Święte

    Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte. Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Podzielę się dziesięcioma powodami – pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi.

    Po co Niedziela Słowa Bożego?

    30 września 2019 r. Papież Franciszek opublikował list „Aperuitillis”. Okazją do napisania krótkiego, ale bardzo treściwego dokumentu o Biblii była 1600 rocznica śmierci św. Hieronima. Wszak to słynny tłumacz Wulgaty powiedział: „Nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa”. W dokumencie tym Ojciec Święty między innymi ustanawia Niedzielę Słowa Bożego, która ma przypadać w 3. niedzielę zwykłą.

    Powodów wybrania jednej niedzieli na to, by skupić wszystkie myśli na Piśmie Świętym jest kilka. Po pierwsze na zakończenie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia Papież poprosił, aby «jedna niedziela [w ciągu roku została] w całości poświęcona słowu Bożemu, aby zrozumieć niewyczerpalne bogactwo pochodzące z tego nieustannego dialogu między Bogiem a Jego ludem» (List Apost. Misericordia er misera, 7). Po drugie, ma to pomóc wiernym „wzrastać w miłości i w świadectwie w wiary” (AI, 2). Po trzecie, wybór niedzieli w tym czasie roku liturgicznego jest odpowiednim w kontekście troski o jedność chrześcijan i dialog religijny z wyznawcami judaizmu. Jak to ujął Franciszek: „Nie jest to przypadek: celebrowanie Niedzieli Słowa Bożego wyraża charakter ekumeniczny” (AI, 3).

    Uroczyste, czyli jakie świętowanie?

    Jak można przeżywać tę niedzielę? Z jednej strony Ojciec Święty zachęca ogólnie, by  „przeżywać tę Niedzielę jako dzień uroczysty” (AI,3) tak, by była ona poświęcona „celebracji, refleksji oraz krzewieniu Słowa Bożego” (AI, 3). Z drugiej podaje konkretne przykłady, co można w ten dzień zrobić: intronizację Pisma Świętego, udzielanie urzędu lektoratu, wręczenie przez proboszcza wiernym całej Biblii albo chociaż jednej Księgi. Niewątpliwie to też najlepszy czas na to, by całą homilię poświęcić Słowu Bożemu. Przecież niedawno czytaliśmy o tym, że „Słowo stało się Ciałem”, jak i rozpoczęliśmy nowy cykl czytań w Liturgii, co jest dobrą okazją, by chociaż wytłumaczyć sens i układ czytań mszalnych.

    Dołóżmy do tego jeszcze parę propozycji. Niedziela ta jest dobrą okazją, żeby zaprezentować ciekawie aplikację z tekstami biblijnymi (np. „Pismo Święte” Zespołu Pisma Świętego), super produkcję Biblii Audio czy strony internetowe z najpiękniejszymi obrazami biblijnymi (np. artbible.info czy biblical-art.com). To dobry czas, bo sprawdzić, czy i gdzie w domu znajduje się Pismo Święte, porozmawiać o sensie i pożyteczności czytania Słowa Bożego, jak również podzielić się najbardziej uderzającymi postaciami, wydarzeniami czy cytatami z Biblii. Jeśli ktoś nie przeczytał jeszcze listu papieża Franciszka „Aperuitillis”, to niech to zrobi właśnie w tę niedzielę. Tak jak wigilia jest dobrym czasem na składanie życzeń najbliższym, jak Popielec właściwym dniem, by posypać głowę popiołem, tak Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte.

    Dlaczego warto? 10 powodów

    Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Powodów jest zapewne wiele. Podzielę się dziesięcioma powodami, pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi. Nawet jeśli ktoś nie jest osobą wierzącą, warto, by przeczytał Biblię. Po co? Po to…

    1) by rozumieć 1/3 ludzkości, czyli chrześcijan i Żydów.

    2) by rozumieć literaturę, jak „Na wieży Babel” Szymborskiej czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa,

    3) by rozumieć dzieła sztuki, jak „Powrót Syna Marnotrawnego” Rembrandta czy „Ofiarę Izaaka” Caravaggia,

    4) by rozumieć muzykę, chociażby „Pasję wg św. Mateusza” Bacha czy „Mesjasza” Haendla,

    5) by rozumieć język, gdy ktoś powie o zakazanym owocu czy nazwie cię faryzeuszem.

    A jeśli jest ktoś wierzącym, znajdzie dodatkową motywację. Jaką? Czytam Biblię…

    1) żeby być wiernym Jezusowi, który mówi: „Pisma nie można odrzucić” (J 10,35),

    2) żeby Jezusa poznać, bo „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (św. Hieronim),

    3) żeby być wiernym Kościołowi, który zachęca „aby w każdym domu była Biblia … by można ją było czytać i posługiwać się nią w modlitwie” (Benedykt XVI, VD 85),

    4) żeby spotykać się z Bogiem, „albowiem w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (SWII, KO 21),

    5) żeby nie zmarnować życia, bo każdego kto słucha słów Jezusa i wypełnia je, „można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony” (Mt 7,24-25).

    Kiedy czytamy Biblię, „w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (Dei Verbum, 21). Dla takiego Ojca warto i dla takich rozmów nie szkoda marnować czasu.

    ks. Wojciech Węgrzyniak/Stacja7.pl


    ***

    Franciszek Salezy – prorok miłości, patron dziennikarzy katolickich

    Franciszek Salezy, święty i doktor Kościoła, żyjący we Francji w latach 1567-1622, jest patronem dziennikarzy i pisarzy katolickich. Jego wspomnienie przypada w kalendarzu liturgicznym 24 stycznia.

    ***

    Ludzie świętego przekazu. Święci, którzy rozumieli siłę mediów

    Świat doskonali metody niesienia słów każdego rodzaju. Co ze słowami najcenniejszymi robią chrześcijanie?

    WIKIPEDIA

    ***

    Znane jest powiedzenie, że „na kroplę miodu więcej much złapiesz niż na beczkę octu”. W rozdzierających Europę sporach między katolikami a protestantami miód był jednak towarem deficytowym, za to ocet, zmieszany z krwią, lał się strumieniami. Autor tego powiedzenia, święty Franciszek Salezy, patron dziennikarzy i prasy katolickiej, pokazał, że nie tędy droga.

    Niech czytają

    Był rok 1594, gdy 27-letni Salezy, niedawno wyświęcony na prezbitera, trafił do Chablais, regionu Szwajcarii, który wtedy znalazł się w granicach Księstwa Sabaudii. Młody duchowny miał umacniać tamtejszych katolików i sprowadzać z powrotem do Kościoła wyznawców kalwinizmu. Była to misja straceńcza, bo w tych czasach jako argumentu w sporach teologicznych najchętniej używano stali i ołowiu. Franciszek jednak ufał Bogu tak dalece, że odmówił przyjęcia zbrojnej eskorty. I rzeczywiście, były zamachy na jego życie, ale dziwnym trafem się nie udawały.

    W Chablais z początku szło opornie. Bywało, że Franciszek odprawiał Msze i wygłaszał kazania w pustych kościołach. Pomyślał wtedy, że skoro niewielu chce jego słów słuchać, to może więcej ludzi zechce je przeczytać. Słowo pisane było w tych czasach rarytasem, święty postanowił więc rozprowadzać krótkie artykuły na temat prawd wiary katolickiej, oparte na tekstach Pisma Świętego i stanowiące odpowiedź na twierdzenia protestantów. Kalkulował, że „wrodzona człowiekowi ciekawość tym bardziej skłaniałaby do czytania pism katolickich, im więcej pastorzy broniliby do nich dostępu”. Stwierdził także, iż słowo pisane jest podatniejsze dla rozmyślań, „bo lepiej można rozważyć rzecz pisaną niż wypowiedzianą; w każdej chwili ma się ją przed oczami i nie można jej zapomnieć”.

    „Jeżeli zbijam tysiące niedorzeczności, które zarzuca się katolikom, to nie mówię tego na wiatr, jak utrzymują niektórzy. Nauka pisana zadowoli tych, którzy chcieliby przedstawić ją swoim pastorom i usłyszeć ich replikę; a przy tym racje napisane czarno na białym można przedstawić każdemu, komu się podoba” – wyliczał święty we wprowadzeniu do „Kontrowersji”, dzieła, które powstało z zebranych później pism. Pierwszy tekst powstał 7 stycznia 1595 r. Franciszek pisał pośpiesznie, korzystając z nielicznych wolnych chwil. Gotowe artykuły dawał do przepisania. Odpisy były rozdawane ludności, pojawiały się też w formie plakatów na ulicach i placach.

    Salezy, mierząc się z wszystkimi ważnymi wówczas zarzutami protestantów, wykazywał prawomocność doktryny katolickiej. Omawiał podstawy wiary: Pismo Święte i Tradycję, pisał m.in. o władzy papieża, o soborach, o sakramentach, o czyśćcu i o modlitwie za zmarłych. Choć przedstawiał treści polemiczne, robił to zawsze w uprzejmy sposób. „Słuchaliście gorliwie i ze skwapliwością kazań pastorów, miejcież cierpliwość wysłuchać i mnie. A potem, zaklinam was na Boga, zastanówcie się głębiej nad tym, co przeczytacie, i proście Pana, aby was wspierał Duchem swoim i okazał pomoc w sprawie tak wielkiej wagi” – pisał. Prosząc o życzliwe przyjęcie pism, deklarował: „Zaczynam więc w imię Boga i błagam Go z pokorą, aby swe święte słowo wlał cicho w serca wasze, na kształt świeżej rosy poranku. I nie zapominajcie, proszę, Panowie, o słowach św. Pawła: »Wszelka gorzkość i gniew i zagniewanie, wzgarda, wrzask i bluźnierstwo, i złość wszelaka odjęte od was niech będzie«”. Nie ma w pismach Salezego tak powszechnej wówczas agresji, jest za to szacunek dla adresatów. Uwagę zwraca elegancja i lekkość jego stylu, a także precyzja sformułowań.

    Wszystko to przyniosło wielki owoc: wpływowi Franciszka Salezego przypisuje się powrót do katolicyzmu kilkudziesięciu tysięcy kalwinów, a jego spisane nauki okazały przyniosły mu tytuł doktora Kościoła.

    Na tym nie oszczędzać

    Wśród ludzi Kościoła rozumiejących znaczenie mediów dla głoszenia Ewangelii wybija się św. Maksymilian Kolbe. Święty, realizując franciszkański charyzmat ubóstwa, podkreślał, że na sprawie zbawienia nie należy oszczędzać. „Ograniczając jak najbardziej potrzeby prywatne, prowadząc życie jak najuboższe, będziemy używali choćby najnowocześniejszych środków. W połatanym habicie, w połatanych butach, na samolocie najnowszego typu, jeżeli to będzie potrzebne dla zbawienia i uświęcenia większej ilości dusz – pozostanie naszym ideałem” – wyjaśniał swoją strategię.

    Nie były to słowa rzucone na wiatr. W 1922 roku o. Maksymilian założył miesięcznik „Rycerz Niepokalanej”. Celem pisma było pogłębienie i umocnienie wiary, zapoznanie wiernych z mistyką chrześcijańską, ale też dążenie do nawrócenia niekatolików. „Ton pisma będzie zawsze przyjazny dla wszystkich, bez względu na różnice wiary i narodowości” – deklarował założyciel. „Rycerz Niepokalanej” szybko stał się jednym z najpopularniejszych czasopism w Polsce. Pod koniec roku 1938 wydrukowano milion egzemplarzy tego pisma, z czego 800 tys. wynosił miesięczny abonament. Pismo bywało rozprowadzane po kosztach albo nawet, gdy ktoś nie miał czym zapłacić, rozdawane za darmo. Jego twórcy chodziło o budzenie wiary i formowanie sumień, a nie o zarabianie. Ta sama motywacja towarzyszyła mu także w przypadku innych inicjatyw. W założonym przez św. Maksymiliana klasztorze Niepokalanów – największym na świecie (w 1938 r. mieszkało w nim aż 780 zakonników) – powstał olbrzymi ośrodek wydawniczy. Praca trwała tam niemal 24 godziny na dobę. Z nowoczesnych maszyn drukarskich schodziły miliony egzemplarzy rozmaitych publikacji, książek i broszur, rozprowadzanych masowo w Polsce i poza jej granicami. Roczne zużycie papieru w wydawnictwie wynosiło ok. 1600 ton.

    W 1930 r. św. Maksymilian wyjechał do Japonii. W Nagasaki założył tamtejszy Niepokalanów, gdzie zaczął wydawać japoński odpowiednik „Rycerza Niepokalanej”.

    Po powrocie do Polski o. Kolbe zabrał się za stworzenie stacji radiowej. W grudniu 1938 r. wyemitowano próbną audycję. Starania o koncesję na regularne nadawanie przerwał wybuch wojny. Z tej także przyczyny nie powstało w Niepokalanowie lotnisko. Maksymilian planował zakup samolotów, a kilku zakonników wysłał już na kursy pilotażu.

    Dowodem na dalekowzroczność św. Maksymiliana był „Mały Dziennik”, gazeta tania, zawierająca krótkie, proste teksty i dużo ilustracji. Zaczęła się ukazywać od roku 1935 w codziennym nakładzie prawie 140 tys. egzemplarzy i 225 tys. egzemplarzy w wydaniu niedzielnym. Święty, choć sam zdobył w Rzymie dwa doktoraty, rozumiał potrzeby różnego rodzaju odbiorców, dlatego zaplanował to pismo jako… katolicki brukowiec. Sam użył takiego określenia, zakładając, że taki rodzaj prasy – oczywiście zawierający odpowiednie dla katolickiego medium treści – przyciągnie do Kościoła tych, którzy nigdy nie sięgnęliby po pisma bardziej wymagające.

    Szacuje się, że wszystkie wydawnictwa inspirowane przez o. Kolbego wywierały długotrwały wpływ na kilka milionów Polaków.

    Święty tej profesji

    O ile św. Franciszek Salezy był prekursorem głoszenia Ewangelii słowem pisanym, a św. Maksymilian użył mediów do dzieła szerzenia wiary, o tyle od niedawna wśród wyniesionych na ołtarze jest dziennikarz w ścisłym sensie: św. Tytus Brandsma. Ten kanonizowany w 2022 roku holenderski karmelita miał wiele specjalności – był filozofem, ale też dziennikarzem. Profesję tę uprawiał, pisząc do gazety miejskiej w Oss, gdzie karmelici mieli swój klasztor. Publikował również teksty o doświadczeniu mistycznym w periodykach karmelitańskich. Sam też założył jedno z nich – „Karmelrozen” („Róże Karmelu”). Był zaangażowanym członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy i duszpasterzem holenderskich dziennikarzy. Z racji swojej mobilności zyskał sobie nazwę „mistyka z długookresowym biletem kolejowym”.

    Jego sposób myślenia obrazuje napomnienie, jakie kierował do swoich studentów: „Nie wolno nam w naszym sercu oddzielać Boga od świata. Musimy raczej świat oglądać na tle Boga”. Gdy Niemcy w 1940 roku zajęli Holandię, Brandsma publicznie sprzeciwiał się ich antyżydowskim rozporządzeniom. W 1942 roku został aresztowany i osadzony w Dachau. Tam został zabity zastrzykiem fenolu. Pielęgniarkę, która wstrzykiwała mu truciznę, zapewnił, że się za nią modli, i dał jej swój różaniec. Nie obchodziło jej to, była nazistką, ale po latach się nawróciła i została katoliczką. „Zabiłam świętego człowieka” – wyznała w 1956 r., przekazując karmelitom różaniec, który otrzymała od o. Tytusa. W 1985 r. Jan Paweł II beatyfikował Tytusa Brandsmę. W ten sposób na ołtarze został wyniesiony pierwszy dziennikarz.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Każdego dnia jesteśmy zjednoczeni w modlitwie za Kościół katolicki, za wszystkich chrześcijan, za wspólnoty różnych wyznań, za niewierzących i za wszystkie ludy ziemi. Teraz, w tym szczególnym czasie

    od 18 do 25 stycznia Kościół modli się o Jedność Chrześcijan

    „Wierzysz w to?” - to słowa skierowane do Marty po śmierci jej brata Łazarza.

    ***

    Hasłem są słowa Pana Jezusa: „Wierzysz w to?” (J 11, 26),

    W tym roku przypada 1700. rocznica pierwszego Soboru Nicejskiego.  Dlatego tematem modlitewnej refleksji nad naszą wiarą są słowa wyrażone w Credo sformułowanym na tym soborze. Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan ma nas zachęcić do czerpania z tego wspólnego dziedzictwa i głębszego wniknięcia w wiarę, która jednoczy nas jako chrześcijan.

    Zwołany przez cesarza Konstantyna sobór, był wydarzeniem, podczas którego wychodzący z ukrycia i prześladowań Kościół wiedział już, jak trudno jest wyznawać tę samą wiarę w różnych kontekstach kulturowych i politycznych. Uzgodnienie tekstu Credo oznaczało zdefiniowanie podstawowych wspólnych fundamentów, na których można było budować lokalne wspólnoty Kościoła. Chrześcijanie zdążyli już doświadczyć poważnych sporów i herezji. Dlatego Credo zawierało nie tylko wyznanie wiary, ale również odrzucenie herezji.

    Na Soborze Nicejskim chrześcijanie ustalili też sposób obliczania daty Wielkanocy. Dziś na skutek różnych interpretacji daty te nie są ustalane w ten sam sposób. W tym roku 2025 tak się składa, że uroczystość ta będzie obchodzona tego samego dnia przez wszystkich chrześcijan.

    ***

    Papież św. Pius X w roku 1908 ustanowił od 18 stycznia (w tradycyjnym kalendarzu do roku 1960 ten dzień był świętem Katedry św. Piotra w Rzymie, który obecnie obchodzimy 22 lutego) do 25 stycznia (święto Nawrócenia św. Pawła) Oktawę Modlitw o Jedność Kościoła.

    OKTAWA MODŁÓW O JEDNOŚĆ KOŚCIOŁA

    Prośmy Boga wszechmogącego, aby wszyscy pozostający poza prawdziwym Kościołem, a w szczególności wszyscy chrześcijanie, którzy mają błędne pojęcie o Kościele Chrystusowym, poznali, że jedynie Kościół katolicki jest prawdziwym i aby do niego wrócili. Dziś przede wszystkim módlmy się:

    Pierwszy dzień 18 stycznia:
    O powrót do owczarni Piotrowej tych wszystkich „innych owiec”, które nie słuchają głosu Boskiego Pasterza.

    Drugi dzień 19 stycznia:
    O powrót do jedności ze Stolicą Apostolską prawosławnego Wschodu.

    Trzeci dzień 20 stycznia:
    O powrót do jedności z wspólnoty anglikańskiej.

    Czwarty dzień 21 stycznia:
    O powrót do Kościoła różnych wspólnot luteranów i protestantów.

    Piąty dzień 22 stycznia:
    O powrót do Kościoła chrześcijańskich sekt.

    Szósty dzień 23 stycznia:
    O nawrót do praktyk religijnych wszystkich oziębłych katolików.

    Siódmy dzień 24 stycznia:
    O nawrócenie żydów i mahometan.

    Ósmy dzień 25 stycznia:
    Aby cały świat rozpoznał w Chrystusie jedynego prawdziwego Boga i Zbawcę.

    Ojcze Nasz … Zdrowaś Maryjo … Chwała Ojcu …

    Ant. Aby wszyscy byli jedno, tak jak Ty Ojcze we Mnie, a Ja w Tobie i aby świat uwierzył, że Ty mnie posłałeś.

    V. Ja tobie powiadam, że ty jesteś Piotr.
    R. A na tej opoce zbuduję Kościół mój.
    V. Panie, wysłuchaj modlitwy nasze.
    R. A wołanie nasze niech do Ciebie przyjdzie.

    MÓDLMY SIĘ:

    Panie Jezu Chryste, który powiedziałeś Apostołom; Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam, nie patrz na grzechy nasze, lecz na wiarę Kościoła Twego i racz go według Twej woli obdarzyć pokojem i zjednoczyć. Który żyjesz i królujesz Bóg po wszystkie wieki wieków.
    R. Amen.

    ***

    Ksiądz Kardynał Kurt Koch:

    u początku ekumenizmu była modlitwa,

    trzeba do tego powrócić

    Zdając sobie sprawę z tych przeróżnych wspólnot, które potworzyły się po wyjściu z Kościoła, Ksiądz Kardynał Kurt Koch wskazuje na potrzebę ponownego pogłębienia wymiaru duchowego, ponieważ na początku ruchu ekumenicznego istniał ruch modlitewny. „Papież Benedykt XVI wyraził to kiedyś pięknym obrazem, że łódź ekumenizmu nigdy nie wypłynęłaby na pełne morze, gdyby nie była napędzana prądem modlitwy… Ruch ekumeniczny – przypominał szef watykańskiej dykasterii – był pierwotnie ruchem modlitewnym i musi nim pozostać, ponieważ podstawa ekumenizmu to modlitwa arcykapłańska z 17. rozdziału Ewangelii Jana. Ciekawe jest w niej to, że Pan Jezus nie nakazuje jedności, Pan Jezus modli się o jedność. A jeśli Pan Jezus modlił się o jedność swoich uczniów, to cóż lepszego możemy zrobić my?”.

    ***

    Ks. Sławomir Pawłowski SAC:

    Kościół jest jeden, podzieleni są chrześcijanie

    Rozpoczyna się Tygodzień Modlitw o Jedność Chrześcijan

    fot. Matt Wengerd/CC 2.0/

    ***

    „Wszyscy chrześcijanie wierzą, że Chrystus założył jeden jedyny Kościół. Dlatego to nie Kościół jest podzielony, lecz podzieleni są chrześcijanie” – mówi w rozmowie z KAI ks. dr. hab. Sławomir Pawłowski SAC, kierownik Sekcji Ekumenizmu na KUL i sekretarz Rady KEP ds. Ekumenizmu. W przeddzień Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan tłumaczy, że ekumenizm jest „zbieraniem potłuczonych kawałków”, które „w rękach Bożych pasują do siebie”, tworząc mozaikę, „której całość widzi z góry tylko Pan Bóg, a my jej jeszcze nie widzimy”.

    Rozmowa z ks. Sławomirem Pawłowskim SAC, kierownikiem Sekcji Ekumenizmu na KUL, sekretarzem Rady KEP ds. Ekumenizmu

    KAI: Czym jest ekumenizm?

    Ks. Sławomir Pawłowski SAC: Ekumenizm to dążenie do jedności między chrześcijanami różnych wyznań. Różni się od dialogu międzyreligijnego, który polega na dialogu między chrześcijanami a na przykład buddystami czy muzułmanami. Niektórzy mówią, że trzeba z tych dwóch grup wyróżnić dialog chrześcijańsko-żydowski, gdyż judaizm nie jest czymś całkowicie zewnętrznym w stosunku do chrześcijaństwa. A zatem ekumenizm dotyczy tylko chrześcijan.

    Pochodzenie słowa „ekumenizm” jest bardzo sympatyczne, bo wywodzi się z greckiego słowa „oikos”, to znaczy „dom”. Chodzi więc o troskę o wspólny dom, jakim jest Kościół, zamieszkiwany przez chrześcijan na całym świecie. W starożytności słowo „oikumene” oznaczało całą zamieszkałą ziemię, a także powszechny wymiar Kościoła.

    W jaki sposób możemy dążyć do zgromadzenia się w tym wspólnym domu, jakim jest Kościół?

    – Ekumenizm kroczy trzema drogami. Jest to najpierw tak zwany ekumenizm duchowy, który polega na tym, że im bliżej jesteśmy Chrystusa, tym bliżej jesteśmy siebie nawzajem. Ekumenizm duchowy obejmuje: świętość życia i modlitwę, która jest bardzo ważna, bo za jej sprawą nie polegamy tylko na własnych siłach. Zjednoczenie chrześcijan przewyższa siły ludzkie, jak tłumaczy Sobór Watykański II.

    Obok ekumenizmu duchowego jest ekumenizm praktyczny. Polega on na współpracy chrześcijan różnych wyznań na rzecz innych ludzi na płaszczyźnie charytatywnej, kulturalnej, społecznej. Może to być nawet zwyczajna pomoc sąsiedzka. W Polsce mamy Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom, które wspólnie organizują: katolicka Caritas, ewangelicka Diakonia i prawosławny Eleos. Istnieje również współpraca duszpasterska, na przykład kapelanów szpitalnych czy więziennych różnych wyznań.

    Na końcu mamy ekumenizm doktrynalny, zwany teologicznym, który polega na pracy teologów delegowanych przez swoje Kościoły. Próbują oni znaleźć wspólne rozwiązanie dla doktrynalnych kwestii, które je jeszcze dzielą. Taki dialog ma już za sobą wiele sukcesów.

    Każda z tych trzech dziedzin: duchowa, praktyczna i teologiczna, jest potrzebna.

    Są osiągnięcia w dialogu teologicznym dotyczącym prawd wiary, różnie rozumianych i przeżywanych w poszczególnych Kościołach, ale przeciętny katolik nie ma o tym bladego pojęcia.

    – Każdy powinien poznawać własną wiarę, Pismo Święte, historię chrześcijaństwa i własnego Kościoła. Do takich zadań należy – do czego gorąco zachęcam – poznawanie osiągnieć ekumenicznych.

    Spektakularnym osiągnięciem doktrynalnym była w 1999 roku „Wspólna katolicko-luterańska deklaracja w sprawie nauki o usprawiedliwieniu”. Brzmi to może naukowo i skomplikowanie, ale chodziło o szesnastowieczny spór między katolikami i protestantami, jak człowiek osiąga zbawienie: czy samą tylko wiarą, czy wiarą i uczynkami? Kilkanaście lat spokojnego dialogu pokazało, że wówczas, w XVI wieku, obie strony słabo znały nawzajem swoją naukę i przedstawiały ją w niewłaściwym świetle, powierzchownie. Nic więc dziwnego, że nawzajem się potępiały. Komisja teologów wypracowała wspólne stanowisko na ten temat, zaakceptowane przez dwie strony. A co najciekawsze, stwierdziła, że ówczesne, szesnastowieczne wzajemne potępienia nadal zachowują swoją ważność, bo nie dotyczą nauki wyrażonej w tej deklaracji, ale karykaturalnych form i postaci nauk przedstawianych w XVI wieku. Taką karykaturę trzeba było potępić.

    We wspólnej deklaracji nie ma jednak stwierdzenia, że katolickie i luterańskie nauczanie na temat usprawiedliwienia jest w stu procentach wspólne.

    – Nie w stu procentach, ale jest wspólne w sprawach, które określono jako zasadnicze, najważniejsze i nas nie dzielące. Natomiast zachowano w czterech punktach dopuszczalne różnice, które wynikają z różnego rozłożenia akcentów. Powiem szczerze, że niewprawny czytelnik absolutnie nie odkryje, na czym te różnice polegają, bo są tak minimalne. Porównałbym to do różnic między liturgiami. Wiemy, że w Kościołach wschodnich istnieje pięć rodzin liturgicznych. Każda z tych wschodnich liturgii jest równie dobra i równie godna, choć różnią się między sobą. W Polsce znamy liturgię bizantyjską, którą sprawują nie tylko Kościoły prawosławne, ale również grekokatolicy. Jest ona równie piękna i wzniosła, jak liturgia rzymska.

    Sobór Watykański II uczy, że w Kościele katolickim jest pełnia środków zbawienia. Czy więc zamiast ustalania wspólnego rozumienia prawd wiary nie wystarczy, że wszyscy chrześcijanie przyjmą wiarę Kościoła katolickiego?

    – Pełnia środków zbawienia i prawd objawionych jest katolikom nie tylko dana, ale również zadana. Na przykład gdyby w roku 324 chrześcijanie stwierdzili, że wszystko już mamy i wiemy, to nie doszłoby do pierwszego soboru w Nicei w 325 roku i nie sformułowano by Wyznania Wiary. A gdyby po tym soborze biskupi powiedzieli sobie, że teraz już mamy wystarczające, zadowalające nas Credo, to za kilkadziesiąt lat nie byłoby soboru w Konstantynopolu w 381 roku, na którym dopisano drugą część tego Wyznania.

    Historia chrześcijaństwa sama pokazuje, że Kościół pielgrzymuje w wierze. Ma skarb, ma pełnię, ale ją musi odkryć. Pełnia jest dana i zadana w tym znaczeniu, że trzeba ją odkryć do końca. Mamy odziedziczony olbrzymi skarbiec, w którym jeszcze nie dokonaliśmy inwentaryzacji wszystkich skarbów. Jak jej dokonywać? Właśnie przez kontakt z innymi chrześcijanami. Kapitalną rzecz powiedział św. Jan Paweł II, wskazując, że dialog ekumeniczny to nie tylko wymiana myśli (słowo „dialog” wywodzi się z greckiego „dia logos”, to znaczy „przez myśl”, „przez słowo”), ale również wymiana darów duchowych. Papież Franciszek idzie krok dalej, mówiąc, że Duch Święty innym chrześcijanom dał dary, które są również dla nas. Mamy te dary wziąć z rąk innych chrześcijan…

    …chociaż teoretycznie mamy je w naszym skarbcu?

    – Mamy dlatego, że inni chrześcijanie są w pewnym sensie częścią naszego Kościoła. Mury, które istnieją między chrześcijanami nie sięgają nieba. Mamy wiele wspólnych skarbów. Ten skarbiec, który mamy zinwentaryzować jest częściowo wspólny.

    Myśl o katolickiej pełni zawarta jest w soborowej konstytucji dogmatycznej o Kościele „Lumem gentium”. Została powtórzona w Dekrecie o ekumenizmie „Unitatis redintegratio”. Dekret dopowiada jeszcze, że dopóki nie ma zjednoczenia między chrześcijanami, to samemu Kościołowi katolickiemu dalej czegoś brakuje. A zatem ta pełnia katolicka nie jest do końca pełna. Dlatego jest dana i zadana, ciągle do odkrycia, a tego odkrywania nie da się zrobić w pojedynkę, bez innych chrześcijan, bez zbierania darów, które Bóg im ofiarował.

    Bardzo dobrze widzimy to współczesne przenikanie się darów między Kościołami. Pozwolę sobie przywołać postać sługi Bożego księdza Franciszka Blachnickiego. Wszyscy znamy symbol ruchu Światło-Życie – „Fos-Zoe” – który się wywodzi z chrześcijaństwa wschodniego, prawdopodobnie syryjskiego. Z kolei metody, które stosował, ksiądz Blachnicki wypożyczył od ewangelików, w tym słynne cztery prawa życia duchowego, które nadal są stosowane w tym ruchu, z czasem trochę uzupełnione, mówiące o kerygmacie, czyli podstawowym głoszeniu Ewangelii. W metodach ewangelizacyjnych dużo wzięliśmy od ewangelików. Podobnie jak ich zamiłowanie do Pisma Świętego. Nie mówię, że w Kościele katolickim go nie było, jednakże protestanci wyprzedzili nas, począwszy od XVI wieku, w osobistym czytaniu Pisma Świętego. My to teraz nadrabiamy i miejmy nadzieję, że się rodzi dobre współzawodnictwo, do którego Sobór Watykański II zachęcał. Nie wstydząc się skarbów, które mamy, starajmy się odkryć te skarby, które mają inni.

    Czasem mówi się, że w ramach tej wymiany darów katolicy mają do zaoferowania Eucharystię, protestanci czytanie Pisma Świętego, a prawosławni skupienie na zmartwychwstaniu Chrystusa. Pewnie należałoby do tego dołożyć jeszcze Kościoły ewangelikalne, które zwracają uwagę na charyzmatyczny wymiar życia chrześcijańskiego. Ale ten podział jest schematyczny…

    – Schematyczny, ale coś jest na rzeczy. Owoce wymiany darów dzisiaj widać: katolicy bardziej karmią się dziś Pismem Świętym, a u protestantów częściej sprawuje się Wieczerzę Pańską. Pojawiają się u nich również ikony, a niektórzy nawet zaczęli używać kadzidło. Dla prawosławnych centrum stanowi, oczywiście, Boska Liturgia. Owszem, koncentrują się na zmartwychwstaniu, ale rozumieją je jako przemieniony krzyż, jak w Ewangelii Janowej – można powiedzieć, że Pan Jezus już zmartwychwstaje na krzyżu. Święty Jan jest uważny za postać ikoniczną dla prawosławia, tak jak św. Piotr dla katolicyzmu, a św. Paweł dla protestantów. To też zresztą są schematy.

    Schematy dotyczą także nazw. Jeżeli mówimy „ewangelicy”, to nie znaczy, że katolicy i prawosławni nie chcą żyć Ewangelią. Jeżeli mówimy o kimś „niekatolicy”, to mogą się obrazić, bo przecież w Wyznaniu Wiary wspólnym wszystkim chrześcijanom jednym z czterech przymiotów Kościoła jest „powszechność”, czyli katolickość. W tym znaczeniu i prawosławni, i ewangelicy są katolikami.

    W tłumaczeniach Wyznania Wiary na niektóre języki jest wręcz użyte słowo „katolicki”.

    – Tak. Podobnie, gdy chodzi o prawosławie, katolicy i ewangelicy o sobie myślą, że są prawowierni i że oddają Bogu chwałę w sposób należyty. Czyli są „prawo-sławni”. Nazwy są umowne, stanowią skróty myślowe. Nie oddają całości tego, co wyróżnia czy dzieli chrześcijan.

    Powiedział Ksiądz wcześniej coś, co może być dla wielu zastanawiające: że „inni chrześcijanie są w pewnym sensie częścią naszego Kościoła”. Jak to rozumieć?

    – Wyraźmy to bardziej precyzyjnie. Sobór Watykański II uczy, że między chrześcijanami istnieje już rzeczywista wspólnota, choć jeszcze niedoskonała. Jedność, bycie w jednej wspólnocie podlega zatem stopniowaniu. Czasem byśmy chcieli zastosować metodę zerojedynkową: jesteś we wspólnocie ze mną albo nie jesteś. Tymczasem można być w niej trochę bardziej lub trochę mniej, zależnie od tego, ile rzeczy mamy wspólnych. Gdybyśmy chcieli to sobie geometrycznie wyobrazić, to Kościoły nie byłyby tylko okrągłymi zbiorami na płaszczyźnie, ale „w głębi” czy w „w górze” mają odniesienie do Chrystusa, który jest ponad wszystkimi Kościołami i u podstawy Kościołów, tak że dostęp do Niego mają wszyscy. Sobór Watykański II podkreślił, że Chrystus nie waha się używać innych Kościołów i wspólnot jako środków zbawienia. Sobór zmienił paradygmat myślenia o modelu jedności – z eklezjocentryzmu na chrystocentryzm. Punkt ciężkości spoczywa na Chrystusie. I jeżeli mamy się nawracać, to nie do jakiegoś Kościoła, tylko do Chrystusa poprzez Kościół czy w swoim Kościele.

    Zbliżając się do Chrystusa, jesteśmy bliżej siebie nawzajem i tworzymy wokół Niego wspólnotę. Ale tych wspólnot powstało wiele. Którą z nich więc tworzymy?

    – Wspólnot jest wiele, ale ta wielość istniała od samego początku chrześcijaństwa. Nawet jeśli byśmy założyli, że jest jeden Kościół, będący jednym wyznaniem, to i tak mamy w nim wiele diecezji, czyli wiele Kościołów lokalnych, wiele parafii, wiele wspólnot o różnych duchowościach, a w końcu wielu ludzi, a każdy człowiek inny. Ta wielość jest wpisana w chrześcijaństwo.

    Natomiast wszyscy chrześcijanie wierzą, że Chrystus założył jeden jedyny Kościół. Dlatego – tak jest przynajmniej w teologii katolickiej i prawosławnej – nie mówi się, że Kościół jest podzielony, tylko że podzieleni są chrześcijanie. Kościół bytowo i ontycznie jest jeden. Proszę zauważyć precyzję nazwy „Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan”, a nie o jedność Kościoła. Wszyscy chrześcijanie starają się odkrywać swoją przynależność do tego jednego Kościoła, który już istnieje. Spierają, kto jest go bliżej i mają na to różne poglądy.

    Tak naprawdę każdy z Kościołów uważa, że jest Kościołem, który założył Chrystus, choć faktycznie został założony przez znanego z imienia i z nazwiska pana w XVI czy XIX wieku.

    – Te osoby są raczej nazywane reformatorami lub organizatorami danego Kościoła. Ale od podobnego jak w pytaniu spostrzeżenia zaczyna się soborowy Dekret o ekumenizmie. Eksperci mówią, że jest to spojrzenie fenomenologiczne, czyli opis zjawiska. Zatem Sobór, niczym Marsjanin, dziwi się i pyta, jak to możliwe, że Chrystus założył jeden jedyny Kościół, a na ziemi istnieje wiele różnych Kościołów, które chodzą różnymi drogami, czasem mają sprzeczne poglądy, a wszystkie twierdzą, że są założone przez Chrystusa.

    Spróbujmy odpowiedzieć na to pytanie.

    – Wchodzimy tutaj w tak zwaną teologię podziału. Tak jak natura i jedność Kościoła jest do uchwycenia jedynie w świetle Bożego objawienia i jest tajemnicą wiary, tak samo podział jest do odkrycia tylko oczyma wiary. Przede wszystkim i najbardziej dzieli grzech, bo oddziela od Boga. Dzieli też ludzi między sobą i wyrządza im krzywdę. A po grzechu mamy różnego rodzaju czynniki kulturowe, teologiczne, niestety czasem polityczne. Tak było w historii. Sobór Watykański II wskazuje, że winę za podział ponoszą chrześcijanie z jednej i z drugiej strony. Ciekawe, że nie mówi, iż prawda jest pośrodku, że prawda jest podzielona. Mówi, że wina jest podzielona. W dodatku winne są nie tyle Kościoły, co ludzie Kościołów. Badania historyczne to pokazują. Bo nawet jeśli w jakimś sporze teologicznym u kogoś było więcej racji niż u drugiego, to okazuje się, że ten, kto miał więcej racji zlekceważył drugą stronę i nie podejmował z nią dyskusji. Dzisiaj widzimy, że w wielu sprawach zbyt szybko zastosowano zbyt ostre środki zaradcze, którymi wtedy były wyklinania, ekskomuniki. Trzeba było troszkę poczekać, więcej cierpliwości, więcej rozmowy.

    Rok 2025 jest ważny ze względu na pewne ekumeniczne rocznice, upamiętniające wydarzenia, które do dzisiaj mają konsekwencje w życiu Kościołów. W Polsce mija dwudziesta piąta rocznica podpisania Deklaracji o wzajemnym uznaniu chrztu przez większość najważniejszych Kościołów chrześcijańskich. Na czym polegają konkretne, odczuwalne do dzisiaj skutki tego dokumentu?

    – Polegają na tym, że jeśli ktoś został ochrzczony w innym Kościele, to uznaję go za człowieka ważnie ochrzczonego. I gdyby przeszedł do mojego Kościoła, to nie musi być drugi raz chrzczony. Ale to działa również w drugą stronę: jeżeli przeszedłby do innego Kościoła, to w tamtym Kościele też nie otrzymuje nowego chrztu. To wzajemne uznanie chrztu w praktyce funkcjonowało jeszcze przed podpisaniem deklaracji na podstawie ogólnych reguł interpretacji teologicznej. Jeżeli była zastosowana woda (polanie nią lub zanurzenie w niej) i formuła trynitarna („w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego”), to chrzest był uznawany za ważny. Niemniej kiedy Kościoły to napiszą czarno na białym, otrzymujemy pomoc w pracy kancelaryjnej – duszpasterze mają listę Kościołów, których chrzest uznajemy.

    Jakie są to Kościoły?

    – Jest to sześć z siedmiu Kościołów członkowskich Polskiej Rady Ekumenicznej, czyli z wyjątkiem baptystów, ponieważ deklaracja uwzględnia również chrzczenie dzieci, nawet niemowląt, a baptyści jako jeden z Kościołów ewangelikalnych uznają chrzest tylko osób świadomych. Dlatego baptyści, a spoza Polskiej Rady Ekumenicznej Kościoły typu zielonoświątkowego czy adwentyści, takiej deklaracji by podpisać nie mogli.

    A zatem sześć Kościołów: trzy Kościoły ewangelickie (ewangelicko-augsburski, czyli luteranie; ewangelicko-reformowany, czyli spadkobiercy Kalwina; ewangelicko-metodystyczny, czyli spadkobiercy Wesleyów), Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny i dwa Kościoły starokatolickie (Kościół Starokatolicki Mariawitów i Kościół polskokatolicki). Plus Kościół katolicki w Polsce, przez który rozumiemy dwa obrządki: rzymskokatolicki i greckokatolicki. Podpisujący deklarację kardynał Józef Glemp zrobił to również w imieniu Kościoła greckokatolickiego w Polsce.

    W tej deklaracji najważniejsze jest ostatnie zdanie, mówiące o wzajemnym uznaniu chrztu udzielonego przez duchownego danego Kościoła. Deklarację ograniczono tylko do chrztu udzielonego przez duchownego, żeby mieć pewność, iż materia i forma zostały odpowiednio zachowane.

    Czasami, w sytuacjach nadzwyczajnych chrztu udziela człowiek świecki…

    …i w Kościele katolickim uznajemy taki chrzest za ważny, ale nie chcielibyśmy wymuszać na innych takiego uznawania. Poza tym Kościoły się różnią również w tym, czy chrztu może udzielić tylko wierzący, czy także niewierzący, który ma intencję czynienia tego, co czyni Kościół. Dlatego deklaracja nie zajmuje się tą sprawą.

    W Kościele powszechnym rok 2025 przyniesie obchody 1700. rocznicy wspomnianego już tu soboru w Nicei. Dlaczego to, co ustalono na tym pierwszym wielkim zgromadzeniu kościelnym jest wciąż ważne dzisiaj, także z ekumenicznego punktu widzenia?

    – Dlatego, że łączy do dzisiaj większość chrześcijan. A chodzi o Wyznanie Wiary, które znamy z każdej naszej Mszy świętej. Owocem obrad soboru w Nicei koło Konstantynopola w 325 roku była pierwsza część tego Wyznania Wiary, czyli od „Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego” aż do zdania: „Wierzę w Ducha Świętego”. Po kilkudziesięciu latach, w 381 roku, sobór w Konstantynopolu rozwinął to zdanie o wierze w Ducha Świętego, dodając jeszcze wiarę w Kościół i w rzeczy ostateczne. Choć trzeba było jeszcze czekać do roku 451, do soboru w Chalcedonie, też koło Konstantynopola, kiedy Wyznanie Wiary przyjęte na tych dwóch pierwszych soborach zostało oficjalnie – jak mówiono – „zapieczętowane” i uznane za obowiązujące.

    Zauważmy pewną stopniowość, w jakiej to postępowało. Zresztą teologowie mówią, że sobór w Nicei nie wymyślił od początku tych wszystkich zdań z Wyznania Wiary, tylko korzystał z, powstających zwłaszcza w III wieku wyznań wiary Kościołów lokalnych. Odbywało się wówczas wiele synodów lokalnych, ale nie mógł się zebrać synod powszechny, czyli sobór, z racji prześladowań. Dopiero, gdy ustały prześladowania, można było bezpiecznie sprowadzić biskupów w jedno miejsce, co zrobił cesarz Konstantyn. Na tym pierwszym soborze w Nicei spotkali się biskupi, na których ciałach były widoczne ślady prześladowań. Ktoś nie miał oka, ktoś inny ręki. Wielkie wrażenie na biskupach robiło to, że salutują im żołnierze, których spotykają w pałacu cesarskim. Bo przecież ci żołnierze jeszcze kilkanaście lat wcześniej ich prześladowali.

    Wyznanie Wiary łączy chrześcijan, możemy je razem mówić. Owszem, między katolicyzmem a prawosławiem jest niewielka różnica dotycząca „Filioque”, czyli dodatku „i Syna”. Chodzi o to, czy Duch Święty pochodzi tylko od Ojca, czy też od Ojca i Syna. Ale trzeba pamiętać, że nawet Kościół katolicki w greckiej wersji Wyznania Wiary nigdy nie dodał „i Syna”. Okazuje się, że wyrażenia używane w Credo w języku greckim i łacińskim troszeczkę się różnią. Z powodu używania różnych słów na wyrażenie czasownika „pochodzi”, w języku greckim – według Kościoła katolickiego – nawet nie wolno dodawać „i Syna”, natomiast w języku łacińskim można. Stanowisko na ten temat wyraziła Stolica Apostolska w dokumencie Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan z roku 1995 „Pochodzenie Ducha Świętego w Tradycji greckiej i łacińskiej”. Ta sprawa nas jeszcze dzieli.

    Z tego, co pamiętam, w dokumencie tym wyjaśniono, że katolicy i prawosławni co innego mają myśli, używając słowa „pochodzi”. Dla prawosławnych „pochodzi” znaczy tyle co „wywodzi się” od Ojca jako pierwszej przyczyny i wtedy katolicy też nie użyliby „Filioque”. Dla katolików natomiast „pochodzi” znaczy „posłany”, że Duch jest także w odwiecznej relacji z Synem i że jest „posłany”, z czym z kolei mogliby się z łatwością zgodzić prawosławni…

    – Owszem. Dotykamy tu kwestii odwiecznych relacji między Ojcem, Synem i Duchem Świętym… A wiemy o tym tylko tyle, ile zostało nam objawione.

    To są takie subtelności teologiczne, że przeciętny katolik nie ma o nich pojęcia. Jak więc ma zrozumieć o co spór się toczy?

    – Mogę tylko pocieszyć, że podobne kłopoty mieli nawet biskupi, którzy zjechali się na sobór w Nicei. Słownictwo teologiczne dopiero się wtedy kształtowało. Spór o to, jak Syn ma się do Ojca, czy jest Mu współistotny, czy podobnej istoty, a także o to, jakich słów używać w odniesieniu do Osób Boskich istniał między teologami i biskupami jeszcze w IV i w V wieku. Nasze słowa są niedoskonałe, a próbują wyrazić nieskończoną tajemnicę. Ale Bóg się objawił właśnie w ludzkich słowach. Przede wszystkim w osobie Jezusa Chrystusa, który sam stał się człowiekiem i mówił do nas ludzkim językiem. Ten przekaz został spisany w Piśmie Świętym. Jesteśmy więc zdani na słowo. Nic tu nie poradzimy.

    Trzeba powiedzieć, że spór o Filioque ze strony katolickiej nie jest tak ostry. Ostrzejszy ze strony prawosławnej. Musimy w nim wyróżnić dwie rzeczy: samą naukę o pochodzeniu Ducha Świętego i to, czy tę naukę włączyć do Credo, czy nie…

    …bo przecież nie wszystkie prawdy wiary znajdują się w Credo.

    – Właśnie. Są tacy prawosławni, choć znajdują się w mniejszości (mimo że jest wśród nawet patriarcha Konstantynopola Bartłomiej), którzy po publikacji „Katechizmu Kościoła Katolickiego” w latach dziewięćdziesiątych uznali naukę o Filioque za dopuszczalną w kategoriach teologicznego myślenia zachodniego. Natomiast nie dopuszczają włączenia Filioque do Credo.

    Spór dotyczy również tego, że Credo zostało na soborze w Chalcedonie zapieczętowane, zamknięte i stąd Wschód ma pretensje do Zachodu, że tam dopiero po kilku wiekach włączono to „i Syna”.

    Bez pytania o zgodę Wschodu.

    – Bez pytania Wschodu. Zachód się broni mówiąc, że w teologii zachodniej nauka o Filioque była wcześniejsza niż owo zapieczętowanie Credo.

    Możliwe jest wiele rozwiązań. Hipotetycznie w Kościele katolickim papież mógłby, gdyby chciał, dopuścić dwie wersje Wyznania Wiary: z Filioque i bez niego, albo nawet wycofać je w imię powrotu do oryginalnej wersji Credo, wszakże bez uznawania samej nauki o Filioque za błąd. Tajemnica Trójcy Świętej jest tak wzniosła, że możemy o niej mówić na wiele sposobów, na przykład że Duch Święty pochodzi od Ojca przez Syna. Ważne jest, że gdy ostatni papieże odmawiali Wyznanie Wiary w języku greckim z patriarchami Konstantynopola, nie wymawiali „i Syna”.

    O Wyznaniu Wiary mówimy, że jest to Symbol Wiary.

    – Trzeba się tu odnieść do starożytnego zwyczaju łamania przedmiotu, na przykład monety, na części, które były dawane stronom umowy, aliansu, paktu po to, żeby po jakimś czasie te osoby albo ich wysłannicy mogli się rozpoznać przy spotkaniu, składając ten przedmiot na nowo. Składanie tego przedmiotu było wyrażane czasownikiem „symbalein”, to znaczy łączyć. Ów przedmiot był to „symbolon”. Wyznanie Wiary było więc po pierwsze składem wielu prawd wiary. Czasem po polsku mówimy „Skład Apostolski”, choć to w odniesieniu do starożytnego chrzcielnego wyznania wiary Kościoła rzymskiego, tego krótszego Credo. Równocześnie to wyznanie wiary było znakiem rozpoznawczym chrześcijan i – jeszcze więcej – czymś, co ich samych składa, czyli łączy ze sobą.

    Niesamowite, że przeciwieństwem „symbalein” jest „diabalein”, a tym, który rozłącza jest „diabolos”, z czego się wziął „diabeł”.

    Czyli odmawianie Credo jest pewnym sensie wypędzaniem diabła?

    – Tak, ma działanie egzorcystyczne. W katolickim rytuale egzorcyzmu jest przewidziane Wyznanie Wiary. Zawsze uważano je za coś przeciwnego do wyznawania złego ducha, czyli upatrywano w nim moc egzorcystyczną.

    Bo jest to oddanie chwały Bogu.

    – I wypieranie się złego ducha, który dzieli. Ekumenizm jest czymś, co ma nas łączyć. Jest symbalein – zbieraniem potłuczonych kawałków, które wszakże, jak się okazuje, w rękach Bożych pasują do siebie. Z tym, że tych kawałków jest bardzo dużo. Jest to mozaika, której całość widzi z góry tylko Pan Bóg, a my jej jeszcze nie widzimy.

    I pewnie do jedności wszystkich rozłączonych chrześcijan w jednym Kościele nie dojdzie na ziemi?

    – Być może. Posłużę się przykładem robienia porządków. Co tydzień czyścimy kurze, ale one znowu osiadają. Podobnie jest z praniem ubrań. Natomiast biada nam, gdybyśmy tego nie robili. Więc biada nam, gdybyśmy nie dążyli do jedności w małżeństwie, rodzinie, społeczeństwie, między chrześcijanami. Trzeba to robić, nawet jeśli doskonała jedność nastąpi dopiero, być może, w niebie.

    17 stycznia 2025/ rozmawiał Paweł Bieliński (KAI)

    ***

    Dni protestantów, żydów i islamu?

    Nie! Każdy dzień należy tylko do Chrystusa

    Tydzień Ekumenizmu i Dialogizmu to przejaw głębokiego zaczadzenia Kościoła politycznym liberalizmem. W Kościele nie ma dni należących do protestantów, żydów czy islamistów. Każdy dzień należy wyłącznie do Chrystusa – tego, poza którego Imieniem nie ma zbawienia.

    Zgodnie z ekumenicznym paradygmatem dialogizmu Kościół katolicki w wielu krajach świata zaangażuje się w styczniu w intensywną współpracę z „braćmi odłączonymi”. Spotkaniom z luteranami, kalwinami, metodystami, baptystami, starokatolikami, mariawitami i prawosławnymi wprost nie będzie końca. W Polsce Tydzień Ekumeniczny ma dodatkowo wyjątkowy początek i zakończenie. Poprzedza go „Dzień Judaizmu w Kościele”, a zamyka takiż „Dzień Islamu”. Biorąc pod uwagę aktualny stan społeczeństw Europy można byłoby sądzić, że taki właśnie układ obchodów to złośliwy polski komentarz do islamizacji: wszystko zaczęli Żydzi, potem przyszli chrześcijanie, a cały ten kram zamkną dżihadyści. Inicjatorom dialogicznego cyklu nie o to raczej chodziło; Dzień Islamu na przykład obchodzony jest nad Wisłą od 2001 roku – zaczęło się jeszcze przed globalną wojną z terroryzmem; zanim w Polsce zrozumiano, że Półksiężyc to bynajmniej nie tylko przyjazna mniejszość tatarska. Zostawię jednak na boku judaizm i islam; ostatecznie sednem styczniowych obchodów jest uskutecznianie „jedności” z protestantami.

    Obchody Tygodnia Ekumenicznego będą odbywać się w całej Polsce. Proszę zobaczyć, jak będzie wyglądać to w dwóch kluczowych dla ekumenizmu miastach, Warszawie i Łodzi. W Warszawie wszystko rozpocznie się w zborze kalwińskim w sobotę 18 stycznia. W niedzielę 19 stycznia inicjatywę przejmą mariawici. Dopiero w poniedziałek przyjdzie czas na Kościół katolicki, ale – jak zaznaczono w komunikacie prasowym diecezji warszawsko-praskiej, która patronuje nabożeństwom ekumenicznym w tym dniu – ambona będzie otwarta również dla niekatolickich duchownych. We wtorek ekumenizm przenosi się do cerkwi prawosławnej. W środę ponownie pojawia się katolicki kościół, jakkolwiek z głównym udziałem ekumeniczno-charyzmatycznej wspólnoty Chemin Neuf. W czwartek odbędzie się „nabożeństwo centralne” – w zborze luterańskim, dla upamiętnienia rocznicy podpisania umowy o wzajemnym uznawaniu chrztu. W piątek ekumenizm zagości u metodystów. Na tym powinno się zakończyć, bo tydzień – to w końcu tydzień; ale ze względu na mnogość grup protestanckich w Warszawie siedem dni nie wystarcza; dlatego w sobotę 25 stycznia odbędzie się jeszcze nabożeństwo u tzw. polskokatolików. Wreszcie w niedzielę 26 stycznia i czwartek 30 będą dodatkowe nabożeństwa w kościołach katolickich.

    Tydzień Ekumeniczny jeszcze dłużej potrwa w w Łodzi. Tam rzecz zaczyna się już 13 stycznia, a kończy dopiero 5 lutego. Pierwszym aktem będzie ekumeniczny akt charyzmatyczny, czyli Wieczór Uwielbienia. Potem wkroczą do działania, kolejno: katolicy, luteranie, kalwini, polskokatolicy, mariawici, metodyści, prawosławni, baptyści, znowu luteranie, znowu mariawici, znowu kalwini, znowu katolicy, znowu luteranie, znowu katolicy… a na koniec wszystko charyzmatyczną klamrą zamknie wspólnota Chemin Neuf.

    Nieco mniej bogaty program mają obchody w innych miejscach Polski: Poznaniu, Ełku, Szczecinie, Częstochowie i Krakowie. Choć bywają „smaczki”. Na przykład w archidiecezji częstochowskiej wszystko zacznie się od panelu ekumenicznego pod tytułem… „Jedność w różnorodności wyznań”. Prawda, że pięknie, a pięknie – bo tak bardzo liberalnie?

    Tu właśnie leży clou problemu. Tu, to znaczy: w liberalizmie. Wszystkie te ekumeniczno-dialogiczne projekty nie mają żadnego innego sensu poza gruntowaniem systemu liberalnego relatywizmu religijnego. „Jedność w różnorodności” – oto hasło, którym zabija się prawdę. 16 stycznia wyznawcy Boga Wcielonego mają podawać sobie ręce z żydami, którzy hołubią Talmud – księgę obrzucającą Chrystusa najgorszymi obelgami. Od 18 do 25 stycznia mamy zapraszać do kościołów i bywać w zborach tych, którzy kategorycznie odrzucają władzę papieską, a Najświętszy Sakrament uważają za jakiś „papistowski” zabobon i coraz powszechniej akceptują największe błędy współczesności (jak aborcjonizm czy genderyzm). Wreszcie 26 jesteśmy wzywani przez pasterzy Kościoła, by z przyjaźnią spojrzeć na mahometan – tych samych, którzy (o ile są gorliwi) każdego dnia recytują sury Koranu wzywające do zabijania (sic!) chrześcijan i odmawiające Zbawicielowi Synostwa Bożego.

    Dlaczego Kościół się w to bawi? Bądźmy szczerzy: bynajmniej nie dlatego, że domaga się takich działań sama Ewangelia albo niezmienna nauka Kościoła. Chrystus żąda jedności, ale jedności w prawdzie, a nie w różnorodności. Dialogicznego relatywizmu oczekuje od nas nie Zbawiciel, ale polityczni awangardziści dyktatury liberalizmu. Ci sami, stoją w jednej oświeceniowej tradycji z mordercami i bezbożnikami z czasów rewolucji francuskiej. To francuskie ludobójstwo dokonane pod hasłami równości, wolności i braterstwa zapoczątkowało w Europie rządy relatywizmu: wszyscy mają służyć sekularnemu Lewiatanowi i niech ta służba będzie najwyższym prawem. To, co mogłoby dzielić niewolników Lewiatana w dziele krzewienia rewolucji i „oświecenia”, czyli „przesądy religijne”, musi zejść na drugi plan. Oto właściwy sens „jedności w różnorodności”. Jej kamieniem węgielnym jest niewiara, fundamentem królobójstwo, spoiwem antyklerykalna ideologia wolterianizmu, murami pogarda dla świętości życia, zwieńczeniem bezbożny sekularyzm.

    Papież Leon XIII w 1896 roku w encyklice „Satis cognitum” wezwał cały Kościół do modlitwy o jedność chrześcijan. Rozumiał przez to tylko jedno: nawrócenie schizmatyków i heretyków, którzy powinni z miłości do Chrystusa wyrzec się błędów i przyjąć jedną, świętą, powszechną i apostolską wiarę Kościoła.  Pod naciskiem politycznej dyktatury liberalizmu wyrzeczono się jednak wezwania tego papieża; gorzej jeszcze – cynicznie wykrzywiono je w dyskusjach towarzyszących przyjęciu deklaracji „Dignitatis humanae” II Soboru Watykańskiego, którą – jak doskonale opisał to amerykański prawnik David Wemhoff – inspirowały działania amerykańskiego wywiadu. CIA chciała przekonać Kościół do zaakceptowania liberalnych podwalin relatywistycznego systemu politycznego USA – i zrobiła to z sukcesem.

    Musimy modlić się za luteranów, kalwinów i baptystów; musimy zabiegać o prawosławnych, starokatolików i mariawitów; jesteśmy wezwani do kontaktów z żydami i muzułmanami – ale nie po to, by umacniać ich w błędach, lecz po to, by dawać im świadectwo katolickiej prawdy i wzywać do przyjęcia jedynej prawdziwej religii nauczanej przez Kościół katolicki. To nie jest jakaś „ideologia katolickiego suprematyzmu” ani „religijna ksenofobia”; to zwykła i elementarna wierność wobec tego, co wszystkim nam nakazał Jezus Chrystus: abyśmy byli jedno, w Nim, Zbawicielu, który zbudował swój Kościół na Piotrze, biskupie Rzymu, jedynym na tej ziemi Jego autentycznym przedstawicielu i opoce. Nie wolno nam brać udziału w fałszywym festiwalu, jakim stał się Tydzień Ekumeniczny ani tym więcej w dialogicznym horrendum w postaci Dni Judaizmu i Islamu w Kościele.

    Żaden dzień nie należy w Kościele do tych, którzy odrzucają boskość Chrystusa albo ustanowione przez Niego sakramenty. Każdy dzień należy tylko do Niego samego, Chrystusa, Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem i poza Imieniem którego – nie ma zbawienia.

    Paweł Chmielewski/PCh24.pl

    ***

    ks. prof. Waldemar Chrostowski o żydach:

    nie ma dwóch równoległych dróg zbawienia!

    (fot. Agencja FORUM)

    ***

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” odniósł się do dokumentu wydanego przez Watykan w 50. rocznicę deklaracji „Nostra aetate”. Liberalne media manipulując tekstem dokumentu ogłosiły, że Kościół zakazał nawracać Żydów na wiarę chrześcijańską.

    Z okazji 50. rocznicy opublikowania deklaracji o stosunku Kościoła Katolickiego do religii niechrześcijańskich Stolica Apostolska wydała dokument poruszający m.in. kwestię ewangelizacji żydów zatytułowany „Dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne. Refleksje nad kwestiami teologicznymi z zakresu relacji katolicko-żydowskich z okazji 50. rocznicy Nostra aetate”. Media zinterpretowały go jako wezwanie do zaprzestania nawracania narodu pierwszego wybrania. Czy rzeczywiście katolicy mają zaniechać wysiłków mających na celu pokazanie Żydom, że Jezus jest mesjaszem?

    Ks. Waldemar Chrostowski w rozmowie z „Rzeczpospolitą” podkreśla, że w centrum relacji katolicko-żydowski do tej pory znajdowały się dwa podstawowe punkty – Pierwszy, o którym jest mowa w „Nostra aetate”, to Szoah. Zakładano, że skoro Żydzi przeszli przez tak straszliwe doświadczenie należy ich traktować jak nader obolałych i w kontaktach z nimi nie powinno poruszać się spraw dla nich drażliwych i trudnych. Żydzi taką postawę zręcznie wykorzystywali, czyniąc z Szoah pierwszorzędny, a czasem jedyny przedmiot dialogu. Drugi punkt to utworzenie Izraela. – powiedział ks. Chrostowski.

    W dialogu katolicyzmu z judaizmem kładziono nacisk na fakt, że u podstaw obu religii leży Księga Pisma Świętego. – Jednak chrześcijaństwo to religia Jezusa Chrystusa, zakorzeniona w stopniowym objawianiu się Boga w czasach Starego Testamentu i Jego definitywnym objawieniu się w Jezusie Chrystusie – stwierdził ks. Waldemar Chrostowski.

    Ks. prof. Chrostowski podkreśla, że jeśli człowiek urodzony przez żydówkę przyjmie chrzest, to przestaje być Żydem. Judaizm uznaje więc ewangelizacje za… próbę wynaradowiania. – Przecież w I wieku, gdy rodziła się i krzepła wiara w Jezusa Chrystusa, ówcześni Żydzi nie kwestionowali żydowskości swoich rodaków, którzy jako pierwsi przyjęli Ewangelię, czyli apostołów i judeochrześcijan (…) Radykalna zmiana nadeszła wraz z judaizmem rabinicznym. Wyłonił się on wskutek dramatycznych wydarzeń w kontekście zburzenia świątyni jerozolimskiej w roku 70 – tłumaczył duchowny. Nastąpiła wówczas diametralna przebudowa religii Żydów, jasno zostało zdefiniowane, że być Żydem oznacza nie być chrześcijaninem.

    Powszechność zbawczej misji Chrystusa stanowi fundament Kościoła Katolickiego – przypomina ks. prof. Waldemar Chrostowski. Dobra Nowina Ewangelii jest skierowana do ludzi wszystkich ras i języków, a więc również do Żydów. Należy jednak wziąć pod uwagę ich szczególną rolę w Starym Przymierzu. Jak możemy przeczytać w niedawno wydanym watykańskim dokumencie, „Kościół jest więc zobowiązany, aby postrzegać ewangelizację Żydów, którzy wierzą w jednego Boga, w odmienny sposób niż ludzi innych religii i światopoglądów”. Co znaczy, wobec żydów należy użyć innej optyki niż w przypadku buddystów, mahometan czy ateistów. Pytanie – według Watykanu – nie brzmi „czy ewangelizować wyznawców judaizmu?”, tylko „w jaki sposób?”.

    Dalej w tym samym dokumencie czytamy, „mówiąc konkretnie, znaczy to, że Kościół nie popiera żadnego zinstytucjonalizowanego dzieła misyjnego skierowanego do Żydów”. Nie oznacza to całkowitego odrzucenia idei nawracania Żydów, a jedynie podkreślenie szczególnej formy tej ewangelizacji, gdyż – jak twierdzą autorzy dokumentu – „chrześcijanie są powołani do dawania świadectwa swojej wiary w Jezusa Chrystusa również wobec Żydów”. – Dokument watykański nie neguje potrzeby ewangelizacji, ale nie poprzestaje na płaszczyźnie instytucjonalnej i uwypukla koniczność osobistego świadectwa chrześcijan dawanego wszystkim, a w szczególny sposób Żydom – zauważył ks. Chrostowski.

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski przypomina przedwojenną koncepcje dwóch dróg zbawienia. Według niej chrześcijaństwo jest drogą zbawienia dla nie-żydów, prowadzącą przez Syna do Ojca. Żydzi natomiast, którzy zawsze mieliby być blisko Ojca, nie potrzebują pośrednictwa Syna. – Takie głosy pojawiają się kręgach „kościoła otwartego” i były lansowane na łamach „Tygodnika Powszechnego”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku” czy „Więzi”. Postulują, by zostawić Żydów w spokoju, bo ich drogę zbawienia stanowi ich religia – powiedział ks. Chrostowski. Także dokument Watykanu stwierdza, że taka teoria „w gruncie rzeczy godzi w same fundamenty wiary chrześcijańskiej”. – Niema dwóch równoległych dróg zbawienia! – podkreśla duchowny.

    Po Soborze Watykańskim II koncepcje dwóch dróg zbawienia przeniesiono także na inne religie. – Gdybyśmy ów „nowoczesny” pogląd przedstawili graficznie, zobaczylibyśmy, że wszyscy ludzie wyruszają z odmiennego punktu i chociaż deklarują, że mają jeden cel, to każdy idzie w innym kierunku. Pojawia się pytanie, jak można idąc w zupełnie różne strony dojść do tego samego celu. Ale nad tą kwestią zwolennicy ideologizowania chrześcijaństwa się nie zastanawiają – tłumaczy ks. Chrostowski.

    Tydzień przed ogłoszeniem przez Watykan dokumentu opublikowany został list otwarty sygnowany przez kilkudziesięciu rabinów, którzy wyrazili zadowolenie, że Kościół wycofał się z działań prozelickich.– Kościół włącza się w dialog ze względu na Żydów, a Żydzi odwzajemniają to nastawienie ze względu na siebie – stwierdził biblista. Rabini piszą, że obie religie „mają za sobą dwa tysiące lat wzajemnej wrogości i wyobcowania”. Użycie wyrażenia „wzajemnej wrogości” oznacza uznanie przez nich, że na Żydach również spoczywa odpowiedzialność za izolację. Jednocześnie na pozytywny odbiór nauczania Jana Pawła II i Benedykta XVI przez Żydów wskazuje nazwanie chrześcijan „braćmi i siostrami”. Rabini twierdzą jednak, że Szoah był wynikiem wielkowiekowej wrogości i odrzucenia przez chrześcijan. – Takie ujęcie zwalnia od refleksji nad naturą narodowego socjalizmu i tym, że ofiarami tej ideologii byli również chrześcijanie – zauważa ks. Waldemar Chrostowski.

    źródło: Rzeczpospolita/PCh24.pl

    ***

    „Prawdziwy Izrael i fałszywy judaizm”.

    Jak nauka o „równoległym przymierzu” ma się do Magisterium Kościoła?

    (Juan de Flandes, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    Nakładem wydawnictwa DeReggio ukazała się książka Prawdziwy Izrael i fałszywy judaizm, której autor – ks. Jean-Michael Gleize – rozwiewa wszelkie wątpliwości na temat narodu izraelskiego i jego aktualnego stosunku do Bożego wybraństwa, o którym nawet wysocy hierarchowie Kościoła sugerują, iż nie wygasło i wciąż trwa jako „równoległe przymierze”.

    W książce czytamy o zmianach zainicjowanych przez deklarację Nostra aetate Soboru Watykańskiego II, a kontynuowanych przez akty niższego rzędu, takie jak spotkania kolejnych papieży z żydami. Sens owej zmiany streścić można następująco: wbrew słowom Chrystusa i na przekór stałej praktyce katolickiej sugeruje się lub twierdzi wprost, że naród wybrany nie potrzebuje wcale nawrócenia, rozumianego jako włączenie do Kościoła. Wystarczy tylko, aby trwał w wierności swojemu przymierzu, tj. Staremu Przymierzu, które rzekomo obowiązuje, pomimo tego, że przeszło dwa tysiące lat temu Bóg ustanowił Nowe. Zatem śmierć Chrystusa na krzyżu okazuje się daremną… – konstatuje autor wstępu, ks. Piotr Dzierżak.

    Z kolei ks. Jean-Michael Gleize przypomina słowa papieża Franciszka: „Nostra aetate po raz pierwszy zdefiniowała teologicznie w sposób wyraźny relacje Kościoła katolickiego z judaizmem”. Kiedy papież twierdzi, że Nostra aetate zdefiniowała coś „po raz pierwszy”, należy to oczywiście rozu- mieć przede wszystkim w odniesieniu do nowości w bezwzględnym tego słowa znaczeniu – to znaczy doktryny, której śladów próżno szukać w dotychczasowym nauczaniu Kościoła – komentuje ks. Gleize, wskazując, że Nostra aetate nie powołuje się na żaden sobór, żadnego Ojca Kościoła i żadnego papieża.

    II Sobór Watykański wprowadził więc radykalną zmianę w doktrynie. Dokonał – posługując się słowami samego Franciszka – prawdziwego „przeobrażenia”. Jest to w pełni potwierdzony fakt, który stał się nawet przedmiotem rozprawy doktorskiej, obronionej w kwietniu 2005 r. w Aix-en-Provence przez protestanckiego uczonego, doktora Jorge Ruiza – dodaje autor.

    Doczesny Izrael – który ks. Gleize przeciwstawia temu duchowemu, którym jest Kościół katolicki – choć z całą pewnością utracił Boże wybraństwo, nie utracił jednak określonej roli w planach Opatrzności. Naród żydowski, który zboczył z wytyczonej mu drogi, naród w najściślejszym tego słowa znaczeniu zbłąkany, nie może już dłużej reprezentować upragnionej przez Boga wspólnoty świętych. Reprezentuje za to – jak się wyraził Jacques Maritain – „wspólnotę ziemskiej nadziei”, której towarzyszy „niezrozumienie Krzyża, odrzucenie Krzyża i – co za tym idzie – także Przemienienia. Niechęć wobec Krzyża jest istotą judaizmu w tej mierze, w jakiej słowo to oznacza formę duchową, za pomocą której Izrael odciął się od swojego Mesjasza” – czytamy w autorskiej przedmowie.

    Duchowny omawia zarówno teologiczne i historyczne, jak i czysto współczesne aspekty rzekomego wybraństwa narodu żydowskiego oraz jego aktualnej roli w historii zbawienia. Szczegółowo w oparciu o dokumenty Kościoła odpowiada on na pytanie, jak nauczanie Soboru Watykańskiego II i papieży w dobie posoborowej ma się do katolickiego Magisterium.

    źródło: Wydawnictwo DeReggio

    ***

    W uścisku Miłości. Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza i ofiarowała życie za nawrócenie swego narodu

    W uścisku Miłości. Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza i ofiarowała życie za nawrócenie swego narodu

    fot. screenshot YouTube (Siostry Kanoniczki Ducha Świętego)

    ***

    Nazajutrz po obchodzonym w Kościele katolickim “Dniu judaizmu”, wspominamy absolutnie wyjątkową postać na kartach dziejów polskiego Kościoła. 18 stycznia 1919 roku, w wieku niespełna 20 lat przyjęła chrzest. 18 stycznia 1986 roku, w kolejną rocznicę swych narodzin do życia we wspólnocie Mistycznego Ciała Chrystusa odeszła do Pana, by zagubić się ze szczęścia w Jego „uścisku Miłości”. Oto niezwykła historia Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, córki narodu żydowskiego, nazywanej naszą, polską Edytą Stein.

    Św. Faustyna Kowalska opisuje w swym duchowym „Dzienniczku” pewne zdarzenie, jakie miało miejsce w pierwszych dniach lutego 1937 roku. „Dzień dzisiejszy jest dla mnie tak wyjątkowy, pomimo że doznałam tyle cierpień, ale dusza moja opływa w radość wielką. W sąsiedniej separatce leżała ciężko chora Żydówka; przed trzema dniami byłam ją odwiedzić, odczułam w duszy ból, że już niedługo umrze i łaska chrztu świętego nie obmyje jej duszy. Pomówiłam z siostrą pielęgnującą, że jak będzie się zbliżać ostatnia chwila, żeby jej udzielić chrztu świętego, ale była ta trudność, że zawsze Żydzi byli przy niej. Jednak uczułam w duszy natchnienie, aby się pomodlić przed tym obrazem, który mi Jezus kazał wymalować; mam broszurkę, a na okładce jest odbitka z tego obrazu Miłosierdzia Bożego. I rzekłam do Pana: Jezu, sam mi powiedziałeś, że udzielać będziesz wiele łask przez obraz ten, więc proszę Cię o łaskę chrztu świętego dla tej Żydówki; mniejsza o to, kto ją ochrzci, byle została ochrzczona. Po tych słowach dziwnie zostałam uspokojona i mam zupełną pewność, że pomimo trudności woda chrztu świętego spłynie na jej duszę. I w nocy, kiedy była bardzo słaba, trzy razy do niej wstawałam, aby czuwać na stosowny moment, w którym by jej tej łaski udzielić. Rano czuła się jakby lepiej, po południu zaczęła się zbliżać ostatnia chwila; siostra pielęgnująca mówi, że trudno będzie jej udzielić tej łaski, ponieważ są przy niej. I nadszedł moment, że chora zaczęła tracić przytomność, a więc zaczęli biegać jedni po lekarza, inni znowuż gdzie indziej, aby chorą ratować, i tak [się stało], że pozostała sama chora, i siostra pielęgnująca udzieliła jej chrztu świętego. I nim się wszyscy zbiegli, to jej dusza była piękna, ozdobiona łaską Bożą i zaraz nastąpiło konanie; krótko trwało konanie, zupełnie jakby zasnęła. Nagle ujrzałam jej duszę wstępującą do nieba w cudnej piękności. O, jak piękna jest dusza w łasce poświęcającej; radość zapanowała w mojej duszy, że przed obrazem tym otrzymałam tak wielką łaskę dla tej duszy” – czytamy w zapiskach polskiej apostołki Bożego Miłosierdzia.

    W przeciwieństwie do Żydówki, o której wspomina św. Faustyna, Chaje Kalb – jak zwała się przed wstąpieniem do zakonu Kanoniczek Ducha Świętego siostra Emanuela – nim znalazła się na łożu śmierci, miała za sobą już kilkadziesiąt lat życia w niezwykłej bliskości i zjednoczeniu miłości z Chrystusem, którego w swej młodości rozpoznała jako Tego, na Którego czekał jej izraelski naród.

    Chaje Kalb urodziła się w Jarosławiu 26 sierpnia 1899 roku w rodzinie żydowskiej, jako pierworodna z sześciorga dzieci Schie (Ozjasza) Kalb i Jutte Friedwald. Cała codzienność w domu Kalbów bardzo mocno zakorzeniona była w tradycji judaistycznej. Rodzice dbali, by mała Chaje wraz z pozostałym rodzeństwem, poznawała historię i religię swego narodu.

    Helena, jak się do niej zwracają domownicy, zdobywa w Rzeszowie podstawowe wykształcenie. Tymczasem ojciec opuszcza rodzinny dom i w poszukiwaniu pracy (jak wielu wówczas) wyjeżdża do Ameryki. Chaje już nigdy więcej go nie zobaczy. Gdy dziewczyna ma 16 lat, umiera jej matka, zarażona tyfusem przez osoby, którymi się opiekowała. W wieku 19 lat bardzo poważnie zachoruje również sama Chaje. Krzyż zaznacza więc swą obecność niezwykle mocno i już na dobre staje na drodze jej życia. Ale na tym krzyżu i wraz z tym krzyżem przychodzi do niej sam Mesjasz, Ten przez nią Oczekiwany, Ten Upragniony.

    Przebywając przez pół roku na leczeniu w szpitalu, młoda Żydówka zetknęła się z pełniącymi tam swą pielęgniarską posługę siostrami zakonnymi. Doświadczając nieustannie ich dobroci, obserwuje bezinteresowność i ofiarność z jaką potrafią troszczyć się o powierzonych swej opiece pacjentów. To właśnie one przekazują jej Dobrą Nowinę o Chrystusie, świadectwem nie tylko słowa, lecz przede wszystkim ofiarnego życia. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż Chaje dostrzega, że ta pełna miłości bliźniego postawa zakonnic, jest bardzo mocno zakorzeniona i posiada swe źródło w ich życiu modlitwą, w ich głębokiej, żywej relacji z Bogiem.

    Bardzo znamienne, że w doświadczeniu łaski nawrócenia innej Żydówki, starszej od Chaje Kalb o 8 lat – Edyty Stein, znanej w zakonie karmelitanek bosych jako św. Teresa Benedykta od Krzyża, niezwykle istotne znaczenie odegrało pewne wydarzenie sprzed 1918 roku, które opisała ona następująco: Gdyśmy tam pozostawały [w katedrze] w nabożnym milczeniu, weszła jakaś kobieta obarczona koszykiem i uklękła w jednej z ławek na krótką modlitwę. Było to dla mnie coś zupełnie nowego. Do synagogi i zborów protestanckich, do których chodziłam, szło się tylko na nabożeństwo. Tu ktoś oderwał się od wiru zajęć, aby wstąpić do pustego kościoła, jakby na jakąś poufną rozmowę. Nigdy tego nie zapomnę“.

     Po wyjściu ze szpitala i powrocie do zdrowia Chaje Kalb, pomimo przeszkód czynionych jej ze strony rodziny, decyduje się przyjąć 18 stycznia 1919 roku Sakrament Chrztu Świętego w katedrze w Przemyślu, otrzymując wybrane przez siebie imiona Maria Magdalena. Poznałam prawdę i poszłam za nią. (…) Dusza moja otwierała się ku Bogu, jak kwiat ku słońcu. Gdy wspominam, o Jezu, te chwile pierwszej mojej gorliwości, ogarnia mnie wzruszenie i wdzięczność głęboka. Jak wówczas kochałam Ciebie! Jak nic trudnym, nic przykrym nie było dla mnie, by Ci miłość moją okazywać” – napisze potem w swoim „Dzienniku”.

    Młoda kobieta była cała otwarta na działanie łaski Bożej i to właśnie dlatego nowa wiara nie napotykała oporów w tym sercu, tak spragnionym żywego Boga. Chaje Kalb po prostu rozpoznała czas swego nawiedzenia, rozpoznała przechodzącego obok Chrystusa, Który Jest Drogą, Prawdą i Życiem. „Poznałam prawdę i poszłam za nią” – wyzna z ujmującą prostotą. 

    Jakże pięknym i znamiennym świadectwem podobieństwa przebiegu tego wspaniałego procesu otwarcia się na prawdę, jest doświadczenie Edyty Stein, która opisuje je w następującej relacji: Sięgnęłam do biblioteki po jakąś książkę, na chybił trafił. Wyciągnęłam pokaźny tom. Nosił tytuł:’ Życie św. Teresy od Jezusa’ napisane przez nią samą. Zaczęłam czytać. Lektura urzekła mnie. Czytałam jednym tchem, aż do końca. Gdy ją zamknęłam, powiedziałam sobie: to jest prawda!“.

    Niespełna 3 lata po przemyskim chrzcie Chaje Kalb, za naszą zachodnią granicą, w Bergzabern, 1 stycznia 1922 roku w Mistyczne Ciało Chrystusa, jakim jest wspólnota Kościoła, zostaje wszczepiona również inna córka narodu niegdyś wybranego przez Boga, 30-letnia wówczas doktor filozofii Edyta Stein. W 1933 roku wstąpi ona do kolońskiego Karmelu. Również i na tej drodze, oddania się Bogu na wyłączność wyprzedzi ją Żydówka z Jarosławia.

    Lektura „Wyznań” św. Augustyna wywiera na Kalb ogromne wrażenie i sprawia, że pragnie ona jeszcze ściślej i głębiej zjednoczyć się ze swym Boskim Oblubieńcem. Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. (…) W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie. Zawołałaś, krzyknęłaś, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. (…) Przeszyłeś moje serce, jak strzałą, Twoją nadziemską miłością – pisał w swym dziele święty Biskup z Hippony. Jakże przejmująco podobnie wybrzmi wyznanie Kalb: Boże mój, tyle czasu traciłam szukając Ciebie tam, gdzie Ciebie nie było! Lecz od tej chwili, o Boże, dla Ciebie tylko chcę żyć! Ty jesteś Wszystkim!.

    Pewnego wiosennego dnia ma miejsce niezwykłe wydarzenie w życiu 28-letniej kobiety, która będąc w stanie narzeczeństwa zmierza drogą ku małżeństwu. Idąc ulicą Szpitalną w pobliżu rynku w Krakowie Magdalena, niczym przed wiekami Szaweł zmierzający do Damaszku doznaje olśniewającego spotkania z Bożą łaską, które na zawsze zmieni dalsze jej życie. Oto, jak późniejsza siostra Emanuela relacjonowała później tamte niezwykłe chwile: Nagle – jasność niezmierna, zaciemniająca zupełnie słońce południowe, jasność wewnątrz i zewnątrz i jeden przepotężny głos, nabrzmiały radością Nieba: „Do klasztoru!”. Staję w miejscu, rozglądam się. Wszak zdaje mi się, że dom ten, koło którego stoję, wygląda na klasztor. Podchodzę do bramy, dzwonię, proszę o przyjęcie i – zostaję. Poprosiłam tylko, abym mogła napisać jeden list. Piszę: „Zapomnij o mnie, nie zastaniesz mnie już wśród świata. Do wyższych rzeczy jestem stworzona”

    Kobieta wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego de Saxia w Krakowie. W sierpniu 1928 roku rozpoczyna nowicjat, otrzymując habit zakonny i przyjmując imię Emanuela. 29 października 1933 roku składa śluby wieczyste. Bóg jest teraz dla niej Wszystkim. Jedno z Jezusem. Żyję tym cała, objęta, wchłonięta cała, nic już moje nie jest. Myśli moje, uczucia, życie, to tylko Jezus. Stale we mnie, stale ze mną…(…) Jezus jest wychowawcą najlepszym i najdoskonalszym. Gdyby dusze umiały Go słuchać, doprowadziłby je do zupełnego z Sobą podobieństwa. (…) Nic innego już nie wiem, tylko że Bóg jest Miłość, że porwała i pochłonęła mnie całkowicie ta Miłość. (…) Boże mój, szukać Ciebie dla Ciebie samego, to największe szczęście. Szukając Ciebie i tylko Ciebie – znajdę wszystko: moją miłość, moje życie, moje szczęście”.

    Dzięki zdobytym wcześniej kwalifikacjom s. Emanuela Kalb podejmuje pracę nauczycielki i wychowawczyni w różnych placówkach zgromadzenia. Powierzano jej również funkcje mistrzyni nowicjatu, przełożonej wspólnot, sekretarki generalnej, wikarii domu. Na drodze życia wewnętrznego, poza św. Augustynem, jej przewodnikami są wielcy mistycy karmelitańscy: św. Teresa z Avila, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Lisieux, bł. Elżbieta od Trójcy Świętej. Ale Najwyższy, Boski Przewodnik, Ten Który jako Jedyny Jest Drogą, i Prawdą, i Życiem pragnie osobiście prowadzić swą odnalezioną, umiłowaną córkę po duchowych ścieżkach ku zjednoczeniu z Nim.

    Siostra Emanuela doświadcza niezwykłej bliskości Boga, zostaje też obdarowana wieloma łaskami mistycznymi. Cóż mogę powiedzieć o tym blasku, którego dozwalasz mi niekiedy zakosztować. Wszak to tajemnica, którą można przeżywać, ale oddać w słowach niepodobna. (…) Ujrzałam jakąś Istotę, której określić nie mogę. Niby jakieś światło, jakieś Piękno, coś tak rozkosznego, tak niewypowiedzianego! To była MIŁOŚĆ – ISTOTA. To był jednak Jezus, choć poznałam tylko Istotę Miłości – wyzna Służebnica Boża. Patrz, miłuję cię nie jakąś ogólną, bezosobową miłością. Miłuję cię tkliwą, czułą miłością – powie jej Chrystus. Jak Bóg nas miłuje… to nie do przeżycia – zachwyca się żydowska zakonnica.

    Odkupiciel towarzyszy jej wiernie, również ze swym najcenniejszym skarbem duchowym, jakim jest dar uczestnictwa w Jego krzyżu. Kalb zostaje dotknięta utratą słuchu i przez niemal 40 lat, aż do końca swej ziemskiej pielgrzymki, żyje w głuchocie. Musi zrezygnować z pracy w szkole. Przyjmuje to bardzo pokornie i z ufnością. Znosić krzyż kalectwa i inne fizyczne dolegliwości, bez mówienia o nich. W cichości łączyć się z Ofiarą Zbawiciela” – zanotuje siostra Emanuela.

    Zewnętrzne uciszenie sprzyja też pogłębieniu niezwykłej, żywej relacji z Oblubieńcem. Boga znaleźć można tylko w milczeniu, w uciszeniu myśli i w uciszeniu woli, wolnej od nieumartwionych pragnień, które wnoszą niepokój, hałas i podniecenie. (…) Bez milczenia nie ma mowy o zjednoczeniu z Bogiem”. Tym bardziej, że przecież „nikt nie został święty bez wielkich cierpień. A cóż to wszystko znaczy wobec wieczności. Jedna kropla wobec oceanu(…) Trzeba się stać Jezusem Ukrzyżowanym, Ojciec Niebieski uzna nas tylko wtedy za swoje dzieci, gdy ujrzy, gdy rozpozna w nas Jezusa Ukrzyżowanego, Swego Syna. (…) Jezu… przede wszystkim daj mi ukochać Krzyż. Bo złudzeniem jest kochać Ciebie bez Twojego Krzyża. (…) Większą łaską jest cierpieć z Jezusem w milczeniu zupełnym, niż otrzymywać najwznioślejsze dary mistyczne – czytamy w zapiskach kanoniczki Ducha Świętego.

    Jeśli Mnie miłujesz, pomóż Mi zbawiać dusze – prosi ją Zbawiciel i dodaje: Potrzeba Mi dusz, które by wynagradzały wszystkie zniewagi, potrzeba Mi dusz, które by uwierzyły w Moją Miłość. Siostra Emanuela Kalb doskonale rozumie swoje posłannictwo. Powołanie do Zakonu nie jest tylko dla własnego uświęcenia, lecz by wynagradzać Bogu za grzechy świata i ratować dusze od zguby wiecznej – zapisze. Przyjmuje Boże zaproszenie do współpracy z Nim na drzewie Krzyża, w dziele rodzenia dusz dla wieczności.

    W swym „Dzienniku” opisze następujące zdarzenie. Odprawiając raz Drogę Krzyżową, ujrzałam nagle Pana Jezusa. W jednej ręce trzymał życie pełne pociech i szacunku ludzkiego, czci, jaką z sobą niesie gorliwość w służbie Bożej, oraz wszelkie błogosławieństwa jakich można doznać w życiu zakonnym. W drugiej ręce trzymał bezmiar męki, cierpień, bólów wszelkich, całe morze goryczy. Pan rzekł do mnie: „Wybieraj!”. Ty sam, Jezu, wybieraj dla mnie – odpowie zakonnica i doda:. Daj, co chcesz, wszystko mi będzie jednakowo miłe z Twojej Ręki. Tylko łaski Twojej nie odmawiaj’. „Otóż przeznaczyłem ci całe to morze goryczy i cierpień, ale nie bój się, prędzej Wszechmocy by Mi zabrakło, niż biednej duszy pomocy Mojej. (…) Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja” – usłyszy siostra Emanuela od Jezusa.

    Zasadniczą prawdą jest świadomość – wyzna Kalb – że prowadzi nas Miłość. Ona nad nami czuwa i żywi względem nas nieskończenie łaskawe zamiary. Musimy się im poddać z uległością i całkowitą ufnością.

    Cały swój ciężki krzyż, wszystkie cierpienia zarówno duchowe, jak i fizyczne, Siostra Emanuela ofiaruje Bogu w intencji swego, żydowskiego narodu, „by poznał Światło Prawdy, którą Jest Chrystus”. Czyni to już od 1935 roku.

    I znów, kilka lat później, w sierpniu 1942 roku, w odległym zakątku Europy, inna żydowska chrześcijanka – karmelitanka Edyta Stein, wybierając się w drogę do Domu Ojca, wiodącą przez męczeńską śmierć z rąk niemieckich oprawców, biorąc za rękę swą rodzoną siostrę, powie do niej: „Chodź, idziemy za nasz naród”.

    Bóg przyjmuje również ofiarę Siostry Emanueli Kalb. Wiele razy okazywał mi Pan Przenajświętszą Krew Swoją płynącą daremnie dla tak wielkiej liczby dusz. Z dziwną boleścią duszy zbierałam tę Krew Przenajdroższą. Wreszcie pewnego ranka stanął przede mną Pan Jezus. W ręku trzymał Przenajświętsze Serce Swoje, a poprzez palce spływała z tego Najświętszego Serca Przenajświętsza Krew obficie. Pan rzekł do mnie: „Patrz – oto ostatni krzyk miłości. Oddaję ci Moją Krew. Wylewaj Ją nieustannie na twój naród, na Mój naród, szafuj hojnie, nie żałuj, ofiaruj ją nieustannie Ojcu Mojemu za nawrócenie Izraela. Czynię cię szafarką Mojej Krwi. Nie zabraknie ci teraz cierpień. Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja”.

    W innym miejscu Chrystus mówi do żydowskiej zakonnicy. „Twoją misją jest: wielką wiarą i gorejącą miłością wynagrodzić Mi za nardów twój, który wzgardził Mną, nie chcąc uznać we Mnie swego Mesjasza”. Siostra Emanuela zapisuje w swym „Dzienniku” specjalną modlitwę zatytułowaną koronką za nawrócenie Izraela, z natchnienia Bożego do codziennego odmawiania, składającą się z powtarzanego na małych paciorkach wezwania: Przepuść, Panie, przepuść ludowi Twojemu.

    Siostra Emanuela Kalb, niczym żertwa ofiarna na ołtarzu, cała poświęca się i wyniszcza w tej upragnionej intencji: Jezu, ponad wszystkie rozkosze, jakich mogłabym zażywać, wybieram: być całopalną ofiarą w złączeniu z Tobą. Przeżyłam – nie zmysłami lecz umysłem – złączenie z Ukrzyżowanym. Rodzić dusze w cierpieniu! Na ziemi zresztą  nie pragnę innej miłości. On jest ‘Oblubieńcem Krwi’. Dusze poślubione miłości Boga – Chrystus ich Oblubieńcem. Łączą się z Nim, rodzą dusze do wieczności. Jeżeli celu tego nie osiągną przez ścisłe zjednoczenie z Bogiem, są bezpłodne; ich życie mija się z celem. Dawanie życia połączone jest z cierpieniem(…) Cierpienie wtedy ma wielką wartość, gdy ofiarowane jest tylko Panu Jezusowi, w złączeniu z Jego Męką, jako zupełnie czysty dar (…) Bez wielkiej ofiarności, bez wielkiego cierpienia nie ma wielkiej miłości. (…) Wycierpiałam wszystko, zdaje mi się, co człowiek może na ziemi wycierpieć.  Niech będzie za to Bóg uwielbiony! (…) Tak, warto cierpieć, warto ofiarować życie dla sprawy większej niż życie samo, zasługującej przeto, by wszystkie siły dla niej wyczerpać. 

    Jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, lecz już po dostąpieniu łaski sakramentu Chrztu Świętego Kalb intensywnie wspierała swego brata i siostrę w ich drodze ku katolicyzmowi. W czasie II wojny światowej Służebnica Boża przygotowała też do chrztu 11 Żydów, którzy o to poprosili. Zdecydowanej większości z nich udało się przeżyć niemiecką okupację.

    Czy zgodzisz się przyjąć pokusy niewiary, aby inni uwierzyli?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Tak, Jezu, aby inni uwierzyli, aby Ciebie na wieki kochali, chcę wycierpieć te okrutne pokusy niewiary, które są mi już znane. Lecz Ty znasz moją słabość, wspieraj mnie, bym sama nigdy nie zwątpiła – odpowiada żydowska zakonnica.

    Pod koniec życia siostra Emanuela złożyła się Panu w ofierze, również w innej swej wielkiej intencji, za kapłanów, by wynagradzać za ich niewierności oraz wypraszać łaskę świętości dla nich. Zachęcał ją do tego Sam Odkupiciel. Oto jak relacjonuje to mistyczka: Naraz Pan Jezus stanął przed oczyma mej duszy. Patrzę, z oczu płyną Mu łzy. Jezu! – wołam w męce ducha. – „To kapłani zdradzają swoje kapłaństwo. To krwawe łzy Moje z Ogrójca. Za wybranie, za miłość – odrzucenie, niewiara. Pomóżcie, bo zginą! Nie przestałem ich miłować. Ratujcie ich, ofiarujcie za nich całe Moje życie, całą Moją mękę! Jestem stale we wszystkich Mszach Świętych jako Żertwa przed Ojcem. Bierzcie z tych skarbów! Łączcie się ze Mną! Ofiarujcie się, wynagradzajcie za zniewagi, módlcie się za kapłanów! (…) Chcę, byś Mi pomogła dźwigać cierpienia, bo bardzo cierpię za grzechy. Dziecko Moje, tobie powierzyłem ciężar grzechów niewiernych kapłanów. Módl się i cierp wraz ze Mną. Nie lękaj się. Nic ponad siły. Niech cię wspiera myśl, że cierpisz razem ze Mną. Jedno tylko zachowaj sumiennie: „Milczeć i cierpieć!”. Panie mój – odpowie siostra. Emanuela – jeżeli trzymasz mnie przy Sobie, zupełnie w Sobie, to przecież będę mogła u Ciebie wszystko uprosić, zwłaszcza, gdy proszę Cię tak stale, tak usilnie za kapłanów, którzy od Ciebie odeszli, by wrócili, przeprosili Ciebie.

    Chce Pan, by dusze wierne zechciały przez żarliwą modlitwę i wynagrodzenie błagać o nawrócenie kapłanów – zapisze Służebnica Boża, by w innym miejscu dodać: Wszystko jest owocem modlitwy.

    Siostra Emanuela Kalb zawsze z otwartym sercem przyjmowała każde zaproszenie Swego Oblubieńca  do podjęcia wysiłku współpracy z Nim w dziele rodzenia dusz dla Królestwa Bożego, poprzez modlitwę, ofiarę, wynagradzanie, niesienie im duchowej pomocy. „Czy chcesz przyjąć na siebie pokusy dusz słabych, które by w nich uległy, gdyby nie twoja pomoc?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Jezu, chcę wszystko wycierpieć, byłeś Ty był kochany – odpowiada natychmiast zakonnica.

    Uczułam, że jestem bardzo głodna. Nic nie znaczyło, że normalnie przyjmowałam posiłek w refektarzu. Głód był tak dotkliwy, że formalnie skręcał mi wnętrzności. Ach kraść, kraść w szkole, w kancelarii, gdziekolwiek i kupić coś do jedzenia, zakupić chleba, bułek, całą piekarnię wykupić, byle ten głód nasycić! Parę tygodni męczył mnie ten głód nieopisany, wraz z ciężką pokusą kradzieży. Pewnego dnia ujrzałam w duchu jakiegoś młodego człowieka, porządnie ubranego, lecz bardzo mizernie wyglądającego. – „Widzisz tego człowieka? Oto bezrobotny, którego zatrzymałaś nad brzegiem występku”. Wnet popadłam znowu w ciężkie pokusy przeciw powołaniu zakonnemu. Dręczyły mnie z taką siłą, że już powiedziałam spowiednikowi, ze opuszczę zakon. Dręczyły mnie z taką siłą (…) i nie ustawały. Przetrwałam w tym utrapieniu mniej więcej trzy tygodnie. Naraz ujrzałam jakąś pracownię krawiecką. Dziewczęta pracowały przy stołach, a wśród nich młoda i bardzo miła zakonnica. – „Widzisz tę siostrę? Gdyby nie twoje cierpienia, opuściłaby swój zakon i zgubiłaby się w świecie”. Ach siostro, wyrzekłam mimo woli, gdybyś wiedziała, ile za ciebie cierpiałam! – relacjonuje mistyczka.

    Służebnica Boża Emanuela odznaczała się wielkim umiłowaniem Eucharystii. Jak Bóg cię ukochał, niech ci powie Eucharystia – pisała. Boże mój, cóż znaczą wszystkie najwznioślejsze łaski modlitwy, najwspanialsze zachwyty, wobec jednej Komunii Eucharystycznej! Tu jest takie zjednoczenie, takie wchłonięcie naszej istoty przez Boga, że stajemy się Nim, jedno, nierozdzielne. (…) Zrozumiałam, że nasze małe wysiłki, gdy podczas Mszy św. kładziemy je na ołtarzu, gdzie Chrystus, Ofiara jest obecny, nabierają nieskończonej wartości’. “Czy nie wiesz – pouczał ją Pan – że ofiarując Mi Syna Mego, Jego życie, Jego Mękę i śmierć, ofiarujesz Mi więcej, niż którykolwiek z największych świętych Starego Testamentu mógł Mi ofiarować? Gdy ofiarujesz Mi tę Przenajświętszą Ofiarę, nie mogę wówczas powiedzieć: „Zostaw Mnie w spokoju” (Wj 32,10).Kto w imię Jego prosi, nigdy nie prosi nadaremno – czytamy w zapiskach siostry kanoniczki Ducha Świętego.

    Od 1957 roku aż do końca swych ziemskich dni Siostra Emanuela przebywała w krakowskim klasztorze, włączając się, na ile mogła, w życie i pracę wspólnoty. W Zgromadzeniu Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego przeżyła 59 lat.

    Zmarła w opinii świętości 18 stycznia 1986 roku w Krakowie, w 67-rocznicę przyjęcia sakramentu Chrztu i włączenia we wspólnotę Kościoła.

    W latach 2001-2003 przeprowadzono jej proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym. Dnia 13 maja 2005 roku w Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych rozpoczął się etap rzymski procesu. 14 grudnia 2015 roku Franciszek zezwolił na ogłoszenie dekretu o heroiczności jej życia i cnót. Odtąd przysługuje jej w Kościele tytuł Czcigodnej Służebnicy Bożej.

    Ty musisz zostać świętą! – powiedział jej kiedyś Pan i dodał: Chcę przypomnieć światu, że Kościół jest powszechny”. Całe życie Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, tej wciąż tak mało jeszcze znanej, wspaniałej córki Kościoła, a zarazem niezwykłej córki narodu żydowskiego, dla którego tak bardzo pragnęła, „by poznał on Światło Prawdy, którą jest Chrystus”, jest dla nas wszystkich wielkim wyzwaniem, ale zarazem i zaproszeniem, aby odświeżyć w sobie ducha wdzięczności za darmo nam daną łaskę wiary oraz Sakrament Chrztu Świętego, wszczepiający nas w Mistyczne Ciało Chrystusa, a także, by odkurzyć nieco już zapomniany, w jego nieocenzurowanej wersji, Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu (encyklika Annum Sacrum napisana w roku narodzin Chaje Kalb – 1899), autorstwa wielkiego papieża Leona XIII, i modlić się do Pana za wstawiennictwem Sł. B. Emanueli Kalb i św. Teresy Benedykty od Krzyża: “Wejrzyj okiem miłosierdzia swego na synów tego narodu, który niegdyś był narodem szczególnie umiłowanym. Niechaj spłynie i na nich, jako zdrój odkupienia i życia, ta Krew, której oni niegdyś wzywali na siebie. Zachowaj Kościół swój, o Panie; użycz mu bezpiecznej wolności. Użycz wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw aby ze wszystkiej ziemi od końca do końca jeden brzmiał głos: Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Jemu cześć i chwała na wieki. Amen”.

     ***

    Czy wiesz, co cię czeka?”. Ujrzałam nagle jakąś dziwną jasność, jakieś piękno niewypowiedziane, jakąś rozkosz niepojętą, ale to było jakoby tło. Wśród tej niepojętej szczęśliwości był Bóg. I On objął, ogarnął duszę w niewypowiedzianym uścisku Miłości. To trwanie w uścisku Miłości Boga jest właściwą istotą Nieba. Tu język ludzki nic nie wypowie. Tylko słowa świętego Pawła Apostoła można zastosować: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują…”. (Sł. B. Emanuela Kalb “Dziennik“)

    Siostro Emanuelo, módl się za nami i za swoim narodem!

    ren/„Poznałam Prawdę i poszłam za Nią” Kraków 2008, ks. J. Machniak „Służebnica Boża Emanuela Kalb” Kraków 2012, o.M. Zawada OCD „Antologia mistyki polskiej tom 2” Kraków 2008.

    Fronda.pl

    ***

    kościół św. Piotra

    Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     


    W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00

    W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi.

    Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani.


    W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli

    Możliwość spowiedzi jest od godz. 17.00

    ***

    W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej

    ***

    W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.

    ***

    W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.


    W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00

    Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.

    W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30


    Od września trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu są w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.

    ***


    Kaplica izba Jezusa Miłosiernego

    4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00

    Po Mszy św. jest Godzina Święta


    W każdą trzecią sobotę miesiąca jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.


    W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.

    Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny i Mszą św. o brzasku dnia o godz. 5.00

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland


    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    Intencja Żywego Różańca

    na miesiąc styczeń 2025

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby zawsze szanowano niezbędne w budowaniu lepszego świata prawo migrantów, uchodźców i osób dotkniętych wojną do edukacji.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja


    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Bogurodzico Dziewico, z wielką wdzięcznością i nadzieją wchodzimy w Jubileuszowy Rok. Żeby nie zmarnować tego wyjątkowego czasu pełnego miłosierdzia, w którym Boże przebaczenie jest tak blisko każdego z nas – dlatego prosimy – bądź z nami tak jak byłaś pośród uczniów Twojego Syna jako Matka umacniająca w nich nadzieję na drogach pełnych niebezpieczeństw. Święta Maryjo, Matko Boga I Matko nasza, ucz nas wierzyć, żywić nadzieję I kochać wraz z Tobą. Wskazuj nam drogę wśród dzisiejszego zamętu do Królestwa Twojego Syna! Gwiazdo Morza, świeć nad nami I prowadź nas!


    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 stycznia 2025 modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w intencjach wyznaczonych na ten miesiąc, które otrzymaliście na maila 31 grudnia 1924 z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    Spotkanie Opłatkowe Żywego Różańca będzie w sobotę 18 stycznia o godz. 15.30, na które serdecznie zapraszam do sali Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow przy kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego (4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD).

    ***

    Wspólnota ŻYWEGO RÓŻAŃCA każdego roku w okresie Adwentu pragnie uwrażliwić nasze serca na ludzi, którzy szczególnie potrzebują w tym czasie naszej modlitwy i wsparcia. W minionym Adwencie zorganizowaliśmy zbiórkę na cele PRO-LIFE. Zebraliśmy kwotę Ł 2310 i na konto Fundacji Małych Stópek zostało przelane 12 000 zł.

    Fundacja Małych Stópek potwierdziła odbiór naszej pomocy:

    “Szczęść Boże, serdecznie dziękujemy całej Waszej Wspólnocie Różańcowej za wsparcie naszej Fundacji, dzięki czemu będziemy mogli objąć działaniami pomocowymi naszych podopiecznych matki i ich dzieci. Pozdrawiamy i życzymy Bożego Błogosławieństwa na każdy dzień – Fundacja Małych Stópek”

    ***

    ***

    POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA

    ***

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Zobowiązanie:

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego – www.duchowa-adopcja.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach


    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ***

    Ks. Kancelarczyk: „Nie jestem św. Józefem”. Dzięki Fundacji Małych Stópek rocznie na świat przychodzi około 50 dzieci

    Ks. Tomasz Kancelarczyk kapłan archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej; pomysłodawca i prezes Fundacji Małych Stópek oraz współorganizator szczecińskiego Marszu dla Życia.FUNDACJA MAŁYCH STÓPEK

    ***

    O towarzyszeniu matkom w trudnej ciąży, ratowaniu nienarodzonych dzieci i aborcyjnym klimacie mówi ks. Tomasz Kancelarczyk.

    Agata Puścikowska: Od ilu lat okołoświąteczny czas to dla Księdza towarzyszenie matkom i dzieciom?

    ks. Tomasz Kancelarczyk: Pewnie od co najmniej dziesięciu, z każdym rokiem bardziej angażuję się w życie naszych domów samotnej matki. Wigilię spędzam tam, bo jest potrzebna opieka duszpasterska. W jednym z domów jest kaplica, do której przychodzą również mieszkańcy wsi. Jestem w miejscu, które potrzebuje opieki kapłana, mężczyzny. I którego potrzebuje… kapłan. Miejscu pełnym ufności i ciepła.

    Czuje się tam Ksiądz jak św. Józef?

    Bez przesady, nie jestem św. Józefem. Ale w domu mamy dwie jego figury – jedna z Dzieciątkiem na ręku, druga – z narzędziami stolarskimi. To taka kwintesencja opiekuna, mężczyzny: przytulać, chronić, działać. Dzieci mają swoje kochające mamy. I do nich lgną. Ja się staram być, czuwać. Rozmawiać, chociaż to bywa utrudnione: nie znam języków obcych, a wielu naszych podopiecznych pochodzi spoza Polski. Nie tylko z Ukrainy, ale też z…. Turkmenistanu, Indonezji, krajów afrykańskich. Zawiłe losy. Nie mogę o wszystkich opowiadać, bo to sprawy delikatne. Mamy pojawiają się u nas wtedy, gdy zawiedli bliscy, gdy życie potoczyło się dramatycznie. W wielu przypadkach udało się wyrwać je z ekstremalnie niebezpiecznych sytuacji, ochronić, a nasz dom stał się alternatywą wobec aborcji. Przyjmujemy potrzebujące matki zawsze, nawet wówczas, gdy jest to trudne ze względów formalnoprawnych.

    Taka praca zmienia człowieka, księdza, mężczyznę?

    Pod wieloma względami. Poświęcam się głównie pracy w fundacji, przed Bożym Narodzeniem często głoszę rekolekcje – wszędzie tam, gdzie zostanę zaproszony. To ważne, bo to jest głoszenie ewangelii życia. Obecnie coraz bardziej to potrzebne. Poza tym pozyskuję sprzymierzeńców. Kontaktuję się z ludźmi, pozostają po mnie jakieś ślady – czy to w postaci książki, czy informatora o Domu Małych Stópek. Dzięki temu wielu ludzi zaczyna nas wspierać. Fundację tworzy rzesza ludzi, którzy po prostu ostro działają. Dziś magazyn na dary ma dwa tysiące metrów kwadratowych, pracują w nim specjaliści, wolontariusze, są komputery. Dwie okołoświąteczne akcje to ogrom pracy i dużo logistyki. Paczuszka dla Maluszka to ponad dwa tysiące miejsc w Polsce, w których zbieramy dary i rozdajemy je potrzebującym mamom i ich dzieciom. A akcja „Tak niewiele” wymaga zebrania ponad 13 tys. prezentów, konkretnych paczek dla ubogich, potrzebujących z całego kraju. Te prezenty kierujemy do DPS-ów, domów samotnej matki, osób bezdomnych. Bo to wszystko jest promowaniem, wspieraniem życia od urodzenia do naturalnej śmierci. Życie każdego człowieka jest cudem, jest ważne.

    Ale mediów do Domu Małych Stópek nie wpuszczacie. Mogłyby to życie promować…

    Trzeba mówić o mamach, ich dzieciach i potrzebach. Ale mówić tak, by im nie zaszkodzić. Chętnie bym dzielił się i pięknymi, i dramatycznymi historiami, bo one inspirują. Ale gdy media się do mnie zwracają, by nagrać, puścić w świat, najczęściej odmawiam. Bo matki przede wszystkim muszą się czuć bezpiecznie. Nawet kosztem słabszego PR. Mamy do czynienia z sytuacjami granicznymi. Niedawno przyszła do nas mama tak głęboko skrzywdzona, że przekraczając próg domu, zniszczyła kartę SIM w telefonie. Powiedziała: „Inaczej mnie tu znajdzie”, a chodziło o przemocowego partnera. Ta mama, gdyby zobaczyła u nas kamerę czy nawet aparat, czułaby przede wszystkim ogromny strach. Ale każda z tych kobiet ma trudną historię. Wspólnym mianownikiem są bolesne przejścia, przemoc, bieda i ludzkie nieszczęście. Kto chce się dzielić własną biedą? Kto chce się „chwalić” problemami? Dlatego tak niewiele w mediach o naszych matkach. Z drugiej strony chciałbym, żeby świat zobaczył, że u nas odzyskują uśmiech, spokój. Zaczynają stawać na nogi. Chciałbym pokazać dokazujące dzieciaki, kobiety gotujące pyszne potrawy, ich wspieranie się. Czasem i spory – jak to w życiu. Wpadam do nich nie tylko po to, żeby naprawić kran, sprawdzić, czy wszystko mają, ale po prostu odpocząć, od tych dzielnych kobiet nabrać sił psychicznych. Tam jest po prostu matczyna miłość. I z tej miłości warto czerpać.

    Jakie są prowadzone przez was domy?

    Kameralne. W jednym mieszka maksymalnie 20 kobiet z dziećmi. Musi być rodzinnie. Domy mają różne lokalizacje. Jeden na wsi. To miejsca, które pozwalają na odbudowanie siebie, spokojne urodzenie i wychowywanie dziecka. Poza tym dbamy, żeby mamy miały dobre warunki. By ich dzieci wzrastały w dobrej atmosferze. Tu chodzi o coś więcej niż cztery ściany, stół i kaloryfer. Trafiają do nas kobiety w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. Ale poza domami opiekujemy się też dziesiątkami czy wręcz setkami potrzebujących matek w całej Polsce. To kobiety, które otarły się o myśli, decyzje aborcyjne. Były w różny sposób do tego zmuszane. Ale trafiły pod naszą opiekę i otrzymały wsparcie. Zdecydowały się urodzić. Czasem nie trzeba dużo, by mama przyjęła dziecko.

    Oferowana „paczka pieluch” ma wymiar psychologiczny?

    Owszem, jeśli za tą paczką idzie zainteresowanie, uśmiech, świadomość, że są ludzie, którzy się nie odwrócą. Wtedy ta paczka pieluch jest jak antidotum na samotność, zło, strach. Chodzi o to, że za przekazanymi rzeczami stoi konkretne działanie, a przede wszystkim uwaga. W tej pomocy bycie obok jest kluczowe. Natomiast „pomoc” fikcyjna to w polskim wydaniu zaoferowanie pigułki wczesnoporonnej. Osoby w ten sposób „pomagające” mówią: „Nie będziesz w tym sama”, umożliwiając pobranie pigułki. To jest wsparcie? Kobieta zostaje sama z dramatem, w sytuacji granicznej. Gdy kobieta jest w trudnej sytuacji, w ciąży, to najważniejsza jest kochająca osoba obok. Najlepiej oczywiście ojciec dziecka. Ale jeśli on okaże się tchórzem, to sprawdza się i przyjaciółka, sąsiad, kuzynka albo i obca niby osoba, która okaże serce. Gdyby każda kobieta w trudnej ciąży miała obok siebie prawdziwie życzliwą osobę, nie byłoby w ogóle aborcji.

    Ile dzieci uratowaliście?

    To są dzieci uratowane przez własne mamy. Przez kobiety, które nie żyją obecnie z ciężarem aborcji. Bywa, że żyją z ciężarem (niesłusznie!) takich myśli: „Chciałam zabić własne dziecko”. Oczywiście wówczas rozmawiamy, powtarzam im, że emocje to nie czyny. A jeśli chodzi o czyny, o działanie, to zachowały się wspaniale. Uratowały człowieka: Zosię, Filipka czy Olę. Pamiętam, jak któregoś razu wiozłem gdzieś jedną z mam. Nagle zaczęła płakać, bo przypomniała sobie, że „chciała zabić Stasia”. Tak naprawdę nie chciała zabić, tylko nie wiedziała, co robić, bo nikt nie pomógł jej pozbierać się w sytuacji kryzysowej. Często aborcji chce otoczenie matki, a nie ona sama.

    To ile dzieci rodzi się rocznie dzięki Wam?

    Około 50. Zwolenniczki aborcji twierdzą, że to mało, bo one „pomagają” w tysiącach aborcji. Ja uważam, że jedno ocalone, żyjące dziecko to więcej niż tysiąc, którym nie pozwolono się urodzić. Może liczba uratowanych to jest kropla w morzu, ale każda taka kropla to cud. Jeśli ktoś wątpi w sens takich kropli, niech weźmie maleństwo na ręce. Zwolennicy aborcji tego nie robią. Tzw. pomoc w aborcji farmakologicznej to jest żaden wysiłek w porównaniu z wysiłkiem, który podejmujemy wszyscy, by dziecko mogło żyć i rozwijać się w spokoju. Trzeba wynająć mieszkanie, zrobić remont, zabezpieczyć finansowo matkę – potrzebujemy nawet i 40 tys. złotych. Dzięki darczyńcom mama otrzymuje pełne wsparcie. Jakiś czas temu dostaliśmy informację o kobiecie w ciąży, która potrzebowała pomocy. Najpierw zwróciła się do organizacji wspierających aborcję. Otrzymała pigułkę, której jednak nie przyjęła. Zrezygnowała. Prosiła zwolenników aborcji, organizacje feministyczne o realną pomoc. Nie udzielili jej. Gdy się dziecko rodzi, to przecież już nie ich sprawa. Człowiek, który obiecał „pomoc” w pobraniu pigułki, nie obiecywał realnego działania. Na szczęście jednak… skierował kobietę do nas. Jak na obrazku „znajdź na mapie domy samotnej matki prowadzone przez organizacje feministyczne”. A mapa pusta.

    Zdarza się Wam pomagać matkom, które przeżyły gwałt?

    Tak. To są bardzo smutne historie. Takie kobiety, po traumie, nie chcą rozmawiać z mężczyznami, są skryte. Ale często potrzebują wypłakać się i wygadać przed księdzem. Dla mnie takie spotkania są ważne, chociaż wyczerpujące psychicznie. Każda taka historia jest inna. Jedne mamy pozostawiały dziecko przy sobie. Inne oddawały do adopcji. Pojawia się u kobiety nienawiść do gwałciciela. Pojawia się obawa, czy pokocha dziecko. Niektóre mamy potrafią pokochać, inne nie. Wówczas istnieje możliwość oddania go do adopcji. Bo zawsze na dziecko czekają rodziny. Są i zaskakujące historie z happy endami. Znam młodą kobietę, dziecko z gwałtu właśnie, która wychowana została przez biologiczną matkę w poczuciu bezpieczeństwa, miłości. Długo nie wiedziała o okolicznościach, w jakich została poczęta. Gdy się dowiedziała, pokochała mamę jeszcze bardziej – a matka córkę.

    A dzieci chore?

    Pomagamy przyjąć dzieci z zespołem Downa. Do kobiet w ciąży docierają doświadczone matki, które opowiadają o codzienności, o możliwościach pomocy. Jedne mamy chcą po porodzie dziecko wychowywać, inne nie. Oddają je wówczas do adopcji. Takie adopcje nie są częste, ale nie są też niemożliwe. Choć w Szczecinie są też dzieci z ZD, które czekają nawet na możliwość mieszkania, życia w rodzinie zastępczej. Dlatego my jako fundacja mamy „własną”, wspierającą nas rodzinę zastępczą. Pomagamy jej funkcjonować, wszechstronnie wspieramy. I chcemy niebawem powołać drugą, właśnie wyspecjalizowaną w opiece nad dziećmi z ZD. To jest pilna potrzeba naszych czasów.

    A te „nasze czasy” zrobiły się mocno nieprzyjazne życiu.

    Dlatego tym bardziej trzeba pracować. Co ciekawe, więcej osób zgłasza się do nas z realną chęcią pomocy. Mówią tak: „Kiedyś po prostu byłem za życiem, teraz chcę działać”. Więc nie dają wyłącznie pieniędzy, ale i czas, energię, pracę. Kiepskie czasy wyzwalają dobre działania.

    Mam jednak wrażenie, że przyzwolenie na aborcję w społeczeństwie zwiększa się…

    Przynajmniej na wczesną aborcję, farmakologiczną. Pełno tego w internecie, przekaz formuje młodsze pokolenia. Tworzy się klimat zgody. Musimy więc wszelkimi nowoczesnymi metodami mówić prawdę, docierać do ludzi. Ważne są tu media, które powinny nowocześnie przekazywać prawdę. Zwróćmy uwagę, że już nawet nie używa się słowa „aborcja”. Częściej używa się sformułowań „decyzja” lub „wybór kobiety”. Zmiękczenie języka prowadzi do zmiękczenia sposobu myślenia. Tymczasem sprawa jest jasna: po przyjęciu pigułki umiera dziecko. Matka zostaje sama i z traumą.

    Wydaje się, że i Kościół przestał o tym przypominać…

    Pewne zmiany polityczne, szeroko rozumiany kryzys w Kościele i kryzys wartości spowodowały, że księża boją się podejmować tematy kontrowersyjne, przez niektórych nazywane „politycznymi”. A ratowanie życia ludzkiego to nie polityka. To sprawa naszego sumienia. Poza tym już nawet nie chodzi o to, by z ambony wytykać głupie decyzje politykom, złe treści dziennikarzom. Trzeba mówić prawdę wiernym. Niedawno pomagaliśmy kobiecie w ciąży, po wypadku, która poruszała się na wózku. Nie miała żadnego wsparcia! A ojciec dziecka to niby poprawny, praktykujący katolik. Chyba nigdy nie usłyszał z ambony, że kto zostawia bez pomocy kobietę w ciąży, zabija dziecko! A jeśli już słychać z ambony coś o aborcji, to koszmarne zdanie: „kobieta dokonuje aborcji”. A tak naprawdę kobieta jest na samym końcu łańcuszka śmierci. Mężczyzna też dokonuje aborcji przez nakłanianie lub brak wsparcia. Jeśli mamy w Kościele kryzys, to również dlatego, że księża zaczynają być obojętni. Obojętność na zło to największe zło, które się rozprzestrzenia. Dlatego potrzebna jest powszechna mobilizacja sumień, co spowoduje i narodzenie, i odrodzenie: malutkich dzieci, i daj Boże, nas wszystkich.

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ***

    Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami.

    Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.

    ***

    Dla przypomnienia dla tych, którzy przystępują do Komunii świętej mimo, że zgadzają się na zabijanie dzieci w łonie matek:

    Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […]  oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.

    ***

    Nowenna Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    od 24 stycznia do 2 lutego

    Wprowadzenie

    Najświętsza Maryja Panna pragnie nam o wiele bardziej pomóc, niż my sami tej pomocy pragniemy. Składając naszą ufność w Jej Niepokalanym Sercu, odpowiadamy na Jej miłość i dajemy Jej wielką matczyną radość.

    Podjęcie modlitwy nowennowej to stanięcie do duchowej walki.

    Maryja: Stańcie do walki ‒ zwyciężymy! Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w szerzenie Płomienia mojej miłości. Pragnę, by Płomień Miłości mojego Niepokalanego Serca, który dokonuje cudów w głębi ludzkich serc, stał się znany wszędzie, tak jak na całym świecie znane jest moje Imię. (Dziennik duchowy PM – 19 października 1962)

    Ja, piękny Promień jutrzenki, oślepię szatana.

    Uwolnię ludzkość od grzesznej lawy nienawiści.

    Żaden umierający nie może zostać potępiony.

    PŁOMIEŃ MOJEJ MIŁOŚCI wkrótce zapłonie. Córeczko, wiedz, że wybrane dusze będą musiały stoczyć walkę z księciem ciemności. Rozpęta się straszliwa burza. Nie, nie burza, lecz orkan, który wszystko spustoszy. Zniszczy wiarę i ufność nawet w wybranych. Wraz z nadciągającym szkwałem rozbłyśnie dla was jednak światło PŁOMIENIA MOJEJ MIŁOŚCI. Rozświetlę ciemną noc waszych dusz wylaniem jego łask. (Dziennik duchowy PM – 19 maja 1963)

    Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Zaleca się odmawianie tej nowenny szczególnie, by otrzymać łaski do przezwyciężenia wszystkich trudnych doświadczeń w naszej rodzinie lub środowisku – prób, nieszczęść i okoliczności – na które nie mamy wpływu.

    Podczas tych dziewięciu dni nowenny ofiarujmy Najświętszej Dziewicy każdą duchową próbę, która może przyjść, lub ofiarę – co pomnoży moc naszych modlitw. Oto kilka przykładów: ofiarowanie naszego dnia Bogu, nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, uczestnictwo we Mszy Świętej, składanie ofiar – dużych lub małych, post, cierpliwe zniesienie krzywdy, trudności rodzinne lub zawodowe, itp. Bądźmy pomysłowi, aby zachwycić Maryję! Bóg odpowiada na ufne modlitwy swoich dzieci obfitym błogosławieństwem.

    Jeśli któraś z naszych próśb nie zostanie natychmiast wysłuchana, nie traćmy pokoju, ufając Bogu, ponieważ oznacza to, że Bóg ma coś lepszego i większego dla nas niż to, o co prosimy. Niech ta prawda pomnoży naszą nadzieję i ufność.

    Modlitwy na każdy dzień nowenny

    Każdego dnia przed odmówieniem nowenny, zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu.

    1. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    2. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Ręki, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    3. Całuję Ranę Twojej Świętej Lewej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    4. Całuję Ranę Twojej Świętej Prawej Stopy, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    5. Całuję Ranę Twego Świętego Boku, Panie Jezu, z głębokim i prawdziwym żalem.

    W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

    Modlę się w intencjach Niepokalanego Serca Maryi, a także proszę Cię, Matko, przez Płomień Twojej Miłości o łaskę/w intencji…. (wymień prośbę). Z wiarą, ufnością i kochającym sercem oddaję Ci Maryjo ten czas trwania nowenny, oświecaj mnie, przemieniaj i prowadź.

    Dzień 1 – 24 stycznia

    Dzieło Maryi dla zbawienia dusz

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). Maryja mówi Bogu FIAT na Jego plan zbawienia. Zgodnie z Wolą Bożą, Maryja ma plan dla każdego z nas, a my możemy zjednoczyć się z Płomieniem Miłości jej Niepokalanego Serca i wiernie naśladować ją w Jej misji Matki Kościoła. Ona prosi nas, abyśmy przez nasze modlitwy i ofiary uratowali jak najwięcej dusz.

    Maryja: Moja karmelitanko! Chcę z tobą porozmawiać w nocnej ciszy. Słuchaj mnie, leżąc wygodnie! Prawda, że znasz wielki ból, który wypełnia mi Serce? Szatan z zatrważającą łatwością porywa dusze. Dlaczego nie staracie się ze wszystkich sił temu zapobiegać? Potrzebuje was! Serce pęka mi z bólu, gdy muszę się przyglądać, jak tyle dusz idzie na potępienie. Wiele z nich wpada w sieć diabła wbrew swoim dobrym intencjom. Zły z szyderczym śmiechem wyciąga ręce i ze złowrogą uciechą zagarnia dusze, za które mój Syn wycierpiał tak straszliwe męki. Pomóżcie mi! Pomóżcie! (Dziennik duchowy PM – 14 maja 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy pragnę żyć jak prawdziwy chrześcijanin, któremu zależy na zbawieniu swojej duszy?
    2. W jaki sposób mogę najlepiej współpracować z Płomieniem Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczynić się do zbawienia dusz innych ludzi?
    3. Każdy z nas może zmienić los dusz, którym grozi zatracenie. Mogę modlić się w zjednoczeniu z Trójcą Przenajświętszą, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, wszystkich Świętych i dusz uwolnionych z czyśćca przez moje modlitwy.
    4. Czy ofiarowuję nocne czuwania modlitewne naszej Świętej Matce?
    Intencja

    Modlę się o zbawienie dusz, o uświęcenie moje i tych wszystkich, których noszę w sercu.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 2 – 25 stycznia

    Modlitwa Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi – sposób na ratowanie dusz

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Działania szatana ‒ wroga Boga, z jego mroczną strategią i demonicznymi sztuczkami, dają o sobie znać na różnych płaszczyznach i wywołują różne skutki, jak: negacja Boga, podziały w rodzinach, nieczystość i pożądliwość, aborcja, okultystyczne obrzędy, zabieganie o władzę i dominację, chciwość pieniądza i chęć posiadania coraz więcej, wojny, itd. Jakże pocieszająca jest świadomość, że mamy zdolność do przyjęcia i wykorzystania prostego sposobu danego nam przez Dziewicę Maryję, aby zwyciężyć zło!

    Maryja: Podczas modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, dodawajcie taką prośbę: „Zdrowaś Maryjo […], módl się za nami grzesznymi, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. (Dziennik duchowy PM – październik 1962)

    Pewien biskup zapytał Elżbietę, dlaczego modlitwa Zdrowaś Maryjo ma być teraz odmawiana inaczej?

    Maryja: Nie chcę zmieniać modlitwy, poprzez którą oddaje mi się największą cześć, lecz poprzez tę prośbę pragnę obudzić ludzkość. Te słowa nie mają być aktem strzelistym, lecz stałą modlitwą błagalną. (Dziennik duchowy PM – 2 lutego 1982)

    Jezus: Trójca Przenajświętsza wylała na was morze łask Płomienia Jej miłości wyłącznie na żarliwą prośbę mojej Najświętszej Matki i dlatego macie dodawać te słowa do ‘Pozdrowienia anielskiego’, aby ludzkość się nawróciła pod wpływem działania łask tego Płomienia. (Dziennik duchowy PM – 2.02.1982)

    Chwila na refleksję
    1. Czy z ufnością odmawiam Zdrowaś Maryjo, dodając potężną prośbę o wylanie Płomienia Miłości?
    2. Dziennik duchowy Elżbiety Kindelmann uczy nas i zaprasza do poznania próśb Dziewicy Maryi i Pana naszego Jezusa Chrystusa o ratowanie ginących dusz. Czy poświęcam czas na jego lekturę i medytację?
    3. Jakie jest moje zaangażowanie w szerzenie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, aby przyczyniać się do zbawienia ludzi wokół mnie?
    Intencja

    Będę odmawiać tak często, jak to możliwe, modlitwę Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi, jako potężny środek do ratowania dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.


    Dzień 3 – 26 stycznia

    Maryja i świętość

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Ludzkość nie nawróci się dopóty, dopóki nie nawróci się i nie uświęci każda pojedyncza dusza ludzka, dlatego jesteśmy zobowiązani i musimy wybrać świętość. Jezus zachęca nas do tego, mówiąc: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Nie ma świętości bez pokory. W duszy, która jest na drodze do świętości, pokora zawsze będzie wzrastać. Im bardziej dusza się uniża, tym bardziej rośnie w niej świętość. Z naszej pokornej ufności pokładanej w Boga wypływają wszystkie inne cnoty. Każda chwila życia Maryi była nieustannym „Tak” dla woli Bożej. Maryja jest doskonałym przykładem pokory, która w całkowitym poddaniu się przyjęła wolę Bożą dla swojego życia: kiedy została Matką Zbawiciela, kiedy udała się do Betlejem na spis ludności, kiedy przyjęła proroctwo Symeona, kiedy uciekała do Egiptu, kiedy była świadkiem śmierci Syna na krzyżu, kiedy uczestniczyła w Jego pogrzebie.

    Jezus i Maryja dbali o zachowanie pokory w sercu swojej wysłanniczki Elżbiety Kindelmann, a tym samym chronili jej świętość.

    Maryja: Córeczko, po co się męczysz? Dlaczego chciałaś mówić o Płomieniu mojej miłości w zgrabnych słowach? Miej przed oczami swoje powołanie: cierpienie. Pomyśl o słowach, które powiedział do ciebie mój Boski Syn: „Cierp bez ustanku i składaj ofiary!”. Twoje cierpienie nie pójdzie na darmo, ale nie twoim zadaniem jest decydowanie o tym, kto zrozumie Płomień mojej miłości. Jesteś małym narzędziem i nie powinnaś się dziwić, że brakuje ci daru wymowy. To ja działam. To ja zapalam Płomień mojego Serca w głębi ludzkich serc. To ja odebrałam ci słowa i zmąciłam twój umysł. Nie chciałam, by w twojej duszy rozpleniła się pycha. […] To byłby wielki błąd… Jesteś małym narzędziem w naszych rękach. Dbamy o to, by grzech nie miał do ciebie przystępu. Uważaj na siebie w pokusach, bo Zły wykorzystuje każdą okazję, by zachwiać twoją pokorą. (Dziennik duchowy PM – 17 grudnia1962)

    Jezus: Z każdym uderzeniem serca żałuj za swoje grzechy, również w zastępstwie tych, którzy nie współodczuwają razem ze Mną. Gdyby twoja miłość zaczęła słabnąć, zwróć się do naszej niebieskiej Matki. Ona znów napełni twoje serce głęboką miłością do Mnie. Nie ustawaj w kontemplowaniu moich świętych pięciu Ran, da ci to dużo siły. Polecaj siebie Ojcu Przedwiecznemu i żyj w łączności z Trójca Przenajświętszą. W chwilach pokus chroń się pod płaszczem naszej Matki. Ona obroni cię przed złym duchem, który was wciąż nęka. Ja będę z tobą. Nikt i nic nie może cię ode Mnie oddzielić… (Dziennik duchowy PM ‒ między 4 a 7 marca 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy pragnę życia, które przynosi świętość? Jak chcę je osiągnąć?
    2. Czy strzegę i zachowuję łaskę uświęcającą, którą otrzymałem na chrzcie świętym?
    Intencja

    Odnawiam moje pragnienie świętości i żyję każdego dnia łaską chrztu świętego; zawsze wybierając dobro i wyrzekając się zła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 4 – 27 stycznia

    Maryja i Krzyż Święty

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dziewica Maryja była u stóp krzyża Jezusa. Ogromnie cierpiała, widząc jak Jej Syn umiera w tak straszliwej agonii. Z miłości do Boga i do nas zawsze przyjmowała swoje cierpienia, ponieważ znała wartość każdego z nich, i dlatego nimi żyła, kochała je i ofiarowywała Bogu jako dar, dla zbawienia dusz. Dzisiaj Maryja również towarzyszy nam w naszych cierpieniach. Swoim przykładem zaprasza nas do przyjęcia ich z głęboką pokorą i miłością, aby Płomień Miłości Jej Niepokalanego Serca z większą siłą oślepił szatana. Wiele dusz zostanie uzdrowionych i stanie się świętymi pod wpływem łagodnego światła i pocieszającego ciepła Płomienia Miłości. W ten sposób, zapraszając nas do przyjęcia naszych cierpień, Maryja zaprasza nas również do udziału w dziele zbawienia.

    Maryja: Widząc twoją długą walkę, powiem ci, dlaczego najpierw dałam Płomień mojej miłości właśnie tobie. Sama powiedziałaś, że jesteś tego niegodna. To prawda. Łaski tej mogłoby dostąpić wiele dusz o większych zasługach. Zasługi zyskałaś jednak dzięki licznym łaskom i cierpieniom, które na ciebie zsyłałam i które wiernie przyjmujesz. (…)

    Zobacz, córko, ty też jesteś matką wielu dzieci. Za ich sprawą znasz biedy i troski życia rodzinnego. Pod ciężarem krzyża często osuwałaś się na ziemię. Z powodu twoich dzieci, często z ich winy, doświadczyłaś wiele bólu. To, że znosiłaś to wszystko, jest twoją zasługą jako matki. (Dziennik duchowy PM – 19 listopada 1962)

    Jezus: Przyjmuj te udręki, choć są tak bolesne! Wiesz, że otrzymasz tyle łask, ilu inni nie dostępują w ciągu całych dziesięcioleci. Bądź za to wdzięczna! Do udzielenia tych łask zobowiązuje Mnie Płomień Miłości mojej Matki. Często podkreślam, że to Ona cię wybrała i zalicza cię do szczególnie uprzywilejowanych przez siebie dusz. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia1963)

    Chwila na refleksję
    1. Nie ma prawdziwej miłości bez krzyża i ofiary. Czy w obliczu prób działam na wzór Maryi i ofiarowuję Bogu moje cierpienia?
    2. Czy moja miłość do Maryi Dziewicy, do mojej rodziny i do dusz, daje mi łaskę ofiarowania moich cierpień za nich?
    Intencja

    Każdego dnia będę z miłością przyjmował krzyż mojego życia zgodnie z wolą Bożą.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 5 – 28 stycznia

    Maryja, Matka Eucharystii

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Mówiąc Bogu swoje „Tak”, Maryja w sposób intymny przyczyniła się do Wcielenia Syna Bożego, gdyż w Jej ciele uformowały się Ciało i Krew Zbawiciela, które stały się obecne w Eucharystii. Podczas Zwiastowania, Maryja jako pierwsza z ludzi doświadczyła przyjęcia Ciała Chrystusa. Można też powiedzieć, że droga Maryi do kuzynki Elżbiety była pierwszą procesją Bożego Ciała. W drodze do domu Elżbiety i powrotu do Nazaretu, Maryja wraz ze Świętym Bogiem przechodziła przez wioski i pola, które zostały pobłogosławione i uświęcone przez Zbawiciela. Z jaką czułością, pobożnością i rozkoszą Maryja nosiła w swym łonie Syna Bożego! To wzniosłe macierzyństwo Maryi pozwala nam na intymny kontakt z Jezusem, gdy przyjmujemy Go w Komunii Świętej. Razem z Maryją wpatrujmy się w oblicze Jezusa w Eucharystii i razem z nią kontemplujmy Jego świętą Obecność i święte pragnienie zjednoczenia się z każdym z nas.

    Jezus: Córko, zrozum Mnie dobrze! Odtąd będę z tobą w Komunii Świętej. Nadal będę czekał na twoje przyjście z bijącym sercem. Bądź wierna, nie szukaj swojej woli. Nie kieruj się własnymi uczuciami, wyrzekaj się siebie i kochaj tylko Mnie! Niech cię wypełnia duch miłości! Kochaj Mnie, tak jak się kocha dziecko owinięte w białe pieluszki. Szukaj Mnie, tak jak moja Najświętsza Matka szukała Mnie w tłumie ze ściśniętym sercem, a gdy Mnie znajdziesz, uciesz się tym! Jeżeli uznasz, że potrzeba ci ojcowskiego wsparcia, wznieś oczy ku mojemu Ojcu Przedwiecznemu i z Duchem Świętym zanurz się w naszej miłości. (Dziennik duchowy PM – 20 kwietnia 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Jakie miejsce zajmuje w moim życiu Msza Święta?
    2. Czy rozpoznaję przemianę, jaka dokonuje się w moim sercu dzięki Komunii Świętej?
    3. Czy przyjmując Eucharystię, jednoczę się z Jezusem dla oddania chwały Ojcu Niebieskiemu?
    Intencja

    Będę jak najczęściej godnie przyjmował Jezusa w Komunii św., a jeśli nie mogę uczestniczyć we Mszy św., to każdego dnia przyjmę Go duchowo.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 6 – 29 stycznia

    Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Miłość, która łączy Święte Serca jest nieskończona. Ojciec Przedwieczny roztacza nad ludzkością Ducha Miłości Jezusa i Maryi. Jeśli kochamy Maryję, to kochamy Jezusa. Serce matki jest zawsze zjednoczone poprzez czas i przestrzeń ze swoimi dziećmi. Prośmy Boga, aby pomógł nam kochać Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi całą mocą naszej duszy.

    Jezus: Kochaj Mnie jeszcze bardziej, jeszcze wierniej, niech nie sprawia ci to trudu nawet wtedy, gdy się tylko skarżę. Córko, zanoszę tyle skarg, bo bardzo niewielu Mnie słucha. Na próżno skarżę się duszom Mi poświęconym. Nie zanurzają się one w skupieniu w swoją głębię, by tam wsłuchać się w moje słowa. A przecież w związku z przyjściem mojego królestwa chciałbym z nimi porozmawiać o tak wielu sprawach! (Dziennik duchowy PM – 2 lipca 1962)

    Elżbieta: Ukochany Zbawiciel poprosił mnie, bym razem z Nim wypowiadała Jego odwieczne pragnienia:

    Niech nasze stopy kroczą razem,

    niech nasze ręce zbierają razem,

    niech nasze serca biją razem,

    niech nasze dusze odczuwają razem.

    Niech nasze myśli się jednoczą!

    Niech nasze uszy razem wsłuchują się w ciszę.

    Niech nasze oczy wpatrują się w siebie,

    a nasze spojrzenia stapiają się w jedno.

    Niech nasze wargi razem proszą

    Ojca Przedwiecznego o zmiłowanie!

    Ta modlitwa stała się moją najbardziej osobistą modlitwą. Pan tyle razy ją ze mną rozważał! Nauczył mnie jej, bym ją przekazywała innym, aby złączyli się z Jego odwiecznymi myślami i pragnieniami.

    Kiedy Zbawiciel mnie o to poprosił, dodał jeszcze:

    – Ta modlitwa jest bronią w waszych rękach, bo gdy ktoś współdziała ze Mną, szatan zostaje oślepiony, a dzięki temu dusze są uwalniane od grzechu. (Dziennik duchowy PM – maj 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy modlę się do Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi za dusze konsekrowane?
    2. Czy często pocieszam Zjednoczone Serca Jezusa i Maryi moimi aktami miłości i miłosierdzia?
    3. Płomień Miłości Zjednoczonych Serc Jezusa i Maryi nadaje nowy sens naszemu życiu. Czy rozsiewam radość, entuzjazm i miłość, aby rozpalić serca ludzi wokół mnie?
    Intencja

    Pójdę w najbliższym miesiącu na Mszę św. ku czci Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi w pierwszy piątek i w pierwszą sobotę miesiąca.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 7 – 30 stycznia

    Maryja, Arką ocalenia dla naszych czasów

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Wszyscy żyjemy w czasach, w których potrzebujemy pocieszenia i pomocy z nieba. Naszym schronieniem jest Serce Maryi. Z Niepokalanego Serca Maryi wypływa Płomień Miłości. Jezus wyjaśnia, że Płomień Miłości jest Arką zbawienia dla naszych czasów. W tej sprawie mówił do Elżbiety:

    Jezus: Przecież Płomień Miłości mojej Matki jest jak arka Noego! (Dziennik duchowy PM ‒ marzec 1981)

    Dusza, która całkowicie schroni się w Płomieniu Miłości Maryi, może się w życiu duchowym spodziewać wielu przywilejów. Łaski związane z Płomieniem Miłości: spowodują lub przyspieszą jej nawrócenie; zapewnią duszy pokój, ponieważ światło Płomienia Miłości oślepia szatana, dusza otulona tym Płomieniem jakby dla niego nie istniała; przyspieszają postęp duszy w życiu duchowym, bo dusza nie nękana już przez szatana, zyskuje więcej czasu i sił, by całkowicie zwrócić się ku Bogu oraz jednoczą duszę z Bogiem, bowiem miłość nie zatrzymuje się w pół drogi i domaga się coraz większego zjednoczenia, nie zaznaje spoczynku dopóty, dopóki nie osiągnie celu. Kiedy zaś dusza dostąpi jedności z Bogiem, umiera wprost ze szczęścia. Arka Niepokalanego Serca Maryi zapowiada misję Maryi Dziewicy w szerzeniu Płomienia Miłości. Jezus zaprasza nas do wejścia do Arki i życia orędziami Jego i naszej Matki. Ponieważ Płomień Miłości ratuje nas w tych trudnych i ciemnych czasach, zjednoczmy się z Płomieniem Miłości i ofiarujmy Maryi nasze wysiłki, aby rozprzestrzenić go jak pożar wokół nas i na całym świecie.

    Maryja: Jestem przecież waszą kochającą Matką, która was nie opuści. Jednoczcie się ze wszystkich sił i przygotowujcie dusze, by dały schronienie temu Płomieniowi. Odpowiednim miejscem dla niego będą serca tych, którzy pielgrzymują do sanktuariów. Ja, Matka łaski, nieustannie błagam mojego Boskiego Syna, aby wasze drobne wysiłki zjednoczył ze swoimi zasługami.

    Nie bójcie się Płomienia, który zapłonie niepostrzeżenie. Jego łagodny blask nie wzbudzi lęku, bo w sercach będą się dokonywać cuda. (Dziennik duchowy PM – 4 maja 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy jestem świadomy, że moralnemu zepsuciu należy przeciwstawić uświęcenie?
    2. Czy mam czas na pielgrzymkę do sanktuariów maryjnych? Czy uczestniczę w rekolekcjach?
    3. Czy zdaję sobie sprawę, że Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi jest arką ocalenia dla naszych czasów?
    Intencja

    Przyjmuję dziś Płomień Miłości jako ostateczny ratunek przed niebezpieczeństwem, także dla innych dusz.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 8 – 31 stycznia

    Rozprzestrzenianie Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Płomień Miłości jest łaską, którą Matka Boża otrzymała od Ojca Niebieskiego przez zasługi Świętych Ran Jezusa. Jej działanie polega na oślepianiu szatana, uniemożliwiając mu doprowadzanie dusz do grzechu. Dziewica Maryja prosi nas o pomoc w rozprzestrzenianiu Jej Płomienia Miłości na całym świecie. Oczekuje pilnej i wspaniałomyślnej odpowiedzi od każdego ze swoich dzieci.

    Maryja: Jak myślicie, kto będzie odpowiadał za stawiane mi przeszkody? Gdyby tacy znaleźli się między wami, ze wszystkich sił brońcie przed nimi Płomienia mojej miłości! Starajcie się o oślepienie szatana, bo inaczej kiedyś zostaniecie pociągnięci do odpowiedzialności z powodu wielu, wielu zgubionych dusz. Nie chcę, by choć jedna dusza została potępiona. Szatan oślepnie na tyle, na ile zaangażujecie się w to dzieło. (Dziennik duchowy PM – 27 listopada 1963)

    Bliski jest czas, gdy zapłonie Płomień mojej miłości, a kiedy to nastąpi, szatan zostanie oślepiony. Dam wam to odczuć, by pomnożyć w was ufność. Wleje to w wasze serca wielką siłę. Poczuje ją każdy człowiek, do którego dotrze Płomień. Zapłonie on nie tylko w poświęconych mi krajach, ale i na całej ziemi, rozszerzając się na cały świat, nawet na najbardziej niedostępne zakątki, bo i dla diabła nie ma niedostępnych miejsc! Niech napełnia to was siłą i ufnością! Będę wspierać wasz trud nieznanymi dotąd cudami. (Dziennik duchowy PM – 1 sierpnia 1962)

    Chwila na refleksję
    1. Czy daję z siebie wszystko, współpracując z ruchem Płomienia Miłości, aby wypełnić misję, jaką powierzyła nam Matka Boża?
    2. Co robię, aby uczynić znanym Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi i ofiarowywać pocieszenie moim braciom i siostrom w potrzebie?
    Intencja

    Poprzez moje zjednoczenie z Jezusem Płomieniem Miłości, sam staję się „Płomieniem Miłości”, aby mój przykład rozsławiał ruch Płomienia Miłości i zachęcał jak najwięcej osób do przyłączenia się do tego maryjnego dzieła.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Dzień 9 – 1 luty

    Nasz dom – sanktuarium Płomienia Miłości

    Zapalamy świecę i rozpoczynamy od uczynienia pięciokrotnego znaku krzyża, jednocześnie całując pięć Ran Pana Jezusa na krzyżu (patrz: “Modlitwy na każdy dzień nowenny” na górze strony).

    Dzisiaj diabeł koncentruje wszystkie swoje wysiłki szczególnie na tym, aby zniszczyć rodziny. Musimy rozpoznać strategie, jakimi posługuje się szatan, aby zniszczyć świętość małżeństwa i rodziny. Są to: negacja Boga i brak wiary, brak modlitwy, rutyna w rodzinie, brak dialogu, pycha, zazdrość, niewierność, pornografia, złość, raniące słowa, brak przebaczenia – krótko mówiąc, to wszystko, co rozbija lub pomniejsza miłość. Musimy być czujni, aby temu zapobiec. Musimy uwolnić broń Płomienia Miłości i moc modlitwy rodzinnej. „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię Moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20).

    Maryja: Moja mała karmelitanko! Za twoim pośrednictwem chcę wyrazić bezgraniczną miłość mojego matczynego Serca oraz wypływający z niej ból, który odczuwam z powodu grożącego całemu światu niebezpieczeństwa rozpadu rodzin. Moje matczyne błaganie kieruję zwłaszcza do was i w jedności z wami pragnę ratować ziemię. Córko, tobie w szczególny sposób pozwalam dostrzec, z jaką mocą działam, by oślepić szatana. (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Jezus: Wiesz, że tam [w domu w Nazarecie] przygotowywałem się do wielkiej ofiary i licznych cierpień, które dla was wziąłem na siebie. I ty musiałaś się ukształtować w rodzinnym gnieździe, a ponieważ byłaś sierotą, dom zyskany dzięki założeniu rodziny stał się dla ciebie miejscem, gdzie przygotowałaś się do swojego powołania, które może dojrzeć wyłącznie w sanktuarium rodziny. Znam cię i znam twoje talenty, dlatego Bóg w swojej Opatrzności zaplanował wszystko tak, aby uzdolnić cię do ogłoszenia światu mojego orędzia. Z rodzinnej świątyni musicie wyjść w świat, rzucić się w ciężki bój życia. Pociągające ciepło tej świątyni ogrzewa dusze powracające z błędnych dróg. Tutaj odnajdują z powrotem siebie i na nowo zwracają się ku Bogu. Wy, matki, musicie zachować dla dzieci wyrozumiałe ciepło serca również po ich odejściu. To wielka odpowiedzialność, która na was spoczywa. Nie myślcie tylko, że dorosłe dziecko nie potrzebuje już rodziców! Moja Matka chodziła za Mną z miłością, a Jej ofiara i modlitwa wszędzie Mi towarzyszyły. I wy powinnyście tak postępować, a Ja błogosławię waszym wysiłkom.

    Moja Matka zobowiązała Mnie do tego, wybłagawszy mocą swojego orędownictwa strumień wielkich łask dla rodzin, który teraz zamierza wylać na ziemie. Jak sama powiedziała, takie wylanie łask nigdy jeszcze nie nastąpiło, odkąd Słowo stało się ciałem! (Dziennik duchowy PM ‒ 17 stycznia 1964)

    Chwila na refleksję
    1. Czy modlę się za podzielone rodziny przez Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi?
    2. Czy dokonałem poświęcenia mojej własnej rodziny zjednoczonym Sercom Jezusa, Maryi i Józefa?
    3. Czy modlę się wspólnie w modlitwie małżeńskiej i rodzinnej?
    Intencja

    Zwracam się do Płomienia Miłości, aby błagać o miłosierdzie i przebaczenie dla mojej rodziny, aby wyprosić uzdrowienie podzielonych rodzin i uwolnić ich członków od zniewolenia przez szatana.

    Różaniec

    Odmawiamy jedną część Różańca (5 tajemnic) przypadającą na dany dzień, dodając na końcu:

    Matko Boża, rozlewaj na całą ludzkość działanie łaski Twojego Płomienia Miłości, teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Święty Józefie, Ty w Betlejem szukałeś dla Matki Bożej miejsca na nocleg. Prosimy Cię, pomóż nam znajdować w ludzkich sercach miejsce dla jej Płomienia Miłości! Amen.

    Fragmenty dziennika duchowego Elżbiety Kindelmann zaczerpnięte z książki:„Płomień Miłości Niepokalanego Serca Maryi”, Elżbieta Kindelmann, wyd. Esprit., Nihil obstat: Kuria Metropolitalna w Krakowie, 21 czerwca 2022 r., bp Damian Muskus, wik. gen., o. prof. dr hab. Tomasz Dąbek OSB, cenzor

    ***

    12 stycznia

    Niedziela Chrztu Pańskiego

    fot. Ron Lach/Pexels

    ***

    Kościół katolicki obchodzi dziś w liturgii święto Chrztu Pańskiego. Kończy ono okres Bożego Narodzenia, choć w polskiej tradycji jeszcze do 2 lutego śpiewa się kolędy i nie rozbiera się szopki.

    Święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest w pierwszą niedzielę przypadającą po uroczystości Objawienia Pańskiego.

    Najstarszej tradycji tego święta należy szukać w liturgii Kościoła wschodniego, ponieważ pomimo wyraźnego udokumentowania w Ewangeliach chrzest Jezusa nie posiadał w liturgii rzymskiej oddzielnego święta. Dekretem Świętej Kongregacji Obrzędów z 23 marca 1955 r. ustanowiono na dzień 13 stycznia, w miejsce dawnej oktawy Epifanii, wspomnienie chrztu Jezusa Chrystusa. Posoborowa reforma kalendarza liturgicznego w 1969 r. określiła ten dzień jako święto Chrztu Pańskiego. Pominięto wyrażenie “wspomnienie” i przesunięto jego termin na niedzielę przypadająca po 6 stycznia.

    Teksty modlitw związane ze świętem Chrztu Pańskiego odzwierciedlają bardzo dokładnie i szczegółowo przekazy Ewangelii. Podkreślają przy tym związek tego święta z uroczystością Objawienia Pańskiego.

    Chrystus już jako dorosły, 30-letni mężczyzna, przychodzi nad brzeg Jordanu, by z rąk Jana Chrzciciela, swojego poprzednika, przyjąć chrzest. Chociaż sam nie miał grzechu, nie odsunął się od grzesznych ludzi: wraz z nimi wstąpił w wody Jordanu, by dostąpić oczyszczenia. W ten sposób uświęcił wodę. Najszczegółowiej to wydarzenie zrelacjonował św. Mateusz, choć opis chrztu Jezusa zostawili wszyscy trzej synoptycy.

    W dniu chrztu Jezus został przedstawiony przez swojego Ojca jako Syn posłany dla dokonania dzieła zbawienia. Misję Chrystusa potwierdza swym świadectwem Bóg Ojciec. Zamknięte przez grzech Adama niebiosa otwierają się, na Jezusa zstępuje Duch Święty. Z nieba daje się słyszeć jednoznaczny głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.

    Kai

    ***

    Wody czyste

    Wody Jordanu są dzisiaj mętne, szarożółte. Dwa razy miałem okazję przypatrywać się ludziom, którzy do nich wchodzili i symbolicznie odnawiali chrzest.

    ***

    Po krótkiej modlitwie księdza zanurzali się w wodzie, z której wychodzili radośni i szczęśliwi, a towarzyszył temu entuzjazm pozostałych uczestników obrzędu. Za każdym razem oglądałem te sceny z innego brzegu: raz z palestyńskiego, raz z jordańskiego. Zapamiętałem żarliwe zapewnienia przewodnika z Jordanii, że to właśnie przy jordańskim brzegu rzeki Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa Chrystusa. Pamiętam też własne zdziwienie i podziw dla odwagi uczestników tych obrzędów, bo krótką chwilę wcześniej przewodnik wyjaśniał, jak bardzo zanieczyszczona jest rzeka. Przy tej okazji zawsze przypomina mi się słynna mapa z Madaby – najstarsza zachowana do dzisiaj mapa Ziemi Świętej (to ona między innymi ma rozwiewać wątpliwości co do miejsca, w którym chrzest przyjął Jezus). Wystarczy przejechać jakieś pół godziny od stolicy Jordanii, żeby ją podziwiać, a i wziąć udział w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne pytania. Na przykład to o przedstawione na niej dwie ryby, które stykają się pyszczkami. Jedna jakby oddala się od Morza Martwego (w którym, jak wiadomo, żyć się nie da), a druga płynie jej na spotkanie z nurtem Jordanu. Większość historyków i archeologów interpretuje ten punkt na mapie jako symbol miejsca spotkań chrześcijan.

    Bieżący numer „Gościa” poświęciliśmy temu, co jest najważniejsze, nie tylko ostatnio. Z jednej strony piszemy o sakramencie chrztu, a to z powodu przypadającego w tę niedzielę święta Chrztu Pańskiego. Z drugiej kontynuujemy wątek katechezy w szkole – za sprawą stanowiska Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wobec zmian wprowadzanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w organizacji lekcji religii w szkołach publicznych, odczytanego w wielu kościołach 1 stycznia. Zmiany te, wprowadzone bez wymaganego przez ustawę porozumienia z władzami Kościoła katolickiego i Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz innych Kościołów i związków wyznaniowych, komunikat nazywa szkodliwymi z punktu widzenia wychowawczego. „Wobec takich działań MEN i braku woli porozumienia w sprawie kluczowej dla edukacji i wychowania polskich dzieci i młodzieży do wartości wyrażamy stanowczy sprzeciw” – piszą biskupi i dodają, że Kościół będzie podejmował dalsze stosowne kroki prawne mające na celu powstrzymanie wprowadzanych zmian. W bieżącym numerze nie tylko omawiamy szczegóły tych bezprawnych posunięć („Spór nie tylko o naukę religii” – s. 16), ale i wracamy pamięcią do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to religię usunięto z polskich szkół („Salami z religii” – s. 19). No cóż… jakie czasy, takie reformy (lub taka demokracja). Czy może inaczej – taki styl wchodzenia ludziom w życie, z jednoczesną deklaracją, że to w imię demokracji i dla ich dobra. W czystej wodzie widać byłoby więcej, praktycznie więc rozumują niektórzy, że najpierw trzeba ją trochę zamącić. Ważne, żebyśmy jako obywatele państwa demokratycznego nie dali się na to złowić.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ***

    Istocphoto/Gość Niedzielny

    ***

    Chrzest znakiem jedności. Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w wielu wspólnotach chrześcijańskich

    Kościół katolicki uznaje chrzest poprawnie udzielony w innych wspólnotach chrześcijańskich, nawet gdy one nie uznają chrztu katolickiego. Nie każda jednak grupa religijna, która chrzci, jest chrześcijańska.

    W 2020 roku głośny był dramat księdza Matthew Hooda, proboszcza parafii św. Wawrzyńca w amerykańskim mieście Utica, który odkrył, że… nie jest katolikiem. Przyczyną był fakt, iż nie został on ważnie ochrzczony. Zdał sobie z tego sprawę, gdy przeglądał zarejestrowane w 1990 roku nagranie wideo z własnego chrztu, a dokładniej z ceremonii, która miała być chrztem. Nie była nim z powodu niewłaściwego sformułowania, jakiego użył kapłan. Zamiast słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”, przewodniczący obrzędowi diakon powiedział: „My ciebie chrzcimy…”.

    Odnosząc się do tej kwestii, watykańska Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła w nocie wyjaśniającej, że chrzest nie jest ważny i musi być udzielony ponownie. Tym samym nieważne okazały się wszystkie inne sakramenty, które przyjął Matthew Hood, i większość sakramentów, których udzielał, pełniąc funkcję duchownego.

    Proboszcz został skutecznie ochrzczony 9 sierpnia 2020 roku, przyjął Komunię i został bierzmowany, po tygodniu przyjął święcenia diakonatu, a dwa dni później święcenia prezbiteratu.

    Sytuacja ta pokazała, jak ważna jest staranność w udzielaniu sakramentów, a także jak kluczowym sakramentem jest chrzest.

    Niekoniecznie katolik

    „Chrzest jest konieczny do zbawienia dla tych, którym była głoszona Ewangelia i którzy mieli możliwość proszenia o ten sakrament” – głosi katechizm (1257).

    O konieczności chrztu mówi sam Jezus w rozmowie z Nikodemem: „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” (J 3,5).

    Kościół stara się nie zaniedbywać nakazu Chrystusa, „by »odradzać z wody i z Ducha Świętego« wszystkich, którzy mogą być ochrzczeni”, bo, jak czytamy w katechizmie, „nie zna oprócz chrztu innego środka, by zapewnić wejście do szczęścia wiecznego”.

    Chrzest jest ważny, gdy udziela go człowiek, który ma właściwą intencję – nawet jeśli nie jest katolikiem. Taka jest praktyka Kościoła już od starożytności. W połowie III wieku papież Stefan I wzywał do zachowania tradycji nakładania rąk na heretyków przychodzących do Kościoła katolickiego, bez powtarzania chrztu. Podobnie twierdził św. Augustyn, który podkreślał, że ważność chrztu nie zależy od osobistej świętości szafarza ani też od jego przynależności kościelnej.

    Ważność chrztu udzielanego przez niekatolików wynika z faktu, iż prawdziwym szafarzem sakramentu jest Chrystus. Potwierdził to sobór trydencki, ustalając, że prawdziwy jest chrzest udzielany także przez heretyków w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, z intencją czynienia tego, co czyni Kościół katolicki. Chodzi o to, aby, jak precyzuje Katechizm Kościoła Katolickiego, „chcieć uczynić to, co czyni Kościół, gdy chrzci”.

    Nauczanie to podtrzymują najnowsze dokumenty Kościoła katolickiego, stanowiąc, iż ochrzczeni w niekatolickiej wspólnocie kościelnej nie powinni być powtórnie chrzczeni, o ile nie zachodzi uzasadniona wątpliwość co do materii, formy albo intencji ochrzczonego lub szafarza chrztu.

    Z tej przyczyny Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w innych wspólnotach chrześcijańskich. Ma to szczególne znaczenie w przypadku zawierania małżeństw mieszanych – wystarczy wówczas świadectwo chrztu małżonka innego wyznania. Także gdy, na przykład, luteranin deklaruje gotowość zostania katolikiem, nie musi ponownie przyjmować chrztu.

    Chrzest znakiem jedności. Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w wielu wspólnotach chrześcijańskich

    Chrzest dorosłych w Jordanie /fot. ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ***

    Pionierskie porozumienie

    Podobnie jest w przypadku innych Kościołów chrześcijańskich. Uznanie chrztu to kluczowa kwestia dla relacji ekumenicznych. Ważne decyzje zapadły w tym względzie w roku 1964, kiedy podczas Soboru Watykańskiego II zatwierdzono „Dekret o ekumenizmie”. Trzy lata później zalecono m.in. prowadzenie dialogu z władzami i radami ekumenicznymi innych Kościołów w ramach jakiegoś jednego narodu lub terytorium.

    Pionierem pod tym względem była Polska. Rozmowy w sprawie ważności chrztu rozpoczęły się jeszcze w latach 60. minionego wieku i były prowadzone między Kościołem Rzymskokatolickim i Wspólnotami Chrześcijańskimi zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej.

    Dialog na temat wzajemnego uznania ważności chrztu trwał prawie 30 lat i zakończył się porozumieniem pomiędzy Kościołem Rzymskokatolickim i siedmioma Wspólnotami Chrześcijańskimi.

    23 stycznia 2000 roku w ewangelicko-augsburskim kościele Świętej Trójcy w Warszawie odbyło się uroczyste podpisanie deklaracji „Sakrament chrztu znakiem jedności”. Sygnatariuszami byli przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego i sześciu Wspólnot Chrześcijańskich należących do Polskiej Rady Ekumenicznej: Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP (luteranie), Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP (kalwiniści), Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego (metodyści), Kościoła Starokatolickiego Mariawitów i Kościoła Polskokatolickiego.

    „W moim przekonaniu deklaracja o wzajemnym uznawaniu chrztu to najważniejszy dokument, jaki udało się wypracować, podpisać i wprowadzić w życie, w ekumenizmie w Polsce” – mówił podczas uroczystości prezes Polskiej Rady Ekumenicznej bp Jerzy Samiec.

    Kościoły zgodziły się w trzech kwestiach:

    1. Sakrament chrztu ustanowił Jezus Chrystus i polecił go udzielać. Chrzest jest wyjściem z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze, jest znakiem nowego życia w Chrystusie, obmyciem z grzechu, jest oświeceniem przez Chrystusa, nowymi narodzinami, przyobleczeniem się w Chrystusa, odnowieniem przez Ducha, zwróconą do Boga prośbą o dobre sumienie i wyzwoleniem, które prowadzi do jedności w Jezusie Chrystusie, gdzie zostają przezwyciężone podziały ze względu na stan społeczny, rasę czy płeć.

    2. Chrzest jest z wody i Ducha Świętego; udziela się go w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Chrzest jednoczy ochrzczonego z Chrystusem, chrześcijan między sobą. Wprowadza do Kościoła i stanowi początek życia w Chrystusie, którego celem jest „uwielbianie chwały”.

    3. Ochrzczeni żyjący w jednym miejscu i czasie wspólnie ponoszą odpowiedzialność za świadectwo składane Chrystusowi i Ewangelii. Ochrzczeni żyją dla Chrystusa, dla Jego Kościoła i dla świata, który On miłuje, oczekując w nadziei na objawienie się nowego stworzenia Bożego oraz na czas, gdy Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Chrzest w Chrystusie jest wezwaniem dla Kościołów, aby przezwyciężyły swoje podziały i w widzialny sposób zamanifestowały swoją wspólnotę.

    Kościoły zadeklarowały wzajemne uznanie ważności chrztu udzielanego we wspólnotach sygnatariuszy dokumentu.

    Nie podpisali

    Dokumentu nie podpisały Wspólota Chrześcijan Baptystów RP i mniejsze denominacje wywodzące się z ruchu ewangelikalnego. Baptyści, życzliwie odnosząc się do wysiłków dotyczących wzajemnego uznania chrztu, nie zgodzili się jednak z wszystkimi wnioskami dokumentu, m.in. ze stwierdzeniem, że chrzest wyprowadza z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze i jest znakiem nowego życia w Chrystusie. Głównym powodem odmowy przystąpienia do porozumienia był fakt, iż deklaracja uwzględnia także chrzest dzieci, a baptyści i członkowie wspólnot ewangelikalnych nie uznają sakramentu osób nieświadomych.

    Sytuacja jest więc taka, że Kościół katolicki uznaje chrzest baptystów i osób ochrzczonych we wspólnotach ewangelikalnych, ale oni nie uznają chrztu przyjętego w Kościele katolickim.

    Kościół katolicki bowiem zasadniczo uznaje ważność chrztu we wszystkich Wspólnotach Chrześcijańskich, jeśli został on prawidłowo udzielony.

    Wątpliwości

    Wypracowana w Polsce deklaracja „Sakrament chrztu znakiem jedności” stała się inspiracją dla innych krajów i Wspólnot Chrześcijańskich, które także podjęły wysiłki dla wypracowania porozumienia co do wzajemnego uznania chrztu.

    Rozmowy nie dotyczą jednak każdej grupy religijnej, która chrzci swoich członków.

    Przez długi czas nie było jasności co do ważności tego sakramentu udzielonego w niektórych wspólnotach, szczególnie powstałych w XIX wieku w USA, takich jak mormoni czy świadkowie Jehowy. Ci ostatni, bardzo rozpowszechnieni w Polsce, przyjmują chrzest podczas kongresów, w obecności wielu współwyznawców, zazwyczaj w specjalnie przygotowanych basenach, zanurzając się całkowicie w wodzie. Towarzyszące im osoby wypowiadają nad nimi tzw. formułę trynitarną, czyli, zgodnie ze słowami Jezusa, robią to „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Forma i materia są więc zachowane, ale jest problem z intencją czynienia tego, co czyni Kościół, gdy chrzci. Świadkowie Jehowy nie wierzą m.in. w bóstwo Chrystusa, nie uznają bóstwa Ducha Świętego ani nawet tego, że jest osobą, i nie uważają chrztu za wszczepienie w Chrystusa.

    Co do ważności chrztu świadków Jehowy nie ma dotąd oficjalnego stanowiska Kościoła, ale ich chrzest jest na ogół uważany za nieważny, ponieważ nie wyznają Trójcy Świętej. Wynika to już z uchwał I Soboru Nicejskiego, stwierdzającego, że chrzest udzielany w kontekście błędnej wiary trynitarnej nie jest ważny.

    Chrzest nieważny

    Od roku 2002 jasne jest stanowisko Kościoła w odniesieniu do chrztu mormonów. Wtedy to Kongregacja Nauki Wiary udzieliła negatywnej odpowiedzi na pytanie o ważność chrztu udzielonego we Wspólnocie Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich, znanym jako mormoni.

    Kierowana wówczas przez kard. Josepha Ratzingera kongregacja przeanalizowała cztery elementy w nauczaniu i praktyce mormonów. Nie było problemu w kwestii materii chrztu – mormoni stosują chrzest przez zanurzenie w wodzie, co jest jednym ze sposobów celebracji tego sakramentu także w Kościele katolickim. Wskazano jednak wątpliwości w odniesieniu do formuły, która u mormonów brzmi: „Będąc upoważnionym przez Jezusa Chrystusa, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Pozornie jest to wezwanie Trójcy, ale według mormonów Ojciec Syn i Duch Święty nie są osobami, w których istnieje jedyne Bóstwo, ale trzema bogami, którzy tworzą jedno bóstwo. Każdy jest różny od pozostałych, nawet jeżeli pozostają w doskonałej harmonii. W ich doktrynie trzej bogowie, będący zarazem ludźmi, zjednoczyli się w celu zbawienia człowieka. Bóg Ojciec, według nich, ma żonę, tzw. Niebiańską Matkę, a Jezus jest ich potomkiem, podobnie jak Duch Święty, co sprawia, że w istocie wierzą w czterech bogów. Zatem mormoni rozumieją Ojca, Syna i Ducha Świętego w sposób całkowicie różny od chrześcijańskiego, a ich doktryna czerpie ze źródeł pozachrześcijańskich.

    W tej sytuacji, jak wskazała Kongregacja, samo pojęcie Boga u mormonów sprawia, iż szafarz Wspólnoty Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich nie może mieć intencji czynienia tego, co czyni Kościół katolicki, czyli tego, co Chrystus nakazał czynić, gdy ustanowił sakrament chrztu. Między innymi z tych powodów Kościół uznał chrzest udzielany przez mormonów za nieważny.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    fot. brikel21/Freepik

    ***

    „Chrzest daje nam wszystkie narzędzia do walki o świętość”

    Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Dlaczego chrzcimy dzieci, a nie dorosłych? Czy niewierzący może zostać chrzestnym? Wyjaśnia ks. dr hab. Marcin Kowalski.

    Michał Górski: Czym jest chrzest? Jak najprościej go zdefiniować?

    Ks. Marcin Kowalski: Nasze słowo „chrzest” to tłumaczenie greckiego baptisma, które oznacza „obmycie”, „zanurzenie”. Przywodzi ono na myśl pierwsze obrazy Ewangelii, gdzie opisane jest zanurzenie Jezusa w Jordanie. Wszystkie Ewangelie synoptyczne (Marka, Mateusza, Łukasza) wspominają postać Jana Chrzciciela i moment, w którym Jezus przyjmuje do niego chrzest.

    Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Czym ten chrzest różni się od naszego?

    Egzegeci właściwie zadają to pytanie do dzisiaj. Wydarzenie chrztu Jezusa w Jordanie jest z punktu widzenia nauk biblijnych fascynujące. Dla pierwszych chrześcijan było równocześnie problematyczne. Pytali, „dlaczego Ten, który jest Mistrzem, Mesjaszem, podporządkowuje się i przyjmuje chrzest z rąk Jana, który chrzci grzeszników, i który jest niższy od Niego?” To wydarzenie zachowane w Ewangeliach jest w 100% historyczne. Chrześcijanie nie mogliby skomponować historii, która rzucała wątpliwe światło na Jezusa.

    Dlaczego Jezus przyszedł nad Jordan? Jan udzielał tam Chrztu, który Marek nazywa „chrztem nawrócenia na odpuszczenie grzechów” (Mk 1,4). Ten Chrzest przygotowuje przyjście Mesjasza. Chrzest Janowy zapowiada przyjście kogoś mocniejszego (Mk 1,7-8).

    Istnieją hipotezy, które mówią, że Jezus wchodzi do Jordanu jako grzesznik, ale biorąc pod uwagę całą tradycję Nowego Testamentu dot. bezgrzeszności Jezusa, jest to hipoteza nie do przyjęcia.

    Inni sugerują, że wchodzi On tam jako reprezentant grzesznego Izraela. W historii Izraela opisanej w Starym Testamencie wielcy liderzy, tacy jak Ezdrasz biorąc odpowiedzialność za lud – chociaż sami nie popełnili grzechu – wyznają razem z nim grzech i proszą Boga o przebaczenie (Ezd 9,6-15; Ne 9,6-37). Niektórzy mówią, że Jezus dokonuje tu aktu solidarności z grzesznym Izraelem, który potrzebuje nawrócenia i modlitwy. W Jordanie nie słyszymy jednak wyznania grzechu ze strony Jezusa, więc idea solidarności z grzechem jest również wykluczona. Niektórzy mówią, że Jezus wchodzi tam jako sprawiedliwy, który się nawraca i solidaryzuje ze sprawiedliwymi w Izraelu – z resztą, która czeka na zbawienie. Jest to lepsza interpretacja, ale ona także jest niepełna.

    Ostatecznie patrząc na całą narrację – na objawienie, które następuje później, a także otwierające się niebo i słowa „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” – widać, że Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji. Czytając Ewangelie Marka, Łukasza i Mateusza widzimy, że Jezus przychodzi nad Jordan już przekonany o swoim synostwie i o swojej wyjątkowości. Nie przychodzi odkrywać tego kim jest, jak w filmie Ostatnie kuszenie Jezusa Martina Scorsese. On przychodzi objawić, kim jest. Marek mówi, że Jezus wchodzi w wody Jordanu oddzielnie, jakby obok innych (Mk 1,9). To już jest Jezus wypełniający swoją misję. Według Marka nad Jordanem ukazuje On swoją jedność z Ojcem w pragnieniu zbawienia grzeszników. Złamanej grzechem ludzkości chce dać swoje synostwo, swoją miłość, miłość Ojca. Mateusz pisze o Jezusowym przyjściu nad Jordan w celu wypełnienia całej Bożej sprawiedliwości, Pism, zapowiadających Mesjasza i jego dzieło zbawienia (Mt 3,15). Jezus nad Jordanem doskonale wie co robi. Rozpoczyna drogę, która zaprowadzi go do Jerozolimy.

    Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji.

    Chrystus nad Jordanem ukazuje nam także dary, które będą naszymi dzięki Sakramentowi Chrztu. Chrzest Jezusa i chrześcijanina mają ze sobą wiele wspólnego, choć są także w swojej istocie różne. Chrześcijanin nie może skopiować tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Kiedy przyjmujemy chrzest musimy uświadomić sobie, że chrzest Jezusa był wyjątkowy. Równocześnie – jak mówili Ojcowie Kościoła – „Chrystus wszedł tam, aby uświęcić te wody i zostawił nam na brzegu szatę chrzcielną”. Chrzest Jezusa zapowiada nasz chrzest i dary, którymi także nas obsypie Ojciec: Ducha, dziecięctwo Boże, chwałę nieba.

    Jednym z celów chrztu jest obmycie nas z grzechu pierworodnego. Czy oznacza to, że po przyjęciu tego sakramentu stajemy się zupełnie innymi ludźmi? Jesteśmy bardziej przygotowani na prowadzenie walki duchowej? W jaki sposób tłumaczyć rodzicom, którzy chcą dać dziecku „wybór” w kontekście chrztu, że sakrament inicjacji chrześcijańskiej jest nam potrzebny już na początku naszej życiowej drogi?

    Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa. To prawda, że Chrystus umarł za wszystkich, ale Nowy Testament kładzie nacisk na wiarę, która jest naszą konieczną odpowiedzią na to, co uczynił dla nas Zbawiciel. Taką decyzję wiary i przyjęcia zbawienia w Chrystusie wyrażamy właśnie we chrzcie. Chrzest gładzi grzech pierworodny, ale także, jeśli przyjmuje go dorosły, wszystkie inne grzechy. Przez to otwiera nam drogę do życia wiecznego.

    Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa.

    Czym zatem jest grzech pierworodny?

    Najlepiej ilustruje to opowiadanie z Księgi Rodzaju 3, które opisuje historię człowieka kuszonego przez Złego. Pierwsi rodzicie w raju buntują się przeciw prawom Stwórcy, próbują zająć jego miejsce, bo do tego zachęcał ich Szatan. Grzech pierworodny to próba bycia jak Bóg. Ma ona tragiczne skutki, ponieważ widać jak później zło rozlewa się i zaraża cały stworzony świat, rozbija relacje z Bogiem oraz relacje między ludźmi. Grzech pierworodny to pierwszy grzech buntu przeciw Bogu. On tkwi u korzeni ludzkiej historii i zatruwa nasz stworzony świat do tego stopnia, że każdy kto się w nim rodzi jest przesiąknięty skłonnością do zła. Grzech pierworodny, ze względu na ludzką solidarność, tkwi głęboko w nas – wszyscy jesteśmy potomkami pierwszych ludzi, którzy się zbuntowali. My także nosimy w sobie gen buntu, którym zostaliśmy zainfekowani.

    Grzech pierworodny, tak jak każdy grzech, wykopuje przepaść pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Rodząc się jako ludzie, przychodzimy na ten świat jako przeciwnicy Boga. Od kontrowersji teologicznych pomiędzy Augustynem i Pelagiuszem Kościół stoi mocno na stanowisku, że wszyscy bez wyjątku są skażeni grzechem pierworodnym, także małe, „niewinne” dzieci. Nie warto czekać z chrztem. Grzech pierworodny, zło tego świata, są rzeczywistością, a nie fikcją. Potrzebujemy Bożej łaski, obmycia, które przychodzi razem z chrztem. Tak jak nie czeka się z miłością do momentu, aż dziecko dojrzeje, tak samo nie czeka się z chrztem – on jest gestem miłości rodzica i Boga wobec dziecka.

    Czy w związku z tym można powiedzieć, że bez chrztu tendencja do czynienia zła jest w nas większa?

    Bez chrztu ona się w nas rozwija i nie znajduje tamy w postaci Bożej łaski. Razem z Chrztem przychodzi łaska uświęcająca, rozwój w wierze, wspólnota Kościoła, która będzie nas wspomagać. Razem z chrztem przychodzi włączenie w Chrystusa i Jego dzieło. Chrzest daje coś więcej niż proste powiększenie naszego potencjału duchowego i odporności na zło. Chrzest gładzi grzech pierworodny i to, co z niego wynika – bez Chrztu jestem nad przepaścią, po drugiej jej stronie stoi Bóg. Tej przepaści nie możemy pokonać o własnych siłach. Bez Chrztu po śmierci wpadamy w tę przepaść, która oznacza potępienie.

    Oczywiście Kościół mówi też o „chrzcie krwi”, który można przeżyć oddając życie za Chrystusa, nawet jeśli ktoś nie jest ochrzczony. Mówi również o „chrzcie pragnienia”, czyli o tych wszystkich, którzy nie poznawszy Chrystusa i nie mogąc przyjąć chrztu, zbawiają się przez dobre życie, albo o dzieciach, których rodzice nie zdążyli ochrzcić, choć tego pragnęli. W takim przypadku będą one zbawione.

    Bez chrztu nie ma dla nas życia wiecznego. Paweł jasno stwierdza w Liście do Rzymian, że nikt nie może zbawić się o własnych siłach (1-4). Chrzest daje nam wszystkie narzędzia potrzebne do walki o świętość. W naszym życiu wspinamy się na najwyższą górę świata – Górę Królestwa Bożego. Sami o własnych siłach tam nie dotrzemy. Chrzest jest naszym wyposażeniem. To nasz czekan i nasze raki. To także cała ekipa – Szerpowie – wszyscy, którzy będą wspinać się na nasz życiowy Mount Everest razem z nami. Samemu to niemożliwe.

    Słuchając Księdza zastanawiam się nad tym, ilu z nas ma choćby połowiczną świadomość tego, o czym Ksiądz mówi. Ilu z nas ma świadomość znaczenia własnego Chrztu? Czy nie powinniśmy przejść pewnego rodzaju reedukacji na temat tego sakramentu? Czym jest katechumenat i czy nie powinien on być obowiązkowy dla wszystkich ochrzczonych w dzieciństwie, często nie zdających sobie sprawy z tego, jak wielką łaską zostali obdarowani?

    Katechumenat w tradycji Kościoła był przeznaczony dla tych, którzy jako dorośli przygotowywali się do przyjęcia sakramentu chrztu. Po przyjęciu chrztu w dzieciństwie formalnie nie ma on racji bytu. Z tradycji wiemy, że katechumenat był długi i bardzo surowy. Droga przygotowania katechumena była wymagająca. (…) Od II wieku mamy już jednak wzmianki o chrzcie dzieci, natomiast w Nowym Testamencie pojawiają się informacje o chrzcie przyjmowanym przez całe domostwo, z czego można dedukować, że także przez dzieci.

    Chrzest dzieci był później uzupełniany katechezą domową, rodzinną. Po chrzcie rozpoczyna się właściwe wdrażanie w życie wiary. Sobór mówi o tym, że rodzina jest miejscem ewangelizacji, pierwszym miejscem głoszenia Ewangelii i nauki życia nią. To także miejsce, gdzie realizuje się nasza misja kapłańska, składania ofiary z siebie, i prorocka. To nasze chrześcijańskie rodziny zapewniają tzw. katechumenat, przygotowanie do życia wiary, którego potrzebuje dziecko po chrzcie.

    Temu dojrzewaniu służy również katecheza w szkole oraz kolejne sakramenty. Świadomość chrztu powinna rosnąć w dziecku dzięki rodzicom, chrzestnym, dzięki Kościołowi, katechezie oraz kolejnym krokom wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pytanie, do jakiego stopnia wywiązujemy się z naszej rodzinnej i kościelnej katechezy chrzcielnej.

    Przejdźmy teraz do tematu rodziców chrzestnych. Wiemy, że życie pisze różne scenariusze i nie zawsze jest tak, że rodzice chcący ochrzcić dziecko będą ludźmi wierzącymi. W przypadku chrzestnych sytuacja jest już inna. Tutaj człowiek chcący zostać chrzestnym musi wykazać się wiarą…

    Ideałem są wierzący rodzice i chrzestni. Kościół jest jednak przygotowany na różne scenariusze i są one przewidziane w Kodeksie Prawa Kanonicznego oraz w dokumentach dot. sakramentów chrześcijańskich. Może zdarzyć się sytuacja, że rodzice są niewierzący, ale chcą dla swojego dziecka chrztu. To szlachetne, dalekowzroczne, pełne miłości myślenie o swoim dziecku, w którym zakłada się, że chrzest może prezentować dar i szansę, której nie rozumiem, ale chciałbym, żeby moje dziecko nie było go pozbawione.

    Kluczową sprawą są wówczas wierzący chrzestni. Wymaga się by był ktoś, np. w rodzinie, który zagwarantuje chrześcijańskie wychowanie dziecka. Warto zwrócić uwagę, że prawo wprowadza rozróżnienie między świadkami chrztu a chrzestnymi. Świadkiem może być każdy – nie musi być to człowiek wierzący. Wystarczy, że będzie w stanie stwierdzić, że chrzest się odbył. Ojciec chrzestny/matka chrzestna to już ktoś, kto charakteryzuje się wiarą i kto może prowadzić dziecko po drogach wiary. To ktoś gwarantujący pomoc rodzicom w chrześcijańskim wychowaniu dziecka.

    Chrztu nie można odmówić, szafarz może jednak zdecydować o jego odłożeniu. Według instrukcji „Pastoralis actio” z 1980 roku, szafarz sakramentu może odłożyć chrzest, jeśli nie ma gwarancji, że dziecko zostanie wychowane w wierze katolickiej. (…) Odłożenie jest po to, żeby znaleźć kogoś, kto zagwarantuje właśnie proces wzrastania w wierze.

    Jak wygląda sprawa warunków udzielenia chrztu? Czy są one inne dla dziecka, a inne dla osoby dorosłej?

    Podstawowym warunkiem jest wiara. Od osoby dorosłej wymaga się świadomego wyznania swojej wiary. Żeby to wyznanie było świadome i wolne musi być poparte doświadczeniem poznania Chrystusa i jego Kościoła w wymiarze intelektualnym i duchowym, dlatego mamy instytucję wspomnianego katechumenatu. Tego procesu nie ma w przypadku dziecka. Za wiarę i proces chrześcijańskiego wychowania dziecka ręczą rodzice. To oni powodowani miłością chcą włączyć swoje dziecko w miłość Bożą. Chcą, aby nie było ono pozbawione wszelkich łask płynących z Krzyża i Zmartwychwstania Chrystusa. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że wiara jest procesem, jest nam dana jakby w zalążku, z którego ma się rozwijać i dojrzewać. W dziecku widać to szczególnie wyraźnie. Wiara, której oczekuje się od dorosłych, w kontekście chrztu dziecka jest wciąż w początkowym stadium rozwoju.

    Przyglądając się uroczystościom chrzcielnym widać, że większa część z nich dokonuje się podczas niedzielnej Eucharystii. Istnieje jednak zwyczaj chrzczenia dzieci również w inne dni, bez Mszy św. Wybór którejś z opcji świadczy o mniejszej lub większej dojrzałości w wierze u rodziców?

    Nie ma w tym wypadku rozróżnienia pomiędzy bardziej lub mniej dojrzałym podejściem do sakramentu. Wiele zależy od tradycji lokalnych. Pracując w USA, spotkałem się z tym, że chrzty są tam najczęściej udzielane poza Mszą świętą. Rodzice chrzestni, cała rodzina przychodzą na Mszę i dopiero po niej udziela się chrztu. Ma on wtedy dłuższą, bardziej rozwiniętą formę ze specjalnym kazaniem do całej rodziny. Ktoś, kto chce przeżyć głębiej chrzest w sensie sakramentalnym, kto chce lepiej zrozumieć całą jego symbolikę, może wybrać opcję chrztu poza Mszą świętą, bo rzeczywiście pozwala ona na więcej.

    Sam chrzest włączony w Eucharystię ma jednak również przepiękną symbolikę. Nieprzypadkowo w Wigilię Paschalną chrzci się dzieci. Jest to bardzo stara praktyka Kościoła, pokazująca do czego zmierza sakrament Chrztu. Włącza on nas w życie Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich najpiękniejszą celebracją jest Eucharystia. Chrzest włącza także w życie sakramentalne i liturgiczne. To początek naszej drogi dojrzewania w Kościele. Ochrzczone dzieci już niedługo będą karmić się Ciałem Chrystusa. Jeśli sprawujemy chrzest z całą wspólnotą Kościoła, podczas Eucharystii, to cieszy się ona razem z nami z przyjęcia nowych członków, okazuje się być „płodną matka”. Ojcowie Kościoła używali pięknej metafory łona macierzyńskiego aplikując ją do źródła chrzcielnego, z którego rodzą się kolejne dzieci Kościoła.

    Jak więc widzimy, oba sposoby celebrowania chrztu mają swoje walory, oba są godne polecenia. Zasadniczą praktyką w naszym polskim Kościele jest chrzest podczas Eucharystii i dobrze byłoby uświadomić sobie ich głębokie połączenie oraz symbolikę.

    rozmawiał Michał Górski/Stacja7.pl

    ***

    6 stycznia – poniedziałek

    Uroczystość Objawienia Pańskiego czyli Epifania

    Msza św. w sali parafialnej przy kościele św. Piotra o godz. 19.00

    Przed Mszą św. – godzinna Adoracja Najświętszego Sakramentu

    ***

    Oto nasza radość z tego, że Bóg objawił się człowiekowi i pokazał, kim jest

    MAGI IN THE MANGER

    Waiting For the Word | CC BY 2.0

    ***

     Boże Narodzenie to celebracja liturgiczna pewnego konkretnego faktu: przyszedł na świat Zbawiciel świata. Natomiast Epifania jest nie tyle wspomnieniem konkretnego wydarzenia historycznego, ile celebracją liturgiczną pewnej tajemnicy, tj. faktu, że Pan Bóg się w ogóle objawił. Innymi słowy, że Pana Boga można poznać.

    Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok:

    A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela».

    Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon». Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny (Mt 2, 1-12).

    Przytoczony fragment Ewangelii kojarzy się przede wszystkim z Uroczystością Trzech Króli. Przed przejściem do rozważań nad samym tekstem biblijnym, warto spojrzeć na kontekst liturgiczny, aby stało się to dla nas bardziej czytelne.

    Epifania – Objawienie Pańskie

    Po pierwsze musimy pamiętać, że poprawna nazwa uroczystości obchodzonej 6 stycznia, to Epifania, czyli Objawienie Pańskie. Jest to zarazem uroczystość, która jest dużo starsza od Uroczystości Bożego Narodzenia. Zanim zaczęto 25 grudnia obchodzić Boże Narodzenie, 6 stycznia (według obecnego kalendarza, bo w starożytności data ta była inaczej oznaczona) obchodzono Objawienie.

    Boże Narodzenie jest bardziej łacińskie, zaś Epifania bardziej grecka. W pewnym momencie dochodziło nawet do sporów na tym tle. Na przykład Cyryl Aleksandryjski (V w. n.e.) pisze – „my nie jesteśmy jak ci nowinkarze, którzy obchodzą Boże Narodzenie, my jesteśmy jak nasi ojcowie, którzy oddają cześć Panu w czasie Świętej Epifanii”.

    Druga uwaga – nasze Boże Narodzenie to celebracja liturgiczna pewnego konkretnego faktu, wydarzenia: Maryja i Józef przyszli do Betlejem na spis i narodziło się Dziecię, przyszedł na świat Zbawiciel świata. Natomiast Epifania jest nie tyle wspomnieniem konkretnego wydarzenia historycznego, ile celebracją liturgiczną pewnej tajemnicy, tj. faktu, że Pan Bóg się w ogóle objawił. Czyli innymi słowy, że Pana Boga można poznać.

    Jesteśmy świadomi faktu, że Pan Bóg jest Nieskończony, Wszechpotężny itp., wiemy to z Katechizmu. Jeśli się nad tym zastanowić, to logicznie wynika z tego, że Pana Boga nie da się zamknąć w ludzkim słowie. Trudno cokolwiek o Nim powiedzieć. Jeśli zatem On sam czegoś o sobie nie powie, to my się o Nim niczego nie dowiemy. I właśnie 6 stycznia Grecy, czy w ogóle Wschód miał takie święto, radość z tego, że Bóg raczył do człowieka przemówić, tj. że się objawił, pokazał, kim jest.

    Mędrcom Bóg objawia się jako poganom

    I to jest zasadnicza treść tej uroczystości. Natomiast żeby zilustrować fakt objawienia się Boga, liturgia posługiwała się trzema wydarzeniami. Po pierwsze, pokłon mędrców ze wschodu, po drugie, przemiana wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej i po trzecie, Chrzest Jezusa w Jordanie.

    Jeżeli spojrzymy do formularza mszalnego w Mszale Rzymskim, to z tych trzech wydarzeń pozostał tam jedynie hołd Trzech Króli, czy raczej magów (skądinąd nie wiadomo, ilu ich było). Natomiast jeśli weźmiemy Oficjum, to w antyfonach i hymnach do nieszporów, do Godziny Czytań, do jutrzni, te trzy cuda są wymienione.

    Najstarsze homilie i niektórzy starożytni (np. homilia Grzegorza z Nazjanzu na Święto Świateł) komentują to w ten sposób, że mędrcom Bóg objawia się jako poganom, czyli takim, co nic nie wiedzą (jest to wyjście poza krąg Narodu Wybranego). Po drugie, objawia się swoim w czasie wesela w Kanie Galilejskiej.

    Ta tradycja wywodzi się najpierw od św. Jana, który pisze: Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie (J 2,11). Dla Jana jest to pierwsze objawienie wobec Żydów.

    Ilu było magów?

    Drugim jej źródłem jest stara egzegeza alegoryczna (z czasów Orygenesa, albo wcześniejsza), gdzie mowa jest o tym, że „kiedy Jezus przyszedł, woda Starego Testamentu stała się winem Nowego” – co symbolicznie ukazuje wypełnienie Starego Testamentu przez Pana Jezusa.

    Z kolei Chrzest jest objawieniem Boga w Trójcy. Ojciec się objawia w głosie, Duch w gołębicy i Syn wstępuje do Jordanu.

    Następnym razem, gdy będziemy świętować Epifanię, warto zatem pamiętać, że to nie tylko „Trzej Królowie”, ale objawienie się Boga człowiekowi w ogóle. Warto również przemedytować w tym kontekście antyfony z Oficjum. Tyle kontekst liturgiczny.

    Natomiast jeśli sięgniemy po sam tekst biblijny, to też trzeba zacząć od sprostowania, że tekst grecki w ogóle nie mówi o królach (jak to się potocznie mówi), ale o magach (magoi). Po drugie, nie mówi, ilu ich było. Na pewno przynajmniej dwóch.

    Czytając teksty patrystyczne, tradycję średniowieczną czy patrząc na katakumby, gdzie magowie są namalowani, to jest to różna liczba – dwóch, trzech, sześciu albo dwunastu (tu od liczby pokoleń Izraela, tudzież apostołów).

    Liczba trzy jest zaś bardzo popularna na łacińskim Zachodzie i związana jest z liczbą darów. Natomiast imiona, których często używamy: Kacper, Melchior i Baltazar, są czysto średniowieczne i związane z kręgiem kolońskim (czyli w pewnym sensie tynieckim, bo fundacja Tyńca wyszła z kręgów Katedry kolońskiej). Bowiem w Kolonii, od około IX, X w. jest znany kult Magów, a w tamtejszej Katerze mają znajdować się relikwie Kacpra, Melchiora i Baltazara.

    Magowie czyli kto?

    Słowo mag (Biblia Tysiąclecia trzyma się konsekwentnie słowa mędrzec) kojarzy się nam z okultyzmem i podobnymi rzeczami niemiłymi Panu Bogu, natomiast należy pamiętać o tym, że magowie byli na Wschodzie swoistą kastą religijną. Bardzo wysoko wykształceni ludzie, obdarzeni autorytetem, którzy pełnili m.in. funkcje kapłańskie.

    Owo „magoi” wskazuje na zajmowanie się astronomią, astrologią, czyli tym wszystkim, co zajmuje się obrotami nieba. W naszej kulturze, jak ktoś obecnie patrzy na gwiazdy, to jest astrofizykiem, astronomem albo wróży. Dla tamtych ludzi zaś życie było tak ściśle związane z ruchem gwiazd, że oni na podstawie ich położenia określali pory roku, siewu itp.

    Był to bardzo ważny aspekt życia, wobec czego ludzie, którzy potrafili opowiedzieć, wyjaśnić wszystkie te sprawy, również w odniesieniu do pogody (co także miało wielkie znaczenie), mieli bardzo wysoką pozycję społeczną.

    Słowo „mag” niekoniecznie oznacza zatem kogoś, kto rzuca zaklęcia, macha różdżką, tylko po porostu najwyższego kapłana. Znamiennym jest, że kiedy Persowie najechali w 614 r. Ziemię Świętą i doszczętnie ją zniszczyli (dzisiaj mało się o tym myśli, ale gdy przeszli oni przez państwo bizantyjskie, to byli niczym walec i nic po sobie nie zostawiali), gdy dotarli do Betlejem, to Bazylika Narodzenia była jedyną bazyliką konstantyńską, której nie zburzyli, bo na jej terenie zobaczyli mozaiki z perskimi magami.

    Wierni swojej tożsamości

    Jest w tym jakaś głęboka intuicja Mateusza, który – należy pamiętać – jest „najbardziej żydowskim” z ewangelistów. On pisze Ewangelię dla Żydów i Jezus jest pokazany jako nowy Mojżesz. Natomiast od samego początku ten monopol Narodu Wybranego na posiadanie Mesjasza zostaje przełamany, również przez tę historię pełną kontrastów.

    Ludzie, którzy teoretycznie o Mesjaszu nic nie wiedzą, a jedynie badają naturę, ujrzeli Jego gwiazdę na wschodzie. Robili więc to co zazwyczaj, wykonywali swoje codzienne zajęcie, tj. patrzyli w gwiazdy i wiedzieli mniej więcej, co się będzie działo (np. w kontekście warunków pogodowych).

    I oni w związku z tym, co zobaczyli, podjęli decyzję i poszli. Z postawą onych magów jest kontrastowana postawa ich odpowiedników żydowskich, którzy nie patrzą w gwiazdy, ale w Pismo Święte.

    Gdy Herod ich pyta, gdzie narodzi się Mesjasz, powołują się na Pismo. I to jest ciekawe, że ani sam Herod, ani nikt inny nie udaje się do Betlejem, aby sprawdzić, czy to prawda, tylko ludzie, którzy prawdę mówiąc, nie mają zielonego pojęcia, kim jest Mesjasz.

    Czyli idą ludzie, którzy są wierni swojej profesji, fachowi, sumieniu. Inaczej mówiąc, wierni swojej tożsamości. To jest jedna z ewangelicznych zapowiedzi tych nauk Chrystusa, gdzie mówi On o celnikach i nierządnicach wchodzących do Królestwa Bożego przed faryzeuszami (celnicy uwierzyli Janowi, a wy nie).

    Ten tekst drugiego rozdziału jest jednym z najważniejszych tekstów, który mówi o roli osobistej odpowiedzialności człowieka za słuchanie głosu sumienia. Nikt nie zdejmie z nas odpowiedzialności za jego słuchanie. To jest pierwszy głos, przez który mówi do nas Bóg – sumienie.

    Kształtowanie sumienia

    Owi magowie są zatem dla nas pytaniem, w jaki sposób o to sumienie dbamy, jak je kształtujemy. Sumienie się kształtuje przez odpowiedni stosunek do autorytetu. Jeśli ktoś nie ma autorytetu, nie ma sumienia. Dlatego że nie ugnie się przed niczym. I jak mówi Reguła: co będzie lubił, to będzie uważał za święte, a co nie będzie mu się podobało, to będzie uważał za niedozwolone.

    Wobec autorytetu kształtuje się sumienie. Czy będzie nim Boże Prawo, czy będą to słowa, jakaś norma wyższa bądź mniejsza, czy w końcu najwyższy autorytet – sam Bóg. Ale w kontakcie z nimi w tym, jak mnie one kształtują, to moje sumienie powstaje. Każdy ma obowiązek kształtować swoje sumienie, w jakiś sposób przed nim odpowiedzieć, zdać sprawę ze swojego życia.

    Druga sprawa, o której ten tekst mówi, to rola natury. To jest tekst, który może być bardzo silnie dyskutowany dzisiaj, dlatego że gdy się podważa, neguje prawo naturalne, on pokazuje, że z samego obserwowania świata, bez światła objawienia, czyli bez epifanii, ale samym rozumem mędrcy doszli do tego, że jest Bóg i zsyła Kogoś wyjątkowego na ziemię.

    Dodatkowo obrazuje to okoliczność, że jest oda Horacego (totalnego poganina, który gardził Żydami), cytowana przez Ojców, komentowana przez wieki, gdzie pisze on, że „przychodzi na świat dziecię niewinne, które weźmie na siebie całą winę świata”. Horacy pisał to na przełomie I i II w. To jest jakby proroctwo o narodzeniu Zbawiciela.

    Jeśli ktoś ceni literaturę i wierzy w natchnienia poetyckie, to tekst Słowackiego o słowiańskim papieżu, czy właśnie tekst Horacego, jest najlepszym przykładem, dowodem tego, że poeci również mogą być natchnieni przez Ducha. Mówią rzeczy, które ich absolutnie przerastają, których nie rozumieją. Mędrców i Horacego to niejako łączy.

    Jak człowiek myśli, to zawsze znajdzie Boga. Z naszej strony powinniśmy mieć szacunek dla tych, którzy Pana Boga szukają, myślę zwłaszcza o tych spośród nas, którzy przeżywają jakieś dramaty czy wątpliwości, wyrzuty sumienia, bo ich dzieci, wnuki czy inni bliscy, znajomi przestają chodzić do kościoła bądź zaczynają obwiniać Boga o wszystko najgorsze.

    Dopóki człowiek słucha własnego sumienia, nie zginie. Może wejdzie do Królestwa Bożego od kuchni, przez okno czy przez komin (jak św. Mikołaj), ale wejdzie. Tak jak mędrcy, zawsze dojdzie do swojego celu.

    Jerozolima czy Betlejem?

    Kolejny wątek, który warto podkreślić to fakt, że mędrcy nie znajdują Jezusa w Jerozolimie, tylko w Betlejem. To jest o tyle ważne, że to Jerozolima jest miejscem, gdzie jest kult, świątynia, gdzie jest miejsce Święte Świętych, gdzie jest to co najważniejsze. A oni docierają do Jerozolimy i tam nie ma Boga. Muszą dokonać jeszcze jednego wysiłku. Muszą dokonać aktu wiary. Bo do Jerozolimy doprowadziła ich wiedza, patrzenie w gwiazdy.

    A do Betlejem (zakładamy, że w czasie tej drogi doznali przemienienia, sumienie w nich dojrzewało, medytowali nad tym wszystkim, ten czas owocował, iż gdy doszli do Jerozolimy byli już gotowi postąpić krok naprzód, odłożyć na bok swoją wiedzę i zaufać Pismu) poszli, bo tak mówi Pismo. Św. Mateusz pokazuje tutaj autorytet Pisma. Nie jest ważne, że mówi ci to Herod, to jest Pismo.

    Dopóki mówi Pismem, według Nauki Bożej, to słuchaj, nawet jeśli to jest Herod. Pamiętamy, że Jezus mówi potem:

    Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią (Mt 23,3).

    Wynika z tego, że mówią dobrze, ale sami nie robią. Tak też w Regule jest, że gdyby Opat, co nie daj Boże, sam nie robił tego, co mówi, trzeba go słuchać, a nie patrzeć na to, co robi. Wiara w autorytet Pisma.

    Bóg powierza się człowiekowi

    Następnie mędrcy odnajdują Dziecię, składają dary i osiągają poziom najwyższy. Ukazuje im się Anioł i nakazuje im wrócić inną drogą. A zatem najpierw są poganami, potem są na równi z Żydami, a wreszcie stają ponad jerozolimskimi kapłanami, bo przemawiają do nich bezpośredni wysłannicy Boży. Można tu odczytać, w jaki sposób człowiek jest prowadzony przez wiarę i w jaki sposób człowiek do niej dojrzewa. Jak rozszerza się jego serce.

    Jest to też fragment, który może nam przypomnieć trochę miejsce Dzieciątka Jezus. Warto pamiętać, że kult Dzieciątka Jezus zmienił na Zachodzie mentalność w stosunku do dzieci. Dzieci były raczej traktowane z dystansem. Natomiast Ewangelia z taką troską opowiada o dziecięctwie Jezusa, że w świadomości powszechnej dokonało to wśród ludzi dużej zmiany w stosunku do dziecka w ogóle.

    Jest to także dla nas pytanie o powrót do wątku Dzieciątka Jezus, Jego człowieczeństwa, ale i Jego słabości i bezbronności. Bóg powierza się człowiekowi. Przeżywamy to też w trakcie celebracji eucharystycznej. Hostia bezbronna jak dziecko. Człowiek może zrobić z Nią, co tylko będzie chciał.

    Niech ci magowie staną się nam takimi przyjaciółmi, nowymi ludźmi, którzy pokazują, że Pan Bóg się objawia i takie jest Jego upodobanie. Świętej pamięci o. Piotr mówił, że Księga Przysłów podaje, że Mądrość znajduje rozkosz przy synach ludzkich (zob. Prz 8,31). Dla nas męką jest przebywać w towarzystwie innych, a dla Pana Boga to jest rozkosz.

    o. Szymon Hiżycki OSB/Aleteia.pl

    ***

    Homilia Metropolity warszawskiego Księdza Arcybiskupa Adriana Galbasa SAC wygłoszona w uroczystość Objawienia Pańskiego w kościele sióstr Wizytek na Krakowskim Przedmieściu

    fot. Leopold Kupelwieser/Wikipedia/Stacja7.pl

    ***

    Zamiast złota, kadzidła i mirry, złóżmy dziś Chrystusowi w darze nasze uczucia i powiedzmy Mu szczerze: „Jezu ufam Tobie, Ty jesteś Panem mojego życia”.

    Wiernym zgromadzonym w świątyni metropolita warszawski przypomniał w homilii, że uroczystość Objawienia Pańskiego to jedno z najstarszych i najważniejszych świąt chrześcijaństwa, starsze nawet niż Boże Narodzenie. – W czasie świąt Bożego Narodzenia czciliśmy Wcielenie, czyli wędrówkę Boga do człowieka. Dzisiaj rozważamy wędrówkę człowieka do Boga. Wędrówkę dwuwymiarową, o której ta uroczystość nam opowiada i do której nas przynagla – powiedział.

    Najpierw – wskazywał abp Galbas – jesteśmy zachęceni do wyruszenia w głąb nas samych, do podróży wewnętrznej. – Trzej Mędrcy, zainspirowani światłem z zewnątrz, bijącym z odległej przecież gwiazdy, poszli jego tropem, aby u kresu swej długiej wędrówki upaść na kolana i osobiście oraz z bliska ujrzeć coś nieskończenie więcej: światłość ze światłości; Tego, o którym Zachariasz powie, że jest Słońcem wschodzącym z wysoka; Tego, o którym Jan Apostoł powie, że oświeca każdego, kto na świat przychodzi, który świeci nawet w ciemności, a ciemność Go nie ogarnia – tłumaczył arcybiskup.

    Mędrcy, „ujrzawszy to Światło, oddali Mu pokłon, więcej – oddali Mu siebie” – wyjaśniał. Świadczą o tym dary złożone Dziecięciu: złoto, kadzidło i mirra. Dary te według ówczesnego orientalnego porządku wyrażały uznanie jakiejś osoby za króla. – Złożenie tych darów oznaczało, że od tej chwili nie tylko same dary, ale i dający są własnością tego, któremu je ofiarują. Mędrcy mówią więc Nowonarodzonemu to samo, co myśmy przed chwilą wyśpiewali: „tylko Tyś jest Panem, tylko Tyś jedyny, tylko Tyś najwyższy, Jezu Chryste”! – mówił abp Galbas.

    Dalej tłumaczył, że do Betlejem oddać pokłon Chrystusowi nie wyruszyli jednak wszyscy. Nie zrobił tego Herod, człowiek władzy, który w drugim człowieku i w Bogu widzi tylko konkurenta zagrażającego jego panowaniu. Nie zrobili tego także mieszkańcy Jerozolimy, których zatrzymała zwykła codzienność, obowiązki, troski i trudy. Wreszcie nie wyruszyli kapłani, ludzie wyuczeni i religijni, ale „wewnętrznie ciaśni i bez żywej wiary”. – Była w nich tylko pusta religijność, przypominająca wielkanocną wydmuszkę. Z zewnątrz atrakcyjna, lecz w środku bez jakiejkolwiek treści. Czcili Boga jedynie wargami, a sercem byli daleko od Niego – podkreślał abp Galbas.

    Następnie zapytał zgromadzonych, do której z tych czterech kategorii sami siebie zaliczają, bo są na pewno jedną z nich.

    „Albo jesteśmy naśladowcami owych pokornych Mędrców, którzy cierpliwie i uporczywie, świadomi swoich słabości i małości wędrują w stronę Boga. (…) Albo jesteśmy Herodem, który boi się Boga, Jego Słowa i Jego woli, nosi w sobie spaczony i fałszywy obraz Boga. (…) A może jesteśmy jerozolimczykami, kimś nieustannie zabieganym i zakręconym wokół swoich pilnych spraw (…) kto na poważną relację z Panem Bogiem nie ma ani czasu, ani serca? Albo jesteśmy ludźmi tylko religijnymi, którzy i owszem, zajmują miejsca w kościelnych ławkach, recytują pobożne teksty, ale których życie – gdy tylko zakończy się religijna czynność – staje się prawdziwie pogańskie i bezbożne? – zastanawiał się arcybiskup.

    Abp Galbas zachęcał, aby wyruszyć w tę fascynującą podróż wewnętrzną, w tę pielgrzymkę wiary. – Jak mówiłem kilka dni temu: żyjmy głęboko, a nie powierzchownie, nie dodawajmy tylko lat do naszego życia, ale dodawajmy życia do naszych lat, adorujmy Chrystusa więcej, czcijmy Go bardziej, słuchajmy uważniej – mówił. Dodawał też: „Zamiast złota, kadzidła i mirry, złóżmy Mu w darze nasze uczucia, pragnienia i naszą wolę i powiedzmy Mu szczerze: Jezu ufam Tobie, Ty jesteś Panem mojego życia”.

    Ale w uroczystość Objawienia Pańskiego Kościół zachęca też do drugiej, zewnętrznej, podróży – do zaniesienia innym Dobrej Nowiny o Zbawicielu świata. Wiarygodnie mogą zrobić oczywiście to tylko ci, którzy sami najpierw oddadzą pokłon Dziecięciu i przyjmą Go jako swojego Pana.

    „Dzisiaj Kościół szczególnie pamięta o misjonarzach, którzy w odległych krajach, z daleka od rodzin, od ojczyzny, od bliskich, bezinteresownie, głoszą Dobrą Nowinę o Chrystusie. Modlimy się w ich intencji, wspieramy ich także naszym groszem” – przypomniał abp Galbas.

    Za papieżem Benedyktem XVI wskazywał księżom, aby nie bali się opuścić bezpiecznego i znanego świata i szli służyć tam, gdzie brakuje kapłanów, zwłaszcza, że pokusa by tkwić w swoim znanym i bezpiecznym świecie jest bardzo wielka a powołań misyjnych jest coraz mniej. Dlatego tym bardziej abp Galbas dziękował wszystkim polskim misjonarzom za ich wielkoduszność, oddanie i odwagę, a szczególnie misjonarzom z archidiecezji warszawskiej oraz ze Zgromadzenia Księży Pallotynów, do którego sam należy.

    Zachęcił też wiernych, aby wspierali posługujących na misjach księży, siostry zakonne i misjonarzy świeckich, ale też, aby sami byli misjonarzami w tych środowiskach, w których żyją na co dzień.

    „Dzielmy się z innymi Ewangelią o Chrystusie. Niech nasi bracia i siostry, pociągnięci przykładem naszej głębokiej wiary, zechcą wyruszyć na spotkanie Tego, który od zawsze na nich czeka. Nie nazywajmy się tylko chrześcijanami, ale bądźmy nimi naprawdę” – zaapelował metropolita warszawski.

    e-Kai

    ***

    „Ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów” – mówi Izajasz o Mesjaszu. To w Nim Mędrcy odnaleźli prawdziwe Światło na oświecenie pogan.

    Gdy urodził się Jezus, centrum świata był Rzym. W Mesjaszu Mędrcy odnaleźli prawdziwe Światło na oświecenie pogan

    fot. Freepik/Gość Niedzielny

    ***

    Mędrcy przyszli do Tego, który przyszedł dla całego świata.

    Gdy urodził się mały Jezus, świat żył zupełnie innymi sprawami. Centrum świata był Rzym, a w nim cesarz Oktawian August. Obejmujące już cały basen Morza Śródziemnego Imperium wciąż się rozszerzało. Kto mógł wtedy przypuszczać, że świat zawojuje nie potęga polityczna, ale Słowo Wcielone, złożone w betlejemskiej grocie? Już wtedy jednak w podległej Rzymowi Judei pojawił się zwiastun tego, co miało nadejść. Zanim Jezus dał się poznać jako ktoś niezwykły swoim pobratymcom według krwi, dowiedzieli się o Nim „Mędrcy ze Wschodu”. Ci tajemniczy mężczyźni, znawcy gwiazd, przybyli z daleka prowadzeni jakimś szczególnym zjawiskiem, żeby złożyć pokłon nowo narodzonemu „królowi żydowskiemu”. W zdarzeniu tym tkwiła arcyważna zapowiedź: misja tego Dzieciątka nie ograniczy się do narodu żydowskiego, Bóg objawi się wszystkim narodom. Świat pogański uzna w Jezusie pomazańca, który stanie się władcą każdego człowieka. O tym głosiły proroctwa Starego Testamentu. „Ustanowiłem Cię przymierzem dla ludzi, światłością dla narodów” – mówi Izajasz o Mesjaszu (51,4). To w Nim Mędrcy odnaleźli prawdziwe Światło na oświecenie pogan.

    Nie tylko Żydzi

    Za ziemskich dni Jezusa słabo przebijała się świadomość Jego uniwersalnej misji. Nawet po zmartwychwstaniu apostołowie wyobrażali sobie, że chodzi tylko o potęgę żydowskiego państwa. Po zesłaniu Ducha Świętego zaczęli rozumieć, że chodzi o coś więcej. Piotr w domu Korneliusza z Cezarei był świadkiem zstąpienia Ducha Świętego na ludzi, którzy nie byli Żydami. To był przełom. Pierwszy z apostołów wypowiedział tam znamienne słowa: „Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie” (Dz 10,34-35).

    Szczególną misję zaniesienia światu Ewangelii Bóg powierzył faryzeuszowi Szawłowi, który po spotkaniu z Jezusem przeistoczył się w Pawła. „Wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie. On zaniesie imię moje do pogan i królów, i do synów Izraela” – usłyszał Ananiasz z Damaszku, który Pawła ochrzcił (Dz 9,15).

    Paweł stał się apostołem pogan. Gnany żarliwością odbył trzy wielkie podróże ewangelizacyjne. Był na Cyprze, w Azji Mniejszej, przemierzył Macedonię, dotarł do Koryntu i Antiochii, głosił Ewangelię w Filippi, Cezarei i wielu innych miejscach, wszędzie zakładając gminy chrześcijańskie. Dotarł wreszcie do Rzymu, gdzie poniósł śmierć męczeńską.

    Ekspansja

    Apostołowie, zgodnie z nakazem Jezusa, poszli na cały świat, zanosząc Ewangelię m.in. do północnej Afryki i części Azji. Bodaj najdalej dotarł św. Tomasz, który miał ponieść męczeńską śmierć koło Madrasu w Indiach w roku 67. Około roku 200 istniały już gminy chrześcijańskie w rzymskiej prowincji Germania, a przed rokiem 250 Paryż był już galijską siedzibą biskupa. Około roku 290 święty Grzegorz Oświeciciel wprowadził chrześcijaństwo w Armenii. W 306 roku na synodzie w Elwirze w południowej Hiszpanii było obecnych 16 biskupów z całej prowincji. Jeszcze przed 313 rokiem, w którym wprowadzono w Imperium Rzymskim wolność religijną dla chrześcijan, stolicami biskupimi były Kolonia i Trewir. W roku 431 papież Celestyn wysłał pierwszego biskupa do Irlandczyków, a dwa lata później misję na wyspie podjął wywodzący się z Brytanii św. Patryk. W 444 roku założył dla Irlandii arcybiskupstwo w Armagh. U schyłku V wieku w Reims chrzest przyjął król Chlodwig z dynastii Merowingów, co znacznie przyśpieszyło rozwój chrześcijaństwa wśród Franków.

    W 596 roku papież Grzegorz I Wielki wysłał opata Augustyna z Rzymu na misję wśród Anglów i Sasów. Zalecił mu metodę akomodacji, czyli dostosowania przepowiadania do miejscowych tradycji, kultury i sposobu myślenia. Papież sugerował nie burzyć pogańskich ośrodków kultu, ale je adaptować i wykorzystywać pogańskie świątynie na potrzeby chrześcijańskiej wiary. Doradzał też akceptowanie obyczajów Anglosasów, o ile nie kolidują z doktryną Kościoła. Ten model ewangelizacji zakorzenił się także na misjach wśród Franków.

    W 690 roku święty Willibrord podjął misję we Fryzji, na terenie późniejszych Niderlandów. Po nim działalność misyjną prowadził święty Bonifacy. „Ma on oświecać ich i głosić słowo wiary tak, by przez swe kazania mógł nauczyć ich ścieżki życia wiecznego. A gdy znajdzie tych, co zbłądzili ze ścieżki prawdziwej wiary zwiedzeni przez podstępnego diabła, może ich zganić i przywieść z powrotem do nieba zbawienia, pouczając ich o naukach Stolicy Apostolskiej i utwierdzając ich w katolickiej wierze” – pisał papież Grzegorz II w dokumencie, z którym Bonifacy szedł na misję do Germanii. Do historii przeszedł jako apostoł Niemiec.

    W 826 roku święty Ansgar, biskup Hamburga, rozpoczął misję wśród Duńczyków i Szwedów, zyskując miano Apostoła Północy. W 863 roku bracia Cyryl i Metody przybyli z misją chrystianizacyjną na Morawy. W 966 roku Mieszko I przyjął chrzest, w konsekwencji czego Polska stała się krajem chrześcijańskim. U progu drugiego tysiąclecia chrześcijaństwo przyjęły Norwegia i Islandia, a rok później w Esztergom powstało biskupstwo dla Węgrów.

    Dostosowanie

    Nowy impuls misjom nadały wielkie odkrycia geograficzne. Misjonarze zaczęli szerzyć chrześcijaństwo wśród ludów Afryki Subsaharyjskiej. Zaczęły powstawać misje wzdłuż wybrzeża, szczególnie w Angoli i Mozambiku.

    Potężnym terenem ewangelizacji stały się obie Ameryki, do których w ślad za zdobywcami ruszyli misjonarze. Wielu z nich pochodziło z założonego przez św. Ignacego Loyolę zakonu jezuitów. W 1549 roku jezuici rozpoczęli misje w Brazylii, działając na rzecz Indian. 60 lat później w Paragwaju przedstawiciele Towarzystwa Jezusowego założyli tzw. Redukcje paragwajskie, rodzaj państwa, chroniącego Indian i dającego im szansę szybkiego rozwoju cywilizacyjnego.

    Jednym z największych misjonarzy w historii okazał się jezuita św. Franciszek Ksawery. W dziesięć lat zdołał dotrzeć m.in. do Indii, na Cejlon, Wyspy Moluki i do Japonii, zyskując sobie miano Apostoła Azji. Wszędzie pozostawiał po sobie tysiące nowych wyznawców Chrystusa. „Odkąd jestem w Azji, nie przestaję chrzcić dzieci. Ochrzciłem już ogromną liczbę. Te dzieci nie dają mi spokoju ani czasu na odmówienie brewiarza, jedzenie czy spanie, zanim nie nauczę ich jakiejś modlitwy” – pisał w liście do św. Ignacego. Ubolewał, że w tych krajach wielu ludzi jest pozbawionych światła wiary, bo nie ma nikogo, kto by wśród nich apostołował. Uważany jest za pioniera inkulturacji, czyli głoszenia Ewangelii w sposób uwzględniający kulturę i zwyczaje miejscowych. Zmarł w 1552 roku, nie zdoławszy zrealizować swojego największego marzenia, jakim było rozpoczęcie ewangelizacji Chin. Dokonali tego jego zakonni współbracia. W 1583 roku przybył do Chin włoski jezuita Matteo Ricci. Poznawszy język i zwyczaje Chińczyków, ubierał się też na sposób chiński. Próbował wykorzystać w ewangelizacji elementy konfucjanizmu, uznając część z nich za niesprzeczne z chrześcijaństwem.

    W 1606 roku włoski jezuita Robert de Nobili wprowadził tzw. system akomodacyjny w Indiach. Próbował zastosować naukę chrześcijańską do sposobu myślenia Hindusów, przekładając zasady wiary chrześcijańskiej na ich system wyobrażeń i pojęć. Działał podobnie jak Ricci w Chinach, akcentując to, co było zgodne z doktryną chrześcijańską, a teksty niejasne interpretował tak, aby zgadzały się z nauczaniem Kościoła.

    W XIX wieku na znaczeniu zyskały misje chrześcijańskie w Afryce, stopniowo obejmując cały kontynent. Liczni misjonarze także dziś głoszą tam Ewangelię, jednocześnie niosąc pomoc materialną i duchową.

    Gwiazda świeci

    Gorliwość głosicieli Ewangelii i przelana przez wielu z nich krew przyniosły owoc: wiele narodów poznało Chrystusa. Wciąż jednak są obszary, do których światło Ewangelii dociera słabo, a są i takie, które na powrót stają się terenami misyjnymi. Wszędzie jednak świeci gwiazda Bożej łaski, której blask znów może sprowadzić tych, co jak Mędrcy z Ewangelii szukają jedynej Prawdy.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego Objawienie Pańskie – Epifania – przypada 6 stycznia?

    Ustalenie daty obchodów uroczystości Objawienia Pańskiego nie dokonało się przypadkowo. Choć nie została wskazana przez Pismo Święte, to posiada symbolikę opartą na tekstach biblijnych.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Zanim przejdziemy do omówienia symboliki kryjącej się pod datą dzienną 6 stycznia, należy najpierw wyjaśnić nazwę uroczystości, którą wówczas obchodzi Kościół. Ta najbardziej rozpowszechniona wśród wiernych w Polsce to święto Trzech Króli. Z kolei w polskiej edycji ksiąg liturgicznych figuruje określenie Objawienie Pańskie. Natomiast w księgach łacińskich i w całej tradycji chrześcijańskiej od początku funkcjonuje nazwa Epifania, pochodząca z języka greckiego (epifaneia), która oznacza „objawienie”, „ukazanie się”. Chodzi o objawienie się Jezusa Chrystusa, Wcielonego Syna Bożego jako Zbawiciela świata. Nazwą „epifania” określano narodzenie Jezusa, Jego chrzest w Jordanie i dokonanie pierwszego cudu na weselu w Kanie Galilejskiej. Taką treść miało pierwotne święto Epifanii, które powstało ok. 330 r. w Betlejem. Obejmowało ono początkowe tajemnice zbawienia, o których informują nas pierwsze rozdziały Ewangelii ze skupieniem się na tajemnicy narodzenia Chrystusa. Epifania ulegała ewolucji wraz z jej rozszerzaniem się poza Palestynę. Na Wschodzie stanie się pamiątką chrztu Jezusa w Jordanie, a na Zachodzie będzie stanowić obchód trzech cudownych wydarzeń (tria miracula) stanowiących początkowe objawienia chwały Bożej Zbawiciela: pokłon Mędrców ze Wschodu, chrzest w Jordanie i cud w Kanie Galilejskiej, przy czym z czasem hołd magów rozumiany jako objawienie się Chrystusa poganom zdominuje niemal wyłącznie łacińską celebrację Epifanii. W ludowej świadomości stanie się ona zatem świętem Trzech Króli ze względu utożsamienie mędrców z królami na podstawie niektórych biblijnych tekstów prorockich, a ich liczba zostanie ustalona w związku z trzema darami, jakimi zostało obdarowane Dzieciątko Jezus. Te różnice między Wschodem a Zachodem nie przekreślają jednak faktu, że istotną tematyką tego obchodu liturgicznego pozostaje objawienie się Boga w Chrystusie.

    Dlaczego na datę Epifanii został wybrany 6 stycznia? Ta data w II i III wieku pojawiała się w rozważaniach dotyczących chronologii życia Jezusa. Pierwsza znana nam wzmianka na temat daty chrztu Chrystusa znajduje się „Kobiercach” Klemensa Aleksandryjskiego z końca II wieku: „Zwolennicy Bazylidesa święcą także dzień chrztu Pana i spędzają na czytaniu noc poprzedzającą ów dzień.

    Również powiadają, że miał on miejsce w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza i piętnastego dnia miesiąca tybi (10 stycznia), inni znowu utrzymują, że jedenastego dnia tego miesiąca (6 stycznia)”. Klemens podaje zatem dwie daty – 10 stycznia, kiedy święto chrztu obchodzili zwolennicy gnostyka Bazylidesa oraz 6 stycznia, wskazywaną przez „innych”. Ta druga propozycja będzie się powtarzać u innych autorów kościelnych i z pewnością nie jest pochodzenia gnostyckiego, lecz jest zakorzeniona w tradycji kościelnej. Szczególnie tym tematem był zainteresowany Orygenes, który około 240 r. dowodził, że Jezus został ochrzczony w styczniu.

    Data 6 stycznia posiada znaczenie symboliczne. Jest to szósty dzień nowego roku według kalendarza rzymskiego. Koresponduje to z biblijnym szóstym dniem, kiedy Bóg stworzył człowieka. Szóstego dnia (zgodnie z żydowską rachubą czasu), czyli w piątek dokonało się także dzieło odkupienia przez śmierć Chrystusa na krzyżu. Szósty stycznia to zatem najbardziej odpowiedni czas, aby świętować początek odrodzenia przez przyjście Mesjasza na ziemię i Jego chrzest. Misterium wcielenia jest bowiem zapowiedzią misterium odkupienia, a samo odkupienie jest rozumiane jako nowe stworzenie człowieka. Zostało ono objawione przez doskonałe człowieczeństwo odwiecznego Słowa.

    Symbolika liczby sześć w odniesieniu do Chrystusa była rozwijana przez takich autorów, jak: Ireneusz z Lyonu, Klemens Aleksandryjski, Orygenes, Hipolit Rzymski czy Wiktoryn z Petavium. Przykładowo Klemens pisał, że „Chrystus został wyróżniony narodzeniem, które oznaczyła liczna sześć”. Wskazywał na imię Jezus, które w języku greckim składa się z sześciu liter (Iesous). Podobnie wyraził się Ireneusz, stwierdzając, że kiedy objawiło się sześcioliterowe Imię, które przyjęło ludzkie ciało, by stać się dostępnym dla ludzkich zmysłów, wówczas stało się Ono drogą wiodącą do Ojca prawdy. Wiktoryn zaś pisał wyraźnie: „Chrystus narodził się w tym dniu, w którym ukształtował człowieka”.

    Kiedy zatem powstawało święto Epifanii, data 6 stycznia nie była traktowana w sposób historyczny, lecz teologiczny. Ojcowie oraz inni autorzy wczesnochrześcijańscy w przeciwieństwie do dzisiejszych badaczy skupiali swoją uwagę i poszukiwania nie tyle na ustaleniu dokładnej chronologii wydarzeń z życia Jezusa, co na wyjaśnieniu ich znaczenia teologicznego. Czynili to jednak zawsze z Pismem Świętym w ręku, szukając w nim cennych wskazówek i inspiracji dla rozwiązania postawionych sobie pytań i zagadnień. Ich poszukiwania pozwoliły na ustalenie daty nowego święta, które stało się jedną z najważniejszych uroczystości całego roku liturgicznego.

    ks. Julian Nastałek /Tygodnik Niedziela

    ***

    Objawienie Pańskie, Epifania, Trzech Króli… jak w końcu nazywa się to święto?

    Z ogłoszeń parafialnych: „6 stycznia obchodzić będziemy uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli święto Trzech Króli…”. Bystrzy uczniowie na katechezie zadawali czasem pytanie: To jak w końcu nazywa się to święto?

    fot.Agata Pieszko/Tygodnik Niedziela

    ***

    Współczesna teologiczna nazwa: uroczystość Objawienia Pańskiego sięga do greckiego nazewnictwa Epifania – objawienie. Tu możemy szybko skojarzyć imię nowego patriarchy autokefalicznego Kocioła prawosławnego na Ukrainie – Epifaniusza, bo wywodzi się ono od tego pojęcia. Popularnie jednak wolimy używać nazwy Trzej Królowie, Magowie, Mędrcy, Monarchowie, co świadczy o tym, że to święto stało się szeroko pojętą własnością ludzi wiary, nie tylko teologów. Stąd językowy błąd u znanego polityka określający ten czas jako święto „Sześciu Króli” z konieczności budzi na twarzy uśmiech.

    Orszaki

    Jak wydobyć spod wielowiekowego przekazu, obrzędów, przeżyć, języka istotę tego świętowania? Życie religijne wspólnot wiary, szeroko pojęta kultura świata chrześcijańskiego (wschodniego i zachodniego) przesączone są treściami Ewangelii. Inspirowały one na przestrzeni wieków do wyrażania treści wiary różnymi obrzędami, zwyczajami, budującymi opowiadaniami, legendami, pieśniami, co i dzisiaj znalazło nową formę w publicznym wyznaniu wiary w tym dniu przez udział w Orszakach Trzech Króli.

    Historia i znaczenie

    Historycznie to święto najpierw rozpowszechniło się na Wschodzie od III wieku, a na Zachód przedostało się pod koniec IV wieku. Jego istota zasadza się na opisanym w Ewangelii według św. Mateusza hołdzie, jaki Trzej Królowie – Mędrcy ze Wschodu – złożyli Dzieciątku Jezus. Początkowo chrześcijanie w tym właśnie dniu świętowali Boże Narodzenie. Dopiero pod koniec IV wieku do liturgii Kościoła powszechnego zostały wprowadzone dwie odrębne uroczystości: Boże Narodzenie – 25 grudnia i Epifania, czyli święto Trzech Króli – dziś Objawienia Pańskiego – 6 stycznia, które ostatnie zamyka cykl uroczystości religijnych związanych z Narodzeniem Pańskim.

    Uroczystość Narodzenia pańskiego kładzie akcent na objawienie się Jezusa – Zbawiciela narodowi wybranemu. Stąd koncentrujemy się w liturgii na opisie, który pozostawił św. Łukasz Ewangelista. Narodzony Mesjasz odbiera hołd od pasterzy, którzy przybywają do Niego zachęceni przez Aniołów na betlejemskich polach. Są to najprostsi, najubożsi przedstawiciele narodu wybranego. Odpowiada to obecnej w Biblii Starego Testamentu idei wybraństwa. Izrael jako szczególnie umiłowany prze Boga naród otrzyma Zbawiciela. Dlatego naród ten otrzymuje szczególne dary – prawo Dekalogu, a także jest wychowywany i chroniony przez Jahwe.

    Objawienie Pańskie jest odkryciem i ucieleśnieniem w liturgii innej idei biblijnej – uniwersalizmu zbawczego. Przybywają zatem do narodzonego Mesjasza także przedstawiciele świata pogańskiego – Mędrcy ze Wschodu, nie z narodu wybranego. Zbawienie bowiem dotyczy wszystkich ras, ludów języków i narodów bez wyjątku. Stąd w tekście Liturgii słowa na tę uroczystość prorok Izajasz mówi, iż światłość wychodzi od Izraela, lecz nie jest jego wyłączną własnością, stąd bowiem rozchodzi się na cały świat (por. Iz 60,1-6). Dzięki takiemu spojrzeniu i ujęciu kwestii zbawienia Kościół mógł otworzyć swe drzwi Dobrej Nowinie, która w I wieku wyszła z jego łona i ogarnęła cały ówczesny świat.

    Św. Mateusz krainę Magów nazywa – „wschodem”. W czasach Chrystusa „wschód” rozumiany był jako obszar leżący na wschód od rzeki Jordan, a były to: Arabia, Babilonia, Persja. Przekaz o tym, iż jeden z Magów był z Afryki, ukazywany w figurkach szopek czy jasełkowych postaciach, pochodzi z proroctwa Ps 72: „Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą Mu pokłon wszyscy królowie. Przeto będzie żył i dadzą mu złoto z Saby”. Na podstawie tego proroctwa zapisała się tradycja, że owi Magowie byli właśnie królami. Prorok Izajasz nie pisze jednak wprost o królach, wymienia tylko dary, które ofiarują Panu: „Zaleje cię mnogość wielbłądów – dromadery z Madianu i Efy. Wszyscy oni przyjdą ze Saby, zaofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60, 6). Mędrców tych od XII wieku uważano w niektórych przekazach za przedstawicieli Europy, Azji i Afryki, a w katedrze w Kolonii do dzisiaj przechowywane są relikwie Mędrców.

    Konferencja Episkopatu Polski zaleca od lat, by 6 stycznia obchodzony był dzień misyjny. W kościołach naszej diecezji zbierane są ofiary, które zasilają Krajowy Fundusz Misyjny. Tak pozyskane środki służą wsparciu działalności polskich misjonarzy, których na świecie pracuje ponad 2 tys.

    Innym ważnym aspektem Mateuszowego opisu ewangelicznego jest przesłanie, które wskazuje, że przyroda, kosmos, także i sam człowiek mówi o Bogu, ale nim nie jest. Mędrcy odczytali na kanwie badania nieba, układu gwiazd prawdę, że narodził się ktoś ważny w Palestynie. Tę prawdę odkrywali też na podstawie jakichś własnych rozważań jako istoty inteligentne stworzone na obraz Boga, czy też osobistego, wewnętrznego objawienia otrzymanego od Stwórcy, bo człowiek jest obdarowany przez Niego darem relacji. To wszystko posłużyło im do podjęcia decyzji, obudzenia woli. Wyruszyli wiec za tymi znakami duchowymi, wewnętrznymi, ludzkimi, mającymi źródło w sumieniu oraz ze świata kosmosu – gwiazdy i tak dotarli do Jerozolimy, później do Betlejem, i złożyli pokłon. Uznali w nowo narodzonym Zbawiciela świata. Ten pokłon jest znakiem, że Jezus przychodzi ze swoim zbawieniem do całego świata. Potwierdza też ogólny przekaz Biblii, że słońce, księżyc gwiazdy, a także sam człowiek nie są bogami, jak uznawał to świat pogański, lecz stworzeniami, które mówią o Bogu i do niego prowadzą.

    Świętowanie

    W Kościele katolickim uroczystość Objawienia Pańskiego jest dniem świątecznym nakazanym. Oznacza to, że wierni są zobowiązani w tym dniu uczestniczyć we Mszy św. Mają też powinność powstrzymać się od wykonywania prac i zajęć, które utrudniają oddawanie czci Bogu, przeżywanie radości właściwej dniu świętemu oraz korzystanie z należnego odpoczynku duchowego i fizycznego. Polityka komunistycznego państwa, które narzucone zostało Polsce w 1945 r., spowodowała, że ówczesny I sekretarz PZPR Władysław Gomułka doprowadził do usunięcia z przestrzeni publicznej wielu świąt religijnych, w tym święta Trzech Króli, co miało miejsce w 1960 r. Świecki czy wręcz ateistyczny charakter nowego porządku podkreślano wprowadzeniem świąt komunistycznych, np. święta pracy. Po wielu zmaganiach po upadku komunizmu w Polsce w 1989 r. dopiero od 2011 r. – zgodnie z uchwałą Sejmu – dzień ten jest na powrót dniem wolnym od pracy. Trzeba było ponad 20 lat różnego rodzaju starań, by w wolnej Polsce można było wrócić do dawnej tradycji i prawnych uregulowań.

    Zwyczaje

    Nośność wartości związanych z uroczystością Objawienia Pańskiego zaowocowała bogactwem obrzędów i zwyczajów. W Jerozolimie już od IV wieku, a następnie na całym Wschodzie w tym dniu święcono wodę, stąd rozwinął się tradycyjny obrzęd Jordanu w Kościołach o tej tradycji, nawiązujący do chrztu Chrystusa w Jordanie. W Kościele na terenie Polski, począwszy od XV wieku, w święto Trzech Króli święci się złoto i kadzidło, a w XVIII wieku pojawia się także święcenie kredy.

    W różnych regionach Polski w różny sposób jest umieszczana i rozumiana inskrypcja: K (C) + M + B + bieżący rok. Popularna interpretacja tego zapisu nawiązuje do imion Trzech Króli – Kacper, Melchior, Baltazar (imię Kacper po łacinie pisane jest przez C). Napis ten jednoznacznie uważano za zewnętrzną, oficjalną deklarację przyjęcia Chrystusa pod swój dach oraz do osobistego życia. Umieszczano go zawsze na zewnętrznej stronie drzwi. Czas ateizmu w Polsce i różne obawy o represje spowodowały, że wielu wiernych zaczęło ten napis umieszczać na wewnętrznej stronie drzwi wejściowych, co mimo zmian ustrojowych utrzymuje się w wielu miejscach do dzisiaj. Warto wrócić do dawnego odważnego zamanifestowania swojej wiary.

    Nadawano temu napisowi także głębsze znaczenie, walor błogosławieństwa, którego przyzywano dla oznaczonego domostwa. Zgodnie z językiem właściwym Kościołowi – łaciną, zapisane litery przedzielone krzyżykami (nie plusami), C+M+B znaczą: „Christus manisionem benedicat” – Niech Chrystus mieszkanie błogosławi. Znana jest też inna interpretacja będąca swoistym wyznaniem wiary: „Christus multorum benefactor” – Chrystus dobroczyńcą wielu.

    Zwyczaj niewątpliwie nawiązuje do Księgi Wyjścia (11,1-13,16), kiedy to Izraelici oznaczali drzwi swoich domostw krwią baranka paschalnego. Chrześcijanie, znacząc poświęconą kredą odrzwia swoich mieszkań, proszą Chrystusa o błogosławieństwo, a także publicznie wyznają swoją wiarę. Człowiek jako istota zmysłowa z konieczności potrzebuje tych znaków, by karmić nimi swoją własną wiarę, budzić refleksję u siebie i innych, świadczyć wobec nieznających Boga o Jego istnieniu i o tym, że – licząc się z Nim – uznajemy Jego prawa i zgadzamy się na Bożą interwencję w dzieje świata i nasze osobiste życie.

    ks. Adam Lechwar/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________

    Nowy Rok Pański 2025

    Uroczystość

    Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Święto dwóch tajemnic

    Msza święta o godz. 14.00

    ***

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie trzeciego soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    Za odmówienie hymnu “O Stworzycielu Duchu przyjdź” w Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny.


    W Nowy Rok wierni są zobowiązani do uczestniczenia we Mszy świętej

    W Kościele katolickim Nowy Rok Pański rozpoczyna się uroczystością Świętej Bożej Rodzicielki. Ten dzień tym roku 2025 przypada w środę. Zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego, katolicy mają obowiązek uczestniczenia tego dnia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych.

    Obowiązek uczestniczenia we Mszy świętej zostaje wypełniony dzięki udziałowi w niej w jakimkolwiek obrządku katolickim. Według kodeksu można uczestniczyć w niej w dniu święta lub wieczorem dnia poprzedzającego, czyli w wigilię święta.


    Kościelne święta nakazane w 2025 roku

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski

    ***

    Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w każdą niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2025 roku?

    Część świąt i uroczystości kościelnych ma stałe daty. Co roku BOŻE NARODZENIE obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. WIELKANOCY, czy Uroczystości ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO. Poniżej jest lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2025 roku.

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    20 kwietnia (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2025 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (środa) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (wtorek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    9 czerwca (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    30 listopada – I Niedziela Adwentu

    8 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Wpływowy kalendarz. Jak święta z kalendarza liturgicznego oddziałują na świat świecki

    Na rok kalendarzowy ma wpływ historia świecka, a na rok liturgiczny – historia zbawienia/ fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Gdy w noc sylwestrową wybuchają fajerwerki, mamy już za sobą kilkadziesiąt dni nowego roku. To obowiązujący w Kościele rok liturgiczny.

    Rok liturgiczny ma ogromny wpływ na życie większości ludzi na całym świecie, niezależnie od ich przekonań religijnych. Przykładowo karnawał, choć nie jest elementem kościelnej obrzędowości, jest od niej zależny, bo jego zmieniająca się każdego roku długość zależy od daty Wielkanocy. Podobnie jest z wieloma zwyczajami świeckimi: to od kalendarza liturgicznego zależy data tłustego czwartku czy „śledzika”. Nawet ateista, wręczając dzieciom upominki 6 grudnia czy w wieczór wigilijny, robi to w rytmie kalendarza liturgicznego. – Różne święta z kalendarza liturgicznego oddziałują na świat świecki, choć w pewnym stopniu działa to też w drugą stronę, na przykład Kościół „ochrzcił” wieniec adwentowy czy choinkę. W jakiś sposób przeplata się to z chrześcijaństwem, jedno na drugie oddziałuje – zauważa ks. Włodzimierz Lewandowski.

    Tajemnice zbawienia

    Rok liturgiczny, nazywany też rokiem kościelnym, jest sumą kościelnych obchodów i celebracji, które odbywają się w ciągu roku. Ma tyle samo dni, ile rok kalendarzowy. Dlaczego zatem kalendarz kościelny nie zaczyna się 1 stycznia, równolegle z kalendarzem świeckim? – Bo na rok kalendarzowy ma wpływ historia świecka, natomiast na rok liturgiczny wpływ ma historia zbawienia. Rzymski rok kalendarzowy był wcześniej. Już w starożytności obowiązywał w całym basenie Morza Śródziemnego. Historycznie więc rok świecki był pierwszy. Rok liturgiczny w takim kształcie, jaki mamy w tej chwili, zaczął kształtować się późno, mniej więcej w V–VI wieku. Przy jego ustalaniu nie kierowano się położeniem słońca, miesiącami czy porami roku, tylko tajemnicami zbawienia – podkreśla duchowny.

    Treścią roku liturgicznego jest Jezus Chrystus, a celem jest głębsze poznanie Zbawiciela i zrozumienie jego tajemnic. Początek kalendarza w logiczny sposób wyznacza data Bożego Narodzenia, do której przygotowaniem jest okres Adwentu, składający się z czterech poprzedzających 25 grudnia niedziel.

    Pierwszym dniem nowego roku kościelnego jest pierwsza niedziela Adwentu, która przypada między 27 listopada a 3 grudnia. Najdłuższy Adwent trwa 28 dni, a najkrótszy 23 dni – w tym drugim przypadku wigilia przypada w niedzielę. Trzy pierwsze niedziele akcentują oczekiwanie na powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Ostatnie dni Adwentu to bezpośrednie przygotowanie na Boże Narodzenie. Trzecia niedziela nosi nazwę Gaudete (z łac. radujcie się). O ile w liturgii Adwentu dominuje kolor fioletowy, w tę niedzielę używa się szat liturgicznych w kolorze różowym. Czytania mszalne w Adwencie wzywają do nawrócenia i mówią o kresie czasów i nadchodzącym królestwie Bożym. W tym czasie – 8 grudnia – przypada także uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. 17 grudnia rozpoczyna się czas bezpośredniego przygotowania do uroczystości Narodzenia Pańskiego i trwa on do 24 grudnia włącznie.

    Narodzenie

    Obchody uroczystości Narodzenia Pańskiego 25 grudnia rozpoczynają liturgiczny okres Narodzenia Pańskiego. Jego częścią jest tzw. oktawa, czyli osiem dni pomiędzy 25 grudnia a 1 stycznia. W oktawie przypadają święta: 26 grudnia św. Szczepana, pierwszego męczennika, 27 grudnia św. Jana, Apostoła i Ewangelisty, 28 grudnia świętych Młodzianków. Oktawa obejmuje także święto Świętej Rodziny. Obchodzi się je zawsze w niedzielę oktawy, z wyjątkiem sytuacji, gdy Boże Narodzenie wypada w niedzielę. Wówczas święto to obchodzi się 30 grudnia. Oktawę Bożego Narodzenia kończy uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi 1 stycznia.

    Ważnym świętem okresu Narodzenia Pańskiego jest przypadająca 6 stycznia uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli. Obchody Narodzenia Pańskiego kończy Niedziela Chrztu Pańskiego, przypadająca w pierwszą niedzielę po Objawieniu Pańskim. Po niej zaczyna się czas „w ciągu roku”. W Polsce trudno to zauważyć, ponieważ dekoracje bożonarodzeniowe, w tym szopki, pozostają w naszych kościołach zwyczajowo aż do święta Ofiarowania Pańskiego 2 lutego. Do tego dnia zazwyczaj śpiewa się też kolędy.

    Post, Wielkanoc…

    Podczas okresu zwykłego w ciągu roku w czasie Mszy św. czyta się Ewangelie dotyczące życia i działalności Pana Jezusa. W liturgii dominuje kolor zielony. Okres zwykły zostaje przerwany po kilku tygodniach – w zależności od daty Wielkanocy – Wielkim Postem, czyli czasem trwającym 40 dni, nie licząc niedziel. Okres ten zaczyna się Środą Popielcową, a kończy w Wielki Czwartek przed sprawowaną Mszą Wieczerzy Pańskiej.

    Dominującym kolorem szat liturgicznych podczas Wielkiego Postu jest fiolet. Podczas Mszy Świętej nie śpiewa się „Chwała na wysokości Bogu” (z wyjątkiem uroczystości) i aklamacji „Alleluja”. W tym okresie nie ozdabia się ołtarza kwiatami.

    W Wielkim Poście – 25 marca – Kościół obchodzi uroczystość Zwiastowania Pańskiego. To dokładnie dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem, a zatem tyle, ile trwa przeciętna ciąża.

    Ostatnią niedzielą Wielkiego Postu jest Niedziela Palmowa Męki Pańskiej. Rozpoczyna ona Wielki Tydzień. Wielki Post kończy się w Wielki Czwartek przed sprawowaną wieczorem Mszą Wieczerzy Pańskiej. Wówczas następuje Triduum Paschalne – okres, którego istotą jest celebracja męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Zwieńczeniem Triduum jest najbardziej uroczysta liturgia Wigilii Paschalnej. Wszystkie trzy dni Triduum są jednym wspólnym obchodem liturgicznym.

    Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego przypada w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca, która ma miejsce około 21 marca. Wielkanoc jest najstarszą uroczystością w Kościele i z początku jedyną obchodzoną dorocznie. W kalendarzu liturgicznym występuje jako I Niedziela Wielkanocna. Otwiera ona oktawę uroczystości Zmartwychwstania – osiem dni, które kończą się II Niedzielą Wielkanocną, czyli niedzielą Miłosierdzia Bożego. Każdy dzień oktawy ma najwyższą rangę uroczystości Pańskich.

    Uroczystość Zmartwychwstania rozpoczyna trwający 50 dni okres wielkanocny. Długość tego okresu wyznacza czas, jaki – zgodnie z zapisem w Dziejach Apostolskich – upłynął do zesłania Ducha Świętego. W jego trakcie Kościół przeżywa uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego, które, również zgodnie z tym, co czytamy w Dziejach Apostolskich, nastąpiło po upływie 40 dni po zmartwychwstaniu Jezusa. Wypada to w czwartek. W Polsce, gdzie dzień ten nie jest ustawowo wolny od pracy, uroczystość została przeniesiona na najbliższą niedzielę, czyli na siódmą Niedzielę Wielkanocną.

    Okres wielkanocny kończy uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Drugi dzień tzw. Zielonych Świąt to już kontynuacja okresu zwykłego, który potrwa aż do zakończenia roku liturgicznego, czyli do soboty po uroczystości Chrystusa Króla. Na okres zwykły przypada m.in.: święto Ofiarowania Pańskiego, uroczystość Najświętszej Trójcy, święto Przemienienia Pańskiego, uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, uroczystość Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny.

    Proces tworzenia

    Kalendarz liturgiczny kształtował się długo. Do dziś znajdujemy w nim ślady różnych tradycji. – Kiedy na przykład Wielki Post się kończy? Przed procesją w Niedzielę Palmową w liturgii padają słowa „zakończyliśmy okres Wielkiego Postu”, a kalendarz liturgiczny mówi, że kończy się w Wielki Czwartek przed Triduum Paschalnym. To pokazuje, jak pewne procesy w Kościele się przenikały i tworzyły to, co dzisiaj mamy w postaci roku liturgicznego – wskazuje ks. Włodzimierz Lewandowski. Podkreśla, że także związane z kalendarzem liturgicznym zwyczaje świeckie, takie jak wspomniana choinka, możemy rozwijać i nadawać im głębszy sens teologiczny. I dodaje: – Jeżeli nie będziemy obrzędom, które istnieją obecnie, nadawać chrześcijańskiego sensu, to moim zdaniem wszystko nam się rozmyje i zeświecczeje.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ________________________________________________

    Bardzo zachęcam, aby przeczytać i wziąć sobie do serca słowa św. ojca Pio na temat Mszy świętej

    Ojciec Pio Mszę świętą  nazwał „przerażającą tajemnicą”. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet kilka godzin.

    Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”. Doskonale rozumiał ogromną wagę Eucharystii.

    Dlatego te myśli o Eucharystii trzeba zapamiętać na zawsze:

    1. Pan Bóg w Eucharystii składa nam pocałunki miłości. Zatem przyjmujmy z wielką wiarą i miłością Komunię Świętą. 

    2. W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego.

    3. Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej

    4. Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej.

    5. Niegodni Jezusa jesteśmy wszyscy, ale to On nas zaprasza. On tego chce. Upokorzmy się przed Nim! 

    6. Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego. 

    7. Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca. 


    „Widział Pana Jezusa w Hostii. To było coś nieprawdopodobnego!”. Ojciec Pio i Eucharystia.

    ***

    Ojciec Pio doskonale rozumiał istotę i wartość Eucharystii. “Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej” – mówił.

    Przez ponad 58 lat ojciec Pio codziennie uczestniczył w Eucharystii łącząc się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.

    Ojciec Pio doskonale rozumiał znaczenie Mszy świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet do trzech godzin! Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.

    „Widziałem i przeżywałem – dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”

    Ojciec Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, 21 września 1962 roku. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”.

    „Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę”

    Ojciec Pio bardzo pragnął Eucharystii. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.

    Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.

    „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”

    Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów.

    Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.

    „Nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj”

    Uczestnicząc w Eucharystii warto mieć w pamięci słowa mistyka: „Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    KAI,opoka.org,adonai.pl,glosojcapio.pl,zś/Stacja7


    Nigdy nie odchodziłbym od ołtarza

    O. PIO (PUBLIC DOMAIN/WIKIMEDIA COMMONS)

    ***

    „Ten pokorny kapucyn zadziwił świat swym życiem całkowicie poświęconym modlitwie i słuchaniu braci, na których cierpienie wylewał balsam miłości Chrystusa” – powiedział papież Franciszek nawiedzając miejsce, w którym podczas modlitwy w chórze zakonnym przed krucyfiksem 20 września 1918 roku, o. Pio otrzymał stygmaty. Lekarze obliczyli, badając go wielokrotnie, że z tych ran w ciągu 50 lat wypłynęło 3 400 litrów krwi. Rany krwawiły szczególnie podczas sprawowania Mszy świętej.

    Cała Kalwaria w jego Mszy

    21 września 1962 roku o. Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio. Swoje doświadczenie, szczególnie moment konsekracji tak opisał: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii, to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, jak Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio, niebo przy ołtarzu”. Podobne wrażenia zanotował o. Bernardo Romagnoli: „Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, w momencie konsekracji zauważyłem na jego twarzy pewne ruchy i skurcze, które wtedy wydały mi się trochę dziwne, ale później zrozumiałem, że przeżywał on w tej chwili mękę Ukrzyżowanego. Rzeczywiście, było to widoczne, że podczas Mszy św. Ojciec Pio przeżywał na nowo mękę Jezusa, ofiarę miłości i cierpienia”.

    Takie przeżywanie Eucharystii nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo Ojciec Pio jej pragnął. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.

    Wprowadzał wszystkich
    w inny wymiar

    Znana pisarka Maria Winowska, która żyjąc w Paryżu napisała kilka książek, między innymi o Bożym Miłosierdziu. Przetłumaczyła na język francuski “Dzienniczek” św. siostry Faustyny. Również jest jej książka o stygmatyku z San Giovanni Rotondo pod tytułem: „Prawdziwe oblicze Ojca Pio”, w której opisuje Mszę św. odprawianą przez niego. Oto jej świadectwo: „Twarz jego przeobraża się, gdy stanął u stopni ołtarza. Nie trzeba być mędrcem, żeby zrozumieć, że znalazł się w świecie dla nas niedostępnym. Nagle pojmuję, dlaczego Msza odprawiana przez niego przyciąga tłumy, dlaczego je przykuwa i podbija. Od pierwszej chwili jesteśmy raptownie wciągnięci w głąb tajemnicy. Jak niewidomi otaczający widzącego. Jesteśmy bowiem ślepcami, przebywającymi za granicami rzeczywistości. To właśnie jest posłannictwem mistyków. Oni przywołują do życia nasze wewnętrzne oczy, które uległy zanikowi, oczy przeznaczone do oglądania olśniewającej jasności, nieporównywalnie potężniejszej od światła widzialnego okiem śmiertelnika… Od siebie mogę powiedzieć, że w San Giovanni Rotondo okryłam w ofierze Mszy świętej otchłanie miłości i światła, przedtem zaledwie dostrzegalne. Ten moment jest bardzo ważny… Jego zadaniem nie jest robienie «czego innego», ani też «lepiej niż inni», ale uprzystępnienie nam zrozumienia, przeżycia i wchłonięcia w siebie tej jedynej w świecie ofiary, jaką jest Msza święta… Bo trzeba być ślepym, żeby nie wiedzieć, że człowiek, który przystąpił do tego ołtarza, cierpi. Jego krok jest ciężki i chwiejny. Niełatwo jest stąpać na przebitych stopach. Ramiona ciężko się opierają na ołtarzu, gdy go całuje. Zachowuje się jak ranny w ręce, zmuszony do oszczędzania każdego ruchu. Wreszcie, uniósłszy głowę, wpatruje się w krzyż. Mimo woli odwracam oczy, jak gdyby lękając się podpatrzeć tajemnicę miłości. Twarz kapucyna, przed chwilą wyrażająca jowialną uprzejmość, ulega przeobrażeniu. Przechodzą przez nią fale wzruszenia, jak gdyby niewidzialne siły powołujące go do walki napełniały go kolejno obawą, radością, smutkiem, trwogą, bólem. Rysy jego odzwierciedlają tajemny dialog. Protestuje, potrząsa głową przecząco, czeka na odpowiedź. Całe ciało sprężyło się w milczącym błaganiu (…). Czas stanął. A raczej czas przestał się liczyć. Wydaje mi się, że ten ksiądz przykuty do ołtarza wprowadził nas wszystkich w inny wymiar, gdzie trwanie zmieniło znaczenie”.

    Eucharystia w centrum życia

    Ojciec Pio święcenia kapłańskie przyjął w katedrze w Benevento 10 sierpnia 1910 r., a na swoim obrazku prymicyjnym napisał: „Jezu, moje pragnienie i życie moje, kiedy dziś drżący Cię unoszę w tajemnicy miłości, spraw, abym był dla świata drogą, prawdą, życiem, a dla Ciebie świętym kapłanem, ofiarą doskonałą”. Ojciec Pio wspominając swoje dzieciństwo tak mówił: „Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Wtedy nad wielkim ołtarzem ukazało mi się Serce Pana Jezusa i uczyniło znak, abym się zbliżył do ołtarza. Pan Jezus położył rękę na mojej głowie, pragnąc w ten sposób potwierdzić, że podoba Mu się to moje postanowienie ofiarowania się i poświęcenia Jemu…”.

    Ks. Andrzej Antoni Klimek taki daje komentarz do tego wydarzenia: “Te słowa uzmysławiają nam, jak ważne jest budowanie duchowości eucharystycznej w dzieciach, zwłaszcza w dzieciach przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej. Jak ważna jest każda Msza święta i jaką stratą jest każda Msza święta, którą opuszczamy. W czasach Ojca Pio odprawiana przez niego Msza o czwartej lub piątej rano wpływała na rozkład autobusów i godziny otwarcia hoteli w San Giovanni Rotondo. Jego sakramentalna posługa przyciągała tysiące wiernych i ludzie już od 2.30 oczekiwali w kościele. Życie „kręciło się” wokół Eucharystii i Sakramentu Pokuty. Wiemy też, że Ojciec Pio często odmawiał rozgrzeszenia penitentom, którzy wyznawali, iż zaniedbywali Mszę św. niedzielną. Bolał nad ich niefrasobliwością i tylko kiedy widział ich szczery żal, odpuszczał grzech. W ten sposób uczył, że każda Najświętsza Ofiara ma bezgraniczną wartość. Każda! A ileż razy my z wielką niefrasobliwością dyspensujemy się z niedzielnej Eucharystii? Ile razy dopiero na pytanie kapłana wyznajemy w konfesjonale jej zaniedbanie? Jak słabe albo wręcz nieobecne jest w nas pragnienie Eucharystii. Kto z nas może powtórzyć za Ojcem Pio: „Serce czuje się, jakby było przyciągane przez nieokreśloną, wyższą siłę, zanim rankiem zjednoczy się z Nim w Eucharystii. Odczuwam tak wielki głód i pragnienie połączenia się z Jezusem, że niewiele brakuje, żebym umarł z tęsknoty za Nim, a ponieważ nie mogę żyć bez przyjęcia Go, zdarzało się, że nawet z wysoką gorączką byłem zmuszony udać się posilić Jego Ciałem. Ów głód i pragnienie, zamiast ulec zaspokojeniu, wzmagały się jeszcze bardziej po przyjęciu Jezusa”?

    ***

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl


    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl


    Opuściłem niedzielną Mszę św.

    Czy muszę od razu iść do spowiedzi?

    Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?

    W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.

    W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.

    Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.

    Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.

    Msza św. dla nie-chętnych

    Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).

    Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.

    Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.

    A jeśli nie mogę być na Mszy św.?

    Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.

    Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.

    Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.

    W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.

    Msza św. w sobotę wieczorem

    Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.

    Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ***

    Liturgia wróciła do korzeni

    Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

    Najświętsza ofiara sprawowana w bazylice kolegiackiej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Krzeszowie.

    fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum Concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…

    Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.

    Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…

    Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.

    Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?

    Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.

    Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.

    Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować. 

    Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi? 

    W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

    Ks. dr Andrzej Hoinkis jest liturgistą, proboszczem w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Mysłowicach-Brzezince.

    ks. dr Andrzej Hoinkis jest liturgistą, proboszczem w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Mysłowicach-Brzezince.
    fot. Henryk Przondziono
    /Gość Niedzielny

    ***

    Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?

    To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.

    Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?

    Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami. 

    Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.

    Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.

    Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…

    Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.

    Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?

    Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.

    Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…

    Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!  

    I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?

    Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.

    A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.

    Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.

    Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.

    Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.

    Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?

    Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.

    rozmawiała Agnieszka Huf/Gość Niedzielny


    ***

    ODPUSTY DLA ODMAWIAJĄCYCH RÓŻANIEC

    Odpusty dla Odmawiających Różaniec

    SHARE

    ***

    CZYM JEST ODPUST?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.

    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej. „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    KIEDY UZYSKUJEMY ODPUST RÓŻAŃCOWY?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    WARUNKI, KTÓRE NALEŻY WYPEŁNIĆ DLA UZYSKANIA ODPUSTU ZUPEŁNEGO:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).
    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.
    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy.

    POZOSTAŁE WARUNKI DLA UZYSKANIA KAŻDEGO ODPUSTU ZUPEŁNEGO:

    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    INNE MOŻLIWOŚCI UZYSKANIA ODPUSTU :

    1. Adoracja Najświętszego Sakramentu przez pół godziny.
    2. Lektura Pisma Świętego przez pół godziny.
    3. Odprawienie Drogi krzyżowej przed stacjami prawnie erygowanymi.
    4. Odmówienie jednej części różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu.
    5. Na terenie Polski za odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego w kościele, w kaplicy przed Najświętszym Sakramentem (nie musi być wystawiony). Chorzy za odmówienie Koronki z ufnością i pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym.
    6. Publiczne odmówienie O Stworzycielu Duchu, przyjdź w Nowy Rok i w Zesłanie Ducha Świętego.
    7. Uroczyste odmówienie Przed tak wielkim Sakramentem w Wielki Czwartek i w Boże Ciało.
    8. Odmówienie po Komunii w każdy piątek Wielkiego Postu oraz w Wielki Piątek przed wizerunkiem Chrystusa Ukrzyżowanego Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu.
    9. Uczestniczenie w Gorzkich żalach raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu (tylko na terenie Polski).
    10. Udział w publicznej adoracji i ucałowanie krzyża podczas liturgii w Wielki Piątek.
    11. Odnowienie przyrzeczeń chrztu świętego w czasie liturgii Wigilii Paschalnej w Wielką Sobotę lub w rocznicę swego chrztu.
    12. Publiczne odmówienie O Jezu najsłodszy w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego.
    13. Nawiedzenie kościoła parafialnego w święto tytułu oraz 2 VIII (święto Porcjunkuli) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    14. Nawiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 XI i modlitwa za zmarłych; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące.
    15. Nawiedzenie kościoła, kaplicy w Dniu Zadusznym (2 XI) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga; odpust można ofiarować tylko za dusze w czyśćcu cierpiące.
    16. Publiczne odmówienie Aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusa w uroczystość Chrystusa Króla.
    17. Publiczne odmówienie Ciebie, Boga, wysławiamy w ostatnim dniu roku.
    18. Wysłuchanie kilku kazań w czasie misji i udział w ich uroczystym zakończeniu.
    19. Udział w ćwiczeniach duchownych przez trzy pełne dni.
    20. Udział w świętej czynności (Mszy świętej lub nabożeństwie), której przewodniczy wizytator (np. biskup) z okazji wizytacji pasterskiej.
    21. Nawiedzenie kościoła, kaplicy zakonnej w uroczystość świętego założyciela i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    22. Nawiedzenie kościoła lub ołtarza w dniu konsekracji i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    23. Nawiedzenie kościoła (jednorazowe), w którym odbywa się synod diecezjalny i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    24. Udział w nabożeństwie eucharystycznym na zakończenie Kongresu eucharystycznego.
    25. Przyjęcie choćby przez radio lub telewizję błogosławieństwa papieskiego Urbi et Orbi.
    26. Przyjęcie po raz pierwszy Komunii świętej lub uczestniczenie w tej uroczystości.
    27. Kapłan za odprawienie Mszy świętej prymicyjnej i wierni za pobożne w niej uczestnictwo.
    28. Odnowienie przez kapłana w 25-lecie, 50-lecie, 60-lecie święceń postanowienia wiernego wypełniania obowiązków swego powołania. Wierni – za uczestnictwo we Mszy świętej jubileuszowej, połączonej z pewną ceremonią.
    29. W godzinę śmierci, gdy nie ma kapłana, a konający jest odpowiednio dysponowany, o ile miał za życia zwyczaj odmawiania jakichkolwiek modlitw, i posłuży się krzyżem. Może uzyskać ten odpust, choćby w tym dniu zyskał inny odpust zupełny.
    3o. Pobożne posłużenie się poświęconym przez papieża lub biskupa przedmiotem religijnym (krzyżyk, różaniec, szkaplerz, medalik) w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła i odmówienie wyznania wiary.
    31. Nawiedzenie jednej z czterech patriarchalnych bazylik rzymskich i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga:
    a) w święto tytułu,
    b) w jakiekolwiek święto nakazane,
    c) raz w roku w dowolnym dniu.
    32. Nawiedzenie bazylik mniejszych w całym świecie:
    a) w uroczystość św. Piotra i Pawła,
    b) w święto tytułu,
    c) w święto Porcjunkuli (2 VIII),
    d) w wybrany dzień w roku,
    oraz odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę w Boga.
    33. Nawiedzenie kościoła stacyjnego w Rzymie w określonych dniach roku zaznaczonych w Mszale Rzymskim i uczestniczenie w świętych czynnościach (Mszy świętej lub nabożeństwie).

    NIEKTÓRE ODPUSTY CZĄSTKOWE:

    1. Pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.
    2. Uważne i pobożne wysłuchanie kazania.
    3. Podejmowanie w duchu pokuty aktów postu i dobrowolnego powstrzymania się od rzeczy godziwych i miłych.
    4. Za modlitwy: Wierzę w Boga, Psalmy 129 i 50, Anioł Pański, Magnificat, Pod Twoją obronę, Wieczny odpoczynek, Witaj, Królowo itp.
    5. Poświęcanie siebie, swego czasu, swoich dóbr doczesnych braciom znajdującym się w potrzebie.
    6. Za wykonywanie swoich obowiązków i znoszenie przeciwności życiowych ze skierowaniem swojej myśli z pokorną ufnością do Boga i dołączając, choćby tylko wewnętrznie, pobożne wezwanie.

    Pełny wykaz odpustów cząstkowych można znaleźć w książeczce s. Elii Maciejewskiej FSK, Sakrament pokuty. Rachunek sumienia dla osób dorosłych. Odpusty, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2003. Polecamy!

    Miesięcznik Różaniec

    ________________________________________________

    Rok Święty 2025

    Jak uzyskać odpust zupełny?

    29 grudnia zainaugurowane zostały diecezjalne obchody Roku Świętego 2025. W archidiecezjach w Polsce wyznaczono Kościoły Jubileuszowe, w których aż do 28 grudnia 2025 r. można uzyskać łaskę odpustu zupełnego. W jaki sposób? Podpowiadamy.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Jak rozumieć odpusty?

    Odpust, według Kodeksu prawa kanonicznego (kan. 992), „to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, odpuszczone już co do winy. Otrzymuje je wierny, odpowiednio przygotowany i po wypełnieniu określonych warunków, przez działanie Kościoła, który jako sługa odkupienia autorytatywnie rozporządza i dysponuje skarbcem zadośćuczynień Chrystusa i świętych”. Co to oznacza w praktyce? – Każdy grzech pociąga za sobą dwie rzeczy: winę oraz karę. Wina zostaje zgładzona raz z celebracją sakramentu pokuty i pojednania. Kiedy przystępujemy do spowiedzi, otrzymujemy rozgrzeszenie, to dokonuje się przebaczenie naszych grzechów i zgładzenie winy. Natomiast pozostaje jeszcze ta kara doczesna. Odpusty dotyczą właśnie jej – tłumaczy ks. Krzysztof Porosło w podcaście „Pielgrzymi nadziei. Podcast na Rok Święty”.

    Jak rozumieć to rozróżnienie na winę i karę doczesną? – Grzech ciężki pozbawia nas Komunii z Bogiem i tracimy stan łaski uświęcającej. Konsekwencją utraty tego stanu jest kara wieczna za grzechy. Kiedy przystępujemy do sakramentu pokuty, to właśnie ten wymiar zostaje pokonany przez Chrystusa, który udziela przebaczenia. Natomiast pozostaje jeszcze ten drugi skutek, czyli “nieuporządkowane przywiązanie do stworzeń”. Coś takiego, co powoduje w nas, pewnego rodzaju, nieuporządkowanie, wymagające przepracowania, oczyszczenia. To nazywamy właśnie tym pojęciem kary doczesnej. Innymi słowy chce się przez to powiedzieć, że każdy grzech naprawdę pozostawia w nas skutek. Nie tylko w ten sposób, że niszczy naszą relację z Panem Bogiem, ale też, w jakimś sensie, karłowaciejemy jako ludzie. Coś, co wcześniej dobrze działało, przestaje – mówi kapłan.

    – Trudno to nazwać słowami, ale myślę, że każdy ma takie doświadczenie, że jak robimy coś złego, to nie pozostaje to w nas bez jakiegoś oddźwięku. I tak naprawdę nie chodzi o to, że to Bóg zsyła na nas jakąś karę i nie należy rozumieć tej kary doczesnej w taki sposób, że Bóg chce nas za to ukarać, tylko jest to wewnętrzny skutek samego złego czynu. Każdy zły czyn pozostawia po sobie ślad. Trzeba go oczyścić. Trzeba go, tym, co nazywamy odpustem za życia albo tym, co nazywamy karą czyśćcową, naprawić przy pomocy współpracy z łaską Pana Boga – dodaje.

    Warunki do spełnienia

    Ogólnych warunków, które należy spełnić, by uzyskać odpust zupełny jest kilka. Pierwszym z nich wybór intencji, w jakiej chcemy go otrzymać. Należy pamiętać, że odpust można ofiarować jedynie za siebie lub na sposób wstawienniczy za zmarłych (nie można ofiarować odpustu za innych żyjących). Kolejnymi są: wzbudzenie wewnętrznego braku przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet lekkiego, spełnienie konkretnego czynu, do którego jest przywiązana jest łaska odpustu, bycie w stanie łaski uświęcającej, przyjęcie Komunii Eucharystycznej oraz modlitwa w intencjach wyznaczonych przez Ojca Świętego (nie trzeba ich szczegółowo znać; odmawia się 1 raz „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”).

    W przypadku spowiedzi, Komunii Świętej i modlitwy według intencji Ojca Świętego mogą być one spełnione na wiele dni przed lub po spełnieniu czynu, do którego przywiązany jest odpust. Przyjęło się jednak, by Komunia Święta i modlitwa w intencjach papieża zostały dopełnione w dniu, w którym spełnia się dany czyn odpustowy. Niespełnienie któregoś z powyższych warunków powoduje, że zyskiwany odpust jest cząstkowy. Po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów zupełnych, natomiast po jednej Komunii Świętej i jednej modlitwie w intencjach papieża tylko jeden odpust zupełny. Można go zyskać tylko jeden raz dziennie, a odpust cząstkowy kilka razy.

    Z racji Jubileuszu, pomimo zasady, że dziennie można uzyskać tylko jeden odpust zupełny, wierni otrzymują akt miłosierdzia na rzecz dusz czyśćcowych, jeśli prawowicie, czyli zgodnie z prawem kościelnym, przystąpią po raz drugi tego samego dnia do sakramentu Komunii (czyli w ramach pełnego uczestnictwa we Mszy Św.). Dzięki temu będą mogli uzyskać dwukrotnie odpust zupełny tego samego dnia, obowiązujący jednak jedynie za zmarłych. Decyzja ta została ogłoszona w „Dekrecie o uzyskaniu odpustu podczas zwyczajnego Jubileuszu roku 2025 ogłoszonego przez Jego Świątobliwość Papieża Franciszka”.

    Wierni, którzy żałują swoich grzechów, a nie będą mogli uczestniczyć w uroczystych celebracjach, pielgrzymkach i pobożnym nawiedzeniu, z ważnych powodów (przede wszystkim siostry i mnisi klauzurowi, osoby starsze, chorzy, osadzeni w więzieniach, a także ci, którzy w szpitalu lub w innych miejscach opieki, stale posługują chorym), uzyskają odpust jubileuszowy na tych samych warunkach, jeżeli zjednoczeni duchowo z wiernymi obecnymi, zwłaszcza w momentach, w których słowa Ojca Świętego lub biskupów diecezjalnych są przekazywane za pośrednictwem środków komunikacji medialnej, w swoim domu lub tam, gdzie powstrzymuje ich przeszkoda (np. w kaplicy klasztornej, w szpitalu, w domu opieki, w więzieniu), odmówią modlitwę „Ojcze nasz”, Wyznanie wiary w jakiejkolwiek dopuszczonej formie i inne modlitwy zgodne z intencjami Roku Świętego, ofiarowując swoje cierpienia lub życiowe trudności.

    Czyny

    Czynów wiążących się z łaską odpustu w Roku Jubileuszowym 2025 można wymienić parę. Jeden z nich to pobożna pielgrzymka. Do wyboru są trzy opcje. Jedna z nich to wybranie się do dowolnego świętego miejsca jubileuszowego i pobożne uczestnictwo w tym miejscu: we Mszy Św., we Mszy przy udzieleniu sakramentów wtajemniczenia chrześcijańskiego lub w Sakramencie Namaszczenia Chorych, nabożeństwie Słowa Bożego, Liturgii Godzin (godzina czytań, jutrznia, nieszpory), Drodze Krzyżowej, różańcu, recytacji hymnu Akatystu, bądź nabożeństwie pokutnym, zakończonym indywidualną spowiedzią penitentów. Druga to pielgrzymka do co najmniej jednej z czterech Papieskich Bazylik Większych: św. Piotra na Watykanie, Najświętszego Zbawiciela na Lateranie, Matki Bożej Większej, św. Pawła za Murami. Trzecia natomiast to ta do co najmniej jednej z trzech bazylik: Grobu Świętego w Jerozolimie, Narodzenia Pańskiego w Betlejem, Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie w Ziemi Świętej.

    Kolejną możliwością są dzieła, które można podjąć jako wyraz pokuty i aktu miłosierdzia wobec bliźniego. Wśród nich wymienić należy uczestnictwo w misjach lokalnych, rekolekcjach lub spotkaniach formacyjnych poświęconych tekstom Soboru Watykańskiego II i Katechizmu Kościoła Katolickiego, które odbędą się w kościele lub innym odpowiednim miejscu, według woli Ojca Świętego, wypełnienie dzieła miłosierdzia i pokuty (uczynki miłosierdzia względem ciała i uczynki miłosierdzia względem ducha). Można także odwiedzić i poświęcić czas osobom, które znajdują się w potrzebie lub w trudnej sytuacji oraz podjąć działania, które będą wyrażać w sposób konkretny i bezinteresowny ducha pokuty, jak choćby powstrzymanie się w duchu pokuty przynajmniej przez jeden dzień od niepotrzebnych rozrywek (także tych spowodowanych na przykład przez media i sieci społecznościowe) oraz stosować praktykę postu lub wstrzemięźliwości zgodną z przepisami kościelnymi i decyzjami biskupów. Podjąć można również wolontariat lub ofiarować jałmużnę na rzecz potrzebujących. Ostatnim sposobem jest przyjęcie przy okazji głównych uroczystości w katedrze i w poszczególnych Kościołach Jubileuszowych papieskiego błogosławieństwa z dołączonym odpustem zupełnym udzielonego przez biskupa diecezjalnego lub eparchialnego, który stoi na czele diecezji w Kościołach wschodnich.

    Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela

    ***

    Jubileusz 2025 – Most Anioła, na progu Bazyliki św. Piotra

    Sample

    fot. Vatican Media

    ***

    Na Moście św. Anioła rozpoczyna się ostatni etap pielgrzymki do Bazyliki św. Piotra. Tak było już podczas pierwszego jubileuszu w 1300 r. Pisze o tym Dante w Boskiej Komedii. W XVII w. Bernini i rzeźbiarze z jego warsztatu przygotowali dla tego mostu dziesięć posągów aniołów z narzędziami męki Chrystusa. Od tego czasu most przypomina pielgrzymom o cenie ich odkupienia.

    Pierwszy Rok Święty 1300 odcisnął się na historii kultury europejskiej w wyjątkowy sposób. To właśnie Wielkanoc tego roku zainspirowała Dantego do napisania Boskiej Komedii, która rozpoczyna się w Wielki Piątek 1300 roku. Symboliczne siedem dni jego wędrówki przez zaświaty, wędrówki oczyszczenia i wznoszenia się z ciemności do światła, od potępienia do odkupienia. Nadzieja wszystkich, którzy podróżują do miejsc świętych. Co więcej, w 18. Pieśni Piekła (w. 28-33), utrwalił Dante obraz tych, którzy zmierzali wówczas do Bazyliki św. Piotra.

    „podobnie w Rzymie, kiedy tłum tam wali,/ w jubileuszu rok, na wielkim moście/ taki nadano ład pielgrzymów fali,/ że z jednej strony idą wszyscy goście/ w i kierunku zamku i Piotra Świętego;/ z drugiej na wzgórze, w modłach i poście” (tłum. Agnieszka Kuciak)

    Most, o którym mówi Dante, to dzisiejszy Most św. Anioła, zbudowany w 134 roku przez cesarza Hadriana jako droga dojazdowa do jego wspaniałego mauzoleum. Swą nazwę otrzymał w dramatycznych okolicznościach: w 590 roku, zaraz po wyborze na Stolicę Piotrową, papież Grzegorz Wielki poprowadził przez Rzym procesję, aby powstrzymać zarazę. Gdy procesja dotarła do mostu, nad zamkiem pojawił się archanioł Michał, który schował swój miecz, sygnalizując koniec niszczycielskiej epidemii.

    Do dziś przejście przez Most św. Anioła jest początkiem ostatniego etapu każdej pielgrzymki do grobu apostoła, na którym Chrystus chciał założyć swój Kościół. Posągi patronów Rzymu, apostołów Piotra i Pawła, witają pielgrzymów na lewym brzegu Tybru od 1535 roku. Później, w 1670 roku, na prośbę Klemensa IX, utalentowanego literata na Stolicy Piotrowej, Bernini i inni rzeźbiarze pracujący w jego warsztacie stworzyli dziesięć posągów aniołów z narzędziami męki Chrystusa. Od tego czasu Most św. Anioła przypomina pielgrzymom o cenie ich odkupienia.

     Johana Bronková, Vatican News/e-Kai

    ***

    Otwieranie Świętych Drzwi

    (PCh24.pl)

    ***

    Obecne Drzwi Święte Bazyliki Świętego Piotra zaprojektował i wykonał w brązie – w miejsce starych, drewnianych – włoski artysta Vico Consorti na okazję Roku Świętego 1950. W szesnastu kwaterach techniką rzeźby wypukłej została zwięźle ukazana istota odkupienia człowieka zbawczą ofiarą Chrystusa. Dzieje zbawienia otwierają kwatery ze scenami Raju i upadku pierwszych rodziców. Kolejne sceny przywołują etapy Bożego planu wejścia Jezusa Chrystusa w dzieje człowieka, począwszy od aktu zwiastowania, poprzez Jego narodzenie, chrzest w Jordanie, nauczanie, po Krzyż i Zmartwychwstanie. Niezwykle wymowne są obrazy łotra nawracającego się na krzyżu i wątpiącego Tomasza. Cykl zamyka postać papieża Piusa XII przystępującego do otwarcia Świętych Drzwi.

    Zwyczaj obchodów wielkich jubileuszy na pamiątkę okrągłych rocznic narodzenia Jezusa Chrystusa wprowadził w Kościele katolickim papież Bonifacy VIII (1294–1303). Uznał on, że tysiąc trzechsetną rocznicę narodzin Zbawiciela należy godnie uczcić, dając ludowi chrześcijańskiemu sposobność uzyskania odpustu zupełnego, do tej pory przysługującego jedynie pielgrzymom zbrojnie udającym się do Ziemi Świętej w celu wydarcia muzułmanom Grobu Świętego w Jerozolimie i utrzymania go we władaniu chrześcijan.

    W roku 1291 jednak padła ostatnia twierdza krzyżowców w Akce, co położyło kres istnieniu Królestwa Jerozolimskiego w Palestynie. W zmienionych warunkach politycznych ogromną energię ludu i pragnienie obrony chrześcijańskich wartości należało skierować na nowe tory. Uzasadniony wydaje się pogląd, że idea przelania duchowych owoców odpustu zupełnego na cały lud chrześcijański nawiedzający groby apostołów w Rzymie natchnęła papieża do ogłoszenia wielkiego jubileuszu 1300 roku.

    Ażeby błogosławionym Apostołom Piotrowi i Pawłowi oddawano większą cześć, gdy ich bazyliki w tym mieście będą bardziej nabożnie nawiedzane przez wiernych, i żeby ci wierni mogli odczuć, iż zostali ożywieni obfitością łask duchowych (…), wszystkim, którzy wzbudziwszy w sobie prawdziwy żal za grzechy, wyspowiadają się i nawiedzą owe bazyliki (…), udzielamy nie tylko hojnego i obfitego, lecz także najpełniejszego przebaczenia za wszystkie ich grzechy – zapewniał Bonifacy VIII w bulli Antiquorum habet.

    Papieska decyzja wyzwoliła niespotykany entuzjazm. Przez cały rok 1300 Rzym odwiedziły niezliczone tłumy pielgrzymów ze wszystkich krajów Europy. Miał się tam znaleźć – pośród królów, książąt, biskupów, duchowieństwa i prostego ludu – również książę wielkopolsko-kujawski Władysław Łokietek, na wygnaniu szukający azylu przed zemstą króla Wacława II.

    Z powodu braku kronikarskich zapisów szczegóły celebrowania pierwszych uroczystości jubileuszowych nie są bliżej znane. Wiadomo, że ich inauguracja odbyła się w rzymskiej katedrze, czyli w Bazylice Świętego Jana na Lateranie. W kolejnym dwustuleciu celebracje Roku Świętego – przypadające już nie co sto lat, lecz co pięćdziesiąt (decyzją Klemensa VI), a od roku 1475 (decyzją Pawła II) raz na ćwierćwiecze – obchodzono bardzo zdawkowo z powodu awiniońskiej niewoli papieży i wielkiej schizmy zachodniej.

    Porta Sancta

    Z obchodami jubileuszowymi wiązał się rytuał uroczystego otwierania jednego z wejść do Bazyliki Świętego Jana na Lateranie, po raz pierwszy podjęty w roku 1423 przez Marcina V – papieża, który zakończył gorszący spór wokół legalności wyboru rzymskich biskupów. Jednak dopiero ogłoszony przez Aleksandra VI Wielki Jubileusz roku 1500 doczekał się obowiązującego do dziś, opracowanego przez papieskiego ceremoniarza Johanna Burcharda, obrzędu uroczystego otwierania drzwi jubileuszowych zwanych odtąd Porta Sancta – Świętymi Drzwiami.

    Za pontyfikatu Aleksandra VI ustalił się także porządek nawiedzania wszystkich czterech bazylik papieskich: Świętego Piotra na Watykanie, przy której już na stałe osiedli papieże, Świętego Jana na Lateranie, Świętego Pawła za Murami i bazyliki maryjnej Santa Maria Maggiore.

    Kolejni papieże określili długość trwania roku jubileuszowego, począwszy od wigilii Bożego Narodzenia roku poprzedzającego do daty jego wygaśnięcia po dwunastu miesiącach. Jan Paweł II przedłużył Wielki Jubileusz roku 2000 do święta Objawienia Pańskiego (Trzech Króli).

    Do Wielkiego Jubileuszu roku 2000 Drzwi Święte w bazylice watykańskiej pozostawały na stałe zamurowane. Przywilej ich otwarcia należy wyłącznie do papieża, który w asyście duchowieństwa i chórów, z wielką pompą, zbliżał się do muru i wręczonym mu młotkiem uderzał weń kilka razy, po czym do rozbiórki muru przystępowali robotnicy. Po usunięciu cegieł i oczyszczeniu wejścia z gruzu, papież klękał na progu, modlił się w skupieniu, wstawał i wprowadzał do środka świątyni oczekujący w przedsionku na zewnątrz wierny lud.

    Brama do zbawienia

    Przeprowadzanie przez papieża wiernych przez Święte Drzwi posiada głęboką wymowę teologiczną, liturgiczną i pobożnościową. W pierwszej kolejności chodzi o to, by świadomy swej grzeszności ochrzczony lud przy pomocy aktów pokutnych i modlitewnych mógł skorzystać z daru odpustu zupełnego, gładzącego karę za grzechy, co do winy zmazane już poprzez spowiedź sakramentalną. Aby duchowo przygotowany wierny mógł w stanie łaski wniknąć do sfery sacrum, czyli do wnętrza świątyni, pozostawiając na zewnątrz, za jej progiem ziemską sferą profanum z całym jej grzesznym bagażem. Święte Drzwi symbolizują postać samego Chrystusa, jedynego Zbawiciela człowieka i jedynego Szafarza udzielającego ludziom wszelkich łask według swej miłosiernej woli: Ja jestem bramą. Jeśli ktoś wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony (J 10, 9).

    Pojęcie Świętych Drzwi ma również konotacje starotestamentalne. Arkę Przymierza niesioną przez lewitów podczas wędrówki ludu wybranego po wyjściu z Egiptu na czas dłuższych postojów przechowywano w namiocie spotkania otoczonym prowizorycznym murem z pozostawioną w nim bramą. Uzyskaną tym sposobem przestrzeń uznawano za sakralną, przeznaczoną wyłącznie dla kapłanów.

    Jezus Chrystus otwiera przestrzeń świętą dla całego ludu Bożego poprzez odwołanie się do obrazu owczarni i postawy odpowiedzialnego pasterza – Dobrego Pasterza – który dbając o swoje owce, nawet za cenę własnego życia, wprowadza je bezpiecznie do zagrody atakowanej z zewnątrz przez wilki. On jest bramą owiec (J 10, 7). Kościół katolicki tę bezpieczną oazę upatrywał zawsze we wnętrzu konsekrowanych kościołów, do których wiodą szeroko otwarte wrota.

    Jan Gać/PCh24.pl

    ***

    Bazylika św. Piotra. Płaskorzeźba na Świętych Drzwiach ukazująca moment przekazania przez Pana Jezusa apostołom Ducha Świętego i mocy odpuszczania grzechów.

    Jubileusz 2025: otwarto zapisy do przejścia przez Drzwi Święte

    fot. Henryk Przondziono/Watykan/Gość Niedzielny

    ***

    Abp Galbas, za pośrednictwem Radia Watykańskiego, zachęcał do przybycia do Rzymu, aby jako pielgrzymi nadziei przejść przez Drzwi Święte, aby doświadczyć łaski Bożego miłosierdzia w czasie Jubileuszu 2025. „Przyjedźcie, jeśli zaś nie możecie, to skorzystajcie z Kościołów jubileuszowych, które są w waszej diecezji” – wskazał.

    Życie ma cel

    Arcybiskup, który sam jako pielgrzym przekroczył również Drzwi Święte w Bazylice św. Piotra, powiedział, że pielgrzymowanie w tym okresie Roku Świętego jest „przypowieścią o naszym życiu”. „Ono jest dla nas chrześcijan, jedną wielką pielgrzymką, a nie jakąś marną włóczęgą, ponieważ wiemy, dokąd idziemy i kto nam w tej drodze przewodzi” – dodał abp Galbas. Papież Franciszek przypomina nam także, że nasze pielgrzymowanie, nasze życie chrześcijańskie na Ziemi jest pielgrzymowaniem z nadzieją. „To znaczy my sami jesteśmy pełni nadziei, ponieważ wierzymy w Jezusa Chrystusa. On sprawia, że nasze życie ma jednoznaczny cel i sens” – wskazał hierarcha.

    Metropolita warszawski powiedział, że bardzo porusza go papieskie przesłanie, mówiące o tym, że naszą główną misją, jaką mamy wobec świata jest ofiarowanie światu nadziei; „ponieważ świat nie ma takich silnych źródeł nadziei jakie mamy my – chrześcijanie, czyli pewność, że Jezus Chrystus jest z nami”.

    Bliskość w komunikacji

    W dn. 24-26 stycznia w ramach Roku Jubileuszowego, w Rzymie odbędzie się Jubileusz świata mediów, dziennikarstwa i komunikacji. Abp Galbas – jako dziennikarz z wykształcenia (studiował w Wyższej Szkole Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa przy KUL) wskazał, że dziś ludzie mediów w swojej pracy powinni nieustannie pamiętać, że w dziennikarstwie chodzi o uczciwość, a nie „klikalność”. Dodał także, abyśmy „ciągle pamiętali, że to Chrystus – Słowo wcielone, przyszedł na ziemię, dając nam w ten sposób także piękny przykład tego, jak ważna jest komunikacja, komunikacja nie tylko na odległość, ale ta bezpośrednia”.

    ks. Marek Weresa/VATICANNEWS.VA

    ***

    O. Jacek Salij: zakaz spowiedzi dla dzieci to „nic nowego pod słońcem”. Z sakramentem pokuty walczył i sowiecki totalitaryzm

    Święty Jan Maria Vianney

    Konfesjonał, w którym spowiadał codziennie po kilkanaście godzin św. Jan Vienney

    fot. Jakub Szymczuk/Mały Gość Niedzielny

    ***

    „Sowieckie prawo zakazywało dzieciom i młodzieży do lat osiemnastu w ogóle wstępu do cerkwi czy kościoła”, przypominał w artykule na łamach portalu opoka.org.pl O. Jacek Salij. Duchowny podkreślał, że inicjatywa zakazu spowiedzi dla dzieci powinna stać się dla nas okazją do tego, by rozwój religijny i miłość do Pana Boga z jeszcze większym oddaniem przekazywać naszym dzieciom. Przykłady wiernych, zmagających się z ateistyczną komunistyczną dyktaturą, mogą nas do tego zainspirować.

    Propozycja ustawowego zabronienia młodym korzystania z sakramentu pokuty wpłynęła do sejmu z niewielkim poparciem 12 tysięcy sygnatariuszy. Jej inicjator pseudo- badacz religii Rafał Betlejewski przedstawił w projekcie spowiedź jako źródło traumy psychicznej dla młodych.

    Projekt to rzecz jasna skandaliczna zachęta do podeptania wolności Kościoła, porządku konstytucyjnego państwa, wreszcie zasad konkordatu. Mimo to – jak zauważał dominikanin O. Jacek Salij – wpisuje się ona w historię walki ateistycznych reżimów z religijnym kształceniem młodzieży.

    Oderwanie młodych od sakramentalnej praktyki na masową skalę przeprowadzili sowieccy komuniści. Jedną z zabronionych praktyk w państwach związku było właśnie spowiadanie nieletnich. Sam O. Salij zetknął się z żywym przykładem skutków marksistowskiego bezprawia. Jednak – jak wspominał – uwięzienie kapłana przez dyktaturę jedynie umocniło lokalny Kościół.

    „Utkwił mi w pamięci pewien, bardzo pozytywny owoc zakazu spowiadania dzieci. Mianowicie gdzieś na przełomie stycznia i lutego 1988 r. przyszedł do redakcji Mszy radiowej Polskiego Radia, której byłem wtedy członkiem, list z Baranowicz. Katolicy w tym mieście mieli jednego tylko księdza, ale on znalazł się właśnie w więzieniu – za to, że wbrew sowieckiemu prawu ośmielił się spowiadać niepełnoletnich. W liście opisano dobroczynne skutki tego, tak oczywistego przecież podeptania wolności religijnej”, czytamy w artykule słynnego dominikanina.

    „Represje zamiast stłamsić wiarę katolików z Baranowicz okazały się mieć odwrotny skutek. Otóż, chociaż ksiądz był w więzieniu, wierni w kolejne niedziele przychodzili na sumę, kładli radio na ołtarzu i normalnie uczestniczyli we mszy. Śpiewali pieśni razem z ludem warszawskim z kościoła Świętego Krzyża (…)Tylko Komunii Świętej nie mieli, przyjmowali ją tylko duchowo”, relacjonował duchowny. „Atmosfera tych radiowych mszy w Baranowiczach ukształtowała się niezwykła, w kolejne niedziele ludzi przychodziło coraz więcej. Władze doszły do wniosku, że jedynym sposobem wyciszenia tej sytuacji będzie wypuszczenie księdza na wolność”, podsumowywał.

    Przywołując historię ze schyłku lat 80-tych dominikanin wyraził nadzieję, że wobec prób pozbawienia dzieci praw religijnych katoliccy rodzice tym poważniej potraktują znaczenie wiary i sakramentów w wychowaniu. – Nawet katoliccy rodzice potrafią uczyć swoje dzieci lekceważenia tego, co Boże, jeżeli np. tak ustawiają swoim dzieciom zainteresowania i rozkład zajęć, że sprawy Boże umieszczone są na szarym końcu. Sami rodzice zabiegają wówczas o to, żeby duchowe pole ich dzieci zarośnięte było cierniami i żeby ziarno Boże nie miało w ogóle szansy tam urosnąć – ubolewał duchowny.

    Jak dodawał, trzeba liczyć na to, że antykatolicka inicjatywa ustawodawcza „stanie się okazją do głębszego uświadomienia sobie”, jak ważny jest sakrament pokuty dla młodych oraz jak wiele rodzice mogą zrobić, by pomóc należycie się do niego przygotować. A jest do czego. To przecież wyjątkowe spotkanie z miłosierną miłością Boga, zauważył O. Salij.

    PCh24.pl/źródło: opoka.org.pl

    ***


    “Grzech jest przede wszystkim obrazą Boga, zerwaniem jedności z Nim. Narusza on równocześnie komunię z Kościołem. Dlatego też nawrócenie przynosi przebaczenie ze strony Boga, a także pojednanie z Kościołem, co wyraża i urzeczywistnia w sposób liturgiczny sakrament pokuty i pojednania.” (KKK, 1440)

    ***

    7 bezcennych rzeczy, które dostaje dziecko w sakramencie spowiedzi

    ks. Sławomir Kostrzewa – 22.01.25

    Dyskusja o spowiedzi dzieci, która obecnie przetacza się przez media, może nam uświadomić, jak wspaniały dar został nam dany przez Boga. Ale jednocześnie pokazuje, jak wielkie jest niezrozumienie tego sakramentu wśród dojrzałych katolików – rodziców i, niestety, także niektórych kapłanów.

    Istotą każdego sakramentu jest spotkanie człowieka z Bogiem. W ramach sakramentu pokuty i pojednania owo spotkanie ma szczególny charakter i wiąże się z łaską odpuszczenia grzechów i uzdrowienia duszy (i w konsekwencji też ciała). Grzech to realna rana zadana samemu sobie i drugiemu człowiekowi, rana w sferze duchowej, zmysłowej, werbalnej, emocjonalnej, psychicznej itp. Rana ta jest źródłem bólu dla człowieka i dla jego otoczenia. Nieleczona rozwija się, jątrzy. Spowiedź dzieci to leczenie, którego nie powinniśmy im – tak samo jak dorosłym – odmawiać.

    Co daje dziecku spowiedź?

    Oto 7 bezcennych korzyści z sakramentu pokuty i pojednania:

    1 UZDROWIENIE

    Grzech jest także przestrzenią działania demonów, jest rodzajem nieuświadomionej lub świadomej zgody człowieka na obecność i działanie w jego życiu istot duchowych o niezwykle destrukcyjnej mocy. Na pewnych poziomach człowiek żyjący w grzechu może znaleźć pocieszenie i pomoc u innych ludzi, ale dzieje się to w bardzo ograniczonym stopniu. Tylko Bóg może trwale uzdrowić duszę i serce człowieka. I tylko On ma władzę nad światem demonów.

    Pewna część psychologów czy pedagogów twierdzi, że gdy dziecko popełni zło, zawsze może o tym porozmawiać z jakimś dorosłym, któremu ufa, i że to wystarczy. Praktyka dowodzi, że to nieprawda. Wiele dzieci mówi regularnie swoim rodzicom, wychowawcom czy terapeutom o swoich słabościach, ranach czy potrzebach, ale to niewiele zmienia w ich życiu. Natomiast gdy dzieci mówią o swoich słabościach, czyli grzechach, kapłanowi reprezentującego Jezusa w sakramencie spowiedzi, następuje w tym momencie ZAWSZE uzdrowienie duszy (o ile są spełnione warunki dobrej spowiedzi). Spowiedzi i łaski rozgrzeszenia nie da się niczym zastąpić.

    Niektórzy rodzice mówią: „Moje dziecko nie spowiada się i nie dzieje mu się nic, co by nas niepokoiło”. Odpowiedź na takie zdanie jest prosta: głębokie cierpienie człowieka nie staje się od razu, to jest proces, który rozwija się w duszy, jak rak w ciele. Szatan jest bardzo cierpliwy i długo potrafi ukrywać się niezauważony, ale gdy dochodzi do manifestacji, wtedy jest przerażenie rodziców, płacz i pytania: „Co stało się mojemu dziecku, nie poznaję go!”. Tego rodzaju sytuacje niestety stają się coraz częstsze. Rodzą głęboki niepokój osób świadczącym pomoc najmłodszym, zwłaszcza gdy dziecko reaguje złością i nienawiścią wobec bliskich, gdy miewa myśli samobójcze lub podejmuje takie próby oraz gdy popada w uzależnienia.

    2 NAUKA ROZRÓŻNIANIA DOBRA I ZŁA

    Dobrze przeprowadzona spowiedź święta uczy młodego człowieka prawdy o dobru i złu, o grzechu i o samym człowieku. To pomaga mu wzrastać i dojrzewać do pełni człowieczeństwa. Umieć przyznać się do swoich błędów – to ważna lekcja życia i współżycia z innymi. Młody człowiek uczy się, jak nazywać zło po imieniu, żałować za nie i je naprawiać.

    Niestety, dziś wiele dzieci ma z tym problem. Nie tylko nie potrafią one rozpoznać, co jest dobre, a co jest złe. One mają problem w ogóle z uznaniem obecności zła w swoim postępowaniu, z żałowaniem, przepraszaniem. Łatwo wyobrazić sobie, jak może wyglądać przyszłość takiego dziecka i relacje z innymi ludźmi.

    3 OBIEKTYWNE ZASADY

    Dla dobra dziecka bardzo ważne jest także istnienie obiektywnego kodeksu postępowania, który określa nie człowiek, ale Bóg. Kodeks ten zawarty jest w Dekalogu i nauce Jezusa Chrystusa. Wyznacza normę postępowania i współżycia społecznego dla wszystkich ludzi, bez wyjątku.

    Często dzieci i młodzież narzekają, że dorośli każą im zachowywać nakazy, których sami się nie trzymają, albo że prawo, które stanowią ludzie, jest relatywne: raz coś jest dobrem, innym razem ta sama rzecz jest złem. Taka sytuacja tworzy w umyśle dziecka poczucie bałaganu moralnego, niesprawiedliwości, braku fundamentu, na którym można budować swoją moralność. Tymczasem Bóg daje zasady postępowania sprawiedliwe i uniwersalne. To niezwykle ważne dla dziecka, kiedy wzrasta ono w poczuciu, że istnieje Ktoś, kto w sposób ostateczny decyduje o ocenie moralnej czynów ludzi.

    Codzienny rachunek sumienia, uwieńczony comiesięczną spowiedzią, kształtuje w sposób najdoskonalszy moralność, a osobisty kontakt z kapłanem jest okazją do wyjaśnienia wątpliwości odnośnie zasad postępowania. Dziecko potrzebuje czegoś, co będzie pewnym standardem zachowań (jasno sprecyzowanych przykazań), do czego będzie mogło odnieść swoje postępowanie.

    4 DOSTRZEŻENIE

    Część przeciwników przystępowania dzieci do spowiedzi mówi, że człowiek na takim etapie życia nie jest zdolny do świadomego wyboru zła, czyli do popełniania grzechu, a to, co dorośli odbierają jako złe zachowanie, jest w istocie czymś dobrym, ważnym dla jego prawidłowego rozwoju. To oczywisty błąd myślenia, niesprawiedliwie redukujący moralność dzieci i ich zdolność do samodzielnej oceny swojego postępowania.

    Wielka szkoda dzieje się dziecku, któremu wmawia się: „Nie masz grzechu”, a ono w sumieniu ma poczucie, że pewne jego czyny są były złe. To sytuacja podobna to tej, kiedy dziecko skarży się na pyłek w oku, a okulista uparcie twierdzi: „Tam nic nie ma, jesteś zdrowy”, bagatelizując lub negując to, co dziecko odczuwa.

    5 LEKCJA PRZEBACZENIA

    Spowiedź święta uczy dzieci prawdy o istnieniu Bożej miłości, która jest niezależna od okoliczności, różna od miłości ludzkiej, zawodnej i interesownej.

    Dzieci skarżą się często, że rodzice nie potrafią od razu wybaczyć im popełnionych błędów albo wracają do tego, co kiedyś było. Działa to niezwykle destrukcyjnie na psychikę dzieci. Tymczasem przebaczenie, jakiego udziela Bóg w sakramencie pokuty, jest bezwzględne i nieodwracalne. Uczy prawdy, że miłość wyraża się w przebaczeniu. Uczy doświadczać radości z otrzymanego przebaczenia i przebaczać innym.

    6 POCZUCIE GODNOŚCI

    Dziecko ma potrzebę usłyszenia, że każde zło, jakie popełni, może mu zostać wybaczone. Otrzymanie nowej szansy buduje jego poczucie wartości i godności. Najbardziej poranieni ludzie, z jakimi się spotykamy (a często są wśród nich ludzie określani mianem skrajnego marginesu), to są osoby, które nigdy w swoim życiu nie doświadczyły przebaczenia i miłości. Miłość i przebaczenie, jakie otrzymujemy w konfesjonale, są pewne, dostępne zawsze, „od ręki”, są niezależne od okoliczności i humorów innych ludzi. Ponadto w ramach spowiedzi młody człowiek otrzymuje możliwość osobistej rozmowy i odniesienia do konkretnych uczynków (czego nie ma w tzw. spowiedzi powszechnej). Nie jest traktowany zbiorowo, anonimowo, ale jako jednostka, co również pozytywnie wpływa na jego poczucie godności.

    7 ZAUFANIE I SZCZEROŚĆ

    Dzieci doskonale pojmują też wartość tajemnicy spowiedzi. Nic ich tak nie zniechęca do mówienia o swoich błędach jak brak poczucia anonimowości lub strach, że o ich słabościach dowiedzą się inni ludzie. Dzieci skarżą się, że czasem powiedziały coś w zaufaniu i tajemnicy rodzicom, nauczycielowi, pedagogowi lub psychologowi w szkole, ale potem o tej rozmowie wiedzieli wszyscy dookoła.

    Tajemnica spowiedzi jest święta i nienaruszalna. Nie ma możliwości, aby kapłan ją złamał. Dzieci dowiadują się o tym już od pierwszych spotkań przygotowujących do spowiedzi.

    Spowiedź dzieci… i spowiedź dorosłych

    Dyskusja o spowiedzi dzieci i młodzieży, jaka obecnie przetacza się przez media, może nam uświadomić, jak wspaniały dar został nam dany przez Boga, ale jednocześnie pokazuje, jak wielkie jest niezrozumienie istoty tego sakramentu wśród dojrzałych katolików, rodziców i, niestety, także niektórych kapłanów.

    I choć słusznie katolicy oburzają się na kolejną próbę ograniczania ich konstytucyjnych praw wychowywania dzieci w zgodzie z własną wiarą, należy jednak zapytać, co nas powinno bardziej gorszyć: czy apel antyklerykałów o ograniczenie prawa do spowiedzi dzieci, czy raczej brak praktyk u wielu rodziców, którzy przez całe miesiące lub lata nie dają swoim dzieciom osobistego przykładu regularnego korzystania z łask sakramentów świętych?

    Aleteia.pl

    ***

    Ks. Wojciech Węgrzyniak wypowiedział się na temat zakazu spowiadania dzieci

    Ks. Węgrzyniak o zakazie spowiadania dzieci. "Byłoby to dla nich krzywdzące"

    (fot. depositphotos.com / Wojciech Węgrzyniak / YouTube.com)

    ***

    Ks. Wojciech Węgrzyniak wypowiedział się na temat spowiedzi dzieci. Jak stwierdził, “pierwsza spowiedź może stresować, ale dzieci stresuje też pierwszy dzień w szkole czy klasówka”. Dodał także, że zakaz spowiadania dzieci byłby krzywdzący, ponieważ spowiedź uczy odróżniania dobra od zła i pracy nad sobą.

    • Wojciech Węgrzyniak podkreślił, że spowiedź uczy dzieci odróżniania dobra od zła oraz pracy nad sobą, co czyni zakaz spowiadania dzieci krzywdzącym.
    • Duchowny zaznaczył, że dzieci przygotowują się do spowiedzi przez cały rok szkolny, a lęk przed pierwszą spowiedzią jest naturalny i zwykle mija z czasem.
    • Przygotowanie do spowiedzi obejmuje naukę jej znaczenia, próbne spowiedzi oraz wsparcie pedagogiczne i psychologiczne ze strony księży.
    • Ks. Węgrzyniak zauważył, że rodzice mają prawo wychowywać dzieci w wierze, a spowiedź pozwala im doświadczać wyzwolenia od grzechów i budować relację z Jezusem.

    Zakaz spowiadania dzieci

    Do Sejmu trafiła petycja, której autorzy domagają się uchwalenia zakazu spowiadania osób poniżej 18. roku życia. Według autorów, spowiedź ma być dla dzieci “zdarzeiem traumatycznym”, przed którym nie mogą się obronić.

    Ks. Węgrzyniak przypomniał, że zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego “każdy wierny po osiągnięciu wieku rozeznania zobowiązany jest przynajmniej raz w roku wyznać wszystkie swoje grzechy ciężkie”.

    – Oznacza to, że do spowiedzi zobowiązane są osoby, które popełniły grzech ciężki. Teoretycznie więc, jeśli dziecko takiego grzechu nie popełniło, to nie musi się spowiadać – wyjaśnił.

    Dzieci powinny być blisko Boga

    Jednocześnie duchowny zastrzegł, że kanon 913. Kodeksu Prawa Kanonicznego precyzuje, że obowiązkiem katolickich rodziców jest troszczyć się, żeby dzieci “po dojściu do używania rozumu zostały odpowiednio przygotowane i jak najszybciej posiliły się Bożym pokarmem”, a więc przystąpiły do pierwszej Komunii św. W kanonie tym jest również zapis, że do pierwszej Komunii św. można dopuścić dziecko dopiero po uprzedniej sakramentalnej spowiedzi.

    – W Kościele za wiek używania rozumu, czy wiek rozeznania, kiedy dzieci osiągają zdolność rozróżniania między tym, co jest dobre, a co złe, i czym jest grzech, jest granica 7 lat – zaznaczył.

    Przypomniał, że w 2016 r. Konferencja Episkopatu Polski wydała dokument, zgodnie z którym do pierwszej Komunii św. przystępują dzieci w trzeciej klasie szkoły podstawowej, a więc w wieku 9-10 lat.

    Nasze pęknięcia i rany Bóg wypełnił bezcennym kruszcem – złotem swojego wybaczenia, spoiwem swojej miłosiernej, naprawiającej wszystko MIŁOŚCI.

    Jak dodał, zdarzają się przypadki, że na prośbę rodziców i za zgodą księdza odpowiedzialnego za przygotowanie do sakramentu, dzieci są dopuszczane do pierwszej Komunii św. wcześniej lub trochę później. – Rozwój to sprawa indywidualna, więc te reguły nie są sztywne – wyjaśnia.

    Dzieci przygotowują się do pierwszej spowiedzi

    Ks. Węgrzyniak podkreślił, że do pierwszej spowiedzi, która następuje najczęściej w maju, tuż przed pierwszą Komunią św., dzieci przygotowują się przez cały rok szkolny na lekcjach religii. – Katecheci tłumaczą im, jaki jest sens spowiedzi, czym w ogóle jest grzech, informują, jak spowiedź będzie przebiegała, uczą, jak się spowiadać – wymienił.

    Dodał, że często w ramach przygotowania księża organizują próbną spowiedź “na sucho”, czyli bez wyznawania grzechów, po to, by dzieci oswoiły się z całą sytuacją i konfesjonałem. – Tłumaczymy dzieciom, że jeśli ktoś się pomyli wypowiadając formułę spowiedzi albo zapomni wypowiedzieć jakiś grzech, to nic złego się nie stanie, spowiedź i tak będzie ważna – zaznaczył.

    Naturalny lęk przed pierwszą spowiedzią

    Duchowny przyznał, że mimo tych wszystkich starań, pierwszej spowiedzi może towarzyszyć naturalny lęk przed nową sytuacją. – Sądzę jednak, że niektóre dzieci bardziej niż spowiedzią stresują się pójściem po raz pierwszy do szkoły, klasówką czy występem w szkolnym przedstawieniu. Już nie mówiąc o dentyście czy lekarzu. Stres jest częścią życia i nie da się go całkiem wyeliminować zakazując wszystkiego, co może nas zestresować. Sztuką jest uczyć dzieci, jak sobie z tym stresem radzić – ocenił.

    Ponadto – wyjaśnił – lęk przed spowiedzią najczęściej mija wraz z praktykowaniem jej. – Jak ktoś się regularnie spowiada, to już go to nie stresuje – ocenił.

    Ks. Węgrzyniak zapewnił, że do tego, w jaki sposób spowiadać dzieci, księża są dobrze przygotowywani. – W seminariach są zajęcia z pedagogiki i z psychologii, które są w tym dużą pomocą – stwierdził.

    Zaznaczył, że podczas spowiedzi rodzice mogą być obecni w kościele, w zasięgu wzroku dzieci, co też zwiększa poczucie bezpieczeństwa.

    Zakaz spowiedzi byłby krzywdzący dla dzieci

    Zdaniem ks. Węgrzyniaka zakaz spowiedzi byłby dla dzieci krzywdzący. – Dzięki spowiedzi dzieci uczą się odróżniania dobra od zła i pracy nad sobą. Uczymy dzieci zasad ortografii, matematyki, dbania o zdrowie i zasad higieny, dlaczego więc nie możemy ich uczyć moralności, tego, że nie wolno krzywdzić, że warto pomagać? – pytał.

    Zaznaczył, że czasem spowiedź to dla dziecka możliwość porozmawiania z kimś o trudnych problemach czy wątpliwościach. – Czasem dziecko o pewnych rzeczach krępuje się rozmawiać z rodzicami. Łatwiej mu otworzyć się przez nauczycielem czy księdzem. Zwłaszcza, że przy spowiedzi ma sto procent pewności, że to, co powie, nie wyjdzie poza konfesjonał – mówił.

    Pozytywne skutki spowiedzi

    Dodał, że spowiedzi i związanemu z nią odpuszczeniu grzechów często towarzyszy “poczucie lekkości, wyzwolenia, zamknięcia jakiegoś etapu i rozpoczęcia nowego, z czystą kartą, a przede wszystkim z Jezusem, który przez spowiedź staje się z czasem coraz bliższym przyjacielem dziecka”.

    Podkreślił ponadto, że rodzice mają prawo przekazać dzieciom wiarę. Ks. Węgrzyniak przypomniał, że o tym, czy dziecko przystąpi do spowiedzi i do Komunii św. zawsze decydują rodzice, a Kościół nikogo nie zmusza do przystępowania do sakramentów. “W 2023 r. było w Polsce 372 tys. urodzeń i 367 tys. chrztów. I to rodzice z własnej woli przynieśli te dzieci do Kościoła i poprosili o chrzest. Dlaczego ktoś chce pozbawić ich prawa do wychowania tych dzieci w wierze, którą sami wybrali?” – pytał.

    Deon.pl

    ***

    Ks. prof. Bortkiewicz o zakazie spowiedzi dzieci:

    To sakrament! Nie wierzycie, nie rozumiecie, nie bierzcie się za to!

    (ks. prof. Paweł Bortkiewicz / źródło: PCh24TV / YouTube)

    ***

    – Zapewne autor tego projektu, jak i wielu ludzi zresztą, myli spowiedź z jakąś poradą psychoterapeutyczną. Otóż chcę powiedzieć, że spowiedź nie jest psychoterapią. Spowiedź jest sakramentem. W spowiedzi działa Chrystus, a kapłan jest szafarzem czy pośrednikiem tego działania Chrystusa w człowieku. Wiem, że dla ludzi niewierzących jest to trudne do zrozumienia, ale w takim razie, skoro Państwo czegoś nie rozumiecie, nie bierzcie się za to, o czym nie macie po prostu pojęcia, co przerasta wasze ograniczone umysły – mówił w „Aktualnościach dnia” na antenie Radia Maryja ks. prof. Paweł Bortkiewicz, komentując złożoną w Sejmie petycję w sprawie zakazu spowiedzi dzieci.

    Jak podkreślił kapłan, tego typu inicjatywy, to skandaliczny przykład na to jak państwo próbuje wkroczyć w sferę życia wewnętrznego Kościoła, w sferę życia wewnętrznego ludzi wierzących i próbuje „zdemolować sakramenty Kościoła katolickiego”. – To jest absolutny skandal – podkreślił.

    Bioetyk wskazał, że to nie pierwszy tego rodzaju przypadek w ostatnim czasie – widzimy co dzieje się wokół katechezy w szkole, co czyni się z tzw. edukacją zdrowotną, która „niewątpliwie zdrowiu moralnemu i psychicznemu dziecka służyć nie będzie”.

    A jak podsumował, tego rodzaju pomysły – historycznie patrząc – mogą przypominać czasy józefinizmu w cesarstwie austro-węgierskim, kiedy monarcha ingerował w sprawy liturgii, w sprawy kultu Bożego. Co istotne, nie ingerował w kwestie wiary i moralności. Zatem w obecnej sytuacji państwo chce posunąć się dalej niż wówczas.

    Ks. prof. Bortkiewicz zauważył celnie, że w tym samym czasie, gdy szkoła ma ingerować w najbardziej intymną sferą dzieci, chce zabrać się rodzicom prawo do wychowania religijnego swych pociech. – To samo środowisko polityczne, które z jednej strony chce ingerować w sferę spowiedzi świętej, nie waha się powierzyć szkołom, seksedukatorom deprawacji moralnej dzieci i młodzieży. To jest sytuacja paradoksalna, ale przede wszystkim budząca grozę – dodał. I wszelkim tego rodzaju pomysłom należy się mocno przeciwstawić.

    PCh24.pl/źródło: radiomaryja.pl

    ***

    Skandaliczna petycja znowu w Sejmie!

    Chodzi o próbę zakazu spowiedzi dzieci

    (fot. AdobeStock Oprac. GS/pch24.pl)

    ***

    Do Sejmu trafiła petycja w sprawie ograniczenia spowiedzi świętej tylko do osób dorosłych. Za propozycją ataku na wolność religii stoi antyreligijny prowokator Rafał Betlejewski. Ten od lat atakujący wiarę performer i pisarz zebrał poparcie 12 tysięcy podpisów pod taką inicjatywą. To już drugi raz, kiedy Betlejewski podsuwa ustawodawcom pomysł odsunięcia dzieci od bogatego źródła łaski i pomocy w rozwoju moralnym, jakim jest sakrament pokuty. Do ponowienia próby namówił celebrytę… Marcin Józefaciuk. To przedstawiający się jako neopoganin poseł KO, po którego interwencji „rodzimowierczy” związek wyznaniowy „Ród” po latach oczekiwań trafił do ministerialnego rejestru.

    O tym, że petycja – tym razem skutecznie – trafiła do Sejmu informuje „Rzeczpospolita”. Betlejewski chce, aby spowiedź dzieci była zakazana. W przeszłości ze strony przeciwników Kościoła padało wiele pesudoargumentów, mających uzasadniać podobny atak na wolność religii. Najczęściej słychać było głosy – dołącza do nich autor petycji, że: „spowiedź jest formą psychicznej przemocy” oraz jest „ingerencją w intymny świat dziecka prowadzoną w autorytecie Boga”. Widać zaszczepianie w umysłach dzieci pojęć dobra, zła i grzechu przeszkadza bardziej, niż ingerencja w „intymny świat dzieci” seksedukatorów i promotorów ideologii gender. 

    „Jak pokazują wspomnienia wielu osób, spowiedź to doświadczenie upokorzenia i strachu, zdarzenie traumatyczne, paskudne, którego dzieci nie chciały, a przed którym nie potrafiły się obronić” – głosić ma petycja, którą teraz zajmie się specjalna komisja w Sejmie, czytamy w „Rz”.

    Dziennik precyzuje, że sygnatariusze domagają się „uchwalenia przepisów wprowadzających w Polsce zakaz spowiadania dzieci poniżej 18. roku życia w Kościele katolickim i innych kościołach, jeśli ją stosują”. Zaś z treści opisanej przez gazetę petycji wynika, że „żadna obca osoba dorosła nie ma prawa przesłuchiwać dziecka sam na sam bez nadzoru opiekunów i psychologów”, a „spowiednikami dzieci są mężczyźni żyjący w celibacie, którzy nie mają odpowiedniego przygotowania psychologicznego”.

    Kim jest autor petycji? Rafał Betlejewski, to performer i autor książek, który od lat nieprzychylnie wypowiadająca się na temat Kościoła. Napisał m.in. „Jak się uwolnić od Kościoła. Poradnik w sześciu krokach” czy „365 lekcji religii dla całej rodziny, która chce się wyzwolić” – publikacja reklamowana jest jako „miażdżąca krytyka mitologii katolickiej od Adama i Ewy, aż do świętości Jana Pawła II”. W rzeczywistości doczekała się ona również krytyki jako pełna manipulacji i merytorycznych niedociągnięć. Sam Betlejewski nie mógłby nawet próbować przedstawiać się jako obiektywny, czy bezstronny „badacz religii”. Jego celem i sposobem działania jest prowokacyjne wyszydzanie wiary. 

    Dobrym przykładem jego rażącej ignorancji jest materiał, jaki zamieścił na Facebooku, dotyczący stosunku Kościoła do kobiet. W nagraniu Betlejewski przekonywał, że sednem nauczania Kościoła o grzechu pierworodnym jest oskarżenie pierwszej kobiety o nieposłuszeństwo Bogu i oddalenie człowieka od Stwórcy. Tym samym Betlejewski zignorował fakt, że Kościół winę za grzech pierworodny przypisuje także Adamowi, a nawet sam upadek pierwszych rodziców często nazywa „winą Adama”. W Orędziu Wielkanocnym chociażby, wbrew wynurzeniom pseudo-badacza, śpiewa się, że Chrystus „krwią serdeczną spłacił dług Adama”, nie Ewy. Z kolei w listach apostolskich czytamy, że „W Adamie wszyscy zgrzeszyliśmy”, nie w Ewie. 

    Podobne zaniedbania sprawiają, że trudno wierzyć w ogóle w dobrą wolę Betlejewskiego i jego dążenie do bezstronności naukowej – jako której głos się przedstawia.  

    Betlejewski z pomysłem o zakazie spowiedzi dzieci wystartował już w 2022 roku. Rok później złożył petycję w Sejmie, która została odrzucona z powodów formalnych. Informował o tym później poseł KO Marcin Józefaciuk, członek Komisji do spraw Petycji. I to on poprosił Betlejewskiego złożenie petycji raz jeszcze. 

    PCh24.pl/źródło: PAPpap logo rp.pl, pch24.pl

    ***

    Jakby piekło się wściekło

    Udręki, jakie ludzie zgotowali sobie w XX wieku, miały w sobie coś mistycznego. Bez uwzględnienia kryteriów duchowych nie da się tego zrozumieć.

    Sowieccy żołnierze w 1925 r. wynoszą wyposażenie Monasteru Simonowskiego w Moskwie – prawosławnego klasztoru założonego w XIV wieku.

    SMOLBATTLE.RU

    ***

    Mroźną nocą z 24 na 25 stycznia 1938 roku nad pogrążoną we śnie Europą zaczęło jarzyć się czerwone światło. Płonąca na północnym niebie kurtyna oświetliła wsie i miasta, nadając wszystkiemu krwawą barwę.

    Nazajutrz obserwatoria astronomiczne w różnych częściach świata informowały, że nocne światło było wynikiem powstania wyjątkowo silnej zorzy polarnej. Łucja, jedyna żyjąca wizjonerka z Fatimy, wiedziała, co to znaczy: nadchodziła kolejna wojna, jeszcze straszniejsza od poprzedniej.

    Nieznane światło

    Przenieśmy się wstecz o 21 lat. Był 13 lipca 1917 roku. Od trzech lat trwała wielka wojna, angażująca niemal cały świat w mordercze zmagania monstrualnych armii. 2 tysiące kilometrów na południowy zachód od koszmarnej linii okopów frontu zachodniego, w której ludzie urządzili sobie ziemskie piekło, troje dzieci zobaczyło piekło nadprzyrodzone. Matka Boża pokazała pastuszkom z Fatimy wizję potwornej rzeczywistości, „jakby morze ognia”, w którym wieczną karę ponoszą ci, którzy konsekwentnie i do końca odrzucali Boże miłosierdzie.

    Wizja w najwyższym stopniu przeraziła dzieci, ale jednocześnie wzbudziła w nich determinację, żeby bez ustanku wypraszać dla grzeszników miłosierdzie Boże i pokutować za nich. O to też prosiła Niepokalana. Wezwała do poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i do Komunii św. wynagradzającej w pierwsze soboty miesiąca.

    „Wojna zmierza ku końcowi. Lecz jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, wybuchnie druga, jeszcze gorsza, w czasie panowania Piusa XI” – ostrzegła. Padły też zagadkowe słowa: „Gdy zobaczycie noc rozświetloną nieznanym światłem, wiedzcie, że jest to wielki znak, który da wam Bóg, iż nadchodzi kara dla świata za jego zbrodnie w postaci wojny, głodu i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego”.

    Wizja piekła i przytoczone słowa Maryi wchodzą w skład pierwszej i drugiej części tzw. tajemnicy fatimskiej, której dzieci miały na razie nie wyjawiać. W 1941 roku, za zgodą Matki Bożej i na polecenie biskupa Leirii, spisała je Łucja. Niebawem też zostały ujawnione. Trzecia tajemnica została spisana w 1944 roku i upubliczniona dopiero w roku 2000.

    To zapowiada wiele krwi

    Tajemnicze światło pojawiło się jeszcze raz, tuż przed wybuchem II wojny światowej, po drugiej w nocy 22 sierpnia 1939 roku. Zjawisko obserwował główny sprawca nadchodzącej wielkiej rzezi, Adolf Hitler, spędzający czas w swojej alpejskiej rezydencji Berghof. Źle sypiał, więc zwykle kładł się dopiero nad ranem. Okoliczności tamtej sierpniowej nocy opisał w swoich wspomnieniach współpracownik Führera Albert Speer, architekt, a później minister zbrojeń Rzeszy. „Staliśmy z Hitlerem na tarasie Berghofu i podziwialiśmy rzadkie zjawisko. Wyjątkowo jaskrawa zorza polarna przez całą godzinę zalewała czerwonym światłem położony po przeciwnej stronie legendarny Untersberg, podczas gdy niebo grało wszystkimi kolorami tęczy. Ostatni akt »Zmierzchu bogów« nie mógłby się rozgrywać w efektowniejszej scenerii. Nasze twarze i ręce były nienaturalnie zabarwione na czerwono. Widowisko to wywołało nastrój dziwnej zadumy” – wspominał Speer. Wtem Hitler, zwracając się do jednego ze swych adiutantów, powiedział: „To zapowiada wiele krwi. Tym razem nie obejdzie się bez użycia siły”.

    Następnego dnia nazistowska gazeta „Volkischer Beobachter” donosiła: „We wtorek rano (22.8), począwszy od godz. 2.45, w obserwatorium astronomicznym Sonnenberg obserwowano na północno-zachodniej i północnej części nieba bardzo silną zorzę polarną”.

    Marksistowskie żądło

    Dziesięć dni później niemieckie dywizje runęły na Polskę. 17 września z drugiej strony wkroczyła Armia Czerwona. Zaczęła się wojna, która już wkrótce rzeczywiście okazała się jeszcze gorsza od poprzedniej. O ile w pierwszej wojnie ginęli głównie żołnierze, o tyle tym razem mordowano także cywilów – metodycznie i na skalę przemysłową. Udręczone narody doświadczyły bestialstw, które, wydawałoby się, nie są już możliwe w „nowoczesnym społeczeństwie”. A jednak XX wiek, który zaczął się w okresie zwanym piękną epoką, okazał się czasem ludobójstwa o niewyobrażalnych rozmiarach.

    Gdy po sześciu latach ustały walki, okazało się, że wojna pochłonęła życie ponad 55 milionów ludzi, z czego większość stanowili bezbronni mieszkańcy miast i wsi.

    Koniec wojny nie oznaczał jednak końca czasu wielkiego ucisku. To także zapowiedziała Maryja w Fatimie: „Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych”.

    Słowa te wybrzmiały w chwili, gdy Rosja zaczynała pogrążać się w ogniu rewolucji bolszewickiej. Błędną nauką okazał się komunizm, który po I wojnie sterroryzował całą Rosję, a po II wojnie zawładnął państwami ościennymi, sięgając swoimi wpływami w różne części świata. Wspólną cechą wszystkich reżimów komunistycznych, które jak zaraza opanowały wiele państw, była nienawiść do religii.

    Wydawany w Związku Sowieckim dziennik „Bezbożnik przy pracy” z 1929 r.; Robotnicy wyrzucają „Spasa”, czyli Zbawiciela, i rozbijają cerkiewny dzwon.

    Wydawany w Związku Sowieckim dziennik „Bezbożnik przy pracy” z 1929 r.; Robotnicy wyrzucają „Spasa”, czyli Zbawiciela, i rozbijają cerkiewny dzwon.
    SMOLBATTLE.RU

    ***

    „Nienawidzę wszystkich bogów, ponieważ istnienie jakiegokolwiek boga jest tym, co ogranicza człowieka i jego ludzką zdolność myślenia, ludzką zdolność działania i tak naprawdę jest czymś, co nas pęta i czyni z nas niewolników” – pisał Marks. Komuniści, w myśl tezy niemieckiego filozofa o religii jako „opium ludu”, bezwzględnie niszczyli wszelkie przejawy religijności. W chwili wybuchu rewolucji październikowej w 1917 roku rosyjska Cerkiew liczyła ponad 110 milionów wiernych. Duchownych prawosławnych było 65 tys., a mnichów i mniszek 90 tys. Po ziemi rosyjskiej rozsianych było 48 tysięcy cerkwi parafialnych. Cała ta potęga została w dwie dekady niemal całkowicie unicestwiona. U progu II wojny światowej duchownych było już tylko 5665. Obiektów sakralnych ocalało jedynie tysiąc. Kto zachował wiarę, ten skrzętnie ją ukrywał, żeby nie stracić życia.

    Symbole rewolucji – sierp i młot, czerwona gwiazda – oraz zdjęcia bolszewickich przywódców, w tym Lenina – w świątyni, w miejscu usuniętych wizerunków Jezusa i świętych.

    Symbole rewolucji – sierp i młot, czerwona gwiazda – oraz zdjęcia bolszewickich przywódców, w tym Lenina – w świątyni, w miejscu usuniętych wizerunków Jezusa i świętych.
    SMOLBATTLE.RU

    ***

    Jako że natura nie znosi próżni, komunizm zaczął sakralizować własne bożki, którymi stali się przywódcy czerwonych państw. Ich kult, tyleż karykaturalny, co przerażający, był przeciwieństwem kultu prawdziwego Boga. Terror, zastraszenie połączone z przymusowym uwielbieniem – wszystko to na niespotykaną skalę zaczęło się w Związku Sowieckim, a później rozlało się na Chiny i inne kraje. Przymusowej ateizacji doświadczyły też państwa „demokracji ludowej”, które, jak Polska, po wojnie znalazły się w strefie sowieckiej. Polacy, dzięki wyjątkowo silnemu katolicyzmowi, nie pozwolili komunistom podporządkować sobie Kościoła, ale sąsiednie państwa nie miały już takiego szczęścia. W Czechosłowacji biskupi zostali internowani, zakony rozwiązane, Kościół stracił wszystkie szkoły, zakazano działalności wszystkim organizacjom kościelnym, zamknięto większość pism katolickich. Duchowni zostali poddani ścisłej kontroli, z cenzurą kazań i wydawaniem zgody na odprawianie nabożeństw. Księża szli do więzień na przykład za duszpasterstwo, na które nie mieli zgody.

    Coraz silniejsze zaciskanie pętli przepisów miało docelowo całkowicie zdusić chrześcijaństwo, co w pewnej mierze przyniosło skutek w postaci wyjałowienia duchowego w społeczeństwach niektórych państw.

    Czy to nawrócenie?

    „Na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju” – mówiła Maryja w Fatimie.

    Znaczące, że Jan Paweł II padł pod kulami zamachowca w rocznicę pierwszego objawienia fatimskiego – 13 maja 1981 roku. Rok później był już w Fatimie, żeby podziękować Maryi za cudowne ocalenie. 25 marca 1984 roku, w uroczystość Zwiastowania Pańskiego, poświęcił Rosję i całą ludzkość Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Wkrótce zaczął się rozpadać Związek Radziecki. Polska, jako pierwszy z krajów rządzonych przez komunistów, w 1989 roku odzyskała niepodległość. Po niej jarzmo niewoli zaczęły zrzucać kolejne kraje. W każdym z nich natychmiast też przywracano wolność religijną.

    W uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, 8 grudnia 1990 roku, przywódcy istniejących jeszcze republik sowieckich podpisali „układ białowieski” o likwidacji Związku Radzieckiego. Wszystko te wydarzenia przebiegały nieomal bez rozlewu krwi, choć jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się to niemożliwe.

    Czy Rosja to dziś kraj nawrócony? Choć wolność religii została tam przywrócona, w świetle agresji na Ukrainę i powszechnego przyzwolenia na to rosyjskiego społeczeństwa można mieć wątpliwości. Znów, jak za cara, religia staje się tam narzędziem władzy. Nawrócenie jednak nigdy nie jest procesem zakończonym ani – dopóki toczy się życie – nieodwracalnym. Widać to także w państwach cywilizacji zachodniej, które dziś, jak się zdaje, raczej wywracają się niż nawracają. Trudno się temu jednak dziwić – podobno ludzki egoizm umiera trzy godziny po śmierci właściciela.

    Jedno pozostaje faktem: taka systemowa nienawiść wobec religii i zajadłość w walce z nią, jaką przyniósł komunizm, już się nie powtórzyła. Choć Rosja wciąż sieje niepokoje i wzmaga zamęt, to Związek Radziecki – „mistyczne ciało szatana” (określenie sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego) – utracił już swoją moc „rozszerzania błędów” natury duchowej. A te są najgorsze, bo zabijają nie tylko ciało.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***

    Życiorys tego księdza to gotowy materiał na film sensacyjny!

    O. Walter Ciszek SJ

    Father Walter J. Ciszek, S.J. | Facebook

    ***

    Jego życiorys to gotowy materiał na film sensacyjny. Młody kapłan – więziony na Łubiance, piętnaście lat w obozach pracy – spędza w sowieckiej Rosji dwadzieścia trzy lata swojego życia. W 1963 r., po wynegocjowanej przez prezydenta Johna F. Kennedy’ego wymianie na rosyjskiego agenta, wraca do USA. Nigdy nie żałuje, że zgłosił się do pracy misyjnej w Rosji. Jezuita, sługa Boży ks. Walter Ciszek, kapłan, którego trzeba znać.

    Lubił… uliczne bójki

    Urodził się w 1904 r. w USA, w wielodzietnej rodzinie polskich emigrantów. Dorastał w Shenandoah, lubił uliczne bójki i sprawiał niemałe problemy wychowawcze. Jego decyzja o zostaniu księdzem wywołała w rodzicach szok. W wieku 24 lat Walter Ciszek dopiął swego i wstąpił do seminarium. Silny i wysportowany rzucił się w wir duchowej formacji, pościł o chlebie i wodzie. Jednocześnie dbał o kondycję fizyczną. 

    Musiałem być twardy. Wstawałem o czwartej trzydzieści rano, żeby przebiec pięć mil wokół jeziora na terenie seminarium, albo pływałem w listopadzie, kiedy jezioro było niewiele lepsze od zamarzniętego. Nadal nie mogłem znieść myśli, że ktoś mógłby zrobić coś, czego ja nie potrafiłem, więc pewnego roku w Wielkim Poście jadłem tylko chleb i wodę przez czterdzieści dni – innego roku w ogóle nie jadłem mięsa przez cały rok – tylko po to, żeby sprawdzić, czy dam radę – wspominał.

    Pewnego dnia usłyszał o św. Stanisławie Kostce, jezuicie, który pieszo poszedł z Wiednia do Rzymu. Był zachwycony! Taki święty, z krwi i kości, mężny i odważny, był dla niego inspiracją. Wstąpił do jezuitów i w czasie nowicjatu usłyszał list Piusa XI, w którym papież wzywał wszystkich seminarzystów, a szczególnie jezuitów, do podjęcia pracy misyjnej w Rosji. „Było to dla mnie jakby bezpośrednie wezwanie od Boga. Wiedziałem, że muszę zgłosić się na tę misję” – napisał po latach. Rosja stała się jego przeznaczeniem.

    Rosja przyszła do niego sama

    Zgłosił się i rozpoczął misjonarskie studia w Collegium Russicum w Rzymie. W 1937 r. przyjął święcenia kapłańskie i był gotowy do wyjazdu, żył na walizkach. Niestety, przeniknięcie do sowieckiej, ateistycznej Rosji nie było łatwe. Generał jezuitów, o. Ledóchowski skierował go do pracy w polskiej parafii w Albertynie (dziś Białoruś). Pojechał, a 17 września 1939 r. Rosja „przyszła” do niego sama. 

    Wiara jest jak ciemny tunel: Bóg daje nam Światło, abyśmy szli krok po kroku. Światło nie jest nam dane, abyśmy widzieli koniec tunelu

    W 1940 r. zgłosił się jako robotnik do pracy na Uralu i razem z innym zakonnikiem wyjechał tam na podstawie fałszywego paszportu. Dopiero po latach dowiedział się, że już wtedy został zdradzony. Był obserwowany i uznawany przez sowietów za watykańskiego szpiega. Wiedzieli o nim wszystko, tylko on nie wiedział, że wiedzą. W 1941 r. został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Watykanu. Przetrzymywano go w więzieniach NKWD w Permie, Łubiance i Butyrkach łącznie przez pięć lat a w obozach pracy na Syberii przez piętnaście lat. „W chwilach zniechęcenia pocieszałem się myślą o Bożej Opatrzności i Jego wszechmocy. Składałem siebie samego i moją przyszłość w Jego ręce i żyłem dalej” – mówił. 

    Na nieludzkiej ziemi doświadczył wszystkiego – głodu, zamarzania ciała, chorób, wszy, ludzkiej bezwzględności, ateizmu i pragnienia Boga, bezradności i paraliżującego lęku. Jakimś cudem nie doświadczył utraty wiary. Mszę odprawiał w baraku, albo w lesie – zawsze po kryjomu, z narażeniem życia. Spowiadał, bo ci, którzy pragnęli Boga, obecność kapłana przyjmowali jako dowód Jego pamięci o człowieku na ziemi rządzonej przez szatanów.

    Łubianka i noc w duszy

    Jednak to nie praca w nieludzkich warunkach Syberii była dla o. Ciszka najtrudniejszym doświadczeniem misji w Rosji. Najcięższy egzamin, bo z ocalania nadziei, zdawał na Łubiance. Pięcioletnia izolacja w białej celi, światło zapalone w dzień i w nocy, brak sztućców, brak rozmów, brak ludzkiego głosu, brak ludzkiego ciepła, dotyku, uśmiechu i przejmująca, dotkliwa cisza, okazały się być torturami dla jego umysłu i duszy. Cisza była „całkowita i wszechobecna, zdawała się zamykać wokół ciebie i stale ci zagrażać” – pisał. 

    Łubianka, pod wieloma względami, była dla mnie szkołą modlitwy

    Po każdej sesji przesłuchań „bolesne myśli, które wypełniały godziny w mojej cichej celi, zaczęły mieć swój wpływ i podkopywać moje morale”. Wyrywany na przesłuchania, szpikowany narkotykami, oskarżany i torturowany podpinany do elektrod wracał do sterylnego pokoju. Przez pięć lat walczył, by nie popaść w rozpacz. Nie miał pojęcia, jak długą będzie wieziony, ale wierzył, że porządek i rutyna pomogą mu przetrwać. 

    Nie miał zegarka, mimo to ustalił plan dnia – pory wstawania, sprzątania, gimnastyki, czytania i modlitwy. Przed obiadem robił południowy rachunek sumienia i odmawiał Anioł Pański, gdy zegar na Kremlu wybijał dwunastą. Po obiedzie odmawiał trzy różańce, po polsku, po rosyjsku i po łacinie. Potem znów czytał. Po kolacji odmawiał, z pamięci, modlitwy i hymny wieczorne i aż do pory pójścia spać – czytał. Jako więzień miał prawo wypożyczać jedną książkę tygodniowo. 

    „Studia na Łubiance”

    Przez pięć lat przeczytał najważniejsze dzieła literatury rosyjskiej, ale również to, co napisał Lenin. Nazwał ten okres „studiami uniwersyteckimi na Łubiance”. Cisza, w której żył, otworzyła go na Boga. To był jego jedyny Rozmówca, Powiernik, Przyjaciel. To modlitwa uratowała mu życie, choć ciemność Ogrójca trwała niemal pięć lat. 

    Kiedy opuszczał Łubiankę zasadzono mu 15 lat łagru na Syberii. Ale był gotowy do wypełnienia słów Jezusa: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki”. 

    Mogę zaświadczyć na podstawie własnych doświadczeń, szczególnie z moich najciemniejszych godzin na Łubiance, że największe poczucie wolności, wraz z pokojem duszy i trwałym poczuciem bezpieczeństwa, pojawia się, gdy człowiek całkowicie porzuca swoją wolę, aby podążać za wolą Boga – napisał po latach.

    Powrót do domu

    W październiku 1963 r. w zamian za dwóch agentów rosyjskich, którzy zostali ujęci w USA, Związek Radziecki zdecydował się wypuścić dwóch Amerykanów, w tym ks. Ciszka. Trasa powrotu wiodła z Moskwy do Londynu, a stamtąd do Nowego Jorku. Ciszek, który opuszczał swój kraj w 1934 r., gdy wyruszył do Rzymu na studia teologiczne, wracał po dwudziestu dziewięciu latach. Miał 59 lat, wracał z piekła, które jedni ludzie urządzili innym ludziom. 

    W wywiadach, których udzielał po powrocie powtarzał, że przez wszystkie te lata przez ani jeden dzień nie był chory, i że zawsze jakoś udawało mu się posługiwać jako kapłan, czasem odprawiając mszę na pamięć na swojej skrzynce w baraku, albo w głębi lasu na pniu po ściętym drzewie. Nigdy też nie zwątpił w swą siłę i obowiązki kapłańskie. Nigdy nie kwestionował wiary, w której został ochrzczony i wyświęcony, by być drugim Chrystusem. Często prosił też, aby ci, którzy zechcą poznać jego historię, próbowali uchwycić znaczenie tego, co z łaską Bożą wycierpiał i dzięki Komu możliwe było nie popaść w obłęd pod ciężarem tego cierpienia. „Miłość Chrystusowa nie zna granic” – mówił. Na pytanie: Jak udało się to przeżyć? Do końca życia odpowiadał: „Opatrzność Boska”.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    (strona poświęcona o. Walterowi: www.ciszek.org.)

    ***

    Miłosierdzie bez granic. Jak to się stało, że kult, który jeszcze pół wieku temu był zakazany, rozlał się na cały świat?

    Jak to się stało, że kult, który jeszcze pół wieku temu był zakazany, rozlał się na cały świat, a przesłanie prostej zakonnicy drugiego chóru dotarło na wszystkie kontynenty? I to bez reklamy, marketingu i siły mediów społecznościowych.

    W sanktuarium Miłosierdzia Bożego w El Salvador na wyspie Mindanao. – Filipińska dusza potrzebuje namacalnego kontaktu. Musimy dotknąć, doświadczyć. Wtedy spotkanie z miłosiernym Bogiem staje się dla nas naprawdę ważne – mówią posługujący tu duszpasterze.

    ***

    Nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia jest najbardziej dynamicznie rozwijającą się formą obrzędu religijnego w Kościele, a „Dzienniczek” siostry Faustyny stał się najczęściej tłumaczoną polską książką. Nie ma już chyba kraju, w którym nie byłoby obrazu Jezusa Miłosiernego ze słowami: „Jezu, ufam Tobie” w lokalnym języku, a koronkę odmawia się w najodleglejszych zakątkach świata. Dowodzą tego zdjęcia przysyłane przez misjonarzy do Łagiewnik. Na maleńkiej wyspie na Oceanie Indyjskim, gdzie nie dotarła jeszcze cywilizacja, ludzie okryci liśćmi trzymają w rękach różaniec i odmawiają Koronkę do Bożego Miłosierdzia w swoim języku. Z wyprawy na Filipiny wspominam moment, gdy w jednym z banków w Manili próbowałam wymienić pieniądze, kiedy urzędniczka grzecznie mnie przeprosiła i… całe biuro zaczęło odmawiać koronkę. Była 15.00. Koronkę można tam usłyszeć w radiu i telewizji, w centrach handlowych i na promach, gdzie nadawana jest przez głośniki. – Na Filipinach modlitwa koronką w miejscach publicznych jest czymś zupełnie naturalnym – opowiadała Elżbieta Chodźko-Zajko. Jako świecka misjonarka pracowała z mężem na wyspie Mindanao, gdzie marianie głoszą orędzie o  Bożym Miłosierdziu. Właśnie dzięki marianom przesłanie to udało się rozpowszechnić na wszystkich kontynentach.

    Misja ks. Jarzębowskiego

    Pierwszym kapłanem w długim ciągu marianów, którzy stali się apostołami Bożego miłosierdzia, był ks. Józef Jarzębowski. Gdy wybuchła II wojna światowa, dotarł z Warszawy do Wilna, gdzie spotkał ks. Michała Sopoćkę, spowiednika i kierownika duchowego siostry Faustyny, a także kontynuatora jej misji. Otrzymał od niego traktat teologiczny uzasadniający konieczność wprowadzenia do kalendarza liturgicznego święta Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Sopoćko, zachęcony przez prymasa Augusta Hlonda, napisał tę pracę i wydał ją w konspiracyjnych warunkach w nakładzie 500 egzemplarzy. Na pożegnanie poradził marianinowi, by ilekroć będzie w potrzebie, odwoływał się do Jezusa Miłosiernego. Zakonnik posłuchał go i cudem wydostał się z okupowanej przez Sowietów Litwy. Jechał przez całą Rosję i Daleki Wschód z nieważną wizą japońską w paszporcie. Wreszcie udało mu się dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. Znalazł się w Stockbridge w stanie Massachusetts, które szybko stało się światowym centrum szerzenia Bożego miłosierdzia. Stamtąd przesłanie to zawędrowało do Korei Południowej, Brazylii, Argentyny, Kamerunu i wielu innych krajów. Oblicza się, że w ciągu pół wieku w Stockbridge wydrukowano ok. 14 mln różnych książek, broszur i obrazków z modlitwami wzywającymi Bożego miłosierdzia. Dzięki ks. Serafinowi Michalence, który przemycił kliszę z „Dzienniczkiem” siostry Faustyny do Rzymu, a potem zawiózł tekst do Stockbridge, ukazało się tam pierwsze wydanie „Dzienniczka” w języku polskim. W 1986 r. Amerykanie przetłumaczyli go na język angielski, dzięki czemu stał się znany w całym świecie anglojęzycznym. W Anglii powstał i do dziś działa mariański Apostolat Miłosierdzia. W 1996 roku „Dzienniczek” przetłumaczono na język hiszpański, co doprowadziło do wielkiego rozwoju kultu w wielu krajach hiszpańskojęzycznych. Pracujący w Boliwii misjonarz mówi, że nie ma tam kościoła, w którym nie byłoby obrazu z napisem „Jezu, ufam Tobie”, a koronka jest jedną z najpopularniejszych modlitw w najbardziej odległych wioskach w Andach. Tylko w USA do Apostolskiego Ruchu Bożego Miłosierdzia należy prawie milion osób. Stowarzyszenie Pomocników Mariańskich szerzy ten kult w krajach misyjnych, rozsyłając książki, ulotki, obrazy z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego. W swej misji wykorzystuje też najnowsze technologie, promując Boże miłosierdzie w sieci.

    Kult się szerzy

    Marianów uznaje się za propagatorów Bożego miłosierdzia przez działalność wydawniczą. Pallotynów natomiast można uznać za krzewicieli kultu od strony doktrynalnej. Założyli oni ośrodek apostolstwa nie tylko w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, ale również we Francji, co przyczyniło się do rozwoju kultu w krajach francuskojęzycznych. Ważną rolę odegrał tu ks. Franciszka Cegiełka, więzień obozów w Sachsenhausen i Dachau. To właśnie tam poznał Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Był też przekonany, że to siostra Faustyna wyprosiła mu powrót do zdrowia i cudowne ocalenie. Podobne doświadczenia mieli też inni pallotyńscy więźniowie obozów koncentracyjnych, dlatego gdy w 1946 roku ich francuska delegatura została przekształcona w regię, doprowadzili do nadania jej tytułu „Miłosierdzia Bożego”. Właśnie pallotyni związani z Francją odegrali ważną rolę w kształtowaniu się teologicznych podstaw kultu Bożego Miłosierdzia. Dla jego potrzeb utworzyli Apostolat Miłosierdzia w Osny i zorganizowali tam centrum tego kultu. Już w latach 50. XX wieku zaczęli też gromadzić materiały związane z życiem i duchowością siostry Faustyny, z myślą o ewentualnym procesie beatyfikacyjnym.

    Amerykańscy żołnierze otrzymane w Narodowym Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Stockbrige obrazki Jezusa Miłosiernego zabrali ze sobą na Daleki Wschód. Szukający w USA lepszego życia i źródeł dochodu emigranci z różnych zakątków świata wysyłali pozostawionym w ojczyźnie bliskim nie tylko zarobione pieniądze, lecz także materiały dotyczące Bożego miłosierdzia. – W 1958 roku, kiedy istniał zakaz rozpowszechniania „Dzienniczka”, Filipińczycy dostawali z USA ulotki z obrazem Jezusa Miłosiernego i opisem objawienia. W obiegu były też kopie książeczki z koronką – mówił mi ks. Josefino Ramirez, odpowiedzialny za filipińskie ośrodki Apostolatu Miłosierdzia.

    Do rozpowszechnienia tego kultu przyczynili się również misjonarze. Bez Jezusa Miłosiernego pracy na misjach nie wyobrażał sobie ks. Stanisław Urbaniak. Jest jedynym polskim misjonarzem, który przeżył w Rwandzie sto dni ludobójstwa. Trzy lata przed tą tragedią powiesił w kościele w Ruhango obraz Jezusa Miłosiernego i – jak opowiadał – wszystko, co się później wydarzyło, było konsekwencją tego gestu. Na terenie parafii nikt nie zginął, a ludzie z grupy modlitewnej, do której należeli zarówno Hutu, jak i prześladowani Tutsi, pomagali potrzebującym. Po ludobójstwie powstało tam centrum Jezusa Miłosiernego z wieczystą adoracją, które jest miejscem pojednania i przebaczenia. Dokonało się tam wiele uzdrowień. Na Święto Miłosierdzia przybywa w to miejsce ponad 60 tys. ludzi z okolicznych krajów.

    Jezus spełnia obietnice

    Święto Miłosierdzia Bożego jest bardzo uroczyście obchodzone w sanktuarium w Atoku. Ksiądz Franciszek Filipiec, który jest tu rektorem, opowiada, że tego dnia z czterech stron Kamerunu przybywają piesze pielgrzymki. Święto ogłaszają tam-tamy, nawołując rytmicznie: „Chodźcie tu, Bóg jest miłosierny”. W czasie prowadzonej po powstaniu sanktuarium ewangelizacji w wielu domach wieszano krzyże i obrazy Jezusa, a ściągano amulety. Wszystkie wioski diecezji zostały zawierzone Bożemu Miłosierdziu. Ludzie mówili: przyszli księża, a uciekli czarownicy. Misjonarz opowiada, że na jego oczach spełniają się obietnice Chrystusa, który zapowiedział s. Faustynie, że ten, kto ufa Jego miłosierdziu, nie umrze bez pojednania.

    Podobne świadectwo słyszałam w Manili od ks. Mariusza Jarząbka. Marianin jechał taksówką, gdy ujrzał, że idący skrajem chodnika mężczyzna upadł. Kazał zatrzymać samochód i podszedł do leżącego. Ten, widząc koloratkę, poprosił o spowiedź. Po chwili umarł. Okazało się, że był on znanym propagatorem pierwszych piątków miesiąca i kultu Jezusa Miłosiernego. Następnego dnia filipińskie gazety pisały, że „Bóg przysłał misjonarza z Polski, by ten, który był Apostołem Bożego Miłosierdzia, nie umarł bez pojednania”.

    Beata Zajączkowska/Gość Niedzielny

    ***

    Koronka do siedmiu boleści Matki Bożej. Nieobjawiona, ale chciana przez Maryję

    SORROWS

    Lawrence OP CC BY-NC 2.0

    ***

    Świętej Elżbiecie z Hesji sam Pan Jezus miał objawić obietnice związane z tą koronką. O jej odmawianiu przypomniała Matka Boża podczas objawień w rwandyjskim Kibeho. Tam też prosiła, by odmawiać ją w dwa określone dni tygodnia.

    Kiedyś Kościół obchodził w ciągu roku liturgicznego aż dwa święta związane z cierpieniem Maryi. Pierwsze z nich narodziło się w Kolonii, w roku 1423 i ustanowiono je celem zadośćuczynienia za profanacje, jakich dokonywali husyci. Obchodzono je w piątek trzeciego tygodnia wielkanocnego.

    Trzy wieki później papież Benedykt XIII upowszechnił je w całym Kościele jako święto Matki Bożej Bolesnej, przenosząc jednocześnie jego obchód na piątek przed Niedzielą Palmową, jako że jego pasyjna treść bardziej pasowała do okresu Wielkiego Postu niż czasu wielkanocnego. Znikło ono z kalendarza wraz z reformą liturgiczną ostatniego Soboru.

    Drugie święto narodziło się z pobożności powstałego w XIII wieku zakonu serwitów (Sług Najświętszej Maryi Panny). Jego treść miało stanowić rozważanie wydarzeń i momentów szczególnego cierpienia Matki Bożej w historii zbawienia. Święto Siedmiu Boleści Maryi zaczęło zyskiwać coraz większą popularność mniej więcej w XVII wieku. W 1814 roku papież Pius VII zdecydował, że będzie je obchodził cały Kościół powszechny w trzecią niedzielę września.

    Pius X przeniósł ten obchód na 15 września, a więc dzień po święcie Podwyższenia Krzyża. W wyniku ostatniej reformy liturgicznej przejęło one nazwę zlikwidowanego święta wielkopostnego, a więc Matki Bożej Bolesnej.

    Z tym drugim świętem wiąże się także (pochodząca najpewniej również od serwitów) Koronka do siedmiu boleści Maryi. Zatwierdził ją papież Benedykt XIII w 1724 roku. Kolejni papieże wiązali z odmawianiem tej modlitwy odpusty.

    Przypominał o niej św. Alfons Maria Liguori w swoim dziele „O łaskach Matki Najświętszej”, a św. Elżbiecie z Hesji sam Pan Jezus miał objawić obietnice związane z jej odmawianiem: łaskę odprawienia pokuty za wszystkie grzechy jeszcze przed śmiercią; szczególną opiekę Bożą w utrapieniach i w chwili śmierci; dar szczególnej duchowej pamięci o Męce Pańskiej i nagrodę za tąż pamięć; nadzwyczajną opiekę Matki Bożej i łaskę bycia prowadzonym przez nią w życiu.

    Ciekawe jest to, że modlitwa ta nie została co prawda – w przeciwieństwie do wielu innych podobnych – podyktowana podczas jakiegokolwiek objawienia, czy wizji któremuś ze świętych, ale o jej odmawianiu przypomniała i prosiła o nie Matka Boża podczas objawień w rwandyjskim Kibeho w latach 1981-1983. Są to pierwsze objawienia Maryjne uznane oficjalnie przez Kościół w XXI wieku – uznał je biskup diecezji Gikongoro.

    31 maja 1981 roku w Kibeho Maryja miała powiedzieć jednej z wizjonerek: „To o co was proszę, to pokuta. Chcę jedynie skruchy. Jeżeli będziecie odmawiać Koronkę do siedmiu boleści, rozważając ją, otrzymacie moc, by naprawdę żałować. Dziś wielu ludzi w ogóle nie umie prosić o przebaczenie. Nadal krzyżują mego Syna. Dlatego chciałam was przestrzec”.

    Maryja prosiła jeszcze, by wizjonerka powiedziała o tym całemu światu i zapewniała: „Jeśli będziecie odmawiać ten różaniec, rozważając go, znajdziecie w sobie siłę, by wrócić do Boga”.

    Taki właśnie jest sens tej modlitwy. Nie ma ona zastąpić tradycyjnego różańca, ale pomóc nam uświadomić sobie swoje grzechy i uprosić duchowe siły potrzebne do nawrócenia, wyjścia z grzechów i przemiany życia.

    Matka Boża prosiła, by odmawiać Koronkę do jej siedmiu boleści przede wszystkim we wtorki (dzień objawień w Kibeho) i piątki (dzień męki i śmierci Jezusa).

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

    Wierzę w Boga…

    W tym miejscu warto krótko, własnymi słowami poprosić Maryję, aby pomogła nam modlić się gorliwie i w skupieniu, abyśmy wniknęli i podzielili z Nią Jej ból.

    Boleść pierwsza: Proroctwo Symeona

    Można przeczytać fragment Ewangelii: Łk 2, 34-35. W tej tajemnicy rozważamy ból Maryi wywołany zapowiedzią starca Symeona, że Jej duszę przeszyje miecz z powodu odrzucenia z jakim spotka się Jezus. Prosimy o łaskę wierności Chrystusowi i poddania się woli Bożej.

    Ojcze nasz…

    7 razy Zdrowaś, Maryjo…

    Chwała Ojcu…

    Boleść druga: Ucieczka do Egiptu

    Można przeczytać fragment Ewangelii: Mt 2, 13-15. W tej tajemnicy rozważamy ból Maryi spowodowany obawą o życie małego Jezusa i koniecznością ucieczki do obcego kraju. Prosimy o łaskę wsłuchania się w głos Boga i słowo, które do nas kieruje, abyśmy umieli z Bożej perspektywy widzieć wydarzenia naszego życia.

    Ojcze nasz…

    7 razy Zdrowaś, Maryjo…

    Chwała Ojcu…

    Boleść trzecia: Poszukiwanie Pana Jezusa, który pozostał w świątyni

    Można przeczytać fragment Ewangelii: Łk 2, 41-50. W tej tajemnicy rozważamy ból Maryi spowodowany zaginięciem Jezusa, strachem o Jego los i tęsknotą za Nim oraz niezrozumieniem Jego trudnej odpowiedzi. Prosimy o łaskę tęsknoty za Jezusem – za modlitwą, sakramentami, Słowem Bożym.

    Ojcze nasz…

    7 razy Zdrowaś, Maryjo…

    Chwała Ojcu…

    Boleść czwarta: Spotkanie Pana Jezusa dźwigającego krzyż

    Można przeczytać fragment Ewangelii: J 19, 16-18. 25-27. W tej tajemnicy rozważamy spotkanie Jezusa z Maryją podczas Jego Drogi Krzyżowej czy też szerzej: Jej wierną obecność przy Synu podczas Jego męki i Jej udział w Jego cierpieniach. Prosimy o łaskę cierpliwego znoszenia cierpień, krzywd, przykrości, upokorzeń, wszystkich naszych życiowych krzyżów.

    Ojcze nasz…

    7 razy Zdrowaś, Maryjo…

    Chwała Ojcu…

    Boleść piąta: Śmierć Pana Jezusa na krzyżu

    Można przeczytać fragment Ewangelii: J 19, 28-30. W tej tajemnicy rozważamy ból Maryi w momencie śmierci Jezusa. Prosimy szczególnie o łaskę „śmierci dla grzechu” – zerwania z jakimkolwiek grzechem, nawet najmniejszym.

    Ojcze nasz…

    7 razy Zdrowaś, Maryjo…

    Chwała Ojcu…

    Boleść szósta: Złożenie martwego ciała Jezusa w ramiona Matki

    W tej tajemnicy rozważamy moment nieopisany przez ewangelistów, ale słusznie „zakładany” przez pobożność chrześcijańską: chwilę (jak długą?), w której pozwolono Maryi pochylić się nad martwym ciałem Syna, objąć je, utulić. Prosimy szczególnie o łaskę prawdziwego, doskonałego żalu za grzechy i owocnej pokuty.

    Ojcze nasz…

    7 razy Zdrowaś, Maryjo…

    Chwała Ojcu…

    Boleść siódma: Złożenie Pana Jezusa do grobu

    Można przeczytać fragment Ewangelii: J 19, 38-42. Rozważamy w tej tajemnicy ból Maryi podczas złożenia ciała Jezusa w grobie (także ten związany z pośpiechem w jakim się to dokonało i niedopełnieniem wszystkich zwyczajów pogrzebowych Izraela). Prosimy o dar dobrej, szczęśliwej śmierci w stanie łaski uświęcającej dla nas samych, naszych bliskich i umierających w tej godzinie.

    Ojcze nasz…

    7 razy Zdrowaś, Maryjo…

    Chwała Ojcu…

    Na koniec, dla uczczenia łez wylanych przez Maryję odmawiamy jeszcze trzy razy Zdrowaś, Maryjo…

    Michał Lubowicki /Aleteia.pl

    ***

    Przesłanie dla Polski objawienia Maryi w Kibeho

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    Przesłanie dla Polski objawienia Maryi w Kibeho

    Objawienia Najświętszej Dziewicy Maryi w Kibeho

    Ludowa pobożność w Kościele katolickim zawsze i wszędzie interesowała się nadzwyczajnymi zjawiskami i wydarzeniami, które często mają związek z objawieniami zwanymi „prywatnymi”, dla odróżnienia ich od pozytywnego i ostatecznego Objawienia danego przez Jezusa Chrystusa. Objawienia prywatne dotyczą szczególnie pobożności maryjnej i mają swoje „orędzia”, nawet jeśli wykraczają poza te ramy. Może się zdarzyć, że pewne „objawienia” zostają uznane przez władzę kościelną. Tak jest na przykład w przypadku
    objawień, które miały miejsce w Lourdes we Francji, w Fatimie w Portugalii czy w Banneaux w Belgii. Zostały one uznane, jednak nie należą do depozytu wiary. Żaden chrześcijanin nie musi więc w nie wierzyć; jednak wymaga się od niego, by wykazał się szacunkiem wobec tych, którzy w nie wierzą.

    Taka sytuacja dotyczy również objawień w Kibeho w Rwandzie, uznanych przez Kościół 29 czerwca 2001 r. Mając to na uwadze, chcielibyśmy w niniejszym rozdziale, dając zarys zdarzeń, ukazać drogę, która doprowadziła do uznania wspomnianych objawień, przedstawić elementy orędzia z Kibeho, a w końcu powiedzieć o trzech uznanych przez Kościół widzących; wszystko po to, by zachęcić czytelnika do zebrania większej ilości informacji na ten temat.

    Elementy orędzia Matki Bożej z Kibeho

    Wśród faktów, które powinny służyć za wsparcie wiarygodności objawień w Kibeho, jednym z najważniejszych jest niewątpliwie treść „dialogów” widzących, jakość orędzia.

    Oczywiście objawień w Kibeho było wiele i bardzo rozciągnęły się w czasie; ale elementy składowe orędzia z Kibeho zostały wyjawione w ciągu dwóch pierwszych lat objawień, to znaczy przed końcem 1983 r. Po tej dacie nie pojawiło się nic oryginalnego, raczej powtórki i próby streszczeń. Dziewica przekazuje widzącym odrębne, ale nie przeciwstawne orędzia; można w nich łatwo rozpoznać wiele wspólnych punktów. Ograniczymy się tutaj do krótkiego zarysu. Mówiąc w skrócie, bez kopiowania słów każdej widzącej, orędzie z Kibeho mogłoby się sprowadzić do następujących tematów:

    1˚. Pilne wezwanie do skruchy i przemiany serc: „Okażcie skruchę, żałujcie za grzechy, żałujcie za grzechy!”. „Nawróćcie się, kiedy jest jeszcze na to czas”.

    2˚. Diagnoza moralnego stanu świata: „Świat ma się bardzo źle” („Ngo isi imeze nabi cyane”). „Świat działa na własną zgubę, wkrótce wpadnie w otchłań („Ngo isi igiye kugwa mu rwobo”), to znaczy pogrąży się w niezliczonych i nieustających nieszczęściach”. „Świat buntuje się przeciwko Bogu, (ubu isi yarigometse), popełnia za dużo grzechów; nie ma miłości ani pokoju”. „Jeśli nie okażecie skruchy i nie przemienicie waszych serc, wszyscy wpadniecie w otchłań”.

    3˚. Głęboki smutek Dziewicy Maryi: Widzące mówią, że widziały jak płakała 15 sierpnia 1982 r. Matka Słowa bardzo się martwi brakiem wiary ludzi i ich zatwardziałością w grzechu. Skarży się na nasze złe zachowanie, które charakteryzuje rozwiązłość obyczajów, upodobanie do zła, ciągły brak posłuchu dla Przykazań Bożych.

    4˚. „Wiara i brak wiary przyjdą niepostrzeżenie”. (Ngo ukwemera n’ubuhakanyi bizaza mu mayeri). To jedno z tajemniczych zdań, które Maryja powiedziała Alphonsine więcej niż raz w początkach objawień, z prośbą, by je powtórzyć ludziom.

    5˚. Zbawcze cierpienie: Ten temat jest jednym z najważniejszych w historii objawień w Kibeho, zwłaszcza u Nathalie Mukamazimpaka. Dla chrześcijanina cierpienie, zresztą nieuniknione w życiu doczesnym, jest obowiązkową drogą do osiągnięcia chwały niebieskiej. 15 maja 1982 r. Dziewica Maryja powiedziała swoim widzącym, a przede wszystkim Nathalie: „Nikt nie wchodzi do nieba, nie cierpiąc”. Albo jeszcze: „Dziecko Maryi nie rozstaje się z cierpieniem”. Ale cierpienie jest również sposobem na odpokutowanie za grzechy świata i udział w cierpieniach Jezusa i Maryi dla zbawienia świata. Widzący zostali zaproszeni do przeżycia tego orędzia w konkretny sposób, do akceptacji cierpienia z wiarą i radością, do umartwiania się („kwibabaza”) i rezygnacji z przyjemności (kwigomwa) w celu nawrócenia świata. Kibeho jest w ten sposób przypomnieniem miejsca krzyża w życiu chrześcijanina i Kościoła.

    6˚. Módlcie się nieustannie i szczerze:
    Ludzie nie modlą się, a nawet jeśli się modlą, wielu z nich nie robi tego jak należy. Dziewica prosi widzących, aby dużo modlili się za świat, nauczyli innych jak się modlić i modlili się zamiast tych, którzy się nie modlą. Dziewica prosi nas, byśmy modlili się z większą gorliwością i szczerze.

    7˚. Kult Maryi, urzeczywistniany przede wszystkim przez regularne i szczere odmawianie różańca.

    8˚. Różaniec do Siedmiu Boleści Dziewicy Maryi:
    Widząca Marie Claire Mukangango mówi, że otrzymała objawienia na tym różańcu. Dziewica kocha ten różaniec. Znany niegdyś, popadł potem w zapomnienie. Matka Boża z Kibeho pragnie, aby przywrócono mu dobre imię i rozpowszechniono w Kościele. Różaniec do Siedmiu Boleści nie zajmuje wcale miejsca Różańca Świętego.

    9˚. Dziewica Maryja pragnie, aby zbudowano Jej kaplicę na pamiątkę Jej objawienia się w Kibeho. Ten temat sięga do objawienia z 16 stycznia 1982 r. i wielokrotnie powraca tamtego roku z nowymi szczegółami.

    10˚. Módlcie się bez przerwy za Kościół, ponieważ w najbliższym czasie czekają go poważne przykrości. Alphonsine usłyszała to od Dziewicy 15 sierpnia 1983 r. i 28 listopada 1983 r.

    źródło tekstu: http://kibeho-sanctuary.com/Fronda.pl

    ***

    Siedem mieczy boleści Matki Bożej. Czemu aż tyle?

    Wikipedia

    ***

    W sztuce elementem ukazującym cierpienia Maryi jest miecz przeszywający – zgodnie ze słowami Symeona – Jej duszę. W miarę rozwoju pobożnych medytacji jeden miecz zamienił się w siedem mieczy. Co one oznaczają?

    Siedem mieczy boleści

    Imię Jacopone’a da Todi najlepiej na język polski przetłumaczyć jako „Kuba”, tym bardziej, że tak nazwali go bliscy, gdy podjął decyzję o rezygnacji ze światowej kariery i poświęcił życie pokucie i modlitwie. Szalony Kuba – a tak właśnie go nazwano – podjął pokutne życie po śmierci żony, gdy – wedle tradycji – odkrył, że pod drogimi sukniami nosiła włosiennicę, pokutując za jego utracjuszostwo.

    Po wstąpieniu do zakonu franciszkańskiego Jacopone wykazał się wybitnym talentem poetyckim, tak że już za życia uznawany był za mistrza. Obecnie wielu historyków literatury uważa, że obok Dantego jest najwybitniejszym przedstawicielem średniowiecznej poezji włoskiej.

    Spośród wszystkich dzieł da Todi najsłynniejsza jest pieśń Stabat Mater Dolorosa, która – przetłumaczona na wiele języków świata – jest śpiewana w kościołach po dziś dzień. Mater Dolorosa  Matka boleściwa jest tytułem, który przyznajemy Bożej Rodzicielce, chcąc ukazać nasze współczucie z Jej cierpieniem.

    Matka Boleściwa

    Matka Boleściwa jest motywem wielokrotnie wykorzystywanym w sztukach plastycznych, szczególnie w kameralnych dziełach związanych z tak zwanym nurtem devotio moderna. Celem tej „nowej” pobożności było wzbudzenie współczucia modlącej się osoby do umęczonego Chrystusa czy Jego matki. W sztuce takie myślenie zaowocowało szeregiem przedstawień dewocyjnych, które nie ilustrują dosłownie scen biblijnych, ale odnoszą się do Ewangelii, a przede wszystkim Pasji.

    Przykładem może być Pieta, scena ukazująca Maryję trzymającą na kolanach umęczone ciało Syna zdjętego z krzyża. Mimo jej braku w ewangelicznych opisach męki jest ona bardzo prawdopodobna – trudno bowiem założyć, że Matka nie chciałaby się pożegnać z Synem po śmierci.

    Pieta z Lubiąża

    ***

    Pieta z Lubiąża jest przykładem, chciałoby się powiedzieć, doprowadzonej do skrajności ekspresyjności i emocjonalności w sztuce. Cierpienie ukazane jest nie tylko w niezliczonych ranach na ciele Zbawiciela, ale także w pełnych rozpaczy rysach Jego Matki.

    Z kolei w jednym z kościołów w Hohenfeld znajdujemy przedstawienie będące połączeniem zdjęcia z krzyża oraz piety. Jednakże w samym przedstawieniu dostrzegamy nawiązanie do wielu odmiennych przedstawień – z jednej strony widzimy miecz przeszywający serce Matki, z drugiej strony patrzy Ona w górę, jakby ciągle wpatrywała się w wiszącego na krzyżu Syna.

    Pieta z Kościoła w Hohenfeld

    ***

    Mąż boleści

    Ten typ przedstawienia cierpiącej Maryi wynika już jednoznacznie z ewangelicznej opowieści o Jej towarzyszeniu Synowi podczas męki na krzyżu. Jednym z piękniejszych i jednocześnie przepełnionych ekspresją dzieł jest obraz Rogiera van der Weydena. Od średniowiecza aż po czasy współczesne powstał szereg obrazów ukazujących Maryję i Jana pod krzyżem. Z tej pary wyodrębniono postać Maryi – nierzadko ukazywano popiersie Matki Bożej z rękoma złożonymi w geście modlitwy. Bardzo często takie przedstawienia układano w dyptyki wraz z Chrystusem ukazanym w postaci Męża Boleściwego – jak widzimy to na przykład w przepięknym dziele Albrechta Boutsa.

    Chrystus jako mąż boleściwy w dziele Rogiera van der Weydena

    ***

    Ciekawym przykładem przemiany tego malarskiego przedstawienia jest obraz Bolesnej Maryi pędzla El Greca czy Tycjana. Tutaj kobiety są eleganckimi arystokratkami, których ból jest już dyskretny, ale mimo tego nie mniej ekspresyjny.

    Matka Boleściwa, El Greco
    Matka Boleściwa, Tycjan

    ***

    Miecz przeszywający duszę Maryi

    W sztuce ważnym elementem ukazującym cierpienia Maryi jest miecz przeszywający – zgodnie ze słowami Symeona – Jej duszę. W miarę rozwoju pobożnych medytacji jeden miecz zamienił się w siedem mieczy, takich jakie widzimy na wspaniałej rzeźbie z Salamanki czy też na obrazie z opactwa mniszek benedyktynek w Staniątkach.

    Siedem mieczy boleści, figura w Salamance

    ***

    Czym są owe miecze utkwione w sercu Maryi, ukazuje obraz Adriana Isenbrandta, gdzie na scenach otaczających zbolałą Matkę Boga widzimy: ofiarowanie, ucieczkę do Egiptu, odnalezienie w świątyni, drogę krzyżową, ukrzyżowanie, zdjęcie z krzyża oraz złożenie do grobu. Każda z tych scen namawia wiernych do pobożnej medytacji nad Pasją oraz współczucia Matce i Synowi.

    Juliusz Gałkowski /Aleteia.pl

    ***

    Jezus do ks. Dolindo: „Matka Bolesna jest najcenniejszym skarbem, jaki wam zostawiłem”

    ks. Dolindo Ruotolo o Matce Bożej Bolesnej

    fot. P. Vojtěch Kodet / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0; Kty68 / Shutterstock

    ***

    Jeśli upadniesz lub zwyczajnie nie masz siły i nie widzisz sensu, by iść dalej, bo miażdży cię cierpienie, schowaj się pod płaszczem naszej Mamy Maryi. Ona rozumie każdą łzę, u Niej znajdziesz ukojenie – podpowiadał ks. Dolindo.

    Niedawno na pogrzebie byłam świadkiem przeszywającej serce sceny. Grabarze zaczęli powoli spuszczać do dołu trumnę z ciałem mojego kolegi. Na jej wieku były umocowane trzy wianuszki z czerwonych różyczek, najmniejszy od trzyletniego synka. Pozostałe, większe – od dwóch starszych.

    Nagle mama Mariusza padła na zabłoconą ziemię na kolana. W geście bezradności, wyciągając ręce ku bezlitośnie zanurzającej się w czeluściach ziemi trumnie, szlochała i wołała: „Boże, oddaj mi synka!”. Żona Mariusza stała obok. Coraz silniej przyciskała do piersi czarno-białą fotografię ukochanego męża. Obie trzęsły się z bólu. Mysterium doloris – tajemnica bolesna. Nawet trębacz zamilkł. Wszyscy – było tam kilkaset osób – bezskutecznie i nieudolnie próbowaliśmy zdusić emocje, wbijając spojrzenia niebo. Serce pękało.

    Dwa dni później w szpitalu dziecięcym czekałam na korytarzu z synem na wyniki badań. Dłużyło się, bo… pielęgniarka za ścianą musiała stwierdzić zgon dziecka. Znowu – serce pękało. I znowu – mysterium doloris.

    Dwa tysiące lat temu, na Golgocie, pod wiszącym na Krzyżu ciałem zmasakrowanego Jezusa, stała Jego Mama. Jej serce pękało. Mysterium doloris.

    Ona to przeszła – śmierć dziecka. Widziała, jak je bezlitośnie katują, jak kolce korony cierniowej przebijają Jego oczy, wbijają się w szyję, jak kawałki mięśni odpadają – zamiast 36, Jezusowi wymierzono ponad 130 batów. A potem trzymała na dłoniach Jego rozszarpane i broczące krwią ciało. „Matka Bolesna – mówi Jezus w czasie lokucji wewnętrznej księdzu Dolindo Ruotolo – jest najcenniejszym skarbem, jaki wam zostawiłem”.

    Siedem boleści Matki Bożej

    Matkę Bożą Bolesną Kościół czci od wieków. Ale to dopiero św. Pius X ustanowił Jej święto na 15 września, po uroczystości Podwyższenia Krzyża Świętego.

    Ten dzień to też imieniny ks. Dolindo. Tata Rafaele nadał takie imię mistykowi właśnie z myślą o Matce Bożej Bolesnej (Dolorosa), a przywołuje ono obraz Matki Bożej Siedmiu Boleści (Madonna dei sette dolori).

    W domu ks. Dolindo stała figurka Madonniny. Należała do jego mamy. Maryja ma na sobie uszytą z czarnego aksamitu suknię, na głowie koronę, a jej twarz jest przykryta czarnym woalem. Oczy wzniesione ku górze, na twarzy maluje się ewidentny rys cierpienia. Lekko uchylone usta, jakby wołały ratunku z nieba. W dłoni trzyma białą chusteczkę, którą ocierała zapewne łzy. Mater Dolorosa jest, obok Matki Bożej Pompejańskiej, jednym z najpopularniejszych wizerunków w Neapolu. W kościołach figura ma jeszcze wbite w serce siedem sztyletów.

    Wyobrażam sobie tę scenę. Jest piękne, słoneczne południe. Na uliczkach Jerozolimy kłębią się tłumy. Maryja niesie w ramionach zawiniątko. Za nią Józef. Niemowlę słodko śpi. Rodzice są szczęśliwi. Wchodzą schodami do świątyni, by zgodnie z żydowskim zwyczajem ofiarować Chłopczyka Bogu. Tego dnia jest tu też Symeon. Starzec podchodzi do pięknej 15-letniej dziewczyny i niespodziewanie ujęty urodą Dziecka, bierze Jej Syna w ramiona. Wyobrażam sobie, że młoda Mama jest nieco spłoszona. Symeon błogosławi Dziecko. „Moje oczy ujrzały zbawienie” – mówi. Po czym otrząsa się ze wzniosłej modlitwy, spogląda w oczy Miriam i zmieniając ton dodaje: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Co Miriam czuje?

    Proroctwo Symeona uznane jest za pierwsze z siedmiu boleści, mieczy wbitych w serce Maryi. Potem ucieczka z Egiptu, chwile stresu, kiedy mały Jezus zgubił się w świątyni, wreszcie spotkanie na drodze krzyżowej i spojrzenie w twarz broczącego krwią Syna. Potem sama Golgota, a więc moment ukrzyżowania i śmierci. Boleść szósta to chwila zdjęcia z krzyża, a złożenie do grobu Jezusa jest siódmym z bóli Maryi. Ale nie tylko o siedem boleści chodzi w tym święcie.

    Współodkupicielka

    Ten tytuł ostatnio budzi trochę emocji. Wielu kojarzy go z nieuznanymi jeszcze przez Kościół objawieniami Matki Bożej w Amsterdamie. Tam Maryja miała prosić, by ogłoszono dogmat o Współodkupicielce. Tymczasem czcząc Matkę Bożą Bolesną, Kościół od wieków wskazuje na Jej rolę jako Współodkupicielki.

    Piszą o tym ojcowie Kościoła, mówili Leon XIII i Pius IX. A z precyzją napisał św. Pius X. W encyklice Ad Diem Illum Laetissimum o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny papież podkreśla wręcz, że Maryja „zasłużyła na to, aby stać się Odkupicielką upadłej ludzkości”. Pius X pisze te słowa w 1904 roku. W wydanej rok przed śmiercią encyklice papież przywołuje rozważania św. Bonawentury, iż Maryja tak uczestniczyła w cierpieniach Jezusa stojąc pod krzyżem, „że byłoby Jej się wydało nieskończenie lepszym, gdyby mogła wziąć na siebie męki, które przechodził”. A bł. Katarzyna Emmerich zapisuje w swoich wizjach życia Najświętszej Maryi Panny, że Maryja „całym sercem modliła się gorąco, by Jezus dał jej umrzeć wraz z sobą”.

    Ks. Dolindo pisze wręcz o spazmatycznym bólu Maryi na Golgocie. Podkreśla, że Maryja nie była jedynie świadkiem ofiary na krzyżu, tak jak Magdalena czy pozostałe kobiety. „Maryja ofiarę tę wypełniała z Jezusem: podczas gdy tylko Jezus mógł się ofiarować, Ona Jego ofiarowywała i oddawała jako Matka, i w ten sposób niezwykle skutecznie przyjmowała w swoim Niepokalanym Sercu nieskończone wręcz bogactwa, które wytryskiwały z ofiary na krzyżu”.

    Ks. Dolindo nie mówił nigdy o dogmacie o Współodkupicielce. Z przekonaniem pisał o Jej roli współzbawczej, gdyż na Kalwarii przelała się de facto także krew Maryi. Jezus był przecież biologicznie Jej synem.

    Według ks. Dolindo Maryja w czasie porodu Jezusa „nie odczuła żadnego bólu” i odbył się on, zdaniem mistyka, „w ekstazie niewymownej radości”. Natomiast „jeśli chodzi o rodzenie Mistycznego Ciała Pana, to kosztowały Ją bóle kal­waryjskie nie do wypowiedzenia, ponieważ była Współodkupicielką rodzaju ludzkiego”. Ale Jej cierpienie nie skończyło się do dzisiaj…

    I po co to wszystko?

    Mariusz, 50-latek, w maju poszedł na rutynowy zabieg. Zaraz po nim miał jechać na upragnione wakacje do Chorwacji. Ale niespodziewanie wszystko potoczyło się inaczej. Po kilku miesiącach autentycznej kalwarii na szpitalnych oddziałach intensywnej terapii, jego ciało było jak ubiczowane. Odszedł. I co dalej? – pytają jego mama i żona. Jak mają żyć bez ukochanego syna, męża, taty dzieci? I po co to wszystko? Tu na ziemi nie ma odpowiedzi albo jest częściowa, nieudolna. Lepiej czasem jej nie szukać…

    „Ból, cierpienie przygniata człowieka, gdy go dopada. Ale w swoim czasie odnawia ludzkie serce” – pisze ks. Dolindo. To tajemnica. Niewiele z niej rozumiem. Ale czy to właśnie nie na cierpieniu zarówno Jezusa jak i Maryi, Bóg zaczął budować Kościół? „To jest Twój syn, to jest twoja Matka”. Mama Jezusa jest Mater Ecclesiae. Mater Dolorosa.

    Konstytucji dogmatycznej o Kościele Soboru Watykańskiego II znajduję taki zapis: Maryja nie tylko „współcierpiała ze swoim Synem umierającym na krzyżu i współpracowała w dziele Zbawienia”, ale „wzięta do nieba, nie zaprzestała pełnić tej zbawczej roli”.

    W prosty sposób myśl teologiczną ojców soborowych mogą wyjaśnić słowa, jakie ks. Dolindo usłyszał od Maryi. To mocne słowa: „Smutna wizja grzechów zalewających ziemię stawia mnie ponownie pod tym krzyżem, na którym wszyscy zostali odkupieni i za których grzechy Syn mój zapłacił awansem. Grzesznik jest dla mnie obrazem poniżenia i cierpienia, ran Jezusa […]. Ale jestem gotowa przyjąć każdego grzesznika, który do mnie przyjdzie, bo jest moim dzieckiem”.

    Ks. Dolindo dodaje: „Jeśli więc upadniesz lub zwyczajnie nie masz siły i nie widzisz sensu, by iść dalej, bo miażdży cię cierpienie, schowaj się pod płaszczem naszej Mamy Maryi. Ona rozumie każdą łzę, u Niej znajdziesz ukojenie”.

    Joanna Bątkiewicz-Brożek/Aleteia.pl

    Sidła Kusego

    Mówią prześmiewcy, że najlepszym sposobem na pokusę jest ulec jej. A to tak, jakby sposobem na zarazki było zachorować i umrzeć.

    UNSPLASH

    ***

    W niedzielę wieczorem 3 maja 1868 roku św. Jan Bosko opowiedział chłopakom, którymi się opiekował, treść nadprzyrodzonej wizji, jaką miał ostatniej nocy. „Ujrzałem szeroką drogę, piękną i doskonale wybrukowaną. Wzdłuż jej poboczy ciągnął się świetnie utrzymany żywopłot, przeplatany mnóstwem pięknych kwiatów” – opowiadał założyciel salezjanów. Droga wydawała się równa, lecz gdy na nią wszedł ze swoim tajemniczym przewodnikiem, poczuł, że prowadzi w dół. Przypomniał sobie werset z Księgi Syracha: „Droga grzeszników gładka, bez kamieni, lecz u jej końca – przepaść Szeolu”.

    Święty zauważył w pewnej chwili, że tą samą drogą posuwa się wielu chłopców, w tym jego liczni wychowankowie z turyńskiego oratorium. „Przypatrując się im, zobaczyłem, że co chwila któryś z nich padał na ziemię. Jakaś niewidzialna siła wlokła go jednak dalej i wciągała do przepaści podobnej do ziejącego pieca” – mówił. Po chwili dojrzał zastawione na drodze pułapki, świetnie zamaskowane. To one powodowały upadki. „Przy dokładniejszych oględzinach sideł zobaczyłem, że każde z nich ma napis: pycha, nieposłuszeństwo, zazdrość, nieczystość, kradzież, obżarstwo, lenistwo, złość i jeszcze inne” – mówił przejętym słuchaczom ks. Bosko. Wskutek jego relacji wielu z nich rozpoznało tam siebie i pokutowało, a wszyscy uświadomili sobie, jak straszną rzeczą jest grzech i jak podstępny jest Nieprzyjaciel, który do grzechu kusi.

    Jest diabeł

    W powszechnej świadomości pokusa funkcjonuje jako coś pochodzącego od Złego – od Kusego. Zwraca na to uwagę o. Robert Więcek, jezuita. – Oznacza to fundamentalne założenie, że diabeł jest. Bo jeśli ktoś nie wierzy w istnienie Kusego, to nie będzie wierzył w żadne pokusy. Będzie je uważał za „nieuporządkowanie mentalne, psychiczne”, za „brak kontroli nad sobą” i takie rzeczy – mówi. Podkreśla, że diabeł jest bardzo inteligentny, ale – o ile nie mówimy o opętaniu – nie może wpłynąć na naszą wolę w taki sposób, żeby nas do czegoś zmusić. Dlatego używa podstępów.

    Strategię Złego w genialny sposób rozpoznał św. Ignacy Loyola. Opisał to w „Ćwiczeniach duchownych”.

    „Ludziom, którzy przechodzą od grzechu śmiertelnego do grzechu śmiertelnego, nieprzyjaciel [szatan] ma przeważnie zwyczaj przedstawiać przyjemności zwodnicze i sprawia, że wyobrażają sobie rozkosze i przyjemności zmysłowe, aby ich tym bardziej utrzymać i pogrążyć w ich wadach i grzechach. Duch zaś dobry w takich ludziach stosuje sposób [działania] zgoła przeciwny, kłując ich i gryząc sumienia ich przez prawo naturalnego sumienia” – pisze założyciel zakonu jezuitów w pierwszej regule rozeznania duchów.

    Kusiciel czasem podaje się nawet za anioła światłości. – Żeby osiągnąć swój cel, Zły jest w stanie kusić nas… do dobrego. Na przykład: „Odmawiaj codziennie dziesiątkę Różańca w Wielkim Poście”. Potem ci mówi: „Odmawiaj dwie dziesiątki”. Potem powie: „Odmawiaj cały Różaniec”. W końcu, gdy ci braknie czasu, zarzuca ci: „A widzisz? Nie jesteś wierny!” – mówi o. Robert Więcek. – U osób, które postępują w dobrym, dokłada do pieca. Są tacy ludzie, którzy objeżdżają wszystkie różańcowe kółka, wszystkie Msze z modlitwą o uzdrowienie i spotkania nie wiadomo jakie. A z kolei takiego, któremu się nie chce, będzie stopował: „Po co tam cały Różaniec, dziesiątka wystarczy. A zresztą jesteś zmęczony, odmów zdrowaśkę i wystarczy” – zauważa duchowny. Wskazuje, że szatanowi niekoniecznie chodzi o jakieś wielkie zło. Generalnie chce z człowieka zrobić albo pracoholika, albo ciężkiego lenia. Jego pokusy nie są od razu takie: idź, zgwałć tę kobietę, zabij tego człowieka. Szatan wie, że jak od razu da „grubą pokusę”, to ona nie przejdzie. Dla niego zwycięstwem jest już to, że osoby, które w drodze duchowej, jak mówi Ignacy, „wznoszą się od dobrego do lepszego”, zatrzyma w tej drodze ku górze.

    Wzmacnianie występku

    Diabelską strategię skłaniania ludzi do skrajności opisał Clive Staples Lewis w słynnej książce „Listy starego diabła do młodego”.

    „Modną wrzawę każdego pokolenia skierowujemy przeciwko tym występkom, które mu najmniej zagrażają, a aprobatę jej skierowujemy na cnotę najbliższą temu występkowi, który usiłujemy najbardziej rozpowszechnić. Pojmujesz, zabawa polega na tym, by w wypadku powodzi wszyscy biegali z przyrządami do gaszenia pożaru, a w łodzi tłoczyli się po tej stronie, która już zanurza się w wodzie. W ten sposób czynimy modnym ostrzeganie ludzi przed niebezpieczeństwem entuzjazmu w momencie, gdy wszyscy stają się coraz bardziej przyziemni i obojętni. Sto lat później, kiedy faktycznie czynimy z nich byronistów upojonych emocjami, kierujemy ten modny krzyk pokolenia przeciwko niebezpieczeństwu czystego »rozumu«. Wieki okrutne ostrzegamy przed sentymentalizmem; próżne i gnuśne przed przyzwoitością; rozpustne przed purytanizmem; gdy wszyscy staczają się ku niewolnictwu lub tyranii, wmawiamy, że liberalizm jest najgroźniejszym niebezpieczeństwem” – instruuje stary diabeł młodego kusiciela.

    Dokładanie do pieca

    Zły dostosowuje swoją strategię do duchowej kondycji kuszonego. U początkujących na drodze wiary szatan wy­olbrzymia przeszkody i zniechęca. Doświadczył tego także św. Ignacy w pierwszym etapie po nawróceniu. W pewnym momencie, gdy wiele się modlił i pościł, pielęgnował chorych i znosząc zniewagi poskramiał swoją szlachecką dumę, kusiciel zaatakował go przymilnym pytaniem: „Czyś dobrze rozważył wszystkie trudności, które czekają cię na tej drodze? Czy potrafisz przez długie lata, może przez lat siedemdziesiąt, tak dręczyć swoje ciało i odmawiać mu wszystkiego?”. Te myśli niepokoiły go mocno, aż do chwili, gdy zorientował się, że to nie żadna roztropność mówi do niego, lecz diabeł. „A kto mi może zaręczyć, że tyle lat będę żył? Kto może mi choćby jedną godzinę życia zapewnić?” – odparł atak kusiciela.

    Czasami jednak Ignacy dawał się nabrać. Próbując naśladować wielkich świętych, przesadzał w umartwieniach, a diabeł „dokładał mu do pieca”. W ten sposób zniszczył sobie zdrowie. Gdy zdał sobie z tego sprawę, uświadomił sobie zarazem potrzebę spokojnego rozeznawania, skąd pochodzą duchowe impulsy.

    Nie ukrywaj

    – Trzeba wiedzieć, że szatan się nie śpieszy. Zakłada pułapki jak kłusownicy. Zwierzę nie może zauważyć, że coś tu nie gra – mówi o. Więcek. Przywołuje jedno z porównań, stosowanych przez Ignacego na określenie taktyki diabła. – Diabeł działa jak amant – zaleca się, mówi piękne słówka, ale zastrzega: nikomu o tym nie mów. Ignacy natomiast poleca: wszystko mów kierownikowi duchowemu – podkreśla jezuita, dodając, że podobne polecenie daje Jezus św. Faustynie. Dlaczego to takie ważne? Bo gdy zły duch ujrzy, że jego plany zostały odkryte, odchodzi, ponieważ wie, że tam nic nie zdziała – zauważa.

    Wskazuje, że zły duch nie odpuści i będzie nas atakował do końca naszego życia. Tu będzie atakował grubo, tam subtelnie. Będzie wyciągał poczucie winy, wyszukiwał dziury w całym, zniechęcał do zmiany, pracy nad sobą. Robi to w różnych wersjach i konfiguracjach: bo nie masz czasu, bo jesteś ojcem, bo jesteś księdzem, bo masz to, bo nie masz tego.

    – Przychodzą do mnie rodzice, którzy gryzą się, że źle wychowali swoje dzieci. I zły duch ich w tym nakręca. I płacze taka mama, że przekazała dzieciom wszystko, co najlepsze, a jednak źle wyszło. A ja jej mówię: „Przecież pani nie jest Panem Bogiem. Jeśli pani teraz neguje te lata, w których była pani z dziećmi, to jest to nieprawda, to jest pokusa złego ducha”. No tak! Bo to podcina skrzydła, odbiera ochotę do robienia czegokolwiek i wmawia, że lepiej nic nie robić – przekonuje jezuita. Zwraca też uwagę na dominację egoizmu, widoczną na przykład w pladze rozwodów i poszukiwaniu „nowszego modelu”.

    – Demon egoizmu rozrywa ten świat. W tej pokusie swoją bazę mają trzy pokusy, o których mówi Ignacy: pokusa bogactwa, pokusa próżnej chwały i pokusa pychy. Bo chcę wszystko mieć, bo chcę być znany, i ja tu jestem panem i bogiem. O to złemu duchowi chodzi: żebyśmy szli w kierunku przekonania, że ja Boga nie potrzebuję, bo sam nim jestem – mówi.

    Jedną z podstawowych metod pokonywania pokus jest sformułowana przez pierwszego jezuitę zasada agere contra (działać przeciw). – Na przykład ktoś prosi mnie, żeby się z nim przejść, a w tym czasie leci mecz Ligi Mistrzów, który chcę obejrzeć, więc kłamię, że nie mam czasu. Agere contra polegałoby na deklaracji: „Tak, pójdę z tobą”. Pod prąd mojemu chceniu – mówi o. Robert Więcek.

    Tego nie ruszy

    Święty Antoni Opat, pustelnik z III wieku, jeden z mistrzów walki z pokusami, powiedział kiedyś: „Zobaczyłem wszystkie sidła nieprzyjaciela rozpostarte na ziemi, jęknąłem więc i powiedziałem: »A któż się im wymknie?«. I usłyszałem głos mówiący do mnie: »Pokora«”.

    Pokora ustawia człowieka we właściwej relacji z Bogiem i pozwala przejść przez ogień każdej próby. Pokornemu pokusy nie zrobią krzywdy, przeciwnie – zwalczone posłużą mu do duchowego wzrostu. Jak mówi apostoł: „Błogosławiony mąż, który wytrwa w pokusie, gdy bowiem zostanie poddany próbie, otrzyma wieniec życia, obiecany przez Pana tym, którzy Go miłują” (Jk 1,12). •

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


  • Matka Boża i Święci Pańscy – grudzień 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 grudnia

    Święta Katarzyna Laboure,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Sylwester I, papież
    Święta Katarzyna Laboure

    Katarzyna urodziła się 2 maja 1806 r. w burgundzkiej wiosce Fain-les-Moutiers, w licznej rodzinie chłopskiej (była dziewiąta z jedenaściorga rodzeństwa). Kiedy miała 9 lat, zmarła jej matka. Nigdy nie uczęszczała do szkoły. Po pogrzebie matki Katarzynę zabrała ciotka Małgorzata. W tym czasie starsza siostra Katarzyny wstąpiła do Sióstr Miłosierdzia (szarytek). Kiedy rodzeństwo rozeszło się, ojciec wezwał Katarzynę, by pomogła mu w prowadzeniu gospodarstwa. Miała wówczas zaledwie 12 lat. Z całą energią zabrała się do nowych obowiązków, zajmując się ponadto wychowaniem najmłodszego brata i siostry.
    Kiedy miała 20 lat i przekonała się, że w domu jej pomoc nie jest już nagląco potrzebna, wyznała ojcu, że pragnie wstąpić do szarytek. Ojciec stanowczo jednak odmówił i wysłał córkę do Paryża, do jej brata, Karola, żeby mu pomagała prowadzić tam skromną restaurację. Nie czuła się tam jednak dobrze i dlatego też, na własną rękę, przeniosła się do bratowej, by pomagać jej w prowadzeniu pensjonatu. Równocześnie nawiązała kontakt z siostrami miłosierdzia. Wstąpiła do nich w 24. roku życia. Po odbyciu postulatu i trzech miesięcy próby odbyła nowicjat w domu macierzystym zakonu w Paryżu. W domu na rue du Bac w Paryżu doznała mistycznych łask. Rzadki to wypadek, by już w nowicjacie, a więc na progu życia zakonnego, Pan Bóg obdarzał swoich wybrańców darem wysokiej kontemplacji aż do ekstaz i objawień. Katarzyna należała do tych szczęśliwych wybranek. Najgłośniejszym echem odbijały się po świecie objawienia dotyczące “cudownego medalika”. Było ich w sumie pięć. Najbardziej znane są dwa.
    W nocy z 18 na 19 lipca 1830 roku, kiedy Francja przeżywała rewolucję lipcową, w której został obalony król Karol X, podczas snu ukazał się Katarzynie anioł, zbudził ją i zaprowadził do kaplicy nowicjackiej. Tam zjawiła się jej Matka Boża, która skarżyła się na publiczne łamanie przykazań, zapowiedziała kary, jakie spadną na Francję i zachęciła Katarzynę do modlitwy i uczynków pokutnych.
    Kilka miesięcy później, w nocy z 26 na 27 listopada 1830 roku, ten sam anioł w podobny sposób obudził Katarzynę i zaprowadził ją do kaplicy. Szarytka ujrzała Najświętszą Maryję Pannę stojącą na kuli ziemskiej, depczącą stopą łeb piekielnego węża. W rękach trzymała kulę ziemską, jakby chciała ją ofiarować Panu Bogu. Równocześnie Katarzyna usłyszała głos: “Kula, którą widzisz, przedstawia cały świat i każdą osobę z osobna”. Niebawem obraz zmienił się. Matka Boża miała ręce szeroko rozwarte i spuszczone do dołu, a z Jej dłoni tryskały strumienie promieni. Usłyszała ponownie głos: “Te promienie są symbolem łask, jakie zlewam na osoby, które Mnie o nie proszą”. Święta ujrzała następnie literę M z wystającym z niej krzyżem, dokoła 12 gwiazd, a pod literą M dwa Serca: Jezusa i Maryi. Dokoła postaci Maryi z rękami rozpostartymi ujrzała napis: “O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Pod koniec tego objawienia Katarzyna otrzymała polecenie: “Postaraj się, by wybito medale według tego wzoru”.
    Katarzyna o swoim objawieniu oraz o otrzymanym poleceniu zawiadomiła spowiednika, o. Aladela. Ten nie chciał sam decydować, ale poradził się arcybiskupa Paryża. Arcybiskup po wstępnym zbadaniu sprawy orzekł, że nie widzi w tym nic, co sprzeciwiałoby się nauce katolickiej. 30 czerwca 1832 roku wybito 1500 pierwszych medalików. Dla bardzo wielu łask zyskały one sobie tak wielką sławę, że zaczęto je szybko określać mianem “cudownego medalika”. W ciągu 10 lat w samym tylko Paryżu wybito w różnych wielkościach ponad 60 milionów jego egzemplarzy. W roku 1836 arcybiskup Paryża zarządził kanoniczne zbadanie objawień oraz łask, jakie wierni otrzymali przez cudowny medalik. Raport komisji stwierdził wiarygodność tak objawień, jak i cudów. Wtedy biskup wydał oficjalną aprobatę.
    Cudowny Medalik Niepokalanej nie był pierwszą w dziejach Kościoła katolickiego tego rodzaju formą czci Matki Bożej. Znaleziono już z wieku IV dwa medaliony z wizerunkiem Matki Bożej. Papieże w wiekach średnich podobne medale błogosławili i rozdzielali pomiędzy wiernych. Papież św. Pius V w 1566 roku udzielił nawet odpustu zupełnego dla tych, którzy będą go nosić. Z czasem jednak przestano je nosić. Cudowny medalik przywrócił ten chwalebny zwyczaj, a ponieważ współczesne medaliki są małe i bardzo lekkie, dlatego wiele osób bardzo chętnie je nosi. Nazwę “cudowny medalik” zatwierdziła Stolica Święta, a papież Leon XIII dekretem z dnia 23 lipca 1894 roku zezwolił na coroczne obchodzenie święta Objawienia Cudownego Medalika (dnia 27 listopada).

    Cudowny Medalik

    Mimo sławy objawień Katarzyna pozostała cicha i nieznana. Nie uczyniła bowiem ze swego objawienia sprawy publicznej – powiedziała o nim jedynie swojemu spowiednikowi. W 1831 r. Katarzyna znalazła się w hospicjum przy ulicy Picpus i tam, w ukryciu, dokończyła swego skromnego życia, wypełnionego uciążliwymi posługami około starców. Zmarła 31 grudnia 1876 r. Ciało Świętej spoczywa w kaplicy nowicjatu w domu macierzystym sióstr w Paryżu. W 24 lata po objawieniu medalika Niepokalanej papież Pius IX ogłosił dogmat Niepokalanego Poczęcia Maryi (1854), a w 4 lata potem Matka Boża objawiła się jako Niepokalane Poczęcie św. Bernadetcie Soubirous (1858). Beatyfikacji Katarzyny dokonał papież Pius XI 28 maja 1933 roku, a do chwały świętych wyniósł ją papież Pius XII w 1947 roku.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Święty Sylwester I, papież

    Święty Sylwester I - mozaika bizantyjska

    Sylwester był z pochodzenia Rzymianinem, urodził się za panowania papieża św. Marcelego lub nawet wcześniej. Jego ojcem był prawdopodobnie kapłan Rufin (w tym czasie duchowieństwa nie obowiązywał jeszcze ścisły celibat). O jego dzieciństwie, młodości i wykształceniu nic nie wiadomo. Kiedy prześladowanie dioklecjańskie ze szczególną wrogością odnosiło się do ksiąg świętych w Kościele i nakazało je niszczyć, właśnie Rufin przechowywał w tajemnicy księgi liturgiczne i Pismo święte, należące do Kościoła w Rzymie.
    Sylwester wstąpił na tron papieski po św. Milcjadesie w styczniu 314 roku. Zasiadał na nim bardzo długo – przez 21 lat. Po edykcie mediolańskim kończącym erę prześladowań chrześcijan w cesarstwie rzymskim podjął organizację kultu Bożego. Duchowieństwo chrześcijańskie zwolniono od pełnienia publicznych funkcji pozakościelnych, decyzje sądów biskupich obowiązywały chrześcijan w poszczególnych okręgach, a niedzielę uznano oficjalnie za święto państwowe.
    Za pontyfikatu Sylwestra odbył się pierwszy sobór powszechny w Nicei (325). Ze względu na podeszły wiek papież nie uczestniczył w nim osobiście – wysłał tam jednak swoich legatów, a następnie na synodzie w Rzymie zatwierdził uchwały tego soboru. Przyjęto tam m.in. wyznanie wiary, które recytujemy w czasie Mszy świętych oraz ogłoszono dogmat o boskości Syna i Jego równości z Ojcem. Ujednolicono obchodzenie świąt Wielkanocy w całym Kościele. Ogłoszono 20 kanonów prawa kościelnego, które obejmowały uprawnienia jurysdykcyjne biskupów Rzymu oraz określały sposób wybierania biskupów. Gdy Konstantyn Wielki ufundował bazyliki św. Jana na Lateranie i św. Piotra na Watykanie, Sylwester I dokonał obrzędu uroczystej konsekracji obu świątyń. Odtąd każda świątynia była konsekrowana w podobny sposób. Według legendy to właśnie św. Sylwester pozyskał dla wiary matkę Konstantyna Wielkiego – św. Helenę.

    Święty Sylwester I

    Zmarł 31 grudnia 335 r. Data ta wydaje się pewna, gdyż spotykamy ją w najdawniejszych dokumentach. Jego święto obchodzi się od V wieku – Grecy obchodzą je 2 stycznia. Śmiertelne szczątki papieża spoczęły w katakumbach św. Pryscylli, gdzie w VII wieku wystawiono ku jego czci bazylikę. Obecnie relikwie św. Sylwestra I znajdują się niedaleko miasta Modena. Sylwester jest patronem tego miasta i diecezji, która ma w tym mieście swą stolicę. Jest także patronem zwierząt domowych, wzywany bywa w modlitwie o dobre zbiory paszy, a także o szczęśliwy i pomyślny nowy rok. Dzień św. Sylwestra jest ostatnim dniem w roku kalendarzowym. Dlatego w kościołach urządza się wieczorem specjalne nabożeństwo dziękczynno-ekspiacyjno-błagalne. Duszpasterze zdają wiernym sprawozdania z całorocznej pracy w parafii. Znane są także w całym świecie “zabawy sylwestrowe”, czyli “Sylwestry”.
    Ikonografia przedstawia św. Sylwestra w papieskim stroju pontyfikalnym lub jako papieża w tiarze i czerwonym płaszczu. Jego atrybutami są: kościół, księga, trzyramienny krzyż, paliusz, tiara, wąż z książką, smok u stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    św. Sylwester – papież nowej epoki

    Patron ostatniego dnia roku kalendarzowego był pierwszym papieżem Kościoła cieszącego się swobodą.

    św. Sylwester - papież nowej epoki

    Fresk w rzymskiej bazylice Czterech Koronowanych Świętych przedstawia cesarza (po prawej), który nadaje papieżowi Sylwestrowi (po lewej) władzę polityczną nad Europą Zachodnią. Jej symbolem jest korona, którą Konstantyn wręcza papieżowi. W rzeczywistości nic takiego nie miało miejscafot.

    fot. East News/AKG–IMAGES

    ***

    Któregoś jesiennego dnia 312 roku cesarz Konstantyn wydał swoim żołnierzom dziwny rozkaz. Mieli namalować na swoich tarczach znak złożony ze splecionych greckich liter X i P (chi-rho). Mówiono, że w nocy jakiś głos miał zapewnić cesarza, iż ten znak poprowadzi go do zwycięstwa. Konstantyn był poganinem i nie wiedział, że ów znak to monogram Chrystusa. 28 października armia Konstantyna dotarła do mostu Mulwijskiego, przez który można było dotrzeć do Rzymu od północy. 40 tysięcy zbrojnych stanęło naprzeciw dwukrotnie liczniejszej armii konkurencyjnego cesarza Maksencjusza. Mimo takiej przewagi wroga Konstantyn zwyciężył i zajął Rzym. Rok później spotkał się w Mediolanie z Licyniuszem, cesarzem wschodniej części imperium, i obaj podpisali dokument zwany edyktem mediolańskim, który zapewnił wszystkim mieszkańcom państwa rzymskiego wolność wyznawania religii.

    NOWE CZASY
    To był punkt zwrotny. Prześladowani dotąd chrześcij anie mogli od tej pory swobodnie wyznawać Chrystusa. Uwięzionym zwrócono wolność, oddano zagarnięte kościoły i majątki. To wtedy, 31 stycznia 314 roku, biskupem Rzymu został Sylwester, powszechnie szanowany kapłan. Pontyfi kat Sylwestra I nieomal pokrywa się z latami, w których władzę nad rzymskim imperium sprawował Konstantyn. Stąd później zrodziło się wiele legend o synowskim stosunku cesarza do papieża. Opowiadano na przykład, że Sylwester uzdrowił cesarza z trądu i że go ochrzcił. W rzeczywistości Konstantyn przyjął chrzest dopiero na łożu śmierci z rąk swojego sekretarza, biskupa Euzebiusza z Cezarei. Dzięki Euzebiuszowi, który był także historykiem, wiele wiemy o cesarzu, a niewiele o papieżu.

    NIEBEZPIECZNA TROSKA
    Sam cesarz Konstantyn, choć zwlekał z przyjęciem chrztu, mocno sprzyjał chrześcijaństwu. Roztoczył nad Kościołem opiekę, nadał mu przywileje, a nawet zaczął angażować się w rozstrzyganie sporów kościelnych. Uważał się za kogoś w rodzaju „biskupa od spraw zewnętrznych”. To właśnie cesarz Konstantyn zwołał biskupów z całego państwa, żeby rozstrzygnęli sprawę Ariusza, który głosił, że Jezus nie jest Bogiem. Spotkanie to nastąpiło w 325 roku w Nicei w Azji Mniejszej i znane jest jako pierwszy sobór powszechny. Biskupi obecni na soborze potępili naukę Ariusza i ogłosili dogmat o tym, że Syn Boży jest współistotny Ojcu. Odtąd nikt, kto uważał się za chrześcijanina, nie mógł głosić czegoś przeciwnego. Sędziwy już wtedy papież Sylwester nie był obecny na soborze. Reprezentowali go dwaj legaci, którzy jako pierwsi podpisali akta soborowe. Za czasów Sylwestra I kościoły zaczęły pięknieć. Surowe dotąd wnętrza wzbogaciły się o dzieła sztuki. W Rzymie powstały bazyliki św. Jana na Lateranie i św. Piotra na Watykanie. Papież dokonał konsekracji obu świątyń. Od tamtej pory każdy nowy kościół był poświęcany w podobny sposób.


    KORZYSTNA STRATA

    Mimo tych przywilejów i nadań Rzym zaczął tracić na znaczeniu, zwłaszcza od czasu, gdy Konstantyn przeniósł stolicę imperium do miasta nad Bosforem, któremu nadano nazwę Konstantynopol. Wydawało się, że ucierpi na tym autorytet następców św. Piotra. Prawdopodobnie jednak właśnie to uchroniło papieża od niebezpiecznej już troskliwości władzy. W blasku cesarskiego dworu biskup Rzymu mógłby stać się zaledwie ważniejszym dworzaninem. Z dala od cesarza papież mógł swobodnie zajmować się budowaniem wiary i umacnianiem Kościoła w duszach chrześcij an. Sylwester robił to gorliwie przez 21 lat. Zmarł 31 grudnia 335 roku i stąd właśnie w ostatni dzień roku obchodzi się jego liturgiczne wspomnienie.

    Św. Sylwester (314–335) Pochodził z Rzymu. Jego pontyfikat zbiegł się z okresem panowania cesarza Konstantyna Wielkiego. Zatwierdził postanowienia pierwszego soboru niecejskiego, gdzie orzeczono, że Jezus jest współistotny Ojcu.

    Franciszek Kucharczak/Mały Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 grudnia

    Święty Egwin, biskup

    Święty Egwin

    Egwin urodził się w VII w. Kształcił się u benedyktynów w Worcester. Tam został mnichem, a potem kapłanem. W 693 r. powołano go na biskupstwo w rodzinnym mieście. Stał się reformatorem życia kościelnego. Bronił świętości małżeństwa, stawał w obronie sierot i wdów. Był doradcą Eldera, króla Mercji, jego syna Kenreda oraz Offy I, króla wschodnich Sasów. Podczas pobytu w Rzymie otrzymał od papieża zgodę na rezygnację z biskupstwa. W ostatnich latach życia pełnił obowiązki opata w założonym przez siebie opactwie w Evesham. Osiedlenie się tam było poprzedzone objawieniem Maryi, która powiedziała Egwinowi, gdzie chce mieć swój klasztor.
    Zmarł 30 grudnia 717 r. Po śmierci dokonał wielu cudów: przywracał wzrok i słuch, uzdrawiał chorych. Jego relikwie były otaczane tak wielkim kultem, że w 1077 roku trzeba było przebudować opactwo w Evesham, by mogło pomieścić napływ pielgrzymów.W ikonografii św. Egwin przedstawiany jest w stroju biskupim, w ręku ma rybę, która w pyszczku trzyma klucz.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 grudnia

    Święty Tomasz Becket, biskup i męczennik

    Święty Tomasz Becket

    Tomasz urodził się w 1118 r. w Londynie. Jego ojciec był zamożnym kupcem normandzkim w tym właśnie mieście. Również jego matka była Normandką.
    Pierwsze nauki Tomasz pobierał u kanoników regularnych w Merton, a na studia wyższe przeniósł się do Paryża. Po powrocie do Londynu pomagał ojcu w jego handlowych interesach, a równocześnie pełnił funkcję w skarbowym urzędzie miejskim. Udał się na dwór prymasa Anglii, Teobalda, do Canterbury. Prymas przyjął go do swojego kleru i wysłał na dalsze studia prawnicze do Bolonii i Auxerre; kiedy zaś po ich ukończeniu Tomasz powrócił, mianował go archidiakonem Canterbury (1154). W roku następnym (1155) król Henryk II obrał go swoim lordem kanclerzem, a po śmierci prymasa, 7 lat później, wybrał go jego następcą. Tomasz zmienił wtedy radykalnie styl życia, podejmując ascezę. Dotychczasowy dworak, ambitny karierowicz, nagle nawrócił się i stał się mężem Kościoła w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jako prymas zrezygnował natychmiast z urzędu kanclerza królewskiego, chociaż godność ta dawała mu majątek i duże wpływy w państwie. Po przyjęciu święceń kapłańskich i sakry biskupiej przywdział włosiennicę, zaczął wieść życie ascetyczne, oddawać się modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Stał się także nieustraszonym obrońcą praw Kościoła. Dawniejsze oddanie królowi zamienił na głęboką troskę o Kościół, o zachowanie jego praw i przywilejów.
    Próby poszerzenia zakresu i kompetencji sądów królewskich kosztem sądów kościelnych oraz ograniczenia władzy Kościoła spowodowały konflikt Tomasza z królem. W roku 1164 król ogłosił tzw. Konstytucje Klarendońskie, ograniczające znacznie prawa Kościoła na rzecz króla. Prymas swojej pieczęci ani podpisu na znak zgody pod nimi nie położył. Gdy zaś papież Aleksander III potępił te regulacje, to samo uczynił i prymas Anglii. Król wezwał wówczas Tomasza przed swój sąd w Northampton. Zamierzał go aresztować, uwięzić i urządzić proces. Prymas odwołał się do papieża i wezwał biskupów, by nie brali w nim udziału. Sam zaś potajemnie, w przebraniu, opuścił Anglię i udał się do Francji, do Pontigny, a potem do Sens (1164). Po 6 latach, w 1170 r., dzięki interwencji papieża i króla Francji, Henryk II zgodził się na powrót Tomasza do kraju. Traktował go jednak jako niewdzięcznika i głowę opozycji.
    Spokój trwał niezbyt długo. Kiedy król przebywał w Normandii, usłużni dworacy donosili mu, co dzieje się w Anglii. Pewnego dnia Henryk II miał zawołać: “Poddani moi to tchórze i ludzie bez honoru! Nie dochowują wiary swemu panu i dopuszczają, żebym był pośmiewiskiem jakiegoś tam klechy z gminu”. Czterej rycerze z otoczenia króla za zezwoleniem monarchy jeszcze tej samej nocy udali się do Anglii i wpadli do Canterbury, do pałacu prymasa. Nie zastali go tam, gdyż właśnie w katedrze odprawiał Nieszpory. Dobiegli do ołtarza i z okrzykiem “Śmierć zdrajcy!” zarąbali go na śmierć. Ranili również kapelana arcybiskupa, który usiłował prymasa bronić. Działo się to 29 grudnia 1170 roku.
    Przy ubieraniu biskupa do pogrzebu znaleziono na jego ciele włosiennicę i krwawe ślady od biczowania się. Zbrodnia wywołała oburzenie w całej Anglii i w świecie. W zaledwie trzy lata po męczeńskiej śmierci papież Aleksander III ogłosił Tomasza świętym i męczennikiem Kościoła. Król dla uwolnienia się od kar kościelnych, które groziły mu nawet utratą tronu (jako wyklęty z Kościoła według średniowiecznego prawa nie mógł być królem wyznawców Chrystusa) rozpoczął pokutę. Odbył pieszą pielgrzymkę do grobu św. Tomasza i przyrzekł wziąć udział w wyprawie krzyżowej, ale zamieniono mu ją na obowiązek wystawienia trzech kościołów (1174). Grób św. Tomasza stał się celem licznych pielgrzymek. Kazał go zniszczyć dopiero król Henryk VIII w 1538 roku.
    Św. Tomasz Becket jest obok św. Jerzego drugim patronem Anglii; jest także patronem duchownych.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są: model kościoła, krzyż, miecz, palma męczeńska.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 grudnia

    Święci Młodziankowie, męczennicy

    Rzeź świętych Młodzianków

    Dwuletnim, a nawet młodszym chłopcom zamordowanym w Betlejem i okolicy na rozkaz króla Heroda św. Ireneusz, św. Cyprian, św. Augustyn i inni ojcowie Kościoła nadali tytuł męczenników. Ich kult datuje się od I wieku po narodzinach Chrystusa. W Kościele zachodnim Msza za świętych Młodzianków jest celebrowana – tak jak Msze święte Wielkiego Postu – bez radosnych śpiewów; kolor liturgiczny – czerwony.
    Wśród Ewangelistów jedynie św. Mateusz przekazał nam informację o tym wydarzeniu (Mt 2, 1-16). Dekret śmierci dla niemowląt wydał Herod Wielki, król żydowski, kiedy dowiedział się od mędrców, że narodził się Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski. W obawie, by Jezus nie odebrał jemu i jego potomkom panowania, chciał w podstępny sposób pozbyć się Pana Jezusa.
    Za czasów Heroda panowało przekonanie, że wszystko w państwie jest własnością władcy, także ludzie, nad którymi władca ma prawo życia i śmierci. Jeśli mu stoją na przeszkodzie, zagrażają jego życiu lub panowaniu, może bez skrupułów w sposób gwałtowny się ich pozbyć. Historia potwierdza, że Herod był wyjątkowo ambitny, żądny władzy i podejrzliwy. Sam bowiem doszedł do tronu po trupach i tylko dzięki terrorowi utrzymywał się u władzy. Był synem Antypatra, wodza Idumei. Za cel postawił sobie panowanie. Dlatego oddał się w całkowitą służbę Rzymianom. Dzięki nim jako poganin otrzymał panowanie nad Ziemią Świętą i narodem żydowskim z tytułem króla. Wymordował żydowską rodzinę królewską, która panowała nad narodem przed nim: Hirkana II, swojego teścia; Józefa, swojego szwagra; Mariam, swoją żonę; ponadto trzech swoich synów – Aleksandra, Arystobula i Antypatra; arcykapłana Arystobula; Aleksandrę, matkę Mariamme i wielu innych, jak to szczegółowo opisuje żyjący ok. 70 lat po nim historyk żydowski, Józef Flawiusz (Dawne dzieje Izraela). Jeszcze przed samą swoją śmiercią, by nie dać Żydom powodu do radości, ale by wycisnąć łzy z ich oczu i w ten sposób “upamiętnić” swój zgon, rozkazał dowódcy wojska zebrać na stadionie sportowym w Jerychu najprzedniejszych obywateli żydowskich i na wiadomość o jego śmierci wszystkich zgładzić. Na szczęście nie wykonano tego polecenia. Te i wiele innych faktów wskazuje, kim był Herod i czym było dla takiego okrutnika pozbawienie życia kilkudziesięciu niemowląt.
    Bibliści zastanawiają się nad tym, ile mogło być tych niemowląt? Betlejem w owych czasach mogło liczyć ok. 1000 mieszkańców. Niemowląt do dwóch lat w takiej sytuacji mogło być najwyżej ok. 100; chłopców zatem ok. 50. Jest to liczba raczej maksymalna i trzeba ją prawdopodobnie zaniżyć. Szczegół, że Herod oznaczył wiek niemowląt skazanych na śmierć, jest dla nas o tyle cenny, że pozwala nam w przybliżeniu określić czas narodzenia Pana Jezusa. Pan Jezus mógł mieć już ok. roku. Herod wolał dla “swego bezpieczeństwa” wiek ofiar zawyżyć.
    Czczeni jako flores martyrum – pierwiosnki męczeństwa, Młodziankowie nie złożyli świadomie swojego życia za Chrystusa, ale niewątpliwie oddali je z Jego powodu. Zatriumfowali nad światem i zyskali koronę męczeństwa nie doświadczywszy zła tego świata, pokus ciała i podszeptów szatana.
    Ikonografia podejmowała często ten tak dramatyczny temat dający wiele możliwości artystom. Dlatego wśród malarzy i rzeźbiarzy, którzy wykonali obrazy przedstawiające “Rzeź Niewiniątek”, figurują m.in.: Giovanni Francesco Baroto, Mikołaj Poussin, Guido Reni, Dürer, Romanino, Piotr Brueghel, Bartolomeo Schedoni, Rubens i wielu innych. W Padwie, w bazylice św. Justyny, a także w kilkunastu innych kościołach, można oglądać “relikwie” Młodzianków. Są one oczywiście nieprawdziwe, ale dowodzą, jak wielki w historii Kościoła był kult Świętych Młodzianków.
    Święci Młodziankowie są uważani za patronów chórów kościelnych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 grudnia

    Święty Jan, Apostoł i Ewangelista

    Święty Jan Ewangelista

    Jan był synem Zebedeusza i Salome, młodszym bratem Jakuba Starszego (Mt 4, 21). Jeśli chodzi o zestaw tekstów ewangelicznych, w których jest mowa o św. Janie, to ich liczba stawia go zaraz po św. Piotrze na drugim miejscu. Łącznie we wszystkich Ewangeliach o św. Piotrze jest wzmianka aż na 68 miejscach (193 wiersze), a o św. Janie na 31 miejscach (90 wierszy).
    Początkowo Jan był uczniem Jana Chrzciciela, ale potem razem ze św. Andrzejem poszedł za Jezusem (J 1, 35-40). Musiał należeć do najbardziej zaufanych uczniów, skoro św. Jan Chrzciciel z nimi tylko i ze św. Andrzejem przebywał właśnie wtedy nad rzeką Jordanem. Jan w Ewangelii nie podaje swojego imienia. Jednak jako naoczny świadek wymienia nawet dokładnie godzinę, kiedy ten wypadek miał miejsce. Rzymska godzina dziesiąta – to nasza godzina szesnasta. Po tym pierwszym spotkaniu Jan jeszcze nie został na stałe przy Panu Jezusie. Jaki był tego powód – nie wiemy. Być może musiał załatwić przedtem swoje sprawy rodzinne. O ostatecznym przystaniu Jana do grona uczniów Jezusa piszą św. Mateusz, św. Marek i św. Łukasz (Mt 4, 18-22; Mk 1, 14-20; Łk 5, 9-11).
    Jan pracował jako rybak. O jego zamożności świadczy to, że miał własną łódź i sieci. Niektórzy sądzą, że dostarczał ryby na stół arcykapłana – dzięki temu mógłby wprowadzić Piotra na podwórze arcykapłana po aresztowaniu Jezusa. Ewangelia odnotowuje obecność Jana podczas Przemienienia na Górze Tabor (Mk 9, 2), przy wskrzeszeniu córki Jaira (Mk 5, 37) oraz w czasie konania i aresztowania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (Mk 14, 33).
    Kiedy Jan wyraził zgorszenie, że ktoś obcy ma odwagę wyrzucać z ludzi złe duchy w imię Jezusa (sądził bowiem, że jest to wyłączny przywilej Chrystusa i Jego uczniów), otrzymał od Pana Jezusa odpowiedź: “Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” (Mk 9, 37-38).
    Pewnego dnia do Pana Jezusa przybyła matka Jana i Jakuba z prośbą, aby jej synowie zasiadali w Jego królestwie na pierwszych miejscach, po Jego prawej i lewej stronie. Pan Jezus wiedział, że matka nie uczyniła tego sama z siebie, ale na prośbę synów. Dlatego nie do niej wprost, ale do nich się odezwał: “Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” Kiedy zaś ci odpowiedzieli: “Możemy”, otrzymali odpowiedź: “Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej czy lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował” (Mt 20, 21-28; Mk 10, 41-52).
    Szczegół ten zdradza to, że nawet tak świątobliwy Jan nie całkiem bezinteresownie przystąpił do Pana Jezusa w charakterze Jego ucznia. Przekonany, że wskrzesi On doczesne królestwo Izraela na wzór i co najmniej w granicach królestwa Dawida, marzył, by w tym królestwie mieć wpływowy urząd, być jednym z pierwszych ministrów u Jego boku. Samemu jednak wstydząc się o to prosić, wezwał interwencji swojej matki. Potem zrozumie, że chodzi o królestwo Boże, duchowe, o zbawienie ludzi – i odda się tej wielkiej sprawie aż do ostatniej godziny życia. Warto tu tylko uzupełnić, że według relacji Marka to oni sami: Jan i Jakub zwrócili się do Chrystusa z tą dziwną prośbą, nie wyręczając się przy tym matką.
    Chrystus nadał Janowi i Jakubowi, jego bratu, drugie imię – “Synowie gromu” (Łk 9, 51-56). Jan zostaje wyznaczony razem ze św. Piotrem, aby przygotowali Paschę wielkanocną. Podczas Ostatniej Wieczerzy Jan spoczywał na piersi Zbawiciela. Tylko on pozostał do końca wierny Panu Jezusowi – wytrwał pod krzyżem. Dlatego Chrystus z krzyża powierza mu swoją Matkę, a Jej – Jana jako przybranego syna (J 19, 26-27).
    Po zmartwychwstaniu Chrystusa Jan przybywa razem ze św. Piotrem do grobu, gdzie “ujrzał i uwierzył” (J 20, 8), że Chrystus żyje. W Dziejach Apostolskich Jan występuje jako nieodłączny na początku towarzysz św. Piotra. Obaj idą do świątyni żydowskiej na modlitwę i dokonują u jej wejścia cudu uzdrowienia paralityka (Dz 3, 1 – 4, 21). Jan z Piotrem został delegowany przez Apostołów dla udzielenia Ducha Świętego w Samarii (Dz 8, 14-17). We dwóch przemawiali do ludu, zostali pojmani i wtrąceni do więzienia (Dz 4, 1-24). O Janie Apostole wspomina także św. Paweł Apostoł w Liście do Galatów. Nazywa go filarem Kościoła (Ga 2, 9).
    Jan przebywał przez wiele lat w Jerozolimie (Ga 2, 9), potem prawdopodobnie w Samarii, a następnie w Efezie. To tam napisał Ewangelię i trzy listy apostolskie. Wynika z nich, że jako starzec kierował niektórymi gminami chrześcijańskimi w Małej Azji. Z Apokalipsy dowiadujemy się, że były to: Efez, Smyrna, Pergamon, Tiatyra, Sardes, Filadelfia i Laodycea.
    Tradycja wczesnochrześcijańska okazywała żywe zainteresowanie losami św. Jana Apostoła po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Św. Papiasz (ok. 80-116) i św. Polikarp (ok. 70-166) szczycą się nawet, że byli uczniami św. Jana. Podają nam pewne cenne szczegóły z jego późniejszych lat. Podobnie św. Ireneusz (ok. 115-202) przekazał nam zaczerpnięte z tradycji niektóre wiadomości. Także w pismach apokryficznych znajdujemy o życiu Jana okruchy prawdy. Z tych wszystkich źródeł wynika, że Jan głosił Ewangelię albo w samej Ziemi Świętej, albo w jej pobliżu, a to ze względu na Matkę Bożą, nad którą Chrystus powierzył mu opiekę. Po wybuchu powstania żydowskiego Jan schronił się zapewne w Zajordanii, gdzie przebywał do końca wojny, tj. do roku 70 (zburzenie Jerozolimy). Stamtąd udał się do Małej Azji, gdzie pozostał aż do zesłania go na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana (81-96). Po śmierci cesarza Apostoł wrócił do Efezu, by tu za panowania Trajana (98-117) zakończyć życie jako prawie stuletni starzec. Potwierdzają to św. Ireneusz i Polikrates, biskup Efezu (ok. 190 roku).
    W wieku II lub III powstał w Małej Azji apokryf Dzieje Jana. Przytacza go m.in. Focjusz. Do naszych czasów dochowały się jego znaczne fragmenty. Według tego pisma Domicjan wezwał najpierw Jana do Rzymu. Nie miał jednak odwagi skazać starca na gwałtowną śmierć, dlatego zesłał go na wygnanie na wyspę Patmos, by na tej skalistej, niezaludnionej wyspie Morza Egejskiego zginął powolną śmiercią. Na szczęście chrześcijanie nie zapomnieli o ostatnim świadku Chrystusa. Główną treścią apokryfu są cuda, jakie Jan miał zdziałać w Rzymie i w Efezie. W opisach znajduje się tak wiele legendarnych motywów, że trudno wydobyć z tego apokryfu prawdę. Utrwaliło się podanie, że Domicjan usiłował najpierw w Rzymie otruć św. Jana. Kielich pękł i wino się rozlało w chwili, gdy Apostoł nad nim uczynił znak krzyża świętego. Wtedy cesarz kazał go męczyć we wrzącym oleju, ale Święty wyszedł z niego odmłodzony. Przez kilkaset lat (do roku 1909) 6 maja było nawet obchodzone osobne święto ku czci św. Jana w Oleju.
    Jan miał mieć ucznia, którego w sposób szczególniejszy miłował i z którym łączył wielkie nadzieje. Ten wszakże wszedł w złe towarzystwo i został nawet hersztem zbójców. Apostoł tak długo go szukał, aż go odnalazł i nawrócił. Euzebiusz z Cezarei pisze, że Jan nosił diadem kapłana, że organizował gminy i ustanawiał nad nimi biskupów, a w Efezie miał wskrzesić zmarłego.
    Swoją Ewangelię napisał Jan prawdopodobnie po roku 70, kiedy powrócił do Efezu. Miał w ręku Ewangelie synoptyków (Mateusza, Marka i Łukasza), dlatego jako naoczny świadek nauk Pana Jezusa i wydarzeń z Nim związanych nie powtarza tego, co już napisano, uzupełnia wypadki szczegółami bliższymi i faktami przez synoptyków opuszczonymi. Nigdzie wprawdzie nie podaje swojego podpisu wprost, ale podaje go pośrednio, kiedy pisze na wstępie: “I oglądaliśmy Jego chwałę” (J 1, 14), zaś w swoim pierwszym liście napisze jeszcze dobitniej: “To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce” (1 J 1, 1). Ewangelię św. Jana zna św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 107) i cytuje ją w swoich listach. Zna ją również św. Justyn (+ ok. 165), a Fragment Muratoriego (160-180) pisze wprost o św. Janie jako autorze Ewangelii.
    Pierwszymi adresatami Ewangelii św. Jana byli chrześcijanie z Małej Azji. Znali oni dobrze Jana, nie musiał się więc im przedstawiać. W owych czasach rozpowszechniały się pierwsze herezje gnostyckie: ceryntian, nikolaitów i ebionitów. Dlatego Ewangelia św. Jana nie ma charakteru katechetycznego, jak poprzednie, a raczej historyczno-teologiczny. Jan wykazuje, że Jezus jest postacią historyczną, że jest prawdziwie Synem Bożym. Tradycja za symbol słusznie nadała mu orła, gdyż głębią i polotem przewyższył wszystkich Ewangelistów.
    Według podania, cesarz Nerwa (96-98) miał uwolnić św. Jana z wygnania. Apostoł wrócił do Efezu, gdzie zmarł niebawem ok. 98 roku. Jako więc jedyny z Apostołów zmarł śmiercią naturalną. Dlatego podczas dzisiejszej liturgii celebrans nosi szaty białe, a nie – jak w przypadku wszystkich pozostałych Apostołów – czerwone. Pierwszą wzmiankę o grobie św. Jana w Efezie ok. 191 roku podaje w liście do papieża św. Wiktora Polikrates, biskup Efezu. Papież św. Celestyn I w liście swoim do ojców soboru efeskiego z 8 maja 431 roku winszuje im, że mogą czcić relikwie św. Jana Apostoła. Św. Grzegorz z Tours (+ 594) wspomina o cudach, jakie działy się przy tym grobie. Badania archeologiczne, przeprowadzone w 1936 roku, potwierdziły istnienie tego grobu. Dzisiaj z wielkiej metropolii, jaką niegdyś był Efez, pozostały jedynie ruiny, a na nich powstała mała wioska turecka.

    Święty Jan Ewangelista

    Jan jest patronem Albanii i Azji Mniejszej; ponadto aptekarzy, bednarzy, dziewic, zawodów związanych z pisaniem i przepisywaniem: introligatorów, kopistów, kreślarzy, litografów, papierników, pisarzy oraz owczarzy, płatnerzy, skrybów, ślusarzy, teologów, uprawiających winorośl oraz wdów. Kult św. Jana Apostoła w Kościele był zawsze bardzo żywy. Najwspanialszą świątynię wystawiono mu w Rzymie. Jest nią bazylika na Lateranie pod wezwaniem świętych Jana Chrzciciela i Jana Apostoła. Zwana jest również bazyliką Zbawiciela – matką wszystkich kościołów chrześcijaństwa, gdyż jako pierwsza była uroczyście konsekrowana przez papieża św. Sylwestra I (+ 335) i dotąd jest katedrą papieską. Nadto w Rzymie wystawiono św. Janowi Apostołowi jeszcze inne kościoły, np. przy Bramie Łacińskiej (ante Portam Latinam), gdzie Apostoł miał być męczony w rozpalonym oleju. Do Jana Apostoła szczególne nabożeństwo miały św. Gertruda i św. Małgorzata Maria Alacoque. Właśnie w dniu dzisiejszym, w dniu jego święta miały objawienia dotyczące nabożeństw do Serca Pana Jezusa. Szczególnym nabożeństwem do św. Jana Apostoła wyróżniali się kiedyś w Polsce krzyżacy. Wystawili też oni szereg kościołów ku jego czci.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako stary Apostoł, czasami jako młodzieniec w tunice i płaszczu, rzadko jako rybak. Najczęściej występuje w scenach będących ilustracjami tekstów Pisma św.: jest jedną z centralnych postaci podczas Ostatniej Wieczerzy, Jan pod krzyżem obok Maryi, Jan podczas Zaśnięcia NMP, Jan na Patmos, Jan i jego wizje apokaliptyczne. Bywa – błędnie – przedstawiany w scenie męczeństwa, zanurzony w kotle z wrzącą oliwą. Czasem na obrazach towarzyszy mu diakon Prochor, któremu dyktuje tekst. Jego atrybutami są: gołębica, kielich z Hostią, kielich zatrutego wina z wężem (wąż jest symbolem zawartej w kielichu trucizny-jadu; na tę pamiątkę podaje się dzisiaj w wielu kościołach wiernym poświęcone wino do picia, by nie szkodziła im żadna trucizna), kocioł z oliwą, księga, orzeł w locie, na księdze lub u jego stóp, siedem apokaliptycznych plag, zwój.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 grudnia

    Święty Szczepan, diakon
    pierwszy męczennik

    Ukamienowanie świętego Szczepana

    Greckie imię Stephanos znaczy tyle, co “wieniec” i jest tłumaczone na język polski jako Stefan lub Szczepan. Nie wiemy, ani kiedy, ani gdzie św. Szczepan się urodził. Jego greckie imię wskazywałoby na to, że był nawróconym hellenistą – Żydem z diaspory, zhellenizowanym, czyli posługującym się na co dzień językiem greckim. Nie są nam znane szczegóły jego wcześniejszego życia. Jego dzieje rozpoczynają się od czasu wybrania go na diakona Kościoła. Apostołowie w odpowiedzi na propozycję św. Piotra wybrali siedmiu diakonów dla posługi ubogim, aby w ten sposób odciążyć uczniów Chrystusa oraz dać im więcej czasu na głoszenie Ewangelii. W gronie tych siedmiu znalazł się Szczepan. Nie ograniczył się on jednak wyłącznie do posługi ubogim. Według Dziejów Apostolskich, “pełen łaski i mocy Ducha Świętego” głosił Ewangelię z mądrością, której nikt nie mógł się przeciwstawić.
    Został oskarżony przez Sanhedryn, że występuje przeciw Prawu i Świątyni. W mowie obrończej Szczepan ukazał dzieje Izraela z perspektywy chrześcijańskiej, konkludując, że naród ten stale lekceważył wolę Boga (Dz 6, 8 – 7, 53). Publicznie wyznał Chrystusa, za co został ukamienowany (Dz 7, 54-60). Jest określany mianem Protomartyr – pierwszy męczennik.
    Oskarżycielami Szczepana przed Sanhedrynem żydowskim byli inni zhelenizowani Żydzi, z wymienionych w tekście Dziejów Apostolskich synagog. Wynika stąd, że Szczepan zaczął od nawracania swoich rodaków, do których mógł przemawiać w ich własnym języku, czyli po grecku. Zadziwia znajomością dziejów narodu żydowskiego i wskazuje, że powołaniem narodu wybranego było przygotowanie świata na przyjście Zbawiciela. Żydzi nie tylko sprzeniewierzyli się temu wielkiemu posłannictwu, ale nawet zamordowali Chrystusa. Stąd oburzenie, jakie wyrywa się z ust Szczepana.
    Był to rok 36, a więc od śmierci Chrystusa Pana upłynęły zaledwie 3 lata. Prozelici musieli praktykować i wypełniać, podobnie jak Apostołowie i uczniowie Chrystusa, także prawo judaizmu z przyjęciem obrzezania, pogłębione jedynie o nakazy Ewangelii. Dopiero sobór w Jerozolimie w roku 49/50 zdecydował, że poganie nawróceni na chrześcijaństwo nie są zobowiązani do zachowania prawa mojżeszowego. Same niemal imiona greckie wskazują, jak wielkie były wpływy helleńskie w czasach apostolskich w narodzie żydowskim. Nadto wynika z tekstu, że pieczę nad ubogimi zlecono głównie nawróconym hellenistom, aby nie mieli żalu, że są krzywdzeni przez wiernych pochodzenia żydowskiego.
    Autor Dziejów Apostolskich podkreśla, że przy śmierci Szczepana był obecny Szaweł, późniejszy Apostoł Narodów, którego św. Łukasz stanie się potem uczniem. Pilnował szat oprawców. Był oficjalnym świadkiem kamienowania – reprezentował Sanhedryn.
    Bibliści zastanawiają się, jak mogło dojść do jawnego samosądu oraz morderstwa, skoro każdy wyrok śmierci był uzależniony od podpisu rzymskiego namiestnika, jak to widzimy przy śmierci Pana Jezusa. Właśnie wtedy, w 36 roku Piłat został odwołany ze swojego stanowiska, a nowy namiestnik jeszcze nie przybył. Żydzi wykorzystali ten moment, by dokonać samosądu na Szczepanie, co więcej, rozpoczęli na szeroką skalę akcję niszczenia chrześcijaństwa: “Wybuchło wówczas wielkie prześladowanie w Kościele jerozolimskim” (Dz 8, 1).
    Kult Szczepana rozwinął się natychmiast. Jednakże na skutek zawieruch, jakie nawiedzały Ziemię Świętą, w tym także Jerozolimę, zapomniano o jego grobie. Odkryto go dopiero w 415 roku. Skoro udało się go rozpoznać, to znaczy, że św. Szczepan musiał mieć grób wyróżniający się i z odpowiednim napisem. O znalezieniu tego grobu pisze kapłan Lucjan. Miał mu się zjawić pewnej nocy Gamaliel, nauczyciel św. Pawła, i wskazać grób swój i św. Szczepana w pobliżu Jerozolimy (Kfar Gamla, czyli Beit Jamal). Chrześcijanie, uciekając przed oblężeniem Jerozolimy i w obawie przed jej zburzeniem przez cesarza Hadriana, zabrali ze sobą śmiertelne szczątki tych dwóch czcigodnych mężów i we wspomnianej wiosce je pochowali. Gamaliel bowiem miał zakończyć życie jako chrześcijanin. Na miejscu odnalezienia ciał biskup Jerozolimy, Jan, wystawił murowaną bazylikę; drugą zbudował w miejscu, gdzie według podania Szczepan miał być ukamienowany. Bazylikę tę upiększyli św. Cyryl Jerozolimski (439) i cesarzowa św. Eudoksja (460).
    Imię Szczepana włączono do Kanonu rzymskiego. Jest patronem diecezji wiedeńskiej; kamieniarzy, kucharzy i tkaczy.
    Z dniem św. Szczepana łączono w Polsce wiele zwyczajów. Podczas gdy pierwszy dzień Świąt spędzano w zaciszu domowym, wśród najbliższej rodziny, w drugi dzień obchodzono z życzeniami świątecznymi sąsiadów, dalszą rodzinę i znajomych. W czasie Mszy świętej rzucano w kościele zboże na pamiątkę kamienowania Świętego. Wieczór 26 grudnia nazywano “szczodrym”, gdyż służba dworska składała panom życzenia i otrzymywała poczęstunek, a nawet prezenty. Po przyjęciu smarowano miodem pułap i rzucano ziarno. Jeśli zboże przylgnęło, było to dobrą wróżbą pomyślnych zbiorów.
    Zaskoczenie może budzić fakt, że Kościół w drugim dniu oktawy Świąt Bożego Narodzenia umieścił święto św. Szczepana. Być może stało się tak po to, byśmy zapatrzeni w żłóbek Chrystusa nie zapomnieli, że ofiara ze strony Boga dla człowieka pociąga konieczność także ofiary ze strony człowieka dla Boga, chociażby ona wymagała nawet krwi męczeństwa.

    Święty Szczepan

    W ikonografii św. Szczepan występuje jako młody diakon w białej tunice lub w bogato tkanej dalmatyce. Jego atrybutami są: księga Ewangelii, kamienie na księdze lub w jego rękach, gałązka palmowa.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 grudnia

    Święta Anastazja, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Nolasco, prezbiter
    Święta Anastazja

    Anastazja urodziła się w Rzymie w połowie III w. Była córką poganina i chrześcijanki. Miała męża okrutnika, który jej życie zamienił w pasmo udręk. Po jego śmierci zajęła się pomocą uwięzionym chrześcijanom. Opłacała strażników więziennych, żeby uzyskać dostęp do więzionych i niosła taką pomoc, jaka była dostępna.
    Kierownikiem duchowym Anastazji był św. Chryzogon, który z polecenia cesarza Dioklecjana został uwięziony i skazany na śmierć za wyznawanie wiary. Wyrok został wykonany w 303 r. w Akwilei. Anastazja towarzyszyła Chryzogonowi do ostatnich chwil. Wtedy również i ona została uwięziona i wtrącona do więzienia w Sirmium (Dalmacja, obecnie Sremska Mitrovica). Po wielu torturach, które zniosła bez słowa skargi, została skazana na śmierć. Z rozkazu sędziego wysłano Anastazję dziurawym statkiem na pełne morze, jednak ku zdumieniu wszystkich statek nie poszedł na dno. Skazano ją więc na śmierć przez spalenie; wyrok wykonano w Sirmium w 304 r.
    Imię Anastazji wymienia się w Kanonie Rzymskim. Jest patronką wdów i męczennic.
    W ikonografii przedstawiana jest z palmą w ręku, z mieczem, nożyczkami albo naczyniem na maść; często także na stosie albo przywiązana do pala.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 grudnia

    Święci Adam i Ewa, pierwsi rodzice

    Adam i Ewa byli pierwszymi rodzicami. W Martyrologium Rzymskim nie ma o nich wzmianki. Jednakże Bibliotheca Sanctorum nazywa ich wprost świętymi. Nie ma też ani jednego wśród pisarzy kościelnych, który by miał odwagę umieszczać rodziców rodzaju ludzkiego wśród potępionych.

    Święci Adam i Ewa

    Adam był pierwszym człowiekiem, praojcem ludzkości. Imię “Adam” wywodzi się od słowa hebrajskiego Adamah, co znaczy tyle, co ziemia, aby podkreślić myśl natchnionego autora, że ciało pierwszego człowieka powstało z materii i do niej powróci (Rdz 3, 19). Nie jest wykluczone, że wyraz “Adam” wywodzi się od słowa sumeryjskiego ada-mu, czyli “mój ojciec” – dla podkreślenia tego, że cały rodzaj ludzki wywodzi się ze wspólnego pnia. Według relacji biblijnej o stworzeniu, Bóg ulepił Adama “z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia” (Rdz 2, 7), czyli ducha, czyniąc go zdolnym do samodzielnej egzystencji fizycznej i religijno-moralnej. Ukształtował go na swój “obraz i podobieństwo” (Rdz 1, 26; 5, 1). Z Ewą, swą niewiastą, Adam cieszył się rajem – pełnią szczęścia. Po grzechu pierworodnym stracił szczególną i wyjątkową więź z Bogiem. Musiał pracować i w pocie czoła zdobywać chleb powszedni. Był pierwszym rolnikiem.
    Będąc ojcem ziemskim, jest figurą Chrystusa, od którego pochodzimy według ducha (Rz 5, 12-21; Kol 1, 15; 3, 9-10; 1 Tm 2, 13-14).

    Święci Adam i Ewa

    Ewa to pierwsza kobieta, pramatka, małżonka Adama (Rdz 3, 20; 4, 1; Tb 8, 6; 2 Kor 11, 3; 1 Tm 2, 13). Jej imię oznacza “życie”, jak to tłumaczy Pismo święte: “bo stała się matką wszystkich żyjących” (ludzi) (Rdz 3, 20). Opis stworzenia jej “z żebra Adama” podkreśla tożsamość człowieczeństwa kobiety i mężczyzny. Zwiedziona przez szatana, popełniła grzech, powodując nieszczęście duchowe i egzystencjalne. Grzech i kara nie przekreśliły zawartego w błogosławieństwie Bożym daru przekazywania życia, choć sprowadziły cierpienia i trudy. Ewa urodziła Kaina, Abla, Seta i innych.
    Ewa jest figurą Maryi, przez którą przyszło na świat zbawienie.Z opisów biblijnych wynika, że pierwsi ludzie po stworzeniu byli święci. Ich ciała miały nie podlegać cierpieniom ani śmierci. Ich rozum był światły, a wola skłonna do dobrego. Byli szczęśliwi. Ich stan, jak też miejsce przebywania, Biblia nazywa “ogrodem”. Aby jednak te wszystkie dary nie były bez żadnej zasługi ze strony człowieka, Pan Bóg wystawił go na bliżej nam nieznaną próbę, którą Biblia w sposób obrazowy przedstawia jako zakaz spożywania owocu z drzewa zakazanego. Pierwsi rodzice, za namową szatana, nie wypełnili polecenia Bożego, dlatego utracili wszystkie przywileje otrzymane w raju. Pan Bóg w swoim miłosierdziu zapowiedział jednak Zbawiciela świata, który wyjdzie z rodzaju ludzkiego i pokona szatana: przywróci zakłócony przez grzech pierworodny ład – ludziom da zbawienie, a Panu Bogu pełne wynagrodzenie.
    Jak żywe było zainteresowanie losami pierwszych ludzi w pierwotnym chrześcijaństwie, świadczy apokryf z I wieku zatytułowany Życie Adama i Ewy. Do naszych czasów dochował się w kilku językach. W języku greckim ma on tytuł Apokalipsa Mojżesza. Według niego, losy naszych pierwszych rodziców miały być objawione Mojżeszowi na Górze Synaj, kiedy Pan Bóg przekazał mu Dekalog i rozmawiał z nim przez 40 dni. Po wypędzeniu z Edenu pierwsi rodzice postanowili pokutować, aby Pana Boga przebłagać za swój grzech. Ewa zanurzyła się w wodach Tygrysu na 37 dni, a Adam w Jordanie na dni 40. Po 18 dniach zjawił im się szatan i zwiastował im w postaci anioła, że ich pokuta jest już niepotrzebna, gdyż Pan Bóg przebaczył im grzech. Adam poznał wszakże złego ducha, który był sprawcą wszystkich nieszczęść ludzkich, i uczynił mu z tego powodu gorzkie wyrzuty. Wtedy diabeł przyznał się, że skusił pierwszych rodziców z zazdrości i z nienawiści do rodzaju ludzkiego. Jedna z legend głosi, że Adam miał być pochowany w okolicach Hebronu, inna zaś podaje, że na Kalwarii, gdzie krople Krwi umierającego Chrystusa padły poprzez szczeliny spękanej trzęsieniem ziemi na czaszkę Adama.
    Powszechne jest przekonanie, że Adam i Ewa pokutą zadośćuczynili Bogu w tej mierze, w jakiej byli zdolni to uczynić. Zbawiciel zaś, Syn Boży, tak obficie zadośćuczynił za winę naszych prarodziców i tak wiele nam przyniósł dobra, że Kościół ma odwagę śpiewać w liturgii Wigilii Paschalnej: O szczęśliwa wino Adama!
    Autor Księgi Mądrości wychwala mądrość Bożą, że “ustrzegła Prarodzica (…) i wyprowadziła go z jego upadku” (Mdr 10, 1). Św. Augustyn w jednym ze swoich listów pisze o bogobojnym życiu Adama i Ewy. W Kościele wschodnim natrafiamy na ślady formalnego kultu Adama i Ewy. Pierwszą niedzielę Adwentu poświęca się przodkom Pana Jezusa. W kanonie na ten dzień kapłani modlą się słowami: “Oddajemy chwałę najpierw Adamowi, który zaszczycony ręką Boga Stworzyciela i ustanowiony naszym pierwszym ojcem, zażywa błogosławionego pokoju ze wszystkimi wybranymi w przybytkach niebieskich”.
    Ikony greckie oraz obrazy łacińskie, kiedy przedstawiają tajemnicę zstąpienia Chrystusa do otchłani, niemal z reguły na pierwszym miejscu przedstawiają Adama i Ewę, wyprowadzanych przez Chrystusa z piekieł i prowadzonych do nieba. W niektórych ikonach wschodnich Chrystus wprost trzyma za ręce naszych prarodziców. Przy bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie istnieje kaplica poświęcona św. Adamowi. Apokryf grecki z V w. O zstąpieniu (Chrystusa) do otchłani wśród dusz oczekujących Zbawiciela Adamowi oddaje szczególne pochwały.W ikonografii ukazuje się Adama i Ewę w scenach biblijnych: stworzenie Ewy obok Adama leżącego na ziemi; scena w raju: Adam w przepasce z liści figowych stoi pod drzewem wraz z Ewą, która podaje mu owoc zerwany z drzewa (czasami winogrona); Adam i Ewa wypędzani z raju przez anioła. Atrybutami naszych prarodziców są: baranek, kłos i łopata – symbol troski o pożywienie.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 grudnia

    Święta Maria Małgorzata d’Youville

    Zobacz także:
      •  Święty Serwulus
    Święta Maria Małgorzata d'Youville

    Maria Małgorzata przyszła na świat w dniu 15 października 1701 roku w Varennes, w prowincji Quebec w Kanadzie. Była najstarszą spośród sześciorga dzieci Cristoforo Dufrost de Lajemmerais i Marii Renee Gaultier. Kiedy miała zaledwie siedem lat, umarł jej ojciec. Rodzina żyłaby w skrajnej nędzy, gdyby nie pomoc pradziadka, Pierre’a Voucher. To on sfinansował jej wyjazd do szkoły urszulanek w Quebec. Po powrocie do domu Małgorzata była nieocenioną pomocą dla matki, zajęła się też edukacją braci i sióstr. Wyrosła na piękną, młodą, wykształconą pannę i wszystko wskazywało na to, że dobrze wyjdzie za mąż.
    Tymczasem wszystko się skomplikowało, kiedy jej matka wyszła za mąż za irlandzkiego lekarza, którego społeczność małego Varennes nie zaakceptowała. Rodzina Małgorzaty przeniosła się do Montrealu, gdzie 21-letnia Małgorzata spotkała Francois’a d’Youville. Wkrótce, bo już w dniu 12 sierpnia 1722 roku, wyszła za niego za mąż. Niedługo po ślubie mąż przestał interesować się rodziną i coraz częściej znikał z domu. Okazało się, że zajmował się nielegalnym handlem alkoholem wśród Indian. Ta wiadomość stała się dla Małgorzaty wielkim ciężarem. Tymczasem po ośmiu latach małżeństwa, kiedy kolejne, szóste już dziecko miało przyjść na świat, mąż zachorował i zmarł, mając zaledwie 30 lat. Małgorzata została sama z dwojgiem dzieci (czworo zmarło w niemowlęctwie). Mimo tych tragedii Małgorzata nie załamała się. Jej wiara jeszcze bardziej się umocniła. Żeby spłacić ogromne długi, jakie zaciągnął mąż, i zarobić na utrzymanie siebie i synów, otworzyła niewielki sklepik. Choć jej samej nie było lekko, pomagała każdemu, kto potrzebował pomocy, wszystkim się dzieliła z biedniejszymi od siebie. Pewnego razu wzięła do domu biedną, bezdomną i niewidomą kobietę, żeby się nią opiekować. Wierzyła mocno, że to sam Bóg działa w jej życiu. Jej postawa wzbudzała podziw i pociągała innych do naśladowania. Jej dwaj synowie zostali kapłanami.
    Przykład jej zaufania do Boga i poświęcenia się dla ubogich spodobał się trzem młodym kobietom, które postanowiły jej pomóc. Początek 1737 roku był decydującym czasem dla Małgorzaty. Złożyła przysięgę Bogu, że w jego imię poświęci się ubogim. Zawsze walczyła o prawa biednych i pokrzywdzonych, narażając się na złośliwości i krytykę swoich krewnych i sąsiadów; teraz jeszcze bardziej oddała się tej posłudze. Robiła to mimo wielu przeszkód – nawet gdy była chora i jedna z jej towarzyszek umarła, a jej dom zniszczył pożar. Te przeciwności tylko ją wzmocniły.
    Dnia 2 lutego 1745 roku Małgorzata i jej dwie towarzyszki odnowiły przysięgę poświęcenia się całkowicie pomocy biednym i opuszczonym. Stało się to początkiem zgromadzenia szarych sióstr. Dwa lata później Małgorzacie – “Matce ubogich”, jak ją już zaczęto nazywać, zaproponowano objęcie kierownictwa szpitala Charon Brothers w Montrealu, któremu groziło zamknięcie. Małgorzata z siostrami odbudowała szpital i została jego dyrektorką. Z pomocą sióstr i świeckich współpracowników założyła fundację dla biednych i chorych. Pan Bóg wciąż doświadczał swą apostołkę. W 1765 roku pożar zniszczył doszczętnie szpital. Choć po ludzku rzecz biorąc wszystko runęło, wiara i męstwo Małgorzaty pozostały niewzruszone. W tym tragicznym zdarzeniu dostrzegła obecność Boga. Mając 64 lata podjęła się heroicznej pracy odbudowy budynku, z przeznaczeniem na dom opieki dla najuboższych. Otworzyła pierwszy w Ameryce Północnej dom dla porzuconych dzieci.
    Wyczerpana pracą na rzecz biednych, zmarła w dniu 23 grudnia 1771 roku. Jej ofiarność i miłość ubogich nie została zapomniana. 3 maja 1959 roku papież bł. Jan XXIII beatyfikował Małgorzatę, nazywając ją matką powszechnego miłosierdzia. W dniu 9 grudnia 1990 roku została ona uroczyście wprowadzona do grona świętych przez papieża św. Jana Pawła II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 grudnia

    Święta Franciszka Ksawera Cabrini,
    dziewica i zakonnica

    Święta Franciszka Cabrini

    Franciszka urodziła się jako ostatnia z trzynaściorga dzieci w dniu 15 lipca 1850 r. w Lombardii. Jej rodzicami byli Augustyn Cabrini i Stella Oldini. O religijności rodziny świadczy fakt, że wszyscy uczestniczyli codziennie we Mszy świętej, a pracę traktowali jako swojego rodzaju posłannictwo na ziemi. Wieczorami w domu czytano katolickie pisma.
    Kiedy Franciszka miała 20 lat, w jednym roku utraciła oboje rodziców. Po studiach nauczycielskich pracowała przez dwa lata w szkole. Próbowała poświęcić się na wyłączną służbę Bożą, ale z powodu słabego zdrowia nie przyjęto jej ani u sercanek, ani u kanonizjanek. Wstąpiła przeto do Sióstr Opatrzności (opatrznościanek), u których przebywała 6 lat (1874-1880). Zakon został założony do opieki nad sierotami. Po złożeniu ślubów została przez założyciela, biskupa Lodi, mianowana przełożoną zakonu. Miała wówczas 27 lat. Wtedy to obrała sobie imię Franciszki Ksawery, marzyła bowiem od dziecka, by zostać misjonarką.
    14 listopada 1880 r. założyła z siedmioma towarzyszkami zgromadzenie Misjonarek Najświętszego Serca Jezusowego, którego celem była praca zarówno wśród wierzących, jak i niewierzących. Napisała również regułę dla nowej rodziny zakonnej. Za cel postawiła zakonowi pracę wśród wiernych i niewiernych dla zbawienia dusz nieśmiertelnych. W 1888 roku udała się do Rzymu, gdzie założyła dom zgromadzenia. Tu przy ołtarzu św. Franciszka Ksawerego złożyła ze swoimi towarzyszkami ślub pracy na Wschodzie.
    Potem zetknęła się z biskupem Placencji, Scalabrinim, a ten wskazał jej inne pole działania. Mówił o losie włoskich emigrantów za oceanem. Leon XIII zachęcił ją, by tam podjęła pracę ze swoimi siostrami. Papież zwolnił Franciszkę od ślubu pracy na Wschodzie. Siostry udały się więc do Stanów Zjednoczonych. Pracowały w oratoriach świątecznych, w więzieniach, w katechizacji, szkolnictwie parafialnym, posługiwały chorym. Za oceanem powstało wiele nowych domów, samo zaś zgromadzenie uzyskało w 1907 r. aprobatę Stolicy Apostolskiej. Franciszka przekazała mu duchowość ignacjańską, równocześnie wyryła jednak na nim rysy swej własnej osobowości, przenikniętej duchem wiary i gotowością misjonarską. Wkrótce powstały nowe domy w Chinach i Afryce.
    Franciszka Ksawera zmarła cicho, bez cierpień i agonii w Chicago 22 grudnia 1917 roku, w 67. roku życia. Zostawiła 66 placówek i 1300 sióstr. Za dyspensą papieża Piusa XI proces kanoniczny odbył się w trybie przyspieszonym, tak że już w roku 1938 tenże papież dokonał beatyfikacji Sługi Bożej, a w 8 lat potem papież Pius XII wyniósł ją uroczyście do chwały świętych. Franciszka jest patronką emigrantów.
    W ikonografii św. Franciszka Ksawera przedstawiana jest w stroju zakonnym, zgodnie z fotografią z 1914 r. Jej atrybutem jest Boże Serce.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 grudnia

    Święty Piotr Kanizjusz,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Piotr Friedhofen, zakonnik
    Święty Piotr Kanizjusz

    Piotr Kanizjusz urodził się 8 maja 1521 r. w Nijmegen (Holandia) jako syn Jakuba Kanijs, który pełnił w tym mieście urząd burmistrza. Młody Piotr już w dzieciństwie zdradzał oznaki swojego powołania, gdyż lubił służyć podczas nabożeństw liturgicznych i “odprawiać msze” – jak mawiał. Ojciec chciał skierować go na studia prawnicze, ale Piotr udał się do Kolonii na wydział teologii. Tutaj spędził 10 lat (1536-1546) z wyjątkiem jednego roku, kiedy to zatrzymał się na uniwersytecie w Lowanium (1539-1540). Już w czasie studiów nastawiał się Kanizy na apologetykę. Dlatego też ze szczególną pilnością studiował prawdy atakowane przez protestantów. W roku 1540 zdobył tytuł magistra nauk wyzwolonych.
    W 1543 r. wstąpił do jezuitów, których św. Ignacy Loyola założył zaledwie przed 9 laty, w 1534 r. Piotr szybko zaczął cieszyć się tak wielkim autorytetem, że nie będąc jeszcze kapłanem, trzykrotnie został wysłany do cesarza Karola V, wówczas władcy Hiszpanii, Niemiec i Niderlandów (Holandii i Belgii), aby ten usunął arcybiskupa Kolonii, elektora Hermana, jawnie sprzyjającego protestantyzmowi. W roku 1546 Piotr przyjął święcenia kapłańskie. Jako znakomity teolog został wezwany przez biskupa Augsburga, kardynała Ottona Truchsess, by mu towarzyszył na soborze w Trydencie w charakterze teologa-konsultora (1547). Na uniwersytecie w Bolonii uzyskał tytuł doktora teologii. Skierowano go do krajów germańskich, aby powstrzymał napór protestantyzmu.
    Przez 30 lat Piotr Kanizjusz niezmordowanie pracował, by zabliźnić rany, zadane Kościołowi przez kapłana-apostatę, Marcina Lutra. Brał czynny udział we wszelkich zjazdach i obradach dotyczących tej sprawy. Prowadził misje dyplomatyczne między cesarzem, panami niemieckimi a papieżem. Ułatwiał nuncjuszom papieskim oraz legatom ich zadania. W wykładach na uniwersytecie w Ingolstadcie wyjaśniał ze szczególną troską zaatakowane prawdy, wykazywał błędy nowej wiary. Był wszędzie, gdzie uważał, że jego obecność jest potrzebna dla Kościoła. Jego misji sprzyjało to, że cesarzem był wówczas Ferdynand I (1566-1569), wychowanek jezuitów, któremu sprawa katolicka leżała bardzo na sercu.
    W 1556 roku św. Ignacy mianował Piotra pierwszym prowincjałem nowo utworzonej prowincji niemieckiej, która liczyła wówczas zaledwie 3 domy: w Ingolstadcie, w Wiedniu i w Pradze. Pod rządami Kanizego w latach 1566-1569 powstało 5 kolejnych konwentów: w Monachium, w Innsbrucku, w Dillingen, w Trynau i w Hali (Tyrol). Nadto powstała w północnych Niemczech druga prowincja. W 1558 r. Piotr odbył krótką podróż do Polski (Kraków, Łowicz, Piotrków Trybunalski), towarzysząc nuncjuszowi Kamilowi Mentuati. Cieszył się przyjaźnią kardynała Hozjusza.
    Największą wszakże sławę Piotr Kanizy zyskał sobie pismami. Do najcenniejszych należą te, które wyszły z jego praktycznego, apologetycznego nauczania. Są to Katechizm Mały, Katechizm Średni i Katechizm Wielki, przeznaczone dla odbiorców o różnym stopniu przygotowania umysłowego. Katechizmy Piotra w ciągu 150 lat doczekały się ok. 400 wydań drukiem. Nie mniej wielkim wzięciem i popytem cieszyło się potężne dzieło św. Kanizego Summa nauki katolickiej, na którą złożyły się jego wykłady, dyskusje i kazania. Dzieło to stało się podstawą do wykładów teologii na katolickich uniwersytetach i do kazań.
    Ostatnie lata życia spędził Piotr Kanizy we Fryburgu Szwajcarskim (1580-1597). Zmarł tam 21 grudnia 1597 roku. Zaraz po jego śmierci Niemcy, Austria i Szwajcaria rozpoczęły starania o jego kanonizację. Jeszcze za jego życia ukazał się jego pierwszy żywot, napisany przez o. Jakuba Kellera. Aktu beatyfikacji dokonał dopiero w 1864 roku papież Pius IX, a do katalogu świętych i doktorów Kościoła wpisał go uroczyście papież Pius XI w 1925 roku. Relikwie św. Piotra Kanizego spoczywają w kościele jezuitów we Fryburgu szwajcarskim.
    Zachowały się szczęśliwie dwa portrety św. Piotra, wykonane jeszcze za jego życia. Jest nazywany “apostołem Niemiec”. Patronuje diecezji Brixen, czczą go także Innsbruck oraz szkolne organizacje katolickie w Niemczech.
    W ikonografii przedstawia się św. Piotra Kanizego w sutannie jezuity. Jego atrybutami są: katechizm, krucyfiks, młotek, pióro.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 grudnia

    Święci Makary i Eugeniusz, prezbiterzy

    Zobacz także:
      •  Święty Dominik z Silos, opat
    Święty Makary

    Makary i Eugeniusz byli kapłanami w Antiochii. Publicznie wystąpili przeciw decyzjom i zachowaniu Juliana Odstępcy. Pochwycono ich i torturowano, a następnie zesłano do Mauretanii. Trudno ustalić, gdzie wówczas przebywali: w miejscowości o nazwie Gildona (Gildoba) czy też w oazie na pograniczu dzisiejszego Egiptu i Libii. Tam prowadzili działalność misyjną. Nie ma jednoznacznych dokumentów na temat ich męczeńskiej śmierci. Męczeństwo przypisuje się im zapewne w znaczeniu szerszym, obejmującym śmierć na wygnaniu. Pamięć o nich utrwaliło kilka utworów hagiograficznych, przy czym niektóre zlokalizowały wygnanie Makarego i Eugeniusza w Arabii. Wspominano ich w różnych dniach: Grecy 20 grudnia, Martyrologium Hieronimiańskie 23 stycznia, a grecka Passio 22 lutego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 grudnia

    Święty Anastazy I, papież

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Urban V, papież
    Święty Anastazy I

    Anastazy pochodził z Rzymu, był synem kapłana Maksymusa (w tamtym okresie duchowieństwa nie obowiązywał jeszcze ściśle celibat). Na stolicę Piotrową Anastazy został wybrany w 399 r. Szczególną troską otoczył Kościół afrykański. Nawoływał biskupów afrykańskich zebranych na synodzie w Kartaginie w 401 r. do walki przeciwko donatyzmowi i zabraniał nawracającym się kapłanom-donatystom zajmować wyższe stanowiska w Kościele. Polecił czytać w liturgii Ewangelię w postawie stojącej z pochyloną głową. W czasie sprawowania pontyfikatu zajmował się kwestiami prawowierności poglądów Orygenesa.
    Zmarł 19 grudnia 401 r. w Rzymie, po zaledwie dwóch latach rządów. Został pochowany na cmentarzu Poncjana przy Via Portuensis. Św. Augustyn nazwał go “mężem apostolskiej gorliwości”.W ikonografii przedstawia się św. Anastazego w papieskim stroju pontyfikalnym. Jego atrybutem jest księga.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia


    18 grudnia

    Święci męczennicy
    Paweł Mi, Piotr Doung-Lac i Piotr Truat

    Zobacz także:
      •  Święty Auksencjusz, biskup
    Święci męczennicy wietnamscy

    Pierwsi misjonarze, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską do Wietnamu, przybyli tam w 1533 r. Ich działalność nie spotkała się z przychylnością władz, które wydalały obcokrajowców ze swojego terytorium. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy od 100 do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. (ich beatyfikacje odbywały się w czterech terminach pomiędzy 1900 i 1951 rokiem). Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i dziesięciu Francuzów; było to ośmiu biskupów i pięćdziesięciu kapłanów; pozostali to ludzie świeccy. Prawie połowa kanonizowanych (50 osób) należała do Rodziny Dominikańskiej. Ponieważ zamieszkiwali oni teren apostolatu Tonkin Wschodni (położony na wschód od rzeki Czerwonej), który papież Innocenty XIII powierzył dominikanom z Filipin, nazywa się ich często męczennikami z Tonkinu.Wspominani dziś trzej bracia: Paweł Mi, Piotr Doung-Lac oraz Piotr Truat byli katechumenami. Gdy wybuchło prześladowanie chrześcijan w Wietnamie, aresztowano ich, wtrącono do więzienia i poddano torturom. Zamęczono ich przez uduszenie. Beatyfikowani zostali w 1900 r., a kanonizowani w 1988 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 grudnia

    Święty Łazarz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan z Mathy, prezbiter
      •  Święty Józef Manyanet y Vives, prezbiter
    Święty Łazarz

    Łazarz był bratem Marii i Marty. Mieszkali razem w Betanii, na wschodnim zboczu Góry Oliwnej. Chrystus darzył ich swoją przyjaźnią i bywał w ich domu. Kiedy Łazarz zmarł i został pochowany, Jezus przybył do Betanii i wskrzesił go (J 11, 1-44). Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11).
    Według starej tradycji wschodniej Łazarz po Zesłaniu Ducha Świętego udał się na Cypr i był tam biskupem. Średniowieczna legenda opowiada o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta.
    W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 grudnia

    Święta Adelajda, cesarzowa

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria od Aniołów, dziewica
      •  Błogosławiony Sebastian Maggi, prezbiter
    Święta Adelajda

    Adelajda urodziła się w 931 lub 932 r. jako córka Rudolfa II, króla Burgundii. Kiedy miała zaledwie 6 lat, zmarł jej ojciec, a gdy miała 16 lat, została wydana za Lotara, króla Włoch. Dała mu córkę, Emmę. Owdowiała mając 20 lat. Pretendentem do tronu Włoch był wówczas Berengariusz II. Uwięził on Adelajdę i chciał ją zmusić, by wyszła za jego syna. Chciał bowiem w ten sposób prawnie zagarnąć koronę włoską. Adelajda nie załamała się, a zamążpójścia odmówiła. Zdołała też zbiec z więzienia. Schroniła się pod opiekę Ottona I, który pokonał Berengariusza i niebawem pojął Adelajdę za żonę. Dała mu troje dzieci, wśród nich jego następcę, Ottona II. Papież Jan XII w Boże Narodzenie 962 roku dokonał w bazylice św. Piotra uroczystej koronacji Ottona I na pierwszego cesarza Niemiec.
    W 973 roku Adelajda po raz drugi została wdową – po śmierci Ottona I. Jej synowa, żona Ottona II i córka cesarza bizantyńskiego, Teofana, zaczęła jej okazywać jawną niechęć. Zmusiła nawet męża, żeby własną matkę skazał na banicję. Dopiero po śmierci żony Otto II przeprosił matkę. Po jego śmierci w 983 r. Adelajda stała się regentką w zastępstwie jeszcze małoletniego cesarza, Ottona III. Ujawnił się w całej pełni jej zmysł organizacyjny, mądrość i roztropność, umiejętność dobierania ludzi na odpowiednie stanowiska. Wyróżniała się przy tym wielkim miłosierdziem i hojnością w przeznaczaniu dóbr na cele kościelne. Dlatego słusznie nazwano ją jedną z najwybitniejszych kobiet X stulecia. Uspokoiła królestwo burgundzkie (993), usprawniła administrację i finanse państwa.
    Korzystając z pełnego cesarskiego skarbca, wystawiła kilkanaście opactw i klasztorów. Wśród znaczniejszych wymienia się opactwa w Peterlingen, w Pavii i w Selz pod Strasburgiem. Właśnie tu szaty cesarskie zamieniła na habit. Ostatnie lata spędziła jako mniszka, by w ten sposób przygotować się na drogę do wieczności. Zmarła 16 grudnia 999 roku. Jej imię jest wybite na odwrocie monety Bolesława Chrobrego. Od początku doznawała czci. Żywot Adelajdy napisał św. Odylon. Jej kult zatwierdził papież bł. Urban II, wynosząc ją do chwały ołtarzy uroczystym aktem w 1097 roku.
    W ikonografii przedstawia się św. Adelajdę w stroju cesarzowej, z insygniami władzy, w ręku trzyma kościół lub klasztor.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Święta Adelajda, cesarzowa

    PATRONKA: osób znieważanych, panien młodych, rodziców z dużą liczbą dzieci, ojczymów i macoch, wygnańców, więźniów, wdów i powtórnych małżeństw.

     pl.wikipedia.org

    ***

    ATRYBUTY: miniatura kościoła, insygnia władzy królewskiej.

    IMIĘ: pochodzi z germańskiego i znaczy „o szlachetnym wyglądzie”. Urodziła się około 931 roku. Po krótkim małżeństwie z Lotarem II, królem Włoch, który zmarł otruty, była prześladowana przez nowego króla Berengariusza II. Schroniła się u Ottona I, króla Niemiec, który ożenił się z nią w 951 roku, i z którym w 962 roku została koronowana na cesarzową Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Rozważna w sprawach politycznych, była zarazem troskliwa w stosunku do ubogich i potrzebujących. Po śmierci Ottona udała się do założonego przez siebie klasztoru w Seltz, gdzie zmarła w 999 roku.

    Adela była córką Rudolfa II, króla Burgundii. Wyrósłszy na dziewicę jaśniejącą nie tylko niepospolitymi wdziękami, ale i anielską niewinnością, wyszła za Lotariusza, króla Włoch. Niedługo potem Berengariusz, margrabia Ivrei, pozbawił jej męża życia, po czym zagarnął koronę włoską i zażądał od młodej wdowy ręki dla swego syna. Adela odrzuciła z oburzeniem to żądanie, za co Berengariusz kazał ją uwięzić i obchodzić się z nią jak ze zbrodniarką. Nagłą tę zmianę znosiła Adela z poddaniem się woli Bożej, wiedziała bowiem, że Bóg w swoim czasie przywróci jej wolność, jakoż niedługo potem jej kapelan Marcin ułatwił jej ucieczkę do warownego zamku Kanossy. Tym czasem wieść o jej utrapieniach doszła cesarza Ottona I. Cesarz wyruszył przeciw Berengariuszowi, wyswobodził Adelę z oblężonej Kanossy i pojął ją za żonę.

    Szczęśliwe małżeństwo pobłogosławił Bóg czworgiem dziatek, które jednak wszystkie pomarły, oprócz najmłodszego syna Ottona II. Gdy wyszedł z lat dzieciństwa, dalsze jego wychowanie i wykształcenie poruczyła Adela sławnemu Brunonowi, arcybiskupowi kolońskiemu, po czym oddała się modlitwie i dziełom miłosierdzia. Surowa, oszczędna, nieubłagana dla siebie, okazywała wielką dobroć względem biednych, chorych i uciśnionych. Nadto hojnie uposażała kościoły i założyła kilka klasztorów dla młodzieży męskiej i żeńskiej, aby szerzyć oświatę chrześcijańską i ściągnąć na kraj i rodzinę błogosławieństwo Niebios.

    W roku 962 towarzyszyła mężowi do Włoch, i otrzymała wraz z nim z rąk papieża Jana XII koronę cesarską. Zaszczycona najwyższą godnością, jaką ziemia dać może, pozostała skromną i pokorną. Mąż przypuszczał ją do udziału w rządach, gdyż odznaczała się bystrością i przezornością. Wpływu swego używała na korzyść i dobro Kościoła katolickiego, popieranie oświaty i tworzenie dobroczynnych zakładów. Dokumenty klasztoru świętego Maurycego w Wallis, Maria-Einsiedeln, Peterlingen w Waadt, biskupstw lozańskiego i genewskiego w Szwajcarii, a nadto wiele niemieckich i włoskich dokumentów fundacyjnych wymienia ją wyraźnie jako współfundatorkę. Najpiękniejszy dowód zacności duszy złożyła, powoławszy na swój dwór dwie córki swego zawziętego wroga Berengariusza, którymi zajęła się jak rodzona matka. W roku 973 śmierć wydarła jej drogiego małżonka, a na tron wstąpił młody Otton II. Dopóki młody, dwudziestoletni władca szedł za radami matki, rządził szczęśliwie, ale gdy pojął za żonę grecką księżniczkę Teofanię, szczęście go opuściło. Zarozumiała bowiem Greczynka i podli pochlebcy, nienawidzący pobożną Adelę, tak dalece opanowali serce Ottona, że zapomniawszy o czci należnej matce zaczął jej ubliżać, dokuczać, aż wreszcie skazał ją na wygnanie.

    Z westchnieniem: “Boże, Ty znasz miłość moją, Ty mnie nie odepchniesz! Zesłałeś na mnie ten cios, abym z miłości dla dziecka nie zapomniała o Tobie!” opuściła Adela progi domowe, usuwając się z oczu prześladowców i udała się do brata swego Konrada, króla Burgundii.

    Otton II stracił teraz wszelki szacunek u poddanych, a Teofania stała się przedmiotem powszechnej nienawiści. Wszystko poczęło się burzyć, w całym cesarstwie wszczął się nieład i zamieszanie, toteż gdy w jakiś czas potem Majolus, opat kluniacki, stanął śmiało przed cesarzem, zarzucił mu jawne zgorszenie, że on, zwierzchnik narodu zobowiązany do przestrzegania przykazań Bożych, tak haniebnie pogwałcił cześć winną matce, i zagroził mu gniewem Bożym, Otton okazał serdeczny żal, przeprosił pokornie obrażoną matkę i oddał jej rządy Włoch.

    W trzy lata później Otton II zmarł. W imieniu jego nieletniego syna Ottona III rządziła Teofania, ale jej duma i widoczna niechęć do Adeli zraziła do niej wszystkich poddanych. Niepowściągliwa w słowach cesarzowa odezwała się pewnego razu do jednej ze swych dworek: “Niechaj tylko pożyję choćby z rok jeszcze, a Adela nie będzie miała piędzi ziemi, nad którą by panowała”, ale gdy w tym samym jeszcze roku wybrała się do Włoch, w drodze zmarła. Otton III i magnaci prosili Adelę, aby ujęła ster rządów, na co się zgodziła i rządziła w imieniu wnuka dopóty, dopóki nie doszedł do pełnoletniości. Potem odsunęła się od spraw publicznych, aby się przygotować na śmierć. Raz tylko jeszcze wychyliła się ze swej samotni, aby przywrócić zgodę między swym bratankiem Rudolfem III, władcą Burgundii, a zbuntowanymi panami. Wracając, umarła w klasztorze Selz, 6 mil od Strassburga, dnia 16 grudnia 999 roku.

    wyd. Jedność/Żywoty świętych/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________________________________________________

    15 grudnia

    Święta Maria Crocifissa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Karol Steeb, prezbiter
    Święta Maria Crocifissa

    Paula di Rosa urodziła się 6 listopada 1813 roku w Brescii (Włochy) jako córka Klemensa i księżnej Kamili Albani z Bergamo. Rodzice dali jej wszechstronne wykształcenie oraz religijne wychowanie. Kiedy miała 11 lat, zapadła na ciężką chorobę, którą przeszła szczęśliwie. Wcześnie straciła matkę. Jako sierota obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. Oddana do szkoły i na wychowanie sióstr wizytek, uczyniła duże postępy w nauce i w cnotach chrześcijańskich. W wieku 17 lat wróciła do domu. Kiedy ojciec zaproponował jej małżeństwo, odmówiła i w 19. roku życia złożyła ślub dozgonnej czystości.
    Równocześnie podjęła się kierownictwa nad 70 pracownicami w przędzalni ojca w Acquafreddzie, rozwijając wśród nich prawdziwie misyjną i apostolską pracę w latach 1831-1836. Podobną chrześcijańską pracę rozwijała, ilekroć przebywała w wiejskiej, letniej posiadłości rodzinnej w Capriano (Brescia), zajmując się ze szczególną troskliwością biednymi i chorymi, dopomagając miejscowym kapłanom w pracy nad młodzieżą żeńską, w misjach, w rekolekcjach lub w różnych inicjatywach kościelno-społecznych. Jej bohaterstwo zabłysło w czasie epidemii cholery, kiedy to z całym poświęceniem usługiwała zarażonym. W latach 1836-1839 podjęła się pracy w dwóch szkołach dla głuchoniemych oraz w instytucjach przeznaczonych dla opuszczonych kobiet i dziewcząt narażonych na utratę niewinności.
    Pod kierownictwem wytrawnego kierownika duchowego, ks. Faustyna Pinzoni, postanowiła założyć stowarzyszenie pielęgniarek dla posługi chorym. Po otrzymaniu zezwolenia od władz państwowych w 1840 Paula zebrała 32 dziewczęta, przeszkoliła je i udała się z nimi do szpitala kobiecego w Brescii. Przekonała się bowiem, że oprócz pomocy lekarskiej chorzy potrzebują stałej opieki. Tak powstało zgromadzenie Służebnic Miłości. W rok potem Paula otworzyła drugi podobny szpital w Cremonie. Świątobliwy ojciec z radością wspierał te wszystkie wysiłki i inicjatywy swojej córki. Na dom centralny dla powstającej nowej rodziny zakonnej przeznaczył zakupiony pałac w Brescii. Starał się ponadto o poparcie władz. W 1844 roku Rzym wydał dekret pochwalny, a w roku 1847 papież Pius IX zatwierdził warunkowo na czas próby konstytucje, napisane przez ks. Pinzoni. W roku 1852 Paula w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego złożyła śluby i przybrała imię zakonne Maria Crocifissa (Maria od Chrystusa Ukrzyżowanego). Wraz ze swoją przełożoną przyjęło habit 18 sióstr.
    Siostry dały o sobie znać przede wszystkim w czasie zarazy, jaka kilkakrotnie nawiedziła północne Włochy. Ich bohaterskie poświęcenie zyskało im powszechne uznanie. Maria patrzyła z radością, jak mnożyły się nowe fundacje. W roku 1855 było ich już siedem. Pewna, że dzieło ma zapewnione trwanie, mogła spokojnie odejść. W czasie ćwiczeń duchowych w Mantui zasłabła (26 listopada), ukończyła je wszakże i udała się do macierzystego domu w Brescii, gdzie 15 grudnia 1855 roku oddała Bogu ducha w wieku zaledwie 42 lat. Jej ciało, pochowane początkowo w grobowcu rodzinnym, zostało umieszczone w kościele domu macierzystego w Brescii. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius XII w 1940 roku, a do chwały świętych – ten sam papież w roku 1954.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 grudnia

    Święty Jan od Krzyża,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Wenancjusz Fortunat, biskup
    Święty Jan od Krzyża

    Jan de Yepes był trzecim z kolei dzieckiem Gonzaleza de Yepes i Katarzyny Alvarez. Przyszedł na świat w 1542 roku w Fontiveros, w pobliżu miasta Avila (Hiszpania). Miał dwóch braci: Ludwika i Franciszka, ale pierwszy z nich zmarł niedługo po urodzeniu. Warunki w domu były bardzo ciężkie, gdyż rodzina wyrzekła się Gonzaleza za to, że będąc szlachcicem śmiał wziąć za żonę dziewczynę z ludu. Jeszcze cięższe warunki nastały, kiedy zmarł ojciec. Jan miał wówczas dwa i pół roku. Matka przeniosła się z dziećmi do Arevalo (1548), a potem do Medina del Campo (1551). Jan został oddany do przytułku. Potem pracował w szpitalu, by następnie próbować różnych zawodów u kolejnych majstrów: w tkactwie, krawiectwie, snycerstwie, jako malarz, jako zakrystian, wreszcie jako pielęgniarz. Za zebrane z trudem pieniądze uczył się w kolegium jezuickim w Medinie (1559-1563), jednocześnie pracując na swoje utrzymanie. W roku 1563, mając 21 lat, wstąpił do karmelitów i wtedy obrał sobie imię Jan od św. Macieja. W zakonie napotkał na znaczne rozluźnienie. Dlatego gdy składał śluby, czynił to z myślą o profesji według dawnej obserwancji. Po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicznych w Salamance, w 25. roku życia otrzymał święcenia kapłańskie (1567).
    W dniu swojej Mszy prymicyjnej spotkał św. Teresę z Avila, która podjęła się dzieła reformy żeńskiej gałęzi Karmelu. Te dwie bratnie dusze zrozumiały się i postanowiły wytężyć wszystkie siły dla reformy obu rodzin karmelitańskich. W następnym roku św. Teresa namówiła pewnego szlachcica, żeby ofiarował dom w Duruelo na założenie pierwszej fundacji reformy. Tam przeniósł się Jan wraz z dwoma przyjaciółmi, których pozyskał dla reformy. 28 listopada 1568 r. złożyli ślub zachowania pierwotnej reguły. Jan przybrał sobie wówczas imię Jana od Krzyża. Postanowił pozostać wierny reformie, choćby “miał to przypłacić życiem”. Wkrótce okazało się, że będzie miał okazję dać dowód tej wierności. W latach 1569-1571 został wybrany na mistrza nowicjatu. W roku 1570 musiał jednak przenieść klasztor do Pastrany. W roku 1571 został rektorem pierwszego klasztoru karmelitów w Alcali, który przyjął reformę. Równocześnie pełnił obowiązki spowiednika karmelitanek zreformowanych w Avila (1572-1577).
    W postępowaniu Jana przełożeni dopatrzyli się niesubordynacji. Obawiali się rozkładu zakonu. Posypały się napomnienia i nakazy. Gdy Jan okazywał się na nie głuchy, został aresztowany w Avila w nocy z dnia 2 na 3 grudnia 1577 roku i siłą zabrany do Toledo. Wtrącony do więzienia klasztornego, był nie tylko pozbawiony wolności, ale skazany na głód i częstą chłostę. Nie załamał się jednak. Jak sam pisał, w “paszczy wieloryba” przebył 9 miesięcy. Pan Bóg w tych miesiącach udręki zalewał go potokami pociech mistycznych. “Noce ciemne” długiego więzienia wykorzystał dla doświadczenia nie mniej bolesnego stanu, kiedy Pan Bóg pozornie opuszcza swoich wybranych, by ich zupełnie oczyścić i ogołocić z niepożądanych pragnień, uczuć i przywiązań.
    15 sierpnia 1578 roku udało mu się uciec z zakonnego więzienia w Toledo po długich i żmudnych do tego przygotowaniach. Bracia z własnego klasztoru przyjęli go z wielką radością. 9 października tego roku wziął udział w kapitule, na której został wybrany przełożonym konwentu w Jaen, w Andaluzji. W roku następnym (1579) otworzył nowy dom reformy, w Baeza, gdzie pozostał jako przełożony do 1582 r. W roku 1581 z domów zreformowanych karmelitów utworzona została osobna prowincja. Zezwolił na to papież Grzegorz XIII specjalnym breve z 22 lipca 1580 roku.
    Cierpienia Jana podjęte dla reformy zaczęły owocować. Gorliwi zakonnicy widzieli w nim męczennika sprawy i zaczęli przekonywać się do reformy. Mnożyły się także nowe fundacje dzięki hojności panów duchownych i świeckich. W roku 1582 Jan został mianowany przełożonym domu w Granadzie, a trzy lata później kapituła wybrała go wikariuszem prowincji Andaluzja. W 1587 r. zrzekł się tego urzędu i został ponownie mianowany przełożonym konwentu w Granadzie.
    Kiedy liczba zreformowanych klasztorów zaczęła rosnąć i powstawały nowe prowincje, papież Sykstus V zezwolił na wybór osobnego wikariusza generalnego dla prowincji zreformowanych, ale generał miał być jeszcze wspólny dla obu rodzin karmelu. Papież miał bowiem nadzieję, że niebawem cały zakon przyjmie reformę. W roku 1588 odbyła się pierwsza kapituła generalna prowincji zreformowanych.
    Jednak stronnictwo złagodzonej reguły wzięło górę. Jan został usunięty ze wszystkich urzędów i jako zwykły zakonnik zakończył niebawem życie w klasztorze w Ubedzie 14 grudnia 1591 roku w wieku zaledwie 49 lat. Umierał zupełnie osamotniony, bowiem św. Teresa z Avila dawno już nie żyła – przeszła do nieba 4 października 1582 roku.
    Najbardziej sławny stał się Jan od Krzyża dzięki swoim pismom. Było ich znacznie więcej, ale spalono je zaraz po śmierci w obawie, by nie dostały się do rąk wrogów zakonu jako materiał przeciwko złagodzonej regule. Pozostały 22 dzieła, w tym kilkanaście utworów poetyckich, które dla mistyki chrześcijańskiej mają wprost bezcenną wartość. Najważniejsze są dwa z nich: Noc ciemna i Pieśń duchowa. Są one perłą w światowej literaturze mistyki. Oba dzieła początek swój wywodzą z więzienia w Toledo. One też przysporzyły Janowi tytuł doktora Kościoła; dzięki nim zwany jest on także doktorem mistycznym. Dzisiaj jego dzieła są przełożone na wszystkie znane języki świata i należą do klasyki dzieł mistycznych.
    Nie mniejszym powodzeniem cieszą się dotąd Droga na Górę Karmel i Żywy płomień. Nikt dotąd nie poddał stanów mistyki tak subtelnej analizie, jak właśnie Jan od Krzyża. Św. Teresa z Avila zostawiła wprawdzie także poważne dzieła z zakresu mistyki chrześcijańskiej, ale podeszła ona do problemu raczej od strony praktycznej, podczas gdy Jan wskazał na podstawy teologiczne mistyki. Miał także wybitne zdolności plastyczne. Umiał rysunkiem, poglądowo, przedstawić nawet bardzo skomplikowane drogi mistyki (np. szkic Góra doskonałości). Chyba to jedyny wypadek w dziejach mistyki katolickiej. Najsłynniejszym rysunkiem, zachowanym do dziś (i przechowywanym jako relikwia) jest szkic Ukrzyżowanego Chrystusa, utrwalona na kartce wizja z objawienia w Avila (1572-1577). Rysunek ten stał się inspiracją dla współczesnych twórców (m.in. Salvadore Dali namalował obraz zatytułowany Chrystus św. Jana od Krzyża).
    Relikwie Doktora Mistycznego znajdują się w kościele karmelitów w Segovii. Beatyfikowany został przez papieża Klemensa X w 1675 r., a kanonizowany w 1726 r. przez Benedykta XIII. Pius XI ogłosił go doktorem Kościoła w 1926 r. Jest patronem karmelitów bosych.
    W ikonografii św. Jan od Krzyża przedstawiany jest w habicie karmelitańskim. Jego atrybutami są: otwarta księga, krucyfiks, lilia, orzeł u jego stóp.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    List Apostolski Ojca Świętego Jana Pawła II – Magister in fede

    List Apostolski Ojca Świętego Jana Pawła II z okazji czterechsetlecia śmierci św. Jana od Krzyża z dnia 14 grudnia 1990 r.

    Wprowadzenie



    1. Mistrz w wierze i świadek Boga żywego, święty Jan od Krzyża jest wspominany dzisiaj przez Kościół w sposób szczególny z racji obchodów czterechsetlecia jego przejścia do chwały, które miało miejsce 14 grudnia 1591 roku w klasztorze w Ubeda, skąd został wezwany do domu Ojca.

    Z radością cały Kościół stwierdza obfite owoce świętości i mądrości, które ten jego Syn przekazuje nieustannie swym życiem i pismami. Rzeczywiście, jego postać i nauczanie przyciągają uwagę różnorodnych środowisk religijnych i kulturowych, które znajdują w nim zrozumienie i odpowiedź na najgłębsze aspiracje zarówno człowieka, jak i wierzącego. Żywię zatem nadzieję, iż obchody tego jubileuszu pomogą lepiej ukazać wielkość oraz rozpowszechnić treść jego głównego orędzia: życia teologalnego w wierze, nadziei i miłości.

    To przesłanie, skierowane do wszystkich, jest szczególnym dziedzictwem i przynaglającym zadaniem dla Karmelu Terezjańskiego, który słusznie uznaje Świętego za ojca i duchowego mistrza. Jego przykład jest wzorem życia, jego pisma są skarbem, którym należy podzielić się ze wszystkimi szukającymi Bożego oblicza. Jego doktryna jest również słowem aktualnym, szczególnie dla Hiszpanii, jego ojczyzny, której imię rozsławił pismami o powszechnym znaczeniu.

    2. Ja sam czułem się pociągnięty przez doświadczenie i nauczanie Świętego z Fontiveros. Od pierwszych lat mojej formacji kapłańskiej znajdowałem w nim solidnego przewodnika na ścieżkach wiary. Ten wymiar jego doktryny wydaje się być zasadniczy, wręcz życiowy dla każdego chrześcijanina zwłaszcza w epoce poszukującej nowych dróg i będącej równocześnie narażoną na niebezpieczeństwa i pokusy na polu wiary.

    Podczas gdy czuło się jeszcze klimat duchowy wytworzony przez obchody czterechsetlecia (w 1942 roku) narodzin świętego Karmelity, a Europa powstawała z prochów po doświadczeniu ciemnej nocy wojny, napisałem moją rozprawę doktorską z teologii na temat: Zagadnienie wiary w dziełach świętego Jana od Krzyża (1). Analizowałem w niej i uwydatniłem centralne stwierdzenie Doktora Mistycznego: wiara jest jedynym, najbliższym i współmiernym środkiem do zjednoczenia z Bogiem. Już wówczas przeczuwałem, że synteza dokonana przez świętego Jana od Krzyża zawiera nie tylko solidną doktrynę teologiczną, ale przede wszystkim wyjaśnienie życia chrześcijańskiego w jego podstawowych elementach, którymi są: zjednoczenie z Bogiem, kontemplacyjny wymiar modlitwy, teologalna siła misji apostolskiej, dążenia nadziei chrześcijańskiej.

    W czasie mojej wizyty w Hiszpanii w listopadzie 1982 roku miałem radość uczczenia jego pamięci w Segovii, na tle bardzo sugestywnego rzymskiego akweduktu, i oddania czci jego relikwiom przy jego grobie. Przypomniałem tam ponownie wielkie orędzie o jego wierze jako istotę przesłania świętego Jana od Krzyża dla całego Kościoła, Hiszpanii i Karmelu. O wierze żywej, dynamicznej, szukającej i spotykającej Boga w Jego Synu Jezusie Chrystusie, w Kościele, w pięknie stworzenia, w milczącej modlitwie, w ciemnościach nocy i oczyszczającym płomieniu Ducha (2).

    3. Podczas tegorocznych obchodów czterechsetlecia jego śmierci wypada raz jeszcze wsłuchać się w słowa tego mistrza. Na skutek szczęśliwej zbieżności stał się on naszym towarzyszem podróży w tym szczególnym okresie historii, na progu roku 2000, kiedy upływa 25 lat od zakończenia Soboru Watykańskiego II, który zapoczątkował i wspierał odnowę Kościoła w zakresie czystości doktryny i świętości życia. “Kościół – stwierdza Sobór – ma za zadanie uobecnianie w sposób jakby widzialny Boga Ojca i Jego Syna Wcielonego, wraz z nieustannym odnawianiem się i oczyszczaniem pod przewodnictwem Ducha Świętego, głównie dzięki świadectwu żywej i dojrzalej wiary, zdolnej do dostrzegania w sposób wyraźny napotykanych trudności i do ich przezwyciężania” (3).

    Obecność Boga i Chrystusa, oczyszczające odnowienie dokonujące się pod przewodnictwem Ducha Świętego, doświadczenie oświeconej i dojrzałej wiary, czyż nie jest to główna zawartość doktryny świętego Jana od Krzyża i jego orędzie dla Kościoła i dzisiejszego człowieka? Odnawianie i ożywianie wiary stanowi nieodzowny fundament umożliwiający stawianie czoła któremukolwiek z palących zadań stojących dziś przed Kościołem: doświadczenie zbawczej obecności Boga w Chrystusie, w samym centrum życia i historii, ponowne odkrycie uwarunkowań człowieka i jego synostwa Bożego, jego powołanie do zjednoczenia z Bogiem, stanowiące najgłębszą rację jego godności (4), nowa ewangelizacja świata zaczynająca się od reewangelizacji wierzących, coraz szersze otwarcie się na nauczanie i światło Chrystusa.

    4. Jest wiele aspektów, dzięki którym święty Jan od Krzyża jest znany w Kościele i w świecie kultury: jako pisarz i poeta języka kastylijskiego, jako poeta i humanista, jako człowiek o głębokim doświadczeniu mistycznym, teolog i duchowy egzegeta, duchowy mistrz i kierownik dusz. Będąc mistrzem na drogach wiary, sprawia, iż jego postać i pisma oświecają tych wszystkich, którzy szukają doświadczenia Boga na drodze kontemplacji i w zapomnianej o sobie służbie braciom. W swojej wzniosłej twórczości poetyckiej, w swoich traktatach doktrynalnych – Droga na Górę KarmelNoc ciemnaPieśń duchowaŻywy płomień miłości – tak jak i w pomniejszych, lecz bogatych w treść Słowach światła i miłościRadach i wskazówkachListach Święty zostawił nam syntezę chrześcijańskiej duchowości i jej mistycznego doświadczenia. Wśród tego bogactwa tematów pragnę zatrzymać się w tej chwili na centralnym przesłaniu, na wierze żywej jako przewodniczce chrześcijanina, jedynym świetle w ciemnej nocy próby, gorejącym płomieniu podsycanym przez Ducha.

    Wiara, jak to dobrze ukazuje Święty swoim życiem, prowadzi do adoracji i uwielbienia, nadaje całej egzystencji człowieka wymiar realizmu oraz smak transcendencji. Pragnę poza tym, ze światłem “Ducha Świętego Nauczyciela” (5), w zgodności z mądrościowym stylem Brata Jana od Krzyża, skomentować niektóre aspekty jego doktryny na temat wiary, przyjmując jego orędzie wraz z kobietami i mężczyznami naszych czasów, pełnych wyzwań i nadziei.

    List Apostolski Ojca Świętego Jana Pawła II – Magister in fede


    ______________________________________________________________________

    Św. Jan od Krzyża

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 16.02.2011

    Św. Jan od Krzyża

    Drodzy bracia i siostry!

    Dwa tygodnie temu przedstawiłem postać wielkiej hiszpańskiej mistyczki Teresy od Jezusa. Dziś chcę mówić o innym ważnym świętym tamtych ziem, duchowym przyjacielu św. Teresy, który razem z nią reformował zakonną rodzinę karmelitańską: o św. Janie od Krzyża, ogłoszonym doktorem Kościoła przez papieża Piusa XI w 1926 r., a w tradycji nazywanym doctor mysticus, «doktorem mistycznym».

    Jan od Krzyża urodził się w 1542 r. w Fontiveros, małej miejscowości położonej w pobliżu Awili, w Starej Kastylii; był synem Gonzala de Yepes i Cataliny Alvarez. Rodzina była bardzo uboga, ponieważ ojciec, wywodzący się ze szlacheckiej rodziny toledańskiej, został wypędzony z domu i wydziedziczony, za to że poślubił Catalinę, prostą kobietę, tkaczkę jedwabiu. Wcześnie osierocony przez ojca, Jan mając 9 lat przeniósł się z matką i bratem Franciszkiem do Mediny del Campo pod Valladolid, ośrodka handlu i kultury. Tam uczył się w Colegio de los Doctrinos, a także wykonywał proste prace u sióstr z kościoła-klasztoru św. Magdaleny. Następnie dzięki swoim zaletom i dobrym wynikom w nauce został przyjęty jako pielęgniarz do szpitala Niepokalanego Poczęcia, a potem do nowo założonego w Medinie del Campo kolegium jezuitów. Jan wstąpił do niego mając 18 lat i przez trzy lata studiował tam nauki humanistyczne, retorykę i języki klasyczne. Kiedy kończył naukę, miał już jasną wizję swojego powołania: było nim życie zakonne, a z zakonów obecnych w Medinie najbardziej pociągał go karmel.

    Latem 1563 r. rozpoczął nowicjat u karmelitów w tym mieście i przyjął imię zakonne Maciej. W następnym roku został wysłany na prestiżowy uniwersytet w Salamance, gdzie studiował przez trzy lata sztuki wyzwolone i filozofię. W 1567 r. otrzymał święcenia kapłańskie i wrócił do Mediny del Campo, by odprawić Mszę św. prymicyjną w otoczeniu kochającej rodziny. Wtedy właśnie doszło do pierwszego spotkania Jana i Teresy od Jezusa. Spotkanie to miało decydujące znaczenie dla obojga: Teresa przedstawiła mu swój plan reformy karmelu, również męskiej gałęzi zakonu, i zaproponowała, by włączył się w jego realizację «dla większej chwały Bożej». Młodego kapłana tak bardzo zafascynowały idee Teresy, że został żarliwym zwolennikiem jej projektu. Pracowali razem przez kilka miesięcy, dzieląc się swoimi ideałami i pomysłami, by jak najszybciej otworzyć pierwszy dom karmelitów bosych: do inauguracji doszło 28 grudnia 1568 r. w Duruelo, leżącej na uboczu miejscowości w prowincji Awili. Razem z Janem tę pierwszą zreformowaną wspólnotę męską tworzyło trzech towarzyszy. Odnawiając swoje śluby zakonne zgodnie z pierwotną regułą, wszyscy czterej przyjęli nowe imiona; Jan przybrał wtedy imię «Jan od Krzyża», i pod tym imieniem był później powszechnie znany. Pod koniec 1572 r. na prośbę św. Teresy stał się spowiednikiem i wikariuszem w klasztorze Wcielenia w Awili, w którym święta była przeoryszą. Były to lata ścisłej współpracy i przyjaźni duchowej, które wzbogaciły oboje. Z tego okresu pochodzą też najważniejsze dzieła św. Teresy i pierwsze pisma Jana.

    Włączenie się w reformę karmelitańską nie było dla Jana rzeczą łatwą i opłacił je wielkim cierpieniem. Epizodem najbardziej traumatycznym było porwanie go w 1577 r. i uwięzienie w klasztorze karmelitów dawnej obserwancji w Toledo, związane z niesłusznym oskarżeniem. Święty był więziony miesiącami w warunkach skrajnego niedostatku, wywierano na niego naciski fizyczne i psychiczne. Tam napisał oprócz innych wierszy słynną Pieśń duchową. Wreszcie w nocy z 16 na 17 sierpnia 1578 r. zdołał w burzliwy sposób uciec i schronił się w znajdującym się w tym mieście klasztorze karmelitanek bosych. Św. Teresa i towarzysze ze zreformowanego klasztoru z wielką radością przyjęli jego uwolnienie się, a po krótkim okresie, przeznaczonym na odzyskanie sił, Jan został wysłany do Andaluzji, gdzie spędził 10 lat w różnych klasztorach, przede wszystkim w Granadzie. Pełnił coraz ważniejsze funkcje w zakonie, a w końcu został wikariuszem prowincjalnym, dokończył też pisanie swoich rozpraw o życiu duchowym. Wrócił następnie w swoje rodzinne strony jako członek zarządu generalnego zakonnej rodziny terezjańskiej, która cieszyła się wówczas pełną niezależnością prawną. Zamieszkał w karmelu w Segowii, gdzie pełnił urząd przełożonego tej wspólnoty. W 1591 r. został zwolniony ze wszystkich funkcji i skierowany do nowej prowincji zakonnej w Meksyku. W okresie przygotowań do dalekiej podróży z 10 towarzyszami udał się do odosobnionego klasztoru w pobliżu Jaén, gdzie ciężko zachorował. Znosił wielkie cierpienia z przykładną pogodą ducha i cierpliwością. Umarł w nocy z 13 na 14 grudnia 1591 r., podczas gdy bracia odmawiali jutrznię. Pożegnał się z nimi mówiąc: «Dziś idę śpiewać Oficjum w niebie». Jego śmiertelne szczątki zostały przeniesione do Segowii. Został beatyfikowany przez Klemensa X w 1675 r. i kanonizowany przez Benedykta XIII w 1726 r.

    Jan uważany jest za jednego z najważniejszych twórców liryki w literaturze hiszpańskiej. Jego największe cztery dzieła to Droga na Górę KarmelNoc ciemnaPieśń duchowa i Żywy płomień miłości.

    Pieśni duchowej św. Jan przedstawia drogę oczyszczenia duszy, czyli stopniowe i radosne przyswajanie sobie Boga, aż do momentu, w którym dusza zaczyna czuć, że kocha Boga taką samą miłością, jaką jest przez Niego kochana. W żywym płomieniu miłości idzie dalej w tym samym kierunku, bardziej szczegółowo opisując przemieniające zjednoczenie z Bogiem. Porównaniem, którym posługuje się Jan, jest zawsze ogień: jak ogień, który im bardziej rozżarza i trawi drewno, tym jaśniejszy staje się jego płomień, podobnie Duch Święty, oczyszczający i «umywający» duszę podczas nocy ciemnej, z czasem niczym płomień oświeca ją i ogrzewa. Życie duszy jest nieustannym świętem Ducha Świętego, które daje przedsmak chwały zjednoczenia z Bogiem w wieczności.

    Droga na Górę Karmel przedstawia duchową drogę z punktu widzenia stopniowego oczyszczania duszy, niezbędnego, by wznieść się na wyżyny chrześcijańskiej doskonałości, której symbolem jest szczyt góry Karmel. Oczyszczenie to przedstawione jest jako droga, którą człowiek podejmuje we współpracy z działaniem Boga, by uwolnić duszę od wszelkiego przywiązania bądź uczucia sprzecznego z wolą Bożą. Oczyszczenie, które musi być całkowite, by umożliwić zjednoczenie w miłości z Bogiem, zaczyna się od życia zmysłowego, a na następnym jego etapie, za sprawą trzech cnót teologalnych: wiary, nadziei i miłości, zostają oczyszczone intencje, pamięć i wola. Noc ciemna opisuje aspekt «bierny», czyli działanie Boga w tym procesie «oczyszczania» duszy. Swoim własnym wysiłkiem człowiek nie jest bowiem w stanie dotrzeć do głębokich korzeni złych skłonności i przyzwyczajeń: może je jedynie hamować, ale nie potrafi ich całkowicie usunąć. Do tego potrzebne jest specjalne działanie Boga, który radykalnie oczyszcza ducha i go przygotowuje do zjednoczenia w miłości z Sobą. Św.Jan nazywa to oczyszczenie «biernym» właśnie dlatego, że choć dusza je akceptuje, to dokonuje się ono dzięki tajemniczemu działaniu Ducha Świętego, który jak płomień ognia wypala wszystkie nieczystości. W tym stanie dusza poddawana jest wszelkiego rodzaju próbom, jak gdyby otaczała ją ciemna noc.

    Te stwierdzenia, dotyczące głównych dzieł świętego, pozwalają nam przybliżyć się do istotnych elementów jego rozległej i głębokiej nauki mistycznej, której celem jest opisanie bezpiecznej drogi wiodącej do osiągnięcia świętości, stanu doskonałości, do którego Bóg powołuje nas wszystkich. Według Jana od Krzyża, wszystko to, co istnieje, co zostało stworzone przez Boga, jest dobre. Poprzez stworzenia możemy dojść do odkrycia Tego, który zostawił na nich swój ślad. Wiara jest w każdym razie jedynym danym człowiekowi źródłem, pozwalającym poznać Boga takiego, jakim jest — jako Boga jedynego i w trzech Osobach. Wszystko to, co Bóg chciał przekazać człowiekowi, powiedział w Jezusie Chrystusie, swoim Słowie wcielonym. Jezus Chrystus jest jedyną i definitywną drogą do Ojca (por. J 14, 6). Jakiekolwiek stworzenie jest niczym w porównaniu z Bogiem i poza Nim nic nie ma wartości: tak więc, aby osiągnąć doskonałą miłość Boga, każda inna miłość musi upodobnić się w Chrystusie do miłości Bożej. Dlatego św. Jan z naciskiem podkreśla potrzebę oczyszczenia i opustoszenia własnego wnętrza, by przemienić się w Bogu, co jest jedynym celem dążenia do doskonałości. To «oczyszczenie» nie jest tożsame z fizycznym brakiem rzeczy czy nieposługiwaniem się nimi; tym, co sprawia, że dusza staje się czysta i wolna, jest wyeliminowanie wszelkiego nieuporządkowanego uzależnienia od rzeczy. Wszystko musi mieć odniesienie do Boga, który jest centrum i celem życia. W długim i wymagającym trudu procesie oczyszczenia potrzebny jest wysiłek człowieka, ale główną rolę odgrywa Bóg; wszystko, co może zrobić człowiek, to «przygotować się», otworzyć na działanie Boga i nie stawiać Mu przeszkód. Żyjąc cnotami teologalnymi, człowiek uwzniośla się i nadaje wartość swojemu wysiłkowi. Tempo, w jakim rośnie wiara, nadzieja i miłość, odpowiada postępom w dziele oczyszczenia i w stopniowym jednoczeniu się z Bogiem, aż do przemiany w Nim. Kiedy osiąga się ten cel, dusza zanurza się w samym życiu trynitarnym, toteż św. Jan mówi, że wówczas jest ona zdolna kochać Boga taką samą miłością, jaką On ją kocha, ponieważ kocha ją w Duchu Świętym. Dlatego doktor mistyczny twierdzi, że prawdziwe zjednoczenie w miłości z Bogiem nie istnieje, jeśli nie wieńczy go zjednoczenie trynitarne. Na tym najwyższym poziomie święta dusza poznaje wszystko w Bogu i nie potrzebuje już pośrednictwa stworzeń, żeby do Niego dotrzeć. Dusza czuje się ogarnięta miłością Bożą i w pełni się nią cieszy.

    Drodzy bracia i siostry, na koniec pozostaje pytanie: czy ten święty, ze swoim wzniosłym mistycyzmem, tą mozolną drogą na szczyty doskonałości, ma coś do powiedzenia również nam, zwykłym chrześcijanom, którzy żyją w dzisiejszych warunkach, czy też jest przykładem, wzorem tylko dla nielicznych wybranych dusz, które rzeczywiście mogą pójść tą drogą oczyszczenia, mistycznego uwznioślenia? Aby znaleźć odpowiedź, musimy przede wszystkim pamiętać, że życie św. Jana od Krzyża nie było «bujaniem w mistycznych obłokach», było bardzo ciężkie, praktyczne i konkretne, zarówno wtedy, gdy był reformatorem zakonu, kiedy to napotykał wiele sprzeciwów, jak i wówczas, gdy był prowincjałem, a także gdy przebywał w więzieniu u współbraci, gdzie był wystawiony na niesłychane szykany i znęcanie się fizyczne. Było to życie ciężkie, ale właśnie w miesiącach spędzonych w więzieniu napisał on jedno ze swoich najpiękniejszych dzieł. Pozwala nam to zrozumieć, że wędrowanie z Chrystusem, podążanie z Chrystusem, «Drogą», nie jest dodatkowym obciążeniem już wystarczająco ciężkiego brzemienia naszego życia, nie jest czymś, co sprawia, że to brzemię staje się jeszcze cięższe, lecz jest rzeczą zupełnie inną, jest światłem, siłą, która nam pomaga dźwigać to brzemię. Jeśli człowiek ma w sobie tę wielką miłość, ona niejako dodaje mu skrzydeł, i łatwiej mu znosić wszystkie życiowe udręki, ponieważ ma w sobie to wielkie światło; tym właśnie jest wiara: Bóg kocha człowieka, który pozwala, by Bóg kochał go w Jezusie Chrystusie. To otwarcie na miłość jest światłem, które pomaga nam nieść brzemię każdego dnia. A świętość nie jest naszym, bardzo trudnym, dziełem — jest właśnie tym «otwarciem»: otwarciem okien naszej duszy, by światło Boga mogło ją napełnić, niezapominaniem o Bogu, bo właśnie otwieranie się na Jego światło daje siłę, daje radość odkupionych. Módlmy się, by Pan pomógł nam osiągnąć tę świętość, pozwolić Bogu, by nas kochał, co jest powołaniem nas wszystkich i prawdziwym zbawieniem. Dziękuję.

    po polsku:

    Z serdecznym pozdrowieniem zwracam się do Polaków. Św. Jan od Krzyża uczy, że nasze życie jest drogą ku spotkaniu z Chrystusem. Wszystkie nasze radości i troski, całe nasze istnienie powinniśmy widzieć w Jego świetle, otwierając serce na działanie Jego łaski, abyśmy byli coraz bardziej z Nim zjednoczeni. Świętość nie jest przywilejem nielicznych, ale powołaniem każdego chrześcijanina. Na tej drodze niech Bóg wam błogosławi.

    Benedykt XVI

    L’Osservatore Romano 4/2011/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 grudnia

    Święta Łucja, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święta Odylia (Otylia), opatka


    (Spyridona Sperantzasa, CC BY-SA 4.0 , via Wikimedia Commons)
    ***

    Łucja pochodziła z Syrakuz na Sycylii. Najstarszy żywot św. Łucji pochodzi z V wieku. Według niego Święta miała pochodzić ze znakomitej rodziny. Była przeznaczona dla pewnego młodzieńca z niemniej szlachetnej rodziny. Kiedy udała się z pielgrzymką na grób św. Agaty do pobliskiej Katanii, aby uprosić zdrowie dla swojej matki, miała się jej ukazać sama św. Agata i przepowiedzieć śmierć męczeńską. Doradziła jej też, by przygotowała się na czekającą ją ofiarę. Kiedy więc Łucja powróciła do Syrakuz, cofnęła wolę wyjścia za mąż i rozdała majętność ubogim; złożyła także ślub dozgonnej czystości. Gdy wkrótce wybuchło prześladowanie chrześcijan, kandydat do jej ręki zadenuncjował ją jako chrześcijankę. Kiedy nawet tortury nie załamały bohaterskiej dziewicy, została ścięta mieczem. Działo się to 13 grudnia ok. 304 roku. Święta miała 23 lata (lub 28, bo w życiorysach można spotkać rok 286 jako datę urodzenia).
    Legenda ozdobiła heroiczną śmierć św. Łucji pewnymi szczegółami, których autentyczność trudno sprawdzić. Święta miała być m.in. wiedziona na pohańbienie do domu publicznego, ale żadną siłą nie mogli oprawcy ruszyć jej z miejsca, nawet parą wołów. Kiedy sędzia nakazał spalić ją na stosie, ogień jej nie tknął. Sędzia wtedy w obawie rokoszu skazał ją na ścięcie. Jednak i to przeżyła. Przyniesiona do domu, poprosiła jeszcze o Komunię świętą i dopiero po jej przyjęciu zmarła. Autor opisu jej męczeńskiej śmierci zostawił nadto przepiękny dialog Świętej z sędzią, swego rodzaju arcydzieło nauki moralnej ku zachęcie chrześcijan i ich podbudowaniu.
    Posiadamy tak mało informacji o św. Łucji, że niektórzy historycy byli skłonni wykreślić ją z Martyrologium Rzymskiego. W roku 1894 znaleziono jednak w Syrakuzach na cmentarzu św. Jana starożytny napis w języku greckim, który orzeka, że grób ten wystawiła swojej pani Łucji niejaka Euschia.
    Relikwie św. Łucji były między rokiem 1204 a 2004 przechowywane w Wenecji, która po 800 latach zdecydowała się je “wypożyczyć” Syrakuzom. Imię Łucji od czasów św. Grzegorza Wielkiego wymienia się w Kanonie rzymskim. Jest patronką Szwecji oraz Toledo; ponadto także krawców, ociemniałych, rolników, szwaczek, tkaczy; orędowniczką w chorobach oczu.
    W Skandynawii otoczona jest wielkim kultem. Jej wspomnienie jest świętem światła, kiedy to dzieci zgodnie z tradycja idą w pochodzie prowadzonym przez dziewczynę w wieńcu z zapalonymi świecami na głowie. Tradycja wróżb w dzień św. Łucji spotykana jest także w innych krajach, choćby u słowackich górali. Polscy górale także pamiętają o św. Łucji – od tego dnia przepowiadają pogodę na cały kolejny rok. Jest to również tradycyjny dzień rozpoczęcia przygotowań do Godów.W ikonografii przedstawia się św. Łucję w stroju rzymskiej niewiasty z palmą męczeństwa w ręce i z tacą, na której leży para oczu. Według bowiem dawnej legendy miała mieć tak duże i piękne oczy, że ściągała nimi na siebie powszechną uwagę. Widząc zachwyt nawet u oprawców, kazała sobie oczy wyłupić. Na tę pamiątkę w dzień jej dorocznego święta w Syrakuzach niesie się na drogocennej tacy “oczy św. Łucji”. Św. Łucja była tak dalece czczona jako patronka od chorób oczu, że nawet Dante modlił się do niej, kiedy zaczął chorować na oczy (Raj, Pieśń 32, 136). Atrybutami św. Łucji są: lampa, miecz, palma męczeństwa, płomień u stóp; na tacy oczy, które jej wyłupiono; sztylet.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    Wspomnienie Łucji z Syrakuz – włoskiej świętej, patronki Szwedów

    Sample

    ***
    Kościół katolicki wspomina liturgicznie 13 grudnia św. Łucję – dziewicę i męczennicę. Kiedy rokrocznie w tym dniu odbywa się w Sztokholmie koronacja wieńcem ze świec „oblubienicy Łucji”, przypomina to bardziej wybory miss niż wspomnienie sycylijskiej chrześcijanki, która zginęła męczeńską śmiercią w 304 r. w Syrakuzach. A jeśli w tym czasie przyjeżdżają do Szwecji Włosi, dziwią się, jak powszechnie jest tam czczona ich rodaczka. Sami Szwedzi nie bardzo wiedzą, skąd ona rzeczywiści pochodziła, ale święto obchodzą wszyscy mieszkańcy kraju.

    Dzień św. Łucji – Luciadagen – to jedyne święto typowo szwedzkie. Wybraną w tym dniu w konkursie najpiękniejszą dziewczynę stroi się w długą białą suknię przepasaną czerwoną wstążką i wianek z borówkowych gałązek, w którym wstawia się siedem świeczek. W procesji prowadzą ją przez miasto druhny, które śpiewają tradycyjną piosenkę o Łucji (Nadchodzi Łucja, rozpraszając ciemności zimowej nocy) i kolędy.

    Łucja pojawia się także w szpitalach i domach starców. Jej wspomnienie obchodzi się także w szkołach, klubach i domach parafialnych, gdzie częstuje się gości kawą i lussekatter („oczy św. Łucji”), pieczonymi specjalnie na tę okazję pszennymi bułeczkami z szafranem, o pomysłowych kształtach. W domach matki lub starsze rodzeństwo przygotowują rano lussekatter, a potem najmłodsza dziewczyna w rodzinie wciela się w Łucję i w białej sukience i borówczanym wianku na głowie przynosi rodzinie śniadanie do łóżka.

    Zwyczaj obchodów Łucji stał się powszechny w całej Szwecji u schyłku XIX w., a pierwszy pochód zorganizowano w Sztokholmie w 1927 r. Panna ze światłem oznacza św. Łucję, gdyż to łacińskie imię pochodzi od wyrazu lux – „światło”. Tradycja ta jest bardzo dawna, kiedy to jeszcze obowiązywał kalendarz juliański i dzień św. Łucji przypadał dwa tygodnie później – 25 grudnia, gdy nadeszła najdłuższa noc i najkrótszy dzień.

    Życie i śmierć tej dziewicy i męczennicy, związane są z Syrakuzami na Sycylii – miastem greckim, założonym w 734 r. przed narodzeniem Chrystusa. Były one niegdyś najbogatszym i najludniejszym miastem na wyspie, stolicą niezależnego państwa. W 212 r. przed Chrystusem zdobyli je Rzymianie. W obronie miasta zginął wtedy największy w starożytności matematyk i fizyk Archimedes. Miasto wydało kilkunastu świętych, ale wśród nich pierwsze miejsce zajmuje św. Łucja, która żyła na przełomie III i IV wieku (być może w latach 286-304, jak piszą niektórzy jej hagiografowie).

    Według najstarszego przekazu datowanego na V w., święta pochodziła ze znakomitej rodziny. Była przeznaczona dla równie zamożnego młodzieńca. Kiedy jednak udała się z pielgrzymką do grobu św. Agaty do pobliskiej Katanii, aby uprosić o zdrowie dla matki, miała jej się ukazać ta święta i przepowiedzieć męczeńską śmierć. Radziła jej też, by przygotowała się na czekającą ją ofiarę. Kiedy Łucja powróciła do Syrakuz, cofnęła obietnicę zamążpójścia, rozdała swoje majętności i złożyła ślub dozgonnej czystości. Niebawem wybuchły prześladowania wyznawców Chrystusa, najkrwawsze w dziejach chrześcijaństwa. Wtedy niedoszły małżonek oskarżył 23-letnią Łucję, że jest chrześcijanką i 13 grudnia ok. 304 r. ścięto ją mieczem.

    Pochowano ja we wczesnochrześcijańskich katakumbach, nad którymi już w VI wieku, jak wspomina św. Grzegorz I Wielki (590-604), wznosił się kościół i klasztor jej imienia, w obecnych Nowych Syrakuzach. Tenże papież wprowadził imię św. Łucji do kanonu Mszy św. jako nieugiętą chrześcijankę, czczoną za trwanie w wierze.

    W Rzymie pierwszy kościół ku czci świętej męczennicy wystawił Honoriusz I (625-638). Na mozaice bazyliki św. Apolinarego (Nuovo) w Rawennie znajduje się wizerunek świętej, pochodzący z VI w. Kiedy w 718 na polecenie cesarza bizantyjskiego Leona III zaczęto niszczyć wizerunki świętych, relikwie św. Łucji przeniesiono do Corfino w Abruzzach, skąd wróciły do Syrakuz. W 1204 krzyżowcy zabrali je do Wenecji, gdzie w 1313 wystawiono ku czci świętej osobny kościół i tam złożono jej doczesne szczątki.

    W 1860, ze względu na budowę dróg, kościół ten został rozebrany, a relikwie św. Łucji przeniesiono do kościoła św. Jeremiasza, gdzie przebywały do 7 października 1981, kiedy to wykradziono je. Obecny kościół pochodzi z XVIII w. Relikwie umieszczono w kaplicy nad jednym z kanałów weneckich, na której zewnętrznym szczycie wyświetla się widoczna z daleka postać św. Łucji, otaczana czcią przez miejscowych gondolierów. Na całym świecie, w tym również w Polsce, znana jest i chętnie śpiewana włoska piosenka „Santa Lucia”.

    W grudniu 2004, po dziesięciu stuleciach doczesne szczątki św. Łucji wróciły do rodzinnych Syrakuz. Wenecjanie zastrzegli przy tym, że „to tylko pożyczka”, obawiając się, by tamtejsi wierni nie uznali tego jako ostatecznego zwrotu.

    Św. Łucja ma trzy sanktuaria: w kościele św. Jeremiasza w Wenecji, w Syrakuzach i w kościele klaretynów w Rzymie. Według legendy, miała ona piękne, wielkie oczy, które przyciągały powszechną uwagę. Widząc zachwyt nawet u oprawców, kazała je sobie wyłupić. Na tę pamiątkę w dzień jej dorocznego święta w Syrakuzach niesie się na drogocennej tacy „oczy św. Łucji”. Św. Łucja była tak dalece czczona jako patronka chorób oczu, że modlił się do niej m.in. Dante, gdy tracił wzrok.

    Aż do czasu przeprowadzenia przez Grzegorza XIII (1572-85) reformy kalendarza w 1582 r. wspomnienie św. Łucji przypadało 25 grudnia, gdy była najciemniejsza i najdłuższa noc w roku. Wiązały się z nią przedchrześcijańskie legendy o demonach. Tradycja ta „przeszła” na św. Łucję, którą straszono leniwe służące i niegrzeczne dzieci. Straszono też każdego, kto po odmówieniu wieczornej modlitwy „Anioł Pański” wychodził na dwór. Tego też dnia nie wolno było piec chleba, tkać ani szyć, a kto się odważył to robić, narażał się na gniew Łucji. Z czasem jednak zapomniano o tamtych przesądach i pojawiły się przyjemniejsze zwyczaje, np. nagradzanie drobnymi upominkami za dobre uczynki. Z czasów przedchrześcijańskich pozostało jedynie „powitanie światła”, a więc – pielęgnowane w wielu miejscach, zwłaszcza w regionie alpejskim i w Skandynawii – pochody ze światłami.

    Od kilku wieków znany jest zwyczaj wróżenia przyszłości: w dniu św. Łucji dziewczęta nacinają kawałek kory na gałązce wierzbowej i opasują to miejsce. Odkrywają je ponownie w Nowy Rok, szukając znaków, z których – podobnie jak z wosku lanego w andrzejki – przepowiadają sobie przyszłość. Szczególnie odważne dziewczęta wychodzą w noc św. Łucji na dwór, żeby zobaczyć cień świętej, który też wróży przyszłość.

    W austriackim Burgenlandzie sieje się 13 grudnia pszenicę w doniczkach. Jeśli ziarna wykiełkują do Bożego Narodzenia, zapowiada to dobre żniwa w nadchodzącym roku. Są też regiony, gdzie w dzień św. Łucji, podobnie jak w dniu św. Barbary, ścina się wiśniowe „gałązki św. Łucji”, które zakwitną na Boże Narodzenie. W dniu św. Łucji w niektórych regionach dawano prezenty małym dziewczynkom.

    W dniu, w którym obchodzone jest wspomnienie tej świętej, przypada także astronomiczne „zatrzymanie się Słońca”, po czym kilkanaście dni później – w Boże Narodzenie – następuje przełom czasu i zaczyna przybywać dnia. Nawiązuje do tego polskie przysłowie: „Święta Łuca dnia przyrzuca”.

    Teresa Sotowska (KAI) | Warszawa Ⓒ Ⓟ

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 grudnia

    Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

    Zobacz także:
      •  Święty Finian, opat
      •  Błogosławiony Hartmann, biskup
    Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

    Jak głosi przekaz, 12 grudnia 1531 roku Matka Boża ukazała się Indianinowi, św. Juanowi Diego. Mówiła w jego ojczystym języku nahuatl. Ubrana była we wspaniały strój: w różową tunikę i błękitny płaszcz, opasana czarną wstęgą, co dla Azteków oznaczało, że była brzemienna. Zwróciła się ona do Juana Diego: “Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”.
    Początkowo biskup Meksyku Juan de Zumárraga nie dał wiary Indianinowi. Ten poprosił więc Maryję o jakiś znak, którym mógłby przekonać biskupa. W czasie kolejnego spotkania Maryja kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza. Chociaż w Meksyku w grudniu kwiaty nie kwitną, rosły tam przepiękne róże. Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza, opuszczony z przodu jak peleryna, a z tyłu podwiązany na kształt worka). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał rogi swojego płaszcza. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i wszyscy obecni uklękli w zachwycie. Na rozwiniętym płaszczu zobaczyli przepiękny wizerunek Maryi z zamyśloną twarzą o ciemnej karnacji, ubraną w czerwoną szatę, spiętą pod szyją małą spinką w kształcie krzyża. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami, spod którego widać było starannie zaczesane włosy z przedziałkiem pośrodku. Maryja miała złożone ręce, a pod stopami półksiężyc oraz głowę serafina. Za Jej postacią widoczna była owalna tarcza promieni.
    Właśnie ów płaszcz Juana Diego, wiszący do dziś w sanktuarium wybudowanym w miejscu objawień, jest słynnym wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe. Na obrazie nie ma znanych barwników ani śladów pędzla. Na materiale nie znać upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po przypadkowym oblaniu żrącym kwasem. Oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię. W źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci.
    Płaszcz z wizerunkiem Maryi w dniu 24 grudnia 1531 r. w uroczystej procesji biskup przeniósł ze swojej rezydencji do kaplicy wybudowanej w pobliżu wzgórza Tepeyac, spełniając tym samym życzenie Maryi. Obecnie jest to największe sanktuarium maryjne świata, gdzie przybywa co roku około 12 milionów pielgrzymów.

    Matka Boża z Guadalupe - Opiekunka nienarodzonych

    Największym cudem Maryi była pokojowa chrystianizacja meksykańskich Indian. Czas Jej objawień był bardzo trudnym okresem ewangelizacji tych terenów. Do czasu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć Słońcu i różnym bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci pierzastego węża. Wierzyli, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Według relacji Maryja miała poprosić Juana Diego w jego ojczystym języku nahuatl, aby nazwać Jej wizerunek “święta Maryja z Guadalupe”. Przypuszcza się, że “Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem “Coatlallope”, które w náhuatl znaczy “Ta, która depcze głowę węża”.
    Gdy rozeszła się wieść o objawieniach, o niezwykłym obrazie i o tym, że Matka Boża zdeptała głowę węża, Indianie zrozumieli, że pokonała Ona straszliwego boga Quetzalcoatla. Pokorna młoda Niewiasta przynosi w swoim łonie Boga, który stał się człowiekiem, Zbawicielem całego świata. Pod wpływem objawień oraz wymowy obrazu Aztekowie masowo zaczęli przyjmować chrześcijaństwo. W ciągu zaledwie sześciu lat po objawieniach aż osiem milionów Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej.
    3 maja 1953 roku kardynał Miranda y Gomez, ówczesny prymas Meksyku, na prośbę polskiego Episkopatu oddał Polskę w opiekę Matki Bożej z Guadalupe. Do dziś kopia obrazu z meksykańskiego sanktuarium znalazła się w ponad stu kościołach w Polsce. Polacy czczą Madonnę z Guadalupe jako Patronkę życia poczętego, ponieważ przedstawiona jest na obrazie w stanie błogosławionym.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Matka Boża z Guadalupe. Obraz nie ręką ludzką uczyniony!

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Matka Boża z Guadalupe. Obraz nie ręką ludzką uczyniony!

    Pochodzenie i istnienie obrazu Matki Bożej z Guadalupy jest wielką tajemnicą. Po wieloletnich badaniach naukowych dla każdego nieuprzedzonego i otwartego na prawdę człowieka staje się oczywiste, że obraz ten jest dziełem samego Boga.

    Nie ludzką ręką uczyniony

    Wizerunek postaci Matki Bożej z Guadalupe znajduje się na indiańskim płaszczu (tilma) utkanym z włókien kaktusa agawy (ayate). Tilma służyła do różnych celów: była używana jako płaszcz, a w nocy jako kołdra lub hamak dla dzieci. Płótna z włókien agawy używano także do wyrabiania worków i toreb.

    Ten rodzaj płótna po dwudziestu latach od powstania ulega całkowitemu rozpadowi. Na takim materiale, który wygląda jak worek od kartofli, nie można namalować żadnego obrazu. Natomiast w przypadku tego Wizerunku sploty tkaniny przyczyniają się do nadania portretowi głębi. Jego kolory załamują się tak jak na ptasich piórach lub skrzydłach owadów. Po prawie pięciu wiekach od powstania tego Obrazu nie ma najmniejszego śladu jego zblaknięcia ani popękania, a przecież ta tkanina powinna już dawno ulec całkowitemu zniszczeniu. Te fakty świadczą o tym, że mamy do czynienia z ewidentnym cudem.

    Dla wyjaśnienia wszelkich wątpliwości w 1976 r. przeprowadzono badania naukowe identyfikujące rodzaj włókna, z którego zostało utkane płótno obrazu Matki Bożej z Guadalupe. Stwierdzono, że włókno to pochodzi z kaktusa Agave popotule zacc. Płótno utkane z tych włókien po dwudziestu latach całkowicie butwieje i się rozsypuje. Jest to niewyobrażalny cud: Maryja zostawiła swoje odbicie na najbardziej nietrwałym z istniejących materiałów, którego używało się między innymi do wyrabiania worków do kartofli. Płótno to jednak przez tyle wieków trwa i wbrew wszelkim prawom natury nie ulega procesowi rozpadu.

    Trzeba pamiętać, że obraz Matki Bożej z Guadalupe od momentu swego zaistnienia w 1531 r. był cały czas wystawiony na niszczące działanie zabójczego klimatu, wilgotnego powietrza z cząsteczkami soli, dodatkowo zanieczyszczonego przez dym z setek tysięcy kominów i samochodów w tej przeszło 20-milionowej metropolii, jaką jest miasto Meksyk. W ciągu 479 lat nieprzerwanego kultu wypalono przed tym obrazem niezliczoną ilość świec, z których wydobywają się cząsteczki czarnej sadzy oraz promienie ultrafioletowe, powodujące zanik błękitu i blaknięcie kolorów. Pomimo oddziaływania tylu szkodliwych czynników wizerunek Matki Bożej ma cały czas świeże kolory, tak intensywne, jakby dopiero zostały nałożone. Co więcej, z niewiadomych przyczyn obraz nie przyjmuje żadnych cząsteczek kurzu ani insektów.

    Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii prof. Richard Kuhn odkrył w 1936 r., że na wizerunku nie ma farb organicznych ani mineralnych, a barwniki użyte w tym obrazie w ogóle nie są znane nauce. Jak więc powstał Obraz Matki Bożej? Jego kilkakrotne badania mikroskopowe potwierdziły, że nie ma na nim żadnych śladów pędzla, a więc mamy do czynienia z faktem, którego nauka nie jest w stanie wyjaśnić.
    W 1963r. eksperci słynnej firmy Kodak przeprowadzili szczegółowe badania wizerunku Matki Bożej i stwierdzili, że nie został on namalowany ludzką ręką oraz że ma wszelkie cechy fotografii. Ekspertyzy naukowe potwierdziły, że na obrazie nie ma żadnych farb, nie ma na nim w ogóle śladów gruntowania, szkiców ani werniksu, a z tego wysnuwa się logiczny wniosek, że nie uczyniła go żadna ludzka ręka.

    Dwaj wysokiej klasy amerykańscy naukowcy: S. Callahan i J.B. Smith z uniwersytetu z Florydy, w 1979 r. badali obraz Matki Bożej z Guadalupe, używając fotografii w podczerwieni, która jest standardowym naukowym narzędziem przy badaniu każdego cennego obrazu. Tę technikę fotografii stosuje się przed rozpoczęciem wszelkich prac renowacyjnych obrazów, ponieważ na zdjęciach w podczerwieni są widoczne szkice obrazu wykonane przed nałożeniem farby, można ustalić charakter gruntu pod obrazem, metody kompozycji, wszelkie zmiany i ewentualne późniejsze domalowywania.

    Naukowcy ci stwierdzili, że różowy pigment na obrazie nie zatrzymywał promieni podczerwonych, co jest faktem niewytłumaczalnym, gdyż kolor różowy nie przepuszcza promieni podczerwonych. Ponadto odkryli, że kolorystyka obrazu Matki Bożej jest tak wyjątkowa, że nie można jej osiągnąć przy użyciu żadnych technik malarskich. Ma ona cechy ubarwienia występujące tylko w przyrodzie u ptaków lub owadów. Badania podczerwienią potwierdziły także, że pod wizerunkiem nie ma śladów szkicowania i zagruntowania płótna, co jest konieczne do malowania na płótnie, a obraz nie jest pokryty werniksem.

    Nie istnieją techniki malowania, które umożliwiłyby osiągnięcie takich efektów. Nie ma racjonalnego wytłumaczenia ciągłej świeżości i jasności kolorów na obrazie, pomimo upływu prawie pięciu wieków od jego powstania w 1531 r.

    Trzeba tu przypomnieć o dwu niesamowitych faktach. W 1791 r. jeden z pracowników bazyliki niechcący wylał na obraz kwas saletrowy, który szybko niszczy celulozę. Faktem jest, że płótno w ogóle nie zostało zniszczone, a na obrazie nie ma najmniejszego śladu po tym incydencie. Tego nie da się inaczej wytłumaczyć jak tylko specjalną ochroną tego wizerunku przez Boga.

    W czasie krwawych prześladowań Kościoła katolickiego przez masonerię w 1921 r. ateiści podłożyli bombę przed obrazem Matki Bożej, aby go całkowicie unicestwić. Potężny wybuch zniszczył ołtarz, witraże, wygiął stojący nad ołtarzem metalowy krucyfiks, ale nawet nie zadrasnął cudownego Obrazu. Było także wiele innych prób zniszczenia tego cudownego Wizerunku, jednak żadna z nich się nie powiodła. Obraz został cudownie ochroniony przed irracjonalną agresją ludzi zniewolonych przez siły zła.


    Nie można go skopiować


    Najwybitniejszy malarz meksykański, Miguel Cabrera, który w 1753 r. założył pierwszą w Meksyku akademię malarstwa, otrzymał propozycję namalowania kopii Madonny z Guadalupe dla papieża Benedykta XIV. Pozwolono mu na bezpośredni, nieograniczony dostęp do Obrazu, aby mógł dobrze poznać rodzaj płótna, kolorystykę i technikę jego namalowania.

    Cabrera wspólnie z siedmioma innymi malarzami stwierdzili, że nie można skopiować tego cudownego Wizerunku, lecz tylko namalować jego portret. Po jego namalowaniu Cabrera opisał swoje spostrzeżenia. Stwierdził, że badając obraz Matki Bożej, odkrył istnienie wielu cudów. Pierwszym z nich jest jego trwałość. Płótno, na którym widnieje Obraz, składa się z dwóch równych części, zszytych cienką bawełnianą nicią, która utrzymując ich ciężar, w tak wilgotnym i zasolonym powietrzu powinna ulec szybkiemu rozpadowi, a tak się nie stało. Jest to fakt zadziwiający.

    Cabrera stwierdził, że na Obrazie nie ma gruntowania, czyli pierwszego etapu pracy malarza, a sam Wizerunek jest niespotykanym arcydziełem dla każdego znawcy malarstwa. Stwierdza, że w przypadku tego Obrazu mamy „nieznany dotąd rodzaj malarstwa, które mogło wyjść tylko spod niebiańskiego pędzla, ponieważ obraz łączy w sobie nie tylko wszystko, co najlepsze w malarstwie, lecz również cztery różne techniki malarskie: malarstwo olejne, akwarelowe i dwie odmiany temperowego. Każda z nich potrzebuje innego gruntowania, a na obrazie nie ma żadnego. (…) Dzieło to przewyższa wszystko, co kiedykolwiek stworzył największy z artystów”.

    Tajemnica źrenic

    Niezwykle ważną rolę w badaniach obrazu Matki Bożej z Guadalupe odegrała fotografia. Pierwsze zdjęcia wysokiej jakości tego Obrazu wykonał w 1928 r. Manuel Ramos. Kiedy w 1929 r. pewien lekarz okulista oglądał je pod lupą i dokładnie przyglądał się powiększonym źrenicom, w pewnym momencie krzyknął z wrażenia, wypuszczając lupę z ręki, ponieważ w oczach Maryi zobaczył odbicie kilku postaci; stało się dla niego oczywiste, że to są „żywe źrenice”, których nikt z ludzi nie jest w stanie namalować.

    Odkrycie to potwierdził w 1951 r. fotograf i rysownik Jose Carlos Salinas Chavez. Dopiero wtedy arcybiskup Meksyku Luis Maria Martinez powołał specjalną komisję złożoną z naukowców, aby zajęła się zbadaniem tego zjawiska. Po czteroletnich badaniach, w 1955 r., komisja opublikowała dokument, w którym stwierdza, że oczy Maryi są jak żywe, że nie mógł ich namalować żaden człowiek. W źrenicach oczu Matki Bożej można zauważyć postać mężczyzny, którym jest najprawdopodobniej Indianin Juan Diego, gdyż jego twarz na portrecie z czasów objawień jest bardzo podobna do twarzy odbitej w prawym oku Maryi.

    Kolejne badania oczu Maryi przeprowadzone w 1956 r. przez dwóch okulistów: dra J. Toroella-Buena i dra Torija Lavoigneta, doprowadziły do odkrycia, że ludzkie postacie są widoczne na rogówce obydwu oczu Matki Bożej. Badania przeprowadzono, posługując się wziernikiem do oka, tzw. oftalmoskopem. Ogłaszając ich wyniki, dr Lavoignet oświadczył: „Na rogówce obu oczu widać postać człowieka. Odkształcenie i umiejscowienie optycznego obrazu są identyczne z tym, jakie wytwarza się w ludzkim oku. Jeżeli skierujemy światło oftalmoskopu na źrenicę oka Obrazu Matki Bożej, widzimy ten sam efekt co w normalnym oku: źrenica świeci się rozproszonym światłem, dając wrażenie wklęsłej rzeźby. Nie otrzyma się tego na płaskiej powierzchni i do tego nieprzeźroczystej, jaką mamy na zwykłym obrazie. Zbadałem oczy na obrazach i fotografiach, niczego podobnego nie otrzymałem. Oczy Obrazu Matki Bożej sprawiają wrażenie żywych”.

    Wyniki tych badań zostały potwierdzone przez innych lekarzy‑naukowców, którzy w latach 60. i 70. XX w. przeprowadzali podobne ekspertyzy. Profesor Bruno Bonnet-Eymard stwierdził: „Wszystko wskazuje na to, że w momencie kiedy powstawał Obraz, człowiek, który był zwrócony twarzą w stronę Najświętszej Panny i który jest odbity na powierzchni rogówki Jej oka, został w pośredni sposób sfotografowany”.

    Dzięki kolejnym naukowym badaniom odkryto w oczach Maryi obrazy odbite w poszczególnych warstwach oka (dwa razy wprost i raz odwrócone o 180°). Jest to tak zwany efekt Purkyniego-Samsona, który występuje tylko w żywych oczach.
    Amerykański optyk dr Charles Wahlig, wspólnie z naukowcami z innych dziedzin, badali Obraz przy 25-krotnym powiększeniu i znaleźli dwie nowe twarze odbite w oczach Maryi. Zidentyfikowano jedną z nich; była ona bardzo podobna do twarzy Juana Gonzaleza (tłumacza biskupa Zumarragi), którego obraz pochodzący z 1533 r. znaleziono dwa lata wcześniej.

    W 1979 r. po raz pierwszy zastosowano do badań Obrazu z Guadalupe najnowszą technikę cyfrową. Użyto sprzętu, którym posługuje się NASA do robienia zdjęć satelitarnych. Umożliwiło to 2500-krotne powiększenie. Na Obrazie nie znaleziono żadnych śladów farby, natomiast jego kolory są wyjątkowo żywe, świeże i błyszczące. Jest to dla nauki niewytłumaczalna zagadka. Dokładna analiza 2500-krotnie powiększonych mikroskopijnych fragmentów tęczówki i źrenicy Matki Bożej pozwoliła rozpoznać w źrenicach Maryi scenę spotkania Juana Diego z biskupem, kiedy to na tilmie Indianina powstało cudowne odbicie wizerunku Maryi. Widać tam grupę osób, biskupa Zumarragę i jego tłumacza Gonzaleza, Juana Diego z otwartym płaszczem, siedzącego Indianina, grupę Indian z dzieckiem, kobietę i brodatego Hiszpana, czarnoskórą dziewczynę itd. Warto zwrócić uwagę na fakt, że niedawno odnaleziono w archiwum w Sewilli testament biskupa Zumarragi, w którym jest informacja o czarnej niewolnicy imieniem Maria, obdarowanej wolnością przez biskupa. W oczach Maryi odbiło się w sumie 13 osób. Był to moment, o którym czytamy w Nican Mopohua – pierwszym historycznym opisie tego wydarzenia: „I rozpostarł swój biały płaszcz, w który zawinięte były kwiaty. (…) Kiedy biskup i reszta zebranych ujrzeli ten cud, w zdumieniu upadli na kolana. Potem powstali, by obejrzeć płaszcz”.

    Trzeba tu zacytować odpowiedź Josego Aste Tonsmanna na wątpliwości niemieckiego dziennikarza Paula Baddego: „Gdyby istniało tylko jedno z tych »zdjęć«, przyznałbym Panu rację. Tutaj mamy dwie takie migawki w obu oczach. Dodatkowo »fotografie« nie są identyczne, lecz ich refrakcje i proporcje dokładnie sobie odpowiadają, tak jak to się dzieje teraz w Pańskich oczach, w których znajdują się dwa różne, dokładnie sobie odpowiadające ujęcia tej samej sceny. Również w oczach Maryi z Guadalupe utrwalone zostały dwie »fotografie«, wykonane pod dwoma różnymi kątami – dokładnie odpowiadającymi wektorowi, o jaki przesuwa się obraz widziany jedną i tą samą parą oczu. Na tym właśnie polega siła dowodowa tych obrazów. Jeden mógłby być tylko przypadkiem lub wynikiem celowej interpretacji. Jednak według wszelkich reguł rozsądku coś takiego nie jest możliwe w wypadku dwóch obrazów. Istniejące wówczas zgodności i zniekształcenia, jakie wynikają z zakrzywienia rogówki oka, są zbyt skomplikowane. (…) Żaden człowiek nie byłby w stanie czegoś takiego naszkicować. Kto miałby tego dokonać? I po co?”.

    Jeden z największych cudów

    W ciągu 10 lat od zdobycia Meksyku przez Hiszpanów, w 1521 r., aż do objawień na wzgórzu Tepeyac hiszpańskim misjonarzom udało się nawrócić tylko niewielką liczbę Indian. Natomiast po objawieniach Matki Bożej w 1531 r. w ciągu kilku lat nastąpiła największa w historii ludzkości ilość nawróceń. Indianie, którzy w swojej przeważającej części z wrogością odnosili się do religii, kultury i obecności hiszpańskich konkwistadorów, dzięki objawieniom Matki Bożej i cudownemu wizerunkowi z Guadalupe w ciągu 7 lat wszyscy, w liczbie 9 milionów, przyjęli chrzest i stali się gorliwie praktykującymi katolikami. Dokumenty historyczne mówią, że od rana do wieczora misjonarze chrzcili czekających w kolejce Indian i udzielali im sakramentu małżeństwa. I tak na przykład franciszkanin o. Torbido zanotował, że wspólnie z innym kapłanem ochrzcili w ciągu pięciu dni 14200 dusz. Tak się działo we wszystkich placówkach misyjnych. Każdego dnia tysiące Indian czekało na przyjęcie chrztu i innych sakramentów. Objawienie Matki, Jej orędzie zawarte w cudownym wizerunku do tego stopnia urzekło wszystkich Indian, że spontanicznie się nawracali, przyjmowali orędzie Ewangelii i sakrament chrztu, stając się członkami jednej wspólnoty Kościoła katolickiego. Dokonał się wielki cud, gdyż znikła nienawiść i wzajemna wrogość pomiędzy Indianami i Hiszpanami. Co więcej, te dwa narody, tak przecież sobie obce kulturowo, rasowo i religijnie, zjednoczyły się w jeden naród meksykański. Całkowicie znikł rasizm i nacjonalizm. Wszyscy stali się dziećmi Maryi, Matki prawdziwego Boga Jezusa Chrystusa, który dla naszego zbawienia stał się prawdziwym człowiekiem. Chrystianizacja Indian, ale również przemiana i umocnienie w wierze hiszpańskich konkwistadorów przebiegły w sposób bardzo głęboki i w błyskawicznym tempie. Był to z całą pewnością jeden z największych cudów i jedno z najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości.

    Decydująca rola

    Decydującą rolę w nawróceniu wszystkich Indian odegrały objawienia Matki Bożej oraz cudowny obraz, który Maryja zostawiła na tilmie Indianina Juana Diego. Obraz Matki Bożej z Guadalupe z całą swą bogatą symboliką jest przekładem na język Azteków głównego przesłania Pisma św.

    Trzeba pamiętać, że Aztekowie podejmowali szczególnie barbarzyńskie praktyki religijne, oddawali cześć przeszło 200 głównym bogom i 1600 mniejszym bożkom. Najważniejszym spośród nich był bóg Słońce, którego światło na cudownym Wizerunku z Guadalupe zostało przesłonięte przez Maryję. Ważny był także bóg Księżyc, który na tym Obrazie jest pod stopami Maryi. Aztekowie potrafili w ciągu tygodnia złożyć w ofierze swoim bogom ponad 20 tysięcy ludzi. Dlatego nieustannie prowadzili wojny, aby zdobywać jeńców i składać ich w ofierze, wyrywając im z piersi bijące serca. Te krwawe ofiary składali głównie dla boga Słońce, aby miał on siłę wstać i świecić następnego poranka.

    Na Wizerunku z Guadalupe Maryja zasłania słońce, co jest znakiem, że nie jest ono bogiem i nie wolno już mu więcej składać ofiar z ludzi. Kwiaty na Jej sukni oznaczały, że świat stworzony jest szatą dla Maryi, a płaszcz z gwiazdami – że Jej okryciem jest cały kosmos. Maryja nie jest boginią, ponieważ ma ręce złożone do modlitwy, ale jest Matką Syna Bożego, którego nosi w swoim łonie.

    Wizerunek Maryi jest jak żywa monstrancja, wskazująca nam swoją postawą i spojrzeniem na Boskiego Syna, którego nosi Ona w swoim łonie. W samym centrum Obrazu znajduje się czterolistny kwiat jaśminu, który dla Indian był symbolem słońca. Był to dla nich czytelny znak: Święta Dziewica nosi w swoim łonie prawdziwego Boga, który stał się prawdziwym człowiekiem, aby nas wyrwać z niewoli szatana, grzechu i śmierci. W środku kwiatu jaśminu, kiedy się patrzy przez lupę, widać twarz Niemowlęcia. Gwiazdy na płaszczu Maryi odpowiadają konstelacji gwiazd nad Meksykiem z 12 grudnia 1531 r., ale widziane od strony kosmosu ku Ziemi. W ten sposób na Obrazie została utrwalona data objawienia się Matki Bożej.

    Maryja nazwała się w języku nahuatl Coatlaxopeuh, co znaczy: Pogromczyni węża – czyli szatana, który jest największym wrogiem człowieka. Demon, czyli szatan, jest upadłym aniołem, który przez grzech absolutnej pychy stał się „jakby kosmicznym »kłamcą« i »ojcem kłamstwa« (J 8, 44): sam żyje w radykalnej negacji Boga i zarazem to własne tragiczne »kłamstwo o Dobru«, jakim jest Bóg, usiłuje narzucić ludziom (Jan Paweł II, 13.08.1986). Tak więc szatan i inne złe duchy całą swoją istotą nienawidzą Boga i pragną swej nienawiści udzielić ludziom, aby ich wprowadzić na drogę wiodącą do piekła – do stanu absolutnego egoizmu. Szatan wykorzystuje całą swoją wielką inteligencję, aby doprowadzić człowieka na szczyty nienawiści, absolutnej pychy, rozpaczy i ostatecznego zwątpienia. Jedynym ratunkiem człowieka przed tą przerażającą rzeczywistością złych mocy jest całkowite oddanie siebie, przez Maryję, Chrystusowi, który w swojej Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu ostatecznie wyzwolił wszystkich ludzi z niewoli szatana, grzechu oraz śmierci.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr/Miłujcie się! 1/2010/ (Acheiropoietos z Guadalupy)

    _________________________________________________________________________________

    Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe

    Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe

    Matka Boża z Guadelupe/Cudowny Wizerunek(PD)

    ***

    Podobnie jak pośmiertne odbicie ciała Jezusa na Całunie Turyńskim, cudowny obraz Matki Bożej z Guadalupe jest dla współczesnej nauki niewytłumaczalną zagadką.

    Kroniki mówią, że podczas objawień w 1531 r. Matka Boża zostawiła swoje odbicie na “ayate” Indianina Juana Diego. “Ayate” było wierzchnim odzieniem ubogich Indian, rodzajem obszernego płaszcza utkanego z grubych i szorstkich włókien agawy. Kolorem przypomina surowe płótno lniane. Podobne płaszcze, zwane “tilma”, z bawełny, nosili bogatsi Indianie. Dlatego strój Juana Diego określa się często błędnie jako “tilma”. Materiał utkany z włókien agawy po 20 latach ulega całkowitemu rozpadowi, a z powodu szorstkiej i nierównej nawierzchni oraz rzadkich splotów absolutnie nie udałoby się na nim namalować żadnego obrazu. Naukowe badania płótna, na którym znajduje się obraz Matki Bożej z Guadalupe, przeprowadzone w 1976 roku potwierdziły, że jest to materiał utkany z włókien agawy. Fakt, że na tej kaktusowej tkaninie znajduje się obraz, a sama tkanina przetrwała w idealnym stanie przez ponad 470 lat, zdumiewa wszystkich. Zadziwiająca jest ciągle świeżość barw tego niesamowitego obrazu oraz brak na nim zniszczeń pomimo faktu, że przez ponad 100 lat wisiał nie zabezpieczony żadnym szkłem, wystawiony na bezpośrednie działanie dymu kadzideł, sadzy i spalającego się wosku z niezliczonych wotywnych świec. Tymczasem obraz nie jest w ogóle zniszczony, nie przyjmuje kurzu, odpycha insekty, bakterie i grzyby. Wielu sceptyków badając święty obraz odrzuciło swój sceptycyzm i niewiarę, klękając przed tajemnicą niewidzialnego Boga. I tak na przykład meksykański architekt Ramirez Vasguez, któremu w 1975 r. powierzono zaprojektowanie nowej bazyliki w Guadalupe, otrzymał pozwolenie na dokładne zbadanie obrazu Matki Bożej. Wyniki tych badań były dla niego tak wielkim intelektualnym i duchowym wstrząsem, że porzucił swój agnostycyzm i stał się gorliwym katolikiem.

    Do niewytłumaczalnych wydarzeń dochodziło także w bezpośrednim sąsiedztwie cudownego wizerunku — w latach 20. XX stulecia w bazylice podłożono bombę, jednak wybuch nie spowodował żadnych strat. Całą energię eksplozji przyjął na siebie jeden ze stojących w kościele krzyży. Wygięty krucyfiks można dziś oglądać w specjalnej gablocie umieszczonej niedaleko wejścia do sanktuarium.

    wiara.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Tajemnica wizerunku Matki Bożej z Guadalupe

    Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe, obecny na indiańskim płaszczu uplecionym z włókien agawy, od prawie pięciu wieków spędza sen z powiek zatwardziałym agnostykom i wielu naukowcom. O jego tajemnicy z Ewą Kowalewską rozmawia Bernadeta Grabowska.

    Matka Boża z Guadelupe
     fot. Grażyna Kołek/Tygodnik Niedziela

    ***

    BERNADETA GRABOWSKA: – Czym jest acheiropoietos?

    EWA KOWALEWSKA: – Wolę sformułowanie „nerukotvornyj”, a więc dzieło niewykonane ręką ludzką. Na świecie istnieją trzy takie wizerunki, ukazujące Zbawiciela i Niepokalaną: Całun Turyński, Chusta z Manoppello oraz Tilma św. Juana Diego, na której jest cudownie „zapisany” obraz Maryi Panny. Mówi się błędnie o tych dziełach, że nie mają one autora. Tymczasem ich pochodzenie jest niezwykłe, ponadnaturalne. Wpatrując się w nie, kontemplujemy oblicze samego Boga i jego Matki. To wielka, święta tajemnica. Obcujemy bowiem z czymś, co przekracza nasze ludzkie granice pojmowania. Obraz Matki Bożej z Guadalupe został namalowany ręką Matki Bożej na słabym jakościowo płótnie – z włókien agawy – niemal pięć wieków temu i trwa nienaruszony po dziś dzień…

    – Jak doszło do jego powstania?

    – 9 grudnia 1531 r. Matka Boża ukazała się prostemu człowiekowi, Indianinowi Juanowi Diego. Zwróciła się do niego w jego ojczystym języku nahuatl z prośbą o wybudowanie na wzgórzu Tepeyac świątyni ku Jej czci. Juan Diego udał się z tą prośbą do biskupa Juana de Zumárragi. Ten jednak – trudno się dziwić – nie uwierzył mu, ale poprosił Juana o jakiś znak. Podczas kolejnego objawienia Madonna kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza Tepeyac. Jakież było jego zdziwienie, kiedy spostrzegł morze kwiatów – róż kastylijskich, niespotykanych o tej porze roku i w tym rejonie. Przepiękna Pani poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować do tilmy. Ten natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał swój płaszcz. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i otaczający go ludzie uklękli w zachwycie. Jednak to nie kwiaty zrobiły na nich takie wrażenie.

    – Na tilmie ukazał się wizerunek Maryi…

    – Tak, na rozwiniętym płaszczu uwidoczniona była jakby fotografia Madonny. Wszystkim zebranym ukazał się przepiękny wizerunek Matki Bożej ubranej w różową szatę. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami. Maryja miała złożone ręce, a pod Jej stopami był półksiężyc. Zebrani oniemieli, oniemiał również sam Juan Diego, który nie spodziewał się, że Matka Boża wykorzyta jego stary płaszcz, aby namalować na nim samą siebie…

    – Czy naprawdę możemy wierzyć w to, że historia o cudownej Tilmie z Meksyku to nie ciekawa legenda, ale rzeczywistość sprzed prawie pięciu wieków?

    – Jest wiele argumentów, które wskazują na to, że wizerunek Matki Bożej to obraz nieuczyniony ludzką ręką. Jednym z nich jest ten, że pomimo licznych naukowych badań nie można określić, jaką techniką obraz został wykonany, jakich barwników użyto przy jego powstaniu. Co więcej, zdjęcie w podczerwieni wykazało brak śladów pędzla, a sam wizerunek wskazuje bardziej na technikę wykonania zdjęcia polaroidem… Potwierdził to m.in. laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii – Richard Kuhn, który ustalił, że nie ma na obrazie śladu ani farb organicznych, ani mineralnych. Na uwagę zasługuje również niebywała trwałość materiału. Płaszcz utkany z liści agawy wytrzymuje nie więcej niż 20-30 lat. Tymczasem niemalże w 500 lat po „różanym cudzie” tkanina z wizerunkiem Madonny pozostaje tak mocna, jak tamtego grudniowego dnia.

    – To nie jedyne cudowne znaki ukryte w wizerunku Matki Bożej z Guadalupe…

    – Obraz Matki Bożej z Guadalupe zawiera znacznie więcej ukrytych symboli i znaków, które przybliżają nas do Bożej Tajemnicy. Jesteśmy niczym Jan, który nawiedził grób po zmartwychwstaniu Chrystusa – „ujrzał i uwierzył” (J 20, 8). Podobnie i my, kontemplując ikonę Madonny z Meksyku, przyjmujemy wiarą, ale i rozumem prawdę o Boskim pochodzeniu obrazu.

    – Trudno się oprzeć wrażeniu, że Bóg przychodzi z pomocą naszej wierze, która często potrzebuje wzmocnienia…

    – Bóg zawsze wychodzi naprzeciw człowiekowi. Daje wiele możliwości „spotkania”. W wizerunku Morenity z Guadalupe jednym z bardziej fascynujących elementów są oczy Matki Bożej. Otóż przy pomocy silnie powiększającego szkła możemy zauważyć w źrenicach Madonny rzecz niebywałą – wizerunek brodatego mężczyzny, podobnego do tego z najstarszych wizerunków Juana Diego. Podobny obraz odnaleziono w drugiej źrenicy Matki Bożej. Podczas badania oftalmoskopem okazało się, że światło skierowane na źrenicę Madonny reaguje refleksem, dając wrażenie wklęsłej rzeźby. Takie zjawisko nie zostało zaobserwowane na żadnym innym obrazie świata. Oznacza to, że oczy Matki Bożej z Guadalupe załamują światło dokładnie tak, jak ludzkie, żywe oczy. Co więcej, dr José Aste Tönsmann, który poświęcił badaniu oczu Matki Bożej z Guadalupe połowę swojego życia, odkrył zadziwiające zjawisko. Otóż przy powiększeniu na źrenicach Madonny widoczna jest dokładnie scena z 12 grudnia 1531 r., kiedy na tilmie pojawił się wizerunek. Widać 13 osób, jak gdyby zastygłych w bezruchu – Indianina siedzącego ze skrzyżowanymi nogami, biskupa Zumárragę, jego tłumacza Gonzaleza, Juana Diego z otwartą tilmą, czarnoskórą dziewczynę i indiańską rodzinę. Oczy Maryi żyją.

    – Jak my, katolicy, powinniśmy traktować ten obraz?

    – Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe jest jednym z najbardziej znanych na całym świecie. Bez wątpienia nie jest on zwykłym wizerunkiem religijnym. Jest ikoną, niosącą ze sobą konkretny przekaz ewangelicznych treści. Maryja ukazana jest jako „Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12,1). Świetliste promienie widoczne na ikonie to typowy krąg spotykany w ikonach, zwany mandorlą. Wiele mówi również symbolika kolorów – niebieski oznacza nieśmiertelność i wieczność mieszkańców nieba, różowy oznacza Bożą miłość i męczeństwo za wiarę. Królewskość Niewiasty wyraża się w pięknym, złotym oblamowaniu płaszcza. Wizerunek Madonny z Guadalupe to otwarta księga, pełna znaków i symboli… Im bardziej się w nie zagłębiamy, tym większe zdziwienie wobec dzieł Bożych pojawia się w naszym sercu.

    – Dlaczego Maryja wybrała na miejsce swoich objawień w tamtym czasie Meksyk?

    – Kiedy Maryja objawiła się Juanowi Diego, był to trudny czas ewangelizacji Meksyku. Do momentu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć różnym pogańskim bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci węża. Ich przekonanie o potrzebie oddawania czci bożkom było wyjątkowo silne. Wierzono, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Oblicza się, że rocznie Aztekowie składali ok. 50 tys. ofiar z ludzi. Święta Panienka z Guadalupe miała prosić Juana Diego, aby nadał Jej wizerunkowi tytuł „Guadalupe”. Tymczasem „Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem „Coatlallope”, które w nahuatl znaczy „Ta, która depcze głowę węża”. Indianie spostrzegli, że Maryja nie jest jakąś „zwykłą boginią”. Zrozumieli, że jest silniejsza od czczonych przez nich bóstw. Odczytując symbolikę obrazu z Guadalupe zgodnie z azteckim kodeksem, a więc dokumentem, który za pomocą obrazków miał przekazać najważniejsze prawdy Azteków, możemy być zaskoczeni ogromem indiańskich symboli zawartych w wizerunku. Dzięki temu Indianie rozpoznali w Maryi swoją największą Królową. W ciągu zaledwie 6 lat po objawieniach aż 8 mln Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej. to był prawdziwy cud Matki Bożej, Jej wielkie zwycięstwo. Jan Paweł II nazywał Maryję z Guadalupe Gwiazdą Ewangelizacji.

    – Dlaczego Morenitę z Guadalupe nazywa się patronką życia poczętego?

    – Obraz Matki Bożej z Guadalupe jest szczególnie bliski wszystkim broniącym ludzkiego życia. Na swoim cudownym autoportrecie Matka Boża przedstawiła się w stanie błogosławionym. W samym centrum wizerunku, na łonie Maryi jest widoczny czteropłatkowy kwiat, przez Meksykanów nazywany Nahui Olin – Kwiatem Słońca. To symbol pełni i nowego życia. Ten niezwykły kwiat, umieszczony na łonie Maryi, z całą pewnością oznacza, że była Ona brzemienna. Dodatkowo Niepokalana ma czarną szarfę na talii, która symbolizuje stan odmienny.

    – Jakie było przesłanie Matki Bożej z Guadalupe, co Maryja chce nam powiedzieć dzisiaj?

    – Maryja na przestrzeni wieków ukazywała się zawsze najbiedniejszym, odrzuconym. W Lourdes – biednej, niewykształconej Bernadetcie Soubirous, w Fatimie – trojgu portugalskim pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi, w Gietrzwałdzie – dwóm dziewczynkom: Justynce i Barbarze z warmińskiej wsi. Również w Meksyku przychodzi do prostego człowieka – Juana Diego, który sercem ufa Bogu jak dziecko. Przesłanie Matki Bożej zazwyczaj jest podobne. Maryja prosi o modlitwę, o nawrócenie.

    – O co dzisiaj prosi Matka Boża z Guadalupe?

    – Matka Boża tak jak kiedyś, również i dziś przychodzi bronić tych najbardziej wykluczonych, bezbronnych – nienarodzonych. Maryja prosi nas o poszanowanie każdego ludzkiego życia, które jest najcenniejszym darem Boga – jest ono święte i nienaruszalne.

    rozmawiała: Bernadeta Grabowska /Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________

    Meksyk: Cud w sanktuarium maryjnym w Guadalupe?

    Fakt niezwykłego zdarzenia, do jakiego doszło 24 kwietnia w meksykańskim sanktuarium maryjnym w Guadalupe opisuje na swojej stronie internetowej Francuskie Stowarzyszenie Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy we Francji.

    Podczas Mszy św. w intencji dzieci zabitych przed narodzeniem, z obrazu Matki Bożej wydobyło się światło, które – na oczach tysięcy wiernych – utworzyło kształt ludzkiego embrionu, podobny do obrazu widzianego podczas badań echograficznych. Zjawisko zostało sfotografowane przez obecnych w świątyni. Zdjęcia wizerunku Matki Bożej ze świetlnym embrionem można zobaczyć na stronie internetowej francuskiego stowarzyszenia (www.acimps.org). Jego działacze przypuszczają, że Maryja pokazała w swym łonie obraz nienarodzonego Jezusa. Komentując zamieszczone fotografie, ks. Luis Matos ze Wspólnoty Błogosławieństw podkreśla, że nie są one odblaskiem światła zewnętrznego, np. fleszy aparatów fotograficznych. Powiększenia fotografii, zrobionych przez wiernych obecnych w sanktuarium, wyraźnie pokazują, że światło pochodzi bezpośrednio z wnętrza obrazu. Białe, intensywne światło ma formę i rozmiary ludzkiego embrionu. Widać również na nich strefy cienia, charakterystyczne dla echograficznych wizerunków płodu w łonie matki. Tymczasem ks. José Luis Guerrero Rosado, kanonik bazyliki w Guadalupe i dyrektor Wyższego Instytutu Studiów Guadalupiańskich przestrzega przed pochopnym nazywaniem zaobserwowanego zjawiska cudem. Na stronie internetowej sanktuarium (www.virgendeguadalupe.org.mx) określa krążące w internecie doniesienia na ten temat mianem sensacyjnych. Wskazuje, że jedyne, co na razie wiadomo, to fakt, że przed wizerunkiem Matki Bożej pojawiło się światło, niewytłumaczalne w sposób naturalny. Nie jest to jednak wystarczająca podstawa, by z całą pewnością stwierdzić, że Maryja ukazała nam Jezusa jako nienarodzone dziecko – zaznacza duchowny. Argumentuje, że brak naturalnego wyjaśnienia zjawiska nie oznacza jeszcze, że dokonał się cud. Zauważa zarazem, że w sprawie tej nie wypowiedziały się jeszcze ani władze sanktuarium, ani archidiecezja Miasta Meksyk, na której terenie się ono znajduje.

    wiara.pl/Kai/25.05.2007

    www.acimps.org(obraz)

    _________________________________________________________________________________

    Tajemnicze światło na obrazie Matki Bożej z Guadalupe – Patronki życia

    12 grudnia 2015 Pustynia Serca

    Podczas Mszy św. w intencji dzieci zabitych przed narodzeniem, z obrazu Matki Bożej z Guadalupe, w Sanktuarium w Meksyku, wydobyło się światło, które – na oczach tysięcy wiernych – utworzyło kształt ludzkiego embrionu, podobny do obrazu widzianego podczas badań echograficznych.

    ***

    Matka Boża z Guadalupe

    ***

    Zjawisko zostało sfotografowane przez obecnych w świątyni. Zdjęcia wizerunku Matki Bożej ze świetlnym embrionem można zobaczyć na stronie internetowej Francuskiego Stowarzyszenia Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy (www.acimps.org). Jego działacze przypuszczają, że Maryja pokazała w swym łonie obraz nienarodzonego Jezusa.

    ***

    Matka Boża z Guadalupe

    ***

    Komentując zamieszczone fotografie, ks. Luis Matos ze Wspólnoty Błogosławieństw podkreśla, że nie są one odblaskiem światła zewnętrznego, np. fleszy aparatów fotograficznych. Powiększenia fotografii, zrobionych przez wiernych obecnych w sanktuarium, wyraźnie pokazują, że światło pochodzi bezpośrednio z wnętrza obrazu. Białe, intensywne światło ma formę i rozmiary ludzkiego embrionu. Widać również na nich strefy cienia, charakterystyczne dla echograficznych wizerunków płodu w łonie matki.

    ***

    Matka Boża z Guadalupe

    ***

    Tymczasem ks. José Luis Guerrero Rosado, kanonik bazyliki w Guadalupe i dyrektor Wyższego Instytutu Studiów Guadalupiańskich przestrzega przed pochopnym nazywaniem zaobserwowanego zjawiska cudem. Na stronie internetowej sanktuarium (www.virgendeguadalupe.org.mx) określa krążące w internecie doniesienia na ten temat mianem sensacyjnych. Wskazuje, że jedyne, co na razie wiadomo, to fakt, że przed wizerunkiem Matki Bożej pojawiło się światło, niewytłumaczalne w sposób naturalny. Nie jest to jednak wystarczająca podstawa, by z całą pewnością stwierdzić, że Maryja ukazała nam Jezusa jako nienarodzone dziecko – zaznacza duchowny. Argumentuje, że brak naturalnego wyjaśnienia zjawiska nie oznacza jeszcze, że dokonał się cud. Zauważa zarazem, że w sprawie tej nie wypowiedziały się jeszcze ani władze sanktuarium, ani archidiecezja Miasta Meksyk, na której terenie się ono znajduje.

    ***

    Matka Boża z Guadalupe

    źródło: sanctus.pl

    _________________________________________________________________________________________

    Niech kontynent nadziei będzie także kontynentem życia

    Cudowny obraz Matki Bożej z Guadalupe

    Cudowny obraz Matki Bożej z Guadalupe /fot. Graziako/Tygodnik Niedziela

    ***

    Homilia św. Jana Pawła II w bazylice Matki Bożej z Guadalupe podczas podróży do Meksyku i Stanów Zjednoczonych 22-28.01.1999

    Ponad 500 kardynałów, arcybiskupów i biskupów oraz ok. 5 tys. kapłanów, przybyłych z Meksyku i innych krajów Ameryki, sprawowało Eucharystię z Janem Pawłem II w środę 23 stycznia w bazylice Matki Bożej w Guadalupe. Uroczysta liturgia stanowiła uwieńczenie prac Specjalnego Zgromadzenia Synodu Biskupów poświęconego Ameryce, które obradowało w Watykanie na przełomie listopada i grudnia 1997 r. «Było to doświadczenie bratniego spotkania ze zmartwychwstałym Panem — powiedział w homilii Ojciec Święty — droga do nawrócenia, komunii i solidarności w Ameryce». Papież ogłosił, że święto Matki Bożej z Guadalupe, obchodzone w Meksyku 12 grudnia, będzie odtąd celebrowane we wszystkich Kościołach lokalnych całego kontynentu, a przedstawicielom tych Kościołów wręczył przed końcowym błogosławieństwem egzemplarze adhortacji apostolskiej «Ecclesia in America», zawierającej postulaty i sugestie duszpasterskie niedawnego Synodu.

    Drodzy Bracia w biskupstwie i w kapłaństwie, drodzy Bracia i Siostry w Panu!

    1. «Gdy (…) nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty» (Ga 4, 4). Czym jest pełnia czasów? Od strony ludzkiej historii pełnia czasu jest określoną datą: jest tą nocą betlejemską, w której przychodzi na świat Syn Boży, zgodnie z zapowiedziami proroków — jak dzisiaj słyszeliśmy w pierwszym czytaniu: «Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie go imieniem Emmanuel» (Iz 7, 14). Te słowa, wypowiedziane wiele wieków wcześniej, wypełniły się tej nocy, kiedy poczęty za sprawą Ducha Świętego w łonie Dziewicy Maryi Syn przyszedł na świat.

    Narodzenie Chrystusa poprzedzone zostało zwiastowaniem Gabriela. Później Maryja udała się z posługą do domu swojej krewnej Elżbiety. Przypomina o tym dzisiejsze czytanie z Ewangelii św. Łukasza, przytaczając niezwykłe i prorocze pozdrowienie Elżbiety i wspaniałą odpowiedź Maryi: «Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy» (Łk 1, 46-47). Liturgia dzisiejsza przypomina nam te wydarzenia.

    2. Czytanie z Listu do Galatów ukazuje nam z kolei Boży wymiar tej pełni czasu. Słowa apostoła Pawła zawierają syntezę całej teologii narodzin Jezusa, a wraz z tym odpowiedź na pytanie, czym jest pełnia czasu. Jest to fakt niezwykły: Bóg wszedł w dzieje człowieka. Bóg, który jest sam w sobie niezgłębioną tajemnicą życia; Bóg, który jest Ojcem i wyraża siebie przedwiecznie we współistotnym Synu, przez którego wszystko się stało (por. J 1, 1. 3); Bóg, który jest jednością Ojca i Syna, zespoloną tchnieniem przedwiecznej miłości, którą jest Duch Święty.

    Chociaż nasze ludzkie słowa są zbyt słabe, ażeby mówić o niezgłębionej tajemnicy Trójcy, prawdą jest, że człowiek ze swej doczesnej kondycji został powołany do udziału w tym Bożym życiu. Syn Boży narodził się z Maryi Dziewicy, ażeby podnieść nas do godności Bożego synostwa. Ojciec wysłał do serc naszych Ducha swego Syna, w którym wołamy: «Abba, Ojcze!» (por. Ga 4, 6). Oto więc jest pełnia czasu, która spełnia wszelkie oczekiwania historii i ludzkości: objawienie Bożej tajemnicy, udzielonej ludziom przez dar przybrania za synów.

    3. Pełnia czasu, o której mówi Apostoł, związana jest z dziejami człowieka. Stając się człowiekiem, Bóg przyjął jakby nasz ludzki czas, przeniknął dzieje człowieka historią zbawienia. Historia ta ogarnia poniekąd całe dzieje świata i ludzkości, od stworzenia do spełnienia, rozwija się jednak poprzez ważne daty i wydarzenia. Taką datą jest również zbliżający się rok 2000 od narodzenia Chrystusa, rok Wielkiego Jubileuszu, do którego Kościół przygotowuje się także poprzez nadzwyczajne zgromadzenia Synodów, poświęcone poszczególnym kontynentom. Jedno z tych zgromadzeń obradowało pod koniec 1997 r. w Watykanie.

    4. Dzisiaj w bazylice w Guadalupe, maryjnym sercu Ameryki, dziękujemy Bogu za Specjalne Zgromadzenie Synodu Biskupów poświęcone Ameryce, które stało się prawdziwym wieczernikiem eklezjalnej komunii i kolegialnej miłości pasterzy Kościoła z północy, centrum i południa kontynentu — komunii przeżywanej wraz z Biskupem Rzymu. Było to doświadczenie bratniego spotkania ze zmartwychwstałym Panem — droga do nawrócenia, komunii i solidarności w Ameryce.

    Dzisiaj, w rok po obradach tego zgromadzenia synodalnego, a zarazem w stulecie Synodu Plenarnego Ameryki Łacińskiej, który odbył się w Rzymie, przybywam tutaj, aby u stóp metyskiej Matki Bożej z Tepeyac, Gwiazdy Nowego Świata, złożyć adhortację apostolską Ecclesia in America, zawierającą postulaty i sugestie duszpasterskie niedawnego Synodu, oraz zawierzyć Matce i Królowej tego kontynentu przyszłość jego ewangelizacji.

    5. Pragnę wyrazić wdzięczność wszystkim, którzy swoją pracą i modlitwą sprawili, że zgromadzenie synodalne mogło się stać świadectwem żywotności wiary katolickiej w Ameryce. Dziękuję także archidiecezji prymasowskiej Meksyku i jej arcybiskupowi, kard. Norberto Rivera Carrera, za gościnne przyjęcie i ofiarną pomoc. Pozdrawiam serdecznie liczną grupę kardynałów i biskupów, przybyłych z wszystkich części kontynentu, obecnych tu kapłanów i seminarzystów, których wielka liczba napełnia serce Papieża radością i nadzieją. Moje pozdrowienie sięga poza mury tej bazyliki i ogarnia wszystkich, którzy pozostając na zewnątrz, uczestniczą w tej liturgii, a także wszystkich ludzi różnych kultur, grup etnicznych i narodowości, którzy tworzą bogatą i wielokształtną rzeczywistość Ameryki.

    6. «Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana» (Łk 1, 45). Te słowa, które Elżbieta kieruje do Maryi, noszącej w łonie Chrystusa, można zastosować także do Kościoła na tym kontynencie. Błogosławiony jesteś, Kościele w Ameryce, który przyjmując Dobrą Nowinę zrodziłeś do wiary wiele narodów. Błogosławiony jesteś, bo uwierzyłeś, błogosławiony jesteś, bo zachowałeś nadzieję, błogosławiony jesteś, bo umiłowałeś, gdyż obietnica Boża spełni się! Heroiczne wysiłki misjonarzy i godne podziwu dzieła ewangelizacyjne minionych pięciu stuleci nie okazały się daremne. Dzisiaj możemy powiedzieć, że dzięki temu Kościół w Ameryce jest Kościołem nadziei. Wystarczy wspomnieć o wielkiej żywotności bardzo licznej młodzieży, o wyjątkowym znaczeniu, jakie przypisuje się rodzinie, o rozkwicie powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego, a nade wszystko o głębokiej religijności ludu. Nie zapominajmy, że w przyszłym tysiącleciu, które rozpocznie się niebawem, Ameryka będzie kontynentem o największej liczbie katolików.

    7. Jak jednak podkreślili Ojcowie Synodalni, Kościół w Ameryce, choć ma powody do radości, musi też stawiać czoło poważnym problemom i trudnym wyzwaniom. Ale czyż to powinno nas zniechęcać? W żadnym wypadku, ponieważ «Jezus Chrystus jest PANEM» (Flp 2, 11). On zwyciężył świat i posłał swojego Ducha, aby wszystko uczynił nowe. Czy zatem zbyt śmiała jest nadzieja, że po tym zgromadzeniu synodalnym — pierwszym Synodzie amerykańskim w dziejach — na tym kontynencie w większości chrześcijańskim ukształtuje się bardziej ewangeliczny styl życia i dzielenia się dobrami? Istnieje wiele dziedzin, w których chrześcijańskie wspólnoty z północy, centrum i południa Ameryki mogą dawać świadectwo braterskich więzi, jakie je łączą, okazywać czynną solidarność i brać udział we wspólnych programach duszpasterskich, wnosząc w nie własne bogactwo duchowe i materialne.

    8. Apostoł Paweł uczy nas, że gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna zrodzonego z niewiasty, aby odkupił nas od grzechu i uczynił nas Jego synami i córkami. Dlatego nie jesteśmy już sługami, ale dziećmi i dziedzicami Boga (por. Ga 4, 4-7). Kościół musi zatem głosić Ewangelię życia i z proroczą mocą występować otwarcie przeciw kulturze śmierci. Niech kontynent nadziei będzie także kontynentem życia! Tego się domagamy: życia i godności dla wszystkich! Dla wszystkich istot poczętych w łonach matek, dla dzieci ulicy, dla ludów indiańskich i dla Afroamerykanów, dla imigrantów i uchodźców, dla młodych pozbawionych perspektyw na przyszłość, dla ludzi starszych, dla tych, którzy doświadczają wszelkich form ubóstwa czy dyskryminacji.

    Drodzy bracia i siostry, nadszedł czas, aby na waszym kontynencie raz na zawsze położyć kres wszelkim atakom na życie. Nigdy więcej przemocy, terroryzmu i handlu narkotykami! Nigdy więcej tortur i innych form przemocy! Trzeba położyć kres nieuzasadnionemu stosowaniu kary śmierci! Nigdy więcej wyzysku słabszych, dyskryminacji rasowej i izolacji ubogich! Nigdy więcej! Nie można tolerować wszystkich tych przejawów zła, które wołają o sprawiedliwość do nieba, a dla chrześcijan są wezwaniem do zmiany stylu postępowania i do udziału w życiu społecznym bardziej zgodnego z ich wiarą. Musimy budzić sumienia ludzi Ewangelią, aby uświadomić im w pełni ich wzniosłe powołanie dzieci Bożych. Ta świadomość nakłoni ich do budowania lepszej Ameryki. Trzeba koniecznie przybliżyć nową wiosnę świętości na tym kontynencie, tak aby działanie szło w parze z kontemplacją.

    9. Pragnę zawierzyć i ofiarować przyszłość kontynentu Najświętszej Maryi Pannie, Matce Chrystusa i Kościoła. Dlatego z radością ogłaszam dziś, że postanowiłem, aby dzień 12 grudnia był obchodzony w całej Ameryce jako liturgiczne święto Matki Bożej z Guadalupe.

    O Matko, Ty znasz drogi, którymi podążali pierwsi głosiciele Ewangelii w Nowym Świecie, od wysp Guanahani i Espańola aż po puszcze Amazonii i szczyty Andów, docierając do Ziemi Ognistej na południu oraz do wielkich jezior i gór północy. Wspomagaj Kościół, który prowadzi swoje dzieło w krajach Ameryki, aby pozostał na zawsze Kościołem ewangelizującym i odnowił w sobie ducha misyjnego. Dodaj otuchy wszystkim, którzy poświęcają życie dla Jezusa i dla rozszerzenia Jego Królestwa.

    O słodka Pani z Tepeyac, Matko z Guadalupe! Przedstawiamy Ci tę niezliczoną rzeszę wiernych, którzy w Ameryce modlą się do Boga. Ty, która zamieszkałaś w ich sercach, nawiedzaj i umacniaj rodziny, parafie i diecezje całego kontynentu. Spraw, aby chrześcijańskie rodziny przykładnie wychowywały swoje dzieci w wierze Kościoła i w miłości do Ewangelii, tak aby były zasiewem powołań apostolskich. Wejrzyj dzisiaj na młodych i dodaj im sił, aby szli za Jezusem Chrystusem.

    O Pani i Matko Ameryki! Utwierdź wiarę naszych świeckich braci i sióstr, aby we wszystkich dziedzinach życia społecznego, zawodowego, kulturalnego i politycznego działali zgodnie z prawdą i nowym prawem, które Jezus przyniósł ludzkości. Spojrzyj litościwie na udrękę tych, którym dokucza głód, samotność, odrzucenie i brak wykształcenia. Spraw, abyśmy umieli dostrzec w nich Twoje umiłowane dzieci, i rozpal w nas miłość, abyśmy spieszyli im z pomocą w potrzebie.

    Święta Dziewico z Guadalupe, Królowo pokoju! Wybaw kraje i narody kontynentu. Spraw, aby wszyscy, rządzący i obywatele, nauczyli się żyć w prawdziwej wolności, działając zgodnie z wymogami sprawiedliwości i poszanowania praw człowieka, tak aby pokój mógł zapanować na zawsze.

    Ku Tobie, Pani z Guadalupe, Matko Jezusa i Matko nasza, wszyscy Twoi synowie i córki w Ameryce zwracają się z miłością i czcią, chwaląc Cię nieustannie.

    Przed końcowym błogosławieństwem Ojciec Święty powiedział:

    Dziękuję za ten wspaniały dar, który stąd zabiorę. Raz jeszcze mogłem z radością sprawować liturgię w tej bazylice, umiłowanej przez wszystkich Meksykanów, wszystkich Amerykanów, synów pokoju. Dziękuję wam za modlitwy, które codziennie zanosicie za mnie i w intencji mojej posługi Piotrowej. Wiem, że będziecie dalej się modlić. Bardzo dziękuję.

    JAN PAWEŁ II

    Opoka.pl/L’Osservatore Romano 4/99

    _________________________________________________________________________________________

    Tajemnice obrazu Matki Bożej z Guadalupe. Prof. Treppa: naukowo nie da się tego wyjaśnić

    GUADALUPE

    Shutterstock | AM113

    ***

    Dokładne badania optyczne wizerunku pokazały, że zarys postaci odbijających się w oczach Maryi odzwierciedla sposób odbijania się przedmiotów w ludzkiej żywej źrenicy i na powierzchni rogówki ludzkiego oka. Oczy Matki Bożej z Guadalupe sprawiają wrażenie żywych…

    Z perspektywy nauki: nie da się tego wyjaśnić

    Aleteia: Jak to możliwe, że ikona meksykańskiej Madonny, która pojawiła się na indiańskiej opończy przetrwała w nienaruszonym stanie kilka wieków?

    Prof. dr hab. Zbigniew Treppa*: Indiańska opończa (tilma), na której widnieje obraz Maryi, należąca do pierwszego wyniesionego na ołtarze Indianina, Cuauhtlatoatzina Juana Diego, została utkana ok. 500 lat temu z włókien agawy. Z powodu znikomej trwałości włókien tkanina ta nie powinna była przetrwać kilkudziesięciu lat. Tymczasem oparła się niszczącemu działaniu czasu.

    Jest to tym bardziej zastanawiające, zważywszy, że tkanina tilmy nie została nasycona żadnymi środkami konserwującymi zapobiegającymi rozpadowi. Co wiadomo na podstawie badań prowadzonych przez dr. Philipa Callahana z USA.

    Tkanina i widniejący na niej obraz oparły się też działaniu czynników zewnętrznych. Np. rozlanych żrących związków chemicznych użytych do konserwacji ramy, w której została umieszczona tilma. A nawet przetrwała zamach bombowy, który zniszczył znajdujący się nieopodal potężny krucyfiks z brązu, posadzkę, marmurowy ołtarz i witraże.

    Czyżby zatem tilma oparła się działaniu czasu oraz różnych czynników zewnętrznych ze względu na nadprzyrodzone właściwości obrazu, który w tajemniczy sposób został zakodowany w jej strukturze?

    Nauki przyrodnicze nie przyniosą odpowiedzi na to pytanie, ponieważ „zakres poznania naturalnego” – mówiąc słowami bł. ks. Sopoćki – „jest bardzo ograniczony”. Możemy jedynie mówić o fenomenie obrazu, który jest niemożliwy do wyjaśnienia z perspektywy nauk ścisłych.

    Nie jest znana np. technika zabarwienia włókien. Barwy obrazu wywołują efekt zbliżony do zjawiska dyfrakcji. Nie są znane również przyczyny powstawania refleksów świetlnych, wywoływanych za pomocą oftalmoskopu w oczach wizerunku Madonny. Dających efekt taki, jak w przypadku badań żywego ludzkiego oka o odpowiednim stopniu wilgotności.

    Warte podkreślenia jest to, że takiego efektu nie można wywołać w żadnym innym obrazie wykonanym przez człowieka.

    Do podobnych fenomenów należy zaliczyć istnienie wzoru gwiazd na płaszczu Madonny z tilmy. Odzwierciedla on układ konstelacji gwiezdnych widzianych w punkcie czasu i miejsca cudownego ukazania się obrazu, czyli 12 grudnia 1531 roku w mieście Meksyk (Tenochtitlan).

    Brak jest także możliwości wyjaśnienia obecności w oczach Madonny odbić postaci będących świadkami cudu. Analizując współcześnie te obrazy, zaskakuje, że zarejestrowane zostały zgodnie ze współczesną wiedzą z dziedziny optyki. Nie była ona jeszcze znana w czasach, kiedy obraz Maryi został ukazany oczom człowieka.

    Jeśli nauki przyrodnicze nie mogą przyjść z pomocą w wyjaśnieniu wszystkich zagadkowych właściwości obrazu oraz jego podłoża, co więc można wyjaśnić? Można to wszystko, co należy do istoty cudownych właściwości obrazu. Podobnie jak w przypadku każdego cudu, który w życiu wiary ma jakiś cel do spełnienia.

    Również w przypadku ikony z Guadalupe wcale nie jest najważniejszy sposób, w jaki zaistniał obraz czy też to, co o nim mówią pomiary naukowe. Lecz raczej to, co ukrywa on przed nauką.

    Podobnie sprawy zdarzają się w życiu codziennym, w którym wcale najważniejsze nie jest to, co daje się zważyć czy zmierzyć, lecz to, co jest istotą jakiejś rzeczy lub zjawiska.

    Nie ręką ludzką uczyniony

    O obrazie Matki Bożej z Guadalupe, Całunie Turyńskim oraz Chuście z Manoppello, mówi się jako o obrazach nie ręką ludzką uczynionych. Co dokładnie oznacza ten termin?

    Nie wiadomo, kiedy chrześcijanie zaczęli posługiwać się terminem acheiropoietos, czyli nie ręką ludzką uczyniony. Źródła historyczne po raz pierwszy pojęcie to odnotowały w związku z odnalezieniem Całunu Chrystusa w murach Edessy w roku 544.

    Aby poznać źródłosłów tego pojęcia, należy odwołać się do źródłowych tekstów Nowego Testamentu, gdzie ono występuje. Godne odnotowania jest to, że pojęcie acheiropoietos występuje tam trzykrotnie.

    Ewangelista Marek posługuje się zwrotem acheiropoieton/ἀχειροποίητον, gdy przytacza słowa jednego ze świadków z procesu Jezusa przed Sanhedrynem. „Myśmy słyszeli, jak On mówił: Ja zburzę ten przybytek uczyniony ludzką ręką i w ciągu trzech dni zbuduję inny, nie ręką ludzką uczyniony” (Mk 14,58).

    Świadek ów przytacza słowa samego Jezusa mówiące o zburzeniu świątyni ludzką ręką uczynionej. I odbudowaniu jej, już jako innej, nie ludzką ręką uczynionej, w ciągu trzech dni. Świątynią tą ma być zmartwychwstały Jezus.

    Obraz w obrazie

    Naukowcy – korzystając ze zdobyczy techniki fotograficznej – stwierdzili, że w źrenicach oczu Maryi są odwzorowane wizerunki kilku osób związanych z objawieniami w Guadalupe. Stwierdza się również, że oczy z tego wizerunku są jakby żywe. Jak to możliwe?

    Najbardziej wyraźna do zidentyfikowania jest postać Juana Diego. Odkrycia obrazu w obrazie dokonał w 1929 roku fotograf Antonio Gonzales, który tradycyjną metodą fotograficzną wykonał powiększenia twarzy Maryi.

    Gonzales, analizując wykonane fotografie, w prawym oku Madonny zauważył zarys męskiej twarzy, wyglądający jakby był on efektem naturalnej sytuacji odbitej w oku, zgodnie z zasadami optyki.

    Sprawa nabrała rozgłosu dopiero 26 lat później, kiedy arcybiskup miasta Meksyk Luis Marie Martinez powołał komisję do zbadania tego fenomenu. Pół roku później dwaj optycy-okuliści (Havier Torroello Buene i Rafael Torifa Lavoignet), podejmując się drobiazgowych badań optycznych, dokonują odkrycia tej samej postaci odbitej w drugim oku Maryi.

    Wizerunek postaci ludzkiej widoczny w prawym oku Madonny sprawia wrażenie, jakby powstał w wyniku naturalnego zjawiska optycznego. Rzecz staje się bardziej czytelna, kiedy konfrontujemy odbicia obu oczu. Ujawnia się wówczas asymetryczny sposób usytuowania względem siebie dwóch obrazów odbijających się w oczach Maryi. Asymetryczny i jak się okazuje, również zniekształcony zarys postaci odbijających się w oczach Maryi z Guadalupe, odzwierciedla sposób odbijania się przedmiotów w źrenicy i na powierzchni rogówki ludzkiego oka.

    Za pomocą światła emitowanego z oftalmoskopu wywoływany jest refleks świetlny, który przy odpowiednim ustawieniu soczewek umożliwia obserwację dna oka. Na podstawie opisu dr. Lavoigneta wiemy, jak przebiegał proces badawczy źrenic Maryi:

    „Jeśli nakierujemy światło oftalmoskopu na źrenicę oka z wizerunku Maryi Panny, ukaże się ten sam refleks świetlny [jak w przypadku normalnego ludzkiego oka]. W następstwie tego odbicia światła źrenica rozświetla się rozproszonym światłem, dając efekt wklęsłego reliefu…

    Ten efekt jest niemożliwy do uzyskania na płaskiej oraz nieprzezroczystej powierzchni. Po stwierdzeniu tego faktu przebadałem za pomocą oftalmoskopu różne obrazy wykonane w technice olejnej i akwarelowej oraz ich reprodukcje. Na żadnym z nich, które przedstawiały różnorodne ludzkie postacie, nie można zobaczyć najmniejszych refleksów. Podczas gdy oczy Najświętszej Panny z Guadalupe sprawiają wrażenie żywych”.

    Potwierdzają to analizy podobnych przedstawień ikonograficznych. To znaczy takich, które w sposób naturalistyczny próbują odzwierciedlać obraz rzeczywistości odbity w oczach przedstawianych postaci. Nawet u najwybitniejszych mistrzów pędzla, np. u van Eycka czy Dürera nie znajdziemy obrazu, który mógłby równać się z odbiciami w oczach guadalupiańskiej ikony. Nie znajdziemy ich też u Leonarda da Vinci.

    Przesłanie Matki Bożej z Guadalupe

    Jakie przesłanie dla nas, żyjących w XXI wieku, płynie z fenomenu obrazu Matki Bożej z Guadalupe?

    Pierwszym owocem objawień Maryi w Meksyku były masowe nawrócenia Indian na wiarę chrześcijańską. Wcześniej miały miejsce nieliczne akty konwersji, dokonywane dzięki działalności misyjnej franciszkańskich i dominikańskich zakonników.

    Masowe nawrócenia Indian były możliwe dzięki pozostawionym przez Maryję czytelnym dla nich znakom, których język znany był im jeszcze z czasów, kiedy wyznawali wielobóstwo. Znaki te odczytali jednak na nowo, zgodnie z zamiarami Maryi. Na przykład czarna szarfa przewiązana na jej sukni oznacza, że spodziewa się dziecka.

    Ale okazuje się, że objawienie Maryi zaadresowane było nie tylko do człowieka tamtych czasów. Świadczy o tym m.in. charakter przekazu Madonny zawarty w pozostawionym przez nią wizerunku. Jest to przekaz zapisany za pomocą dwóch systemów znaków.

    Jeden z nich jest typowy dla cywilizacji zachodniej, drugi dla Indian z czasów, kiedy Maryja po raz pierwszy objawiła się w Ameryce. Wszystko na to wskazuje, że zgodnie z wolą Bożej Opatrzności obraz Maryi miał przetrwać do dnia dzisiejszego, by przekazać współczesnemu człowiekowi coś bardzo ważnego.

    Cały czas zaskakuje aktualność przesłania obrazu z Guadalupe, która potwierdzana jest kolejnymi znakami. Miały one miejsce choćby 12 grudnia 2007 r., kiedy rada miasta Meksyku miała uchwalić ustawę zezwalającą na wykonywanie aborcji. Wtedy to, podczas mszy świętej w intencji ofiar aborcji, obraz Maryi z Guadalupe emanował światłem. Światłem o kształcie ludzkiego embrionu, jaki można obserwować podczas standardowych badań echograficznych.

    Zebrany materiał zdjęciowy pozwala traktować to wydarzenie w kategoriach znaku o bardzo czytelnym przesłaniu. Zdjęcie to zostało opublikowane m.in. przez Francuskie Stowarzyszenie Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy, które stwierdziło, że to obraz nienarodzonego dziecka.

    Przypomnijmy, że guadalupiańska Madonna jest patronką chrześcijańskiego Meksyku, ale także patronką wszystkich działań pro-life na świecie. Życie jest bezcennym darem i to wydaje się być dla naszych czasów najważniejszym przesłaniem płynącym z obrazu Matki Bożej z Guadalupe.

    * Prof. dr hab. Zbigniew Treppa – profesor sztuki, wykładowca akademicki. Autor poczytnych książek m.in. „Meksykańska symfonia. Ikona z Guadalupe”, „Fotografia z Manopello. Twarz Zmartwychwstałego”, „Całun Turyński. Fotografia Niewidzialnego” oraz wydanej w tym roku książki: „Fenomen obrazu Miłosierdzia Wcielonego”. Jest autorem wielu wystaw z zakresu fotografii kreacyjnej.

    Iwona Flisikowska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Matka Boża z Guadalupe i tajemnicze 23,5 stopnia nachylenia. Jej spojrzenie obejmuje całą ludzkość

    OUR LADY OF GUADALUPE

    ***

    Nachylenie osi obrotu Ziemi wobec płaszczyzny orbity ziemskiej wokół Słońca wynosi około 23,5 stopnia. Taki sam jest kąt nachylenia głowy Matki Bożej na wizerunku Matki Bożej z Guadalupe.

    Święto Matki Bożej z Guadalupe

    „Oczywiście. Pomodlę się za ciebie” – powiedziałem mojemu przyjacielowi, prawnikowi, który późno poczuł powołanie i został klerykiem, a następnego dnia czekał go egzamin. Miał problemy z metafizyką i ucząc się do egzaminu z tego przedmiotu, był kłębkiem nerwów.

    Następnego dnia było święto Matki Bożej z Guadalupe. Jadąc do pracy tego ranka, rutynowo robiłem w myślach mój plan dnia. Wtedy przypomniałem sobie, że obiecałem pomodlić się za mojego przyjaciela.

    Mógłbym zmówić krótką modlitwę właśnie tu, w samochodzie, pomyślałem, albo mógłbym pojechać w specjalne miejsce…

    Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Des Plaines, w stanie Illinois, znajduje się tylko sześć mil od mojego biura, ale nigdy dotąd tam nie byłem. Postanowiłem więc pojechać tam podczas przerwy obiadowej i ofiarować Matce Najświętszej mojego przyjaciela kleryka.

    Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe

    Okazało się, że tego przedpołudnia w pracy miałem więcej do zrobienia niż się spodziewałem. Moja praca obejmuje różne obowiązki związane z programami nauczania dla szkół w Park Ridge w stanie Illinois.

    Jednym z nich jest zarządzanie programem nauczania przedmiotów ścisłych. Są wśród nich zajęcia z podstaw astronomii. Wspominam o tym tylko po to, żeby wyjaśnić to, co miało nastąpić w trakcie mojej wizyty w sanktuarium.

    Gdy tam dojechałem, było już za piętnaście pierwsza. Był lekki mróz, a niebo było jasne i intensywnie błękitne. Poprosiłem przechodnia, żeby wskazał mi drogę do sanktuarium. Wkrótce znalazłem się wśród kilku tysięcy pielgrzymów, którzy przybyli tam na obchody święta.

    Skąpane w słońcu sanktuarium pławiło się w świetle, a powietrze nagle zrobiło się ciepłe. Pielgrzymi przekazywali kolorowe bukiety pracownikom, którzy układali kwiaty wokół kapliczki z repliką tilmy.

    Modlitwa przed Maryją

    Miejsce wypełniała cisza i absolutny spokój. I nagle przypomniałem sobie, dlaczego się tam znalazłem. Spojrzałem w górę, na tilmę i złapałem się na tym, że otwieram swoje serce przed Maryją.

    Jak dziecko opowiedziałem jej o moim przyjacielu kleryku i jego niepokoju związanym z egzaminami. Potem mówiłem o innych sprawach, osobno wspominając moich bliskich.

    Kiedy skończyłem, rozejrzałem się. Tysiące pielgrzymów robiło to samo: otwierało swe serca przed jedną i tą samą Matką. Wszyscy byliśmy jej dziećmi i wszyscy przyszliśmy, by być tam z nią.

    Nachylenie głowy Matki Bożej

    Spojrzałem jeszcze raz na pelerynę. W szybie kapliczki, dokładnie tam gdzie zobaczyłbym głowę Maryi, odbijała się tarcza słońca. Zamiast jej lekko przechylonej na bok twarzy, widziałem tylko odbicie blasku słońca.

    Zauważyłem, że rozbłysk światła promieniującego ze szczytu odbitej tarczy słonecznej miał takie samo nachylenie jak głowa na tilmie. Zrobiłem zdjęcie tego, co widziałem, przypominając sobie podstawowy fakt astrofizyki. Nachylenie osi obrotu Ziemi wobec płaszczyzny orbity ziemskiej wokół Słońca wynosi około 23,5 stopnia.

    Wracając na parking, spojrzałem w stronę Słońca. Zobaczyłem ten sam pionowy blask nachylony w kierunku Ziemi. Zrobiłem kolejne zdjęcie. O ile stopni przechyla głowę Matka Boża na tilmie? –  zastanawiałem się.

    Zaproszenie dla wszystkich

    Następnego dnia postanowiłem przyjrzeć się temu bliżej. Używając cyfrowej wersji obrazu Matki Bożej, jaki widać na oryginalnej tilmie, narysowałem jedną prostą, pionową linię, zaczynając od czubka Jej głowy.

    Potem pociągnąłem drugą linię, która szła pod kątem, pod którym pochylona jest głowa. Umieściłem kątomierz w punkcie, gdzie przecięły się te dwie linie. 23,5 stopnia!

    Mój rysunek był prosty, a moja znajomość astronomii zaledwie podstawowa. Nie wiedziałem wtedy, że ktoś inny, dr Juan Hernández Illescas, już dokonał tego odkrycia w 1981 roku. Ale z dziecięcą fascynacją zastanawiałem się, co to odkrycie może oznaczać.

    Wcześniej słyszałem spekulacje rozmaitych komentatorów, że pochylenie głowy Maryi oznacza jej pokorę. To bardzo możliwe. Ale teraz mam nowe spojrzenie na tę kwestię. Ze swojego miejsca w niebie, odziana w słońce, Matka Boża z Guadalupe kieruje swój wzrok pod kątem 23,5 stopnia, by objąć spojrzeniem całą ludzkość. Ludzkość, która odsunęła się od Boga.

    Widząc teraz wyraźnie wszystkie swoje dzieci, woła do każdego z nich: chrześcijanina i muzułmanina, protestanta i katolika, ateisty i deisty, wyznawcy New Age, hindusa, buddysty i żyda. Ona zaprasza nas wszystkich, byśmy otworzyli przed Nią nasze serca.

    Przesłanie Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe

    Jeśli Najświętsza Maria Panna z Guadalupe ma dla nas jakieś zasadnicze przesłanie, to jest nim wieść, że cały świat ma matkę. A jeśli to prawda, to Dziecko, które Ona ma urodzić – jak to przedstawiono na tilmie – przychodzi do nas w tym czasie jako Zbawiciel całego świata. Wcielenie. Bóg staje się człowiekiem. Czy może być myśl bardziej pocieszająca?

    Jeśli o mnie chodzi, od tej pory będę zawsze pamiętać święto Matki Bożej z Guadalupe jako moje 23,5 stopnia pocieszenia.

    A.J. Clishem /Aleteia.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Oczy Matki Bożej z Guadalupe. Jedna z największych zagadek nauki i tajemnic wiary

    Zbliżenie na oczy wizerunku Matki Bożej z Guadalupe

    Santiago Mejía LC | Cathopic

    ***

    Oczy z obrazu Matki Bożej z Guadalupe są szczególnie tajemnicze. Mimo mikroskopijnych rozmiarów, tęczówki i źrenice przedstawiają bardzo szczegółowe wizerunki 13 osób.

    Oczy wizerunku Matki Bożej z Guadalupe są jedną z największych zagadek nauki – twierdzi peruwiański inżynier José Tonsmann, który bardzo dogłębnie zajmował się tą „tajemnicą”.

    Wizerunek w oczach Matki Bożej z Guadalupe

    Ten absolwent Uniwersytetu Cornell spędził ponad 20 lat, badając ów wizerunek Matki Bożej, namalowany na grubej i włóknistej pelerynie noszonej przez św. Juana Diego, który dostąpił objawienia, jakie zdecydowanie zmieniło historię kontynentu amerykańskiego.

    Oczy z obrazu są szczególnie tajemnicze. Mimo że ich wymiary są mikroskopijne, tęczówki i źrenice przedstawiają bardzo szczegółowe wizerunki 13 osób. Te same osoby znajdują się w lewym i prawym oku, w różnych proporcjach, tak jak ludzkie oczy przekazują obrazy.

    Uważa się, że odbicie widoczne w oczach Matki Bożej z Guadalupe to scena, w której Juan Diego przyniósł kwiaty dane mu przez Matkę Bożą jako znak dla biskupa Fraya Juana de Zumarragi, co miało miejsce 9 grudnia 1531 roku.

    Kto malował oczy Maryi?

    Tonsmann badał oczy Matki Bożej z obrazu, wykorzystując swoje doświadczenie z analizą zdjęć mikroskopowych i satelitarnych oraz umiejętności, które nabył, gdy pracował dla firmy IBM.

    Tonsmann rozpoczął swoje badania w 1979 roku. Rozszerzył tęczówki w oczach Matki Bożej do skali ok. 2000 razy większej niż w rozmiarze rzeczywistym, a dzięki procedurom matematycznym i optycznym był w stanie dostrzec postaci odbite w oczach Maryi.

    Według ustaleń Tonsmanna w samym obrazie z Guadalupe mamy “coś, co nie zostało namalowane ludzką ręką”. 

    Aleteia.pl

    ________________________________________________________________________________________

    Płaszcz św. Juana Diego i 4 tajemnice wizerunku Matki Bożej z Guadalupe

    GUADALUPE

    Public Domain

    ***

    „Ayate” Juana Diego, czyli jego płaszcz z agawy, jest nadal w doskonałym stanie i stanowi jedyny na świecie tego typu ubiór z XVI w., który przetrwał do dziś.

    Św. Juan Diego po raz pierwszy zobaczył tajemniczą postać Matki Bożej 9 grudnia 1531 roku. Przedstawiła mu się tak: „Jestem Maryją, Niepokalaną Dziewicą, Matką prawdziwego Boga, który daje życie i je zachowuje”.

    Pamiątkę owego (najwcześniej zaakceptowanego przez Kościół) objawienia maryjnego stanowi dziś nie tylko wspomnienie liturgiczne Matki Bożej z Guadalupe (12 grudnia), lecz także coś innego. A mianowicie niezwykły wizerunek Maryi utrwalony na płaszczu Juana Diego. Wizerunek ów kryje liczne tajemnice. Przedstawimy tu 4 z nich.

    1 TAJEMNICA TRWAŁOŚCI PŁASZCZA

    Zacznijmy od tego, że płaszcz Juana Diego, na którym znajduje się podobizna Maryi, utkany jest z grubych i szorstkich włókien agawy (kaktusa rosnącego w obu Amerykach). Jest to materiał bardzo nietrwały – maksymalnie może przetrwać 30 lat.

    Dodajmy, że w 1787 r. dr Jose Ignacio Bartolache namalował dwa obrazy omawianego wizerunku, właśnie na materiale identycznym, jak materiał płaszcza świętego. Jeden z nich zawiesił w kościele Matki Bożej z Guadalupe, drugi w pobliskim budynku nazwanym El Pocito. Oba obrazy rozpadły się z powodu wilgotnego miejscowego powietrza, jeszcze przed upływem 10 lat.

    Natomiast „ayate” Juana Diego, czyli jego płaszcz z agawy, jest nadal w doskonałym stanie i stanowi jedyny na świecie tego typu ubiór z XVI w., który przetrwał do dziś. Przyczyną może być to, że materiał „ayate” w tajemniczy sposób odpycha od siebie insekty, bakterie, grzyby i kurz.

    Nie tylko materiał, na którym utrwalono wizerunek Maryi, powinien ulec zniszczeniu. To samo tyczy się owego wizerunku. Teraz jest on za szybą. Jednak co najmniej 100 lat wisiał bez żadnego zabezpieczenia.

    Dotykały go tysiące rąk, pielgrzymi pocierali o niego różne przedmioty. Był wystawiony na bezpośrednie oddziaływanie dymu z kadzideł i ogromnej liczby świec. W efekcie barwy powinny wyblaknąć, a obraz sczernieć. Tak się jednak nie stało.

    2 TAJEMNICA TRWAŁOŚCI WIZERUNKU

    Nie tylko materiał, na którym utrwalono wizerunek Maryi, powinien ulec zniszczeniu. To samo tyczy się owego wizerunku. Teraz jest on za szybą. Jednak co najmniej 100 lat wisiał bez żadnego zabezpieczenia.

    Dotykały go tysiące rąk, pielgrzymi pocierali o niego różne przedmioty. Był wystawiony na bezpośrednie oddziaływanie dymu z kadzideł i ogromnej liczby świec. W efekcie barwy powinny wyblaknąć, a obraz sczernieć. Tak się jednak nie stało.

    3 TAJEMNICA ODPORNOŚCI NA USZKODZENIA

    Kolejną tajemnicą jest odporność wizerunku z Guadalupe na uszkodzenia różnego pochodzenia. Odporności tej dowodzi historia.

    Najpierw, w 1795 r. niechcący oblano lewą stronę wizerunku kwasem azotowym, używanym do czyszczenia ramy, w którą był oprawiony. Kwas nie zniszczył obrazu, a powinien. Pojawiła się jedynie plama, która po jakimś czasie po prostu zniknęła (według innych źródeł mała plama jednak przetrwała).

    W 1921 r. miał miejsce drugi atak, tym razem zamierzony. Wtedy bowiem w bazylice podczas odprawiania mszy świętej wybuchła bomba zegarowa. Do wazonu na kwiaty, stojącego tuż przy podobiźnie Madonny, włożył ją urzędnik prywatnego sekretariatu antykatolickiego prezydenta Meksyku Alvara Obregona, któremu to urzędnikowi towarzyszyli ubrani po cywilnemu żołnierze. Wizerunek Maryi, mimo bliskości silnego ładunku wybuchowego, nie doznał żadnego uszkodzenia.

    4 TAJEMNICA BRAKU FARB

    Już w 1936 r. laureat nagrody Nobla Richard Kuhn stwierdził na „ayate” Juana Diego brak jakichkolwiek farb. Włókna płaszcza są więc prawie samą celulozą, z którą nie wiążą się żadne – właściwe farbom – składniki: pigmenty mineralne lub barwniki pochodzenia zwierzęcego albo roślinnego. Oczywiście nie ma też barwników syntetycznych.

    Z punktu widzenia chemii podobizna Maryi po prostu… nie istnieje! A wywieszony w meksykańskiej bazylice materiał jest zwykłym płaszczem.

    Wyjaśniły to trochę amerykańskie badania z 1979 r. Według nich kolorystyka Madonny z Guadalupe ma cechy ubarwienia ptaków i owadów. Nie jest – w związku z tym – do osiągnięcia sztuką malarską.

    Prześwietlenie podczerwienią wykazało zresztą, że powierzchnia pod badanym wizerunkiem nie była przygotowana do malowania farbami, czyli zagruntowana. Bez gruntowania zaś nie da się nic namalować na materiale z agawy. To samo prześwietlenie wskazało też na nieobecność szkicu ewentualnego obrazu oraz na brak werniksu – lakieru chroniącego dzieło przed kurzem i zmianą barw.

    Eryk Łażewski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 grudnia

    Święta
    Maria Maravillas od Jezusa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Damazy I, papież
      •  Błogosławiony Dawid, mnich
      •  Święty Wicelin, biskup
    Święta Maria Maravillas od Jezusa

    Maria Maravillas Pidal y Chico de Guzmán urodziła się 4 listopada 1891 r. w Madrycie. Pochodziła z najwyższych sfer arystokracji hiszpańskiej. Była nawet spokrewniona z rodami królewskimi. Ojciec jej był działaczem Partii Konserwatywnej i z jej ramienia piastował wysokie stanowiska w administracji państwowej. Był ministrem robót publicznych, przewodniczącym Rady Państwa, a nawet ambasadorem przy Stolicy Apostolskiej. Na miejsce urodzenia swojego trzeciego dziecka, Marii, rodzice wybrali Madryt, choć mieszkali wówczas w Rzymie.
    Dziewczynka początkowo był wychowywana przez babcię, która była równocześnie jej matką chrzestną. Na życzenie matki, pochodzącej z Cohedin, córeczka otrzymała imię Maria de las Maravillas (Maria od Cudów) na cześć patronki tej miejscowości.
    Nauką Marii zajmowali się prywatni nauczyciele zatrudnieni przez jej rodziców. Uczyła się języków francuskiego i angielskiego oraz gry na fortepianie. Babcia podsuwała jej do czytania żywoty świętych, a ona dużo i chętnie czytała. To, co w nich wyczytała, starała się praktykować w swoim życiu, np. modliła się z rozkrzyżowanymi rękami, narzucała sobie różnego rodzaju praktyki pokutne. Podczas wakacji w San Sebastian mała markiza namówiła brata i siostrę do zabawy w ubogich. Dzieci przebrały się za żebraków i na ulicach prosiły o jałmużnę, którą potem przekazywały naprawdę biednym.
    Gdy Maria zaczęła dorastać, jej opiekunem duchowym został o. López, jezuita. Od dziecka była bardzo gorliwą katoliczką. Codziennie rano uczestniczyła we Mszy św. Nie chciała też korzystać z przywilejów jej klasy. Za to z siostrą szarytką odwiedzała i udzielała pomocy materialnej ubogim rodzinom w dzielnicy nędzarzy, zwanej Las Injurias (krzywdy). Tam chętnie ubierała, karmiła i uczyła katechizmu zaniedbane dzieci.
    Z jej zachowania otoczenie szybko wywnioskowało, że myśli o pójściu do zakonu. Jej surowy ojciec był temu przeciwny, chociaż sam był postrzegany jako apostoł, bo chętnie pomagał zakonom i był człowiekiem głęboko wierzącym. Mimo to musiała poczekać. Gdy chorował przed śmiercią, która nastąpiła w grudniu 1913 r., przez kilka miesięcy Maria była jego pielęgniarką. Opiekowała się nim z oddaniem dniem i nocą.
    Po śmierci ojca nic nie stało już na przeszkodzie w realizacji powołania Marii. Dzięki lekturze dzieł św. Jana od Krzyża i św. Teresy od Jezusa oraz osobistym kontaktom z karmelitankami postanowiła, że właśnie wśród nich jest jej miejsce. Wybrała karmelitański klasztor El Escorial w Madrycie. Uzyskała zgodę matki i kierownika duchowego, chociaż nie bez trudności.
    Do klasztoru wstąpiła 12 października 1919 r., a 21 kwietnia 1920 r. otrzymała habit zakonny. Jako nowicjuszka, ucząc się życia zakonnego, wiele godzin dziennie poświęcała modlitwie, ale też spełniała zwykle prace codzienne, jak karmienie drobiu, sprzątanie, szycie szkaplerzy. Pierwsze śluby zakonne złożyła 7 maja 1921 r. Wkrótce za swój spadek po ojcu postanowiła ufundować klasztor w Cerro de los Angeles (przedmieścia Madrytu) obok ogromnego pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa. Śluby wieczyste złożyła 30 maja 1924 r. w Getafe, gdzie zamieszkała w prowizorycznym klasztorze z kilkoma innymi siostrami w oczekiwaniu na dokończenie budowy. Otwarcie klasztoru nastąpiło 26 października 1926 r. w uroczystość Chrystusa Króla. Wyżej wspomniany pomnik stał w geograficznym centrum Hiszpanii. Przed nim 30 maja 1919 r. król Alfons XIII poświęcił naród hiszpański Sercu Jezusa, a ciągła modlitwa karmelitanek miała być przedłużeniem i potwierdzeniem tego aktu.

    Święta Maria Maravillas od Jezusa

    Zaledwie półtora roku po profesji Maria Maravillas została mistrzynią nowicjuszek, a w czerwcu 1926 r., z nominacji biskupa, również przeoryszą. Przeoryszą różnych klasztorów była już do końca życia, a obowiązki mistrzyni nowicjuszek pełniła do 1967 r. Maria Maravillas była niewątpliwie najaktywniejszą karmelitanką bosą XX w., porównywaną niekiedy do św. Teresy z Avila, wielkiej reformatorki Karmelu z XVI w. Była zwolenniczką powrotu do źródeł reformy terezjańskiej.
    Gdy wybuchła w Hiszpanii wojna domowa, w lipcu 1936 roku karmelitanki z Cerro de los Angeles musiały opuścić klasztor. Przez pewien czas mieszkały u urszulanek w Getafe, a potem w prywatnym domu w Madrycie. Dzięki zdolnościom dyplomatycznym matki Marii (być może odziedziczonym po jej ojcu), zgromadzenie uzyskało zgodę na wyjazd do Francji. Wkrótce jednak siostry powróciły do opanowanej przez reżim generała Franco Hiszpanii i zamieszkały w Las Batuecas. Były tam ruiny pierwszego klasztoru eremickiego karmelitów bosych, założonego przez o. Tomasza od Jezusa w 1602 r. W 1939 r. matka Maravillas z częścią zgromadzenia wróciła do zdewastowanego klasztoru w Cerro de los Angeles.
    Ponieważ klasztor w Cerro był przepełniony z powodu napływu nowych sióstr, przyciąganych sławą świętości Marii Maravillas, postanowiła ona założyć nowy klasztor w Mancera de Abajo. Sama kierowała budową klasztoru, dojeżdżając do niego pociągiem z Cerro. Kilka lat zajęły jej starania o zakupienie ruin klasztoru w Duruelo, gdzie jej mistrz, św. Jan od Krzyża, rozpoczynał życie zakonne według ducha św. Teresy od Jezusa. Początkowo żądania finansowe właściciela okazały się zbyt wygórowane; nawet ona, mimo że miała możliwość pozyskania bogatych dobrodziejów, nie mogła tyle zapłacić. W końcu przyszedł jednak czas na osiedlenie się karmelitanek w Duruelo, które to miejsce św. Teresa od Jezusa nazywała “stajenką betlejemską”. Ku radości matki Maravillas siostry wiodły tu bardzo ubogie życie.
    Przyszła święta rozumiała potrzeby robotników, budowała mieszkania dla bezdomnych, troszczyła się o opuszczone dzieci, a dla zakonnic klauzurowych, które źle czuły się w szpitalach ogólnodostępnych, otworzyła hospicjum, gdzie mogły korzystać z opieki lekarskiej.
    Od roku 1961 mieszkała w założonym przez siebie klasztorze w Aldehuela. Często chorowała na zapalenie płuc, zdarzały się jej też ataki serca; surowy tryb życia wyczerpywał jej siły fizyczne. Mimo to nie ustawała w działaniach, zwłaszcza że był to okres głębokich przemian w życiu Kościoła po II Soborze Watykańskim. Matka Maria troszczyła się bardzo, aby założone przez nią klasztory pozostałe wierne idei reformy św. Teresy, dlatego utworzyła z nich Stowarzyszenie św. Teresy, zatwierdzone w 1973 roku przez Stolicę Apostolską. W roku następnym została wybrana przewodniczącą Stowarzyszenia.
    Nigdy nie narzekała, lecz gdy jej córki pytały, jak się czuje, odpowiadała: “Córki, ja nigdy dobrze się nie czułam” – i aby umniejszyć znaczenie tych słów, dodawała: “W moim wieku to normalne”. Tak było aż do 5 grudnia 1974 r., gdy obudziła się z gorączką. 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanej, przyjęła Wiatyk i namaszczenie chorych. Powoli gasła. W nocy 9 grudnia matka Dolores od Jezusa, podprzeorysza z La Aldehuela, powiedziała do niej czułym głosem: “Odchodzisz do nieba, moja matko”, a ona, ze spojrzeniem promieniującym szczęściem, odpowiedziała: “Co za radość! Dlaczego nie powiedziała mi matka o tym wcześniej?”
    W czasie tych dni powtarzała łamiącym się głosem: “My naprawdę jesteśmy szczęśliwe. Jakie to szczęście umierać karmelitanką!” W środę, 11 grudnia, o godzinie 16.20, otoczona przez swą wspólnotę z La Aldehuela odeszła do domu Pana. Papież św. Jan Paweł II beatyfikował ją 10 maja 1998 r. w Rzymie, a kanonizował 4 maja 2003 r. w Madrycie. W uroczystościach kanonizacyjnych udział wzięło kilkuset kardynałów, arcybiskupów i biskupów hiszpańskich oraz wielu innych, przybyłych z całego świata, a także ponad 2 000 kapłanów. Ze strony Zakonu uczestniczył w nich przełożony generalny karmelitów bosych o. Luis Aróstegui. Obecna była również hiszpańska rodzina królewska i wielu przedstawicieli władz cywilnych i wojskowych. Wzięła w nich udział spokrewniona z Marią Maravillas królowa Belgii Fabiola.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 grudnia

    Najświętsza Maryja Panna Loretańska

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz III, papież
    Figura Matki Bożej Loretańskiej z Dzieciątkiem

    Kult Matki Bożej Loretańskiej wywodzi się z sanktuarium domu Najświętszej Maryi Panny w Loreto. Jak podaje tradycja, jest to dom z Nazaretu, w którym Archanioł Gabriel pozdrowił przyszłą Matkę Boga i gdzie Słowo stało się Ciałem. Sanktuarium w Loreto koło Ankony (we Włoszech) jest pierwszym maryjnym sanktuarium o charakterze międzynarodowym i stało się miejscem modlitw wiernych. Wewnątrz Domku nad ołtarzem umieszczono figurę Matki Bożej Loretańskiej, przedstawiająca Maryję z Dzieciątkiem na lewej ręce. Rzeźba posiada dwie charakterystyczne cechy: jedna dalmatyka okrywa dwie postacie, a twarze Matki Bożej i Dzieciątka mają ciemne oblicza. Pośród kaplic znajdujących się w bazylice warto wspomnieć Kaplicę Polską, ozdobioną freskami w latach 1920-1946, przedstawiającymi dwa wydarzenia z historii Polski: zwycięstwo Jana III Sobieskiego pod Wiedniem oraz cud nad Wisłą.2000 lat temu w ciepłym klimacie Palestyny ludzie znajdowali schronienie w grotach wykuwanych w skałach. Czasem dobudowywano dodatkowe pomieszczenia. I tak pewnie postąpili Joachim i Anna, bo ich dom znajdował się obok groty, zbyt małej dla powiększającej się rodziny. Już pierwsi chrześcijanie otaczali to skromne domostwo opieką i szacunkiem. Między innymi cesarzowa Helena w IV w. zwiedziła je, pielgrzymując po Ziemi Świętej, i poleciła wznieść nad nim świątynię. Obudowany w ten sposób Święty Domek przetrwał do XIII w., chociaż chroniący go kościół był parokrotnie burzony i odbudowywany.
    Gdy muzułmanie zburzyli bazylikę chroniącą Święty Domek, sam Domek przetrwał, o czym świadczą wspomnienia pielgrzymów odwiedzających w tym czasie Nazaret. Jednak po 1291 r. brakuje już świadectw mówiących o murach tego Domku. Kilka lat później domek Maryi “pojawił się” we włoskim Loreto. Dało to pole do powstania legendy o cudownym przeniesieniu Świętego Domku przez anioły.
    Okazało się, że legenda ta wcale nie jest taka daleka od prawdy. W archiwach watykańskich znaleziono dokumenty świadczące o tym, że budynek z Nazaretu został przetransportowany drogą morską przez włoską rodzinę noszącą nazwisko Angeli, co po włosku znaczy aniołowie. Cała operacja przeprowadzona była w sekrecie ze względu na niespokojne czasy i strach o to, by cenny ładunek nie wpadł w niepowołane ręce. Była to na tyle skomplikowana akcja, że bez udziału Opatrzności i wojska anielskiego wydaje się, że była nie do przeprowadzenia. Nie od razu przewieziony budynek znalazł się w Loreto. Trafił najpierw do dzisiejszej Chorwacji, a dopiero po trzech latach pieczołowicie złożono go w całość w lesie laurowym, stąd późniejsza nazwa Loreto. Nie ulega też wątpliwości, że to ten sam Domek. W XIX w. prowadzono szczegółowe badania naukowe, które w pełni potwierdziły autentyczność tego bezcennego zabytku.
    Do Loreto przybywali sławni święci, m.in. Katarzyna ze Sieny, Franciszek z Pauli, Ignacy Loyola, Franciszek Ksawery, Franciszek Borgiasz, Ludwik Gonzaga, Karol Boromeusz, Benedykt Labre i Teresa Martin.
    Jest to miejsce szczególnych uzdrowień i nawróceń. Papież Leon X w swojej bulli wysławiał chwałę tego sanktuarium i proklamował wielkie, niezliczone i nieustające cuda, które za wstawiennictwem Maryi Bóg czyni w tym kościele.
    Ciekawa jest także historia papieża Piusa IX i jego uzdrowienia, które zawdzięcza właśnie Matce Bożej z Loreto. Według historyków, młody hrabia Giovanni Maria Mastai-Ferretti już od wczesnego dzieciństwa poświęcony był Dziewicy Maryi. Jego rodzice wraz z dziećmi każdego roku jeździli do Świętego Domu. Początkowo ich syn miał być żołnierzem broniącym Stolicy Apostolskiej. Zachorował jednak na epilepsję. Lekarze przepowiadali bliski koniec. Jednak za namową papieża Piusa VIII postanowił poświęcić się całkowicie służbie Bożej. Odbył pielgrzymkę do Loreto, aby błagać o uzdrowienie. Ślubował tam, że jeśli otrzyma tę łaskę, wstąpi w stan kapłański. Gdy Święta Dziewica wysłuchała go, po powrocie do Rzymu został księdzem, mając 21 lat.
    To właśnie papież Pius IX ogłosił światu dogmat o Niepokalanym Poczęciu. “Oprócz tego, że został mi przywrócony wzrok, to jeszcze ogarnęło mnie ogromne pragnienie modlitwy. To było największe wydarzenie w moim życiu, bo właśnie w tym miejscu narodziłem się z łaski i Maryja odrodziła mnie w Bogu, gdzie Ona poczęła Jezusa Chrystusa”.Warto pamietać, że rejon Marchii Ankońskiej, gdzie leży Loreto, był w lipcu 1944 r. wyzwolony spod władzy hitlerowców przez 2. Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa. Bitwa o Loreto i później bitwa o Ankonę to wielki sukces militarny Polaków w ramach tzw. Kampanii Adriatyckiej. Włosi byli wdzięczni Polakom za uchronienie najcenniejszych zabytków, w tym Domku Loretańskiego. W Loreto, u stóp bazyliki, znajduje się polski cmentarz wojenny, gdzie pochowanych jest ponad 1080 podkomendnych gen. Władysława Andersa. Natomiast wewnątrz bazyliki jest polska kaplica. W jej ołtarzu widać portrety polskich świętych: św. Jacka Odrowąża, św. Andrzeja Boboli i św. Kingi.Z Loreto związana jest też Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, która rozbrzmiewa również w polskich kościołach i kapliczkach każdego roku, zwłaszcza podczas nabożeństw majowych. Mimo że w historii powstało wiele litanii maryjnych, to powszechnie i na stałe przyjęła się właśnie ta, którą odmawiano w Loreto. Została ona oficjalnie zatwierdzona przez papieża Sykstusa V w 1587 r.

    Wnętrze kościoła w polskim Loretto

    Święty Domek w Loreto stał się wzorem do urządzania podobnych miejsc kultu w całym chrześcijańskim świecie. Również w Polsce wybudowano kilka Domków Loretańskich (znane miejsca to Gołąb, Głogówek, Warszawa-Praga, Kraków, Piotrkowice, Bydgoszcz).
    Bardzo znane jest sanktuarium maryjne w Loretto niedaleko Wyszkowa. Jego początki sięgają 1928 roku. Wówczas bł. Ignacy Kłopotowski, założyciel Zgromadzenia Sióstr Loretanek i ówczesny proboszcz parafii Matki Bożej Loretańskiej w Warszawie, zakupił od dziedzica Ziatkowskiego duży majątek – Zenówkę nad Liwcem w pobliżu Warszawy. 27 marca 1929 roku zmieniono urzędową nazwę miejscowości na Loretto, nawiązując w ten sposób bezpośrednio do Sanktuarium Świętego Domku Matki Bożej w Loreto.
    Na początku była tu tylko skromna kapliczka w lesie. Z uwagi na wzrastającą liczbę wiernych przychodzących na nabożeństwa, konieczne było wybudowanie dużej kaplicy poświęconej Matce Bożej Loretańskiej. Mimo utrudnień ze strony PRL-owskich władz, prace rozpoczęto w 1952 roku. Pierwsza Msza św. została odprawiona 19 marca 1960 roku. Prace nad wykończeniem kaplicy trwały przez wiele lat.
    Ostateczny wystrój nadał kaplicy artysta Jerzy Machaj, a jej poświęcenia dokonał 19 lutego 1984 r. ks. bp Jerzy Modzelewski. Początkowo kaplica była pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej. W 1981 roku sprowadzono z Włoch wierną kopię figury Matki Bożej Loretańskiej. Od tej pory kaplica znana jest pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej. Obecnie w polskim Loretto mieści się klasztor sióstr loretanek i dom nowicjatu, dom dla osób starszych pod nazwą “Dzieło Miłości im. ks. Ignacego Kłopotowskiego”, domy rekolekcyjne, wypoczynkowe i kolonijne. Sanktuarium to jest celem pielgrzymek nie tylko z okolicznych dekanatów i parafii. Odpust w Loretto odbywa się w niedzielę po święcie Narodzenia Matki Bożej, czyli po 8 września. Wierni modlą się przed figurą Matki Bożej Loretańskiej i przy grobie bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 grudnia

    Święty Juan Diego

    Zobacz także:
      •  Święta Leokadia, dziewica i męczennica
      •  Święty Piotr Fourier, prezbiter
    Święty Juan Diego

    Juan Diego urodził się w 1474 r. w wiosce Tlayacac, odległej o ok. 20 km od obecnej stolicy Meksyku. Rodzice dali mu indiańskie imię Cuauhtlatoatzin, które w języku Azteków znaczy “Mówiący Orzeł”. Należał do najbiedniejszej, a zarazem najliczniejszej klasy społeczności Azteków. Ciężko pracował na roli i zajmował się wyrabianiem mat w zamieszkanym przez plemię Nahua mieście Cuautitlan, zdobytym przez Azteków w 1467 r. Gdy państwo Azteków zostało podbite przez Hiszpanów (1519-1521), Juan Diego wraz z żoną Malitzin (Maria Łucja) przyjęli w 1524 r. chrzest, prawdopodobnie z rąk hiszpańskiego misjonarza, franciszkanina o. Torbio de Benavente. Otrzymał imię Juan Diego. Byli jednymi z pierwszych nawróconych Azteków. W kilka lat później, w 1529 roku, Maria Łucja zmarła, nie pozostawiając potomstwa. Po jej śmierci Juan Diego przeniósł się do swego wuja do Tolpetlac.
    Juan Diego był bardzo gorliwym chrześcijaninem. W każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo kilkanaście mil ze swojej wioski do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć we Mszy św. i katechizacji. Podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 9 grudnia 1531 r., na wzgórzu Tepeyac objawiła mu się Matka Boża. Zgodnie z życzeniem Maryi, na wzgórzu wkrótce wybudowano kaplicę, w której umieszczono Jej cudowny wizerunek odbity na płaszczu Indianina. Juan Diego zamieszkał w pokoju, przygotowanym dla niego obok świątyni. Spędził tam resztę życia, opowiadając przybywającym do sanktuarium pielgrzymom o objawieniach, wyjaśniając prawdy wiary i przygotowując wielu do chrztu. Zmarł 30 maja 1548 r. w wieku 74 lat i został pochowany na wzgórzu Tepeyac.
    6 maja 1990 r. św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, a 31 lipca 2002 r., podczas swojej kolejnej pielgrzymki do Meksyku, włączył go do grona świętych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Juan Diego Cuauhtlatoatzin

    Św. JUAN DIEGO

    Niech będzie waszym wzorem, niech wskazuje drogę do Maryi

    W środę 31 lipca 2002 roku, w sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe Jan Paweł II odprawił Mszę św., podczas której kanonizował Indianina bł. Juana Diego. Powiedział przy tej okazji:

    „Wysławiam Cię, Ojcze (…) że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie” (Mt 11,25).

    Jaki był Juan Diego? Dlaczego Bóg zwrócił na niego uwagę? Księga Eklezjastyka, jak słyszeliśmy, poucza nas, że tylko Bóg „jest potężny i przez pokornych bywa chwalony” (por. 3,20). Podobnie słowa św. Pawła, odczytane podczas tej Liturgii, rzucają światło na ten Boży sposób dokonania zbawienia: „Bóg wybrał (…) to, co nieszlachetnie urodzone według świata oraz wzgardzone (…), tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga” (1 Kor 1,27-29).

    Ze wzruszeniem czyta się relacje guadalupskie, napisane w sposób delikatny i z wielkim uczuciem. Według nich, Dziewica Maryja, Służebnica „wielbiąca Pana” (por. Łk 1,46), objawia się Juanowi Diego jako Matka prawdziwego Boga. Daje mu Ona jako znak wspaniałe róże, a gdy on pokazuje je biskupowi, odkrywa na swym płaszczu święty wizerunek Matki Bożej.

    „Guadalupe – jak napisali biskupi Meksyku – naznaczyło początek ewangelizacji, której dynamika przeszła wszelkie oczekiwania. Orędzie Chrystusa, przekazane przez Jego Matkę, przenikało główne elementy kultury miejscowej, oczyszczało je i nadawało im ostateczny sens zbawczy” (14 maja 2002, n.8). Tak więc Guadalupe i Juan Diego mają głębokie znaczenie dla Kościoła oraz misji i stanowią wzór ewangelizacji doskonale osadzonej w kulturze.

    „Pan patrzy z nieba, widzi wszystkich synów ludzkich” (Ps 33 [32],13) – powtarzaliśmy za psalmistą, raz jeszcze ponawiając wyznanie naszej wiary w Boga, który nie zważa na różnice rasy czy kultury. Juan Diego, przyjąwszy chrześcijańskie orędzie bez rezygnowania ze swej rdzennej tożsamości, odkrył głęboką prawdę o nowej ludzkości, w której wszyscy są powołani, by być dziećmi Bożymi w Chrystusie. Umożliwił tym samym owocne spotkanie dwóch światów i stał się protagonistą nowej tożsamości narodu meksykańskiego, głęboko związanego z Dziewicą z Guadalupe. Jej metyskie oblicze wyraża duchowe macierzyństwo, obejmujące wszystkich Meksykanów. Dlatego świadectwo jego życia winno nadal zachęcać do kształtowania narodu meksykańskiego, szerzenia braterstwa między jego synami i w coraz większym stopniu sprzyjać powrotowi Meksyku do jego źródeł, wartości i tradycji.

    Juanie Diego, dobry Indianinie i chrześcijaninie, którego prosty lud zawsze uważał za świętego męża! Prosimy cię, towarzysz Kościołowi meksykańskiemu w jego pielgrzymowaniu, aby z każdym dniem stawał się coraz bardziej misyjny i coraz lepiej ewangelizował. Dodawaj otuchy biskupom, wspieraj kapłanów, wzbudzaj nowe i święte powołania, wspomagaj wszystkich, którzy swe życie oddają sprawie Chrystusa i szerzenia Jego królestwa.

    Bł. Juanie Diego, mężu prawy i wiarygodny! Polecamy ci naszych wiernych braci i siostry świeckich, aby czując się powołani do świętości, wnosili ducha Ewangelii we wszystkie środowiska życia społecznego. Błogosław rodziny, umacniaj małżonków w ich życiu małżeńskim, wspieraj wysiłki rodziców wychowujących po chrześcijańsku swe dzieci. Wejrzyj życzliwie na udrękę tych, którzy cierpią fizycznie i duchowo, których dotyka ubóstwo, samotność, którzy doświadczają zepchnięcia na margines społeczeństwa czy przykrych skutków ignorancji. Niech wszyscy — rządzący i podwładni — postępują zawsze zgodnie z wymogami sprawiedliwości i poszanowania godności każdego człowieka, przyczyniając się w ten sposób do utrwalania pokoju.

    Umiłowany Juanie Diego! Wskazuj nam drogę prowadzącą do Czarnej Madonny z Tepeyac, aby nas przyjęła do swego Serca, gdyż Ona jest Matką kochającą i litościwą, która prowadzi do prawdziwego Boga. Amen.

    Św. Juan Diego Cuauhtlatoatzin

    Urodził się ok. 1474 r. w mieście Cuauhtitlan, należącym do Królestwa Texcoco (Meksyk). Jego pierwotne imię Cuauhtlatoatzin w języku Cziczimeków znaczyło: „Mówiący orzeł» lub «Ten, kto mówi jak orzeł». Był człowiekiem świeckim i ojcem rodziny. Został ochrzczony przez pierwszych misjonarzy franciszkańskich prawdopodobnie w 1524 r., gdy miał ok. 48 lat. W 1529 r. zmarła jego żona Maria Lucia.

    Życie Juana było proste i uczciwe. Był dobrym i bogobojnym chrześcijaninem. Pokorny, posłuszny i cierpliwy, postępował zgodnie z sumieniem i dawał przykład innym.

    Źródła historyczne podają, że po raz pierwszy Matka Boża ukazała mu się w sobotę 9 grudnia 1531 r., kiedy szedł wczesnym rankiem do Tlatelolco na Mszę św. i katechezę prowadzoną przez franciszkanów. Ujrzał wtedy piękną postać kobiecą, odzianą w różową tunikę i błękitny płaszcz, która przedstawiła mu się jako: «Święta Maryja zawsze Dziewica, Matka prawdziwego Boga» i poprosiła, by na tym miejscu została zbudowana świątynia, w której będzie czczony Jej Syn. Poleciła Juanowi przekazać to życzenie władzom Kościoła w Meksyku.

    Początkowo misjonarze franciszkańscy, a także biskup Juan de Zumarraga odnieśli się do Juana Diego nieufnie. Maryja podczas następnych objawień – które trwały do 12 grudnia 1531 r. – nalegała, by Jej polecenie rychło zostało spełnione. Juan Diego poprosił Ją wówczas o znak, który pomógłby przekonać biskupa. Matka Boża powiedziała mu, by udał się na szczyt wzgórza Tepeyac i nazbierał dla Niej kwiatów. Choć było to miejsce jałowe i w dodatku pokryte lodem, Juan Diego rzeczywiście znalazł tam piękne, wielobarwne kwiaty, które zebrał i okrył swoim płaszczem. Gdy biskup Zumarraga rozwinął płaszcz, zebrani zobaczyli na nim wizerunek Maryi…

    Wkrótce na wzgórzu Tepeyac powstał mały kościółek, który stał się celem licznych pielgrzymek Indian, Metysów i Hiszpanów. Szczególną czcią wiernych został otoczony wizerunek Matki Bożej — który w cudowny sposób pojawił się na płaszczu Juana Diego i zachował się do dziś — oraz Jej przesłanie pełne miłości i miłosierdzia skierowane nie tylko do ludności Meksyku, ale całego świata.

    Za zgodą biskupa Juan Diego zamieszkał w pobliżu kościoła i służył w nim Panu oraz Jego Matce. Zostawił wszystko, co miał, by poświęcić resztę życia modlitwie i głoszeniu Ewangelii. Zmarł w 1548 r. i został pochowany w kościele, przy którym pracował.

    Kult Juana Diego zaczął się szerzyć w Meksyku zaraz po jego śmierci. Jednym ze świadectw tego kultu jest świątynia, którą wzniesiono w Cuauhtitlan, miejscu urodzenia Juana Diego, a którą poświęcono Matce Bożej.

    6 maja 1990 r. Ojciec Święty wyniósł go do chwały ołtarzy podczas uroczystej Mszy św. sprawowanej w bazylice pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe w stolicy Meksyku.

    31 lipca 2002 r. podczas kolejnej podróży do Meksyku ogłosił go świętym.

    Vox Domini/KATOLICKIE WYDAWNICTWO EWANGELIZACYJNE

    __________________________________________________________________________________________

    Krew za krew

    Sanktuarium w Guadalupe w Meksyku: Madonna z obrazu ma w sobie świętą bezczelność

    Krew za krew [GN]

    ***

    W pierwszym tygodniu grudnia do bazyliki przychodzi 7 milionów ludzi. Większość z figurami. obok: Ten niezwykły autoportret jest kodem, który można czytać bez końca — opowiada Barbara Ostaszewska-Sanchez. Autor zdjęcia: Roman Koszowski

    Pod najbardziej niezwykłym autoportretem świata trwa fiesta. Cud goni cud, 22 miliony rocznie padają na kolana, a Indianie tańczą i tańczą. I najważniejsze: po piramidach nie ścieka już krew.

    Tłumy w metrze dźwigają pod pachami figury. Ranking wygrywa Maria z Guadalupe, ale zdarza się i Dzieciątko Jezus, a nawet Juda Tadeusz. Jedna trzecia ludzi na stacji La Basilica nosi koszulki ze swą Madonną. Tłum pod sanktuarium jest tak ogromny, że matki kupują kolorowe smycze i przypinają do nich swe dzieci, by nie zginęły w falującym morzu pielgrzymów. Meksykanie grają na gitarach. Potomkowie Azteków tańczą. A zaczęło się od niewinnego spacerku.

    Proszę cię, Jasieńku!

    W sobotę 8 grudnia 1531 roku bladym świtem świeżo upieczony chrześcijanin Indianin Juan Diego schodził ze wzgórza Tepeyac. Nagle usłyszał nieprawdopodobną harmonię dźwięków. Piszczałki? Ptaki? Aniołowie? Zdumiony rozejrzał się i zobaczył przepiękną kobietę. Zadrżał. „Jasieńku — poprosiła Maryja zdrobniale — idź do biskupa i poproś, by zbudował tu kościółek”. Co miał biedak zrobić, poszedł. A nawet, jak podają źródła, pobiegł. Dziś te kilka kilometrów przemierza się metrem. Straszny tłok. Podziemne miasto tętni życiem. Kilkanaście milionów ludzi przemieszcza się w korytarzach pod miastem. Podobno niebezpiecznie. Pilnujemy portfeli. Widocznie brak nam zaufania do patronki Indian.

    Inni pędzą do Guadalupe samochodami. Na ulicy nie obowiązuje zasada ograniczonego zaufania. Tu nie ma właściwie żadnych zasad. Dokoła nas mknie 4,5 miliona samochodów, w których na lusterkach dyndają różańce. Tworzą się gigantyczne korki. Kiedyś policja próbowała na jednej z obwodnic postawić znak ograniczenia do 70 km. Ustawiła nawet kamerki. Ale po kilku dniach, gdy okazało się, że absolutnie nikt nie dostosował się do tego ograniczenia, kamery zwinięto. Może Meksykanie myśleli, że 70 km to minimalna prędkość? Symfonia klaksonów. Najdłuższa ulica miasta ma, bagatela, 48 kilometrów. Wielu do bazyliki dociera na kolanach. Na rozpalonym do czerwoności asfalcie taszczą figury Matki Życia.

    Nic-Nie-Warty-Człowiek

    Juan Diego pomaszerował do katedry na spotkanie z biskupem. Ilu ludzi maszeruje teraz tą drogą? Rocznie 22 miliony — wyjaśnia Hector Bustamante Rosas, sekretarz rektora bazyliki.

    Biskup nie uwierzył. Ani za pierwszym, ani za drugim razem. Klasyka gatunku. Boże dzieła rodzą się w bólach. Hierarcha poprosił o znak. Biedaczek Juan Diego miał powoli dość, więc specjalnie omijał drogę, na której spotykał Maryję. Okrążał Tepeyac z innej strony. Ale cóż to za problem dla Tej, której niebiański GPS pokazał drogę Indianina? „Jasiu — uśmiechnęła się ponownie — będzie znak”.

    Tłum na placu ogląda ruchomy teatrzyk, odtwarzający sceny objawień. Wzrusza mnie pieszczotliwość, z jaką zwracali się do siebie rozmówcy. „Królowo moja, Maleńka” — mówił do Maryi Juan Diego. A Ona zwracała się do niego „Juanitzin Diegotzin” — a to w języku Indian oznaczało ogromny szacunek — wyjaśnia nasza przewodniczka, zakochana w Meksyku Barbara Ostaszewska-Sanchez. — Powiedziała „Narwij kwiatów, które rosną nieopodal”.

    Indianin zebrał ogromny bukiet. I ponownie ruszył do biskupa. Tym razem w kurii wyniuchali (dosłownie!), że święci się coś niezwykłego. Biskup przetarł oczy ze zdumienia. Skąd Indianin wytrzasnął róże z Kastylii? Sprowadzenie ich z Europy było niemożliwością. Hierarcha i całe jego otoczenie padli na kolana. Jak czytamy w kronikach: „Biskup zrozumiał, że Nic-Nie-Warty-Człowiek ma dowód. Ze łzami błagał o przebaczenie”. Łkał jak bóbr. Juan Diego wysypał z płaszcza róże na ziemię. I osłupiał. Na jego tunice powstał obraz. Autoportret Tej, z którą rozmawiał. Rozpoczęła się jedna z najniezwyklejszych historii świata.

    Niebo to taniec

    Uf! Jak gorąco. Tysiące kwiatów. Feeria barw i zapachów. Kręci się w głowie. Śpiewy, tańce (hulanek i swawoli nie zaobserwowałem). Wybuchają petardy. Trwa fiesta dla Madonny. Kobiety przytulają opatulone w koce niemowlęta. Woń kwiatów miesza się z ostrym zapachem chili i tacos — kukurydzianych placków. Na straganach nie kilogramy, ale całe tony różańców i figurek. Chyba z milion Maryi na kilometr kwadratowy. Obłędny rytm bębnów. Indianie w gigantycznych pióropuszach zdają sobie sprawę, że niebo jest tańcem. Wirują zapamiętale, a potem wszyscy padają przed obrazem na kolana. To naprawdę robi wrażenie. Największy cud Guadalupe? W ciągu siedmiu lat od objawienia nawróciło się aż osiem milionów Indian! Przez dziesięć lat franciszkanom udało się nawrócić zaledwie garstkę Azteków. Na pióropuszach tańczących twarz Maryi. W Meksyku mieszka aż 10 milionów Indian. Nie są jednorodną grupą. Rozmawiają aż 56 językami i 7 dialektami.

    Błogosławiona między papieżami

    Ołtarzyk wygląda tak: Jan Paweł II, Maryja z Guadalupe i znów Jan Paweł II. A na dole osiołek. Wszystko tonie w kwiatach. O tym, że Meksykanie uwielbiali papieża z Polski, przekonuję się na każdym kroku. Mijam tysiące jego portretów. Nigdy nie zapomną mu tego, że ich ojczyzna była pierwszym krajem, do którego przyleciał. I to już trzy miesiące po konklawe. „Przyciągnęła mnie Matka z Guadalupe” — wyjaśniał.

    Pod kopią obrazu rodzina Rivas Cortes pstryka sobie fotkę. Przyjeżdżają tu z Teksasu dwa razy do roku. Pokazują palcami gwiazdy na płaszczu Maryi. Zaczynamy gamę cudów? Proszę bardzo. Na płaszczu gwiazdy tworzą układ nieboskłonu z 12 grudnia 1531 roku! Tego nie da się namalować. Czyja ręka tworzyła ten autoportret? Jakie dziś gwiazdy świecą nad Meksykiem? Nie wiem. Zasłania je gęsty smog. Na ulicy mijamy sporo ludzi w maseczkach. Jesteśmy z Górnego Śląska, więc smog nam niestraszny.

    Obraz jest też… mapą rejonu Meksyku, z zaznaczonymi wulkanami i azteckim kodem, który można czytać bez końca. Próbka? Hiszpanie mówili: „Maryja jest w ruchu, wychodzi do nas”. Indianie prostowali: „Nie, Ona tańczy!”. Hiszpanie stwierdzali: „Ma pobożnie złożone dłonie”. Indianie dodawali: „Przecież Ona klaszcze”. Czy można się dziwić, że tak bardzo ją pokochali?

    Indiańskie imię Juana Diego tłumaczy się jako „Orzeł, który przemawia”. Dziś jego słów słucha cały świat. W Fatimie Maryja przemawiała po portugalsku, w La Salette w gwarze wieśniaków, a w Guadalupe w języku nahuathl. Indiański język jest do dziś pielęgnowany. Na ulicach miasta wiszą plakaty zapraszające na kursy językowe. Maryja, przedstawiając się Indianinowi, nie powiedziała wcale: Jestem Panną z Guadalupe. Skąd zatem ta nazwa? Konkwistadorzy zakochani w Maryi z ich hiszpańskiego Guadalupe zadziałali na zasadzie Ctrl+C, Ctrl+V. Przekształcili indiańskie określenie w nazwę swego ukochanego sanktuarium. Ale i ta pomyłka okazała się błogosławiona. I oni pokochali Maryję z rozpalonego wzgórza.

    Pan Bóg tkwi w szczegółach

    Diabeł tkwi w szczegółach — mawiamy. Tym razem jest odwrotnie. W szczegółach tkwi Pan Bóg. Na sukni Maryi widać zarysy wielu kwiatów. Kwiaty jak kwiaty — powie Europejczyk. A Indianie otwierali usta ze zdumienia. — Na szacie Królowej zobaczyli kwiat kwinkunksa. To symbol początku kalendarza, nowego życia. Indianie poznawali po nim, że ta Niewiasta jest brzemienna — wyjaśnia z błyskiem w oku Barbara Ostaszewska-Sanchez. — Inną rośliną sukni jest „kwiat serca”. Dla nas kolejna ciekawostka botaniczna, dla Indian porażający znak: nie trzeba już wyrywać ludzkich serc, Ona przynosi Tego, który pozwolił sobie przebić serce. Ofiara Jednego wystarczy. Jedna z hipotez imienia, jakim przedstawiła się Juanowi Maryja, brzmi: „Ta, która ratuje nas od pożerającego”. Pożerającym mógłby być Pierzasty Wąż — bożek żądający nieustannych ofiar z ludzi.

    Z nieba leje się żar. Stoję między trzema potężnymi piramidami w Teotihuacán. Kamień na kamieniu. Patrzę w twarze kamiennych wyobrażeń Pierzastego Węża. Po plecach chodzą ciarki. Indianie składali mu ofiary z ludzi. Nie lękali się śmierci, Wyrywano im serca kamiennym nożem. Bożek złowrogo łypie na turystów. Dziś panuje tu atmosfera sielanki, ale 500 lat temu po schodach ściekała krew. Hiszpanie notowali, że w 1478 roku w ciągu pięciu dni zamordowano aż 20 tysięcy ludzi. Brr. Jak rewolucyjne były słowa Maryi, która przedstawiając się, powiedziała: „Jestem depczącą węża”. To druga hipoteza dotycząca indiańskiego brzmienia Jej imienia. Już wiem, dlaczego czczona jest na tej ziemi jako królowa życia. — Z roku na rok zwiększa się liczba Meksykanów przybywających do Guadalupe — zapala się Hector Rosas. — Może dlatego, że wokół jest coraz więcej zbrodni i przemocy? To gigantyczna aglomeracja. Walka z kartelami narkotykowymi (Meksyk jest największym krajem przerzutowym) powoduje ogromną falę przemocy.

    Dlaczego jest matką życia? Może dlatego, że objawiła się wśród wulkanów? Potężne trzęsienie ziemi z 19 września 1985 roku pochłonęło aż 25 tysięcy ludzkich istnień. Ziemia drżała w konwulsjach (ponad 8 stopni w 10-stopniowej skali!), a ludzie na ulicach wołali: „Ratuj nas!”.

    A może czczona jest jako matka życia, bo w Meksyku nieustannie leje się krew? To jedno z najniebezpieczniejszych miast świata. Guadalupe otoczone jest szemranymi dzielnicami. Kartele narkotykowe, porachunki, tłum biedaków. La Guadalupana otacza płaszczem miasto, po którego zakurzonych ulicach drepta prawie 30 milionów ludzi.

    — Bandyci z narkotykowych mafii są w stanie spacyfikować w ciągu dnia całą wioskę — opowiada Barbara Ostaszewska. — Nie oszczędzają nikogo. Przez ostatnie 10 lat świat przestępczy bardzo się rozrósł. Rząd dał fory kartelom, a te mają drastyczne formy zastraszania. Na przykład w Acapulco bandyci obcinają głowy policjantom i przesyłają je rodzinie. Z karteczką: „Dajcie nam spokój”. W samej stolicy porwano przed dwoma laty syna właściciela sieci sklepów sportowych Marti. Ojciec chciał zapłacić okup, ale nie zdążył. Bandyci zamordowali chłopaka. Jedynie w tym roku zamordowano już 15 urzędników, odpowiedników naszych wojewodów. A w mieście Juárez na granicy z USA od początku roku zamordowano już 300 młodych kobiet! Królowa życia. Jak proroczo brzmią te słowa na ziemi pełnej skorpionów i węży.

    Święta bezczelność

    Madonna z obrazu ma w sobie świętą bezczelność. Stoi przed słońcem. Nie jest to zwykle tło. To dla Indian czytelny znak. Najkrwawsze ofiary składano bogowi Słońca. Indianie widzieli, że ta Kobieta odważa się stanąć przed Słońcem. Było to dla nich trzęsienie ziemi. Kim jest Ten, którego nosi w łonie?

    W źrenicach Królowej Meksyku odbiła się jak w obiektywie aparatu fotograficznego scena pierwszej prezentacji obrazu. Tego nie jest w stanie namalować żaden malarz — stwierdzili naukowcy z NASA. Normalnie kosmos.

    Dziś w źrenicach Maryi odbija się nieprzebrany barwny tłum. Wszyscy klaszczą. Modlą się pod płótnem utkanym z włókien kaktusa, które wytrzymuje maksymalnie jakieś 20 lat, a potem rozsypuje się na strzępy. Autoportret z indiańskiej tuniki nie rozsypuje się, nie niszczeje, nie blaknie. I nigdy nie był poddany renowacji!

    Królowa życia objawia się na ziemi czaszek. W dzielnicy Tepito odwiedzamy kaplicę związaną z kultem Santa Muerte — Świętej Śmierci. Symbolem tej zwalczanej przez Kościół sekty jest kostucha w habicie franciszkańskim. — Przypuszcza się, że sekta składa ofiary ze zwierząt, a może i z ludzi — opowiada Hector Rosas.

    Dzwony przeciw aborcji

    W kwietniu 2007 roku było gorąco. Parlament miasta Meksyk zalegalizował dokonywanie aborcji w ciągu pierwszych trzech miesięcy ciąży. Przepisy obowiązują jedynie kobiety urodzone w Mexico City. W stolicy drugiego pod względem liczby ludności katolickiego kraju świata rozbrzmiały wszystkie dzwony. Zaczęło się od gigantycznej katedry na przypominającym jarmark placu Zocalo, a po chwili odezwały się wszystkie kościelne wieże miasta. 27 kwietnia wielu ujrzało niezwykłe zjawisko. Na łonie Maryi z obrazu pojawił się refleks światła przypominający kształtem ludzki płód. Zjawisko zarejestrowało wiele aparatów fotograficznych. Czy to prawda? — Nie potwierdzam i nie zaprzeczam — uśmiecha się sekretarz rektora sanktuarium. — Widziałem te zdjęcia, mówił o nich cały Meksyk. Ale sam tego refleksu nie zaobserwowałem.

    Ruchomymi schodami po cud

    Przed bazyliką modli się mnóstwo kobiet w ciąży. Nic dziwnego, że amerykańskie ruchy pro life przyjęły wizerunek za swe logo. Niezwykły autoportret znajduję na każdym kroku. Na kurtkach, zegarkach, damskich torebkach, czapkach, plecakach. La Guadalupana reklamuje nawet loterię fantową! Na placu Zocalo jej wizerunek leży obok fotek z twarzami Fidela Castro, Che czy malarki Fridy Kahlo. Zasnuwa go intensywny dym szamańskich kadzideł.

    Nie jest wysoka. Ma jedynie 143 centymetry. Dlaczego? Bo Indianki nie należały do wysokich kobiet. A Ona chciała być taka jak mieszkanki kraju agaw i opuncji. Ale Maria z Guadalupe nie jest — jak piszą przewodniki — Indianką. Jest metyską. To pokora zapierająca dech w piersiach. Dziesięć lat po konkwiście ukazała się jako córka zdobywców i tych, którzy byli początkowo znakowani jak bydło. Połączyła to, co wydawało się nie do połączenia.

    — Depcze księżyc, czyli — czytali obraz Indianie — podporządkowuje sobie kolejne nasze bóstwo. Zresztą samo słowo „Mexico” można przetłumaczyć jako zwrot „w pępku księżyca” — opowiada Barbara Ostaszewska. — Maryja wiedziała, gdzie się objawić, podkreślają z dumą ludzie w zielono-biało-czerwonych koszulkach.

    Wielu z nich jedzie właśnie ruchomymi schodami pod obraz. To świetne logistyczne rozwiązanie. Nikt nie blokuje dojścia do wizerunku i wreszcie nikt nie stoi w tym mieście w korkach! Tłum śpiewa po hiszpańsku „Barkę”. A Indianie jak tańczyli, tak tańczą…

    opr. mg/mg/Gość Niedzielny 49/2010

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 grudnia

    Niepokalane Poczęcie
    Najświętszej Maryi Panny

    Bartolome Esteban Murillo: Niepokalana Maryja

    Prawda o Niepokalanym Poczęciu Maryi jest dogmatem wiary. Ogłosił go uroczyście 8 grudnia 1854 r. bullą Ineffabilis Deus papież Pius IX w bazylice św. Piotra w Rzymie w obecności 54 kardynałów i 140 arcybiskupów i biskupów. Papież pisał tak:Ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.Tym samym kto by tej prawdzie zaprzeczał, sam wyłączyłby się ze społeczności Kościoła, stałby się odstępcą i winnym herezji.Maryja od momentu swojego poczęcia została zachowana nie tylko od wszelkiego grzechu, którego mogłaby się dopuścić, ale również od dziedziczonego przez nas wszystkich grzechu pierworodnego. Stało się tak, chociaż jeszcze nie była wtedy Matką Boga. Bóg jednak, ze względu na przyszłe zbawcze wydarzenie Zwiastowania, uchronił Maryję przed grzesznością. Maryja była więc poczęta w łasce uświęcającej, wolna od wszelkich konsekwencji wynikających z grzechu pierworodnego (np. śmierci – stąd w Kościele obchodzimy uroczystość Jej Wniebowzięcia, a nie śmierci). Przywilej ten nie miał tylko charakteru negatywnego – braku grzechu pierworodnego; posiadał również charakter pozytywny, który wyrażał się pełnią łaski w życiu Maryi.

    Francisco de Zurbaran: Niepokalana Maryja

    Historia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu jest bardzo długa. Już od pierwszych wieków chrześcijaństwa liczni teologowie i pisarze wskazywali na szczególną rolę i szczególne wybranie Maryi spośród wszystkich ludzi. Ojcowie Kościoła nieraz nazywali Ją czystą, bez skazy, niewinną. W VII wieku w Kościele greckim, a w VIII w. w Kościele łacińskim ustanowiono święto Poczęcia Maryi. Późniejsi teologowie, szczególnie św. Bernard i św. Tomasz z Akwinu zakwestionowali wiarę w Niepokalane Poczęcie Maryi, ponieważ – według nich – przeczyłoby to dwóm innym dogmatom: powszechności grzechu pierworodnego oraz konieczności powszechnego odkupienia wszystkich ludzi, a więc także i Maryi. Ten problem rozwikłał w XIII w. Jan Duns Szkot, który wskazał, że uchronienie Bożej Rodzicielki od grzechu pierworodnego dokonało się już mocą odkupieńczego zwycięstwa Chrystusa. W 1477 papież Sykstus IV ustanowił w Rzymie święto Poczęcia Niepokalanej, które od czasów Piusa V (+ 1572 r.) zaczęto obchodzić w całym Kościele.
    W czasie objawień w Lourdes w 1858 r. Maryja potwierdziła ogłoszony zaledwie cztery lata wcześniej dogmat. Bernardecie Soubirous przedstawiła się mówiąc: “Jestem Niepokalane Poczęcie”.Kościół na Wschodzie nigdy prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi nie ogłaszał, gdyż była ona tam powszechnie wyznawana i praktycznie nie miała przeciwników.
    Warto zwrócić uwagę, że teologia rozróżnia niepokalane poczęcie i dziewicze poczęcie. Niepokalane poczęcie dotyczy ustrzeżenia Maryi od chwili Jej poczęcia od grzechu pierworodnego (przywilej, cud w porządku moralnym). Dziewicze poczęcie polega natomiast na tym, że Maryja poczęła w sposób dziewiczy “za sprawą Ducha Świętego” Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa (przywilej, cud w porządku natury).

    Giotto: Spotkanie przy Złotej Bramie

    Kościół Wschodni ustalił tylko jeden typ ikonograficzny w X w. Obraz przedstawia spotkanie św. Joachima ze św. Anną przy Złotej Bramie w Jerozolimie. W tym bowiem momencie według tradycji wschodniej miał nastąpić moment poczęcia Maryi. Ikonografia zachodnia jest bogatsza i bardziej różnorodna. Do najdawniejszych typów Niepokalanej (XV w.) należy Niewiasta z Apokalipsy, “obleczona w słońce”. Od czasów Lourdes powstał nowy typ. Ostatnio bardzo często spotyka się także Niepokalaną z Fatimy. Dokoła obrazu Niepokalanej często umieszczano symbole biblijne: zamknięty ogród, lilię, zwierciadło bez skazy, cedr, arkę Noego.

    Niepokalana Maryja

    Zgodnie z kanonem 1246 Kodeksu Prawa Kanonicznego w dniu dzisiejszym mamy obowiązek uczestniczyć w Eucharystii. Jednakże na mocy dekretu Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 4 marca 2003 r. Polacy są zwolnieni z tego obowiązku (ze względu na fakt, że nie jest to dzień ustawowo wolny od pracy). Nie jesteśmy zatem zobowiązani do udziału we Mszy św. i powstrzymania się od prac niekoniecznych. Jeśli jednak mamy taką możliwość – powinniśmy wziąć udział w Eucharystii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 grudnia

    Święty Ambroży, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Józefa Rossello, dziewica
    Święty Ambroży

    Ambroży urodził się około 340 r. w Trewirze, ówczesnej stolicy cesarstwa (dziś w Niemczech). Jego ojciec był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii. Biskupstwo powstało tu już w wieku III/IV, od wieku VIII było już stolicą metropolii. Po św. Marcelinie i po św. Uraniuszu Satyrze, Ambroży był trzecim z kolei dzieckiem namiestnika.
    Podanie głosi, że przy narodzeniu Ambrożego, ku przerażeniu matki, rój pszczół osiadł na ustach niemowlęcia. Matka chciała ten rój siłą odegnać, ale roztropny ojciec kazał poczekać, aż rój ten sam się poderwał i odleciał. Paulin, który był sekretarzem naszego Świętego oraz pierwszym jego biografem, wspomina o tym wydarzeniu. Ojciec po tym wypadku zawołał: “Jeśli niemowlę żyć będzie, to będzie kimś wielkim!”. Wróżono, że Ambroży będzie wielkim mówcą. W owych czasach był zwyczaj, że chrzest odkładano jak najpóźniej, aby możliwie przed samą śmiercią w stanie niewinności przejść do wieczności. Innym powodem odkładania chrztu był fakt, że ten sakrament przyjęcia do grona wyznawców Chrystusa traktowano nader poważnie, z całą świadomością, że przyjęte zobowiązania trzeba wypełniać. Dlatego Ambroży przez wiele lat był tylko katechumenem, czyli kandydatem, zaś chrzest przyjął dopiero przed otrzymaniem godności biskupiej. Potem sam będzie ten zwyczaj zwalczał.
    Po śmierci ojca, gdy Ambroży miał zaledwie rok, wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Rzymu. Tam uczęszczał do szkoły gramatyki i wymowy. Kształcił się równocześnie w prawie. O jego wykształceniu najlepiej świadczą pisma, które pozostawił. Po ukończeniu nauki założył własną szkołę. W 365 roku, kiedy Ambroży miał 25 lat, udał się z bratem św. Satyrem do Syrmium (dziś: Mitrovica), gdzie była stolica prowincji Pannonii. Gubernatorem jej bowiem był przyjaciel ojca, Rufin. Pozostał tam przez 5 lat, po czym dzięki protekcji Rufina Ambroży został mianowany przez cesarza namiestnikiem prowincji Ligurii-Emilii ze stolicą w Mediolanie. Ambroży pozostawał na tym stanowisku przez 3 lata (370-373). Zaledwie uporządkował prowincję i doprowadził do ładu jej finanse, został wybrany biskupem Mediolanu, zmarł bowiem ariański biskup tego miasta, Auksencjusz. Przy wyborze nowego biskupa powstał gwałtowny spór: katolicy chcieli mieć biskupa swojego, a arianie swojego (arianizm kwestionował równość i jedność Osób Trójcy Świętej, został potępiony ostatecznie na Soborze Konstantynopolitańskim w 381 r.).
    Ambroży udał się do kościoła na mocy swojego urzędu, jak również dla zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Kiedy obie strony nie mogły dojść do zgody, jakieś dziecię miało zawołać: “Ambroży biskupem!” Wszyscy uznali to za głos Boży i zawołali: “Ambroży biskupem!” Zaskoczony namiestnik cesarski prosił o czas do namysłu. Skorzystał z nastającej nocy i uciekł z miasta. Rano jednak ujrzał się na koniu u bram Mediolanu. Widząc w tym wolę Bożą, postanowił więcej się jej nie opierać. O wyborze powiadomiono cesarza Walentyniana, który wyraził na to swoją zgodę. Dnia 30 listopada 373 r. Ambroży przyjął chrzest i wszystkie święcenia, a 7 grudnia został konsekrowany na biskupa. Rozdał ubogim cały swój majątek. Na wiadomość o wyborze Ambrożemu swoje gratulacje przesłali papież św. Damazy I i św. Bazyli Wielki.
    Pierwszym aktem nowego biskupa było uproszenie św. Bazylego, by przysłał mu relikwie św. Dionizego, biskupa Mediolanu, wygnanego przez arian do Kapadocji (zmarł tam w 355 r.). Św. Bazyli chętnie wyświadczył tę przysługę delegacji mediolańskiej. Relikwie powitano uroczyście. Z tej okazji Ambroży wygłosił porywającą mowę, którą wszystkich zachwycił. Odtąd będzie głosił słowo Boże przy każdej okazji, uważając nauczanie ludu za swój podstawowy pasterski obowiązek. Sam również w każdy Wielki Post przygotowywał osobiście katechumenów na przyjęcie w Wielką Sobotę chrztu. W rządach był łagodny, spokojny, rozważny, sprawiedliwy, życzliwy. Kapłani mieli więc w swoim biskupie najpiękniejszy wzór dobrego pasterza.
    Wielką wagę przykładał do liturgii. Jego imieniem do dziś jest nazywany ryt, który miał spory wpływ na liturgię rzymską i który został zachowany do dzisiaj; celebracje w liturgii ambrozjańskiej dozwolone są w diecezji mediolańskiej i we włoskojęzycznej części Szwajcarii.
    Ambroży dał się poznać jako pasterz rozważny, wrażliwy na krzywdę ludzką. Wyróżniał się silną wolą, poczuciem ładu, zmysłem praktycznym. Cieszył się wielkim autorytetem, o czym świadczą nadawane mu określenia: “kolumna Kościoła”, “perła, która błyszczy na palcu Boga”. Ideałem przyświecającym działalności św. Ambrożego było państwo, w którym Kościół i władza świecka wzajemnie udzielają sobie pomocy, a wiara spaja cesarstwo.

    Święty Ambroży

    Dla odpowiedniego przygotowania kleru diecezjalnego Ambroży założył rodzaj seminarium-klasztoru tuż za murami miasta. Życiu przebywających tam kapłanów nadał regułę. Sam też często ich nawiedzał i przebywał z nimi. Był wszędzie tam, gdzie uważał, że jego obecność jest wskazana: w roku 376 wziął udział w Syrmium w wyborze prawowitego biskupa, a w dwa lata potem w tym samym mieście uczestniczył w synodzie przeciw arianom. Wziął także udział w podobnym synodzie w Akwilei, na którym usunięto ostatnich biskupów ariańskich (381). W roku 382 Ambroży wziął udział w synodzie w Rzymie, zwołanym przez papieża przeciwko apolinarystom (kwestionującym równość boskiej i ludzkiej natury Chrystusa) oraz przeciwko antypapieżowi Ursynowi. W roku 383 udał się do Trewiru, by omówić pilne sprawy kościelne.
    W roku 378 przeniosła się do Mediolanu matka cesarza Walentyniana II, Justyna, jawna zwolenniczka arian. Zabrała jedną z bazylik dla swoich wyznawców i obsadziła ariańskimi duchownymi swój zamek. Na swym 12-letnim synu wymogła, żeby prefektem (namiestnikiem) miasta mianował poganina, Symmacha, a gubernatorem całego okręgu mediolańskiego Pretestata, innego poganina. W tym czasie legiony ogłosiły cesarzem Maksymiana. Walentynian II, niepewny o swój los, przeniósł się do Mediolanu, ulegając we wszystkim matce-ariance. Gdy Ambroży udał się do Wenecji na początku roku 386, Justyna wymogła na cesarzu, żeby wydał dekret równouprawnienia dla arian z groźbą kary śmierci dla ich “prześladowców”. Kiedy zaś Ambroży powrócił do Mediolanu, nakazała ariańskiemu biskupowi Mercurino Aussenzio zająć dla arian bazylikę Porziana. Uprzedzony przedtem o niebezpieczeństwie, Ambroży zamknął się w tej właśnie bazylice wraz z ludem. Straż cesarska wraz z arianami otoczyła kościół, ale Ambroży ich do niego nie wpuścił. Oblężenie trwało przez szereg dni i nocy (podobno aż dwa miesiące). Mieszkańcy Mediolanu donosili pokarm oblężonym. Ponieważ mogło to skończyć się rewoltą, arianie musieli ustąpić, gdyż stanowili już wówczas mniejszość. Wywołało to ogromny entuzjazm, a Ambrożemu przyniosło daleki rozgłos. W dwa lata potem zmarła Justyna. Ponieważ wzrastała liczba wiernych, a w mieście były tylko trzy kościoły, Ambroży wystawił dalsze dwa oraz kilka kaplic.
    Pod wpływem Ambrożego cesarz Gracjan zrzekł się tytułu i stroju arcykapłana, jaki przynależał cesarzom rzymskim, usunął posąg Zwycięstwa oraz zniósł przywileje kapłanów pogańskich i westalek. Nie mniej serdeczne stosunki łączyły Ambrożego z następcą Gracjana, cesarzem Teodozjuszem Wielkim, który również na pewien czas obrał sobie w Mediolanie stolicę. Cesarz, nie bez wpływu biskupa Mediolanu, dekretem z roku 390 nakazał trzymać się orzeczeń soboru nicejskiego (325), w roku następnym zabronił wróżb i ogłosił kary za powrót do pogaństwa. W 390 roku wybuchły zamieszki w Tesalonice, w Macedonii. Cesarz łatwo je uśmierzył, lecz w swojej zapalczywości kazał zebrać się mieszkańcom miasta w amfiteatrze i wymordował ponad 7000 osób. Kiedy wracał z Werony do Mediolanu, Ambroży, wstrząśnięty wypadkami w Tesalonice, wystosował do niego list pełen czci, ale i wyrzutu, prosząc Teodozjusza, aby za tę publiczną, głośną zbrodnię przyjął publiczną pokutę. Jak wielki miał Ambroży autorytet, świadczy fakt, że cesarz pokutę wyznaczoną przyjął i przez trzy miesiące nie wstępował do kościoła (jako grzesznik). Pod wpływem kazań św. Ambrożego nawrócił się św. Augustyn, którego biskup ochrzcił w 387 r.
    W roku 392 Ambroży udał się aż do Kapui, by wziąć udział w synodzie zwołanym dla potępienia herezji, która Maryi odmawiała dziewictwa. Chciał udać się także do Pawii, by wziąć udział w instalacji nowego biskupa (397). Niestety, zabrakło mu sił. Pożegnał ziemię dla nieba dnia 4 kwietnia 397 roku, mając ok. 57 lat. Pochowano go w Mediolanie w bazylice, która dzisiaj nosi nazwę św. Ambrożego, obok śmiertelnych szczątków świętych męczenników Gerwazego i Protazego.
    Pozostawił po sobie liczne pisma moralno-ascetyczne i dogmatyczne oraz hymny – te weszły na stałe do liturgii. Bogatą spuściznę literacką stanowią przede wszystkim kazania, komentarze do Ewangelii św. Łukasza, mowy i 91 listów. Pracowity żywot zakończył traktatem o dobrej śmierci. Z powodu bogatej spuścizny literackiej został zaliczony, obok św. Augustyna, św. Hieronima i św. Grzegorza I Wielkiego, do grona czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego. Jego święto ustalono w rocznicę konsekracji biskupiej. Jest patronem Bolonii i Mediolanu oraz pszczelarzy.
    W ikonografii św. Ambroży przedstawiany jest w stroju pontyfikalnym. Malarze często ukazywali go w grupie czterech ojców Kościoła. Jego atrybutami są: bicz o trzech rzemieniach, dziecko w kołysce, gołąb i ptasie pióro jako znak boskiej inspiracji, księga, krzyż, mitra, model kościoła, napis: “Dobra mowa jest jak plaster miodu”, pastorał, pióro, ul.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Ambroży

    by sr. Mariana Morazzani, EP/Next article/Heralds of the Gospel Magazine, Vol. 6, nº 51, January 2012

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 24.10.2007

    Drodzy bracia i siostry!

    Św. biskup Ambroży — o którym będę dzisiaj mówił — zmarł w Mediolanie w nocy z 3 na 4 kwietnia 397 r. Świtał poranek Wielkiej Soboty. Poprzedniego dnia około piątej po południu zaczął się modlić, leżąc w łóżku z rozkrzyżowanymi ramionami i tak uczestniczył w uroczystym Triduum paschalnym, w śmierci i zmartwychwstaniu Pana. «Widzieliśmy, jak poruszały się jego wargi — potwierdza wierny diakon Paulin, który na prośbę Augustyna napisał jego żywot (Vita Ambrosii) — ale nie słyszeliśmy jego głosu». W pewnym momencie wydało się, że jego stan gwałtownie się pogorszył. Honorata, biskupa Vercelli, który opiekował się wówczas Ambrożym i spał piętro wyżej, obudził głos, który powtarzał: «Wstawaj szybko! Ambroży umiera…» Honorat zszedł pospiesznie — pisze dalej Paulin — «i podał świętemu Ciało Pańskie. Zaledwie Ambroży je przyjął i spożył, oddał ducha, zabierając ze sobą dobry wiatyk. I tak jego dusza, pokrzepiona mocą tego pokarmu, przebywa teraz wśród aniołów» (Vita Ambrosii, 47). W ów Wielki Piątek 397 r. rozwarte ramiona umierającego Ambrożego wyrażały jego mistyczne uczestnictwo w śmierci i zmartwychwstaniu Pana. Taka była jego ostatnia katecheza: gdy zamilkł, przemawiało jeszcze świadectwo jego życia.

    Ambroży nie był stary, kiedy umierał. Nie miał nawet sześćdziesięciu lat, bo urodził się ok. 340 r., w Trewirze, gdzie jego ojciec był prefektem Galii. Była to rodzina chrześcijańska. Po śmierci ojca, gdy był jeszcze małym chłopcem, mama zawiozła go do Rzymu i skierowała na drogę kariery urzędniczej, zapewniając mu gruntowne wykształcenie w zakresie retoryki i prawa. Ok. 370 r. został wysłany do Mediolanu, skąd zarządzał prowincjami Emilii oraz Ligurii. Trwała tam walka między wyznawcami prawdziwej wiary a arianami, która przybrała na sile po śmierci ariańskiego biskupa Auksencjusza. Ambroży starał się pogodzić rozpalone umysły obu walczących stron. Autorytet jego urósł tak dalece, że chociaż był zwykłym katechumenem, został okrzyknięty przez lud biskupem Mediolanu.

    Do tego momentu Ambroży był najwyższym rangą urzędnikiem cesarstwa w północnych Włoszech. Nowy biskup, bardzo wykształcony, ale nie znający Pisma Świętego, zaczął je gorliwie studiować. Poznawać i komentować Biblię nauczył się na podstawie dzieł Orygenesa, niekwestionowanego mistrza «szkoły aleksandryjskiej». Ambroży rozpowszechnił w środowisku łacińskim medytacje Pisma Świętego na wzór Orygenesa, wprowadzając na Zachodzie praktykę lectio divina. Metodę lectio stosował Ambroży w całym swym przepowiadaniu i we wszystkich pismach, które zrodziło właśnie modlitewne słuchanie słowa Bożego. Słynny wstęp jednej z ambrozjańskich katechez dobrze ukazuje, w jaki sposób święty biskup odnosił Stary Testament do życia chrześcijańskiego: «Kiedy czytaliśmy historie patriarchów oraz maksymy z Księgi Przysłów, zajmowaliśmy się codziennie moralnością — mówi biskup Mediolanu do swoich katechumenów i neofitów — abyście uformowani przez nie i czerpiąc z nich naukę, przyzwyczajali się iść drogą Ojców i posłuszeństwa Bożym przykazaniom» (De mysteriis, 1, 1). Innymi słowy, zdaniem biskupa, neofici i katechumeni, nauczeni żyć dobrze, mogą uważać się za przygotowanych do wielkich tajemnic Chrystusa. Nauczanie Ambrożego — stanowiące zasadniczą część jego ogromnej spuścizny literackiej — zaczyna się od lektury świętych Ksiąg («Patriarchów», czyli ksiąg historycznych, oraz «Przysłów», to znaczy ksiąg mądrościowych), by ukazać, jak żyć zgodnie z Bożym Objawieniem.

    Jest rzeczą oczywistą, że osobiste świadectwo kaznodziei oraz stopień przykładności życia wspólnoty chrześcijańskiej decydują o skuteczności przepowiadania. W sposób wymowny świadczy o tym pewien fragment z Wyznań św. Augustyna. Przybył on do Mediolanu jako profesor retoryki. Był sceptykiem, niechrześcijaninem. Szukał prawdy chrześcijańskiej, ale w rzeczywistości nie mógł jej znaleźć. Tym, co poruszyło serce młodego afrykańskiego retora, nastawionego sceptycznie i zrozpaczonego, i w końcu skłoniło go do nawrócenia, nie były piękne (choć przez niego cenione) homilie Ambrożego. Dokonało tego świadectwo biskupa i Kościoła mediolańskiego, modlącego się i śpiewającego, zjednoczonego jak jedno ciało. Był to Kościół zdolny oprzeć się apodyktycznemu cesarzowi i jego matce, którzy w pierwszych dniach 386 r. na nowo próbowali zarekwirować dla potrzeb ceremonii ariańskich budynek sakralny. W budynku, który miał być zajęty — opowiada Augustyn — czuwał pobożny lud, «gotowy umrzeć razem ze swoim biskupem». To świadectwo pochodzące z Wyznań jest cenne, ponieważ sygnalizuje, że coś się poruszyło w sercu Augustyna, który mówi dalej: «Chociaż mnie jeszcze wtedy nie rozgrzewał żar Ducha Twego, udzielał się niepokój i podniecenie miasta» (Wyznania, 9, 7; tłum. Z. Kubiak, Kraków 2000, s. 241).

    Życie i przykład biskupa Ambrożego nauczyły Augustyna wierzyć i przepowiadać słowo Boże. Możemy przypomnieć słynne kazanie Afrykańczyka, które zasłużyło na to, aby je przytoczono wiele wieków później w soborowej Konstytucji Dei verbum: «Jest przeto rzeczą konieczną — zachęca Dei verbum (n. 25) — aby wszyscy duchowni, zwłaszcza kapłani Chrystusowi i inni, którzy jako diakoni lub katechiści zgodnie z otrzymaną misją zajmują się posługą słowa, pozostawali w zażyłości z Pismem Świętym przez pilne czytanie duchowe oraz staranne studium, aby nikt z nich nie stał się — i tu cytowane są słowa Augustyna — ‘bezużytecznym głosicielem słowa Bożego na zewnątrz, wewnątrz nie będąc jego słuchaczem’». Właśnie od Ambrożego nauczył się tego «bycia słuchaczem wewnątrz», pilnego czytania Pisma Świętego z nastawieniem modlitewnym, by rzeczywiście przyjąć w swoim sercu i przyswoić sobie słowo Boże.

    Drodzy bracia i siostry, chciałbym wam jeszcze zaproponować swoistą «ikonę patrystyczną», która — interpretowana w świetle tego, co powiedzieliśmy — dobrze ukazuje «sedno» doktryny ambrozjańskiej. W szóstej księdze Wyznań Augustyn opowiada o swoim spotkaniu z Ambrożym, spotkaniu niewątpliwie istotnym dla dziejów Kościoła. Pisze on, że gdy udawał się do biskupa Mediolanu, zawsze był on dosłownie otoczony ciżbą ludzi, którzy do niego przychodzili ze swoimi sprawami i którym służył pomocą. Zawsze stała tam długa kolejka pragnących porozmawiać z Ambrożym, by doznać pociechy i nabrać nadziei. Kiedy Ambrożego nie było z nimi, z ludźmi (a trwało to krótko), albo krzepił ciało niezbędnym pokarmem, albo umysł lekturą. W tym miejscu Augustyn wyraża zdziwienie, Ambroży bowiem czytał Pismo Święte z zamkniętymi ustami, jedynie oczami (por. Wyznania, 6, 3). W pierwszych bowiem wiekach chrześcijaństwa lektura była ściśle związana z głoszeniem słowa, a czytanie na głos ułatwiało zrozumienie również temu, kto czytał. Fakt, że Ambroży przebiegał całe strony jedynie wzrokiem, jest dla podziwiającego go Augustyna znakiem szczególnej umiejętności czytania i głębokiej znajomości Pisma Świętego. Otóż, w tym «cichym czytaniu», w którym serce stara się zrozumieć słowo Boże — to właśnie jest «ikoną», o której mówimy — możemy dostrzec metodę katechezy ambrozjańskiej: samo Pismo Święte, głęboko przyjęte, podsuwa treści do przepowiadania, aby doprowadzić do nawrócenia serc.

    Tak więc, zgodnie z nauczaniem Ambrożego i Augustyna, katecheza jest nieodłączna od świadectwa życia. Do katechety może odnosić się również to, co napisałem we Wprowadzeniu do chrześcijaństwa na temat teologa. Kto wychowuje do wiary, nie może wystawiać się na ryzyko, że będzie przypominał swego rodzaju klowna, który z racji wykonywanego zawodu odgrywa swoją rolę. Powinien raczej — by posłużyć się jednym z ulubionych obrazów Orygenesa, pisarza szczególnie cenionego przez Ambrożego — być niczym umiłowany uczeń, który położył głowę na sercu Mistrza i w ten sposób nauczył się myśleć, mówić i działać. Ostatecznie prawdziwym uczniem jest ten, kto głosi Ewangelię najbardziej wiarygodnie i skutecznie.

    Podobnie jak apostoł Jan, biskup Ambroży — który zawsze powtarzał: Omnia Christus est nobis!, «Chrystus jest dla nas wszystkim!» — pozostaje autentycznym świadkiem Pana. Jego też słowami, pełnymi miłości do Jezusa, kończymy naszą katechezę: «Omnia Christus est nobis! Jeśli chcesz uleczyć ranę, On jest lekarzem; jeśli cię trawi gorączka, On jest chłodną wodą; jeśli jesteś przygnieciony nieprawością, On jest sprawiedliwością; jeśli potrzebujesz pomocy, On jest mocą; jeśli lękasz się śmierci, On jest życiem; jeśli pragniesz nieba, On jest drogą; jeśli otaczają cię ciemności, On jest światłem. (…) Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan: szczęśliwy człowiek, który pokłada w Nim nadzieję!» (De virginitate, 16, 99). Również my pokładajmy nadzieję w Chrystusie. A będziemy żyć w szczęściu i pokoju.

    Słowo Ojca Świętego do Polaków:

    Pozdrawiam serdecznie pielgrzymów polskich. Witam szczególnie siostry elżbietanki, przybyłe w dziękczynnej pielgrzymce za beatyfikację m. Marii Luizy Merkert. Wraz z wami i całym Kościołem w Polsce dziękuję Bogu za ducha wiary i apostolską posługę tej «śląskiej samarytanki». Was tu obecnych i waszych bliskich polecam jej opiece. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 12/2007/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 grudnia

    Święty Mikołaj, biskup

    Święty Mikołaj

    Mikołaj urodził się w Patras w Grecji ok. 270 r. Był jedynym dzieckiem zamożnych rodziców, uproszonym ich gorącymi modłami. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale także wrażliwością na niedolę bliźnich. Po śmierci rodziców swoim znacznym majątkiem chętnie dzielił się z potrzebującymi. Miał ułatwić zamążpójście trzem córkom zubożałego szlachcica, podrzucając im skrycie pieniądze. O tym wydarzeniu wspomina Dante w “Boskiej komedii”. Wybrany na biskupa miasta Miry (obecnie Demre w południowej Turcji), podbił sobie serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale także troskliwością o ich potrzeby materialne. Cuda, które czynił, przysparzały mu jeszcze większej chwały. Kiedy cesarz Konstantyn I Wielki skazał trzech młodzieńców z Miry na karę śmierci za jakieś wykroczenie, nieproporcjonalne do aż tak surowego wyroku, św. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, by uprosić dla swoich wiernych ułaskawienie.
    Kiedy indziej miał swoją modlitwą uratować rybaków od niechybnego utonięcia w czasie gwałtownej burzy. Dlatego odbiera cześć również jako patron marynarzy i rybaków. W czasie zarazy, jaka nawiedziła jego strony, usługiwał zarażonym z narażeniem własnego życia. Podanie głosi, że wskrzesił trzech ludzi, zamordowanych w złości przez hotelarza za to, że nie mogli mu zapłacić należności. Św. Grzegorz I Wielki w żywocie Mikołaja podaje, że w czasie prześladowania, jakie wybuchło za cesarzy Dioklecjana i Maksymiana (pocz. wieku IV), Święty został uwięziony. Uwolnił go dopiero edykt mediolański w roku 313. Biskup Mikołaj uczestniczył także w pierwszym soborze powszechnym w Nicei (325), na którym potępione zostały przez biskupów błędy Ariusza (kwestionującego równość i jedność Osób Trójcy Świętej).
    Po długich latach błogosławionych rządów Mikołaj odszedł po nagrodę do Pana 6 grudnia (stało się to między rokiem 345 a 352). Jego ciało zostało pochowane ze czcią w Mirze, gdzie przetrwało do roku 1087. Dnia 9 maja 1087 roku zostało przewiezione do włoskiego miasta Bari. 29 września 1089 roku uroczyście poświęcił jego grobowiec w bazylice wystawionej ku jego czci papież bł. Urban II.
    Najstarsze ślady kultu św. Mikołaja napotykamy w wieku VI, kiedy to cesarz Justynian wystawił mu w Konstantynopolu jedną z najwspanialszych bazylik. Cesarz Bazyli Macedończyk (w. VII) w samym pałacu cesarskim wystawił kaplicę ku czci Świętego. Do Miry udawały się liczne pielgrzymki. W Rzymie św. Mikołaj miał dwie świątynie, wystawione już w wieku IX. Papież św. Mikołaj I Wielki (858-867) ufundował ku czci swojego patrona na Lateranie osobną kaplicę. Z czasem liczba kościołów św. Mikołaja w Rzymie doszła do kilkunastu. W całym chrześcijańskim świecie św. Mikołaj miał tak wiele świątyń, że pewien pisarz średniowieczny pisze: “Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci”. W XIII wieku pojawił się zwyczaj rozdawania w szkołach pod patronatem św. Mikołaja stypendiów i zapomóg.
    O popularności św. Mikołaja jeszcze dzisiaj świadczy piękny zwyczaj przebierania się ludzi za św. Mikołaja i rozdawanie dzieciom prezentów. Podobiznę Świętego opublikowano na znaczkach pocztowych w wielu krajach. Postać św. Mikołaja uwieczniło wielu malarzy i rzeźbiarzy. Wśród nich wypada wymienić Agnolo Gaddiego, Arnolda Dreyrsa, Jana da Crema, G. B. Tiepolo, Tycjana itd. Najstarszy wizerunek św. Mikołaja (z VI w.) można oglądać w jednym z kościołów Bejrutu.
    W Polsce kult św. Mikołaja był kiedyś bardzo popularny. Jeszcze dzisiaj pod jego wezwaniem jest aż 327 kościołów w naszej Ojczyźnie. Po św. Janie Chrzcicielu, a przed św. Piotrem i Pawłem najpopularniejszy jest św. Mikołaj. Do najokazalszych należą kościoły w Gdańsku i w Elblągu. Ołtarzy Mikołaj posiada znacznie więcej, a figur i obrazów ponad tysiąc. Zaliczany był do Czternastu Orędowników. Zanim jego miejsce zajął św. Antoni Padewski, św. Mikołaj był wzywany we wszystkich naglących potrzebach.

    Święty Mikołaj

    Postać Świętego, mimo braku wiadomości o jego życiu, jest jedną z najbardziej barwnych w hagiografii. Jest patronem Grecji, Rusi, Antwerpii, Berlina, Miry, Moskwy, Nowogrodu; bednarzy, cukierników, dzieci, flisaków, jeńców, kupców, marynarzy, młynarzy, notariuszy, panien, piekarzy, pielgrzymów, piwowarów, podróżnych, rybaków, sędziów, studentów, więźniów, żeglarzy.
    W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub greckiego. Jego atrybutami są m. in.: anioł, anioł z mitrą, chleb, troje dzieci lub młodzieńców w cebrzyku, trzy jabłka, trzy złote kule na księdze lub w dłoni (posag, jaki według legendy podarował biednym pannom), pastorał, księga, kotwica, sakiewka z pieniędzmi, trzy sakiewki, okręt, worek prezentów.

    Fr Lawrence Lew-CC

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    6 grudnia: wspomnienie biskupa Mikołaja – świętego Zachodu i Wschodu

    Sample

    fot. Mirek Krajewski

    ***

    Przez wiele lat św. Mikołaj należał do najbardziej znanych i czczonych świętych. Jest otaczany wielką czcią przez wiernych zarówno Kościoła katolickiego, jak i prawosławnego. To przy jego grobie odbył się w 1098 r. zwołany przez papieża Urbana II synod, na którym szukano dróg zniesienia podziałów w chrześcijaństwie. Do dziś Mikołaj jest ukochanym świętym dzieci, kojarzonym z wymarzonymi prezentami pod choinką. Jego wspomnienie przypada według kalendarza gregoriańskiego 6 grudnia, natomiast według kalendarza juliańskiego – 19 grudnia.

    Greckie imię Mikołaj oznacza „zwycięzca ludu”. Ma ono wiele odmian: Nikolas, Niklas, Nicolo, Klaus, Mikulasz, Miklos, Nichol, Noel Baba, a dzień 6 grudnia – „Natalis S. Nicolai”: Nicolai hiemals, Niclastag, Nielsdag, Clawsdach.

    Mikołaj urodził się prawdopodobnie ok. 270 r. w Licji w miejscowości Patras jako jedyne dziecko zamożnego małżeństwa chrześcijańskiego. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale był też bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęścia. Po śmierci rodziców dzielił się chętnie swoim majątkiem z biednymi. Gdy dowiedział się, że trzy córki ubogiego mieszkańca miasta nie mogą wyjść za mąż, gdyż ich ojca nie stać na posag, podrzucił im ukradkiem większą sumę pieniędzy. Tę przypowieść wykorzystał Dante w „Boskiej komedii”. Wybrany biskupem Myry (Demre w dzisiejszej Turcji), Mikołaj podbił serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale i troską o potrzeby materialne wiernych.

    Zmarł, jak mówi tradycja, 6 grudnia między rokiem 345 i 352 w wieku prawie 70 lat. Podobno w chwili jego śmierci ukazały się anioły i rozbrzmiały chóry anielskie. Relikwie z portowego miasta Myra przywieźli 9 maja w 1087 r. do włoskiego Bari tamtejsi marynarze, chroniąc je przed muzułmanami. Pamiątkę tego dnia odnotowano także w kalendarzach jako wspomnienie świętego. Wkrótce św. Mikołaj stał się patronem tego miasta, największego nad Adriatykiem.

    W 1089 r. papież Urban II poświęcił grobowiec świętego w bazylice jego imienia. Przy jego grobie odbył się w 1098 r. synod, którego celem było połączenie Kościoła prawosławnego z rzymskim. Wśród 184 biskupów był także prymas Anglii, abp św. Anzelm z Canterbury. W 1197 r. bazylikę w Bari, zbudowaną nad szczątkami świętego, konsekrował kanclerz cesarza Henryka VI, biskup Hildesheimu. Przy bazylice św. Mikołaja w Bari przechowywany jest dokument z XII w., opisujący dzieje sprowadzenie relikwii świętego. Do dziś też zachowały się w Myrze ruiny kościoła św. Mikołaja.

    W Bari co roku, 9 maja, w rocznicę przywiezienia tam relikwii św. Mikołaja, obchodzone są okolicznościowe uroczystości. Największe obchody odbywają się na pełnym morzu. Rankiem 8 maja wypływa z portu najokazalszy statek z dwumetrowej wielkości figurą świętego, któremu towarzyszą wierni w procesji na bogato przyozdobionych łodziach, stateczkach i kutrach. Gdy statek przywozi figurę na brzeg, obwozi się ją po odświętnie przybranym mieście na specjalnie przygotowanym powozie. Ta procesja morska kończy się ogólnym świętowaniem i fajerwerkami. Natomiast następnego dnia w kościołach odbywają się nabożeństwa, a centralna uroczystość – przy grobie świętego w bazylice w Bari. W bazylice tej jest również pochowana królowa Bona, żona Zygmunta Starego i matka Zygmunta Augusta, która pochodziła z Bari. Mauzoleum za głównym ołtarzem ufundowała jej córka, Anna Jagiellonka. Na sarkofagu umieszczone są rzeźby klęczącej królowej Bony, a po jej bokach – patronów Polski i Bari: św. Stanisława i św. Mikołaja.

    Hołd relikwiom świętego oddał w 1984 r. papież Jan Paweł II, który na pamiątkę swej wizyty przekazał bazylice pastorał.

    Wokół postaci św. Mikołaja narosło wiele legend. Najstarszy pisemny dowód na oddawanie czci biskupowi z Myry to tzw. praxis de stratelatis, legenda o cudownym uratowaniu trzech namiestników, niesłusznie skazanych na karę śmierci przez cesarza Konstantyna Wielkiego (306-337). Prawdopodobnie to zachowane opisanie legendy powstało ok. 460-580 roku, choć nie wyklucza się istnienia jeszcze starszych pism. Legenda ta była w średniowieczu tak popularna na całym świecie, że do dziś zachowało się jeszcze ponad 50 jej różnych rękopisów. Bardzo popularna była też inna legenda, mówiąca o tym, że Mikołaj swoją modlitwą uratował od niechybnego utonięcia rybaków w czasie gwałtownej burzy. Dlatego czczony jest także jako patron marynarzy i rybaków. Niedawno przedstawiciele prawosławnych patriarchatów, konferencji episkopatów katolickich i Kościołów ewangelickich z 16 krajów basenu Morze Śródziemnego zaproponowali, by św. Mikołaja ogłosić patronem Morza Śródziemnego.

    Najstarsza znana biografia św. Mikołaja, „Vita per Michaelem”, powstała prawdopodobnie ok. 750-850 r. w Konstantynopolu. Wyprzedziła ona nieco później spisaną biografię „Methodius et Theodorum” datowaną na początek IX wieku.

    Św. Mikołaj jest patronem Grecji, Rosji i Lotaryngii. W Szwajcarii jest patronem diecezji Lozanna-Genewa-Fryburg. Przede wszystkim jednak obrały go za swego patrona miasta hanzeatyckie oraz Amsterdam, Ankona, Bari, Fryburg Meran i Nowy Jork. Imię świętego noszą też liczne miasta na wszystkich kontynentach. Liczbę kościołów i ołtarzy jemu poświęconych tylko w średniowiecznych Niemczech obliczano na 4-5 tysięcy.

    W wielu miastach istniały też bractwa św. Mikołaja zakładane przez kupców, marynarzy i różne cechy rzemieślnicze. Jednym z najstarszych jest bractwo św. Mikołaja w Kolonii, które prawdopodobnie powstało w 1201 r. W późniejszym okresie działały jeszcze w Kolonii trzy inne bractwa im. Św. Mikołaja.

    Mikołaj jest patronem dziewcząt pragnących wyjść za mąż, kobiet chcących urodzić dziecko, noworodków, ludzi morza, flisaków, dokerów, kupców, młynarzy, piekarzy, rzeźników, krawców, tkaczy, podróżnych i pielgrzymów, więźniów, adwokatów, notariuszy, handlarzy winem i zbożem, właścicieli i żebraków. Zaliczany był do Czternastu Świętych Wspomożycieli.

    W Polsce św. Mikołaj był kiedyś bardzo popularny. Jeszcze dzisiaj pod jego wezwaniem jest 327 kościołów. Jego wezwanie noszą trzy kościoły katedralne: w Elblągu, Kaliszu i w Bielsku-Białej. Najokazalsze kościoły św. Mikołaja znajdują się w Gdańsku i Elblągu. Natomiast największe polskie sanktuarium św. Mikołaja jest w Pierśćcu koło Skoczowa na Śląsku Cieszyńskim. Pierwszą kaplicę jemu poświęconą zbudowano tam już w XIV wieku. Szczególną czcią otaczana jest cudowna figura św. Mikołaja, przy której wierni od lat wypraszają łaski zdrowia dla siebie i swoich bliskich.

    Zwyczaj wręczania dzieciom prezentów powstał w średniowieczu. Jego początki, to udzielanie stypendiów i zapomóg przez szkoły mające za patrona św. Mikołaja. Z upływem lat przekształcił się w obdarowywanie prezentami dzieci, a także wszystkich członków rodzin.

    Co najmniej od XV w. istniał zwyczaj budowania „łódeczek św. Mikołaja”, w które święty miał składać prezenty. Z czasem łódeczki zastąpiły buty i skarpety, lub – w regionach protestanckich – adwentowe talerze z darami.

    e-KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 grudnia

    Błogosławiony Narcyz Putz,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Saba Jerozolimski, prezbiter
      •  Błogosławiony Filip Rinaldi, prezbiter
    Błogosławiony Narcyz Putz w seminarium

    Narcyz Putz urodził się 28 października 1877 r. w Sierakowie, w Wielkopolsce. Chrzest przyjął 25 listopada 1877 r. w sierakowskim kościele parafialnym pw. Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. Uczęszczał do gimnazjum św. Marii Magdaleny (zwanego też “Marynką”) w Poznaniu, gdzie w 1898 r. uzyskał świadectwo dojrzałości. Następnie studiował filozofię i teologię w seminarium duchownym w Poznaniu.
    Święcenia kapłańskie przyjął w 1902 r. w Gnieźnie z rąk Prymasa Polski, arcybiskupa Floriana Stablewskiego. Został administratorem parafii św. Andrzeja Apostoła w Boruszynie; potem pracował także w Obrzycku, Szamotułach i Wronkach. Narcyz nie tylko wykonywał posługę kapłańską, ale udzielał się także w różnych polskich stowarzyszeniach działających w zaborze pruskim. Uczestniczył w ruchu spółdzielczym w Szamotułach. Pracował społecznie w bankach ludowych i instytucjach charytatywnych.
    Najbardziej zapamiętano jego odczyty z historii Polski. Występował przeciwko wywłaszczaniu polskiej ziemi, pomagał przy zakładaniu organizacji skupiającej polskich rolników. W jednym z przedwojennych czasopism pisano o nim: “Jako młody wikary pracuje przez szereg lat w parafii szamotulskiej i stacza sławne boje z początkującą naówczas w Wielkopolsce Polską Partią Socjalistyczną. Poza gorliwą pracą w kościele pracuje w organizacjach parafialnych, narodowych i oświatowych, jak również w ruchu spółdzielczym”.
    Tuż przed wybuchem I wojny światowej został proboszczem w parafii św. Jadwigi Śląskiej we wsi Mądre, w powiecie średzkim. W czasie wojny wspomagał stowarzyszenia i związki Polaków żyjących i pracujących w głębi ówczesnych Niemczech, zwłaszcza w Saksonii, gdzie corocznie bywał. Był też prezesem Towarzystwa Czytelni Ludowych na powiat średzki oraz prezesem Banku Ludowego w pobliskim Zaniemyślu.
    Cztery lata później, w 1918 r., tuż przed końcem wojny i odrodzeniem Rzeczpospolitej, został komendarzem (pełniącym obowiązki proboszcza) w parafii pw. św. Mikołaja w Ludzisku. Organizował powstańców, z którymi pośpieszył na pomoc w oswobodzeniu przez nich Inowrocławia w 1919 roku. Od 1920 r. był administratorem okręgu duszpasterskiego przy kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. W 1924 r. kościół ten stał się sercem nowo erygowanej bydgoskiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jej pierwszym proboszczem został ks. Narcyz.

    Błogosławiony Narcyz Putz

    Był skutecznym polonizatorem okręgu i parafii, w owych latach zamieszkałych w dużej mierze przez Niemców – dopiero po 1920 r. zaczęła przybywać na te tereny ludność polska. Zapoczątkował odwiedzanie parafian w ich domach, organizował polskie duszpasterstwo. Gdy proporcja Polaków do Niemców na to pozwoliła, zlikwidował kazania po niemiecku (Niemców na Mszę św. przychodziło bowiem niewielu). Pomimo skarg mniejszości niemieckiej nie uległ ich presji.
    Szczególną uwagę przywiązywał do duszpasterstwa dzieci. Był współorganizatorem i jednym z najaktywniejszych członków Komitetu Kolonii Feryjnych, dla którego zakupił gospodarstwa w Jastrzębcu pod Bydgoszczą. W 1924 r. z wyjazdów wakacyjnych skorzystało ok. 200 dzieci. Oprócz spełniania rozlicznych obowiązków duszpasterskich, aktywnie uczestniczył w życiu społecznym miasta. Od 1920 r. zasiadał w radzie miejskiej. Wchodził w skład kilku deputacji: bibliotecznej, teatralnej, szkolnej oraz komisji gospodarczej.
    W 1925 r. otrzymał instytucję kanoniczną na beneficjum dużej parafii i kościoła pw. św. Wojciecha w Poznaniu. Jako proboszcz kontynuował prace restauratorskie i upiększające w świątyni. W 1930 r. został mianowany przez kard. Augusta Hlonda honorowym radcą duchownym, a w 1937 r. kanonikiem honorowym Kapituły Metropolitalnej w Poznaniu. Pełnił funkcję inspektora duchownego nauki religii. Podobnie jak w Bydgoszczy, i tu zajmował się dziećmi.
    Jednym z charakterystycznych rysów jego pasterzowania była umiejętność budowania kościołów i tworzenia wokół nich nowych parafii. W Poznaniu stało się tak w przypadku kościoła pw. św. Stanisława Kostki na Winiarach, kościoła pw. św. Jana Vianneya na Sołaczu i kościoła pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Naramowicach. Nie zaniedbywał biednych, z myślą o nich prowadził tanie kuchnie.
    Miał opinię dobrego kaznodziei i spowiednika. Bardzo aktywnie uczestniczył w pracach nad tworzeniem i rozwojem katolickich czasopism religijnych w Poznaniu. W końcu lat 20-tych i w latach 30-tych ubiegłego wieku był redaktorem wielu poznańskich pism parafialnych o treści wychowawczo-pastoralnej. Również w Poznaniu aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym.
    Wybuch II wojny światowej zastał go w Warszawie. 4 października 1939 r. został aresztowany przez niemieckie gestapo i uwięziony na Pawiaku. Zwolniono go po dwóch tygodniach. Powrócił do Poznania, ale już 9 listopada 1939 r. Niemcy ponownie go aresztowali i tym razem już nie wypuścili. Osadzili go w osławionym Forcie VII, poznańskim obozie koncentracyjnym, gdzie przeszedł prawdziwą gehennę. Pijani niemieccy SS-mani nawet w nocy nie dawali mu spokoju, bili go i grozili bronią, pastwili się nad nim. Mimo różnego rodzaju szykan i tortur, zachowywał cierpliwość i wspierał współcierpiących nieszczęśników. Zachował pogodę ducha. W grypsie do siostry z 27 grudnia 1939 r. pisał: “Wilja była trochę smutna, ale Bóg pomoże. Zdrów jestem. Wspaniałą miałem brodę, ale ją we wilję zgoliłem […] Uściski. Z Bogiem. N.”.
    24 kwietnia 1940 r. przewieziono go do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Dachau. Był to pierwszy transport więźniów polskich do tego miejsca kaźni. 6 czerwca 1940 r. osadzono go w obozie koncentracyjnym KL Mauthausen. Pracował tam niewolniczo w kamieniołomach i przy budowie obozu. Cierpiał na dławicę piersiową, nie miał jednej nerki, a mimo tego przetrwał skrajnie trudne warunki egzystencji obozowej. Nie tylko przetrwał – dalej sprawował, na ile warunki pozwalały, posługę kapłańską, po kryjomu organizując modlitwy i nabożeństwa oraz podnosząc współwięźniów na duchu.
    Po pół roku, 8 grudnia 1940 r., przewieziono go z powrotem do KL Dachau, gdzie otrzymał numer obozowy 22064. Tam pracował najpierw na plantacjach, a później w pończoszarni. Słynne były inicjowane przez niego Godzinki i Gorzkie Żale. Nazywano go “hetmanem duchowym”, który pocieszał i podnosił na duchu swoim optymizmem i radosnym przyjmowaniem doświadczenia Bożego. Cieszył się sympatią wszystkich polskich więźniów.
    Wyczerpany ciężkimi warunkami i zapaleniem płuc, zmarł 5 grudnia 1942 r. w baraku dla niezdolnych do pracy w Dachau. Świadek zeznał, że ostatnim zabiegiem w tym niemieckim “szpitalu” był dany ks. Narcyzowi zastrzyk benzyny. Jego ciało spalono w obozowym krematorium.
    13 czerwca 1999 r. ks. Narcyz Putz został beatyfikowany w Warszawie przez św. Jana Pawła II w gronie 108 męczenników, ofiar II wojny światowej. Dwa lata wcześniej, 3 czerwca 1997 r., w czasie Mszy św. w Poznaniu, papież przypominał czasy życia i posługi ks. Narcyza: “Ileż to razy wiara i nadzieja narodu polskiego była wystawiana na próbę, na bardzo ciężkie próby w tym XX wieku, który się kończy! Wystarczy przypomnieć pierwszą wojnę światową i związaną z nią determinację tych wszystkich, którzy podjęli zdecydowaną walkę o odzyskanie niepodległości. Wystarczy przypomnieć międzywojenne dwudziestolecie, w czasie którego trzeba było wszystko budować właściwie od początku. A potem przyszła druga wojna światowa i straszliwa okupacja w wyniku układu między Niemcami hitlerowskimi a Rosją sowiecką, który przesądził o wymazaniu Polski jako państwa z mapy Europy. Jakże radykalnym wyzwaniem był ten okres dla nas wszystkich, dla wszystkich Polaków! Rzeczywiście, pokolenie drugiej wojny światowej spalało się poniekąd na wielkim ołtarzu walki o utrzymanie i zapewnienie wolności Ojczyzny”.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 grudnia

    Święta Barbara, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Damasceński, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Błogosławiony Archanioł Canetoli, prezbiter
      •  Błogosławiony Piotr ze Sieny, tercjarz
      •  Błogosławiony Adolf Kolping, prezbiter
      •  Święty Jan Calabria, prezbiter
    Święta Barbara

    Nie wiemy dokładnie ani kiedy, ani w jakich okolicznościach św. Barbara z Nikomedii poniosła śmierć. Przypuszcza się, że zapewne ok. roku 305, kiedy nasilenie prześladowań za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305-311) było największe. Nie znamy również miejscowości, w której Święta żyła i oddała życie za Chrystusa. Późniejszy jej żywot jest utkany legendą.
    Według niej była piękną córką bogatego poganina Dioskura z Heliopolis w Bitynii (Azja Mniejsza). Ojciec wysłał ją na naukę do Nikomedii. Tam zetknęła się z chrześcijaństwem. Prowadziła korespondencję z wielkim filozofem i pisarzem Orygenesem z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Ojciec dowiedziawszy się o tym, pragnąc wydać ją za mąż i złamać opór dziewczyny, uwięził ją w wieży. Jej zdecydowana postawa wywołała w nim wielki gniew. Przez pewien czas Barbara była głodzona i straszona, żeby wyrzec się wiary. Kiedy to nie poskutkowało, ojciec zaprowadził ją do sędziego i oskarżył. Sędzia rozkazał najpierw Barbarę ubiczować, jednak chłosta wydała się jej jakby muskaniem pawich piór. W nocy miał ją odwiedzić anioł, zaleczyć jej rany i udzielić Komunii św. Potem sędzia kazał Barbarę bić maczugami, przypalać pochodniami, a wreszcie obciąć jej piersi. Chciał ją w takim stanie pognać ulicami miasta, ale wtedy zjawił się anioł i okrył jej ciało białą szatą. Wreszcie sędzia zrozumiał, że torturami niczego nie osiągnie. Wydał więc wyrok, by ściąć Barbarę mieczem. Wykonawcą tego wyroku miał się stać ojciec Barbary, Dioskur. Podobno ledwie odłożył miecz, zginął rażony piorunem. Barbara poniosła męczeńską śmierć w Nikomedii (lub Heliopolis) ok. 305 roku.
    Być może tak nietypowa śmierć, zadana ręką własnego ojca, rozsławiła cześć św. Barbary na Wschodzie i na Zachodzie. Żywoty jej ukazały się w języku greckim, syryjskim, koptyjskim, ormiańskim, chaldejskim, a w wiekach średnich we wszystkich językach europejskich. W wieku VI cesarz Justynian sprowadził relikwie św. Barbary do Konstantynopola. Stąd zabrali je Wenecjanie w 1202 roku do swojego miasta, by przekazać je z kolei pobliskiemu Torcello, gdzie znajdują się w kościele św. Jana Ewangelisty.
    Również w Polsce kult św. Barbary był zawsze bardzo żywy. Już w modlitewniku Gertrudy, córki Mieszka II (XI w.), wspominana jest pod datą 4 grudnia. Pierwszy kościół ku jej czci wystawiono w 1262 r. w Bożygniewie koło Środy Śląskiej. Poza Polską św. Barbara jest darzona wielką czcią także w Czechach, Saksonii, Lotaryngii, południowym Tyrolu, a także w Zagłębiu Ruhry. W Nadrenii uważana jest za towarzyszkę św. Mikołaja – warto wiedzieć, że w wielu miejscach to właśnie ona obdarowuje dzieci prezentami.

    Święta Barbara

    Jako patronkę dobrej śmierci czcili św. Barbarę przede wszystkim ci, którzy na śmierć nagłą i niespodziewaną są najbardziej narażeni: górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze, więźniowie itp. Polecali się jej wszyscy, którzy chcieli sobie uprosić u Pana Boga śmierć szczęśliwą. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Nie zawiódł się. Kiedy znalazł się w śmiertelnej chorobie na łożu boleści, a właściciel wynajętego przez Kostków domu nie chciał jako zaciekły luteranin wpuścić kapłana z Wiatykiem, wtedy zjawiła mu się św. Barbara i przyniosła Komunię świętą. Barbara jest ponadto patronką archidiecezji katowickiej, Edessy, Kairu; architektów, cieśli, dzwonników, kowali, ludwisarzy, murarzy, szczotkarzy, tkaczy, wytwórców sztucznych ogni, żołnierzy (szczególnie artylerzystów i załóg twierdz). Jest jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli.
    W ikonografii św. Barbara przedstawiana jest w długiej, pofałdowanej tunice i w płaszczu, z koroną na głowie, niekiedy w czepku. W ręku trzyma kielich i Hostię. Według legendy tuż przed śmiercią anioł przyniósł jej Komunię św. Czasami ukazywana jest z wieżą, w której była więziona (wieża ma zwykle 3 okienka, które miały przypominać Barbarze prawdę o Trójcy Świętej), oraz z mieczem, od którego zginęła. Atrybuty: anioł z gałązką palmową, dwa miecze u jej stóp, gałązka palmowa, kielich, księga, lew u stóp, miecz, monstrancja, pawie lub strusie pióro, wieża.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    3 grudnia

    Święty Franciszek Ksawery, prezbiter

    Święty Franciszek Ksawery

    Franciszek urodził się 7 kwietnia 1506 r. na zamku Xavier w kraju Basków (Hiszpania). Jego ojciec był doktorem uniwersytetu w Bolonii, prezydentem Rady Królewskiej Navarry. W 1525 r. Franciszek podjął studia teologiczne w Paryżu. Po uzyskaniu stopnia magistra przez jakiś czas wykładał w College Domans-Beauvais, gdzie zapoznał się z św. Piotrem Faberem (1526), zaś w kilka lat potem (1529) ze św. Ignacym Loyolą. Niebawem zamieszkali w jednej celi. Mieli więc dosyć okazji, by się poznać, by przedstawić swoje zamiary i ideały. Równocześnie Franciszek rozpoczął na Sorbonie studia teologiczne z zamiarem poświęcenia się na służbę Bożą. Duszą całej trójki i duchowym wodzem był św. Ignacy. Razem też obmyślili utworzyć pod sztandarem Chrystusa nową rodzinę zakonną, oddaną bez reszty w służbę Kościoła Chrystusowego. Potrzeba nagliła, gdyż właśnie w tym czasie Marcin Luter rozwinął kampanię przeciwko Kościołowi, a obietnicą zagarnięcia majątków kościelnych pozyskał sporą część magnatów niemieckich i z innych krajów Europy.
    Dnia 15 sierpnia 1534 roku na Montmartre w kaplicy Męczenników wszyscy trzej przyjaciele oraz czterej inni towarzysze złożyli śluby zakonne, poprzedzone ćwiczeniami duchowymi pod kierunkiem św. Ignacego. W dwa lata potem wszyscy udali się do Wenecji, by drogą morską jechać do Ziemi Świętej. W oczekiwaniu na statek usługiwali w przytułkach i szpitalach miasta. Kiedy jednak nadzieja rychłego wyjazdu zbyt się wydłużała, gdyż Turcja spotęgowała wtedy swoją ekspansję na kraje Europy, a w jej ręku była ziemia Chrystusa, wszyscy współzałożyciele Towarzystwa Jezusowego udali się do Rzymu. Tam Franciszek otrzymał święcenia kapłańskie 24 czerwca 1537 roku; miał już 31 lat. W latach 1537-1538 Franciszek apostołował w Bolonii, a potem powrócił do Rzymu, gdzie wraz z towarzyszami oddał się pracy duszpasterskiej oraz charytatywnej. Dnia 3 września 1540 r. papież Paweł III zatwierdził ustnie Towarzystwo Jezusowe, a 27 września tego samego roku osobną bullą dał ostateczną aprobatę nowemu dziełu, które niebawem miało zadziwić świat, a Kościołowi Bożemu przynieść tak wiele wsparcia.
    W tym samym czasie przychodziły do św. Ignacego naglące petycje od króla Portugalii, Jana III, żeby wysłał do niedawno odkrytych Indii swoich kapłanów. Św. Ignacy wybrał grupę kapłanów z Szymonem Rodriguezem na czele. Ten jednak zachorował i musiał zrezygnować z tak dalekiej i męczącej podróży. Wówczas na jego miejsce zgłosił się Franciszek Ksawery. Oferta została przez św. Ignacego przyjęta i Franciszek z małą grupą oddanych sobie towarzyszy opuścił Rzym 15 marca 1540 roku, by go już więcej nie zobaczyć. Udał się zaraz do Lizbony, stolicy Portugalii, aby załatwić wszelkie formalności. Wolny czas w oczekiwaniu na okręt poświęcał posłudze wobec więźniów i chorych oraz głoszeniu słowa Bożego.

    Święty Franciszek Ksawery

    7 kwietnia 1541 roku, zaopatrzony w królewskie pełnomocnictwa oraz mandat legata papieskiego, wyruszył na misje do Indii. Po długiej i bardzo uciążliwej podróży, w warunkach nader prymitywnych, wśród niebezpieczeństw (omalże nie wylądowali na brzegach Brazylii), przybyli do Mozambiku w Afryce, gdzie musieli czekać na pomyślny wiatr, bowiem żaglowiec nie mógł dalej ruszyć. Franciszek wykorzystał czas, by oddać się posłudze chorych. W czasie zaś długiej podróży pełnił obowiązki kapelana statku. Wszakże trudy podróży i zabójczy klimat rychło dały o sobie znać. Franciszek zapadł na śmiertelną chorobę, z której jednak cudem został uleczony. Kiedy dotarli do wyspy Sokotry, leżącej na południe od Półwyspu Arabskiego, okręt musiał ponownie się zatrzymać. Tu Franciszek znalazł grupkę chrześcijan zupełnie pozbawioną opieki duszpasterskiej. Zajął się nimi, a na odjezdnym przyrzekł o nich pamiętać. Wreszcie po 13 miesiącach podróży 6 maja 1542 roku statek przybył do Goa, politycznej i religijnej wówczas stolicy portugalskiej kolonii w Indiach. Spora liczba Portugalczyków żyła dotąd bez stałej opieki kapłanów. Święty zabrał się energicznie do wygłaszania kazań, katechizacji dzieci i dorosłych, spowiadał, odwiedzał ubogich. Następnie zostawił kapłana-towarzysza w Goa, a sam udał się na tak zwane “Wybrzeże Rybackie”, gdzie żyło około dwadzieścia tysięcy tubylców-rybaków, pozyskanych dla wiary świętej, lecz bez duchowej opieki. Pracował wśród nich gorliwie dwa lata (1543-1545).
    W 1547 roku Franciszek zdecydował się na podróż do Japonii. Za płatnego tłumacza służył mu Japończyk Andziro, który znał język portugalski. Był on już ochrzczony i bardzo pragnął, aby także do jego ojczyzny zanieść światło wiary. Franciszek mógł jednak udać się do Japonii dopiero w dwa lata potem, gdy Ignacy przysłał mu więcej kapłanów do pomocy. Dzięki nim założył nawet dwa kolegia jezuickie w Indiach: w Kochin i w Bassein. W kwietniu 1549 roku z portu Goa Franciszek wyruszył do Japonii. Po 4 miesiącach, 15 sierpnia wylądował w Kagoshimie. Tamtejszy książę wyspy przyjął go przychylnie, ale bonzowie stawili tak zaciekły opór, że musiał wyspę opuścić. Udał się na wyspę Miyako, wprost do cesarza – w nadziei, że gdy uzyska jego zezwolenie, będzie mógł na szeroką skalę rozwinąć działalność misyjną. Okazało się jednak, że cesarz był wtedy na wojnie z książętami, którzy chcieli pozbawić go tronu. Udał się więc na wyspę Yamaguchi, ubrał się w bogaty strój japoński i ofiarował tamtejszemu władcy bogate dary. Władca Ouchi-Yshitaka przyjął Franciszka z darami chętnie i dał mu zupełną swobodę w apostołowaniu. Wtedy udał się na wyspę Kiu-siu, gdzie pomyślnie pokierował akcją misyjną. Łącznie pozyskał dla wiary około 1000 Japończyków. Zostawił przy nich dwóch kapłanów dla rozwijania dalszej pracy, a sam powrócił do Indii (1551). Uporządkował sprawy diecezji i parafii, utworzył nową prowincję zakonną, założył nowicjat zakonu i dom studiów.
    Postanowił także trafić do Chin. Daremnie jednak szukał kogoś, kto by chciał z nim jechać. Chińczycy bowiem byli wówczas wrogo nastawieni do Europejczyków, a nawet uwięzili przybyłych tam Portugalczyków. Udało mu się wsiąść na okręt z posłem wice-króla Indii do cesarza Chin. Przybyli do Malakki, ale tu właściciel statku odmówił posłowi i Franciszkowi dalszej żeglugi, przelękniony wiadomościami, że może zostać aresztowany. Wtedy Franciszek wynajął dżonkę i dojechał nią aż do wyspy Sancian, w pobliżu Chin. Żaden jednak statek nie chciał płynąć dalej w obawie przed ciężkimi karami, łącznie z karą śmierci, jakie czekały za przekroczenie granic Chin.
    Franciszek, utrudzony podróżą i zabójczym klimatem, rozchorował się na wyspie Sancian i w nocy z 2 na 3 grudnia 1552 roku oddał Bogu ducha zaledwie w 46. roku życia. Ciało pozostało nienaruszone rozkładem przez kilka miesięcy, mimo upałów i wilgoci panującej na wyspie. Przewieziono je potem do Goa, do kościoła jezuitów. Tam spoczywa do dnia dzisiejszego w pięknym mauzoleum – ołtarzu. Relikwię ramienia Świętego przesłano do Rzymu, gdzie znajduje się w jezuickim kościele Il Gesu we wspaniałym ołtarzu św. Franciszka Ksawerego.
    Z pism św. Franciszka pozostały jego listy. Są one najpiękniejszym poematem jego życia wewnętrznego, żaru apostolskiego, bezwzględnego oddania sprawie Bożej i zbawienia dusz. Już w roku 1545 ukazały się drukiem w języku francuskim, a w roku 1552 w języku niemieckim.
    Do chwały błogosławionych wyniósł Franciszka Ksawerego papież Paweł V w 1619 roku, a już w trzy lata potem, w 1622 r., kanonizował go papież Grzegorz XV wraz z Ignacym Loyolą, Filipem Nereuszem, Teresą z Avila i Izydorem Oraczem. W roku 1910 papież św. Pius X ogłosił św. Franciszka Ksawerego patronem Dzieła Rozkrzewiania Wiary, a w roku 1927 papież Pius XI ogłosił go wraz ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus głównym patronem misji katolickich. Jest patronem Indii i Japonii oraz marynarzy. Orędownik w czasie zarazy i burz.
    W ikonografii św. Franciszek Ksawery przedstawiany jest w sukni jezuickiej obszytej muszlami lub w komży i stule. Niekiedy otoczony jest gronem tubylców. Jego atrybutami są: gorejące serce, krab, krzyż, laska pielgrzyma, stuła.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 grudnia

    Błogosławiony Rafał Chyliński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Rusbroch, prezbiter
      •  Święta Blanka Kastylijska
      •  Błogosławiona Maria Aniela Astorch, dziewica
    Błogosławiony Rafał Chyliński

    Melchior Chyliński urodził się 6 stycznia 1694 r. we wsi Wysoczka (woj. poznańskie) w rodzinie szlacheckiej. Jego rodzice Arnold Jan i Marianna Kierska wychowali go w wierze chrześcijańskiej. Do chrztu podawało go dwoje bezdomnych z przytułku sąsiadującego z majątkiem rodzinnym. Prawdopodobnie odwiedzając ich, młody Melchior poznał trudny los ludzi ubogich. Ukończył szkołę parafialną w Buku, a następnie kolegium humanistyczne jezuitów w Poznaniu, założone przez ks. Jakuba Wujka, autora polskiego przekładu Biblii. W 1712 roku zaciągnął się do wojska, prawdopodobnie jako zwolennik króla Stanisława Leszczyńskiego, gdzie przez trzy lata doszedł do stopnia oficerskiego i został komendantem chorągwi (w tej kwestii biografowie nie są zgodni; niektórzy uważają, że służył w rajtarii króla Augusta II Sasa, pod marszałkiem Joachimem Flemmingiem).
    Trzy lata później opuścił wojsko, gdzie cierpiał widząc demoralizację żołnierzy i nie mogąc pogodzić się z bratobójczymi walkami (był to okres wojen między zwolennikami dwóch królów, wspominany do dziś w przysłowiu “Od Sasa do Lasa”). Wkrótce potem wstąpił do franciszkanów konwentualnych w Krakowie. 4 kwietnia 1715 r. został obłóczony i otrzymał imię zakonne Rafał. Śluby wieczyste złożył już 26 kwietnia następnego roku, a w czerwcu 1717 r. przyjął święcenia kapłańskie. Życie ascetyczne łączył z posługą misyjną. Przebywał w klasztorach w Radziejowie, Poznaniu, Warszawie, Kaliszu, Gnieźnie i Warce nad Pilicą. Najdłużej pracował w Łagiewnikach koło Łodzi i w Krakowie. Niektórzy biografowie uważają, że powodem tak częstych przenosin była okazywana biednym miłość, bo o. Rafał rozdawał na jałmużnę wszystko, co sam miał, a często i całe zapasy klasztornej spiżarni. We wszystkich miejscach, gdzie posługiwał, z zapałem głosił kazania i prowadził katechizację, dał się poznać jako doskonały spowiednik. Szerzył apostolstwo miłości i miłosierdzie wśród biednych, cierpiących, kalek – dla których był troskliwym i cierpliwym opiekunem. Ponad wszystko przedkładał miłość do Boga. Powtarzał często: “Miłujmy Pana, wychwalajmy Pana zawsze, nigdy Go nie obrażajmy”. Dla wynagrodzenia Panu Bogu za grzechy świata wybrał drogę pokuty, licznych umartwień, wyrzeczeń i surowych postów (pod habitem nosił włosiennicę, a spał zawsze w nieogrzewanej celi). Z radością wychwalał Pana, wiele czasu poświęcał na modlitwę osobistą. Swoim życiem w zgodzie z Ewangelią wyrażał ogromną miłość do Boga. Był gorącym orędownikiem ufności w łaskawość Boga i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, którą czcił z ogromną pobożnością i synowskim oddaniem. Jego pobożność oraz miłosierdzie zjednały mu za życia opinię świętości.
    Kiedy w 1736 roku wybuchła epidemia w Krakowie, niezwłocznie pospieszył z pomocą, opiekując się troskliwie chorymi i umierającymi. Nie dbając o swoje bezpieczeństwo, spędzał w lazarecie dnie i noce, wykonując wszelkie posługi przy chorych, pocieszając, spowiadając i przygotowując konających na śmierć. Po dwóch latach, gdy epidemia w Krakowie ustała, powrócił do Łagiewnik, gdzie opiekował się ubogimi, rozdając im jedzenie i ubranie. Pełną miłości i pokory opiekę nad chorymi przerwała choroba, zmuszając go do pozostania w celi zakonnej. Chorując przez trzy tygodnie, dawał przykład wielkiej cierpliwości, z jaką znosił wszelkie cierpienia. Współbracia uważali, że przepowiedział dzień swojej śmierci, prosząc w przededniu o udzielenie sakramentów.

    Grób bł. Rafała Chylińskiego

    Zmarł 2 grudnia 1741 r. w Łagiewnikach koło Łodzi. Tam znajdują się jego relikwie, do których pielgrzymki rozpoczęły się niemal od razu po pogrzebie. Kult o. Rafała, podtrzymywany cudami, które dokumentowali współbracia, przetrwał 250 lat. Proces beatyfikacyjny, przerwany przez rozbiory Polski, został wznowiony w naszych czasach.
    Ojca Rafała beatyfikował 9 czerwca 1991 r. św. Jan Paweł II w Warszawie w czasie Mszy św. odprawianej w Parku Agrykola. Papież powiedział w homilii: “To, że przez tak długi czas nie zaginęła pamięć o jego świętości, jest świadectwem, że Bóg jakby specjalnie czekał na to, aby Jego sługa mógł zostać ogłoszony błogosławionym już w wolnej Polsce. Bardzo się nad tym zastanawiałem, czytając jego życiorys. Jego życie jest związane z okresem saskim, a wiemy, że były to smutne czasy (…), były to czasy jakiegoś zadufania w sobie, bezmyślności, konsumizmu rozpanoszonego wśród jednej warstwy. I otóż na tle tych czasów pojawia się człowiek, który pochodzi z tej samej warstwy. Wprawdzie nie z wielkiej magnaterii, ale ze skromnej szlachty, w każdym razie z tej, która miała wszystkie prawa społeczne i polityczne. I ten człowiek, czyniąc to, co czynił, wybierając powołanie, które wybiera, staje się – może nawet jest – protestem i ekspiacją. Bardziej niż protestem, ekspiacją za wszystko to, co niszczyło Polskę. (…) Jego życie ukryte, ukryte w Chrystusie, było protestem przeciwko tej samoniszczącej świadomości, postawie i postępowaniu społeczeństwa szlacheckiego w tamtych saskich czasach, które wiemy, jaki miały finał. A dlaczego dziś nam to Opatrzność przypomina? Dlaczego teraz dopiero dojrzał ten proces przez wszystkie znaki z ziemi i z nieba, że można ogłosić ojca Rafała błogosławionym? Odpowiedzcie sobie na to pytanie. Odpowiadajmy sobie na to pytanie. Kościół nie ma gotowych recept. Papież nie chce wam podpowiadać żadnej interpretacji, ale zastanówmy się wszyscy, ilu nas jest – 35 milionów Polaków – zastanówmy się wszyscy nad wymową tej beatyfikacji właśnie w Roku Pańskim 1991”.
    W ikonografii bł. Rafał przedstawiany jest w habicie franciszkańskim i ze stułą. Jego atrybutami są: księga na stole, dyscyplina, krzyż. Wiele oddziałów Caritas przyjęło go za swojego patrona.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 grudnia

    Święty Karol de Foucauld, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy jezuiccy Edmund Campion, prezbiter, i Towarzysze
      •  Święty Eligiusz, biskup
    Błogosławiony Karol de Foucauld

    Karol de Foucauld urodził się 15 września 1858 r. w katolickiej, arystokratycznej rodzinie w Strasburgu. Dwa dni później przyjął sakrament chrztu świętego. 13 marca 1864 r. umarła jego matka, a w pięć miesięcy później ojciec. Małym Karolem i jego młodszą siostrą Marią od tej pory zajmował się dziadek Karol Morlet, pułkownik w stanie spoczynku. 28 kwietnia 1872 r. przyszły błogosławiony przyjął pierwszą Komunię świętą.
    W sierpniu 1874 roku zdał maturę, a w październiku tego roku wstąpił do szkoły jezuitów w Paryżu na ulicy des Postes. Na dalsze zachowanie i poglądy Karola źle wpłynęły jego spotkania z cyganerią literacką. Odszedł od religii już w parę miesięcy od przybycia do Paryża. Został wyrzucony ze szkoły dwa lata później. Zaczął wtedy prowadzić beztroski tryb życia w towarzystwie przypadkowych kolegów.
    3 lutego 1878 roku umarł jego dziadek i opiekun, pułkownik Morlet. Pół roku później Karol uzyskał pełnoletność i wszedł w posiadanie majątku rodzinnego. Wkrótce wstąpił do szkoły kawalerii w Saumur. W dalszym ciągu prowadził nieuporządkowane życie. Nic więc dziwnego, że szkołę ukończył w 1880 r. ze złymi wynikami. Udał się do Setifu w Algierii w randze podporucznika. Jednak w armii nie był długo, bo już w marcu 1881 roku został wydalony za brak dyscypliny i złe prowadzenie – sprowadził do obozu kochankę, którą przedstawił jako swoją żonę. Karol próbował początkowo powrócić do armii. Kiedy w maju 1881 roku wybuchło w Algierii powstanie Bou Amama, wziął udział w kampanii w południowym Oranie. Wsławił się nawet bohaterską postawą, za co został odznaczony. Mimo to po pewnym czasie złożył dymisję i udał się do Algieru, aby uczyć się języka arabskiego. Tam przez 18 miesięcy przygotowywał się do wyprawy naukowej po Maroku, na którą wybrał się w latach 1883-1884 w przebraniu rabina, ponieważ jako chrześcijaninowi grozić mu mogła śmierć z rąk muzułmanów. Podróżował także po południowych terenach Algierii oraz Tunezji. W tym czasie pragnął też zrehabilitować się w oczach rodziny.
    Owocem jego podróży była książki Reconnaissance au Maroc, która zawierała wiele ważnych informacji etnologicznych. Otrzymał za nią złoty medal Towarzystwa Geograficznego w Paryżu. Powrócił do Francji, nie umiał jednak już żyć jak dawnej w Paryżu. Ponownie udał się do Algierii i chociaż tu zakochał się w młodej kobiecie – Marie-Marguerite Titre, wybrał się w podróż po pustyni Magrebu, gdzie zdecydował, że odtąd będzie żył w celibacie.
    Po powrocie do Paryża zamieszkał u zamężnej siostry, nieopodal kościoła pod wezwaniem św. Augustyna. Podczas długich modlitw w tym i innych kościołach powtarzał modlitwę: “Boże mój, jeśli istniejesz, spraw, abym Cię poznał”. 29 lub 30 października 1886 roku spotkał w kościele św. Augustyna wikarego ks. Huvelin, z którym zaczął odtąd prowadzić długie rozmowy religijne. Zaprzyjaźnili się i gdy Karol poprosił go o znalezienie kierownika duchowego, ten nakazał mu najpierw przystąpienie do spowiedzi. Tak zaczęło się trwałe nawrócenie Karola, a ks. Huvelin pozostał jego kierownikiem duchowym aż do jego śmierci.
    Od tej pory de Foucauld rozpoczął intensywne życie duchowe. W sierpniu 1888 r. odwiedził klasztor trapistów w Fontgombault. W końcu listopada wyjechał na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Boże Narodzenie w sposób szczególny przeżył w Betlejem. 5 stycznia odwiedził Nazaret, który go zachwycił i pobudził do kontemplacji ukrytego życia Jezusa. 14 lutego wrócił do Paryża. Potem odbył rekolekcje w kilku klasztorach. W bazylice Montmartre 6 czerwca 1889 r. zawierzył swoje życie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wszystko to prowadziło do tego, że Karol postanowił iść drogą powołania zakonnego w ukryciu przed światem. W połowie stycznia 1890 r. pożegnał się z rodziną i wstąpił do trapistów w klasztorze Matki Bożej Śnieżnej w Masywie Centralnym, przyjmując imię zakonne Maria Alberyk (Marie-Albéric).
    W czerwcu 1890 r. na własną prośbę przeniósł się do ubogiego klasztoru filialnego Matki Bożej Śnieżnej w Akbes w Syrii. Spędził w nim sześć lat. Mnisi, poza modlitwą i kontemplacją, pracowali w polu i przy budowie dróg. 2 lutego 1892 r. Karol de Foucauld złożył pierwsze śluby zakonne. Jako mnich ciągle myślał o życiu bardziej ubogim i odosobnionym. Został wysłany do Staouéli w Algierii.

    Błogosławiony Karol de Foucauld

    Wrócił jeszcze na studia do Rzymu, ale przełożeni uznali, że Bóg wyznaczył mu szczególną drogę. 14 lutego 1894 r. został zwolniony ze ślubów prostych i złożył dwa śluby prywatne: czystości i nie posiadania niczego poza narzędziami potrzebnymi do pracy fizycznej. Został wysłany do klasztoru klarysek w Nazarecie, gdzie potrzebna była pomoc przy pracach w gospodarstwie. Był tam skromnym bratem. Zamieszkał w komórce na narzędzia i czuł się szczęśliwy. Za namową ksieni zakonu klarysek w 1901 r. przyjął święcenia kapłańskie.
    Wyjechał do Beni-Abbes, na południu Algierii, niedaleko granicy marokańskiej. Jadąc tam zdawał sobie sprawę, że na tych słabo zaludnionych terenach nie będzie miał misyjnych osiągnięć, ale nie miało to dla niego znaczenia. Chciał cichego życia, by móc się nieustannie modlić. Zawsze jednak był otwarty na ludzkie problemy. Otaczał opieką niewolników, karmił ich i podtrzymywał na duchu. Ściągał na siebie gniew miejscowego biskupa Guérina za krytykowanie niesprawiedliwych poczynań kolonizatorów francuskich. W 1903 roku planował wyjazd do Maroka, ale zrezygnował na rzecz ewangelizacji Tuaregów. W sierpniu 1903 roku zajmował się rannymi podczas bitwy pod Tanghit. W 1904 roku udał się w kolumnie żołnierzy do krainy Tuaregów, gdzie pozostał do stycznia 1905 roku.
    W 1905 r. osiedlił się w Tamanrasset, gdzie zaprzyjaźnił się z szefem Tuaregów Mussą Ag Amastanem. Gdy na przełomie 1906 i 1907 r. był bliski śmierci, miejscowa ludność zaopiekowała się nim. Noszono go na rękach i karmiono jak niemowlę kozim mlekiem, nie pozwalając, by wpadł w depresję.
    W tym czasie Karol de Foucauld pisał regułę swojej wymarzonej wspólnoty Małych Braci Jezusa, która powstała niestety dopiero po jego śmierci. W 1910 r. wysłał gotowe statuty do Rzymu, lecz odpowiedzi nigdy nie otrzymał. W czerwcu 1915 roku skończył po jedenastu latach prace nad słownikami.
    W 1916 r. wybuchła wojna między miejscowymi plemionami. Walki i napady rabunkowe objęły niemal całą południową Saharę. Karol został zmuszony do ufortyfikowania swojej pustelni w Tamanrasset. Gdy wieczorem 1 grudnia 1916 r. grupa uzbrojonych jeźdźców otoczyła fort, prawdopodobnie pilnujący go uzbrojony szesnastolatek wystrzelił ze strachu i przypadkowo zabił Karola. Pustelnia została splądrowana, a Najświętszy Sakrament wyrzucono w piasek pustyni. Gdy przybyli tam francuscy oficerowie, zobaczyli leżące obok Karola Ciało Jezusa. Jeden z nich ukląkł, podniósł Hostię i przyjął Komunię. Ciało brata Karola de Foucauld od 1929 r. złożone jest w El Goléa.
    Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym został zamknięty 4 marca 2003 roku w Mediolanie, a beatyfikacja odbyła się 13 listopada 2005 roku w Rzymie. Kanonizacji Karola de Foucauld dokonał papież Franciszek w dniu 15 maja 2022 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – grudzień 2024


    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    W OKRESIE BOŻEGO NARODZENIA OD PIĄTKU 20 GRUDNIA 2024 DO PIĄTKU 3 STYCZNIA 2025 – MSZA ŚWIĘTA, ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU I SPOWIEDŹ ŚWIĘTA BĘDĄ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA.


    ***

    BÓG SIĘ RODZI, MOC TRUCHLEJE

    This image has an empty alt attribute; its file name is candle-64179_960_720.jpg
    pixabay/Aleteia.pl

    ***

    Oprócz żłóbka na placu św. Piotra również w Bazylice (w Kaplicy Klementyńskiej, na końcu bocznej, w lewej nawie) została umieszczona ogromnych rozmiarów scena Bożych Narodzin.

    ***

    fot. Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela

    ***

    Po raz pierwszy w historii w Bazylice została wystawiona zagraniczna szopka, przywieziona z Meksyku, ze stanu Coahuila. Zakrywa ona cały monumentalny ołtarz. W jej górnej części widoczny jest kościół w górskim krajobrazie, a w dolnej – zostały umieszczone tradycyjne figury żłóbka. Szczególnie piękne są figury Matki Bożej i św. Józefa. Szopka nawiązuje do meksykańskiej tradycji religijnej i pobożności ludowej ukazując jednocześnie uniwersalne przesłanie Bożego Narodzenia.

    ***

    fot. Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela


    ŻYCZENIA KSIĘDZA BISKUPA PIOTRA TURZYŃSKIEGO, Delegata K E P ds. DUSZPASTERSTWA EMIGRACJI POLSKIEJ 

    ***

    A Słowo Ciałem się stało i zamieszkało między nami”. 

    J 1, 14 

    Betlejem to jest miejsce nadziei, 

    bo Chrystus jest naszą nadzieją. 

    Przychodzi do nas jak Prawda i Światło, 

    aby nas wydobyć z chaosu. 

    Przychodzi jako jeden z nas, 

    aby nas przekonać, że Bóg jest blisko i ciągle kocha. 

    Przychodzi jako Książe Pokoju, 

    aby nam przypomnieć, że jest źródłem każdego dobra 

    i nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. 

    Niech On ożywi nasze wielkie nadzieje. 

    Życzę pełnych nadziei, błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia 

     

    Ks. Bp. Piotr Turzyński 

    Warszawa, Boże Narodzenie 2024


    Narodzenie Pańskie nie skończyło się w nędznej szopie, lecz ma dopełnienie w Najświętszej Ofierze Chrystusa, czyli we Mszy świętej.

    fot. ks. Jerzy Uchman/Tygodnik Niedziela

    ***

    Narodzenie Pańskie nie skończyło się w nędznej szopie, lecz ma dopełnienie w najświętszej ofierze Chrystusa, czyli we Mszy św. – mówi ks. prof. Zdzisław Janiec z Katedry Historii Liturgii KUL.

    Liturgia Narodzenia Pańskiego jest pełna symbolicznych znaczeń, warto więc w święta szczególną uwagę zwrócić na czytania i modlitwy mszalne, które opisują tajemnicę wcielenia Boga. Liturgista zwraca uwagę na kilkanaście razy powtarzane w nich słowo „dzisiaj”. Jezus narodził się historycznie, ale nieustannie ma się w nas rodzić duchowo, tu i teraz. „Rodzi się dzisiaj, łacińskie wyrażenie hodie – Pan Jezus jest z nami, rodzi się dla nas, chce być w nas. Zatem rodzi się w każdej Mszy św., która jest największym cudem świata i dlatego można powiedzieć, że Msza św. jest uobecnieniem nocy betlejemskiej” – wyjaśnia.

    Kościół już od VI wieku w dniu upamiętniającym narodziny Jezusa sprawował trzy Msze św. Pierwszą o narodzeniu w ciele z Bogarodzicy, drugą o narodzeniu duchowym, trzecią o odwiecznym narodzeniu Chrystusa. Warto jednak pamiętać, że Narodzenie Pańskie trzeba widzieć w perspektywie Paschy, że to Zmartwychwstanie stanowi centrum życia Kościoła.

    Jak zauważa ks. prof. Janiec właśnie dlatego na drugi dzień po radości z narodzenia Jezusa, przypominany jest pierwszy męczennik św. Szczepan.

    „Dzisiaj, kiedy przeżywamy w Polsce rok duszpasterski poświęcony Eucharystii warto sobie uświadomić to, co zauważył kiedyś św. Augustyn, że żłóbek jest zapowiedzią Eucharystii. Tak jak przed dwoma tysiącami lat żłóbek zawierał pokarm dla zwierząt, tak Jezus rodzi się w żłóbku, by stać się pokarmem dla nas. W Betlejem – domu chleba” – przypomina.

    Ksiądz profesor uwrażliwia także na używanie poprawnej nazwy święta – Narodzenie Pańskie – tak brzmi ona w tekstach liturgicznych i nauczaniu. Natomiast popularne określenie – Boże Narodzenie wywodzi się z pobożności ludowej, prawdopodobnie z kolędy „Bóg się rodzi”.

    Tygodnik Niedziela

    ***

    PASTERKA – GODZ. 21.30

    W DZIEŃ NARODZENIA PAŃSKIEGO

    I W DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT

    MSZE ŚWIĘTE SĄ O GODZ. 14.00


    Z ŻYCZENIAMI NA BOŻE NARODZENIE

    ROKU PAŃSKIEGO 2024

    ****

    W tamtym roku minęło dokładnie 800 lat kiedy św. Franciszek z Asyżu, po swoim pobycie w Ziemi Świętej, urzeczony i bardzo wzruszony zainscenizował betlejemski żłóbek w grocie znajdującej się w Greccio. Pragnął jak najbardziej uroczyście przeżyć narodziny Dzieciątka Jezus, aby pobudzić wszystkich do wielkiej wdzięczności i miłości, bo jak zwykł mówić: ” Miłość nie jest kochana! Jakże ludzie mogą kochać się nawzajem, jeżeli nie kochają Miłości?”

    Klasztorne Kroniki opisują, że “kazał przygotować żłób, przynieść siano i przyprowadzić na to miejsce woła i osła. Zwołują się bracia, schodzą ludzie, las rozbrzmiewa różnymi głosami, a owa błogosławiona noc rozjaśnia się licznymi i jasnymi światłami, napełnia pochwalnymi i harmonijnymi śpiewami stając się wspaniałą i odświętną. Mąż Boży stał przed żłobem przepełniony pobożnością, zalany łzami i radością. Przy żłobie odprawiana jest uroczysta Msza św., a Franciszek, diakon Chrystusowy, śpiewa świętą Ewangelię. Następnie wygłasza do stojących tam ludzi kazanie o narodzeniu się ubogiego Króla, którego, gdy chciał nazwać po imieniu, z nadmiaru czułej miłości, nazywał Dzieciątkiem z Betlejem”…

    Biedaczyna z Asyżu pragnąc jak najbardziej upodobnić się do Jezusa, któremu Ojciec niebieski wybrał drogę przyjścia na ten świat jako słabe, bezradne Niemowlę skrajnie ubogie, pozostawił nam wspaniały, cudowny dar żłóbka betlejemskiego. Sam przeżywał rozmaite trudności, które pochodziły nawet od najbliższych. Jednak nie załamał się, bo patrzył na Maleńkiego w żłobie złożonego. Ta Boża Tajemnica dała mu ogromną pociechę. Boży Syn wybrał dla siebie ubóstwo i maleńkość, słabość i bezradność. W taki właśnie sposób przyszła na ten świat Boża moc – przez ogołocenie się z wszelkiej ludzkiej potęgi, znaczenia i mocy.  

    Klika wieków później Franciszek Karpiński ujął najtrafniej jak to jest możliwe ludzkimi słowami cały ten paradoks Tajemnicy Wcielenia wyśpiewując w kolędzie:

    “Bóg się rodzi, moc truchleje.

     Pan niebiosów obnażony.

     Ogień krzepnie, blask ciemnieje,

     Ma granice Nieskończony.

     Wzgardzony, okryty chwałą,

     Śmiertelny Król nad wiekami.

     A Słowo ciałem się stało

     I zamieszkało między nami”.

    Wdzięczni za dar odkrycia Bożego żłóbka prosimy Cię św. Franciszku, abyś nam wyprosił w to Boże Narodzenie Roku Pańskiego 2024 u Bożej Dzieciny moc wiary, niezachwianą nadzieję i żar miłości, bo żyjemy w czasie i w przestrzeni coraz bardziej zaczadzonej duchem diabelskiego zbałamucenia.

    Jesteśmy pełni wdzięczności także św. Janowi Pawłowi II, który wprowadził ten cudowny zwyczaj stawiania każdego roku szopki z Betlejemu na placu św. Piotra wraz z ogromną choinką przypominającą, że to na drzewie rajskim diabeł zwiódł ludzki ród w osobie Adama i Ewy i to również na drzewie krzyża dokonało się zbawienie.

    W styczniu 1983 roku w Sali Klementyńskiej tak tłumaczył polskiej młodzieży znaczenie choinki:

    “Co znaczy to drzewko? (…). Ja osobiście myślę, że to drzewko jest symbolem drzewa życia, tego, o którym mowa jest w Księdze Rodzaju, i tego, które z Chrystusem razem zostało na nowo zasadzone w glebie ludzkości. Niegdyś człowiek został od tego drzewa życia odcięty przez grzech. Z chwilą kiedy Chrystus przyszedł na świat, to drzewo życia w Nim, przez Niego zostaje zasadzone na nowo w glebie życia ludzkości i rośnie razem z Nim, i dojrzewa do krzyża. Istnieje związek między drzewkiem wigilijnym Bożego Narodzenia a drzewem krzyża Wielkiego Piątku. Tajemnica paschalna… Piękna to tradycja i wymowna, tym bardziej że te drzewka świecą. Symbolizują życie i światło. Chrystus jest życiem i światłem.

    Muszę Wam powiedzieć, że ja osobiście, chociaż mam już wiele lat, nigdy nie mogę się doczekać, kiedy przyjdzie Boże Narodzenie i kiedy mi to drzewko postawią w mieszkaniu. Jest w tym wszystkim głęboka wymowa, która jednoczy nas bez względu na wiek: zarówno starsi, jak i małe dzieci reagują podobnie, chociaż na innym poziomie świadomości”.

    VATICAN-CHRISTMAS

    fot. Antoine Mekary/Aleteia

    ****

    To dzięki Tobie św. Janie Pawle co roku na placu św. Piotra choinka rozbłyskuje światełkami. I tak jak Ty, któryś tęsknił za swoją Ojczyzną często bolejącą kiedy nie tylko zewnętrzny wróg, ale swoi zadawali Jej rany i któryś świętował Boże Narodzenie według naszego prastarego zwyczaju, tak również i my porozrzucani w różnych miejscach świata, znowu jesteśmy zatrwożeni o losy naszej polskiej ziemi. Dlatego prosimy o Twoje wstawiennictwo u Tej, która dała największy dar Boga dla ludzkości – Chrystusa – prawdziwe “drzewo życia”.

    Zielona jodła zawsze jest zielona, w zimowej aurze również – dlatego jest znakiem życia, które nie umiera. W jej przestrzeni składamy bożonarodzeniowe życzenia, nie tyle poprzez prezenty, co poprzez dawanie coraz bardziej siebie samych. A sprawia to BOŻA MOC dotykając delikatnie naszych poranionych serc.

    ks. Marian


    Co to znaczy, że Jezus urodził się w „pełni czasu”? Zaszło wtedy kilka szczególnych okoliczności

    Czym była pełnia czasu, w której urodził się Jezus?

    Romolo Tavani / Shutterstock

    ***

    Jezus urodził się w szczególnym momencie. W świecie grecko-rzymskim dość powszechne było wtedy oczekiwanie, że stanie się COŚ ważnego.

    „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem” – czytamy w liście św. Pawła do Galatów. Czym była ta „pełnia czasu”?

    Wielka Zmiana

    Tuż przed przyjściem na świat Jezusa dość wyraźnie zaznaczało się w świecie grecko-rzymskim oczekiwanie na jakąś – na ogół raczej niesprecyzowaną – Wielką Zmianę. Chodzi tu nie tylko o Żydów, którzy czekali na Mesjasza. Historycy Tacyt i Swetoniusz zanotowali, że dość powszechnie oczekiwano, że z Judei wyjdzie nowy władca świata. Zapewne właśnie z tego powodu trzej mędrcy tak uważnie wpatrywali się w niebo, uznali za ważne pojawienie się niezwykłej gwiazdy jako ważny znak i wyruszyli w drogę.

    Poza tym w świecie śródziemnomorskim nastąpił wtedy wyjątkowy splot okoliczności – duchowych, politycznych, kulturowych i społecznych – który ułatwił szybkie rozprzestrzenienie się Ewangelii. Jak napisał Joseph Ratzinger w książce Jezus z Nazaretu, „Historia świata w tym momencie, na mocy Bożej Opatrzności, została przygotowana na przyjęcie Boga, który wszedł w nią jako człowiek”.

    Jak się przejawiła pełnia czasu?

    Oto okoliczności, które wymienia kard. Ratzinger:

    1. PAX ROMANA

    Imperium rzymskie zapewniało relatywny pokój i stabilność na dużym obszarze, co sprzyjało podróżom i komunikacji, ułatwiając późniejsze szerzenie chrześcijaństwa.

    2. ROZWINIĘTA INFRASTRUKTURA

    Rzymskie drogi i rozwinięty jak nigdy wcześniej system transportu pozwalały na łatwiejsze przemieszczanie się ludzi i idei.

    3. JĘZYK GRECKI

    Dzięki wcześniejszym podbojom Aleksandra Wielkiego język grecki był powszechnie używany jako lingua franca, co ułatwiło komunikację i głoszenie Ewangelii.

    4. OCZEKIWANIE NA MESJASZA

    W świecie żydowskim panowało silne oczekiwanie na przyjście Mesjasza, co wynikało z proroctw starotestamentalnych i dość trudnych warunków życia pod panowaniem Rzymian.

    Konwersje pogan na judaizm

    Poza tym w czasach poprzedzających narodzenie Jezusa miało miejsce ciekawe zjawisko dość licznych konwersji na judaizm ludzi wychowanych w tradycji grecko-rzymskiej. Wspominają o tym m.in. Filon z Aleksandrii, Józef Flawiusz i Tacyt. Także w Nowym Testamencie i Talmudzie, choć zostały one spisane później, możemy znaleźć pośrednie świadectwa na ten temat.

    Z czego wynikało to zainteresowanie pogan judaizmem? Żydzi byli wtedy rozproszeni po całym świecie śródziemnomorskim. W miastach, takich jak Aleksandria, Rzym czy Antiochia, funkcjonowały liczne społeczności żydowskie, które w naturalny sposób budziły zainteresowanie otoczenia. Żydzi prowadzili też działalność misyjną, która niekiedy przynosiła owoce. Poza tym synagogi funkcjonowały nie tylko jako miejsca kultu, ale również jako ośrodki edukacyjne. Przyciągały one ludzi „bojących się Boga” (gr. theosebeis).

    Ale to nie wszystko. W świecie grecko-rzymskim wiele osób niezależnie od siebie zaczęło dochodzić do wniosku, że istnieje jeden Bóg. Zniechęcały ich niemoralne i bezsensowne pogańskie rytuały, a pociągała koncepcja Boga bliskiego człowiekowi. A ponieważ jedyny znany wówczas monoteizm to był judaizm, niekiedy zwracali się oni ku religii żydowskiej. Dla wielu pociągający był także jasny i zdecydowany żydowski kodeks moralny i rygorystyczne podejście do wartości rodziny i sprawiedliwości. Nawet jeśli nie wszyscy przechodzili w pełni na judaizm (spora barierą była konieczność obrzezania się i wypełniania rygorystycznych przepisów), pozostawali w kręgu w kręgu jego oddziaływania. Echa tego zjawiska możemy znaleźć w Dziejach Apostolskich, które kilka razy wspominają o poganach nawróconych na judaizm, określanych mianem „prozelitów” lub „bojących się Boga”.

    Popularność judaizmu bardzo ułatwiła później rozprzestrzenianie się chrześcijaństwa.

    Czas i wieczność

    To wszystko nie było oczywiście dziełem przypadku. To nie okoliczności dziejowe “stworzyły” chrześcijaństwo. Było odwrotnie – Bóg, który jest Panem historii, tak poprowadził wydarzenia, żeby ludzie mogli Go poznać i pokochać.

    Jak pisze Joseph Ratzinger, czas osiągnął pełnię, ponieważ Syn Boży wkroczył w ludzką historię, przekształcając ją od wewnątrz. „Pełnia czasu to moment, w którym wieczność przenika czas” – podsumował. W Chrystusie czas staje się miejscem zbawienia, a historia – nośnikiem Bożej łaski.

     Joanna Operacz/Aleteia.pl


    „Bóg się rodzi” – królowa polskich kolęd

    SampleGerard van Honthorst; fot. Wikipedia

    ***

    „Bóg się rodzi, moc truchleje”: tę kolędę śpiewamy bodajże najczęściej w okresie Bożego Narodzenia. Najczęściej nie wiemy jednak o jej pochodzeniu.

    Autorem słów kolędy jest Franciszek Karpiński (1741 – 1825), znakomicie wykształcony poeta, absolwent Uniwersytetu we Lwowie, doktor filozofii, autor sielanek, w tym słynnej „Laury i Filona”, elegii, wierszy miłosnych, patriotycznych i religijnych. Napisał także autobiografię, wydał duży zbiór listów i pamiętniki.

    Poeta odnotował w nich m.in. spotkanie z księżną Izabelą Lubomirską z Czartoryskich (1736 – 1816), którą poznał w Wiedniu w 1770 roku. Przyjmowano ją na najsławniejszych dworach Europy, aktywnie działała w polityce krajowej i międzynarodowej. Nie tylko otaczała troską swoich poddanych, ale była też mecenasem wielu artystów. Posiadała olbrzymią kolekcję dzieł sztuki i zbiorów muzycznych na zamku w Łańcucie. Z powodu błękitnych sukni, które często nosiła, nazywano ją Błękitną Markizą.

    To na jej prośbę po powrocie do Polski Karpiński napisał swój najsłynniejszy tekst „Pieśń o Narodzeniu Pańskim”, znany powszechnie jako kolęda „Bóg się rodzi”. W 1792 roku po raz pierwszy zaśpiewano ją w starym kościele farnym w Białymstoku. W tym samym roku została wydana wraz z innymi tekstami w zbiorze „Pieśni nabożnych”. Większość z nich, jak inna kolęda „Bracia patrzcie jeno”, pieśni: „Kiedy ranne wstają zorze”, „Wszystkie nasze dzienne sprawy”, „Zróbcie mu miejsce” czy „Nie zna śmierci Pan żywota” jest do dziś śpiewania.

    Niezwykłą popularność kolęda „Bóg się rodzi” zawdzięcza nie tylko faktowi, że jest to prawdziwe arcydzieło literackie i teologiczne, ale że wyrosła ona z potrzeby podniesienia narodu na duchu. Kolęda rodziła się w trudnym dla Polski czasie. Było już po pierwszym rozbiorze, tuż przed drugim, i nic nie wskazywało na to, że sytuacja się poprawi. Po trzecim rozbiorze, który nastąpił w 1795 roku, utwór zyskał zupełnie nowy wymiar. Nie tylko był kolędą śpiewaną jako pierwsza w czasie pasterki, lecz stał się również elementem tożsamości narodowej. Śpiewano ją wszędzie i śpiewali ją wszyscy.

    Franciszek Karpiński na wieść o podpisaniu trzeciego rozbioru osiwiał przez jedną noc. Wyjechał na zawsze z Warszawy, zamieszkał na Białostocczyźnie. Zajął się pracą fizyczną i nigdy już nie napisał żadnego utworu. Stwierdził, że nie ma dla kogo. Sens odnajdywał tylko w pracy dla prostego ludu. Był wśród niego poważany i kochany. Jego pieśni znali wszyscy, wszak śpiewano je w każdym kościele. Poeta na zawsze pozostał wśród prostych ludzi, a jego grób ma kształt wiejskiej chaty.

    Uznawana za najpiękniejszy z polskich utworów bożonarodzeniowych kolęda „Bóg się rodzi” w różnych okresach historycznych pełniła nawet funkcję nieformalnego hymnu państwowego. Cechy utworu ogólnonarodowego nadała jej przede wszystkim ostatnia piąta zwrotka, a zwłaszcza słowa: „Podnieś rękę, Boże Dziecię/ błogosław ojczyznę miłą/ w dobrych radach, w dobrym bycie/ wspieraj jej siłę swą siłą”. W okresie zaborów cenzorzy kazali zastąpić słowo „ojczyzna” słowem „kraina”.

    Śpiewano ją do różnych melodii, największą jednak popularność zyskał polonez, który skomponował prawdopodobnie Karol Krupiński. Inne źródła wskazują, że jest to polonez koronacyjny królów polskich z XVI wieku.

    Kolęda „Bóg się rodzi” dodawała otuchy Polakom w czasach zaborów, ale też w późniejszych trudnych okresach naszej historii. Podczas II wojny światowej śpiewano ją zamiast „Mazurka Dąbrowskiego”, surowo zakazanego przez Niemców. W okresie okupacji czy też w stanie wojennym spontanicznie dopisywano do niej kolejne zwrotki.

    W bardzo wielu wersjach i aranżacjach kolędę wykonywały również bardzo znane gwiazdy polskiej estrady. Ze względu na niezwykłą popularność, prostotę, ale i artyzm, „Bóg się rodzi” nazywana jest „królową polskich kolęd”. Na pewno zabrzmi w te Święta w wielu domach, a „Boże Dziecię” pobłogosławi „dom nasz i majętność całą, i wszystkie wioski z miastami”.

    e-Kai


    Zobaczyć Boże Narodzenie. Dogmatyk o tym, co widzimy, kontemplując stajenkę

    Czego można dowiedzieć się o Bogu i o człowieku, kontemplując betlejemską stajenkę?

    W bożonarodzeniowej szopce ukazuje się prawda wyrażająca się w stwierdzeniu: „Bogu i człowiekowi dobrze jest być razem!”.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Tym, co wewnętrznie poruszało św. Franciszka do zaaranżowania pierwszego w historii przedstawienia opowieści o Bożym Narodzeniu, było ogromne pragnienie zobaczenia tego wydarzenia. Biedaczyna traktował Ewangelię bardzo serio. Motywowała nie tylko jego postępowanie, ale także wyobraźnię. Dlatego tak bardzo pragnął widzieć wydarzenia ewangeliczne i dlatego doprowadził do zainscenizowania betlejemskiej tajemnicy – dla siebie i dla mieszkańców Greccio. My również staliśmy się szczęśliwymi beneficjentami tego swoistego przedstawienia. Jego zadomowienie się w Kościele i wejście na stałe w sposób przeżywania pamiątki przyjścia na świat Syna Bożego pokazuje, że pragnienie Franciszka jest też pragnieniem każdego człowieka wierzącego.

    Święto wiary

    Boże Narodzenie jest świętem wiary, która chce widzieć. Nie ma nic złego w pragnieniu zobaczenia świętych wydarzeń, świadczących o walce Boga o nasze ocalenie. Nie powinniśmy bać się tego pragnienia, które odkrywamy w naszym umyśle i sercu. Ono nie kłóci się z wiarą. Biblia nieraz opisuje ogromne pragnienie zobaczenia Boga, ujrzenia Jego działania w świecie, Jego wyciągniętej prawicy. Od starotestamentalnego pragnienia ujrzenia oblicza Bożego, które przenika pokorną, ale i odważną, a momentami nawet zuchwałą modlitwę psalmisty, przez ciekawość apostołów, aż do Janowego: „zobaczymy Go i staniemy się do Niego podobni” (1 J 3,2). Interpretując życie Mojżesza, autor Listu do Hebrajczyków stwierdza, że w obliczu wielu doświadczeń wiary „wytrwał, jakby [na oczy] widział Niewidzialnego” (11,27). Przykłady można by mnożyć długo, także wśród świętych, Franciszek nie był jedynym, który chciał widzieć. Św. Teresa Wielka od dzieciństwa powtarzała: „chcę widzieć Boga”. Teresa z Lisieux codziennie wpatrywała się w ulubiony obrazek świętego oblicza Jezusa. Karol de Foucauld każdego dnia przez godziny adorował Najświętszy Sakrament, a brat Roger z Taizé kontemplował ikonę Narodzenia Pańskiego. Bo wiara nigdy nie rezygnuje z pragnienia ujrzenia Boga i Jego miłości do nas wyrażonej w konkretnych wydarzeniach historycznych. To pragnienie jest dla niej istotne i sprawia, że nasz ludzki duch nigdy nie rezygnuje z przeżycia przygody z Bogiem, która nigdy nie staje się nudna i mało interesująca. Bardzo potrzebujemy dziś podtrzymania naszej wiary, pragnącej, spodziewającej się zobaczyć – wcześniej czy później, w taki czy winny sposób. Bo chociaż nie widzimy jeszcze twarzą w twarz, to wiara pozwala nam ujrzeć już coś istotnego niejako w zwierciadle. Takim zwierciadłem jest Pismo Święte, głoszenie słowa, wspólnota, nasze doświadczenie duchowe, spotkanie drugiego człowieka, ale przede wszystkim liturgia. Liturgiczne celebracje świąt pozwalają nam zobaczyć już teraz i tutaj istotne fragmenty tego, co kiedyś zobaczymy doskonale, bez żadnej zasłony. Dotyczy szczególnie świąt Bożego Narodzenia, które oferują nam wiele do zobaczenia. Ucieszmy się naszą wiarą i życzmy jej sobie nawzajem, składając świąteczne życzenia. Być może trzeba w tym roku powiedzieć otwarcie: życzę Ci wiary, bo ona jest najważniejsza – ona otwiera oczy.

    Co widać w stajence?

    Bożonarodzeniowe szopki pomagają dostrzec kilka prawd o Bogu i o nas. Każda z nich jest przełomowa.

    Przede wszystkim widzimy małe dziecko, o którym nasza wiara mówi, iż jest ono „Bogiem z Boga, światłością ze światłości”, który „dla nas i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i stał się człowiekiem”. Ta sama wiara posługuje się też inną formułą: to „owinięte w pieluszki i złożone w żłobie” niemowlę jest wcielonym Synem Bożym, który nie przestając być Bogiem, stał się jednym z nas. Stał się nieodwołalną jednością Boga i człowieka.

    Jeśli Syn Boży stał się człowiekiem, nie przestając być Bogiem, to znaczy, że jest naprawdę wszechmocny, a jednocześnie bardzo pokorny. W swoim człowieczeństwie dotyka ziemi, zamieszkuje między nami. Jego miłość nie zna przemocy, chociaż dobrowolnie ją przyjmuje, aby położyć jej kres w samym sobie. Pokorna wszechmoc – bez niej nie można zrozumieć, co znaczy, że Bóg jest miłością. Betlejemska grota uczy nas boskiego stylu życia, wskazując w naszym pogrążonym w wojnach i konfliktach świecie, że prawdziwa wszechmoc wyrzeka się przemocy i jest pokorna.

    W szopce widzimy również człowieka. Jaki on jest? Przede wszystkim przyjęty, zaakceptowany, ukochany, usprawiedliwiony w swojej maleńkości, postawiony razem z Bogiem w samym centrum wydarzeń. Ostatecznie dowartościowany. Wreszcie ukochany. W Boże Narodzenie możemy zobaczyć nasze życie, nasze przeznaczenie w nowym świetle: przygoda z Bogiem staje się tutaj istotą naszego bycia człowiekiem. Syn Boży, stając się człowiekiem, ukazuje nam prawdziwe horyzonty ludzkich możliwości. Bo On uczy nas człowieczeństwa. I zaprasza do „udziału w boskiej naturze”.

    W bożonarodzeniowej szopce ukazuje się jeszcze jedna prawda, którą pięknie wyraził ks. Jerzy Szymik w prostym i genialnym stwierdzeniu: „Bogu i człowiekowi dobrze jest być razem!”. Wcale się nie dziwię, że św. Franciszek musiał na własne oczy zobaczyć ów bosko-ludzki dobrostan.

    Fragment naszej codzienności

    Szopki są nie tylko ilustracją tego, co się wydarzyło w Betlejem i co zostało zapisane dla naszego pouczenia oraz naszej radości w Piśmie Świętym, i nieustannie spełnia się na ołtarzu. One są także naszą odpowiedzią na te wydarzenia. Jeśli Boże Narodzenie przekonuje nas i przypomina o tym, że Bóg się zbliżył, że zamieszkał między nami jako jeden z nas, że się wcielił, to szopki, które budujemy w kościołach czy ustawiamy w naszych domach, są naszą odpowiedzią na to Wcielenie. O co chodzi w tej odpowiedzi?

    Szopki rzadko naśladują realia czasów, w których przyszedł na świat i żył Jezus; zazwyczaj nawiązują do czasu i miejsca, w których powstają. W ten sposób łatwiej nam zrozumieć, że Syn Boży stał się człowiekiem dla nas, żyjących w konkretnym czasie i miejscu. Kiedy przedstawiamy sobie Jezusa jako jednego z nas, kiedy „pozwalamy” Mu wcielić się tu i teraz, w nasze realia, ambicje i sposoby życia, wtedy odpowiadamy na Jego Wcielenie, przyjmując Go do siebie. Ojcowie Soboru Watykańskiego II w tajemniczym tekście stwierdzają, iż Chrystus „zjednoczył się jakoś przez swoje Wcielenie z każdym człowiekiem” (Gaudium et spes, 22). Człowieczeństwo Boga nie jest złudą, przebraniem. Ono jest konkretne tak jak moje. Pan stał się człowiekiem dla mnie i dla każdego z nas, Wcielenie nie ogranicza się do Betlejem, chociaż ono jest jego epicentrum. Ten, którego scenę narodzenia chciał sobie wyobrazić i przedstawić św. Franciszek, przychodzi do nas także tu i teraz. Tajemnica Betlejem nie jest ograniczona w czasie i przestrzeni. Ona jest dla wszystkich i na zawsze. Biedaczyna z Asyżu chce nam powiedzieć, abyśmy szukali Jezusa blisko, w swoim życiu, w codzienności. Abyśmy pozwolili Mu zamieszkać między nami, stać się dzisiaj jednym z nas. Po to, aby nas wewnętrznie przemienił. Jego pragnienie widzenia nie jest pragnieniem ucieczki przed rzeczywistością, przed codziennością, ale poszukiwaniem Boga właśnie w nich. Dopóki będziemy chrześcijanami zafascynowanymi jedynie przeszłością, dopóki dobrowolnie i świadomie nie pozwolimy wcielić się Bogu w naszą osobistą i wspólnotową historię dzisiaj, tu i teraz, dopóki nie przemyślimy naszej nowoczesności w świetle Jego nauki, pozostaniemy jedynie muzealnikami, jak przypomina papież Franciszek, albo, jak stwierdza ks. Blachnicki, mało zaangażowanymi sympatykami. A wiara „sympatyzująca” pozostaje zalękniona, niepewna, pozbawiona misjonarskiego dynamizmu.

    Jeśli szopka wyraża naszą wiarę we Wcielenie i jest na nie odpowiedzią, to stawia ona przed nami konkretne zadanie. To, że Chrystus zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem, powinno stać się programem naszego życia. Dzisiaj zagrażają nam jak nigdy dotąd indywidualizm i obojętność. Bez solidarności nie można być ani prawdziwym chrześcijaninem, ani prawdziwym człowiekiem. Św. Franciszek w swojej stajence zobaczył również owego trędowatego, którego niegdyś się bał i którego unikał, a w którym pewnego dnia zobaczył i uczcił pocałunkiem Chrystusa. Kogo w tym roku w mojej parafialnej szopce objawia mi mały i mocny Książę Pokoju?

    Oczy wiary – oczy miłości

    Powtórzmy: Boże Narodzenie jest świętem wiary, która chce widzieć. W duchowości i teologii mówi się często o oczach wiary i oczach miłości. Jako chrześcijanie jesteśmy przekonani, że wiara i miłość pozwalają nam widzieć więcej. Oczy wiary są oczami miłości. Wiara uczy nas patrzeć na Boga, świat, innych i siebie w zupełnie nowy sposób, z miłością. W dzień swoich narodzin Jezus popatrzył właśnie tak na świat. Swoimi ludzkimi oczami spojrzał na nas z miłością. Potem wielokrotnie patrzył na ludzi tymi samymi oczami miłości. To spojrzenie wyzwala w nas nadzieję, jak w celniku Mateuszu. Ale również wzywa, aby spojrzeć z miłością na Tego, który pierwszy na nas spojrzał z wielką miłością.

    Boże Narodzenie to czas wymiany spojrzeń. Franciszek potrzebował szopki, żeby przeżyć tę wymianę realnie, nie tylko w wyobraźni. Nie przegapmy tych świąt jako okazji do prostego spojrzenia w oczy samemu Bogu. I chociaż to spojrzenie dziś jeszcze potrzebuje stajenki, to może wiele w naszym życiu zmienić. W Boże Narodzenie nie zmarnujmy też okazji do tego, aby spojrzeć w oczy drugiemu człowiekowi, może zwłaszcza takiemu, którego nie chcemy widzieć. W swoim liście na nowe tysiąclecie (Novo millennio ineunte) Jan Paweł II wskazał, że podstawowym zadaniem współczesnych chrześcijan jest patrzeć na Jezusa. Warto mieć Jego wizerunek zawsze ze sobą. Warto położyć figurkę Boskiego Dzieciątka na swoim biurku. I patrzeć na Nie często – z wiarą i miłością. Ostatecznie bowiem stajemy się tym, na co patrzymy.

    ks. Robert J. Woźniak / Gość Niedzielny


    Przyszłość świata nie zależy od polityków, ale ludzi, którzy niosą nadzieję

    Przyszłość świata nie zależy od polityków, strategów, generałów i potentatów finansowych, ale ludzi, którzy niosą innym nadzieję – powiedział metropolita warszawski abp Adrian Galbas SAC w czasie pasterki. Nikogo w Kościele, rodzinie, ojczyźnie nie skreślajmy, ale podnośmy w górę – zaapelował.

    fot. unsplash
    ***

    W uroczystość Narodzenia Pańskiego metropolita warszawski przewodniczył mszy św. o północy w kościele pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła na stołecznym Ursynowie.

    W homilii abp Galbas SAC (pallotyn) podkreślił, że Bóg w osobie Jezusa Chrystusa przychodzi do każdego człowieka bez wyjątku – “nikogo nie skreśla”.

    “Chrystus Pan przychodzi do świętych i do świątobliwych, do pobożnych i do porządnych, do modlących się i do uczęszczających, do tych, co są blisko i bardzo blisko. Ale przychodzi też do tych, co są znacznie dalej. Do niewierzących i niedowierzających, do rozwiedzionych, co się na nowo związali i do rodziców, co mają dzieci z in vitro, do par spod jednego dachu, do alkoholików anonimowych i jawnych i do umęczonych szwindlami; do tych, co zdradzili i do tych, co zawiedli” – powiedział metropolita warszawski.

    Zastrzegł, że fakt, iż Jezus nikogo nie skreśla, nie oznacza, że aprobuje ludzki grzech.

    “Nie mówi każdemu, że żyje dobrze. Nie przyklepuje i nie aprobuje ludzkiego grzechu, ale też nikogo nie skreśla. Czeka, aż każdy Go w końcu zauważy i przyjmie” – powiedział hierarcha. I dodał, że niektórzy szczerze ucieszą się Bogiem dopiero na progu śmierci.

    “On czeka, bo jest Bogiem łaski i wielkiego miłosierdzia, a Jego miłość jest cierpliwa” – zaznaczył abp Galbas. Przypomniał słowa Chrystusa, który – jak czytamy w Ewangelii – mówił, że “przyszedłem szukać i ocalić to, co zginęło”, bo “nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, co się źle mają”.

    Metropolita warszawski podkreślił, że przyszłość świata zależy od tych, którzy będą w stanie przekazać przyszłym pokoleniom nadzieję.

    “Przyszłość świata nie zależy przede wszystkim od polityków, strategów, generałów i potentatów finansowych. Zależy przede wszystkim od +nadziejodajnych+” – oświadczył abp Galbas. “Zacznijmy więc od tego, że nikogo nie skreślimy w ojczyźnie. A zwłaszcza nie skreślimy definitywnie” – zaapelował.

    Zwrócił uwagę, że w Polsce “nie ma wspólnoty ponad różnicami i jedności ponad podziałami”, choć “z jednej i drugiej strony są przecież chrześcijanie”.

    Zaapelował, aby nikogo nie skreślać, ale “podnosić w górę”, wzbudzać w innych nadzieję.

    “Nie skreślajmy nikogo w Kościele. Niech każdy praktykuje swoją katolicką wiarę tak, jak ma na to ochotę i jak podpowiada mu to Duch Święty. (…) Nie skreślajmy nikogo w naszych rodzinach. To co, że twój syn nie myśli tak jak ty! Jest twoim synem, a nie twoim klonem. To co, że twoja córka wybrała inaczej niż ty. Jest twoją córką, a nie tobą” – powiedział abp Galbas.

    Zwrócił uwagę, że cała Ewangelia jest przesłaniem nadziei. “Nadzieja to wiara, że jeszcze mogę przeżyć miłość” – wyjaśnił.

    “Ostatecznie to świadczy za lub przeciw człowiekowi, czy dostrzega obok siebie innych i czy inni wokół niego podnoszą się, czy upadają” – powiedział abp Galbas cytując Ryszarda Kapuścińskiego.

    Tygodnik Niedziela


    „Ciesz się człowieku, że jesteś taki ważny dla Boga!”

    “Ciesz się dziś człowieku z czegoś nieskończenie większego niż prezenty i smakołyki. Bądź świadomy obecności Chrystusa pośród codziennego życia” – mówił abp Adrian Galbas SAC podczas Mszy św. sprawowanej w archikatedrze warszawskiej w uroczystość Bożego Narodzenia.

    fot. Episkopat News/Flickr.com

    ***

    Pozdrawiając wiernych zgromadzonych w stołecznej archikatedrze, abp Adrian Galbas przypomniał, że „Kościół głosi dziś ze szczególnym zapałem i emocją wesołą i miłą nowinę, która streszcza się w słowach Anioła do pasterzy”, zasłyszanych w nocy: „Oto zwiastuję wam radość wielką. Dziś w mieście Dawida narodził się Zbawiciel, którym jest Mesjasz Pan”.

    Kościół w te kolejne święta, która nam się w życiu zdarzyły, mówi: „Ciesz się chrześcijaninie! Ciesz się każdy człowieku! Wesel się jak małe dziecko! Ale nie tylko z prezentów i smakołyków. Ciesz się z czegoś nieskończenie większego – że jesteś kochany przez Boga, odkupiony przez Boga; że Bóg cię zbawił, że przyszedł na świat dla ciebie! On narodził się w konkretnym Betlejem, w konkretnym czasie, żeby udowodnić ci, że to jest Bóg konkretny, a nie jakaś mgławica, albo ideologia; że jest konkretnie przy tobie, by dać ci Niebo. Ciesz się człowieku, że jesteś taki ważny dla Boga! – mówił abp Galbas.

    Tłumaczył dalej, że wypowiadany tego dnia w czytaniach z Ewangelii według św. Jana fragment: „A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami” (J1,14) zawiera termin „słowo” rozumiany też jako „namiot”. Ów namiot był dla koczowniczych ludów biblijnych miejscem ich zamieszkania, ale miejscem zawsze otwartym, w którym z łatwością można spotkań jego gospodarza. Dlatego Bóg, który w Jezusie Chrystusie rozbija wśród nas swój namiot, też towarzyszy nam w naszej wędrówce. Jest z nami cały czas. Bywa, że my nie jesteśmy z nim, ale On jest z nami zawsze, w każdym naszym doświadczeniu. Towarzyszy nam w blasku i cieniach, radości i smutku, gdy jest nam pod górkę i z górki. Często nie dostrzegamy Jego dobroczynnej, miłosiernej obecności – tłumaczył metropolita warszawski.

    Bracia i siostry, bądźmy świadomi obecności Chrystusa pośród codziennego życia. Jeśli wśród naszych namiotów dostrzeżemy Jego namiot, jeśli On będzie zawsze w zasięgu naszego wzroku, naszego słuchu i naszej pamięci, to na pewno nic złego z nami się nie stanie – podkreślił abp Adrian Galbas. Łatwiej uda nam się wtedy rozróżnić to, co w naszym życiu fundamentalne od tego, co drugorzędne – dodał.

    KAI, pa/Stacja7


    Papież Franciszek otworzył Drzwi Święte Bazyliki św. Piotra

    Pope Francis opens the Holy Door of St Peter's Basilica in the Vatican to mark the start of the Catholic Jubilee Year, on December 24, 2024

    fot. Alberto Pizzoli /AFP

    ***

    Zamurowane od 2016 roku drzwi na nowo otwarte na Rok Jubileuszowy – oto ten wyjątkowy moment:

    24 grudnia 2024 roku, jako prolog do Mszy wigilijnej w Bazylice Świętego Piotra, Papież Franciszek dokonał obrzędu otwarcia Drzwi Świętych. Tym samym oficjalnie zainaugurował Rok Jubileuszowy 2025, który potrwa do 6 stycznia 2026 roku. Można spodziewać się, że przyciągnie on do Rzymu ponad 30 milionów pielgrzymów.

    Pope Francis (C) opens the Holy Door of St Peter's Basilica, during a special ceremony to mark the launch of the Jubilee 2025

    Photo by Remo Casilli / POOL / AFP

    ***

    Była godzina 19:17, kiedy Papież Franciszek – pozostając na wózku inwalidzkim – symbolicznie zapukał w Drzwi Święte. Papież dokonał uroczystego otwarcia drzwi, które były zamknięte od 20 listopada 2016 roku, czyli od końca Jubileuszu Miłosierdzia. Następnie, w głębokiej ciszy, został przewieziony na wózku do bazyliki, a wtedy rozbrzmiały dzwony i hymn Jubileuszu 2025, zatytułowany „Pielgrzymi Nadziei”.

    Przesłanie Papieża Franciszka

    „Przekroczmy próg tej świętej świątyni i wejdźmy w czas miłosierdzia i przebaczenia, aby każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie ukazała się droga nadziei, która nie zawodzi” – powiedział Papież podczas modlitwy liturgicznej, inaugurującej uroczystość.

    Pope Francis presides over the Christmas Eve mass at St Peter's Basilica in the Vatican on December 24, 2024.

    fot. Antoine Mekary | Aleteia

    ***

    Liturgia Słowa i powszechność Kościoła

    Obrzęd otwarcia poprzedziła Liturgia Słowa, podczas której odczytano fragmenty Starego Testamentu w kilku językach: włoskim, angielskim, francuskim i hiszpańskim. Ewangelia została odczytana po łacinie. Rozpoczęcie uroczystości miało miejsce w atrium bazyliki, a tysiące wiernych zgromadzonych na Placu Świętego Piotra śledziło przebieg wydarzenia na gigantycznych ekranach.

    Na znak powszechności ludu Bożego, Drzwi Święte jako pierwsi przekroczyli wierni z różnych stanów życia. Było to 54 osoby, w tym dzieci i osoby niepełnosprawne, ubrani w tradycyjne stroje swoich krajów: Argentyny, Australii, Austrii, Brazylii, Kanady, Chin, Konga, Korei Południowej, Egiptu, Erytrei, Filipin, Francji, Indii, Iranu, Włoch, Malty, Meksyku, Nigerii, Papui Nowej Gwinei, Samoa, Słowacji, Stanów Zjednoczonych, Tanzanii, Togo, Tonga, Wenezueli i Wietnamu.

    Udział hierarchów i przedstawicieli społeczeństwa

    Po wiernych Drzwi Święte przekroczyli kardynałowie i prałaci, w tym także czterech „braterskich delegatów” reprezentujących niepojednane jeszcze wspólnoty chrześcijańskie. W uroczystości wzięli udział również przedstawiciele władz cywilnych, w tym burmistrz Rzymu Roberto Gualtieri oraz premier Włoch Giorgia Meloni. Ze względów bezpieczeństwa Drzwi Świętych nie mogą na razie przekraczać pozostali wierni zgromadzeni w bazylice.

    Pope Francis presides over the Christmas Eve mass at St Peter's Basilica in the Vatican on December 24, 2024.

    fot. Antoine Mekary | Aleteia

    ***

    Pozostałe otwarcia Drzwi Świętych

    26 grudnia Papież Franciszek otworzy drugie Drzwi Święte w więzieniu Rebibbia, na północny wschód od Rzymu. To miejsce szczególne, ponieważ w 1983 roku odwiedził je Papież Jan Paweł II, przebaczając Mehmetowi Ali Agcy, zamachowcowi, który dwa lata wcześniej usiłował go zamordować.

    Drzwi Święte w pozostałych trzech bazylikach głównych otworzą ich odpowiedni arcykapłani. 29 grudnia 2024 roku kardynał Baldassare Reina otworzy Drzwi Święte Bazyliki Świętego Jana na Lateranie, katedry diecezji rzymskiej. Następnie, 1 stycznia 2025 roku, polski kardynał Stanisław Ryłko dokona otwarcia Drzwi Świętych Bazyliki Matki Bożej Większej. Ostatnie otwarcie odbędzie się 5 stycznia 2025 roku, kiedy to kardynał James Michael Harvey otworzy Drzwi Święte Bazyliki Świętego Pawła za Murami.

    Jubileuszowe Msze inauguracyjne na świecie

    W odróżnieniu od Jubileuszu Miłosierdzia z lat 2015-2016, tym razem diecezjom na całym świecie nie zaproponowano zakładania własnych Drzwi Świętych. Jednak we wszystkich katedrach świata zostaną odprawione jubileuszowe Msze inauguracyjne, planowane na niedzielę 29 grudnia 2024 roku.

    za: imedia.news/Aleteia.pl


    7 najważniejszych informacji o Jubileuszu 2025

    Samplefot. Dmitrii Eliuseev / Unsplash

    ***

    24 grudnia rozpoczął się Rok Jubileuszowy 2025. Oto najważniejsze rzeczy, które warto wiedzieć o rozpoczynającym się Roku Świętym, którego hasłem jest: „Pielgrzymi nadziei”.

    Początek Jubileuszu – 24 grudnia wieczorem zostały otwarte w Bazylice Watykańskiej Drzwi Świętych. Zakończenie Jubileusz – 6 stycznia 2026 r. w uroczystość Objawienia Pańskiego.

    1.    Początki Jubileuszu

    Jubileusz to tradycja biblijna. Był obchodzony co 50 lat. Przypominał Izraelitom o darowanej im przez Boga wolności i godności. Do tej tradycji odwołał się sam Jezus, kiedy, rozpoczynając publiczną działalność, ogłaszał Rok Łaski od Pana. Kościół zaadaptował tradycję jubileuszy w 1300 r. Począwszy od 1475 r. są one obchodzone co 25 lat, aby każde pokolenie mogło doznać łaski Roku Świętego i uzyskać odpust zupełny.

    2.    Drzwi Święte

    Rok Święty to czas duchowej odnowy. Istotnym środkiem jest tu odbycie pielgrzymki, przejście przez Drzwi Święte, symbolizujące Jezusa, który mówi o sobie, że jest dla nas bramą. Stąd znaczenie Rzymu. W odróżnieniu od ostatnich jubileuszy, tym razem Drzwi Święte zostaną otwarte wyłącznie w Wiecznym Mieście: w czterech bazylikach papieskich i więzieniu Rebibbia.

    3.    Spowiedź podstawą Jubileus

    Podstawowym warunkiem odpustu jest spowiedź sakramentalna. Szeroki jest zakres praktyk, dzięki którym można uzyskać odpust zupełny. Podała je Penitencjaria Stolicy Apostolskiej, a można je przeczytać na stronie Penitencjarii: https://tinyurl.com/54944p6v

    4.    Kalendarz Jubileuszu

    Stolica Apostolska przygotowała kalendarz Roku Świętego. Wyznaczono Jubileusze dla różnych kategorii wiernych: młodych, rodzin, katechetów, artystów, seminarzystów itd. Do Rzymu można przyjechać na jubileusz partykularny albo w jakimkolwiek innym terminie.

    Dla pątników przygotowano różne trasy pielgrzymkowe w samym Rzymie. Najbardziej zakorzeniona w tradycji Wiecznego Miasta jest trasa siedmiu kościołów. Liczy ona 25 km i obok 4 bazylik papieskich obejmuje również bazylikę św. Sebastiana (nad katakumbami), Świętego Krzyża i św. Wawrzyńca. Wyznaczono też trasę upamiętniającą święte kobiety: doktorów Kościoła i patronki Europy, a także trasę po kościołach 27 krajów Unii Europejskiej.

    5.    Jubileusz w diecezjach

    Z Jubileuszu nie są wykluczeni ci, którzy nie mogą odbyć pielgrzymki do Rzymu czy Ziemi Świętej. Mogą oni uczestniczyć w wydarzeniach organizowanych na szczeblu lokalnym i nawiedzać święte miejsca wyznaczone przez swego biskupa.

    6.    Portal Jubileuszu po polsku

    Stolica Apostolska uruchomiła portal internetowy poświęcony Jubileuszowi 2025. Jest on obsługiwany również w języku polskim. https://www.iubilaeum2025.va/pl.html Można za jego pośrednictwem uzyskać kartę pielgrzyma oraz zarejestrować się na różne jubileuszowe wydarzenia.

    7.    Na bieżąco

    Bieżące informacje o Roku Świętym będą publikowane na polskiej stronie Vatican News (www.vaticannews.va/pl) i w watykańskich mediach społecznościowych jak również w Radiu Watykańskim i w miesięczniku L’Osservatore Romano. W ramach duchowego przygotowania do Jubileuszu 2025 warto sięgnąć po bullę Papieża Franciszka „Spes non confudit” ogłaszająca Jubileusz oraz Encyklikę Benedykta XVI „Spe salvi”, ponieważ tematem obecnego Jubileuszu jest nadzieja.

    Krzysztof Bronk, Vatican News pl


    Regens Penitencjarii Apostolskiej: każdy konfesjonał to drzwi święte dla duszy

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jubileusz jest czasem duchowej odnowy, nawrócenia i pojednania – mówi w wywiadzie dla Radia Watykańskiego-Vatican News bp Krzysztof Józef Nykiel, regens penitencjarii apostolskiej.

    Podkreśla, że otwierane w tych dniach kolejne Drzwi Święte są znakiem bramy zbawienia otwartej przez Chrystusa. Drzwi święte to również konfesjonał. Sakramentalna spowiedź jest podstawowym warunkiem dla otrzymania odpustu.

    Odpust uwalnia serce od ciężaru grzechu

    Bp Nykiel wyjaśnia, że „odpust jest konkretnym przejawem Bożego miłosierdzia, które przekracza granice ludzkiej sprawiedliwości i je przemienia”. O jego znaczeniu przekonujemy się poznając życie świętych. „Patrząc na ich przykład widzimy, że łaska Boża może przemienić nawet największe słabości. Daje nam to nadzieję na przebaczenie naszych grzechów i wsparcie w podążaniu drogą do świętości. Odpust pozwala uwolnić serce od ciężaru grzechu, aby można było w pełnej wolności dokonać należnego zadośćuczynienia”.

    Warunki odpustu

    Regens penitencjarii apostolskiej przypomina, że aby „uzyskać odpust zupełny podczas Jubileuszu Roku 2025, wierni muszą spełnić pewne szczególne warunki, określone przez Kościół: spowiedź sakramentalna, Komunia Eucharystyczna, wyznanie wiary, modlitwa zgodnie z intencjami papieża, dzieło (dzieła) miłosierdzia, pielgrzymka do miejsc świętych, wewnętrzne oderwanie się od grzechu, nawet grzechu powszedniego”.

    Pielgrzymować dla Chrystusa

    Odwołując się do Bulli ogłaszającej Jubileusz Zwyczajny Roku 2025, bp Nykiel zauważa, że podstawowym elementem każdego wydarzenia jubileuszowego jest pielgrzymowanie. „Pielgrzymka w istocie przypomina osobistą wędrówkę wierzącego śladami Odkupiciela i wyraża sens naszej ludzkiej egzystencji. Jest ona, jak stwierdził św. Jan Paweł II, „jak wielka pielgrzymka do domu Ojca” (Tertio millennio adveniente, 35). Pielgrzymowanie, wyruszenie w drogę, nie oznacza tylko, tak po prostu, zmiany fizycznego miejsca, ale przemianę samego siebie. (…) W tym sensie pielgrzymka, która charakteryzuje ten rok, zaczyna się przed samą podróżą, przed wyruszeniem w drogę. Innymi słowy, jej punktem wyjścia jest decyzja o jej podjęciu, decyzja dla Chrystusa. (…) Bez niej trudno będzie przeżyć doświadczenie nawrócenia, zmiany egzystencji, aby ukierunkować ją na świętość Boga”.

    Spowiedź stałym elementem pielgrzymki

    Regens Penitencjarii Apostolskiej zaznacza też, że stałym punktem pielgrzymki, rozumianej jako doświadczenie nawrócenia, jest spowiedź. W niej „uznajemy nasze grzechy i przedstawiamy je Panu, prosząc o przebaczenie”. Bp Nykiel przypomina, że „kapłan jest szafarzem, czyli sługą, a jednocześnie roztropnym zarządcą Bożego miłosierdzia. Jemu powierzona jest poważna odpowiedzialność ‘odpuszczania lub zatrzymywania grzechów’ (por. J 20, 23)”.

    Znaczenie Drzwi Świętych

    Wskazując z kolei na znaczenie przejścia przez Drzwi Święte w bazylikach papieskich w Rzymie, regens Penitencjarii Apostolskiej wyjaśnia, że są one znakiem bramy prowadzącej do zbawienia duszy, a otwartej przez Chrystusa. „Stanowią wezwanie do przemiany życia, pojednania się z Bogiem i bliźnimi. Dlatego ich przekroczenie przywołuje przejście od grzechu do łaski, do którego każdy chrześcijanin jest powołany. Jest tylko jeden dostęp, który otwiera drzwi do życia w komunii z Bogiem. Tym dostępem jest Jezus, jedyna droga zbawienia”.

    /Gość Niedzielny


    27 grudnia

    Trzeci dzień Oktawy Bożego Narodzenia

    poświęcony jest św. Janowi Apostołowi

    W liturgii obchody Bożego Narodzenia trwają osiem dni. Oktawa (łac. octavus – ósmy) jest to czas w liturgii obejmujący ważną uroczystość i siedem dni po niej następujących. Ma ona swoją wielowiekową tradycję. 27 grudnia, trzeci dzień oktawy, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi.

    Adobe Stock

    ***

    Najwcześniej w III w. powstała oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, w czasie której odbywały się nabożeństwa i katechezy dla nowo ochrzczonych dorosłych. Po przyjęciu chrztu w Noc Paschalną konieczne było wtajemniczenie (tzw. mistagogia) w pełniejsze rozumienie tajemnicy zbawienia (co działo się w oktawie). W VII wieku ukształtowała się oktawa Bożego Narodzenia, później Bożego Ciała i Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    W obrządku rzymskim odnowionym na polecenie Soboru Watykańskiego II zachowane zostały tylko dwie formalne oktawy: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia.

    Drugi dzień oktawy Bożego Narodzenia, 26 grudnia, poświęcony jest św. Szczepanowi, diakonowi i pierwszemu męczennikowi. Kult liturgiczny św. Szczepana znany jest od IV wieku. W państwie Karolingów, a następnie w innych krajach zachodnich i północnych św. Szczepan stał się patronem koni, dlatego 26 grudnia święcono owies. W niektórych parafiach zwyczaj ten nadal jest pielęgnowany.

    Trzeci dzień oktawy, 27 grudnia, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi. Jego kult liturgiczny istniał już od IV w. W dniu św. Jana święci się wino i podaje się wiernym do picia: Bibe amorem s. Joannis. To bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza. Związana jest z pewną legendą, według której św. Jan miał pobłogosławić kielich zatrutego wina. Wersje tego przekazu są różne. Jedna mówi, że to cesarz Domicjan, który wezwał apostoła do Rzymu, by tam go zgładzić, podał mu kielich zatrutego wina. Św. Jan pobłogosławił go, a kielich się rozpadł.

    Dziś ta tradycja ma inną wymowę. Głównym przesłaniem Ewangelii według św. Jana jest miłość. Dlatego, gdy podaje się owo wino, mówi się „pij miłość św. Jana”. Bo wino – sięgając do biblijnych korzeni – oznacza szczęście, radość, ale również cierpienie i miłość. Czerwony, a taki był najczęstszy jego kolor, to barwa miłości.

    Czwarty dzień oktawy, 28 grudnia, to święto Młodzianków, wprowadzone do liturgii w V wieku. Młodziankowie to dzieci z Betlejem i okolicy, które niewinnie musiały oddać życie dla Chrystusa. Historia tego wydarzenia stała się treścią obchodu liturgicznego.

    Dni następne, czyli 29, 30 i 31 grudnia, zgodnie z prawami oktawy są dalszym ciągiem obchodów Bożego Narodzenia. W tym czasie przypadają dwa wspomnienia dowolne – św. Tomasza Becketa, biskupa i męczennika (29 grudnia) i św. Sylwestra I, papieża (31 grudnia).

    Z kolei Święto Świętej Rodziny, które Kościół katolicki co roku obchodzi w pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu, w tegorocznej oktawie Bożego Narodzenia wypada 29 grudnia.

    Kult Najświętszej Rodziny szerzył się w XVII w. jako spontaniczna reakcja na demoralizujące skutki wojny trzydziestoletniej (1618-1648), które w szczególny sposób dotknęły rodzin. Kult Najświętszej Rodziny zwracał wtedy uwagę na wzór życia rodzinnego.

    Święto to zaczęto obchodzić systematycznie w różnych krajach począwszy od XVIII w., a zatwierdził je papież Leon XIII. Decyzją Benedykta XV zaczęto je obchodzić w całym Kościele. Na stałe do liturgii wprowadzono je za pontyfikatu Leona XIII, który na prośbę kard. Bausa, arcybiskupa Florencji, 20 listopada 1890 wydał dekret aprobujący “kult czci zwrócony ku Rodzinie Świętej”. Teksty liturgiczne na święto Najświętszej Rodziny ułożył Leon XIII. Jego dziełem też są przepiękne hymny kościelne, przeznaczone na ten dzień. Czytania tak są dobrane, by wyakcentować biblijne sceny, w których występuje rodzina. Teksty Pisma świętego podkreślają równocześnie obowiązki członków rodziny. W Niedzielę św. Rodziny Episkopat Polski ogłasza tradycyjnie list pasterski skoncentrowany wokół problematyki rodzinnej.

    Ostatni dzień oktawy Bożego Narodzenia wypada 1 stycznia – uroczystość Maryi Bożej Rodzicielki. Jest to także Światowy Dzień Pokoju, z okazji którego Ojciec Święty ogłasza swe orędzie pokojowe, kierowane do wszystkich ludzi dobrej woli.

    Kai/Tygodnik Niedziela


    Ponad 365 mln chrześcijan prześladowanych na całym świecie

    Papież Franciszek podczas modlitwy Anioł Pański w Watykanie nawiązując do przypadającego dziś święta św. Szczepana Pierwszego Męczennika wezwał także do modlitwy za chrześcijan prześladowanych z powodu swej wiary. „Maryjo, Królowo Męczenników, pomóż nam być odważnymi świadkami Ewangelii, dla zbawienia świata” – powiedział Ojciec Święty. Według międzywyznaniowej organizacji pomocowej Open Doors ponad 365 mln chrześcijan na całym świecie jest narażonych na wysoki poziom prześladowań i dyskryminacji ze względu na swoją wiarę – to jeden na siedmiu chrześcijan. Organizacja od ponad 30 lat opracowuje ranking 50 krajów o największych prześladowaniach chrześcijan.

    Chagall - Białe Ukrzyżowanie

    “Białe Ukrzyżowanie” – Marc Chagall/ fot. Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela

    ***

    Tylko w okresie od 1 października 2022 r. do 30 września 2023 r. zniszczono lub zamknięto 14 766 chrześcijańskich budynków, a 4998 chrześcijan zostało zabitych. Według Światowego Indeksu Prześladowań (ŚIP) 2024, liczba niezgłoszonych przypadków jest znacznie wyższa.

    Według raportu, Korea Północna po raz kolejny znalazła się na szczycie negatywnego rankingu najcięższych prześladowań, a za nią uplasowały się Somalia, Libia, Erytrea, Jemen, Nigeria, Pakistan, Sudan, Iran i Afganistan. Najbardziej zaludnione kraje świata, Indie i Chiny, zajmują odpowiednio 11. i 19. miejsce.

    Według ŚIP prześladowania nasiliły się w porównaniu z poprzednim rokiem, a dyskryminacja chrześcijan przejawia się w groźbach, wypędzeniach, a nawet zabijaniu wierzących. Prześladowcami są rządy, takie jak w Nikaragui (30. miejsce), które niszczą kościoły lub prześladują biskupów, a także grupy ekstremistyczne, które atakują wioski i miejsca kultu, tak jak to ma miejsce w Nigerii (6. miejsce). Ale klany plemienne i rodziny również prześladują krewnych, gdy ci przechodzą na wiarę chrześcijańską.

    Według organizacji, przemoc wobec chrześcijan w okresie sprawozdawczym jest szczególnie widoczna w niszczeniu lub zamykaniu chrześcijańskich instytucji, takich jak szkoły, kościoły i szpitale. Kościoły w Chinach i Indiach są najbardziej zagrożone zamknięciem lub zniszczeniem. Podczas gdy w Chinach ograniczenia i kontrola pochodzą głównie od rządu, w Indiach to “agresywne tłumy” przeprowadzają ataki na kościoły. Według raportu, co najmniej 160 chrześcijan w Indiach zostało zamordowanych przez hinduskich nacjonalistów z powodu ich wiary, w porównaniu do 17 w poprzednim roku. W samym stanie Manipur w 2023 r. zniszczono ponad 400 kościołów.

    Pod rządami komunistycznej dyktatury w Korei Północnej chrześcijanie są zmuszani do praktykowania swojej wiary w „podziemiu” i grozi im przymusowa praca, jeśli zostaną odkryci. Według szacunków Open Doors, w Korei Północnej jest około 200 000 więźniów politycznych i religijnych, z czego od 50 000 do 70 000 uważa się za uwięzionych z powodu wiary chrześcijańskiej.

    Ponadto sytuacja wierzących chrześcijan w Afryce Subsaharyjskiej nadal dramatycznie się pogarsza. Według raportu, podobnie jak w poprzednich latach, większość zabójstw chrześcijan miała miejsce w krajach na południe od Sahary, a sprawcami były głównie grupy islamistyczne. W samej Nigerii (6. miejsce w rankingu) zabito co najmniej 4118 wiernych. Jednak radykalne grupy islamskie, które wykorzystują niestabilne warunki polityczne, są szeroko rozpowszechnione na całym kontynencie afrykańskim. Działania fundamentalistycznych organizacji islamskich można zaobserwować na przykład w Burkina Faso (20. miejsce), Mali (14. miejsce), Mozambiku (39. miejsce), Nigerii (6. miejsce) i Somalii (2. miejsce).

    Na Bliskim Wschodzie fala emigracji ludności chrześcijańskiej wciąż nie ustała. Z powodu przemocy, kryzysu gospodarczego i wypędzeń, wielu chrześcijan wycofuje się z życia publicznego lub emigruje. Jako przykład podano również północnosyryjski region Afrin, gdzie tureccy żołnierze zmusili do ucieczki całą ludność chrześcijańską.

    Według ŚIP, rząd prezydenta Ortegi w Nikaragui jest również coraz bardziej wrogo nastawiony do chrześcijan i doprowadził do zamknięcia kościołów, stacji radiowych i uniwersytetów, a księża i zakonnice zostali wydaleni z kraju. W sumie – od maja 2018 do lipca 2024 – doszło do 870 udokumentowanych ataków na Kościół katolicki. Tylko w 2024 roku reżim wydalił z kraju 36 duchownych, w tym dwóch biskupów, a wielu kapłanów przetrzymywanych jest w więzieniach. W ostatnich miesiącach nikaraguańskie władze wprowadziły m.in. podatek od jałmużny i zdelegalizowały Caritas. Zdelegalizowana została też działalność Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów i Towarzystwa Jezusowego a już wcześniej kraj ten musiały opuścić m.in. misjonarki miłości.

    Raport PKWP

    Z kolei według najnowszego raportu Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKWP) przemoc, dyskryminacja i inne naruszenia praw człowieka nasiliły się w wielu krajach. W raporcie zatytułowanym „Prześladowani i zapomniani” zbadano sytuację chrześcijan w 18 krajach w okresie od lata 2022 r. do lata 2024 r.

    Według raportu sytuacja chrześcijan jest szczególnie zła w Afryce. Epicentrum islamistycznej przemocy rozprzestrzeniło się tam z Bliskiego Wschodu. Wiele społeczności chrześcijańskich ucieka z powodu ataków islamistów, co rodzi pytanie, w jaki sposób Kościół może przetrwać w tych regionach w dłuższej perspektywie.

    W Nigerii porwania księży i pracowników kościelnych są na porządku dziennym. Chrześcijanie są również dyskryminowani w miejscu pracy, w polityce i w wymiarze sprawiedliwości.

    Ponadto chrześcijanie w krajach takich jak Chiny, Erytrea i Iran są postrzegani jako wrogowie państwa. W jeszcze innych krajach wyznawcy Chrystusa i inne mniejszości są coraz bardziej prześladowani przez prawo. W raporcie wielokrotnie opisywano również uprowadzenia i przymusowe nawrócenia chrześcijańskich kobiet i dziewcząt lub obraźliwe teksty o chrześcijanach w podręcznikach szkolnych.

    W raporcie odnotowano jednak także jeden pozytywny przykład: nastąpiła niewielka poprawa sytuacji chrześcijan w Wietnamie m. in. dlatego, że kraj nawiązał stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską.

    Kai/Tygodnik Niedziela


    #RedWeek w Polsce

    W najbliższą sobotę – na znak pamięci o chrześcijanach prześladowanych za wiarę – Jasna Góra zostanie podświetlona na czerwono. Tego samego dnia ulicami Poznania przejdzie marsz milczenia. Poznań i Częstochowa włączają się w ogólnoświatową kampanię #RedWeek, organizowaną przez Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie.

     Biuro Prasowe PKWP Polska

    RedWeek to kampania o wymiarze ogólnoświatowym. Polska sekcja Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie włącza się w nią po raz drugi. Symboliczne podświetlenie m.in. kościołów i miejsc administracji publicznej ma zwrócić uwagę na dramatyczną sytuację chrześcijan prześladowanych za wiarę. Milionom osób na całym świecie odbiera się prawo do swobodnego wyznawania wiary. Tysiące z nich za przyznanie się do Chrystusa zapłaciło cenę życia.

    „Chcemy zwrócić uwagę na naszych Braci i Siostry, którzy codziennie rano wstają ze świadomością, że z powodu wiary spotka ich dyskryminacja, ich życie może być zagrożone, a majątek zniszczony” – podkreśla dyrektor Biura PKWP w Poznaniu Tomasz Zawal. Tłumaczy, że „akcja wskazuje na prześladowanych z imienia i nazwiska”. „Kiedy słyszymy imię zamordowanej osoby, widzimy jej zdjęcie, nawiązuje się między nami więź z tą konkretną Siostrą, z tym konkretnym Bratem” – dodaje.

    Akcji promującej kampanię RedWeek towarzyszą infografiki, na których znajdziemy imię, a także datę i miejsce śmierci chrześcijan oddających życie za Jezusa. Wśród zamordowanych są m.in. 14-letni Samaru Madkami, zabity w Indiach przez grupę hinduistycznych fanatyków. Chłopiec został poćwiartowany na kawałki. Jego rodzina przyjęła chrześcijaństwo trzy lata temu. Od tego czasu byli stale prześladowani przez mieszkańców swojej wioski. W Nigerii 27 maja 2020 roku zamordowana została Uwavera Omozuwa. Kobieta zginęła w kościele. Według lokalnych mediów, została zgwałcona i uderzona gaśnicą.

    Akcja RedWeek została zainaugurowana w Wielkiej Brytanii. Biuro londyńskie Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie w 2015 roku podświetliło kilka budynków, w tym krajowy parlament. Z czasem kampania nabrała wydźwięku międzynarodowego. Na czerwono podświetlane są m.in. figura Chrystusa w Rio de Janeiro, Koloseum w Rzymie i Bazylika Sacre Coeur w Paryżu. „W niektórych krajach RedWeek ma spektakularny zasięg. Na Filipach to 75 diecezji i 2 tys. kościołów. W Holandii to ponad 130 kościołów” – mówi Tomasz Zawal z Biura PKWP w Poznaniu.

    W Polsce w akcję włączają się Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej (oo. jezuici) w Poznaniu, Parafia św. Piotra z Alkantary i św. Antoniego z Padwy w Węgrowie, a także Jasna Góra. „Chcemy wyrazić naszą solidarność z tymi wszystkimi, którzy cierpią z Chrystusem. To Chrystus cierpi w tych ludziach, w tych społecznościach, w tych narodach” – podkreśla kustosz Jasnej Góry o. Waldemar Pastusiak.

    W najbliższą sobotę w Poznaniu z Placu Wolności o godz. 17.00 wyruszy marsz milczenia pod hasłem „Zabijani w ciszy”. „Ta cisza może być dużo bardziej wymownym znakiem w otaczającej nas cywilizacji hałasu, informacji i zgiełku” – podkreśla Tomasz Zawal. Uczestnicy mają mieć ze sobą czerwone lampiony i czerwone elementy garderoby. „Dojdą do kościoła ojców jezuitów na ul. Szewskiej i tam na placu przed kościołem, którego elewacja będzie podświetlona czerwonym światłem, obejrzą krótki film oraz wysłuchają świadectw zamordowanych chrześcijan” – dodaje dyrektor Biura PKWP w Poznaniu. Na godz. 18.00 zaplanowano Mszę św. w Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej.

    Tego samego dnia na czerwono zostanie podświetlona wieża Jasnej Góry. „Tą akcją chcemy zachęcić wszystkich do modlitwy za cały Kościół Cierpiący; za cały Kościół Prześladowany. Naszą modlitwą ogarniamy też tych wszystkich, którzy prześladują chrześcijan. Prosimy dla nich o łaskę opamiętania” – podkreśla o. Waldemar Pastusiak, kustosz Jasnej Góry.

    W Poznaniu akcję honorowym patronatem objął przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski ks. abp Stanisław Gądecki.

    Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie / Kai / Tygodnik Niedziela


    Niedziela 29 grudnia 2024

    Niech Rok Jubileuszowy będzie czasem łaski, nadziei i przebaczenia

    List pasterski Konferencji Episkopatu Polski na Niedzielę Świętej Rodziny

    Samplefot. Jakov Pleše / Cathopic

    ***

    Drodzy Bracia i Siostry,

    Zanim na całym świecie rozpocznie się wielkie odliczanie w sylwestrową noc, a zegary, wybijając północ, obwieszczą początek roku 2025, już dziś – decyzją papieża Franciszka – we wszystkich katedrach i konkatedrach na świecie – otwieramy Rok Święty. Papież pragnie, aby był to dla całego Kościoła czas intensywnego doświadczenia łaski, nadziei i przebaczenia. Dlaczego właśnie to za nimi mamy podążać w tym szczególnym czasie? Przebaczenie – jak pisze papież Franciszek – „nie zmienia przeszłości, nie może zmienić tego, co już się wydarzyło; a mimo to przebaczenie może umożliwić przemianę przyszłości i życie w odmienny sposób, bez urazy, rozgoryczenia i zemsty. Przyszłość oświecona przebaczeniem pozwala na odczytanie przeszłości innymi, bardziej pogodnymi oczami, choć wciąż wyżłobionymi łzami” (Bulla Spes non confundit, 23). Chcemy dziś całemu Kościołowi i światu przypomnieć, że „nadzieja zawieść nie może” (Rz 5, 5).

    Wszyscy potrzebujemy małych i większych nadziei, które dzień po dniu podtrzymują nas w drodze. Jednak bez wielkiej nadziei, która musi przewyższać pozostałe, są one niewystarczające. Tą wielką nadzieją może być jedynie Bóg, który ogarnia wszechświat, i który może nam zaproponować i dać to, czego sami nie możemy osiągnąć (Benedykt XVI, Spe salvi, 31). Dlatego raz jeszcze chcemy Was, Bracia i Siostry, dziś – w święto Świętej Rodziny – zachęcić do nieco innego spojrzenia na żłóbek, do zatrzymania się nad codziennością Jezusa, Maryi i Józefa. Do odkrycia, że w Betlejem rodzi się prawdziwy Dawca nadziei.

    Kochani młodzi. Nie chcemy traktować Waszych problemów jako błahe. Pragniemy dołożyć wszelkich starań, aby usłyszeć Wasze tęsknoty, pragnienia, dylematy i lęki. Przecież to na Was i na Waszym entuzjazmie opiera się przyszłość, to Wy jesteście teraźniejszością Kościoła. Wspaniale jest widzieć, jak wyzwalacie z siebie energię, na przykład gdy zakasujecie rękawy, angażując się w sytuacjach dramatycznych i trudnościach społecznych. Nie dajcie sobie odebrać nadziei, dotyczącej tego co tu i teraz oraz jutra. Uwierzcie, że nadzieja nie jest matką tchórzliwych, ale źródłem prawdziwej odwagi życia, podejmowania wyzwań, które pozwalają wyjść z poczucia bezradności i zupełnej klęski, która rodzi depresję (Jan Andrzej Kłoczowski OP, Odwaga dobrego życia).

    Drodzy rodzice, nieraz niewyspani przez nocne pobudki najmłodszych, może załamani kłótniami z własnymi dziećmi albo odmawiający kolejny różaniec, prosząc o nawrócenie swoich pociech. Niejednokrotnie potrzebujecie usłyszeć i oprzeć Waszą wiarę na fundamencie słowa: „Nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 1-2.5). Wszyscy potrzebujemy na nowo odkryć, że nadzieja rodzi się w istocie z miłości i opiera się na miłości, która wypływa z Serca Jezusa przebitego na krzyżu: „Jeżeli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednani, dostąpimy zbawienia przez Jego życie” (Rz 5, 10).

    W sytuacjach przepracowania, lęków, doświadczenia własnej kruchości, problemów ze zdrowiem, troski o przyszłość, z wiarą i odwagą przypominamy, że przez ciemność przebija się światło: odkrywamy, jak ewangelizacja podtrzymywana jest przez moc płynącą z krzyża i zmartwychwstania Chrystusa (Bulla Spes non confundit, 4). Drodzy małżonkowie, czyż znakiem wielkiej nadziei dla świata nie będzie dziś moment odnawiania przez Was przyrzeczeń małżeńskich, gdy przypomnicie światu, że miłość jest większa niż śmierć?! Świat potrzebuje Waszego świadectwa miłości i nadziei, Waszej lekcji mocy sakramentu małżeństwa. W tym, czego doświadczacie, niech umocnieniem będą słowa św. Jana Pawła II: „Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się nadziei może sprzeciwić”. W dzisiejszym drugim czytaniu św. Jan wydaje okrzyk zachwytu nad wielkością miłości, którą obdarzył nas Bóg (por. 1 J 3, 1-2). W Jezusie staliśmy się wszyscy synami i córkami Boga. Może za rzadko i zbyt słabo uświadamiamy sobie naszą godność bycia dziećmi Boga.

    Drodzy seniorzy, mający poczucie, że Wasza wiedza i doświadczenie mogłyby uratować najbliższych od popełnienia niejednego błędu. Chcemy w tym Roku Świętym przypomnieć, że jesteście skarbem Kościoła i świata. W sposób szczególny chcemy się zwrócić do dziadków i babć, którzy przekazujecie wiarę i mądrość życiową młodszym pokoleniom. Życzymy, abyście wsparci wdzięcznością dzieci oraz miłością wnuków, które znajdują w Was zakorzenienie, zrozumienie i otuchę, mogli oglądać piękne owoce swojego życia (Bulla Spes non confundit, 14).

    Chcemy dziś razem z Wami, drodzy Bracia i Siostry, zawalczyć o teraźniejszość. Jeśli przeszłość jest historią, a przyszłość tajemnicą, to teraźniejszość jest darem. Jezus przychodzi więc do naszej teraźniejszości, do naszego dzisiaj, do tego świata, do naszych problemów i dylematów. Ale nie zapominamy, że On jest też Panem przyszłości. Dlatego lęk o to, co przed nami, chcemy zastąpić nadzieją i zaufaniem. Często brakuje nam takiej odwagi i nadziei. Jedną z konsekwencji tego jest dziś utrata pragnienia przekazywania życia, co ma wiele przyczyn: niepewność jutra, brak gwarancji zatrudnienia i odpowiedniej ochrony socjalnej oraz modele społeczne, w których program dyktuje pogoń za zyskiem, a nie pielęgnowanie relacji, które są fundamentem ludzkiego szczęścia. Misja dzielenia się życiem potrzebuje wsparcia od nas wszystkich, ponieważ pragnienie młodych ludzi rodzenia nowych synów i córek, jako owoc płodności ich małżeńskiej miłości, daje przyszłość każdemu społeczeństwu i jest kwestią nadziei: zależy od nadziei i rodzi nadzieję (Bulla Spes non confundit, 9).

    Konieczne jest zatem zwrócenie uwagi na wiele dobra obecnego w świecie, aby nie ulec pokusie przekonania o byciu pokonanym przez zło i przemoc. Prawdziwą szkołą nadziei jest modlitwa (Benedykt XVI, Spe salvi, 32). Ona poszerza nasze serca, przestrzega przed koncentrowaniem na sobie samym, gdyż jest procesem oczyszczenia wewnętrznego, który czyni nas otwartymi na Boga, a przez to otwartymi na ludzi. W takim duchu zachęcamy do regularnej praktyki modlitwy osobistej, małżeńskiej i rodzinnej. W życiu duchowym także potrzeba konkretnych decyzji. Podejmijmy to wyzwanie;  niech to będzie codzienna modlitwa w ciszy przez kilka czy kilkanaście minut. Niech rodzice zadbają o to, by codziennie uklęknąć ze swoimi dziećmi, pozwalając im modlić się własnymi słowami. Niech modlitwa od dziś stanie się pobożnym i godnym pochwały zwyczajem, z którego nie będziemy rezygnować.

    Niech ten Rok Jubileuszowy będzie czasem wybaczania sobie i innym, ale też proszenia o wybaczenie. Często najbardziej bezwzględni w ocenie jesteśmy wobec siebie i najbliższych. Niech Rok Święty przynagli nas do odkrycia Miłosierdzia Bożego, które nie ma granic. Boga, który niestrudzony czeka na każdego. Zachęcając do otwarcia się na nieskończone miłosierdzie, przypominamy, że odpust jubileuszowy jest przeznaczony w szczególny sposób dla tych, którzy odeszli przed nami, aby mogli otrzymać pełnię miłosierdzia (Bulla Spes non confundit, 22).

    Dzisiaj, w święto Świętej Rodziny, jeszcze mocniej chcemy przypomnieć, że jako Kościół tworzymy wspólnotę, w której nikt nie jest sam. U progu nowego roku kalendarzowego, chcemy Wam, Bracia i Siostry, życzyć zaufania i nadziei, jakie miała Święta Rodzina. Idąc za słowami psalmu: „Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał” (Ps 37, 5), warto zwrócić uwagę, że zarówno Maryja jak i św. Józef, wyjścia z trudnych sytuacji nie szukali na własną rękę. Zaufać Bogu, oznacza także zrobić Mu miejsce, by mógł działać.

    Podsumowując mijający czas, bądźmy dla siebie wyrozumiali i doceniajmy dobro, które było naszym udziałem. Witając rok 2025, pamiętajmy, że liczba ta jest odliczana od narodzin Jezusa Chrystusa, Pana ludzkich dziejów i historii świata. Dlatego nie lęk, ale zaufanie i nadzieja niech towarzyszą nam każdego dnia! Dobrej zabawy dla świętujących sylwestra, spokojnej nocy dla witających go w ciszy. Wielkich owoców Roku Jubileuszowego: łaski, nadziei, przebaczenia, a nade wszystko miłości.

    Podpisali pasterze Kościoła katolickiego w Polsce
    obecni na 399. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski
    na Jasnej Górze, 19 listopada 2024 roku

    e-Kai


    Ta ikona mówi

    Kto na nią spojrzy, ten jakby zaglądał przez dziurkę w rzeczywistość domu Jezusa, Maryi i św. Józefa. Ikona Świętej Rodziny znajduje się w instytucie Jej imienia w Łomiankach koło Warszawy.

    ***

    W przypadająca dziś niedzielę Świętej Rodziny przyjrzyjmy się temu wizerunkowi.

    Wspólnota Jezusa, Maryi i św. Józefa (gr. hagios oikos = Święta Rodzina, Święty Dom) rzeczywiście widziana na nim jakby przez dziurkę od klucza: jej charakterystyczny kształt tworzy zielone koło (symbol obecności Ducha Świętego) oraz pionowe kolumny i pozioma linia najniższego stopnia schodów.

    Postacie członków Świętej Rodziny układają się w kształt krzyża. Jego pionowa belka to błogosławiąca dłoń Boga Ojca oraz postać Jezusa  – wszystko to w kolorze złoty i żółtym, zarezerwowanym w symbolice ikony dla tego, co boskie. Belkę poziomą wyznacza rytm dłoni Pana Jezusa, Matki Bożej i św. Józefa.

    – Ten krzyż to dla mnie symbol harmonii powołań: do życia rodzinnego i bezżennego. To promocja obu tych dróg do świętości – mówi przełożony Instytutu Życia Konsekrowanego Świętej Rodziny w Łomiankach ks. Rafał Chruśliński.

    Ramiona Boga Człowieka są otwarte jak dłonie kapłana podczas Mszy świętej. – Zapraszają: “Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. To także zaproszenie do przyjęcia Bożego orędzia o rodzinie – mówi ks. Rafał.

    Dodaje, że jedna dłoń Maryi i jedna dłoń św. Józefa są złożone, jakby schowane za postacią Jezusa. – To symbol prawa rodziny do intymności – podkreśla.

    Zwraca też uwagę na schody, po których Jezus jakby schodzi do ludzkości. – Bóg w Chrystusie przyjmuje wszystko, co ludzkie (prócz grzechu). Chce żyć w ludzkiej rodzinie, w konkretnym miejscu i czasie, chce rosnąć w niej bez żadnych skrótów. To rodzina realna, nie wyidealizowany symbol – zauważa ks. Chruśliński.

    Autorka ikony s. Miriam, która żyje obecnie jako pustelnica przy karmelu w Szczecinie, kojarzy przedstawione na ikonie schody i kolumny z Kościołem. – Sakramentalna przynależność małżeńska jest obrazem stosunku Chrystusa do Kościoła – pisze s. Miriam.

    Analizuje też użyte przez siebie kolory. Czerwień sukni Matki Bożej wyraża miłość, piękno i młodość, ale także zmaganie, walkę. Kolor niebieski Jej szaty to barwa tego, co duchowe, niematerialne. Oznacza nieskończoność. Zaś fiolet szaty św. Józefa to barwa mówiąca o przesunięciu swoistego napięcia z tego, co wewnętrzne na to co zewnętrzne, z tego co biologiczne na to co duchowe.

    To oczywiście tylko część symboliki tego wizerunku. Naturą ikony jest jej wielopoziomowość, mnogość znaczeń i symboli.

    Ikona Świętej Rodziny powstała w 1982 r. Ma rozmiary 105×170 cm. S. Miriam napisała ją na prośbę abp. Kazimierza Majdańskiego, założyciela instytutu Świętej Rodziny. Był on także jedną z głównych postaci pierwszego synodu, poświęconego rodzinie. Miał on miejsce w 1980 r. Rok później św. Jan Paweł II wydał posynodalną adhortację “Familiaris Consortio”. Jak mówi ks. Chruśliński, opisywana ikona jest jakby owocem tego synodu.

    Co ciekawe, wizerunek ten powstał w czasie, gdy Polska pogrążeni byli w ciemności stanu wojennego. Gdy myśli Polaków kłębiły się wokół zupełnie innych tematów, mniszka ze Szczecina stworzyła ikonę, której uniwersalne przesłanie promieniuje na życie wielu rodzin.

    Może dziś, w niedzielę Świętej Rodziny, warto samemu pomedytować nad tą ikoną?

    Jarosław Dudała/Gość Niedzielny


    „Czuwajmy z Maryją” – Sylwester na Jasnej Górze

    Jasna Góra pożegna stary rok na modlitwie i modlitwą powita nowy 2025 rok. W sylwestrowy wieczór po Apelu, o godz. 21.30, w Kaplicy Matki Bożej rozpocznie się nocne czuwanie połączone z modlitwą o pokój. O północy odprawiona zostanie Msza św. Czuwanie potrwa do 4.00 rano.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Czuwanie rozpocznie się tuż po Apelu Jasnogórskim konferencją „Maryja, Gwiazda Nadziei” opartą o encyklikę Benedykta XVI „Spe salvi” o nadziei chrześcijańskiej. – To Maryja prowadzi nas do Chrystusa, który jest źródłem naszej stabilności, i wewnętrznej, i zewnętrznej – podkreśla o. Jakub Szymczycha.

    Przypomina, że Benedykt XVI szczególną, niezawodną rolę w czynieniu naszej nadziei przypisuje Maryi, którą nazywa Gwiazdą nadziei. Najświętsza Maryja Panna już w momencie Zwiastowania stała się znakiem spełnienia się nadziei mesjańskiej i przez swoje „fiat” przyczyniła się do jej wypełnienia poprzez swoje dzieje. Któż bardziej niż Maryja – pisał Benedykt – mógłby być gwiazdą nadziei dla nas – Ona, która przez swoje „tak” otwarła Bogu samemu drzwi naszego świata; Ona, która stała się żyjącą Arką Przymierza, w której Bóg przyjął ciało, stał się jednym z nas, pośród nas „rozbił swój namiot” (por. J 1, 14).

    Temat czuwania nawiązuje też do rozpoczynającego się Roku Jubileuszowego – zapowiada paulin. Zauważa, że papież Franciszek, zapowiadając ten Rok Święty pod znakiem nadziei, podobnie jak Benedykt XVI mówi o tym, że życie jest jak wzburzone morze. Jest nim wzbierające zło. – A papież Franiczek zachęca nas, abyśmy zła nie adorowali, ale abyśmy zwrócili nasze oczy ku Kotwicy, ku Chrystusowi, ku Gwieździe, którą jest Maryja, ta, która zawsze daje nam Chrystusa – podkreśla o. Jakub. Jak wyjaśnia prawdziwe spotkanie z nadzieją jest możliwe jedynie przez Chrystusa. To Syn Boży stanowi centrum życia nadzieją dla każdego chrześcijanina i źródło każdej nadziei wierzących w Niego.

    W programie czuwania oprócz konferencji, zaplanowano adorację Najświętszego Sakramentu, Eucharystię o północy, modlitwę o pokój. Czuwanie zakończy się ok. 4.00 nad ranem.

    Kai/Tygodnik Niedziela/Jasna Góra

    ***

    WTOREK 31 GRUDNIA

    W TEN OSTATNI WIECZÓR STAREGO ROKU W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA BĘDZIE ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM OD GODZ.18.00

    ***

    O GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. DZIĘKCZYNNA ZA KOŃCZĄCY SIĘ ROK 2024 I Z PROŚBĄ O BOŻE BŁOGOSŁAWIEŃSTWO NA NOWY ROK 2025.

    ***

    W NOWY ROK MSZA ŚW. O GODZ. 14.00


    Rorate caeli Refrain 1 JPEG


    PANU BOGU WSZECHMOGĄCEMU, KTÓRY JEST PEŁEN MIŁOSIERDZIA, BĄDŹMY PEŁNI WDZIĘCZNOŚCI ZA DAR KOLEJNEGO CZASU, W KTÓRYM ŁASKA NAWRÓCENIA MOŻE ULECZYĆ NASZE PORANIONE SERCA.

    DLATEGO NIE ZMARNUJMY BOŻEGO ZAPROSZENIA. WEJDŹMY W ADWENTOWĄ LITURGIĘ KOŚCIOŁA.

    ***


    Wielkie O! Antyfony o niezwykłej treści

    Zestawienie pierwszych liter antyfon wielkich, czytane od tyłu, daje zawołanie, które jest istotą ostatnich dni Adwentu.

    fot. Józef Wolny/Tygodnik Niedziela

    ***

    Od 17 grudnia w aklamacjach śpiewanych przed Ewangelią pojawiają się antyfony o niezwykłej treści. „Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać” – słyszymy 19 grudnia. „Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach” – rozbrzmiewa w kościołach następnego dnia. To niektóre z wezwań tzw. antyfon wielkich, śpiewanych w ostatnich dniach przed Narodzeniem Pańskim. Ich brzmienie i styl zdradzają wielowiekową tradycję. Istotnie – powstały pod koniec VI wieku, gdy na gruzach Imperium Rzymskiego w bólach rodziło się średniowiecze. Straszne to były czasy dla spadkobierców chwały dawnego Rzymu. Przez Europę przewalały się dzikie ludy, wywracając ustalony od wieków porządek, mordując lub porywając ludzi tysiącami i zajmując ich siedziby. Obrazu totalnej zagłady dopełniały kataklizmy naturalne i zarazy koszące całe społeczności. W takich okolicznościach na Stolicy Piotrowej zasiadł Grzegorz I (590–604), któremu chrześcijanie nadadzą niebawem przydomek Wielki, a Kościół wyniesie go do chwały ołtarzy, aby wreszcie ogłosić doktorem Kościoła. To za jego pontyfikatu ustalono, że Adwent w wersji rzymskiej będzie trwał 4 tygodnie, i to on wprowadził do liturgii antyfony wielkie, których treść w niezrównany sposób wyraża tęsknotę za Zbawicielem. W jego czasach ludzie, wciąż niepewni nie tylko swojego jutra, ale nawet swego dziś, zdawali sobie sprawę z chwiejności spraw tego świata. Byli zatem bardziej świadomi swojej rzeczywistej kondycji, niż są jej świadomi ludzie współcześni, żyjący w pozornej stabilizacji. Słowo Boże pozostaje jednak niezmienne. I niezmiennie aktualne pozostają zakorzenione w Starym Testamencie słowa tęsknoty. To esencja Adwentu.

    Skąd się to wzięło

    Mrok słabo rozjaśniony światłami lampionów – to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi na myśl w odniesieniu do Adwentu. Nastrój tajemniczości, jaki towarzyszy przygotowaniu na przyjście Zbawiciela, dobrze wyraża istotę tego okresu – czekamy przecież na nadejście wieczystej światłości. Takie jest znaczenie łacińskiego słowa adventus: przyjście, przybycie. Już w starożytności chrześcijanie określali tym słowem podwójne nadejście Chrystusa. Pierwsze odnosiło się do Mesjasza, który przyjął ciało i narodził się, gdy nadeszła „pełnia czasu”. Drugie dotyczy przyjścia Chrystusa w czasie paruzji.

    Na początku chrześcijanie „adwentem” nazywali święta Bożego Narodzenia i Objawienia Pańskiego, a dopiero później zaczęto używać tego określenia na oznaczenie czasu przygotowania do tych świąt. Mogło to być najwcześniej w drugiej połowie IV wieku, bo dopiero wówczas na stałą datę obchodów Narodzenia Pańskiego wyznaczono 25 grudnia. Nie od razu jednak wyznaczono jednolity czas trwania Adwentu. Długo obok siebie istniały tradycje gallikańska i rzymska. Ta pierwsza nadała Adwentowi charakter pokutny, powiązany z postem i wzmożoną modlitwą, nieco podobny w atmosferze do Wielkiego Postu. W Rzymie było inaczej. Tam obchody Adwentu wprowadzono dopiero w drugiej połowie VI wieku i nie miały one charakteru pokutnego. Nie poszczono, położono za to akcent na liturgię, która podkreślała radosne oczekiwanie na święta Narodzenia Pańskiego.

    Z upływem czasu doszło do połączenia obu tradycji, wskutek czego Adwent przyjął formę istniejącą do dzisiaj. W liturgii obecne są elementy rzymskie, akcentujące radosne oczekiwanie, a także gallikańskie, podkreślające rys ascetyczny w postaci koloru fioletowego i braku śpiewu Gloria (brak ten nie jest jednak wyrazem pokuty, jak w Wielkim Poście, ale oczekiwania na pełne wybrzmienie tego hymnu w noc Narodzenia Pańskiego).

    Nowa forma była propagowana zwłaszcza przez benedyktynów i cystersów. W XIII w., w znacznym stopniu za sprawą nowych zakonów, takich jak franciszkanie, rozpowszechniła się w całym Kościele.

    Im bliżej, tym gęściej

    Adwent w obecnym kształcie otwiera rok liturgiczny i obejmuje cztery niedziele poprzedzające 25 grudnia. W zależności od kalendarza może więc trwać od 23 do 28 dni. Dzieli się na dwa okresy. Pierwszy, trwający od początku Adwentu do 16 grudnia, akcentuje powtórne przyjście Jezusa na końcu czasów. Znajduje to odbicie w tekstach liturgicznych.

    Okres drugi, nawiązujący już bezpośrednio do uroczystości Narodzenia Pańskiego, koncentruje się na wezwaniu do powrotu do dziecięctwa Bożego. Obie części łączą czytania z Księgi Izajasza, które zapowiadają nadejście Mesjasza albo wyrażają tęsknotę za Nim. Przyjście Zbawiciela jest powodem do radości, co najmocniej podkreśla liturgia III niedzieli Adwentu, zwanej niedzielą Gaudete. Tego dnia antyfona na wejście brzmi: Gaudete in Domino (Radujcie się w Panu). Radość tę symbolizuje kolor różowy, którego można użyć podczas liturgii. Również teksty liturgiczne w tym dniu wyrażają radość z bliskiego już przyjścia Pana.

    Atmosfera ostatnich dni Adwentu, poczynając od 17 grudnia, gęstnieje. Przyczyniają się do tego wspomniane wielkie antyfony, zwane także antyfonami „O!”, bo w oryginalnej wersji każda z nich zaczyna się od tego wołacza. Treść owych krótkich wezwań modlitewnych, adresowanych do Chrystusa, pochodzi ze Starego Testamentu, a pojawiające się tam imiona Boże są głęboko zakorzenione w proroctwach mesjańskich. O Sapientia, quae ex ore Altissimi prodisti… – brzmi początek pierwszej (O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego…). Kolejne zaczynają się od słów: O Adonai (Panie); O Radix (Korzeniu); O clavis David (Kluczu Dawida); O Oriens (Wschodzie); O Rex (Królu); O Emmanuel.

    Pierwsze litery antyfon, zebrane razem i odczytane od tyłu, tworzą tajemnicze łacińskie hasło ERO CRAS (Będę jutro).

    Żywy zabytek

    Wielkie antyfony śpiewa się przed hymnem „Magnificat” podczas nieszporów w ostatnich dniach Adwentu. Od Soboru Watykańskiego II są obecne w uproszczonej formie także we Mszy św., w wersecie śpiewanym przed Ewangelią. Są to jakby okrzyki radości na cześć nadchodzącego Pana, zapowiadanego w proroctwach.

    Według tradycji antyfony „O” wprowadził do liturgii papież św. Grzegorz Wielki. To wezwania do mającego się wkrótce narodzić Jezusa Chrystusa. Obecny kształt literacki nadał im żyjący w IX wieku Amalariusz z Metzu, wybitny teolog i liturgista. To za jego czasów charakter Adwentu wzbogacił się o rys eschatologiczny, stając się także czasem oczekiwania na ostateczny powrót Chrystusa w chwale.

    Antyfony wielkie to żywy zabytek, liczący prawie półtora tysiąca lat tradycji, ale, jak zwykle w przestrzeni ducha, jest to tradycja ciągle pełna treści i nigdy nietracąca aktualności. Mogą one służyć za podstawę wspólnych lub osobistych rozważań i modlitw. Można się nimi modlić także poza liturgią, wielokrotnie w ciągu dnia, na przykład traktując jako tzw. akty strzeliste. Bezustannie karmią duszę, bo też niezmiennie wyrażają tę samą tęsknotę kolejnych pokoleń chrześcijan za Tym, który jest już blisko. Będzie jutro.


    Ostatnie dni Adwentu, od 17 grudnia, stanowią bezpośrednie przygotowanie do celebrowania Bożego Narodzenia. Charakterystyczne dla tego czasu są Wielkie Antyfony, zwane także „Antyfonami O!”, gdyż każda z nich zaczyna się właśnie od tej litery.

    Antyfony te obecne są w liturgii Adwentu od czasów Grzegorza Wielkiego. Znane zwłaszcza z wieczornych nieszporów, kiedy śpiewamy je przed hymnem „Magnificat”, swoje miejsce znalazły też we Mszy świętej.

    Treść antyfon stanowi jakby okrzyki radości, wzywające Pana różnymi imionami: Mądrość, Adonai, Korzeń Jessego, Klucz Dawida, Wschód, Król narodów czy Emmanuel. Imiona te są głęboko zakorzenione we wskazujących na oczekiwanego Mesjasza proroctwach Starego Testamentu.

    Piękną obietnicę kryją również pierwsze litery wyśpiewywanych w antyfonach imion – tytułów oczekiwanego Mesjasza, stanowiące akrostych: gdy odczytamy je od tyłu, powstaje tajemnicze łacińskie hasło „Ero cras” (Emmanuel – Rex – Oriens – Clavis – Radix – Adonai – Sapientia), czyli „Jutro przybędę”.

    Teksty Antyfon:

    17 grudnia – Mądrości Najwyższego, która zarządzasz wszystkim mocno i łagodnie, przyjdź i naucz nas drogi roztropności (Iz 11,2-3; 28,29)

    18 grudnia – Wodzu domu Izraela, który na Synaju dałeś Prawo Mojżeszowi, przyjdź nas odkupić mocą Twojego ramienia (Iz 11,4-5; 33,22)

    19 grudnia – Korzeniu Jessego, który stoisz jako sztandar narodów, przyjdź nas uwolnić, racz dłużej nie zwlekać (Iz 11:1; 11:10)

    20 grudnia – Kluczu Dawida, który otwierasz bramy wiecznego królestwa, przyjdź i wyprowadź z więzienia jeńca siedzącego w ciemnościach (Iz 9,6; 22:22)

    21 grudnia – O Wschodzie, blasku Światła wiecznego i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć siedzących w mroku i cieniu śmierci (Iz 9,2)

    22 grudnia – Królu narodów, Kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź i zbaw człowieka, którego z mułu utworzyłeś (Iz 2,4; 9,7)

    23 grudnia – Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, przyjdź nas zbawić, nasz Panie i Boże (Iz 7,14)

    ***


    CZWARTA NIEDZIELA ADWENTU

    22 GRUDNIA

    ***

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE RÓWNIEŻ MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SAKRAMENTU POJEDNANIA

    14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA


    TRZECIA NIEDZIELA ADWENTU

    15 GRUDNIA

    fot. Bożena Sztajner/Tygodnik Niedziela

    ***

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    fot. Ranyel Paula/cathopic.com

    ***

    Gaudete, czyli radujcie się! Najbardziej radosna Niedziela w Adwencie

    Tradycja świętowania Niedzieli “Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu.

    Nazwa III niedzieli Adwentu pochodzi od słów antyfony na wejście: „Gaudete in Domino”, czyli „Radujcie się zawsze w Panu”. Teksty liturgii tej niedzieli przepełnione są radością z zapowiadanego przyjścia Chrystusa i z odkupienia, jakie przynosi.

    Nazywana jest także „Niedzielą różową” gdyż jest to jeden z dwóch dni w roku, kiedy kapłan może sprawować liturgię w szatach koloru różowego.

    Przewaga światła

    W liturgii adwentowej obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Jako barwa powstała ze zmieszania błękitu i czerwieni, które odpowiednio wyrażają to co duchowe i to co cielesne, fiolet oznacza walkę między duchem a ciałem. Zarazem połączenie błękitu i czerwieni symbolizuje dokonane przez Wcielenie Chrystusa zjednoczenie tego co boskie i tego co ludzkie. Wyjątkiem jest III niedziela Adwentu – tzw. Niedziela „Gaudete”. Obowiązuje wtedy różowy kolor szat liturgicznych, który wyraża przewagę światła, a tym samym bliskość Bożego Narodzenia.

    Kulminacyjny punkt oczekiwania

    Tradycja świętowania Niedzieli „Gaudete” wyrosła w czasach, gdy Adwent miał typowo postny charakter. Wtedy miała charakter przerwy w poście, była jedynym radosnym akcentem Adwentu. Teraz, gdy Adwent obchodzony jest jako czas radosnego oczekiwania stanowi ona bardziej kulminacyjny punkt tego okresu trafnie wyrażając jego prawdziwą tożsamość.

    Adwent jest wyjątkowym czasem dla chrześcijan. Słowo adwent pochodzi z języka łacińskiego „adventus”, które oznacza przyjście. Dla starożytnych rzymian słowo to, oznaczało oficjalny przyjazd cezara. Dla chrześcijan to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Dlatego też Adwent jest nie tyle czasem pokuty, ile raczej czasem pobożnego i radosnego oczekiwania.

    KAI/Stacja7


    8 GRUDNIA

    DRUGA NIEDZIELA ADWENTU

    Od niedzieli zapalamy świece w adwentowym wieńcu

    fot. depositphotos.com

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny

    fot. radio Niepokalanów

    ***

    Po ogłoszeniu dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi 8 grudnia 1854, bł. Pius IX ustanowił ten dzień uroczystością Niepokalanego Poczęcia. „Najświętsza Maryja Dziewica od pierwszej chwili swego poczęcia, przez łaskę i szczególny przywilej Boga wszechmogącego, na mocy przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego, została zachowana czysta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”.

    Cytowana definicja precyzyjnie wyjaśnia znaczenie tej prawdy wiary, która głosi, że Maryja została poczęta wolna od zmazy grzechu pierworodnego. Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia: Aby być Matką Zbawiciela, „została obdarzona przez Boga godnymi tak wielkiego zadania darami”. W chwili Zwiastowania anioł Gabriel pozdrawia Ją jako „pełną łaski” (Łk 1,28). W ciągu wieków Kościół uświadomił sobie, że Maryja, napełniona „łaską” przez Boga (Łk 1,28), została odkupiona od chwili swego poczęcia. Maryja jest „odkupiona w sposób wznioślejszy ze względu na zasługi swego Syna”. Dzięki łasce Bożej Maryja przez całe życie pozostała wolna od wszelkiego grzechu osobistego Por. KKK, 490−493.


    Niepokalanie poczęta Maryja – jak Ewa w raju przed grzechem, czy raczej jak każdy z nas po chrzcie?

    Są ciekawe pytania dotyczące Matki Bożej, na które dogmat o Niepokalanym Poczęciu nie odpowiada wiążąco – mówi ks. prof. Jacek Kempa, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

    Niepokalanie poczęta Maryja – jak Ewa w raju przed grzechem, czy raczej jak każdy z nas po chrzcie?

     Scena zwiastowania Maryi na fresku w Sanktuarium Matki Bożej Sokalskiej.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Co to znaczy: Niepokalane Poczęcie?

    Ks. prof. Jacek Kempa: 
    Niepokalane Poczęcie to jest prawda, a nie wydarzenie. Prawda o tym, że Maryja od początku swojego istnienia, czyli od poczęcia, jest zachowana od grzechu pierworodnego.

    Często Niepokalane Poczęcie Maryi jest mylone z dziewiczym poczęciem Jezusa. Tymczasem w Niepokalanym Poczęciu nie chodzi o to, jak Pan Jezus został poczęty, ale o to, Kim była Matka Boża.

    Dokładnie tak. To jest mylone nieustannie i wprowadza bardzo duży zamęt. Ta pomyłka prawdopodobnie bierze się z kilku powodów. Pierwszy jest taki, że ta uroczystość przypada 8 grudnia, a więc w Adwencie, w pobliżu Bożego Narodzenia.

    Kolejny powód jest pewnie taki, że w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi czytamy podczas Mszy o dziewiczym poczęciu Pana Jezusa – czytamy opis sceny Zwiastowania z Ewangelii według św. Łukasza.

    Bardzo możliwe. A ten fragment jest przecież czytany dlatego, że Maryja jest w nim przez Archanioła Gabriela nazwana „łaski pełną”. Tu znajduje się podstawowe ewangeliczne odniesienie do prawdy wiary, którą nazywamy Niepokalanym Poczęciem.

    Co to znaczy: „pełna łaski”? Są co do tego wątpliwości, ponieważ użyte w tym miejscu greckie słowo kecharitomene nie oznacza dosłownie „pełna łaski”, a raczej „obdarowana łaską”. A to przecież mniej kategoryczne stwierdzenie.

    Prawda wyrażona w dogmacie o Niepokalanym Poczęciu nie jest prostym, dosłownym powtórzeniem tego, o czym mówi nam Ewangelia. Jest daleko idącą interpretacją, wynikającą z wiary Ludu Bożego, która rozwijała się po ogłoszeniu Ewangelii, po spisaniu i zamknięciu kanonu pism Nowego Testamentu. Dlatego odwoływanie się do słowa kecharitomene jak do fundamentu jest oczywiście potrzebne, ale nie wyczerpuje treści nauki o Niepokalanym Poczęciu.

    Wracam więc do pierwszego pytania – co to dokładnie znaczy: Niepokalane Poczęcie?

    Ściśle odpowiada na to definicja dogmatyczna papieża Piusa IX z 1854 roku. Mówi ona, że Maryja od początku swojego istnienia jest zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego i że dzieje się to mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa.

    Jakie to zachowanie od grzechu pierworodnego miało skutki dla Matki Bożej i jakie skutki ma dla nas?

    Najpierw jest to zwierciadlane odbicie stwierdzenia, że Maryja jest cała święta – z tym dopowiedzeniem, że jest święta od poczęcia, a nie tak jak my, uświęcona przez chrzest sakramentalny. Nie była przecież ochrzczona. Nie było wtedy sakramentu chrztu świętego. Mówiąc jeszcze inaczej: Nie mogło być łaski chrztu, skoro nie było odkupienia dokonanego przez Pana Jezusa.

    Dogmat ten orzeka więc, że to wszystko, co się składa na pełnię świętości Maryi, zostało Jej podarowane od początku Jej istnienia. Dar ten zaś otrzymała przed dokonaniem się odkupienia w Chrystusie. To obdarowanie nie wydarzyło się jakby „poza darem odkupienia”, ale na mocy przewidzianego przez Boga odkupienia ludzkości.

    Czy Matka Boża była zatem jak Ewa w raju przed grzechem pierworodnym, czy raczej jak my po chrzcie świętym?

    Odniesienie Maryi do Ewy w raju jest znane z Tradycji wiary. Wnosi ważne światło w rozumienie roli Maryi w historii zbawienia. Niestety, może prowadzić też do spekulacji, których prawdziwości nie sposób sprawdzić.

    Prawda o Niepokalanym Poczęciu pozwala nam powiedzieć, że Maryja jest jak Ewa przed grzechem: obdarzona nadprzyrodzoną przyjaźnią z Bogiem. Umocniona tą łaską nigdy nie traci więzi z Bogiem. Jest więc „nową Ewą”, początkiem „nowego stworzenia”. Istotą tego stanu jest pozostanie w podarowanej więzi z Bogiem – czyli w łasce.

    Kiedy stawia Pan alternatywę między stanem Ewy w raju a stanem człowieka po chrzcie, to zostaje wprowadzony jeszcze inny problem. Chrzest gładzi grzech pierworodny i grzechy osobiste, jeśli zostały wcześniej popełnione. Czyli, mówiąc pozytywnie, chrzest obdarza nowym życiem w Chrystusie. Wprowadza w więź z Bogiem. Czy to uświęcenie przez chrzest wprowadza nas w stan pierwszych rodziców? Intuicyjnie zawołamy „nie!”, wskazując na to, że w dalszym życiu niestety popełniamy wiele grzechów, czyli ulegamy skutkom grzechu pierworodnego, do których należy skłonność do grzeszenia. Gdybyśmy do tego dodali jeszcze tradycyjną wykładnię wiary biblijnej, że pierwsi rodzice byli wyposażeni w niezwykłe dary wolności od cierpienia i śmierci, to zamęt gotowy. Zdecydowanie chrzest nie przywraca nas do stanu rajskiego. Nawet stwierdzenie, że chrzest „przywraca” nam łaskę nie jest poprawne. On nas po prostu obdarowuje czymś, na co nie zasłużyliśmy: nowym życiem w Chrystusie, czyli łaską wielkiego, miłosiernego Ojca. Gdzie jest Maryja w tym zestawieniu? Jest jak Ewa jedynie w sensie symbolicznym, jako Matka „nowej ludzkości”, odkupionej przez Chrystusa. Poza tym nie odwracamy się już wstecz ku Ewie. Maryja nie jest wolna od cierpień, od przemijania ku śmierci. Przecież czcimy ją także jako Matkę Bolesną. Maryja, odkupiona od początku swojego istnienia przez Chrystusa, wskazuje drogę ku przyszłości – jest prawzorem naszego odkupienia. W tym sensie jest jak wszyscy ochrzczeni, a nie jak Ewa. Jej przywilejem jest to, że otrzymała ten dar od początku swojego istnienia i na mocy specjalnego Bożego przywileju. Tajemnicą tego daru, ale i Jej współpracy z nim jest jej nieprzerwana świętość, to znaczy Jej zupełne oddanie Bogu, które się nigdy nie zachwiało.

    Czyli można by powiedzieć, że Matka Boża była wolna od winy, ale nie była wolna od skutków grzechu pierworodnego?

    Tak. A do skutków grzechu pierworodnego należy – jak wiadomo – skłonność do grzechu osobistego. Trwały i trwają spory co do tego, czy można z dogmatu o Niepokalanym Poczęciu wyciągać wnioski sięgające stwierdzenia, że Maryja nie przeżywała skłonności do złego. Wydaje się, że takie twierdzenie prowadziłoby do osobliwego wniosku, że Maryja stoi w swej „nadziemskiej” doskonałości poniekąd wyżej od Jezusa, czyli Syna Bożego w Jego ludzkiej naturze. Bo przypomnijmy, że Syn Boży stał się człowiekiem i jako Jezus z Nazaretu był kuszony do złego, a więc musiał się mierzyć z jakiegoś rodzaju pociąganiem w stronę zła. Owszem, zwyciężał je, ale w tym doświadczeniu pociągania do złego objawia swoją solidarność z nami. Gdyby twierdzić, że Maryja takiego stanu narażania na zło – np. w postaci doświadczania zwyczajnych codziennych słabości – nie przeżywała, to trzeba by uznać, że w porządku łaski stała Ona wyżej niż Pan Jezus. Dogmat o Niepokalanym Poczęciu oczywiście tego nie zakłada.

    Z historii teologii wiemy, że w Kościele coraz wyraźniej rozwijało się przekonanie, iż Maryja nigdy nie popełniła żadnego grzechu, nawet lekkiego. Niemniej byli także autorzy sugerujący, że Maryja postępowała w doskonałości swojego życia. Nie popełniła nigdy grzechu ciężkiego (czyli nie zerwała nigdy swojej więzi z Bogiem), ale podlegała procesowi doskonalenia się w miłości Boga. To są otwarte kwestie. Można o nich dyskutować, bo dogmat o Niepokalanym Poczęciu tego nie przesądza.

    Już święty Augustyn uważał, że Matka Boża była niepokalanie poczęta. Święto Niepokalanego Poczęcia zostało oficjalnie wprowadzone przez papieża Sykstusa IV w 1477 r. Sobór Trydencki zastrzegał, że grzech pierworodny nie dotyczy Maryi. Dlaczego w takim razie tak długo zajęło Kościołowi ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu? Przypomnijmy, że stało się to dopiero w 1854 r.

    Z poglądami św. Augustyna na ten temat sprawa jest skomplikowana. Trzeba by naświetlać kontekst teologiczny, w jakim formułował swoje przemyślenia. Trudno go uznać za prekursora współcześnie ogłoszonej nauki o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Na pewno głosił świętość Maryi.

    Rzeczywiście łatwiej jest wprowadzić święto do kalendarza liturgicznego niż ogłosić dogmat. Chwalenie Boga, Maryi i świętych w liturgii Kościoła nie domaga się w każdym przypadku precyzyjnych definicji. Natomiast ogłoszenie dogmatu nasuwało trudności. Czy można mówić o świętości Maryi jako efekcie dzieła odkupienia w Chrystusie? Jak można mówić, że Maryja jest od chwili poczęcia odkupiona przez Chrystusa, skoro dopiero stanie się osobą dorosłą, dopiero ma Go urodzić, a On dopiero za jakiś czas dokona dzieła Odkupienia?

    Jak rozstrzygnięto tę wątpliwość?

    Zwykle przywołujemy tu naukę franciszkańskiego teologa bł. Jana Dunsa Szkota, który jako pierwszy bardzo wyraźnie podkreślił, że Bóg nie jest związany biegiem historii. W swojej wszechwiedzy przewiduje, że Maryja zostanie Matką Odkupiciela. Przewidując to, udziela daru odkupienia Maryi, zanim spełni się Odkupienie przez Chrystusa.

    Duns Szkot był zatem prekursorem myśli o tym, że Maryja cieszy się łaską Odkupienia za sprawą Bożego przewidzenia daru odkupienia przez Krzyż Chrystusa. I tak to zostało zapisane w definicji dogmatycznej w 1854 roku: Maryja na mocy przewidzianych zasług Zbawiciela rodzaju ludzkiego Jezusa Chrystusa została zachowana od grzechu pierworodnego.

    Około czterech lat po tym uroczystym akcie miały miejsce objawienia w Lourdes. Matka Boża przedstawiła się tam św. Bernadecie jako Niepokalane Poczęcie.

    Myślę, że miało to niesłychanie wielkie znaczenie dla szerokiego spopularyzowania tego tytułu Maryi i zawartej w nim treści. W każdym razie kult Maryi jako wyróżnionej przez Boga darem Niepokalanego Poczęcia rozpowszechnił się bardzo i stał się pośrednio przyczyną jeszcze większego wyniesienia Maryi w Kościele.

    Szereg badaczy historii teologii mówi, że mniej więcej od tamtego czasu zaczęła się niestety umacniać także niepoprawna pobożność maryjna. Wyobrażała ona sobie Maryję nie jako jedną z nas w Kościele, jako pierwszą w Kościele, ale jako kogoś nieomal boskiego, jako osobę, którą można już tylko czcić, ale nie da się Jej naśladować. Szczęśliwie wróciliśmy do równowagi w Kościele: czcząc Maryję, nie stawiamy jej ponad ludzkością, ponad Kościołem. Jej wyjątkowa rola Matki Zbawiciela nie oddala jej od nas, Jej przywilej Niepokalanego Poczęcia nie stawia Jej ponad nami, ale czyni z Niej osobę „pierwszą w pielgrzymce wiary”.

    Mówiliśmy, że ze względu na nagminne mylenie Niepokalanego Poczęcia Maryi z dziewiczym poczęciem Jezusa dość nieszczęśliwie się stało, że uroczystość Niepokalanego Poczęcia jest w Adwencie i że niemal sąsiaduje z Bożym Narodzeniem. Ale teologicznie to ma sens. Skoro definicja dogmatyczna mówi, że Niepokalane Poczęcie Maryi to skutek przewidzianych zasług Pana Jezusa, to mamy prawo – jak Dante Alighieri – nazywać Matkę Bożą „córką Swego Syna”.

    Tak. Myślę, że dobrze jest przeżywać Adwent jako wielki skrót historii zbawienia. W takim szybkim résumé nauka o Niepokalanym Poczęciu ma swoje miejsce: oto po wiekach oczekiwania w narodzie wybranym pojawia się osoba, która jest przygotowana przez Boga do tego, żeby stać się Matką Zbawiciela. Tak, to bardzo pasuje! Należy tylko przesunąć akcent z tego nieprawidłowego skojarzenia z poczęciem Jezusa…

    rozmawiał: Jarosław Dudała/Gość Niedzielny


    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W TEGOROCZNYM ADWENCIE ORGANIZUJE ZBIÓRKĘ NA CELE PRO-LIFE

    ***

    ***

    POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA
    __________________________________

    Dnia 12 lipca 2024 roku ustawa o mordowaniu dzieci została odrzucona przez Sejm zaledwie trzema glosami.

    Fundacja Życie i Rodzina dziękuje wszystkim, którzy wspierali komisję do spraw aborcji poprzez modlitwę i wpływanie na posłów, aby głosowali za życiem.

    ***

    DLA PRZYPOMNIENIA DLA TYCH, KTÓRZY PRZYSTĘPUJĄ DO KOMUNII ŚW. MIMO, ŻE ZGADZAJĄ SIĘ NA ZABIJANIE DZIECI W ŁONIE MATEK:

    Zgodnie z kan. 1364 §1 PRAWA KANONICZNEGO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO, ekskomunice „latae sententiae” – wiążącej mocą samego prawa podlegają katolicy odstępujący od prawd wiary, heretycy lub schizmatycy. W Encyklice „Evangelium vitae” św. Jan Paweł II napisał: „Dlatego mocą władzy, którą Chrystus udzielił Piotrowi i jego Następcom, w komunii z Biskupami […]  oświadczam, że bezpośrednie przerwanie ciąży, to znaczy zamierzone jako cel czy jako środek, jest zawsze poważnym nieładem moralnym, gdyż jest dobrowolnym zabójstwem niewinnej istoty ludzkiej. Doktryna ta, oparta na prawie naturalnym i na Słowie Bożym spisanym, jest przekazana przez Tradycję Kościoła i nauczana przez Magisterium zwyczajne i powszechne”. Oznacza to więc, że aprobowanie aborcji jest odstąpieniem od prawdy katolickiej wiary.

    ***

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Zobowiązanie:

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego – www.duchowa-adopcja.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach


    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.


    8 grudnia – w dzień Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny – katedra Notre-Dame, po dramatycznym pożarze w 2019 roku, zostanie uroczyście otwarta.

    Odnowione wnętrze katedry Notre-Dame będzie wprowadzeniem w chrześcijaństwo

    Archidiecezja paryska dostała 9 grudnia zielone światło państwowej komisji dziedzictwa i architektury dla swego planu nowego zagospodarowania wnętrza katedry Notre-Dame po odbudowie. Dzięki temu ma być „katedrą katolicką i otwartą dla wszystkich”.

    Katedra Notre Dame

    Katedra Notre Dame

    ***

    Projekt został wypracowany po pożarze świątyni w 2019 roku. Ma on pogodzić przywrócenie katedry do sprawowania kultu, zgodnie z jej przeznaczeniem i z uwydatnieniem jej roli jako siedziby biskupa, oraz przyjmowanie 12 milionów turystów, którzy co roku odwiedzali paryską Notre-Dame. Zwiedzającym zaproponowane zostanie „wprowadzenie” w tę podstawową misję tej budowli, gdyż większość z nich „pochodzi z krajów o kulturze obcej światu chrześcijańskiemu”. Chodzi o wyjaśnienie im dlaczego katedra została zbudowana: aby głosić chwałę Boga poprzez sztukę i muzykę, ze szczególnym uwzględnieniem liturgii.

    Liturgicznym centrum świątyni pozostanie ołtarz, znajdujący się na osi między chrzcielnicą (w zachodniej części nawy) i tabernakulum (które powróci na zabytkowy ołtarz według projektu Viollet-le-Duca, u stóp wielkiego złotego krzyża w głębi prezbiterium). Obok istniejących już miejsc kultu, takich jak figura Matki Bożej przy prawym filarze obok ołtarza głównego czy boczne kaplice (latynoamerykańska, chińska…), projekt proponuje stworzenie przestrzeni modlitewnej w pobliżu tabernakulum oraz wokół relikwiarza z koroną cierniową Chrystusa, jak również ustawienie konfesjonałów [przed pożarem spowiedź w Notre-Dame odbywała się w przeszklonej bocznej kaplicy – KAI].

    Na bazie samej architektury świątyni i znajdujących się w jej wnętrzu dzieł sztuki sakralnej projekt przewiduje stworzenie dla turystów trasy zwiedzania, która stanie się ścieżką wprowadzającą w wiarę chrześcijańską. Idąc przez katedrę od głównego wejścia zwiedzający będzie mógł odkryć jej fundamenty: od stworzenia i obietnicy zbawienia poprzez narodziny, mękę i zmartwychwstanie Chrystusa Zbawiciela ludzi, objawionego w Ewangelii, a następnie przez Apostołów i świętych, szczególnie tych związanych z Paryżem.

    Przy okazji zostanie udoskonalone nagłośnienie i oświetlenie świątyni, ułatwiające uczestnictwo w liturgii i koncertach muzyki sakralnej. Oświetlenie ma zmieniać się w zależności od rodzaju sprawowanych nabożeństw i okresu liturgicznego, na przykład: rozproszone i łagodne na czuwaniach modlitewnych i nabożeństwach wieczornych, stonowane w Wielkim Poście i Adwencie, a w pełni rozświetlające katedrę w dni świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy.

    Projekt ma na celu także spójną prezentację dzieł sztuki znajdujących się w świątyni. Obok zagospodarowania nieużywanych na co dzień kaplic w nawach bocznych, do katedry mają zostać wprowadzone dzieła sztuki współczesnej, aby „dialogowały” z dziełami z przeszłości, ukazując w ten sposób chęć kontynuowania wielowiekowej historii tej zabytkowej budowli.

    Kai/Tygodnik Niedziela


    „Pod tym znakiem zwyciężysz”. Przejmujący obraz ocalałego z pożaru krzyża

    (fot. Reuters/Philippe Wojazer/Pool/Forum)

    ***

    Kiedy gaszący szalejący pożar strażacy weszli do wnętrza katedry Notre Dame ich oczom ukazał się niesamowity widok. Spośród kłębów dymu i osmolonych powierzchni wyłonił się stojący przy ołtarzu nietknięty złoty krzyż. Przejmujący obraz odbił się szerokim echem w mediach na całym świecie.

    Okazało się, że w niemal nietkniętym stanie z pożaru wyszedł ołtarz, stojący przy nim krzyż oraz przynajmniej jeden z trzech witrażowych rozet datowanych na XIII wiek. Szczególnie przejmujący jest widok złotego krzyża, od którego światło odbijało się ciepłym blaskiem. Wideo i zdjęcia tego niesamowitego widoku już wielu określiło mianem cudu. Zastanawia bowiem, w jaki sposób krzyż pozostał nietknięty pośród szalejącego we wnętrzu katedry pożaru

    „Złoty krzyż z ołtarza katedry Notre-Dame błyszczy wśród mroku, stając się symbolem nadziei” – pisze brytyjski The Sun.

    Notre-Dame’s golden altar cross glistens in the gloom as it becomes symbol of hope https://t.co/Nz2Cgwxl1R pic.twitter.com/E1SiouHUg0

    — The Sun (@TheSun) 16 kwietnia 2019

    „Nie jestem pewien czy wierzę w cuda, lecz ten widok nietkniętego ołtarza i krzyża z tego poranka zapiera dech w piersiach i powinien poruszyć niejedno serce” – pisze użytkownik o pseudonimie Philip Webster.

    Not sure I actually believe in miracles but this picture of the altar and the cross untouched this morning is breath-taking and should touch the hearts of all……..#notredame pic.twitter.com/NwgP4noHr3

    — Philip Webster (@PhilipWebster72) 16 kwietnia 2019

    Po tych wszystkich następstwach i zniszczeniu w pożarze Notre Dame, ołtarz i krzyż pozostały nietknięte. Proszę wytłumacz dlaczego po zobaczeniu tego obrazu nadal nie wierzysz w Boga” – pyta Kaylee Crain.

    After all the aftermath and destruction of the Notre Dame fire, the alter and cross remained untouched. Please explain to me how you don’t believe in God after seeing this. pic.twitter.com/xUFmB7VnRG

    — Kaylee Crain (@kayleecrain__) 16 kwietnia 2019

    „Trzymajcie krzyż wysoko, bym mogła go widzieć ponad płomieniami” – przypomina słowa św. Joanny D’Arc „Pilarica”. 

    St. Joan of Arc: „Hold the Cross high, that I may see it through the flames.”#NotreDame pic.twitter.com/8hbSgWEhZU

    — Pilarica ن (@Pilaricareb) 16 kwietnia 2019

    PChr.24.pl


    Pożar katedry Notre-Dame przywrócił wiarę strażakowi

    Pożar katedry Notre-Dame w Paryżu wieczorem 15 kwietnia 2019 roku był wydarzeniem duchowym dla jednego ze strażaków uczestniczących w akcji ratunkowej i odmienił jego życie. Widok krzyża na ołtarzu pośród płomieni i poważnie zniszczonej katedry był dla niego znakiem nadziei, „jakby Bóg chciał nas w tej chwili pocieszyć. Jego obecność była zauważalna” – powiedział członek służb ratowniczych francuskiemu magazynowi „Famille Chrétienne” z 2 grudnia.

    ©Mike Mareen – stock.adobe.com

    ***

    Rozmówca chciał zachować swoją anonimowość – w artykule nazywany jest „Matthieu”. Przyznał, że to przeżycie poruszyło go tak głęboko, że na nowo odnalazł wiarę. Już od chwili przybycia na miejsce pożaru widok był wstrząsający. „Przed katedrą zobaczyliśmy klęczących ludzi, którzy modlili się i śpiewali” – powiedział doświadczony strażak. Zwrócił uwagę, że wszyscy byli głęboko zszokowani, ale jednocześnie zjednoczeni i widać było, że znajdują pocieszenie w modlitwie.

    Po wejściu do płonącego kościoła Matthieu był jeszcze bardziej poruszony inną sceną. „Przede mną był ołtarz, a nad nim słynna rzeźba krzyża. Krzyż świecił intensywnie, ale nie był oświetlony z zewnątrz – zdawało się, że sam emitował światło. Wszystko inne było ciemne, ale krzyż promieniował, to było wyraźnie widać” – powiedział Matthieu.

    Pokryty złotem drewniany krucyfiks, autorstwa XIX-wiecznego francuskiego rzeźbiarza Marca Couturiera, pomimo ekstremalnie wysokiej temperatury przetrwał pożar prawie nieuszkodzony. A niezależnie od uzasadnień technicznych (złoto zaczyna się topić dopiero w temperaturze 1000 stopni Celsjusza), dla Matthieu było to doświadczenie duchowe: „Poczułem ogromny spokój i miałem poczucie, że nie muszę się bać”.

    Mówiąc o swoim życiu przyznał, że w dzieciństwie był pobożnym chrześcijaninem, a także ministrantem, lecz z biegiem lat na długo stracił wiarę. Odegrała tu rolę jego praca jako strażaka, w której często doświadczał cierpienia i bólu. „Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Bóg pozwala na tyle cierpienia” – powiedział Matthieu. Jednak w noc pożaru Notre Dame poczuł się „uratowany” – nie przed płomieniami, ale na głębszym poziomie. „Po tym doświadczeniu stałem się inną osobą. To było tak, jakby Bóg uwolnił mnie od gruzów moich wątpliwości”.

    Oprócz przeżycia związanego z krzyżem ołtarzowym, Matthieu doniósł także o uratowaniu skarbów liturgicznych katedry. Po zawaleniu się słynnego dachu postanowiono uratować cenne relikty i przedmioty sakralne. Należały do nich korona cierniowa, gwoździe z ukrzyżowania Chrystusa, a także monstrancje i inne przedmioty liturgiczne. „Wraz z kustoszem w pełnym rynsztunku udaliśmy się do skarbca. Naszym celem było uratowanie jak największej liczby przedmiotów – przy zachowaniu jak największej staranności”. Mimo niebezpieczeństwa i dramatycznych okoliczności poczuł dziwny spokój: „Wiedziałem, że byliśmy chronieni”.

    Od tej nocy życie Matthieu radykalnie się zmieniło. „Znowu chodzę na Mszę, często kilka razy w tygodniu. Modlę się regularnie, przystąpiłem do bierzmowania i teraz towarzyszę innym osobom przygotowującym się do przyjęcia wiary”, wyznał paryski strażak. Obudzona na nowo wiara zmieniła także jego rodzinę. „Moja mama znów zaczęła chodzić do kościoła, a część mojej rodziny jest w trakcie powrotu do wiary”. Od tego czasu stara się żyć z „otwartym sercem”, rozpoczynając każdy dzień od Boga i poświęcając więcej czasu innym.

    „Wiele osób potrzebuje nie tylko słów, ale przede wszystkim kogoś, kto naprawdę słucha. Czasami jest to trudne, ale postrzegam to jako swoją pracę” – powiedział Matthieu.

    Kai/Tygodnik Niedziela


    Katedra wskazuje sens

    O interpretacjach pożaru Notre Dame, symbolice katedr oraz związkach religii i kultury mówi ksiądz biskup Michał Janocha.

    Pixabay.com/Opoka.pl

    ***

    Bogumił Łoziński: Jak zareagował Ksiądz Biskup na pożar katedry ­Notre Dame?

    Bp Michał Janocha:
     Chyba tak jak wszyscy – poczuciem smutku i bezradności.

    Jaki wymiar ma ta strata?

    Religijny i kulturowy, bo katedra jest jednocześnie symbolem obu tych wymiarów.

    Co tracimy w wymiarze religijnym?

    Powiem trochę przewrotnie. Wszyscy płaczą nad spaloną katedrą, i jest to na pewno reakcja poruszająca, ufam, że nie płytka, ale mało kto płacze nad Kościołem, który płonie od dziesięcioleci. I pozostawia po sobie zgliszcza w postaci rozbitych rodzin, samobójstw, zagubienia. Przejawia się to również na zewnątrz – w burzeniu świątyń, które nie są już potrzebne. W ponad 2-tysiącletniej historii Kościoła takiego zjawiska nie było. Owszem, burzono świątynie, również w stolicy Francji w czasie rewolucji, ale robili to wrogowie Kościoła. Wierni ich bronili. Dziś burzy się kościoły, bo nikt się w nich nie modli. Oczywiście trzeba mieć świadomość, że we Francji są dziś też piękne, żywe źródła chrześcijaństwa. Mam nadzieję, że zniszczenie tej katedry będzie, przynajmniej dla niektórych, okazją do refleksji nad odbudową życia.

    Notre Dame pochodzi z okresu średniowiecza, gdy w Europie mieliśmy cywilizację chrześcijańską. W tamtym czasie kościoły wznoszono, aby nawiązać kontakt Bogiem. Co 800-letnia Notre Dame mówi o duchowym wymiarze człowieka?

    Katedra jest metaforą człowieczeństwa, metaforą homo religiosus – człowieka jako istoty religijnej. Jest też metaforą Europy. Późne średniowiecze, które stworzyło arcydzieło architektury, jakim jest gotycka katedra, w tym Notre Dame, w tym samym czasie stworzyło arcydzieło ludzkiego geniuszu, intelektu i ducha, jakim jest „Suma teologiczna” św. Tomasza z Akwinu. I jedno, i drugie arcydzieło próbuje wytłumaczyć świat i kosmos od stworzenia świata aż po jego kres. Jedno i drugie próbuje połączyć elementy paradoksalnie nie do połączenia, jak platonizm i arystotelizm u Tomasza, a w przypadku katedry chociażby odziedziczone po okresie romańskim rozety i nowy system filarowo-skarpowy. Wreszcie i gotycka katedra, i „Suma teologiczna” mają bardzo logiczną strukturę, ze swoim podziałem na części, rozdziały, kwestie, nawy i przęsła. Do tego stopnia, że usunięcie jednej z części sklepiennej katedry – myślę o zworniku – podobnie jak usunięcie któregoś z artykułów „Sumy teologicznej” powoduje, że całość zaczyna się rysować. Jeślibyśmy usunęli centralny zwornik katedry, który jest na przecięciu korpusu nawowego i transeptu, to tak, jakbyśmy z „Sumy teologicznej” usunęli pytanie: „An Deus sit?” – Czy Bóg jest? – a przecież od odpowiedzi na nie zależy cała reszta. Ta analogia katedry i „Sumy” bardzo wiele mówi nie tylko o średniowieczu, ale i o nas samych. Przemawiając językiem swojej epoki, językiem gotyckiej architektury i językiem scholastycznej łaciny – mówią o rzeczach uniwersalnych i ponadczasowych. Kim człowiek jest, dokąd idzie, po co żyje? Tomasz tłumaczy to za pomocą dyskursywnego języka teologicznego, katedra – za pomocą sklepiennych łuków, witraży, rzeźb, portali.

    Pojawiły się liczne interpretacje znaczenia pożaru Notre Dame, a z drugiej strony stwierdzenia, że to było przypadkowe wydarzenie.

    Sam fakt interpretowania tego zjawiska już bardzo wiele mówi. Francuski myśliciel i teolog Alan z Lille powiedział, że wszystko, co stworzone, jest jak książka i obraz, a zatem stanowi symbol. Ojcowie Kościoła wyrażali to stwierdzeniem: przez rzeczy widzialne do niewidzialnych, przez cielesne do duchowych, przez doczesne do wiecznych. Bardzo ciekawe, że pojawia się tak dużo interpretacji tego pożaru. To potwierdza, że czy chcemy, czy nie chcemy, jesteśmy animal symbolicum – zwierzęciem symbolicznym. Staramy się czytać znaki. Oczywiście możemy je czytać różnie, interpretacji mogą być setki. Znak ma to do siebie, że jest wielopłaszczyznowy i każdy może go odczytać na swój sposób. Bałbym się oficjalnych wykładni. Warto też mieć świadomość, że interpretacja o wydarzeniu mówi niewiele, a bardzo wiele o interpretującym je.

    Porozmawiajmy o interpretacji religijnej. Arcybiskup Paryża Michel Aupetit stwierdził, że zniszczenie Notre Dame to wezwanie do nawrócenia. Czy to wydarzenie może być impulsem do odnowy wiary we Francji, która jest wroga wobec chrześcijaństwa?

    Każde tragiczne wydarzenie można odczytać jako wezwanie do nawrócenia, jak zawaloną wieżę w Siloe, o której wspomina Jezus. Odnośnie do ­Notre Dame – ufam, że w licznych przypadkach tak się stanie, chociaż w skali całego społeczeństwa nie byłbym optymistą. Dla większości to jest news, który jutro przykryje inny news, a potem jeszcze inny. Newsy to taki zbiorowy narkotyk, któremu jako społeczeństwo mniej lub bardziej ulegamy. Obraz Francji wrogiej wierze jest pewnym uproszczeniem. W tym kraju i społeczeństwie są wielkie i tajemnicze pokłady oraz pragnienia, które od czasu do czasu się ujawniają. Na przykład po zabójstwie przez fanatyków islamskich trapistów z Tibhirine w 1996 r. pół Francji obejrzało film „Ludzie Boga” opowiadający ich historię. Teraz, gdy płonęła katedra, myślę, że też budzi się w ludziach ta zakopywana religijna warstwa.

    Zaraz po pożarze Francuzi licznie wyszli na ulice Paryża i modlili się. To objaw tęsknoty za Bogiem?

    Francja ma narzucony gorset politycznej poprawności w postaci radykalnego rozdziału Kościoła od państwa. Trudno nie zauważyć, że są Francuzi, którzy płaczą nad pożarem katedry Notre Dame, a jednocześnie świętują rocznicę rewolucji francuskiej, która zrównała z ziemią, sprofanowała setki katedr i kościołów. Ze wspaniałego opactwa w Cluny niemalże nie został kamień na kamieniu. Jest w tym jakiś dramat. Ale Francuzi modlący się publicznie na ulicach Paryża… To wiele mówi. I to też jakiś znak.

    Co Ksiądz Biskup myśli o interpretowaniu pożaru katedry Notre Dame jako kary za grzechy Francuzów wobec Kościoła?

    Jeśli ktoś z tego pożaru odczytuje wezwanie do przemiany życia i je podejmuje, to chwała Bogu. Oczywiście zawsze jest pokusa szukania zła na zewnątrz, co nie znaczy, że tam go nie ma, jednak nasz wpływ na zło zewnętrzne jest niewielki. Jeśli mam jakikolwiek wpływ na zło na ziemi, to przede wszystkim na to, które jest we mnie.

    Środowiska lewicowe nie ukrywają satysfakcji ze zniszczenia Notre Dame. Związany z Krytyką Polityczną publicysta skomentował ten pożar słowami: „Nie gaście gówna, cud, że się pali”. Czy to jest nurt, w którym walka z wiarą stała się programem polityczno-społecznym?

    To też są próby symbolicznego interpretowania tego samego wydarzenia. Potwierdzają one, że człowiek jest istotą symboliczną, że tak naprawdę szuka znaków, nawet jeśli nie uznaje transcendencji. W wymiarze rzeczywistości widzialnej próbuje doszukać się czegoś głębszego, nawet jeśli nie wierzy w Pana Boga.

    Przykładów negatywnego stosunku do wiary jest dużo. W Hiszpanii, która przecież pamięta wojnę domową, w czasie której płonęły kościoły i mordowano duchownych, w naszych czasach na etykietach zapałek pojawiła się zapalona zapałka i płonący kościół oraz podpis: „Jedyny kościół, który oświeca, to kościół, który płonie”. Pożar Notre Dame był niejako materializacją tych złych pragnień.

    Jednocześnie ludzie niezwiązani z Kościołem byli poruszeni pożarem, wielu zadeklarowało pomoc. Nawet lewicowe stacje telewizyjne kibicowały ratowaniu Najświętszego Sakramentu czy relikwii korony cierniowej. Istnieje pewna wspólnota kulturowa?

    To jest płaszczyzna do dialogu Kościoła ze światem. Już Jan Paweł II bardzo mocno podkreślał, że wartością niekwestionowaną w dzisiejszym świecie pozostaje kultura, nawet w sytuacji, gdy podważana jest istota religii. Podkreślam to podczas wykładów na Uniwersytecie Warszawskim. Gdybym do grupy studenckiej, w której zdecydowana większość jest niewierząca albo wobec Kościoła obojętna, mówił wprost o Chrystusie czy świętych, spotkałbym się z dezaprobatą. Kiedy mówię o ikonie Chrystusa, o obrazach i rzeźbach świętych, słuchają z zainteresowaniem, ponieważ kultura stanowi niekwestionowaną wartość. A przecież sercem kultury jest kult.

    Niektórzy chcą, aby po odbudowie zrobić z Notre Dame świątynię rozumu, jak za rewolucji francuskiej.

    Takie myślenie wyrasta z oderwania kultury od kultu. Goethe mówił, że kultura oderwana od kultu staje się odpadkiem. Mocne słowa. Oddajmy jednak historii sprawiedliwość. W XIX w. zdewastowane mury katedry Notre Dame skłaniały do refleksji, pojawiła się myśl o odbudowie. Wielką inspiracją był Wiktor Hugo i jego książka „Dzwonnik z ­Notre Dame”. Potem na bazie zainteresowań francuską historią, na fali romantyzmu i fascynacji średniowieczem podjęto to wyzwanie. Francuski architekt i konserwator Eugène Viollet-le-Duc, wraz ze współpracownikami, dźwignął z ruin wiele katedr i przywrócił im dawny blask. Do tego stopnia, że jeszcze w końcu XX wieku stawiano sobie pytania, czy niektóre detale architektoniczne gotyckich katedr są oryginalne, średniowieczne, czy jest to kreacja Viollet-le-Duca z XIX w. Tak zręcznie potrafił naśladować gotyk, tak dobrze go poznał. Sygnaturka z Notre Dame, która spłonęła, była właśnie wspaniałym dziełem tego architekta.

    Pojawiają się też propozycje, aby odbudować Notre Dame w stylu modernistycznym, ze szklanym dachem czy iglicą zamiast wieży. Jaki miałoby to wpływ na symbolikę katedry?

    Myślę, że wygra koncepcja zachowawcza, która jest zgodna z tendencją dominującą we współczesnej szkole konserwatorskiej. Chodzi w niej o zachowanie maksimum oryginalnej substancji zabytkowej. W przypadku zniszczeń obiektów takiej rangi jak Notre Dame celem będzie przywrócenie jej pierwotnego kształtu sprzed pożaru. Gdy w wyniku trzęsienia ziemi zawaliło się jedno przęsło w bazylice w Asyżu i wraz z nim spadły fragmenty fresków Giotta, nikt nie miał wątpliwości, że trzeba je zrekonstruować. Historia kultury jest nieustannym burzeniem i odbudowywaniem. Arcybiskup Paryża przypomniał, że każdy kościół, nawet najwspanialszy, jak Notre Dame, ostatecznie jest zbudowany dla maleńkiego kawałka Chleba, w którym jest wszystko, cały kosmos. •

    rozmawiał: Bogumił Łoziński/Gość Niedzielny


      Popatrz w górę. Piękno gotyckich katedr

    Trudno wyobrazić sobie Francję bez gotyckich katedr. Dziś dla wielu to pomniki zamierzchłych czasów, niemal jak egipskie piramidy.

    Katedra w Reims/fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Pożar katedry Świętych Piotra i Pawła w Nantes kolejny raz przypomniał światu o gotyckich arcydziełach Francji. Dla samych Francuzów, po zeszłorocznym pożarze paryskiej Notre Dame, był to kolejny wstrząs, choć w przypadku Paryża wykluczono celowe podpalenie, podczas gdy w Nantes śledczy dopatrzyli się właśnie świadomego działania. Wpisuje się to w szersze zjawisko. Statystyki rządowe mówią o blisko 800 atakach rocznie na miejsca kultu, z czego część to podpalenia kościołów.

    Przedstawiamy pięć gotyckich katedr. Wybór jest oczywiście subiektywny. Celowo pomijam tu paryską Notre Dame (artykuł o niej zamieściliśmy w zeszłym roku), a także wspomnianą na początku katedrę w Nantes (pisaliśmy o niej w poprzednim numerze). Jest jeszcze wiele innych świątyń, w których pierwszym odruchem wchodzącego jest spojrzenie w górę. Bo o to w gruncie rzeczy chodzi w gotyku. W kraju nad Sekwaną to odruch niemal zapomniany.

    Odcienie gotyku

    Nie wiem, kto był pierwszy: Claude Monet czy Joanna d’Arc. Oczywiście nie o kolejność historyczną chodzi (święta wyprzedza malarza o trzy epoki), tylko o wpływ, jaki miały dla mnie obie postaci w postrzeganiu katedry w Rouen. Obrazy Moneta zdecydowały chyba o pierwszym zauroczeniu, ale dopiero wizyta w Rouen, śladami Joanny, pozwoliła zobaczyć na żywo gotyckie dzieło sztuki w normandzkim mieście, które było świadkiem procesu i spalenia Dziewicy Orleańskiej. W latach 80. XIX wieku, czyli dekadę przed tym, gdy francuski impresjonista tworzył swoją serię pod nazwą „Katedra w Rouen”, gotycka świątynia była uznawana za jeden z najwyższych budynków świata. Źródła historyczne mówią, że już na początku IV wieku Rouen miało swojego biskupa. Kilkadziesiąt lat później powstała pierwsza katedra, a następnie bazylika. Parę wieków później najazdy wikingów i pożary zamieniły je w ruiny. Budowa obecnego kościoła rozpoczęła się pod koniec XII wieku w celu modernizacji i powiększenia romańskiej katedry – dobudowano wtedy jedną z wież, która jako pierwsza była elementem czysto gotyckim. Pożar w 1200 r. tak mocno zniszczył konstrukcję romańskiej świątyni, że zaczęto odbudowywać ją już całkowicie w stylu gotyckim. Ciągnące się wojny, społeczne bunty i pożary sprawiły, że budowa trwała kilkaset lat, co odbiło się na charakterze obiektu. Widoczne są w nim różne odcienie gotyku, który również rozwijał się przez stulecia. Dziś turystów, poza imponującymi sklepieniami i doskonałą symetrią, przyciąga m.in. grobowiec Ryszarda Lwie Serce.

    Rozum na kolanach

    Katedrą w Chartres można zachwycać się z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że uchodzi za drugą prawdziwie gotycką budowlę, nie tylko ze względu na matematyczną precyzję wykonanych części, ale także ze względu na obecność zaskakujących jak na świątynię elementów. Kluczowa jest tutaj przyciągająca wzrok fasada zachodnia: przedstawiono na niej siedem sztuk wyzwolonych (artes liberales). Mowa oczywiście o uniwersalnym systemie nauczania, który ukształtował się w starożytności, ale był charakterystyczny również dla średniowiecza i dał podwaliny pod nowożytną edukację. Pod pojęciem tym kryło się 7 dyscyplin, które traktowano jako niezależne od teologii: gramatyka, retoryka, dialektyka, arytmetyka, geometria, astronomia i muzyka. To niezwykłe, że kilka wieków przed renesansem, które swoim mottem uczyniło hasło „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce”, i jeszcze dłużej przed oświeceniem, które rozum postawiło w centrum wszechświata, właśnie w tym „ciemnym średniowieczu”, na chrześcijańskiej świątyni, która sama w sobie jest owocem harmonii wiary i rozumu, pojawiła się swoista promocja tego, co człowiek może rozwijać dzięki swojej rozumności; pojawiły się na niej postacie m.in. Pitagorasa, Arystotelesa i Cycerona. Zresztą sama katedra w Chartres, tak jak i cały gotyk, jest chyba najlepszym dowodem na to, jak niesprawiedliwe są pojawiające się jeszcze współcześnie stereotypy dotyczące rzekomo zacofanych wieków średnich. Wrażenie robi ponad 150 witraży i blisko… 10 tys. rzeźb znajdujących się w świątyni, a także bardzo długi labirynt, który służył do odbycia na kolanach pielgrzymki. Dziś turyści traktują to zazwyczaj jako element wystroju wnętrza. To też miara przepaści między naszą i tamtą epoką.

    Katedra aniołów

    W tej krótkiej wycieczce po francuskim gotyku trudno nie zatrzymać się w katedrze w Reims. Nazywana „katedrą aniołów” ze względu na liczne rzeźby jest zarazem najbardziej podobna do paryskiej Notre Dame (zwłaszcza fasady obu świątyń są bliźniaczo podobne), choć – jak przekonują znawcy – katedra w Reims przewyższa swoją paryską siostrę harmonią i właściwymi dla gotyku proporcjami. To jeden z tych kościołów, które przez wieki były ściśle powiązane z państwem – tutaj miały miejsce koronacje królów francuskich. Tutaj również sięgają wpływy wspomnianej już Joanny d’Arc, bo to właśnie ona domagała się (powołując się na widzenia świętych), by w katedrze w Reims koronowany został odsunięty od tronu Karol VII. Trudno się dziwić – historia miasta sięga czasów na długo przed podbojem rzymskim, gdy było stolicą galijskiego plemienia Remi. Po podboju Galii miasto stało się jednym z najważniejszych centrów nowego imperium. Przede wszystkim zaś tutaj właśnie miał miejsce chrzest Chlodwiga, co przesądziło o roli Reims w późniejszych wiekach, czego przejawem była także ciągła rozbudowa koronacyjnej świątyni, która w XIII wieku zaczęła przybierać „krój” gotycki. Ogromne wrażenie robi środkowy portal oraz witraże Marca Chagalla, z których katedra słynie chyba najbardziej, ale równie wielkie wrażenie robi fakt, że aż do późnych lat 90. XX wieku trwały prace mające na celu usunięcie zniszczeń… jeszcze z I wojny światowej! Niemcy zdobyli się na bombardowanie katedry chyba w ramach zemsty za kolejne porażki, bo trudno inaczej wytłumaczyć ten barbarzyński akt. Trauma musiała być mocna nawet wśród samych Niemców, bo gdy wkroczyli do Francji ponownie w 1940 roku… żaden z oddziałów Wehrmachtu nie odważył się ponownie ruszyć świątyni.

    Piękny Pasterz

    Rówieśniczką trzech poprzednich świątyń (choć powstawała zdecydowanie krócej niż katedra w Rouen) i zarazem jedną z najbardziej zachwycających jest katedra w Amiens. Już sama fasada sprawia, że trudno opuścić wzrok, bo liczba elementów, zaskakujących rozwiązań i w tym wszystkim pedantyczna wprost dbałość o detale sprawiają, że oczy odruchowo wędrują w górę. Podobnie we wnętrzu, gdzie symetria sklepień zachwyca na nowo, nawet jeśli wcześniej zachwycała w podobnych katedrach. Jeśli coś jest w stanie zmusić oczy do spojrzenia w dół, to w Amiens będzie to podłoga… pokryta wzorami geometrycznymi oraz – podobnie jak w Chartres – labirynt dla pielgrzymów na kolanach. Katedrą zachwycał się swego czasu Stanisław Wyspiański. „To nie instrument jeden grający, harmonijny, melodyjny i wdzięczny, ale potężna orkiestra, o grubych tonach trąb, takcie miarowych bębnów, chórach całych śpiewnych fletni i brzęku harf złotostrunych” – pisał w jednym z listów. Jestem przekonany, że takie porównania przyszły mu do głowy, gdy patrzył na fasadę katedry: zwłaszcza brama główna oraz znajdujący się nad nią portal to pokazana w pigułce istota chrześcijańskiego życia: oczekiwanie na powrót Chrystusa w chwale. Największe wrażenie robi postać Chrystusa Zwycięzcy, nazwanego przez architektów Pięknym Bogiem. To wyraźne nawiązanie do fragmentu Ewangelii, który w Polsce tłumaczymy: „Ja jestem dobrym pasterzem”. Tymczasem użyte w nim greckie słowo kalos oznacza także osobę piękną. „Ja jestem pięknym pasterzem” – może brzmieć również tłumaczenie tekstu. To piękno w kontekście gotyckiego arcydzieła wybrzmiewa jeszcze mocniej. I jeszcze bardziej usprawiedliwione staje się przekonanie Dostojewskiego, że „piękno zbawi świat”.

    Katedra kardynała

    Pozwolę sobie zamknąć ten wybiórczy i subiektywny wybór gotyckich katedr świątynią, która nie znajduje się na żadnej top liście. To katedra św. Jana Chrzciciela w Lyonie (poprzednie mają w wezwaniu Najświętszą Maryję Pannę). Dlaczego właśnie Lyon? Nie tylko dlatego, że w tym mieście zaczynała się kiedyś moja francuska przygoda, nie tylko dlatego, że na ulicach Lyonu, w pobliżu katedry, grą na instrumentach zarabialiśmy z przyjaciółmi na kolejny rok studiów. Katedra w Lyonie, nie największa i nie najbardziej okazała spośród wielu innych gotyckich katedr, jest mi bliska jeszcze z dwóch innych powodów. Po dwóch stronach ołtarza znajdują się do dziś dwa krzyże, które były niemymi uczestnikami II soboru lyońskiego w 1274 roku. Sobór był pierwszą poważną próbą przywrócenia jedności w podzielonym przez tzw. schizmę wschodnią Kościele. Dwa krzyże przy jednym ołtarzu są symbolem tego – ciągle jeszcze niedokonanego – zjednoczenia Kościoła. Drugi powód to postawa kard. Philippe’a Barbarina, do niedawna arcybiskupa Lyonu. Złożył rezygnację, gdy został oskarżony o tuszowanie pedofilii jednego z księży. Ostatecznie został oczyszczony z zarzutów o ukrywanie przestępcy i sąd apelacyjny uniewinnił go po wcześniejszym wyroku skazującym. Mimo to kard. Barbarin postanowił usunąć się w cień i pełnić posługę „zwykłego księdza”. Katedra w Lyonie, ze swoją stonowaną, „skromną okazałością” w pewnym sensie dobrze współgra z postawą kardynała, który dla uniknięcia zgorszenia nieprzekonanych o jego niewinności wolał ustąpić z urzędu. To również znak czasu dla Kościoła. Podobnie jak płonące katedry. Być może kończy się czas godności i tytułów, czas okazałych i bogatych świątyń… „Nadchodzi bowiem godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie…”.•

    Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny


    Notre-Dame. Ogień, odkrycia i powrót do chwały

    (fot. Vincent Isore / Zuma Press / Forum)

    ***

    Pożar paryskiej Notre-Dame wstrząsnął światem i wyrządził wielkie szkody. Jednak odsłonił też szereg tajemnic aż dotąd niedostępnych dla badaczy. Ich zgłębianie już się zakończyło: katedra ponownie otworzy swe podwoje w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny 8 grudnia Roku Pańskiego 2024.

    Paryska Notre-Dame była przez wieki świątynią Boga oraz domem modlitwy królów i ludu Francji. Także i dziś, mimo powszechnej laicyzacji, łączy świat wiary ze światem polityki. Zarazem już dwa stulecia temu stała się jednym z najważniejszych ogniw w narodzinach fachowej konserwacji zabytków. Obecnie otwiera nowy jej rozdział.

    Niegdyś szanowano kościoły o sędziwej metryce, ale nie znano stałych zasad ich renowacji. W praktyce każdy robił, co chciał. Toteż za ostatnich Burbonów zniszczono znaczną część średniowiecznych rzeźb i witraży Notre-Dame, zastępując je nowymi. Rozebrano też wielką, gotycką iglicę, wieńczącą skrzyżowanie naw. Rewolucja dorzuciła urzędowe zbezczeszczenie kościoła oraz destrukcję posągów królów i świętych na fasadzie.

    Pierwsza taka renowacja

    Powieść Victora Hugo Katedra Najświętszej Maryi Panny w Paryżu z roku 1831 zwróciła na Notre-Dame spojrzenie świata. Na tej fali rząd króla Ludwika Filipa zdecydował o renowacji świątyni. W latach 1843–1864 Jean-Baptiste-Antoine Lassus i Eugène Viollet-le-Duc przywrócili rozbite przez rewolucjonistów rzeźby, usunęli część nowożytnego wyposażenia i odtworzyli (w swym mniemaniu) średniowieczny wygląd kościoła. To wówczas nad katedrą znów pojawiła się niebotyczna, ponad dziewięćdziesięciometrowa iglica.

    Ta renowacja dała przykład całej Europie.

    Interwencja Opatrzności

    Kolejne epokowe wydarzenie w dziejach konserwacji zabytków sprowokował pożar, który w Wielkim Tygodniu AD 2019 strawił dachy Notre-Dame. Szczęściem czuwała Opatrzność.

    Nie było wprawdzie cudem, że sklepienie wytrzymało uderzenie płonących belek – to akurat średniowieczni architekci przewidzieli. Natomiast było cudem, że wielka iglica, która zapadła się, przebijając sklepienną czaszę, nie uderzyła o metr dalej. Gdyby trafiła w tak zwane żebro jarzmowe, ściany boczne zawaliłyby się w tym miejscu, a potem cała katedra złożyłyby się niczym domek z kart.

    To samo stałoby się, gdyby w ciągu pierwszych dni po pożarze spadł deszcz – masa wody zawaliłaby nadwątlone sklepienia. A gdyby powiał silniejszy wiatr, kamienne szczyty, pozbawione wsparcia, runęłyby na okoliczne domy.

    Pan Bóg ustrzegł.

    Spontaniczność i profesjonalizm

    Wszystko to wiemy dzięki pracy setek fachowców różnych specjalności, którzy spontanicznie zgłaszali się już podczas pożaru. Błyskawicznie powstało szereg instytucji, między innymi Projekt Naukowy Notre-Dame, w którego ramach działa dziewięć grup roboczych. Te ostatnie, nie biorąc udziału w odbudowie jako takiej, prowadziły badania, które – paradoksalnie – nie były możliwe przed pożarem.

    Te prace już się skończyły, choć nie zbadano wszystkiego (dowcipni mówią: Reszta następnym razem…), jako że prezydent republiki ustalił sztywną datę oddania Notre-Dame do użytku na 8 grudnia 2024 roku. Najwyraźniej pragnie uwiecznić się jako renowator katedry en chef.

    Zasób już zgromadzonych danych wystarczy jednak dla kilku pokoleń badaczy. Wiemy o Notre-Dame niebotycznie więcej niż dotąd. Zadziwiają efekty precyzyjnych analiz dokonywanych przez różne międzynarodowe ekipy z użyciem najnowocześniejszych technik. Dodać do tego trzeba szereg odkryć poczynionych w różnych dziedzinach, począwszy od pierwotnej kolorystyki Notre-Dame i jej dawnego wystroju. Archeolodzy wydobyli dziesiątki kamiennych figur, które przez kilkaset lat – od zburzenia średniowiecznej przegrody chórowej – zalegały pod posadzką. Okazało się też, że pewne części gotyckich sklepień pochodzą z czasu… barokowej renowacji. Aż dotąd w ogóle nie wiedziano, że takowa miała miejsce.

    Niemało też dowiedzieliśmy się o rozwoju gotyku.

    Miejsce w gotyckim rankingu

    Gotyk – ten najważniejszy wynalazek średniowiecznej sztuki i techniki – narodził się we Francji w latach czterdziestych XII stulecia, ale dopiero po dwóch dekadach doświadczeń architekci rozpoczęli wielki wyścig: kto wzniesie świątynię najwyższą i najwspanialszą?

    W finale na podium stanęły trzy tak zwane klasyczne katedry gotyckie: w Chartres, w Reims i w Amiens. Jednak hasło do wyścigu dała w roku 1163 paryska Notre-Dame. To jej twórcy jako pierwsi „podbili stawkę” i „przebili sufit”. Nikt wcześniej nie wzniósł tak wysokich sklepień, a potem mało kto stworzył budowlę o tak wielkiej kubaturze. I mimo że katedry klasyczne są od paryskiej nieco wyższe, ich skala jest podobna. Paryżanie mieli podstawy utrzymywać, że ich katedra przewyższa wszystkie pozostałe.

    Rekordowe sklepienia

    Niektóre badania w zaskakujący sposób potwierdziły to mniemanie. Oto aż dotąd można było mierzyć grubość sklepień Notre-Dame tylko w przybliżeniu. Teraz okazało się, że ich czasze, rozpięte na szerokości 12–13 metrów, mają grubość zaledwie… piętnastu centymetrów! Czyli są najcieńsze ze wszystkich znanych katedralnych sklepień gotyckich we Francji, które wszędzie – czy to wzniesione wcześniej, czy później – mierzą po kilkadziesiąt centymetrów grubości. Wygląda to zatem tak, jakby z początku architekci konkurowali w stawianiu sklepień jak najcieńszych – aż wygrał architekt paryskiej katedry. A potem nikt nie zapragnął powtórzyć tak ryzykownego osiągnięcia. Notabene, tak arcyfinezyjna struktura przetrwała osiemset lat i pożar na dokładkę.

    Święty Krzyż i symbolika Notre-Dame

    Zasadniczo symbolika świątyni chrześcijańskiej była i jest znana. Jednak każda średniowieczna katedra może mieć symbolikę indywidualną, właściwą tylko sobie. To właśnie przypadek paryskiej Notre-Dame. Na przykład od dawna zastanawiało badaczy powszechne występowanie w jej architekturze monumentalnego motywu krzyża. Wydawałby się on oczywisty w kościele chrześcijańskim, ale liczba jego powtórzeń we wnętrzu pozostaje wyjątkowa na tle innych dwunastowiecznych świątyń. Tłumaczono to w ten sposób, że ówcześnie na ołtarzu głównym przechowywano relikwie Prawdziwego Krzyża, największą świętość stolicy. Pamiętajmy, że równolegle tenże Prawdziwy Krzyż towarzyszył armii Królestwa Jerozolimskiego.

    Kropkę nad „i” postawiło… rusztowanie, które po pożarze stanęło pod sklepieniem. Słabo widoczny element zwornika nad ołtarzem głównym okazał się pozłacaną (niegdyś) kulą z wyciętym w niej krwistoczerwonym krzyżem. Ten wyjątkowy element powiela dekoracje średniowiecznych relikwiarzy Krzyża Świętego. Można rzec, że katedra była w zamyśle jej twórców wielkim relikwiarzem Krzyża – tego samego, który wiódł do boju krzyżowców i rycerstwo w Ziemi Świętej.

    Wizerunek architekta

    Wciąż słyszymy romantyczną bajkę o rzekomej anonimowości średniowiecznych architektów. Tak naprawdę ani nie byli oni anonimowi, ani nie stronili od artystycznej chwały.

    Dowód: obie zewnętrzne elewacje transeptów paryskiej Notre-Dame – północna i południowa – to dwa genialne dzieła dwóch genialnych architektów. Wymyślone przez nich nowatorskie formy zmieniły oblicze europejskiej sztuki. Owi twórcy znani są nam z imienia i nazwiska. To Jean de Chelles i młodszy odeń Jean de Montreuil. Chwałę pierwszego głosi kuty w kamieniu napis, datujący początek jego prac na rok 1257. Aż dotąd przypisywano mu północne ramię transeptu. Młodszy, Jean de Montreuil, miałby wykonać najbardziej zaawansowane stylistycznie (jak się wydawało) ramię południowe.

    Otóż w północnym ramieniu transeptu, na wysokości 20 metrów, widnieje niespełna półmetrowe popiersie architekta. Wskazywano dotąd dwie możliwości: albo to średniowieczny wizerunek Jeana de Chelles, albo podróbka z czasów dziewiętnastowiecznej renowacji.

    Dopiero teraz, dzięki nowym badaniom, okazało się, że popiersie jest autentyczne. Zarazem jednak komputerowa analiza wykazała, że oba ramiona transeptu powstawały jednocześnie, a nie kolejno – jak sądzono do tej pory. Czyli że obaj architekci musieli je współtworzyć w równym stopniu. A zatem autentyczne popiersie ukazuje któregoś z nich… ale którego? To kolejna tajemnica.

    Finis coronat opus

    Bohaterowie heroicznej renowacji ukończyli swoją pracę. Udało im się powstrzymać zakusy francuskiego prezydenta, który pragnął odbudować katedrę piękniejszą, niżeli była. W oczekiwaniu na ponowne otwarcie Notre-Dame świat wiary i świat miłośników chrześcijańskiego średniowiecza nadal jednak wstrzymuje oddech. Ostatnie słowo należy bowiem do gospodarzy – kapituły i arcybiskupa. Z góry powiem, że coś może nas tutaj zaskoczyć. Ale nie uprzedzajmy wypadków; mógłbym być niesprawiedliwy. Czas pokaże.

    Jacek Kowalski/PCh.24.pl


    „Teraz muszę to ujawnić”. Główny architekt Notre-Dame przyznał, że zawierzył odbudowę katedry Matce Bożej

    „Spędziłem pięć lat, nie mówiąc o tym nic, ponieważ jestem urzędnikiem państwowym w świeckiej republice, a zatem nie mogłem powiedzieć czegoś takiego” – powiedział Philippe Villeneuve. Architekt przyznał, że bez przewodnictwa Maryi nie sądził, że przywrócenie Notre-Dame de Paris byłoby możliwe.

    główny architekt katedry Notre-Dame de Paris ujawnił w wywiadzie dla EWTN, że czuł, że Matka Boża kierowała renowacją 861-letniej katedry po pożarze

    ***

    Główny architekt katedry Notre-Dame de Paris ujawnił w wywiadzie dla EWTN, że czuł, że Matka Boża kierowała renowacją 861-letniej katedry po pożarze, który spustoszył budynek w kwietniu 2019 roku. Przyznał, że jako „człowiek wiary” całą odbudowę zawierzył Maryi, ale ze względu na państwową posadę, zachował to w tajemnicy.

    „Spędziłem pięć lat, nie mówiąc o tym nic, ponieważ jestem urzędnikiem państwowym w świeckiej republice, a zatem nie mogłem powiedzieć czegoś takiego” – powiedział Villeneuve. „Ale teraz muszę to ujawnić” – powiedział. „Mam szczególne nabożeństwo do Maryi Dziewicy i ryzykując, że zabrzmię całkowicie szalenie – lub jak Joanna d’Arc – nigdy nie przestałem odczuwać wsparcie, które od Niej pochodzi” – dodał.

    Architekt podzielił się tym, że bez przewodnictwa Maryi nie sądził, że przywrócenie Notre-Dame de Paris byłoby możliwe.  Rekonstrukcja Notre Dame była ogromnym przedsięwzięciem. Zespół liczący ponad 2000 osób pracował nad renowacją w wysokości 800 milionów euro. Budowa świątyni zajęła blisko 200 lat, a Villeneuve miał tylko pięć lat na przywrócenie jego świetności.

    „Nie sądzę, aby ten projekt był możliwy w przeciwnym razie i myślę, że to dało mi siłę i determinację, aby iść do przodu, ponieważ wiedziałem, że jestem wspierany z góry” – powiedział Villeneuve.

    Pożar zniszczył dach katedry, iglię i trzy części sklepienia – ale organy, obrazy, witraże i meble były nienaruszone. Dzięki presji ze strony francuskiego rządu i 340 000 prywatnych darczyńców z całego świata, Villeneuve musiał zapewnić, że oryginalne techniki i materiały były używane w jak największym stopniu.

    „To była ogromna ilość pracy” – kontynuował. „Zdaję sobie sprawę, że teraz patrzymy na to, skąd pochodzimy. Jestem naprawdę zdumiony pięknem – zdumionym pracą, jakością pracy” – powiedział, przyznając, że od dawna kocha zabytkową katedrę. „Już jako dziecko byłem szaleńczo zakochany w Notre Dame de Paris. W katedrze czułem się po prostu dobrze” – powiedział. Villeneuve dodał, że zrobił model katedry, gdy miał 16 lat.

    „Byłem tym naprawdę zachwycony, poruszony tym” – powiedział. „I niewiele wiedziałem jako dziecko, kiedy budowałem katedrę z kart i papieru, że pewnego dnia będę pracował nad prawdziwą katedrą” – dodał.

    W ceremonii otwarcia, która miała miejsce 7 grudnia wieczorem, wzięło udział ponad 1500 osób, w tym około 40 światowych przywódców, a także 170 biskupów. Arcybiskup Paryża Laurent Ulrich odprawił pierwszą Mszę św. i poświęcił ołtarz w grudniu. 8, uroczystość Niepokalanego Poczęcia.

    Architekt przyznaje, że kiedy położył ostatni kamień skarbca w północnym transepcie, wróciły do niego dawne wspomnienia. „Widziałem siebie jako dziecko, ponownie budując ten skarbiec z papierem i kartonem” – mówi.  

    Katedra ma głębsze duchowe znaczenie, nie tylko dla swojego architekta, ale dla tych w całej Francji, a nawet na całym świecie.  Prałat Olivier Ribadeau Dumas, rektor katedry Notre-Dame, nazwał budynek „duszą Francji”. „Ponieważ ta katedra jest czymś w rodzaju duszy Francji, historia naszego kraju jest ściśle związana z historią katedry, ale jego wpływ rozciąga się daleko poza Francję” – zauważył rektor.

    „Katedra nie należy do paryżan, ani do katolików, ani do Francuzów, ale jest to dobro wspólne całej ludzkości” – kontynuował Dumas. A jego kamienie mówią o Bogu, ponieważ są ożywiane modlitwą od ponad 800 lat.

    Opoka.pl/źródło: ncregister.com


    1 GRUDNIA

    PIERWSZA NIEDZIELA ADWENTU

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚW.

    W GODZINIE MIŁOSIERDZIA – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ***


    ****

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.

    „Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.

    „Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).

    „W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Wierzę w Kościół Chrystusowy”.

    „W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.

    „Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”.
    „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .

    “Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .

    (z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)


    ****

    Roraty – są to adwentowe Msze św. odprawiane przed wschodem Słońca. Nazwa „roraty” pochodzi od adwentowej pieśni na wejście, rozpoczynającej się od słów:

    „Rorate caeli desuper” – „Spuśćcie rosę niebiosa”.

    Roratami związany jest zwyczaj zapalania specjalnej świecy ozdobionej mirtem, nazywanej roratką. Symbolizuje ona Maryję, patronkę adwentowego oczekiwania, która jako jutrzenka, wyprzedza wschód słońca i zapowiada przyjście pełnego światła – Światłości świata Jezusa Chrystusa. Innym zwyczajem jest zawieszanie w kościele wieńca z czterema świecami oznaczającymi cztery niedziele Adwentu. Z upływem kolejnych tygodni podczas Rorat zapala się odpowiednią liczbę świec. Świece i lampiony tak często używane w liturgii adwentowej wyrażają czuwanie. Nawiązują one do ewangelicznych przypowieści m.in. o pannach mądrych i głupich. Światło jest też wyrazem radości z bliskiego już przyjścia Chrystusa.

    ****

    Samplefot. Dawid Tatarkiewicz/East News

    ****

    Przekazy historyczne mówią, że roraty odprawiano w Polsce już za czasów panowania Bolesława Wstydliwego. Przez całe wieki Król, umieszczając w czasie rorat na ołtarzu zapaloną świecę, oświadczał: „Gotów jestem na sąd Boży”, za nim czynił to Prymas Polski, mówiąc „Sum paratus ad adventum Domini” (Jestem gotów na przyjście Pana), po nich zaś kolejno: senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin i chłop, powtarzając słowa króla.

    ****

    W ADWENCIE MSZE ŚWIĘTE RORATNIE BĘDĄ O GODZ. 7.00 RANO

    W PONIEDZIAŁKI I W ŚRODY W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png


    ****

    Zadanie na Adwent: Nauczyć się cierpliwości!

    5 rad ks. Piotra Pawlukiewicza

    Czekanie daje życie. Dlatego Kościół mówi: „Czekajcie na przyjście Zbawiciela. To was ożywi. To uczyni was jeszcze piękniejszymi”. A żeby dobrze przeżyć ten czas czekania, powinniśmy zapoznawać się ze Słowem Bożym. W Adwencie jesteśmy szczególnie wezwani do jego czytania, to ono ożywia serce.

    „Jedno z najtrudniejszych słów świata to dla wielu ludzi – czekać. Dzisiaj ludzie nie potrafią już czekać. Wszystko chcą dostać już, teraz, zaraz.” Tymczasem to właśnie postawa cierpliwości prowadzi nas do prawdziwej Miłości. Jak się jej nauczyć? Oto 5 rad od ks. Piotra Pawlukiewicza.

    Po pierwsze – zatrzymaj się

    Każdy statek musi być wyposażony w stery, które umożliwiają mu trzymanie się obranego kursu. My w naszym życiu też potrzebujemy steru, żebyśmy mogli dopłynąć do Bożej krainy szczęścia. W tej żegludze Kościół nie zostawia nas samych. Na każdy odcinek czasu daje nam taki ster – modlitwę. Ponieważ jednak zbyt często z niego nie korzystamy, co rusz wpływamy na mielizny.

    Sterem każdego dnia jest modlitwa poranna i wieczorna. Sterem każdego tygodnia jest msza święta. Oczywiście taka, którą naprawdę przeżyliśmy, w której uczestniczymy ciałem i duszą. Sterem każdego miesiąca dla wielu ludzi jest spowiedź. Sterem dłuższego okresu, półrocza, są czas Adwentu i czas Wielkiego Postu oraz towarzyszące im rekolekcje.

    Wtedy, kiedy jest najlepiej, najłatwiej się zgubić. Właśnie dlatego okresy w życiu pełne sukcesów, kiedy wszystko idzie mi super – zaliczam egzaminy, promotor mnie pochwalił, z rodzicami się świetnie dogaduję, chłopak mnie kocha, mam wspaniałego męża, żonę – wymagają od nas wzmożonej czujności. Wtedy najłatwiej jest się zgubić. A po czym poznać, że zjeżdżamy na złą drogę? Krajobraz przestaje nam się zgadzać. Co to za domy, co to za drzewa, co to za las? Trzeba się zatrzymać. Właśnie po to mamy w ciągu roku Adwent i Wielki Post – żeby się zatrzymać, zjechać na bok i sprawdzić na mapie, gdzie jesteśmy.

    Po drugie – sprawdź, w jakim miejscu jesteś

    Proszę państwa, wielu z nas wjechało nie w ten krajobraz, który obiecuje Biblia, i nie w ten, którego oczekiwaliśmy. Rozglądamy się dookoła, patrzymy na swoją rodzinę i myślimy: „No, inaczej to miało wyglądać. Coś jest nie tak”. Wtedy trzeba wziąć Biblię, wykorzystać adwentowe czy wielkopostne rekolekcje i sprawdzić, gdzie jesteśmy, a potem pomyśleć, jak stąd trafić na właściwą drogę.

    Jak to zrobić? Bierzemy Pismo Święte, czytamy historię Dawida, historię Abrahama, czytamy historię Pawła i zastanawiamy się, gdzie się znajduje ta strzałka „tu jesteś”. Czasami to jest niesamowicie zaskakujące, gdy odkrywamy, że jesteśmy w zupełnie innym miejscu, niż nam się zdawało. Jesteśmy tu, gdzie Kain, a myśleliśmy, że jesteśmy tu, gdzie Matka Boża. Biblia powie nam: „Bracie, wpadłeś w historię Kaina i Abla, bo zacząłeś zazdrościć swojemu bratu czy swojej koleżance ze studiów i w swoim sercu już ich zabiłeś”.

    Po trzecie – nie bój się wycofać i spróbować jeszcze raz

    To naprawdę trudny moment, kiedy ktoś nam mówi, że musimy się cofnąć. Wolimy iść do przodu. Jeśli jednak nie schowamy swojej dumy do kieszeni i nie posłuchamy głosu mądrzejszych od siebie, głosu Pana Boga, wylądujemy na manowcach.

    Czasami wydaje nam się, że idąc za głosem sumienia, kręcimy się w kółko, że cała religia to kręcenie się w kółko. Co roku przecież w ramach roku liturgicznego powtarzają się te same wydarzenia – Adwent, Boże Narodzenie, Trzech Króli, potem Wielki Post, Triduum, Wielkanoc, Boże Ciało, Wszystkich Świętych i znów Adwent. I pewnie tak jest, ale kręcąc się w kółko, idziemy do góry, jak po spiralnych schodach.

    My za szybko chcemy dojść od razu do prawdy, a tymczasem do niej dochodzi się tak, jak się obiera jabłko – z każdym ruchem noża jesteśmy coraz bliżej zobaczenia, co się kryje pod skórką tego owocu. Można byłoby wbić nóż od razu do samego środka, w ten sposób nie zrozumiemy całego procesu, który do zrozumienia tej prawdy prowadzi. Właśnie dlatego Pismo Święte czytamy na okrągło – żeby zrozumieć. Bo tego nie da się zrobić na szybko.

    Nasz rozum chce, żebyśmy myśleli pojęciami, dla niego to jest prostsze, łatwiej można sobie pewne sprawy poukładać na odpowiednich półkach w głowie. Bierzemy jakieś pojęcie i od razu na podstawie skojarzeń i wspomnień umiejscawiamy je na konkretnej półeczce. Serce działa zupełnie inaczej – intuicyjnie, a rozum dorabia potem do tego ideologię. Jeśli kogoś spotykacie, to ta osoba od razu albo się wam podoba, albo nie podoba. Dopiero potem rozum rozpoczyna żmudne argumentowanie, dlaczego tak jest. Chrystus chce, żebyśmy doprowadzili do przemiany tego naszego intuicyjnego poznania w głębi serca. Dlatego w kościele wciąż powtarzane są te same treści i dlatego po tych kręconych schodach chrześcijaństwa chodzimy.

    Po czwarte – pozwól sobie nie rozumieć

    Cały czas przeczuwamy, że są w naszym życiu jakieś wątki, których nie rozumiemy. Chrystus mówi: „Czekaj. Zrozumiesz ten wątek. Te kartki zostaną dolepione do twojej książki, ale na razie próbuj tę historię jeszcze odkrywać. Próbuj dedukować, jaka ona jest”. Jesteśmy jednak zbyt niecierpliwi. Jedno z najtrudniejszych słów świata to dla wielu ludzi – czekać. Dzisiaj ludzie nie potrafią już czekać. Wszystko chcą dostać już, teraz, zaraz. Nawet dzieci jak najszybciej chcą być dorosłe.

    Dzisiaj ludzie nie potrafią czekać. Gdy mają szesnaście lat, już są dorośli, już wszystko potrafią, już wszystko wiedzą. „Małżeństwo? No, mieszka się razem, śpi się razem, je się, chodzi się, zarabia się – proste”. Wszyscy, którzy są po ślubie kilkanaście, czy nawet tylko kilka lat, wiedzą, że to nie jest takie proste.

    Po piąte – bądź aktywny, czyli… słuchaj!

    Tymczasem miłość to czekanie, ale czekanie aktywne. Proszę popatrzeć, jak na Dworcu Centralnym ludzie czekają, jacy są przy tym skoncentrowani, jacy pełni energii. Czekanie czyni nas młodymi. Czekanie daje życie. Dlatego Kościół mówi: „Czekajcie na przyjście Zbawiciela. To was ożywi. To uczyni was jeszcze piękniejszymi”. A żeby dobrze przeżyć ten czas czekania, powinniśmy zapoznawać się ze Słowem Bożym. W Adwencie jesteśmy szczególnie wezwani do jego czytania, to ono ożywia serce.

    Jednym z najważniejszych fragmentów Ewangelii jest następujący: „Słuchaj Izraelu (…). Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem…” (zob. Mk 12, 29–30). Otóż proszę zwrócić uwagę, że to „słuchaj” można dwojako zinterpretować: nie tylko jako „słuchaj mi tu”, ale też „jeśli będziesz słuchał, będziesz miłował”. Jeśli będziesz słuchał słowa Bożego, zaczniesz miłować. Prawda jest taka, że na tyle zrozumiesz Biblię, na ile nauczysz się kochać.

    (fragment pochodzi z książki „Włącz światło! Nie daj się ciemności” ks. Piotra Pawlukiewicza. Śródtytuły zostały nadane przez redakcjęStacja7.pl)


    ****

    Jak nie zepsuć Adwentu? Nie popełnij tych błędów

    fot. Daiga Ellaby/ Unsplash

    ***

    Adwent jest wyjątkowym czasem w życiu człowieka wierzącego. Kościół proponuje nam na te kilka tygodni bardzo obfitą paletę możliwości większego zaangażowania w oczekiwanie na przyjście Pana. Oto wskazówki, które pomogą dobrze przeżyć ten czas.

    1. Uświadom sobie, na co tak naprawdę czekasz

    Jaka jest Twoja pierwsza myśl, gdy słyszysz “Boże Narodzenie”? Dla wielu z nas oznacza to: świętowanie, rodzinną atmosferę, wolne od szkoły czy pracy, możliwość odpoczynku. Ale czy to na to najbardziej czekamy? Adwent ma nas przygotować na przyjście Pana – zarówno na Jego powtórne przyjście na końcu świata, paruzję, jak i na Jego narodzenie. To na Nim powinno się skupić nasze oczekiwanie.

    2. Pomyśl, kto czeka na Ciebie

    Okres przedświąteczny zdaje się wyzwalać w ludziach większą otwartość, szczodrość i chęć pomocy. Rozliczne przedświąteczne zbiórki, charytatywne koncerty, przygotowywanie paczek z prezentami zachęcają nas do dawania siebie innym. Co ciekawe – mimo wielu wydatków w tym czasie, chętniej otwieramy swoje serca i portfele, by pomóc bardziej potrzebującym. Pomyśl, komu możesz w tym adwencie coś ofiarować, kto oczekuje Pana Boga i mógłby Go znaleźć w Twojej dobroci.

    3. Roratnie wstawanie to nie wyścig po zaliczenie

    Moda na roraty rozpowszechnia się. Kościoły w wielu parafiach są pełne wiernych, także i dzieci, mimo porannej pory. Łatwo jednak wpaść w przekonanie, że Adwent będzie ważny tylko z nimi. Roraty to nie konkurs z medalami. Jaka motywacja przyświeca Twojemu porannemu wstawaniu? Im bliższa jest Boga, tym lepiej. Roraty nie mogą być sposobem na udowodnienie sobie i komukolwiek, że jest się lepszym i wytrwalszym.

    4. Nastrój – tak, ale czemu od razu świąteczne piosenki?

    Bolączką naszych czasów jest nieumiejętność czekania. Denerwują nas korki i kolejki, biegniemy na metro nawet jeśli kolejne przyjedzie za kilkadziesiąt sekund, a w sklepach choinki, bombki i światełka pojawiają się prawie obok zniczy na początku listopada. Adwent może być dla nas lekcją cierpliwego czekania. Ale nie da się tego zrobić, jeśli od początku fundujemy sobie świąteczne – urocze skądinąd – piosenki we wszystkich gatunkach muzycznych. Poczekaj z tym. W sieci można znaleźć wiele pięknych adwentowych utworów o niezwykle bogatych tekstach – może skorzystasz z adwentowej playlisty Stacji7. Zdążysz jeszcze nasłuchać się kolęd i piosenek o Nowonarodzonym.

    5. Nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę

    Przygotowanie Świąt to spore wyzwanie. Kiedy żyjemy w biegu, czas ucieka nam nie wiadomo kiedy i nagle robi się 22, 23 grudnia. Zdenerwowani biegamy od sklepu do sklepu w poszukiwaniu prezentów, przytłacza nas ogrom sprzątania, nie wspominając o gotowaniu. Spróbuj zrobić, co możesz, wcześniej – szczególnie jeśli chodzi o duchowe porządki czyli spowiedź. Pomoże Ci to zaoszczędzić stres i niepotrzebne nerwy.

    6. Niech przygotowania nie będą ważniejsze od Gościa

    Chyba wszyscy zgodzimy się, że celem adwentu i przygotowań na Boże Narodzenie nie jest wzorcowe posprzątanie domu, suto zastawiony stół i spełniające marzenia prezenty. Jezus przychodzi, by dać nam miłość i pokój, którymi będziemy mogli się dzielić w gronie najbliższych. W ferworze przygotowań nie zapomnij, że najważniejszy w tym wszystkim jest Pan Bóg. W końcu to jego narodzenie będziemy świętować – nie można zostawiać go na dalszym planie.

    7. Nie nadymaj się tak

    Bóg przyszedł na świat jako maleńkie dziecko. To, co może nam Go przesłonić, to przerost formy nad treścią. Zastanów się, co w adwencie pomoże Ci przygotować się na jak najszczersze przyjęcie Go do swego życia. Pomysłów może być wiele, ale aktywność to nie wszystko, bo „nic się nie zmieni, jeśli nic nie zmienisz”. Niech to będzie błogosławiony czas!

    Otylia Sałek/Stacja7pl


    Nieudane końce świata. Wołanie Maranatha to nie histeria, lecz wyraz tęsknoty

    O dniu, w którym nastąpi paruzja, jedno wiemy na pewno: nic o nim nie wiemy. Ale to jest właśnie powód, żeby nie obrastać w sadło duchowego rozleniwienia. Bo dopóki trwa ten świat, nie skończy się też Adwent.

    ISTOCKPHOTO 

    ***

    Wątpliwe, żeby jakikolwiek chrześcijanin czasów apostolskich wyobrażał sobie świat XXI wieku. Pierwsi wyznawcy Chrystusa na ogół spodziewali się, że koniec świata nadejdzie w niedalekiej przyszłości. „Zaiste, przyjdę niebawem” – mówi Jezus w ostatnich słowach Apokalipsy. Chrześcijanie mają czuwać, bo „Dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy” (1 Tes 5,2).

    W Ewangelii Zbawiciel zapowiada upadek świątyni. Mówi też o ucisku, prześladowaniach, fałszywych prorokach, o dniach, w których „słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku”. Uczniowie słyszą, że „gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte”. Wtedy przyjdzie Syn Człowieczy. Przepowiednie końca świata mieszają się tu z zapowiedziami zburzenia Jerozolimy w roku 70 i czasami trudno je od siebie odróżnić. Stąd Jezusowe zapewnienie, iż „nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie” (Mk 13,30), mogło zostać zrozumiane jako odnoszące się do końca czasów – i bywało tak interpretowane. Tymczasem dwa zdania dalej padają słowa, które każą nabrać dystansu do takich prognoz: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13,32).

    Nie siedźcie!

    Mimo nieprzeniknionej zasłony, którą Bóg spuścił na datę „końca świata”, od samego początku pojawiają się ludzie, którzy ogłaszają tę datę precyzyjnie lub w przybliżeniu. Jak widać – wciąż błędnie.

    Już liczni członkowie pierwszych gmin chrześcijańskich sądzili, że paruzja jest tak blisko, iż nie ma sensu zajmować się zwykłymi sprawami życia. Musiał to być na tyle duży problem, że św. Paweł uznał za konieczne wyjaśnić: „W sprawie przyjścia Pana naszego, Jezusa Chrystusa, i naszego zgromadzenia się wokół Niego prosimy was, bracia, abyście się nie dali zbyt łatwo zachwiać w waszym rozumieniu ani zastraszyć bądź przez ducha, bądź przez mowę, bądź przez list, rzekomo od nas pochodzący, jakoby już nastawał dzień Pański. Niech was w żaden sposób nikt nie zwodzi” (2 Tes 2,1-3). Zwrócił się też do tych, którzy, oczekując końca, zaniedbywali swoje obowiązki. „Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli” (2 Tes 3,11-12) – pisał.

    W kolejnych wiekach apokaliptyczne zapowiedzi końca świata rozpalały umysły szczególnie w bliskości okrągłych rocznic. Źródła średniowieczne mówią o napięciu, które ogarnęło ludzi przed rokiem tysięcznym, co m.in. wiązało się z dosłownym potraktowaniem symbolicznych słów Apokalipsy: „A gdy się skończy tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie zwolniony. I wyjdzie, by omamić narody” (Ap 20,7-8).

    Na temat nastrojów panujących przed nadejściem roku tysięcznego informują nieliczne dokumenty tamtej epoki, co wskazuje na mniejszą ich skalę, niż sądzono np. w epoce oświecenia. Jednym z takich dokumentów jest relacja św. Abbona, opata klasztoru benedyktynów w Saint Benoit-sur-Loire, który około roku 999 pisał, że jacyś paryscy duchowni kilka lat przed końcem tysiąclecia wieszczyli w kazaniach rychłą paruzję. „Ci duchowni to szaleńcy. Wystarczy otworzyć święte teksty, Biblię, żeby znaleźć tam słowa Chrystusa, który mówi, że nigdy nie będzie znany dzień ani godzina” – stwierdził mnich.

    Znaki końca

    Ogólnie panował lęk przed nadejściem Antychrysta, którego pojawienie się ma – zgodnie z zapowiedziami Nowego Testamentu – zwiastować rychły koniec czasów. Już wtedy, u progu drugiego tysiąclecia, dostrzegano objawy zepsucia i inne znaki zapowiedziane w Biblii. Pojawiały się zjawiska, których kumulacja istotnie zdawała się zapowiadać jakiś dziejowy paroksyzm: latem mieszkańców zachodniej Europy przeraziło zaćmienie słońca. Mniej więcej w tym czasie długotrwałe deszcze we Francji wywołały klęskę głodu tak potworną, że jedzono nawet ludzkie zwłoki. Za tym poszły zarazy i ciężkie choroby wynikające z niedożywienia, wobec których ludzie byli bezradni.

    Wszystko to pasowało do zawartej w Ewangelii zapowiedzi: „Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie” (Łk 21,11). Wielu ludzi skłaniało to do pokuty i publicznego wyrażania skruchy z powodu grzechów.

    W dokumentach z X wieku często pojawia się formuła: „Ponieważ zbliża się koniec świata…”. Dr Marzena Głodek z Uniwersytetu Pomorskiego w opracowaniu na temat lęków milenijnych tamtej epoki zwraca uwagę, że formuła ta funkcjonowała już w pierwszej połowie VI wieku i nie musiała wyrażać przekonania o bliskim Dniu Pańskim. Wskazuje, iż lęki przełomu tysiącleci nie były wcale silniejsze niż w latach późniejszych. Fenomenem cywilizacji Zachodu było jednak to, że je przetrwała, nie dając się sparaliżować. „Ludzie roku tysięcznego przekroczyli próg nowego millennium i wkroczyli na drogę prowadzącą do gotyckich katedr, duchowych wzlotów, teologii św. Tomasza z Akwinu, Pieśni słonecznej św. Franciszka z Asyżu i do uniwersytetów” – zauważa Marzena Głodek.

    Tropienie Antychrysta

    Za każdym razem, gdy na ludzi spadały kataklizmy, występował lęk, że to już znak końca. Nie inaczej było w połowie XIII wieku, kiedy pojawili się biczownicy, z łacińska flagellanci, obnażeni do pasa mężczyźni, którzy w procesjach ciągnących z miasta do miasta okładali się biczami aż do krwi. Miała to być forma naśladowania Jezusa i przebłagania Boga w obliczu bliskiego, jak sądzili, końca czasów. Ich przekonanie o nadchodzącym końcu świata wzmogła klęska głodu we Włoszech w 1258 r. i zaraza, która zdziesiątkowała ludność rok później. Niektórzy liczyli na nadejście od 1260 r. ery Ducha, która miałaby być czasem pokoju i modlitwy. Wtedy to, jak głosił jeden z biczowników, Albert ze Szwabii, miałby zostać – przez społeczność flagellantów – pokonany Antychryst, a następnie miał skończyć się ten świat. Ponieważ to nie nastąpiło, biczownicy „odroczyli” koniec świata na rok następny, a potem jeszcze kolejny.

    Ruch biczowników czerpał z przepowiedni mnicha Joachima z Fiore (zm. 1202 r.), który w swoich czasach uchodził za proroka. Do niego także nawiązywał kilka wieków później włoski dominikanin Girolamo Savonarola (zm. 1498 r.), który głosił we Florencji pełne żaru kazania, w których wzywał do nawrócenia w obliczu bliskiego nadejścia Antychrysta, a po nim dnia sądu ostatecznego.

    Spuścizną Joachima z Fiore był żywo zainteresowany Marcin Luter, który, jak stwierdza Ireneusz Kamiński w książce „Historie »końców świata« oraz przepowiednie”, był opanowany „obsesją końca świata”. Autor stawia tezę, że gdyby Luter i jego uczniowie wierzyli, iż Kościół rzymski przetrwa, i nie spodziewali się rychłego końca świata, „byliby mniej nieprzejednani dla papiestwa”. Jednak byli oni pewni, że papieże ich czasów są kolejnymi wcieleniami Antychrysta, z czego wysnuwali prosty wniosek, że dzieje świata właśnie dobiegają końca.

    Współczesne „końce”

    Powtarzające się fiaska „końców świata” nigdy nie zniechęciły kolejnych wieszczów, którzy wielokrotnie ogłaszali go w każdym wieku – również dziś. W ostatnich czasach ideę rychłej paruzji propagują świadkowie Jehowy. „Koniec tego systemu rzeczy” ogłaszali wiele razy. Założyciel tej organizacji Charles Taze Russell pierwszą datę końca świata wyznaczył na rok 1874. Kolejną na – 1914. Ponieważ i ta okazała się błędna, wskazał na rok 1916. Także i tu nie trafił, ale w tym roku zmarł, nie miał więc już okazji przekonać się, że kolejna data – 1918 rok – również się nie sprawdziła. Jego następca, Joseph Franklin Rutherford, wyznaczał kolejne daty. Świat miał się skończyć w roku 1920, potem w 1925, następnie w 1975. Przesuwanie tych dat przywódcy organizacji próbowali tłumaczyć, inne zmieniano bez wyjaśnień, a było ich sporo.

    Świadkowie Jehowy wcale nie są odosobnieni w spodziewaniu się końca świata w czasach współczesnych. Dziś podobnych prognoz jest wyjątkowo dużo, a w ich spełnienie wierzą nie tylko ludzie religijni. Ostatnia wielka histeria ogarnęła świat przed rokiem 2012, w związku z pogłoską, że na tej dacie kończy się kalendarz Majów. Potem miało już nie być nic. W przestrzeni publicznej zaczęły krążyć wizje globalnej katastrofy, obawiano się masowych samobójstw. Jak widać, nic szczególnego się nie wydarzyło, ale są już kolejne daty. Jakie? To nie ma znaczenia. Znów przywołać tu warto trzeźwą uwagę opata Abbona sprzed tysiąca lat, który przypomniał to, co wynika ze słowa Bożego: „nigdy nie będzie znany dzień ani godzina”.

    Dlaczego więc Jezus kazał nam czuwać i rozpoznawać znaki czasu? Na pewno nie po to, żeby trwać w lęku. Nie chodzi o przeniknięcie planów Boga, ale o gotowość. Chrześcijanie nie mogą przestać czuwać, bo tego właśnie oczekuje Ten, który ma nadejść.

    Wołanie Maranatha to nie histeria i nie nerwowe wyglądanie globalnej katastrofy, lecz wyraz tęsknoty za Tym, który jest spełnieniem naszych najgłębszych pragnień. A kiedy to będzie: „z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem”? Dla czuwającego to bez różnicy – on i tak jest gotowy.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny


    o. Joachim Badeni: Antychryst już przebywa pośród nas.

    O. J. Badeni: Antychryst już przebywa pośród nas

    fot. screenshot – YouTube (Stacja 7)

    ***

    Dla tych, którzy go mniej znali, ojciec Joachim Badeni mógł się wydawać miłym starszym księdzem, dobrotliwie uśmiechniętym, przyjaźnie nastawionym do każdego, kto się do niego zbliżał. Ale za tą — prawdziwą zresztą — powierzchownością krył się wulkan, kipiący wewnętrzną mocą. Dawał on o sobie znać nieoczekiwanymi pomrukami i nagłymi wstrząsami. Łagodny staruszek stawał się groźnym prorokiem, miotającym pioruny. Piszę o tym, aby ostrzec potencjalnych czytelników tej książki, którzy biorą ją do ręki.

    Co Ojcu daje wiara w paruzję?

    Pewność paruzji daje mi chociażby zupełnie inną postawę wobec przebiegu historii. Widząc, że istnieją historyczne sytuacje wrogie wierze chrześcijańskiej, wiem, że one przeminą. Widząc, że pustoszeją kościoły na Zachodzie Europy, konfesjonały są rozebrane — wiem, że ta sytuacja jest przejściowa, bo potęga Boga w niczym nie jest naruszona tym, że dzisiaj słabnie wiara. A triumf Chrystusa jest całkowicie pewny. Na kartach Ewangelii czytamy, pytanie, jakie Chrystus skierował do swoich uczniów: Czy kiedy przyjdę, zastanę wiarę na świecie? Uczniowie nie mieli potężnej wiary od razu, ale modlili się bardzo mądrze: Panie przymnóż nam wiary! Oni rozumieli, że sama znajomość Syna Bożego — w ich przypadku bardzo osobista — nie wystarczy.. Czy wszyscy uczniowie wierzyli od razu, że Jezus jest Mesjaszem? Wydaje mi się, że nie od razu wszyscy wierzyli, ale na pewno rozumieli, że muszą prosić o głęboką wiarę Każdy człowiek potrzebuje głębokiej wiary.

    Co mi jeszcze daje wiara w paruzję? Myślę, że dzięki niej otrzymałem spokój ducha, choć niekoniecznie nerwów. Człowiek zyskując pewność paruzji, dalej pozostaje nerwowy i zmienny. Ale jeśli sięgnę głębiej do swojej świadomości, to widzę tam wyraźnie absolutną pewność paruzji. Ona jest czasem przykryta wątpliwościami, lękami, ale pewność raz dana, nie została mi już odebrana. Wiem, że bieg historii, jest tylko przejściowy, a triumf Chrystusa, triumf wiary jest całkowity i pewny. Ta pewność jest ponadczasowa. Gdyby została podana z datą, to można by powiedzieć, że mamy jeszcze 200 albo 120 lat. Zaczęlibyśmy odliczać czas i doszli do wniosku, że jeszcze sobie możemy pohulać. Dlatego ponadczasowość paruzji daje bardzo głęboki, duchowy spokój temu, który ten spokój otrzymał. Może zrodzi się teraz w kimś pytanie, jak go otrzymać? Trzeba się o niego modlić. Niekonieczna jest wizja symboliczna, taka jaką ja miałem. Wystarczy sam dar pewności. Jeśli człowiek będzie się modlił o paruzję to otrzyma pewność, że będzie szczęście i dobro na świecie. Zaś pewność istnienia paruzji jest ogromną siłą pocieszenia, daną od samego Boga.

    Przeżycie paruzji jest też bardzo twórcze. Ustawia człowieka i umacnia jego wiarę. Człowiek mając pewność paruzji patrzy inaczej na zło. Widzi je jako zło, ale ono jest już w jego świadomości pokonane. Czyli człowiek współczesny wierzący w paruzję widzi, że zło nie jest już siłą, której nie można pokonać, ale wierzy, że w miejsce zła przyjdzie niewyobrażalne boskie szczęście całej ludzkości, ład i sprawiedliwość.

    Wiara w paruzję to dar Boży, dlatego daje spokój — spokój boski. Człowiek może być nadal nerwowy, zmienny, czy depresyjny, ale w głębi duszy będzie spokojny. Głębia ducha ludzkiego jest niezależna od nerwów.

    Czy wiara w paruzję daje siłę, żeby przetrwać?

    W razie kryzysu można po nią sięgnąć. Ale wiara w paruzję nie jest na powierzchni tak, jak wiara w istnienie Boga — o tym się wie, że Bóg istnieje. Natomiast wiara w paruzję jest skryta w planach bożych. Nawet Chrystus nie wie, kiedy będzie paruzja. Tylko Ojciec Niebieski będzie o tym wiedział.

    A jak się mamy modlić o paruzję?

    Marana tha — Przyjdź Panie Jezu. To ostatnie słowa Apokalipsy św. Jana. Odpowiedź brzmi: Przyjdę niebawem…

    Mówi Ojciec, że Pan Bóg nas zaskoczy? A może jednak łagodnie przygotuje za nim przyjdzie nas sądzić?

    Sam fakt paruzji, jak wynika z tekstu Pisma świętego, będzie raczej nagły. W Biblii zawarte jest wyraźne ostrzeżenie: Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny. Ten, kto jest w polu niech nie wraca po płaszcz.

    Ale kiedyś Ojciec mi mówił, że Pan Bóg lubi przychodzić w ciszy.

    Tak, ale nie zawsze. Stąd wynika potrzeba skupienia.

    Nie rozumiem, przecież skupienie to cisza. Jakie więc będzie to powtórne przyjście? W ciszy, czy w nagłości?

    Może być nagle w ciszy — w ciszy modlitewnej. Cisza nie przeszkadza nagłości. Przeciwnie, wydaje mi się, że cisza przygotowuje do nagłości. Jeśli jestem sfrustrowany, myślę o tysiącach rzeczy, to wtedy nie jestem przygotowany do czegoś nagłego. Jeśli zaś jestem skupiony i wyciszony, to wtedy nagłość mnie nie zaskoczy. Cisza, a raczej skupienie przygotowuje mnie do nagłości. To jest bardzo ciekawa myśl: czy cisza przeszkadza nagłości, czy sprzyja? Myślę, że sprzyja. Bo to cisza skupienia, która nas odrywa od doczesności. W tej chwili jestem skupiony i to może być bardzo podatny czas…

    Czyli może w tym jest jakiś klucz, że paruzja będzie wtedy, kiedy świat się wyciszy?

    Czy jest możliwe, żeby świat się wyciszył? Chyba nie. Spekulacje tutaj nie mają sensu. Warto skupić się w myślach na paruzji i potraktować to jako ćwiczenie w medytacji: „Paruzja jest pewna… Kiedy?… Nie wiem… W tej chwili nie wiem…”.

    W Apokalipsie św. Jana jest taka wskazówka, żebyśmy obserwowali drzewo figowe. I ten opis sugeruje, że paruzja będzie bliska wtedy, kiedy dobre owoce zaczną dojrzewać. Jak Ojciec zinterpretuje ten fragment?

    Powiem szczerze, że nie wiem… W Apokalipsie jest też bardzo wyraźnie powiedziane o klęskach, które poprzedzą paruzję. Jak te dwa fragmenty pogodzić? Trzeba zapytać dobrego biblistę… Ale próbowałbym to zrozumieć tak, że przy końcu świata może będzie liczna elita ludzi wybranych. I ze względu na nich, na owoce dobra, zostanie skrócone cierpienie i mniej będzie katastrof poprzedzających paruzję — to jest powiedziane w innym miejscu.

    W sumie, to szukamy teraz ludzkich, jasnych pojęć, a to jest ciemność wiary, w którą trzeba wejść z miłością. Dyskusja nigdy nie rozwiąże tajemnicy, tylko doprowadzi do frustracji.

    Czy oczekiwanie na przyjście Pana może pogłębić relacje z Panem Bogiem?

    Na pewno, bardzo. W relacji z Bogiem jest podobnie jak w relacji małżeńskiej. Wyobraźmy sobie taką historię: mąż wyjechał do Ameryki zarobić na dom. Żona przestaje oczekiwać jego powrotu, nie myśli o nim, nie dzwoni. Stwarza się między nimi dystans. Natomiast, jeżeli żona codziennie czeka na telefon od męża, mimo upływu czasu, to pogłębia stale swoją więź z mężem. Podobnie jest z Panem Bogiem. Oczekiwanie na Jego powtórne przyjście, pogłębia relację. Oczekujmy przyjścia Pana, ale bardzo spokojnie. Na pewności paruzji spoczywa mój spokój, bardzo głęboki.

    A może Pan Bóg specjalnie będzie nas trzymał w napięciu, żeby się pogłębiła wiara?

    Napięcia co do paruzji nie ma zupełnie i nie będzie. Nie wiem czy w Krakowie znalazłabyś choć jednego człowieka, który byłby spięty czekaniem na Pana Boga… Nawet wśród zakonników myślę, że nie ma takiego. Ja też do czasu widzenia, nigdy nie myślałem o paruzji, chociaż interesowały mnie opisy zawarte w Piśmie Świętym.

    Skąd bierze się w ludziach potrzeba poznania daty paruzji? Skąd te pomysły, że koniec świata będzie na przykład w roku 2012?

    Tajemnice Boga podlegają niestety sfałszowaniu. Myślę, że potrzeba zwycięstwa dobra nad złem jest zawsze obecna, dlatego objawia się czasem w sposób fałszywy. Wiem, że jednym z najważniejszych zadań życia wewnętrznego jest umiejętność rozróżniania fałszywek, które są dość częste. W swoim życiu nie raz udało mi się nabrać na coś, co było genialnie podrobione — bo diabeł nie jest głupi, czasami udaje głupiego, ale staje się też bardzo inteligenty. Ludzie niby pragną zwycięstwa dobra nad złem, więc wyznacza się datę paruzji — przecież było już coś takiego, że tłum zgromadził się na szczycie góry w białych sukniach. Ale fałszywka nie spełnia się i wtedy następuje załamanie wiary. Myślę, że jeżeli ktoś chce poznać dokładną definicję końca świata i poznać datę, to z Panem Bogiem się nie dogada. Pan Bóg owszem, daje człowiekowi dokładne rozporządzenia, takie, jak na przykład dał Mojżeszowi na górze Horeb — dokładny opis Tabernakulum w szczególikach. Ale wtedy Panu Bogu chodziło o kult i formację Izraela. Natomiast, jeśli indywidualnie chcemy się czegoś od Pana Boga dowiedzieć, to nawet nie powinniśmy pytać Go, tylko możemy prosić, żeby objawił swoją wolę przez natchnienie, przez księdza, przez znajomego…

    Mnie osobiście wiele rzeczy uświadomili ludzie świeccy. Przypadkiem, coś nagle powiedzieli i to była prawda. Dzisiaj miałem telefon, dzwoni kobieta i mówi, że moje książki są dla niej modlitwą. Świecka kobieta! Duchowny by tego nie powiedział, kobieta tak. Jej zdaniem są one pisane w sposób modlitewny, to jest prawda. Ludzie, którzy są przeformowani pojęciowo, myślę, że nie są w stanie bezpośrednio odczytać wiadomości tego typu. Wszystko klasyfikują starannie i dokładnie, ale to ich zamyka na niespodziewane światło Boga, bo nie potrafią go zmieścić, w żadnym rozdziale podręcznika do teologii. Pan Bóg mówi o czymś, zgodnie z dekalogiem, bo sam go podyktował, ale mówi czasami poza wszelkimi układami ludzkimi, mówi nagle. I to jest zaskakujące, ale prawda wtedy uderza. Instynkt prawdy wydaje się być dość częsty u ludu bożego. Spotykam się z nim u zupełnie prostych ludzi — żonatych, mających dzieci. U księży raczej nie spotkałem się z nim, choć może niektórzy mają taki wyraźny instynkt prawdy w sobie. Jest takie przekonanie w teologii, że Duch Święty jest w ludzie bożym. Owszem w tym ludzie jest też pijaczyna i morderca, ale Duch święty jest ponad tym. A czy jest wśród duchowieństwa? Oby, ale wydaje się być mniej czytelny w duchowieństwie zakonnym czy diecezjalnym, niż u świeckich.

    Ale to przecież księża powinni być tym czytelnym znakiem Boga.

    Niestety nie są. Znam bardzo świętobliwych i pracowitych kapłanów, modlących się, ale oni nie są podatni na nagłe przyjęcie światła bożego. Są zbytnio uporządkowani. Ja osobiście nie mam żadnego porządku dnia, bo nie widzę, nie słyszę, wobec tego nie chodzę do chóru na modlitwy, czy liturgię godzin. Na Mszy świętej słucham tylko mszału i dużo mnie to nauczyło. Słuchając tekstów z mszału, często otrzymuję odpowiedzi na różne pytania. Ale może przez to, że nie jestem czynny i mam dużo wolnego czasu, łatwiej widzę światło — mimo moich wszelkich braków. To samo dotyczy ludzi świeckich. Wiara u nich jest głęboka. Chodzą do kościoła, do spowiedzi, ale nie są zorganizowani wobec Pana Boga, i nie mają ustawionego planu. Pan Bóg zwykle działa ponad plan, w sposób zaskakujący. Wybory Boga są nie do przewidzenia, chociażby opisany w Biblii wybór króla Dawida. Nagle przychodzi światło, które poucza człowieka i nie można ustalić, że będzie to o piątej czy szóstej godzinie. Zakonnicy zwykle mają medytację o określonym czasie. Nic się wtedy specjalnego nie dzieje. Owszem, wszystko jest poprawne, ale to co Pan Bóg chce powiedzieć nagle, istnieje poza wszystkim. Czasem światło przychodzi do mnie na Mszy świętej, bo tam jest sprawowana ofiara Syna Bożego. Ale nie koniecznie, bo czasem przyjdzie w najmniej oczekiwanych sytuacjach życiowych. Pan Bóg daje wtedy poczucie absolutnej prawdy, tym bardziej, kiedy otoczenie tego przeżycia jest zwyczajne, na przykład podczas obiadu. Pan Bóg nie ogranicza się do rozkładu zajęć klasztoru czy plebani, owszem uznaje ten układ, ale w razie potrzeby go przekracza. To jest tajemnica bożego działania. Zgodnie z prawdą, z Dekalogiem, z zarządzeniami w Kościele. Jednak Pana Boga nie mogą żadne kategorie uchwycić. To co mówi, tak, ale Jego samego, nie. Bóg przekracza wszelkie możliwe kategorie myślowe. Mistrz Eckhart bardzo dobrze wyczuwa Pana Boga i dobrze do niego podchodzi — negatywnie. Paradoksalnie, często więcej się wie o Panu Bogu, przez to, że się nic nie wie. W tej chwili, kiedy mówię, to czuję absolutną pewność paruzji i czuję, że to co mówię, ma być powiedziane.


    Czy kult Miłosierdzia Bożego jest znakiem zbliżającego się końca świata?

    Wydaje mi się, że tak. Można sobie to tak, trochę po ludzku wyobrazić, że jest to ostatnia próba. Jedna siostrzyczka z drugiego chóru [św. Faustyna], gruźliczka, słabo pisząca po polsku, jest narzędziem w rękach Boga. Ona krzewi miłosierdzie, które cieszy się wielkim powodzeniem. Do krakowskiego sanktuarium w Łagiewnikach od lat przybywają tłumy. Ale czy miłosierdzie zwycięży nad złem? Chyba nie. Dlatego przyjdzie czas na sprawiedliwość. Miłosierdzie ma nas przygotować, jak pisze św. siostra Faustyna, na drugie przyjście Chrystusa. Aktem wolnej woli człowiek może poddać się Bożemu Miłosierdziu. Ale ilu ludzi to robi?…

    Uważa Ojciec, że miłosierdzie nie wygra ze złem?

    To zależy od naszej wolnej woli. Człowiek musi przyjąć miłosierdzie. Nawet w teologii moralnej, spowiednicy podkreślają, że jeśli ktoś umierając, odrzuca Miłosierdzie Boże, to nie zostanie zbawiony. Czy tak jest na pewno, tego nie wiemy. Może prorocy to wiedzą.

    Tłumy w Łagiewnikach są bardzo pocieszające, ale to kropla w morzu potrzeb. Czy ta kropla uratuje świat? To jest możliwe. Przypominają mi się ciągle sławne targi Abrahama z Panem Bogiem, to wspaniała scena biblijna. Piękny dialog między człowiekiem a Stwórcą: Abraham pyta Boga, czy jak będzie trzydziestu sprawiedliwych, zniszczy Sodomę i Gomorę? Bóg odpowiada, że dopóki będą sprawiedliwi, nie zniszczy. Może właśnie ci ludzie, którzy przyjeżdżają do krakowskich Łagiewnik, pełnią taką funkcję? Może św. Faustyna oddala gromy gniewu Bożego?…

    W życiu kontemplacyjnym można doświadczyć przeżycia niesamowitej łagodności Boga. Ale zaraz po nim, następuje widzenie grozy Boga. Ona jest straszliwa. Mówi się, że ktoś, kto by widział tu na ziemi Boga twarzą w twarz, umarłby. Bóg jednak dopuszcza inne widzenie tu na ziemi, ono nie jest jeszcze bezpośrednie. To nie jest widzenie twarzą w twarz. To jest widzenie grozy, która jednocześnie jest niesamowicie łagodna: Baranek Boży, który gładzi grzechy świata… Pewien chłopiec zdradził mi swoją myśl, uważa, że Pan Jezus wszystkich gładzi, czyli głaszcze. „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”… Ale ten Baranek jest wszechmocny i bardzo groźny. Jeśli odrzucimy Baranka, to będzie groza.

    Groza?! Przecież Miłosierdzie Boże nie zna granic.

    Granicą miłosierdzia jest poniekąd wolna wola każdego z nas. Pan Bóg nie wymusi na nikim swojego miłosierdzia. On je tylko proponuje. Tłumom, które przybywają do Łagiewnik proponuje się spowiedź i miłosierdzie. Ale jeśli ktoś powie nie, to Bóg na nim niczego nie wymusi. Co będzie w ostatniej minucie życia, tego nikt nie wie. Jedno jest pewne, gniew Boży jest nieubłagany, konkretny, straszliwy, a miłosierdzie Boże jest bardzo łagodne. Ludzie sobie myślą, że Pan Bóg jest cały czas taki sam, że nie ma gniewu Bożego, nie ma Bożej sprawiedliwości, że jest tylko miłosierdzie. Bardzo się mylą.

    Mówi się, że piekła już nie ma, bo Bóg objawił swoje miłosierdzie.

    Jest nawet taki teolog w Lublinie, który twierdzi, że piekła nie ma — nazwiska nie wypowiem, bo nie wypada — ale publicznie to głosi. Mówi, że piekło jest puste, bo tak wielkie jest miłosierdzie Boże. To jednak niemożliwe, żeby największy łobuz wbrew swojej woli został nawrócony. Jeżeli ktoś nie chce być nawrócony, bo nie wierzy w Boga, to Bóg go na siłę nie zbawi. Bóg bardzo szanuje wolną wolę człowieka. Przykład mamy już w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju. Miłosierdzie Boże nie będzie narzucone, ono jest tylko proponowane. Sprawiedliwość zaś, będzie narzucona i stanie się nagle. Ale przyjmując miłosierdzie, trzeba mu też zaufać, a wtedy wszystko będzie w porządku. Zaufać i przestać grzeszyć.

    Albo grzeszyć mniej…

    Zaufać Miłosierdziu Bożemu i dalej grzeszyć to byłoby nadużycie, bardzo groźne.

    Jakie może mieć konsekwencje?

    Sądzę, że odrzucenie miłosierdzia kończy się piekłem. Ale kto jest, kto nie jest w piekle, tego nie wiemy. Z wizji opisanych przez mistyków wynika, że piekło nie jest puste.

    Tutaj dotykamy tematu uczuciowości Boga. Osobiście uważam, że z tymi uczuciami u Boga to jest bardzo dziwna sprawa. Pan Bóg jest Absolutem. Jemu nie przypisuje się życia uczuciowego, ale przecież uczuciowe życie miał Chrystus: zapłakał nad Łazarzem, był wzruszony postawą Marii Magdaleny. W Starym Testamencie Bóg również mówi o sobie, że się wzruszył. I uczucia są tam bardzo częste. Ostrzega przecież Izraelitów, że się na nich rozgniewa. Czasami się na nich obraża — mówiąc na przykład pod górą Horeb, że dalej z nimi nie pójdzie. Później daje się przekonać Izraelitom i idzie dalej. To wszystko jest oczywiście taką antropomorficzną wizja Boga, ale jednak objawioną.

    W Biblii jest więcej takich opisów, których Absolutowi nie powinno się przypisywać. Mój ulubiony fragment Psalmu 17, przepiękny:

    Strzeż mnie, jak źrenica oka;
    w cieniu twych skrzydeł mnie ukryj

    Według Psalmisty Pan Bóg ma skrzydła, pod którymi ktoś może się schować, a przecież Absolut nie może mieć skrzydeł. Podobnie jest z Aniołami. Duch nie ma żadnych skrzydeł, tylko my tak sobie to wszystko wyobrażamy, bo Pan Bóg objawił się jako istota, pod której skrzydłami może schronić się wystraszony Izraelita, jak również każdy z nas. Pan Bóg jest tą źrenicą oka na sposób Absolutu, ale nie uczuciowo. On nie współczuje, bo Absolut nie ma współczucia, ale na kartach Biblii wchodzi w rolę istoty, która ma uczucia. I czyni to nawet jeszcze przed wcieleniem Syna Bożego.

    Przypominają mi się znowu targi Abrahama z Panem Bogiem o Sodomę i Gomorę. Pamiętam, jak w oparciu o tę scenę, przekonałem kiedyś jednego protestanta, że Pana Boga można po ludzku skłonić do zmiany decyzji. Abraham targował się z Panem Bogiem i Pan Bóg ustąpił. Mimo, iż jest cały czas Absolutem Niezmiennym, to pragnie intymności i relacji z człowiekiem. Ale na pewno Pana Boga nie można zamknąć w uczuciowości, bo to byłaby dewocja.

    Myślę, że Pan Bóg najbardziej pragnie wiary, a wiara to ogromna siła. Syn Boży mówi: Gdybyście mieli, wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej górze rzuć się w morze, a stałoby się tak. Wiara ma kolosalną siłę. Wiarą można z Panem Bogiem bardzo wiele utargować — z własnego doświadczenia wiem, że jak z wiarą się o coś prosi, to Pan Bóg wysłucha, choć nie zawsze i nie wszystko.

    Dzisiaj wiara na Zachodzie Europy zanika, stała się bardzo obrzędowa. Dlatego boję się, żeby u nas nie była obecna tylko wiara w obrzędowość Mszy św., zamiast w tajemnicę, w której ofiaruję mękę Syna Bożego Ojcu Przedwiecznemu za nasze grzechy.

    opoka.org/Fronda.pl


    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC GRUDZIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby nadchodzący jubileusz umocnił nas w wierze, pomógł nam lepiej poznać Chrystusa Zmartwychwstałego w naszym życiu i przemienił nas w pielgrzymów chrześcijańskiej nadziei.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja


    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Panie Boże Nieskończonego Miłosierdzia, jesteśmy pełni wdzięczności za dar życia w Twoim Świętym Kościele. Świadomi własnej niemocy prosimy o łaskę wzrostu Twojej Miłości w naszych poranionych sercach, bo pragniemy na nowo przeżywać Tajemnice naszej Świętej Wiary w kolejnym kręgu czasu. Niech Adwentowa Świeca, oznaczająca Ciebie Najświętsza Boża Rodzicielko, rozświetla nasze ciemności: “Rorate caeli, desuper et nubes pluant justum” – “Spuśćcie rosę niebiosa i obłoki niech wyleją Sprawiedliwego”.


    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 grudnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 listopada z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)


    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.


    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W TEGOROCZNYM ADWENCIE ORGANIZUJE ZBIÓRKĘ NA CELE PRO-LIFE

    ***

    ***

    POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA

    ***


    I CZWARTEK MIESIĄCA – 5 GRUDNIA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    19.00 MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA


    I PIĄTEK MIESIĄCA – 6 GRUDNIA

    SALKA PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – ST PETER’S HALL

    18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU W INTENCJI ZADOŚĆUCZYNIENIA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA.

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    19.00 MSZA ŚW.


    I SOBOTA MIESIĄCA – 7 GRUDNIA

    OD GODZ. 17.00 MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW. Z II NIEDZIELI ADWENTU

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY


    Kościelne święta nakazane w 2025 roku

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski

    ***

    Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2025 roku?

    Część świąt i uroczystości kościelnych ma stałe daty. Co roku BOŻE NARODZENIE obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. WIELKANOCY, czy Uroczystości ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO. Poniżej jest lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2025 roku.

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    20 kwietnia (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2025 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (środa) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (wtorek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    9 czerwca (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    30 listopada – I Niedziela Adwentu

    8 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika



    BARDZO ZACHĘCAM, ABY PRZECZYTAĆ I DOBRZE ZAPAMIĘTAĆ SŁOWA ŚWIĘTEGO OJCA PIO NA TEMAT MSZY ŚWIĘTEJ

    fot. youtube

    ***

    Ojciec Pio MSZĘ ŚWIĘTĄ nazwał „przerażającą tajemnicą”. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet kilka godzin.

    Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”. Doskonale rozumiał ogromną wagę Eucharystii.

    Dlatego te myśli o Eucharystii trzeba zapamiętać na zawsze:

    1. Pan Bóg w Eucharystii składa nam pocałunki miłości. Zatem przyjmujmy z wielką wiarą i miłością Komunię Świętą. 

    2. W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego.

    3. Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej

    4. Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej.

    5. Niegodni Jezusa jesteśmy wszyscy, ale to On nas zaprasza. On tego chce. Upokorzmy się przed Nim! 

    6. Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego. 

    7. Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca. 


    „Widział Pana Jezusa w Hostii. To było coś nieprawdopodobnego!”. Ojciec Pio i Eucharystia.

    fot. Fair use/Wikipedia

    ***

    Ojciec Pio doskonale rozumiał istotę i wartość Eucharystii. “Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej” – mówił.

    Przez ponad 58 lat ojciec Pio codziennie uczestniczył w Eucharystii łącząc się duchowo z Chrystusem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym. Eucharystia była dla niego – jak przypomniał Jan Paweł II podczas swego pobytu w San Giovanni Rotondo w dniu 23 maja 1987 roku – źródłem i szczytem, punktem oparcia oraz ośrodkiem całego życia i działania. Święty we Mszy św. widział całą Kalwarię, przeżywał ją jako wstrząsającą tajemnicę Męki Pańskiej.

    Ojciec Pio doskonale rozumiał znaczenie Mszy świętej, dlatego nazwał ją przerażającą tajemnicą. Zapewne z tego powodu trwała ona nawet do trzech godzin! Na zarzuty, że celebruje ten sakrament zbyt długo, odpowiadał: „Pan wie, że chcę odprawiać Mszę świętą tak, jak inni to czynią, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.

    „Widziałem i przeżywałem – dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”

    Ojciec Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, 21 września 1962 roku. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio – niebo przy ołtarzu”.

    „Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę”

    Ojciec Pio bardzo pragnął Eucharystii. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.

    Ksiądz Nello Castello zanotował niezwykłe wyznanie Świętego: „W czasie Mszy przeżywam trzy godziny agonii na krzyżu”. Włoski mistyk rozpoczynając Eucharystię otrzymywał łaskę widzenia całej ziemi i nieba, a nie tylko przenikania sumień pojedynczych osób – co działo się przy kratkach konfesjonału. Gdy przystępował do ołtarza, jego każdy krok naznaczony był cierpieniem i wydawało się że wstępował na Kalwarię. Już w chwili wypowiadania „Spowiadam się”… skupiał na ołtarzu grzechy świata, brał na siebie przewinienia wszystkich. Jego twarz przyjmowała wyraz całkowitego wyniszczenia. – Wyrok na grzesznika spada na mnie – mówił.

    „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”

    Podczas Liturgii Słowa Święty często nie mógł powstrzymać łez. Nie tylko dlatego, że tak intensywnie przeżywał każde słowo, lecz również dlatego, że przepełniała go wdzięczność dla Boga, który zechciał przemówić do ludzi. Ofiarowanie było dla niego oczekiwaniem na przemienienie zwykłego chleba w „Chleb z nieba”To było oczekiwanie „na wschód Słońca”. Podczas konsekracji dokonywało się – jak mawiał Ojciec Pio – „nowe cudowne zniszczenie i stworzenie”. Zniszczenie i stworzenie, czyli tajemnica ofiary Ukrzyżowanego, który ponosi haniebną śmierć „zaliczonego do złoczyńców”, aby stać się Eucharystią dla milionów.

    Gdy Ojciec Pio wymawiał słowa konsekracji: „To jest Ciało moje…, To jest kielich Krwi mojej”, a słowa te wypowiadał bardzo wolno, sylabizował je, to rzeczywiście uczestniczył w tragedii Golgoty. Chrystus wyciskał na nim to, co sam przeżywał: miłość, cierpienie, śmierć… Jego Msza święta była całą Męką Zbawiciela, a uczestniczący w niej wierni stawali się częścią grupy osób modlących się na Kalwarii. Wreszcie nadchodził czas zjednoczenia. Komunia święta! Na ten moment Ojciec Pio bardzo czekał. Kiedyś powiedział: „Gdybym któregoś dnia został pozbawiony Komunii świętej – umarłbym”.

    „Nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj”

    Uczestnicząc w Eucharystii warto mieć w pamięci słowa mistyka: „Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    KAI,opoka.org,adonai.pl,glosojcapio.pl,zś/Stacja7


    Nigdy nie odchodziłbym od ołtarza

    O. PIO (PUBLIC DOMAIN/WIKIMEDIA COMMONS)

    ***

    „Ten pokorny kapucyn zadziwił świat swym życiem całkowicie poświęconym modlitwie i słuchaniu braci, na których cierpienie wylewał balsam miłości Chrystusa” – powiedział papież Franciszek nawiedzając miejsce, w którym podczas modlitwy w chórze zakonnym przed krucyfiksem 20 września 1918 roku, o. Pio otrzymał stygmaty. Lekarze obliczyli, badając go wielokrotnie, że z tych ran w ciągu 50 lat wypłynęło 3 400 litrów krwi. Rany krwawiły szczególnie podczas sprawowania Mszy świętej.

    Cała Kalwaria w jego Mszy

    21 września 1962 roku o. Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio. Swoje doświadczenie, szczególnie moment konsekracji tak opisał: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii, to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, jak Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio, niebo przy ołtarzu”. Podobne wrażenia zanotował o. Bernardo Romagnoli: „Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem we Mszy św. odprawianej przez o. Pio, w momencie konsekracji zauważyłem na jego twarzy pewne ruchy i skurcze, które wtedy wydały mi się trochę dziwne, ale później zrozumiałem, że przeżywał on w tej chwili mękę Ukrzyżowanego. Rzeczywiście, było to widoczne, że podczas Mszy św. Ojciec Pio przeżywał na nowo mękę Jezusa, ofiarę miłości i cierpienia”.

    Takie przeżywanie Eucharystii nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo Ojciec Pio jej pragnął. Tak napisał w jednym z listów: „Miałbym wiele rzeczy do powiedzenia, lecz brakuje mi słów. Powiem tylko tyle, że uderzenia mojego serca stają się mocniejsze, gdy przebywam z Jezusem w Eucharystii. Nieraz wydaje mi się, że serce chciałoby mi wyskoczyć z piersi. Gdy jestem przy ołtarzu, czuję niekiedy dziwny ogień, który wypełnia całą moją osobę, niestety, nie jestem w stanie opisać go słowami”. Pytany zaś, co zawiera się w odprawianej przez niego Mszy św., odpowiadał, że cała Kalwaria.

    Wprowadzał wszystkich
    w inny wymiar

    Znana pisarka Maria Winowska, która żyjąc w Paryżu napisała kilka książek, między innymi o Bożym Miłosierdziu. Przetłumaczyła na język francuski “Dzienniczek” św. siostry Faustyny. Również jest jej książka o stygmatyku z San Giovanni Rotondo pod tytułem: „Prawdziwe oblicze Ojca Pio”, w której opisuje Mszę św. odprawianą przez niego. Oto jej świadectwo: „Twarz jego przeobraża się, gdy stanął u stopni ołtarza. Nie trzeba być mędrcem, żeby zrozumieć, że znalazł się w świecie dla nas niedostępnym. Nagle pojmuję, dlaczego Msza odprawiana przez niego przyciąga tłumy, dlaczego je przykuwa i podbija. Od pierwszej chwili jesteśmy raptownie wciągnięci w głąb tajemnicy. Jak niewidomi otaczający widzącego. Jesteśmy bowiem ślepcami, przebywającymi za granicami rzeczywistości. To właśnie jest posłannictwem mistyków. Oni przywołują do życia nasze wewnętrzne oczy, które uległy zanikowi, oczy przeznaczone do oglądania olśniewającej jasności, nieporównywalnie potężniejszej od światła widzialnego okiem śmiertelnika… Od siebie mogę powiedzieć, że w San Giovanni Rotondo okryłam w ofierze Mszy świętej otchłanie miłości i światła, przedtem zaledwie dostrzegalne. Ten moment jest bardzo ważny… Jego zadaniem nie jest robienie «czego innego», ani też «lepiej niż inni», ale uprzystępnienie nam zrozumienia, przeżycia i wchłonięcia w siebie tej jedynej w świecie ofiary, jaką jest Msza święta… Bo trzeba być ślepym, żeby nie wiedzieć, że człowiek, który przystąpił do tego ołtarza, cierpi. Jego krok jest ciężki i chwiejny. Niełatwo jest stąpać na przebitych stopach. Ramiona ciężko się opierają na ołtarzu, gdy go całuje. Zachowuje się jak ranny w ręce, zmuszony do oszczędzania każdego ruchu. Wreszcie, uniósłszy głowę, wpatruje się w krzyż. Mimo woli odwracam oczy, jak gdyby lękając się podpatrzeć tajemnicę miłości. Twarz kapucyna, przed chwilą wyrażająca jowialną uprzejmość, ulega przeobrażeniu. Przechodzą przez nią fale wzruszenia, jak gdyby niewidzialne siły powołujące go do walki napełniały go kolejno obawą, radością, smutkiem, trwogą, bólem. Rysy jego odzwierciedlają tajemny dialog. Protestuje, potrząsa głową przecząco, czeka na odpowiedź. Całe ciało sprężyło się w milczącym błaganiu (…). Czas stanął. A raczej czas przestał się liczyć. Wydaje mi się, że ten ksiądz przykuty do ołtarza wprowadził nas wszystkich w inny wymiar, gdzie trwanie zmieniło znaczenie”.

    Eucharystia w centrum życia

    Ojciec Pio święcenia kapłańskie przyjął w katedrze w Benevento 10 sierpnia 1910 r., a na swoim obrazku prymicyjnym napisał: „Jezu, moje pragnienie i życie moje, kiedy dziś drżący Cię unoszę w tajemnicy miłości, spraw, abym był dla świata drogą, prawdą, życiem, a dla Ciebie świętym kapłanem, ofiarą doskonałą”. Ojciec Pio wspominając swoje dzieciństwo tak mówił: „Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Wtedy nad wielkim ołtarzem ukazało mi się Serce Pana Jezusa i uczyniło znak, abym się zbliżył do ołtarza. Pan Jezus położył rękę na mojej głowie, pragnąc w ten sposób potwierdzić, że podoba Mu się to moje postanowienie ofiarowania się i poświęcenia Jemu…”.

    Ks. Andrzej Antoni Klimek taki daje komentarz do tego wydarzenia: “Te słowa uzmysławiają nam, jak ważne jest budowanie duchowości eucharystycznej w dzieciach, zwłaszcza w dzieciach przystępujących do Pierwszej Komunii Świętej. Jak ważna jest każda Msza święta i jaką stratą jest każda Msza święta, którą opuszczamy. W czasach Ojca Pio odprawiana przez niego Msza o czwartej lub piątej rano wpływała na rozkład autobusów i godziny otwarcia hoteli w San Giovanni Rotondo. Jego sakramentalna posługa przyciągała tysiące wiernych i ludzie już od 2.30 oczekiwali w kościele. Życie „kręciło się” wokół Eucharystii i Sakramentu Pokuty. Wiemy też, że Ojciec Pio często odmawiał rozgrzeszenia penitentom, którzy wyznawali, iż zaniedbywali Mszę św. niedzielną. Bolał nad ich niefrasobliwością i tylko kiedy widział ich szczery żal, odpuszczał grzech. W ten sposób uczył, że każda Najświętsza Ofiara ma bezgraniczną wartość. Każda! A ileż razy my z wielką niefrasobliwością dyspensujemy się z niedzielnej Eucharystii? Ile razy dopiero na pytanie kapłana wyznajemy w konfesjonale jej zaniedbanie? Jak słabe albo wręcz nieobecne jest w nas pragnienie Eucharystii. Kto z nas może powtórzyć za Ojcem Pio: „Serce czuje się, jakby było przyciągane przez nieokreśloną, wyższą siłę, zanim rankiem zjednoczy się z Nim w Eucharystii. Odczuwam tak wielki głód i pragnienie połączenia się z Jezusem, że niewiele brakuje, żebym umarł z tęsknoty za Nim, a ponieważ nie mogę żyć bez przyjęcia Go, zdarzało się, że nawet z wysoką gorączką byłem zmuszony udać się posilić Jego Ciałem. Ów głód i pragnienie, zamiast ulec zaspokojeniu, wzmagały się jeszcze bardziej po przyjęciu Jezusa”?


    SMS-y do Pana Boga. Papież zachęca do odmawiania aktów strzelistych

    akty strzeliste - papież zachęca do odmawiania aktów strzelistych

    fot. Filippo Monteforte/AFP/East News

    ***

    „Jakże często wysyłamy SMS-y do osób, które kochamy! Czyńmy to również z Panem, aby nasze serce było z Nim stale złączone” – zachęcał papież Franciszek zgromadzonych na placu św. Piotra w Rzymie, by odmawiali akty strzeliste – bardzo krótkie modlitwy, powtarzane w ciągu dnia.w rozważaniu przed południową modlitwą „Anioł Pański“.

    Co znalazłby Jezus w moim życiu?

    Ewangelia dzisiejszej liturgii kończy się pełnym troski pytaniem Jezusa: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 8). Jakby chciał powiedzieć: czy kiedy przyjdę u kresu dziejów – ale, możemy pomyśleć, także teraz, w tym momencie życia – znajdę w was jakąś wiarę, w waszym świecie? To poważne pytanie.

    Wyobraźmy sobie, że Pan przychodzi dziś na ziemię. Zobaczyłby, niestety, wiele wojen, biedy i nierówności, a jednocześnie wielkie osiągnięcia techniki, nowoczesne środki i ludzi nieustannie biegnących, którzy nigdy się nie zatrzymują. Ale gdyby przyszedł dzisiaj, czy znalazłby ludzi, którzy poświęcają czas i miłość Jemu, którzy stawiają Go na pierwszym miejscu? A przede wszystkim zadajmy sobie pytanie: co znalazłby we mnie, w moim życiu, w moim sercu? Jakie widziałby priorytety?

    Modlitwa – lekarstwo dla duszy

    Często skupiamy się na wielu rzeczach pilnych, lecz niepotrzebnych, zajmujemy się i martwimy wieloma sprawami drugorzędnymi. A być może, nie zdając sobie z tego sprawy, zaniedbujemy to, co najważniejsze i pozwalamy, aby nasza miłość do Boga stopniowo, krok po kroku, oziębła. Dziś Jezus proponuje nam lekarstwo na rozpalenie wiary, która stała się letnią. Cóż to jest? Modlitwa.

    Tak, modlitwa jest lekarstwem wiary, lekarstwem odbudowującym duszę. Musi to być jednak modlitwa nieustanna. Jeśli musimy zastosować kurację, by wyzdrowieć, ważne jest, aby jej dokładnie przestrzegać, przyjmować leki we właściwy sposób i o właściwej porze, w sposób stały i regularny. Potrzeba tego w życiu we wszystkim.

    Pomyślmy o roślinie, którą trzymamy w domu: musimy ją podlewać w sposób stały, nie możemy jej obficie podlać, a potem pozostawić bez wody na całe tygodnie! Tym bardziej w przypadku modlitwy: nie możemy żyć tylko mocnymi chwilami czy intensywnymi spotkaniami co jakiś czas, a potem „zapaść w letarg”. Nasza wiara uschnie. Potrzebujemy codziennej wody modlitwy, czasu poświęconego Bogu, aby mógł On wkroczyć w nasz czas, w naszą historię; stałych chwil, w których otwieramy Mu nasze serca, aby mógł obdarzać nas każdego dnia miłością, pokojem, radością, siłą, nadzieją; to znaczy karmić naszą wiarę.

    Na kłopoty z modlitwą – akty strzeliste

    Dlatego Jezus mówi dziś „swoim uczniom – wszystkim, a nie tylko co niektórym! – że zawsze powinni się modlić i nie ustawać” (w. 1). Ale ktoś mógłby zaprotestować: „Jak mam to zrobić? Nie mieszkam w klasztorze, nie mam zbyt wiele czasu na modlitwę!”. Z pomocą może nam przyjść w tej trudności, która jest prawdziwa, mądra praktyka duchowa, chociaż dziś nieco zapomniana, a którą dobrze znają osoby starsze, zwłaszcza babcie: praktyka tak zwanych aktów strzelistych. Nazwa jest trochę przestarzała, ale treść dobra. Co to jest? Bardzo krótkie modlitwy, łatwe do zapamiętania, które możemy powtarzać często w ciągu dnia, w trakcie różnych czynności, aby „dostroić się” do Pana.

    Weźmy kilka przykładów. Zaraz po przebudzeniu możemy powiedzieć: „Panie, dziękuję Ci i ofiarowuję Tobie ten dzień” – jest to mała modlitwa. Potem, przed jakąś czynnością, możemy powtarzać: „Przyjdź, Duchu Święty”. A między jedną rzeczą a drugą możemy modlić się w następujący sposób: „Jezu, ufam Tobie i miłuję Ciebie”. Są to małe modlitwy, które pomagają nam trwać w kontakcie z Panem. Jakże często wysyłamy SMS-y do osób, które kochamy! Czyńmy to również z Panem, aby nasze serce było z Nim stale złączone.

    I nie zapominajmy o czytaniu Jego odpowiedzi. Pan zawsze odpowiada. Gdzie je znajdziemy? W Ewangelii, którą trzeba trzymać pod ręką i otwierać kilka razy każdego dnia, aby otrzymać skierowane do nas Słowo Życia. Powróćmy do tej rady, którą dawałem wiele razy: noście małą kieszonkową Ewangelię, w kieszeni, w torbie. I tak, gdy będziecie mieli wolną chwilę, otwierajcie ją i przeczytajcie jakiś fragment, a Pan odpowie.

    Niech Maryja Dziewica, wierna w słuchaniu, nauczy nas sztuki nieustającej modlitwy.

    tłumaczenie o. Stanisława Tasiemskiego OP/Katolicka Agencja Informacyjna/Watykan/Aleteia.pl


    Trzy krótkie modlitwy, które odmienią twój dzień

    RAIN

    fot. Dean Drobot | Shutterstock

    ***

    Każda, nawet najmniejsza prośba o łaskę Bożą przynosi obfity owoc.

    Bóg jest niezawodnie blisko nas, nieustannie przemawia do naszych serc. Lecz zajęcia dnia codziennego powodują, że często zapominamy o Jego obecności. Aby wzrastać w miłości do naszego Stwórcy, musimy od czasu do czasu przypominać sobie o Jego bliskości i mówić do Niego.

    Słowa kierowane do Boga mogą być tak samo proste, jak każde pozdrowienie, które kierujemy do naszych rodziców, dziecka, współmałżonka czy rodzeństwa, przebywających w tym samym pokoju co my. Możemy za św. s. Faustyną powtórzyć: „Jezu, ufam Tobie”, czy po prostu wypowiedzieć jedno tylko słowo: „Abba”. „Jezu, bądź w moim życiu” to kolejna piękna modlitwa.

    Warto jest pamiętać tego typu akty strzeliste i często z nich korzystać.

    Jezu mój, ulituj się nade mną

    Jan Paweł II uważał Miłosierdzie Boże za granicę, którą Bóg wyznacza złu. Dlatego właśnie wzywajmy Jego miłosierdzia, gdy w naszym sercu lub w naszym otoczeniu dzieje się źle. Wyobraźmy sobie, że Bóg powstrzymuje cierpienie i zło, które jest niczym wściekły pies trzymany mocno na smyczy. Możemy wówczas także wyobrazić sobie, jak Mojżesz powstrzymuje fale Morza Czerwonego, aby Izraelici mogli przez nie przejść.

    Ufam Tobie (lub: Dziękuję Ci)

    Wyrażenie naszej ufności Jezusowi jest w centrum obrazu Bożego Miłosierdzia, który Pan Jezus objawił św. Faustynie. Dobrze jest też pamiętać, że ta wdzięczność rozlewa się na naszą rzeczywistość. A to może nas uchronić przed niepokojem umysłu i serca. Naprawdę jest tyle rzeczy, za które warto być wdzięcznym! Kiedy dziękujemy, to prostu potwierdzamy ten fakt.

    Jezus, Maryja, Józef

    Myśl o Świętej Rodzinie może nas przytłaczać, zwłaszcza kiedy uzmysłowimy sobie, jak daleko nam do życia codziennego, które było udziałem jej członków. Taka reakcja pomija jednak pewien kluczowy fakt. Otóż Święta Rodzina jest nie tylko przykładem tego, jak powinniśmy żyć, ale przede wszystkim źródłem łaski, której potrzebujemy, aby żyć tak jak Oni. Jezus, będący sercem tej rodziny, jest gotów udzielić nam wszelkiej niezbędnej pomocy. Wypowiedz imiona członków Świętej Rodziny jako modlitwę do Jezusa o pomoc w naszym życiu rodzinnym.

    Kathleen N. Hattrup/Aleteia.pl


    SMS-y do nieba. Czym są akty strzeliste i jak je praktykować?

    Krótko i na temat. Nasze akty strzeliste mkną w stronę nieba i są realizacją Pawłowego wezwania do nieustannej modlitwy.

    Ewa Bem, znakomita wokalistka jazzowa, która „podarowała Polakom trochę słońca”, opowiada, że w zabieganym dniu jej najczęstszą modlitwą są króciutkie akty strzeliste. „Nieustannie się módlcie” – wzywa święty Paweł. „Nie spędziłam ani chwili bez modlitwy” – wyznawała Teresa z Lisieux, a ojciec Pio odmawiał kilkadziesiąt różańców dziennie. Niestety, podobne hasła często podcinają nam skrzydła i stają się powodem do samooskarżenia. Niesłusznie! Prawdziwym ratunkiem i realizacją Pawłowego wezwania do nieustannej modlitwy są akty strzeliste, czyli przerwanie na chwilkę zajęć, by „wysłać w niebo SMS-a”.

    Zajączki światła

    Przed laty bardzo pomogła mi intuicja ojca Joachima Badeniego, który opowiadał, że jeśli w czasie bombardowanej rozproszeniami modlitwy 20 razy westchnę: „Panie Jezu, wracam!”, to znaczy, że jest to dobra modlitwa, bo 20 razy wybrałem Jezusa. Akty strzeliste mają podobny mechanizm. Są jak małe pociski rozpraszające to, co nas przytłacza, i wciąga w narrację galopującego na oślep świata. Kompozytor Michał Lorenc opowiadał mi, że doświadczenie Bożej obecności jest dla niego „jak krótkie błyski światła, »zajączki« puszczane lusterkiem na ścianie”. „Na długo starcza?” – zapytałem. „Starcza, aby żyć”. 

    Akty strzeliste są takimi refleksami światła. „Ojcowie Pustyni używali takich krótkich wezwań, by odpierać pokusy i złe myśli oraz by zwracać ciągle swą myśl do Boga. O praktyce egipskich pustelników słyszał św. Augustyn, który pisał, że te krótkie modlitwy są »pośpiesznie jakby wyrzucane z siebie« (dosł.: »jakby wystrzeliwane«, niczym strzała czy pocisk). To dlatego na Zachodzie przyjęło się je nazywać aktami strzelistymi” – wyjaśnia ks. prof. Józef Naumowicz.

    Bukłak pełen łez

    Sam biskup Hippony pisał: „Mówią, że bracia w Egipcie odmawiają często modlitwy, ale bardzo krótkie i jakby w pośpiechu, tak aby należyte skupienie najbardziej potrzebne na modlitwie nie osłabło na skutek upływu czasu i nie zanikło zupełnie. Niech przeto z dala od modlitwy będzie wielomówstwo, ale niech nie zabraknie usilnego błagania, jeżeli trwa żarliwe skupienie. Albowiem wiele mówić na modlitwie to znaczy rzecz konieczną wyrażać przez nadmiar słów, wiele zaś modlić się oznacza długim i pobożnym poruszeniem serca kołatać do Tego, którego błagamy. Zazwyczaj ta modlitwa wyraża się raczej w westchnieniach niż w słowach, bardziej w płaczu niż w przemawianiu. Bóg zaś »kładzie nasze łzy przed swoim Obliczem«, a »jęk nasz nie jest ukryty przed Tym, który wszystko stworzył«”. Bardzo porusza mnie biblijne określenie: „Kładzie nasze łzy przed swym Obliczem”. W innym tłumaczeniu czytamy, że „Bóg zbiera nasze łzy do swego bukłaka”.

    Święty Jan Chryzostom wyjaśniał: „Kto często umacnia się takimi aktami, ten zamyka drzwi szatanowi, nie dopuszczając złych myśli, które szatan mu podaje”. „Akty strzeliste podtrzymują i oczyszczają duszę. Ileż to aktów w ciągu dnia i nocy po przebudzeniu można odmówić! Są one bardzo ważne w życiu duchownym; podsycają je, jak drewna podkładane do ognia” – podpowiadał św. Maksymilian Maria Kolbe, a św. Alfons Maria de Liguori (życie tego ambitnego prawnika zmieniły słowa: „Porzuć świat, oddaj się Mnie”; wygłosił ponad 500 misji i rekolekcji, napisał 160 prac teologicznych, które przetłumaczono na 61 języków), podsumowywał: „Ojcowie Pustyni przywiązywali wielką wagę do aktów strzelistych. Uważali, że są one skuteczniejsze dla utrzymania w duszy pamięci o obecności Boskiej niż długie modlitwy”.

    Wielka siła rażenia

    Orygenes nauczał, że modlitwa ma wielką siłę duchowego rażenia, czyli odpędzania złych duchów i natrętnych myśli („Wierzę też, że słowa modlitwy ludzi świętych są pełne mocy. Modlitwa jak promień tryska z duszy i warg modlącego się, mocą Bożą rozprasza wewnętrzną truciznę, jaką wrogie siły wlewają do duszy tych, którzy lekceważą modlitwę i nie idą za zgodnymi z zachętą Jezusa słowami Pawła: »Nieustannie się módlcie«. Z duszy modlącego się z poznaniem, rozumieniem i wiarą wychodzi jakby pocisk, który rani aż do zniszczenia i rozbicia wrogie Bogu duchy, które chcą nas omotać więzami grzechu”.

    Jan Kasjan, który zebrał doświadczenia duchowe ojców pustyni i mnichów Wschodu, by wszczepić je w zachodnie chrześcijaństwo, nauczał: „Mamy często wznosić krótkie modlitwy, by podstępny nieprzyjaciel nie miał czasu podsunąć czegoś naszemu sercu. Egipscy Ojcowie Pustyni uważają, że jest lepiej, gdy nasze modlitwy są krótkie i częściej zanoszone. Gdy bowiem częściej zwracamy się do Boga, będziemy mogli też stale przynależeć do Niego, a dzięki temu, że są zwięzłe i krótkie, lepiej unikniemy strzał podstępnego diabła, którymi on usilnie nas atakuje zwłaszcza wtedy, gdy się modlimy. Niech dusza nieustannie trzyma się bardzo krótkiej formuły, aż wzmocniona nieprzerwanym i ciągłym jej medytowaniem, porzuci bogate i rozległe myśli i zgodzi się na ubóstwo, ograniczając się do jednego wersetu. W ten sposób nasza dusza dojdzie do modlitwy bez skazy, gdzie umysł nie zajmuje się już postaciami wyobraźni, nie wymawia nawet głośno słów, nie zatrzymuje się nad sensem wyrazów, lecz gdzie serce płonie ogniem, pełne jest niewysłowionego zachwytu”.

    Nie trzeba wielu słów

    Joachim Badeni powtarzający na każdym kroku, że „im bardziej coś jest proste, tym bardziej jest Boże”, wspominał: „Miałem guwernantkę Francuzkę, która mnie uczyła aktu strzelistego »Jezu, ufam Tobie«. Miałem może 10–12 lat. Nie trzeba wielu słów. Syn Boży skarcił wielomówstwo. – Poganie są tacy, gdy się modlą – powiedział. Krótkie akty strzeliste każdemu bym radził. Proste rozmowy z Panem Bogiem. My, zakonnicy, mamy ustalony tryb modlitwy. A co ma zrobić człowiek, który codziennie idzie do pracy; matka, która troszczy się o dzieci, pierze, gotuje? Ja bardzo wierzę w akty strzeliste, w znak krzyża. Jeszcze przed nawróceniem robiłem znak krzyża byle jak. Dziś staram się robić go bardzo powoli i spokojnie, dotykając czoła, jakbym dotykał Ojca, potem dotykam Syna i Ducha Świętego. Cała Trójca Święta jest jak gdyby dotknięta wiarą”.

    „Siostra Faustyna, która miała duszę kontemplacyjną, nauczyła się modlić, nie przerywając pracy, w czym pomagał zakonny nakaz zachowywania milczenia. Łatwiej jej było jednak odmawiać akty strzeliste w czasie gotowania, gdyż również w Płocku była przez pewien czas kucharką, niż za ladą w sklepie, gdzie miała nieustanny kontakt z klientami” – pisze biografka Sekretarki Bożego Miłosierdzia Ewa K. Czaczkowska.

    Nie boję się

    Akty strzeliste to zazwyczaj zdania zaczerpnięte z Biblii („Panie, zmiłuj się nade mną”, „Panie, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię kocham”), hymnów Kościoła („Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami”) lub słów pochodzących z prywatnych objawień („Jezu, ufam Tobie!” czy „Jezu, Ty się tym zajmij”).

    Jako akty strzeliste można potraktować kanony z Taizé, jednozdaniowe refreny powtarzane raz za razem. „Gdybyśmy znaleźli jedną chwilę, w dogodnym dla nas czasie i miejscu, na świadome przeżycie spotkania z Bogiem, to choćby westchnienie kierowane do Niego mogłoby wystarczyć i miałoby głębszy sens” – opowiada brat Marek z Taizé. „Brat Roger lubił powtarzać, że westchnienie z głębi serca kierowane do Boga może już być modlitwą. Prostota i piękno pomagają w modlitwie, ale nie one są jej sednem. Modlitwa jest przede wszystkim spotkaniem Tego, który przez Ducha Świętego dokonuje czegoś w naszym sercu i w naszym życiu. A czego dokonuje? Kiedy się z Nim spotkamy, nie będziemy już tacy jak przedtem. On zmieni nasze serce”.

    „Chodzi o wejście w Jego obecność, trwanie w zjednoczeniu z Nim” – podpowiada franciszkanin o. Rafał Kogut. „W jaworzyńskiej pustelni Pan Bóg mi dał taką prostą modlitwę obecności, czyli zdanie: »Jezus jest we mnie«. Powtarzam je z wiarą i później trwam w tej obecności, powtarzając Jego imię. Jestem kochany, mam Jego i… nie boję się”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny


    AKTY STRZELISTE

    Te krótkie modlitwy warto odmawiać w jakiejkolwiek chwili dnia czy nocy.

    Akt wiary
    Wierzę w Ciebie, Boże żywy,
    W Trójcy jedyny, prawdziwy.
    Wierzę, coś objawił Boże,
    Twe słowo mylić nie może.

    Akt nadziei
    Ufam Tobie, boś Ty wierny,
    Wszechmocny i miłosierny.
    Dasz mi grzechów odpuszczenie,
    Łaskę i wieczne zbawienie.

    Akt miłości
    Boże, choć Cię nie pojmuję,
    Jednak nad wszystko miłuję.
    Nad wszystko, co jest stworzone,
    Boś Ty dobro nieskończone!

    Akt żalu
    Ach, żałuję za me złości,
    Jedynie dla Twej miłości.
    Bądź miłościw mnie grzesznemu,
    Do poprawy dążącemu.


    Akty strzeliste

    1. Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
    2. Chwała i dziękczynienie bądź w każdym momencie Jezusowi w Najświętszym Boskim Sakramencie. Ile minut w godzinie, a godzin w wieczności, Tylekroć bądź pochwalon, Jezu, ma miłości.
    3. Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!
    4. O Maryjo, bez zmazy poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy!
    5. Jezu, Maryjo, Józefie święty, Wam oddaję ciało i duszę moją.
    6. A dusze wiernych zmarłych przez miłosierdzie Boże niech odpoczywają w pokoju! Amen.


    Uwielbienie Boga w aktach strzelistych

    • Panie, Ty wszystko wiesz Ty wiesz, że pragnę Cię kocham.
    • Jezu, ufam Tobie!
    • Panie Jezu, cichy i pokornego Serca, uczyń serca nasze według Serca Twego.
    • Niech będzie Bóg uwielbiony.
    • Niech będzie uwielbione święte Imię Jego.
    • Niech będzie uwielbiony Jezus Chrystus, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek.
    • Niech będzie uwielbione Imię Jezusowe.
    • Niech będzie uwielbione Najświętsze Serce Jezusa.
    • Niech będzie uwielbiona Najdroższa Krew Jezusowa.
    • Niech będzie uwielbiony Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.
    • Niech będzie uwielbiony Duch Święty, Pocieszyciel.
    • Niech będzie pochwalona Bogurodzica, Najświętsza Panna Maryja.
    • Niech będzie pochwalone Jej święte i Niepokalane Poczęcie.
    • Niech będzie pochwalone Jej chwalebne Wniebowzięcie.
    • Niech będzie pochwalone Imię Maryi, Dziewicy i Matki.
    • Niech będzie pochwalony święty Józef, przeczysty Jej Oblubieniec.
    • Niech będzie uwielbiony Bóg w swoich Aniołach i w swoich Świętych.


    Akty strzeliste w czasie adoracji

    • Pan mój i Bóg mój!
    • O Jezu w Najświętszym Sakramencie, zmiłuj się nad nami!
    • Niech na wieki będzie pochwalony i uwielbiony Przenajświętszy Sakrament!
    • Wielbię Ciebie w każdym momencie, żywy Chlebie nasz w tym Sakramencie.
    • Witaj prawdziwe Ciało zrodzone z Panny Maryi.
    • Niechaj będzie pochwalony Przenajświętszy Sakrament, teraz i na wieki wieków. Amen.


    Akt strzelisty w chorobie

    • Boże mój, nie jestem godny daru wykonywania w najdoskonalszy sposób wszystkich miłosiernych uczynków co do ciała i duszy biednych chorych; Ty mi go jednak udzielasz przez nieskończone swe miłosierdzie oraz przez zasługi Jezusa i Maryi.


    Akty strzeliste do Anioła Stróża

    • Aniele Stróżu mój, uwielbiam Boga, który Cię do mnie posłał.
    • Błogosławię Cię Boże, w Trójcy Jedyny, obecny w moim kochanym Aniele Stróżu i dziękuję, że mi Go dałeś.
    • Ojcze niebieski, bądź uwielbiony w moim Aniele Stróżu.
    • Dziękuję Ci, Aniele, mój Stróżu, że przedstawiasz Bogu moje prośby.
    • Witam Cię, Aniele, mój Stróżu, na początku nowego dnia i dziękuję Ci za błogosławiony, spokojny sen i proszę pomóż mi przeżyć ten dzień na chwałę Bogu Najwyższego.
    • Dziękuję Ci, Aniele, mój Stróżu, wierny i dobry Przyjacielu, że mi we wszystkim pomagasz i nie zrażasz się moimi grzechami.
    • Dziękuję Ci, Aniele Stróżu, że jesteś stale ze mną i w dzień i w nocy.
    • Aniele, mój Stróżu, pomóż mi uwierzyć, że jesteś zawsze przy mnie.
    • Aniele, mój drogi Przyjacielu, pocieszaj mnie we wszystkich smutkach i utrapieniach.
    • Aniele, mój Stróżu, dziękuje Ci za Twą obecność.
    • Przepraszam Cię, Aniele Stróżu mój, że dziś Cię zasmuciłem.
    • Aniele, mój Stróżu, naucz mnie, proszę, uwielbiać Boga i za wszystko Mu dziękować.
    • Aniele, mój Stróżu, pomóż mi życzliwie spojrzeć z Twoją miłością na tego człowieka, którego z trudem przyjmuję.
    • Aniele Stróżu, pociesz mnie dziś w moim smutku.


    Akty strzeliste za zmarłych

    • Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
    • Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
    • “Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki”. J 11,25-26


    Jezu, ufam Tobie.

    Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, Zbawicielu, zmiłuj się nade mną, grzesznym.

    Jezu cichy i pokornego Serca, uczyń serca nasze według serca Twego.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, obdarz nas pokojem.

    Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste zmiłuj się nad nami.

    Najświętsze Serce Jezusa, zmiłuj się nad nami.

    Panie, ratuj!

    Panie Boże chroń mnie.

    Panie Boże, bądź ze mną.

    Panie Boże , daj mi odczuć Twoją obecność.

    Panie Jezu, pragnę kochać Ciebie całym sercem.

    Panie Boże, pomóż mi.

    Panie Jezu, Ty się tym zajmij.

    O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.


    Advocata, czyli Orędowniczka – jeden z najstarszych obrazów Matki Bożej, przechowywany w klasztorze sióstr dominikanek w Rzymie.

    Advocata, czyli Orędowniczka – jeden z najstarszych obrazów Matki Bożej, przechowywany w klasztorze sióstr dominikanek w Rzymie.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

  • Matka Boża i Święci Pańscy – listopad 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 listopada

    Święty Andrzej, Apostoł

    Święty Andrzej

    Andrzej pochodził z Betsaidy nad Jeziorem Galilejskim (por. J 1, 44), ale mieszkał ze św. Piotrem, swoim starszym bratem i jego teściową w Kafarnaum (por. Mk 1, 21. 29-30). Był – jak Piotr – rybakiem. Początkowo był uczniem Jana Chrzciciela. Pod jego wpływem poszedł za Chrystusem, gdy Ten przyjmował chrzest w Jordanie. Andrzej nie tylko sam przystąpił do Chrystusa; to on przyprowadził do Niego Piotra: “Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J 1, 35-41). Andrzej był pierwszym uczniem powołanym przez Jezusa na Apostoła.
    Apostołowie Andrzej, Jan i Piotr nie od razu na stałe dołączyli do tłumów chodzących z Panem Jezusem. Po pierwszym spotkaniu w pobliżu Jordanu wrócili do Galilei do swoich zajęć. Byli zamożnymi rybakami, skoro mieli własne łodzie i sieci. Właśnie przy pracy Chrystus po raz drugi ich wezwał; odtąd pozostaną z nim aż do Jego śmierci i wniebowstąpienia. Spotkanie nad Jeziorem Genezaret i powtórne wezwanie przekazał nam św. Mateusz: “Gdy (Jezus) przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro: byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za nim” (Mt 4, 18-20). Św. Łukasz dorzuca szczegół, że powołanie to łączyło się z cudownym połowem ryb (Łk 5, 1-11). Pan Jezus chciał w ten sposób umocnić w swoich pierwszych uczniach wiarę w to, że prawdziwie jest Tym, za Kogo się podaje.
    W Ewangeliach św. Andrzej występuje jeszcze dwa razy. Kiedy Pan Jezus przed cudownym rozmnożeniem chleba zapytał Filipa: “Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili?” – Andrzej rzekł do Niego: “Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” (J 6, 5. 8-9). I jeszcze raz występuje św. Andrzej, kiedy pośredniczy w przekazaniu prośby, aby poganie także mogli ujrzeć Chrystusa i zetknąć się z Nim bezpośrednio: “A wśród tych, którzy przybyli, aby oddać pokłon (Bogu) w czasie święta, byli też niektórzy Grecy. Oni więc przystąpili do Filipa, pochodzącego z Betsaidy, i prosili go mówiąc: «Panie, chcemy ujrzeć Jezusa». Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Z kolei Andrzej i Filip poszli i powiedzieli Jezusowi” (J 12, 20-22). Chodziło w tym wypadku o prozelitów, czyli pogan, którzy przyjęli religię judaistyczną.
    W spisie Apostołów wymieniany jest na drugim (Mt i Łk) lub czwartym (Mk) miejscu. Przez cały okres publicznej działalności Pana Jezusa należał do Jego najbliższego otoczenia. W domu Andrzeja i Piotra w Kafarnaum Chrystus niejednokrotnie się zatrzymywał. Andrzej był świadkiem cudu w Kanie (J 2, 1-12) i cudownego rozmnożenia chleba (J 6, 8-15).W tradycji usiłowano wybadać ślady jego apostolskiej działalności po Zesłaniu Ducha Świętego. Orygenes (+ 254) wyraża opinię, że św. Andrzej pracował w Scytii, w kraju leżącym pomiędzy Dunajem a Donem. Byłby to zatem Apostoł Słowian, których tu właśnie miały być pierwotne siedziby. Według św. Hieronima (+ 421) św. Andrzej miał także pracować w Poncie, w Kapadocji i w Bitynii, skąd udał się do Achai. Ten sam pogląd podziela Teodoret (+ 458), który twierdzi, że św. Andrzej przeszedł ze Scytii do Tracji i Epiru, aby zakończyć życie śmiercią męczeńską w Achai. Wszystkie źródła są zgodne, że św. Andrzej zakończył swoje apostolskie życie śmiercią męczeńską w Patras w Achai, na drzewie krzyża. Patras leży na Peloponezie przy ujściu Zatoki Korynckiej.
    Niemniejsze zainteresowanie osobą i działalnością, a zwłaszcza śmiercią św. Andrzeja, okazują apokryfy: Dzieje Andrzeja z wieku II-III oraz Męka św. Andrzeja z wieku IV. Są to dokumenty bardzo dawne, sięgające niemal czasów poapostolskich. Zwłaszcza Dzieje Andrzeja cieszyły się kiedyś wielkim powodzeniem. Według tych źródeł, po Zesłaniu Ducha Świętego Andrzej miał nauczać i dokonać wielu cudów (nawet wskrzeszania zmarłych) w miejscach, do których dotarł: w Poncie i Bitynii (dzisiaj zachodnia Turcja) oraz w Tracji (Bułgaria), Scytii (dolny bieg Dunaju) i Grecji. Tam też, w Patras, 30 listopada 65 lub 70 roku (w tradycji wschodniej – w 62), przeżegnawszy zebranych wyznawców, został ukrzyżowany głową w dół na krzyżu w kształcie litery X. Wyrok ten przyjął z wielką radością – cieszył się, że umrze na krzyżu, jak Jezus. Litera X jest pierwszą literą imienia Chrystusa w języku greckim (od Christos, czyli Pomazaniec). Prawosławni uważają, że św. Andrzej umierał aż trzy dni, bo do krzyża został przywiązany, a nie przybity – w ten sposób chciano wydłużyć jego cierpienie. Przez cały ten czas w obecności tłumu wyznawał wiarę w Chrystusa, pouczał zebranych, jak należy wierzyć i jak cierpieć za wiarę.
    Kult św. Andrzeja był zawsze w Kościele bardzo żywy. Liturgia bizantyjska określa św. Andrzeja przydomkiem Protokleros, to znaczy “pierwszy powołany”, gdyż obok św. Jana jako pierwszy został przez Chrystusa wezwany na Apostoła. Achaja chlubi się przekonaniem, że jej pierwszym metropolitą był św. Andrzej. Dla prawosławnych św. Andrzej jest jednym z najważniejszych świętych, nazywają go Apostołem Słowian. Według ich tradycji św. Andrzej dotarł nad Dniepr i Don i jest założycielem Kijowa.W 356 roku relikwie św. Andrzeja przewieziono z Patras do Konstantynopola i umieszczono je w kościele Apostołów. Krzyżowcy, którzy w czasie czwartej wyprawy krzyżowej w 1202 r. zdobyli Konstantynopol, zabrali relikwie i umieścili w Amalfi w pobliżu Neapolu. Głowę św. Andrzeja papież Pius II w XV w. kazał przewieźć do Rzymu, do bazyliki św. Piotra – uważając, że skoro wspólna chwała połączyła obu braci, ta sama chwała powinna połączyć także ich ciała.
    25 września 1964 r. papież Paweł VI zwrócił głowę św. Andrzeja kościołowi w Patras. Najpierw 23 września złożyli hołd relikwii wszyscy ojcowie Soboru Watykańskiego II, zebrani na trzeciej sesji wraz z papieżem, który w procesji przeniósł relikwię z kaplicy Najświętszego Sakramentu na ołtarz auli soborowej. Mszę świętą odprawił przy tej okazji kardynał Marcella, archiprezbiter bazyliki św. Piotra, a kazanie wygłosił kardynał Koenig z Wiednia, kończąc homilię modlitwą o zjednoczenie Kościołów. Po południu przewieziono relikwie do kościoła św. Andrzeja della Valle, gdzie były wystawione do publicznej czci. Dnia 25 września do Rzymu przybyła delegacja greckiego Kościoła prawosławnego. Paweł VI przyjął ją na osobnej audiencji i przy tej okazji wręczył święte relikwie. Jeszcze tego samego dnia zostały one przewiezione samolotem do Patras. Kościół grecki posiada też relikwie krzyża, na którym umarł św. Andrzej. Natomiast relikwia prawej ręka Apostoła znajduje się w moskiewskim Soborze Bogojawleńskim. Od 2003 r. cząstka relikwii św. Andrzeja jest także w Polsce, w warszawskim kościele środowisk twórczych przy Pl. Teatralnym.
    Kult św. Andrzeja był i nadal jest żywy w różnych krajach. Święty Grzegorz I Wielki założył ku jego czci klasztor i kościół w Rzymie. Otrzymał także relikwie Apostoła z Konstantynopola (+ 604). Wiele narodów i państw ogłosiło św. Andrzeja za swojego szczególnego patrona. Tak uczyniły: Neapol, Niderlandy, Szkocja, Hiszpania, arcybiskupstwo Brunszwiku, księstwo Burgundii, Limburg, Luksemburg, Mantua i Szlezwig, a z innych krajów – Bitynia, Grecja, Holandia, Niemcy, Pont, Prusy, Rosja i Sycylia. Także bardzo wiele miast chlubi się patronatem św. Andrzeja: Agde, Aranches, Baeza, Bordeaux, Brescia, Bruggia, Hanower, Neapol, Orange, Pesaro, Rawenna, Rochester. Jest także patronem małżeństw, podróżujących, rybaków, rycerzy, woziwodów, rzeźników. Ten orędownik zakochanych wspomaga w sprawach matrymonialnych i wypraszaniu potomstwa.
    Dużą czcią cieszył się św. Andrzej również w Polsce. Istniał u nas zwyczaj wróżb andrzejkowych. W wigilię św. Andrzeja dziewczęta lały roztopiony wosk przez ucho klucza na wodę i zgadywały z figur, jakie się tworzą, która z nich jako pierwsza będzie miała wesele i jak będzie wyglądał wybranek.

    Święty Andrzej

    W ikonografii św. Andrzej Apostoł przedstawiany jest jako starszy mężczyzna o gęstych, siwych włosach i krzaczastej, krótkiej brodzie. Jako apostoł nosi długi płaszcz. Czasami ukazywany jako rybak w krótkiej tunice. Powracającą sceną w sztuce religijnej jest chwila jego ukrzyżowania. Atrybutami Świętego są: “krzyż św. Andrzeja” w kształcie litery X, księga, ryba, sieć. Formę krzyża św. Andrzeja mają znaki drogowe ustawiane przy przejazdach kolejowych.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Święty Andrzej Apostoł

    Święty Andrzej Apostoł

    Męczeństwo św. Andrzeja/Vlad Tepes (PD)

    ***

     KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 14 CZERWCA 2006

    (…) Bardzo stara tradycja nie tylko upatruje w Andrzeju, który przekazał Grekom to słowo, tłumacza Greków podczas wspomnianego tu spotkania z Jezusem, ale uważa go za apostoła Greków w latach po Zesłaniu Ducha Świętego; dowiadujemy się z niej, że przez resztę swego życia był on głosicielem i tłumaczem Jezusa dla świata greckiego.

    Drodzy bracia i siostry,

    w ostatnich dwóch katechezach mówiliśmy o postaci świętego Piotra. Teraz chcemy, na ile pozwalają nam na to źródła, poznać nieco bliżej pozostałych jedenastu Apostołów. Dlatego będziemy dzisiaj mówić o bracie Szymona Piotra, świętym Andrzeju, także jednym z Dwunastu. Pierwszą cechą, jaka charakteryzuje św. Andrzeja, jest imię: nie jest ono hebrajskie, jak należałoby się spodziewać, lecz greckie, istotny znak pewnego kulturalnego otwarcia jego rodziny. Jesteśmy w Galilei, gdzie język grecki i grecka kultura dość często występują. Wśród Dwunastu Andrzej zajmuje drugie miejsce, podobnie jak u Mateusza (10, 1-4) i Łukasza (6, 13-16) albo czwarte, jak u Marka (3, 13-18) i w Dziejach Apostolskich (1, 13-14). W każdym razie cieszył się on niewątpliwie dużym szacunkiem w pierwszych wspólnotach chrześcijańskich.

    O więzach krwi między Piotrem a Andrzejem, jak i o wspólnym powołaniu, jakie usłyszeli od Jezusa, mówią wyraźnie Ewangelie. Czytamy tam: “Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi»” (Mt 4, 18-19; Mk 1, 16-17). Z czwartej Ewangelii dowiadujemy się o innym ważnym szczególe: wcześniej Andrzej był uczniem Jana Chrzciciela; pokazuje to, iż był człowiekiem poszukującym, który podzielał nadzieje Izraela, który chciał z bliska poznać słowo Pana, rzeczywistość Pana, który jest obecny. Był prawdziwie człowiekiem wiary i nadziei; od Jana Chrzciciela usłyszał któregoś dnia o Jezusie jako “Baranku Bożym” (J 1, 36); udał się wówczas w drogę i wraz z innym bezimiennym uczniem poszedł za Jezusem, Tym, którego Jan nazwał “Barankiem Bożym”. Ewangelista opowiada: poszli i “zobaczyli gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego” (J 1, 37-39).

    Andrzej cieszył się więc cennymi chwilami bliskości z Jezusem. W opowiadaniu znajduje się potem znamienna uwaga: “Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa” (J 1, 40-43), wykazując się od razu nieprzeciętnym duchem apostolskim. Andrzej był więc pierwszym z Apostołów wezwanych, by poszedł za Jezusem. Właśnie na tej podstawie liturgia Kościoła bizantyńskiego czci go pod przydomkiem Protóklitos, co znaczy “Pierwszy Powołany”.

    Nie ulega wątpliwości, że również ze względu na braterskie więzy Piotra i Andrzeja Kościół Rzymu i Kościół Konstantynopola czują się w szczególny sposób Kościołami siostrzanymi. Dla podkreślenia tej relacji mój poprzednik papież Paweł VI w 1964 zwrócił sławną relikwię św. Andrzeja, przechowywaną do tej pory w Bazylice Watykańskiej, prawosławnemu metropolicie miasta Patras w Grecji, gdzie – zgodnie z tradycją – Apostoł ten został ukrzyżowany.

    Tradycja ewangeliczna wspomina w sposób szczególny imię Andrzeja przy trzech innych okazjach, które pozwalają nam nieco lepiej poznać tego człowieka. Pierwsza to rozmnożenie chleba w Galilei. To Andrzej zwrócił tam uwagę Jezusa na obecność chłopca, który miał pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby: to zbyt mało, jak zauważył, dla wszystkich ludzi zgromadzonych na tym miejscu (por. J 6, 8-9). W tym przypadku zasługuje na podkreślenie realizm Andrzeja: to on zauważył chłopca – po czym zadał pytanie: “Lecz cóż to jest dla tak wielu?” (tamże), uświadomiwszy sobie niewystarczalność tak małych zasobów. Jezus jednak potrafił sprawić, że wystarczyły one dla rzeszy ludzi, którzy przyszli Go słuchać.

    Druga okazja wydarzyła się w Jerozolimie. Wychodząc z miasta, jeden z uczniów zwrócił uwagę Jezusa na widok potężnych murów, na których wspierała się Świątynia. Odpowiedź Nauczyciela była zaskakująca: powiedział, że z tych murów nie pozostanie kamień na kamieniu. Wówczas Andrzej, wraz z Piotrem, Jakubem i Janem, zapytali Go: “Powiedz nam, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy to wszystko zacznie się spełniać?” (Mk 13, 1-4). W odpowiedzi na to pytanie Jezus wygłosił ważną mowę na temat zburzenia Jerozolimy i końca świata, zachęcając swych uczniów do uważnego odczytywania znaków czasu i zachowania czujności. Z wydarzenia tego możemy wywnioskować, że nie powinniśmy obawiać się stawiać Jezusowi pytań, jednocześnie jednak musimy być gotowi przyjąć nauki, nawet zaskakujące i trudne, jakich nam On udziela.

    W Ewangelii wreszcie odnotowana została trzecia inicjatywa Andrzeja. Scenerię stanowi raz jeszcze Jerozolima, na krótko przed Męką. Na święto Paschy – opowiada Jan – przybyło do świętego miasta także kilku Greków, prawdopodobnie prozelitów bądź bogobojnych, którzy chcieli czcić Boga Izraela w święto Paschy. Andrzej i Filip, dwaj apostołowie o greckich imionach, są tłumaczami i pośrednikami tej małej grupy Greków u Jezusa. Odpowiedź Pana na ich pytanie wydaje się – jak często w Ewangelii Jana – zagadkowa, ale właśnie dlatego okazuje się bogata w znaczenia. Dwóm uczniom, a za ich pośrednictwem światu greckiemu, Jezus powiada: “Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (12, 23-24). Co znaczą te słowa w tym kontekście? Jezus chce powiedzieć: Tak, dojdzie do spotkania między Mną a Grekami, ale nie będzie to zwykła, krótka rozmowa między Mną a paroma osobami, kierującymi się przede wszystkim ciekawością. Wraz z moją śmiercią, porównywalną do padnięcia na ziemię ziarna pszenicy, nadejdzie godzina mojej chwały. Moja śmierć na krzyżu przyniesie obfity plon: “obumarłe ziarno pszenicy” – symbolizujące Mnie na krzyżu – stanie się w zmartwychwstaniu chlebem życia dla świata; będzie światłością dla ludów i kultur. Tak, do spotkania z grecką duszą, ze światem greckim dojdzie na tej głębokości, do której nawiązuje historia ziarna pszenicy, które przyciąga do siebie moce ziemi i nieba i staje się chlebem. Innymi słowy Jezus prorokuje o Kościele Greków, Kościele pogan, Kościele świata jako o owocu swej Paschy.

    Bardzo stara tradycja nie tylko upatruje w Andrzeju, który przekazał Grekom to słowo, tłumacza Greków podczas wspomnianego tu spotkania z Jezusem, ale uważa go za apostoła Greków w latach po Zesłaniu Ducha Świętego; dowiadujemy się z niej, że przez resztę swego życia był on głosicielem i tłumaczem Jezusa dla świata greckiego. Jego brat Piotr z Jerozolimy przez Antiochię dotarł do Rzymu, by sprawować swą powszechną posługę; Andrzej natomiast był apostołem świata greckiego: tym samym jawią się oni za życia i w chwili śmierci jako prawdziwi bracia – braterstwo, którego symbolicznym wyrazem jest szczególna więź między Stolicami Rzymu i Konstantynopola, Kościołami prawdziwie siostrzanymi.

    Późniejsza tradycja, jak już wspomnieliśmy, opowiada o śmierci Andrzeja w Patrasie, gdzie poddany został męce ukrzyżowania. Jednakże w godzinie śmierci, podobnie jak brat jego Piotr, poprosił, by umieścić go na krzyżu innym od krzyża Jezusa. W jego przypadku był to krzyż ukośny, to znaczy taki, którego ramiona skrzyżowano ukośnie, stąd nazwano go “krzyżem św. Andrzeja”. Oto co Apostoł miał powiedzieć przy tej okazji według pradawnej opowieści (z początku VI wieku), zatytułowanej Męka Andrzeja: “Witaj, Krzyżu, zapoczątkowany za sprawą ciała Chrystusa i ozdobiony Jego członkami jak drogocennymi perłami. Zanim Pan wstąpił na ciebie, budziłeś ziemski strach. Teraz jednak, obdarzony niebieską miłością, przyjmowany jesteś niczym dar. Wierzący wiedzą, patrząc na ciebie, ile radości posiadasz, ile podarków przygotowałeś. Pewny więc i pełen radości przychodzę do ciebie, abyś przyjął także mnie wysławiającego cię, jako ucznia Tego, który zawisł na tobie… Krzyżu błogosławiony, który przyjąłeś majestat i piękno członków Pana! … Weź mnie i zaprowadź daleko od ludzi i przywróć mnie memu Nauczycielowi, aby za twoją sprawą przyjął mnie Ten, który przez ciebie mnie odkupił. Witaj, Krzyżu; tak, witaj prawdziwie!”.

    Jak widać, mamy tu niezwykle głęboką duchowość chrześcijańską, która widzi w Krzyżu nie tyle narzędzie męki, ile raczej niezrównany środek pełnego upodobnienia się do Odkupiciela, do Ziarna pszenicy, spadłego w ziemię. Musimy wyciągnąć z tego bardzo ważną naukę: nasze krzyże nabierają wartości, jeśli zostaną uznane i przyjęte jako część krzyża Chrystusa, jeśli dosięgnie je odblask Jego światła. Tylko przez ten Krzyż również nasze cierpienia są uszlachetnione i nabierają swego prawdziwego sensu.

    Niech więc apostoł Andrzej nauczy nas iść za Jezusem z gotowością (por. Mt 4, 20; Mk 1, 18), mówić o Nim z entuzjazmem tym, których spotykamy, przede wszystkim zaś pielęgnować relację prawdziwej zażyłości z Nim, świadomi, że tylko w Nim znaleźć możemy ostateczny sens naszego życia i naszej śmierci.

    BENEDYKT XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 listopada

    Błogosławiona Maria Klementyna
    Anuarita Nengapeta, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni męczennicy Dionizy i Redempt
      •  Święty Saturnin, biskup
    Błogosławiona Maria Klementyna

    Anuarita urodziła się 29 grudnia 1939 roku w Wamba w Prowincji Wschodniej Konga jako córka Amisi Badjulu i Isude Julienne. Pochodziła z plemienia Babudu, z rodziny mającej sześcioro dzieci. Jej rodzice rozwiedli się. Na chrzcie świętym, który przyjęła w wieku sześciu lat razem ze swoją matką, przyjęła imię Alphonsine. Całe swoje wychowanie religijne zdobyła w pierwszej misji chrześcijańskiej na terenach Zairu – w Bafwabaka.
    W wieku 16 lat zdecydowała się wstąpić do zgromadzenia Najświętszej Rodziny. W 1959 roku złożyła śluby zakonne i przyjęła imiona Maria Klementyna. Ukończyła szkołę i pracowała jako nauczycielka, otaczając swoich uczniów serdeczną troską. Z wielką życzliwością odnosiła się także do współsióstr. W zakonnej wspólnocie pełniła obowiązki zakrystianki i pracowała w kuchni. Jej życiową dewizą było “służyć i sprawiać radość”.
    Zginęła 1 grudnia 1964 r., w okresie wojny domowej w Kongo, broniąc swej czystości. Siostry zostały porwane i wywiezione przez żołnierzy. Dowódca upatrzył sobie Anuaritę i chciał ją zmusić do uległości. Wobec zdecydowanego oporu kazał ją zabić. Siostra Anuarita, zdając sobie sprawę, że za chwilę zginie, powiedziała do oprawców: “Przebaczam wam, bo nie wiecie, co czynicie”. Została zasztyletowana, a odtrącony dowódca dobił ją strzałem. Świadkami jej męczeństwa były siostry uprowadzone razem z nią, które w chwili jej konania odśpiewały Magnificat.
    Początkowo została pochowana we wspólnym grobie, ale po zakończeniu rebelii jej ciało przeniesiono do katedry w Isiro. Św. Jan Paweł II beatyfikował ją w Kinszasie 15 sierpnia 1985 r.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 listopada

    Święty Jakub z Marchii, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Stefan Młodszy, męczennik
      •  Błogosławiony Jacek Thomson, prezbiter i męczennik
    Święty Jakub z Marchii

    Jakub Gangala urodził się w 1394 r. w Monteprandone (Ascoli Piceno), w Marchii Ankońskiej – rejonie Włoch położonym nad Adriatykiem. W dzieciństwie musiał ciężko pracować, bo jego rodzina była bardzo uboga. Był osiemnastym z dziewiętnaściorga dzieci swoich rodziców. Zajmował się wypasaniem bydła i świń. Po śmierci ojca, Jakubem zaopiekował się wuj-kapłan i to dzięki niemu chłopak zdobył wykształcenie. Studiował na kilku włoskich uniwersytetach i ukończył studia prawnicze.
    Gdy miał 22 lata, wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych. Ukończył studia filozoficzno-teologiczne i w 1420 r. przyjął święcenia kapłańskie. Szybko zaczął się wyróżniać swoją wiedzą teologiczną, pięknem i logiką wypowiedzi oraz pokorą i świętością życia. Dzięki temu z polecenia św. Bernardyna ze Sieny został mianowany kaznodzieją zakonu, co było dużym wyróżnieniem. Chociaż poświęcił się przede wszystkim tej posłudze, znalazł czas, by współpracować ze św. Janem Kapistranem i św. Bernardynem przy reformowaniu zakonu. Przyczynił się do zakładania klasztorów o surowszej regule. Godny podziwu był jego dar przyswajania nowych języków oraz doskonała pamięć.
    Jako misjonarz przewędrował prawie całe Włochy. Dotarł także do wielu państw europejskich. Swoje kazania głosił na terenie Bośni, Dalmacji, Albanii, Czech, Polski, Rusi, Norwegii, Danii, Węgier, Prus i Austrii. Mówi się, że w ciągu 40 lat swojej pracy nawrócił 50 tysięcy heretyków oraz niezliczone rzesze grzeszników.
    Wszędzie krzewił kult Najświętszego Imienia Jezus. Z poczucia wagi pełnionej misji ani na chwilę nie ustawał w swojej posłudze. Jego starania zostały docenione przez trzech papieży. Był legatem Eugeniusza IV, Mikołaja V i Kaliksta III. Darząc Jakuba szacunkiem i podziwem, powierzali mu kolejne, ważne zadania misyjne oraz funkcję inkwizytora.
    W czasie swoich podróży Jakub nie tylko ewangelizował. Zauważał różne potrzeby społeczne, był często mediatorem między skłóconymi miastami włoskimi. Troszczył się też o warunki życia najuboższych. W wielu miejscach zakładał montes pietatis, czyli banki pobożne. Były to lombardy, w których biedni mogli zaciągnąć kredyt na niski procent. Po jego śmierci zostały one rozpowszechnione przez bł. Bernardyna z Feltre.
    Z pokory Jakub nie przyjął proponowanej mu godności biskupa Mediolanu.Zmarł w Neapolu 28 listopada 1476 roku. Pozostawił po sobie kilka rozpraw ascetycznych i wiele listów. Beatyfikował go papież Urban VIII w 1624 roku, kanonizował Benedykt XIII w 1726 roku. Ciało zostało w minionym stuleciu przeniesione z Neapolu do rodzinnego Monteprandone. Przechowywane jest w oszklonym sarkofagu w kościele franciszkanów.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 listopada

    Święty Wirgiliusz z Irlandii, biskup

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Małgorzata Sabaudzka, zakonnica
      •  Święty Franciszek Antoni Fasani, prezbiter
      •  Błogosławiony Bernardyn z Fossa, prezbiter
    Święty Wirgiliusz

    Wirgiliusz urodził się w Irlandii. Nosił celtyckie imię Fergal, które zlatynizowano jako Wirgiliusz (Wergiliusz). Był benedyktynem. Około 740 r. opuścił ojczyznę, aby dotrzeć do Ziemi Świętej. Jego wiedza i umiejętności zwróciły uwagę Pepina Krótkiego (przyszłego króla Franków), który zatrzymał go przez około 2 lata na swoim dworze. Ok. 743 r. Pepin wysłał Wirgiliusza z listami polecającymi do swego kuzyna, księcia bawarskiego Odylona. Ten ostatni powierzył Wirgiliuszowi zarządzanie osieroconym biskupstwem w Salzburgu. Irlandzkim zwyczajem rządził diecezją będąc jednocześnie opatem klasztoru św. Piotra (założonego w 696 r. przez św. Ruperta – istniejącego do dziś – najstarszego klasztoru benedyktyńskiego na obszarze niemieckojęzycznym).
    Wobec takiego obrotu spraw Wirgiliusz zrezygnował z wyprawy do Ziemi Świętej i poszedł w ślady św. Ruperta, pierwszego apostoła Austrii. Wysłał misjonarzy na południe tego kraju, do Karyntii. W 755 r. przyjął sakrę biskupią. W Salzburgu wybudował nową katedrę i 24 września 774 r. przeniósł do niej relikwie św. Ruperta zmarłego ok. 718 r. w Wormacji.
    Kilkakrotnie znalazł się w konflikcie ze św. Bonifacym (także benedyktynem, biskupem misyjnym działającym na terenach dzisiejszych Niemiec i Francji). Jednym z pretekstów był fakt, że Wirgiliusz użył podczas chrztu jakiegoś dziecka źle odmienionego gramatycznie łacińskiego słowa. Bonifacy zakwestionował ważność udzielonego sakramentu. Skierował prośbę o wyjaśnienie tej sytuacji do papieża. Ten, zdziwiony, że Bonifacy kwestionuje tak błahą sprawę, wydał specjalny dekret, w którym potwierdził ważność chrztu. Inną sporną kwestią był pogląd Wirgiliusza, który twierdził, że ziemia jest kulista; Bonifacy ponownie nie zgodził się z nim. Ta sprawa również zakończyła się w Rzymie. Ponownie wygrał Wirgiliusz.
    Irlandzki misjonarz zmarł między 781 a 784 rokiem w Salzburgu i tam został pochowany; mimo tego jego święto obchodzi się także w Irlandii. Kanonizował go Grzegorz IX w 1232 r. Jest patronem Salzburga i Austrii.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 listopada

    Błogosławiony Jakub Alberione, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Leonard z Porto Maurizio, prezbiter
      •  Święty Sylwester Gozzolini, opat
      •  Święty Jan Berchmans, zakonnik
      •  Błogosławiony Poncjusz, opat
      •  Święty Konrad z Konstancji, biskup
    Błogosławiony Jakub Alberione

    Jakub Alberione urodził się 4 kwietnia 1884 roku w San Lorenzo di Fossano, na północy Włoch. Wychował się w rodzinie głęboko chrześcijańskiej. W wieku 16 lat wstąpił do seminarium w Albie. W nocy 31 grudnia 1900 roku, która rozdzielała dwa wieki, trwał przez cztery godziny na adoracji przed Najświętszym Sakramentem, uroczyście wystawionym w katedrze w Albie. Doznał wtedy mocy szczególnego Światła, które wychodziło z Hostii. Usłyszał w swym sercu słowa Jezusa: “Przyjdźcie do Mnie wszyscy”. Zrozumiał wówczas, że od Jezusa płynie wszystko, że u Niego obecnego w tabernakulum jest wszelkie światło i pomoc. Od tej pory czuł się głęboko zobowiązany do służby Kościołowi i ludziom nowego wieku.
    W 1907 roku przyjął święcenia kapłańskie. Jako jeden z pierwszych ludzi w Kościele zaczął na szeroką skalę wykorzystywać druk do głoszenia Ewangelii. Już w 1914 roku założył szkołę drukarską, a z zespołu wychowawców i nauczycieli stworzył wspólnotę zakonną – Towarzystwo św. Pawła, którego członkowie (zwani powszechnie paulistami) poświęcają się pracy ewangelizacyjnej poprzez środki społecznego przekazu. Rok później Jakub zorganizował żeńską Kongregację Uczennic Matki Bożej, a w 1924 roku – Córek św. Pawła. W następnych latach powstały liczne instytuty prowadzące pracę apostolską za pośrednictwem radia, telewizji, filmu, płyt, książek i prasy.
    Pierwszym zadaniem, jakie Jakub pozostawił swym następcom, było rozpowszechnianie Pisma świętego. Sam nie tylko świetnie znał Biblię, ale był w niej “zanurzony”. Nigdy się z nią nie rozstawał. Jak sam powtarzał, “Biblię odróżnia od innych książek duch, który ją przenika i ożywia. Na jej stronach płonie Boży ogień Ducha Świętego, tak jak pod postaciami sakramentów żyje boska osoba Jezusa Chrystusa. Tak jak święta Hostia jest dla człowieka boskim pokarmem o potężnej mocy, tak słowa Biblii rozpalają w jego duszy Boży ogień o wyjątkowej aktywności, który przenika ją i odnawia duchowo”.

    Błogosławiony Jakub Alberione

    Wydawał liczne broszury, gazety, czasopisma, książki, płyty z muzyką i filmy fabularne. Wszystkie te dzieła miały pomóc ludziom poznać słowo Boże. Podkreślał wyjątkowość pedagogii stosowanej przez Jezusa: swoje słowa poprzedził On przykładem i dopełnił oddaniem życia za uczniów, których wezwał do naśladowania Jego czynów.
    Jakub zmarł 26 listopada 1971 roku w Rzymie po długim życiu, oddanym bez reszty Jezusowi i Jego Kościołowi.27 kwietnia 2003 roku, w święto Miłosierdzia Bożego, papież św. Jan Paweł II wyniósł do chwały ołtarzy sześcioro sług Bożych, wśród nich Jakuba Alberione. Papież mówił podczas beatyfikacji: “Jakub zrozumiał, że ludziom naszych czasów trzeba umożliwić poznanie Jezusa Chrystusa – Drogi, Prawdy i Życia, za pomocą środków właściwych dla naszych czasów, jak zwykł mówić. Brał przykład z Apostoła Pawła, którego nazywał «teologiem i architektem Kościoła», i pozostawał zawsze posłuszny i wierny nauczaniu Następcy Piotra, «latarni» prawdy w świecie, często pozbawionym trwałych ideowych punktów odniesienia. «Do posługiwania się tymi narzędziami potrzeba grupy ludzi świętych» – powtarzał ten apostoł nowych czasów. Jakże wspaniałe dziedzictwo pozostawił on swej rodzinie zakonnej!”

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 listopada

    Błogosławiona
    Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Aleksandryjska, dziewica i męczennica
      •  Błogosławieni małżonkowie Alojzy Quattrocchi i Maria Corsini
      •  Błogosławiona Elżbieta zwana Dobrą, dziewica
    Błogosławiona Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza

    Franciszka Siedliska urodziła się 12 listopada 1842 r. w zamożnej rodzinie ziemiańskiej, w Roszkowej Woli koło Rawy Mazowieckiej. Na chrzcie otrzymała imiona Franciszka Józefa. Jej rodzice – Adolf i Cecylia z Morawskich – zadbali o wszechstronne wykształcenie swojej córki: oprócz guwernantek miała także nauczycielki muzyki i tańca. Nie troszczyli się natomiast wcale o sprawy wiary i życia wewnętrznego – byli bowiem obojętni religijnie. Franciszka i jej brat Adam żyli w dostatku i wygodzie, “w domu, gdzie Bóg nie był Panem” – jak sama napisała po latach.
    Lata jej dzieciństwa naznaczyła ciężka choroba kręgosłupa. Wyjeżdżała na leczenie do najsłynniejszych miejscowości uzdrowiskowych Austrii, Niemiec, Francji i Szwajcarii. Pomimo tego ciągle odczuwała silne bóle, które w miarę upływu czasu przerodziły się w chorobę chroniczną. Nieśmiała, łagodna, ciągle cierpiąca, już w wieku 8 lat pragnęła wstąpić do klasztoru, jednak sprzeciw ojca, który marzył dla niej o karierze artystycznej, opóźnił tę decyzję.
    Do sakramentów I Komunii świętej i bierzmowania przygotowywał ją kapucyn, o. Leander Lendzian. Ten sam kapłan pozostawał jej kierownikiem duchowym od 1854 r. do 1879 r. On rozpoznał jej powołanie i utwierdzał wolę założenia nowej rodziny zakonnej.
    W 1864 w Cannes Franciszka złożyła prywatny ślub czystości i zdecydowanie sprzeciwiła się planom matrymonialnym snutym przez ojca. Jej zamiarem było całkowite poświęcenie się Bogu. Przyrzekła jednak ojcu, że pozostanie z rodziną, dopóki on będzie żył. Adolf Siedliski powrócił przed śmiercią do zaniedbanych praktyk religijnych i umarł pojednany z Bogiem w 1870 r.
    Franciszka została zakonnicą w tym samym roku. Najpierw była tercjarką franciszkańską, potem utworzyła i zorganizowała nowe zgromadzenie zakonne Najświętszej Rodziny z Nazaretu – nazaretanki. W 1873 r. przybyła do Rzymu i przedstawiwszy Piusowi IX projekt swego dzieła, otrzymała jego błogosławieństwo. Ponieważ w kraju po kasacie zakonów oficjalna działalność nie była możliwa, pierwszy dom zakonny nowego zgromadzenia powstał w 1875 roku w Rzymie. Założycielka przybrała imię Maria od Pana Jezusa Dobrego Pasterza. Od tego czasu pochłonięta organizowaniem zgromadzenia, kształtowaniem jego duchowości, wytyczaniem celów i zadań apostolskich – ku zdumieniu wielu osób – odzyskała zdrowie i siły. W pracach organizacyjnych wspomagali ją ojciec jezuita Lanrencot i zmartwychwstaniec ojciec Semenenko, który ułożył pierwszy projekt reguły Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu. W 1881 r. powstał dom zakonny w Krakowie, gdzie siostry otaczały opieką pracujące dziewczęta. Zgromadzenie podjęło pracę w szkołach, sierocińcach, ochronkach, internatach. Służyło moralności i religijnemu odrodzeniu rodziny. Wychodziło też naprzeciw każdej ludzkiej biedzie moralnej i materialnej. Siostry otaczały swą opieką ludzi biednych, chorych, samotnych oraz niepełnosprawnych. Troszczyły się o wychowanie, zwłaszcza o wychowanie religijne, dzieci zaniedbanych. Zajmowały się samotnymi matkami i broniły życia nienarodzonych.
    W 1885 roku kierownik Misji Polskiej w Ameryce poprosił Marię, aby zaopiekowała się przebywającymi tam Polakami. Chociaż Zgromadzenie miało wówczas jedynie 22 siostry, Założycielka zabrała połowę z nich na drugi kontynent. Nowe placówki powstały też wkrótce we Francji i Anglii. Siostry pomagały emigrantom w prowadzeniu życia religijnego, zapewniały opiekę chorym w szpitalach, dzieciom w tworzonych przez siebie ochronkach, stały na straży ducha narodowego i ojczystego języka. Obejmowały swą serdeczną troską nie tylko Polonię, ale wszystkich potrzebujących pomocy.
    Maria zmarła 21 listopada 1902 r. w Rzymie. Pozostawiła po sobie “Dziennik duchowy”. 23 kwietnia 1989 r. w Rzymie beatyfikował ją św. Jan Paweł II.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 listopada

    Święci męczennicy wietnamscy
    Andrzej Dung-Lac, prezbiter, i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Protazy, biskup
      •  Święte dziewice i męczennice Flora i Maria z Kordoby
      •  Błogosławiona Maria Anna Sala, dziewica
    Święci męczennicy Wietnamu

    Pierwsi misjonarze, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską do Wietnamu, przybyli tam w 1533 r. Ich działalność nie spotkała się z przychylnością władz, które wydalały obcokrajowców ze swojego terytorium. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy od 100 do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. (ich beatyfikacje odbywały się w czterech terminach pomiędzy 1900 i 1951 rokiem). Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i 10 Francuzów; było to ośmiu biskupów i pięćdziesięciu kapłanów; pozostali to ludzie świeccy. Prawie połowa kanonizowanych (50 osób) należała do Rodziny Dominikańskiej. Ponieważ zamieszkiwali oni teren apostolatu Tonkin Wschodni (położony na wschód od rzeki Czerwonej), który papież Innocenty XIII powierzył dominikanom z Filipin, nazywa się ich często męczennikami z Tonkinu.
    Andrzej Dung-Lac, który reprezentuje wietnamskich męczenników, urodził się jako Dung An Tran około 1795 r. w biednej, pogańskiej rodzinie na północy Wietnamu. W wieku 12 lat wraz z rodzicami, którzy poszukiwali pracy, przeniósł się do Hanoi. Tam spotkał katechetę, który zapewnił mu jedzenie i schronienie. Przez trzy lata uczył się od niego chrześcijańskiej wiary. Wkrótce przyjął chrzest i imię Andrzej. Nauczywszy się chińskiego i łaciny, sam został katechetą. Został wysłany na studia teologiczne. 15 marca 1823 r. przyjął święcenia kapłańskie. Jako kapłan w parafii Ke-Dam nieustannie głosił słowo Boże. Często pościł, wiele czasu poświęcał na modlitwę. Dzięki jego przykładowi wielu tamtejszych mieszkańców przyjęło chrzest. W 1835 r. Andrzej Dung został aresztowany po raz pierwszy. Dzięki pieniądzom zebranym przez jego parafian został uwolniony. Żeby uniknąć prześladowań, zmienił swoje imię na Andrzej Lac i przeniósł się do innej prefektury, by tam kontynuować swą pracę misyjną. 10 listopada 1839 r. ponownie go aresztowano, tym razem wspólne z innym kapłanem, Piotrem Thi, którego odwiedził, by się u niego wyspowiadać. Obaj zostali zwolnieni z aresztu po wpłaceniu odpowiedniej kwoty. Okres wolności nie potrwał jednak długo. Po raz trzeci aresztowano ich po zaledwie kilkunastu dniach; trafili do Hanoi. Tam przeszli niezwykłe tortury. Obaj zostali ścięci mieczem 21 grudnia 1839 r. Andrzej był w pierwszej grupie męczenników wietnamskich beatyfikowanych w 1900 r.
    Tomasz Tran Van-Thieu urodził się w 1820 roku w Trung-Quang w rodzinie chrześcijańskiej. Był seminarzystą wietnamskim. Po aresztowaniu proponowano mu uwolnienie, gdyby poślubił córkę mandaryna, co oczywiście wymagałoby zmiany wiary. Zniósł mężnie okrutne przymuszanie do odstępstwa od wiary i straszne tortury. Zginął uduszony 21 września 1838 roku.
    Emanuel le Van-Phung (ur. 1796 r.) był mężnym katechetą wietnamskim, który odważył się dać schronienie katolickiemu kapłanowi ks. Piotrowi Doan Cong Qui. Odkryto to i obu zgładzono w Chan-doc 31 lipca 1859 r.
    Agnieszka (Agnes) Le Thi Thanh, znana również jako Agnieszka Ðê (wiet. Anê Lê Thi Thành) jest jedyną kobietą z grona 117 kanonizowanych w 1988 r. męczenników wietnamskich. Urodzona ok. 1781 r. w rodzinie chrześcijańskiej, była mężatką i matką sześciorga dzieci, które wychowywała po katolicku. W okresie prześladowania chrześcijan udzielała pomocy misjonarzom. Została aresztowana w marcu 1841 r. razem z księdzem, którego ukrywała w swoim domu. Żołnierze splądrowali dom i rozkradli dobytek rodziny. Była torturowana, ale nie wyrzekła się wiary. Oprawcy nie zdążyli wykonać na niej wyroku, ponieważ w więzieniu zaraziła się czerwonką i zmarła 12 lipca 1841 r.
    Biskup Ignacy Delgado OP (właściwie Clemente Ignacio Delgado y Cebrián) urodził się w Hiszpanii 23 listopada 1761 r. W 19. roku życia wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego w Catalayud w prowincji Saragossa, gdzie rozpoczął studia teologiczne. Pod koniec nauki został wysłany na misje do Manili (stolicy Filipin), gdzie przyjął święcenia kapłańskie w 1787 r. Od 1790 r. przebywał na misjach w Wietnamie. Szybko nauczył się języka i rozpoczął pracę w seminarium duchownym. W wieku zaledwie 33 lat został mianowany biskupem koadiutorem Wschodniego Tonkinu (konsekracja biskupia miała miejsce prawie dwa lata po decyzji papieża Piusa VI, dnia 20 listopada 1795 r.). Wielką troską otaczał seminarium i kapłanów pracujących w rozległej diecezji. Odwiedził niemal wszystkie placówki, docierając do nich wszelkimi środkami komunikacji, często pieszo. Podczas kolejnej fali prześladowań, w maju 1833 r. został aresztowany i przez 3 miesiące przetrzymywany był w małej klatce. Został ścięty 12 lipca 1833 r.
    Ojciec Wincenty Pham Hiêu Liêm OP urodził się na północy Wietnamu w szlacheckiej, pobożnej rodzinie. Naukę w seminarium rozpoczął w 12. roku życia. Dominikanie pomogli mu wyjechać na Filipiny, gdzie od 1738 r. działała legalna uczelnia teologiczna. W 1753 roku Wincenty wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego, a w 1758 r. przyjął święcenia kapłańskie. Po święceniach wrócił do Wietnamu, gdzie najpierw wykładał w seminarium, a potem poświęcił się ewangelizacji mieszkańców. Działalność ta uznawana była przez władze za nielegalną. 3 października 1773 r. został aresztowany ze swoimi dwoma świeckimi pomocnikami. Strasznie bity, był na noc zamykany w klatce. Potem przenoszono go do kolejnych więzień. Został ścięty 7 listopada 1773 r. razem ze spotkanym w jednym z więzień o. Casteñedą.
    Ojciec Hiacynt Casteñeda Puchasons OP urodził się 13 listopada 1743 r. w Walencji. Wstąpił do dominikanów w Hiszpanii i został wysłany na misje. Początkowo był w Chinach, gdzie został uwięziony i skazany na wydalenie. Powrócił do Makau (europejska kolonia na terenie Chin), skąd został wysłany do Wietnamu w 1770 r. Na terenie nowej misji od początku musiał ewangelizować w ukryciu. W końcu, 12 lipca 1773 r. został aresztowany i uwięziony w nieludzkich warunkach. W jednym z więzień spotkał współbrata o. Liêm, z którym został ścięty 7 listopada 1773 r.Dominik Pham Trong Kham urodził się ok. 1780 r. w Wietnamie w katolickiej, zamożnej rodzinie urzędniczej. Zdobył wykształcenie i został sędzią. Miał żonę i dzieci. Był tercjarzem dominikańskim. W okresie prześladowań udzielał schronienia misjonarzom (m.in. biskupowi Sampedro). W ramach represji jego dom zniszczono, a jego samego aresztowano. Został ścięty 13 stycznia 1859 r. razem z jednym ze swoich synów, Łukaszem Pham Trong Thìn.
    Łukasz Pham Trong Thìn urodził się ok. 1819 r. w katolickiej rodzinie. Tak jak ojciec był sędzią, a także dominikańskim tercjarzem. Został aresztowany w 1858 r., w czasie prześladowania chrześcijan. Mimo tortur nie dał się zmusić do podeptania krzyża. Został stracony tego samego dnia co jego ojciec, 13 stycznia 1859 r.
    Biskup Józef Melchór García-Sampedro Suárez OP, urodzony 26 kwietnia 1821 r. w północnej Hiszpanii, od dzieciństwa chciał zostać księdzem. W 1845 r. wstąpił do Zakonu Kaznodziejskiego, a w 1847 r. w Madrycie przyjął święcenia kapłańskie. W następnym roku wyruszył przez Filipiny do Wietnamu. Dotarł tam w lutym 1849 r. i rozpoczął pracę misyjną. W 1855 r. został mianowany biskupem koadiutorem i tytularnym biskupem Tricomia. 8 lipca 1858 r. został aresztowany i w klatce przewieziono go do stolicy. Został stracony w Hanoi 28 lipca 1858 r.Biskup Walenty Berrio-Ochoa OP urodził się w Hiszpanii 14 lutego 1827 r. w ubogiej, pobożnej rodzinie. Od dzieciństwa bywał u dominikanów, ponieważ jego ojciec, który był stolarzem, robił meble dla klasztoru. Walenty był ministrantem i już jako 12-latek deklarował, że chce wstąpić do Zakonu Kaznodziejskiego i jechać na misje do Wietnamu. Chłopięce marzenia spełniły się, choć nie od razu. Najpierw ukończył diecezjalne seminarium duchowne, 14 czerwca 1851 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez dwa lata pracował w tym seminarium. Dopiero w 1853 r. wstąpił do dominikanów i wyjechał na misje na Filipiny. W marcu 1858 r. przybył do Wietnamu i z powodu prześladowań od początku musiał się ukrywać. Biskup Józef Sampedro, sam zagrożony, mianował go swoim zastępcą (korzystając ze specjalnego przywileju). Msza św. z tej okazji była celebrowana potajemnie w nocy z 13 na 14 czerwca 1858 r. Mitra dla nowego biskupa została zrobiona z grubego papieru, a pastorał – z bambusa z końcem owiniętym słomą i okręconym papierem pomalowanym na złoto. Po trzech latach pracy misyjnej biskup Walenty został aresztowany 25 października 1861 r., a tydzień później, 1 listopada, stracony jednocześnie z biskupem Hieronimem Hermosillą OP i o. Piotrem Almato OP.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 listopada

    Święty Kolumban Młodszy, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Klemens I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Michał Augustyn Pro, prezbiter i męczennik
    Święty Kolumban Młodszy

    Kolumban zwany Młodszym (dla odróżnienia od św. Kolumbana Starszego z Hy – albo z Iony – również opata, żyjącego w Irlandii w latach 521-597, wspominanego 9 czerwca) był jednym z licznych misjonarzy irlandzkich, którzy pracowali na kontynencie europejskim. Urodził się pomiędzy 540 a 543 rokiem w Leinster w Irlandii, w rodzinie o niskiej pozycji społecznej. Legenda głosi, że przed urodzeniem syna matka miała sen, że z jej łona wychodzi słońce, które miało oświecić całą ziemię.
    Już w młodym wieku pragnął poświęcić się ascezie, ale trudno było mu zapomnieć o pięknych dziewczętach i młodych kobietach, z którymi miał okazję się wielokrotnie stykać. Próbował więc zająć się gramatyką, retoryką i geometrią. Poradził się także pewnej starszej kobiety, która od wielu lat żyła samotnie. Kobieta ta radziła mu zmienić otoczenie i udać się do kraju, w którym kobiety nie są tak piękne i uwodzicielskie, jak w Irlandii. Kolumban postanowił tak właśnie uczynić. Matka próbowała go odwieść od tego pomysłu. By uniemożliwić mu wyjazd, położyła się pod drzwiami ich domu. Kolumban przeszedł nad nią i odjechał. Nie wyjechał z Irlandii, tylko skierował się do klasztoru. Oddał się pod opiekę św. Sinella z Cleenish (jednego z dwunastu apostołów Irlandii). Pod jego kierownictwem i z jego pomocą napisał komentarz do Psalmów.
    Później przeniósł się do założonego przez św. Komgalla klasztoru w Bangor, w którym przyjął święcenia kapłańskie. Klasztor ten słynął na całą Irlandię z surowości oraz z obserwancji. I właśnie tę reformę Kolumban postanowił przeszczepić także na inne obszary. Słowa skierowane przez Boga do Abrahama, nakazujące mu opuszczenie swojego kraju i udanie się do ziemi, którą mu wskaże, odczytywał jako swoje. Dlatego, będąc już opatem tego klasztoru, wyznaczył na miejscu swojego godnego następcę, a sam wziął ze sobą 12 mnichów i udał się z nimi do Galii (590). Wiara chrześcijańska dotarła już na te tereny, ale jej wyznawcom daleko było do chrześcijańskiej moralności. Kolumban więc wraz ze swoimi towarzyszami przemierzał cały kraj, głosząc Ewangelię i dając przykład niezwykłej pokory i miłosierdzia. Misjonarze wszystko mieli wspólne, wzajemnie utwierdzali się w wierze i przekazywali ją innym.
    Pozyskawszy życzliwość króla Burgundii, św. Guntrama, założył tu trzy klasztory: w Annegray, w Fontaines i – najgłośniejszy z nich – w Luxeuil. Dowiedziawszy się o słynnym opactwie w Lerins, założonym przez św. Honorata (ok. roku 410), udał się tam, by przypatrzeć się życiu tamtejszych mnichów. Na podstawie reformy w Bangor, reguły w Lerins i własnego doświadczenia ułożył własną regułę w 10 rozdziałach (Regula monachorum jest jedyną zachowaną do naszych czasów staroirlandzką regułą monastyczną). Nakazy jej dotyczyły codziennej pracy, czytania świętych tekstów, modlitwy i pokuty. Reguła ta była uzupełniona przez swoisty kodeks karny – Księgę pokutniczą (Regula coenobialis), dopuszczającą także karę chłosty. Kolumban wymienił w niej wszystkie możliwe winy zakonników oraz określił za nie kary. Dla przykładu: kapłan, który przystępował do ołtarza nieogolony albo z nieobciętymi paznokciami, powinien otrzymać 6 uderzeń, a furtian zaniedbujący swoje obowiązki winien otrzymać 50 uderzeń. Surowa reguła św. Kolumbana Młodszego była popularna w Europie, jednak nie przetrwała wielu lat. Rychło bowiem została zastąpiona przez o wiele łagodniejszą regułę św. Benedykta z Nursji.
    W okresie pobytu w Galii Kolumban napisał jeszcze jedno dzieło: De poenitentiarum misura taxanda, w którym zalecał osobistą i częstą spowiedź oraz określał wielkość pokuty (dziś można byłoby to nazwać swoistym “taryfikatorem” pokutnym). Opat Kolumban sam żył w ogromnej ascezie i od swoich współbraci wiele wymagał. Uważał, że także życie innych duchownych, nie wyłączając biskupów, powinno być podporządkowane surowym regułom. Napominał świeckich, a zwłaszcza władców; był nieustępliwy w sprawach moralności. Jak można przypuszczać, był bardzo apodyktyczny w tej walce o dusze, co nie zjednywało mu przyjaciół. W królestwie św. Guntrama działał przez 20 lat i przyczynił się znacznie do ożywienia życia religijnego w Burgundii.
    Na tle sporów o jurysdykcję wpadł w zatarg z miejscowymi biskupami. Spierał się z nimi o datę świętowania Wielkanocy (chciał ją obchodzić zgodnie z tradycją wschodnią). Zamiast osobiście stawić się na synodzie, uznał za wystarczające wysłanie listu ze swoją opinią. W tym samym mniej więcej czasie popadł w konflikt z konkubiną króla Teodoryka, Brunhildą, której wypominał cudzołóstwo. Skazano go więc na banicję.
    Kolumban udał się początkowo do Szwajcarii, gdzie zostawił swojego ucznia, św. Galla, który później przyczynił się do założenia słynnego opactwa St. Gallen; sam zaś podążył do Włoch, gdzie w odległości 30 km od miasta Piacenza, w Bobbio, założył nowe opactwo św. Piotra. Rozrosło się ono dość szybko; w wieku VII liczyło już 150 mnichów. Przez długi czas promieniowało na całą Italię Północną, jak Monte Cassino na Italię Południową. Tu, w Bobbio, Kolumban zmarł 23 listopada 615 roku w wieku ok. 75 lat. Bobbio czci go dotąd jako swojego głównego patrona. Jego relikwie znajdują się w pięknym sarkofagu, w krypcie bazyliki jemu poświęconej. Relikwia głowy jest przechowywana w srebrnym relikwiarzu w miejscowym muzeum. Tam też przez wiele lat można było oglądać drewniany talerz i nóż, którym kroił chleb. Jest patronem Irlandii, piwowarów i osób chorych psychicznie; wzywany jest w przypadku powodzi.
    W ikonografii przedstawia się św. Kolumbana jako opata z pastorałem, jako brodatego mnicha z księgą albo jako eremitę z niedźwiedziem.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Św. Kolumban

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 11.06.2008

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś chciałbym mówić o świętym opacie Kolumbanie, najbardziej znanym Irlandczyku wczesnego średniowiecza. Słusznie może być on nazwany świętym «europejskim», ponieważ jako mnich, misjonarz i pisarz pracował w różnych krajach zachodniej Europy. Podobnie jak Irlandczycy jego epoki był świadomy jedności kulturowej Europy. W jednym z jego listów, napisanym ok. r. 600 i skierowanym do papieża Grzegorza Wielkiego, po raz pierwszy pojawia się wyrażenie totius Europae — «całej Europy», w odniesieniu do obecności Kościoła na kontynencie (por. Epistula I, 1).

    Kolumban urodził się ok. 543 r. w prowincji Leinster, w południowo-wschodniej Irlandii. Pobierał nauki w domu pod kierunkiem znakomitych nauczycieli, którzy wprowadzili go do studiowania sztuk wyzwolonych. Następnie powierzył się kierownictwu opata Sinella ze wspólnoty Cluain-Inis, gdzie pogłębiał studia nad Pismem Świętym. Mniej więcej w wieku 20 lat wstąpił do klasztoru w Bangor w północno-wschodniej części wyspy, gdzie opatem był Comgall, mnich bardzo znany ze swych cnót i surowej ascezy. W pełni jednomyślny ze swym opatem, Kolumban z gorliwością przestrzegał surowej dyscypliny klasztornej, oddając się modlitwie, ascezie i studiom. Tam przyjął święcenia kapłańskie. Życie w Bangor oraz przykład opata miały wpływ na koncepcję monastycyzmu, jaką Kolumban wypracował, a następnie krzewił przez całe swoje życie.

    W wieku ok. 50 lat, zgodnie z typowo irlandzkim ideałem ascetycznym peregrinatio pro Christo, czyli pielgrzymowania z miłości do Chrystusa, Kolumban opuścił wyspę, by z dwunastoma towarzyszami podjąć działalność misyjną na kontynencie europejskim. Musimy pamiętać o tym, że migracja ludów z północy i wschodu spowodowała nawrót do pogaństwa całych schrystianizowanych już regionów. Około r. 590 ta mała grupa misjonarzy dotarła do wybrzeża bretońskiego. Zostali życzliwie przyjęci przez króla Franków w Austrazji (dzisiejsza Francja) i poprosili jedynie o skrawek nieuprawianej ziemi. Otrzymali starożytną twierdzę rzymską w Annegray, całkowicie zrujnowaną i opuszczoną, zarośniętą lasem. Przyzwyczajeni do skrajnych warunków życia, mnisi w ciągu kilku miesięcy zdołali zbudować na ruinach pierwszy erem. I tak prowadzoną przez nich reewangelizację rozpoczęło przede wszystkim dawanie świadectwa życiem. Uprawa ziemi szła w parze z «uprawą» dusz. Sława tych zakonników obcokrajowców, prowadzących życie modlitwy i wielkiej surowości, budujących domy i uprawiających ziemię, rozeszła się szybko, przyciągając pielgrzymów i penitentów. Zwłaszcza wielu ludzi młodych prosiło, by przyjąć ich do wspólnoty monastycznej, pragnęli bowiem tak jak oni, prowadzić przykładne życie, które sprzyjało przywracaniu urodzajności ziemi i odnowie dusz. Wkrótce okazało się konieczne założenie drugiego klasztoru. Został zbudowany w odległości kilku kilometrów, na ruinach starożytnego miasta termalnego Luxeuil. Klasztor ten stał się później ośrodkiem irlandzkiej tradycji życia monastycznego i misyjnego na kontynencie europejskim. Trzeci klasztor wzniesiono w Fontaine, o godzinę drogi na północ.

    W Luxeuil Kolumban żył przez niemal dwadzieścia lat. Tutaj święty napisał dla swoich zwolenników regułę — Regula monachorum — przez pewien czas bardziej rozpowszechnioną w Europie od Reguły św. Benedykta, kreśląc w niej idealny obraz mnicha. Jest to jedyna zachowana do dziś starożytna irlandzka reguła monastyczna. Jako uzupełnienie opracował on Regula coenobialis, swego rodzaju kodeks karny dotyczący wykroczeń mnichów, przewidujący kary dość zaskakujące dla współczesnego sposobu postrzegania, zrozumiałe jedynie w świetle mentalności epoki i środowiska. Przez inne sławne dzieło, zatytułowane De poenitentiarum misura taxanda, napisane również w Luxeuil, Kolumban wprowadził na kontynencie osobistą i częstą spowiedź i pokutę, była to tzw. pokuta «taryfowa», ze względu na ustalenie proporcji między ciężarem grzechu i rodzajem nałożonej przez spowiednika pokuty. Nowości te wzbudziły wśród biskupów regionu podejrzenia, które zamieniły się we wrogość, gdy Kolumban ośmielił się otwarcie napomnieć niektórych z nich z powodu ich obyczajów. Konflikt ujawnił się przy okazji dyskusji na temat daty Wielkanocy: Irlandia kierowała się bowiem tradycją wschodnią, różniącą się od tradycji rzymskiej. Mnich irlandzki został wezwany w 603 r. do Chalon-sur-Saôn, by wytłumaczył się przed synodem ze swoich zwyczajów odnoszących się do pokuty oraz Wielkanocy. Zamiast stawić się na synodzie, wysłał list, w którym minimalizował kwestię, zachęcając Ojców synodalnych do przedyskutowania nie tylko problemu daty Wielkanocy, który według niego był drobnym problemem, «ale także wszystkich koniecznych norm kanonicznych, które przez wielu — i to jest sprawa poważniejsza — nie są przestrzegane» (por. Epistula II, 1). Jednocześnie napisał do papieża Bonifacego IV — podobnie jak kilka lat wcześniej zwrócił się do papieża Grzegorza Wielkiego (por. Epistula I) — broniąc tradycji irlandzkiej (por. Epistula III).

    Kolumban, nieustępliwy we wszystkich kwestiach moralnych, popadł następnie w konflikt również z domem królewskim, ponieważ zganił surowo króla Teodoryka za jego cudzołóstwo. Doprowadziło to do powstania sieci intryg i działań na poziomie osobistym, religijnym i politycznym, co w r. 610 zaowocowało dekretem o wydaleniu z Luxeuil Kolumbana i wszystkich mnichów pochodzenia irlandzkiego i skazaniu ich na definitywne wygnanie. Pod eskortą zostali odprowadzeni na brzeg morza i na koszt dworu odpłynęli statkiem do Irlandii. Jednak okręt osiadł na mieliźnie w niewielkiej odległości od plaży i kapitan — upatrując w tym znaku z nieba — zrezygnował z wyprawy, a obawiając się przekleństwa Boga, odwiózł mnichów na stały ląd. Oni natomiast, zamiast wrócić do Luxeuil, postanowili rozpocząć nowe dzieło ewangelizacji. Wsiedli na statek na Renie i popłynęli w górę rzeki. Pierwszym etapem było Tuggen w pobliżu Jeziora Zuryjskiego, po czym udali się do Bregencji nad Jeziorem Bodeńskim, by ewangelizować Alemanów.

    Jednak wkrótce, z powodu wydarzeń politycznych niezbyt sprzyjających jego dziełu, Kolumban postanowił przekroczyć Alpy z większością swoich uczniów. Pozostał tylko jeden mnich imieniem Gallus. Z jego eremu rozwinęło się znane opactwo Sankt Gallen w Szwajcarii. Przybywszy do Italii, Kolumban spotkał się z życzliwym przyjęciem na królewskim dworze longobardzkim, ale zaraz przyszło mu zmagać się ze znacznymi trudnościami: Kościół był podzielony przez herezję ariańską, która nadal dominowała wśród Longobardów, oraz przez schizmę, która zerwała jedność większości Kościołów północnej Italii z Biskupem Rzymu. Kolumban w sposób autorytatywny zareagował na tę sytuację, pisząc pamflet przeciw arianizmowi oraz list do Bonifacego IV, aby przekonać go do podjęcia zdecydowanych kroków, mających doprowadzić do przywrócenia jedności (por. Epistula V). Gdy w 612 lub 613 r. król Longobardów przydzielił mu teren w Bobbio, w dolinie Trebbii, Kolumban założył nowy klasztor, który stał się ośrodkiem porównywalnym do sławnego klasztoru na Monte Cassino. Tutaj dożył swoich dni. Zmarł 23 listopada 615 r. i w tym dniu wspominamy go w obrządku rzymskim do dzisiaj.

    Przesłanie św. Kolumbana skupia się na zdecydowanym nawoływaniu do nawrócenia i do oderwania się od dóbr ziemskich ze względu na dobra wieczne. Swoim ascetycznym życiem oraz bezkompromisową postawą wobec zepsucia możnych przywołuje on na pamięć surową postać św. Jana Chrzciciela. Jednakże jego surowość nie jest nigdy celem samym w sobie, lecz jest jedynie środkiem służącym temu, by dobrowolnie otworzyć się na miłość Boga i odpowiedzieć całym sobą na otrzymane od Niego dary, odtwarzając w sobie obraz Boży i jednocześnie użyźniając ziemię i odnawiając ludzkie społeczeństwo. Przytaczam słowa z jego Instructiones: «Jeśli człowiek będzie się posługiwał prawidłowo uzdolnieniami, które Bóg dał jego duszy, będzie podobny do Boga. Pamiętajmy o tym, że powinniśmy Mu zwrócić wszystkie dary, które złożył w nas, kiedy byliśmy w stanie pierwotnym. Swoimi przykazaniami pouczał nas, jak to osiągnąć. Pierwsze z nich to miłować Pana całym sercem, ponieważ On pierwszy nas umiłował od początku czasów, zanim jeszcze przyszliśmy na ten świat» (por. Instr. XI). Słowa te irlandzki święty rzeczywiście wprowadził w czyn w swoim życiu. Będąc człowiekiem wielkiej kultury — napisał również poezje po łacinie oraz podręcznik gramatyki — był obficie obdarzony darami łaski. Był niezmordowanym budowniczym klasztorów, jak również bezkompromisowym kaznodzieją pokutnym, angażującym wszystkie siły, by zasilać chrześcijańskie korzenie rodzącej się Europy. Dzięki swojej sile duchowej, swojej wierze oraz swojej miłości Boga i bliźniego stał się rzeczywiście jednym z Ojców Europy. Również nam żyjącym dzisiaj pokazuje on, gdzie tkwią korzenie, z których może się odrodzić nasza Europa.

    Do Polaków:

    Witam pielgrzymów z Polski. Życzę wam, aby nawiedzenie grobów apostołów Piotra i Pawła oraz innych miejsc uświęconych przez pokolenia męczenników i wyznawców pogłębiało wiarę i budziło miłość do Chrystusa i Kościoła. Niech Bóg błogosławi wam i waszym rodzinom. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 7-8/2008/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 listopada

    Święta Cecylia, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni męczennicy ormiańscy Salwator Lilli, prezbiter, i Towarzysze
    Święta Cecylia

    Cecylia jest jedną z najsłynniejszych męczennic Kościoła Rzymskiego. Niestety, o świętej tak bardzo popularnej i czczonej w Kościele mamy bardzo mało informacji historycznych. Nie wiemy nawet, kiedy żyła i kiedy poniosła śmierć męczeńską. W pierwszych wiekach nie przywiązywano wagi ani do chronologii, ani do ścisłych danych biograficznych. Dlatego dziś trudno nam odróżnić w opisie jej męczeństwa fakty historyczne od legendy.
    Zasadniczym dokumentem, którym dysponujemy, jest pochodzący z V w. opis jej męczeńskiej śmierci. Według niego Cecylia była dobrze urodzoną Rzymianką. Przyszła na świat na początku III w. Była ponoć olśniewająco piękna. Według starej tradycji z miłości do Chrystusa złożyła ślub czystości, chociaż rodzice obiecali już jej rękę również dobrze urodzonemu poganinowi Walerianowi. W przeddzień ślubu Cecylia opowiedziała narzeczonemu o swym postanowieniu i o wierze chrześcijańskiej. Gdy Walerian chciał ujrzeć anioła, który miał stać na straży czystości Cecylii, ta odpowiedziała: “Ty nie znasz prawego Boga; dopóki nie przyjmiesz chrztu, nie będziesz go mógł ujrzeć”. W ten sposób pozyskała Waleriana dla Chrystusa. Zaprowadziła go w tajemnicy do papieża św. Urbana I. Ten pouczył Waleriana o prawdach wiary i udzielił mu chrztu. Gdy wrócił do domu Cecylii, ujrzał ją zatopioną w modlitwie, a przy niej stojącego w jasności anioła w postaci młodzieńca, który trzymał w ręku dwa wieńce – z róż i lilii. Anioł włożył je na głowę Waleriana i Cecylii, mówiąc: “Te wieńce przez zachowanie czystości zachowajcie nietknięte, bom je wam od Boga przyniósł”.
    Walerian przyprowadził do papieża także swego brata, Tyburcjusza. On również przyjął chrzest. Gdy wszedł do mieszkania Waleriana, uderzyła go przedziwna woń róż i lilii. Walerian wyjawił mu znaczenie tego zapachu.
    Wkrótce potem wybuchło prześladowanie. Skazano na śmierć Waleriana i Tyburcjusza. Kiedy namiestnik-sędzia, Almachiusz, dowiedział się, że Cecylia jest chrześcijanką i że zarówno własny majątek, jak i majątek Waleriana rozdała ubogim, kazał ją aresztować. Żołnierze, oczarowani jej pięknością, błagali ją, by nie narażała swego młodego życia i wyrzekła się wiary. Cecylia odpowiedziała jednak: “Nie lękajcie się spełnić nakazu, bowiem moją młodość doczesną zamienicie na wieczną młodość u mego oblubieńca, Chrystusa”. Pod wpływem jej odpowiedzi miało nawrócić się 400 żołnierzy, których przyprowadziła do św. Urbana, by udzielił im chrztu.
    Sędzia, urzeczony jej urodą, błagał ją również, by miała wzgląd na swoją młodość. Gdy Cecylia nie ustępowała, próbował zmusić ją do wyparcia się wiary stosując męki. Kazał zawiesić ją nad ogniem w łaźni i dusić ją parą. Cecylia zaś cudem Bożym zamiast duszącego dymu czuła orzeźwiający ją powiew wiatru. Rozgniewany namiestnik kazał ją wtedy ściąć mieczem. Kat wszakże na widok tak pięknej i młodej osoby nie miał odwagi jej zabić. Trzy razy ją uderzył, ale nie zdołał pozbawić jej życia. Płynącą z jej szyi krew zebrali ze czcią chrześcijanie jako najcenniejszą relikwię. Po trzech dniach konania Cecylia oddała Bogu ducha.
    Ciało św. Cecylii, w nienaruszonym stanie, w pozycji leżącej, lekko pochylone ku ziemi odkryto dopiero w 824 r. w katakumbach św. Kaliksta, a następnie na polecenie papieża św. Paschalisa I złożono w bazylice jej poświęconej na Zatybrzu. Bazylika ta stoi na miejscu, w którym Cecylia zamieszkała niegdyś ze swym mężem. Wybudowano ją w IV w.
    Imię św. Cecylii wymieniane jest w Kanonie Rzymskim. Jest patronką chórzystów, lutników, muzyków, organistów, zespołów wokalno-muzycznych. Legenda bowiem głosi, że grała na organach. Organy wodne były znane wówczas w Rzymie, ale były bardzo wielką rzadkością (otrzymał je np. cesarz Neron w darze ze Wschodu). Nie wiadomo, czy Cecylia mogła grać na organach – prawdopodobne jest jednak, że grała na innym instrumencie. Ówczesne panie rzymskie kształciły się często w grze na harfie.
    W ikonografii św. Cecylia przedstawiana jest jako orantka (osoba modląca się na stojąco, ze wzniesionymi rękoma). Późniejsze prezentacje ukazują ją w tunice z palmą męczeńską w dłoni. Czasami gra na organach. Jej atrybutami są: anioł, instrumenty muzyczne – cytra, harfa, lutnia, organy; płonąca lampka, miecz, wieniec z białych i czerwonych róż – oznaczających jej niewinność i męczeństwo.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 listopada

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Święty Gelazy I, papież
    Ofiarowanie Maryi w świątyni - Domenico Ghirlandaio

    W dawnych czasach istniał wśród Żydów zwyczaj religijny, polegający na tym, że dzieci – nawet jeszcze nie narodzone – ofiarowywano służbie Bożej. Dziecko, zanim ukończyło piąty rok życia, zabierano do świątyni w Jerozolimie i oddawano kapłanowi, który ofiarowywał je Panu. Zdarzało się czasem, że dziecko pozostawało dłużej w świątyni, wychowywało się, uczyło służby dla sanktuarium, pomagało wykonywać szaty liturgiczne i asystowało podczas nabożeństw.
    Święta Anna, matka Maryi, przez wiele lat była bezdzietna. Mimo to nie utraciła wiary i ciągle prosiła Boga o dziecko. Złożyła obietnicę, że jeśli urodzi dziecko, odda je na służbę Bogu. Tak zrobiła, choć po tylu latach oczekiwania na upragnione potomstwo musiało to być wielkie poświęcenie z jej strony. Ewangelie nie mówią dokładnie, kiedy miało miejsce ofiarowanie Maryi, ale na pewno na początku Jej życia, prawdopodobnie, gdy Maryja miała trzy lata. Wtedy to Jej rodzice, św. Joachim i św. Anna, przedstawili Bogu przyszłą Królową Świata. Oddali Ją wówczas kapłanowi Zachariaszowi, który kilkanaście lat później stał się ojcem św. Jana Chrzciciela. Według niektórych autorów Maryja pozostała w świątyni około 12 lat. Zdarzenie to wspominamy właśnie w dniu dzisiejszym. Informacje o nim pochodzą z pism apokryficznych, nie przyjętych do kanonu Pisma świętego.
    W Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. 140 r. po narodzeniu Jezusa, czytamy, że rodzicami Maryi był św. Joachim i św. Anna i że stali się jej rodzicami w bardzo późnym wieku. Dlatego przed swoją śmiercią oddali Maryję na wychowanie i naukę do świątyni, gdy Maryja miała zaledwie trzy lata. Opis ten powtarza apokryf z VI w. – Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela, a także pochodzący z tego samego czasu inny apokryf, Ewangelia Narodzenia Maryi.
    W Kościołach wschodnich panuje zgodne przekonanie, że Maryja faktycznie była ofiarowana w świątyni. Potwierdzają to bardzo liczne wypowiedzi wschodnich pisarzy kościelnych. Oprócz powagi apokryfów, na których się oparli, o ustanowieniu święta Ofiarowania Maryi w świątyni zadecydował zapewne w niemałej mierze również paralelizm świąt Maryi i Jezusa. Skoro obchodzimy uroczyście Poczęcie Jezusa (25 III) i Poczęcie Maryi (8 XII), Narodzenie Jezusa (25 XII) i Narodzenie Maryi (8 IX), Wniebowstąpienie Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), to naturalne wydaje się obchodzenie obok święta ofiarowania Chrystusa (2 II) także święta ofiarowania Jego Matki.
    Dla uczczenia tej tajemnicy obchodzono osobne święto najpierw w Jerozolimie (prawdopodobnie już w VI w., kiedy to poświęcono w Jerozolimie kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny), potem od VIII w. na całym Wschodzie. W 1372 r. wprowadził je w Awinionie Grzegorz XI, a w 1585 r. Sykstus V rozszerzył je na cały Kościół.

    Ofiarowanie Maryi w świątyni

    Chociaż dzisiejsze wspomnienie nie ma żadnego potwierdzenia historycznego, przynosi ono ważną refleksję teologiczną: Maryja przez całe życie była oddana Bogu – od momentu, w którym została niepokalanie poczęta, poprzez swe narodziny, a potem ofiarowanie w świątyni. Stała się w ten sposób doskonalszą świątynią niż jakakolwiek świątynia uczyniona ludzkimi rękami. Od wieków Maryja była przeznaczona w Bożych planach dla wypełnienia wielkiej zbawczej misji. Upatrzona przez Opatrzność na Matkę Zbawiciela, przez samo to stała się darem dla Ojca. Do swojej misji Maryja przygotowywała się bardzo pilnie i z całym oddaniem – o czym świadczą chociażby jej własne słowa wypowiedziane do Gabriela: “Oto ja, służebnica Pańska” (Łk 1, 38).
    W tradycji bizantyńskiej obchodzi się uroczyście święto Wprowadzenia Przenajświętszej Bogurodzicy do Świątyni (Wwiedienije Preświatoj Bohorodicy wo Chram). Bracia prawosławni opowiadają, że 3-letnia Maryja samodzielnie weszła po 15 wysokich stopniach świątynnych w ramiona arcykapłana Zachariasza, który wprowadził Ją do Świętego Świętych, gdzie sam miał prawo wchodzić tylko raz w roku.
    W Kościele katolickim dzisiejsze wspomnienie jest świętem patronalnym Sióstr Prezentek, założonych w 1626 r. w Krakowie przez Zofię z Maciejowskich Czeską dla nauczania i wychowania dziewcząt. Jest też dniem szczególnej pamięci o mniszkach klauzurowych, o czym przypomniał św. Jan Paweł II w 1999 r.: “Maryja jawi się nam w tym dniu jako świątynia, w której Bóg złożył swoje zbawienie, i jako służebnica bez reszty oddana swemu Panu. Z okazji tego święta społeczność Kościoła na całym świecie pamięta o mniszkach klauzurowych, które wybrały życie całkowicie skupione na kontemplacji i utrzymują się z tego, czego dostarczy im Opatrzność, posługująca się hojnością wiernych. Zalecając wszystkim troskę o to, aby tym konsekrowanym siostrom nie zabrakło wsparcia duchowego i materialnego, kieruję do nich słowa serdecznego pozdrowienia i podziękowania”.
    W naszych czasach nie ma już zwyczaju ofiarowywania swoich dzieci Bogu na służbę w świątyni. Wszyscy jednak zostaliśmy niejako przedstawieni Bogu przez naszych rodziców w czasie chrztu. Nie powinniśmy zapominać o tamtym wydarzeniu, ale nieustannie odnawiać w swoim życiu chęć poświęcania siebie Bogu i szukania Jego woli.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    Całe piękno i wdzięk Maryi — była pełna piękna na duszy i na ciele — były dla Pana. Taka jest teologiczna treść święta Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.

    OFIAROWANIE NAJŚW. PANNY W KOŚCIELE JEROZOLIMSKIM

    Posted by Juan in Na cześć Maryi

    ***

    Lata dzieciństwa Najświętszej Maryi Panny były milczące jak Jej pokora. Pismo Święte całkowicie pomija ten temat milczeniem. Niemniej jednak, chrześcijanie pragnęli poznać bardziej szczegółowo życie Maryi. Było to uprawnione pragnienie. I tak jak Ewangelie zachowują milczenie aż do chwili Zwiastowania, ludowa pobożność, zainspirowana różnymi ustępami Starego i Nowego Testamentu, szybko wypracowała kilka prostych opowieści przedstawianych w sztuce, w poezji i w chrześcijańskiej duchowości.

    PIERWSZY TEKST PISANY ODNOSZĄCY SIĘ DO TEGO WYDARZENIA — NA NIM OPIERAJĄ SIĘ LICZNE ŚWIADECTWA PÓŹNIEJSZEJ TRADYCJI — TO PROTOEWANGELIA JAKUBA, APOKRYFICZNY TEKST Z II WIEKU

    Jednym z tych epizodów, chyba najbardziej reprezentatywnym, jest Ofiarowanie Maryi. Maryja została ofiarowana Bogu przez swoich rodziców — Joachima i Annę — w Świątyni Jerozolimskiej, tak samo jak inna Anna, matka proroka Samuela, ofiarowała swojego syna na służbę Bogu w Przybytku, w którym objawiała się Jego chwała (cfr. 1 Sm 1, 21-28). Tak samo też w wiele lat później Maryja i Józef zanieśli nowo narodzonego Jezusa do Świątyni, żeby ofiarować Go Panu (cfr. Łk 2, 22-38).

    Ściśle rzecz biorąc, nie istnieje historia tych lat życia Maryi Dziewicy, tylko to, co przekazała nam tradycja. Pierwszy tekst pisany odnoszący się do tego wydarzenia — na nim opierają się liczne świadectwa późniejszej tradycji — to Protoewangelia Jakuba, apokryficzny tekst z II wieku. Apokryficzny, to znaczy, nienależący do kanonu ksiąg natchnionych przez Boga, co jednak nie wyklucza faktu, że niektóre z tych opowieści zawierają pewne prawdziwe elementy. Istotnie, po usunięciu prawdopodobnie legendarnych szczegółów Kościół włączył to wydarzenie do liturgii: najpierw w Jerozolimie, gdzie w 543 roku poświęcono bazylikę Najświętszej Maryi Panny (Nowej) na pamiątkę Ofiarowania. W XIV wieku święto przeszło na Zachód, gdzie jego liturgiczne obchody ustalono na 21 listopada.

    Maryja w Świątyni. Całe Jej piękno i Jej wdzięk — była pełna piękna na duszy i na ciele — były dla Pana. Taka jest teologiczna treść święta Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. I w tym sensie liturgia odnosi do Niej kilka zdań ze świętych ksiąg: w świętym Przybytku, w Jego obecności, zaczęłam pełnić świętą służbę i przez to na Syjonie mocno stanęłam. Podobnie w mieście umiłowanym dał mi odpoczynek, w Jeruzalem jest moja władza. Zapuściłam korzenie w sławnym narodzie, w posiadłości Pana,w Jego dziedzictwie (Syr 24, 10-12).

    BYŁA PEŁNA PIĘKNA NA DUSZY I NA CIELE — BYŁY DLA PANA. TAKA JEST TEOLOGICZNA TREŚĆ ŚWIĘTA OFIAROWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Tak samo jak Jezus, kiedy był ofiarowany w Świątyni, Maryja żyła dalej normalnym życiem z Joachimem i Anną. Tam, gdzie była Ona — poddana swoim rodzicom, wzrastała, aż stała się kobietą — tam była Pełna łaski (Łk 1, 28), z sercem gotowym do całkowitej służby Bogu i wszystkim ludziom z miłości do Boga.

    Najświętsza Maryja Panna dojrzewała wobec Boga i wobec ludzi. Nikt nie zauważył niczego niezwykłego w Jej zachowaniu, chociaż bez wątpienia podbijała serca tych, którzy byli wokół Niej, dlatego że świętość zawsze przyciąga, tym bardziej w przypadku Tej, która była Cała Święta. Maryja była uśmiechniętą, pracowitą, zawsze pogrążoną w Bogu dziewczyną, i wszyscy dobrze się przy Niej czuli. W chwilach modlitwy, jako dobra znawczyni Pisma Świętego, z pewnością nieraz powtarzała proroctwa, które zapowiadały nadejście Zbawiciela. Uczyniła je swoim życiem, przedmiotem refleksji, motywem swoich rozmów. To wewnętrzne bogactwo rozlało się później w Magnificat, wspaniałym hymnie, który wygłosiła, usłyszawszy pozdrowienie swojej kuzynki Elżbiety.

    Wszystko w Dziewicy Maryi było nastawione na Przenajświętsze Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa, prawdziwą Świątynię Boga. Święto Jej ofiarowania wyraża tę wyłączną przynależność Naszej Pani do Boga, całkowite poświęcenie Jej duszy i Jej ciała tajemnicy zbawienia, która jest tajemnicą zbliżenia Stworzyciela do stworzenia.

    ŚWIĘTO JEJ OFIAROWANIA WYRAŻA TĘ WYŁĄCZNĄ PRZYNALEŻNOŚĆ NASZEJ PANI DO BOGA, CAŁKOWITE POŚWIĘCENIE JEJ DUSZY I JEJ CIAŁA TAJEMNICY ZBAWIENIA

    Wyrosłam jak cedr na Libanie i jak cyprys na górach Hermonu. Wyrosłam jak palma w Engaddi, jak krzewy róży w Jerychu, jak wspaniała oliwka na równinie, wyrosłam wyrosłam w górę jak platan (Syr 24, 13-14). Najświętsza Maryja Panna sprawiła, że wokół niej rozkwitła miłość do Boga. Dokonała tego niepostrzeżenie, dlatego że Jej uczynki były to sprawy codzienne, rzeczy drobne, pełne miłości.

    J. A. Loarte/Opus Dei

    _______________________________________________________________________________

    Ofiarowanie NMP: tak Maryja była szykowana na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus

    OFIAROWANIE MARYI W ŚWIĄTYNI

    Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Rodzice decydowali się czasem na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni. Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi. Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny to jeden z ostatnich akcentów w kalendarzu liturgicznym przed rozpoczęciem Adwentu.

    Cud i łaska od Boga

    Obok święta Narodzenia NMP, wspomnienie Ofiarowania Matki Bożej – obchodzone 21 listopada – jest kolejnym dniem maryjnym, którego treść i symbolika wywodzą się z apokryfów. Podobnie jak w przypadku Narodzenia Matki Bożej, głównym źródłem tradycji jest spisana około 140 roku po Chrystusie Protoewangelia Jakuba.

    Opisuje ona życie Maryi od chwili narodzenia, aż po ucieczkę do Egiptu z małym Jezusem i świętym Józefem podczas rzezi niemowląt za czasów Heroda. Ofiarowanie Matki Bożej łączy się w sposób logiczny z jej przyjściem na świat.

    Anna i Joachim, rodzice Maryi, długo cierpieli na niepłodność, stąd Matka Boża została poczęta, gdy byli już w starszym wieku. W przyjściu na świat ich córki dostrzegli więc od razu cud i wielką łaskę od Boga.

    Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny

    W tradycji mojżeszowej każde urodzone dziecko w sposób symboliczny ofiarowywano w świątyni jerozolimskiej, przedstawiając je kapłanom, którzy udzielali dziecku i rodzicom specjalnego błogosławieństwa. Obrzęd ten miał zazwyczaj miejsce pomiędzy ukończeniem przez potomka 1 i 5 roku życia.

    Późniejsze o kilka wieków apokryfy: Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela oraz Ewangelia Narodzenia Maryi sugerują, że Matka Boża została ofiarowana w świątyni w Jerozolimie w wieku lat trzech.

    Wizję ofiarowania Maryi w świątyni zapisała również hiszpańska mistyczka, służebnica Boża Maria z Ágredy ze zgromadzenia koncepcjonistek, żyjąca w XVII wieku.

    Dzieci na służbie Bogu

    Historycy Kościoła i dziejów Izraela wskazują, że często ofiarowanie dzieci w świątyni nie miało charakteru jednorazowego rytuału w pierwszych latach życia, ale niektórzy rodzice decydowali się po pewnym czasie na pozostawienie swoich pociech na określony czas przy świątyni.

    Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki pełnili tam rozmaite posługi w postaci pomocy w sprzątaniu, utrzymaniu czystości paramentów liturgicznych i szat kapłańskich.

    Według niektórych biblistów dziewczynki pomagały w czasie służby tkać tzw. zasłonę przybytku, oddzielającą od osób postronnych najświętsze miejsce w świątyni. Z pewnością jednak taką służbę pełniły dzieci starsze i nastolatkowie, a nie najmłodsi.

    Maryja na służbie w świątyni

    W przypadku apokryficznych opowieści o ofiarowaniu Matki Bożej w świątyni, mamy najprawdopodobniej do czynienia z symbolicznym połączeniem przez autorów zwyczaju ofiarowania narodzonych dzieci kapłanom (zgodnie z prawem Mojżeszowym) oraz ich późniejszym przeznaczaniem na okresową służbę w świątyni.

    Stało się tak zapewne dla dwóch celów katechetycznych. Po pierwsze, przypomniano, że Maryja, podobnie jak Jezus, podlegali zasadom Starego Testamentu. Po drugie: wskazano, iż posłannictwo Matki Bożej od samego początku było poświęceniem i pełną pokory ofiarnością.

    Pokora Matki Bożej – jak wskazują teksty liturgiczne – przygotowała ją na mieszkanie Ducha Świętego, z którego wyjdzie Chrystus, Słońce i Zbawiciel, który rozjaśni mroki śmierci i grzechu.

    Niektórzy sugerują, że Maryja mogła pozostawać na służbie w świątyni przez kilka lub nawet 12 lat.

    Zachariasz

    Tradycja apokryficzna twierdzi, iż kapłanem, który wprowadził Maryję do świątyni w Jerozolimie, był Zachariasz. Kilkanaście lat później został on ojcem św. Jana Chrzciciela. Pokazuje to powiązanie losów bezpośredniego posłannika, który miał przygotować Izrael na misję Chrystusa, z wydarzeniami rozgrywającymi się później w Nazarecie i Betlejem: zwiastowaniem i narodzeniem Pańskim.

    Postać Zachariasza występuje więc na wielu malarskich przedstawieniach ofiarowania NMP, powstałych zarówno w tradycji zachodniej (np. pędzla Tycjana lub Pietra Testy) oraz na ikonach wschodnich.

    Maryja stanie się przybytkiem

    Apokryfy i protoewangelia przedstawiają ofiarowanie Matki Bożej jako wydarzenie niezwykłe i mistyczne, w czasie którego mała dziewczynka, ku zaskoczeniu kapłanów i zgromadzonych w świątyni, zachowywała się, jakby znała wszystkie świątynne rytuały. W orszaku do najświętszego miejsca świątyni – Świętego Świętych – prowadzi ją w blasku świec orszak złożony z kapłanów i innych dziewcząt, które przypominają weselne druhny.

    Warto zwrócić uwagę, że Święte Świętych było miejscem niedostępnym i zakazanym nie tylko dla wiernych, ale również najwyższego kapłana. Symbolika tej opowieści jest oczywista. Maryja odegra w przyszłości wielką rolę w tajemnicy Wcielenia i sama stanie się przybytkiem, który przyjmie najświętsze ciało Zbawiciela, przychodzącego na świat w ludzkiej postaci.

    Koniec Starego Przymierza

    Opowieści apokryficzne dotyczące ofiarowania Matki Bożej wyraźnie nawiązują również do trzech fragmentów ze Starego Testamentu:

    • z Księgi Wyjścia, gdzie Bóg nakazuje Mojżeszowi zbudowanie przybytku dla Pana wraz z Namiotem Spotkania;
    • z II Księgi Królewskiej, w której król Salomon umieścił w skarbcu świątyni jerozolimskiej dary przygotowane przez swojego ojca Dawida: sprzęty liturgiczne, złoto i srebro oraz Arkę Przymierza z Syjonu;
    • z Księgi Ezechiela, gdzie Bóg przypomina prorokowi o konieczności składania przez kapłanów ofiar całopalnych w świątyni oraz konieczności, aby wschodnia brama świątyni pozostawała zamknięta i nikt nie mógł jej otwierać ani przez nią przechodzić.

    Ofiarowanie Matki Bożej w świątyni zwiastuje koniec epoki Starego Przymierza i wcielenie Chrystusa, którego ofiara zwycięży śmierć. W dzień ofiarowania NMP, w świątyni jerozolimskiej jawnie ukazuje się światu Matka Boga i z uprzedzeniem zwiastuje bliskie pojawienie się światu Zbawiciela.

    Wschód i Zachód chrześcijaństwa

    Wschód chrześcijański obchodził święto Wprowadzenia Matki Bożej do Świątyni już w VII wieku, zaliczając je do grona jednego z 12 największych świąt roku liturgicznego. W 543 roku, tuż obok dawnej świątyni jerozolimskiej konsekrowano nowy kościół poświęcony Matce Bożej i przypominający o jej ofiarowaniu w świątyni.

    Na Zachodzie wspomnienie Ofiarowania NMP przyjęło się później. Początkowo w późnym średniowieczu było obchodzone w Awinionie, a na cały Kościół rozszerzył je papież Sykstus V w 1585 roku. Obecnie ma ono status liturgicznego wspomnienia obowiązkowego.

    Ofiarowanie NMP jest ostatnim wspomnieniem maryjnym, które obchodzone jest przed rozpoczynającym się adwentem, stanowiącym czas radosnego i refleksyjnego oczekiwania na przyjście Chrystusa.

    Na Wschodzie z kolei jest pierwszym dużym świętem maryjnym podczas trwającego 40 dni postu przed Bożym Narodzeniem (odpowiednikiem adwentu).

    Zaproszenie

    21 listopada można potraktować jako ważny etap w duchowym przygotowaniu do tego istotnego okresu liturgicznego. Rola Matki Bożej, wyrażana chociażby w nabożeństwach roratnich, jest w czasie adwentu szczególnie uwypuklona i wskazuje, jak – wydawałoby się zwykła – dziewczyna z Nazaretu wyda na świat „Pana niebiosów Nieskończonego”.

    Być może wspomnienie Ofiarowania NMP stanowi zaproszenie, aby w adwencie bliżej zaprzyjaźnić się z Matką Bożą, która w ciszy oczekuje na wypełnienie się wielkiej tajemnicy pochodzącej od Ducha Świętego i zwiastowanej 8 miesięcy wcześniej przez archanioła Gabriela.

    Tradycja wywodu

    Pewną mało dziś znaną tradycją wywodzącą się z Ofiarowania Matki Bożej w świątyni jest utrzymująca się gdzieniegdzie po dzień dzisiejszy na Zachodzie i Wschodzie tradycja wywodu, czyli specjalnego błogosławieństwa udzielanego rodzicom i dziecku w okresie niemowlęcym.

    Kapłan modli się w świątyni w obecności dziecka i rodziców o wszelkie łaski dla całej rodziny i Bożą pomoc w wychowaniu potomka. W tradycji rzymskiej miało ono miejsce tuż po chrzcie. Na Wschodzie – jeszcze przed samym sakramentem chrztu, będąc fizycznym wprowadzeniem dziecka w przestrzeń świątyni.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________________

    Niepokalane Poczęcie: kto tu kogo począł? Uroczystość, której wielu katolików nie rozumie

    NIEPOKALANE POCZĘCIE NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    CERES/Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    8 grudnia świętujemy nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś zupełnie innego.

    Niepokalane Poczęcie Maryi, którego uroczystość obchodzimy w liturgii 8 grudnia, często bywa mylone z Jej dziewiczym macierzyństwem. To pierwsza sprawa, którą warto wyjaśnić.

    Świętujemy dzisiaj nie to, że Maryja poczęła i urodziła Jezusa, będąc i pozostając dziewicą. Chodzi o coś innego. A mianowicie o to, że Bóg, wybierając Ją jeszcze przed Jej urodzeniem na Matkę swojego Syna, przygotował Ją do tej roli, pozwalając Jej począć się i urodzić bez obciążenia grzechem pierworodnym.

    Pełna łaski

    Nie znaczy to, że Maryja była pozbawiona jakiejś części ludzkiego doświadczenia czy bagażu człowieczej natury. Bóg Jej niczego nie odjął. Wręcz przeciwnie. Można powiedzieć, że od czasów Adama i Ewy była pierwszym pełnym człowiekiem. Grzech jest w nas pewnym brakiem. Grzech pierworodny to rana, pęknięcie w naturze, z którym się rodzimy. W Niej tego braku nie było.

    Była i pozostała pełna – Pełna łaski – bo miała stać się Matką Tego, który jest w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem. Aby Jezus – tak jak od Ojca otrzymał pełnię bóstwa – tak po Matce mógł odziedziczyć pełne, niewybrakowane grzechem człowieczeństwo.

    Nie znaczy to, że Maryi nie dotyczył problem grzechu pierworodnego i że nie potrzebowała odkupienia. Ta pełnia uzdrowionego człowieczeństwa została Jej podarowana dzięki męce, śmierci i zmartwychwstaniu Syna. Tyle, że niejako przed czasem.

    Próbując jakoś wyrazić tę uprzedniość, liturgia mówi, że stało się to na mocy zasług przewidzianej śmierci Chrystusa. Pan mógł to tak urządzić, bo w przeciwieństwie do nas nie jest ograniczony czasem. U Niego wszystko jest teraz.

    To przygotowanie, którego Bóg dokonał w Maryi, nie oznacza także jakiegokolwiek ograniczenia Jej woli. Maryja nie była zmuszona zostać Matką Boga, choć oczywiście łatwiej Jej było dzięki temu powiedzieć: Oto ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie. O ile coś takiego w ogóle może być łatwe.

    Niespętana, nieograniczona grzechem była w momencie decyzji i w każdym innym momencie swojego życia najbardziej wolnym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło po ziemi. Bardziej wolny jest już tylko Jezus, ale On nie jest stworzeniem, lecz Stwórcą. Nie kimś wolnym, ale samą Wolnością.

    Bez grzechu

    Z powyższego akapitu można wyciągnąć wniosek, że Maryi w ogóle było łatwiej czynić dobro i unikać grzechu. To prawda. Nie miała w sobie niszczącego wolność kosmicznego wirusa grzechu. Tylko powiedzmy sobie szczerze, że to jest względne ułatwienie w świecie skażonym grzechem. Pełnia niewinności to także maksymalna wrażliwość na najmniejsze nawet zło.

    Maryja była trochę jak główna bohaterka Miasta ślepców (nota bene świetna rola Julianne Moore, znanej szerzej jako pani prezydent Coin z Igrzysk śmierci). Jedyna widząca wśród niewidomych, pochłoniętych egoistyczną walką o przetrwanie. Jeśli to znaczy, że miała łatwiej, to owszem – miała łatwiej. Dodajmy tylko, że do programu tego łatwiej należało stanie pod krzyżem i Wielka Sobota.

    W to szczególne, uprzednie wybranie i przygotowanie Maryi, w tę Jej zachwycającą i dającą nam nadzieję wolność Kościół wierzył od samego początku. Nie jest to wymysł Piusa IX, który korzystając z bycia papieżem, narzucił go innym.

    Wiara w Niepokalane Poczęcie ma swoją podstawę w Piśmie Świętym. Składają się na nią: zapowiedź nieprzyjaźni między Niewiastą a wężem, która kończy się zmiażdżeniem głowy tego ostatniego przez jej Potomstwo; obrazy starotestamentalne, w których Kościół widział od samego początku zapowiedź Maryi (Arka Przymierza, lilia między cierniem, ziemia kapłańska, runo Gedeona – tak, dobrze wam się kojarzy, Godzinki są przecież o Niepokalanym Poczęciu).

    A także określenia Pełna łaski oraz błogosławiona między niewiastami, jakich używają w stosunku do niej Gabriel i Elżbieta.

    Jestem Niepokalane Poczęcie

    Wiarę tę podzielali również ojcowie Kościoła, nazywając ją czystą, niewinną i bez skazy. Na Wschodzie od VII, a na Zachodzie od VIII wieku obchodzono święto Poczęcia Maryi. Zastrzeżenia zgłaszali późniejsi teologowie (w tym święci Bernard i Tomasz z Akwinu).

    Ale to dlatego, że nie za bardzo zgadzało im się to z prawdą o tym, że grzech pierworodny dotyczy wszystkich ludzi i że wszyscy potrzebują odkupienia. Sprawę wyjaśnił ostatecznie kilka wieków później doktor subtelny, czyli błogosławiony Jan Duns Szkot. A i my już to sobie wyjaśniliśmy powyżej.

    Ogłoszenie dogmatu przez Piusa IX nie polegało więc na wyciągnięciu nikomu nieznanego wcześniej poglądu teologicznego z papieskiej tiary. Chodziło raczej o ostateczne zdefiniowanie formalne i potwierdzenie prawdy wiary, jaką Kościół nosił w swoim łonie i wyznawał od samego początku.

    Kościół na Wschodzie wierzy tak samo. A jego dystans do rzeczonego dogmatu wynika z przekonania, iż definiowanie i ogłaszanie prawd wiary jest raczej kompetencją soboru niż pojedynczych biskupów (choćby był to biskup samego Rzymu).

    Objawienie prywatne

    W tym kontekście warto dodać, że była to inicjatywa oddolna i to dochodząca do głosu już od dobrych kilku wieków. Samo ogłoszenie bulli Niewysłowiony Bóg (Ineffabilis Deus) papież poprzedził konsultacjami z komisją teologów, konsystorzem kardynałów i biskupami całego świata. Mieli oni za zadanie napisać, jak wiara w Niepokalane Poczęcie miewa się w praktyce religijnej ich wiernych.

    Cztery lata po ogłoszeniu dogmatu do całej sprawy uprzejma była odnieść się nawet sama Zainteresowana. Bernadecie Soubirous (prostej dziewczynie, którą trudno posądzać o dogłębną wiedzę teologiczną) Maryja przedstawiła się, mówiąc: Jestem Niepokalane Poczęcie.

    W objawienia prywatne – w przeciwieństwie do dogmatów – żaden katolik nie ma co prawda obowiązku wierzyć, ale trzeba przyznać, że Maryja trafiła w Lourdes w samo sedno. Jesteśmy tym, co pozwolimy zrobić ze sobą Bogu. Jesteśmy tym, co otrzymamy od Niego. Jeśli chcemy być w pełni sobą, w pełni ludźmi, to tylko On może dać nam tę pełnię.

    Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 listopada

    Święty Rafał Kalinowski, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Feliks Valois, prezbiter
      •  Błogosławione dziewice i męczennice Aniela od św. Józefa i Towarzyszki
    Święty Rafał Kalinowski

    Józef Kalinowski urodził się 1 września 1835 r. w Wilnie, w szlacheckiej rodzinie herbu Kalinowa. Jego ojciec był profesorem matematyki na Uniwersytecie Wileńskim. Po ukończeniu z wyróżnieniem Instytutu Szlacheckiego w Wilnie (1843-1850), Józef podjął studia w Instytucie Agronomicznym w Hory-Horkach koło Orszy (dziś Białoruś). Zrezygnował z nich po dwóch latach. W 1855 r. przeniósł się do Mikołajewskiej Szkoły Inżynierii Wojskowej w Petersburgu, gdzie uzyskał tytuł inżyniera. Jednocześnie wstąpił do wojska. Wtedy właśnie przestał przystępować do sakramentów świętych, do kościoła chodził rzadko, przeżywał rozterki wewnętrzne, a także kłopoty związane ze swoją narodowością, służbą w wojsku rosyjskim i zdrowiem. Wciąż jednak stawiał sobie pytanie o sens życia, szukając na nie odpowiedzi w dziełach filozoficznych i teologicznych. Po ukończeniu szkoły (1855) został adiunktem matematyki i mechaniki budowlanej oraz awansował do stopnia porucznika. W 1859 r. opuścił Akademię i podjął pracę przy budowie kolei żelaznej Odessa-Kijów-Kursk. Po roku przeniósł się na własną prośbę do Brześcia nad Bugiem, gdzie pracował jako kapitan sztabu przy rozbudowie twierdzy. Czując, że zbliża się powstanie, podał się do dymisji, aby móc służyć swoją wiedzą wojskową i umiejętnościami rodakom. Został członkiem Rządu Narodowego i objął stanowisko ministra wojny w rejonie Wilna. W końcu zdecydował się na wyjazd do Warszawy, gdzie chciał podjąć leczenie i miał nadzieje na znalezienie pracy. Z powodów zdrowotnych otrzymał zwolnienie z wojska w maju 1863 r.

    Święty Rafał Kalinowski

    Jednocześnie, wspierany modlitwami matki i rodzeństwa, przeżywał nawrócenie religijne, m.in. pod wpływem lektury Wyznań św. Augustyna: nie tylko wrócił do praktyk religijnych, ale przejawiał w nich szczególną gorliwość. Gdy wybuchło powstanie styczniowe, mając świadomość jego daremności, ale zarazem nie chcąc stać na uboczu, gdy naród walczy, przyłączył się do powstania. Sprzeciwiał się niepotrzebnemu rozprzestrzenianiu się walk. W liście do brata pisał: “Nie krwi, której do zbytku przelało się na niwach Polski, ale potu ona potrzebuje”.
    Po upadku powstania powrócił do Wilna, gdzie 24 marca 1864 r. został aresztowany i osadzony w więzieniu. W wyniku procesu skazano go na karę śmierci. W więzieniu otaczała go atmosfera świętości. Wskutek interwencji krewnych i przyjaciół, a także z obawy, że po śmierci Polacy mogą uważać Józefa Kalinowskiego za męczennika i świętego, władze carskie zamieniły mu wyrok na dziesięcioletnią katorgę na Syberii. Przez pewien czas przebywał w Nerczyńsku, potem w Usolu, następnie w Irkucku i Smoleńsku. Podczas pobytu na Syberii oddziaływał na współtowarzyszy swoją głęboką religijnością, zadziwiał niezwykłą wprost mocą ducha, ujmował cierpliwością i delikatnością, wspierał dobrym słowem i modlitwą, czuwał przy chorych, pocieszał i podtrzymywał nadzieję. Dzielił się z potrzebującymi nie tylko skromnymi dobrami materialnymi, ale również bogactwem duchowym. Bolał go fakt, że wielu zesłańców nie posiadało żadnej wiedzy religijnej. Szczególnie chętnie katechizował dzieci i młodzież.
    Po ciężkich robotach Józef Kalinowski powrócił do kraju w 1874 r. Uzyskał paszport i wyjechał na Zachód jako wychowawca młodego księcia Augusta Czartoryskiego (beatyfikowanego przez św. Jana Pawła II w 2003 r.). Opiekował się nim przez trzy lata. W lipcu 1877 r., mając już 42 lata, Józef Kalinowski wstąpił do nowicjatu karmelitów w Grazu (Austria), przybierając zakonne imię Rafał od św. Józefa. Po studiach filozoficznych i teologicznych na Węgrzech, złożył śluby zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie 15 stycznia 1882 r. w Czernej koło Krakowa. W kilka miesięcy później został przeorem klasztoru w Czernej. Urząd ten pełnił przez 9 lat. Przyczynił się w znacznej mierze do odnowy Karmelu w Galicji. W 1884 r. został założony z jego inicjatywy klasztor karmelitanek bosych w Przemyślu, 4 lata później we Lwowie, a na przełomie 1891 i 1892 roku – klasztor ojców wraz z niższym seminarium w Wadowicach.
    Wiele godzin spędzał w konfesjonale – nazywano go “ofiarą konfesjonału”. Miał niezwykły dar jednania grzeszników z Bogiem i przywracania spokoju sumienia ludziom dręczonym przez lęk i niepewność. Przeżyty w młodości kryzys wiary (gdy przez ponad 10 lat żył bez sakramentów) ułatwiał mu zrozumienie błądzących i zbuntowanych przeciwko Bogu. Nikogo nie potępiał, ale starał się pomagać. Zawsze skupiony, zjednoczony z Bogiem, był człowiekiem modlitwy, posłuszny regułom zakonnym, gotowym do wyrzeczeń, postów i umartwień.
    Zmarł 15 listopada 1907 r. w Wadowicach, w opinii świętości. Jego relikwie spoczywają w kościele karmelitów w Czernej. Za życia i po śmierci cieszył się wielką sławą świętości. Bez reszty oddany Bogu, umiał miłować Go w drugim człowieku. Potrafił zachować szacunek dla człowieka i jego godności nawet tam, gdzie panowała pogarda. Dlatego uważany jest za patrona Sybiraków.
    Beatyfikował go św. Jan Paweł II w 1983 r. podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach; kanonizacji dokonał w Rzymie w roku 1991, podczas jubileuszowego roku czterechsetlecia śmierci św. Jana od Krzyża, odnowiciela zakonu karmelitów. Św. Rafał Kalinowski jest patronem oficerów i żołnierzy, orędownikiem w sprawach trudnych.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest podczas modlitwy, w habicie karmelity

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Nie spowiadał się przez wiele lat i został… znanym spowiednikiem. Św. Rafał Kalinowski

    RAFAŁ KALINOWSKI

    MONKPRESS/East News

    ***

    Był błyskotliwy, zamożny i przystojny, miał charyzmę. Mógł robić w życiu niemal wszystko, ale miał problemy z podejmowaniem decyzji. Przeszedł kryzys wiary i przez 10 lat nie przystępował do sakramentów. Czyż to nie doskonały patron na nasze czasy? Poznajcie św. Rafała Kalinowskiego.

    Józef Kalinowski (kiedy wstąpił do karmelitów, przyjął imię Rafał) urodził się w 1835 r. w Wilnie. Był synem profesora matematyki i rozpoczął studia już jako 15-latek. Został inżynierem w wojsku carskim i szybko awansował w hierarchii wojskowej. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe, został ministrem powstańczego rządu na Litwie. Skazany na zesłanie na Syberię, był człowiekiem, do którego garnęli się współtowarzysze niedoli.

    Później zajął się nauczaniem i wychowaniem księcia Augusta Czartoryskiego, i tu też osiągnął – można by powiedzieć – spektakularny sukces, bo jego podopieczny żył i umarł w opinii świętości, a po latach został beatyfikowany. A kiedy w wieku 42 lat został karmelitą, stał się cenionym kierownikiem duchowym. Dzisiaj jest uznawany za jednego z odnowicieli zakonu w Polsce.

    Św. Rafał Kalinowski. Dziecko szczęścia

    Gdyby patrzeć w ten sposób na życie świętego Rafała Kalinowskiego, było ono pasmem sukcesów. Jakże inaczej wyglądało widziane od środka! W rzeczywistości latami zmagał się on z wieloma przeciwnościami i wątpliwościami. Od młodości miał problemy ze zdrowiem.

    W powstaniu wziął udział wbrew swoim przekonaniom, bo jako wojskowy wiedział, że nie ma ono szans na powodzenie i uważał, że „nie krwi, której do zbytku przelało się na niwach Polski, ale potu ona potrzebuje”.

    Zesłanie na Syberię (początkowo został skazany na karę śmierci, którą zamieniono najpierw na ciężkie roboty, a potem na nakaz osiedlenia się w guberni irkuckiej) było bardzo ciężkim doświadczeniem.

    Żenić się czy nie żenić?

    Biografowie nie piszą o tym wprost, ale Józefa Kalinowskiego dopadło chyba też to, co bywa problemem wielu osób wybitnie uzdolnionych – przez wiele lat nie mógł się zdecydować, czemu się poświęcić, i zbyt łatwo porzucał rozpoczęte zajęcia. Np. zanim zaczął studia w Mikołajewskiej Szkole Inżynierii Wojskowej w Petersburgu, studiował przez dwa lata na uczelni rolniczej.

    Z Petersburga wyjechał, bo „męczyła go atmosfera tego miasta”, i udał się do pracy przy budowie linii kolejowej Odessa-Kijów-Kursk. Stamtąd, po roku, przeniósł się na własną prośbę do Brześcia nad Bugiem, gdzie pracował przy rozbudowie twierdzy. Całymi latami zastanawiał się, czy małżeństwo jest dla niego. Wstąpienie do zakonu też zajęło mu trochę czasu.

    Józef Kalinowski przeszedł też poważny kryzys wiary. Rozterki dopadły go w okresie studenckim. Przestał wówczas przystępować do sakramentów, a w kościele bywał od wielkiego dzwonu. Bodźcem do nawrócenia stały się mądre książki (m.in. Wyznania św. Augustyna i O naśladowaniu Chrystusa Tomasza a Kempis) i to, czego się naoglądał podczas powstania.

    Zapewne wielkie znaczenie miała też modlitwa matki i rodzeństwa w jego intencji. Już na zesłaniu, po 10 latach przerwy, przełamał swoje opory i przystąpił do spowiedzi.

    Jeden z zesłańców tak go wspominał: „Gdzie było jakie dziecko opuszczone, Kalinowski je uczył, gdzie chory do pilnowania, gdzie co przykrego do zrobienia, tam pierwszy był”. A on sam pisał: „Oprócz modlitwy nic nie mam, co bym ofiarował Panu Bogu, uważać ją mogę jako jedyny mój datek: pościć mi nie wolno, jałmużnę nie bardzo jest z czego dawać, do pracy sił nie ma, cierpieć i modlić się tylko mi zostaje. Większych jednak skarbów nie miałem nigdy i nie chcę więcej”.

    Gdy tylko pojawiła się taka możliwość, codziennie uczestniczył we mszy świętej i co tydzień się spowiadał.

    Pożyteczne błędy

    Kiedy wstąpił do karmelitów, okazało się, że błędy, które zrobił, i wątpliwości, z którymi się zmagał, pomagają mu – paradoksalnie – być lepszym zakonnikiem. Do jego konfesjonału ustawiały się kolejki. Dobrze rozumiał penitentów. Nie krytykował, tylko starał się pomóc. Miał dar przywracania spokoju osobom dręczonym przez niepokoje, lęki i skrupulanctwo.

    Sam był zawsze skupiony, zjednoczony z Bogiem, chętny do wyrzeczeń i umartwień. Tuż po święceniach kapłańskich (fakt, że późnych) został mistrzem nowicjatu, a zaledwie kilka miesięcy później – przeorem klasztoru w Czernej koło Krakowa. Założył dwa klasztory żeńskie (w Przemyślu i Lwowie) oraz klasztor męski i niższe seminarium duchowne w Wadowicach.

    Zakon karmelitów bosych, który w Polsce z powodu represji zaborców coraz bardziej się kurczył, zyskał dzięki niemu nowego ducha i wiele nowych powołań.

    Nasze ścieżki są czasem kręte, czasem trudne. Niekiedy całkiem schodzimy ze szlaku. Ale, jak widać, wystarczy „tylko” jedno – zwrócić się do Boga całym sercem, a wtedy On może ze wszystkiego wyprowadzić dobro. Czasem nawet możemy zobaczyć to już za życia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 listopada

    Błogosławiona Salomea, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Mechtylda z Hackeborn, dziewica
    Błogosławiona Salomea

    Salomea była córką księcia małopolskiego z dynastii Piastów – Leszka Białego i Grzymisławy z Rurykowiczów, księżniczki ruskiej. Urodziła się na przełomie 1211/1212 r. Szybko znalazła się w centrum polityki. Mając zaledwie 6 lat została zaręczona z księciem węgierskim Kolomanem (bratem św. Elżbiety Węgierskiej), co miało utrwalić pokój między Polską a Węgrami. Salomea poślubiła wkrótce Kolomana, od początku przyrzekając – za zgodą męża – zachowanie dziewictwa. W roku 1219, w wieku 8 lat, zasiadła z mężem na tronie halickim. Nie ma żadnego potwierdzenia, że była koronowana. Wkrótce potem, po klęsce w bitwie z wojskami księcia nowogrodzkiego Mścisława II Udałego, zostali zmuszeni do rezygnacji z Halicza i udali się na Węgry. W 1241 r. Koloman zmarł na skutek ran odniesionych w bitwie z Tatarami nad rzeką Sajo.
    Po jego śmierci niedoszła królowa Węgier wróciła do Polski. Bolesław Wstydliwy, jej młodszy brat, okazywał jej wielką serdeczność. Salomea nie chciała jednak pozostać na dworze książęcym, postanowiła bowiem poświęcić się życiu zakonnemu. Miała dość meandrów politycznych, pragnęła spokoju i ciszy. W 1245 r. wstąpiła do ufundowanego przez Bolesława Wstydliwego klasztoru klarysek w Zawichoście koło Sandomierza, gdzie zamieszkała wraz z pierwszymi polskimi klaryskami. Jej obłóczyn dokonał ówczesny prowincjał franciszkanów podczas kapituły w Sandomierzu. Z czasem jednak uświadomiono sobie, jak łatwo klasztor w Zawichoście może stać się łupem najazdów litewskich, ruskich, a zwłaszcza tatarskich.

    Jan Matejko: Błogosławiona Salomea

    Kilkanaście lat później Bolesław Wstydliwy uposażył drugi klasztor sióstr klarysek pod Krakowem, opodal miejscowości Skała, i tam w 1260 r. przeniósł siostry z Salomeą. Klasztor w Zawichoście przejęli franciszkanie. W Skale Salomea spędziła pozostałe lata swego życia. Choć nie była nigdy ksienią, jej troską było zabezpieczenie siostrom utrzymania. By również po jej śmierci klasztor nie cierpiał niedostatku, wyposażyła testamentem kościół klasztorny w kosztowne paramenty i naczynia liturgiczne. Zaopatrzyła również klasztor w odpowiednie książki. Założyła przy klasztorze miasto na prawie niemieckim. W 1268 r. poważnie rozchorowała się. W spisanym testamencie wszystko, co jeszcze miała, przekazała klasztorowi na utrzymanie mniszek. Zastrzegła wszakże, że w razie katastrofy, takiej jak pożar czy wojna, jej majątek może zostać przeznaczony na odbudowę klasztoru lub kościoła. Zmarła w opinii świętości 17 listopada 1268 r. i została pochowana pod kościołem klasztornym na Grodzisku. Przez kolejne pół roku trwał spór, do kogo powinny należeć jej śmiertelne szczątki: klaryski twierdziły, że do nich, bo była ich fundatorką w Polsce i współsiostrą, wśród nich żyła i umarła. Franciszkanie natomiast opierali się na tym, że wolą zmarłej było spocząć w Krakowie, w ich kościele, i że z ich rąk otrzymała habit. Dla tych racji relikwie bł. Salomei przewieziono do Krakowa, gdzie spoczywają do dzisiaj. Przeniesienie relikwii odbyło się bardzo uroczyście, wobec dworu książęcego, z udziałem św. Kingi (żony Bolesława Wstydliwego, czyli bratowej Salomei), a być może także bł. Jolenty, rodzonej siostry Kingi.
    Starania o kanonizację Salomei rozpoczęto zaraz po jej śmierci. Proces trwał długo, franciszkanie nie naciskali, a klaryski były za słabe, by podjąć się tak poważnego i kosztownego procesu kanonicznego. Dopiero w XVII w. na nowo rozpoczęto starania, uwieńczone szczęśliwie dekretem Klemensa X z 17 maja 1672 r., który zezwalał na jej kult.
    W ikonografii atrybutem bł. Salomei jest gwiazda uchodząca z jej ust w chwili śmierci.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 listopada

    Błogosławiona Karolina Kózkówna,
    dziewica i męczennica

    Błogosławiona Karolina Kózkówna

    Karolina urodziła się w podtarnowskiej wsi Wał-Ruda 2 sierpnia 1898 r. jako czwarte z jedenaściorga dzieci Jana Kózki i Marii z domu Borzęckiej. Pięć dni później otrzymała chrzest w kościele parafialnym w Radłowie. Jej rodzice posiadali niewielkie gospodarstwo. Pracowała z nimi na roli. Wzrastała w atmosferze żywej i autentycznej wiary, która wyrażała się we wspólnej rodzinnej modlitwie wieczorem i przy posiłkach, w codziennym śpiewaniu Godzinek, częstym przystępowaniu do sakramentów i uczestniczeniu we Mszy także w dzień powszedni. Ich uboga chata była nazywana “kościółkiem”. Krewni i sąsiedzi gromadzili się tam często na wspólne czytanie Pisma świętego, żywotów świętych i religijnych czasopism. W Wielkim Poście śpiewano tam Gorzkie Żale, a w okresie Bożego Narodzenia – kolędy.
    Karolina od najmłodszych lat ukochała modlitwę i starała się wzrastać w miłości Bożej. Nie rozstawała się z otrzymanym od matki różańcem – modliła się nie tylko w ciągu dnia, ale i w nocy. We wszystkim była posłuszna rodzicom, z miłością i troską opiekowała się licznym młodszym rodzeństwem. W 1906 roku rozpoczęła naukę w ludowej szkole podstawowej, którą ukończyła w 1912 roku. Potem uczęszczała jeszcze na tzw. naukę dopełniającą trzy razy w tygodniu. Uczyła się chętnie i bardzo dobrze, z religii otrzymywała zawsze wzorowe oceny, była pracowita i obowiązkowa.
    Do Pierwszej Komunii św. przystąpiła w roku 1907 w Radłowie, a bierzmowana została w 1914 r. przez biskupa tarnowskiego Leona Wałęgę w nowo wybudowanym kościele parafialnym w Zabawie.
    Duży wpływ na duchowy rozwój Karoliny miał jej wuj, Franciszek Borzęcki, bardzo religijny i zaangażowany w działalność apostolską i społeczną. Siostrzenica pomagała mu w prowadzeniu świetlicy i biblioteki, do której przychodziły często osoby dorosłe i młodzież. Prowadzono tam kształcące rozmowy, śpiewano pieśni religijne i patriotyczne, deklamowano utwory wieszczów.
    Karolina była urodzoną katechetką. Nie poprzestawała na tym, że poznała jakąś prawdę wiary lub usłyszała ważne słowo; zawsze spieszyła, by przekazać je innym. Katechizowała swoje rodzeństwo i okoliczne dzieci, śpiewała z nimi pieśni religijne, odmawiała różaniec i zachęcała do życia według Bożych przykazań. Wrażliwa na potrzeby bliźnich, chętnie zajmowała się chorymi i starszymi. Odwiedzała ich, oddając im różne posługi i czytając pisma religijne. Przygotowywała w razie potrzeby na przyjęcie Wiatyku. W swojej parafii była członkiem Towarzystwa Wstrzemięźliwości oraz Apostolstwa Modlitwy i Arcybractwa Wiecznej Adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Błogosławiona Karolina Kózkówna

    Zginęła w 17. roku życia 18 listopada 1914 roku, na początku I wojny światowej. Carski żołnierz uprowadził ją przemocą i bestialsko zamordował, gdy broniła się pragnąc zachować dziewictwo. Po kilkunastu dniach, 4 grudnia 1914 r., w pobliskim lesie znaleziono jej zmasakrowane ciało. Tragedia jej śmierci nie miała świadków.
    Pogrzeb sprawowany w niedzielę 6 grudnia 1914 r. zgromadził ponad 3 tysiące żałobników i był wielką manifestacją patriotyczno-religijną okolicznej ludności, która przekonana była, że uczestniczy w pogrzebie męczennicy. Tak rozpoczął się kult Karoliny. Pochowano ją początkowo na cmentarzu grzebalnym, ale w 1917 roku bp Wałęga przeniósł jej ciało do grobowca przy parafialnym kościele we wsi Zabawa.
    W trakcie procesu beatyfikacyjnego 6 października 1981 r. przeprowadzono ekshumację i pierwsze rozpoznanie doczesnych szczątków Karoliny; złożono je w sarkofagu w kruchcie kościoła w Zabawie. Rekognicję kanoniczną i przełożenie doczesnych szczątków Karoliny do nowej trumny przeprowadzono w marcu 1987 r., po ogłoszeniu dekretu o męczeństwie służebnicy Bożej.
    10 czerwca 1987 r. w Tarnowie św. Jan Paweł II beatyfikował Karolinę. W czasie Mszy beatyfikacyjnej powiedział: “Święci są po to, ażeby świadczyć o wielkiej godności człowieka. Świadczyć o Chrystusie ukrzyżowanym i zmartwychwstałym dla nas i dla naszego zbawienia – to znaczy równocześnie świadczyć o tej godności, jaką człowiek ma wobec Boga. Świadczyć o tym powołaniu, jakie człowiek ma w Chrystusie”.
    Uroczystym rozpoczęciem kultu bł. Karoliny była translokacja relikwii – przeniesienie trumny z przedsionka kościoła i złożenie jej w sarkofagu pod mensą głównego ołtarza jej parafialnego kościoła.
    Kilka lat temu przy Diecezjalnym Sanktuarium bł. Karoliny w Zabawie poświęcono kaplicę Męczenników i Ofiar Przemocy, a obecnie trwa budowa Pomnika Ofiar Wypadków Komunikacyjnych, który jest pierwszym etapem powstania Centrum Leczenia Traumy Powypadkowej.
    Bł. Karolina Kózkówna jest patronką Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży (KSM) i Ruchu Czystych Serc.
    W ikonografii przedstawiana jest z palmą w ręce.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    18 listopada

    Święty Odo z Cluny, opat

    Święty Odo z Cluny

    Odo (Odon) urodził się ok. roku 878 w Akwitanii (Francja) jako syn rycerza Abbona. Wychowywał się na dworze księcia Wilhelma Akwitańskiego. Kiedy miał 19 lat, został – chociaż nie miał święceń – kanonikiem przy katedrze w Tours dla pobierania części dochodu. Ani stosunki dworskie owych czasów, ani kościelne nie odpowiadały prawemu charakterowi Odona. Służbę bowiem tak świecką, jak i duchowną Odo pojmował jako powołanie Boże, podczas gdy powszechnie traktowano je jako okazję do zdobywania godności, urzędów i dochodów z nimi związanych. Dlatego Odo wstąpił do benedyktynów w Baume. Miał wówczas 30 lat. Wybrał sobie to opactwo celowo, gdyż kwitła w nim karność i obserwancja zakonna.
    Przełożonym opactwa w Baume był wówczas Berno. Upatrzył on sobie Odona na swojego następcę. Tak się też stało w roku 924. Kiedy Odo miał już 46 lat, objął kierownictwo nad opactwami w Baume i w Cluny. Kiedy jednak okazało się niemożliwe prowadzenie dwóch odległych od siebie opactw, zrezygnował z opactwa w Baume, które nie potrzebowało reform, pozostając przełożonym opactwa w Cluny. Najpierw zabrał się do jego rozbudowy. Następnie pomyślał o zabezpieczeniu mnichom utrzymania. Teraz zabrał się do reformy wewnętrznej. Za wzór obrał sobie św. Benedykta z Anianu, którego nazwano “drugim ojcem benedyktynów” dla reform, jakie przeprowadził w zakonie (+ 821).
    Pan Bóg pobłogosławił dziełu. Opactwo zaczęło rosnąć. Coraz liczniej zgłaszali się do niego kandydaci. Przykład pociągnął także inne klasztory, które również zapragnęły reformy. Tak więc w roku 937 już 17 opactw zgłosiło swój akces do reformy kluniackiej – we Francji i we Włoszech. Błogosławieństwem dla opactwa w Cluny było to, że przez szereg lat sprawowali w nich władzę zwolennicy reformy – święci opaci. Dzieło, zapoczątkowane przez Odona, nie tylko się utrzymało, ale niebawem tak się rozpowszechniło, że objęło niemal wszystkie benedyktyńskie ośrodki w liczbie ok. 2 tys.
    Odon przeprowadzał swoje reformy w ścisłym porozumieniu z Rzymem, dokąd udawał się kilka razy. W czasie jednej z takich podróży zmarł w drodze powrotnej w Tours 18 listopada 942 roku w wieku 64 lat. Pochowano go w kościele św. Juliana, w krypcie pod ołtarzem głównym. Kiedy w XVI w. protestanci zajęli wiele miejscowości we Francji, dla bezpieczeństwa przeniesiono relikwie św. Odona do Isle-Jourdain.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    Św. Odon z Cluny

    Św. Odon z Cluny

    Opactwo benedyktyńskie w Cluny/fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Postać św. Odona, opata Cluny sytuuje się w owym średniowieczu monastycznym, w którym nastąpiło zaskakujące spopularyzowanie się w Europie życia i duchowości, inspirowanych Regułą św. Benedykta.

    Katecheza Benedykta XVI z 2 września 2009.

    Drodzy bracia i siostry,

    po długiej przerwie chciałbym powrócić do prezentacji wielkich Pisarzy Kościoła Wschodu i Zachodu z czasów średniowiecza, albowiem w ich życiu i w ich pismach widzimy niczym w zwierciadle, co to znaczy być chrześcijaninem. Dziś proponuję wam świetlaną postać św. Odona, opata Cluny: sytuuje się ona w owym średniowieczu monastycznym, w którym nastąpiło zaskakujące spopularyzowanie się w Europie życia i duchowości, inspirowanych Regułą św. Benedykta. W owych stuleciach doszło do cudownego pojawienia się i rozmnożenia klasztorów, które rozgałęziwszy się na kontynencie, szerzyły na nim ducha i wrażliwość chrześcijańską. Św. Odon prowadzi nas w szczególności do jednego klasztoru – w Cluny, który w średniowieczu należał do najznakomitszych i najsławniejszych, a i dziś jeszcze jego majestatyczne ruiny są znakiem chwalebnej przeszłości ze względu na intensywne oddanie się ascezie, nauce, a zwłaszcza kultowi Bożemu, spowitemu w dostojeństwo i piękno.

    Odon był drugim opatem Cluny. Urodził się około roku 880, na pograniczu Maine i Touranie we Francji. Ojciec poświęcił go św. biskupowi Marcinowi z Tours, w którego dobroczynnym cieniu i w którego pamięci spędził potem całe życie, kończąc je w pobliżu jego grobu. Wybór konsekracji zakonnej poprzedziło u niego doznanie szczególnego momentu łaski, o którym sam opowiadał jednemu z mnichów, Janowi Włochowi, który został w przyszłości jego biografem. Odon był wtedy w wieku dojrzewania, miał około szesnastu lat, gdy w wigilię Bożego Narodzenia poczuł, że samorzutne płynie z jego ust następująca modlitwa do Dziewicy: „Pani moja, Matko Miłosierdzia, Tyś tej nocy wydała na świat Zbawiciela; bądź łaskawie dla mnie Orędowniczką. Uciekam. się, najlitościwsza, do Twego Syna, któregoś w sposób tak chwalebny i nie­zwykły zrodziła, nakłoń ucha swego miłosierdzia na moje prośby” (Vita sancti Odonis, I,9: PL 133,747). Odtąd za pomocą określenia „Matka Miłosierdzia”, którego młody Odon użył wówczas do Maryi Panny, zwracać się będzie zawsze do Maryi, nazywając Ją także „jedyną nadzieją świata (…), dzięki której otwarte nam zostały bramy raju” (In veneratione S. Mariae Magdalenae: PL 133,721). W owym czasie zetknął się z Reguła św. Benedykta i zaczął przestrzegać jej niektórych nakazów, „nosząc, choć nie był jeszcze mnichem, lekkie brzemię mnisie” (tamże, I,14: PL 133,50). W jednym z kazań Odon wysławiać będzie Benedykta jako „światło, co świeci na ciemnym etapie tego życia” (De sancto Benedicto abbate: PL 133,725) i nazwie go „mistrzem dyscypliny duchowej” (tamże, PL 133,727). Z miłością podkreśli, że pobożność chrześcijańska „z żywą słodyczą wspomina” go, mając świadomość, że Bóg wyniósł go „pośród najwyższych i wybranych Ojców Kościoła świętego” (tamże.: PL 133,722).

    Zafascynowany ideałem benedyktyńskim Odon opuścił Tours i wstąpił jako mnich do opactwa benedyktyńskiego w Baume, by następnie przejść do Cluny, którego w 927 r. został opatem. Z tego ośrodka życia duchowego mógł wywierać wielki wpływ na klasztory kontynentu. Z jego kierownictwa i jego reformy korzystały także we Włoszech liczne klasztory, w tym św. Pawła za Murami. Odon kilka razy odwiedził Rzym, docierając także do Subiaco, Montec Cassino i Salerno. To właśnie w Rzymie zachorował latem 942 r. Czując zbliżający się koniec, ze wszystkich sił pragnął powrócić do swego św. Marcina z Tours, gdzie zmarł w oktawie wspomnienia świętego, 18 listopada 942 roku. Biograf, podkreślając u Odona „cnotę cierpliwości”, wymienia długą listę innych jego cnót, jak pogarda dla świata, gorliwość za dusze, zaangażowanie na rzecz pokoju w Kościele. Wielkim pragnieniem opata Odona była zgoda między królami i książętami, przestrzeganie przykazań, troska o biednych, naprawa młodzieży, szacunek dla starszych (por. Vita sancti Odonis, I,17: PL 133,49). Kochał małą celę, w której mieszkał, „niewidziany przez nikogo i zabiegający o to, by podobać się tylko Bogu” (tamże, I,14: PL 133,49). Nie omieszkał jednak, jako „źródło obfite”, sprawować posługi słowa i przykładu, „płacząc nad ogromem nędzy tego świata” (tamże, I,17: PL 133,51). W jednym tylko mnichu, komentował jego biograf, znajdowały się zgromadzone rozmaite cnoty, występujące w rozproszeniu w innych klasztorach: „Jezus w swojej dobroci, czerpiąc z wielu ogrodów mniszych, tworzył w niewielkim miejscu raj, aby nawodnić z jego źródła serca wiernych” (tamże, I,14: PL 133,49).

    W jednym z fragmentów kazania ku czci Marii z Magdali opat Cluny ujawnia nam, jak pojmował życie monastyczne: „Maryja, która siedząc u stóp Pana, z uwagą słuchała Jego słowa, jest symbolem słodyczy życia kontemplacyjnego, którego smak, im bardziej się go kosztuje, tym bardziej prowadzi dusze do oderwania się od rzeczy widzialnych i wrzawy trosk tego świata” (In ven. S. Mariae Magd., PL 133,717). Rozumienie to Odon potwierdza i rozwija w innych swoich pismach, z których przebija miłość do tego, co wewnętrzne, postrzeganie świata jako rzeczywistości kruchej i tymczasowej, od której należy się wyrwać, stała skłonność do dystansu wobec rzeczy uważanych za źródło niepokoju, wyostrzona wrażliwość na obecność zła w rożnych kategoriach ludzi, wewnętrzne dążenie eschatologiczne. Ta wizja świata może wydać się dość odległa od naszej, jednakże w ujęciu Odona jest ona pojęciem, które dostrzegając kruchość świata, dowartościowuje życie wewnętrzne, otwarte na drugiego, na miłość bliźniego i właśnie w ten sposób odmienia istnienie i otwierają świat na światło Boże.

    Na szczególną uwagę zasługuje „nabożeństwo” do Ciała i Krwi Chrystusa, które Odon, w obliczu powszechnego zaniedbania, nad którym bardzo ubolewał, stale z przekonaniem kultywował. Był bowiem stanowczo przekonany o rzeczywistej obecności, pod postaciami eucharystycznymi, Ciała i Krwi Pańskiej, na mocy „substancjalnej” przemiany chleba i wina. Pisał: „Bóg, Stwórca wszystkiego, wziął chleb, mówiąc, że to Jego Ciało i że ofiaruje je za świat oraz rozlał wino, nazywając je swoją Krwią”; oto „do praw natury należy przemiana zgodnie z rozkazem Stwórcy”; oto zatem „natura odmienia zaraz swój zwykły stan: bezzwłocznie chleb staje się ciałem a wino staje się krwią”; na rozkaz Pana „zmienia się substancja” (Odonis Abb. Cluniac. occupatio, ed. A. Swoboda, Lipsia 1900, str. 121).

    Niestety, odnotowuje nasz opat, ta „przenajświętsza tajemnica Ciała Pańskiego, w której zawiera się całe zbawienie świata” (Collationes, XXVIII: PL 133,572), sprawowana jest niedbale. „Kapłani – ostrzegał – którzy przystępują niegodnie do ołtarza, plamią chleb, to jest Ciało Chrystusa” (tamże, PL 133,572-573). Tylko ten, kto jest duchowo zjednoczony z Chrystusem, może godnie spożywać Jego Ciało eucharystyczne: w przeciwnym razie spożywanie Jego ciała i picie Jego krwi przyniesie nie korzyść, lecz potępienie (por. tamże, XXX, PL 133,575). Wszystko to zachęca nas, byśmy uwierzyli z nową mocą i głębią w prawdę o obecności Pana. Obecność wśród nas Stwórcy, który oddaje się w nasze ręce i przemienia nas, jak przemienia chleb i wino, przemienia tym samym świat.

    Św. Odon był prawdziwym przewodnikiem duchowym zarówno dla mnichów, jak i dla wiernych swoich czasów. W obliczu „szerzenia się przywar” rozpowszechnionych w społeczeństwie, lekarstwem, jakie zdecydowanie proponował, była radykalna przemiana życia, oparta na pokorze, prostocie, dystansie wobec rzeczy ulotnych i przylgnięcie do rzeczy wiecznych (por. Collationes, XXX, PL 133, 613). Mimo realizmu jego diagnozy sytuacji jego czasów, Odon nie popada w pesymizm: „Nie mówimy tego – wyjaśnia – by popchnąć do rozpaczy tych, którzy chcieliby się nawrócić. Miłosierdzie Boże jest zawsze dostępne; czeka na godzinę naszego nawrócenia” (tamże: PL 133,563). I woła: „O niewysłowiona głębio Bożej litości! Bóg ściga winy, ale chroni grzeszników” (tamże: PL 133,592). Opierając się na tym przekonaniu opat Cluny, lubił rozważać miłosierdzie Chrystusa, Zbawiciela, którego sugestywnie nazywał „kochankiem ludzi”: „amator hominum Christus” (tamże, LIII: PL 133,637). Jezus wziął na siebie plagi, które nam się należały – zauważa – by zbawić w ten sposób stworzenie, które jest Jego dziełem i które umiłował (por. tamże: PL 133, 638).

    Jawi się tu rys świętego opata na pierwszy rzut oka niemal ukryty pod rygorem jego surowości reformatora: głęboka dobroć jego duszy. Był surowy, przede wszystkim jednak był dobry, był człowiekiem wielkiej dobroci, która pochodziła z kontaktu z dobrocią Bożą. Odon, jak mówią nam współcześni mu, promieniował wokół siebie radością, którą był przepełniony. Jego biograf zapewnia, że nigdy nie słyszał z ust człowieka „takiej słodyczy słowa” (tamże, I,17: PL 133,31). Zwykł był, wspomina biograf, zapraszać do śpiewu chłopców spotykanych na drodze, aby potem obdarzyć ich niewielkim darem i dodaje: „Jego słowa pełne były wysławiania [Pana], radość jego budziła w naszym sercu wewnętrzną radość” (tamże, II, 5: PL 133,63).W ten sposób energiczny a zarazem sympatyczny średniowieczny opat, pasjonujący się reformą, swym działaniem podsycał w mnichach, jak również w wiernych świeckich swoich czasów, zamiary kroczenia szybkim krokiem na drodze chrześcijańskiej doskonałości.

    Chcemy mieć nadzieję, że jego dobroć, radość, jaka płynie z wiary, w połączeniu z surowością i sprzeciwem wobec przywar świata, poruszą także nasze serca, abyśmy również my mogli znaleźć źródło radości, jaka pochodzi z dobroci Boga.

    Benedykt XVI

    wiara.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 listopada

    Święta Elżbieta Węgierska

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz Cudotwórca, biskup
      •  Święty Grzegorz z Tours, biskup
    Święta Elżbieta Węgierska

    Elżbieta urodziła się w 1207 r. w Bratysławie lub na zamku w Sarospatah jako trzecie dziecko Andrzeja II, króla Węgier, i Gertrudy, siostry św. Jadwigi Śląskiej. Miała zaledwie 4 lata, gdy została zaręczona z Ludwikiem IV, późniejszym landgrafem Turyngii. Wychowywała się wraz z nim na zamku Wartburg. Wyszła za niego za mąż zgodnie z zamierzeniem swojego ojca dopiero 10 lat później, w roku 1221, mając 14 lat. Z małżeństwa urodziło się troje dzieci: Herman, Zofia i Gertruda. Po 6 latach, w 1227 r. Ludwik zmarł podczas wyprawy krzyżowej w Brindisi we Włoszech. Tak więc Elżbieta została wdową mając 20 lat.Zgodnie z frankońskim prawem spadkowym, opuściwszy wraz z dziećmi Wartburg, Elżbieta zamieszkała najpierw w pobliskim Eisenach, a następnie w Marburgu, gdzie ufundowała szpital, w którym sama chętnie usługiwała. Oddała się wychowaniu dzieci, modlitwie, uczynkom pokutnym i miłosierdziu. Jej spowiednikami byli franciszkanin Rudiger i norbertanin Konrad z Marburga, słynny kaznodzieja i inkwizytor na Niemcy, mąż bardzo surowy. Prowadził ją drogą niezwykłej pokuty. W 1228 r. Elżbieta złożyła ślub wyrzeczenia się świata i przyjęła jako jedna z pierwszych habit tercjarki św. Franciszka.

    Święta Elżbieta Węgierska

    Ostatnie lata spędziła w skrajnym ubóstwie, oddając się bez reszty chorym i biednym. Zmarła w nocy z 16 na 17 listopada 1231 r. Sława jej świętości była tak wielka, że na jej grób zaczęły przychodzić pielgrzymki. Konrad z Marburga, korzystając ze swego stanowiska inkwizytora, napisał jej żywot i zwrócił się do Rzymu z formalną prośbą o kanonizację. Papież Grzegorz IX bezzwłocznie wysłał komisję dla zbadania życia Elżbiety i cudów, jakie miały się dziać przy jej grobie. Stwierdzono wówczas ok. 60 niezwykłych wydarzeń. Sprawę poparł także metropolita Moguncji i św. Rajmund z Peñafort. Po 4 latach Grzegorz IX bullą z 27 maja 1235 r. ogłosił uroczyście Elżbietę świętą. Jest patronką elżbietanek (zgromadzenia założonego w Nysie w 1842 r., prowadzącego liczne dzieła w Polsce), elżbietanek cieszyńskich (założonych w XVII w. w Akwizgranie) oraz Franciszkańskiego Zakonu Świeckich; jest także patronką Niemiec i Węgier. Jej imię przyjęło jako swoją nazwę kilka zgromadzeń zakonnych i dzieł katolickich.
    W ikonografii św. Elżbieta przedstawiana jest w stroju królewskim albo z naręczem róż w fartuchu. Powstała bowiem legenda, że mąż zakazał jej rozdawać ubogim pieniądze i chleb. Gdy pewnego razu przyłapał ją na wynoszeniu bułek w fartuchu i kazał jej pokazać, co niesie, zobaczył róże, mimo że była to zima. Jej atrybutami są także: kilka monet i różaniec.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 listopada

    Najświętsza Maryja Panna Ostrobramska
    Matka Miłosierdzia

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata Szkocka
      •  Święta Gertruda Wielka, dziewica
      •  Rzymskie bazyliki świętych Apostołów Piotra i Pawła
      •  Święta Agnieszka z Asyżu, dziewica
      •  Święci męczennicy Roch Gonzalez, Alfons Rodriguez i Jan de Castillo
    Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
    Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
    Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
    Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
    I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
    Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
    Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem,
    (Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
    Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
    I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
    Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
    Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
    Adam Mickiewicz – “Pan Tadeusz” (Inwokacja)

    Ostra Brama w Wilnie

    Zarówno cudowny obraz, jak i kaplica, w której się mieści, oraz sama Ostra Brama mają bogatą historię, ściśle wiążącą się z historią rozbudowy Wilna. Na przełomie XV i XVI w. postanowiono otoczyć je murem obronnym. Powstało dziewięć bram miejskich, z których jedna (jedyna zachowana do naszych czasów) nosiła nazwę Miednickiej, inaczej Krewskiej. Nieco później przyjęła się inna nazwa bramy – Ostra. Zgodnie z tradycją na bramach obronnych zawieszano święte obrazy. Ostra Brama po obu jej stronach również miała własne obrazy, które po pewnym czasie uległy zniszczeniu. Jednym z tych obrazów był wizerunek Matki Bożej. Z czasem miejsce to stało się miejscem modlitwy do Maryi.
    Kult Matki Miłosierdzia z Ostrej Bramy jest ogromny i niezrównany w swej sile. Sięga drugiej połowy XVII w. i wiąże się z obroną murów miasta. Jednakże wyraźne jego wzmożenie nastąpiło w I połowie XVIII w. Szczególny rozwój czci Matki Miłosierdzia nastąpił po rozbiorach Polski. W 1993 roku modlił się w kaplicy w Ostrej Bramie św. Jan Paweł II. Ofiarował wtedy Matce Bożej Miłosierdzia złotą różę. Kult Matki Bożej Ostrobramskiej jest ciągle żywy i obecny nie tylko na terenie Litwy, ale także w sąsiednich krajach. W Polsce około 30 parafii ma za patronkę Matkę Bożą Ostrobramską.Oryginalny obraz jest namalowany temperą na ośmiu dębowych deskach, jest więc duży. W późniejszych latach obraz został przemalowany farbą olejną; zmieniono także wizerunek Matki Bożej (zamalowano m.in. pukiel włosów wymykający się spod chusty i skrócono palce dłoni). Nie znamy twórcy obrazu. Namalowano go prawdopodobnie w I poł. XVII wieku na wzór obrazu Martina de Vosa – flamandzkiego artysty. Dzisiaj odrzuca się całkowicie wersję o wschodnim pochodzeniu obrazu, który miał przywieźć z wyprawy książę litewski Olgierd w XIV wieku, jak też i to, że Matka Boża ma twarz Barbary Radziwiłłówny.

    Najświętsza Maryja Panna Ostrobramska

    Głowę Matki Bożej zdobią dwie korony. Pierwsza pochodzi z końca XVII wieku, w XIX wieku ozdobiona została klejnotami ofiarowanymi jako wota. Druga korona, z połowy XVIII wieku, podtrzymywana jest przez dwa aniołki i ozdobiona sztucznymi kamieniami. 2 lipca 1927 r. odbyła się uroczysta koronacja obrazu złotymi koronami. Dokonał jej arcybiskup metropolita warszawski kard. Aleksander Kakowski w obecności prezydenta Ignacego Mościckiego i marszałka Józefa Piłsudskiego.
    Obraz przedstawia pochyloną Madonnę bez Dzieciątka. Głowę otoczoną promienną aureolą Maryja lekko pochyla w lewo, smukłą szyję zdobi szal. Jej twarz jest pociągła, półprzymknięte oczy dodają jej powagi; ręce trzyma skrzyżowane na piersiach.Ostra Brama wiąże się również w istotny sposób z kultem Miłosierdzia Bożego. Obraz Miłosierdzia Bożego został namalowany w Wilnie i wystawiony publicznie właśnie w Ostrej Bramie (26-28 kwietnia 1935 r.). Tu też św. Faustyna miała wizję triumfu obrazu Miłosierdzia Bożego.Bardzo silne są też związki św. Jana Pawła II z Ostrą Bramą:
    “W momencie mojego wyboru na Stolicę Piotrową pomyślałem o Matce Najświętszej z Ostrej Bramy” (6 września 1993 r.); “Niedługo po tym, jak niezbadanym wyrokiem Bożym zostałem wybrany na Stolicę Piotrową, udałem się do litewskiej kaplicy Matki Miłosierdzia w podziemiach Bazyliki Watykańskiej. I tam, u stóp Najświętszej Dziewicy, modliłem się za was wszystkich” (8 września 1993 r.).
    Opiece Matki Miłosierdzia św. Jan Paweł II przypisuje uratowanie z zamachu z 13 maja 1981 r.: “Kiedy mogłem kontemplować oblicze Matki Bożej w sanktuarium w Ostrej Bramie w Wilnie, skierowałem do Niej słowa wielkiego polskiego poety, Adama Mickiewicza: «Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie! (…) Jak mnie (…) do zdrowia powróciłaś cudem!». Powiedziałem to na koniec modlitwy różańcowej odmówionej w sanktuarium ostrobramskim. I głos mi się załamał…” (13 maja 1994 r.).

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Panno Święta co w Ostrej świecisz Bramie

    (fot. Andrzej Sidor / Forum)

    ***

    W Wilnie i w Białystoku Święto Najświętszej Maryi Panny Ostrobramskiej (16 listopada) jest celebrowane ze szczególną czcią. Poprzedza je Nowenna Opieki Matki Miłosierdzia, która odprawiana jest od 375 lat. Matka Ostrobramska stała się dla Polaków żyjących na dawnych Kresach Rzeczypospolitej najukochańszą Orędowniczką i Opiekunką. Żołnierze Niezłomni z tych stron z dumą nosili ryngrafy Matki Ostrobramskiej. I dziś, na terenie dawnej archidiecezji wileńskiej, w każdym domu ścianę zdobi wizerunek Matki Miłosierdzia.

    Pierwotnie nabożeństwo Nowenny Opieki Matki Miłosierdzia odprawiane było przez 300 lat w wileńskiej Ostrej Bramie. Do białostockiej fary przeniósł je, wygnany przez Sowietów z Wilna w 1945 roku, metropolita wileński ksiądz arcybiskup Romuald Jałbrzykowski. Od tamtego czasu, do roku 1991, Białystok był stolicą archidiecezji Wileńskiej. Od 1977 roku Nowenna jest odprawiana w specjalnej kaplicy katedry białostockiej, poświęconej przez ówczesnego kardynała metropolitę krakowskiego Karola Wojtyłę. W kaplicy znajduje się wierna kopia Wizerunku Ostrobramskiego. W 1995 roku słynący łaskami obraz został ukoronowany papieskimi koronami. Natomiast w tym roku ołtarz ten, po przebudowie i remontach, został ponownie poświęcony. Jest on teraz przepiękny i gromadzi rzesze wiernych. Temat tegorocznej Nowenny związany jest z nauczaniem i osobą bł. ks. Jerzego Popiełuszki, w 40. rocznicę jego męczeńskiej śmierci i brzmi: „Bądź silny miłością. Maryja w życiu i nauczaniu bł. ks. Jerzego Popiełuszki”.

    Do święta Najświętszej Maryi Panny Ostrobramskiej – Matki Miłosierdzia, przygotowuje się też Wilno, a w nim oczywiście Ostra Brama. Przygotowaniem tym jest specjalny Odpust Najświętszej Maryi Panny Ostrobramskiej – Matki Miłosierdzia. Trwa on od 10 do 17 listopada. Tegorocznym hasłem odpustu są słowa „Maryjo wstawiaj się za nami”. W Wilnie, podczas ośmiu dni poprzedzającej święto, w Kaplicy Ostrobramskiej i kościele św. Teresy odprawionych zostanie aż 70 Mszy św. Wszystkie Eucharystie i Nabożeństwa są celebrowane nie tylko w językach litewskim i polskim, ale też angielskim, rosyjskim, białoruskim, ukraińskim, włoskim, francuskim i hiszpańskim. Bowiem w te dni do Ostrej Bramy w Wilnie ściągają czciciele Matki Bożej z całego świata.

    Kult Matki Boskiej Ostrobramskiej początkami swymi sięga II połowy XVI wieku. Wówczas to na świeżo wzniesionych murach obronnych Wilna, na bramie zwanej Miednicką lub Krewską, a ostatecznie – Ostrą, zawieszono wizerunek Matki Bożej. Dziś nie wiadomo jak wyglądał ten pierwotny wizerunek Maryi, gdyż został on zniszczony podczas działań wojennych w pierwszej połowie XVII. Po ich zakończeniu, i remoncie murów, tym razem od strony miasta, na Ostrej Bramie, w miejsce zniszczonego obrazu, zawieszono – nowy, znany dziś, wizerunek Madonny. Od strony zewnętrznej, nad bramą umieszczono obraz Chrystusa Salwatora (Zbawiciela).

    Większość znawców historii Ostrej Bramy uważa, że obraz Matki Miłosierdzia  został namalowany w XVI wieku w Wilnie przez nieznanego autora szkoły włoskiej, ale są też tacy którzy jego powstanie wiążą z Krakowem. Tak naprawdę, do dziś nie wiadomo kto, kiedy i gdzie namalował ten niezwykły obraz Matki Bożej. Wiadomo natomiast, że do rozszerzenia jego kultu bardzo mocno przyczynili się karmelici bosi, którzy przy Ostrej Bramie, w roku 1626, wybudowali klasztor i kościół pw. św. Teresy. Nie mały udział w rozsławieniu cudownego wizerunku Maryi miał też Adam Mickiewicz, który uczynił to poprzez umieszczenie w inwokacji „Pana Tadeusza” słynnej strofy:

    Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
    I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
    Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
    Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem, […]
    Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

    W dużej mierze, dzięki tym pełnym wiary, słowom narodowego wieszcza cudowny wizerunek, który przedstawia Matkę Boską w stanie błogosławionym, z długimi, delikatnymi palcami dłoni, złożonych na piersiach, lekko skłonioną głową, nakrytą chustką i złotym wotywnym półksiężycem, umieszczonym na dole obrazu, jest od wieków jest znany i czczony w całej Polsce. Największą czcią cieszy się na terenach dawnej archidiecezji wileńskiej.

    Matka Miłosierdzia była „podporą” tych co walczyli z bezbożną komuną. Kresowi Niezłomni, na czele z żołnierzami słynnej V Brygady Wileńskiej AK, dowodzonej przez majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. Świadczy o tym nagminne noszenie przez żołnierzy podziemia tzw. ryngrafów wileńskich, czyli z wizerunkiem Matki Miłosierdzia. Ryngraf wileński Niezłomni umieszczali na mundurze, po lewej stronie na sercu. Nosili je praktycznie zawsze podczas działań wojennych i bojowych. W powojennej rzeczywistości noszenie takich ryngrafów równało się często karze śmierci bez sądu. Pomimo to Niezłomni je z dumą nosili. Na ryngrafach tych grawerowali albo wydrapywali daty, pseudonimy, nazwy swych jednostek takich jak NSZ, WiN, NZW czy też słowa modlitwy.

    Kult Matki Bożej Miłosierdzia Ostrobramskiej łączy się dziś ściśle z kultem Miłosierdzia Bożego, którego orędzie przekazał św. Faustynie Kowalskiej w objawieniach sam Chrystus. Nie przypadkiem czczony obecnie na całym świecie obraz Jezusa Miłosiernego, powstał właśnie w Wilnie, blisko Ostrej Bramy. Jak naucza Kościół „Maryja jest Tą, która w sposób szczególny i wyjątkowy doświadczyła miłosierdzia, a równocześnie też w sposób wyjątkowy okupiła swój udział w objawieniu się miłosierdzia Bożego ofiarą serca. Ona najlepiej zna tajemnicę Bożego miłosierdzia. Wie, ile ono kosztowało i wie, jak wielkie ono jest”.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ________________________________________________________________________________

    fot. Dorota Niedźwiecka/Tygodnik Niedziela

    ***

    Najświętsza Panno, której istność niezrównana stanowiła
    po tylekroć natchnienie wielkiej poezji u wszystkich narodów katolickich, któraś nad naszych wieszczów głowami rozpalała
    gwiazdy, zaiste gwiazdy przewodnie narodu,
    która, w otoczeniu wszystkich sztuk, szlachetne myśli jeszcze bardziej uszlachetniasz,
    której uśmiechy nad Boskim Dzieciątkiem i łza pod Krzyżem – były i są stale nasieniem poezji, malarstwa, rzeźby, architektury, muzyki – podnieś myśli nasze ponad małostki życia,
    uproś nam u Syna Twego, który raczył być
    człowiekiem, wielki zaczyn życia, zdatność do wielkości. Módlmy się o wstawiennictwo Twoje, by każdy z nas według możności swojej mógł
    przyczynić się do tego, byś królowała Polsce wielkiej przed Bogiem, Polsce rzucającej na szalę
    historii chrześcijańskie walory!

    Modlitwa do NMP ułożona przez profesora Uniwersytetu Wileńskiego Feliksa Konecznego

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 listopada

    Święty Albert Wielki, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Leopold III
      •  Święty Dydak z Alcali, zakonnik
      •  Błogosławiona Magdalena Morano, dziewica
    Tomasso da Modena: Święty Albert Wielki

    Albert urodził się prawdopodobnie między 1193 a 1200 r. w Lauingen w Niemczech. Jego ojciec był rycerzem i pełnił obowiązki naczelnika miasteczka. Dzięki swemu pochodzeniu Albert mógł studiować w Padwie i w Bolonii. W Padwie w 1221 r. spotkał bł. Jordana z Saksonii i z jego rąk otrzymał habit dominikański. Skierowany do konwentu dominikanów w Kolonii, tu zapewne złożył profesję zakonną, ukończył studia teologiczne i otrzymał święcenia kapłańskie. W latach 1234-1242 był lektorem w klasztorach: Hildesheim, Fryburgu, w Ratyzbonie i w Strasburgu. Potem udał się do Paryża, gdzie kończył i uzupełniał swoje studia wyższe. Tam też został profesorem – jako pierwszy Niemiec (1245). Wykładał tam do 1248 r. W 1248 r. zorganizował w Kolonii dominikańskie studium generalne, gdzie wykładał do 1260 r., z przerwą w latach 1254-1257. Prawdopodobnie w Kolonii spotkał św. Tomasza z Akwinu, dla którego stał się nauczycielem i mistrzem. Albert jako pierwszy rozpoznał w młodym Tomaszu przyszłego wielkiego uczonego. Tradycja dominikańska przypisuje mu proroczą wypowiedź o Akwinacie: “Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”.
    W roku 1254 kapituła prowincjalna wybrała Alberta prowincjałem około 40 klasztorów niemieckich. Jako prowincjał Albert uczestniczył w kapitułach generalnych zakonu: w Mediolanie (1255) i w Paryżu (1256), gdzie zetknął się ze św. Ludwikiem IX, królem Francji, od którego otrzymał cząstkę relikwii Krzyża świętego. W roku 1255 udał się do Anagni, gdzie wobec papieża Aleksandra IV bronił Zakonu, przeciwko któremu Uniwersytet Paryski, a za nim inne uczelnie, wytoczyły walkę, której rzeczywistą przyczyną była konkurencja kleru diecezjalnego z zakonnym. Zdumiony wiedzą Alberta papież zaprosił go z wykładami do Anagni, Rzymu i Viterbo. W roku 1257 Święty zdał urząd prowincjała i powrócił do wykładania w Kolonii. W roku 1260 mianowany został przez papieża Aleksandra IV biskupem Ratyzbony. Zadziwił wszystkich jako doskonały administrator rozległej diecezji; wydawało się bowiem, że uczony tej miary nie nadaje się do pracy duszpasterskiej. Albert uzdrowił finanse i gospodarkę majątków kościelnych, zreorganizował parafie, ożywił ducha gorliwości wśród swoich kapłanów. W dwa lata później, po śmierci Aleksandra IV, uzyskał od Urbana IV zgodę na rezygnację z funkcji rządcy diecezji, uznając się niegodnym tego urzędu.
    W latach następnych spełniał niektóre poruczenia papieskie – zwłaszcza mediacyjne. Urban IV mianował go kaznodzieją papieskim na rzecz krucjaty. Powierzył mu także zbiórkę środków na jej zorganizowanie w Niemczech i w Czechach. Do pomocy przydał mu słynnego kaznodzieję, franciszkanina, Bertolda z Ratyzbony. Papież zlecał mu też misje specjalne, np. dla rozsądzenia i załagodzenia sporu pomiędzy metropolitą kolońskim a miastem Kolonią. Kazał mu również dopilnować, by wybory biskupa Brandenburga odbyły się w sposób kanoniczny.

    Święty Albert Wielki

    W roku 1264 zmarł Urban IV. Korzystając z okazji, Albert poprosił następcę, Klemensa IV, o zwolnienie z obowiązków. Wrócił do Kolonii i Strasburga, gdzie powstał nowy, silny dominikański ośrodek naukowy. Po 6 latach papież znowu wysłał go dla załagodzenia antagonizmów w Meklemburgii. W 1277 r. generał zakonu, bł. Jan z Vercelli, powierzył mu misję, by bronił Zakonu i św. Tomasza z Akwinu. Znów bowiem podniosły się głosy, że należy usunąć z uniwersytetów franciszkanów i dominikanów, bo stanowili zbyt silną konkurencję dla kleru świeckiego. Papież następnie polecił Albertowi ponownie zająć się sporem, jaki się odnowił pomiędzy metropolitą Kolonii, Engelbertem Falkenbergiem, a miastem. Odebrał także przysięgę w imieniu papieża od nowego cesarza, Rudolfa. Wreszcie instalował nowego opata w Fuldzie. Wziął także udział w soborze powszechnym w Lyonie w roku 1274. Te wszystkie misje publiczne świadczą o tym, jak bardzo Albert był ceniony, jak wielki miał autorytet i dar jednania ludzi.
    Św. Albert był jednym z największych umysłów chrześcijańskiego średniowiecza. Przedmiotem jego naukowych zainteresowań były niemal wszystkie dziedziny ówczesnej wiedzy. Nie było dziedziny, której by nie znał, o której by nie pisał, począwszy od wzniosłych prawd teologii i filozofii, poprzez nauki przyrodnicze. Słusznie papież Pius XI nadał mu tytuł doktora uniwersalnego, a potomność od dawna nazywała go Wielkim. Można powiedzieć, że nie byłoby św. Tomasza, gdyby mu nie utorował drogi – na tym właśnie polu – św. Albert. On pierwszy usiłował stworzyć syntezę wszystkich nauk. Sam napisał: “Intencją naszą jest, by wszystkie części (fizykę, matematykę, metafizykę) połączyć w jedną całość, dla łacinników zrozumiałą”. Albert znał wszystkich dostępnych wówczas pisarzy: żydowskich, greckich, rzymskich, jak też teologów kościelnych. Jego dzieła wydano aż w 40 tomach. Jednocześnie posiadał umiejętność łączenia wiedzy z dobrocią, dlatego był nazywany “doktorem powszechnym” i “sumą dobroci”.


    Święty Albert Wielki

    Zmarł 15 listopada 1280 r. w Kolonii. Wbrew przyjętemu w Zakonie zwyczajowi pochowano go w chórze kościoła zakonnego i wystawiono mu duży pomnik. W roku 1383 za zezwoleniem papieża Sykstusa IV przełożony generalny dokonał podziału relikwii św. Alberta: ramię podarowano konwentowi dominikańskiemu w Bolonii, a relikwie mniejsze rozesłano po innych kościołach Zakonu. Dom rodzinny w Lauingen zamieniono na kaplicę. Papież Innocenty VIII zezwolił dominikanom Kolonii i Ratyzbony na odmawianie oficjum o błogosławionym, co w roku 1670 papież Klemens X rozszerzył na cały Zakon i na szereg diecezji we Francji i w Niemczech. Beatyfikował go Grzegorz XV w 1438 r. W 1459 r. został zaliczony przez Piusa II do grona doktorów Kościoła. Kanonizował go Pius XI 6 grudnia 1931 r. Jego następca, Pius XII, ogłosił go w 1942 r. patronem studiujących nauki przyrodnicze. Albert jest ponadto patronem górników.
    W ikonografii św. Albert przedstawiany jest w habicie dominikańskim, czasami w mitrze lub jako profesor. Jego atrybutami są: księga, krzyż, lilia jako symbol wiernej duszy, mitra, ptasie pióro.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Albert Wielki

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 24.03.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Jednym z najwybitniejszych mistrzów teologii średniowiecznej jest św. Albert Wielki. W historii nazywany jest «wielkim» (magnus), co wskazuje na rozmach i głębię jego nauki, którą łączył on ze świętością życia. Już jego współcześni bez wahania obdarzali go znaczącymi tytułami. Jeden z jego uczniów, Ulryk ze Strasburga, nazwał go «dziwem i cudem naszej epoki».

    Urodził się w Niemczech na początku XIII w. i w bardzo młodym wieku udał się do Włoch, do Padwy, gdzie znajdował się jeden z najsławniejszych uniwersytetów Średniowiecza. Oddał się studium tak zwanych «sztuk wyzwolonych»: gramatyki, retoryki, dialektyki, geometrii, astronomii oraz muzyki, czyli przedmiotów ogólnokształcących, przy czym wykazał szczególne zainteresowanie naukami przyrodniczymi, które wkrótce stały się jego ulubioną dziedziną i specjalnością. Podczas pobytu w Padwie uczęszczał do kościoła dominikanów, a następnie wstąpił do ich zakonu i złożył w nim śluby. Źródła hagiograficzne pozwalają sądzić, że do tej decyzji Albert dojrzewał stopniowo. Głęboka więź z Bogiem, przykład świętości braci dominikanów, kazania bł. Jordana z Saksonii, generała Zakonu Kaznodziejskiego, następcy św. Dominika, były decydującymi czynnikami, które pomogły mu przezwyciężyć wszelkie wątpliwości, a także pokonać opór rodziny. W latach młodości często Bóg przemawia do nas i podsuwa projekt życia. Podobnie jak dla Alberta, również dla nas wszystkich indywidualna modlitwa, karmiona Słowem Bożym, przystępowanie do sakramentów i kierownictwo duchowe światłych ludzi są środkami, które pomagają usłyszeć głos Boży i za nim pójść. Albert otrzymał habit zakonny od bł. Jordana z Saksonii.

    Po święceniach kapłańskich, z woli przełożonych, wykładał w różnych ośrodkach studiów teologicznych przy klasztorach ojców dominikanów. Dzięki błyskotliwości i wielkiemu umysłowi mógł pogłębić studia teologiczne w Paryżu, na najsławniejszym uniwersytecie tamtej epoki. Wówczas św. Albert rozpoczął nadzwyczajną działalność pisarską, którą rozwijał przez całe życie.

    Powierzano mu prestiżowe zadania. W 1248 r. zlecono mu otwarcie studium teologicznego w Kolonii, jednym z najważniejszych ośrodków w Niemczech, gdzie mieszkał wiele lat w różnych okresach, i która stała się jego miastem. Z Paryża przybył do Kolonii z nadzwyczajnym uczniem, którym był Tomasz z Akwinu. Sam fakt, że był nauczycielem św. Tomasza, stanowiłby wystarczający powód, by żywić głęboki podziw dla św. Alberta. Między tymi dwoma wielkimi teologami zrodziła się więź wzajemnego szacunku i przyjaźni, a tego typu ludzkie relacje sprzyjają bardzo rozwojowi nauki. W 1254 r. Albert został wybrany na prowincjała Provinciae Teutoniae — teutońskiej prowincji ojców dominikanów — do której należały wspólnoty znajdujące się na obszernym terytorium Europy Środkowej i Północnej. Wyróżnił się gorliwością w pełnieniu tej posługi — wizytował wspólnoty i niestrudzenie przypominał współbraciom wierność, nauczanie i przykład św. Dominika.

    Jego przymioty dostrzegł papież tamtej epoki, Aleksander IV, który zatrzymał Alberta na pewien czas w Anagni — gdzie papieże często się udawali — w Rzymie oraz w Viterbo, by zasięgać jego rad w kwestiach teologicznych. Tenże papież mianował go biskupem Ratyzbony, wielkiej i sławnej diecezji, która przeżywała trudny okres. Albert pełnił tę posługę od 1260 do 1262 r. z niezwykłym oddaniem, zdołał zaprowadzić w mieście pokój i zgodę, zreorganizować parafie i klasztory i zachęcić do rozwoju działalności charytatywnej.

    W latach 1263-1264 na prośbę papieża Urbana IV Albert głosił Słowo Boże w Niemczech i Czechach, a następnie wrócił do Kolonii i na nowo zajął się nauczaniem, studiami i pisarstwem. Był człowiekiem modlitwy, nauki i miłosierdzia i dlatego jego wystąpienia w różnych sprawach Kościoła i ówczesnego społeczeństwa uważane były za bardzo autorytatywne: był przede wszystkim człowiekiem pojednania i pokoju w Kolonii, gdzie arcybiskup znalazł się w poważnym konflikcie z miejskimi instytucjami. Z zaangażowaniem uczestniczył w pracach Soboru Lyońskiego ii, zwołanego przez papieża Grzegorza x w 1274 r., by ułatwić unię z Grekami po podziale, jaki nastąpił na skutek wielkiej schizmy wschodniej w 1054 r. Wyjaśniał naukę Tomasza z Akwinu, gdy zaczęto zgłaszać co do niej zastrzeżenia, a nawet stała się przedmiotem niczym nieusprawiedliwionych ataków.

    Umarł we własnej celi w klasztorze Świętego Krzyża w Kolonii w 1280 r. i dosyć wcześnie współbracia otoczyli go czcią. Kościół przyznał mu publiczny kult przez beatyfikację w 1622 r. oraz kanonizację w 1931 r., kiedy to papież Pius xi ogłosił go doktorem Kościoła. Było to niewątpliwie właściwe wyróżnienie dla tego wielkiego męża Bożego i wybitnego badacza nie tylko prawd wiary, ale wielu innych dziedzin nauki. Patrząc na tytuły jego licznych dzieł zdajemy sobie bowiem sprawę, że jego wiedza była nadzwyczajna, wielostronne zainteresowania sprawiły, że zajmował się nie tylko filozofią i teologią, jak jego współcześni, ale również każdą inną wówczas znaną dyscypliną, od fizyki do chemii, od astronomii do mineralogii i od botaniki do zoologii. Z tego powodu papież Pius XII mianował go patronem badaczy nauk przyrodniczych, i zwany jest również Doctor universalis ze względu na rozległość jego zainteresowań i wiedzy.

    Metody naukowe, jakimi posługiwał się św. Albert Wielki, były z pewnością różne od metod stosowanych w późniejszych wiekach. Jego metoda polegała po prostu na obserwacji, opisie i klasyfikacji badanych zjawisk, ale w ten sposób otwarł drogę przyszłym poszukiwaniom.

    Wiele możemy się jeszcze od niego nauczyć. Przede wszystkim św. Albert ukazuje, że między wiarą i nauką nie ma sprzeczności, choć na przestrzeni dziejów niekiedy dochodziło do nieporozumień. Człowiek wiary i modlitwy, jakim był św. Albert Wielki, może spokojnie oddawać się studium nauk przyrodniczych i czynić postępy w poznaniu mikro- i makrokosmosu, odkrywając prawa rządzące materią, ponieważ wszystko to pogłębia pragnienie i miłość Boga. Biblia mówi nam o stworzeniu jako pierwszym języku, którym Bóg — najwyższa inteligencja — wyjawia nam coś o sobie. Księga Mądrości stwierdza na przykład, że zjawiska przyrodnicze, wielkie i piękne, są jak dzieła artysty, toteż przez analogię możemy dzięki nim poznać Sprawcę stworzenia (por. Mdr 13, 5). Cytując znaną w Średniowieczu i Odrodzeniu metaforę, możemy przyrównać świat przyrody do księgi napisanej przez Boga, którą odczytujemy z różnych punktów widzenia nauki (por. przemówienie do uczestników sesji plenarnej Papieskiej Akademii Nauk, 31 października 2008 r.). Dla iluż to bowiem uczonych, podobnie jak dla św. Alberta Wielkiego, inspiracją do prowadzenia badań były zachwyt i wdzięczność w obliczu świata, który w ich oczach ludzi nauki i wierzących jawił się i jawi jako dobre dzieło mądrego i pełnego miłości Stwórcy! Badania naukowe stają się wówczas hymnem pochwalnym. Dobrze to zrozumiał wielki astrofizyk naszych czasów Enrico Medi, którego proces beatyfikacyjny jest w toku, a który pisał: «O wy, tajemnicze galaktyki (…), widzę was, liczę, pojmuję, studiuję i odkrywam, zagłębiam się w was i tworzę zbiory. Z waszego światła tworzę naukę, z ruchu — mądrość, a z gry olśniewających kolorów — poezję; biorę was, gwiazdy, w moje dłonie i z drżeniem w jedności mojego bytu wznoszę was powyżej was samych, w modlitwie ofiaruję was Stwórcy, którego tylko za moim pośrednictwem wy, gwiazdy, możecie wielbić» (Dzieła. Hymn na cześć stworzenia).

    Św. Albert Wielki przypomina nam, że naukę i wiarę łączy przyjaźń i że powołanie do badania przyrody może być dla uczonych autentyczną i fascynującą drogą do świętości.

    O jego niezwykle otwartym umyśle świadczy również przedsięwzięcie, które z powodzeniem zrealizował, jakim było przyswojenie i ukazanie wartości myśli Arystotelesa. W czasach św. Alberta stawały się bowiem coraz powszechniej znane liczne dzieła tego wielkiego filozofa greckiego, żyjącego w IV w. przed Chr., zwłaszcza etyczne i metafizyczne. Dowodziły one siły rozumu, przenikliwie i precyzyjnie wyjaśniały sens i strukturę rzeczywistości, jej poznawalność, wartość i cel ludzkich działań. Św. Albert Wielki umożliwił recepcję filozofii Arystotelesa w filozofii i teologii średniowiecznej, a ostateczną formę tej recepcji nadał później św. Tomasz. Ta recepcja filozofii, powiedzmy sobie, pogańskiej, przedchrześcijańskiej stanowiła w tamtych czasach autentyczną rewolucję kulturalną. Jednakże wielu myślicieli chrześcijańskich obawiało się filozofii Arystotelesa, filozofii niechrześcijańskiej, przede wszystkim dlatego, że komentatorzy arabscy, za których pośrednictwem została przyjęta, interpretowali ją w taki sposób, że przynajmniej w niektórych punktach wydawała się całkowicie nie do pogodzenia z wiarą chrześcijańską. Powstał zatem dylemat: czy wiara i rozum są ze sobą sprzeczne, czy też nie?

    Na tym polega jedna z wielkich zasług św. Alberta: z naukowym rygorem przestudiował dzieła Arystotelesa, w przekonaniu, że wszystko, co rzeczywiście racjonalne, jest zgodne z wiarą objawioną w Piśmie Świętym. Innymi słowy, św. Albert Wielki przyczynił się w ten sposób do ukonstytuowania się filozofii jako autonomicznej dyscypliny, odrębnej od teologii i powiązanej z nią jedynie w jedności prawdy. W ten sposób w XIII w. doszło do wyraźnego rozdzielenia tych dwóch nauk, filozofii i teologii, które w harmonijnym dialogu razem odkrywają autentyczne powołanie człowieka, spragnionego prawdy i szczęścia: przede wszystkim teologia, nazwana przez św. Alberta «nauką uczuciową», ukazuje człowiekowi jego powołanie do radości wiecznej, do radości rodzącej się z pełnego przylgnięcia do prawdy.

    Św. Albert potrafił przekazywać te pojęcia w prosty i zrozumiały sposób. Będąc prawdziwym synem św. Dominika, głosił chętnie kazania ludowi Bożemu, który cenił go za nauki i przykład życia.

    Drodzy bracia i siostry, prośmy Pana, aby w świętym Kościele nie zabrakło nigdy uczonych, pobożnych i mądrych teologów, takich jak św. Albert Wielki, i aby pomógł każdemu z nas przyswoić sobie «formułę świętości», którą on realizował w swoim życiu: «Wszystko chcę chcieć na chwałę Boga, jak Bóg wszystko chce chcieć na swą chwałę», to znaczy utożsamiać się zawsze z wolą Bożą, by wszystko chcieć i czynić jedynie i zawsze na Jego chwałę.

    do Polaków:

    Drodzy bracia i siostry! Jutro przypada uroczystość Zwiastowania Pańskiego. W Polsce jest ona obchodzona również jako Dzień Świętości Życia. Tajemnica wcielenia odsłania szczególną wartość i godność ludzkiego życia. Bóg dał nam ten dar i uświęcił, gdy Syn stał się człowiekiem i narodził się z Maryi. Trzeba strzec tego daru od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Z całego serca jednoczę się z tymi, którzy podejmują różne inicjatywy na rzecz poszanowania życia i budzenia nowej społecznej wrażliwości. Niech wam Bóg błogosławi.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 5/2010/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 listopada

    Błogosławiona Maria Luiza Merkert, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Wawrzyniec z Dublina, biskup
      •  Święty Mikołaj Tavelić, męczennik
      •  Święty Józef Pignatelli, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Liccio, prezbiter
    Błogosławiona Maria Luiza Merkert

    Maria Luiza urodziła się 21 września 1817 r. w Nysie, w niemieckiej rodzinie mieszczańskiej. Jej rodzicami byli Karol Antoni Merkert i Barbara z domu Pfitzner. Dzień później została ochrzczona w nyskim kościele św. Jakuba i św. Agnieszki. W kolejnym roku, po śmierci ojca, rodzina zubożała. Maria, wraz z siostrą Matyldą, ukończyła katolicką szkołę dla dziewcząt w Nysie. Po śmierci matki w 1842 r. obie sprzedały skromny majątek i wraz z Franciszką Werner oraz Klarą Wolff poświęciły się pomocy opuszczonym chorym i bezdomnym w Nysie. Po mszy w dniu 27 września 1842 r. (dzień ten był wspomnieniem świętych Kosmy i Damiana, lekarzy-męczenników z III w.) złożyły przed obrazem Serca Pana Jezusa w nyskim kościele św. Jakuba i św. Agnieszki akt oddania – zobowiązały się nieść pomoc potrzebującym bez względu na wyznanie, narodowość i płeć.
    19 listopada 1850 r. Maria Merkert rozpoczęła w Nysie organizowanie Stowarzyszenia św. Elżbiety dla pielęgnacji opuszczonych chorych w ich własnych domach (ta troska o chorych pozostających bez opieki we własnych środowiskach jest charakterystyczna dla pierwszych elżbietanek). 4 września 1859 r. uzyskała dla stowarzyszenia zatwierdzenie diecezjalne. Heinrich Förster – biskup wrocławski – uznał stowarzyszenie za kongregację kościelną, a miesiąc później zatwierdził jej statuty. W tym też roku Maria Merkert została wybrana na pierwszą przełożoną generalną Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety. Funkcję tę pełniła przez 13 lat, aż do śmierci. 5 maja 1860 r. złożyła śluby zakonne: oprócz czystości, ubóstwa i posłuszeństwa – także posługi chorym i najbardziej potrzebującym. W Nysie wybudowała dom macierzysty, a pod jej kierownictwem powstało 90 domów zakonnych, 12 szpitali i wiele domów opieki aż w 9 diecezjach (chełmińskiej, gnieźnieńsko-poznańskiej, warmińskiej, wrocławskiej, Fulda, Ołomuniec, Osnabrück, Praga, Paderborn) i 2 wikariatach apostolskich (Saksonii i Szwecji). 7 czerwca 1871 r. papież Pius IX udzielił aprobaty założonemu przez nią zgromadzeniu.Zmarła w opinii świętości 14 listopada 1872 w Nysie. Pochowana została na tamtejszym Cmentarzu Jerozolimskim. W chwili śmierci matki założycielki zgromadzenie liczyło 465 sióstr w 87 domach.Obecnie jej doczesne szczątki spoczywają w marmurowym sarkofagu w kościele św. Jakuba i św. Agnieszki. Proces beatyfikacyjny przeprowadzono w latach 1985-1997. Dekret o heroiczności cnót ogłosił papież św. Jan Paweł II 20 grudnia 2004 r., a papież Benedykt XVI w czerwcu 2007 r. zatwierdził dekret o cudzie za wstawiennictwem Marii Merkert. Za cud konieczny do beatyfikacji zostało uznane uzdrowienie z gruźlicy jednej z elżbietanek, siostry Miry. 30 września 2007 r. w Nysie odbyła się uroczystość beatyfikacyjna, której przewodniczył delegat papieża Benedykta XVI, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Watykanie, kard. Jose Saraiva Martins. Na obrazie beatyfikacyjnym przedstawiono scenę oddania przez bł. Matkę Marię Mekert swoich butów ubogiej proszącej u furty klasztornej.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 listopada

    Święci
    Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn,
    pierwsi męczennicy Polski

    Zobacz także:
      •  Święty Mikołaj I Wielki, papież
      •  Błogosławiony Wincenty Eugeniusz Bosiłkow, biskup i męczennik
    Święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn

    W 1001 r. zaprzyjaźniony z księciem Bolesławem Chrobrym cesarz niemiecki Otton III zaproponował założenie na naszych ziemiach klasztoru, który głosiłby Słowianom Słowo Boże. Cesarz postanowił wykorzystać do zamierzonego dzieła swego krewniaka – biskupa Brunona z Kwerfurtu, wiernego towarzysza św. Wojciecha, znającego ziemie Słowian. Brunon wybrał do pomocy w przeprowadzeniu misji brata Benedykta.
    Benedykt z Petreum (ur. 970) pochodził z zamożnej włoskiej rodziny z Benewentu. Rodzice przeznaczyli go do stanu duchownego już jako małego chłopca. Liczyli na to, że zostanie kapłanem diecezjalnym. Benedykt wybrał jednak życie pustelnicze. Po pewnym czasie przyłączył się do św. Romualda. Zaprzyjaźnił się z innym pustelnikiem – starszym od niego o 30 lat Janem, mieszkającym na zboczu Monte Cassino.
    Jan z Wenecji (ur. 940) pochodził z rodziny patrycjuszów weneckich. Z dożą Piotrem I Orseolo potajemnie opuścił Wenecję, udając się do opactwa benedyktyńskiego w Cusan koło Perpignan. Ta decyzja stała się pewnego rodzaju sensacją. Obydwaj podjęli życie pustelnicze. Po pewnym czasie opuścili opactwo. Jan udał się do św. Romualda, tam zaprzyjaźnił się z Benedyktem. Odznaczał się stanowczością, skutecznością w działaniu i wysoką kulturą.Benedykt i Jan, po przybyciu na dwór Bolesława Chrobrego w początkach 1002 r., założyli pustelnię na terenie, który im podarował król – we wsi Święty Wojciech (obecnie Wojciechowo) pod Międzyrzeczem.
    Wkrótce dołączyli do nich Polacy możnego rodu (może nawet książęcego): żarliwi religijnie rodzeni bracia Mateusz i Izaak – nowicjusze, oraz Krystyn – klasztorny sługa, pochodzący prawdopodobnie z pobliskiej wsi.
    Szóstym zakonnikiem był Barnaba, który wraz z Benedyktem i Janem przybył do Polski z Włoch. Uniknął męczeństwa i według ustnej tradycji resztę życia spędził u kamedułów (spotyka się także informacje, że był to klasztor w Bieniszewie, ale to raczej mało prawdopodobne ze względu na czas powstania tamtej fundacji).
    Eremici zobowiązali się do pustelniczego trybu życia, a przede wszystkim do prowadzenia pracy misyjnej. Benedykt i Jan nauczyli się nawet języka polskiego. Cały czas jednak czekali na biskupa Brunona z Kwerfurtu. Miał on wraz z nimi przybyć do Polski, ale wyruszył do Rzymu po papieskie zezwolenie na prowadzenie misji. Tracący cierpliwość Benedykt wyruszył na spotkanie Brunona, ze względu jednak na zawieruchę polityczną, jaką wywołała śmierć cesarza Ottona III (w styczniu 1002 r.), postanowił wrócić do klasztoru, polecając dalsze poszukiwania Brunona młodemu mnichowi Barnabie. Posłaniec nie wracał. W listopadzie 1003 roku Benedykt i współbracia zaczęli odczuwać niepokój o niego. Nie dane im jednak było doczekać Barnaby.

    Święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn

    W nocy z 10 na 11 listopada 1003 r. zostali napadnięci przez zbójców i wymordowani. Pierwsze ciosy mieczem otrzymał Jan, po nim zginął Benedykt. Izaaka zamordowano w celi obok. Mateusz zginął przeszyty oszczepami, gdy wybiegł z celi w stronę kościoła. Mieszkający oddzielnie Krystyn próbował jeszcze bronić klasztoru, ale i on podzielił los towarzyszy. Prawdopodobnie powód napadu był rabunkowy, ponieważ zakonnicy otrzymali od Chrobrego środki w srebrze na prowadzenie misji.
    Kult męczenników zaczął się już od ich pogrzebu, na który przybył biskup poznański Unger. Wkrótce potem, w 1006 r., św. Brunon napisał “Żywot pięciu braci męczenników”. Są to pierwsi męczennicy polscy wyniesieni na ołtarze. W poczet świętych wpisał ich Jan XVIII. Patronują diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.
    Relikwie świętych znajdują się w wielu kościołach w Polsce, a także we Włoszech (Ascoli) i w Czechach, gdzie czczone są w katedrze św. Wita na Hradczanach.
    W ikonografii Pięciu Braci Męczenników przedstawianych jest w białych habitach kamedulskich. Atrybutem jest koło tortury.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 listopada

    Święty Jozafat Kuncewicz, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Teodor Studyta, opat
    ***
    Święty Jozafat Kuncewicz

    Jan Kunczyc (nazwisko zmienił później na Kuncewicz) urodził się w 1580 r. we Włodzimierzu Wołyńskim (na Ukrainie, wówczas w Rzeczypospolitej) w mieszczańskiej rodzinie prawosławnej. Ojciec był ławnikiem miejskim. Rodzice było ludźmi bardzo religijnymi.
    Wiele lat później Jan wspominał ważne wydarzenie z lat dziecinnych. Kiedy będąc z matką w cerkwi dowiedział się, czym był ofiara krzyżowa Jezusa, zauważył spadającą z krzyża iskrę i za chwilę poczuł, jak ta iskra przeniknęła do jego serca. Od tego momentu ukochał liturgię. Przez kolejnych 20 lat nie opuścił żadnego nabożeństwa w cerkwi.
    Początkowo uczęszczał do szkoły katedralnej w rodzinnym mieście, gdzie nauczył się czytania i pisania zarówno w języku staro-cerkiewno-słowiańskim, jak i w języku polskim. Później rodzice, którzy chcieli, by zajął się kupiectwem, wysłali go do Wilna, gdzie terminował u znajomego kupca Jacentego Popowicza. Tam zetknął się z unitami – katolikami obrządku wschodniego, którzy w Wilnie sprawowali liturgię w cerkwi Świętej Trójcy.
    Na wschodnich rubieżach ówczesnej Polski, które były terenami granicznymi między prawosławiem na Wschodzie a katolicyzmem na Zachodzie, żyło wielu unitów. Kościół greckokatolicki sprawuje kult w rycie bizantyńskim, jednak w pełni w zgodzie z nauką Kościoła łacińskiego i podlega papieżowi. Od czasu schizmy w 1054 r. wielokrotnie zawierane były unie, dzięki którym część prawosławnych wracała do Kościoła katolickiego. Niestety, w tamtych czasach religia była bardzo związana z polityką, dlatego unie te nie były trwałe.
    Na pograniczu Rzeczypospolitej i ziem ruskich już w 1257 r. dominikanie doprowadzili do pierwszej unii, która przetrwała do ujarzmienia Rusi przez najazd tatarski. Kolejne unie zawierane były w XV wieku. Największe znaczenie miała unia brzeska zawarta w roku 1596, czyli tuż przed przybyciem Jana do Wilna.
    Młody Kościół unicki był bardzo atakowany przez prawosławie, popierane przez Kozaków i Moskwę. Dochodziło wielokrotnie do czynów zbrojnych. Unici byli traktowani jako odstępcy od wiary i zdrajcy. Wojsko atakowało unickie cerkwie, a hierarchowie usiłowali osadzać duchownych prawosławnych w ich parafiach. Doszło nawet do tego, że w roku 1620 przybył do Polski potajemnie jerozolimski patriarcha prawosławny Teofanes i na miejsce biskupów unickich konsekrował prawosławnych: we Włodzimierzu, Przemyślu, Pińsku, Łucku, Chełmie i w Połocku. W Kijowie osadził biskupa prawosławnego na miejsce unickiego metropolity. Ci właśnie biskupi wszelkimi środkami zmuszali unitów do powrotu do prawosławia.

    Święty Jozafat Kuncewicz

    W takim trudnym okresie Jan zbliżył się do grekokatolików. Zaprzyjaźnił się z Genadijem Chmielnickim, studentem Seminarium Papieskiego w Wilnie, z Piotrem Arkadiuszem, uczonym grekokatolickim, bardzo zasłużonym dla unii, oraz z Janem Welaminem Rutskim, który w Rzymie ukończył Kolegium Ruskie i przystąpił do unii. Zetknął się także z jezuitami. Dzięki tym kontaktom poszerzył swoją wiedzę i wzrastał duchowo.
    W 1604 r. wstąpił do bazylianów (to jedyny w Polsce męski zakon obrządku greckokatolickiego) i złożył śluby w monasterze św. Jerzego. Od tego czasu nosił imię Jozafat. Aktu jego przyjęcia do zakonu dokonał sam metropolita unicki, Hipacy Pociej. Jako brat zakonny Jozafat kształcił się w niedawno założonej Akademii Wileńskiej, gdzie studiował filozofię, teologię, język starosłowiański i liturgię. W 1609 r. otrzymał święcenia kapłańskie i został magistrem nowicjatu. W roku 1613 powierzono mu funkcję przełożonego klasztoru i kościoła bazylianów w Wilnie, którą pełnił z wielkim zaangażowaniem. W latach 1614-1615 towarzyszył metropolicie halicko-kijowskiemu w podróży wizytacyjnej do Kijowa. Po drodze Jozafat zdołał pozyskać dla unii wojewodów połockiego i nowogrodzkiego oraz ufundować klasztor bazylianek w Krasnymborze.
    W roku 1617 został mianowany arcybiskupem Połocka po zmarłym właśnie tamtejszym metropolicie. Święcenia biskupie otrzymał 12 listopada 1618 w Wilnie, po czym wyruszył do Połocka, by odbyć ingres. Zapisał się w pamięci współczesnych jako niezwykły arcybiskup, który nosił stale habit zakonny, nigdy nie jadał mięsa, mieszkał w jednej izbie, którą dzielił jeszcze z pewnym bezdomnym. Dla siebie niczego nie potrzebował, natomiast troszczył się o podwładnych i walczył o przywileje dla duchowieństwa unickiego. Dbał o splendor nabożeństw liturgicznych, niezmordowanie głosił słowo Boże, przemawiał do ludu przy każdej okazji. Szczególną zaś opieką otoczył chorych i ubogich. Był zwolennikiem wczesnej i częstej Komunii świętej. Często wizytował placówki i kapłanów. Dla duchowieństwa ogłosił konstytucje, składające się z 48 przepisów postępowania oraz dodatkowo z 9 paragrafów dla tych, którzy by łamali prawo. Dla mniej wykształconych kapłanów ułożył katechizm jako podstawę do nauczania. Wprowadził obowiązek odprawiania codziennie Świętej Liturgii. Od swoich kapłanów żądał odmawiania brewiarza i comiesięcznej spowiedzi. Wysyłał do nich pisma wyjaśniające różnice między katolicyzmem a prawosławiem.
    Nie trudno się dziwić, że taka aktywność biskupa budziła niezadowolenie przeciwników unii z Kościołem rzymskim. Potężną kampanię przeciwko Jozafatowi wytoczył wspomniany już Teofanes, patriarcha Jerozolimy, który tajnie przybył jako delegat prawosławnego patriarchy Konstantynopola. Mianował biskupem prawosławnym Melecego Smotryckiego, który usiłował przekonać wiernych, że jest jedynym prawowitym biskupem na Białorusi. Pamiętać trzeba, że lud tych terenów był w większości niepiśmienny i z pewnością nie rozumiał sporów doktrynalnych. Prawosławni podgrzewali nastroje nacjonalistyczne i szkalowali abp Kuncewicza jako zdrajcę Cerkwi.
    Kiedy Jozafat musiał w roku 1621 udać się na sejm do Warszawy, wroga mu kampania tak dalece się wzmogła, że zastał po powrocie wzburzone przeciwko sobie wszystkie miasta. W końcu uknuto spisek na jego życie. W październiku 1623 roku udał się do swojej sufraganii do Witebska. Rankiem 12 listopada, zaraz po odprawieniu Mszy świętej, został napadnięty i zabity. Rozjuszony tłum rzucił się na rabunek mieszkania biskupiego, a samego metropolitę maltretowano w sposób okrutny. W końcu dobito go strzałem w głowę. Przed śmiercią Jozafat Kuncewicz miał jeszcze powiedzieć: “Dzieci, czemu napadacie na mój dom? Jeśli macie coś przeciwko mnie, to mnie macie”. Sponiewierane ciało Jozafata utopiono w Dźwinie.
    Męczeństwo Jozafata poruszyło całą Polskę katolicką. Wielu katolików teraz dopiero zrozumiało, czym jest unia. Natychmiast też rozpoczęto proces kanoniczny. Jozafat został beatyfikowany przez papieża Urbana VIII w 1643 r., kanonizowany w 1867 r. przez Piusa IX. Jest patronem diecezji siedleckiej i drohiczyńskiej, zakonu bazylianów, Rusi, Litwy i Wilna.
    Relikwie św. Jozafata przebyły prawdziwie tułaczą drogę. Były one składane w miastach Białorusi, na Litwie, w Polsce. W 1667 r. powróciły do Połocka, ale już w 1706 r. w obawie przed profanacją zostały umieszczone w Białej Podlaskiej. Po kanonizacji carat zażądał ukrycia relikwii. Zostały one przewiezione do Wiednia, a od 1949 r. spoczywają w bazylice św. Piotra w Watykanie. Relikwia lewej ręki św. Jozafata wraz ze skromnym pierścieniem biskupim znajduje się w bazylice Serca Jezusowego na Pradze w Warszawie. Z okazji 300-lecia męczeńskiej śmierci św. Jozafata w 1923 r. papież Pius XI wydał ku jego czci encyklikę Ecclesiam Dei admirabili.
    W ikonografii św. Jozafat Kuncewicz przedstawiany jest w stroju biskupim rytu wschodniego. Jego atrybutem jest topór.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 listopada

    Święty Marcin z Tours, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Jałmużnik, biskup
      •  Błogosławiona Alicja Kotowska, dziewica i męczennica
      •  Święta Wiktoria, dziewica i męczennica
    ***
    Święty Marcin z Tours

    Marcin urodził się ok. 316 r. w Panonii, na terenie dzisiejszych Węgier, w rodzinie pogańskiej. Jego ojciec był rzymskim trybunem wojskowym. Prawdopodobnie imię Martinus pochodzi od Marsa, boga wojny. Przez wieki powstało tak wiele życiorysów Marcina i legend, że dziś trudno ustalić fakty.
    Prawdopodobnie uczył się w Ticinium (Pawia). Mając 15 lat wstąpił do armii Konstancjusza II. Co do tego, ile lat służył w wojsku, hagiografowie toczą spory. Według jednych 25, inni podają, że tylko 5. Ale wydarzenie, które wszyscy czciciele wspominają, miało miejsce w okresie tej służby. Żebrakowi proszącemu o jałmużnę u bram miasta Amiens Marcin oddał połowę swej opończy. Następnej nocy ukazał mu się Chrystus odziany w ten płaszcz i mówiący do aniołów: “To Marcin okrył mnie swoim płaszczem”.
    Pod wpływem tego wydarzenia Marcin przyjął chrzest i opuścił wojsko, uważając, że wojowanie kłóci się z zasadami wiary. W innych życiorysach znajdujemy informację, że spotkanie z żebrakiem nastąpiło już po chrzcie; Marcin jako chrześcijanin nie mógł służyć w wojsku, dlatego musiał z niego wystąpić. Wielką troską Marcina było nawrócenie swoich rodziców, do którego doprowadził wkrótce po opuszczeniu armii. Następnie udał się do św. Hilarego, biskupa Poitiers (we Francji), stając się jego uczniem. Został akolitą, a następnie diakonem. Po pewnym czasie osiadł jako pustelnik na wysepce Gallinaria w pobliżu Genui, gromadząc wokół siebie wielu uczniów.

    Święty Marcin z Tours

    W 361 r. założył pierwszy klasztor w Galii – w Liguge. Dziesięć lat później, mimo jego sprzeciwu, lud wybrał go biskupem Tours. Ta data jest potwierdzona w dokumentach – sakrę biskupią otrzymał w roku 371. Jako pasterz diecezji prowadził nadal surowe życie mnisze, budząc sprzeciw okolicznych biskupów. Klasztory, które zakładał, łączyły koncepcję życia mniszego z pracą misyjną. Sam odbył wiele wypraw misyjnych. Rozpoczął chrystianizację prowincji galijskiej i prowadził ją w sposób bardzo systematyczny. Był znanym apostołem wsi. Jako były wojskowy nie zrażał się niepowodzeniami, ale konsekwentnie realizował wytyczone sobie zadania.
    Jeszcze za życia nazywany był mężem Bożym. Współczesny mu hagiograf Sulpicjusz Sewer zanotował wiele cudów wymodlonych przez biskupa Marcina, a także wielką liczbę nawróconych przez niego pogan. Sulpicjusz opisuje także zmagania tego misjonarza z duchami nieczystymi, które atakowały go tym częściej, im więcej dusz nawracał na wiarę chrześcijańską.
    Marcin zmarł 8 listopada 397 r. w Candes podczas podróży duszpasterskiej. Jego ciało sprowadzono Loarą do Tours i pochowano 11 listopada. Jako pierwszy wyznawca – nie-męczennik – zaczął odbierać cześć świętego w Kościele Zachodnim. Relikwie spoczywają w bazylice wzniesionej ku czci Świętego. Jest patronem Francji, królewskiego rodu Merowingów, diecezji w Eisenstadt, Mainz, Rotterburga i Amiens; dzieci, hotelarzy, jeźdźców, kawalerii, kapeluszników, kowali, krawców, młynarzy, tkaczy, podróżników, więźniów, właścicieli winnic, żebraków i żołnierzy.
    W ikonografii przedstawiany jest w stroju biskupa lub jako żołnierz oddający płaszcz żebrakowi. Jego atrybutami są: dzban, gęś na księdze, gęś u jego stóp, koń, księga, model kościoła, dwa psy lub żebrak u jego stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Wzór miłości braterskiej św. Marcina

    fot. Aleteia.pl

    ***

    Rozważanie Benedykta XVI przed modlitwą “Anioł Pański”, 11.11.2007

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś, 11 listopada, Kościół wspomina św. Marcina, biskupa Tours, jednego z najbardziej znanych i czczonych świętych europejskich. Urodził się w Panonii, na obszarze dzisiejszych Węgier, w rodzinie pogańskiej ok. r. 316. Ojciec wybrał dla niego karierę wojskową. Już we wczesnej młodości Marcin zetknął się z chrześcijaństwem i po pokonaniu wielu trudności znalazł się w gronie katechumenów przygotowujących się do chrztu. Otrzymał ten sakrament w wieku około 20 lat, lecz musiał jeszcze przez wiele lat pozostać w wojsku, gdzie postępował zgodnie ze swoim nowym wyborem życiowym: odnosił się do wszystkich z szacunkiem i zrozumieniem, swojego posługacza traktował jak brata i unikał wulgarnych rozrywek. Po zakończeniu służby wojskowej udał się do Poitiers we Francji, do świętego biskupa Hilarego. Został przez niego wyświęcony na diakona i kapłana, wybrał życie monastyczne i razem z kilkoma uczniami założył w Ligugé najstarszy znany w Europie klasztor. Ok. 10 lat później chrześcijanie z Tours, którzy zostali bez pasterza, obwołali go swym biskupem. Od tamtej pory Marcin z wielkim zapałem poświęcił się ewangelizacji wsi i formacji kleru. Choć przypisuje się mu różne cuda, św. Marcin znany jest przede wszystkim z uczynku miłości braterskiej. Kiedy był jeszcze młodym żołnierzem, spotkał na drodze ubogiego człowieka skostniałego i kulącego się z zimna. Wziął więc swój płaszcz, przeciął go mieczem na pół i jedną z części oddał owemu człowiekowi. W nocy ukazał mu się we śnie Jezus, okryty tym właśnie płaszczem.

    Drodzy bracia i siostry, miłosierny gest św. Marcina wynika z tej samej logiki, która skłoniła Jezusa do rozmnożenia chlebów dla zgłodniałych rzesz, a przede wszystkim do dania samego siebie jako pokarmu dla ludzkości w Eucharystii, będącej najwyższym znakiem miłości Boga, Sacramentum caritatis. Jest to logika dzielenia się z innymi, która w autentyczny sposób wyraża miłość bliźniego. Niech św. Marcin pomoże nam zrozumieć, że tylko wtedy, gdy wszyscy będziemy starali się dzielić z innymi, będzie można stawić czoło wielkiemu wyzwaniu naszego czasu, jakim jest konieczność budowania pokojowego i sprawiedliwego świata, w którym każdy będzie mógł żyć godnie. Może to nastąpić, jeśli przeważy w światowej skali model autentycznej solidarności, co pozwoli zapewnić wszystkim mieszkańcom planety żywność, wodę, niezbędną opiekę lekarską, a także pracę i zasoby energetyczne, jak również dostęp do dóbr kultury, wiedzy naukowej i technicznej.

    Zwracamy się teraz do Najświętszej Maryi Panny prosząc, aby pomagała wszystkim chrześcijanom stawać się na wzór św. Marcina wielkodusznymi świadkami Ewangelii miłości i niestrudzenie budować kulturę solidarnego dzielenia się z innymi.

    Po polsku Papież powiedział:

    Pozdrawiam serdecznie Polaków. Dzisiaj w Polsce obchodzicie Święto Niepodległości. Z tej okazji pragnę powtórzyć życzenie, wypowiedziane rok temu na zakończenie pielgrzymki do waszej ojczyzny: «Czuwajcie, trwajcie mocno w wierze, bądźcie mężni (…)! Wszystkie wasze sprawy niech dokonują się w miłości!» (1 Kor 16, 13-14). Z serca wam błogosławię.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 1/2008/Opoka.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Marcin z Tours

    René Lejeune

    ŚWIĘTY MARCIN Z TOURS – WZÓR EWANGELIZATORA

    EPOKA POKOJU
    W roku 313 cesarstwo rzymskie zawiera wreszcie pokój z Kościołem. Kończy się straszliwe i zdeprawowane widowisko aren oświetlonych żywymi ludzkimi pochodniami, mężczyzn i kobiet rzucanych na pastwę dzikich zwierząt pod lubieżnym spojrzeniem rozgorączkowanego tłumu, dziewcząt gwałconych przez oprawców zanim je zabito, prawo pogańskie bowiem zakazywało skazania na śmierć dziewic. Setki tysięcy chrześcijan zabito na tysiące sposobów: zatłuczono, powieszono, spalono, rozerwano, zmiażdżono, wyrwano im wnętrzności, pokawałkowano. W ciągu dwóch i pół wieku okrucieństwo cesarstwa przeszło wyobrażenie.
    Jednak im bardziej rzymska władza ich masakrowała, tym liczniejsi stawali się czciciele jedynego Boga, odrzucający kult imperatora traktowanego jak bóstwo. Sanguis martyrum, semen christianorum. Tak, naprawdę krew ogromnych tłumów męczenników była dobrem, zasiewem nowych i licznych pokoleń chrześcijan. Ostatnie krwawe prześladowanie wybuchło w r. 303, najbardziej gwałtowne ze wszystkich dotąd…
    Koniec był bliski: 28 października 312 r., Konstantyn, syn cesarza Konstansa i Heleny, służącej w chrześcijańskiej oberży, przeszedł ze swą armią przez Most Melwiusza i stawił czoła armii imperatora Maksencja. O zachodzie Konstantyn widzi płomienny krzyż, na którym wypisane są słowa: In hoc signum vinces. W tym znaku zwyciężysz. Pan historii nagle nadaje ludzkim losom nowy kierunek.
    Konstantyn, stawszy się imperatorem, nie zwleka z wyciągnięciem ręki do chrześcijan. Od marca 313 r. edykt mediolański wyznacza nową erę. Pokój konstantyński zapanuje w Cesarstwie. Tłum uczniów Chrystusa wychodzi z katakumb, spod ziemi, z kryjówek. Odtąd mogą żyć i w świetle dnia dawać świadectwo. Ewangelizacja ludów rozpoczyna się!

    CZYN ZAPISANY W ZŁOTEJ KSIĘDZE
    W 3 lata po edykcie mediolańskim rodzi się w Sabarii, w rzymskiej prowincji Pannonii (aktualnie: Węgry) – Marcin, syn rzymskiego żołnierza, dziecko pogańskiej rodziny. Nieco później ojciec zostaje przeniesiony do Pawii, w północnych Włoszech. Dziecko, przeniknięte w tajemniczy sposób łaską, doświadcza wewnętrznych wezwań. Przyciąga je religia chrześcijańska, którą widzi żywą i działającą wokół siebie. Mając 12 lat marzy o życiu na pustyni, wzorem wschodnich ascetów. Niestety, prawo wymaga, by ukończywszy 15 lat, syn żołnierza też służył w armii cesarskiej. Marcin (imię będące zdrobnieniem od Marsa – boga wojny) zostaje przeznaczony do gwardii cesarskiej, oddziału elitarnego czuwającego nad obszarami zagrożonymi przez barbarzyńców. Marcin wyjeżdża do Galii. Przyłącza się do garnizonu w Armiens. To tu rozegra się wspaniała scena, która zostanie zapisana w chrześcijańskiej złotej księdze miłosierdzia. Zdjęty litością na widok biedaka w łachmanach, drżącego z zimna w chłodzie północnego wiatru, u bram miasta, siedzący na koniu Marcin zdejmuje płaszcz i przeciąwszy go na pół, daje większą część nędzarzowi. Następnej nocy ma wizję, a może sen: Chrystus objawia mu się odziany w połowę jego płaszcza… Ten gest pomoże chrześcijanom nadchodzących wieków dojrzeć Jezusa we wszelkiej nędzy.

    DROGA WIARY
    W krótkim czasie po tym wydarzeniu Marcin przyjmuje chrzest. Odtąd całkowicie należy do Chrystusa. Musi jednak służyć w armii aż do końca wyznaczonego okresu. Opuści ją więc dopiero po 25 latach. W miarę jednak jak wzrasta w nim wiara, gaśnie duch żołnierski. Tuż przed ukończeniem służby ma wziąć udział w szturmie na Worms. Odmawia przelewu krwi i prosi cesarza o zwolnienie z udziału w tej akcji. Cesarz Julian traktuje go z wściekłością jak tchórza. Marcin prosi więc o umieszczenie go na czele nacierających, ale bez żadnej broni z wyjątkiem… krzyża. Tuż przed szturmem barbarzyńcy poddają się. Żołnierze przypisują Marcinowi ten nieoczekiwany „cud”.
    Mając 40 lat opuszcza armię. Udaje się do Poitiers. Słyszał opowiadania o biskupie Hilarym, wielkim świętym, obrońcy wiary katolickiej przed mnożącymi się biskupami ariańskimi. Ten odkrywa w Marcinie istotę rozpaloną wiarą, pragnie więc zatrzymać go przy sobie jako diakona. Marcin odmawia przyjęcia tego zaszczytu. Zgadza się jednak na pełnienie posługi egzorcysty. Życie nauczyło go jadowitości i podstępnego działania szatana i jego zastępów.

    ŚWIADEK CHRYSTUSA
    Dzięki snowi budzi się w nim dawne marzenie: doprowadzić rodziców, jeszcze żyjących, do Jezusa Chrystusa. Gdy święty Hilary, będący w Galii żelazem włóczni przeciw arianizmowi, agresywnemu i przeważającemu, zostaje zesłany na wygnanie do Frygii, Marcin udaje się do Illyricum. W drodze napadają go w Alpach bandyci. Jeden z nich nawraca się wstrząśnięty pokojem promieniującym z wędrowca.
    Przybywszy do domu nawraca matkę. Ojciec odmawia przyjęcia wiary chrześcijańskiej. Biskupi w Illyricum, oddani arianizmowi, zauważają w Marcinie żarliwego obrońcę boskości Chrystusa. Prześladują go i skazują na publiczne ubiczowanie. Po tym wydarzeniu Marcin udaje się do Italii. Przebywa w pustelni blisko Mediolanu. I tutaj biskup, który przyjął arianizm, wyrzuca go ze swego terytorium. Marcin znajduje więc schronienie na wysepce Gallinaria niedaleko Genui. Idąc za przykładem wschodnich ascetów odżywia się ziołami i korzonkami. Pewnego dnia spożył trującą roślinę. Bliskiego śmierci Marcina ocaliła jedynie modlitwa. W tym okresie dowiedział się, że biskup Hilary otrzymał pozwolenie na powrót do Galii. Wraca więc do Poitiers, gdzie Hilary przyjmuje go z otwartymi ramionami nie jako ucznia, lecz jako chwalebnego towarzysza swych walk z arianami.

    ŻYCIE MNICHA
    Marcin usuwa się do pustelni odległej o dwie godziny marszu od Poitiers. Przyłączają się do niego uczniowie. To początek wspólnoty, która uformuje klasztor w Liguge: pierwsza wspólnota zakonna w Galii. Pewnego dnia, podczas nieobecności Marcina, umiera tu młody katechumen. Po 3 dniach Marcin powraca. Wstrząśnięty żałobą uczniów modli się przed jego ciałem. Płacze gorzko i błaga Pana o przywrócenie mu życia. Młody człowiek powstaje z mar i opowiada o życiu w drugim świecie.

    GŁOS LUDU
    Marcin pozostaje w Liguge 15 lat. Oddaje się studiowaniu Biblii i głosi kazania w okolicznych miejscowościach. Jego sława sięga daleko, szczególnie od chwili, gdy za jego wstawiennictwem Pan przywrócił życie młodemu katechumenowi, a także niewolnikowi z sąsiedniej posiadłości. Dziwny plan rodzi się więc w umysłach chrześcijan w Tours. W r. 371 umiera ich biskup – Lidor. Dlaczegóż święty mnich nie miałby zająć jego miejsca? Przewidując jego odmowę posługują się pewną strategią… Jeden z mieszkańców błaga Marcina o modlitwę nad ciężko chorą żoną. Idąc za głosem dobrego serca mnich udaje się w drogę. Nagle otacza go tłum ludzi i prowadzi do Tours. Na nic się zda sprzeciw. Tam przyjmuje go wspólnota ogarniętych entuzjazmem chrześcijan, kapłanów i świeckich, prosząca go o przyjęcie godności biskupa. Odczytując ostatecznie w tych wydarzeniach wolę Bożą Marcin wreszcie przystaje. Nie jest jednak łatwo znaleźć biskupa, który zechce konsekrować tego mnicha o włosach długich i w nieładzie, mającego szaty brudne i zniszczone, z wyglądu niewiele wartego…

    BISKUP
    Marcin nie zwleka z ukazaniem się jako biskup władający z autorytetem, kochany, szanowany przez wiernych. Jest pokorny i serdeczny. Nadal jest ubogi. Mieszka w pustelni o pół godziny drogi pieszo od Tours. Dołączają się do niego uczniowie. Tak bierze początek klasztor w Marmoutier. Ustanawia w nim regułę życia opartą na modlitwie, ubóstwie i umartwieniu. Biskup przyjmuje w nim 80 dusz pragnących żyć jak on – święty. Przywdziewają zgrzebne burki. Każdy żyje w swoim domku, modląc się, rozmyślając, kopiując święte księgi. Marcin udaje się co dnia do katedry odprawić nabożeństwa. Pewnego dnia, w czasie Eucharystii wierni widzą promieniejącą aureolę… biskup właśnie dał biedakowi własną tunikę. Jego miłosierdzie jest niestrudzone. Wykupuje więźniów, wstawia się za skazanymi na śmierć, przemierza wioski diecezji, burzy świątynie pogańskie i demoniczne bożki, wycina święte gaje. Niezliczone znaki towarzyszą niestrudzonym wysiłkom ewangelizacyjnym tego pasterza dusz. Umacnia wiernych w wierze, osłabia wierzenia pogańskie i ariańskie herezje. Na miejscu zburzonych świątyń buduje kościoły i klasztory. Powoli w jego diecezji mnożą się miejsca święte, które biskup powierza swym kapłanom. Rośnie liczba powołań wokół niego i pod jego kierownictwem.

    CUDOTWÓRCA
    Sulpicjusz Sewer, biograf św. Marcina, potwierdza, iż sam był świadkiem wielu cudów. Oto kilka z nich z długiej listy. Wyprosiło je wstawiennictwo biskupa – cudotwórcy.
    Przybywszy pewnego dnia do pogańskiej wioski postanowił wyciąć ich święte drzewo. Prowadzeni przez ofiarnika mieszkańcy sprzeciwiają się temu. Przywiązany na własną prośbę do drzewa rosnącego obok tego, które ma być wycięte i zgodnie z prawami natury skazany na zmiażdżenie przez wycinane drzewo, święty ocalał, gdyż przewróciło się ono w drugą stronę. Wstrząśnięci cudem mieszkańcy pogańskiej wioski nawracają się.
    Innego dnia biskup podkłada ogień pod pogańską świątynię. Ogień z powodu wiatru zagraża sąsiedniemu domowi. Wspiąwszy się na jego dach Marcin błaga Niebo o oszczędzenie domu. Płomienie odwracają się.
    Kiedyś w podróży zaatakował go rozbójnik. Kiedy już miał przeszyć biskupa mieczem, upadł na wznak. Przerażony tym, uciekł.
    W Trewirze biskup uzdrawia umierającą, sparaliżowaną dziewczynkę. Wlał jej do ust kilka kropli poświęconego oleju.
    U bram Paryża biskup Marcin spotyka trędowatego – straszliwie zniekształconego. Bierze go w ramiona, całuje, a trąd znika.
    Wyrywając piekłu tak wielką liczbę dusz, Marcin staje się często pastwą ataków diabelskich. W Trewirze wygania demona ze sługi prokonsula Tetradiusza, a ten nawraca się.
    Wchodząc pewnego dnia do domu zauważa demona o straszliwym wyglądzie. Rozkazuje mu odejść, demon zaś zamiast to uczynić, bierze w posiadanie mężczyznę mieszkającego na tyłach domu. Nieszczęśnik zamienia się we wściekłe zwierzę, gotowe ukąsić każdego, kto się doń zbliży. Oburzony święty idzie w jego kierunku, wkłada mu do ust palce i woła do ducha nieczystego: „Jeśli masz jakąkolwiek moc, to ugryź tę rękę wyciągniętą nad tobą!” Demon ucieka jakby z ręki biskupa buchały płomienie.
    Blisko Chartres Marcin wyprasza u Pana powrót do życia zmarłego dziecka, z którym śpieszy do niego zapłakana matka. Towarzyszy jej tłum pogan. Wszyscy się nawracają.
    Gdy Marcin zauważa wyjątkowy opór ze strony pogan wobec wysiłków ewangelizacyjnych, ucieka się do ulubionej broni: pokuty. Ubiera się jedynie we włosiennicę, posypuje popiołem, modli się i pości przez trzy dni. Tak doprowadza do nawrócenia miejscowości Levroux, której mieszkańcy wzbogacili się niegodziwymi praktykami okultystycznymi. Po trzech dniach aniołowie nakazują mu powrócić do straszliwego miejsca. Mieszkańcy są jakby sparaliżowani. Marcin burzy ich świątynię i bożki. Wychodząc ze stanu odrętwienia poganie uznają w tych wydarzeniach znak Nieba i przyjmują wiarę chrześcijańską.

    WIEJSKI APOSTOŁ
    Biskupa – mnicha z Tours nie zadowala spacerowanie od pustelni do katedry. Widuje się go jak przemierza wioski, niosąc Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie. W poszukiwaniu dusz zniewolonych pogaństwem, przekracza granice swego terytorium. Widząc powodzenie jego misji, inni biskupi zapraszają go do diecezji. To właśnie św. Marcin z Tours rozpoczął ewangelizację wiosek.
    Przez trzy pierwsze wieki Kościół zyskał dla Chrystusa mieszkańców okręgów miejskich. Tworzyli go głównie ludzie prości, rzemieślnicy, kupcy, wyzwoleni niewolnicy. Wieśniacy i arystokracja byli – z rzadkimi wyjątkami – oporni na wiarę chrześcijańską. W wioskach pogaństwo było tak mocno zakorzenione, iż słowo paganus czyli wieśniak zaczęło oznaczać po prostu poganina. Ostatnim schronieniem pogaństwa była wieś. Związek z ziemią i naturą, wróżbiarstwo, magiczne zioła, rzucanie uroku, czarownice i magicy rozsiani byli licznie po wyizolowanych wioskach, żyjących we własnym świecie, sprzyjającym temu, co dziwne, cudowne, okultystyczne. Chrześcijaństwo zaś oznaczało radykalne zerwanie z tym wszystkim.
    Uzbrojony w wiarę, która góry przenosi, Marcin wnika w ten wrogi świat na grzbiecie osła lub muła. Potrafi mówić do ludzi, wzruszać prostych. W ślad za jego przejściem rodzą się wspólnoty chrześcijańskie. To prawda: Niebo wspiera go potężnie znakami, które mnożą się na jego drodze i potwierdzają prawdziwość jego orędzia. Idzie coraz dalej: Auvergne, Saintonge, dolina Rodanu, region Paryża. Wszędzie rozbrzmiewa echo głosu i wezwań żarliwego misjonarza. Marcin jest naprawdę apostołem Galii, przemierzającym jej regiony. I również dlatego, że przyjął nowe metody ewangelizacji. Idzie naprzód bez lęku, głosi Ewangelię z entuzjazmem, dobiera słowa w zależności od słuchaczy, do których się zwraca, wchodzi nawet na terytorium wrogie, nie waha się rzucać wyzwania poganom i niewierzącym, szturmuje Niebo, pozwala się zawsze prowadzić Duchowi. W przypadku silnego oporu ucieka się do postu i pokuty, oblegając Pana modlitwami i błaganiami. A wszystko to wymagało wiary całkowitej i doskonałej, niezłomnej więzi z Chrystusem, niewzruszonego zdecydowania. Takiej duszy Pan nie odmawia niczego. Duszy, która jest Jego narzędziem, Bóg udziela łask proporcjonalnie do zdania się na Niego. Jest słaby własną słabością, a jego skuteczność jest przejawem mocy Bożej. Oto tajemnica biskupa Marcina, ewangelizatora Galii i wzoru ewangelizacji. Biskup z Tours nie zajmuje się jedynie terenami wiejskimi, lecz otwiera też serce arystokracji na wiarę i miłosierdzie. Pod koniec jego życia, większość z 80 mnichów w Marmoutier to potomkowie arystokracji. Życie monastyczne nabiera cudownego rozmachu w czasie jego biskupstwa. Dwa tysiące mnichów i mniszek zgromadzi się na pogrzebie biskupa – cudotwórcy. Jego sława dotrze aż na krańce Imperium. Jego płomienne słowo, masowe nawrócenia, cuda i także ogromna dobroć i miłosierdzie dają go poznać wszędzie i we wszystkich środowiskach. Jeśli na początku kierowania diecezją imperator Walentynian przyjmuje go z niechęcią, wrogo doń nastawiony, to w 10 lat później imperator Maksym (383-88) odnosi się do niego z szacunkiem, a nawet ze czcią. W zachowaniu Marcina brak jest jakiegokolwiek schlebiania, w przeciwieństwie do postawy tak wielu biskupów – pochlebców. Pewnego dnia, gdy imperator podał mu swój kielich, aby go wyróżnić, zamiast mu go zwrócić po wypiciu, Marcin podaje go kapłanowi, który mu towarzyszył. Podkreślił tak niezwykłą wartość kapłaństwa i udzielił lekcji obecnym.
    Żyjąc na ziemi i dokonując na niej cudów, Marcin żyje już w pełni w Królestwie Bożym. Na ziemi działał całym sercem w służbie Zmartwychwstałego, w świętej obojętności wobec wszelkiej władzy lub znaku władzy czysto ziemskiej. Jego pokora zachwycała chrześcijan, jego dobroci jednak przeciwstawiali się możni, sprzymierzeńcy siły, nawet pomiędzy biskupami.

    MARCIN I SPRAWA PRYSCYLIANIZMU
    W czasie jego bytności w Trewirze została podniesiona sprawa herezji pryscylianizmu. Pryscylian, biskup Awilii, opierając się na doktrynie dość kruchej nauczał w profetycznym natchnieniu. Posługiwał się apokryfami, odrzucał Stary Testament i doktrynę Kościoła, sam żył w skrajnym ascetyzmie. Został skazany przez Synod w Saragossie (380), zaś jego potępienie potwierdził synod w Bordeaux (384). Nierozważnie biskup Pryscylian odwołał się do sądu cesarza. Marcin doradzał miłosierdzie oraz doprowadzenie Pryscyliana do zdrowego pojmowania wiary. Biskup z Tours osądzał też jako niestosowne ingerowanie ramienia świeckiego w wewnętrzne sprawy Kościoła. Pomimo interwencji Marcina sprawa zakończyła się tragicznie. Najbardziej nieubłagani biskupi kierują do cesarza Maksyma prośbę o przykładne ukaranie biskupa Pryscyliana. Zostaje on skazany na śmierć wraz z sześcioma towarzyszami. Rozwiązanie to zaprzecza Ewangelii i zadaje ciężki cios Kościołowi. Marcin z Tours zostaje przez tych samych biskupów oskarżony o sprzyjanie nieszczęsnemu Pryscylianowi. Tymczasem także święty biskup Mediolanu, Ambroży, jest zgorszony tą sprawą, tym bardziej, że cesarz Maksym miesza się odtąd częściej w sprawy Kościoła. Wysyła wojsko do Hiszpanii z misją przegonienia heretyków i wytępienia ich. Dowiadując się o tym Marcin spieszy ponownie do Trewiru. Maksym wymaga od niego jako dowodu poddania swej władzy, przyłączenia się do biskupów, którym przewodzi Hiszpan Itacjusz. Jego zatwardziałość dochodzi do okrucieństwa. Aby uniknąć najgorszego Marcin przystaje, jednak jego sumienie będzie rozdarte. Wzorem był mu Jezus cichy i serca pokornego.
    Małżonka cesarza, przeciwnie, przyjmuje go przy swoim stole. Usługuje mu stojąc, ze spuszczonymi oczyma, a radość z takiego współbiesiadnika maluje się na jej twarzy. Jest przy nim i Martą, i Marią. Słucha z zachwytem i zachowuje się jak służąca, z duszą ogarniętą wiarą.

    WIERNOŚĆ DO KOŃCA
    Powróciwszy do diecezji biskup Marcin osiągnął wiek zaawansowany, a wciąż i coraz mocniej daje dowody wyrozumiałości i współczucia. Pewnego dnia, idąc odprawić Mszę św. spotkał biedaka w łachmanach, drżącego z zimna. Nakazał archidiakonowi przyodziać go odpowiednio. Ten jednak nic nie znalazł. Biedak na nowo zwrócił się do świętego. Wtedy Marcin zdjął własne szaty i ubrał w nie nieszczęsnego człowieka.
    Nawet wobec najbliższych współpracowników, którzy zachowywali się nagannie, Marcin dał dowody miłosiernej życzliwości. Diakon Brice, którego przyjęto w bardzo młodym wieku w Marmoutier, zaczął prowadził rozwiązłe życie. Na biskupa rzucał zniewagi i oszczerstwa. Błagano Marcina, aby przegonił niegodziwca. Biskup odpowiedział: „Jezus znosił Judasza, a więc ja mogę znosić Brice’a”. Modlił się. Wstrząśnięty dobrocią swego biskupa i łaską wysłużoną przez modlitwy świętego, Brice nawrócił się i wszedł na drogę świętości. Cud tej łaski przeszedł wyobrażenie, bo to właśnie Brice stanie się następcą Marcina jako biskup Tours! Prawa Królestwa Bożego nie są prawami tego świata. Brice, dzięki dobroci Marcina, stał się nowym owocem przypowieści o synu marnotrawnym.
    Marcin niestrudzenie wykonuje swój apostolat. Jego miłosierdzie kruszy zatwardziałe serca. Życzliwy dla grzeszników, przyjmuje ich nawet w klasztorze. To sama dobroć i miłosierdzie. Szatanowi, który nie przestaje go dręczyć i doświadczać, powiedział jednego dnia: „Sądzę, że gdybyś zechciał przestać kusić ludzi i gdybyś mógł okazać skruchę za twe przeszłe zbrodnie, Bóg by ci wybaczył i okazał ci miłosierdzie…” Marcin pojął przepaść Bożego miłosierdzia…

    SCHYŁEK MISJI
    Biskup Tours osiągnął wiek wyjątkowy w jego epoce: 81 lat. W tym czasie wybucha kłótnia pomiędzy kapłanami w Candes, nad Loarą. On – narzędzie pokoju, udaje się tam, chcąc doprowadzić do zgody. Do końca był pasterzem czuwającym. Po wypełnieniu tej misji popada w chorobę. Jego uczniowie, którzy towarzyszyli mu w wielkiej liczbie, lamentują u stóp jego łoża, bojąc się, że śmierć odbierze im świętego biskupa. Chory zdaje się na wolę Boga. Kładzie się na ziemi. Uczniowie chcą mu zrobić posłanie ze słomy, ale on stwierdza: „Nie godzi się, żeby chrześcijanin umarł inaczej niż w popiele.” Bardzo cierpi. Leży na plecach, co potęguje jego dolegliwości. Uczniowie proszą, by położył się na boku. Marcin odpowiada: „Pozwólcie, moje dzieci, że będę patrzył raczej w niebo niż w ziemię, aby moja dusza odnalazła prostą drogę ku swemu Panu.” I demon trwa przy nim, czyhając na najmniejszą słabość duszy, która spustoszyła jego królestwo ciemności. „Cóż tu robisz? – dopytuje się święty. – Nie znajdziesz we mnie niczego, przeklęte stworzenie, co by należało do ciebie. Miłosierdzie Boże przyjmie mnie na łono Abrahama.” Olbrzym wiary przywołuje ojca wierzących nim wejdzie ostatecznie w pokój i radość Chrystusa. Zaledwie wypowiedział te słowa, oddał ducha Stwórcy, po życiu wypełnionym służbą Bogu. Na posłaniu z popiołu ma twarz rozpromienioną niewyrażalnym pokojem.
    11 listopada 397 św. Marcin z Tours zostaje złożony do grobu. Odtąd wierni napływają tłumie do jego grobu. Św. Brice, jego następca, buduje bazylikę, która staje się celem pielgrzymek chrześcijan ze wszystkich narodów. W maju 1562 roku kalwini palą jego relikwie. Udało się ocalić ramię i część czaszki. Płaszcz biskupi świętego, tak zwaną capellę przechowali Merowingowie, później Karolingowie, w oratorium. Capella św. Marcina użyczyła nazwy oratorium, zwanemu odtąd chapelle czyli kaplicą.
    Niezwykłą sławę tego świętego potwierdza wielka liczba miejscowości i kościołów noszących jego imię: blisko 500 miejscowości i około 4000 tysiące kościołów w samej Francji. Cały Zachód świadczy o tym kulcie, w Rzymie jest aż 7 kościołów, które obrały go za swego patrona.

    René Lejeune

    Przekł. z fr.: E. B.; Stella Maris (szwajcarskie pismo religijne Wydawn. du Parvis) nr 320, listopad 1996, str. 1-4; w: „Vox Domini” nr 9-10/97, str. 2-4

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Marcin z Tours – „święty niepodzielonego chrześcijaństwa”

    Sample

    fot. laiterie-de-verneuil.com

    ***

    11 listopada wspominamy św. Marcina. Jest on pierwszym świętym Kościoła zachodniego spoza grona męczenników. Postać świętego, a zwłaszcza scena jego dzielenia się połową płaszcza z żebrakiem, wielokrotnie inspirowały artystów. Czczą go chrześcijanie zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie, oprócz katolików, także prawosławni, ewangelicy i anglikanie.

    Ikonografia często bazuje na przełomowym wydarzeniu z życia świętego i podkreśla jego miłosierdzie. Jako żołnierz cesarza Konstancjusza jechał z rodzinnego domu do koszar. Gdy u bram miasta Ambianum (obecnie Amiens) ujrzał sponiewieranego i marznącego żebraka, nie mając ani pieniędzy, ani jedzenia, rozciął mieczem na pół swój płaszcz legionisty i dał go żebrakowi. Następnej nocy miał ujrzeć we śnie odzianego w tę połowę Chrystusa, który do otaczających Go aniołów powiedział: „To Marcin, zdążający do chrztu, okrył mnie swoim płaszczem”. Ten sen miał spowodować, że – według różnych wersji tej historii – w 339 r. Marcin przyjął chrzest i, zgodnie z ówczesnym zwyczajem, zrezygnował ze służby wojskowej.

    Przyszły święty urodził się ok. 317 w Panonii (dzisiejsze Węgry) i – podobnie jak jego ojciec – był żołnierzem, ale po przyjęciu chrztu porzucił służbę wojskową. Później przez dziesięć lat żył w pustelni na wyspie Gallimaria opodal Genui. Wkrótce zgromadził wokół siebie kilkudziesięciu mnichów, z którymi wspólnie założył najstarszy klasztor w Galii. Słynął z cnoty, ascetycznego życia a także z cudów.

    W 371 r. – wbrew jego woli – wierni wybrali go na biskupa Tours. W dalszym ciągu jednak prowadził życie mnisze w klasztorze w pobliskim Marmoutier, przewodząc w nim zgromadzeniu osiemdziesięciu zakonników. Był bardzo surowy dla siebie, a wyrozumiały dla innych. Potępiał błędy heretyków, ich samych natomiast bronił przed surowymi karami. W tym duchu zwalczał m.in. Itacjusza z Ossanowy, który domagał się kary śmierci dla heretyków.

    Marcin zmarł 8 listopada 397 r. w czasie wizyty parafii w niewielkiej miejscowości Candes nad Loarą. Pochowano go 11 listopada w katedrze w Tours. Ten dzień jest od V wieku liturgicznym wspomnieniem tego świętego.

    Kult św. Marcina zaczął się szerzyć bardzo szybko najpierw we Francji i – od połowy VI w. – w całej ówczesnej Europie chrześcijańskiej. Jego grób i samo miasto stały się wówczas miejscem pielgrzymkowym, przy czym przez długie wieki zajmowało ono drugie miejsce w Kościele zachodnim po miejscach świętych w Jerozolimie. Został pierwszym świętym, który nie był męczennikiem. Przez ponad 1000 lat królowie Francji oddawali się w opiekę św. Marcinowi. W późnym średniowieczu w kraju było ponad 3 600 kościołów pod jego wezwaniem. Nazwisko Martin jest jednym z najpopularniejszych we Francji.

    Postać świętego, a zwłaszcza scena jego dzielenia się połową płaszcza z żebrakiem, wielokrotnie inspirowały artystów. Malowali go m.in. Carpaccio (1456-1526), El Greco (1541-1614) i liczni inni twórcy. Często jest przedstawiany jako rycerz na białym koniu, rzadziej jako biskup z hostią. Imię świętego obrało sobie pięciu papieży, a ostatni z nich – Marcin V (1417-31) został wybrany 11 listopada.

    Bogate zwyczaje „marcińskie”

    We wczesnym chrześcijaństwie dzień św. Marcina miał charakter podobny do Środy Popielcowej. W czasach przedchrześcijańskich tego dnia rozpoczynała się zima, był to też termin płacenia podatków i początek nowego roku gospodarczego. Tego dnia m.in. uroczyście próbowano nowe wino.

    Do dziś w różnych częściach Niemiec i Austrii odbywają się pochody dzieci z „lampionami św. Marcina”, prowadzące do „ogniska św. Marcina”. Dzieciom towarzyszy rycerz ubrany w rzymski hełm i purpurowy płaszcz, mający przypominać żołnierza Marcina i jego dobre czyny.

    Gdy późną jesienią następuje lekkie ocieplenie, Francuzi nazywają to „latem Marcina”. Wiąże się to z inną legendą, według której gdy ciało Marcina wieziono statkiem po Loarze z miejsca jego śmierci – Candes-Saint-Martin – do Tours, z jesiennego snu obudziła się przyroda i nieoczekiwanie całe nadbrzeżne łąki okryły się kwiatami.

    W Poznaniu 11 listopada wypiekane są specjalne „Marcinowe” słodkie rogale wypełnione masą z białego maku. Na najstarszej ulicy miasta – św. Marcinie – odbywa się uroczysta parada, której przewodzi rycerz na siwym koniu.

    Gęsi na św. Marcina

    „Gęś św. Marcina” jest tradycyjną potrawą we Francji, Austrii i w Niemczech: w Kolonii na przykład spożywa się 11 listopada pieczoną gęś nadziewaną jabłkami, rodzynkami i kasztanami. W Szwecji św. Marcin jest patronem gastronomów z południa tego kraju. W Skanii już w przeddzień jego dnia przy „świętomarcinowej” gęsi zbierają się wieczorem w restauracjach całe rodziny i grupy przyjaciół.

    We Francji spożywanie w dniu św. Marcina potraw z gęsi połączone jest z degustacją rocznych win.

    “Via Sancti Martini”

    W 2005 roku wiodącą przez cały kontynent europejski pielgrzymkową „drogę św. Marcina” (“Via Sancti Martini”) Rada Europy ogłosiła „drogą kultury”. Łączy ona miejsce urodzenia z grobem narodowego świętego Franków w jego mieście biskupim – Tours. Drogę wyznaczają ciemnoczerwone tablice z żółtym krzyżem i pieczęcią Rady Europy. Choć „droga św. Marcina” nie jest tak popularna jak szlaki św. Jakuba do Santiago de Compostela, jednak systematycznie ich sieć się rozwija.

    Drogi te łączą jego miejsce urodzenia – Szombathely na Węgrzech z bazyliką św. Marcina w Tours, gdzie czczone są jego doczesne szczątki. Z Węgier droga prowadzi przez Maribor i Lublanę w Słowenii, a stamtąd przez Treviso i Wenecję do Mediolanu, następnie w Dolinę Aosty i na tzw. małej przełęczy św. Bernarda przecina główny grzbiet Alp. Po stronie francuskiej prowadzi przez centrum sportów zimowych Albertville i Lyon do Tours. Cała trasa łączy wiele miejsc, związanych ze św. Marcinem.

    Od kilku lat coraz większą popularnością cieszy się druga „Via Sancti Martini” – północny szlak do Tours. Prowadzi on z Szombathely przez Wiedeń i Linz do Niemiec, gdzie przebiega przez Bawarię, Badenię-Wirtenbergię i Nadrenię Palatynat. Z Trewiru Droga św. Marcina ciągnie się przez Luksemburg, Reims, Paryż, Chartres do Tours.

    e-Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 listopada

    Święty Leon Wielki, papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Andrzej Avellino, prezbiter
    ***
    Święty Leon Wielki

    Leon urodził się około 400 r. w Toskanii. Był synem Kwintyniana. Papież Celestyn I mianował go archidiakonem około roku 430. Od młodości wyróżniał się tak wielką erudycją i zdolnościami dyplomatycznymi, że nawet jako zwykły akolita wysyłany był przez papieża do ważnych misji. Na jego polecenie udał się m.in. z poufną misją do św. Augustyna, biskupa Hippony. Kiedy w 440 r. przebywał z misją pokojową w Galii, wysłany tam przez cesarzową Gallę Placydię, został obrany papieżem po śmierci Sykstusa III. Po powrocie do Rzymu został konsekrowany 29 września 440 r., rozpoczynając swoje ponad 21-letnie kierowanie Kościołem.
    Jego pontyfikat przypadł na czasy licznych sporów teologicznych i zamieszania pośród hierarchii kościelnej. Musiał zwalczać liczne herezje oraz tendencje odśrodkowe, podejmowane przez episkopaty Afryki Północnej i Galii. To wtedy Pelagiusz głosił, że Chrystus wcale nie przyniósł odkupienia z grzechów, a Nestoriusz twierdził, że w Jezusie mieszkały dwie osoby. Poprzez swoich legatów brał udział w soborze w Chalcedonie (451), który ustalił najważniejsze elementy doktryny chrystologicznej. W dogmatycznym liście do biskupa Konstantynopola, tzw. “Tomie do Flawiana”, odczytanym w Chalcedonie, Leon I rozwinął naukę o dwóch naturach w Chrystusie. Sobór Chalcedoński przyjął wiarę w jednego Chrystusa w dwóch naturach, obu niezmiennych i nieprzemieszczalnych, ale także nierozdwojonych i nierozdzielnych, tworzących jedną osobę. Tekst ten ojcowie soborowi przyjęli przez aklamację, a z zachowanych dokumentów wiemy, że zawołali wtedy: “Piotr przemówił przez usta Leona”.
    Papież Leon wprowadził zasadę liturgicznej, kanonicznej i pastoralnej jedności Kościoła. Za jego czasów powstały pierwsze redakcje zbiorów oficjalnych modlitw liturgicznych w języku łacińskim. Powiązał liturgię z codziennym życiem chrześcijańskim; np. praktykę postu z miłosierdziem i jałmużną. Nauczał, że liturgia chrześcijańska nie jest wspomnieniem wydarzeń minionych, lecz uobecnieniem niewidzialnej rzeczywistości. W jednej z mów podkreślał, że Paschę można celebrować w każdym okresie roku “nie jako coś, co przeminęło, ale raczej jako wydarzenie dziś obecne”.
    Leon przyczynił się do uznania prymatu stolicy Piotrowej zarówno przez cesarza zachodniego Walentyniana III, jak i przez Konstantynopol. Cesarz Walentynian III (425-455) ogłosił edykt postanawiający, że zarządzenia Stolicy Apostolskiej muszą być uważane za prawo; oznaczało to prymat jurysdykcyjny biskupa rzymskiego. Bronił Italię i Rzym przed najazdami barbarzyńców. Wyjechał naprzeciw Attyli, królowi Hunów, i jego wojskom, wstrzymał ich marsz i skłonił do odwrotu (452). W trzy lata później podjął pertraktacje ze stojącym u bram Rzymu Genzerykiem, królem Wandalów. Niestety, król nie dotrzymawszy umowy złupił Wieczne Miasto. Papież ten wsławił się także działalnością charytatywną oraz zdecydowanym przeciwstawianiem się praktykom pogańskim czy wpływom sekty manichejczyków.
    Leon był obrońcą kultury zachodniej. Jako pierwszy papież otrzymał przydomek “Wielki”. Zmarł 10 listopada 461 r. w Rzymie. Został pochowany w portyku bazyliki św. Piotra. Zachowało się po nim ok. 150 listów i prawie 100 mów wygłoszonych do mieszkańców Rzymu podczas różnych świąt. Pozwalają one poznać wiedzę teologiczną papieża oraz ówczesne życie liturgiczne. W roku 1754 Benedykt XIV ogłosił go doktorem Kościoła. Jest patronem muzyków i śpiewaków.
    W ikonografii św. Leon Wielki przedstawiany jest w szatach papieskich i w tiarze, czasami w szatach liturgicznych rytu wschodniego lub jako papież piszący. Jego atrybutami są: księga, kielich oraz orszak z półksiężycem, któremu zastępuje drogę.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ——————————————————————————————————-


    9 listopada

    Rocznica poświęcenia bazyliki laterańskiej

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Joanna z Signy
    ***
    Bazylika św. Jana na Lateranie

    Wiele osób sądzi, że najważniejszym kościołem papieskim jest bazylika św. Piotra na Watykanie. Nie jest to prawdą. To bazylika świętego Jana na Lateranie jest kościołem katedralnym papieża. Odegrała ona doniosłą rolę w historii chrześcijaństwa i dlatego Kościół obchodzi specjalny dzień, przypominający moment jej poświęcenia. Bazylika ta jest jedną z czterech bazylik większych Rzymu. Nazwa tego miejsca pochodzi od nazwiska starożytnych posiadaczy tych ziem. Cesarz Neron pod pozorem spisku zgładził Plantiusa Laterana i zagarnął jego pałac. Konstantyn Wielki pałac ten podarował papieżowi św. Sylwestrowi I (314-335). Do roku 1308 był on rezydencją papieży. Gdy w 313 r. cesarz Konstantyn Wielki wydał edykt pozwalający na oficjalne wyznawanie wiary chrześcijańskiej, kazał wybudować obok pałacu okazałą świątynię pod wezwaniem Chrystusa Zbawiciela, św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty. Stała się ona pierwszą katedrą Rzymu, a przylegający do niej pałac – siedzibą papieży. Jej poświęcenia dokonał papież św. Sylwester I w dniu 9 listopada 324 r.
    W ciągu kilku wieków panowało tu 161 papieży i odbyło się pięć soborów powszechnych. Bazylika na Lateranie przestała być siedzibą papieży od czasów niewoli awiniońskiej na początku XIV w. W 1377 r. papież Grzegorz IX przeniósł swą siedzibę do Watykanu.Do dziś bazylika laterańska zachowuje swe wyjątkowe znaczenie. W odróżnieniu od trzech pozostałych rzymskich kościołów patriarchalnych przysługuje jej tytuł arcybazyliki; każdy nowo wybrany biskup Rzymu udaje się do niej w uroczystej procesji. Nad wejściem do świątyni znajduje się łaciński napis, który najlepiej oddaje wagę i rolę tego miejsca:Mater et Caput omnium Ecclesiarum Urbis et Orbisto znaczy: Matka i Głowa wszystkich kościołów Miasta i Świata. Tu właśnie papieże odprawiali Mszę na rozpoczęcie Wielkiego Postu. Tu w Niedzielę Palmową stawia się łuk triumfalny na przyjęcie Króla męczenników. Tu papież odprawia Mszę świętą w Wielki Czwartek na pamiątkę Ostatniej Wieczerzy.Bazylika św. Jana na Lateranie jest nieco tylko mniejsza rozmiarem od Bazyliki św. Piotra i od Bazyliki św. Pawła za Murami. Wnętrze bazyliki jest podzielone kolumnami na pięć naw. Imponujący jest fronton bazyliki z 15 potężnymi figurami u szczytu (każda o wysokości 7 m): Chrystusa, św. Jana Chrzciciela, św. Jana Apostoła i doktorów Kościoła. Z balkonu, który jest umieszczony w centrum frontonu Bazyliki, papieże udzielali ludowi błogosławieństwa apostolskiego. Do wnętrza bazyliki prowadzi pięć potężnych wejść. W nawie głównej stoją także potężne posągi 12 Apostołów i ważniejszych proroków. W nawach bocznych są nagrobki papieży. Za konfesją, czyli za ołtarzem głównym, pod baldachimem, gdzie tylko papież odprawia Mszę świętą, znajduje się bogate prezbiterium, a przy jego końcu przy ścianie na stopniach stoi tron papieski z białego marmuru, wysadzany drogimi kamieniami tworzącymi artystyczne mozaiki.
    Do bazyliki dobudowane jest baptysterium, czyli osobna kaplica z basenem (tzw. pisciną), gdzie katechumenom udzielano chrztu przez zanurzenie. Kaplica nosi imię Konstantyna, gdyż są w jej wnętrzu obrazy, przedstawiające żywot tego właśnie cesarza. Obok bazyliki znajduje się osobny budynek wybudowany na polecenie papieża Systusa V w 1589 r., w którym znajdują się “Święte Schody” (scala sancta). Według podania są to kamienne stopnie, po których Chrystus szedł na sąd do Piłata. Przywiezione zostały one z Jerozolimy do Rzymu w roku 326 przez św. Helenę, matkę cesarza Konstantyna I. Te schody pobożni pątnicy tak wytarli kolanami, że powstały w nich głębokie wyżłobienia.Dla pozostałych trzech bazylik rzymskich obchodzimy jedynie wspomnienie (na przykład dla bazylik św. Piotra i św. Pawła – 16 listopada). Dzisiejszy obchód ma jednak rangę święta, a więc taką, jaka przysługuje parafianom każdej świątyni na świecie w dniu rocznicy jej poświęcenia. Bazylika laterańska, jako katedra papieża, jest parafią nas wszystkich, dlatego jako cały Kościół obchodzimy dziś święto.
    Początkowo rocznicę poświęcenia bazyliki obchodzono tylko w Rzymie. Potem, za sprawą augustiańskich mnichów, święto zaczęto obchodzić także w innych miejscach. Na stałe do kalendarza liturgicznego weszło ono za sprawą papieża św. Piusa V, który kazał umieścić je w swoim mszale wydanym w 1570 roku. W nowym kalendarzu rzymskim zmieniono dotychczasową nazwę święta “dedykacja arcybazyliki Najświętszego Zbawiciela” na “rocznicę poświęcenia bazyliki laterańskiej”.Teksty liturgiczne kierują naszą uwagę na ważną tajemnicę. Kościół chce dziś wyrazić swoją wielką wdzięczność za wszystkie świątynie, jakie zostały przez jego wiernych i dla jego wiernych wystawione. Każdy kościół to dom Boży w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie – jak to jest w innych religiach – jedynie dom modlitwy. Kościół zwraca nam uwagę, że wszyscy jesteśmy żywym domem Bożym. Podobnie jak z poszczególnych kamieni czy cegieł składa się budowla gmachu kościoła, tak i z wiernych składa się Chrystusowy Kościół. Bazylika laterańska była pierwszą na świecie katolicką świątynią, w sposób uroczysty dedykowaną Panu Bogu. Wcześniej świątynie chrześcijańskie były przekształconymi dla celów kultu Chrystusa świątyniami pogańskimi.
    W to święto stajemy wobec tajemnicy Kościoła, którego fundamentem jest Jezus Chrystus, a opoką – Piotr. Przypominamy sobie o mocnej więzi Kościołów lokalnych ze Stolicą Apostolską.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 listopada

    Błogosławiony
    Jan Duns Szkot, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, dziewica
      •  Święty Godfryd z Amiens, biskup
      •  Święty Adeodat I, papież
      •  Święci Czterej Koronowani, męczennicy
    ***
    Błogosławiony Jan Duns Szkot

    Jan nazywany jest Dunsem, ponieważ urodził się niedaleko miasteczka o takiej nazwie, pod koniec 1265 roku. Jego ojczyzną jest Szkocja i jej imię także weszło do jego przydomka.
    W 1280 roku Jan wstąpił do franciszkanów. Przykład i inspirację do tego kroku dał mu stryj Eliasz Duns. 17 marca 1291 roku Jan otrzymał święcenia w angielskim Northhampton. Przełożeni wysłali go następnie do Paryża, gdzie miał uzupełnić studia rozpoczęte na uniwersytecie w Oksfordzie. Decyzja ta pokazuje, że Jan musiał cechować się wybitną inteligencją, skoro zasłużył na takie wyróżnienie. Paryż był wówczas niezwykle żywym ośrodkiem uniwersyteckim. Po zdobyciu pierwszych stopni akademickich – nauczał. Po pewnym czasie powrócił znowu do Anglii, by nauczać w szkołach franciszkańskich. To z tego okresu pochodzi jego pierwsze dzieło Ordinatio. Wtedy też powoli zaczęła się jego sława jako europejskiego teologa średniowiecznego, która trwa do dziś. Papież Paweł VI przyrównał teologię Jana Dunsa do katedry gotyckiej: obok potężnych i harmonijnych struktur św. Tomasza z Akwinu i innych mistrzów, myśliciele średniowiecza zauważali, jak “na trwałych podstawach i ze śmiałymi pinaklami (strzelistymi wierzchołkami) wznosiła się żarliwa refleksja Jana Dunsa Szkota”.
    Następne lata życia Jana Dunsa Szkota to podróże po europejskich uniwersytetach, nauczanie coraz to nowych studentów i kolejne osiągnięcia naukowe, m.in. w Cambridge, Oksfordzie i Paryżu. W 1304 roku został w paryskim studium franciszkańskim “mistrzem regentem”, czyli dyrektorem teologicznego studium braci. Na kartach swego dzieła De prima principio modlił się: “O Panie, Stworzycielu świata, udziel mi łaski wiary, zrozumienia i uwielbiania Twego majestatu i wznieś mego ducha ku kontemplacji Ciebie”. Ze względu na wysublimowanie i delikatność myśli zwany był “doktorem subtelnym”.
    Po kilku latach napięcia polityczne (proces przeciwko templariuszom) sprawiły, że przełożeni przenieśli go do spokojnej Kolonii, gdzie miał kierować studium braci. W czasie pełnienia tej posługi zmarł 8 listopada 1308 roku. Miał wówczas 43 lata. Jego życie streszcza sentencja: “Szkocja mnie zrodziła, Anglia mnie przygarnęła, wykształciła mnie Francja, strzeże mnie Kolonia”.

    Błogosławiony Jan Duns Szkot

    Jan Duns Szkot był zwolennikiem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Argumentował, że Chrystus, jako doskonały Pośrednik, mógł i chciał wybawić swoją Matkę nie tylko od grzechu śmiertelnego, nie tylko od grzechu powszedniego, ale także od grzechu pierworodnego. Najdoskonalszy Pośrednik jest w stanie sprawić najdoskonalszy czyn pośrednictwa na rzecz osoby, dla której jest Pośrednikiem; najdoskonalszym pośrednictwem jest zaś zachowanie od grzechu pierworodnego. To, że się tak stało, można poznać po owocu łona Maryi. Jan Duns z wielką mocą głosił tajemnicę Wcielenia Słowa i był żarliwym obrońcą prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Jako jeden z nielicznych wówczas teologów, odważnie i zdecydowanie bronił bezgrzeszności Maryi, Matki Jezusa Chrystusa, stając się dla potomnych Doktorem maryjnym. Kościół katolicki ogłosił w 1854 r. naukę o Niepokalanym Poczęciu Maryi jako dogmat wiary. W filozofii Duns Szkot głosił prymat abstrakcji nad bytem rzeczywistym. Według niego przedmiotem metafizyki jest byt jako byt, czyli najogólniejsza natura ujmowana aktem intelektu, który przenika przez wszystkie warstwy konkretu i dociera do bytu.
    Kongregacja ds. Beatyfikacji i Kanonizacji, dekretem zatwierdzonym przez Pawła VI w 1972 r., stwierdziła, że pisma Dunsa Szkota nie zawierają błędów przeciw wierze i moralności i zezwoliła na prowadzenie procesu na drodze badań historycznych. Po dokładnych badaniach życia i dziejów kultu sługi Bożego przeprowadzonych przez historyków i teologów, Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych 6 lipca 1991 r. wydała dekret stwierdzający heroiczność jego cnót i dawność kultu. Papież św. Jan Paweł II ogłaszając go uroczyście błogosławionym w dniu 20 marca 1993 r., określił Jana Dunsa Szkota jako “piewcę Słowa wcielonego i obrońcę Niepokalanego Poczęcia”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Bł. Jan Duns Szkot

    Bł. Jan Duns Szkot

    fot. Grzegorz Gałązka/galazka.deon.pl

    ***

    Katecheza Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 7.07.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dziś rano chcę wam przedstawić następną ważną postać w historii teologii: jest nią błogosławiony Jan Duns Szkot, który żył pod koniec XIII w. Stary napis na jego grobie przedstawia geograficzne tło jego życia: «Anglia go przyjęła; Francja go wykształciła; Kolonia w Niemczech przechowuje jego doczesne szczątki; w Szkocji się urodził». Nie możemy lekceważyć tych informacji, również z tego powodu, że o życiu Dunsa Szkota wiemy niewiele. Urodził się prawdopodobnie w 1266 r. w wiosce, która nazywała się Duns, w pobliżu Edynburga. Pociągał go charyzmat św. Franciszka z Asyżu, toteż przyłączył się do rodziny Braci Mniejszych i w 1291 r. przyjął święcenia kapłańskie. Obdarzony błyskotliwą inteligencją i skłonnością do myślenia spekulatywnego — ze względu na tę inteligencję tradycja nadała mu tytuł Doctor subtilis, «Doktor subtelny» — Duns Szkot został skierowany na studia filozoficzne i teologiczne na sławnych uniwersytetach w Oksfordzie i w Paryżu. Po pomyślnym zakończeniu formacji zaczął wykładać teologię na uniwersytetach w Oksfordzie i w Cambridge, a potem w Paryżu oraz komentować Sentencje Piotra Lombarda, jak wszyscy mistrzowie tamtej epoki. Zasadnicze dzieła Dunsa Szkota stanowią właśnie dojrzały owoc tych wykładów, a ich tytuły pochodzą od miejsc, w których przebywał: Ordinatio — w przeszłości nazywana Opus Oxoniense (Oxford), Reportatio Cantabrigiensis (Cambridge), Reportata Parisiensia (Paryż). Do nich należy dodać przynajmniej Quodlibeta (albo Quaestiones quodlibetales), dosyć ważne dzieło, składające się z 21 «kwestii» dotyczących różnych tematów teologicznych. Duns Szkot opuścił Paryż, po wybuchu poważnego konfliktu między królem Filipem IV Pięknym i papieżem Bonifacym VIII — wolał raczej dobrowolne wygnanie niż podpisać dokument wrogi wobec papieża, co król narzucił wszystkim zakonnikom. I tak — z miłości do Stolicy Piotrowej — razem z braćmi franciszkanami opuścił kraj.

    Drodzy bracia i siostry, ten fakt sprawia, że przypominamy sobie, ile razy w dziejach Kościoła wierzący spotykali się z wrogością, a nawet byli prześladowani z powodu wierności i oddania Chrystusowi, Kościołowi i papieżowi. Patrzymy wszyscy z podziwem na tych chrześcijan, którzy uczą nas strzec, jako cennego dobra, wiary w Chrystusa oraz komunii z Następcą Piotra i Kościołem powszechnym.

    W każdym razie między królem francuskim i następcą Bonifacego VIII dosyć szybko znów zapanowały przyjazne stosunki, i Duns Szkot mógł w 1305 r. powrócić do Paryża, gdzie wykładał teologię jako Magister regens. Przełożeni wysłali go następnie do Kolonii jako profesora franciszkańskiego studium teologicznego, lecz zmarł 8 listopada 1308 r. w wieku zaledwie 43 lat, pozostawiając znaczną liczbę ważnych dzieł.

    Ze względu na sławę świętości, jaką się cieszył, jego kult wkrótce rozprzestrzenił się w zakonie franciszkańskim a czcigodny Jan Paweł II zechciał go uroczyście potwierdzić błogosławionym 20 marca 1993 r. i nazwał go «piewcą Słowa wcielonego oraz obrońcą Niepokalanego Poczęcia». To wyrażenie syntetycznie ujmuje wielki wkład, jaki Duns Szkot wniósł w historię teologii.

    Przede wszystkim snuł rozważania nad tajemnicą wcielenia i, w odróżnieniu od wielu innych myślicieli swoich czasów, utrzymywał, że nawet gdyby ludzkość nie zgrzeszyła, Bóg stałby się człowiekiem. «Myśleć, że Bóg zrezygnowałby z takiej roli, gdyby Adam nie zgrzeszył — pisze Duns Szkot — byłoby całkowicie nierozsądne. Twierdzę, że upadek nie był przyczyną przeznaczenia Chrystusa, oraz że nawet gdyby nikt nie upadł, ani anioł, ani człowiek — to i przy takim założeniu Chrystus byłby nadal przeznaczony w ten sam sposób» (Reportata Parisiensiain III Sent., d. 7, 4). Myśl ta rodzi się, ponieważ dla Dunsa Szkota wcielenie Syna Bożego, przewidziane odwiecznie w zamyśle Boga Ojca, stanowi wypełnienie dzieła stworzenia i powoduje, że każde stworzenie, w Chrystusie i za Jego sprawą, może zostać napełnione łaską i oddawać cześć i chwałę Bogu w wieczności. Jakkolwiek Duns Szkot był świadomy, że Chrystus w rzeczywistości nas odkupił przez swoją mękę, krzyż i zmartwychwstanie, z powodu grzechu pierworodnego, twierdzi jednak, że wcielenie jest największym i najpiękniejszym dziełem całej historii zbawienia oraz że nie jest ono uwarunkowane przez żadne przypadkowe okoliczności.

    Jako wierny uczeń św. Franciszka Duns Szkot chętnie kontemplował i rozważał w kazaniach tajemnicę zbawczej męki Chrystusa, wyrażającą wolę miłości, niezmierzonej miłości Boga, który z ogromną wielkodusznością promieniuje na zewnątrz swą dobrocią i miłością (por. Tractatus de primo principio, c. 4). Miłość ta objawia się nie tylko na Kalwarii, ale również w Najświętszej Eucharystii, którą Duns Szkot otaczał wielkim nabożeństwem i w której widział sakrament rzeczywistej obecności Jezusa oraz sakrament jedności i komunii pobudzającej nas do wzajemnej miłości i do miłości Boga jako Najwyższego Dobra wspólnego (por. Reportata Parisiensia, in iv Sent., d. 8, q. 1, n. 3). «I tak jak ta miłość — pisałem w Liście do uczestników Międzynarodowego Kongresu z okazji 700. rocznicy śmierci bł. Dunsa Szkota, przytaczając jego myśl — była na początku wszystkich rzeczy, podobnie jedynie w miłości i miłosierdziu będzie nasza szczęśliwość: ‘pragnienie lub wola miłosna jest po prostu życiem wiecznym, szczęśliwym i doskonałym’» (aaa 101 [2009], 5).

    Drodzy bracia i siostry, ta wizja teologiczna, bardzo «chrystocentryczna», otwiera nas na kontemplację, zdumienie i wdzięczność: Chrystus stanowi centrum dziejów i wszechświata, to On nadaje sens, godność i wartość naszemu życiu! Podobnie jak Paweł VI w Manili, również ja chciałbym dzisiaj głosić światu: «[Chrystus] jest objawicielem niewidzialnego Boga, jest pierworodnym wszelkiego stworzenia, jest fundamentem wszystkiego; On jest Nauczycielem ludzkości, jest Odkupicielem; On narodził się, umarł i zmartwychwstał dla nas; On stanowi centrum historii i świata; On nas zna i kocha; On jest towarzyszem i przyjacielem naszego życia. (…) Mógłbym mówić o Nim bez końca» (homilia, 29 listopada 1970 r.).

    Przedmiotem refleksji Doktora subtelnego była w dziejach zbawienia rola nie tylko Chrystusa, ale także Maryi. W czasach Dunsa Szkota większość teologów stawiała pozornie niezbite zastrzeżenie nauce głoszącej, że Najświętsza Maryja Panna była wolna od grzechu pierworodnego od samego poczęcia: istotnie, powszechność odkupienia dokonanego przez Chrystusa — wydarzenia absolutnie centralnego w dziejach zbawienia — na pierwszy rzut oka tego rodzaju stwierdzenie mogła podważać. Duns Szkot przedstawił wówczas argument, którym posłużył się później błogosławiony papież Pius IX w 1854 r., gdy uroczyście ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Argumentem tym jest tzw. «odkupienie zachowawcze», zgodnie z którym niepokalane poczęcie stanowi arcydzieło dokonanego przez Chrystusa odkupienia, ponieważ właśnie moc Jego miłości oraz Jego pośrednictwa sprawiła, że Matka została zachowana od grzechu pierworodnego. Franciszkanie przyjęli i szerzyli tę naukę z entuzjazmem, a inni teologowie często uroczystą przysięgą zobowiązywali się do jej obrony i doskonalenia.

    W związku z tym chciałbym uwypuklić pewien fakt, który wydaje mi się ważny. Wybitni teologowie, podobnie jak Duns Szkot w przypadku nauki o niepokalanym poczęciu, swoim specyficznym wkładem myśli wzbogacili to, w co lud Boży sam z siebie wierzył odnośnie do Błogosławionej Dziewicy i co wyrażał w praktykach pobożności, w dziełach sztuki i ogólnie w życiu chrześcijańskim. Wszystko to dzięki nadprzyrodzonemu sensus fidei, to znaczy otrzymanej od Ducha Świętego zdolności do przyjęcia rzeczywistości wiary z pokorą serca i umysłu. Oby teologowie zawsze wsłuchiwali się w ten głos oraz zachowywali pokorę i prostotę maluczkich! Mówiłem o tym kilka miesięcy temu: «Są wielcy uczeni, wielcy specjaliści, wielcy teologowie, mistrzowie wiary, którzy nauczyli nas wielu rzeczy. Dotarli do szczegółów Pisma Świętego, dziejów zbawienia, ale nie zdołali dostrzec samej tajemnicy, prawdziwego sedna. (…) Istota rzeczy pozostała ukryta! Są natomiast również w naszych czasach maluczcy, którzy poznali tę tajemnicę. Myślimy o św. Bernadetcie Soubirous; św. Teresie z Lisieux i jej nowym odczytywaniu Biblii, ‘nienaukowym’, ale docierającym do serca Pisma Świętego» (homilia podczas Mszy św. dla członków Międzynarodowej Komisji Teologicznej, 1 grudnia 2009 r.).

    Duns Szkot rozwinął także kwestię, na którą współczesność jest bardzo wrażliwa. Jest to temat wolności i jej związku z wolą oraz rozumem. Omawiany przez nas autor uwypukla wolność jako fundamentalną cechę woli, dając początek takiemu jej ujmowaniu, które kładzie akcent na wolę. Niestety, u późniejszych autorów ten kierunek myślenia przyjął postać woluntaryzmu, przeciwstawiającego się tak zwanemu intelektualizmowi augustiańskiemu i tomistycznemu. Według św. Tomasza z Akwinu wolność należy uważać nie za wrodzoną cechę woli, lecz za owoc współpracy woli i rozumu. Idea wolności wrodzonej i absolutnej — którą właśnie rozwinięto po Dunsie Szkocie — związana z wolą poprzedzającą rozum, zarówno w Bogu, jak i w człowieku, może bowiem prowadzić do idei Boga, który nie jest skrępowany nawet więzami prawdy i dobra. Gdy pragnie się bronić absolutnej transcendencji i odmienności Boga przez tak radykalne i nieprzeniknione akcentowanie Jego woli, nie bierze się pod uwagę, że Bóg, który się objawił w Chrystusie, jest Bogiem-Logosem, który działał i działa pełen miłości do nas. Z pewnością miłość przewyższa poznanie i jest zdolna pojąć więcej niż sama myśl, niemniej pozostaje ona zawsze miłością Boga-Logosu» (por. Benedykt XVI, wykład w Ratyzbonie; «L’Osservatore Romano», wyd. polskie, n. 11/2006, s. 27). Również gdy ludzka idea wolności absolutnej, która mieści się w woli, zapomina o więzi z prawdą, pomija fakt, że sama wolność powinna być wyzwolona z ograniczeń, jakie jej narzuca grzech. W każdym razie wizja skotystyczna nie popada w tego typu skrajności: dla Dunsa Szkota wolny akt jest owocem współdziałania rozumu i woli, a jeśli mówi on o «prymacie» woli, uzasadnia go tym, że wola zawsze idzie w ślad za rozumem.

    Przemawiając do rzymskich seminarzystów, przypomniałem, że «we wszystkich epokach wolność była wielkim marzeniem ludzkości, od samego jej zarania, a w szczególności w czasach współczesnych» (przemówienie w Rzymskim Wyższym Seminarium Duchownym, 20 lutego 2009 r.; «L’Osservatore Romano», wyd. poskie, n. 4/2009, s. 28). Jednak właśnie współczesna historia, a także nasze codzienne doświadczenie poucza nas, że wolność tylko wtedy jest autentyczna i pomaga w budowaniu naprawdę ludzkiej cywilizacji, kiedy jest pogodzona z prawdą. Kiedy wolność jest oderwana od prawdy, w tragiczny sposób staje się zarzewiem zniszczenia wewnętrznej harmonii osoby ludzkiej, źródłem dominacji ludzi silnych i gwałtownych oraz powoduje cierpienia i żałobę. Duns Szkot twierdzi, że wolność, podobnie jak wszystkie zdolności, którymi człowiek jest obdarzony, wzrasta i doskonali się, gdy człowiek otwiera się na Boga, ceni gotowość do słuchania Jego głosu: kiedy wsłuchujemy się w Objawienie Boże, Słowo Boże aby je przyjąć, dociera do nas przesłanie napełniające nasze życie światłem i nadzieją i jesteśmy rzeczywiście wolni.

    Drodzy bracia i siostry, bł. Duns Szkot uczy nas, że w naszym życiu najistotniejsza jest wiara w Boga, który jest z nami i kocha nas w Chrystusie Jezusie, oraz pogłębianie miłości do Niego i do Jego Kościoła. My jesteśmy świadkami tej miłości na ziemi. Niech Najświętsza Maryja Panna pomaga nam przyjąć tę nieskończoną miłość Bożą, którą będziemy się wiecznie cieszyć w pełni w niebie, kiedy w końcu nasza dusza połączy się na zawsze z Bogiem, we wspólnocie świętych.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 10/2010/Opoka.pl

    _____________________________________________________________________________

    Bł. Jan Duns Szkot

    fot. Radio Niepokalanów

    ***

    Biografia bł. Jana Dunsa Szkota (1266-1308), beatyfikowanego 20-03-1993

    Jan Duns Szkot urodził się około r. 1266 w szkockim miasteczku Duns (hrabstwo Berwick). W 1279 r. wstąpił do zakonu franciszkanów w Szkocji. Nowicjat odbył w Dumfries, a następnie kształcił się w Szkocji i Anglii. Po święceniach kapłańskich w 1291 r. podjął studia na Uniwersytecie Paryskim (1293-1296). Wykładał następnie na uniwersytetach w Cambridge, Oxfordzie i Paryżu. W 1303 r. został wydalony z Paryża, ponieważ odmówił złożenia podpisu pod apelem Filipa IV Pięknego, który odwołał się do soboru przeciw papieżowi Bonifacemu VIII. Rok później powrócił i uzyskał tytuł magistra teologii. W 1307 r. znów opuścił Paryż i udał się do Kolonii, gdzie pełnił urząd regenta studiów teologicznych. Umarł 8 listopada 1308 r.

    Ukształtowany na wzór Chrystusa w szkole św. Franciszka, św. Bonawentury oraz innych doktorów i świętych zakonu, Duns Szkot zasłynął jako wielki filozof i teolog o głębokim życiu wewnętrznym. Jego duchowość czerpała siłę z rozważań teologicznych, a zjednoczenie z Bogiem było natchnieniem do zgłębiania prawd wiary. «O Panie, Stworzycielu świata — modlił się na kartach swego dzieła De Primo Principio — udziel mi łaski wiary, zrozumienia i uwielbiania Twego majestatu i wznieś mego ducha ku kontemplacji Ciebie». W Bogu — pierwszym, doskonałym, nieskończonym i wolnym Bycie, w Słowie Wcielonym — Jezusie Chrystusie — wszystko kochał i wszystko pragnął poznać: człowieka, wszechświat i sens historii.

    Obok nauki o Bogu w Trójcy Świętej Jedynym i chrystologii, wielkim osiągnięciem Dunsa Szkota była mariologia. Wyłożył prawdę o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Dziewicy i bronił jej, czym zasłużył sobie na tytuł “doktora maryjnego».

    Jego grób w kościele franciszkanów w Kolonii otoczony był od początku wielką czcią wiernych. Sława świętości Dunsa Szkota rozeszła się szeroko po Europie, przekraczając mury franciszkańskich klasztorów. W Kolonii i w diecezji Nola (koło Neapolu) uważany był za świętego. W 1698 r. Kongregacja Obrzędów przyznała mu tytuł «czcigodnego». Proces kanonizacyjny Dunsa Szkota miał jednak długą historię: w latach 1706-1707 toczył się w Kolonii, w 1709-1711 i 1905-1906 w Noli, w 1904-1905 w Genui, a w 1918 r. w Rzymie.

    Wielki hołd słudze Bożemu oddał Paweł VI, który w liście apostolskim Alma Parens wysłanym 14 lipca 1966 r. do biskupów Anglii, Walii i Szkocji z okazji siedemsetnej rocznicy urodzin Dunsa Szkota, nazwał jego nauczanie “antidotum przeciw ateizmowi». Przypomniał również, iż Duns Szkot był mistrzem prawdziwego dialogu, opartego na Ewangelii i starożytnych tradycjach, który może poprowadzić do jedności pośród różnorodności, o jaką modlił się Chrystus. «Badał i analizował rozwój poznania — pisał dalej papież — posługując się rzetelnym aparatem krytycznym i nie zapominając nigdy o pierwszych zasadach, trzeźwo oceniał własne wywody, u których podłoża nie było chęci osiągnięcia osobistego zwycięstwa, lecz — jak powiedział o nim Jan Gerson — pokorne dążenie do znalezienia zgody».

    Kongregacja ds. Beatyfikacji i Kanonizacji, dekretem zatwierdzonym przez Pawła VI w 1972 r., stwierdziła, że pisma Dunsa Szkota nie zawierają błędów przeciw wierze i moralności i zezwoliła na prowadzenie procesu na drodze badań historycznych.

    Podczas pierwszej pielgrzymki apostolskiej do Republiki Federalnej Niemiec, 15 listopada 1981 r. Jan Paweł II nawiedził grób Dunsa Szkota i nazwał go «duchową twierdzą wiary».

    Po dokładnych badaniach życia i dziejów kultu sługi Bożego przeprowadzonych przez historyków i teologów, Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych 6 lipca 1991 r. wydała dekret stwierdzający heroiczność jego cnót i dawność kultu (ab immemorabili tempore).

    L’Osservatore Romano 5-6/1993/Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________

    Chrystus przyszedłby nawet gdyby nie było grzechu pierworodnego – bł. Jan Duns Szkot

    Chrystus przyszedłby nawet gdyby nie było grzechu pierworodnego – bł. Jan Duns Szkot

    Bł. Jan Duns Szkot – Enrique López-Tamayo Biosca, CC BY 2.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons

    ***

    Jan urodził się w Szkocji, przyjęła go Anglia, Francja go wykształciła, w Niemczech przechowywane są jego szczątki. Był bardzo światłym człowiekiem, przenikliwym filozofem, wybitnym teologiem, utalentowanym matematykiem. Wstąpił do franciszkanów. Jan Paweł II nazwał go ‘piewcą Słowa wcielonego’ oraz ‘obrońcą Niepokalanego Poczęcia’. 8 listopada Kościół wspomina błogosławionego Jana Dunsa Szkota, franciszkanina.

    Jan urodził się w niewielkiej wiosce Duns, niedaleko Edynburga, w Szkocji, około roku 1266. Właśnie miejsce pochodzenia stało się jego przydomkiem, po którym jest rozpoznawalny. W 1280, za przykładem i inspiracją swojego stryja Eliasza, wstąpił do franciszkanów. Nowicjat odbył w Dumfries. Potem rozpoczął studia w Szkocji i Anglii. W 1291 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Rozpoczął studia w Oxfordzie, a następnie kontynuował je w Paryżu.

    W 1296 wrócił do Anglii, aby nauczać w Cambridge i Oxfordzie. Na początku XIV wieku wrócił do Paryża, a w 1304 roku został ‘Magister regens – mistrzem regentem’ i kierował teologicznym studium braci franciszkanów.

    Niedługo potem wybuchł konflikt między królem Filipem IV Pięknym a papieżem Bonifacym VIII. Król zażądał od wszystkich zakonników podpisania dokumentu lojalności. Jan wybrał raczej wygnanie niż podpisanie takiego dokumentu. Dlatego też razem z braćmi franciszkanami opuścił Francję. Był to odważny gest opowiedzenia się za Kościołem i papieżem.

    Konflikt został szybko zażegnany i Jan wrócił do Paryża w 1305 roku. W 1307 roku przełożeni wysłali go do Kolonii, aby wykładał we franciszkańskim studium teologicznym.
    Tam zmarł 8 listopada 1308 roku, mając zaledwie 43 lata.

    Bł. Jan Duns Szkot OFM - Justus van Gent, Public domain, via Wikimedia Commons

    Bł. Jan Duns Szkot OFM – Justus van Gent, P.d., via Wiki. Comm.Duns Szkot pozostawił wiele ważnych dzieł. Był obdarzony błyskotliwą inteligencją i miał skłonność do myślenia spekulatywnego. Dlatego też został przez potomnych nazwany ‘Doctor subtilis – doktor subtelny’.

    ***

    Przedmiotem jego rozważań była tajemnica wcielenia Jezusa. Był przekonany, że przyjście Chrystusa jako człowieka jest wielką łaską, którą Bóg zamierzył niezależnie od grzechu pierworodnego. Uważał, że nawet gdyby nie było upadku aniołów, ani grzechu Adama i Ewy, to i tak Chrystus przyszedłby na ziemię i stał się człowiekiem, bo jest to tak ważna prawda w Boskim planie zbawienia, że nie może być uzależniona od perspektywy grzechu.

    Jan chętnie rozważał i komentował tajemnicę męki Chrystusa na krzyżu. Widział w nim wielkoduszność i dobroć Boga. Tę miłość Boga z krzyża widział też w Eucharystii, której był wielkim czcicielem. Jego teologia była chrystocentryczna.

    Duns Szkot był też cały czas przekonany – na przekór wielu teologom jego czasów – że Maryja Panna była Niepokalanie Poczęta. To on wprowadził pojęcie ‘odkupienia zachowawczego’, którym po wiekach posłużył się papież Pius IX, ogłaszając w 1854 roku dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi. Według niego Maryja była wolna od grzechu pierworodnego na ‘mocy przewidzianych zasług Chrystusa’.

    Błogosławiony Jan poruszał także wiele kwestii filozoficznych, jak temat wolności oraz jej relacji do woli i rozumu. Twierdził, że wszystkie zdolności, jakimi człowiek jest obdarzony, a więc i wolność, wzrastają i doskonalą się, kiedy człowiek otwiera się na Boga, chce słuchać Jego głosu. Tylko wtedy, kiedy wsłuchujemy się w Boże Objawienie, w Jego Słowo, napełniamy się światłem i nadzieją, i stajemy się wolni.

    Błogosławiony Jan uczy, że najistotniejsza w życiu jest wiara w Boga i pogłębianie miłości do Niego i do Kościoła.
    Sława świętości Dunsa Szkota szybko się rozeszła, choć beatyfikował go dopiero w 1993 roku Jan Paweł II.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 listopada

    Błogosławiony
    Franciszek od Jezusa, Maryi, Józefa
    Palau y Quer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Willibrord, biskup
      •  Błogosławiona Łucja a Septifonte, dziewica
      •  Błogosławiona Helena Enselmini, dziewica
      •  Święci zakonnicy Izrael, Walter i Teobald
      •  Święty Engelbert, biskup i męczennik
    ***
    Błogosławiony Franciszek Palau y Quer

    Franciszek urodził się 29 grudnia 1811 roku w Hiszpanii. Był synem Józefa Franciszka Palau i Marii Antoniny Quer. Miał sześcioro rodzeństwa: cztery siostry i dwóch braci. Jego rodzina była pobożna i silnie wierząca. Franciszek przebywał dłuższy czas u swojej siostry w Lerida, tam też dojrzewało jego powołanie i tam w 1828 roku zgłosił się do seminarium. W wieku 20 lat ukończył studia. W 1832 roku wstąpił do nowicjatu karmelitów bosych w Barcelonie. Na tę decyzję mogła wpłynąć przykładna postawa o. Józefa, karmelity bosego, jednego z profesorów seminarium.
    W 1835 roku opuścił klasztor św. Józefa, podpalony przez rewolucjonistów. Podczas ucieczki Franciszek, narażając swoje życie, pomagał niewidomemu współbratu. Wraz z innymi zakonnikami został osadzony w barcelońskim więzieniu La Ciudadela. Był to dla Kościoła w Hiszpanii bardzo trudny czas i każdy składający śluby zakonne liczył się z możliwością męczeńskiej śmierci. Franciszek Palau święcenia kapłańskie przyjął w 1836 roku, a służbę ludziom zaczął jako kapłan diecezjalny. Nigdy już nie wrócił do rodzimego zakonu, który został rozproszony przez władze świeckie. Powrócił do rodzinnej wioski i tam pełnił posługę kapłańską. Zajmował się głównie katechizacją, misjami ludowymi i działalnością rekolekcyjną. W latach 1851-1854 prowadził w Barcelonie “Szkołę cnót”, która przyjęła formę niedzielnych katechez dla dorosłych. Pod pretekstem działalności reakcyjnej władze zamknęły jednak szkołę i skazały Franciszka Palau na sześć lat wygnania na Ibizie.

    Błogosławiony Franciszek Palau y Quer

    Czas tam spędzony zakonnik wykorzystał do ewangelizacji, która rozszerzyła się potem na Majorkę i Minorkę. I właśnie przebywając na Minorce Franciszek uświadomił sobie swoją wielką miłość do Kościoła. Postanowił ją praktykować na zupełnie nowy sposób, łączący życie kontemplacyjne i posługę apostolską. “Pewnego wieczoru znajdowałem się w kościele katedralnym oczekując godziny rozpoczęcia nabożeństwa, w czasie którego powinno się udzielić ostatniego błogosławieństwa, co było zwyczajem na zakończenie misji. Mój duch został uniesiony przed tron Boga… Zobaczyłem piękną młodą dziewczynę ubraną w chwałę. Jej ubiór promieniał światłością i nie można było rozpoznać nic, poza sylwetką, ponieważ nie było możliwym patrzeć na nią. Usłyszałem głos, który mówił: «Ty jesteś kapłanem Najwyższego; błogosław i ten, którego pobłogosławisz, będzie błogosławiony. Ta jest moją Córką umiłowaną…» Zatopiłem się w morzu łez. Moje boleści urosły w wielkim stopniu. Znałem tę Panią i oddać na Jej służbę życie – nie jedno, ale tysiąc – byłoby zbyt mało dla mnie… Gdy nadeszła godzina nabożeństwa, podczas gdy wchodziłem na ambonę, usłyszałem głos Ojca, który powiedział do mnie: «Pobłogosław moją umiłowaną Córkę i twoją Córkę». Napływ ludzi był wielki. Ja nie mogłem w pełni pojąć, jak mogłem być ojcem w Kościele i dla Kościoła” – tak Franciszek opisał swoje objawienie w rękopisie wspomnień “Moje relacje z Kościołem”.
    Franciszek Palau jest założycielem mieszanego zgromadzenia sióstr i braci tercjarzy karmelitańskich. Po jego śmierci pozostały obie gałęzie, przy czym już niewiele później siostry dały początek dwóm zgromadzeniom, noszącym dziś nazwy: Karmelitanki Misjonarki Terezjanki oraz Karmelitanki Misjonarki. Ostatnich braci, po wojnie domowej (1936-1939) i z powodu małej ich liczby, włączono w szeregi karmelu bosego w prowincji św. Józefa w Barcelonie.
    Działalność apostolska Franciszka Palau była niezwykle szeroka. Od 1865 roku sprawował on posługę egzorcysty. W roku 1870 brał udział w obradach Soboru Watykańskiego I. Był też dyrektorem tercjarzy i tercjarek karmelitańskich w Hiszpanii.Zmarł na zapalenie płuc 20 marca 1872 roku w Tarragonie. Beatyfikowany został w 1988 roku. Cud, na podstawie którego nastąpiła beatyfikacja, dotyczył uzdrowienia Leona Godoy Mendeza, maszynisty Kolumbijskich Kolei Państwowych, który w wieku 47 lat miał wypadek kolejowy. Wówczas odkryto w jego głowie guza, a po nieudanej operacji lekarze nie dawali mu na wyzdrowienie żadnych szans. Mężczyzna jednak był w szpitalu odwiedzany przez siostrę ze zgromadzenia Karmelitanek Misjonarek, założonego przez Franciszka Palau y Quer. Zaczęła ona odprawiać nowennę do Franciszka Palau w intencji uzdrowienia chorego. W tym czasie dotknięto też głowy Leona Goday Mendeza relikwią kandydata na ołtarze. Poprawa zdrowia zaczęła się już następnego dnia i mężczyzna żył jeszcze przez kolejnych 20 lat.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 listopada

    Błogosławiona
    Józefa Naval Girbes, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalinik, męczennik
      •  Błogosławiona Krystyna
      •  Błogosławieni męczennicy japońscy Alfons Navarrete, prezbiter, i Towarzysze
      •  Święty Leonard z Limoges, pustelnik
    ***
    Błogosławiona Józefa Naval Girbes

    Józefa urodziła się 11 grudnia 1820 roku w Algemesi w archidiecezji walenckiej (Hiszpania). Było to miasteczko rolnicze, liczące 8 tys. mieszkańców, w którym była tylko jedna parafia, jeden klasztor dominikański, jeden szpital, kilka centrów edukacyjnych. Ojcem Józefy był Franciszek Naval Carrasco, a matką Józefa Girbes. Była najstarszą z pięciorga rodzeństwa. Ochrzczono ją w tym samym dniu, w którym się urodziła, imionami Maria Józefa, ale bardzo szybko zaczęto ją nazywać tylko Józefą. Jej formacją religijną zajmowała się głównie matka.
    W 1829 r. Józefa przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Później przez pewien czas uczęszczała do szkoły dla biednych dzieci, którą w jej miasteczku prowadziła kapituła katedralna z Walencji. Tam nauczyła się czytać i pisać, a także poznała tajniki haftu. W trzynastym roku życia straciła matkę, która zmarła na gruźlicę. Rodzina przeprowadziła się do babci, której Józefa musiała pomagać w opiece nad młodszym rodzeństwem.
    Według zachowanego opisu Józefa była średniego wzrostu i budowy. Jej skóra była jasna i delikatna, a twarz owalna, otoczona brązowymi włosami. Jej oczy przykuwały uwagę jako wyjątkowo jasne i głęboko patrzące. Uśmiechała się często, ale nikt jej nigdy nie widział śmiejącej się na głos. Ubierała się skromnie i na ogół w ciemne kolory. W wieku lat 18, 4 grudnia 1838 roku, za zgodą proboszcza, który był jej kierownikiem duchowym, przysięgła Bogu wieczne dziewictwo. W ten sposób jej serce stało się niepodzielne. Później stała się świecką karmelitanką – wstąpiła do Trzeciego Zakonu.
    Jej życie było proste. Poświęciła je modlitwie i pracy ewangelizacyjnej w swojej parafii. We własnym domu, gdzie prowadziła pracownię haftu, otworzyła szkołę, w której oprócz szycia uczyła modlitwy i pracy nad cnotami ewangelicznymi. Była w ten sposób matką duchową wielu dziewcząt, z którymi dzieliła się mądrością i życiem duchowym. Miała łagodne usposobienie, ale w tym samym czasie praktykowała ten rodzaj surowości charakteru, który pozwalał jej efektywnie napominać podopieczne. Mówiła im: “Niech żadna nie traci ufności na widok swych licznych grzechów; nasza ufność nie opiera się na nas samych, lecz na Bogu i Jego miłości miłosiernej, jaką ma dla nas”.
    Wstąpiła do Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo, które działało na rzecz biednych. Stała się wówczas szczególnie znana z umiejętności godzenia zwaśnionych. Wielką czcią otaczała Maryję Dziewicę, Matkę Jezusa. Pod wieloma względami była typową świętą XIX wieku: jej życie było dojmująco monotonne, dokuczało jej słabe zdrowie. Chroniczne choroby znosiła z ogromną cierpliwością.
    Zmarła 24 lutego 1893 r. Została pochowana w swojej parafii, w kościele św. Jakuba w Algemasi. Miała tam opinię świętej, która wychowywała dla swojej parafii dobre matki i porządnych obywateli. Została pochowana w habicie karmelitańskim, w prostej trumnie przyozdobionej białymi wstążkami. Niosło ją czterech najmłodszych uczniów Józefy.
    Józefa została beatyfikowana przez św. Jana Pawła II w 1988 roku. W czasie uroczystości papież podkreślał, że realizowała swoje powołanie jako samotna kobieta w czasach, w których było to bardzo trudne. “Szczególną cechą charakterystyczną Józefy był jej status osoby świeckiej. Ta, której wychowanki wypełniały klasztory klauzurowe, pozostała w stanie bezżennym w świecie, i żyjąc według rad ewangelicznych, była przykładem chrześcijańskich cnót dla wszystkich synów Kościoła, którzy «wcieleni przez chrzest w Chrystusa, sprawują właściwe całemu ludowi chrześcijańskiemu posłannictwo w Kościele i w świecie» (Lumen gentium, nr 31)”. Kończąc przemówienie, papież podsumował życie Józefy Naval Girbes słowami z Pierwszego Listu do Koryntian: “Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby uratować choć niektórych”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 listopada

    Święci Elżbieta i Zachariasz,
    rodzice św. Jana Chrzciciela

    Zobacz także:
      •  Święty Gerald, biskup
      •  Błogosławiona Franciszka Amboise, zakonnica
    ***
    Święta Elżbieta z Maryją

    Według Ewangelii św. Łukasza (Łk 1, 5-80) Elżbieta pochodziła z kapłańskiego rodu Aarona. Uchodząca za bezpłodną, mimo podeszłego wieku urodziła Zachariaszowi syna. Jej brzemienność – przedstawiona w kontekście zwiastowania Najświętszej Maryi Pannie – miała być dowodem, “że dla Boga nie ma nic niemożliwego”. Kiedy Elżbieta była już w szóstym miesiącu ciąży, odwiedziła ją jej kuzynka, Maryja. Elżbieta za natchnieniem Ducha Świętego poznała w niej Matkę Boga i powitała ją słowami: “Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego”. Maryja pozostała przy Elżbiecie aż do jej rozwiązania. Św. Elżbieta jest patronką matek, żon, położnych.

    Elżbieta i Zachariasz nadają imię synowi

    Zachariasz był ojcem Jana Chrzciciela (Łk 1, 5-25. 59-79). Pochodził z ósmej klasy (gałęzi) kapłańskiej Abiasza (były 24 klasy wywodzące się od Aarona, brata Mojżesza; klasy te ustanowił król Dawid dla uregulowania kolejności służby Bożej w Świątyni). Cerkiew prawosławna, obchodząca do dzisiaj święto wprowadzenia Bogarodzicy do Świątyni Jerozolimskiej utrzymuje, że Zachariasz był tym kapłanem, który trzyletnią Marię wprowadził do Świętego Świętych – miejsca zastrzeżonego dla kapłanów. Tradycja zachodnia nie wspomina o tym wydarzeniu.
    Na kartach Biblii Zachariasz przedstawiony jest jako sprawiedliwy mąż żyjący ze swoją żoną Elżbietą w bezdzietnym małżeństwie w Ain Karem niedaleko Jerozolimy. Kiedy – wyznaczony przez losowanie – składał w świątyni ofiarę kadzenia, ukazał mu się archanioł Gabriel i przepowiedział, że jego żona urodzi syna, któremu ma nadać imię Jan. Z powodu niedowierzania został porażony niemotą. Odzyskał mowę dopiero przy obrzezaniu syna, kiedy napisał na tabliczce jego imię: Jan. Ewangelia św. Łukasza wkłada w jego usta hymn Benedictus, który wskazuje na posłannictwo Jana Chrzciciela.Po narodzeniu Jana Chrzciciela ani Pismo Święte, ani tradycja zachodnia nie podają o jego rodzicach żadnych informacji. Zapewne Zachariasz opuścił ziemię, gdy Jan był jeszcze chłopcem. Tradycja Kościołów Wschodnich opowiada, że gdy król Herod rozkazał, aby wszyscy chłopcy w wieku do dwóch lat w Betlejem i okolicy zostali zabici, sprawiedliwa Elżbieta ukryła się wraz z synem w górach. Żołnierze próbowali dowiedzieć się od Zachariasza, gdzie jest jego syn. Jednak ojciec nie zdradził tej informacji. Zabito go więc pomiędzy świątynią i ołtarzem. Sprawiedliwa Elżbieta miała umrzeć czterdzieści dni po swym mężu, a św. Jan Chrzciciel, ochraniany przez Boga, miał przebywać na pustyni aż do dnia swego pojawienia się narodowi izraelskiemu.
    Cześć rodzicom św. Jana Chrzciciela oddawano w Kościele od dawna i to we wszystkich obrządkach. Ciało Zachariasza, odnalezione “cudownie” 11 lutego 415 roku, przewieziono do Konstantynopola, gdzie ku jego czci wystawiono bazylikę. W Rzymie, w bazylice laterańskiej, ma się znajdować relikwia głowy św. Zachariasza. Tradycja nie wspomina natomiast o relikwiach św. Elżbiety.W ikonografii św. Zachariasz, podobnie jak św. Elżbieta, występują w cyklach poświęconych Janowi Chrzcicielowi. Atrybutami św. Zachariasza są: gałązka oliwna w ręce, imię Jan; czasami bywa przedstawiany na ośle jako zapowiedź Chrystusa triumfującego w Niedzielę Palmową. Św. Elżbieta ukazywana jest często w scenie nawiedzenia NMP lub tuż po urodzeniu św. Jana. Rzadko występuje osobno.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 listopada

    Święty Karol Boromeusz, biskup

    Święty Karol Boromeusz

    Karol urodził się na zamku Arona 3 października 1538 r. jako syn arystokratycznego rodu, spokrewnionego z rodem Medici. Ojciec Karola wyróżniał się prawością charakteru, głęboką religijnością i miłosierdziem dla ubogich. To miłosierdzie będzie dla Karola, nawet już jako kardynała, ideałem życia chrześcijańskiego.
    Już w młodym wieku Karol posiadał wielki majątek. Kiedy miał zaledwie 7 lat, biskup Lodi dał mu suknię klerycką, przeznaczając go w ten sposób do stanu duchownego. Takie były ówczesne zwyczaje. Dwa lata później zmarła matka Karola. Aby zapewnić mu odpowiednie warunki na przyszłość, mianowano go w wieku 12 lat opatem w rodzinnej miejscowości. Młodzieniec nie pochwalał jednak tego zwyczaju i wymógł na ojcu, żeby dochody z opactwa przeznaczano na ubogich.
    Pierwsze nauki pobierał Karol na zamku rodzinnym w Arona. Po ukończeniu studiów w domu wyjechał zaraz na uniwersytet do Pawii, gdzie zakończył studia podwójnym doktoratem z prawa kościelnego i cywilnego (1559). W tym samym roku jego wuj został wybrany papieżem i przyjął imię Pius IV. Za jego przyczyną Karol trafił do Rzymu i został mianowany protonotariuszem apostolskim i referentem w sygnaturze. Już w rok później, w 23. roku życia, został mianowany kardynałem i arcybiskupem Mediolanu (z obowiązkiem pozostawania w Rzymie), mimo że święcenia kapłańskie i biskupie przyjął dopiero dwa lata później (1563). W latach następnych papież mianował siostrzeńca kardynałem-protektorem Portugalii, Niderlandów (Belgii i Holandii) oraz katolików szwajcarskich, ponadto opiekunem wielu zakonów i archiprezbiterem bazyliki Matki Bożej Większej w Rzymie. Urzędy te i tytuły dawały Karolowi rocznie ogromny dochód. Było to jawne nadużycie, jakie wkradło się do Kościoła w owym czasie. Pius IV był znany ze swej słabości do nepotyzmu. Karol jednak bardzo poważnie traktował powierzone sobie obowiązki, a sumy, jakie przynosiły mu skumulowane godności i urzędy, przeznaczał hojnie na cele dobroczynne i kościelne. Sam żył ubogo jak mnich.
    Wkrótce Karol stał się pierwszą po papieżu osobą w Kurii Rzymskiej. Praktycznie nic nie mogło się bez niego dziać. Papież ślepo mu ufał. Nazywano go “okiem papieża”. Dzięki temu udało się mu uporządkować wiele spraw, usunąć wiele nadużyć. Nie miał względu na urodzenie, ale na charakter i przydatność kandydata do godności kościelnych. Dlatego usuwał bezwzględnie ludzi niegodnych i karierowiczów. Takie postępowanie zjednało mu licznych i nieprzejednanych wrogów. Dlatego zaraz po wyborze nowego papieża, św. Piusa V (1567), musiał opuścić Rzym. Bardzo się z tego ucieszył, gdyż mógł zająć się teraz bezpośrednio archidiecezją mediolańską. Kiedy był w Rzymie, mianował wprawdzie swojego wikariusza i kazał sobie posyłać dokładne sprawozdania o stanie diecezji, zastrzegł sobie też wszystkie ważniejsze decyzje. Teraz jednak był faktycznym pasterzem swojej owczarni.

    Święty Karol Boromeusz

    Z całą wrodzoną sobie energią zabrał się do pracy. W 1564 r. otworzył wyższe seminarium duchowne (jedno z pierwszych na świecie). W kilku innych miastach założył seminaria niższe, by dla seminarium w Mediolanie dostarczyć kandydatów już odpowiednio przygotowanych. Prowadzenie seminarium powierzył oblatom św. Ambrożego, zgromadzeniu kapłanów diecezjalnych, które istnieje do dziś. Zaraz po objęciu rządów bezpośrednich (1567) przeprowadził ścisłą wizytację kanoniczną, by zorientować się w sytuacji. Popierał zakony i szedł im z wydatną pomocą. Dla ludzi świeckich zakładał bractwa – szczególnie popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej, mające za cel katechizację dzieci. Dla przeprowadzenia koniecznych reform i uchwał Soboru Trydenckiego (1545-1563) zwołał aż 13 synodów diecezjalnych i 5 prowincjalnych. Dla umożliwienia ubogiej młodzieży studiów wyższych założył przy uniwersytecie w Pawii osobne kolegium. W Mediolanie założył szkołę wyższą filozofii i teologii, której prowadzenie powierzył jezuitom. Teatynom natomiast powierzył prowadzenie szkoły i kolegium w Mediolanie dla młodzieży szlacheckiej.
    Był fundatorem przytułków: dla bezdomnych, dla upadłych dziewcząt i kobiet, oraz kilku sierocińców. Kiedy w 1582 r. została przeprowadzona reforma mszału i brewiarza, zdołał obronić dla swojej diecezji obrządek ambrozjański, który był tutaj w użyciu od niepamiętnych czasów. Kiedy za jego pasterzowania wybuchła w Mediolanie kilka razy epidemia, kardynał Karol nakazał otworzyć wszystkie spichlerze i rozdać żywność ubogim. Skierował także specjalne zachęty do duchowieństwa, aby szczególną troską otoczyło zarażonych oraz ich rodziny. Podczas zarazy w 1576 r. niósł pomoc chorym, karmiąc nawet 60-70 tysięcy osób dziennie; zaopatrywał umierających; oddał cierpiącym wszystko, nawet własne łóżko. W czasie zarazy ospy, która pochłonęła ponad 18 tysięcy ofiar, zarządził procesję pokutną, którą prowadził idąc ulicami Mediolanu boso. W 1572 r. na konklawe był poważnym kandydatem na papieża.
    Ulubioną rozrywką Karola w młodości było polowanie i szachy. Był także estetą i znał się na sztuce. Grał pięknie na wiolonczeli. Z tych rozrywek zrezygnował jednak dla Bożej sprawy, oddany bez reszty zbawieniu powierzonych sobie dusz. Wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Męki Pańskiej. Dlatego nie rozstawał się z krzyżem. Tkliwą miłością darzył też sanktuaria maryjne.
    Największą zasługą Karola był jednak Sobór Trydencki. Sobór, rozpoczęty z wieloma nadziejami, wlókł się zbyt długo z powodu złej organizacji. Trwał aż 18 lat (1545-1563). Dopiero kiedy Karol przystąpił do działania, sobór mógł szczęśliwie dokończyć obrady. Dyskutowano na nim o wszystkich prawdach wiary, atakowanych przez protestantów, i gruntownie je wyjaśniono. W dziedzinie karności kościelnej wprowadzono dekrety: nakazujące biskupom i duszpasterzom rezydować stale w diecezjach i parafiach, wprowadzono stałe wizytacje kanoniczne, regularny obowiązek zwoływania synodów, zakazano kumulacji urzędów i godności kościelnych, nakazano zakładanie seminariów duchownych – wyższych i niższych, wprowadzono do pism katolickich cenzurę kościelną, jak też indeks książek zakazanych, wreszcie wprowadzono regularną katechizację. Większość z tych uchwał wyszło z wielkiego serca kapłańskiego Karola Boromeusza. On też był inicjatorem utworzenia osobnej kongregacji kardynałów, która miała za cel przypilnowanie, by uchwały soboru były wszędzie zastosowane.
    Zmarł w Mediolanie 3 listopada 1584 r. wskutek febry, której nabawił się w czasie odprawiania własnych rekolekcji. Pozostawił po sobie duży dorobek pisarski. Beatyfikowany w 1602 r., kanonizowany przez Pawła V w 1610 r. Jego relikwie spoczywają w krypcie katedry mediolańskiej. Jest patronem boromeuszek, diecezji w Lugano i Bazylei oraz uniwersytetu w Salzburgu; ponadto czczony jest jako opiekun bibliotekarzy, instytutów wiedzy katechetycznej, proboszczów i profesorów seminarium.
    W ikonografii św. Karol Boromeusz przedstawiany jest w stroju kardynalskim. Jego atrybutami są: bicz, czaszka, gołąb, kapelusz kardynalski, krucyfiks; postronek na szyi, który nosił podczas procesji pokutnych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Św. Karol Boromeusz (1538-1584)

    ŚWIĘTY KAROL BOROMEUSZ (1538-1584)

    «…Biskup to człowiek, który powinien zaprzeć się samego siebie, umartwić swoje ciało i swoją wolę. Wypełniać ma jedynie to, co jest mu poddane przez wolę Boga i cześć dla Niego oraz dla spraw i korzyści swych owieczek. Umartwienie jego życia pociągnie tych, którymi będzie kierował i dzięki temu zwyciężą niebezpiecznego nieprzyjaciela, jakiego stale nosimy w sobie. Jeśli biskup będzie pierwszy w niesieniu krzyża, wtedy będzie mógł im rzec wraz z Chrystusem: “Czyńcie to, co Ja czynię”…»

    Z homilii św. Karola z 15 lipca 1584 r.

    PROMIENNA MŁODOŚĆ

    Karol urodził się 2 października 1538 w zamku Angera Rocca, w Aronie, nad brzegiem Lago Maggiore. Przyszedł na świat w wybitnej rodzinie mediolańskiej, jako syn Gilberta i Małgorzaty Medici. Opowiadano później, iż w noc jego narodzin z nieba zstąpiła olśniewająca światłość, która ogarnęła jego pokój. Rodzice mieli już córkę i dwóch synów, a zatem – zgodnie ze zwyczajami tamtej epoki – Karol był niejako od dziecka przeznaczony do stanu kapłańskiego. Zresztą w tej epoce nie traktowano dzieci jak obecnie. Szybko wprowadzano je w świat dorosłych i powierzano im odpowiedzialne zadania. Tak właśnie także Karol w wieku 7 lat otrzymał habit i klasztor w zarząd, którym w istocie szybko się zaczął zajmować.
    Uczył się najpierw w Mediolanie i wkrótce dość płynnie posługiwał się łaciną. Kiedy miał 9 lat umarła jego matka. Ojciec jeszcze dwa razy się ożenił. Jednakże i on wkrótce przedwcześnie umarł. Karol zyskał sobie tym samym opiekuna w swym wuju, kardynale Medici.
    Naukę kontynował w Pawii aż do r. 1549. Wszędzie rzuca się w oczy jego powaga, pobożność i gorliwość w pracy. W r. 1559 umarł papież Paweł IV i to właśnie kard. Medici zostaje wybrany jego następcą – jako Pius IV. Nowy papież wkrótce sprowadza do Rzymu swego krewnego. Cóż, jest to epoka faworyzowania krewnych nawet w Kościele. Młody Karol odkrywa tu zbytek i zaszczyty. Mając 21 lat zostaje Sekretarzem Stanu i kardynałem, choć jeszcze nie kapłanem. Fizycznie niezbyt pociągający i wątłego zdrowia teraz stał się nagle bardzo znany. Jednak wszędzie ujawnia się równocześnie jako człowiek poważny, pracowity i skuteczny w działaniu. Pragnący otrzymać jakąś łaskę od Wikariusza Chrystusa w sposób naturalny trafiali do niego jako pośrednika. On jednak potrafił z uprzejmością, lecz i stanowczo pozbyć się natarczywych proszących.

    SOBÓR TRYDENCKI (1535-1564) I REALIZACJA JEGO POSTANOWIEŃ

    Pogański humanizm Renesansu zrodził protestantyzm. Według Lutra zbawienie miała zapewniać sama wiara, według Kalwina – sama łaska. Kościół katolicki nauczał, że potrzeba wiary, łaski i uczynków. Sobór Trydencki, dwudziesty sobór ekumeniczny, wyznaczył zdecydowany zwrot w historii świata chrześcijańskiego. Sprecyzował liczne punkty nauki i dyscypliny. Uczynił to z autorytetem i bez niejasności. Doszło więc do: reformy biskupstwa (zakazano gromadzenia dóbr, nakazano zachowywanie rezydencji biskupów); określenia warunków, jakie trzeba spełnić, aby móc przyjąć święcenia; zajęto się często lekceważoną formacją kapłańską, szczególnie przez polecenie tworzenia seminariów, postanowienie zredagowania katechizmu dla nauczania ludu Bożego, który nie był systematycznie pouczany.
    Sobór ten miał bardzo liczne dobroczynne skutki. Pozwolił m. in. zacieśnić więzy, jakie powinny łączyć papieża ze wszystkimi członkami Kościoła. Pozwolił też na stworzenie licznych zgromadzeń zakonnych i zakonów, żeńskich i męskich: Jezuitów, Oratorian, Eudystów. Był więc czymś o wiele większym niż tylko prostym odparciem protestanckiej Reformy. Było to głównie zasługą Papieża, który go zamknął, św. Piusa V. Można w pewnym sensie powiedzieć, że świat katolicki żył rozpędem Soboru Trydenckiego przez 4 wieki, aż do Soboru Watykańskiego II.
    Powziąć decyzje to jedno, lecz aby były skuteczne, trzeba je jeszcze wcielić w życie. To temu głównie poświęcił życie młody kard. Boromeusz. Choć nigdy nie był obecny w Trydencie, jego wysłannicy stale informowali go o wszystkim, to zaś służyło mu za wskazówki dla organizowania kolejnych sesji, spotkań i dyskusji.
    Arcybiskup Bragi z Portugalii dał się zauważyć na Soborze dzięki swym wystąpieniom na temat reformy duchowieństwa, szczególnie biskupstwa. Jego uwagi wywarły na młodym Sekretarzu Stanu wielkie wrażenie. Karol, jako siostrzeniec Papieża, kardynał, posiadający znamienitą fortunę, prowadził dotąd w Rzymie wystawne życie. Teraz zaś zaczął pogłębiać swe wykształcenie religijne i świeckie. Nieco później postanowił wejść na prostą drogę Ewangelii. Przyjął święcenia kapłańskie 15 sierpnia 1563 r. Miał wówczas 25 lat. Odprawił rekolekcje ignacjańskie i ostatecznie wyrzekł się wszelkiej kariery światowej, którą proponowała mu rodzina po śmierci starszego brata.

    ARCYBISKUP MEDIOLANU

    7 grudnia 1563 r. kard. Boromeusz zostaje wyświęcony na biskupa w Kaplicy Sykstyńskiej. Podobnie jak do święceń kapłańskich, tak i do tej ważnej chwili, przygotowują go jezuici, szczególnie o. Ribera, jego duchowy kierownik, mający na niego wielki wpływ. Rozmyślanie i codzienna ofiara Mszy św. prowadzą go do całkowitej przemiany życia. Jego dewiza zawiera się w dwóch słowach: modlitwa i umartwienie.
    Karol zmienia ostatecznie tryb życia: żegna się z lokajami, ze złotą zastawą i okazałymi zaprzęgami. To samo czyni z domem papieskim i to w takim stopniu, że zostanie oskarżony o skąpstwo. Rzeczywiście w tamtej epoce było w Rzymie 113 biskupów. Zbyt wielu jak na potrzeby papieskiej administracji! Żyli z dala od swych diecezji. Odtąd papież zachował przy sobie jedynie tych biskupów, którzy byli mu niezbędni dla kierowania Kościołem. Inni musieli wrócić do swych domów.
    Karola połączyła przyjaźń z tym, który będzie w przyszłości św. Filipem Neri, założycielem Oratorian, który dzieli jego gorliwość reformatorską.
    2 maja 1564 zostaje mianowany arcybiskupem Mediolanu. A mimo to jeszcze we wrześniu 1565 r. jest wciąż w Rzymie, choć płonie pragnieniem wprowadzenia w życie dzieła Soboru. Kieruje jednak diecezją z daleka. Za zezwoleniem Papieża i posiadając uprawnienia legata papieskiego udaje się wreszcie do Mediolanu. Zwołuje synod prowincjalny skupiony na trzech punktach: stłumienie nadużyć; reforma obyczajów; zażegnanie konfliktów. Od początku jasno określa, że należy wykazać się całkowitym posłuszeństwem wobec Papieża jak i postanowień Soboru.
    “Dyscyplinę można łatwo na nowo wdrożyć – powie – jeśli pasterze dadzą przykład i zapewnią swym stadom potrójny pokarm zbawienia, czyli: słowo, przykład i sakramenty. I jeśli oni sami podporządkują się chrześcijańskiemu ładowi.”
    Arcybiskup obiecuje, iż on sam będzie nauczał nie tylko słowem, lecz i przykładem. Po synodzie misja mu powierzona dobiegła końca, wraca więc do Rzymu akurat na czas, aby być przy śmierci wuja, Piusa IV.
    Kolejnym Papieżem zostaje kardynał Ghislieri – Pius V. Karol Boromeusz nie ma już powodów do pozostania w Rzymie i może w końcu udać się na stałe do Mediolanu, aby wziąć w pełne posiadanie diecezję. Przedtem – rozdaje wszystkie swe dobra.
    Przeprowadza się do arcybiskupiego pałacu. Zajmuje jednak tylko dwa pokoje na poddaszu: jeden służy mu za sypialnię, a drugi – za biuro. Tak zaczyna realizować swą dewizę: Humilitas (pokora).

    REFORMA BISKUPSTWA

    Kard. Boromeusz był przykładem biskupa – reformatora takiego, jakiego pragnął Sobór. W Mediolanie od 80 lat nie było rezydującego biskupa. Sytuacja kanoniczna i duchowa diecezji była godna pożałowania. Władze świeckie mieszały się w sprawy Kościoła. Autorytet biskupa się nie liczył. Trzeba go było na nowo odbudowywać. Kapłani diecezjalni byli pod opieką “zastępców biskupa”. Oni to wybierali przyszłych kapłanów, powierzali im zadania, aż po subdiakonat, mianowali ich. Również zakony nie były podporządkowane biskupowi.
    Aby uświadomić sobie ogrom zadań, jakie musiał podjąć Karol Boromeusz, biorąc w posiadanie diecezję, można wspomnieć, że liczyła ona 740 parafii, 50 kolegiat, ponad 100 klasztorów, w sumie 3350 kapłanów i około 560 tys. wiernych.
    Łatwo też zrozumieć, że odnowa diecezji zajmie mu cały czas trwania jego biskupstwa. Przeżył liczne konflikty z władzami świeckimi, jak i z kapłanami i zakonnikami. Jeden z mnichów chciał go nawet zabić, strzelając do niego, gdy arcybiskup modlił się w prywatnym oratorium.
    Musiał posługiwać się dyplomacją, a przede wszystkim energią. W sumie przeprowadził 13 synodów diecezjalnych i 5 prowincjalnych. Nie pozostawiał więc wytchnienia swym kapłanom. Kapłani i zakonnicy szybko pojęli, że ich biskup zaiste jest świętym i musieli uznać szczęśliwe owoce reform, jakie wprowadzał. Przyjęli więc w końcu jego autorytet, gdyż wszelkie zasady głosił głównie swoim własnym przykładem:
    “Na niewiele zdałyby się uchwały reformy, gdybyśmy ich następnie sami nie przestrzegali” – mawiał Karol Boromeusz i pozostał wierny tej zasadzie przez całe życie. Codziennie przeprowadzał rachunek sumienia i swoim kapłanom także to zalecał.
    Nowy arcybiskup całkowicie zmienił administrację swojej diecezji, a uczynił to w sposób bardzo scentralizowany: ustanowił wikariusza generalnego oraz dwóch wizytatorów, jednego dla miast, a drugiego – dla wiosek. Był także wizytator dla klasztorów oraz liczni administratorzy dla spraw finansowych, liturgii, seminariów, głoszenia itp.
    Aby dobrze poznać diecezję mu powierzoną kardynał Boromeusz przedsiębrał liczne systematyczne podróże duszpasterskie. Ze skromną eskortą wcale nie wyglądał na księcia Kościoła, lecz po prostu na pasterza odwiedzającego swe owieczki. W parafiach, które nawiedzał szukał kontaktu z ludnością, całymi godzinami sam spowiadał, głosił Słowo Boże, odprawiał Mszę św. Jego prostota i świętość pozwoliła mu zdobywać sobie dusze.

    SEMINARIA I SZKOŁY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ NAUKI

    Jednym z wielkich niedomagań duchowieństwa diecezjalnego w epoce Soboru Trydenckiego była jego niewiedza we wszelkich dziedzinach (teologia, biblistyka, patrologia). Opowiadano, iż niektórzy penitenci, aby mieć pewność, że im udzielono rozgrzeszenia przynosili ze sobą zapisaną formułę rozgrzeszenia, gdyż niektórzy kapłani znali ją niezbyt dobrze. Stworzenie seminariów było zatem zadaniem zasadniczym dla podniesienia Kościoła. Sobór określił to z naciskiem: “Nie wystarczy wpoić w już wyświęconych kapłanów cnoty i zasady, lecz trzeba przygotować młodzież ze wszystkich środowisk, aby się poświęciła służbie Bożej.”
    Pierwsze seminarium duchowne powstało w Rzymie w 1563 r. W roku następnym biskup Boromeusz powierza Jezuitom otwarcie seminarium w Mediolanie. Ale szybko się okazuje, iż młodzi, mając powołanie, w miejsce poświęcenia się dla diecezji wstępują do nowicjatu Jezuitów. Wtedy biskup zakłada kongregację kapłanów diecezjalnych, żyjących we wspólnocie. Im powierza administrowanie seminariami. Powstanie ich 6. Szybko gromadzi się 200 kleryków. Wkrótce też inni biskupi wezmą przykład z tego, co dzieje się w Mediolanie.
    To jednak nie wystarcza, że się poucza duchowieństwo w wielkich i małych seminariach. Poruszony dobroczynnym działaniem szkół chrześcijańskiej doktryny stworzonych przez bł. Angelo Porro, arcybiskup Mediolanu poleca utworzenie takich szkół dla chłopców po trochu wszędzie. Uczy się w nich katechizmu oraz przedmiotów świeckich. Aby kształcić dziewczęta zwraca się do Urszulanek, założonych w 1540 r. przez Angelę Merici. Daje ich małej wspólnocie w Mediolanie regulamin, habit, poleca składanie trzech ślubów oraz częściową klauzurę. Podlegają jurysdykcji swego biskupa.

    KATECHIZM

    Inna z ważnych decyzji Soboru Trydenckiego to redakcja katechizmu. Kilka istniejących publikacji tego typu nie było ani kompletnych, ani praktycznych. Można tu wspomnieć dzieło trzyczęściowe: “Dekalog, Credo, Ojcze nasz” Gersona oraz Katechizm Jezuity Piotra Kanizjusza. Nie było jednak dzieła, które mogłoby rywalizować z katechizmem Lutra z 1524. Katechizm Soboru Trydenckiego został więc zredagowany przez teologiczną komisję biskupów. Udział w jego tworzeniu miał też portugalski dominikanin, cieszący się pełnym zaufaniem Karola Boromeusza. To z tego katechizmu, zaktualizowanego przez Piusa X wszyscy biskupi świata czerpali przez 4 wieki natchnienie do tworzenia katechizmów diecezjalnych.

    MODLITWA I UMARTWIENIE

    Arcybiskup śpi rzadko dłużej niż 4-5 godzin, w dodatku na zwykłej pryczy. Potrafi też całą noc spędzić na modlitwie i rozmyślaniu. Brewiarz odmawia na kolanach. Karmi się chlebem i wodą, czasem – jarzynami. W zimie rezygnuje z ogrzewania.

    SŁUGA UBOGICH

    Również jego miłosierdzie przysparza mu sławy. Najpierw w Rzymie – będąc jeszcze Sekretarzem Stanu – potem zaś w swojej diecezji ufundował domy, w których udzielano pomocy wszelkim potrzebującym.
    W jesieni 1575 roku w Mediolanie pojawia się dżuma. Karol Boromeusz oddaje się bez reszty biednym chorym, mając wystarczającą w tamtych czasach wiedzę medyczną. W zimie 1575/76 roku pozbawia swój pałac wszelkich tkanin nie tylko tych, które nie były niezbędne, aby mogły służyć nieszczęśliwym jako okrycia. Nie zważając ani przez chwilę na możliwość zarażenia idzie wspomóc umierających. Nakazuje stałe modlitwy oraz pokuty dla wyproszenia kresu zarazy. W grudniu epidemia zdaje się ustawać. W styczniu arcybiskup organizuje wielką procesję wynagradzającą. Sam idzie na jej czele boso. Na wiosnę 1577 roku zaraza się kończy. W samym tylko Mediolanie umarło 13 tys. osób, a w jego okolicach – 8 tys.

    ŚMIERĆ Z WYCZERPANIA

    W październiku 1584 roku Karola Boromeusza atakuje gorączka. Przez całe życie wyczerpywał się: nadludzka praca, niezwykłe umartwienia, niedostateczne wyżywienie, brak snu. Bardziej niż dotąd otoczenie prosi, aby się oszczędzał, jednak on nie zważa na to. 2 listopada wizytuje Tessin (szwajcarski górki kanton, należący do jego diecezji). Pragnie tu otworzyć seminarium.
    W czasie tej wizyty słabnie i musi powrócić do Mediolanu. W następną noc gaśnie w nim życie. Umiera całkowicie wyczerpany w wieku 46 lat.

    SŁAWA ŚWIĘTOŚCI

    Kongregacja kapłanów, powołana do administrowania jego seminariami, prosi niezwłocznie o przeprowadzenie procesu kanonizacyjnego. Ma to miejsce w 1604 r. 1 listopada 1610, w 26 lat po jego śmierci Papież Paweł V kanonizuje go, wyznaczając jego święto na dzień 4 listopada.
    Kiedy obejmował diecezję jako arcybiskup Mediolanu, jej stan religijny był żałosny, tak w odniesieniu do duchowieństwa, jak i świeckich. Kiedy umierał diecezja ta była już wzorem dla całego chrześcijańskiego świata. Jego dzieło rozbłysło takim blaskiem, iż można było słusznie napisać: “reforma Kościoła była córką reformy mediolańskiej”.

    JEGO WPŁYW WE FRANCJI

    W drugiej połowie XVI w. działalność kardynała Boromeusza stała się zasadniczym ogniwem wdrażania reformy trydenckiej, najpierw we Włoszech, a następnie na świecie. Jego związki z Francją datowały się od czasu, gdy był Sekretarzem Stanu u boku wuja Piusa IV, czyli w okresie, gdy Sobór się kończył. Prócz znaczącej pracy, jaką wypełniał we wszystkich dziedzinach, prowadził obfitą korespondencję (zgromadzono ją w bibliotece ambrozjańskiej w ponad 300 tomach!), także z Francją.
    W 1574 roku spotkał się nawet z królem Henrykiem III, który prosił go o rady związane z życiem osobistym oraz z rządami. Słowa jego wywarły tak wielki wpływ na króla, że mianował on na stanowisko arcybiskupa Aix ucznia Karola Boromeusza, Aleksandra Canigiani.
    Zgromadzenie w Melun, na które arcybiskup Aix został wydelegowany przez swą prowincję, postawiło go na czele komisji powołanej do przywrócenia dyscypliny w Kościele, który we Francji, w tamtej epoce pogrążony był w dążeniach gallikańskich, zmierzających do ograniczenia władzy papieży. Decyzje Soboru Trydenckiego nie były oficjalnie uznawane i większość biskupów ociągała się z wprowadzeniem ich w życie.
    Arcybiskup Aix zgromadził w 1585 roku synod prowincjalny, na którym podjęto poza innymi także decyzję o powstawaniu seminariów. W niektórych diecezjach trzeba będzie jeszcze poczekać 100 lat, aż św. Wincenty a Paulo założy seminaria lazarystów. Ich sukces będzie tak wielki, że to obudzi wreszcie u biskupów chęć stworzenia seminariów opartych o ten model. Ten synod prowicjalny zwołany dzięki uczniowi św. Karola stanie się też okazją do rozpoczęcia nauki katechizmu i do ustalenia warunków dotyczących przyjmowania sakramentów.
    Inną osobistością francuską, która zetknęła się ze św. Karolem był kardynał Rochefoucauld. Udał się on do Mediolanu w 1579 roku, aby spotkać tamtejszego biskupa. Zachwyciła go świętość i skuteczność działania pasterza tej diecezji. Naśladował go niezmiernie wytrwale i wiernie w swej diecezji w Clermont. Stał się kapłanem świętym, a u podstaw legła pokora. Uderzony brakiem wiedzy kapłanów także i on pośpieszył utworzyć seminarium. Powziął następnie decyzję wizytowania swej diecezji na wzór biskupa Mediolanu. Paweł IV powierzył mu godność kardynalską, a Ludwik XIII – uczynił swym kapelanem.
    Franciszek de Joyeuse, arcybiskup Narbony, a potem Tuluzy także zwołał w tym mieście synod, aby przebadać, jak zrealizować reformy trydenckie. W efekcie utworzono seminarium, zorganizowano naukę katechizmu oraz wizyty duszpasterskie.
    Franciszek de Sourdis, arcybiskup Bordeaux będzie naśladował reformy Boromeusza mniej ulegle od swych współbraci, lecz zachowa ich ducha. Natomiast Alain de Solminhac zostanie określony mianem Boromeusza Francji. Idąc w ślad za swym świętym wzorem stał się przede wszystkim pasterzem dusz. Był doskonałym wzorem katolickiego biskupa.
    Naprawdę można więc powiedzieć, że św. Karol Boromeusz wywarł zasadniczy wpływ na reformę katolicką i na życie Kościoła aż po nasze dni.
    Zostawił po sobie prócz wdzięcznej pamięci swych wiernych niezliczone ślady działalności, m. in. liczne traktaty, pouczenia, instrukcje. Wiele zgromadzeń zakonnych przyjęło go za patrona dla skierowanej ku wszechstronnemu dobru bliźniego służby, m. in. znane na świecie SS. Boromeuszki.

    Louis Couëtte (Stella Maris marzec 1996, str. 29-31)/Św. Karol Boromeusz (1538-1584)

    ŚWIĘTY KAROL BOROMEUSZ (1538-1584)

    «…Biskup to człowiek, który powinien zaprzeć się samego siebie, umartwić swoje ciało i swoją wolę. Wypełniać ma jedynie to, co jest mu poddane przez wolę Boga i cześć dla Niego oraz dla spraw i korzyści swych owieczek. Umartwienie jego życia pociągnie tych, którymi będzie kierował i dzięki temu zwyciężą niebezpiecznego nieprzyjaciela, jakiego stale nosimy w sobie. Jeśli biskup będzie pierwszy w niesieniu krzyża, wtedy będzie mógł im rzec wraz z Chrystusem: “Czyńcie to, co Ja czynię”…»

    Z homilii św. Karola z 15 lipca 1584 r.

    PROMIENNA MŁODOŚĆ

    Karol urodził się 2 października 1538 w zamku Angera Rocca, w Aronie, nad brzegiem Lago Maggiore. Przyszedł na świat w wybitnej rodzinie mediolańskiej, jako syn Gilberta i Małgorzaty Medici. Opowiadano później, iż w noc jego narodzin z nieba zstąpiła olśniewająca światłość, która ogarnęła jego pokój. Rodzice mieli już córkę i dwóch synów, a zatem – zgodnie ze zwyczajami tamtej epoki – Karol był niejako od dziecka przeznaczony do stanu kapłańskiego. Zresztą w tej epoce nie traktowano dzieci jak obecnie. Szybko wprowadzano je w świat dorosłych i powierzano im odpowiedzialne zadania. Tak właśnie także Karol w wieku 7 lat otrzymał habit i klasztor w zarząd, którym w istocie szybko się zaczął zajmować.
    Uczył się najpierw w Mediolanie i wkrótce dość płynnie posługiwał się łaciną. Kiedy miał 9 lat umarła jego matka. Ojciec jeszcze dwa razy się ożenił. Jednakże i on wkrótce przedwcześnie umarł. Karol zyskał sobie tym samym opiekuna w swym wuju, kardynale Medici.
    Naukę kontynował w Pawii aż do r. 1549. Wszędzie rzuca się w oczy jego powaga, pobożność i gorliwość w pracy. W r. 1559 umarł papież Paweł IV i to właśnie kard. Medici zostaje wybrany jego następcą – jako Pius IV. Nowy papież wkrótce sprowadza do Rzymu swego krewnego. Cóż, jest to epoka faworyzowania krewnych nawet w Kościele. Młody Karol odkrywa tu zbytek i zaszczyty. Mając 21 lat zostaje Sekretarzem Stanu i kardynałem, choć jeszcze nie kapłanem. Fizycznie niezbyt pociągający i wątłego zdrowia teraz stał się nagle bardzo znany. Jednak wszędzie ujawnia się równocześnie jako człowiek poważny, pracowity i skuteczny w działaniu. Pragnący otrzymać jakąś łaskę od Wikariusza Chrystusa w sposób naturalny trafiali do niego jako pośrednika. On jednak potrafił z uprzejmością, lecz i stanowczo pozbyć się natarczywych proszących.

    SOBÓR TRYDENCKI (1535-1564) I REALIZACJA JEGO POSTANOWIEŃ

    Pogański humanizm Renesansu zrodził protestantyzm. Według Lutra zbawienie miała zapewniać sama wiara, według Kalwina – sama łaska. Kościół katolicki nauczał, że potrzeba wiary, łaski i uczynków. Sobór Trydencki, dwudziesty sobór ekumeniczny, wyznaczył zdecydowany zwrot w historii świata chrześcijańskiego. Sprecyzował liczne punkty nauki i dyscypliny. Uczynił to z autorytetem i bez niejasności. Doszło więc do: reformy biskupstwa (zakazano gromadzenia dóbr, nakazano zachowywanie rezydencji biskupów); określenia warunków, jakie trzeba spełnić, aby móc przyjąć święcenia; zajęto się często lekceważoną formacją kapłańską, szczególnie przez polecenie tworzenia seminariów, postanowienie zredagowania katechizmu dla nauczania ludu Bożego, który nie był systematycznie pouczany.
    Sobór ten miał bardzo liczne dobroczynne skutki. Pozwolił m. in. zacieśnić więzy, jakie powinny łączyć papieża ze wszystkimi członkami Kościoła. Pozwolił też na stworzenie licznych zgromadzeń zakonnych i zakonów, żeńskich i męskich: Jezuitów, Oratorian, Eudystów. Był więc czymś o wiele większym niż tylko prostym odparciem protestanckiej Reformy. Było to głównie zasługą Papieża, który go zamknął, św. Piusa V. Można w pewnym sensie powiedzieć, że świat katolicki żył rozpędem Soboru Trydenckiego przez 4 wieki, aż do Soboru Watykańskiego II.
    Powziąć decyzje to jedno, lecz aby były skuteczne, trzeba je jeszcze wcielić w życie. To temu głównie poświęcił życie młody kard. Boromeusz. Choć nigdy nie był obecny w Trydencie, jego wysłannicy stale informowali go o wszystkim, to zaś służyło mu za wskazówki dla organizowania kolejnych sesji, spotkań i dyskusji.
    Arcybiskup Bragi z Portugalii dał się zauważyć na Soborze dzięki swym wystąpieniom na temat reformy duchowieństwa, szczególnie biskupstwa. Jego uwagi wywarły na młodym Sekretarzu Stanu wielkie wrażenie. Karol, jako siostrzeniec Papieża, kardynał, posiadający znamienitą fortunę, prowadził dotąd w Rzymie wystawne życie. Teraz zaś zaczął pogłębiać swe wykształcenie religijne i świeckie. Nieco później postanowił wejść na prostą drogę Ewangelii. Przyjął święcenia kapłańskie 15 sierpnia 1563 r. Miał wówczas 25 lat. Odprawił rekolekcje ignacjańskie i ostatecznie wyrzekł się wszelkiej kariery światowej, którą proponowała mu rodzina po śmierci starszego brata.

    ARCYBISKUP MEDIOLANU

    7 grudnia 1563 r. kard. Boromeusz zostaje wyświęcony na biskupa w Kaplicy Sykstyńskiej. Podobnie jak do święceń kapłańskich, tak i do tej ważnej chwili, przygotowują go jezuici, szczególnie o. Ribera, jego duchowy kierownik, mający na niego wielki wpływ. Rozmyślanie i codzienna ofiara Mszy św. prowadzą go do całkowitej przemiany życia. Jego dewiza zawiera się w dwóch słowach: modlitwa i umartwienie.
    Karol zmienia ostatecznie tryb życia: żegna się z lokajami, ze złotą zastawą i okazałymi zaprzęgami. To samo czyni z domem papieskim i to w takim stopniu, że zostanie oskarżony o skąpstwo. Rzeczywiście w tamtej epoce było w Rzymie 113 biskupów. Zbyt wielu jak na potrzeby papieskiej administracji! Żyli z dala od swych diecezji. Odtąd papież zachował przy sobie jedynie tych biskupów, którzy byli mu niezbędni dla kierowania Kościołem. Inni musieli wrócić do swych domów.
    Karola połączyła przyjaźń z tym, który będzie w przyszłości św. Filipem Neri, założycielem Oratorian, który dzieli jego gorliwość reformatorską.
    2 maja 1564 zostaje mianowany arcybiskupem Mediolanu. A mimo to jeszcze we wrześniu 1565 r. jest wciąż w Rzymie, choć płonie pragnieniem wprowadzenia w życie dzieła Soboru. Kieruje jednak diecezją z daleka. Za zezwoleniem Papieża i posiadając uprawnienia legata papieskiego udaje się wreszcie do Mediolanu. Zwołuje synod prowincjalny skupiony na trzech punktach: stłumienie nadużyć; reforma obyczajów; zażegnanie konfliktów. Od początku jasno określa, że należy wykazać się całkowitym posłuszeństwem wobec Papieża jak i postanowień Soboru.
    “Dyscyplinę można łatwo na nowo wdrożyć – powie – jeśli pasterze dadzą przykład i zapewnią swym stadom potrójny pokarm zbawienia, czyli: słowo, przykład i sakramenty. I jeśli oni sami podporządkują się chrześcijańskiemu ładowi.”
    Arcybiskup obiecuje, iż on sam będzie nauczał nie tylko słowem, lecz i przykładem. Po synodzie misja mu powierzona dobiegła końca, wraca więc do Rzymu akurat na czas, aby być przy śmierci wuja, Piusa IV.
    Kolejnym Papieżem zostaje kardynał Ghislieri – Pius V. Karol Boromeusz nie ma już powodów do pozostania w Rzymie i może w końcu udać się na stałe do Mediolanu, aby wziąć w pełne posiadanie diecezję. Przedtem – rozdaje wszystkie swe dobra.
    Przeprowadza się do arcybiskupiego pałacu. Zajmuje jednak tylko dwa pokoje na poddaszu: jeden służy mu za sypialnię, a drugi – za biuro. Tak zaczyna realizować swą dewizę: Humilitas (pokora).

    REFORMA BISKUPSTWA

    Kard. Boromeusz był przykładem biskupa – reformatora takiego, jakiego pragnął Sobór. W Mediolanie od 80 lat nie było rezydującego biskupa. Sytuacja kanoniczna i duchowa diecezji była godna pożałowania. Władze świeckie mieszały się w sprawy Kościoła. Autorytet biskupa się nie liczył. Trzeba go było na nowo odbudowywać. Kapłani diecezjalni byli pod opieką “zastępców biskupa”. Oni to wybierali przyszłych kapłanów, powierzali im zadania, aż po subdiakonat, mianowali ich. Również zakony nie były podporządkowane biskupowi.
    Aby uświadomić sobie ogrom zadań, jakie musiał podjąć Karol Boromeusz, biorąc w posiadanie diecezję, można wspomnieć, że liczyła ona 740 parafii, 50 kolegiat, ponad 100 klasztorów, w sumie 3350 kapłanów i około 560 tys. wiernych.
    Łatwo też zrozumieć, że odnowa diecezji zajmie mu cały czas trwania jego biskupstwa. Przeżył liczne konflikty z władzami świeckimi, jak i z kapłanami i zakonnikami. Jeden z mnichów chciał go nawet zabić, strzelając do niego, gdy arcybiskup modlił się w prywatnym oratorium.
    Musiał posługiwać się dyplomacją, a przede wszystkim energią. W sumie przeprowadził 13 synodów diecezjalnych i 5 prowincjalnych. Nie pozostawiał więc wytchnienia swym kapłanom. Kapłani i zakonnicy szybko pojęli, że ich biskup zaiste jest świętym i musieli uznać szczęśliwe owoce reform, jakie wprowadzał. Przyjęli więc w końcu jego autorytet, gdyż wszelkie zasady głosił głównie swoim własnym przykładem:
    “Na niewiele zdałyby się uchwały reformy, gdybyśmy ich następnie sami nie przestrzegali” – mawiał Karol Boromeusz i pozostał wierny tej zasadzie przez całe życie. Codziennie przeprowadzał rachunek sumienia i swoim kapłanom także to zalecał.
    Nowy arcybiskup całkowicie zmienił administrację swojej diecezji, a uczynił to w sposób bardzo scentralizowany: ustanowił wikariusza generalnego oraz dwóch wizytatorów, jednego dla miast, a drugiego – dla wiosek. Był także wizytator dla klasztorów oraz liczni administratorzy dla spraw finansowych, liturgii, seminariów, głoszenia itp.
    Aby dobrze poznać diecezję mu powierzoną kardynał Boromeusz przedsiębrał liczne systematyczne podróże duszpasterskie. Ze skromną eskortą wcale nie wyglądał na księcia Kościoła, lecz po prostu na pasterza odwiedzającego swe owieczki. W parafiach, które nawiedzał szukał kontaktu z ludnością, całymi godzinami sam spowiadał, głosił Słowo Boże, odprawiał Mszę św. Jego prostota i świętość pozwoliła mu zdobywać sobie dusze.

    SEMINARIA I SZKOŁY CHRZEŚCIJAŃSKIEJ NAUKI

    Jednym z wielkich niedomagań duchowieństwa diecezjalnego w epoce Soboru Trydenckiego była jego niewiedza we wszelkich dziedzinach (teologia, biblistyka, patrologia). Opowiadano, iż niektórzy penitenci, aby mieć pewność, że im udzielono rozgrzeszenia przynosili ze sobą zapisaną formułę rozgrzeszenia, gdyż niektórzy kapłani znali ją niezbyt dobrze. Stworzenie seminariów było zatem zadaniem zasadniczym dla podniesienia Kościoła. Sobór określił to z naciskiem: “Nie wystarczy wpoić w już wyświęconych kapłanów cnoty i zasady, lecz trzeba przygotować młodzież ze wszystkich środowisk, aby się poświęciła służbie Bożej.”
    Pierwsze seminarium duchowne powstało w Rzymie w 1563 r. W roku następnym biskup Boromeusz powierza Jezuitom otwarcie seminarium w Mediolanie. Ale szybko się okazuje, iż młodzi, mając powołanie, w miejsce poświęcenia się dla diecezji wstępują do nowicjatu Jezuitów. Wtedy biskup zakłada kongregację kapłanów diecezjalnych, żyjących we wspólnocie. Im powierza administrowanie seminariami. Powstanie ich 6. Szybko gromadzi się 200 kleryków. Wkrótce też inni biskupi wezmą przykład z tego, co dzieje się w Mediolanie.
    To jednak nie wystarcza, że się poucza duchowieństwo w wielkich i małych seminariach. Poruszony dobroczynnym działaniem szkół chrześcijańskiej doktryny stworzonych przez bł. Angelo Porro, arcybiskup Mediolanu poleca utworzenie takich szkół dla chłopców po trochu wszędzie. Uczy się w nich katechizmu oraz przedmiotów świeckich. Aby kształcić dziewczęta zwraca się do Urszulanek, założonych w 1540 r. przez Angelę Merici. Daje ich małej wspólnocie w Mediolanie regulamin, habit, poleca składanie trzech ślubów oraz częściową klauzurę. Podlegają jurysdykcji swego biskupa.

    KATECHIZM

    Inna z ważnych decyzji Soboru Trydenckiego to redakcja katechizmu. Kilka istniejących publikacji tego typu nie było ani kompletnych, ani praktycznych. Można tu wspomnieć dzieło trzyczęściowe: “Dekalog, Credo, Ojcze nasz” Gersona oraz Katechizm Jezuity Piotra Kanizjusza. Nie było jednak dzieła, które mogłoby rywalizować z katechizmem Lutra z 1524. Katechizm Soboru Trydenckiego został więc zredagowany przez teologiczną komisję biskupów. Udział w jego tworzeniu miał też portugalski dominikanin, cieszący się pełnym zaufaniem Karola Boromeusza. To z tego katechizmu, zaktualizowanego przez Piusa X wszyscy biskupi świata czerpali przez 4 wieki natchnienie do tworzenia katechizmów diecezjalnych.

    MODLITWA I UMARTWIENIE

    Arcybiskup śpi rzadko dłużej niż 4-5 godzin, w dodatku na zwykłej pryczy. Potrafi też całą noc spędzić na modlitwie i rozmyślaniu. Brewiarz odmawia na kolanach. Karmi się chlebem i wodą, czasem – jarzynami. W zimie rezygnuje z ogrzewania.

    SŁUGA UBOGICH

    Również jego miłosierdzie przysparza mu sławy. Najpierw w Rzymie – będąc jeszcze Sekretarzem Stanu – potem zaś w swojej diecezji ufundował domy, w których udzielano pomocy wszelkim potrzebującym.
    W jesieni 1575 roku w Mediolanie pojawia się dżuma. Karol Boromeusz oddaje się bez reszty biednym chorym, mając wystarczającą w tamtych czasach wiedzę medyczną. W zimie 1575/76 roku pozbawia swój pałac wszelkich tkanin nie tylko tych, które nie były niezbędne, aby mogły służyć nieszczęśliwym jako okrycia. Nie zważając ani przez chwilę na możliwość zarażenia idzie wspomóc umierających. Nakazuje stałe modlitwy oraz pokuty dla wyproszenia kresu zarazy. W grudniu epidemia zdaje się ustawać. W styczniu arcybiskup organizuje wielką procesję wynagradzającą. Sam idzie na jej czele boso. Na wiosnę 1577 roku zaraza się kończy. W samym tylko Mediolanie umarło 13 tys. osób, a w jego okolicach – 8 tys.

    ŚMIERĆ Z WYCZERPANIA

    W październiku 1584 roku Karola Boromeusza atakuje gorączka. Przez całe życie wyczerpywał się: nadludzka praca, niezwykłe umartwienia, niedostateczne wyżywienie, brak snu. Bardziej niż dotąd otoczenie prosi, aby się oszczędzał, jednak on nie zważa na to. 2 listopada wizytuje Tessin (szwajcarski górki kanton, należący do jego diecezji). Pragnie tu otworzyć seminarium.
    W czasie tej wizyty słabnie i musi powrócić do Mediolanu. W następną noc gaśnie w nim życie. Umiera całkowicie wyczerpany w wieku 46 lat.

    SŁAWA ŚWIĘTOŚCI

    Kongregacja kapłanów, powołana do administrowania jego seminariami, prosi niezwłocznie o przeprowadzenie procesu kanonizacyjnego. Ma to miejsce w 1604 r. 1 listopada 1610, w 26 lat po jego śmierci Papież Paweł V kanonizuje go, wyznaczając jego święto na dzień 4 listopada.
    Kiedy obejmował diecezję jako arcybiskup Mediolanu, jej stan religijny był żałosny, tak w odniesieniu do duchowieństwa, jak i świeckich. Kiedy umierał diecezja ta była już wzorem dla całego chrześcijańskiego świata. Jego dzieło rozbłysło takim blaskiem, iż można było słusznie napisać: “reforma Kościoła była córką reformy mediolańskiej”.

    JEGO WPŁYW WE FRANCJI

    W drugiej połowie XVI w. działalność kardynała Boromeusza stała się zasadniczym ogniwem wdrażania reformy trydenckiej, najpierw we Włoszech, a następnie na świecie. Jego związki z Francją datowały się od czasu, gdy był Sekretarzem Stanu u boku wuja Piusa IV, czyli w okresie, gdy Sobór się kończył. Prócz znaczącej pracy, jaką wypełniał we wszystkich dziedzinach, prowadził obfitą korespondencję (zgromadzono ją w bibliotece ambrozjańskiej w ponad 300 tomach!), także z Francją.
    W 1574 roku spotkał się nawet z królem Henrykiem III, który prosił go o rady związane z życiem osobistym oraz z rządami. Słowa jego wywarły tak wielki wpływ na króla, że mianował on na stanowisko arcybiskupa Aix ucznia Karola Boromeusza, Aleksandra Canigiani.
    Zgromadzenie w Melun, na które arcybiskup Aix został wydelegowany przez swą prowincję, postawiło go na czele komisji powołanej do przywrócenia dyscypliny w Kościele, który we Francji, w tamtej epoce pogrążony był w dążeniach gallikańskich, zmierzających do ograniczenia władzy papieży. Decyzje Soboru Trydenckiego nie były oficjalnie uznawane i większość biskupów ociągała się z wprowadzeniem ich w życie.
    Arcybiskup Aix zgromadził w 1585 roku synod prowincjalny, na którym podjęto poza innymi także decyzję o powstawaniu seminariów. W niektórych diecezjach trzeba będzie jeszcze poczekać 100 lat, aż św. Wincenty a Paulo założy seminaria lazarystów. Ich sukces będzie tak wielki, że to obudzi wreszcie u biskupów chęć stworzenia seminariów opartych o ten model. Ten synod prowicjalny zwołany dzięki uczniowi św. Karola stanie się też okazją do rozpoczęcia nauki katechizmu i do ustalenia warunków dotyczących przyjmowania sakramentów.
    Inną osobistością francuską, która zetknęła się ze św. Karolem był kardynał Rochefoucauld. Udał się on do Mediolanu w 1579 roku, aby spotkać tamtejszego biskupa. Zachwyciła go świętość i skuteczność działania pasterza tej diecezji. Naśladował go niezmiernie wytrwale i wiernie w swej diecezji w Clermont. Stał się kapłanem świętym, a u podstaw legła pokora. Uderzony brakiem wiedzy kapłanów także i on pośpieszył utworzyć seminarium. Powziął następnie decyzję wizytowania swej diecezji na wzór biskupa Mediolanu. Paweł IV powierzył mu godność kardynalską, a Ludwik XIII – uczynił swym kapelanem.
    Franciszek de Joyeuse, arcybiskup Narbony, a potem Tuluzy także zwołał w tym mieście synod, aby przebadać, jak zrealizować reformy trydenckie. W efekcie utworzono seminarium, zorganizowano naukę katechizmu oraz wizyty duszpasterskie.
    Franciszek de Sourdis, arcybiskup Bordeaux będzie naśladował reformy Boromeusza mniej ulegle od swych współbraci, lecz zachowa ich ducha. Natomiast Alain de Solminhac zostanie określony mianem Boromeusza Francji. Idąc w ślad za swym świętym wzorem stał się przede wszystkim pasterzem dusz. Był doskonałym wzorem katolickiego biskupa.
    Naprawdę można więc powiedzieć, że św. Karol Boromeusz wywarł zasadniczy wpływ na reformę katolicką i na życie Kościoła aż po nasze dni.
    Zostawił po sobie prócz wdzięcznej pamięci swych wiernych niezliczone ślady działalności, m. in. liczne traktaty, pouczenia, instrukcje. Wiele zgromadzeń zakonnych przyjęło go za patrona dla skierowanej ku wszechstronnemu dobru bliźniego służby, m. in. znane na świecie SS. Boromeuszki.

    Louis Couëtte (Stella Maris marzec 1996, str. 29-31)Vox Domini

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 listopada

    Święty Marcin de Porres, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rupert Mayer, prezbiter
      •  Święty Hubert, biskup
    ***
    Święty Marcin de Porres

    Marcin urodził się 9 grudnia 1569 r. w Limie, stolicy Peru. Był nieślubnym dzieckiem Mulatki Anny Valasquez i hiszpańskiego szlachcica Juana de Porres – późniejszego gubernatora Panamy. Otrzymał chrzest w tym samym kościele i przy tej samej chrzcielnicy, przy której siedem lat wcześniej została ochrzczona św. Róża z Limy.
    Kiedy Marcin miał 8 lat, ojciec zawiózł go do szkoły w Ekwadorze, gdzie Marcin razem z siostrą uczył się przez 5 lat. Kiedy jednak ojciec został gubernatorem Panamy, wyrzekł się syna i jego matki. Oddał go matce w Limie, zaś nieślubną córkę zostawił pod opieką stryja. Płacił jednak na utrzymanie syna, by ten mógł ukończyć szkoły. Marcinowi odpowiadały bardziej zajęcia praktyczne, dlatego przerwał studia medyczne i farmaceutyczne, aby podjąć zawód fryzjera (balwierza).
    Rychło jednak porzucił ten fach i zgłosił się do dominikańskiego klasztoru w Limie. Miał wtedy zaledwie 15 lat. Spotkał go jednak zawód: był mulatem, a jego ojciec był nieznany, dlatego dominikanie według ówczesnego zwyczaju nie mogli go przyjąć. Młodzieniec bardzo nad tym bolał. Zgodził się być tercjarzem dominikańskim, a nawet spełniać najniższe posługi, aby tylko pozostać w Zakonie. Kiedy ojciec dowiedział się o tym, oburzony, chciał syna wyrwać z klasztoru. Nie mógł bowiem znieść, że syn gubernatora jest sługą w klasztorze. Marcin pozostał jednak niewzruszony. Dominikanie widząc w nim tak wielki skarb, przyjęli go wreszcie do zakonu w charakterze brata zakonnego i pozwolili mu złożyć śluby. Uroczystą profesję złożył 2 czerwca 1603 r., gdy miał 24 lata.
    Marcin wyróżniał się nie tylko pokorą i posłuszeństwem zakonnym, ale również niezwykłą pobożnością. Świecił wszystkim przykładem umiłowania Eucharystii. Nie mając czasu w ciągu dnia, długie nocne godziny poświęcał na adorację Najświętszego Sakramentu. Często się biczował, by wynagrodzić Panu Bogu za grzechy ludzkie, a grzesznikom wyjednać nawrócenie. Zatapiał się często w rozważaniu Męki Pańskiej. Ku podbudowaniu ojców nabył ducha kontemplacji w tak wysokim stopniu, że widziano go często zalanego łzami, a nawet unoszącego się w zachwycie w powietrzu. Pan Bóg obdarzył go także darem przepowiadania, czytania w sercach i w sumieniach, a nawet rzadkim darem bilokacji, jak to stwierdzono w procesie kanonizacyjnym. Po porady przychodzili do niego liczni petenci – nawet sam arcybiskup Limy często radził się go w trudnych sprawach.

    Święty Marcin de Porres

    Głównym zajęciem brata Marcina był szpitalik klasztorny. Marcin leczył nie tylko braci zakonnych, ale także ludzi spoza klasztoru, gdyż szpitalik ten był równocześnie szpitalem miejskim. Ze szczególną miłością pielęgnował zgłaszających się licznie chorych Indian. Sam żebrząc, wspierał ludzi ubogich, wykupywał z niewoli Murzynów (obliczono nawet, że były okresy, w których rozdawał ubogim tygodniowo około 2000 dolarów,a około 160 osób otrzymywało od niego odzież). Gdy zabrakło mu pieniędzy na wykup niewolników, zaproponował przeorowi, by jego samego sprzedał i w ten sposób uzyskał potrzebne pieniądze.
    Swoją miłością obejmował ludzi i zwierzęta, dlatego nazywa się go niekiedy św. Franciszkiem Ameryki. Utrzymywał w domu swojej siostry schronisko dla kotów i psów. Dokarmiał także głodne myszy. Legenda głosi, że pewnego dnia rozmnożyło się tak wielkie mnóstwo myszy w klasztorze, że przełożony zaczął bratu Marcinowi z tego powodu czynić gorzkie wyrzuty. Wtedy Marcin wyprowadził je na zewnątrz, a one posłusznie poszły za nim i więcej do klasztoru nie powróciły. Nazywano go więc żartobliwie “adwokatem myszy”.
    Odznaczał się również darem mądrości, który wyrażał się w rozwiązywaniu nie tylko problemów małżeńskich swojej siostry, ale też problemów swojego dominikańskiego klasztoru. Był wrażliwy na cudzą nędzę i cierpienia. Sam ubogi, hojnie ubogim pomagał. Jego żywot wspomina o kilku cudownych uleczeniach za jego przyczyną. Wymienia również znane nazwiska, jak arcybiskupa Limy, którego Marcin uleczył z ostrego zapalenia płuc. Przełożeni powierzali mu często kwestę w mieście. Brat Marcin skwapliwie korzystał z okazji, by przypominać wtedy mieszkańcom Limy o zbawieniu duszy i o życiu wiecznym. Gdy pewnego dnia obładowany żywnością wracał do klasztoru przez las, napadła go banda. Kiedy zaprowadzono go do herszta, pozdrowił go uprzejmie bez cienia lęku i poprosił o odpoczynek. Herszt zdziwiony zapytał, czy nie wie, kogo ma przed sobą. Marcin odrzekł: “Wiem, bo wiele o tobie słyszałem. Dlatego tym bardziej cię proszę, byś złożył ofiarę dla moich głodnych”. Zaskoczony herszt dał mu trzos pieniędzy i puścił go wolno.
    Zmarł na malarię 3 listopada 1639 r. w wieku 70 lat. Beatyfikował go Grzegorz XVI (1837), kanonizował Jan XXIII 6 maja 1962 r. W homilii papież przypomniał, że kanonizowany tego dnia święty nazywany był “Marcinem od miłości”, który “tłumaczył błędy drugich i darował nawet największe krzywdy; był bowiem przekonany, że z powodu popełnionych grzechów zasługuje na daleko cięższe kary. Z prawdziwą troskliwością sprowadzał błądzących na właściwą drogę; z życzliwością pielęgnował chorych, ubogim rozdawał żywność, odzienie i lekarstwa. Jak tylko potrafił, otaczał czułą opieką i troskliwością wieśniaków, Murzynów i Metysów, spełniających wówczas najniższe posługi”.
    Pius XII ogłosił św. Marcina patronem wszystkich dzieł społecznych w Peru (1945). W roku 1966 Paweł VI na prośbę Konferencji Episkopatu Peru ogłosił św. Marcina de Porres patronem telewizji, szkół i fryzjerów Peru. Ponadto św. Marcin jest patronem obu Ameryk oraz pielęgniarek, robotników i dominikańskich braci współpracowników. Uznawany jest także za patrona zgody na tle rasowym, sprawiedliwości społecznej i ludzi o rasie mieszanej. Wzywany bywa też w przypadku plagi myszy i szczurów.
    W ikonografii św. Marcin przedstawiany jest w habicie dominikańskim. Jego atrybuty to: anioł trzymający bicz i łańcuch, koszyk chleba, a obok mysz, krzyż, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 listopada

    Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych

    Zobacz także:
      •  Święty Malachiasz, biskup
    ***
    Dzień Zaduszny

    Kościół wspomina dzisiaj w liturgii wszystkich wierzących w Chrystusa, którzy odeszli już z tego świata, a teraz przebywają w czyśćcu. Przekonanie o istnieniu czyśćca jest jednym z dogmatów naszej wiary.Obchód Dnia Zadusznego zainicjował w 998 r. św. Odylon (+ 1048) – czwarty opat klasztoru benedyktyńskiego w Cluny (Francja). Praktykę tę początkowo przyjęły klasztory benedyktyńskie, ale wkrótce za ich przykładem poszły także inne zakony i diecezje. W XIII w. święto rozpowszechniło się na cały Kościół zachodni. W wieku XIV zaczęto urządzać procesję na cmentarz do czterech stacji. Piąta stacja odbywała się już w kościele, po powrocie procesji z cmentarza. Przy stacjach odmawiano modlitwy za zmarłych i śpiewano pieśni żałobne. W Polsce tradycja Dnia Zadusznego zaczęła się tworzyć już w XII w., a z końcem wieku XV była znana w całym kraju. W 1915 r. papież Benedykt XV na prośbę opata-prymasa benedyktynów zezwolił, aby tego dnia każdy kapłan mógł odprawić trzy Msze święte: w intencji poleconej przez wiernych, za wszystkich wiernych zmarłych i według intencji Ojca Świętego.Za pobożne odwiedzenie cmentarza w dniach od 1 do 8 listopada i jednoczesną modlitwę za zmarłych można uzyskać odpust zupełny.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 listopada

    Wszyscy Święci

    pixabay.com

    Wszyscy Święci

    Dzisiejsza uroczystość – jak każda uroczystość w Kościele – ma charakter bardzo radosny. Wspominamy bowiem dzisiaj wszystkich tych, którzy żyli przed nami i wypełniając w swoim życiu Bożą wolę, osiągnęli wieczne szczęście przebywania z Bogiem w niebie. Kościół wspomina nie tylko oficjalnie uznanych świętych, czyli tych beatyfikowanych i kanonizowanych, ale także wszystkich wiernych zmarłych, którzy już osiągnęli zbawienie i przebywają w niebie. Widzi w nich swoich orędowników u Boga i przykłady do naśladowania. Wstawiennictwa Wszystkich Świętych wzywa się w szczególnie ważnych wydarzeniach życia Kościoła. Śpiewa się wówczas Litanię do Wszystkich Świętych, która należy do najstarszych litanijnych modlitw Kościoła i jako jedyna występuje w księgach liturgicznych (w liturgii Wigilii Paschalnej; ponadto także w obrzędzie poświęcenia kościoła i ołtarza oraz w obrzędzie święceń).W pierwszych wiekach chrześcijaństwa w Kościele nie wspominano żadnych świętych. Najwcześniej zaczęto oddawać cześć Matce Bożej. Potem kultem otoczono męczenników, nawiedzając ich groby w dniu narodzin dla nieba, czyli w rocznicę śmierci. W IV wieku na Wschodzie obchodzono jednego dnia wspomnienie wszystkich męczenników. Z czasem zaczęto pamiętać o świątobliwych wyznawcach: papieżach, mnichach i dziewicach. Większego znaczenia uroczystość Wszystkich Świętych nabrała za czasów papieża Bonifacego IV (+ 615), który zamienił pogańską świątynię, Panteon, na kościół Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Męczenników. Uroczystego poświęcenia świątyni wraz ze złożeniem relikwii męczenników dokonano 13 maja 610 roku. Rocznicę poświęcenia obchodzono co roku z licznym udziałem wiernych, a sam papież brał udział we mszy św. stacyjnej. Już ok. 800 r. wspomnienie Wszystkich Świętych obchodzone było w Irlandii i Bawarii, ale 1 listopada. Za papieża Grzegorza IV (828-844) cesarz Ludwik rozciągnął święto na całe swoje państwo. W 935 r. Jan XI rozszerzył je na cały Kościół. W ten sposób lokalne święto Rzymu i niektórych Kościołów stało się świętem Kościoła powszechnego.
    Dziś po południu, po Nieszporach lub niezależnie od nich, na cmentarzu odprawia się procesję żałobną ze stacjami. Od południa dnia Wszystkich Świętych i przez cały Dzień Zaduszny w kościołach i kaplicach publicznych można uzyskać odpust zupełny, ale tylko jeden raz.
    Warunki zyskania odpustu są następujące:
    1) pobożne nawiedzenie kościoła lub kaplicy,
    2) odmówienie “Ojcze nasz” i “Wierzę w Boga”,
    3) dowolna modlitwa w intencjach Ojca św.,
    4) Spowiedź i Komunia św.
    W dniach 1-8 listopada można także pozyskać odpust zupełny za nawiedzenie cmentarza pod wyżej wymienionymi warunkami. W pozostałe dni roku za nawiedzenie cmentarza pozyskuje się odpust cząstkowy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Odpusty w Kościele

    Ostatnia aktualizacja: 15.10.2012

    Nauka o odpustach łączy się z tajemnicą Bożego Miłosierdzia. W sakramencie pojednania grzesznik otrzymuje przebaczenie wyznanych grzechów, za które szczerze żałuje. Dzięki temu może on osiągnąć wieczne zbawienie.
    Uzyskane przebaczenie nie uwalnia jednak od kar doczesnych (czasowych), które spotykają nas za życia lub po śmierci w czyśćcu. Uwolnieniu od tych kar służy właśnie obfity skarbiec odpustów Kościoła. Odpust jest to darowanie przez Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy. Rozróżnia się odpusty cząstkowe i zupełne (zależnie od tego, w jakim stopniu uwalniają nas od kary doczesnej). Odpusty te może zyskiwać każdy ochrzczony po spełnieniu odpowiednich warunków dla siebie lub ofiarowywać je za zmarłych.

    Warunki uzyskania odpustu zupełnego:
    – Brak jakiegokolwiek przywiązania do grzechu, nawet powszedniego (jeżeli jest brak całkowitej dyspozycji – zyskuje się odpust cząstkowy)
    – Stan łaski uświęcającej (brak nieodpuszczonego grzechu ciężkiego) lub spowiedź sakramentalna
    – Przyjęcie Komunii świętej
    – Odmówienie modlitwy (np. “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Mario”) w intencjach Ojca Świętego (nie chodzi o modlitwę w intencji samego papieża, choć i ta modlitwa jest bardzo cenna; modlitwa związana z odpustem ma być skierowana w intencji tych spraw, za które modli się każdego dnia papież. Intencje te są często ogłaszane, m.in. na naszych stronach z kalendarzem na dany miesiąc)
    Wykonanie czynności związanej z odpustem:
    Ewentualna spowiedź, Komunia święta i modlitwa w intencjach Ojca Świętego mogą być wypełnione w ciągu kilku dni przed lub po wypełnieniu czynności, z którą związany jest odpust; między tymi elementami musi jednak istnieć związek. Po jednej spowiedzi można uzyskać wiele odpustów zupełnych, natomiast po jednej Komunii świętej i jednej modlitwie w intencjach papieża – tylko jeden odpust zupełny. Kościół zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych (niekoniecznie muszą być to osoby nam znane, nie musimy wymieniać konkretnego imienia – wystarczy ofiarować odpust w intencji osoby zmarłej, która tego odpustu potrzebuje).

    Odpustów (zarówno cząstkowych, jak i zupełnych) nie można ofiarowywać za innych żywych.

    Wybrane praktyki związane z uzyskaniem odpustu zupełnego:

    – Adoracja Najświętszego Sakramentu przez co najmniej pół godziny (jeśli jest krótsza – odpust cząstkowy);
    – Nawiedzenie jednej z czterech rzymskich bazylik patriarchalnych (św. Piotra, św. Pawła za Murami, Matki Bożej Większej lub św. Jana na Lateranie) i odmówienie w niej Ojcze nasz i Wierzę: w święto tytułu tej bazyliki, w jakiekolwiek święto nakazane (np. we Wniebowzięcie NMP), raz w roku w innym dniu wybranym przez wiernego;
    – Przyjęcie błogosławieństwa udzielanego przez Papieża Urbi et Orbi (Miastu i Światu) – choćby tylko przez radio lub telewizję;
    – Adoracja i ucałowanie Krzyża w trakcie liturgii Męki Pańskiej w Wielki Piątek;
    – Odmówienie modlitwy Oto ja, o dobry i najsłodszy Jezu po Komunii świętej przed obrazem Jezusa Chrystusa w każdy piątek Wielkiego Postu oraz w Wielki Piątek (w pozostałe dni – odpust cząstkowy);
    – Uczestnictwo w uroczystym zakończeniu Kongresu Eucharystycznego;
    – Uczestnictwo w rekolekcjach trwających przynajmniej trzy dni;
    – Publiczne odmówienie aktu wynagrodzenia Sercu Jezusowemu O Jezu Najsłodszy, któremu za miłość bez granic w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa (w inne dni – odpust cząstkowy);
    – Publiczne odmówienie aktu poświęcenia rodzaju ludzkiego Chrystusowi Królowi O Jezu najsłodszy, Odkupicielu rodzaju ludzkiego w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata (w inne dni – odpust cząstkowy);
    – Posługiwanie się przedmiotami pobożności (krucyfiksem, krzyżem, różańcem, szkaplerzem, medalikiem), o ile zostały pobłogosławione przez Papieża (ewentualnie – przez biskupa), po odmówieniu jakiejkolwiek formuły wyznania wiary w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła 29 czerwca; jeśli przedmioty były pobłogosławione przez kapłana lub diakona – odpust cząstkowy;
    – Przyjęcie Pierwszej Komunii świętej lub pobożne uczestnictwo w takiej uroczystości;
    – Sprawowanie i uczestnictwo we Mszy świętej prymicyjnej;
    – Sprawowanie i uczestnictwo we Mszy świętej z okazji 25-, 50- i 60-lecia kapłaństwa;
    – Odmówienie w całości (i bez przerwy) przynajmniej jednej części różańca (pięciu dziesiątek) w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, wspólnocie zakonnej czy pobożnym stowarzyszeniu, połączone z rozmyślaniem nad rozważanymi tajemnicami (odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy);
    – Czytanie Pisma Świętego ze czcią należną Słowu Bożemu i na sposób lektury duchowej przynajmniej przez pół godziny z tekstu zatwierdzonego przez władzę kościelną. Kto nie może czytać osobiście, wystarczy, gdy słucha czytającego nawet przez środki audiowizualne;
    – Jednorazowe nawiedzenie kościoła, w którym trwa Synod diecezjalny;
    – Pobożne odmówienie (śpiew) modlitwy Przed tak wielkim Sakramentem podczas liturgii Wieczerzy Pańskiej po Mszy świętej (w Wielki Czwartek) oraz w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (Boże Ciało);
    – w innym czasie – odpust cząstkowy;
    – Publiczne odmówienie (śpiew) hymnu Ciebie Boga wysławiamy (Te Deum) jako podziękowanie za otrzymane łaski w ostatnim dniu roku (w innym czasie, nawet prywatnie – odpust cząstkowy);
    – Publiczne odmówienie (śpiew) hymnu Przyjdź Duchu Święty (Veni Creator) w Nowy Rok i w uroczystość Zesłania Ducha Świętego (w pozostałe dni, nawet prywatnie – odpust cząstkowy);
    – Odprawienie Drogi Krzyżowej po spełnieniu następujących warunków: odprawienie przed urzędowo erygowanymi stacjami Drogi Krzyżowej (np. w kościele, na placu przykościelnym); musi być 14 krzyżyków; rozważanie Męki i śmierci Chrystusa (nie jest konieczne rozmyślanie o poszczególnych tajemnicach każdej stacji); wymaga się przechodzenia od jednej stacji do drugiej (przy publicznym odprawianiu wystarczy, aby prowadzący przechodził, jeśli wszyscy wierni nie mogą tego czynić); jeśli ktoś z powodu słusznej przyczyny (np. choroby, podróży, zamknięcia kościoła itp.) nie może odprawić Drogi Krzyżowej wg podanych tutaj warunków, zyskuje odpust zupełny po przynajmniej półgodzinnym pobożnym czytaniu lub rozważaniu Męki Chrystusa;
    – Nawiedzenie kościoła parafialnego w święto tytułu lub w dniu 2 sierpnia, kiedy to przypada odpust “Porcjunkuli” po odmówieniu Ojcze nasz i Wierzę;
    – Nawiedzenie kościoła i ołtarza w dniu jego poświęcenia (dedykacji) i odmówienie Ojcze nasz i Wierzę;
    – Nawiedzenie kościoła lub kaplicy we wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (2 listopada) i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę;
    – W dniach od 1 do 8 listopada za nawiedzenie cmentarza z równoczesną modlitwą za zmarłych – codziennie odpust zupełny, który można ofiarować wyłącznie za zmarłych (za nawiedzenie cmentarza w inne dni – odpust cząstkowy również wyłącznie za zmarłych);
    – Nawiedzenie kościoła lub kaplicy zakonników w święto ich założyciela i odmówienie tam Ojcze nasz i Wierzę;
    – Odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych podczas liturgii Wigilii Paschalnej w Wielką Noc lub w rocznicę swojego chrztu (jeśli przy pomocy innej formuły w innym czasie – odpust cząstkowy).

    Penitencjaria Apostolska poprzez dwa dekrety wydane w 2002 r. ustanowiła także odpusty związane z kultem Miłosierdzia Bożego:
    Odpustu zupełnego pod zwykłymi warunkami (sakramentalna spowiedź, Komunia eucharystyczna i modlitwa w intencjach Ojca Świętego) udziela się w granicach Polski wiernemu, który z duszą całkowicie wolną od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu pobożnie odmówi Koronkę do Miłosierdzia Bożego w kościele lub kaplicy wobec Najświętszego Sakramentu Eucharystii, publicznie wystawionego lub też przechowywanego w tabernakulum.
    Jeżeli zaś ci wierni z powodu choroby (lub innej słusznej racji) nie będą mogli wyjść z domu, ale odmówią Koronkę do Miłosierdzia Bożego z ufnością i z pragnieniem miłosierdzia dla siebie oraz gotowością okazania go innym, to pod zwykłymi warunkami również zyskują odpust zupełny.
    W innych zaś okolicznościach odpust będzie cząstkowy.Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę 
    Ojcze nasz i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. Jezu Miłosierny, ufam Tobie).
    Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.
    Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wydarzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się całkowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę 
    Ojcze nasz i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. Jezu Miłosierny, ufam Tobie).
    Gdyby nawet to nie było możliwe, tego samego dnia będą mogli uzyskać odpust zupełny ci, którzy duchowo zjednoczą się z wiernymi, spełniającymi w zwyczajny sposób przepisane praktyki w celu otrzymania odpustu, i ofiarują Miłosiernemu Bogu modlitwę, a wraz z nią cierpienia spowodowane chorobą i trudy swojego życia, podejmując zarazem postanowienie, że spełnią oni trzy przepisane warunki uzyskania odpustu zupełnego, gdy tylko będzie to możliwe.
    Ponadto dla Polski zostały zatwierdzone także dwa dodatkowe odpusty zupełne: Uczestnictwo w nabożeństwie Gorzkich Żalów jeden raz w tygodniu w okresie Wielkiego Postu w jakimkolwiek kościele na terenie Polski; Nawiedzenie dowolnej bazyliki mniejszej w następujące dni: w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła (29 czerwca)w święto tytułu w dniu 2 sierpnia (odpust “Porcjunkuli”) jeden raz w ciągu roku w dniu określonym według uznania Odpusty cząstkowe: O niektórych odpustach cząstkowych wspomniano już, wymieniając odpusty zupełne.Są trzy ogólne warunki uzyskania odpustu cząstkowego: Wierny dostępuje odpustu cząstkowego, jeśli w czasie spełniania swoich obowiązków i w trudach życia wznosi myśli do Boga z pokorą i ufnością, dodając w myśli jakiś akt strzelisty, np. “Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami”Jeśli wierny powodowany motywem wiary przyjdzie z pomocą potrzebującym współbraciom, pomagając im osobiście lub dzieląc się z nimi swoimi dobrami, uzyskuje odpust cząstkowy. Gdy wierny w intencji umartwiania się, odmówi sobie czegoś godziwego, a przyjemnego dla siebie, uzyskuje odpust cząstkowy. Warunek ten ma zachęcić wiernych do praktykowania dobrowolnych umartwień. Odpust cząstkowy jest związany z odmówieniem wielu znanych modlitw i można go uzyskać wielokrotnie w ciągu dnia. Niektóre z modlitw związanych z odpustem cząstkowym to: Anioł Pański (lub Regina Caeli w Okresie Wielkanocnym); Duszo Chrystusowa; Wierzę w Boga; Psalm 130 (Z głębokości); Psalm 51 (Zmiłuj się…); odmówienie Jutrzni lub Nieszporów za zmarłych; Panie, Boże wszechmogący (modlitwa z Liturgii Godzin, Jutrznia w Poniedziałek II tygodnia psałterza); modlitwa św. Bernarda (Pomnij, o Najświętsza Panno Maryjo); Wieczny odpoczynek; Witaj, Królowo, Matko Miłosierdzia; Pod Twoją obronę; Magnificat; odmówienie jednej z sześciu litanii zatwierdzonych dla całego Kościoła (do Najświętszego Imienia Jezus, do Najświętszego Serca Pana Jezusa, do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana, Loretańskiej do NMP, do świętego Józefa lub do Wszystkich Świętych); pobożne uczynienie znaku Krzyża świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – listopad 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

    ***

    SOBOTA 30 LISTOPADA

    UROCZYSTOŚĆ ŚW. ANDRZEJA APOSTOŁA – PATRONA SZKOCJI

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    17.30 SPOWIEDŹ ŚW.

    18.00 MSZA ŚW.

    W INTENCJI O WIECZNE ZBAWIENIE ZMARŁYCH Z ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    +++

    image.png

    +++

    Z WIELKĄ WDZIĘCZNOŚCIĄ PANU BOGU WSZECHMOGĄCEMU, KTÓRY JEST PEŁEN MIŁOSIERDZIA, ZA DAR KOLEJNEGO CZASU, ABY DOZNAĆ ŁASKI NAWRÓCENIA NASZYCH SERC. WEJDŹMY W TEN CZAS NOWEGO ADWENTU.

    1 GRUDNIA

    PIERWSZA NIEDZIELA ADWENTU

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU i MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    14.00 – MSZA ŚW.

    W GODZINIE MIŁOSIERDZIA – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ***


    ****

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Warto na początku Adwentu zadać sobie pytanie: co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Noc się posunęła, a przybliżył się dzień” – dobrze ilustrują one to, co dokonało się przez przyjście na świat Jezusa Chrystusa – prawdziwego Światła zwyciężającego wszelki mrok.

    „Wszyscy potrzebujemy tego Światła”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy sami doświadczamy bezradności, niepewności i obaw”.

    „Potrzebujemy Światła, gdy szukamy drogi”.

    „Potrzebujemy światła, aby nie zbłądzić” – Adwent jest właśnie po to, aby wyjść ku Chrystusowi, aby powstać ze snu, rozbudzić w sobie na nowo nadzieję, bo „człowiek żyje, dopóki czeka, dopóki w jego sercu żyje nadzieja” (Benedykt XVI).

    „W Adwencie chodzi właśnie o to, by powstać ze snu” .

    „Sen to symbol życiowego odrętwienia, bierności i wycofania, a także nieumiejętności czytania Bożych znaków w swoim życiu. To również obraz oddalenia człowieka od Boga i niewiary. Jak podpowiada nam papież Franciszek, sen, z którego mamy się przebudzić, to także obojętność, próżność, niezdolność do nawiązywania autentycznie ludzkich relacji, niezdolność do zatroszczenia się o brata samotnego, opuszczonego lub chorego. Warto zatem na początku tego Adwentu zadać sobie pytanie – co dziś jest moim duchowym snem?”

    „Wierzę w Kościół Chrystusowy”.

    „W tym czasie chcemy odnowić naszą wiarę w Kościół, zobaczyć, co znaczy wierzyć Kościołowi i umocnić naszą wiarę w to, czego Kościół naucza”. Jak zauważa papież Benedykt XVI, że słowu Kościół niemal zawsze towarzyszy określenie „Boży”, a to wskazuje, że nie jest to „stowarzyszenie ludzkie, zrodzone ze wspólnych idei czy interesów, lecz powołał je Bóg”.

    „Jezus Chrystus potrzebuje Kościoła, by działać pośród nas. Ale i my potrzebujemy Kościoła. Nasza wiara rodzi się przecież w Kościele, żyje i rozwija się w nim, a także nas do niego prowadzi. Nie możemy żyć autentyczną wiarą bez Kościoła”. Owo adwentowe powstanie ze snu to także przezwyciężenie obojętności i przyzwyczajenia, „aby poczuć się odpowiedzialnym za Kościół, który wspólnie stanowimy”.
    „Warto, byśmy częściej przypominali sobie, że Kościół to my wszyscy, zjednoczeni z Chrystusem w mocy Ducha Świętego” .

    “Powstać ze snu to pójść dalej odważnie za tymi dobrymi podpowiedziami, które odkrywa przed nami Duch Święty” .

    (z listu na Adwent – Prymas Polski arcybiskup Wojciech Polak/ www.prymaspolski.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Roraty – są to adwentowe Msze św. odprawiane przed wschodem Słońca. Nazwa „roraty” pochodzi od adwentowej pieśni na wejście, rozpoczynającej się od słów:

    „Rorate caeli desuper” – „Spuśćcie rosę niebiosa”.

    Roratami związany jest zwyczaj zapalania specjalnej świecy ozdobionej mirtem, nazywanej roratką. Symbolizuje ona Maryję, patronkę adwentowego oczekiwania, która jako jutrzenka, wyprzedza wschód słońca i zapowiada przyjście pełnego światła – Światłości świata Jezusa Chrystusa. Innym zwyczajem jest zawieszanie w kościele wieńca z czterema świecami oznaczającymi cztery niedziele Adwentu. Z upływem kolejnych tygodni podczas Rorat zapala się odpowiednią liczbę świec. Świece i lampiony tak często używane w liturgii adwentowej wyrażają czuwanie. Nawiązują one do ewangelicznych przypowieści m.in. o pannach mądrych i głupich. Światło jest też wyrazem radości z bliskiego już przyjścia Chrystusa.

    ****

    Samplefot. Dawid Tatarkiewicz/East News

    ****

    Przekazy historyczne mówią, że roraty odprawiano w Polsce już za czasów panowania Bolesława Wstydliwego. Przez całe wieki Król, umieszczając w czasie rorat na ołtarzu zapaloną świecę, oświadczał: „Gotów jestem na sąd Boży”, za nim czynił to Prymas Polski, mówiąc „Sum paratus ad adventum Domini” (Jestem gotów na przyjście Pana), po nich zaś kolejno: senator, ziemianin, rycerz, mieszczanin i chłop, powtarzając słowa króla.

    ****

    ****

    W ADWENCIE MSZE ŚWIĘTE RORATNIE BĘDĄ O GODZ. 7.00 RANO

    W PONIEDZIAŁKI I W ŚRODY W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC GRUDZIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby nadchodzący jubileusz umocnił nas w wierze, pomógł nam lepiej poznać Chrystusa Zmartwychwstałego w naszym życiu i przemienił nas w pielgrzymów chrześcijańskiej nadziei.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Panie Boże Nieskończonego Miłosierdzia, jesteśmy pełni wdzięczności za dar życia w Twoim Świętym Kościele. Świadomi własnej niemocy prosimy o łaskę wzrostu Twojej Miłości w naszych poranionych sercach, bo pragniemy na nowo przeżywać Tajemnice naszej Świętej Wiary w kolejnym kręgu czasu. Niech Adwentowa Świeca, oznaczająca Ciebie Najświętsza Boża Rodzicielko, rozświetla nasze ciemności: “Rorate caeli, desuper et nubes pluant justum” – “Spuśćcie rosę niebiosa i obłoki niech wyleją Sprawiedliwego”.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 grudnia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 30 listopada z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W TEGOROCZNYM ADWENCIE ORGANIZUJE ZBIÓRKĘ NA CELE PRO-LIFE

    ***

    ***

    POMÓŻ RATOWAĆ ŻYCIE OD POCZĘCIA

    ***

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy

    Czuwanie adwentowe ma szczególny wymiar w klasztorach kontemplacyjnych, zwłaszcza w tych, gdzie siostry adorują Jezusa Eucharystycznego. Tam lampy „panien roztropnych” nigdy nie gasną.

    ***

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nie jesteśmy dla siebie

    Sakramentki, czyli Mniszki Benedyktynki od nieustającej adoracji Najświętszego Sakramentu Trwają przed Jezusem Eucharystycznym w warszawskim klasztorze od 1 stycznia 1688 roku. Adoracja trwa bez przerwy z wyjątkiem czasu po 31 sierpnia 1944 roku, gdy klasztor został zrównany z ziemią. Poza tą przerwą siostry czuwają każdego dnia i każdej nocy.

    Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy

    (ARCHIWUM SIOSTRY JÓZEFINY)

    S. Józefina

    – Nieustająca adoracja Jezusa jest sercem naszego życia. To jest główna rzecz, która przyciąga tu kolejne siostry. Ja bez tego na pewno bym tutaj nie trafiła. W moim życiu najpierw było pragnienie adoracji Najświętszego Sakramentu. Gdy byłam na studiach, ksiądz w duszpasterstwie akademickim przyjął taki sposób przeprowadzania spotkań, że przez godzinę byliśmy przed Najświętszym Sakramentem w ciszy. Jak na życie zwykłych studentów to było trudne i wydawało się trochę bez sensu. Przecież coś trzeba robić, coś zaśpiewać, jakąś modlitwę powiedzieć… Ale moje serce się w tym rozkochało i wtedy Pan Jezus powiedział: „No to teraz do klasztoru zapraszam”. Szukałam więc czegoś, co by odpowiadało pragnieniu mojego serca. Nazwa „Benedyktynki od nieustającej adoracji Najświętszego Sakramentu” wydała mi się najpiękniejsza na świecie – i tak tu trafiłam.

    Trwanie przed Najświętszym Sakramentem – to jest nasze główne zadanie. Pan Bóg mówi: „Czuwajcie i bądźcie gotowi”, więc my staramy się czuwać. Nie jesteśmy tutaj tylko dla siebie. Wręcz przeciwnie, czasem wydaje mi się, że nic dla siebie tutaj nie mamy, bo wszystko jest dla innych. Takie ogołocenie, jakieś cierpienie wewnętrzne czy choroby, które też nas dotykają – to wszystko odczytujemy w takim kluczu, że Pan Bóg od nas chce więcej, chce, żebyśmy to ofiarowały za świat. Przynosimy więc przed Najświętszy Sakrament wszystko, cały świat.

    Doświadczamy również, że to czuwanie wpływa na losy ludzi, którzy proszą nas o modlitwę – a proszą bardzo często. Staramy się te prośby włączać w naszą liturgię godzin i w modlitwę podczas Mszy Świętej, ale też zanosimy je przed Najświętszy Sakrament.

    Czasami przed Najświętszym Sakramentem czas upływa w sekundę, a czasami jest tak, jak mówiła święta Hildegarda, że to jest „orka serca” – każda minuta ciągnie się i człowiek ma poczucie, że nie jest w stanie się modlić. Jeśli jednak nie widzimy owoców albo nie czujemy smaku modlitwy, to wcale nie znaczy, że jest gorzej. Czasami wręcz przeciwnie – im trudniej, tym lepiej, jak mówią znawcy życia duchowego.

    Czuwanie przed Panem Jezusem to jest też czas odpoczynku, takiej regeneracji duchowej. Bo wiem, że On tam na mnie czeka jak dobry lekarz, a ja tam idę nawet, gdy mam trudny dzień, i niosę trudne sprawy. Wiem, że tam otrzymam pokój. Napełnię się pewnością, że to jest to miejsce i ten czas, i że to jest ta Osoba, z którą chcę spędzić resztę życia: Pan Jezus.

    To uszczęśliwiające

    Klaryski od Wieczystej Adoracji w klasztorze w Kętach Czuwają przed Jezusem Eucharystycznym nieustająco od 1910 roku. Nie przerwały tej modlitwy nawet obie wojny światowe.

    Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy

    (ARCHIWUM SIOSTRY MAKSYMILIANY)

    S. Maksymiliana

    – Adoracja w naszym klasztorze trwa nieprzerwanie już ponad 114 lat. Adorowałyśmy Pana Jezusa także w czasie pandemii COVID-u, co nie było łatwe, gdyż wszystkie chorowałyśmy. Wtedy adoracje na jedną siostrę przypadały częściej, także w nocy. Zwykle są to dwie godziny nocnego czuwania po trzech nocach przespanych, a wtedy miałyśmy adoracje każdej nocy lub co drugą noc. Mobilizowałyśmy się jednak i mimo słabości, gorączki i innych dolegliwości trwałyśmy przed Panem.

    Przebywanie w obecności Jezusa Eucharystycznego jest dla mnie czymś pociągającym i uszczęśliwiającym. Przemawia do mnie porównanie adoracji do wygrzewania się na słońcu, takiej kąpieli słonecznej. Działania słońca nie widać od razu, ale są skutki, gdyż człowiek jest opalony. Wiara mówi mi, że niezależnie od tego, w jakim stanie przychodzę – w stanie pociechy czy oschłości – Pan Bóg na mnie patrzy, opromienia swoją łaską i otula czułą miłością. Adoracja leczy mnie z chronicznego skupiania się na sobie, na własnych problemach. Ale to nie jest tak, że trwam przed Panem zawsze z pociechą i radością. Nieraz czas mi się dłuży, muszę pokonywać zmęczenie, senność, nie mogę zapanować nad rozproszeniami – na przykład myślę o zadaniach, jakie na mnie czekają… Wtedy jest walka, ale na pewno nie jest to czas stracony. Ten trud jest pewnie cenny przed Panem – to, że się nie rezygnuje, nie zniechęca i mimo wszystko się jest.

    Poza tym towarzyszy mi świadomość, że staję przed Jezusem też w imieniu Kościoła, że mam przyprowadzać innych do Boga. I nieraz toruję Mu ścieżkę do serc osób, którym jest z Nim nie po drodze. I uważam, że z takim wymiarem może się wiązać to zmaganie. A nieprzyjaciel też walczy i chce mnie zniechęcić, a przez to obniżyć świadomość tego, do czego zostałam powołana.

    Nasze czuwanie jest ważne dla ludzi z zewnątrz. Jesteśmy zalane wieloma intencjami, które wpływają do nas różnymi drogami: telefonicznie, mailowo, tradycyjną pocztą, są przekazywane przy furcie. Stajemy z nimi przed Jezusem w Hostii. Czasami proszący są pod wrażeniem skuteczności naszej modlitwy i zachęcają innych, żeby zwracali się do nas. Oczywiście nie przypisujemy sobie zasług, ale cieszymy się ogromnie i umacniamy wielkimi dziełami Boga. O własnych siłach nie jesteśmy w stanie nieustannie się modlić. Ale myślę, że Pan Bóg udziela łask i odpowiada na tęsknotę serca, które chciałoby stale przy Nim być.

    Kochami jestem kochana

    Siostry Służebnice Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji w Nysie Czuwają przed Panem Jezusem w tamtejszym klasztorze od 1994 roku. Charyzmatami zgromadzenia są uwielbienie i adoracja Boga w misterium Trójcy Świętej, w Osobie Ducha Świętego i w Eucharystii.

    Nieustająca adoracja w klasztorach – tu Adwent nigdy się nie kończy

    (ARCHIWUM SIOSTRY S. MARII AMATY)

    S. Maria Amata

    – Nasze powołanie rozumiemy jako bycie przy Panu Jezusie i czuwanie, w tym na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Pan Jezus docelowo miał być nieustannie adorowany w kaplicy przez nas, ale z powodu niewystarczającej liczby sióstr dziś nie możemy temu sprostać. Dlatego jesteśmy wspierane przez osoby świeckie, które są włączone w wieczystą adorację. One same mówią, że przychodzą na czuwania. Tak czują – że czas spędzony przed Najświętszym Sakramentem to jest czuwanie. My tutaj nazywamy je eucharystyczną wspólnotą adoracyjną, w skrócie EWA. Tak więc na adorację przychodzi… Ewa. Otwarcie na udział świeckich było zresztą w zgromadzeniu od samego początku istnienia. Nie wynikało to z takiej potrzeby jak teraz, natomiast była chęć włączenia świeckich w owoce duchowe tego, co siostry robią.

    Dla mnie osobiście adoracja była ważna jeszcze przed wstąpieniem do klasztoru. Widziałam dużą wartość takiego uciszania serca i napełniania się rzeczywistością trwania przy Panu. W pewnym momencie odkryłam, że tym, co ma dla mnie naprawdę wartość, jest świadomość, że kocham i jestem kochana. I tutaj tego doświadczyłam. Wiadomo, że to jeszcze nie jest całkiem spełnione, ale jest dążenie do tego, żeby ta miłość przenikała coraz bardziej i bardziej, żebym mogła być przestrzenią dla Pana. Z pewnością na tym też polega czuwanie. I myślę, że to czuwanie przy Panu przekłada się na czuwanie nad miłością we wspólnocie, nad miłością między nami.

    Zasadniczo czas adoracji jest wyczekiwany i chciany. Wszystko inne jest podporządkowane tym „dyżurom adoracyjnym”, wszelkie nasze obowiązki, pranie, prasowanie, gotowanie, sprzątanie. Najważniejsze jest to, żeby stale była adoracja. Nasz ojciec, św. Arnold Janssen, mówił, że pierwszym czynem miłości bliźniego jest głoszenie innym Dobrej Nowiny. My też głosimy Dobrą Nowinę – ale na kolanach. Czasami ładnie mówią o nas, że jesteśmy misjonarkami na kolanach. My przez tę modlitwę stanowimy… No właśnie, czy pierwszy front walki, czy zaplecze? W każdym razie jesteśmy tutaj, żeby wspomóc to pierwsze posłanie Kościoła: „Idźcie na cały świat i czyńcie sobie uczniami wszystkich”. Tutaj są siostry, których się tak do końca nie rozumie. Po co się te kobiety za kratami zamknęły? A jeśli ktoś postawi dalsze pytania, to może dowie się, że to jednak jest z miłości. I po to, żeby też innych jakoś pociągnąć do miłowania Pana.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 5 GRUDNIA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    19.00 MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    __________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 6 GRUDNIA

    SALKA PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – ST PETER’S HALL

    18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU W INTENCJI ZADOŚĆUCZYNIENIA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA.

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    19.00 MSZA ŚW.

    ____________________________________________________

    I SOBOTA MIESIĄCA – 7 GRUDNIA

    OD GODZ. 17.00 MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW. Z II NIEDZIELI ADWENTU

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    ______________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta nakazane w 2025 roku

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski

    ***

    Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2025 roku?

    Część świąt i uroczystości kościelnych ma stałe daty. Co roku BOŻE NARODZENIE obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. WIELKANOCY, czy Uroczystości ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO. Poniżej jest lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2025 roku.

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.:

    1 stycznia (środa) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    20 kwietnia (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    1 czerwca (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    8 czerwca (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    19 czerwca (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (piątek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (sobota) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (czwartek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2025 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (niedziela) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (środa) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    25 marca (wtorek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    21 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    9 czerwca (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (niedziela) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    30 listopada – I Niedziela Adwentu

    8 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (piątek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zachwycająca Matka

    Coraz lepiej poznajemy Maryję. Tym lepiej dla nas.

    UNSPLASH

    ***

    Efez, rok 431, trzeci sobór Kościoła powszechnego. Tego dnia posiedzenie trwało bardzo długo. Wszyscy mieszkańcy miasta od rana czekali na orzeczenie soboru. Przyszło im czekać do wieczora. Chodziło o ważne rozstrzygnięcie: czy Maryja jest Theotokos (Rodzącą Boga), czy tylko Christotokos (Rodzącą Chrystusa). Chodziło więc w istocie o Bosko-ludzką naturę Jezusa Chrystusa. Na tytuł Theotokos nie zgadzał się sam patriarcha Konstantynopola, Nestoriusz. W jego przekonaniu ziemska kobieta nie mogła porodzić wiecznego Boga. Twierdził, że natury Boska i ludzka istnieją w Chrystusie niezależnie od siebie, Maryja urodziła więc tylko człowieka – Chrystusa (Christotokos).

    Taka koncepcja budziła silny sprzeciw u wielu hierarchów. Najgwałtowniej wystąpił przeciw niej św. Cyryl, patriarcha Aleksandrii w Egipcie. Dowodził, że Maryja jest Theo­tokos, bo w Chrystusie bóstwo i człowieczeństwo są zjednoczone w jednej Osobie Słowa.

    Ostatecznie sobór w Efezie wypracował tzw. formułę pojednania. „Ponieważ nastąpiło zjednoczenie dwóch natur, dlatego wyznajemy jednego Syna, jednego Pana. Z racji tego zjednoczenia bez pomieszania wierzymy, że święta Dziewica jest Matką Bożą (Bogurodzicą, Theotokos), ponieważ Słowo Boże zostało wcielone i stało się człowiekiem i od chwili samego poczęcia zjednoczyło ze sobą przyjętą z Niej świątynię” – brzmiała treść dokumentu. A zatem: Theotokos.

    Kiedy blisko dwustu biskupów zakończyło obrady, w Efezie wybuchła radość. „Gdy wyszliśmy z kościoła, towarzyszyła nam procesja z pochodniami aż do naszych mieszkań. Był wieczór. Wszyscy się radowali i całe miasto zostało oświetlone. Kobiety poprzedzały nas z kadzidłami. W taki sposób tym, którzy bluźnią Jego imieniu, Zbawiciel okazał swoją wszechmoc” – relacjonował Cyryl.

    Podobna radość wybuchła 1533 lata później wśród ojców Soboru Watykańskiego II, kiedy 21 listopada 1964 r. Paweł VI ogłosił „Najświętszą Maryję Pannę Matką Kościoła, czyli całego ludu chrześcijańskiego”. Biskupi, klaszcząc, zerwali się z miejsc i zaczęli śpiewać ­Magnificat i inne hymny ku czci Matki Bożej. Wzruszony do łez kard. Stefan Wyszyński porównał wyzwolony wtedy entuzjazm do reakcji uczestników soboru w Efezie na ogłoszenie Maryi Bogurodzicą.

    Między tymi dwoma wydarzeniami mieszczą się długie wieki rozwoju teologii i pobożności maryjnej Kościoła. Rzecz jasna rozwój ten trwał także wcześniej, lecz Sobór Efeski był przełomem, który nadał mariologii rozmach i wytyczył dalszy kierunek.

    Cisza początków

    A jak wyglądał kult maryjny w początkach chrześcijaństwa? O Maryi czytamy w kilku miejscach Ewangelii, w Dziejach Apostolskich tylko w jednym miejscu, a w listach i Apokalipsie sporadycznie, bez podania imienia. Wydaje się, że to mało. Jednak, jak zauważa ks. prof. Marek Starowieyski w tekście „Maryja w Kościele starożytnym”, wartości teologii nie mierzy się liczbą wierszy. Patrolog podkreśla, że wzmianki o Maryi, choć stosunkowo nieliczne, mówią o Niej bardzo wiele. Dowiadujemy się z nich, że Matka Boża z wiarą, w pełni świadomie i dobrowolnie zgodziła się na Boży plan, zapowiedziany przez proroków, i otrzymała jedyny przywilej Matki – Dziewicy.

    Sama Maryja mówi w hymnie Magnificat, że błogosławić Ją będą wszystkie pokolenia. Jezus z krzyża oddaje Jej w macierzyńską opiekę ludzkość, reprezentowaną przez św. Jana. O Maryi mówi Apokalipsa w obrazie Niewiasty, a w Starym Testamencie m.in. proroctwo z Izajasza o dziewicy, która pocznie i porodzi syna, a także kluczowy tekst o Niewieście, której potomstwo zmiażdży głowę węża. W najstarszych pismach chrześcijańskich także niewiele o Niej przeczytamy. W tekstach z przełomu I i II wieku na temat Matki Bożej można znaleźć tylko kilka zdań. W II wieku już więcej, zwłaszcza w drugiej połowie tego stulecia, ale w dalszym ciągu, w porównaniu z całą twórczością wczesnochrześcijańską, bardzo skąpo.

    Pierwszy utwór zdecydowanie maryjny pojawia się na przełomie II i III wieku – to apokryf „Narodzenie Maryi” zwany Protoewangelią Jakuba. Najstarsze homilie i pieśni maryjne pochodzą dopiero z IV wieku.

    Pierwszą formą oddawania czci świętym był kult męczenników, który zaczął się rozwijać w połowie II wieku. Na początku w miastach, w których ponieśli śmierć za wiarę, obchodzono rocznicę ich „narodzin dla nieba”. Podobna forma kultu w odniesieniu do Maryi była utrudniona, a to z powodu wątpliwości, jak obchodzić Jej święto, skoro nie wiadomo, kiedy i gdzie umarła. Ba – nie wiadomo było, czy w ogóle umarła, bo już wtedy mówiono o „zaśnięciu” Matki Jezusa.

    Najpierw Jezus

    We wczesnym Kościele nie było także modlitw maryjnych. Najstarsza – „Pod Twoją obronę” – pojawiła się w Egipcie w III wieku, a modlitwa „Zdrowaś, Maryjo” została rozpowszechniona dopiero w wieku XII.

    Dziś może się nam to wydawać dziwne, trzeba jednak pamiętać, że chrześcijaństwo, podobnie jak judaizm, było wyspą monoteizmu w morzu pogaństwa. Obrona prawdy o jedynym Bogu była sprawą fundamentalną. Kult świętych w takich warunkach łatwo mógł zostać wzięty za cześć oddawaną bogom i skutkować nawrotem do politeizmu. Obrona bóstwa Chrystusa była w tej sytuacji zadaniem pierwszoplanowym, zwłaszcza w związku z herezjami, takimi jak na przykład arianizm, który to bóstwo kwestionował.

    Ksiądz M. Starowieyski wskazuje, że do typowych przejawów politeizmu tamtego czasu należał kult matek bogów, popularny w świecie śródziemnomorskim: Asztarty, Diany, Cybeli i innych. To był jeden z najistotniejszych powodów, dla których pisarze pierwszych wieków chrześcijaństwa unikali łączenia w odniesieniu do Maryi słów „matka” i „Bóg”.

    Kiedy chrześcijaństwo stało się powszechne, a nawrót politeizmu już nie zagrażał, takie połączenia stały się częste, a wśród nich najpopularniejsze to „rodząca Boga” – Theo­tokos.

    Nie znaczyło to wszystko, że nie interesowano się postacią Maryi. W czasach ojców Kościoła wzmianki o Niej zawsze pojawiały się w tekstach mówiących o Chrystusie. Tak też było na przełomowym dla mariologii Soborze Efeskim w 431 roku. Był to sobór zdecydowanie chrystologiczny. Kwestia Bożego macierzyństwa Maryi została podjęta ze względu na wspomniane różnice zdań dotyczące natur w Chrystusie.

    Nowa Ewa

    Podstawowymi zagadnieniami wczesnej mariologii były Boże macierzyństwo Maryi i Jej dziewictwo. W połowie II wieku Maryja została nazwana nową Ewą. Był to wynik refleksji nad tekstem św. Pawła o Chrystusie jako nowym Adamie. Jak Ewa przez nieposłuszeństwo sprowadziła grzech i śmierć, tak Maryja w pokorze i posłuszeństwie przyjęła Boże macierzyństwo i zrodziła Dawcę życia. Na tej podstawie nazwano Maryję orędowniczką. Dalszy rozwój kultu maryjnego wynikał w dużej mierze z coraz lepszego rozumienia Pisma Świętego. W miarę wczytywania się w teksty biblijne wzrastał wśród chrześcijan zachwyt postacią Matki Bożej.

    Teologowie odkrywali w Starym i Nowym Testamencie kolejne odniesienia do Maryi, co widać w licznych homiliach epoki bizantyjskiej. Zaczęły się pojawiać znakomite utwory poetyckie adresowane do Maryi, z których do najwybitniejszych należy Akatyst ku czci Bogurodzicy. Na Zachodzie znacznie później nawiążą do tej twórczości Litania Loretańska i godzinki.

    Mnogość tytułów, jakimi zaczęto obdarzać Maryję, pokazuje uczuciowy względem Niej stosunek wiernych. W IV wieku Maryja pojawia się w modlitwach liturgicznych. Obchodzi się już święto Bożego Narodzenia, z natury związane z Maryją. W tym czasie także Adwent zaczyna nabierać charakteru maryjnego.

    W pismach wielkich teologów, takich jak św. Augustyn, czytamy o bezgrzeszności Matki Bożej, choć nie potrafią oni poradzić sobie w odniesieniu do Niej z kwestią grzechu pierworodnego. Tym tematem zajmie się teologia średniowiecza, a na jego ostateczne rozwikłanie przyjdzie poczekać do roku 1854, czyli do ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

    Po Soborze Efeskim kult maryjny zyskał znaczny rozmach zarówno w teologii, jak i w pobożności. Ogłoszenie Maryi Bogurodzicą znacznie wzmocniło świadomość ścisłego związku między Chrystusem i Jego Matką. W następstwie tego rozwinął się prawidłowy kult maryjny, mocno osadzony w chrystologii. Zaczęły powstawać święta maryjne i dedykowane Maryi kościoły, rozwinęła się też bogata ikonografia. O Maryi mówią dekrety soborowe i synodalne, a także liczne inne dokumenty kościelne.

    „Kościół sam stopniowo odkrywał postać Maryi i pokazywał Ją ludziom, a ludzie wraz z Kościołem dorastali do zrozumienia Jej roli” – stwierdza ks. Marek Starowieyski.

    Podstawową zaś rolą Maryi jest przynosić światu Jezusa Chrystusa. I to Matka Boża robiła w starożytności i w czasach późniejszych. I będzie to robić aż do skończenia świata.

    ***

    Ruiny kościoła NMP w Efezie. To tu obradował sobór, na którym w 431 roku ogłoszono Maryję Matką Boga.

     Ruiny kościoła NMP w Efezie. To tu obradował sobór, na którym w 431 roku ogłoszono Maryję Matką Boga/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Franciszek Kucharzak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 24 LISTOPADA

    Uroczystość Pana Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata

    Boski sędzia na ławie oskarżonych. Pakiet anty-utyskiwań na Uroczystość Jezusa Króla Wszechświata

    fot. Depositphotos

    _________________________________________________

    ***

    Pan Jezus staje przed Piłatem.

    Ten fakt budzi nasze wątpliwości jak również medialną, sensację.

    Czy Oskarżony jest wiarygodny i prawdziwy, skoro Jego Królestwo nie jest z tego Świata?


    Chrystus pogrąża się w mroku, zamyka oczy przed ziemskim prawem, gdyż wie, że nie jest podsądnym, lecz Sędzią Niebieskim, który ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych.

    Będzie Boskim Sędzią, dobrym i naturalnym jak słońce, w przeciwieństwie do Piłata, któremu przyświeca sztuczny blask reflektorów, aby wszyscy widzieli, jak obmywa ręce z krwi Baranka.

    ***

    Chrystus Król z Pierwszej Stacji Drogi Krzyżowej Jerzego Dudy Gracza

    _____________________________________________________________

    PROCES CHRYSTUSA – JEZUS PRZED PIŁATEM


    Wstęp


    Przed tygodniem, w naszym rozważaniu, byliśmy z Jezusem przed Sanhedrynem. Przesłuchanie przed Wysoką Radą Żydowską zakończyło się tak, jak oczekiwał Kajfasz. Jezus został uznany za winnego popełnienia bluźnierstwa – przestępstwa, za które przewidziana była kara śmierci. Jednakże orzekanie kary śmierci było zastrzeżone Rzymianom. Stąd też dalszy ciąg procesu Jezusa musiał odbyć się przed Piłatem, namiestnikiem rzymskim w Palestynie.
    Najobszerniejszą relację o przesłuchaniu Jezusa przez Piłata znajdujemy w Ewangelii św. Jana. Dają się w niej wyróżnić dwa etapy.

    1. Pierwszy etap przesłuchaniu Jezusa przez Piłata


    W rozdziale osiemnastym Janowej Ewangelii czytamy: „Od Kajfasza zaprowadzili Jezusa do pretorium. A było to wczesnym rankiem. Oni sami jednak nie weszli do pretorium, aby się nie skalać i móc spożyć Paschę. Dlatego Piłat wyszedł do nich na zewnątrz i rzekł: „Jaką skargę wnosicie przeciwko temu człowiekowi?” W odpowiedzi rzekli do Niego: „Gdyby to nie był złoczyńcą, nie wydalibyśmy go tobie>. Piłat więc rzekł do nich: „Weźcie go sobie i osądźcie według swojego prawa>. Odpowiedzieli mu Żydzi: „Nam nie wolno nikogo zabić”. Tak miało się spełnić słowo Jezusa, w którym zapowiedział, jaką śmiercią miał umrzeć.
    Wtedy powtórnie wszedł Piłat do pretorium, a przywoławszy Jezusa, rzekł do Niego: „Czy ty jesteś Królem żydowskim?”. Jezus odpowiedział: „Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie?”. Piłat odparł: „Czy ja jestem Żydem? Naród twój i arcykapłani wydali mi ciebie. Co uczyniłeś?”. Odpowiedział Jezus: „Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd>. Piłat zatem powiedział do Niego: „A więc jesteś królem?”. Odpowiedział Jezus: „Tak , jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. Rzekł do Niego Piłat: „Cóż to jest prawda?” To powiedziawszy, wyszedł ponownie do Żydów i rzekł do nich: „Ja nie znajduję w nim żadnej winy” (J 18,28-38).
    Drodzy bracia i siostry, w czasie publicznej działalności Jezus wiele mówił o królestwie Bożym. Jego tajemnicę przybliżał w różnych przypowieściach. Piłat wiedział, że o Jezusie mówiono jako o królu, dlatego w czasie przesłuchania zapytał Go wprost: „czy ty jesteś Królem żydowskim?”. Jezus przyznał się do tego tytułu, wiedząc, że spotka go za to śmierć, ale natychmiast dał bardzo ważne wyjaśnienie. Wskazał na specyfikę swojego królestwa i królowania oraz oznajmił, że przyniósł na ziemię prawdę: prawdę o Bogu, o człowieku, prawdę o zbawieniu i o życiu wiecznym.
    Wyjaśnienie Jezusa o Jego królestwie i o Jego misji Piłat przyjął, dlatego uznał Jezusa za niewinnego. Jako człowiek wykształcony w prawie rzymskim miał w sobie poczucie sprawiedliwości. Jednakże wyjaśnienia tego nie chcieli przyjąć oskarżyciele.
    Co działo się dalej? Powróćmy znowu na rozprawę sądową Jezusa przed Piłatem.

    2. Drugi etap przesłuchania Jezusa przez Piłata


    W dalszej relacji św. Jana Ewangelisty czytamy: „(Piłat rzekł do nich:) „Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego więźnia. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla żydowskiego?”. Oni zaś powtórnie zawołali: „Nie tego, lecz Barabasza!”. A Barabasz był rozbójnikiem.
    Wówczas Piłat zabrał Jezusa i kazał Go ubiczować. A żołnierze, uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: „Witaj, Królu żydowski”. I policzkowali Go. A Piłat ponownie wyszedł na zewnątrz i przemówił do nich: „Oto wyprowadzam go wam na zewnątrz, abyście poznali, że ja nie znajduję w nim żadnej winy”. Jezus więc wyszedł na zewnątrz w koronie cierniowej i płaszczu purpurowym. Piłat rzekł do nich: „Oto Człowiek”. Gdy Go ujrzeli arcykapłani i słudzy, zawołali: „Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!”. Rzekł do nich Piłat: „Zabierzcie go i sami ukrzyżujcie!. Ja bowiem nie znajduję w nim winy”. Odpowiedzieli mu Żydzi: „My mamy Prawo, a według Prawa powinien umrzeć, bo sam siebie uczynił Synem Boży”.
    Gdy Piłat usłyszał te słowa, jeszcze bardziej się uląkł. Wszedł znów do pretorium i zapytał Jezusa: „Skąd ty jesteś?”. Jezus jednak nie dał mu odpowiedzi. Rzekł więc Piłat: „Nie chcesz ze mną mówić? Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić ciebie i mam władzę ciebie ukrzyżować?”. Jezus odpowiedział: „Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry. Dlatego większy grzech ma ten, który Mnie wydał tobie”. Odtąd Piłat usiłował Go uwolnić. Żydzi jednak zawołali: „Jeżeli go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się cezarowi”.
    Gdy więc Piłat usłyszał te słowa, wyprowadził Jezusa na zewnątrz i zasiadł na trybunale, na miejscu zwanym Lithostrotos, po hebrajsku Gabbata. Był to dzień Przygotowania Paschy, około godziny szóstej. I rzekł do Żydów: „Oto wasz król!”. A oni krzyczeli: „Precz! Precz! Ukrzyżuj go!”. Piłat powiedział do nich: „Czyż króla waszego mam ukrzyżować?”. Odpowiedzieli arcykapłani: „Poza cezarem nie mamy króla”. Wtedy więc wydał go im, aby Go ukrzyżowano” (J 18,39-19,1-16).
    Drodzy bracia i siostry, w powyższej relacji św. Jana możemy wyróżnić trzy główne akty. Akt pierwszy – przedstawienie przez Piłata Jezusa jako kandydata do paschalnej amnestii, po to, by Go ewentualnie uwolnić. Z Jezusem konkuruje rozbójnik Barabasz. Pierwszy w swoim działaniu posługiwał się tylko prawdą i miłością – drugi – siłą i przemocą. Piłat się przeliczył. Na placu sądu nie było zwolenników Jezusa. Wszyscy ze strachu pouciekali. Byli natomiast zwolennicy Barabasza. Dlatego decyzja tłumu była jednoznaczna: „Nie tego, ale Barabasza!”.
    Akt drugi, to skazanie Jezusa na biczowanie. Biczowanie było karą, którą skazanym na śmierć wymierzano jako dodatkową karę. Była to kara wyjątkowo barbarzyńska. Jezus nie był jeszcze formalnie skazany na śmierć, ale Piłat wymierzył Mu taką karę w trakcie przesłuchania, licząc, że może oskarżyciele ulitują się nad zbitym i poranionym Jezusem. Tu także namiestnik rzymski się przeliczył. Ze strony oskarżycieli nie było żadnej litości.
    Akt trzeci, to cierniem ukoronowanie. Oprawcy nakładają Jezusowi, który przyznał się do tytułu króla, karykaturalne oznaki królewskiego majestatu: purpurowy płaszcz, splecioną z cierni koronę i berło z trzciny. Mają teraz okazję do drwin, szyderstw, pogardy, do totalnego upokarzania: „Witaj , Królu żydowski!”. Tak ośmieszonego i poniżonego odprowadzają do Piłata. Ten zaś ukazuje Go tłumowi ze słowami „Ecce homo – Oto człowiek”. Rzymski sędzia – być może – jest wstrząśnięty widokiem zbitej i wyszydzonej postaci tego tajemniczego oskarżonego. Liczy na współczucie tych, którzy Go zobaczą. Tłum jednak nadal nie ma litości. Napastliwie woła: „Ukrzyżuj, ukrzyżuj!”.
    Piłat na koniec zasiada na trybunale. Raz jeszcze mówi: „Oto wasz król!” (J 19,14) i wydaje wyrok śmierci. Z pewnością rozegrał się w nim wewnętrzny dramat. Z jednej strony, dobrze wiedział, że Jezus nie był politycznym przestępcą, oraz że Jego królowanie, do którego sobie rościł prawo, nie stanowiło żadnego politycznego zagrożenia. Z drugiej jednak strony uląkł się pogróżek rozwścieczonego tłumu i chciał mieć spokój w okupowanym kraju, tym bardziej, że nadchodziło święto Paschy. Uważał, że w tym przypadku pokój jest ważniejszy od sprawiedliwości. Wydaje się, że w ten sposób chciał uspokoić swoje sumienie. Być może, że dopiero potem przekonał się, że pokoju nie można budować na nieprawdzie.
    Bracia i siostry, wyciągnijmy wnioski z tego fragmentu męki naszego Pana.

    3. Wnioski wynikające z procesu Jezusa przed Piłatem


    Najpierw stwierdźmy, że przypomniany dziś i rozważany fragment przesłuchania Jezusa przed Piłatem ma swoją kontynuację: w historii i dzisiaj. Zobaczmy w jakich sytuacjach?
    a) Królestwo Boże, które tu na ziemi urzeczywistnia się w Kościele, bywało w dziejach i dziś bywa rozumiane opacznie, właśnie w stylu oskarżycieli z dziedzińca pałacu Piłata. Są tacy, którzy patrzą na Kościół jako na społeczność czysto ludzką, jako na grupę interesu, a więc patrzą czysto socjologicznie i jednostronnie, czyli krzywdząco. Opacznie rozumie się też misję Kościoła, która jest przedłużeniem misji Chrystusa, aby dawać świadectwo prawdzie. Tę prawdę, głoszoną przez Kościół się dziś tu i ówdzie ośmiesza, albo lekceważy, ignoruje. W laickich przekazach medialnych, zwłaszcza w telewizjach komercjalnych, w prasie liberalnej, w programach dotyczących Kościoła, pomija się sprawy istotne, zasadnicze, a nagłaśnia się sprawy drugorzędne. Co więcej, przez zdarzające się w niewielkim procencie potknięcia osób duchownych, patrzy się na całą instytucję Kościoła. Raz po raz przestrzegają nas przed rządami, przed dyktaturą czarnych, przed ich wpływami na życie publiczne. Wszystko to bardzo przypomina proces Jezusa przed Piłatem.
    b) W czasie przesłuchania Jezusa przed rzymskim namiestnikiem szczególnego znaczenia nabierają słowa Jezusa, dotyczące świadczenia prawdzie: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto z prawdy jest, słucha mojego głosu” (J 18,37). Jezus przed Piłatem przypomniał jak ważna jest prawda, jak ważne jest mówienie prawdy i świadczenie o niej w życiu, czynienie jej, pełnienie jej w miłości. Jesteśmy świadkami jak na szeroką skalę dziś prawda jest zakrywana, jak szerzy się kłamstwo; szerzy się przez słowo mówione i pisane. Dziś słowo ludzkie posiada tak wiele nośników medialnych: radio, telewizję, video, internet, prasę. Toczy się dziś w świecie wielka bitwa o prawdę, przede wszystkim o prawdę o człowieku i o Bogu. Historia ostatnich dziesiątków lat potwierdza, iż z nieprawdy, czyli z utopii, fałszywych ideologii, z fałszywego wizerunku człowieka i Boga, rodzą się ogromne nieszczęścia i tragedie. Za każdym kłamstwem stoi diabeł. Sam Pan Jezus nazwał go ojcem kłamstwa. Bez prawdy kuleją wszystkie inne wartości. Może być fałszywe, pozorne dobro, piękno, może być fałszywa i pozorna miłość oraz świętość.
    Przed Jezusem eucharystycznym musimy dziś zapytać się, jak jest z prawdą w moim życiu, czy jestem świadkiem prawdy, czy mówię tak jak jestem o tym przekonany w moim sumieniu, czy jestem prostolinijny, przejrzysty; czy w prawdzie wychowuję swoje dzieci i wnuki?
    c) Patrząc na scenę Jezusa i Barabasza, zauważamy, że niewinnego Jezusa nie miał kto wziąć w obronę. Jego zwolennicy zniknęli. Nie przedłużajmy poczet tych, którzy dezerterują, którzy uciekają, gdzie jest sądzona prawda. Dzisiaj nadal krzyczą za ułaskawieniem Barabasza, krzyczą ci, którzy stawiają na nieuczciwość. Nadają niekiedy ordery wcale nie bohaterom, ale niejednokrotnie oszustom a nawet zdrajcom. Nie bądźmy tchórzami, głosujmy za prawdą i miłością, a nie za kłamstwem i nieuczciwością.
    d) Gdy patrzymy na biczowanie i cierniem ukoronowanie Jezusa, chciejmy zauważyć, że Jego cierpienie przedłużyło się we wszystkich bitych i poniewieranych, wyszydzanych i katowanych. W udręce Pana Jezusa odzwierciedla się nieludzki charakter władzy człowieka, która w taki sposób potrafi deptać bezsilnych. Gdy człowiek odwraca się od Boga i we własne ręce bierze panowanie nad światem, staje się zwykle tyranem drugich. Tak było w łagrach sowieckich i w obozach koncentracyjnych. „Odkąd Jezus pozwolił się bić – napisał Ojciec św. Benedykt XVI – odtąd poranieni i bici są obrazem Boga, który zechciał za nas cierpieć”.
    W ostatnich latach ukazały się dwa tomy książki pt. „Wspomnienia Sybiraków”. Z jej lektury możemy się dowiedzieć jakie potworne katusze przechodzili nasi rodacy na Kresach Wschodnich. To wszystko było jakimś przedłużeniem cierpienia samego Chrystusa. On przecież powiedział: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 2540).
    e) Piłatowy wyrok śmierci wydany na Jezusa, nie z poczucia sprawiedliwości, ale ze strachu i czasowej koniunktury, niech będzie dla nas ostrzeżeniem, abyśmy nie załatwiali spraw dla osiągnięcia tzw. „świętego spokoju”, ale do końca stali po stronie prawdy, sprawiedliwości i miłości.
    f) Przypominając sobie dziś proces sądu Jezusa przed Piłatem, chcemy sobie uświadomić, że powinniśmy zachowywać ostrożność w sądzeniu, w wydawaniu pochopnych opinii. Tylko Pan Bóg zna pełną prawdę o człowieku, o każdym z nas. Dlatego nie bądźmy tacy pewni słuszności naszych sądów, ocen i opinii.
    g) W postawie Jezusa mamy przykład jak winniśmy przyjmować różne wyroki, sądy i oceny o nas. Zawsze mamy prawo upominać się o prawdę i o sprawiedliwość. Gdy jednak nasze prośby nie przynoszą rezultatu, winniśmy przyjąć upokorzenie i cierpienie w duchu Jezusa cierpiącego.

    Zakończenie


    Panie Jezu, stanąłeś kiedyś w pokorze przed sądem Piłata. Jako Sędzia świata stanąłeś przed sądem człowieka. Zmieniły się role. Bóg stał się sądzony a człowiek był sędzią. Przebacz nam ten grzech. Przepraszamy Cię za tych, którzy dzisiaj Cię osądzają w twoich sługach, wyznawcach, którzy dzisiaj Cię biczują i szydzą z Ciebie. W pokorze wołamy do Ciebie: „Jezu, od okrutnych oprawców, na sąd Piłata, jak zbójca szarpany, Jezu mój kochany; Jezu, u kamiennego słupa niemiłosiernie biczmi wysmagany; Jezu, przez szyderstwo okrutne cierniowym wieńcem ukoronowany; Jezu, od Piłata niesłusznie na śmierć krzyżową za ludzi skazany… Bądź pozdrowiony, bądź pochwalony, dla nas zelżony, wszystek skrwawiony!. Bądź uwielbiony! Bądź wysławiony!. Boże nieskończony” Amen.

    Bp Ignacy Dec

    IV kazanie pasyjne wygłoszone w katedrze świdnickiej w czasie nabożeństwa Gorzkich Żali

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego czcimy Chrystusa jako Króla Wszechświata? Skąd wzięła się ta uroczystość?

    fot. Francisco Xavier / Cathopic

    ***

    Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata obchodzona jest w ostatnią niedzielę roku liturgicznego. Skąd wzięła się ta uroczystość? Co oznacza? Jaki jest jej sens? Poznaj 5 faktów o tej uroczystości.

    1. Wszystko zaczęło się od… św. Małgorzaty Marii Alacoque

    Idea intronizacji, przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana jest rozwinięciem aktu poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, wynikającego z objawień francuskiej wizytki z Paray-le-Monial św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690). Święta ta była mistyczką, której Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości.

    2. Święto oficjalnie wprowadził papież Pius XI

    Święto Chrystusa Króla wprowadził papież Pius XI w roku 1925 na zakończenie Roku Świętego: przypadła ona wówczas na 11 grudnia. Sensem tego nowego święta, jak wyjaśniał papież w encyklice „Quas primas”, było uznanie panowania i władzy Chrystusa zarówno w życiu osobistym chrześcijan, jak i całych społeczności.

    Miało ono służyć odnowie wiary, także w przestrzeni publicznej, która szczególnie – zdaniem papieża – narażona jest na wypieranie zeń wartości i zasad chrześcijańskich. Ustanowienie święta Chrystusa Króla traktował więc jako „lekarstwo na zagrożenia niesione przez coraz powszechniejsze prądy laicyzacyjne, zaprzeczające panowaniu Chrystusa nad ludami”. W związku z tym Pius XI zachęcał – jak brzmiało ulubione jego hasło – do „Instaurare omnia in Christo”, czyli odnowy wszystkiego w Chrystusie.

    W 1969 r. papież Paweł VI podniósł święto Chrystusa Króla do rangi uroczystości, a więc najwyższej wagi obchodu liturgicznego w Kościele, postulując czcić Chrystusa jako Króla Wszechświata.

    3. W czasie II wojny światowej Niemcy zniszczyli wyjątkową figurę w Polsce

    Święto Chrystusa Króla od samego początku było uroczyście obchodzone w Polsce. W 1927 r. powstał w Poznaniu komitet budowy pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, który miał być także monumentem wdzięczności za odzyskaną niepodległość. Pomnik ten uroczyście odsłonięto 30 października 1932, w święto Chrystusa Króla. W uroczystościach wzięli udział liczni poznaniacy pod przewodnictwem kard. Augusta Hlonda. Pomnik zburzyli Niemcy zaraz po wejściu do miasta w 1939 r., wysadzając go w powietrze. A figurę Chrystusa przetopiono na kule armatnie. Obecnie, od kilku lat trwają starania o odbudowę tego pomnika i postawienie go ponownie w godnym miejscu stolicy Wielkopolski.

    4. Uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem w 1969 roku

    Po ostatniej reformie liturgicznej w 1969 r. uroczystość została przeniesiona na ostatnią niedzielę przed Adwentem. Mimo, że jest to święto tak młode, jego treść była przeżywana w Kościele od początku jego istnienia. Wskazuje na to wiele fragmentów Ewangelii oraz starożytnych pism chrześcijańskich. Geneza kultu Chrystusa jako Króla sięga natomiast już Starego Testamentu, zapowiadającego przyjście Mesjasza, króla, potomka Dawida.

    Greckie słowo „chrystus” jest odpowiednikiem hebrajskiego mesjasz i oznacza pomazańca, namaszczonego, co w znaczeniu starotestamentalnym odnosiło się zarówno do króla, jak i kapłana, a nieraz także do proroka.

    Umieszczenie tej uroczystości na końcu kalendarza wiąże się z biblijnym rozumieniem czasu i odzwierciedla zarazem sens roku liturgicznego, który jakby odtwarza najważniejsze zdarzenia w dziejach zbawienia.

    Objawienie biblijne przyniosło nowe, linearne rozumienie czasu: czas ma swój początek i koniec, nie ma w nim powrotów i cyklów, lecz każda chwila jest jedyna i niepowtarzalna. W człowieka jednak, tak jak w całą naturę, wpisana jest pewna cykliczność. Rok kościelny łączy w sobie te dwa wymiary: w swoich powrotach odzwierciedla tę jedyną i niepowtarzalną historię zbawienia, która rozpoczęła się wraz ze stworzeniem, szczyt osiągnęła w czasie życia, zbawiennej śmierci oraz zmartwychwstania Jezusa z Nazaretu, a zmierza do kresu, którym jest nastanie Królestwa Bożego. Zakończenie roku symbolizuje właśnie osiągnięcie celu i wypełnienie bożych obietnic. Jest to odpowiedź Boga na nieustające modlitwy chrześcijan: Przyjdź królestwo Twoje.

    5. W 2016 roku dokonano aktu uznania Chrystusa Królem

    Sprawą intronizacji Chrystusa Króla – na prośbę licznych oddolnych ruchów intronizacyjnych – w ostatnich latach zajmowała się Konferencja Episkopatu Polski. Powołała w tym celu w 2013 r. specjalny Zespół ds. Ruchów Intronizacyjnych pod przewodnictwem biskupa opolskiego Andrzeja Czai. Podczas spotkania Zespołu 10 czerwca 2014 roku zrodziła się myśl o przygotowaniu aktu uznania Chrystusa Królem w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w 2016 roku, w ramach obchodów jubileuszu 1050. rocznicy Chrztu Polski.

    Po długich i niełatwych dyskusjach z przedstawicielami ruchów intronizacyjnych – które domagały się ogłoszenia Chrystusa królem Polski – ustalono, że uroczysta proklamacja Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana odbędzie się w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach w sobotę 19 listopada br. – w przeddzień uroczystości Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Następnego dnia akt ten został odnowiony we wszystkich świątyniach katolickich w Polsce.

    W liście pasterskim z 11 października 2016 r. – poprzedzającym Jubileuszowy Akt – Pasterze Kościoła w Polsce przypominali, że „nie trzeba Chrystusa intronizować w znaczeniu wynoszenia Go na tron i nadawania Mu władzy ani też ogłaszać Go Królem. On przecież jest Królem królów i Panem panów na wieki. Natomiast naszym wielkim zadaniem jest podjęcie dzieła intronizacji Jezusa w znaczeniu uznawania Jego królewskiej godności i władzy całym życiem i postępowaniem”.

    Biskupi wyjaśniali ponadto, że „zasadniczym celem dokonania aktu jest uznanie z wiarą panowania Jezusa, poddanie i zawierzenie Mu życia osobistego, rodzinnego i narodowego we wszelkich jego wymiarach i kształtowanie go według Bożego prawa”.

    KAI/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. franciscogonzalez/cathopic.com

    ***

    Akt przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana

    “Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa”. Przypominamy słowa Aktu z Roku Jubileuszowego, który także dziś może stać się modlitwą.

    Jubileuszowy Akt przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana został proklamowany w krakowskich Łagiewnikach w dniu 19 listopada 2016 r., na zakończenie obchodów Roku Miłosierdzia w Polsce. Dzień później akt odmawiany był we wszystkich polskich kościołach podczas modlitwy przed Najświętszym Sakramentem.


    Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

    Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.

    Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.

    Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste!
    – W naszych sercach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych parafiach – Króluj nam Chryste!
    – W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste!
    – W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste!
    – W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste!
    – W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste!
    – W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!

    Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:

    – Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wiekami – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy!
    – Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

    Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw.
    Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:

    – Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!
    – Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

    Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.

    Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.

    W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.

    Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.

    Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.

    W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.

    Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.

    Tekst Aktu za serwisem Episkopat News/24 listopada 2019

    ______________________________________________________________________________________________________________

    poniedziałek 11 listopada

    Narodowe Święto Niepodległości

    W całej Polsce odprawiane są uroczyste Msze święte w intencji naszej Ojczyzny

    Sample

    fot. Pixabay

    ***

    Centralnym punktem tegorocznych obchodów 106. rocznicy odzyskania niepodległości Polski jest Najświętsza Ofiara Mszy świętej, która została odprawiona o godz. 10.00 w Świątyni Opatrzności Bożej pod przewodnictwem kard. Kazimierza Nycza. Obecny był Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda, przedstawiciele parlamentu i licznie zebrani mieszkańcy stolicy.

    ________________

    Gdy człowiekowi odbierze się prawdę, wszelkie próby wyzwolenia go stają się całkowicie nierealne, ponieważ prawda i wolność albo istnieją razem, albo też razem marnie giną”. 

    – podkreślił bp Wiesław Lechowicz w homilii w czasie Mszy za Ojczyznę w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.

    fot. print screen, you tube,com

    ***

    Symboliczne zapalenie Świecy Niepodległości przez prezydenta Andrzeja Dudę

    Podczas Eucharystii, w historycznym geście nawiązującym do roku 1920, Prezydent RP zapali Świecę Niepodległości. Zapłonęła po raz ósmy. Tę świecę ofiarował Warszawie papież Piusa IX w 1867 r. z życzeniem, aby zapalono ją dopiero wówczas, gdy Polska będzie wolna. Narodowe Święto Niepodległości zostało ustanowione ustawą z 23 kwietnia 1937 r., a następnie zniesione ustawą Krajowej Rady Narodowej 22 lipca 1945 r. Święto przywrócono w okresie transformacji ustrojowej w 1989 r. Jest dniem wolnym od pracy.

    Warszawa/ W Świątyni Opatrzności Bożej rozpoczęła się msza św. za ojczyznę z udziałem prezydenta

    Prezydent RP Andrzej Duda – fot. PAP/Albert Zawada

    ***

    “Wiemy, że to światło, symbol tej świecy jest nam wszystkim potrzebne, bo światło w Ewangelii, światło w ustach Chrystusa jest znakiem Jego samego. ‘Ja jestem światłem i życiem’. To jest to światło, którego nie trzeba się i nie wolno się wstydzić, bo ono nam jest potrzebne, żeby nam rozświetlało nasze drogi, drogi naszych wartości, drogi naszej wolności”. 

    kard. Kazimierz Nycz

    ____________________________________________

    Po homilii wierni uroczyście ponowili „Akt dziękczynienia i zawierzenia Polski Opatrzności Bożej”.

    Akt Dziękczynienia i Zawierzenia (2)

    Boże naszych ojców.
    Boże Patriarchów i Proroków, Apostołów i Męczenników.
    Boże wszystkich świętych.

    Dziękuję Ci za Twoją miłosierną miłość, która nigdy się nie nuży
    i nie zniechęca.
    Dziękuję za to, że w Jezusie ob
    iecałeś być z nami przez wszystkie dni – aż do skończenia świata.
    Dziękuję za to, że w Matce Twojego Syna dałeś Kościołowi Matkę.

    Dziękuję za to, że byłeś ze mną w radosnych i trudnych chwilach mego życia.
    Dziękuję za to, że w Twoich świętych dałeś mi opatrznościowych przewodników na drodze do
    świętości.

    Boże pełen majestatu i miłosierdzia, Tobie oddaję moje trudne dziś i tajemnicze jutro.
    Twojej Opatrzności zawierzam siebie – cząstkę Twojego Kościoła
    – abym był solą ziemi, w prostocie żyjąc Ewangelią, był świadkiem prawdy, która wyzwala.
    Zawierzam Ci siebie, bym nie bał się przyjąć powołania do pójścia
    za Chrystusem na każdej drodze życia. Bym niosąc mój krzyż, zachował ufność, że na mojej drodze krzyżowej nie jestem sam.
    Zawierzam Ci moją rodzinę, by była silna wiarą i bogata w miłość, która nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; która wszystko znosi i wszystko przetrzyma.
    Zawierzam wszystko i z serca wołam: Opiekuj się mną, Opatrzności nasza!

    Boże przedwieczny. Do Ciebie należy czas i wieczność. Powierzam Twojej Opatrzności losy moje i moich bliskich. Nie opuszczaj nas – nawet wtedy, gdy my opuszczamy Ciebie. Prowadź nas – nawet wtedy, gdy nasze drogi nie są Twoimi drogami. Mów do nas – nawet wtedy, gdy nasze serca są nieskore do słuchania.

    Boże w Trójcy Jedyny, Ojcze, Synu i Duchu Święty, bądź uwielbiony teraz i zawsze. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykła historia Świecy Niepodległości

    fot. Archidiecezja Warszawska/Youtube.com (print screen)

    ***

    Zapalcie ją w wolnej Warszawie – powiedział Pius IX, wskazując świecę. Zapalono ją w 1920 roku. Teraz znów zapłonie, zapalona przez prezydenta RP w Świątyni Opatrzności Bożej w Święto Niepodległości 11 listopada.

    Liczy sobie ponad 150 lat. O jej istnieniu nie pamiętał już prawie nikt, o wyjątkowej historii tym bardziej. Zdobiona, smukła świeca, była przechowywana w drewnianym stelażu po prawej stronie kościoła seminaryjnego przy Krakowskim Przedmieściu. To tzw. Świeca Piusowa.

    Był 29 czerwca 1867. W Rzymie, w Bazylice św. Piotra, trwała uroczysta kanonizacja św. Jozafata KuncewiczaPolski nie było na mapie świata – opowiada ks. prałat Wiesław Kądziela. A ta kanonizacja była kanonizacją znaczącą, bo wyniesiono na ołtarze świętego, który działał na terenach dawnej Rzeczpospolitej. Na zakończenie uroczystości papież Pius IX zwrócił się do Polaków i wskazując świecę, powiedział: “Zapalcie ją w wolnej Warszawie”.

    51 lat później świeca zapłonęła…

    Długo czekała na tę chwilę. Była przechowywana najpierw w Kolegium Polskim w Rzymie przy Piazza Remuria. Ale gdy 51 lat później stało się jasne, że Polska odzyskała niepodległość, świeca została wkrótce przewieziona do Warszawy, do Archikatedry św. Jana Chrzciciela i tu zapalona. Zapalił ją uroczyście jeden z senatorów, Wojciech Trąbczyński.

    Wkrótce Świeca Piusowa została zapomniana. W 1939 r. została przeniesiona do kaplicy seminaryjnej przy Krakowskim Przedmieściu. Dzięki temu dotrwała do naszych czasów, gdyż Archikatedra Warszawska legła w gruzach. Od lat 80. Świeca Piusowa była wystawiona w kościele seminaryjnym.

    O jej istnieniu przypomniał ks. Wiesław Kądziela. To on zaproponował, by świeca została zapalona po raz kolejny, w setną rocznicę odzyskania Niepodległości. Świeca liczyła już przynajmniej 151 lat, dlatego musiała być poddana starannym zabiegom konserwatorskim.

    Bp Wiesław Lechowicz: prawda jako fundament wolności

    W homilii bp Wiesław Lechowicz przypomniał postaci ks. Jerzego Popiełuszki oraz św. Jana Pawła II, zwracając uwagę na ich nauczanie o prawdzie i wolności.

    Jan Paweł II zapytany o to, które ze zdań Pana Jezusa uważa za najważniejsze, odpowiedział: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. W swojej pierwszej encyklice Redemptor Hominis niejako uzasadnił swój wybór, pisząc: „W słowach tych zawiera się podstawowe wymaganie i przestroga zarazem. Jest to wymaganie rzetelnego stosunku do prawdy, jako warunek prawdziwej wolności. Jest to równocześnie przestroga przed jakąkolwiek pozorną wolnością, przed wolnością rozumianą powierzchownie, jednostronnie, bez wniknięcia w całą prawdę o człowieku i o świecie” – powiedział bp Lechowicz.

    Podkreślił także, że prawda, będąca fundamentem wolności, stanowi nieodzowny element jedności narodowej. Biskup zwrócił uwagę na zagrożenia wynikające z kryzysu prawdy we współczesnym społeczeństwie, co może mieć poważne konsekwencje dla niepodległości naszej Ojczyzny.

    W 2018 roku płonęła już 3 czerwca w Święto Dziękczynienia za Niepodległość w Świątyni Opatrzności Bożej. Ponownie zapalił ją prezydent Andrzej Duda w 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości podczas uroczystej Mszy św. z udziałem władz państwowych i warszawiaków. W wolnej Warszawie.

    ___________________________________________________________

    Uroczyste obchody Narodowego Święta Niepodległości w wilanowskiej Świątyni zwieńczy patriotyczny koncert pt. „Z Polskich Gór ku Wolności”. Obok Małej Armii Janosika z Podhala, usłyszymy solistów: Karolinę Leszko, Karolinę Jasińską i Marcina Wortmanna. Początek o godz. 17.00.

    Muzyczne dzieło zakończy wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych wraz z Chórem i Orkiestrą Archikatedry Warszawskiej pod dyrekcją Dariusza Zimnickiego. Świątynię wypełnią dźwięki „Roty”, pieśni „My, Pierwsza Brygada” oraz „Modlitwy obozowej”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Nemesia Production/unsplash.com

    ***

    „Nad Polską, Ojczyzną naszą, zmiłuj się, Panie”. Litania Narodu Polskiego

    “Uspokój serca, dodaj ufności w Twoją miłość. Oświeć zaćmione umysły naszych braci”.

    Panie, zmiłuj się nad nami!
    Chryste, zmiłuj się nad nami!
    Panie, zmiłuj się nad nami!
    Chryste, usłysz nas!
    Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami!
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami!
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami!
    Święta Trójco Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami!

    Nad Polską, Ojczyzną naszą, zmiłuj się, Panie.
    Nad narodem męczenników,
    Nad ludem zawsze wiernym Tobie,
    Jezu nieskończenie miłosierny,
    Jezu nieskończenie mocny,
    Jezu, nadziejo nasza,

    O Maryjo, Bogurodzico, Królowo Polski, módl się za nami.
    Święty Stanisławie, Ojcze Ojczyzny,
    Święty Wojciechu, Patronie Polski,
    Święty Kazimierzu, Patronie Litwy,
    Święty Jozafacie, Patronie Rusi,
    Święty Cyrylu i Metody, Apostołowie Słowian,
    Święty Ottonie, Apostole Pomorza,
    Święta Jadwigo, Patronko Śląska,
    Święty Jacku Odrowążu, Apostole Rusi,
    Święty Janie z Kęt, patronie profesorów i studentów,
    Święty Stanisławie kostko, Patronie młodzieży,
    Święty Andrzeju Bobolo, Męczenniku za wiarę,
    Święty Andrzeju Świeradzie, i Benedykcie,
    Święci Męczennicy polscy: Benedykcie, Janie, Mateuszu, Izaaku i Krystynie,
    Święty Brunonie, Apostole ziem polskich,
    Święty Wacławie, Patronie katedry wawelskiej,
    Święty Florianie, Patronie Krakowa,
    Święty Maksymilianie Kolbe, Męczenniku z Oświęcimia,
    Wszyscy Święci i Święte Boże,
    Błogosławiony Władysławie z Gielniowa, Patronie Warszawy,
    Błogosławiony Czesławie, Patronie Wrocławia,
    Błogosławiona Bronisławo, Patronko Śląska Opolskiego,
    Błogosławiony Jakubie Strzemię, patronie Lwowa,
    Błogosławiony Janie z Dukli, Patronie rycerstwa polskiego,
    Błogosławiony Szymonie z Lipnicy, Kaznodziejo prawdy,
    Błogosławiony Wincenty Kadłubku, Dziejopisarzu Polski,
    Błogosławiony Bogumile, Arcybiskupie gnieźnieński,
    Błogosławiona Salomeo, Księżno Halicka,
    Święta Kingo, Patronko górników,
    Błogosławiona Jolanto, Wdowo, krzewicielko odnowy ewangelicznej,
    Błogosławiony Sadoku wraz z 48 towarzyszami, męczennikami sandomierskimi,
    Błogosławiony Melchiorze, Męczenniku z Koszyc,
    Błogosławiony Janie Sarkandrze, Męczenniku z Ołomuńca,
    Święta Królowo Jadwigo, Patronko młodzieży żeńskiej,
    Święta Mario Tereso Ledóchowska, Matko Afrykanów…

    Od długiej, ciężkiej pokuty dziejowej, wybaw nas, Panie.
    Od kajdan niewoli,
    Od godziny zwątpienia,
    Od podszeptów zdrady,
    Od gnuśności naszej,
    Od ducha niezgody,
    Od nienawiści i złości,
    Od wszelkiej złej woli,
    Od śmierci wiecznej,

    Winy królów naszych, przebacz, o Panie.
    Winy magnatów naszych,
    Winy szlachty naszej,
    Winy rządzących krajem,
    Winy kierujących ludem,
    Winy pasterzy naszych,
    Winy ludu naszego,
    Winy ojców i matek naszych,
    Winy całego Narodu polskiego,

    Głos krwi męczenników naszych, usłysz, o Panie..
    Głos krwi żołnierzy naszych,
    Płacz matek i żon,
    Płacz wdów i sierot,
    Płacz dzieci katowanych za pacierz polski,
    Łzy przesiedleńców i wygnanych z Ojczyzny,
    Łzy rolników pozbawionych swej ziemi,
    Wołanie krzywdzonego ludu robotniczego,
    Jęki z więzień, obozów koncentracyjnych,
    Brzęk pękających kajdan naszych,

    Wiarę w Ciebie i ufność w Maryi, daj nam, o Panie.
    Nadzieję w zwycięstwo dobrej sprawy,
    Miłość Polski, Ojczyzny naszej,
    Męstwo, mądrość, łagodność i solidarność,
    Wszystkie dary Ducha Świętego,
    Służbę w świętej sprawie Twojej na ziemi,
    Wolność, chwałę, szczęście i pokój..

    Przez Narodzenie Twoje, bohatera wielkiego, wzbudź nam o Panie.
    Przez Bogurodzicę, Ojca świętego na długie lata zachowaj nam, o Panie.
    Przez Najświętsze Życie twoje, żyć dobrze nas naucz, o Panie.
    Przez Krzyż i Mękę Twoją, cierpienia nasze mężnie znosić daj, o Panie.
    Przez Święte Zmartwychwstanie Twoje, z ciemności grzechu wskrześ nas, o panie.
    Przez Wniebowstąpienie Twoje, Ojczyznę wielką, wolną i szczęśliwą daj nam, o Panie.
    Przez Ducha Świętego Zesłanie, „ducha dobrego” daj nam, o Panie.
    Przez czystą Królowej Jadwigi ofiarę, w jedności Polskę naszą zachowaj o Panie.
    Przez cnoty wielkich Ojców naszych na Twe błogosławieństwo daj nam zasłużyć, o Panie.

    Boże Piastów i Jagiellonów, nie opuszczaj nas, o Panie.
    Boże Sobieskiego i Kościuszki nie opuszczaj nas, o Panie.
    Boże Ojca Kordeckiego i Ojca Kolbe nie opuszczaj nas, o Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże Wszechmogący, Panie Zastępów, padamy do stóp Twoich w dziękczynieniu, że przez wieki otaczałeś nas Swą przemożną opieką. Dziękujemy Ci, że Ojców naszych wyprowadziłeś z rąk ciemięzców, najeźdźców i nieprzyjaciół. Błogosławimy Cię za to, że po latach niewoli obdarzyłeś nas na nowo wolnomyślnością i pokojem. Amen.

    Antyfona: W tej chwili, kiedy tyle sił potrzeba naszemu Narodowi, aby zachować uzyskana wolność, prosimy Cię, o Boże, napełnij nas mocą Ducha Twojego. Uspokój serca, dodaj ufności w Twoją miłość. Oświeć zaćmione umysły naszych braci. Wzbudź w Narodzie chęć do cierpliwej walki o zachowanie pokoju i wolności. Spraw, byśmy stali się zdolni własnymi rękami i wzajemną solidarnością w służbie Twojego krzyża zachować Twoje królestwo w nas, w naszych rodzinach, w naszym Narodzie jak za czasów naszych praojców. Wybaw nas od głodu, nędzy i wojny. Obdarz nas chlebem. Błogosław naszej pracy, Panie miłosierny, Panie sprawiedliwy, Panie wszechmocny.

    Boże, niech Duch Święty zmienia oblicze naszej ziemi i umacnia twój lud. Daj nam, o Panie, abyśmy po przyjęciu w pokorze „Bierzmowania Dziejów” – udzielonego przez Ojca Świętego Jana Pawła II – Twego Ducha nigdy nie zasmucali, a przez zawierzenie Maryi, Matce Kościoła i Królowej Polski pozostali zawsze wierni Chrystusowi i Ojczyźnie. Amen.

    źródło: adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi.

    Dziś jest ona szczególnie potrzebna!

    ***

    W tych trudnych czasach, gdy naszej Ojczyźnie zagrażają różne niebezpieczeństwa, szczególnie potrzebna jest nasza modlitwa. Sięgajmy  w niej do słów ułożonych przez Kaznodzieję Narodu, Sługę Bożego ks. Piotra Skargę:

    Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać, a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej, błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna chwałę przynosiła Imieniowi Twemu, a syny swe wiodła ku szczęśliwości.

    Wszechmogący wieczny Boże, spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej, byśmy jej i ludowi Twemu, swoich pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie.

    Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje, rządy kraju naszego sprawujące, by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak budować Polskę? Na Chrystusie!

    O to walczył ks. Piotr Skarga

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Nie tylko świat polityki, ale cała nasza codzienność winna być zbudowana na Chrystusie. To najpewniejsza recepta na zachowanie zdrowego państwa, społeczeństwa, na ochronę rodziny i rozwój każdego z osobna. Rozwój, co najważniejsze, prowadzący do Nieba. Wiedział o tym doskonale sługa Boży ksiądz Piotr Skarga, który z zapałem tępił błędy i grzechy, także narodowe, zaś heretyków… miłował. Mawiał: „heretyki złe, ale ludzie dobre” – stąd zabiegał o ich dusze, ale nieprawe czyny potępiał, również te mające wpływ na kształt Ojczyzny. W tym zakresie bowiem nie ma miejsca na dialog. Najsamprzód Chrystus, zawsze i wszędzie!

    W czasach politycznej burzy, ideologicznego zamętu, wykrzywiania pojęć i zakłamywania świata warto sięgać do tych, którzy owe zagrożenia dla duszy człowieka nie tylko celnie rozpoznawali, definiowali, ale potrafili wskazać po mistrzowsku receptury na stawienie im skutecznego oporu.

    Bez wątpienia Mistrzem w tej materii był ks. Piotr Skarga. I choć w swojej działalności ów niezmęczony sługa Boży podejmował wiele działań – był choćby świadkiem Bożego Miłosierdzia (dzieło Arcybractwa Miłosierdzia czy Bractwo Betanii św. Łazarza) – to pozostańmy na chwilę na jednym z odcinków zatroskania ks. Skargi. Co takiego Kaznodzieja Narodu mówił o katolikach, heretykach, państwie, o Kościele? Słowem o tym, co nas – jako społeczeństwo – mocno kształtuje… Wczytajmy się w Jego pisma, bo przemawia z nich to, co dziś ma być zakrzyczane, co ma nie dojść do głosu. Ksiądz Skarga bez wątpienia jest kapłanem z przesłaniem „skrojonym na dzisiejsze czasy”. Ono czasem boli. Ale jest ozdrawiające.

    Ach, gdybyśmy tylko, jako katolicy, byli tak gorliwi; gdybyśmy ograniczali owo irytujące – jak pisał ks. Skarga – „ziewanie flegmatyckie”, gdybyśmy byli wystarczająco gorący w wierze, pomysły rewolucjonistów nie wyszłyby z gabinetów swoich twórców, bo nie znalazłyby posłuchu jako antyludzkie i z założenia fałszywe.

    Ksiądz Skarga jest tu niewygodny „podwójnie”: jako kapłan i jako twórca. Sługa Boży ma bowiem swój niewątpliwy wkład w rozkwit języka polskiego. A jako mistrz słowa, przybliżał ludziom Chrystusa. Jego kazania były więc nie tylko wyrazem osobistych przemyśleń, religijnego doświadczenia, ale nauką dla ludu Bożego. Dziś patrzymy na kryzys powołań, widzimy idący w kierunki niezdefiniowanego braterstwa ruch ekumeniczny…

    A ksiądz Skarga? On w czasie reformacji zapisał na swe konto cały szereg konwersji. Przyciągał do Kościoła. Mówił: „heretyki złe, ale ludzie dobre” i tak czynił – potępiał błędy, ale podchodził z miłością do ludzi. W swym działaniu był postrzegany jako kontrreformator, hamulcowy zmian uważanych powszechnie za coś pożądanego. Mówił: ut unum sint („aby byli jedno”) i budował ową jedność, tak jak nauczał Chrystus. Nauczał i bronił doktryny Kościoła oraz Jego jedności, w której postrzegał siłę nośną scalonego państwa. Dziś to dla wielu niewygodny przykład do naśladowania. Nic dziwnego, bowiem ta wizja ks. Skargi psuje wygodną dla źle sprawujących swoje urzędy ideę divide et impera („dziel i rządź”).

    Groźna herezja

    Ksiądz Piotr Skarga doskonale odczytywał, jakie zagrożenie niosą ze sobą obecne w królestwie polskim herezje. Znał też miernotę i nijakość wielu „flegmatycznych” katolików oraz „ziewanie” tych, „którzy nie patrzą na koniec, do którego wszystkie herezje zmierzają”. Stąd nawoływał – także duchownych – do podejmowania duchowej wojny z trucizną heretycką. Skarga pisał wprost o tym, że herezje wpuszczone w przestrzeń państwa będą dla dusz zgubą, spowodują rozłam religijny, a w efekcie dojdzie do zniszczenia fundamentów katolickiego porządku społecznego. Zatem jego troska rozlewała się nie tylko na Kościół i chęć zachowania zdrowego nauczania Kościoła Katolickiego. Obejmowała też państwo w jego całej okazałości.

    Czyż dziś nie widzimy podobnych zagrożeń? Czyż dziś w życie społeczne i polityczne nie wtargnęły z wielką mocą kłamstwo, manipulacje, przyzwolenie na grzech? Czyż nie niszczy się tego, co można ująć w słowie „Tradycja”? Spójrzmy zatem, jaki przepis na silne państwo miał ksiądz Skarga.

    „Wiara katolicka – szczęściem Rzeczypospolitej”

    W Kazaniu sejmowym piątym czytamy:

    Wielkie też jest szczęście Rzeczypospolitej, gdy ma ludzie cnotliwe i bogobojne i karne i do tego je przyprawować swoim staraniem i zwyczajami i nauką może. Bo gdzie ludzie mają bojaźń Bożą i cnoty pobożności i sprawiedliwości, tam rząd dobry i łacny, tam Pan Bóg błogosławi i ono królestwo zatrzymawa i rozmnaża, jako mówi Pismo św.: „Sprawiedliwość wynosi naród, a mizerne ludzie grzech czyni”. Katolicka nauka i wiara, bogobojność i cnoty z niej idące między ludźmi szczepi: a heretyctwo i nauka ich barzo cnoty suszy i korzeń im podcina (…).

    Przetoż herezje nie mogą czynić „bonos cives”. I w tej mierze pogańscy zakonodawcy, którzy prawo Rzeczypospolitej opatrowali, więtsze na rozmnożenie cnót ludzkich oko mając, daleko byli mędrszy. Bo nad wszytki srogości praw na złe i pokój ludzki psujące ludzie karanie Boskie, którego nikt ujść nie może, i tu na ziemi i po śmierci wieczne ono, opowiedali i tym grozili i lud do cnót wszytkich powolniejszy czynili.

    Z drugiej strony wiara katolicka swoją nauką i prawdą dziwnie ludzie na dobre odmienia i czyni z nich „bonos cives”. Bo wszędzie bojaźni Bożej naucza, srogość Pańską na złe rozszerzając i tu w tym żywocie i po śmierci. A obiecując każdemu za jego dobry uczynek namniejszy zapłatę wieczną, potężnie barzo do wszytkich cnót pobudza. I dla tej w niebie zapłaty i na wojnie mężne ludzie czyni, iż radzi o Rzeczypospolitą i bracia swoje umrzeć chcą, nadzieją się po śmierci zapłaty zapalając i za nie wszytkie śmierci te doczesne mając. (…)

    Wiara katolicka pilnie i często naucza, aby każdy Boga się bał, a króla czcił, jako Piotr św. nauczał, aby każdy urzędom, królowi i sprawcom jego podlegał, aby się ich miecza bal, aby o nieposłustwo ku nim sumnienie miał. I rodzą się katolicy synami posłuszeństwa, bo się go począwszy od wiary, w której rozumu swego odstępują, wszędzie uczą, i dlatego szczęście do Rzeczypospolitej przynoszą.

    Kim są „szkodliwi katolicy”?

    Stawianie Chrystusa jako fundamentu życia osobistego i publicznego było więc dla księdza Skargi oczywistością. Problem był, jak zawsze, w ludziach, a dokładnie w braku ich zapału w miłości do Stwórcy. Ks. Skarga z mocą pisał:

    A naszkodliwszy są katolicy bojaźliwi, i małego serca, którzy gniewem się sprawiedliwym i świętym ku obronie czci Boga swego nie zapalają, a zelum [gorliwości] nie mają, i jako straszydła na wróble stoją.

    Skupią się na obieranie Trybunalistów abo Sejmowych posłów, będzie jako zawżdy do kila set katolików, a dziesięć abo mniej heretyków: śmiałością, fukiem, groźbą sedycyj i wojny domowej ustraszą wszytki katoliki, i heretyka na Trybunał abo na posełstwo wsadzą, a zukani katolicy przyzwalają i śmiech z siebie czynią, i przeklęctwo ono żydowskie na się przywodzą: iż jeden sto ich zastraszy, i mocniejszy fałsz niźli prawda, i słabsze żelazo niżli rózga, i słudzy Boga prawego, bogów się fałszywych boją, a swemu prawdziwemu nie dufają.

    O nierozumie, nie widzisz co za szkodę heretyk wierze świętej i sprawiedliwości katolickiej, i R. P. czynić może.

    Oni nas straszą sedycjami, zuchwalstwem i wojną domową, jako garścią konopi, a my się boim, i mniemamy aby z to serca mieli, na potężność i liczbę katolicką patrząc; oni chytrością na nas idą, i swoje przewodzą; a my z prawdą Bożą, z prawy ojczystemi i starożytnemi, z Statutami na nie iść nie śmiemy i przed nimi pierzchamy?

    My się ich śmiałej nadętości boim, a oni się mocy naszej przy Bogu, przy prawach i prawdzie nie boją? Dlaczegóż? Iż darów Bożych w sobie nie czujem, iż Pana Boga i czci jego i zbawienia swego i ludzkiego nie miłujem: dlatego w ich heretyckich grzechach więźniem, i pomsty ich na sobie i z nimi nie ujdziem, gdy głosu tego nie słuchamy: Uciekajcie od namiotów ludzi niezbożnych, abyście się w ich grzechach nie zawinęli (Wzywanie do pokuty).

    „Prawdziwa miłość bliźniego”

    Kaznodzieja Narodu wiedział, że budowanie wspólnoty musi być oparte na relacjach. Dziś słowo to przeżywa prawdziwy renesans, ale czy ks. Skarga zgodziłby się ze współczesnym jego znaczeniem? Warto sięgnąć po słowa kapłana, który pisał o najważniejszej relacji – relacji miłości, która ostatecznie służyć ma przyciąganiu osób słabej wiary, ale heretyków – nie na pola dialogu, ale na łono Kościoła – do prawdziwej Wiary. Ksiądz Skarga jednak ostrzegał – być ratując innych sam w odmętach nie zaginął. Pisał tak:

    Obacz, jaki jest pożytek wiernej, uprzejmej a towarzyskiej miłości. Przez onę uprzejmość, którą ma kto ku miłemu bratu swemu, pomaga mu Pan Bóg, iż go z wielkich grzechów wyrwać swem wdzięcznem a pogodnem upominaniem może. Wielką moc ma upominanie z miłości gorącej ku bliźniemu i ku jego zbawieniu pochodzące, gdy miły towarzysz nasz baczy, iż nasze o nim staranie o dobro jego z chęci ku niemu pochodzi. A Bóg tam mieszka, gdzie miłość uprzejma, na cnocie i Bogu fundowana, panuje, i szczęści dobre a uprzejme ku towarzyszowi serce.

    Dobrze Augustyn św. po. wiedział: Miłość tę moc ma, iż inne rodzi, buduje niedoskonałych, najmniejszych obrazić się boi, z jednym się schyli, z drugim się podnosi, jednemu się łagodną, drugiemu ostrą, nikomu się nieprzyjazną nie stawi, a wszystkim się być matką pokazuje. Nauczże się wiernym towarzyszem być, a obłudności się strzeż, a zawżdy do dobrego przyjaciela miłego pociągaj, zwłaszcza heretyka. A staraj się, abyś ty tak duży był, żeby nie on ciebie do swego błota wciągnął. Musi mieć dobre barki, kto z tonącym wypłynąć chce, aby z nim zaraz nie utonął. Przeto takiego towarzystwem, w którembyś ty tracić miał, nadziei do pozyskania towarzysza nie miał, radzę, wczas pomijaj (Żywoty Świętych).

    Ksiądz a polityka – można czy nie?

    Kościół a polityka – jakże dziś aktualny i gorący to temat. Podobnież jak i w czasach czcigodnego jezuity. Widać przed wiekami też rządzący nie lubili kiedy im „jakiś klecha” przypominał o Prawie Bożym i Bożym porządku na jakim ma być budowane państwo.

    Czy jest zatem? Kapłan ma milczeć na tematy polityczne? A może winien odważnie zabierać głos? Warto sięgnąć po rady Kaznodziei Narodu, bo i w tym temacie miał sporo racji. Oddajmy mu głos:

    Rzecz kto: Ksiądz się wdawa w politykę. Wdawa i wdawać się winien, nie w rządy jej, ale w zatrzymanie, aby jej grzechy nie gubiły, a wykorzenione z niej były, a dusze ludzkie w niej nie ginęły. Abo nie słyszym, co P. Bóg do Jeremjasza mówi? Otom cię postanowił nad narodami i królestwy, abyś wykorzeniał, psował i gubił (grzechy i złości) a budował i szczepił (bojaźń Bożą i cnoty święte, i dobre uczynki, i pokutę którąby się pomsta Boża od królestw oddalała, i polityka wasza nie ginęła).

    My na złe prawa i niesprawiedliwości wasze narzekamy: a wy politykę swoję naprawujcie, jeśli z nią zginąć nie chcecie. Piszemy wiele praw, ale mało roztropnych, i które wykonania nie mają; a praw niesprawiedliwych nie gasim, które są na wszytkie katy i tyrany naokrutniejszymi.

    Bo tyrańska moc krótka, a prawa wieczności chcą, i okrucieństwo we złych nie ustaje. Jeśli drugie były od przodków postawione, a czasom onym gdy cnota kwitnęła służyły, teraz gdy niecnota i niewstyd groble potargała, odmiany praw złych i szkodliwych, i prędszych i ostrzejszych, i wykonania ich prędkiego potrzebują, aby nas mściwa i ciężka ręka Boża nie pogubiła, abyśmy z Prorokiem nie narzekali mówiąc: Ziemia się zaraziła od obywatelów swoich. Bo przestąpili zakon, odmienili prawa (dobre i święte), rozproszyli przymierze wieczne (z Panem Bogiem i z sprawiedliwością). Dlatego przeklęctwo ziemię pożre, i grzeszyć będą obywatele jej, i pomsty Bożej na się przyczyniać.

    Prawieć połamali święte starowieczne prawa kościelne i Boże, aby im było wolno grzeszyć, a to co Bogu dano, dziedzictwo kościelne wydzierać, a za to na karanie się żadne nie oglądać. Lecz sprawiedliwy Bóg nie zaśpi. Przeklęctwo puści na to królestwo, w którym pożarte od nieprzyjaciół będzie (czego uchowaj Pan Bóg) jeśli prawa pokuta nie nastąpi (Wzywanie do pokuty).

    „Kościół serdeczny” według księdza Skargi vs. inkluzywność

    Kaznodzieja Narodu celnie pisał też o Kościele Katolickim. O tym, jak ma być on budowany i dokąd ma nas prowadzić. Współcześnie wiele mówi się o tym, że należy prowadzić dialog ekumeniczny, że trzeba traktować ze zrozumieniem innowierców, a naszym priorytetem ma być inkluzywność, każdy ma czuć się dobrze (wraz z brudem swoich grzechów, o których się nie mówi). Ksiądz Skarga pisząc o Kościele serdecznym mocno wskazywał na osobiste wzrastanie i budowanie świątyni – nie od razu tej z murami, ale najpierw tej duchowej. Tylko tak bowiem – z wiarą – można sprawić, że kamienna świątynia wypełni się ludem Bożym, pragnącym prawdziwie wielbić Pana – z czcią Mu należną i na kolanach! Ksiądz Skarga pisał:

    (…) Ci, którzy Panu Bogu kościoły widome budują, pierwej kościół serdeczny w sobie zbudowali. Bo pierwej serca swe bojaźnią i miłością Boską, i miłością bliźnich, których też zbawienie fundowaniem kapłanów i chwały Bożej obmyślają, napełnili, i stali się świętym kościołem jego: toż dopiero to, co się w sercu zbudowało, na wierzch do pieniędzy i nakładów wyniknęło.

    Tak też wszyscy czynić mamy; chcemy-li Pana Boga z sobą mieć, aby z nami na wszelką pomoc naszą mieszkał: stajmy się kościołem i domem jego, i budujmy jemu pałac drogi: abyśmy go do siebie przywabili, chędogiem i pańskiem a przystojnem budowaniem. Nie wiecie, iżeście wy są, mówi apostol – kościołem Bożym, i Duch Boży mieszka w was?

    Zakładajmy kościoła tego serdecznego fundament: wiarę w Boga w Trójcy jedynego. Ściany niech będą: nadzieja w obietnicach Bożych, i czekanie wszelakiej z nieba pomocy, i one cztery główne cnoty: mądrość duchowna, sprawiedliwość, czystość i męstwo, z innemi pobożnościami świętemi, które z nich pochodzą. Te ściany pozłacajmy miłością gorącą ku Bogu i bliźniemu.

    Niech w tym kościele gore ustawiczny ogień żądz niebieskich: do którego drew słowa Bożego i rozmyślania nabożnego, i oleju miłosiernych uczynków przykładajmy. Postawmy w nim ołtarz pokory i pokłonu, któryśmy Bogu prawemu powinni. Na którym ofiarujmy wszytko serce nasze, i majętność, i ciało nasze, na upodobanie i wolą jego, mówiąc: twoje to, czyń z tem, co chcesz. Niech w tym kościele brzmi ustawiczna muzyka wesela duchownego, chwały Bożej, i wzdychania do Chrystusa. Postawmy obraz piękny Chrystusowego żywota, i świętych jego naśladowania. Niech będą chorągwie podniesione krzyża i męki Odkupiciela naszego, na zwycięstwo wszystkich pokus cielesnych i świeckich, i na pokonanie czarta, który nas zwodzi i zdradza. Dzwony niech będą czujność, którą się do śmierci i sądu Bożego budzim (Kazania na niedziele).

    27 września przypada rocznica śmierci ks. Piotra Skargi (+1612).

    Marcin Austyn

    źródła: PCh24.pl, piotrskarga.pl

    (w tekście wykorzystano fragmenty pism ks. Piotra Skargi, wydanych w roku 1936 na kartach książki pt. „Skarga pośród nas”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu ks. Jerzego Popiełuszki/Canva

    11 LISTOPADA 2024

    Wolność – Ojczyzna – Prawda.

    Najpiękniejsze cytaty bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Ks. Jerzy Popiełuszko – polski duchowny, kapelan Solidarności i symbol walki o wolność, prawdę oraz miłość do ojczyzny. Poznaj jego najpiękniejsze myśli i zainspiruj się nimi w swoim życiu!

    Ks. Jerzy Popiełuszko głosił wartości sprzeciwiające się opresji i przemocy, jednocząc ludzi w dążeniu do sprawiedliwości. Swoje kazania, pełne odwagi i pragnienia prawdy, wygłaszał podczas Mszy za Ojczyznę, które przyciągały tłumy. Wzywał do pokojowego oporu i przypominał, że wolność nie jest jedynie prawem, ale również obowiązkiem.

    Jego działalność stała się dla wielu inspiracją, lecz też przyczyną brutalnego prześladowania. Zamordowany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa w 1984 roku, pozostał symbolem niezłomnej wiary i miłości do kraju, pokazując, że warto walczyć o prawdę, niezależnie od ceny.

    Wybraliśmy jego najpiękniejsze myśli o prawdzie, wierze, wolności i ojczyźnie, które zainspirują Cię do życia według tych ważnych wartości:

    „Korzeniem wszelkich kryzysów jest brak prawdy.”

    Prawda zawsze jest zwięzła, a kłamstwo owija się w wielomówstwo.”

    „Zachować godność człowieka, godność dziecka Bożego, to żyć bez zakłamania.”

    „Prawda jest niezmienna.”

    „Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą.

    „Prawda kosztuje dużo, lecz wyzwala.”

    „Mamy wypowiadać prawdę, gdy inni milczą. Wyrażać miłość i szacunek, gdy inni sieją nienawiść. Zamilknąć, gdy inni mówią. Modlić się, gdy inni przeklinają. Pomóc, gdy inni nie chcą tego czynić. Przebaczyć, gdy inni nie potrafią. Cieszyć się życiem, gdy inni je lekceważą.”

    „Prawda ma w sobie znamię trwania i wychodzenia na światło dzienne, nawet gdyby starano się ją skrupulatnie i planowo ukrywać.”

    W każdym człowieku jest ślad Boga. Zobacz, bracie, czy nie zamazałeś go w sobie zbyt mocno.”

    „Nie mówimy, że świat jest coraz gorszy, coraz smutniejszy. Jeżeli nawet tak jest, to źródła smutku są w nas, a nie gdzie indziej. I źródła radości muszą być w nas. Autentyczna radość to obecność Boga.”

    „Jako synowie Boga nie możemy być niewolnikami.”

    „Solidarność to jedność serc, umysłów i rąk zakorzenionych w ideałach, które są zdolne przemieniać świat.”

    „Bóg stworzył człowieka wolnym do tego stopnia, że może on Boga przyjąć lub odrzucić.”

    „Prawdziwa wolność jest pierwszą cechą człowieczeństwa. Ona jest szczególnym znakiem obrazu Bożego w człowieku.”

    „Gdyby większość Polaków – w obecnej sytuacji – wkroczyła na drogę prawdy, stalibyśmy się narodem wolnym już teraz.”

    „Krzyżem jest brak wolności. Gdzie nie ma wolności, tam nie ma miłości, nie ma przyjaźni, zarówno między członkami rodziny, jak i w społeczności narodowej czy też między narodami.”

    „Bóg jest zdolny wyprowadzić naród ku wolności, gdy lud jest wierny Bogu, Kościołowi i Ojczyźnie i gdy żyje wiarą, nadzieją, miłością, prawdą i solidarnością.”

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Roman Koszkowski/Gość Niedzielny

    ***

    Patriotyzm chrześcijański to nie nacjonalizm

    Nasza ojczyzna jest w niebie, ale po drodze jest ojczyzna ziemska. I to w niej zaczyna się królestwo Boże.

    W bitwie pod Mełchowem w pierwszym dniu października 1863 roku zginęło 111 powstańców. Było wielu rannych, wśród nich osiemnastoletni Adam Chmielowski, który stracił wtedy lewą nogę. W późniejszym czasie wiele myślał o przyczynach upadku Polski. Jego patriotyzm ewoluował ku świadomości, że ojczyzna może się odrodzić tylko przez nawrócenie serc. „Tylko u stopni ołtarza można silnie związać łańcuch jedności narodowej i duchowego braterstwa, który rozrywa prywata i egoizm. Ci to jedynie wrogowie narodowego bytu są prawdziwie straszni, bo są ukryci w tajnikach naszego ludzkiego serca” – pisał po latach.

    Podobne jest doświadczenie wielu gorących patriotów: gdy zaczynają naśladować Chrystusa, znajdują w Nim całą pełnię – odkrywają więc w Jezusie także wzór patriotyzmu.

    To nie nacjonalizm

    Za czasów ziemskiego życia Jezusa Żydzi mieli mocne poczucie przynależności narodowej, a elementem najbardziej ich łączącym była wiara w Jedynego Boga.

    Ks. prof. Janusz Kręcidło w artykule „Czy Jezus był patriotą?” zwraca uwagę, że współcześni Chrystusowi Żydzi, włącznie z najbliższymi uczniami, na ogół chcieliby w Nim widzieć Mesjasza politycznego, patriotę stającego na czele narodowego powstania przeciw Rzymianom, wyzwoliciela okupowanej ojczyzny i wskrzesiciela żydowskiego państwa. „Jezus jednakże zupełnie inaczej rozumie swój patriotyzm! Nie nawołuje do buntu przeciw Rzymowi, lecz pozostając w nurcie żydowskiej narodowo-religijnej tradycji, przedefiniowuje rozumienie patriotyzmu, łącząc je ściśle ze swoją zbawczą misją objawienia całemu światu pełni miłości Boga Ojca” – zauważa duchowny.

    Chrystus objawia nowy patriotyzm, na pierwszym miejscu stawiając Boga Ojca jako podstawę każdego narodowego patriotyzmu. Pozostając praktykującym Żydem z silnym poczuciem przynależności do narodu wybranego przez Boga, jednocześnie sprzeciwia się zamykaniu się Żydów na przedstawicieli innych nacji.

    Ks. Janusz Kręcidło zauważa, że z chrześcijańskiego punktu widzenia patriotyzm rozumiany jako umiłowanie ojczyzny na pierwszym miejscu oznacza umiłowanie Boga Ojca, połączone z oddawaniem Mu czci w Jezusie Chrystusie – Świątyni. „Rezultatem takiej postawy jest budowanie królestwa Bożego na ziemi, któremu podporządkowany powinien być patriotyzm rozumiany jako miłość do własnej ziemskiej ojczyzny” – stwierdza. Dodaje, że jeżeli jako chrześcijanie traktujemy cały świat jako jedną wielką Bożą ojczyznę, „to chrześcijańska miłość do własnego narodu i ojczyzny nie jest zagrożona nacjonalizmami, gdyż miłość ta obejmuje wszystkich ludzi i całe stworzenie”.

    Ostoja każdego narodu

    Rozumieli to dobrze ludzie, których Kościół stawia za wzór. Dotyczy to także polskich bohaterów wiary, takich jak św. Brat Albert czy św. Rafał Kalinowski. Ich życie przypadło na czas, w którym nasza ojczyzna była pozbawiona własnej państwowości. Obu w młodości miłość ojczyzny skłoniła do udziału w walce zbrojnej i obaj drogo zapłacili za udział w powstaniu styczniowym. Chmielowski na całe życie został naznaczony kalectwem, a Kalinowski dziesięć lat spędził jako katorżnik na Syberii. Zarówno jeden, jak i drugi, zbliżając się do Chrystusa, stopniowo dojrzewali do zrozumienia, że ojczyźnie ziemskiej najbardziej służy zwrócenie się ku ojczyźnie niebieskiej. Chmielowski jako Brat Albert poświęcił życie trosce o najuboższych, a Kalinowski został karmelitą i służył ludziom jako spowiednik i duszpasterz. Obaj święci pozostali żarliwymi patriotami. Rafał Kalinowski, na nowo rozbudzając życie zakonne na terenie Galicji, myślał jednocześnie o duchowej odnowie narodu. Postulując utworzenie domu formacyjnego dla kandydatów do zakonu, pisał, że chodzi zwłaszcza o to, żeby „dać w kraju, skąd pochodzą powołania, normalny znak życia naszego zakonu, ukazując, że powołania są, o czym świadczyłby nowicjat w Czernej”. Jak stwierdzał, chodziło też o to, żeby wzmocnić Polskę duchowo przez zatrzymanie rodzimych powołań w kraju.

    Czas zaborów odcisnął się także na myśleniu św. Urszuli Ledóchowskiej. Była gorącą polską patriotką, choć pochodziła ze zróżnicowanej narodowościowo rodziny – jej matka była Szwajcarką. „Ostoją każdego narodu jest miłość Ojczyzny” – pisała założycielka zgromadzenia Urszulanek Serca Jezusa Konającego. W swoich wypowiedziach wielokrotnie dawała wyraz przekonaniu o związku między ojczyzną ziemską a niebieską. „Miłość Kościoła i miłość Ojczyzny łączą się w jedną żarliwą miłość. Dwa te uczucia wspierają się nawzajem, jedno jest siłą drugiego – kochamy Ojczyznę, bo takie jest przykazanie Kościoła, kochamy Kościół, bo jest podwaliną i rękojmią naszego życia narodowego” – mówiła o katolicyzmie w Polsce podczas wykładu w Kopenhadze w 1915 roku.

    Jeden z odczytów w Sztokholmie zakończyła słowami: „Pomimo wszelkich zniszczeń i cierpień: Jeszcze Polska nie zginęła, dopóki kochamy!”.

    Św. Urszula doczekała się wolnej Polski. W 1920 roku przeniosła się z siostrami do kraju, gdzie zaangażowała się przede wszystkim w edukację i wychowywanie dzieci i młodzieży, a także w formację kobiet. „Mamy w dziele wychowania dwojakie zadanie: pierwsze – wychowanie dzieci dla Boga, dla ojczyzny niebieskiej, drugie – to wychowanie dzieci dla społeczeństwa, dla ojczyzny ziemskiej” – przekonywała pedagogów w Polsce. Choć pamiętała krzywdy wyrządzone ojczyźnie szczególnie przez Rosję, znajdowała w sobie współczucie dla uciemiężonych przez bolszewizm mieszkańców Związku Sowieckiego. W 1930 roku pisała: „Dużo myśmy przez Rosję cierpieli – teraz, gdy tacy są nieszczęśliwi, nie pamiętajmy im tego, oddawajmy dobrem za złe i otoczmy ten biedny kraj, z którego Boga chcą zupełnie wydalić, gorącą modlitwą”.

    Żarliwość patriotyzmu św. Urszuli nigdy nie przesłoniła jej świadomości ostatecznego celu życia każdego człowieka. Pisała: „Ojczyzną moją nie jest ten padół łez, ale Bóg, od którego dusza moja wyszła, do którego ma wrócić”.

    Ojczyzna w domach

    Do wyjątkowo gorących patriotów należy bł. Stefan Wyszyński. Jego głęboka wiara zawsze miała związek z miłością ojczyzny. „Dla nas po Bogu największa miłość to Polska!” – deklarował. Z tej miłości wynikała oczywistość pierwszeństwa moralności przed polityką. Podkreślał, że Bóg, dając nam ojczyznę, powierzył nam zarazem to konkretne miejsce na ziemi. „Skoro od wieków trwamy tutaj między Odrą, Wisłą (…), to jest to nasze miejsce. Z tym miejscem łączą się nasze obowiązki wobec innych: Czyńcie sobie ziemię poddaną. Z tym też miejscem związane są nasze prawa” – tłumaczył w 1981 roku.

    Prymas Tysiąclecia uważał miłość narodu i miłość ojczyzny za moralny i religijny obowiązek każdego członka narodu. Tak rozumiany patriotyzm był więc dla niego cnotą z natury chrześcijańską. Jej wyrazem ma być nie tyle zaangażowanie emocjonalne, ile nade wszystko wypełnianie obowiązków wobec narodu i praca dla jego dobra.

    Kardynał Wyszyński przestrzegał przed utożsamianiem pomyślności ojczyzny wyłącznie z dobrobytem i maksymalną konsumpcją. Proroczo brzmią jego słowa wypowiedziane w 1963 r.: „Najbardziej smutnymi narodami są te, którym postawiono za ideał li tylko dążenia i cele materialne. Najbardziej zubożonymi i niewolniczo przytrzymanymi za skrzydła ducha są takie narody, które postawiły sobie zbyt wąski ideał”.

    Do obowiązków patrioty należy, zdaniem błogosławionego, „troskliwe poprawianie w nas i bliźnich naszych wad narodowych i piętna niewoli”, ale to zaczyna się od „poprawiania Ojczyzny w domach naszych”.

    U Prymasa Tysiąclecia, podobnie jak u wielu świętych, podstawą patriotyzmu jest miłość. „Nienawiścią nie obronimy naszej ojczyzny, a musimy jej przecież bronić. Brońmy jej więc miłością!” – apelował.

    Bez ciasnoty

    Silny rys patriotyczny można dostrzec u wielu Polaków wyniesionych na ołtarze, na przykład u Faustyny Kowalskiej, Maksymiliana Kolbego, Jerzego Popiełuszki, a zwłaszcza u Jana Pawła II. Wszyscy oni kochają ojczyznę ziemską na obraz i podobieństwo ojczyzny niebieskiej. Obce są im wszelka ksenofobia i wszelki szowinizm. Gdyby było inaczej, nie zostaliby beatyfikowani i kanonizowani. Kościół jasno stwierdza, że „miłość ojczyzny i służba dla niej wynikają z obowiązku wdzięczności i porządku miłości” (KKK, nr 2239). Miłość nie dopuszcza uprzedzeń i zamykania się w ciasnych egoizmach, także motywowanych etnicznie. Jasno wyraża to Sobór Watykański II w konstytucji Gaudium et spes: „Obywatele winni pielęgnować wielkoduszną i wierną miłość do ojczyzny – jednak bez ciasnoty umysłu – tak mianowicie, aby równocześnie mieli na uwadze dobro całej rodziny ludzkiej, którą łączą różnorodne więzy występujące pomiędzy rasami, ludami i narodami”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Uroczystość Wszystkich Świętych i w kolejnych listopadowych dniach pragniemy ożywić prawdę, którą wyznajemy – w świętych obcowanie.

    “Żyjąc komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas”. (o. Wit Chlondowski OFM)

    Dobrze jest przypomnieć sobie w tym czasie słowa św. Tereski z Lisieux, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.

    _______________________________________________________________________

    Portal z kolegiaty św. Piotra w Westminsterze/ fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Czym jest świętych obcowanie?

    Kościół na ziemi i w niebie

    Chodzi nie tylko o aktywność świętych w niebie i nie tylko o modlitwy.

    Był rok 1938, ostatni w ziemskim życiu siostry Faustyny. Stęskniona za Bogiem święta zapisała w „Dzienniczku”: „Nie zapomnę o tobie, biedna ziemio, choć czuję, że cała natychmiast zatonę w Bogu, jako w oceanie szczęścia; lecz nie będzie mi to przeszkodą wrócić na ziemię i dodawać odwagi duszom, i zachęcać je do ufności w miłosierdzie Boże. Owszem, to zatopienie w Bogu da mi możność nieograniczoną działania”.

    Deklaracje pomocy tym, którzy pozostają na ziemi, składało wielu świętych. „Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia” – pocieszał święty Dominik braci z zakonu, który założył. Podobną obietnicę złożyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Karmelitanka przed śmiercią obiecała, że gdy znajdzie się w niebie, będzie zsyłała na ziemię „deszcz róż”. Zapowiedziała, że będzie tam „małą złodziejką”, która sprawi, że wiele rzeczy będzie ginąć w niebie, bo ona rozda je na ziemi.

    Nie były to słowa rzucane na wiatr. Święci realnie uczestniczą w naszym życiu, potwierdzając rzeczywistość, którą nazywamy świętych obcowaniem. Ale nie tylko to jest treścią tej prawdy wiary.

    Święci, czyli kto

    „Do wszystkich przez Boga umiłowanych, powołanych świętych, którzy mieszkają w Rzymie”, „do świętych, którzy są w Efezie”, „do świętych i wiernych w Chrystusie braci w Kolosach” – pisze święty Paweł. Nie adresował swoich listów do tych, którzy osiągnęli niebo, lecz do zwykłych chrześcijan. Jeśli jesteś ochrzczony i uczestniczysz we wspólnocie wiary, to jesteś święty. Dla chrześcijan czasów apostolskich było to jasne. Trwające między nimi zjednoczenie to społeczność świętych, inaczej świętych obcowanie.

    Chrześcijanie już w starożytności deklarowali: „Wierzę w świętych obcowanie”. Formuła ta po raz pierwszy znalazła się w wyznaniu wiary z IV wieku. Jego autorem był biskup Nicetas z Remezjany w Dacji. „Czymże jest Kościół, jak nie zgromadzeniem wszystkich świętych?” – pisał św. Nicetas. Święci w jego rozumieniu to nie tylko chrześcijanie zmarli w opinii świętości, ale wszyscy ci, którzy uczestniczą w świętości Chrystusa, przyjmując chrzest i przez to włączając się w Ciało Chrystusa. Nicetas wyjaśniał, że Kościół jest zgromadzeniem wszystkich świętych, bo tworzą go patriarchowie, prorocy, męczennicy i wszyscy sprawiedliwi, których uświęciła ta sama wiara i nawrócenie. Wszyscy oni, wraz z aniołami, w Duchu Świętym są jednym ciałem, którego Głową jest Chrystus.

    Formuła świętych obcowania szybko rozprzestrzeniła się w całym Kościele, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Tak jest do dzisiaj – i Kościół katolicki, i prawosławny wyznają prawdę wiary w obcowanie świętych, do których zaliczają się także zmarli chrześcijanie, oczekujący na paruzję w niebie lub w czyśćcu.

    Inna relacja

    – Świętych obcowanie to przede wszystkim communio sanctorum. Kościół w pierwszym tysiącleciu rozumie to sformułowanie bardziej jako komunia w rzeczach świętych, czyli komunia w świętej wierze, w świętym Słowie i świętych sakramentach. „Komunia” jest tu słowem kluczowym, bo drugie tysiąclecie kładzie akcent na komunię wszystkich w Kościele – tłumaczy o. Wit Chlondowski OFM. Dogmatyk wskazuje, że „komunia”, po grecku koinonia, najczęściej jest tłumaczona jako współuczestnictwo albo wspólnota. Słowo to wyraża relację w Bogu. Trójca jest komunią, relacją między Ojcem, Synem i Duchem. Komunia to głębia relacji między Osobami Trójcy, panujące w niej intymność i jedność.

    – I teraz Jezus przychodzi na ten świat, żebyśmy my mogli mieć z Nim komunię, a przez Niego z całą Trójcą. Dzięki temu, że mamy komunię z Bogiem, zaczynamy mieć komunię między nami. Tworzy się między nami rodzaj relacji, która jest zupełnie inna od wszystkiego na świecie, bo to jest relacja w Bogu. Mamy jedność, którą jest Kościół. To jest wyjątkowa relacja: ona jest komunią, wspólnotą, współuczestnictwem, byciem wspólnie z synami i córkami jednego Ojca, w jednym Duchu, w jednym Chrystusie. Intymność, współuczestnictwo, bliskość. Ta komunia jest w Bogu, z Boga i jest mocniejsza niż śmierć. Dlatego ona trwa i dlatego mamy ją z tymi, którzy są w niebie, i tymi, którzy są w czyśćcu. Świętych obcowanie to pewne misterium bliskości, intymności z Bogiem – podkreśla franciszkanin.

    Ci, co odeszli, kochają

    Jak świętych obcowanie „działa” w praktyce? – Żyjąc w komunii bezustannie, w Bogu, trwamy też w pewnej jedności z tymi, którzy są już w niebie. Jest również pewna jedność z tymi, którzy umierają i są w czyśćcu. Nie jesteśmy rozdzieleni. Dla Boga wszyscy żyją. Dlatego modlimy się za siebie nawzajem, my za tych w czyśćcu, oni za nas. Święci też modlą się za nas – zaznacza zakonnik. Przywołuje przykład małej Tereski, która mówiła, że tu, na ziemi, może pomagać innym tylko jedną ręką, bo drugą musi się trzymać Jezusa, ale gdy już będzie w niebie, wtedy będzie mogła pomagać oburącz.

    – Ale świętych obcowanie to nie jest tylko modlitwa, to jest też miłość. To się przejawia na różne sposoby. Na przykład jest ból rozstania, kiedy umiera ktoś bliski, ale jest też intymność, która jest w Bogu. Z niej płynie świadomość, że ciągle mamy jedność i ona jest mocniejsza niż śmierć – zauważa o. Chlondowski.

    Dzięki temu, że trwamy w komunii, między zmarłymi a nami miłość nie gaśnie. – Kiedy odchodzi bliski, to kocha bardziej, bo jego miłość w czyśćcu się oczyszcza. Lubię to określenie, że czyściec jest miejscem, gdzie uczymy się w pełni kochać. Skoro nie nauczyliśmy się tego tutaj i nasza miłość nie była w pełni święta, to gdzieś musi się to oczyścić – tłumaczy duchowny.

    Śmierć nie przerywa więzi tych, co trwają w komunii. – Czyli tak naprawdę ci nasi bliscy bardziej nas kochają i modlą się za nas. Wielokrotnie słyszałem świadectwa różnych osób, potwierdzające, że ci, którzy już odeszli i są u Pana, pamiętają o nich. Pamiętam jednego człowieka, który mówił, że gdy śni mu się babcia, to wie, że w jego życiu będzie się działo coś trudnego. To się, jak mówi, wielokrotnie sprawdziło. Uważa, że w ten sposób jego bardzo świątobliwa babcia przypomina mu, że trwa w modlitwie za niego. To jest dla niego duże umocnienie – podkreśla o. Wit Chlondowski.

    Wsparcie

    Zaangażowanie świętych w nasze życie zawsze prowadzi do wzmocnienia wiary tych, którzy doświadczają ich wstawiennictwa. Mówi o tym soborowa konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium. „Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości (…), nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi (…). Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” – czytamy w dokumencie.

    Można powiedzieć, że świętych obcowanie to miłość trwająca między tymi, którzy są tu i którzy są tam, niezależnie od tego, czy oni są już w niebie, czy jeszcze w czyśćcu. Przebywający w czyśćcu modlą się za nas, ale potrzebują też naszego wsparcia.

    Wspólnota

    30 czerwca 1968 r. papież Paweł VI publicznie wypowiedział tzw. Wyznanie wiary Ludu Bożego. Zawiera ono zwięzłe streszczenie nauczania ostatniego soboru o świętych obcowaniu. „Wierzymy we wspólnotę wszystkich wiernych chrześcijan, a mianowicie tych, którzy pielgrzymują na ziemi, zmarłych, którzy jeszcze oczyszczają się, oraz tych, którzy cieszą się już szczęściem nieba, i że wszyscy łączą się w jeden Kościół; wierzymy również, że w tej wspólnocie mamy zwróconą ku sobie miłość miłosiernego Boga i Jego świętych, którzy zawsze są gotowi na słuchanie naszych próśb”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    istockphoto

    ***

    Darowanie przed Bogiem kary doczesnej.

    Odpust – jak i dlaczego

    Nauce o odpustach towarzyszą nieporozumienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza.

    Kościół co roku na początku listopada zachęca do ofiarowania odpustów za zmarłych. Według konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina papieża Pawła VI odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Chrześcijanin dla jego uzyskania musi być odpowiednio usposobiony i spełnić określone warunki. Dzieje się to, jak mówi katechizm, „za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych” (KKK 1471).

    Odpust może być cząstkowy albo zupełny, w zależności od tego, czy od należnej za grzechy kary doczesnej uwalnia w części czy w całości.

    Możliwość zyskania odpustu ma człowiek ochrzczony, na którym nie ciąży kara ekskomuniki i który znajduje się w stanie łaski przynajmniej wtedy, gdy kończy wypełniać wskazane czynności. Dla uzyskania odpustów konieczne jest posiadanie przynajmniej ogólnej intencji ich otrzymania i wypełnienie nakazanych czynności w określonym czasie i we właściwy sposób, czyli tak, jak określił to udzielający odpustu.

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia (co do odpustów cząstkowych nie ma takich ograniczeń). Oprócz pozostawania w stanie łaski uświęcającej należy ponadto wzbudzić w sobie wewnętrzną postawę całkowitego oderwania od grzechu, także powszedniego, wyznać grzechy podczas spowiedzi sakramentalnej, przyjąć Komunię św. i pomodlić się zgodnie z intencjami Ojca Świętego.

    W myśl wytycznych Penitencjarii Apostolskiej z roku 2000 najlepiej wypełnić powyższe czynności tego samego dnia, w którym dokonuje się dzieła związanego z odpustem, ale nie jest to konieczne. Wystarczy, jeśli dopełni się tych obrzędów i modlitw w okresie około 20 dni przed dziełem odpustowym lub po nim. Wierni mogą sami wybrać modlitwę do odmówienia w intencjach papieskich, ale zaleca się „Ojcze nasz” i „Zdrowaś, Maryjo”.

    Dla uzyskania kilku odpustów zupełnych wystarczy jedna spowiedź sakramentalna, ale każdemu z nich musi towarzyszyć Komunia św. i modlitwa w intencjach papieskich. Nie chodzi tu o modlitwę za papieża, ale w intencjach, które papież wyznacza na każdy miesiąc lub które nosi w swoim sercu. Wierny nie musi ich znać, wystarczy, że ma wolę modlitwy w tych intencjach.

    W przypadku osób, które nie mają możliwości spełnienia przepisanych dzieł i warunków, spowiednicy mogą je zmienić. Rzecz jasna nie dotyczy to obowiązku wyrzeczenia się każdego grzechu.

    Odpusty można zawsze zyskiwać dla siebie albo dla dusz osób zmarłych, natomiast nie można uzyskać ich dla innych osób żyjących na ziemi.

    Trudny warunek

    Najtrudniejszym z warunków uzyskania odpustu jest wolność od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, nawet powszedniego. Kluczowe jest słowo „przywiązanie”. Istotą tego wymogu jest radykalna decyzja zerwania z jakąkolwiek okazją, która może prowadzić nas do grzechu. Oznacza to walkę z pokusami i gotowość odrzucenia tego, co wiąże nas z naszymi słabościami, zerwania ze złymi skłonnościami, nałogami. Oczywiście pozostajemy ludźmi grzesznymi i słabymi, ale chcąc uzyskać odpust, musimy mieć szczerą wolę porzucenia nie tylko grzechu, ale zerwania wszelkich nici, które nas do niego przyciągają. Należy tu liczyć nie na siebie, ale na Boga, który może i chce dać nam siłę do wyjścia z niewoli grzechu. Dobrze jest więc tego dnia zwrócić się do Niego z prośbą o pomoc i wzmocnienie na drodze wypełniania Jego woli.

    W ciągu roku istnieje wiele okazji do zyskania odpustów. Listopad jest pod tym względem wyjątkowy. W miesiącu tym Kościół umożliwia zyskiwanie odpustów za zmarłych w szczególny sposób. Obowiązują podane wyżej warunki zasadnicze: bycie w stanie łaski uświęcającej, spowiedź i Komunia św., a także wyzbycie się przywiązania do jakiegokolwiek grzechu. Należy ponadto nawiedzić cmentarz, kościół, kaplicę publiczną (albo półpubliczną w przypadku tych, którzy prawnie z niej korzystają, jak członkowie zgromadzeń zakonnych), odmówić „Ojcze nasz”, „Wierzę w Boga” i jakąkolwiek inną modlitwę w intencjach papieskich. Od 1 do 8 listopada można starać się o uzyskanie za zmarłych odpustu zupełnego, a w pozostałych dniach tego miesiąca – odpustu cząstkowego.

    Skutki grzechu

    Nauce o odpustach często towarzyszą nieporozumienia, szczególnie w odniesieniu do pojęcia kary doczesnej i konieczności jej poniesienia. Jest to tym częstsze, im bardziej zanika poczucie grzechu i świadomość szkód, jakie on wyrządza grzesznikowi i innym.

    Kościół uczy, że popełnienie grzechu skutkuje na dwa sposoby. Po pierwsze, całkowicie lub częściowo zrywa wspólnotę z Bogiem. Konsekwencją grzechu śmiertelnego jest kara wieczna – utrata życia wiecznego. Drugim skutkiem grzechu jest zaburzenie ładu ustanowionego przez Boga i zakłócenie relacji z bliźnimi, co pociąga karę doczesną, ograniczoną w czasie.

    Bóg daruje człowiekowi winę i karę wieczną w dobrze przeżytej spowiedzi, ale pozostaje kara doczesna, która jest wieloraką raną zadaną człowiekowi przez grzech. Paweł VI w konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina przypomina, że kary są następstwem grzechów, a nakłada je boska świętość i sprawiedliwość. „Muszą one być poniesione albo na tym świecie przez cierpienia, nędze i utrapienia tego życia, a zwłaszcza przez śmierć, albo też w przyszłym życiu przez ogień i męki, czyli kary czyśćcowe”. Papież wyjaśnia, że Pan nakłada kary dla oczyszczenia dusz. „Każdy bowiem grzech powoduje zakłócenie powszechnego porządku, który ustalił Bóg z niewypowiedzianą mądrością i nieskończoną miłością; przynosi też zniszczenie ogromnych dóbr tak samego grzesznika, jak społeczności ludzkiej” – pisze. Wskazuje, że „do pełnego odpuszczenia grzechów i do tak zwanej naprawy konieczne jest nie tylko odnowienie przyjaźni z Bogiem: przez szczere nawrócenie duchowe i odpokutowanie obrazy wyrządzonej Jego mądrości i dobroci, lecz także całkowite przywrócenie wszystkich dóbr, pomniejszonych lub zniszczonych przez grzech”.

    Ojciec Święty stwierdza, że dobra te muszą być przywrócone przez „dobrowolną naprawę, co się nie obejdzie bez trudu”, albo przez poniesienie kar wymierzonych przez Boga.

    Paweł VI przywołuje naukę o czyśćcu, która mówi, że nawet gdy wina została już odpuszczona, często pozostają kary, które trzeba spłacić lub pozostałości po grzechach, z których trzeba się oczyścić.

    Kary czyśćcowe należą do kar doczesnych, bo czyściec jest rzeczywistością „doczesną” – trwającą do jakiegoś czasu. W tę rzeczywistość wpisuje się odpust, przez który skruszonemu grzesznikowi jest darowana także kara doczesna za grzechy, które zostały już zgładzone co do winy w akcie sakramentalnym.

    Jeśli człowiek schodzi z tego świata bez oczyszczenia z kary doczesnej, Kościół oferuje możliwość niesienia mu pomocy w procesie darowania tej kary. O możliwości odpuszczenia kar po śmierci mówi 2 Księga Machabejska (2 Mch 12,38-45). Kościół udziela odpustów za zmarłych na sposób wstawiennictwa – ofiarowuje Bogu zadośćuczynienie ze wspólnego „skarbca” i prosi Go, żeby policzył je na korzyść danego zmarłego. Paweł VI tłumaczy, że duchowy skarbiec Kościoła „nie jest zbiorem dóbr, gromadzonych przez wieki na kształt materialnych bogactw, lecz nieskończoną i niewyczerpaną wartością, jaką mają u Boga zadośćuczynienia i zasługi Chrystusa Pana”. Papież dodaje, że do tego skarbu należą też „modlitwy i dobre uczynki Najświętszej Maryi Panny i Wszystkich Świętych, którzy idąc śladami Chrystusa, dzięki Jego łasce, uświęcili samych siebie i spełnili posłannictwo otrzymane od Ojca”. W ten sposób owi święci, „pracując nad własnym zbawieniem, przyczynili się również do zbawienia swych braci w jedności Mistycznego Ciała”.

    Kościół zaprasza

    Praktyka odpustowa Kościoła ma od stuleci „złą prasę” przede wszystkim z powodu nadużyć w jej stosowaniu. Paweł VI przyznaje, że tak się działo, „bądź dlatego, że »z powodu dawania bez różnicy i zbytecznych odpustów« gardzono władzą kluczy Kościoła i podważano wartość pokutnego zadośćuczynienia, bądź dlatego, że z powodu »niegodziwych zysków« nazwa odpustów była przedmiotem bluźnierstw”. Papież przypomina, że Kościół „karcąc i poprawiając nadużycia” nakazał zachować praktykę odpustów. Kościół także dzisiaj „zaprasza wszystkie swoje dzieci, aby rozważały i zastanawiały się, jak wielką wartość ma praktyka odpustów dla podniesienia poziomu życia jednostek, a nawet całej społeczności chrześcijańskiej”.

    Franciszek Kuchaczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Uroczystość Wszystkich Świętych

    ALL THE SAINTS

    Lawrence OP CC

    ***

    Kanonizując niektórych wiernych, to znaczy ogłaszając w sposób uroczysty, że ci wierni praktykowali heroicznie cnoty i żyli w wierności łasce Bożej, Kościół uznaje moc Ducha świętości, który jest w nim, oraz umacnia nadzieję wiernych, dając im świętych jako wzory i orędowników (Por. Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 40; 48-51).

    “W ciągu całej historii Kościoła w okolicznościach najtrudniejszych święte i święci byli zawsze źródłem i początkiem odnowy” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 16) . Istotnie, “świętość Kościoła jest tajemniczym źródłem i nieomylną miarą jego apostolskiego zaangażowania oraz misyjnego zapału” (Jan Paweł II, adhort. apost. Christifideles laici, 17).

    Wstawiennictwo świętych. “Ponieważ mieszkańcy nieba, będąc głębiej zjednoczeni z Chrystusem, jeszcze mocniej utwierdzają cały Kościół w świętości… nieustannie wstawiają się za nas u Ojca, ofiarując Mu zasługi, które przez jedynego Pośrednika między Bogiem i ludźmi, Jezusa Chrystusa, zdobyli na ziemi… Ich przeto troska braterska wspomaga wydatnie słabość naszą” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 49).

    Nie płaczcie, będziecie mieli ze mnie większy pożytek i będę wam skuteczniej pomagał niż za życia (Św. Dominik, umierając, do swoich braci; por. Jordan z Saksonii, Libellus de principiis Ordinis praedicatorum, 93). Przejdę do mojego nieba, by czynić dobrze na ziemi (Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Novissima verba) 

    Komunia ze świętymi. “Nie tylko jednak ze względu na sam ich przykład czcimy pamięć mieszkańców nieba, ale bardziej jeszcze dlatego, żeby umacniała się jedność całego Kościoła w Duchu przez praktykowanie braterskiej miłości. Bo jak wzajemna łączność chrześcijańska między pielgrzymami prowadzi nas bliżej Chrystusa, tak obcowanie ze świętymi łączy nas z Chrystusem, z którego, niby ze Źródła i Głowy, wypływa wszelka łaska i życie Ludu Bożego” (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium, 50).

    Składamy hołd (Chrystusowi) w naszej adoracji, gdyż jest Synem Bożym, męczenników zaś kochamy jako uczniów i naśladowców Pana, a to jest rzeczą słuszną, gdyż w niezrównanym stopniu oddali się oni na służbę swojemu Królowi i Mistrzowi. Obyśmy również i my mogli stać się ich towarzyszami i współuczniami (Św. Polikarp, w: Martyrium Polycarpi, 17).

    Aleteia.pl./Ewangelia na co dzień

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym różnią się od siebie listopadowe święta?

    Samplefot. Pixabay

    ***

    Na początku listopada obchodzone są Uroczystość Wszystkich Świętych i wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Czym te święta się różnią tłumaczy ks. dr hab. Marcin R. Wysocki, prof. KUL z Wydziału Teologii.

    Dzień Wszystkich Świętych, jak wskazuje na to choćby biały kolor szat liturgicznych, to dzień radosny. Podstawowym wymiarem tego święta jest radość z tego powodu, że w niebie są ludzie, którzy poprzez swoje życie na ziemi osiągnęli stan świętości. Gdy mówimy świeci, najczęściej mamy na myśli tych, którym Kościół oficjalnie nadał tytuł świętego czy błogosławionego. Tymczasem ten dzień tak naprawdę mówi nam, że oprócz tych oficjalnie ogłoszonych świętych jest cała rzesza nieznanych, tych którzy w swoim codziennym życiu realizowali chrześcijańską doskonałość i robili to stopniu heroicznym. Oni także są świętymi czyli tymi, którzy już przebywają z Bogiem, są zbawieni i osiągnęli szczyt doskonałości chrześcijańskiej, cel, do którego my wszyscy zmierzamy czyli niebo. I to jest dzień, kiedy tych wszystkich świętych wspominamy, oddajemy im cześć, prosimy o wstawiennictwo u Boga, z którym oni są już we wspólnocie.

    Natomiast 2 listopada obchodzimy wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych. Wspominamy tych wszystkich, którzy od nas odeszli, którzy nie są jeszcze świętymi, którzy potrzebują jeszcze naszej pomocy, naszej modlitwy i którzy jeszcze nie doszli do tego celu ostatecznego, jakim jest niebo. I to jest zasadnicza różnica między tymi dniami. Pierwszego dnia cieszymy się wspólnotą świętych, drugiego wspominamy i modlimy się za zmarłych.

    Pierwsze dni listopada są tradycyjnie poświęcone modlitwie za zmarłych. Przejawia się ona między innymi w możliwości uzyskania odpustu zupełnego, który jest darowaniem win, jakie każdy z nas jako człowiek zaciąga przez grzech. W te dni taki odpust możemy ofiarować za zmarłych, aby pomóc im w osiągnięciu nieba. To wyraz naszej wspólnoty ze zmarłymi, którzy potrzebują naszej pomocy i wstawiennictwa wszystkich świętych.

    e-KaI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Canva

    ***

    1 i 2 listopada. Co tak naprawdę świętujemy?

    Kwiaty, znicze, liście pożółkłe jesienią, kolejki przy cmentarzach. Idą Święta. Trzecie w skali ważności całego roku, po Bożym Narodzeniu i Wielkiej Nocy – Święto Zmarłych.

    Tak, to prawda, formalnie nie ma takiego święta, jest Uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, ale w praktyce przez dwa dni obchodzimy „święto zmarłych”, choć drugi dzień nie zawsze jest wolny. I do tego dwa weekendy – jeden przed a drugi po pierwszym listopada. To też moment celebracji tych samych świąt, czyli… właściwie jakich?

    Wszystkich Świętych. Co tak naprawdę świętujemy?

    Praktyka duszpasterska wskazuje, że wielu katolików w tym czasie przeżywa rozdarcie i wątpliwości dotyczące tego, co tak naprawdę mają świętować i w jaki sposób.

    Z jednej strony liturgia Kościoła mówi najpierw o wspominaniu ludzi świętych, czytania podczas mszy świętej ani kolor szat nie wskazują na żałobę, lecz radość. Jakby tego było mało, w wielu parafiach organizowane są bale Wszystkich Świętych. A przecież nasze serca i uczucia są już przy bliskich zmarłych. I choć Kościół wspomni ich 2 listopada, w dniu Wspomnienia Wiernych Zmarłych, to cały nasz wysiłek organizacyjny i mentalny skoncentrowany jest właśnie wokół cmentarzy i bliskich, którzy już odeszli i nie ma ich z nami. I jeszcze te dynie…

    Uroczystość Wszystkich Świętych odwraca naszą uwagę od bliskich zmarłych?

    Uroczystość Wszystkich Świętych nie jest po to, by odwrócić naszą uwagę od bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, byśmy nasze myśli umieścili w odpowiedniej perspektywie. O śmierci można myśleć na wiele sposobów, nie wszystkie jednak muszą być właściwe. 

    Można przecież epatować śmiercią, odzierać ją z odpowiedniej powagi albo odwrotnie – wzbudzać lęk i przerażenie przed jej nadejściem. Chrześcijanin ani nie lekceważy, ani nie boi się śmierci, ponieważ wierzy mocno, że śmierć tu na ziemi nie jest ostatnim akordem życia. W rytuale pogrzebowym modlimy się, mówiąc, że z chwilą śmierci nasze życie zmienia się, ale się nie kończy. Uroczystość Wszystkich Świętych jest przypomnieniem kierunku naszego życia i obietnicy zbawienia. „Nie przyszedłem, aby świat potępić, ale zbawić” (J 12,47) mówi Jezus i co jakiś czas musi nam tę prawdę przypominać.

    Tak śmierć bliskich wpływa na naszą rzeczywistość

    Świadomość śmierci, mojej, czy moich bliskich, jest bardzo często impulsem do refleksji nad przemijaniem, ale nie tylko. W zderzeniu ze śmiercią bliskich osób myślimy przecież nie tylko o życiu przyszłym, ale też o naszej teraźniejszości. Doświadczenie śmierci nie jest więc tylko przypomnieniem kruchości życia, ale niejednokrotnie impulsem do podjęcia zmian jeszcze w tym życiu doczesnym.

    Gdy myślimy o bliskich nam osobach, to ich szczęście jest i naszą radością. Taką radość przeżywają rodzice wobec swoich dzieci, czy przyjaciele. Gdy myślimy o bliskich zmarłych, warto spojrzeć na nich w takiej właśnie perspektywie szczęścia. Wierzymy, że są już blisko Jezusa, tak blisko, jak nigdy nie byli tu na ziemi. I niezależnie od wszystkich swoich dawnych ziemskich trosk i słabości, są teraz od nich uwolnieni. Możemy i my ucieszyć się ich radością. Tak, jak czynią to Wszyscy Święci.   

    ks. Przemysław Ćwiek/ Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TYM LISTOPADOWYM MIESIĄCU KOŚCIÓŁ ZACHĘCA NAS, ABYŚMY CZĘŚCIEJ MODLILI SIĘ ZA NASZYCH ZMARŁYCH

    Dusze w czyśćcu modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą (…). Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi. (św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, 20).

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada
                                                  fot. Lestat (Jan Mehlich) via: Wikipedia CC 2.0

    _________________________________________________________________

    PIĄTEK, 1 LISTOPADA 2024

    Uroczystość Wszystkich Świętych

    MSZA ŚWIĘTA W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH BĘDZIE O GODZ. 20.00 W SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    +++

    SOBOTA 2 LISTOPADA – DZIEŃ ZADUSZNY

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA

    W TEN DZIEŃ WSPOMNIENIA WSZYSTKICH ZMARŁYCH ZAPRASZAM, ABY NAWIEDZIĆ GROBY NASZYCH RODAKÓW POCHOWANYCH NA GLASGOWSKICH CMENTARZACH.

    O GODZ. 11.00 ROZPOCZNIEMY NA CMENTARZU LAMBHILL, NASTĘPNIE NA CMENTARZU CARDONALD I CMENTARZU LINN.

    ZAKOŃCZENIE PROCECJI ROŻAŃCOWEJ BĘDZIE NA CMENTARZU DALBETH, GDZIE MAMY POLSKĄ DZIAŁKĘ, O GODZ. 14.30

    +++++

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    O GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    ***

    NIEDZIELA 3 LISTOPADA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    13.30 ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Śmierć jest po stronie życia

    – w tymi słowami rozpoczął Mszę świętą w Dzień Zaduszny Ksiądz Arcybiskup Adrian Galbas SAC za zmarłych biskupów i duszpasterzy Archidiecezji Katowickiej, którzy posługiwali w katedrze Chrystusa Króla.

    W homilii arcybiskup mówił, że w Dniu Zadusznym mamy szczególnie pamiętać o duszach tych naszych braci i sióstr, którzy są pomiędzy piekłem i niebem, czyli w czyśćcu. Wskazał za Katechizmem Kościoła Katolickiego, że trafiają tam ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, są pewni swego wiecznego zbawienia, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni.

    – Czyściec nie jest więc miejscem, podobnie, jak niebo i piekło, ale stanem. Bolesnym stanem. Mówimy przecież o duszach w czyśćcu cierpiących – podkreślał. 

    Abp Galbas zachęcał do niesienia tym duszom pomocy i pamięci o nich w modlitwie. -To najwięcej, co możemy dla nich zrobić – przekonywał. – Także nas potrzebują zmarli, oczekujący w czyśćcu na pełnię zbawienia, także w naszej mocy jest przynieść im ulgę – dodawał. Dlatego Kościół tak poleca ofiarowanie Mszy świętych za zmarłych, ofiarowanie Komunii świętej w ich intencjach, wypraszanie dla nich łaski odpustu zupełnego, stałą modlitwę.

    Jak wskazywał, pomagamy naszym bliskim zmarłym cierpiącym w czyśćcu także przez to, że przebaczamy im, lub przynajmniej chcemy i próbujemy im przebaczyć krzywdy, które wyrządzili nam, póki byliśmy tu razem.

    – To, że nieraz nas zawiedli, że się nie sprawdzili, że – także z ich powodu – cierpieliśmy tutaj, że nieraz nam zgotowali czyściec, a nawet prawdziwe piekło na ziemi, że przez nich byliśmy samotni i opuszczeni. To jest bardzo ważne – powiedział arcybiskup. 

    Zauważał, że pomagać cierpiącym w czyśćcu, to także dobrze o nich mówić, albo o nich milczeć. Sąd lepiej zostawić Bogu. Prostym sposobem troski o zmarłych, którzy być może cierpią jeszcze w czyśćcu jest także pamięć o miejscu i o czasie ich przejścia, dbając o piękno ich grobów. – Z pewnością nieraz już doświadczyliście także i tego, że oni – ci co cierpią w czyśćcu – też o was pamiętają. Przyśnią się czasem, obudzą lepiej niż najlepszy budzik, coś przypomną, przed czymś przestrzegą, do czegoś zachęcą. Albo po prostu wpadną posiedzieć trochę przy nas(…). Oni wtedy są, nie zużywając przy tym tlenu i nie zajmując miejsca. Po prostu są i kochają – mówił.

    Arcybiskup zachęcał też, by w tym dniu myśleć także o własnej śmierci. – Nasz czas nadchodzi, nasza śmierć nadchodzi, o czym przypomina każdy zegar. I tę prawdę trzeba przyjąć spokojnie. Po chrześcijańsku – podkreślał. -Tak chrześcijanie patrzą często na śmierć. Jakby miała siłą wydzierać ulubione życie. Jakby była wrogiem życia. A tymczasem śmierć, tak jak wierzymy, jest częścią życia. Jest po stronie życia – przekonywał. Uświadamiał, że dzisiejszy dzień jest dla chrześcijan, dla nas, dniem spokojnej, a nawet radosnej modlitwy o łaskę dobrego życia i dobrej śmierci. Zachęcał do takiej modlitwy.

    +++

    Najlepsza modlitwa do anioła stróża

    +++

    PAMIĘTAJMY W NASZYCH MODLITWACH O KAPŁANACH, KTÓRZY DUSZPASTERZOWALI POPRZEDNIM POKOLENIOM POLAKÓW NA SZKOCKIEJ ZIEMI I PRZESZLI JUŻ PRZEZ PRÓG ŚMIERCI DO ŻYCIA WIECZNEGO:

    _________________________

    +KSIĄDZ INFUŁAT LUDWIK BOMBAS (1892 – 1970) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – EDYNBURG
    +KS. KANONIK JAN GRUSZKA (1909 – 1974) – GLASGOW
    +KSIĄDZ PRAŁAT WINCENTY NAGI-DROBINA (1913 – 1988) – REKTOR POLSKIEJ MISJI KATOLICKIEJ W SZKOCJI – FALKIRK
    +O. PIUS LEWANDOWSKI OFM (1907 – 1997) – KIRKCALDY, DUNDEE, ABERDEEN
    +KSIĄDZ KANONIK BOLESŁAW SZUBERLAK (1912 – 2000) – EDYNBURG
    +KSIĄDZ ANTONI DĘBKOWSKI SAC (1943 – 2004) – FALKIRK
    +KSIĄDZ BOGDAN PAŁKA SDS (1963 – 2024) – Perth

    +++

    +++

    RÓWNIEŻ W NASZYCH MODLITWACH POLECAJMY BOŻEMU MIŁOSIERDZIU WSZYSTKICH RODAKÓW, KTÓRYCH GROBY SĄ NA SZKOCKIEJ ZIEMI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W miesiącu listopadzie każdego dnia odprawiana jest Msza święta w intencji zmarłych, których Imiona wypisaliście na kartkach a także w intencji tych zmarłych, z którymi razem pielgrzymowaliśmy po tym ziemskim padole i na naszej ojczystej ziemi i tu, na tej szkockiej.

    +++

    Witaj Królowo, Matko Miłosierdzia, życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj!

    Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy;

    Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole.

    Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć,

    A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.

    O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!

    +++

    Modlitwy św. Gertrudy z Helfty za zmarłych przebywających w czyśćcu:

    Ojcze Przedwieczny,
    ofiaruję Ci najdroższą Krew Boskiego Syna Twego,
    Pana naszego, Jezusa Chrystusa,
    w połączeniu ze wszystkimi Mszami świętymi
    dzisiaj na całym świecie odprawianymi,
    za dusze w czyśćcu cierpiące, za umierających,
    za grzeszników na świecie,
    za grzeszników w Kościele powszechnym,
    za grzeszników w mojej rodzinie,
    a także w moim domu.
    Amen.

    ++++++++++++++++++

    Niech Jezus Chrystus, dla nas ukrzyżowany, zmiłuje się nad wami, dusze bolejące; niech swoją Krwią zagasi pożerające was płomienie. Polecam was tej niepojętej miłości, która Syna Bożego sprowadziła z nieba na ziemię i wydała na okrutną śmierć. Niech się ulituje nad wami, jak okazał swe miłosierdzie dla wszystkich grzeszników, umierając na krzyżu. Jako zadośćuczynienie za wasze winy ofiaruję tę synowską miłość, jaką Jezus w swym Bóstwie kochał swego Przedwiecznego Ojca, a w Najświętszym Człowieczeństwie najmilszą swoją Matkę. Amen.

    (św. Gertruda zmarła przed swoimi pięćdziesiątymi urodzinami i przez ostatnie lata życia ciężko chorowała. Doświadczane cierpienia ofiarowywała przede wszystkim za zmarłych, bo tak bardzo pragnęła, aby dusze czyśćcowe mogły wejść jak najszybciej do Bożego Królestwa. Dlatego poprosiła Pana Jezusa o specjalną modlitwę w tej intencji. Chrystus Pan spełnij jej prośbę i podyktował powyższe słowa dołączając obietnicę, że odmówienie tej modlitwy uwolni z czyśćca za jednym razem tysiąc dusz.)

    ____________________________________________________________________________

    HOJNIE OBDAROWUJEMY W INTENCJI NASZYCH ZMARŁYCH; BÓG CHCIAŁ TEGO, BYŚMY SOBIE WZAJEMNIE POMAGALI – św. Jan Chryzoston

    CZY MOŻECIE WĄTPIĆ, ŻE ZMARLI ODNIOSĄ WIELKĄ KORZYŚĆ Z DZIEŁ MIŁOSIERDZIA, JEŚLI MODLITWY, BĘDĄCE JEDYNIE WESTCHNIENIEM, DLA NICH SĄ POTĘŻNĄ POMOCĄ? – św. Augustyn

    NIE PODLEGA ŻADNEJ WĄTPLIWOŚCI, ŻE ZMARŁYM PRZEZ OFIARĘ MSZY ŚWIĘTEJ POMOC PRZYNIEŚĆ MOŻNA; ONA SPRAWIA, ŻE PAN BÓG Z NIMI POSTĘPUJE BARDZIEJ MIŁOSIERNIE, ANIŻELI PRZEZ GRZECHY SWOJE ZASŁUŻYLI. – św. Augustyn

    IM DUSZE W CZYŚĆCIU BLIŻSZE NIEBA, TYM WIĘKSZA ICH TĘSKNOTA ZA BOGIEM. – św. Jan Maria Vianney

    ODPUSTY ZUPEŁNE GŁADZĄ WSZYSTKIE KARY, JAKIE MIELIBYŚMY PONOSIĆ W CZYŚĆCU. – św. Jan Maria Vianney

    JEŻELI CODZIENNIE ODMÓWIMY ZA ZMARŁYCH CHOĆ KRÓTKIE WESTCHNIENIE, JUŻ IM SKRÓCIMY MĘCZARNIE CZYŚĆCOWE. – św. Jan Maria Vianney

    DUSZE CZYŚĆCOWE NIC DLA SIEBIE ZROBIĆ NIE MOGĄ, LECZ MOGĄ WIELE DLA SWOICH DOBROCZYŃCÓW. – św. Jan Maria Vienney

    OD KAR CZYŚĆCOWYCH CHRONIĄ NAS TEŻ ODPUSTY, CZERPANE Z PRZEOBFITYCH ZASŁUG JEZUSA CHRYSTUSA, MATKI NAJŚWIĘTSZEJ I ŚWIĘTYCH PAŃSKICH. – św. Jan Maria Vianney

    MUSIMY MODLIĆ SIĘ ZA DUSZE W CZYŚĆCIU. TO NIEWIARYGODNE, CO ONE MOGĄ UCZYNIĆ DLA NASZEGO DUCHOWEGO DOBRA, Z DZIĘCZNOŚCI DLA TYCH NA ZIEMI, KTÓRZY PAMIĘTAJĄ O MODLITWIE ZA NIE. – św. Jan Maria Vianney

    PO PROSTU, BEZBOŻNYM I BEZ SERCA JEST TEN, KTO NIE WZRUSZA SIĘ ICH MĘKAMI I NIE NIESIE POMOCY CIERPIĄCYM, CHOĆ MOŻE TO UCZYNIĆ. – św. Stanisław Papczyński

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwy za zmarłych

    ANIOŁ NA CMENTARZU
    Shutterstock

    +++

    „Modlić się za żywych i umarłych” to jeden z siedmiu uczynków miłosierdzia względem duszy. Oto propozycja trzech modlitw za zmarłych.

    „To nie jest tak, że oni umarli, a my żyjemy. To oni żyją, a my umieramy” – powiedział kiedyś ks. Piotr Pawlukiewicz. Te słowa warto zapamiętać. Nasi drodzy zmarli żyją i nie możemy wykluczyć, że wciąż potrzebują naszej pomocy.

    Najcenniejszą i najważniejszą pomocą jest niewątpliwie Msza święta w intencji zmarłych.

    A odwiedzając groby naszych bliskich czy wspominając ich możemy skorzystać z którejś z poniższych, mało znanych modlitw za zmarłych.

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    +++

    Modlitwa o wyzwolenie duszy zmarłego od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący,
    ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu,
    zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę:
    wyzwól duszę Twego sługi / Twojej służebnicy (tu podajemy imię)
    od wszystkich grzechów i kar za nie.

    Niech święci aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją
    z ciemności do wiekuistego światła,
    z karania do wiecznych radości.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    +++

    Modlitwa o miłosierdzie dla zmarłego

    Panie, nakłoń Twego ucha ku naszym prośbom,
    gdy w pokorze błagamy Twego miłosierdzia.
    Przyjmij duszę sługi Twego / sługi Twojej (tu podajemy imię),
    której kazałeś opuścić tę ziemię,
    do krainy światła i pokoju
    i przyłącz ją do grona Twych wybranych.
    Przez Chrystusa, Pana naszego.
    Amen.

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    +++

    Modlitwa do Maryi za dusze w czyśćcu

    Najświętsza Panno Nieustającej Pomocy, Matko litościwa,
    racz spojrzeć na biedne dusze,
    które sprawiedliwość Boża zatrzymuje w płomieniach czyśćcowych.
    Są one drogie dla Twego Boskiego Syna,
    gdyż zawsze Go kochały i teraz gorąco pragną być blisko Niego,
    lecz nie mogą zerwać swych więzów,
    które je trzymają w palącym ogniu czyśćca.
    Niech się wzruszy Twe serce, Matko litościwa.
    Pośpiesz z pociechą dla tych dusz,
    które Cię zawsze kochały i teraz ślą do Ciebie swe westchnienia.
    Wszak są to Twoje dzieci, bądź więc im pomocą,
    nawiedzaj je, osładzaj ich męki, skróć ich cierpienia
    i nie zwlekaj z ich wybawieniem.
    Amen.

    ze strony – Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić?

    Jaki jest najważniejszy warunek?

    Odpust: co możemy uzyskać? Jak się modlić? Jaki jest najważniejszy warunek?

    (fot. shutterstock.com)

    +++

    Odpust jest odpuszczeniem kar doczesnych należnych za grzechy odpuszczone już co do winy. W języku teologicznym “odpust oznacza obietnicę szczególnego wstawiennictwa Kościoła u Boga o darowanie kary doczesnej za grzechy, których wina już została odpuszczona”.

    Człowiek, który zgrzeszył, dopuścił się obrazy nie tylko samego siebie i bliźniego, ale przede wszystkim okazał nieposłuszeństwo Bogu, jako dobremu i miłującemu go Ojcu.

    Jakie są konsekwencje grzechu?

    Zgrzeszył i jego grzech oceniany w porządku sprawiedliwości zasługuje na odpowiednią karę, analogicznie jak w życiu społecznym, kiedy to za złamanie określonych przepisów prawnych grozi odpowiednio wysoka grzywna lub areszt. W odniesieniu do Boga jest dość podobnie i zarazem bardzo niepodobnie. Z jednej strony (i to jest podobieństwo), Bóg wymaga szacunku dla praw (przykazań), które ustanowił, z drugiej jednak (czym różni się od nas), ponieważ jest Bogiem pełnym miłosiernej miłości, pragnie z całego serca uwolnić człowieka od kary i przywrócić go do wspólnoty z sobą, z Kościołem i z bliskimi mu ludźmi, którzy na skutek tego grzechu oddali się od niego czy też zupełnie zerwali z nim więzy przyjaźni. W tej sytuacji odpust jest złagodzeniem lub zniesieniem kary za wyrządzone przeze mnie zło, Bogu czy ludziom. Czym zatem jest owa kara?

    Daleko jej do kary, jaką zwykły wymierzać sądy ludzkie w oparciu o prawa ustanowione przez nich samych. Boże prawo jest bowiem zupełnie inne, ponieważ jest prawem miłości. Także wobec grzesznika Bóg nie przestaje być sobą, to znaczy Miłością, która kocha, gotowa przebaczyć i wprowadzić na drogę doskonałości. To, co zwykło się nazywać karą w relacji do Boga, jest w istocie zniszczeniem Bożego planu i tego porządku, który ustanowiła Jego miłość.

    Naruszając ten boski porządek, człowiek, nie Bóg, odczuwa na sobie jego negatywne skutki, niszczące jego życie duchowe i fizyczne. Dzieje się coś analogicznego, jak w przypadku zanieczyszczenia przyrody. Wówczas zarówno ci, którzy ją zanieczyszczali, jak i osoby zupełnie niewinne, skazane są na życie w zatrutym środowisku, które wywołuje różne schorzenia i działa deprymująco. Nie mówimy wtedy, że Bóg nas pokarał, ponieważ wiemy, że cierpimy wyłącznie z własnej lub z winy innych ludzi. Podobnie jest w przypadku łamania prawa Bożego: nasz grzech niszczy lub zanieczyszcza nasze środowisko duchowe, czujemy się w nim źle, niepewnie, żyjemy w zagrożeniu.

    Do czego potrzebny jest odpust?

    Każdy grzech, nawet najmniejszy, niszczy w taki czy inny sposób nie tylko nasze życie wewnętrzne, ale także nasze relacje z innymi, a przede wszystkim zakłóca, osłabia lub wręcz zrywa naszą relację z Bogiem. Sprawia, że ani my, ani nasi bliźni nie możemy być już dłużej szczęśliwi. Miejsce radości zajmuje smutek, poczucie pewności zastępuje niepewność, przyjaźń zamienia się w nienawiść czy agresję. Dotychczasowa wspólnota miłości i przyjaźni została rozbita. Kto zgrzeszył, daremnie szuka w sobie utraconego szczęścia, które przywrócić może wyłącznie Bóg.

    Nawet po przystąpieniu do sakramentu pokuty, kiedy Bóg prawdziwie mu przebaczył, grzesznik nadal odczuwa określony smutek i niepewność życia. Dlaczego? Ponieważ przyzwyczaił się do swojego grzechu. Negatywne nawyki weszły głęboko w jego życie, zaburzyły jego relacje, stając się wadami, częścią jego charakteru. Z trudem, a często nawet w ogóle ich nie zauważa. Stał się człowiekiem zepsutym, pełnym zachmurzeń, którego nie oświeca “słońce” Bożych przykazań.

    W zaistniałą sytuację wchodzi kategoria “odpustu” [od. łac. indulgentia – pobłażliwość, dobrotliwość, łaskawość]. Czym on jest? Przede wszystkim rzeczywistością duchową, darem Bożej miłości, Jego łaską dla grzesznika. W odpuście obecny jest sam Bóg, który udziela się człowiekowi. Dawanie się Boga człowiekowi Kościół ujął, co prawda, w kategoriach prawnych, co było zgodne z duchem czasów, w jakich tworzyła się ta koncepcja, niemniej jednak odpust jest rzeczywistością na wskroś duchową, darem Ducha Świętego dla wierzących. Aby lepiej zrozumieć sposób funkcjonowania odpustu, należy powiedzieć, przynajmniej kilka słów na temat grzechu.

    Gdy pojawia się grzech, potrzebna jest pokuta

    Każdy grzech kala człowieka, zatruwając jego duchowe życie. Nie każdy jednak grzech czyni to w równy sposób, ponieważ jak zostało wspomniane wcześniej, są grzechy, które określamy jako śmiertelne i te, które nazywamy powszednimi. W zależności zatem od rodzaju i od stopnia grzechu człowiek ściąga na siebie odpowiednio dotkliwą karę, zarówno w swojej relacji do Boga, jak i do Kościoła, jako wspólnoty osób wielbiących Pana. W przypadku grzechu śmiertelnego, zwanego często grzechem “ciężkim”, mamy do czynienia z radykalnym zerwaniem owej relacji. W przypadku popełnienia grzechu powszechnego, określanego popularnie grzechem “lekkim”, mówmy z kolei o poważnym nadwerężeniu tychże relacji, naruszeniu ich stabilności, co w efekcie może grozić ich zarwaniem. Przypomina to sytuację z zanieczyszczeniem wody lub zaśmieceniem środowiska, gdzie chociaż chodzi zawsze o ten sam proces, zmienia się jego natężenie.

    Jedna woda jest bardziej zanieczyszczona od drugiej, czy jedno środowisko brudniejsze od drugiego. Wysokość nakładu, środków i czasu zależy zatem od stopnia zanieczyszczenia; jeden brud usuwa się przy zastosowaniu niewielkich środków, do innego, oprócz zwiększonych nakładów finansowych, potrzeba jeszcze pomocy z zewnątrz. Coś analogicznego jest w przypadku grzechu, który również przypomina formę duchowego zanieczyszczenia.

    Skąd w Kościele wzięły się odpusty?

    Z każdym rodzajem grzechu związana była odpowiednia praktyka pokutna, będąca sposobem oczyszczania się czy uwalniania z negatywnych skutków, wywołanych przez grzech w życiu konkretnego człowieka. Odpusty są owocem teologicznej refleksji nad praktyką pokutną. Są one również efektem pewnej ewolucji tej praktyki, jaka miała miejsce w Kościele katolickim od początku. Chociaż ulegała różnym zmianom, zawsze była obecna i stosowana. Powrót do Boga i do wspólnoty kościelnej zawsze był możliwy, choć nie dokonywał się w sposób mechaniczny.

    Nie znaczyło to, że Bóg czy Kościół ociągali się z ponownym przyjęciem grzesznika do swojej wspólnoty, ale że to grzesznik nie był przygotowany na takie przyjęcie. Lata w grzechu wzniosły w jego sercu, myśli, czynach, przyzwyczajeniach tak wiele barier, że pokonanie ich nie mogło się dokonać jednorazowo, ale wymagało dłuższych przygotowań, naprawiania wyrządzonych innym szkód, przepraszania innych za wyrządzone krzywdy. Dlatego powrót musiał być poprzedzony odpowiednio długim i skomplikowanym czasem pokuty, oczyszczenia i nawrócenia.

    Nakładana przez Kościół pokuta miała charakter zbawczy i wychowawczy zarazem, miała na celu wzbudzić w grzeszniku skruchę i pragnienie lepszego, wolnego od grzechu życia, w przyjaźni z Bogiem, z Kościołem i z resztą stworzenia. Wobec trudnych sytuacji, skomplikowanych grzechów powstawały księgi pokutne. Spisywano w nich rodzaje grzechów, podając jednocześnie rodzaj pokuty i czas, jaki jest wymagany na oczyszczenie się z nich. Stanowiły one niewątpliwie pomoc dla spowiedników, którym łatwiej było “wymierzyć” odpowiednią pokutę za określony grzech. Dopiero po wykonaniu zadanej pokuty grzesznik otrzymywał przebaczenie grzechów i mógł odtąd ponownie uczestniczyć w liturgii eucharystycznej, z której włączył się poprzez grzech. Praktyka taka funkcjonowała aż do czasów średniowiecznych.

    Czym jest rozgrzeszenie?

    W XII i XIII wieku (ciągle jeszcze w średniowieczu) pojawia się radykalna nowość w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła katolickiego: po pierwsze, rozgrzeszenia zaczęto udzielać jeszcze przed odprawieniem pokuty, po drugie, pojawiła się interesująca nas rzeczywistość odpustów. Można się zgodzić z uwagą niektórych historyków idei, że pokuta i odpust, po odpowiednim uzasadnieniu teologiczno-filozoficznym, dokonały prawdziwej rewolucji w dotychczasowej praktyce pokutnej Kościoła. Uczono odtąd, że poprzez rozgrzeszenie kapłan jedna na nowo grzesznika z Bogiem, natomiast nałożona na niego pokuta ma za zadanie pojednać go z Kościołem i z tymi, których jego grzech obraził, zranił lub im dotkliwie zaszkodził. Grzech bowiem, jak łatwo się przekonać, ma charakter wspólnotowy, co oznacza, że nie niszczy jedynie relacji z Bogiem, ale osłabia lub zrywa powiązania z Kościołem, rozumianym jako wspólnota osób. Dlatego też rozgrzeszenie odnosiło się do Boga, pokuta natomiast do człowieka i rozumiana była jako kara doczesna za popełnione w czasie przewinienia.

    W momencie nawrócenia, które najpełniej dokonuje się w sakramencie pojednania, grzesznik otrzymuje od Boga przez posługę kapłana odpuszczenie winy. Od tej chwili nie grozi mu już potępienie, chociaż nadal pozostaje mu do odpokutowania kara doczesna, czyli naprawienie zniszczonej przez niego harmonii z bliźnimi, oczyszczenie zatrutego duchowego środowiska jego życia. Nie wie jednak dokładnie, jak dotkliwie jego grzech zanieczyścił jego relacje, do jakiego stopnia zniszczył harmonię, co sprawia, że nie wie, jak wielka oczekuje go kara, co musi zrobić, aby wyrządzone zło naprawić. Tymczasem Kościół uczy, powołując się na całość nauki Jezusa Chrystusa, że kara doczesna, czyli owo zniszczenie czy naruszenie Bożego porządku miłości, może (musi) zostać odpokutowana, bądź za życia, bądź po śmierci, co oznacza, że Boży plan zostanie przywrócony.

    W trudnym i bolesnym procesie odpokutowania kar, naprawienia zerwanych więzi, wynikłych z naruszenia przykazań, Kościół solidaryzuje się z człowiekiem, zarówno z tym, który żyje, jak i z tym, który odszedł już z tego świata. Modlitwa Kościoła towarzyszy mu zawsze.

    Pokuta czyli pomoc dla grzesznika

    Wspólnota kościelna wychodzi mu naprzeciw w jego wysiłkach naprawienia szkody, przeproszenia Boga i ludzi, a także zagojenia rany, jaką zadał sam sobie. Kościół pomaga grzesznikowi pokutującemu lub cierpiącemu bóle czyśćcowe przede wszystkim poprzez modlitwę, jaką zanosi do Boga. Zostanie ona z pewnością wysłuchana, ponieważ odpowiada w pełni woli Bożej, pragnącej wiecznego szczęścia dla każdego człowieka, zarówno na ziemi, jak i w wieczności. Katechizm Kościoła Katolickiego uczy więc, że:

    Darowanie kary otrzymuje się za pośrednictwem Kościoła, który mocą udzielonej mu przez Chrystusa władzy związywania i rozwiązywania działa na rzecz chrześcijanina i otwiera mu skarbiec zasług Chrystusa i świętych, by otrzymać od Ojca miłosierdzia darowanie kar doczesnych, jakie należą się za grzechy. W ten sposób Kościół chce nie tylko przyjść z pomocą chrześcijaninowi, lecz także pobudzić go do czynów pobożności, pokuty i miłości (KKK 1478).

    Owocność modlitwy Kościoła zależy jednak od wewnętrznej dyspozycji grzesznika pragnącego się oczyścić i nawiązać w ten sposób zerwaną więź, wchodząc jednocześnie w głębszą i trwalszą jedność z Bogiem i z innymi, co w przypadku cierpiących męki czyśćcowe wydaje się oczywiste.

    Pokuta nigdy nie może być na siłę

    Pragnieniu modlącego się Kościoła musi odpowiadać pragnienie samego grzesznika. Jeżeli istotnie chce się oczyścić z negatywnych konsekwencji swojego dotychczasowego życia, musi podjąć różne rodzaje dobrych czynów. Zaliczają się doń na przykład określone modlitwy, pełnienie uczynków miłosiernych względem potrzebujących, nawiedzanie miejsc świętych czy szeroki wachlarz praktyk pokutnych. Wyszczególnione czyny mają charakter pokutny, jednak wsparte łaską Chrystusa, której udziela Kościół, skutecznie przywracają zerwane relacje, oczyszczają zepsute środowisko, naprawiają wyrządzone szkody.

    Dzieje się tak dlatego, ponieważ Bóg wszystkich pragnie obdarzyć swoją miłością, choć nikogo nie może do niej przymusić. Chętnie udziela swojej łaski, ale nigdy na siłę. Nie narzuca się, ale proponuje swoje błogosławieństwo. Udziela się przy tym w Kościele i poprzez Kościół, czyli poprzez wszystkie te dary łaski, które zostawił swojemu Kościołowi. Stąd Katechizm dopowiada, że:

    Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Odpust jest cząstkowy albo zupełny zależnie od tego, czy od kary doczesnej należnej za grzechy uwalnia w części czy w całości”. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych (KKK 1471).

    Tak więc Kościół – uczy tradycyjna, ale wciąż aktualna teologia – wspiera nieustannie swoją modlitwą wysiłki poszczególnego człowieka, starającego się na nowo służyć swemu Bogu i kochać bliźnich, jak siebie samego. Ofiaruje również swoje modlitwy za zmarłych, znoszących męki czyśćcowe, prosząc Pana, aby darował im ich kary i wprowadził do wspólnoty z sobą.

    Jak działają odpusty?

    Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.

    Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.

    Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.

    Co jest ważne w modlitwie związanej z odpustami?

    Stąd tak ważna w odpuście jest jedność z Kościołem, która wyraża się na zewnątrz poprzez przyjęcie Komunii św. i modlitwę w intencjach Ojca Świętego. Komunia św. wyraża jedność duchową, z kolei modlitwa w intencjach papieża – modlitwa – jedność widzialną. Bez tej podwójnej jedności z Kościołem nie jest możliwe uzyskanie odpustu, naprawienie zerwanych więzi. Rozłam bowiem może zostać naprawiony wyłącznie poprzez silne więzy jedności.

    Papież Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Indulgentiarum doctrina, w której przedstawił naukę o odpustach, zredukował dotychczasową liczbę odpustów oraz zrezygnował z istniejącego dotąd podziału odpustów na osobowe, rzeczowe i miejscowe. Podkreślił natomiast, że “odpustami są obdarzone czynności wiernych, chociażby łączyły się z jakąś rzeczą lub miejscem”.

    Kościół udziela odpustów ze skarbca zasług Jezusa Chrystusa i świętych, tj. z łask, jakie Zbawiciel mu pozostawił i którymi pozwolił rozporządzać według uznania. Można zatem powiedzieć, że Jezus Chrystus, jako Zbawiciel, który poprzez swoje życie, mękę, śmierć i zmartwychwstanie dokonał naszego odkupienia, jest jednym wielkim Odpustem. Jest nieskończoną Radością, Wspólnotą człowieka z Bogiem w tajemnicy swojego Wcielenia, zadośćuczynieniem wszystkich kar, czym dzieli się, poprzez posługę Kościoła, z tymi, którzy tego pragną.

    Jezus pragnie, aby wszyscy żyli w tej samej przyjaźni z Bogiem i ludźmi, w jakiej żył On, służąc swojemu Ojcu i ludziom. Kościół, silny Jego mocą i życiem tak wielu świętych, którzy tworzą Kościół królujących w niebie, bierze niejako na siebie słabości grzesznika i podejmuje się zadania naprawienia wewnętrznych i zewnętrznych skutków grzesznych czynów swoich ziemskich członków. Czyni to poprzez rozdzielanie łask otrzymanych od Chrystusa.

    Następuje to przede wszystkim poprzez modlitwę, a ponieważ ten rodzaj modlitwy jest miły Bogu, pragnącemu zbawienia wszystkich ludzi, dlatego zostaje ona wysłuchana. To zatem, co wydawało się być trudne dla grzesznika, czyni w jego imieniu Kościół, jako wspólnota wierzących, prosząc zgodnie swego Pana czynami miłości, aby grzesznik nawrócił się i był na powrót żywym duchowo członkiem wspólnoty.

    Konstytucja Pawła VI odchodziła od “wymierzania” darowanej kary doczesnej w jednostkach czasowych, co praktykowano dotychczas. Nie przeszkodziło to jednak stosowaniu dotychczasowej praktyki – nadal jeszcze spotkać można było książeczki do modlitwy, w których niemal każda modlitwa czy litania opatrzona była przypisem informującym, ile dni odpustu jest związanych z jej odmówieniem. Informację o 300 dniach wielu interpretowało zatem jako krótsze o trzysta dni przebywanie w czyśćcu. Rozumowanie to wiązało się z bardzo reistycznym (od łac. res – rzecz, przedmiot) pojmowaniem czyśćca, jako określonego “miejsca” w zaświatach, gdzie należało odpowiednio długo przebywać. Wszystko odczytywano więc w kluczu czasowo-przestrzennym, nie zaś, jak się powinno, duchowo-symbolicznym.

    Konstytucja Pawła VI mówi, że po spełnieniu określonego dobrego czynu, z którym Kościół wiąże określone łaski, wierny dostępuje odpuszczenia kary, czyli na tyle udoskonalił swoje odniesienie do Boga i bliźnich, na ile zasługuje wartość spełnionego przez niego dobrego czynu. Kościół wyraża tym samym nadzieję, że dobre czyny zmieniły również wnętrze człowieka, że praktykując je, nabrał pozytywnych przyzwyczajeń, czyli że stał się osobą bardziej cnotliwą. Jego modlitwa stała się w ten sposób bardziej bezinteresowna, wypływająca z miłości nieszukająca osobistych korzyści. Taka właśnie modlitwa, zanoszona w intencji zmarłych, jest miła Bogu i zostaje wysłuchana. Współgra ona z miłością, którą jest sam Bóg. W ten sposób odpust doskonali zarówno życie proszącego o niego, jak również udziela potrzebnych łask tej osobie, za którą zanoszone są modlitwy, a zatem korzyść jest obopólna.

    Rodzaje odpustów

    W teologii zwykło się mówić o dwóch rodzajach odpustów: odpuście cząstkowym i zupełnym. Jak wskazuje sama nazwa, odpust cząstkowy jest darowaniem tylko części kar doczesnych i, jak zostało już powiedziane, udzielany jest na mocy zasługującego czynu, który Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W odróżnieniu od niego odpust zupełny uwalnia w całości od kary doczesnej należnej za grzechy. W celu uzyskania odpustu zupełnego należy, oprócz wykonania obdarzonej takim odpustem czynności, spełnić ponadto trzy dalsze warunki. Należą do nich: spowiedź sakramentalna, Komunia św., modlitwa w intencjach papieża oraz wykluczenie wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.

    Jak już wspomnieliśmy, 29 czerwca 1968 roku Penitencjaria Apostolska ogłosiła dekretem Wykaz odpustów. Zamieściła w nim trzy ogólniejsze formy udzielania odpustów, gdzie mówi, że:

    udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który w wykonywaniu swoich obowiązków i znoszeniu przeciwności życiowych skierowuje swoją myśl z pokorną ufnością do Boga, dołączając – choćby tylko wewnętrznie – jakieś pobożne wezwanie.

    Nieco dalej dokument dodaje, że odpustem cząstkowym obdarowany zostaje także ten wierny, który, kierując się duchem wiary, zaofiaruje sam siebie lub przeznacza swoje dobra w duchu miłosierdzia na służbę braci znajdujących się w potrzebie.

    Odpustu cząstkowego dostąpi także ten wierny, który w duchu pokuty powstrzyma się dobrowolnie od rzeczy miłej i godziwej dla niego. Penitencjaria miała na myśli w pierwszym rzędzie przezwyciężenie pożądliwości, a także wszelkie inne możliwe formy przezwyciężania siebie, odnoszenia zwycięstwa nad własnym egoizmem, zerwania z wadami, unikania okazji do grzechu itd.

    Najważniejszy warunek odpustu

    Wszystko to wydaje się być nieodzownym warunkiem do upodobnienia się do ubogiego i cierpiącego Pana, stania się Jego przyjacielem. Najistotniejsza jednak jest w tym wszystkim, oczywiście, miłość. Jej brak zrodził grzech, zerwał przyjaźń z Bogiem, z Kościołem i bliźnimi, stąd jej obecność niszczy grzech i odradza przyjaźń.

    Miłość, która jest naturą Boga i najważniejszym przykazaniem chrześcijanina, jest więc najbardziej potrzebna w procesie nawrócenia, jest konieczna na drodze oczyszczenia. Człowiek ukarał siebie właśnie brakiem miłości, oczyści się więc tylko wtedy, kiedy stanie się jej wiernym sługą.

    Co należy zrobić, by uzyskać odpust?

    Wykaz odpustów zawiera również listę odpustów. Piętnaście z nich dotyczy praktyk pobożnych, których wierne spełnienie pozwala skorzystać z łaski odpustu zupełnego. Tyle samo jest czynności, które w pewnych, ściśle określonych okolicznościach, obdarowują odpustem. Natomiast czterdzieści innych praktyk Kościół obdarza odpustem cząstkowym. W rejestrze odpustów są również takie, które uzyskać można wyłącznie na rzecz zmarłych. Mówi Katechizm:

    Ponieważ wierni zmarli, poddani oczyszczeniu, także są członkami tej samej komunii świętych, możemy pomóc im, między innymi, uzyskując za nich odpusty, by zostali uwolnieni od kar doczesnych, na które zasłużyli swoimi grzechami (KKK 1479).

    Warunki odpustu za zmarłych

    Rejestr odpustów wylicza trzy odpusty zarezerwowane wyłącznie za zmarłych. Oto one:

    Wiernemu, który pobożnie nawiedzi cmentarz i pomodli się choćby tylko w myśli za zmarłych, udziela się odpustu: od dnia 1 do 8 listopada – zupełnego, a w pozostałe dni roku – cząstkowego.

    Odpustu cząstkowego udziela się również przez odmówienie modlitwy: Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju.

    Ponadto udziela się odpustu zupełnego wiernym, którzy w Dniu Zadusznym nawiedzą pobożnie kościół albo kaplicę publiczną, ewentualnie półpubliczną. W tym ostatnim przypadku odpust uzyskują jedynie ci, którzy prawnie korzystają z kaplicy. […] Wspomniany odpust będzie można uzyskać albo w dniu powyżej określonym, albo za zgodą ordynariusza – w niedzielę poprzedzającą lub następną, ewentualnie w uroczystość Wszystkich Świętych. […] Podczas pobożnego nawiedzenia kościoła należy […] odmówić Modlitwę Pańską i Symbol wiary.

    Wszystkie odpusty, powtórzmy jeszcze raz, czerpią swoją moc darowania kar z modlitwy Kościoła, “który względem swych członków ma władzę sprawowania pełnego rozgrzeszenia i może ją w szczególniejszy sposób skierować na rzecz konkretnego wiernego”.

    Odpust to nie magia

    Ten, kto zyskuje odpust, prosi zatem Boga w ufnym błaganiu (suffragium) w intencji zmarłego, dla którego wyprasza potrzebne łaski, a tym samym szybsze radowanie się chwałą nieba. Jego prośba nie działa jednak na Boga zniewalająco. Otrzymanie odpustu nie następuje mechanicznie. Zyskuje się go przede wszystkim poprzez otwartość i dyspozycyjność na Boże działanie, posłuszeństwo Jego woli, pełnienie Jego przykazań.

    Niczym deszcz Boża łaska spływa z nieba na wszystkich, stąd otrzymać ją może niemal każdy, pod warunkiem, że będzie jej pragnąć. Nie można więc nikogo przymusić do przyjęcia miłości Bożej, ale zarazem każdy, kto chce ją mieć, otrzymuje w obfitości. Samo zatem odmówienie przepisanej modlitwy czy też wykonanie określonego uczynku nie oznacza, że osoba otrzymuje w sposób automatyczny przypisany danej czynności odpust.

    Nade wszystko potrzeba postawy wiary i czynnej miłości. Każda miłość, także ludzka, dostępna jest tylko i wyłącznie poprzez wiarę. Nie inaczej jest z miłością Boga, która także daje się jedynie poprzez wiarę. W parze z wiarą i czynami miłości, z postawą głębokiego żalu i szczerej chęci poprawy idzie modlitwa. Wypraszając więc dla zmarłego odpust, człowiek wyprasza pośrednio dla siebie potrzebne łaski, z których niewątpliwie największa oznacza lepsze, doskonalsze życie duchowe.

    Co, gdy modlitwa za odpuszczenie grzechów “nie działa”?

    Żadna modlitwa zanoszona do Boga nie jest modlitwą zmarnowaną. Podobnie jest z odpustami, które ofiarowane są za zmarłych; jeżeli ktoś, za kogo ofiarowany jest odpust, raduje się już chwałą nieba i nie oczekuje na naszą modlitwę, nie zostaje ona bynajmniej “zmarnowana”. Jeżeli łaski tej nie potrzebuje osoba, za którą prosimy, Bóg przeznaczy ją innej, bardziej oczekującej na wsparcie z ziemi.

    Trzeba bowiem pamiętać, że przyszłe życie nie jest życiem w pojedynkę, ale jest wspólnotą osób wzajemnie sobie życzliwych, dobrych, oddanych w miłości i zatroskanych o wzajemne dobro. Nic więc z dobra, które czynię na ziemi z myślą o zmarłych, nie przepada. A wysłużony przeze mnie odpust udzielony zostaje temu, kto potrzebuje go najbardziej. On z kolei, w tajemnicy obcowania świętych, oręduje za mną i ze swej strony wyprasza potrzebne mi błogosławieństwo, pomocne do dobrego życia tutaj na ziemi i do szczęścia wiecznego po śmierci.

    Najlepsza modlitwa za zmarłych

    Na zakończenie należy przypomnieć, że Kościół od zawsze nauczał, że w naszej trosce o zmarłych najważniejsza jest Eucharystia. Posiada ona największą wartość oraz skuteczność w osobistym uświęceniu. Nie omieszkał zaznaczyć tego Paweł VI:

    Święta Matka Kościół, wyrażając jak największą troskę o zmarłych, znosząc jakikolwiek przywilej w tej materii, postanawia, że tymże zmarłym przychodzi się z pomocą w sposób najdoskonalszy przez każdą Ofiarę Mszy świętej.

    Odpusty nie przestają spełniać ważnej roli w życiu Kościoła i jego wiernych. Nadal mają określoną wartość, jednak najważniejsza jest Msza Święta, która gładzi grzechy i dokonuje uświęcenia żyjących na ziemi, a zmarłym przychodzi z pomocą. W Eucharystii najpełniej łączymy się z naszymi zmarłymi braćmi i siostrami, z całym wszechświatem, prosząc dla nich o łaskę bycia Bożym obrazem. W niej też łączymy się najbardziej z osobami, pośród których żyjemy, z którymi tworzymy wspólnotę opartą na szczerej i głębokiej miłości. Eucharystia oczyszcza i umacnia wszystkie nasze relacje, nadając sens ewentualnemu cierpieniu czy też zachęcając do cierpienia, jeżeli może z niego wyniknąć jakieś dobro. Jest przedsmakiem nieba, gdzie Bóg będzie “wszystkim we wszystkim”.

    Na ten aspekt Mszy Świętej zwraca uwagę Chiara Lubich, pisząc, że “Eucharystia zbawia nas i czyni nas Bogiem. My – umierając -przyczyniamy się wraz z Chrystusem do przemiany całej natury. Dlatego cała natura ukazuje się jako przedłużenie ciała Jezusa. Czyż Jezus, wcielając się, nie przyjął właśnie ludzkiej natury, łączącej w sobie cały świat stworzony?”.

    * * *

    (fragmenty z książki o. Kijasa pt. “Niebo, Czyściec, Piekło”

    o. Zdzisław Józef Kijas OFMConv/DEON.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak uzyskać odpust dla dusz czyśćcowych w dniach 1-8 listopada

    Według obowiązującego wykazu odpustów możemy ofiarować zmarłym cierpiącym w czyśćcu wyjątkowy dar w dniach 1-8 listopada.

    Dla uzyskania odpustów zupełnych – za nawiedzenie cmentarza w dniach 1-8 listopada (jeden każdego dnia) należy:

    • być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego;
    • być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym);
    • przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    • nawiedzić cmentarz i tam pomodlić się za zmarłych dowolną modlitwą
    • odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Odrębny odpust związany jest z dniem, kiedy wspominamy Wszystkich Wiernych Zmarłych – odpust za nawiedzenie świątyni – 2 listopada

    Dla jasności powtarzamy warunki zwykłe:

    • być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu – nawet powszedniego
    • być w stanie łaski uświęcającej (bez obciążeń grzechem śmiertelnym)
    • przyjąć Komunię św. w tym dniu, w którym pragniemy uzyskać odpust
    • odmówić modlitwę w intencjach papieskich (np. Ojcze nasz… i Zdrowaś Maryjo…)

    Ponadto należy w Dzień Zaduszny:

    • nawiedzić kościół lub kaplicę, gdzie znajduje się Najświętszy Sakrament
    • odmówić: Wierzę w Boga… oraz Ojcze nasz…

    UWAGA! Błędem jest podawanie do wiadomości, że w dniach 1-8 listopada można zyskać odpusty zupełne za nawiedzenie cmentarza lub kościoła. Tak podana informacja sugeruje, że w całej oktawie Wszystkich Świętych moglibyśmy zyskiwać odpusty zupełne nie idąc na cmentarz lecz przychodząc tylko do kościoła. Taka możliwość istnieje tylko i wyłącznie w dniu 2 listopada.

    Odpust cząstkowy za zmarłych w każdym czasie można uzyskać za:
    – pobożne odmówienie Jutrzni lub Nieszporów z Oficjum za zmarłych
    – pobożne odmówienie wezwania: „Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci. Niech odpoczywają w pokoju. Amen”
    – pobożne nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych tam odmówioną (choćby w myśli)
    – tylko w Polsce: za odmówienie modlitwy: „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj im wieczne spoczywanie.
    Światłość wieczna niech im świeci, gdzie królują wszyscy święci.
    Gdzie królują z Tobą, Panie, aż na wieki wieków. Amen”.

    Warunki zyskiwania odpustów cząstkowych:
    -być w stanie łaski uświęcającej
    -wykonywać owe pobożne czynności ze skruchą serca

    źródło:

    Wykaz odpustów. Normy i nadania, Wydanie wzorcowe według łacińskiego wydania z 2004 roku.
    tłumaczenie zostało przyjęte przez 321. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie.

    mp/apdc.wspomozycielki.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy

    fot. Scottiealan / Pixabay

    ***

    Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw

    Wieczny odpoczynek

    Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie,
    a światłość wiekuista niechaj im świeci.
    Niech odpoczywają w pokoju.
    Amen.

    Akty strzeliste za zmarłych

    • Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    • Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
    • Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.

    Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego

    Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego.
    Amen.

    Za zmarłych rodziców

    Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Za wielu zmarłych

    Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
    Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za poległych żołnierzy

    Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.

    Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu

    Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy

    Dusze czyśćcowe więcej wiedzą o nas i o tym, co się dzieje, niż myślimy. Wiedzą np., kto bierze udział w ich pogrzebie i czy idzie tylko dlatego, aby inni go widzieli. Wiedzą, kto wysłuchał za nich Mszy św., bo dla umarłych pobożne wysłuchanie Mszy św. ma większe znaczenie, aniżeli towarzyszenie zwłokom na cmentarz.

    Adobe Stock

    +++

    Wiedzą również dusze czyśćcowe, co się o nich mówi i co się dla nich robi. Są bliżej nas, niż myślimy: są całkiem blisko nas.

    +++

    +++

    Część wywiadu Marii Simmy z Nickym Eltzem:

    „Ile wiedzą na temat swoich rodzin?

    Powiedziałabym, że prawie wszystko. Widzą nas cały czas. Słyszą każde słowo, które wypowiadamy na ich temat, i wiedzą, czego doświadczamy. Ale nie znają naszych myśli. Widzą swoje własne pogrzeby i wiedzą, kto tam jest i kto się za nich modli, a kto przyszedł tylko po to, by inni widzieli.

    Czy dusze tam przebywające wiedzą, co będzie się działo na świecie?

    Tak, wiedzą o niektórych rzeczach, ale nie wszystko. Powiedziały mi, że jest jakieś wielkie wydarzenie mające niedługo nastąpić, tuż-tuż. Przez wiele lat mówiły, że jest „tuż za drzwiami”, ale od maja 1993 roku używały zwrotu „w progu”. Chodzi o nawrócenie ludzkości. A na mniejszą skalę mówiły mi o pewnych sprawach z niewielkim wyprzedzeniem. W lecie 1954 roku powiedziały mi o powodziach, które tak bardzo dały się we znaki w tej okolicy. Kiedyś też po zejściu lawiny dusze powiedziały mi, że są jeszcze żywi zakopani w śniegu, więc zespół ratowniczy kontynuował poszukiwania chwilę dłużej, niż nakazywała rutyna. W końcu zlokalizowano i uratowano ludzi dwa dni po tym, gdy poprosiłam, by zespół kontynuował poszukiwania.” Maria Simma podkreśliła, że słowa mogą zabijać i wyrządzać innym ogromną krzywdę. Z drugiej strony miłość bliźniego, najmniejsze akty dobroci okazywane różnym osobom przynoszą wiele zasług i stanowią pewną drogę do nieba. Pomagają nam w tym także cierpienia i modlitwy odprawiane w intencji dusz czyśćcowych, które później będą orędować za nami z nieba. (1850–1917) odznaczała się szczególnym umiłowaniem dusz wiernych zmarłych w czyśćcu. Niektóre widzenia, jakie miała, są dowodem na to, jak bardzo dusze pozostają wdzięczne i odwzajemniają się za doznaną pomoc. Po śmierci pewnego dostojnika, kiedy święta podeszła do ołtarza, żeby przyjąć Komunię świętą we własnej intencji, jego dusza stanęła przed nią i powiedziała: „Tę Najświętszą Komunię przyjmiesz za mnie”. Przez miesiąc docierała do jej uszu ta sama prośba, a po upływie tego czasu ujrzała duszę uśmiechniętą i usłyszała od niej: „Już wystarczy, dziękuję Ci; dotychczas to Ty mi pomagałaś, od teraz ja będę pomagał Tobie”.

    Święty Tomasz z Akwinu, potwierdzał, iż „modlitwa za zmarłych jest milsza Panu Bogu aniżeli ta za żyjących – ponieważ zmarli potrzebują jej, a nie mogą pomóc sami sobie, natomiast żywi mogą”. „Jest to wielka prawda, która powinna uwrażliwić nas i sprawić, iż będziemy hojnie pomagać niezliczonym duszom czyśćcowym, cierpiącym bez żadnej pociechy ponieważ są zapomniane lub nieznane nikomu – a przeto przez wszystkich opuszczone” – pisze Stefano Maria Manelli SI.

    Św. Katarzyna z Bolonii (Katarzyna de Vigri 1413–1463) wyjaśnia: „Często to, co przez świętych w niebie uzyskać nie mogłam, otrzymałam natychmiast, kiedy zwróciłam się do dusz w czyśćcu”.

    „Przyczyną tego – podaje bawarska mistyczka, siostra Anna Maria Lindmayr (1667–1726) – nie jest to, że nas dusze czyśćcowe wysłuchały, ale to, że Bóg nas wysłuchał ze względu na Jego Miłość do tych biednych dusz, które Bóg bardzo kocha. (…). Żaden okres mojego życia nie był dla mnie tak szczęśliwy i bardziej błogosławiony niż czas, który spędziłam z duszami i dla dusz czyśćcowych – dodaje Anna Maria Lindmayr. – Bóg wspaniałomyślnie nagradza miłość do dusz czyśćcowych i tą drogą najprędzej pomaga nam w cnotach i doskonałościach, ponieważ te dusze leżą Mu bardzo na sercu, dlatego że są najbiedniejsze i same już sobie pomóc nie mogą”.

    „To działa w obie strony – przekonuje siostra Anna Czajkowska ze Zgromadzenia Sióstr Wspomożycielek Dusz Czyśćcowych. – Na tym m.in. polega tajemnica obcowania świętych. Gdy zmarli w czyśćcu widzą naszą troskę o nich, niemożliwe, by nie odpowiedzieli modlitwą za nas. Te dusze dzięki naszemu wsparciu coraz bardziej stają się podobne do Boga, a Bóg obdarowuje. One więc coraz bardziej się za nas modlą”.

    „To samo obcowanie świętych sprawia jednak, iż dusze czyśćcowe z całą pewnością mogą wspierać nas, tak bardzo potrzebujących pomocy na tej ziemi rodzącej «cierń i oset» (Rdz 3,18), na tej ziemi pełnej pokus i niebezpieczeństw! – możemy przeczytać na portalu internetowym sióstr Franciszkanek Niepokalanej. – Dusze czyśćcowe dobrze znają nasze warunki życia i bez wątpienia pragną hojnie nam pomagać”.

    Przyczyniając się do zbawienia innych, przyczyniamy się do zbawienia samych siebie, o czym wyraźnie mówił św. Jan Maria Vianney: „Jeśli chcemy, bracia i siostry, zapewnić sobie niebo, to módlmy się bezustannie za duszami w czyśćcu cierpiącymi. Pewny to znak wybrania i potężny środek do zbawienia – modlitwa za zmarłych. Bracia i siostry, ileż lat wypadnie nam cierpieć w czyśćcu, którzyśmy tyle popełnili grzechów, i pod pozorem, żeśmy się wyspowiadali, nie czynimy pokuty. (…) Nasz czas na ziemi jest ograniczony, dlatego myślę, że warto skorzystać z tej szansy. To niezwykły dar od Pana Boga, za którym kryje się nagroda życia wiecznego w niebie”. Wielka miłość, jaką żywił do dusz czyśćcowych święty Proboszcz z Ars, kazała mu powiedzieć pewnego razu: „O, gdyby wiedziano, jak wielką moc posiadają te dusze nad Sercem Bożym i jakie łaski można za ich wstawiennictwem uzyskać, nie byłyby tak bardzo opuszczone. Kiedy uprosić chcemy u Boga prawdziwy żal za nasze grzechy, zwróćmy się do dusz czyśćcowych, które od tak wielu lat żałują za swe grzechy w płomieniach ognia czyśćcowego. Trzeba się dużo za nie modlić, aby i one modliły się dużo za nas”.

    fragment książki “Największe tajemnice czyśćca. Błogosławieństwo oczyszczającego ognia”
    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie jest ostatnim słowem

    Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.

    fot. JF Martin/Unsplash

    ***

    Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. ​Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.

    Będzie, będzie zabawa

    Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.

    Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.

    Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.

    Jej wysokość śmierć

    Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.

    Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.

    To moja siostra

    „Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.

    Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.

    „Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.

    Nie ma paniki

    „Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czyściec oczami świętych. Oto, jak tam jest

      
     Czyściec oczami świętych. Oto, jak tam jest

    Anioł uwalnia dusze w czyśćcu pędzla Ludovico Caracciego (ok. 1610) / fot. via: Wikipedia

    +++

    Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania.

    Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania. Podobnie jak złoto oczyszcza się w ogniu ze wszelkich obcych domieszek, tak miłość nasza oczyszcza się w ogniu cierpienia, prób i doświadczeń dawanych nam z miłującej ręki Boga.

    Miłość, jaką odznaczali się Święci była na wzór miłości Jezusowej, gdyż oni pragnęli i pozwolili, aby On już tu na ziemi oczyścił ich miłość. Doświadczenia wewnętrzne opisywane przez nich porównywane są często do cierpień czyśćcowych.

    Święci opisując cierpienia dusz w czyśćcu mówią, że ich intensywność nie ustępuje cierpieniom piekła, ale cierpienia te przeżywane są zupełnie inaczej. Dusza cierpi bardzo, ale cierpienie to nie jest cierpieniem beznadziejnym. Jest ono przeżywane w ogromnej radości i tęsknocie z powodu czekającego spotkania twarzą w twarz z miłującym Bogiem. Radość dusz czyśćcowych wynika także z ich pewności zbawienia i jest skutkiem ufnego powierzenia siebie Bogu. Dusza pragnie cierpieć, gdyż pragnie jak najszybciej być u Boga.

    Św. Katarzyna z Genui, której Bóg pozwolił już na ziemi doświadczyć cierpień czyśćca, pisze: “Z wyjątkiem świętych w niebie, nie przypuszczam, aby u kogokolwiek można spotkać zadowolenie równe temu, jakie odczuwa dusza w czyśćcu. Wzrasta ono z każdym dniem pod wpływem działania Bożego na duszę, a to działanie wzmaga się w miarę ustępowania jego przeszkody. Tą przeszkodą jest rdza grzechu. Płomień ją pożera, a równocześnie dusza coraz więcej wystawia się na działanie Boże”.

    Jako przykład obrazujący tę prawdę podaje ona zasłonięte lustro, które nie może odbijać promieni słonecznych. Nie dzieje się to z winy słońca, które świeci nieustannie, lecz z powodu zasłony, w którą spowite jest lustro. W miarę jednak jak zasłona znika lustro coraz intensywniej odbija promienie słoneczne. Św. Katarzyna pisze, że: “W podobny sposób dusza jest pokryta rdzą grzechu, którą stale spalają płomienie czyśćcowe. Im bardziej rdza ginie, tym doskonalej dusza odbija blask prawdziwego słońca, jakim jest Bóg”. Promienie słońca są więc obrazem promieni Bożej miłości w duszy człowieka, a także radości jaka udziela się duszy, która coraz bardziej zbliża się do Boga. Gdy oczekuje na pełne szczęście, żadne cierpienie nie jest dla niej za duże, ani zbyt ciężkie. Ona sama pragnie tego bolesnego oczyszczenia, bo wie, że jest to dla niej dar Bożego miłosierdzia – ostatnia szansa na niebo.

    Bóg jest przede wszystkim Miłością. Miłość jest Jego najważniejszym i najbardziej właściwym imieniem. Stworzył nas z miłości i przeznaczył do miłości. W serce każdego człowieka wszczepił poczucie miłości i sprawiedliwości. One to sprawiają, że człowiek sam sobie wymierza sprawiedliwość zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża – “pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Bóg, który jako pierwszy inicjuje dialog miłości z każdym człowiekiem, czyni to nie tylko w czasie naszego ziemskiego pielgrzymowania, ale również w stanie oczyszczenia po śmierci. W tym trudnym i bolesnym stanie oczyszczania się człowieka wychodzi On na spotkanie w swojej miłosiernej miłości. Miłość ta jaśnieje w Krzyżu Jezusa i jawi się jako miłość wieczna, nieskończona, niewyczerpana, a zarazem bardzo czuła, wrażliwa i pełna tkliwości.

    Taka właśnie miłość oświetla życie człowieka, który przechodzi do wieczności, dając mu poznać jego braki, niedomagania, wszelkie plamy i całą rdzę grzechu pokrywającą życie. To właśnie dzięki przeżyciu Bożej bliskości człowiek może poznać stopień własnej nędzy i niedostatku, który każe mu jednocześnie wołać z głębi skruszonego serca: “Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).

    W tym przeżyciu własnej niedoskonałości i równocześnie ogromnym pragnieniu zbliżenia się do Boga człowiek otwiera się coraz bardziej na przyjęcie szczęścia Bożej miłości. Rodzi się w nim pragnienie odpowiedzi na tę miłość, która zapoczątkowuje proces oczyszczenia. Wszystko to jest dziełem Bożej miłości i ogromnej Jego łaski, która przenikając serce człowieka niejako od “wewnątrz” otwiera go na taką decyzję. Ta miłosierna miłość Boga przenikając człowieka, dosięga jego najgłębszych pokładów, dając mu nie tylko pragnienie, ale i moc uwolnienia się od własnego egoizmu, zafałszowania i chwiejności. Rodzi się wówczas ogromne pragnienie oddania się całkowitego Bogu, aby móc być przenikniętym całkowicie tą Jego uszczęśliwiającą miłością. Czyściec więc nie jest czymś biernym i statycznym. Dusza przeżywając go “płonie” pragnieniem oglądania Bożego oblicza i przebywania w Jego obecności.

    Św. Katarzyna z Genui, której Bóg w przeżyciu mistycznym dał poznać czym jest ten proces oczyszczenia, tak pisze: “…ze strony Boga, jak widzę, niebo nie ma zamkniętych bram, lecz kto chce tam wejść, wchodzi. Bóg bowiem jest pełen miłosierdzia, otwiera ku nam swe ramiona, aby przyjąć nas do swojej chwały. Istota Boża jest zarazem zupełnie czysta, nieskończenie bardziej, niż rozum to pojąć może; dusza więc, znajdując choćby najmniejszą odrobinę niedoskonałości, wolałaby raczej rzucić się do tysiąca piekieł, niż stanąć przed majestatem Boga z jakąś zmazą na sercu. Widząc zatem, że czyściec jest przeznaczony na to, by zetrzeć plamy duszy, dobrowolnie się do niego rzuca i znajduje tam wielkie miłosierdzie, uwalniające ją od owej przeszkody”.

    Z tych słów możemy wywnioskować, że z jednej strony grzech i nieczystość duszy sprawia, że człowiek czuje się “oddalony” od Boga, z drugiej zaś strony pragnie poddać się oczyszczającemu procesowi, aby “przybliżyć się” do Niego. Dusza pragnie oczyszczenia, gdyż pragnie ze wszystkich sił pełnej wspólnoty miłości z Bogiem. Św. Katarzyna tak o tym mówi: “Jeśliby dusza mająca na sobie choćby maleńką zmazę, miała zbliżyć się do Boga w widzeniu uszczęśliwiającym odczułaby to jako krzywdę dla siebie i mękę wielokroć straszniejszą od cierpień czyśćcowych. (…) Dusza nie czułaby się na swoim miejscu, widząc, że jeszcze nie dała Bogu pełnego zadośćuczynienia. Niechby nawet brakował jej moment tylko do odpokutowania, już odczułaby nieznośną udrękę, i dla oczyszczenia jej z tej drobnej zmazy wolałaby raczej iść na dno piekła – gdyby to od jej woli zależało – niż stanąć przed obliczem Bożym, nie będąc jeszcze zupełnie czysta”.

    W słowach tych widzimy związek cierpienia czyśćcowego z grzechem, którego dopuścił się człowiek w ciągu swojego ziemskiego życia. Grzech oddalił go od wspólnoty z Bogiem. Odtrącając Bożą miłość, postanawiając żyć na własną rękę i ustanawiając – prawa według własnego “widzimisię” człowiek zadał ranę sobie, ale zranił także Ojcowskie Serce Boga, który jak czuła matka nie może zapomnieć “o swym niemowlęciu” (Iż 49,15). W momencie poznania prawdy o własnym grzechu człowiek równocześnie dostrzega jak grzech zrujnował jego wewnętrzne życie, które domaga się odbudowy. Czyściec jest więc stanem oczyszczenia się z tego wszystkiego, co nadal jeszcze plami duszę człowieka i nie odbija w niej pełni Bożego światła.

    Św. Katarzyna opisując stan zachwytu duszy pięknem i miłością Boga jednocześnie ukazuje przeżycie cierpienia duszy z powodu własnej niedoskonałości. “Dusza w nadprzyrodzonym świetle widzi, jak Bóg ze swej wielkiej miłości i w nieustannej opatrzności nigdy nie przestaje jej i prowadzić ku całkowitej doskonałości, a czyni to ze szczerej miłości. Jednak nieodpokutowany grzech nie pozwala iść za przyciągającą siłą Boga, czyli za tym pojednawczym spojrzeniem, jaką Bóg ją darzy, by ją przyciągnąć ku sobie. Nadto dusza poznaje, co to za nieszczęście być pozbawionym bezpośredniego oglądania światła Bożego. Właśnie świadomość takiego położenia stwarza męki, jakie dusze cierpią w czyśćcu. Nie znaczy to, by dusze wielką wagę przywiązywały do cierpień, choćby i jeszcze raz tak straszne były. Natomiast uwaga ich głównie jest zwrócona na pewną sprzeczność, jaka zachodzi między nimi, a wolą Boga; widzą bowiem wyraźnie, jak On goreje dla nich czystą miłością, której przecież nie są godne. Dusza, gdy to rozważa gotowa by znaleźć czyściec jeszcze dotkliwszy i porwana siłą miłości ku Bogu, gotowa rzucić się weń, aby tym wcześniej uwolnić się od więzów, oddzielających ją od dobra najwyższego”.

    Kara za grzech jawi się tutaj nie jako coś bolesnego przychodzącego z zewnątrz, ale jako możliwość jakiej udziela miłosierny Bóg człowiekowi dla jego pełnego “uleczenia” i oczyszczenia z bolesnych skutków wywołanych grzechem. Czyściec jest więc ostateczną możliwością zbawienia przez zadośćcierpienie. Kara czyśćcowa jest leczniczym środkiem, który służy człowiekowi, pozwalając mu wejść w doskonałą wspólnotę z Bogiem i radować się przyjaźnią z bliźnimi. Wszelki zatem rodzaj kar czyśćcowych jest największym darem Boga, który nigdy nie rezygnuje z człowieka. Św. Katarzyna tak o tym pisze: “Dusze w zupełności zgadzają się  z wyrokami Boga, tak że wszystko chętnie przyjmują, co podoba się Bogu, który działa przecież z roztropnego upodobania swego, stąd nawet wśród wielkich swych cierpień niezdolne są myśleć o sobie. One nie widzą nic innego, jak tylko działanie dobroci Boga, który w swoim nieskończonym miłosierdziu wiedzie człowieka do siebie; one nie myślą ani o osobistych cierpieniach, ani o dobru, jakie by im przypaść mogło; gdyby im było dane nad tym rozmyślać, nie miałyby miłości doskonałej”.

    Mimo, iż udzielanie się Boga duszy w czyśćcu jest łaskawe i pełne dobroci, to jednak posiada ono charakter bolesnego doświadczenia. Im bowiem bardziej człowiek przybliża się do Boga, tym bardziej wzmaga się w nim poczucie niegodności i wstydu, a zarazem szczerej tęsknoty za posiadaniem Go jeszcze bardziej i pełniej. Dojrzewanie duszy do przeżycia Bożej miłości jest przede wszystkim bólem duchowym, którego źródłem jest oddalenie od Boga i jednoczesna chęć powrotu do przebywania w Jego bliskości. Czyściec gładzi więc kary, jakie pozostały człowiekowi po darowanych mu grzechach, których dopuścił się w trakcie swojego ziemskiego życia. Czyściec gładzi też grzechy lekkie. Dopiero więc w momencie zupełnego oczyszczenie się ze wszystkiego, co przeszkadza duszy oglądać Boże oblicze, co utrudnia jej odpowiedź miłością na Bożą miłość, zapoczątkowana zostaje wieczna radość.

    Św. Jan od Krzyża, opisując etapy oczyszczenia człowieka porównuje je do “wewnętrznych nocy”. Ostatni etap oczyszczenia na ziemi nazywa “nocą ducha” i porównuje go wprost do czyśćca: “Cierpienie to jest podobne do mąk czyśćcowych; bo jak tam oczyszczają się dusze, aby mogły ujrzeć Boga w jasnym widzeniu życia przyszłego, tak i tu na swój sposób oczyszczają się, aby się mogły przeobrazić w Niego przez miłość”. Oczyszczenie to, jak pisze Święty, przeżywa niewiele osób, a jedynie te, które Bóg chce już tu na ziemi podnieść do najwyższego stopnia zjednoczenia ze sobą.

    Pisząc o tym ogromnie bolesnym doświadczeniu życiowym ma trudność, aby wyrazić je słowami. Dlatego porównywanie do czyśćca przychodzi mu z pomocą. W księdze Żywy płomień miłości pisze: “niemożliwe jest, żeby oddać należycie to, co dusza cierpi w tym czasie. Jest to niewiele mniej niż czyściec”. Podobnie bowiem jak po przejściu do wieczności Bóg przenika duszę światłem i żarem swej miłości, tak i teraz dzięki światłu i płomieniowi Ducha Świętego, daje jej poznać i odczuć wszystkie słabości i nędze, których do tej pory ona nie widziała ani nie odczuwała. Dusza w tym stanie zderza się boleśnie ze swą naturalną nędzą. Światło Boże, które ją przenika jest dla jej nieczystego i słabego wzroku zupełną ciemnością. Zaś dla jej woli naturalnie twardej i oschłej w stosunku do Boga ten płomień miłości i czułości Bożej zadaje ogromne cierpienia i udrękę. W tym stanie dusza jednak poznaje jasno i wyraźnie swą naturalną nędzę, ubóstwo i zło oraz wszelkie niedoskonałości. Tego płomienia Bożej miłości obfitującego w niezmierne bogactwa, dobra i rozkosze duchowe, będzie ona mogła doświadczać i odczuć dopiero wtedy, gdy Bóg ją całkowicie oczyści i przemieni w siebie.

    Św. Ojciec Pio, znany stygmatyk dwudziestego wieku, na drodze swego zjednoczenia z Bogiem doświadczył i pozostawił na piśmie wiele wypowiedzi, mówiących o tym, jak Bóg oczyszcza dusze, które pragną Go posiąść w tym życiu. Przeżywając proces bolesnego oczyszczenia tak pisał do swego kierownika duchowego: “Stan mój jest ogromnie przykry, okropny wprost przerażający. Wszystko zarówno wokół mnie, jak i we mnie jest ciemnością: nieprzenikniony mrok w umyśle, utrapienia woli, udręczenia w sumieniu. W swoim wnętrzu odczuwam cierpienia i równocześnie utrapienie i niespokojne pragnienie miłości Bożej”.

    Wyznaje jednocześnie, że “aby dusza mogła wznieść się do kontemplacji Boga, musi najpierw być oczyszczona ze wszystkich niedoskonałości. Dotyczy to nie tylko pozbycia się aktualnych niedoskonałości – co dokonuje się przez zmysłowe oczyszczenie – ale także wyzwolenia się ze zwyczajnych niedoskonałości, którymi są pewne uczucia (przywiązania), zwykłe niedoskonałości. To oczyszczenie zmysłów nie zmierza ku temu, by je wykorzenić, gdyż one pozostają w duszy niczym korzeń w ziemi. To oczyszczenie dotyczy ducha i dokonuje się w ten sposób, że Bóg swoją najwyższą światłością przenika duszę w całości, przeszywa ją niejako dogłębnie i w całej pełni odnawia.

    To najwyższe światło, którym Bóg napełnia wspomniane dusze, zstępuje w nie w ten sposób, że wówczas one odczuwają ból. Dusze przeżywają wtedy uczucie opuszczenia, co z kolei powoduje wyjątkowe, krańcowe utrapienie aż po doświadczenie wewnętrznej agonii. Obecnie te dusze nie mogą w żaden sposób pojąć Boskiego oddziaływania tego najwyższego światła. Dzieje się tak z dwóch powodów: pierwszy z nich to samo światło, które z jednej strony jest tak wspaniałe i pełne subtelności, że przekracza faktyczne możliwości duszy. I dlatego raczej staje się powodem powstania ciemności i udręki niż samego światła. Drugi powód, dla którego dusza nie może pojąć tego Boskiego działania, to miernota i brak jej niewinności. I dlatego to najwyższe światło nie tylko, że napełnia ją ciemnością, ale przynosi ból i udrękę. I oto w miejsce pociechy dusza napełnia się cierpieniem przez nowe ciosy, które są odczuwalne we władzach zmysłowych i duchowych. Są to straszliwe i wprost przerażające cierpienia.

    To wszystko dzieje się już na samym początku, bo światło Boże zastaje dusze nieprzygotowane do zjednoczenia się z Panem. Z tego względu owe światło dokonuje dzieła oczyszczenia. Kiedy to działanie się kończy i dusze zostają oczyszczone, wówczas światło je opromienia i napełnia blaskiem kierując ku doskonałemu zjednoczeniu z Bogiem”.

    Święta Faustyna również bardzo plastycznie opisuje oczyszczenie duszy człowieka, którą Bóg wybiera i przygotowuje do doskonałego zjednoczenia ze sobą. Pisze ona, iż człowiek odczuwa wówczas bardzo głęboko, że nie miłuje Boga jak On tego żąda. W miejsce dawnej obecności Boga przychodzi oschłość, duchowa posucha; potęguje się tęsknota za Bogiem, a jednak jakby górę biorą wszystkie błędy, które uświadamiają człowiekowi własną nędzę. W całej duszy zapada ciemność i udręka.

    Doświadczenie to przypomina czyściec. Bóg przeprowadza człowieka przez takie wewnętrzne oczyszczenie całej jego zmysłowej i duchowej natury, żeby go doprowadzić do zjednoczenia ze sobą. I nie staje tu człowiek tylko wobec sądu, ale staje raczej wobec potęgi samej miłości, którą jest Bóg. Ogarnięty tą miłością może wołać:

    O płomieniu Ducha Świętego,

    który mnie oświecasz, abym mogła zobaczyć ciemność moją,

    który mnie dotykasz, abym mogła odczuć twardość moją,

    który mnie przenikasz, abym mogła doświadczyć całej nędzy mojej,

    oczyść mnie i wypal, abym mogła zjednoczyć się z Jezusem – JEDYNĄ MIŁOŚCIĄ moją.

    Amen.

    s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska. Jak pomagać duszom czyśćcowym ? Jałmużna

    Fronda.pl/więcej informacji: http://www.wspomozycielki.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC LISTOPAD 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się za wszystkich rodziców, którzy opłakują śmierć swojego syna lub córki, aby znaleźli wsparcie we wspólnocie oraz zaznali pokoju i pocieszenia Ducha Świętego.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Matko Boża I Matko nasza w tym listopadowym czasie polecamy Ci dusze w czyśćcu cierpiące. Spójrz swoim łaskawym okiem I wyjednaj im u Syna Swego a naszego Pana Jezusa Chrystusa wybawienie, aby oczyszczeni z wszelkiej zmazy grzechowej mogli cieszyć się już oglądaniem Bożego Oblicza uczestnicząc w nieskończonej szczęśliwości.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 listopada modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 października z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia we Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bardzo niepokojące słowa, które warto nie tylko zapamietać, ale również rozważyć, Księdza Arcybiskupa Adriana Galbasa SAC, które wypowiedział do Polaków w Nowym Jorku:

    Zmorą naszych czasów jest obojętność i wzruszenie ramion wobec wartości

    ***

    Widzę fałsz w twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym

    ***

    Sample

    fot. Karol Porwich/East News

    ***

    – W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – powiedział abp Adrian Galbas w Nowym Jorku. Metropolita katowicki przewodniczył Mszy św. z okazji Dnia Dziedzictwa Polskiego. W homilii mówił o przekazywanych od pokoleń wartościach, wśród których pierwsze miejsce zajmuje wiara.

    – Miejcie swoją osobistą „listę dziedzictwa”, katalog wartości, które dla was są ważne, bo były ważne dla waszych przodków i chcecie „wejść w to”, przekazać je następnym pokoleniom, z nadzieją, że i dla nich będą ważne – zaapelował abp Adrian Galbas.

    Abp Galbas zwrócił uwagę, że otrzymane od poprzednich pokoleń dziedzictwo domaga się docenienia jego wartości oraz zaangażowania, by przekazać je przyszłym pokoleniom. Wskazał, że współcześnie jednym z największych problemów jest obojętność wobec wartości, “które dla poprzednich pokoleń były bezcenne i święte”.

    Ludzie obojętności

    – Obojętny człowiek nie twierdzi, że te wartości są złe, nie twierdzi jednak także, że są dobre. Może są, a może nie są. Może są takie, a może inne. To nieważne i nic mnie to nie obchodzi – mówił.

    Przywołując słowa Jana Pawła II o obronie “własnego Westerplatte” podkreślił różnicę pomiędzy postawami wobec dziedzictwa ludzi współczesnych oraz tych, którzy dorastali kilka dekad temu.

    – Pamiętam, jak myśmy – młodzi wtedy ludzie – słuchali tego z wypiekami na twarzy. To nas jakoś podniecało, zapalało, podnosiło na duchu. „Tak, chcę być obrońcą mojego Westerplatte, mówiliśmy. Chcę walczyć o to, co jest dla mnie ważne”. Dziś wielu powie: „nie muszę mieć żadnego Westerplatte. Ważne, bym był wyspany, najedzony i miał wifi” – zaznaczył.

    Odnosząc się do kontekstu kulturowego, w którym żyje Polonia w Nowym Jorku, wyraził uznanie dla wysiłków na rzecz pielęgnowania polskiego dziedzictwa w polonijnych szkołach, klubach, stowarzyszeniach i parafiach.

    – Żyjecie w wielokulturowym i wielomilionowym mieście. W tyglu tyglów, w Nowym Jorku. W tyglu można mieszać ze sobą różne potrawy, z każdej wziąć trochę, wszystko jakoś połączyć, potem dołożyć jednolitego sosu, który dodaje się do każdej pospolitej potrawy: do hamburgera i hot doga, by ostatecznie uzyskać taki sam smak. Tylko że potem nie wiadomo co się właściwie zjadło. Lepiej, jak jest inaczej: chętnie spróbuję tego, co gotują na innych ogniach, w innych piecach, co sprzedają na innych straganach. Jestem otwarty, ciekawy świata, ciekawy innych sposobów myślenia, działania i w ogóle życia, ale mam też coś własnego, co gotowała moja babcia i moja mama, coś co mnie karmi, czym chcę się karmić i czym chętnie poczęstuję także ciebie – stwierdził.

    W homilii apelował także, by Polacy dbali o własną tożsamość i nie bali wyróżniać się na tle innych. Odwołał się do Katedry Świętego Patryka na Manhattanie. – Wygląda jak z innej bajki i z innego świata, niedzisiejsza. Jedna inna wśród wielu innych. A jednak przez to, że jest jedna i inna, jest zauważalna i tak cenna. Po wizycie na Manhattanie możemy zapomnieć jak wygląda ten, czy tamten drapacz, ale nie zapomnimy tej katedry. Drapacze dosięgają chmur, katedra dosięga nieba – zaznaczył.

    Wiary nie można sprowadzić do religijnych zwyczajów

    Abp Galbas podkreślił, że jedną z najważniejszych wartości otrzymanych od poprzednich pokoleń jest wiara przekazywana przez Kościół. Nie należy jej jednak sprowadzać tylko do religijnych zwyczajów, które są ważne, jednak “mogą być puste jak wielkanocne wydmuszki”. Wiara jest decyzją, przemyślaną, rozeznaną i przemodloną. Jest też pragnieniem pójścia za Chrystusem.

    – Nie za kimkolwiek, nie za modą, opiniami opinii publicznej, nie za większością, nie za kalkulacjami na chwilę, ale właśnie za Chrystusem – mówił. Zauważył, że udział w praktykach religijnych weryfikuje wiarę, ale może być pusty, jeśli praktykującemu brakuje spójności życia. Wskazał też na niebezpieczeństwo zwalniania się z praktyk.

    Nie można być wierzącym i niepraktykującym

    – W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – zaznaczył.

    Przywołując prośbę Jakuba i Jana z niedzielnej Ewangelii stwierdził, że Apostołowie wyrazili w ten sposób pragnienie życia w bliskości Chrystusa. – Pozostali się oburzają, ale to jest szczere, proste i piękne. Czy to jest też nasze pragnienie? Moje? Być jak najbliżej Chrystusa, być coraz bliżej Niego, jak śpiewamy w popularnej pieśni kościelnej: „Być bliżej Ciebie chcę”. Macie takie pragnienie? Mamy je? – pytał.

    Kończąc zachęcał do wytrwania w wierze. – Słowo „trwać” zawsze się kojarzy z czymś co trudne. Trwać, czyli nie zmieniać niczego, gdy jest ciężko, nie wycofywać się. Być jak ten obrońca Westerplatte. Trwajmy mocno, niezależnie od tego, czy mieszkamy w Nowym Jorku, czy w Nowym Targu, z tej czy z tamtej strony Atlantyku. (…) Wejdźmy do wnętrza swojej wiary, tylko wtedy przekażemy ją następnym pokoleniom.

    Deon.pl/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dotychczasowy metropolita katowicki Ksiądz Arcybiskup Adrian Józef Galbas SAC został mianowany arcybiskupem metropolitą warszawskim. Decyzję Ojca Świętego ogłosiła 4 listopada w południe Nuncjatura Apostolska w Polsce.

    W czwartek 26 października abp Adrian Galbas przewodniczył Mszy św. przy gorbie św. Jana Pawła II.

    fot. ks Leszek Gęsiak/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – październik 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO,

    MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ***

    Jak prawidłowo odmawiać Różaniec?

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Dilexit nos” – czwarta encyklika papieża Franciszka do świata, który zagubił serce

    Nieskończony majestat Najświętszego Serca Jezusa

    autor: Plinio Corrêa de Oliveira

    ***

    W czwartek 24 października została opublikowana czwarta encyklika papieża Franciszka. Nosi ona tytuł „Dilexit nos” (On nas umiłował), a poświęcona jest kultowi Najświętszego Serca Jezusowego. Zbiera ona dotychczasowe nauczanie Kościoła na ten temat. Ogłaszana jest z okazji 350. rocznicy pierwszych objawień Serca Jezusa z 1673 roku.

    Jest to czwarta encyklika obecnego papieża: po „Lumen fidei” (2013), „Laudato si’” (2015) oraz „Fratelli tutti” (2020). Prezentacji dokonają abp Bruno Forte, włoski teolog i metropolita Chieti-Vasto oraz przełożona generalna Uczennic Ewangelii, siostra Antonella Fraccaro.

    Ogłoszenie nowego dokumentu zbiega się z dramatycznymi wydarzeniami dla ludzkości: dramatem wojen, brakiem równowagi społecznej i gospodarczej, niepohamowanym konsumpcjonizmem, nowymi technologiami, które mogą wypaczać istotę człowieczeństwa. Poprzez swą encyklikę papież prosi o zmianę spojrzenia, perspektywy, celów i odzyskanie tego, co najważniejsze i niezbędne: serca.

    Franciszek zapowiedział wydanie encykliki podczas audiencji ogólnej na Placu św. Piotra w Watykanie 5 czerwca (miesiąc tradycyjnie poświęcony Najświętszemu Sercu Jezusa), dzieląc się swoim pragnieniem, aby tekst mógł skłonić ludzi do medytacji nad aspektami „miłości Pana, które mogą oświetlić drogę odnowy kościelnej; ale także, aby mógł powiedzieć coś znaczącego światu, który wydaje się tracić serce”. Papież wyjaśnił również, że dokument zgromadzi „cenne refleksje poprzednich tekstów magistralnych i długą historię, która sięga Pisma Świętego, aby dziś ponownie zaproponować całemu Kościołowi ten kult nacechowany duchowym pięknem”.

    Encyklika ukazuje się w czasie trwających od 27 grudnia 2023 do 27 czerwca 2025 roku obchodów 350. rocznicy pierwszego objawienia Najświętszego Serca Jezusowego świętej Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690). Trzy i pół stulecia temu, 27 grudnia 1673 roku Jezus ukazał się 26-letniej francuskiej siostrze z zakonu wizytek, aby powierzyć jej misję rozpowszechnienia w świecie Jego miłości do ludzi, szczególnie zaś do grzeszników. Objawienia w klasztorze w Paray-le-Monial, w Burgundii, trwały 17 lat. Serce Jezusa ukazywało się na tronie z płomieni, otoczonym cierniową koroną, symbolem ran zadanych przez grzechy ludzi. Chrystus poprosił s. Małgorzatę, aby w piątek po uroczystości Bożego Ciała stał się świętem Najświętszego Serca Jezusowego. Nie było to łatwe zadanie dla zakonnicy, która spotkała się z niezrozumieniem ze strony swoich współsióstr i przełożonych. Nie zniechęciła się jednak i całe życie poświęciła temu, aby świat poznał miłość Chrystusa.

    Kult Najświętszego Serca zrodził się u progu epoki Oświecenia. Patrolog, o. Enrico Cattaneo napisał na łamach „La Civiltà Cattolica”, że duchowość ta „stała się zaporą przeciw powszechnej mentalności racjonalistycznej, która podsycała kulturę ateistyczną i antyklerykalną”. Wokół tego nabożeństwa wybuchła gorąca dyskusja, nawet w samym Kościele. Dopiero w 1856 roku papież Pius IX postanowił, że święto Najświętszego Serca Jezusowego będzie obchodzone w całym Kościele. W XIX wieku kult ten rozprzestrzeniał się wraz z aktami poświęca Sercu Jezusowemu, powstawaniem zgromadzeń męskich i żeńskich, instytucji uniwersyteckich, oratoriów, kaplic.

    W 1956 roku Pius XII wydał encyklikę „Haurietis aquas”. Ukazała się ona w czasie, gdy ta pobożność przeżywała kryzys. Papież chciał ją ożywić i zaprosić Kościół do lepszego zrozumienia i wdrożenia różnych form pobożności, „maksymalnie użytecznych” dla potrzeb Kościoła, ale także jako „sztandaru zbawienia” dla współczesnego świata.

    W 50. rocznicę tamtej encykliki Benedykt XVI napisał list, w którym podkreślił, że „tajemnica miłości Boga do nas nie stanowi jedynie treści kultu i nabożeństwa do Serca Jezusowego, ale jest także treścią wszelkiej prawdziwej duchowości i pobożności chrześcijańskiej. Należy zatem podkreślić, że podstawy tego nabożeństwa są tak stare, jak samo chrześcijaństwo”.

    Papież Franciszek niejeden raz ukazywał swój związek z kultem Najświętszego Serca, łącząc je z misją kapłanów. W 2016 roku, zamykając Jubileusz Kapłanów w czasie Roku Miłosierdzia w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego, prosił w homilii księży przybyłych do Rzymu z całego świata, aby skierowali swoje serca, jak Dobry Pasterz, ku zagubionej owcy, ku tym, którzy są bardziej oddaleni, przenosząc epicentrum swego serca na zewnątrz siebie. A w wygłoszonej w czasie Jubileuszu, medytacji nt. miłosierdzia, papież zalecił biskupom i księżom ponowne przeczytanie encykliki „Haurietis acquas”, gdyż „serce Chrystusa jest ośrodkiem miłosierdzia”.

    Vatican News/e-KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyzwanie dla Francji:

    co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Wyzwanie dla Francji: co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa w Paray-le-Monial (© Sanctuaire du Sacré-Cœur)

    ***

    W świecie, w którym jest tak wiele bólu i cierpienia ludzie potrzebują pocieszenia, muszą znaleźć ukojenie w Sercu Jezusa – mówi rektor sanktuarium w Paray-le-Monial, gdzie przed 350 laty Pan Jezus objawił św. Małgorzacie Marii Alacoque swe Serce. Rozmawiając z Radiem Watykańskim, ks. Etienne Kern potwierdza, że Nabożeństwo do Najświętszego Serca ma właśnie taki kojący i odradzający efekt.

    –Ludzie, którzy przybywają do Paray-le-Monial, aby odpocząć na Sercu Jezusa, doświadczają łagodności Boga, Jego nieskończonej delikatności, a jednocześnie Jego odradzającej mocy, pocieszania i przemiany – mówi ks. Kern, komentując ogłoszoną przedwczoraj encyklikę Dilexit nos.

    Dokumentem tym Papież potwierdził, że objawienia, które otrzymała św. Małgorzata Maria, są dziś jeszcze bardziej aktualne niż przed 350 laty. Niewdzięczność i obojętność względem „Serca, które tak bardzo umiłowało”, jest dziś bowiem jeszcze większe niż w XVII-wiecznej Francji. A zarazem znów są obecne wypaczone wizje Boga. Ludzie nie pojmują, jak wielka i czuła jest miłość Jezusa względem nich.

    Szansa na pojednanie w Kościele

    Zdaniem rektora głównego sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa, Encyklika Dilexit nos jest też reakcją na cierpienia wewnątrz Kościoła, szansą na pojednanie dla tych, którzy są zdezorientowani nauczaniem Papieża Franciszka. W tym tekście Ojciec Święty powraca bowiem do tego, co najistotniejsze. I to właśnie pozwala pogodzić wszystkie wrażliwości obecne w Kościele. W tej kwestii wszyscy jesteśmy jednomyślni, mamy jedno serce i jedną duszę – mówi ks. Kern, dodając, w tym dokumencie Franciszek zostawia nam syntezę swego pontyfikatu. Jakby chciał nam pokazać, co ma po nim pozostać.

    Wyzwanie dla Francji: co zrobiłaś z Sercem Jezusa?

    Rektor francuskiego sanktuarium przyznaje, że choć wiedział o pracy nad dokumentem o Sercu Jezusa, to nie spodziewał się tekstu tak bogatego pod względem doktrynalnym i tak mocno zakorzenionego w Tradycji Kościoła i historii duchowości. W sposób szczególny zaskoczyły go liczne odwołania do autorów francuskich.

    W tym sensie encyklika ta stanowi wyzwanie dla Francji, pytanie pod jej adresem: co uczyniła z Sercem Pana Jezusa, skoro to nabożeństwo zostało w sposób szczególne powierzone temu narodowi. Jest to skarb, którego potrzebuje dzisiaj Kościół. Jezus przyszedł ogień rzucić na ziemię – przypomina francuski kapłan – a ten ogień płonie właśnie w Jego Sercu. O tym jest ten dokument.

    Krzysztof Bronk i Marie Duhamel/VaticanNews/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta nakazane 2024

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski

    ***

    Kodeks Prawa Kanonicznego zobowiązuje katolików do uczestnictwa w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych w niedzielę oraz święta nakazane. Czym są święta nakazane? W jakie dni wypadają one w 2024 roku?

    Część świąt i uroczystości kościelnych ma stała daty. Co roku Boże Narodzenie obchodzimy 25 grudnia. Daty części świąt i uroczystości są ruchome – tak w przypadku m.in. Wielkanocy, czy Uroczystości Zesłania Ducha Świętego. Poniżej lista, w której wypisane są kościelne święta nakazane 2024 roku.

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć we Mszy św.

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta kościelne w 2024 roku

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Dobrze jest jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii.

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika

    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MSZA ŚWIĘTA W UROCZYSTOŚĆ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH BĘDZIE O GODZ. 20.00 W SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, GLASGOW, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O co chodzi w kulcie świętych?

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak modlić się przy grobach? Wybierając się na cmentarz, warto znać te modlitwy

    fot. Scottiealan / Pixabay

    ***

    Koniec października i początek listopada to w Polsce tradycyjnie czas odwiedzania cmentarzy i modlitwy za bliskich zmarłych. Jaką modlitwę odmawiać stając przy grobach? Podpowiadamy kilka propozycji krótkich modlitw

    Wieczny odpoczynek

    Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie,
    a światłość wiekuista niechaj im świeci.
    Niech odpoczywają w pokoju.
    Amen.

    Akty strzeliste za zmarłych

    • Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    • Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych
    • Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.

    Modlitwa za zmarłego o uwolnienie od grzechów i kar

    Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól duszę Twego sługi (Twojej służebnicy) od wszystkich grzechów i kar za nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą ją z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za zmarłych za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego

    Panie Jezu, za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego, proszę Cię za tymi, którzy przekroczyli już bramę śmierci i oczekują twojego miłosierdzia w czyśćcu. Spraw, abym w Twoim domu spotkał się z moimi bliskimi i wszystkimi braćmi i siostrami, których powołałeś do życia wiecznego.
    Amen.

    Za zmarłych rodziców

    Boże, Tyś nam przykazał czcić ojca i matkę, zmiłuj się łaskawie nad duszami moich rodziców i odpuść im grzechy; pozwól mi oglądać ich w radości Twej wiekuistej światłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Za wielu zmarłych

    Boże, miłosierny Panie, daj duszom sług i służebnic Twoich miejsce w niebie, błogosławiony pokój i jasność Twojego światła.
    Panie, wysłuchaj łaskawie naszych modlitw za dusze sług i służebnic Twoich, za które się modlimy prosząc, abyś je przyjął do społeczności swoich Świętych.
    Spraw, prosimy Cię, Panie, aby dusze sług i służebnic Twoich, oczyszczone ze swoich win, otrzymały przebaczenie i wieczny odpoczynek.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Modlitwa za poległych żołnierzy

    Panie, Boże Wszechmogący, polecam Twemu miłosierdziu dusze naszych poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie w obronie drogiej Ojczyzny i przelali swoją krew w obronie nie tylko naszego kraju, ale i Wiary świętej. O Boże, niech to ich męczeństwo poniesione w obronie Wiary i Ojczyzny uwolni ich dusze z czyśćca i wyjedna wieczną nagrodę w niebie. Błagam Cię o to przez Mękę i Śmierć naszego Zbawiciela, przez Jego Najświętsze Serce, przez przyczynę i zasługi Jego Niepokalanej Matki oraz świętych Patronów i Patronek naszego Narodu. Amen.

    Za zmarłych, spoczywających na danym cmentarzu

    Boże, dzięki Twojemu miłosierdziu dusze wiernych odpoczywają w pokoju; udziel łaskawie odpuszczenia grzechów Twoim sługom i służebnicom, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, aby uwolnieni od wszystkich win cieszyli się z Tobą bez końca. Panie, przyjmij łaskawie modlitwę zaniesioną za dusze sług i służebnic Twoich, którzy tutaj spoczywają w Chrystusie, niech oswobodzeni z więzów śmierci otrzymają życie wieczne. Boże, Światłości dusz wiernych, wysłuchaj nasze prośby i daj miejsce w niebie, błogosławiony pokój oraz jasność Twojego światła sługom i służebnicom Twoim, których ciała tutaj spoczywają w Chrystusie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie jest ostatnim słowem

    Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – trupie czaszki, baloniki z napisem R.I.P. Społeczeństwo chce zamienić śmierć w memy, oswoić ją, familiarnie poklepać po ramieniu. Bezskutecznie. Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: została pokonana.

    fot. JF Martin/Unsplash

    ***

    Niedzielny świt. Spaceruję ulicami Warszawy. Sklep z gadżetami na Halloween. Gumy do żucia w kształcie nagrobków, lizaki – szczerzące zęby trupie czaszki, krzyże, baloniki z napisami R.I.P. Śmierć na słodko, śmierć na słono. Tuż za rogiem pozostałość muru getta. ​Zderzenie światów, których nie da się pogodzić. Czekoladowe kościotrupy i dzieci-szkielety umierające z głodu na ulicy. Zabawa w śmierć i kurczowe trzymanie się życia. Baloniki i dramaty. Światy oddziela potężny mur. Ten z getta zburzono, ale mentalny, próbujący oswoić śmierć, pozostał.

    Będzie, będzie zabawa

    Czytam porażające wspomnienia z „Archiwum Ringelbluma”: „Mur. Granica getta. W murze na dole jest otwór odpływowy, przez który przejść może dziecko. W kącie przy murze stoi dwóch żołnierzy, a od strony żydowskiej z getta przychodzi matka z dzieckiem. To sześcioletnie dziecko jest żywicielem całej rodziny. Ten sześcioletni starzec przez ścieki, przez rynsztok szmugluje do getta żywność dla rodziny. I teraz też, zaopatrzony w pieniądze i worek, schyla się i zaczyna pełzać przez otwór. Przetknąwszy głowę, zaczyna się rozglądać i spotyka się wzrokiem z czatującymi żołnierzami. Dziecko szarpie się, rwie się z powrotem, ale tu stoi matka i pcha je za nogi tam, tam – po żywność”.

    Tuż obok zabawa w śmierć. Pokolenie, które świętuje huczniej Halloween niż Boże Narodzenie, nie potrafi stanąć oko w oko z cierpieniem. Bezskutecznie próbuje ośmieszyć śmierć, bezczelnie zajrzeć jej w oczy. A jednak na to słowo reaguje histerycznie. I pakuje ją albo w „Powrót żywych trupów”, albo w żenujące prowokacje halloweenowych smakołyków. Kultura śmierci nie mówi o śmierci, bo… panicznie się jej boi.

    Znam od podszewki środowisko nastolatków. Widzę, jak wielu z nich stara się „wywołać wilka z lasu”, spróbować poklepać śmierć po ramieniu, wyśmiać, wyszydzić, zamienić w memy. Bezskutecznie. W tym roku kilkanaście razy głosiłem słowo dla młodych i niemal po każdym spotkaniu zostawała choć jedna osoba, by opowiedzieć mi o próbach samobójczych i samookaleczeniach.

    Jej wysokość śmierć

    Chrześcijanie mają w sobie świętą bezczelność. Mówią głośno: śmierć została pokonana. Co wcale nie znaczy, że klepią ją po ramieniu i nie ocierają łez nad grobami bliskich. Gdzie tu Dobra Nowina? Jest nią przesłanie o Jezusie, który zburzył mur. Przeszedł ze śmierci do życia. Co więcej, podkreślił, że będzie to również naszym udziałem, bo jak pokornie zapowiadał, idzie „przygotować nam miejsce”. Bóg, który nakazuje Ezechielowi: „Prorokuj do suchych kości”, jest miłośnikiem życia.

    Wobec śmierci jesteśmy bezradni, nie ma co grać chojraka. Rozmawiałem na ten temat z siostrami klauzurowymi, które opowiadały o dziecięcej bezbronności wobec tego doświadczenia. W klasztorze w Świętej Annie, gdzie na ogromnym obrazie w tańcu śmierci wirują ludzie i szkielety, słyszałem od siostry Józefy, dominikanki, która wiele razy towarzyszyła odchodzącym mniszkom: „Wobec śmierci jesteśmy jak dzieci. Czułam się zawsze jak mały Dawid z procą przed potęgą Goliata. Bo umieranie to misterium. Jak narodziny. Kiedyś w umierającej siostrze, świętej siostrze, zobaczyłam małą dziewczynkę, która ma przeskoczyć kałużę, za którą stoi i wyciąga ręce stęskniony tata. A ona nad taflą wody waha się, boi się skoczyć. Trzeba stanąć przy niej, podać rękę i szepnąć: »Skacz! Nie bój się! Tata cię złapie!«. Podeszłam kiedyś do ciężko chorej siostry i spytałam: »Czemu jesteś taka smutna?«. »Bo czuję, że już blisko moja śmierć«. Zastanowiłam się i przyznałam: »Tak, to poważna sprawa«. I zaczęłam tworzyć opowieść: »Siostro, nie będziemy się bać. Na rękach, jak skarb zaniesiemy siostrę, aż do samych drzwi. A tam już wyciąga po siostrę dobre ręce sam Bóg, i Matka Boża, i siostry, i rodzina, i całe niebo świętych. Śmierć to takie drzwi, przez które idziemy w nowe życie«. Zobaczyłam, że ta mocno doświadczona życiem kobieta potrzebowała tej opowieści. Powiedziała mi to, co wcześniej chory tato: »Mów mi o Bogu i o mnie«”.

    To moja siostra

    „Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale nie ma paniki. Liczę na Boże miłosierdzie” – opowiadał nam kilka miesięcy temu pokorny brat Józef Bałaban, który w krakowskim klasztorze franciszkanów sadził rośliny zwane łzami Matki Boskiej, a później własnoręcznie wyrabiał z nich różańce. „Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty. Trzeba w życiu robić to, co mu dają do robienia. Nie narzekać i mieć dobrą intencję” – podsumował. Zmarł we wspomnienie św. Franciszka. Nie mógł sobie znaleźć lepszej daty na przejście. Nie można poklepać śmierci po ramieniu, ale można się z nią zaprzyjaźnić. „Pozdrowiona niech będzie siostra śmierć” – miał wołać św. Franciszek z Asyżu, pocieszając tym zasmuconych braci.

    Ksiądz Czesław Lewandowski, świadek ostatnich chwil brata Alberta Chmielowskiego, wspomniał: „Usiadł na tapczanie i z pogodnem obliczem i miłością patrzał na otaczające go dzieci duchowne, które wyrażały Swemu Ojcu swe uczucia, prosiły go pojedynczo to o modlitwę, to znowu o błogosławieństwo i inne usługi duchowne, a on mile spełniał ich życzenia i dawał ostatnie nauki. Scena ta zrobiła wielkie wrażenie na obecnych, rozległ się płacz i szlochanie. Nagle w jego oczach zabłysły dziwne jakieś ognie. Umierający starzec przemienia się jakoby w jakiegoś olbrzyma, a z ust jego, jak grom, zaczęły padać dziwnie mocne słowa, które do głębi duszami obecnych wstrząsnęły: »Co tu płakać? Z wolą Boską macie się zgadzać i za wszystko Bogu dziękować! Tak jest! Trzeba Bogu dziękować za chorobę i za śmierć, jak ją zsyła. Zmówić trzeba Magnificat!«. Ucichł płacz, a Brat Albert użył tytoniu, by pod dymem tej pospolitości ludzkiej ukryć zarazem, co heroicznego i nadzwyczajnego w nim zauważono”.

    „Święty Benedykt w czwartym punkcie swojej Reguły pisze, by »śmierć nadchodzącą mieć codziennie przed oczyma«. To zalecenie jest realizowane w naszym klasztorze bardzo dosłownie. Okna wielu cel wychodzą na mały cmentarz, niewidoczny dla obserwatorów z zewnątrz” – pisze trapista o. Michał Zioło w książce „Po co światu mnich?”. „Cmentarz jest wciąż taki sam, brat odstępuje mogiłę bratu, kości poprzednika składane są pod głową zmarłego i tak przez wieki. Nie ma tu marmurowych nagrobków, a jedynie małe tabliczki z imieniem. Jedna pod drugą, na pierwszy rzut oka przypominają wojskowe nieśmiertelniki. Rdza przechodzi z tabliczki na tabliczkę. Jak mawiał Rilke, »każdy ma własną śmierć«, choć oczywiście śmierć jako zjawisko jest dla każdego z nas zdziwieniem i przerażeniem, i tym wszystkim, o czym mówią filozofowie. Bracia jednak nie są filozofami… Gdy już wiadomo, że brat jest powołany lub zamierza odejść, to gromadzimy się wszyscy przy nim i odmawiamy Litanię do Wszystkich Świętych. Mnich jak każdy człowiek ma oczywiście takie pokusy, żeby sobie powiedzieć: »Jeszcze kawał życia przede mną, jeszcze zrobię to, tamto, zagłosuję, sprzeciwię się, zadecyduję, zapytam, dlaczego coś budują bez mojej zgody«, ale przychodzi moment, kiedy już wie, że to koniec. Nie, że koniec życia, ale że ma się zacząć coś nowego”.

    Nie ma paniki

    „Kiedy umrę, moje ciało najpierw będzie wystawione w kościele, potem przewiozą mnie na cmentarz, a jeśli jestem w zaawansowanym wieku, to wiem nawet, którzy bracia będą mnie nieśli” – wyjaśnia o. Michał. „Bez trumny, bez butów. Stopy jedynie w czarnych skarpetkach. Trumna w jakimś sensie zamyka człowieka, osłania go, oddziela, a mnisi traktują ciało jako ziarno, które wpadłszy w ziemię, ma obumrzeć i zakwitnąć nowym życiem. Poza tym mnich jest ubogi aż do końca, więc nie może pozwolić sobie na luksus, jakim jest trumna. Czy mnich boi się śmierci? Nie! Boi się, że nie podoła śmierci, że będzie panikował i okaże się człowiekiem małej wiary. A Pan Jezus przecież mówi: »Znacie drogę, teraz idźcie za Mną«. Mnichów śmierć raczej fascynuje, bo oni nie myślą o samym momencie przejścia, tylko o tym, co będzie, kiedy już zrobią ten jeden krok. Klasztorne okna częściowo wychodzą na cmentarz i to jest bardzo dobra perspektywa dla mnicha: patrzeć tam, gdzie się zacznie życie. Dlatego bracia ze spokojem czekają na śmierć”. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W nocy z soboty na niedzielę 26/27 października będzie zmiana czasu z letniego na zimowy (z godz. 03.00 na godz. 02.00).

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach z widokiem na słoneczny zegar na ścianie parafialnego kościoła, kościoła mojego chrztu świętego, jak sam wspominał: “Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 czerwca 1920 roku. Chrzcielnicę tę już raz uroczyście ucałowałem w roku tysiąclecia chrztu Polski jako ówczesny arcybiskup krakowski. Potem uczyniłem to po raz drugi (…), na 50. rocznicę mojego chrztu, jako kardynał, a dzisiaj po raz trzeci ucałowałem tę chrzcielnicę, przybywając z Rzymu jako następca św. Piotra” (Wadowice, 7 czerwca 1979). “To tu, w Wadowicach, wszystko się zaczęło. I życie się zaczęło, i szkoła się zaczęła, i studia się zaczęły, i teatr się zaczął, i kapłaństwo się zaczęło(Wadowice, 16 czerwca 1999).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. PCh24.pl

    ***

    „To są moi bracia i to są moje siostry”

    Te słowa wypowiedział podniesionym głosem św. Jan Paweł II w obronie nienarodzonych dzieci w trakcie IV pielgrzymki do Ojczyzny na podkieleckim lotnisku 2 czerwca 1991 roku. Podczas swojej homilii bardzo mocno, momentami niezwykle emocjonalnie stawał w obronie najbardziej bezbronnych istot ludzkich zagrożonych aborcyjnym prawem, obowiązującym wówczas w naszej Ojczyźnie. Niespełna 20 miesięcy po wizycie św. Jana Pawła II w Polsce zmieniono obowiązujące dotąd skrajnie proaborcyjne komunistyczne prawo zastępując je tzw. „kompromisem” aborcyjnym.

    Trzeba również przypomnieć mocne słowa, które św. Jan Paweł II powiedział w Kaliszu, 4 czerwca 1997 r. w homilii na Placu św. Józefa, w której uczestniczyło około 200 kardynałów, biskupów i kapłanów, i około 200 tys. wiernych:

    “Naród, który zabija swoje dzieci, jest narodem bez przyszłości”.

    Ojciec św. mówił wtedy o rodzinie, obronie życia oraz zagrożeniach stojących przed ludzkością.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Glasgow 24 października w czwartkowy wieczór odbędzie się procesja z pochodniami, aby przypomnieć i obudzić sumienia z powodu haniebnej ustawy uchwalonej 57 lat temu o zabijaniu najbardziej bezbronnych dzieci w miejscu, które powinno być najbardziej bezpieczne – w łonie matki.

    ***

    Dołączmy się do Society for the Protection of Unborn Children w Glasgow w czwartek 24 października na doroczny pochód z pochodniami, aby błagać Boga o zmiłowanie i nawrócenie ludzkich sumień w 57. rocznicę uchwalenia ustawy o aborcji z 1967 r., która doprowadziła do utraty ponad 10 milionów istnień ludzkich w Wielkiej Brytanii. Jest to bardzo ważne wydarzenie, podczas którego będziemy modlić się o zakończenie aborcji.

    __________________________________

    Czwartek 24 października – Glasgow

    18:30 – Różaniec na George Square

    19:00 – Rozpoczęcie procesji do Katedry św. Andrzeja

    19:30 – Msza Święta w Katedrze św. Andrzeja

    __________________________________________

    image.png

    ***

    Bardzo zachęcam do włączenia się w tę doroczną procesję z pochodniami, aby modlić się razem na różańcu i uczestniczyć we Mszy św. w intencji nienarodzonych dzieci organizowanej przez SPUC.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Belgia: premier potępia słowa papieża

    EPA/ETTORE FERRARI

    ***

    Wizyta Ojca Świętego i jego słowa potępiające aborcję wzbudzały surowe potępienie belgijskiego świata polityki. W czwartek, 3 października w parlamencie w Brukseli premier Alexander De Croo określił komentarze papieża Franciszka na temat aborcji jako „niedopuszczalne” i ogłosił, że zaprosił nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Franco Coppolę, na spotkanie.

    W czwartkowe popołudnie w parlamencie, podczas tradycyjnej sesji pytań do rządu, kilka posłanek powróciło do wypowiedzi Franciszka wygłoszonych na belgijskiej ziemi i w samolocie, w drodze powrotnej do Rzymu. Przy tej okazji parlamentarzyści zapytali premiera Alexandra De Croo o odpowiedzialność rządu za te „problematyczne” wypowiedzi papieża. Z silną dezaprobatą ze strony parlamentarzystów i szefa władzy wykonawczej spotkała się również zaimprowizowana modlitwa Ojca Świętego przy grobie króla Baudouina w krypcie królewskiej.

    Jako pierwsza na podium stanęła Sarah Schlitz, posłanka Ecolo. Zaczęła od potępienia „podwójnej agendy” papieża podczas tej wizyty, a także jego wypowiedzi na temat kobiet i aborcji. Skupiła się w szczególności na dokonanym przez papieża porównaniu lekarzy aborcyjnych do zabójców na zlecenie, co  było „całkowicie niestosowną prowokacją w Międzynarodowym Dniu Praw Aborcyjnych”.

    Oskarżając papieża o „podwójną agendę”, Sarah Schlitz skrytykowała go za celowe poruszenie tego tematu w Belgii w czasie, gdy trwa dyskusja na temat przedłużenia ustawowego terminu dopuszczalności aborcji do 18 tygodnia ciąży: „Zdecydował się ingerować w krajową debatę, która jest intensywnie dyskutowana w parlamencie federalnym. To całkowicie niedopuszczalne!”. Wreszcie, liderka grupy ekologiczno-zielonej w Izbie potępiła przemówienie Papieża na Katolickim Uniwersytecie w Louvain.

    Katja Gabriëls, posłanka Open Vld, również zabrała głos, aby wyrazić swoje oburzenie, potępiając to, co uznała za brak szacunku papieża dla demokracji, zawodu lekarza i „wolności kobiet do dokonywania własnych wyborów”. Liberałka Charlotte Deborsu (MR), najmłodsza członkini zgromadzenia, zgodziła się: „Z pewnością nie miałabym prawa do aborcji, gdyby papież był naszym premierem, ale na szczęście tak nie jest”. Następnie poprosiła Alexandra De Croo, aby ją uspokoił: „Czy może mi Pan potwierdzić, że rozdział między państwem a Kościołem pozostaje fundamentalny, niezależnie od religii?”.

    Najbardziej zjadliwe słowa padły z ust posłanki socjalistycznej Caroline Désir: „Panie premierze, przyjął pan przywódcę religijnego, który wykorzystał swoją wizytę do wylania swoich najbardziej wstecznych i patriarchalnych poglądów na temat kobiet”. Była minister edukacji zakończyła swoje przemówienie pytając rząd: „Czy poprosiliście swojego ministra spraw zagranicznych o wezwanie nuncjusza apostolskiego do potępienia uwag wygłoszonych przez głowę Kościoła?”.

    Następnie głos zabrał premier, który od samego początku zapewniał, że w programie „nie przewidziano wizyty w krypcie w Laeken – To sam papież nalegał na tę wizytę w ostatniej chwili, aby mógł oddać cześć przy grobie króla Baudouina. Później zostałem poinformowany, że ta wizyta miała miejsce”. Wizyta, ta według Alexandra De Croo miała być  „czysto prywatna”; „ale odnotowuję fakt, że po tej wizycie pojawiły się jednak oficjalne komunikaty z Watykanu. Była to zatem wizyta wyraźnie mniej prywatna niż oczekiwano…”.

     „Papież wygłosił pewne stwierdzenia, które są nie do przyjęcia” – ubolewał premier. „Czasy, kiedy Kościół dyktował prawo w naszym kraju, na szczęście już dawno minęły” – dodał. Zapowiedział, iż „zaprosił nuncjusza apostolskiego na spotkanie”. Alexander De Croo zapewnił, że jego przesłanie do arcybiskupa Franco Coppoli będzie bardzo jasne: „To, co się stało, jest nie do przyjęcia”.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie ma przesady w słowach papieża.

    O co to larum?

    fot. Casa Rosada,Wikipedia / Łukasz Rajchert

    ***

    Co papież Argentyńczyk chce powiedzieć w sercu Europy przez słowa “Kobieta jest płodnym przyjęciem, troską, życiodajnym poświęceniem”?

    Pod koniec września bieżącego roku papież Franciszek udał się z krótką wizytą do Luksemburga i Belgii. Media obiegły ostre słowa premiera Alexandra de Croo i króla Filipa I piętnujące zbrodnie seksualne w kościele belgijskim i opieszałą reakcję kościelnych instytucji na płacz skrzywdzonych. Papież w odpowiedzi zmienił treść swojego wystąpienia i po raz kolejny wyraził głęboki żal z powodu cierpienia niewinnych. Następnego dnia pojawił się niespodziewanie na wydarzeniu pod nazwą Hope Happening, gdzie spotkał się ze studentami Uniwersytetu Katolickiego w Louvain-la-Neuve. 

    Wcześniej tego dnia wysłuchał wystąpienia rektora Luc Sels (Katholieke Universiteit Leuven), który zapytał, czy Kościół, w którym kobiety mogą zostać księżmi, nie byłby bardziej przyjazny. Wspomniane spotkanie z młodzieżą rozpoczęło się również od gorącego apelu uczestników dotyczącego kapłaństwa kobiet. 

    Larum!!! Bo dyskryminacja…

    I wtedy przemówił papież. I podniosło się larum, bo okazało się, że póki mówił o nadziei jako odpowiedzialności ludzi wiary i programie ekologicznym Kościoła, można było go słuchać, ale kiedy w centrum swojego rozważania umieścił kobietę i wskazał na jej macierzyńską rolę w świecie, dostał przydomek konserwatysty

    W nocie prasowej władz uniwersytetu, opublikowanej tuż po przemówieniu, pojawiły się też słowa o stanowczym przeciwstawianiu się seksizmowi i seksualnej przemocy oraz zaapelowano do Kościoła o niedyskryminowanie kobiet. Tyle o larum. A teraz do faktów.

    Co tak naprawdę powiedział papież?

    Przytoczę trzy akapity przemówienia w całości, bez żadnych skrótów

    • Myślenie o ludzkiej ekologii prowadzi nas do poruszenia kwestii, która leży wam na sercu, a tym bardziej mnie i moim poprzednikom: roli kobiet w Kościele. Podoba mi się to, co powiedziałaś. Ciężarem są tutaj przemoc i niesprawiedliwość, a także uprzedzenia ideologiczne. Dlatego musimy na nowo odkryć punkt wyjścia: kim jest kobieta i kim jest Kościół. Kościół jest kobietą, [w języku włoskim „Kościół’ jest rodzaju żeńskiego] – „la Chiesa”, jest oblubienicą. Kościół jest Ludem Bożym, a nie koncernem międzynarodowym. Kobieta w Ludzie Bożym jest córką, siostrą, matką. Tak jak ja jestem synem, bratem, ojcem. Są to relacje, wyrażające nasze bycie na obraz Boga, mężczyzną i kobietą, razem, a nie osobno! Kobiety i mężczyźni są bowiem osobami, a nie jednostkami; są powołani od „początku”, aby kochać i być kochanymi. Jest to powołanie, które jest misją. I stąd wynika ich rola w społeczeństwie i Kościele (por. św. Jan Paweł II, List apost. Mulieris Dignitatem, 1).
    • To, co jest charakterystyczne dla kobiet, to, co jest kobiece, nie jest sankcjonowane przez konsensus czy ideologie. A godność jest zapewniona przez pierwotne prawo, niezapisane na papierze, lecz wypisane w ciele. Godność jest bezcennym dobrem, cechą oryginalną, której żadne ludzkie prawo nie może dać ani odebrać. Wychodząc z tej godności, wspólnej i dzielonej z innymi, kultura chrześcijańska wypracowuje zawsze na nowo, w różnych kontekstach, misję i życie mężczyzny i kobiety, oraz ich wzajemne bycie dla drugiego, w komunii. Nie jedno przeciw drugiemu, co byłoby feminizmem lub maskulinizmem, i nie w przeciwstawnych roszczeniach, mężczyzna dla kobiety i kobieta dla mężczyzny, razem.
    • Przypomnijmy, że kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia. To wraz z „tak” Maryi sam Bóg przychodzi na świat. Kobieta jest płodnym przyjęciem, troską, życiodajnym poświęceniem. Dlatego kobieta jest ważniejsza od mężczyzny, ale jest źle, gdy kobieta chce być mężczyzną: nie, ona jest kobietą, i jest to „ciężkie”, jest to ważne. Otwórzmy oczy na wiele codziennych przykładów miłości, od przyjaźni do pracy, od studiów do odpowiedzialności społecznej i kościelnej, od małżeństwa do macierzyństwa, do dziewictwa dla Królestwa Bożego i dla służby.Nie zapominajmy, powtarzam: Kościół jest kobietą, nie jest mężczyzną, jest kobietą.

    „Kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia”

    Być może powinnam w tym momencie wrócić do rozważań antropologicznych Jana Pawła II i do wizji komplementarności płci, podkreślanej przez Benedykta XVI. Zamiast tego chciałabym jednak zaprosić Czytelników do zupełnie innego eksperymentu myślowego. Do posłuchania tego papieża. Danego nam w konkretnym momencie historii. 

    Kiedy z jednej strony ze wstydu chowamy twarze, upokorzeni kłamstwem i niewyobrażalną krzywdą niewinnych, a z drugiej jesteśmy stale konfrontowani z ideologią podważającą biologiczne różnice płciowe, papież Franciszek podobnie jak Jan Paweł II, odsyła nas do początku, ale nie Księgi Rodzaju, tylko Ewangelii. Jedno zdanie z tego fragmentu wypowiedzi wydaje mi się być szczególnie ważne: „kobieta znajduje się w sercu zbawczego wydarzenia”. 

    Gdy na Ziemię przychodzi Bóg, milkną męskie głosy. Ton zbawieniu nadają kobiety. Czy nam się to podoba czy nie, początek Ewangelii, początek historii odkupienia dzieje się w kobiecie i poprzez kobiety. I nie ma tu przesady. Milczący Józef i milczący Zachariasz, a obok mówiąca Miriam i mówiąca Elżbieta. Co chce powiedzieć nam papież? Że Kościół ma słuchać kobiet? Że instytucja ma szansę się zmienić, kiedy zamilkną mężczyźni? Niekoniecznie. Papież pokazuje kobietom i całemu Kościołowi coś innego – nie system się liczy, ale jednostkowa odpowiedź dana Zbawicielowi i, że od samego początku w tej odpowiedzi lepsze były kobiety. 

    Papież wygłosił to przemówienie w przededniu beatyfikacji Anny od Jezusa OCD. W niedzielę wyniósł na ołtarze karmelitankę, która w ślad za swoją przyjaciółką Teresą Wielką, zmieniła system karmelitańskich klasztorów i to w dużo bardziej zmaskulinizowanym świecie. Czym zmieniła? Bezkompromisowym opowiedzeniem się za prawdą i pójściem za nią do końca. I to jest droga ratunku, jaką wskazuje papież. Nadeszły czasy, w których – jak przewidział Karl Rahner SJ „pobożny człowiek jutra będzie mistykiem, kimś, kto czegoś doświadczył, albo go już nie będzie”. Bezkompromisowość, całkowite zawierzenie Słowu i DOŚWIADCZENIE Boga czynią ze mnie – kobiety wzór do naśladowania dla wierzących.

    „Płodne przyjęcie, troska i życiodajne poświęcenie”

    Na koniec jeszcze krótko o najbardziej krytykowanym fragmencie przemówienia papieża – o tym, że zostałyśmy jako kobiety określone jako „płodne przyjęcie, troska i życiodajne poświęcenie”. Przypomnę, że jest to część wypowiedzi Franciszka o kobiecości, którą uznaje za nadrzędną w historii zbawienia. Słowa te niosą w sobie ogromny ciężar znaczeniowy. Ale nie dlatego, że mają – jak chce uniwersytet w Louvain-la-Neuve seksistowski i poniżający charakter, ale dlatego, że wskazują drogę ratunku dla współczesnego świata i Kościoła. 

    Dlaczego papież uwypukla akurat płodność, a nie mądrość, intuicję, czy wykształcenie kobiety? 

    Może chodzi o płodność jako “niesienie owoców”, zapisane w ewangeliach zadanie “przynoszenia plonu obfitego”, “mnożenia talentów”. A może chodzi o fakt…

    Może chodzi o fakt, że choć mężczyzna uczestniczy przy poczęciu nowego życia, jego ostateczny kształt nadaje kobieta? Kobieta w swoim ciele stwarza, karmi i chroni życie, a po porodzie nadaje mu kształt psychiczny. I w tym wszystkim jest w sposób absolutnie unikatowy podobna do Boga – Stwórcy. Tylko kobieta dzieli doświadczenie Boga w tym aspekcie. Tylko jej powierzono tak głębokie spotkanie z tajemnicą stworzenia człowieka. Płodność, troska i poświęcenie stanowią bramę do poznania i doświadczenia istotowości Boga i to właśnie w tym najgłębszym, ekskluzywnie kobiecym poznaniu Odwiecznej Miłości papież upatruje ratunek dla człowieka i Kościoła. Z jakiegoś powodu całe to doświadczenie zostało zakryte przed mężczyzną… 

    Nie sądzę ponadto, żeby Franciszek miał tu na myśli tylko macierzyństwo fizyczne. Śmiem twierdzić, że odwołuje się do obecnej w historii Kościoła myśli o macierzyństwie duchowym, o płodności serca, które potrafi przyjąć człowieka i w trosce i poświęceniu stworzyć go na nowo. W sercu Europy, papież Argentyńczyk mówi nam, że odpowiedź na noc Kościoła, zamęt ideologiczny i katastrofę ekologiczną znajdziemy naśladując serce kobiety, które potrafiło dzięki tajemnicy płodności zrozumieć zamysł Boga – przyjąć Zbawiciela, przejść z Nim drogę krzyża i uwierzyć w Zmartwychwstanie. Nie ma przesady w słowach papieża – Kościół jest kobietą.

    Anna Hazuka/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jakub Bałtroszewicz:

    Zasad moralnych nie stanowi większość

    – Naszym obowiązkiem jako Polaków jest być duszą Europy i z uporem powtarzać, że aborcja nie jest prawem człowieka, lecz zabiciem człowieka – mówi Jakub Bałtroszewicz, prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia.

    Jakub Bałtroszewicz (ur. 1981) – prezes Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia i Rodziny. Fundator i prezes Zarządu Fundacji JEDEN Z NAS. Posiada status lobbysty w instytucjach unijnych, gdzie współpracuje z politykami podzielającymi chrześcijański system wartości. Wykładał dydaktykę bioetyki na UPJPII.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Franciszek Kucharczak: Polskie ustawodawstwo obecnie dobrze chroni życie. Formalnie. Bo ogłoszone niedawno wytyczne rządu w praktyce mogą spowodować legalizację aborcji bez ograniczeń. Czy podziela Pan taką tezę?

    Jakub Bałtroszewicz: To jest kuriozalna sytuacja, w której wytyczne, które nie są ani prawem, ani ustawą, ani rozporządzeniem, de facto bardzo związują ręce lekarzom. My, jako Polska Federacja Ruchów Obrony Życia (PFROŻ), próbowaliśmy te wytyczne zaskarżyć, ale nie ma podstawy, bo to nie jest prawo. A jednocześnie słyszymy, jak minister zdrowia Izabela Leszczyna mówi, że na przykład jeżeli jakiś lekarz na podstawie przesłanki zdrowia psychicznego – która też jest kuriozalna – zdecyduje, że jest możliwość dokonania aborcji, to nawet szpital nie może poprosić o opinię drugiego lekarza, nie może zwołać konsylium, bo to byłoby ograniczeniem świadczenia, które jest w koszyku świadczeń gwarantowanych. Zatem za coś takiego groziłaby szpitalowi utrata kontraktu z NFZ. To pewien rodzaj szantażu finansowego, w którym lekarze mają związane ręce i teraz jeden lekarz decyduje o tym, czy temu człowiekowi odebrać życie, czy nie.

    Dlaczego przesłanka zdrowia psychicznego jest kuriozalna?

    Wiemy, że kobieta w ciąży doświadcza dużych zmian hormonalnych, a to wiąże się z różnymi emocjami. Tymczasem już na podstawie takich naturalnych u kobiety doświadczeń psychiatra będzie mógł stwierdzić prawo do aborcji, i to właściwie nieograniczone, bo tam nie mówi się o aborcji do 12. tygodnia. Jest więc ryzyko, że może to być aborcja aż do dziewiątego miesiąca ciąży. To są rzeczy w państwie prawa niesprawiedliwe, niedopuszczalne i w naszej ocenie bezprawne. Przypominam, że ich autorami są ci, którzy jeszcze kilka miesięcy temu nosili koszulki z napisem „Konstytucja”. Dzisiaj się nią za bardzo nie przejmują i próbują narzucić w Polsce aborcję w sposób pozaprawny.

    Mamy w tej chwili „demokrację walczącą” – termin wymyślony przez premiera Tuska.

    Można powiedzieć, że ministerstwo swoimi wytycznymi spróbowało przekreślić ponad 30-letnią ustawę, która chroniła życie najmłodszych Polaków, i robi to w sposób niedemokratyczny, lekceważąc trójpodział władzy. Nie nazwałbym tego demokracją walczącą, tylko pozaprawnym, niedemokratycznym działaniem ministerstwa, którego nie da się w sądzie podważyć, bo nie jest prawem.

    Uniewinnianie aktywistów tzw. strajku kobiet, którzy zakłócali Msze, pokazuje, że aborcja jest świętością nie tylko dla obecnej władzy wykonawczej, ale też dla sądowniczej. Czy w tej sytuacji obrona życia ma jakieś szanse?

    W Belgii po wizycie Ojca Świętego Franciszka premier wezwał na rozmowę nuncjusza, bo papież nazwał aborcję złem, a premier twierdzi, że to jest niedopuszczalne. Taką narrację chce się nam narzucić, ale obrona życia jest zawsze celowa. Owszem, presja jest olbrzymia, przeciwnik, cywilizacja śmierci, jest bardzo groźny, a sądy są czasem po innej stronie. Ja dzisiaj odebrałem pismo z prokuratury z odpowiedzią na zgłoszenie przez PFROŻ o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez panią Minister do spraw Równości, która na portalu X publikowała linki do informacji, w jaki sposób bezpiecznie usunąć ciążę. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania w tej sprawie, twierdząc, że nie dostrzega żadnego czynu zabronionego. My się z tym oczywiście nie zgadzamy. Być może zwolennicy aborcji mają polityczną przewagę, ale to nie znaczy, że nasza praca nie ma sensu. Jest konieczna. Dzięki temu, co robimy, uświadamiamy ludzi, edukujemy, wchodzimy do szkół, budujemy domy samotnych matek, rozdajemy tysiące pieluch i tak dalej. Jeżeli dzięki tym działaniom chociaż jedno życie zostanie ocalone, to znaczy, że nasza praca ma sens: ocaliliśmy jednego człowieka, czyli cały wszechświat.

    Skąd jednak to parcie na aborcję? Czy rzeczywiście społeczeństwo polskie uważa aborcję za rzecz priorytetową? Tak by wynikało z działań rządu…

    W naszej ocenie nie. To jest mit. Większość społeczeństwa – co wynika z badań opinii publicznej – nie popiera aborcji, więc nie traktuje jej jako sprawę priorytetową. Mit ten jest tworzony w bardzo wąskiej grupie, świetnie finansowanej. Przypominam, że różnica między budżetami Planned Parenthood, największej organizacji amerykańskiej popierającej aborcję, a naszej Federacji One of Us (obie działają przy Parlamencie Europejskim) to dziesiątki milionów euro. My nawet nie marzymy o takim budżecie. Nasz budżet to promile tego, co rocznie wydaje Planned Parenthood, lobbując w Parlamencie Europejskim. Mówimy więc o potężnym lobby i ogromnych pieniądzach. To wyraz mentalności antypopulacyjnej, bardzo mocnej, która głosi, że ludzi jest za dużo, że nie powinno się mieć dzieci, że człowiek bez dziecka jest lepszym konsumentem, ma więcej pieniędzy na to, żeby wydawać na różne fajne rzeczy. Mówi się też o beztroskiej dorosłości, kiedy nie mając dziecka, nie masz obowiązków. Widzimy tę tendencję szczególnie w krajach zachodnich. Kryzys demograficzny narasta, a jednocześnie coraz bardziej forsuje się aborcję.

    Kryzys, ale tylko wśród rdzennych Europejczyków.

    Myślę, że społeczeństwa Zachodu powinny się obudzić. Społeczeństwo Niemiec, które się starzeje, wybrało aborcję i nie rodzi dzieci. Widzimy te trendy w różnych krajach zachodnich. Mamy nadzieję, że ta mentalność nie przedostanie się do Polski. Robimy wszystko, by ludzie wybierali życie.

    A może chodzi u nas o dorównanie standardom zachodnim? Wpisanie aborcji do francuskiej konstytucji czy okoliczności wizyty papieża w Belgii pokazują, jak wygląda tam poszanowanie życia najmłodszych. Pesymiści wieszczą, że Belgia to Polska za kilka lub kilkanaście lat.

    Pracując w Parlamencie Europejskim, bardzo dużo słyszę o tak zwanych wartościach europejskich. Na przykład warunkiem otwarcia rynków krajom, które nie są w UE, jest przestrzeganie przez nie wartości europejskich. Dla większości eurodeputowanych tą wartością jest tzw. prawo do aborcji. Przypominam sobie taką scenę sprzed dziesięciu lat, kiedy mieliśmy wysłuchanie w PE jako Inicjatywa Jeden z Nas, gdy chcieliśmy zablokować finansowanie aborcji przez UE w krajach Trzeciego Świata. Wtedy podszedł do mnie starszy europoseł z Francji i bez żadnej agresji powiedział: „Synku, ty jesteś młody, ale ta dyskusja się skończyła w latach siedemdziesiątych, o tym już nie ma co rozmawiać, to jest prawo człowieka i wy nie możecie go podważać”. Generalnie mentalność Europy jest już tak zmieniona, że niektórzy po prostu uważają, że ta dyskusja jest zakończona. Naszym obowiązkiem jako Polaków jest być duszą Europy i z uporem powtarzać, że aborcja nie jest prawem człowieka, lecz zabiciem człowieka. Te zasady moralne obowiązują niezależnie od tego, jak wielu ludzi będzie próbowało je zakrzyczeć. Większość nie stanowi zasad moralnych.

    Myśli Pan, że w kwestii aborcji możemy pozostać tą duszą Europy?

    Pracując w Federacji One of Us, mam stały roboczy kontakt z ludźmi z większości krajów Europy. Widzę na przykład, że jeżeli cokolwiek się w Europie dzieje, to oni patrzą na Polskę. Żadna poważna inicjatywa pro-life w Europie nie odbywa się bez udziału i wsparcia Polski. Rozmawiałem ostatnio z przyjaciółką ze Szwecji, która mówi: „Ja wiem, że my tę walkę w Szwecji przegraliśmy, ale dalej coś robimy. Nie tracimy nadziei, bo patrzymy na was”. To jest bardzo budujące, często czuję się bardzo skrępowany, że dają nam taki kredyt zaufania czy wiary w nasze możliwości, ale to też dodaje skrzydeł i pomaga nie poddawać się, nawet jeżeli widzi się, jak przytłaczająca większość polityków, jak przytłaczające ilości pieniądzy są pompowane w to, by ludzi przekonać do tego, że aborcja jest okej.

    Ale oni są świadomi tego, co się w tej chwili tutaj dzieje pod tym względem?

    Tak, my ich cały czas informujemy. Oni otaczają nas modlitwą. Wiele ludzi modli się tutaj, by Polski jednak nie dało się złamać.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rano, wieczór, we dnie, w nocy…

    Aniołowie to prawdziwa rzeczywistość

    „Ukryj się za twoim dobrym aniołem, gdy nie jesteś w stanie się modlić” – podpowiadał św. Jan Maria Vianney.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Są bliżej niż myślisz. Strzegą każdego twojego kroku. Choć są potężni, największą przyjemność sprawia im służenie ludziom.

    Na półkach sklepów z dewocjonaliami zalegają małe figurki, które przedstawiają pulchniutkie aniołki z mikroskopijnymi skrzydełkami. Podobne rzeźby uśmiechają się rubasznie w większości barokowych kościołów. Tymczasem te popularne wizerunki nie mają nic wspólnego z biblijnymi obrazami aniołów.

    Często pierwszymi słowami, które aniołowie kierują do ludzi, jest prośba: „Nie bójcie się!”. Są odbiciem potęgi Najwyższego i choć dysponują niewyobrażalną mocą, nie przypisują sobie chwały.

    Współczesny świat włożył aniołów między bajki. Występują z rusałkami, gnomami, trollami i skrzatami. A przecież to prawdziwa rzeczywistość, o której mowa jest we wszystkich najważniejszych religiach monoteistycznych. Wszystko, co można o nich powiedzieć, wynika z Biblii i świadectw świętych. „Gdziekolwiek jesteś, w najskrytszym nawet kąciku, szanuj swego anioła. Pod opieką takich obrońców, czegóż mielibyśmy się obawiać?” – podpowiadał św. Bernard z Clairvaux.

    Słowo „anioł” wywodzi się z greckiego angelos – posłaniec, emisariusz. Aniołowie występują już na pierwszych stronach Biblii: strzegą raju, chronią Lota, ratują Hagar i jej dziecko, nawiedzają wątpiącego Abrama, towarzyszą prorokom, a śpiący Jakub widzi ich wchodzących i schodzących po drabinie łączącej niebo z ziemią. Wedle Księgi Wyjścia naród izraelski miał również swego anioła, w Księdze Daniela nazwanego „obrońcą ludu”. W Księdze Powtórzonego Prawa czytamy: „Kiedy Najwyższy rozgraniczał narody i rozpraszał synów Adama, wtedy ludom wyznaczył granice wedle liczby aniołów Bożych” (32,8).

    W Nowym Testamencie aniołowie zwiastują nowinę o narodzinach Mesjasza, usługują Mu na pustyni, pocieszają przerażonego Jezusa w Ogrójcu i oznajmiają Jego zmartwychwstanie. W Katechizmie Kościoła Katolickiego (336) czytamy, że: „życie ludzkie od dzieciństwa aż do zgonu jest otoczone opieką i wstawiennictwem aniołów: każdy wierny ma u swego boku anioła jako opiekuna i stróża, by prowadził go do życia”.

    W historii Kościoła znaleźć można ludzi, którzy widzieli swojego anioła stróża. Ojciec Pio często posyłał go z różnymi wiadomościami, a święta Gemma Galgani rozmawiała z nim jak ze starszym bratem. Miała temperament: czasem słyszano, jak spierała się z aniołem tak, że nawet jej duchowy opiekun, o. Germano, przypominał jej, iż rozmawia z błogosławionym duchem, któremu winna jest szacunek.

    O. Pio często posyłał ich z różnymi wiadomościami. „Módlcie się do Aniołów Stróżów – zachęcał stygmatyk – i przysyłajcie mi ich zawsze, kiedy czegoś ode mnie potrzebujecie. Anioł Stróż jest szybszy od samolotu, nie zdziera butów i nie potrzebuje biletu na pociąg (…) On przekaże mi wiadomości, a ja będę wam towarzyszył, o ile sił mi starczy”.

    „Swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień”, czytamy w Psalmie 91.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przez Halloween do opętania? – sprawdź, co mówi egzorcysta

    O drodze od zabawy w Halloween do opętania mówi w rozmowie z KAI ks. Andrzej Grefkowicz, egzorcysta archidiecezji warszawskiej. – Uzależnienie od złego ducha zaczyna się od zainteresowania okultyzmem. Najłatwiej i najchętniej takie treści przejmują dzieci, bo są one dla nich atrakcyjne – stwierdza duchowny, odnosząc się do obchodzonego coraz częściej w Polsce zwyczaju przebierania się w stroje demonów, upiorów i czarownic.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    PAULINA GODLEWSKA: – W krajach zachodnich świętowany jest w tym okresie Halloween. W Polsce dla dzieci również organizowane są bale przebierańców, podczas których wcielają się one w postaci m.in. duchów, diabłów i czarownic. Dlaczego takie praktyki są dla nich niebezpieczne?

    KS. ANDRZEJ GREFKOWICZ: – Niebezpieczne są po pierwsze dlatego, że są kontynuacją praktyk pogańskich, czyli są powrotem do pogaństwa. Jeśli mówimy o powrocie do pogaństwa, to wracamy też do więzi duchowych, które nie są więziami z Bogiem. Poprzez praktyki pogańskie odstępujemy od chrześcijaństwa i tym samym uzależniamy się od złego ducha. Po drugie, praktyki Celtów przejęli sataniści i to oni celebrują noc z 31 października na 1 listopada. Przejęte od Celtów święto obchodzą z różnego rodzaju orgiami na cmentarzach czy ofiarami składanymi na grobach. Podejmując praktyki zabaw halloweenowych, wpisujemy się w szerszy zakres tego rodzaju aktywności. Możemy być też zasłoną dla celebracji satanistów, bo jeżeli wszyscy tak “świętują”, to ich praktyki są trochę ukryte. Obchodząc Halloween, zaczynamy powoli wsiąkać w praktyki satanistyczne. Zanim człowiek się zorientuje, może już mocno ugrzęznąć w takiej zależności.

    – Dla dzieci przebieranie się na Halloween nie jest zwykłą zabawą?

    – Najłatwiej jest takie treści przejmować poprzez dzieci, one są najmniej krytyczne, najbardziej chłoną tego rodzaju praktyki, bo są one dla nich atrakcyjne. Dzieci się najprędzej uzależniają i nie orientują się, co tak naprawdę się dzieje. Ostrzegamy też nie tylko przed Halloween, ale też np. przed Harrym Potterem czy tego rodzaju bohaterami i magią. Dziecko bardzo szybko chłonie tych bohaterów, którzy czynią nadzwyczajne rzeczy, a potem chce robić to samo i dość szybko wchodzi w niepożądaną więź ze złym duchem. Dzieciom najłatwiej stracić granicę między tym, co jest zabawą, a tym, co już nie jest zabawą, tylko praktyką o charakterze duchowym.

    – Czy po imprezach, które odbywają się w okolicach 31 października, zauważył ksiądz szczególny wzrost liczby osób, które są opętane?

    – Trzeba zaznaczyć, że są różne formy zależności od złego ducha. Opętanie to szczyt, skrajne formy uzależnienia. Są też formy mniej zauważalne, niepozorne, np. nocne lęki, sny. Często mogą być one tłumaczone naturalnie i być reakcją na to, co ktoś oglądał czy wcześniej usłyszał. Ale mogą to nie być zwykłe epizody, które pochodzą z naturalnych konsekwencji wcześniejszych wydarzeń. Mogą to być już pierwsze formy dręczenia przez złego ducha. Wtedy do opętania jeszcze daleko, ale istnieje już zależność. Ci, wobec których podejmujemy egzorcyzmy, takich dni jak 31 październik boją się najbardziej. W tym dniu najboleśniej, najbardziej wracają różnego rodzaju dręczenia. Dotyczy to zarówno opętanych, jak i podążających już drogą ku uwolnieniu. To nie jest tak, że dzisiaj ktoś jest na zabawie halloweenowej, a jutro przychodzi do egzorcysty. Ta droga trwa nawet kilka lat i jest drogą stopniowego uzależnienia. Jest to szczególnie niebezpieczne, bo niezauważalne po pierwszym dniu, czy po pierwszej imprezie.

    – Jakie są pierwsze formy dręczenia przez złego ducha?

    – Trudno mówić o tym, jakie mogą być to formy. Czasami są to niepokoje nocne, będące po części jawą, a po części snem. Mogą to być również mocniejsze doświadczenia, np. ściąganie kołdry, kładzenie się “kogoś” na łóżku, czyjś oddech, wyczuwalna obecność. Na pewno pierwszym symptomem uzależnienia jest coraz większe zainteresowanie okultyzmem. Taki człowiek widzi też wiele propozycji, np. jogę czy sztuki walki, które są proponowane przez rzeczywistość złą duchowo.

    – Jakie zatem praktyki spotykane w życiu codziennym i uważane za “normalne”, mogą być niebezpieczne?

    – Takich praktyk jest cała seria, to temat na dłuższy wykład. To są nawet dynie, które stawiamy przed domami z myślą, że “może będzie mnie chronić”. Takie praktyki można wymieniać, zaczynając od różnych form spirytyzmu, poprzez całą gamę różnego rodzaju wróżb, astrologii i jasnowidztwa. Można do nich zaliczyć również niekonwencjonalne formy leczenia, które nie mają żadnego uzasadnienia w medycynie, a odnoszą sukcesy. Zaliczyć tu można też wchodzenie w różne praktyki związane z religiami wschodu. Ze strony tego człowieka jest to powolna, stopniowa apostazja. Wreszcie – formy satanizmu, nawet jeśli ktoś nie od razu wiąże się w świadomy sposób. Jeśli chodzi o Halloween, to zaliczyłbym to “święto” do bardziej drastycznych form stopniowego wchodzenia w satanizm.

    – Kto się zgłasza do egzorcysty?

    – Do nas zgłaszają się ci, którzy są zniewoleni, ale nie opętani. Ci, którzy doświadczają różnych form dręczenia, którym złe duchy utrudniają życie. Przychodzą też rodzice z małymi dziećmi, które są już zniewolone. Najczęściej są to sytuacje, w których to oni wcześniej związali się ze złym duchem. Przychodzą również ludzie starsi, niektórzy w bardzo zaawansowanym wieku. Jedyna prawidłowość, którą można zauważyć, jest taka, że zdecydowanie częściej po pomoc zgłaszają się kobiety. Trudno powiedzieć, czy jest to związane z ich większą wrażliwością czy z tym, że szybciej szukają pomocy niż panowie. Mężczyźni częściej chcą sobie sami poradzić, a może też trochę bardziej krytycznie funkcjonują i trudniej wchodzą we więzi duchowe i z Bogiem, i ze złymi duchami.

    – Jak u małych dzieci rodzice rozpoznają, że jest ono zniewolone?

    – Rodzice przychodzą wtedy, kiedy coś ich niepokoi w zachowaniu dzieci. Najczęściej są to nocne lęki, czasem agresywne reagowanie na święte rzeczy – medaliki czy krzyże. Przychodzą, gdy zaczynają mieć z dzieckiem wyraźne kłopoty wychowawcze.

    – Czy w Warszawie egzorcyści mają dużo pracy?

    – Tak. Jest nas czterech. W ciągu tygodnia mamy dyżury w poradni i podejmujemy modlitwy niezależnie od tych spotkań. Wszystkie nasze możliwości czasowe są wykorzystywane. Czasami bywa kolejka i na spotkanie z egzorcystą trzeba czekać.

    rozmawiała Paulina Godlewska/Tygodnik NIedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzecznik KEP: Obchodzenie Halloween trudno pogodzić z istotą Wszystkich Świętych

    Obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Chrześcijanie powinni skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie wnieśli do Kościoła święci – powiedział PAP rzecznik Konferencji Episkopatu Polski jezuita ks. Leszek Gęsiak.

    Rzecznik przypomniał, że Halloween ma korzenie w wierzeniach celtyckich i wywodzi się z dawnych praktyk pogańskich, dlatego jest obce chrześcijaństwu.

    “Halloween to święto grozy i demonów, a więc czegoś bardzo odległego od tego, co Kościół katolicki czci w czasie obchodzonej 1 listopada uroczystości Wszystkich Świętych. Dlatego chrześcijanie powinni raczej skoncentrować się na świętowaniu dobra, jakie na przestrzeni wieków wnieśli do Kościoła święci zarówno ci kanonizowani i beatyfikowani, jak i zwykli ludzie, którzy swoim życiem ukazywali dobroć Boga” – podkreślił.

    Jak zastrzegł, obchodzenie Halloween jest trudne do pogodzenia z istotą uroczystości Wszystkich Świętych. Nie można z jednej strony gloryfikować demonów, a z drugiej wierzyć, że to, co jest warte naśladowania, to przykład świętych” – ocenił.

    Ks. Gęsiak przypomniał, że w 2013 r. wydany został list pasterski przygotowany przez Komitet ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi KEP dotyczący duchowych zagrożeń wiary. Zawarte jest w nim m.in. ostrzeżenie przed banalizowaniem zła, oswajaniem z nim, szczególnie dzieci, i przed zacieraniem granic między dobrem i złem, “co może być pierwszym krokiem do zainteresowania niebezpiecznymi praktykami pseudoreligijnymi, a nawet satanizmem”.

    Podkreślił, że uczestnictwo w pozornie niewinnych halloweenowych zabawach niesie za sobą realne niebezpieczeństwo. “Jeżeli rodzice wiedzą, że w szkole czy przedszkolu, do którego uczęszcza ich dziecko, jest organizowana zabawa z okazji Halloween, mają prawo do tego, by zaproponować coś alternatywnego” – wyjaśnił.

    Poinformował, że w wielu parafiach i szkołach w Polsce organizowane są bale i korowody świętych, podczas których dzieci przebierają się za świętych i aniołów. “Przy tej okazji poznają ich życie i pokazują pozytywną stronę człowieka, który przeszedł do wieczności. Bale świętych są dalekie od groteskowej zabawy naznaczonej promocją śmierci, brzydoty i zła. My, jako chrześcijanie, powinniśmy promować rzeczy dobre” – powiedział.

    Zdaniem rzecznika, nawet jeśli ktoś traktuje udział w Halloween jako zabawę, to “za każdą zabawą stoi pewien system wartości”. “To nie jest tylko kwestia przebrania się za potwory i zbierania cukierków. To jest coś, co zostaje w pamięci dziecka. Apeluję do rodziców, by byli czujni i świadomi, że nawet z pozoru niewinne zabawy mogą stanowić zagrożenie dla ich dzieci” – mówił.

    Ks. Gęsiak dodał także, że Halloween jest dla Polaków tradycją obcą kulturowo. “To jest tradycja krajów anglosaskich, a zatem, skoro mamy własne dobre tradycje, warto je pielęgnować i podkreślać to, co w nich jest ubogacającego” – dodał.

    Przypadające 31 października Halloween to święto, które najbardziej popularne jest w w krajach anglosaskich. Dzieci przebierają się za potwory, wampiry czy kościotrupy i chodzą wieczorem po udekorowanych specjalnie na tę okazję domach, prosząc o cukierki. Symbolem Halloween jest wydrążona w środku dynia z powycinanymi w skorupie otworami przypominającymi oczy, nos i przeważnie wyszczerbioną szczękę, z zapaloną w środku świeczką.

    Słowo Halloween jest swoistym zniekształceniem angielskiego All Hallow’s Eve (Wigilia Wszystkich Świętych) i celtyckiego Samhain. W istocie korzenie święta tkwią w kulturze starożytnych Celtów, którzy wierzyli, że 31 października – w dniu będącym u nich oficjalnym końcem lata – dusze zmarłych wychodzą z grobów i błąkają się po ziemi w poszukiwaniu ciał żywych, do których mogłyby wniknąć. Dlatego żywi zaczęli się tego dnia przebierać w odrażające maski i odpychające, makabryczne kostiumy, aby odstraszyć dusze zmarłych.(PAP)

    Iwona Żurek/Tygodnik Niedziela

     

      _______________________________________________________________________

    WTOREK 22 PAŹDZIERNIKA 2024

    Tego dnia przypada 46. rocznica inauguracji pontyfikatu św. Jana Pawła II.

    fot. Grzegorz Gałązka

    ***

    Wybrany na papieża 16 października 1978 r., św. Jan Paweł II oficjalnie rozpoczął swój pontyfikat w niedzielę 22 października 1978 r.

    W 46. rocznicę tamtego wydarzenia została dziś odprawiona Msza św. o godz. 8.00 przy grobie św. Jana Pawła II w bazylice św. Piotra, której przewodniczył metropolita krakowski Ksiądz Arcybiskup Marek Jędraszewski.

    (ks. Marek Weresa)

    fot. ks. Marek Weresa/Radio Watykańskie

    ***

    W dzień rocznicy inauguracji pontyfikatu Papieża Polaka przypada również jego liturgiczne wspomnienie, podczas którego w tym roku zostaną posadzone tulipany św. Jana Pawła II w Ogrodach Watykańskich.

    ***

    Niezapomniana homilia św. Jana Pawła II, wygłoszona na rozpoczęcie pontyfikatu na Placu św. Piotra, stała się programem jego papieskiej posługi: 

    Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła, w tych właśnie słowach jest nowa prawda, czyli najwyższa i ostateczna prawda o Człowieku, Synu Boga żywego. “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Bracia i Siostry, nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!

    ***

    Cały tekst homilii:

    Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego (Mt 16, 16). Słowa te wypowiedział Szymon syn Jony w pobliżu Cezarei Filipowej. Tak, wypowiedział je w swoim własnym języku z głębokim, przeżytym i odczuwalnym przeświadczeniem. Ale słowa te nie wyszły od niego, nie w nim miały swe źródło, “bo nie ciało i nie krew objawiły tobie, jeno Ojciec mój, który jest w niebiesiech (Mt 16, 17). To były słowa Wiary.

    Słowa te zaznaczają początek posłannictwa Piotrowego w historii zbawienia, w dziejach ludu Bożego. Od tego momentu poprzez takie wyznanie wiary święta historia zbawienia ludu Bożego miała zyskać nowy wymiar, wyrażać się odtąd w historycznym wymiarze Kościoła. Ten kościelny wymiar historii ludu Bożego bierze swoje początki, rodzi się właśnie z tych słów wiary i związany jest z człowiekiem, który je wypowiedział. Ty jesteś kamieniem, skałą, opoką, i na tobie jak na opoce zbuduję Kościół mój.

    Trzeba, aby dzisiaj w tym właśnie miejscu, te same słowa zostały wypowiedziane i wysłuchane: “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Tak, Bracia i Synowie, przede wszystkim te słowa. Ich zawartość otwiera naszym oczom tajemnicę Boga żywego, tajemnicę, którą Syn zna i którą nam przybliżył. Nikt jeszcze nie przybliżył Boga żywego ludziom, nikt Go nie objawił tak, jak to zrobił On sam. W naszym poznaniu Boga, w naszym dążeniu do Boga jesteśmy zdani bez reszty na potęgę tych słów: “Kto mnie widzi, widzi Ojca”. Tego, który jest nieskończony, nieprzenikniony, niewypowiedziany. Jezus Chrystus. Syn Jednorodzony, zrodzony z Maryi Dziewicy, stał się nam bliski w stajni betlejemskiej.

    Wy wszyscy, którzy posiadacie nieocenione szczęście wiary, wy wszyscy, którzy jeszcze szukacie Boga, a także wy, których dręczy zwątpienie, zechciejcie przyjąć raz jeszcze – dzisiaj, w tym świętym miejscu – słowa wypowiedziane przez Szymona Piotra. W tych słowach jest wiara Kościoła, w tych właśnie słowach jest nowa prawda, czyli najwyższa i ostateczna prawda o Człowieku, Synu Boga żywego. “Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”.

    Dziś nowy biskup Rzymu rozpoczyna uroczyście sprawowanie swego urzędu i misję Piotrową. W tym właśnie Mieście Piotr zakończył, wypełnił posłannictwo powierzone przez Pana. Pan zwrócił się do niego mówiąc: “Kiedy byłeś młody, przepasywałeś się i chodziłeś dokąd chciałeś, lecz gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a kto inny cię przepasze i poprowadzi tam, dokąd ty nie zechcesz” (J 21, 18).

    I Piotr przybył do Rzymu! Cóż skierowało go i doprowadziło do tego Miasta, w serce rzymskiego Imperium, jak nie posłuszeństwo wobec posłannictwa otrzymanego od Pana? Zapewne ten rybak z Galilei nie chciałby przybyć aż tutaj, wolałby pewnie zostać tam, nad brzegiem jeziora Genezaret, ze swoją łodzią i sieciami. Ale prowadzony przez Pana, posłuszny natchnieniu, dotarł tu. Jak głosi starożytna tradycja (która znalazła wspaniały wyraz literacki w powieści Henryka. Sienkiewicza), w czasie prześladowań Nerona Piotr zamierzał opuścić Rzym. Ale Pan przeszkodził mu w tym, wychodząc na jego spotkanie. Piotr zwrócił się do Niego pytając: “Quo vadis Domine? – Dokąd idziesz Panie?”. A On odpowiedział mu zaraz: “Do Rzymu idę, by mnie tam ukrzyżowano po raz wtóry”. Piotr wrócił do Rzymu i pozostał w nim aż do swego ukrzyżowania.

    Tak, Bracia i Synowie – Rzym jest Stolicą Piotra. W ciągu wieków następowali na niej coraz to nowi biskupi. Dziś właśnie nowy biskup wstępuje na rzymską Stolicę Piotra. Biskup przejęty głębokim drżeniem w poczuciu swej niegodności. I jak tu nie drżeć wobec wielkości takiego wezwania i wobec powszechnej misji tej Stolicy rzymskiej.

    Na rzymską Stolicę Piotra wstępuje dzisiaj biskup, który nie jest rzymianinem. Biskup, który jest synem Polski. Ale z tą chwilą i on staje się rzymianinem. Tak, rzymianinem! Także dlatego, że jest synem narodu, którego historia od zarania dziejów i którego tysiącletnia tradycja naznaczone są żywą, mocną, nigdy nie przerwaną, przeżytą i głęboką więzią ze Stolicą Piotrową. Narodu, który tej Stolicy pozostał zawsze wierny. O, niezbadane są wyroki boskiej Opatrzności!

    W minionych wiekach, kiedy następca Piotra brał w posiadanie swoją Stolicę, wkładano na jego głowę potrójną koronę. Ostatnim ukoronowanym był Papież Paweł VI w roku 1963. I on jednak po uroczystym obrzędzie koronacji nigdy już więcej nie włożył tiary, pozostawiając swoim następcom swobodę decyzji w tej sprawie. Papież Jan Paweł I, którego wspomnienie jest tak jeszcze żywe w naszych sercach, nie chciał potrójnej korony, a dzisiaj nie chce jej jego następca. Nie czas, w istocie, powracać do tego obrzędu, który – może niesłusznie – uznany został za symbol doczesnej władzy papieży.

    Nasz czas skłania nas, zachęca, zmusza do spojrzenia na Pana i zanurzenia się w pokorne i pobożne rozważanie tajemnicy najwyższej władzy samego Chrystusa. Tego, który zrodzony z Maryi Dziewicy, syn cieśli – jak mniemano, Syn Boga żywego – jak to wyznał Piotr, przyszedł tu, by z nas wszystkich uczynić jedno królestwo: królestwo kapłańskie. Sobór Watykański II przypomniał na nowo tajemnicę tej władzy oraz fakt, że posłannictwo Chrystusa – Kapłana, Proroka i Króla – trwa nadal w Kościele. Wszyscy, cały lud Boży uczestniczy w tym potrójnym posłannictwie. I chociaż dawniej wkładano na głowę papieża tiarę, potrójną koronę, by poprzez ten symbol wyrazić cały ustrój hierarchiczny Kościoła Chrystusowego, cała “święta władza” w nim sprawowana nie jest niczym innym jak służbą, służbą mającą na celu jedną tylko rzecz: by cały lud Boży uczestniczył w tej potrójnej misji Chrystusa i pozostawał na zawsze we władzy Pana, z której bierze swoje początki. Nie z władzy doczesnej, ale od Ojca Niebieskiego i z tajemnicy Krzyża i Zmartwychwstania.

    Ta władza Pana naszego, absolutna, a przecież słodka i łagodna, odpowiada całej głębi ludzkiego wnętrza, jego wzniosłym dążeniom, jego woli i sercu. Nigdy nie przemawia językiem siły, ale wyraża się w miłości bliźniego i w prawdzie. Nowy następca Piotra na Stolicy rzymskiej wznosi dzisiaj gorącą, pokorną, ufną modlitwę: “Spraw, Chryste, bym mógł stać się i pozostać sługą Twojej słodkiej władzy, sługą Twojej władzy, która nie przemija, spraw, abym mógł być sługą, sługą twoich sług”.

    Bracia i Siostry, nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!

    Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego. Właśnie dzisiaj cały Kościół obchodzi dzień misyjny, modli się, rozmyśla, działa, ponieważ Chrystusowe słowa docierają do wszystkich ludzi i są przez nich przyjmowane jako posłanie nadziei, ocalenia, całkowitego wyzwolenia.

    Dziękuję wszystkim obecnym, którzy zechcieli uczestniczyć w rozpoczęciu pontyfikatu nowego następcy Piotra. Dziękuję z całego serca głowom państw, przedstawicielom władz, delegacjom rządowym – za ich obecność, która mi wielki przynosi zaszczyt. Dziękuję wam, najczcigodniejsi kardynałowie Świętego Kościoła Rzymskiego, dziękuję drogim Braciom w biskupstwie i wam kapłani, wam siostry i bracia, zakonnice i zakonnicy z zakonów i zgromadzeń. Dziękuję! Dziękuję wam, rzymianie! Dziękuję pielgrzymom przybyłym z całego świata. Dziękuję tym, którzy uczestniczą w tej świętej uroczystości poprzez radio i telewizję.

    Jan Paweł II skierował też kilka słów do Polaków:

    Do was się zwracam, umiłowani moi Rodacy, Pielgrzymi z Polski, Bracia Biskupi z Waszym wspaniałym Prymasem na czele, Kapłani, Siostry i Bracia polskich zakonów, do Was, przedstawiciele Polonii z całego świata. A cóż powiedzieć do was, którzy tu przybyliście z mojego Krakowa, od stolicy św. Stanisława, którego byłem niegodnym następcą przez lat 14. Cóż powiedzieć?! Wszystko, co mógłbym powiedzieć, będzie blade w stosunku do tego, co czuje w tej chwili moje serce, a także do tego, co czują wasze serca. Więc oszczędźmy słów. Niech pozostanie tylko wielkie milczenie przed Bogiem, które jest samą modlitwą.

    Proszę was! Bądźcie ze mną! Na Jasnej Górze i wszędzie! Nie przestawajcie być z Papieżem, który dziś prosi słowami poety: “Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie” – i do was kieruję te słowa w takiej niezwykłej chwili.

    Był to apel i zaproszenie do modlitwy za nowego Papieża, apel wygłoszony w moim rodzinnym języku. Z tym samym wezwaniem zwracam się do wszystkich Synów i wszystkich Córek Kościoła katolickiego. Wspierajcie mnie dzisiaj i zawsze w Waszych modlitwach.

    Następnie Ojciec święty przemówił w języku francuskim, angielskim, niemieckim, hiszpańskim, portugalskim, serbsko-chorwackim, słowackim, ukraińskim i litewskim. Na koniec powiedział po włosku:

    Otwieram serce dla wszystkich Braci z Kościołów i Wspólnot chrześcijańskich, pozdrawiając szczególnie tych z Was, którzy tutaj jesteście obecni w oczekiwaniu na bliskie spotkanie osobiste; ale już teraz wyrażam szczerą wdzięczność za to, że zechcieliście uczestniczyć w tych uroczystościach.

    I na koniec zwracam się do wszystkich ludzi, do każdego człowieka (z jaką czcią apostoł Chrystusa musi wymawiać to słowo “człowiek”!). Módlcie się za mnie. Pomóżcie mi ażebym mógł wam służyć. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tu dotkniesz Jana Pawła II

    To niezwykłe muzeum postawił prezes wielkiej firmy w darze Matce Bożej, której zawierzył swoje życie.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    ***

    Wciemności słychać odgłos kroków, po chwili rozlega się łagodna muzyka. Na ścianie pojawiają się utrwalone przez kamerę obrazy z życia Jana Pawła II. Brzmią jego słowa. Wzruszenie chwyta za gardło, gdy przy dźwiękach „Barki” snop światła wydobywa z półmroku postać siedzącego papieża. Wygląda jak żywy – swobodny, uśmiechnięty, pełen energii, tak jak w pierwszych latach pontyfikatu. Patrzy na widza z lekkim uśmiechem, a w jego wyrazistym spojrzeniu widać życzliwość i nutkę zawadiackiego humoru. Na ekranie pojawia się kard. Stanisław Dziwisz. „Warto to zobaczyć, bo jest to miejsce spotkania z papieżem” – mówi. Mowa o miejscu, w którym się znajdujemy: „Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II” w Częstochowie.

    Muzeum w firmie

    Nowoczesny przeszklony budynek stoi na terenie znanej na świecie firmy President Electronics Poland. Muzeum stanowi wotum jej prezesa Krzysztofa Witkowskiego, które ofiarował Maryi w podziękowaniu za dar zdrowia po przebytym 15 lat temu udarze mózgu.

    Wśród 97 wybitnych gości, którzy do tej pory odwiedzili to miejsce, był Arturo Mari, fotograf świętego papieża. Gdy zobaczył ekspozycję i poznał działalność muzeum, stwierdził, że to jest miejsce, które żyje Janem Pawłem II na co dzień, a nie tylko od święta. Obiecał, że gdy umrze, jego żona przekaże tu wszystkie przedmioty, jakie otrzymał od papieża w ciągu 27 lat pontyfikatu. – Dzięki Bogu pan Arturo żyje, a wszystkie te przedmioty są już tutaj – śmieje się prezes Witkowski. Wyjaśnia, że fotograf papieski pewnego dnia dojrzał do decyzji, żeby te rzeczy znalazły się w częstochowskim muzeum jeszcze za jego życia. Krzysztof Witkowski zadbał o to, żeby wiedza o papieżu Polaku nie pozostała tylko suchą informacją.

    W budynku regularnie organizuje się także wystawy czasowe.

    W budynku regularnie organizuje się także wystawy czasowe.

    ***

    – Gdy rozpoczynamy prezentację zbioru, odtwarzamy słowa Jana Pawła II, więc można go usłyszeć. Można go zobaczyć, bo figura stoi, a zatem można go także dotknąć. Mamy też możliwość powąchania jego perfum – mówi. Tłumaczy, że papież używał typowo męskiego, korzennego zapachu. Dowiedział się o tym od Artura Mariego, który przy okazji opowiedział związaną z tym osobistą historię. Otóż kilka lat temu przed operacją prosił w modlitwie Jana Pawła II, żeby podczas jej trwania zaopiekował się nim. „Żebym po operacji był na tyle sprawny, aby jeździć po świecie i mówić, kim byłeś dla mnie jako ojciec, albo weź mnie dzisiaj do domu Ojca” – modlił się. Gdy się budził z narkozy, zanim jeszcze otworzył oczy, zaczął mocno wciągać nosem powietrze, ponieważ poczuł jakiś specyficzny przyjemny zapach. Nie pochodził on ani od lekarza, ani od pielęgniarki. „On tu był. To jest ten sam zapach, który pamiętam z Watykanu, zapach świętości, zapach Jana Pawła II” – powiedział poruszony pacjent.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    Wykonana przez salezjanów figura św. Jana Pawła II jest łudząco podobna do oryginału.

    ***

    Potężna kolekcja

    Gdy cichnie muzyka, zapala się światło w całym pomieszczeniu. Wokół nas stoją gabloty pełne monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II. Ta imponująca kolekcja liczy 11 tys. eksponatów, co daje jej palmę pierwszeństwa wśród największych i najlepszych tego typu zbiorów na świecie. – Oprócz tego, że udało nam się zebrać prawie wszystko, co wyszło na ten temat w 127 krajach świata, co jest ewenementem, to jeszcze dajemy pomysły medalierom, aby z racji 100. rocznicy urodzin Jana Pawła II stworzyli medale pod zbiorowym hasłem „Czas ucieka, wieczność czeka”. Taki napis widział Karol Wojtyła, patrząc z okna swego domu w Wadowicach na ścianę kościoła – mówi prezes. 81 medalierów odpowiedziało na propozycję i ich prace już są. 2 kwietnia w muzeum odbędzie się ogólnopolska inauguracja wystawy z cyklu „Medalierskie rozmowy z Janem Pawłem II”.

    W sali audiowizualnej odbywają się spotkania upamiętniające papieża Polaka.

    W sali audiowizualnej odbywają się spotkania upamiętniające papieża Polaka.

    ***

    Ale nie od połyskujących krążków rozpoczyna się oprowadzanie. – Zawsze zaczynam od relikwii Jana Pawła II. Tu jest krew papieża, zachowana w klinice Gemelli po zamachu – opowiada gospodarz, wskazując na oświetloną gablotę, w której widnieje złocony relikwiarzyk. Są też pukiel włosów Ojca Świętego, fragment sutanny i replika jego pierścienia. Poniżej znajdują się najważniejsze medale – annualne, czyli rocznikowe. Każdego roku taki medal wykonuje inny artysta. Wybija się je dla upamiętnienia każdego roku pontyfikatu urzędującego papieża. W częstochowskim muzeum jest ich 26. Takie same kardynał kamerling złożył, zgodnie ze zwyczajem, w trumnie Jana Pawła II tuż przed jej zapieczętowaniem.

    Dokładną replikę pierścienia Jana Pawła II można zobaczyć przez szkło powiększające.

    Dokładną replikę pierścienia Jana Pawła II można zobaczyć przez szkło powiększające.

    ***

    Wśród eksponatów jest wierna kopia pastorału papieża. Wszyscy go znają, ale nie wszyscy wiedzą, że wykonano go w 1965 r. dla Pawła VI, który używał go przez 13 lat. Potem przez 33 dni korzystał z niego Jan Paweł I, a do roku 2000 Jan Paweł II. W roku 2000, ze względu na osłabienie papieża, pastorał zastąpiono lżejszym, aluminiowym. To jedna z ciekawostek, którymi zaskakuje nas Krzysztof Witkowski.

    W jednej z gablot znajduje się ponad 300 medali z wizerunkami świętych i błogosławionych, których na ołtarze wyniósł papież Polak. Gospodarz pokazuje gablotę pełną nakryć głowy, należących do wybitnych hierarchów. Jest piuska Benedykta XVI z jego podpisem, piuska Franciszka, są piuski kardynałów Glempa, Dziwisza, Deskura, Grocholewskiego, Krajewskiego, a także wielu biskupów i wysokich przełożonych zakonnych. Zobaczyć można też oryginalny kapelusz kard. Augusta Hlonda i mitrę kard. Wyszyńskiego. 

    W muzeum znajduje się kolekcja 11 tys. monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II.

    W muzeum znajduje się kolekcja 11 tys. monet i medali z wizerunkiem Jana Pawła II.

    ***

    Po lewej stoją gabloty z monetami. Osiem gablot – Watykan, sześć gablot – Polska, a potem według alfabetu, od Andory do Zambii. – A to z czego jest wykonane? – pyta właściciel kolekcji, wskazując kolejny wizerunek papieża. Wygląda jakby z gipsu…

    – To prawda, tak wygląda. Ale to mylące. To ilustracja prawdy, że nie należy sądzić po pozorach. O, proszę – gospodarz włącza światło. Różnica jest ogromna. W miejsce bezbarwnego „gipsowego” medalionu pojawia się wyraźna twarz Jana Pawła II. Okazuje się, że to porcelana. Dowiadujemy się, że ten medal wyszedł tylko w dwóch egzemplarzach. Jeden otrzymał od Węgrów Jan Paweł II w roku 1991, gdy był tam z pielgrzymką, drugi pięć lat temu trafił do Częstochowy.

    – Gdy tu dotarł, był opakowany w styropiany i wiele warstw bąbelkowej folii, żeby nie uległ uszkodzeniu. O, tu, gdzie piuska, on jest cienki jak kartka papieru. Nałożone na siebie warstwy porcelany dają mniejszą przepustowość światła i stąd odcienie szarości – tłumaczy pan Krzysztof, zapewniając, że podobnych ciekawostek jest w muzeum wiele.

    Muzeum stoi na terenie zakładu. To wotum złożone Maryi przez prezesa firmy.

    Muzeum stoi na terenie zakładu. To wotum złożone Maryi przez prezesa firmy.

    ***

    Sala z możliwościami

    Dużo się w tym niezwykłym budynku dzieje. Przeżywanie wydarzeń z większą liczbą gości umożliwia sala audiowizualna z miejscami dla ponad 200 osób. Gospodarz demonstruje rozwiązania techniczne. Siadamy naprzeciw sceny, za konsolą pełną monitorów. Po chwili z głośników o potężnej mocy rozbrzmiewa cudna muzyka, a komputerowo sterowane urządzenia tworzą ruchliwe wielobarwne efekty, wzmagane przez snujący się dymy.

    Wszystko to robi duże wrażenie, ale najważniejsze, że dzięki temu można tu w jednej chwili stworzyć klimat odpowiedni do tego, co się aktualnie dzieje. A odbywają się tu różne wydarzenia. Na przykład 18. dnia każdego miesiąca o godz. 18 mają miejsce spotkania z cyklu „Z Janem Pawłem II ku przyszłości”. 

    Medalion z porcelany w zwykłym oświetleniu.

    Medalion z porcelany w zwykłym oświetleniu.

    ***

    – Ksiądz prof. Waldemar Chrostowski powiedział na jednym z tych spotkań, że my nie zdajemy sobie sprawy z tego, kim był św. Jan Paweł II. Będąc koło niego, nie byliśmy świadomi, z kim obcujemy. I stwierdził, że jeśli muzeum przetrwa, to za 200 czy 300 lat będzie niesamowitym zwornikiem między obecnymi czasami a przyszłością. Bo większego Polaka niż św. Jan Paweł II nie było, nie ma i prawdopodobnie nie będzie – wspomina założyciel muzeum. Jest przekonany, że jeśli nie zarchiwizujemy tego, co nam papież zostawił, co nam powiedział, to będzie to nasz grzech zaniedbania. – A myślę, że największą zaletą tego miejsca jest to, że wiele rzeczy udało się tu zebrać i zachować.•

    Porcelanowy medalion po podświetleniu.

    Porcelanowy medalion po podświetleniu.

    ***

    tekst: Franciszek Kucharczak / zdjęcia: Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___________________________

    40-tą ROCZNICĘ MĘCZEŃSKIEJ ŚMIERCI BŁOGOSŁAWIONEGO KSIĘDZA JERZEGO POPIEŁUSZKI

    This image has an empty alt attribute; its file name is Popieluszko.jpg

    ***

    Ewangelia według ks. Jerzego

    „Aktorzy dramatu i procesu Chrystusa żyją nadal. Zmieniły się tylko ich nazwiska i twarze, zmieniły się daty i miejsca ich urodzin” – mówił ks. Jerzy Popiełuszko w homilii podczas Mszy za Ojczyznę 26 września 1982 roku.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Mimo zmieniających się epok, granic i sposobów życia, święci i błogosławieni wszystkich pokoleń podążają śladami Jezusa. Ich głos, czasem prosty, czasem uczony, idzie w poprzek świata, w którym żyją. Są uciszani, uznawani za szaleńców, zamykani w więzieniach, zabijani. Głosu jednak nie da się zabić, tak jak nie da się zabić prawdy, miłości, jak nie da się zabić Boga. To o nich mówił Jezus: „Gdybyście byli ze świata, świat by was kochał jako swoją własność. Ale ponieważ nie jesteście ze świata, bo Ja was wybrałem sobie ze świata, dlatego was świat nienawidzi” (J 15,19). Misja świętych i błogosławionych z krótkiej perspektywy postrzegana jest często w kategoriach politycznych, społecznych, kulturowych. Nieśmiertelne światło Ewangelii, które przebija przez ich życie, często lepiej widoczne jest, kiedy przechodzą pokolenia i mijają lata. Wszystkich łączy jedno – podobieństwo do Jezusa Chrystusa, ich Pana i Zbawiciela.

    Czyż może być co dobrego z Nazaretu? J 1,46

    Jezus pochodził z Nazaretu, czyli znikąd. Nazwa jego rodzinnej miejscowości nie występowała w uświęconych pismach narodu wybranego. Jego matka była mądrą kobietą zachowującą tajemnice w swoim sercu. Ojciec był pokornym, zaradnym, małomównym mężczyzną wywodzącym się z rodu Dawida. Prostota ich życia sprawiała, że droga Jezusa do zwykłych ludzi była bliższa niż do elit religii i władzy. Jako ludzie wiary odczuwali z pewnością wielkość żydowskiej historii i dramat rzymskiej okupacji. Jezus podjął misję zbawienia bliźnich, opuszczając ten złożony i zarazem bezpieczny świat. W synagodze w Kafarnaum, cytując Izajasza, powiedział o sobie: „Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc”.

    Alfons Popiełuszko przyszedł na świat w podlaskich Okopach, których nie było na mapie historii i spraw tego świata. Miał mądrą matkę, która zachowywała tajemnice w sercu, i zaradnego, milczącego ojca. Żyli prosto i ciężko pracowali. Odczuwali wielkość polskiej historii zatopionej w prostej wierze i dramat komunistycznej niewoli. Dalekim krewnym matki był św. Rafał Kalinowski. Być może to za jego przyczyną ich syn, rozumiejący dobrze sprawy zwykłych ludzi, po osiągnięciu dojrzałości odszedł, by pełnić misję kapłańską. Na obrazku prymicyjnym zapisał: „Posyła mnie Bóg, abym głosił Ewangelię i leczył rany zbolałych serc”.

    Wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę (…) i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to odrzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Mt 4,8-10

    Alfons Popiełuszko zaraz po obłóczynach został przymusowo wcielony na dwa lata do komunistycznej jednostki wojskowej dla kleryków w Bartoszycach. Misją jednostek kleryckich było zmuszanie seminarzystów do posłuszeństwa władzy ludowej. Zakazywano wszelkich praktyk religijnych. Za publiczną modlitwę i posiadanie symboli religijnych karano. W zamian za opuszczenie seminariów mamiono kleryków otwartą drogą na dowolne studia. Za współpracę z komunistyczną kadrą ułatwiano im życie i obiecywano awanse. Mimo iż za niewykonanie rozkazu groziły drastyczne kary, kleryk Popiełuszko bezwzględnie odrzucił godzące w wyznawanie wiary zasady. Nie pytając dowódców o zdanie, inicjował modlitwy, a potem płacił za to wysoką cenę. Dręczono go fizycznie, upokarzano i wyśmiewano jego wiarę. W jednym z listów z wojska pisał: „Dowódca plutonu kazał mi zdjąć z palca różaniec na zajęciach przed całym plutonem. Odmówiłem, czyli nie wykonałem rozkazu. Sam fakt zdjęcia to niby nic takiego. Ale ja zawsze patrzę głębiej”.

    A widząc tłumy ludzi, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. Mt 9,36

    „Widziałem, spowiadałem ludzi, którzy zmęczeni do granic wytrzymałości, klęczeli na bruku i tam chyba ci ludzie zrozumieli, że są silni, są mocni właśnie w jedności z Bogiem, z Kościołem. I wtedy zrodziła się potrzeba pozostania z tymi ludźmi”. Tak ksiądz Jerzy Popiełuszko wspominał wizytę w Hucie Warszawa 31 sierpnia 1980 r. Wielu duszpasterzy odprawiało Msze dla strajkujących, ale niewielu tak głęboko zjednoczyło się ze światem robotników i niewielu zyskało tak wielki ich szacunek. Robotnicy, przez dekady mamieni socjalistycznym rajem, łaknęli w życiu podstawowych wartości, które dzięki prostocie i bezkompromisowości dawał im ksiądz Jerzy. Przekazywał im te wartości całym sobą, bo żył w prawdzie, był wierny, niezwykle wrażliwy na ich potrzeby i wielokrotnie ryzykował, stając w ich obronie. Ostatecznie poświęcił dla nich życie.

    Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. Łk 4,32

    Ksiądz Jerzy bardzo głęboko przeżywał liturgię, nigdy jednak nie był błyskotliwym kaznodzieją. Od momentu gdy stał się duszpasterzem robotników, szczególnie w ciemnej nocy stanu wojennego, jego słowa zyskały moc, która przyciągała tłumy. Jego bliscy, widząc zmianę, mówili wprost o łasce Ducha Świętego, która sprawiała, że stał się głosem Boga wobec skrzywdzonych i krzywdzących. Prawda, którą głosił, wnosiła światło w chaos i cierpienie. Koiła lęk, leczyła nienawiść, wstrząsała szczytami ziemskiej władzy.

    A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. Mt 5,44

    Polska czasów komunizmu pęknięta była na pół. Po jednej stronie oni – zdrajcy i oprawcy, po drugiej my – zdradzeni i skrzywdzeni. Kościół sam doświadczył prześladowania i bronił prześladowanych, stając się dla nich ostoją. Stan wojenny pogłębił pęknięcie do rozmiarów przepaści. Przyjaciele księdza Popiełuszki, którzy po 13 grudnia 1981 r. podjęli strajk w Hucie Warszawa, zostali internowani. Według obowiązującego, haniebnego prawa groziła im nawet kara śmierci. 24 grudnia 1981 r., w Wigilię Bożego Narodzenia, po wieczerzy dla ubogich parafian na plebanii kościoła św. Stanisława Kostki kapelan robotników dzielił się opłatkiem z żołnierzami i milicjantami stojącymi przy koksownikach. Od września 1982 r. stale był obserwowany, pod jego domem stały zmieniające się samochody bezpieki. – Nigdy nie powiedział na nich złego słowa. Czasem patrzył na nich ze smutkiem – wspomina jedna z aktorek, która często bywała w mieszkaniu księdza na plebanii. Pewnego razu ksiądz Jerzy wyniósł zziębniętym agentom termos gorącej herbaty. „Ja nie walczę z ofiarami zła, tylko ze złem” – powiedział, kiedy przyjaciele nakłaniali go, żeby personalnie skrytykował szkalujących go komunistycznych aktywistów.

    Stwierdziliśmy, że ten człowiek podburza nasz naród, że odwodzi od płacenia podatków Cezarowi i że siebie podaje za Mesjasza – Króla. Łk 23,2

    We wrześniu 1984 r. komunistyczny Urząd do Spraw Wyznań skierował do Episkopatu Polski memoriał, w którym zarzucano księdzu Popiełuszce tworzenie „kontrrewolucyjnej organizacji duchownych i świeckich o ogólnokrajowym zasięgu” godzącej w podwaliny socjalistycznego ładu. Istotnie, działalność księdza godziła w ustrój socjalistyczny, choć on nigdy wprost go nie skrytykował. „Ewangelia Chrystusowa jest tak owocna przez wieki i ciągle aktualna, bo jest Prawdą. Ideologie, które kierują się kłamstwem i przemocą, upadają” – powiedział w maju 1984 r. Jego nauczanie, opierające się na pojęciach prawdy, wolności i męstwa, burzyło w ludzkich sercach komunistyczny system. Mówił, że pokonując lęk i głosząc prawdę, uzyskamy wewnętrzną wolność, która przyniesie z czasem wolność zewnętrzną. Otrzymywał bardzo wiele listów, w których dziękowano mu za uwolnienie od lęku i nienawiści, za wyrwanie z marazmu i wewnętrznego zniewolenia. „Przegramy, walcząc przemocą, bo dzieci szatana są silniejsze w przemocy; przegramy, walcząc kłamstwem, bo przeciwnicy Boga są zawodowymi kłamcami. Przegramy i przestaniemy być światłością dla świata. Ale wygramy, choćby ta walka miała trwać długo, gdy walczyć będziemy miłością, sprawiedliwością i prawdą, bo te wartości są własnością samego Boga, niepokonanego Pana nieba i ziemi” – przekonywał.

    A gdy jedli, rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi”. Mt 26,21

    Pewnego dnia jeden z bliskich współpracowników księdza Popiełuszki, związany z podziemną Solidarnością, przyniósł kopertę, w której była lista donoszących na niego tajnych współpracowników SB. Ksiądz nie otworzył koperty… powiedział: „Ja wiem”. Od września 1982 r. bezpieka prowadziła jego programową inwigilację, której częścią było wprowadzenie agentów do jego najbliższego otoczenia. Byli wśród nich także księża. Zaczęły wyciekać poufne sprawy, przeszukiwano mieszkania jego przyjaciół, aresztowano kolejne osoby. Atmosfera w otoczeniu kapłana była bardzo napięta. Zastanawiano się, kto zdradził. – Ksiądz kategorycznie zabraniał nam zastanawiać się, kto donosi. Mówił, że to zniszczy naszą jedność – wspomina pielęgniarka Elżbieta Murawska. Kiedy 19 października w Bydgoszczy odprawiał ostatnią w swoim życiu Eucharystię, towarzyszyło mu dwóch kapłanów. Obaj byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy bezpieki.

    Ewangelia według ks. Jerzego

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie Moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” (…) Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię. Łk 22,42.44

    Już w sierpniu 1980 r. w jednym z niedzielnych kazań ksiądz Popiełuszko mówił: „Nie jest łatwo zdecydować się pójść razem z Chrystusem do Jerozolimy, tam cierpieć, być wzgardzonym, a w końcu ukrzyżowanym. Ale na to nie ma rady, jeśli się chce po chrześcijańsku i po Bożemu przeżywać zmartwychwstanie Chrystusa”. „Będziesz wisiał na krzyżu” – napisano do niego w czasie stanu wojennego w jednym z anonimów. Grożono mu też „kulą w łeb” i „poderżnięciem gardła”. Spodziewał się śmierci co najmniej od grudnia 1982 r., kiedy ktoś w nocy wrzucił do jego mieszkania cegłę z ładunkiem wybuchowym. W jego samochodzie zepsuto kierownicę, któregoś razu próbowano go zepchnąć z mostu. Wiadomo, że w ostatnich miesiącach przed śmiercią ksiądz się bał. Świadkowie wspominają, że płakał. W dokumentach medycznych zarejestrowano nawet, że przyjmował leki przeciwlękowe. „Jezus Chrystus za głoszenie swojej Bożej prawdy oddał życie. Podobnie apostołowie. A przecież rola księdza jest taka, by głosić prawdę i za prawdę cierpieć, jeżeli trzeba, nawet za prawdę oddać życie” – powiedział, wzdychając ciężko w jednym z ostatnich udzielonych w życiu wywiadów. We wrześniu 1984 r. kard. Józef Glemp, aby go ratować, zaproponował mu wyjazdu do Rzymu. Ksiądz Jerzy odmówił. Jeden z oprawców, niosących tuż przed wrzuceniem do Wisły jego pobite do nieprzytomności ciało, dostrzegł na nim gęste krople potu i krwi…

    Wszystkie tłumy, które zbiegły się na to widowisko, gdy zobaczyły, co się działo, wracały, bijąc się w piersi. Łk 23,48

    Pogrzeb księdza Jerzego Popiełuszki był największy w historii Polski. Ani gwarant polskiej państwowości marszałek Józef Piłsudski, ani zwornik jego tysiącletniej wiary kard. Stefan Wyszyński, nie zgromadzili takich tłumów. Od 450 tys. do miliona osób przyjechało do stolicy. Komuniści, obawiając się rewolty i próby obalenia rządu, zgromadzili tego dnia 17 tys. funkcjonariuszy wyspecjalizowanych do walki z tłumem. W tym bezbrzeżnym tłumie, jak wspomina świadek, ugrzązł milicyjny samochód. Ludzie stojący wokół niego uderzali rękoma w karoserię i krzyczeli: „Przebaczamy, przebaczamy”. Uczestnicy pogrzebu, wracając obok pałacu Mostowskich, skandowali: „Rzućcie pały, przebaczamy”. Nienawiść wbrew wszelkiej logice tego świata została pokonana. Symbolem zwycięstwa stał się grób męczennika. W ciągu pierwszych dziesięciu lat przybyło do niego 10 mln osób. Służba Bezpieczeństwa, skonsternowana tym faktem, poddała kościół św. Stanisława Kostki wraz z grobem inwigilacji, nadając akcji kryptonim „Sanktuarium”. Do dziś przy grobie było 23 mln osób, a relikwie beatyfikowanego w 2010 r. księdza Popiełuszki czczone są w ponad 180 miejscach na 6 kontynentach.

    ***

    – Patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Cierpiałam razem z Nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim – mówiła przed laty pani Marianna Popiełuszko reporterom „Gościa Niedzielnego”, trzymając w dłoniach zdjęcie syna męczennika.

    – Patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Cierpiałam razem z Nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim – mówiła przed laty pani Marianna Popiełuszko reporterom „Gościa Niedzielnego”, trzymając w dłoniach zdjęcie syna męczennika.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    Paweł Kęska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Jerzy Popiełuszko święcenia kapłańskie przyjął z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego 28 maja 1972 fot. LASKI DIFFUSION/EAST NEWS 

    ***

    Już nie potrafię zamknąć swojego kapłaństwa w kościele, chociaż tylu różnych „doradców” podpowiada mi, że prawdziwie polski ksiądz nie powinien wychodzić poza kościelne ogrodzenie – słowa bł. ks. Jerzego Popiełuszki wypowiedziane rok przed męczeńską śmiercią.

    ***

    Paweł Kęska teolog, historyk sztuki, absolwent Europejskiej Akademii Fotografii, dziennikarz. Pracuje w Muzeum księdza Jerzego Popiełuszki na Żoliborzu.

    fot. Tomasz Gołąb/Gość Niedzielny

    ***

    Marcin Jakimowicz: Gdy oglądaliśmy filmy dokumentalne z ks. Popiełuszką, nie widziałem superbohatera, ale skulonego, przestraszonego człowieka, który toczył ogromną wewnętrzną walkę. To mnie najbardziej poruszyło.

    Paweł Kęska:
     Do muzeum ks. Jerzego na Żoliborzu przyszedłem do pracy parę lat temu jako dziennikarz radiowy, którego pasją było nagrywanie ludzkich historii. Słuchałem ludzi i starałem się ich zrozumieć. A tu, w muzeum ks. Jerzego, długo nie mogłem tej historii rozgryźć. To się nie trzymało kupy. Widziałem człowieka, który wychodził do kilkudziesięciu tysięcy ludzi, który dla zmylenia esbeckiego pościgu przesiadał się podczas jazdy z samochodu do samochodu, który robił mocne rzeczy, a potem zerkałem na archiwalne nagrania i widziałem kogoś zupełnie innego: nieśmiałego, nieco wycofanego, kruchego. Jestem przekonany, że zbliżanie się do tajemnicy ks. Popiełuszki, odkrywanie jego wnętrza i wyborów, których dokonywał, pomoże nam w zrozumieniu, czym jest życie duchowe. Zadawałem sobie pytanie, jak taki nieśmiały człowiek mógł dokonywać takich rzeczy i jedynym tropem była odpowiedź: bo był wewnętrznie silny, miał w sobie głęboką wiarę. Rów Mariański, głębokie zanurzenie w Bogu, sanktuarium w głębinach. Nie da się inaczej zrozumieć jego fenomenu…

    Brat Andrew, założyciel Open Doors, który przemycał setki tysięcy Biblii za żelazną kurtynę, mawiał, że modlitwa nie jest przygotowaniem do bitwy, ale jest bitwą. To opowieść o Popiełuszce?

    Tak, choć o jego modlitwie niewiele wiemy – jedynie tyle, ile sam chciał zdradzić. Na przykład w listach z wojska, gdy był straszliwie upokarzany. Nie był specjalnie wylewny, nie odsłaniał się, to był człowiek konkretu. Na sześć listów z wojska tylko w jednym poruszał wątki duchowe. Wspominał, jak był zastraszany, gdy nie chciał zdjąć różańca noszonego na palcu, ale – pisał – „ja zawsze widzę głębiej”. I, jak pokazało życie, on naprawdę widział głębszy sens rzeczywistości, widział w ludziach coś innego niż tylko pozory. W każdym starał się dostrzec światło. I drugie zdanie z listu – gdy stał boso na mrozie, wspominał, że oddaje to cierpienie za grzechy. Czyje? O tym nie wspomniał. Pisał: „Jak słodko jest cierpieć dla Chrystusa”. Te dwa zdania pokazują, jaką miał więź z Chrystusem! Bez tego klucza jego historia jest nieczytelna, rozsypuje się.

    Przeczuwał, że zginie?

    Przeczuwał. Zachowała się recepta na leki przeciwlękowe (nie wiem, czy ostatecznie je zażywał). Bał się. Widać to na nagraniach, gdy kamera najeżdża na jego twarz. Widać, że to człowiek toczący ogromną batalię. Oglądałem te filmy i zadawałem sobie jedno pytanie: „Co mu daje siłę?”.

    Gdy człowiek dostaje pogróżki, to automatycznie wycofuje się, staje się nieufny. A on cały czas wychodził do ludzi…

    Myślę, że myśmy go jeszcze nie odkryli. Na pewno był człowiekiem wysoko wrażliwym. Zachwyca mnie to, jak patrzył na ludzi. Mówili mu, by się ostro rozprawił z prześladowcami, a on zapytał: „Naprawdę tak myślicie?”. „Tak!”. Popiełuszko się wówczas… rozpłakał: „Nic nie rozumiecie! Ja walczę ze złem, nie z ofiarami zła”. Cierpiał, gdy spotykał ludzi uwikłanych w zło, myślę, że wiedział, że giną. Jestem przekonany, że miał w sobie ogromne przestrzenie mistyki i do badaczy należy to, by odnaleźć te ślady, okruchy informacji i poskładać w całość.

    Czy jedną z walk, którą musiał stoczyć, nie było poczucie odrzucenia? Przybywa z Okopów do warszawskiego seminarium, gdzie spotyka synów uniwersyteckich profesorów, powstańców. Czuł się gorszy?

    Myślę, że nie. To był chłopski syn i nie miał z tego powodu żadnych kompleksów. Wiedział, czego chce, wiedział, kim jest, nie krył tego. Wychodził do człowieka bez kompleksów. Do prostych ludzi i do profesorów. Wiózł do Wałęsy chleb od matki, zawoził prof. Szaniawskiego do domu w Okopach. Patrzył wzruszony na dom, na matkę, zdając sobie sprawę z tego, jaka to jest niewiarygodna wartość. Nie wstydził się korzeni.

    Koledzy nie pokazywali mu miejsca w szeregu?

    Nawet jeśli tego doświadczył, to myślę, że po prostu robił swoje, nie oglądając się na innych. Bez kompleksów i szczególnej znajomości języków latał do Stanów, jeździł po Europie samochodem, bez problemów przekraczając różne mentalne granice. Miał zdrową wizję rzeczywistości. Wyniósł to z domu.

    Zmagał się z lękiem i… to zdrowy odruch. Lęku nie odczuwają psychopaci, którzy nie w są w stanie rozpoznać zagrożenia.

    Jeden z zabójców ks. Jerzego opowiadał, że kiedy go tłukli na śmierć, krzyczał: „Panowie, darujcie mi życie”.

    Sam Chrystus pocił się w Ogrójcu krwią.

    Nie chcę się wymądrzać, bo historia męczeństwa ks. Jerzego mnie przerasta. Na pewno odczuwał ogromny lęk, często mówił o śmierci, raczej nie chciał być męczennikiem. Planował wyjazd do Rzymu, są na to liczne świadectwa. Przeczuwał, że zginie. Mam wrażenie, że podświadomie przygotowywał się do tego. Dostawał wiele sygnałów. Pierwszym była cegła wrzucona do mieszkania w nocy z 12 na 13 grudnia 1982 roku. Po pogrzebie Grzegorza Przemyka, gdy przyjaciel spytał go: „Co o tym myślisz?”, usłyszał: „Wiesz, myślę, że będę następny”. To był maj 1983 r., półtora roku przed śmiercią. Niezwykle ważna jest odnaleziona niedawno homilia z października 1982 r. – dzień po kanonizacji Maksymiliana Kolbego. Popiełuszko mówił coś takiego: „Tak jak dziś wynosi się na ołtarze ofiary nazizmu, tak kiedyś przyjdzie czas, gdy będzie się wynosić na ołtarze ofiary tego systemu, ludzi, którzy cierpieli, byli poniżani, oddawali życie za wartości, za wolność. Będzie się synów tej ziemi wynosić na ołtarze, a ludzie będą przychodzili na ich groby, by śpiewać Gaude Mater Polonia”. Czy on już wtedy nie przeczuwał, że opowiada o sobie? Potem ten motyw powtarza się coraz częściej. Zaczęła się seria bolesnych prześladowań. Komuniści przygotowali kampanię na jesień i zimę 1983 r. Wszystkie jej elementy były wymierzone w ks. Jerzego: podcięto kierownicę jego samochodu, wysyłano listy z pogróżkami, pisano, że zawiśnie na krzyżu, że dostanie kulę w łeb, do tego kampania medialna, dezinformacja w administracji kościelnej, prowokacja na ul. Chłodnej.

    To były prześladowania zewnętrzne, ale najbardziej boli „policzek od swoich”…

    Najtrudniejsze okazało się spotkanie z prymasem Józefem Glempem. Była połowa grudnia 1983 r. Ks. Jerzy wyszedł z więzienia i został potraktowany dość surowo. Oczekiwał wsparcia, a zderzył się ze ścianą. Kardynał zarzucił mu, że nie pilnuje duszpasterstwa służby zdrowia, że się wywyższa, że psuje pracę innym. Bardzo go to dotknęło. Wspominał, że czuł się gorzej niż na esbeckich przesłuchaniach. Nie spodziewał się, że prymas tak go potraktuje… To był zimny prysznic. Dziś wiemy, że palce w tym maczał ks. Michał Czajkowski, który otrzymał od SB konkretne zadanie – dezinformowanie kard. Glempa. Dwaj biskupi pomocniczy byli wcześniej rektorami seminarium i wspierali ks. Jerzego całym sercem. SB długo przygotowywało się do tego, by skompromitować i społecznie wyeliminować Popiełuszkę. Nie działało zastraszanie, nie udała się kompromitacja, polegli w administracji kościelnej, posunęli się jeszcze dalej. Postanowili go zabić.

    Zrządzeniem Opatrzności było to, że trafił na ks. Teofila Boguckiego. Który proboszcz tolerowałby tłumy przelewające się przez mieszkanie wikarego? Popiełuszko mógł rozwinąć skrzydła.

    Ks. Bogucki go chronił, bronił, wspomagał, pocieszał. Widział w nim wielką dziejową łaskę. Bez niego nie byłoby tej historii, jestem tego pewien. Nadstawiał głowę, gdy jego wikary był oskarżony, pisał listy do kurii, walczył jak lew nie dopuszczając do niego esbeków. Sam bardzo to wszystko przeżywał, chorował na serce, przechodził zawały…

    Oglądaliśmy wspólnie nagranie, gdy tłum w żoliborskim kościele czekał na informację o zaginionym ks. Jerzym i zareagował płaczem na wieść o jego śmierci. Powietrze było gęste od emocji. Pracując na co dzień z takimi dokumentami, potrafisz takie sceny oglądać bez wzruszenia?

    Nie potrafię. Jeżdżę po Polsce, pokazuję te nagrania w różnych miejscach i są chwile, gdy łamie mi się głos. Na co dzień pracuję w mieszaniu ks. Jerzego i może powinienem się już oswoić, przyzwyczaić, ale nie potrafię. Jest kilka scen, które mnie rozkładają. Na przykład kadr z pogrzebu, gdy kamera odjeżdża ze spracowanych dłoni matki, pokazuje jej zrozpaczoną twarz, a potem ocean kilkuset tysięcy ludzi. Jakiś robotnik zaczyna niezdarnie śpiewać „Ojczyzno ma”, a tłum to podchwytuje i nagle ta pieśń wybucha. A w tym wszystkim jest pani Marianna…

    Zastygła w cierpieniu?

    Myślę, że nie, że jest bardzo obecna. Jakby to wszystko ją przerastało. Nie chcę o tym mówić, bo tu trzeba milczeć. Inny kadr? Twarz ks. Jerzego przed jednym z kazań. Rozbiegane, nerwowe, przestraszone oczy, widać, jak wszystko przeżywa. Nie zgrywa bohatera, zmaga się. I myślę, że to zwycięstwo w wewnętrznej bitwie jest kluczem do świata jego wartości i do zrozumienia jego świętości.

    rozmawiał Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czwartek 10 października – nowenna za przyczyną bł. ks. Jerzego Popiełuszki w intencji Ojczyzny

    Każdego wieczoru w Sanktuarium bł. ks. Popiełuszki na warszawskim Żoliborzu rozpoczyna się nowenna w intencji Ojczyzny. Teraz tak bardzo potrzeba powierzać Panu Bogu to wszystko, czego doświadczamy i co dzieje się w naszej Ojczyźnie z nadzieją, że bł. ks. Jerzy będzie się z nieba wstawiał w tych wszystkich potrzebach. Nowenna za przyczyną Błogosławionego to bezpośrednie przygotowanie do obchodów 40.rocznicy jego męczeńskiej śmierci.

    – Ks. Jerzy w jednym z ostatnich słów powiedział, że żeby zachować godność, powiększać dobro i zwyciężać zło, trzeba być wiernym podstawowym wartościom. Ta nowenna jest po to, żebyśmy właśnie w tej wierności trwali, byśmy mogli czerpać przykład z ks. Popiełuszki – zwraca uwagę Paweł Kęska, przewodniczący Społecznego Komitetu Upamiętnienia 40. Rocznicy Porwania i Męczeńskiej Śmierci Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki. Podkreśla, że w myśleniu o tej postaci nie warto koncentrować się nie tyle na tym, że zginął, ale że był wierny prawdzie, że był wolny, że wybierał przebaczenie, że głęboko ufał Bogu, który dał mu siłę przetrwać najtrudniejsze momenty. – My potrzebujemy tych wartości i tej siły i wstawiennictwa ks. Popiełuszki. Dlatego codzienna modlitwa nowenną w tej intencji może nas do tego przybliżyć – mówi Paweł Kęska.

    ***

    Nowenna do bł. ks. Jerzego Popiełuszki 

    Modlitwa wstępna

    Boże jedynie dobry i łaskawy, spraw przez nieskończone zasługi męki i śmierci Jezusa Chrystusa, Syna Twego, przez przyczynę Niepokalanej Maryi Dziewicy i wszystkich Świętych, a szczególnie Błogosławionego księdza Jerzego, abym dostąpił łaski, o którą proszę (przedstawić swoje prośby).

    Błogosławiony Księże Jerzy, Ciebie proszę o wstawiennictwo u Boga i Ojca naszego, abym został wysłuchany w mojej potrzebie.

    DZIEŃ I. DUCH ŚWIĘTY – czwartek 10 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy nauczał: W dniu Zesłania Ducha Świętego zostało zawarte nowe przymierze przez Jezusa z Nowym Ludem Bożym, z Kościołem. Zostało ono wysłużone przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa (Dotknięcie Boga, s. 62).

    Duch Święty pozostaje naszym Rzecznikiem i Obrońcą. Dlatego razem z błogosławionym księdzem Jerzym modlę się do Ducha Pocieszyciela o siłę do walki z narastającymi przeciwnościami. Księże Jerzy, uproś mi u Ducha Świętego łaskę, o którą proszę ____, abym wzrastał w miłości i pozostał wiernym synem Kościoła.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ II. KOŚCIÓŁ – piątek 11 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy dzielił się swoimi kapłańskimi przeżyciami: Matką dla nas jest Kościół Chrystusowy. Spotkania z Nim to ciągłe dolewanie oliwy do lampki naszego życia duchowego, to ciągła dbałość o to, byśmy byli wartościową solą życia, które, czy chcemy tego, czy nie chcemy, prowadzi do spotkania w Bogu (Dotknięcie Boga, s. 69).

    Boże i Ojcze, przed Kościołem trzeciego tysiąclecia otwiera się rozległy ocean wezwań współczesnego świata. Pomóż, proszę, wszystkim chrześcijanom tego pokolenia wypłynąć na głębię prawdy, dobra i piękna. Błogosławiony Księże Jerzy, który całym sercem miłowałeś Kościół jako swoją Matkę, uproś mi łaskę ____, o którą pokornie proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ III. EWANGELIA – sobota 12 października

    Największą siłą Ewangelii – jak uczył błogosławiony Ksiądz Jerzy – był zawarty w niej osobisty przykład Chrystusa, który głosił prawdę i za prawdę umarł. Chrześcijanin to człowiek, który postępuje na Jezusowy wzór. I niczego nie udaje (Dotknięcie Boga, s. 74). Właśnie Jezus czyni jakby czułą przestrzeń, w której możemy zdobyć się na przyjęcie Bożego słowa, Bożej zachęty do czynienia dobra i unikania zła. Żyć Ewangelią to przede wszystkim przyjąć tajemnicę Bożej prawdy i nią żyć.

    Błogosławiony księże Jerzy, męczenniku, który budowałeś prawdziwie ewangeliczną wspólnotę wiernych i tak wiele wycierpiałeś, wyjednaj mi u Pana łaskę ____, o którą wytrwale proszę, bym pozostał wierny Chrystusowi.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ IV. CIERPIENIE – niedziela 13 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Chrystus umiera na krzyżu za całą ludzkość, pokonuje śmierć i otwiera drogę do zmartwychwstania. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. (…) I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzać do zwycięstwa, do zmartwychwstania, jeśli łączymy je z Chrystusem (Homilia z 26.09.1982 r.).

    Boże, za wstawiennictwem błogosławionego księdza Jerzego daj mi siłę ducha, bym cierpliwie znosił doświadczenia życia, które każdego dnia mnie spotykają. Jezus wypala do szczętu nasze słabości, jak wypalił męczeńską łaską życie Księdza Jerzego Popiełuszki, którego Kościół ukazał w chwale ołtarzy. Proszę Cię o wyjednanie mi łaski ____ i pragnę naśladować twoją wierność Chrystusowi.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ V. PRAWDA – poniedziałek 14 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa [Bogu] na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć (Kazanie z 31.10.1982).

    Błogosławiony Kapłanie, sługo Chrystusa, Ty w nauczaniu wskazywałeś, że On jest Prawdą i wytrwale nawoływałeś ludzi do życia w prawdzie, a ukazywałeś niebezpieczeństwa fałszu i kłamstwa. Módl się za mną, gdy błagam o łaskę ____ abym na co dzień żył w prawdzie i by moje codzienne życie było przepojone prawdą.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VI. PRZEBACZENIE – wtorek 15 października

    Kościół przecież – podkreślał błogosławiony Ksiądz Jerzy – otrzymał od Chrystusa władzę leczenia «chorób grzechu» poprzez sakrament pokuty (…), pozwalając za pośrednictwem kapłana nawiązywać na nowo przyjaĽń między nami a Bogiem (Dotknięcie Boga, s. 51). Niech więc ogarnia nas światło Bożej łaski, abyśmy przyjmowali z nadzieją dary Jezusowej miłości.

    Panie, spraw byśmy stale byli nastawieni na przebaczanie bliĽnim. Umocniony przykładem twojej kapłańskiej wspaniałomyślności, błogosławiony Księże Jerzy, proszę Cię o wstawiennictwo w mojej intencji ____, którą ci przedkładam, abym przez życie szedł drogą przebaczenia.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VII. SOLIDARNOŚĆ – środa 16 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy uczył: Solidarność to jedność serc, umysłów i rąk, zakorzeniona w ideałach, które są zdolne przemieniać świat na lepsze. To (…) nadzieja tym silniejsza, im bardziej jest zespolona ze źródłem wszelkiej nadziei – z Bogiem (Kazanie z 28.08.1983 r.).

    Boże, spraw, abyśmy byli solidarni w wierze i miłości, abyśmy potrafili pokonywać w sobie lęk i odważnie służyć bliźnim, tworząc wspólnotę w Chrystusie.

    Księże Jerzy, wstawiaj się za mną u Boga, abym mógł z godnością przyznawać się do tego, co słuszne i prawdziwe oraz uproś mi łaskę ____ o którą z ufnością proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ VIII. MĘCZEŃSTWO – czwartek 17 października

    Chrześcijaninowi nie może wystarczyć tylko potępienie zła. (…) Ale chrześcijanin musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi odważnie się upominać dla siebie i dla innych – nauczał Błogosławiony Ksiądz Jerzy (Kazanie z 27.05.1984 r.). Jego krwawa ofiara to wyznanie wiary w świętość Kościoła i najwyższy znak miłości do Chrystusa.

    Błogosławiony księże Jerzy, w twojej męczeńskiej śmierci odbiły się wszystkie bóle i cierpienia współczesnych ci ludzi. Uproś nam u Ukrzyżowanego Chrystusa łaskę wierności do końca Bożemu prawu miłości, a mnie wyjednaj łaskę ____, której tak bardzo pragnę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    DZIEŃ IX. MARYJA – piątek 18 października

    Błogosławiony Ksiądz Jerzy modlił się: Dziękuję Ci, o Matko, za wszystkich, którzy pozostają wierni swemu sumieniu, którzy sami walczą ze słabością i umacniają innych. Dziękuję Ci, Matko, za wszystkich, którzy nie dają się zwyciężyć złu, ale zło zwyciężają dobrem (Różaniec w Bydgoszczy). Życie trzeba przeżyć dobrze, bo jest tylko jedno.

    Błogosławiony Księże Jerzy, uproś nam u Matki Najświętszej, Królowej Męczenników, byśmy mogli zachować godność dzieci Bożych trwając w dobrym i wyjednaj łaskę ____, o którą tak bardzo proszę.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Błogosławiony Księże Jerzy – módl się za nami.

    Modlitwa na zakończenie nowenny

    Panie Jezu Chryste, Ty ukazałeś znamiona swej Męki w ciele błogosławionego księdza Jerzego w chwili jego śmierci. Dziękuję Ci za łaskę przeżycia tej nowenny dla dobra mej duszy i za otrzymane łaski. Wspomóż nas, abyśmy wytrwale niosąc krzyż naśladowali Ciebie, a przez to zasłużyli na miano prawdziwych Twoich uczniów. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    ***

    opracowanie – o. Gabriel Bartoszewski OFMCap. – za zgodą Kurii Metropolitalnej Warszawskiej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Zło dobrem zwyciężaj”.

    Jak ksiądz Jerzy zmienił Polskę

    W dniu beatyfikacji ks. Popiełuszki z placu Piłsudskiego do Świątyni Opatrzności Bożej przeszła procesja z obrazem beatyfikacyjnym męczennika.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Gdyby nie było w tym ręki Bożej, zapanowałaby żądza odwetu. Tymczasem męczeństwo ks. Popiełuszki przyniosło uzdrowienie. I wciąż przynosi.

    Koniec października 1984 roku. Do jednego z poznańskich księży przyszedł 55-letni lekarz, powiedzmy, Ryszard. Do tej pory niewierzący. Poprosił o spowiedź. Jak się okazało, był uzależniony od alkoholu od 25 lat. „W ostatnich latach byłem tak zniewolony, że piłem nawet spirytus salicylowy, denaturat, eter, wody kolońskie itp. Byłem 6 razy leczony w różnych zakładach zamkniętych, łącznie przeszło rok. Wielokrotnie miałem wszywany esperal, byłem leczony akupunkturą, uczestniczyłem w grupach AA” – opowie później. Nic nie pomagało. Wyniszczenie fizyczne i psychiczne narastało. „Kłopoty w pracy i w rodzinie. Piłem w dalszym ciągu, nawet w czasie leczenia w szpitalu oraz bezpośrednio po licznych implantacjach esperalu. Nie mogąc uwolnić się z tego zaklętego kręgu alkoholowego, usiłowałem popełnić samobójstwo” – relacjonował.

    Wtedy wiadomość o zamordowaniu księdza Popiełuszki obiegła kraj. Ryszard przeżył, jak się wyraził, trudny do określenia wstrząs. „Błagałem go o pomoc. Odzyskałem wiarę. Odbyłem spowiedź i rozpocząłem poznawanie prawd wiary przez czytanie katechizmu, Pisma Świętego, literatury religijnej i rozmowy z zaprzyjaźnionym księdzem, który bardzo mi pomógł i w dalszym ciągu otacza dyskretną opieką”. Modlił się konsekwentnie, przystępował do sakramentów i prostował ścieżki swojego życia. Łatwo nie było, czasem sięgał jeszcze po alkohol. Aż rok później, z dnia na dzień, całkowicie przestał. Alkohol już go nie pociągał, ba – zaczął w nim budzić wstręt. „Dzięki wstawiennictwu księdza Jerzego Popiełuszki uzyskałem łaskę wiary i uzdrowienia” – napisał w swoim świadectwie. Relację tę potwierdził ksiądz w załączonym oświadczeniu, ten właśnie, który Ryszarda wyspowiadał. „Od początku twierdził, że uświadomienie sobie ofiary, jaką z życia swego złożył Panu Bogu śp. ksiądz Jerzy, wpłynęło na niego tak wstrząsająco, iż postanowił zerwać z alkoholizmem, wrócić do Boga i pełnić służbę lekarską z pełną odpowiedzialnością” – napisał duchowny o swoim znajomym.

    Ryszard był jedną z wielu osób, które doznały łaski nawrócenia i uzdrowienia „w odpowiedzi” na męczeństwo ks. Jerzego Popiełuszki. Ile było takich przypadków? Nie sposób zliczyć. O niektórych ci, którzy ich doświadczyli, opowiedzieli, o wielu innych zapewne dowiemy się dopiero w przyszłym życiu.

    Efekt łaski

    Gdyby ksiądz Jerzy Popiełuszko jeszcze żył – a miałby 77 lat – pewnie niewielu dziś kojarzyłoby kapelana Solidarności. Po kolejnych dekadach byłby tylko nazwiskiem w leksykonie. Wszystko zmieniło jego męczeństwo. Kult księdza Jerzego zaczął się, zanim do opinii publicznej dotarła wieść o jego śmierci. Gdy 20 października 1984 roku w wieczornym wydaniu „Dziennika Telewizyjnego” pojawił się oficjalny komunikat o uprowadzeniu kapłana, natychmiast w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu zebrało się kilka tysięcy ludzi. Mszą o godzinie 22 rozpoczęło się całodobowe modlitewne czuwanie. Trwało wiele dni, podczas których świątynię odwiedziły tłumy wiernych. Odnotowano liczne nawrócenia. Konfesjonały były oblegane. Żeby obsłużyć stojących w kolejkach penitentów, z pomocą miejscowym księżom przyszli spowiednicy z dziesięciu zakonów i zgromadzeń. Wszyscy oni byli świadkami niezwykłych nawróceń. Ludzie wracali do Kościoła nieraz po wielu latach, przyrzekali, że odmienią swoje życie i będą się kierować Ewangelią.

    Wolni od zemsty

    Pogrzeb zamordowanego duchownego, który odbył się w sobotę 3 listopada 1984 roku, był świadectwem potężnego poruszenia w narodzie. Wzięło w nim udział kilkaset tysięcy osób. Ścisk panował nie tylko wokół kościoła św. Stanisława, ale też na wszystkich okolicznych ulicach, włącznie z rozległym placem Komuny Paryskiej (dziś plac Wilsona). Ludzie przybyli mimo przeszkód ze strony SB, która dwoiła się i troiła, żeby nie dopuścić do „wrogich demonstracji”. Niepotrzebnie – uczestnicy uroczystości pogrzebowych nie wyrażali pragnienia zemsty. Nie odnotowano żadnych ekscesów. W powszechnej świadomości mocno utkwiła dewiza księdza Jerzego: „Zło dobrem zwyciężaj” i to przełożyło się także na zachowanie tłumu. Wyglądało to tak, jakby w duszach Polaków zaczęły rozbrzmiewać ostatnie publicznie wygłoszone słowa błogosławionego: „Prośmy Chrystusa Pana (…), byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy”.

    I tak już zostało: przesłanie kapelana Solidarności po śmierci zaczęło brzmieć mocniej niż za życia i przynosić obfitsze owoce. Jeśli nieuwikłani w kolaborację Polacy mieli jeszcze jakieś złudzenia co do systemu komunistycznego, to zamordowanie księdza Popiełuszki rozwiało je ostatecznie. Istota tego zakłamanego i zbrodniczego reżimu stała się dla wszystkich oczywista, co ostatecznie doprowadziło do upadku komunizmu. Jeśli odbyło się to bez rozlewu krwi, to z pewnością także dlatego, że wcześniej krew przelał ksiądz Jerzy. Kapłan stał się naśladowcą Chrystusa aż po męczeństwo, przez co uaktualnił starożytną dewizę: „Krew męczenników posiewem chrześcijan”. Rzeczywiście, męczeństwo ks. Popiełuszki przysporzyło Polsce chrześcijan świadomych, oddanych Chrystusowi. Świadectwem roli, jaką zaczął odgrywać po śmierci, jest jego trwający bezustannie żywy kult. Grób księdza Jerzego przy kościele św. Stanisława na warszawskim Żoliborzu odwiedziło około 25 milionów pielgrzymów. Wciąż się tam ktoś modli i każdego dnia odwiedzają to miejsce grupy pątników. Przez wiele miesięcy po pogrzebie kolejka do grobu była tak olbrzymia, że trzeba było w niej stać po kilka godzin. Nie zniechęcało to pielgrzymów – stali niezależnie od pogody i wszelkich niedogodności.

    Tak narodziło się nowe sanktuarium z żywym i wciąż rozwijającym się kultem. Przybywają tam Polacy z każdego zakątka kraju, odnotowano też obecność cudzoziemców ze 134 krajów. Przy grobie modlili się m.in. papież Jan Paweł II i kard. Ratzinger, wielu innych kardynałów i biskupów, prezydent USA George Bush, była brytyjska premier Margaret Thatcher, premier Czech Václav Havel, premier Węgier Viktor Orbán.

    Ksiądz działa

    Przekonanie o świętości męczennika było powszechne od początku. Już dwa dni po pogrzebie prymas Józef Glemp otrzymał pierwszą pisemną prośbę o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. Złożyło ją 178 pracowników Szpitala Ginekologicznego w Warszawie, gdzie ks. Popiełuszko był kapelanem. Za tą prośbą lawinowo poszły następne. Pisali ludzie z całego świata. Rok po śmierci księdza Jerzego w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej było już 13 940 imiennych próśb o beatyfikację ks. Popiełuszki. Nadawcy pochodzili z 17 krajów.

    O wstawiennictwo do bł. ks. Jerzego bezustannie płynie rzeka modlitw. Do utworzonego przy warszawskiej parafii św. Stanisława Kostki Ośrodka Dokumentacji Życia i Kultu Księdza Jerzego Popiełuszki trafiają świadectwa łask doznanych za wstawiennictwem męczennika. Bardzo często są to uzdrowienia. Jest ich ponad 600, z czego kilkadziesiąt zawiera dokumentację z potwierdzającą je opinią lekarzy.

    Ludzie świadczą też o pomocy błogosławionego w zwykłych życiowych sprawach – np. w znalezieniu pracy albo w rozwiązaniu skomplikowanych spraw rodzinnych. Wciąż też dzieje się to, co miało miejsce w dniach przed pogrzebem i po nim – wpływowi księdza Jerzego wiele osób przypisuje swoje nawrócenie, odnalezienie wiary i powrót do Kościoła. W dalszym ciągu, tak jak kiedyś, przy jego grobie ludzie decydują się po latach wyznać grzechy w spowiedzi.

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko szybko stał się znany na całym świecie. Patronuje 157 polskim ulicom, placom, skwerom i rondom. Jego imię noszą też ulice w kilku innych krajach – we Francji, Niemczech, w Ukrainie i na Węgrzech – a także plac w Nowym Jorku. Jest patronem 50 szkół polskich i kilku zagranicznych. W Polsce stoi 186 poświęconych mu pomników i pamiątkowych tablic.

    Od dnia beatyfikacji księdza Jerzego po świecie rozeszły się jego relikwie, czczone obecnie w ponad 1800 miejscach.

    Zewnętrzne znaki świadczące o roli, jaką ksiądz Jerzy Popiełuszko odgrywa w Polsce, a częściowo także poza nią, mówią o tym, co najważniejsze – o jego potężnym oddziaływaniu duchowym. Oddziaływanie to pozostanie zapewne tajemnicą wielu dusz, ale jedno jest pewne: ksiądz Jerzy w znaczący sposób wpłynął na życie wielu Polaków. I wciąż wpływa.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł II o Księdzu Popiełuszce: wolność w Prawdzie. Nazwał go też patronem obecności Polski w Europie

    Jan Paweł II o Księdzu Popiełuszce: wolność w Prawdzie. Nazwał go też patronem obecności Polski w Europie

    św. Jan Paweł II i bł. ks. Jerzy Popiełuszko (Fot. pixabay.com/Wikimedia Commons (domena publiczna)

    ***

    Jan Paweł II wraz z rodakami i Kościołem Powszechnym przeżywał dramat porwania i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, który zginął z rąk komunistycznych służb bezpieczeństwa w 1984 r. Kiedy Polska odzyskała wolność w 1989 r., uznał, że świadectwo ks. Jerzego w nowych czasach jest ważniejsze niż za komunistycznej niewoli. To właśnie jego nazwał patronem obecności Polski w Europie. Od 22 października 1984 r. dziennik „L’Osservatore Romano” codziennie informował na pierwszej stronie o rozwoju sytuacji.

    Jan Paweł II i ks. Jerzy Popiełuszko prawdopodobnie nigdy się nie spotkali. Kiedy w 1983 r. Papież był w Polsce, reżim odmówił kapelanowi „Solidarności” niezbędnej przepustki. Ks. Jerzy jak wszyscy kapłani swego pokolenia był pod silnym wpływem polskiego Papieża. Świadczą o tym jego kazania. Jan Paweł II wiedział o posłudze kapelana warszawskich robotników. Znał jego kazania. Przesłał mu pozdrowienia, a także różaniec. To nim 3 listopada 1984 r. spleciono w trumnie dłonie zabitego kapłana.

    Ofiara, która prowadzi do zmartwychwstania 

    Jan Paweł II wraz z innymi Polakami uczestniczył w dramacie porwania ks. Jerzego. Podczas audiencji generalnej i na modlitwie Anioł Pański prosił o modlitwę w jego intencji, apelował do sumień porywaczy. Kiedy nadeszła wiadomość o odnalezieniu ciała ks. Jerzego, Papież bardzo szybko zrozumiał, że męczeństwo to będzie miało decydujące znaczenie dla zmagań Polski o niepodległość. 

    Już następnego dnia 31 października 1984 r. na audiencji ogólnej powiedział: „Chrześcijanin powołany jest w Jezusie Chrystusie do zwycięstwa. Zwycięstwo takie nieodłączne jest od trudu, od cierpienia, tak jak Zmartwychwstanie Chrystusa jest nieodłączne od Krzyża. A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi”. Na kolejnej audiencji środowej dodał: „Ta śmierć jest także świadectwem. Ja modlę się za księdza Jerzego Popiełuszkę, jeszcze bardziej się modlę o to, ażeby z tej śmierci wyrosło dobro, tak jak z Krzyża Zmartwychwstanie”

    Świadectwo w czasach wolności

    Pięć lat później Polska jako pierwszy kraj bloku komunistycznego odzyskała wolność. W tych nowych warunkach Jan Paweł II ponownie przypomniał rodakom postawę ks. Jerzego. „Niech przemawia do nas świadectwo tego kapłana, które się nie przedawnia, które jest ważne nie tylko wczoraj, ale także dzisiaj. Może dzisiaj bardziej jeszcze” – mówił Papież na audiencji ogólnej 31 października 1990 r.

    Od tej pory przywoływał świadectwo ks. Jerzego, aby pokazać Polakom, jak mają się odnosić do Europy i zachodzących w niej przemian. 14 lutego 1991 r. na audiencji dla Lecha Wałęsy podkreślił, że „Polska nigdy Europy nie zdradziła! Czuła się odpowiedzialna za europejską wspólnotę narodów. Oczekiwała od niej pomocy, ale też umiała za nią umierać”. W tym kontekście Papież przypomniał niesprawiedliwy pokój według postanowień Konferencji z Jałty. Podkreślił, że naród nigdy się z tym nie pogodził i nie uległ narzuconej mu ideologii i totalitaryzmowi. „Bronił swojej godności i praw z ogromnym trudem i za cenę wielkich ofiar” – mówił Papież, podkreślając, że symbolem tego jest między innymi ks. Jerzy.

    Patron obecności Polski w Europie

    Po raz kolejny Jan Paweł II odwołał się do kapelana „Solidarności” kilka miesięcy później podczas swej podróży do Ojczyzny. Podjął on wtedy otwartą polemikę z tymi, którzy postulowali powrót Polski do Europy. Podkreślił, że Polacy nie muszą powracać do Europy, bo w niej są. „Nie musimy do niej wchodzić, ponieważ ją tworzyliśmy i tworzyliśmy ją z większym trudem, aniżeli ci, którym się przypisuje albo którzy sobie przypisują patent na europejskość, wyłączność. (…) Ja pragnę jako Biskup Rzymu zaprotestować przeciwko takiemu kwalifikowaniu Europy, Europy Zachodniej. To obraża ten wielki świat kultury, kultury chrześcijańskiej, z któregośmy czerpali i któryśmy współtworzyli, współtworzyli także za cenę naszych cierpień. (…) Kulturę europejską tworzyli męczennicy trzech pierwszych stuleci, tworzyli ją także męczennicy na wschód od nas w ostatnich dziesięcioleciach – i u nas w ostatnich dziesięcioleciach. Tak tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary z życia, tak jak Chrystus. Tak jak Chrystus, jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie, dlatego że dał swoje życie za nas wszystkich” (homilia we Włocławku, 7.06.1991).

    Aby sumienie nie porosło pleśnią

    Dlaczego tak wielką wagę przypisywał Jan Paweł II świadectwu ks. Jerzego w nowych czasach, po upadku marksistowskiego totalitaryzmu? Papież poniekąd sam dał na to odpowiedź, przytaczając, podczas cytowanej już audiencji z 1990 r. kilka wypowiedzi kapłana męczennika: „Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie, to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą” (31.10.1982 r.). „Postawmy życie w Prawdzie na pierwszym miejscu, jeżeli nie chcemy, by nasze sumienie porosło pleśnią” (27.02.1983 r.).

    Wyjątkowe zainteresowanie watykańskich mediów

    Warto podkreślić wyjątkowe zainteresowanie ówczesnych watykańskich mediów sprawą porwania i śmierci ks. Popiełuszki. Począwszy od 22 października 1984 r. dziennik „L’Osservatore Romano” codziennie informował na pierwszej stronie o rozwoju sytuacji. „Cała Polska niespokojna o Księdza Jerzego Popiełuszko”; „Chwile grozy w Polsce po porwaniu kapłana”; „Cała Polska mobilizuje się w sprawie ks. Popiełuszki” – to tytuły z pierwszych dni po porwaniu. 25 października watykański dziennik informuje, wciąż na tytułowej stronie, o aresztowaniu porywaczy, a następnego dnia cytuje słowa generała Jaruzelskiego, który potępił porwanie. 

    „L’Osservatore Romano” (Fot. „L’Osservatore Romano”, 1.11.1984 rok)„L’Osservatore Romano” (Fot. „L’Osservatore Romano”, 1.11.1984 rok)

    W kolejnych wydaniach „L’Osservatore Romano” przytacza kolejny apel Papieża oraz reakcje ze świata, w tym znamienne słowa arcybiskupa Paryża kard. Jean-Marie Lustigera: „żyjemy w czasach morderców”.

    Krzysztof Bronk/Vatican News/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki odbył się 3 listopada 1984 roku w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Szacuje się, że uczestniczyło w nim co najmniej 450 tys. osób, a niektóre źródła mówiły nawet o milionie uczestników. Uroczystości stały się wielką manifestacją antykomunistyczną.

    Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki odbył się 3 listopada 1984 roku w kościele pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu. Szacuje się, że uczestniczyło w nim co najmniej 450 tys. osób, a niektóre źródła mówiły nawet o milionie uczestników. Uroczystości stały się wielką manifestacją antykomunistyczną.

    fot. Witold Jarosław Szulecki/East News

    ***

    Śmierć w roku orwellowskim 1984

    W 40. rocznicę męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, kiedy zatarł się polityczny i społeczny kontekst tamtych wydarzeń, bardziej widoczny staje się ich wymiar metafizyczny – starcie ewangelicznego Dobra ze Złem. Gdyby George Orwell wiedział o dramacie, który rozegrał się w nocy 19 października 1984 r., mógłby dopisać nowy rozdział do swej antyutopii „Rok 1984”.

    Na Orwellowskie paralele wydarzeń tamtej strasznej nocy, kiedy między 21.30 a północą dokonywało się męczeństwo ks. Jerzego, zwrócił uwagę Andrzej Duda w liście do uczestników obchodów 35. rocznicy męczeństwa ks. Popiełuszki w Suchowoli. „Błogosławiony ksiądz Jerzy zginął w roku 1984” – napisał prezydent Rzeczypospolitej. „Być może jest w tym pewien znak Opatrzności, bo przecież »Rok 1984« to tytuł głośnej powieści George’a Orwella. Książki, w której przedstawiono straszliwą wizję państwa totalitarnego. Szczególnie poraża pojawiające się tam – w nawiązaniu do terroru sowieckiego – pojęcie nieosoby. A więc kogoś, kto naraził się bezwzględnemu, owładniętemu rządzą władzy środowisku politycznemu, i kogo to środowisko zaczyna traktować nie jak człowieka, ale jak przedmiot. Nie sposób o tym zapomnieć, kiedy poznaje się historię prześladowań i męczeństwa księdza Jerzego”.

    Świat przedstawiony i realny

    Realia 1984 r. w istotny sposób odbiegały od wizji przedstawionej w książce Orwella, ale wiele zasadniczych elementów wykreowanego świata determinowało tamtą rzeczywistość. Świat był podzielony na dwa bloki militarne, a w systemie komunistycznym przynależność do partii określała pozycję społeczną i materialną oraz możliwości awansu. Bunt proli, jak Orwell nazywa proletariat, społeczności ludzi pozbawionych praw politycznych oraz zdeklasowanych materialnie – a tak można określić rewolucję Solidarności – skończył się klęską. Społeczeństwo sterroryzowane brutalnymi represjami pogrążyło się w duchowym marazmie. Polska w latach 80. XX wieku straciła co najmniej milion najbardziej aktywnych i przedsiębiorczych obywateli, którzy udali się na emigrację. Wzrosło znaczenie Służby Bezpieczeństwa, najważniejszej instytucji, kontrolującej wszystkie segmenty życia publicznego. Wprowadzenie stanu wojennego było dla bezpieki czasem wielkiego werbunku, a jej sieć agenturalna została rozbudowana. Orwellowski Wielki Brat wiedział wszystko, m.in. dzięki sprawnie prowadzonej przez kilkanaście tysięcy funkcjonariuszy SB pracy operacyjnej. Posiłkowali się oni kilkudziesięcioma tysiącami tajnych współpracowników, ulokowanych we wszystkich sektorach życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego i we wszystkich Kościołach chrześcijańskich. Partia komunistyczna miała monopol na przekaz informacji. Wszystkie media znajdowały się pod jej kontrolą, a działalność urzędów cenzorskich skutecznie broniła przekazu jednego nadawcy – komunistycznej władzy. Ukazywały się wprawdzie wydawnictwa bezdebitowe, ale miały niewielki zasięg, a ich redakcje w części były kontrolowane przez organy bezpieczeństwa. Jeśli jednak rzeczywistość 1984 r. w sposób istotny różniła się od wizji nakreślonej przez Orwella, to dlatego, że w świecie wykreowanym przez pisarza nie było miejsca na Kościół oraz wiarę, które stanowiły istotny komponent świata rzeczywistego. To była przestrzeń wolności, której władza nigdy nie zdołała opanować. Pontyfikat Jana Pawła II oraz jego pierwsza pielgrzymka do ojczyzny w 1979 r. wzmocniły ludzi wierzących, co miało istotne znaczenie w trakcie strajków w sierpniu 1980 r. Portrety papieża oraz Matki Boskiej Częstochowskiej zawisły na bramach strajkujących zakładów, pokazując, gdzie kończy się władza partii.

    W takich warunkach zaczęła się społeczna posługa ks. Jerzego Popiełuszki. Po raz pierwszy w sierpniu 1980 r. doświadczył on siły robotniczego buntu, odprawiając Mszę św. dla strajkującej załogi Huty Warszawa. W takich realiach nieznany wcześniej, skromny wikary z warszawskiego Żoliborza zaczynał misję, która doprowadzi go do męczeńskiej śmierci, a jednocześnie unieśmiertelni. Tego nie ma w książce Orwella. Winston Smith, jej główny bohater, jest samotny i bezradny wobec władzy. Nie ma struktury, na której mógłby się oprzeć.

    Seanse nienawiści

    Istotą opisywanego przez Orwella świata była całkowita kontrola władzy nad językiem. To rządząca partia nadaje znaczenia słowom. Smith widzi budynek Ministerstwa Prawdy, gdzie pracuje, ozdobiony transparentem z napisem: „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. W latach 80. ub. wieku kontrola nad językiem była także jednym z elementów zapewniających trwanie systemowi. Władza w PRL także stworzyła sztuczny język. Jego istotą było wyeliminowanie słów niepotrzebnych lub źle się kojarzących, czy niewłaściwych z punktu widzenia ideologicznych interesów rządzącej partii. Tak wypreparowany język przestał być narzędziem komunikacji, a służył jedynie do przekazywania treści pożądanych przez rządzących. Działania mające zmienić ten stan były w świecie wykreowanym przez Orwella kwalifikowane jako myślozbrodnia.

    Posługa ks. Jerzego przywracała wartość słowom. Dlatego władza tak zdecydowanie reagowała na jego kazania, wygłaszane w czasie Mszy św. za Ojczyznę, odprawianych w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Gromadziły się na nich tłumy. Te Eucharystie tworzyły przestrzeń wolności, której wysłannicy reżimu nie mogli kontrolować. Była to jedna z największych myślozbrodni, jakiej mógł się dopuścić obywatel komunistycznego państwa.

    Msze św. za Ojczyznę były przez Jerzego Urbana, rzecznika rządu, nazywane „seansami nienawiści” wymierzonymi we władze stanu wojennego. Urban nawiązywał do opisanej przez Orwella praktyki organizowania przez partię Dwóch Minut Nienawiści, mających wzbudzać negatywne emocje na potrzeby propagandy. Prawdziwymi seansami nienawiści z ks. Popiełuszką w roli głównej były cykliczne konferencje rzecznika rządu oraz cała rządowa propaganda, przez wiele miesięcy atakująca i szkalująca niepokornego kapłana.

    Rodzice ks. Jerzego Marianna i Władysław Popiełuszkowie nad grobem syna w dniu pogrzebu.

    Rodzice ks. Jerzego Marianna i Władysław Popiełuszkowie nad grobem syna w dniu pogrzebu.

    reprodukcja – Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Piętrowa prowokacja

    Ważnym instrumentem sprawowania władzy w powieści Orwella jest prowokacja. To wręcz systemowy element inżynierii społecznej, umożliwiający skuteczną kontrolę nad masami. Także w tym aspekcie wydarzenia, jakie rozegrały się w nocy 19 października 1984 roku między Bydgoszczą, Toruniem i Włocławkiem, wpisują się w Orwellowską wizję świata. Wielopoziomowa prowokacja stała za uprowadzeniem i zamordowaniem ks. Popiełuszki. Jej pierwotnym elementem było podrzucenie w czasie rewizji 12 grudnia 1983 roku ulotek, broni i materiałów wybuchowych do mieszkania księdza przy ul. Chłodnej 15 w Warszawie. W akcję zaangażowani byli także funkcjonariusze bezpieki, którzy później uprowadzili i zabili kapelana Solidarności. Stało się to pretekstem do jego zatrzymania oraz oskarżenia o to, że „przy wykonywaniu obrzędów religijnych (…), w wygłaszanych kazaniach nadużywał wolności sumienia i wyznania w ten sposób, że permanentnie oprócz treści religijnych zawierał w nich zniesławiające władze państwowe treści polityczne, a w szczególności pomawiał, że te władze posługują się fałszem, obłudą i kłamstwem, przez antydemokratyczne ustawodawstwo niszczą godność człowieka, a także pozbawiają społeczeństwo swobody myśli oraz działania, czym nadużywając funkcji kapłana, czynił z kościołów miejsce szkodliwej dla interesów PRL propagandy antypaństwowej”. Ten prokuratorski wywód mógłby znaleźć się w rozdziale książki Orwella opisującym przypadki myślozbrodni.

    Tymczasem w swych kazaniach ks. Jerzy mówił o rzeczach oczywistych – o konieczności prawdy, uczciwości i miłości bliźnich w życiu społecznym. Upominał się o prawa człowieka, bronił represjonowanych. Często odnosił się do wydarzeń z przeszłości, wyprowadzając z nich wnioski dla obecnej sytuacji. Czytając je po latach, nie znajduje się w nich żadnych treści obrazoburczych ani w sposób oczywisty politycznych. Było w tym czasie sporo księży w Polsce znacznie mocniej i dosadniej oceniających rzeczywistość stanu wojennego aniżeli Popiełuszko. Jego popularność, charyzmat oraz umiejętność gromadzenia wokół siebie wielkich rzesz ludzi stanowiły problem dla władzy, ale z pewnością nie wymagały podjęcia działań tak radykalnych jak uprowadzenie i zabicie. Według ciągle niepełnej wiedzy, jaką mamy w tej sprawie, można stwierdzić, że zabicie księdza było elementem szerszego planu.

    Przekonani o tym byli także jego mordercy. Porucznik Leszek Pękala w trakcie przesłuchania mówił: „Porwanie księdza miało służyć – o tym byłem przekonany – dla rozegrania pewnych ważnych, politycznych interesów państwowych”. To, co zamierzali zrobić, było „potrzebne i słuszne w interesie państwa, biorąc pod uwagę zarówno jego sprawy wewnętrzne, jak i może międzynarodowe”. Porucznik Waldemar Chmielewski, drugi z porywaczy i zabójców, przekonywał podczas pierwszego przesłuchania, że byli oni przekonani o akceptacji przez kierownictwo resortu ich planów. W czasie kolejnego przesłuchania (6 listopada1984 r.) stwierdził, iż Piotrowski ich przekonywał, że plany akceptuje nie tylko ich bezpośredni zwierzchnik płk Adam Pietruszka, ale także wiceminister spraw wewnętrznych gen. Władysław Ciastoń. Gdy tuż przed północą 19 października 1984 roku cała trójka zastanawiała się, co zrobić z ciężko pobitym i skrępowanym w bagażniku samochodu księdzem, Piotrowski rozstrzygnął wątpliwości stwierdzeniem, że „zleceniodawcom zależy na tym, aby Popiełuszko zniknął raz na zawsze”.

    Mecenas Jan Olszewski, oskarżyciel posiłkowy na procesie toruńskim, odpowiadając na pytanie, dlaczego ofiarą został ks. Popiełuszko, powiedział, że został on wytypowany nie dlatego, że był znienawidzony w resorcie i osobiście dokuczał oskarżonym. „Został wytypowany na zimno, bo jego nazwisko było głośne, cieszył się mirem i społecznym uznaniem. Bo uprowadzenie i śmierć kapłana katolickiego jest w takim kraju jak Polska wielkim wstrząsem dla całego społeczeństwa. Z punktu widzenia założeń prowokacji ofiara została wybrana bezbłędnie”. W tym scenariuszu bestialski mord na ks. Popiełuszce miał spowodować masowe protesty, które miały doprowadzić do przetasowań na najwyższych szczeblach władzy. Był to prawdziwie Orwellowski scenariusz inżynierii społecznej, wykorzystującej emocje do prowadzenia zaplanowanej z zimną krwią gry politycznej.

    Przemoc przegrywa

    „Rok 1984” to powieść o przemocy i nienawiści – ten motyw dominuje też w działaniach morderców z SB. Główny imperatyw, jakim kierują się kpt. Piotrowski oraz jego wspólnicy, to sugestywnie przedstawiona w książce Orwella nietzscheańska „wola mocy”. Reprezentujący ją „nadludzie” uzurpują sobie prawo do łamania prawa w imię własnej hierarchii wartości. Taką kreację Piotrowski zaprezentował podczas procesu toruńskiego, przekonując, że jego osąd moralny pozwalał mu porwać, a później zamordować księdza. I jeszcze jeden ważny wątek orwellowski widoczny jest w działaniach morderców. Przemoc w książce to but miażdżący ludzką twarz, gdyż „nic nie jest tak straszne jak ból fizyczny”. Piotrowski tłucze bezlitośnie ks. Jerzego nie tylko po to, aby go uciszyć – zadając mu fizyczny ból, chce zdewastować jego duszę.

    W polskiej rzeczywistości 1984 roku zwycięża ks. Jerzy Popiełuszko. Jego pogrzeb staje się największą od czasu ogłoszenia stanu wojennego demonstracją oporu wobec władzy komunistycznej, a jednocześnie odbywa się w atmosferze powagi i wielkiego narodowego skupienia. Śmierć ks. Jerzego została powszechnie odczytana jako świadectwo dane przez wiernego ucznia Chrystusa. Stała się impulsem do nawrócenia dla wielu ludzi i zaczynem odrodzenia ruchu Solidarności. Heroizm ks. Jerzego zdecydował o tym, że wydarzenia w Polsce potoczyły się inaczej aniżeli w powieści Orwella. Wielki Brat przegrał i rozpoczął się rozpad totalitarnego systemu.

    Andrzej Grajweski/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dwie godziny wolności

    Sprawowane przez ks. Jerzego Popiełuszkę Msze za Ojczyznę stały się głównym powodem spotykających go prześladowań, a w końcu męczeńskiej śmierci, ale też źródłem nadziei i otuchy dla milionów Polaków.

    Od kwietnia 1982 roku Msze za Ojczyznę były odprawiane w ostatnią niedzielę miesiąca o godz. 19.00. Od końca lutego 1982 r. do 26 sierpnia 1984 r. w kościele pw. św. Stanisława Kostki w Warszawie odbyło się 26 Eucharystii w intencji Ojczyzny.

    Msza Święta za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu

    fot. Grzegorz Rogiński, reporter/EAST NEWS

    ***

    Był maj 1980 roku, gdy do kościoła św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu trafił w charakterze rezydenta ks. Jerzy Popiełuszko. „Przyszedł do parafii prosty, nieśmiały, jakby zalękniony. Pytałem się w duchu, co za pociechę mieć z niego będę. Do kazań się nie rwał, śpiewu unikał” – wspominał ks. proboszcz Teofil Bogucki.

    Kto by pomyślał, że za niespełna dwa lata kazania tego człowieka – i nie tylko one – zaczną poruszać cały naród, a ich echo będzie brzmiało przez dziesięciolecia.

    Łyk powietrza

    Stan wojenny zszokował Polaków. Ludzie długo nie mogli się otrząsnąć. Zadbała o to władza ludowa, brutalnie pacyfikując kolejne ośrodki oporu i trzymając ludzi w atmosferze terroru. W tej ponurej atmosferze 17 stycznia 1982 r. ks. Jerzy Popiełuszko odprawił Mszę Świętą w intencji ofiar stanu wojennego. Prosili o to warszawscy hutnicy, których był duszpasterzem. „Ponieważ odebrano nam wolność słowa, dlatego wsłuchując się w głos sumienia i serca, pomyślmy o tych, którym odebrano wolność osobistą i zamknięto w obozach i więzieniach” – niosło się po kościele św. Stanisława Kostki. Dla uczestników to było jak łyk świeżego powietrza: ktoś wreszcie publicznie powiedział prawdę.

    To nie było jeszcze to, co niebawem miało przejść do historii pod nazwą Mszy za Ojczyznę. Tę przyszły męczennik odprawił po raz pierwszy przeszło miesiąc później. „Kościół zawsze staje po stronie prawdy. Kościół zawsze staje po stronie ludzi pokrzywdzonych. Dzisiaj Kościół staje po stronie tych, którym odebrano wolność, którym łamie się sumienie” – mówił ks. Jerzy Popiełuszko podczas Mszy św. odprawionej 28 lutego 1982 roku. Jej formalna intencja brzmiała: „za pozbawionych wolności, aresztowanych, internowanych, zwalnianych z pracy i ich rodziny oraz tych wszystkich, którzy są na służbie kłamstwa i niesprawiedliwości”. Ta intencja przyświecała także kolejnym Mszom za Ojczyznę – bo taką nazwą zaczęto je określać. Od kwietnia 1982 r. były one odprawiane w ostatnią niedzielę każdego miesiąca o godzinie 19.00.

    Zdumiewający zasięg

    Ściślej mówiąc, Msze za Ojczyznę celebrował już wcześniej, przed stanem wojennym, proboszcz parafii na Żoliborzu ks. Teofil Bogucki, nawiązując w ten sposób do przedwojennej tradycji. Ks. Jerzy Popiełuszko jako rezydujący w parafii duszpasterz Huty Warszawa przejął ten zwyczaj na jego prośbę. Od końca lutego 1982 r. do 26 sierpnia 1984 r. odbyło się w kościele pw. św. Stanisława Kostki w tej intencji 26 Mszy. Każda kolejna Msza za Ojczyznę gromadziła coraz więcej uczestników, zasadniczo warszawiaków, ale stopniowo przybywali także ludzie z całej Polski, niezależnie od wyznania, a trafiali się nawet ateiści. Te „dwie godziny wolności”, jak mówiono o tych Mszach, przyciągały licznych działaczy niepodległościowych, takich jak: Andrzej Gwiazda, Zbigniew Romaszewski, Anna Walentynowicz, Jacek Kuroń czy Adam Michnik.

    W 1984 r. w Mszach za Ojczyznę brało udział każdorazowo kilkanaście tysięcy osób, a bywało, że i ponad 20 tysięcy. Podczas Eucharystii modlono się o wolną Polskę, za prześladowanych, za więźniów politycznych. Homilie wygłaszane przez ks. Popiełuszkę nagrywano na kasety, kopiowano, przepisywano i powielano w wielkiej liczbie egzemplarzy – wszystko oczywiście w tzw. drugim obiegu. Cytaty z nich pojawiały się w Radiu Wolna Europa, a także w nagraniach pozyskanych przez media zachodnie. W 1984 r. autoryzowany zbiór kazań został przekazany także Janowi Pawłowi II. Fragmenty homilii ks. Popiełuszki, wygłaszanych na Mszach za Ojczyznę, docierały konspiracyjnie także do internowanych. „Opowiadania o mszach za Ojczyznę przenikały przez mury Mokotowa. Przekazywane między celami przez okno i przestukiwane przez ściany, dodawały nam otuchy, podnosiły na duchu i dawały świadomość, że poza murami dziesiątki tysięcy ludzi łączy się z tymi, którzy nie wyrzekli się cnoty męstwa i są gotowi dać świadectwo prawdzie i realizować Solidarność i nakazy miłości bliźniego” – wspominał Andrzej Gwiazda w księdze pamiątkowej ks. Jerzego Popiełuszki.

    Pierwszą Mszę Świętą za Ojczyznę ks. Popiełuszko odprawił 28 lutego 1982 roku.

    Pierwszą Mszę Świętą za Ojczyznę ks. Popiełuszko odprawił 28 lutego 1982 roku.
    fot. Maciej Macierzyński, reporter/EAST NEWS

    ***

    Prorocze słowa

    Przyszły męczennik bardzo solidnie przygotowywał swoje kazania, szczególnie od chwili, gdy uświadomił sobie, jak ważne są one dla słuchaczy i jak wielki jest ich zasięg. Jego kaznodziejstwo obracało się wokół zaczerpniętego od św. Pawła wezwania „zło dobrem zwyciężaj”. Mówił prosto, ale celnie. Kazania, w których często odwoływał się do nauczania Jana Pawła II oraz Stefana Wyszyńskiego, zawsze dotyczyły podstawowych wartości, zakorzenionych w chrześcijaństwie: prawdy, wolności, solidarności, sprawiedliwości i miłości do ojczyzny. Błogosławiony uczył, że początkiem zniewolenia człowieka i społeczeństwa jest zawsze akceptacja grzechu. Wskazywał, że wolność musi mieć związek z prawdą, sięgając często do konkretów z najbliższego czasu. „Nie można przyjąć za prawdę pięknych słów i deklaracji o prawdziwej ugodzie, gdy idą one równolegle z coraz dalszym odbieraniem praw obywatelskich. A ostatnie przepisy prawa zatwierdzone przez Sejm są niewątpliwie ustawami nie dla dobra interesu społeczeństwa” – mówił 28 sierpnia 1983 roku. Proroczo zabrzmiały słowa: „Prawdą jest, że człowiek to koronne stworzenie Boga i nie może być podporządkowany innym celom, niezgodnym z jego ostatecznym przeznaczeniem do życia wiecznego z Bogiem. Prawdą jest (…), że okres zrywu sierpniowego przemienia dusze ludzkie. Naród już wie, czego chce, i nie uda się tej wewnętrznej przemiany cofnąć. Prawdą jest, że solidarność narodu naszego wyrosła na łzach, krzywdzie i krwi robotniczej, i że powstała w trosce o dom ojczysty”. Na koniec tego samego kazania ks. Jerzy powiedział: „Pamiętajmy, że mocny jest lud, gdy w swoim życiu i swojej ojczyźnie buduje na prawdzie, miłości, sprawiedliwości i solidarności serc i umysłów, w modlitewnym zjednoczeniu ze źródłem tych wartości, Ojcem ludów i narodów – Bogiem Przedwiecznym”.

    Znak zwycięstwa

    Do tematu z kazania nawiązywała modlitwa wiernych. Zazwyczaj pojawiały się tam wezwania o prawdę, wolność i sprawiedliwość. Modlono się na przykład: „za Ojca Świętego zatroskanego o los naszej Ojczyzny”; „za tych, którzy oddali krew Ojczyźnie w walce z zaborcą w czasie powstania styczniowego”; „za nas samych, abyśmy nigdy nie utracili wiary w ideały, o które walczyliśmy w szeregach Solidarności”. Często wspominano więzionych działaczy Solidarności, szykanowanych i poniżanych. „Tu ludzie wylewają swój żal, swój ból w modlitwie, w spontanicznym śpiewie i w milczeniu, które również jest jakąś wielką modlitwą” – mówił ks. Popiełuszko w jednym z wywiadów.

    Każda ze sprawowanych przez ks. Popiełuszkę Mszy św. za Ojczyznę była poświęcona określonemu tematowi, obecnemu nie tylko w treści kazania, ale też w dekoracji kościoła. Na przykład w czerwcu 1982 r. przy ołtarzu pojawił się przewiązany żałobną wstęgą biało-czerwony kontur Polski z zaznaczonymi miejscami internowania działaczy Solidarności. Ważna też była oprawa muzyczna i artystyczna. Znani artyści, w tym aktorzy, czytali lekcje przed Ewangelią, śpiewali psalmy, a po Komunii recytowali utwory i wykonywali pieśni o treści patriotyczno-religijnej. Głęboko przejmowały zebranych teksty wieszczów polskich, czytane przez Andrzeja Szczepkowskiego czy Zbigniewa Zapasiewicza. W zbiorowej pamięci pozostała intonowana przez Leona Łochowskiego pieśń „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana”. Na zakończenie Mszy śpiewano pieśń „Boże, coś Polskę”. Najgłośniej wybrzmiewały ostatnie słowa: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Podczas śpiewu tej pieśni uczestnicy zazwyczaj podnosili dłonie z palcami ułożonymi w kształt litery „V”. Wiele osób jednak zamiast tego wznosiło w górę krzyż – tak jak prosił ksiądz Jerzy. Błogosławiony był przekonany, że to dużo lepiej wyraża istotę rzeczy. Tłumaczył, że prawdziwe zwycięstwo należy do Chrystusa, bo przez krzyż idzie się do zmartwychwstania.

    „Seanse nienawiści”

    Tłumy wiernych nie mieściły się w kościele, ludzie zajmowali cały plac kościelny i sąsiednie uliczki. Wraz ze zwiększającą się liczbą uczestników przybywało też transparentów komisji zakładowych zdelegalizowanej Solidarności.

    Dla komunistów spotkania w kościele św. Stanisława Kostki stanowiły naruszenie zakazu publicznych zgromadzeń. Według akt bezpieki gromadzenie przez ks. Popiełuszkę ludzi na Mszach za Ojczyznę było „nadużywaniem wolności sumienia i wyznania w celu szkodzenia interesom politycznym PRL”. W ramach propagandowego „odporu” rzecznik rządu Jerzy Urban pod pseudonimem Jan Rem pisał o Mszach za Ojczyznę jako o „seansach nienawiści”. Nazywał je „sesjami politycznej wścieklizny”, a nawet „czarnymi mszami”. Zgromadzenie wiernych było otoczone przez milicję i ZOMO, a wśród modlących się stali tajniacy. Ks. Popiełuszko, świadom obecności prowokatorów, po niemal każdej Mszy apelował do zebranych o spokojne rozejście się do domów. Dbała o to też Kościelna Służba Porządkowa, którą powołali działacze Solidarności. Jej członkowie czuwali także nad bezpieczeństwem ks. Jerzego, wokół którego bezpieka zacieśniała krąg inwigilacji. Z czasem, w obliczu coraz brutalniejszych prowokacji, dyżurni czuwali przy mieszkaniu księdza przez całą dobę.

    28 listopada 1982 r. kazanie podczas Mszy za Ojczyznę wygłosił wyjątkowo ks. Teofil Bogucki. Ks. Popiełuszko celebrował Mszę, ale nie wypowiadał się w jej trakcie. Stało się to na życzenie bp. Zbigniewa Kraszewskiego, który ostrzegł, że ks. Popiełuszko może zostać aresztowany po Mszy św. Ks. Jerzy w duchu posłuszeństwa uszanował tę decyzję, choć uważał ją za błędną.

    To dawało siłę

    Władze PRL robiły wszystko, żeby przedstawić Msze za Ojczyznę jako wynik politycznego zaangażowania ks. Popiełuszki, motywowanego chęcią szkodzenia państwu. W grudniu 1983 r. oficjalnie przedstawiono mu zarzut uprawiania propagandy antypaństwowej. Komuniści wielokrotnie interweniowali w sprawie Mszy odprawianych przez ks. Popiełuszkę w warszawskiej kurii, a potem także w sekretariacie Prymasa Polski. Duchowny został obstawiony donosicielami, a służby wzmogły akcję dezinformacyjną na jego temat wobec prymasa Józefa Glempa. Grożono mu śmiercią i na różne sposoby szykanowano. Mimo represji ks. Jerzy Popiełuszko odprawiał Msze za Ojczyznę. „Nie uprawiam polityki z ambony. Mnie chodzi o sprawę moralności, a nie o politykę” – powiedział kiedyś prof. Stanisławowi Olejnikowi z warszawskiej ATK. Tak też widzieli to uczestnicy Mszy za Ojczyznę, odprawianych przez ks. Popiełuszkę. Podkreślają oni, że były one dotknięciem rzeczywistości, której każdy uczciwy Polak pragnął, o którą się modlił, ale która wtedy była nieosiągalna. „One emocjonalnie dawały pewną siłę, człowiek mniej się bał. Trzeba jasno powiedzieć, że Polacy jako naród bali się” – mówił radiowej Jedynce ks. Jan Sochoń, biograf księdza Jerzego. W jego przekonaniu ks. Popiełuszko, szczególnie podczas stanu wojennego, „mówił w imieniu Polaków”. W podobnym duchu wypowiedział się ks. Jan Sikorski, który po śmierci ks. Jerzego kontynuował na Żoliborzu Msze w intencji Polski. Wspominał: „Oddychało się zupełnie innym powietrzem, inni ludzie, inny kontakt i głęboko religijne przeżycie. Od tej pory wiedziałem, że nikt nie jest w stanie mi opowiadać, że to są jakieś polityczne spektakle czy manifestacje”.

    Dobry owoc

    Ostatnią homilię podczas Mszy za Ojczyznę ks. Popiełuszko wygłosił 26 sierpnia 1984 r., w uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej. „Zawsze Maryja dla narodu była Matką podtrzymującą swe dzieci w wierze i nadziei, że odmieni się los udręczonej Ojczyzny” – mówił. Choć księdzu Jerzemu nie było dane tego oglądać z perspektywy doczesności, ta nadzieja się spełniła. Przyczyniło się do tego jego życie, przypieczętowane męczeńską śmiercią. Odprawiane przez błogosławionego Msze za Ojczyznę okazały się najbardziej wyrazistym elementem jego posługi i zapadły w trwałą pamięć narodu.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Popiełuszko. Ta historia jest wieczna

    Ostatnie zdjęcie ks. Jerzego/ Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu ks. Jerzego Popiełuszki

    ***

    Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi – jak wskazuje biblijna nauka – Pan Bóg lubi wybierać najbardziej.

    Kult niepozornego ale nadzwyczajnie silnego duchowo księdza dopiero zaczyna się rozwijać i z każdym rokiem zyskuje na zasięgu. Już nie Polska, a Korea Południowa, Wietnam, Filipiny i kilkadziesiąt innych krajów znajduje w jego prostej historii znak Ewangelii.

    Przyjaciel

    Ksiądz Jerzy szybko przechodził na Ty. Trudno policzyć wszystkich, którzy mówili mu po imieniu. Nie stwarzał żadnego dystansu. Jerzy zawsze źle wychodził na pomnikach bo ani trochę nie był taki pomnikowy – mówi jeden z jego przyjaciół. Może dlatego, że z natury był skromny, niepozorny i stronił od tłumów, choć zdecydowanie nie stronił od ludzi. Nie raz się zdarzało, że nawet kiedy był już znanym duszpasterzem Solidarności i kiedy pojawił się na zaproszenie w jakimś kościele, nie było końca owacjom ale i nie było końca zastanawianiu się, który to tak naprawdę jest ten Popiełuszko spośród stojącej często rzędem grupy kapłanów i dostojników. Być może z tego powodu ksiądz Jerzy uchodził czasem nawet oczom agentów bezpieki jak choćby 2 grudnia 1983 r., o czym sam pisał w dzienniku: „zobaczyłem w kościele dziwnie zachowujących się panów. Później okazało się, że to panowie z SB i prokuratury. Dziwnym trafem przeszedłem obok nich, choć były już obstawione wszystkie furtki.”

    Zadziwiony był także Andrzej Gwiazda, legendarny przywódca Solidarności, który po wyjściu z więzienia w którym słuchał kazań księdza Jerzego postanowił poznać go osobiście. Spodziewając się proroka z siwą brodą, jak sam to wspomina, zastał na plebanii kościoła w Warszawie na Żoliborzu uśmiechniętego chłopaka w dżinsach i w koszuli z podwiniętymi rękawami, z którym później przegadał całą noc. Skracanie dystansu to w życiu księdza Jerzego przede wszystkim troska o ludzi, płynąca nieustannie rzeka pomocy. Paczki, pomoc w znalezieniu pracy, wsparcie finansowe a nade wszystko obecność w podbramkowych i dramatycznych sytuacjach. To, co naprawdę ważne, prawdziwe, silne, jest często niepozorne i przystępne, może z tego powodu nie tak łatwo to czasem rozpoznać. Zadziwiające jest to, jak wiele osób urodzonych po upadku komunizmu mówi o księdzu Jerzym per „Jurek” lub „Jerzy”. Sam znam takich bardzo wielu. On wciąż skraca dystans. Po 1984 roku przesłano do parafii w której pracował ponad 570 świadectw łaski i cudów, w tym ponad 20 posiada dokumentację medyczną. Wciąż się angażuje, bo on po prostu niezmiernie to lubi…

    Egzorcyzmuje serca

    Droga serca. Adam Nowosad, jeden z przyjaciół księdza Jerzego i zarazem świadek w jego procesie beatyfikacyjnym powiedział, że ksiądz, mimo iż środowisko solidarnościowe uważało go za jednego z najważniejszych przywódców duchowych i mentora, zniechęcał ich do protestów, demonstracji, siłowych rozwiązań. Chodźcie do kościoła – mówił kapłan – dbajcie o przemianę serca, a system sam upadnie. Kiedy zginął maturzysta – Grzegorz Przemyk, zakatowany przez komunistyczną milicję, ksiądz Jerzy prowadził wielotysięczny kondukt pogrzebowy, w którym trumnę licealisty nieśli na ramionach jego koledzy. Ksiądz Jerzy zakupił wcześniej tysiące białych kwiatów i mówił, że jeśli by ponosiła ich nienawiść, niech unoszą kwiaty w górę i milczą… Jak mówią świadkowie, pochód nie spłoszył nawet ptaków siedzących na okolicznych drzewach, mimo tysięcy gorących głów, w których wcześniej płonęła zemsta, panowała przeraźliwa cisza…

    Mecenas Maciej Bednarkiewicz wspierający księdza w dramatycznych sytuacjach mówił, że słowa głoszone przez niego, które przyciągały kilkudziesięciotysięczne rzesze ludzi na Msze za Ojczyznę nie miały w sobie ani grama nienawiści. Pokój, cierpliwość, droga przemiany serc i wyraźne mówienie prawdy były dla komunistycznego systemu zniewolenia nie do zniesienia. Mecenas zauważa, że komuniści sterowali nienawiścią, często sami ją wywoływali. Pokój i pojednanie paraliżowały agresorów. Nieprzejednana siła rozlewającego się pokoju w sercach uczestników Mszy, miała zaś potęgę egzorcyzmów. Ludzie odchodzili stamtąd wolni wewnętrznie i gotowi do przemiany świata na dobre bez użycia kamieni i przekleństw. Niedawno jako przewodnik oprowadzałem po muzeum księdza Jerzego grupę palestyńskich chrześcijan. Nasza podróż zaczynała się zwyczajnie, a nawet chłodno. Kończyła się łzami i wzruszeniem. Błogosławiony ksiądz Popiełuszko jest patronem prześladowanych chrześcijan, zabieramy go ze sobą do Palestyny – powiedzieli na koniec. Mimo iż zabrakło głosu księdza Jerzego to do niego, do jego grobu, wciąż tłumnie przybywają ludzie. Od 1984 roku były ich blisko 23 miliony. Serca do końca świata będą potrzebowały egzorcyzmów… i on wciąż w tych łaskach pośredniczy. Tak nam dziś tych egzorcyzmów potrzeba.

    ***

    fot. Paweł Kęska

    ***

    Przeprowadza przez lęk jak przez ciemną noc

    Lęk jest współcześnie jedną z najdotkliwszych chorób świata. Za lękiem idzie przemoc fizyczna i psychiczna, ale i uzależnienia, upadki, rezygnacja z ideałów i z życiowych misji. Ksiądz Jerzy był normalny, odczuwał strach i lęk jak każdy z nas. Mimo to nie schodził z drogi. Coś takiego było w nim od dzieciństwa. Najlepszy wyraz temu dał w wojsku, gdzie mimo prześladowania, drwin i psychicznej przemocy nie poddał się presji i nie zdjął różańca i medalika oraz prowadził publiczne modlitwy. Nie zszedł złu z drogi również kiedy zmuszała go do tego okrutnymi i podstępnymi metodami bezpieka.

    W jednym ze wspomnień, Joanna Sokół, która współpracowała z nim intensywnie przez ostatni rok jego życia, mówi, że spodziewał się, że wszyscy go opuszczą pod presją prześladowań komunistycznych agentów i że zostanie sam. Te myśli poparte obficie faktami również nie sprawiły, że zszedł z drogi a presja była potworna. Nocne telefony, anonimy z pogróżkami śmierci, podsłuchy w całym domu, wezwania na przesłuchania, prowokacje, oskarżenia w mediach i manipulacje opinią publiczną. Bywało i tak, że odwracali się od niego przyjaciele. Nie zszedł z drogi. W jednym z kazań powiedział: Człowiek tchórzliwy, zalękniony, nie jest zdolny pokonać przeszkód, które są stawiane na drodze ku wielkim wartościom, takim jak Prawda, Sprawiedliwość, Godność. Nie wiadomo jaka była jego ostatnia droga. Dociekaniom przebiegu tego dramaty nie ma końca a wiadomo, że ustalenia procesu zabójców były manipulowane. W domysłach nie można sobie wyobrazić jednego, że się poddał… Relikwie księdza Jerzego są dziś w blisko 1500 miejscach kultu publicznego na świecie, w tym w blisko 500 miejscach w 61 krajach za granicą. Są w polskiej kaplicy sejmowej czy prezydenckiej, są w kaplicach więziennych, szpitalnych, w wielu kościołach misjonarskich na Bliskim Wschodzie, w Afryce, w miejscach konfliktów i dramatów. Wszędzie tam promieniują siłą i nadzieją, leczą ludzki lęk.

    Bohater jest wieczny

    Ksiądz Jerzy poza tym, że był niepozorny, to po prostu lubił życie w dobrym tego słowa znaczeniu. Był uśmiechnięty, miał pasje i przyjaciół. Nie pasował do roli bohatera. W latach 70. jeździł sportowym chevroletem, palił czasem papierosy, kupował je zresztą często w Peweksie, nosił dżinsy, lubił podróże. Nie miał raczej w planach „zbawiania świata”. Takich ludzi, jak wskazuje biblijna nauka, Pan Bóg lubi wybierać najbardziej. Ks. Adam Boniecki, który spotkał go na przełomie 1983 i 1984 r. i spędził z nim jeden dzień powiedział, że porażająca była dla niego obojętność, jaką żywił ksiądz Jerzy wobec faktu niezmiernej popularności jaką miał już w Polsce i na świecie. Nie interesowały go żadne gry, nie miał żadnych publicznych ambicji, był – jak mówi ksiądz Boniecki – księdzem, który się cieszył, że może pełnić posługę duszpasterską tam, gdzie go Bóg postawił.

    Ksiądz Jerzy znał wszystkich w Polsce ważnych ludzi Solidarności i nie budziło to w nim żadnej chęci władzy czy wpływu na świat. Wyłącznie służył… i tej służbie poświęcił się do końca. Ulice księdza Jerzego Popiełuszki znajdziemy dziś w Nowym Jorku, w Budapeszcie, w miastach francuskich, włoskich, w 214 miejscach w Polsce. Imię księdza Jerzego noszą dziś 52 szkoły w Polsce. To bohaterstwo jest przystępne, przyciągające… Młodzi czują księdza Jerzego. Przychodzą na jego grób, czytają jego kazania, fascynują się jego życiem. Widząc ich, myślę wciąż, że ta historia, historia rewolucji dobra, dopiero się zaczyna.

    Paweł Kęska/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Alek z Okopów

    Z prostego, trudnego życia – do wielkich zadań…

    Jerzy Popiełuszko z rodzicami Marianną i Władysławem w dniu Pierwszej Komunii Świętej.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Okopy to mała wieś, okopy to rowy, to pagórki i niewielkie dolinki. Góra i dół. Wspinanie i wspinanie. Jak życie człowieka. To też symboliczny obraz początków życia Alka Popiełuszki, znanego jako bł. Jerzy. Pochodził z Okopów na Podlasiu.

    Alfons

    Wioska jest niewielka. Jedna ulica, domy ustawione szeregowo, jak na większości podlaskich wsi. Okopy między Suchowolą a Dąbrową Białostocką.

    Dom Popiełuszków – murowany. Cegły z Grodna, z rozbiórek domów wysadzonych przez Niemców w czasie wojny przywiózł Władysław Popiełuszko. Miał prawo wziąć tylko potłuczone cegły, a on wrzucał na swój wóz i pełne. Dostał za to batem od Niemca. Chciał swojej rodzinie przygotować dom mocny. Jak ze skały.

    Gdy panna Marianna z domu Gniedziejko z niedalekiego Grodziska wyszła za mąż za Władysława Popiełuszkę, kawalera z Okopów, zamieszkali właśnie tutaj. Na jego ojcowiźnie, z jego rodzicami. Pobrali się w 1942 roku. Ona miała lat 22, on 32. Przed ślubem Marianna miała sen: niosła dwie białe lilie do kapliczki Matki Bożej. Potem małżeństwu rodziły się dzieci, w sumie pięcioro. Do dziś żyje troje: dwójka najstarszych i najmłodsze. Dwoje poszło do nieba. Sen był proroczy? – Gdy nasza mama zaszła w trzecią ciążę, w domu była już najstarsza dziewczyna – Tereska. I byłem ja – mówi Józef Popiełuszko. – Siostra się urodziła w 1943 roku, ja w 1945. Potem mama zaszła w trzecią ciążę. Nie znała płci kolejnego dziecka. Gdyby była to dziewczynka – mama chciała, żeby została zakonnicą. A jeśli byłby chłopczyk – mama prosiła Boga, żeby został kapłanem.

    W pobliżu rodzinnego domu ks. Jerzego stoi murowana kapliczka, a przy niej obelisk poświęcony męczennikowi.

    W pobliżu rodzinnego domu ks. Jerzego stoi murowana kapliczka, a przy niej obelisk poświęcony męczennikowi.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Brat Józef wraz z żoną mieszkają obecnie w Dąbrowie Białostockiej. Od lat dbają o pamięć o młodszym bracie…

    Trzeci chłopiec u Popiełuszków urodził się 14 września 1947 roku. Był mały, dość słaby. Dwa dni później wsiedli na furmankę, zawieźli dziecko do kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli. I tam chłopca ochrzcili imieniem Alfons. – Alek dobrze się rozwijał. Mama poświęciła go Bogu już w swoim łonie. Potem jeszcze urodziła naszą siostrę Jadzię, która zmarła w wieku dwóch lat na koklusz. A w 1954 roku urodził się nasz najmłodszy brat, Staś.

    Dlaczego takie imię – Alfons? Czy wyłącznie w nawiązaniu do św. Alfonsa Marii Liguoriego, założyciela redemptorystów, czciciela Matki Bożej? Prawdopodobnie to babcia Marianna Gniedziejko o to imię dla wnuka prosiła, a córka i zięć się zgodzili. Tak miał na imię brat matki, a syn babki Marianny, którego pamięć w rodzinie była bardzo żywa. Zginął zaledwie dwa lata przed narodzinami siostrzeńca – imiennika…

    Na cmentarzu w położonej w pobliżu Suchowoli Chodorówce znajduje się grób wujka ks. Jerzego – podporucznika Alfonsa Gniedziejki. Wraz z nim pochowano tu pięciu innych żołnierzy AK, którzy polegli w walce z Sowietami w kwietniu 1945 roku.

    Na cmentarzu w położonej w pobliżu Suchowoli Chodorówce znajduje się grób wujka ks. Jerzego – podporucznika Alfonsa Gniedziejki. Wraz z nim pochowano tu pięciu innych żołnierzy AK, którzy polegli w walce z Sowietami w kwietniu 1945 roku.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Alfons Gniedziejko był młodszy od siostry o cztery lata. W czasie wojny został żołnierzem Armii Krajowej. Na tamtych terenach AK działała prężnie. A nastroje wśród polskich chłopów były i antyniemieckie, i antysowieckie. Chcieli walczyć o kraj i podejmowali to zadanie. Pod koniec kwietnia 1945 roku 21-letni mężczyzna, wówczas w stopniu podoficera, zginął w potyczce z Sowietami, gdy razem z towarzyszami próbowali uwolnić kolegę z oddziału. Grób Alfonsa Gniedziejki i towarzyszy jest do dziś otaczany modlitwą i pamięcią na cmentarzu w pobliskiej Chodorówce. Rodziny Popiełuszków i Gniedziejków regularnie odwiedzały grób Alfonsa, mimo że w czasach komuny groziły za to represje. Mały Alek też tam jeździł…

    Dom, w którym urodził się Alek Popiełuszko. W pobliżu – dzięki staraniom rodziny Popiełuszków i Fundacji im. ks. Jerzego Popiełuszki „Dobro” – powstaje Muzeum bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Okopach.

    Dom, w którym urodził się Alek Popiełuszko. W pobliżu – dzięki staraniom rodziny Popiełuszków i Fundacji im. ks. Jerzego Popiełuszki „Dobro” – powstaje Muzeum bł. ks. Jerzego Popiełuszki w Okopach.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Zwykłe życie

    Zwykła rodzina. Zwykłe życie, oparte na ciężkiej pracy i czerpaniu z bogactwa podlaskiej ziemi – jeśli chodzi o dobra materialne. I na modlitwie, zawierzeniu Panu Bogu – jeśli chodzi o ważniejsze dobra. Bo sam to człowiek z niczym nie poradzi… – Tato był pracowity, spokojny. Ugodowy. Ciepły taki – mówi pani Teresa.

    – Mama była energiczna, konkretna, wymagająca. Oni się dopełniali. To było bardzo zgodne małżeństwo – dopowiada Józef. – Mama znała dużo pieśni, wierszyków i takich powiedzonek, które nam mówiła. Alek znał je na pamięć.

    Chociażby taki wierszyk – matczyne polecenie na życie: „Kochać ludzi, kochać Boga to do nieba prosta droga. Kochaj sercem i czynami, będziesz w niebie z aniołami”. – Mama też często mówiła: „Bez Boga ani do proga” – dodaje pani Teresa.

    Marianna była kobietą odważną. Jeszcze w czasie okupacji, na samym początku wojny, gdy mieszkała z matką, do ich domu weszli sowieccy żołnierze. Nie podobały im się obrazy świętych wiszące na ścianie. Kazali zdjąć. Marianna, wówczas stanowczo odmówiła. Dziwne, ale uszanowali…

    Nie jest prawdą, jak czasem można przeczytać, że Alek wychowywany był w ubóstwie. Wówczas rzeczywiście żyło się bardzo skromnie, czasy powojenne były trudne dla wszystkich, rolnicy musieli oddawać państwu przymusowe kontyngenty. To najbardziej uderzało w rodziny. Jednak Popiełuszkowie byli zaradni, ogromnie pracowici, mieli piętnaście hektarów ziemi ornej, pięć hektarów łąki, krowy, konia, drób. Na podstawowe potrzeby starczało. Rodzina uprawiała zboże, a także len i tytoń. Nikt nie chodził głodny, a dzieci były zadbane. Nie jest też prawdą, że w domu mówiono „gwarą polsko-białoruską”. Mówiono po polsku, ale gwarą podlaską: z charakterystycznym słownictwem, akcentem, składnią. Do wybuchu wojny Okopy nie znajdowały się przy granicy z Białorusią, a pobliskie Grodno, z pięknymi zabytkami, tradycją, mieszkańcami, było polskie. Gwarą białoruską (specyficzną mieszanką języków) posługiwali się zazwyczaj prawosławni mieszańcy regionu, głównie wsi.

    Alek był we wsi lubiany. Zarówno sąsiedzi, jak i koledzy uważali go za nieśmiałego, trochę wycofanego. Był delikatny, uprzejmy – dziś powiedzielibyśmy, że skromny i ułożony. – Ja byłem o dwa lata starszy od brata. Mała różnica wieku, żeby się nim opiekować – mówi pan Józef. – Bardziej żeśmy wszyscy najmłodszego pilnowali, Stasia. Alek to był samodzielny. On zawsze robił sobie taką zabawę: ołtarzyki z kamieni budował. I kadzidło robił z puszki – w Mszę św. się bawił, księdza naśladował. I tak od dziecinnych lat. Do kościoła chodził i widział, co i jak trzeba robić, a potem tak samo robił… 

    Ks. Jerzy od najmłodszych lat był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko. Była to kobieta pobożna i szanowana przez wszystkich w okolicy. Mały Alek chętnie odwiedzał ją w Grodzisku, gdzie mieszkała.

    Ks. Jerzy od najmłodszych lat był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko. Była to kobieta pobożna i szanowana przez wszystkich w okolicy. Mały Alek chętnie odwiedzał ją w Grodzisku, gdzie mieszkała.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Dom pracy, dom modlitwy

    W domu w jednej z izb stała kapliczka. Ustrojona podlaskimi kwiatami jednoczyła rodzinę na wspólnej modlitwie. Główny obraz, Matki Bożej, wschodnim zwyczajem okryty był białą wyszywaną zasłoną, zwaną ręcznikiem. W środę rodzina modliła się do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, w piątek do Serca Pana Jezusa, w sobotę do Matki Bożej Częstochowskiej. Litanię Loretańską odmawiano w maju, a w październiku Różaniec. Poszczono w środy, piątki i soboty. Do kościoła Popiełuszkowie jeździli wozem, co niedziela. Wszystkie dzieci od małego też jeździły. Gdy były mrozy, poruszali się saniami. Przykryci czym się da. – Marzło się wtedy, ale nikt nie narzekał – wspomina pani Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko.

    Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko – starsza siostra ks. Jerzego.

    Teresa Boguszewska z domu Popiełuszko – starsza siostra ks. Jerzego

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***
    Do kościoła co niedziela Alek najpierw jeździł z rodzicami. Po Pierwszej Komunii jednak chodził sam. Codziennie. Po pięć kilometrów, niezależnie czy lato, wiosna, czy zima. Droga była dość prosta. W połowie drogi stał (i stoi do dziś) krzyż choleryczny. Alek przechodził codziennie koło niego, żegnał się. Starsi ludzie mówili, że dawno temu, gdy wybuchła zaraza, ludzie nieśli go do Suchowoli jako wotum, prosić o ratunek. Nie dali rady donieść. Pozostawili przy drodze…

    – Do Pierwszej Komunii przystępowały wszystkie dzieci z klasy. I potem wszyscy – rodziny i dzieci z Suchowoli i okolicznych wsi – wspólnie świętowali. Nie było przyjęć w domach, tylko tutaj, przed kościołem, stały stoły, była kawa z mlekiem i bułeczka z masłem – opowiada pan Józef, pokazując teren przy suchowolskiej parafii. Alek służył do Mszy Świętej jako ministrant, a potem szedł na lekcje. Za ten „występek” w komunistycznym ustroju jego matka była wzywana do szkoły. Od kościoła, do drewnianej szkoły (dziś już nieczynnej, jest dosłownie kilkadziesiąt metrów. – Proste to było życie. Mama gotowała z tego, co urosło koło domu, w ogrodzie. I robiła wspaniały chleb – razowy, w formie – opowiada Teresa Boguszewska. – I też robiła, co bardzo lubiliśmy, chleb pieczony z jabłkami. To był zwyczajny chleb, ale w środku zapiekane były cząstki jabłek. Pachniał wypiekiem cały dom…

    Dziadkowie, krewni i sąsiedzi

    Codzienność? Pracowita, prosta, rolnicza. I w bezpretensjonalny sposób rozmodlona. Jakby pracą się modlono, a przy modlitwie – pracowano. I to tak z pokolenia na pokolenie.

    Dziadkowie Alka ze strony ojca – Teofila i Jan – mieszkali w Okopach. Dziadek Jan przepięknie śpiewał. Uczył Alka pieśni religijnych. A gdy ktoś we wsi umarł, chodził śpiewać do domu zmarłego, odprowadzał śpiewem do krzyża i na cmentarz. Taka ostatnia, śpiewacza i modlitewna posługa.

    Mały Alek był bardzo związany z babcią Marianną Gniedziejko, z domu Kalinowską – czyli matką matki. Nie jest wykluczone, że jednym z przodków rodu był św. Rafał Kalinowski – karmelita, powstaniec styczniowy, sybirak. Babcia Marianna była kobietą ogromnej pobożności, szanowaną w rodzinie i całej okolicy. Do jej domu w Grodzisku (9 km od Okopów) Alek przyjeżdżał chętnie: gdy ktoś jechał z Okopów w stronę Grodziska, a chłopak miał wojną chwilę, wskakiwał na wóz. Babcia, jak to babcia – kochająca i ciepła, była też autorytetem, religijnym wzorem. Chodziła codziennie do kościoła, modliła się głośno, prenumerowała i czytała „Rycerza Niepokalanej” – pismo, które dla siebie odkrył też wnuk. I czytał je od deski do deski. Dzięki pismu poznał postać Maksymiliana Kolbego i zafascynował się nią.

    Józef Popiełuszko, starszy brat ks. Jerzego, z żoną.

    Józef Popiełuszko, starszy brat ks. Jerzego, z żoną

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Rodzina Popiełuszków utrzymywała dobre relacje z dalszymi krewnymi, z sąsiadami. Wspólnie świętowano, odwiedzano się regularnie. – W ogóle tu u nas wszyscy byli gościnni, ludzie szanowali ludzi. Spotykali się ze sobą. Był na to czas, mimo ciężkiej pracy. A przed wojną to przecież tu i dużo Żydów mieszkało. I żyli wszyscy zwyczajnie, po sąsiedzku – opowiada pani Teresa. Od dziecinnych lat rodzina Alka pielgrzymowała też do pobliskiego Różanegostoku. Pobliskiego? Obecnie, autem, z Okopów do sanktuarium jest tylko 30 minut drogi. Wówczas jechało się żelaznym wozem z końmi, ojciec powoził. Na Zielone Świątki, jeździli rok w rok. I nie trwało to szybko, lecz ponad trzy godziny. Dzieciaki siedziały z tyłu, cierpliwie. A za wstawiennictwem Różanostockiej Wspomożycielki, modlili się jak wszyscy wierni: „Potęgę Twojego wstawiennictwa znają umarli, których wróciłaś do życia, chorzy i strapieni, którym wyprosiłaś zdrowie i pociechę, a nade wszystko grzesznicy, których pojednałeś z Bogiem. Uproś im łaskę tak bardzo potrzebną, o ile jest zgodna z wolą Wszechmocnego Boga”. 

    W domu Popiełuszków szczególnym kultem otaczano łaskami słynący obraz Matki Boskiej Różanostockiej. Do sanktuarium w Różanymstoku cała rodzina pielgrzymowała co roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    W domu Popiełuszków szczególnym kultem otaczano łaskami słynący obraz Matki Boskiej Różanostockiej. Do sanktuarium w Różanymstoku cała rodzina pielgrzymowała co roku w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Narty i nauka

    Okopy to mała wieś, okopy to rowy, to pagórki i niewielkie dolinki. Dziś trudniej je zauważyć, bo teren zarósł krzakami i drzewami. Góra i dół, góra–dół. Wspinanie i wspinanie. Doskonały dla dzieciaków teren zabaw. Przestrzeń do wyścigów na nartach. – Robiliśmy narty – z desek, i takie proste łyżwy, byle do butów przyczepić i się ślizgać. I zimową porą się zjeżdżało. Taka była zabawa tutejszych dzieci, nasza też. I Alka – opowiada brat Józef.

    W szkole Alek nie należał do prymusów. Lubił język polski i historię. Był uczniem dość przeciętnym, a z przedmiotami ścisłymi miał problemy. Spokojny, opanowany, niekonfliktowy. Po ukończeniu podstawówki w 1961 roku poszedł do suchowolskiego liceum. Maturę zdał całkiem dobrze, a z rosyjskiego i historii był nawet zwolniony, bo miał bardzo dobre oceny. Czy koledzy i koleżanki spodziewali się, że zamierza wstąpić do seminarium? Nic na ten temat nie wiadomo, tym bardziej że chłopak był skryty i małomówny. O swoich zamiarach powiedział dopiero w czasie… balu maturalnego.

    Po maturze, w 1965 roku, Alfons Popiełuszko wstępuje do Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie. Idzie do Warszawy, bo stamtąd blisko do Niepokalanowa, do miejsca związanego z Kolbem. Poza tym wyjątkowo ceni prymasa Wyszyńskiego. Ten sam prymas, kilka lat później, namówi go do zmiany imienia: z Alfonsa na Jerzego. Z innych źródeł wynika, że namówił go do tego ks. Władysław Miziołek – ówczesny rektor seminarium, potem biskup.

    Obrazek prymicyjny ks. Jerzego.

    Obrazek prymicyjny ks. Jerzego.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Kleryk posłucha. Św. Jerzy – również w tradycji podlaskiej – to ten, który pokonał smoka…

    I tak z pagórkowatych Okopów wyszedł Alek w świat. Stał się Jerzym, by walczyć.

    ***

    Ks. Kazimierz Gniedziejko – kuzyn ks. Popiełuszki – jest proboszczem w podwarszawskim Józefowie. W swojej parafii przechowuje relikwie błogosławionego męczennika i szerzy jego kult.

    Ks. Kazimierz Gniedziejko – kuzyn ks. Popiełuszki – jest proboszczem w podwarszawskim Józefowie. W swojej parafii przechowuje relikwie błogosławionego męczennika i szerzy jego kult.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    korzystałam z: wywiady własne z rodziną Popiełuszków, Gniedziejków, Boguszewskich https://biogramy.ipn.gov.pl/ E. Czaczkowska, T. Wiściski, ks. Jerzy Popiełuszko, 2004 Archiwum ks. Kazimierza Gniedziejki Krajobrazy dzieciństwa błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, Białystok 2023.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kaplica poświęcona ks. Popiełuszce w kościele parafialnym w Józefowie.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko, kuzyn bł. ks. Jerzego Popiełuszki:

    Pamiętam krótkie zdanie – „Prawda kosztuje”

    ***

    Powołanie księży Jerzego i Kazimierza wyprosiła wspólna babcia – Marianna Gniedziejko.

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko jest proboszczem parafii pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie. Pracowity, lubiany przez parafian. Nie lubi mówić o sobie. Gdy trzeba opowiedzieć o kuzynie, mówi jednak chętnie. Bo to świadectwo o wielkim polskim błogosławionym, o wspólnej rodzinie i dzieciństwie. O wspólnych korzeniach. Ks. Kazimierz jest prawie 11 lat młodszym kuzynem – bratem ciotecznym, jak się mówi na Podlasiu – ks. Jerzego Popiełuszki.

    Chłopcy z Podlasia

    – Pochodzę z Grodziska, to wieś oddalona od Okopów o siedem kilometrów. Mój tata był bratem mamy ks. Jerzego, Marianny. Z rodziną Popiełuszków widywaliśmy się regularnie – opowiada ks. Kazimierz. – Alek, bo tak miał na imię, był ode mnie sporo starszy, więc nie było mowy o rówieśniczej zabawie. Pamiętam jednak świąteczne spotkania przy stole – opowiada ks. Kazimierz.

    Gdy Kazimierz dorastał, został ministrantem w swojej parafii, w Grodzisku. Alek od lat służył jako ministrant w Suchowoli. Dzięki temu kuzyni mieli wspólne tematy – dotyczące służby przy ołtarzu i powołania. Zresztą z obu parafii wyszło wielu księży. – Myślę, że ma to związek z autentyczną pobożnością, w której atmosferze się wyrastało. Młodzi ludzie myśleli o swoim powołaniu, rozważali, do czego ich Pan Bóg przeznaczył. Ja też o tym myślałem. A gdy Alek wybrał seminarium, było to wielkie wydarzenie, ważne też dla mnie – mówi ks. Kazimierz. – Po jego Mszy św. prymicyjnej, przed wejściem do domu w Okopach, składałem mu życzenia i wręczałem kwiaty w imieniu rodziny.

    Dojrzewanie

    Gdy kleryk Jerzy (Alfons Popiełuszko zmienił imię w seminarium) studiował, rodzina wspierała go modlitwą. Zwłaszcza że dostawał ostrą „szkołę” socjalistycznego życia w wojsku, które było wówczas obowiązkowe dla seminarzystów. Jerzy, by chronić mamę, niewiele mówił o tamtym czasie, o prześladowaniach. Brano kleryków do wojska, aby ich zdemoralizować, zastraszyć. – Byłem wówczas w Okopach. Widziałem, jak ciocia cieszyła się i pokazywała sutannę, która czekała na ks. Jerzego, aż wróci z wojska – opowiada ks. Kazimierz. – Wojsko miało Jerzego psychicznie wykończyć i zniechęcić do kapłaństwa. Stało się inaczej: trudności go hartowały.

    Po maturze Kazimierz wybrał… historię. Kapłaństwo wydawało mu się zbyt trudne. Kuzyn był od kilku lat kapłanem, ks. Jerzym. – Gdy ks. Jerzy przyjeżdżał do rodziców, odwiedzał i nas. Rozmawialiśmy o moich studiach. Powiedział mi wtedy: „Wiesz ale, że ta historia jest taka zakłamana”… Nie do końca to wówczas rozumiałem.

    Ale wystarczył rok studiów, by się przekonać, że miał rację. To był 1977 r., a studia historyczne były upolitycznione, uczono półprawd, żeby nie powiedzieć: kłamstw. To było trudne i męczące. W Kazimierzu zaczęła dojrzewać myśl o kapłaństwie. – Odwiedziłem ks. Jerzego – był wówczas wikariuszem w parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie. Zobaczył mnie i mówi zadowolony: „A jednak! Zdecydowałeś się! To idziemy!”. A było to już po oficjalnej rekrutacji, w październiku. Pojechaliśmy do seminarium i przedstawił mnie ówczesnemu rektorowi ks. Kazimierzowi Romaniukowi i wicerektorowi ks. Stanisławowi Kędziorze. I zostałem. Moje powołanie, podobnie jak ks. Jerzego, wymodliła babcia Marianna Gniedziejko…

    Droga do prawdy

    O tym, że ks. Jerzy jest prześladowany, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo, w rodzinie się nie rozmawiało. Sytuacja była delikatna. A wielu członków rodziny było zresztą również inwigilowanych. – Odważyłem się kiedyś z ks. Jerzym o tym porozmawiać. Powiedział: „Możliwe jest wszystko”. Mówił, że „jest gotów”. Miał jednak nadzieję, że najgorsze nie nadejdzie. Otaczali go przyjaciele, pilnowali. Chronili hutnicy z Huty Warszawa, których był kapelanem – to było ważne, bo dostawał wiele pogróżek, a cegły „same” wybijały szyby w jego pokoju…

    W archiwum ks. Kazimierza znajduje się ważne zdjęcie: diakon Kazimierz stoi obok ks. Jerzego odprawiającego Mszę św. za Ojczyznę. Jest wrzesień 1983 r. Niecały rok później, 10 czerwca 1984 r., diakon Kazimierz przyjął święcenia kapłańskie. – Gdy udzielałem błogosławieństwa prymicyjnego ks. Jerzemu, byłem bardzo wzruszony. Mimo że sytuacja była trudna – ubecy byli gdzieś za płotem. Potem mieliśmy milicyjne dochodzenie. Rodzinę pytano, dlaczego Jerzy przyjechał, co mówił. A Jerzy zabrał głos wyłącznie prywatnie, przy stole. Pamiętam krótkie zdanie: „Prawda kosztuje”.

    Ks. Jerzy starał się, by bliscy byli bezpieczni. – Chronił i mnie. Dlatego rzadko się kontaktowaliśmy. Kiedy dzwoniło się do niego w stanie wojennym, słychać było: „Rozmowa kontrolowana”. Przy czym, przed rozmową z ks. Jerzym, trwało długie wywoływanie numeru. Ktoś musiał włączyć nagrywanie…

    Pod koniec września 1984 roku kuzyni widzieli się ostatni raz. Starszy odwiedził młodszego. – Przebywałem wtedy na mojej pierwszej parafii, w Legionowie. Ks. Jerzy przyjechał z kierowcą. Od dawna trwała na niego nagonka. Jerzy Urban pod pseudonimem Jan Rem atakował ks. Jerzego w prasie. My, rodzina, wiedzieliśmy, że to same kłamstwa. Ale pamiętam, że nawet sąsiedzi z Okopów nie byli w stanie oddzielić prawdy od kłamstwa i często wierzyli w paszkwile. To było przykre. Cioci i wujkowi przysparzało cierpienia – opowiada ks. Kazimierz. I dodaje, że krótko razem byli księżmi. – A marzyłem o wspólnej koncelebrze gdzieś na Podlasiu. O wspólnej modlitwie na grobie przodków, chociażby naszego wuja Alfonsa – żołnierza AK, po którym kuzyn otrzymał chrzcielne imię. Stało się inaczej. Zawsze będę o tym myślał i żałował. Ale jestem wdzięczny Jerzemu za tamte odwiedziny…

    Następne tygodnie bliskim ks. Jerzego zawsze będą się kojarzyły ze smutkiem i lękiem. Aż do dramatycznego zaginięcia. – Pamiętam niepokój, ciągłą modlitwę. Nie chciałem myśleć, że nie żyje. Wierzyliśmy, że się odnajdzie…

    Orędownik

    Od zaginięcia ks. Jerzego, 19 października 1984 roku, w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu brakowało miejsc. Każdego wieczora i młody ks. Kazimierz, modlił się z tłumem wiernych. Aż do końca października proszono o cud. – Kończyła się właśnie wieczorna Msza św., kiedy ks. Andrzej Przekaziński powiedział o odnalezieniu ciała Jerzego. Stałem twarzą do ołtarza jak skamieniały. Ludzie głośno zawodzili. Wtedy ks. Feliks Folejewski, pallotyn, podszedł do mikrofonu i zaczął odmawiać „Ojcze nasz”. Ludzie powoli dołączali do modlitwy. Kiedy musieliśmy powiedzieć słowa: „i odpuść nam nasze winy”, ks. Feliks poprosił: „Powtórzmy”. Więc znów mówiliśmy: „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Mówiliśmy tak kilka razy. Miałem siłę chyba dlatego, że patrzyłem na tabernakulum…

    Późnym wieczorem ks. Kazimierz ruszył na Podlasie. Nad ranem był w domu cioci Marianny. O śmierci syna dowiedziała się z „Dziennika Telewizyjnego”. – Ciocia była spokojna, jej twarz jakby zastygła w bólu. Wujek płakał. Opowiadałem im, jak reagowali warszawianie, gdy w kościele dowiedzieli się, że ks. Jerzy nie żyje. Zacytowałem słowa ks. Folejewskiego, który stwierdził: „Mamy już orędownika w niebie. Mamy orędownika i będzie to przyszły święty”…

    Tak się stało w czerwcu 2010 roku. Tuż po beatyfikacji do parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Józefowie (jako pierwszej w Polsce) przybyły relikwie bł. Jerzego Popiełuszki. A boczna kaplica kościoła została mu poświęcona. Modli się tu wielu parafian i pielgrzymów. I kuzyn również.

    Ksiądz Kazimierz Gniedziejko, kuzyn ks. Popiełuszki: Pamiętam krótkie zdanie – „Prawda kosztuje”

    ks. Kazimierz Gniedziejko, proboszcz z Józefowa, jest bliskim kuzynem ks. Jerzego.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    Agata Puścikowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMNTEM OD GODZ. 18.00

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ODPRAWIANA JEST O GODZ. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLEŚCIWEJ MATKI – SERCA PRZEBITEGO SIEDMIOMA MIECZAMI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    _______________________________________________________________________

    OD 2 WRZEŚNIA TRWAJĄ PRACE RENOWACYJNE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA.

    DLATEGO W PIĄTKI ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW. I MSZA ŚW. NA CZAS REMONTU BĘDĄ W SALI PARAFIALNEJ.

    NATOMIAST W SOBOTY I W NIEDZIELE MSZE ŚWIĘTE BĘDĄ W KOŚCIELE.

    ***

    image.png

    _______________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa.

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tylko przed Bogiem. Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności

    „Robię, co mogę; ciągle na nowo czerpię odwagę z tabernakulum” – pisała św. Edyta Stein. Gdzie mamy szukać nadziei, jak nie przed Najświętszym Sakramentem? Kto klęka przed Jezusem, ten staje się wolny.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nawet Msza święta może stać się nudnym niedzielnym obowiązkiem. Przyznam, że kiedy ją odprawiam, łapię się często na tym, że moje myśli i uczucia krążą daleko od ołtarza. Podejrzewam, że dotyczy to nie tylko mnie. Przychodzimy do kościoła z naszym grzechem, zagonieniem, zniechęceniem, zwątpieniem… Całe to nasze zagubienie jest jeszcze jednym dowodem na to, że potrzebujemy odkupienia. Bóg nie da się wyprzedzić w miłości. On pierwszy chce nas odnaleźć, zanim my zaczniemy Go szukać. On zawsze JEST, my tylko bywamy.

    Kiedy Mojżesz zobaczył płonący krzew, znak obecności żywego Boga, usłyszał: „Mojżeszu, Mojżeszu! (…) Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą!”. Bóg przedstawił mu się słowami: „JESTEM, Który JESTEM”. W czasie każdej Eucharystii stajemy na świętej ziemi. Bóg wychodzi nam na spotkanie i mówi: „JESTEM tutaj z wami, JESTEM dla was”. Czy rozpoznajemy tę tajemniczą obecność ukrytą za zasłoną pokornych znaków? Czy zdejmujemy sandały? Co może nas, kapłanów i świeckich, wyrwać z rutyny, z obojętności? Jan Paweł II i Benedykt XVI podpowiadają skuteczny środek pobudzający: adoracja Eucharystii – trwanie przed Najświętszym Sakramentem, także poza Mszą świętą.

    Chcę uklęknąć!

    Ksiądz Konrad Krajewski, papieski ceremoniarz, wspominał niedawno na naszych łamach (GN13/2011) ostatnią procesję Bożego Ciała z udziałem bł. Jana Pawła II. Był rok 2004. Papież fizycznie był bardzo słaby. „Ojciec Święty koniecznie chciał uklęknąć. Powiedział do mnie: »Chciałbym uklęknąć«. Ja mówię: »Ojcze Święty, ale ten samochód bardzo trzęsie« (bo jechaliśmy na aucie-platformie). Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ojciec Święty: »Aha«. Ale za chwilę znowu: »Chcę uklęknąć«. Ja: »To może na wysokości redemptorystów«. Koło redemptorystów papież zwrócił się jeszcze raz stanowczo, troszkę podenerwowany: »Tam jest Najświętszy Sakrament!«. Wtedy razem z abp. Marinim pomogliśmy mu uklęknąć. Dosłownie na parę sekund. Jak tylko uklęknął, wiedział, że musi zaraz wstać, bo kolana już nie wytrzymywały”.

    Jeszcze jeden obraz. Jeden z kolegów księży opowiadał o swoich wrażeniach ze Mszy świętej w prywatnej kaplicy Jana Pawła II. „Kiedy weszliśmy do kaplicy, on już klęczał na klęczniku na środku kaplicy i modlił się. Głowę miał ukrytą w dłoniach. Ani drgnął. Trwał tak bez ruchu bardzo długo. Pomyślałem sobie, że to jest właśnie skała – Piotr. W tym miejscu, w tej postawie modlitwy przed Eucharystią, jakby nieobecny, całkowicie zanurzony w Bogu”. Ten obraz papieża klęczącego przed Najświętszym Sakramentem powracał podczas licznych stacji jego pielgrzymki przez ziemię.

    Kiedy Jan Paweł II przyjechał do Turynu, aby oddać cześć Całunowi Turyńskiemu, minął tę bezcenną relikwię. Pierwsze kroki skierował w stronę Najświętszego Sakramentu. Jakby chciał nam podpowiedzieć: żadna relikwia nie dorównuje tabernakulum!

    Benedykt XVI jeszcze jako kard. Ratzinger w słynnej książce „Duch liturgii” przeciwstawił się poglądom kwestionującym wartość adoracji Najświętszego Sakramentu. Tu i ówdzie słychać było zdanie, że dary eucharystyczne są po to, by je spożywać, a nie oglądać. „Lekkomyślność, z jaką głoszone są takie opinie, może jedynie dziwić” – komentuje obecny papież. To prawda, że adoracja eucharystyczna poza Mszą świętą rozwinęła się w Kościele dopiero w średniowieczu, ale było to pogłębienie tego, w co wierzono od początku, że zmartwychwstały Chrystus jest realnie obecny w Eucharystii. Łacińskie słowo tabernaculum oznacza namiot. To adaptacja hebrajskiego shekina, którym nazywano namiot z Arką Przymierza towarzyszący Żydom podczas ich drogi do Ziemi Obiecanej. Tabernakulum jest dziś dla nas tym, czym niegdyś była Arka Przymierza. Jest namiotem obecności Boga, w wiejskim kościółku, w szpitalnej kaplicy czy we wspaniałej katedrze. „Kościół, w którym pali się wieczna lampka, żyje zawsze i jest czymś więcej niż kamienną budowlą – w kościele tym zawsze czeka na mnie Jezus Chrystus, woła mnie, chce mnie samego uczynić »eucharystycznym«” – pisał kard. Ratzinger.

    Potrzebne zdumienie

    Podczas pierwszego „papieskiego” Bożego Ciała w 1979 roku Jan Paweł II mówił z zachwytem: „W tym milczeniu białej Hostii niesionej w monstrancji są wszystkie słowa Chrystusa, jest całe Jego życie oddane na ofiarę Ojcu za każdego z nas”. Po 25 latach pontyfikatu papież podarował Kościołowi encyklikę poświęconą Eucharystii, jak się okazało – ostatnią. „Ecclesia de Eucharistia” jest więc w pewnym sensie jego duchowym testamentem. Kluczowe słowo tego dokumentu brzmi „zdumienie”. Eucharystii powinno towarzyszyć zdumienie, podkreśla Jan Paweł II. „Pragnę to eucharystyczne »zdumienie« rozbudzić, pisząc tę encyklikę” – dodaje.

    W tej ostatniej encyklice sporo jest słów bardzo osobistych, pokazujących, jak bezcennym skarbem dla Jana Pawła II była Eucharystia. „Od ponad pół wieku, począwszy od pamiętnego 2 listopada 1946 roku, gdy sprawowałem moją pierwszą Mszę św. w krypcie św. Leonarda w krakowskiej katedrze na Wawelu, mój wzrok spoczywa każdego dnia na białej hostii i kielichu, w których czas i przestrzeń jakby »skupiają się«, a dramat Golgoty powtarza się na żywo, ujawniając swoją tajemniczą »teraźniejszość«. Każdego dnia dane mi było z wiarą rozpoznawać w konsekrowanym chlebie i winie Boskiego Wędrowca, który kiedyś stanął obok dwóch uczniów z Emaus, ażeby otworzyć im oczy na światło, a serce na nadzieję”.

    Zachęta do trwania na adoracji przed wystawionym Najświętszym Sakramentem brzmi również bardzo osobiście: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,23), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca” – wyznaje Jan Paweł II. I dodaje: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Grzechem byłoby nie adorować

    Papież Benedykt rozpoczął swój pontyfikat w kwietniu roku 2005. Było to dokładnie w połowie Roku Eucharystycznego, który w październiku 2004 zainaugurował Jan Paweł II. Czy nie jest to wymowny znak? Zmieniają się ziemscy pasterze, ale Najważniejszy Pasterz pozostaje z nami – szczególnie w Eucharystii.

    Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej „Sacramentum caritatis” podkreśla konieczności adoracji. Raz jeszcze, tym razem jako papież, odrzuca zarzut, że chleb eucharystyczny miałby nam być dany nie dla kontemplacji, a tylko dla spożywania. Benedykt przywołuje mocne słowa św. Augustyna: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała, jeśli Go najpierw nie adorował; grzeszylibyśmy, gdybyśmy Go nie adorowali”. A następnie wyjaśnia, że między adoracją a samą Mszą św. istnieje ścisły związek. „Akt adoracji poza Mszą św. przedłuża i intensyfikuje to, co się dokonało podczas samej celebracji liturgicznej. W rzeczywistości tylko przez adorację można dojrzeć do głębokiego i autentycznego przyjęcia Chrystusa”.

    W naszym świecie narasta zjawisko idolatrii, czyli kultu bożków. Świat stwarza wciąż swoich bogów: pieniądze, seks, aborcja, sława. Wszystkie te fałszywe bóstwa obiecują wyzwolenie i wolność. Chrześcijańska odpowiedź jest tylko jedna: tylko Bóg objawiony przez Jezusa jest Bogiem, który wyzwala. Benedykt XVI trafia w punkt: „Adoracja Boga Jezusa Chrystusa, który stał się chlebem łamanym z miłości, jest najbardziej skutecznym i radykalnym środkiem przeciwdziałającym wszelkiej, dawnej i współczesnej, idolatrii.

    Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności: ten, kto klęka przed Jezusem, nie może i nie powinien korzyć się przed żadną władzą ziemską, bez względu na jej siłę. My, chrześcijanie, klękamy tylko przed Bogiem, przed Najświętszym Sakramentem, ponieważ w Nim, jak wiemy i jak wierzymy, jest obecny jedyny prawdziwy Bóg, który stworzył świat i tak go umiłował, że dał swego Jednorodzonego Syna”.

    W wielu kościołach w Polsce jest zwyczaj całodziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. We Francji rozpowszechnia się w parafiach wieczysta adoracja. Ludzie raz w tygodniu poświęcają godzinę na modlitwę (w dzień lub w nocy) przed Najświętszym Sakramentem. Na przykład w miasteczku Sanary-sur-Mer nad Morzem Śródziemnym. Tristan, ojciec rodziny, szef przedsiębiorstwa, jest jednym ze 168 osób (tyle jest godzin w tygodniu), które uczestniczą w tej sztafecie. Przychodzi do kościoła w każdy poniedziałek rano, od piątej do szóstej. „Żyję na wysokich obrotach” – zwierza się. „Spędzenie tej godziny raz w tygodniu z Panem Jezusem zmienia spojrzenie na życie, na radości, na trudności”. Czy nie jest to dobry pomysł i dla naszych parafii? Czy znajdziemy w parafii 168 ludzi gotowych dać jedną godzinę w tygodniu dla Boga? Kiedyś zapytano bł. Matkę Teresę: „Co uratuje świat?”. Odpowiedziała: „Moją odpowiedzią jest modlitwa. Każda parafia musi godzinami trwać na adoracji, u stóp Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    Inspiracją dla tego tekstu była książka Ludovica Lecuru i Floriana Racine, Adoracja eucharystyczna, wyd. PROMIC, Warszawa 2010.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty czas. Adoracja zawsze była zalecana przez Kościół

    Adoracja Ciała Pańskiego była praktykowana od początku, ale okazji do niej dziś dużo więcej. Kto spróbuje, ten wie dlaczego.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Od początku byli tacy, którzy samymi sobą świadczyli o niezwykłości Eucharystii. Tak było w przypadku dwunastoletniej bł. Imeldy Lambertini, która zmarła z miłości do Jezusa po przyjęciu po raz pierwszy Komunii św. Wrażenie na ludziach robiły także ekstazy św. Katarzyny Sieneńskiej, w które wpadała po przyjęciu Komunii. Trwały one nieraz tak długo, że trzeba ją było wynosić z kościoła. A jaki szok musieli przeżywać świadkowie Mszy odprawianych przez św. Józefa z Kupertynu, który wpadłszy podczas Eucharystii w zachwyt, nieraz długo unosił się nad ołtarzem…

    Podobne zjawiska towarzyszyły św. Filipowi Nereuszowi. On także, odprawiając Mszę, tak bardzo koncentrował się na sprawowanej tajemnicy, że czasem unosił się w ekstazie nad ziemią. Żeby tego uniknąć, robił różne dziwne rzeczy – bawił się przed Mszą z kotem, chodził po zakrystii, kołysząc w rękach psa, albo czytał ulubiony zbiór zabawnych anegdot. „Jeżeli nie będę starał się rozproszyć, nie uda mi się odprawić Mszy Świętej” – wyjaśniał zaskoczonym obserwatorom. Ale i tak z trudem pozostawał, dosłownie, na ziemi. Gdy spożywał Komunię, jego twarz jaśniała, a z oczu płynęły łzy. Czasem wierni słyszeli, jak powtarzał: „Dosyć, Panie, dosyć, umieram z radości!”.

    Ciekawie bywało podczas procesji Bożego Ciała, gdy Filip niósł Najświętszy Sakrament. Nie chcąc swoimi lewitacjami robić sensacji – w procesji się przecież chodzi, a nie fruwa – próbował skupić się na otaczającej go fizycznej rzeczywistości. W tym celu na przykład ciągnął za brody mężczyzn niosących baldachim. Nie chciał, żeby ludzie uznali go za kogoś niezwykłego. Niespecjalnie mu się to udawało – sam jego wygląd budował wiarę świadków w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii.

    Filip Nereusz był jednym z wielu świętych, którzy przyczynili się do wzrostu w Kościele pobożności eucharystycznej. To on w 1548 roku, wzorując się na Mediolanie, gdzie na początku XVI w. zrodziła się wieczysta adoracja jako osobne nabożeństwo, zaszczepił ją w Rzymie. Niebawem ta forma kultu Eucharystii zaczęła przyjmować się w Kościele i pozostała żywa do dzisiaj. Więcej nawet – dziś obserwuje się wzrost popularności nieustannej adoracji Pana Jezusa w specjalnie do tego celu przeznaczonych kaplicach. Nieraz dzieje się to na prośbę samych wiernych.

    Długie podniesienie

    Wieczerza Pańska i Eucharystia od początku stanowiły centrum życia chrześcijan. W IV wieku św. Cyryl Jerozolimski uczył katechumenów przyjmowania Komunii. Wierny po otrzymaniu na dłoń Ciała Chrystusa miał „uświęcić ostrożnie oczy swoje przez zetknięcie ich ze świętym Ciałem”. Dalej biskup Jerozolimy zalecał: „Następnie zatrzymaj się na modlitwie, dziękując Bogu za to, że tak wielkimi zaszczycił cię tajemnicami”. Można to uznać za wczesną formę adoracji eucharystycznej. Właściwie jedynej, bo nie istniał wtedy jeszcze kult Eucharystii poza liturgią. Ciało Pańskie, konsekrowane podczas Mszy św., pozostawiano tylko dla tych, którzy nie mogli wziąć udziału w liturgii, na przykład dla chorych czy więźniów.

    Z czasem okazją do adorowania Chleba Eucharystycznego stał się dla wiernych moment konsekracji. Stąd wzięło się „podniesienie” – ukazanie Postaci Eucharystycznych tuż po Przeistoczeniu. Kapłan, trzymając w górze przemieniony Chleb, dawał uczestnikom Mszy św. okazję do adorowania Ciała Chrystusa. W tym czasie wierni na kolanach wpatrywali się w konsekrowaną Hostię. Czasami w pobliżu celebransa klękali ludzie z pochodniami, aby Hostia w jego rękach była bardziej widoczna. Niekiedy kapłan, odpowiadając na pragnienie wiernych, trzymał Ciało Pańskie w górze bardzo długo, dlatego aby mu ulżyć, osoby asystujące podtrzymywały nieraz jego ciężki ornat. Z tego wziął się istniejący do dziś w rycie trydenckim zwyczaj unoszenia tylnej części ornatu celebransa, gdy podczas podniesienia ukazuje Hostię.

    Narastające wśród wiernych pragnienie adorowania Najświętszego Sakramentu zaowocowało skonstruowaniem monstrancji (od łacińskiego monstrare – pokazywać). Wyeksponowana w niej konsekrowana Hostia pozwoliła na ekspozycję Ciała Pańskiego poza Mszą św.

    Jest obecny stale

    Był rok 1207. Pewnej nocy szesnastoletnia Julianna, augustianka z klasztoru Mont Cornillon koło Liège, adorowała Jezusa w Eucharystii. Podczas modlitwy miała widzenie: na pełnej tarczy Księżyca zobaczyła ciemną rysę. Otrzymała poznanie, że Księżyc oznacza Kościół na ziemi, a ciemny fragment wyraża brak w Kościele święta liturgicznego, które powinno podkreślić znaczenie adorowania Eucharystii dla pogłębienia wiary, dla postępu w cnotach i dla wynagrodzenia Jezusowi za grzechy znieważania Najświętszego Sakramentu.

    Ważny szczegół: diecezja Liège była w tamtym czasie – jak to określił Benedykt XVI podczas jednej z katechez – prawdziwym „eucharystycznym wieczernikiem”. Tamtejsi teologowie podkreślali najwyższą wartość sakramentu Eucharystii, były tam też grupy kobiet, które gorliwie oddawały się kultowi eucharystycznemu, poświęcając się modlitwie i pomocy bliźnim. To właśnie w Liège zaczęto najwcześniej używać monstrancji, a stamtąd tradycja ta rozeszła się po całym katolickim świecie.

    W 1215 roku Sobór Laterański IV ogłosił dogmat o transsubstancjacji, czyli o rzeczywistej przemianie podczas Eucharystii substancji chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, z zachowaniem ich naturalnych przypadłości, takich jak wygląd, smak czy forma.

    Orzeczenie to wpłynęło na świadomość katolików. Odtąd Eucharystia przestała kojarzyć się wyłącznie z liturgią. Zapłonęły wieczne lampki przy tabernakulach, a ludzie zdali sobie sprawę, że Chrystus jest wśród nich stale obecny w Chlebie Eucharystycznym.

    Dorodnym owocem nowej mentalności stało się ustanowienie w Kościele święta Bożego Ciała. Bezpośrednim do tego impulsem były objawienia wspomnianej bł. Julianny, którą poznał Jakub Pantaléon z Troyes. Gdy w 1264 r. został papieżem, przyjął imię Urban IV i jeszcze tego samego roku ogłosił uroczystość Bożego Ciała jako obowiązującą w całym Kościele powszechnym. „Chociaż Eucharystia sprawowana jest uroczyście codziennie, uważamy za słuszne, aby przynajmniej raz w roku upamiętniana była ze szczególną czcią i bardziej uroczyście. Inne rzeczy, które wspominamy, ogarniamy bowiem duchem i umysłem, ale nie uzyskujemy przez to ich realnej obecności. Natomiast w tym sakramentalnym wspomnieniu Chrystusa, choć pod inną postacią, Jezus Chrystus jest pośród nas obecny w swojej istocie” – pisał w ustanawiającej święto bulli Transiturus de hoc mundo.

    Jezus czeka

    W reakcji na reformację, która odrzuciła m.in. kult Eucharystii, Sobór Trydencki (1545–1563) kult ten utrwalił i pogłębił. Adoracje Najświętszego Sakramentu stały się częstsze, zarówno przed Jezusem wystawionym w monstrancji, jak i przed przechowywanym w tabernakulum. Kult Eucharystii wzbogacał się o nowe formy. Zaczęto praktykować codzienne nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, choćby w postaci krótkiej modlitwy przed tabernakulum, wprowadzono obrzędy błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, pojawił się zwyczaj adoracji (godzinnych bądź wielogodzinnych) publicznie wystawionego Jezusa Eucharystycznego.

    Kolejnym impulsem dla pobożności eucharystycznej stały się kongresy eucharystyczne, organizowane od 1881 roku w wymiarze światowym, krajowym i regionalnym. Te masowe zgromadzenia katolików, skupionych wokół Eucharystii, i towarzyszące im ogromne procesje z Najświętszym Sakramentem są ważnym świadectwem znaczenia i żywotności pobożności eucharystycznej.

    Czas przemienienia

    Adoracja zawsze była zalecana przez Kościół. „Wszyscy chrześcijanie, zgodnie ze zwyczajem zawsze przestrzeganym w Kościele katolickim, powinni oddawać Najświętszemu Sakramentowi najwyższy kult uwielbienia, który należy się prawdziwemu Bogu” – stwierdza Instrukcja Kongregacji Kultu Bożego Eucharisticum misterium z 1967 roku.

    Do adoracji eucharystycznej zachęcali kolejni papieże, a także dokumenty soborowe i posoborowe. Często zaleca ją także papież Franciszek. „Kiedy adorujemy, pozwalamy Jezusowi nas uzdrawiać i przemieniać. Adorując, dajemy Panu możliwość przemienienia nas Jego miłością, rozjaśnienia naszych ciemności, dania nam sił w słabości i odwagi w trudnych doświadczeniach. Adorować oznacza zmierzać ku temu, co najistotniejsze – powiedział papież w 2020 roku. Zauważył wtedy, że „adorować to umniejszać się w obliczu Najwyższego, aby przed Nim odkrywać, że wspaniałość życia nie polega na posiadaniu, ale na miłowaniu”.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ponad 130 cudów eucharystycznych

    Przemiana Hostii w kawałek ludzkiego ciała, a wina mszalnego w krew ludzką, wieloletnie posty eucharystyczne, lewitacje i cudowne uzdrowienia – historia Kościoła zna ponad 130 cudów związanych z Eucharystią.

    Zdarzają się w chwilach zwątpienia w rzeczywistą obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, podczas prób profanacji, ale także jako nagroda za wiarę i miłość.

    Ciało i krew

    Za pierwszy cud eucharystyczny uważa się przemianę Hostii i wina w kawałek ciała i krwi w klasztorze w Lanciano we włoskiej prowincji Chieti nad Adriatykiem w VIII wieku. W tamtejszym klasztorze ojców bazylianów jeden z kapłanów dręczony był wątpliwościami co do obecności Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Wątpliwości te naszły go także podczas sprawowanej mszy św. Wówczas, gdy kończył wypowiadać słowa konsekracji, Hostia zamieniła się w kawałek ciała, a wino w ludzką krew. Zakonnik powiadomił o tym swoich współbraci. Wieść rozniosła się też po okolicy. Wykonano specjalny relikwiarz, w którym Ciało i Krew przechowywane są do dziś. Krew zamieniła się w pięć grudek, ale Ciało pozostało nienaruszone. W 1970 roku zbadano dokładnie cudowną Eucharystię. Badacze orzekli, że Ciało to fragment ludzkiego serca, bez śladów konserwacji, a Krew ma grupę AB.

    Stwierdzone przypadki cudów eucharystycznych pochodzą głównie z Włoch, gdzie w okresie od roku 1000 do 1772 stwierdzono ich 16. Do najsławniejszych z nich należą zdarzenia w Trani (1000 r.), Ferrarze (28 marca 1171), Alatri (1228), we Florencji (30 grudnia 1230 i 24 marca 1595), w Bolsenie (1264), Offidzie (1273), Maceracie (25 kwietnia 1356), Turynie (6 czerwca 1453), Asti (25 lipca 1535 i 10 maja 1718), Sienie (14 sierpnia 1730) i San Pietro a Patierno (27 stycznia 1772). Opisy tych cudów znaleźć można w książce „Cuda Eucharystyczne” autorstwa Joan Carroll Cruz.

    Jedno z ostatnich tego rodzaju zdarzeń odnotowano w 1984 r. w Watykanie w czasie Komunii św., której Jan Paweł II udzielał w swej prywatnej kaplicy grupie pielgrzymów z Azji. Gdy Komunię przyjmowała pewna Koreanka, hostia stała się kawałkiem ciała. Ojciec Święty w głębokim milczeniu pobłogosławił kobietę i udzielał dalej Komunii.

    Cuda przeistoczenia miały miejsce, by umocnić wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa podczas konsekracji. Zdarzały się także, gdy profanowano Najświętszy Sakrament. W 1194 roku w Augsburgu pewna kobieta postanowiła trzymać Hostię u siebie w domu. Przyjęła Komunię św., ale nie połknęła jej, schowała w chustę i zaniosła do domu. Po latach, dręczona wyrzutami sumienia wyznała prawdę kapłanowi, a ten po otwarciu zrobionego przez kobietę relikwiarza, zobaczył, że hostia zamieniła się w kawałek Ciała. Taki sam cud zdarzył się ponad sto lat później we Włoszech, kiedy młoda dziewczyna ukryła Hostię, by przekazać ją kobiecie, która miała z niej uczynić eliksir miłosny, a także, gdy pewna mężatka chciała z Komunii św. sporządzić lekarstwo na niewierność męża.

    Również profanacja, której dokonano nieumyślnie, z niedopatrzenia, niedbalstwa lub bezmyślności samych kapłanów była powodem przemiany Najświętszego Sakramentu. W 1330 roku w Sienie we Włoszech pewien kapłan został wezwany do chorego. W pośpiechu nie umieścił Hostii w pudełeczku, lecz włożył ją między kartki brewiarza. Wokół niej na kartkach utworzyły się ślady krwi. Jedna z tych kartek przetrwała do dziś.

    Eucharystia ma także uzdrawiającą moc. Pewien dominikanin, o. Franciszek Lerm, o którym niewiele informacji przetrwało do naszych czasów, z biegiem lat tracił wzrok, aż stał się niewidomy. Na modlitwie wyprosił cud i odzyskiwał wzrok tylko na czas sprawowania przez siebie Mszy św.

    Niekiedy w Hostii widywano postać dziecka lub młodego mężczyzny. Taki cud zdarzył się w Polsce w czasach zaborów, w miejscowości Dubna (dziś znajduje się ona na terenie Ukrainy). W 1867 roku podczas czterdziestogodzinnego nabożeństwa, w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu wierni zauważyli nagle świetliste promienie wystrzeliwujące z Hostii. Po chwili w jej środku ukazała się postać Zbawiciela. Cud ten trwał aż do końca nabożeństwa i widziany był przez wszystkich zgromadzonych w kościele.

    Najdoskonalszy pokarm

    W historii Kościoła znane są także cuda zwane postami eucharystycznymi. Osoby, które go doświadczają, przez długi czas, niekiedy przez całe lata, żyją nie przyjmując pożywienia, a ich jedynym pokarmem jest codzienna Komunia św.

    Jedną z pierwszych osób, która doświadczyła postu eucharystycznego, a o której zachowały się historyczne dokumenty, jest wiejska francuska dziewczyna Alpais, żyjąca na początku XIII wieku. Po wielu ciężkich chorobach została sparaliżowana, a jej jedynym pokarmem pozostawała codzienna Eucharystia. Przybywali do niej liczni pielgrzymi, także z książęcego rodu, a Kościół oficjalnie zbadał i uznał ten cud. Po śmierci Alpais została beatyfikowana.

    Bogato udokumentowana jest także historia św. Mikołaja z Flüe w Szwajcarii, który żył pod koniec XV wieku. Pochodził z wiejskiej rodziny, jako żołnierz uczestniczył w czterech kampaniach wojennych. Po powrocie ożenił się i został ojcem dziesięciorga dzieci. Po ćwierćwieczu uzyskał od żony zgodę na rozpoczęcie życia pustelnika w pobliskiej dolinie. Tam, znany jako brat Klaus, przeżył 20 lat, nie jedząc i nie pijąc niczego. Przyjmował jedynie Komunię św. – raz w miesiącu.

    We współczesnych czasach osobą, która przez kilkadzeisiąt lat żywiła się wyłącznie Eucharystią była słynna francuska mistyczka Marta Robin, ur. w 1902 r. a zmarła w 1991 r. Całe życie spędziła w swej rodzinnej wiosce – Châteauneuf-de-Galaure koło Lyonu. Od dzieciństwa była pobożna i pogodna. W wieku 16 lat zachorowała na zapalenie mózgu. 15 października 1925 r. w akcie zawierzenia całkowicie oddała się Bogu. W 1926 r. została sparaliżowana, od 1928 r. nie mogła spać ani przełykać, nie jadła więc nic i nic nie piła – przez 51 lat jedynym jej pokarmem była raz w tygodniu Eucharystia. 2 października 1930 r. otrzymała stygmaty – znaki męki Chrystusa na swym ciele: na stopach, dłoniach, boku i czole. Co tydzień przeżywała w swoim ciele i w duszy mękę Jezusa Chrystusa. W lipcu 1942 r. straciła wzrok.

    Leżąc sparaliżowana przez ponad 50 lat, wciąż ofiarowywała się Bogu. Mówiła, że „każde życie jest drogą przez Kalwarię i każda dusza Ogrodem Oliwnym; tam każdy człowiek powinien w ciszy pić kielich swego życia. Każde chrześcijańskie życie jest Mszą, a każda dusza jest na tym świecie «Hostią». (…) Hostia waszej Mszy to wy sami; wy, czyli to wszystko, czym jesteście, co macie, co robicie”.

    Marta Robin odegrała niezwykle ważną role w najnowszej historii Kościoła francuskiego. Była duchową przewodniczką wielu znanych postaci, liderów powstających w tym kraju nowych wspólnot katolickich.

    Bezpośrednio z jej inspiracji powstały „Ogniska Miłości” )Foyers de Charite). Pierwsze Ognisko Miłości założył na prośbę Marty Robin jej przyszły spowiednik ks. Georgres Finet (1898-1990) z Lyonu. Obecnie działają one w 40 krajach. Spośród 75 takich placówek 14 jest we Francji, a 2 w Polsce: w Olszy koło Rogowa w archidiecezji łódzkiej i w Kaliszanach koło Józefowa nad Wisłą w archidiecezji lubelskiej.

    Post Eucharystyczny

    Post eucharystyczny wiąże się z brakiem apetytu, niechęcią lub wręcz wstrętem do jedzenia. W bardzo drastycznej formie przeżywała go św. Katarzyna ze Sieny. Z relacji jej spowiednika wynika, że mimo starań, by odżywiać się normalnie, święta nie mogła się przemóc. Żołądek nie trawił niczego i św. Katarzyna zwracała wszystko, nawet wodę.

    Postu eucharystycznego doświadczały także osoby żyjące w XX wieku, m.in. Alexandrina da Costa (zm. W 1955 r.) i Teresa Neumann (zm. W 1962 r.).

    Otrzymać Komunię z rąk Pana

    Święci, którzy z różnych przyczyn pozbawieni byli na jakiś czas możliwości przystępowania do Komunii św. otrzymywali łaskę cudownego jej przyjmowania. Jednym z nich był św. Stanisław Kostka (zm. W 1568 r.). Gdy przygotowywał się do wstąpienia do zakonu jezuitów, zachorował i musiał zatrzymać się u pewnej luterańskiej rodziny. Gospodarze nie zgodzili się na sprowadzenie kapłana z Komunią św. Stanisław modlił się żarliwie do św. Barbary, patronki sakramentu pokuty i Komunii św. w godzinie śmierci. Święta zjawiła się w asyście anioła i przyniosła Eucharystię.

    Dominikańskie przekazy mówią o podobnym cudzie, jakiego doświadczyła najmłodsza dominikańska święta, 11-letnia Imelda. Był rok 1333. Imelda od roku już należała do zakonu. Przyjęto ją z wielkimi oporami, ale ze względu na młody wiek nie dopuszczano do Komunii. Imelda bardzo cierpiała, obserwując każdego dnia jak inne dominikanki przyjmują Eucharystię. W dniu jej śmierci zdarzył się cud i Hostia zawisła nad głową dziewczynki. Zakonnice, które były świadkami tego wydarzenia, powiadomiły o tym sprawującego mszę św. kapłana. Ów podszedł do dziewczynki, dotknął Hostii nad jej głową i podał Imeldzie. Młodziutka dominikanka umarła w chwilę po spożyciu Komunii św.

    Dar łez…

    Niektórzy święci otrzymali także dar łez za grzechy własne lub z powodu cierpień Jezusa Chrystusa. Podczas Eucharystii płakali ku uwielbieniu Boga i dla wynagradzania za grzechy. Najbardziej znana spośród nich jest św. Klara (zm. W 1253 roku). Inny święty, Feliks z Cantalice (zm. W 1587 r.), płakał tak bardzo podczas mszy św., że nie mógł recytować modlitw mszalnych.

    Oprócz daru płaczu, święci wyróżniani byli za swoją niezwykłą miłość do Chrystusa w Eucharystii świetlistymi aurami, ognistą łuną i ekstazą. Cuda te były udziałem m.in. św. Ignacego Loyoli, założyciela zakonu jezuitów.

    Ekstazie, jaką odczuwają święci adorując Najświętszy Sakrament niekiedy towarzyszyła lewitacja, czyli unoszenie się w powietrzu. Św. Józef z Cupertino (zm. w 1663 r.), którego niemal codzienne lewitacje były bogato udokumentowane, został patronem podróżujących w powietrzu. Dar lewitacji wzbudza u świadków podziw, ale także strach, niekiedy także o życie świętej osoby. Sami lewitujący zazwyczaj wspominali to zjawisko jako łagodne unoszenie się. Jedynie św. Teresa z Avili wyznała, że jej własne lewitacje wywoływały w niej również bojaźń przed niezwykłą siłą i mocą Boga, który „nie zadowala się przyciąganiem ku sobie tylko duszy, lecz pragnie także i ciała”.

    Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Carla Acutisa: spełnia się jego pragnienie, ludzie wracają do Eucharystii

    Samplefot. Facebook/venerablecarlo.acutis.3

    ***

    Dla nas rodziców śmierć Carla była oczywiście krzyżem. Dziś widzimy, że było to również błogosławieństwo – powiedziała Radiu Watykańskiemu matka bł. Carla Acutisa w dzień jego liturgicznego wspomnienia. Ujawnia, że codziennie otrzymuje świadectwa o cudach za jego wstawiennictwach. Jak nie uzdrowienia to nawrócenia – mówi, podkreślając jednak, że największym osiągnieciem jego zmarłego przed 18 laty syna jest odrodzenie kultu eucharystycznego w wielu zakątkach świata.

    Matka przyszłego świętego przypomina, że właśnie na tym bardziej zależało Carlowi. Widział długie kolejki młodych ludzi na koncerty i mecze. Nikt natomiast nie spieszył na spotkanie z Jezusem w tabernakulum. Dziś natomiast z całego świata – z Japonii, Chin, Indii, Afryki czy Stanów Zjednoczonych – docierają świadectwa o odrodzeniu eucharystycznym, które dokonuje się dzięki przykładowi Carla.

    Jak mówi Antonia Salzano, jej zmarły w wieku zaledwie 15 lat syn pokazuje, że każdy może dojść do świętości, jeśli tylko będzie korzystał z tego, co daje nam Bóg w sakramentach, Słowie Bożym i modlitwie, takiej jak różaniec.

    Mówiąc o cudach, które dokonują się za wstawiennictwem jej syna, wyraża przekonanie, że są to znaki, które potwierdzają to, co odkrył Carlo, że Pan Jezus jest rzeczywiście obecny pośród nas. Widocznie potrzeba dziś takich znaków – dodaje. Piszą do niej ludzie, którzy byli w bardzo trudnej sytuacji, rozpadało się ich małżeństwo albo nie mogli mieć dzieci, byli ciężko chorzy, mieli raka, przerzuty… i dzięki wstawiennictwu Carla doświadczyli Bożej pomocy.

    Antonia Salzano zauważa jednak, że najbardziej potrzebują przesłania jej syna ludzie młodzi, którzy znajdują się dziś w wielkim niebezpieczeństwie z powodu pornografii i innych zagrożeń, które, jak smartfony, całkowicie skupiają ich uwagę i odbieraj im wolność, sprawiają, że staja się niewolnikami, małymi marionetkami, jak w Pinokiu. Carlo pokazuje, że można się temu przeciwstawić, zawierzając się Panu Bogu – dodaje matka świętego nastolatka.

    Krzysztof Bronk i Federico Piana, Vatican News PL | Rzym Ⓒ Ⓟ/Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Galbas w Nowym Jorku: Zmorą naszych czasów jest obojętność i wzruszenie ramion wobec wartości

    Sample

    fot. Karol Porwich/East News

    ***

    – Miejcie swoją osobistą „listę dziedzictwa”, katalog wartości, które dla was są ważne, bo były ważne dla waszych przodków i chcecie „wejść w to”, przekazać je następnym pokoleniom, z nadzieją, że i dla nich będą ważne – powiedział abp Adrian Galbas w Nowym Jorku. Metropolita katowicki przewodniczył Mszy św. z okazji Dnia Dziedzictwa Polskiego. W homilii mówił o przekazywanych od pokoleń wartościach, wśród których pierwsze miejsce zajmuje wiara.

    Abp Galbas zwrócił uwagę, że otrzymane od poprzednich pokoleń dziedzictwo domaga się docenienia jego wartości oraz zaangażowania, by przekazać je przyszłym pokoleniom. Wskazał, że współcześnie jednym z największych problemów jest obojętność wobec wartości, “które dla poprzednich pokoleń były bezcenne i święte”. – Obojętny człowiek nie twierdzi, że te wartości są złe, nie twierdzi jednak także, że są dobre. „Może są, a może nie są. Może są takie, a może inne. To nieważne i nic mnie to nie obchodzi” – mówił.

    Przywołując słowa Jana Pawła II o obronie “własnego Westerplatte” podkreślił różnicę pomiędzy postawami wobec dziedzictwa ludzi współczesnych oraz tych, którzy dorastali kilka dekad temu. – Pamiętam, jak myśmy – młodzi wtedy ludzie – słuchali tego z wypiekami na twarzy. To nas jakoś podniecało, zapalało, podnosiło na duchu. „Tak, chcę być obrońcą mojego Westerplatte, mówiliśmy. Chcę walczyć o to, co jest dla mnie ważne”. Dziś wielu powie: „nie muszę mieć żadnego Westerplatte. Ważne, bym był wyspany, najedzony i miał wifi” – zaznaczył.

    Odnosząc się do kontekstu kulturowego, w którym żyje Polonia w Nowym Jorku wyraził uznanie dla wysiłków na rzecz pielęgnowania polskiego dziedzictwa w polonijnych szkołach, klubach, stowarzyszeniach i parafiach. – Żyjecie w wielokulturowym i wielomilionowym mieście. W tyglu tyglów, w Nowym Jorku. W tyglu można mieszać ze sobą różne potrawy, z każdej wziąć trochę, wszystko jakoś połączyć, potem dołożyć jednolitego sosu, który dodaje się do każdej pospolitej potrawy: do hamburgera i hot doga, by ostatecznie uzyskać taki sam smak. Tylko, że potem nie wiadomo co się właściwie zjadło. Lepiej jak jest inaczej: chętnie spróbuję tego, co gotują na innych ogniach, w innych piecach, co sprzedają na innych straganach. Jestem otwarty, ciekawy świata, ciekawy innych sposobów myślenia, działania i w ogóle życia, ale mam też coś własnego, co gotowała moja babcia i moja mama, coś co mnie karmi, czym chcę się karmić i czym chętnie poczęstuję także ciebie – stwierdził.

    W homilii apelował także, by Polacy dbali o własną tożsamość i nie bali wyróżniać się na tle innych. Odwołał się do Katedry Świętego Patryka na Manhattanie. – Wygląda jak z innej bajki i z innego świata, niedzisiejsza. Jedna inna wśród wielu innych. A jednak przez to, że jest jedna i inna, jest zauważalna i tak cenna. Po wizycie na Manhattanie możemy zapomnieć jak wygląda ten, czy tamten drapacz, ale nie zapomnimy tej katedry. Drapacze dosięgają chmur, katedra dosięga nieba – zaznaczył.

    Abp Galbas podkreślił, że jedną z najważniejszych wartości otrzymanych od poprzednich pokoleń jest wiara przekazywana przez Kościół. Nie należy jej jednak sprowadzać tylko do religijnych zwyczajów, które są ważne, jednak “mogą być puste jak wielkanocne wydmuszki”. Wiara jest decyzją, przemyślaną, rozeznaną i przemodloną. Jest też pragnieniem pójścia za Chrystusem. – Nie za kimkolwiek, nie za modą, opiniami opinii publicznej, nie za większością, nie za kalkulacjami na chwilę, ale właśnie za Chrystusem – mówił. Zauważył, że udział w praktykach religijnych weryfikuje wiarę, ale może być pusty, jeśli praktykującemu brakuje spójności życia. Wskazał też na niebezpieczeństwo zwalniania się z praktyk. – W twierdzeniu, że można być jednocześnie wierzącym i niepraktykującym dostrzegam potężny fałsz. Bo trudno jednocześnie chcieć być blisko Chrystusa i unikać miejsc, gdzie On sam mówi, że jest: przede wszystkim unikać Eucharystii – zaznaczył.

    Przywołując prośbę Jakuba i Jana z niedzielnej Ewangelii stwierdził, że Apostołowie wyrazili w ten sposób pragnienie życia w bliskości Chrystusa. – Pozostali się oburzają, ale to jest szczere, proste i piękne. Czy to jest też nasze pragnienie? Moje? Być jak najbliżej Chrystusa, być coraz bliżej Niego, jak śpiewamy w popularnej pieśni kościelnej: „Być bliżej Ciebie chcę”. Macie takie pragnienie? Mamy je? – pytał.

    Kończąc zachęcał do wytrwania w wierze. – Słowo „trwać” zawsze się kojarzy z czymś co trudne. Trwać, czyli nie zmieniać niczego, gdy jest ciężko, nie wycofywać się. Być jak ten obrońca Westerplatte. Trwajmy mocno, niezależnie od tego, czy mieszkamy w Nowym Jorku, czy w Nowym Targu, z tej czy z tamtej strony Atlantyku. (…) Wejdźmy do wnętrza swojej wiary, tylko wtedy przekażemy ją następnym pokoleniom.

    21 października 2024 | eKai / Nowy Jork

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykłe słowa znanego aktora: Gdyby ludzie wiedzieli to stałyby kolejki pod kościołami

    Niezwykłe słowa znanego aktora: Gdyby ludzie wiedzieli to stałyby kolejki pod kościołami

    fot. Screenshot – YouTube (Rymanowski Live)

    ***

    Jeden z czołowych polskich aktorów Adam Woronowicz dał publicznie niezwykle przejmujące świadectwo własnej wiary oraz mocy sakramentów obecnych w Kościele.

    „Moja wiara, moja religia mnie ratuje. Mam wrażenie że ja bym sobie bez tego nie poradził. Powiem szczerze że nie wiem jak sobie ludzie bez tego radzą. Nie wiem” – mówił Woronowicz w wywiadzie udzielonym red. Bogdanowi Rymanowskiemu na kanale YouTube „Rymanowski Live”.

    „Często mam wrażenie że zrzucam z siebie jakiś ciężar gdy przystępuje do sakramentu spowiedzi I że on mi daje naprawdę siłę, że mnie leczy. Nie poradziłbym sobie bez Eucharystii. Czuję, że to jest naprawdę pokarm, powiedziałbym bogów. Gdyby ludzie wiedzieli, co zostawiają to by stały pewnie kolejki pod kościołami. Wciąż zdumiewa mnie i zaskakuje ta Ewangelia, która mówi: „kto spożywa Moje ciało i pije Moją krew, będzie żył na wieki” – wyznał aktor.

    Główny odtwórca sprzed kilkunastu lat roli ks. Jerzego Popiełuszki, odnosząc się do problematyki zgorszeń w Kościele powiedział, że podczas kręcenia tego filmu usłyszał od jednego z księży, że Kościół swojej historii popełnił „wszystkie możliwe grzechy”.

    „A jednak czasem pojawia się w tym Kościele postać, która zawstydza wszystkich. Oczywiście wielu wtedy powie o takiej osobie, że wariatka, że dysfunkcyjna, że pewnie jej się coś przywidziało. Przecież nawet ks. Sopoćko [spowiednik św. Faustyny Kowalskiej – red.] zlecił badania psychiatryczne dla siostry Faustyny. A to przecież jej książka, jej “Dzienniczek” – patrząc na całe ponad tysiącletnie dzieje naszego narodu – jest najbardziej poczytną na świecie pozycją z całej literatury polskiej. Czyta tą książkę cały świat. Miliony ludzi pod każdą szerokością geograficzną znajdują tam przesłanie nadziei dla siebie” – zauważył Adam Woronowicz. 

    ren/YouTube (Rymanowski Live), fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niedziela 13 października 2024

    Dziś mija 107 lat od ostatniego objawienia Matki Bożej we Fatimie w Portugalii. Od 13 maja do 13 października 1917 roku Matka Boża ukazywała się trojgu pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi. Za ich pośrednictwem Najświętsza Maryja Panna wzywała ludzi do modlitwy różańcowej, nawrócenia i pokuty. Przekazała również orędzie znane jako “trzy tajemnice fatimskie”.

    Podczas ostatniego objawienia we Fatimie około 70 tysięcy osób było świadkami cudu słońca.

    Dobrze jest tutaj przypomnieć, że 20 lat po objawieniu MARYI jako NIEPOKALANIE POCZĘTA w Lourdes miało miejsce na polskiej ziemi objawienie MATKI BOŻEJ w maleńkiej wiosce o nazwie Gietrzwałd, w tamtym czasie będącej pod zaborem pruskim. Objawienia gietrzwałdzkie trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Matka Boska ukazała się 160 razy. Nigdzie indziej na świecie objawienia nie powtarzały się tak często.  

    ___________________________________________________

    CUD SŁOŃCA

    ***

    13 października 1917 roku w Fatimie Matka Boża po raz szósty ukazała się trojgu portugalskim pastuszkom. Dzieciom towarzyszył ogromny tłum. Ludzie pobożni przyszli z nakazu sumienia, inni ze zwykłej ciekawości. Niektórzy znaleźli się tam z obowiązku służbowego. Trzy miesiące wcześniej Maryja zapowiedziała: W październiku powiem wam, kim jestem i czego chcę oraz dokonam cudu, który wszyscy zobaczą, aby uwierzyli. Wezwania Matki Bożej skierowane do ludzi oraz tajemnice, które otrzymały dzieci miały uzyskać potwierdzenie, które powinno przekonać każdego co do prawdziwości objawień. 


    13 października 1917 r. w pobliżu Hiacynty, Franciszka i Łucji zgromadził się kilkudziesięciotysięczny tłum. Niektórzy szacują liczbę świadków cudu słońca w Fatimie na ponad 100 tys. ludzi. Nic dziwnego, że wysłane przez władze prześladujące Kościół oddziały wojskowe nie powstrzymały napierającego tłumu, który starał się dostać jak najbliżej pastuszków. 

    W pewnym momencie dzieci jak przy poprzednich objawieniach dostrzegły błysk światła, po którym Matka Boża pojawiła się nad krzewem. Scenę rozmowy Maryi z dziećmi oraz sam cud słońca zwięźle opisał w swojej książce „Fatima – orędzie tragedii czy nadziei” Antonio A. Borelli:

    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie? 

    MATKA BOŻA: Chcę ci powiedzieć, aby wybudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Bożą Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie Różaniec. Wojna się skończy, a żołnierze wkrótce wrócą do swoich domów. 

    ŁUCJA: Miałam prosić Panią o wiele rzeczy, o uzdrowienie kilku chorych, nawrócenie niektórych grzeszników, etc. 

    MATKA BOŻA: Jednych uzdrowię, innych nie. Trzeba, aby się poprawili i prosili o przebaczenie swoich grzechów. I ze smutnym wyrazem twarzy dodała: Niech nie obrażają więcej Boga naszego Pana, który już i tak jest bardzo obrażany. 

    Następnie, rozchylając dłonie, Najświętsza Maryja Panna zaczęła odbijać się w słońcu, podczas gdy unosiła się, odbicie Jej światła cały czas padało na słońce. 

    Wtedy to Łucja wykrzyknęła: Spójrzcie na słońce! 

    Po tym jak Najświętsza Maryja Panna znikła w bezmiarze nieboskłonu, wizjonerzy byli świadkami trzech następujących scen: pierwsza z nich symbolizowała tajemnice radosne różańca, następna tajemnice bolesne, a ostatnia tajemnice chwalebne (tylko Łucja widziała te trzy sceny; Franciszek i Hiacynta widzieli tylko pierwszą z nich). 

    Obok słońca zobaczyli pojawiającego się świętego Józefa z Dzieciątkiem Jezus oraz Matkę Bożą Różańcową. Była to Święta Rodzina. Maryja była ubrana w białe szaty i w niebieski płaszcz. Święty Józef także był ubrany na biało, natomiast Dzieciątko Jezus miało okrycie w jasnoczerwonym kolorze. Święty Józef pobłogosławił tłum wykonując trzykrotnie znak krzyża. Dzieciątko Jezus uczyniło to samo. Następna była wizja Matki Boskiej Bolesnej i Chrystusa Pana obarczonego cierpieniem w drodze na Kalwarię. Jezus pobłogosławił lud czyniąc znak krzyża. Matka Boża nie miała w piersi miecza. Łucja widziała jedynie górną część ciała Pana Jezusa. Ostatnia była chwalebna wizja Matki Bożej Karmelitańskiej, ukoronowanej na Królową Nieba i Ziemi oraz trzymającej w swych ramionach Dzieciątko Jezus. 

    Podczas gdy obrazy te ukazywały się jeden po drugim oczom wizjonerów, wielki tłum złożony z kilkudziesięciu tysięcy osób był świadkiem cudu słońca. Podczas całego trwania objawienia padał deszcz. Przy końcu spotkania Łucji i Najświętszej Maryi Panny, w chwili gdy Maryja zaczęła się unosić, a dziewczynka wykrzyknęła słowa „Popatrzcie na słońce!”, chmury się rozpierzchły odsłaniając słońce, które wyglądało jak ogromny srebrny dysk. Lśniło tak intensywnie, jak jeszcze nigdy, lecz jego blask nie oślepiał. Trwało to tylko chwilę. Ta ogromna kula zaczęła jakby „tańczyć”. Słońce było jakby gigantycznym ognistym kołem, kręcącym się szybko. Zatrzymało się na jakiś czas, zanim znów zaczęło kręcić się wokół swojej osi z oszałamiającą prędkością. Następnie zaczęło przybierać różowy kolor na krawędziach i ślizgać po niebie, wirując i rozsypując czerwone snopy płomieni. Światło to odbijało się na ziemi, na drzewach i krzewach, a także na twarzach ludzi i na ich ubraniach, przyjmując świetliste różnobarwne odcienie. Trzykrotnie ożywiona szaleńczym ruchem kula ognia zaczęła drżeć i trząść się. Wydawało się, że opadając ruchem zygzakowatym spadnie na przerażony tłum. Wszystko to trwało około dziesięciu minut. Na końcu słońce wspięło się znów wijącym ruchem do punktu, z którego zaczęło opadać, na nowo przyjmując swój spokojny wygląd i odzyskując zwykłą jasność swego światła. 

    Cykl objawień zakończył się. 

    Wielu ludzi zauważyło, że ich ubrania przemoknięte deszczem, od razu wyschły. Cud słońca został także zaobserwowany przez wielu świadków znajdujących się poza miejscem objawień, w promieniu około czterdziestu kilometrów.

    ze strony: Orędzie Fatimskie nadzieją dla Polski

    (więcej na temat Cudu Słońca w Fatimie można dowiedzieć się z książki Świadkowie Cudu Słońca)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    OBJAWIENIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    ***

    W chwili objawień Najświętszej Maryi Panny, Łucja de Jesus, Franciszek i Hiacynta Marto mieli po dziesięć, dziewięć i siedem lat. Cała trójka mieszkała w Aljustrel, w miejscu należącym do parafii fatimskiej. Objawienia miały miejsce na małym skrawku ziemi należącym do rodziców Łucji, nazywanym Cova da Iria, i znajdującym się dwa i pół kilometra od Fatimy na drodze do Leirii. Matka Boża ukazała się im na krzewie zwanym ilex, będącym karłowatą odmianą dębu, mierzącym nieco ponad metr wysokości.

    Franciszek widział Maryję, lecz Jej nie słyszał. Hiacynta Ją widziała i słyszała. Łucja natomiast widziała, słyszała i rozmawiała z Nią. Objawienia miały miejsce około południa.

    Pierwsze objawienie: 13 maja 1917 roku

    W momencie, gdy uwaga trójki wizjonerów została przyciągnięta przez podwójny blask, podobny do błyskawic, bawili się w Cova da Iria. Później zobaczyli oni Matkę Boską na zielonym dębie. Była to, zgodnie z opisem siostry Łucji, Pani ubrana na biało, bardziej błyszcząca niż słońce, promieniejąca światłem czystszym i intensywniejszym od kryształowego pucharu z wodą, prześwietlonego promieniami słonecznymi. Jej nieopisanie piękna twarz nie była ani smutna, ani radosna, lecz poważna i malował się na niej wyraz łagodnego napomnienia. Miała dłonie złączone jakby w geście modlitwy, które opierały się na piersiach i które były zwrócone ku górze. Z jej prawej dłoni opadał różaniec. Jej szaty wydawały się całe utkane ze światła. Jej tunika była biała, tak jak
    i płaszcz ze złotym rąbkiem, który okrywał głowę Maryi, opadając aż do jej stóp. Wizjonerzy byli tak blisko Matki Bożej – w odległości około półtora metra – że znajdowali się w poświacie, która Ją otaczała lub którą roztaczała wokół.
    Rozmowa ich potoczyła się następująco:

    MATKA BOŻA: Nie bójcie się, nie zrobię wam nic złego.
    ŁUCJA: Skąd Pani jest?
    MATKA BOŻA: Jestem z nieba (i wzniosła rękę wskazując na niebo).
    ŁUCJA: A czego Pani ode mnie chce?
    MATKA BOŻA: Przyszłam was prosić, abyście przychodzili tu przez sześć kolejnych miesięcy, trzynastego dnia, o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego chcę. Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz.
    ŁUCJA: A ja też pójdę do nieba?
    MATKA BOŻA: Tak, pójdziesz.
    ŁUCJA: A Hiacynta?
    MATKA BOŻA: Także.
    ŁUCJA: A Franciszek?
    MATKA BOŻA: Również, ale musi jeszcze odmówić wiele różańców.
    ŁUCJA: Czy Maria das Neves jest już w niebie?
    MATKA BOŻA: Tak, jest.
    ŁUCJA: A Amelia?
    MATKA BOŻA: Będzie w czyśćcu do końca świata.
    Czy chcecie ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On zechce na was zesłać, jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany, oraz jako wyproszenie nawrócenia grzeszników?
    ŁUCJA: Tak, chcemy.
    MATKA BOŻA: A więc będziecie musieli wiele wycierpieć. Ale łaska Boża będzie waszą pociechą.
    Wymawiając te ostatnie słowa (łaska Boża etc.), rozchyliła po raz pierwszy dłonie przekazując nam światło – bardzo intensywne, jakby odblask wychodzący z Jej dłoni, które przenikając przez nasze piersi do najgłębszych zakątków duszy, spowodowało, że widzieliśmy siebie w Bogu, który był tym światłem, wyraźniej niż w najlepszym z luster. Wtedy pod wpływem jakiegoś wewnętrznego impulsu również nam przekazanego, padliśmy na kolana i powtarzaliśmy z głębi duszy: O Przenajświętsza Trójco, uwielbiam Cię! Boże mój, Boże mój, kocham Cię w Przenajświętszym Sakramencie!
    W chwilę później Matka Boża dodała:
    – Odmawiajcie różaniec codziennie, abyście uprosili pokój dla świata i koniec wojny.
    Następnie zaczęła się spokojnie unosić w kierunku wschodnim, aż zniknęła w nieskończonej dali. Światło, które Ją ot
    aczało, jak gdyby torowało Jej drogę w gęstwinie gwiazd.

    Drugie objawienie: 13 czerwca 1917

    Drugie objawienie także zostało zapowiedziane wizjonerom przez żywy blask, który nazwali „błyskawicą”, lecz który właściwie nią nie będąc, był raczej odbiciem zbliżającego się światła.
    Niektórzy, z około pięćdziesięciu obserwatorów, którzy przyszli na to miejsce, widzieli, że słońce, na początku objawienia, utraciło na kilka minut swój blask. Inni przypominali sobie, że wierzchołek drzewka, pokryty listowiem, zdawał się uginać, jakby pod jakimś ciężarem chwilę przed tym jak Łucja zaczęła mówić. Podczas spotkania Najświętszej Maryi Panny z wizjonerami, wiele osób usłyszało szept przypominający brzęczenie pszczoły.

    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście przyszli tu 13 dnia następnego miesiąca, abyście odmawiali codziennie różaniec i nauczyli się czytać2. Potem powiem, czego chcę.
    Wtedy to Łucja poprosiła o uleczenie pewnego chorego.
    MATKA BOŻA: Jeżeli nawróci się, wyzdrowieje w ciągu roku.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić, aby nas Pani zabrała do nieba.
    MATKA BOŻA: Tak, Hiacyntę i Franciszka zabiorę niedługo. Ty jednak zostaniesz tu przez jakiś czas. Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.
    ŁUCJA: Czy zostanę tu sama?
    MATKA BOŻA: Nie, córko. Czy bardzo cierpisz? Nie trać odwagi, nie opuszczę cię nigdy. Moje Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która zaprowadzi cię do Boga.
    W chwili, gdy wypowiadała te ostatnie słowa – opowiada siostra Łucja – rozchyliła swe dłonie i po raz drugi przekazała nam odblask tego niezmiernego światła.

    Kiedy wizja ta znikła, Pani, cały czas otulona światłem, które z Niej emanowało, uniosła się lekko, bez najmniejszego wysiłku, ponad zielony dąb w kierunku wschodnim i całkiem znikła. Kilka osób, które znajdowały się najbliżej, spostrzegło, iż liście znajdujące się na wierzchołku krzaka ugięły się w tym samym kierunku, jakby szarpnięte ubraniem Najświętszej Panienki. Krzak pozostał później jeszcze przez kilka godzin ugięty w ten sam sposób, zanim powrócił do swej naturalnej pozycji.
     

    Trzecie objawienie: 13 lipca 1917


    W chwili trzeciego objawienia, mała szara chmurka zawisła nad zielonym dębem, słońce pociemniało, a orzeźwiająca bryza powiała w górach. Był sam środek lata. Manuel Marto, ojciec Hiacynty i Franciszka, jak sam to ujmuje, także usłyszał pobrzękiwanie podobne do brzęczenia much w pustym dzbanie. Wizjonerzy ujrzeli znajomy im już blask światła, a w chwilę później spostrzegli ponad krzewem Najświętszą Maryję Pannę.

    ŁUCJA: Czego sobie Pani życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście przyszli tu 13 dnia następnego miesiąca i nadal codziennie odmawiali różaniec na cześć Matki Bożej Różańcowej, aby uprosić pokój na świecie i koniec wojny, gdyż tylko Ona będzie mogła wam pomóc.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić, aby Pani powiedziała nam, kim jest i uczyniła jakiś cud, żeby wszyscy uwierzyli, że rzeczywiście nam się Pani ukazuje.
    MATKA BOŻA: Nadal przychodźcie tutaj co miesiąc. W październiku powiem wam, kim jestem i czego chcę oraz dokonam cudu, który wszyscy zobaczą, aby uwierzyli.

    Następnie Łucja skierowała kilka próśb o nawrócenie grzeszników, uzdrowienia i inne łaski. Matka Boża zawsze odpowiadała tak samo, polecając niezmiennie odmawianie różańca oraz obiecując, że prośby te zostaną wysłuchane w ciągu roku.

    Potem dodała: Ofiarujcie się za grzeszników i powtarzajcie wielokrotnie – zwłaszcza gdy będziecie czynić jakąś ofiarę – »O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, w intencji nawrócenia grzeszników oraz jako zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi«.
     

    Czwarte objawienie: 19 sierpnia 1917


    13 sierpnia, w dniu, w którym miało mieć miejsce czwarte objawienie, wizjonerzy nie mogli się udać do Cova da Iria, ponieważ zostali oni uwięzieni przez administratora kantonu Ourém, który chciał wyrwać im ich tajemnicę siłą. Dzieci wytrzymały to dzielnie.

    O zwykłej porze, w czasie, gdy zebrani ludzie obserwowali małą białą chmurkę unoszącą się przez kilka minut nad zielonym dębem, usłyszano w Cova da Iria grzmot, po którym nastąpiła błyskawica. Byli oni także świadkami zjawisk związanych z zabarwianiem się na różne kolory twarzy ludzi, ubrań, drzew czy ziemi. Matka Boża na pewno przybyła, lecz nie odnalazła na miejscu spotkań wizjonerów.

    Powróciła kilka dni później, w posiadłości Valinhos ukazując się na zielonym dębie, który był tylko trochę wyższy od dębu z Cova da Iria.

    ŁUCJA: Czego sobie Pani życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę, abyście nadal przychodzili trzynastego dnia miesiąca do Cova da Iria i odmawiali różaniec codziennie. W ostatnim miesiącu uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli
    ŁUCJA: Co Pani chce, abyśmy zrobili z pieniędzmi, które ludzie zostawiają w Cova da Iria?
    MATKA BOŻA: Niech sporządzą dwa feretrony. Jeden ty będziesz nosiła z Hiacyntą i dwie inne dziewczynki, ubrane na biało. Drugi niech nosi Franciszek z trzema innymi chłopcami. Pieniądze składane na te feretrony są przeznaczone na święto Matki Bożej Różańcowej, a reszta jako datek na kaplicę, która ma być zbudowana.
    ŁUCJA: Chciałabym prosić o uzdrowienie kilku chorych.
    MATKA BOŻA: Tak, niektórych uzdrowię w ciągu roku. I przybierając smutniejszy wyraz twarzy, znowu poleciła dzieciom praktykowanie umartwień: Módlcie się, módlcie się wiele i czyńcie ofiary za grzeszników, ponieważ wiele dusz idzie do piekła, bo nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił.
    I jak zwykle zaczęła unosić się ku wschodowi.


    Dzieci obcięły gałęzie krzewu, nad którym Matka Boża im się ukazała, i zaniosły je do domu. Wydzielały one szczególnie przyjemny zapach.
     

    Piąte objawienie: 13 września 1917


    Tak jak i poprzednio, tłum ludzi, których liczba została oszacowana na około piętnaście do dwudziestu tysięcy osób, a może nawet i więcej, był świadkiem całej serii zjawisk atmosferycznych: nagłego ochłodzenia, takiego przyćmienia słońca, że można było zobaczyć gwiazdy, pewnego rodzaju deszczu, jakby opadały tęczowe płatki lub płatki śniegu, które znikały, zanim jeszcze mogły dotknąć ziemi. Wtedy to właśnie zauważono świetlistą kulę, która przemieszczała się wolno po niebie ze wschodu na zachód, a przy końcu objawienia w przeciwnym kierunku. Jak zwykle, wizjonerzy dostrzegli błysk światła, po czym ukazała im się ponad zielonym dębem Najświętsza Maryja Panna.

    MATKA BOŻA: Odmawiajcie w dalszym ciągu różaniec, aby uprosić koniec wojny. W październiku ukaże się również Pan Jezus, Matka Boża pod wezwaniem Bolesnej i Karmelitańskiej oraz św. Józef z Dzieciątkiem Jezus, aby pobłogosławić świat. Bóg jest zadowolony z waszych umartwień, ale nie musicie spać ze sznurami. Noście je tylko w dzień.
    ŁUCJA: Proszono mnie, abym poprosiła Panią o wiele rzeczy; uzdrowienie kilku chorych, uzdrowienie głuchoniemego.
    MATKA BOŻA: Tak, niektórych uzdrowię, innych nie. W październiku uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli.
     

    Szóste i ostatnie objawienie: 13 października 1917


    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie?
    MATKA BOŻA: Chcę ci powiedzieć, aby wybudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Boską Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie różaniec. Wojna się skończy, a żołnierze wkrótce wrócą do swoich domów.
    ŁUCJA: Miałam prosić Panią o wiele rzeczy, o uzdrowienie kilku chorych, nawrócenie niektórych grzeszników, etc.
    MATKA BOŻA: Jednych uzdrowię, innych nie. Trzeba, aby się poprawili i prosili o przebaczenie swoich grzechów. I ze smutnym wyrazem twarzy dodała: Niech nie obrażają więcej Boga naszego Pana, który już i tak jest bardzo obrażany.

    Następnie, rozchylając dłonie, Najświętsza Maryja Panna zaczęła odbijać się w słońcu, podczas gdy unosiła się, odbicie Jej światła cały czas padało na słońce.

    Wtedy to Łucja wykrzyknęła: Spójrzcie na słońce!

    Po tym jak Najświętsza Maryja Panna znikła w bezmiarze nieboskłonu, wizjonerzy byli świadkami trzech następujących scen: pierwsza z nich symbolizowała tajemnice radosne różańca, następna tajemnice bolesne, a ostatnia tajemnice chwalebne (tylko Łucja widziała te trzy sceny; Franciszek
    i Hiacynta widzieli tylko pierwszą z nich):

    Obok słońca zobaczyli pojawiającego się świętego Józefa z Dzieciątkiem Jezus oraz Matkę Boską Różańcową. Była to Święta Rodzina. Maryja była ubrana w białe szaty i w niebieski płaszcz. Święty Józef także był ubrany na biało, natomiast Dzieciątko Jezus miało okrycie w jasnoczerwonym kolorze. Święty Józef pobłogosławił tłum wykonując trzykrotnie znak krzyża. Dzieciątko Jezus uczyniło to samo. Następna była wizja Matki Boskiej Bolesnej i Chrystusa Pana obarczonego cierpieniem w drodze na Kalwarię. Jezus pobłogosławił lud czyniąc znak krzyża. Matka Boża nie miała w piersi miecza. Łucja widziała jedynie górną część ciała Pana Jezusa. Ostatnia była chwalebna wizja Matki Bożej Karmelitańskiej, ukoronowanej na Królową Nieba i Ziemi oraz trzymającej w swych ramionach Dzieciątko Jezus.

    ze strony: Orędzie Fatimskie nadzieją dla Polski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mało znane siódme objawienie fatimskie. Dzięki niemu Łucja powiedziała Bogu „tak“.

    Od 13 maja do 13 października: sześć objawień fatimskich. A siódme? Zapowiedziała je sama Matka Boża słowami: „Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz”.

    13 października obchodzimy rocznicę ostatniego z objawień fatimskich. Ale tak naprawdę, to wcale nie ostatniego, ale szóstego z siedmiu. Już podczas pierwszego (w maju 1917 r.) Maryja mówiła: „Przyszłam was prosić, abyście przychodzili tu przez sześć kolejnych miesięcy, trzynastego dnia, o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego chcę. Następnie powrócę tu jeszcze siódmy raz”.

    Skoro świętujemy rocznicę „ostatniego” objawienia, to co z siódmym? Czy miało miejsce? I jeśli tak, to kiedy?

    Minęły prawie cztery lata od ostatniego objawienia. Z trojga wizjonerów żyje już tylko Łucja. Franciszek zmarł w kwietniu 1919 r., a Hiacynta w lutym 1920 r. Tak jak zapowiedziała Matka Boża.

    Jest 13 czerwca 1921 r. Do Fatimy znów przybyły tłumy pielgrzymów, by modlić się w miejscu objawień. Wśród tych tłumów jest też Filomena Miranda. Przyjechała tu na polecenie biskupa Leirii, aby zgodnie z wcześniejszą umową zabrać Łucję do Porto, do internatu prowadzonego przez siostry doroteuszki.

    Łucja spędzi w ich szkole 4 lata, by następnie wstąpić do tego zgromadzenia. Pozostanie w nim kolejne 22 i pół roku, kiedy to (za specjalnym pozwoleniem Piusa XII) opuści doroteuszki, by wstąpić do karmelitanek w Coimbrze, gdzie pozostanie do śmierci (13.02.2005 r.).

    Na razie jednak ma 14 lat i właśnie ma opuścić dom rodzinny. Wspomniana umowa zawiera także warunek, że Łucja nigdy nie wróci już w rodzinne strony (a więc także w miejsca związane z objawieniami). Ponieważ pani Filomena chce po zabraniu Łucji zatrzymać się z nią na trzy dni w Leirii, zanim pojadą do Porto, matka dziewczynki protestuje i zobowiązuje się sama odwieźć ją w wyznaczonym dniu do internatu sióstr.

    W ten sposób zyskują jeszcze trzy dni dla siebie. Ostatnie trzy dni w domu. Ostatnie trzy dni z mamą.

    Ostatniego dnia (wedle wspomnień samej s. Łucji był to 15 czerwca 1921 r.) z samego rana Łucja poszła na mszę do parafialnego kościoła. Poszła pożegnać miejsce, z którym wiązało się wiele ważnych wspomnieć, ale też zawierzyć Matce Najświętszej rozterki swojego serca i ból spowodowany perspektywą rychłego wyjazdu. Sama s. Łucja w swoich wspomnieniach tak relacjonowała tamtą dramatyczną modlitwę:

    Widziałaś moją walkę, moje niezdecydowanie, mój żal z powodu wyrażonej wcześniej zgody, niepewność… i chęć, by wycofać się z danego słowa… Powiedzieć wszystkiemu „żegnam” w momencie, gdy młodość zaczyna rozkwitać… Pozostawić wszystko, nawet dom rodzinny, dla nieznanego, które miałam spotkać…
    Czy tak można żyć? Nie! Powiem Mamie, że nie chcę jechać… Tam, dokąd chce mnie wysłać ksiądz biskup, nie wiem jak będzie, a na dodatek postawił warunek, że nie wrócę więcej do domu. To znaczy, że już nigdy nie zobaczę rodziny ani tych błogosławionych miejsc! Nigdy więcej nie stąpać po tej błogosławionej ziemi, po to, by iść, Bóg wie dokąd?! Nawet bez możliwości bezpośredniej korespondencji z Mamą! To niemożliwe, nie jadę!

    Po południu poszła jeszcze na spacer i odwiedziła bliskie jej miejsca. Dotarła oczywiście także do Cova da Iria. Uklękła w miejscu, gdzie niegdyś rósł mały dąb, nad którym objawiała się Piękna Pani i popłakała się… Za dużo było tego wszystkiego.

    Do rozterek i obaw dochodziły jeszcze wyrzuty sumienia… Cztery lata temu, podczas pierwszego z objawień, wraz z Franciszkiem i Hiacyntą powiedziała Matce Bożej, że chce „ofiarować się Bogu, aby znosić wszystkie cierpienia, które On im ześle jako zadośćuczynienie za grzechy, którymi jest obrażany i jako prośbę o nawrócenie grzeszników”.

    Franciszek i Hiacynta odeszli zabrani przez chorobę, którą mężnie znosili. Teraz przyszła kolej na nią, aby cierpieć, a ona chciałaby się wycofać. Żal, wstyd, rozpacz, udręka. I wtedy…

    I wtedy przyszła Maryja. Dotknęła ramienia Łucji swoją dłonią, a kiedy dziewczynka podniosła zapłakane oczy, zobaczyła Panią tak jak przed czterema laty. Rozmowa była krótka: „Przychodzę tu po raz siódmy. Idź, podążaj drogą, którą ksiądz biskup zechce cię prowadzić, taka jest wola Boga” – powiedziała Pani i znikła.

    I tyle wystarczyło. Strach, niepewność i rozpacz odeszły, jak ręka odjął (nie byle jaką ręką!). Teraz Łucja mogła powiedzieć Bogu swoje „tak”. Przypomniała sobie Matkę Bożą z Góry Karmel i po raz pierwszy poczuła w sercu powołanie do życia zakonnego. Jako patronkę obrała w tej chwili Teresę od Dzieciątka Jezus. I wyjechała.

    Tak wyglądało siódme objawienie w Fatimie, zapowiedziane przez samą Matkę Bożą. Nastąpiło w momencie wielkiego cierpienia wizjonerki. Było bardzo krótkie, a jego przesłanie zwięzłe. Dotyczyło konkretnego wyboru, konkretnej sprawy.

    W pewnym sensie to siódme objawienie czeka na każdego z nas – niezależnie od tego, czy kiedykolwiek w życiu znajdziemy się w Fatimie, czy po prostu w chwili udręki i niepewności będziemy przywoływać Maryję we własnym domu. Ona do każdego chce przyjść, położyć dłoń na ramieniu i powiedzieć: „Ufaj. Idź. Zawierz się. Posłuchaj głosu Boga i Jego wezwania. Zrób, co ci powie”.

    Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Józef i cud słońca

    top

    ***

    Po lewej stronie słońca pojawił się św. Józef, trzymając na lewej ręce Dzieciątko Jezus – relacjonowały dzieci z Fatimy objawienie z 13 października 1917 roku. – Św. Józef wyłaniał się z jasnego obłoku tylko na wysokości klatki piersiowej na tyle wystarczająco, by unieść dłoń i trzy razy uczynić, razem z Dzieciątkiem Jezus, znak krzyża nad światem.

    ***

    Słońce

    ***

    13 października 1917 roku miało miejsce ostatnie objawienie Matki Bożej w Fatimie, któremu towarzyszył niezwykły znak na niebie nazywany „Cudem słońca”. Mimo, że objawienia fatimskie są bardzo istotne dla zrozumienia czasów w których żyjemy, szczegóły tych niezwykłych wydarzeń są zbyt słabo znane. Także katolikom. W dzisiejszym artykule pragnę uwypuklić i przypomnieć niedocenioną rolę św. Józefa w trakcie ostatniego fatimskiego objawienia.

    Po Cudzie słońca i punkcie kulminacyjnym objawienia się Maryi, również św. Józef objawił się Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi. Ksiądz John de Marchi w swojej książce Prawdziwa historia Fatimy, cytując relacje dzieci, opisuje to w ten sposób: Po lewej stronie słońca pojawił się św. Józef, trzymając na lewej ręce Dzieciątko Jezus. Św. Józef wyłaniał się z jasnego obłoku tylko na wysokości klatki piersiowej na tyle wystarczająco, by unieść dłoń i trzy razy uczynić, razem z Dzieciątkiem Jezus, znak krzyża nad światem. Gdy św. Józef robił znak krzyża, Najświętsza Panna stała w blasku po prawej stronie od słońca, ubrana w błękitne i białe szaty Matki Boskiej Różańcowej. Tymczasem Franciszek i Hiacynta byli skąpani we wspaniałych barwach i znakach słońca, a Łucja miała przywilej wpatrywania się w naszego Pana przybranego w czerwień jako Bożego Odkupiciela, gdy błogosławił świat, jak przepowiedziała Matka Boża. Podobnie jak święty Józef, był widziany jedynie od klatki piersiowej w górę. Obok Niego stała Najświętsza Panna, ubrana teraz w fioletowe szaty Matki Bożej Boleściwej, ale bez miecza. W końcu Najświętsza Panna objawiła się ponownie Łucji w całym swym eterycznym blasku, ubrana w proste, brązowe szaty z Góry Karmel.

    ***

    Św. Józef z Jezusem

    ***

    Ku wstawiennictwu św. Józefa

    Ostatnie objawienie fatimskie wskazuje na trzy konkretne formy nabożeństwa do Matki Bożej, do których praktykowania wzywa się nas w czasie „ostatecznej bitwy” przeciwko szatanowi. Są to nabożeństwa do Pełnego Boleści i Niepokalanego Serca Maryi, Różańca świętego oraz Brązowego Szkaplerza. Jednakże przeogromne znaczenie ma także zwrócenie uwagi na to, że ostatnie objawienie w Fatimie kieruje nas także ku wstawiennictwu św. Józefa, którego nasz Pan skojarzył blisko z samym sobą w swoim błogosławieństwie udzielonym światu. Ksiądz de Marchi pisze: Nasz Pan, już tak bardzo obrażony grzechami ludzkości, a w szczególności znęcaniem się nad dziećmi przez urzędników rejonu, mógłby z łatwością tamtego bogatego w wydarzenia dnia zniszczyć świat. Jednakże nasz Pan nie przyszedł, by zniszczyć, ale zbawić. Zbawił świat tamtego dnia poprzez błogosławieństwo dobrego świętego Józefa oraz miłość Niepokalanego Serca Maryi do Jej dzieci na ziemi. Nasz Pan zatrzymałby wielką wojnę światową, która wówczas szalała i dał światu pokój poprzez świętego Józefa – oświadczyła później Hiacynta – gdyby dzieci nie zostały aresztowane i zabrane do Ourém.

    ***

    Fatima - dzieci

    ***

    Św. Józef patronem Kościoła Powszechnego

    W święto Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1870 roku, bł. papież Pius IX, w następstwie próśb otrzymanych od biskupów z całego świata, ogłosił św. Józefa patronem Kościoła powszechnego w tym szczególnie bolesnym czasie, kiedy sam Kościół jest osaczony przez wrogów z każdej strony i ciemiężony ciężkimi nieszczęściami tak, że bezbożni ludzie wyobrażają sobie, że bramy piekła wreszcie nad nim przeważają. Papież Leon XIII – któremu zostało objawione w roku 1884, że szatanowi będzie udzielona przez jakiś czas większa moc działania w celu zniszczenia Kościoła – ustanowił nowe nabożeństwo do św. Józefa w swojej encyklice Quamquam pluries, ogłoszonej w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny 15 sierpnia 1889 roku. Papież pisał: W okresach napięcia i próby – zwłaszcza, gdy wydaje się, że moce ciemności mają zezwolenie na każdy akt bezprawia – Kościół ma w zwyczaju błagać ze szczególnym zapałem i wytrwałością Boga, swojego autora i opiekuna, z odwołaniem się do wstawiennictwa świętych – a przede wszystkim Najświętszej Dziewicy, Matki Boga – której protekcja zawsze była najskuteczniejsza. Dalej wyjaśniał: Widzimy, że wiara, korzeń wszystkich cnót chrześcijańskich, zmniejsza się w wielu duszach; widzimy, jak zanika miłosierdzie; młode pokolenie dorasta codziennie w deprawacji moralności i poglądów; Kościół Jezusa Chrystusa jest atakowany ze wszystkich stron przez jawne siły lub przez przebiegłość; jest prowadzona nieustająca wojna toczona przeciwko Następcy Pierwszego Papieża; a same fundamenty religii są podważane ze śmiałością, która codziennie coraz bardziej nabiera na sile. W rzeczywistości sprawy te są tak dobrze znane, że nie ma potrzeby rozwodzić się nad głębokościami, na które spadło społeczeństwo w tych dniach, lub wzorcami, które teraz pochłaniają umysły ludzi. W okolicznościach tak nieszczęśliwych i niespokojnych ludzkie środki są niewystarczające i staje się konieczne, jako jedyny środek, błaganie o wsparcie ze strony Bożej mocy.

    Ponad stulecie później

    Ponad stulecie później od ogłoszenia tej encykliki zła wskazane przez papieża Leona XIII nasiliły się w stopniu, który był niewyobrażalny dla większości ludzi w roku 1889. Każdego dnia morduje się tysiące niewinnych dzieci z aprobatą rządów, które powinny je bronić, świętość małżeństwa jest bezczeszczona rozwodami, cudzołóstwem i antykoncepcją, a więzi pomiędzy rodzicami a ich dziećmi stają się rozmyślnie celem przeznaczonym na zniszczenie przez najpotężniejsze państwa i instytucje na świecie. A najgorsze ze wszystkiego jest to, że sam papież jest odpowiedzialny za szerzenie się herezji, które odwodzą stado od Chrystusa ku wiecznemu potępieniu. Papież Leon XIII zachęcał wiernych, tak jak Najświętsza Panna uczyni to dwadzieścia osiem lat później w Fatimie, by zwalczali te zła poprzez modlitwę Różańca świętego: Biorąc pod uwagę zbliżający się miesiąc październik, który już poświęciliśmy Maryi Dziewicy, pod tytułem Matki Bożej Różańcowej, szczerze zachęcamy wiernych do wykonywania ćwiczeń duchowych tego miesiąca, jeśli to możliwe, z jeszcze większą pobożnością i stałością niż dotychczas. Wiemy, że istnieje pewna pomoc w matczynej dobroci Dziewicy, i jesteśmy bardzo pewni, że nie na próżno pokładamy w Niej naszą ufność. Jeżeli podczas niezliczonych okazji, pokazała Ona swoją moc niosąc pomoc chrześcijanom na całym świecie, dlaczego mielibyśmy wątpić w to, że teraz odnowi swoją pomoc w postaci mocy i łaski, jeśli będziemy ofiarować Jej pokorne i nieustanne modlitwy ze wszystkich stron? Nie, wolimy wierzyć, że Jej interwencja będzie tym bardziej cudowna, ponieważ pozwoliła nam modlić się do Niej przez tak długi czas przez specjalne wezwania. Ale wówczas, raz jeszcze antycypując Fatimę, skierował wiernych także ku świętemu Józefowi: Ale My podejmujemy inny cel, do którego, w zależności od zwyczaju, Czcigodni Bracia, będzie można przejść z zapałem. Aby Bóg bardziej łaskawie wysłuchał Naszych modlitw, i aby okazał dobroć i gotowość pomocy swojemu Kościołowi, uważamy za niezwykle użyteczne dla ludu chrześcijańskiego, stale odwoływać się z wielką pobożnością i ufnością, razem z Dziewicą – Matką Boga, do Jej cnotliwego Małżonka, Błogosławionego Józefa; i traktujemy to jako najpewniejsze, że będzie to najprzyjemniejsze dla samej Dziewicy. Dalej papież wyjaśnia: Dom Boga, którym rządził Józef dzięki władzy ojca, zawarł w swoich granicach urodzony w niedostatku Kościół. Z tego samego faktu, że Najświętsza Dziewica jest Matką Jezusa Chrystusa jest Ona Matką wszystkich Chrześcijan, których urodziła na Górze Kalwarii wśród największych boleści Odkupienia; w ten sposób Jezus Chrystus jest pierworodnym wśród chrześcijan, którzy przez adopcję i Odkupienie są Jego braćmi. I z tych powodów Błogosławiony Patriarcha troszczy się o rzesze chrześcijan, którzy tworzą Kościół, jako o zawierzonych specjalnie jego powiernictwu – tę nieograniczoną rodzinę rozprzestrzenioną po całej ziemi, nad którą, ponieważ jest małżonkiem Maryi i Ojcem Jezusa Chrystusa, posiada, tak jak posiadał kiedyś, ojcowską władzę. Jest więc naturalne i godne, że Błogosławiony Józef, który zaspokajał wszystkie potrzeby Rodziny w Nazarecie i otaczał ją swoją ochroną, powinien teraz okryć płaszczem swojej niebiańskiej opieki i bronić Kościół Jezusa Chrystusa.

    Bazylika w Fatimie

    ***

    Nowa modlitwa

    W związku z tym Ojciec Święty ustanowił nową modlitwę do odmawiania po Różańcu świętym przez miesiąc październik. W jego zamierzeniu modlitwa ta miała być odmawiana nie tylko w październiku 1889 roku, ale w październiku każdego roku. Skorzystajmy z lekcji objawienia się św. Józefa w Fatimie i skierujmy do niego po pomoc i opiekę.

    Święty Józefie, postrachu demonów, módl się za nami!

    O milagre de Fátima

    (za: LifeSiteNews i Fatima.pl)

    Aleksandra Polewska-Wianecka /Narodowe SANKTUARIUM ŚW. JÓZEFA w Kaliszu

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    fot. Screenshot – YouTube

    ***

    św. Jan Paweł II: Fatimskie wezwanie do pokuty

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące”  – św. Jan Paweł II

    Zamach miał miejsce 13 maja 1981 r., w 64. rocznicę pierwszego objawienia się Matki Bożej w Fatimie. Historycy, eksperci od objawień fatimskich twierdzą, że nawet godzina i minuty były te same. 13 maja 2000 r. podczas beatyfikacji Hiacynty i Franciszka w Fatimie przez Jana Pawła II zostały ujawnione główne treści trzeciej części tajemnicy fatimskiej.

    “Według interpretacji Pastuszków – wyjaśniał kard. Sodano – ostatnio potwierdzonej przez siostrę Łucję, ubrany na biało biskup, który modli się za wszystkich wiernych, to Papież. Także on, z trudem podążając ku krzyżowi wśród martwych ciał męczenników (biskupów, kapłanów, zakonników, zakonnic i licznych świeckich), pada, ugodzony kulami, jak martwy”.

    W czasie pobytu w klinice Gemelli Jan Paweł II poprosił biskupa Hnilicę, aby dostarczył mu wszystkie dokumenty związane z objawieniami w Fatimie. Papież dokładnie przestudiował całą dokumentację. Kiedy opuszczał szpital, powiedział biskupowi Hnilicy: “zrozumiałem, że jedynym sposobem ocalenia świata od wojny, od ateizmu, jest nawrócenie zgodnie z orędziem fatimskim.”

    Dopiero pięć miesięcy po zamachu, a dokładnie 15 sierpnia 1981 r. Papież spotkał się z wiernymi na placu św. Piotra. Powiedział wtedy: “Stałem się na nowo dłużnikiem Najświętszej Dziewicy i wszystkich świętych Patronów. Czyż mogę zapomnieć, że wydarzenie na placu św. Piotra miało miejsce w tym dniu i o tej godzinie, kiedy od sześćdziesięciu z górą lat wspomina się w portugalskiej Fatimie pierwsze pojawienie się Matki Chrystusa ubogim wiejskim dzieciom? Wszak we wszystkim, co mnie w tym właśnie dniu spotkało, odczułem ową niezwykłą macierzyńską troskę i opiekę, która okazała się mocniejsza od śmiercionośnej kuli”. Niezwykle interesującą interpretację nieudanego zamachu na życie Ojca Świętego usłyszeliśmy z ust samego Ali Agcy. Jan Paweł II odwiedził go w rzymskim więzieniu Rebibbia. Podczas rozmowy z Papieżem zamachowiec dziwił się, jak to się stało, że Ojciec Święty ocalał. Był pewny, że dobrze celował. Wiedział, że strzał był zabójczy, śmiertelny… a pomimo to nie zabił. Dlaczego? Uporczywie pytał się Papieża: “Co to jest, co wszyscy powtarzają: Fatima?”.

    Jan Paweł II tak wspominał: “Na Boże Narodzenie 1983 roku odwiedziłem zamachowca w więzieniu. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Ali Agca jest, jak wszyscy mówią, zawodowym zabójcą. Co znaczy, że zamach nie był jego inicjatywą, że ktoś inny to wymyślił, ktoś inny to zlecił. W ciągu całej rozmowy było jasne, że Alemu Agcy nie dawało spokoju pytanie: jak się to stało, że zamach się nie powiódł? Przecież robił wszystko, co należało, zadbał o najdrobniejszy szczegół swego planu. A jednak ofiara uniknęła śmierci. Jak to się mogło stać? I ciekawa rzecz… ten niepokój naprowadził go na problem religijny. “Pytał się, jak to właściwie jest z tą tajemnicą fatimską. Na czym ona polega? To był główny punkt jego zainteresowania, tego przede wszystkim chciał się dowiedzieć. Być może, że jego uporczywe pytania były znakiem, że zyskał świadomość tego, co rzeczywiście ważne. Ali Agca – jak mi się wydaje – zrozumiał, że ponad jego władzą, władzą strzelania i zabijania, jest jakaś potęga wyższa. Zaczął więc jej poszukiwać. Życzę mu, aby ją znalazł”. Zamach na Ojca Świętego miał miejsce dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Matki Bożej w Fatimie 13 maja 1917 r. Matka Boża apelowała wtedy do wszystkich ludzi: “Przyszłam upomnieć ludzkość, aby poprawiła się i czyniła pokutę za swoje grzechy”. Orędzie fatimskie jest jasne i jednoznaczne: aby uchronić ludzkość od samozagłady, konieczne jest nawrócenie, jej powrót do Boga. W pierwszą rocznicę zamachu 13 maja 1982 r. Papież pojechał z pielgrzymką do Fatimy, aby podziękować za cudowne ocalenie życia. Powiedział wtedy: “Daty te (13.05 1917 r. i 13.05.1981r.) spotkały się ze sobą w taki sposób, że musiałem odczuć, iż jestem tutaj przedziwnie wezwany. I oto dzisiaj przybywam. Przybywam po to, ażeby w tym miejscu podziękować Bożej Opatrzności… Jedna ręka wymierzała broń, a druga zmieniła kierunek kuli”. Ojciec Święty przypomniał wtedy, że przyjechał do Fatimy w tym celu, “by raz jeszcze w imieniu całego Kościoła wysłuchać orędzia, które 65 lat temu popłynęło z ust wspólnej Matki, zatroskanej o los swoich dzieci. Dziś to orędzie jest bardziej aktualne i naglące, niż kiedykolwiek. Jak bowiem nie patrzeć bez trwogi na falę sekularyzmu i permisywizmu, które jakże poważnie zagrażają podstawowym wartościom moralnych zasad chrześcijańskich?” W dramatycznych słowach Papież wyraził swój ból, “że wezwanie do pokuty, nawrócenia, modlitwy, nie spotkało się i nie spotyka z takim przyjęciem, jak powinno! O, Serce Niepokalane – wołał Ojciec Święty – pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które ciąży nad ludzkością i zamyka drogi ku przyszłości”. W Częstochowie 19 czerwca 1983 r. podczas Apelu Jasnogórskiego Jan Paweł II modlił się: “W dniu 13 maja minęło dwa lata od tego popołudnia, kiedy ocaliłaś mi życie. Było to na placu św. Piotra. Tam, w czasie audiencji generalnej, został wymierzony do mnie strzał, który miał mnie pozbawić życia. Zeszłego roku 13 maja byłem w Fatimie, aby podziękować i zawierzać. Dziś pragnę tu, na Jasnej Górze, pozostawić jako wotum widomy znak tego wydarzenia, przestrzelony pas sutanny. Wielki Twój czciciel kardynał Hlond, prymas Polski, na łożu śmierci wypowiedział słowa: “Zwycięstwo – gdy przyjdzie przyjdzie przez Maryję”. Totus Tuus. I więcej już nie dodam”. W swojej książce “Przekroczyć próg nadziei” Jan Paweł II pisał: “A cóż powiedzieć o trojgu portugalskich dzieciach z Fatimy, które nagle, w przeddzień wybuchu rewolucji październikowej, usłyszały, że “Rosja się nawróci”, że “na końcu moje Serce zwycięży”?… Tego nie mogły one wymyślić. Nie znały na tyle historii i geografii, a jeszcze mniej orientowały się w ruchach społecznych i w rozwoju ideologii. A jednak to właśnie się stało, co zapowiedziały. Może również na to został wezwany z “dalekiego kraju” ten Papież, może na to był potrzebny zamach na placu św. Piotra właśnie 13 maja 1981 roku, ażeby to wszystko stało się bardziej przejrzyste i zrozumiałe, ażeby głos Boga mówiącego poprzez dzieje człowieka w “znakach czasu” mógł być łatwiej słyszany i łatwiej zrozumiany? Jest to ten Ojciec, który wciąż działa, i ten Syn, który również działa, i ten niewidzialny Duch Święty, który jest Miłością, a jako Miłość jest nieustannym działaniem stwórczym, zbawczym, uświęcającym i ożywiającym” (s. 108).

     W Fatimie Matka Boża prosiła, aby Ojciec Święty poświęcił Jej cały świat i Rosję. Swą prośbę ponowiła 13 czerwca 1929 r. objawiając się s. Łucji w Tuy: “Przyszła chwila, w której Bóg wzywa Ojca Świętego, aby wspólnie z biskupami całego świata poświęcił Rosję memu Niepokalanemu Sercu, obiecując ją uratować za pomocą tego środka”. Jan Paweł II całym sercem pragnął spełnić to życzenie Matki Chrystusa. W tym celu, w łączności z wszystkimi biskupami, rozpoczął przygotowania do dokonania uroczystego aktu poświęcenia całego świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi w dniu 25 marca 1984 r. W ten pamiętny dzień na placu św. Piotra w Rzymie, Ojciec Święty, w obecności specjalnie przywiezionej na tę okoliczność figurki Matki Bożej Fatimskiej, dokonał aktu zawierzenia, jak o to prosiła Niepokalana. W tym samym dniu biskupi we wszystkich diecezjach na świecie mieli to samo uczynić w łączności ze swoimi kapłanami i wiernymi. Wszyscy intuicyjnie czuli, że to wydarzenie zmieni bieg historii świata. Jan Paweł II dokonał tego aktu zawierzenia Niepokalanej, aby przezwyciężyć moce zła, które zagrażają całej ludzkości: “Moc tego poświęcenia – mówił Ojciec Święty – trwa przez wszystkie czasy, ogarnia wszystkich ludzi, ludy i narody, przewyższa zaś wszelkie zło, jakie duch ciemności zdolny jest rozniecić w sercu człowieka i w jego dziejach: jakie też rozniecił w naszych czasach… Zawierzając Ci, o Matko, świat, wszystkich ludzi i wszystkie ludy (…) składam je w Twym macierzyńskim Sercu. O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości”. Po tym akcie oddania świata i Rosji Maryi, Matce Kościoła, Ojciec Święty wręczył biskupowi z Fatimy wyjątkowy dar, mówiąc: “To jest pocisk wyjęty z mojego ciała 13 maja 1981 roku. Drugi zagubił się gdzieś na placu św. Piotra. Nie należy on do mnie, ale do Tej, która czuwała nade mną i mnie ocaliła. Niech ksiądz biskup zawiezie go do Fatimy i złoży w sanktuarium na znak mojej wdzięczności dla Najświętszej Maryi Panny, jako świadectwo wielkich dzieł Bożych”. Pocisk ten został umieszczony w koronie figury Matki Boskiej Fatimskiej. Dzień oddania całego świata i Rosji Matce Najświętszej stał się przełomowym w historii ludzkości. W krótkim czasie nastąpił upadek ZSRR, pierwszego w historii ateistycznego imperium zła, które za wszelka cenę chciało zniszczyć chrześcijaństwo. Kiedy w Związku Radzieckim do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, zaczęły się zmiany zwane pierestrojką, które po kilku latach doprowadziły ostatecznie do upadku całego systemu komunistycznego. Związek Radziecki rozpadł się. Polska i inne kraje odzyskały niepodległość, a wierzącym zostało przywrócone prawo do praktykowania swojej religii. Jesteśmy świadkami wielkiego cudu Matki Bożej, cudu zapowiedzianego w Fatimie. Dalsze wydarzenia 1989 roku przyniosły tak w Związku Radzieckim, jak i w licznych państwach Europy Wschodniej upadek szerzącego się ateizmu reżimu komunistycznego. Jednak w innych częściach świata ataki na Kościół i chrześcijan oraz związane z tym cierpienia nie ustały. Nawet jeśli zamach z 13 maja 1981 r., o którym mówi trzecia część tajemnicy fatimskiej, należy do przeszłości, to wypowiedziane przez Matkę Bożą na początku dwudziestego wieku wezwanie do nawrócenia i pokuty dziś nadal zachowuje swoją aktualność. Maryja przekazując swoje orędzia, zdawała się ze szczególną przenikliwością odczytywać znaki czasu, znaki naszego czasu. Jej naglące wezwanie do pokuty nie jest niczym innym, jak tylko przejawem Jej macierzyńskiej troski o los ludzkiej rodziny, potrzebującej nawrócenia i przebaczenia.

    „To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące” 
    Jan Paweł II

    Dzień 13 maja jest szczególnie wpisany w życie i świętość Jana Pawła II. Rozpoczynając posługę pasterską, powiedział do Maryi: „Totus Tuus” – Cały Twój. U progu tej najtrudniejszej służby Kościołowi i całej ludzkości został wezwany przez Boga do powtórzenia tego zawierzenia przez wielkie cierpienie, wielkie zaufanie i świadectwo wiary. 

    13 maja 1981 r. godz. 17.19 – tę datę pamiętają wszyscy Polacy. Zamach na Jana Pawła II. Strzelał Ali Agca. Dwie kule dosięgnęły Jana Pawła II. Jedna ugodziła także polską emigrantkę mieszkającą w Rzymie. Urodziła się ona w Wadowicach tego samego dnia co Ojciec Święty. Na Placu św. Piotra rozległ się szloch ludzi. Polacy przywieźli na audiencję dar dla Jana Pawła II – obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, który ustawili na fotelu pośrodku swej pielgrzymki. Na odwrocie obrazu był napis: „Wspieraj, Maryjo, Ojca Świętego”. 

    Z relacji Andrzeja, brata moich przyjaciół, mieszkającego w Kanadzie, który wówczas był w Rzymie, wiem, że w ten pogodny dzień zerwał się nagle straszliwy wiatr i zrzucił obraz Matki Bożej Jasnogórskiej. Andrzej wspominał też, że w momencie strzałów usłyszał głośny śmiech. Był porażony. Wydawało mu się, że całe piekło święciło swój triumf. 

    Jak to się stało, że Papież żyje? – pytał Ali Agca, wiedząc, że strzelał celnie, a kule były śmiercionośne. Stan Jana Pawła II był krytyczny, znalazł się na progu śmierci. 

    W Polsce odezwały się dzwony kościołów wzywające do modlitwy i jakby na trwogę. Był to dla nas czas niezwykle dramatyczny. Umierał wielki Prymas Stefan Wyszyński. Wydawało się, że odchodzi także Ojciec Święty. Wydawało się, że wszystko odsuwa się w pustkę, w jakąś straszliwą przepaść. Poszliśmy ze studentami na nocną adorację do kaplicy, w której wiele razy odprawiał Msze św. Prymas Wyszyński.

    Odmawialiśmy Różaniec fatimski z rękami wzniesionymi do góry. Wszyscy płakali. Wzniesionymi, omdlałymi rękami i płaczem chcieliśmy „przebić” Niebo. Na pewno wielu Polaków i wielu wierzących na świecie tej nocy wołało do Boga o ratunek, o cud. Komunikaty mediów były bolesne. Niewielu z nas wiedziało, że to rocznica pierwszych objawień Matki Bożej w Fatimie (13 maja 1917 r. godz. 17.15). Tym doświadczeniem, w tym dniu, Matka Boża związała Polaków z Fatimą przez Jana Pawła II. 

    Papież nie miał wątpliwości, że swoje ocalenie zawdzięcza Pani z Fatimy. Po zamachu, będąc jeszcze w klinice Gemelli, Jan Paweł II poprosił, aby przyniesiono mu dokumenty związane z objawieniami w Fatimie, a przede wszystkim z trzecią tajemnicą fatimską. Nie ulega wątpliwości, że je znał. Chciał je zapewne nie tyle przeczytać, co przeżyć na nowo. (Były w języku portugalskim, bo był to język dzieci, którym objawiła się Maryja). Chciał zapewne potwierdzić swoją wiarę, że ocaliła go Maryja. 

    Po opuszczeniu kliniki oznajmił: „Zamach na moje życie był elementem pozaziemskiej walki”. W cztery dni po zamachu, w przemówieniu na „Anioł Pański” nagranym na taśmie, Jan Paweł II powiedział: „Zjednoczony z Chrystusem Kapłanem-Ofiarą, składam moje cierpienie w ofierze za Kościół i świat. Tobie, Maryjo, powtarzam: «Totus Tuus ego sum»”. 

    Ojciec Święty doświadczył nie tylko cierpienia, ale także nienawiści piekła. Przeżywał dwie agonie: pierwszą – spowodowaną zamachem, drugą – wirusem śmierci. Nie bał się śmierci, ale miał przekonanie, że zostanie ocalony, aby służyć. „Ta pewność nigdy mnie nie opuściła, nawet w najgorszych chwilach, czy to podczas pierwszej operacji, czy w czasie drugiej choroby wirusowej” – powiedział Jan Paweł II. Wiele razy powtarzał: „Czyjaś ręka strzelała, ale Inna Ręka prowadziła kulę”. 

    Jan Paweł II znał tajemnicę fatimską i chciał wypełnić polecenie Matki Bożej. 7 czerwca 1981 r. były rocznice dwu soborów: Konstantynopolitańskiego i Efeskiego. Na ten dzień zaprosił biskupów z całego świata i napisał list pasterski: „I dlatego, trwając na modlitwie wspólnie z Maryją, pełni ufności do Niej, będziemy powierzać Kościół, jego misję wśród wszystkich narodów w świecie dzisiejszym i jutrzejszym mocy Ducha Przenajświętszego”. Uroczystość ta nie odbyła się z powodu choroby Jana Pawła II. 

    O swoich doświadczeniach i związku z Fatimą Papież powiedział na audiencji generalnej 7 października 1981 r.: „Czyż mógłbym zapomnieć, że dokładnie w tym samym dniu i o tej samej porze, co owo wydarzenie na Placu św. Piotra, od przeszło 60 lat w Fatimie, w Portugalii, wspominane jest pierwsze objawienie Matki Bożej biednym wiejskim dzieciom!”. 

    Jan Paweł II przyleciał do Fatimy 12 maja 1982 r. W godzinie zamachu modlił się do Pani Fatimskiej. 13 maja podczas homilii powiedział: „Staję, odczytując z drżeniem serca wezwanie do pokuty, do nawrócenia – wezwanie żarliwe Serca Maryi, które rozbrzmiewało w Fatimie 65 lat temu. To ewangeliczne wezwanie do pokuty i nawrócenia jest nadal aktualne. Nawet jeszcze bardziej aktualne niż 65 lat temu. I jeszcze bardziej naglące. Następca Piotra staje tutaj jako świadek zagrożeń narodów ludzkości na miarę apokaliptyczną. Następca Piotra staje z tym większą wiarą w odkupienie świata. Jeśli więc ściska się serce odczuciem grzechu świata, także skalą zagrożeń, jakie w nim narasta – to samo ludzkie serce rozszerza się nadzieją: jeszcze raz uczynić to, co uczynili już moi Poprzednicy. Jeszcze raz oddać i zawierzyć świat Sercu Matki, zawierzyć zwłaszcza te ludy, które w szczególny sposób tego potrzebują”. S. Łucja stwierdziła potem, że nie było to jeszcze pełne i dokładne wypełnienie poleceń Maryi. Nie było kolegialne. 

    Kolejnego zawierzenia Jan Paweł II dokonał 25 marca 1984 r. w Rzymie na Placu św. Piotra przed figurą przywiezioną z Fatimy. Było to kolegialne oddanie ze wszystkimi biskupami świata. Jan Paweł II modlił się i dokonał aktu oddania: „O Serce Niepokalane! Pomóż nam przezwyciężyć grozę zła, które tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogę ku przyszłości!”. 

    Ten akt oddania Maryi poruszył serca i umysły wielu ludzi. S. Łucja w wywiadzie dla katolickiego dziennika w Portugalii powiedziała, że było to oddanie według wskazań Matki Bożej i ustrzegło świat od wojny atomowej. Tę wiedzę otrzymała s. Łucja. My dowiemy się zapewne w Niebie. 

    Co jest najważniejsze w relacji Jana Pawła II? To, że starał się wierzyć i wypełniać wolę Boga objawioną przez Maryję w Fatimie. 

    To bezkompromisowe zawierzenie Jana Pawła II ma niejako dalszy ciąg. 13 maja 2005 r. Papież Benedykt XVI ogłasza otwarcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. 13 maja 2009 r. zostaje ogłoszona publicznie deklaracja teologów o heroiczności cnót Jana Pawła II. Jest to jakby najważniejsza część procesu beatyfikacyjnego. 

    Matka Boża, której mówił: „Totus Tuus” – Fatimska i Jasnogórska – ta sama Maryja prowadzi swoje dzieło przez jego zawierzenie. Teraz wybrała Polskę do wielkiej pracy i zawierzenia w Wielkiej Nowennie Fatimskiej.

    W Sekretariacie Fatimskim są materiały na temat Wielkiej Nowenny Fatimskiej, które można zamawiać pod adresem: Sekretariat Fatimski, ul. Krzeptówki 14, 34-500 Zakopane, tel. (0-18) 20 66 420 lub drogą internetową: sekretariat@smbf.pl. 
    Więcej informacji na stronie internetowej Sekretariatu: www.sekretariatfatimski.pl.

    mp/sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podmieniona Łucja i inne absurdy. Przekłamania związane z objawieniami w Fatimie

    Sporo dziwacznych teorii narosło przez lata wokół objawień fatimskich. Zaczęło się od twierdzeń, że 70 tys. świadków cudu słońca uległo zbiorowej sugestii. Później powstawały książki przekonujące, że Maryja i anioł to ufoludki, a tańczące słońce to ich statek kosmiczny. Teraz internet jest zalany przez wypowiedzi, że złowrogi Kościół podmienił siostrę Łucję na odgrywającą jej rolę aktorkę.

    ***

    Lúcia dos Santos oraz Francisco i Jacinta Martó. Tym dzieciom w Fatimie objawiła się Matka Boża.

    Wikipedia

    ***

    Choć to zadziwiające, każda z tych teorii – i parę innych, które pojawiły się po drodze – zdobyła grono zaciekłych wyznawców. Tak samo jest z najnowszą narracją o siostrze Łucji dos Santos, którą Kościół rzekomo podmienił na podobną do niej aktorkę. Oszustka – według tej narracji – miała odgrywać rolę wizjonerki z Fatimy aż przez 40 lat ostatnich lat życia!

    Święcie wierzy w to wiele osób związanych ze środowiskiem sedewakantystów. To osoby nieuznające Soboru Watykańskiego II ani wybieranych od tego czasu papieży.

    Na temat fałszywej Łucji powstają dzisiaj książki. „Dowody” wyliczają liczni twórcy kanałów na YouTube, w tym kobiety przedstawiające się jako pustelnice, ubrane w habity przypominające te sprzed soboru.

    Łucja podmieniona?

    Niektóre z ich argumentów w pierwszej chwili robią wrażenie, zwłaszcza gdy są przekazywane w masie, wszystkie razem. Twórcy jednej ze stron internetowych powołują się na ekspertyzy specjalistów. Człowiek przedstawiany jako grafolog twierdzi, że odręczne pismo młodej siostry Łucji, mimo pewnych podobieństw, istotnie różni się od jej pisma w starszym wieku. Jego zdaniem późniejsze teksty napisał ktoś inny. Zestawiane są obok siebie zdjęcia, na których młoda Łucja wygląda inaczej niż starsza. Podobno program do rozpoznawania twarzy zakwalifikował je jako dwie różne osoby. Przekonanie, że to ktoś inny, wyrażają też chirurg plastyczny czy chirurg jamy ustnej z USA. Trwa drobiazgowa analiza długości rynienki podnosowej, wystającego podbródka oraz wyglądu górnej powieki i jej odległości od brwi u „Łucji A” i „Łucji B”.

    Pokazywane obok siebie specjalnie dobrane zdjęcia rzeczywiście mogą u niejednego zasiać ziarno wątpliwości, zwłaszcza że młoda Łucja ma przednie zęby okazałe, a starsza – uzębienie drobne i równe. Zwolennicy tezy o wielkim oszustwie na szczęście czasami przyznają, że starsza Łucja nosiła protezę zębową. Naturalne zęby siostry z powodu zapalenia zostały usunięte przez dentystę jeszcze w końcu lat 40. XX wieku. Mogło to mieć wpływ – wraz z naturalnymi procesami starzenia – także na wygląd jej ust. Zdaniem tej grupy ludzi to nie tłumaczy jednak wszystkiego.

    Zwolennicy tej tezy podają zresztą różne jej wersje – na przykład, że prawdziwa Łucja zmarła w 1949 roku albo że zniknęła pomiędzy 1957 a 1967 rokiem. Na rozkaz z samego Watykanu miała ją zastąpić aktorka. Jedna z polskich youtuberek z wielką pewnością siebie oświadcza, że prawdziwa Łucja była przez kilkadziesiąt lat trzymana pod kluczem.

    ***

    Papież Paweł VI  z siostrą Łucją w Fatimie.

    Papież Paweł VI z siostrą Łucją w Fatimie.
    Wikipedia

    ***

    Złowrogie siostry

    Ksiądz Krzysztof Czapla, pallotyn, dyrektor Sekretariatu Fatimskiego na Krzeptówkach w Zakopanem, jest zaskoczony poziomem absurdu zawartym w tych rewelacjach. – Osoby, które znały siostrę Łucję, miałyby nie zauważyć przez całe lata, że to jest jakaś zupełnie inna osoba? Przecież żyje jej najbliższa rodzina! Nawet jej rodzone siostry miałyby się nie zorientować? Nagle po jej śmierci okazuje się, że interpretacja jakiegoś biegłego sądowego, wydana na podstawie niedoskonałych, czarno-białych zdjęć, jest słuszniejsza niż osób, które przez prawie sto lat spotykały się z siostrą Łucją? – dziwi się.

    Druga możliwość jest równie absurdalna: rozmodlone karmelitanki z Coimbry, współsiostry Łucji, musiałyby uczestniczyć w tym watykańskim spisku. Oznaczałoby to, że zarówno te mniszki, jak i członkowie rodziny wizjonerki z Fatimy, wielu innych świadków, portugalscy biskupi i oczywiście kolejni papieże – to osoby do cna zdeprawowane. Zdolne do uczestnictwa w ogromnym oszustwie – a może nawet w morderstwie i w ukryciu ciała. Trzeba by też założyć, że złowrogie zakonnice i inne osoby znające Łucję musiałyby się posługiwać oszustwem solidarnie i w sposób niezwykle szczelny. Nie mogłyby mieć nawet poważnych wyrzutów sumienia, skoro utrzymały spisek w tajemnicy i przez ponad pół wieku żadna się nie wygadała.

    Badają to w procesie

    W lutym 2024 r. ks. Czapla rozmawiał o tych spiskowych teoriach z księdzem rektorem sanktuarium fatimskiego. – Zapytałem, czy jest w ogóle świadomy tego, co dzieje się w przestrzeni medialnej, a jeśli tak, to jak do tego podchodzi. Odpowiedział, że trudno komentować absurdy, które przekraczają wszelkie granice. W internecie można napisać wszystko i powoływać się na dowolnych ekspertów. Problem w tym, że to jest bardzo trudne do zweryfikowania, tym bardziej iż często bezkrytycznie sięgamy do takich tekstów. – Kiedyś w dyskusji ze mną ktoś powołał się na jakąś wypowiedź postulatora procesu beatyfikacyjnego dzieci fatimskich. Podał jego imię i nazwisko. Poprosiłem: „Proszę, sprawdź, kto był postulatorem, i zobacz, czy to nazwisko się zgadza”. Okazało się, że nie. Co więcej, to nazwisko w tym procesie beatyfikacyjnym w ogóle nie występuje! – relacjonuje.

    Hiacynta i Franciszek zostali ogłoszeni świętymi w 2017 roku. Teraz trwa proces beatyfikacyjny ich kuzynki – siostry Łucji. Ksiądz Krzysztof Czapla usłyszał od księdza rektora z Fatimy, że wątek rzekomej podmiany wizjonerki nie mógł w nim zostać zbagatelizowany. – Aby w procesie beatyfikacyjnym dojść do konkluzji, musimy mieć pewność, że wszystkie sprawy dotyczące tożsamości ciała złożonego w grobie są jednoznacznie potwierdzone. W dzisiejszych czasach dzięki badaniom DNA zweryfikowanie tego jest czymś niezmiernie prostym. Zwłaszcza że żyją bardzo bliscy krewni siostry Łucji. Teza, że mamy do czynienia z jej podmianą, musiała już zostać zweryfikowana na etapie diecezjalnym procesu beatyfikacyjnego; aktualnie proces jest już na etapie rzymskim. Zostało już zatwierdzone tzw. positio i siostrze Łucji przysługuje tytuł czcigodnej sługi Bożej. W przeciwnym razie taki zarzut mógłby stanowić przyczynę do podważenia całej beatyfikacji – wskazuje.

    Sami piszą tajemnicę

    Dlaczego jednak – według zwolenników tej teorii spiskowej – Kościół miałby zastąpić Łucję oszustką? Otóż twierdzą oni, że dla ukrycia treści trzeciej tajemnicy fatimskiej. Ich zdaniem wizja, którą w 2000 r. ujawnił Jan Paweł II, to zaledwie część tej tajemnicy.

    Przypomnijmy, że w trzeciej tajemnicy dzieci zobaczyły biskupa odzianego w biel, który modląc się, szedł przez wielkie, w połowie zrujnowane miasto pełne trupów. Gdy na szczycie góry uklęknął u stóp wielkiego krzyża, został zabity – wraz ze swoimi wierzącymi towarzyszami – przez żołnierzy, strzelających z broni palnej i z łuków.

    Ponieważ jest to wizja symboliczna, nie wydaje się bardzo szokująca. „Po co było ukrywać przez 40 lat coś, co absolutnie nie wywołuje żadnej sensacji i żadnych emocji?” – komentują na YouTube ludzie wierzący w podmienienie Łucji. Twierdzą oni, że skoro przy pierwszych dwóch tajemnicach Matka Boża dodawała swoje tłumaczenie wizji, to przy trzeciej na pewno też tak było, tylko Watykan to ukrył.

    Wyznawcy teorii spiskowej znaleźli jednak na to radę: sami sobie napisali trzecią tajemnicę fatimską i nazwali ten tekst jej rekonstrukcją. Zawarli w niej swoje fobie. Ich zdaniem Matka Boża ostrzega w tej tajemnicy przed „okropną herezją”, czyli soborem, oraz zapowiada, że papież popchnie Kościół w kierunku zniszczenia.

    Zdaniem zwolenników teorii spiskowej kolejni papieże ukrywają prawdę o trzeciej tajemnicy fatimskiej. Watykan miał pozbyć się prawdziwej Łucji, żeby tego nie ujawniła. Z kolei zadaniem fałszywej Łucji miało być uwiarygodnienie tej – rzekomo okrojonej – wersji trzeciej tajemnicy.

    – Te osoby twierdzą, że Kościół coś ukrył, ponieważ w trzeciej tajemnicy fatimskiej nie znajdują tego, co by chcieli. Czy nie pobrzmiewa tu życzeniowość, chęć sensacji i odsunięcia w tych objawieniach tego, co jest istotne? – pyta ks. Krzysztof Czapla. – Proszę też zwrócić uwagę na to, że przed rokiem 2000, kiedy Jan Paweł II ujawnił trzecią tajemnicę, było w mediach mnóstwo domniemanych wizjonerów, którzy „ujawniali”, co w niej się znajduje. Niektórzy z tych ludzi mieli nawet stygmaty… Okazało się, że żadna z ich przepowiedni, a właściwie z ich domysłów, nawet jednym zdaniem nie otarła się o treść tajemnicy fatimskiej, którą upublicznił Kościół – dodaje.

    To statek UFO

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego uważa, że pojawiające się kolejno dziwaczne teorie, które wprowadzają zamieszanie i odsuwają ludzką uwagę od istoty objawień, wbrew pozorom pokazują, jak wielkie znaczenie ma Fatima. – Zwróćmy uwagę, że takie zarzuty miały miejsce od początku. Niespełna dwa lata po objawieniach umiera Franciszek, a w 1920 r. – Hiacynta. Od razu pojawiły się wtedy informacje: „Kościół zaciera ślady po swojej mistyfikacji, usuwając aktorów tego przedstawienia” – relacjonuje. – Była też teoria o zbiorowej sugestii, jakoby ludzie na miejscu objawień zobaczyli to, co chcieli zobaczyć. Skoro ktoś specjalnie przyjechał, a potem stał przez całą noc i do południa następnego dnia w deszczu i w błocie, to co, miał wrócić i powiedzieć „Nic tam nie było”? Ta teoria nie uwzględniała jednak faktu, że w tym tłumie byli zarówno ci, którzy wierzyli, że Matka Boża przychodzi, jak i zawzięci przeciwnicy tej tezy, a wszyscy zobaczyli to samo. Mało tego, cud słońca widzieli nie tylko ludzie zebrani w miejscu objawień, ale także osoby w miejscowościach wokół Fatimy, które z różnych względów tam nie pojechały, bo na przykład nie miały czasu, albo ich to nie interesowało. To nie mogła więc być zbiorowa sugestia – podkreśla.

    Wśród dziwnych fatimskich teorii była też taka, że objawienia były zbiorową obserwacją UFO. Pisał o tym m.in. Erich von Däniken. Tańczące słońce, które widział 70-tysięczny tłum, według tych autorów było statkiem kosmicznym. Obcy po prostu popisywali się akrobacjami, zmienianiem kolorów i wypuszczaniem kolorowych wiązek światła…

    – Tego typu interpretacje pojawiały się i pojawiają. A to wszystko pokazuje, jak Fatima jest ważna. Jak napisał św. Ludwik Grignion de Montfort: dobry fałszerz nie podrabia czegoś, co ma małą wartość. Podrabia najcenniejsze kruszce, srebro, a przede wszystkim złoto – uważa ks. Czapla. – Zło zawsze będzie próbowało podważyć to, co jest darem Boga dla nas, co ma wielkie znaczenie. A Fatima czymś takim jest, bo może zmienić dzieje świata – mówi.

    Jeśli – jeśli

    Dyrektor Sekretariatu zwraca przy tym uwagę, że w tajemnicach fatimskich Maryja nie prorokuje o tym, co ma się na świecie wydarzyć. Wizje otrzymane przez dzieci to nie jest film, ukazujący z wyprzedzeniem przyszłość, w której niczego już nie można zmienić. – W tajemnicy pierwszej Matka Boża przedstawia wizję piekła, pokazuje, gdzie jest źródło zła i grzechu. W drugiej tajemnicy daje lekarstwo na choroby świata, które, jak to widzimy w trzeciej tajemnicy, prowadzą do zniszczenia, do śmierci, a może nawet do zagłady. Do tego doprowadzi stan chorobowy, jeśli nie zaaplikuje się lekarstwa. Co ważne, właściwego lekarstwa – podkreśla.

    Ksiądz Czapla wskazuje, że tym lekarstwem jest odmawianie Różańca jako praktyki codziennej oraz nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. – Ma ono wymiar poświęcenia się Niepokalanemu Sercu oraz wynagrodzenia przez nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca – wylicza. – Maryja mówi: „Jeśli ludzie me życzenia spełnią, Rosja się nawróci, zapanuje pokój na świecie i nadejdzie triumf Niepokalanego Serca Maryi”. Coś tak wielkiego, czego, jak mówi Łucja, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić: w znaku Maryi zwycięstwo nad wszelkim złem. Tu pobrzmiewa pierwsza księga Biblii – bo to potomstwo Niewiasty zmiażdży głowę węża, oraz ostatnia księga, Apokalipsa, gdzie jest mowa o Niewieście obleczonej w słońce i księżycu pod jej stopami – komentuje.

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego zwraca uwagę, że jeśli życzeń Matki Bożej nie spełnimy, o czym sama Maryja mówiła 13 lipca 1917 r., Rosja rozszerzy swoje błędy po świecie, wywołując wojny i cierpienia sprawiedliwych. Papież będzie bardzo cierpiał i wiele narodów zostanie zniszczonych. – Mamy więc „jeśli – jeśli”. Jeśli uczynimy, mamy przepiękną wizję przyszłości. Jeśli nie uczynimy, będzie miało miejsce coś, co można nazwać kataklizmem, zagładą całych narodów. Widzimy dzisiaj, co się dzieje: jakby świat siedział na beczce prochu. W wizji z trzeciej tajemnicy fatimskiej papież idzie pośród zniszczonych miast i zabitych ludzi, a później pod krzyżem zostaje zabity. Widzimy, że taka przyszłość świata jest możliwa. To się stanie, jeśli nie zawrócimy z naszej drogi. Wszystko zależy jednak od tego, czy uczynimy to, o co prosi Maryja, i w taki sposób, jak o to prosi – podkreśla. – Siostra Łucja u kresu swego życia powiedziała: „Gdyby ludzie żyli tym, co najważniejsze, co już zostało powiedziane! Zajmuje ich tylko to, co jeszcze nie zostało wyjawione, zamiast wypełniać to, o co proszono: modlitwa i pokuta! Napawa strachem, gdy się patrzy na dzisiejszy świat, na którym panuje taki nieporządek i który z taką łatwością pogrąża się w niemoralności. Jako lekarstwo pozostaje wyłącznie jedno rozwiązanie: ludzie muszą żałować za grzechy, zmienić życie i pokutować”. A jak to uczynić, jednoznacznie wskazała nam Maryja w Fatimie, mówiąc o wynagrodzeniu w pierwsze soboty miesiąca – dodaje.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    REKOLEKCJE RÓŻAŃCOWE W DNIACH OD 3 – 6 PAŹDZIERNIKA WYGŁOSI KS. TOMASZ ROŻEK, MICHAELITA Z GÓRY GARGANO

    ___________________________________________

    W ROKU 2013 REKOLEKCJE O ANIOŁACH WYGŁOSIŁ W NASZEJ WSPÓLNOCIE WSPÓŁBRAT KSIĘDZA TOMASZA – KSIĄDZ PIOTR PRUSAKIEWICZ CSMA, KTÓRE MOŻNA ODSŁUCHAĆ NA STRONIE MISJI KATOLICKIEJ W GLASGOW. 

    ____________________________________________________

    W południowo-wschodnim regionie Włoch, zwanym Apulią, na górze Gargano, w mieście Monte Sant’Angelo znajduje się jedno z najsłynniejszych w Kościele katolickim sanktuariów ku czci świętego Michała Archanioła. Na szczycie góry wznosi się jedyna w swoim rodzaju Niebiańska Bazylika. To niezwykłe miejsce położone jest na wysokości 856 m n.p.m. i znajduje się około 20 kilometrów od San Giovanni Rotondo, miejsca, w którym żył i działał św. o. Pio. Ks. Tomasz, nasz tegoroczny rekolekcjonista, w tym miejscu sprawuje kapłańską posługę.

    ***

    ***

    PROGRAM REKOLEKCJI:

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 3 PAŹDZIERNIKA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ GODZINA ŚWIĘTA, KTÓRĄ POPROWADZI KS. REKOLEKCJONISTA

    _____________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 4 PAŹDZIERNIKA – SALA PARAFIALNA PRZY KOŚCIELE

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.30 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________

    PIERWSZA NIEDZIELA MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    ZAKOŃCZENIE REKOLEKCJI

    ___________________________________________________

    “Madonna z Dzieciątkiem i różańcem” /Bartolomé Esteban Murillo/fot. Wikimedia commons

    ***

    7 PAŹDZIERNIKA

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Nasza Pośredniczka

    ____________________________________________

    Cudowna interwencja Matki Bożej

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie.

    Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.

    Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.

    Maryja naszą Pośredniczką

    Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa.

    Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec na szaniec

    Dlaczego nawała turecka niespodziewanie załamała się pod Lepanto? Dlaczego Maryja objawiła się w malutkiej wiosce, która nosi imię córki Mahometa? Dlaczego Armia Czerwona wycofała się z Austrii? Jakie tajemnice kryją tajemnice różańcowe?

    Alegoria bitwy pod Lepanto, P. Veronese

     Alegoria bitwy pod Lepanto, P. Veronese/ commons.wikimedia.org

    ***

    Ci, którzy będą gorliwie odmawiali Różaniec, „otrzymają wszystko, o co poproszą”, usłyszał od samej Maryi błogosławiony Alanus de la Roche. Historia zna wiele przypadków, które pokazują, że tłum rozmodlonych ludzi był w stanie zatrzymać wielkie historyczne kataklizmy.

    Bitwa ze wspomaganiem
    „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się sułtan Selim II. Nie wyglądało to na puste przechwałki. Sto lat wcześniej tureckie imperium zdobyło Konstantynopol, stolicę wschodniego chrześcijaństwa. Teraz żarłocznie pochłaniało kolejne połacie Europy. Sztandar proroka łopotał już na Bałkanach, na Węgrzech, zagroził Wiedniowi. Padła wyspa Rodos, padł Cypr. Po Adriatyku uganiała się flota turecka, atakując weneckie placówki. W Europie Zachodniej nie rozumiano powagi sytuacji. Francja wręcz namawiała Turków do akcji zaczepnych przeciw swoim rywalom. Jedynie papież Pius V próbował zorganizować jakąś koalicję. Wreszcie udało się stworzyć Świętą Ligę – sojusz Rzymu, Wenecji i Hiszpanii. Tylko tyle. Ale Pius V liczył na „tajną broń” – Różaniec. „Brat chodak” – tak o nim mówiono – nie pasował do swoich poprzedników, papieży renesansu. Żył surowo, po wyborze nie zdjął nawet swojego dominikańskiego habitu. Choć nie zaniedbywał żadnych niezbędnych działań, modlitwę uważał za środek najskuteczniejszy.

    Gdy u brzegów Sycylii zaczęła gromadzić się chrześcijańska flota, Pius V zorganizował „drugi front”. Na jego prośbę w całej Europie miliony ludzi pościły i odmawiały Różaniec w intencji zwycięstwa. Papież spędzał długie godziny na modlitwie w swojej kaplicy. Każdego dnia ulicami Rzymu ciągnęły procesje bractwa różańcowego z obrazem Matki Bożej Śnieżnej. Również załogi okrętów, na prośbę Piusa, codziennie odmawiały Różaniec. Rankiem 7 października 1571 roku flota chrześcijan starła się z turecką armadą w Zatoce Korynckiej, w pobliżu miasta Lepanto.

    Zanim słońce zaszło, z dumnej floty „pana całej ziemi” zostały tylko drzazgi pływające w czerwonej od krwi wodzie. Trzydzieści tysięcy Turków poległo lub zostało rannych, trzy tysiące dostało się do niewoli. Piętnaście tysięcy chrześcijańskich wioślarzy-niewolników odzyskało wolność. Chrześcijan poległo 8 tysięcy, a 21 tysięcy odniosło rany. Wśród tych ostatnich był pewien młody Hiszpan. Nazywał się Miguel de Cervantes, późniejszy autor „Don Kichota”. Do końca życia chwalił się udziałem w bitwie pod Lepanto, „najszczytniejszej potrzebie, jaką widziały wieki przeszłe i obecne, i jaką przyszłe mają nadzieję oglądać”. Bezwładną rękę traktował jak zaszczytną pamiątkę. „Wolę to, że byłem obecny w tej wspaniałej bitwie, niż od moich ran być wolny, nie biorąc w niej udziału” – napisał.

    Gdy posłaniec z wieścią o zwycięstwie dotarł do Rzymu, papież, dzięki widzeniu, które miał w dniu bitwy, wiedział o wszystkim. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej. Nieco później zmieniono nazwę na obchodzone do dziś w całym Kościele święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie po bitwie postawili w swoim mieście kaplicę ku czci Matki Bożej Różańcowej. Na jej ścianie widnieje napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”.

    Austriacy na kolanach
    Historycy mają twardy orzech do zgryzienia, zastanawiając się nad powojennymi losami Austrii, która, podobnie jak Niemcy, podzielona została na strefy okupacyjne, przy czym Związkowi Radzieckiemu przypadła najbogatsza część kraju – Dolna Austria – opowiada Mirosław Laszczak w „Historii różańca” – „Wyzwoliciele” spod znaku czerwonej gwiazdy za nic nie chcieli opuścić zajętych przez siebie terenów. I wtedy – po raz kolejny – okazało się, że pomoc płynąca z Różańca ma nie tylko duchowy charakter.

    Austria była dla Stalina łakomym kąskiem: zdobył przyczółek, z którego mógł kontrolować sytuację w Czechach, Niemczech i na Węgrzech. Wiedeń podzielony był jak Berlin. Austria miała podzielić los Niemiec. Sowieci wywozili urządzenia przemysłowe i niszczyli gospodarkę znakomicie rozwiniętego kraju. Nikogo nie dziwiło, że wojska radzieckie nie chciały opuścić kraju nad Dunajem.

    I wtedy, w obliczu zagrożenia komunizmem, skromny austriacki franciszkanin, ojciec Petrus Pavlicek, poprosił o codzienny Różaniec w intencji odzyskania niepodległości. Wezwał naród do Pokutnej Krucjaty Różańcowej. Jego wezwanie nagłośniły władze kościelne. Mnich miał niesamowitą charyzmę: jeździł po całym kraju, namawiając ludzi do modlitwy i nawrócenia. Żar, z jakim przemawiał, sprawiał, że ludzie chętnie wstępowali w szeregi krucjaty. – Wierzono, że skoro kilka wieków wcześniej, walczący pod sztandarem Maryi, król Jan III Sobieski wspomagany modlitwami bractw różańcowych ochronił Wiedeń, i tym razem ocalenie przyjdzie za sprawą gorliwie odmawianego Różańca – pisze Mirosław Laszczak. – Aż siedemset tysięcy Austriaków prze-suwało w palcach paciorki, przed obrazami Ma-tki Boskiej Różańcowej odbywały się błagalne modlitwy i nabożeństwa. Na klęczkach proszono o wyjście Armii Radzieckiej z Austrii.

    Modlitwa różańcowa ogarnęła cały kraj. W 1950 r. ponad 35 tysięcy Austriaków przeszło przez Wiedeń w ogromnej Maryjnej Procesji Światła. Co ciekawe, na czele procesji szli politycy: kanclerz Leopold Figl i Julius Raab, liderzy Austriackiej Partii Ludowej. Cztery lata później w podobnej procesji przez wiedeńskie ulice szło już 60 tys. Austriaków. Sprawa negocjacji ze Stalinem wydawała się beznadziejna. Rząd Austrii spotykał się z ministrem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem ponad 300 razy. Bez skutku. Gdy wiosną 1955 r. po raz kolejny Raab i Figl jechali do Moskwy, wezwali członków krucjaty do gorącej modlitwy. I wówczas, gdy delegacja rządu toczyła żmudne negocjacje z Mołotowem, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 13 kwietnia – w dzień fatimski – Sowieci niespodziewanie zgodzili się opuścić Austrię. Zadowolili się odszkodowaniem finansowym. Austrię ogarnął szał radości. 15 maja 1955 roku stojący na balkonie wiedeńskiego Belwederu minister Leopold Figl zawołał: „Dziękując Bogu Wszechmogącemu, podpisujemy umowę i z radością wołamy: Austria jest wolna!”.

    Fatima, córka Mahometa
    Rosja kipi, przygotowując leninowską rewolucję 1917 roku. Niebawem krew poleje się strumieniami. Wokół wybuchają bomby I wojny światowej. Na krańcu Europy w zapomnianej przez wszystkich wiosce troje małych pastuszków otrzymuje przesłanie mające przesądzić o losach świata. Łucja ma dziesięć lat, Franciszek dziewięć, a najmłodsza Hiacynta siedem.

    Różaniec na szaniec

    Mozaika we wnętrzu nowej bazyliki w Fatimie/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Objawienie w Fatimie ma kluczowe znaczenie w historii Różańca. To tu Maryja wielokrotnie wzywała do odmawiania tej modlitwy, z tą zapomnianą przez ludzi wioską wiązała wielkie obietnice.

    Znany publicysta katolicki Vittorio Messori w samej nazwie wioski doszukuje się niezwykłego symbolu: „Dlaczego Matka Boża z tylu miejsc, w których mogła się ukazać, wybrała właśnie zagubioną pośród gór wioskę, która nazywa się tak samo jak umiłowana córka Mahometa? Fatima w świecie muzułmańskim, a przede wszystkim szyickim, spełnia rolę maryjną.

    Jest związana między innymi z apokaliptycznymi wydarzeniami końca świata – tak jak Maryja – i pełni rolę związaną z miłosierdziem, zwłaszcza dla szyitów. O ile mi wiadomo, a sprawdziłem to dość dobrze, w całej Europie Zachodniej istnieje tylko jedno miejsce o nazwie Fatima i – nawiasem mówiąc – jest to zagubiona między górami wioska, której nikt jeszcze niedawno nie znał, nawet w Portugalii. Dlaczego Matka Boża miałaby się ukazać właśnie tam? Czy to był przypadek? W tych sprawach nic nie jest przypadkowe”.

    Autor książki „Przekroczyć próg nadziei” przypomina, że sam zamach na Papieża nieprzypadkowo miał miejsce 13 maja, dokładnie w rocznicę pierwszego objawienia Maryi. Plac Świętego Piotra rozdarły strzały. Wszechmoc Boża znów objawiła się w słabości. Bezradny, zakrwawiony Jan Paweł II na oczach całego świata ukazał kwintesencję chrześcijaństwa: z serca przebaczył zamachowcowi. Ludzie na całym świecie dotknęli tajemnicy Boga.

    Rok później Jan Paweł II przez czterdzieści minut modlił się w Fatimie, dziękując Maryi za ocalenie życia i powrót do zdrowia. Co chciała nam powiedzieć Maryja, wzywając do modlitwy różańcowej w wiosce mającej imię córki Mahometa?

    Marcin Jakimowicz, Franciszek Kucharczak/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sprawdzona broń

    Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo – napisali marynarze. Dziś wspomnienie Matki Bożej Różańcowej.

    Zanim Jan III Sobieski zatrzymał inwazję turecką pod Wiedniem, ponad wiek wcześniej podobnego czynu dokonał papież św. Pius V. Jego bronią był Różaniec.

    W 1570 roku muzułmańskie wojska Turcji zajęły Nikozję, stolicę Cypru, a po długim oblężeniu zdobyły Famagustę, gdzie dokonały straszliwej rzezi chrześcijan. W obronie zaatakowanego Cypru stanął papież Pius V, który stworzył związek katolickich państw, zwany Świętą Ligą. Wystawiona przez nią flota wypłynęła naprzeciw przeważającym liczebnie statkom nieprzyjaciela.

    Obie armady spotkały się 7 września 1571 roku, kilkadziesiąt kilometrów od portu Lepanto. Papież modlił się na różańcu, prosząc Matkę Bożą o pomoc dla chrześcijańskiej armii. Nagle usłyszał szum wiatru i łoskot żagli. Dzięki widzeniu znalazł się na miejscu bitwy. Zobaczył ogromne floty gotowe do starcia. Nad nimi stała Maryja, która okryła płaszczem wojska chrześcijańskie. Dzięki temu wiatr zmienił kierunek, co zablokowało manewr flocie tureckiej, a sprzyjało chrześcijańskiej.

    Bitwa pod Lepanto należała do najkrwawszych bitew morskich w dziejach. Po czterech godzinach walki Święte Przymierze zdołało zatopić 60 galer wroga, zdobyć połowę okrętów tureckich, uwolnić 12 tys. chrześcijańskich galerników. Morska potęga Turcji została rozbita. Pius V ustanowił dzień 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, „aby – jak pisał – nigdy nie zostało zapomniane wspomnienie wielkiego zwycięstwa uzyskanego od Boga przez zasługi i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, odniesionego w walce przeciw nieprzyjaciołom wiary katolickiej”.

    Jego następca Grzegorz XIII zmienił nazwę święta na Matki Bożej Różańcowej. Wiara w zwycięstwo Maryi i przekonanie o sile Różańca nie były tylko pobożnymi życzeniami papieży. Uczestnicy bitwy morskiej, weneccy marynarze, ufundowali w swoim mieście kaplicę, na której wyryto napis: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maria różańcowa dała nam zwycięstwo”. Dziś, jak zauważył papież Benedykt XVI, „łódeczka myśli wielu chrześcijan jest nierzadko huśtana przez fale, miotana z jednej skrajności w drugą”. Walka trwa. Potrzeba sprawdzonej broni. Różaniec jest bardzo na czasie.

    ks. Piotr Studnicki/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czemu modlimy się na paciorkach?

    Dlaczego powtarzamy wciąż to samo?

    Różaniec to koronka, a koronka to nie tylko Różaniec – ale gdy się jej dobrze używa, zawsze coś w człowieku zmienia.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    W połowie września 1935 roku Jezus polecił św. Faustynie odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Powiedział: „Odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca”, a następnie wyjaśnił, jakie słowa należy wypowiadać „na paciorkach »Ojcze nasz«”, a jakie „na paciorkach »Zdrowaś, Maryjo«”.

    Różaniec jest bazą wielu koronek. Sam także jest koronką, bo termin ten oznacza formę modlitwy powtarzającej się określoną ilość razy. Koronką nazywa się także sznur ułożonych odpowiednio paciorków. Istnieją koronki o innym układzie i z inną liczbą paciorków niż w przypadku różańca, jednak najbardziej rozpowszechnioną dziś jest różaniec właśnie – a po nim, w tym samym układzie, Koronka do Miłosierdzia Bożego. Są koronki do Ducha Świętego, do Opatrzności Bożej, do Krwi Chrystusa, do Najświętszej Trójcy, do Maryi, do świętych i wiele innych. Autorami licznych z nich są święci Kościoła katolickiego.

    Koronka porządkuje, zwalnia modlącego się z konieczności liczenia powtarzających się modlitw. Po co jednak w ogóle je powtarzać? Dlaczego ma ich być tak wiele i o tej samej treści? Kto jest w stanie wytrwać w skupieniu na wypowiadanych tyle razy słowach?

    Zbawiciel też powtarzał

    Najbardziej popularnym wyjaśnieniem powtarzalności wezwań w koronkach jest ich charakter – są to bowiem modlitwy medytacyjne. Rozwinięty na Zachodzie Różaniec w pewien sposób odpowiada praktykowanej na chrześcijańskim Wschodzie „modlitwie Jezusowej”. Polega ona na wielokrotnym wzywaniu Jezusa słowami: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną”. Powtarzalność tej modlitwy znajduje wzór w samym Zbawicielu, który w Ogrójcu – jak zapisał ewangelista – „modlił się, powtarzając te same słowa” (Mk 14,39). Towarzyszy temu przekonanie, że gdy modlący zwraca się do Jezusa, Jezus modli się w nim – podobnie jak w Ogrójcu.

    Podobnie jest z koronkami – nie chodzi w nich o „klepanie” w kółko tych samych słów, ale, jak w przypadku Różańca, o pogrążenie się w rozważanych tajemnicach wiary. „Różaniec, właśnie dlatego, że odwołuje się od początku do doświadczenia Maryi, jest modlitwą wybitnie kontemplacyjną. Pozbawiona tego kontemplacyjnego wymiaru modlitwa różańcowa traci swoje znaczenie” – stwierdza Jan Paweł II w liście apostolskim Rosarium Virginis Mariae. Przywołuje słowa swojego poprzednika, Pawła VI, który w adhortacji Marialis cultus wskazał: „Jeśli brak kontemplacji, Różaniec upodobnia się do ciała bez duszy i zachodzi niebezpieczeństwo, że odmawianie stanie się bezmyślnym powtarzaniem formuł, oraz że będzie w sprzeczności z upomnieniem Chrystusa, który powiedział: »Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani«” (Mt 6,7).

    Jan Paweł II jest świadom powierzchownego postrzegania Różańca jako praktyki jałowej i nużącej. Zauważa jednak: „Do zupełnie innych wniosków na temat koronki można dojść, kiedy uzna się ją za wyraz nigdy nie znużonej miłości, która ciągle powraca do ukochanej osoby z gorącymi uczuciami, które, choć podobne w przejawach, są zawsze nowe ze względu na przenikającą je czułość”. W tym samym dokumencie papież analizuje symbolikę samego przedmiotu pomocnego do odliczania kolejnych modlitw, jakim jest koronka różańcowa. Zwraca uwagę, że świadomość tej symboliki może nadać nową treść kontemplacji. „W związku z tym trzeba najpierw zauważyć, że koronka zwraca się ku wizerunkowi Ukrzyżowanego, który otwiera i zamyka samą drogę modlitwy. Na Chrystusie skupia się życie i modlitwa wierzących. Wszystko od Niego wychodzi, wszystko ku Niemu zdąża, wszystko przez Niego, w Duchu Świętym, dochodzi do Ojca”. Jan Paweł II wskazuje, że „wyznaczając rytm posuwania się w modlitwie, koronka przypomina nie kończącą się nigdy drogę kontemplacji i doskonałości chrześcijańskiej”. Święty papież przywołał postać wielkiego propagatora Różańca, bł. Bartłomieja Longo, który w koronce widział „łańcuch” łączący nas z Bogiem. „Owszem, łańcuch, ale łańcuch »słodki«. Taką okazuje się zawsze relacja z Bogiem, który jest Ojcem. »Synowski« łańcuch, który pozwala nam jednoczyć się z Maryją, »służebnicą Pańską«, a w końcu i z samym Chrystusem, który, będąc Bogiem, stał się »sługą« dla naszej miłości” – podkreśla Ojciec Święty. Zauważa wreszcie, że koronka „przypomina więzi komunii i braterstwa, łączące nas wszystkich z Chrystusem”.

    Koronka i Różaniec

    Od czasu popularyzacji przesłania zleconego św. Faustynie słowo „koronka” najczęściej jest kojarzone z modlitwą do Miłosierdzia Bożego. Jednak Faustynie ta sama koronka, na której odmawiała modlitwy do Miłosierdzia Bożego, przede wszystkim służyła do odmawiania Różańca. Ta modlitwa towarzyszyła jej stale jako rzecz oczywista. Nie miała w związku z modlitwą różańcową żadnych objawień ani nie wspominała o dotyczących go spektakularnych wydarzeniach. Święta po prostu odmawiała Różaniec, sięgając po niego przy najróżniejszych okazjach. O niektórych z nich sama wzmiankuje. „W sobotę cząstkę różańca z rozkrzyżowanymi rękami” – zanotowała w rubryce „drobne umartwienia” po tym, gdy otrzymała takie pozwolenie.

    „W pewnej chwili, kiedy po południu przyszłam do ogrodu, powiedział mi Anioł Stróż: Módl się za konających. I zaraz zaczęłam różaniec za konających z ogrodniczkami” – zapisała w „Dzienniczku”. W innym miejscu zakonnica opisuje ataki szatana, który w nocy próbował jej dokuczyć. „Modliłam się cały ten czas na różańcu; nad ranem ustąpiły owe postacie i mogłam zasnąć” – zanotowała.

    Modlitwa różańcowa towarzyszyła Faustynie w najrozmaitszych sytuacjach. „Wieczorem, kiedy chodziłam po ogrodzie, odmawiając różaniec, kiedy przyszłam do cmentarza, uchyliłam drzwi i zaczęłam się modlić chwilę” – wspominała. Pod datą 24 września 1936 roku Faustyna zapisała: „Matka Przełożona poleciła, żebym odmówiła jedną tajemnicę różańca za wszystkie ćwiczenia i zaraz poszła się położyć”. Kilka dni później zanotowała: „Dziś w czasie różańca nagle ujrzałam puszkę z Najświętszym Sakramentem. Puszka ta była odkryta i dość dużo napełniona Hostiami. Z puszki wyszedł głos: Te hostie przyjęły dusze nawrócone modlitwą i cierpieniem twoim. Tu odczułam obecność Bożą na sposób dziecka, dziwnie się czułam dzieckiem”. Innym razem przyszedł do Faustyny Jezus, pocieszając ją w jej rozterce. „W piątek wieczorem, w czasie różańca, kiedy myślałam o jutrzejszej podróży i o ważności sprawy, którą miałam przedstawić ojcu Andraszowi, lęk mnie ogarnął, widząc jasno nędzę i nieudolność swoją, a wielkość dzieła Bożego. Zmiażdżona tym cierpieniem, zdawałam się na wolę Bożą. W tej chwili ujrzałam Jezusa przy moim klęczniku w szacie jasnej i powiedział mi te słowa: Czemu się lękasz pełnić wolę Moją? Czyż ci nie dopomogę, jako dotychczas? Powtarzaj każde żądanie Moje przed tymi, którzy Mnie na ziemi zastępują, a czyń tylko to, co ci każą. W tej chwili jakaś siła wstąpiła w duszę moją” – czytamy.

    To tyle w „Dzienniczku” na temat Różańca. W sumie niewiele, ale u Faustyny był on jak powietrze lub codzienny chleb: nie mówi się za wiele o tym, czym się stale żyje.

    Wydaje się, że niebo samo potwierdziło związek Faustyny z Różańcem. Święta zmarła w miesiącu różańcowym – 5 października, a jej pogrzeb odbył się dwa dni później – w dniu liturgicznego wspomnienia Najświętszej Maryi Panny Różańcowej.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec? Mam. Modlę się

    Powtarzane dziesiątki, czasem setki razy w ciągu dnia te same słowa – czy to ma sens? I to dzień w dzień, nieraz przez całe życie? Jaka to strata czasu, który można by wykorzystać na coś pożytecznego… No właśnie – w Różańcu realizuje się ewangeliczny paradoks: „Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10,39).

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niezdielny

    ***

    Odmawiając tę modlitwę, ewidentnie tracimy życie z powodu Jezusa. Różaniec jest modlitwą wybitnie chrystocentryczną, jak chrystocentryczna jest Maryja. Rozważane tajemnice skupiają się na Chrystusie, a On jest życiem. To w Nim znajdujemy „stracone” życie. Każdy rozważa Różaniec w osobisty sposób, ale to indywidualne doświadczenie może posłużyć także innym. Wiedziony tym przeświadczeniem „Gość Niedzielny” wydał książkę „Różaniec. 200 rozważań na XXI wiek” z rozważaniami dziesięciu związanych z tygodnikiem autorów. Są one adresowane do różnych grup – młodych i starszych, duchownych i świeckich, chorych i zdrowych. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Oto świadectwa osobistego doświadczenia modlitwy różańcowej autorów medytacji.

    Trudna miłość

    Marcin Jakimowicz – Dziwię się tym, którzy mówią, że łatwo przychodzi im odmawianie Różańca. Nie dowierzam im. Ja bardzo często łapię się na tym, że gdyby ktoś zapytał, czy odmawiam dziesiątą, czy piątą zdrowaśkę, nie dałbym za to głowy. Ufam wskazówce św. Tomasza z Akwinu: „Wypowiadaj słowa, a wiara pójdzie za nimi”. Niezwykle bliskie jest mi wyznanie Teresy z Lisieux (czy to przypadek, że miesiąc różańcowy rozpoczyna jej wspomnienie?), która w jednym ze swoich listów notowała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej, niż używanie narzędzi pokutnych… Czuję, że tak źle go odmawiam! Muszę zadawać sobie gwałt, by rozmyślać o tajemnicach różańcowych; nie mogę skupić myśli. Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli »Ojcze nasz«, a potem Pozdrowienie Anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!”. Od kilkunastu lat odmawiam. Staram się być wierny. To jednak trudna miłość. Ale czy istnieje inna?

    To mnie trzymał

    Szymon Babuchowski – Różaniec towarzyszy mi od wielu lat, choć z różną intensywnością. Był przy mnie w najważniejszych momentach życia. Modliłem się nim, gdy z młodzieńczą żarliwością poszukiwałem odpowiedzi na pytania o życiowe powołanie. Gdy było mi ciężko albo gdy prosiłem o szczęśliwe narodziny dziecka. Bywało, że w ciągu jednego dnia odmawiałem wszystkie tajemnice. Później trochę zmniejszyłem „dawkowanie” Różańca, ale starałem się codziennie odmówić przynajmniej jedną dziesiątkę. Czasem nawet trochę wbrew sobie, przezwyciężając zmęczenie czy lenistwo. Myślę, że to trzymało mnie w ryzach, pozwalało zachować wierność codziennej modlitwie w ogóle. Różaniec przynosił owoce: wielokrotnie czułem po nim pokój w sercu, przychodziły twórcze natchnienia i pomysły na rozwiązanie problemów. Ale Różaniec to dla mnie także zmaganie się z coraz silniejszymi rozproszeniami, przez które często mam poczucie wpadania w schemat, w automatyzm zamiast autentycznej rozmowy. Dlatego chętniej wybieram teraz krótsze, bardziej spontaniczne formy modlitwy, zwykle połączone z lekturą Biblii. Różaniec nadal jednak odmawiam, choć nieco mniej regularnie. Zdarza mi się też przy nim zasypiać, ale to chyba nic złego, że dziecko zasypia przy rodzicach.

    Efekt gwarantowany

    ks. Adam Pawlaszczyk – Muszę przyznać, że od dzieciństwa nie najlepiej szły mi te rodzaje nabożeństw, w których modlitwy powtarzają się jak refren – czy to litanie, czy to Różaniec. Trudno mi sobie przypomnieć, czy była to kwestia dziecięcego znudzenia, czy raczej niewiedza, że w rzeczywistości chodzi w nich o medytację. Sporo czasu musiało upłynąć, zanim doświadczyłem, że Różaniec jest modlitwą, w której ograniczając myślenie o sobie, a włączając myślenie o Jezusie, człowiek otrzymuje potężny zastrzyk siły. Po prostu inny wstaje z kolan, inaczej patrzy na świat i samego siebie. Do dzisiaj tego fenomenu nie rozumiem, ale wszystkim, którzy tego nie doświadczyli, bardzo polecam, bo „działa”. Jeśli jesteś przytłoczony swoim życiem, problemami, które piętrzą się wokół, jeśli odnosisz wrażenie, że sił na niewiele ci już wystarczy, chwyć za różaniec. Efekt gwarantowany, choć początki mogą być trudne. Warto jednak powalczyć z samym sobą, niejako przymuszając siebie i odsuwając na bok pokusę ujmowaną zazwyczaj w bardzo pokrętne stwierdzenie, że „klepanie zdrowasiek” nie jest dla mnie. A jak się już w tej modlitwie zakochasz, nawet ci do głowy nie przyjdzie, by modlitwę różańcową uważać za „klepanie”.

    Niczym adoracja

    ks. Włodzimierz Lewandowski – Sierpień 1973 roku. Na zakończenie oazy wręczono nam ABC Społecznej Krucjaty Miłości, Akt oddania Matce Bożej i różaniec. Niebieskie, plastikowe kółko na palec. „Można go nosić w kieszeni, odmawiać w drodze do szkoły, jadąc autobusem, idąc na spacer”. Tyle. Moderatorka była oszczędna w słowach. Noszony w kieszeni stał się przedmiotem niezwykle cennym, gdy musiałem zmierzyć się z trudnym, życiowym problemem. I nie chodziło o rozeznanie życiowego powołania. Wymodlić dla kogoś bliskiego łaskę… Postanowiłem odmawiać codziennie jedną tajemnicę. Różaniec w kieszeni grał także rolę budzika. Przypominał… Długo musiał przypominać. Niemalże sześć lat przyzywania Wspomożenia wiernych… Sześć lat walki ze zniechęceniem i pokusą rezygnacji. Aż nadszedł moment, gdy intencja zeszła na drugi plan. Najważniejsza stała się obecność. Odmawiana w drodze tajemnica była niczym adoracja Najświętszego Sakramentu. Mniej więcej w tym właśnie czasie nadeszła długo oczekiwana wiadomość. Nadeszła w dobrym momencie. Rozważane po drodze dziesiątki już nie musiały być motywowane intencją. Teraz odmawiane były dla Niego. Dla Niej. Z Nim. Z Nią. Szlachetna intencja okazała się świetnym wychowawcą.

    Rozum wysiada. Pozostaje kontemplacja

    Andrzej Macura – Nie ukrywam, że Różaniec to dla mnie modlitwa bardzo trudna. Najłatwiej zacząć: „Ojcze nasz”… Ale potem skupić się na wypowiadanych słowach czy na rozważanej tajemnicy? Próbuję jedno z drugim pogodzić, ale najczęściej się nie udaje. No bo jak jednocześnie być w Betlejem, Kanie Galilejskiej, na krzyżowej drodze i u grobu Zmartwychwstałego, a jednocześnie z Gabrielem i Elżbietą pozdrawiać Maryję i prosić Ją o modlitwę „teraz i w godzinie śmierci”? Nie da się? Rozum wysiada. Paradoksalnie w takim przeżywaniu modlitwy różańcowej najbardziej pomaga mi, gdy odmawiam ją, idąc. Wszystkie dodatkowe bodźce w tle, wymuszające jakąś tam podzielność uwagi, sprawiają, że ta jej dwu- albo i trzytorowość przestaje przeszkadzać. Można być z Maryją, która „jest pełna łaski” i która ma za nami orędować z małym Jezusem w świątyni, w jakiś tajemniczy sposób stać na Taborze, na Golgocie i razem z Nią cieszyć się wstępującym do nieba Jezusem. Wtedy słowa „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…” cisną się na usta same. I można z radością wejść w kolejną tajemnicę.

    Różaniec mnie znalazł

    Franciszek Kucharczak – Różaniec był pierwszą modlitwą, która mnie porwała. Było to po tym, jak mnie wylali z ministrantów. Praktycznie w ogóle się wtedy nie modliłem. Nie czułem się z tym dobrze, ale lenistwo brało górę. Pewnego dnia wpadła mi w rękę książka o objawieniach Matki Bożej w Lourdes. Gdy ją czytałem, zrodziła się we mnie potrzeba, żeby odmówić Różaniec. Pomyślałem: jeden raz, co mi zaszkodzi. Gdy wstałem z kolan, czułem się głęboko związany z Maryją. Towarzyszyła temu lekkość i radość, jakich nigdy dotąd nie doświadczyłem. To sprawiło, że niecierpliwie czekałem na kolejne ekscytujące spotkanie (bo tak to odczuwałem). A potem kolejne i kolejne. Modląc się, odkrywałem nowe przestrzenie tej wiary, która mnie jeszcze niedawno nudziła. Zaczęło mnie fascynować wszystko, co miało związek z Kościołem. Wstąpiłem do oazy z ogromnym zapałem, choć wcześniej wołami mnie nie umieli do niej zaciągnąć. Tam jeszcze mocniej pokochałem Kościół – i do dzisiaj mi nie przeszło. Widzę teraz, że wszystko od tamtego czasu było u mnie splecione z Różańcem i to on nauczył mnie wiary. Zostałem już z tą modlitwą, a właściwie ona ze mną. Dawno nie przeżywam już w jej trakcie duchowych wzlotów, ale wiem, że istotna jest wierność – więc się staram.

    Milczenie pomaga

    ks. Rafał Bogacki – Różaniec zawsze porażał mnie prostotą i głębią. Sporo czasu musiało minąć, zanim zrozumiałem, że chodzi w nim o kontemplacyjne zapatrzenie się na życie Jezusa i smakowanie wydarzeń, które rozważam razem z Maryją. Pamiętam, że w seminarium w odmawianiu Różańca bardzo pomogła mi lektura listu Jana Pawła II „Rosarium Virginis Mariae”, a szczególnie zawarte w nim osobiste świadectwo papieża, który pisał, że włącza pomiędzy kolejne dziesiątki sprawy osobiste, Kościoła i świata. Zastanowił mnie także temat milczenia, które wydawało mi się obce tej modlitwie. Zrozumiałem, że zatrzymanie się w ciszy pomiędzy rozważaniem tajemnic a recytacją modlitwy jest niezmiernie istotne, by wejść w jej ducha. Milczenie pomaga nosić i „chować wiernie wszystkie wspomnienia [z życia Jezusa] w swym sercu”, na wzór Maryi. Gdy pamiętam, by milczeć, sceny z historii zbawienia łatwiej znajdują drogę do mojego wnętrza. Momenty ciszy pomagają mi nie przerzucać pędu życia na rytm modlitwy. Dziś lubię odmawiać Różaniec z innymi, w małej grupie. Wówczas łatwiej myśleć mi o tajemniczej obecności Maryi, która trwa z Kościołem na modlitwie. Mała grupa pomaga wejść w klimat Wieczernika, atmosferę wspólnoty i bliskości z Chrystusem.

    Zamiast krokomierza

    ks. Rafał Skitek – Bez różańca pod ręką czuję się niepewnie. Jakoś niespokojnie. Mam ich kilka. W sutannie, marynarce, kurtce, na stoliku nocnym, w samochodzie. Niemal wszędzie. Chwytam za niego przed każdą ważną rozmową i decyzją. Także wtedy, gdy jestem słaby. Gdy czuję, że nadchodzi moment próby. Mocno ściskam w pięści i przesuwam paciorki. Modlę się w myślach. Nieraz półszeptem. Zwykle sam. To daje mi siłę. Bo czuję, że Maryja staje po mojej stronie. Niemniej to nadal wymagająca modlitwa. Może dlatego zwykle odmawiam ją na raty. Po dziesiątce. Między różnymi zajęciami. W drodze. Na ulicy. Czasem nawet długość spacerów zamiast krokomierzem, odmierzam dziesiątkami Różańca. Towarzyszy mi szczególnie intensywnie, gdy jestem na górskim szlaku. Uwielbiam to połączenie: góry i Różaniec. Niezmiennie bliskie jest mi stwierdzenie śp. ks. Franciszka Grudnioka, że życie kapłańskie jest jak Różaniec: splecione z nierozerwalnych tajemnic – radosnych i bolesnych, chwalebnych i światła. Tak się wzajemnie przenikają, że jednych od drugich oderwać nie sposób. Ot, całe moje życie.

    Jaka to melodia

    Jacek Dziedzina – Przed laty miałem mały problem z Różańcem. Z jednej strony nieustannie słyszałem, że celem powtarzania tych samych słów jest medytacja i kontemplacja. Z drugiej – w parafialnej praktyce niemal każda modlitwa różańcowa była „obciążona” długą listą intencji. A dla mnie to jednak dwie różne rzeczy: albo modlę się o coś i na tym skupiam uwagę, albo bezinteresownie „tracę czas” na rozważanie tajemnic wiary. „Różaniec jest tylko metodą kontemplacji” – słowa Jana Pawła II z listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” utwierdziły mnie w przekonaniu, że Różańca trzeba się uczyć, by naprawdę skorzystać z jego siły i bogactwa. Na jednym z wyjazdów studenckich towarzyszący nam oblat zaproponował odmawianie Różańca bez liczenia paciorków. „Powtarzajcie »Zdrowaś, Maryjo« w jednej tajemnicy tak długo, aż poczujecie, że wchodzicie w tę rzeczywistość”, powiedział. Podziałało. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak melodyjnie płynącej modlitwy różańcowej, bez sprawdzania, czy to już ósma, czy dziesiąta zdrowaśka. Nagle odkryliśmy, że to rzeczywiście może być medytacja i kontemplacja.

    Jak w domu

    Piotr Sacha – Modląc się na różańcu – w samochodzie, pociągu, w poczekalni u lekarza, na ulicach miasta – czuję się jak w domu. Jest bezpiecznie, bo to dom scementowany słowami Biblii: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie…” (Mt 6,9-13). „Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami…” (Łk 1,28). „Błogosławiony jest owoc Twojego łona” (Łk 1,42). Od niedawna zdarza mi się zwracać do gospodyni domu, Maryi, „Przyjaciółko”. Wtedy ośmielam się przychodzić z gośćmi, przypadkiem mijanymi na chodniku, zauważonymi przez szybę auta albo z kimś z bliskiej rodziny czy dalekim znajomym. Zabieram w ciemno ich sprawy znane Bogu. Z ostatnich moich odkryć: Różaniec to prawdopodobnie modlitwa tych, o których św. Paweł pisał, że są „jakby smutni, lecz zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko” (2 Kor 6,10). PS Tym, którzy nie lubią poniedziałków, przypominam, że w poniedziałki rozważamy tajemnice radosne!•

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Była ateistka po 35 latach nawróciła się przy grobie św. Jana Pawła II

    Samplefot. Dorota Abdelmoula-Viet @VaticanNewsPL

    Belén Perales, 60-letnia Hiszpanka, która przez 35 lat żyła jako ateistka, odwracając się od wiary katolickiej jako nastolatka po serii traumatycznych przeżyć, odzyskała ją przy grobie św. Jana Pawła II  w Watykanie. Swoje burzliwe życie i późniejszą radykalną jego zmianę przedstawiła 21października w rozmowie z latynoamerykańską katolicką agencją prasową ACI Prensa.

    Po pobycie w Rzymie, który gruntownie ją odmienił, „doświadczyła głębokiego objawienia, które –jak sama wyznała – przywiodło ją „z powrotem do domu”. Obecnie Belén prowadzi kanał YouTube „El Rosario de las 11” (Różaniec o 23:00), na którym co wieczór transmituje modlitwę różańcową i dzieli się historiami nawrócenia.

    Perales urodziła się w rodzinie katolickiej jako najstarsza z czwórki rodzeństwa, ale – jak powiedziała – od najmłodszych lat miała „niezasłużone i głębokie wrażenie opuszczenia i że nikt mnie nie kocha”. Ciągłe przeprowadzki z miasta do miasta ze względu na pracę jej ojca rodziły w niej niepewność, „tworząc głęboką ranę emocjonalną” – wspomniała w wywiadzie. Zaznaczyła, że jej wiara zaczęła słabnąć, gdy jako nastolatka została wykorzystana seksualnie podczas pobytu w internacie. Wydarzenie to oznaczało jej zerwanie z Bogiem i matką. „Opuściłam szkołę bardzo zła na świat… Tamtego lata przestałam wierzyć w Boga” – powiedziała rozmówczyni agencji. Dodała, że zaczęła się wówczas oddalać od Kościoła i wiary, którą poznała w dzieciństwie.

    Przez następnych 35 lat kobieta żyła chaotycznie, bezskutecznie szukając spokoju w nieudanych związkach i zajęciach. Kilkakrotnie wychodziła za mąż i cierpiała z powodu oszustw i złego traktowania przez współmałżonków. „Mój pierwszy mąż był zawodowym kłamcą, oszukał mnie i gdy poszłam na sprawę rozwodową, okazało się, że nawet nie jestem mężatką” – wspominała z rezygnacją. „Po tym, co spotkało mnie z moim pierwszym mężem, stałam się jeszcze gorsza. Poznałam ojca mojej najstarszej córki; okazało się, że był to bardzo zawiły związek, siedem bardzo ciężkich lat. Udało mi się wydostać z tego domu z córką i zaczęłyśmy od zera. Znowu byłam zrujnowana” – powiedziała była ateistka.

    W 1996 roku, kiedy internet dopiero raczkował, kupiła zestaw odpowiednich urządzeń i postanowiła założyć własny biznes online. Zaczęła sprzedawać za pośrednictwem tej platformy i, ku jej zaskoczeniu, projekt okazał się wielkim sukcesem, a dzięki swej przedsiębiorczości miała duże dochody w cyfrowym świecie. Ale mimo tej udanej kariery w biznesie, życie osobiste Belén wciąż było w rozsypce. „Znowu wyszłam za mąż, ale i tak wszystko poszło źle” – przyznała kobieta, która ostatecznie została sama z dwiema małymi córkami. „Byłam ateistką; Nie wierzyłam w Boga, w nic, zero” – stwierdziła kategorycznie.

    Wszystko zmieniło się latem 2012 roku podczas pobytu z córkami w Rzymie. „Chciałam iść do Koloseum, ale moja córka nalegała na odwiedziny Watykanu. W końcu ustąpiłam” – powiedziała. I dodała, że to, co wydarzyło się w bazylice św. Piotra, zmieniło jej życie na zawsze. „Kiedy weszłyśmy do Watykanu, byłam zła. Pomyślałam: «Co my tu robimy? Co za okropność»”. I nagle, robiąc zdjęcia swoim córkom, Perales zaczęła odczuwać coś niewytłumaczalnego, „coś bardziej fizycznego niż duchowego, coś, co niespodziewanie wkroczyło. I automatycznie zdałam sobie sprawę, że Bóg istnieje i że gdybym zmarła, poszłabym do piekła”.

    Uderzenie było tak silne, że kobieta zaczęła płakać w niekontrolowany sposób. „Łzy lały mi się z oczu, jakby to były dwa otwarte krany” – wspominała.

    Przed grobowcem św. Jana Pawła II poczuła, że jest poza Kościołem, oddzielona od swojej „Matki”, jak teraz nazywa Kościół katolicki, i że przez te wszystkie lata odrzucała Boga. „Poczułam ból bycia poza Kościołem, zdając sobie sprawę, że Bóg istnieje, że to nie jest kłamstwo i to ja Go odrzuciłam. Moja dusza była brudna, pełna grzechów, które teraz przebiegały mi przez głowę”  – wyznała Perales.

    Na widok grobu św. Jana Pawła II nagle powiedziała: „Dziewczyny, pomódlmy się”. Potem uklękła w trzeciej ławce po lewej stronie, a jej łzy nadal płynęły. „Moja młodsza córka wyjęła chusteczki i wycierała mi twarz. Chciałam się modlić, ale nie pamiętałam nawet Modlitwy Pańskiej, bo nie modliłam się od 35 lat. Miałam 48 lat i nie modliłam się od 13. roku życia” – wyjaśniła w rozmowie z ACI Prensa. Po wyjściu z tego miejsca Perales pomyślała sobie: „Oszalałam. To chyba wynik bycia sam na sam z córkami i zmęczenia”.

    Po tym doświadczeniu wróciła do Madrytu, ale proces powrotu do wiary nie był łatwy. Wciąż czuła się wyobcowana z Kościoła i myślała, że „nie mogłabym zostać na nowo zaakceptowana przez tę moją «Matkę»”. „Wciąż byłam uparta, myśląc, że nie mogę wrócić do Kościoła, że zostałam ekskomunikowana” – opowiadała. Przez rok uczęszczała na niedzielną Mszę św., ale nie odważyła się pójść do spowiedzi, uważała bowiem, że  „mnie stamtąd wyrzucą»”.

    W końcu pewnego dnia usłyszała wewnętrzny głos Boga, który zapytał ją: „Na co czekasz?”. Uznała to za znak, którego potrzebowała, by zrobić ten krok. „Poszłam do parafii, zostawiłam swoje córki w ławce i podeszłam do pierwszego konfesjonału, jaki zobaczyłam” – wspominała. Tam spotkała młodego księdza, który przyjął ją z radością. Przedstawiła się i wyznała, że popełniła wszelkie zło z wyjątkiem kradzieży i zabójstwa. A kapłan jej odpowiedział: „Alleluja, dzisiaj jest święto w niebie”. Miał on przy sobie obraz syna marnotrawnego i wyjaśnił jej: „W tej chwili Bóg cię obejmuje”.

    Ta spowiedź rozpoczęła jej pojednanie z Bogiem i z Kościołem katolickim. „Nie znałam miłosierdzia Bożego, ale gdy wróciłam do Kościoła, było to tak, jakby Bóg naprawdę mnie przytulił, uczucie, którego nigdy wcześniej nie zaznałam” – powiedziała Hiszpanka.

    Od tamtego czasu Perales poświęciła swoje życie ewangelizacji i dzieleniu się swoją historią z otoczeniem. „Powiedziałam Jezusowi: «Odtąd jestem Twoim ‘działem marketingu’. Dokądkolwiek pójdę, zabiorę Cię ze sobą»”. Tak też się stało. Przez lata prowadziła swe przyjaciółki do konfesjonału i rozdawała różańce tym, których spotkała na swej drodze. „Moje rany zostały uleczone dzięki adoracji i sakramentom. Jestem fanką spowiedzi” – powiedziała z uśmiechem.

    Perales założyła też na YouTube kanał „El Rosario de las 11” (Różaniec o 23:00), za pomocą którego co wieczór transmituje modlitwę różańcową i dzieli się świadectwami nawrócenia, takimi jak jej własne. Powiedziała agencji, że kanał jej „przyniósł wiele owoców, od niezliczonych nawróceń aż do mężczyzn, którzy postanowili pójść do seminarium, aby zostać księżmi. Pojawiły się też różne inne powołania… Krótko mówiąc, wszystkiego po trochu”.

    Najbardziej zaskakuje ją, choć zdaje sobie sprawę, że nie powinno, liczba cudów i nawróceń, które dokonały się dzięki kanałowi. Zastanawiając się nad tym faktem, przywołała słowa Pana Jezusa: „Gdzie są dwaj albo trzej zgromadzeni w imię moje, tam Ja jestem pośród nich”. Dla niej wydarzenia te są dowodem na to, że Jezus nadal żyje.

    Zapewniając o swym pełnym zaangażowaniu w ten projekt, obiecała Maryi Pannie i Jezusowi, że będzie prowadzić ten kanał „do ostatniego dnia mojego życia lub do chwili, gdy zabraknie mi sił”. Podkreśliła, że chce „sprawić przyjemność mojej Matce, Dziewicy, która prosi nas o modlitwę różańcową. Jestem posłuszna. Poza tym wielu ludzi w internecie nie zna Boga, ale gdyby Go poznali, zakochaliby się w Jezusie, tak jak ja to uczyniłam”.

    Zwróciła uwagę, iż „YouTube pozwala ludziom, nawet bez szukania Boga, spotkać się z Nim w nieoczekiwany sposób. Cieszę się, że moje filmy mogą dotrzeć do tych, którzy są daleko, którzy najbardziej potrzebują tego przesłania nadziei i miłości, jakie daje nam Jezus”.

    Dziś Belén Perales prowadzi życie pełne wiary, wdzięczna za to, że po tylu latach ciemności ponownie odnalazła Boga. „Jezus uratował mnie, kiedy najmniej się tego spodziewałam, a teraz chcę, aby wszyscy wiedzieli, że On jest tu, zawsze na nas czekając” – podsumowała swoją wypowiedź hiszpańska ewangelizatorka internetowa.

    e-KAI.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Benedykt XVI:

    Bez Maryi nie ma Kościoła

    Benedykt XVI: Bez Maryi nie ma Kościoła

    fot. Peter Nguyen Ming Trung via Flickr, CC BY 2.0 / Wikipedia, CC 0

    ***

    W katechezie z 14 marca 2012 roku Benedykt XVI zwraca uwagę na kluczową rolę modlitwy w życiu Kościoła, w szczególności na przykładzie Dziejów Apostolskich i Listów św. Pawła. Papież podkreśla, że zarówno Pan Jezus, jak i Najświętsza Maryja Panna oraz pierwsi uczniowie trwali w modlitwie, oczekując na zesłanie Ducha Świętego. Maryja, obecna w ważnych momentach historii zbawienia, jest dla nas wzorem głębokiej więzi z Bogiem i wytrwałej modlitwy, która prowadzi do głoszenia Ewangelii całemu światu.

    Audiencja generalna, 14 III 2012

    Drodzy bracia i siostry!

    W dzisiejszej katechezie chciałbym zacząć omawianie modlitwy w Dziejach Apostolskich i w Listach św. Pawła. Św. Łukasz przekazał nam, jak wiemy, jedną z czterech Ewangelii, poświęconą ziemskiemu życiu Jezusa, ale pozostawił nam też dzieło, które nazywane jest pierwszą księgą historii Kościoła, czyli Dzieje Apostolskie. W obu tych księgach jednym z elementów często się powtarzających jest właśnie modlitwa — od modlitwy Jezusa po modlitwę Maryi, uczniów, niewiast i wspólnoty chrześcijańskiej. Początkowy rytm życia Kościoła wyznaczany jest przede wszystkim przez działanie Ducha Świętego, który przemienia apostołów w świadków Zmartwychwstałego, aż do przelania krwi, oraz przez szybkie rozprzestrzenianie się Słowa Bożego na Wschód i na Zachód. Zanim jednak rozpowszechni się głoszenie Ewangelii, Łukasz opowiada epizod wniebowstąpienia Zmartwychwstałego (por. Dz 1, 6-9). Pan przekazuje uczniom program życia poświęconego ewangelizacji, mówiąc: «Gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jeruzalem i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi» (Dz 1, 8). W Jerozolimie apostołowie, których po zdradzie Judasza Iskarioty pozostało jedenastu, zgromadzili się w domu, aby się modlić, i właśnie na modlitwie oczekiwali na obiecany przez zmartwychwstałego Chrystusa dar — Ducha Świętego.

    W tym kontekście oczekiwania, między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego, św. Łukasz po raz ostatni wspomina o Maryi, Matce Jezusa, i Jego rodzinie (w. 14). Maryi poświęcił początek swojej Ewangelii, od zwiastowania anielskiego do narodzin i dzieciństwa Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Z Maryją rozpoczyna się ziemskie życie Jezusa i z Maryją pierwsze kroki stawia Kościół; w obu tych momentach panuje klimat słuchania Boga, skupienia. Dziś chciałbym zatem omówić tę modlitewną obecność Dziewicy w grupie uczniów, którzy będą stanowili rodzący się pierwotny Kościół. Maryja w nierzucający się w oczy sposób śledziła całą drogę, jaką Syn pokonał w swoim życiu publicznym, i doszła za Nim aż pod krzyż, a teraz cichą modlitwą towarzyszy w drodze Kościołowi. Podczas zwiastowania Maryja przyjmuje w domu w Nazarecie anioła posłanego przez Boga, uważnie słucha jego słów, bierze je sobie do serca i akceptuje Boży plan z pełną gotowością: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego» (por. Łk 1, 38). Właśnie dzięki wewnętrznemu nastawieniu na słuchanie Maryja potrafi odczytać swoją historię, z pokorą rozpoznając działanie Pana. Odwiedzając swą krewną Elżbietę, w modlitwie uwielbienia i radości wysławia Bożą łaskę, która napełniła Jej serce i życie i uczyniła z Niej Matkę Pana (por. Łk 1, 46–55). Uwielbienie, dziękczynienie, radość: w kantyku Magnificat Maryja mówi nie tylko o tym, co Bóg uczynił w Niej, ale i o tym, czego dokonał i wciąż dokonuje w historii. Św. Ambroży w słynnym komentarzu do Magnificat wzywa do tego, by modlić się w tym samym duchu, pisząc: «Niech w każdym będzie dusza Maryi, by wielbić Pana; niech w każdym będzie duch Maryi, by się radować w Bogu» (Expositio Evangelii secundum Lucam [ Wy k ład Ewangelii według św. Łukasza] 2, 26: PL 15, 1561).

    Również w Wieczerniku w Jerozolimie, w «sali na górze, gdzie przebywali» uczniowie Jezusa (por. Dz 1, 13), w klimacie słuchania i modlitwy, Ona jest z nimi, zanim otworzą się drzwi i zaczną oni głosić Chrystusa Pana wszystkim narodom, ucząc je zachowywać wszystko, co On im przykazał (por. Mt 28, 19-20). Etapy drogi Maryi, z domu w Nazarecie do domu w Jerozolimie, przez krzyż, z którego Syn powierza Jej apostoła Jana, cechuje umiejętność utrzymywania klimatu skupienia, by rozważać każde wydarzenie w ciszy własnego serca, przed Bogiem (por. Łk 2, 19-51), i w medytacji przed Bogiem zrozumieć również Jego wolę oraz rozwinąć zdolność wewnętrznego jej zaakceptowania. Zaznaczenie obecności Matki Boga wśród Jedenastu, po wniebowstąpieniu, nie jest zatem zwykłą wzmianką historyczną o czymś z przeszłości, lecz ma ogromne znaczenie, bo dzieli Ona z nimi rzecz najcenniejszą: pamięć o Jezusie w modlitwie; dzieli tę misję Jezusową, którą jest zachowywanie pamięci o Jezusie, a tym samym zachowywanie Jego obecności.

    Po raz ostatni Maryja pojawia się w dwóch dziełach św. Łukasza w sobotę: w dniu odpoczynku Boga po stworzeniu świata, w dniu ciszy po śmierci Jezusa i oczekiwania na Jego zmartwychwstanie. Z tego epizodu wywodzi się tradycja wspominania Matki Bożej w sobotę. Między wniebowstąpieniem Zmartwychwstałego i pierwszą Pięćdziesiątnicą chrześcijańską apostołowie i Kościół gromadzą się z Maryją, by z Nią czekać na dar Ducha Świętego, bez którego nie można zostać świadkiem. Ona, która już Go otrzymała, by zrodzić Wcielone Słowo, dzieli z całym Kościołem oczekiwanie na ten dar, aby w sercu każdego wierzącego «ukształtował się Chrystus» (por. Ga 4, 19). Jeśli nie ma Kościoła bez zesłania Ducha Świętego, to i nie ma zesłania Ducha Świętego bez Matki Jezusa, ponieważ Ona w wyjątkowy sposób żyła tym, czego Kościół doświadcza codziennie za sprawą Ducha Świętego. Św. Chromacjusz z Akwilei w taki sposób komentuje wzmiankę z Dziejów Apostolskich: «Zgromadził się zatem Kościół w sali na górze razem z Maryją, Matką Jezusa, i razem z Jego braćmi. Nie można zatem mówić o Kościele, jeśli nie ma Maryi, Matki Pana… Kościół Chrystusowy jest tam, gdzie głosi się wcielenie Chrystusa w łonie Dziewicy, a tam, gdzie głoszą apostołowie, którzy są braćmi Pana, tam się słucha Ewangelii» (Sermo 30, 1: SC 164, 135).

    Sobór Watykański II w szczególny sposób podkreślił tę więź, której widocznym przejawem jest to, że Maryja modli się z apostołami w tym samym miejscu, w oczekiwaniu na Ducha Świętego. Konstytucja dogmatyczna Lumen gentium stwierdza : «Kiedy zaś spodobało się Bogu uroczyście objawić tajemnice ludzkiego zbawienia, nie wcześniej niż ześle obiecanego przez Chrystusa Ducha, widzimy Apostołów przed dniem Pięćdziesiątnicy ‘trwających jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego’ (Dz 1, 14), a także Maryję błagającą modlitwami o dar Ducha, który okrył Ją już cieniem podczas zwiastowania» (n. 59). Uprzywilejowanym miejscem Maryi jest Kościół, gdzie uznana jest za «najznakomitszego i całkiem szczególnego członka… typiczne wyobrażenie i najdoskonalszy wzór w wierze i miłości» (tamże, 53).

    Oddawanie czci Matce Bożej w Kościele znaczy również, że uczymy się od Niej, jak być wspólnotą, która się modli: jest to jeden z istotnych aspektów pierwszego opisu wspólnoty chrześcijańskiej, zawartego w Dziejach Apostolskich (por. 2, 42). Często modlitwa podyktowana jest przez trudne sytuacje, przez problemy osobiste, które powodują, że zwracamy się do Pana w poszukiwaniu światła, pociechy i pomocy. Maryja zachęca, by poszerzać zakres modlitwy, by zwracać się do Boga nie tylko w potrzebie i nie tylko we własnych intencjach, lecz w sposób jednomyślny, wytrwały, wierny, «jednym duchem i jednym sercem» (por. Dz 4, 32).

    Drodzy przyjaciele, w życiu ludzkim jest wiele różnych faz przejściowych, często trudnych i wymagających wysiłku, kiedy potrzebne są zobowiązujące wybory, wyrzeczenia i ofiary. Matka Jezusa z woli Pana była obecna w decydujących momentach historii zbawienia i zawsze potrafiła odpowiedzieć z pełną gotowością, dzięki głębokiej więzi z Bogiem, która dojrzewała w wytrwałej i żarliwej modlitwie. W okresie między piątkiem męki i niedzielą zmartwychwstania został Jej powierzony umiłowany uczeń, a wraz z nim cała wspólnota uczniów (por. J 19, 26). Między wniebowstąpieniem i zesłaniem Ducha Świętego była Ona z modlącym się Kościołem i w nim (por. Dz 1, 14). Matka Boga i Matka Kościoła, Maryja trwa w macierzyństwie do końca dziejów. Zawierzajmy Jej każdą fazę przejściową naszego życia indywidualnego i kościelnego, a przede wszystkim nasze ostatnie przejście. Maryja uczy nas, że modlitwa jest potrzebna, i ukazuje, że tylko dzięki stałej więzi, głębokiej, pełnej miłości do Jej Syna możemy wyjść z «naszego domu», z nas samych, z odwagą, by dotrzeć na krańce świata i głosić wszędzie Pana Jezusa, Zbawiciela świata. Dziękuję.

    Benedykt XVI

    mp/z internetu, Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC PAŹDZIERNIK 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby Kościół nadal wspierał ze wszystkich sił synodalny styl życia, jako znak współodpowiedzialności, promując uczestnictwo, komunię i misję łączące księży, osoby konsekrowane i świeckich.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  Wierząc mocno w skuteczność modlitwy różańcowej błagajmy w tym październikowym miesiącu o Boży pokój w świecie i ocalenie rodziny. Bo tylko interwencja z Wysoka zdolna jest właściwie pokierować ludzkimi sercami. Przesuwając paciorki różańca świętego kontemplujemy tajemnice naszego zbawienia, które pomagają nam spotykać się z Chrystusem w Jego misteriach ukazując oblicze Boga w braciach, zwłaszcza tych najbardziej cierpiących. Dobrze jest wziąć sobie do serca słowa św. Jana Pawła II, które napisał w Liście Apostolskim o Różańcu Świętym: “Jakże można by w « tajemnicach radosnych » wpatrywać się w misterium Dziecięcia narodzonego w Betlejem, nie odczuwając pragnienia, by przyjmować, bronić i promować życie, biorąc na siebie ciężar cierpienia dzieci we wszystkich zakątkach świata? Jak można by w « tajemnicach światła » iść za Chrystusem Objawicielem, nie podejmując postanowienia, by dawać świadectwo Jego « błogosławieństwom » w codziennym życiu? I jak kontemplować Chrystusa obarczonego krzyżem i ukrzyżowanego, nie czując potrzeby stawania się Jego « Cyrenejczykiem » względem każdego brata przybitego cierpieniem czy zdruzgotanego rozpaczą? A wreszcie, jak można by utkwić wzrok w chwale Chrystusa Zmartwychwstałego i w Maryi ukoronowanej na Królową, nie czując pragnienia, by uczynić ten świat piękniejszym, bardziej sprawiedliwym, bliższym planom Bożym?

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 października modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 3o września z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Różaniec kontra mantra”

    „Różaniec kontra mantra”

    Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Therese Westby/Unsplash.com)

    ***

    Za kilka dni rozpocznie się październik, który w Kościele katolickim kojarzony jest z modlitwą różańcową. Wspominam swój „różańcowy” felieton sprzed roku, który wywołał ogromną falę hejtu na Facebooku, mimo że sam tekst nie ma w sobie nic kontrowersyjnego. Pamiętam, jak rozmawiając z przyjaciółką powiedziałam, że to taki niepozorny temat, a pod nim morze gnoju. Zaskoczyło mnie to wtedy bardzo. Czy modlitwa różańcowa jest aż tak kontrowersyjna, trudna, niezrozumiana? Widocznie tak. Być może jest też w jakiś sposób wyrzutem sumienia dla katolika…

    Patrząc na to od strony osoby wierzącej, widzę że wielu katolików nie lubi powtarzalności różańca. To z pozoru bardzo łatwa modlitwa, ale ta prostota to złudzenie. Odmawianie kolejnych Zdrowasiek wymaga przecież niesamowitego skupienia, bycia tu i teraz, wyciszenia, powtarzania tych samych fraz, co patrząc zwyczajnie po ludzku – może nudzić, usypiać, łatwo wkrada się zniechęcenie. Dlatego sama modląc się na różańcu, świadomie wybieram konkretne tajemnice różańcowe. Czasem czytam do nich jakiś katolicki komentarz, choć bardzo dawno tego nie robiłam. Zawsze jednak, pociągnięta przez duchowość ignacjańską, staram się mieć przed oczyma konkretny obraz. Wracać myślami np. do Maryi, która spotyka św. Elżbietę, albo do Jezusa, któremu ciernie przebijają skórę głowy. Gdy moje myśli na modlitwie uciekają, wracam do wyobrażenia sobie konkretnej tajemnicy, którą właśnie staram się rozważać. Wtedy moja modlitwa różańcowa nabiera dodatkowej głębi.

    Jak patrzą na różaniec osoby niewierzące? Czuję tutaj niejednokrotnie duży zgrzyt i ogromne nieporozumienie. Wiele osób niepraktykujących bądź uważających się za niewierzące, które mam w swoim najbliższym otoczeniu, korzysta z technik medytacyjnych. Powtarza mantry, ćwiczy uważność, wycisza się tak jak uczą tego ich mentalne guru. I jednocześnie śmieją się z różańca, jako czegoś bezsensownego. Serio, pytam? Czym, tak od strony osoby niewierzącej, różni się powtarzanie słów modlitwy różańcowej, od twojej mantry? Niczym. Niczym dla kogoś, kto nie wierzy, bo osoba wierząca ma świadomość, że modlitwa to nie puste słowa, rzucone w próżnię.

    Tyle od strony czysto ludzkiej, można by powiedzieć zewnętrznej, powierzchownej. Nieprzekonanych i tak nie przekona, wiem. Może też dlatego, że różaniec nie jest tylko powtarzaniem tych samych fraz. To modlitwa, której bardzo nie lubi szatan. Tak, słyszę ten rechot osób antykatolickich. Trudno, śmiejcie się dalej. Jednak ci, którzy próbowali kiedykolwiek odmówić nowennę pompejańską, albo tacy jak ja, którzy zobowiązali się odmawiać jedną dziesiątkę dziennie (to tylko 3 minuty!) w ramach róży różańcowej, wiedzą ile pojawia się przeciwności, gdy chwytają za różaniec. Ile wtedy myśli atakuje spokojny dotąd mózg! Dzieci nagle wychodzą ze swojej pieczary, w której siedziały ostatnią godzinę i nagle, teraz, już, natychmiast potrzebują twojego wsparcia. Kto na serio wchodzi w modlitwę różańcową, ten wie. Może nie zauważamy tego często, może nas ten problem nie dotyczy, albo nie jest mocno uciążliwy. Jednak znam wiele osób i sama też do nich należę, dla których różaniec jest modlitwą trudną, bo wiąże się z dużą wewnętrzną walką – o czas, skupienie, regularność. Ta modlitwa nie podoba się złemu. Zrobi wszystko, byśmy zrezygnowali. Dlaczego?

    Po ludzku – byśmy żyli w ciągłym hałasie, a skupienie na różańcu ten wewnętrzny wrzask wycisza. Z perspektywy duchowej – byśmy nie uczyli się ufności, otwartości, byśmy nie rozważali kolejnych tajemnic z życia Jezusa. Tak, Jezusa. Jednym z zarzutów wobec różańca jest to, że skupia nadmiernie na Maryi, ale wystarczy poznać tajemnice różańcowe by dostrzec, że ta modlitwa – owszem, jest maryjna – ale prowadzi do głębszego poznania życia Jezusa, do kontemplacji Jego drogi, która często tak bardzo może przenikać się z naszą.

    Październik, miesiąc różańca. Warto zatrzymać się i nazwać swoje odczucia wobec tej modlitwy. Nawet jeśli będą tylko negatywne, czy nie warto zobaczyć skąd we mnie takie przekonania, może też niezrozumienie i lęk? Myślę, że warto, a Kościół nie bez powodu zaprasza nas kolejny rok na różańcowe nabożeństwa.

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 przykładów, jak modlitwa na różańcu zmieniła się w ciągu wieków

    fot. shutterstock.com/deon.pl

    *****

    RÓŻANIEC

    A jeśli wojna nowa, a jeśli się zasmucę
    jak dziecko zapłakane w różaniec swój powrócę.
    Będę go brać na ręce jak włosów ciemne sploty,
    gdzie blask się świec zaplątał jak żuczek szczerozłoty,
    gdzie sny z krzyżykiem srebrnym i łzy i śpiew poranny,
    zerwanych moc przyrzeczeń i żal wciąż nieustanny,
    modlitwy za rodziców, za kolegów, prośby wieczne,
    i jakieś umartwienia zabawne, niedorzeczne…
    A jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje…
    O rzewne, o tajemne paciorki moje,
    to na nich troski moje, radości ukochania,
    i cały żar modlitwy późnego powołania.
    I na nich pamięć dni tych, gdy późnym sennym latem
    biegliśmy z podchorążym płonącym Mariensztadem,
    a potem w noce długie na jezdni pod gwiazdami,
    chwytałem was ukradkiem drżącymi wciąż palcami.
    Do Twoich snów się tulę, do Twoich snów się łaszę,
    na tych dziesiątkach licząc sierpniowe złudy nasze.
    Kto wezwał? Kto przywołał? Skąd sny co tu przygnały?
    Przed własną tajemnicą przyklękam taki mały…
    O siódmej przy kolacji, przy modlitw chłodnym dźwięku,
    o jaką burzę wspomnień przeważasz w swoim ręku.
    Bo jeśli wojna nowa, a jeśli niepokoje,
    o rzewne, o tajemne paciorki czarne moje.

    ks. Jan Twardowski

    ***

    “Bardzo lubię różaniec. Wydaje mi się, że przede wszystkim uczy on nas cierpliwej, nieustannej modlitwy. Pozornie jest modlitwą ciągle powtarzanych słów, a jednak uczy modlitwy bez słów. Niektórzy uważają, że przy różańcu trzeba rozważać tajemnice i być po trochu kaznodzieją, teologiem, katechetą. Tymczasem modlitwa różańcowa przypomina mi dziecko trzymające się spódnicy, bo czuje się bezpieczne, zadbane. Tamten różaniec odmawiany w kościele przypomniał mi kogoś, kto ustawicznie puka do drzwi, do okna i chociaż one się nie otwierają, puka nadal cierpliwie. Cierpliwość, wytrwałość tej modlitwy są czymś niezwykłym. Jest to modlitwa i ludzi śpiących, i umierających, i zupełnie zmęczonych”.
    ks. Jan Twardowski

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec.

    ***

    W roku 2001 św. Jan Paweł II ogłosił ks. Jerzego Preca z Malty (1880 – 1926) błogosławionym a w następnym roku napisał List Apostolski o różańcu – “Rosarium Virginis Mariae”, w którym prawie w niezmienionej formie zatwierdził dla całego Kościoła Tajemnice Światła, ułożone przez ks. Preca. Podejście tego kapłana do modlitwy różańcowej było papieżowi bardzo bliskie. Kanonizacji bł. ks. Jerzego Preca dokonał w roku 2007 papież Benedykt XVI.

    ***

    W tym różańcowym miesiącu warto na nowo przeczytać LIST APOSTOLSKI ROSARIUM VIRGINIS MARIAE OJCA ŚWIĘTEGO JANA PAWŁA II O RÓŻAŃCU ŚWIĘTYM 

    ***

    Październik tradycyjnie poświęcony jest modlitwie różańcowej. Różaniec, pierwotnie znany pod nazwą Psałterza Najświętszej Maryi Panny, sięga swoimi korzeniami do XII wieku. Pierwsi pustelnicy wyznaczali sobie do codziennego odmawiania pewne ilości modlitw. Ułatwiali to sobie, posługując się sznurkami z węzełkami lub sznurkami z pętelkami lub kawałkami drewna. Taki różaniec podobno posiadał św. Pachomiusz i św. Benedykt z Nursji. Zaś sama nazwa różaniec wywodzi się od św. Dominika, uważanego powszechnie za ojca różańca. Legenda głosi że Matka Boża objawiła się Dominikowi i poleciła mu, aby odmawiał Psałterz Najświętszej Maryi Panny, czyli modlitwy złożonej ze 150 Zdrowaś Maryjo i 15 Ojcze Nasz. Dominik posłuchał Maryi, głosił słowo i przeplatał je rozważaniem połączonym z odmawianiem różańca. Odmawianie Psałterza Najświętszej Maryi Panny porównywano do ofiarowania Matce Bożej 150 róż, dlatego tę modlitwę nazwano „wieńcem z róż”, czyli różańcem. Dominik Alamus a la Roche ustalił liczbę 150 modlitw Zdrowaś Maryjo na wzór Księgi Psalmów, które podzielił na dziesiątki, każda przeplatana modlitwą Ojcze Nasz. Z czasem zaczęto łączyć odmawianie modlitwy z rozważaniem tajemnic z życia Chrystusa i Maryi. W wieku XVI ostatecznie ustalono 15 tajemnic, podzielonych na 3 części (Radosne, Bolesne i Chwalebne). Tak było do roku 2002, kiedy to św. Jan Paweł II dodał część IV różańca świętego – Tajemnice Światła.

    Ilekroć Maryja chciała przekazać światu swoje orędzie, objawiała się wybranym ludziom (najczęściej dzieciom) z różańcem w ręku i usilnie zachęcała do jego odmawiania. Tak było w Lourdes w roku 1858, tak było w Fatimie w roku 1917, tak było Meksyku czy Gietrzwałdzie i wielu innych miejscach. Wynika z tego, że modlitwa różańcowa jest dla Maryi szczególnie miła, a dla człowieka bardzo skuteczna. Wyrosła ona z Ewangelii i jest jej streszczeniem.

    Różaniec to z pozoru zwykła modlitwa. Modlitwa długa i nużąca. Ale tak nie jest ! Różaniec to nie jest zwykła modlitwa – to sposób na życie.  Odmawiając różaniec oddajemy wszystkie nasze radości i smutki – całe nasze życie – Maryi. Gdy zwracamy się do Niej z ufnością, możemy być pewni, że Ona wstawi się za nami u Swojego Syna – Jezusa Chrystusa. Różaniec jest zatem modlitwą zawierzenia, która kieruje nas przez Maryję do Jezusa. Odmówienie jednej części różańca trwa 25 minut… To jedyne 25 minut z 1440, jakie otrzymujemy od Boga każdego dnia.
    Spróbuj i Ty porozmawiać z Maryją trzymając w ręku różaniec.

    (ze strony parafii pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Męczennika w Cieślinie)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa, którą ukochałem

    Tak mówił o Różańcu tuż po wyborze na Stolicę Piotrową. A po 24 latach pontyfikatu pisał: „Towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczeń. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”.

    „Kiedy się modlił – dosłownie zatapiał się w Bogu” – mówił o swoim poprzedniku Benedykt XVI

    fot. L’OSSERVATORE ROMANO/East News

    ***

    Prostota i głębia. To rzadkie połączenie, a przecież piękne i pożądane. I w modlitwie, i w ogóle – w życiu. Błogosławiony Jan Paweł II widział te dwie cechy w modlitwie różańcowej. Dokładnie w 24. rocznicę pontyfikatu, czyli 16 października 2002 roku, podpisał utrzymany w bardzo osobistym tonie list „Rosarium Virginis Mariae”, w którym ogłosił Rok Różańcowy.

    Różańcowa rewolucja

    „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w życiu duchowym”, napisał papież. Podkreślił, że Różaniec jest „skarbem, który trzeba odkryć”. I zaskoczył świat po raz kolejny. (Choć wielu sądziło, że po roku 2000 ten wielki pontyfikat skazany jest już na powolne dogasanie). Do trzech tradycyjnych części Różańca Jan Paweł II dodał czwartą: tajemnice światła. Mała różańcowa rewolucja! Jak wyjaśnił w liście, chodziło o uzupełnienie, które pozwoliłoby objąć tajemnice życia Chrystusa między chrztem w Jordanie a męką. Różaniec stał się przez to bardziej jeszcze „modlitwą o sercu chrystologicznym”. W ten sposób Jan Paweł II zostawił trwały ślad swojego zamiłowania do Różańca w… samym Różańcu.
    „Człowiek modlitwy” – to hasło tegorocznego Dnia Papieskiego. Nigdy nie dotrzemy do całej prawdy o modlitwie Jana Pawła II. Jest taki poziom, do którego nikt nie ma dostępu. Ale ci, którzy go znali, podkreślają: on żył tak, jakby Bóg był jego najbliższym sąsiadem, tuż za ścianą. Modlitwa promieniowała na jego posługę, była w gruncie rzeczy częścią jego misji. Kto wie, czy nie najważniejszą?

    Był cały po tamtej stronie

    Świadkowie mówią, że modlitwa polskiego papieża miała w sobie coś z mistyki. Zmarły niedawno jego przyjaciel, kard. Andrzej Deskur, wspomina: „On żył, modląc się. Kiedy był w kaplicy, słychać było, jak rozmawia jakby z bliską osobą. Kiedy jako seminarzyści przebywaliśmy w kościele na modlitwie, każdy z nas prędzej czy później się rozpraszał. To naturalne i dotyczy prawie wszystkich, lecz nie jego. Karol wydawał się być cały po tamtej stronie, w innym wymiarze. Przebywał w świecie Boga. Nigdy nie zauważyłem roztargnienia podczas modlitwy. Papież modlił się sześć godzin dziennie. To było dla niego jak powietrze niezbędne do oddychania”.Jan Cielecki, ksiądz pochodzący z Niegowici, pierwszej parafii ks. Karola Wojtyły: „W ostatnich latach nie wypuszczał prawie z rąk różańca. Ale najbardziej rzucała się w oczy, i to od jego wczesnych młodych lat, inna cecha: zwykle modlił się, i to całymi godzinami, rozciągnięty na posadzce przed ołtarzem. Wielu ludzi z parafii dobrze to pamięta”.

    Benedykt XVI: „Zawsze uderzał mnie i budował przykład jego modlitwy: zanurzał się w spotkaniu z Bogiem, pomimo rozlicznych trudności swego posługiwania”. „Wystarczyło mu się przyglądnąć, kiedy się modlił – dosłownie zatapiał się w Bogu i wydawało się, że nic w takich chwilach nie istniało”. Enrico Marinelli, ochroniarz: „W czasie górskich spacerów nie rozstawał się z różańcem. Medytował, modlił się non stop. Dla mnie, zwykłego policjanta, to był wyraźny znak, że w tych górach można naprawdę zbliżyć się do Boga. Zauważyłem, że on nie wyjeżdżał w góry tylko po to, by wypocząć. Nie! On tam nieustannie się modlił na różańcu, pościł, a nawet umartwiał” .Ile części dziennie mógł odmawiać? „Myślę, że ze trzy części przynajmniej” – odpowiada abp Mieczysław Mokrzycki, osobisty sekretarz Jana Pawła II. „Różaniec był wszędzie; na postojach, wycieczkach, między audiencjami”. Te świadectwa mogą onieśmielać. A może i zawstydzać. Ale święci są i po to, by nas zawstydzać. Odsłaniają mizerię naszej duchowości i pokazują, że stać nas na więcej. Bóg oczekuje od nas więcej.

    Od Różańca do mistyki

    Można zaryzykować tezę, że to modlitwa różańcowa poprowadziła Jana Pawła w stronę mistyki. Jako młody chłopak zapisał się w krakowskich Dębnikach do Żywego Różańca. To tam poznał Jana Tyranowskiego, niezwykłego animatora róż różańcowych, który wprowadził młodego Wojtyłę w świat lektur wielkich mistyków.

    Cezary Sękalski, autor książki poświęconej Różańcowi, zwraca uwagę, że papieska reforma nie polegała tylko na dołożeniu nowych tajemnic światła. „W liście »Rosarium Virginis Mariae« zawarta jest genialna zmiana filozofii myślenia o różańcu! W Polsce jest milion osób w różach różańcowych. Z praktyki wiem, że najczęściej jest to modlitwa prośby. Traktujemy różaniec jak skuteczne narzędzie wypraszania łask. Jasne, to jeden z aspektów tej modlitwy, ale w różańcu zawarty jest też drugi, niesamowicie ważny aspekt: formacja i medytacja. Gdy Karol Wojtyła był w róży różańcowej, Jan Tyranowski robił swoim podopiecznym wykłady z duchowości św. Jana od Krzyża! Był to czas okupacji: spacerowali sobie po bulwarach wiślanych i rozmawiali o Bogu. Jeśli takie będą nasze róże różańcowe, to nie mam zastrzeżeń”. Nie wiem, czy róże różańcowe studiują dziś na spotkaniach dzieła Jana od Krzyża. Byłoby świetnie, gdybyśmy z lekcji Jana Pawła II zapamiętali, że Różaniec jest medytacją, rozważaniem tajemnic życia Jezusa i Maryi. „W powściągliwości swych elementów skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego”. Żyjemy w czasach, w których epatuje się szokującą, krzyczącą formą, za którą często nie ma nic. Różaniec jest symbolem zupełnie innego stylu. Nie musimy nic wymyślać, kombinować jak koń pod górę, wystarczy wziąć do ręki koronkę i dać się poprowadzić tej modlitwie, ostatecznie Bogu. Cudowne jest to, że – jak pisze papież – w dziesiątki Różańca możemy „wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości. Sprawy osobiste, sprawy naszych bliźnich, zwłaszcza tych, którzy są nam najbliżsi, tych, o których się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje niejako życiem ludzkim”.

    Powtórzmy papieską lekcję: Różaniec to powściągliwość i prostota formy, ewangeliczna głębia, pulsowanie ludzkiego życia. Błogosławiony Jan Paweł kończy swój list wezwaniem: „weźcie do rąk koronkę różańca”. I dodaje: „Oby ten mój apel nie popadł w zapomnienie niewysłuchany!”. W bieżącym numerze czytelnicy znajdą płytę z czterema częściami Różańca. Może nam ona pomóc modlić się w samotności, w samochodzie, na wycieczce… Głos Jana Pawła II przypomni nam, że święci, choć są już u Boga, są nadal z nami. Modlą się za nas i z nami! Mistyka? Owszem, a dlaczego nie?

    tekst ks.Tomasza Jaklewicza z 2011 r./Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – modlitwa, która jest egzorcyzmem

    ***

    Współczesny świat zdaje się nie pamiętać lub bagatelizować fakt, że ten ciemny, niepokojący byt istnieje i działa, sprowadzając na ludzkość ogromne, wręcz niewyobrażalne nieszczęścia… Dlatego tak gorącą potrzebą staje się właśnie dziś, teraz, ponowne odkrycie Różańca jako duchowej broni w walce ze złem. Warto uświadomić sobie, że na tym polu walki nie jesteśmy sami, bo gdyby tak było, już dawno ludzkość poniosłaby klęskę. Z tego, toczonego właśnie boju możemy wyjść zwycięsko jedynie z różańcem w ręku. Pamiętajmy: Piekło drży, gdy odmawiamy Zdrowaś Maryjo” – pisał ks .Jarosław Grabowski  w artykule „Jedyna taka broń” na łamach tygodnika „Niedziela” (22/2022)

    Różaniec to modlitwa, która jest skutecznym egzorcyzmem!

    Do historii przeszła audiencja św. Jana Pawła II dla Polaków w 1981 r., w czasie której papież wyjął z kieszeni różaniec i, pokazując go stojącym obok siebie, powiedział: „To jest egzorcyzm przeciw wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich” – pisał na łamach „Niedzieli” (41/2023) ojciec Oskar Michał Maciaczyk, franciszkanin.

    Opowiadał o tym także – ks. bp Zbigniew Kraszewski: podczas prywatnej audiencji dla Polaków, Jan Paweł II pochwalił praktykę odmawiania egzorcyzmu Leona XIII. Po chwili jednak wyjął z kieszeni swój różaniec i pokazując obecnym powiedział: Ale przecież to jest egzorcyzm przeciw wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich. Widząc zaskoczenie na twarzach dodał: Żebyście nie mieli wątpliwości, to ja w tej chwili nadaję różańcowi moc egzorcyzmu! (…) Papież ustanowił modlitwę różańcową egzorcyzmem, a Maryja potwierdziła to podczas objawień, ukazując tę modlitwę jako skuteczną broń przeciw wszelkiemu złu” (ks .Bogumił Nowosiadły „Nadzieja i życie” nr 58/2011).

    Różaniec „jest modlitwą, w której rozważa się tajemnice: wcielenia Syna Bożego, ogłaszania dobrej nowiny, męki, śmierci i Zmartwychwstania oraz życia ludu Bożego, do którego został posłany Duch Święty. Sam fakt kontemplacji Chrystusa, tajemnicy zbawienia, jednoczenia się z Chrystusem w poszczególnych misteriach Jego życia i przede wszystkim wyznawania wiary, iż On zmartwychwstał, jest czymś, co odpycha szatana. Warto przy tym pamiętać, że szatana dyskredytuje nie nasza siła, lecz zwycięstwo Jezusa Chrystusa” – pisze wspomniany ojciec Maciaczyk i dodaje modlitwa różańcowa jest egzorcyzmem również dzięki ważnej roli Maryi.

    Warto przywołać też słowa egzorcysty, które padły w Niepokalanowie w 2017 roku:

    „Moglibyśmy bez przerwy mówić, czym jest Różaniec. Jaka jest jego siła. Ja o tym bardzo dużo wiem, bo jestem egzorcystą. Ile diabeł porozrywał różańców. Jak on się boi Różańca. Pamiętajmy: Różaniec jest prywatnym egzorcyzmem człowieka. Nigdy nie wychodźmy z domu, żebyśmy w kieszonce, czy na palcu nie mieli Różańca (…)” /śp. ks. Jan Pęzioł, egzorcysta archidiecezji lubelskiej w Niepokalanowie, Wielkie Zawierzenie Niepokalanemu Sercu Maryi, 2017 r./

    radio Niepokalanów/30 września 2024 MaryjaModlitwaRóżaniec

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – modlitwa na czasy trudne

    Historia Różańca pokazuje, jak tej modlitwy używano, gdy Kościół przeżywał trudne chwile z powodu szerzenia się herezji. „Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.

    Bernardo Cavallino, „Wizja świętego Dominika”, ok. 1640 r.

    zasoby internetu/Gość Niedzielny

    ***

    Było to w święto św. Jana Ewangelisty. Święty Dominik modlił się w katedrze Notre Dame w Paryżu. Kilka chwil później miał wyjść przed znakomite audytorium, by wygłosić kazanie między innymi do profesorów paryskiego uniwersytetu. Krótkie spotkanie z Matką Bożą zmieniło jego misternie przygotowaną przemowę. Kunsztowna retoryka, precyzyjnie cyzelowane argumenty teologiczne poszły na bok: „Nadchodzi pora kazania, miałem przed sobą cały paryski Uniwersytet i wielu wielmożów. Oni słyszeli i widzieli wielkie znaki, jakich Pan dokonywał przeze mnie. Wchodzę na ambonę. Było to w dniu świętego Jana; ale odnośnie do tego Apostoła poprzestaję jedynie na stwierdzeniu, że zasłużył na wybranie go za opiekuna Królowej Nieba. Następnie tak mówiłem do swoich słuchaczy: »Panowie i dostojni Pedagodzy, jesteście przyzwyczajeni słuchać kazań kunsztownych i uczonych. Jeżeli chodzi o mnie, nie chcę kierować do was uczonych słów mądrości ludzkiej, ale ukazać wam Bożego Ducha i Jego cnoty«”. Cytat ze świętego Dominika pochodzi z najbardziej chyba zasłużonego w temacie Różańca dominikanina, bł. Alana de la Roche. Jego książka zatytułowana jest „De dignitate psalterii” („O godności psałterza”) – i nie, nie jest to błąd. Tak właśnie nazywano początkowo różańcową modlitwę. I chociaż cytowanego założyciela dominikanów przywykliśmy traktować jako inicjatora różańcowej pobożności, z legend warto wyłuskać potwierdzone fakty, by poznać prawdziwą historię Różańca.

    Poszukiwanie drogi

    Jakie jest podstawowe pragnienie człowieka, który uwierzył w Boga? Bez wątpienia: nieustanne przebywanie z Nim. To dość oczywiste, o ile faktycznie mówimy o uwierzeniu w Boga z całym emocjonalnym ładunkiem tego aktu, przeorganizowaniem życia i swojego myślenia o życiu. Stąd cierpienie mistyków, którzy tęskniąc do jak najpełniejszego zjednoczenia z Bogiem, wylewali łzy tęsknoty za niebem. „Ja tym umieram, że umrzeć nie mogę” – wyznała święta Teresa Wielka. Podkreślę jedynie, że niekoniecznie uważam tę postawę za najwłaściwszy sposób realizacji swojego chrześcijańskiego powołania, mowa jest jedynie o naturalnych odruchach, emocjach, które towarzyszą człowiekowi odkrywającemu Boga. To „nieustanne przebywanie” w naturalny sposób wyewoluowało w pragnienie odkrycia sposobu na nieustanne modlenie się. „Nieustannie się módlcie” – zachęcał święty Paweł Tesaloniczan (1 Tes 5,17) i od starożytności w rozmaity sposób wierzący usiłują na tę zachętę odpowiadać. Wielu robi to przez odejście na pustynię, gdzie zrodziła się tak zwana Modlitwa Jezusowa, polegająca na wielokrotnym powtarzaniu tych samych słów (między innymi wezwania: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym”), wspieranym często przez różnego rodzaju modlitewne sznury (znane również w innych religiach). Powtarzanie było metodą na zapamiętanie, ale i na przeniknięcie powtarzanej treści z ust do serca. Żyjący w IV wieku pustelnik Paweł z Teb chciał odmawiać każdego dnia 300 razy Modlitwę Pańską. Używał do tego miski z kamieniami – po każdym „Ojcze nasz” wyciągał z niej jeden kamyk. No cóż, ktoś, komu ta metoda nie kojarzy się z duchowością, skomentuje pogardliwym: „klepanie modlitw”. I może tak być, podobnie jak z odmawianiem Różańca. Co nie znaczy, że tak być musi.

    Po zmianach dokonanych przez Jana Pawła II (list „Rosarium Virginis Mariae” wprowadzający tajemnice światła do dotychczasowych trzech części Różańca) to skojarzenie nie jest już aż tak jasne, ale liczba 150 była bardzo istotnym motywem ukonstytuowania się modlitwy różańcowej taką, jaką znamy dziś. Chodzi oczywiście o liczbę psalmów Dawidowych w Piśmie Świętym. Ci z mnichów, którzy nie potrafili czytać, mogli w ramach wielokrotnej modlitwy w chórze w ciągu dnia odmawiać zamiast nich „Ojcze nasz”. W VIII wieku w Irlandii spowiednicy zadawali jako pokutę odmawianie takich pięćdziesiątek swoim penitentom, którzy albo byli analfabetami, albo nie znali języka łacińskiego. Taki „psałterz” wraz z rozwojem pobożności maryjnej zmienił się w XII wieku w „psałterz maryjny” – „Psalterium Beatae Virginis” (przed psalmami dodawano antyfony maryjne rozpoczynające się od łacińskiego pozdrowienia „Ave”), który w XIII wieku wyewoluował w nową formę, polegającą na powtarzaniu 150 razy „Zdrowaś, Maryjo”.

    Tajemnice i obrazy

    Popularność „psałterza maryjnego” niosła ze sobą, co oczywiste, niebezpieczeństwo – nazwijmy to współczesnym językiem – bezmyślnego klepania zdrowasiek. Zdecydowano się zatem na wprowadzenie krótkich dopowiedzeń odnoszących się do wydarzeń z życia Jezusa. „Nazywane klauzulami, były dodawane do każdego »Zdrowaś, Maryjo«” – napisał w artykule „Nowe spojrzenie na początki modlitwy różańcowej” ojciec Bogusław Kochaniewicz, dominikanin, dodając: „Po wypowiedzeniu imienia Jezus dodawano na przykład taką formułę: »którego starzec Symeon wzią­wszy w objęcia pobłogosławił, a Anna wdowa poznała.« Wprowadzenie do psałterza klauzul pomagało nie tylko w pobożnym recytowaniu psałterza, lecz również umożliwiało rozważanie tajemnic naszego zbawienia”.

    W tym miejscu konieczna jest pauza. „Tajemnice naszego zbawienia” są bowiem kluczem do zrozumienia, dlaczego Różaniec stał się modlitwą bardzo popularną wśród wiernych i polecaną przez papieży oraz z jakiej przyczyny tak często Matka Boża w swoich objawieniach prosi, nalega albo wręcz błaga, by go odmawiać. Chodzi o wartość najwyższą – zbawienie dusz.

    Po tym dopowiedzeniu na scenę ponownie zapraszamy świętego Dominika. Na obrazie Pedra Berruguete spogląda on w ogień. Płoną w nim heretyckie księgi albigensów. Niewielki stos rozdzielający heretyków od prawowiernych jest typową formą średniowiecznego „sądu Bożego”: katolickie księgi są odporne na płomienie, które pożerają nieprawowite tezy. Warto je przypomnieć. Chodzi o istnienie w świecie dwóch pierwiastków, dwóch królestw – królestwa dobra i królestwa zła, w opinii większości uznawanych przez katarów za równorzędne, z których każdy ma swojego boga. Prawdziwy Bóg stworzył jedynie to, co duchowe, wszystko zaś, co materialne, cielesne, pochodzi od diabła, „księcia tego świata”. Nie pierwsza to tego typu herezja, ale po raz pierwszy prowadząca aż tak wielu nie tylko do trwania w błędzie, ale i do praktycznego zaprzeczenia podstawowej wartości ludzkiego życia (a co za tym idzie, właściwej interpretacji całej historii zbawienia). Do tej sceny warto już dodać Różaniec.

    Teologia i obraz, czyli wizja Dominika

    Na jednym ze znanych obrazów Dominik całuje go z pobożną czcią. Podaje mu go Najświętsza Maryja Panna. Święta Katarzyna ze Sieny z drugiego planu w ekstazie spogląda w twarz Madonny, podobnie jak Dzieciątko Jezus, które zsuwa się z kolan Matki, chwytając małą dłonią różańcowy sznur. Trudno stwierdzić, ileż to razy i na jakie sposoby malowano tę scenę. „Wizja świętego Dominika” z ok. 1640 roku pędzla Bernarda Cavallino ma w sobie szczególny rys bliskości całej czwórki. Katarzyna zdaje się trochę „poza”, ale także Madonna i Jezus, i Dominik, namalowani w jednej linii, zdają się tworzyć całość. I choć różaniec mógłby być głównym bohaterem tej sceny, nie jest nim na pewno. To raczej mały Jezus o obfitych kształtach, wyraźnie cielesny, nonszalancko wręcz oparty o kolana Maryi, wpatrzony w Nią, jakby pytający wzrokiem, co właściwie Mama podaje temu dziwnemu człowiekowi z tonsurą na głowie. Ta kwintesencja człowieczeństwa Jezusa wpisuje się w narrację objawień, wyraźnie ukierunkowanych na bezwzględny priorytet prawdy o dwóch naturach w Chrystusie: boskiej i ludzkiej, o autentycznym wcieleniu, czyli o tym, co albigensi negowali. Tu dochodzimy do właściwej roli świętego założyciela dominikanów w krzewieniu modlitwy różańcowej. Według tradycji, w 1214 roku Matka Boża objawiła mu, że nabożeństwo Różańca św. jest najskuteczniejszym środkiem wybawienia Europy od błędnych nauk. „Widząc, że ciężar grzechów uniemożliwia albigensom nawrócenie, odszedł w lasy w pobliżu Tuluzy, gdzie modlił się bez przerwy przez trzy dni i noce” – napisał o tym wydarzeniu św. Ludwik de Montfort. I dodał: „Wówczas ukazała mu się Najświętsza Maryja Panna i powiedziała: »Drogi Dominiku, czy wiesz, jakiej broni chce użyć Błogosławiona Trójca, aby zmienić ten świat? (…). Chcę, abyś wiedział, że w tego rodzaju walce taranem pozostaje zawsze Psałterz anielski, który jest kamieniem węgielnym Nowego Testamentu. Jeśli więc chcesz zdobyć te zatwardziałe dusze i pozyskać je dla Boga, głoś mój Psałterz«”. Tak też święty Dominik zrobił. Udał się do katedry w Tuluzie i – jak kontynuuje św. Ludwik – „tak gorąco i przekonująco wyjaśniał znaczenie i wartość świętego Różańca, że niemal wszyscy mieszkańcy Tuluzy go przyjęli i odrzucili fałszywe wierzenia”. Ponoć w samej tylko Lombardii nawrócił około stu tysięcy albigensów.

    Ku nawróceniu świata

    – Ja tam nie zamierzam odmawiać Koronki do Miłosierdzia Bożego – stanowczo oznajmił mi przed laty pewien starszy pan. Zapytany dlaczego, odpowiedział, że koronka to jakieś nowe, ludzkie wymysły, a on chce „prawdziwej”, Bożej modlitwy, najlepiej takiej, która jest w Kościele znana od zawsze i nie ulegała zmianom. Przez wszystkie wieki wieków. Więc on odmówi Różaniec. Nie oponując, usiłowałem jednak delikatnie tłumaczyć, że zupełnie niedawno papież Jan Paweł II wprowadził pewne zmiany również w Różańcu, a poza tym on również jest wielkim czcicielem Miłosierdzia Bożego. Nie poskutkowało. Rozstaliśmy się w nerwach, a ja nigdy do końca nie zrozumiałem intencji mojego rozmówcy. Może chodziło o przywiązanie do tradycji? No cóż – po ogłoszeniu listu apostolskiego „Rosarium Virginis Mariae” należało jednak uznać, że nawet najdłużej istniejące w Kościele praktyki modlitewne mogą ewoluować. Dodanie tajemnic światła jako czwartej części było w istocie dopełnieniem tego, co rozpoczęło się przed wiekami. Ale najważniejsze jest jednak to, o czym papież w swoim liście napisał: „Matka Boża Różańcowa również w ten sposób prowadzi dalej swe dzieło głoszenia Chrystusa. Historia Różańca pokazuje, jak tej modlitwy używali zwłaszcza dominikanie, gdy Kościół przeżywał trudne chwile z powodu szerzenia się herezji. Dziś stoimy wobec nowych wyzwań. Czemuż nie wziąć znowu do ręki koronki z wiarą tych, którzy byli przed nami?”.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Strickland: modlitwa różańcowa to potężne nabożeństwo. Może być „sposobem życia”

    Amerykański biskup Joseph Strickland zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej. Podkreślił, że jest ona potężnym nabożeństwem, które prowadzi nas przez życie Jezusa Chrystusa. Dodał, że różaniec uczy każdego z nas pokory i może być „sposobem życia”.

    Biskup Joseph Strickland, do niedawna ordynariusz diecezji Tyler w Teksasie wygłosił w tym tygodniu przemówienie na trzecim dorocznym wiecu różańcowym Akademii św. Jana Bosko w Cumming w stanie Georgia. Biskup Strickland podkreślił jak ważną modlitwą jest różaniec i zaapelował o codzienne jej odmawianie. Hierarcha wskazywał, że różaniec może być „sposobem życia” dla wszystkich chrześcijan i jest potrzebny w naszych mrocznych czasach.

    Amerykański biskup podkreślał, że wszystkie katolickie modlitwy przypominają nam o odkupieńczym akcie Jezusa Chrystusa, ale najlepiej czyni to właśnie modlitwa różańcowa, co czyni go potężnym nabożeństwem.

    „Nauczyłem się, aby różaniec nie był tylko modlitwą, którą odmawiam każdego dnia, ale sposobem życia. To sposób podróżowania z Chrystusem” — powiedział biskup. Następnie przypomniał uczestnikom wiecu różańcowego, że my, jako ochrzczeni chrześcijanie, jesteśmy powołani do życia w łasce, nawet jeśli nie jesteśmy biskupami ani nawet księżmi. Jednym ze sposobów na życie w łasce jest modlitwa różańcem świętym.

    Podkreślając, że różaniec jest podróżą przez życie Chrystusa, hierarcha rozważał pierwszą tajemnicę różańca, Zwiastowanie, która pokazuje początek życia Naszego Pana. „Kiedy anioł Gabriel przychodzi, aby oznajmić Najświętszej Maryi Pannie, że została wybrana przez Boga, aby nosić Jezusa, Syna Bożego w swoim łonie, Maryja mówi „Tak”. Biskup Strickland zauważył, że to tutaj zaczyna się historia Jezusa i w tym samym miejscu zaczyna się nasza podróż w modlitwie różańcowej.

    Biskup Joseph Strickland podkreślił następnie, że filarami wiary katolickiej są Eucharystia i różaniec, nawiązując do wizji św. Jana Bosko, w której Kościół jest okrętem w straszliwej burzy. Jest on zakotwiczony do filaru Maryi i naszego Eucharystycznego Pana. „Potrzebujemy tych filarów w tym czasie wyzwań i głupoty, gdy zbyt wielu mówi: „Nie potrzebujemy Boga; możemy naprawić ten świat sami”. Świetnie sobie z tym radzimy, prawda?’” – wskazał hierarcha z USA.

    Były ordynariusz diecezji Tyler podkreślił następnie, jak modlitwa różańcowa uczy nas pokory i doceniania każdego życia. Zwrócił tu uwagę na problem aborcji dzieci nienarodzonych, który dotyka cały świat.  

    „Podobnie jak wszyscy z nas, Syn Boży uniżył się, aby zostać poczętym w łonie swojej matki, Maryi. Nie ma bardziej kruchego życia niż nowo poczęte ludzkie dziecko”. Zauważając ponownie, że Syn Boży uniżył się, aby zostać poczętym w łonie Najświętszej Maryi Panny i umarł w pokorze, poświęcając się na krzyżu, biskup powiedział, że różaniec przypomina nam, że nasze życie jest święte. „Więc wejście w Jego życie, w różańcu, możle pomóc nam nauczyć się, że nasze życie jest święte. I życie każdego dziecka poczętego w łonie jest święte, życie każdej kobiety noszącej to dziecko jest święte, życie każdego mężczyzny zaangażowanego w tę ciążę jest święte, różaniec uczy nas tego, jeśli tylko będziemy słuchać” – powiedział biskup Joseph Strickland.

    źródło: LifeSiteNews.com/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic  do Lourdes. Wieczorna procesja.

    III Archidiecezjalna Pielgrzymka Chorych, Niepełnosprawnych i Ich Rodzin z Katowic do Lourdes. Wieczorna procesja.
    fot. Krzysztof Błażyca/Gość Niedzielny

    ***

    Modlitwy jak z procy.

    Różaniec to modlitwa wyjątkowa

    Nikt nie odmawia Różańca samotnie. Obok zawsze stoi Maryja.

    Grota massabielska koło Lourdes, 11 lutego 1858 roku. 14-letnia Bernadeta Soubirous widzi „piękną Panią”. Z prawego ramienia „zjawy” zwisa różaniec. Dziewczyna boi się, ale nie jest to taki lęk, który skłania do ucieczki. Przeciwnie, chciałaby tu „zostać na zawsze”. Przychodzi jej na myśl, żeby się pomodlić. Sięga po różaniec, który ma zawsze przy sobie.

    „Uklękłam i chciałam się przeżegnać, ale nie mogłam unieść do czoła opadającej ręki” – opowie później. Tymczasem Pani staje obok, teraz już trzymając różaniec w dłoni, i czyni znak krzyża. „Wtedy i ja spróbowałam, i udało się” – relacjonuje dziewczyna. Zaczyna odmawiać Różaniec, lęk ustępuje. Pani przesuwa w palcach paciorki różańca jednocześnie z Bernadetą, uśmiechając się, ale nie wypowiada słów modlitwy „Zdrowaś, Maryjo” ani „Ojcze nasz”. Mówi natomiast razem z nią „Chwała Ojcu”, pochylając się z najgłębszym szacunkiem.

    Całe widzenie trwało tyle, ile potrzeba na odmówienie Różańca bez pośpiechu – bo też w istocie było to tylko odmówienie Różańca.

    Bezwładna ręka

    Będą kolejne spotkania, ale już to pierwsze pokazało, że Różaniec to modlitwa wyjątkowa. Szczegóły, które Bernadeta, wówczas jeszcze analfabetka, opowie o jej przebiegu w obecności widzianej na własne oczy Maryi, zadziwią teologów. Rzeczywiście to logiczne, że Maryja nie odmawiała „Ojcze nasz”, bo jest to modlitwa grzesznych śmiertelników, potrzebujących „chleba powszedniego”, wzywających Bożego przebaczenia i podlegających pokusom. Nie odmawiała też modlitwy „Zdrowaś, Maryjo”, bo nie pozdrawiałaby przecież sama siebie.

    Przebieg pierwszego objawienia Maryi w Lourdes zawiera wiele ważnych komunikatów. Choćby taki, że gdy odmawiamy Różaniec, Maryja staje obok nas i towarzyszy nam. Gdy przesuwamy paciorki, Ona robi to także. Gdy oddajemy chwałę Trójcy Świętej, Ona oddaje ją również, powtarzając z nami te same słowa: „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu”.

    A dlaczego na początku ręka Bernadety była bezwładna i zdołała uczynić znak krzyża dopiero, gdy zrobiła to Maryja?

    – Bardzo mnie to ucieszyło, gdy o tym kiedyś przeczytałem – mówi Andrzej, który od lat codziennie odmawia Różaniec. Dlaczego? – Bo uświadomiłem sobie wtedy, że już samo wykonanie znaku krzyża jest łaską. A skoro to mogę zrobić, to znaczy, że mam tę łaskę. I teraz najważniejsze: gdy z różańcem w dłoni zaczynam od przeżegnania się, wiem, że Maryja właśnie to zrobiła i będzie mi towarzyszyć. Gdyby było inaczej, nawet bym się nie zdołał przeżegnać – cieszy się. – Gdy człowiek o tym myśli, z większą uważnością i szacunkiem się modli – dodaje.

    Drugie spotkanie Bernadety z Maryją, 14 lutego, też było w gruncie rzeczy wspólnym odmówieniem jednej części Różańca – pięciu dziesiątek. Później Maryja przedstawiła główny cel modlitwy: o nawrócenie grzeszników. Trzykrotne wezwanie: „pokuty!” wytyczyło drogę do nawrócenia.

    Codziennie!

    Gdy pół wieku później milionowe armie w Wielkiej Wojnie rzuciły się sobie do gardeł, Maryja przyszła z tym samym wezwaniem do pokuty – i znów prosiła o odmawianie Różańca. „Odmawiajcie codziennie Różaniec, aby wyprosić pokój dla świata” – usłyszały w pierwszym objawieniu 13 maja 1917 roku dzieci z Fatimy. Dwa miesiące później Maryja ponownie poprosiła o codzienne odmawianie Różańca w intencji pokoju. Wtedy dzieci poznały modlitwę, zwaną dziś fatimską. Miały mówić po każdej tajemnicy: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”. Modlitwa ta stała się elementem modlitwy różańcowej. W sierpniu 1917 roku dzieci usłyszały: „Chcę, abyście nadal odmawiały Różaniec. Módlcie się, módlcie się wiele, czyńcie ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie na wieczne potępienie, gdyż nie mają nikogo, kto by się za nie ofiarował i modlił”. We wrześniu znów padło wezwanie do modlitwy różańcowej, a podczas ostatniego objawienia, 13 października 1917 roku, Maryja powiedziała o sobie: „Jestem Matką Bożą Różańcową”. W trakcie tego spotkania powiedziała także: „Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają Różaniec i pokutują za grzechy”. Potwierdzeniem autentyczności tego orędzia był zapowiedziany „cud słońca”.

    Maryja, wzywając do codziennego odmawiania Różańca, zrobiła to także w języku polskim. „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali Różaniec” – powiedziała do dwóch dziewczynek podczas jednego z pierwszych objawień w Gietrzwałdzie w 1877 roku. Matka Boża pojawiała się tam przez niespełna trzy miesiące, gdy ludzie modlili się na różańcu. Także Jej ostatnie słowa, wypowiedziane na zakończenie objawień, brzmiały: „Odmawiajcie gorliwie Różaniec”. Od tego Maryja uzależniała wysłuchanie wielu próśb, które przekazywały Jej dzieci.

    Niebiańskie pochodzenie

    Różaniec pojawia się w wielu objawieniach Maryjnych. Czym więc jest ta modlitwa, skoro Matka Zbawiciela tak często do niej nawołuje? Pius XII w encyklice Ingruentium malorum porównał Różaniec do procy, z którą Kościół jak Dawid „będzie mógł wyjść naprzeciw swojego odwiecznego wroga”. W tej samej encyklice papież pisał: „Chociaż istnieje wiele rodzajów modlitwy, aby otrzymać tę pomoc, uważamy Różaniec za najbardziej właściwą i najbardziej owocną, na co wyraźnie wskazuje jej pochodzenie – bardziej niebiańskie niż ludzkie”.

    Niebiańskie pochodzenie Różańca? Sceptyk powiedziałby, że to modlitwa monotonna i nudna, automatyczna i infantylna, niegodna dorosłego człowieka. Albo że to przeżytek z czasów, gdy dostęp do Biblii był ograniczony choćby przez analfabetyzm.

    Kto odkrył Różaniec, wie, że jest inaczej. Albino Luciani, późniejszy Jan Paweł I, powiedział kiedyś, że „nie jest sprawą naczelną kryzys Różańca, lecz kryzys modlitwy w ogóle”. Ludzie, zajęci sprawami materialnymi, niewiele dziś myślą o duszy i żyją w hałasie, nie znajdując paru minut na życie wewnętrzne. Przyszły papież zakwestionował też postawę „dorosłego chrześcijanina” na modlitwie. „Osobiście, gdy rozmawiam sam z Bogiem lub z Maryją, wolę się czuć dzieckiem aniżeli dorosłym; znika infuła, piuska i pierścień. Na wakacje wysyłam dorosłego biskupa, z jego dostojną powagą i autorytetem należnym temu stanowisku! I oddaję się tej spontanicznej czułości, jaką ma dziecko dla mamy i taty” – wyznał.

    Odnosząc się do zarzutu, że Różaniec jest powtarzaniem wciąż tych samych słów, przywołał słowa Karola de Foucauld: „Miłość wyraża się kilkoma tylko słowami, zawsze tymi samymi, wciąż powtarzanymi”.

    Luciani podkreślił ważność czytania Biblii, lecz „nawet ci, którzy ją czytają, powinni potem, w niektórych sytuacjach – w podróży, na ulicy czy gdy zajdzie szczególna potrzeba – rozmawiać z Matką Bożą – jeśli się wierzy, że jest nam Ona Matką i Siostrą” – stwierdził, zaznaczając, że „w gruncie rzeczy tajemnice Różańca, gdy się je rozważy, przemyśli (…), są niczym innym jak właśnie Biblią, samą esencją Biblii”.

    Oponenci mówią, że Różaniec to modlitwa zubożona. „A co w takim razie ma być modlitwą bogatą?” – pyta przyszły Jan Paweł I, żeby następnie stwierdzić: „Różaniec to procesja »Ojcze nasz« – modlitwy, której nauczył nas Jezus; »Zdrowaś« – pozdrowienia, jakie Bóg skierował do Przenajświętszej Panny za pośrednictwem anioła; »Chwała« – pochwały Trójcy Przenajświętszej”. W jego przekonaniu „Różaniec wyraża wiarę bez fałszywych komplikacji, wykrętów, nadmiaru słów; pomaga poddać się woli Bożej i nauczyć się, jak przyjmować cierpienie”. Zwraca też uwagę na znaczenie Różańca odmawianego w rodzinie. „Odmawiany wieczorem przez rodziców wraz z dziećmi jest formą liturgii rodzinnej” – zauważa.

    Koresponduje to z wezwaniem Maryi w Fatimie. Odpowiadając na prośbę Łucji o łaskę dla pewnej rodziny, Matka Boska powiedziała: „Niech codziennie, przez rok, odmawiają Różaniec w rodzinie”. Gdy rodzina przez rok odmawia Różaniec, zapewne zechce go odmawiać aż do śmierci. I najpewniej będzie to śmierć szczęśliwa.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O. Jacek Salij OP: Różaniec bronił nas przed niejedną armią i ideologią

    fot. Screenshot – YouTube (Dominikanie.pl)

    ***

    o. Jacek Salij OP:

    Różaniec bronił nas przed niejedną armią i ideologią

    Bez niego nasza historia wyglądałyby całkiem inaczej. Bronił nas przed niejedną armią i ideologią.

    Pierwszym wielkim papieżem różańcowym był św. Pius V. W wydanej 17 września 1569 roku konstytucji apostolskiej Consueverunt Romani Pontificeszaleca on różaniec jako szczególnie skuteczną modlitwę błagalną w czasie zagrożeń i utrapień.

    Luter i Turcy

    Papież niewątpliwie miał na myśli ówczesne rozdarcie chrześcijaństwa po wystąpieniu Marcina Lutra oraz narastające wtedy zagrożenie ze strony Turków, którzy nie ukrywali, że następnym ich celem po zdobyciu Konstantynopola jest zdobycie Rzymu.

    „Biskupi rzymscy oraz inni święci ojcowie, nasi poprzednicy ilekroć trapiły ich wojny cielesne bądź duchowe, albo kiedy zagrażały im inne niebezpieczeństwa, mieli zwyczaj z tym większym pokojem i żarliwością służyć i oddawać się Bogu, aby tym łatwiej uniknąć zagrożeń i uzyskać bezpieczeństwo. Błagali o Bożą pomoc, swoimi prośbami i litaniami wzywali wstawiennictwa Świętych, i wraz z Dawidem wznosili oczy ku górom, mając niezachwianą nadzieję, że stamtąd przyjdzie im pomoc” – pisał Pius V.

    Papież wspomniał ponadto, że powtarzając „stosownie do liczby Psalmów Dawida sto pięćdziesiąt Pozdrowień Anielskich, z Modlitwą Pańską przy każdej dziesiątce, medytuje się, czci i rozmyśla o całym życiu Pana naszego Jezusa Chrystusa”.

    Przesadą byłoby jednak twierdzić, a twierdzenie takie można spotkać w niektórych książkach poświęconych historii różańca, jakoby dopiero w konstytucji apostolskiej Consueverunt Romani Pontifices ustalona została ostateczna forma tej modlitwy. Wydaje się, że duszpasterskie znaczenie tej konstytucji polega przede wszystkim na podkreśleniu wielkiej skuteczności różańca.

    Zwycięstwo pod Lepanto

    Rzecz jasna, kiedy wkrótce potem niebezpieczeństwo tureckie zaczęło coraz bardziej narastać, różaniec stał się szczególnie ważną modlitwą o ocalenie, przełomowe zaś – dwa lata później, 7 października 1571 – zwycięstwo nad znacznie liczniejszą flotą turecką pod Lepanto zaczęło być przypisywane potędze modlitwy różańcowej. Żywe odtąd, również dzisiaj, przeświadczenie, że różaniec jest modlitwą szczególnie skuteczną, stało się nieustannym źródłem jego popularności w Kościele.

    Odnotujmy jeszcze, że szczególnym owocem zwycięstwa pod Lepanto, który wiele przyczyniał się do popularności modlitwy różańcowej, było ustanowione przez następcę Piusa V, Grzegorza XIII, dekretem z 1 kwietnia 1573 święto Matki Bożej Różańcowej. Papież nakazał obchodzić je – wyraźnie zaznaczając, że jest to podziękowanie Bogu za ocalenie od niebezpieczeństwa tureckiego – w każdą pierwszą niedzielę października.

    W każdym katolickim kościele głoszone było dzięki temu świętu rok rocznie kazanie zachęcające do odmawiania różańca, w wielu zaś kościołach ważną formą popularyzacji tej modlitwy były urządzane z okazji tego święta procesje różańcowe.

    8760 godzin

    W wiekach następnych, kilka inicjatyw oddolnych oraz dwie wielkie inicjatywy papieskie wciąż na nowo odświeżały i pogłębiały w Kościele pobożność różańcową. Najpierw wymieńmy założony za pontyfikatu Urbana VIII (1623-1644) przez dominikanów włoskich, Petroniusza Martini oraz Tymoteusza Ricci, tzw. „różaniec wieczny”.

    Jego idea polegała na tym, żeby Matka Najświętsza była czczona nieustanną modlitwą różańcową i w tym celu 8760 godzin, jakie składają się na jeden rok, rozdzielano między tyluż ludzi. Do inicjatywy, niegdyś ogromnie popularnej zwłaszcza we Włoszech i w Hiszpanii, przyłączył się sam papież Urban VIII, któremu przypadła ostatnia godzina przed północą każdego 22 maja.

    Ustalona przez inicjatorów „różańca wiecznego” zasada, że każda z 8760 godzin powinna być obsadzona przez innego modlącego się istotnie utrudniała rozwój tej inicjatywy, toteż – w połowie XIX wieku, za sprawą Augustyna Charbon – zrezygnowano z cyklu całorocznego na rzecz cyklu comiesięcznego.

    Żywy różaniec i róże

    Bez porównania większą popularność uzyskał założony w Lyonie przez Paulinę Marię Jaricot w roku 1826 i po dziś dzień popularny „żywy różaniec”, polegający na organizowaniu się w piętnastoosobowe grupy, zwane „różami”, zobowiązujące się do codziennego odmawiania jednej dziesiątki różańca, tak żeby wszyscy razem – ponieważ każdy z członków „róży” medytuje inną tajemnicę – odmówili cały różaniec.

    Rzecz jasna, po wprowadzeniu przez Jana Pawła II „tajemnic Światła” róże powinny być teraz dwudziestoosobowe.

    W wieku XIX Kościół miał drugiego po św. Piusie V papieża, który okazał się wielkim promotorem różańca. Był nim Leon XIII (1878-1903), autor wydanej 1 września 1883 roku encykliki Supremi apostolatus, w której zalecił całemu Kościołowi codzienne nabożeństwa różańcowe przez cały miesiąc październik.

    Papież ten wydał później jeszcze kilkanaście następnych encyklik różańcowych. Jeśli pamiętać o tym, że wówczas nie odprawiano Mszy świętych wieczorem, łatwo domyślić się, że ten sposób zachęcania do modlitwy różańcowej okazał się wyjątkowo skuteczny, tak że od czasów Leona XIII różaniec stał się w Kościele naprawdę modlitwą powszechnie znaną.

    Odnotujmy różańcową działalność rozpoczętą za pontyfikatu Leona XIII i pod jego wpływem wielkiego charyzmatyka świeckiego, bł. Bartolo Longo (1841-1926), budowniczego bazyliki w Nowej Pompei, który propagował ideę, że modlitwa różańcowa powinna owocować czynami życia chrześcijańskiego, a zwłaszcza miłosierdziem wobec ubogich.

    Odmawiajcie codziennie

    Do tego dodajmy różańcowy charakter najważniejszych objawień maryjnych. W roku 1858 Matka Najświętsza kilkanaście razy objawia się małej Bernadecie Soubiroux, zawsze z różańcem w ręku. Różańcowy charakter objawień w Fatimie w roku 1917 jest tak znany, że nie trzeba o tym przypominać.

    Również w Gietrzwałdzie w roku 1877 Matka Najświętsza przekazała wizjonerkom swoje życzenie, żeby ludzie codziennie odmawiali różaniec.

    Rzecz jasna, wszystkie te wydarzenia pomogły wielu ludziom odkryć znaczenie, piękno i moc modlitwy różańcowej.

    Sowieci się wycofali

    W wieku XX zwłaszcza dwie oddolne inicjatywy różańcowe zasługują na odnotowanie i pamięć. Najpierw, podjęta przez ojca Patryka Peytona na początku II wojny światowej Krucjata Różańca Rodzinnego, którego główna idea sprowadzała się do tego, że poszczególne rodziny zobowiązywały się odmawiać codziennie przynajmniej jedną dziesiątkę różańca.

    W Polsce, szczególnie zasłużonymi promotorami tej krucjaty byli, od roku 1958, dwaj dominikanie: Szymon Niezgoda i Reginald Wiśniowski. Obaj przeprowadzili setki różańcowych rekolekcji, w wyniku których setki tysięcy rodzin podjęły się codziennie odmawiać różaniec.

    Na szczególną pamięć zasługuje ponadto krucjata różańcowa o wolność ojczyzny, zainicjowana w roku 1948 przez dawnego niewierzącego, który po swoim nawróceniu został franciszkaninem, ojca Piotra Pawliczka. Około siedemset tysięcy ludzi zobowiązało się wtedy codziennie odmawiać różaniec.

    Po siedmiu latach modlitwy krucjata została uwieńczona spektakularnym zwycięstwem: 13 maja 1955, a więc dokładnie w rocznicę objawień fatimskich, władze ZSRR – bez żadnego politycznego powodu – podjęły decyzję wycofania swych wojsk z Austrii. W czasach komunizmu był to jedyny przypadek dobrowolnego wycofania się Sowietów z okupowanego przez nich kraju.

    o. Jacek Salij OP/info.dominikanie.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec Święty – potężna broń o sprawdzonej skuteczności

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    (fot. pixabay)

    ***

    Środek zbawienia, jeden z najbardziej potężnych i skutecznych, jakie oferuje nam Boża Opatrzność przeciwko szatanowi i jego naśladowcom, którzy pragną zguby dusz. Różaniec rozwiązuje niezliczone problemy, zapewnia wieczne zbawienie i przybliża Królestwo Niepokalanego Serca Maryi.

    Kiedy Łucja zapytała Przenajświętszą Dziewicę w dniu jej ukazania się, 13 października 1917 w Fatimie, czego pragnie, Ona odpowiedziała: „Chcę ci powiedzieć, aby zbudowano tu kaplicę na moją cześć. Jestem Matką Boską Różańcową. Odmawiajcie w dalszym ciągu codziennie Różaniec.”

    W wielu objawieniach Matka Boża zalecała nabożeństwo do Różańca, ale szczególnie w Fatimie podkreślała znaczenie tej praktyki modlitewnej jako środka potrzebnego do nawrócenia świata. Przedstawiła się też jako Pani Różańca.

    Czy może być większe nabożeństwo?

    Na pytanie to odpowiada nam sam św. Ludwik Maria Grignion de Montfort (1673 – 1716), wielki apostoł Przenajświętszej Maryi, który pisze: „Najświętsza Dziewica objawiła bł. Alanowi, że po Najświętszej Ofierze Mszy Świętej, która jest pierwszą i najbardziej żywą pamiątką Naszego Pana, nie ma praktyki wspanialszej i wyjednującej większe łaski od Różańca Świętego, który jest jakby drugą kommemoracją i przedstawieniem Życia i Męki Chrystusa.”

    Istnieją liczne dokumenty papieskie wychwalające doskonałość Różańca Świętego. W nich to Papieże niestrudzenie polecają to nabożeństwo.

    Nabożeństwo Różańca Świętego – cudowne dzieje

    Według tradycji Matka Boża objawiła nabożeństwo Różańca Świętego św. Dominikowi Guzmanowi w roku 1214 jako środek wybawienia Europy od herezji. Chodziło o albigensów, którzy rozprzestrzeniając się niczym śmiertelna epidemia zarażali swymi błędami inne kraje – od północnych Włoch do okolic Albi w południowej Francji. Stąd pochodzi nazwa nadana tym heretykom, znanym także jako katarzy (od greckiego słowa oznaczającego „czysty”). Tym mianem, pełnym pychy, określali oni samych siebie.

    Byli niczym wilki w owczych skórach. Przedostawali się do środowisk katolickich, aby skuteczniej oszukiwać i zyskiwać sympatię. Heretycy ci wyznawali między innymi panteizm, wolną miłość, chcieli zniesienia bogactwa, hierarchii społecznej i własności prywatnej. Podobieństwo ich do współczesnych komunistów jest aż nazbyt wyraźne.

    Różne regiony XIII-wiecznej Europy zostały skażone herezją albigensów, a wszelkie wysiłki katolików zmierzające do ich powstrzymania okazywały się daremne. Heretycy po zdobyciu wielu dusz, zburzeniu wielu ołtarzy i przelaniu ogromnej ilości katolickiej krwi wydawali się ostatecznie zwyciężać.

    Św. Dominik (założyciel Zakonu Dominikanów) odważnie zaangażował się w walkę przeciwko sekcie albigensów, ale nie udało mu się powstrzymać naporu heretyków, którzy nadal deprawowali wiernych katolików. Ci, którzy próbowali się oprzeć, byli mordowani.

    Zrozpaczony św. Dominik błagał Najświętszą Dziewicę, aby wskazała mu jakąś skuteczną broń duchową, zdolną do zniszczenia straszliwych wrogów Kościoła Świętego.

    Najlepsza artyleria przeciwko szatanowi i jego naśladowcom

    Ściskając w ręku potężną broń, jaką w istocie był Różaniec, św. Dominik wrócił do walki głosząc niestrudzenie we Francji, Włoszech i Hiszpanii nabożeństwo, którego nauczyła go sama Matka Boża i wszędzie odzyskiwał dusze. Katolicy letni stawali się żarliwi, gorliwi uświęcali się, a zakony rozkwitały. Św. Dominik nawrócił rzesze heretyków, którzy wyrzekając się błędów powrócili do Kościoła katolickiego, grzesznicy zrywali z grzechami i odprawiali pokutę, wyrzucał demony z opętanych, czynił cuda i uzdrawiał. Tylko w samej Lombardii ów potężny krzyżowiec Różańca nawrócił ponad 100 000 albigensów. Wszystko to za pomocą najskuteczniejszej artylerii przeciwko szatanowi i jego sługom: Różańca Świętego.

    Broń zwyciężająca zło

    Tę tajemniczą broń Bóg umieszcza w dłoniach swych wiernych żołnierzy, walczących z szatanem i jego sługami krążącymi po świecie na zgubę dusz. Ta potężna broń jest dostępna dla wszystkich katolików (czcicieli Niepokalanej). Za jego pośrednictwem otrzymujemy ochronę przed zakusami diabła i gotowi jesteśmy stawić czoła wszelkim trudom życia.

    Zapewnia nas o tym sam św. Ludwik Maria Grignion de Montfort: „Choćbyście się znaleźli nad brzegiem przepaści, choćbyście mieli już jedną nogę w piekle, choćbyście się nawet zaprzedali diabłu jak jaki czarownik, choćbyś był heretykiem zatwardziałym i uporczywym jak szatan, wcześniej czy później nawrócicie się i zbawicie się, jeżeli – powtarzam wam, a zważcie dobrze słowa i treści mojej rady – będziecie pobożnie odmawiali Różaniec Święty każdego dnia aż do śmierci, w celu poznania prawdy i otrzymania skruchy i przebaczenia waszych grzechów”.

    Potrzeba stałego odmawiania Różańca Świętego

    W dzisiejszych dniach również jesteśmy zagrożeni ze wszystkich stron. My i nasi bliscy doświadczamy trudności duchowych i materialnych. Nasz kraj jest ciągle w niebezpieczeństwie, a kryzysy stale narastają. Wzrasta też poczucie zagrożenia. Święty Kościół katolicki jest atakowany przez szatana i przeciwników zewnętrznych oraz wewnętrznych chcących go zniekształcić, a wreszcie całkowicie zniszczyć.

    Czy nie potrzebujemy nowych cudów? Oczywiście, że tak i to jak najrychlej! W tym celu winniśmy gorąco się o nie modlić. Dlaczego nie mielibyśmy posłużyć się ową potężną „artylerią” Różańca Świętego, który od wieków ratuje chrześcijaństwo i katolików z najgorszych opałów? Różaniec jest modlitwą prostą, krótką i tyleż przyjemną, co skuteczną.

    Różaniec jest najpiękniejszą i najcenniejszą ze wszystkich modlitw do Pośredniczki wszelkich łask i modlitwą najbliższą sercu Matki Bożej. Módlcie się na nim codziennie”.

    Papież św. Pius X

    Korzyści i łaski, jakie możemy uzyskać odmawiając Różaniec Święty z rozważaniem tajemnic

    ˇ wznosi nas niepostrzeżenie ku doskonałemu poznaniu Jezusa Chrystusa
    ˇ oczyszcza nasze dusze z grzechów
    ˇ pozwala nam zwyciężać naszych nieprzyjaciół
    ˇ ułatwia nam praktykowanie cnót
    ˇ rozpala naszą miłość do Jezusa Chrystusa
    ˇ uzdalnia nas do spłacania naszych długów wobec Boga i wobec ludzi
    ˇ wreszcie, wyjednuje nam od Boga wszelkiego rodzaju łaski

    św. Ludwik Maria Grignion de Montfort

    PCh24pl/artykuł ukazał się w 1. numerze „Przymierza z Maryją”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Karolina Grabowska/Pexels

    Najczęstsze błędy podczas odmawiania różańca. Nie popełniaj ich!

    Jak odmawiasz różaniec? Sprawdź, jakich błędów nie popełniać przy modlitwie różańcowej.

    Modlitwa różańcowa – jedna z najpopularniejszych, najbardziej skutecznych i najbardziej lubianych przez wierzących modlitw. To właśnie jej odmawianie poleciła sama Matka Boża.

    Okazuje się jednak, że jej odmawianie nie jest taką prostą sprawą, a podczas modlitwy może się wkraść kilka ważnych błędów, których nie warto popełniać. O czym mowa?

    Osobą, która przyczyniła się do upowszechnienia modlitwy różańcowej był francuski święty Ludwik Maria Griñon de Montfort. Był ogromnym miłośnikiem i czcicielem Matki Bożej, stąd jego zamiłowanie do modlitwy różańcowej. Stworzył nawet dzieło jej poświęcone pt. „Przedziwny sekret różańca świętego, aby się nawrócić i zbawić”. Zachęcał on, by każdego dnia rozważać poszczególne tajemnice odkupienia, zawarte właśnie w tajemnicach różańca.

    Modlitwa różańcowa. Jakich błędów nie popełniać?

    Aby dobrze odmówić różaniec, po wezwaniu Ducha Świętego stań przez chwilę w obecności Boga (…). Przed rozpoczęciem dziesiątki zatrzymaj się dłużej lub krócej, w zależności od czasu, jakim dysponujesz, aby rozważyć tajemnicę, którą sławisz w tej dziesiątce i proś zawsze w owej tajemnicy, przez wstawiennictwo Matki Bożej, o jedną z cnót, która najmocniej w niej promieniuje lub o tę, której najbardziej potrzebujesz – pisał święty.

    Ludwik Maria Griñon de Montfort zwrócił uwagę na dwa najczęstsze błędy, które popełniają odmawiający różaniec. Pierwszy to taki, że nie wzbudzają oni w swoim sercu żadnej intencji. Jest to ważny element modlitwy, ponieważ dodanie intencji nadaje odmawianiu różańca jeszcze większy sens. Drugi natomiast błąd to taki, aby nie modlić się zbyt szybko i bezrefleksyjnie. Różaniec wymaga ciszy i spokoju, aby był odmawiany w sposób godny i właściwy.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gdy odmawiasz różaniec, zyskujesz odpust. Ale pod jednym warunkiem

    Gdy odmawiasz różaniec, zyskujesz odpust. Ale pod jednym warunkiem

    fot. Gianna B. / Unsplash

    ***

    Różaniec jest jedną z najbardziej lubianych przez Polaków modlitw. Czasem to zwykła dziesiątką w drodze do pracy czy na uczelnię, czasem cała część odmawiana w parafialnej wspólnocie, czasami – tak zwana pompejanka. Za każdym razem, gdy odmawiamy różaniec, jesteśmy obdarowywani łaską odpustu, ale pod jednym warunkiem: musimy mieć najpierw taką intencję. 

    Odpust za różaniec. Jak to działa?

    Odpust według nauki Kościoła to darowanie konsekwencji grzechów, które popełniliśmy. Część z nich dotknie nas w czyśćcu, ale części doświadczamy – czasem bardzo boleśnie – już teraz, gdy skutki naszych grzechów psują nam życie, niszczą relacje, kradną radość i nie pozwalają się pozbierać.

    Właśnie od konsekwencji grzechów uwalniają nas wyznaczone przez Kościół czynności, które mają budować naszą relację z Bogiem, pogłębiać życie duchowe, wspierać naszą pobożność i nas nawracać. Część z odpustów związana jest z konkretnymi świętami czy miejscami, inne z modlitwami i aktami pobożności. I właśnie do tych drugich należy różaniec.

    W wykazie odpustów zupełnych i cząstkowych, podanych przez Penitencjarię Apostolską 29 czerwca 1969 roku, znajdujemy kilka związanych z różańcem. 

    Za publiczne odmówienie różańca zyskasz odpust zupełny

    Za odmówienie różańca w kościele, kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu (wystarczy odmówić tylko jedną część różańca) zyskujemy odpust zupełny; natomiast za odmówienie poza tymi miejscami lub wspólnotami – odpust cząstkowy – podaje wykaz Penitencjarii. Co więcej, gdy nie odmawiamy całej części różańca, już za samo pobożne przeżegnanie się i wypowiedzenie słów: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen zyskujemy odpust cząstkowy, podobnie jak za odmówienie wyznania wiary. 

    Co mówi o odpustach kościelne prawo?

    Choć może się to wydać zaskakujące, kwestię uzyskiwania odpustów reguluje m.in. kodeks prawa kanonicznego. To w nim znajdujemy definicję odpustu, która brzmi następująco: “Odpust jest to darowanie wobec Boga kary doczesnej za grzechy odpuszczone już co do winy. Otrzymuje je wierny, odpowiednio przygotowany i po wypełnieniu pewnych określonych warunków, przez działanie Kościoła, który jako sługa odkupienia autorytatywnie rozporządza i dysponuje skarbcem zadośćuczynień Chrystusa i świętych.” (Kan. 992). W kolejnych kanonach (993-997) czytamy, że odpust jest cząstkowy albo zupełny, zależnie od tego, czy uwalnia od kary doczesnej należnej za grzechy w części lub całości, a każdy wierny może zyskiwać odpusty czy to cząstkowe, czy zupełne albo dla siebie, albo ofiarowywać za zmarłych na sposób wstawiennictwa.

    Zdolna do uzyskania odpustu jest tylko osoba, która została ochrzczona, nie jest ekskomunikowana i znajduje się w stanie łaski, przynajmniej pod koniec wypełniania przepisanych czynności, powinna też mieć przynajmniej intencję zyskania odpustu oraz wypełnić w określonym czasie i we właściwy sposób nakazane czynności.

    KPK / Archidiecezja łódzka / mł / Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Historia świata dowodzi, że Różaniec ma potężną moc

    O Różańcu jako modlitwie biblijnej, potężnej, przyczyniającej się do zmiany życia, ponadczasowej i umacniającej jedność w duchu pokoju pisze dla portalu Polskifr.fr ks. dr hab. Janusz Lekan, prof. KUL z Katedry Chrystologii i Personalizmu Chrześcijańskiego, członek Polskiego Towarzystwa Mariologicznego. 7 października obchodzimy wspomnienie Matki Bożej Różańcowej.

    Pełny tekst rozważania:

    Świat, w którym żyjemy myśli, że mając bogactwa można zawładnąć wszystkim: ludzkim sumieniem, życiem, sposobem myślenia. A my wiemy, gdzie jest prawdziwa siła: w obecności Boga, który jedynie ma moc zbawić, dać człowiekowi to, czego naprawdę potrzebuje. Co ma z tym wspólnego prosty różaniec? 

    To modlitwa, która stawia nas w obecności Boga. W niej rozważamy tajemnice naszego zbawienia. Dzięki tej modlitwie stajemy się obecnymi w tych tajemnicach, które przenikają nasze życie wiary i przemieniają nas.

    Różaniec jest modlitwą biblijną 

    Jako dzieci Boże rozmawiamy z Ojcem niebieskim słowami, jakich nauczył nas Jezus Chrystus. Powtarzamy i medytujemy słowa, jakie Anioł wypowiedział do Maryi i jakie Elżbieta skierowała do Maryi przychodzącej jej z pomocą. To pozwala nam stać się obecnymi w tych dialogach: rozważać wiarę Maryi i Jej odwagę zawierzenia się Bogu; medytować hymn uwielbienia Boga, jaki wyśpiewała Maryja w domu Elżbiety i Zachariasza. Wreszcie uwielbiamy Trójcę Świętą: niezgłębiona tajemnica wiary, objawiona nam przez Jezusa.

    Różaniec jest modlitwą potężną

    Zaświadcza to historia ogólnoświatowa, jak i historia indywidualna wielu ludzi. Październik stał się miesiącem modlitwy różańcowej od wydarzenia spod Lepanto w zatoce Korynckiej. Był rok 1571. Olbrzymia flota turecka wyruszyła na podbój Europy. Żadne chrześcijańskie państwo nie miało tylu okrętów, by stawić jej czoła. Sułtan turecki był pewien zwycięstwa. Mówił, że z bazyliki św. Piotra zrobi stajnię dla swych koni. Wtedy papież Pius V zarządził wielką błagalną modlitwę różańcową. I wtedy wbrew przewidywaniom wojskowym 7 października niewielka flota hiszpańska i wenecka odniosły druzgocące zwycięstwo nad flotą turecką. Stało się jasne, że była to interwencja Matki Bożej. Papież Pius V zdecydował, że fakt ten nie powinien być zapomniany i ustanowił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które nazwano potem świętem Matki Bożej Różańcowej.

    Różaniec przyczynił się również do zmiany życia konkretnych ludzi, którzy stali się potem jego wielkimi propagatorami 

    Takim był Bartłomiej Longo, Włoch, urodzony w 1841 r. Wychowany w pobożnej rodzinie, doskonale wykształcony, ale w czasie studiów jego wiara uległa załamaniu. Wstąpił do sekty spirytystycznej, stał się „kapłanem” szatana, oddając mu swoją duszę. Doprowadziło go to na skraj obłędu. Bóg zesłał mu jednak dobrych przyjaciół, którzy pomogli mu wrócić na łono Kościoła. Po obronie doktoratu z prawa wrócił w rodzinne strony i w ramach pokuty zaczął pomagać biednym i chorym. Gnębiły go jednak wyrzuty sumienia, popadł w rozpacz i bliski był samobójstwa. Wtedy usłyszał w sercu słowa bliskiego mu zakonnika, powtarzającego za Maryją: „Ten, kto propaguje mój różaniec, będzie zbawiony”. I spełnił te słowa. Razem z mieszkańcami wybudował kościół w Pompejach, który stał się potężnym sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. Bartłomiej szerzył też, przekazaną w objawieniu Matki Bożej Nowennę Pompejańską. Założył czasopismo „Różaniec i Nowe Pompeje”, które po dziś dzień jest drukowane i rozprowadzane na całym świecie.

    Różaniec dziś

    Różaniec w znanym dziś kształcie zatwierdził papież Pius V w 1569 r. Do roku 2002 składał się z trzech części: radosnej, bolesnej i chwalebnej po pięć tajemnic w każdej. Papież Jan Paweł II 16 października 2002 r. listem apostolskim „Rosarium Virginis Mariae” dodał do różańca tajemnice światła, zapełniając lukę między dzieciństwem Pana Jezusa i Jego męką. Zaznaczył w tym dokumencie, że „różaniec należy do najlepszej i najbardziej wypróbowanej tradycji kontemplacji chrześcijańskiej”. Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd „modlitwie serca” czy „modlitwie Jezusowej”, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu. Papież zastrzegł, że „choć różaniec ma charakter maryjny, to jest modlitwą o sercu chrystologicznym”. „Skupia w sobie głębię całego przesłania ewangelicznego, którego jest jakby streszczeniem. W nim odbija się echem modlitwa Maryi, Jej nieustanne <Magnificat> za dzieło odkupieńcze Wcielenia, rozpoczęte w Jej dziewiczym łonie” – napisał.

    Sięgajmy po różaniec

    Trzymając go w dłoniach i rozważając tajemnice naszego zbawienia utwierdzamy się w prawdzie, że choć życie wieczne jest darem Boga, to musi być również w naszych rękach. Jak paciorki stanowią jeden różaniec, tak nasza modlitwa umacnia całą wspólnotę modlącego się Kościoła, za który każdy z nas jest odpowiedzialny. Niech ta prosta modlitwa staje się źródłem pokoju: na świecie i w naszych sercach.

    Fronda.pl/Polskifr.fr

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Różaniec – historia i teologia

    Samplefot. Anuja Tilj/Unsplash

    ***

    Październik jest miesiącem modlitwy różańcowej. Tradycja tej modlitwy sięga średniowiecza. Różaniec łączy w sobie prostotę i głębię, duchowość chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu. Papież Leon XIII mówił, że jest on „streszczeniem całej Ewangelii

    Modlitwa różańcowa, jaką znamy dziś, kształtowała się przez wiele wieków. Tradycja monastycznej modlitwy zwraca uwagę na ciągłą potrzebę trwania w Bożej obecności. Wschodni chrześcijanie, wzrastając w tradycji medytacji, wprowadzili powtarzanie wybranych słów Pisma: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu” czy „Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną”. Czyniono to w rytm oddechu, posługiwano się często kamykami, by zliczyć ilość powtórzeń i pomóc w skupieniu.

    Powoli powstawały różne nurty modlitwy medytacyjnej, powiązanej z kultem oddawanym Bogurodzicy. Znana nam w obecnej formie modlitwa Ave Maria (Zdrowaś Maryjo) ukształtowała się dopiero około XIII i XIV w., kiedy to najpierw powiązano ze sobą ewangeliczne słowa pozdrowienia anielskiego oraz słowa św. Elżbiety. Epidemie „czarnej śmierci”, dziesiątkujące ludzi w średniowiecznej Europie, spowodowały, że do pozdrowienia dołączono następnie prośbę do Maryi o modlitwę za „nas grzesznych teraz i w godzinę śmierci naszej”. Zdarzało się, że odmawiano pięćdziesiąt czy sto razy Zdrowaś Maryjo między innymi na pamiątkę dzieła stworzenia świata. Stopniowo utarło się stosowanie stu pięćdziesięciu wezwań do Maryi. W Europie rozpowszechnił ją św. Dominik, założyciel Zakonu Kaznodziejskiego.

    Ważną rolę w rozpowszechnianiu różańca odgrywają dominikanie, którzy uczą, jak się modlić, odwołując się przy tym do rozważań biblijnych. Bretoński dominikanin bł. Alain de la Roche porządkuje rozmaite tradycje i upowszechnia podział różańca (nazywa go Psałterzem Jezusa i Maryi) na piętnaście dziesiątków (jedno Ojcze nasz, dziesięć Zdrowaś) podzielonych na trzy części.

    Od XV wieku rozkwitają także bractwa różańcowe, dla których pierwszy statut opracował w 1476 r. przeor dominikańskiego kościoła św. Andrzeja z Kolonii. Znamy też jeden z pierwszych obrazów różańcowych (ok. 1500 r.), przedstawiający Maryję z Dzieciątkiem trzymającym w ręku różaniec, obok których klęczą św. Dominik i męczennik Piotr z Werony; pod płaszczem opieki Maryi zgromadzeni są licznie duchowni i świeccy. Za przyczyną żyjącego w XVI w. kartuza Dominika z Prus zaczyna rozpowszechniać się legenda o św. Dominiku, który otrzymał od Maryi sznur różańcowych pereł jako broń w duchowej walce z herezją albigensów. Przez długi czas powstanie różańca kojarzono z postacią św. Dominika, który miał go „otrzymać” od samej Matki Bożej podczas objawienia.

    Widać jednak, że różaniec powstawał przez wieki i nie sposób przypisać jego genezę jednemu objawieniu czy człowiekowi. Niewątpliwie jednak Zakon św. Dominika, wędrowni kaznodzieje, którzy przemarzali Europę, ogromnie przyczynił się do rozpowszechnienia tej modlitwy.

    Oficjalnie jednolity Różaniec Najświętszej Maryi Panny zatwierdza papież (też dominikanin) św. Pius V w 1569 r., a później, na pamiątkę zwycięstwa chrześcijan nad Turkami pod Lepanto, ustanawia dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej. Na różańcu modli się, zalecając go jednocześnie innym, wielu papieży, między innymi Leon XIII, bł. Jan XXIII, Paweł VI, aż przychodzi czas obecnego pontyfikatu. Jan Paweł II wpisuje się w ciągłość nauki o znaczeniu różańcowej modlitwy, a w liście „Rosarium Virginis Mariae” (RVM) z 2002 r. uzupełnienia ją przez dodanie rozważań tajemnic światła.

    Zarys teologii różańca

    Różaniec jest modlitwą co najmniej dwupoziomową. Pierwszy poziom urzeczywistnia się przez stosowanie specjalnej techniki modlitewnej: rytmicznym powtarzaniu formuły. Dzięki melodyce i rytmowi słów, serce i umysł mogą oczyścić się z natłoku uczuć i myśli, a skoncentrować na sprawach Bożych. Przywoływanie słów Modlitwy Pańskiej czy Pozdrowienia Anielskiego pozawala, by w sercu doświadczać bardziej opieki świętych osób. Powtarzanie jest jedną z metod pomagającą przez kontemplację wspominać i uobecniać Osoby Boże, a w powiązaniu z Nimi także Maryję. Przywoływanie imienia ukochanej osoby pozwala zobaczyć, że podobnie jak w centrum modlitwy Zdrowaś Maryjo tkwi słowo „Jezus”, imię Zbawiciela może przenikać nasze życie.

    Nasza pamięć przywołuje ukochaną Osobę, rozmawiamy z Przyjacielem, jakby „oddychamy uczuciami Chrystusa” (RVM 15), a to powoduje zacieśnienie więzów przyjaźni. By przyjaźń wzrastała, trzeba „przegadać” wiele godzin! Powracanie do ukochanej osoby nie nuży, ale umacnia, podobnie jak trzykrotne wyznanie miłości do Zmartwychwstałego ze strony Piotra (RVM 26). Poziom rytmicznego powtarzania jest ściśle związany z używaniem paciorków, które pomagają odmierzać rytm modlitwy i dają szansę skupienia się.

    Metoda modlitwy na różańcu znajduje liczne interpretacje i omówienia, z których na uwagę szczególną zasługuje „List o Różańcu” (RVM) Jana Pawła II. Co prawda, jak uczy św. Augustyn, kiedy dzięki jakiejś metodzie kontaktujemy się z Bogiem, to w rzeczywistości nie możemy na tym spocząć. Gdybyśmy się zatrzymali na określonym sposobie kontaktu, to poprzestalibyśmy na metodzie, a nie na żywym Bogu, którego żadna droga, metoda czy forma objąć i wyczerpać nie może. Bóg jest zawsze dalej, zawsze bardziej, zawsze inaczej niż pozwalają sięgnąć możliwości jego stworzeń. Jednakże w nauce wielu mistrzów duchowych słyszymy, iż metody, o ile nie „ubóstwiają” same siebie, służą pomocą w tym, co nazwać i określić nie sposób, czyli w osobowym spotkaniu z żywym Bogiem. Więź z Chrystusem, która jest celem, może być osiągana za pomocą różnych metod, spośród których szczególnie wartościową jest różaniec.

    Różaniec łączy prostotę i głębię. „Rozwinięty na Zachodzie, jest modlitwą typowo medytacyjną i odpowiada poniekąd modlitwie serca czy modlitwie Jezusowej, która wyrosła na glebie chrześcijańskiego Wschodu” (RVM 5). Poziom medytacyjnego powtarzania, zaczerpnięty z tradycji wschodniej, łączy się z rozważaniem i kontemplacją tajemnic życia Jezusa i całej Trójcy Św. oraz Maryi i innych świętych, które są przedmiotem tzw. tajemnic czterech części różańca.

    Tajemnice różańca są określane mianem miniaturowej Biblii. Trudno przecenić ich rolę w kształtowaniu biblijnej świadomości katolików. Najbardziej dotyczą nauki o Jezusie Chrystusie. Dokonane niedawno papieskie uzupełnienie wypełnia pewną chrystologiczną lukę. Otóż tajemnice radosne opisują akt Wcielenia oraz dzieciństwo Jezusa. Bolesne odsyłają nas do Jego męki i śmierci. Część chwalebna przypomina o tym, że nasz Pasterz wrócił do życia i jest zmartwychwstały. Dodanie tajemnic światła rozwija wymiar chrystologiczny, wnikając w tajemnice publicznego życia Chrystusa. Ewangelii i tak nie sposób wyczerpać. Wskazanie na chrzest w Jordanie, początek znaków w Kanie Galilejskiej, głoszenie Dobrej Nowiny i wzywanie do nawrócenia, Góra Przemienienia i ustanowienie Eucharystii pomagają nam zobaczyć, że bogactwo tajemnicy Chrystusa staje przed nami otworem.

    Nie jesteśmy zatem ograniczeni piętnastoma, czy nawet dwudziestoma tajemnicami różańca. Pozostajemy otwarci na nie dającą się domknąć przestrzeń głębi Bożej tajemnicy (Kol 2,2-3), tajemnicy, która przewyższa wszelką wiedzę (Ef 3,19). Gdy wspominamy, wraz z Maryją, życie Chrystusa, światło łaski pozwala nam dostrzec w Nim nie tylko Boga, ale misterium człowieka, godność jego poczęcia, narodzin, nauki, wesela, pracy czy śmierci (25).

    e-KAI.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pocałunki dla Maryi

    „Zdrowaś Maryjo” i „Pod Twoją obronę” to najbardziej znane modlitwy maryjne. Czy znamy ich historię i rozumiemy słowa?

    Papirus z fragmentami „Pod Twoją obronę” z III wieku znajduje się zbiorach Biblioteki Rylandsa w Manchesterze.

    (zasoby internetu)

    *
    Najstarszą modlitwą do Maryi jest „Pod Twoją obronę”. Co do tego nie ma wątpliwości. Jej najstarszy rękopis, znaleziony w Egipcie, pochodzi z III wieku. „Zdrowaś Maryjo”, bazująca prawie w całości na słowach z Biblii, choć wydaje się bardziej pierwotna, weszła w krwiobieg modlitwy Kościoła kilka wieków później. To „Pod Twoją obronę” otwiera wspaniałą tradycję pobożności maryjnej. Uroczystość Wniebowzięcia NMP to dobra okazja, by przypomnieć ich historię i pomedytować nad treścią. W nich bowiem wyraża się geniusz katolickiej maryjności.

    Modlitwa zagrożonych

    „Pod Twoją obronę” powstała najprawdopodobniej jako hymn liturgiczny Kościoła w Egipcie. Niektórzy uczeni twierdzą, że powstanie tej modlitwy należy przesunąć na IV wiek ze względu na występujący w niej termin Theotokos (pol. Bogarodzica), który rzekomo nie mógł być znany tak wcześnie. To prawda, że Kościół uznał poprawność teologiczną tytułu Theotokos dopiero na Soborze Efeskim w 431 r., ale wcześniej pojawiał się on w pismach ojców Kościoła. „Pod Twoją obronę” jest świadectwem tego, że tytuł Bożej Rodzicielki był też obecny w modlitwie Ludu Bożego. Oprócz najstarszego greckiego tekstu znane są jej starożytne wersje w językach koptyjskim, syryjskim, armeńskim i łacińskim.

    Najstarsza wersja w tłumaczeniu na polski brzmi tak: „Uciekamy się pod obronę Twego miłosierdzia, Bogarodzico. Nie gardź naszymi prośbami, ale w potrzebach naszych od wszelkiej zguby zachowaj nas, jedyna czysta i błogosławiona”. W tekście łacińskim (i potem w polskiej upowszechnionej wersji) słowo „miłosierdzie” zostało zamienione na „obrona” (łac. praesidium – oznacza także garnizon, załogę, straż). Dopiero w XI wieku, z inspiracji św. Bernarda z Clairvaux, poszerzono tekst modlitwy o inwokację do Maryi jako Pani, Orędowniczki, Pośredniczki i Pocieszycielki oraz o prośbę o pojednanie z Jej Synem, także polecenie Mu i ofiarowanie wiernych.

    Treść modlitwy wskazuje, że powstała ona w sytuacji zagrożenia. To modlitwa Kościoła poddanego prześladowaniom ze strony Rzymu. Dziś w Egipcie i na terenach bliskich Ziemi Świętej chrześcijanie nadal doświadczają ucisku ze strony islamistów. Wołanie o ratunek pozostaje aktualne. „Pod Twoją obronę” jest z jednej strony świadectwem, że chrześcijanie od początku widzieli w Maryi nie tylko Matkę Chrystusa, ale i swoją duchową Matkę. Tę, która ze względu na bliskość z Jezusem może im pomóc, może ich ochronić. W ikonografii zobrazowaniem modlitwy „Pod Twoją obronę” stało się przedstawienie Maryi, która rozpościera płaszcz swojej opieki nad ludźmi w potrzebie.

    Od strony teologicznej „Pod Twoją obronę” akcentuje trzy prawdy. Po pierwsze tytuł Theotokos podkreśla Boże macierzyństwo Maryi. Ten tytuł ma swoje uzasadnienie w tajemnicy Bożego narodzenia i może być poprawnie rozumiany tylko w kontekście prawdy o wcieleniu („Słowo stało się ciałem”). Maryja, rodząc Syna, zrodziła nie tylko człowieka, ale także wcielonego Boga. W tym sensie jest Bogarodzicą. Termin Theotokos rodził opory. Protestował przeciwko niemu Nestoriusz. Nurt tego protestu, zwanego nestorianizmem, został odrzucony na Soborze Efeskim. Druga rzecz, „Pod Twoją obronę” zwraca uwagę na fakt, że Maryja została wybrana przez Boga dzięki specjalnej łasce. Wskazują na to słowa „jedyna błogosławiona”. Trzeci ważny element to określenie „jedyna czysta”. Kryje się tu intuicja niepokalanego poczęcia oraz trwałego dziewictwa Matki Jezusa.

    Archanioł Gabriel, Elżbieta i my

    Słowniki podają, że „Zdrowaś Maryjo” (łac. Ave Maria) stało się powszechnie używaną modlitwą już w XII wieku. Miałbym ochotę napisać nie tyle „już”, ile „dopiero” w XII wieku. Początkowo odmawiano tylko pierwszą jej część, tę biblijną, do słowa „Jezus”. Dopiero w XV wieku dodano słowa prośby: „Święta Maryjo, Matko Boża…”.

    Nazywamy tę modlitwę Pozdrowieniem Anielskim, ale jej biblijny korzeń to nie tylko słowa Gabriela ze zwiastowania, ale także słowa Elżbiety ze sceny nawiedzenia. Trzecia część „Zdrowaś Maryjo” występuje tylko w tradycji łacińskiej. Zaczęło się pojawiać pod koniec średniowiecza. W czasach Soboru Trydenckiego zakończenie „Zdrowaś Maryjo” było już szeroko rozpowszechnione. W 1566 roku dodatkowe słowa modlitwy pojawiły się w katechizmie trydenckim. W ten sposób „Zdrowaś Maryjo” przybrało swoją formę odmawianą do dziś.

    W XI wieku rozwija się praktyka powtarzania serii zdrowasiek. Ten wieniec modlitw, przyrównywanych do bukietu róż, zostanie nazwany Różańcem. Święty Ludwik Grignion de Montfort pisze: „»Zdrowaś Maryjo« dobrze odmawiane, czyli uważnie, z nabożeństwem i pokorą, jest według świadectwa świętych nieprzyjacielem szatana, którego zmusza do ucieczki, jest młotem, który go miażdży, jest uświęceniem duszy, radością aniołów, śpiewem wybranych, pieśnią Nowego Testamentu, radością Maryi i chwałą Trójcy Przenajświętszej. »Zdrowaś Maryjo« jest rosą niebieską, która czyni duszę urodzajną; jest czystym i pełnym miłości pocałunkiem, jaki składamy Maryi; jest czerwoną różą, którą Jej ofiarujemy, kosztowną perłą, którą Jej składamy w ofierze; jest czarą ambrozji i boskiego nektaru, który Jej dajemy”.

    Piękno, poezja, miłość, kobiecość, walka ze złem, Bóg i człowiek – wszystko to genialnie łączy się w katolickiej maryjnej pobożności. Feministki powinny to docenić. I nie tylko one. •

    Zdrowaś Maryjo

    (łac. Ave) – to staropolskie tłumaczenie oryginalnego biblijnego }chaire. Anioł Gabriel, Boży wysłannik, zwiastując Maryi wieść o Jej wyjątkowej misji, zwraca się do Niej tym słowem jako pozdrowieniem. Chaire oznacza dosłownie „raduj się”. To zgodne z biblijną logiką. Proroctwa zapowiadające Mesjasza zawsze łączyły się z wezwaniem do radości, np.: „Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem!” (Za 9,9). Imienia Maryi nie ma w pozdrowieniu anioła, ale w modlitwie z oczywistych względów zostało one dodane.

    łaski pełna

    (łac. {gratia plena) – tak tłumaczone jest inne greckie słowo kecharitomene. Jest to imiesłów bierny od czasownika charito, oznaczającego „przemieniać kogoś przez łaskę”. Maryja jest obdarowana nadobficie przez Boga, dlatego piękna. W tym słowie ukrywa się prawda o Jej niepokalanym poczęciu. Ze względu na swoje powołanie Maryja została uchroniona od grzechu pierworodnego.

    Pan z Tobą

    – to wyrażenie pojawia się w Biblii w scenach powołania np. Mojżesza czy proroków. Zadania powierzane przez Boga ludziom przekraczają ich możliwości, ale to sam Bóg zapewnia swoją obecność i siłę. Słowa „Pan z Tobą” już po zgodzie Maryi (po Jej fiat) nabierają jeszcze głębszego sensu. Pan jest nie tylko z Nią, ale w Niej – jako wcielony Bóg żyjący w Jej łonie.

    błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus

    – można powiedzieć, że te słowa są wkładem Elżbiety w treść „Zdrowaś Maryjo”. Łukasz pisze, że był to wręcz okrzyk brzemiennej kobiety, która uradowała się wizytą swojej młodszej krewnej i rozpoznała w Niej Matkę Pana (Łk 1,42). Staropolskie „żywot” nie oznacza życia, ale łono. Ewangelista zwraca uwagę, że Elżbieta mówiła pod wpływem Ducha Świętego. Brzemienna Maryja, wchodząc do domu Elżbiety, wnosi w jej życie wcielonego Boga – Zbawiciela, którego nosi pod sercem, owoc Jej łona. To zapowiedź jej misji – przynoszenie ludziom Jezusa. Sama błogosławiona jest błogosławieństwem dla innych, dla świata, dla mnie i ciebie. Niesie swojego Syna, Zbawiciela – największe błogosławieństwo dla człowieka. Słowa Jezus nie wypowiada Elżbieta. Zaczęto je dodawać później. W ten sposób imię Jezus stało się centrum modlitwy. Oddziela ono część biblijną od prośby modlącego się Kościoła.

    Święta Maryjo, Matko Boża

    – tym wezwaniem ropoczyna się modlitwa, którą dopisano do słów archanioła Gabriela i Elżbiety. Maryja zajmuje pierwsze miejsce w Litanii Wszystkich Świętych jako Matka Boża (Theotokos). Wszystkie dogmaty o Maryi (niepokalane poczęcie, dziewictwo, wniebowzięcie) mają swoją przyczynę w prawdzie o Bożym macierzyństwie.

    módl się za nami grzesznymi

    – te słowa przypominają modlitwę celnika, który pokornie błagał o miłosierdzie Boże. Maryja została zachowana od grzechu. My, grzeszni, szukamy u Niej wstawiennictwa, pomocy w naszej niedoli. Sobór Watykański II wyjaśnia: „Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo ustawicznie zjednuje nam dary zbawienia wiecznego. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, póki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny” (KK 62). Sobór zwraca też uwagę, że Jej misja niczego nie ujmuje działaniu Chrystusa, jedynego Pośrednika.

    teraz i w godzinę śmierci naszej

    – te słowa przenoszą nas pod krzyż Jezusa. Maryja była przy śmierci swojego Syna ze swoją miłością i modlitwą. Będzie i przy naszej śmierci. Każde „Zdrowaś” przypomina o naszej śmiertelności. Nie wiemy, ile zostało nam czasu między „teraz” a godziną śmierci. Nie wolno odkładać rzeczy najważniejszych na później.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytywaliśmy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Te katechezy były propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary.

    Dla zainteresowanych tymi spotkaniami – można je znaleźć na zakładce:

    Katecheza dla dorosłych – katecheza.kosciol.org

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    ___________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Tadeusz Guz wzywa:

    Katolicy muszą bronić podstawowych prawd!

    (ks. prof. Tadeusz Guz (PCh24TV – Polonia Christiana/YouTube)

    ***

    Ks. prof. Tadeusz Guz w mocnych słowach zwrócił uwagę, że we współczesnym świecie fałszowane i zakłamywane są kluczowe fakty, definiujące człowieka, jego naturę i miejsce w świecie. Zadaniem Kościoła jest ocalić prawdę o kobiecie, mężczyźnie, małżeństwie, macierzyństwie i narodzie – podkreśla wykładowca KUL.

    Znany i ceniony filozof oraz teolog z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego zwrócił uwagę, że świadomość współczesnych Polaków deprawują dziś karykaturalne ideologie. Dlatego konieczna jest odważna obrona podstawowych faktów o człowieku, rodzinie i narodzie.

     Żeby ocalić prawdę o kobiecie i mężczyźnie, oraz że jedna kobieta i jeden mężczyzna tworzą związek małżeński, zaplanowany przez odwiecznego Boga-Kreatora; że oni jako rodzice współpowołują dzieci do istnienia wraz z Panem Bogiem, który stwarza każdemu człowiekowi w łonie matki odrębną, osobową podmiotową duszę i ducha – wyjaśnia ks. prof. Tadeusz Guz.

    W jego opinii jako Polacy i katolicy musimy się dzisiaj zmagać o tak podstawowe i naturalne prawdy jak człowiek – osoba, będąca podmiotem prawa.

    – Jak również o to, że istnienie rodziny, małżeństwa i nas, jako narodu polskiego to jest efekt porządku Boskiego, a nie karykaturalnych ideologii – zaznacza ks. prof. Tadeusz Guz.

    Wyraziste słowa lubelskiego duchownego i myśliciela są częścią filmu „Orędownik Polski”, poświęconemu kultowi i nieprzemijającej roli oraz misji w historii Polski św. Andrzeja Boboli. Film ten wkrótce będzie miał premierę na kanale Wydawnictwa Biały Kruk na platformie Youtube. Tam też można już znaleźć wypowiedź ks. prof. Tadeusza Guza, będącą fragmentem tej produkcji. 

    źródło: bialykruk.pl/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kardynał Eijk: Drogą Kościoła nie jest reformizm, ale rzetelne nauczanie i godna liturgia.

    ***

    Prymas Niderlandów kard. Willem Jacobus Eijk nie sądzi, by reformizm mógł przynieść Kościołowi katolickiemu wiele dobrego. W jego ocenie przyszłość katolicyzmu leży zupełnie gdzie indziej.

    Kardynał Eijk, choć jest Holendrem, prezentuje konsekwentnie konserwatywne spojrzenie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość Kościoła.

    O ideach reformistycznych wyraził się krytycznie na łamach magazynu „Communio”

    To prestiżowe czasopismo założono w 1972 roku z inicjatywy Hansa Ursa von Balthasara, Józefa Ratzingera oraz Henry’ego de Lubaca. Było odpowiedzią na progresywny kurs nieco młodszego czasopisma „Concilium”, w którym publikowali wymienieni autorzy.

    Od dziesiątków lat „Communio” stanowi przestrzeń dyskusji teologicznej, która kształtuje rzeczywistość Kościoła katolickiego w epoce posoborowej. „Communio” od początku miało charakter międzynarodowy i było wydawane również w Polsce, jakkolwiek z racji na jego genezę pozostaje najważniejsze dla dyskusji teologicznej w krajach germańskich, w tym w Holandii. 

    Prymas Niderlandów udzielił niderlandzkiej edycji „Communio” obszernego wywiadu. Dziennikarze pytali go między innymi o jego ocenę reform, które chce wdrażać Kościół w RFN w ramach Drogi Synodalnej. W ocenie holenderskiego purpurata przyjęty tam kierunek jest głęboko błędny.

    – Mogą Państwo dowiedzieć się właśnie od Kościoła w Niderlandach, że jest to błąd. Ten, kto wprowadza zamieszanie, odpycha ludzi od Kościoła. W ten sposób nikogo nie uda się Państwu przyciągnąć. Chciałbym powiedzieć biskupom innych krajach: nie popełniajcie tych samych błędów, które myśmy popełnili. Kościoły są pełne w tych parafiach, w których dobrze głosi się wiarę i gdzie liturgia jest godnie sprawowana. Chodzi o to, by postawić Chrystusa w centrum. Kiedy ludzie odkrywają Chrystusa i lepiej rozumieją Pismo Święte, będą mogli lepiej zrozumieć również nauczanie Kościoła – powiedział.

    Kardynał wskazał, że niemiecka Droga Synodalna wykazuje duże podobieństwo do Synodu Duszpasterskiego Niderlandzkiej Prowincji Kościelnej, który obradował w latach 1966 – 1970. Tamten synod rozpoczął się wśród wielkiego entuzjazmu i stawiał sobie liczne reformistyczne cele, na przykład zniesienie obowiązku celibatu. Ostatecznie nic z tego nie wyszło.

    Prymas Niderlandów odrzucił też koncepcję podejmowania zróżnicowanych regionalnie i kulturowo decyzji w tak kluczowych kwestiach, jak na przykład dostęp kobiet do sakramentu święceń.

    – Słowo «synod» pochodzi od greckiego «syn», czyli razem, oraz «hodos», czyli droga. Musimy iść wspólną drogą i nie możemy oddalać się od Kościoła powszechnego. Papież podkreślił to w roku 2019 w swoim „Liście do pielgrzymującego Kościoła w Niemczech”. Jeżeli zatracimy jedność przepowiadania, Kościół utraci wiarygodność. W Niderlandach w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat zgromadziliśmy bardzo wiele złych doświadczeń dotyczących dwuznaczności i zamieszania. Ludzie mieli wrażenie, że Kościół sam nie wie, czego chce – wskazał.

    Hierarcha został też zapytany o niderlandzki eksperyment zbudowania społeczeństwa bez Boga. Wskazał na fundamentalne problemy, które ten eksperyment przyniósł.

    – W mojej ocenie sekularyzacja oznacza, że osoba człowieka nie stoi już w centrum, a państwo w coraz większej mierze decyduje o prawach podstawowych. Tam, gdzie wcześniej panowało przekonanie o stworzeniu człowieka na obraz Boży, co wiązało się z przysługiwaniem człowiekowi nieodwoływalnych praw, dzisiaj to państwo przejęło rolę. Przykładem na to jest legalizacja i szerokie rozpowszechnienie aborcji. Wydaje się, że życie ma coraz mniejszą wartość. Dramatycznie wzrasta liczba przypadków eutanazji – od tysiąca pięciuset w roku 1991 aż do nawet 10 000 w tym roku. Prawie 40 proc. małżeństw kończy się rozwodem, co oznacza dla rozwodników oraz ich dzieci bardzo często wielkie emocjonalne obciążenie. Próbuje się rozszerzyć badania na embrionach i tak zmienić prawodawstwo, by zezwolić dzieciom w wieku 16 lat samodzielnie zmieniać płeć w dokumentach – podkreślił.

    – Te zmiany społeczne mają dalekosiężne skutki. Nabrzmiewający indywidualizm prowadzi do osamotnienia, zwłaszcza w przypadku ludzi starszych. Również wielu ludzi młodych czuje się zdezorientowanych i cierpi na problemy psychiczne, często uwarunkowane brakiem wartości. Społeczny eksperyment ustanowienia porządku etycznego bez Boga w dłuższej perspektywie zakończy się klęską – zaznaczył kardynał Eijk.

    (Cały wywiad można przeczytać również w internetowej, niemieckojęzycznej edycji „Communio”)

    PCh24.pl/źródło: Herder.de

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Być kobietą, być kobietą. Jak Maryja

    W czym kobiecie najbardziej jest do twarzy?

    Miłość, dobroć, pokora, rozwaga to atrybuty, z którymi jest pięknie każdej kobiecie. Spędzamy godziny na pielęgnowaniu cery, włosów, paznokci, wszystko po to, byśmy były piękniejsze. No i dobrze! Dla nas samych, naszego samopoczucia, dla bliskich, dla męża naprawdę warto. Są jednak takie cechy, które czynią nas piękniejszymi i nie wymagają od nas wielu godzin spędzonych w salonach piękności.

    Miłość

    Wydaje się, że z tą sobie jeszcze radzimy. Przychodzi sama, naturalnie, wręcz instynktownie. Każda matka wie, że miłość do dziecka jest bezgraniczna i całkowicie bezinteresowna, po prostu jest. Nawet często silniejsza od nas.

    Miłość macierzyńska jest wzorem dla każdej miłości, bo w każdej prawdziwej miłości do drugiego człowieka jest ta troska, zapobiegliwość, domyślność, przeczucie serca. Miłość macierzyńska najlepiej pokazuje, że w prawdziwej miłości nie widzę siebie,  całkowicie oddaję się na potrzeby drugiego i w pełnym zaufaniu daję się porwać. Iść za tą miłością, otwierać na zmiany, przyjmować niedogodności.

    Podobnie jest z miłością tą pierwszą, świeżą, czystą – człowiek jest w stanie wtedy zrobić wiele, rzuca wszystko, daje się porwać i tylko tym żyć. Wtedy nie ma jeszcze kalkulowania, zazdrości, szukania poklasku, unoszenia się pychą i gniewem. Jest wyłącznie piękno i otwarcie na drugiego. Trzeba tylko tę miłość wziąć i przenieść przez całe życie aż do końca. Żeby nie ustała dalej trzeba wszystkiemu wierzyć, we wszystkim pokładać nadzieję i wszystko przetrzymać.

    Tak właśnie zrobiła Maryja. Tak kochała Boga. Całkowicie z pełnym zaufaniem powiedziała tak. Przyjęła tę miłość, a potem przeniosła ją przez całe życie, mimo ciężkich, najcięższych prób, we wszystkim z wiarą i nadzieją. Maryja uczy nas prawdziwej miłości do Boga.

    Możemy wyobrazić sobie tę sytuację. Jesteśmy świeżo upieczonymi narzeczonymi, napełnia nas szczęście i wizja pięknej przyszłości, spełnienia marzeń o mężu, dzieciach, rodzinie. Nagle dowiadujemy się, że mamy z tego wszystkiego zrezygnować, zaryzykować zmianę w imię wiary i miłości. Ciekawe, która z nas powiedziałaby oto ja służebnica, tak wchodzę w to, chcę, choć całe moje życie legnie w gruzach, będzie wręcz zagrożone, wchodzę w to. Można to ocenić jako naiwność. Ale taka ma być miłość. Ta prawdziwa. Bez kalkulacji i szukania fałszywych korzyści. Tak właśnie Boga kochała Maryja.

    Tylko taka miłość sprawia, że piękniejemy w oczach.

    Czy potrafimy kochać jak Maryja? Czy potrafimy na miłości do Boga zbudować miłość do drugiego człowieka? Czy nasza dusza tak wielbi Pana, że aż raduje się Duch nasz? Czy potrafimy dać bliskim Boga, dać Jezusa jak Maryja?

    Może warto poświęcić chociaż jeden wielkopostny wieczór na to, by pogawędzić z Maryją, poopowiadać jej jak to jest u nas, czy nasza miłość czyni nas błogosławionymi między niewiastami. Zastanowić się jak Ona to robiła, że tak kochała…

    Dobroć

    Staramy się być dobre. Chętnie bierzemy udział w różnych akcjach dobroczynnych, wspieramy fundacje, angażujemy się w różne ruchy, by wesprzeć innych: modlitwą, swoim czasem, może finansowo. Zabiegamy, by robić dla innych coś dobrego, ale jak daleko nam do tej dobroci zwykłej, codziennej, takiej powszedniej, bez zbędnych uniesień i litościwych odruchów serca. Być dobrym na co dzień, okazuje się, naprawdę trudnym zadaniem.

    Pewna pani doktor pediatra, która najczulej na świecie zajmuje się swoimi małymi pacjentami (jest dobra, serdeczna, miła), opowiadała, że w momencie gdy siada za kierownicę samochodu, staje się innym człowiekiem. Coś się zmienia, coś przestawia. Nie potrafi być dobra, cierpliwa, zaczyna trąbić, rzucać wyzwiska na innych kierowców a nawet pokazywać brzydkie gesty. Dlaczego? Dlaczego ktoś kto jest dobry i czuły w swojej pracy w sytuacji, gdzie potrzebne jest współczucie i miłosierdzie, nie potrafi okazać tych uczuć na co dzień? Dlaczego brakuje nam cierpliwości, by być dobrym dla innych?

    Często jest tak, że im nam się lepiej powodzi, im więcej dobrego wokół nas dzieje, tym mniej myślimy o innych. „Wskakujemy” na jakiś poziom pozycji społecznej, który sprawia, że czujemy się lepsi. I to jakoś tak poza nami, poza naszą kontrolą. Jesteśmy ważniejsi i już. Brakuje nam zwykłej ludzkiej dobroci i takiego codziennego zainteresowania się drugimi, po prostu bycia miłym i serdecznym.

    Dlaczego nie potrafimy cieszyć radością innych? Koleżanka dostała w pracy awans i zdecydowanie lepsze wynagrodzenie. Kupiła samochód i bardzo się cieszyła. Przestała jednak po kilku dniach jeździć samochodem do pracy, ponieważ inne koleżanki przestały się do niej odzywać, odtąd nie miały już o niej najlepszego zdania.

    Dlaczego mamy taki problem z okazywaniem zwykłej dobroci?

    Maryja była dobra. Tak naprawdę. W sytuacji gdy dowiedziała się, że jest najlepsza, że właśnie Bóg wywyższył jej pokorę, uczynił jej wielkie rzeczy, nie stała się zadufana w sobie. Pierwsza rzecz, jaka przyszła jej do głowy, to podzielenie się swoją radością z krewną Elżbietą oraz radość z tego szczęścia, które spotkało Elżbietę. Bez zawiści, bez kalkulowania, że no fajnie, że tak mi dobrze, ale może Ona ma lepiej. Bez zastanawiania się, jak jej to powiedzieć, żeby mnie doceniła, żeby czuła, że tak mi się w życiu poszczęściło. Dobroć w najczystszej postaci. Myślenie o drugim człowieku w jego szczęściu i radość z tego szczęścia.

    Nam łatwiej przychodzi współczuć bliźniemu, gdy jest nieszczęśliwy, gdy spotka go jakaś bieda. Wtedy tak, wtedy często sprawdzamy się, jesteśmy blisko, powtarzamy sobie przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. No a co jeśli nasz przyjaciel się wzbogaci, jeśli dobrze mu się wiedzie? Czy stać nas na to, żeby iść do niego daleko przez góry i powiedzieć: to dla mnie naprawdę wielka radość, że tak Ci się w życiu poszczęściło?

    Jak daleko nam do takiej dobroci? Jak być dobrą jak Maryja?

    Pokora

    Z  tą nam chyba najtrudniej – te mocne, współczesne kobiety, ta moda na niepokorne – słowo które staje się synonimem atrakcyjne.

    Warto sobie wyobrazić, co byłoby gdyby Maryja swoją siłę i odwagę pomyliła z naszą współczesną niepokornością i powiedziała nie. Tak z czystej przekory, by się „nie naginać”, nie dopasowywać, nie będzie jej nikt kazał.

    Czy współczesne biznes women są na tyle silne, by umiały być pokorne jak Maryja?

    My często dajemy się porwać pokusie „szukania sprawiedliwości”, nade wszystko, zapominając o innych. W trosce o to, byśmy nie były nazwane „frajerkami”, pozostajemy asertywne do granic możliwości. Do udowodnienia naszym mężom, współpracownikom, szefom, że posiadamy tę wysoko cenioną współcześnie „kompetencję”. Nasze aplikacje do pracy, profile zawodowe, wymagane cechy, rozmowy kwalifikacyjne czynią z nas kogoś zupełnie innego niż jesteśmy.

    A pokora, to taka piękna cecha, która dodaje kobiecie powabu i urody. Jeśli jest szczera i mądrze „zarządzana”, tzn. wypływa z głębi serca, może okazać się najlepszą kompetencją, nie tylko dla najbliższej rodziny, ale też w wymarzonej pracy i karierze zawodowej.

    Coraz częściej na rozmowach kwalifikacyjnych – szczególnie do dużych korporacji  – nie  zadaje się pytań o dyspozycyjność, asertywność i szalone pasje, lecz o trzy najważniejsze wartości w życiu i co jest dla nas takim prawdziwym sukcesem, z czego jesteśmy najbardziej dumni.

    Kolega został zatrudniony dlatego, że powiedział prawdę, wymienił w kolejności trzy wartości, którymi się w życiu kieruje: Bóg, Rodzina, Ojczyzna.

    Koleżankę zatrudniono, ponieważ powiedziała, że największym sukcesem w jej życiu jest rodzina i prawdziwa miłość.

    To tak jak Maryja, została wybrana nie dlatego, że wyróżniała się zarozumiałością, bezczelnością i asertywnością ale dlatego, że była piękna w swojej sile pokory. To dlatego zaczęły błogosławić ją wszystkie pokolenia, bo miała tyle siły i dystansu do siebie, że wolała być uniżoną służebnicą niż pysznić się i dać strącić z prawdziwego tronu.

    Prawdziwa nasza siła kryje się w pokorze.

    Czy potrafimy być pokorne? Czy staramy się w ogóle kiedykolwiek dobiec do pokory Maryi, uczyć się od niej tej znakomitej kompetencji? Może właśnie z taką cechą staniemy się bezkonkurencyjne na rynku pracy?

    Rozwaga

    Przyda się, aby zapanować nad wszystkimi pozostałymi atrybutami naszej urody.

    Ciężko o lepszy przykład rozwagi, niż przykład Maryi. W sytuacji w jakiej się znalazła, niejedna z nas wpadłaby w panikę, histerię, straciła przytomność lub przeciwnie – wpadłybyśmy w zachwyt, ekstazę, poczucie sławy.

    Maryja nie pozostała wolna od lęku, ale też nie popadła w jakieś skrajne emocje. Jak na bystrą i inteligentną kobietę przystało, gdy znalazła się w trudnym położeniu, zaczęła rozważać.

    My teraz nazywamy to planowaniem, zarządzaniem ryzykiem, zarządzaniem zmianą. Wszystkim i wszystkimi staramy się zarządzać. Maryja nie musiała mieć certyfikatu PMP, żeby zachować spokój w ekstremalnej dla siebie sytuacji. My coraz mniej słuchamy, bo mamy już ułożony w głowie plan, postawione cele i często wszystko do tego planu staramy się dopasować.

    Trudne sytuacje, które nas wytrącają rosną tym samym do rangi życiowych problemów nie do rozwiązania. Jan Paweł II nazywał to pokusą beznadziei. Ta pokusa sprawia, że w przypadku najmniejszego zachwiania naszych wyobrażeń o życiu nie radzimy sobie, wpadamy w stany depresyjne, szukamy pomocy u specjalistów… a często wystarczy chwila namysłu, rozważenia sytuacji. Dzisiaj nazywamy to analizą SWOT.

    Maryja po prostu wykonała taką analizę. Cały klucz jednak polega na tym, aby ustawienie mocnych i słabych stron, szans i zagrożeń wypływało z głębi naszego serca. Serca rozumianego nie jako zagłębie chimerycznych emocji, ale jako centrum sumienia, rozumu i woli. Bez zbędnych definicji Maryja rozważyła szybko wszystko w swoim sercu. Nie skupiała się na nieistotnych szczegółach, tak jak my teraz często mamy w zwyczaju. Nie zastanawiała się, jak wygląda anioł, jak wszedł, jaki ma głos, co w ogóle się dzieje. Maryja słuchała co On mówi, co znaczą jego słowa. Rozważała je i reagowała błyskawicznie, żeby poznać całą sytuację, zadała pytania istotne dla Sprawy, konkretne: jak to się stanie?

    Gdybyśmy my tak jak Maryja nie skupiały się na szczegółach, ale w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji umiały rozważyć to, co jest kluczowe dla sprawy zamiast zabiegać o drobiazgi, nieważne szczegóły. Gdybyśmy przestały się zamartwiać o to co nieistotne, może weszłybyśmy wtedy na drogę Maryi i zaczęły nią podążać rozważnie i w dobrym kierunku. Może wtedy tak jak Ona, rozważając wszystko w bojaźni Bożej, poczułybyśmy moc Jego ramienia.

    Warto wejść na drogę Maryi, warto mieć w sobie tę radość, mądrość, siłę i entuzjazm. Może wtedy uda się nam ustawić wszystkie wartości na swoim miejscu.

    Tak jak zrobiła to Ona, tak jak zrobiła Maryja!

    Aneta Liberacka/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy istnieje jedna prawdziwa religia?

    Czy istnieje jedna prawdziwa religia?

    godongphoto / Shutterstock

    ***

    Jeśli nie traktujemy kwestii prawdy w religii lekceważąco, jeśli nie zakładamy, że wszystkie religie są dobre (co oznaczałoby, że ich treść nie jest istotna), którąś musimy uznać za skuteczną – czyli taką, która doprowadza do Boga.

    Od czasu do czasu powraca dyskusja na temat tego, czy do Boga prowadzą wszystkie religie, czy może któraś z nich jest uprzywilejowana. Przyjrzyjmy się, co na ten temat mówi Kościół katolicki.

    Bóg na szczycie góry

    Można czasem usłyszeć, że wszystkie religie tak czy inaczej prowadzą do Boga. Wielu ludzi mówi, że Bóg jest wierzchołkiem góry, na którą można wejść z różnych stron. Niektórzy porównują religie do różnych języków, które w rozmaity sposób mówią na ten sam temat.

    Obie te metafory mają swoje lepsze i gorsze strony. Spójrzmy na te słabsze. Pierwsza ignoruje fakt, że człowiek nie może sam wspiąć się do Boga. To Jego łaska nas przyciąga, nawet jeśli nosimy w sobie wielkie pragnienie bycia blisko Stwórcy.

    Co więcej, z powodu upadku Adama i Ewy obciąża nas skłonność do grzechu. Każdy z nas je popełnia, a zatem potrzebujemy kogoś, kto mógłby wykupić nasze dusze z ich niewoli. Sami nie posiadamy odpowiednich środków, by to zrobić, dlatego nigdy nie dojdziemy na ten szczyt, którego wierzchołkiem jest Pan Bóg.

    Religia ukryta w wielu językach

    Metafora wielu języków także wydaje się atrakcyjna. Łatwo jest nam pomyśleć, że w różnych kulturach ludzie nauczyli się po prostu inaczej mówić o Panu Bogu. Miałoby to sens, gdyby w każdym języku mówione było to samo. Jednak każdy z nas dobrze wie, że religie mówią bardzo różne rzeczy, co innego uznają za przedmiot wiary, dają inne wskazania moralne.

    Religie mówią bardzo różne rzeczy, co innego uznają za przedmiot wiary, dają inne wskazania moralne

    Są religie całkowicie mitologiczne (hinduizm), są też religie, które łączą opowieści mitologiczne z wydarzeniami historycznymi (buddyzm). Istnieją religie filozoficzne (konfucjanizm), aż wreszcie mamy religie historyczne (chrześcijaństwo i islam).

    Prawdziwa religia?

    Jeśli nie traktujemy kwestii prawdy w religii lekceważąco, jeśli nie zakładamy, że wszystkie religie są dobre (co oznaczałoby, że ich treść nie jest istotna), którąś musimy uznać za skuteczną – czyli taką która doprowadza do Boga.

    Kościół katolicki wierzy, że upadek pierwszych ludzi i potrzeba zbawienia nie jest tylko przypowieścią, ale opisem rzeczywistości dotykającej ludzi. Wierzy również, że pojawił się jeden człowiek, będący jednocześnie Synem Boga, który podjął się misji zbawczej ludzkości. Był nim Jezus Chrystus.

    Ojcowie Kościoła epoki starożytnej, ale także późniejsi pisarze średniowieczni i nowożytni nie mieli wątpliwości, że tylko chrześcijaństwo jest religią prawdziwą. Dziś można czasem usłyszeć, że Sobór Watykański II zmienił tę naukę. Jednak i ostatni sobór powszechny nauczał na temat “jedynej prawdziwej religii i katolickiego Kościoła Chrystusowego”. Nic się w tej sprawie nie zmieniło.

    Ojcowie Kościoła epoki starożytnej, ale także późniejsi pisarze średniowieczni i nowożytni nie mieli wątpliwości, że tylko chrześcijaństwo jest religią prawdziwą.

    Jan Paweł II mówi

    Ważnym współczesnym wykładem katolickiej nauki o jedyności zbawczej misji Jezusa Chrystusa i Kościoła była encyklika Jana Pawła II Redemptoris missio. Polski papież pisał tam m. in.:

    Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi […] Ludzie zatem mogą wejść w komunię z Bogiem wyłącznie za pośrednictwem Chrystusa, pod działaniem Ducha”. Ewentualne „inne pośrednictwa […] czerpią znaczenie i wartość wyłącznie z pośrednictwa Chrystusa i nie można ich pojmować jako równoległe i uzupełniające się

    W innym miejscu tej samej encykliki papież tłumaczył:

    Fakt, że wyznawcy innych religii mogą otrzymać łaskę Bożą i zostać zbawieni przez Chrystusa niezależnie od środków zwyczajnych, jakie On ustanowił, nie przekreśla bynajmniej wezwania do wiary i chrztu, których Bóg pragnie dla wszystkich ludów.

    Prawdziwa religia zobowiązuje

    Znajomość orędzia prawdziwej religii sprawia, że człowiek zaciąga zobowiązanie do jej wyznawania, które nie może być już realizowane w innej wierze. Nie jest już także moralnie możliwy i dopuszczalny synkretyzm czy wybiórcze uznawanie prawd wiary.

    Często jednak sami chrześcijanie dorzucają do swojego życia niechrześcijańskie zabobony – wróżenie, horoskopy, tarota, elementy buddyzmu, new age, czy nowych form religijności, jak reiki czy mindfulness. Synkretyzm religijny ma różne oblicza.

    To, co chrześcijanie powinni mieć dla wyznawców innych religii, to pewność, że Chrystus daje najpewniejszą drogę do Boga i wiecznej szczęśliwości zbawionych, a także dobrego życia doczesnego.

    Chrystus daje najpewniejszą drogę do Boga i wiecznej szczęśliwości zbawionych, a także dobrego życia doczesnego.

    Dominus Iesus

    W deklaracji Dominus Iesus przygotowanej w roku 2000 przez kard. Josepha Ratzingera i podpisanej przez Jana Pawła II czytamy:

    Należy […] stanowczo wyznawać jako prawdę wiary katolickiej, że powszechna wola zbawcza Boga Trójjedynego została ofiarowana i spełniona raz na zawsze w tajemnicy wcielenia, śmierci i zmartwychwstania Syna Bożego.

    Autor deklaracji dodaje:

    W powiązaniu z jedynością i powszechnością zbawczego pośrednictwa Jezusa Chrystusa należy stanowczo wyznawać jako prawdę wiary katolickiej jedyność założonego przezeń Kościoła. Tak jak jest jeden Chrystus, istnieje tylko jedno Jego Ciało, jedna Jego Oblubienica: “jeden Kościół katolicki i apostolski”.

    W innych punktach deklaracji Jan Paweł II i kard. Ratzinger przypominają, że istnieje wyłączna ciągłość historyczna pomiędzy Jezusem a Kościołem, a sam Kościół jest konieczny do zbawienia.

    Odwaga w czasach relatywizmu

    W czasach powszechnego relatywizmy, który w szczególny sposób dotyka religii, często trudno jest głosić te prawy wobec innych. A jednak jesteśmy do tego zobowiązani. Z delikatnością, znajdując słowa, które raczej zachęcają do poszukiwania prawdy niż od niej – nieraz w sposób trwały – odepchną.

    Tomasz Rowiński/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Jej oczy płonęły intensywnym żarem”.

    Zmarła Alice von Hildebrand, filozof, krytyk moralnego relatywizmu

    Public-Domain

    ***

    Była uchodźczynią z Europy i dożywotnią wielbicielką Dietricha von Hildebranda. Sławę zyskała jako niestrudzona orędowniczka Prawdy.

    Alice von Hildebrand, katolicka filozof, zmarła w swoim domu w New Rochelle w stanie Nowy Jork w piątek (14.01) rano. Miała 98 lat. Jako wykładowczyni poświęciła swe życie rozwijaniu myśli zmarłego męża, filozofa Dietricha von Hildebranda.

    Von Hildebrand urodziła się jako Alice Jourdain 11 lutego 1923 r. w Brukseli. Była studentką, a później bliską współpracowniczką Dietricha von Hildebranda na Uniwersytecie FordhamW 1959 r., dwa lata po śmierci jego pierwszej żony, Alice i Dietrich pobrali się.

    Podzielamy wszystkie te same pasje. Szekspir, sztuka, muzyka, Dante, Włochy. Kiedy jesteśmy szczególnie szczęśliwi, mówimy po włosku – powiedziała niegdyś Alice.

    Osiedlili się w New Rochelle, na północnych przedmieściach Nowego Jorku. Dietrich von Hildebrand zmarł tam w 1977 roku. Para nie miała dzieci.

    Zarówno Alice, jak i Dietrich byli uchodźcami z rozdartej wojną EuropyDramatyczna historia ucieczki Dietricha z nazistowskich Niemiec, gdzie usiłowano uciszyć go za jego ostrą krytykę Adolfa Hitlera, została przez Alice opowiedziana w napisanej przez nią w 2000 r. biografii męża pt. Dusza lwa. Dietrich von Hildebrand.

    Przerwana idylla

    Język francuski był ojczystym językiem dorastającej w Belgii Alice Jourdain. W wieku 11 lat, studiując XVII-wieczną literaturę francuską, odkryła Blaise’a Pascala. Jego Myśli przytłoczyły ją, zwłaszcza pięknem stylu. [Pascal] obudził we mnie głębokie zainteresowania filozoficzneZacząłem zapamiętywać wiele jego najpiękniejszych myśli i przypominam sobie, że recytowałem je w kółko, chodząc wzdłuż belgijskiego wybrzeża, gdzie moi rodzice mieli letni dom – wspominała później.

    To sielankowe życie zostało brutalnie przerwane przez niemiecką inwazję w maju 1940 roku. W wieku 17 lat Jourdain popłynęła do Stanów Zjednoczonych. Po drodze niemiecki U-Boot zagroził jej statkowi zatopieniem. Na szczęście okręt podwodny został odwołany przez dowódców, ale tamto zdarzenie wzbudziło w Alice refleksje dotyczące wieczności.

    Spotkanie przemieniające życie

    Podczas studiów w Manhattanville College w Nowym Jorku młoda kobieta usłyszała wykład Dietricha von Hildebranda pt. “Przemienienie w Chrystusie”. Taki tytuł nosi też jedna z jego najbardziej znanych książek. Alice była pod takim wrażeniem erudycji i jasności myśli Dietricha, że zapisała się na jego wykłady w Fordham. Tam też w 1949 r. uzyskała doktorat.

    Trudno było jej jednak zdobyć etat wykładowczyni, nawet w katolickich koledżach, które odmawiały zatrudniania kobiet na posadach wykładowców filozofii. Zatrudniona ostatecznie w Hunter College, będącym częścią City University of New York, Alice została pierwszą kobietą wykładającą tam filozofię. Po raz pierwszy znalazła się także w otoczeniu niekatolickim. Alice wspominała później, że ​​jej oddanie obiektywnej prawdzie wzbudzało wstręt wśród profesorów, którzy przyjmowali postawy materialistyczne, liberalne i komunizujące. Odpowiadając na sugestię rektora uczelni, katolika George’a N. Shustera, że ​​byłaby szczęśliwsza w instytucji katolickiej, Alice odpowiedziała, że ​​jej zdaniem ważne jest, aby katolik był obecny na świeckim uniwersytecie.

    W ciągu jej 37-letniej pracy na uczelni wielu studentów Alice von Hildebrand — nawet ateistów — nawróciło się na katolicyzm. Nie dlatego, że ona ich nawracała, ale dlatego, że na swoich wykładach uparcie podkreślała, że istnieje coś takiego jak obiektywna prawda, którą można poznać. Alice i Dietrich stali się nawet rodzicami chrzestnymi kilkorga ze swoich słuchaczy.

    Kluczowym pytaniem w nauczaniu filozofii jest to, czy istnieje obiektywna prawda i czy ludzki umysł może ją znaleźć – powiedziała w 1996 r. w wywiadzie dla gazety prowadzonej przez nowojorską archidiecezję. Relatywizm i subiektywizm blokują drogę do Boga, który jest samą prawdą… W momencie gdy rozpoznajesz, że istnieje obiektywna prawda, niezależna od ludzkiego umysłu, szukasz jej i – jeśli jesteś w tym uczciwy – odnajdujesz Boga – tłumaczyła.

    Wielu moich słuchaczy rozpoczynało studia przeżywając niesamowite przygnębienieŻycie nie miało dla nich sensu… Nagle ktoś powiedział im, że życie ma sens, że istnieje coś pięknego i wartościowego. Każdego roku cieszyłem się, gdy widziałam, że moi studenci przychodzą do Kościoła – powiedziała Alice von Hildebrand w tym samym wywiadzie.

    Pomimo ciągłego sprzeciwu wobec jej filozofii ze strony kolegów z wydziału, po przejściu na emeryturę w 1984 r. filozof otrzymała prestiżową Nagrodę Prezydenta za Doskonałość w Nauczaniu (President’s Award for Excellence in Teaching). Wręczyła ją Donna Shalali, późniejsza Sekretarz Zdrowia i Opieki Społecznej w gabinecie Billa Clintona.

    Jej zajęcia mnie zmieniły. Była bardzo dynamicznym mówcą… Jej oczy płonęły intensywnym żarem. Odnosiło się wyraźne wrażenie, że przez cały czas zajęć rozmawia bezpośrednio z tobą – powiedział w wywiadzie z 1996 r. były student Alice, Gary Fuchs.

    Podobnie jak w przypadku innych studentów, zetknięcie z kobietą odmieniło życie Fuchsa, który do tej pory nie znalazł na studiach niczego, co karmiłoby jego duszę. Fuchs zastanawiał się nad istnieniem Boga, a wykład Alice von Hildebrand pt. “Wprowadzenie do filozofii religii” (taki tytuł nosi również jedna z jej książek) stanowił odpowiedź na jego pytania. Profesor nigdy nie wygłaszała kazań, badała jedynie istotę religii – wspominał mężczyzna. Dzięki jej wykładom i własnym poszukiwaniom Gary zdał sobie sprawę, że katolicyzm jest „natchniony przez Boga”. I sam został katolikiem. 

    Alice von Hildebrand – niestrudzona propagatorka filozofii

    Alice von Hildebrand propagowała myśl męża również m.in. poprzez częste występy w katolickiej telewizji EWTN. Napisała także kilka książek popularyzujących katolickie nauczanie i filozofię. Wśród nich m.in. By Love Refined: Letters to a Young Bride (znaną pod polskim tytułem Jak kochać po ślubie?), wydaną w formie serii listów doradzających świeżo poślubionej kobiecie. W 1989 r. Jan Paweł II listownie podziękował Alice von Hildebrand za tę książkę. Niech Pan obdarzy ją sukcesem, na jaki ta publikacja zasługuje, ponieważ poruszasz w niej najważniejszy i zagrożony obszar zagadnień – napisał Ojciec Święty.

    By Grief Refined: Letters to a Widow (w Polsce jako: Uszlachetnione cierpieniem. Listy do wdowy), napisane w ten sam epistolarny sposób, przedstawiają zaś rady od kobiety, która przed laty straciła męża, do tej, która zmaga się ze świeżą stratą. Alice napisała tę książkę specjalnie dla swojej bliskiej przyjaciółki, Madeleine Stebbins, po śmierci jej męża, H. Lymana Stebbinsa, założyciela Catholics United for the FaithMadeleine Stebbins zmarła w ubiegłym roku.

    Alice von Hildebrand napisała także kilka prac wraz ze swoim mężem Dietrichem. Najbardziej znana z nich to Sztuka życia (oryg. Art of living).

    Jej własna autobiografia, Memoirs of a Happy Failure (Wspomnienia szczęśliwej porażki) opowiada o ucieczce z nazistowskiej Europy i karierze nauczycielskiej w Hunter College. Alice napisała również Przywilej bycia kobietą, gdzie podkreśla rolę Najświętszej Maryi Panny we wcieleniu, wskazując na prawdziwy przywilej bycia kobietą. Dziewictwo i macierzyństwo spotykają się w Maryi, która przejawia kobiece dary czystości, podatność na słowo Boże i życiodajną opiekę na najwyższym poziomie – czytamy w opisie. 

    Mężczyzna i kobieta: Boski wynalazek kontyunował zawartą w Przywileju… myśl, poszerzając dyskusję o refleksję nad pełnią ludzkiej natury, zawierającą się w związku między mężczyzną a kobietą.

    Życie i wystąpienia publiczne Alice nie były oczywiście pozbawione kontrowersji. W 2009 roku wywołała lawinę komentarzy, gdy skrytykowała wywiad telewizyjny z Christopherem Westem, wybitnym propagatorem teologii ciała Jana Pawła II. Krytykowała Westa jako lekceważącego i nieczułego wobec „ogromnych niebezpieczeństw” pożądliwości. W wywiadzie dla telewizji ABC wezwał on katolików do dokończenia „tego, co rozpoczęła rewolucja seksualna”. Opisał także „bardzo głębokie” historyczne powiązania pomiędzy Hugh Hefnerem, założycielem “Playboya”, a papieżem Janem Pawłem II. Sam West stwierdził później, że stacja telewizyjna nadała jego słowom sensacyjny wydźwięk.

    Podejście Westa sprawia, że ​​zapominamy, że ​​seks jest ekstremalnym niebezpieczeństwem. Chociaż seks może być uświęcony, to uświęcenie oznacza pokorę, ducha czci i całkowite unikanie wulgarności, której West używa w swoim języku – powiedziała von Hildebrand w wywiadzie dla Catholic News Agency.

    Jestem zszokowana i przerażona słowami, których używa. Jego samo wspomnienie o Hugh Hefnerze jest dla mnie obrzydliwością – dodała Alice.

    W 2004 r. Alice von Hildebrand połączyła siły z kilkoma byłymi studentami męża, powołując do życia Dietrich von Hildebrand Legacy Project, instytut pielęgnujący spuściznę wybitnego filozofa.

    Ci, którzy znali Alice, często słyszeli jak mówiła, że ​​knot jej świecy staje się coraz krótszy. W rzeczywistości pragnęła śmierciPragnęła ujrzeć oblicze Naszego Pana, w końcu zjednoczyć się ze swoim mężem Dietrichem, rodzicami, najdroższą przyjaciółką Madeleine Stebbins. Pragnęła tego z pokojem, którego źródłem może być jedynie głęboka wiara – powiedział John Henry Crosby, założyciel i prezes Legacy Project. To właśnie Crosby podał informację o śmierci von Hildebrand.

    Doceniona przez papieża

    Aby uczcić jej 90. urodziny, w 2013 r. papież Franciszek nadał Alicji von Hildebrand Krzyż Wielki Orderu Świętego Grzegorza WielkiegoKard. Raymond Burke, ówczesny prefekt Sygnatury Apostolskiej, wręczył go kobiecie podczas kolacji w Nowym Jorku w październiku tego samego roku. 

    [Alice Von Hildebrand] niestrudzenie daje świadectwo prawdzie wiary poprzez swoją życiową postawę oraz to, co głosi i o czym pisze. Tak wielu uczniów przyprowadziła ona do Chrystusa, pomagając im w przyjęciu wiary w Tego, który jest naszym jedynym zbawieniem. Naprawdę kochała swoich uczniów i dlatego chciała, aby poznali prawdę i jej żywe źródło w Bogu – powiedział wówczas kard. Burke.

    W swoim wystąpieniu Alice von Hildebrand zastanawiała się nad wpływem, jaki jej mąż wywarł na jej życieJego podejście pokazało, że filozofia nie jest abstrakcyjną dyscypliną – podkreśliła wówczas. Filozofia to życie. Obejmuje ona moje serce, moją inteligencję i moją wolę, a zatem otwiera perspektywę wielkości i piękna, której większość z nas nie jest świadoma. (…) Dietrich pokazał mi, że to, co nazywamy filozofią chrześcijańską, nie jest abstrakcją, jest po prostu rozumem ochrzczonym przez wiarę – rozwijała.

    Wieczór obejmował również odczytanie listu od kard. Christopha Schönborna z Wiednia, dziękującego von Hildebrand za „wszystko, co zrobiła dla Kościoła i społeczeństwa”.

    W Lady Alice Kościół posiada córkę, szczególnie uzdolnioną w nauczaniu i słowie pisanymJest ona zawsze gotowa bronić prawdy, którą odnajduje w Jezusie Chrystusie, naszyn Zbawicielu – napisał kard. Schönborn.

    John Burger/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Filozofia jak piękna, mądra kobieta?

    Coś w tym jest…

    KOBIETA

    Africa Studio | Shutterstock

    ***

    Wygląda na to, że filozofowie doceniali przedstawicielki płci pięknej, nawet jeśli w samej swojej myśli nie poświęcali im dużo uwagi.

    Na przełomie V i VI wieku żył Boecjusz, którego życie przypadło na ostatnie lata Imperium Rzymskiego. Był wybitnym myślicielem, filozofem i teologiem, dlatego określa się go mianem „ostatniego Rzymianina” i „pierwszego scholastyka”. W swoim dziele „O pocieszeniu, jakie daje filozofia” opisał tę ostatnią jako piękną kobietę. Znamienne, że także w Biblii mądrość przedstawiana jest podobnie. A przecież filozofia to umiłowanie mądrości…

    Boecjusz pochodził z wpływowej senatorskiej rodziny Anicjuszów. Dziadek Boecjusza był prefektem Rzymu. Po śmierci ojca Boecjusz został adoptowany przez Kwintusa Memmiusza Symmachusa, prefekta Rzymu. Boecjusz zrobił wielką karierę na dworze królewskim Teodoryka. Został wpierw patrycjuszem, a potem konsulem. Na skutek dworskich intryg został aresztowany.

    Później był prawdopodobnie torturowany, a potem stracony. Czekając na egzekucję, napisał słynne dzieło „O pocieszeniu, jakie daje filozofia”. Zgodnie z tytułem, książka ta miała być zachętą do studiowania filozofii, w której jako jedynej Boecjusz szukał pocieszenia. Nie znaczy to, że Boecjusz był niewierzący. To on skonstruował system nazwany scholastyką, łączący rozum i wiarę. Filozofia była dla niego środkiem do zrozumienia Bożej Opatrzności i pogodzenia się z jej wyrokami.

    Boecjusz opisuje pewną niewiastę, która pociesza go, wyjaśnia mu, jakie znaczenie ma jego trudny los w planach Bożej Opatrzności i przegania muzy, które oskarża o to, że sztuka, którą reprezentują, jedynie miesza mu w głowie. W końcu okazuje się, że kobieta ta ma na imię „Filozofia”, którą zresztą symbolizuje. Boecjusz pisze o niej: „U wezgłowia stanęła postać niewiasty, o wielce czcigodnym obliczu, oczach gorejących i ponad zwyczajną u ludzi miarę bystro patrzących, o świeżym życia kolorze i niewygasłej sile żywotnej, jakkolwiek była już w tak podeszłym wieku, że w żaden sposób nie można było jej było uważać za nam współczesną”.

    Kobieta ta raz ma zwyczajny wzrost, raz jest niesamowicie wysoka. Nosi piękną suknię, którą sama wykonała z niezniszczalnej materii. Na skraju sukni ma wyszyte greckie litery. W prawej ręce trzyma księgę, a w lewej berło, które oznaczają wiedzę i władzę. Co ciekawe, Boecjusz pisze o tym, że suknia tej kobiety jest już poszarzała, a nawet podarta przez gwałtowników. Tym samym sugeruje, że nie wszyscy ją szanują i potrafią się do niej właściwie odnosić.

    W Biblii, w Księdze Mądrości, odnajdujemy z kolei personifikację mądrości. Czytamy w niej: „Bóg bowiem miłuje tylko tego, kto przebywa z Mądrością. Bo ona piękniejsza niż słońce i wszelki gwiazdozbiór. Porównana ze światłością – uzyska pierwszeństwo, po tamtej bowiem nastaje noc, a Mądrości zło nie przemoże” (Mdr 7,28-30).

    Natchniony autor, mędrzec, kocha ją i podziwia: „Ją to pokochałem, jej od młodości szukałem: pragnąłem ją sobie wziąć za oblubienicę i stałem się miłośnikiem jej piękna. Sławi ona swe szlachetne pochodzenie, gdyż obcuje z Bogiem i miłuje ją Władca wszechrzeczy, bo jest wtajemniczona w wiedzę Boga i w Jego dziełach dokonuje wyboru” (Mdr 8,2-4).

    Niektórzy mogą powiedzieć, że skoro filozofią zajmowali się przez wieki głównie mężczyźni, to stąd łatwo im było przedstawiać ją i samą mądrość jako kobietę. Można jednak i tak zastanawiać się, dlaczego utożsamiali ją z kobietą. Wygląda na to, że doceniali przedstawicielki płci pięknej, nawet jeśli w samej swojej myśli nie poświęcali im dużo uwagi.

    Znamienne, że w chrześcijańskiej tradycji najmądrzejszym człowiekiem na ziemi, poza Jezusem Chrystusem, Bogiem-człowiekiem, jest Maryja. W litanii określamy ją nawet mianem „Stolicy mądrości”, aby podkreślić jej głębokie zrozumienie spraw Bożych. Co istotne, Maryja nie była filozofem, nie stworzyła żadnego systemu, ale potrafiła rozpoznać dobro i wybrać je. Tym zaś jest właśnie mądrość: nie teoretyzowaniem, ale umiejętnością dostrzeżenia tego, co służy nam i innym oraz wprowadzania tego w życie.

    Michał Krajski /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – październik 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 października

    Święty Anioł z Acri, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wolfgang, biskup
    ***
    Święty Anioł z Acri

    Łukasz Antoni Falcone urodził się w Acri, w Kalabrii, 19 października 1669 roku, w rodzinie robotniczej. Wcześnie został osierocony przez ojca. Zaopiekował się nim wówczas brat matki, ksiądz Domenico Errico. Wuj oczekiwał, że Łukasz zdobędzie zawód i będzie wspierał swoją owdowiałą matkę.
    Jednak młody Falcone już w wieku 19 lat postanowił wstąpić do kapucynów. Rodzina była temu przeciwna, więc pewnie nie zmartwiła się widząc, że Łukasz już po kilkunastu dniach wrócił do domu. I to rozczarowany, bo – jak twierdził – w zakonie nie znalazł takiego ubóstwa, jakiego oczekiwał.
    Jednakże nie mógł znaleźć sobie miejsca w domu i postanowił wrócić do zakonu. Z pokorą przyszedł ponownie do klasztoru kapucyńskiego w Acri, by znów prosić o przyjęcie w szeregi braci. Prowincjał zgodził się i 8 listopada 1689 Łukasz rozpoczął ponownie nowicjat. Niestety i tym razem dał posłuch podszeptom szatańskim i uległ pokusom, niepewności, zwątpieniom. Znowu wrócił do domu. Dopiero tam zrozumiał, że nie powinien tak łatwo poddawać się; wreszcie zaczął gorąco modlić się o rozeznanie swojej drogi. Kiedy zrozumiał, że jego miejscem jest jednak Zakon Braci Mniejszych Kapucynów, odważył się po raz trzeci zapukać do furty klasztornej. O zgodę na ponowne rozpoczęcie nowicjatu tym razem musiał zwrócić się do przełożonego generalnego. Wbrew oczekiwaniom niektórych, zgodę taką uzyskał i 12 listopada 1690 roku został po raz trzeci obłóczony w kapucyński habit, tym razem już na zawsze. Otrzymał zakonne imię Anioł.
    Podobne wątpliwości miał jeszcze wiele razy i musiał stawić czoła wielu pokusom, jednak zdołał je wszystkie pokonać. Kapucyni opowiadają, że pewnego dnia, gdy młody brat Falcone był szczególnie zgnębiony, w czasie obiadu czytano akurat życiorys br. Bernarda z Corleone, współbrata zmarłego 30 lat wcześniej w opinii świętości, który żarliwie modlił się o Boże zmiłowanie. Po posiłku brat Anioł padł w swojej celi pod krucyfiksem i zapłakał, wołając: “Panie, pomóż mi! Już nie mam sił”. Usłyszał wtedy głos: “Postępuj tak, jak brat Bernard z Corleone!” Odtąd wiedział już, na kim ma się wzorować. Zaczął dokładnie czytać biografię Bernarda i naśladować go, zwłaszcza w modlitwie i pokucie.
    O tym, że zakonna droga Anioła nie była łatwa, może świadczyć wyjątkowo długi okres formacji i studiów. Chociaż pierwsze śluby złożył w 1691 r., studia teologiczne rozpoczął dopiero w roku 1695. Ukończył je po pięciu latach i 10 kwietnia 1700 roku, w wieku 31 lat, przyjął święcenia kapłańskie. Potrzebował blisko 10 lat formacji, żeby przygotować się do kapłaństwa.
    Jako kapłan rozpoczął działalność apostolską, z entuzjazmem i przekonaniem zachęcając wiernych do naśladowania męki Chrystusa. Szybko zasłynął jako charyzmatyczny kaznodzieja i świetny spowiednik. Był poszukiwanym kierownikiem duchowym, zwłaszcza kapłanów i osób konsekrowanych. Mówiono, że był bardzo surowy na ambonie, za to w konfesjonale łagodny i miłosierny. Przez 35 lat głosił słowo Boże w różnych miejscowościach na południu Włoch, dlatego nazwano go Apostołem Kalabrii.
    W kolejnych latach zakonnego życia pełnił wiele ważnych funkcji: był mistrzem nowicjatu, gwardianem, wizytatorem, członkiem zarządu prowincji i prowincjałem. Odznaczał się gorliwością i wyrozumiałością wobec braci. Dla siebie samego był surowy i wymagający.
    Zmarł 30 października 1739 roku. Jego beatyfikacji dokonał papież Leon XII w dniu 18 grudnia 1825 r. W listopadzie 2002 r. rozpoczęto proces kanonizacyjny, zakończony kanonizacją w roku 2017.
    Święty Anioł z Acri może być patronem wszystkich, którzy z trudem rozpoznają swoje życiowe powołanie. Jego życie pokazuje bowiem, że do świętości dochodzi się dzięki łasce Bożej poprzez wytrwałą pracę nad sobą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    31 października

    Święty Alfons Rodriguez, zakonnik

    Święty Alfons Rodriguez

    Alfons urodził się w rodzinie kupca w Segowii (Hiszpania) 25 lipca 1533 r. Kiedy miał 10 lat, do pierwszej spowiedzi i Komunii świętej przygotował go bł. Piotr Faber, jeden z pierwszych towarzyszy św. Ignacego Loyoli. W wieku 14 lat został przyjęty do kolegium jezuitów w Alcali. Po roku musiał je jednak opuścić, ponieważ zmarł jego ojciec i trzeba było zająć się administracją przedsiębiorstwa tekstylnego, które prowadził. W 1560 r. Alfons ożenił się z Marią Suarez. Po 7 latach szczęśliwego życia jego żona zmarła (1567). Zmarło także ich dwoje dzieci. Rozgorzało w nim pielęgnowane od młodości pragnienie kapłaństwa. Postanowił je wreszcie wypełnić. Sprzedał przedsiębiorstwo i rozpoczął studia na uniwersytecie w Walencji. Okazało się jednak, że po tylu latach przerwy w nauce miał zbyt wiele zaległości. Miał już bowiem 39 lat. Musiał zrezygnować ze studiów.
    Alfons jednak nie poddał się. Wstąpił do jezuitów w charakterze brata zakonnego (1571). Nowicjat odbył na Majorce, w Palmas, i tam pozostał przez kolejnych 36 lat. Pełnił funkcję furtiana. Skazany na dobrowolne “więzienie” przy furcie, starał się wykorzystać cenny czas na modlitwę. Zasłynął duchem kontemplacji tak dalece, że miewał nawet zachwyty i ekstazy. Nie wypuszczał z rąk różańca. Z modlitwą łączył ducha pokuty. Przez całe lata walczył nieustannie z dręczącymi go pokusami. Zwalczał je postami, czuwaniami, biczowaniem ciała. W poczuciu posłuszeństwa spełniał najsumienniej wszystkie rozkazy i polecenia.
    Wyróżniał się wielką cierpliwością. Do furty przychodzili różni ludzie: potrzebujący i wagabundy. Alfons umiał zawsze zdobyć się na życzliwe i uprzejme słowo. Kolegium jezuitów było duże, więc też i liczba interesantów znaczna. Klerycy, przebywający tu na studiach, budowali się anielską dobrocią furtiana. Wśród nich był także św. Piotr Klawer, późniejszy apostoł Murzynów amerykańskich, który z bratem Alfonsem zawarł serdeczną przyjaźń.
    Bóg obdarzał Alfonsa niezwykłymi łaskami, m.in. darem proroctwa i czynienia cudów, objawieniami i widzeniami. W ostatnim czasie swego życia Alfons doświadczył chorób i utrapienia duszy; trzy dni przed śmiercią wszystkie dolegliwości ustały w zachwyceniu, jakiego doznał.
    Zmarł w nocy z 30 na 31 października 1617 r. ze słowami: “Mój Jezusie” na ustach. W pogrzebie skromnego brata zakonnego wziął udział wicekról, biskup i duchowieństwo, zakonnicy i tłumy ludu. Największe poruszenie wywołał szereg idących na eksponowanym miejscu w procesji osób, które Alfons uzdrowił swoją modlitwą. Został beatyfikowany w roku 1825 przez Leona XII; kanonizował go – razem ze św. Janem Berchmansem – papież Leon XIII (1888).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 października

    Błogosławiony Dominik Collins,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benwenuta Bojani
    ***
    Błogosławiony Dominik Collins

    Dominik urodził się w dobrze sytuowanej, katolickiej rodzinie w Youghal w hrabstwie Cork (w Irlandii) około 1566 r. W tym czasie królową Anglii i Irlandii była Elżbieta I, a anglikanizm ustanowiony został jako oficjalna religia. Gdy Dominik miał jedenaście lat, na krótko zetknął się z jezuitami, którzy w jego mieście założyli kolegium, ale zostało ono zamknięte po dwóch latach, gdy miasto zniszczyły wojska angielskie tłumiące bunt mieszkańców przeciwko narzuconej religii.
    Dwudziestoletni Dominik udał się do Francji, gdzie zaciągnął się do wojska księcia Mercoeur, walczącego przeciwko hugenotom w Bretanii. Przez ponad dziewięć lat służył w Lidze Katolickiej, a że był sumienny w wypełnianiu swoich obowiązków, systematycznie awansował, aż do stopnia wojskowego gubernatora regionu.
    Pod koniec lat dziewięćdziesiątych szesnastego stulecia trafił nad Zatokę Biskajską w Hiszpanii, gdzie po przyznaniu mu emerytury król Filip II umieścił go w garnizonie w La Coruña. Jednak kariera wojskowa przestała interesować Dominika, który więcej czasu poświęcał teraz na życie duchowe. Podczas Wielkiego Postu w 1598 r. jako spowiednik żołnierzy trafił do jego oddziału kolega Irlandczyk – jezuita Thomas White, któremu Dominik zwierzył się z pragnienia życia religijnego. Wiedział już, że jego powołaniem jest bycie bratem zakonnym u jezuitów. Wyznał więc Thomasowi, że przez dziesięć miesięcy doświadczał niepokoju, który ustąpił dopiero, gdy zetknął się z nim – gorliwym kapłanem.
    Został przyjęty do nowicjatu w Santiago de Compostela, po półrocznej próbie w kolegium jezuitów. Wykazał się wtedy wielkim poświęceniem. Nie uciekł, jak wielu innych, przed zarazą, która dotknęła kolegium, ale został, by opiekować się chorymi, pocieszać ich w ostatnich godzinach życia. W ten sposób przekonał nieufnych wobec siebie przełożonych i zdołał ukończyć nowicjat. Raport na jego temat wysłany do Rzymu brzmiał: “Człowiek to rozsądny, o wielkiej sile fizycznej, dojrzały, roztropny i towarzyski, choć skłonny do zapalczywości i uparty”.
    W 1601 r. król Hiszpanii Filip III podjął decyzję o wysłaniu wojsk na pomoc rebelii, która rozpoczęła się w Irlandii. Wraz z wojskiem wyruszył w rodzinne okolice Dominik. Zdziesiątkowane przez sztorm oddziały dotarły do Castleheaven 1 grudnia 1601 r. Rozpoczęły się, zakończone klęską, walki. 17 czerwca 1602 r. zakutych w kajdany jezuitów uwięziono i poprowadzono na przesłuchanie. Obiecano im wielkie nagrody za wyrzeczenie się wiary katolickiej, a gdy nie chcieli tego zrobić, zostali poddani bestialskim torturom. Mimo prób perswazji ze strony części rodziny, by udawał konwersję w celu uratowania życia, Dominik pozostał niezłomny.
    Dowodzący wojskiem angielskim Georges Carew chciał zmusić go do wyrzeczenia się wiary katolickiej i złamać jego wierność wobec Ojca Świętego. Gdy w ciągu ponad 4 miesięcy uwięzienia nie udało mu się osiągnąć tego celu, Dominik został przewieziony do Youghal na egzekucję. Na miejscu kaźni zawołał: “Bądź pozdrowiony, Krzyżu Święty, którego tak bardzo pragnąłem!” Powiedział także do zgromadzonych mieszkańców, że przybył do Irlandii, by bronić rzymskiego Kościoła katolickiego, jedynego miejsca, w którym Bóg obdarza zbawieniem. Był przy tym bardzo pogodny. Angielski oficer powiedział: “On tak traktuje śmierć, jak ja ucztę”. Collins usłyszał go i odpowiedział: “W tej sprawie będę gotów umrzeć nie raz, ale tysiące razy”.
    Po tak odważnym i pełnym wiary świadectwie kaci nie chcieli dokonać egzekucji. Przymuszono do jej wykonania pewnego rybaka, który prosił skazańca o przebaczenie. Dominik udzielił mu go z uśmiechem. Na koniec zawołał: “Panie, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. Oddał życie za wiarę 31 października 1602 r. Obecnie, w miejscu egzekucji, znajduje się tablica pamiątkowa. Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w 1992 roku, razem z szesnastoma innymi męczennikami irlandzkimi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 października

    Błogosławiony Michał Rua, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Felicjan, męczennik
    ***
    Błogosławiony Michał Rua

    Michał urodził się w Turynie 9 czerwca 1837 roku. Jego ojciec, Jan Chrzciciel Rua, był kierownikiem jednego z wydziałów fabryki broni. Z pierwszego małżeństwa doczekał się 5 synów, z drugiego – trzech kolejnych i jednej córki. Michał był wśród nich najmłodszy. Gdy się urodził, czworo z jego rodzeństwa już nie żyło. Kiedy Michał miał 8 lat, zmarł jego ojciec. Wtedy dwaj synowie z pierwszego małżeństwa opuścili macochę, będąc już ludźmi pełnoletnimi. Pozostała więc ona z trzema synami: Janem, Alojzym i Michałem. Pani Rua nadal mieszkała w fabryce, gdzie wkrótce pracę rozpoczął Jan. Alojzy i Michał uczęszczali natomiast do szkoły elementarnej, którą przy fabryce prowadził kapelan robotników.
    W pobliżu fabryki na Valdocco św. Jan Bosko rozpoczął właśnie swoje dzieło pod nazwą Oratorium. Michał chętnie do niego uczęszczał wraz ze swoim bratem, Alojzym. Do pierwszej Komunii świętej Michał został dopuszczony w roku 1846. W roku 1848 zapisał się do szkoły, prowadzonej przez Braci Szkół Chrześcijańskich. Co niedzielę uczęszczał natomiast do Oratorium św. Jana Bosko, w którym po Mszy świętej chłopcy mieli zapewnioną godziwą rozrywkę. Św. Jan Bosko kierował także do chłopców kazanie i osobną katechezę. Bacznym okiem śledził swoich podopiecznych, gdyż najlepszych z nich zamierzał doprowadzić do kapłaństwa, by w przyszłości mogli dalej prowadzić jego dzieło.
    Pewnego dnia zaproponował także Michałowi naukę łaciny i dalsze studia. Matka zamierzała wysłać Michała do pracy w fabryce broni. Chłopak poprosił matkę, by zezwoliła mu na dalszą edukację. Wkrótce Michał zamieszkał przy Oratorium (1853). Pełnił rolę asystenta św. Jana Bosko, kiedy chłopcy zbierali się w niedziele i w święta. W roku 1854 Rua na ręce św. Jana Bosko złożył śluby zakonne i objął jako kleryk samodzielne prowadzenie Oratorium na drugim krańcu Turynu. W roku 1858 przeniosła się na stałe do Oratorium także pani Rua, by pomagać św. Janowi Bosko w gotowaniu, praniu i pracach w ogródku warzywnym. Przez 18 lat była dobrym aniołem dla kilkudziesięciu sierot internatu, żywiąc ich i odziewając.
    W tym samym czasie Michał Rua uczęszczał codziennie do seminarium diecezjalnego w Turynie na wykłady filozofii (1854-1856) oraz teologii (1856-1860). W roku 1860 otrzymał święcenia kapłańskie. Był to pierwszy kapłan, wychowanek św. Jana Bosko. Cały czas wolny od studiów bł. Michał Rua spędzał w Oratorium z uczącą się młodzieżą. Do najpiękniejszych chwili życia Michała należała niewątpliwie pielgrzymka do Rzymu wraz ze św. Janem Bosko w roku 1858. Założyciel salezjanów rozpoczął wtedy zabiegi o zatwierdzenie reguły nowego zgromadzenia.
    Zaraz po święceniach kapłańskich św. Jan Bosko uczynił księdza Rua kierownikiem naukowym wszystkich szkół salezjańskich. Około 300 uczniów uczęszczało wtedy do gimnazjum, drugie tyle chodziło do szkół zawodowych i wieczorowych, wreszcie ponad 1000 osób w niedziele i w święta – do trzech oratoriów: św. Franciszka, św. Alojzego i do nowo otwartego oratorium Anioła Stróża. Zadaniem księdza Rua było czuwanie nad programami nauki, nad nauką młodzieży, kontakt z nauczycielami i wychowawcami, dostarczanie dla oratoriów odpowiednich gier i staranie się o kapłanów dla posługi duchowej.
    W roku 1862 miasto Mirabello w Piemoncie ofiarowało św. Janowi posesję i przyrzekło dopomóc w budowie internatu i szkoły gimnazjalnej. Na przełożonego nowej placówki Jan Bosko wybrał księdza Rua. Kiedy po 5 latach ks. Michał opuszczał Mirabello, szkoła bardzo dobrze funkcjonowała. W roku 1865 św. Jan Bosko mianował księdza Rua dyrektorem administracyjnym całej rodziny salezjańskiej. Powstawały nowe domy. Nad wszystkimi miał opiekę ks. Rua.
    Kiedy miał 30 lat, bardzo poważnie zachorował, lekarze byli bezradni. Wtedy św. Jan Bosko powiedział do swojego wychowanka: “Nie chcę, żebyś umarł. Musisz mi jeszcze pomóc w tylu sprawach”. Ks. Michał wyzdrowiał i podjął dalej na długie lata pracę u boku Założyciela.
    Współpracował ze św. Janem Bosko w założeniu żeńskiej rodziny zakonnej Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, powołanych do życia w roku 1872. Pomagał w zorganizowaniu pierwszej wyprawy misyjnej do Ameryki Południowej (1875), w dziele Pomocników Salezjańskich (1876), w założeniu czasopisma dla wszystkich dzieł salezjańskich (1877) – był więc “prawą ręką” św. Jana Bosko.
    Od roku 1884 św. Jan Bosko był tak wyczerpany pracą, że nie mógł prowadzić tak wielu instytucji. Dlatego, za zezwoleniem papieża Leona XIII, wyznaczył swoim wikariuszem generalnym i zastępcą księdza Rua. To na jego rękach św. Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 roku. Niecałe dwa tygodnie później, 11 lutego, ks. Rua otrzymał dekret Stolicy Apostolskiej, która wyznaczyła go na przełożonego generalnego zgromadzenia salezjańskiego. Kierował nim przez 22 lata, aż do śmierci w dniu 10 kwietnia 1910 roku. W momencie śmierci św. Jana Bosko ks. Rua objął opiekę nad 64 placówkami i ok. 700 współbraćmi. Swoim następcom zostawił natomiast 341 domów w 30 krajach i ok. 4000 członków.
    Michał Rua był cały oddany Panu Bogu. Za swoją naczelną i jedyną misję uznał pracę dla chwały Bożej, zwłaszcza poprzez służbę wobec ubogiej i opuszczonej młodzieży. Wedle relacji świadków jego życia miał dar czytania w sercach i w sumieniach, przepowiadał przyszłość, przywrócił zdrowie kilkunastu chorym i kalekom. Wymagał od innych, ale ogromnie troszczył się także o potrzeby swoich współbraci. Rady, jakie pozostawił przełożonym domów, są bezcenne dla wszystkich przełożonych, tak wiele w nich serca, doświadczenia i mądrości.
    Michał Rua przyjmował pierwszych Polaków do zgromadzenia. Otworzył także pierwsze domy w Polsce (Miejsce Piastowe w roku 1892 i Oświęcim w roku 1898). Sam też dwa razy odwiedził naszą Ojczyznę: w roku 1901 i 1904. Jest patronem Suwałk i Szczecina.
    Do chwały ołtarzy wyniósł go papież Paweł VI w dniu 29 października 1972 roku. Dzień śmierci bł. Michała przypada pod koniec Wielkiego Postu lub w tygodniu wielkanocnym, dlatego na dzień liturgicznego wspomnienia obrano właśnie datę beatyfikacji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 października

    Święci Apostołowie Szymon i Juda Tadeusz

    Święty Szymon Apostoł

    Ewangelie wymieniają św. Szymona w ścisłym gronie uczniów Pana Jezusa. Jest on chyba najmniej znanym spośród nich. Ewangelie wspominają o nim tylko trzy razy. Mateusz i Marek dają mu przydomek Kananejczyk (Mt 10, 4; Mk 3, 18). Dlatego niektórzy Ojcowie Kościoła przypuszczali, że pochodził on z Kany Galilejskiej i był panem młodym, na którego weselu Chrystus Pan uczynił pierwszy cud. Współczesna egzegeza dopatruje się jednak w słowie Kananejczyk raczej znaczenia “gorliwy”, gdyż tak je również można tłumaczyć. Łukasz wprost daje Szymonowi przydomek Zelotes, czyli gorliwy (Łk 6, 15). Specjalne podkreślenie w gronie Apostołów, że Szymon był gorliwy, może oznaczać, że faktycznie wyróżniał się wśród nich prawością i surowością w zachowywaniu prawa mojżeszowego i zwyczajów narodu.
    Szymon Kananejczyk jest we wszystkich czterech katalogach Apostołów wymieniany zawsze obok św. Jakuba i św. Judy Tadeusza, “braci” (stryjecznych albo ciotecznych) Chrystusa, czyli Jego kuzynów (Mt 10, 4; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). Czy był nim także i Szymon? Według Ewangelii św. Mateusza wydaje się to być pewnym (Mt 13, 55). Także i w tradycji chrześcijańskiej mamy nikłe wiadomości o Szymonie. Miał być bratem Apostołów: Jakuba Młodszego i Judy Tadeusza. Będąc krewnym Pana Jezusa, miał według innych zasiąść na stolicy jerozolimskiej po Jakubie Starszym i Jakubie Młodszym jako trzeci biskup i tam ponieść śmierć za cesarza Trajana, kiedy miał już ponad sto lat.
    Są jednak pisarze, którzy twierdzą, że Szymon Apostoł nie był krewnym Jezusa i jest osobą zupełnie inną od Szymona, biskupa Jerozolimy, który poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Trajana. Powołują się oni na to, że tradycja łączy go ze św. Judą Tadeuszem tylko dlatego, jakoby miał z nim głosić Ewangelię nad Morzem Czerwonym i w Babilonii, a nawet w Egipcie – i poza Palestyną razem z nim miał ponieść śmierć. Według tej tradycji obchodzi się ich święto tego samego dnia. Również ikonografia chrześcijańska dość często przedstawia razem obu Apostołów.
    O przecięciu Szymona piłą na pół, jak głosi legenda (a nawet – piłą drewnianą), dowiadujemy się z jego średniowiecznych żywotów. Ciało św. Szymona, według świadectwa mnicha Epifaniusza (w. IX), miało znajdować się w Nicopolis (północna Bułgaria), w kościele wystawionym ku czci Apostoła. W kaplicy świętych Szymona i Judy w bazylice św. Piotra, która obecnie jest także kaplicą Najświętszego Sakramentu, mają znajdować się relikwie obu Apostołów. Część relikwii ma posiadać również katedra w Tuluzie. Św. Szymon jest patronem diecezji siedleckiej oraz farbiarzy, garncarzy, grabarzy i spawaczy.
    W ikonografii św. Szymon w sztuce wschodniej przedstawiany jest z krótkimi włosami lub łysy, w sztuce zachodniej ma dłuższe włosy i kędzierzawą brodę. Jego atrybutami są: księga, kotwica, palma i piła (drewniana), którą miał być rozcięty, topór, włócznia.

    Święty Juda Tadeusz, Apostoł

    O życiu św. Judy nie wiemy prawie nic. Miał przydomek Tadeusz, czyli “Odważny” (Mt 10, 3; Mk 3, 18). Nie wiemy, dlaczego Ewangeliści tak go nazywają. Był bratem św. Jakuba Młodszego, Apostoła (Mt 13, 55), dlatego bywa nazywany również Judą Jakubowym (Łk 6, 16; Dz 1, 13). Nie wiemy, dlaczego Orygenes, a za nim inni pisarze kościelni nazywają Judę Tadeusza także przydomkiem Lebbeusz. Mogłoby to mieć jakiś związek z sercem (hebrajski wyraz leb znaczy tyle, co serce) albo wywodzić się od pewnego wzgórza w Galilei, które miało nazwę Lebba. Był jednym z krewnych Jezusa. Prawdopodobnie jego matką była Maria Kleofasowa, o której wspominają Ewangelie.
    Imię Judy umieszczone na dalszym miejscu w katalogu Apostołów sugeruje jego późniejsze wejście do grona uczniów. To on przy Ostatniej Wieczerzy zapytał Jezusa: “Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” Zasadne jest zatem przypuszczenie, że św. Juda, przystępując do grona Apostołów, kierował się na początku perspektywą zrobienia przy Chrystusie kariery.
    Juda jest autorem jednego z listów Nowego Testamentu. Sam w nim nazywa siebie bratem Jakuba (Jud 1). Z listu wynika, że prawdopodobnie był człowiekiem wykształconym. List ten napisał przed rokiem 67, gdyż zapożycza od niego pewne fragmenty i słowa nawet św. Piotr. Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda głosił Ewangelię w Palestynie, Syrii, Egipcie i Mezopotamii; niektóre z wędrówek misyjnych odbył razem ze św. Szymonem. Część tradycji podaje, że razem ponieśli śmierć męczeńską. Inne mówią, że Szymon został zabity w Jerozolimie, a Juda Tadeusz prawdopodobnie w Libanie lub w Persji.
    Hegezyp, który żył w wieku II, pisał, że Juda był żonaty, kiedy wstąpił do grona Apostołów. Dlatego podejrzliwy na punkcie władzy cesarz Domicjan kazał wezwać do Rzymu wnuków św. Judy w obawie, aby oni – jako “krewni” Jezusa – nie chcieli kiedyś sięgnąć także po jego cesarską władzę. Kiedy jednak ujrzał ich i przekonał się, że są to ludzie prości, odesłał ich do domu.
    Kult św. Judy Tadeusza jest szczególnie żywy od XVIII w. w Austrii i w Polsce. Bardzo popularne jest w tych krajach nabożeństwo do św. Judy jako patrona od spraw beznadziejnych. Z tego powodu w wielu kościołach odbywają się specjalne nabożeństwa ku jego czci, połączone z odczytaniem próśb i podziękowań. Czczone są także jego obrazy. Jest patronem diecezji siedleckiej i Magdeburga. Jest także patronem szpitali i personelu medycznego.
    W ikonografii św. Juda Tadeusz przedstawiany jest w długiej, czerwonej szacie lub w brązowo-czamym płaszczu. Trzyma mandylion z wizerunkiem Jezusa – według podania jako krewny Jezusa miał być do Niego bardzo podobny. Jego atrybutami są: barka rybacka, kamienie, krzyż, księga, laska, maczuga, miecz, pałki, którymi został zabity, topór.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Święty Juda Tadeusz – odważny i ostry. Internet jest pełen podziękowań pod adresem apostoła, o którym… niewiele wiadomo

    Co wiadomo o patronie od spraw beznadziejnych i skąd jego popularność?

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Sekta, z którą związał się Kamil, robiła mu pranie mózgu. Czuł, że jest w matni, myślał o samobójstwie. Tamtego dnia w jakimś odruchu wszedł do kościoła. Było po Mszy św. Usiadł w ławce. Czy rozsadzająca jego serce rozpacz była widoczna na twarzy? Nie wiadomo, dość, że wtedy właśnie jakiś nieznajomy podszedł do niego i podał mu obrazek z wizerunkiem św. Judy Tadeusza i z modlitwą do niego. „Po kilku dniach modlitwy do Ciebie nagle znalazłem w sobie siłę i zdołałem uciec z sekty. Dziękuję Ci Święty Apostole, że mnie ocaliłeś” – zaświadczył potem Kamil.

    Patron od spraw beznadziejnych, za jakiego uchodzi św. Juda Tadeusz, jest jednym z najpopularniejszych orędowników. Ludzie zwracają się do niego praktycznie ze wszystkim – od zdrowia przez relacje rodzinne, zawodowe i społeczne po kwestie ściśle duchowe. Ludzie proszą za siebie i za innych. Wystarczy zajrzeć do sieci. Ktoś po odprawionej do świętego nowennie wyzdrowiał z ciężkiej choroby nerek, inny pozbył się chorobliwej otyłości, ktoś wbrew przewidywaniom zdał egzaminy, a ktoś nieoczekiwanie znalazł dobrą pracę. Wstawiennictwo Judy Tadeusza ocaliło czyjeś małżeństwo, jakiś mężczyzna odzyskał wiarę, a pewien ksiądz wrócił do gorliwej służby. Internet jest pełen podziękowań pod adresem apostoła, o którym… niewiele wiadomo.

    Brat i kuzyn

    Najważniejsze informacje przynoszą ewangeliści. „Czy Jego Matce nie jest na imię Mariam, a Jego braciom Jakub, Józef, Szymon i Juda?” – pytają krajanie Jezusa (Mt 13,55). Chodzi oczywiście o kuzynów Zbawiciela, choć stopień ich pokrewieństwa z Jezusem trudno z całą pewnością ustalić.

    Łukasz Ewangelista, wymieniając apostołów, używa określenia „Juda Jakuba” (Łk 6,16). Nie jest jasne, czy chodzi o ojca imieniem Jakub, czy o brata o tym imieniu. Wiele przemawia za tą drugą wersją. Sam Juda, którego uważa się za autora ostatniego z listów Nowego Testamentu, przedstawia się w adresie listu: „Juda, sługa Jezusa Chrystusa, brat zaś Jakuba” (Jud 1,1). Jakub, zwany Młodszym, był pierwszym biskupem Jerozolimy. Cieszył się wówczas bardzo dużym autorytetem, stąd powołanie się na niego przez Judę miało zapewne wzmocnić autorytet listu.

    Imię Juda było wśród Żydów bardzo popularne. Oznaczało „godzien czci, poszanowania”. Ewangeliści Mateusz i Łukasz wymieniają Judę w wykazie apostołów pod imieniem Tadeusz. Prawdopodobnie chodziło o odróżnienie go od Judasza, który stał się zdrajcą. Z tego samego powodu św. Jan podkreśla: „Rzekł do Niego Juda, ale nie Iskariota…” (J 14,22).

    Tadeusz to drugie imię Judy albo jego przydomek. Ks. dr hab. Piotr Łabuda w opracowaniu nt. Judy Tadeusza wskazuje, że słowo to pochodzi prawdopodobnie od aramejskiego tadda, co znaczy „pierś”, ale oznacza też „odważny” lub „wielkoduszny”.

    W Ewangelii tylko raz padają słowa Judy – podczas ostatniej wieczerzy. Przytacza je Jan Ewangelista. „Panie, cóż się stało, że nam się masz objawić, a nie światu?” – pyta apostoł. Jezus mu odpowiada: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go, i przyjdziemy do niego, i będziemy u niego przebywać. Kto Mnie nie miłuje, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca” (14,21-24).

    „Juda jest zdziwiony, że Mistrz zapowiada objawienie się tylko »swoim«, czyli uczniom” – zauważa ks. Piotr Łabuda, stwierdzając, że w pytaniu Judy pobrzmiewa pytanie, które stawiali sobie chrześcijanie końca I wieku, wynikające z oczekiwania na rychłe nadejście Chrystusa w chwale na oczach całego świata. Biblista przytacza także inne opinie, sugerujące, że przez apostoła przemawiał lęk, że dalsze „nieobjawianie się światu” przez Jezusa może sprowadzić niebezpieczeństwo także na jego uczniów. „Nie oznacza to, że w gronie Dwunastu właśnie Juda był szczególnie bojaźliwy” – zaznacza. Jego drugie imię (bądź przydomek) wskazuje na coś przeciwnego. „Wiadomo, że imiona określały kiedyś jakieś szczególne właściwości ich nosicieli. Może właśnie dlatego w tradycji chrześcijańskiej imię »Tadeusz« pojawia się o wiele częściej niż »Juda«” – przypuszcza duchowny.

    Ostre słowa

    O temperamencie Judy Tadeusza sporo mówi list jego autorstwa, skierowany do gmin judeochrześcijańskich wczesnego Kościoła. Uwagę zwraca pasja, z jaką pisze apostoł. Po kilku słowach powitania rzuca twarde słowa. „Wkradli się bowiem pomiędzy was jacyś ludzie, którzy dawno już są zapisani na to potępienie, bezbożni, którzy łaskę Boga naszego zamieniają na rozpustę, a nawet wypierają się jedynego Władcy i Pana naszego Jezusa Chrystusa” – czytamy (1,4). Najwyraźniej autor jest wzburzony wieściami o bulwersujących zachowaniach członków wspólnoty. Z treści wynika, że grzeszne zachowania były konsekwencją fałszywych nauk „proroków ze snów”, którzy „ciała plugawią, Panowanie odrzucają i wypowiadają bluźnierstwa na »Chwały«” (1,8). Ci ludzie „samych siebie pasą… obłoki bez wody wiatrami unoszone… drzewa jesienne nie mające owocu, dwa razy uschłe, wykorzenione… rozhukane bałwany morskie wypluwające swoją hańbę… gwiazdy zabłąkane, dla których nieprzeniknione ciemności na wieki przeznaczone…” (12-13). Przypomina o nieuniknionym sądzie i o karze dla „wszystkich bezbożników za wszystkie bezbożne uczynki, przez które okazywała się ich bezbożność, i za wszystkie twarde słowa, które wypowiadali przeciwko Niemu grzesznicy bezbożni”.

    Do tych słów nawiązał Benedykt XVI podczas audiencji generalnej 11 października 2006 r. „Dzisiaj może odzwyczailiśmy się już od tak polemicznego języka, który jednak przekazuje nam coś ważnego. Pośród wszystkich pojawiających się pokus i wszystkich prądów współczesnego życia powinniśmy zachować tożsamość naszej wiary” – przypomniał papież. Wskazując, że „trzeba nadal wytrwale iść drogą wyrozumiałości i dialogu, jaką słusznie podjął Sobór Watykański II”, zauważył, że nie powinno to nigdy prowadzić do „zapominania o obowiązku przemyślenia i ukazywania zawsze z jednakową mocą zasadniczych i niezbywalnych rysów naszej tożsamości chrześcijańskiej”. W drugiej części listu Juda łagodnieje. Zwracając się do „umiłowanych”, zaleca im trwanie na fundamencie wiary i wzywa do ratowania wątpiących.

    List kończy uwielbieniem Boga: „Temu zaś, który może was ustrzec od upadku i stawić nienagannymi i rozradowanymi wobec swej chwały, jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza przed wszystkimi wiekami i teraz, i na wszystkie wieki!” (24-25).

    „Dobrze widać, że autor tych słów żyje pełnią swojej wiary, która obejmuje wielkie rzeczywistości, jak moralna integralność i radość, zaufanie i wreszcie chwała, bo racją wszystkiego jest tylko dobroć naszego jedynego Boga oraz miłosierdzie Pana naszego Jezusa Chrystusa” – podkreślił Benedykt XVI.

    Tradycja

    W tradycji Kościoła uważa się Judę Tadeusza za syna Kleofasa, brata św. Józefa. Historyk Euzebiusz z Cezarei (zm. ok. 340 r.) twierdził, że apostoł był żonaty. Powołując się na innego autora, Hegesipposa, pisał: „Z rodziny Pańskiej żyli jeszcze wnukowie Judy, tak zwanego brata Pańskiego według ciała”. Mieli oni zostać wezwani do Rzymu przed oblicze cesarza Domicjana, który uznał ich za prostaków i puścił wolno.

    Po Zesłaniu Ducha Świętego Juda miał głosić Ewangelię w Palestynie, Syrii, Arabii i Mezopotamii. Według niektórych przekazów zginął męczeńsko w Mezopotamii razem ze swoim bratem Szymonem, według innych został zamęczony w Edessie. To właśnie z Edessą wiąże się „specjalność” Judy, czyli załatwianie spraw beznadziejnych. Według podania Juda Tadeusz zjawił się u trędowatego króla Edessy z płótnami, w które owinięto po śmierci ciało Jezusa. Ich dotknięcie uzdrowiło władcę z beznadziejnej wówczas choroby.

    Juda Tadeusz, jako patron od spraw beznadziejnych, jest szczególnie czczony od XVIII wieku w Austrii i w Polsce. W naszym kraju w wielu kościołach raz w tygodniu odbywają się nabożeństwa do Judy Tadeusza, podczas których odczytywane są kierowane do niego prośby i podziękowania za doznane łaski. Tych drugich jest wiele. Jak widać, święty nie daje się długo prosić.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 października

    Święty Frumencjusz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Sabina, Wincenty i Chrestyna
    ***
    Święty Frumencjusz

    Frumencjusz doznaje czci we wszystkich obrządkach. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał go kardynał Baroniusz (+ 1607). Żywot Frumencjusza przekazał potomnym Rufin. Według jego relacji pewien filozof z Tyru w towarzystwie dwóch swoich uczniów – Frumencjusza i Edezjusza – udawał się do Indii. Jednak burza zagnała jego okręt do granic Etiopii. Tam zostali pochwyceni i wzięci do niewoli. Odesłano ich na dwór króla do Axum. Byli bowiem bardzo pięknymi i obiecującymi młodzieńcami. Na dworze królewskim doszli do najwyższych godności. Frumencjusz miał zostać sekretarzem królewskim. Po śmierci króla w tym samym charakterze zatrzymała go na swoim dworze królowa. Niedługo potem obaj młodzieńcy poprzez kupców chrześcijańskich zapoznali się z Kościołem katolickim. Odtąd stali się najżarliwszymi propagatorami wiary w Chrystusa.
    Za pozwoleniem syna królowej, który objął z kolei tron, Edezjusz wrócił do Tyru, a Frumencjusz udał się do Egiptu, do Aleksandrii, gdzie z rąk św. Atanazego ok. roku 340 przyjął sakrę biskupią. W taki to sposób został nie tylko ojcem chrześcijaństwa w Etiopii, ale także hierarchii kościelnej, którą tam założył. Było to za czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego i jego syna Konstancjusza. Król Ezan nie tylko dał Frumencjuszowi pełną swobodę w tej pięknej akcji, ale nawet sam z jego rąk wraz z bratem przyjął chrzest.
    Ponieważ patriarcha Aleksandrii, św. Atanazy, udzielił sakry biskupiej Frumencjuszowi, dlatego przez 1500 lat Kościół w Etiopii był uzależniony od patriarchów Aleksandrii. Oni mianowali biskupów tegoż kraju. Dopiero w roku 1959 prawosławny Kościół w Etiopii uzyskał status autokefalicznego (niezależnego), z własnym patriarchą. Niestety, w V wieku patriarchowie aleksandryjscy przeszli na monofizytyzm. Wprowadzili więc monofizytyzm jako obowiązujący w Etiopii. Monofizytów egipskich i etiopskich zwykło się nazywać koptami. Na Soborze Florenckim (1431-1445) Abisynia przystąpiła wprawdzie do unii z Kościołem katolickim, ale tylko na krótko. W roku 1555 dzięki wspaniałej akcji jezuitów Etiopia była bliska pełnego i trwałego zjednoczenia z Rzymem. O. Perez pozyskał dla wiary króla-cesarza Zara Dagaba, a potem również jego syna i następcę na tronie, Seltana Sagada. W roku 1626 król ogłosił nawet katolicyzm jako religię państwową. Wywołało to jednak tak gwałtowną reakcję ze strony prawosławnych, monofizyckich koptów, że cesarz cofnął dekret. Rozpoczęło się długoletnie, krwawe prześladowanie, trwające ponad 150 lat (1633-1797), które zniszczyło tak piękne owoce.
    Od roku 1839 misjonarze katoliccy mogli powrócić na te tereny. W roku 1847 Stolica Apostolska erygowała w Etiopiii dwa wikariaty apostolskie w obrządku etiopskim: jeden zarządzany przez lazarystów, drugi przez kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 września

    Najświętsza Maryja Panna Leśniańska

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Kosma i Damian
      •  Święci męczennicy Wawrzyniec Ruiz i Towarzysze
      •  Święty Elzear i błogosławiona Delfina, małżonkowie
      •  Święty Ketyl, prezbiter
      •  Święty Nil Młodszy, opat
      •  Błogosławiony Kaspar Stanggassinger, prezbiter
      •  Błogosławiony Aureliusz z Vinalesa, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święta Teresa Couderc, zakonnica
      •  Błogosławiony Alojzy Tezza, prezbiter
    ***
    Bazylika w Leśnej na Podlasiu

    26 września 1683 r. dwaj chłopcy, pasący bydło, znaleźli na drzewie dzikiej gruszy jaśniejący obraz. Wizerunek, umieszczony w zbudowanym dlań kościele, zaczął gromadzić rzesze ludzi. W miejscu zaś, gdzie według tradycji ukazał się cudowny wizerunek, została później zbudowana kaplica. Komisja biskupia dwukrotnie: w 1684 i 1700 r. wydała dekret o niezwykłości łask. Doświadczyli ich już w czasie wyprawy pod Wiedniem Jan Michałowski i Grzegorz Kulczycki, wysłani przez króla Jana III Sobieskiego do księcia Lotaryngii. Musieli się oni w przebraniu przedzierać przez obóz turecki. Uratowali się, bo polecili się opiece Matce Bożej Leśniańskiej i kiedy wrócili szczęśliwie z wojny do kraju, złożyli Jej swoje wota oraz zabrane Turkom pałasze.

    Obraz Matki Bożej Leśniańskiej

    Parafię w Leśnej na Podlasiu erygowano w 1695 r. Na miejscu dawnego kościoła z XVIII w. stoi obecnie barokowy, murowany kościół pw. świętych Apostołów Piotra i Pawła i Narodzenia NMP. W ołtarzu głównym znajduje się wyryta na kamieniu płaskorzeźba Matki Bożej z Dzieciątkiem, pochodząca z XVII w. Przedstawia ona Matkę Bożę w półpostaci z Dzieciątkiem na prawym ręku, w lewej ręce trzymającą otwartą książkę, na której wspiera się skrzydłami gołębica. Pan Jezus natomiast w prawej rączce trzyma książkę, a lewą unosi do góry.
    Opiekę nad wizerunkiem i parafią powierzono zakonowi paulinów. W okresie zaborów klasztor zamknięto jednak za sprzyjanie powstaniu styczniowemu. Do budynków popaulińskich sprowadzono zaś mniszki prawosławne, a kościół przebudowano na cerkiew. Gorący kult Maryi Leśniańskiej trwał nieprzerwanie mimo ukrycia obrazu w obawie przed zabraniem około 1867 r. Obraz odnaleziono i w 1927 r. uroczyście wprowadzono do Leśnej. Wizerunek koronował kard. Stefan Wyszyński 18 sierpnia 1963 r. (w 280. rocznicę objawienia się) w obecności 12 biskupów i ok. 150 tys. pielgrzymów. W 1984 r. kościół leśniański podniesiono do godności bazyliki mniejszej. W głównych odpustach uczestniczą setki grup pątniczych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 października

    Święci męczennicy Chryzant i Daria

    Zobacz także:
      •  Święty Bernard Calvo, biskup
    ***
    Święci Chryzant i Daria

    W oparciu o inskrypcje w Passio można przyjąć, że Chryzant przybył do Rzymu na studia. Nawróciwszy się, przywiódł do Chrystusa westalkę Darię oraz innych mieszkańców. Podczas prześladowania za czasów cesarza Numeriana zostali oni pochwyceni i skazani na śmierć. Wyrok wykonano w sposób okrutny – wrzucono ich do dołu powstałego po nieużywanym akwedukcie przy via Salaria i tam żywcem zasypano ziemią oraz kamieniami. Śmierć ponieśli w 283 lub 284 r. Ci egipscy męczennicy są patronami sędziów.
    Według innych podań Chryzant, który był synem senatora, przypadkowo przeczytał Ewangelię i zapragnął zostać chrześcijaninem. Kiedy ojciec dowiedział się, że syn przyjął chrzest, chciał go siłą odwieść od wiary. Najpierw więził go i głodził, a następnie sprowadził do niego prostytutki. Kiedy nic nie osiągnął i syn dalej uparcie trwał w wierze, postanowił zmusić go do małżeństwa z westalką Darią. Efekt był taki, że Chryzant nawrócił Darię. Żeby uspokoić ojca, pobrali się, ale trwali w dziewiczym małżeństwie.
    Opis męczeństwa jest podobny jak wyżej, z jednym uzupełnieniem, że chrześcijanie zostali zasypani żywcem, kiedy zebrali się, by sprawować Eucharystię.
    W ikonografii przedstawia się św. Chryzanta jako rzymskiego młodzieńca z palmą w dłoni. Czasami jako rycerza Chrystusa w wianku na głowie. Jego atrybutami są: chorągiew, kamienie, korona, tarcza.
    Św. Daria ukazywana jest w sztuce religijnej jako matrona rzymska z palmą w jednej, a z księgą w drugiej ręce. Jej atrybutami są: kamienie, korona, lew.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 października

    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Antoni Maria Claret, biskup
      •  Błogosławiony Kontard Ferrini
      •  Błogosławiona Józefina Leroux, dziewica i męczennica
      •  Święty Alojzy Guanella, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jan Wojciech Balicki

    Jan Wojciech Balicki urodził się 25 stycznia 1869 r. w Staromieściu pod Rzeszowem. Pochodził z biednej, bardzo religijnej rodziny dróżnika kolejowego. Był synem grekokatolika Nicetasa Balickiego i jego rzymskokatolickiej żony Katarzyny. Zgodnie z wolą ojca został ochrzczony w Kościele grekokatolickim; także ówczesne prawo kościelne nakazywało wychowywanie chłopców w obrządku ojca. Ponieważ o tym przepisie dowiedział się dopiero w czasie studiów teologicznych, zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o zgodę na święcenia w obrządku łacińskim. Po ukończeniu seminarium duchownego w Przemyślu, w 1892 r. został wyświęcony na kapłana. Został skierowany do pracy w parafiach jako wikary. Szybko dał się poznać jako świetny kaznodzieja i cierpliwy spowiednik.
    Wkrótce potem podjął studia teologiczne w Rzymie, zakończone doktoratem. Po powrocie do kraju pracował w przemyskim seminarium, gdzie wykładał teologię dogmatyczną. Jego posługa profesorska była owiana duchem głębokiej wiary i umiłowaniem prawdy. W modlitwie najczęściej szukał mądrości Ducha Świętego. W latach 1928-1934 piastował urząd rektora.
    Po przejściu na emeryturę wiele czasu poświęcał na posługę spowiedzi. Jeszcze jako młody ksiądz założył dom opieki dla prostytutek – z tego powodu wielokrotnie rzucano na niego oszczerstwa. Po wkroczeniu do Przemyśla Sowietów w czasie II wojny światowej dom ten został zlikwidowany. Jan Balicki zmarł w Przemyślu w opinii świętości 15 marca 1948 r.
    Po siedmiu latach, 31 października 1955 r. – zgodnie z powszechnym życzeniem – ciało ks. Jana przeniesiono do osobnego grobowca. W 1959 r. przemyskie seminarium duchowne poprosiło biskupa Franciszka Bardę o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego. W 1963 r. wszystkie akta przesłano do Rzymu, gdzie po zbadaniu zeznań świadków i analizie pism ks. Jana ogłoszono dekret o heroiczności jego cnót (grudzień 1994 r.). Osobę ks. Balickiego dawał za wzór kapłanom kardynał Karol Wojtyła, który w 1975 roku pisał o nim: “W czasach, gdy Kościół poszukuje nowych wzorów duchowości dla kapłana diecezjalnego, w sytuacji, gdy wśród samych kapłanów zdarzają się kontestacje, niewierności oraz tendencje, by poszukiwać rzeczy materialnych bardziej niż duchowych, sługa Boży może być przedstawiony jako model życia kapłańskiego. W osobie ks. Balickiego kapłani mogą znaleźć wzór, w jaki sposób połączyć działalność duszpasterską z codzienną kontemplacją tajemnicy Boga”.
    Już jako papież dokonał beatyfikacji ks. Balickiego w sierpniu 2002 roku podczas Mszy świętej na krakowskich Błoniach. Powiedział m.in.: Służbą miłosierdziu było życie błogosławionego Jana Balickiego. Jako kapłan miał zawsze otwarte serce dla wszystkich potrzebujących. Jego posługa miłosierdzia przejawiała się w niesieniu pomocy chorym i ubogim, ale szczególnie mocno wyraziła się przez posługę w konfesjonale. Zawsze z cierpliwością i pokorą starał się zbliżyć grzesznego człowieka do tronu Bożej łaski.
    Wspominając o tym, zwracam się do kapłanów i seminarzystów: proszę was, bracia, nie zapominajcie, że na was, szafarzach Bożego miłosierdzia, spoczywa wielka odpowiedzialność, ale też pamiętajcie, że sam Chrystus umacnia was obietnicą, którą przekazał przez św. Faustynę: “Powiedz Moim kapłanom, że zatwardziali grzesznicy kruszyć się będą pod ich słowami, kiedy będą mówić o niezgłębionym miłosierdziu moim, o litości, jaką mam dla nich w sercu swoim” (Dzienniczek, 1521).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 października

    Święty Józef Bilczewski, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Kapistran, prezbiter
      •  Święty Seweryn Boecjusz
    ***
    Na zakończenie XI Zwyczajnego Zgromadzenia Biskupów, obradującego w Watykanie z woli św. Jana Pawła II w dniach 2-23 października 2005 r., kończąc Rok Eucharystii, papież Benedykt XVI dokonał pierwszej kanonizacji w czasie swego pontyfikatu. W poczet świętych zaliczonych zostało pięciu błogosławionych, w tym dwóch Polaków: abp Józef Bilczewski, ordynariusz lwowski, i ks. Zygmunt Gorazdowski, założyciel józefitek. Oprócz nich świętymi ogłoszeni zostali: chilijski jezuita ksiądz Albert Hurtado, żyjący w I poł. XX w., oraz dwóch Włochów: żyjący w XVIII w. kapucyn, brat Feliks z Nikozji, i ksiądz Kajetan Catanoso, zmarły w roku 1963.

    Święty Józef Bilczewski

    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach koło Kęt. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Wilamowicach, a potem w Kętach, uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach, gdzie zdał maturę w czerwcu 1880 r., i wstąpił do seminarium duchownego w Krakowie. 6 lipca 1884 r. przyjął tu święcenia kapłańskie. W latach 1886-1888 odbył studia teologiczne w Wiedniu (gdzie uzyskał doktorat z teologii), w Rzymie i Paryżu. Po powrocie do kraju był wikariuszem w Kętach i w Krakowie. W 1890 r. uzyskał habilitację na Uniwersytecie Jagiellońskim. W rok później został profesorem teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, na którym przez pewien okres pełnił funkcję dziekana wydziału teologicznego i rektora. Jako profesor uniwersytetu był bardzo ceniony przez studentów, cieszył się szacunkiem i przyjaźnią innych pracowników naukowych. Opublikował wiele artykułów z dziedziny teologii i archeologii chrześcijańskiej, a także na temat Eucharystii.
    17 grudnia 1900 r. Leon XIII mianował 40-letniego ks. prał. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim obrządku łacińskiego. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze we Lwowie. Nowy biskup wyróżniał się ogromną dobrocią serca, wyrozumiałością, pokorą, pobożnością, pracowitością i gorliwością duszpasterską, które płynęły z wielkiej miłości do Boga i bliźniego. Był mężem modlitwy, która inspirowała wszelką jego działalność. Fundował kościoły i kaplice, szkoły i ochronki, krzewił oświatę. Wspierał duchowo i materialnie wszystkie ważniejsze dzieła powstające w archidiecezji lwowskiej. Uważał, że jego obowiązkiem jest bronienie i ratowanie obrządku łacińskiego, za który odpowiadał przed Bogiem i Kościołem, własnym sumieniem i narodem. Życie abp. Józefa Bilczewskiego, wypełnione modlitwą, pracą i dziełami miłosierdzia, sprawiło, że cieszył się wielkim szacunkiem ludzi wszystkich wyznań, obrządków i narodowości.
    W duchu nauczania Piusa X zbliżał wiernych do Eucharystii, częstej Komunii św., pobożnego uczestniczenia w Mszy św. W czasach I wojny światowej rozwijał kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, ukazując ludziom nieskończoną miłość Boga, zdolną do przebaczenia i darowania wszystkich grzechów. Czcią i miłością najlepszego syna otaczał Matkę Najświętszą, nazywając Ją swą «Matuchną». Pragnął, by taką samą pobożnością darzyli Ją wierni archidiecezji, naśladując Jej cnoty, szczególnie całkowite zaufanie Bogu.
    Umarł z przepracowania 20 marca 1923 r. Jego zabalsamowane serce umieszczono w kaplicy bł. Jakuba w bazylice katedralnej we Lwowie, a ciało zostało złożone w grobie na cmentarzu janowskim, gdzie grzebano ubogich, dla których był zawsze ojcem i opiekunem.
    Staraniem archidiecezji lwowskiej przeprowadzono proces beatyfikacyjny Józefa Bilczewskiego, którego pierwsza faza została zakończona 18 grudnia 1997 r. ogłoszeniem przez św. Jana Pawła II dekretu o heroiczności jego cnót. W czerwcu 2001 r. za cudowny został uznany przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych fakt nagłego, trwałego i niewytłumaczalnego co do sposobu uzdrowienia dziewięcioletniego chłopca Marcina Gawlika z bardzo ciężkich poparzeń, dokonanego przez Boga za wstawiennictwem Józefa Bilczewskiego – co otworzyło drogę do beatyfikacji arcybiskupa lwowskiego. Dokonał jej św. Jan Paweł II 26 czerwca 2001 r. we Lwowie podczas swej podróży apostolskiej na Ukrainę. W 2005 r. świętym ogłosił go papież Benedykt XVI.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________________

    Tajemnica Eucharystii w życiu św. Józefa Bilczewskiego

    Św. Józef Bilczewski

    ***

    Biogram św. Józefa Bilczewskiego

    Józef Bilczewski urodził się 26 kwietnia 1860 r. w Wilamowicach, w diecezji krakowskiej. Był jednym z dziewięciorga dzieci Franciszka Biby i Anny Fajkisz. Rodzice byli rolnikami. Ojciec był człowiekiem głębokiej wiary, surowym i wymagającym. Ciężko pracował na roli, dorabiając jako cieśla, by utrzymać liczną rodzinę. Matka była kobietą cichą i pracowitą. Z miłością zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Głęboko pobożna, uczyła je całkowitego zaufania Bogu. W niedzielę, czytając z dziećmi ilustrowaną Biblię, przekazywała im prawdy wiary.

    Józef uczęszczał do szkoły podstawowej w Wilamowicach i w Kętach (1868-1872), a następnie kontynuował naukę w gimnazjum w Wadowicach (1872-1880). Był pilnym i pracowitym uczniem. Czas nauki wykorzystywał nie tylko na zdobywanie wiedzy, ale również na budowanie trwałych przyjaźni. Pogłębiał swoją wiarę i uczył się konsekwentnych wyborów. Po maturze, w sierpniu 1880 r. podjął decyzję wstąpienia do seminarium duchownego w Krakowie.

    Studia filozoficzno-teologiczne w latach 1880-1884 odbył na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Gorliwie uczestniczył w wykładach, studiując ze szczególnym upodobaniem apologetykę i dogmatykę. Pogłębiał wiedzę z historii i literatury polskiej, zapoznawał się z historią Kościoła. Doskonalił znajomość języka niemieckiego i francuskiego.

    Kapłan według Serca Jezusa

    Józef Bilczewski pracował nad kształtowaniem charakteru i powołania kapłańskiego. Na biurku w pokoju seminaryjnym umieścił obrazek z napisem «Któż jak Chrystus» i uczynił te słowa mottem każdego dnia. Osobistą relację z Chrystusem, najwyższym Kapłanem, pogłębiał uczestnicząc codziennie w Mszy św., na modlitwie i adoracji Najświętszego Sakramentu.

    6 lipca 1884 r. otrzymał święcenia kapłańskie z rąk kard. Albina Dunajewskiego w kościele Najświętszego Serca Jezusowego w Krakowie. Tydzień później odprawił Mszę św. prymicyjną w kościele parafialnym w Wilamowicach, dziękując Bogu za dar kapłaństwa.

    We wrześniu 1884 r. ks. Józef Bilczewski rozpoczął pracę jako wikariusz w parafii św. Bartłomieja w Mogile koło Krakowa. Gorliwie wypełniał obowiązki kapłańskie — prowadził katechizację dzieci, wygłaszał kazania i ofiarnie posługiwał w konfesjonale. Jednocześnie kontynuował naukę: zdawał egzaminy z teologii dogmatycznej, historii Kościoła i prawa kanonicznego. We wrześniu 1885 r. udał się na studia specjalistyczne do Wiednia, które odbywał w Instytucie Wyższych Studiów Kościelnych św. Augustyna, pogłębiając swoją wiedzę w dziedzinie nauk biblijnych. Po roku obronił pracę doktorską z dogmatyki pt. Deus est Creator mundi («Bóg jest Stworzycielem świata»).

    Pragnąc poszerzyć swoją wiedzę teologiczną, ks. Bilczewski w 1886 r. udał się do Rzymu, gdzie kontynuował studia na Uniwersytecie Gregoriańskim. Uczestniczył w wykładach wybitnych dogmatyków jezuickich: o. De Augustinisa, o. Ludwika Billotta i o. Guida Latiusiego. Rozpoczął też studia z archeologii chrześcijańskiej pod kierunkiem prof. Jana Baptysty De Rossiego, twórcy tej dziedziny wiedzy, a kontynuował je w Paryżu pod kierunkiem o. Ludwika Marii Duchesne’a. W grudniu 1887 r. udał się znów do Rzymu i pod kierunkiem prof. De Rossiego przygotował pracę na temat Eucharystii w najstarszych inskrypcjach rzymskich. Zwiedzał zabytki starożytnego chrześcijaństwa, badając symbole wskazujące na wiarę pierwszych chrześcijan w żywą obecność Pana Jezusa pod postacią chleba i wina.

    Po powrocie z Rzymu ks. dr Józef Bilczewski został skierowany przez kard. Albina Dunajewskiego do pracy w parafii w Kętach. Z zapałem podjął obowiązki wikariusza, ciesząc się, że może głosić Chrystusa. Szczególną opieką otoczył dzieci niepełnosprawne i troszczył się o to, by uczestniczyły w katechezie, a także, aby im nikt nie dokuczał w szkole. Kontynuował również pracę naukową, przygotowując rozprawę na temat wczesnochrześcijańskich symboli Eucharystii. W kwietniu 1890 r. przedstawił na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego rozprawę habilitacyjną pt. Archeologia chrześcijańska wobec historii Kościoła i dogmatu.

    W 1891 r. ks. Józef Bilczewski został zatrudniony na stanowisku profesora dogmatyki szczegółowej na uniwersytecie lwowskim. Bardzo szybko dał się poznać jako gorliwy i pokorny kapłan oraz wytrawny naukowiec. Mieszkał w klasztorze ojców bernardynów i uczestniczył w ich życiu. Nadano mu godność kanonika Kapituły Metropolitalnej we Lwowie. Jako profesor uniwersytetu lwowskiego prowadził badania w dziedzinie archeologii chrześcijańskiej. W 1894 r. opublikował w Krakowie książkę pt.

    1. Eucharystia w świetle najstarszych malowideł i epigrafów

    , włączając się w ożywiony nurt pobożności eucharystycznej, jaki pojawił się na przełomie XIX i XX w. w Kościele powszechnym.

    W roku akademickim 1896/1897 pełnił obowiązki dziekana Wydziału Teologicznego uniwersytetu lwowskiego, a w r. 1900/1901 rektora tego uniwersytetu. Cieszył się ogromnym autorytetem wśród profesorów i studentów, nie tylko dzięki rozległej wiedzy w dziedzinie dogmatyki i archeologii chrześcijańskiej, ale przede wszystkim dzięki osobistym przymiotom. Zawsze wyznawał biblijną zasadę, że początkiem wszelkiej mądrości jest bojaźń Boża (por. Ps 111 [110], 10). Starał się być kapłanem według Serca Jezusowego, gotowym do służenia i dzielenia się swoją wiedzą. W wykładach przybliżał Bożą mądrość swoim słuchaczom językiem prostym i zrozumiałym. Studenci szczególnie cenili sobie jego wykłady o Eucharystii. Wiedzą i doświadczeniem wiary dzielił się również w kazaniach, poświęcając wiele uwagi wyjaśnianiu tajemnicy Najświętszego Sakramentu.

    17 grudnia 1900 r. papież Leon XIII mianował ks. Józefa Bilczewskiego arcybiskupem lwowskim. Konsekracja biskupia odbyła się 20 stycznia 1901 r. w katedrze lwowskiej.

    Pasterz Kościoła lwowskiego

    Obejmując archidiecezję lwowską, abp Józef Bilczewski przedstawił swój program duszpasterski, który zawarł w słowach: «Oddanie się całopalne na sprawę Kościoła». Pragnął być przede wszystkim dobrym pasterzem, który wszystkie swoje siły oddaje dla budowania Królestwa Bożego. Chciał prowadzić swoje owce na zasobne pastwiska, dawać im dobry i zdrowy pokarm. Cele i kierunki duszpasterskiego działania wyrażał w listach pasterskich i odezwach kierowanych do kapłanów i wiernych archidiecezji lwowskiej — Listy pasterskie, odezwy, kazania i mowy okolicznościowe (Lwów, T. I, 1908, T. II, 1922, T. III, 1924).

    Za pierwszorzędny cel uznał zwiększenie liczby duchowieństwa i podniesienie poziomu wychowania w seminariach. W związku z tym prosił diecezjan o modlitwy w intencji dobrych powołań kapłańskich. Wzywał wiernych do pogłębiania znajomości katechizmu i podstawowych prawd wiary. Proboszczów zobowiązał do wykładania katechizmu w każdą niedzielę.

    Wyprzedzając decyzje św. Piusa X, wskazywał na potrzebę rozwijania nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu i częstego przyjmowania komunii św. W duchu nauczania papieża Leona XIII zachęcał chrześcijan do podejmowania działalności społecznej, szczególnie uwrażliwiał ich na sprawiedliwość społeczną. Często odwiedzał parafie archidiecezji lwowskiej, by lepiej poznać życie wiernych. Chciał być ojcem dla wszystkich wiernych i pobudzić ich do głębszego życia duchowego.

    Abp Józef Bilczewski był przekonany, że przybliży swoim diecezjanom Chrystusa, jeśli utrudzonym i zapracowanym ludziom skróci drogę do kościoła parafialnego. Od pierwszych dni swojego duszpasterzowania w archidiecezji lwowskiej starał się o budowę nowych kościołów. Tworzył ośrodki duszpasterskie i zachęcał zakony żeńskie do zakładania domów, ochronek dla dzieci i szkół.

    W miejscowościach, gdzie były żeńskie domy zakonne, starał się włączyć siostry zakonne do prowadzenia katechezy dzieci, młodzieży i dorosłych. Popierał te zgromadzenia, które opiekowały się chorymi, i zachęcał do prowadzenia duszpasterstwa chorych, polegającego na przygotowywaniu ich do sakramentu pokuty i komunii św. W czasie swojego duszpasterzowania w archidiecezji lwowskiej abp Bilczewski zaprosił do współpracy siostry służebniczki Najświętszej Maryi Panny starowiejskie, siostry sercanki, siostry nazaretanki i siostry józefitki. Siostrom zakonnym powierzał zadanie przygotowania dzieci i młodzieży do sakramentów, organizowanie spotkań z dorosłymi, prowadzenie duszpasterstwa kobiet. W tym czasie w 135 domach zakonnych w archidiecezji lwowskiej było 865 sióstr. Ich praca duszpasterska na wsiach i w środowiskach robotniczych prowadziła do ożywienia życia religijnego.

    Ważnym aspektem pasterskiego działania abpa Józefa Bilczewskiego była budowa kościołów i tworzenie nowych parafii. Zależało mu na tym, aby proboszcz i parafianie dzielili odpowiedzialność materialną i duchową za powstającą świątynię. Był przekonany, że udział w budowie kościoła prowadzi do wytworzenia więzi między proboszczem i wiernymi, a w konsekwencji do budowania żywego Kościoła, którego głową jest Chrystus. Aby pomóc wspólnotom parafialnym, lwowskiemu architektowi T. Obmińskiemu zlecił przygotowanie trzech projektów kościołów, mogących pomieścić 200, 400 i 600 osób, które byłyby do dyspozycji i w każdej chwili mogły być realizowane. Owocem wytrwałej i systematycznej pracy było powstanie w czasie jego rządów w archidiecezji 328 nowych kościołów i kaplic. Liczba parafii wzrosła z 223 do 261, natomiast kościołów rektoralnych i kaplic publicznych z 39 do 135.

    Poświęcając nowe kościoły, abp Bilczewski myślał o żywym Kościele, który rośnie i rozwija się dzięki udzielaniu sakramentów świętych, wspólnej modlitwie i słuchaniu słowa Bożego. Dlatego też szczególnie troszczył się o powołania kapłańskie i formację seminaryjną. W pierwszym liście do archidiecezji prosił kapłanów i wiernych o codzienną modlitwę w intencji dobrych powołań kapłańskich i zakonnych, szczególnie zachęcał rodziny do odmawiania przynajmniej jednego «Ojcze nasz» i «Zdrowaś Maryjo» w tej intencji. W latach od 1900, kiedy rozpoczął duszpasterzowanie, do 1914, gdy wybuchła I wojna światowa, liczba kleryków wzrosła z 79 do 134. Abp Józef Bilczewski zabiegał o wysoki poziom wykształcenia filozoficzno-teologicznego, posyłał najzdolniejszych kapłanów na studia specjalistyczne do Rzymu. Często też odwiedzał seminarium duchowne, uczestniczył w modlitwie, posiłkach i rekreacji. W konferencjach dla kleryków pouczał ich, jak mają pracować nad swoim charakterem, jak rozwijać przyjaźń z Chrystusem i jak trwać w łasce uświęcającej.

    Z myślą o podniesieniu intelektualnego poziomu duchowieństwa i wiernych zainicjował w archidiecezji lwowskiej wydawanie «Przeglądu Teologicznego», «Miesięcznika Katechetycznego i Wychowawczego», «Dziennika Kościelnego» oraz serii wydawniczej «Biblioteka religijna».

    Abp Józef Bilczewski oddziaływał na kapłanów i wiernych przede wszystkim przez przykład życia, pracował nieustannie nad swoim charakterem, starał się być cierpliwy, wyrozumiały, gotowy do wyrzeczeń i poświęcenia. Kiedy wybuchła I wojna światowa i do Lwowa zbliżał się front, nie opuścił swoich owiec, pozostając razem z nimi w trudnym czasie próby.

    W centrum troski pasterskiej abpa Józefa Bilczewskiego była katecheza dzieci, młodzieży i dorosłych. W pierwszym liście pasterskim z 1901 r. wskazał jako główny cel swojej posługi w archidiecezji lwowskiej doprowadzenie wiernych do Jezusa, «by zakochali się w Nim i nigdy Go nie opuścili». Sprawę katechezy kładł na sercu przede wszystkim duszpasterzom i osobom zakonnym. Prosił nauczycieli świeckich, aby również oni angażowali się w przekaz prawd wiary, zwracał się do matek, aby uczyły swoje dzieci modlitwy codziennej i katechizmu, gdyż prawdy wiary przyjęte w sercu są najlepszym fundamentem życia chrześcijańskiego. Zwracał uwagę szczególnie na dobre przygotowanie dzieci do I komunii św. Nakazał proboszczom, aby prowadzili katechezę dorosłych w każdą niedzielę przed Mszą św., ucząc modlitwy, wyjaśniając prawdy wiary i przykazania Boże.

    Abp Bilczewski starał się, aby do gimnazjum trafiali najlepsi katecheci, którzy umieliby przekazać prawdy wiary młodzieży uczącej się i studiującej. W kilku listach pasterskich (1905, 1911, 1917, 1918, 1919) zwracał się do młodzieży, apelując o świadome i odważne kształtowanie własnego charakteru w oparciu o wartości chrześcijańskie. Jak ojciec i przyjaciel przestrzegał przed fałszywymi koncepcjami życia i ukazywał niebezpieczeństwa postawy polegającej na szukaniu tylko przyjemności. Zachęcał, aby dążyć do ideału, jaki ukazał Chrystus w Kazaniu na Górze: «Bądźcie (…) wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski» (Mt 5, 48). Przypominał, że każdy człowiek został dotknięty przez grzech, ale w zjednoczeniu z Chrystusem może pokonać słabości i osiągnąć chrześcijańską doskonałość, wyrażającą się w męstwie, roztropności, ofiarnej miłości i poświęceniu dla bliźnich.

    Eucharystia w centrum życia chrześcijańskiego

    Tajemnica Eucharystii jest obecna w całym życiu kapłańskim abpa Józefa Bilczewskiego. Poświęcił jej zarówno pierwsze artykuły, jak i wielką rozprawę na temat symboli eucharystycznych w katakumbach rzymskich: Eucharystia w świetle najdawniejszych pomników piśmiennych, ikonograficznych, epigraficznych (1897). Wskazywał na zabytki archeologiczne jako locus theologicus dla wiary chrześcijan pierwszych wieków w żywą, prawdziwą i rzeczywistą obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina.

    Stosując naukową metodę analizy tekstów teologicznych, Józef Bilczewski ukazywał najpierw Eucharystię w świetle najdawniejszych zabytków piśmiennictwa: Ewangelii, Dziejów Apostolskich, Didache, Listu Klemensa Rzymskiego do Koryntian, pism św. Ignacego Antiocheńskiego, św. Justyna, św. Ireneusza, Klemensa Aleksandryjskiego, Tertuliana, św. Hipolita, Orygenesa i św. Cypriana. Udowadniał, że istnieje bezpośredni związek między ustanowieniem Eucharystii i ucztą paschalną Izraelitów oraz że ma ona wymiar ofiarniczy. Eucharystia jest prawdziwą Ofiarą i jednocześnie ucztą ofiarną, w której chrześcijanie jednoczą się ze swoim Zbawicielem. Prawda ta była, według Józefa Bilczewskiego, nieprzerwanie obecna w pismach Ojców Apostolskich i najstarszych pisarzy chrześcijańskich.

    Twierdził, że również najstarsza ikonografia świadczy o wierze w rzeczywistą obecność Chrystusa w Eucharystii. Pierwsi chrześcijanie wyrazili ją w obrazach pozostawionych w katakumbach i na nagrobkach. O żywej obecności Pana Jezusa w Eucharystii świadczą obrazy rozmnożenia chleba i ryb w katakumbach Pryscylli, św. Piotra i Marcelina, na sarkofagu laterańskim i galijskim oraz w szkatułce kartagińskiej. Podobną wymowę mają przedstawienia ryb i chleba na innych pomnikach starochrześcijańskich oraz obrazy przedstawiające Eucharystię symbolicznie: cud w Kanie, manna na pustyni, ofiara Abla i Daniel między lwami.

    Osobny rozdział poświęcił Józef Bilczewski epigrafom na nagrobkach: Abrecjusza z Hierapolis, Pektoriusza z Autun, św. Sebastiana w katakumbach rzymskich. Napisy te potwierdzają, że pierwsi chrześcijanie wierzyli w żywą obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Na koniec omówił praktyki eucharystyczne, zwracając uwagę na szafarza Eucharystii, chleb i wino używane do świętych obrzędów oraz na to, kto może przyjmować komunię św., i na ceremonie z nią związane. Przypomniał również, że w pierwotnym Kościele chrześcijanie codziennie przyjmowali komunię św., która była dla nich duchowym pokarmem w walce z grzechem i złem.

    Doświadczeniem Eucharystii arcybiskup lwowski dzielił się w listach pasterskich, kierowanych do wiernych archidiecezji: na początku Wielkiego Postu 1902 r. — List o Najświętszym Sakramencie; o Pierwszej Komunii świętej dzieci (1906); do kapłanów i wiernych — Chleb żywota (1910), oraz w kazaniu Maryja a Przenajświętszy Sakrament (1911).

    Wyjaśniając wiernym tajemnicę Eucharystii, abp Bilczewski odwoływał się do obrazów starotestamentalnych, które zapowiadały ustanowienie tego sakramentu: ofiary Melchizedeka, manny na pustyni, podpłomyków Eliasza, ofiary Abrahama, Izaaka oraz baranka paschalnego spożywanego przez Izraelitów w Egipcie. Więcej uwagi poświęcił obrazom Eucharystii, jakie pojawiły się w nauczaniu Pana Jezusa: rozmnożenie chleba na pustyni i nakarmienie pięciu tysięcy ludzi. Wyjaśniał słowa Chrystusa o «chlebie żywym», podkreślając, że należy je rozumieć dosłownie. Powracał do sceny ustanowienia Eucharystii w Wieczerniku, aby przypomnieć, że łamanie chleba było bezkrwawą ofiarą, która dopełniła się w Wielki Piątek w śmierci Chrystusa. Eucharystia, dając Chrystusa, jest jednocześnie chlebem na życie wieczne i zapowiada tę rzeczywistość, w której człowiek będzie na zawsze cieszył się Jego obecnością. Przez udział we Mszy św. chrześcijanin może włączyć się w Ofiarę Chrystusa i przyjmować jej owoce.

    Odpowiedzią chrześcijanina na tak wielki dar, jakim jest Eucharystia, jest — według abpa Józefa Bilczewskiego — kult Najświętszego Sakramentu. Arcybiskup lwowski zachęcał kapłanów i wiernych do rozwijania nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu przez nawiedzenia i adoracje w czasie jego wystawienia. W parafiach tworzył stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu. Wiele uwagi poświęcał komunii św. dzieci, wierny nauczaniu św. Piusa X. Prosił duszpasterzy i rodziców, aby dobrze przygotowywali dzieci do spotkania z Chrystusem w komunii św. i tak zorganizowali ten dzień, aby pozostał na zawsze w pamięci dzieci.

    Wieloaspektowa działalność duszpasterska św. Józefa Bilczewskiego przyniosła owoce w postaci ożywienia życia religijnego archidiecezji lwowskiej. Pamięć o dobrym pasterzu przetrwała zawieruchy historii. Na jego grobie, na cmentarzu janowskim, gdzie kazał się pochować w zwykłej mogile, zawsze były świeże kwiaty.

    ks. Jan Machniak Profesor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie

    Opoka.pl/L’Osservatore Romano 11-12/2005

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 października

    Święty Jan Paweł II, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Donat, biskup
      •  Błogosławiony Tymoteusz Giaccardo, prezbiter
      •  Święta Salome, uczennica Pańska
    ***
    Karol Wojtyła z matką

    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, niewielkim miasteczku nieopodal Krakowa, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, Karola Habsburga.
    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.
    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.
    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola, a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku.
    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w ośmioletnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką; już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara. 14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum, otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zamieszkał z ojcem w Krakowie.

    Karol Wojtyła po maturze

    W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.
    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. Było to poważnym ciosem dla młodego chłopaka, który w 21. roku życia pozostał zupełnie bez rodziny. Po śmierci ojca Karol Wojtyła pozostał bez środków do życia. W normalnych czasach mógłby liczyć na studenckie stypendium, ale w czasie wojny uczelnie nie działały. Karol wykorzystał ten czas na intensywne samokształcenie. Środowisko akademickie utrzymywało więzi i działało w podziemiu.
    W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie (tradycja akademickich pielgrzymek majowych zapoczątkowana w 1936 r. trwa do dziś).
    Za jedną z najważniejszych dla siebie inicjatyw okresu okupacji Karol uważał pracę aktorską w konspiracyjnym Teatrze Rapsodycznym, pod kierownictwem Mieczysława Kotlarczyka (teatr działał pod auspicjami podziemnej organizacji narodowo-katolickiej Unia). W tym czasie powstało wiele utworów poetyckich Wojtyły, publikowanych później pod pseudonimem Andrzej Jawień (inne pseudonimy literackie to AJ, Piotr Jasień, a od 1961 r. – Stanisław Andrzej Gruda). Twórczość literacką kontynuował także w latach późniejszych.
    Karol podjął pracę jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay, początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku, a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim (obecnie na terenie Krakowa). Współpracownicy wspominali później, że każdą przerwę w pracy spędzał zatopiony w lekturze. W drodze do pracy wstępował do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach, obok cmentarza, na którym w 1938 r. pochowano przyszłą świętą – s. Faustynę Kowalską.
    W 1942 r. wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie, nie przerywając pracy w Solvayu. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. 29 lutego 1944 roku potrąciła go niemiecka ciężarówka wojskowa i dwa tygodnie musiał spędzić w szpitalu. Zapytany po latach, czy łączy w jakiś sposób ten wypadek z zamachem na swoje życie w 1981 roku, przyznał: “Tak, w obu przypadkach czuwała nade mną Opatrzność”.
    Kiedy w Warszawie wybuchło Powstanie, w Krakowie hitlerowski terror nasilił się (w tzw. “czarną niedzielę” 6 sierpnia 1944 r. Niemcy aresztowali ponad 7 000 mężczyzn). Wówczas kardynał Sapieha, chcąc ratować przyszłych kapłanów, zdecydował, że alumni mają zamieszkać w pałacu arcybiskupim. Tam Karol pozostał do końca wojny, do czasu odbudowania krakowskiego seminarium na Podwalu.

    Ksiądz Karol Wojtyła

    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter Karol Wojtyła odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.
    15 listopada 1946 r. wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu). Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz z USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.
    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy ks. Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety. W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę De Angelis (“O Aniołach”). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu (1948) tytuł doktora teologii (którego nie dostał w Rzymie z powodu braku funduszy na wydanie drukiem rozprawy doktorskiej). Uzyskawszy po śmierci kard. Sapiehy urlop na pracę naukową, w latach 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, chociaż przyjęta w 1953 roku przez Radę krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (aż do roku 1957). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

    Biskup Karol Wojtyła

    W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem pomocniczym Krakowa i biskupem tytularnym Umbrii. Przyjął wówczas, zgodnie z obyczajem, jako hasło przewodnie swej posługi słowa Totus tuus (łac. “Cały Twój”); kierował je do Matki Chrystusa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i biskup Bolesław Kominek. W tym okresie powstały najgłośniejsze prace biskupa Wojtyły, które przyniosły mu sławę wśród teologów: “Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz “Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.
    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.
    Jako pasterz diecezji starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym. Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając nie tylko do rozległej tradycji filozoficznej, lecz także do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z Prymasem Tysiąclecia ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości. W nielicznych wolnych chwilach nadal z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry, chodził po górach, uprawiał narciarstwo.

    Święty Jan Paweł II zaraz po wyborze na papieża

    W nocy z 28 na 29 września 1978 roku po zaledwie 33 dniach pontyfikatu zmarł papież Jan Paweł I. 14 października rozpoczęło się więc drugie już w tym roku konklawe – zebranie kardynałów, mające wyłonić nowego papieża. 16 października 1978 roku około godziny 17.15 w siódmym głosowaniu metropolita krakowski, kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem. Przyjął imię Jan Paweł II. O godz. 18.45 kard. Pericle Felici ogłosił wybór nowego papieża – HABEMUS PAPAM!Jan Paweł II udzielił pierwszego błogosławieństwa “Urbi et Orbi” – “Miastu i Światu”. 22 października na Placu Świętego Piotra odbyła się uroczysta inauguracja pontyfikatu, a następnego dnia pierwsza audiencja dla 4000 Polaków zgromadzonych w auli Pawła VI. Msza św. inaugurująca pontyfikat była transmitowana przez radio i telewizję na wszystkie kontynenty. Dla Polaków, w kraju rządzonym przez komunistów, była to pierwsza transmisja Mszy św. od czasów przedwojennych. 12 listopada Jan Paweł II uroczyście objął katedrę Rzymu – Bazylikę św. Jana na Lateranie, stając się w ten sposób Biskupem Rzymu.Jan Paweł II był pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie Wschodniej i w Azji w latach 80-tych i 90-tych XX w.
    Pontyfikat Jana Pawła II trwał ponad 26 lat i był drugim co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).
    Podczas wszystkich pielgrzymek Jan Paweł II przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu Ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między Ziemią a Księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne, podczas których odwiedził 135 krajów, oraz 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.

    Święty Jan Paweł II, papież-apostoł

    Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), ogłosił 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i 478 świętych. Napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie. Powyższe dane statystyczne nie oddają jednak nawet skrawka ogromnego dziedzictwa nauczania i pontyfikatu pierwszego w dziejach Kościoła Papieża-Polaka.
    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża-apostoła. Chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie w roku 1985, który ONZ ogłosiła Międzynarodowym Rokiem Młodzieży, napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie, a w 2016 r. – w Krakowie).
    Chociaż kardynał Wojtyła rozpoczynając posługę Piotrową był – jak na papieża – bardzo młody (miał 58 lat), cieszył się dobrym zdrowiem i był wysportowany, to niemal cały jego pontyfikat naznaczony był cierpieniem. Choroby Jana Pawła II zaczęły się od pamiętnego zamachu na życie papieża. 13 maja 1981, podczas audiencji generalnej na Placu św. Piotra w Rzymie o godzinie 17.19 papież został postrzelony przez tureckiego zamachowca Mehmeta Ali Agcę w brzuch oraz rękę. Ocalenie, jak sam wielokrotnie podkreślał, zawdzięczał Matce Bożej Fatimskiej, której rocznicę objawień tego dnia obchodzono. Powiedział później: “Jedna ręka strzelała, a inna kierowała kulę”. Cały świat zamarł w oczekiwaniu na wynik sześciogodzinnej operacji w Poliklinice Gemelli. Papież spędził wtedy na rehabilitacji w szpitalu 22 dni.
    Niestety, do pełnego zdrowia nie powrócił nigdy. Następstwa postrzału spowodowały liczne komplikacje zdrowotne, konieczność kolejnych operacji, pobyty w szpitalu. Zaraz po zamachu w przekazie nadanym przez Radio Watykańskie papież powiedział: “Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”. Później odwiedził zamachowca w więzieniu.
    Papież nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach tłumów, którym w ten sposób dawał niezwykłą katechezę. Wielokrotnie też podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych o modlitewne wspieranie jego pontyfikatu.
    W pierwszą rocznicę zamachu na Placu świętego Piotra, 13 maja 1982 r., papież udał się z dziękczynną pielgrzymką do Fatimy. Tam, podczas nabożeństwa, niezrównoważony mężczyzna Juan Fernández y Krohn lekko ugodził papieża nożem. Ochrona szybko obezwładniła napastnika, a papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Na szczęście ten drugi zamach nie miał poważnych następstw.

    Święty Jan Paweł II w ostatnim okresie swego życia

    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie pojawiał się publicznie. Przeszedł grypę i zabieg tracheotomii, wykonany z powodu niewydolności oddechowej. W czwartek, 31 marca, wystąpiły u Ojca Świętego silne dreszcze ze wzrostem temperatury ciała do 39,6 st. C. Był to początek wstrząsu septycznego połączonego z zapaścią sercowo-naczyniową.
    Kiedy medycyna nie mogła już pomóc, uszanowano wolę papieża, który chciał pozostać w domu. Podczas Mszy św. sprawowanej przy jego łożu, którą Jan Paweł II koncelebrował z przymkniętymi oczyma, kardynał Marian Jaworski udzielił mu sakramentu namaszczenia. 2 kwietnia 2005 r. o godz. 7.30 papież zaczął tracić przytomność. W tym czasie w pokoju umierającego czuwali najbliżsi, a przed oknami, na Placu św. Piotra modlił się wielotysięczny tłum. Relacje na cały świat nadawały wszystkie media. Wieczorem, przy łóżku chorego odprawiono Mszę św. wigilii Święta Miłosierdzia Bożego. Ok. godz. 19.00 Jan Paweł II wszedł w stan śpiączki. Monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. O godz. 21.37 osobisty papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził śmierć Jana Pawła II. Jan Paweł II odszedł do domu Ojca po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, które sam ustanowił.

    Trumna z ciałem św. Jana Pawła II

    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek, 8 kwietnia 2005 r. Uczestniczyło w nim na placu św. Piotra i w całym Rzymie ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów, a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie bł. Jana XXIII, beatyfikowanego w 2000 r.13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od konieczności zachowania pięcioletniego okresu od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpoczął się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został ksiądz Sławomir Oder. 23 marca 2007 r. trybunał diecezjalny badający tajemnicę uzdrowienia jednej z francuskich zakonnic – Marie Simon-Pierre – za wstawiennictwem papieża Polaka potwierdził fakt zaistnienia cudu. Po niespodziewanym uzdrowieniu, o które na modlitwie prosiły za wstawiennictwem zmarłego papieża członkinie jej zgromadzenia, s. Marie powróciła do pracy w szpitalu dziecięcym. Przy okazji podania tej wiadomości ks. Oder poinformował, że istnieje kilkaset świadectw dotyczących innych uzdrowień za wstawiennictwem Jana Pawła II.
    2 kwietnia 2007 r. miało miejsce oficjalne zamknięcie diecezjalnej fazy procesu beatyfikacyjnego w Bazylice św. Jana na Lateranie w obecności wikariusza generalnego Rzymu, kardynała Camillo Ruiniego.
    16 listopada 2009 r. w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych odbyło się posiedzenie komisji kardynałów w sprawie beatyfikacji Jana Pawła II. Obrady komisji zakończyło głosowanie, w którym podjęto decyzję o skierowaniu do Benedykta XVI prośby o wyniesienie polskiego papieża na ołtarze.
    19 grudnia 2009 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o uznaniu heroiczności cnót Jana Pawła II, który zamknął zasadniczą część jego procesu beatyfikacyjnego. Jednocześnie rozpoczęło się dochodzenie dotyczące cudu uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu polskiego papieża.
    12 stycznia 2011 r. komisja Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zaaprobowała cud za wstawiennictwem Jana Pawła II polegający na uzdrowieniu francuskiej zakonnicy. Zgodnie z konstytucją apostolską Jana Pawła II Divinus perfectionis Magister z 1983 r. ustalającą nowe zasady postępowania kanonizacyjnego, orzeczenie Kongregacji zostało przedstawione papieżowi, który jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych.

    Święty Jan Paweł II

    14 stycznia 2011 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret o cudzie i wyznaczył na dzień 1 maja 2011 r. beatyfikację papieża Jana Pawła II. Dokonał jej osobiście podczas uroczystej Mszy Świętej na placu św. Piotra w Rzymie, którą koncelebrowało kilka tysięcy kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwie jest szacowana na 1,5 mln osób, w tym trzysta tysięcy Polaków. Warto wspomnieć, że Benedykt XVI uczynił wyjątek, osobiście przewodnicząc beatyfikacji swojego Poprzednika – jako zwyczajną praktykę Benedykt XVI przyjął, że beatyfikacjom przewodniczy jego delegat, a on sam dokonuje jedynie kanonizacji.
    Na datę liturgicznego wspomnienia bł. Jana Pawła II wybrano dzień 22 października, przypadający w rocznicę uroczystej inauguracji pontyfikatu papieża-Polaka.Papież Franciszek dokonał kanonizacji papieża-Polaka w niedzielę Bożego Miłosierdzia, 27 kwietnia 2014 r., w Rzymie. Do chwały świętych Jan Paweł II został wyniesiony razem z jednym ze swoich poprzedników, Janem XXIII.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    WTOREK, 22 PAŹDZIERNIKA 2024

    wspomnienie św. Jana Pawła II

    zkoty1953-cc/Aleteia.pl

    ***

    Karol Józef Wojtyła urodził się 18 maja 1920 r. w Wadowicach, jako drugi syn Emilii i Karola Wojtyłów. Został ochrzczony w kościele parafialnym 20 czerwca 1920 r. przez ks. Franciszka Żaka, kapelana wojskowego. Rodzice nadali imię Karolowi na cześć ostatniego cesarza Austrii, bł. Karola Habsburga.

    Rodzina Wojtyłów żyła skromnie. Jedynym źródłem utrzymania była pensja ojca – wojskowego urzędnika w Powiatowej Komendzie Uzupełnień w stopniu porucznika. Edmund, brat Karola, studiował medycynę w Krakowie i został lekarzem. Wojtyłowie mieli jeszcze jedno dziecko – Olgę, która zmarła zaraz po urodzeniu.

    W dzieciństwie Karola nazywano najczęściej zdrobnieniem imienia – Lolek. Uważano go za chłopca utalentowanego i wysportowanego.

    13 kwietnia 1929 r. zmarła matka Karola a trzy lata później, w 1932 r., w wieku 26 lat, zmarł na szkarlatynę brat Edmund. Chorobą zaraził się od swojej pacjentki w szpitalu w Bielsku-Białej.

    Od września 1930 r. Karol rozpoczął naukę w 8-letnim Państwowym Gimnazjum Męskim im. Marcina Jadowity w Wadowicach. Nie miał żadnych problemów z nauką, już w tym wieku, według jego katechetów, wyróżniała go także ogromna wiara.

    14 maja 1938 r. Karol zakończył naukę w gimnazjum otrzymując świadectwo maturalne z oceną celującą, następnie wybrał studia polonistyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W lutym 1940 r. poznał osobę ważną dla swego rozwoju duchownego. Był to Jan Tyranowski, który prowadził dla młodzieży męskiej koło wiedzy religijnej. Uczestniczący w nim Wojtyła poznał wówczas i po raz pierwszy czytał pisma św. Jana od Krzyża.

    18 lutego 1941 r. po długiej chorobie zmarł ojciec Karola. W 1942 i 1943 r. jako reprezentant krakowskiej społeczności akademickiej udawał się do Częstochowy, by odnowić śluby jasnogórskie.

    Wojna odebrała Karolowi możliwość kontynuowania studiów, zaczął więc pracować jako pracownik fizyczny w zakładach chemicznych Solvay. Początkowo w kamieniołomie w Zakrzówku a potem w oczyszczalni sody w Borku Fałęckim. W tym okresie Karol związał się też z polityczno-wojskową katolicką organizacją podziemną Unia, która starała się między innymi ochraniać zagrożonych Żydów.

    W 1942 r. postanowił studiować teologię i wstąpił do tajnego Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie gdzie 1 listopada 1946 r. otrzymał święcenia kapłańskie. W tym samym czasie rozpoczął w konspiracji studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W okresie od kwietnia 1945 r. do sierpnia 1946 r. Karol pracował na uczelni jako asystent i prowadził seminaria z historii dogmatu.

    13 października 1946 r. alumn Metropolitalnego Seminarium Duchownego w Krakowie Karol Wojtyła został subdiakonem, a tydzień później diakonem. Już 1 listopada 1946 r. kard. Adam Stefan Sapieha wyświęcił Karola na księdza. 2 listopada jako neoprezbiter odprawił Mszę św. prymicyjną w krypcie św. Leonarda w katedrze na Wawelu.

    15 listopada Karol wraz z klerykiem Stanisławem Starowiejskim poprzez Paryż wyjechał do Rzymu, aby kontynuować studia na Papieskim Międzynarodowym Athenaeum Angelicum (obecnie Papieski Uniwersytet św. Tomasza z Akwinu) w Rzymie. Podczas studiów zamieszkiwał w Kolegium Belgijskim, gdzie poznał wielu duchownych z krajów frankofońskich oraz USA. W 1948 r. ukończył studia z dyplomem summa cum laude.

    W lipcu 1948 r. na okres 7 miesięcy Karol został skierowany do pracy w parafii Niegowić, gdzie spełniał zadania wikarego i katechety.

    W marcu 1949 r. został przeniesiony do parafii św. Floriana w Krakowie. Tam założył chór gregoriański, z którym wkrótce przygotował i odśpiewał mszę „De Angelis” („O Aniołach„). Swoich chórzystów zaraził pasją i miłością do gór – razem przewędrowali Gorce, Bieszczady i Beskid. Organizowali także spływy kajakowe na Mazurach. W Krakowie otrzymał też w końcu tytuł doktora teologii i uzyskawszy urlop na pracę naukową 1951-1953 rozpoczął pisanie pracy habilitacyjnej, która, mimo że w 1953 roku przyjęła ją Rada krakowskiego Wydziału Teologicznego, została odrzucona przez Ministerstwo Oświaty i tytułu docenta Karol Wojtyła nie uzyskał (uzyskał go dopiero w 1957 r.). W roku 1956 objął za to katedrę etyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.  W 1958 r. Karol Wojtyła został mianowany biskupem tytularnym Umbrii, a także biskupem pomocniczym Krakowa. Konsekracji biskupiej ks. Karola Wojtyły dokonał 28 września 1958 r. w katedrze na Wawelu metropolita krakowski i lwowski, arcybiskup Eugeniusz Baziak. Współkonsekratorami byli biskup Franciszek Jop i Bolesław Kominek. Wtedy też powstały jego najgłośniejsze prace, które przyniosły mu sławę wśród teologów – „Miłość i odpowiedzialność” (1960) oraz „Osoba i czyn” (1969). W 1962 r. został krajowym duszpasterzem środowisk twórczych i inteligencji. Na okres biskupstwa Karola przypadły także obrady Soboru Watykańskiego II, w których aktywnie uczestniczył.

    Jako biskup przyjął, zgodnie z obyczajem, hasło przewodnie swej posługi „Totus Tuus” (łac. „Cały Twój”), kierował je do Matki Chrystusa.

    30 grudnia 1963 r. Karol Wojtyła został mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim. Podczas konsystorza 26 czerwca 1967 r. został nominowany kardynałem. 29 czerwca 1967 r. otrzymał w kaplicy Sykstyńskiej od papieża Pawła VI czerwony biret, a jego kościołem tytularnym stał się kościół św. Cezarego Męczennika na Palatynie.

    Jako pasterz diecezjalny starał się ogarniać swą posługą wszystkich potrzebujących. Wizytował parafie, odwiedzał klasztory. W 1965 r. otworzył proces beatyfikacyjny siostry Faustyny Kowalskiej. Z chęcią jeździł na Podhale i w Tatry. Utrzymywał dobry i ścisły kontakt z inteligencją krakowską, zwłaszcza ze środowiskiem naukowym i artystycznym.

    Zyskał dojrzałość jako myśliciel, sięgając do rozległej tradycji filozoficznej, lecz też do Biblii i do mistyki (zawsze był mu bliski święty Jan od Krzyża) i budując harmonijnie koncepcję z pogranicza filozofii oraz teologii: człowieka jako integralnej osoby. Stał się znanym poza Polską autorytetem. Był obok Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego, najważniejszą postacią Episkopatu Polski. Z, nazwanym tak przez siebie, „prymasem Tysiąclecia”, ściśle współpracował, okazując szacunek dla jego doświadczenia i mądrości.

    Na zwołanym po śmierci Jana Pawła I konklawe w roku 1978 Wojtyła został wybrany na papieża i przybrał imię Jana Pawła II. Wynik wyboru ogłoszono 16 października o godz. 16:16.

    Jan Paweł II była pierwszym papieżem z Polski, jak również pierwszym po 455 latach biskupem Rzymu, nie będącym Włochem. Wybór na głowę Kościoła osoby z kraju socjalistycznego wpłynął znacząco na wydarzenia w Europie wschodniej i Azji w latach 80. XX w.

    Osobistym sekretarzem Jana Pawła II przez cały pontyfikat był arcybiskup Stanisław Dziwisz.

    Podczas jego pontyfikatu ponad 300 milionów ludzi przeszło na katolicyzm.

    Pontyfikat Jana Pawła II był drugi co do długości w dziejach Kościoła. Najdłużej – 32 lata – sprawował swój urząd Pius IX (nie licząc pontyfikatu Piotra – pierwszego następcy Jezusa).

    Podczas wszystkich pielgrzymek przebył ponad 1,6 miliona kilometrów, co odpowiada 40-krotnemu okrążeniu ziemi wokół równika i czterokrotnej odległości między ziemią a księżycem. Jan Paweł II odbył 102 pielgrzymki zagraniczne podczas których odwiedził 135 krajów i 142 podróże na terenie Włoch, podczas których wygłosił 898 przemówień. Z 334 istniejących rzymskich parafii, odwiedził 301. Jego celem było dotarcie do wszystkich parafii, zabrakło niewiele.

    Papież Jan Paweł II mianował 232 kardynałów (w tym 9 Polaków), beatyfikował 1318 błogosławionych (w tym 154 Polaków) i kanonizował 478 świętych.

    Ojciec Święty napisał 14 encyklik, 14 adhortacji, 11 konstytucji oraz 43 listy apostolskie.

    Wprawdzie już począwszy od Jana XXIII papiestwo zaczęło rezygnować z niektórych elementów ceremoniału, jednakże dopiero Jan Paweł II zniwelował większość barier, przyjmując postawę papieża bliskiego wszystkim ludziom, papieża – apostoła.

    Papież chętnie spotykał się z młodymi ludźmi i poświęcał im dużo uwagi. Na spotkanie w Rzymie 31 marca 1985 r., który ONZ ogłosiło Międzynarodowym Rokiem Młodzieży napisał list apostolski na temat roli młodości jako okresu szczególnego kształtowania drogi życia, a 20 grudnia zapoczątkował tradycję Światowych Dni Młodzieży. Odtąd co roku przygotowywał orędzie skierowane do młodych, które stawało się tematem tego międzynarodowego spotkania, organizowanego w różnych miejscach świata (np. w 1991 r. w Częstochowie).

    Jan Paweł II od początku lat 90. cierpiał na postępującą chorobę Parkinsona. Mimo licznych spekulacji i sugestii ustąpienia z funkcji, które nasilały się w mediach zwłaszcza podczas kolejnych pobytów papieża w szpitalu, pełnił ją aż do śmierci. Nagłe pogorszenie stanu Zdrowia papieża rozpoczęło się 1 lutego 2005 r. Przez ostatnie dwa miesiące życia Jan Paweł II wiele dni spędził w szpitalu i nie udzielał się publicznie. Ojciec Święty Jan Paweł II zmarł 2 kwietnia 2005 r. po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, w 9666 dniu swojego pontyfikatu. W ciągu ostatnich dwóch dni życia towarzyszyli mu nieustannie wierni z całego świata.

    Pogrzeb Jana Pawła II odbył się w piątek 8 kwietnia 2005 r., w którym uczestniczyło na placu św. Piotra ok. 300 tys. wiernych oraz 200 prezydentów i premierów a także przedstawiciele wszystkich wyznań świata, w tym duchowni islamscy i żydowscy. Po zakończeniu nabożeństwa żałobnego, w asyście tylko duchownych z najbliższego otoczenia, papież został pochowany w podziemiach bazyliki św. Piotra, w krypcie Jana XXIII.

    13 maja 2005 r. papież Benedykt XVI (następca Jana Pawła II) zezwolił na natychmiastowe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, udzielając dyspensy od pięcioletniego okresu oczekiwania od śmierci kandydata, jaki jest wymagany przez prawo kanoniczne. Formalny proces rozpaczał się 28 czerwca 2005 r., kiedy zaprzysiężeni zostali członkowie trybunału beatyfikacyjnego. Postulatorem został polski ksiądz Sławomir Oder. 2 kwietnia 2007 r. zakończyła się faza diecezjalna procesu i wszystkie akta zostały przekazane do watykańskiej Kongregacji ds. kanonizacyjnych.

    1 maja 2011 nastąpiła beatyfikacja Jana Pawła II podczas uroczystej mszy świętej na placu Św. Piotra w Rzymie. Ogłoszony świętym przez papieża Franciszka 27 kwietnia 2014 roku.

    biogram zaczerpnięty z serwisu Ewangelia na co dzień/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 października

    Święty Kasper del Bufalo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub Strzemię, biskup
      •  Święta Urszula, dziewica i męczennica
    ***
    Święty Kasper del Bufalo

    Kasper urodził się 6 stycznia 1786 r. w Rzymie, ochrzczony został dzień później w rzymskim kościele San Martino ai Monti. 6 sierpnia 1787 r. przyjął w domu bierzmowanie z powodu groźby śmierci. W 1788 r. został uzdrowiony z choroby oczu za wstawiennictwem św. Franciszka Ksawerego.
    Ojciec Kaspra, Antoni, był kucharzem, matka – Anuncjata z domu Quartieroni – zajmowała się synem, bo był on chorowitym chłopcem. Od najmłodszych lat często przebywał w kościele, a zapał, z jakim poznawał prawdy wiary sprawił, że zyskał przydomek “małego apostoła Rzymu”. Chciał być misjonarzem. Gdy miał dziewiętnaście lat, został przełożonym nowej szkoły katechetycznej przy Santa Maria del Pianto. Często przemawiał w kościołach i na placach Rzymu, mówił jasnym i prostym językiem. Zajmował się też ewangelizacją prostych, biednych ludzi z wiosek. Ze szczególną miłością zajmował się obłożnie chorymi w hospicjach i szpitalach. W latach 1797-1808 studiował w Collegium Romanum w Rzymie od pierwszego kursu łaciny aż do ukończenia teologii.
    Dnia 31 lipca 1808 r. otrzymał święcenia kapłańskie w kościele Misjonarzy św. Wincentego a Paulo w Montecitorio i został mianowany kanonikiem przy bazylice San Marco. Zajmował się wiernymi w ubogich dzielnicach miasta. Gdy Napoleon zajął Rzym i deportował papieża, a od kapłanów zażądał złożenia przysięgi na wierność sobie, Kasper, kierując się wiernością Ojcu Świętemu, 13 czerwca 1810 r. odmówił złożenia przysięgi. Został za to zesłany do Piacenzy, a później do Bolonii. 13 września 1812 r. został uwięziony w San Giovanni in Monte, w Bolonii, za powtórne odmówienie złożenia przysięgi na wierność Napoleonowi. 12 stycznia 1813 r. przewieziono go do więzienia w Imoli. Gdy 16 maja 1813 r. po raz trzeci odmówił złożenia przysięgi, został przewieziony do fortecy w Lugo, a 10 grudnia skazano go na wyjazd na Korsykę.
    W lutym 1814 r., po czterech latach wygnania i niewoli, Kasper wrócił do Rzymu. Liczył na to, że teraz za przykładem św. Franciszka Ksawerego, którego chciał naśladować, zostanie misjonarzem. Jednak wówczas powierzono mu, wraz z grupą księży i za zgodą papieża, głoszenie nauk rekolekcyjnych i misji ludowych na terenie Włoch. Chciał wstąpić do jezuitów, ale jego spowiednik i przewodnik duchowy poradził mu, by założył własny zakon. Ponieważ chciał przybliżyć wiernym tajemnicę Krwi Chrystusa, założył, wraz z trzema towarzyszami, Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Miało to miejsce w opactwie w San Felice w Giano, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia 1815 r. Bardzo szybko papież Pius VII zaakceptował nazwę i to on ofiarował pierwszą siedzibę.
    W styczniu 1821 r. Kasper wstawił się u papieża w sprawie ocalenia miasta Sonnino, które miało być ukarane z powodu istniejącego tam rozboju. Dlatego Pius VII powierzył mu uzdrowienie moralne całej prowincji dotkniętej bandyckimi napadami. W czasie swojej posługi Kasper mocno naraził się karbonariuszom, których zwalczał. Oskarżano go nawet przed papieżem. Reakcję papieża Leona XII, który w rezultacie pomówień wycofał udzielone pełnomocnictwa i gotów był rozwiązać założoną przez Kaspra kongregację, zniósł z pokorą i w rezultacie niebawem mógł znowu podjąć przerwaną działalność. 15 sierpnia 1825 r. papież zorientował się, że oskarżenia skierowane przeciwko Kasprowi były fałszywe. W lutym następnego roku chciał go nominować na biskupa, internuncjusza w Brazylii, ale Kasper odmówił przyjęcia tej godności. Pozostał w Rzymie i pracował w Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, a w październiku 1826 r. wrócił do pracy w swoim zgromadzeniu. W 1834 r. pomógł św. Marii de Mattias założyć Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.
    W dwa lata później był już tak wyczerpany, że musiał zmniejszyć swoją aktywność. Jednak gdy w grudniu 1837 r. dowiedział się, że w Rzymie wybuchła epidemia cholery, pośpieszył do miasta, by nieść posługę kapłańską wśród umierających na ulicach. Wygłaszał dla nich ostatnie nauki rekolekcyjne. Gdy sam zachorował, 27 grudnia 1837 r. w Albano otrzymał sakrament namaszczenia chorych, a dzień później zmarł. Pochowano go w kościele San Paolo w Albano. Beatyfikował go w bazylice św. Piotra w Rzymie papież Pius X dnia 18 grudnia 1904 r., a kanonizował w pięćdziesiąt lat później papież Pius XII. Święty Kasper uznawany jest za jednego z patronów osób cierpiących na choroby nowotworowe.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 października

    Święty Jan Kanty, prezbiter

    Święty Jan Kanty

    Jan urodził się 24 czerwca 1390 r. w Kętach (ok. 30 km od Oświęcimia). Do naszych czasów przetrwało ok. 60 dokumentów z jego autografem, stąd wiemy, że podpisywał się najczęściej po łacinie jako Jan z Kęt (Johannes de Kanti, Johannes de Kanty, Johannes Kanti i Joannes Canthy). Po ukończeniu szkoły w Kętach, która musiała stać na wysokim poziomie, zapisał się w 1413 r. na Uniwersytet Jagielloński (miał wówczas już 23 lata). Studia przebiegały pomyślnie, o czym świadczą daty osiąganych stopni naukowych. Najpierw studiował nauki wyzwolone na wydziale artium, gdzie głównym wykładanym przedmiotem była filozofia Arystotelesa. Tu uzyskał w 1415 roku stopień bakałarza, a trzy lata później w styczniu 1418 roku został magistrem filozofii. Objął wówczas funkcję wykładowcy. Stanowisko to było wówczas bezpłatne. Dlatego na swoje utrzymanie Jan zarabiał prywatnymi lekcjami i pomocą duszpasterską jako kapłan (nie znamy dokładnej daty ani miejsca święceń kapłańskich, ale musiało to być między 1418 a 1421 rokiem).
    W 1421 r. na prośbę bożogrobców z Miechowa Akademia Krakowska wysłała Jana Kantego w charakterze kierownika do tamtejszej szkoły klasztornej. Spędził tam osiem lat (1421-1429). Zadaniem szkoły było przede wszystkim kształcenie kleryków zakonnych. Wolny czas Jan spędzał na przepisywaniu rękopisów, które były mu potrzebne do wykładów. Wśród zachowanych kopii są pisma Ojców Kościoła, św. Augustyna, św. Tomasza, a także Arystotelesa. W Miechowie Jan Kanty pełnił równocześnie obowiązki kaznodziei przy kościele klasztornym. Musiał również interesować się w pewnej mierze muzyką, gdyż odnaleziono drobne fragmenty zapisów pieśni dwugłosowych, skreślonych jego ręką.
    W roku 1429 zwolniło się miejsce w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. Przyjaciele natychmiast zawiadomili o tym Jana i sprowadzili go do Krakowa. Kolegium dawało pewną stabilizację – zapewniało bowiem utrzymanie i mieszkanie. Profesorowie w kolegiach mieszkali razem i wiedli życie na wzór zakonny. W początkach Uniwersytetu tych kolegiów było niewiele i były bardzo małe. Dlatego niełatwo było w nich o miejsce.
    Gdy tylko Jan wrócił do Krakowa, objął wykłady na wydziale filozoficznym. Równocześnie jednak zaczął studiować teologię (miał wówczas już ok. 40 lat). Jednocześnie jako profesor wykładał traktaty, które przypadły mu – ówczesnym zwyczajem – przez losowanie. Z nielicznych zapisków wiemy, że komentował logikę, potem fizykę i ekonomię Arystotelesa. Na tym wydziale piastował także urząd dziekański w półroczach zimowych: 1432/1433, 1437/1438 oraz w półroczu letnim 1438. Od roku 1434 sprawował także urząd rektora Kolegium Większego.
    W roku 1439 zdobył tytuł bakałarza z teologii. Pod kierunkiem swojego mistrza studiował Pismo święte, potem cztery księgi Piotra Lombarda, wreszcie teologię ścisłą. Co pewien czas trzeba było zdawać egzaminy, brać udział w dysputach, mówić kazania i prowadzić ćwiczenia. Ponieważ Jan był równocześnie profesorem filozofii, dziekanem i rektorem Kolegium Większego, nie dziw, że jego studia teologiczne wydłużyły się aż do 13 lat. Dopiero w roku 1443 uzyskał tytuł magistra teologii, który był wówczas jednoznaczny z doktoratem.
    W roku 1439 został kanonikiem i kantorem kapituły św. Floriana w Krakowie oraz proboszczem w Olkuszu. Nie był jednak w stanie pogodzić obowiązków duszpasterskich i uniwersyteckich. Po kilku miesiącach zrzekł się probostwa w Olkuszu. Hagiografowie zgodnie podkreślają, że beż żalu zrezygnował ze sporych dochodów. Fakt, że został wybrany na kantora, świadczy, że musiał znać się na muzyce. Urząd ten nakładał bowiem obowiązek opieki nad muzyką i śpiewem liturgicznym.
    Po uzyskaniu stopnia magistra (mistrza) teologii w roku 1443 Jan Kanty poświęcił się do końca życia wykładom z tej dziedziny. Pośród tych rozlicznych zajęć Jan znajdował jeszcze czas na przepisywanie manuskryptów. Jego rękopisy liczą łącznie ponad 18 000 stron. Biblioteka Jagiellońska przechowuje je w 15 grubych tomach. Część z nich znajduje się w Bibliotece Watykańskiej. Własnoręcznie przepisał 26 kodeksów. Zapewne sprzedawał je nie tyle na swoje utrzymanie, gdyż miał je wystarczające, ile raczej na dzieła miłosierdzia i na pielgrzymki. Jest rzeczą pewną, że w roku 1450 udał się do Rzymu, aby uczestniczyć w roku świętym i uzyskać odpust jubileuszowy. Prawdopodobnie do Rzymu pielgrzymował więcej razy, aby w ten sposób okazać swoje przywiązanie do Kościoła i uzyskać odpusty. Dyskusyjna jest natomiast pielgrzymka do Ziemi Świętej, o której piszą niektórzy biografowie. Niewykluczone, że Jan Kanty pielgrzymował nie do grobu świętego, ale do jego kopii w miechowskim kościele bożogrobców.
    Był człowiekiem żywej wiary i głębokiej pobożności. Słynął z wielkiego miłosierdzia. Nie mogąc zaradzić nędzy, wyzbył się nawet własnego odzienia i obuwia. Wielokrotne dzielił się posiłkiem z biednymi. Legenda mówi, że zdarzało się, iż wiktuały dane potrzebującemu bliźniemu w cudowny sposób odnawiały się na talerzu Jana. Będąc rektorem Akademii, zapoczątkował tradycję odkładania ze stołu profesorów części pożywienia codziennie dla jednego biednego. Dbał także o ubogich studentów, których wspomagał z własnych, skromnych zasobów. Przez całe życie nie zaniechał działalności duszpasterskiej. Wiemy, że krzewił kult eucharystyczny i zachęcał do częstego przyjmowania Komunii świętej, a wiele czasu poświęcał pracy w konfesjonale.
    Pomimo bardzo pracowitego i pokutnego życia, jakie Jan prowadził, dożył 83 lat. Zmarł w Krakowie 24 grudnia 1473 r. Istniało tak powszechne przekonanie o jego świętości, że od razu pochowano go w kościele św. Anny pod amboną. W 1621 r. synod biskupów w Piotrkowie wniósł prośbę do Stolicy Apostolskiej o rozpoczęcie procesu kanonicznego. Prace przygotowawcze rozpoczęto w roku 1628. W roku 1625 napisano życiorys Jana. Dla kanonizacji przygotowano jeszcze jeden żywot, według schematu przysłanego kwestionariusza. Beatyfikacja nastąpiła 27 września 1680 r. Dokonał jej papież bł. Innocenty XI. Kanonizacji – łącznie ze św. Józefem Kalasantym – dokonał Klemens XIII 16 lipca 1767 r.
    Kult św. Jana Kantego jest do dnia dzisiejszego żywy. Jest on bowiem czczony przede wszystkim jako patron uczącej się i studiującej młodzieży. Poświęcił jej przecież prawie całe swoje życie, aż 55 lat profesury. Jest także patronem Polski, archidiecezji krakowskiej i Krakowa; profesorów, szkół katolickich i “Caritasu”.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest w todze profesorskiej. Często w ręku ma krzyż. Bywa ukazywany w otoczeniu studentów lub ubogich. Jego atrybutami są: scalony dzbanek, obuwie, które daje ubogiemu, pieniądze wręczane zbójcom, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 października

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan de Brebeuf, Izaak Jogues, prezbiterzy, oraz Towarzysze
      •  Święty Paweł od Krzyża, prezbiter
      •  Święty Piotr z Alkantary, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Jerzy Popiełuszko urodził się 14 września 1947 r. na Podlasiu we wsi Okopy, w parafii Suchowola, z rodziców Władysława i Marianny z domu Gniedziejko. W dwa dni po urodzeniu, 16 września, został ochrzczony w parafialnym kościele pod wezwaniem świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli i otrzymał imię swojego stryja, Alfonsa (zmienił je na Jerzy Aleksander dopiero w okresie nauki w seminarium, w 1971 r.). W tym samym kościele 17 czerwca 1956 r. przyjął bierzmowanie z rąk biskupa Władysława Suszyńskiego. Wybrał sobie wówczas imię patrona archidiecezji wileńskiej – Kazimierza.
    W latach 1954-1965 Alek Popiełuszko uczęszczał do Szkoły Podstawowej oraz Liceum Ogólnokształcącego w Suchowoli. W kościele parafialnym, odległym od domu o kilka kilometrów, od 11. roku życia był ministrantem i służył do Mszy św. codziennie przed lekcjami w szkole. Uzyskawszy świadectwo maturalne, zgłosił się 24 czerwca 1965 r. do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela w Warszawie, gdzie przez siedem lat przygotowywał się intelektualnie i duchowo do przyjęcia święceń kapłańskich. Podczas tych studiów musiał odbyć dwuletnią służbę wojskową w specjalnej jednostce dla kleryków w Bartoszycach. Z tego okresu znany jest fakt mężnej postawy alumna Popiełuszki, który nie pozwolił odebrać sobie medalika i różańca, za co był szykanowany przez tamtejsze władze wojskowe. Celem tych szykan i obostrzeń w służbie było zniechęcanie żołnierzy-kleryków do kontynuowania drogi powołania kapłańskiego.
    Po powrocie do seminarium musiał poddać się operacji tarczycy, leczył się też z powodu choroby serca. W pewnym momencie był w tak ciężkim stanie, że koledzy kursowi całą noc modlili się w jego intencji (18 kwietnia 1970 r.). Przeżycia w wojsku, choroba i pobyt w szpitalu bardzo zbliżyły go do kolegów oraz w szczególny sposób uwrażliwiły na potrzeby, cierpienia i krzywdy bliźnich. Stał się opiekuńczy i zatroskany, zwłaszcza o chorych.
    W dniu 12 grudnia 1971 r. otrzymał święcenia subdiakonatu, a 12 marca 1972 r. – diakonatu. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego dnia 28 maja 1972 r. w bazylice archikatedralnej św. Jana Chrzciciela w Warszawie. Jako neoprezbiter został skierowany do pracy duszpasterskiej i katechetycznej najpierw w parafii Świętej Trójcy w Ząbkach koło Warszawy, gdzie pracował trzy lata (1972-1975), a następnie do parafii Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie-Aninie. Po kolejnych trzech latach, 20 maja 1978 r., został przeniesiony na wikariat do parafii Dzieciątka Jezus w Warszawie na Żoliborzu, skąd 25 maja 1979 r. władza archidiecezjalna skierowała go do pracy duszpasterskiej przy kościele akademickim św. Anny w Warszawie. Prowadził tam konwersatoria dla studentów medycyny, organizował rekolekcje i obozy o charakterze rekolekcyjnym oraz kierował duszpasterstwem pielęgniarek w kaplicy Res Sacra Miser. Był członkiem Krajowej Konsulty Duszpasterstwa Służby Zdrowia, a na terenie archidiecezji warszawskiej – diecezjalnym duszpasterzem środowisk medycznych. Dnia 6 października 1981 r. podjął się także opieki duszpasterskiej nad chorymi w Domu Zasłużonego Pracownika Służby Zdrowia w Warszawie przy ul. Elekcyjnej 37, urządzając tam własnym sumptem kaplicę i stając się na mocy nominacji kurialnej kapelanem.
    Ostatnim miejscem zamieszkania i pracy ks. Jerzego Popiełuszki od 20 maja 1980 r. była parafia św. Stanisława Kostki w Warszawie na Żoliborzu, gdzie jako rezydent pomagał w pracy parafialnej i zajmował się duszpasterstwem specjalistycznym. Między innymi kierował zebraniami formacyjnymi grupy studentów Akademii Medycznej, był duszpasterzem średniego personelu medycznego (pielęgniarek) oraz co miesiąc urządzał dla lekarzy spotkania modlitewne.
    Na podkreślenie zasługuje udział ks. Jerzego Popiełuszki w przygotowaniu dwóch wizyt papieskich w Ojczyźnie (w 1979 i 1983 r.). W obydwu przypadkach, wbrew sprzeciwom władz komunistycznych i Służby Bezpieczeństwa, był faktycznym przewodniczącym Sekcji Sanitarnej Komitetu Przyjęcia Jana Pawła II w Warszawie i ze swoją kilkusetosobową grupą medyczną roztaczał z ramienia Kościoła opiekę zdrowotną nad uczestnikami pielgrzymek.
    Oddzielną kartę życia ks. Jerzego, która doprowadziła go do palmy męczeństwa, było jego bezkompromisowe zaangażowanie się w duszpasterstwo świata pracy, zarówno w okresie tworzenia się “Solidarności”, jak i później, gdy trwał stan wojenny w Polsce oraz po jego zniesieniu. Pomimo szykan ze strony czynników państwowych i esbeckich oraz pomówień i oszczerstw w środkach masowego przekazu, był rzecznikiem i obrońcą godności człowieka, praw ludzkich do wolności, sprawiedliwości, miłości i prawdy, a także heroldem Pawłowego i papieskiego nauczania, że zło należy zwyciężać dobrem. Prawdy te głosił wraz ze swym proboszczem – ks. prałatem Teofilem Boguckim – przede wszystkim podczas nabożeństw za Ojczyznę, urządzanych w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu od czasu ogłoszenia stanu wojennego we wszystkie ostatnie niedziele miesiąca. Pierwsza taka Msza św. została odprawiona 28 lutego 1982 r.
    Serdeczne więzy ks. Popiełuszki ze światem pracy, zwłaszcza z pracownikami Huty Warszawa, zadzierzgnięte zostały w sposób niemal przypadkowy, ale opatrznościowy i nieodwracalny. Gdy w sierpniu 1980 r. doszło do strajku w Hucie Warszawa, pięciu przedstawicieli tej Huty przybyło do rezydencji arcybiskupów warszawskich, prosząc kardynała Stefana Wyszyńskiego, ażeby przyjechał do nich lub wyznaczył im jakiegoś kapłana do odprawienia Mszy świętej. Twierdzili, że prawie wszyscy strajkujący wewnątrz Huty są katolikami i pragną uczestniczyć w niedzielnej liturgii mszalnej, ale ze względu na sytuację – nie mogą opuścić miejsca pracy. Była to pierwsza niedziela, około godziny ósmej, kiedy strajkowały już Gdańsk, Szczecin i śląskie kopalnie. Prymas Polski, nie mogąc ze względu na inne zaplanowane zajęcia osobiście odprawić tej Mszy świętej, zlecił swojemu kapelanowi – ks. prałatowi Bronisławowi Piaseckiemu: “Poszukaj księdza”. Ks. kapelan udał się niezwłocznie na pobliski Żoliborz, do kościoła św. Stanisława Kostki, i propozycję pójścia do Huty przedstawił pierwszemu napotkanemu kapłanowi – ks. Jerzemu Popiełuszce. Ks. Jerzy chętnie przyjął propozycję i, po porozumieniu się z proboszczem, wyruszył do Huty. Był to początek kolejnej formy jego duszpasterstwa – duszpasterstwa, które zakończyło się jego męczeńską śmiercią.
    Kiedy w 1981 roku strajkowały uczelnie wyższe, ks. Jerzy Popiełuszko roztoczył opiekę duszpasterską nad studentami warszawskiej Akademii Medycznej i jednocześnie nad słuchaczami Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, gdzie protest miał dramatyczny przebieg. Kiedy 2 grudnia 1981 r. władze dokonały pacyfikacji WOSP w Warszawie przy użyciu helikopterów i sprzętu bojowego (co stanowiło swoiste preludium do wprowadzenia za kilka dni stanu wojennego), ksiądz Jerzy był w gmachu uczelni.
    Władze komunistyczne nasiliły szykanowanie kapłana. Był wielokrotnie przesłuchiwany w prokuraturze, zatrzymywany i aresztowany. Przedstawiono mu nawet akt oskarżenia, w którym zarzucano mu, że działał na szkodę interesów PRL, ponieważ nadużywając funkcji kapłana czynił z kościołów miejsce propagandy antypaństwowej (sąd umorzył postępowanie w sierpniu 1984 r.). Prasa reżimowa nasiliła ataki drukując liczne oszczercze artykuły, mające skompromitować kapelana Solidarności (opisywano rzekome nadużycia finansowe i skandale obyczajowe).
    Ksiądz Jerzy nie zaprzestał swojej działalności. Oprócz Mszy św. za Ojczyznę, zainicjował w 1982 r. pielgrzymkę robotników Huty Warszawa na Jasna Górę, która przerodziła się wkrótce w Ogólnopolską Pielgrzymkę Ludzi Pracy. W końcu władze zdecydowały się na ostrzejsze działania. 13 października 1984 r. milicja usiłowała doprowadzić do wypadku drogowego, w którym ks. Jerzy miał zginąć; akcja ta nie powiodła się. Kolejną próbę podjęto kilka dni później.

    Błogosławiony Jerzy Popiełuszko

    Kiedy późnym wieczorem dnia 19 października 1984 r. ks. Jerzy wracał samochodem z posługi duszpasterskiej w Bydgoszczy, został zatrzymany przez trzech funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Wydział do walki z Kościołem) i uprowadzony. Stało się to na szosie w Górsku niedaleko Torunia. Niemal cudem ocalał kierowca – pan Waldemar Chrostowski, jedyny świadek bandyckiego porwania, który, chociaż skuty kajdankami, wyskoczył z pędzącego samochodu i niezwłocznie powiadomił władze kościelne i społeczeństwo o dokonanym przez przedstawicieli władz komunistycznych bezprawiu. Nastało wtedy dziesięć dni modlitewnego oczekiwania na powrót kapłana w wielu świątyniach kraju, zwłaszcza w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Niestety, w dniu 30 października 1984 r. ze sztucznego zbiornika wodnego przy tamie na Wiśle koło Włocławka milicja wyłowiła ciało ks. Jerzego Popiełuszki. Sekcja zmasakrowanego ciała została przeprowadzona w Białymstoku, ale pogrzeb, zgodnie z wolą katolickiego społeczeństwa, odbył się w Warszawie 3 listopada 1984 r. Ks. Jerzy Popiełuszko został pochowany w grobie przy kościele św. Stanisława Kostki. Obrzędom pogrzebowym przewodniczył i okolicznościowe kazanie wygłosił kardynał Józef Glemp, Prymas Polski. W pogrzebie uczestniczyło wielu biskupów, kilkuset kapłanów oraz prawie milion wiernych, w tym setki pocztów sztandarowych spod znaku “Solidarności” z całego kraju.
    Przekonanie duchowieństwa i wiernych o męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki za wiarę spowodowało, że kardynał Józef Glemp, arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski oraz Prymas Polski, wystarał się o potrzebne zezwolenie Stolicy Apostolskiej i powołał archidiecezjalny trybunał, który zajął się procesem beatyfikacyjnym ks. Jerzego. Proces ten na szczeblu diecezjalnym trwał od 8 lutego 1997 r. do 8 lutego 2001 r. Następnie akta procesu zostały przewiezione do Stolicy Apostolskiej i poddane dalszym badaniom w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 6 czerwca 2010 r. w Warszawie odbyła się beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki. Jego liturgiczne wspomnienie wyznaczono na 19 października – w dniu jego narodzin dla nieba.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 października

    Święty Łukasz, Ewangelista

    Święty Łukasz

    Euzebiusz z Cezarei i Tertulian piszą, że rodzinnym miastem św. Łukasza była Antiochia Syryjska. W tym cała tradycja jest zgodna. Był poganinem, a nie Żydem. Zdaje się to potwierdzać pośrednio św. Paweł Apostoł, kiedy w Liście do Kolosan wymienia najpierw swoich przyjaciół i pomocników z narodu żydowskiego, a potem z pogaństwa. Łukasza umieszcza w grupie drugiej (Kol 4, 10-14). Naukę Chrystusa Łukasz przyjął przed przystąpieniem do św. Pawła. Nie należał do 72 uczniów Pana Jezusa, jak o tym pisze św. Epifaniusz, ani też nie należy go utożsamiać z uczniem, który z Jezusem zetknął się w dzień Jego zmartwychwstania w drodze do Emaus, jak to twierdzą św. Grzegorz Wielki i Teofilakt.
    Z zawodu Łukasz był lekarzem, jak o tym pisze wprost św. Paweł Apostoł (Kol 4, 14). Należał do ludzi wykształconych i doskonale obeznanych z ówczesną literaturą. Świadczy o tym jego piękny język grecki, kronikarska dokładność informacji i umiejętność zdobywania źródeł. Jego znajomość judaizmu jest powierzchowna, a łacińskie imię wskazuje na jego pochodzenie. Około 40 r. po narodzeniu Chrystusa i ok. 7 lat po Jego śmierci zapewne w samej Antiochii stał się wyznawcą Chrystusa.
    Około 50 r. po raz pierwszy spotyka na swojej drodze św. Pawła, przyłącza się do niego jako uczeń, towarzysz podróży i lekarz. Nie wiemy, dlaczego dopiero w Troadzie św. Paweł zabrał go ze sobą w długą podróż apostolską (Dz 16, 10-17). W Filippach św. Paweł go zostawia, znowu nie wiemy z jakiej przyczyny. Dopiero w trakcie trzeciej podróży, która rozpoczęła się w 58 r., Łukasz przyłącza się ponownie do Apostoła, aby go już więcej nie opuścić. Towarzyszy mu do Jerozolimy, potem zaś do Rzymu. Swą wierność Łukasz posunął tak dalece, że jako jedyny pozostał przy św. Pawle w więzieniu w Rzymie (2 Tm 4, 11). W czasie aresztowania i dwóch lat więzienia św. Pawła w Cezarei Palestyńskiej Łukasz miał dosyć czasu, aby zapytać naocznych świadków o szczegóły, które przekazał w swojej Ewangelii.
    Nie wiemy, co działo się z Łukaszem po męczeńskiej śmierci św. Pawła (+ 67). Ojcowie Kościoła i liczne legendy wymieniają wiele różnych miejsc (Achaję, Galię, Macedonię itp.), w których miał nauczać. Wydaje się to mało wiarygodne. Bardziej prawdopodobna wydaje się wzmianka, w której autor pewnego prologu do Ewangelii (pochodzącego z II w.) twierdzi stanowczo, że Łukasz zmarł w Beocji przeżywszy 84 lata. Tak dawna wzmianka, sięgająca czasów niemal apostolskich, zasługuje na wiarę. Autor nie wspomina jednak o śmierci męczeńskiej, pisze tylko, że Łukasz zmarł “pełen Ducha Świętego”. Dlatego późniejsze świadectwa o jego męczeńskiej śmierci są raczej legendą.

    Święty Łukasz

    Łukasz zostawił po sobie dwie bezcenne pamiątki, które zaskarbiły mu wdzięczność całego chrześcijaństwa. Są nimi Ewangelia i Dzieje Apostolskie. Chociaż sam prawdopodobnie nie znał Jezusa, to jednak badał świadków i od nich jako z pierwszego źródła czerpał wszystkie wiadomości. Formę i układ swej Ewangelii upodobnił do tekstu poprzedników, czyli do Mateusza i Marka. Ubogacił ją jednak w wiele cennych szczegółów, które tamci pominęli w swoich relacjach. Jako jedyny przekazał scenę zwiastowania i narodzenia Jana Chrzciciela i Jezusa, nawiedzenie św. Elżbiety, pokłon pasterzy, ofiarowanie Jezusa i znalezienie Go w świątyni – jest więc autorem tzw. Ewangelii Dzieciństwa Jezusa. Zawdzięczamy mu niejeden szczegół z życia Matki Bożej. On także przekazał pierwsze wystąpienie Jezusa w Nazarecie i próbę zamachu na Jego życie, wskrzeszenie młodzieńca z Nain, opowiadanie o jawnogrzesznicy w domu Szymona faryzeusza, o posługiwaniu pobożnych niewiast, zapisał okrzyk niewiasty: “Błogosławione łono, które Cię nosiło”, gniew Apostołów na miasto w Samarii, rozesłanie 72 uczniów oraz przypowieści: o miłosiernym Samarytaninie, o nieurodzajnym drzewie, o zaproszonych na gody weselne, o zgubionej owcy i drachmie, o synu marnotrawnym, o przewrotnym włodarzu, o bogaczu i Łazarzu. Przekazał nam scenę uzdrowienia dziesięciu trędowatych i nawrócenie Zacheusza.
    Bardzo cennym dokumentem są także Dzieje Apostolskie. Jest to bowiem jedyny dokument o początkach Kościoła, mówiący o tym, co się działo po wniebowstąpieniu Jezusa. Ponieważ w wielu wypadkach Łukasz sam był uczestnikiem opisywanych wydarzeń, związanych z podróżami apostolskimi św. Pawła, dlatego przekazał ich przebieg z niezwykłą sumiennością.
    Dante określił Łukasza “historykiem łagodności Chrystusowej”. Nie wiemy, gdzie znajduje się grób św. Łukasza. Przyznają się do posiadania jego relikwii Efez, Beocja, Wenecja i Padwa. Przez długie wieki pokazywano i czczono relikwie św. Łukasza w Konstantynopolu. Tam miały być przeniesione za cesarza Justyniana (ok. 527). Potem relikwie przewieziono do Wenecji, a stąd w czasie najazdu Węgrów miały być umieszczone dla bezpieczeństwa w Padwie (899). Do dnia dzisiejszego pokazują je tam w kaplicy bazyliki św. Justyny.
    Św. Łukasz jest patronem Hiszpanii i miasta Achai; introligatorów, lekarzy, malarzy i rzeźbiarzy, notariuszy, rzeźników, złotników. Według legendy malował portrety Jezusa, apostołów, a zwłaszcza Maryi, Matki Bożej. Jeden z nich, jak opisuje Teodor Lektor z VI wieku, cesarzowa Eudoksja, żona Teodozego II Wielkiego, zabrała z Jerozolimy i przesłała św. Pulcherii, siostrze cesarza. Według innej opowieści kopią jednego z obrazów św. Łukasza jest ikona jasnogórska.
    W ikonografii św. Łukasz prezentowany jest jako młodzieniec o ciemnych, krótkich, kędzierzawych włosach, w tunice. Sztuka zachodnia ukazuje go z tonsurą lub łysiną, czasami bez zarostu. Bywa przedstawiany, gdy maluje obraz. Jego atrybutami są: księga, paleta malarska, przyrządy medyczne, skalpel, wizerunek lub figura Matki Bożej, wół, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 października

    Święty Ignacy Antiocheński, biskup i męczennik

    Święty Ignacy Antiocheński

    Legenda głosi, że Ignacy był tym szczęśliwym dzieckiem, które kiedyś Chrystus postawił przed uczniami swoimi i rzekł: “Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży, jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18, 1-5).
    Nie wiemy nic o latach dziecięcych i młodzieńczych Ignacego. Spotykamy go dopiero jako trzeciego z kolei biskupa Antiochii (po św. Piotrze Apostole i św. Ewodiuszu). W czasie prześladowania za cesarza Trajana Ignacy został uwięziony i skazany na śmierć. Wysłano go pod eskortą żołnierzy do Rzymu, aby tam rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom w czasie organizowanych właśnie igrzysk.
    W czasie tej podróży Ignacy zatrzymał się w Smyrnie, gdzie czekał na okręt. Korzystając z chwilowej przerwy, napisał 4 listy do gmin chrześcijańskich: w Efezie, Magnezji, w Trallach i w Rzymie. Wyszedł mu naprzeciw św. Polikarp z liczną delegacją, by uczcić w ten sposób bohatera. Polikarp dostarczył Ignacemu materiału do pisania i zobowiązał się odesłać jego listy do adresatów. Ignacy ukazał w tych listach Chrystusa jako prawdziwego Boga i człowieka, łączącego w sobie naturę Boską i ludzką; określił Kościół jako katolicki na oznaczenie całego ludu Bożego złączonego z Chrystusem w jeden organizm. Hierarchię Kościoła stanowią biskupi, prezbiterzy i diakoni. Biskupi reprezentują autorytet Boga Ojca, prezbiterzy stanowią grono apostolskie, a diakoni pełnią zadanie Chrystusa sługi. Według św. Ignacego, ten, kto ma wiarę, nadzieję i miłość, jest zjednoczony z Chrystusem Panem. Wiele szacunku okazał też biskup Antiochii Kościołowi, który jest w stolicy cesarstwa rzymskiego.
    W swoich listach Ignacy wyraził żarliwość wiary oraz głęboki pokój serca wobec czekającego go męczeństwa. Listy te są ważnym dokumentem wiary pierwotnego Kościoła. W Godzinie Czytań we wspomnienie św. Ignacego czytamy jego znamienne słowa napisane do Rzymian, których prosił, aby nie starali się o uwolnienie go od męczeńskiej śmierci, której bardzo pragnął: “Pozwólcie mi się stać pożywieniem dla dzikich zwierząt, dzięki którym dojdę do Boga. Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby się stać czystym chlebem Chrystusa. Proście za mną Chrystusa, abym za sprawą owych zwierząt stał się żertwą ofiarną dla Boga”.
    W Troadzie Ignacy musiał ponownie przesiąść się na inny okręt. Skorzystał z okazji, by napisać listy do Filadelfii, Smyrny i do św. Polikarpa. Z Troady dotarł do Neapolu, miasta w Macedonii (dzisiaj nosi ono nazwę Cavalla), a następnie musiał podążać pieszo pod eskortą do Filippi, Salonik i Dyrrachium. Tam dopiero wszyscy wsiedli na statek i dopłynęli do portu włoskiego, Brindisi. Stąd znowu pieszo szli drogą lądową aż do Rzymu. Dla osiemdziesięcioletniego starca cała ta podróż była prawdziwą katorgą.
    Św. Ignacy, “Teoforos” (tzn. “niosący Boga”) – jak przedstawia się w pismach – zginął śmiercią męczeńską na arenie w Rzymie, prawdopodobnie w Koloseum. Dzieje jego bohaterskiej śmierci opisali między innymi: św. Ireneusz, Orygenes, Euzebiusz z Cezarei, św. Polikarp, św. Jan Chryzostom i św. Hieronim. Przyjmuje się, że jego śmierć miała miejsce ok. roku 107. Chrześcijanie zebrali ze czcią pozostałe na arenie kości Męczennika, a potem przewieźli je do Antiochii. Wiemy o tym z mowy św. Jana Chryzostoma, poświęconej Ignacemu. Cesarz Teodozjusz II (+ 450) nakazał umieścić relikwie św. Ignacego w świątyni Fortuny, zamienionej na chrześcijańską. Trzecie przeniesienie relikwii odbyło się w roku 540, kiedy Chozroes, król perski, najechał na Palestynę i Syrię. Wreszcie relikwie powróciły do Rzymu, kiedy w VII w. Saraceni zajęli Syrię. Imię św. Ignacego wymieniane jest w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii św. Ignacy ukazywany jest w szatach biskupich rytu wschodniego lub jako młody biskup z raną na piersi. Jego atrybutami są lew u stóp, symbol IHS na piersi Świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 października

    Święta Jadwiga Śląska

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard Majella, zakonnik
      •  Święty Gaweł (Gall), opat
      •  Błogosławiony Józef Jankowski, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Jadwiga Śląska


    Jadwiga urodziła się między 1174 a 1180 rokiem na zamku nad jeziorem Amer w Bawarii jako córka hrabiego Bertolda VI i Agnieszki Wettyńskiej, hrabiów Andechs, którzy tytułowali się również książętami Meranu (w północnej Dalmacji) i margrabiami Istrii. Miała czterech braci i trzy siostry. Jedną wydano za Filipa, króla Francji, drugą za Andrzeja, króla Węgier (była matką św. Elżbiety), trzecia wstąpiła do klasztoru. Jadwiga otrzymała staranne wychowanie najpierw na rodzinnym zamku, potem zaś w klasztorze benedyktynek w Kitzingen nad Menem (diecezja Würzburg), znanym wówczas ośrodku kulturalnym. Do programu ówczesnych szkół klasztornych należała nauka łaciny, Pisma Świętego, dzieł Ojców Kościoła i żywotów świętych, a także haftu i malowania, muzyki i pielęgnowania chorych.
    W roku 1190 Jadwiga została wysłana do Wrocławia na dwór księcia Bolesława Wysokiego, gdyż została upatrzona na żonę dla jego syna, Henryka. Miała wtedy prawdopodobnie zaledwie 12 lat. Data ślubu nie jest bliżej znana. Możliwym do przyjęcia jest czas pomiędzy rokiem 1186 a 1190. Jako miejsce ślubu przyjmuje się zamek Andechs, chociaż nie jest też wykluczone, że było to we Wrocławiu lub Legnicy. Henryk Brodaty 8 listopada 1202 r. został panem całego księstwa. Rychło też udało mu się do dzielnicy śląskiej dołączyć dzielnicę senioratu, czyli krakowską, a także znaczną część Wielkopolski. Dlatego figuruje on w spisie władców Polski.
    Henryk i Jadwiga stanowili wzorowe małżeństwo. Mieli siedmioro dzieci: Bolesława (ur. ok. 1194), Konrada (1195), Henryka (1197), Agnieszkę (ok. 1196), Gertrudę (ok. 1200), Zofię (przed 1208) i najmłodsze, nieznane z imienia dziecko, ochrzczone w okresie Bożego Narodzenia na zamku w Głogowie w 1208 roku, które prawdopodobnie wkrótce zmarło (według niektórych źródeł był to syn Władysław). Krótko żyło kilkoro dzieci Jadwigi: Bolesław zmarł pomiędzy 1206 a 1208 r., zaś Konrad w 1213 roku. Podobnie dwie córki: Agnieszka i Zofia zostały pochowane przed 1214 rokiem. Tak więc w okres pełnej dojrzałości weszli tylko Henryk i Gertruda.
    Ostatnich 28 lat pożycia małżeńskiego małżonkowie przeżyli wstrzemięźliwie, związani ślubem czystości zawartym uroczyście w 1209 roku przed biskupem wrocławskim Wawrzyńcem. Jadwiga miała w chwili składania tego ślubu około 33 lat, a Henryk Brodaty ok. 43 (na pamiątkę tego wydarzenia Henryk zaczął nosić tonsurę mniszą i zapuścił brodę, której nie zgolił aż do śmierci).
    Na dworze wrocławskim powszechne były zwyczaje i język polski. Jadwiga umiała się do nich dostosować, nauczyła się języka i posługiwała się nim. Jej dwór słynął z karności i dobrych obyczajów, gdyż księżna dbała o dobór osób. Macierzyńską troską otaczała służbę dworu. Wyposażyła wiele kościołów w szaty liturgiczne haftowane ręką jej i jej dwórek. Do dworu księżnej należała również niewielka grupa mężczyzn duchownych i świeckich. Księżna bardzo troszczyła się o to, aby urzędnicy w jej dobrach nie uciskali poddanych kmieci. Obniżyła im czynsze, przewodniczyła sądom, darowała grzywny karne, a w razie klęsk nakazywała mimo protestów zarządców rozdawać ziarno, mięso, sól itp. Zorganizowała także szpitalik dworski, gdzie codziennie znajdowało utrzymanie 13 chorych i kalek (liczba ta miała symbolizować Pana Jezusa w otoczeniu 12 Apostołów). W czasie objazdów księstwa osobiście odwiedzała chorych i wspierała hojnie ubogich.
    Jadwiga popierała także szkołę katedralną we Wrocławiu i wspierała ubogich zdolnych chłopców, którzy chcieli się uczyć. Starała się także łagodzić dolę więźniów, posyłając im żywność, świece i odzież. Bywało, że zamieniała karę śmierci czy długiego więzienia na prace przy budowie kościołów lub klasztorów. Jej mąż chętnie na to przystawał. Była jednak tak delikatna wobec Henryka, że zawsze to jemu zostawiała ostateczną decyzję. Dlatego to jego podpis figuruje przy licznych dekretach fundacji.

    Święta Jadwiga Śląska

    W swoim życiu Jadwiga dość mocno doświadczyła tajemnicy Krzyża. Przeżyła śmierć męża i prawie wszystkich dzieci. Jej ukochany syn, Henryk Pobożny, zginął jako wódz wojska chrześcijańskiego w walce z Tatarami pod Legnicą w 1241 r. Narzeczony jej córki Gertrudy, Otto von Wittelsbach, stał się mordercą króla niemieckiego Filipa, w następstwie czego zamek rodzinny Andechs zrównano z ziemią, a Ottona utopiono w Dunaju. Po tych strasznych wydarzeniach Gertruda nie chciała wychodzić za mąż za kogo innego. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku wstąpiła w 1212 roku do klasztoru trzebnickiego, ufundowanego dziesięć lat wcześniej przez jej rodziców.
    Siostra Jadwigi, również Gertruda, królowa węgierska, została skrytobójczo zamordowana; druga siostra, królowa francuska, Agnieszka, ściągnęła na rodzinę hańbę małżeństwem, którego nie uznał papież (ponieważ poprzedni związek Filipa II Augusta nie został unieważniony), była zatem matką nieślubnych dzieci. Mąż Jadwigi, książę Henryk, w 1229 r. dostał się do niewoli Konrada Mazowieckiego; Jadwiga pieszo i boso poszła z Wrocławia do Czerska i rzuciła się do nóg Konradowi – dopiero wówczas wyżebrała uwolnienie męża, pod warunkiem jednak, że ten zrezygnuje z pretensji do Krakowa. W końcu jeszcze spadł na Henryka grom klątwy za przywłaszczenie sobie dóbr kościelnych i książę umarł obłożony klątwą. Jadwiga jednak bez szemrania znosiła te wszystkie dopusty Boże.
    Po śmierci męża, Henryka (19 marca 1238 r.), Jadwiga zdała rządy żonie Henryka Pobożnego, Annie, i zamknęła się w klasztorze sióstr cysterek w Trzebnicy, który sama wcześniej ufundowała. Kiedy dowiedziała się o niezwykle surowym życiu swojej siostrzenicy, św. Elżbiety z Turyngii (+ 1231), postanowiła ją naśladować. Do cierpień osobistych zaczęła dodawać pokuty, posty, biczowania, włosiennicę i czuwania nocne. Przez 40 lat życia spożywała pokarm tylko dwa razy dziennie, bez mięsa i nabiału. W 1238 r. na ręce swojej córki Gertrudy, ksieni w Trzebnicy, złożyła śluby zakonne i stała się jej posłuszna. Zasłynęła z pobożności i czynów miłosierdzia.
    Wyczerpana surowym życiem mniszki, zmarła 14 października 1243 r., mając ponad 60 lat. Zaraz po jej śmierci do jej grobu w Trzebnicy zaczęły napływać liczne pielgrzymki: ze Śląska, Wielkopolski, Łużyc i Miśni. Gertruda z całą gorliwością popierała kult swojej matki. Ostatni etap procesu kanonicznego św. Stanisława biskupa dostarczył cysterkom w Trzebnicy zachęty do starania się o wyniesienie także na ołtarze Jadwigi. Zaczęto spisywać łaski, a grób otoczono wielką troską. Już w 1251 r. zaczęto obchodzić w klasztorze co roku pamiątkę śmierci Jadwigi. Kiedy w roku 1260 odwiedził Trzebnicę legat papieski Anzelm, siostry wniosły prośbę o kanonizację. Tę inicjatywę poparł polski Episkopat i Piastowicze. Z polecenia papieża w latach 1262-1264 przeprowadzono badania kanoniczne w Trzebnicy i we Wrocławiu. Ich akta przesłano do Rzymu. O kanonizację Jadwigi zabiegał także papież Urban IV, który jako legat papieski w latach 1248-1249 aż trzy razy odwiedził Wrocław i znał dobrze Jadwigę. Jednak jego śmierć przeszkodziła kanonizacji. Dokonał jej dopiero jego następca, Klemens IV, w kościele dominikanów w Viterbo 26 marca 1267 r. Na prośbę Jana III Sobieskiego papież bł. Innocenty XI rozciągnął kult św. Jadwigi na cały Kościół (1680).
    Ku czci św. Jadwigi powstała na Śląsku (w 1848 r. we Wrocławiu) rodzina zakonna – siostry jadwiżanki. Św. Jadwiga Śląska czczona jest jako patronka Polski, Śląska, archidiecezji wrocławskiej i diecezji w Görlitz; miast: Andechs, Berlina, Krakowa, Trzebnicy i Wrocławia; Europy; uchodźców oraz pojednania i pokoju.
    W ikonografii św. Jadwiga przedstawiana jest jako młoda mężatka w długiej sukni lub w książęcym płaszczu z diademem na głowie, czasami w habicie cysterskim. Jej atrybutami są: but w ręce, krzyż, księga, figurka Matki Bożej, makieta kościoła w dłoniach, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    16 października

    Błogosławiony Józef Jankowski SAC,
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Jankowski

    Józef urodził się 17 listopada 1910 r. w pomorskiej wsi Czyczkowy koło Brus. Był drugim synem z ośmiorga dzieci rolników Roberta i Michaliny. Już jako dziecko lubił się modlić, jego wiara szybko się pogłębiała. Odznaczał się też wrażliwością na potrzeby innych ludzi. Bardzo wcześnie rozpoznał w sobie powołanie kapłańskie.
    W latach 1924-1925 rozpoczął naukę w założonym zaledwie trzy lata wcześniej gimnazjum pallotyńskim w Sucharach koło Bydgoszczy. Później kontynuował ją w założonym w 1909 r. pallotyńskim “Collegium Marianum” w Wadowicach, na Kopcu. Działał w kółku misyjnym i gimnazjalnej orkiestrze, a w lecie wakacje spędzał w domu, gdzie chętnie wracał, by pomagać rodzicom w pracach polowych.
    W 1929 r. rozpoczął nowicjat w Ołtarzewie u pallotynów. Aby ukończyć gimnazjum, wrócił do Wadowic i tam w 1931 r. złożył pierwszą profesję. Następnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie ukończył studia filozoficzno-teologiczne. W 1934 r. otrzymał tonsurę i święcenia niższe z rąk ks. kard. Augusta Hlonda, ówczesnego Prymasa Polski. Rok później został subdiakonem i diakonem. Na kapłana wyświęcił go w Sucharach biskup gnieźnieński Antoni Laubitza w dniu 2 sierpnia 1936 r.
    W swojej pracy ks. Józef zawsze kierował się postanowieniem: “Chcę dążyć do wielkiej świętości i kochać Boga nade wszystko, ale równocześnie chcę być zapomnianym”. Dlatego powierzone funkcje pełnił ofiarnie, zapominając o sobie. Był prefektem szkół w Ołtarzewie i okolicy oraz opiekunem Krucjaty Eucharystycznej i postulantów.
    Na jego życie wewnętrzne głęboki wpływ wywarła lektura Dziejów duszy św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Z dużą gorliwością zachęcał dzieci i młodzież do wchodzenia na drogę dziecięctwa duchowego, proponowanego przez Teresę. Stał się też cenionym spowiednikiem. Pamiętając o swojej licznej i niezamożnej rodzinie, starał się być dla niej przewodnikiem duchowym.
    Od 1939 r., po wybuchu II wojny światowej, był sekretarzem Komitetu Pomocy Dzieciom – organizacji, która była bardzo potrzebna, bo ojcowie rodzin byli często na froncie. Pracował także jako duszpasterz żołnierzy i ludności cywilnej. Podczas kampanii wrześniowej, walki w ramach tzw. bitwy nad Bzurą toczyły się w okolicach Ołtarzewa. Ks. Józef poszedł spowiadać rannych, a umierających przygotować na śmierć.
    Gdy rozpoczęła się okupacja niemiecka, klerycy zostali ewakuowani na wschód. Józef pozostał z kilkoma braćmi w Ołtarzewie, pomagając okolicznej ludności i ukrywającym się żołnierzom kampanii wrześniowej. Został ekonomem domu seminaryjnego, w którym przebywało wtedy około stu osób. Gdy na jakiś czas Niemcy zamienili ten dom w szpital wojenny, Józef odpowiadał za jego zaopatrzenie.
    Z chęcią podejmował się coraz to większej ilości obowiązków, bo jak napisał, “nie godność, nie władza daje szczęście, ale zbliżenie się do Boga – miłość”.
    W 1941 r. został mistrzem nowicjatu. Zanotował wtedy: “Za najszczęśliwsze uważam w swym życiu chwile, które przepędziłem na serdecznej modlitwie, w bezpośrednim obcowaniu z Bogiem”.

    Błogosławiony Józef Jankowski

    16 maja 1941 r. został aresztowany przez gestapo, przewieziony na warszawski Pawiak, a po dwóch tygodniach okrutnych tortur zabrany, tym samym transportem co o. Maksymilian Kolbe, do obozu zagłady w Oświęcimiu. Dostał numer 16895. Przez pięć miesięcy pracował ponad siły o głodzie i w ciągłych upokorzeniach.
    Naoczni świadkowie zapamiętali, z jaką godnością i spokojem znosił prześladowania, poniżenia i udręki, zadawane mu z nienawiści do wiary i kapłaństwa. Do końca był wierny zapisanym kiedyś przez siebie słowom: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”.
    Nawet oprawcy dziwili się jego pokornej postawie. Aby go złamać, 16 października 1941 r. oddano go w ręce “krwiożercy” – kryminalisty Heinricha Krotta, słynącego ze swego okrucieństwa kapo podobozu Babice. Był to ten sam sadysta, który nękał o. Maksymiliana. To on poddał Józefa tak okrutnym torturom, że tego samego dnia umęczony pallotyn odszedł do Pana. Jego ciało spalono w obozowym krematorium. Miał zaledwie 31 lat, z czego 5 lat przeżył w kapłaństwie.
    Kierując się przykładem św. Wincentego Pallottiego, przez całe życie ks. Józef konsekwentnie dążył do świętości i stawiał sobie najwyższe wymagania. Swoją miłość do Boga potwierdził niezłomną postawą i ofiarą z własnego życia. Był przykładem – w słowie i czynie – szczególnej miłości do Jezusa Eucharystycznego i szczerego zawierzenia Matce Bożej, Królowej Apostołów.W 1999 r. został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II w grupie 108 polskich męczenników II wojny światowej. Papież powiedział wtedy:W akcie beatyfikacji niejako odżywa w nas wiara, że bez względu na okoliczności, we wszystkim możemy odnieść pełne zwycięstwo dzięki Temu, który nas umiłował. Błogosławieni męczennicy wołają do naszych serc: Uwierzcie, że Bóg jest miłością! Uwierzcie na dobre i na złe! Obudźcie w sobie nadzieję! Niech ta nadzieja wyda w was owoc wierności Bogu we wszelkiej próbie!
    Raduj się, Polsko, z nowych błogosławionych […] Spodobało się Bogu wykazać przemożne bogactwo Jego łaski na przykładzie dobroci twoich synów i córek w Chrystusie Jezusie. Oto bogactwo Jego łaski, oto fundament naszej niewzruszonej ufności w zbawczą obecność Boga na drogach człowieka w trzecim tysiącleciu! Jemu niech będzie chwała na wieki wieków.
    Za zgodą Stolicy Apostolskiej bł. Józef Jankowski został ogłoszony patronem miasta i gminy Brusy.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 października

    Święta Teresa od Jezusa,
    dziewica i doktor Kościoła


    Mistyczka i wizjonerka 
    François Gérard (PD)
    ***

    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.
    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.
    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.
    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).
    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

    Święta Teresa od Jezusa

    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.
    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.
    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.Św. Teresa Wielka zapisała wspaniałą kartę nie tylko jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.
    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest w habicie karmelitanki. Jej atrybutami są: anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i księga, napis: Misericordias Domini in aeternum cantabo, strzała.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Święta Teresa z Avili.

    Pierwsza kobieta doktor Kościoła

    (św. Teresa, Josefa de Óbidos 1672)

    ***

    Kościół katolicki wspomina dziś wyjątkową świętą – Teresę z Avili. Pierwszą kobietę doktora Kościoła, współtwórczynie Zakonu Karmelitów Bosych, reformatorkę, pisarkę kontrreformacji, hiszpańską mistyczkę, która kierowała się w życiu słowami: „Panie, pozwól mi cierpieć z Tobą albo umrzeć”.

    Teresa z Avila, z domu Teresa Sanchez de Cepeda y Ahumada, znana również jako Teresa Hiszpańska, Teresa od Jezusa, Teresa Wielka do dziś jest źródłem inspiracji dla wiernych i duchownych Kościoła katolickiego. Pracowita, niesłychanie żarliwa, skuteczna politycznie i piękna święta, motywuje do działania najbardziej nawet zatwardziałe serca, pokazując im drogę, którą warto przemierzyć na spotkanie z Bogiem Żywym. Teresa była twórczynią zakonu opartego na skrajnym ubóstwie, zakładającym całkowite wyrzeczenie się dóbr materialnych. Pierwszy zakon pod wezwaniem świętego Józefa, który otworzyła w odpowiedzi na swój pobyt w karmelitańskim Zakonie Wcielenia, był początkowo zwalczany przez władze Avili, chcące odebrać Teresie mały dom i kapliczkę.

    Wśród społeczności lokalnej posunięcia Teresy również wywołało niemałe kontrowersje. I nie ma co się dziwić. W tym samym mieście istniał przecież dobrze odbierany i od lat funkcjonujący (wspomniany wyżej) zakon, którego członkinią była również sama Teresa, oparty na zgoła innych zasadach. Jak twierdziła święta, było tam zbyt dużo duchowego lenistwa, a wzmocnienie i chronienie gorącej duchowość wydawało się w tym przypadku mijać z celem. Pierwotna surowość zakonu, do którego wstąpiła 2 listopada 1535 roku, ustąpiła miejsca swobodzie. Do zakonu trafiały w tamtym czasie nie tyle kobiety mające prawdziwe powołanie, a częściej panny ze znanych rodów, które posiadały zbyt małe posagi, by dobrze wyjść za mąż i zakon traktowały bardziej jako miejsce towarzyskich spotkań, niż przestrzegania klauzury.

    Jednak nim doszło o założeniu nowego zakonu, św. Teresa musiała przejść przez ciężką chorobę serca. Leżąc obłożnie chora w rodzinnym domu, przeczytała książkę „Abecadło hiszpańskie” franciszkanina Franciszka de Osuna. Lektura ta odmieniła jej życie, wykazując, jak doskonalić się krok po kroku, by doznać bezpośredniej obecności Boga i pomogła jej po dwudziestu latach życia zakonnego podjąć historyczną decyzję.

    Zakon Teresy, powstały w 1562 r., opierał się na starych, surowych zasadach skrajnego ubóstwa, zrzeczenia się dóbr materialnych oraz na wprowadzeniu nowych: biczowania się raz w tygodniu i chodzenia boso. W późniejszym czasie udało jej się również uzyskać pozwolenie na utworzenie dwóch klasztorów dla mężczyzn, w czym pomogli jej święty Jan od Krzyża (spowiednik Teresy) oraz święty Antonii od Jezusa, którzy w 1568 roku otworzyli pierwszy klasztor braci Karmelitów Bosych. Osiem lat później zaczęły się prześladowania płynące ze strony Kapituły Generalnej starszych Karmelitów, którzy przeciwstawiali się reformie. W ich rezultacie Teresa została zmuszona do przejścia na emeryturę, a świętego Jana od Krzyża uwięziono w Toledo, gdzie był torturowany i głodzony. Dopiero w 1579 r. papież Grzegorz XIII zatwierdził oficjalnie osobną prowincję Karmelitów Bosych. Teresa razem ze świętym Janem od Krzyża założyła 32 klasztory, a w ciągu trzech lat 17 zakonów męskich przejęło jej regułę.

    Pierwszą wizję mistyczną Chrystusa św. Teresa miała w 1554 roku, kiedy to, w święto Piotra, ukazał jej się Syn Boży – w postaci cielesnej, aczkolwiek niewidzialny. Od tamtej pory Jezus pojawiał się jej coraz częściej. Przeżywała stany ekstazy. Otrzymała od Chrystusa nakaz naprawy sposobu życia mniszek. Jak pisała o niej Bożena Mazur: „Teresa była mistyczką i wizjonerką, ale przy wdrażaniu takiego zadania okazała się osobą bardzo rzeczową i praktyczną. Wiele podróżowała, spotykała się z władzami duchownymi i świeckimi, wygłaszała konferencje o odnowie życia zakonnego, pisała”. Dzieła św. Teresy plasują ją w czołówce literatury mistycznej Kościoła katolickiego. I nie ma co się dziwić – Teresa przez pięć lat przebywała w całkowitym odosobnieniu, zajmując się właśnie pisaniem.

    „Niech Ci Bóg przebaczy, bracie Janie! Namalowałeś mnie brzydką i kaprawą”

    Teresa, co może zaskakiwać, już jako zakonnica sama przyznawała: „Chciałam się podobać, wyglądać zawsze korzystnie, dbałam bardzo o swoje ręce, o włosy, perfumy, o wszystkie możliwe marności”. „Pragnęłam bardzo być kochana przez wszystkich” – wyznała, a jej wrodzony wdzięk, inteligencja, wesołość powodowały, że w klasztorze bez klauzury, w którym przebywała przez dwadzieścia lat swojego życia, wciąż miała wokół siebie przyjaciół, a nawet adoratorów. „Chciałam pogodzić ze sobą życie duchowe z pociechami, upodobaniami i rozrywkami zmysłowymi. (…) W efekcie ani Bogiem się nie cieszyłam, ani nie miałam zadowolenia ze świata” – pisała. Tak było zanim dostąpiła łaski prawdziwego nawrócenia i zanim zaczęła otrzymywać wizje mistyczne.

    Z opisu zawartego w książce „Święta Teresa z Avila” Emmanuela Renaulta poznajemy ją jako kobietę „wysokiego wzrostu”, która była „wybitnie piękna w młodości, ale i w podeszłym wieku wyglądała bardzo dobrze. Była korpulentna, cerę miała bardzo jasną, za to twarz okrągłą, pełną, o bardzo pięknym profilu i regularnych rysach. Jej włosy były czarne i wijące się; czoło wysokie, gładkie i piękne; oczy czarne, okrągłe, wypukłe, wielkości zwykłej, lecz cudownie ustawione, żywe i pełne uroku. Nos mały, pośrodku niezbyt wydatny, zaokrąglony na końcu i nieco nachylony ku dołowi, usta ani małe, ani duże; broda kształtna i proporcjonalna; szyja długa i szlachetna, ręce drobne i bardzo piękne. Wszystko wydawało się w niej doskonałe: postawa majestatyczna, chód pełen godności i gracji. Można by zapytać czy to Anioł czy Człowiek i można by odpowiedzieć – jedno i drugie – to Święta. Święta Teresa z Avila. Taką osobliwość chyba łatwiej opisać, niż namalować”.

    Sama Teresa, mając 61 lat, zakrzyknęła żartobliwie do Jana od Nędzy, który podjął się namalowania jej obrazu: „Niech ci Bóg przebaczy bracie Janie! Namalowałeś mnie brzydką i kaprawą”.

    ***

    Teresa urodziła się 28 marca 1515 roku w Avili, zmarła 15 października 1582 r. w Alba de Tormes. Została beatyfikowana przez papieża Pawła V w 1614 r., czterdzieści lat po śmierci, kanonizowana została przez papieża Grzegorza XV. W 1970 r. papież Paweł VI ogłosił ją wraz ze świętą Katarzyną ze Sieny doktorem Kościoła. Jej życie było inspiracją m.in. dla św. Franciszka Salezego.

    Św. Teresa jest patronką Hiszpanii, miasta Avila, Alba de Tormes, a także karmelitanek, karmelitów bosych, trzewiczkowych, chorych (cierpiących na bóle głowy i serca), dusz cierpiących w czyśćcu. W ikonografii przedstawia się ją w habicie karmelitanki, a jej atrybuty to anioł przeszywający serce strzałą, krzyż, pióro i księga, gołąb oraz sama strzała.

    Magdalena Żura/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Teresa od Jezusa. Karmelitańska mistyczka, nauczycielka drogi modlitwy kontemplacyjnej

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Teresa od Jezusa. Karmelitańska mistyczka, nauczycielka drogi modlitwy kontemplacyjnej

    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych.

    Teresa de Cepeda y Ahumada urodziła się 28 marca 1515 r. w Hiszpanii. Pochodziła ze szlacheckiej i zamożnej rodziny zamieszkałej w Avila. Miała dwie siostry i dziewięciu braci. Czytanie żywotów świętych tak rozbudziło jej wyobraźnię, że postanowiła uciec do Afryki, aby tam z rąk Maurów ponieść śmierć męczeńską. Miała wtedy zaledwie 7 lat. Zdołała namówić do tej wyprawy także młodszego od siebie brata, Rodriga. Na szczęście wuj odkrył ich plany i w porę zawrócił oboje do domu. Kiedy przygoda się nie powiodła, Teresa obrała sobie na pustelnię kącik w ogrodzie, by naśladować dawnych pokutników i pustelników. Mając 12 lat przeżyła śmierć matki. Pisała o tym w swej biografii: “Gdy mi umarła matka… rozumiejąc wielkość straty, udałam się w swoim utrapieniu przed obraz Matki Bożej i rzewnie płacząc, błagałam Ją, aby mi była matką. Prośba ta, choć z dziecinną prostotą uczyniona, nie była – zdaje mi się – daremną, bo ile razy w potrzebie polecałam się tej wszechwładnej Pani, zawsze w sposób widoczny doznawałam jej pomocy”.

    Jako panienka, Teresa została oddana do internatu augustianek w Avila (1530). Jednak ciężka choroba zmusiła ją do powrotu do domu. Kiedy poczuła się lepiej, w 20. roku życia wstąpiła do klasztoru karmelitanek w tym samym mieście. Ku swojemu niezadowoleniu zastała tam wielkie rozluźnienie. Siostry prowadziły życie na wzór wielkich pań. Przyjmowały liczne wizyty, a ich rozmowy były dalekie od ducha Ewangelii. Już wtedy powstała w Teresie myśl o reformie. Złożyła śluby zakonne w roku 1537, ale nawrót poważnej choroby zmusił ją do chwilowego opuszczenia klasztoru. Powróciła po roku. Wkrótce niemoc dosięgła ją po raz trzeci, tak że Teresa była już bliska śmierci. Jak wyznaje w swoich pismach, została wtedy cudownie uzdrowiona. Pisze, że zawdzięcza to św. Józefowi. Odtąd będzie wyróżniać się nabożeństwem do tego właśnie świętego. Choroba pogłębiła w Teresie życie wewnętrzne. Poznała znikomość świata i nauczyła się rozumieć cierpienia innych. Podczas długich godzin samotności i cierpienia zaczęło się jej życie mistyczne i zjednoczenie z Bogiem. Utalentowana i wrażliwa, odkryła, że modlitwa jest tajemniczą bramą, przez którą wchodzi się do “twierdzy wewnętrznej”. Mistyczka i wizjonerka, a jednocześnie osoba o umysłowości wielce rzeczowej i praktycznej.

    Pewnego dnia, w 1557 r., wpatrzona w obraz Chrystusa ubiczowanego, Teresa doznała przemiany wewnętrznej. Uznała, że dotychczasowe ponad 20 lat spędzone w Karmelu nie było życiem w pełni zakonnym. Zrozumiała także, że wolą Bożą jest nie tylko jej własne uświęcenie, ale także uświęcenie jej współsióstr; że klasztor powinien być miejscem modlitwy i pokuty, a nie azylem dla wygodnych pań. W owym czasie Teresa przeżywała szczyt przeżyć mistycznych, które przekazała w swoich pismach. W roku 1560 przeżyła wizję piekła. Wstrząsnęła ona nią do głębi, napełniła bojaźnią Bożą oraz zatroskaniem o zbawienie grzeszników i duchem apostolskim ratowania dusz nieśmiertelnych. Miała szczęście do wyjątkowych kierowników duchowych: św. Franciszka Borgiasza (1557) i św. Piotra z Alkantary (1560-1562), który właśnie dokonywał reformy w zakonie franciszkańskim.

    Teresa zabrała się najpierw do reformy domu karmelitanek w Avila. Kiedy jednak zobaczyła, że to jest niemożliwe, za radą prowincjała karmelitów i swojego spowiednika postanowiła założyć nowy dom, gdzie można by było przywrócić pierwotną obserwancję zakonną. Na wiadomość o tym zawrzało w jej klasztorze. Wymuszono na prowincjale, by odwołał zezwolenie. Teresę przeniesiono karnie do Toledo. Reformatorka nie zamierzała jednak ustąpić. Dzięki pomocy św. Piotra z Alkantary otrzymała od papieża Piusa IV breve, zezwalające na założenie domu pierwotnej obserwy. W roku 1562 zakupiła skromną posiadłość w Avila, dokąd przeniosła się z czterema ochotniczkami. W roku 1567 odwiedził Avila przełożony generalny karmelitów, Jan Chrzciciel de Rossi. Ze wzruszeniem wysłuchał wyznań Teresy i dał jej ustne zatwierdzenie oraz zachętę, by zabrała się także do reformy zakonu męskiego. Ponieważ przybywało coraz więcej kandydatek, Teresa założyła nowy klasztor w Medina del Campo (1567).

    Tam spotkała neoprezbitera-karmelitę, 25-letniego o. Jana od św. Macieja (to przyszły św. Jan od Krzyża, reformator męskiej gałęzi Karmelu). On również bolał nad upadkiem obserwancji w swoim zakonie. Postanowili pomagać sobie w przeprowadzeniu reformy. Bóg błogosławił reformie, gdyż mimo bardzo surowej reguły zgłaszało się coraz więcej kandydatek. W roku 1568 powstały klasztory karmelitanek reformowanych w Malagon i w Valladolid, w roku 1569 w Toledo i w Pastrans, w roku 1570 w Salamance, a w roku 1571 w Alba de Tormes. Z polecenia wizytatora apostolskiego Teresa została mianowana przełożoną sióstr karmelitanek w Avila, w klasztorze, w którym odbyła nowicjat i złożyła śluby. Zakonnic było tam ok. 130. Przyjęły ją niechętnie i z lękiem. Swoją dobrocią i delikatnością Teresa doprowadziła jednak do tego, że i ten klasztor przyjął reformę. Pomógł jej w tym św. Jan od Krzyża, który został mianowany spowiednikiem w tym klasztorze.

    Nie wszystkie klasztory chciały przyjąć reformę. Siostry zmobilizowały do “obrony” wiele wpływowych osób. Doszło do tego, że Teresie zakazano tworzenia nowych klasztorów (1575). Nałożono na nią nawet “areszt domowy” i zakaz opuszczania klasztoru w Avila. Nasłano na nią inkwizycję, która przebadała pilnie jej pisma, czy nie ma tam jakiejś herezji. Nie znaleziono wprawdzie niczego podejrzanego, ale utrzymano zakaz opuszczania klasztoru. W tym samym czasie prześladowanie i niezrozumienie dotknęło również św. Jana od Krzyża, którego więziono i torturowano.

    Klasztor w Avila otrzymał polecenie wybrania nowej ksieni. Kiedy siostry stawiły opór, 50 z nich zostało obłożonych klątwą kościelną. Teresa jednak nie załamała się. Nieustannie pisała listy do władz duchownych i świeckich wszystkich instancji, przekonując, prostując oskarżenia i błagając. Dzieło reformy zostało ostatecznie uratowane. Dzięki możnym obrońcom zdołano przekonać króla i jego radę. Król wezwał nuncjusza papieskiego i polecił mu, aby anulował wszystkie drastyczne zarządzenia wydane względem reformatorów (1579). Teresa i Jan od Krzyża odzyskali wolność. Mogli bez żadnych obaw powadzić dalej wielkie dzieło. Karmelici i karmelitanki zreformowani otrzymali osobnego przełożonego prowincji. Liczba wszystkich, osobiście założonych przez Teresę domów, doszła do 15. Św. Jan od Krzyża zreformował 22 klasztory męskie. Grzegorz XIII w roku 1580 zatwierdził nowe prowincje: karmelitów i karmelitanek bosych.

    Pan Bóg doświadczył Teresę wieloma innymi cierpieniami. Trapiły ją nieustannie dolegliwości ciała, jak choroby, osłabienie i gorączka. Równie ciężkie były cierpienia duchowe, jak oschłości, skrupuły, osamotnienie. Wszystko to znosiła z heroicznym poddaniem się woli Bożej.
    Zmarła 4 października 1582 r. w wieku 67 lat w klasztorze karmelitańskim w Alba de Tormes koło Salamanki. Tam, w kościele Zwiastowania NMP, znajduje się jej grób. Została beatyfikowana w roku 1614 przez Pawła V, a kanonizował ją w roku 1622 Grzegorz XV.

    Św. Teresa Wielka ma nie tylko wspaniałą kartę jako reformatorka Karmelu, ale też jako autorka wielu dzieł. Kiedy 27 września 1970 r. Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła, nadał jej tytuł “doktora mistycznego”. Zasłużyła sobie na ten tytuł w całej pełni. Zostawiła bowiem dzieła, które można nazwać w dziedzinie mistyki klasycznymi. W odróżnieniu od pism św. Jana od Krzyża, jej styl jest prosty i przystępny. Jej dzieła doczekały się przekładów na niemal wszystkie języki świata. Do najważniejszych jej dzieł należą: Życie (1565), Sprawozdania duchowe (1560-1581), Droga doskonałości (1565-1568), Twierdza wewnętrzna (1577), Podniety miłości Bożej (1571-1575), Wołania duszy do Boga (1569), Księga fundacji (1573-1582) i inne pomniejsze. Św. Teresa Wielka zostawiła po sobie także poezje i listy. Tych ostatnich było wiele. Do naszych czasów zachowało się 440 jej listów.

    Św. Teresa z Avila jest patronką Hiszpanii, miast Avila i Alba de Tormes; karmelitów bosych, karmelitów trzewiczkowych, chorych – zwłaszcza uskarżających się na bóle głowy i serce, dusz w czyśćcu cierpiących.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Teresa z Avila o modlitwie. Ważna przestroga

    Św. Teresa z Avila o modlitwie. Ważna przestroga

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    …. Kto bowiem modli się bez zastanowienia się nad tym, do kogo mówi, o co prosi, i kto jest on, który prosi, a kto Ten, którego prosi, tego modlitwy, jakkolwiek by długo i pilnie ruszał wargami, ja nie nazwę modlitwą.

    Może wprawdzie się zdarzyć, że w pewnych wypadkach niestarania się o uwagę, ona przyjdzie, a to skutkiem starań poprzednio czynionych, lecz kto by nałogowo zwykł rozmawiać z Majestatem Boskim tak, jakby mówił do sługi swego, nie zważając czy wyraża się dobrze, czy źle, i mówi co mu przyjdzie na usta albo co od ciągłego powtarzania już umie na pamięć, tego modlitwy, powtarzam, nie uznaję za modlitwę, a daj Boże, by nie było żadnej duszy chrześcijańskiej, która by się w taki sposób modliła.

    św. Teresa z Avila z “Twierdza wewnętrzna”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Życie to zła noc w kiepskiej karczmie”.

    Siedem głębokich myśli św. Teresy z Ávili

    "Życie to zła noc w kiepskiej karczmie". Siedem głębokich myśli św. Teresy z Ávili

    fot. domena publiczna / commons.wikimedia.org

    ***

    Dziś wspominamy św. Teresę z Ávili, hiszpańską karmelitankę, mistyczkę, pisarkę i teolog życia kontemplacyjnego. Tej niezwykłej świętej zawdzięczamy bardzo wiele, a jej głębokie myśli są aktualne do dziś i z pewnością mogą zmienić nasze spojrzenie na rzeczywistość.

    Siedem głębokich myśli św. Teresy z Ávili

    1. Wszystko mija, Bóg się nie zmienia. Cierpliwość osiąga wszystko.
    2. Temu, kto ma Boga, nie brakuje niczego. Bóg sam wystarczy.
    3. Modlitwa wewnętrzna jest to nic innego, jak tylko, poufne i przyjacielskie obcowanie z Bogiem.
    4. Zrób wszystko, co w twojej mocy, a resztę zostaw Bogu.
    5. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek aż do tej chwili prosiła św. Józefa o jaką rzecz, której by mi nie wyświadczył. Jest to rzecz zdumiewająca, jak wielkie rzeczy Bóg mi uczynił za przyczyną tego chwalebnego Świętego, z ilu niebezpieczeństw na ciele i na duszy mnie wybawił.
    6. Życie to zła noc w kiepskiej karczmie.
    7. Dla kogo Chrystus jest przyjacielem i wielkodusznym przewodnikiem, ten wszystko potrafi znieść.

    Deon.pl/źródło: pl.wikiquote.org / tk

    Zobacz także – św. Teresa z Avila – Święta z charakterem

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 października

    Święta Małgorzata Maria Alacoque, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Kalikst I, papież i męczennik
      •  Błogosławiony Radzim Gaudenty, biskup
    ***
    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    Małgorzata urodziła się 22 lipca 1647 r. w Burgundii (Francja). Kiedy Małgorzata miała zaledwie 4 lata, złożyła ślub dozgonnej czystości. Jej ojciec był notariuszem i sędzią. Zmarł, gdy Małgorzata miała 8 lat. Oddano ją wtedy do kolegium klarysek w Charolles. Ciężka choroba zmusiła ją jednak do powrotu do domu. Oddana z kolei na wychowanie do apodyktycznego wuja i gderliwych ciotek, wiele od nich wycierpiała. Choroba trwała cztery długie lata. Dziecko dojrzało w niej duchowo. Nie pociągał jej świat, czuła za to wielki głód Boga. Pragnęła też gorąco poświęcić się służbie Bożej. Musiała jednak pomagać w domu swoich opiekunów. Marzenie jej spełniło się dopiero kiedy miała 24 lata. Wstąpiła wtedy do Sióstr Nawiedzenia (wizytek) w Paray-le-Monial. Zakon ten założyli św. Franciszek Salezy (+ 1622) i św. Joanna Chantal (+ 1641), a przez 40 lat kierownictwo duchowe nad nim miał św. Wincenty a Paulo (+ 1660). Małgorzata otrzymała habit zakonny 25 sierpnia 1671 r. Musiała wyróżniać się wśród sióstr, skoro dwa razy piastowała urząd asystentki przełożonej, a w latach 1685-1687 była mistrzynią nowicjuszek.
    Małgorzata była mistyczką – od 21 grudnia 1674 r. przez ponad półtora roku Pan Jezus w wielu objawieniach przedstawiał jej swe Serce, kochające ludzi i spragnione ich miłości. Chrystus żądał od Małgorzaty, by często przystępowała do Komunii świętej, jak tylko pozwoli jej na to posłuszeństwo, a przede wszystkim tego, by przyjmowała Go w Komunii świętej w pierwsze piątki miesiąca. Polecał także, aby w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek uczestniczyła w Jego śmiertelnym konaniu w Ogrójcu między godziną 23 a 24: “Upadniesz na twarz i spędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.
    W związku z otrzymanym orędziem i poleceniem, aby ustanowiono święto czczące Jego Najświętsze Serce oraz przystępowano przez 9 miesięcy do pierwszopiątkowej Komunii św. wynagradzającej, Małgorzata doznała wielu przykrości i sprzeciwów. Nawet jej przełożona nie wierzyła w prawdziwość objawień. Dopiero w 1683 r., gdy wybrano nową przełożoną, Małgorzata mogła rozpocząć rozpowszechnianie Bożego przesłania. Od 1686 r. obchodziła święto Najświętszego Serca Jezusa i rozszerzyła je na inne klasztory sióstr wizytek. Z jej inicjatywy wybudowano w Paray-le-Monial kaplicę poświęconą Sercu Jezusa.
    Małgorzata zmarła 17 października 1690 r. po 43 latach życia, w tym 18 latach profesji. Beatyfikował ją Pius IX (1864), kanonizował Benedykt XV (1920). Wraz ze św. Janem Eudesem jest nazywana “świętą od Serca Jezusowego”. Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa został uznany oficjalnie w 1765 r. przez Klemensa XIII.
    W ikonografii św. Małgorzata Maria przedstawiana jest w czarnym habicie wizytek, w rękach trzyma przebite serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Święta Małgorzata Maria Alacoque

    ŚWIĘTA MAŁGORZATA MARIA ALACOQUE – OBLUBIENICA SERCA JEZUSOWEGO

    WIOSNA ŻYCIA
    Był rok 1647. 22 lipca zamek Lauthecourt zabrzmiał radością. Dziedzicowi Klaudiuszowi Alacoque, notariuszowi z Verovres i jego małżonce urodziła się druga córeczka – piąte dziecko. Ochrzczono ją po 3 dniach, nadając imię Małgorzaty. Kiedy miała 4 lata chrzestna matka zabrała ją na zamek Corcheval, odległy o milę od rodzinnego domu. Zdarzało się tam, że dziewczynkę znajdowano w kaplicy albo w kościele, zatopioną w modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Klęczała bez ruchu, bo jej powiedziano, że w tabernakulum przebywa nieustannie i prawdziwie Boski Zbawca. W zabawie była jednak Małgorzata tak żywa, że nieraz ganiono ją za zachowanie. Wystarczało jednak powiedzieć: „Nie powinnaś tak robić, bo tym brzydzi się nasz kochany Bóg”, by ją powstrzymać. Małe serduszko pałało dziwną odrazą do grzechu. „O moja jedyna Miłości – pisała o swoim dzieciństwie Małgorzata – już od najwcześniejszych lat pragnąłeś być władcą serca mego”. Nieustannie czuła też natchnienie do powtarzania: „Mój Boże, poświęcam ci moją czystość, ślubuję Ci wieczyste dziewictwo”. Wierność wewnętrznym natchnieniom stała się dla niej krynicą niewyczerpanych zdrojów błogosławieństwa Bożego.
    Po wczesnej śmierci ojca na matkę spadła troska o siedmioro dzieci. Małgorzata znalazła się u SS. Urbanistynek w Charolles. Siostry zauważyły niepospolitość pensjonarki i zaledwie Małgorzata ukończyła 9 lat, dopuściły ją do Komunii św. „Pierwsza Komunia św. – pisała później Małgorzata – rozlała tyle goryczy na zabawy i przyjemności mojego wieku, że chociaż do nich lgnęłam, stawały się dla mnie przykre i wprost nieznośne. Ile razy zabrałam się z koleżankami do zabawy, tyle razy miałam wrażenie, że jakaś tajemnicza moc gwałtem mnie od nich odrywa, że jakiś wewnętrzny głos, który mię rwał do samotności, tak długo mi nie dawał spokoju, aż mu uległam, by klęcząc lub pochylona ku ziemi, zatopić się w modlitwie, aż mnie w tym stanie znajdowano, co znowu stale było dla mnie niemałą przykrością…” Bolesna choroba, która nawiedziła Małgorzatę po dwuletnim pobycie u Sióstr, zmusiła ją do powrotu do domu: choć patrzyła na nie z podziwem, postanawiając naśladować ich życie, to nie tutaj chciał ją mieć Boski Mistrz.
    Przez 4 lata lekarze leczyli ją bezskutecznie. Zrozpaczona matka zwróciła się więc do Maryi tymi słowy: „Święta Matko Boża, jeśli dziecko moje powróci do zdrowia, poświęcę je całkowicie Twej służbie”. Po żarliwej modlitwie zranionego serca matki, Małgorzata odzyskała zdrowie. Tak stanęła u bram życia, w okresie, w którym pęd ku swobodzie wiedzie w ułudne krainy przyjemności. Szesnastoletnia panienka, otoczona dostatkami, obdarzona zaletami umysłu i ciała, pełnymi haustami poczęła pić z upajającego kielicha dozwolonych przyjemności. Owładnęła nią zalotność i pragnienie podobania się. Nie przekroczyła granicy chrześcijańskiej moralności, a jednak to, że za wiele troszczyła się o wygląd i raz w karnawale poszła z przyjaciółką w przebraniu na bal, przez całe życie opłakiwała, jako swoje największe przewinienia. Jezus postanowił ją wyrwać ze świata i jego przyjemności. Jako Jego towarzyszka – nim się stała tłumaczem Jego wzgardzonej przez ludzi miłości – miała wstąpić na kalwaryjską ścieżkę i zranić cierpieniem stopy.

    CZAS WALKI
    Matka Małgorzaty powierzyła prowadzenie domu krewniaczkom. Skończyły się kłopoty finansowe, ale i swoboda matki i dzieci. W domu rządziła tyrania. Małgorzata pożyczała czasem u sąsiadek suknię, by móc udać się do kościoła. Jedyną pociechę znajdowała u stóp tabernakulum. Wkrótce zakazano jej bez zezwolenia opuszczać dom, a jeśli jedna krewna pozwoliła jej na odwiedzenie kościoła, wtedy druga ją zatrzymywała. Wobec tak bolesnej odmowy Małgorzata zalewała się łzami. Wyrzucano jej więc niesprawiedliwie, że to nie kościół ją tak gorąco pociąga, ale pewnie tajemna schadzka z mężczyzną, a wstyd, iż słowa danego nie dotrzyma, gorzkie łzy wyciska jej z oczu. Kryła się więc w ogrodzie, skąd swobodnie spoglądała na kościół: „Tam On dla mnie przebywa i z miłości ku mnie”, powtarzała zalewając się łzami. Całe dni spędzała w tej kryjówce, nie jedząc i nie pijąc, chyba że wieśniacy przynieśli jej mleka lub owoców. Pod wieczór wracała do zamku drżąc ze strachu, jak po ciężkiej zbrodni. Spadały na nią nagany, że nie pracuje i nie troszczy się o rodzeństwo.
    Jednej nocy objawił się jej Chrystus jako ‘Ecce homo’, mówiąc, że dopuszcza te cierpienia, aby ją do siebie bardziej upodobnić. Objawienia powtarzały się. Widywała Zbawiciela ociekającego krwią lub obarczonego krzyżem. Widzenia te umacniały ją do tego stopnia, że czasami było jej nawet przykro, że grożąca ręka wstrzymała się przed spełnieniem pogróżek. W osobach, które niesprawiedliwie ją traktowały, zaczęła widzieć najlepsze przyjaciółki. Chwaliła je i szanowała. „Ale – pisze o sobie – nie ja spełniałam to wszystko, lecz Mistrz mój Boski, który mnie do tego skłaniał, i który nie pozwolił, aby skarga wypełzła na moje wargi, albo by jakieś drgnienie niechęci przemknęło się po moim obliczu, albo bym szukała współczucia i pociechy. On to nakazał mi mówić, że one słusznie ze mną postępują, podczas gdy ja przez moje grzechy na więcej jeszcze zasłużyłam przykrości”.
    W tych czasach prób, cierpień i walki powtarzała nieustannie: „Panie, gdybyś Ty tego wszystkiego nie dopuszczał, to by się ono dziać nie mogło; dziękuję Ci, że to na mnie zsyłasz, bo w ten sposób upodobniam się do Ciebie”.
    Przez szereg lat wyłącznym przewodnikiem na drodze modlitwy i rozmyślania był dla niej Jezus. „Od tego czasu, kiedy poczęłam samą siebie poznawać – opowiada później – stał się On wyłącznym panem mej woli, tak iż musiałam Mu we wszystkim ulegać, nie mogąc nawet stawić Mu oporu. On sam ganił mnie łagodnie, ale stanowczo z powodu błędów, choćby one były i najdrobniejsze. Od tego czasu taki wstręt powzięłam do grzechu, iż po najmniejszym wykroczeniu poszukiwałam samotności, by się móc głośno wypłakać”. „Uczułam w sobie silny pociąg do rozmyślania, i niemało cierpiałam z tego powodu, iż nie mogłam się dowiedzieć, jak to się przy tym zachować, nie miałam bowiem nikogo, kto by mnie w tym względzie pouczył; nie wiedziałam także, na czym ono właściwie polega, ale już sama nazwa: ‘modlitwa myślna’ miała w sobie dla mnie coś pociągającego”.
    Małgorzata prosiła Boskiego Mistrza, by On sam raczył nauczyć ją rozmyślania. Jezus polecił jej rzucić się na ziemię i błagać Go o przebaczenie za wszystko, czym Go obraziła, a potem całe rozmyślanie Jemu ofiarować. I wtedy to w najwyraźniejszych konturach zjawiał się przed jej duchem Zbawiciel w tej tajemnicy, w jakiej Go sobie właśnie przedstawiała; zdawało się jej, jak gdyby wszystkie władze jej duszy zagubiły się w Bogu, tak że żadne roztargnienie nie mąciło jej wewnętrznej ciszy, a serce jej ogarniał żar pożądania Komunii św. i cierpienia.
    Kiedy bracia zaczęli zarządzać rodzinnymi dobrami, powrócił do domu dobrobyt. Jednak walka o powołanie zakonne stała się ostrzejsza. Wśród zwalczających ją stanęła ukochana matka, gdy o Małgorzatę – pochodzącą z dobrej rodziny, posiadającą miły charakter i piękną – zaczęli się ubiegać młodzieńcy. Czy jednak nie złożyła ślubu czystości? Czy nie czuła nieustannego pociągu do życia w murach klasztornych? Czy ma wzgardzić łaską powołania? Krewni naciskali: musi wyjść za mąż, zamiast zdeptać własne szczęście. „Drogie dziecię… – mówiła matka – wybierz sobie pobożnego męża i pozwól mi u ciebie mojego życia dokonać; tak mi osłodzisz te ciężkie lata goryczy, które w tym domu przeżyć musiałam”. Nękała ją myśl: jeśli wstąpisz do klasztoru, matka umrze ze smutku, a ma prawo do opieki, odpowiesz wtedy przed Bogiem za surowość i oziębłość wobec matki. Równocześnie w sercu rosła skłonność do życia zakonnego, by zostać oblubienicą Tego, który ją przed wszystkimi ukochał.
    Małgorzata – niemalże pokonana – stwierdziła wreszcie, że ślub czystości, złożony Bogu w wieku 4 lat, nie mógł być przeszkodą w zawarciu małżeństwa. Zaczęła się też bać, że stan zakonny domaga się świętości, jakiej nigdy nie osiągnie. Życie w zakonie stałoby się więc powodem potępienia. Zaczęła się stroić, by znaleźć męża. Szukała przyjemności… ale nie mogła ich znaleźć. Niewidzialne strzały Bożej miłości boleśnie raniły jej serce. Jakaś siła zmuszała ją do szukania samotności, a tam czekał na nią Jezus zazdrosny o jej miłość. Upadłszy na twarz, błagała o przebaczenie… A potem znowu pozwoliła się unieść prądowi otoczenia i znowu stawiła Bogu opór.
    Pewnego wieczora, kiedy Małgorzata wkładała na siebie świetne stroje, stanął przed nią Zbawiciel zelżony, okrwawiony, ubiczowany. Odezwał się: „Spojrzyj, czego twa próżność na mnie dokonała. Trwonisz czas drogocenny, z którego w godzinę śmierci złożyć będziesz musiała rachunek. Więc nie będziesz mi wierną? Prześladujesz mnie za to, że ci tyle dałem jawnych dowodów mojej ku tobie miłości, że cię do siebie chciałem upodobnić?”
    Raniące wyrzuty wywarły na nią wpływ głęboki. W żalu postanowiła pokutować, by upodobnić się do Boskiego Męczennika. Opasała się powrozem poskręcanym w węzły tak, że ledwie mogła oddychać i z trudem jadła. Tak długo na sobie go nosiła, aż wpił się głęboko w jej ciało i z wielką boleścią można go było usunąć. W nocy kładła się na łoże wysłane sękami, zrywała się, by się dręczyć biczowaniem. Upokorzenia ze strony krewnych, nie wystarczały, by zaspokoić pragnienie cierpienia.
    Walczyła tak prawie 5 lat. Tęsknota za życiem zakonnym rosła nieustannie, choć nieustannie trwał też opór rodziny. Kiedy budziło się w niej pragnienie rozrywki, przed oczyma duszy wyłaniał się krwią zbroczony Chrystus i szeptał: „Ty szukasz przyjemności? A jam jej nigdy nie zaznał. Wszystko przecierpiałem, byle twe serce pozyskać, a ty mi go teraz nie chcesz powierzyć (…) Wybrałem cię na mą oblubienicę i przyrzekliśmy sobie wierność wzajemną wtedy, kiedy to ślub dziewictwa dla mnie w ofierze złożyłaś; jam cię nim natchnął, zanim jeszcze świat nawet najdrobniejszej cząsteczki w tobie nie posiadł, bo chciałem twe serce uczynić wolnym od więzów doczesnych. I aby Cię dla mnie dziewiczą zachować, uwolniłem Twą wolę od zła wszelkiego i oddałem cię w opiekę mej świętej Matki, aby cię według moich zamiarów kształciła”.
    I tak, mając 22 lata, przybierając imię Maria, Małgorzata przystąpiła do bierzmowania. Umocniona tym sakramentem rozpoczęła ostateczną walkę o swe powołanie. Matka wznowiła wyrzuty, a duch ciemności szeptał: „Ty chcesz zostać zakonnicą? Ośmieszysz się tylko, bo przecież w zakonie stanowczo nie wytrwasz. Jakiż to wstyd spadnie na ciebie, kiedy będziesz musiała habit zakonny odłożyć i na świat znowu powrócić. Gdzież się wtedy ukryjesz?”. Małgorzata nie była już daleka od decyzji o zamążpójściu. Jednak Jezus po raz ostatni sprzeciwił się temu. Kiedy pewnego dnia przyjęła Komunię św., zjawił się przed nią jako najpiękniejszy, najbogatszy, najpotężniejszy i najbardziej porywający. Czynił jej wyrzuty, że ośmieliła się zapragnąć innego. „Jeśli wyrządzisz mi tę obelgę – zagroził – wtedy opuszczę cię na zawsze; ale jeśli dotrzymasz mi słowa, trwać będę przy tobie i zapewnię ci triumf nad twymi wszystkimi wrogami. Można ci wybaczyć, bo dotąd mnie jeszcze nie poznałaś, pójdź za mną, a ja ci się objawię”. Małgorzata postanowiła raczej umrzeć niż zawrzeć małżeństwo.

    NARESZCIE WOLNA!
    Kiedy rodzina pogodziła się z decyzją Małgorzaty, postanowiono, że musi wstąpić do Urszulanek. Jej zaś wydawało się, że jakiś głos wewnętrzny nieustannie jej szepce: „Nie tutaj pragnę cię posiadać, ale wśród córek Maryi”. Bliskiej realizacji planów przeszkodziła choroba matki. „Widzisz, jak twa nieobecność na matkę zgubnie oddziałuje – wyrzucano jej – jeszcze się staniesz przyczyną jej śmierci”. Nawet kapłani temu przyświadczali. Małgorzata zdwajała pokuty, wołając: „O mój ukochany Zbawco, jakżebym gorąco pragnęła, żebyś mnie gorzkich swych cierpień uczynił wspólniczką”. „Dokonam tego – brzmiała odpowiedź – jeśli ty się nie sprzeciwisz, i jeśli ze swej strony uczynisz wszystko, co w twej będzie mocy”. Małgorzata surowo umartwiała się, biczując się aż do krwi. Niepewna, czy podoba się Boskiemu Mistrzowi, błagała: „Panie, ześlij mi kogoś, kto by mną pokierował, kogo bym we wszystkim słuchać musiała”. „Czyż ja ci nie wystarczam?” – brzmiało pytanie Chrystusa. „Czyż dziecię, które jest tak ukochane jak ty, może źle postępować pod kierunkiem ojca, który jest wszechmocny?”
    Wreszcie w roku 1670, kiedy papież Klemens X, ogłosił Rok Jubileuszowy, przyszedł Małgorzacie z pomocą kapłan głoszący rekolekcje. W spowiedzi otwarła przed nim serce. Jasne było, że Bóg powołał ją do zakonnego życia. Polecił więc jej bratu, by zamiast piętrzyć przed nią trudności, dopomógł jej wreszcie w spełnieniu zamiaru.
    Wśród klasztorów, które jej wyliczono, wybrała Paray jako najbardziej odległy od domu. Spodziewała się, że tam najmniej dozna roztargnień ze strony rodziny. Wiosną r. 1671 wybrała się z bratem Chryzostomem prosić o przyjęcie u Sióstr Nawiedzenia. Kiedy wkroczyła do rozmównicy, usłyszała głos: „Pragnę byś tutaj została”. Mając 24 lata pożegnała się więc z bliskimi i przyjaciółmi z radością podobną do niewolnicy, dla której godzina wyzwolenia nareszcie wybiła. U wrót klasztoru stanęła w sobotę 25 maja i tak stała się nowicjuszką zakonu Nawiedzenia. Na żądanie św. Franciszka Salezego, zakon ten posiadał w godle Serce Boże przebite, otoczone cierniową koroną i uwieńczone krzyżem. Małgorzata Maria o tym nie wiedziała! Wiedział jednak Ten, który ją wybrał i pokierował jej wyborem. On przygotowywał ją na posłańca Swego Serca.

    ŻYCIE OFIARY
    Nowicjat był dla niej okresem szczęścia. Ponosiła ofiary, buntowała się miłość własna, ale czymże to było w porównaniu z tym, czego już w swoim życiu doznała w domu? Odczuwała radość, wiedząc, że wypełniła wolę Bożą.
    Kiedy szukała rady, jak rozmyślać, mistrzyni powiedziała jej: „Uklęknij przed Najświętszym Sakramentem i stań się jakby płótnem rozpiętym przed malarzem”. Małgorzata nie ośmieliła się pytać, co to oznaczało. Za to usłyszała wyraźnie słowa: „Pójdź tylko, a ja cię pouczę”. Boski Mistrz objawił życzenie, by dusza jej stała się płótnem, na którym On wymaluje główne rysy swego życia. Rozniecił w jej sercu taki żar miłości i pragnienie cierpienia, iż jedynym dążeniem jej było cierpieć z miłości ku Niemu.
    25 sierpnia r. 1671 odbyły się obłóczyny. „Był to dzień moich zaręczyn – pisała – który nową władzę nade mną oddał memu Oblubieńcowi, a mnie nałożył zobowiązanie, bym Go wyłącznie i jeszcze goręcej umiłowała. On natomiast, jako Oblubieniec najczulszy, złożył mi to przyrzeczenie, że mi z początku da zakosztować wszelkiej słodyczy, jaka się w miłości ukrywa”.
    Małgorzata wskutek wewnętrznego szczęścia wpadała w zachwyt i nie zdawała sobie sprawy z tego, co czyniła. Martwiło ją, że coś może zdradzić stan jej duszy. Przełożone, widząc w jej nieprzepartej skłonności do modlitwy przeszkodę w spełnianiu reguł, obawiały się, że może ją to sprowadzić na manowce. „Siostro – powiedziano jej – duch naszego zakonu nie znosi wszystkiego, co wygląda na niezwykłe w modlitwie i ćwiczeniach pokutnych; dlatego o ile się nie odmienisz, nie możesz być dopuszczoną do ślubów.” W czasie przeznaczonym na modlitwę zlecano jej więc zamiatanie korytarzy. Kiedy prosiła o odprawienie opuszczonej modlitwy, odmawiano. A jednak – mimo rozpraszających czynności – żyła w Bożej obecności. Daleka od unikania cierpienia, prosiła mistrzynię o umartwienia. Najczęściej otrzymywała upokarzającą odmowę albo polecenie wykonania czegoś, do czego czuła wstręt. Mówiła: „Panie, musisz mi teraz dopomóc, bo czyż nie Ty dałeś mi takie zlecenia?” „Uznaj tylko – odpowiadał życzliwie Jezus – że beze mnie niczego nie zdołasz, a ja cię nie opuszczę, jeśli tylko swą niemoc i słabość o moją oprzesz potęgę”.
    Przełożone nabrały jednak przekonania, że Małgorzata nie nadaje się do zachowania prostej i wspólnej reguły św. Franciszka Salezego i nadal nie chciały jej dopuścić do ślubów. Małgorzata nigdy nie przebyła cięższej próby. Skarżyła się, ale tylko Temu, który całą winę ponosił za to, On zaś dodał jej odwagi: „Powiedz przełożonej, że nie potrzebuje się obawiać i że na moją odpowiedzialność może cię do ślubów przypuścić.” Ciężar spadł z serca Małgorzaty, ale przełożona poleciła jej wybłagać znak u Zbawiciela na potwierdzenie, że będzie potrafiła zachować reguły. Jezus rzekł: „Przyrzekam ci, że cię uczynię bardziej pożyteczną dla zakonu, aniżeli tego przełożona się domyśla, ale w taki sposób, który jest na razie mnie tylko jednemu wiadomy. Od tej chwili łask moich udzielać ci będę w zespole z duchem twej reguły, ze względu na twą słabość i ze względu na żądanie twoich przełożonych. Nie ufaj zatem w przyszłości niczemu, co by cię miało od zachowania reguły odwodzić, ponieważ chcę, abyś ją ponad wszystko stawiała. Wolę przełożonej winnaś przedkładać nad swoją własną wolę i na jej rozkaz wszystkiego poniechać, czego spełnienie ja bym ci polecił. Oddaj się całkowicie jej kierownictwu. A ja już troszczyć się będę, by plany moje zostały spełnione, choćbym miał wszelkie przeszkody zamienić na środki do celu. Ale sercem twym muszę ja sam swobodnie rozporządzać; ono do mnie należy, nie powierzaj go nikomu.”
    Nadszedł poranek 6 listopada r. 1672. Małgorzata Maria złożyła uroczyste śluby. Po Komunii św. Jezus powiedział: „Spojrzyj tu na ranę mojego boku. Tu musisz na zawsze zamieszkać, jeśli chcesz szatę niewinności, którą cię dziś odziałem, zachować i życie Boga-Człowieka prowadzić.”
    Słodycz zalała jej serce, ale kiedy ujrzała Boskiego Oblubieńca skrwawionego i okrytego ranami, jakby na Golgocie, zaczęła się skarżyć: „Ach, nie jestem podobna do Ciebie”. „Pozwól mi uczynić wszystko w swoim czasie – odpowiedział Jezus. – Powierz się tylko mojej miłości i memu upodobaniu, nic na tym nie stracisz. Ja cię nie opuszczę.” I obdarzył ją łaską swej niewidzialnej obecności tak, jak tego nie doświadczyła jeszcze w swoim życiu. „Widziałam Go – pisała później – czułam Go przy sobie, słyszałam głos Jego, a to wszystko wyraźniej, aniżeli przy pomocy zmysłów, bo wszelkie roztargnienie było wykluczone, moja uwaga nie mogła się od Niego oderwać. Obecność mojego Boskiego Mistrza doprowadziła mnie do najgłębszego zrozumienia mojej nicości, i tego zrozumienia odtąd nigdy nie straciłam. W poczuciu głębokiej czci byłabym najchętniej trwała nieustannie na kolanach u Jego stóp. I o ile moja praca i ma słabość na to pozwalały, przybierałam owo położenie. Mimo mojej skłonnej do pychy natury, pragnęłam gorąco być zapomnianą i wzgardzoną i radość mą znajdowałam w upokorzeniu oraz w przeciwnościach. Boski mój Nauczyciel powiedział, że to musi się stać moim najmilszym pokarmem i jeśliby mi ludzie tej strawy dostarczyć nie chcieli, On sam miał jej braki uzupełnić, lecz w sposób daleko bardziej dający się odczuć”.
    Przełożoną klasztoru w Paray została matka Franciszka de Saumaise: zakonnica troskliwa o zachowanie reguły i przeciwniczka nowości. Mimo wszystko od pierwszych dni nie przestała podziwiać Małgorzaty Marii. Jednak jako przezorna i roztropna przełożona, umiała w ciągu 6 lat sprawowania urzędu – czyli w czasie najważniejszych zdarzeń w życiu Małgorzaty – ukryć cześć i podziw dla Świętej. Nakazała jej jednak spisać wszystkie łaski i dary otrzymane od Zbawiciela. A po złożeniu urzędu włączyła się w szerzenie kultu Serca Jezusowego.

    ŚLADAMI JEZUSA
    Pewnego dnia Boski Mistrz przyszedł trzymając w jednej ręce obraz życia zakonnego, spędzonego w szczęściu, w drugiej – rozdartego katuszami duszy i udręką ciała. Małgorzata musiała wybierać: „Wybieraj teraz, które życie pragniesz prowadzić? W jednym i drugim z równą łaską towarzyszyć ci będę”. Małgorzata przypadła do stóp Jezusa: „Panie, Ty mi wystarczysz, ja tylko Ciebie pragnę, Ty dla mnie wybieraj”. Odkupiciel nalegał. „Panie – powiedziała – w takim razie daj mi to, co będzie na większą Twą chwałę. Nie zważaj na moje skłonności, na moje zachcianki; postąp ze mną według Twojego upodobania, niczego innego nie pragnę”. „Patrz! – rzekł Jezus – oto dla ciebie wybieram – wskazał jej życie pełne cierpień – czynię to dlatego, aby się spełniły na tobie moje zamiary, jak również, by cię bardziej upodobnić do Siebie”. Małgorzata Maria, przejęta drżeniem, ucałowała rękę, która ofiarowywała jej życie hańby i cierpienia.
    Pewnego ranka, wyszła do ogrodu. Nieraz słyszała tu głos Boskiego Mistrza. Zażądał od niej odnowienia ofiary. Potem pokazał jej krzyż. Jak daleko Małgorzata mogła sięgnąć wzrokiem, zdobiły go kwiaty. „Patrz, oto ołtarz – rzekł do niej Zbawiciel – na którym czyste me oblubienice muszą dokonać ofiary. Kwiaty te zwiędną, ale ciernie, które pod nimi się kryją, trwać będą i tak boleśnie wbiją się w ciebie, że całej potęgi mojej miłości potrzeba ci będzie, byś na tym krzyżu mogła wytrzymać.” Później ujrzała po Komunii św. Zbawiciela z cierniową koroną w rękach. Koroną tą uwieńczył jej skronie: „Przyjmij moja córko, tę koronę, jako zapowiedź innych cierpień, które cię wkrótce do mnie upodobnią”. Od tego czasu płonęła w jej sercu potrójna żądza: cierpieć, przyjmować Komunię św. i umrzeć – trzy przejawy jednego pragnienia: z Oblubieńcem serca na wieki się połączyć. Gdzie się zatrzymała, dokąd zwróciła kroki, wszędzie znajdowała Chrystusa z krzyżem.
    W tym czasie podjęła pracę przy chorych. Szatan z zazdrości o jej miłość do Zbawiciela wytrącał jej nieustannie z rąk to, co niosła. Było to przyczyną wielu upokorzeń ze strony innych. Potem odzywał się: „Głupia, nigdy niczego dobrego nie zrobisz”.
    Pewnego dnia chciała wyciągnąć ze studni wiaderko wody, ale uchwyt koła nieszczęśliwie wymknął się jej i tak silnie uderzył w twarz, że runęła na ziemię. Przednie zęby zostały wybite, a dziąsła poszarpane. Spowodowane przez to boleści i nieustanny ból głowy, sprowadziły na nią niejedną bezsenną noc. Zatopiona w rozmyślaniu o cierpieniach Zbawiciela w ogrodzie oliwnym, uczuła w sercu pragnienie uczestniczenia w mękach Boskiego Oblubieńca. Jezus odezwał się: „Przeszedłem tam większe wewnętrzne cierpienia, niż w całej mej pozostałej męce, ponieważ uczułem się opuszczonym i obciążonym brzemieniem grzechów świata całego. Te cierpienia i ta trwoga konania dręczą każdego grzesznika, kiedy dochodzi do poznania Bożej świętości. Wstyd na niego spływający zda się go prawie druzgotać. Teraz właśnie gniew mój gotowy, by w kilku grzeszników ugodzić. Ale za nich ty musisz odczuć, co w ogrodzie getsemańskim przecierpiałem.”
    W dzień Zmartwychwstania Pańskiego nie mogła z innymi siostrami odprawić rozmyślania. To pozbawiło ją humoru, ale natychmiast usłyszała głos Boskiego Mistrza: „Modlitwa ofiary i poddania się jest mi przyjemniejszą, niż wszelka inna modlitwa”.

    POWIERNICA SERCA JEZUSOWEGO
    W ostatnich dniach października, r. 1673, kiedy Małgorzata po raz pierwszy po złożeniu ślubów zaczęła właśnie ćwiczenia duchowne, Zbawiciel pokazał jej miłością rozpromienione Serce, krwią zlane od ran i uderzeń: „Oto rany, które mi zadaje mój naród wybrany; inni ranią me ciało, ci przeszywają me Serce”. Małgorzata błagała o przebaczenie dla tych, którzy zawinili, ale cierpienie jej trwało bez przerwy. Komunia św. stała się dla niej męczarnią, bo w spojrzeniu umiłowanego Mistrza wciąż odczytywała ból.
    Całując w duchu krwawiące rany Boskiego Nauczyciela usłyszała ciche słowa: „Dziecię moje, czy chcesz mi oddać twe serce, aby na nim mogła odpocząć wzgardzona ma miłość?” „Panie – odpowiedziała – Ty wiesz, że całkowicie do Ciebie należę; postąp ze mną tak, jak Tobie się tylko podoba”. „Czy wiesz, dlaczego ci tyle łask użyczam? Twoje serce musi się stać ołtarzem, na którym by nieustannie gorzał ogień miłości; nic zmazanego znaleźć się tam nie może. Ciebie wybrałem, by Ojcu memu wiekuistemu, złożyć ofiarę miłości i pojednania”.
    Małgorzata Maria prosiła więc przełożoną, by wolno jej było podwoić pokuty. Stanowczo jej odmówiono. Zawstydzona wróciła do Boskiego Mistrza, On zaś wskazał na własne jej błędy i niedoskonałości, wyrzucał, że niedawno, wyraziła o sobie z próżności jakąś pochwałę: „Z czego ty się możesz szczycić prochu i popiele? Czyż ty jesteś z siebie czymś innym, jak prochem i nicością? Patrz, jakie łaski zlewam na ciebie, a czym ty sama z siebie jesteś?” I ukazał jej oczom obraz, na którego widok krzyknęła: „O Boże usuń ten obraz lub każ mi umrzeć! Niepodobna mi bowiem patrzeć na ten mój stan i żyć jeszcze!”
    27 grudnia r. 1673, w uroczystość św. Jana Ewangelisty, zbliżyła się Małgorzata z siostrami do Stołu Pańskiego, i w tym momencie uczuła, że tak jak św. Lutgarda, powinna wargi swoje przycisnąć do Najświętszej Rany Jezusowego boku. Pełnymi haustami poczęła pić z tego źródła szczęścia. Usłyszała słowa: „Czy widzisz teraz, że nie ma żadnej obawy u źródła potęgi i że w tej rozkoszy o wszystkim się zapomina?” W dniu tym miała więcej wolnego czasu, więc powróciła przed tabernakulum, by przy piersi Boskiego Mistrza wypocząć, jak Jan, umiłowany uczeń.
    Wtedy po raz pierwszy, otwarło się przed nią Boskie Serce, a z tajemnic, które dotychczas były przed nią zakryte, opadła zasłona. Małgorzata Maria upadła na kolana w zachwycie na widok tych cudów dobroci, a Jezus przemówił:
    „Moje Boskie Serce przepełnione jest miłością ku ludziom, a zwłaszcza ku tobie, dlatego też biją z niego płomienie, by się przez ciebie ludziom objawić, i w skarby, na które ty patrzysz, ich zaopatrzyć, w skarby, na które składają się łaski konieczne do tego, by ludzi wybawić z przepaści zatracenia. Ciebie niegodną i nieuczoną wybrałem do wypełnienia moich zamiarów, aby jasną było rzeczą, że wszystko jest wyłącznie moim dziełem. Dlatego daj mi serce twoje!”
    I wziął Jezus serce Małgorzaty i oddał je jej rozpłomienione miłością ze słowami:
    „Patrz ukochana, oto zadatek mojej miłości! Żar, który zapaliłem w twym sercu, nigdy nie zgaśnie i tylko pewną ulgę znajdziesz krwi swej upuszczeniem, chociaż i ten środek raczej upokorzenie, niż ulgę w cierpieniu przynosić ci będzie. Ale powinnaś o to prosić, by w ten sposób krew swoją dla mnie przelewać i byś się mogła przekonać, że to wszystko nie jest jakimś urojeniem, ale oznaką, iż pierwsza z łask, które przeznaczyłem dla ciebie, udzielona ci będzie. Ranę serca twego zasklepiłem, ale ból jego zatrzymasz; dlatego od tej chwili już nie, jak dotychczas, niewolnicą Serca mego, ale ‘uczennicą Serca Jezusa’, nazywać się będziesz”.
    Płomień, który rozgorzał w jej piersi, sprawiał gwałtowny ból. Widziała Najświętsze Serce Jezusa na płomiennym tronie, wysyłające, niby słońce, promienie na wszystkie strony, a zarazem przejrzyste, jakby z kryształu. Widać było ranę zadaną włócznią, a całe Serce otaczała cierniowa korona. Na szczycie wznosił się krzyż. Te oznaki cierpienia Chrystusa pokazywały, że Jego miłość ku ludzkości stała się źródłem wszelkiego cierpienia i pogardy, którą od pierwszej chwili Wcielenia na siebie przyjął i w Najświętszym Sercu odczuwał, jak i ona jedynie tłumaczy cierpliwe znoszenie zniewag, na które wystawił się w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.
    „Następnie dał mi poznać – pisze Małgorzata Maria – jak pragnienie wzajemnej miłości skłoniło Go do objawienia ludziom swego Serca, wraz ze wszystkimi skarbami miłości, miłosierdzia, łaski i świętości, które w sobie zawiera, tak że każdy, ktokolwiek tylko zechce, pełną dłonią może z niego czerpać. Nadto złożył mi zapewnienie, że osobliwą to będzie dla Niego radością, jeżeli temu Sercu cześć składać będą i że wizerunek Jego wszędzie wystawiony być musi, by nieczułe serca ludzkie poruszyć do głębi. Tym, którzy temu Sercu cześć oddają, pozwoli obficie uczestniczyć w największych łaskach a na dom, gdzie obraz tego Serca szczególną czcią otaczany będzie, przebogate spłyną błogosławieństwa, to nabożeństwo jest bowiem jedną z ostatnich prób Jego miłości, by ludzi do siebie pociągnąć”.
    „Patrz, moja córko – powiedział – do jakiego to zadania ciebie wybrałem! Dlatego ci tyle łask wyświadczałem już od najwcześniejszego dzieciństwa. Twoim mistrzem i przewodnikiem sam być chciałem, by cię na moje łaski przygotować; ale za największe dobrodziejstwo to uważaj, żem ci objawił i podarował me Serce”.
    Co roku w uroczystość św. Jana powtarzało się to objawienie. Wskazując na swoje Serce, Jezus powtarzał: „Pragnę cześć w Najświętszym Sakramencie odbierać, a nie ma nikogo, kto by mnie przez miłość wzajemną choć nieco chciał orzeźwić”.
    Małgorzata chętniej wyznałaby grzechy przed siostrami, niż tajemnice, powierzone jej przez Boskiego Mistrza i Oblubieńca. A jednak musiała to czynić i ze względu na wolę Jezusa, i z posłuszeństwa regule. Przełożona – słuchając jej wyznań – z przekonania lub może dla jej zbadania – żartowała z opowiadań o zjawieniu się Zbawcy i jej bólu. Małgorzata, niezdolna do wytrzymania trawiącego ją nieustannie żaru Bożej miłości, zachorowała. Z dnia na dzień coraz bardziej opadała z sił. Dopiero gdy na jej prośbę – przy sprzeciwie lekarzy – upuszczono jej krwi, odzyskała siły, zgodnie z zapowiedzią Jezusa. Powtarzało się to wiele razy. Począwszy od 27 grudnia r. 1673, dolegliwości odnawiały się w każdy pierwszy piątek miesiąca. Zjawiało się jej przed oczyma Boskie Serce Jezusa do błyszczącego słońca podobne i zsyłało płonące promienie w jej duszę. Siostry, które nie znały powodu jej cierpień, naśmiewały się z tej regularnie powracającej słabości.
    8 lutego 1674 r. Małgorzata klęczała, zatopiona w modlitwie przed tabernakulum. Zjawił się przed nią Zbawiciel. Z pięciu ran rozchodziły się lśniące promienie, a pierś świeciła jasnym żarem. W głębi piersi wskazał jej Boski Mistrz na Serce, jako na ognisko owego płomienia i znowu jej opowiadał o miłości ku ludziom i jak oni tylko niewdzięcznością płacą, co mu większą sprawia udrękę, niż wszystkie cierpienia, które w czasie męki wycierpiał: „Gdyby mi okazywali miłość wzajemną, wtedy bym za nic poczytał to wszystko, com dla nich uczynił, ale oni pozostają zimni i bez żadnego odczucia. Wynagradzaj więc przynajmniej Ty, ile zdołasz to, czego im nie dostaje.” „Jakżeż mogę tego dokonać, mój Panie? Jestem tak słaba i tak niegodna”. „Patrz, oto teraz potrafisz” – odpowiedział jej Zbawca. W tej chwili płomień, który wytrysnął z Bożego Serca, przeniknął jej serce tak, że myślała, iż skona, i tylko prosiła: „Oszczędź mnie, o Panie, śmiertelnym jestem człowiekiem!” „Ja będę twą mocą, nie trwóż się, ale spełnij to, co ci polecę. Najpierw musisz tak często, jak tylko ci posłuszeństwo zezwoli, przyjmować mnie w Komunii św., choćby kosztem upokorzenia i hańby. W każdy pierwszy piątek miesiąca przystępuj do Stołu Pańskiego. Następnie w każdym tygodniu w nocy z czwartku na piątek pozwolę ci uczestniczyć w mej trwodze konania, jaką na górze oliwnej przeszedłem, tak, że nie wiedząc nawet w jaki sposób, doznawać będziesz trwóg konania. Dlatego powinnaś w nocy od 11-12 godziny łączyć się z moją modlitwą w ogrojcu i leżąc twarzą zwrócona ku ziemi, błagać o miłosierdzie dla grzeszników i pocieszać mnie w opuszczeniu przez śpiących uczniów.”
    Przełożona, nazwawszy wszystko wymysłem próżności i urojeniem, zakazała jej wykonania czegokolwiek z Bożych poleceń. Małgorzata osłabiona postami znowu zaczęła chorować tak, że przełożona sądziła, że bliska jest jej śmierć. Czy to wszystko było tylko złudną grą gorączką rozpalonej wyobraźni, czy też dowodem Bożej łaski? Przełożona nie ośmieliła się rozstrzygać. „Siostro – powiedziała – proś Pana Boga o twe wyzdrowienie, abyś wspólnie z innymi siostrami mogła wypełniać święte reguły zakonne. Jeśli rzeczywiście nagle zdrowie odzyskasz, to ci pozwolę na Komunię w pierwszy piątek miesiąca, oraz na wstawanie w noc czwartkową”.
    Małgorzata Maria prosiła o wyzdrowienie z nadzieją, że nie zostanie wysłuchana, bo kochała cierpienia i upokorzenia. A jednak postawiony warunek został wypełniony. Mimo to przełożona ociągała się z zezwoleniem Małgorzacie na to, o co prosił Jezus, zaś kapłani, do których zwróciła się o radę wydali jednogłośny wyrok: „Przesada, urojenie, marzycielstwo. Nie zważać na rzekome objawienia, skrócić modlitwy”. Tak osądzona Małgorzata stwierdziła, że pewnie kroczy błędnymi ścieżkami. Czasem skarżyła się na niedolę Jezusowi i prosiła, by już raz walce tej koniec położył. Usłyszała: „Przyślę ci sługę mojego, przedstaw mu wszystkie tajniki twego serca, a on cię na prawej drodze umocni”.

    UPEWNIENIE W DRODZE
    Pod koniec roku 1674 o. Klaudiusz de la Colombiere został rektorem Jezuitów w Paray. Fakt ten wywołał powszechne zdziwienie, nie dlatego, że kapłan był młody, bo – jako doświadczony w życiu duchowym – cieszył się powagą, szacunkiem i zaufaniem. Żałowano jedynie, że znalazł się nagle w miejscu tak nieznanym i ciasnym. Takie jednak były drogi Bożej Opatrzności…
    Kiedy po raz pierwszy odwiedził siostry, Małgorzata Maria usłyszała głos wewnętrzny: „Ten to jest, którego ci posyłam”. Był on nadzwyczajnym spowiednikiem sióstr i w czasie wielkiego postu w r. 1675 po raz pierwszy rozmawiał z Małgorzatą w konfesjonale. O. de la Colombiere zatrzymał ją dłużej i mówił tak, jakby wiedział o tym, co działo się w jej sercu. Małgorzata Maria całkowicie zamilczała o nadzwyczajnych łaskach. Usiłowała szybko odejść, by nie zmuszać sióstr do czekania. Ojciec, po nauce do sióstr, zapytał przełożoną: „Kim jest młoda siostra, która tam siedziała?”. Wskazał na pewne miejsce. Przełożona wymieniła Małgorzatę Marię, na co kapłan odrzekł: „Wielce to łaskami obdarzona dusza”. Przełożona postanowiła więc powierzyć kierownictwo Małgorzaty Marii o. de la Colombiere i odesłała ją do niego. On zaś zapewnił, że powinna słuchać głosu, który do niej przemawiał, i całkowicie się Bogu powierzyć. Gdy się skarżyła, że Boski Zbawca nieustannie przy niej przebywa i uniemożliwia jej ustną modlitwę, odpowiedział roztropnie: „Nie powinnaś się przymuszać, odmawiaj tylko godzinki i różaniec, o ile potrafisz”. Z prawdziwą ulgą opuściła Małgorzata Maria o. de la Colombiere i tak często, jak tylko mogła, śpieszyła do niego po radę.
    Rozeszła się wieść, że o. de la Colombiere stał się przewodnikiem duchownym Małgorzaty Marii. On, pytany o „marzycielkę”, wyrażał się o niej z głęboką czcią. Zaczęto więc mówić, iż dał się zwieść i oszukać, bo uważa za prawdziwe to, co starsi kapłani nazwali obłudą i szaleństwem. Poważanie wobec niego zaczęło się zmniejszać, a ponieważ ojciec de la Colombiere szacunku świata nie szukał, dlatego nie zmienił sądu o swej penitentce.

    WIELKIE OBJAWIENIE SERCA JEZUSOWEGO

    Jezus nie zaprzestawał przygotowywać wiernej uczennicy do głównego objawienia swojej wzgardzonej miłości. Z początkiem lata r. 1675 siostry zebrały się przy pracy na wewnętrznym dziedzińcu klasztornym. Małgorzata Maria uczuła wewnętrzny pociąg, by usiąść pod murem kaplicy, w której przechowywano Najświętszy Sakrament. Siostry wołały, żartowały tak długo, aż wreszcie powstała. Jednak natchnienie, by wróciła pod mur kaplicy, stało się tak silne, że poprosiła o radę przełożoną. „Idź i tam sobie usiądź” – brzmiała odpowiedź. Mimo głośnych śmiechów sióstr wróciła na dawne miejsce i klęcząc spełniała pracę, ale z tak wielkim skupieniem, jak gdyby się znajdowała w jakiejś ustronnej samotni. Nagle zjawiło się przed nią Serce Zbawiciela, jaśniejące jak słońce, płomieniami uwieńczone. Chór Serafinów zstąpił z obłoków i śpiewał: „Z miłości tryska radość i zasług zdrój płynie. Szczęśliwy, kto Serce Pana pokochał jedynie”. Duchy niebieskie wezwały Małgorzatę, by śpiewała razem z nimi, ale się nie ośmieliła. Następnie wysłańcy nieba oświadczyli, że przybyli razem z nią złożyć u stóp Serca Jezusa hołd, uwielbienie i miłość i że zastępować będą jej miejsce, ilekroć nie będzie mogła trwać przed Najświętszym Sakramentem, by w ten sposób za ich pośrednictwem mogła przebywać nieustannie u stóp Jezusa. Objawienie to wyryło w pamięci Małgorzaty niezatarte wspomnienia.
    Jeszcze głębszy wpływ już na cały świat katolicki, miało wywrzeć objawienie, którym Małgorzata zaszczycona została 19 czerwca tego samego roku 1675, w oktawie Bożego Ciała. Wybrana uczennica Pańska, klęcząc przed tabernakulum, odbierała objawy miłości Boskiego Oblubieńca. Pod wpływem tych łask zbudziło się w jej sercu gwałtowne pragnienie, by złożyć Zbawicielowi dowody wzajemnej miłości. Wtedy Chrystus tak przemówił: „Niczym innym nie potrafisz lepiej okazać mi swojej miłości, jak spełniając to, czego już tyle razy od ciebie żądałem”. Przy tych słowach Zbawiciel odsłonił Serce i tak dalej mówił: „Patrz! Oto Serce, które tak bardzo ludzi ukochało, i które niczego nie szczędziło, by się za nich poświęcić i wyczerpać się w objawach miłości; a jako nagrodę odbieram od największej części ludzi tylko oziębłość, brak czci, pogardę i świętokradztwa w tym Sakramencie miłości. Ale co mi największy ból sprawia to to, że serca szczególniej mi poświęcone, w ten sposób ze mną postępują. Dlatego żądam od ciebie, by pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała, szczególną był uroczystością ku czci Serca mego, by w tym dniu zbliżano się do Stołu Pańskiego, by mi cześć składano, celem wynagrodzenia tych wszystkich zniewag, które Serce me spotykają, gdy na ołtarzach przebywam. A ja ci powiadam, że Serce moje w obfitej mierze da odczuć wpływ swej miłości tym, którzy je czcią otoczą i którzy o to starać się będą, by i inni cześć mu oddawali.” „Ależ Panie – ośmieliła się Małgorzata przemówić – do kogóż Ty się zwracasz? Do nędznego stworzenia, do biednej grzesznicy, której niegodność musi stanąć w poprzek drogi spełnieniu się Twego życzenia! Znasz przecież tyle szlachetnych dusz, którym możesz owo zlecenie powierzyć” „Czyż nie wiesz, że używam słabych, by mocnych zawstydzić? – odpowiedział Boski Nauczyciel. – Że wszechmoc moja objawia się w małych i ubogich duchem, aby sobie samym niczego przypisywać nie mogli?” „To wskaż mi przynajmniej środek do spełnienia tego, co mi rozkazujesz – odrzekła odważnie Małgorzata Maria. A Chrystus odpowiedział: – Zwróć się do mego sługi, o. Klaudiusza de la Colombičre z Towarzystwa, które Imię moje nosi i poleć mu w moim imieniu, by wszystko uczynił, co tylko leży w jego mocy, by memu Boskiemu Sercu żądane wynagrodzenie zapewnić. Liczne trudności, na które napotka, nie powinny go odstraszać, ale o tym niech pamięta, że ten, co sobie nie ufa, lecz całą swą ufność we mnie pokłada, wszystkiego dokonać potrafi”.
    O. Klaudiusz de la Colombičre dowiedział się od Małgorzaty, jakie zadanie zostało jemu wyraźnie zlecone. Znając ją nie żywił w sercu żadnej wątpliwości co do objawienia, którym była zaszczycona i z pokorą przyjął to słodkie brzemię. 21 czerwca, w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała poświęcił się całkowicie i niepodzielnie Boskiemu Sercu Jezusa, gotów dla czci i chwały tegoż Serca żyć, pracować i życie poświęcić. Zachęcał penitentki w Paray, by w pierwszy piątek każdego miesiąca przystępowały do Stołu Pańskiego celem wynagrodzenia Zbawicielowi za obojętność i zniewagi, jakie, przebywając na ołtarzach, miał wycierpieć. Zwycięstwo wydawało się bliskie. Tymczasem Jezus przygotował Małgorzacie nową ofiarę. O. de la Colombičre nie tylko nie pozostał w Paray, ale nawet musiał opuścić Francję. On przywrócił pokój i pogodę jej sercu wtedy, kiedy ona sama i wszyscy inni byli przekonani, że zły duch wiedzie ją na manowce. Małgorzata Maria odczuła więc głęboko ten cios, choć go przewidziała. Aż do końca swego krótkiego życia pozostał wierny misji szerzenia kultu Najświętszego Serca Jezusa, według wskazówek udzielonych św. Małgorzacie Marii w objawieniach Zbawcy.
    Po wyjeździe o. de la Colombičre uczennica Najświętszego Serca Jezusa prowadziła dalej życie, które przyjęła z rąk Boskiego Oblubieńca: życie cierpienia i miłości. W listopadzie 1677 r., Boski Mistrz odezwał się: „Pragnę ci oddać me Serce, ale najpierw musisz złożyć całopalną ofiarę, by razem ze mną odczuć karzącą prawicę mojego Ojca, ponieważ w swym sprawiedliwym gniewie grozi, że pewien klasztor surowo ukarze.” Czy ta groźba odnosiła się do klasztoru Nawiedzenia w Paray? Małgorzata Maria zamilczała odpowiedź na to pytanie nawet przed przełożoną. Jednak w otoczeniu Małgorzaty oprócz gorliwych zakonnic znajdowały się i oziębłe, które niezupełnie żyły według ducha reguł i objawiały niechęć wobec uczennicy Zbawiciela. Jezus odsłonił przed nią cierpienia, jakie miały ją spotkać. Widok ten przejął ją drżeniem, więc stwierdziła, że bez pozwolenia przełożonej do niczego nie może się zobowiązywać. Nie poprosiła jednak o pozwolenie z obawy, że przełożona może się na wszystko zgodzić. Nie zaznała spokoju. Przełożona widząc jej udrękę, zapytała ją o przyczynę łez i przerażenia. Usłyszawszy odpowiedź, natychmiast udzieliła Małgorzacie pozwolenia, przed którym właśnie taki lęk ją ogarniał. Małgorzata ociągała się z ostateczną decyzją. Miała przed oczyma anioła sprawiedliwości z biczem, którym ją miał ukarać z chwilą, kiedy się na ofiarę zdecyduje. Wśród wahań i lęku uklękła w wigilię uroczystości Ofiarowania Najświętszej Marii Panny wraz z innymi siostrami przed Najświętszym Sakramentem. Usłyszała głos Boży: „Trudno ci będzie stawić opór pragnieniu mojej sprawiedliwości; ale upokorzenia, które było złączone z twoją ofiarą, doznasz teraz w podwójnej mierze. Pragnąłem tylko ukrytej ofiary, nie chciałaś. Teraz wbrew twym ludzkim rachubom złożyć ją musisz publicznie i wśród nadzwyczaj upokarzających okoliczności, które cię przez całe życie będą poniżać, tak w oczach własnych, jak i wobec innych. Teraz poznasz, co to znaczy, sprzeciwiać się Bogu”.
    Kiedy dokonała wynagrodzenia i w uroczystość Ofiarowania Najświętszej Marii Panny zbliżyła się do Stołu Pańskiego, Jezus ukoił jej udręczone serce, mówiąc: „Rana się zamknęła; sprawiedliwości mojej stało się zadość. Ofiarę twą zespoliłem z moją ofiarą. Nie szukaj nadal w swym cierpieniu niczego innego, jak tylko mego upodobania. Cierp i pracuj w cichości na chwałę Bożą i ku rozszerzeniu królestwa mojego Serca wśród ludzi, bo do tego właśnie dzieła cię wybrałem”.
    W roku 1678 miejsce Matki de Saumaise zajęła Rozalia Greyffié z klasztoru Annecy, kobieta szczególnej cnoty i pokory. Małgorzata od pierwszego dnia powierzyła się jej całkowicie, zgodnie z regułą posłuszeństwa i zaleceniem Jezusa. Nowa przełożona nie mogła sobie wyrobić o Świętej jasnego zdania na podstawie tego co mówiono o niej w Paray. Nie zwracała więc uwagi na nadzwyczajne doznania Małgorzaty, nie powierzała jej żadnego urzędu i korzystała z każdej sposobności, by ją upokarzać. Spostrzegła, że to było Małgorzacie najmilsze. By nie zaszkodzić jej zdrowiu, nie pozwoliła jej na godzinę rozmyślania, które odprawiała w noc czwartkową, leżąc na ziemi z rozciągniętymi ramionami. Nieco później, nie znając powodów, które skłaniały Małgorzatę Marię do tej modlitwy w czasie nocnego spoczynku klasztoru, zakazała jej zupełnie tego rozmyślania. Małgorzata posłusznie poddała się zarządzeniu, ale przekazała przełożonej, że Jezus nie jest zadowolony i że da jej to odczuć. Kiedy 14 grudnia r. 1678, jedna z najlepszych sióstr po krótkiej chorobie skonała na rękach matki Greyffié, uznała ona wreszcie w tej stracie karę Bożą i pozwoliła bezzwłocznie siostrze Alacoque na jej rozmyślanie.
    Podczas rekolekcji Małgorzata doznawała w takim stopniu objawów miłości ze strony Oblubieńca, że była zmuszona wołać: „Dosyć, Panie, dosyć!”. Ale Jezus odpowiedział: „Jedz i pij z stołu moich radości; potrzebujesz siły i orzeźwienia, by naprzód odważnie kroczyć. Długa i ciężka droga ściele się przed tobą i od czasu do czasu będziesz musiała odetchnąć i wypocząć w moim Sercu, które dla Ciebie zawsze bezpiecznym będzie schronieniem. Jeśli dam ci poznać, że sprawiedliwość moja gniewa się z powodu grzeszników, wtedy zbliżaj się do św. Stołu i módl się do mnie serdecznie i gorąco. A nie opieraj mi się, ponieważ musisz mi służyć jako narzędzie, by pozyskać ludzkie serca dla mojej miłości.” „Ależ nie pojmuję, o Boże, w jaki sposób stać się to może”. „Przez moją wszechmoc, która wszystko z nicości wywiodła. Pomnij, że do mnie należysz, i że tobie nic nie pozostaje; natomiast rozporządzać możesz sercem moim; skarby w nim zawarte możesz podług upodobania swojego rozdzielać, komukolwiek tylko zechcesz. A w podarkach nie bądź skąpa, bo skarby te nieskończone. Jeszcze wielkim i ciężkim krzyżem obarczę twe ramiona, ale niczego się nie obawiaj, jestem dość potężny, by stać się twoją podporą. Szatan pragnie twą cnotę na próbę wystawić, ale pozwolę mu dręczyć cię tylko tymi samymi pokusami, z którymi przyszedł do mnie na pustynię. Połóż tylko ufność swą we mnie, a ja będę twą ochroną”.
    W Wielki Piątek 1687 r., dnia 28 marca dusza Małgorzaty tak pragnęła Eucharystycznego Chleba, że zaczęła mówić do swego Oblubieńca: „Miły Jezu, chcę strawić się w pragnieniu Ciebie, a nie mogąc Cię dzisiaj posiadać, nie przestanę Cię łaknąć”. Jezus przyszedł ją pocieszyć: „Twoje pragnienie tak przeniknęło moje Serce, że gdybym nie ustanowił tego Sakramentu miłości, uczyniłbym to teraz, by stać się twoim pokarmem. Znajduję tyle przyjemności w tym, gdy mnie ktoś z taką żarliwością pragnie, że ile razy jakie serce to pragnienie wyrazi, tyle razy spoglądam na nie z miłością, by je do siebie przygarnąć”. Przeniknęło mnie to tak wielkim żarem, iż dusza moja czuła się na wskroś uniesiona i nie mogła wyrazić swych uczuć inaczej, jak tylko przez te słowa: O miłości, o nadmiarze miłości Boga względem tak nędznego stworzenia!

    MISTRZYNI NOWICJUSZEK
    Przyszedł jednak – wśród cierpień i upokorzeń, których Małgorzacie nigdy nie brakowało – czas, w którym Jezus postanowił dać jej sposobność rozszerzenia pragnień Jego Serca na inne dusze. I tak z końcem 1684 r. zachorowała mistrzyni nowicjatu. Bez zastanowienia przeznaczono na ten urząd Małgorzatę. Pokorna zakonnica była doskonałą mistrzynią. I nie mogło być inaczej, skoro za podstawę oddziaływania na dusze przyjęła zasadę, by udzielać tylko to, co sama otrzyma od Serca Jezusowego. Przez cały czas, gdy była mistrzynią, Mistrzem nowicjatu w klasztorze w Paray było Najświętsze Serce Jezusa.
    Dobrze zrozumiała swoje zadanie i czuła, że Jezus pragnie, by i w innych wszczepiała poznanie i cześć Jego Serca. Wesołym, ujmującym wyglądem i dzięki łagodnemu i przyjaznemu usposobieniu pozyskała natychmiast zaufanie nowicjuszek. „Zachowujcie – mawiała – z wielką wiernością wszystkie reguły nawet i najmniejsze, przez to pozyskacie sobie Serce Ojca, który tak czule was kocha. Jak długo Mu wierne będziecie, nie potrzebujecie się obawiać niczego. Nie popełniajcie nigdy z rozmysłem jakiegokolwiek uchybienia. Pamiętajcie, że jesteście oblubienicami ukrzyżowanego Boga i że dlatego całkowicie do Niego musicie należeć, jeśli zechce w was królestwo Boże utrwalić. A królestwo Jego jest królestwem pokoju w cierpieniach”.

    DALSZE PRÓBY I PIERWSZE ZWYCIĘSTWA
    W r. 1685 w uroczystość jej imienin, w piątek, nowicjuszki chciały ofiarować mistrzyni kilka wianuszków kwiatów. Ona zaś poprosiła, by złożyły je Boskiemu Sercu Jezusa w ofierze. Spełniając życzenie ukochanej mistrzyni, zbudowały więc maleńki ołtarzyk, umieściły na nim wycięte z papieru, uwieńczone płomieniami serce i ozdobiły ołtarz kwiatami. Następnie wśród objawów żywej radości poprowadziły mistrzynię do tego skromnego ołtarza. Ona uniesiona wewnętrzną radością rzuciła się na kolana przed tym symbolem miłości Jezusa Chrystusa i w świętym zachwycie głośno poświęciła się Sercu Boskiemu. To samo uczyniła gromadka nowicjuszek.
    Nieopisaną była radość mistrzyni, kiedy zauważyła, że ogień miłości Boskiego Serca Jezusa poczyna żarzyć się w niewinnych sercach młodych nowicjuszek. Ale to jej nie wystarczało. By jak najwięcej dusz pozyskać dla umiłowanego Zbawcy zaprosiła kilka starszych sióstr. Zaproszone nie zjawiły się, z wyjątkiem trzech, które przyszły z grzeczności. Niektóre szydziły i stanowczo wystąpiły przeciw „duchowi świętych reguł nie odpowiadającym nowościom”.
    Boski Oblubieniec przepowiedział jej, że sprawa ta napotka na wielkie przeszkody, ale że mimo wszystko nabożeństwo do Boskiego Jego Serca rozszerzy się po całym chrześcijańskim świecie i że zakwitnie w zakonie Nawiedzenia. Dlatego pełna otuchy mówiła do młodych nowicjuszek: „Dobrze, one nie chcą przyjść, ale Serce Jezusa i tak je do siebie pociągnie. Jezus pragnie wszystkiego z miłości, a niczego nie chce z musu. Trzeba ten czas przeczekać, który On naznaczył, a czas stosowny nadejdzie.” Już po roku wypełniła się przepowiednia Małgorzaty. Na razie publicznie napomniano Małgorzatę i zakazano objawiać nabożeństwo w klasztorze, chyba że w ukryciu, w nowicjacie. Za karę nie wolno jej było częściej niż innym siostrom przystępować do Stołu Pańskiego. Jezus pocieszał ją:
    „Bądź spokojna, moja córko; ja będę panował mimo mych nieprzyjaciół, i mimo wszystkich, którzy mi się sprzeciwiają”. Pełna ufności spoglądała wtedy Małgorzata na tabernakulum i wzdychała: „Kiedyż, ukochany Zbawicielu, wybije ta szczęśliwa godzina? Tymczasem powierzam Tobie Twą własną sprawę. Będę cierpieć i milczeć”.
    W kilka zaledwie tygodni po tych zdarzeniach, jedna z nowicjuszek poważnie się rozchorowała. Mało już było nadziei utrzymania jej przy życiu. Kiedy Małgorzata gorąco błagała o jej wyzdrowienie, Jezus dał jej poznać, że zdrowie chorej się nie polepszy, dopóki jej przełożona nie pozwoli na Komunię św. w pierwszy piątek miesiąca. Małgorzata zapisała usłyszane słowa: „Powiedz swojej przełożonej, że wielką wyrządziła mi przykrość przez to, że dla przypodobania się stworzeniom nie zawahała się mnie obrazić, zabraniając ci Komunii św., której przyjmowanie nakazałem ci w tym celu, aby przez zasługi Serca mojego Ojcu niebieskiemu składać zadośćuczynienie za wszystkie wykroczenia przeciwne miłości. Ciebie sobie wybrałem, byś mi składała ofiarę błagalną, więc skoro ona przeszkadza postąpić ci według mej woli, zabiorę jako ofiarę, tę cierpiącą siostrę”. Przełożona natychmiast pozwoliła jej na Komunię św. i niebezpieczeństwo minęło. Duch ciemności poruszał wszystkie sprężyny, by ją usunąć z urzędu mistrzyni. Ale Boski Zbawiciel sam jej przyrzekł, że jej nowicjuszki staną się kamieniem węgielnym świątyni poświęconej czci Jego Serca. Kiedy kadencja Małgorzaty Marii jako mistrzyni nowicjatu dobiegła końca, kilka sióstr, które miały wyjść z nowicjatu w tym czasie, co ich ukochana mistrzyni, postanowiło zabrać mały obrazek Najświętszego Serca. W oddalonym miejscu, gdzie rzadko zachodzono, znalazły niewielką niszę i tam umieściły ów obrazek. Urządziły tam małe oratorium, które wychodziło na schody prowadzące do wieży nowicjatu. Pierwsze czcicielki Serca Jezusowego uczyniły z tego małe sanktuarium, upiększając je według możliwości.
    Nowy duch ożywił zgromadzenie od czasu, gdy zaczęto czcić w nim Serce Jezusa. Ks. Languet opisuje wspaniałą przemianę klasztoru w Paray pod wpływem nabożeństwa do Najświętszego Serca: „W ten sposób nabożeństwo do Serca Pana naszego dokonało w tym zgromadzeniu cudownej zmiany, którą siostra Małgorzata osiągnęła przez swoje łzy i cierpienia. Jej cierpliwość i pokora przezwyciężyły wszystko, a Syn Boży przemienił serca, które zaczęły czcić Jego Najświętsze Serce. Rozlał w nich umiłowanie doskonałości zakonnej i gorliwość w nabywaniu jej. Ale w miarę jak siostrom otwierały się oczy na świętość swych obowiązków, otwierały je równocześnie na zasługi tej, która sprowadziła na nie tyle błogosławieństw Bożych. Sprzeciwy i wzgardy, których dotychczas doznawała, zmieniły się w uwielbienie. Nie nazywano jej inaczej, jak tylko świętą i słuchano jej słów jak wyroczni”.
    Na cały dom spływało błogosławieństwo tego nabożeństwa. Siostry złożyły dary, prosząc przełożoną o zamówienie obrazu Serca Jezusowego. Uznała ona jednak za lepsze poczekać, aż będzie mogła zbudować kaplicę. Dla apostołki Najświętszego Serca nadszedł więc dzień szczęścia. Kaplica ku czci Serca Jezusa, zaprojektowana 21 czerwca 1686 r., została ukończona w końcu 1688 r. Uroczyste poświęcenie wyznaczono na dzień 7 września 1688 r. Całe miasto pragnęło wziąć udział w uroczystości. Rozpoczęły się modlitwy i ceremonie. Małgorzata Maria była w stanie ekstazy, przebywała raczej w niebie niż na ziemi.

    DROGA KU NIEBU
    Złożywszy urząd mistrzyni nowicjatu, siostra Małgorzata Maria wróciła na stanowisko pomocnicy w infirmerii. Tam znowu miała dosyć okazji do praktykowania wyrzeczenia i pokory. Cieszyła się jednak widząc, że kaplicę Serca Jezusowego nawiedzały wszystkie siostry i że stała się ona celem pielgrzymek zgromadzenia, zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, kiedy siostry udawały się tam w procesji, śpiewając litanię do Najświętszego Serca i odmawiając modlitwy przebłagalne oraz akt poświęcenia.
    W roku 1690 imię s. Małgorzaty Marii miało się znaleźć na karteczkach sióstr dokonujących wyboru nowej przełożonej. Przerażona Małgorzata błagała Jezusa o odjęcie tego krzyża. Uzyskała zgodę. Nowa przełożona pragnęła jej jednak jako asystentki. Małgorzata prosiła o zwolnienie i z tego, lecz to nie podobało się Jezusowi i zganił ją z tego powodu. Tak więc pozostała asystentką, a zarazem zaufaną przyjaciółką tak przełożonej jak i wszystkich sióstr, które spieszyły do niej po radę. Rozmawiała z nimi o Bogu tak porywająco, że nawet najmniej gorliwe zmuszone były do miłowania Go.
    Kiedy Małgorzata poprosiła nową przełożoną, by mogła noc z czwartku na piątek spędzać na modlitwie, ta odmówiła ze względu na jej słabość i niedomagania. Zakazała jej też wszelkich ćwiczeń pokutnych. Małgorzata stwierdziła: „Nie pożyję ja już długo, brak mi bowiem cierpień. Matka nasza zanadto troszczy się o mnie”. Do innej siostry powiedziała: „Na pewno umrę w tym roku, bo nie doznaję już żadnego cierpienia, a życie moje przeszkadza zebraniu owoców, które pewna książka o czci Najświętszego Serca Jezusa przynieść może”.
    Istotnie po książce o. de la Colombičre, wydanej już po jego śmierci, teraz jezuita, o. Croiset, pisał dziełko o nabożeństwie do Serca Jezusa. Wydał je w rok po śmierci Małgorzaty. Nie chciała dożyć pojawienia się tej książki, by nie wychodzić ze swego ukrycia, choć z drugiej strony gorąca miłość Serca Jezusa budziła w niej pragnienie, aby dzieło to było jak najszybciej poznane i rozszerzane.
    Rosło w niej przekonanie, że dzień jej odejścia jest bliski. Dlatego poprosiła w dniu urodzin, 22 lipca 1690 r. o pozwolenie na 40-dniowe rekolekcje, by przygotować się na spotkanie z Boskim Oblubieńcem. Wśród cierpień rozpoczęła je w październiku. 8-go października pozostała już w łóżku. Lekarz, który odwiedził chorą, oświadczył, że słabość jest tylko nieznaczna. Jednak Małgorzata nadal twierdziła, że na tę chorobę życie zakończy. „Czy wiesz – rzekła do niej pielęgniarka – że lekarz orzekł właśnie coś zupełnie przeciwnego?” W kilka dni potem zapragnęła przyjąć Wiatyk. „Siostro, przecież to jest rzeczą niedozwoloną – odpowiedziano jej – nie jesteś w niebezpieczeństwie”. „Proszę mi jednak podać Komunię św., jeszcze jestem na czczo”. Przeczuwała, że na ziemi czyni to po raz ostatni. Prośbę jej spełniono. Mimo gwałtownych cierpień, lekarz nie obawiał się niczego: siostra Małgorzata zawsze była cierpiąca, wychudła i blada.
    Niespodziewanie odwaga jej została wystawioną na ciężką próbę. Myśl o nieskończonej sprawiedliwości Bożej przejmowała ją obawą i drżeniem. Obejmując kurczowo krzyż, przyciskała go do piersi, wzdychając: „Miłosierdzia Boże mój, miłosierdzia…” Wkrótce jednak rozjaśniły się jej oczy i oblał ją rumieniec radości: „Miłosierdziu Twemu, o Panie, pragnę śpiewać wieczystą pieśń. Cóż jest na niebiosach i czego pożądam na ziemi prócz Ciebie!”
    Teraz nawet lekarz zauważył, że Małgorzata popadła w osłabienie. „Dzięki Bogu – wyszeptała – że się już zabezpieczyłam, przypuszczałam, że mnie nie uznają za zbyt chorą. Dzięki Bożej dobroci przyjęłam w ostatniej Komunii św. Zbawcę mojego jako Wiatyk… O, goreję, goreję wewnętrznie. Ach, żeby to pochodziło z miłości ku Bogu. Alem nigdy nie kochała doskonale Boga mojego. Siostry proście Go za mnie o przebaczenie i kochajcie Go z całego serca waszego, aby Mu wynagrodzić za wszystkie przeze mnie zmarnowane chwile. Kochać Boga, o cóż to za szczęście! O miłujcie Go, miłujcie!”
    Był dzień 17 października r. 1690. Małgorzata Maria błagała siostry, by zechciały odmówić litanię do Boskiego Serca Jezusa i do Matki Bożej, aby wyjednać ich pomoc na ostatnią godzinę. Kiedy kapłan udzielił jej sakramentu namaszczenia, wtedy otworzyła jeszcze raz wargi i wezwanie: ‘Jezus’ było ostatnim jej słowem.
    Siostra Małgorzata Maria Alacoque przeżyła 43 lata. 19 lat spędziła w klasztorze Sióstr Nawiedzenia (Wizytek). Siostry gorzko płakały po stracie takiego wzoru życia. Widziały jednak, jak lekką i słodką jest śmierć dla tych, którzy żarliwie czcili Najświętsze Serce Jezusa.
    Zaledwie wiadomość o śmierci wyszła poza kraty klauzury, już zaczęto w mieście opowiadać: „Umarła święta”! Na drugi dzień, gdy otwarto kościół, ludzie przybyli tłumnie. Pogrzeb odbył się wieczorem 18 października.

    ŚWIĘTA
    Grób s. Małgorzaty Marii zaczął Bóg uświetniać nieustannie wielkimi cudami. Największym cudem, jaki zdziałała prawica Boża przez tę słabą i światu nieznaną dziewicę, było rozszerzenie nabożeństwa do Boskiego Serca Jezusa, z którego spłynęły i spływają bogate strumienie łask na Kościół Boży i wiernych. Tak spełniła Małgorzata Maria powierzone jej przez Boskiego Mistrza zadanie.
    22 września 1827 r. kardynałowie, którym zlecono zbadanie jej dzieł, oznajmili papieżowi Leonowi XII, że pisma te nie przedstawiają przeszkody do prowadzenia procesu beatyfikacyjnego. Z dokładnie zbadanych pism wyjęto dwanaście obietnic dla czczących Boskie Serce Jezusa, które we wszystkich językach świata rozbrzmiały donośnie, a 18 września 1864 r. Pius IX ogłosił Małgorzatę Marię błogosławioną.
    W kilka miesięcy później w Paray-le-Monial obchodzono uroczystości ku jej czci. Święte szczątki złożono w złocistym relikwiarzu. Wkrótce potem podniesiono w całym Kościele święto Najświętszego Serca Jezusa do godności uroczystości. Od tego czasu rozlewa się to nabożeństwo po świecie, niosąc zdroje niezliczonych łask i cudów. Tam, gdzie dociera nauka Kościoła, tam zjawia się i wizerunek Boskiego Serca, które darzy wszystkich czcicieli przedziwnymi łaskami.
    W 2 lata po uroczystej beatyfikacji, pod wpływem napływających nieustannie próśb i błagań, rozpoczęto proces kanonizacyjny. Uroczystość tę zachowało Serce Jezusa na czas, gdy świat rozdarty ranami wojny potrzebował balsamu na swe cierpienia. Gdy burza wojenna przycichła, z woli Ojca św. odbyło się w Rzymie 13 maja 1920 roku, uroczyste zaliczenie błogosławionej Małgorzaty w poczet Świętych.

    w: „Vox Domini” nr 5/97, str. 2-9. Oprac. red. na podstawie:

    1. Ks. W. van Nieuwenhoff Żywot św. Małgorzaty Marii Alacoque. Tłum.: Ks. E. Kosibowicz wyd. II. Kraków, 1930.

    2. Święta Małgorzata Maria, Wydawnictwo Sióstr Loretanek Warszawa 1976

    Więcej o Przesłaniu Serca Pana Jezusa w naszej ofercie:

    ______________________________________________________________________________________

    Serce, które umiłowało ludzi…

    – św. Małgorzata Alacoque

    Serce, które umiłowało ludzi... - św. Małgorzata Alacoque

    św. Małgorzata Maria Alacoque/Ar Gwennek (PD)

    ***

    Paray-le Monial to małe miasteczko położone w Burgundii. W średniowieczu region ten stanowił centrum życia religijnego. Najcenniejszą ozdobą miasta jest piękna, kamienna bazylika, zbudowana przez zakonników z Cluny na przestrzeni XI i XII wieku.

    Ale Paray-le Monial znane jest na całym świecie przede wszystkim dzięki wydarzeniom, które rozegrały się w jego murach w XVII wieku.Wtedy to skromna i zapomniana przez ludzi kaplica klasztoru Sióstr Wizytek, znajdująca się w cieniu słynnej romańskiej bazyliki, została wybrana przez Boga jako miejsce objawień.

    U źródeł powołania

    Małgorzata Maria Alacoque, której Jezus objawił swoje Serce, urodziła się 22 lipca 1647 r. w Lauthecour, miejscowości oddalonej o 30 km od Paray-le Monial. Po śmierci ojca, który osierocił siedmioro dzieci, ośmioletnia Małgorzata została oddana do kolegium klarysek w Charolles. Kiedy ciężko zachorowała, musiała opuścić to miejsce i trafiła do apodyktycznego wuja. Przez cztery lata ciężkiej choroby dziewczynka dojrzewała duchowo i gorąco pragnęła poświęcić się Bogu. Jej marzenie spełniło się dopiero w wieku 24 lat.

    Objawienia

    Dwa lata po otrzymaniu habitu zakonnego, w 1673 roku, kiedy siostra Małgorzata w chórze klasztornym adorowała Najświętszy Sakrament, Jezus objawił jej się po raz pierwszy. Otworzył swoją pierś i powiedział: „Moje Boskie Serce płonie tak silną miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych gorących płomieni, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie je rozlać za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi skarbami”. Podczas tego objawienia Jezus wziął serce Małgorzaty i umieścił je symbolicznie w swoim Sercu, a następnie oddał jej serce gorące.

    Podczas drugiego objawienia, kiedy Święta ujrzała Serce Boże na tronie, jaśniejące jak słońce, Pan Jezus objawił jej, że chce, by w Kościele wprowadzono nowe nabożeństwo i wyjaśnił: „To nabożeństwo jest ostatnim wysiłkiem Mojej miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w tych ostatnich czasach”.

    Przy kolejnym objawieniu Pan Jezus ukazał się, jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, błyszczącymi jak słońce. Z Jego świętej postaci biły promienie, a z piersi – płomienie jakby z ogniska gorejącego. Pan Jezus rozwarł swoją pierś i ukazał swe Serce, które było źródłem tych promieni. Małgorzata usłyszała: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, a w zamian za to otrzymuje wzgardę i zapomnienie. Ty przynajmniej staraj się mi zadośćuczynić, o ile to będzie w twojej mocy, za ich niewdzięczność”. Jezus polecił Małgorzacie, by często, a zwłaszcza w pierwsze piątki miesiąca, przystępowała do Komunii świętej, a w każdą noc z czwartku na pierwszy piątek miesiąca uczestniczyła w jego konaniu w Ogrójcu między godziną 23.00 a 24.00: „Upadniesz na twarz i przepędzisz ze Mną jedną godzinę. Będziesz wzywała miłosierdzia Bożego dla uproszenia przebaczenia grzesznikom i będziesz się starała osłodzić mi choć trochę gorycz, jakiej doznałem”.

    Święto ku czci Serca Pana Jezusa

    Przy ostatnim objawieniu w 1675 roku Pan Jezus zażądał, żeby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był poświęcony jako osobne święto na uczczenie Jego Serca i na wynagrodzenie Mu przez Komunię świętą i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznawał, gdy w czasie oktawy był wystawiany na ołtarzach. W zamian za to obiecał Małgorzacie, że Jego Serce wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób Jego Sercu oddadzą cześć lub przyczynią się do rozszerzenia święta.

    Małgorzata, poruszona do głębi obrazem zranionego Serca Jezusa i jako świadek gorącej miłości, jaką ono płonie, głosiła aż do śmierci, która nastąpiła 17 października 1690 roku, powierzone jej orędzie. Jej ciało pochowano na terenie klasztoru; w czasie procesu beatyfikacyjnego przeprowadzono ekshumację. Obecnie szczątki Świętej spoczywają w ołtarzu kaplicy klasztornej, pod relikwiarzem z jej woskową podobizną.

    Święto Serca Pana Jezusa zostało początkowo przez niektóre kręgi (np. przez jansenistów) uznane za herezję. Przez wiele lat milczała również Stolica Apostolska, pomimo próśb biskupów, bractw i zakonów. Pożądany skutek odniósł memoriał Episkopatu Polski, skierowany w roku 1765 do papieża Klemensa XIII. Papież zezwolił najpierw na obchodzenie święta wizytkom, a później całej Polsce. Wprawdzie papież Pius IX w 1856 roku uznał święto Serca Pana Jezusa w całym Kościele, to jednak dopiero beatyfikacja Sługi Bożej Małgorzaty Alacoque w 1864 roku, dokonana przez papieża Piusa IX, i kanonizacja w 1920 r. przez papieża Benedykta XV przyczyniły się do ostatecznej aprobaty tego święta. Jest ono ruchome, obchodzi się je w piątek po zakończeniu oktawy Bożego Ciała.

    wiara.pl

    _____________________________________________________________________________

    Serce Jezusa

    Serce Jezusa

    “św. Małgorzata Maria Alacoque kontempluje Serce Jezusa”

    olej na płótnie, ok. 1765, kolekcja prywatna/Corrado Giaquinto (PD)

    ***

    Rozmodlona święta wydaje się zachęcać widza do przyklęknięcia i adoracji Bożego Serca.

    Pomiędzy 1673 a 1675 rokiem, w klasztorze wizytek w Parayle-Monial w Burgundii, mniszka Małgorzata Maria Alacoque czterokrotnie ujrzała Zbawiciela, który nakazał jej szerzyć kult swego Serca. Pod wpływem jej objawień wprowadzono uroczystość Najświętszego Serca Jezusa, którą Kościół katolicki obchodzi w piątek po oktawie Bożego Ciała.

    Chrystus ukazał się św. Małgorzacie Marii już podczas rekolekcji poprzedzających obłóczyny, 6 listopada 1672 r. Potem nastąpiły cztery objawienia, zwane dziś wielkimi.

    Po śmierci świętej kult Najświętszego Serca Jezusa rozszerzał się coraz bardziej. Wreszcie, w 1765 roku, papież Klemens XIII ustanowił święto. Prawdopodobnie w tym samym roku Corrado Giaquinto, włoski malarz barokowy, namalował Małgorzatę Marię modlącą się do Serca Jezusa.

    Na obrazie widzimy drugie z czterech wielkich objawień, do którego doszło w kaplicy klasztornej. Jezus przekazał pobożnej mniszce swoje pragnienie, aby ludzie Go miłowali. Wyjaśnił, że właśnie dlatego objawia im swoje Serce wraz ze wszystkimi skarbami Bożej Miłości. Serce było otoczone promieniami i koroną cierniową. U góry wieńczył Je krzyż.

    Giaquinto namalował objawienie w ten sposób, że na pierwszym planie widzimy Serce, oglądając je od innej strony niż święta. Cała sytuacja została przez artystę odrealniona. Tłumy aniołków skąpanych w złocistym świetle, podtrzymują teatralną kurtynę otaczającą Serce i Małgorzatę Marię. Całość przypomina pobożne obrazki, które wierni wieszają na ścianach swych mieszkań. Rozmodlona święta wydaje się zachęcać widza do przyklęknięcia i adoracji Bożego Serca.

    Leszek Śliwa/wiara.pl

    _____________________________________________________________________________________

    14 października

    Święty Jan Ogilvie, prezbiter i męczennik

    Święty Jan Ogilvie

    Jan urodził się w Keith (północna Szkocja) w 1579 r. w protestanckiej rodzinie szlacheckiej. W wieku 15 lat został wysłany do Europy na naukę, którą rozpoczął we Francji, skąd w 1595 r. przeniósł się do Leuven (obecnie Belgia), a potem do Ratyzbony i Ołomuńca. Zdobyta wiedza filozoficzna i teologiczna spowodowała nawrócenie na katolicyzm. 24 grudnia 1599 r. wstąpił w Brnie do Towarzystwa Jezusowego. Od 1607 r. był wykładowcą w Wiedniu. Święcenia kapłańskie otrzymał w Paryżu w 1610 r. Później został wysłany do Rouen. Dwa lata starał się o to, by wyjechać na misje do rodzinnej Szkocji. Wreszcie przełożony zakonu, Klaudiusz Aquaviva, w listopadzie 1613 r. wyraził zgodę na wyjazd, mimo że podczas panowania Jakuba I Stuarta trwały w Anglii prześladowania katolików.
    W przebraniu żołnierza i pod przybranym nazwiskiem Watson, Jan dostał się do Leith (obecnie dzielnica Edynburga). Odprawiał Msze święte na terenie Renfrewshire (wschodnia Szkocja). Po jedenastu miesiącach działalności, 4 października 1614 r., został aresztowany w Glasgow, zadenuncjowany przez fałszywego katolika. Był poddawany torturom, bo chciano, by podał nazwiska innych katolików. Próbowano go trzykrotnie złamać, ale wytrwał. Odmówił poddania się duchowej jurysdykcji króla, uznając jedynie prymat papieża. Nawracanie protestantów na wiarę katolicką uznano za zdradę stanu i 10 marca 1615 r. Jan został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Egzekucję wykonano w dniu ogłoszenia wyroku w Glasgow, gdy św. Jana Ogilvie miał trzydzieści sześć lat. Został pochowany w zbiorowej mogile.
    Beatyfikował go papież Pius XI w dniu 22 grudnia 1929 r., a kanonizował 17 października 1976 r. papież Paweł VI.Do przykładu św. Jana Ogilvie odwołał się Benedykt XVI podczas wizyty apostolskiej w Wielkiej Brytanii. Podczas Mszy św. sprawowanej w Glasgow 16 września 2010 r. powiedział do szkockich kapłanów:
    Drodzy kapłani Szkocji, jesteście wezwani do świętości i do służenia ludowi Bożemu przez kształtowanie ich życia w tajemnicy krzyża Pana. Głoście Ewangelię czystym sercem i jasnym umysłem. Poświęcajcie się samemu Bogu, a staniecie się dla młodych ludzi jaśniejącymi przykładami świętego, prostego i radosnego życia: oni ze swej strony z pewnością zapragną przyłączyć się do was w waszej, pełnej gotowości służbie ludowi Bożemu. Niech przykład św. Jana Ogilviego, oddanego, pełnego samozaparcia i mężnego, będzie natchnieniem dla was wszystkich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 października

    Błogosławiony Honorat Koźmiński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa, dziewica
      •  Święty Teofil z Antiochii, biskup
    ***
    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Wacław Koźmiński urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej, w rodzinie inteligenckiej, jako drugi syn Stefana i Aleksandry z Kahlów. Miał także dwie młodsze siostry. Był bardzo zdolny, po ukończeniu gimnazjum w Płocku studiował na wydziale budownictwa warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Będąc w gimnazjum zaniechał praktyk religijnych, a w czasie studiów zupełnie stracił wiarę.
    23 kwietnia 1846 r. został aresztowany przez policję carską pod zarzutem udziału w spisku i osadzony w X pawilonie Cytadeli Warszawskiej. Wówczas ciężko zachorował; powracając do zdrowia, przemyślał dokładnie swoje życie i nawrócił się. Uwolniony z więzienia po blisko roku, podjął dalsze studia, a jednocześnie prowadził bardzo surowy tryb życia.
    Po ukończeniu studiów, 8 grudnia 1848 r. wstąpił do klasztoru kapucynów. Już 21 grudnia przyjął habit zakonny i otrzymał imię Honorat. Pierwszą profesję złożył dokładnie rok później. Chociaż pragnął być bratem zakonnym, przełożeni polecili mu, aby przygotowywał się do kapłaństwa. Po ukończeniu studiów teologicznych przyjął święcenia kapłańskie 27 listopada 1852 r. Wkrótce został mianowany profesorem retoryki oraz sekretarzem prowincjała, lektorem teologii i spowiednikiem nawracających się. Zasłynął w Warszawie jako znakomity rekolekcjonista i misjonarz ludowy. Pracując w III Zakonie św. Franciszka, gorliwie działał w kościołach Warszawy. Swoją głęboką religijnością i troską o człowieka zjednywał wielu ludzi dla Chrystusa.
    W 1861 roku, po kasacie zakonów przez władze carskie, o. Honorat został przewieziony do Zakroczymia pod Warszawą. Pomimo trudnych warunków tworzył tam dalej grupy tercjarek. Około 1889 r. zwrócił się do Stolicy Świętej o zatwierdzenie zgromadzeń bezhabitowych. W tym samym roku uzyskał aprobatę. Dzięki temu powstało 26 stowarzyszeń tercjarskich, z których na przestrzeni lat uformowały się liczne zgromadzenia zakonne. Ojciec Honorat stał się odnowicielem życia zakonnego i twórcą jego nowej formy zbliżonej do dzisiejszych instytutów świeckich. Poprzez swoje duchowe córki i synów starał się docierać do wszystkich środowisk i odrodzić w społeczeństwie ducha gorliwości pierwszych chrześcijan. Kierował tymi wspólnotami przez konfesjonał i korespondencję, ponieważ rząd carski nie pozwoliłby na formowanie się nowych zakonów, zaś w roku 1864 skasował zakon kapucynów, pozostawiając tylko klasztor w Zakroczymiu. Do dziś istnieją trzy zgromadzenia honorackie habitowe: felicjanki – powołane we współpracy z bł. Marią Angelą Zofią Truszkowską, serafitki i kapucynki oraz czternaście bezhabitowych, utajonych przed carskim zaborcą.
    Zgromadzenia o. Honorata podejmowały prace charytatywne i apostolskie, m.in. wśród młodzieży szkolnej i rzemieślniczej, w fabrykach, wśród ludu wiejskiego, w przytułkach dla ludzi starych i upośledzonych. Powstały w 1893 r. na terenie Królestwa ruch mariawitów zaszkodził opinii o. Honorata. Gdy w 1908 r. biskupi zreorganizowali jego zgromadzenia, a ich postanowienie zatwierdził Watykan, zalecając o. Honoratowi powstrzymanie się od dalszego kierowania nimi, przyjął to z pokorą i posłuszeństwem.

    Błogosławiony Honorat Koźmiński

    Ostatecznie osiadł w Nowym Mieście nad Pilicą. W 1895 r. został komisarzem generalnym polskiej prowincji kapucynów i przyczynił się do znacznego rozwoju zakonu. Jednocześnie prowadził intensywną pracę pisarską, zabierał głos w aktualnych sprawach, zajmował się zagadnieniami społecznymi. Był człowiekiem wielkiej gorliwości, jeśli chodzi o zbawienie dusz. Wiele godzin spędzał w konfesjonale. Praktykował surowe umartwienia, sporo czasu spędzał na modlitwie.
    Pozbawiony słuchu i cierpiący fizycznie, resztę lat spędził na modlitwie i kontemplacji. Wyczerpany pracą apostolską, zmarł w opinii świętości 16 grudnia 1916 r. 16 października 1988 r., w 10. rocznicę swego pontyfikatu, beatyfikował go św. Jan Paweł II. Bł. Honorat jest głównym patronem diecezji łowickiej.
    W ikonografii bł. Honorat przedstawiany jest w habicie kapucynów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    13 października

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa, dziewica

    Błogosławiona Aleksandrina Maria da Costa

    Aleksandra urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze koło Bragi, w Portugalii. W wieku 7 lat została wysłana przez rodziców na naukę do szkoły powszechnej w Póvoa de Varzim. Dziewczynka zamieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. W 1911 r. przyjęła I Komunię świętą, a potem wróciła do domu rodzinnego.
    W Wielką Sobotę 1918 r. została napadnięta przez mężczyznę, który chciał ją zgwałcić. Uciekając przed nim, wyskoczyła przez okno i spadła z wysokości ok. 4 metrów. Z powodu tego upadku została całkowicie sparaliżowana. Od kwietnia 1925 r. nie była w stanie zupełnie podnieść się z łóżka; spędziła w nim kolejnych 30 lat.
    W pierwszych latach choroby Aleksandra błagała Boga – przez wstawiennictwo Maryi – o łaskę uzdrowienia. Obiecywała Mu, że gdy wyzdrowieje, poświęci się bez reszty pracy misyjnej. Jednak gdy przez trzy lata paraliż nie ustępował, zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem – i przyjęła je całym sercem. Jak sama powiedziała, “Matka Najświętsza wyjednała jej jeszcze większą łaskę: najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej, a w końcu pragnienie cierpienia”.
    Przeżywanie cierpienia otworzyło Aleksandrę na doświadczenia mistyczne. Doznawała głębokiego zjednoczenia z Chrystusem Eucharystycznym. Powtarzała nieraz: “Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mojego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie”. Między 3 października 1938 roku a 24 marca 1942 roku, co piątek (a więc w sumie 182 razy), pomimo paraliżu i w niewytłumaczalny dla nikogo sposób, wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny rozważała stacje Drogi Krzyżowej. 3 kwietnia 1939 r. stan jej zdrowia pogorszył się, przyjęła więc sakrament namaszczenia chorych. Zaczęła cierpieć jeszcze bardziej, tym razem także duchowo.
    W 1936 r. Pan Jezus za pośrednictwem Aleksandry polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Kierownik duchowy Aleksandry, o. Pinho, trzykrotnie przekazywał to życzenie papieżom. Wreszcie po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu wysłanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w watykańskiej bazylice św. Piotra.
    W dniach 13 i 28 czerwca 1939 r. Pan Jezus w widzeniu zapowiedział Aleksandrze wybuch II wojny światowej jako kary za ciężkie grzechy. Aleksandra ofiarowała Mu swoje życie, by powstrzymać rozlew krwi.
    Od 27 marca 1942 r. Jezus obdarzył Aleksandrę jeszcze jedną łaską mistyczną: od tej pory nie przyjmowała już żadnego pokarmu, żyła jedynie Eucharystią. Za radą kolejnego kierownika duchowego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby móc ofiarować swoje cierpienie dla zbawienia młodzieży. Wiele osób przybywało do niej po rady i z prośbą o modlitwę. W tym czasie ks. Pasquale zaczął gromadzić świadectwa o życiu, cierpieniach i łaskach otrzymanych przez modlitwę Aleksandry – zebrał ok. pięciu tysięcy stron.
    7 stycznia 1955 r. Jezus objawił Aleksandrze, że w tym roku zakończy ona swoje ziemskie życie; 6 maja potwierdziła to także Matka Boża. W dniu 12 października Aleksandra przyjęła sakrament namaszczenia chorych, a następnego dnia, 13 października 1955 r. – w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie – odeszła do Pana.
    Do grona błogosławionych wprowadził ją św. Jan Paweł II w dniu 25 kwietnia 2004 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Bł. Aleksandra Maria da Costa

    Krótka biografia bł. Aleksandry Marii da Costa (1904-1955)

    Bł. Aleksandra Maria da Costa/Radio Niepokalanów

    ***

    Była jedną z największych mistyczek ubiegłego stulecia. Współcierpiąc z Chrystusem, miała udział w Jego dziele odkupienia.

    Urodziła się 30 marca 1904 r. w Balasarze w archidiecezji Braga w Portugalii. Gdy miała 7 lat, rodzice posłali ją do Póvoa de Varzim, gdzie znajdowała się najbliższa szkoła podstawowa. Mieszkała przy rodzinie pewnego stolarza. Tam w 1911 r. przyjęła I komunię św. Po osiemnastu miesiącach nauki powróciła do domu rodzinnego.

    Gdy miała 14 lat, doszło do tragicznego wydarzenia, które przesądziło o całym jej życiu. W Wielką Sobotę 1918 r., chcąc się uchronić przed gwałtem, wyskoczyła przez okno z wysokości 4 m. Następstwem upadku był postępujący paraliż.

    Od 14 kwietnia 1925 r. nie mogła już podnieść się z łóżka, w którym pozostała przez 30 lat, aż do śmierci.

    W pierwszych latach choroby błagała Boga za wstawiennictwem Matki Bożej o łaskę uzdrowienia. Złożyła też przyrzeczenie, że jeśli wyzdrowieje, poświęci się pracy misyjnej. Dopiero w 1928 r. zrozumiała, że to cierpienie jest jej powołaniem, i przyjęła je całym sercem. Mawiała: «Matka Najświętsza wyjednała mi jeszcze większą łaskę. Najpierw rezygnację, potem całkowite poddanie się woli Bożej i w końcu pragnienie cierpienia».

    Ta nowa wizja cierpienia otwiera ją na życie mistyczne. Aleksandra doznaje głębokiego zjednoczenia z Jezusem Eucharystycznym. Swoje powołanie ujmuje w następujących słowach: «Jezu, jesteś więźniem tabernakulum, a ja mego łóżka, z Twojej woli. Będę więc trwała przy Tobie». Niczym lampka przed tabernakulum, chce zawsze trwać przed Jezusem w Eucharystii, a podczas każdej Mszy św. ofiarowywać się Przedwiecznemu Ojcu za grzeszników, wraz z Jezusem i w Jego intencjach.

    Od 3 października 1938 r. do 24 marca 1942 r. co piątek — czyli 182 razy — pomimo paraliżu w niewytłumaczalny sposób wstawała z łóżka i przez trzy i pół godziny odprawiała Drogę Krzyżową.

    «Kochać, cierpieć i wynagradzać» — taki program życia wyznaczył jej sam Jezus. Od 1934 r., na polecenie swego kierownika duchownego o. Mariana Pinhy SJ, Aleksandra spisywała wszystko, co mówił do niej Zbawiciel.

    W 1936 r. Pan Jezus za jej pośrednictwem polecił papieżowi poświęcić świat Niepokalanemu Sercu Maryi. O. Pinho trzykrotnie informował papieży o tym życzeniu. Wreszcie, po dokładnym zbadaniu wiarygodności objawień przez arcybiskupa Bragi, papież Pius XII 31 października 1942 r. zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi w przesłaniu przekazanym do Fatimy. 8 grudnia tego samego roku powtórzył ten akt w Bazylice św. Piotra.

    27 marca 1942 r. Aleksandra przestała jeść i od tej pory żyła jedynie Eucharystią.

    Idąc za radą swego nowego kierownika duchownego, ks. Umberta Pasquale, salezjanina, wstąpiła do Unii Współpracowników Salezjańskich, aby swym cierpieniem przyczyniać się do zbawienia młodych. Bardzo interesowała się ludźmi, ich problemami i życiem duchowym. Wiele osób przyjeżdżało do niej po radę lub z prośbą o modlitwę. W dalszym ciągu dyktowała swój dziennik.

    7 stycznia 1955 r. zostało jej objawione, że w ciągu roku umrze. 12 października przyjęła namaszczenie chorych, a następnego dnia, w rocznicę ostatniego objawienia Matki Bożej w Fatimie, umarła. «Jestem szczęśliwa, bo idę do nieba» — powiedziała przed śmiercią. Na swym grobie, który obecnie znajduje się w kościele parafialnym w Balasarze, kazała umieścić słowa: «Grzesznicy, jeśli proch mego ciała może przyczynić się do waszego zbawienia, zbliżcie się, depczcie go, aż całkiem zniknie. Ale nie grzeszcie już więcej, nie obrażajcie naszego Pana Jezusa!»

    L\’OSSERVATORE ROMANOL’Osservatore Romano 6/2004

    ____________________________________________________________________________

    Beatyfikacja ks. Czartoryskiego i pięciu kobiet

    Jan Paweł II wyniósł na ołtarze sześcioro nowych błogosławionych. Wśród nich jest znany polski salezjanin August Czartoryski, a także salezjanki, siostry z Hiszpanii i Portugalii, dwie zakonnice z Kolumbii i Meksyku oraz jedna z Włoch.

    W kazaniu, wygłoszonym w kilku językach przypomniał sylwetki nowych błogosławionych, zwracając uwagę zwłaszcza na ich zasługi duchowe. Nawiązując do fragmentu Ewangelii św. Jana, czytanej w czasie liturgii, Papież powiedział, że gdy uczniowie „rozpoznali zmartwychwstałego Pana, (…), ufając Jego słowom, zarzucili sieci do wody i wyciągnęli na brzeg »mnóstwo ryb«”. – Podobnie jak apostołowie, my także zdumieni jesteśmy w obliczu bogactwa wspaniałości, jakie Pan Bóg dokonuje w sercach tych, którzy pokładają w Nim ufność – powiedział Papież.

    Przechodząc następnie do krótkich charakterystyk nowych błogosławionych, Ojciec Święty podkreślił, że „są oni wymownymi przykładami, jak Pan odmienia życie wierzących, kiedy Mu się ufa”.

    *Jako pierwszego omawiał polskiego księcia-salezjanina*. Oto pełny tekst tej części kazania:

    „Jak miłe są przybytki Twoje, Panie Zastępów… dzień jeden w przybytkach Twoich lepszy jest niż innych tysiące” (Ps 84/83/, 2.11). Te słowa Psalmu zapisał jako motto życia na prymicyjnym obrazku błogosławiony August Czartoryski. Zawiera się w nich zachwyt człowieka, który idąc za głosem powołania odkrywa piękno kapłańskiej posługi. Brzmi w nich również echo różnorakich wyborów, jakich musi dokonywać każdy, kto odkrywa wolę Bożą i pragnie ją pełnić.

    August Czartoryski, młody książę, wypracował skuteczną metodę rozeznawania zamysłów Bożych. Wszystkie pytania i rozterki przedstawiał najpierw Bogu w modlitwie, a potem w duchu posłuszeństwa szedł za radą swoich duchowych przewodników. Tak odczytał swoje powołanie, aby podjąć życie ubogie i służyć najmniejszym. Ta sama metoda pozwoliła mu przez całe życie dokonywać takich wyborów, że możemy dziś powiedzieć, że realizował zamysły Bożej Opatrzności w sposób heroiczny.

    Przykład jego świętości pragnę pozostawić szczególnie ludziom młodym, którzy dziś szukają sposobu na odkrywanie woli Bożej odnośnie do ich życia i pragną wiernie podążać każdego dnia za głosem Bożym. Moi drodzy młodzi przyjaciele, uczcie się od błogosławionego Augusta gorąco prosić na modlitwie o światło Ducha Świętego i o mądrych przewodników, abyście mogli poznawać Boży plan waszego życia i byście zdołali zawsze kroczyć drogą świętości.

    *Z kolei Papież przedstawił krótko zasługi pozostałych beatyfikowanych*. O pierwszej z nich – Kolumbijce *bł. Laurze Montoya* – powiedział m.in., iż przejęta losem tubylców, mieszkających z dala od ośrodków miejskich, postanowiła założyć Zgromadzenie Misjonarek Maryi Niepokalanej i św. Katarzyny Sieneńskiej, „aby nieść światło Ewangelii mieszkańcom dżungli”. Czuła się ona duchową matką autochtonów, którym pragnęła ukazać miłość Boga. Żyłą w trudnych czasach, „gdyż napięcia społeczne wykrwawiały również wtedy jej szlachetną ojczyznę”, toteż „czerpiąc natchnienie z jej pokojowego przesłania, prosimy dzisiaj, aby umiłowana Kolumbia cieszyła się wkrótce pokojem, sprawiedliwością i postępem” – powiedział Papież.

    Zaznaczył następnie, że skierowane trzykrotnie do Piotra pytanie Jezusa: „Czy Mnie miłujesz?” zadaje On także ludziom wszystkich czasów, a chrześcijanie winni odpowiedzieć z całą mocą i szybko na plany, jakie Bóg ma wobec każdego człowieka. Tak uczyniła Meksykanka *bł. Maria Guadalupe Garcia Zavala*, która wyrzekłszy się małżeństwa, oddała się w służbę najuboższym, potrzebującym i chorym, powołując do życia Zgromadzenie Sióstr św. Małgorzaty Marii i Ubogich. – Z głęboką wiarą, nieskończoną nadzieją i wielką miłością Boga szukała ona własnego uświęcenia, płynącego z umiłowania Serca Jezusowego i wierności Kościołowi. W ten sposób żyła zgodnie z hasłem, które pozostawiła swym siostrom: „Miłość aż do ofiary i stałość aż do śmierci” – powiedział Ojciec Święty.

    Podkreślił z kolei, że okazywanie miłości Boga dzieciom, biednym i każdemu człowiekowi w każdym zakątku ziemi było bodźcem do działania Włoszki *bł. Nemezji Valle* przez całe jej życie – kontynuował kaznodzieja. Nauczanie to pozostawiła jako szczególny nakaz swym Siostrom Miłosierdzia św. Joanny Antydy Thouret, jak również wiernym archidiecezji turyńskiej. – Jest to przykład jaśniejącej świętości, podniesionej do najwyższych stopni doskonałości ewangelicznej, która się przekłada na proste gesty codziennego życia, całkowicie polegającego na Bogu – podkreślił Papież. Dodał, że nowa błogosławiona nadal powtarza nam wszystkim: „Świętość nie polega na czynieniu wielu lub wielkich rzeczy. Świętym jest ten, kto pełni swe codzienne zadania dla Pana”.

    Również Hiszpanka *bł. s. Euzebia Palomino Yenes* usłyszała pewnego dnia wołanie Pana: „Pójdź za Mną” i odpowiedziałą na nie silną duchowością i głęboką pokorą w życiu codziennym. Jako dobra salezjanka była ożywiana umiłowaniem Eucharystii i Maryi Panny. Ważne były dla niej miłość i służba, o resztę nie dbała, była wierna salezjańskiemu hasłu: „Da mihi animas, caterea tolle” (Daj dusze, resztę zabierz). Radykalizmem i dokładnym przylgnięciem do dokonanego prze z siebie wyboru s. Euzebia kroczyła fascynującą, a zarazem wymagającą drogą świętości dla nas wszystkich, a zwłaszcza dla młodych naszych czasów – mówił Papież.

    Jako ostatnią przypomniał Portugalkę *bł. Aleksandrynę Marię da Costa*, której życie można porównać z odpowiedzią Szymona-Piotra na trzykrotne pytanie Jezusa: „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię miłuję”. Odpowiedziała ona podobnie Jezusowi na to pytanie, całym swoim życiem okazując, że Go kocha. Poślubiona Mu krwią, przeżywała mistycznie Mękę Chrystusa i ofiarowała Mu samą siebie za grzeszników – mówił Ojciec Święty. Podkreślił, że czerpała ona siłę wyłącznie z Eucharystii, żywiąc się nią jako jedynym pokarmem przez 13 lat. W dewizie życiowej nowej błogosławionej: „Cierpieć, kochać, wynagradzać” chrześcijanie mogą odnaleźć bodziec i motywację do uszlachetniania wszystkiego, co w życiu jest bolesne i smutne, przez najwyższą próbę miłości: poświęcenia życia za tego, kogo się kocha – stwierdził Jan Paweł II.

    – „Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21, 15). Podobnie jak Piotr, jak inni Apostołowie na brzegu Jeziora Tyberiadzkiego, również ci nowi błogosławieni powtórzyli to proste, lecz wymowne wyznanie wiary i miłości, i byli mu do końca konsekwentni. Miłość do Chrystusa jest tajemnicą świętości! Drodzy bracia i siostry, idźmy za przykładem tych Błogosławionych! Dajmy, jak oni, konsekwentne świadectwo wiary i miłości w żywej i czynnej obecności Zmartwychwstałego! – zakończył swe kazanie Papież.

    Kai.pl/25 kwietnia 2004 |

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 października

    Błogosławiony Jan Beyzym, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Serafin z Montegranaro, zakonnik
      •  Święty Edwin, król
    ***
    Błogosławiony Jan Beyzym

    Jan Beyzym urodził się 15 maja 1850 roku w Beyzymach na Wołyniu, w rodzinie szlacheckiej. Po ukończeniu gimnazjum w Kijowie w 1872 r. wstąpił do Towarzystwa Jezusowego (jezuitów). 26 lipca 1881 r. w Krakowie przyjął święcenia kapłańskie. Przez wiele lat był wychowawcą i opiekunem młodzieży w kolegiach Towarzystwa Jezusowego w Tarnopolu i Chyrowie.
    W wieku 48 lat podjął decyzję o wyjeździe na misje. Prośba, którą 23 października 1897 roku skierował do generała zakonu jezuitów, o. Ludwika Martina, świadczy o tym, że była ona głęboko przemyślana:Rozpalony pragnieniem leczenia trędowatych, proszę usilnie Najprzewielebniejszego Ojca Generała o łaskawe wysłanie mnie do jakiegoś domu misyjnego, gdzie mógłbym służyć tym najbiedniejszym ludziom, dopóki będzie się to Bogu podobało. Wiem bardzo dobrze, co to jest trąd i na co muszę być przygotowany; to wszystko jednak mnie nie odstrasza, przeciwnie, pociąga, ponieważ dzięki takiej służbie łatwiej będę mógł wynagrodzić za swoje grzechy.Generał wyraził zgodę. Początkowo o. Beyzym miał jechać do Indii, ale nie znał języka angielskiego. Udał się więc na Madagaskar, gdzie językiem urzędowym był francuski, którego Beyzym uczył się już w Chyrowie. Tam oddał wszystkie swoje siły, zdolności i serce opuszczonym, chorym, głodnym, wyrzuconym poza nawias społeczeństwa; szczególnie dużo uczynił dla trędowatych. Zamieszkał wśród nich na stałe, by opiekować się nimi dniem i nocą. Stworzył pionierskie dzieło, które uczyniło go prekursorem współczesnej opieki nad trędowatymi. Z ofiar zebranych głównie wśród rodaków w kraju (w Galicji) i na emigracji wybudował w 1911 r. w Maranie szpital dla 150 chorych, by zapewnić im leczenie i przywracać nadzieję. W głównym ołtarzu szpitalnej kaplicy znajduje się sprowadzona przez o. Beyzyma kopia obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Do dzisiaj chorzy Malgasze otaczają Maryję z Jasnej Góry wielką czcią. Szpital bowiem istnieje do dziś.Wyczerpany pracą ponad siły, o. Beyzym zmarł 2 października 1912 roku, otoczony nimbem bohaterstwa i świętości. Śmierć nie pozwoliła mu zrealizować innego cichego pragnienia – wyjazdu na Sachalin do pracy misyjnej wśród katorżników.Proces beatyfikacyjny o. Jana Beyzyma SJ – “posługacza trędowatych” – rozpoczął się w 1984 roku. Dekret Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych dotyczący heroiczności życia i cnót o. Beyzyma został odczytany w obecności św. Jana Pawła II w Watykanie 21 grudnia 1992 roku. W marcu 2002 r. kard. Macharski zamknął dochodzenie kanoniczne w sprawie cudownego uzdrowienia młodego mężczyzny za wstawiennictwem Jana Beyzyma. Jego beatyfikacji dokonał podczas swej ostatniej pielgrzymki do Polski św. Jan Paweł II. Na krakowskich Błoniach 18 sierpnia 2002 r. mówił on m.in.:

    Św. Jan Paweł II podczas beatyfikacji Jana Beyzyma SJ, Kraków-Błonia, 18 sierpnia 2002 r.

    Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło błogosławionego Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Służył dniem i nocą tym, którzy byli niejako wyrzuceni poza nawias życia społecznego. Przez swoje czyny miłosierdzia wobec ludzi opuszczonych i wzgardzonych dawał niezwykłe świadectwo Ewangelii. Najwcześniej odczytał je Kraków, a potem cały kraj i emigracja. Zbierano fundusze na budowę na Madagaskarze szpitala pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, który istnieje do dziś. Jednym z promotorów tej pomocy był św. Brat Albert.
    Dobroczynna działalność błogosławionego Jana Beyzyma była wpisana w jego podstawową misję: niesienie Ewangelii tym, którzy jej nie znają. Oto największy dar: dar miłosierdzia – prowadzić ludzi do Chrystusa, pozwolić im poznać i zakosztować Jego miłości. Proszę was zatem, módlcie się, aby w Kościele w Polsce rodziły się coraz liczniejsze powołania misyjne. W duchu miłosierdzia nieustannie wspierajcie misjonarzy pomocą i modlitwą.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 października

    Święty Jan XXIII, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander Sauli, biskup
      •  Święty Bruno I Wielki z Kolonii, biskup
    ***
    Błogosławiony Jan XXIII

    Urodził się we Włoszech 25 listopada 1881 r. jako Angelo Giuseppe Roncalli, w biednej rodzinie chłopskiej. Jego matka była osobą bardzo religijną. Urodziła 11 dzieci, z których Angelo przyszedł na świat jako czwarty. Charakteryzowała go niezwykła dobroć, ciepło i pogoda ducha.
    Mając 12 lat wstąpił do niższego seminarium duchownego w Bergamo, które było wówczas jednym z najbardziej prestiżowych miejsc kształcenia przyszłych księży. Tam też został przyjęty do III Zakonu św. Franciszka (1 marca 1896 r.). Po otrzymaniu stypendium za wyniki w nauce, rozpoczął naukę w Papieskim Seminarium Rzymskim. W 1902 roku przerwał naukę na rok, żeby odbyć służbę wojskową. Po jej zakończeniu obronił doktorat z teologii i przyjął święcenia kapłańskie. Rok po podjęciu nauki w seminarium zaczął spisywać swoje notatki duchowe i kontynuował tę pracę aż do późnej starości. Jego zapiski wydane zostały pod tytułem “Dziennik duszy”. W 1903 roku napisał w nim między innymi: “Bóg pragnie, abyśmy podążali wzorem świętych poprzez czerpanie z życiodajnej esencji ich cnót, a następnie przerabianie jej na swój własny sposób, adaptowanie do naszych indywidualnych możliwości i okoliczności życia. Gdyby św. Alojzy był taki, jak ja, stałby się świętym w zupełnie inny sposób”.
    Jako młodemu księdzu powierzono mu funkcję sekretarza biskupa Bergamo, Giacomo Radiniego Tedeschi. W tym czasie wykładał też w seminarium, redagował biuletyn “Życie diecezjalne”, współpracował również z innym lokalnym pismem katolickim, a także był duszpasterzem Akcji Katolickiej. Inspirowała go zwłaszcza postawa świętych: Karola Boromeusza, Franciszka Salezego i Grzegorza Barbarigo.
    W 1925 mianowany został oficjałem w Bułgarii i arcybiskupem Areopolis. Jako swoje hasło biskupie Angelo Roncalli wybrał Obedientia et Pax (Posłuszeństwo i pokój). W późniejszych latach pełnił funkcję kolejno: apostolskiego delegata w Bułgarii, w Turcji i Grecji oraz nuncjusza apostolskiego w Paryżu. Tę ostatnią funkcję sprawował już w czasie trwania II wojny światowej.
    W 1953 roku Angelo Roncalli został mianowany kardynałem i patriarchą Wenecji. Prezydent Francji, Vincent Auriol, powołał się na stary przywilej francuskich królów i sam włożył czerwony kapelusz na głowę kardynała Roncalli w czasie ceremonii w Pałacu Elizejskim. Z tego okresu przyszły papież zapamiętał pewne humorystyczne zdarzenie, kiedy to na jednym z oficjalnych przyjęć, na jakie został zaproszony, pojawiła się kobieta w sukni z zadziwiająco dużym dekoltem. Zwróciło to uwagę nie tyle na samą kobietę, co na kardynała – goście przyglądali się jego reakcji na odsłonięte kobiece wdzięki. Po przyjęciu kardynał podszedł do kobiety, wręczył jej czerwone jabłko i zapytał: “Pamięta Pani, co uświadomiła sobie Ewa, kiedy zjadła jabłko?”.

    Błogosławiony Jan XXIII

    W 1958 roku, po śmierci Piusa XII, podczas trzydniowego konklawe, kard. Roncalli został wybrany papieżem. Jego pierwszą reakcją był strach i zmieszanie wyrażone w słowach: tremens factus sum ego timero (drżę i lękam się). Ufny w wybór biskupów i Bożą Opatrzność, Angelo Roncalli przyjął wybór konklawe, a wraz z nim imię Jana XXIII. Przez zebranych na konklawe biskupów był traktowany jako “papież przejściowy”. Ich faworytem był arcybiskup Mediolanu Montini, ale ten nie był w tamtym czasie jeszcze kardynałem. Godność tę otrzymał później z rąk samego Jana XXIII, a jeszcze później został jego następcą jako Paweł VI.
    Jan XXIII jako papież podbił serca wiernych. Zawsze otwarty na kontakty z prasą, patrzył odważnie w obiektyw aparatu. Był pierwszym papieżem od 1870 r., który odbył oficjalne spotkanie poza Watykanem. Spotkał się wówczas z więźniami, którzy sami do niego przyjść nie mogli. Słynął także ze zdystansowanego podejścia do ceremoniału papieskiego. Starał się go przestrzegać, ale z przymrużeniem oka. Anegdotyczna opowieść dotycząca dnia koronacji Jana XXIII na papieża mówi, że kiedy podszedł do niego po błogosławieństwo włoski ordynariusz polowy, zobaczył, jak papież przyjmuje postawę zasadniczą i usłyszał: “Panie generale, melduje się sierżant Roncalli”. Przez ludzi zapamiętany został jako papież, który palił fajkę i zawsze się uśmiechał, a przede wszystkim jako papież, który zwołał Sobór Watykański II i na zawsze zmienił historię Kościoła.
    Sobór Watykański II zwołano, ku zdziwieniu wielu, na mniej niż 90 lat po kontrowersyjnym Soborze Watykańskim I. Ponadto, pomimo zapewnień sekretarzy, że na przygotowania potrzeba dziesiątek lat – Jan XXIII przewidział tylko kilkanaście miesięcy pomiędzy zwołaniem a rozpoczęciem soboru 11 października 1962 r.

    Błogosławiony Jan XXIII

    Jan XXIII ogłosił osiem encyklik, z których najważniejsze to “Mater et Magistra” oraz “Pacem in terris”. Ta druga adresowana była do “wszystkich ludzi dobrej woli”, nawoływała do pokoju między narodami całego świata. Papież ustanowił komisję ds. rewizji prawa kanonicznego, której ostatecznym celem było opracowanie nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego (opublikowanego w 1983 r.). Wiele ojcowskiej troski wykazał o “Kościół milczenia”, prześladowany na różne sposoby w krajach rządzonych przez komunistów, m.in. w Polsce.
    3 czerwca 1963 roku, o godzinie 19:49 (dzień po Zesłaniu Ducha Świętego), w wyniku krwotoku związanego z wcześniej zdiagnozowanym rakiem żołądka, Jan XXIII zmarł. Jego ostatnie słowa brzmiały: “Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga. Ut unum sint!” (Aby byli jedno!). W swoim testamencie, nawiązując do duchowości franciszkańskiej, z jaką związał się we wczesnych latach młodości, pisał: “Pozory dostatku często zasłaniały ukryte ciernie dotkliwego ubóstwa i uniemożliwiały mi dawanie zawsze z taką hojnością, jakiej bym pragnął. Dziękuję Bogu za tę łaskę ubóstwa, które ślubowałem w młodości, ubóstwa ducha, jako kapłan Serca Bożego, i ubóstwa rzeczywistego, co mi dopomogło, by nigdy o nic nie prosić, ani o stanowiska, ani o pieniądze, ani o względy, nigdy, ani dla siebie, ani dla mojej rodziny, czy przyjaciół”.
    Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 2000 roku, razem z papieżem Piusem IX. W liturgii wspominany jest 11 października – w rocznicę dnia, w którym nastąpiło uroczyste otwarcie Soboru Watykańskiego II.
    Jan XXIII został kanonizowany przez papieża Franciszka – wraz z Janem Pawłem II – na placu św. Piotra w Rzymie w niedzielę Miłosierdzia Bożego, 27 kwietnia 2014 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 października

    Błogosławiona
    Maria Angela Truszkowska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Daniel i Towarzysze
      •  Święty Jan z Bridlington, prezbiter
      •  Święty Tomasz z Villanova, biskup
      •  Święty Paulin z Yorku, biskup
    ***
    Błogosławiona Maria Angela Truszkowska

    Zofia Kamila urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu jako dziecko wielodzietnej, głęboko wierzącej rodziny szlacheckiej. Jej ojciec był prawnikiem. Od najmłodszych lat wyczulona była na działanie łaski Bożej i wrażliwa na potrzeby drugiego człowieka. Pragnęła życia zakonnego i usilnie pracowała nad sobą. Po latach edukacji w Warszawie i Szwajcarii wróciła do domu i pielęgnowała chorego ojca, a w miarę możliwości niosła pomoc ubogim.
    W 1854 r. wstąpiła w szeregi Stowarzyszenia św. Wincentego a Paulo i należała do członkiń najgorliwiej odwiedzających chorych i opiekujących się ubogimi. Umiała zachęcić do działalności charytatywnej wiele młodych kobiet. Z jej inicjatywy powstał w Warszawie mały przytułek dla biednych dzieci i opuszczonych samotnych staruszek. 27 maja 1855 r. razem ze swoją krewną wstąpiła do świeckiego III zakonu św. Franciszka. Jej powołanie związane było z postacią bł. ojca Honorata Koźmińskiego, wielkiego apostoła zgromadzeń bezhabitowych. 21 listopada 1855 r. obie siostry Truszkowskie poświęciły się Najświętszej Maryi Pannie, obiecując rozwijać dzieło rozpoczęte z woli Boga. Datę tę przyjmuje się jako początek nowego Zgromadzenia. Siostry wraz ze swymi podopiecznymi często modliły się w kościele ojców kapucynów przed ołtarzem św. Feliksa z Cantalice, dlatego też nazwano je “felicjankami”.
    10 kwietnia 1857 r. siostry przyjęły habit zakonny, a ich wspólnotą kierował dalej o. Honorat Koźmiński. Pod koniec 1859 r. matka Angela stanęła oficjalnie na czele nowego zgromadzenia. W latach 1858-1864 siostry felicjanki założyły 27 ochronek wiejskich i rozwinęły wielostronną działalność charytatywną w Warszawie. W październiku 1860 r. matka Angela wraz z jedenastoma towarzyszkami odłączyła się od sióstr czynnych, tworząc grupę kontemplacyjną opartą na drugiej regule św. Franciszka – siostry kapucynki. Po wybuchu powstania styczniowego na mocy ukazu carskiego felicjanki czynne zostały rozwiązane. Podczas obrad kapituły zgromadzenia, 25 sierpnia 1868 r., matka Angela została jednogłośnie wybrana po raz trzeci przełożoną generalną. 21 listopada tegoż roku złożyła śluby wieczyste. Rok później, ze względu na postępującą chorobę nowotworową oraz prawie całkowitą utratę słuchu, zrzekła się urzędu. Odtąd przez 30 lat służyła swemu Zgromadzeniu cichą pracą, modlitwą, ofiarą, dobrym przykładem i radą.
    Wzór doskonałego posłuszeństwa wobec woli Bożej Maria Angela widziała w Maryi. Uczyła się od Niej pokory, zawierzenia i męstwa w cierpieniu. Wierzyła, że tylko przez Maryję można osiągnąć doskonałe zjednoczenie z Bogiem. Dlatego wszystkie swoje siostry oddała Niepokalanemu Sercu Maryi. Żywiła wielki kult Eucharystii, wielbiła Chrystusa ukrytego w tabernakulum. Usilnie zabiegała o uzyskanie dla swojego zgromadzenia przywileju nieustannej adoracji, aby ożywiać i umacniać w siostrach miłość do Eucharystii.
    Na kilka miesięcy przed śmiercią przeżyła wielką radość, przyjmując z rąk kardynała Jana Puzyny dekret papieża Leona XIII zatwierdzający zgromadzenie. Zmarła wyniszczona chorobą nowotworową i cierpieniami, które znosiła w pokorze, 10 października 1899 r. w Krakowie. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji matki Marii Angeli Truszkowskiej 18 kwietnia 1993 r. podczas uroczystej Mszy św. na placu św. Piotra w Rzymie. Mówił wtedy, że jej życie “znaczone było miłością. Była to troska o wszystkich głodnych chleba, serca i domu oraz prawdy ewangelicznej”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 października

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek, biskup

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Dionizy, biskup, i Towarzysze
      •  Święty Jan Leonardi, prezbiter
      •  Święty Ludwik Bertrand, prezbiter
      •  Święci Cyryl Bertram i Towarzysze, męczennicy
      •  Abraham, patriarcha
    ***
    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Wincenty urodził się w Karwowie pod Opatowem pomiędzy 1155 a 1160 r. W sprawie jego pochodzenia historycy nie są zgodni. Jedni uważają, że pochodził z rodu Porajów herbu Róża (Różyców). Inni natomiast podają, że z tego rodu pochodziła matka Wincentego, a ojcu przypisują imię Bogusław. W jeszcze innych źródłach pojawia się informacja, że Wincenty należał do rodu Lisów, a jego ojcem był możny palatyn Stefan, brat wojewody krakowskiego Mikołaja (Mikory). Nazwisko Kadłubek pojawia się po raz pierwszy dopiero w dokumentach z XV w. Przypuszcza się jednak, że pochodzi z rękopisów dawniejszych.
    Pierwsze nauki Wincenty pobierał w pobliskiej Stopnicy, potem udał się do Krakowa, gdzie uczęszczał do szkoły katedralnej, w której wykładał biskup Mateusz Cholewa. Cieszył się przyjaźnią księcia Kazimierza Sprawiedliwego, który być może wspomógł go materialnie i umożliwił studia za granicą. Nie wiemy, na którym uniwersytecie Wincenty wówczas studiował. Nie było jednak jeszcze wtedy wielu uniwersytetów. Przypuszcza się, że miejscem jego nauki były Paryż albo Bolonia – albo obie te uczelnie. Wincenty należał więc do elity uczonych w Polsce.
    Po raz pierwszy Wincenty nazwany jest mistrzem (magistrem) w dyplomie Kazimierza Sprawiedliwego z 12 kwietnia 1189 r. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Do kraju powrócił Mistrz Wincenty między 1183 a 1189 r., gdyż w 1189 r. był na pewno na dworze książęcym Kazimierza Sprawiedliwego, zapewne w charakterze notariusza, a potem kanclerza jego dworu. Zapewne zaraz po powrocie ze swoich studiów otrzymał święcenia kapłańskie. Mógł więc być także kapelanem książęcym. W tym czasie zaczął zapewne pisać swoją Kronikę polską (Chronica Polonorum) – największe dzieło swego życia i literatury tamtych czasów. Wracając z zagranicy prawdopodobnie przywiózł ze sobą relikwie św. Floriana męczennika. Mógłby na to wskazywać fakt szczególnego nabożeństwa Wincentego do św. Floriana, który dotąd był w Polsce zupełnie nieznany.
    Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty sandomierskiej (1194). Korzystając z wolnego czasu kontynuował pisanie Kroniki (1194-1207). W 1207 r. umarł biskup krakowski, Pełka. Na jego następcę został wybrany Wincenty. Papież Innocenty III bullą z 18 marca 1208 r. wybór ten zatwierdził. Konsekracji dokonał arcybiskup gnieźnieński, Kietlicz. Wincenty jako biskup podpisywał się “niegodny sługa Kościoła”. Świadczy to, jak pojmował zadanie swojego urzędu. Należał do najżarliwszych zwolenników reform, jakie wówczas w Polsce przeprowadził abp Henryk Kietlicz (wprowadzenie celibatu, uniezależnienie Kościoła od władzy świeckiej). Dla poparcia reform, inspirowanych przez Stolicę Apostolską, Wincenty brał udział w synodach, zwołanych specjalnie w tym celu w Borzykowie (1210), w Matyczowie (1212), w Wolborzu (1214), w których uczestniczyli również książęta – Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Henryk Brodaty i Władysław Odonicz. Reformy te przeprowadzano również na zjazdach w Gnieźnie (1213) i w Sieradzu (1213). Kiedy na Kraków najechał Mieszek Raciborski, przeciwnik reform, Wincenty – z powodu swojej postawy – musiał czasowo opuścić miasto (1210). W 1212 r. na zjeździe w Mąkowie omawiano sprawę Prus i nawrócenia Prusaków. Tego roku Wincenty wziął udział w konsekracji biskupa poznańskiego w Mstowie.
    Wincenty jako biskup krakowski wspierał szczególnie zakony bożogrobowców (nadał dziesięciny ze wsi Świniarowo Kanonikom Bożego Grobu w Miechowie) i cystersów (klasztorowi w Sulejowie darował dwie wsie, opactwu w Pokrzywnicy darował wieś, a opactwu w Jędrzejowie nadał przywilej pobierania dziesięcin z trzech wsi). Wśród jego osiągnięć warto wymienić zreformowanie kapituł prowincjalnych, zlikwidowanie kolegiaty w Kijach (1213), oddanie kościoła oraz wsi Podłęże zreformowanej kolegiacie w Kielcach (1214), konsekrację bazyliki w Krakowie pod wezwaniem św. Floriana (1216) i wreszcie osobisty udział w uroczystej koronacji Kolomana Węgierskiego na króla Rusi Halickiej oraz w Soborze Laterańskim IV (1215), który miał charakter wybitnie reformistyczny. O soborze Wincenty zawiadomił swoje duchowieństwo i wiernych na synodzie w Sieradzu, gdzie przygotowano propozycje na sobór (1213). Na tym właśnie soborze wprowadzono obowiązek spowiedzi i Komunii wielkanocnej, obostrzono przepisy odnośnie małżeństwa, by nie dopuścić do konkubinatów, obostrzono przepisy dotyczące karności kościelnej, zwłaszcza celibatu duchownych, i ogłoszono nową krucjatę na rok 1217.
    Po powrocie do kraju Wincenty energicznie wprowadził w swojej diecezji uchwalone na soborze ustawy. Niewykluczone, że z polecenia księcia Leszka Białego pośredniczył także w wysłaniu na dwór węgierski księżniczki bł. Salomei. Wincenty ma także zasługę w podniesieniu poziomu szkoły katedralnej, którą kiedyś sam prowadził. Szerzył kult św. Floriana i św. Stanisława, biskupa. Cześć do Najświętszego Sakramentu miał podkreślić przez wprowadzenie tzw. wiecznej lampki przed tabernakulum.

    Błogosławiony Wincenty Kadłubek

    Po dziesięciu latach pasterzowania diecezji krakowskiej, za pozwoleniem papieża Honoriusza III, w 1218 r. Wincenty zrzekł się urzędu. Czuł, że spełnił zadanie swojego życia i postanowił wstąpić do klasztoru. Wybrał sobie opactwo cystersów w Jędrzejowie, przy kościele, który sam konsekrował. Zgodnie z zasadą ascetyczną “Bogu wszystko – sobie nic” pozostawił swój majątek rodowy, bogactwo i splendor urzędu biskupiego, sławę, jaką cieszył się na dworze księcia krakowskiego i – jak podaje tradycja – boso i pieszo jako pokutnik udał się do klasztoru. Przyjął go opat Teodoryk (1206-1247), trzeci z kolei przełożony klasztoru. Opat z zakonnikami wyszli mu na spotkanie; miejscowi do dziś pokazują usypany na tym miejscu Kopiec Spotkania. Ówczesnym zwyczajem biskup rzucił się przed opatem i całym konwentem na twarz i prosił o przyjęcie. Wincenty przeżył tam ostatnich 5 lat swego życia. Mimo że liczył wtedy ok. 70 lat, jako zwyczajny mnich spełniał wszystkie obowiązki surowej reguły: wstawał o północy na dwugodzinne pacierze, uczestniczył siedem razy każdego dnia we wspólnych modlitwach, zachowywał posty. Zasadą cysterskich pokutników było skąpe pożywienie, zgrzebny strój i krótki sen.
    W wolnych chwilach kończył pisać Kronikę polską. Jako biskup krakowski napisał trzy pierwsze księgi. Teraz zamierzał dzieło dokończyć. Niestety napisał tylko część czwartą – śmierć zabrała go zbyt rychło i przerwała Kronikę w najciekawszym miejscu, kiedy zaczął pisać dzieje, których sam był świadkiem. Kronikę swoją zdołał doprowadzić zaledwie do roku 1202, to jest do końca księgi czwartej. Wincenty Kadłubek jest pierwszym historykiem polskim. Jego historia ma formę dialogu. Jest pisana pięknym językiem łacińskim. Zasługą Wincentego jest to, że zebrał w niej wszystkie podania i mity o początkach Polski. Dużo jest w niej poetyckiej fantazji, ale są także ważne ziarna tradycji.
    Wincenty zmarł w Jędrzejowie 8 marca 1223 r. i został pochowany w prezbiterium klasztornego kościoła, co może świadczyć o tym, że zmarł w opinii świętości. Publiczny kult biskupa-mnicha nie rozwinął się od razu. Klasztory cysterskie były wtedy szczelnie zamknięte, nawet ich wspaniałe świątynie służyły jedynie celom klasztornym. Nawiedzali grób Wincentego Konrad Mazowiecki, król Kazimierz Wielki, król Kazimierz Jagiellończyk wraz ze swoją matką królową Zofią i Jan Długosz, który w swoich Dziejach wydał mu najpiękniejsze świadectwo. Z lat 1583-1640 Szymon Starowolski na podstawie ksiąg klasztornych przytacza ponad 150 wypadków cudownych, przypisywanych Wincentemu. Wśród nich są nawet wskrzeszenia umarłych.
    26 kwietnia 1633 r. dokonano otwarcia grobu Wincentego. Ciało znaleziono prawie nienaruszone, co przyczyniło się do rozbudzenia jego czci. 19 sierpnia tegoż roku ciało umieszczono w mauzoleum, specjalnie dla tego celu zbudowanym. Odtąd kult Wincentego stał się bardzo żywy. Zaczęli napływać pielgrzymi, za zgodą biskupa krakowskiego odprawiano przed ołtarzem wzniesionym Msze wotywne ku czci Kadłubka, przed mauzoleum palono świece. W 1683 r. papież bł. Innocenty XI uznał ołtarz Wincentego za uprzywilejowany, tzn. obdarzony przywilejem odpustu. 13 listopada 1634 r. synod krajowy pod przewodnictwem prymasa Jana Wężyka wniósł do Stolicy Apostolskiej urzędową prośbę o kanonizację Wincentego Kadłubka (oraz Stanisława Kostki, Kingi, Władysława z Gielniowa, Jozafata Kuncewicza i Jana Kantego). W roku 1764 Kongregacja Obrzędów zatwierdziła kult, a papież Klemens XIII podpisał odpowiednią bullę, co równało się formalnej beatyfikacji. Wincenty jest patronem archidiecezji warmińskiej oraz diecezji kieleckiej i sandomierskiej.
    W ikonografii bł. Wincenty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są pastorał oraz infuła u stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Staroświecki historyk – bł. Wincenty Kadłubek

    Staroświecki historyk - bł. Wincenty Kadłubek

    Bł. Wincenty Kadłubek/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    To, jak człowiek czyta historię, zależy od tego, co ma w głowie i w sercu.

    Zasłynął przede wszystkim jako pierwszy w historii uczony Polak i pisarz, autor „Kroniki Polski”. Był kapelanem i doradcą księcia krakowskiego, potem biskupem krakowskim, w końcu mnichem cysterskim. Kiedy po 400 latach otwarto grób, jego ciało znaleziono prawie nienaruszone.

    Bł. Wincenty Kadłubek urodził się ok. roku 1150. Wiedzę zdobywał najpierw w Krakowie, potem studiował w Paryżu lub w Bolonii, lub nawet na obu uniwersytetach. Bez wątpienia należał do najbardziej światłych Polaków swojej epoki. Krakowski książę Kazimierz Sprawiedliwy uczynił go swoim kapelanem i doradcą, on też namówił go do pisania „Kroniki”. Po śmierci księcia Wincenty został prepozytem kolegiaty w Sandomierzu, a w 1208 r. wybrano go biskupem krakowskim. Jako biskup wziął udział w Soborze Laterańskim IV (1215 r.).

    We wstępie do jednego z dokumentów, wystawionych przez biskupa Wincentego, czytamy: „Ojczyzna i Kościół potrzebują opieki ze strony swoich synów, najlepiej mogą oni bronić ojczyzny i Kościoła przez piśmienne regulowanie stosunków własnościowych i przestrzeganie prawa”. Po dziesięciu latach pasterzowania w Krakowie Wincenty zrezygnował z biskupstwa i postanowił wstąpić do klasztoru cystersów w Jędrzejowie. Osiemdziesięciokilometrową drogę z Krakowa do opactwa przebył jako pielgrzym, pieszo i boso. Do dziś w Jędrzejowie pokazują kopiec, usypany w miejscu, gdzie Wincenty padł na twarz przed opatem, prosząc go o przyjęcie do wspólnoty. Jako cysterski mnich Wincenty kontynuował pisanie swojej „Kroniki”. Pisał ją po łacinie, pięknym, wyszukanym stylem.

    W jego dziele historia miesza się z poetycką fantazją. Jest świadectwem jego żarliwej miłości do Polski, rozbitej wtedy na dzielnice. Jak powie po latach kard. Wyszyński, dzieło Kadłubka „stawia sobie za cel uczyć cnoty, zwłaszcza miłości ojczyzny, miłości własnego kraju, do dziejów ojczystych, zachęcać do czynów rycerskich, czynów wzniosłych”. Mistrz Wincenty nie zdążył dokończyć dzieła, doprowadził je do roku 1202 r., sam zmarł w 1223 r., po pięciu latach surowego życia klasztornego.

    Święty historyk? Ciekawe zestawienie. Bardzo aktualne dziś, kiedy historia stała się narzędziem walki politycznej. Politycy, dziennikarze, historycy wyciągają z niej brudy, którymi obrzucają innych. Jak tak dalej pójdzie, historia będzie się nam kojarzyć z wielkim szambem, zmagazynowanym w teczkach, z których co chwila wypływa kolejna śmierdząca sprawa. Czy na historię składają się tylko dzieje zdrady, nieprawości i głupoty? Czy nie są to także dzieje dobra, patriotyzmu, wierności i innych jasnych stron ludzkiej duszy? To, jak człowiek czyta historię, zależy od tego, co ma w głowie i w sercu.

    Zarzuca się bł. Wincentemu, że za bardzo moralizował i dlatego nie jest wiarygodny. Na marginesie opisywanej historii notował np.: „Każde państwo kwitnie zgodą, a nie kłótniami” lub „Nie godzi się o własnym myśleć bezpieczeństwie, gdy dobro ogółu jest narażone na niebezpieczeństwo”. Racja, takie teksty brzmią dziś w Polsce bardzo staroświecko… Niestety.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    _______________________________________________________________________________

    ŚRODA, 9 PAŹDZIERNIKA 2024

    bł. Johna Henry’ego Newmana

    JOHN HENRY NEWMAN

    Herbert Rose Barraud – Newman | PD

    ***

    Bł. John Henry Newman urodził się 21 lutego 1801 r. w Londynie, w zamożnej rodzinie anglikańskiej. W wieku 15 lat Newman przeżył swoje pierwsze nawrócenie, które – jak mawiał – uczyniło z niego „właściwego chrześcijanina”. Uznał wtedy fundamentalne, nieodzowne dla wiary, znaczenia dogmatów.

    W 1817 rozpoczął studia w – na wskroś anglikańskim – Trinity College w Oksfordzie. Rok 1822 był ważnym rokiem dla młodego Newmana: podjął decyzję o przyjęciu święceń, które przyjął 13 czerwca 1824; wybrano go również na fellowa (wykładowcę i opiekuna) w Oriel College. Zatopił się w studia nad Biblią i pismami wczesnych Ojców Kościoła. Objął funkcję wikarego uniwersyteckiej świątyni Najświętszej Maryi Panny. Tu głosił swoje sławne kazania.

    W 1833 r., podczas podróży po Sycylii, ciężko zachorował. Wtedy też przeżył drugie nawrócenie, które kazało mu oddać się sprawie reformy Kościoła anglikańskiego. W tym samym roku z przyjaciółmi zorganizował Ruch Oksfordzki. Reformatorzy przeciwstawiali się liberalizmowi, pracowali na rzecz uniezależnienia (państwowego) Kościoła Anglii od władz państwowych, akcentowali apostolski i sakramentalny charakter Kościoła, przypisywali istotne znaczenie urzędowi biskupa, przychylali się do sprawowania liturgii według katolickiej tradycji.

    W 1841 r. Newman opublikował tekst, w którym 39 Artykułów Wiary, doktrynalny fundament anglikanizmu, zinterpretował w duchu katolickim, po linii dekretów Soboru Trydenckiego. W efekcie ściągnął na siebie falę krytyki i naraził się wszystkim biskupom Kościoła Anglii. W następnych latach kolejno rezygnował z pełnionych funkcji w tym Kościele, by 9 października 1845 r. wstąpić do Kościoła katolickiego.

    Dwa lata potem w Rzymie przyjął święcenia kapłańskie. Wrócił na Wyspy, by w Birmingham tworzyć dom Zgromadzenia Oratorian (filipini), założony przez św. Filipa Neri (zm. 1595). Członkiem tej wspólnoty  pozostał do końca życia, czyli do 1890 r.
    Blisko 20 lat po swoim nawróceniu na katolicyzm Newman tak opisał to wydarzenie: „Było to jak wpłynięcie do portu po żegludze przez burzliwe morze, a radość moja z tego faktu trwa niczym nie zakłócona”.

    W 1851 Newman (na prośbę biskupów irlandzkich) zajął się organizacją uniwersytetu katolickiego w Dublinie. Pragnął on by uczelnia ta była uczelnią świeckich, do tego przyjmującą w swe szeregi również Anglików i Amerykanów. Kiedy zrozumiał, że to niemożliwe, zrezygnował ze stanowiska rektora (1858).

    Zdając sobie sprawę z niskiego poziomu nauczania w angielskich szkołach katolickich, założył w 1859 szkołę Oratorium, która miała zapewnić katolickim chłopcom porządne wykształcenie religijne i świeckie – zapoczątkowało to wzrost poziomu edukacji katolickiej w Anglii. Przez kilka miesięcy roku 1859 był Newman redaktorem literackiego czasopisma „The Rambler”, przeznaczonego dla wykształconych katolików; nierzadko drukowano tam śmiałe opinie świeckich, co budziło żywe emocje, zwłaszcza wśród biskupów.

    W 1879 r. papież Leon XIII – przychylając się do prośby licznych świeckich – mianował Newmana swoim pierwszym kardynałem. Rehabilitacja wielkiego konwertyty stała się faktem. Zmarł  11 sierpnia 1890 w Edgbaston, w Birmingham.

    Ewangelia na co dzień/Aleteia.pl

    ____________________________________________________________________________________-

    John Henry Newman: anglikański ksiądz, który wybrał katolicyzm i znalazł odpowiedź na bezbożne czasy

    JOHN HENRY NEWMAN

    Emmeline Deane | Public Domain

    ***

    Newman mówił, że „każde dziecko dobrze znające katechizm, jest, nawet nie wiedząc o tym, prawdziwym misjonarzem”. Relacja z Bogiem musi mieć solidną intelektualną podbudowę. Bez tego nie jest możliwy wzrost chrześcijaństwa w świecie.

    Kanonizacja kard. Newmana

    Wielokrotnie zdarzało mi się odpowiadać na dręczące pytanie moich przyjaciół i znajomych: dlaczego ciągle jesteś w Kościele, który jest aż tak niemoralny? Po skandalach seksualnych objawił się raz jeszcze dojmujący konkret, że katolickie duchowieństwo to grupa, która nieustannie zdradza Jezusa Chrystusa i Ewangelię. Można i trzeba być dziś chrześcijaninem w innej wspólnocie…

    Inni w swych oskarżeniach szli jeszcze dalej: chrześcijaństwo jest głównym sprawcą zła, które się dzieje we współczesnych społeczeństwach. Ta irracjonalna wiara w „boga, którego urodziła dziewica i który jednocześnie był swoim ojcem” (jak drwiąco zauważył w korespondencji ze mną jeden ze znanych polskich pisarzy) nie różni się niczym od wiary w krasnoludki, a światu od wieków przynosi więcej szkody niż pożytku.

    Myśląc o tych atakach, często wracałem do postaci i dzieła bł. kard. Johna Henry’ego Newmana, który 13 października 2019 roku został ogłoszony przez papieża Franciszka świętym. Jestem pewien, że ta kanonizacja może być drogowskazem dla wielu katolików na świecie. Newman często bowiem w swym życiu spotykał się z atakami na swoją wiarę w Chrystusa, jak i Kościół, do którego z wolnego wyboru postanowił przynależeć.

    Duchowa przemiana Newmana

    Przyszły katolicki kardynał urodził się w Londynie w 1801 r. w rodzinie bogatego bankiera. Był najstarszym z sześciorga dzieci. Ojciec nie bardzo interesował się religią, choć przykładnie chadzał z bliskimi na anglikańskie nabożeństwa. Matka wywodziła się z rodu francuskich hugenotów. Dbała o religijne wychowanie dzieci.

    Jednak Johna Henry’ego religia zbytnio nie zajmowała aż do ukończenia przezeń 15. roku życia. Był wtedy uczniem elitarnej szkoły w Ealing. Czytał z upodobaniem Woltera, Hume’a i Paine’a. Podobał mu się sceptyczny, antychrześcijański wydźwięk dzieł tych autorów.

    ***

    JOHN HENRY NEWMAN

    ***

    W tym czasie w jego rodzinie wydarzyła się poważna katastrofa. Prowadzony przez ojca bank zbankrutował. John Henry nie mógł nawet dostać od rodziców pieniędzy, by wrócić do rodzinnego domu. Pomógł mu wtedy jeden z nauczycieli – Walter Mayers, który kilka lat wcześniej przeżył wewnętrzne nawrócenie w duchu ewangelikalnym.

    Ów szkolny profesor podsuwał Newmanowi pobożne lektury. Skutek był taki, że i sam 15-letni John Henry doświadczył wkrótce intensywnej duchowej przemiany. Wspominał po wielu latach, że istnienie Boga ukazało mu się nagle jako coś bardziej pewnego niż to, że ma ręce i nogi. Wiara ta nie miała jednak nic wspólnego z mistycyzmem. Opierała się głównie na uczuciach i mocnym (ważnym w protestantyzmie) przekonaniu o usprawiedliwieniu płynącym z samej wiary w moc zbawczą Chrystusa.

    Kapłaństwo

    Niedługo po tym doświadczeniu Newmanowi udało się wstąpić na Uniwersytet w Oksfordzie. Po kilku latach dołączył do kolegium Oriel, gdzie znalazł krąg przyjaciół, w którym mógł toczyć pasjonujące debaty również na tematy religijne.

    Postanowił zostać anglikańskim księdzem. Święcenia przyjął w 1824 r. Mimo że nie miał zdolności oratorskich, jego kazania cieszyły się w Oksfordzie wielką popularnością. Od 1828 r., gdy Newmana mianowano wikariuszem w uniwersyteckiej kaplicy św. Marii, słuchać go przychodziły tłumy.

    Pod wpływem intelektualnych dyskusji z innymi członkami Oriel College Newman zaczął odchodzić od emocjonalnego traktowania wiary – charakterystycznego dla wyznawanego przezeń dotąd kalwińskiego z ducha ewangelicyzmu. Poświęcał wiele czasu na studia nad pismami Ojców Kościoła (przede wszystkim św. Ireneusza, św. Atanazego, św. Hieronima).

    Kolejny ważny przełom nastąpił w jego życiu w 1833 r. Podróżował wówczas po Sycylii, gdzie zapadł na gorączkę tyfusową. Ledwo uszedł z życiem. Uznał to uzdrowienie za znak działania Bożej Opatrzności. Uwierzył, że Bóg, darowując mu życie, przeznaczył go do wykonania jakiegoś szczególnego zadania.

    Droga do katolicyzmu

    Po powrocie do Anglii zaczął wraz ze swymi przyjaciółmi wydawać „Traktaty dla Czasów” – cyklicznie ukazujące się eseje o znaczeniu chrześcijaństwa w historii i współczesnej epoce. Dało to początek słynnemu „ruchowi oksfordzkiemu”.

    Newman i inni jego członkowie (zwani „traktarianami” od tytułu cyklicznie ukazujących się tekstów) chcieli widzieć w Kościele anglikańskim tzw. via media – pośrednią drogę między „bałwochwalczym, kierowanym przez Antychrysta” katolicyzmem a „ludowym protestantyzmem”, w którym emocje brały górę nad intelektualną refleksją nad wiarą. Uważali, że tylko w ten sposób można będzie się przeciwstawić widocznym już wtedy sekularyzacyjnym tendencjom.

    Po kilku latach intensywnych studiów, refleksji i modlitwy Newman uznał jednak, że anglikanizm nie ma w sobie takiej mocy. W 1845 r. postanowił ostatecznie przejść na katolicyzm. Rok później przyjął w Rzymie święcenia kapłańskie.

    Ja i Bóg, a między nami szczególna relacja

    Bł. Pius IX zlecił mu zakładanie wspólnot oratoriańskich w Anglii. W związku z konwersją na katolicyzm Newman musiał opuścić ukochany Oksford. Od 1848 r. przewodził lokalnej oratoriańskiej parafii w Birmingham.

    Newman głosił z pełnym przekonaniem, że każdy człowiek jest w stanie sobie uświadomić, że istnieją tylko dwie pewne rzeczywistości w jego egzystencji: on sam i Bóg. Między tymi dwiema rzeczywistościami wydarza się szczególna relacja, która najwłaściwsze swe spełnienie znajduje w kontemplacji Bożego istnienia.

    Dla Newmana refleksja nad religijną wiarą łączyła się zatem z modlitwą. W jednej ze swoich medytacji tak oto w charakterystyczny dla siebie sposób zwracał się bezpośrednio do Boga:

    Ty podtrzymujesz wszystko w życiu i działaniu, aż osiągnie swój cel. Żaden gad, żaden owad nie ma życie sam z siebie, Ty mu je dajesz, gdy nadchodzi jego czas. Żaden grzesznik, żaden bałwochwalca, żaden bluźnierca ani ateista nie żyje inaczej, jak za Twą sprawą, a to po to, by mógł się nawrócić. Jesteś tak troskliwy i czuły wobec każdej z istot, którą stworzyłeś, jakby tylko ona była na całym świecie. Bo Ty możesz widzieć każdą z nich od razu i kochasz każdą z nich, zanurzoną w swym śmiertelnym życiu, i dla każdej jesteś wsparciem: mocą pełni swoich przymiotów, jakbyś cały tego pragnął i służył im dla ich wyłącznego dobra.
    Mój Boże, kocham kontemplować Ciebie jako cudownego Pracownika, który trudzi się nad wszelkimi rzeczami, każdego dnia i w każdym miejscu.

    Należy zawsze słuchać sumienia

    Newman zdawał sobie przy tym mocno sprawę, że kontemplacja Boga nie powinna się opierać tylko na emocjach i afektach. Musi mieć solidną intelektualną podbudowę, bez której nie jest możliwy wzrost chrześcijaństwa w świecie.

    Dlatego Newman z całym przekonaniem mówił w jednym ze swoich kazań, że „każde dziecko, dobrze znające katechizm, jest, nawet nie wiedząc o tym, prawdziwym misjonarzem”. Chrześcijanin musi zatem starać się żyć w obecności Boga, ale musi też starać się o intelektualne wsparcie dla swej wiary i wynikających z niej działań.

    Z tego powodu Newman podkreślał dobitnie wagę sumienia. Nie było ono dla niego – wbrew popularnej w Anglii tradycji – ośrodkiem moralnych emocji i odczuć. Jego zdaniem w sądach sumienia odzywa się głos Boga, ale ich źródłem jest przede wszystkim ludzki rozum. Zatem:

    Należy słuchać sumienia, bez względu na to, czy jego decyzje są słuszne czy błędne, i bez względu na to, czy błąd jest winą błądzącego czy nie. […] Oczywiście, jeśli człowiek jest winien błędu, którego mógłby uniknąć, gdyby sprawę zbadał poważniej, to jest odpowiedzialny przed Bogiem za ten błąd, ale mimo to, jak długo jest w tym błędzie, musi działać według niego, bo szczerze uważa błąd za prawdę.

    Newman uważał przy tym, że indywidualne błędy sumień mogą się komasować w różnych okolicznościach historycznych. I tym zbiorowym fałszywym sądom chrześcijaństwo powinno dać intelektualny odpór, jak w IV w. ortodoksyjni chrześcijanie dali odpór biskupom Kościoła, którzy w większości uznali doktrynę ariańską za prawdę.

    Odpowiedź kard. Newmana na nowe czasy

    Inna rzecz, że XIX w. oznaczał dla Newmana początek czasu bardzo szczególnego. W jednym ze swoich kazań mówił:

    Myślę, że próby, jakie są przed nami, przeraziłyby i przyprawiłyby o zawrót głowy nawet tak mężne głowy jak św. Atanazego i św. Grzegorza. Wyznaliby oni, że ciemność, jako perspektywa ich czasów, istniała dla nich indywidualnie, nasze czasy odznaczają się ciemnością jakościowo różną od tej, jaka była kiedykolwiek przedtem […]. Chrześcijaństwo nigdy nie miało do czynienia ze światem po prostu bezbożnym.

    Wydaje się, że Newman trafnie rozpoznał epokę, w której i my żyjemy. Jednak nie wzywał do braku nadziei. Uważał, że chrześcijaństwo musi dawać odpowiedź światu w każdych okolicznościach.

    Nigdy nie jest to, jak wierzą dziś niektórzy tradycjonaliści, odpowiedź niezmienna. Prawdziwa doktryna rozwija się i dlatego kształt autentycznych chrześcijańskich odpowiedzi może się różnić i formą, i treścią w różnych historycznych kontekstach.

    Papież Leon XIII uwierzył tym intuicjom Newmana, gdy w 1879 r. mianował go kardynałem. Nie inaczej jest pewnie w przypadku papieża Franciszka, który postanowił ogłosić świętym tego zmarłego w 1890 r. angielskiego chrześcijańskiego myśliciela świętym Kościoła.

    I to w czasie obrad Synodu Amazońskiego, ogłoszonego przez niektórych katolików „początkiem końca katolicyzmu”. Ci jednak zdają się nie podzielać newmanowskiej nadziei – wyrażonej w zdaniach, które ongiś zacytował na Westerplatte św. Jan Paweł II:

    Wasza siła jest w waszym Bogu i w waszym sumieniu […]. Tym, czego brak wyczuwam u katolików, jest zdolność do uwydatnienia tego, czym jest religia […]. Pragnę ludzi, którzy znają swoją religię, którzy w nią wnikają, którzy dokładnie wiedzą, na czym stoją, którzy wiedzą, co uznają, a czego nie, którzy tak dobrze znają swoje wyznanie wiary, że potrafią je wytłumaczyć, którzy tyle wiedzą z historii, że potrafią jej bronić.

    Sebastian Duda/Aleteia.pl

    _______________________________________________________________________________________

    Samotny wędrowiec

    John Henry Newman nie zadowalał się nigdy połowicznymi odpowiedziami. Intuicyjnie wyczuwał, że tylko ktoś nieskończony może w pełni zaspokoić ludzkie pragnienie szczęścia. W całym świecie odnajdujemy jeden taki byt – to Bóg – mówi ks. prof. Andrzej Muszala, wykładowca etyki i bioetyki na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II, autor książki „Ja oraz mój Stwórca. John Henry Newman”.

    bł. kard. John Henry Newman/reprodukcja – Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jarosław Dudała: Dlaczego John Henry Newman – jako niemłody, bo 44-letni duchowny anglikański – został katolikiem?

    Ks. prof. Andrzej Muszala: 
    Stało się to wskutek jego osobistych, głębokich przemyśleń, poszukiwań, rozmów oraz rozwoju duchowego. Inspiracją było też jego zaangażowanie się w tzw. ruch oksfordzki. Newman studiował źródła chrześcijaństwa – wczytywał się w pisma Ojców Kościoła, zwłaszcza wielkich starożytnych apologetów Justyna i Ireneusza z Lyonu. Ostatecznie doszedł do wniosku, że niemożliwe jest, by człowiek – w tym wypadku król Anglii Henryk VIII – mógł sobie stworzyć własny Kościół, ogłaszając się jego głową. A skoro tak, to jedynym wyjściem było opowiedzenie się po stronie prawdziwej religii. W Kościele katolickim odkrył pełną prawdę.

    Studiował też Pismo Święte.

    Newman już od wczesnej młodości czytał Biblię w popularnym wśród anglikanów tłumaczeniu King James Version. Duża w tym zasługa jego matki, pochodzącej z francuskiej rodziny protestanckiej, która zaszczepiła w nim umiłowanie Słowa Bożego. W czasach, gdy Kościół katolicki traktował je wciąż „po macoszemu”, anglikanie prowadzili dogłębne studia biblijne, dokonywali kolejnych przekładów Pisma Świętego z języków oryginalnych. Newman do tego stopnia pokochał Biblię, że niektóre księgi znał na pamięć! Miał świadomość, że Bóg przyjął ludzkie ciało, widzialne oblicze, że używał ludzkiego języka. Wierzył, że poprzez Pismo Święte Bóg wciąż mówi do człowieka. Szczególnie umiłował Ewangelię św. Jana i listy św. Pawła.

    Ta zażyłość z Pismem Świętym stała się powodem jego kłopotów, gdy był już katolikiem. Chciał zaszczepić w wiernych pragnienie karmienia się Słowem Bożym, jednak napotykał na duży opór. Dopiero po wielu latach Sobór Watykański II docenił częstą lekturę Biblii. Można powiedzieć, że w tym wymiarze Newman był prekursorem Soboru.

    Ruch oksfordzki, w którym był zaangażowany, stanowił próbę anglikańskiej odpowiedzi na laicyzację. Przyświecały mu więc podobne cele do Vaticanum II.

    XIX-wieczna Anglia to kraj, gdzie szeroko upowszechniły się zasady liberalizmu Johna Stuarta Milla. Także teoria pochodzenia gatunków opracowana przez Karola Darwina spowodowała kryzys wiary u wielu osób. Skoro człowiek jest jednym z wielu gatunków oraz wyewoluował w trakcie bardzo długich procesów, zatem nie jest kimś wyjątkowym, zaś cały biblijny opis stworzenia ma się nijak do ewolucyjnego obrazu świata. My dzisiaj nie mamy z tym problemu; w refleksji naukowej rozróżniamy płaszczyznę biologiczną od teologicznej, jednak w II połowie XIX wieku wcale nie było łatwe pogodzić Biblię i naukę. Wiele osób skierowało się w stronę naturalizmu, sądząc, że człowiek jest jedynie zwierzęciem na wyższym stopniu organizacji; nie ma duszy, zaś mówienie o życiu wiecznym i świecie  nadprzyrodzonym jest mrzonką. Ruch oksfordzki, który powstał nieco wcześniej niż dzieło Darwina “O powstawaniu gatunków”, przygotował grunt pod konstruktywny dialog nauk ścisłych z Biblią. Stworzył podwaliny solidnej refleksji teologicznej, opartej na badaniach historycznych źródeł chrześcijaństwa.

    A jak wyglądała u Newmana kwestia Eucharystii?

    Newman – jako ksiądz anglikański – przez wiele lat sądził, że Eucharystia jest jedynie symbolem obecności Chrystusa. Opierał się w swoim przekonaniu na dogmatycznym fundamencie Kościoła anglikańskiego, jakim było dziesięć artykułów wiary spisanych przez komisję teologiczną w roku 1546 na polecenie króla Henryka VIII. Wśród nich znajdował się zapis dotyczący Eucharystii, w którym uznano, że Jezus Chrystus jest obecny w Eucharystii symbolicznie. Zewnętrznym znakiem Eucharystii są chleb i wino, które przyjmowane są przez wiernych zgodnie z nakazem Chrystusa, natomiast darem duchowym są ciało i krew Chrystusa przez Niego rzeczywiście dane.

    Im dłużej jednak proboszcz kościoła St. Mary sprawował ucztę eucharystyczną ze swoimi parafianami, tym bardziej przekonywał się, że chleb i wino nie są tylko symbolami obecności Jezusa pośród nas – są miejscem Jego realnego przebywania. Wszak nasz Pan powiedział: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane” (Łk 22,19). Zdanie to nie pozostawia żadnego złudzenia, że chodzi tu o rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii. Newman był o tym coraz bardziej przekonany, co między innymi przechyliło szalę na rzecz jego przejścia do Kościoła katolickiego. Jeszcze jako anglikanin zazdrościł katolikom tabernakulum – mieszkania Jezusa; Tego, którego codziennie mógł odwiedzać i adorować w ciszy. Także w domach niektórych katolików znajdowała się Eucharystia, a ludzie w swoich czterech ścianach oddawali się modlitwie, mieszkając z Nim pod jednym dachem. Newman zachwycił się tym niebywale…

    A do tego samotne wyprawy wokół Oksfordu…

    Newman nie zadowalał się nigdy połowicznymi odpowiedziami. Intuicyjnie wyczuwał, że tylko ktoś nieskończony może w pełni zaspokoić ludzkie pragnienie szczęścia. W całym świecie odnajdujemy jeden taki byt – to Bóg, jakkolwiek się Go pojmuje. Tylko On, Mądrość odwieczna, potrafi odpowiedzieć na ludzkie poszukiwanie sensu; tylko On, jako osoba w pełni doskonała, może reagować miłością na miłość – najszlachetniejszy ludzki akt. W takim świetle wszelkie inne byty skończone – przyroda, przedmioty nieożywione, drugi człowiek – rozbłyskują swym właściwym i pełnym światłem. Newman zachwycał się angielskim pejzażem, lubił spacerować samotnie po polach wokół Oksfordu, kontemplować harmonię przyrody. W pewnym sycylijskim porcie, czekając na statek, który miał zabrać go do ojczyzny, wpatrzony w błękit morza, złapał za pióro i napisał swą najpiękniejszą modlitwę: Prowadź mnie, Światło…. Potrafił dostrzec urok falującej trawy na łące, czar zachodzącego słońca, majestat gór. Równocześnie nie izolował się od ludzi. Lubił przebywać i bawić się z dziećmi, kochał muzykę. Nie był zimny, obojętny wobec świata, który go otaczał. Posiadał specyficzne poczucie humoru. Odkrycie Boga – pełni doskonałej i nieskończonej – nie zrodziło w nim pogardy wobec dzieła stworzenia. Przeciwnie, zaowocowało głębszym spojrzeniem, odkryciem sensu we wszystkim, uszczęśliwieniem. W tym jedynie prawdziwym świetle oglądał wszystko, co go otaczało; wszędzie widział ślad Boga i subtelny wyraz Jego życzliwości do człowieka.

    Kiedy konwertował, przestał być swoim dla anglikanów, ale ciągle był przyjmowany z nieufnością w Kościele katolickim.
    Na rok 1839 przypadł szczyt popularności i sławy Newmana jako kaznodziei w kościele anglikańskim i jednego z głównych przywódców ruchu oksfordzkiego. I właśnie wtedy – po długich przemyśleniach i modlitwach – doszedł do wniosku, że winien opuścić parafię St. Mary the Virgin w Oksfordzie. Usunął się do Littlemore, by z kilkoma osobami wieść surowe życie przepełnione modlitwą i pracą. Przez kolejnych kilka lat dojrzewał do przejścia na katolicyzm. W 1845 roku napisał “Essay on the Development of Christian Doctrine” – rozprawę o rozwoju doktryny chrześcijańskiej, znaczące dzieło w całej jego piśmienniczej spuściźnie. Przekonywał w nim, że istotą chrześcijaństwa jest rozwój. Przez dwadzieścia wieków chrześcijanie dostrzegali coraz to nowe horyzonty przeżywania swej wiary. Ostatecznie podjął decyzję o wstąpieniu do Kościoła katolickiego, nie bacząc na krytykę, jaką na siebie ściągnął od anglikanów i ciągłą nieufność katolików, którzy długo jeszcze uważali go za kryptoanglikanina. Nie do końca wierzono w jego nawrócenie. Pamiętajmy, że żył w czasie dość poważnego zamknięcia się Kościoła na świat, na nowości techniki i nauki oraz na  niekatolików. Nie było wówczas ruchu ekumenicznego, dialogu z anglikanami, jaki zaistniał po Soborze Watykańskim II. Dlatego Newman napisał też dzieło pt. Apologia pro vita sua – obronę swojej decyzji o konwersji, a właściwie – obronę całego swojego życia.

    A w końcu w uwiarygodnieniu pomógł mu papież.

    9 października 1845 roku Newman został przyjęty do Kościoła katolickiego. Stał się „nowym człowiekiem” (new man). W dowód uznania i potwierdzenia słuszności obranej drogi papież Leon XIII mianował go kardynałem. Zmarł 11 lat później – w 1890 roku, pozostawiając po sobie czterdzieści sześć książek, dwanaście tomów kazań, tysiące listów, dwie powieści, dziennik, liczne rozważania i modlitwy.

    Jakie to wszystko ma znaczenie dla nas?

    Od Newmana możemy  nauczyć się pogłębionej refleksji nad naszą wiarą i własnym życiem w świetle Pisma Świętego i tekstów Ojców Kościoła. Na to właśnie kładł akcent Sobór Watykański II. Przyznajmy szczerze, że mało, może nawet w ogóle nie czytamy starożytnych Ojców – Ireneusza, Grzegorza z Nyssy, Orygenesa, Augustyna i innych. A przecież  byli to pierwsi świadkowie Chrystusa po apostołach. Oni pokazują nam, jak asymilować Ewangelię do codziennego życia. Nasza wiara winna karmić się solidnymi treściami, lectio divina – czytaniem o boskich kwestiach. W przeciwnym razie grozi nam niebezpieczeństwo iluminizmu, sentymentalizmu religijnego, niezdrowej gonitwy za sensacjami. Newman ukazuje nam, jak ważna jest rola rozumu w dochodzeniu do Boga oraz odkrywaniu Jego tajemnic. Rozum oświecony wiarą oraz darami Ducha Świętego doprowadza nas do głębszego poznania Boga i nas samych.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 października

    Święta Pelagia, męczennica

    Święta Pelagia

    Pelagia, znana również jako Małgorzata, pochodziła z Antiochii. Żyła w V w. Wedle przekazów była kobietą lekkich obyczajów, obdarzoną nieprzeciętną urodą. Pochodziła z bogatej pogańskiej rodziny.
    Biskup Antiochii zaprosił pewnego razu do siebie ośmiu biskupów, wśród nich m.in. Nonnusa z Heliopolis, znanego ze swej pobożności i ascezy. Gdy wszyscy zgromadzili się przed kościołem, a Nonnus przemawiał do nich, nieopodal przejeżdżała Pelagia. Jej kosztowny strój zwracał uwagę. Nonnus dostrzegł to i gorzko zapłakał, wskazując, że jego słuchacze nie dbają o swoje dusze w takim stopniu, w jakim owa kobieta dbała o własną urodę. Gdy Nonnus wrócił do swej celi, podjął modlitwę o nawrócenie spotkanej kobiety.
    Otrzymał wówczas widzenie: ujrzał czarną gołębicę, która – zanurzona przez Nonnusa w wodzie święconej – stała się czysta i biała. Biskup odczytał to jako znak zapowiadający nawrócenie Pelagii. Kiedy kolejnym razem nauczał o Sądzie Ostatecznym, do świątyni weszła Pelagia. Usłyszane słowa wywarły na niej wielkie wrażenie. Z płaczem rzuciła się do nóg biskupa. Nonnus ochrzcił ją. Pelagia postanowiła oddać swój majątek biskupowi, by ten mógł go rozdzielić między potrzebujących.
    Nowo nawrócona kobieta podjęła pokutę. Wkrótce potem udała się do Jerozolimy. Tam, ukrywając się pod przybranym męskim imieniem, podjęła surowe wysiłki ascetyczne. Zamieszkała w jednej z pustelni na Górze Oliwnej, gdzie około 457 roku odeszła do Pana.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 października

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Zobacz także:
      •  Święta Justyna z Padwy, dziewica i męczennica
    ***
    Matka Boża Różańcowa Tarnopolska

    Dzisiejsze wspomnienie zostało ustanowione na pamiątkę zwycięstwa floty chrześcijańskiej nad wojskami tureckimi, odniesionego pod Lepanto (nad Zatoką Koryncką) 7 października 1571 r. Sułtan turecki Selim II pragnął podbić całą Europę i zaprowadzić w niej wiarę muzułmańską. Ówczesny papież – św. Pius V, dominikanin, gorący czciciel Matki Bożej – usłyszawszy o zbliżającej się wojnie, ze łzami w oczach zaczął zanosić żarliwe modlitwy do Maryi, powierzając Jej swą troskę podczas odmawiania różańca. Nagle doznał wizji: zdawało mu się, że znalazł się na miejscu bitwy pod Lepanto. Zobaczył ogromne floty, przygotowujące się do starcia. Nad nimi ujrzał Maryję, która patrzyła na niego spokojnym wzrokiem. Nieoczekiwana zmiana wiatru uniemożliwiła manewry muzułmanom, a sprzyjała flocie chrześcijańskiej. Udało się powstrzymać inwazję Turków na Europę.

    Matka Boża Różańcowa z kościoła mniszek dominikańskich w Radoniach pod Warszawą

    Zwycięstwo było ogromne. Po zaledwie czterech godzinach walki zatopiono sześćdziesiąt galer wroga, zdobyto połowę okrętów tureckich, uwolniono dwanaście tysięcy chrześcijańskich galerników; śmierć poniosło 27 tys. Turków, kolejne 5 tys. dostało się do niewoli. Pius V, świadom, komu zawdzięcza cudowne ocalenie Europy, uczynił dzień 7 października świętem Matki Bożej Różańcowej i zezwolił na jego obchodzenie w tych kościołach, w których istniały Bractwa Różańcowe. Klemens XI, w podzięce za kolejne zwycięstwo nad Turkami odniesione pod Belgradem w 1716 r., rozszerzył to święto na cały Kościół. W roku 1883 Leon XIII wprowadził do Litanii Loretańskiej wezwanie “Królowo Różańca świętego – módl się za nami”, a w dwa lata później zalecił, by w kościołach odmawiano różaniec przez cały październik.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    6 października

    Święty Brunon Kartuz, opat

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jakub (Dydak) Alojzy de San Vitores, prezbiter i męczennik
      •  Święta Maria Franciszka od Pięciu Ran Pana Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiony Innocenty z Berzo, prezbiter
    ***
    Święty Brunon

    Brunon urodził się w Kolonii około 1030 r. Pochodził ze znakomitej rodziny. Po ukończeniu szkół na miejscu udał się do Reims, gdzie była głośna szkoła katedralna. Następnie udał się do Tours, gdzie za nauczyciela miał słynnego wówczas Berengariusza. W roku 1048 powrócił do Kolonii, gdzie został kanonikiem przy kościele św. Kuniberta. Ok. roku 1055 przyjął święcenia kapłańskie. W rok potem powołał go do siebie biskup Reims, Manasses I, by prowadził mu szkołę katedralną. Pozostał tu 20 lat (1056-1075). Z jego szkoły wyszło wielu wybitnych mężów owych czasów. W roku 1075 arcybiskup Reims mianował Brunona swoim kanclerzem. Kiedy Brunon wystąpił przeciw niemu z powodu symonii, stracił urząd, majątek i musiał opuścić miasto. Wrócił do Reims w 1080 r., gdzie zaproponowano mu biskupstwo; nie przyjął jednak tej godności.
    Wkrótce z dwoma towarzyszami opuścił Reims i udał się do opactwa cystersów w Seche-Fontaine, by poddać się kierownictwu św. Roberta. Po pewnym jednak czasie opuścił wspomniany klasztor i w towarzystwie 8 uczniów udał się do Grenoble. Tam św. Hugo przyjął swojego mistrza z wielką radością i jako biskup oddał mu w posiadanie odległą od Grenoble o 24 kilometry pustelnię, zwaną Kartuzją. Tutaj w roku 1084 Bruno urządził sobie mieszkanie. Zbudowano również skromny kościółek. Konsekracji kościółka i poświęcenia klasztoru oraz uroczystego wprowadzenia do niego zakonników dokonał św. Hugo. Klasztor niebawem tak się rozrósł, że otrzymał nazwę “Wielkiej Kartuzji” (La Grande Chartreuse). Osada ta stała się kolebką nowego zakonu – kartuzów.
    W 1090 r. Bruno został wezwany do Rzymu przez swojego dawnego ucznia – papieża bł. Urbana II – na doradcę. Bruno zabrał ze sobą kilku towarzyszy i z nimi zamieszkał przy kościele św. Cyriaka. W tym czasie na Rzym najechał antypapież i bł. Urban wraz z Brunonem musieli chronić się ucieczką pod opiekę króla Normanów, Rogera. Daremnie Bruno błagał papieża, by mu pozwolił wrócić do Francji. Papież zgodził się jedynie, by mnich założył nową kartuzję w Kalabrii. Król Roger chętnie ofiarował mu ustronne miejsce, zwane La Torre. Tu z pomocą arcybiskupa Reggio Calabria wystawiono nową kartuzję w roku 1092, która istnieje do dziś. W pobliskim San Stefano in Bosco Bruno stworzył jej filię. Tam zmarł 6 października 1101 r.
    Jego śmiertelne szczątki pochowano w kościele opactwa. W roku 1513 znaleziono je jeszcze nienaruszone. Obecnie kości Brunona znajdują się w trumience wraz z relikwiami jego następcy. Jego kanonizacja nie odbyła się nigdy uroczyście. Na oddawanie św. Brunonowi kultu pozwolił Leon X w roku 1514. Grzegorz XV rozszerzył jego kult w 1623 r. na cały Kościół. Św. Brunon jest patronem kartuzów.
    W ikonografii św. Brunon przedstawiany jest w białym habicie kartuzów. Jego atrybutami są: gałązka oliwna, globus, krzyż, mitra i pastorał u stóp, palec przy ustach, czaszka.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Zakonnik z ostrym dowcipem – św. Brunon

    Zakonnik z ostrym dowcipem - św. Brunon

    Święty Brunon Kartuz/Frnciisco RibaltaI (PD)

    ***

    “Zaiste raduję, się, pragnę wielbić Pana i dziękować Mu, a zarazem przeżywam smutek. Cieszę się wprawdzie – co jest słuszne – wzrostem owoców waszych cnót, boleję zaś i wstydzę, iż sam bezczynnie i gnuśnie trwam w nędzy moich grzechów”.

    Takie szczególne rozdwojenie między radością z osiągnięć innych, a smutkiem spowodowanym własną niedoskonałością przeżywał święty Brunon, człowiek, którego życie wypełnione było licznymi szansami na błyskotliwą karierę. Żadnej z nich nie wykorzystał.

    Urodził się około roku 1030 (lub według innych badaczy około roku 1035) w Kolonii. Ukończywszy szkoły w swej rodzinnej miejscowości dalszą edukację podjął w słynnej szkołę katedralnej w Reims. Jak twierdzi ks. Piotr Skarga, był uczniem “ostrego dowcipu i pamięci wielkiej”, dlatego wkrótce sam został nauczycielem i szefem tej uczelni. Pracował w niej przez dwadzieścia lat. Wychował wielu ludzi wybitnych i świętych (m. in. św. Hugo i bł. Urbana II). U początków swej kariery nauczycielskiej, ok. roku 1055, przyjął święcenia kapłańskie.

    W roku 1075 został kanclerzem w Reims. Jednak doszło do ostrego konfliktu między nim a miejscowym arcybiskupem, któremu Brunon publicznie zarzucił symonię (handlowanie godnościami kościelnymi). W rezultacie hierarcha musiał ustąpić, a Brunonowi zaproponowano objęcie jego funkcji. Z propozycji nie skorzystał.

    Postanowił zrealizować swe długoletnie pragnienie służenia Bogu w odosobnieniu. Początkowo założył pustelnię w Seche–Fontaine. Jednak po niedługim czasie przeniósł się w okolice Grenoble i tam powstała pierwsza osada eremicka zwana Wielką Kartuzją. Stała się ona kolebką nowego zgromadzenia zakonnego, nazywanego kartuzami.

    Niestety, nie dane było świętemu Brunonowi prowadzić na uboczu spokojnego pustelniczego życia. Został wezwany do Rzymu przez swego byłego ucznia, papieża Urbana II. Był jego osobistym doradcą, jednak funkcję pełnił bez rozgłosu, tak, że nie zachowały się żadne dokumenty na ten temat. Nie skorzystał ze sposobności, aby zrobić karierę u boku papieża.

    Swoich “synów Kartuzów” pouczał w jednym z listów: “Cieszcie się, bracia umiłowani, szczęściem, które wam przypadło w udziale, oraz hojnością danej wam łaski. Cieszcie się, że uniknęliście tak wielu niebezpieczeństw i nieszczęść w zawierusze tego świata. Cieszcie się, że znaleźliście spokojną i bezpieczną przystań w doskonale chronionym porcie; wielu pragnie się tam dostać, wielu dokłada starań, a jednak nie dochodzą. Liczni zaś, chociaż doszli, zostali usunięci, ponieważ nie otrzymali łaski z wysoka”.

    Był ze swoich współbraci zakonnych dumny: “Choć nie wyróżniacie się wykształceniem, Bóg sam wypisuje w sercach waszych nie tylko miłość, ale też znajomość swego prawa. Czynem ukazujecie, co miłujecie i co znacie. Kiedy bowiem z wszelką gorliwością i staraniem zachowujecie prawdziwe posłuszeństwo, jest rzeczą jasną, że w ten sposób zbieracie doskonały i życiodajny owoc Ksiąg świętych”. O sobie samym miał znacznie gorsze zdanie.

    Zmarł 6 października 1101 roku w kolejnej kartuzji, zwanej La Torre, położonej w Kalabrii. Nawet po śmierci omijały go “zaszczyty”. Nigdy nie został kanonizowany w sposób uroczysty. Dopiero w XVII stuleciu papież Grzegorz XV rozszerzył istniejący wcześniej lokalny kult Brunona na cały Kościół.

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 października

    Święta Faustyna Kowalska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Rajmund z Kapui, prezbiter
      •  Błogosławiony Albert Marvelli
      •  Błogosławiony Franciszek Ksawery Seelos, prezbiter
    ***
    Święta Faustyna Kowalska

    Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. w rolniczej rodzinie z Głogowca k/Łodzi jako trzecie z dziesięciorga dzieci. Dwa dni później została ochrzczona w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Świnicach Warckich (diecezja włocławska). Nadano jej wówczas imię Helena. Kiedy miała siedem lat, po raz pierwszy usłyszała w duszy głos wzywający do doskonalszego życia. W 1914 r. przyjęła I Komunię świętą, a dopiero trzy lata później rozpoczęła naukę w szkole podstawowej. Mimo dobrych wyników uczyła się tylko trzy lata, potem musiała zrezygnować, aby pomagać matce w domu.
    W szesnastym roku życia opuściła dom rodzinny, by na służbie u zamożnych rodzin w Aleksandrowie, Łodzi i Ostrówku zarobić na własne utrzymanie i pomóc rodzicom. Przez cały czas bardzo pragnęła życia zakonnego, ale rodzicom powiedziała o swoich zamiarach dopiero w 1922 r. Ojciec jednak nie wyraził zgody, motywując odmowę brakiem pieniędzy na wyprawę wymaganą w klasztorach.
    W lipcu 1924 r., kiedy Helena z koleżankami uczestniczyła w zabawie w parku koło łódzkiej katedry, Pan Jezus przemówił do niej i polecił niezwłocznie pojechać do Warszawy i wstąpić do klasztoru. Helena postanowiła nie wracać do domu i postawić rodziców przed faktem dokonanym. O tym planie powiedziała tylko siostrze, z którą była, i pierwszym pociągiem przyjechała do Warszawy. Tu następnego dnia zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. Musiała jednak jeszcze rok przepracować w Warszawie, aby odłożyć pieniądze na skromną wyprawę. 1 sierpnia 1925 r. została przyjęta do Zgromadzenia. Postulat odbywała w Warszawie, a nowicjat w Krakowie, gdzie w czasie obłóczyn zakonnych razem z habitem otrzymała imię Maria Faustyna. Od marca 1926 r. Bóg doświadczał siostrę Faustynę ogromnymi trudnościami wewnętrznymi; wiele przecierpiała aż do końca nowicjatu. W Wielki Piątek 1927 r. zbolałą duszę nowicjuszki ogarnął żar Bożej Miłości. Zapomniała o własnych cierpieniach, poznając, jak bardzo cierpiał dla niej Jezus. 30 kwietnia 1928 r. złożyła pierwsze śluby zakonne, następnie z pokorą i radością pracowała w różnych domach zakonnych, m.in. w Krakowie, Płocku i Wilnie, pełniąc rozmaite obowiązki. Zawsze pozostawała w pełnym zjednoczeniu z Bogiem. Jej bogate życie wewnętrzne wspierane było poprzez wizje i objawienia.

    Święta Faustyna Kowalska

    W zakonie przeżyła 13 lat. 22 lutego 1931 r. po raz pierwszy ujrzała Pana Jezusa Miłosiernego. Otrzymała wtedy polecenie namalowania takiego obrazu, jak ukazana jej postać Zbawiciela, oraz publicznego wystawienia go w kościele. Mimo znacznego pogorszenia stanu zdrowia pozwolono jej na złożenie profesji wieczystej 30 kwietnia 1933 r. Później została skierowana do domu zakonnego w Wilnie. Na początku 1934 roku zwróciła się z prośbą do artysty-malarza Eugeniusza Kazimirowskiego o wykonanie według jej wskazówek obrazu Miłosierdzia Bożego. Gdy w czerwcu ujrzała ukończony obraz, płakała, że Chrystus nie jest tak piękny, jak Go widziała.
    Dzięki usilnym staraniom ks. Michała Sopoćko, kierownika duchowego siostry Faustyny, obraz został wystawiony po raz pierwszy w czasie triduum poprzedzającego uroczystość zakończenia Jubileuszu Odkupienia świata w dniach 26-28 kwietnia 1935 r. Został umieszczony wysoko w oknie Ostrej Bramy i widać go było z daleka. Uroczystość ta zbiegła się z pierwszą niedzielą po Wielkanocy, tzw. niedzielą przewodnią, która – jak twierdziła siostra Faustyna – miała być przeżywana na polecenie Chrystusa jako święto Miłosierdzia Bożego. Ksiądz Michał Sopoćko wygłosił wówczas kazanie o Bożym Miłosierdziu.
    W 1936 r. stan zdrowia siostry Faustyny pogorszył się znacznie, stwierdzono u niej zaawansowaną gruźlicę. Od marca tego roku do grudnia 1937 r. przebywała na leczeniu w szpitalu na krakowskim Prądniku Białym. Wiele modliła się w tym czasie, odwiedzała chorych, a umierających otaczała szczególną modlitewną pomocą. Po powrocie ze szpitala pełniła przez pewien czas obowiązki furtianki. Starała się bardzo, by żaden ubogi nie odszedł bez najmniejszego choćby wsparcia od furty klasztornej. Wywierała bardzo pozytywny wpływ na wychowanki Zgromadzenia, dając im przykład pobożności i gorliwości, a zarazem wielkiej miłości.
    Chrystus uczynił siostrę Faustynę odpowiedzialną za szerzenie kultu Jego Miłosierdzia. Polecił pisanie Dzienniczka poświęconego tej sprawie, odmawianie nowenny, koronki i innych modlitw do Bożego Miłosierdzia. Codziennie o godzinie 15:00 Faustyna czciła Jego konanie na krzyżu. Przepowiedziała także, że szerzona przez nią forma kultu Miłosierdzia Bożego będzie zabroniona przez władze kościelne. Dzięki s. Faustynie odnowiony i pogłębiony został kult Miłosierdzia Bożego. To od niej pochodzi pięć form jego czci: obraz Jezusa Miłosiernego (“Jezu, ufam Tobie”), koronka do Miłosierdzia Bożego, Godzina Miłosierdzia (godzina 15, w której Jezus umarł na krzyżu), litania oraz święto Miłosierdzia Bożego w II Niedzielę Wielkanocną.
    W kwietniu 1938 r. nastąpiło gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia siostry Faustyny. Ksiądz Michał Sopoćko udzielił jej w szpitalu sakramentu chorych, widział ją tam w ekstazie. Po długich cierpieniach, które znosiła bardzo cierpliwie, zmarła w wieku 33 lat – 5 października 1938 r. Jej ciało pochowano na cmentarzu zakonnym w Krakowie-Łagiewnikach. W 1966 r. w trakcie trwania procesu informacyjnego w sprawie beatyfikacji siostry Faustyny, przeniesiono jej doczesne szczątki do kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach.
    S. Faustyna została beatyfikowana 18 kwietnia 1993 r., a ogłoszona świętą 30 kwietnia 2000 r. Uroczystość kanonizacji przypadła w II Niedzielę Wielkanocną, którą św. Jan Paweł II ustanowił wtedy świętem Miłosierdzia Bożego. Relikwie św. siostry Faustyny znajdują się w Krakowie-Łagiewnikach, gdzie mieści się sanktuarium Miłosierdzia Bożego odwiedzane przez setki tysięcy wiernych z kraju i z całego świata. Dwukrotnie nawiedził je również św. Jan Paweł II, po raz pierwszy w 1997 r., a po raz drugi – 17 sierpnia 2002 r., aby dokonać uroczystej konsekracji nowo wybudowanej świątyni w Krakowie-Łagiewnikach i zawierzyć cały świat Bożemu Miłosierdziu.
    W ikonografii św. Faustyna przedstawiana jest w czarnym habicie, w stroju swego zgromadzenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Po prostu Kowalska

    „Czułam się bardzo szczęśliwa, gdy mogłyśmy razem być przy jednej robocie” – wspomina jedna z sióstr. „Gdy po jej śmierci dowiedziałam się o wielkich rzeczach, które zdziałał w niej Bóg, uwierzyć nie mogłam, przecież nic w niej nadzwyczajnego nie widziałyśmy”. Jaka była św. Faustyna?

    Siostra Faustyna Kowalska ,  Płock 1931 r.

    ARCHIWUM ZGROMADZENIA SIÓSTR MATKI BOŻEJ MIŁOSIERDZIA

    ***

    Może to właśnie najbardziej uderza – zwyczajność. Proza zakonnego życia, wypełnionego pracą, modlitwą, cierpieniem, która była zasłoną jej bogatego życia wewnętrznego. Czytając „Wspomnienia o świętej siostrze Faustynie Kowalskiej”, można zastanawiać się nad tajemnicą świętości, która z jednej strony wyraża się w konkretnych zdarzeniach, słowach, sytuacjach, a z drugiej pozostaje dyskretna, nieuchwytna, niepoddająca się ludzkim miarom. Książka jest zbiorem krótkich świadectw ludzi, którzy ją spotkali i żyli z nią na co dzień, w większości sióstr z jej zgromadzenia. Zapiski pochodzą sprzed beatyfikacji, są wolne od pobożnego lukru, nakładanego zwykle na biografie świętych. Autorzy i autorki tych wspomnień nie ukrywają swoich emocji: sympatii, ale czasem i niechęci. Te „kwiatki” św. Faustyny układają się w niewyretuszowany portret prostej zakonnicy, którą Pan Jezus wybrał na Sekretarkę Bożego Miłosierdzia.

    Ach, ty babo litościwa!

    Jak wyglądała? „Wzrost trochę wyższy niż średni. Ryżawa szatynka o cerze typowej dla osób rudych, mocno w okresie wiosny i lata piegowatej, do tego stopnia, że nawet tęczówka jej oczu koloru szarozielonego miała żółte plamki. Źrenice oczu najczęściej mocno rozszerzone. Łatwość rozszerzania źrenic właściwa osobom pobudliwym i nerwowym. Twarz ściągła, rysy regularne, usta dosyć szerokie, ale proporcjonalne. Uzębienie słabe, na przodzie miała jedną czy dwie złote koronki na zębach, co przy uśmiechu nadawało jej pewien swoisty charakter. Uśmiechem swym zwykle akcentowała swój wewnętrzny stan radosny – rodzaj zachłystywania. Ruchy miała spokojne, godne, zakonne”. Tak ją postrzegała s. Borgia Tichy, jedna z jej przełożonych. Helena Kowalska urodziła się we wsi Głogowiec, jako trzecia z dziesięciorga dzieci Marianny i Stanisława Kowalskich w 1905 roku.

    Jak ją zapamiętali najbliżsi? Matka wspomina, że „dzieci ją biły i znęcały się nad nią, że ona ma łaskę u tatusia i mamusi”. Dodaje jednak, że „cała wieś, wszyscy ją tak kochali.Chętna była do każdej roboty, nigdy nikomu nic nie odmówiła. Miała litość dla zwierząt i litościwa była dla wszystkich. Dzieci nieraz się śmiały: »Ach, ty babo litościwa« – rzucały, ale jej to nie zrażało. Skryta była, wszystko chowała w swym sercu. Nigdy się nie wychwalała”. „Rodzice kochali ją chyba najbardziej ze wszystkich dzieci i stawiali ją jako przykład dla nas” – mówi jej rodzona siostra Natalia Grzelak. „Dbała o ołtarzyk w izbie. Stały tam pasyjka i dwie figurki z porcelany: Pana Jezusa i Matki Bożej, które ojciec przywiózł z Częstochowy. Te figurki bardzo Helenka kochała”. „Helenka od najmłodszych lat miała pociąg do opowiadania nam o świętych, o pielgrzymach, pustelnikach jedzących tylko korzonki i miód leśny” – wspomina jej brat Stanisław Kowalski. „Bardzo dbała o to, aby wszyscy z rodziny dopełnili swego obowiązku wysłuchania Mszy świętej w niedzielę, dlatego wstawała raniutko i wychodziła oknem, by nie zbudzić rodziny otwieraniem drzwi, i wypędzała bydełko skoro świt na paszę. Ojciec nasz chociaż bardzo surowy, nigdy się na nią nie gniewał, z wyjątkiem jednego razu, gdy wraz ze starszą siostrą powróciła za późno z zabawy. Wtedy, upomniana surowo, powiedziała, że już nigdy ojcu nie zrobi przykrości i nie zasmuci go, lecz raczej mu przyniesie pociechę w życiu. Gdy podrosła, to już jej żadna zabawa nie obchodziła. (…) Po jej wstąpieniu do klasztoru cały dom był jakby w żałobie, bo ona miała coś dziwnie pociągającego w sobie i wszyscy ją lubili”.

    Rodzice, a zwłaszcza ojciec, byli przeciwni wstąpieniu Heleny do klasztoru. Helena Kowalska ukończyła trzy klasy szkoły podstawowej. W wieku 16 lat podjęła pracę służącej. Myślała już o wstąpieniu do klasztoru, odkładała zarobione pieniądze na tzw. wyprawę. Jak ją zapamiętali ci, u których służyła? Marcjanna Sadowska: „No cóż ja mogę o niej powiedzieć, nic ciekawego nie było, tylko… jak poszła ze mną na miasto, to mi odbierała torbę z kupnem, a ja jej nie dawałam, bo ona bardzo wycieńczona, bo wciąż pościła.Była zgodliwa i śmieszka. Wieczór, jak siadła na stołku – troje moich dzieci koło niej – to tak im opowiadała jakieś bajki i tak się śmiała, a one z nią”. Leokadia Baryszewska: „Nic szczególnego o Helence nie pamiętam, tylko że była dla mnie bardzo dobra”. Aldona Lipszyc: „Pamiętam jej zdrowy radosny śmiech. Śpiewała dużo i dla mnie osoba jej związana jest z tą pieśnią, którą najczęściej śpiewała i której się od niej nauczyłam: »Jezusa ukrytego«. Teraz, kiedy się dowiedziałam o jej życiu, zrozumiałam, że ta pieśń była całą treścią jej życia”.

    Kasztelanka, królewna, kierowniczka duchowa

    Helena Kowalska zapukała do domu Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie. „Nic nadzwyczajnego” – tak zareagowała siostra wydelegowana do „zbadania nowego powołania”. Chciano ją z miejsca odesłać. Siostra Michaela Moraczewska wspomina: „Nie zrobiła na mnie na pierwszy rzut oka dodatniego wrażenia ze względu na swój nieco zaniedbany wygląd zewnętrzny. Pomyślałam sobie: »Ej, to nie dla nas!«. Zauważyłam, że kandydatka bardzo zyskuje z bliska, że ma miły uśmiech, sympatyczny wyraz twarzy, dużo prostoty, szczerości i rozsądku w wyrażaniu się”. Przyjęto ją do drugiego chóru, czyli uboższej grupy sióstr zajmujących się pracami fizycznymi. Wciąż przerzucano ją do różnych domów zakonnych. Pracowała w kuchni, w ogrodzie, przy sprzątaniu, przy furcie. Od strony zewnętrznej jej życie zakonne przedstawiało się „dość szaro i niepozornie, choć przykładnie budująco” – opowiada o. Józef Andrasz, jezuita, kierownik duchowy. „Kto jednak miał sposobność poznać Siostrę Faustynę od strony jej życia wewnętrznego, ten nie może się oprzeć silnemu wrażeniu, że ma do czynienia z niepospolitą duszą”.

    W świadectwach przewija się motyw niepozorności jej postaci, a jednocześnie przeczucie wyjątkowości. „Oczy jej nabierały blasku, gdy patrzyła na Najświętszy Sakrament, były promienne, jakby widziała samego Pana Jezusa. Nie była wylewną na zewnątrz, przez co ukrywała swą świętość” – zauważa s. Irena Krzyżanowska, przełożona w Wilnie i Krakowie. „Szczególniej z wielkim entuzjazmem i pieczołowitością hodowała kwiaty, ciesząc się, że to wszystko do kapliczki dla Pana Jezusa. Wolny czas poświęcała na robienie swoich notatek, z którymi chętnie się kryła. To właśnie pobudzało niejednokrotnie siostry do rozmaitych, mniej lub więcej złośliwych uwag, tym bardziej że to wiązało się z częstszym w tygodniu kontaktem ze spowiednikiem. Na skutek tego otrzymała między siostrami miano »kasztelanki«. Mimo świadomości, że jej postępowanie razi otoczenie, Siostra Faustyna nic ze »swego« sposobu nie zmieniła, świadoma oparcia u wyższej władzy” – pisze s. Borgia Tichy. Kiedy z powodu choroby Faustyna dostała jakiś dodatek do jedzenia, jedna z sióstr powiedziała o niej głośno „królewna”. Faustyna odpowiedziała z uśmiechem: „A tak, jestem królewna, bo przyjęłam Pana Jezusa, więc płynie we mnie krew królewska”. „Często wpadała do kaplicy na sekundę, by się do Pana Jezusa uśmiechnąć” – wspomina s. Borgia.

    Jako jej przełożona dostrzega, że „miała słabość do uważania się za »kierowniczkę duchową«. Pozornie cicha i spokojna, ale nie bez temperamentu, który dosyć często się ujawniał. Była bezkompromisowa, czasem zbyt odważna w robieniu uwag siostrom starszym od niej czy to stopniem, czy też wiekiem lub urzędem”. Wiele sióstr zapamiętało jej duchowe porady. „Przenikliwe jej oczy czytały, co się kryło na dnie mojej duszy, zawsze wyczytały moje grzechy i upadki. (…) Często powtarzała, że choćbym miała grzechy jak szkarłat, to mi nie wolno ani chwili wątpić, że mi Bóg przebaczyć nie może. Mówiła mi często, że kiedy dusza po upadku boi się zbliżyć do Pana Jezusa, to straszną ranę zadaje w samo Serce najświętsze; gorzej je boli nieufność aniżeli grzechy najstraszniejsze – opowiada s. Justyna Gołofit. – Miała niemało upokorzeń od sióstr, ale jednak nigdy się nie użalała przed nikim, ale zawsze uśmiechnięta i spokojna, przepraszała, że nie dość była uważna, dokładna”. Reagowała stanowczo na grzech, szczera do bólu. Zachęcała do gorliwości, posłuszeństwa, prawdomówności wobec przełożonych. Siostry często prosiły ją o modlitwę. Nieraz wypisywała karteczki ze słowami zachęty. Siostra Zuzanna Tokarska nie ukrywa swojej niechęci. „Ja zawsze byłam Martą, ona Marią – pisze. – Ona już wtedy miała głowę zajętą i myśli przepełnione objawieniami i poleceniami Pana Jezusa, a robotą się wcale nie przyjmowała, choćby jej było jak najwięcej. Skarżyłam na nią do matki generalnej i do matki Małgorzaty.

    Tylko czekałam, żebym się od niej uwolniła. Myślałam prosić, żeby ją ode mnie wzięli… Ale do dziś żałuję, żem tego nie zrobiła. Byłabym uniknęła teraz wyrzutów sumienia, żem się ze świętą tak obchodziła”. Dodaje jednak: „ale za to teraz z nieba odpłaca mi za wszystkie przykrości, jakie miała ode mnie, bo dużo razy doznałam za jej przyczyną łask, bardzo znaczących”.

    Największa nędza i nicość. S. Faustyna

    Chyba nikt tak dobrze nie poznał św. Faustyny jak bł. ks. Michał Sopoćko, kierownik duchowy z Wilna. „Była to osoba zupełnie zrównoważona, bez cienia psychoneurozy lub histerii. Naturalność i prostota cechowała jej obcowanie zarówno z siostrami w zgromadzeniu, jak i z osobami obcymi. Nie było w niej żadnej sztuczności i teatralności, żadnej wymuszoności ani chęci zwracania uwagi na siebie. Przeciwnie, starała się w niczym nie wyróżniać od innych, a o swych przeżyciach wewnętrznych nikomu nie mówiła oprócz spowiednika i przełożonych. Nie ulegała żadnej depresji psychicznej ani zdenerwowaniu w niepowodzeniach, które znosiła spokojnie, z poddaniem się woli Bożej”. Ksiądz Sopoćko opisuje, że w 1934 roku, podczas jego kilkutygodniowej nieobecności, siostra Faustyna spaliła swój dziennik. „Ponoć zjawił się jej anioł i kazał wrzucić go do pieca, mówiąc: »Głupstwo piszesz i narażasz tylko siebie i innych na wielkie przykrości. Cóż ty masz z tego miłosierdzia? Po co czas tracisz na pisanie tych jakichś urojeń? Spal to wszystko, a będziesz spokojniejsza i szczęśliwsza«. Siostra Faustyna nie miała się kogo poradzić i gdy widzenie się powtórzyło, spełniła polecenie rzekomego anioła. Po tym zorientowała się, że postąpiła źle, opowiedziała mi wszystko i spełniła polecenie odpisania wszystkiego na nowo”.

    W świadectwach powtarza się motyw przyciągania, promieniowania świętości Faustyny. S. Serafina Kukulska: „Ile razy ją odwiedzałam, czułam wewnętrznie jakiś urok, coś, czego nie pojmowałam, ale nie mogłam się zdobyć na rozmowę duchową, gdyż byłam przez inne siostry niekorzystnie do niej usposobiona”. S. Anna Słomińska: „Obcowanie z nią uszczęśliwiało mnie wprost, choć nie zdawałam sobie sprawy dlaczego. Oczy miała pełne szczęścia, lubiłam w nie patrzeć”. S. Eufemia Traczyńska: „Pragnęła świętości i chciała, żeby cały świat był święty. Była niby zwyczajna, ale taki duch się od niej udzielał, i zawsze była radosna”. Stefania Krupa, wychowanka domu sióstr: „Raz tylko spotkała Faustynę. „Mówiąc »Pochwalonego« podniosłam na nią oczy, a ten wzrok, który na mnie skierował siostra Faustyna, był czymś takim, że przez lata całe do dziś go pamiętam. To było chyba niebo lub odbicie Boga, którego miała w duszy”.

    Sześć tygodni przed śmiercią Faustyna pisze list do przełożonej: „Najdroższa Mateczko, zdaje mi się, że jest to ostatnia nasza rozmowa na ziemi; czuję się bardzo słabiutka i piszę drżącą ręką, cierpię tyle, ile znieść jestem zdolna. Jezus nie daje ponad siły; jeżeli cierpienia są wielkie, to i łaska Boża jest potężna. Zdana jestem całkowicie na Boga i Jego świętą wolę. Tęsknota coraz większa ogarnia mnie za Bogiem, śmierć mnie nie przeraża, dusza moja obfituje w wielki spokój. (…) Przepraszam najpokorniej Najdroższą mateczkę za niedokładne zachowanie reguł, za zły przykład, jaki dawałam siostrom, za brak gorliwości w życiu zakonnym, za wszystkie przykrości i cierpienia, jakie mogłam zrobić Mateczce, choć nieświadomie (…). Do widzenia, Najdroższa Mateczko, zobaczymy się w niebie u stóp Tronu Bożego. A teraz niech się sławi w nas i przez nas Miłosierdzie Boże. Największa nędza i nicość s. Faustyna”.•

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________________________

    Po prostu Faustyna

    W jaki sposób ta niepozorna kobieta, zamknięta w klasztorze, mogła odcisnąć tak silne piętno na obliczu współczesnego Kościoła?

    św. Faustyna Kowalska/Ze zbiorów Muzeum Diecezjalnego w Płocku

    ***

    Wpatruję się w te zdjęcia, jakbym mogła dzięki temu odkryć tajemnicę jej świętości. Pierwsze – to fotografia młodej dziewczyny, zrobiona w jakiś słoneczny dzień, drugie to już zdjęcie zakonnicy – św. Siostry Faustyny. Te zdjęcia dzieli kilka lat, ale duchowo są to lata świetlne. To wiemy dziś, tajemnicą pozostaje, co zdarzyło się między tymi dwoma ujęciami. W jaki sposób ta niepozorna kobieta, zamknięta w klasztorze, mogła odcisnąć tak silne piętno na obliczu współczesnego Kościoła? W jaki sposób modlitwa, którą zapisała w swoim „Dzienniczku”, stała się jedną z najchętniej odmawianych? Jakim cudem? No właśnie…

    Tajemnica Faustyny staje się tajemnicą świętości i odkrywa przed nami odrobinę Bożej metody działania. Jak mawia papież Franciszek: Bóg lubi to, co małe, niepozorne, skromne, zwyczajne. Jak Faustyna – kucharka, ogrodniczka, sprzedawczyni chleba w prowincjonalnej piekarni, furtianka, zakonnica drugiego chóru. Nikt ważny. Musiał minąć czas, by świat jej uwierzył, by drzewo w niej zasadzone przyniosło owoc.

    Dwie fotografie

    Trudno opisać tę twarz, pomijając fakt fatalnej jakości przedwojennej fotografii. Helena, jeszcze nie Faustyna, ma jasne niebieskie oczy i gęste włosy koloru miedzianego. Jest 1923 r. i jakaś beztroska sytuacja. Widać modną w latach przedwojennych fryzurę na hollywoodzką gwiazdę i żakiecik w kratkę. Zapamiętano, że nie zwracała szczególnej uwagi na strój, z wyjątkiem okresu, gdy chcąc zagłuszyć myśl o życiu zakonnym, ubierała się modnie i po miejsku.

    Na tych niewielu zdjęciach uderza jeszcze jedna rzecz – uśmiech. Szeroki, szczery, przy takim każda twarz z miejsca robi się ładna. Podobno lubiła się śmiać i śpiewać na cały głos. To dla nas, współczesnych, ważne, żeby uzmysłowić sobie, iż święci mieli nasze cechy – skłonność do żartu, zabawy, śmiechu. Siostra Beata Piekut, świadek życia Faustyny, wspomina, że zapamiętała ją jako osobę promienną i rozradowaną. Tak zresztą zapamiętało Helenę, a potem Faustynę, wiele osób.

    Na późniejszych zdjęciach zakonnych ma już rys pewnej powagi. Surowości dodaje jej welon ściśle okalający twarz. Ale na ustach błąka się lekki uśmiech, jakby przepraszający. Wydaje się szczęśliwa i promienna. Jednocześnie to spojrzenie – bardzo skupione, skoncentrowane na widzu, badawcze.

    Codzienność

    Helena – Faustyna znała trudy życia od dziecka. W domu rodzinnym opiekowała się rodzeństwem i zajmowała domem. Była trzecim z dziesięciorga dzieci. Zdołała ukończyć tylko 3 klasy szkoły powszechnej – ledwie pisała, i to z błędami. Potem jako nastolatka służyła w domach w Aleksandrowie Łódzkim, Łodzi i Ostrówku pod Warszawą.

    Zatrudniające ją rodziny, a później i współsiostry chwaliły jej pracowitość i sumienność. Niczego nie trzeba było jej dwa razy powtarzać – zapisała jedna z zakonnic. – Mogłam zostawić cały dom pod jej opieką i być spokojna – wspomina jedna z pracodawczyń. Miała rękę do dzieci, np. u rodziny Lipszyców spod Warszawy niańczyła piątkę malców. Nie dziwi, że widziano w niej idealny materiał na żonę i matkę, że namawiano Helenę do zamążpójścia.

    Helena Kowalska, rok 1923/Nieznane zdjęcie św. Faustyny z bratem
Stanisławem od lat spoczywało w archiwum
parafii księży marianów pw. Matki Bożej
Królowej Polski w Warszawie

    Helena Kowalska, rok 1923/Nieznane zdjęcie św. Faustyny z bratem Stanisławem od lat spoczywało w archiwum parafii księży marianów pw. Matki Bożej Królowej Polski w Warszawie/Archiwum/www.zyciezakonne.pl

    ***

    Lubiła się modlić. Matka wspominała o niej, że codziennie chciała chodzić do kościoła. Gdy podpisywała kiedyś umowę o pracę, Helena zażądała klauzuli, że wolno jej będzie chodzić codziennie na Mszę św., odwiedzać chorych i konających. To dość asertywne zachowanie jak na pannę służącą, która w tamtych czasach nie miała praktycznie żadnych praw. Nie ma się co dziwić, skoro Helenka jeszcze jako dziecko potrafiła udawać żebraczkę, prosić ludzi o datek, a potem zanosić wszystko proboszczowi z prośbą, by rozdał pieniądze biednym. Już jako panna dokarmiała starego chorego człowieka, mieszkającego pod schodami łódzkiej kamienicy. Były w niej jakaś nadwrażliwość, nieobojętność na biedy tego świata. O taką nadwrażliwość apeluje dziś Ojciec Święty, widząc w niej ratunek dla świata.

    Mizerotka

    Marzył jej się klasztor. W „Dzienniczku” napisała: „W siódmym roku życia usłyszałam pierwszy raz głos Boży w duszy”.

    Dwa razy prosiła rodziców o pozwolenie na pójście za furtę. I dwa razy usłyszała odmowę. Choć byli pobożnymi ludźmi, nie stać ich było na konieczne wówczas zakonne wiano. Po drugie – nie chcieli oddawać klasztorowi swojego – jak sami mówili – „najlepszego dziecka”. Mama, strofując młodsze, wołała: „Do Heli toście nie warci stanąć!”. Może widzieli w córce opiekunkę na starość? – Mnie i bez pieniędzy Pan Jezus przyjmie! – ripostowała Helenka, rozczarowana nieustępliwością rodziców.

    Trzeci raz nie zapytała. Spakowała walizkę i pojechała w ciemno do Warszawy. Nie znała miasta, nie znała ludzi. Przypadkowo spotkany ks. Jakub Dąbrowski, proboszcz stołecznego kościoła pw. św. Jakuba, pomógł nieznajomej i polecił ją zaprzyjaźnionej rodzinie Aldony i Samuela Lipszyców. Helena w każdej wolnej chwili szukała dla siebie zakonu. Praktycznie wszędzie odsyłano ją z kwitkiem. Niemal tak samo skończyłaby się wizyta w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ul. Żytniej. – Niepozorna, wiek troszkę spóźniony, dosyć wątłej kompleksji, służąca, z zawodu kucharka, a przy tym nieposiadająca nie tylko posagu, ale nawet najmniejszej wyprawki. Nic nadzwyczajnego, ot, zgłosiła się taka mizerotka, wątła, biedna, bez wyrazu, nic obiecującego – relacjonowała m. Małgorzata Gimbutt. Gdyby nie m. Michaela Moraczewska – przełożona warszawskiego domu, która zdecydowała się jednak porozmawiać z „mizerotką”, Helena szukałaby zapewne dalej.

    Wejście za mur klasztorny było dla Heleny momentem przełomowym. Otrzymała imię Maria Faustyna i rozpoczęła nowe życie. „Zdawało mi się, że wstąpiłam w życie rajskie” – napisała. Jej zakonna droga to głównie Warszawa, Kraków, Wilno, Płock i, oczywiście, Łagiewniki. Wykonywała najprostsze prace, głównie fizyczne. Otoczenie nie miało pojęcia, co działo się w duszy skromnej zakonnicy, nie wiedziało o bogactwie jej życia mistycznego. Jak zwykle pracowita, posłuszna, zdyscyplinowana, rozmodlona – nie sprawiała kłopotów. Aż do zimnej lutowej nocy 1931 r.

    Sfera mistyczna

    Faustyna nosiła ukryte stygmaty i dar rozmaitych widzeń. Widziała cierpienia dusz czyśćcowych, oglądała niebo i piekło. Widziała cierpienia Jezusa podczas Drogi Krzyżowej. Ale nade wszystko otrzymała dar rozmawiania z Jezusem.

    Miała jakieś 7 lat, gdy pierwszy raz „tego” doświadczyła. „Byłam na Nieszporach – wspominała po latach – a Pan Jezus był wystawiony w monstrancji, wtenczas po raz pierwszy udzieliła mi się miłość Boża”.

    Czy próbowała mówić o tym zdarzeniu najbliższym? Matka już wcześniej dostrzegła nieustającą chęć córki do modlitwy i nawet łajała ją za zrywanie się po nocach do pacierza. Bała się, że dziecko postrada zmysły.

    Gdy zdarzyło się to po raz drugi, dziewczyna była niemal dorosła, ale postawiła na nogi cały dom, krzycząc, że się pali – taka jasność biła z jej izdebki. Potem zdarzenie z Łodzi – gdy jednej z sióstr udało się wyciągnąć Helenkę na tańce. Nagle w tłumie roześmianych ludzi Helena dostrzegła obnażonego i poranionego Jezusa. Ten widok zrobił na niej piorunujące wrażenie. Udała ból głowy i uciekła. Pobiegła do łódzkiej katedry. Nie zważając na modlących się wokół ludzi, położyła się krzyżem i błagała o wskazówki, co ma dalej robić. W „Dzienniczku” zapisała, że usłyszała wtedy głos nakazujący jej jechać do Warszawy i wstąpić do zakonu.

     

    Łagiewniki
– furta klasztorna

    Łagiewniki – furta klasztorna/fot. Grażyna Kołek/Tygodnik Niedziela

    ***

    Życie zakonne sprawia, że jej doznania duchowe intensyfikują się. Kolejne klasztory stają się słupami milowymi na tej drodze. W Płocku rozpoczyna się jej wielka misja. W niedzielny zimowy wieczór 22 lutego 1931 r. wraca do swojej celi i widzi w niej Jezusa w białej szacie. Doznanie jest wstrząsające. Opowiada o tym spowiednikowi i przełożonej, która żąda dowodu objawień. Na klasztornych korytarzach już szepcze się o objawieniach siostry z kuchni. Niektóre nazywają Faustynę histeryczką i fanatyczką, inne mają sceptyczny stosunek, ale są i takie, które dostrzegają w tym palec Boży. Faustynę odsyła się do kapłanów, a kapłani odsyłają ją do przełożonych. Nikt nie rozstrzyga sprawy ostatecznie, co powoduje, że sama nie wie, co o tym myśleć. Podczas jednej ze spowiedzi – u jezuity o. Edmunda Eltera słyszy wreszcie to, na co czeka. Kapłan wyjaśnia, że jest na dobrej drodze, a jej obcowanie z Jezusem nie jest ani histerią, ani złudzeniem, ani marzycielstwem. Zaleca prosić Boga o kierownika duchowego. Dopiero w Wilnie spotka odpowiedniego kapłana – ks. Michała Sopoćkę. Ta znajomość ma przełomowe znaczenie. Gdy kapłan przekonuje się, że młoda zakonnica nie jest chora psychicznie, a stwierdza to lekarz specjalista, staje się dla niej – jak go sama nazwała – „kierownikiem duszy”. Zresztą Wilno to ważne miejsce: tutaj Faustyna zaczyna pisać „Dzienniczek”, tutaj powstaje – dokładnie według wskazówek zakonnicy – pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego z napisem: „Jezu, ufam Tobie”. Wreszcie w Wilnie przyszła święta słyszy słowa, które napełniają ją lękiem: „Przygotujesz świat na ostateczne przyjście moje. (…) Będziesz wypraszać z towarzyszkami swymi miłosierdzie dla siebie i świata”. Podczas jednej z wizji Jezus dyktuje zakonnicy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego. Więcej nawet – uczy, jak ją prawidłowo odmawiać.

    Doznania mistyczne nabierają siły. Są coraz częstsze. Ksiądz Sopoćko zanotował, że czasem wyglądała, jakby wpatrywała się w jakąś jasność – „nieprzystępną, uszczęśliwiającą światłość; w tej niepojęcie uszczęśliwiającej światłości trzymała przez czas jakiś wzrok utkwiony”.

    W Krakowie, dokąd została wysłana ze względu na pogarszający się stan zdrowia, kończy się przekazywanie Siostrze Faustynie prorockiej misji. Zakonnica nadal jednak pisze „Dzienniczek”, pełen już jej własnych rozważań. Motywem przewodnim są słowa Jezusa, by głosić światu Jego miłosierdzie. Wielokrotnie słyszała: „Pisz… mów światu o moim miłosierdziu, o mojej miłości”.

    Powraca pytanie: jak s. Faustyna w warunkach, jakie zostały jej dane, mogła rozsławić Boże Miłosierdzie na cały świat? Nie była kaznodzieją ani misjonarzem, ani nikim znacznym. Jednych irytowała, innych szokowała, a dziś miliony ludzi codziennie odmawiają Koronkę przed obrazem „Jezu, ufam Tobie”. Siostra Elżbieta Siepak, rzecznik prasowy Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, mówi o tajemnicy i nieustającej tęsknocie człowieka za miłością. – Siostra Faustyna pokazuje światu oblicze Boga sprawiedliwego i miłosiernego. Odkrywa przed ludźmi, na czym polega miłość, i to miłość miłosierna. Pokazuje to, czego człowiek najbardziej potrzebuje – podkreśla s. Siepak.

     Katarzyna Woynarowska/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________________________


    5 października

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Bartolo Longo urodził się w Latiano, w pobliżu Brindisi, 10 lutego 1841 roku. Po ukończeniu szkoły elementarnej i średniej zapisał się na uniwersytet w Neapolu. Wtedy jednak zarówno młodzież tego uniwersytetu, jak i profesorowie mało myśleli o nauce, a więcej o polityce, od której aż wrzało. Dlatego Longo udał się do Lecce, gdzie pod opieką wytrawnych profesorów odbył prywatne studia. W wolnym czasie z pasją oddawał się muzyce. Ponieważ nie stać go było na opłacanie nauczyciela gry na fortepianie i na flecie, żył tak bardzo skromnie, że zapadł na zdrowiu. Kiedy Neapol został przyłączony do zjednoczonych Włoch, Longo wraz ze swoim młodszym bratem, Alcestem, powrócił na uniwersytet do Neapolu, by uzupełnić studia. Tu niestety zaraził się duchem laickim, jaki wówczas był w modzie na tym uniwersytecie, i sam także zaczął występować przeciwko Kościołowi. Obojętny religijnie, oddał się modnym w owym czasie praktykom spirytystycznym. Przyjął nawet “święcenia kapłańskie” organizowane na wzór katolickich, jako kapłan szatana, który miał mu się pokazywać pod imieniem św. Michała.
    Na szczęście Longo miał przyjaciela, profesora Wincentego Pepe, człowieka głębokiej wiary. Ten powoli przekonał Longo, że jest na złej drodze, na której nie osiągnie ani szczęścia doczesnego, ani wiecznego. Profesor zapoznał Longo z pewnym kapłanem z Zakonu Kaznodziejskiego, uczonym, który w dyskusji rozjaśnił mu wiele wątpliwości, jakie napotykał w wierze katolickiej. Powoli Bartolo stawał się na nowo katolikiem praktykującym.
    W roku 1864 Longo otrzymał doktorat z prawa i powrócił do domu. Był jednak już wtedy zupełnie innym człowiekiem. Oddał się modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Odrzucił dwa razy proponowane mu małżeństwo, by wypełnić to, co proroczo przepowiedział mu Emanuel Ribera, kapłan-redemptorysta: “Pan żąda od ciebie wielkich rzeczy. Jesteś przeznaczony do wysokiego zadania”. Porzucił więc zawód adwokata i złożył ślub dozgonnej czystości. Powrócił do Neapolu, gdyż tu widział o wiele szersze pole dla swojej apostolskiej pracy. Związał się z księżną Marianną de Fusco, która hojną ręką będzie odtąd wspierać wszystkie jego dzieła. Ta uczyniła Longo również administratorem swoich majątków w okolicach Pompei (1872).
    Tu dopiero zapoznał się z religijnym opuszczeniem tamtejszej ludności. Natychmiast zabrał się do pracy. Odwiedzał osobiście poszczególne miejscowości, uczył katechizmu. Ze szczególną gorliwością szerzył nabożeństwo różańca świętego. Pewnego dnia siostra Maria Concetta de Litala ofiarowała panu Longo bardzo zniszczony obraz Matki Bożej Różańcowej, malowany na płótnie. Bartolo odnowił go w roku 1876 i umieścił, za zezwoleniem proboszcza, w kościółku parafialnym w Pompei. Matka Boża za ten skromny gest odpowiedziała hojnie łaskami. Wieść o cudownym obrazie zaczęła rozchodzić się coraz szerzej. Napływali pielgrzymi ze wszystkich stron. Niebawem kościółek okazał się za mały i zbyt skromny. Longo, zachęcony przez biskupa miasta Nola, do którego diecezji należała wtedy Pompeja, zabrał się do budowy okazałej świątyni. Ofiary na ten cel płynęły tak szczodrze, że w ciągu zaledwie 11 lat ukończył budowę (1876-1887). Konsekracji świątyni dokonał kardynał Monaco La Valletta. Dokonano też koronacji obrazu koronami papieskimi, na którą zezwolił papież Leon XIII (1887). Koronę ozdobiło ponad 700 drogich kamieni.

    Błogosławiony Bartolo Longo

    Bartolo Longo chciał, aby sanktuarium było nie tylko centrum pobożności, ale także i dzieł miłosierdzia. Dlatego przy kościele założył sierociniec, który oddał pod opiekę założonych przez siebie “Córek Różańca z Pompei”. Założył także w pobliżu Instytut Dzieci Więźniów dla opieki nad dziećmi więźniów. Był bowiem przekonany, że synowie i córki tych, którzy minęli się z prawem, są także narażone – przez zły przykład – na podobny los. Do prowadzenia tego zakładu zaprosił Braci Szkół Chrześcijańskich. Tysiące wychowanków tego instytutu wyrosło na dobrych obywateli i na wzorowych katolików.
    Longo wyróżniał się nabożeństwem do Matki Bożej Różańcowej Pompejańskiej. Zaczął wydawanie czasopism Różaniec i Nowa Pompeja. Opublikował ponadto wiele pism, dotyczących Różańca świętego. Siebie nazywał “kawalerem Maryi”. Nie mniejszym przywiązaniem i czcią wyróżniał się dla Stolicy Apostolskiej. Całe sanktuarium oraz wszystkie swoje dzieła oddał pod jej opiekę (1893).
    Niebawem pustynia, na której Longo ufundował swoje instytucje, zaczęła się zaludniać, tak że dzisiaj Nowe Pompeje to piękne miasteczko. Stare Pompeje – to rzymskie miasto, zasypane lawiną w czasie wybuchu Wezuwiusza w 79 roku po narodzeniu Chrystusa. Najcenniejsze znaleziska w postaci mozaik i malowideł ściennych zostały przeniesione do Muzeum Narodowego w Neapolu. Zrekonstruowano część budynków, pozostawiając znalezione w nich przedmioty. W obrębie murów odkryto ślady budynków mieszkalnych, sklepów, warsztatów, trzech łaźni publicznych, teatru, amfiteatru, koszar gladiatorów i kilku świątyń. Odkrycie Pompei i Herkulanum spod lawy ma ogromne znaczenie dla poznania życia dawnych Rzymian.
    Magnesem, który przyciąga dziś w te rejony dziesiątki tysięcy pielgrzymów, jest sanktuarium Matki Bożej Różańcowej z cudownym obrazem, który Longo kupił w roku 1875 za 8 karlinów. Dzisiaj bazylika jest cała w marmurach i złoceniach. Potężna kopuła z daleka zwraca na siebie uwagę. Okazały, renesansowy fronton dobudowano w roku 1901, w tym samym stylu wybudowano też przepiękną dzwonnicę w roku 1925.
    Bartolo Longo musiał wiele w życiu dla Maryi wycierpieć. Rzuciła się do walki z nim cała masoneria i sfora liberałów. W gazetach opluwano go, nazywano szalbierzem, obskurantem. “Kawaler Maryi” cieszył się, że może dla swojej Pani cierpieć i tym goręcej szerzył Jej chwałę. Dla dopełnienia zasług Pan Bóg nie szczędził swojemu słudze także i fizycznych cierpień. Znosił je z poddaniem się woli Bożej. Jakby w nagrodę zabrała Maryja swojego “kawalera” w miesiącu różańca, 5 października 1926 roku, w 85. roku życia.
    Jego ciało złożono w kaplicy pod bazyliką (w krypcie). Tłumy, nawiedzające sanktuarium, przychodzą również i tu, by pomodlić się i rozpalić w swoim sercu miłość dla Królowej Różańca świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Bartolo Longo nie od zawsze był święty!

    Dobrze znany scenariusz: pobożny syn wyjeżdża na studia, wpada w złe towarzystwo, oddala się od Boga i popełnia błędy. Najczęściej jednak nie osiągają one takich rozmiarów jak w przypadku Bartolo Longo, który przez lata żył jako satanistyczny kapłan.

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    Bartolo Longo/Archiwum Sanktuarium w Pompejach

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    ***

    Skrajne decyzje

    Jak wielu świętych, Bartolo wychował się w gorliwej, katolickiej rodzinie. Pobożni rodzice z południowych Włoch, dr Bartolomeo Longo i Antonina Luparelli, codziennie odmawiali Różaniec. W 1851 r. mając zaledwie 10 lat, chłopiec stracił ojca. Był to przełomowy moment w życiu młodego Włocha. Od tego tragicznego wydarzenia Bartolo coraz bardziej oddalał się od wiary katolickiej. Rozpoczynając studia prawnicze na uniwersytecie w Neapolu, pod wpływem m.in. profesorów dołączył do antyklerykalnego ruchu.

    Bartolo zaczął poszukiwać odpowiedzi na egzystencjalne pytania u wróżbitów. Brał udział w seansach spirytystycznych i orgiach. Publicznie wyśmiewał chrześcijaństwo i robił wszystko, co w jego mocy, by obalać katolickie wpływy w społeczeństwie i kulturze. Wkrótce pragnienie dotknięcia tego, co nadprzyrodzone, doprowadziło go do uprawiania satanizmu. Po okresie intensywnych nauk i rygorystycznych postów został wyświęcony na satanistycznego kapłana, po czym oddał swoją duszę demonowi.

    Załamanie psychiczne i przełom

    Im więcej Bartolo eksperymentował z siłami złego, tym bardziej pogrążał się w depresji i demonicznej obsesji. Radość całkowicie go opuściła. Zamiast niej były paranoje, nienawiść do ludzi i poddenerwowanie. Mężczyznę nękały diaboliczne wizje i koszmary. Ostatecznie przeżył załamanie psychiczne.

    Jego rodzina nie przestawała się za niego modlić. Za namową bliskich opętanego, katolicki profesor Vincenzo Pepe zgodził się porozmawiać z Bartolo. Zapytał go: „Czy chcesz umrzeć w zakładzie dla obłąkanych i być na zawsze potępionym?”. Profesor w końcu przekonał mężczyznę do wizyty u dominikanina o. Alberto Radenta, który po tygodniach długich rozmów, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa w 1865 r., umożliwił byłemu sataniście powrót do Kościoła i udzielił mu rozgrzeszenia.

    Wyrzuty sumienia

    W ramach pokuty przez dwa lata Bartolo pomagał w szpitalu dla nieuleczalnie chorych. Gorliwie się modlił. Został dominikaninem trzeciego stopnia. Pomimo odwrócenia się od grzechu i łaski spowiedzi świętej Bartolo jednak nie mógł sobie wybaczyć. Pewnego dnia, gdy załatwiał w Pompejach sprawy hrabiny Marianny de Fusco, wspomniał swoją grzeszną przeszłość. Później napisał: „Pewnego dnia na polach wokół Pompei przypomniałem sobie mój dawny stan jako kapłana szatana… Pomyślałem, że być może tak jak kapłaństwo Chrystusa jest na wieczność, tak też kapłaństwo szatana jest na wieczność. Tak więc, pomimo mojej pokuty, pomyślałem: nadal jestem poświęcony szatanowi (…). Poczułem głębokie poczucie rozpaczy i prawie popełniłem samobójstwo. Wtedy usłyszałam w uszach echo głosu brata Alberta powtarzającego słowa Najświętszej Maryi Panny: »Ten, kto propaguje mój Różaniec, będzie zbawiony!«. Padając na kolana, zawołałem: »Osiągnę zbawienie, ponieważ nie opuszczę tej ziemi bez rozpowszechnienia Twojego Różańca!«”.

    I tak też uczynił. Przy finansowym wsparciu hrabiny zbudował znaną na całym świecie bazylikę Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Założył szkoły i domy dziecka. Wspierał więźniów i ich potomstwo. Pisał książki o różańcu, nowenny i podręczniki do modlitwy. Zaprzyjaźnił się nawet z papieżem Leonem XIII, wielkim czcicielem Matki Bożej. Przez 50 lat wiernie propagował Różaniec, w tym Nowennę Pompejańską.

    Wkład na wieki

    Jan Paweł II beatyfikował Bartolo Longo w 1980 r., nazywając go „człowiekiem Maryi”. To właśnie w pismach bł. Bartolo polski papież znalazł inspirację do stworzenia Tajemnic Światła Różańca Świętego. Kiedy Jan Paweł II w swojej encyklice „Różaniec Najświętszej Maryi Panny” z 2002 r. przedstawił nowe tajemnice, nie zawahał się okazać podziwu temu świętemu człowiekowi, którego nawrócenie, a także późniejsze działania pokazały, że bez względu na to, jak bardzo oddalimy się od Boga, zawsze jest nadzieja na powrót do Naszego Stwórcy i szansa na nowe, święte życie.

    Anna Casanova/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________________

    Opluwał wiarę, hołdował złym duchom.

    Bł. Bartolo Longo nie od zawsze święty był…

    Wiele osób sięga po Nowennę Pompejańską, decydując się na trud wytrwania z paciorkami w dłoniach. Od Pompejanki ich kroki biegną do bł. Bartolo Longo…

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    Bartolo Longo/Archiwum Sanktuarium w Pompejach

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    ***

    Z prześladowcy w apostoła

    Opluwał wiarę, gardził chrześcijanami, hołdował złym duchom. historia Kościoła niejednokrotnie notowała takie przypadki. Wystarczy przypomnieć sobie chociażby Szawła, który „ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” (Dz 9, 1). Takie zdarzenia to nie tylko anachroniczne sceny z Pisma Świętego, ale realne postawy ludzi żyjących wokół nas. XIX wiek – historia Kościoła znów odnotowuje podobny przypadek: Bartolo Longo, młodzieniec dopiero co zaczynający studia prawnicze na wydziale prawa Uniwersytetu Neapolitańskiego. Chłopak bardzo szybko wciela się w liberalny nurt włoskiej uczelni naznaczonej ateizmem i praktykami okultystycznymi. Jego bunt wobec religii chrześcijańskiej jest tak silny, że w pewnym momencie ofiarowuje się na służbę szatanowi. Na szczęście na ratunek spieszy przyjaciel rodziny, Vincent Pepe, który pomaga mu uwolnić się z satanizmu. Nawrócenie Bartolo owocuje przyjęciem go na tercjarza Zakonu Dominikańskiego, który jako jego członek obiera imię Brat Rosario (Brat Różaniec). I tak Szaweł stał się Pawłem, a Bartolo Bratem Różańcem. Zmiana imienia jest tu bardzo istotna. Symbolizuje bowiem moment ponownych narodzin, ponieważ imię otrzymujemy tylko w momencie przyjścia na świat, zatem zarówno Paweł, jak i Brat Rosario narodzili się dla świata na nowo. Longo wierzył, że tylko Różaniec jest w stanie wyrwać go z rąk szatana, więc gorliwie szerzył szczególny rodzaj modlitwy różańcowej przekazany w objawieniu. Modlitwa ta została nazwana Nowenną Pompejańską.

    Jak Maryja podaje drabinę do nieba

    Czym jest i skąd wzięła się Nowenna Pompejańska? Wszystko zaczęło się w 1884 r. we Włoszech, gdy ciężko chora Fortunatina Agrelii poprosiła o uzdrowienie z ataków dziwnej choroby i ciężkich cierpień Najświętszą Pannę Różańcową z Pompejów. Maryja objawiła się wtedy dziewczynie i poleciła jej codzienne odmawianie 15 tajemnic Różańca. Najświętsza Panna obiecała Fortunatinie, że uzdrowi ją we wskazanym dniu. Oczywiście wypełniła obietnicę. Pompejanka trwa 54 dni, co daje nam 6 nowenn – trzy błagalne i trzy dziękczynne. Ta wspaniała modlitwa ze względu na swoją siłę nazywana jest nowenną nie do odparcia. To cudowny dar miłości ofiarowany przez Maryję. Przypomina drabinę zrzuconą z nieba, po której mogą wspinać się grzesznicy.

    Owoce Nowenny Pompejańskiej

    „Odmówiłem chyba cztery nowenny. Dwie nowenny były w moich intencjach. Prosiłem o czystość (Maryja wyprosiła tę łaskę – zacząłem widzieć wszystko głębiej, dostrzegać pewne rzeczy w samym sobie, nawet to, dlaczego czasami ulegałem pokusie) i dobre rozeznanie studiów. Pozostałe prośby są procesem, który się niedawno zaczął. Jestem z Ukrainy, a tam katolików jest bardzo mało. Kiedyś byłem niewierzący, a teraz Maryja dała mi tak dużo łask” – pisze Wasyl. „Już dwie Pompejanki mam za sobą. Ciężko je zacząć, a jeszcze ciężej wytrwać. Przez 54 dni w głowie jedna myśl. Jak zaczynałem różaniec, to zawsze coś się pojawiało, żeby przeszkodzić (ktoś dzwonił albo przychodził, zawsze coś). U mnie w trakcie Pompejanki strasznie zmieniały się relacje między ludźmi. Bez tych zmian na pewno nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem teraz. Pompejanka buduje drogę do tego, o co się modlisz. To jest proces. Daje też poczucie bezpieczeństwa. Według mnie i tak Pan Bóg daje więcej niż to, o co się modlisz i wie lepiej, czego potrzebujesz. Chwała Panu. Zachęcam do Pompejanki” – mówi Adam.

    Idź jego śladem

    We Wrocławiu relikwie bł. Bartolo Longo są u Ojców Oblatów w parafii Matki Bożej Królowej Pokoju i w kościele pw. Matki Bożej Pompejańskiej w Żernikach Wrocławskich, gdzie znajduje się także największy w Polsce obraz Matki Bożej Pompejańskiej. Warto tam zajrzeć, powinni się wybrać zwłaszcza ci, którzy odmawiają Nowennę Pompejańską, poznają historię Brata Różańca – Bartolo Longo, ale z różnych przyczyn nie mogą wybrać się do włoskich Pompejów.

    Agata Iwanek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 października

    Święty Franciszek z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu

    Św. Franciszek – Jan Bernardone – przyszedł na świat w 1182 r. w Asyżu w środkowych Włoszech. Urodził się w bogatej rodzinie kupieckiej. Jego rodzice pragnęli, by osiągnął on stan szlachecki, nie przeszkadzali mu więc w marzeniach o ostrogach rycerskich. Nie szczędzili pieniędzy na wystawne i kosztowne uczty, organizowane przez niego dla towarzyszy i rówieśników. Jako młody człowiek Franciszek odznaczał się wrażliwością, lubił poezję, muzykę. Ubierał się dość ekstrawagancko. Został okrzyknięty królem młodzieży asyskiej. W 1202 r. wziął udział w wojnie między Asyżem a Perugią. Przygoda ta zakończyła się dla niego niepowodzeniem i niewolą. Podczas rocznego pobytu w więzieniu Franciszek osłabł i popadł w długą chorobę.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W roku 1205 uzyskał ostrogi rycerskie (został pasowany na rycerza) i udał się na wojnę, prowadzoną między Fryderykiem II a papieżem. W tym czasie Bóg wyraźniej zaczął działać w życiu Franciszka. W Spoletto miał sen, w którym usłyszał wezwanie Boga. Powrócił do Asyżu. Postanowił zamienić swoje bogate ubranie z żebrakiem i sam zaczął prosić przechodzących o jałmużnę. To doświadczenie nie pozwoliło mu już dłużej trwać w zgiełku miasta. Oddał się modlitwie i pokucie. Kolejne doświadczenia utwierdziły go w tym, że wybrał dobrą drogę. Pewnego dnia w kościele św. Damiana usłyszał głos: “Franciszku, napraw mój Kościół”. Wezwanie zrozumiał dosłownie, więc zabrał się do odbudowy zrujnowanej świątyni. Aby uzyskać potrzebne fundusze, wyniósł z domu kawał sukna. Ojciec zareagował na to wydziedziczeniem syna. Pragnąc nadać temu charakter urzędowy, dokonał tego wobec biskupa. Na placu publicznym, pośród zgromadzonego tłumu przechodniów i gapiów, rozegrała się dramatyczna scena między ojcem a synem. Po decyzji ojca o wydziedziczeniu Franciszek zdjął z siebie ubranie, które kiedyś od niego dostał, i nagi złożył mu je u stóp, mówiąc: “Kiedy wyrzekł się mnie ziemski ojciec, mam prawo Ciebie, Boże, odtąd wyłącznie nazywać Ojcem”. Po tym wydarzeniu Franciszek zajął się odnową zniszczonych wiekiem kościołów. Zapragnął żyć według Ewangelii i głosić nawrócenie i pokutę. Z czasem jego dotychczasowi towarzysze zabaw poszli za nim.24 lutego 1208 r. podczas czytania Ewangelii o rozesłaniu uczniów, uderzyły go słowa: “Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10, 10). Odnalazł swoją drogę życia. Zrozumiał, że chodziło o budowę trudniejszą – odnowę Kościoła targanego wewnętrznymi niepokojami i herezjami. Nie chcąc zostać uznanym za twórcę kolejnej grupy heretyków, Franciszek spisał swoje propozycje życia ubogiego według rad Ewangelii i w 1209 r. wraz ze swymi braćmi udał się do Rzymu. Papież Innocenty III zatwierdził jego regułę. Odtąd Franciszek i jego bracia nazywani byli braćmi mniejszymi. Wrócili do Asyżu i osiedli przy kościele Matki Bożej Anielskiej, który stał się kolebką Zakonu. Franciszkowy ideał życia przyjmowały również kobiety. Już dwa lata później, dzięki św. Klarze, która była wierną towarzyszką duchową św. Franciszka, powstał Zakon Ubogich Pań – klaryski.

    Święty Franciszek z Asyżu

    Franciszek wędrował od miasta do miasta i głosił pokutę. Wielu ludzi pragnęło naśladować jego sposób życia. Dali oni początek wielkiej rzeszy braci i sióstr Franciszkańskiego Zakonu Świeckich (tercjarstwu), utworzonemu w 1211 r. W tym też roku Franciszek wybrał się do Syrii, ale tam nie dotarł i wrócił do Włoch. W 1217 r. zamierzał udać się do Francji, lecz został zmuszony do pozostania we Włoszech. Uczestniczył w Soborze Laterańskim IV. Z myślą o ewangelizacji pogan wybrał się na Wschód. W 1219 r. wraz z krzyżowcami dotarł do Egiptu i tam spotkał się z sułtanem Melek-el-Kamelem, wobec którego świadczył o Chrystusie. Sułtan zezwolił mu bezpiecznie opuścić obóz muzułmański i dał mu pozwolenie na odwiedzenie miejsc uświęconych życiem Chrystusa w Palestynie, która była wtedy pod panowaniem muzułmańskich Arabów.

    Święty Franciszek z Asyżu

    W 1220 r. Franciszek wrócił do Italii. Na Boże Narodzenie 1223 r., podczas jednej ze swoich misyjnych wędrówek, w Greccio zainscenizował religijny mimodram. W żłobie, przy którym stał wół i osioł, położył małe dziecko na sianie, po czym odczytał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana Jezusa i wygłosił homilię. Inscenizacją owego “żywego obrazu” dał początek “żłóbkom”, “jasełkom”, teatrowi nowożytnemu w Europie. 14 września 1224 r. w Alvernii, podczas czterdziestodniowego postu przed uroczystością św. Michała Archanioła, Chrystus objawił się Franciszkowi i obdarzył go łaską stygmatów – śladów Męki Pańskiej. W ten sposób Franciszek, na dwa lata przed swą śmiercią, został pierwszym w historii Kościoła stygmatykiem.Franciszek aprobował świat i stworzenie, obdarzony był niewiarygodnym osobistym wdziękiem. Dzięki niemu świat ujrzał ludzi z kart Ewangelii: prostych, odważnych i pogodnych. Wywarł olbrzymi wpływ na życie duchowe i artystyczne średniowiecza. Trudy apostolstwa, surowa pokuta, długie noce czuwania na modlitwie wyczerpały siły Franciszka. Zachorował na oczy, próby leczenia nie przynosiły skutku. Zmarł 3 października 1226 r. o zachodzie słońca w kościele Matki Bożej Anielskiej w Asyżu. Kiedy umierał, prosił, by bracia zwlekli z niego odzienie i położyli go na ziemi. Rozkrzyżował przebite stygmatami ręce. Odszedł z psalmem 141 na ustach, wcześniej wysłuchawszy Męki Pańskiej według św. Jana. W chwili śmierci miał 45 lat. W dwa lata później uroczyście kanonizował go Grzegorz IX.Najpopularniejszym tekstem św. Franciszka jest Pieśń słoneczna. Pozostawił po sobie pisma: Napomnienia, listy, teksty poetyckie i modlitewne. Św. Franciszek jest patronem wielu zakonów, m. in.: albertynów, franciszkanów, kapucynów, franciszkanów konwentualnych, bernardynek, kapucynek, klarysek, koletanek; tercjarzy; Włoch, Asyżu, Bazylei; Akcji Katolickiej; aktorów, ekologów, niewidomych, pokoju, robotników, tapicerów, ubogich, więźniów.W ikonografii św. Franciszek ukazywany jest w habicie franciszkańskim, czasami ze stygmatami. Bywa przedstawiany w otoczeniu ptaków. Jego atrybutami są: baranek, krucyfiks, księga, ryba w ręku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    3 października

    Święty Franciszek Borgiasz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Chrodegang z Metzu, biskup
      •  Błogosławiony Kolumban Józef Marmion, prezbiter
    ***
    Święty Franciszek Borgiasz

    Franciszek urodził się 28 października 1510 r. w Gandii koło Walencji, w jednym z najznakomitszych hiszpańskich rodów Borgiów. Był pierworodnym dzieckiem Jana, księcia Gandii, i Joanny Aragońskiej, a prawnukiem: po mieczu – niesławnego papieża Aleksandra VI, zaś po kądzieli – króla Ferdynanda Katolickiego. W młodości otrzymał bardzo dobre wykształcenie. Gdy miał dziesięć lat, umarła jego ukochana matka. Zaopiekował się nim i zadbał o jego wykształcenie wuj, arcybiskup Saragossy.
    Już jako młodzieniec Franciszek miał ochotę zamienić wspaniałe komnaty pałacowe na klasztorną celę, ale ojciec wysłał go jako pazia na dwór cesarza Karola V do Valladolid, gdzie, mimo okazji do złego, Franciszek zachował czystość. Podczas służby ożenił się z Eleonorą de Castro Melo e Menezes, która słynęła nie tylko z urody, ale i z niezwykłej zacności duszy. Mieli ośmioro dzieci – Karola Carlosa urodzonego w 1530 r., dwa lata młodszą Izabelę (matkę Franciszka Goméz de Sandoval y Rojas – faworyta króla Filipa III Habsburga), trzy lata młodszego Jana. Były jeszcze o pięć lat młodsze od Karola bliźniaki Alvaro i Joanna, a także Ferdynand, Dorota i Alfons.
    O pobożności całej rodziny niech świadczy fakt, że ilekroć usłyszeli dzwonek towarzyszący kapłanowi idącemu do umierającego, zrywali się wraz z dziećmi, we dnie czy w nocy, i odprowadzali księdza z Ciałem Pańskim na miejsce.
    Mimo że szczęście sprzyjało Franciszkowi, nie zaprzestał pracy nad sobą. Często uczestniczył we Mszy świętej, przystępował do spowiedzi i Komunii i dużo pracował. W rzadkich godzinach wypoczynku zajmował się śpiewem i muzyką, niekiedy myślistwem, unikał gier w karty i kostki, bo jak mawiał, “tracimy przez to trzy kosztowne rzeczy: czas, pieniądze i sumienie”.
    W 1539 r. podczas sejmu w Toledo niespodzianie zmarła młoda cesarzowa Izabela Portugalska. Uchodziła ona za dobrą, szlachetną i najpiękniejszą z kobiet swoich czasów. Miała zaledwie 36 lat i cieszyła się powszechną miłością dla swej szlachetności i dobroci. Franciszek towarzyszył z urzędu jej ciału do grobu w Grenadzie. Wielkie wrażenia na nim zrobiły zmiany, jakie poczyniła śmierć na twarzy cesarzowej. Postanowił odtąd służyć Bogu i wstąpić do zakonu, gdyby przeżył żonę. Później nieraz wspominał, że śmierć cesarzowej Izabeli powołała go do nowego życia.
    Niezwłocznie po pogrzebie pośpieszył do Toledo, aby zrezygnować z pełnienia urzędu, ale cesarz nie chciał się pozbyć swego najwierniejszego towarzysza i mianował go wicekrólem Katalonii. Franciszek Borgiasz w latach 1539-1543 rządził mądrze i sprawiedliwie i był dla wszystkich wzorem zacności. Co dzień odmawiał różaniec, spowiadał się, przystępował do Komunii w każdą niedzielę i święto, biczował się, a sypiał tylko cztery do pięciu godzin na dobę.
    Po śmierci ojca w 1543 r. zrzekł się godności wicekróla, wyjechał z Katalonii i objął zarząd dziedzicznego księstwa Gandii. Dbał o swoich poddanych. Starał się o poprawę ich moralności i warunków materialnych. Chciał też podnieść poziom oświaty. Swoim przykładem doprowadził do tego, że każdy w Gandii chociaż raz na miesiąc przystępował do Stołu Pańskiego.
    Gdy umierała jego żona Eleonora, klęcząc u stóp Ukrzyżowanego, prosił Boga o jej zdrowie i życie. Usłyszał wtedy głos: “Jeśli koniecznie żądasz, aby małżonka twoja dłużej żyła, niech się stanie wola twoja, ale wiedz, że to nie wyjdzie jej na dobre”. “Panie – odpowiedział zapłakany Franciszek – jakże bym miał żądać, abyś spełnił wolę moją? Niech się zawsze i wszędzie dzieje wola Twoja! U nóg Twych składam moje, mej żony i mych dzieci życie i wszystko, co tylko posiadam. Rozporządzaj wszystkim według upodobania”.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1548 r. żona Franciszka umarła, mając tylko 35 lat. Wypełnił on wtedy powzięte po śmierci cesarzowej Izabeli postanowienie – wstąpił do zakonu jezuitów. Za pozwoleniem Stolicy Apostolskiej został jeszcze rok w świecie, aby zabezpieczyć dzieci i zamknąć wszystkie sprawy osobiste i publiczne. W 1549 r. w Rzymie został przez św. Ignacego przyjęty do zakonu. Na wieść o tym, że papież Juliusz III chce mu ofiarować kapelusz kardynalski, uciekł z Rzymu i wrócił do Hiszpanii, gdzie w roku 1551 przyjął święcenia kapłańskie.
    W małej celce kolegium w Ognate przeżył kilka następnych lat na modlitwie i pokucie, pełniąc najniższe posługi. Codzienne zastanawiał się nad sobą i robił rachunek sumienia, co doprowadziło do takiej pokory, że uważał się za największego grzesznika na świecie. Swoje listy podpisywał wtedy “Franciszek grzesznik”. W okolicy działał jako misjonarz. Tam, gdzie przychodził, zbierały się tysiące ludzi, by go słuchać i doznać od niego pociechy. Później św. Ignacy wysłał go na dwa lata, by był kaznodzieją i spowiednikiem przy dworze portugalskim. Cieszył się tam zaufaniem najwyższych dostojników i magnatów. Pięć razy papież ofiarował mu godność kardynalską, on jednak za każdym razem odpowiadał: “Nie dlatego zrzuciłem gronostaje książęce, aby przywdziać arcykapłańską purpurę!”
    Nie chciał piastować żadnych stanowisk, ale przekonano go, że jego pochodzenie, zdolności i wykształcenie powodują, że powinien kierować innymi. Dlatego w 1554 r. został prowincjałem Hiszpanii, Portugalii i Indii, a jedenaście lat później wybrano go na generała zakonu. Przyjął tę godność, mówiąc: “Prosiłem Boga o krzyż, ale przyznaję się, że o takim jak ten nie myślałem”. Rządził z niezwykłą mądrością. Zakon liczył wtedy już około stu trzydziestu domów i trzech i pół tysiąca członków, dlatego Franciszek musiał odbywać częste i męczące podróże. Wzmocnił organizacyjnie zakon, kładąc podstawy pod jego potęgę. To on przyjął do nowicjatu Stanisława Kostkę. Był również spowiednikiem św. Teresy z Avila.
    Będąc przyjacielem i doradcą Ignacego Loyoli, wspomógł utworzenie przez niego Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego (Collegium Romanum). Ponadto w Rzymie głosił kazania, uczył dzieci, a w czasie zarazy w 1566 r. ratował chorych.

    Święty Franciszek Borgiasz

    W 1572 r. z polecenia papieża św. Piusa V Franciszek, mimo złego samopoczucia, objechał wraz z kardynałem Alessandrim dwory hiszpański, francuski i portugalski, aby namówić te państwa do wyprawy przeciw Turkom. Ta mediacja doprowadziła do powstania koalicji państw chrześcijańskich, która pokonała wielką flotę turecką pod Lepanto.
    W czasie drogi powrotnej, już we Włoszech, zasłabł tak bardzo, że zaniesiono go w lektyce do Rzymu, gdzie zmarł po kilku miesiącach 1 października 1572 r. w opinii świętości. Przeżył 62 lata. Pozostawił po sobie wiele pism filozoficznych. Relikwie Franciszka Borgiasza zostały przeniesione z Ferrary do kościoła jezuitów w Madrycie w 1901 roku.
    Został beatyfikowany przez papieża Urbana III 23 listopada 1624 r., a kanonizowany przez Klemensa X 20 czerwca 1670 r. Jest patronem Portugalii, Roty (Mariany Północne), a także orędownikiem, do którego zwracają się zagrożeni trzęsieniem ziemi.
    W ikonografii jego atrybutem jest często czaszka w diademie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 października

    Świętych Aniołów Stróżów

    Anioł Stróż

    Aniele Boży, Stróżu mój,
    Ty zawsze przy mnie stój.
    Rano, w wieczór, w dzień i w nocy
    Bądź mi zawsze ku pomocy.
    Strzeż duszy i ciała mego
    I doprowadź mnie do żywota wiecznego.
    Amen.

    Anioł Stróż

    Chociaż może ta modlitwa kojarzy się z dzieciństwem i dziećmi, przekonanie o istnieniu i obecności Aniołów, w tym również Aniołów Stróżów, jest jednym z ważnych elementów naszej wiary. Aniołowie są duchami stworzonymi przez Boga dla Jego chwały i pomocy ludziom. Ci, którym Bóg zleca opiekę nad ludźmi, są nazywani Aniołami Stróżami. Opieka ta trwa przez całe nasze ziemskie życie. Każdy z nas ma swojego, “osobnego” Anioła Stróża.
    Pismo Święte nie pozostawia wątpliwości co do istnienia aniołów, posłańców Bożych, którzy uczestniczą w dziejach zbawienia człowieka. Te czysto duchowe istoty pośredniczą między Bogiem a ludźmi. Nauka o nich jest oparta przede wszystkim na dwóch fragmentach Biblii. W psalmie 91 czytamy:Niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.Natomiast św. Mateusz przekazuje nam w swojej Ewangelii m.in. takie słowa Jezusa:Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.Nie są to bynajmniej jedyne teksty Pisma świętego wskazujące na to, że Bóg posługuje się aniołami dla dobra rodzaju ludzkiego lub poszczególnych ludzi. Wystarczy przypomnieć o opiece anioła nad Hagar i jej synem, Izmaelem (Rdz 16, 7-12); anioł powstrzymuje Abrahama, by nie dokonywał zabójstwa swego pierworodnego syna, Izaaka (Rdz 22, 11), anioł ratuje Lota i jego rodzinę (Rdz 19), anioł ratuje trzech młodzieńców od śmierci w piecu ognistym (Dn 3, 49-50) i Daniela w lwiej jamie (Dn 6-22), żywi proroka Eliasza i ratuje go od śmierci głodowej (1 Krl 19, 5-8), wyprowadza Apostołów z więzienia (Dz 5, 19-20) i ratuje św. Piotra z rąk Heroda (Dz 12, 7-23).

    Anioł Stróż

    Aniołowie byli obecni w nauczaniu Kościoła już od pierwszych wieków, w dziełach wybitnych myślicieli chrześcijańskich. W pismach ojców Kościoła naukę o Aniołach Stróżach spotykamy już w pierwotnych dokumentach chrześcijaństwa. Św. Cyprian (+ 258) nazywa aniołów naszymi przyjaciółmi. Św. Bazyli (+ 379) widzi w nich naszych pedagogów. Św. Ambroży (+ 397) uważa ich za naszych pomocników. Św. Hieronim (+ ok. 420) twierdzi: “Tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie Anioła Stróża”. Św. Bazyli idzie dalej, gdy pisze: “Niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. Podobnie pisze św. Augustyn (+ 430): “Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.
    Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególnym nabożeństwem do Aniołów Stróżów, należałoby wymienić: św. Cecylię (+ w. III), św. Franciszkę Rzymiankę (+ 1440) i bł. Dalmacjusza, dominikanina z Gerony (+ 1341), którzy mieli szczęście często przestawać ze swoim Aniołem Stróżem, jak głoszą ich żywoty; św. Stanisława Kostkę, naszego rodaka, patrona Polski, który z rąk anioła miał otrzymać cudownie Komunię świętą, gdy był w drodze do Dyllingen; św. Franciszka Salezego, który miał zwyczaj pozdrawiać Anioła Stróża w każdej miejscowości, do której przybywał; oraz św. Jana Bosko, którego Anioł Stróż kilka razy uratował od niechybnej śmierci w czasie czynionych na niego zamachów, kiedy posyłał mu tajemniczego psa ku obronie.

    Anioł Stróż

    Aniołom oddawano cześć już w liturgii starochrześcijańskiej. Wprawdzie pierwotne chrześcijaństwo walczące z wszelkimi przejawami pogaństwa nie rozwinęło kultu aniołów, podobnie jak powstrzymywało się od publicznego kultu Matki Bożej i świętych, jednak pierwsze wzmianki o kulcie aniołów spotykamy już u św. Justyna (+ ok. 165) w jego pierwszej Apologii. Od IV w. wyróżnia się kult św. Michała Archanioła. Aniołowie są wymieniani często w różnych liturgiach jako oddający chwałę Panu Bogu. W ikonografii spotykamy aniołów już w katakumbach (w. III).
    Osobne święto pojawiło się dopiero w XV w. na Półwyspie Iberyjskim, zwłaszcza na terenie Hiszpanii oraz we Francji. W roku 1608 Paweł V pozwolił obchodzić to święto w pierwszy dzień zwykły po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego dla całego Kościoła wprowadził je Klemens X w roku 1670. Żywą wiarą w Aniołów Stróżów wyróżniał się m.in. bł. Jan XXIII, który jeszcze jako nuncjusz apostolski przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego Anioła Stróża o pomyślny przebieg rozmowy i jej dobre owoce.Niech dzisiejsze wspomnienie uświadomi nam, że Aniołowie Stróżowie realnie istnieją, opiekują się nami, chroniąc przed złem i prowadząc ku dobru, a wiara w nich nie jest zarezerwowana tylko dla dzieci. Nie zapominajmy o częstej modlitwie do naszych duchowych opiekunów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________________

    Prawda o aniołach

    – integralna część wiary chrześcijańskiej

    Z cyklu “Poszukiwania w wierze”

    W którąkolwiek stronę rzeczywistości by spojrzeć, jej granice są dla nas nieosiągalne. Patrząc w dal, mamy wszystkie powody do przypuszczeń, że chociaż najnowocześniejsze teleskopy sięgają odległości, od których aż w głowie się kręci, to przecież poza ich zasięgiem istnieją dalsze przestrzenie kosmiczne, w ogóle niedostępne w tej chwili ludzkiej obserwacji. Patrząc w głąb, w najmniejszą odrobinę materii, coraz więcej zdajemy sobie sprawę z tego, że moment, w którym będziemy mogli sobie powiedzieć, iż na temat struktury materii wiemy już wszystko, odsuwa się nam praktycznie w nieskończoność. W ten sposób nawet świat materialny świadczy o swoim pochodzeniu od nieskończonego Boga.

    To zaś, że człowiek jest jedyną na tej ziemi istotą, zdolną rozpoznać tę bezgraniczność materialnego kosmosu, też zapewne coś znaczy. Czyż nie wolno nam dopatrywać się w tym znaku, że stworzeni zostaliśmy dla nieskończonego Boga? Że — jak powiada ostatni sobór — człowiek jest jedynym na tej ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego?

    Ale zapatrzyliśmy się ostatnio w bezkres materii i zmniejszyły się nasze zainteresowania bezkresem świata duchowego. Owszem, jesteśmy świadomi naszej niemożności całościowego ogarnięcia ludzkich dziejów, ludzkiej myśli, a nawet ludzkiej psychiki. Czyżby jednak świat ducha ograniczał się do człowieka? Warto zdać sobie sprawę z tego, że chociaż o aniołach wiemy z Bożego objawienia, przecież istnienia ich domyślali się najwybitniejsi filozofowie starożytności. Do jakiego stopnia problem bytów pośrednich — wyższych od człowieka, a przecież stworzonych i zależnych od Boga — zaprzątał umysły Platona, Arystotelesa i innych ojców filozofii, osobiście zorientowałem się dopiero w trakcie pracy nad przekładem dziełka św. Tomasza pt. O substancjach czystych.

    Istotą prawdy o aniołach jest oczywiście jej wymiar religijny. Wykład tej prawdy zacznijmy od miejsca dla wiary chrześcijańskiej absolutnie centralnego, tzn. od starannie zaznaczonego w Ewangeliach udziału aniołów w tajemnicy Wcielenia i Odkupienia. To naprawdę nie przypadek ani szczegół bez znaczenia, że właśnie anioł zwiastował nam najwspanialszą nowinę, jaką kiedykolwiek na ziemi słyszano: że Syn Boży stanie się człowiekiem. Aniołów, śpiewających chwałę Bogu i pokój ludziom, słyszymy w noc Bożego Narodzenia. Pojawiają się oni na początku publicznej działalności Chrystusa i w Ogrodzie Oliwnym, i w grobie Zmartwychwstałego, i w dniu Wniebowstąpienia.

    Spróbujmy odnaleźć sens, jaki zawiera w sobie ta nieprzypadkowa przecież obecność aniołów przy Synu Bożym, dokonującym zbawienia rodu ludzkiego. Czyż nie świadczy ona o tym, że Odkupienie nie jest partykularną sprawą między Bogiem a mieszkańcami ziemi, ale w jakiś tajemniczy sposób dotyczy ono całego wszechstworzenia? Już Stary Testament różnorodnie mówi o dwukierunkowej naszej łączności ze światem aniołów, stworzeń duchowych niewyobrażalnie od nas doskonalszych. Z Ewangelii zaś jednoznacznie wynika, że centrum i przestrzenią tej naszej wspólnoty z aniołami jest Chrystus.

    Przypatrzmy się owym dwóm kierunkom solidarności aniołów z zagubionym rodem ludzkim. Najzwięźlej symbolizuje je drabina, którą zobaczył we śnie Jakub: „We śnie ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół, a oto Pan stał na jej szczycie” (Rdz 28,12n). Aniołowie, idący od nas ku górze, obrazują, rzecz jasna, potężną, pociągającą nas ku Bogu życzliwość, jaka płynie z tego niepojętego dla nas świata. Życzliwość tę Pismo Święte raz przedstawi w obrazie aniołów, którzy zanoszą do Boga nasze modlitwy i ofiary (Tb 12,12; Ap 5,8; 8,3n), raz w obrazie naszego przyłączania się do wiekuistej liturgii, odprawianej przez aniołów.

    „Będę Ci śpiewał wobec aniołów!” — woła Psalmista (Ps 138,1). I ujrzałem i usłyszałem głos wielu aniołów (…), a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy, mówiących głosem doniosłym: Baranek zabity jest godzien wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć i chwałę, i błogosławieństwo” — czytamy w Apokalipsie (5,11n; por. 7,11nn). Właśnie dlatego artyści często wyobrażali sobie aniołów w szatach liturgicznych.

    W obrazie drabiny Jakubowej widzimy również aniołów, którzy zstępują do nas od Boga, aby być towarzyszami, przewodnikami i obrońcami naszej trudnej i pełnej niebezpieczeństw drogi. Ta posługa aniołów najbardziej obrazowo przedstawiona została w Księdze Tobiasza. W Dziejach Apostolskich dwukrotnie czytamy o aniele, który przyjaciół Bożych cudownie wyprowadza z więzienia (Dz 5,19n; 12,7—11). Z opowieści o nawróceniu dworzanina królowej Etiopczyków dowiadujemy się, że anioł Boży może wskazywać drogę głosicielom Ewangelii (Dz 8,26). Najbardziej generalnie o tym towarzyszeniu aniołów ludzkim losom mówił Pan Jezus: Nawet najmniejsi spośród nas są Bogu tak drodzy, że mają swoich aniołów, którzy „wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie” (Mt 18,10). „Czyż nie są oni wszyscy — czytamy w Liście do Hebrajczyków — duchami przeznaczonymi do usług, posłanymi na pomoc tym, którzy mają posiąść zbawienie?” (1,14)

    Dla wielu chrześcijan współczesnych prawda o aniołach trąci mitologią. Otóż warto sobie uświadomić, że nie jest to pomysł nowy. Podobnego zdania byli już saduceusze, którzy głosili, „że nie ma zmartwychwstania ani anioła, ani ducha” (Dz 23,8). Osobiście sądzę, że mamy w sobie coś z saduceuszy nawet wówczas, kiedy nie odrzucamy może wprost prawdy o aniołach, ale ich istnieniem praktycznie się nie przejmujemy. W wierszu Nie umiem z aniołami Kazimiera Iłłakowiczówna znakomicie sformułowała przeciętne problemy, jakie prawda ta stwarza dzisiejszym chrześcijanom. Co zatem robić? Jak prawdę o aniołach uczynić żywą?

    Odpowiedź jest bardzo prosta. Wystarczy chcieć jeszcze więcej zbliżyć się do Chrystusa, który jest — powtórzmy to jeszcze raz — centrum i przestrzenią naszej wspólnoty z aniołami. Zbliżając się do Chrystusa, zbliżamy się zarazem do Jego przyjaciół, wchodzimy w większym stopniu „do Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach” (Hbr 12,22n). Pieśń 28 „Nieba” w Boskiej Komedii przedstawia Boga jako Ogień otoczony dziewięciu świetlistymi kręgami, czyli dziewięciu chórami aniołów. Aniołowie właśnie dlatego są tak niewyobrażalnie wspaniali i zasługują na naszą miłość, i właśnie dlatego mogą być naszymi potężnymi pomocnikami, że są nierozerwalnie złączeni z Bogiem i z Chrystusem. Już Ojcowie Kościoła porównywali aniołów do promieni Boskiego Słońca.

    Byłoby obrazą aniołów, gdybyśmy próbowali ich czcić w taki sposób, że kult ten rozpraszałby naszą uwagę religijną i utrudniałby całoosobowe zwrócenie ku Bogu. „Niechaj was nikt nie odsądza od nagrody, zamiłowany w uniżaniu siebie i czci aniołów” (Kol 2,18). Kiedy obaj Tobiasze upadli na twarz przed aniołem, ten całą ich uwagę stara się zwrócić ku Bogu, który jeden godzien jest uwielbienia (Tb 12,16nn). W analogicznej sytuacji anioł zakazuje autorowi Apokalipsy oddawać sobie pokłon: „Bacz, byś tego nie czynił, bo jestem współsługą twoim i braci twoich, proroków, i tych, którzy strzegą słów tej Księgi. Bogu samemu złóż pokłon” (Ap 22,9). Tę anielską pokorę znakomicie oddaje wiersz Konopnickiej pt. Angelus, w którym anioł, zwiastujący Wcielenie, stanowi dla uczonego materialisty ostatnią nitkę do utraconego wymiaru, gdzie można znaleźć Boga.

    Prawdziwa cześć aniołów zbliża do Boga, a zarazem jest znakiem Jego bliskości. Niezwykle przejmujące pod tym względem jest świadectwo dzieci fatimskich o spotkaniu z aniołem, które poprzedzało objawienia Matki Bożej: „Otaczała nas tak intensywna atmosfera nadprzyrodzona, nieledwie nie zdawaliśmy sobie sprawę z własnego istnienia. Trwało to dość długo. Trwaliśmy w postawie, w której anioł nas opuścił, powtarzając bez przerwy jego modlitwę. Obecność Boga czuliśmy tak potężnie i tak głęboko, że nawet między sobą nie odważyliśmy się mówić o zjawisku. Jeszcze nazajutrz umysły nasze pogrążone były w tej atmosferze”.

    Rezultaty tego spotkania przedstawiały się następująco: „Od czasu, gdy tajemnicze światło oświeciło ich dusze, patrzą na ziemię innymi oczami. Po zjawiskach anielskich jakoś inaczej wyglądają góry i lasy, doliny, słońce, ludzie i owce. Dzieci odczuwają to, co wracający z daleka podróżnik, któremu każda rzecz wydaje się zmieniona. Anioł wprowadził je w krainę, o której miały tylko mgliste pojęcie. Teraz ich wyobrażenie o Bogu było bez porównania wyższe, większym też było obrzydzenie do grzechu”.

    W tym właśnie leży sens szukania przyjacielskiej zażyłości z aniołami: aniołowie pomagają nam zbliżyć się do Chrystusa i oddalić się od zła. Ich nieobecność w naszym życiu religijnym może (choć zapewne nie musi) być znakiem naszego oddalenia od Boga. „Jak dym odgania pszczoły, a smród gołębie — powiedział kiedyś św. Bazyli — tak czyn brzydki i haniebny oddala od nas naszego anioła stróża”.

    Dawne wieki pozostawiły nam wiele świadectw tej intuicji. Tu nie mogę się powstrzymać przed przytoczeniem rozbrająjąco naiwnej opowiastki, przekazywanej w legendach dominikańskich: „W jednym z klasztorów Lombardii było dwóch pobożnych braci, którzy przechadzali się rozmawiając o Bogu. Wówczas pewien starzec zakonnik zobaczył przez okno, że nad głowami owych braci unoszą się aniołowie i wzniósłszy ręce w niebo, błogosławią Boga. Kiedy jednak rozmowa tych braci zwróciła się ku rzeczom niepotrzebnym i bezmyślnym, aniołowie przedziwnie się zagniewali i porzucili ich, zatykając sobie nosy. Natychmiast nad głowy owych braci nadciągnęło stado czarnych wieprzy, które smrodziły na nich i straszliwie ryczały. Wreszcie bracia znów zaczęli rozmawiać o Bogu i zaraz wieprze zniknęły, przystąpili zaś aniołowie, chwaląc Boga i obmywając braci z nieczystości”.

    Opowieść ta jest rzeczywiście bardzo naiwna. Ale może warto się zastanowić nad zawartą w niej intuicją? Może prawdy o aniołach należy szukać nie tyle poprzez zwiększenie zainteresowań tą problematyką, ale właśnie poprzez odnowę życia? Adam Asnyk chyba miał rację, kiedy pisał, że śpiewy anielskie słyszą „tylko ci, którzy toną w wielkiej miłości pragnieniu”. Zaś według legend franciszkańskich, „pycha brata Eliasza niegodna była rozmawiać z aniołem”.

    Jeszcze jedno dość ważne pytanie: Co sądzić o pojawiającym się w naszej mowie codziennej, a częstym zwłaszcza w poezji motywie podobieństwa i upodabniania się ludzi do aniołów?

    Czy nie jest to dowolność, wprowadzająca zamęt w religijną prawdę o aniołach? Zwłaszcza trzy przymioty ośmielają do porównania człowieka z aniołem. Po pierwsze, dobroć i współczujące pochylenie się nad cierpiącym i bezradnym. Po wtóre, ta postać czystości, dzięki której człowiek osiąga jakąś transcendencję wobec ciała i różnych potrzeb, i ambicji tylko doczesnych (por. marzenie Słowackiego, żeby zjadacze chleba przetworzyli się w aniołów). Po trzecie, do anioła porównuje się również zwiastuna Dobrej Nowiny.

    Czy wolno nam stosować takie porównania i symboliczne identyfikacje? Ależ tak! Obiecano nam przecież równość z aniołami, a stanie się to wówczas, kiedy już ostatecznie i w całej pełni otrzymamy nieśmiertelność i synostwo Boże. W życiu przyszłym „już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania” (Łk 20,36). Ziarna zaś nieśmiertelności i synostwa Bożego nosimy w sobie już teraz. W paralelnych tekstach Mateusza i Marka (Mt 22,30; Mk 12,25) nauczyciele Kościoła jednozgodnie odczytywali sugestię, że szczególne podobieństwo do aniołów osiąga się przez celibat, pojmowany jako zdobywanie transcendencji wobec swojej seksualności.

    Toteż nie tylko w poezji, lecz również w najbardziej oficjalnym nauczaniu wiary mówi się o możliwości upodobnienia do aniołów. „Na wzniosłe imię anioła — mówi święty papież Grzegorz Wielki w Homilii 6,6 — również wy, jeśli chcecie, możecie zasłużyć. Każdy z was — o ile otrzymał do tego natchnienia z nieba — prawdziwie jest aniołem, jeśli zdoła odwieść bliźniego od zła, jeżeli stara się zachęcić go do dobrego, jeśli błądzącemu mówi o wiecznym królestwie i o karze, i nie szczędzi mu świętych słów upomnienia”.

    Przede wszystkim jednak anioł kojarzy nam się z gestem pochylenia nad człowiekiem słabym i bezradnym lub cierpiącym. Skojarzenie to utrwaliło się w języku, w postaci takich zwrotów jak: „anielska cierpliwość”, „anioł dobroci”, „to anioł, nie człowiek” itp. Zauważmy jednak, że anielska pomoc istotnie różni się od ludzkiej. Jest potężna. Weźmy dla przykładu słynną scenę z Księgi Daniela: „Anioł Pański zstąpił z Azariaszem i jego towarzyszami do pieca i wyrzucił płomień ognisty z pieca. Sprawił, że w środku pieca przewiewał jakby wietrzyk rosisty, a ogień nie dotknął się ich wcale i nie zadał im żadnego bólu ani szkody” (3,49). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że ten anioł różni się bardzo od miłosiernego Samarytanina. Nie dotyczą go ograniczenia naszej ludzkiej kondycji.

    Potęga aniołów nie tylko wspiera przyjaciół Bożych. Jest groźna dla zła. W Biblii mówi się o tym tak często, że aż trudno zrozumieć, dlaczego prawda o aniołach jako o potężnych wrogach zła jest w naszej świadomości prawie nieobecna. Przypomnijmy główne epizody tworzące tę tradycję. Otwierają ją Cheruby z ognistym mieczem, postawieni u bram Edenu (Rdz 3,24). W czasach Wyjścia Anioł Niszczyciel pozabijał pierworodnych Egiptu (Wj 12,23), w okresie zagrożenia asyryjskiego anioł Pański sprawił spustoszenie w najeźdźczej armii Sennacheryba (2 Krl 19,35), anioł też dopełnił sprawiedliwości na bezbożnych prześladowcach Zuzanny (Dn 13,55 i 59). O karzącym aniele mówi się w modlitwie przeciwko niegodziwcom:

    Niech będą jak plewa na wietrze,

    gdy będzie ich gnać anioł Pana.

    Niech droga ich będzie ciemna i śliska,

    gdy anioł Pana będzie ich ścigał. (Ps 35,5n)

    A nade wszystko w Apokalipsie aniołowie wielokrotnie przedstawieni są jako posłańcy gniewu Bożego, skierowanego przeciwko złu. W tej podwójnej roli — obrońców dobra i mścicieli zła — wystąpią aniołowie na sądzie Bożym (Mt 24,31; 13,41).

    Tradycję tę cudownie interpretuje m.in. Odyniec w swoim Aniele śmierci. Spróbujmy i my te groźne wątki prawdy o aniołach w sobie ożywić. Czy nie moglibyśmy na przykład modlić się do Boga, aby raczył uprzedzać swój sąd nad nami? Aby wysłał do mnie i do ciebie swoich aniołów, którzy będą niemiłosierni dla mojego i twojego grzechu (choćby nie wiem jak miałoby to nas boleć), będą zaś uwalniali w nas to wszystko, co dobre i tęskniące za prawdziwą miłością!

    Wydaje się, że tymi przede wszystkim treściami należałoby napełniać naszą modlitwę do Anioła Stróża. Te motywy można też dołączać, ilekroć wspominamy aniołów w prefacji Modlitwy Eucharystycznej. Nie lękajmy się prosić Boga również o to, żeby przysyłał przeciwko nam — przeciwko temu wszystkiemu, co zasługuje w nas na zniszczenie — swoich aniołów mścicieli. Będzie to przecież dla naszego dobra.

    o. Jacek Salij OP/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Kim są aniołowie i co robią w niebie?

    (Francesco Botticini, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    Są nieśmiertelni, nie cierpią i nie chorują, mają dostęp do Boga na zupełnie innej zasadzie niż ludzie. Ich głównym zadaniem jest przede wszystkim adorowanie Boga i kontemplacja Jego przymiotów: dobroci, mądrości, miłości…  – o Aniołach opowiada ks. Mateusz Szerszeń CSMA, michalita, kierownik duchowy, redaktor dwumiesięcznika „Któż jak Bóg”, autor „Wielkiego Zawierzenia Świętemu Michałowi Archaniołowi”.

    Proszę Księdza, kim są aniołowie? 

    Aniołowie są duchami, które żyją pośród nas w niewidzialnej części świata stworzonego przez Boga. Ich głównym zadaniem jest adoracja Boga i wypełnianie Jego rozkazów. Z woli Stwórcy służą także ludziom i troszczą się o ich zbawienie.

    Jak wyglądają aniołowie? 

    Ciężko mówić o wyglądzie niewidzialnych duchów. Ludzie jednak potrzebują obrazów, którymi mogą się między sobą komunikować, dlatego już Stary Testament opisuje rzeźby cherubinów, którzy okrywali swymi skrzydłami Arkę Przymierza. W sztuce przyjęło się przedstawiać ich jako postaci ludzkie o pięknym wyglądzie, aby podkreślić ich osobowy charakter. Późniejsze przedstawienia dodają im skrzydła i ubierają w strój rycerski. Wygląd jest jednak cechą świata materialnego. Aniołowie po prostu „nie wyglądają”. Co nie oznacza, że nie istnieją. Fal radiowych też nie oglądamy, a jednak widzimy ich działanie.

    Aniołowie różnią się między sobą?

    Owszem, różnica między nimi nie jest jedynie różnicą osobową, jak między dwiema istotami ludzkimi. Istnieje miedzy nimi różnica gatunkowa. Jeden anioł od drugiego różni się jak lew od gołębia. To dwa różne gatunki.

    Z teologicznego punktu widzenia – aniołowie nie posiadają płci, ale jakoś tak spontanicznie uważamy ich za mężczyzn… Dlaczego?

    Tu znowu dotykamy problemu dotyczącego bardziej historii sztuki niż teologii. Sztuka czerpiąc z angelologii uważała aniołów za dobrze zorganizowane wojsko Boga. Na ziemi armie głównie składają się z mężczyzn. Stąd ta nierówność. W rzeczywistości aniołowie nie dzielą się na płci. Ta kategoria w żaden sposób do nich nie pasuje.

    Co robią aniołowie w niebie?

    Przede wszystkim żyją inaczej niż my. Są nieśmiertelni, nie cierpią i nie chorują, mają dostęp do Boga na zupełnie innej zasadzie niż ludzie. Ich głównym zadaniem jest przede wszystkim adorowanie Boga i kontemplacja Jego przymiotów: dobroci, mądrości, miłości… 

    Czym się różnią aniołowie od archaniołów? 

    Pomysł na zhierarchizowanie bytów duchowych pochodzi ze starożytności. Autorzy pierwszych wieków chcieli podkreślić wzajemne zależności miedzy aniołami i tak powstała hierarchia mówiąca o „chórach anielskich”. Według niej na najniższym stopniu anielskiej hierarchii znajdują się aniołowie a zaraz nad nimi archaniołowie, którzy posyłani są do ważniejszych zadań.

    Aniołowie opiekują się nami. Czy więc grzechem jest kiedy zaniechamy odmawiania modlitwy do Anioła Stróża? Będzie się przecież nami opiekował chyba bez względu na to czy wzywamy jego pomocy czy też nie?

    Prawda o istnieniu Aniołów Stróżów jest dogmatem potwierdzonym na Soborze w XIII wieku. Odrzucenie każdego dogmatu może oczywiście skutkować nawet grzechem ciężkim. W praktyce prawda o istnieniu duchowych opiekunów od zawsze spotykała się z pozytywną pobożnością wiernych i ich świadectwami. Nie bez powodu jedna z pierwszych dziecięcych modlitw to: „Aniele Boży, Stróżu mój”.

    Anioł Stróż może nas doprowadzić do nieba?

    Doprowadzanie do nieba, czyli zbawienie to dzieło Jezusa Chrystusa, który umarł za nasze grzechy. Jego pośrednictwo jest jedyne i niepowtarzalne. Kościół jednak, w przeciwieństwie do ruchów protestanckich naucza, że w ramach jedynego pośrednictwa Chrystusa możemy także włączać pośrednictwo aniołów i świętych. Relacja z nimi jest dla wielu niebagatelną pomocą.

    Dlaczego warto zaprzyjaźnić się ze swoim Aniołem Stróżem? 

    Budowanie przyjaźni z własnym aniołem stróżem to niezwykle ważna rzecz dla każdego chrześcijanina. Z postanowienia Bożego mamy przy sobie duchowego obrońcę i orędownika, który został wybrany do tego, aby pomagać nam w osiągnięciu świętości. Tylko jeżeli będziemy wierni jego natchnieniom i z wiarą wzywać będziemy jego obecności, możemy mieć pewność, że ochroni nas to przed grzechem i wieloma niebezpieczeństwami. W powszechnej wiedzy znane są historie wyjątkowych interwencji aniołów stróżów wśród ludzi, którzy wierzą w ich obecności i ufają w ich pomoc. Wśród nich jest święty papież Jan XXIII, który wspomina, że pewnego dnia bardzo zamartwiał się o losy Kościoła, którym w tamtym czasie kierował. Na szczęście przyśnił mu się jego anioł stróż, który pocieszył go i dodał mu otuchy. Od tego czasu papież podjął swoje obowiązki z nowymi siłami i wiarą w anielską pomoc.

    Czasami do kogoś nam bliskiego powiemy, że jest aniołem, ma anielską cierpliwość itd. Słusznie przypisujemy ludziom anielskie cechy?

    Rozwój człowieka domaga się istnienia wzorców, do których może się odwołać i ku nim zmierzać. Aniołowie bez wątpienia są dobrymi wzorcami do naśladowania, dlatego mówi się o anielskiej cierpliwości, urodzie i dobroci.

    Co się stanie z naszymi Aniołami Stróżami po naszej śmieci?

    Na pewno nie opuści swojego podopiecznego i nadal będzie modlił się o jego zbawienie. Może to mieć wielkie znaczenie dla nas, zwłaszcza jeżeli trafimy do czyśćca, gdzie każdy dobry czyn będzie mógł się przyczynić do naszego oczyszczenia i szybszego spotkania z Bogiem w niebie.

    Dziękuję za rozmowę

    Marta Dybińska/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Oni cię strzegą na każdej drodze – świętych Aniołów Stróżów

    Oni cię strzegą na każdej drodze – świętych Aniołów Stróżów

    Abraham i trzy Anioły – Ludovico Carracci, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    W dniu 2 października Kościół oddaje cześć świętym Aniołom Stróżom. Choć obecność aniołów stróżów kojarzona jest z obrazami z dzieciństwa, to jednak ich istnienie i obecność jest istotnym elementem wiary. Aniołowie to istoty duchowe, stworzone przez Boga dla Jego chwały i ku pomocy ludziom. Każdy z nas ma swojego anioła opiekuna. Ta opieka trwa przez całe życie.

    Pismo święte jasno ukazuje prawdę o istnieniu aniołów, posłańców Boga. Psalm 91 uczy, że „niedola nie przystąpi do ciebie, a cios nie spotka twojego namiotu, bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień”. Słowa te szatan wykorzystał w czasie kuszenia Chrystusa na pustyni. W ewangelii św. Mateusz przytacza słowa Jezusa, kiedy mówi: „strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie”.

    Na wielu kartach Pisma św. znajdziemy fragmenty mówiące o obecności i roli aniołów. I tak w Księdze Rodzaju anioł opiekuje się niewolnicą Hagar i Izmaelem, jej synem zrodzonym z Abrahama. Anioł powstrzymuje też samego Abrahama przed zabiciem swego syna Izaaka. Anioł ratuje Lota i jego rodzinę od śmierci w ogniu spuszczonym na Sodomę i Gomorę. Księga Daniela opowiada o tym, jak anioł ratuje trzech młodzieńców wrzuconych do pieca ognistego, jak ratuje samego Daniela wrzuconego do jaskini lwów. Anioł żywi proroka Eliasza, a w Nowym Testamencie wyprowadza Apostołów z więzienia i uwalnia z rąk Heroda samego św. Piotra.

    Pierwsze wzmianki o kulcie aniołów znajdziemy w połowie II wieku u św. Justyna w jego ‘Apologii’. W III wieku, w katakumbach, pojawiają się ikonograficzne wyobrażenia aniołów.

    Anioł Stróż - Pietro da Cortona, Public domain, via Wikimedia Commons

    Anioł Stróż Pietro da Cortona, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    aniołach stróżach mówią także najwcześniejsi myśliciele chrześcijańscy i pierwotne dokumenty. Św. Cyprian w III wieku nazywa aniołów przyjaciółmi ludzi. W IV wieku św. Bazyli widzi w aniołach naszych pedagogów i twierdzi, że „niektórzy między aniołami są przełożonymi nad narodami, inni zaś dodani każdemu z wiernych”. A św. Ambroży uważa aniołów za naszych pomocników. Św. Hieronim w V wieku stwierdza, iż „tak wielka jest godność duszy, że każda ma ku obronie anioła stróża”, a św. Augustyn przekonuje, że „wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”.

    W historii było wielu świętych, którzy mieli szczególne nabożeństwo do aniołów stróżów. Św. Cecyliaśw. Franciszka Rzymianka, błogosławiony Dalmacjusz mieli szczęście często przestawać ze swoim aniołem stróżem. Św. Stanisław Kostka miał cudownie otrzymać Komunię św. z rak anioła. Św. Piotr Faber prosił anioła stróża miasta, do którego przybywał, o duchowe przygotowanie mieszkańców do słuchania kazań, które wygłosi. Św. Siostra Faustyna miała przywilej mistycznego widzenia swojego anioła stróża. Św. Jan XXIII przed każdym ważnym spotkaniem prosił swego anioła stróża o jego pomyślny przebieg i dobre owoce.

    „Wielkim jest staranie, jakie ma Pan Bóg o ludzi. Wielką nam miłość okazał przez to, że ustanowił aniołów, aby nas strzegli”

    Osobne święto ku czci świętych aniołów stróżów pojawiło się dopiero w XV wieku. Paweł V w 1608 roku pozwolił obchodzić to święto w zwykły dzień po św. Michale. Na stałe do kalendarza liturgicznego wprowadził je w roku 1670 Klemens X. Obecnie jest obchodzone 2 października.
    Kult aniołów stróżów nie jest zarezerwowany dla dzieci. Są oni bowiem duchowymi opiekunami każdego, chronią przed złem i prowadzą do dobra.

    o. Paweł Kosiński SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    1 października

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Remigiusz, biskup
      •  Święty Roman Hymnograf, diakon
    ***
    Święta Teresa z Lisieux

    Święta Teresa od Dzieciątka Jezus, zwana także Małą Tereską (dla odróżnienia od św. Teresy z Avila, zwanej Wielką) albo Teresą z Lisieux, urodziła się w Alencon (Normandia) w nocy z 2 na 3 stycznia 1873 r. jako dziewiąte dziecko Ludwika i Zofii. Kiedy miała 4 lata, umarła jej matka. Wychowaniem dziewcząt zajął się ojciec. Teresa po śmierci matki obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. W tym samym roku (1877) ojciec przeniósł się z pięcioma swoimi córkami do Lisieux. W latach 1881-1886 Teresa przebywała u sióstr benedyktynek w Lisieux, które w swoim opactwie miały także szkołę z internatem dla dziewcząt.
    25 marca 1883 r. dziesięcioletnia Teresa zapadła na ciężką chorobę, która trwała do 13 maja. Jak sama wyznała, uzdrowiła ją cudownie Matka Boża. W roku 1884 Teresa przyjęła pierwszą Komunię świętą. Odtąd przy każdej Komunii świętej powtarzała z radością: “Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Jezus”. W tym samym roku otrzymała sakrament bierzmowania.
    Przez ponad rok dręczyły ją poważne skrupuły. Jak sama wyznała, uleczenie z tej duchowej choroby zawdzięczała swoim trzem siostrom i bratu, którzy zmarli w latach niemowlęcych. W pamiętniku zapisała, że w czasie pasterki w noc Bożego Narodzenia przeżyła “całkowite nawrócenie”. Postanowiła zupełnie zapomnieć o sobie, a oddać się Jezusowi i sprawie zbawienia dusz. Zaczęła odczuwać gorycz i wstręt do przyjemności i ponęt ziemskich. Ogarnęła ją tęsknota za modlitwą, rozmową z Bogiem. Odtąd zaczęła się jej wielka droga ku świętości. Miała wtedy zaledwie 13 lat.
    Rok później skazano na śmierć głośnego bandytę, który był postrachem całej okolicy, Pranziniego. Teresa dowiedziała się z gazet, że zbrodniarz ani myśli pojednać się z Panem Bogiem. Postanowiła zdobyć jego duszę dla Jezusa. Zaczęła się serdecznie modlić o jego nawrócenie. Ofiarowała też w jego intencji specjalne pokuty i umartwienia. Wołała: “Jestem pewna, Boże, że przebaczysz temu biednemu człowiekowi (…). Oto mój pierwszy grzesznik. Dla mojej pociechy spraw, aby okazał jakiś znak skruchy”. Nadszedł czas egzekucji, lecz bandyta nawet wtedy odrzucił kapłana. A jednak ku zdziwieniu wszystkich, kiedy miał podstawić głowę pod gilotynę, nagle zwrócił się do kapłana, poprosił o krzyż i zaczął go całować. Na wiadomość o tym Teresa zawołała szczęśliwa: “To mój pierwszy syn!”

    Święta Teresa z Lisieux

    Kiedy Teresa miała 15 lat, zapukała do bramy Karmelu, prosząc o przyjęcie. Przełożona jednak, widząc wątłą i bardzo młodą panienkę, nie przyjęła Teresy, obawiając się, że nie przetrzyma ona tak trudnych i surowych warunków życia. Teresa jednak nie dała za wygraną; udała się z prośbą o pomoc do miejscowego biskupa. Ten jednak zasłonił się prawem kościelnym, które nie zezwala w tak młodym wieku wstępować do zakonu. W tej sytuacji dziewczyna nakłoniła ojca, by pojechał z nią do Rzymu. Leon XIII obchodził właśnie złoty jubileusz swojego kapłaństwa (1887). Teresa upadła przed nim na kolana i zawołała: “Ojcze święty, pozwól, abym dla uczczenia Twego jubileuszu mogła wstąpić do Karmelu w piętnastym roku życia”. Papież nie chciał jednak uczynić wyjątku. Teresa chciała się wytłumaczyć, ale gwardia papieska usunęła ją siłą, by także inni mogli – zgodnie z ówczesnym zwyczajem – ucałować nogi papieża.
    Marzenie Teresy spełniło się dopiero po roku. Została przyjęta najpierw w charakterze postulantki, potem nowicjuszki. Zaraz przy wejściu do klasztoru uczyniła postanowienie: “Chcę być świętą”. W styczniu 1889 r. odbyły się jej obłóczyny i otrzymała imię: Teresa od Dzieciątka Jezus i od Świętego Oblicza. Jej drugim postanowieniem było: “Przybyłam tutaj, aby zbawiać dusze, a nade wszystko, by się modlić za kapłanów”. W roku 1890 złożyła uroczystą profesję. W dwa lata potem po raz ostatni odwiedził siostrę Teresę ojciec. Cierpiał już wtedy na zaburzenia umysłowe, ale rozpoznał córkę i powiedział do niej na pożegnanie: “W niebie”. Przełożona poznała się na niezwykłych cnotach młodej siostry, skoro zaledwie w trzy lata po złożeniu ślubów wyznaczyła ją na mistrzynię nowicjuszek. Obowiązek ten Teresa spełniała do śmierci, to jest przez cztery lata.
    W zakonnym życiu zadziwiała jej dojrzałość duchowa. Starała się doskonale spełniać wszystkie, nawet najmniejsze obowiązki. Nazwała tę drogę do doskonałości “małą drogą dziecięctwa Bożego”. Widząc, że miłość Boga jest zapomniana, oddała się Bogu jako ofiara za zbawienie świata. Swoje przeżycia i cierpienia opisała w księdze Dzieje duszy.

    Święta Teresa z Lisieux

    Zanim zapadła na śmiertelną chorobę, Teresa była wyjątkowo surowo traktowana przez przełożoną, która uważała, że dziewczyna lekkomyślnie i niepoważnie zgłosiła się do Karmelu. Jej stały uśmiech brała za lekkie traktowanie swojej profesji. Także zakonnica, którą się s. Teresa opiekowała z racji jej wieku i kalectwa, nie umiała zdobyć się na słowo podzięki, ale często ją rugała i mnożyła swoje wymagania. Teresa cieszyła się z tych krzyży, bo widziała w nich piękny prezent, jaki może złożyć Bogu.
    Na rok przed śmiercią zaczęły pojawiać się u Teresy pierwsze objawy daleko już posuniętej gruźlicy: wysoka gorączka, osłabienie, zanik apetytu, a nawet krwotoki. Pierwszy krwotok zaalarmował klasztor w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Mimo to siostra Teresa spełniała nadal wszystkie zlecone jej obowiązki: mistrzyni, zakrystianki i opiekunki jednej ze starszych sióstr. Zima w roku 1896/1897 była wyjątkowo surowa, klasztor zaś był nie ogrzewany. Teresa przeżywała prawdziwe tortury. Nękał ją uciążliwy kaszel i duszność. Przełożona zlekceważyła jej stan. Nie oddano jej do infirmerii ani nie wezwano lekarza. Uczyniono to dopiero wtedy, kiedy stan był już beznadziejny. Jeszcze wówczas zastosowano wobec chorej drakońskie środki, takie jak stawianie baniek. Z poranionymi plecami i piersiami musiała iść do normalnych zajęć i pokut zakonnych, nawet do prania. Do infirmerii posłano ją dopiero w lipcu roku 1897, gdzie po kilkunastu tygodniach niezwykłych mąk 30 września 1897 roku zmarła, zapowiedziawszy: “Chcę, przebywając w niebie, czynić dobro na ziemi. Po śmierci spuszczę na nią deszcz róż”.

    Święta Teresa z Lisieux

    Pius XI beatyfikował ją w 1923 r., a już w dwa lata później – kanonizował. W 1927 r. ogłosił ją, obok św. Franciszka Ksawerego, główną patronką misji katolickich. W roku 1890 bowiem – a więc jeszcze za życia Teresy – klasztor w Sajgonie zamierzał otworzyć w Hanoi drugi klasztor karmelitanek na ziemiach wietnamskich. W tej sprawie zwrócono się do klasztoru macierzystego w Lisieux o pomoc. Siostry zamierzały wysłać pomoc także w personelu. Wśród pierwszych ochotniczek była także siostra Teresa od Dzieciątka Jezus. Ustalenia trwały jednak zbyt długo; Teresa zachorowała i zmarła.
    W roku 1944 Pius XII ustanowił św. Teresę drugą, obok św. Joanny d’Arc, patronką Francji. W 1997 r., w 100. rocznicę śmierci św. Teresy, papież św. Jan Paweł II ogłosił ją doktorem Kościoła – razem z Teresą z Avili i Katarzyną ze Sieny. Św. Teresa z Lisieux jest patronką zakonów: karmelitanek, teresek, terezjanek; archidiecezji łódzkiej.
    W ikonografii św. Teresa przedstawiana jest na podstawie autentycznych fotografii. Jej atrybutami są: Dziecię Jezus, księga, pęk róż, pióro pisarskie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    135. rocznica wstąpienia do Karmelu św. Teresy

    ***

    Teresa Martin (św. Teresa od Dzieciątka Jezus) wstąpiła do Karmelu w Lisieux 9 kwietnia 1888 r. w wieku 15 lat. Jej wstąpienie naznaczone było zmaganiami i trudnościami, które musiała pokonać, aby przekroczyć progi Karmelu w tak młodym wieku.

    Teresa wstąpiła do zakonu z jasnymi ideami. Była już po lekturze Autobiografii św. Teresy z Avila i od niej uczyła się jak sięgać po wysokie cele i wielkie pragnienia. Jak Teresa Wielka była również gotowa oddać życie za innych, na wzór Chrystusa, praktykować miłość, aż do wyniszczenia i ducha apostolskiego, który równie w pełni może być realizowany w murach Karmelu. Lektura Autobiografii oraz zbieżność duchowych pragnień z Teresą Wielką pozwoliły Teresie pójść naprzód w realizacji pragnień, do których zapraszał ją Jezus.

    Czym jest Karmel, do którego wstąpiła Teresa?

    Zakon Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel wywodzi się z Ziemi Świętej, z terenów położonych na południe od Hajfy. Tam na zboczach góry Karmel osiedli pustelnicy, którzy naśladowali proroka Eliasza, rozpalonego żarliwością Boga. Reguła tej pierwszej grupy pustelniczej została opracowana przez Alberta, patriarchę Jerozolimy ok. 1210 r. Gałąź żeńska Karmelu o powołaniu kontemplacyjnym narodziła się dopiero w 1452 r. Zakon rozwijał się na zachodzie, gdzie po upadku i, wywołanym złagodzeniu Reguły rozwinął się ruch reformy zapoczątkowany przez św. Teresę z Avila i św. Jana od Krzyża. Wraz z innymi karmelitankami, Teresa z Avila powróciła do pierwotnej Reguły Karmelu.

    Karmelitanki bose, do których wstąpiła Teresa to pustelniczki, które dniem i nocą czuwają na modlitwie, wsłuchują się w Słowo i pozwalają mu wzrastać na glebie serca przenikniętego ciszą i milczeniem.

    Teresa z Lisieux była w pełni świadoma surowości życia, które podjęła przekraczając mury klasztoru, owego pamiętnego dnia, 9 kwietnia 1888 r. Podczas pierwszych miesięcy pobytu w klasztorze, wyznała, że: „spotkała więcej cierni aniżeli róż”. Poznawanie dynamicznej wspólnoty liczącej 26 sióstr, o średniej 47 lat o różnorodnych charakterach, temperamentach i wykształceniu to duże wyzwanie dla Teresy, wszak owa różnorodność generuje różne konflikty.

    Teresa uczy się przyjmować z miłością i ze zrozumieniem swoją wspólnotę i w niej pragnie wzrastać. Doświadczenia wielu cierpień spowodowanych konfliktami w życiu wspólnoty nie ominą rzecz jasna Teresy. To drobne „ukłucia szpilką”, jak sama mówiła, dawały jej możliwość praktykowania umartwienia i wymagania siostrzanej wspólnoty. W swojej formacji serca, w praktykowaniu życia wspólnotowego Teresa uczyła się rozumieć niż oceniać, miłować aniżeli krytykować.

    Wspólnota do której weszła Teresa to również mocno osadzony charyzmat, który wskazuje karmelitance na jasność wspólnego posłannictwa. To żarliwość o ratowanie grzeszników, aby nikt nie zginął spośród tych, których dał Ojciec, modlitwa za Kościół, za kapłanów, płodność apostolska w miłości Ukrzyżowanego.

    Teresa z Lisieux w pierwszym etapie życia zakonnego odnalazła się z łatwością. Wyznała: „Wszystko mnie tu zachwycało (…)”. Z takim przeświadczeniem z początków lat życia w Karmelu pozostała aż do śmierci.

    Całe życie Teresy to hymn pochwalny na cześć nieustającego miłosierdzia przelewającego się w jej duszy. Miłosierdzia, które opiewała życiem, miłością i czynem.

    s. Dawida Prusińska CST/Zgromadzenie Sióstr św. Teresy od Dzieciątka Jezus

    ___________________________________________________________________________________

    “Dzieje duszy”

    Tegoroczne liturgiczne wspomnienie św. Teresy od Dzieciątka Jezus, przypada w 100-lecie polskiego wydania “Dzieje duszy”

    Na oryginalną całość składają się trzy teksty świętej Karmelitanki, nazywane dziś Rękopisami autobiograficznymi. Pierwszy z nich (rękopis “A”), zawierający wspomnienia z dzieciństwa i początków życia zakonnego, Teresa napisała w 1895 r. na prośbę m. Agnieszki od Jezusa (siostra Teresy – Paulina). Rękopis “B” z września 1896 r. jest tekstem adresowanym do s. Marii od Najświętszego Serca (siostra Teresy – Maria). Powstał on po odprawionych rekolekcjach i uważany jest za arcydzieło chrześcijańskiej duchowości. Ostatni fragment (rękopis “C”) Teresa pisała na polecenie m. Marii od św. Gonzagi w ostatnich miesiącach życia. Tuż przed śmiercią Karmelitanka wyraziła pragnienie, by jej wspomnienia zostały rozprzestrzenione jako narzędzie jej posłannictwa. Umierając, tak o nim mówiła: “Czuję, że moje posłannictwo wnet się rozpocznie; posłannictwo pociągania dusz do miłowania Boga, jak ja Go miłuję, dawania im mojej małej drogi”.
    Przeczucia umierającej Teresy zaczęły przybierać realne kształty, gdy zostały opublikowane jej pisma. Uporządkowała je, zebrała w rozdziały i przygotowała do druku m. Agnieszka. Za sprawą jej pracy redaktorskiej rękopisy Teresy ukazały się jako autobiografia pt. Dzieje duszy. Ostatni, dwunasty rozdział, zawierał wspomnienia zakonnic o Świętej. Dołączono również wyjątki z listów, niektóre poezje, myśli i modlitwy Teresy.
    Jeden z dwóch tysięcy pierwszych egzemplarzy Dziejów duszy trafił do rąk Karmelitanek Bosych w Przemyślu. Siostry zachwycone postacią młodej Karmelitanki natychmiast poprosiły klasztor w Lisieux o pozwolenie na tłumaczenie i niezwłocznie przystąpiły do pracy. Tłumaczenia tekstu francuskiego dokonały s. Anna od Jezusa Kalkstein i m. Elżbieta od Ducha Świętego Wańczura. Przy pomocy przyjaciółki sióstr, p. Marii Kobylińskiej, autobiografia Teresy ukazała się w Księgarni św. Wojciecha (Poznań 1902), pt. Dzieje duszy, czyli Żywot Siostry Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, karmelitanki bosej 1873-1897 przez nią samą skreślony. Bp Edward Likowski jako oficjał i wikariusz generalny napisał: “Nie tylko chętnie udzielam imprimatur, ale gorąco polecam Żywot Siostry Teresy w polskim przekładzie. Dawno już w literaturze ascetycznej nie ukazała się książka, zwłaszcza w języku polskim, tak pouczająca i budująca, jak książka niniejsza. Bez zbudowania i pouczenia nikt jej czytać nie będzie”.
    Tak jest do dzisiaj, o czym świadczą stuletnie dzieje autobiografii, przetłumaczonej już na 60 języków świata. Jej ustawiczną aktualność jako ewangelicznej doktryny i drogi życia potwierdził na nowo Kościół z okazji 100. rocznicy śmierci św. Teresy z Lisieux. Stało się to, gdy w niedzielę misyjną – 19 października 1997 r., u progu trzeciego tysiąclecia, Jan Paweł II ogłosił świętą Karmelitankę doktorem Kościoła. W wydanym na tę okoliczność przepięknym liście apostolskim Divini amoris scientia Ojciec Święty pisze: “Teresa jest mistrzynią dla naszej epoki spragnionej słów żywych i ważkich, świadectw heroicznych i wiarygodnych” (nr 11).
    To w naszych czasach Opatrzność na nowo stawia nam ją jako wzór i mistrzynię życia. Spełniły się jej pragnienia: “Mimo mej maleńkości chciałabym oświecać dusze jak prorocy, doktorzy (…). Odczuwam w sobie powołanie doktora”. Takie przeświadczenie Teresy wypływało z jej osobistego doświadczenia. To sam Duch Święty dał jej zrozumieć, że ono przeznaczone jest dla wszystkich i że Bóg powierzył jej szczególne posłannictwo. Spełniły się jej pragnienia i została ogłoszona doktorem Kościoła – oznacza to, iż właściwa misja św. Teresy i jej “małej drogi” dopiero się rozpoczyna.
    Warto popatrzeć na tę “żywą ikonę Boga”, jak nazywa św. Teresę Jan Paweł II. Jako doktor Kościoła przynosi nam bowiem niezwykle cenne ewangeliczne światło. Jej ciągle żywą misją jest nauczyć każdego “małej drogi”, która prowadzi do odkrycia miłosiernej miłości Boga. Św. Teresa czyni to za sprawą swoich pism, a szczególnie Dziejów duszy. Wspominając z wdzięcznością przemyskie Karmelitanki, które pierwsze przed stu laty przetłumaczyły autobiografię Teresy, należy dziękować Bogu za dobro, jakie ona przyniosła polskiemu katolicyzmowi na przestrzeni ubiegłego wieku. Dziś mamy już dostęp do nowych przekładów. W 17. wydaniu Dziejów duszy (1996 r.) wykorzystano przekłady wcześniejszego zbiorowego wydania Pism Świętej z 1971 r. Poddano go jednak rewizji na podstawie najnowszego krytycznego wydania francuskiego wszystkich Pism Teresy (8 tomów). To wydanie z 1992 r. rozpoczynają Rękopisy autobiograficzne. W nowym przekładzie i z nowymi przypisami zostały one wydane przez Wydawnictwo Karmelitów Bosych w 1997 r. Dzięki temu mamy dostęp do najbardziej autentycznej wersji autobiograficznych tekstów św. Teresy z Lisieux.
    W ten sposób stają się one jeszcze doskonalszym narzędziem jej oddziaływania. Zaś z obecnej sytuacji w świecie można wnioskować, że to oddziaływanie będzie jeszcze bardziej skuteczne. Wielu ludzi szuka swego miejsca w Kościele, którego nie rozumieją i boleśnie odczuwają jego braki. Przybywa takich, którzy doświadczają życiowej pustki, granic własnych możliwości, mając równocześnie wielkie pragnienia. Wobec tych wszystkich wyzwań mistrzynią i przewodniczką pozostaje św. Teresa. Wystarczy tylko popatrzeć na tę “ikonę”, posłuchać jej opowieści o swoim doświadczeniu wiary, by uczyć się od niej kontemplacji oblicza Chrystusa i “wyobraźni miłosierdzia”.

    ks. Stanisław Haręzga/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________________________

    Św. Teresa z Lisieux

    René Lejeune

    ŚWIĘTA TERESA Z LISIEUX CZYLI „MAŁA DROGA” SZCZĘŚCIA

    «JAKŻE TO MOŻE BYĆ, BY DUSZA TAK NIEDOSKONAŁA JAK MOJA, PRAGNĘŁA POSIĄŚĆ PEŁNIĘ MIŁOŚCI?…»
    Doskonałe wiersze aleksandryjskie, tchnące autentyczną poezją, wyrażają krystaliczną duchowość św. Teresy od Dzieciątka Jezus i od Najświętszego Oblicza. W okresie od lutego 1893 do maja 1897 ulubiona święta XX wieku często dawała się ponieść natchnieniu. Zachowało się jej 60 wierszy, nie licząc tych, które włączyła do 8 rekreacji, małych sztuk teatralnych, przeznaczonych do rozweselenia surowego klauzurowego życia.
    Te kilka linijek, stanowiących motto, pochodzi z wiersza Moja pieśń na dzień dzisiejszy, który Teresa ułożyła 1 czerwca 1894 roku, naśladując rytm kantyku Bóg pokoju i miłości. Nie znała zasad prosodii ani nie posługiwała się słownikiem rymów. Oddawała się poezji wiedziona intuicją. Jej intuicja była bardzo pewna, kierowało nią pragnienie absolutu i nieskończoności. Biblia, a szczególnie psalmy, jak i teksty liturgiczne, stanowiły dla niej źródło natchnienia. Niektóre z jej wierszy stanowią arcydzieło spontaniczności, świeżości i głębi duchowej. Zdolne są one wzbudzić w sercu czytelnika falę radości lub wywołać zalew łask. Są wiersze, które poruszają wrażliwość, ale jest i taka poezja, która karmi duszę swoim pięknem i przenikliwością. Pierwsze są wdziękiem, drugie – to pokarm. Teresa karmi pożywnie tak przez swoje wiersze, jak i przez pisma. W miarę jak czyni żwawym krokiem postępy w świętości, wszelka myśl wymykająca się w jakiejkolwiek postaci z jej ogromnego serca jest myślą kierownika duchowego, przewodnika, który sprawia, że odkrywa drogę szczęścia. Nie szczęścia zbuntowanej przeszłości lub przyszłości, która do nas nie należy, lecz szczęścia, które jest w zasięgu ręki, szczęścia dnia dzisiejszego, tego, które możemy uchwycić, przytrzymać, wyryć w całej naszej istocie. Co to za szczęście? Miłość! To znaczy „kochać Cię, Panie”. Teresa wiedziała, jak nikt inny, że szczęście – inne imię miłości – przechodzi przez tego, który JEST miłością.
    „Ukażesz mi ścieżkę życia, pełnię radości u Ciebie, rozkosze na wieki po Twojej prawicy” – mówi Psalm 16. „Nie ma dla mnie dobra poza Tobą…” – mówi dusza Bogu w tym samym psalmie. A mama, która kocha swe dzieci? A małżonek, który kocha swą małżonkę? A św. Wincenty, który kocha ubogich? Święta Tereska ukazuje wspaniale, że w istocie swej wszelka miłość przechodzi przez Serce Boga. Szczęście, jakie daje mi moja małżonka, dzieci, przyjaciele, płynie z ich miłości. Jednak każde uczucie miłości, każdy akt miłości jest cząstką Bożego Serca. To właśnie oznaczają słowa „nie ma dla mnie dobra poza Tobą…” Przeszłość to zgromadzone cząstki miłości, teraźniejszość to rodzące się cząstki miłości. A jedynym sensem przyszłości jest zdolność, jaką posiadamy mnożenia do nieskończoności cząstek miłości, Boskiej złotej nitki, z której utkane jest nasze życie. Teresa poucza nas o tej podstawowej prawdzie przez swoje życie i swoje pisma.

    «POJĘŁAM, CZYM JEST ŻYCIE… NIEUSTANNYM CIERPIENIEM I ROZŁĄKĄ…»
    Ostatnia z dziewięciorga dzieci, z których czworo umarło bardzo wcześnie, Teresa wzrastała otoczona miłością rodziców i czterech sióstr. Zanurzona w miłości, a więc ukryta w Bożym Sercu. Miłość ta nie pozostanie bez cienia. Całe ludzkie życie jest bowiem tajemniczą próbą.
    «Przychodzą z wielkiego ucisku…» – mówi Apokalipsa o tłumie wybranych, którzy opłukali szaty we krwi Baranka. Teresa ma zaledwie 4 lata, kiedy rozpoczyna doświadczać cierpienia. Poznaje boleść najokrutniejszą, która może dotknąć dziecko: pozbawiona zostaje matki, która umiera nagle w wieku 45 lat, jako ofiara raka. W jej krótkim życiu doświadczenia się spiętrzą. Mogłyby one zniszczyć każdą wrażliwą duszę. Teresa – dusza najwrażliwsza wytrzymuje wobec ataków.
    Całkiem mała, a już posiada niezwyciężoną siłę, swoją drogę, drogę zadziwiająco prostą i cudownie skuteczną. Drogę świętości w zasięgu wszystkich, która czyni z Teresy niezrównanego przewodnika duchowego na nasze czasy i na czasy, które nadchodzą. A jednak ta siła i ta droga nabiorą kształtów dopiero przez zadziwiającą interwencję Bożą po Mszy św. pasterskiej w Boże Narodzenie 1886 r.
    Po śmierci mamy rodzina żegna się z Alençon, w którym przedsiębiorstwo «point d’Alençon» zrujnowało zdrowie Pani Martin. Osierocona rodzina przeprowadza się do Lisieux i mieszka z bratem mamy, Izydorem Guérin, w Buissonnets, w pięknej posiadłości otoczonej murami i zatopionej w zieleni. Usytuowana na obrzeżach Lisieux, może cieszyć się piękną panoramą miasta. Maleńka Teresa doświadcza tu czułości sióstr. Paulina, najstarsza z nich, wybrana na „drugą mamę”, doskonale wywiązuje się ze swej roli. Ojciec, jej „ukochany król”, podwaja swą czułość, darząc ją „miłością iście matczyną”. W Buissonnets Teresa zaznała głębokiego szczęścia, które trwało prawie 11 lat. Czas ten zaznaczył się jednak także zawieruchami, które nią gwałtownie wstrząsnęły.
    Pierwsza w jej życiu wichura nadchodzi w październiku 1881 roku, kiedy wstępuje do szkoły przy klasztorze benedyktynek. Teresa ma 8 lat, przebywa tam jako pensjonariuszka. Małe pisklę, które wypadło z gniazda i z „ziemi obiecanej” znalazło się na „wspólnej ziemi”. Jest nieszczęśliwa. Doświadczenie to potrwa 5 długich lat „najsmutniejszych z całego życia” – jak napisze. Jest tam ofiarą swej wrażliwości: delikatna i czuła jak płatek róży.
    Drugie doświadczenie, jakie dotyka ją w tym czasie, nadchodzi gdy Paulina, jej „druga mama” kończy 21 lat. Oczekiwała pełnoletności, aby móc zrealizować marzenie, jakie dojrzewało w niej od dawna: wstępuje do Karmelu w Lisieux, przyjmując imię Agnieszki od Jezusa. 2 października 1882, mała Tereska, zalana łzami, otrzymuje „ostatni pocałunek”. Jej rozpacz jest tak wielka, że wkrótce podupada na zdrowiu. „Dziwna choroba” nasila się w okresie od 25 marca (Zwiastowanie) do 13 maja (Zesłanie Ducha Świętego). Dziecko cierpi na halucynacje i stany lękowe, majaczy. Rodzina i Karmel wzywają wstawiennictwa Matki Bożej Zwycięskiej. 13 maja 1883 r. w dniu Pięćdziesiątnicy i w dniu tak umiłowanym przez Matkę Bożą Maryja ukazuje się dziewczynce. Widzi ona rodzinną figurkę Matki Bożej Zwycięskiej, jak się ożywia i uśmiecha. „Cudowny uśmiech Najświętszej Dziewicy” uwalnia ją nagle od podstępnej boleści, z powodu której tak straszliwie cierpi.
    Teresa ma 10 lat. Dojrzała dzięki doświadczeniu. Gwiazda wzeszła w głębi jej duszy. Marzenie powoli staje się pewnością: ona także, jak Paulina zostanie karmelitanką, nie dla Pauliny, ale „dla samego Jezusa”.
    8 maja 1884 r. to wzniosły dzień dla Teresy: przystępuje po raz pierwszy do Komunii Świętej. Odczuwa wielkie wylanie miłości. „Kocham Cię i oddaję Ci siebie na zawsze” – szepcze 11-letnia Teresa Umiłowanemu Panu, Jezusowi.
    Radość i cierpienia pozostają ściśle połączone w jej życiu. 14 czerwca przyjmuje „sakrament Miłości”, jak nazywa bierzmowanie. Przygotowuje się do niego w stanie „świętego uniesienia”. Szczęście przerywa nowe rozstanie: jej siostra Maria, „trzecia mama”, idąc w ślady Pauliny, wstępuje do Karmelu. Przyjmuje imię Marii od Najświętszego Serca. Dorastająca i tak bardzo wrażliwa Teresa wylewa potoki łez. Płacze tak bardzo, że zadaje sobie pytanie, czy ona sama, ze swą naturą, stanie się kiedykolwiek godna świętej Teresy z Avila…
    Doświadczenie spowodowane odejściem Marii, które spada na nią 15 października 1886 roku jest tym okrutniejsze, że 8 dni później także Leonia, która zajmowała szczególne miejsce w jej sercu przez całe dzieciństwo, opuszcza dom: wstępuje nieoczekiwanie do klarysek w Alençon.
    Boże Narodzenie 1886 roku zostanie naznaczone pięknym wspomnieniem w życiu dorastającej Tereski. Kiedy po Mszy świętej pasterskiej wchodzi po schodach, Duch Jezusa wlewa w nią dar, jakiego tak bardzo jej brakowało, dar mocy i siły. Teresa nazywa ten szczególnie ważny moment „nawróceniem”. „W jednej chwili dzieło, którego nie potrafiłam dokonać przez 10 lat, Jezus wykonał zadowalając się moją dobrą wolą”. Wraz z tym darem Ducha Świętego rozpoczyna się w jej życiu okres „najpiękniejszy ze wszystkich, najbardziej wypełniony łaskami z Nieba.”

    «PRAGNĘ…»
    Zaczyna dzielić pragnienie dusz, które odczuwał Ukrzyżowany. Słyszy rozmowy o Pranzinim, wielkim zbrodniarzu, który – skazany na szafot – trwa w niewierze, mimo że znajduje się u progu śmierci. Teresa dosłownie szturmuje Niebo, aby wyjednać łaskę nawrócenia dla Pranziniego. Ofiarowuje Bogu nieskończone zasługi Jezusa, skarby Kościoła Świętego, prosi o odprawienie Mszy Św. czując, że z siebie samej „nic nie mogła uczynić”. I cud dokonuje się na samej szubienicy. Zanim skazaniec włożył głowę w ponury otwór, dotąd niewzruszony na prośby kapłana, który mu towarzyszył, Pranzini odwrócił się nagle, złapał krucyfiks, który kapłan niósł w swojej ręce, i „trzykroć ucałował święte rany”. Potem rzucił się w ramiona śmierci i Boskiego miłosierdzia. Było to 31 sierpnia 1887.
    Rok 1887 był rokiem najszczęśliwszym ze wszystkich. Teresa ma 14 lat. Wzrasta fizycznie i intelektualnie. „Pociąga ją najwyższe pragnienie wiedzy”. Uwolniona w dniu Bożego narodzenia od powłoki, która oddzielała ją od zewnętrznego świata, otwiera się na innych, na cierpiących, na spragnionych miłości, których świat nie może zaspokoić.
    W dniu Zesłania Ducha Świętego 1887 roku Teresa powierza swój sekret Paulinie i ukochanej siostrze Celinie – ostatniej, która jeszcze pozostała z nią w domu. Powierza tę tajemnicę także ojcu: i ona chciałaby bardzo szybko wstąpić do Karmelu, bez względu na swój wiek.
    Spotyka w ogrodzie ojca, który siedzi na brzegu basenu, ze złożonymi rękoma. „Piękna postać Tatusia sprawiała niebiańskie wrażenie, czułam, że w jego sercu panuje pokój. Nic nie mówiąc usiadłam obok niego, z oczami pełnymi łez. Popatrzył na mnie z czułością i obejmując moją głowę, przytulił ją do serca mówiąc: „Co ci jest, moja królewno?” I ten ojciec, tak przecież doświadczony, powiedział we wspaniałym porywie wiary, że „Dobry Bóg uczynił mu wielki zaszczyt prosząc go o jego dzieci”. On sam także marzył przez długi czas o klasztornym życiu i ożenił się mając dopiero 38 lat.

    W OGNIU WALKI
    Rozpoczyna się ostra walka w celu zrealizowania marzenia Teresy. Ma zaledwie 15 lat. Sama się postarza, czesząc sobie kok na czubku głowy. Musi jednak błagać władze kościelne o stosowne dyspensy, aby móc przekroczyć progi Karmelu pomimo młodego wieku. Przełożony Karmelu odrzuca jej prośbę, podtrzymuje to veto pomimo nalegania karmelitanek. Ukrycie sprzeciwia się także biskup diecezji – Hugonin. „Dusza moja była pogrążona w goryczy, lecz także w pokoju, ponieważ szukałam jedynie woli Bożej.” I tak w głębi jej serca Bóg podtrzymuje ją w postanowieniu. Oświadczyła: „jeśli Biskup nie zechce mi pozwolić na wstąpienie do Karmelu w piętnastym roku życia, to pójdę aż do Ojca Świętego”… I istotnie zdarzyło się coś niezwykłego. Podczas pielgrzymki do Rzymu, którą odbyła z ojcem i siostra Celiną, wykorzystała okazję, by upaść do stóp Ojca Świętego i osobiście poprosić go o dyspensę od wieku. Leon XIII słucha jej ze wzruszeniem, nie zniechęca, lecz odsyła ją do biskupa diecezji.
    Pielgrzymi powracają do Lisieux 2 grudnia. Podróż nauczyła Teresę więcej o świecie niż mogła się dotąd dowiedzieć. Wśród pielgrzymów byli liczni członkowie normandzkiej arystokracji oraz 73 kapłanów. W czasie tak długiego przebywania razem ujawniają się wszystkie strony dobre i złe osób, które zazwyczaj ukrywają te ostatnie pod maską… Teresa odkrywa próżność wielkich i utytułowanych, a zachowanie niektórych kapłanów umacnia ją w postanowieniu częstej za nich modlitwy. Zaczyna rozumieć powołanie Karmelu, bo potrzeby tej modlitwy dotąd nie rozumiała. Tak o tym pisze: „Zachwycała mnie modlitwa za grzeszników; ale modlić się za dusze kapłanów, które uważałam za czystsze nad kryształ, wydawało mi się rzeczą dziwną!.. Jakże piękne jest powołanie Karmelu, ponieważ jedynym celem naszych modlitw i ofiar jest to, abyśmy jako apostołki apostołów błagały za nimi, podczas gdy oni głoszą duszom Ewangelię słowem, a nade wszystko przykładem.”

    UPRAGNIONE ZWYCIĘSTWO: «PRZYSZŁAM RATOWAĆ DUSZE…»
    Po powrocie z Rzymu biskupa diecezji Bayeux po raz drugi dosięga prośba dorastającej panienki. Teresa poluje co dnia na odpowiedź J. E. Hugonina. Nie przestaje „ufać wbrew wszelkiej nadziei”. Słuszność jest przecież po jej stronie! 28 grudnia Matka Maria od św. Gonzagi, przeorysza Karmelu w Lisieux, otrzymuje – to prawdziwy cud! – pisemne zezwolenie biskupa. 9 kwietnia 1888 r. Teresa przekracza progi Karmelu. Pozostanie tu do śmierci i za kratami wypełni misję, jaką na siebie wzięła: „Przyszłam ratować dusze i przede wszystkim po to, aby się modlić za kapłanów”. Jezus pozwolił jej zrozumieć, że da jej dusze przez krzyż. Ona zaś coraz bardziej miłowała cierpienie.
    W okresie 9,5 lat spędzonych za milczącymi murami karmelitańskiego klasztoru skrystalizowała się w duszy tej pokornej zakonnicy duchowość prosta i jaśniejąca, porównywalna z najbardziej owocnymi w całej historii Kościoła. „Mała droga” terezjańska pociągnie swym świetlistym śladem ogromne tłumy wiernych aż do końca czasów.

    «MAŁY KWIATEK PRZESZCZEPIONY NA GÓRĘ KARMEL ROZKWITAŁ W CIENIU KRZYŻA…»
    9 kwietnia 1888 roku o poranku, po Mszy św. Ludwik Martin, w wieku 65 lat, pobłogosławił płacząc swoją „królewnę”, która opuszczała go na zawsze. Postulantkę przyjmuje w drzwiach klasztoru wspólnota sióstr złożona z 26 karmelitanek, otaczających przeoryszę. Najpierw przełożony Karmelu, ojciec Delatroette, zwraca się do sióstr z napomnieniem: „Jako delegat biskupa przedstawiam wam to 15-letnie dziecko, którego wstąpienia pragnęłyście. Życzę, by ona nie zawiodła waszych nadziei, lecz jeśli tak się stanie, przypominam wam, że jedynie wy poniesiecie ciężar tej odpowiedzialności”. Przełożony zagniewany, pozbawiony rozeznania…
    Cela, w której spędzi 5 lat, posiada jedynie siennik położony na deskach i elementarne wyposażenie. Nie ma ani wody, ani ogrzewania, tylko mała spirytusowa lampka. Widok zasłania dach. Czym się zajmuje? Nabożeństwa i modlitwy, zamiatanie, cerowanie, praca w ogrodzie. Wywiązuje się wspaniale z prostych rzeczy, to jest jej droga do świętości. „Ani jednego słowa, które można jej powiedzieć, wszystko jest doskonałe…” – pisze przełożona do pani Guérin, ciotki Teresy. Bez zwłoki dosięga ją kolejne doświadczenie: tracąc zmysły ojciec popada w chorobę. Z tego powodu obłóczyny Teresy odwlekają się. Po wylewie, kilku atakach i halucynacjach, ojciec znalazł się w szpitalu Dobrego Zbawcy w Caen. Jego pobyt tam trwa 3 lata.
    Przez pierwsze 5 lat w Karmelu Teresa otrzymuje „więcej kolców aniżeli róż”. W dniu obłóczyn, 10 stycznia 1889 Teresa od Dzieciątka Jezus dorzuca do swego imienia i od Najświętszego Oblicza, zaznaczając tak wolę przyjęcia – jak Jezus w czasie Męki – doświadczeń, ran i cierpień na okup za grzeszników. Zostaje „przeszyta ukłuciami szpilek” przez niektóre siostry. „Stworzenia, ach te stworzenia!” – jęczy. Jednak czuje, że wzrasta jej wiara: „Oderwać się od wszystkiego, co nie jest Nim” – oto czego uczy się młoda zakonnica w wieku 16 lat: Jezus, centrum jej życia.
    20 miesięcy nowicjatu. Ukłucia są liczniejsze. Boli ją szczególnie choroba ojca. Przed zakrwawionym Obliczem Jezusa uczy się, że „Miłość pokorna, to ta co się unicestwia, miłość hojna to ta, co zapomina o sobie”. Takie są jej aspiracje. Karmi się tekstami biblijnymi. Czwarta pieśń Sługi Jahwe (Iz 52,13 – 53,12) przeszywa jej serce. Będzie wpatrzona w jej słowa aż do śmierci.
    Podczas gdy jansenizm odbiera pokój kilku zakonnicom Teresa zagłębia się w pismach św. Jana od Krzyża, „Doktora Miłości”. Całkowicie zdaje się na Jezusa, odtąd jej jedynego kierownika: ” On nie uczy mnie liczenia moich uczynków, lecz uczy mnie robienia wszystkiego z miłości. To Jezus czyni wszystko, ja nie robię nic.”
    8 września 1890 – dzień profesji, poprzedzonej rekolekcjami przeżytymi „w zupełnej oschłości, prawie w opuszczeniu”. „W przeddzień – pisze Teresa – podniosła się w mej duszy zawierucha, jakiej dotąd nie przechodziłam. Dotychczas nigdy nie przyszła mi na myśl żadna wątpliwość co do mego powołania; trzeba było, abym przeszła i przez tę próbę. Wieczorem, po jutrzni, kiedy odprawiałam Drogę Krzyżową, powołanie moje wydało mi się urojeniem i mrzonką… Ciemności stały się tak wielkie, że widziałam i rozumiałam już tylko to jedno: ja nie mam powołania!..” Jednak w dniu profesji „zalała jej duszę rzeka pokoju”, pomimo strasznego cierpienia z powodu nieobecności ojca, uwięzionego chorobą.
    Odważne i niosące otuchę działanie Teresy jako pielęgniarki i zakrystianki w czasie epidemii grypy, która spada na wspólnotę w zimie 1891-92, zabierając cztery karmelitanki, sprawia, że Przełożony mówi wreszcie: „Ona jest wielką nadzieją dla tej wspólnoty”. Teresa pisze o tym okresie: „Podczas tego ciężkiego doświadczenia w Zgromadzeniu miałam niewymowną pociechę, mogąc codziennie przyjmować Komunię św… Ach! Cóż to była za rozkosz!… Jezus rozpieszczał mnie długo, znacznie dłużej niż swe wierne oblubienice; pozwolił bowiem, by mi Go dawano, choć inne nie miały już szczęścia przyjmować Go…”
    Teresa stała się, zgodnie z opinią mistrzyni nowicjatu: „duszą zawsze spokojną, która doskonale panuje nad sobą we wszystkim i wobec wszystkich”. Uczy się „zstępować, by służyć za mieszkanie Jezusowi.” Zstępować do żyznej doliny zamiast wspinać się na obnażone wierzchołki gór.
    W lutym 1893 roku Paulina, jeszcze tak niedawno „druga mama”, zostaje wybrana przeoryszą Karmelu. Naprzemienność radości i cierpień trwa nadal. Wyrzeczenie się trwa nadal. Myli się ten, kto sądzi, że przełożeństwo jej siostry, Paulinki, dało jej jakieś korzyści. Przeciwnie – jest siostrą, która najrzadziej może się z nią spotykać… Pobyty w oazach są więc krótkie, a przejścia przez pustynie, bez wody – długie. Radość wznosi duszę, cierpienie – oczyszcza. To w ten sposób Pan naucza tych, którzy Go kochają.

    29 lipca 1894 r. umiera ukochany ojciec, po długiej drodze krzyżowej, w czasie której Teresa widziała go zaledwie jeden raz i usłyszała z jego ust tylko jedno słowo: „niebo”. W trzy tygodnie później Celina wstępuje do Karmelu, po zakończonym czuwaniu u boku chorego ojca. Przyjmuje imię Genowefy od Najświętszego Oblicza. Tak spełnia się najgłębsze pragnienie Teresy: „Nie do przyjęcia była dla mnie jedynie myśl, że [Celina] mogłaby nie zostać oblubienicą Jezusa, bo kochając ją jak samą siebie, za nic nie chciałam, by oddała swe serce śmiertelnemu człowiekowi. …Teraz nie pragnę już niczego, jak tylko do szaleństwa kochać Jezusa… Znikły już dziecinne pragnienia; to prawda, że w dalszym ciągu lubię zdobić kwiatami ołtarz Małego Jezusa, ale odkąd ofiarował mi On Kwiat, jakiego pożądałam, moją drogą Celinę, nie pragnę już innych, lecz ją składam Mu jako najwspanialszą wiązankę… Nie pragnę już ani cierpienia, ani śmierci, choć kocham jedno i drugie; tylko miłość mnie pociąga…”

    MAŁA DROGA: «WRESZCIE ODKRYŁAM MOJE POWOŁANIE!»
    To pod koniec roku 1894 Teresa – rozdarta pomiędzy ogromnymi aspiracjami a ograniczeniami natury ludzkiej nie do pokonania – czyni swoje wielkie odkrycie: odkrycie „małej drogi” lub „drogi dziecięctwa duchowego”. Odkrywa ją w kilku wersetach biblijnych:
    „Kto jest mały, niechaj tu przybędzie.” (Prz 9,4).
    „Najmniejszy znajdzie litościwe przebaczenie.” (Mdr 6,7)
    „On jak pasterz pasie swą trzodę, ramieniem swym ją zgromadza. Słabsze owieczki niesie na swej piersi, matki karmiące prowadzi ostrożnie.” (Iz 40,11)
    „Ich niemowlęta będą noszone na rękach i na kolanach będą pieszczone. Jak kogo pociesza własna matka, tak Ja was pocieszać będę…” (Iz 66,12-13)
    Wystarczy więc uczynić się całkiem małym, by zostać przygarniętym w ramiona ukochanego Ojca, stać się jak mały baranek, by Pan przygarnął go do serca. Uczynić się całkiem małym z miłości. Kiedy Teresa odkrywa tę podstawową prawdę, odczuwa przejmującą radość i woła: „O Jezu, moja miłości, wreszcie odkryłam moje powołanie. Moim powołaniem jest Miłość!” „W Sercu Kościoła będę Miłością i w ten sposób będę wszystkim”…
    Być Miłością, a cóż to oznacza? Och, nic wielkiego. Św. Teresa pisze: „Mam tylko jeden sposób, by okazać Ci moją miłość: rzucanie kwiatów, to znaczy, że nie opuszczę żadnej okazji do ofiary, choćby najmniejszej, żadnego spojrzenia, żadnego słowa, wykorzystam najdrobniejsze nawet czyny, by je pełnić z miłości”… „O, gdyby wszystkie dusze słabe i niedoskonałe czuły to, co czuje najmniejsza z nich wszystkich, dusza twej małej Teresy, ani jedna nie straciłaby nadziei, że zdobędzie szczyt góry miłości, ponieważ Jezus nie żąda wielkich czynów, ale jedynie zdania się na Niego i wdzięczności.” Jak małe dziecko w ramionach matki, w radości i w trwodze…
    To w „Liście do siostry Marii od Najświętszego Serca” Teresa przedstawia duchowość małej drogi, swą „małą doktrynę”. To jeden ze szczytów chrześcijańskiego piśmiennictwa, tekst o niezmierzonej głębi. Odpowiada w ten sposób na prośbę najstarszej siostry, która jest równocześnie jej matką chrzestną.
    Odtąd z całkowitą i zupełnie naturalną ufnością dziecka, które czuje, że się je kocha i zawsze wybacza wszelkie popełnione błędy Teresa pójdzie naprzód swoją „małą drogą ufności i miłości”, bez zatruwająćego dni lęku i skrupułów. W ten sposób pokonuje liczne przeszkody, które opóźniały jej postęp na drodze do świętości: drodze bez końca i świętości bez granic…
    Oto stała się całkiem mała i całkowicie oddana Bogu. To w tym momencie Paulina, czyli Matka Agnieszka od Jezusa, poprosiła ją o spisanie wspomnień z dzieciństwa. W 1895 roku przelała więc na papier z posłuszeństwa swe myśli o łaskach, jakich Dobry Bóg zechciał jej udzielić. Dzięki odkryciu „małej drogi” spogląda ponownie na swe życie w świetle Boga miłości i miłosierdzia. Stąd radosny ton przepełniający jej rękopis.
    9 czerwca Teresa czyni na drodze dziecięctwa heroiczny akt: ofiaruje siebie jako ofiarę całopalną Miłości miłosiernej. Odnawia ten akt aż do śmierci. Pan przyjmuje Teresę jako ofiarę. Ma 22 lata. Pozostaje jej 2 lata życia.

    NOC CIEMNA…
    Była na szczycie szczęścia, całkiem mała, zdana na Boże Miłosierdzie, teraz pozna najboleśniejsze doświadczenie, najbardziej okrutne, jakie może zostać zadane duszy rozpalonej miłością Jezusa Chrystusa. Teresa wchodzi w noc wiary. To najwyższe doświadczenie spada na jej duszę w okresie radości paschalnej. Przeżyje kilka rozjaśnień w tej wewnętrznej nocy, lecz ciemności nie opuszczą jej aż do śmierci. Ona sama rozumie sens tej próby: oddała życie za ocalenie grzeszników, musi więc pozostać siedząc za ich stołem, ratując ich nie przez radości ani przez plan cudownej „małej drogi” – odkrytej po tylu walkach – lecz w strapieniu, z dala od Umiłowanego, w oschłości duszy. W stanie grzesznika, choć nie zgrzeszyła. Jak Ukrzyżowany, który niósł na Krzyżu przygniatający ciężar wszystkich grzechów świata. W chwilach, gdy ciemności się rozpraszają i kiedy wkracza na nowo w gorejącą światłość wiary, apostolska dusza Teresy zwiększa się do rozmiarów Kościoła i świata. Pisze: „Być Twą Oblubienicą, o Jezu, być karmelitanką, być przez zjednoczenie z Tobą matką dusz, to wszystko powinno mi wystarczyć… jest jednak inaczej… Bez wątpienia te trzy przywileje stanowią moje powołanie: być karmelitanką, Oblubienicą i matką. A jednak odczuwam w sobie jeszcze inne powołania, powołanie wojownika, kapłana, doktora, męczennika; czuję wreszcie potrzebę dokonania dla Ciebie, Jezu, czynów najbardziej bohaterskich…”
    Ponad wszystko jednak pragnie męczeństwa: „Kiedy myślę o udręczeniach, które w czasach Antychrysta staną się udziałem chrześcijan, czuję, jak serce moje wyrywa się do nich… Jezu, Jezu, gdybym chciała spisać wszystkie moje pragnienia, musiałabym się odnieść do twej księgi żywota, gdzie są podane czyny wszystkich Świętych; tego wszystkiego chciałabym dokonać dla Ciebie…”
    Noc duszy stanie się męczarnią. Teresa ma 24 lata. Pochłonięta miłością, męczona nocą wiary, odczuwa, że zbliża się koniec próby. Zgaduje, że śmierć jest blisko. Kaszle bez końca. Gorączka jej nie opuszcza. Całe ciało jest obolałe, przychodzą krwotoki płucne. Ujawniła się gruźlica, stan jest poważny. Niezdrowe usytuowanie klasztoru i surowość mniszego życia osłabiły wrażliwy mały kwiatek. Przeorysza prosi ją o uzupełnienie rękopisów o jej życiu o doświadczenia duchowe w klasztorze.
    Na wiosnę 1897 roku gruźlica nasila się. Prawie co dnia Teresa cierpi z powodu krwotoków płucnych. 30 lipca przyjmuje sakrament chorych. Dwa ostatnie miesiące jej krótkiego życia są bardzo bolesne z wszystkich punktów widzenia. Niepokoje, lęki, pokusy… Ofiara całopalna z 9 czerwca 1895 r. została w sposób widoczny całkowicie przyjęta. Ona jest ofiarą, by móc w ten sposób ocalić jak najwięcej dusz. Jedyne pytanie, jakie ją teraz nurtuje, to czy można ocalać dusze jeszcze po śmierci? „Gdybyście wiedziały, ile czynię planów o rzeczach, które będę robić, kiedy będę w Niebie. Zacznę moją misję.” – powiedziała siostrze Marii od Najświętszego Serca 13 lipca 1897. Tak, postanowiła spędzić czas w Niebie sprawiając, że deszcz róż spadnie na ziemię i obiecała często na nią schodzić…

    «O, JAKŻE GO KOCHAM!…»
    W ostatnich dniach swego życia cierpi straszliwie. Udręczona pokusami szatana błaga o modlitwę i woła: „O, jakże wiele trzeba się modlić za konających! Gdyby o tym wiedziano!” Gruźlica pożera całkowicie jej płuca. Od 19 sierpnia do 30 września spada na nią bardzo bolesne doświadczenie. Z powodu częstych krwotoków nie może już przyjmować Komunii św., a tak bardzo jej pragnie!
    28 sierpnia jęczy: „Brak mi powietrza ziemskiego, kiedyż będę oddychać powietrzem niebios?” Rozpoczyna się agonia trwająca dwa dni: „Mój Boże, miej litość…!” – woła w straszliwych cierpieniach. „O moja Matko, zapewniam cię, że kielich jest pełny aż po brzegi” – powiedziała przełożonej. 30 września Teresa otoczona przez wspólnotę wypowiada ostatnie słowa. Słowa pochodzące od duszy, która stała się tak bardzo podobna do jej Umiłowanego Ukrzyżowanego, mogły być tylko słowami miłości: „O, jakże Go kocham!” „Mój Boże… kocham Cię!” – wyszeptała umierając. „Byłam świadkiem jej długiego, pięknego spojrzenia jak w ekstazie w chwili, gdy umierała” – napisała siostra Maria od Najświętszej Trójcy, nowicjuszka Teresy.

    POCZĄTEK MISJI
    Wspaniała misja świętej Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza rozpoczyna się 30 września 1897. „Wspaniała” misja, która napełnia przerażeniem szatana i jego zastępy, bardziej dziś szalejące niż kiedykolwiek dotąd. Trzeba nam szukać wstawiennictwa bardziej niż kiedyś św. Tereski. Przede wszystkim jednak trzeba nauczyć się praktykować jej „małą drogę”, wejść na „drogę dziecięctwa”, na drogę szczęścia, szczęścia na dzień dzisiejszy!

    René Lejeune

    Szwajcarski miesięcznik religijny Stella Maris, nr 9/96 str. 1-5) przekład z franc. E. B. w: „Vox Domini” nr 8/96, str. 3-6. Cytaty pochodzą z rękopisów św. Teresy wydanych przez OO. Karmelitów w zbiorze „Dzieje duszy”

    _____________________________________________________________________________

    św. Tereska/ fot Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Perełki św. Tereski wybrane przez dziennikarzy „Gościa”

    Całkowita ufność w Bogu – to kwintesencja „małej drogi” Teresy z Lisieux. Jakie jej słowa poruszają nas najbardziej? Opowiadają dziennikarze naszej redakcji.

    „Nawet gdybym popełniła wszystkie możliwe zbrodnie, miałabym zawsze tę samą ufność” – wołała. Żyła zaledwie dwadzieścia cztery lata. Na dzień przed śmiercią, słabiuteńkim głosem zawołała: „Cóż to za łaska mieć wiarę! Gdybym nie miała wiary, bez wahania zadałabym sobie śmierć!”. Odeszła wieczorem 30 września 1897 r. Mniszki zanotowały jej ostatnie słowa. Zerkając na twarz Jezusa przybitego do krucyfiksu, który trzymała w rękach szepnęła: „Mój Boże! Kocham Cię!”.

    Dla biednych niewierzących

    Teksty św. Teresy prowadzą mnie od młodości. Wiele z nich jest dla mnie jak te róże, symbolizujące łaski, które obiecała zsyłać. Które są dla mnie najważniejsze czy ulubione? Na różnych etapach życia jaśniej świeciły raz te, raz tamte. Od pewnego czasu chodzą za mną słowa, które święta wypowiedziała w czasie, gdy jej horyzont zaciągnął się najciemniejszymi chmurami. To był ten etap jej życia, gdy gruźlica dokonywała w jej organizmie ciężkich spustoszeń. W tych warunkach Teresa udowodniła, że dziecięca prostota w relacji z Bogiem jest możliwa zawsze, także wtedy, gdy człowiek przedziera się przez gęste ciemności. A to się właśnie z tą dziewczyną działo: do narastających cierpień fizycznych dołączyły udręki duchowe. W pewnym momencie zwierzyła się swojej rodzonej siostrze, że dręczą ją „straszne myśli”. Prosiła ją o modlitwę, żeby nie słuchać kłamstw diabła.

    Argumenty wielu materialistów wciskają się w mój umysł. (…) Och, matko moja, nie powinno być nigdy podobnych myśli, kiedy tak bardzo kocha się Boga! Jednak ofiaruję te bolesne potworności, aby otrzymać wiarę dla biednych niewierzących, za tych wszystkich, którzy oddalili się od nauki Kościoła

    – zapewniła. To słowa niezwykle cenne, bo dające otuchę ludziom, którzy zmagają się z wątpliwościami w wierze i boją się, że robią coś złego. „Ona też tak miała” to bardzo krzepiący wniosek. „Argumenty wielu materialistów” są przecież także dziś atakującą ludzi pokusą. Dzięki Teresie łatwiej sobie z tym poradzić – a i ona w tym pomoże.

    Franciszek Kucharczak

    Niezdolna do modlitwy

    Gdy nic nie czuję, gdy jestem NIEZDOLNA DO MODLITWY, do praktykowania cnót; jest to właśnie chwila stosowna, aby szukać drobnych okazji, tych nic, które cieszą Jezusa, i to bardziej niż władztwo świata, a nawet bardziej niż męczeństwo ofiarnie zniesione. Na przykład, uśmiech, miłe słówko, wypowiedziane wtedy, gdy miało by się ochotę milczeć albo okazać znudzenie, itp., itp. (…) Nie dlatego, by zgotować sobie koronę, zyskać zasługi, ale tylko, by Jezusowi sprawić przyjemność… Gdy nie mam sposobności, to przynajmniej mówię Mu często, że Go kocham; to nic trudnego a podtrzymuje ogień. CHOCIAŻBY się zdawało, że zgasł ten płomień miłości, mimo to pragnę rzucać cokolwiek, a Jezus potrafi rozpalić go na nowo.

    Chwile, kiedy czuję się zupełnie niezdolna do modlitwy, nie są dla mnie niczym obcym. Bywa, że spotkanie z Bogiem wydaje się być wyzwaniem, przekraczającym siły. Wtedy przychodzą z pomocą te słowa świętej Tereski z listu do jej siostry Celiny. Przypominają, że nawet wielcy święci musieli mierzyć się z kryzysami modlitwy, że im też bywało bardzo ciężko – a skoro tak, to te trudne momenty nie są niczym nadzwyczajnym w życiu duchowym. Ale przede wszystkim pokazują, że dla Jezusa liczą się nawet te najmniejsze gesty, drobiazgi codzienności. Zamiast obwiniać się, że nie potrafię zmobilizować się do długiej, głębokiej modlitwy, chwytam się prostych słów, aktów strzelistych, drobnego „Kocham Cię, Jezu”, albo modlę się uśmiechem i dobrym słowem. A reszta należy do Niego.

    Agnieszka Huf

    Bez miary

    Żyć miłością – to dawać bez miary,
    Bo kto miłuje, w liczbach się nie gubi,
    I nic nie żąda za swoje ofiary,
    Wiedząc, że miłość rachować nie lubi.

    To fragment dłuższego wiersza Teresy. W każdej z jego piętnastu strof wyczuwam puls głębokiego wyznania miłości. Święta spogląda na życie Jezusa, Jego przemienienie, ostatnią wieczerzę, mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Wie, że nie może przywiązywać się do zachwytu Taboru, czuje się wezwana do tego, by świadomie przejść przez próbę Kalwarii. Wspomina też pozostawione przez Jezusa przykazanie miłości. Ma głębokie przekonanie, że jej Umiłowany jest z nią we wszystkim, na dobre i na złe. Wierzy, że zamieszka w Jego domu, podobnie jak On zamieszkał w jej wnętrzu.

    Kiedy usłyszałem po raz pierwszy ten wiersz w oryginale, śpiewany przez jedną z francuskich wokalistek, przeszył mnie na wylot i pozostał ze mną. Inspirował, czasem też wzywał do działania. Towarzyszył mi w drodze, oświecał wybory, pomagał znosić przeciwności. Odzierał z fałszywych oczekiwań, a nawet oskarżał. Ile już razy gubiłem się w liczbach próbując traktować życie i ludzi w wyrachowany sposób? Ile razy dawałem wymierzając moją ciasną, ludzką miarą? Gdy dziś czytam ten wiersz widzę zamkniętą w swojej celi Teresę. Święta podnosi głowę znad kartek, ze spokojem spogląda wokół, jak gdyby chciała powiedzieć, że przelane na papier poetyckie strofy mają stawać się życiem.

    ks. Rafał Bogacki

    Dobranoc!

    Jakże daleko mi do świętości! Już to jedno jest wystarczającym tego dowodem; zamiast cieszyć się z mojej oschłości, winnam trapić się, że zasypiam (od 7 lat) podczas modlitwy i dziękczynienia, ale się nie smucę! Sądzę, że małe dzieci podobają się swoim rodzicom zarówno wtedy, kiedy śpią, jak i kiedy nie śpią. Myślę też, że lekarze, chcąc zrobić operację, usypiają swoich chorych, i że Pan widzi naszą słabość i wie, żeśmy proch.

    Mój przyjaciel opowiadał mi speszony, że zasnął w czasie nocnej adoracji. Pocieszyłem go, że Teresa z Lisieux… robiła to regularnie. Miała do siebie ogromny dystans i nie katowała się tym doświadczeniem. Paradoksalnie pomogło jej to, że jako mała dziewczynka (dojrzała duchowo bardzo wcześnie) przeżyła „noc skrupułów” – czas, w którym katowała się każdym drobiazgiem, uznawała się za niegodną, grzeszną i niewystarczającą. Przeżywając na modlitwie chwile oschłości, pisała, że „Jezus jak zwykle śpi w swojej małej łódeczce”. Jej wyznania rozbrajają mnie od lat. Może dlatego, że współczesny Kościół często nie potrafi przyznać się do słabości i za parawanem przypudrowanej pobożności skrywa swą kruchość? A Teresa – doktor Kościoła nie pisze, że jest „rozproszona w czasie modlitwy”. Nie! Pisze, że jest do tej modlitwy… niezdolna.  Nie owija w bawełnę, nie doprawia sobie duchowych szczudeł. Pisze, jak jest. Tak, to najbardziej mnie w niej zachwyca.

    Marcin Jakimowicz

    Ucieczka!

    Ostatnim środkiem, by nie dać się pokonać, pozostaje dla mnie ucieczka.

    Kontekstem tego zdania są relacje św. Teresy z innymi ludźmi, zwłaszcza współsiostrami w Karmelu. Teresa opisuje atak ze strony jednej z nich i dodaje: „byłam zdecydowana się bronić. Na szczęście przyszła mi do głowy genialna myśl, że jeśli zaczną się usprawiedliwiać, na pewno stracę pokój ducha. Lecz czułam jednocześnie, że nie mam dość sił, by biernie słuchać rzucanych na mnie oskarżeń. Ratowała mnie więc tylko ucieczka. (…)  Przysiadłam na schodach, by nacieszyć się zwycięstwem. Co prawda, brawury w nim nie było, sądzę jednak (…), że lepiej nie ryzykować starcia, kiedy porażka jest pewna” – pisała.  

    Co byłoby dla Teresy porażką? Utrata pokoju serca, oddanie złem za zło. Jedynym miarodajnym testem jakości modlitwy (i życia duchowego w ogóle) nie jest samopoczucie, jakie jej towarzyszy, ale relacje z bliźnimi.

    Jarosław Dudała

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    „Ach! Cóż to za chwila!”. Niezwykły opis wstąpienia św. Teresy od Dzieciątka Jezus do zakonu

    fot. screenshot – Facebook (Jasna Góra)

    ***

    „Ach! Cóż to za chwila!”.

    Niezwykły opis wstąpienia św. Teresy od Dzieciątka Jezus do zakonu

    9 kwietnia 1888 roku 15-letnia wówczas Francuzka Teresa Martin, znana dziś jako św. Teresa od Dzieciątka Jezus, wstąpiła do zakonu karmelitanek bosych w Lisieux. Niezwykle przejmujący opis przekroczenia klasztornej klauzury, ta jedna z najpopularniejszych świętych w historii Kościoła, pozostawiła w spisanych przez siebie „Dziejach duszy”.

    „Cała rodzina zebrana jak dnia poprzedniego, wysłuchała Mszy św. i przyjęła komunię św. W chwili, gdy Jezus zstępował do serc mych najbliższych słyszałam wokół siebie jedynie stłumione łkanie; tylko ja jedna nie płakałam, czułam jednak tak gwałtowne bicie serca, że kiedy dano znak, by zbliżyć się do drzwi klauzurowych, zdawało mi się, iż nie będę w stanie podejść. Zbliżyłam się jednak, zadając sobie równocześnie pytanie, czy nie umrę z powodu silnego bicia serca… Ach! Cóż to za chwila! Trzeba to przeżyć samemu, by zrozumieć, co to znaczy…

    Wzruszenie moje nie objawiało się jednak na zewnątrz. Uścisnąwszy wszystkich członków mojej kochanej rodziny, uklękłam przed mym niezrównanym ojcem prosząc o błogosławieństwo; udzielając mi go, sam również ukląkł i błogosławił mnie płacząc… Widok tego starca ofiarującego Panu swoje dziecko w wiośnie życia musiał uweselić aniołów!…

    W parę chwil potem brama świętej arki zamknęła się za mną o zostałam uściskana przez moje drogie siostry (…) Nareszcie ziściły się moje pragnienia; w duszy zapanował POKÓJ tak słodki i głęboki, że niepodobna tego wyrazić (…) Z jakąż głęboką radością powtarzałam te słowa: „Na zawsze, na zawsze jestem tutaj!…”

    Szczęście to nie było przelotne, nie miało się rozwiać wraz ze „złudzeniami pierwszych dni”. Złudzeń z łaski Bożej nie miałam ŻADNYCH wstępując do Karmelu: życie zakonne znalazłam takim, jakim je sobie wyobrażałam; nie dziwiła mnie żadna ofiara (…). Tak, cierpienie wyciągało do mnie ramiona a ja rzuciłam się w nie z miłością. Wszak po to przyszłam do Karmelu (…). Przyszłam ratować dusze, a przede wszystkim modlić się za kapłanów”.

    Fronda.pl/ren/”Dzieje duszy”, Kraków 1996

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – wrzesień 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 listopada – Uroczystość Wszystkich Świętych

    ***

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wszyscy Święci” Fra Angelico, XV w./wikimedia commons

    ***

    O co chodzi w kulcie świętych?

    Po co nam święci? Po co się do nich modlić? Czy sam Pan Jezus nam nie wystarcza? Tego typu pytania pojawiają się nieraz w dyskusjach. Żeby dać na nie jakąś sensowną odpowiedź, trzeba jednak zacząć nie od świętych, ale od Kościoła – i jego miejsca w naszym przeżywaniu wiary.

    Większość z nas zgodzi się pewnie, że wiara jest czymś do głębi osobistym – jej siedliskiem jest serce, w które nie ma wglądu nikt poza Bogiem i nami. Marcin Luter, próbując ująć ten osobisty charakter wiary, w jednym z kazań powiedział kiedyś, że „wierzyć może tylko każdy sam, tak jak umrzeć może każdy sam”. Wiara jest jak moment odejścia z tego świata: stoję w niej sam wobec Tajemnicy Boga, jak umierający stoi sam wobec otchłani śmierci – i nikt mnie w tym nie zastąpi. Brzmi dramatycznie? Na szczęście nie jest to katolicka wizja wiary, choć może niejeden i niejedna z nas tak właśnie swoją wiarę przeżywa.

    Wiara, choć ma swój wymiar osobisty i nieprzekazywalny, nie rozwija się bowiem w izolacji. W momencie gdy przyjmę chrzest i uwierzę, automatycznie zostaję włączony w sieć relacji, które łączą wszystkich wierzących. Ta sieć relacji to Kościół. Moje odniesienie do Boga nigdy nie jest więc tylko moje – w Katechizmie czytamy, że „nikt nie może wierzyć sam, tak jak nikt nie może żyć sam” (KKK 166). Podobnie jak w codziennym życiu, również w dziedzinie wiary wzajemnie od siebie zależymy, możemy sobie pomagać, troszczyć się o siebie, a w chwilach słabości być dla siebie nawzajem oparciem. Kiedy Kościół zachęca do modlitwy za wstawiennictwem świętych, mówi po prostu, że ta wzajemna pomoc i wymiana darów obejmuje nie tylko tych członków Kościoła, którzy aktualnie żyją na tym świecie, ale także tych, którzy żyją już na wieki w Bogu. Ci ostatni, będąc teraz bliżej Boga, zamiast o nas zapomnieć i zająć się wyłącznie przeżywaniem swojego szczęścia, tym bardziej o nas pamiętają i tym skuteczniej mogą nas wspierać na naszej drodze wiary.

    „Żywe kamienie”

    Na czym jednak miałoby polegać to wsparcie? Jeśli to Chrystus wysłużył nam zbawienie, to po co nam jeszcze jacyś inni, ludzcy pomocnicy? Czy, szukając ich, przypadkiem Go nie obrażamy? W odpowiedzi na to pytanie znowu pomoże nam odwołanie do naszego potocznego doświadczenia. Być może ciesząc się ze swojego sukcesu (np. na jakimś konkursie albo na zawodach sportowych) zastanawiałeś się, czy to nie jest pycha – przypisywać sobie sukces, podczas gdy powinieneś raczej podziękować Jezusowi? Bo jeśli to Twoja zasługa, to może w ten sposób odbierasz zasługę Temu, od którego wszystko otrzymujesz? Otóż nic z tych rzeczy. Pan Jezus nie patrzy na ludzi jak na swoich konkurentów. Nie jest jak nadopiekuńczy rodzic, który chce wszystko robić za dziecko, skrycie chełpiąc się, że wszystko to jego zasługa. Jest raczej jak rodzic mądry, który cieszy się, kiedy dziecko zrobi coś samodzielnie (choćby nie było to w sensie ścisłym konieczne) i wie, że w żaden sposób nie traci przez to zasługi – to w końcu on dał dziecku życie i umożliwił jego rozwój.

    Podobnie jest z naszym szukaniem wsparcia u świętych. To prawda, że wsparcie to całkowicie zależy od samego Jezusa, Jedynego Pośrednika między Bogiem a ludźmi (por. 1 Tm 2,5). Zamiast jednak zazdrośnie strzec swojej wyłączności, cieszy się On, gdy może włączyć w zbawcze działanie względem nas także tych naszych braci, którzy już doszli do celu. Chrystus buduje swój Kościół nie z martwych kamieni, które mogą się jedynie biernie poddawać Jego wszechmocy, ale z „żywych kamieni” (por. 1 P 2,5), obdarzonych wolnością i powołanych do aktywnego udziału w dziele zbawienia. Święci są takimi „żywymi kamieniami” w sensie o wiele doskonalszym niż my, stąd też skuteczność wsparcia, które możemy od nich otrzymać.

    Poszukiwanie inspiracji

    Ks. Janusz St. Pasierb zauważył kiedyś, że święci są tak bardzo niepodobni do siebie nawzajem, a jednocześnie wszyscy tak bardzo podobni do Pana Jezusa. Jesteśmy powołani przede wszystkim do tego, żeby naśladować samego Jezusa, ale to naśladowanie może się dokonać na tyle różnych sposobów, ile jest różnych charakterów, temperamentów i konkretnych powołań. Wielobarwny tłum świętych pokazuje nam, że w świętości nie ma nic z mechanicznego powielania i że nawet największy oryginał może znaleźć drogę do Boga, pozostając sobą. To dlatego, oprócz praktykowania modlitwy za wstawiennictwem świętych, warto ich poznawać i szukać wśród nich inspiracji dla własnej drogi wiary.

    ks. Andrzej Persidok/Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Latria i dulia – dwa słowa, które wytłumaczą katolicki kult świętych

    Latria i dulia

    fot. Thoom / Shutterstock/Aleteia.pl

    ***

    Trochę szkoda, że te terminy: latria i dulia praktycznie nie pojawiają się w kazaniach i katechezie. Z ich pomocą łatwo wytłumaczyć, czym różni się kult Boga i modlitwa do Niego od czci oddawanej Maryi i innym świętym.

    (Nie) modlimy się do świętych!

    To często spotykany zarzut wobec katolików – że modlą się do Maryi i świętych jak do Boga. Można nawet czasem usłyszeć zarzuty o bałwochwalstwo i niestosowanie się do tego, co mówi Pismo Święte, zwłaszcza Stary Testament. Nawet sami katolicy nie zawsze potrafią jasno wytłumaczyć, czym się różni kult Boga od kultu świętych.

    Chyba każdy, kto się modli, zdaje sobie sprawę z tego, że tylko modlitwa do Boga jest modlitwą w ścisłym sensie – bo wtedy zwracam się do Tego, który mnie stworzył i odkupił, jest godny najwyższej czci i chwały, jest mi bliższy niż ja sama sobie, a w dodatku wszystko może. Natomiast kiedy mówię o modlitwie za wstawiennictwem jakiegoś świętego (czasem mówi się skrótowo: do świętego), używam słowa „modlitwa” poniekąd w cudzysłowie. Zwracanie się do świętego przypomina raczej pogawędkę z przyjacielem, który jest już w niebie, ma bezpośredni dostęp do Boga i dostał mi przez Niego dany jako towarzysz drogi i wsparcie.

    No właśnie – wszyscy to wiedzą, ale chyba mało kto potrafi to precyzyjnie wytłumaczyć. Co najwyżej powie – skądinąd słusznie – że te dwa rodzaje modlitwy i dwa rodzaje kultu to „coś innego”.

    Latria i dulia – dwie różne modlitwy

    Tymczasem mamy doskonałe narzędzie do wyjaśnienia tej kwestii: latria i dulia. Ten pierwszy termin stosujemy do określenia kultu Boga, a ten drugi – kultu świętych.

    Latria pochodzi od greckiego słowa latreia (λατρεία), które oznacza dosłownie „kult” lub „służbę”. W starożytnej Grecji słowo to odnosiło się do służby lub pracy wykonywanej przez najemników, ale w kontekście religijnym z czasem zaczęło oznaczać kult bóstw.

    W teologii chrześcijańskiej termin latria został przyjęty do opisania najwyższego rodzaju czci i uwielbienia, które należą się jedynie Bogu. Jest to wyraz oddania i czci w pełnym sensie, wyrażający się w takich praktykach, jak modlitwa, adoracja i ofiara. Latria jest wyrazem uznania wyłącznej transcendencji i boskości Boga.

    Od tego pochodzi wyraz idolatria: latria idoli, czyli bożków albo – w języku staropolskim – bałwanów. Inna nazwa idolatrii to bałwochwalstwo. Oznacza traktowanie jak Boga osób lub rzeczy, którym się to nie należy.

    Latria to cześć i adoracja oddawane Bogu

    Natomiast dulia pochodzi od greckiego słowa douleia (δουλεία), które oznacza „służbę” lub „niewolnictwo”. W katolickiej teologii dulia to szacunek i podziw dla świętych i aniołów jako sług Bożych. Oznacza jednak uznanie i respekt, a nie uwielbienie czy adorację.

    Nawet najpobożniejsza cześć dla świętych, nawet najdłużej trwająca nowenna, uczczenie relikwii świętego czy uroczyste powitanie jego obrazu w parafii nie jest tym samym co adoracja, np. adoracja Najświętszego Sakramentu.

    Dulia to szacunek i podziw dla świętych oddawane im ze względu na ich bliskość z Bogiem

    Szczególnym rodzajem dulii jest hiperdulia (dosłownie: wielka, szczególna dulia) – cześć oddawana Matce Bożej ze względu na Jej szczególną rolę w historii zbawienia.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 września

    Święty Hieronim, prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz Oświeciciel, biskup
    ***
    Święty Hieronim

    Hieronim urodził się ok. 345 r. w Strydonie (prawdopodobnie na terenie dzisiejszej Chorwacji). Był synem zamożnych ludzi pochodzenia rzymskiego, katolików. Studiował w Rzymie pod kierunkiem mistrzów łaciny i retoryki, m.in. Donata. Tam – w wieku młodzieńczym, zgodnie z ówczesnym zwyczajem – przyjął chrzest między 358 a 364 r. z rąk papieża św. Liberiusza. Wówczas postanowił porzucić światowe życie i zająć się zagadnieniami religijnymi. Udał się następnie do Trewiru, ówczesnej stolicy cesarstwa, gdzie na życzenie rodziców miał rozpocząć karierę urzędniczą; prawdopodobnie jednak podjął tam studia teologiczne. Z Galii powrócił do Włoch. W tym czasie jego siostra wstąpiła do klasztoru. Także i sam Hieronim został w Akwilei mnichem i ok. 373 r. wyjechał na Wschód, by w Jerozolimie pracować naukowo i poddać się rygorystycznemu życiu. Poprzez Azję Mniejszą wyruszył do Ziemi Świętej, ale wyczerpany trudami podróży zatrzymał się w Antiochii. Znalazł się o krok od śmierci. Po wyzdrowieniu zaczął intensywną naukę greki i języka hebrajskiego, poświęcił się studiowaniu Pisma świętego na Pustyni Chalcydyckiej.

    Święty Hieronim

    W 377 r. w Antiochii Hieronim przyjął święcenia kapłańskie, zastrzegając jednak, że pragnie dalej wieść życie ascetyczne. Za cel swojego życia postawił pracę naukową. Na dłuższy czas (379-382) zatrzymał się w Konstantynopolu. Miasto urzekło go swoją historią, bogactwem zabytków, zasobnością w książki. Właśnie wtedy patriarchą Konstantynopola był św. Grzegorz z Nazjanzu. Hieronim słuchał pilnie jego kazań. W tym czasie przełożył na język łaciński niektóre homilie Orygenesa i Historię Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej.
    W 382 r. uczestniczył w synodzie rzymskim, gdzie na polecenie papieża Damazego zaczął pracować nad poprawianiem dawnego przekładu Nowego Testamentu i psalmów. W latach 382-384 był sekretarzem i doradcą papieża Damazego. Mieszkał na Awentynie, gdzie skupił wokół siebie elitę intelektualną i religijną Rzymu. Wśród jego uczniów znalazła się także św. Marcella (+ 410). Właśnie w jej pałacu zamieszkał. Na spotkania duchowe przybywała do niego również inna można pani Rzymu, św. Paula (+ 404), i jej córka, św. Eustochia (+ ok. 419). Po śmierci papieża (+ 384) Hieronim udał się do Egiptu; zwiedził Ziemię Świętą, Egipt, klasztory w Nitrii. Słuchał wykładów znakomitego znawcy pism Orygenesa, Dydyma Ślepca. Udał się następnie do Palestyny i w 386 r. zamieszkał w Betlejem. Tam pozostał już do śmierci.
    Organizował tam działalność charytatywną, prowadził wykłady, pod jego opieką powstały cztery klasztory. Odznaczał się encyklopedyczną wiedzą, umiłowaniem ascezy, pracowitością, gorącym przywiązaniem do Kościoła, czcią do Matki Bożej, a przede wszystkim umiłowaniem Pisma Świętego. Współcześni mu odnotowali jednak, że miał wybuchowy charakter.

    Święty Hieronim

    Pozostawił po sobie niebywale ogromną spuściznę literacką. W latach 389-395 przełożył na łacinę wiele ksiąg Septuaginty (greckiego przekładu Biblii). Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza “powszechnie przyjmowane”), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Hieronim napisał także komentarze do wielu ksiąg Pisma oraz przełożył liczne teksty Ojców Kościoła. Zwalczał współczesne mu herezje. Ostatnie lata spędził w grocie sąsiadującej z Grotą Narodzenia Pana Jezusa. Zmarł osamotniony 30 września 419 lub 420 r. Jego relikwie sprowadzono z czasem do Rzymu. Obecnie znajdują się w głównym ołtarzu bazyliki S. Maria Maggiore. Jest jednym z czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego, patronem eremitów, biblistów, egzegetów, księgarzy i studentów.
    Ikonografia ukazuje najczęściej św. Hieronima jako wielkiego pokutnika w długiej szacie albo obnażonego starca, w przepasce na biodrach, wycieńczonego postami. Czasami przedstawiany jest w kapeluszu kardynalskim, co jest aluzją do jego funkcji sekretarza papieskiego, lub w postawie siedzącej przy pulpicie. Atrybutami Świętego są: czaszka, gołębica, kamienie, klepsydra, księga, lew u stóp, oswojone lwiątko, model kościoła, pióro pisarskie, rylec do pisania i tabliczka, trąba powietrzna przypominająca Sąd Ostateczny, wielbłąd.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Święty Hieronim

    Święty Hieronim

    Święty Hieronim studiuje Pismo/Domenico Ghirlandaio(PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 7 LISTOPADA 2007

    (…) Hieronim skomentował także wiele teksów biblijnych. Według niego komentarze powinny przynosić rozmaite opinie, “tak aby bystry czytelnik, po przeczytaniu różnych wyjaśnień i zapoznaniu się z różnorodnymi opiniami – które można przyjąć bądź odrzucić – ocenił, która jest najbardziej wiarygodna i niczym wprawny bankier, odrzucił fałszywy pieniądz” (Contra Rufinum 1,16).

    Drodzy bracia i siostry!

    Skupimy dziś naszą uwagę na świętym Hieronimie, Ojcu Kościoła, który w centrum swego życia umieścił Biblię: przetłumaczył ją, komentował w swych dziełach, przede wszystkim zaś podjął zadanie konkretnego życia nią w swym długim ziemskim istnieniu, mimo dobrze znanego trudnego i porywczego charakteru, jakim obdarzyła go natura.

    Hieronim urodził się w Strydonie około roku 347 w rodzinie chrześcijańskiej, która zapewniła mu staranne wykształcenie, wysyłając go nawet do Rzymu, by udoskonalił swe studia. W młodości czuł pociąg do światowego życia (por. Epist. 22,7), górę jednak wzięło w nim pragnienie i zainteresowanie religią chrześcijańską. Po przyjęciu chrztu około roku 366 wybrał życie ascetyczne, a udawszy się do Akwilei, przyłączył się do grupy żarliwych chrześcijan, których sam określił jako “chór błogosławionych” (Chron. ad ann. 374), skupiony wokół biskupa Waleriana. Następnie wyruszył na wschód i jako pustelnik żył na Pustyni Chalcydyckiej na południe od Aleppo (por. Epist. 14,10), oddając się poważnym studiom. Udoskonaliwszy znajomość greki, zaczął uczyć się hebrajskiego (por. Epist. 125,12), przepisał kodeksy i dzieła patrystyczne (por. Epist. 5,2). Medytacja, samotność, kontakt ze Słowem Bożym przyczyniły się do dojrzewania jego chrześcijańskiej wrażliwości. Coraz dotkliwiej odczuwał ciężar młodzieńczej przeszłości (por. Epist. 22,7) i wyraźnie dostrzegał kontrast między pogańskim sposobem myślenia a życiem chrześcijańskim: kontrast ten stał się znany w wyniku dramatycznego i żywego “widzenia”, o którym zostawił nam świadectwo. Wydawało mu się w nim, że jest biczowany na oczach Boga, ponieważ był “cyceroński, a nie chrześcijański” (por. Epist. 22,30).

    W roku 382 przeniósł się do Rzymu: tu papież Damazy, znając jego sławę ascety i jego kompetencje naukowe, przyjął go na swego sekretarza i doradcę; zachęcił go do nowego łacińskiego przekładu tekstów biblijnych dla celów duszpasterskich i kulturalnych. Niektóre osoby z rzymskiej arystokracji, zwłaszcza takie damy, jak Paula, Marcela, Asella, Lea i inne, pragnące osiągnąć chrześcijańską doskonałość i pogłębić znajomość Słowa Bożego, wybrały go na swego kierownika duchowego i nauczyciela w metodycznym podejściu do świętych tekstów. Damy te nauczyły się nawet greki i hebrajskiego.

    Po śmierci papieża Damazego Hieronim opuścił Rzym w 385 roku i wyruszył w pielgrzymkę najpierw do Ziemi Świętej – milczącego świadka ziemskiego życia Jezusa, następnie do Egiptu, ziemi wybranej przez wielu mnichów (por. Contra Rufinum 3,22; Epist. 108,6-14). W roku 386 zatrzymał się w Betlejem, gdzie dzięki szczodrości damy Pauli wzniesione zostały klasztory męski i żeński oraz hospicjum dla pielgrzymów, którzy udawali się do Ziemi Świętej, “myśląc o tym, że Maryja i Józef nie mieli się gdzie zatrzymać” (Epist. 108, 14). W Betlejem pozostał do śmierci, prowadząc nadal intensywną działalność: komentował Słowo Boże, bronił wiary, opierając się energicznie rozmaitym herezjom, wzywał mnichów do doskonałości, uczył kultury klasycznej i chrześcijańskiej młodych uczniów, sercem pasterza podejmował pielgrzymów, odwiedzających Ziemię Świętą. Zgasł w swej celi, w pobliżu Groty Narodzenia, 30 września 419/420.

    Przygotowanie literackie i rozległa erudycja pozwoliły Hieronimowi dokonać rewizji i przekładu licznych tekstów biblijnych: był to bezcenne dzieło dla Kościoła łacińskiego i kultury Zachodu. Na podstawie oryginałów greckich i hebrajskich oraz dzięki porównaniu z wcześniejszymi wersjami, dokonał on przeglądu czterech Ewangelii w języku łacińskim, następnie Psałterza i dużej części Starego Testamentu. Biorąc pod uwagę oryginały hebrajski i grecki, Septuagintę (Siedemdziesięciu), klasyczną grecką wersję Starego Testamentu, sięgającą czasów przedchrześcijańskich oraz wcześniejsze wersje łacińskie, Hieronim, przy pomocy innych współpracowników, mógł zaproponować lepszy przekład: stanowi on tak zwaną Wulgatę, “oficjalny” tekst Kościoła łacińskiego, uznany za takowy przez Sobór Trydencki, który po ostatniej rewizji pozostaje “oficjalnym” tekstem Kościoła języka łacińskiego.

    Warto zwrócić uwagę na kryteria, jakimi ten wielki biblista kieruje się w swej pracy translatorskiej. On sam ujawnia je, gdy podkreśla, że przestrzega nawet kolejności słów Pisma Świętego, ponieważ w nich “nawet kolejność słów jest tajemnicą” (Epist. 57,5), czyli objawieniem. Podkreśla ponadto konieczność odwoływania się do tekstów oryginalnych: “Kiedy dochodzi do dyskusji między łacinnikami na temat Nowego Testamentu w związku z rozbieżną interpretacją rękopisów, odwołujemy się do oryginału, to jest do tekstu w języku greckim, w którym spisano Nowe Przymierze. Tak samo w przypadku Starego Testamentu, kiedy występują rozbieżności między tekstami greckimi i łacińskimi, odwołujemy się do tekstu oryginalnego, w języku hebrajskim; w ten sposób to wszystko, co wypływa ze źródła, znaleźć możemy w strumieniach” (Epist. 106,2).

    Hieronim skomentował także wiele teksów biblijnych. Według niego komentarze powinny przynosić rozmaite opinie, “tak aby bystry czytelnik, po przeczytaniu różnych wyjaśnień i zapoznaniu się z różnorodnymi opiniami – które można przyjąć bądź odrzucić – ocenił, która jest najbardziej wiarygodna i niczym wprawny bankier, odrzucił fałszywy pieniądz” (Contra Rufinum 1,16).

    Zdecydowanie i energicznie odpierał heretyków, którzy podważali tradycję i wiarę Kościoła. Ukazał także znaczenie i aktualność literatury chrześcijańskiej, która stała się już prawdziwą kulturą, godną, by zmierzyć się z literaturą klasyczną: uczynił to, pisząc “De viris illustribus” – dzieło, w którym Hieronim przedstawia żywoty ponad stu autorów chrześcijańskich. Napisał też biografie mnichów, ukazując – obok innych dróg duchowych – także ideał monastycyzmu; ponadto przełożył liczne dzieła autorów greckich. Wreszcie w znaczącym Epistolarium, arcydziele literatury łacińskiej, Hieronim wykazał swe przymioty człowieka uczonego, ascety i duszpasterza.

    Czego możemy nauczyć się my od św. Hieronima? Wydaje mi się, że przede wszystkim tego, by kochać Słowo Boże w Piśmie Świętym. Powiada św. Hieronim: “Nieznajomość Pisma Świętego to nieznajomość Chrystusa”. Dlatego ważne jest, aby każdy chrześcijanin żył w styczności i osobistym dialogu ze Słowem Bożym, danym nam w Piśmie Świętym. Ten nasz dialog z nim musi mieć zawsze dwa wymiary: z jednej strony musi być dialogiem rzeczywiście osobistym, ponieważ Bóg przemawia do każdego z nas przez Pismo Święte i ma przesłanie do każdego. Musimy czytać Pismo Święte nie jako słowo przeszłości, ale jako Słowo Boże, które skierowane jest także do nas, i starać się zrozumieć, co Pan chce nam powiedzieć. Żeby jednak nie popaść w indywidualizm, musimy pamiętać, że Słowo Boże dane jest nam właśnie po to, by budować komunię, by jednoczyć nas w prawdzie w naszym marszu do Boga. A zatem, choć jest ono zawsze Słowem osobistym, jest też Słowem, które buduje wspólnotę, które buduje Kościół. Dlatego musimy czytać je we wspólnocie z żywym Kościołem. Najlepszym miejscem czytania i słuchania Słowa Bożego jest liturgia, w której, celebrując Słowo i uobecniając w Sakramencie Ciało Chrystusa, aktualizujemy Słowo w naszym życiu i sprawiamy, że jest obecne wśród nas. Nie powinniśmy nigdy zapominać, że Słowo Boże przekracza granice czasu. Ludzkie opinie przychodzą i odchodzą. To, co jest dzisiaj najnowocześniejsze, jutro będzie przebrzmiałe. Słowo Boże natomiast jest Słowem życia wiecznego, zawiera w sobie wieczność, to, co jest zawsze ważne. Niosąc w sobie Słowo Boże, niesiemy więc w sobie wieczność, życie wieczne.

    I tak kończę słowami św. Hieronima do św. Paulina z Noli. Wielki egzegeta wyraża w nich właśnie tę rzeczywistość, to znaczy że w Słowie Bożym otrzymujemy wieczność, życie wieczne. Mówi św. Hieronim: “Starajmy się nauczyć na ziemi tych prawd, których wartość przetrwa także w niebie” (Epist. 53,10).

    Benedykt XVI

    ___________________________________________

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 14 LISTOPADA 2007

    (…) Prawdziwie “rozmiłowany” w Słowie Bożym, pytał się: “Jak można żyć bez znajomości Pisma, przez które uczymy się poznawać samego Chrystusa, który jest życiem wiernych?” (Ep. 30,7).

    Drodzy bracia i siostry!
    Dziś nadal przedstawiamy postać św. Hieronima. Jak powiedzieliśmy w ubiegłą środę, poświęcił on swoje życie poznawaniu Biblii, tak iż jeden z moich poprzedników, papież Benedykt XV, nazwał go “wybitnym doktorem interpretacji Pisma Świętego”. Hieronim podkreślał radość i znaczenie zażyłości z tekstami biblijnymi: “Czyż nie wydaje ci się, że mieszkasz – już tu, na ziemi – w królestwie niebieskim, gdy żyje się wśród tych tekstów, gdy się je rozważa, gdy nie zna się i nie szuka niczego innego?” (Ep. 53,10). W rzeczywistości dialog z Bogiem, z Jego Słowem, jest w jakimś sensie obecnością Nieba, to znaczy obecnością Boga. Podejście do tekstów biblijnych, przede wszystkim do Nowego Testamentu, jest dla wierzącego zasadnicze, albowiem “nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. To on wypowiedział to słynne zdanie, cytowane nawet przez Sobór Watykański II w konstytucji “Dei Verbum” (n. 25).

    Prawdziwie “rozmiłowany” w Słowie Bożym, pytał się: “Jak można żyć bez znajomości Pisma, przez które uczymy się poznawać samego Chrystusa, który jest życiem wiernych?” (Ep. 30,7). Biblia, narzędzie, “za którego pośrednictwem Bóg każdego dnia przemawia do wiernych” (Ep. 133,13), staje się tym samym bodźcem i źródłem życia chrześcijańskiego we wszystkich sytuacjach i dla wszystkich osób. Czytanie Pisma to rozmowa z Bogiem: “Kiedy modlisz się – pisze on do młodej arystokratki rzymskiej – rozmawiasz z Oblubieńcem; kiedy czytasz, to On przemawia do ciebie” (Ep. 22,25). Poznawanie i rozważanie Biblii czynią człowieka mądrym i pełnym pokoju (por. In Eph., Wstęp). Oczywiście, aby coraz bardziej zgłębiać Słowo Boże, trzeba się stale i coraz bardziej przykładać. Tak oto Hieronim zalecał kapłanowi Nepocjanowi: “Czytaj bardzo często Pisma Boże; co więcej, nigdy nie wypuszczaj Księgi Świętej z rąk. Naucz się tu tego, czego masz nauczać” (Ep. 52,7). Rzymskiej matronie Lecie udzielał następujących rad, dotyczących chrześcijańskiego wychowania córki: “Upewnij się, czy studiuje ona codzienne fragment Pisma… Po modlitwie niechaj czyta, a po lekturze niech się modli… Niech zamiast klejnotów i jedwabnych szat rozmiłuje się ona w Księgach Bożych” (Ep. 107,9.12). Dzięki medytacji i znajomości Pisma Świętego utrzymuje się “równowagę ducha” (Ad Eph., Wstęp). Tylko głęboki duch modlitwy i pomoc ze strony Ducha Świętego mogą przywieść nas do zrozumienia Biblii: “W interpretacji Pisma Świętego ustawicznie potrzebujemy wsparcia ze strony Ducha Świętego” (In Mich 1,1,10,15).

    Namiętna miłość do Pisma przeniknęła więc całe życie Hieronima, miłość, którą chciał on zawsze budzić także u wiernych. Swojej duchowej córce zalecał: “Miłuj Pismo Święte, a miłować cię będzie mądrość; miłuj je z czułością, a ono cię ochroni; czcij je, a otrzymasz jej pieszczoty. Nich będzie ono dla ciebie, jak twoje naszyjniki i kolczyki” (Ep. 130,20). I dalej: “Miłuj wiedzę Pisma, a nie będziesz miłować przywar ciała” (Ep. 125,11).

    Dla Hieronima podstawowym kryterium metody interpretacyjnej Pisma Świętego była zgodność z urzędem nauczycielskim Kościoła. Nie możemy nigdy samemu czytać Pisma Świętego. Natrafiamy na zbyt wiele zamkniętych drzwi i łatwo popadamy w błąd. Biblia napisana została przez Lud Boży i dla Ludu Bożego pod natchnieniem Ducha Świętego. Tylko w tej jedności z Ludem Bożym możemy rzeczywiście niejako wejść ze swoim “my” w jądro prawdy, którą sam Bóg pragnie nam powiedzieć. Dla niego autentyczna interpretacja Biblii musiała zawsze być zgodna z wiarą Kościoła katolickiego. Nie chodzi tu o wymaganie narzucone tej Księdze z zewnątrz; to właśnie Księga jest głosem pielgrzymującego Ludu Bożego i tylko w wierze tego Ludu jesteśmy, by tak rzec, we właściwej tonacji, aby zrozumieć Pismo Święte. Dlatego Hieronim napominał: “Pozostań trwale przywiązany do tradycyjnej nauki, jaka została ci wpojona, abyś mógł wzywać zgodnie ze zdrową nauką i odpierać tych, co jej zaprzeczają” (Ep. 52,7). W szczególności, ponieważ Jezus Chrystus założył swój Kościół na Piotrze, każdy chrześcijanin – konkludował – musi pozostawać w jedności “z katedrą św. Piotra. Wiem, że na tej skale zbudowany jest Kościół” (Ep. 15,2). W rezultacie, bez ogródek stwierdzał: “Jestem z każdym, kto jest w jedności z Katedrą św. Piotra” (Ep. 16).

    Hieronim nie zaniedbywał oczywiście aspektu etycznego. Co więcej, często przypominał o obowiązku dostosowania życia do Słowa Bożego, bo tylko żyjąc nim, znajdziemy także zdolność do jego zrozumienia. Tego rodzaju spójność jest niezbędna każdemu chrześcijaninowi, a w szczególności kaznodziei, aby jego uczynki, gdyby nie były zgodne z mową, nie wprowadzały go w zakłopotanie. Tak oto zachęca kapłana Nepocjana: “Niech czyny twe nie zaprzeczają twoim słowom, aby nie zdarzyło się, że gdy nauczasz w Kościele, ktoś w duszy skomentuje: «Dlaczego więc ty sam tak nie postępujesz?». Prawdziwie czarujący jest ten nauczyciel, co z pełnym brzuchem rozwodzi się na temat postu; złodziej także może pomstować na chciwość; ale u kapłana Chrystusa umysł i słowo muszą być w zgodzie” (Ep. 52,7). W innym liście Hieronim stwierdza: “Nawet jeśli posiada wspaniałą naukę, bezwstydny będzie ten, kto czuje się potępiony przez własne sumienie” (Ep. 127,4).

    Mówiąc o spójności zauważa on jeszcze: Ewangelia musi przekładać się na postawę prawdziwej miłości, ponieważ w każdej istocie ludzkiej obecna jest Osoba samego Chrystusa. Zwracając się na przykład do kapłana Paulina (który zostanie później biskupem Noli i świętym), Hieronim radzi mu: “Prawdziwą świątynią Chrystusa jest dusza wiernego: ozdabiaj ją, to sanktuarium, upiększaj je, złóż w nim swoje ofiary i przyjmij Chrystusa. Po cóż wykładać ściany drogimi kamieniami, jeśli Chrystus umiera z głodu w osobie ubogiego?” (Ep. 58,7). Hieronim podaje konkrety: należy “przyodziać Chrystusa w ubogich, nawiedzać Go w cierpiących, karmić Go w wygłodniałych, ugościć Go w pozbawionych dachu nad głową” (Ep. 130,14). Miłość do Chrystusa, podsycana przez studium i medytację, pozwala nam pokonać każdą trudność: “My także miłujemy Jezusa Chrystusa, szukamy stale jedności z Nim: wówczas łatwe wyda się nam to, co jest trudne” (Ep. 22,40).

    Hieronim, nazwany przez Prospera z Akwitanii “wzorem postępowania i nauczycielem rodzaju ludzkiego” (Carmen de ingratis, 57), pozostawił nam także cenną i bogatą naukę na temat ascetyzmu chrześcijańskiego. Przypomina on, że odważne zaangażowanie na rzecz doskonałości, wymaga stałej czujności, częstych umartwień, choć z umiarem i roztropnością, stałej pracy umysłowej lub fizycznej, by uniknąć lenistwa (por. Epp. 125,11 i 130,15), przede wszystkim zaś posłuszeństwa wobec Boga: “Nic… tak nie podoba się Bogu jak posłuszeństwo…, które jest najwyższą i jedyną cnotą” (Hom. de oboedientia: CCL 78, 552). Do drogi ascetycznej należeć może też praktyka pielgrzymowania. W szczególności Hieronim nadał impuls pielgrzymkom do Ziemi Świętej, gdzie pielgrzymów podejmowano i goszczono w budynkach wzniesionych obok klasztoru w Betlejem, dzięki wielkoduszności damy Pauli, duchowej córki Hieronima (por. Ep. 108,14).

    I wreszcie nie można przemilczeć wkładu Hieronima w dziedzinę pedagogiki chrześcijańskiej (por. Epp. 107 i 128). Stawiał on sobie za cel wykształcenie “duszy, która winna się stać świątynią Pańską” (Ep. 107,4), “bezcennym klejnotem” w oczach Boga (Ep. 107,13). Z wielkim wyczuciem radzi zachować ją od złego i od grzesznych okazji, wykluczyć dwuznaczne bądź rozpustne przyjaźnie (por. Ep. 107,4 i 8-9; por. także Ep. 128,3-4). Przede wszystkim nawołuje rodziców, aby tworzyli swym dzieciom środowisko pełne pogody i radości, by zachęcali je do nauki i pracy, także pochwałami i przykładem (por. Epp. 107,4 i 128,1), by dodawali im otuchy do przezwyciężania trudności, sprzyjali ich dobrym nawykom i uchronili przez przyjęciem złych, albowiem – i tu cytuje zasłyszane w szkole słowa Publiliusza Syrusa – “na próżno próbować będziesz wyplenić u siebie to, do czego w spokoju się przyzwyczajasz” (Ep. 107, 8). Rodzice są głównymi i najważniejszymi wychowawcami dzieci, pierwszymi nauczycielami życia. Bardzo jasno, zwracając się do matki pewnej dziewczyny i wspominając następnie o ojcu, napomina, niejako wyrażając podstawową potrzebę każdej ludzkiej istoty wchodzącej w życie: “Niech ma ona w tobie nauczycielkę i spogląda na ciebie z podziwem swego niedoświadczonego dzieciństwa. Ani w tobie, ani w swym ojcu niech nie zobaczy nigdy zachowania, które prowadzi do grzechu, jeśliby miała je naśladować. Pamiętajcie, że… możecie wychować ją bardziej przykładem niż słowem” (Ep. 107,9).

    Wśród najważniejszych intuicji Hieronima jako pedagoga należy podkreślić wagę, jaką przywiązywał do zdrowego i całościowego wychowania od wczesnego dzieciństwa, szczególną odpowiedzialność spoczywającą na rodzicach, pilną potrzebę poważnej formacji moralnej i religijnej, potrzebę nauki dla pełniejszej formacji ludzkiej. Oprócz tego aspektem dość lekceważonym w czasach starożytnych, ale uważanym za żywotny przez naszego autora, jest promocja kobiety, której przyznaje on prawo do pełnej formacji: ludzkiej, szkolnej, religijnej, zawodowej. A właśnie dzisiaj widzimy, jak wychowanie osobowości w całej jej integralności , wychowanie do odpowiedzialności przed Bogiem i człowiekiem stanowi prawdziwy warunek wszelkiego postępu, wszelkiego pokoju, wszelkiego pojednania i wykluczenia przemocy. Wychowanie przed Bogiem i przed człowiekiem: to właśnie Pismo Święte jest dla nas przewodnikiem w wychowaniu, a tym samym w autentycznym humanizmie.

    Nie możemy zakończyć tych krótkich uwag na temat wielkiego Ojca Kościoła, nie wspominając o skutecznym wkładzie, jaki wniósł on w obronę pozytywnych i cennych elementów starożytnej kultury hebrajskiej, greckiej i rzymskiej w rodzącej się cywilizacji chrześcijańskiej. Hieronim docenił i przyswoił występujące u klasyków wartości artystyczne, bogactwo uczuć i harmonię obrazów, które kształtują serce i wyobraźnię ku szlachetnym uczuciom. Przede wszystkim umieścił on w centrum swego życia i swej działalności Słowo Boże, które wskazuje człowiekowi ścieżki życia i ukazuje mu tajemnice świętości. Za to wszystko musimy mu być głęboko wdzięczni, właśnie w naszych czasach.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ____________________________________________________________________________

    „Wizja św. Hieronima” na obrazie Davida Teniersa młodszego

    Stary pustelnik na chwilę przerywa lekturę i spogląda na krucyfiks stojący na skale pełniącej funkcję polowego ołtarza. To głos anielskiej trąby skierował myśli pustelnika na mękę Chrystusa.

    David Teniers młodszy Wizja św. Hieronima olej na blasze, ok. 1640 Muzeum Sztuk Pięknych, Dijon (Francja)

    ***

    Siwobrody pustelnik to św. Hieronim ze Strydonu, teolog, doktor Kościoła, który przetłumaczył Pismo Święte na język łaciński (przekład ten nazwano później Wulgatą). Dlatego oprócz książki, którą czyta, leży przed nim stos otwartych i zamkniętych ksiąg.

    Święty w latach 375–378 przebywał w pustelni na pustyni Chalkis w Syrii, dlatego często przedstawiany jest jako pustelnik. Na ołtarzu w swojej grocie oprócz krucyfiksu ustawił klepsydrę i czaszkę. Przypominać one mają o upływie czasu i nieuchronnym przemijaniu ziemskiego życia. Czaszka wraz z opartą o ołtarz dyscypliną podkreśla też rolę ascezy. Hieronim okrył nagie ciało purpurowym płaszczem kardynalskim. Kapelusz uzupełniający ten strój wisi na skalnej ścianie z lewej strony. To tradycyjny atrybut tego świętego. Wprawdzie nigdy nie był on kardynałem, ale pełnił funkcję sekretarza papieża Damazego.

    Z lewej strony obok ołarza spokojnie śpi lew. To kolejny atrybut św. Hieronima. Przypomina on legendę, która pojawiła się średniowieczu. Otóż pewnego dnia, kiedy Hieronim mieszkał w klasztorze i odmawiał nieszpory wraz ze swoimi braćmi, do klasztoru wszedł lew. Wszyscy bracia uciekli, z wyjątkiem Hieronima. Wtedy lew pokazał mu zranioną łapę, w którą wbił się potężny cierń. Hieronim ulitował się nad zwierzęciem, wyciągnął kolec i wyleczył ranę. Od tego czasu lew pozostał z nim jako oswojone zwierzę domowe.

    Autor obrazu, flamandzki malarz i grafik David Teniers młodszy (1610–1690), wielokrotnie podejmował w swej twórczości motywy religijne, a św. Hieronim w pustelni był jednym z jego ulubionych tematów.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________


    29 września

    Święci Archaniołowie Michał, Rafał i Gabriel

    Zobacz także:
      •  Święty Szymon Ruiz de Rojas, prezbiter
      •  Błogosławiony Ludwik Monza, prezbiter
      •  Rachela, żona Jakuba
    ***
    Aniołowie są istotami ze swej natury różnymi od ludzi. Należą do stworzeń, są nam bliscy, dlatego Kościół obchodzi ich święto. Do ostatniej reformy kalendarza kościelnego (z 14 lutego 1969 r.) istniały trzy odrębne święta: św. Michała czczono 29 września, św. Gabriela – 24 marca, a św. Rafała – 24 października. Obecnie wszyscy trzej archaniołowie są czczeni wspólnie.

    Archanioł Michał depcze bestię

    W tradycji chrześcijańskiej Michał to pierwszy i najważniejszy spośród aniołów (Dn 10, 13; 12, 1; Ap 12, 7 nn), obdarzony przez Boga szczególnym zaufaniem.
    Hebrajskie imię Mika’el znaczy “Któż jak Bóg”. Według tradycji, kiedy Lucyfer zbuntował się przeciwko Bogu i do buntu namówił część aniołów, Archanioł Michał miał wystąpić i z okrzykiem “Któż jak Bóg” wypowiedzieć wojnę szatanom.
    W Piśmie świętym pięć razy jest mowa o Michale. W księdze Daniela jest nazwany “jednym z przedniejszych książąt nieba” (Dn 13, 21) oraz “obrońcą ludu izraelskiego” (Dn 12, 1). Św. Jan Apostoł określa go w Apokalipsie jako stojącego na czele duchów niebieskich, walczącego z szatanem (Ap 12, 7). Św. Juda Apostoł podaje, że jemu właśnie zostało zlecone, by strzegł ciała Mojżesza po jego śmierci (Jud 9). Św. Paweł Apostoł również o nim wspomina (1 Tes 4, 16). Jest uważany za anioła sprawiedliwości i sądu, łaski i zmiłowania. Jeszcze bardziej znaczenie św. Michała akcentują księgi apokryficzne: Księga Henocha, Apokalipsa Barucha czy Apokalipsa Mojżesza, w których Michał występuje jako najważniejsza osoba po Panu Bogu, jako wykonawca planów Bożych odnośnie ziemi, rodzaju ludzkiego i Izraela. Michał jest księciem aniołów, jest aniołem sądu i Bożych kar, ale też aniołem Bożego miłosierdzia. Pisarze wczesnochrześcijańscy przypisują mu wiele ze wspomnianych atrybutów; uważają go za anioła od szczególnie ważnych zleceń Bożych. Piszą o nim m.in. Tertulian, Orygenes, Hermas i Didymus. Jako praepositus paradisi ma ważyć dusze na Sądzie Ostatecznym. Jest czczony jako obrońca Ludu Bożego i dlatego Kościół, spadkobierca Izraela, czci go jako swego opiekuna. Papież Leon XIII ustanowił osobną modlitwę, którą kapłani odmawiali po Mszy świętej z ludem do św. Michała o opiekę nad Kościołem.
    Kult św. Michała Archanioła jest w chrześcijaństwie bardzo dawny i żywy. Sięga on wieku II. Symeon Metafrast pisze, że we Frygii, w Małej Azji, św. Michał miał się objawić w Cheretopa i na pamiątkę zostawić cudowne źródło, do którego śpieszyły liczne rzesze pielgrzymów. Podobne sanktuarium było w Chone, w osadzie odległej 4 km od Kolosów, które nosiło nazwę “Michelion”. W Konstantynopolu kult św. Michała był tak żywy, że posiadał on tam już w VI w. aż 10 poświęconych sobie kościołów, a w IX w. kościołów i klasztorów pod jego wezwaniem było tam już 15. Sozomenos i Nicefor wspominają, że nad Bosforem istniało sanktuarium św. Michała, założone przez cesarza Konstantyna (w. IV). W samym zaś Konstantynopolu w V w. istniał obraz św. Michała, czczony jako cudowny w jednym z klasztorów pod jego imieniem. Liczni pielgrzymi zabierali ze sobą cząstkę oliwy z lampy płonącej przed tym obrazem, gdyż według ich opinii miała ona własności lecznicze. W Etiopii każdy 12. dzień miesiąca był poświęcony św. Michałowi.
    W Polsce powstały dwa zgromadzenia zakonne pod wezwaniem św. Michała: męskie (michalitów) i żeńskie (michalitek), założone przez błogosławionego Bronisława Markiewicza (+ 1912, beatyfikowanego przez kard. Józefa Glempa w Warszawie w czerwcu 2005 r.).
    Św. Michał Archanioł jest patronem Cesarstwa Rzymskiego, Papui Nowei Gwinei, Anglii, Austrii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, Węgier i Małopolski; diecezji łomżyńskiej; Amsterdamu, Łańcuta, Sanoka i Mszany Dolnej; ponadto także mierniczych, radiologów, rytowników, szermierzy, szlifierzy, złotników, żołnierzy. Przyzywany jest także jako opiekun dobrej śmierci.
    W ikonografii św. Michał Archanioł przedstawiany jest w tunice i paliuszu, w szacie władcy, jako wojownik w zbroi. Skrzydła św. Michała są najczęściej białe, niekiedy pawie. Włosy upięte opaską lub diademem. Jego atrybutami są: globus, krzyż, laska, lanca, miecz, oszczep, puklerz, szatan w postaci smoka u nóg lub skrępowany, tarcza z napisem: Quis ut Deus – “Któż jak Bóg”, waga.

    Archanioł Gabriel zwiastuje Maryi wolę Bożą

    Gabriel po raz pierwszy pojawia się pod tym imieniem w Księdze Daniela (Dn 8, 15-26; 9, 21-27). W pierwszym wypadku wyjaśnia Danielowi znaczenie tajemniczej wizji barana i kozła, ilustrującej podbój przez Grecję potężnych państw Medów i Persów; w drugim wypadku archanioł Gabriel wyjaśnia prorokowi Danielowi przepowiednię Jeremiasza o 70 tygodniach lat. Imię “Gabriel” znaczy tyle, co “mąż Boży” albo “wojownik Boży”. W tradycji chrześcijańskiej (Łk 1, 11-20. 26-31) przynosi Dobrą Nowinę. Ukazuje się Zachariaszowi zapowiadając mu narodziny syna Jana Chrzciciela. Zwiastuje także Maryi, że zostanie Matką Syna Bożego.
    Według niektórych pisarzy kościelnych Gabriel był aniołem stróżem Świętej Rodziny. Przychodził w snach do Józefa (Mt 1, 20-24; 2, 13; 2, 19-20). Miał być aniołem pocieszenia w Ogrójcu (Łk 22, 43) oraz zwiastunem przy zmartwychwstaniu Pana Jezusa (Mt 28, 5-6) i przy Jego wniebowstąpieniu (Dz 1, 10). Niemal wszystkie obrządki w Kościele uroczystość św. Gabriela mają w swojej liturgii tuż przed lub tuż po uroczystości Zwiastowania. Tak było również w liturgii rzymskiej do roku 1969; czczono go wówczas 24 marca, w przeddzień uroczystości Zwiastowania. Na Zachodzie osobne święto św. Gabriela przyjęło się dopiero w wieku X. Papież Benedykt XV w roku 1921 rozszerzył je z lokalnego na ogólnokościelne. Pius XII 1 kwietnia 1951 r. ogłosił św. Gabriela patronem telegrafu, telefonu, radia i telewizji. Św. Gabriel jest ponadto czczony jako patron dyplomatów, filatelistów, posłańców i pocztowców. W 1705 roku św. Ludwik Grignion de Montfort założył rodzinę zakonną pod nazwą Braci św. Gabriela. Zajmują się oni głównie opieką nad głuchymi i niewidomymi.
    W ikonografii św. Gabriel Archanioł występuje niekiedy jako młodzieniec, przeważnie uskrzydlony i z nimbem. Odziany w tunikę i paliusz, czasami nosi szaty liturgiczne. Na włosach ma przepaskę lub diadem. Jego skrzydła bywają z pawich piór. Szczególnie ulubioną sceną, w której jest przedstawiany w ciągu wieków, jest Zwiastowanie. Niekiedy przekazuje Maryi jako herold Boży zapieczętowany list lub zwój. Za atrybut służy mu berło, lilia, gałązka palmy lub oliwki.

    Archanioł Rafał prowadzi Tobiasza

    Rafał przedstawił się w Księdze Tobiasza, iż jest jednym z “siedmiu aniołów, którzy stoją w pogotowiu i wchodzą przed majestat Pański” (Tb 12, 15). Występuje w niej pod postacią ludzką, przybiera pospolite imię Azariasz i ofiarowuje młodemu Tobiaszowi wędrującemu z Niniwy do Rega w Medii swoje towarzystwo i opiekę. Ratuje go z wielu niebezpiecznych przygód, przepędza demona Asmodeusza, uzdrawia niewidomego ojca Tobiasza. Hebrajskie imię Rafael oznacza “Bóg uleczył”.
    Ponieważ zbyt pochopnie używano imion, które siedmiu archaniołom nadały apokryfy żydowskie, dlatego synody w Laodycei (361) i w Rzymie (492 i 745) zakazały ich nadawania. Pozwoliły natomiast nadawać imiona Michała, Gabriela i Rafała, gdyż o tych wyraźnie mamy wzmianki w Piśmie świętym. W VII w. istniał już w Wenecji kościół ku czci św. Rafała. W tym samym wieku miasto Kordoba w Hiszpanii ogłosiło go swoim patronem.
    Św. Rafał Archanioł ukazuje dobroć Opatrzności. Pobożność ludowa widzi w nim prawzór Anioła Stróża. Jest czczony jako patron aptekarzy, chorych, lekarzy, emigrantów, pielgrzymów, podróżujących, uciekinierów, wędrowców i żeglarzy.
    W ikonografii św. Rafał Archanioł przedstawiany jest jako młodzieniec bez zarostu w typowym stroju anioła – tunice i chlamidzie. Jego atrybutami są: krzyż, laska pielgrzyma, niekiedy ryba i naczynie. W ujęciu bizantyjskim ukazywany jest z berłem i globem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Święty Michał Archanioł: opiekun dzieci twojego narodu

    Modlitwa do św. Michała Archanioła nie jest zwykłą modlitwą.

    Michał Archanioł, fragment “Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga

    ***

    Sienkiewiczowski „mały rycerz” przedstawiał się jako Michał Jerzy Wołodyjowski, ale w rozmowie z Kmicicem ujawnił, że „w dowodzie” ma trochę inaczej. „Właściwie to ja jestem Jerzy Michał, ale że święty Jerzy smoka tylko roztratował, a święty Michał całemu komunikowi niebieskiemu przewodzi i tyle już nad piekielnymi chorągwiami odniósł wiktoryj, przeto jego wolę mieć za patrona”.

    Michał to istotnie patron potężny. Biblia kilkakrotnie mówi o wodzu anielskich zastępów.

    W księdze Daniela czytamy: „W owych czasach wystąpi Michał, wielki książę, który jest opiekunem dzieci twojego narodu” (Dn 12,1).

    Jan apostoł w nadprzyrodzonej wizji opisuje taki obraz: „I nastąpiła walka na niebie: Michał i jego aniołowie mieli walczyć ze Smokiem. I wystąpił do walki Smok i jego aniołowie, ale nie przemógł, i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło” (Ap 12,7-8).

    Niestety, znalazło się jeszcze miejsce dla niego na ziemi. A już na pewno tam, gdzie mu ludzie to miejsce robią. To dlatego św. Paweł ostrzega: „Nie dawajcie miejsca diabłu!” (Ef 4,27).

    Walka ze smokiem-diabłem trwa i będzie trwała dopóki istnieje ten świat. Trwa też rola archanioła Michała jako opiekuna tych, którzy nie chcą dać miejsca Złemu albo też chcą się wyrwać z diabelskich szponów. O tej roli przypomniał papież Leon XIII, który w 1884 roku, wskutek osobistej wizji, napisał modlitwę do św. Michała Archanioła. Dwa lata później zarządził odmawianie tej modlitwy w całym Kościele przed zakończeniem Mszy. Sobór Watykański II zniósł ten obowiązek, ale zalecano tę modlitwę do prywatnego odmawiania.

    Sto lat po decyzji Leona XIII, podczas międzynarodowego Roku Rodziny w 1984 r. także Jan Paweł II zachęcił katolików do odmawiania tej modlitwy.

    Również papież Franciszek 29 września 2014 r. zalecił „piękną modlitwę do archanioła Michała, żeby nadal walczył w obronie największej tajemnicy ludzkości: że Słowo stało się ciałem, że On umarł i zmartwychwstał. To jest nasz skarb. Niech Michał nadal walczy, aby jej strzec”.

    Modlitwa do św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele! Wspomagaj nas w walce, a przeciw zasadzkom i niegodziwości złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 września

    Święty Wacław, męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławieni Ferdynand i Towarzysze, męczennicy
      •  Baruch, prorok
    ***
    W 845 roku 14 książąt czeskich przyjęło chrzest w Ratyzbonie. W tymże wieku książę Mojmir (+ 846) utworzył państwo wielkomorawskie. Jego następca, Rościsław, sprowadził na Morawy św. Cyryla i św. Metodego. Z ich pomocą zaprowadził chrześcijaństwo w obrządku słowiańsko-bizantyńskim. Z końcem wieku IX i na początku wieku X książę czeski Bożywoj podbił państwo wielkomorawskie i przyjął chrzest w obrządku słowiańskim. W wieku X obrządek ten został wyparty przez obrządek rzymski, łaciński. W roku 973 powstało biskupstwo w Pradze, zależne od metropolii w Moguncji. Drugim biskupem Pragi był św. Wojciech (+ 997). Jednak największym bohaterem katolickich Czech jest św. Wacław, król i męczennik. On też jest głównym patronem kraju i narodu.

    Święty Wacław

    Wacław był synem księcia Czech, Wratysława I, i Drahomiry lutyckiej. Pogaństwo miało w kraju jeszcze wielu przedstawicieli. Wśród nich złym duchem była Drahomira, która po śmierci męża objęła w Czechach rządy. Korzystając z małoletniości Wacława, urządziła napad na jego babkę, św. Ludmiłę, wdowę po Bożywoju, pierwszym chrześcijańskim władcy w Czechach. Ludmiłę napadnięto 15 września 921 roku na zamku w Tetin i uduszono. Drahomira zaczęła na nowo wprowadzać siłą pogaństwo i niszczyć Kościół. Doprowadziło to do wojny z Niemcami. Najpierw na Czechy wyruszył książę Bawarii, Arnulf (922), a potem sam cesarz, Henryk I (928) występując w obronie misjonarzy, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie śmierci.
    Na skutek tej interwencji Drahomira została zmuszona do tego, by ustąpić i oddać rządy swemu starszemu synowi, Wacławowi. Przyszedł on na świat ok. roku 907. Kiedy miał 7 lat, zwyczajem ówczesnym, któremu podlegał jeszcze nasz król, Bolesław Chrobry, odbyła się na zamku praskim uroczystość postrzyżyn. Kapłan przy tym obrzędzie odmawiał modlitwę: “Wszechmogący, wieczny Boże, spójrz łaskawie na Twego sługę, Wacława, którego zechciałeś powołać do łaski postrzyżyn. Udziel mu przebaczenia wszystkich grzechów i użycz mu darów niebieskich”.

    Święty Wacław

    Młody książę zabrał się natychmiast do zagojenia ran, zadanych Kościołowi. Trzeba było zająć się odbudową zniszczonych kościołów i uzupełnieniem szeregów duchowieństwa. Żywot Wacława głosi, że wyróżniał się on wielką pobożnością. Ikonografia przedstawia go czasem, jak nocą nawiedza kaplicę zamkową, gdyż pracowity dzień nie zostawiał mu wiele czasu na modlitwę. Miał osobiście uprawiać winną latorośl i pszenicę, by na ołtarz do katedry i swojej kaplicy zamkowej dostarczać koniecznego wina i chleba. Szczególną miłością darzył ubogich. Mówi się o nim, że podobnie jak św. Edward Wyznawca w Anglii, miał nawet na swoich ramionach nosić znalezionych chorych i zajmować się nimi. Państwo czeskie było wówczas podzielone na wiele mniejszych księstw. Nie były to więc łatwe rządy. Dochodziło nawet często do starć zbrojnych. Legenda głosi, że w czasie jednej z potyczek przy św. Wacławie miał zjawić się szereg aniołów, co tak przeraziło przeciwników, że wycofali się z walki. Ikonografia często przedstawia więc Wacława w otoczeniu aniołów.
    Od cesarza Henryka I Wacław otrzymał w darze relikwię św. Wita i św. Zygmunta. Ku czci św. Wita książę wystawił najpierw skromny kościół, który został z czasem rozbudowany do najokazalszej świątyni Czech. Do dziś jest ona klejnotem Pragi. Wacław wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do tego męczennika (+ ok. 305) jakby w przeczuciu, że i jemu przypadnie podobna śmierć.
    Tak się też stało. Jego młodszy brat, Bolesław, za namową niecnej matki, Drahomiry, zaprosił Wacława do udziału w konsekracji świątyni, jaką wystawił przy swoim zamku w Starym Bolesławcu ku czci świętych męczenników Kosmy i Damiana. Kiedy Wacław tam się udał, został zamordowany przez siepaczy, nasłanych przez Bolesława. Według podania, mord miał mieć miejsce w samym kościele. Działo się to 28 września ok. 929 roku. Ciało Wacława pochowano w kościele św. Wita, zamienionym potem na katedrę, kiedy w Pradze zostało założone biskupstwo (963).
    Święty książę został natychmiast uznany za męczennika, a niebawem został głównym patronem kraju. Zaczęły ukazywać się jego żywoty, a Widuking, mnich z Korbei, w roku 967 pisał o cudach, jakie działy się przy grobie Świętego. Najpiękniejszy plac w Pradze otrzymał jego imię. Znajduje się na nim okazały pomnik, przedstawiający św. Wacława w zbroi rycerza na koniu. Wystawiono go w roku 1908. Imię Świętego stało się w Czechach bardzo popularne. Trzech władców kraju po św. Wacławie nosiło to imię. Dwóch z nich było nawet królami Polski: Wacław II (1291-1300) i Wacław III (1305-1306).
    Ku czci św. Wacława wystawiono w Czechach ok. 180 kościołów oraz ok. 100 kaplic. Z jego podobizną bito monety czeskie. Kiedy Karol IV odbywał koronację (1347), swoją koronę przytknął do relikwii św. Wacława, które znajdują się w bogatym sarkofagu w kaplicy katedry św. Wita. Odtąd koronę królów czeskich, a również państwo czeskie zaczęto nazywać “koroną św. Wacława”.
    Papież Benedykt XIV zatwierdził kult św. Wacława w roku 1729 z okazji 800-lecia śmierci Świętego i rozszerzył jego cześć na cały Kościół. Córką Bolesława I Okrutnego, który dokonał zabójstwa na osobie św. Wacława, była Dobrawa, żona księcia Mieszka I, która przyczyniła się walnie do jego nawrócenia (966). Św. Wacław jest patronem Czech, Moraw, Pragi i katedry krakowskiej na Wawelu.
    W ikonografii atrybutami św. Wacława są: anioł podający włócznię, aniołowie niosący jego trumnę, korona, sztylet, którym go zabito, zbroja rycerska z białym orłem na tarczy lub proporcu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Św. Wacław wzorem świętości dla kierujących losami wspólnot i narodów

    Homilia podczas Mszy św. we wspomnienie św. Wacława – Podróż apostolska Benedykta XVI do Czech 26-28.09.2009 – Stary Bolesławiec

    Księża kardynałowie, czcigodni bracia w biskupstwie i kapłaństwie, drodzy bracia i siostry, drodzy młodzi!

    Z wielką radością spotykam się z wami dziś rano, gdy dobiega końca moja podróż apostolska do umiłowanej Republiki Czeskiej. Wszystkich serdecznie witam, a w sposób szczególny kardynała arcybiskupa, i jestem mu wdzięczny za słowa, które w waszym imieniu skierował do mnie na początku Eucharystii. Moim pozdrowieniem obejmuję pozostałych kardynałów, biskupów, kapłanów i osoby konsekrowane, przedstawicieli ruchów i stowarzyszeń świeckich, a szczególnie młodzież. Z szacunkiem witam pana prezydenta Republiki, któremu składam serdeczne życzenia z okazji imienin; takie same życzenia pragnę złożyć również wszystkim, którzy noszą imię Wacław, oraz całemu narodowi czeskiemu w dniu jego święta narodowego.

    Dziś rano gromadzi nas wokół ołtarza chwalebne wspomnienie św. Wacława, męczennika, którego relikwiom oddałem cześć przed Mszą św. w bazylice pod jego wezwaniem. On przelał krew na waszej ziemi, a jego orzeł, który wybraliście na symbol dzisiejszej wizyty — o czym przypomniał przed chwilą kardynał arcybiskup — widnieje w historycznym godle szlachetnego narodu czeskiego. Ten wielki święty, którego zwykliście nazywać «wiecznym» księciem Czechów, zachęca nas, byśmy zawsze i wiernie naśladowali Chrystusa, zachęca nas, byśmy byli święci. On sam jest wzorem świętości dla wszystkich, szczególnie dla tych, którzy kierują losami wspólnot i narodów. Pytamy jednak: czy w naszych czasach świętość jest jeszcze ważna? Czy raczej jest tematem mało atrakcyjnym i niezbyt istotnym? Czyż nie bardziej cenione są dziś sukces i sława u ludzi? Jak długo trwa jednak i ile jest wart sukces doczesny?

    W minionym stuleciu — wasza ziemia była tego świadkiem — doszło do upadku wielu mocarzy, którzy jak się wydawało, wznieśli się na wyżyny niemal niedosiężne. Nagle zostali pozbawieni władzy. Wydaje się, że ten kto odrzucił i nadal odrzuca Boga, a w konsekwencji nie szanuje człowieka, ma łatwe życie i sukcesy materialne. Lecz wystarczy zajrzeć pod zewnętrzną warstwę, by dostrzec, że te osoby są smutne i niespełnione. Jedynie ten, kto zachowuje w sercu świętą «bojaźń Bożą», pokłada ufność także w człowieku i swe życie poświęca budowaniu świata bardziej sprawiedliwego i braterskiego. Dziś potrzeba osób «wierzących» i «wiarygodnych», gotowych szerzyć w każdym środowisku społecznym owe chrześcijańskie zasady i ideały, które inspirują ich działania. Na tym polega świętość, będąca powszechnym powołaniem wszystkich ochrzczonych, która skłania do wypełniania obowiązków wiernie i z odwagą, mając na względzie nie własny egoistyczny interes, ale wspólne dobro, i w każdym momencie starając się rozpoznać wolę Bożą.

    Odnośnie do tego słyszeliśmy w Ewangelii bardzo jasne słowa: «Cóż bowiem za korzyść — mówi Jezus — odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?» (Mt 16, 26). W ten sposób skłania nas do uznania, że prawdziwej wartości ludzkiego życia nie mierzy się jedynie miarą dóbr doczesnych i ulotnych korzyści, gdyż to nie rzeczy materialne zaspokajają głębokie pragnienie sensu i szczęścia, które jest w sercu każdego człowieka. Dlatego Jezus nie waha się proponować swym uczniom «wąskiej» drogi świętości: «Kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je» (w. 25). I zdecydowanie powtarza nam dzisiejszego poranka: «Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje» (w. 24). Z pewnością są to słowa twarde, trudne do zaakceptowania i zastosowania w praktyce, lecz świadectwo świętych kobiet i mężczyzn daje pewność, że jest to możliwe dla każdego, jeśli zaufa i zawierzy się Chrystusowi. Ich przykład zachęca tych, którzy mówią, że są chrześcijanami, by byli wiarygodni, to znaczy postępowali zgodnie z wyznawanymi zasadami i wiarą. Nie wystarcza bowiem sprawiać wrażenia dobrych i uczciwych; należy takimi być naprawdę. A dobry i uczciwy jest ten, kto swoim «ja» nie przesłania Bożego światła, nie stawia siebie na pierwszym miejscu, lecz pozwala, by był widoczny Bóg.

    Taka jest lekcja życia św. Wacława, który miał odwagę przedłożyć Królestwo niebieskie nad urok władzy doczesnej. Nigdy nie odrywał wzroku od Jezusa Chrystusa, który za nas cierpiał, dając nam przykład, abyśmy szli za Nim Jego śladami, jak pisze św. Piotr w drugim czytaniu, którego przed chwilą wysłuchaliśmy. Jako posłuszny uczeń Pana, młody władca Wacław dochował wierności nauczaniu ewangelicznemu, które mu przekazała babcia, św. Ludmiła męczennica. Postępując zgodnie z nim, jeszcze zanim zaangażował się w budowanie pokojowych stosunków w kraju i z państwami ościennymi, szerzył wiarę chrześcijańską, sprowadzając kapłanów i budując kościoły. W pierwszej relacji, napisanej w języku starocerkiewnosłowiańskim czytamy, że «wspierał księży i przyczynił się do upiększenia wielu kościołów» oraz że «wspomagał biednych, przyodziewał nagich, karmił głodnych, przyjmował pielgrzymów, dokładnie tak jak nakazuje Ewangelia. Nie dopuszczał, żeby wdowom działa się niesprawiedliwość, kochał wszystkich ludzi, czy byli biedni, czy bogaci». Od Pana nauczył się być «miłosiernym i litościwym» (Psalm responsoryjny), a kierując się duchem Ewangelii, zdobył się nawet na to, by przebaczyć bratu, który odebrał mu życie. Dlatego też słusznie wzywacie go jako «dziedzica» waszego kraju i w dobrze wam znanej pieśni prosicie, aby nie pozwolił mu zginąć.

    Wacław umarł za Chrystusa śmiercią męczeńską. Warto zauważyć, że jego brat Bolesław, który go zamordował, zdołał zagarnąć tron w Pradze, lecz korona, którą później wkładali na głowę jego następcy, nie została nazwana jego imieniem. Nazwana jest natomiast imieniem Wacława, na świadectwo, że «tron króla, który sądzi ubogich w prawdzie, pozostanie niezachwiany na zawsze» (por. dzisiejsze oficjum czytań). Ten fakt uznaje się za cudowne zrządzenie Boga, który nie opuszcza swoich wiernych: «Niewinny zwyciężony pokonał okrutnego zwycięzcę, podobnie jak Chrystus na krzyżu» (por. Legenda o św. Wacławie), a krew męczennika nie wzywała do nienawiści czy zemsty, ale do przebaczenia i pokoju.

    Drodzy bracia i siostry, razem dziękujmy Panu w tej Eucharystii za to, że dał waszej ojczyźnie oraz Kościołowi tego świętego władcę. Módlmy się jednocześnie, abyśmy jak on, także i my szybkim krokiem dążyli do świętości. Jest to z pewnością trudne, gdyż przed wiarą zawsze stawać będą liczne wyzwania, ale gdy damy się zdobyć Bogu, który jest Prawdą, krok staje się zdecydowany, ponieważ doświadczamy siły Jego miłości. Obyśmy otrzymali tę łaskę za wstawiennictwem św. Wacława i innych świętych patronów czeskich ziem. Niech nas zawsze strzeże i nam towarzyszy Maryja, Królowa Pokoju i Matka Miłości. Amen!

    Benedykt XVI

    Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    27 września

    Święty Wincenty a Paulo, prezbiter

    Święty Wincenty a Paulo

    Wincenty urodził się w Pouy (obecnie St-Vincent-de-Paul w południowo-zachodniej Francji) 24 kwietnia 1581 r. jako trzecie z sześciorga dzieci, w biednej, wiejskiej rodzinie. Jego dzieciństwo było pogodne, choć od najmłodszych lat musiał pomagać w ciężkiej pracy w gospodarstwie i wychowywaniu młodszego rodzeństwa. Rodzice marzyli o tym, by ich syn w przyszłości wyrwał się ku łatwiejszemu życiu. Czternastoletniego Wincentego wysłali więc do szkoły franciszkanów w Dax. Na opłacenie szkoły Wincenty zarabiał dawaniem korepetycji kolegom zamożnym, a mniej uzdolnionym lub leniwym. Po ukończeniu szkoły nie bez zachęty ze strony rodziny podjął studia teologiczne w Tuluzie. W wieku 19 lat został kapłanem; jednak kapłaństwo było dla niego jedynie szansą na zrobienie kariery. Chciał w ten sposób pomóc swojej rodzinie. Studia w Tuluzie Wincenty zwieńczył bakalaureatem w 1604 r. Później pogłębił swoje studia jeszcze na uniwersytecie w Rzymie i w Paryżu, zdobywając licencjat z prawa kanonicznego (1623).
    Kiedy udał się Morzem Śródziemnym z Marsylii do Narbonne, został wraz z całą załogą i pasażerami napadnięty przez tureckich piratów i przewieziony do Tunisu jako niewolnik. W ciągu dwóch lat niewoli miał kolejno czterech panów. Ostatnim z nich był renegat z Nicei Sabaudzkiej. Młody kapłan zdołał go jednak nawrócić. Obaj szczęśliwie uciekli do Europy. Właściciel Wincentego znalazł w Rzymie przytułek. Wincenty przez ten rok nawiedzał w Rzymie miejsca święte i dalej się kształcił. Papież Paweł V wysłał Wincentego do Francji w nieznanej bliżej misji na dwór Henryka IV. Pozyskał sobie zaufanie królowej, Katarzyny de Medicis, która obrała go sobie za kapelana, mianowała go swoim jałmużnikiem i powierzyła mu opiekę nad Szpitalem Miłosierdzia.
    Wincenty przeżył ogromny kryzys religijny. Był skoncentrowany wyłącznie na tym, co może osiągnąć jedynie własnymi siłami. Zmianę w jego sposobie myślenia przyniosły dopiero lata 1608-1620. Poznał wówczas w Paryżu wielu wyjątkowych ludzi, m.in. ks. Pierre’a de Berrulle’a, który zgromadził wokół siebie kapłanów, ukazując im wielkość i znaczenie posługi kapłańskiej. Wincenty niemało zawdzięczał też św. Franciszkowi Salezemu i św. Franciszce de Chantal. Przez pewien czas głosił Chrystusa galernikom (więźniom, którzy pracowali jako wioślarze). Zaczął dostrzegać ludzką nędzę – materialną i moralną.

    Święty Wincenty a Paulo

    Prawdopodobnie duże znaczenie w życiu Wincentego odegrało zdarzenie, jakie miało miejsce 25 stycznia 1617 r. w Folleville. Wincenty głosił wówczas rekolekcje. Wezwano go do chorego, cieszącego się opinią porządnego i szanowanego człowieka. Na łożu śmierci wyznał mu on, że jego życie całkowicie rozminęło się z prawdą, że ciągle udawał kogoś innego niż był w rzeczywistości. W liturgii tego dnia przypadała uroczystość Nawrócenia św. Pawła. Dla Wincentego był to wstrząs. Zrozumiał, że Bóg pozwala się dotknąć w ubogich, w nich potwierdza swoją obecność. Odtąd Wincenty zaczął gorliwie służyć ubogim i pokrzywdzonym. Złożył Bogu ślub poświęcenia się ubogim. Głosił im Chrystusa i prawdę odnalezioną w Ewangelii. Zgromadził wokół siebie kilku kapłanów, którzy w sposób bardzo prosty i dostępny głosili ubogim Słowo Boże. W ten sposób w 1625 r. powstało Zgromadzenie Księży Misjonarzy – lazarystów.
    Wincenty w sposób szczególny dbał o przygotowanie młodych mężczyzn do kapłaństwa. Organizował specjalne rekolekcje przed święceniami, powołał do życia seminaria duchowne. Wincenty założył również stowarzyszenie Pań Miłosierdzia, które w sposób systematyczny i instytucjonalny zajęły się biednymi, porzuconymi dziećmi, żebrakami, kalekami. Spotkanie ze św. Ludwiką zaowocowało powstaniem Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (1633 r.), zwanych szarytkami (od franc. charite – miłosierdzie). W okresie frondy (zamieszki polityczne w Paryżu w latach 1648-1653) Wincenty niósł pomoc rzeszom głodujących, dotkniętym nieszczęściami i zniszczeniami wojennymi. Przez wiele lat był członkiem Rady Królewskiej – tzw. Rady Sumienia, której podlegały wszystkie sprawy Kościoła. Zajmując tak wysokie stanowisko pozostał cichy i skromny.

    Święty Wincenty a Paulo

    Wincenty zmarł w 1660 r. w wieku 79 lat. Jego misjonarze pracowali wtedy już w większości krajów europejskich, dotarli też do krajów misyjnych w Afryce północnej. W 1651 r. przybyli również do Polski. W roku 1729 papież Benedykt XIII wyniósł Wincentego do chwały błogosławionych, a papież Klemens XII kanonizował go w roku 1737. W 1885 r. Leon XIII uznał go za patrona wszystkich dzieł miłosierdzia w Kościele. Jest także patronem zgromadzenia lazarystów (założonego przez Wincentego zgromadzenia księży misjonarzy), szarytek, kleru, organizacji charytatywnych, podrzutków, szpitali i więźniów.
    W ikonografii św. Wincenty a Paulo przedstawiany jest w długiej szacie zakonnej i szerokim płaszczu. Jego atrybutami są: anioł, dziecko w ramionach, dziecko u stóp, krucyfiks.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    Miłość przez wielkie M daje prawdziwe szczęście!

    Miłość przez wielkie M daje prawdziwe szczęście!

    BENEDYKT XVI

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Postaci św. Wincentego a Paulo i św. Ludwiki de Marillac – współtwórców katolickich dzieł miłosierdzia – przypomniał Benedykt XVI w rozważaniach przed modlitwą Anioł Pański 26 września 2010 roku w Castel Gandolfo. Po ich wygłoszeniu odmówił z wiernymi modlitwę maryjną i udzielił zebranym na dziedzińcu letniej rezydencji papieskiej błogosławieństwa apostolskiego oraz pozdrowił ich w różnych językach, m.in. po polsku.

    Oto przemówienie Ojca Świętego:

    Drodzy bracia i siostry!

    W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę (Łk 16, 19-31) Jezus opowiada przypowieść o bogaczu i ubogim Łazarzu. Ten pierwszy żyje w luksusie i egoizmie, i gdy umiera, trafia do piekła. Ubogiego natomiast, który żywił się odpadkami ze stołu bogacza, w chwili jego śmierci aniołowie zabrali do wiecznego mieszkania Boga i świętych. „Błogosławieni jesteście wy, ubodzy – powiedział Pan swoim uczniom – albowiem do was należy Królestwo Boże” (Łk 6, 20). Przesłanie przypowieści idzie jednak dalej: przypomina, że przebywając na tym świecie, powinniśmy słuchać Pana, który przemawia do nas przez Pismo Święte i żyć zgodnie z Jego wolą, w przeciwnym bowiem wypadku po śmierci będzie już za późno, aby się poprawić. Przypowieść ta mówi nam zatem o dwóch sprawach: po pierwsze, że Bóg kocha ubogich i podnosi ich z ich uniżenia, po drugie, że nasze ostateczne przeznaczenie jest uwarunkowane naszą postawą, że powinniśmy kroczyć drogą, którą Bóg nam pokazał, abyśmy osiągnęli życie, a drogą tą jest miłość, rozumiana nie jako uczucie, ale jako służba innym, w miłości Chrystusa.

    Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że jutro będziemy obchodzić liturgiczne wspomnienie św. Wincentego a Paulo – patrona katolickich organizacji charytatywnych, którego 350. rocznicę śmierci teraz wspominamy. W XVII-wiecznej Francji zetknął się on namacalnie z silnym kontrastem między najbogatszymi a najbiedniejszymi. Jak kapłan miał bowiem okazję bywać zarówno w środowiskach arystokratycznych, jak i na wsi oraz wśród elementów przestępczych Paryża. Pobudzany miłością Chrystusa Wincenty a Paulo potrafił stworzyć stałe formy posługiwania osobom z marginesu, powołując do życia tzw. „szarytki”, czyli grupy kobiet, które oddawały własny czas i dobra do dyspozycji najbardziej zmarginalizowanych. Wśród tych wolontariuszek niektóre wybrały całkowite poświęcenie się Bogu i biednym i tak oto wraz ze św. Ludwiką de Marillac św. Wincenty założył wspólnotę „Córek Milosierdzia” – pierwsze żeńskie zgromadzenie zakonne, które żyło konsekracją „w świecie”, wśród ludzi, z chorymi i potrzebującymi.

    Drodzy przyjaciele, tylko Miłość przez wielkie M daje prawdziwe szczęście! Pokazuje to także inny świadek – młoda dziewczyna, która wczoraj została ogłoszona błogosławioną tu, w Rzymie. Mówię o Klarze Badano – młodej Włoszce, urodzonej w 1971, którą choroba doprowadziła do śmierci w wieku niespełna 19 lat, ale która stała się dla wszystkich promieniem światła, jak na to wskazuje jej przydomek: „Chiara Luce” [Klara Światło lub jasne światło – KAI]. Jej parafia, diecezja Acqui Terme i Ruch Focolari, do którego należała, przeżywają dziś święto – i jest to święto wszystkich młodych, którzy mogą znaleźć w niej przykład spójnego życia chrześcijańskiego. Jej ostatnie słowa, pełne przylgnięcia do woli Bożej, brzmiały: „Żegnaj, mamo. Bądź szczęśliwa, bo ja nią jestem”. Wychwalajmy Boga, gdyż Jego miłość jest silniejsza od zła i śmierci i dziękujmy Maryi Pannie, która prowadzi młodych, także wśród trudności i cierpień, do zakochania się w Jezusie i odkrycia piękna życia.


    Benedykt XVI

    Kai/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 września

    Święci męczennicy Kosma i Damian

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Wawrzyniec Ruiz i Towarzysze
      •  Święty Elzear i błogosławiona Delfina, małżonkowie
      •  Święty Ketyl, prezbiter
      •  Święty Nil Młodszy, opat
      •  Błogosławiony Kaspar Stanggassinger, prezbiter
      •  Błogosławiony Aureliusz z Vinalesa, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Najświętsza Maryja Panna Leśniańska
      •  Święta Teresa Couderc, zakonnica
      •  Błogosławiony Alojzy Tezza, prezbiter
    ***
    Święci Kosma i Damian

    Na temat życia tych dwóch świętych nie wiemy niestety nic pewnego. Historia nie pozostawiła po nich żadnych wiarygodnych dokumentów. Istnieją jedynie różne legendy, w których z całą pewnością jest i ziarno prawdy historycznej. Mówią one m.in. o tym, że byli prawdopodobnie bliźniakami. Rodzina dała im solidne wychowanie chrześcijańskie, dzięki któremu zdolni byli do ofiarnego życia, aż do oddania go za wiarę. Być może pochodzili z Arabii. Stamtąd udali się do Syrii, do Cylicji w Małej Azji, by doskonalić się w sztuce lekarskiej. Zamieszkali w Egei, w portowym mieście Cylicji. Byli lekarzami, cieszyli się więc szeroką sławą; leczyli bowiem wielu chorych – również pogan, przez co wielu z nich doszło do Chrystusa.
    Odznaczali się niezwykłą sumiennością, dzięki czemu stali się wybitnymi lekarzami. Przedmiotem ich troski był każdy potrzebujący ich pomocy, chory człowiek. W szczególny sposób zajmowali się biednymi. Podkreśla się, że za swe usługi nie pobierali zapłaty (stąd źródła wschodnie nazywają ich anargyrami, prawosławni zaś biezsriebriennikami). Uważali, że wszystko mają od Boga i należy to do Boga i Jego stworzeń. Pragnęli postępować zgodnie z poleceniem Zbawiciela: “Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10, 8).
    Godnie i cierpliwie znieśli okrutne tortury, do końca nie wyparli się Chrystusa. Pozostali niezłomnymi do ostatniej chwili swego życia. Do sędziego podczas procesu mieli powiedzieć: “Jesteśmy chrześcijanami”.Według legendy ich męczeństwo miało miejsce ok. 300 r. podczas prześladowań za czasów Dioklecjana. Zginęli w Cyrze (Kyrros) w Syrii, gdzie zostali pochowani. Ich grób od razu zasłynął cudami, a kult wzrastał, czego mamy dowody w piśmiennictwie wczesnochrześcijańskim. Nad grobem męczenników wzniesiono wspaniałą bazylikę, która do czasów przybycia Arabów, a potem Turków, była celem licznych pielgrzymek. Stamtąd ich kult rozpowszechniał się bardzo szybko i objął cały Kościół. W Konstantynopolu cesarz Justynian Wielki (+ 565) wystawił ku ich czci dwie świątynie, gdyż – jak twierdził – dzięki ich wstawiennictwu wyzdrowiał z ciężkiej choroby.
    Już w VI wieku św. Grzegorz z Tours był w posiadaniu ich relikwii. W Rzymie papież św. Symmach (498-514) wybudował ku ich czci oratorium, a papież Feliks IV (526-530) kościół świętych Kosmy i Damiana przy Forum Romanum – dziś jest to główne miejsce ich kultu. Tam znajduje się znaczna część relikwii obu Świętych. Pozostałe relikwie odbierają cześć w różnych miejscach świata; w sposób szczególny w kościele katedralnym w Amalfi, na południu Włoch. Fragment relikwii znajduje się także w Polsce – w cerkwi na Bacieczkach w Białymstoku.
    Święci Kosma i Damian są patronami Florencji, aptekarzy, farmaceutów, lekarzy, chirurgów, akuszerek, dentystów, fryzjerów, fizyków, cukierników, wytwórców substancji chemicznych, mędrców; są też opiekunami fakultetów medycznych, przemysłu chemicznego, ludzi niewidomych i osób chorych na nowotwory; chronią przed epidemiami, przed przepukliną i przed chorobami koni. Ich imiona są wymieniane w Kanonie Rzymskim.
    W ikonografii święci Kosma i Damian przedstawiani są jako ludzie młodzi, ubrani w wytworne szaty, z narzędziami medycznymi, szkiełkami, pudełkami maści, łyżką aptekarską do nabierania maści, moździerzem, laską Eskulapa, a także podczas męczeństwa.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 września

    Błogosławiony Władysław z Gielniowa, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Kleofas, uczeń Pański
    ***
    Błogosławiony Władysław z Gielniowa

    Marcin Jan (takie imiona otrzymał na chrzcie) urodził się w Gielniowie koło Opoczna ok. 1440 r. Jego rodzice byli ubogimi mieszczanami. Po ukończeniu szkoły parafialnej udał się do Krakowa, gdzie kontynuował swoje studia, aż znalazł się na tamtejszym uniwersytecie w roku 1462. Pod tą datą figuruje w księdze rejestracyjnej Akademii Krakowskiej.
    W Krakowie zapoznał się z bernardynami, których zaledwie 9 lat wcześniej sprowadził tam św. Jan Kapistran (1453). Jak sam pisze w swoim wierszu autobiograficznym, 1 sierpnia 1462 r. Marcin wstąpił do bernardynów i przyjął imię zakonne Władysław. Tu również najprawdopodobniej odbył swoje studia zakonne i otrzymał święcenia kapłańskie. Nie wiadomo, gdzie spędził pierwsze lata w kapłaństwie. Nie są nam także znane urzędy, jakie sprawował w owym czasie w zakonie. Wiadomo na pewno, że w latach 1486-1487 Władysław przebywał w Krakowie, gdzie m.in. pełnił obowiązki egzaminatora w sprawie cudów, jakie działy się za przyczyną św. Szymona z Lipnicy, zmarłego w Krakowie w roku 1482. Możemy przypuszczać, że po śmierci Szymona pełnił zajmowany wcześniej przez niego urząd kaznodziei.
    W latach 1487-1490 i 1496-1499 sprawował urząd wikariusza prowincji i prowincjała. Przez sześć lat czuwał nad 22 domami zakonu w Polsce: odbywając co roku kapituły prowincji, wizytując domy braci i sióstr, troszcząc się o domy formacyjne, uczestnicząc w kapitułach generalnych w Urbino w roku 1490 i w Mediolanie w roku 1498, przyjmując komisarzy generalnych zakonu. Za jego rządów polska prowincja bernardynów powiększyła się o placówki w Połocku i Skępem.
    Dla swojego zakonu Władysław zasłużył się najbardziej przez to, że stał się współautorem konstytucji, które – zatwierdzone przez kapitułę prowincji i kapitułę generalną w Urbino (1490) – stały się na pewien czas dla prowincji obowiązkowym kodeksem prawnym.
    Jego życie było przepełnione modlitwą i duchem pokuty. Miał szczególne nabożeństwo do Męki Pańskiej. Sypiał zaledwie kilka godzin na lichym sienniku, bez poduszki, przykryty jedynie własnym habitem. Swoje ciało trapił bezustannie postem i biczowaniem. Na modlitwę poświęcał wiele godzin. Miał dar łez i ekstaz. Chodził zawsze boso, nawet w najsurowsze zimy. Boso także (w trepkach) odbywał wizytacje swojej odległej prowincji i zagraniczne podróże. Wyróżniał się niezwykłą gorliwością o zbawienie dusz, nie oszczędzając się na ambonie i w konfesjonale.
    Pomimo wielkiej surowości dla siebie, był dla swoich podwładnych prawdziwym ojcem. Otaczał szczególną opieką zakonników starszych, spracowanych oraz chorych. W swoich konstytucjach wyznacza bardzo surowe kary wobec przełożonych, którzy zaniedbują opiekę nad chorymi braćmi. Silnie zabiegał, aby przełożeni pilnie zaopatrywali potrzeby swoich współbraci, tak dalece, by nie ważyli się kupować czy sprawiać sobie czegokolwiek, zanim nie zadbają o to, by w rzeczy potrzebne byli zaopatrzeni najpierw ich podopieczni. Nakazuje bardzo starannie wybierać kandydatów do zakonu. Mistrzów nowicjatu przestrzega przed zbytnią gorliwością w stosowaniu prób. Gdzie jednak widział nadużycia i świadome rozluźnienie reguły, był nieubłagany i stanowczy. Miał czułe serce dla uciśnionych i potrzebujących.
    Zapamiętano go jako płomiennego kaznodzieję. Był jednym z pierwszych duchownych, który wprowadził do Kościoła język polski poprzez kazania i poetyckie teksty. Tradycja przypisała mu autorstwo wielu pobożnych pieśni. Sam je układał i uczył wiernych śpiewać. Służyły one pogłębieniu życia duchowego, zapoznaniu się z prawdami wiary i moralności, ukochaniu tajemnic Bożych, zwłaszcza osoby Jezusa Chrystusa i Jego Matki. Nie tylko sam układał teksty, ale zachęcał do tego także swoich współbraci. Ponadto układał w języku polskim koronki, godzinki i inne nabożeństwa.
    Charakterystycznym rysem osobowości Władysława było także jego nabożeństwo do Imienia Jezusa oraz do Najświętszej Maryi Panny. Za przykładem św. Bernardyna, który nosił ze sobą stale tabliczkę, na której był złotymi głoskami wypisany monogram Imienia Jezus, także Władysław za osnowę swoich kazań brał Imię Jezus. Swój najpiękniejszy utwór, Żołtarz Jezusów, ułożył w taki sposób, że każda nowa strofa rozpoczyna się właśnie tym Imieniem.
    W 1504 r. został gwardianem przy kościele św. Anny w Warszawie. Tutaj umarł 4 maja 1505 r., w kilka tygodni po ekstazie, jaką przeżył podczas kazania w Wielki Piątek. Uniósł się wówczas na oczach tłumu wypełniającego świątynię w górę ponad ambonę i zaczął wołać: “Jezu, Jezu!”.
    Zaraz po śmierci oddawano Władysławowi cześć należną świętym. 13 kwietnia 1572 r. dokonano uroczystego przeniesienia jego relikwii. Miało to miejsce w obecności kardynała-legata papieskiego, Franciszka Commendone, i nuncjusza apostolskiego, arcybiskupa Wincentego Portico. W uroczystości wziął udział także król Zygmunt August ze swoją siostrą Anną Jagiellonką, senatorowie i posłowie, którzy zjechali się na sejm do Warszawy. W roku 1627 rozpoczęto proces informacyjny według nowych rozporządzeń, jakie wydał papież Urban VIII. Tenże papież podpisał akta tego procesu przesłane do Rzymu. W 1635 roku komisja pod przewodnictwem biskupa Adama Nowodworskiego otworzyła grób ponownie, szczątki śmiertelne zmarłego przełożono do cynowej urny i sporządzono protokół. Z powodu wojen proces wznowiono dopiero w 1724 r.
    Benedykt XIV wydał urzędowy akt beatyfikacji 11 lutego 1750 r. Właściwe uroczystości przygotowano jednak dopiero w roku 1753, łącząc je z 300. rocznicą przybycia bernardynów do Polski. W roku 1759 Klemens XIII ogłosił bł. Władysława patronem Królestwa Polskiego i Litwy. 19 grudnia 1962 r. papież Jan XXIII ogłosił go głównym patronem Warszawy. Obecnie bł. Władysław jest patronem drugorzędnym, a główną Patronką Warszawy jest Najświętsza Maryja Panna Łaskawa z wizerunku znajdującego się w kościele jezuitów przy archikatedrze na Starym Mieście.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 września

    Błogosławiona Kolumba Gabriel, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Gerard, biskup i męczennik
      •  Znalezienie ciała św. Klary
      •  Święta Tekla, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Herman Kaleka
      •  Błogosławiony Antoni Marcin Slomšek, biskup
      •  Święty Pacyfik z San Severino, prezbiter
      •  Święty Liberiusz, papież
      •  Kościół katedralny w Kaliszu
    ***
    Błogosławiona Kolumba Gabriel

    Janina Matylda Gabriel przyszła na świat 3 maja 1858 r. w Stanisławowie. Rodzice wychowali ją w głębokiej wierze i rozbudzili w niej zainteresowanie malarstwem, muzyką i tańcem. Mając 11 lat rozpoczęła naukę w szkole sióstr benedyktynek klauzurowych we Lwowie i po kilku latach otrzymała dyplom nauczycielski, który uprawniał ją także do prowadzenia lekcji religii. W czasie lat nauki umocniło się jej powołanie zakonne.
    30 sierpnia 1874 r. wstąpiła do nowicjatu benedyktynek i otrzymała imię Kolumba. Wyróżniała się wśród sióstr gorącym umiłowaniem modlitwy, czystością serca i ogromną wrażliwością na potrzeby bliźnich. 6 sierpnia 1882 r. złożyła uroczystą profesję zakonną. Pomimo młodego wieku współsiostry darzyły ją wielkim zaufaniem ze względu na zrównoważenie, inteligencję, zdolności organizatorskie oraz głębokie zjednoczenie z Bogiem. Już w 1889 r. została wybrana przeoryszą klasztoru we Lwowie. W 1894 r. powierzono jej urząd mistrzyni nowicjatu, a w 1897 r. – ksieni. Wykazała wielką ofiarność i oddanie służąc zgromadzeniu. Troszczyła się także o ubogich, którzy przychodzili do klasztoru z prośbą o pomoc.
    Napotkawszy trudności nie do pokonania zarówno wewnątrz klasztoru, jak i na zewnątrz, za zgodą ordynariusza archidiecezji opuściła klasztor we Lwowie i ojczyznę. Przybyła do Rzymu. Przez jakiś czas przebywała w domu Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, przygarnięta przez jego założycielkę, błogosławioną Marię Franciszkę Siedliską. Dopiero 3 czerwca 1902 r. otrzymała pozwolenie Watykanu na wstąpienie do klasztoru benedyktynek w Subiaco pod Rzymem. Nie mogąc jednak odzyskać wewnętrznego spokoju i ze względów zdrowotnych, zmuszona była prosić Kongregację Rzymską o pozwolenie na pobyt poza klasztorem.
    Powróciła do Rzymu i za radą swego duchowego kierownika, bł. o. Jacka Marii Cormiera, dominikanina, zajęła się katechizacją dzieci i roztoczyła opiekę nad chorymi i ubogimi. Dzięki pomocy ojca Vincenzo Ceresiego z zakonu misjonarzy Najświętszego Serca otworzyła 25 kwietnia 1908 r. zakład zwany “domem rodzinnym” dla młodych robotnic, zapewniający im mieszkanie, utrzymanie i pobyt w środowisku, gdzie mogły rozwijać więzy solidarności i miłości.
    Dosyć szybko matka Kolumba zgromadziła wokół siebie grupę dziewcząt i aby nieść wraz z nimi w duchu miłości Chrystusa bezinteresowną pomoc opuszczonym, postanowiła założyć nowy instytut życia konsekrowanego. 8 maja 1908 r. zaczęło istnieć czynne zgromadzenie Sióstr Benedyktynek od Miłości. Prowadziło ono działalność charytatywną i wychowawczą w bardzo wielu miastach.
    Matka Kolumba zmarła w opinii świętości 24 września 1926 r. w Rzymie. 16 maja 1993 r. św. Jan Paweł II w czasie uroczystej Mszy św. beatyfikacyjnej odprawionej w Bazylice Watykańskiej wyniósł ją do chwały ołtarzy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    24 września

    Kościół katedralny w Bielsku-Białej

    Kościół katedralny w Bielsku-Białej

    Prawdopodobnie już w chwili lokacji Bielska pod koniec XIII w. istniał w nim drewniany kościółek, otoczony cmentarzem. Wzrost znaczenia miasta i jego rozbudowa skłoniła księcia Wacława I do budowy nowego, murowanego kościoła, wybudowanego w stylu gotyckim w latach 1443-1447. Jego patronem został św. Mikołaj, biskup, uważany w średniowieczu za opiekuna kupców. W 1447 r. kościół ten stał się kościołem parafialnym, a św. Mikołaj – patronem całego miasta. W 1559 r. w wyniku reformacji kościół bielski został zamieniony w zbór protestancki. W ręce katolików wrócił dopiero w 1630 r. W 1659 r. spłonął doszczętnie w wyniku pożaru. Został szybko odbudowany dzięki finansowej pomocy właścicieli Bielska. W 1682 r. powstańczy oddział węgierskiej armii obrabował miasto, nie oszczędzając również kościoła św. Mikołaja.
    Na początku XVIII w. ufundowano nowe, barokowe wyposażenie (m.in. ołtarz główny). W 1750 r., w wyniku uderzenia pioruna, wnętrze kościoła ponownie spaliło się. Wkrótce podjęto jego odbudowę i wyposażono w ołtarz główny i 6 bocznych w stylu barokowym. W 1783 r. zlikwidowano okalający kościół cmentarz. W 1792 r. do kościoła trafił łaskami słynący obraz – cudowna kopia wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej. W 1808 r. nastąpił kolejny pożar; kościół odbudowano i ufundowano tym razem barokowo-klasycystyczne wyposażenie. W 1836 r. mniejszy pożar dotknął jedynie dach i wieżę kościoła, oszczędzając jego wnętrze. Ostatni, również niegroźny pożar, miał miejsce w 1860 r.
    W 1893 r. kościół zelektryfikowano (jako pierwszy kościół w diecezji wrocławskiej). W latach 1908-1910, wskutek szybkiego rozwoju miasta i znacznego wzrostu liczby parafian, dokonano rozbudowy dotychczasowej świątyni. Dobudowano drugą część nawy, utrzymaną w stylu neoromańskim. Jej poświęcenia dokonał w 1911 kard. Jerzy Kopp. Po II wojnie światowej, w wyniku migracji ludności, parafia w Bielsku po raz pierwszy w swej historii stała się jednonarodowościowa; dotychczas, zwłaszcza od czasów reformacji, raczej zgodnie koegzystowali w niej Polacy i Niemcy. 25 marca 1992 r. św. Jan Paweł II na mocy bulli Totus Tuus Poloniae Populus powołał do istnienia diecezję bielsko-żywiecką. Tym samym, w 545. rocznicę konsekracji, podniósł kościół św. Mikołaja do rangi katedry, a do rangi konkatedry – kościół Narodzenia NMP w Żywcu. Obecnie ordynariuszem diecezji jest bp Roman Pindel. Pomaga mu biskup Piotr Greger oraz biskup senior Tadeusz Rakoczy.
    Diecezja bielsko-żywiecka zajmuje obszar ok. 3 tys. km kwadratowych, liczy ok. 770 tys. mieszkańców i jest podzielona na 22 dekanaty, obejmujące 210 parafii. Pracuje w niej ok. 550 kapłanów diecezjalnych i ok. 120 zakonnych. Patronami diecezji są św. Maksymilian Maria Kolbe, św. Jan Kanty i św. Jan Sarkander.
    Najważniejszym wydarzeniem w historii tej diecezji była wizyta św. Jana Pawła II, który 22 maja 1995 r., w trakcie pielgrzymki do Czech, gdzie dzień wcześniej kanonizował św. Jana Sarkandra, odwiedził Bielsko-Białą, Żywiec i Skoczów. Mówił wtedy m.in.: Z waszym miastem związany byłem od wczesnego dzieciństwa, gdyż w Białej urodził się mój ojciec, tutaj i w okolicy mieszkali moi krewni, a w bielskim szpitalu pracował mój starszy brat – lekarz; tam też zmarł, służąc chorym. Potem doszły związki innego rodzaju, wynikające z mojej posługi biskupiej w Kościele krakowskim, który jeszcze do niedawna obejmował Białą, aż po rzekę Białkę.
    To, co uderza w Bielsku-Białej, to fakt spotkania i harmonijnego przenikania się tutaj dwóch tradycji kulturowych i kościelnych: to znaczy tradycji krakowskiej i śląskiej. Jest to wielkie bogactwo tego miasta i całego regionu. Ta wielość w jedności stanowi także wielkie bogactwo duchowe nowej diecezji bielsko-żywieckiej. Trzeba, ażebyście, drodzy bracia i siostry, umiejętnie z tych zasobów czerpali, a także ciągle je pomnażali. Niech ta wymiana darów duchowych przyczynia się do pogłębienia i rozwoju życia chrześcijańskiego wszystkich i każdego z osobna!
    Bielsko-Biała jest obecnie nie tylko miastem wojewódzkim, ale także stolicą diecezji, czyli Kościoła lokalnego. To jest nowa jakość w życiu tego miasta. Jest to także jakieś nowe zadanie. Stolica diecezji to nie tylko centrum administracyjne, lecz przede wszystkim centrum duchowego promieniowania na cały region. Życzę więc, aby Bielsko-Biała do tej ważnej roli coraz bardziej dorastała, ku pożytkowi wszystkich.
    2 lipca 1995 r. Ojciec Święty kanonizował także św. Melchiora Grodzieckiego, kapłana pochodzącego z Cieszyna – miasta leżącego na terenie nowo powstałej diecezji.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 września

    Święty Pio z Pietrelciny, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Linus, papież i męczennik
      •  Błogosławiona Emilia Tavernier Gamelin, zakonnica
      •  Błogosławiony Józef Stanek, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty ojciec Pio

    Francesco Forgione urodził się w Pietrelcinie (na południu Włoch) 25 maja 1887 r. Już w dzieciństwie szukał samotności i często oddawał się modlitwie i rozmyślaniu. Gdy miał 5 lat, objawił mu się po raz pierwszy Jezus. W wieku 16 lat Franciszek przyjął habit kapucyński i otrzymał zakonne imię Pio. Rok później złożył śluby zakonne i rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne. W 1910 r. przyjął święcenia kapłańskie. Już wtedy od dawna miał poważne problemy ze zdrowiem. Po kilku latach kapłaństwa został powołany do wojska. Ze służby został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia. Pod koniec lipca 1916 r. przybył do San Giovanni Rotondo i tam przebywał aż do śmierci. Był kierownikiem duchowym młodych zakonników.

    Ojciec Pio przed wizerunkiem Ukrzyżowanego

    20 września 1918 r. podczas modlitwy przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego o. Pio otrzymał stygmaty. Na jego dłoniach, stopach i boku pojawiły się otwarte rany – znaki męki Jezusa. Wkrótce do San Giovanni Rotondo zaczęły przybywać rzesze pielgrzymów i dziennikarzy, którzy chcieli zobaczyć niezwykłego kapucyna. Stygmaty i mistyczne doświadczenia o. Pio były także przedmiotem wnikliwych badań ze strony Kościoła. W związku z nimi o. Pio na 2 lata otrzymał zakaz publicznego sprawowania Eucharystii i spowiadania wiernych. Sam zakonnik przyjął tę decyzję z wielkim spokojem. Po wydaniu opinii przez dr. Festa, który uznał, że stygmatyczne rany nie są wytłumaczalne z punktu widzenia nauki, o. Pio mógł ponownie publicznie sprawować sakramenty.

    Ojciec Pio ze stygmatami na dłoniach

    Ojciec Pio był mistykiem. Często surowo pokutował, bardzo dużo czasu poświęcał na modlitwę. Wielokrotnie przeżywał ekstazy, miał wizje Maryi, Jezusa i swojego Anioła Stróża. Bóg obdarzył go również darem bilokacji – znajdowania się jednocześnie w dwóch miejscach. Podczas pewnej bitwy w trakcie wojny, o. Pio, który cały czas przebywał w swoim klasztorze, ostrzegł jednego z dowódców na Sycylii, by usunął się z miejsca, w którym się znajdował. Dowódca postąpił zgodnie z tym ostrzeżeniem i w ten sposób uratował swoje życie – na miejsce, w którym się wcześniej znajdował, spadł granat.

    Ojciec Pio odprawiający Eucharystię

    Włoski zakonnik niezwykłą czcią darzył Eucharystię. Przez długie godziny przygotowywał się do niej, trwając na modlitwie, i długo dziękował Bogu po jej odprawieniu. Odprawiane przez o. Pio Msze święte trwały nieraz nawet dwie godziny. Ich uczestnicy opowiadali, że ojciec Pio w ich trakcie – zwłaszcza w momencie Przeistoczenia – w widoczny sposób bardzo cierpiał fizycznie. Kapucyn z Pietrelciny nie rozstawał się również z różańcem.

    Ojciec Pio niedługo przed śmiercią

    W 1922 r. powstała inicjatywa wybudowania szpitala w San Giovanni Rotondo. Ojciec Pio gorąco ten pomysł poparł. Szpital szybko się rozrastał, a problemy finansowe przy jego budowie udawało się szczęśliwie rozwiązać. “Dom Ulgi w Cierpieniu” otwarto w maju 1956 r. Kroniki zaczęły się zapełniać kolejnymi świadectwami cudownego uzdrowienia dzięki wstawienniczej modlitwie o. Pio. Tymczasem zakonnika zaczęły powoli opuszczać siły, coraz częściej zapadał na zdrowiu. Zmarł w swoim klasztorze 23 września 1968 r. Na kilka dni przed jego śmiercią, po 50 latach, zagoiły się stygmaty.W 1983 r. rozpoczął się proces informacyjny, zakończony w 1990 r. stwierdzeniem przez Kongregację Spraw Kanonizacyjnych jego ważności. W 1997 r. ogłoszono dekret o heroiczności cnót o. Pio; rok później – dekret stwierdzający cud uzdrowienia za wstawiennictwem o. Pio. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji o. Pio w dniu 2 maja 1999 r., a kanonizował go 16 czerwca 2002 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Sensacja prowadząca do Chrystusa

    Jest jednym z najpopularniejszych świętych. Książki poświęcone jego osobie wypełniłyby po brzegi kilka bibliotek. Wydawać by się mogło, że wiemy o nim wszystko, ale czy na pewno?

    ***

    Ojciec Pio miał swoje osobiste, pełne czułości zwroty,
którymi odnosił się do swojej „Mateczki”, „Mateńki”,
„Kochanej Matki”, „Pięknej Matki”, „Najbardziej Świętej Matki”

    Ojciec Pio miał swoje osobiste, pełne czułości zwroty, którymi odnosił się do swojej „Mateczki”, „Mateńki”, „Kochanej Matki”, „Pięknej Matki”, „Najbardziej Świętej Matki”

    ***

    Zaczęło się skromnie – urodził się w ubogiej chłopskiej rodzinie Giuseppy i Grazia, w Pietrelcinie – małej, spalonej słońcem włoskiej miejscowości, w której życie upływało zgodnie z rytmem pracy w polu. Państwo Forgione, aby zapewnić utrzymanie dzieciom, pracowali bez wytchnienia. Giuseppa, gdy była w ciąży z Francescem (przyszłym Ojcem Pio), do samego rozwiązania pomagała mężowi na roli. Również pierwsze miesiące jego życia przebiegały pozornie typowo – jak każde dziecko dniami i nocami zanosił się płaczem. Dopiero po latach, do czego sam się przyznał, okazało się, że powodem permanentnego płaczu nie był banalny głód czy mokra pieluszka, ale atakujące go złe duchy, które już wtedy obrały go sobie za cel.

    Z każdym kolejnym rokiem dzieciństwo Francesca coraz bardziej wyłamywało się poza schematy wychowania na włoskiej wsi. Owszem, brał on udział w typowo chłopięcych zabawach, takich jak zapasy, ale czynił to sporadycznie. Na przekleństwa, które nagminnie pojawiały się w słowniku jego rówieśników, reagował alergicznie, niekiedy uciekając w popłochu przed wulgarnym językiem kolegów, tak jakby papierkiem lakmusowym jego pobożności była czystość mowy i myśli. Dość wcześnie jego ulubionym zajęciem stało się przebywanie na modlitwie. Już w wieku 5 lat okazywał dojrzałość duchową, której pozazdrościłby niejeden z nas. Większość jego biografów jest zgodna, że we wczesnym dzieciństwie Jezus wybrał go do pełnienia szczególnej misji w Kościele. Ale jak to dziecku, nie brakowało mu też skłonności do psot. Szczególnie upodobał sobie płatanie figli swojej siostrze Felicycie. Gdy dziewczyna się myła, chwytał ją znienacka za głowę i zanurzał w wodzie. Nie był urwisem. Jak przyznawała jego matka, nie został ani razu skarcony. Mimo to dostarczał jej powodów do zmartwień, gdy sypiał na podłodze w geście umartwienia.

    Nowo narodzony

    Francesca stale coś pociągało do życia konsekrowanego, dlatego już w wieku 15 lat rozpoczął nowicjat w zakonie. Nakładając habit, przyjął imię Pio. W 1910 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Wkrótce stan jego zdrowia pogorszył się do tego stopnia, że przełożeni wysłali go do domu rodzinnego, gdzie przebywał do 1916 r. Gdy wydobrzał na tyle, aby ponownie pełnić zakonną posługę, trafił do klasztoru św. Anny w Foggii, a później do miejsca, które stało się dla niego domem na kolejne 52 lata – do klasztoru w San Giovanni Rotondo. Jak sądzili jego przełożeni, górski mikroklimat tego miejsca miał sprzyjać zdrowiu chorowitego zakonnika.

    Wstydliwa sprawa

    Wbrew temu, co możemy mniemać z telewizyjnych doniesień, wielkie dzieła dzieją się w ciszy i samotności a nie w blasku fleszy… 20 września 1918 r. wydarzyła się rzecz po ludzku niewytłumaczalna. Po Mszy św. Ojciec Pio przebywał chwilę na chórze, gdzie nagle ogarnął go błogostan; ujrzał wtedy tajemniczą postać. Gdy ta się oddaliła, zakonnik spostrzegł na swoich dłoniach, stopach i boku rany, z których sączyła się krew. Niejeden z nas otrzymawszy takie wyróżnienie, pobiegłby do telewizji, udzielał wywiadu… Kultura masowa wyzwala w nas potrzebę ekshibicjonistycznego chełpienia się swoją wyjątkowością. Dla Ojca Pio stygmaty były wstydliwym faktem. Ten skromny człowiek nigdy nie chodził jak paw. Gdy na jego ciele pojawiły się widoczne rany męki Chrystusa, starał się je ukryć przed światem, dlatego przez lata nosił długie rękawice, które z czasem zamienił na mitenki, aby móc celebrować Eucharystię.

    Pokora i posłuszeństwo

    Wiele osób z dystansem podchodziło do nadnaturalnych zjawisk towarzyszących osobie Ojca Pio. Doszukiwano się w nim oszusta i szarlatana, który z różnych pobudek miał zwodzić wiernych. Mówiono, że rany powstały na skutek działania samego zakonnika, który co noc sam odnawiał stygmaty, raniąc się fenolem. Poddawano go przez to niekończącym się i uciążliwym badaniom medycznym. Konsekwencją negatywnego stosunku do stygmatyka były ograniczenia, które na niego nakładano (zakaz publicznego odprawiania Mszy św., spowiadania, odpisywania na listy wiernych). Pierwsze restrykcje dotknęły go w latach 1922-23, kolejne w 1931-34 r., a ostatnie w latach 1960-64. Niejeden z nas by się zbuntował, obraził na przełożonych, złorzeczył, ale nie Ojciec Pio. Każdą godzącą w niego decyzję przyjmował z pokorą i w pełnym posłuszeństwie. Stygmaty miał przez kolejne 50 lat. Zniknęły dopiero tuż przed jego śmiercią, nie pozostawiając po sobie nawet blizny. Lekarze obliczyli, że przez ten czas wypłynęło z nich 3400 litrów krwi.

    Ojciec Pio posłuszeństwa wymagał także od innych. Pewnego razu pojawiły się u niego dwie dziewczyny z Mediolanu, które uciekły z domu, aby zobaczyć go w San Giovanni Rotondo. Czekały na Eucharystię, ale stygmatyk im jej nie udzielił, powiedział: „Przede wszystkim posłuszeństwo”.

    Sensacyjny święty

    Czasami potrzebujemy sensacji, aby pobudziła nas do działania. Dla wielu stał się nią Ojciec Pio. Do zakonnika z Pietrelciny zaczęły przybywać tłumy wiernych, ale nie brakowało również sceptyków. Stygmaty stały się cudem, który nieustannie dokonywał się na oczach ludzi, przekonując niedowiarków, aby oddali swe życie Chrystusowi, a wierzących umacniając w pobożności. Stygmaty nie były jednak jedynym nadprzyrodzonym darem, który Bóg zesłał Ojcu Pio. Otrzymał także dary: bilokacji, czytania w duszy, telestazji (zdolność widzenia na odległość) czy niezwykły zapach, jaki unosił się z jego ran.

    Stygmaty nie były najważniejsze. To, co istotne w życiu Ojca Pio, to głębia jego wiary, którą zaszczepiał w bliźnich. Znakomitą do tego okazją była spowiedź. Osób, które chciały się wyspowiadać u Ojca Pio, nie brakowało – ludzie często czekali na swoją kolej wiele dni. Dar czytania w duszach sprawiał, że penitent nie był w stanie zataić przed nim grzechów. Ojciec Pio wymagał autentycznego nawrócenia – jeśli nie dostrzegał tego w grzeszniku, krzyczał na niego i „wyganiał” od konfesjonału, aż ten skruszeje. I tak się działo – przy kratach konfesjonału, w którym posługiwał Pio, ludzie prawdziwie jednali się z Bogiem.

    Wciąż obecny

    Po śmierci Ojca Pio (1968 r.) wydawało się, że pamięć o nim zaginie. Do San Giovani Rotondo przestały przyjeżdżać tłumy wiernych, a dziennikarze nie wspominali o nim na łamach swoich pism. Jak się wkrótce okazało, stygmatyk po śmierci narobił jeszcze większego rabanu niż za życia. Kolejne cuda dokonane za jego wstawiennictwem pokazały, że Ojciec Pio nawet po śmierci przyciąga ludzi do Boga. Owszem, dokonują się dzięki niemu uzdrowienia cielesne, ale najważniejsze są te duchowe. Wielu dzięki Ojcu Pio ponownie odkryło sakrament pokuty i pojednania, modlitwę oraz Eucharystię. Ten święty z Pietrelciny stale pomaga nam odkryć głębię wiary, a widzialnym znakiem jego działania są np. Grupy Modlitewne.

    Przywróć mi wzrok
    Poruszające jest świadectwo dziewczyny, która w wieku 12 lat zachorowała na białaczkę. Jednym ze skutków ubocznych zastosowanej chemioterapii była utrata wzroku. Ktoś przyniósł jej obrazek z Ojcem Pio. Zaczęła się modlić do świętego. Po kilku dniach w ciemności zaczęła czuć zapach fiołków i lilii oraz obecność stygmatyka. Otworzyła oczy, została uzdrowiona.

    Ignacy Tarnobrzeski/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________________________

    reprodukcja – Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Oszust? Szarlatan? Wszystkie kłamstwa o ojcu Pio

    O żadnym ze świętych nie napisano tyle nieprawdy. Postać Stygmatyka z San Giovanni Rotondo nieustannie powraca w mediach i rozgrzewa do czerwoności internetowe fora. Panie, Panowie: oto największe kłamstwa na temat o. Pio.

    Jeśli sądzisz, że pierwsze skrzypce w teleturnieju „Wszystkie kłamstwa na temat ojca Pio” grają środowiska antyklerykalne, jesteś w błędzie. Najczęściej powtarzaną nieprawdę powielają w nieskończoność środowiska „ultrakatolickie” lub te, które za takie chcą uchodzić. Te wypowiedzi pobożnych-nadgorliwych niewiele mają wspólnego z nauczaniem Kościoła i niebieskim tomem katechizmu. Jednym z najpopularniejszych wątków jest przypisywanie ojcu Pio orędzia o tzw. trzech dniach ciemności, którego… nigdy nie wypowiedział. Niektórzy robią na tym niezły biznes. Powstają strony internetowe, po sieci krążą modlitewne łańcuszki, a na Allegro można kupić specjalne „świece na trzy dni ciemności”. Do wyboru, do koloru.

    List, którego nie napisał

    – Osobą najczęściej przywoływaną w kontekście tzw. trzech dni ciemności jest św. ojciec Pio – opowiada o. dr Wit Chlondowski, franciszkanin. – Wielu cytuje jego sławny już list do komisji z Heroldsbach (badała nieuznane ostatecznie przez Kościół objawienia), w którym miał mówić wprost o tych wydarzeniach: „dobrze pozamykajcie się, uszczelniajcie okna, nie wyglądajcie na zewnątrz, zapalcie święconą świecę, która wystarczy na wiele dni, módlcie się na Różańcu”. Tyle że ojciec Pio takiego listu nie napisał! Ten list jest falsyfikatem. Ktoś w świadomy sposób, chcąc podeprzeć swe chorobliwe teorie spiskowe, sfałszował pismo. Kapucyni mają wszystkie listy ojca Pio i zaświadczają, że nie ma wśród nich takiego. To kłamstwo tych, którzy są zbytnio skupieni w niezdrowy sposób na temacie objawień prywatnych i wyszukiwaniu zagrożeń.

    Nie od dziś wiadomo, że narracja lękowa sprzedaje się najlepiej. Dzięki niej słowo „Apokalipsa” zaczyna kojarzyć się nam z filmowym zapachem napalmu o poranku, a nie z opowieścią o triumfie Baranka. 

    ***

    Bp Raffaello Carlo Rossi, inkwizytor: Mszę odprawia, nawet…za bardzo pobożnie.

    Bp Raffaello Carlo Rossi, inkwizytor: Mszę odprawia, nawet…za bardzo pobożnie.
    reprodukcja – Henryk Przondziono /Gość Niedzielny

    ***

    Czuję się jak w piecu

    Bardzo często powtarzaną nieprawdą jest to, że o. Pio „szukał stygmatów”, czy – jak napisał kiedyś dziennikarz „Polityki” – „miał obsesję na punkcie cierpienia”. Źródła przeczą tym zarzutom. Nie był masochistą.

    W roku 1911 pisał list do ojca Benedetto z San Marco in Lamis: „Ostatniej nocy stało się coś, czego nie potrafię ani wyjaśnić, ani zrozumieć. W połowie mych dłoni pojawiły się czerwone znaki o wielkości grosza. Towarzyszył mi przy tym ostry ból w środku czerwonych znaków. Ból był bardziej odczuwalny w środku lewej dłoni. Był tak wielki, że jeszcze go czuję”. Innym razem odpowiadał: „Co czuję? Ciągły ból. Nieraz nie mogę go wytrzymać. Często towarzyszy mu bardzo wysoka gorączka. Czuję się wtedy jak w piecu”.

    Nie epatował cierpieniem – jak czytam na popularnych portalach. Gdy jego penitentka Cleonice Morcaldi zawołała: „Ojcze, cały jesteś jedną raną!”, usłyszała: „Nie sądź, że kocham cierpienie dla niego samego”. Była jego duchową córką i świadkiem jego ostatniej Mszy. Napisała o tym książkę „Moje życie w bliskości Ojca Pio”. Jak to zwykle bywa, i tu świeckie media zalała fala plotek: „Stygmatyk i piękna Włoszka? Czy to może być jedynie »duchowa przyjaźń«? A może w tę relację wkroczyła lubieżność i przekraczanie granic przyzwoitości?” Czyż nie takie same zarzuty padały w kontekście relacji Karol Wojtyła–Wanda Półtawska? Kapucyni zdecydowali się wydać dziennik duchowy Cleonice Morcaldi. Odsłania on piękno duchowej więzi, a ci, którzy czekali na pikantne opowiastki, musieli obejść się smakiem. To ona notowała fragmenty rozmów („Na kim spoczęło ostatnie spojrzenie umierającego Jezusa?” „Na Jego Matce”), a po śmierci duchowego kierownika cztery dni spędziła na piętrze galerii kościoła, w którym była wystawiona trumna, szepcząc: „Jezu, Ty dałeś mi Ojca i Ty mi go odebrałeś. Bądź wola Twoja”.

    Masochista?

    Ojciec Pio przyjmował cierpienie początkowo z wielkimi oporami. Gdy 20 września 1918 roku młodziutki kapucyn zauważył na swych dłoniach stygmaty, natychmiast poprosił swoich bliskich, by „błagali Boga o zabranie tych znaków i umniejszenie męki”. Ale stygmaty nie zniknęły. Zakonnik z Pietrelciny ukrywał je przed światem. Poddawany był bolesnym operacjom, wielokrotnie badany. Upokarzało go to, ale przyjmował te doświadczenia z pokorą. Lekarze byli bezradni wobec tajemniczych znaków. Jak rozbrajająco brzmią słowa stygmatyka, który przyparty do muru przez inkwizytora („Czy Ojciec przysięga na świętą Ewangelię, że nigdy nie spowodował żadnych zmian na swojej skórze, to znaczy czy nigdy nie wykonywał żadnych znaków, które mogłyby potem pojawić się widzialnie?”), zawołał: „Przysięgam, na miłość boską. Na miłość boską! O, jakże byłbym wdzięczny Panu, gdyby mnie od tego uwolnił!”. Stygmaty zanikły dopiero pod koniec życia zakonnika. Wówczas jedna z jego duchowych córek zdziwiona zawołała: „Ojcze, nie masz już ran na rękach!”. „A czy to takie ważne?” – odpowiedział o. Pio.

    Niezły kwas

    „To szarlatan” – pisano (i pisze się czasem nadal) o nim. Sergio Luzzatto, szukający sensacji włoski historyk z Genui, nazwał go przed laty „małym chemikiem”, bezpodstawnie oskarżając o polewanie rąk kwasem karbolowym. Tezę oparł na zeznaniach aptekarki Marii De Vito,  u której ojciec Pio miał go nabyć. Rozdmuchana sensacja okazała się manipulacją. Sam kapucyn opowiadał, że nie stosował kwasu, „wyjąwszy przypadki, kiedy używał go lekarz do sterylizacji, gdy robił mu zastrzyki”. Sporo wyjaśnia raport doktora Giorgia Festy z 7 lipca 1925 roku: „Co do kwasu karbolowego, jest moim obowiązkiem sprecyzować pewne fakty. Ojciec rektor kolegium na zlecenie osobistego lekarza wykonywał w klinice podskórne zastrzyki młodzieńcom, którzy zgłaszali się do szkoły z internatem i często pochodzili z miejsc dotkniętych malarią”. Ot i cała tajemnica.

    Oskarżający o. Pio o manipulacje Sergio Luzzatto ukuł tezę, że „narcystyczny stygmatyk chętnie pozował do zdjęć”. Tymczasem historycy przytaczali wspomnienie o współbracie o. Pio, który „przybywszy 19 sierpnia 1919 r. do San Giovanni Rotondo, nakazał mu ściągnąć rękawiczki i skrzyżować ręce na piersi. Wobec tak dziwnej prośby ojciec Pio zaprotestował i rzekł: »Placido, żartujesz czy zwariowałeś? Jeśli chcesz mnie sfotografować, to proszę, ale nie licz na to, że zdejmę rękawiczki«. Ojciec Placido rzekł: »Przybyłem z polecenia prowincjała, a ty musisz być mu posłuszny. Jeśli nie usłuchasz, obrazisz Boga«. Na taki rozkaz ojciec Pio pochylił głowę, zdjął rękawiczki i skrzyżował ręce na piersi”.

    Ponurak

    „Był śmiertelnym ponurakiem” – pisał Luzzatto. Znów strzał w płot! Franciszkanie opowiadali o jego poczuciu humoru, które pomagało stygmatykowi znosić ciągłe prześladowania. Gdy kardynał Clemente Micary, cierpiący z powodu bólu nóg, prosił go o błogosławieństwo i… skarpety, ojciec Pio odparł: „Mnie również bolą nogi, ale skarpety – a stale je noszę – jeszcze nigdy mnie nie uleczyły. Kiedy to się stanie, wyślę je również Jego Eminencji. Ale nie wierzę, by zdołały dokonać tego cudu!”. „Gdy w 1952 roku miała się odbyć wizyta Prokuratora Generalnego, ojca Agatangelo z Langasco (który kiedyś powiedział o mnichach z San Giovanni Rotondo: »Znajduję tu rodzinę złożoną z czterech głupców«), ojciec Pio, śmiejąc się, zasugerował: »Powiedział, że jesteśmy rodziną głupców? Przyjmijmy go więc jak członka rodziny!«” – piszą Saverio Gaeta i Andrea Tornielli.

    Wielokrotnie czytałem, że stygmatyk jako kurację zdrowotną polecał przede wszystkim „środki nadprzyrodzone”, a zatem długie modlitwy i posty. Innymi słowy: spirytualizował rzeczywistość. Do dziś wielu powtarza, że remedium na chorobę jest odmawianie, jak on, kilkudziesięciu Różańców dziennie. To bzdura, bo gdyby tak było w istocie, nie zainicjowałby budowy w San Giovanni Rotondo potężnego szpitala – Domu Ulgi w Cierpieniu.

    Przeglądając świeckie portale, zauważyłem, że większość neguje nie tyle samą działalność ojca Pio, co po prostu cud jako taki. Z podejrzliwością patrzą na słowa „uzdrowienie”, „proroctwo”, nie mówiąc już o „bilokacji”. I zderzają się z murem.

    Zdrowa nieufność

    Najwięcej wątpliwości związanych z życiem o. Pio rozwiewają zeznania biskupa Raffaella Carla Rossiego, Toskańczyka z Pizy, który w liście Świętego Oficjum przeczytał: „Zlecamy Waszej Ekscelencji wizytację kanoniczną w San Giovanni Rotondo”. Miał „rozpracować” zakonnika, o którym szeptała już cała Italia. Był niezwykle sceptyczny, a to jedynie uwiarygodnia jego ocenę sytuacji. 14 czerwca 1921 roku inkwizytor zapukał do furty klasztoru w San Giovanni Rotondo… W książce Francesca Castellego „Przesłuchanie Ojca Pio. Odtajnione archiwa Watykanu” znajdziemy niepublikowane wcześniej materiały z pierwszego przesłuchania kapucyna, w tym sześć zeznań złożonych przez niego pod przysięgą przed inkwizytorem Świętego Oficjum. „Ma cerę bladą, z wyglądu wydaje się chorowity i cierpiący (ale nie bardzo), chód ma chwiejny (powiedziałbym raczej, że chodzi powoli i czasem niezbyt pewnie)” – zapisywał Rossi. „Mszę odprawia, nawet… za bardzo pobożnie: pięć minut na Memento za żywych, cztery na Memento za zmarłych, dwie minuty na konsekrację Kielicha – mierzone z zegarkiem w dłoni”.

    Dlaczego stygmaty wydzielają specyficzny, podobny do aromatu lilii zapach? „To perfumy?” – pytał inkwizytor. „Nie, w celi nie mam nic prócz mydła” – odpowiadał kapucyn. „Co ojciec czuje?”. „Ciągły ból. Nieraz nie mogę go wytrzymać. Często towarzyszy mu bardzo wysoka gorączka. Czuję się wtedy jak w piecu”. „Jakie umartwienia poza tymi, które są nakazane wszystkim, ojciec podejmuje?”. „Żadne. Przyjmuję te, które zsyła mi Pan”.

    Przesłuchanie trwało miesiąc, a poza o. Pio przed trybunałem stanęło wielu jego współbraci. Akta przesłuchania zawierają sześć szczegółowych zeznań złożonych pod przysięgą. Inkwizytor Świętego Oficjum odwijał bandaże z rąk kapucyna i dotykał jego ran. Sprawdzał, co się z nimi stanie, gdy zostaną zaplombowane. Z przesłuchań o. Pio: „Czy ojciec przysięga na Ewangelię, że nie wywoływał, nie podtrzymywał, nie wzmacniał, nie pielęgnował bezpośrednio bądź pośrednio znaków, które nosi na rękach, stopach i na piersi?”. „Przysięgam”.

    Choć inkwizytor z Pizy przyznawał, że był sceptycznie nastawiony do kapucyna, wynik dochodzenia był dla ojca Pio bardzo korzystny. Jedną z pierwszych osób, które przeczytały sprawozdanie, był Benedykt XV. To pokazuje skalę zjawiska.

    Narcyz?

    Kolejny podnoszony w mediach zarzut: skupiał na sobie uwagę – był kimś w rodzaju duchowego narcyza. Inne „pobożne opracowania” przedstawiają go jako człowieka niemal bezgrzesznego. Nieprawda. Gdy przerażony swymi grzechami o. Pio błagał innych o modlitwę, ci z niedowierzaniem kręcili głowami, traktując to jako wyraz wielkiej pokory. Cleonice Morcaldi wspominała: „Zaczęłam mówić do niego: »Ojcze, który jesteś tak dobry, uczyń…«, ale nie pozwolił mi dokończyć zdania: »Ja dobry? Jeśli poznałabyś, kim naprawdę jestem, uciekłabyś przestraszona! Największy zbój jest człowiekiem honoru w porównaniu ze mną!« A powiedział to z takim przekonaniem, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć”.

    Z jednej strony o. Pio był anielsko cierpliwy, z drugiej zmagał się ze swymi przywarami, na przykład wybuchowym charakterem. Jego sekretarz o. Marciano Morra wspominał: „Kim był o. Pio? W pierwszym rzędzie grzesznikiem! Ciągle się nawracał. Gdy nakrzyczał na penitenta, często przez pół nocy leżał krzyżem i modlił się za niego. Prosił, by ostre słowa nie zraziły tego człowieka do Kościoła”. „Kiedy był młodszy, spowiadał cały dzień. Potem zredukował ten czas z 17 do 10 godzin dziennie. Kiedy po 16 godzinach wychodził z konfesjonału, oblepiały go kobiety i błagały o modlitwę, dotykały. Ja też bym wyszedł z siebie” – opowiadał „Gościowi Niedzielnemu”. „Zawsze do konfesjonału o. Pio stały dwie kolejki z biletami: jedna przybyszów z daleka, druga wieśniaków z okolicy, tzw. dzieci duchowych o Pio. Chętnych do spowiedzi było tylu, że dochodziło do bójek o miejsce, a porządku pilnowały specjalne służby”.

    Po wielu latach jeden z najzacieklejszych oszczerców stygmatyka, Domenico Palladino, najmłodszy zakonnik w San Giovanni Rotondo (zmarł w 1977 roku), przyznał: „Byłem przekonany, że robię dobrze. Sądziłem, że ojciec Pio to oszust. Z upływem czasu zacząłem wątpić. W końcu po tylu wydarzeniach, przykrościach, rozczarowaniach i przemyśleniach, przekonałem się, że się myliłem”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    O. Pio: „Krzyknąłem z bólu. Czułem, że umieram”. Niezwykłe okoliczności otrzymania stygmatów

    Black and white photo of Padre Pio celebrating Mass, taken by Elia Stelluto, published by the Saint Pio Foundation

    © Photo by Elia Stelluto via Saint Pio Foundation

    ***

    Ojciec Pio siedział w swoim konfesjonale. Nagle poczuł przeszywający strach. Zobaczył przed sobą nigdy wcześniej niewidzianą istotę, która zbliżała się do niego z żelazną włócznią w ręce…

    Był piątek, 20 września 1918 r. Ojciec Pio skończył właśnie sprawować poranną mszę i zatrzymał się jeszcze na chórze, aby odprawić dziękczynienie. Mijał czas, trwał zatopiony w modlitwie. Gdy się ocknął, było koło dziesiątej. Nic nie zapowiadało, że właśnie tego dnia Jezus naznaczy go kolejnymi ranami miłości.

    Od ponad roku ojciec Pio doświadczał wstrząsających zjawisk mistycznych, a jego duszę spowijała ciemność. Nie wiedział, że zarówno duchowe jak i fizyczne cierpienia były tylko preludium, przygotowaniem do wielkiego obdarowania.

    San Giovanni Rotondo

    W San Giovanni Rotondo trzeba poruszać się powoli. Znaleźć czas na udział we mszy świętej, odprawienie drogi krzyżowej na zboczach stromego wzgórza i modlitwę w krypcie przy ciele stygmatyka w ozdobionym mozaikami kościele.

    Poza wypiciem kapucyńskiej kawy warto też wybrać się na zwiedzanie muzeum, na które zamieniono część starego klasztoru. Ojciec Pio mieszkał tu od 1916 r. aż do śmierci w 1968 r. i dziś zwiedzanie to tak naprawdę wędrówka po śladach świętego.

    To korytarze, którymi codziennie przechodził do kaplicy i na chór. To cela, w której mieszkał, i kościółek z konfesjonałem. Tym samym, w którym spędzał kilkanaście godzin dziennie. Jest  ściana pełna listów, które przez całe życie otrzymywał. Przychodziły ze wszystkich zakątków świata.

    W gablotach rzeczy osobiste: grzebień, okulary w rogowej oprawie i stosy białych rękawiczek. W celi, obok łóżka leżą zakonne sandały. Klęcznik i stolik nocny. Nad łóżkiem ściana wytarta od dotyku rąk i pościeli. Ślady, które nie mają ceny.

    ***

    PADRE PIO

    ***

    Rany miłości

    Ale mnie najbardziej wzruszył krzyż Chrystusa, pod którym 20 września 1918 r. ojciec otrzymał stygmaty. Chrystus wiszący na belce jest wyrzeźbiony z cyprysowego drzewa. I wywołuje drżenie.

    Ten, który cierpiał za wszystkich, podzielił się z nim cierpieniem. Wtajemniczył ojca Pio w dramat i głębię swojego bólu. Ale też w jego trwanie w czasie.

    Można spekulować, dyskutować, po ludzku próbować tłumaczyć istotę stygmatów. Jednak pod tym krzyżem pozostaje tylko wiara, że to było możliwe, podarowane i boskie – a nie ludzkie – naznaczenie. I że są to rany miłości.

    Cierpienie w ciemności

    „Po raz kolejny w tych dniach dusza moja zeszła do piekieł, raz jeszcze Pan ukazał mi furię szatana. Jego ataki są gwałtowne i nieustanne. Ten okryty niesławą odstępca pragnie wydrzeć mi z serca to, co jest w nim najświętsze: wiarę. Atakuje mnie w każdej godzinie dnia i w każdym miejscu, zaprawia goryczą sen w godzinach nocy” – pisał 19 czerwca 1918 r. w liście do o. Benedetto.

    Ale wcześniej, bo w listopadzie 1917 r., a więc zaledwie rok po przybyciu do San Giovanni Rotondo, pisał: „Jestem zupełnie pozbawiony światła i to wystarcza, aby napełnić mnie grozą, a także przekonać mnie, że zostałem poddany surowym regułom sprawiedliwości Bożej… Ojciec niebieski nie zapomina również o tym, abym uczestniczył w cierpieniach, także fizycznie, Jego jedynego Synaczka. Cierpienia te są tak straszliwe, że nie sposób ani ich opisać, ani wyobrazić sobie…”.

    „Gdzie mam szukać mojego Boga?” – pytał rozpaczliwie w innym liście do o. Benedetto z lipca 1918 r.

    Rana serca: podczas spowiadania

    Zmiana nastąpiła w sierpniu. Wieczorem 5 sierpnia, w wigilię święta Przemienienia Pańskiego ojciec Pio siedział w swoim konfesjonale, spowiadał chłopców. Nagle poczuł przeszywający strach.

    Zobaczył przed sobą nigdy wcześniej niewidzianą istotę, która zbliżała się do niego z żelazną włócznią w ręce. Ostrze włóczni miało dobrze naostrzony koniec,  z którego – tak zapamiętał – buchał ogień.

    „Patrzenie na to wszystko i doświadczenie, jak ta postać wbija z całą gwałtownością to narzędzie w moją duszę, było jednym i tym samym. Z trudem krzyknąłem z bólu, czułem, że umieram. To męczeństwo trwało aż do poranka siódmego dnia sierpnia. Tego, jak bardzo cierpiałem w tym bolesnym okresie, nie umiem opisać. Zostałem śmiertelnie zraniony” – pisał w liście.

    Ojciec Agostino zanotował w pamiętniku: „Szóstego sierpnia ukazał mu się Jezus pod postacią niebiańskiej istoty, uzbrojony w lancę, którą przebił mu serce. Czuł, jak jego serce rozdziera się na kawałki, a krew rozlewa się po wszystkich członkach ciała”.

    Ojciec Pio notował w kolejnych listach, że wszystkie te zdarzenia przerażają go, nie tylko w wymiarze duchowym, ale przede wszystkim fizycznym. Bo jak sobie wyobrazić dalsze życie z przebitym sercem? I w jakim celu ta rana jest mu zadawana? Jak długo będzie cierpiał i czuł upływ krwi? „Rana otwarta we mnie powtórnie krwawi i krwawi cały czas” – pisał.

    ***

    Ciemna noc ojca Pio. Prywatne notatki mistyka

    Ciemna noc ojca Pio. Prywatne notatki mistyka

    Rany rąk, stóp i boku

    Wrześniowego poranka siedział w ostatnim z trzech rzędów spróchniałych, drewnianych krzeseł ustawionych na posadzce chóru, przodem do głównego ołtarza. Kościół Matki Bożej Łaskawej, nad którego główną nawą znajdował się zakonny chór, był całkiem pusty.

    Kobiety licznie biorące udział w nabożeństwie już się rozeszły, świątynia tonęła w lekkim półmroku. Światło dnia wpadające przez jedyne na chórze maleńkie okienko oświetlało osiemnastowieczny krucyfiks zawieszony na balustradzie chóru. Jezus na tym krzyżu patrzył wprost na modlącego się ojca.

    PADRE PIO

    Gdyby mógł się wychylić, zobaczyłby ciągnące się za oknem drzewa migdałowców. Ale ojciec też migdałowców nie widział, siedział do nich tyłem, pogrążony w modlitwie. W tym dniu rozpoczął nowennę do Michała Archanioła. Był zmęczony, obolały i cierpiący. Rana w sercu pulsowała.

    Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Całą moją duszę wypełnia jasny obraz mojej mizerii… Widzę całe zło mojej natury i moją niewdzięczność. O ja nieszczęsny! Któż uwolni mnie ode mnie samego?” – modlił się bezradny i skupiony na własnym bólu.

    I właśnie wtedy to się stało. Wszystkie zmysły wewnętrzne i zewnętrzne zatopiły się w niewysłowionym spokoju. Wokół zapanowała całkowita cisza, Ojciec upadł zemdlony i gdy odzyskał świadomość zobaczył, że jego ręce, nogi i bok zostały przebite. I mocno krwawią. Co robić?

    Bolesne naznaczenie

    Najpierw nie chciał o tym mówić nikomu. Ujawnianie zjawisk mistycznych, których doznawał, wywoływało u niego ból i zawstydzenie. Relacjonował je ojcu duchowemu tylko i wyłącznie z racji posłuszeństwa.

    „Mój Boże, jak bardzo jestem zawstydzony i jakiego upokorzenia doznaję, kiedy muszę wyjawić to, czego Ty dokonałeś w tym swoim mizernym stworzeniu! Na chórze, po odprawieniu mszy świętej nagle ogarnął mnie stan spoczynku, podobny do słodkiego snu. Otaczała mnie całkowita cisza, która ogarnęła także moje wnętrze. Pojawił się pełny spokój i aprobata dla całkowitego wyrzeczenia się wszystkiego oraz wytchnienie od boleści.

    Wszystko to wydarzyło się w okamgnieniu! Czułem, że umieram i zapewne umarłbym, gdyby Pan nie pospieszył mi z pomocą…” – zeznawał w liście napisanym miesiąc później.

    Pięć ran Chrystusa

    Czy to sam Chrystus naznaczył ojca Pio stygmatami? To samo pytanie zadał mu jego przyjaciel, Giuseppe Orlando.

    „Wśród wielkiej światłości ukazał mi się Chrystus, pokryty ranami. Nic nie powiedział. Zniknął… Kiedy się ocknąłem, spostrzegłem, że leżę poraniony na ziemi. Dłonie, stopy i serce krwawiły i bolały tak bardzo, że nie miałem siły się podnieść. Na czworakach wlokłem się z chóru przez cały długi korytarz aż do celi. Rzuciłem się na łóżko i modliłem się, aby powtórnie ujrzeć Jezusa. Lecz później zanurzyłem się w siebie, przypatrzyłem się moim ranom i zapłakałem, wznosząc hymny dziękczynienia i modlitwy” – odpowiedział.

    Ślady odwiecznej miłości nosił przez pięćdziesiąt lat, od 20 września 1918 r. do 23 września 1968 r., a więc do dnia śmierci. Lekarze, którzy wielokrotnie badali ojca Pio obliczyli, że od dnia stygmatyzacji w ciągu 50 lat z jego ran wypłynęło 3-4 tys. litrów krwi. Po śmierci ojca rany zniknęły bez śladu, a raport lekarski podaje, że ciało było zupełnie pozbawione krwi.

    (korzystałam z książek:
    – G. F. Majka OFMCap, „Życie Ojca Pio”,
    – L. Peroni, „Ojciec Pio. Pełna biografia w 40. rocznicę śmierci”
    )

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________

    Sekret ojca Pio i Karola Wojtyły. Tajemnica szóstego stygmatu

    PIO

    Bundesarchiv-CC-BY-SA-3.0)

    ***

    „Wstrząsającego odkrycia” istnienia stygmatu na prawym ramieniu ojca Pio dokonał brat Modestino Fucci z Pietrelciny, któremu ówczesny przełożony dał klucz do celi ojca Pio i klucz do archiwum, żeby uporządkować jego rzeczy.

    Tak jak ojciec Pio, brat Daniele przejawiał swoim życie liczne charyzmaty – bilokacje, dar proroctwa czy czytanie w ludzkich sercach. W najnowszej książce pt. Ojciec Pio i brat Daniele – bratnie dusze, wydanej nakładem wydawnictwa Esprit, poznajemy sekrety życia przez wielu jeszcze nieodkrytego mistyka i orędownika oraz odkrywamy wyjątkową relację, która łączyła ojca Pio i brata Daniele.

    Ojciec Pio miał na prawym ramieniu taką samą ranę jak Jezus. Sprawiała mu ona najwięcej bólu, jednak konsekwentnie zachowywał fakt jej istnienia dla siebie. Wspomniał o niej jedynie przyszłemu papieżowi, Karolowi Wojtyle.

    Zdumiewające jest to, że zarówno bratu Daniele, jak i ojcu Pio najwięcej mistycznych cierpień przysparzał ten sam stygmat i że obaj – jeśli nie liczyć wyznania poczynionego jednej zaufanej osobie (jako testament?) – uparcie zachowywali go w tajemnicy.

    „Wstrząsającego odkrycia” istnienia stygmatu na prawym ramieniu ojca Pio dokonał brat Modestino Fucci z Pietrelciny, któremu ówczesny przełożony, ojciec Pellegrino Funicelli, dał klucz do celi ojca Pio i klucz do archiwum, żeby uporządkować jego rzeczy. Modestino miał zapieczętować w specjalnie przygotowanych pojemnikach z celofanu odzież ojca i wszystko, co do niego kiedyś należało lub było przez niego używane, z wyjątkiem tego, co było zastrzeżone dla kompetencji postulatora.

    Oto opowieść brata Modestina Fucciego:

    „Wciąż odkrywałem, starannie i ostrożnie, każdy kawałek odzieży, który opisywałem i zabezpieczałem, z przeczuciem, że jeszcze dokonam jakiegoś wstrząsającego odkrycia. Nie myliłem się! Gdy przyszła kolej na podkoszulki, przypomniałem sobie, że któregoś wieczoru w 1947 roku przed celą nr 5 ojciec Pio wyznał mi, że jednego z największych cierpień doświadcza, gdy zmienia sobie podkoszulek. […] Pomyślałem wówczas, że ból ten powoduje rana, którą błogosławiony ojciec miał w boku. 4 lutego 1971 roku musiałem zmienić zdanie.

    Przyglądając się z większą uwagą jednej z używanych przez niego wełnianych koszulek, zauważyłem, ku memu wielkiemu zdziwieniu, na wysokości prawego obojczyka niedający się wywabić ślad krwi. Nie wydawało mi się, aby – tak jak w przypadku „koszuli biczowania” – była to plama z krwawego potu. Chodziło o ewidentny ślad kolistej krwawej wybroczyny o średnicy około dziesięciu centymetrów na prawym ramieniu, blisko obojczyka. Zabłysła mi myśl, że ból, na który skarżył się ojciec Pio, mógł pochodzić od tej tajemniczej rany.

    Byłem wstrząśnięty i zakłopotany. Czytałem kiedyś w jakiejś religijnej książce modlitwę do uczczenia rany barku naszego Pana, zadanej Mu przez najtwardsze drzewo krzyża. Rana ta odsłoniła Jego trzy przenajświętsze kości i była przyczyną nieludzkiego bólu. Jeśli w ojcu Pio powtórzyły się wszystkie cierpienia męki, nie można wykluczyć, że cierpiał także z powodu rany na ramieniu”.

    O wyznaniu, jakie ojciec Pio poczynił Karolowi Wojtyle, wspomina katolicki pisarz i dziennikarz, Andrea Tornielli:

    Ojca Pio i Karola Wojtyłę łączył pewien sekret – zazdrośnie przez nich strzeżony, lecz zarazem objawiający silną mistyczną więź, jaka zrodziła się pomiędzy świętym stygmatykiem z półwyspu Gargano a polskim księdzem, który w przyszłości miał zostać papieżem. Ojciec Pio z Pietrelciny wyjawił ów sekret w 1948 roku, kiedy młody ksiądz po raz pierwszy przyjechał do San Giovanni Rotondo. Treść rozmowy kapucyna z przyszłym Janem Pawłem II ujawnił bliski przyjaciel tego drugiego, kardynał Andrzej Deskur. Wojtyła powiedział mu:

    „Z ojcem Pio rozmawialiśmy jedynie o jego stygmatach. Zapytałem go tylko: który ze stygmatów sprawia mu największy ból. Byłem przekonany, że to ten w sercu. Ojciec Pio bardzo mnie zaskoczył, mówiąc: «Nie, najbardziej boli mnie ten na ramieniu, o którym nikt nie wie i który nie jest nawet opatrywany». Ten stygmat sprawiał największy ból”. […]

    Tak pisze Stefano Campanella: „O tej ranie ojca Pio właściwie nikt nie wiedział aż do jego śmierci. Nic nie wiadomo o tym, by komukolwiek o niej mówił, za wyjątkiem przyszłego papieża, lub by zostawił o niej jakieś świadectwo albo przynajmniej jakąś pisemną wzmiankę”.

    Godny uwagi jest wywiad, jaki Renzo Allegri przeprowadził z bratem Modestinem Fuccim w 2003 roku. Brat Modestino porównał w nim szósty stygmat ojca Pio do rany „na ramieniu ukrzyżowanego Jezusa”, którą, jak utrzymywał, „wyraźnie widać na całunie”. Oto opowieść brata:

    „Któregoś dnia, gdy ostrożnie składałem wełniane koszulki ojca Pio, […] zauważyłem, że każda z nich ma na wysokości prawej łopatki niezmywalną plamę krwi. W chwilę później przypomniałem sobie, że pewnego wieczoru w roku 1947 ojciec Pio zwierzył mi się, że najbardziej dotkliwy ból odczuwa przy zmianie bielizny. Założyłem, że był on spowodowany raną w boku, lecz tamtego dnia musiałem zmienić zdanie. Plama krwi na wełnianej koszulce była pozostałością po okrągłej ranie o średnicy około dziesięciu centymetrów, przypominającej ranę na ramieniu ukrzyżowanego Jezusa. To skaleczenie wyraźnie widać na całunie. Ojciec Pio doświadczał tego cierpienia na własnym ciele – zarówno w wymiarze mistycznym, jak i fizycznym”.

    Może zdumiewać, że milczące, dotkliwe cierpienie ojca Pio z powodu szóstego stygmatu, a także wyznanie brata Daniele, który powiedział Silvanowi, iż rana na prawym ramieniu przysparzała Jezusowi największego bólu (wiele wskazuje na to, że podobny ból stawał się nocą udziałem samego zakonnika), pokrywają się z mistycznym objawieniem, jakiego za sprawą Jezusa doznał św. Bernard.

    Święty Bernard, opat klasztoru w Clairvaux, zapytał w modlitwie naszego Pana, która z boleści, jakie odczuł na swym ciele podczas męki, była najbardziej dotkliwa. Odpowiedź brzmiała:

    – Miałem ranę na ramieniu, spowodowaną dźwiganiem krzyża, na trzy palce głęboką, z której widniały trzy odkryte kości. Sprawiła mi ona większe cierpienie i ból aniżeli wszystkie inne. Ludzie mało o niej myślą, dlatego jest nieznana. Lecz ty staraj się objawić ją wszystkim chrześcijanom całego świata. Wiedz, że o jakąkolwiek łaskę prosić Mnie będą przez tę właśnie ranę, udzielę jej – i wszystkim, którzy z miłości do Tej Rany uczczą Mnie odmówieniem codziennie trzech Ojcze nasz i trzech Zdrowaś, Maryjo, daruję grzechy powszednie, ich grzechów ciężkich już więcej pamiętać nie będę, nie umrą nagłą śmiercią, w chwili skonania nawiedzi ich Najświętsza Dziewica i uzyskają łaskę i zmiłowanie moje.

    Silvano – bliski przyjaciel, potrafiący czytać w duszy brata Daniele – dopatrzył się w incydencie naczyniowym znaku wewnętrznej stygmatyzacji, która upodabniała brata do ojca Pio.

    Jakiego rodzaju stygmaty miał więc brat Daniele? Dlaczego porównuje się go do ojca Pio?

    Odpowiedź na to pytanie znają jedynie Jezus i Matka Boża, ponieważ sam brat zachowywał swoje udręki w tajemnicy. Wiele zdarzeń i poszlak zdaje się jednak świadczyć o tym, że otrzymał wewnętrzne, ukryte stygmaty. Pamiętajmy, że brat Daniele:

    1. Łączył się z ojcem Pio w cierpieniu, aby móc ofiarować je Jezusowi (Brat powiedział ojcu: „Niech ojciec wraz ze swoimi ofiaruje Panu i moje cierpienia”. Na co ojciec Pio odparł: „Tak, nie tylko teraz, lecz po wieki”).

    2. Otrzymał od ojca Pio takie same władze, jakimi dysponował stygmatyk, i pozostawał z nim w symbiozie („na mszy świętej i podróżując przez świat”, za życia ojca Pio, w bilokacji, i po jego śmierci, za specjalnym namaszczeniem: „Gdzie ja jestem, tam jest i ojciec Pio”).

    3. Ugasił pragnienie bezpośrednio z przebitego serca Jezusa w ojcu Pio, dzieląc ze Zbawicielem cierpienia i biorąc udział w Jego męce. Podobnie jak ojciec Pio żył w sercu Jezusa i mawiał: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”.

    4. Ofiarował się Panu i zawarł z Nim porozumienie: „W nocy zsyłaj na mnie tyle cierpień, ile tylko zechcesz, ale za dnia pozwól mi pracować. Spraw, abym spotkał się w raju ze wszystkimi, z którymi spotykam się na ziemi”.

    Świadkiem owych nocnych udręk był częsty gość w domu brata Daniele w San Giovanni Rotondo, Silvano Scapin. Z kolei brat Silvana, Luciano Scapin, który również bywał u zakonnika, twierdzi, że już przed rokiem 1991 słyszał nocami jego skargi.

    5. W nocy brat Daniele przeżywał mękę Jezusa, jak gdyby miał niewidzialne stygmaty. Jak zostało to już powiedziane, pewnego ranka, po całej nocy straszliwych boleści, skomentował: „Największe cierpienie sprawiało Jezusowi to, że musiał dźwigać krzyż; rana na prawym ramieniu była najbardziej bolesna”.

    6. Straciwszy przytomność, brat Daniele bezwiednie przyjął pozycję ukrzyżowanego. Nie leżał jak ktoś, kto osunął się na podłogę wskutek zwykłego omdlenia. Czyżby poczuł, że jest przybijany do krzyża?

    *fragment książki “Ojciec Pio i brat Daniele – bratnie dusze“, Esprit 2022; tytuł, lead, śródtytuły pochodzą od redakcji Aleteia.pl

    ________________________________________________________________________________

    Ojciec Pio, bat na ateistów, znak dany przez Boga

    fot. via Wikipedia.org, Domena publiczna

    ***

    Ojciec Pio, bat na ateistów, znak dany przez Boga

    W życiu wielu świętych mistyków odnotowano przypadki bilokacji, czyli stanu, w którym dana osoba znajduje się równocześnie w dwóch różnych miejscach, nieraz oddalonych od siebie o tysiące kilometrów. Jest to jedno z najbardziej tajemniczych zjawisk w życiu mistyków.

    Ojciec Pio posiadał dar bilokacji, z którego bardzo często korzystał, aby nieść pomoc ludziom będącym w potrzebie. Kiedyś zwierzył się, że śpi tylko siedem godzin w roku. Dla niego dzień bilokacji rozpoczynał się, kiedy kładł się na nocny spoczynek. Udawał się w bilokacjach tam, gdzie posyłał go Chrystus, do konkretnych osób, z duchowym wsparciem, radą i pomocą. W tych “bilokacyjnych podróżach” często towarzyszyli mu św. Antoni Padewski lub św. Franciszek z Asyżu. Faktu bilokacji nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Przypuszcza się, że duch opuszcza ciało i udaje się w inne miejsce, natomiast ciało pozostaje w bezruchu. Kiedy św. Alfons Liguori udał się w bilokacji do Rzymu, aby być przy śmierci papieża Klemensa XIV i uczestniczyć w jego pogrzebie, przez dwa dni siedział jak skamieniały w fotelu, w miejscu swego zamieszkania. Zjawisko bilokacji w życiu o. Pio jest bogato udokumentowane.

    Obronił San Giovanni Rotondo przed zbombardowaniem

    Piloci wojsk alianckich stacjonujących w okolicach Bari od września 1943 r. byli podczas lotów świadkami nadzwyczajnych spotkań. Za każdym razem, kiedy odbywali loty bojowe i zbliżali się w okolice San Giovanni Rotondo, widzieli pojawiającego się na niebie zakonnika, który nie dopuszczał do zrzucenia bomb i zawracał samoloty. Wszystkie miejscowości w okolicy były mocno bombardowane, natomiast na San Giovanni Rotondo nie spadła ani jedna bomba. “Kiedy piloci wracali po wykonaniu lotu – wspomina generał Rossini – opowiadali, że w pewnym momencie na niebie ukazywał się im zakonnik i wtedy samoloty natychmiast same zmieniały kurs”.

    Początkowo wielu nie dowierzało tym nieprawdopodobnym historiom. Jednak kiedy coraz więcej pilotów dzieliło się podobnymi doświadczeniami (a byli wśród nich Amerykanie, Anglicy, Polacy, Żydzi, katolicy, protestanci, niewierzący), naczelny dowódca, którym był amerykański generał, postanowił osobiście sprawdzić wiarygodność tych opowieści.

    Poprowadził eskadrę bombowców, która miała zniszczyć niemiecki magazyn amunicji, znajdujący się w pobliżu San Giovanni Rotondo. Była to któraś z kolei misja, wszystkie poprzednie nie powiodły się, z powodu tajemniczej zjawy pojawiającej się na niebie.

    Wszyscy w napięciu czekali, jak tym razem powiedzie się lot bombowe; Kiedy eskadra wróciła do bazy, ameryf kański generał był w prawdziwym szoku. Opowiedział, że kiedy byli już blisko celu bombardowania, nagle zauważyli na wysokości lecących samolotów, postać zakonnika ze wzniesionymi rękami. W pewnym momencie we wszystkich samolotach bomby samoczynnie się odczepiły spadając na okoliczne lasy. Natomiast samoloty, same, bez ingerencji pilotów wróciły w kierunku bazy. Wydarzenie to stało się głownym temeatem tematem rozmów w całej jednostce. W czasie dyskusji ktoś zasugerował, że tym zakonnikiem może być stygmatyzowany o. Pio, przebywający w klasztorze w San Giovanni Rotondo. Generał stwierdził, że jak tylko przesunie się linia frontu, to osobiście pojedzie do klasztoru, aby to sprawdzić. Kiedy Niemcy wycofali się Generał wybrał się z kilkoma pilotami do San Giovanni Rotondo. Przy wejściu do zakrystii natychmiast zauważył, że w grupie zakonników jest ten, który zawracał samoloty. Ojciec Pio podszedł do generała, położył mu rękę na ramieniu i powiedział: “To ty chciałeś nas wszystkich wysadzić w powietrze!”. Słysząc te słowa i widząc o. Pio generał przeżył duchowy wstrząs. Później długo jeszcze rozmawiali ze sobą, doskonale się rozumieli, chociaż generał mówił po angielsku, a o. Pio w swoim rodzinnym dialekcie z Benewentu. Po tym spotkaniu, generał, protestant przeszedł na katolicyzm.

    Ślad ręki na szybie

    Ojciec Placid Bux w 1957 r. zachorował na marskość wątroby i w stanie beznadziejnym leżał w szpitalu w San Severo. W nocy zauważył, że przy jego łóżku stoi o. Pio, który pocieszając go zapewnił, że wyzdrowieje, później podszedł do okna, odcisnął dłoń na Szybie i zniknął. Rano o. Placid czuł się bardzo dobrze, spojrzał w okno i zobaczył na szybie odciśniętą dłoń Stygmatyka, co go upewniło, że nocna wizyta o. Pio rzeczywiście miała miejsce. Wiadomość rozeszła się po szpitalu i po całym mieście. Do pokoju chorego o. Placido zaczęło przychdzić mnóstwo ciekawskich ludzi, aby obejrzeć odbicie dłoni o. Pio. Władze szpitala nakazały, aby je zmyć. I chociaż użyto wszystkich dostępnych środków czyszczących, śladu dłoni o. Pio nie udało się usunąć. O. Placido całkowicie wyzdrowiał i po wyjściu ze szpitala natychmiast pojechał do San Giovanni Rotondo. Kiedy spotkał o. Pio na klasztornym korytarzu , usłyszał pytanie: “Jak się czuje nasz o. Placido? Wspaniale” – odpowiedział i korzystając z okazji zapytał: “Czy rzeczywiście był ojciec u mnie w szpitalu i zostawił ślad ręki na szybie?” Patrząc mu prosto w oczy o. Pio odpowiedział: “I ty w to wątpisz. Byłem tam, ale nikomu o tym nie mów”.

    Dziękuję za uratowanie mi życia

    Pewnego dnia po Mszy św. w zakrystii o. Pio zdejmował szaty liturgiczne. Podszedł wtedy do niego mężczyzna, który upadł na kolana i płacząc mówił: “Ojcze, dziękuję, że uratowałeś mi życie”. Był to kapitan piechoty. W czasie wojny przebywał na froncie, wokół szalała bitwa. W pewnym momencie zobaczył, że kilkanaście metrów od niego stoi jakiś zakonnik, daje mu znak ręką i mówi: “Niech pan kapitan jak najprędzej ucieka z miejsca, gdzie pan teraz jest, i stanie obok mnie”. Kapitan natychmiast podbiegł do zakonnika i w tym momencie uderzył granat, dokładnie w to miejsce, w którym przez chwilą stał. Kiedy oficer odwrócił się, aby podziękować zakonnikowi, jego już tam nie było, zniknął bez śladu. Kapitan po wojnie przyjechał do San Giovanni Rotondo i wtedy rozpoznał, że tym tajemniczym zakonnikiem był właśnie o. Pio.

    List z Czechosłowacji

    Wśród wielkiej ilości listów, które nadeszły do San Giovanni Rotondo, była też korespondencja z krajów bloku komunistycznego. Świadczą one o tym, że o. Pio często udawał się tam w bilokacji. Był w Jugosławii, przy arcybiskupie Alojzym Stepinaciu podczas jego procesu. Towarzyszył prymasowi Węgier, kard. Józefowi Mindszentiemu, w czasie, gdy był w więzieniu. Sekretarz prymasa Węgier opowiadał, że podczas pobytu w wiezieniu, w 1956 r., kardynał bardzo pragnął odprawić Mszę św. Pewnego dnia o. Pio zjawił się w jego więziennej celi, przynosząc ze sobą to, co potrzebne do sprawowania Eucharystii, nawet służył mu do Mszy św. Odchodząc zabrał wszystko ze sobą .

    W Czechosłowacji władze komunistyczne, rozwiązały zakony, a księża zostali uwięzieni. Jedna ze wspólnot zakonnych sióstr prowadziła życie ukryte. Siostry nie nosiły habitów, w ciągu dnia pracowały na roli, a w nocy zbierały się na wspólną modlitwę. Właśnie te siostry napisały list do o. Pio, dziękując mu za to, że specjalnie przyjechał do nich, aby odprawić Mszę św. Przykro im było tylko, że o. Pio nie przyjął zaproszenia na skromny posiłek. W liście pytały również, jak udała mu się powrotna podróż i czy miał problemy na przejściu granicznym. Z tego listu wynika, że siostry były absolutnie przekonane, że o. Pio opuścił San Giovanni Rotondo i wybrał się w podróż do Czechosłowacji. A była to podróż bilokacyjna.

    Cudowny zapach

    Z krwawiących ran o. Pio emanował wyjątkowy, niespotykany zapach, który przypominał mieszaninę fiołków, róż, lilii i kadzidła. Nie sposób go jednak opisać ponieważ zawiera obok znanych aromatów – nowe, dotąd nieznane elementy. Te cudowne zapachy emanowały również z przedmiotów związanych z o. Pio. Często pojawiały się znienacka, trwały krótko lub długo. O. Pio wyjaśnił, że zapach ten jest znakiem, który mówi, że przez jego pośrednictwo Bóg zsyła łaskę, pociesza, ostrzega przed niebezpieczeństwem, pokusą lub grzechem.

    Od ludzi świętych, zjednoczonych w miłości z Bogiem, emanowała cudowna woń. I tak na przykład ciało św. Marcina de Porres wydzielało subtelny zapach. Kiedy po 25 latach od śmierci 5 otwarto jego grób, z ciała emanował ten sam aromat. Niezaprzeczalną wiarygodność faktu cudownego zapachu o. Pio potwierdzają i tysiące świadectw ludzi, którzy go doświadczyli nie tylko za życia o. Pio. ale również i po jego śmierci.

    Dr Giorgio Festa przywiózł z San Giovanni Rotondo do swojego gabinetu w Rzymie, mały kawałek bandaża nasiąkniętego krwią z rany boku o. Pio. Przez długi czas ten mały kawałek płótna, zamknięty w szafce, emanował tak silnym zapachem, że wszyscy przychodzący pacjenci pytali doktora Festę o pochodzenie tej subtelnej, niespotykanej woni.

    Gwardian klasztoru w San Giovanni Rotondo – o. Rosario napisał, że przez pierwsze trzy miesiące swego urzędowania jako przełożony o. Pio, każdego dnia czuł przedziwny zapach, rozchodzący się z celi Stygmatyka, z którym sąsiadował.

    Giuseppe Onufrio z Palermo wspomina, że podczas spowiedzi ojciec Pio trzymał go za prawą rękę. Kiedy wrócił do domu poczuł, że prawa ręka emanuje zapachem o. Pio. Pomimo wielokrotnego mycia rąk zapach nie ustępował przez wiele dni. Ojciec Pio nałożył mu pokutę, która miała trwać przez trzy miesiące. W tym okresie Onufrio odczuwał niezwykle intensywny i przyjemny zapach. Pojawiał się niespodziewanie, a potem ustawał. Kiedy skończył się czas pokuty, zapach ustał.

    Rosa Baldi miała bardzo wysoką gorączkę dochodzącą do 40°C. Lekarze byli bezradni, nie potrafili ustalić jej przyczyn. Pani Baldi wysłała swego syna do San Giovanni Rotondo, aby prosił o pomoc o. Pio. Podczas spowiedzi chłopiec poprosił ojca o uzdrowienie mamy. W dzień powrotu syna, w domu pani Baldi wszyscy poczuli niesamowity zapach. Tego samego dnia jej gorączka nagle zniknęła. W ten sposób o. Pio dał znać o swojej duchowej obecności i łasce uzdrowienia, którą wymodlił.

    Przez cudowny zapach o. Pio dawał i ciągle daje znak swoim duchowym synom i córkom, że chociażby przeżywali najciemniejszą życiową noc, największe niebezpieczeństwa i trudności, , to nigdy nie są sami, bo jest z nimi zawsze kochający Bóg. “Kiedy próby są bardzo ciężkie – pisze o. Pio – powtarzam ci w nieskończoność, że nie musisz się lękać, bo nawet jeżeli widzisz, że twa dusza stoi na skraju przepaści, to przecież jest z tobą Jezus. Musisz nieprzerwanie wznosić swój głos do nieba, nawet kiedy atakuje twą duszę strapienie i przytłacza cię samotność. Krzycz głośno razem z bezgranicznie cierpliwym Hiobem, który, doświadczając za przyzwoleniem Bożym tego, co ty teraz przeżywasz, wołał: Choćby mnie zabił Wszechmocny – ufam”.

    mp/Miłujcie się, nr 3/2002

    ___________________________________________________________________________________

    9 fundamentalnych wskazówek św. o. Pio dla duchowej córki

    9 fundamentalnych wskazówek św. o. Pio dla duchowej córki

    fot. san giuseppe da copertino / youtube.com / Elwira Ginalska

    ***

    Niewiele osób zna listy, które św. ojciec Pio wysyłał do Raffaeliny Cerase. Zawarta jest w nich wielka mądrość, która odkrywa przed nami ważne i uniwersalne prawdy o życiu i relacji z Bogiem. Oto 9 fundamentalnych wskazówek świętego stygmatyka.

    Raffaelina Cerase – rodzina i przyjaciele mówili do niej Lellina – urodziła się w Foggii 1 listopada 1868 roku. Pochodziła ze szlacheckiej, majętnej rodziny. W swoim życiu doświadczała zarówno zwykłych, codziennych problemów – trudnych relacji rodzinnych, trudności mieszkaniowych, jak również trosk związanych z zagrożeniem życia – cierpiała na chorobę nowotworową. Chociaż życie Raffaeliny nie wyróżniało się niczym szczególnym, kobieta doświadczyła relacji z wielkim świętym, ojcem Pio, który widział w niej swoją duchową córkę. W listach, które św. ojciec Pio przez wiele lat wysyłał Raffaelinie, zawarta jest wielka mądrość, która może odkryć przed nami wiele ważnych i uniwersalnych prawd.

    Oto 9 ważnych myśli św. ojca Pio, które zawarł w listach do swojej duchowej córki Raffaeliny Cerase (zakonnik zwracał się do niej w formie, która była przyjęta w jego czasach):

    1. Łaska Boża jest zawsze z nami i jesteśmy bardzo drodzy Panu Bogu

    “Kiedy dusza jęczy i boi się obrazić Boga, nie obraża Go i jest bardzo daleka od popełnienia grzechu. Łaska Boża jest zawsze z Wami i jesteście bardzo droga Panu. Cienie, lęki, przeciwne temu przekonania, to szatańskie podstępy, którymi w imię Jezusa musicie gardzić. Nie słuchajcie tych pokus. Rolą ducha nieczystego jest przekonać Was, że całe Pani dotychczasowe życie było usiane grzechami. Posłuchajcie raczej mnie, który mówię i to samo mówi Oblubieniec naszych dusz, że Wasz obecny stan jest efektem Waszej miłości do Boga i jednocześnie dowodem niezrównanej miłości Boga do Was. Odrzućcie lęki, rozwiejcie cienie, które nad Waszą duszą zagęszcza demon, aby Was nękać i oddalać, o ile to możliwe, nawet od codziennej Komunii”.

    2. Jesteśmy dziećmi Bożymi, przeznaczonymi do królowania z Jego Synem przez całą wieczność

    “Och, gdybyśmy wszyscy mogli pojąć, z jak wielkiej nędzy i hańby wydobyła nas wszechpotężna ręka Boga. Och! Gdybyśmy choć przez chwilę mogli przenikać to, co nadal zadziwia same duchy niebieskie, czyli stan, do którego łaska Boża nas wyniosła, żeśmy są ni mniej ni więcej tylko Jego dziećmi przeznaczonymi do królowania z Jego Synem przez całą wieczność!

    Kiedy dusza ludzka będzie dopuszczona do zgłębiania tego, nie będzie mogła żyć inaczej jak tylko życiem w całości niebiańskim. Jakże nędzny jest stan ludzkiej natury! Jak wiele razy Ojciec niebieski chciałby przed nami odkryć swoje tajemnice i jest zmuszony nie czynić tego, bo nie dostajemy do nich z powodu naszej nieprawości. Oby Pan zechciał położyć kres tak wielkiej niedoli i tak wielkiej nędzy. Niech królowanie szatana skończy się raz na zawsze i niech nastanie sprawiedliwość”.

    3. Nie jesteśmy oddzieleni od Jezusa. To kłamstwo złego

    “Nie ma sensu przekonywać Was, że nie jesteście – jak utrzymujecie – oddzielona od Jezusa. Ach! Ufajcie Mu i nie bójcie się, gdyż nie macie ku temu żadnego powodu. Nie jest to opuszczenie, lecz miłość, którą ukazuje Wam najsłodszy nasz Zbawiciel. A ja nie mam odpowiednich słów, aby podziękować za dobroć Pana, który traktuje Was i strzeże z taką miłością. Zły chce Was przekonać, że jesteście ofiarą jego ataków i została Pani przez Boga opuszczona. Nie wierzcie mu, bo chce Was oszukać. Wzgardźcie nim w imię Jezusa i Jego Najświętszej Matki”. 

    4. Pamiętajmy o cnotach: skromności, wstrzemięźliwości i czystości

    “Są trzy cnoty, które doskonalą i regulują stosunek pobożnej osoby do własnych zmysłów: skromność, wstrzemięźliwość i czystość. Przy pomocy cnoty skromności pobożna dusza reguluje wszystkie swoje odruchy zewnętrzne. (…) Przy pomocy wstrzemięźliwości dusza powstrzymuje wszystkie zmysły: wzrok, dotyk, smak, powonienie, słuch od nadmiernych przyjemności nawet dozwolonych. Przy pomocy czystości, cnoty, która sublimuje naszą naturę na wzór aniołów, dusza tłumi zmysłowość i oddziela ją od przyjemności zakazanych. To jest najszlachetniejszy obraz doskonałości chrześcijańskiej. Błogosławiona dusza, która posiada wszystkie te piękne cnoty, owoce Ducha Świętego, który jest w niej. Nie ma się czego obawiać, będzie jaśnieć w świecie jak słońce na firmamencie”.

    5. Jesteśmy niczym bez Bożej pomocy

    “Nie powinno Was zniechęcać ani pogrążać w smutku to, że nie pełnicie uczynków z taką doskonałością, z jaką Pani zamierzała: Cóż chcecie! Jesteśmy krusi, jesteśmy ziemią a nie każda gleba wydaje te same owoce zgodne z intencją rolnika. Ale kórzmy się zawsze z powodu naszych mizerii, uznając żeśmy niczym bez Bożej pomocy. Niepokój po czynie, który nie wypadł zgodnie z naszą czystą intencją, jaką mieliśmy – to nie jest pokora, to widoczny znak, że dusza nie powierzyła wydoskonalenia swego dzieła Bożej pomocy, lecz zanadto ufała swoim własnym siłom. (…)”.

    6. Najważniejsze jest przebywanie w obecności Pana

    “Nie zatapiajcie się tak bardzo waszego ducha w pracach domowych i rozlicznych sprawunkach, żeby nie cierpiało na tym przebywanie w obecności Pana. Z tego powodu proszę często odnawiać Waszą dobrą intencję, jaką powzięła Pani na początku; od czasu do czasu odmawiać akty strzeliste, które są jak liczne strzały, które mają zranić serce Boga i zobligować Go, proszę mi pozwolić na to wyrażenie, które wcale nie jest przesadzone w naszym przypadku, zobligować Go, mówię, do udzielenia nam łask i wszelkiej pomocy”.

    7. Zawsze rozpoczynajmy posiłek od modlitwy

    “Nie siadajcie do posiłku bez uprzedniej modlitwy i prośby o pomoc bożą, aby pokarm, który niechętnie przyjmujemy, chcąc ulżyć naszemu ciału, nie zaszkodził naszemu duchowi. Potem zasiądziecie do stołu z jakąś pobożną myślą, rozmyślając, że macie koło siebie Boskiego mistrza i Jego świętych Apostołów z ostatniej wieczerzy, jaką spożył ze swoimi, zanim ustanowił sakrament ołtarza. Starajmy się, aby wieczorny posiłek cielesny stał się przygotowaniem do boskiego pokarmu w najświętszej Eucharystii, a wszystko niech się dzieje bez nadmiernego przemęczania ducha”. 

    8. Szatan chce, abyśmy zobojętnieli na dobro

    “Proszę nie dawać posłuchu Swojej niespokojnej wyobraźni, kuszonej i potężnie wystawianej na próbę przez naszego wroga. On chciałby, aby uwierzyła Pani, że jej życie zobojętniało na dobro. Na tym polega ta wyszukana i oczywista machinacja demona. Łaska Jezusa, moja Droga, czyni Panią aż za bardzo wyczuloną na dobro”.

    9. Nie kładźmy się spać bez modlitwy

    “Nigdy nie kładźcie się do łóżka bez zapytania Waszego sumienia, jak minął dzień, i bez uprzedniego skierowania wszystkich Waszych myśli ku Bogu; bez oddania i poświęcenia Mu Waszej osoby i wszystkich chrześcijan a szczególnie mojej skromnej osoby, bo ja to samo czynię dla Was”.

    Deon.pl

    ***

    Jeśli zainspirowała cię treść listów św. ojca Pio do Raffaeliny Cerase, weź udział w rekolekcjach internetowych, opracowanych na ich podstawie>>

    _______________________________________________________________________________

    23 września

    Błogosławiony Józef Stanek SAC
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Józef Stanek

    Józef Stanek urodził się w 1916 r. w Łapszach Niżnych w diecezji krakowskiej, na pograniczu polsko-słowackim. Był ósmym, najmłodszym dzieckiem Józefa i Agnieszki, którzy zajmowali się rolnictwem. W 1923 r. rodzinę nawiedziła tragedia. Epidemia tyfusu w ciągu dziewięciu miesięcy pochłonęła życie obojga rodziców i dwóch dziadków. Opiekę nad Józefem przejęło starsze rodzeństwo, w szczególności 34-letnia najstarsza siostra Stefania i brat Wendelin.
    W 1929 r. Józef po ukończeniu podstawowej edukacji został wysłany do Wadowic. Tam ukończył szkołę średnią prowadzoną przez pallotynów. Nie było to łatwe, bo gdy przyjeżdżał do tej szkoły, nie znał dobrze języka polskiego – w domu rodzinnym mówiono bowiem spiską, góralską gwarą.
    Po maturze, w 1935 r., wstąpił do pallotynów w Sucharach nad Notecią k. Nakła. Tam odbył nowicjat. Pierwszą profesję złożył dwa lata później. Studia filozoficzno-teologiczne rozpoczął w seminarium pallotynów w Ołtarzewie koło Ożarowa. Gdy wybuchła II wojna światowa, klerycy z Ołtarzewa zostali ewakuowani przed najeżdżającymi Rzeczpospolitą wojskami niemieckimi – na wschód. Tam wpadli w ręce sowieckie.
    Józkowi udało się na szczęście uciec z naprędce zorganizowanego obozu przejściowego. Powrócił do rodzinnego Spiszu, w międzyczasie przyłączonego do współpracującego z Niemcami państwa słowackiego. Po krótkim pobycie w rodzinnych stronach wrócił do Ołtarzewa. Spotkał się tam z wieloma innymi seminarzystami, którzy po wojnie obronnej 1939 r. zdołali powrócić. Święcenia kapłańskie przyjął w 1941 r. w katedrze w Warszawie.
    Rozpoczął studia specjalistyczne na tajnych kompletach Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Złożył też, gdzieś w 1941 r., przysięgę Związku Walki Zbrojnej ZWZ, przemianowanej w 1942 r. na Armię Krajową, stając się jej członkiem i rozpoczynając działalność w podziemnej konspiracji. Jednocześnie posługiwał jako duszpasterz i kapelan Zakładu Sióstr Rodziny Maryi na Koszykach przy ul. Hożej w Warszawie. Tam też, 1 sierpnia 1944 r., zastał go wybuch Powstania Warszawskiego.
    Do drugiej połowy sierpnia ofiarnie spełniał posługę na Koszykach, pełniąc rolę kapelana, także w prowizorycznych szpitalach powstańczych. Wtedy to przełożeni skierowali go do pracy w Zgrupowaniu AK “Kryska”, walczącym w okolicy ul. Czerniakowskiej na Powiślu. Ksiądz Józef przybrał pseudonim “Rudy”. Rozpoczął szeroką i wszechstronną pracę duszpasterza i kapelana. Odprawiał Msze św. polowe i spowiadał. Często odwiedzał polowe szpitale, niosąc duchową pomoc i nadzieję walczącym i rannym. Nosił rannych, docierając do najbardziej wysuniętych pozycji powstańczych. Pomagał walczącym żołnierzom i ludności cywilnej odkopywać zasypanych.
    Wielu rannych uratował od niechybnej śmierci, zwłaszcza w ostatnich dniach Powstania na przyczółku czerniakowskim, jednym z regionów Warszawy znajdującym się jeszcze w ręku powstańców.
    Chociaż miał możliwość uratowania życia, przeprawiając się pontonem na drugi brzeg Wisły, nie skorzystał z niej. Oddał przeznaczone dla niego miejsce rannemu żołnierzowi. Chciał dzielić los żołnierzy i ludności cywilnej, która została na lewym, walczącym brzegu rzeki. Od 10 do 23 września trwały krwawe walki o przyczółek Czerniakowski. Teren opanowany przez powstańców nieustannie zmniejszał się. Wkrótce część żołnierzy ewakuowała się kanałami na Mokotów, inni dostali się na prawy brzeg Wisły.
    23 września 1944 r. Niemcy wysłali na tereny bronione przez “Kryskę” parlamentariuszy – przedstawicieli ludności cywilnej – z wezwaniem do poddania się i całkowitej kapitulacji. Powstańcy podjęli rozmowy. Działania zostały przerwane. Nastąpiła ewakuacja rannych i ludności cywilnej. W pertraktacjach wziął udział kapelan “Kryski” – Józef Stanek “Rudy”. Rozmowy nie dały jednak rezultatów. Powstańcy nie przyjęli niemieckich warunków. Józef Stanek został zatrzymany przez Niemców jako zakładnik.
    Ściągnął na siebie specjalną nienawiść Niemców między innymi za to, że polecił powstańcom, na własną odpowiedzialność, przed poddaniem niszczyć broń. Każdego bowiem schwytanego powstańca z bronią w ręku rozstrzeliwano. Ks. Józef nie chciał także, aby broń dostała się w ręce hitlerowców i służyła zabijaniu Polaków.
    Dla ks. Józefa Niemcy przygotowali specjalny rodzaj śmierci. Bity, popychany przez hitlerowskich siepaczy, został odprowadzony pod szubienicę – wystającą z muru żelazną belkę. Podchodził do niej spokojnie, z powagą i majestatem… W sąsiedztwie Niemcy pędzili – jak się okazało do niewoli, obozów koncentracyjnych i obozów zagłady – opuszczającą płonącą Warszawę ludność cywilną i ukrywających się wśród niej żołnierzy AK. Chcieli im pokazać, jaki los spotyka “głównego bandytę Powstania”. Zarzucono mu pętlę na szyję (ponoć była to jego stuła). Ks. Stanek, w czarnej sutannie, choć bez oznak Armii Krajowej, wyprostował się i w ostatnich chwilach życia, spod szubienicy, błogosławił przechodzących żołnierzy i ludność cywilną, których wcześniej spowiadał i podnosił na duchu. Powieszono go na zapleczu magazynu przy ulicy Solec.
    W 1945 r. jego szczątki ekshumowano i złożono w zbiorowej mogile przy ul. Solec w Warszawie (ogółem, w dwóch mogiłach, pochowano 278 pomordowanych). Rok później przeniesiono je na Powązki. Szczątki, w sutannie, były dobrze zachowane – na szyi widać było odciśniętą pętlę. W kieszeni sutanny znajdował się kapłański brewiarz. W 1987 r. spoczęły one w kwaterze zgrupowania AK “Kryska” na tym cmentarzu. Przy skrzyżowaniu ulic Wilanowskiej i Solec w 1994 r. postawiono pomnik księdza oraz innych żołnierzy i powstańców walczących na tym terenie.
    Beatyfikacji ks. Józefa Stanka dokonał św. Jan Paweł II w grupie 108 polskich męczenników za wiarę w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie. W 2000 r. relikwie bł. ks. Józefa Stanka zostały przeniesione do dolnego kościoła Chrystusa Króla w parafii pw. św. Wincentego Pallottiego w Warszawie. Cztery lata później ks. Józefa ustanowiono patronem kaplicy w nowo otwartym Muzeum Powstania Warszawskiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Błogosławieństwo spod szubienicy. Ks. Józef Stanek – patron kaplicy w Muzeum Powstania Warszawskiego

    Gdy powstanie dogorywało, odmówił ewakuacji na praski brzeg Wisły. Swe miejsce w pontonie oddał rannemu żołnierzowi.

    bł. ks. Józef Stanek SAC, patron kaplicy w Muzeum Powstania Warszawskiego

    fot. Mirosław Rzepka/Gość Niedzielny

    ***

    Przyszedł na świat w przepięknych okolicznościach przyrody – tuż przy słowackiej granicy, między postrzępionymi szczytami Tatr, stokami Pienin i zielonych Gorców. Na Spiszu – w prawdziwym tyglu kultur. „W spiskiej muzyce znajdziemy i elementy węgierskie (słynne czardasze, przy których nogi same rwą się do tańca), i cygański ogień, i elementy wołoskiej kultury pasterskiej” – słyszałem w Dursztynie. Do momentu odzyskania przez Polskę niepodległości Spisz należał do monarchii austro-węgierskiej. Skrawek tej ziemi został nam przydzielony 28 lipca 1920 roku w wyniku decyzji Rady Ambasadorów. To dlatego gdy Józef Stanek, urodzony cztery lata wcześniej w Łapszach Niżnych, po ukończeniu szkoły powszechnej trafił do wadowickiej pallotyńskiej szkoły średniej, miał początkowo problemy – nie znał dobrze języka polskiego, ponieważ w domu wszyscy mówili spiską gwarą.

    Wcześnie został sierotą, bo w 1923 roku epidemia tyfusu zabrała jego rodziców i dziadków. Wychowywało go starsze rodzeństwo. Po maturze, w 1935 roku, Józef wstąpił do pallotynów. Gdy wybuchła II wojna światowa, a klerycy z ołtarzewskiego seminarium uciekali na wschód, wpadli w ręce Sowietów. Stanek uciekł i schronił się na rodzinnym Spiszu. Zdecydował się jednak wrócić do braci pallotynów i w 1941 roku w warszawskiej katedrze przyjął święcenia kapłańskie. Uczył się na tajnych kompletach Wydziału Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Działał w strukturach Armii Krajowej.

    1 sierpnia 1944 roku o 17.00 posługiwał przy ul. Hożej. Jako „Rudy” stał się powstańczym kapelanem walczącego na Powiślu zgrupowania AK „Kryska”. Spowiadał, podnosił na duchu, opatrywał rannych, odprawiał polowe Msze, odkopywał zasypanych powstańców. Gdy powstanie dogorywało, odmówił ewakuacji na praski brzeg Wisły. Swe miejsce w pontonie oddał rannemu żołnierzowi.

    Podczas pacyfikacji Czerniakowa hitlerowcy wezwali zgrupowanie „Kryska” do bezwzględnej kapitulacji. Ks. Stanek uczestniczył w negocjacjach, apelując o ewakuację cywilów i rannych. Ponieważ rozmowy nie przyniosły rezultatu (powstańcy nie przyjęli niemieckich warunków), został zatrzymany jako zakładnik. Rozwścieczył okupantów, ponieważ polecił walczącym, by zniszczyli broń (powstańców, których złapano z bronią w ręku, rozstrzeliwano, a „Rudy” nie chciał, by przejęli ją Niemcy). Przygotowano więc dla niego, jako ostrzeżenie dla walczących, specjalny rodzaj egzekucji. 23 września 1944 r. szturchany i bity, został doprowadzony do wystającej z muru żelaznej szyny. Szyję okręcono mu stułą. Ks. Józef do ostatnich chwil błogosławił spod tej prowizorycznej szubienicy przerażoną i uciekającą z płonącej stolicy ludność.

    Beatyfikował go Jan Paweł II w grupie 108 męczenników II wojny światowej. „Rudy” został patronem kaplicy w Muzeum Powstania Warszawskiego.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 września

    Błogosławiona
    Bernardyna Maria Jabłońska, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święci Maurycy i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Emmeran, męczennik
      •  Święty Ignacy z Santhià, prezbiter
      •  Błogosławiony Jan Maria od Krzyża Mendez, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławieni Tomasz Sitjar, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Błogosławieni Dionizy Pamplona, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy
      •  Święty Feliks IV, papież
    ***
    Błogosławiona Bernardyna Maria Jabłońska

    Maria Jabłońska urodziła się 5 sierpnia 1878 roku we wsi Pizuny koło Lubaczowa. Była jednym z czworga dzieci niezamożnych rolników Grzegorza i Marii. Do szkoły nie chodziła, pisać i czytać nauczył ją domowy nauczyciel. W wieku 18 lat po spotkaniu Brata Alberta Chmielowskiego wstąpiła do Albertynek. Została główną kucharką w Miejskim Domu Kalek. W jej zapiskach można przeczytać: “Dopełniajmy pracy Jezusa, Jego trudów, cierpień, miłości, cichości, łez, a szczególnie Jego miłosierdzia nad nędzami duszy i ciała bliźnich”.
    24-letnią siostrę Marię, która w zakonie przybrała imię Bernardyna, brat Albert mianował przełożoną generalną Albertynek. W testamencie napisała: “Czyńcie dobrze wszystkim” – jakby uzupełniając słowa Adama Chmielowskiego: “Trzeba być dobrym jak chleb”. Siłę siostra Bernardyna odnajdywała w Eucharystii. W dzień zajęta sprawami Zgromadzenia i ubogich, nie miała czasu na dłuższą modlitwę, więc wynagradzała Panu Bogu, trwając nocą godzinami przed Najświętszym Sakramentem. To umiłowanie Jezusa w Eucharystii przekazała swoim siostrom, zachęcając je do częstej adoracji. Zmarła 23 września 1940 roku.
    Beatyfikacji Bernardyny Jabłońskiej dokonał 6 czerwca 1997 r. św. Jan Paweł II podczas Mszy św. odprawianej pod Krokwią w Zakopanem. W homilii mówił on między innymi: Maria Bernardyna Jabłońska – duchowa córka św. brata Alberta Chmielowskiego, współpracownica i kontynuatorka jego dzieła miłosierdzia – żyjąc w ubóstwie dla Chrystusa poświęciła się służbie najuboższym. Kościół stawia nam dzisiaj za wzór tę świątobliwą zakonnicę, której dewizą życia były słowa: “dawać, wiecznie dawać”. Zapatrzona w Chrystusa, szła wiernie za Nim, naśladując Go w miłości. Chciała zadośćuczynić każdej prośbie ludzkiej, otrzeć każdą łzę, pocieszyć choćby słowem każdą cierpiącą duszę. Chciała być dobrą zawsze dla wszystkich, a najlepszą dla najbardziej pokrzywdzonych. “Ból bliźnich moich jest bólem moim” – mawiała. Wraz ze św. Bratem Albertem zakładała przytuliska dla chorych i tułaczy wojennych.
    Ta wielka heroiczna miłość dojrzewała na modlitwie, w ciszy pobliskiej pustelni na Kalatówkach, gdzie przez jakiś czas przebywała. W najtrudniejszych chwilach życia – zgodnie z zaleceniami jej duchowego opiekuna – polecała się Najświętszemu Sercu Jezusa. Jemu ofiarowała wszystko, co posiadała, a zwłaszcza cierpienia wewnętrzne i udręki fizyczne. Wszystko dla miłości Chrystusa! Jako przez wiele lat przełożona generalna Zgromadzenia Sióstr Posługujących Ubogim III Zakonu św. Franciszka – albertynek, nieustannie dawała swoim siostrom przykład tej miłości, która wypływa ze zjednoczenia ludzkiego serca z Najświętszym Sercem Zbawiciela. To Serce Jezusa było jej umocnieniem w heroicznej posłudze najbardziej potrzebującym.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 września

    Święty Mateusz, Apostoł i Ewangelista

    Zobacz także:
      •  Jonasz, prorok
    ***
    Święty Mateusz

    Ewangeliści Marek i Łukasz nazywają Mateusza najpierw “Lewi, syn Alfeusza” (Mk 2, 14; Łk 5, 27), dopiero później w innych miejscach wymieniane jest imię Mateusz. Prawdopodobnie Chrystus powołując Lewiego nadał mu imię Mateusz. Imię to nie należy do często spotykanych w Piśmie świętym. Pochodzi ono z hebrajskiego Mattaj lub Mattanja, co po polsku oznacza “dar Boga” (Teodor, Deusdedit, Bogdan).
    Mateusz był Galilejczykiem. Jego pracą było pobieranie ceł i podatków w Kafarnaum, jednym z większych handlowych miasteczek nad jeziorem Genezaret. Pobierał tam opłaty za przejazdy przez jezioro i przewóz towarów.W Palestynie pogardzano celnikami właśnie z tego powodu, że ściągali opłaty na rzecz Rzymian. Ich pracę rozumiano jako wysługiwanie się okupantom. Celnicy słynęli również z żądzy zysku, nieuczciwie czerpali korzyści z zajmowanego stanowiska. Uważano ich za grzeszników i pogan. Przebywający wśród celników stawał się nieczysty i musiał poddawać się przepisowym obmyciom. Z tego środowiska wywodził się Mateusz. Wydaje się, że był nawet kierownikiem i naczelnikiem celników w Galilei.
    Chociaż celnicy tak często są w Ewangelii nazywani grzesznikami (Mt 9, 11; 11, 19; Mk 2, 15. 16; Łk 3, 12; 5, 29-30; 7, 34; 15, 12; 19, 2), to jednak Pan Jezus odnosił się do nich życzliwie: odwiedzał ich (Łk 19, 9-10; Mt 9, 10-11), nawet z nimi jadał (Łk 5, 29-33), jednego z nich uczynił bohaterem przypowieści (Łk 18, 9-14). Nie zachęcał jednak do łupienia innych. Jego delikatność i miłosierdzie raczej pobudzały celników do umiaru i nawrócenia (Łk 19, 8). Kiedy Żydzi postawili zarzut: “Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?” – Chrystus wypowiedział znamienne słowa: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają… Bo nie przyszedłem powoływać sprawiedliwych, ale grzeszników”. Słowa te przekazał w swojej Ewangelii właśnie św. Mateusz (Mt 9, 12-13).
    O młodzieńczym życiu Mateusza nie wiemy nic. Spotykamy się z nim po raz pierwszy dopiero w Kafarnaum, kiedy Chrystus zastał go w komorze celnej i powołał na swojego Apostoła. To wezwanie odbyło się po cudownym uzdrowieniu paralityka, którego spuszczono przez otwór zrobiony w suficie mieszkania (Mt 9, 1-8). O tym cudzie musiał dowiedzieć się i Mateusz, gdyż natychmiast rozniosły go setki ust. Być może Mateusz słuchał wcześniej mów pokutnych Jana Chrzciciela. Na wezwanie Chrystusa zostawił wszystko i poszedł za Nim. Nawrócony, zaprosił do swego domu Jezusa, Jego uczniów i swoich przyjaciół: celników i współpracowników. W czasie uczty faryzeusze zarzucili Chrystusowi, że nie przestrzega Prawa. Ten jednak wstawił się za swoimi współbiesiadnikami. Odtąd Mateusz pozostał już w gronie Dwunastu Apostołów.
    O powołaniu Mateusza na Apostoła piszą w swoich Ewangeliach także św. Marek i św. Łukasz (Mk 2, 13-17; Łk 5, 27-32). Jest to jednak równocześnie pierwsza i ostatnia osobna wzmianka o nim w Piśmie świętym. Potem widzimy go jedynie w spisach ogólnych na liście Apostołów (Mt 10, 3; Mk 3, 18; Łk 6, 15; Dz 1, 13). W katalogach Apostołów figuruje on na miejscu siódmym lub ósmym.

    Święty Mateusz

    Po Wniebowstąpieniu Chrystusa Mateusz przez jakiś czas pozostał w Palestynie. Apostołował wśród nawróconych z judaizmu. Dla nich też przeznaczył napisaną przez siebie księgę Ewangelii. Napisał ją między 50 a 60 rokiem, najprawdopodobniej ok. 55 r. Starał się w niej wykazać, że to właśnie Chrystus jest wyczekiwanym od dawna Mesjaszem, że na Nim potwierdziły się proroctwa i zapowiedzi Starego Testamentu. Najstarsza tradycja kościelna za autora pierwszej Ewangelii zawsze uważała Mateusza. Twierdzą tak m.in. Papiasz, biskup Hierapolis, Klemens Aleksandryjski, Orygenes i Ireneusz. Pierwotnie Ewangelia według św. Mateusza była napisana w języku hebrajskim lub aramejskim; nie wiadomo, kto i kiedy przetłumaczył ją na język grecki. Nie zachowały się żadne ślady oryginału, tylko grecki przekład. Tłumacze pozostawili część słownictwa aramejskiego, chcąc zachować tzw. ipsissima verba Iesu – najbardziej własne słowa Jezusa.
    Mateusz przekazał wiele szczegółów z życia i nauki Jezusa, których nie znajdziemy w innych Ewangeliach: np. rozbudowany tekst Kazania na Górze, przypowieść o kąkolu, o ukrytym skarbie, o drogocennej perle, o dziesięciu pannach. On jeden podał wydarzenie o pokłonie Magów i rzezi niewiniątek, o ucieczce do Egiptu, a także wizję sądu ostatecznego.
    Mateusz udał się później między pogan. Ojcowie Kościoła nie są zgodni dokąd. Wyliczają Etiopię, Pont, Persję, Syrię i Macedonię. Najbardziej prawdopodobna jest jednak Etiopia. Relikwie Mateusza miały być przewiezione ze Wschodu do Paestum (Pasidonii) w Italii. Jego ciało przewieziono do Italii w X w. Znajduje się ono obecnie w Salerno w dolnym kościele, wspaniale ozdobionym marmurami i mozaikami. Miejsce to nie stało się jednak powszechnie znanym sanktuarium. Mateusz uznawany jest za męczennika.
    Z apokryfów o Mateuszu dochowały się jedynie tzw. Ewangelia (inna, oczywiście) i Dzieje. Pierwszy utwór nieznanego autora pochodzi z VI w. i zdradza duże zapożyczenie w Protoewangelii Jakuba (aż 24 rozdziały są niemal identyczne). Pozostałe rozdziały tej Pseudo-ewangelii zawierają w sobie tak wiele cudowności i legend, że nie stanowią wiarygodnego źródła.
    W ikonografii św. Mateusz przedstawiany był w postaci młodzieńca, później – zwłaszcza w sztuce bizantyjskiej – jako siwowłosy, stary mężczyzna. W sztuce zachodniej od czasów średniowiecza dominuje obraz silnie zbudowanego, brodatego mężczyzny w średnim wieku. Ubrany bywa w tradycyjną długą, białą suknię apostolską i w tunikę. Bywa także ukazywany w postawie siedzącej, kiedy pisze – przy nim stoi anioł, przekazujący natchnienie. Jego atrybutami są: księga i pióro, miecz lub halabarda, postać uskrzydlonego młodzieńca, sakwa z pieniędzmi u stóp, torba podróżna.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    Święty Mateusz

    Święty Mateusz

    Powołanie św. Mateusza/Michelangelo Merisi da Caravaggio (PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 30 SIERPNIA 2006

    Pierwszą jest to, że Jezus przyjął do grupy swych najbliższych człowieka, który zgodnie z ówczesnym sposobem myślenia w Izraelu uważany był za publicznego grzesznika. Mateusz bowiem nie tylko obracał pieniędzmi uważanymi za nieczyste z powodu ich pochodzenia od ludzi obcych ludowi Bożemu, ale kolaborował też z obcą władzą, nienawistnie chciwą, która mogła ustalać podatki także w sposób arbitralny.

    Drodzy bracia i siostry!

    Kontynuujemy cykl wizerunków dwunastu Apostołów, który rozpoczęliśmy kilka tygodni temu. Zatrzymujemy się dzisiaj przy św. Mateuszu. Prawdę powiedziawszy wyczerpujące nakreślenie jego postaci jest prawie niemożliwe, ponieważ Ewangelie nie przynoszą nam jego biografii, dają nam tylko elementy zarysu tej postaci.

    Tymczasem okazuje się, że jest on zawsze obecny na liście Dwunastu, wybranych przez Jezusa (por. Mt 10,3; Mk 3,18; Łk 6,15; Dz 1,13). Jego hebrajskie imię oznacza “dar Boga”. Pierwsza Ewangelia kanoniczna nosi jego imię i wymienia go na liście Dwunastu z wyraźnie określonym mianem: “celnik” (Mt 10,3). W ten sposób został on zidentyfikowany jako człowiek siedzący za biurkiem poborcy podatkowego, którego Jezus wzywa, by poszedł za Nim. Słyszeliśmy przed chwilą te słowa: “Odchodząc stamtąd, Jezus ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną». On wstał i poszedł za Nim” (Mt 9,9). Również Marek (por. 2,13-17) i Łukasz (por. 5,27-30) opowiadają o powołaniu człowieka z komory celnej, nazywają go jednak “Lewi”. Ale to ten sam Apostoł! Aby wyobrazić sobie tę scenę, opisaną w Mt 9,9, wystarczy wspomnieć wspaniałe płótno Caravaggia, znajdujące się tu w Rzymie, w kościele francuskim św. Ludwika.

    Z Ewangelii wynika jeszcze jeden szczegół do jego biografii: we fragmencie, który poprzedza opis powołania mowa jest o cudzie, jakiego dokonał Jezus w Kafarnaum (por. Mt 9, 1-8; Mk 2, 1-12) i wspomina się o bliskości Morza Galilejskiego, czyli Jeziora Tyberiadzkiego (por. Mk 2, 13-14). Można zatem wywnioskować, że Mateusz pracował jako poborca podatkowy w Kafarnaum, leżącym właśnie “nad jeziorem” (Mt 4, 13), gdzie Jezus był stałym gościem w domu Piotra.

    Na podstawie tych prostych ustaleń, które przynosi Ewangelia, możemy sformułować parę refleksji. Pierwszą jest to, że Jezus przyjął do grupy swych najbliższych człowieka, który zgodnie z ówczesnym sposobem myślenia w Izraelu uważany był za publicznego grzesznika. Mateusz bowiem nie tylko obracał pieniędzmi uważanymi za nieczyste z powodu ich pochodzenia od ludzi obcych ludowi Bożemu, ale kolaborował też z obcą władzą, nienawistnie chciwą, która mogła ustalać podatki także w sposób arbitralny. Z tego powodu więcej niż jeden raz Ewangelie mówią jednocześnie o “celnikach i grzesznikach” (Mt 9,10; Łk 15,1), czy nawet o “celnikach i nierządnicach” (Mt 21, 31). Oprócz tego upatrują one w celnikach przykład małoduszności (por. Mt 5,46: miłują tylko tych, którzy ich miłują) i wymieniają jednego z nich, Zacheusza, jako “zwierzchnika celników” (Łk 19,2), podczas gdy w opinii ludowej kojarzeni byli ze “zdziercami, oszustami i cudzołożnikami” (Łk 18,11).

    Pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy na podstawie tych wzmianek: Jezus nie wykluczał nikogo ze swej przyjaźni. Owszem, właśnie kiedy siedział za stołem w domu Mateusza-Lewiego, w odpowiedzi komuś, kto gorszył się jego kontaktami z niegodnym polecenia towarzystwem, złożył ważne oświadczenie: “Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17).

    Dobra nowina Ewangelii polega właśnie na tym: na propozycji Bożej łaski wobec grzesznika! Gdzie indziej w słynnej przypowieści o faryzeuszu i celniku, modlących się w Świątyni, Jezus wskazuje wręcz na anonimowego celnika jako na godny uznania wzór pokornej ufności w miłosierdzie Boże: kiedy faryzeusz chełpił się własną moralną doskonałością, celnik “nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: «Boże, miej litość dla mnie, grzesznika»”. I Jezus komentuje: “Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, a nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18,13-14).

    Tak więc w postaci Mateusza Ewangelie ukazują paradoks z prawdziwego zdarzenia: ten, kto pozornie daleki jest od świętości, może stać się wręcz przykładem przyjęcia miłosierdzia Bożego i ukazać jego cudowne skutki w swym życiu. W związku z tym św. Jan Chryzostom uczynił znaczące spostrzeżenie: zauważył on, że tylko w opowieści o kilku powołaniach wspomina się o pracy, jaką wykonywali zainteresowani. Piotr, Andrzej, Jakub i Jan zostali wezwani, kiedy łowili ryby, Mateusz właśnie kiedy pobierał podatki. Chodzi tu o zajęcia mało liczące się – komentuje Chryzostom – “albowiem nie ma nic bardziej wstrętniejszego od poborcy podatków i nic bardziej pospolitego od rybołówstwa” (“In Matth. Hom.”: PL 57, 363). Wezwanie Jezusa dociera więc także do osób będących na dole drabiny społecznej, kiedy wykonują swą zwykłą pracę.

    Inną refleksją, jaką nasuwa opowiadanie ewangeliczne, jest stwierdzenie, że na powołanie przez Jezusa Mateusz odpowiada natychmiast: “On wstał i poszedł za Nim”. Zwięzłość tego zdania wyraźnie ukazuje gotowość Mateusza do udzielenia odpowiedzi na wezwanie. Oznacza to dla niego porzucenie wszystkiego, przede wszystkim tego, co gwarantowało mu pewny dochód, choć często nieuczciwy i hańbiący. Najwidoczniej Mateusz zrozumiał, że zażyłość z Jezusem nie pozwalała mu kontynuować działalności potępianej przez Boga. Łatwo domyślić się odniesienia do teraźniejszości: dziś również niedopuszczalne jest przywiązanie do rzeczy będących nie do pogodzenia z pójściem za Chrystusem, jak w przypadku nieuczciwie zgromadzonego bogactwa. Kiedyś Jezus powiedział bez niedomówień: “Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 19,21). To właśnie uczynił Mateusz: wstał i poszedł za Nim! W owym “wstaniu” można odczytać dystans do sytuacji grzechu i zarazem świadome przylgnięcie do nowego życia, prawego, w jedności z Jezusem.

    Przypomnijmy na koniec, że tradycja starożytnego Kościoła zgodna była w przypisywaniu Mateuszowi ojcostwa pierwszej Ewangelii. Było tak poczynając od Papiasza, biskupa Gerapoli we Frygii około roku 130. Pisał on: “Mateusz zebrał słowa [Pana] w języku hebrajskim, a każdy interpretował je, jak umiał” (w: Euzebiusz z Cezarei, “Historia Kościoła” III,39,16). Historyk Euzebiusz dodał tę wiadomość: “Mateusz, który zrazu przepowiadał wśród Żydów, kiedy postanowił pójść także do innych narodów, spisał w swym języku ojczystym Ewangelię, którą głosił; w ten sposób starał się tym, których opuszczał, zastąpić na piśmie to, co tracili oni wraz z jego wyjazdem” (tamże, III, 24,6).

    Nie mamy już Ewangelii napisanej przez Mateusza po hebrajsku ani po aramejsku, ale w Ewangelii po grecku, którą mamy, w pewnym sensie nadal słyszymy przekonujący głos celnika Mateusza, który, zostawszy Apostołem, głosi nam dalej zbawcze miłosierdzie Boga. Słuchajmy tego orędzia św. Mateusza, rozważajmy je stale na nowo, abyśmy i my nauczyli się wstać i pójść całkowicie za Jezusem. Dziękuję!

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 września

    Święci męczennicy
    Andrzej Kim Tae-gŏn, prezbiter,
    Paweł Chŏng Ha-sang i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Józef Maria de Yermo y Parres, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Teresa od św. Józefa, zakonnica
      •  Błogosławiony Franciszek Martín Fernández de Posadas, zakonnik
    ***
    Święty Andrzej Kim Tae-gŏn

    Andrzej Kim Tae-gŏn był pierwszym kapłanem koreańskim. Urodził się w 1821 r. w koreańskiej prowincji Tcziong-Czu w rodzinie katolickiej. Jego pradziadek, Pius Kim Chin-hu, z powodu wiary spędził ponad 10 lat w więzieniu, gdzie zmarł, a jego ojciec, bł. Ignacy Kim, zginął w czasie prześladowań w roku 1839 (został beatyfikowany w 1925 r.). Po chrzcie, który Andrzej przyjął mając 15 lat, przebył kilkaset kilometrów do seminarium w Makao (Chiny). Po sześciu latach zdołał wrócić do swojego kraju poprzez Mandżurię. W tym samym roku przebył Morze Żółte i w Szanghaju w 1845 r. przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany do przygotowania bezpiecznej przeprawy wodnej dla misjonarzy chrześcijańskich, tak aby udało im się ujść straży granicznej. Andrzej został aresztowany i po torturach ścięty niedaleko stolicy swojego kraju, Seulu, 16 września 1846 r.

    Święty Paweł Chŏng Ha-sang

    Paweł Chŏng Ha-sang był współpracownikiem i tłumaczem kapłanów. Przez dwadzieścia lat przewodził wspólnocie chrześcijańskiej w Korei. W wieku 44 lat jako kleryk seminarium poniósł śmierć męczeńską, ścięty mieczem 22 kwietnia 1839 r.Chrześcijaństwo dotarło do Korei podczas japońskiej inwazji w 1592 r., kiedy to ochrzczono zaledwie kilku Koreańczyków (prawdopodobnie dokonali tego katoliccy żołnierze japońscy). Ewangelizacja była utrudniona, ponieważ Korea przez wiele dziesiątków lat całkowicie izolowała się od innych państw. Jedynym kontaktem ze światem była doroczna wyprawa oficjalnej delegacji do Pekinu, z urodzinowymi życzeniami dla chińskiego cesarza. W jednej z takich ekspedycji uczestniczył niejaki Li Sung-Hun. W Chinach spotkał jezuickich misjonarzy, zafascynował się ich nauczaniem, przyjął chrzest, przybierając imię Piotr. W 1784 roku wrócił do ojczyzny, szmuglując tyle chrześcijańskiej – pisanej po chińsku – literatury, ile tylko zdołał. Ochrzcił pierwszych uczniów. Wokół nich zaczęła gromadzić się potajemnie chrześcijańska wspólnota, która bardzo szybko zaczęła się rozrastać. Sami świeccy, bez udziału nawet jednego duchownego, wprowadzili chrześcijaństwo do swojego kraju i stali się pierwszymi misjonarzami. Wiara umacniała się i szerzyła przez lekturę Biblii i książek katolickich, które tłumaczono z chińskiego na koreański. Kiedy dwanaście lat później udało się na teren Korei przedostać chińskiemu księdzu, zastał on tam już około 4 tys. chrześcijan – żaden z nich dotąd nie widział nigdy kapłana. Siedem lat później chrześcijan w Korei było już prawie 10 tys. Wolność religijną wprowadzono dopiero w 1887 r., po podpisaniu traktatu z Francją. W XIX w. poniosło śmierć męczeńską 3 biskupów katolickich, 10 kapłanów i ponad 10 tys. wiernych. Z nich tylko część dostąpiła chwały ołtarzy.

    Męczennicy koreańscy

    Św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty apostolskiej w Korei w 1984 r. kanonizował, oprócz Andrzeja Kim Tae-gŏn i Pawła Chŏng Ha-sang, także 98 Koreańczyków i trzech misjonarzy francuskich, którzy ponieśli śmierć męczeńską pomiędzy 1839 a 1867 rokiem. Wśród nich byli biskupi i księża; większość z nich jednak to ludzie świeccy (47 kobiet i 45 mężczyzn).
    Wśród męczenników koreańskich była m.in. 26-letnia Kolumba Kim. Została ona umieszczona w więzieniu, gdzie przypalano ją za pomocą gorących narzędzi i rozżarzonych węgli. Wraz ze swoją siostrą, Agnieszką, były trzymane przez dwa dni w jednej celi z osądzonymi już przestępcami, czekającymi na wykonanie wyroku. Obie zostały ścięte. Inny męczennik, 13-letni chłopiec, Piotr Ryou, był tak mocno umęczony, że mógł ściągać z siebie skórę, a następnie rzucać nią w sędziów. Został uduszony. Protazy Chong, 41-letni szlachcic, po uwięzieniu wyparł się wiary i został uwolniony. Wkrótce jednak wrócił, przyznał się ponownie do Jezusa i został zamęczony.
    W Korei Płd. w ciągu ostatnich dziesięcioleci niezwykle dynamicznie wzrasta liczba chrześcijan. Dzisiaj Kościół katolicki w Korei Płd. liczy około 4 milionów wyznawców, żyjących w 19 diecezjach (9 proc. ludności). Każdego roku sakrament chrztu przyjmuje około 150 tys. dorosłych.
    Zagadką jest natomiast to, co działo się i dzieje z wierzącymi w Korei Płn., rządzonej przez reżim komunistyczny. Oficjalnie nie ma tam ani jednego katolickiego księdza. Liczbę katolików szacuje się dzisiaj na 3-4 tysiące. Św. Jan Paweł II nazwał ich Kościołem milczenia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 września

    Najświętsza Maryja Panna z La Salette

    Zobacz także:
      •  Święty January, biskup i męczennik
      •  Święty Franciszek Maria z Camporosso, zakonnik
      •  Święty Józef z Kupertynu, prezbiter
      •  Błogosławiony Gerhard Hirschfelder, prezbiter i męczennik
      •  Święta Emilia Maria Wilhelmina de Rodat, zakonnica
    ***
    Matka Boża z La Salette

    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.
    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.
    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.
    Słowo pommes de terre wprawiło w zakłopotanie Melanię. W gwarze, której się używało w tamtej okolicy, na ziemniaki mówiło się las truffas. Pasterka zwróciła się więc do Maksymina, ale Piękna Pani ją uprzedziła: “Nie rozumiecie tego, moje dzieci? Zaraz powiem wam to inaczej”.
    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.
    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.
    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.
    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.

    Matka Boża z La Salette

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.
    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.
    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.
    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.
    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 września

    Święty Stanisław Kostka, zakonnik
    patron Polski

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Fidel Fuidio Rodriguez, zakonnik i męczennik
      •  Błogosławiony Józef Kut, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Stanisław Kostka

    Stanisław urodził się 28 grudnia 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu (obecnie powiat przasnyski). Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich (z Drobina). Krewni rodziny zajmowali eksponowane stanowiska w ówczesnej Polsce. Miał trzech braci: Pawła (+ 1607), Wojciecha (+ 1576) i Mikołaja, oraz dwie siostry, z których znamy imię tylko jednej, Anny. Historia nie przekazała nam bliższych szczegółów z lat dziecięcych Stanisława. Wiemy tylko z akt procesu beatyfikacyjnego, że był bardzo wrażliwy. Dlatego ojciec w czasie przyjęć, na których niekiedy musiał bywać także Stanisław, nakazywał gościom umiar w żartach, gdyż inaczej chłopiec może omdleć.
    Pierwsze nauki Stanisław pobierał w domu rodzinnym. W wieku 14 lat razem ze swoim bratem, Pawłem, został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Kostkowie przybyli do Wiednia w dzień po śmierci cesarza Ferdynanda, to znaczy 24 lipca 1564 r. Wiedeńska szkoła jezuitów cieszyła się wówczas zasłużoną sławą. Codziennie odprawiano Mszę świętą. Przynajmniej raz w miesiącu studenci przystępowali do sakramentu pokuty i do Komunii. Modlono się przed lekcjami i po nich. Na pierwszym roku wykładano gramatykę, na drugim “nauki wyzwolone”, na trzecim – retorykę.
    Początkowo Stanisławowi nauka nie szła zbyt dobrze. Nie otrzymał bowiem dostatecznego przygotowania w Rostkowie. Pod koniec trzeciego roku studiów należał już jednak do najlepszych uczniów. Władał płynnie językiem łacińskim i niemieckim, rozumiał również język grecki. Zachowały się zeszyty Stanisława z błędami poprawianymi ręką nauczyciela. Pozostały również notatki dotyczące problemów religijnych, jakie poruszano, aby chłopców przygotować także pod tym względem i umocnić ich w wierze katolickiej. Wolny czas Stanisław spędzał na lekturze i modlitwie. Ponieważ w ciągu dnia nie mógł poświęcić kontemplacji wiele czasu, oddawał się jej w nocy. Zadawał sobie także pokuty i biczował się. Taki tryb życia nie mógł się podobać kolegom, wychowawcy i bratu. Uważali to za rzecz niemoralną, a Stanisława za “dziwaka”. Usiłowali go przekonywać złośliwymi przycinkami “jezuity” i “mnicha”, a potem nawet biciem i znęcaniem skierować na drogę “normalnego” postępowania. Stanisław usiłował im dogodzić, dlatego nawet brał lekcje tańca. Nie potrafił się jednak w tym odnaleźć.
    W grudniu 1565 r. ciężko zachorował. Według własnej relacji, był pewien śmierci, a nie mógł otrzymać Komunii świętej, gdyż właściciel domu nie chciał wpuścić kapłana katolickiego. Wówczas sama św. Barbara, patronka dobrej śmierci, do której się zwrócił, w towarzystwie dwóch aniołów nawiedziła jego pokój i przyniosła mu Wiatyk. W tej samej chorobie zjawiła mu się Najświętsza Maryja Panna z Dzieciątkiem, które złożyła mu na ręce. Od Niej też doznał cudu uzdrowienia i usłyszał polecenie, aby wstąpił do Towarzystwa Jezusowego.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Dzieciątko Jezus z rąk Maryi

    Jezuici jednak nie mieli zwyczaju przyjmować kandydatów bez zezwolenia rodziców, a na to Stanisław nie mógł liczyć. Zdobył się więc na heroiczny czyn: zorganizował ucieczkę, do której się starannie przygotował. Było to 10 sierpnia 1567 r. Legenda osnuła ucieczkę szeregiem niezwykłych wydarzeń. O jej prawdziwym przebiegu dowiadujemy się z listu samego Stanisława. Za poradą swojego spowiednika, o. Franciszka Antonio, który był wtajemniczony w jego plany, Stanisław udał się nie wprost do Rzymu, gdzie byłby łatwo pochwycony w drodze, ale do Augsburga, gdzie przebywał św. Piotr Kanizjusz, przełożony prowincji niemieckiej. Spowiednik Stanisława stwierdza, że w drodze otrzymał on również łaskę Komunii świętej z rąk anioła, kiedy wstąpił do protestanckiego kościoła w przekonaniu, że jest to kościół katolicki. W Augsburgu nie zastał Piotra Kanizjusza, dlatego podążył dalej do Dylingi. Trasa z Wiednia do Dylingi wynosi około 650 km. W Dylindze jezuici mieli swoje kolegium. Tam Stanisław został przyjęty na próbę.
    Wyznaczono mu zajęcia służby u konwiktorów: sprzątanie ich pokoi i pomaganie w kuchni. Stanisław boleśnie przecierpiał tę decyzję. Ufając jednak Bogu, starał się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej. Po powrocie do Dylingi św. Piotr Kanizjusz bał się przyjąć Stanisława do swojej prowincji w obawie przed gniewem rodziców i ich zemstą na jezuitach w Wiedniu. Mając jednak od miejscowych przełożonych bardzo dobre rekomendacje, skierował go wraz z dwoma młodymi zakonnikami do Rzymu z listem polecającym do generała. Droga była długa i uciążliwa. Stanisław z towarzyszami odbywał ją przeważnie pieszo. Dotarli tam 28 października 1567 r.

    Święty Stanisław Kostka otrzymuje Komunię św. z rąk anioła

    Stanisław został przyjęty do nowicjatu, który znajdował się przy kościele św. Andrzeja. Było z nim wtedy około 40 nowicjuszów, w tym czterech Polaków. Rozkład zajęć nowicjatu był prosty: modlitwy, praca umysłowa i fizyczna, posługi w domu i w szpitalach, konferencje mistrza nowicjatu i przyjezdnych gości, dyskusje na tematy życia wewnętrznego i kościelnego. Stanisław rozpoczął nowicjat pełen szczęścia, że nareszcie spełniły się jego marzenia. Ojciec jednak postanowił za wszelką cenę go stamtąd wydostać. Wykorzystał w tym celu wszystkie możliwości. Do Stanisława wysłał list, pełen wymówek i gróźb. Za poradą przełożonych Stanisław odpisał ojcu, że ten powinien raczej dziękować Bogu, że wybrał jego syna na swoją służbę. W lutym 1568 r. Stanisław przeniósł się z kolegium jezuitów, gdzie mieszkał przełożony generalny zakonu, do domu św. Andrzeja na Kwirynale, w którym pozostał do śmierci.
    Swoim wzorowym życiem, duchową dojrzałością i rozmodleniem budował całe otoczenie. W pierwszych miesiącach 1568 r. Stanisław złożył śluby zakonne. Miał wtedy zaledwie 18 lat. W prostocie serca w uroczystość św. Wawrzyńca (10 sierpnia) napisał list do Matki Bożej i schował go na swojej piersi. Przyjmując tego dnia Komunię świętą, prosił św. Wawrzyńca, aby uprosił mu u Boga łaskę śmierci w święto Wniebowzięcia. Prośba została wysłuchana. Wieczorem tego samego dnia poczuł się bardzo źle. 13 sierpnia gorączka nagle wzrosła. Przeniesiono go do infirmerii. 14 sierpnia męczyły Stanisława mdłości. Wystąpił zimny pot i dreszcze, z ust popłynęła krew. Była późna noc, kiedy zaopatrzono go na drogę do wieczności. Prosił, aby go położono na ziemi. Prośbę jego spełniono. Przepraszał wszystkich. Kiedy mu dano do ręki różaniec, ucałował go i wyszeptał: “To jest własność Najświętszej Matki”.
    Zapytany, czy nie ma jakiegoś niepokoju, odparł, że nie, bo ma ufność w miłosierdziu Bożym i zgadza się najzupełniej z wolą Bożą. Nagle w pewnej chwili, jak zeznał naoczny świadek, kiedy Stanisław modlił się, twarz jego zajaśniała tajemniczym blaskiem. Kiedy ktoś zbliżył się do niego, by zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, odparł, że widzi Matkę Bożą z orszakiem świętych dziewic, które po niego przychodzą. Po północy 15 sierpnia 1568 r. przeszedł do wieczności. Kiedy podano mu obrazek Matki Bożej, a on nie zareagował na to uśmiechem, przekonano się, że cieszy się już oglądaniem Najświętszej Maryi Panny w niebie.Jego kult zrodził się natychmiast i spontanicznie. Wieść o śmierci świętego Polaka rozeszła się szybko po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia św. Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. Ojciec Warszewicki ułożył dłuższą biografię Stanisława. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto grób, znaleziono ciało nienaruszone.
    Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na kult. 18 lutego 1605 r. Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego. Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 r. Wraz z naszym Rodakiem chwały świętych dostąpił tego dnia również św. Alojzy Gonzaga (+ 1591). Jan XXIII uznał św. Stanisława szczególnym patronem młodzieży polskiej.
    Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 r.) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej oraz diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy; oręduje także za studentami i nowicjuszami jezuickimi, a także za polską młodzieżą.Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).
    W ikonografii św. Stanisław Kostka przedstawiany jest w stroju jezuity. Jego atrybutami są: anioł podający mu Komunię, Dziecię Jezus na ręku, krucyfiks, laska pielgrzymia, lilia, Madonna, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Święty Stanisław Kostka – zbuntowany Młodzieniaszek z Rostkowa

    Sample

    ***

    Przez dwa dni Płock gościł będzie uczestników 380. Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu Polski. Miejscem spotkania biskupów jest Płock, bowiem to z tej diecezji pochodzi urodzony w Rostkowie św. Stanisław Kostka, którego rok obchodzony jest w Kościele w Polsce. Zanim trafił do panteonu świętych, ten Młodzieniaszek z Rostkowa i „Boży szaleniec”, jak bywa określany, udowodnił, że świadomość powołania do służby Bożej jest silniejsza od rodzinnych zakazów i pozwala przezwyciężyć wiele trudności.

    Stanisław Kostka urodził się w grudniu 1550 r. w Rostkowie na Mazowszu w diecezji płockiej, został ochrzczony w kościele parafialnym św. Wojciecha w Przasnyszu. Jego ojciec był kasztelanem zakroczymskim, a krewni zajmowali znaczące stanowiska w Polsce Jagiellonów i Wazów. Matką Stanisława była Małgorzata z zamożnego rodu Kryskich (pochodząca z Drobina koło Płocka). Stanisław miał czworo rodzeństwa: trzech braci – Pawła, Wojciecha i Mikołaja oraz siostrę Annę. Dwaj z braci – Wojciech i Mikołaj zmarli w dzieciństwie.

    Chłopiec od dzieciństwa wzrastał w religijnej atmosferze rodzinnego domu. Tak napisał o tym jego brat Paweł: „Rodzice postępowali z nami surowo i przyzwyczajali do modlitwy i uczciwości. Wszyscy nas upominali i brali udział w naszym wychowaniu, wszystkich czciliśmy, przez wszystkich byliśmy kochani”.

    Do dwunastego roku życia Stanisław uczył się w domu i u miejscowego kapelana. Później razem z bratem Pawłem kształcił się pod opieką młodego nauczyciela Jana Bilińskiego. Gdy miał lat czternaście, na początku lipca 1564 r., razem z bratem Pawłem i Janem Bilińskim wyjechał do Wiednia, aby tam uczyć się w elitarnym kolegium jezuickim. Jego duchowość kształtowała się w trudnym dla Kościoła okresie – czasach reformacji. Po ośmiu miesiącach pobytu w kolegium, gdy jezuitom zabrano internat, Stanisław przeniósł się do domu luteranina Kimberkera. Z bólem dostrzegał negację prawdy o Eucharystii i kultu Matki Bożej.

    Początkowo nauka sprawiała Stanisławowi trudności, później jednak dzięki zdolnościom, ale też pracowitości i sumienności stał się jednym z najlepszych uczniów. Uchodził za chłopca bardzo pobożnego: często adorował Najświętszy Sakrament i gorliwie służył do Mszy św. Poza tym bardzo czcił Matkę Bożą. Gdy powziął zamiar wstąpienia do zakonu jezuitów, usiłował prowadzić życie na wzór zakonny, z czego żartowali nie tylko rówieśnicy, ale nawet jego starszy brat. Mimo to Stanisława nie rezygnował z częstej modlitwy i medytacji.

    Stanisław powtarzał nieraz, że „trzeba więcej podobać się Bogu, niż bratu”. Za swoją życiową dewizę obrał wyznanie: „Ad maiora natus sum”, czyli „Do wyższych rzeczy jestem stworzony”, za czym nie kryje się pycha, ale tęsknota za tym, co święte i doskonałe.

    W czasie pobytu w Wiedniu, w grudniu 1566 roku, Stanisław ciężko zachorował i obawiano się o jego życie. Powrót do zdrowia zawdzięczał cudownej interwencji Matki Bożej. Opowiadał potem w nowicjacie w Rzymie, że ujrzał Maryję z Dzieciątkiem Jezus, które złożyła mu Jezusa na wyciągnięte ręce. Otrzymał też wtedy polecenie wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego. Niestety, na to nie chciał wyrazić zgody jego ojciec, który marzył o innej karierze dla syna.

    Kiedy Stanisław, świadom swego powołania do służby Bożej przekonał się, że w Wiedniu, z powodu interwencji ojca, nie uda mu się dostać do zakonu (konieczna był zgoda rodzica), zdecydował się na czyn szaleńczy. Pełen determinacji, w niedzielę 10 sierpnia 1567 roku, po porannej Mszy św., ubrany w ubogie szaty, by nie zwracać na siebie uwagi, zdecydował się na ucieczkę. 17-latek zostawił list, w którym tłumaczył się przed bratem i nauczycielem, dlaczego podjął taką decyzję oraz prosił o pożegnanie w jego imieniu rodziców. Brat Paweł i Jan Biliński zorganizowali wprawdzie pościg, ale Stanisława nigdzie nie rozpoznano, ponieważ był przebrany za żebraka.

    Najpierw Stanisław udał się do Augsburga, a następnie po przejściu 600 km, do Dylingi w Bawarii, mając nadzieję, że być może zostanie przyjęty przez prowincjała jezuitów w Niemczech, ojca Piotra Kanizjusza. Nikt jednak nie czekał tam na Stanisława z otwartymi ramionami: przyszły święty pomagał w kuchni i sprzątał. Jednak kiedy Piotr Kanizjusz, także późniejszy święty, przekonał się o wielkiej, duchowej wartości Stanisława, poradził mu, aby poszedł do samego generała ojców jezuitów do Rzymu. Wystawił też Stanisławowi wspaniałą opinię, pisząc: „Spodziewam się po nim rzeczy wielkich”.

    Stanisław po długiej drodze dotarł do Wiecznego Miasta 25 października 1567 roku i zapukał do furty klasztornej ojców jezuitów. Generał zakonu ojciec Franciszek Borgiasz, późniejszy święty, zadecydował o przyjęciu Stanisława do nowicjatu wbrew woli rodziców. Ceremonia przyjęcia odbyła się 28 października 1567 roku. Gdy nowicjusz napisał do ojca, że jest w jezuickim nowicjacie, ten zareagował groźbami. Jednak Stanisław ripostował, że to wielka łaska, że Bóg raczył przyjąć na służbę jego syna.

    W nowicjacie, jak stwierdzili liczni świadkowie, był wzorem zakonnika. Najświętszą Maryję Pannę nazywał swoją Matką i Panią. Na miesiąc przed śmiercią Stanisław wyznał przyjaciołom, że nie opuszcza go przeczucie o bliskiej śmierci. W dniu św. Wawrzyńca, 10 sierpnia 1568 roku, w rocznicę swej ucieczki z Wiednia, zachorował i po raz drugi ujawnił swe przeczucie bliskiej śmierci.

    Prosił Matkę Bożą, by Jej Wniebowzięcie mógł przeżywać w niebie. Stan jego zdrowia nagle się pogorszył, poprosił wiec o spowiedź, przyjął komunię św i sakrament chorych. Jego zaledwie osiemnastoletnie życie dobiegało końca. Tego dnia krew popłynęła z jego ust a czoło pokrył zimny pot. Oblicze zmieniło się tuż przed śmiercią, kiedy ujrzał Matkę Boską w otoczeniu dziewic. Odszedł z tego świata maja lat osiemnaście, z krzyżem i obrazkiem Matki Bożej w ręku, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia 1568 roku, prawdopodobnie o godzinie trzeciej nad ranem. Znane jest powiedzenie, że „żyjąc krótko, przeżył czasów wiele”.

    Kult świętego Polaka zrodził się natychmiast i spontanicznie, wieść o jego śmierci bardzo szybko rozeszła się po Rzymie. Starsi ojcowie przychodzili do ciała i całowali je ze czcią. Wbrew zwyczajowi zakonu ustrojono je kwiatami. Z polecenia Franciszka Borgiasza, generała zakonu, ciało Stanisława złożono do drewnianej trumny, co również w owych czasach było wyjątkiem. Także na polecenie generała magister nowicjatu napisał o Stanisławie krótkie wspomnienie, które rozesłano po wszystkich domach Towarzystwa Jezusowego. W dwa lata po śmierci współbracia udali się do przełożonego domu nowicjatu, aby pozwolił im zabrać ze sobą relikwię głowy Stanisława. Kiedy otwarto trumnę, by pobrać relikwie, ciało wyglądało jak w dniu śmierci.

    Proces kanoniczny trwał jednak długo. W latach 1602-1604 Klemens VII zezwolił na jego kult. 18 lutego 1605 roku Paweł V zezwolił na wniesienie obrazu Stanisława do kościoła św. Andrzeja w Rzymie oraz na zawieszenie przed nim lampy i wotów; w 1606 r. ten sam papież uroczyście zatwierdził tytuł błogosławionego. Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się najpierw w Rzymie w domu św. Andrzeja, a potem w Polsce. Był to pierwszy błogosławiony Towarzystwa Jezusowego.

    Klemens X zezwolił zakonowi jezuitów w roku 1670 na odprawianie Mszy świętej i brewiarza o Stanisławie w dniu 13 listopada. W roku 1674 tenże papież ogłosił bł. Stanisława jednym z głównych patronów Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litwy. Dekret kanonizacyjny wydał Klemens XI w 1714 r. Jednak z powodu śmierci papieża obrzędu uroczystej kanonizacji dokonał dopiero Benedykt XIV 31 grudnia 1726 roku.

    Relikwie Świętego spoczywają w kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Św. Stanisław Kostka jest patronem Polski (od 1671 roku) i Litwy, archidiecezji łódzkiej i warszawskiej, głównym patronem diecezji płockiej, a także Gniezna, Lublina, Lwowa, Poznania i Warszawy oraz wielu szkół i seminariów duchownych. Oręduje za dziećmi i młodzieżą, studentami i nowicjuszami jezuickimi.

    Św. Stanisławowi Kostce przypisuje się zwycięstwo Polski odniesione nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W tym dniu o. Oborski, jezuita, widział św. Stanisława na obłokach, jak błagał Matkę Bożą o pomoc. Król Jan Kazimierz przypisywał orędownictwu Świętego zwycięstwo odniesione pod Beresteczkiem (1651).

    Z inicjatywy biskupa płockiego Piotra Libery Episkopat Polski ogłosił rok 2018, w 450. rocznicę śmierci św. Stanisława Kostki i 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości – Rokiem Świętego Stanisława Kostki.

    380. Zebranie Plenarne Konferencji Episkopatu Polski w Płocku w dniach 25-26 września, jest jednym z wydarzeń obchodów tego roku w diecezji płockiej.

    e-kai/2018

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 września

    Święta Hildegarda z Bingen,
    dziewica i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Robert Bellarmin, biskup i doktor Kościoła
      •  Święty Zygmunt Szczęsny Feliński, biskup
      •  Święty Jan Macías, zakonnik
      •  Stygmaty św. Franciszka z Asyżu
      •  Święty Piotr z Arbués, męczennik
      •  Święty Marcin z Finojosa, biskup
      •  Święty Lambert z Liege, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Zygmunt Sajna, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Hildegarda z Bingen

    Hildegarda urodziła się 16 września 1098 w Rupertsbergu koło Bingen. Jej rodzicami byli Hildebert i Mechtylda von Bermersheim. Ponieważ była dziesiątym dzieckiem w szlacheckiej rodzinie, w wieku ośmiu lat, zgodnie z tradycją dziesięciny, została poświęcona Kościołowi. Zaopiekowała się nią przeorysza benedyktynek – Judyta. Przygotowując się do życia w zakonie, w Disibodenbergu, Hildegarda otrzymała klasyczne wykształcenie. Dzięki wrodzonym zdolnościom do nauki i umiejętności wykorzystywania zdobytej wiedzy zyskała uznanie. Gdy w 1136 r. Judyta umarła, Hildegarda zajęła jej miejsce.
    Jako przeorysza cieszyła się wielka estymą. Podjęła liczne dzieła dla swojego zakonu. By mniszki nie dzieliły murów z zakonnikami, spowodowała przeniesienie konwentu do ufundowanego przez jej rodzinę klasztoru we wsi Rupertsberg (1150). Po latach zbudowała dla nich jeszcze jeden klasztor w Eibingen (1165). Już będąc przeoryszą Hildegarda ujawniła, że od trzeciego roku życia miewała wizje, podczas których rozmawiała z Bogiem. Nie ujawniała tego przez skromność, a może z obawy przed inkwizycją. Dopiero gdy mając 42 lata osiągnęła najwyższe dostępne kobiecie stanowiska w Kościele i uzyskała wpływy w najważniejszych biskupstwach i na dworze papieskim, bez obaw przyznała się do swoich doświadczeń. W czasie jednej z wizji usłyszała głos nakazujący jej spisywać swoje wizje. W ten sposób zaczęło powstawać dzieło Sci vias – “Poznaj ścieżki Pana”.
    Wiadomość o tych wizjach roznosiła się coraz dalej, aż przez opata Disibodenbergu i arcybiskupa Moguncji Henryka dotarła do papieża Eugeniusza III, który wysłał do klasztoru specjalną komisję, mającą wyjaśnić autentyczność cudów. Wybrane fragmenty wizji zostały przeczytane na synodzie w Trewirze (1147-1148). Hildegarda uzyskała błogosławieństwo i pozwolenie na rozpowszechnienie swoich idei i nakaz spisywania dalszych objawień dzięki wstawiennictwu wpływowego teologa i założyciela zakonu cystersów, św. Bernarda z Clairvaux. Treść przeżyć mistycznych spisała w trzech księgach: Scito vias Domini (“Poznaj drogi Pana”), Liber vitae (“Księga zasług życia”) i Liber divinorum operum (“Księga dzieł Bożych”). Dzięki przychylności papieża mogła posunąć się do zawoalowanej krytyki rozwiązłości kleru i domagać się większego uznania dla roli kobiet. Właśnie w tym tonie jest jej sztuka moralna Ordo virtutum (“O sztuce cnoty”), do której sama skomponowała muzykę.
    Chociaż autentyczność jej objawień była przez niektórych kwestionowana (uważano, że były one wynikiem migren), to jednak szlacheckie pochodzenie i wysokie stanowisko w hierarchii kościelnej spowodowały, że listy i pisma Hildegardy znajdowały czytelników wśród władców kościelnych i świeckich. Dla wielu ludzi średniowiecza jej wypowiedzi były głosem, który pochodził od Boga.
    Dzięki solidnemu wykształceniu i bogatemu doświadczeniu oraz wybitnym zdolnościom oratorskim Hildegarda zjednała sobie w końcu przychylność oponentów. Jej rozważania z zakresu teologii, filozofii i historii naturalnej były przyjmowane z zainteresowaniem w kręgach kościelnych i świeckich, przynosząc jej powszechny szacunek i uznanie. Wśród wiernych jej osoba stała się obiektem kultu. Historie o jej nadprzyrodzonych zdolnościach przenikały poza klasztorne mury i krążyły po średniowiecznej Europie. U szczytu popularności Hildegarda została okrzyknięta “Sybillą znad Renu” i była czczona jako chrześcijańska wyrocznia o atrybutach proroka, do której udawali się po radę i pociechę biskupi, papieże i władcy. W 1152 r. została zaproszona na specjalne spotkanie z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą, którego wcześniej krytykowała.
    Ważne w jej piśmiennictwie były również dzieła o medycynie, historii naturalnej i lecznictwie. Hildegarda była uważną obserwatorką natury i ludzi. Kierując się grecką filozofią czterech żywiołów, badała wzajemne oddziaływania pomiędzy światem żywym i martwym oraz ich wpływ na stan organizmu i duszy człowieka. Swoje wnioski przedstawiła w nieco panteistycznym traktacie o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów, które, jak sądziła, uczestniczyły w nieustannym procesie wymiany wewnętrznych zasobów energii. Publikacje z zakresu medycyny ludowej przyniosly jej miano pierwszej niewiasty pośród lekarzy i przyrodników Niemiec.
    Ponadto w latach 1158-1170 głosiła kazania w środkowych i południowych Niemczech. Była zapraszana na wykłady i wizytacje w klasztorach. Ta światła kobieta uważała, że śpiew powinien być nieodłączną częścią liturgii, gdyż śpiew, tak jak modlitwa, przybliża człowiekowi zbawienie. Wierzyła, że twórcze natchnienie pochodzi wprost od Boga, a dzieło artysty jest w rzeczywistości boskim przekazem. Sama skomponowała moralitet i liczne religijne, choć nie liturgiczne pieśni. W odróżnieniu od typowych wówczas śpiewów chorałowych, jej melodie były znacznie bardziej emocjonalne. Pod koniec XX w. jej muzyka zyskała dużą popularność.
    Zmarła 17 września 1179 r. w klasztorze w Rupertsbergu i została pochowana w kościele parafialnym w Einbingen, którego obecnie jest patronką. Mimo iż rozpoczęty w 1227 roku proces kanonizacyjny został wstrzymany w niewyjaśnionych okolicznościach, Hildegarda z Bingen nad Renem została w XIV w. umieszczona w martyrologium jako święta. Do kalendarza liturgicznego obchód ku jej czci wpisano w 1971 roku. Jej biografia jest kompletna i dobrze udokumentowana, co jest rzadkie jak na tamte czasy. Zawdzięczamy to m.in. dwóm mnichom. Jeszcze za życia Hildegardy w latach 1174-1175 mnich Gottfried rozpoczął pracę nad systematyzacją jej dzieł, a w latach 1180-1190 mnich Theoderich ukończył jego prace.
    Papież Benedykt XVI potwierdził 10 maja 2012 r., że Hildegarda z Bingen, ze względu na swoje zasługi dla Kościoła i ogromny wkład w rozwój myśli katolickiej, może odbierać cześć jako święta w całym Kościele. 7 października 2012 r. papież ogłosił św. Hildegardę doktorem Kościoła powszechnego, wraz ze św. Janem z Avili.
    Hildegarda jest patronką esperanto, językoznawców i naukowców.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Św. Hildegarda z Bingen (1)

    Katecheza podczas audiencji generalnej 1.09.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    W 1988 r., z okazji Roku Maryjnego, czcigodny sługa Boży Jan Paweł II napisał list apostolski, zatytułowany Mulieris dignitatem, poświęcony cennej roli, jaką kobiety odgrywały i nadal odgrywają w życiu Kościoła. «Kościół — czytamy — składa dzięki za wszystkie przejawy ‘kobiecego geniuszu’ w ciągu dziejów, pośród wszystkich ludów i narodów; składa dzięki za wszystkie charyzmaty, jakie Duch Święty udziela niewiastom w historii Ludu Bożego, za wszystkie zwycięstwa, jakie zawdzięcza ich wierze, nadziei i miłości: składa dzięki za wszystkie owoce kobiecej świętości» (n. 31).

    Również w okresie historii, który zwykle nazywamy Średniowieczem, różne postaci kobiet wyróżniły się świętością i bogactwem nauczania. Dzisiaj chciałbym przedstawić jedną z nich: św. Hildegardę z Bingen, która żyła w Niemczech w xii w. Urodziła się w 1098 r. w Hesji, prawdopodobnie w Bermersheim, w pobliżu Alzey, a zmarła w 1179 r. w wieku 81 lat, mimo że nigdy nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Hildegarda pochodziła ze szlacheckiej, wielodzietnej rodziny i od urodzenia została przez rodziców przeznaczona do służby Bogu. W 8. roku życia została poświęcona Kościołowi w zakonie (zgodnie z regułą św. Benedykta, rozdz. 59) i oddana na naukę i wychowanie chrześcijańskie pod opiekę wdowy konsekrowanej Udy z Göllheim, a potem Juty ze Spanheim, żyjącej w pustelni w benedyktyńskim klasztorze w Disibodenbergu. Powstał tam mały żeński klasztor klauzurowy, który stosował się do reguły św. Benedykta. Hildegarda przyjęła welon zakonny z rąk biskupa Ottona z Bambergu, a w 1136 r., po śmierci matki Juty, która była przełożoną wspólnoty, współsiostry wybrały ją na jej następczynię. Wykonywała to zadanie, wykorzystując swoje możliwości kobiety wykształconej, o głębokim życiu duchowym i potrafiącej radzić sobie z organizacyjnymi stronami życia klauzurowego. Kilka lat później, również ze względu na rosnącą liczbę młodych kobiet, które pukały do furty klasztornej, Hildegarda odłączyła się od męskiej wspólnoty z Disibodenbergu i zamieszkała ze wspólnotą w Bingen, gdzie spędziła resztę życia. Styl, który cechował jej posługę władzy, jest wzorem dla wszystkich wspólnot zakonnych: pobudzał on do świętego współzawodnictwa w czynieniu dobra, toteż — jak wynika ze świadectw epoki — matka i jej córki wzajemnie okazywały sobie szacunek i posługiwały.

    Już w latach, kiedy była przełożoną klasztoru w Disibodenbergu, Hildegarda zaczęła dyktować opisy mistycznych wizji, które miała od pewnego czasu, swojemu kierownikowi duchownemu, mnichowi Volmarowi, oraz swojej sekretarce, współsiostrze Richardis ze Strade, do której była bardzo przywiązana. Jak wszyscy prawdziwi mistycy, Hildegarda pragnęła, by mądre osoby swoim autorytetem rozeznały pochodzenie jej wizji, lękała się bowiem, że mogą być one wynikiem iluzji i nie pochodzić od Boga. Zwróciła się przeto do osoby, która w jej czasach cieszyła się największym szacunkiem w Kościele: do św. Bernarda z Clairvaux, o którym już mówiłem w kilku katechezach. Uspokoił on Hildegardę i dodał jej odwagi. W 1147 r. spotkała się ona z aprobatą jeszcze jednej, niezmiernie ważnej osoby. Papież Eugeniusz III, który przewodniczył synodowi w Trewirze, przeczytał tekst podyktowany przez Hildegardę, przedstawiony mu przez arcybiskupa Henryka z Moguncji. Papież upoważnił mistyczkę do spisywania swoich wizji i do przemawiania publicznie. Od tego momentu duchowy prestiż Hildegardy wzrastał coraz bardziej, a współcześni nadali jej tytuł «prorokini germańskiej» (Sybilli znad Renu). Drodzy przyjaciele, oto przypieczętowanie autentycznego doświadczenia Ducha Świętego, źródła każdego charyzmatu: osoba obdarzona darami nadprzyrodzonymi nie chełpi się nimi, nie obnosi się z nimi, a przede wszystkim jest całkowicie posłuszna władzy kościelnej. Przeznaczeniem każdego daru udzielonego przez Ducha Świętego jest bowiem budowanie Kościoła, a Kościół przez swoich pasterzy uznaje jego autentyczność.

    W najbliższą środę jeszcze raz będę mówił o tej wielkiej kobiecie, «prorokini»; w bardzo aktualny sposób przemawia dzisiaj również do nas jej odważna umiejętność rozeznawania znaków czasu, jej miłość do stworzenia, jej poezja, jej muzyka, która dzisiaj jest wydobywana z zapomnienia, jej miłość do Chrystusa i Jego Kościoła, cierpiącego również w tamtych czasach, zranionego również wówczas grzechami księży i świeckich, i tym bardziej miłowanego jako ciało Chrystusa. Św. Hildegarda mówi zatem do nas. Będziemy jeszcze o tym mówić w najbliższą środę. Dziękuję wam za uwagę.

    do Polaków:

    Witam pielgrzymów z Polski. Wspominając dziś św. Hildegardę z Bingen, zakonnicę i mistyczkę, która z oddaniem troszczyła się o odnowę życia religijnego w zakonach, pośród duchowieństwa i wiernych, prosimy Boga, aby i w naszych czasach budził w wielu kobietach pragnienie włączenia swego geniuszu w apostolską działalność Kościoła. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 1/09/2010/Opoka.pl

    _________________________________________________________________________________

    Św. Hildegarda z Bingen (2)

    Katecheza podczas audiencji generalnej 8.09.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Chciałbym dziś powrócić do refleksji nad św. Hildegardą z Bingen, ważną postacią żeńską Średniowiecza, która wyróżniła się ze względu na duchową mądrość oraz świętość życia. Mistyczne wizje Hildegardy przypominają wizje proroków Starego Testamentu: wyrażając się w kategoriach kulturowych i religijnych swoich czasów, interpretowała w Bożym świetle Pismo Święte, odnosząc je do różnych okoliczności życia. Tak więc wszyscy jej słuchacze czuli się zachęceni do prowadzenia konsekwentnego i zaangażowanego życia chrześcijańskiego. W jednym z listów do św. Bernarda mistyczka znad Renu wyznaje: «Wizja ogarnia całe moje jestestwo: nie widzę oczyma ciała, lecz ukazuje mi się w duchu tajemnic. (…) Znam głęboki sens tego, co wyrażone jest w Psałterzu, w Ewangeliach oraz w innych księgach, które zostały mi przedstawione w wizji. Pali ona niczym płomień w mojej piersi i duszy, i uczy mnie głębokiego zrozumienia tekstu» (Epistolarium pars prima I-XC: CCCM, 91).

    Mistyczne wizje Hildegardy zawierają bogate treści teologiczne. Odnoszą się do zasadniczych wydarzeń dziejów zbawienia, a ich język jest przede wszystkim poetycki i symboliczny. Na przykład, w jej najbardziej znanym dziele Scivias, to znaczy Poznaj drogi, opisuje ona w trzydziestu pięciu wizjach wydarzenia z dziejów zbawienia, od stworzenia świata aż do końca czasów. Z charakterystyczną kobiecą wrażliwością Hildegarda właśnie w głównej części swego dzieła rozważa temat mistycznych zaślubin między Bogiem i ludzkością, które urzeczywistniły się we wcieleniu. Na drzewie krzyża dopełniają się zaślubiny Syna Bożego z Kościołem, Jego Oblubienicą, napełnioną łaskami i uzdolnioną do dawania Bogu nowych dzieci, w miłości Ducha Świętego (por. Visio tertia: PL 197, 453 c). Już z tych krótkich wzmianek widzimy, że również kobiety mogą wnieść w teologię szczególny wkład, ponieważ zdolne są one mówić o Bogu i o tajemnicach wiary z właściwą sobie inteligencją i wrażliwością. Zachęcam więc wszystkie kobiety pełniące tę posługę, by czyniły to w głębokim duchu eklezjalnym, karmiąc swoją refleksję modlitwą i uwzględniając wielkie i częściowo jeszcze niezbadane bogactwo średniowiecznej tradycji mistycznej, zwłaszcza tej reprezentowanej przez świetlane wzorce, jak właśnie Hildegarda z Bingen.

    Mistyczka znad Renu jest autorką również innych pism, z których dwa są szczególnie ważne, ponieważ zawierają, podobnie jak Scivias, jej mistyczne wizje; są to Liber vitae meritorum (Księga zasług życia) oraz Liber divinorum operum (Księga dzieł Bożych), zwana również De operatione Dei. W pierwszej opisana jest jedyna i wielka wizja Boga, ożywiającego wszechświat swą mocą i swym światłem. Hildegarda podkreśla głęboką relację między człowiekiem i Bogiem oraz przypomina nam, że całe stworzenie, którego człowiek stanowi uwieńczenie, otrzymuje życie od Trójcy Świętej. Głównym tematem tekstu jest relacja między cnotami i wadami; człowiek powinien zatem codziennie stawiać czoło wyzwaniu, jakim są wady, które oddalają go od drogi do Boga, oraz cnót, sprzyjających temu dążeniu. Jest to zachęta do wystrzegania się zła, by chwalić Boga oraz by po cnotliwym życiu wkroczyć w życie «pełne radości». W drugim dziele, uważanym przez wielu za mistrzowskie, w dalszym ciągu opisuje stworzenie w jego odniesieniu do Boga i centralne miejsce człowieka, wykazując silny chrystocentryzm o zabarwieniu biblijno-patrystycznym. Święta, opisując pięć wizji, zainspirowanych Prologiem Ewangelii św. Jana, zamieszcza słowa, które Syn kieruje do Ojca: «Całe dzieło, którego pragnąłeś i które mi powierzyłeś, doprowadziłem pomyślnie do końca, i oto Ja jestem w Tobie, a Ty we Mnie, i stanowimy jedno» (Pars III, Visio X: PL 197, 1025 a).

    Wreszcie w innych pismach Hildegarda wykazuje wszechstronność zainteresowań i kulturową aktywność żeńskich klasztorów Średniowiecza, na przekór przesądom panującym jeszcze na temat tej epoki. Hildegarda zajmowała się medycyną i naukami przyrodniczymi, jak również muzyką, jako że była obdarzona talentem artystycznym. Komponowała m.in. hymny, antyfony i pieśni, które zostały zebrane pod tytułem Symphonia Harmoniae Caelestium Revelationum (Symfonia harmonii objawień niebieskich); wykonywano je radośnie w jej klasztorach, szerząc pogodną atmosferę, a przetrwały one aż do naszych czasów. Dla niej całe stworzenie jest symfonią Ducha Świętego, który sam jest radością i weselem.

    Popularność, jaką cieszyła się Hildegarda, skłaniała wiele osób, by się do niej zwracać. Toteż dysponujemy wieloma jej listami. Zwracały się do niej wspólnoty monastyczne męskie i żeńskie, biskupi i opaci. Wiele odpowiedzi jest aktualnych również dla nas. Na przykład, do jednej ze wspólnot zakonnych żeńskich Hildegarda pisała: «Trzeba bardzo troszczyć się o życie duchowe. Na początku trud jest gorzki. Wymaga bowiem wyrzeczenia się zachcianek, przyjemności cielesnych i tym podobnych rzeczy. Jeśli jednak święta dusza daje się oczarować świętości, pogarda świata będzie dla niej słodka i pełna miłości. Trzeba tylko rozumnie strzec się, by dusza nie zwiędła» (E. Gronau, Hildegard. Vita di una donna profetica alle origini dell’età moderna, Milano 1996, s. 402). A kiedy cesarz Fryderyk Barbarossa doprowadził do schizmy w Kościele, przeciwstawiając trzech antypapieży prawowitemu papieżowi Aleksandrowi III, zainspirowana swoimi wizjami Hildegarda nie wahała się przypomnieć mu, że również on, cesarz, podlega sądowi Bożemu. Z odwagą charakteryzującą wszystkich proroków napisała do cesarza następujące słowa w imieniu Boga: «Biada, biada temu niegodziwemu postępowaniu bezbożnych, którzy Mną pogardzają! Słuchaj, o królu, jeśli chcesz żyć! W przeciwnym razie przeszyje cię mój miecz!» (tamże, s. 412).

    Obdarzona duchowym autorytetem, Hildegarda w ostatnich latach swego życia udała się w podróż pomimo zaawansowanego wieku i trudów związanych z przemieszczaniem się, aby mówić ludziom o Bogu. Wszyscy chętnie jej słuchali, nawet gdy przemawiała surowym tonem: uważano ją za wysłanniczkę Boga. Nawoływała zwłaszcza wspólnoty klasztorne oraz duchowieństwo do życia zgodnego z ich powołaniem. W sposób szczególny Hildegarda przeciwstawiała się ruchowi niemieckich katarów. Oni to — katarzy dosłownie znaczy «czyści» — domagali się radykalnej reformy Kościoła, zwłaszcza w celu zwalczania nadużyć kleru. Ona zarzucała im ostro, że chcą zmienić naturę Kościoła, i przypominała im, że prawdziwą odnowę wspólnoty kościelnej uzyskuje się nie tyle przez zmianę struktur, ile raczej dzięki szczeremu duchowi pokuty i na drodze prawdziwego nawrócenia. O tym przesłaniu nie powinniśmy nigdy zapominać. Prośmy nieustannie Ducha Świętego o święte i odważne kobiety w Kościele, jak św. Hildegarda z Bingen, aby korzystając z otrzymanych od Boga darów, wnosiły swój cenny i szczególny wkład, przyczyniając się do duchowego wzrostu naszych wspólnot oraz Kościoła naszych czasów.

    do Polaków:

    Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich. Witam profesorów i alumnów seminarium duchownego z Grodna na Białorusi, którzy tu w Rzymie świętują 20-lecie jego istnienia. Niech to seminarium i wszystkich tu obecnych wspiera wstawiennictwo Maryi Dziewicy, której święto Narodzenia dzisiaj obchodzimy. Z serca wam błogosławię. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    BENEDYKT XVI

    L’Osservatore Romano 8/09/2010/Opoka.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Św. Hidegarda z Bingen – spuścizna

    Réné Lejeune

    Spuścizna po ŚWIĘTEJ HILDEGARDZIE Z BINGEN

    17 września 1179 roku, o czwartej nad ranem, na wygwieżdżonym niebie, niedaleko Bingen, daje się zobaczyć tajemnicze zjawisko świetlne. Wśród ciemności na firmamencie rozbłyskają dwie promienne tęcze, które w najwyższym punkcie krzyżują się pod kątem prostym. W miejscu ich przecięcia widoczny jest okrąg i wpisany w niego krzyż. Rośnie on stopniowo, by w końcu sięgnąć ramionami aż po horyzont. Wokół gigantycznego krzyża pojawiają się mniejsze okręgi z krzyżami. Mimo tak wczesnej pory, kilka osób jest świadkami cudu. Ich okrzyki pełne zdumienia i lęku wyrywają ze snu mieszkańców Bingen i okolicznych wiosek. Na dworze gromadzi się coraz liczniejszy tłum obserwatorów dziwnego wydarzenia. Olbrzymi jaśniejący krzyż długo jeszcze widnieje na nocnym niebie, a po pewnym czasie zaczyna stopniowo maleć, by wreszcie stać się świetlnym punktem na wschodnim krańcu nieba. Świadkowie rozpoznają miejsce, nad którym zawisa: klasztor benedyktynek w Rupertsbergu. Właśnie wówczas, 17 września 1179 roku, około piątej nad ranem umiera przeorysza, Matka Hildegarda. W dniu swego powrotu do domu Ojca Niebieskiego ma 81 lat. Jest ona jedną z najniezwyklejszych świętych wspaniałego i kwitnącego ogrodu średniowiecza.

    Urodziła się w zamku, nieopodal Bingen, w pobliżu miejsca, gdzie Ren staje się legendą w zbiorowej pamięci Niemców. Hildegarda umrze na jednym z okolicznych wzgórz, po przebyciu mistycznej i wewnętrznej wędrówki w zaciszu własnej klasztornej celi, później zaś – pełnego pasji, kaznodziejskiego szlaku wiodącego przez niemieckie miasta i wsie, gdzie przemawia do tłumów, opowiadając o wizjach i odwiedzinach z Niebios, jakich dane jej było doświadczyć. Spokojna dusza kontemplatyczki rozbłyska wtedy płomieniem Bożego ognia, tego samego, który Jezus „przyszedł rzucić na ziemię” i jakże „gorąco pragnął, aby on już zapłonął”. Zjawisko świetlne z 17 września 1179 przemawia do tysięcy jego naocznych świadków o tym, że dusza posłuszna Bogu staje się światłem na podobieństwo Pana, który jest Światłością Świata.

    Uzdrowić chorą duszę i ciało

    Wizje św. Hildegardy utwierdzają nas w wierze, iż człowiek jest ostatecznym celem Stworzenia. Szczęście i zdrowie zostają mu zapewnione wówczas, gdy podporządkowuje się on prawom wszechświata i w pełni przyjmuje plan miłości Bożej: oto dwie strony jednej, nadprzyrodzonej rzeczywistości. Cielesność rządzi się swymi prawami, konkretnie wpisanymi w porządek Stworzenia. Dusza też podlega pewnemu prawu: jest nim miłość, istota Stworzyciela. Dusza i ciało zostały zranione przez grzech i są chore. Troska o duszę i uzdrowienie ciała pozostają w zasięgu znakomitej większości istot ludzkich. Słowo Boże objawia nam drogę do tego celu w Piśmie Świętym, a Jezus Chrystus, Bóg wcielony, ukazuje nam ją w dziejach świata. Hildegarda, dzięki swemu darowi i powołaniu, pozwala zrozumieć swoim i naszym współczesnym, w jaki sposób ukoić duszę pokojem Chrystusowym oraz uzdrowić ciało za pomocą leków ofiarowanych nam przez naturę. Grzech zranił wprawdzie istotę ludzką, jej duszę i ciało, natura zawiera w sobie jednak antidotum na to zranienie. Stwórca ukrył w niej niezawodną farmakopeę, która swą skutecznością przewyższa leki syntetyzowane chemicznie przez ludzkie laboratoria. Święta odkrywa przed nami w ten sposób drogi wiodące do uzdrowienia. Przez całe stulecia interesowano się duchowym i medycznym przesłaniem tej wyjątkowej nadreńskiej benedyktynki. Niestety, w czasach triumfu medycyny analitycznej i zarozumiałego scjentyzmu, „Physica” oraz „Causae et curae” popadną w zapomnienie. Określane jako „brednie pewnej mniszki”, staną się przedmiotem wzgardy. W obliczu sytuacji bez wyjścia, w jakiej znalazły się nauki medyczne przesadnie podzielone, sfragmentaryzowane i zatomizowane, powracamy dziś do intuicji podsuniętych przez niektóre wybitne umysły kroczące drogą doświadczenia, niekiedy pod wpływem nieodpartego wewnętrznego impulsu. Lub też ku realistycznym mistykom, takim, jak Hildegarda z Bingen, rzeczniczka tego, co nadprzyrodzone.

    Tajemnica jej wiedzy

    Jej postać wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Czy jej znajomość leków pochodzi od Boga? Święta zapewnia nas o tym z niezachwianą wiarą. Nie jest ona autorką tego, co przekazuje. Językiem własnej epoki opisuje ludzki organizm z taką samą pewnością, z jaką prezentuje swą znajomość człowieczej duszy. Wiedza ta została jej objawiona, nie zaś zdobyta przez nią w drodze nauki. Mądrość Hildegardy jest mądrością wiary, a Bóg – jej Nauczycielem. W Niemczech pojawiają się coraz liczniejsze analizy jej dzieł. Laboratoria medyczne potwierdzają jej teorie. We Francji, św. Hildegarda znana jest od niedawna. Mamy obecnie dostęp do jej pism, wydawanych przez kilka dziesięcioleci po wojnie przez benedyktynki z klasztoru w Eibingen k. Rüdesheim nad Renem. Krążą pogłoski, że część rękopisów jest przechowywana w ukryciu przez Związek Farmaceutów Niemieckich. Czy chodzi o niepublikowane dotąd dzieła Hildegardy? Tajemnica oczekuje wyjaśnienia. Matka Hildegarda jest naszą współczesną. Nie zapominajmy, że w oczach Boga „tysiąc lat (…) jest jak dzień” (Ps 89, 4). Związana ze św. Hildegardą kosmiczna wizja prowadzi nas w świat XXI wieku, czasu globalnego pojmowania realiów pozamaterialnych i fizycznych. Stulecia XIX i XX dzieliły, analizowały, odgradzały i separowały. Nadchodzi epoka wielkich syntez, które scalą podzielony świat nauki, spoglądający w zwierciadło wiedzy rozbite na tysiąc okruchów, z przerażeniem Fausta, obserwującego, jak z probówki wyłania się homunkulus. Bez owej przemiany zatomizowanemu światu groziłoby ostateczne zniszczenie, w wyniku którego zamiast ziemi pozostałaby już tylko czeluść.

    Nauka w służbie stworzenia

    Jest prawdopodobne, że w poszukiwaniu globalnej wizji świata, człowieka i jego życia, coraz więcej naukowców będzie poświęcać uwagę natchnionym pismom nadreńskiej mistyczki. Jej objawienia będą traktowane jako przedmiot badań naukowych. Hildegarda otwiera przed nami nowe a zarazem odwieczne drogi, mogące uwolnić naukę od jej mechanistycznych przeszkód oraz oddać ją w służbę Stworzeniu. To ostatnie jest „dobre” w oczach Boga, podczas gdy człowiek zostaje oceniony przezeń jako coś „bardzo dobrego”. Mówi nam o tym pierwszy rozdział Księgi Rodzaju we fragmencie zwieńczającym opis sześciu dni stworzenia świata.

    Nowe perspektywy

    Na owej drodze, człowiek będzie musiał nauczyć się nowego sposobu patrzenia na rzeczywistość, odnalezienia Bożej perspektywy, danej mu przez Stwórcę, ale zaciemnionej przez grzech. Pryzmatem dla nowego spojrzenia jest łaska, a wyostrza się ono dzięki codziennemu przyswajaniu Słowa Bożego. Świadkiem prawdziwości tego, o czym mowa, jest Hildegarda. Wszystko jest łaską, również wiedza. Łaska zaś jest przekazywana przez Jezusa Chrystusa, który rekapituluje w sobie alfę i omegę Stworzenia. Św. Hildegarda uchyla bramy prowadzącej ku nowym przestrzeniom. Wcześniej otwarły się już, lub zostaną w przyszłości otwarte, bramy do zadziwiających tajemnic. Chora ludzkość znajdzie w nich nieznane sposoby uzdrawiania ciała i duszy, nierozłącznie związanych ze sobą w planie Bożej Miłości.

    W centrum wszechrzeczy

    Najcudowniejszym kluczem do nowych obszarów wiedzy jest ludzki genom. Również on poucza nas o tym, co św. Hildegarda wiedziała dzięki objawieniu: wszystko podlega Bożemu prawu. Człowiek powstaje w wyniku działania praw fizycznych o niezwykłej złożoności, powinien zaś podporządkować się prawu Bożemu, by zapewnić sobie pełny rozkwit i szczęście. Zwłaszcza na nowym etapie rozwoju nauki, na jakim znalazła się ludzkość, z wszystkimi możliwościami profanacji sanktuarium życia – klonowaniem, medycyną genetyczną, diagnostyką prenatalną i terapią genową! „Pogłębianie wiedzy nie jest celem samym w sobie” – powiada papież Jan Paweł II. Aby jeszcze bardziej zbliżyć się do celu, jakim jest: 1) rozszyfrowanie nieskończonej złożoności Stworzenia na płaszczyźnie fizycznej; 2) szukanie nowych rozwiązań w moralności, stosownie do wciąż ubogacanego skarbca wiedzy – należy w obu przypadkach działać w świetle danego ludziom przez Boga Objawienia, którego istotą jest prymat miłości… Mamy Objawienie przekazane ludziom przez Boga i zapisane w Biblii, Słowie Bożym, oraz objawienia dane wybranym duszom, takim, jak św. Hildegarda z Bingen. Czyż nie powinniśmy prosić Boga, aby posłał nam dziś nową, uprzywilejowaną duszę, by przez nią objawić, u zarania nowej epoki, misterium i tajemnice owego dowodu ludzkiej tożsamości zapisanej w wielkiej księdze życia? Zwróćmy uwagę na ciekawą zbieżność – hebrajski rdzeń imienia Bożego ADoNai, zawiera litery przekaźnika informacji genetycznej, DNA, kontrolującego aktywność zdrowych komórek. Możemy dopatrywać się tu symbolu stworzenia człowieka na podobieństwo Boże.

    Vox Domini/Stella Maris, nr 369, str. 30-31

    ____________________________________________________________________________________
    17 września

    Stygmaty św. Franciszka z Asyżu

    Święty Franciszek z Asyżu otrzymuje stygmaty

    W roku 1224 św. Franciszek z Asyżu otrzymał dar stygmatów. W jego życiu od dawna szczególne miejsce zajmowała kontemplacja wcielenia Chrystusa. Najprawdopodobniej 14 września 1224 roku, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, kiedy na górze La Verna Franciszek modlił się i kontemplował mękę Chrystusa, doświadczył nadprzyrodzonego spotkania z Chrystusem, który ukazał mu się jako serafin, okryty sześcioma skrzydłami i przybity do krzyża. Z jego ciała wychodziły promienie, które przeszyły stopy, dłonie i bok św. Franciszka.
    Opis tego wydarzenia przekazał nam Tomasz z Celano, franciszkanin żyjący w XIII wieku, historyk i pierwszy biograf Franciszka. Zatopiony w kontemplacji, Franciszek “ujrzał w widzeniu rozciągniętego nad sobą Serafina, wiszącego na krzyżu, mającego sześć skrzydeł, za ręce i nogi przybitego do krzyża. Dwa skrzydła unosiły się mu nad głową, dwa wyciągały do lotu, a dwa okrywały całe ciało. Widząc to, Franciszek zdumiał się gwałtownie, a gdy nie umiał wytłumaczyć, co by znaczyło to widzenie, wtargnęła mu w serce radość pomieszana z żałością. Cieszył się z łaskawego wejrzenia, jakim Serafin patrzył na niego, ale przybicie do krzyża przeraziło go. Natężył umysł, by pojąć, co mogłaby znaczyć ta wróżba, i duch jego silił się trwożnie nad jakimś jej zrozumieniem. Otóż, podczas gdy szukając wyjaśnienia na zewnątrz, poza sobą, nie znalazł rozwiązania, nagle objawiło mu je w nim samym odczucie bólu.
    Natychmiast bowiem na jego rękach i nogach zaczęły jawić się znaki gwoździ, jak to na krótko przedtem widział u Męża ukrzyżowanego, ponad sobą w powietrzu. Jego ręce i nogi wyglądały przebite gwoździami w samym środku; główki gwoździ były widoczne na wewnętrznej stronie rąk i na wierzchniej stronie nóg, a ich ostre końce były na stronie odwrotnej… Zaś prawy bok, jakby przebity lancą, miał na sobie czerwoną bliznę, która często broczyła i spryskiwała tunikę oraz spodnie świętą krwią”.Święto stygmatów św. Franciszka, potwierdzone przez papieża Benedykta XI, zostało ustanowione na kapitule generalnej franciszkanów w 1337 roku w Cahors we Francji. Jest obchodzone 17 września w całym zakonie franciszkańskim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 września

    Święci męczennicy
    Korneliusz, papież, i Cyprian, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Edyta, ksieni
      •  Święta Eufemia, męczennica
      •  Święty Doroteusz z Tebaidy
      •  Błogosławieni Jan Chrzciciel i Hiacynt od Aniołów, męczennicy
    ***
    Święty Korneliusz

    Korneliusz był synem Kastyna z rodu Cornelia. Jako kapłan rzymski był bliskim współpracownikiem papieża św. Fabiana (236-250). Z listu św. Cypriana z Kartaginy dowiadujemy się, że Korneliusz został namiestnikiem Chrystusa nie dzięki własnej inicjatywie, ale został wybrany głosem ludu rzymskiego ze względu na swoją pokorę, łagodność i roztropność. Cyprian pisze, że Korneliusz przeszedł wszystkie stopnie w hierarchii kościelnej, zanim został wybrany biskupem rzymskim. Z tego wynika, że w Kościele rzymskim był już od dłuższego czasu. Po męczeńskiej śmierci św. Fabiana (+ 250), poniesionej w czasie prześladowania, jakie rozpętał cesarz Decjusz, Stolica Rzymska była przez dłuższy czas nieobsadzona. W tym okresie Kościołem zarządzali wspólnie duchowni, których rzecznikiem był prezbiter Nowacjan.
    Gdy prześladowania ustały, wybór większości padł na Korneliusza, a nie – jak się spodziewał Nowacjan – na niego. Mniejszość gminy ogłosiła w tym czasie papieżem Nowacjana. Nowacjan, by zyskać dla siebie zwolenników, zaczął rozsyłać do biskupów listy i swoich wysłańców. Nawet Cyprian nie był pewien, kto jest właściwie biskupem rzymskim. Wysłał swoich delegatów, by na miejscu zorientowali się w sytuacji. Kiedy przekonał się, że prawowitym biskupem rzymskim jest Korneliusz, udzielił mu całkowicie swojego wsparcia. Skłonił także biskupów Afryki, by go uznali. Nowacjanowi natomiast udało się pozyskać dla siebie biskupa Antiochii.
    Korzystając z chwilowego pokoju, jaki nastał dla Kościoła po śmierci Decjusza (+ 251), papież Korneliusz zwołał do Rzymu synod, na którym Nowacjan został potępiony i wyłączony ze wspólnoty Kościoła. Aktualne wówczas stało się pytanie, co należy uczynić z tymi, którzy za prześladowania Decjusza ze strachu wyparli się wiary, a teraz chcieli do niej powrócić (z łac. lapsi). Rygoryści byli za tym, by ich do Kościoła ponownie nie przyjmować; jednak dzięki papieżowi uchwalono, że ich powrót do Kościoła – po spełnieniu określonych warunków – będzie możliwy.
    Korneliusz rządził Kościołem w latach 251-253. Po raz pierwszy w historii Kościoła Korneliusz wymienił w swoich pismach wszystkie stopnie duchowieństwa rzymskiego. Kościół w Rzymie liczył za jego panowania 46 kapłanów, 7 diakonów, 7 subdiakonów, 42 akolitów, 52 egzorcystów, a także kilkunastu lektorów i ostiariuszy. Cała gmina chrześcijańska w Rzymie liczyła wówczas, jak się przypuszcza, ok. 10 tysięcy wiernych.

    Święci Korneliusz i Cyprian

    Po krótkotrwałym pokoju w Rzymie wybuchła epidemia (252). Dla przebłagania bóstw urządzano publiczne procesje i modły, składano ofiary. Chrześcijanie nie mogli w nich uczestniczyć. Rozjuszony tłum rzucał się na domy modlitwy chrześcijan i burzył je. Atakowano chrześcijan i zabijano ich, uważając, że to oni są sprawcami zarazy, bo swoim kultem wywołali gniew bogów. W takiej właśnie sytuacji w 253 r. poniósł śmierć męczeńską Korneliusz. Według innej wersji Korneliusz został skazany przez cesarza Trebonaniusa Gallusa na wygnanie do Civitavecchia, a tam, źle traktowany – zmarł.
    Cyprian w swoich listach nazywa go męczennikiem – i taką też Korneliusz odbiera cześć. Tytuł znaleziony w katakumbach św. Kaliksta potwierdza, że już w początkach chrześcijaństwa Korneliusz odbierał cześć jako męczennik. Grób św. Korneliusza ozdobił pięknym wierszem w katakumbach papież św. Damazy (366-384). Relikwie św. Korneliusza rozdzielono z czasem po różnych kościołach Włoch, Francji i Niemiec.
    Hieronim pisze, że już za jego czasów doroczną rocznicę św. Korneliusza liturgia rzymska łączyła ze wspomnieniem św. Cypriana. Dlatego ich wspomnienie przypada dzisiaj, chociaż śmierć zastała Korneliusza zapewne w lipcu 253 r.
    W ikonografii św. Korneliusz przedstawiany jest w stroju papieskim z paliuszem, czasami w tiarze. Jego atrybutami są korona w ręku, gałązka palmowa, miecz, róg, tiara.

    Święty Cyprian

    Thascius Caecilius Cyprianus urodził się około 210 r. w rodzinie pogańskiej, najprawdopodobniej w Kartaginie. Jego ojciec był senatorem i należał do najznakomitszych obywateli miasta. Początkowo jego życie było podobne do życia ówczesnej złotej młodzieży z arystokracji rzymskiej. Sam mówi, że “oddany był złym nałogom”, z których nawrócił go dopiero kapłan Cecyliusz. Miało to miejsce w 246 r. Wtedy też Cyprian przyjął chrzest. Przez wdzięczność dla mistrza i ojca duchowego przybrał jego imię. Rozpoczął wówczas w odosobnieniu pokutę za swe grzechy.
    Przykładnym, prawdziwie chrześcijańskim życiem uzyskał takie poważanie, że w 247 roku został wyświęcony na prezbitera przy jednomyślnym poparciu wiernych z Kartaginy. Kiedy w roku 248 umarł Donatus, biskup Kartaginy, Cyprian, mimo ucieczki i stawianego oporu, został odszukany i konsekrowany na biskupa. Sprzeciw wyraziło jednak pięciu kapłanów, którzy zazdrościli Cyprianowi tak szybkiego awansu. Odtąd stali się jego śmiertelnymi wrogami.
    Jako biskup Cyprian z całym zapałem zabrał się do naprawy obyczajów, do zwalczania błędów, do opieki nad powierzonymi sobie duszami, wreszcie także do misji, jaka go czekała wśród większości pogańskiej. Te wszystkie zabiegi przerwało jednak jedno z najkrwawszych prześladowań, jakie rozpoczął cesarz Decjusz (249-251). Nowy władca obrał sobie za cel wzmocnienie państwa w oparciu o pogan. Sobie nakazywał oddawać cześć boską. Ponieważ chrześcijanie kultu takiego oddawać mu nie chcieli i nie mogli, w odwecie nakazał ich tępić jako wrogów cesarstwa. Żądał, aby torturami zmuszać opornych do wyrzeczenia się wiary. Szczególną nienawiść obrócił przeciwko hierarchii kościelnej. Lud zaczął się domagać w amfiteatrze, aby biskupa Cypriana oddać na pożarcie lwom. Cyprian, idąc za radą Ewangelii i znanymi mu przykładami roztropnych i świątobliwych pasterzy, ukrył się na czas prześladowania (na początku 250 r.). Ze swego ukrycia przez kilka lat rządził Kościołem kartagińskim zarówno za pośrednictwem licznych listów pasterskich, jak i emisariuszy, których starannie wybierał spośród biskupów i prezbiterów.
    Po śmierci Decjusza powrócił do Kartaginy. Tu spotkał się z nowym problemem: wielu chrześcijan wystraszonych torturami wyparło się wiary. Teraz chcieli powrócić do wspólnoty z Kościołem. Rygoryści byli zdania, że nie wolno ich przyjmować. Inni znowu z biskupów afrykańskich przyjmowali ich na łono Kościoła zbyt łatwo. Na synodzie, zwołanym do Kartaginy, Cyprian przeprowadził zasadę, że “upadłych” (łac. lapsi) należy przyjmować ponownie do ich gmin, ale pod warunkami, które gwarantowałyby, że nie powtórzą już tego występku. Podobne stanowisko zajął w Rzymie papież Korneliusz, ale przeciwko niemu stanęła opozycja z antypapieżem Nowacjanem na czele. Cyprian nie tylko poparł papieża, ale nawet napisał osobny traktat: O jedności Kościoła. W tej samej sprawie napisał potem także drugi traktat: O upadłych. Na oba dzieła i na dekrety synodu kartagińskiego rygoryści odpowiedzieli zarzutem, że takie postępowanie będzie tylko zachętą, by przy najbliższej okazji ponownie wyprzeć się wiary.
    Niedługo potem północną Afrykę nawiedziła epidemia, która pochłonęła wiele ofiar. Podobnie jak w Rzymie, poganie urządzali procesje do świątyń swoich bóstw i składali ofiary. Chrześcijanie milczeli. Poganie uznali to za oznakę nienawiści do nich, a zarazę poczytali za gniew obrażonych bóstw. Cyprian napisał nowy traktat – O nieśmiertelności – w którym zbijał zarzuty stawiane przez pogan wyznawcom Chrystusa. Wykorzystał czas pokoju na to, by uzupełnić szeregi kleru swojej diecezji. Zwoływał synody dla przywrócenia karności i jedności w Kościele, organizował nowe gminy. Zyskał sobie w całej Afryce tak wielką powagę, że zwracano się do niego ze wszystkich stron po radę.
    W roku 255 powstał nowy problem: czy należy chrzcić na nowo tych, którzy wyrzekli się błędów heretyckich i połączyli się z Kościołem. Rzym stanął na stanowisku, że chrzest, jeśli był udzielony ważnie, nie może być ponawiany. Inaczej twierdzili jednak biskupi afrykańscy. Na synodzie w Kartaginie uchwalili oni w 256 r., że heretyków powracających na łono Kościoła, a ochrzczonych w herezji, należy chrzcić na nowo. Uchwałę tę podpisało w okręgu kartagińskim 72 biskupów, a w okręgu Mauretanii – 87. Cyprian popierał tę decyzję i stosowne uchwały przesłał do Rzymu, do papieża św. Stefana.
    Wybuchło w tym czasie kolejne prześladowanie zorganizowane przez cesarza Waleriana. Pod karą śmierci zakazał on zebrań liturgicznych. Wyłamujących się z tego zakazu karano konfiskatą majątku, banicją i śmiercią. Do dzisiaj zachował się dokładny opis przewodu sądowego i tekst wyroku śmierci na biskupa Cypriana. Po aresztowaniu został zesłany do miasteczka Kombis (257 r.). Przebywał tam prawie rok. Korzystając ze względnej wolności, w ukryciu nadal rządził swoją diecezją przez listy i swoich wysłanników. W lipcu 258 r. postawiono go przed sędzią, którym był ówczesny namiestnik cesarski (prokonsul), Galeriusz Maksym. Został skazany na śmierć przez ścięcie głowy. Wyrok wykonano w obecności zebranego ludu 14 września 258 r. W tym samym czasie w Rzymie odbywało się przeniesienie relikwii św. Korneliusza. Imiona obu męczenników wymienia się w Kanonie rzymskim.
    Św. Cyprian z Kartaginy jest największą postacią wśród świętych Kościoła Afryki północnej, obejmującej wybrzeże Morza Śródziemnego od Cieśniny Gibraltarskiej do Libii i Egiptu (wyłącznie).
    W ikonografii św. Cyprian przedstawiany jest w szatach biskupich. Jego atrybuty to biskupi krzyż, księga, gałązka palmowa, miecz, paliusz, pastorał.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________-

    Święty Cyprian z Kartaginy

    Święty Cyprian z Kartaginy

    św. Cyprian z Kartaginy/autor nieznany(PD)

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 6 CZERWCA 2007

    (…) W tych rzeczywiście trudnych warunkach Cyprian wykazał się wybitnymi zdolnościami rządzenia: był surowy, ale nie nieustępliwy, wobec lapsi, umożliwiając im uzyskanie przebaczenia po przykładnej pokucie.

    Drodzy bracia i siostry,

    W cyklu naszych katechez na temat wielkich postaci Kościoła starożytnego dochodzimy dziś do wybitnego biskupa afrykańskiego z III wieku, św. Cypriana, który “był pierwszym biskupem, jaki w Afryce zdobył koronę męczeństwa”. Jednocześnie sława jego – jak o tym zaświadcza diakon Poncjusz, który jako pierwszy opisał jego żywot – związana jest z twórczością literacką i działalnością duszpasterską w ciągu trzynastu lat, jakie dzielą jego nawrócenie od męczeństwa (por. Vita 19,1; 1,1). Urodzony w Kartaginie w zamożnej rodzinie pogańskiej, po hulaszczej młodości Cyprian nawrócił się na chrześcijaństwo w wieku 35 lat. On sam opowiada o swoje duchowej drodze: “Kiedy jeszcze pogrążony byłem w mrocznej nocy – pisze kilka miesięcy po przyjęciu chrztu – wydawało mi się wyjątkowo trudne i mozolne wykonanie tego, co proponowało mi Boże miłosierdzie… Przywiązany byłem do licznych błędów mego poprzedniego życia i nie wierzyłem w możliwość uwolnienia się od nich, do tego stopnia ulegałem przywarom i zaspokajałem moje złe pragnienia… Potem jednak, z pomocą ożywczej wody, zmyta została nędza mego poprzedniego życia; monarsze światło zalało me serce; ponowne narodziny zamieniły mnie w całkiem nową istotę. W cudowny sposób zaczęły się wówczas rozwiewać wszelkie wątpliwości… Wyraźnie pojmowałem, że ziemskie było to, co żyło we mnie wcześniej, w niewoli ciała, boskie zaś było i niebiańskie to, co zrodziło się już we mnie z Ducha Świętego” (Do Donata, 3-4).

    Zaraz po nawróceniu – nie bez zazdrości i oporów – Cyprian wybrany został na urząd kapłański i podniesiony do godności biskupa. W krótkim okresie swego biskupstwa stawał w obliczu dwóch fal prześladowań, zarządzonych dekretem, cesarza, najpierw Decjusza (250), następnie Waleriana (257-258). Po szczególnie okrutnych prześladowaniach Decjusza biskup musiał zająć się mężnie przywróceniem dyscypliny we wspólnocie chrześcijan. Wielu wiernych bowiem wyrzekło się wiary lub co najmniej nie zachowało właściwej postawy w obliczu próby. Byli to tak zwani lapsi – czyli “upadli” – którzy gorąco pragnęli powrócić do wspólnoty. Dyskusja nad ich ponownym przyjęciem doprowadziła do podziału chrześcijan w Kartaginie na tolerancyjnych i rygorystów. Do trudności tych dodać należy ciężką zarazę, która wstrząsnęła Afryką i postawiła niepokojące pytania natury teologicznej zarówno wewnątrz społeczności, jak i w stosunkach z poganami. Należy też wspomnieć o sporze między Cyprianem a biskupem Rzymu Stefanem na temat ważności chrztu udzielonego poganom przez chrześcijan – heretyków.

    W tych rzeczywiście trudnych warunkach Cyprian wykazał się wybitnymi zdolnościami rządzenia: był surowy, ale nie nieustępliwy, wobec lapsi, umożliwiając im uzyskanie przebaczenia po przykładnej pokucie; w stosunkach z Rzymem bronił stanowczo zdrowych tradycji Kościoła afrykańskiego; był niezwykle ludzki i przepojony najprawdziwszym duchem Ewangelii, gdy wzywał chrześcijan do braterskiej pomocy poganom podczas zarazy; potrafił zachować właściwy umiar w przypominaniu wiernym – zbyt przerażonym możliwością utraty życia i dóbr ziemskich – że ich prawdziwe życie i prawdziwe dobra nie są z tego świata; był nieustępliwy w zwalczaniu zepsutych obyczajów i grzechów, które czyniły spustoszenie w życiu moralnym, zwłaszcza skąpstwa. “Spędzał tak swoje dni – mówi o tym diakon Poncjusz – gdy oto, na rozkaz prokonsula, przyszedł niespodziewanie do jego willi dowódca policji” (Vita, 15,1). Owego dnia święty biskup został aresztowany i po krótkim przesłuchaniu odważnie stawił czoło męczeństwu pośród swego ludu.

    Cyprian napisał liczne traktaty i listy, wszystkie związane z jego posługą pasterską. Niezbyt skłonny do rozważań teologicznych, pisał przede wszystkim w celu zbudowania wspólnoty i dobrego zachowania wiernych. W istocie temat Kościoła był mu znacznie droższy od innych. Rozróżniał Kościół widzialny, hierarchiczny od Kościoła niewidzialnego, mistycznego, ale z naciskiem stwierdzał, że Kościół jest jeden, zbudowany na Piotrze. Niezmordowanie powtarzał, że “kto porzuca katedrę Piotrową, na której wsparty jest Kościół, łudzi się, że pozostaje w Kościele” (O jedności Kościoła Katolickiego, 4). Cyprian wiedział doskonale i wyraził to w mocnych słowach, że “poza Kościołem nie ma zbawienia” (List 4,4 i 73,21) i że “nie może mieć Boga za ojca ten, kogo matką nie jest Kościół” (O jedności Kościoła Katolickiego, 4). Niezbywalną znamienną cechą Kościoła jest jedność, symbolizowana przez tunikę Chrystusową bez szwów (tamże, 7): jedność, która, jak mówi, znajduje swój fundament w Piotrze (tamże, 4) a swoje doskonałe urzeczywistnienie w Eucharystii (List 63, 13). “Jest jeden tylko Bóg, jeden tylko Chrystus”, napomina Cyprian, “jeden jest Jego Kościół, jedna wiara, jeden lud chrześcijański, scalony w jedności przez spoiwo zgody: nie można rozdzielić tego, co stanowi jedno z natury” (O jedności Kościoła Katolickiego, 23).

    Mówiliśmy o jego myśli dotyczącej Kościoła, nie można jednak pominąć na koniec nauczania Cypriana na temat modlitwy. Ja lubię szczególnie jego książkę o “Ojcze nasz”, która bardzo pomogła mi lepiej zrozumieć i lepiej odmawiać “modlitwę Pańską”: Cyprian naucza, że to właśnie w “Ojcze nasz” chrześcijanin otrzymuje wskazówkę, jak ma się modlić; i podkreśla, że modlitwa ta jest w liczbie mnogiej, “aby modlący się, nie modlił się jedynie za siebie. Modlitwa nasza – pisze – jest publiczna i wspólnotowa, a kiedy modlimy się, nie modlimy się za jednego tylko, ale za cały lud, albowiem z całym ludem stanowimy jedno” (O modlitwie Pańskiej, 8). Tym samym modlitwa osobista i liturgiczna jawią się jako silnie związane z sobą. Ich jedność wypływa z faktu, że odpowiadają one na to samo Słowo Boże. Chrześcijanin mówi nie: “Ojcze mój”, ale “Ojcze nasz”, nawet w ukryciu zamkniętego pokoju, wie bowiem, że w każdym miejscu i w każdej sytuacji jest członkiem jednego i tego samego Ciała.

    “Módlmy się więc, umiłowani bracia – pisał Biskup Kartaginy – jak Bóg, Nauczyciel, nas nauczył. To modlitwa poufna i intymna prosić Boga o to, co jest Jego, zanosić do Jego uszu modlitwę Chrystusa. Niech Ojciec rozpozna słowa swego Syna, kiedy odmawiamy modlitwę: ten, kto mieszka wewnątrz duszy, niech będzie obecny też w głosie… Ci, którzy się modlą, niech czynią to w sposób odpowiedni; w skupieniu i ze czcią. Pamiętajmy, że stoimy przed obliczem Boga. Trzeba zatem spodobać się Bogu zarówno postawą ciała, jak i sposobem przemawiania… Kiedy więc gromadzimy się wspólnie z braćmi i wraz z kapłanem Boga sprawujemy święte obrzędy, trzeba pamiętać o skromności i porządku. Nie wypowiadajmy naszych modlitw bezmyślnie ani też nie bądźmy gadatliwi w przedstawianiu prośby, którą należy polecić Bogu z całą skromnością i czcią. Bóg bowiem słucha serca, a nie języka (non vocis sed cordis auditor est)” (3-4). To słowa, które obowiązują i dzisiaj i pomagają nam dobrze sprawować Świętą Liturgię.

    Jednym słowem Cyprian sytuuje się u początku tej owocnej tradycji teologiczno-duchowej, która w “sercu” upatruje uprzywilejowane miejsce modlitwy. Albowiem, opierając się na Biblii i Ojcach, serce jest wnętrzem człowieka, miejscem, w którym mieszka Bóg. W nim dochodzi do spotkania, podczas którego Bóg przemawia do człowieka, a człowiek słucha Boga; człowiek mówi do Boga, a Bóg słucha człowieka: wszystko to za sprawą jedynego Słowa Bożego. Dokładnie w tym znaczeniu – niczym echo Cypriana – Szmaragd, opat św. Michała nad Mozą, w pierwszych latach IX wieku zaświadcza, że modlitwa “jest dziełem serca, nie warg, albowiem Bóg patrzy nie na słowa, lecz na serce modlącego się” (Korona mnichów, l).

    Najdrożsi, uczyńmy naszym owo “serce zasłuchane”, o którym mówi Biblia (por. 1 Krl 3,9) i Ojcowie Kościoła: bardzo nam tego potrzeba! Tylko w ten sposób doświadczymy w pełni, że Bóg jest naszym Ojcem i że Kościół, święta Oblubienica Chrystusa, prawdziwie jest naszą Matką.

    Benedykt XVI

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 września

    Najświętsza Maryja Panna Bolesna

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Genueńska
      •  Błogosławiony Antoni Maria Schwartz, prezbiter
      •  Błogosławiony Józef Puglisi, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Paweł Manna, prezbiter
    ***
    “Oto Ten przeznaczony jest na upadek… A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34a. 35).

    Maryja siedmiokrotnie przebita mieczem boleści

    Tymi słowami prorok Symeon, podczas ofiarowania Jezusa w świątyni, zapowiedział Maryi cierpienie. Maryja, jako najpokorniejsza i najwierniejsza Służebnica Pańska, miała szczególny udział w dziele zbawczym Chrystusa, wiodącym przez krzyż.Przez wiele stuleci Kościół obchodził dwa święta dla uczczenia cierpień Najświętszej Maryi Panny: w piątek przed Niedzielą Palmową – Matki Bożej Bolesnej oraz 15 września – Siedmiu Boleści Maryi. Pierwsze święto wprowadzono najpierw w Niemczech w roku 1423 w diecezji kolońskiej i nazywano je “Współcierpienie Maryi dla zadośćuczynienia za gwałty, jakich dokonywali na kościołach katolickich husyci”. Początkowo obchodzono je w piątek po trzeciej niedzieli wielkanocnej. W roku 1727 papież Benedykt XIII rozszerzył je na cały Kościół i przeniósł na piątek przed Niedzielą Palmową.
    Drugie święto ma nieco inny charakter. Czci Maryję jako Matkę Bożą Bolesną i Królową Męczenników nie tyle w aspekcie chrystologicznym, co historycznym, przypominając ważniejsze etapy i sceny dramatu Maryi i Jej cierpień. Święto to jako pierwsi zaczęli wprowadzać serwici. Od roku 1667 zaczęło się ono rozszerzać na niektóre diecezje. Pius VII w roku 1814 rozszerzył je na cały Kościół, a dzień święta wyznaczył na trzecią niedzielę września. Papież św. Pius X ustalił je na 15 września. W Polsce oba święta rychło się przyjęły. Już stary mszał krakowski z 1484 r. zawiera Mszę De tribulatione Beatae Virginis oraz drugą: De quinque doloribus B. M. Virginis. Również mszały wrocławski z 1512 roku i poznański z 1555 zawierają te Msze.
    Oba święta są paralelne do świąt Męki Pańskiej, są w pewnym stopniu ich odpowiednikiem. Pierwsze bowiem święto łączy się bezpośrednio z Wielkim Tygodniem, drugie zaś z uroczystością Podwyższenia Krzyża świętego. Ostatnia zmiana kalendarza kościelnego zniosła pierwsze święto, obchodzone przed Niedzielą Palmową.Od XIV w. często pojawiał się motyw siedmiu boleści Maryi. Są nimi:
    1. Proroctwo Symeona (Łk 2, 34-35)
    2. Ucieczka do Egiptu (Mt 2, 13-14)
    3. Zgubienie Jezusa (Łk 2, 43-45)
    4. Spotkanie z Jezusem na Drodze Krzyżowej (Ewangelie o nim nie wspominają)
    5. Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa (Mt 27, 32-50; Mk 15, 20b-37; Łk 23, 26-46; J 19, 17-30)
    6. Zdjęcie Jezusa z krzyża (Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)
    7. Złożenie Jezusa do grobu (Mt 27, 57-61; Mk 15, 42-47; Łk 23, 50-54; J 19, 38-42)

    Maryja Bolesna

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela. Nie wiemy, czy dokładnie wiedziała, co czeka Jej Syna. Niektórzy pisarze kościelni uważają to za rzecz oczywistą. Ich zdaniem, skoro Maryja została obdarzona szczególniejszym światłem Ducha Świętego odnośnie do rozumienia ksiąg świętych, gdzie w wielu miejscach i nieraz bardzo szczegółowo jest zapowiedziana męka i śmierć Zbawiciela świata, to również wiedziała o przyszłych cierpieniach Syna. Inni pisarze, powołując się na miejsca, gdzie kilka razy jest podkreślone, że Maryja nie rozumiała wszystkiego, co się działo, są przekonani, że Maryja nie była wtajemniczona we wszystkie szczegóły życia i śmierci Jej Syna.
    Maryja nie była tylko biernym świadkiem cierpień Pana Jezusa, ale miała w nich najpełniejszy udział. Jest nie do pomyślenia nawet na płaszczyźnie samej natury, aby matka nie doznawała cierpień na widok umierającego syna. Maryja cierpiała jak nikt na ziemi z ludzi. Zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że Jej Syn jest Zbawicielem rodzaju ludzkiego.Wśród świętych, którzy wyróżniali się szczególniejszym nabożeństwem do Matki Bożej Bolesnej, należy wymienić siedmiu założycieli zakonu serwitów (w. XIII), św. Bernardyna ze Sieny (+ 1444), bł. Władysława z Gielniowa (+ 1505), św. Pawła od Krzyża, założyciela pasjonistów (+ 1775) i św. Gabriela Perdolente, który sobie obrał imię zakonne Gabriel od Boleści Maryi (+ 1860).
    Ikonografia chrześcijańska zwykła przedstawiać Matkę Bożą Bolesną w trojaki sposób: najdawniejsze wizerunki pokazują Maryję pod krzyżem Chrystusa, nieco późniejsze (od XIV w.) w formie Piety, czyli jako rzeźbę lub obraz Maryi z Jezusem złożonym po śmierci na Jej kolanach. W tym czasie pojawiają się obrazy i figury Maryi z mieczem, który przebija jej pierś lub serce. Potem pojawia się więcej mieczy – do siedmiu włącznie. Znany jest także średniowieczny hymn Stabat Mater, opiewający boleści Maryi. Wątek współcierpienia Maryi w dziele odkupienia znajduje swoje odzwierciedlenie także w znanym polskim nabożeństwie wielkopostnym (Gorzkie Żale).Przez wspomnienie Maryi Bolesnej uświadamiamy sobie cierpienia, jakie były udziałem Matki Bożej, która – jak nikt inny – była zjednoczona z Chrystusem, również w Jego męce, cierpieniu i śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 września

    Podwyższenie Krzyża Świętego

    Zobacz także:
      •  Święty Albert, biskup
    ***

    Aniołowie adorujący Krzyż

    Kiedy w roku 70 Jerozolima została zdobyta i zburzona przez Rzymian, rozpoczęły się wielkie prześladowania religii Chrystusa, trwające prawie 300 lat. Dopiero po ustaniu tych prześladowań matka cesarza rzymskiego Konstantyna, św. Helena, kazała szukać Krzyża, na którym umarł Pan Jezus.
    Po długich poszukiwaniach Krzyż odnaleziono. Co do daty tego wydarzenia historycy nie są zgodni; najczęściej podaje się rok 320, 326 lub 330, natomiast jako dzień wszystkie źródła podają 13 albo 14 września. W związku z tym wydarzeniem zbudowano w Jerozolimie na Golgocie dwie bazyliki: Męczenników (Martyrium) i Zmartwychwstania (Anastasis). Bazylika Męczenników nazywana była także Bazyliką Krzyża. 13 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi obydwu bazylik. Na tę pamiątkę obchodzono co roku 13 września uroczystość Podwyższenia Krzyża Świętego. Później przeniesiono to święto na 14 września, ponieważ tego dnia wypada rocznica wystawienia relikwii Krzyża na widok publiczny, a więc pierwszej adoracji Krzyża, która miała miejsce następnego dnia po poświęceniu bazylik. Święto wprowadzono najpierw dla tych kościołów, które posiadały relikwie Krzyża, potem zaś dla całego Kościoła Powszechnego.
    Ważnym wkładem w historię dzisiejszego święta jest świadectwo mniszki Egerii, która w Itinerarium Egeriae relacjonuje obchody Podwyższenia Krzyża połączone ze świętem dedykacji, czyli poświęcenia kościoła Męczenników (Martyrium) na Golgocie: “Dniami Eucenii (dedykacji) zwą się te dni, w których święty kościół stojący na Golgocie, zwany Martyrium, poświęcony został Bogu. Także święty kościół znajdujący się w Anastasis, to jest w miejscu, gdzie Pan po męce zmartwychwstał, tego samego dnia został Bogu poświęcony. Rocznica poświęcenia tych świętych kościołów jest obchodzona z całą czcią, bo i Krzyż znaleziono tego samego dnia […]”

    Podwyższenie Krzyża

    W 614 r. na Ziemię Świętą napadli Persowie pod wodzą Chozroeza. Zburzyli wówczas wszystkie kościoły, także i kościół Bożego Grobu, a wiedząc, jak wielkiej czci doznaje Krzyż Pana Jezusa, zabrali go ze sobą. Cały świat modlił się o odzyskanie Krzyża Świętego. Po zwycięstwie, jakie cesarz Herakliusz odniósł nad Chozroezem, w traktacie pokojowym Persowie zostali zmuszeni do oddania świętej relikwii (628). Podanie głosi, że kiedy sam cesarz chciał na swoich ramionach zanieść Krzyż Chrystusa na Kalwarię, mógł to uczynić dopiero wówczas, kiedy zdjął swoje królewskie szaty. Jest to legenda, gdyż ze świadectwa św. Cyryla Jerozolimskiego (+ 387) wiemy, że już za jego czasów czcigodną relikwię podzielono na drobne części i rozesłano je niemal po wszystkich okolicznych kościołach.Kościół w Krzyżu Jezusa widział zawsze ołtarz, na którym Syn Boży dokonał zbawienia świata. Dlatego każda jego cząstka, tak obficie zroszona Jego Najświętszą Krwią, doznawała zawsze szczególnej czci. Nie chodzi w tym wypadku o autentyczność poszczególnych relikwii, ale o fakt, że przypominają one Krzyż Chrystusa i wielkie dzieło, jakie się na nim dokonało dla dobra rodzaju ludzkiego.
    O ukrzyżowaniu Pana Jezusa piszą wszyscy Ewangeliści. Co więcej, podają bardzo szczegółowe okoliczności tego wydarzenia. Według świadectwa Ewangelistów Pan Jezus został ukrzyżowany około godziny 12, a umarł o godzinie 15. Jego pogrzeb odbył się ok. godziny 17.
    Kara ukrzyżowania była u Żydów znana, chociaż w prawie mojżeszowym nie była przewidziana. Aleksander Janneusz (103-76 przed Chrystusem) użył jej dla ukarania zbuntowanych przeciwko niemu faryzeuszów. Taką karę stosowali powszechnie Fenicjanie, Kartagińczycy, Persowie i Rzymianie. Ci ostatni jednak nie stosowali jej wobec obywateli rzymskich. Była to bowiem kara uznawana za hańbiącą i bardzo okrutną. Skazańca odzierano z szat, rzucano go na ziemię, rozciągano mu ramiona i nogi, przybijając je do krzyża. Skazaniec konał z omdlenia i gorączki, dusił się. Na domiar złego wisielca nękało mnóstwo komarów, a bywało, że konającego rozrywały sępy. Krzyż miał zwykle kształt litery T (tau). Ponieważ śmierć na krzyżu miała wszystkie znamiona hańby, dlatego cesarz Konstantyn Wielki zniósł karę śmierci przez ukrzyżowanie (316).

    Relikwiarz Krzyża św. z Olkusza

    Największą część drzewa Krzyża świętego posiada obecnie kościół św. Guduli w Brukseli. Bazylika św. Piotra w Rzymie przechowuje część relikwii, którą cesarze bizantyjscy nosili na piersi w czasie największych uroczystości. W skarbcu katedry paryskiej jest cząstka Krzyża świętego, podarowana przez polską królową Annę Gonzagę, którą miała otrzymać od króla Jana Kazimierza. Największą część Krzyża świętego w Polsce posiadał kościół dominikanów w Lublinie (zostały one skradzione w roku 1991, chociaż nadal w kościele tym znajdują się dwa inne relikwiarze Krzyża świętego). Stosunkowo dużą część Krzyża świętego posiada kościół św. Krzyża na Łysej Górze pod Kielcami. Miał ją podarować benedyktynom św. Emeryk (+ 1031), syn św. Stefana, króla Węgier (+ 1038). Od tej relikwii i klasztoru pochodzi nazwa “Góry Świętokrzyskie”. Wreszcie dość znaczna relikwia Krzyża świętego znajduje się w bazylice Krzyża Świętego w Rzymie.
    Ku czci Krzyża Świętego wzniesiono mnóstwo kościołów. W samej Polsce jest ich ponad 100. Istnieje również kilka rodzin zakonnych – męskich i żeńskich – pod nazwą Świętego Krzyża. Wśród nich najliczniejsze to Zgromadzenie Św. Krzyża, założone w 1837 r., a zatwierdzone przez Rzym w 1855 r.
    Na czele czcicieli Krzyża stoi św. Paweł Apostoł. Szczególnym nabożeństwem do Krzyża wyróżniała się św. Helena, cesarzowa. Jednak na wielką skalę kult Krzyża zapoczątkowało średniowiecze, kiedy to bardzo żywo i powszechnie rozwinął się kult męki Pańskiej. Wśród świętych wyróżnili się tym nabożeństwem: św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Franciszek z Asyżu (+ 1226), św. Bonawentura (+ 1274), św. Filip Benicjusz (+ 1285), a w latach późniejszych bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505), św. Piotr z Alkantary (+ 1562), św. Jan od Krzyża (+ 1591) i św. Paweł od Krzyża (+ 1775). W nagrodę za serdeczne nabożeństwo do swojej męki Jezus obdarzył wielu świętych darem stygmatów. Dzieje Kościoła znają aż 330 podobnych wypadków. Pierwszy stwierdzony historycznie fakt stygmatów spotykamy u św. Franciszka z Asyżu. W ostatnich czasach mówiło się głośno o stygmatykach: Teresie Neumann z Konnersreuth (+ 1962) i o św. o. Pio (+ 1969).

    Krzyż celtycki z Irlandii

    Od I w. spotykamy krzyże wypisywane, rysowane czy ryte graficznie – i to w najróżnorodniejszych formach i symbolice, której postacią naczelną jest zawsze Chrystus. Od IV w. spotykamy krzyże bez Ukrzyżowanego, ale za to bogato wykładane szlachetnymi kamieniami i złotem (crux gemmata). Ich forma jest także różna. Spotykamy między innymi krzyże Chrystusa, Piotra, Andrzeja, św. Pachomiusza, krzyż etiopski, ormiański, jerozolimski itp. We wczesnym średniowieczu zwykło się wyrabiać krzyże (pasje) z wizerunkiem Chrystusa, ale z koroną królewską (diademem) na głowie. Od wieku XII datują się krzyże współczesne, pełne wyrazu cierpienia i grozy. Najdawniejszy krzyż znaleziono w Herkulanum, w jednym z domów zasypanego przez wulkan (Wezuwiusz) w roku 63 i 79, którego to odkrycia dokonano w 1748 roku. Na jednej ze ścian domu znaleziono wyraźny odcisk dużego krzyża, który tam wisiał. Jest nawet otwór po gwoździu w ścianie, na którym ten krzyż był umieszczony.
    Krzyż Chrystusa czci się także czyniąc znak krzyża. Początkowo czyniono krzyż nad przedmiotami, kreśląc go dłonią. Miał on być wyznaniem wiary, chronić od nieszczęść, sprowadzać Boże błogosławieństwo. Zwyczaj ten sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Był on traktowany jako credo katolickie, streszczenie najważniejszych prawd wiary. Słowami podkreślano wiarę w Boga w Trójcy Świętej jedynego, a ruchem ręki podkreślano nasze zbawienie przez Chrystusową mękę i śmierć. O znaku krzyża świętego pisze już Tertulian (+ ok. 240). Św. Hieronim mówi o nim w liście do Eustochii. Pierwsi chrześcijanie tym znakiem posługiwali się bardzo często. Kościół zachował ten zwyczaj, kiedy w liturgii błogosławi swoich wiernych.Dzisiejsze święto przypomina nam wielkie znaczenie krzyża jako symbolu chrześcijaństwa i uświadamia, że nie możemy go traktować jedynie jako elementu dekoracji naszego mieszkania, miejsca pracy czy jednego z wielu elementów naszego codziennego stroju.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    13 września

    Święty Jan Chryzostom, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Franciszek Drzewiecki, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Jan Chryzostom

    Jan urodził się ok. 349 r. (jak uważają katolicy) lub ok. 347 r. (jak podają prawosławni) w Antiochii, ówczesnej metropolii prowincji syryjskiej, jednym z największych miast świata. Pochodził z możnej rodziny. Jego ojciec był oficerem cesarskim. Wcześnie osierocił syna. Wszechstronne wykształcenie zapewniła Janowi matka. U jej boku wiódł życie na pół mnisze. Rozczytywał się w klasykach i uczył się ich na pamięć. Lubił jednak także rozrywkę i nie gardził młodzieńczymi figlami.
    Chrzest przyjął dopiero, gdy miał 20 lat. To był punkt zwrotny w jego dotychczasowym życiu. Wstąpił do stanu duchownego. Jako lektor uczestniczył w służbie liturgicznej u boku biskupa Antiochii, Melecjusza. Jednak po śmierci matki (372) opuścił Antiochię i udał się na pustkowie, by tam prowadzić życie ascetyczne. W grocie spędził 4 lata. Zbyt surowe życie tak dalece nadwyrężyło mu zdrowie, że musiał pustynię opuścić. Powrócił więc do Antiochii, gdzie ponownie pełnił obowiązki lektora (378), a potem diakona (381). Święcenia kapłańskie przyjął w roku 385, gdy miał już ok. 36 lat.
    W roku 387 w Antiochii wybuchły rozruchy przeciwko cesarzowi, Teodozemu I Wielkiemu. Rozjuszony tłum zaczął rozbijać pomniki cesarza, co wywołało ze strony władz represje. Wtedy to Jan wygłosił słynne Mowy wielkopostne, w których zganił popędliwość ludu, a równocześnie wstawiał się za nim. Wpłynął także na biskupa Antiochii, Flawiana, by ten osobiście wstawił się za swoim ludem u cesarza. Cesarz ogłosił amnestię i zakazał swojemu namiestnikowi represji. To zjednało Janowi wielką wdzięczność ludu i przydomek Złotousty (Chryzostom). Na jego kazania przybywały tłumy.
    W roku 397 zmarł patriarcha Konstantynopola. Urząd ten cesarz ofiarował Janowi. Konsekrowany na biskupa przez patriarchę Aleksandrii, Jan z całym zapałem wziął się do pracy dla dobra swojej owczarni. Udało mu się najpierw pojednać ze Stolicą Apostolską biskupa Antiochii, Flawiana. W ten sposób zakończyła się przykra schizma z Rzymem. Na swoim dworze Jan zniósł wszelki przepych, jakim dotąd otaczali się jego poprzednicy. Zachęcał swoje duchowieństwo do podobnej reformy. Lud zjednał sobie wspaniałymi kazaniami, jakie regularnie głosił, i troską o potrzeby zwykłych ludzi. Piętnował nadużycia, nie szczędząc także dworu cesarskiego. Dla ubogich i bezdomnych wystawiał gospody i schroniska. Użyczył azylu nawet ministrowi cesarskiemu, kiedy ten popadł w niełaskę. Wysyłał misjonarzy na obszary objęte przez Arabów.
    Tradycja przypisuje św. Janowi Chryzostomowi autorstwo jednej z form celebracji Boskiej Liturgii, nazywanej jego imieniem, która do dziś jest praktykowana w obrządku bizantyjskim. Jest to tzw. zwyczajna (czyli odprawiana przez większą część roku) liturgia prawosławna i grekokatolicka.

    Święty Jan Chryzostom

    Z czasem pojawili się przeciwnicy radykalnego patriarchy. Duchowni mieli mu za złe, że zbyt wiele od nich wymagał; klasztory – że wprowadzał w nich pierwotną karność, a zwalczał rozluźnienie obyczajów. Ponadto Jan naraził się na gwałtowne ataki ze strony św. Epifaniusza tym, że dał u siebie schronienie zwalczanym zwolennikom nauki Orygenesa. Zarzucano mu, że okazuje jawnie sympatię dla Orygenesa. Najwięcej kłopotów wywołało jednak to, że Jan zaatakował w swoich kazaniach zbyt swobodne życie dworu cesarskiego, przede wszystkim cesarzowej Eudoksji. Z polecenia cesarzowej zwołano pod Chalcedonem synod, zwany później synodem “Pod Dębem” (nazwa wywodzi się od miejscowości Onercia – Dąb). Wrogowie Jana pod przewodnictwem patriarchy Aleksandrii, Teofila, posunęli się do tego, że usunęli Jana z urzędu patriarchy, a cesarzowa skazała go na banicję. Wywieziono go do Prenetos w Bitynii. Lud jednak tak gwałtownie wystąpił w obronie swego pasterza, że cesarzowa była zmuszona przywrócić biskupowi wolność.
    Spokój trwał jednak krótko. Cesarzowa kazała wystawić sobie pomnik przed samą katedrą Mądrości Bożej, gdzie urządzano krzykliwe festyny i zabawy, nie licujące ze świętym miejscem. Jan potępił to w kazaniu z całą stanowczością. W odwecie cesarzowa zwołała do Konstantynopola synod swoich zwolenników, który ponownie deponował Jana. Na mocy orzeczeń tegoż synodu, w roku 404, cesarzowa skazała Jana na wygnanie. Wśród szykan i niewygód prowadzono go do Cezarei Kapadockiej, stąd do Tauru, wreszcie do Pontu nad Morzem Czarnym. Zima była bardzo surowa, co wymagało od biskupa szczególnego hartu. On jednak nie załamał się. Pisał listy do papieża oraz do wpływowych i wiernych sobie osób. Papież pięknym listem pochwalił bohaterstwo Chryzostoma i wysłał legatów w jego obronie do Konstantynopola. Dwór cesarski jednak ich nie przyjął.

    Święty Jan Chryzostom

    Jan Złotousty zmarł w drodze, w mieście Comana, 14 września 407 r. Już w roku 428 Kościół w Konstantynopolu obchodził doroczną pamiątkę św. Jana Chryzostoma. W roku 438, na żądanie patriarchy stolicy cesarstwa – św. Proklusa, cesarz Teodozy II nakazał sprowadzić relikwie Chryzostoma. 27 stycznia 438 r. triumfalnie witał je Konstantynopol. Ciało złożono w kościele Dwunastu Apostołów. W roku 1489 sułtan turecki Bajazed II podarował te relikwie królowi francuskiemu Karolowi VIII. Od roku 1627 relikwie znajdują się w Rzymie, w bazylice św. Piotra, w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Ponadto relikwie św. Jana Chryzostoma znajdują się dzisiaj także na Górze Athos, w Brugii, Clairvaux, Dubrowniku, Kijowie, Maintz, Messynie, Moskwie, Paryżu i Wenecji.
    Jan pozostawił po sobie ogromną spuściznę literacką: kanon liturgii świętej (Boska Liturgia św. Jana Złotoustego), liczne pisma teologiczne (traktaty o naturze boskiej i ludzkiej Jezusa, o Eucharystii – jako identycznej ofierze z ofiarą na Krzyżu, o prymacie papieskim, O kapłaństwie, O wychowaniu syna oraz Przeciwko Żydom i poganom), kazania, które są w znacznej mierze komentarzem do Pisma świętego, mowy i szeroką korespondencję (w tym 17 listów do św. Olimpii, diakonisy). Jan Złotousty wyróżniał się przede wszystkim jako znakomity znawca pism św. Pawła Apostoła. Całość dzieł Chryzostoma obejmuje kilka opasłych tomów.
    Św. Jan Chryzostom należy do czterech wielkich doktorów Kościoła wschodniego (obok św. Bazylego, św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Atanazego). Na Wschodzie cieszy się tak wielkim kultem, że jego imię wspomina się w roku liturgicznym kilka razy. Papież Pius V ogłosił go doktorem Kościoła (1568). Jest patronem kaznodziejów i studiujących teologię oraz orędownikiem w sytuacjach bez wyjścia.W ikonografii św. Jan Chryzostom przedstawiany jest jako patriarcha w stroju rytu ortodoksyjnego (z dużymi krzyżami), czasami jako biskup Kościoła katolickiego, zazwyczaj z krótką, niekiedy spiczastą bródką i łysiną czołową. Prawą rękę ma uniesioną w błogosławieństwie, w lewej trzyma Ewangelię. Niekiedy wyobrażany jest z krzyżem w dłoni.
    W ikonografii często spotykany jest na ikonach “Trzech Wielkich Hierarchów” razem ze św. Bazylim Wielkim i św. Grzegorzem Teologiem, spośród których wyróżnia się przede wszystkim najkrótszą brodą.
    W sztuce zachodniej jego atrybutami są: księga, osioł, pisarskie pióro.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Audiencja Generalna, 19 września 2007

    Święty Jan Chryzostom

    Drodzy Bracia i Siostry!

    W tym roku przypada 1600. rocznica śmierci św. Jana Chryzostoma (407-2007). Jan z Antiochii, nazywany Chryzostomem, czyli „Złotoustym”, z racji swej wymowy, jest nadal żywy, również ze względu na swoje dzieła. Anonimowy kopista napisał, że jego dzieła „przemierzają cały świat jak świetliste błyskawice”. Pozwalają również nam, podobnie jak wierzącym jego czasów, których okresowo opuszczał z powodu skazania na wygnanie, żyć treścią jego ksiąg mimo jego nieobecności. On sam sugerował to z wygnania w jednym z listów (por. Do Olimpiady, List 8, 45).
    Urodził się około 349 r. w Antiochii w Syrii (dzisiaj Antakya na południu Turcji), tam też podejmował posługę kapłańską przez około 11 lat, aż do 397 r., gdy został mianowany biskupem Konstantynopola. W stolicy cesarstwa pełnił posługę biskupią do czasu dwóch wygnań, które nastąpiły krótko po sobie – między 403 a 407 r. Dzisiaj ograniczymy się do spojrzenia na lata antiocheńskie Chryzostoma.
    W młodym wieku stracił ojca i żył z matką Antuzą, która przekazała mu niezwykłą wrażliwość ludzką oraz głęboką wiarę chrześcijańską. Odbył niższe oraz wyższe studia, uwieńczone kursami filozofii oraz retoryki. Jako mistrza miał Libaniusza, poganina, najsłynniejszego retora tego czasu. W jego szkole Jan stał się wielkim mówcą późnej starożytności greckiej. Ochrzczony w 368 r. i przygotowany do życia kościelnego przez biskupa Melecjusza, przez niego też został ustanowiony lektorem w 371 r. Ten fakt oznaczał oficjalne przystąpienie Chryzostoma do kursu eklezjalnego. Uczęszczał w latach 367-372 do swego rodzaju seminarium w Antiochii, razem z grupą młodych. Niektórzy z nich zostali później biskupami, pod kierownictwem słynnego egzegety Diodora z Tarsu, który wprowadzał Jana w egzegezę historyczno-literacką, charakterystyczną dla tradycji antiocheńskiej.
    Później udał się wraz z eremitami na pobliską górę Sylpio. Przebywał tam przez kolejne dwa lata, przeżyte samotnie w grocie pod przewodnictwem pewnego „starszego”. W tym okresie poświęcił się całkowicie medytacji „praw Chrystusa”, Ewangelii, a zwłaszcza Listów św. Pawła. Gdy zachorował, nie mógł się leczyć sam i musiał powrócić do wspólnoty chrześcijańskiej w Antiochii (por. Palladiusz, „Życie”, 5). Pan – wyjaśnia jego biograf – interweniował przez chorobę we właściwym momencie, aby pozwolić Janowi iść za swoim prawdziwym powołaniem. W rzeczywistości, napisze on sam, postawiony wobec alternatywy wyboru między trudnościami rządzenia Kościołem a spokojem życia monastycznego, tysiąckroć wolałby służbę duszpasterską (por. „O kapłaństwie”, 6, 7), gdyż do tego właśnie Chryzostom czuł się powołany. I tutaj nastąpił decydujący przełom w historii jego powołania: został pasterzem dusz w pełnym wymiarze! Zażyłość ze Słowem Bożym, pielęgnowana podczas lat życia eremickiego, spowodowała dojrzewanie w nim silnej konieczności przepowiadania Ewangelii, dawania innym tego, co sam otrzymał podczas lat medytacji. Ideał misyjny ukierunkował go, płonącą duszę, na troskę pasterską.
    Między 378 a 379 r. powrócił do miasta. Został diakonem w 381 r., zaś kapłanem – w 386 r.; stał się słynnym mówcą w kościołach swego miasta. Wygłaszał homilie przeciwko arianom, następnie homilie na wspomnienie męczenników antiocheńskich oraz na najważniejsze święta liturgiczne. Mamy tutaj do czynienia z wielkim nauczaniem wiary w Chrystusa, również w świetle Jego świętych. Rok 387 był „rokiem heroicznym” dla Jana, czasem tzw. przewracania posągów. Lud obalił posągi cesarza, na znak protestu przeciwko podwyższeniu podatków. W owych dniach Wielkiego Postu, jak i wielkiej goryczy z powodu ogromnych kar ze strony cesarza, wygłosił on 22 gorące „Homilie o posągach”, ukierunkowane na pokutę i nawrócenie. Potem przyszedł okres spokojnej pracy pasterskiej (387-397).
    Chryzostom należy do Ojców najbardziej twórczych: dotarło do nas jego 17 traktatów, ponad 700 autentycznych homilii, komentarze do Ewangelii Mateusza i Listów Pawłowych (Listy do Rzymian, Koryntian, Efezjan i Hebrajczyków) oraz 241 listów. Nie uprawiał teologii spekulatywnej, ale przekazywał tradycyjną i pewną naukę Kościoła w czasach sporów teologicznych, spowodowanych przede wszystkim przez arianizm, czyli zaprzeczenie boskości Chrystusa. Jest też ważnym świadkiem rozwoju dogmatycznego, osiągniętego przez Kościół w IV-V wieku. Jego teologia jest wyłącznie duszpasterska, towarzyszy jej nieustanna troska o współbrzmienie między myśleniem wyrażonym słowami a przeżyciem egzystencjalnym. Jest to przewodnia myśl wspaniałych katechez, przez które przygotowywał katechumenów na przyjęcie chrztu. Tuż przed śmiercią napisał, że wartość człowieka leży w „dokładnym poznaniu prawdziwej doktryny oraz w uczciwości życia” („List z wygnania”). Te sprawy, poznanie prawdy i uczciwość życia, muszą iść razem: poznanie musi się przekładać na życie. Każda jego mowa była zawsze ukierunkowana na rozwijanie w wierzących wysiłku umysłowego, autentycznego myślenia, celem zrozumienia i wprowadzenia w praktykę wymagań moralnych i duchowych wiary.
    Jan Chryzostom troszczył się, aby służyć swoimi pismami integralnemu rozwojowi osoby, w wymiarach fizycznym, intelektualnym i religijnym. Różne fazy wzrostu są porównane do licznych mórz ogromnego oceanu: „Pierwszym z tych mórz jest dzieciństwo” (Homilia 81, 5 o Ewangelii Mateusza). Rzeczywiście, „właśnie w tym pierwszym okresie objawiają się skłonności do wad albo do cnoty”. Dlatego też prawo Boże powinno być już od początku wyciśnięte na duszy, „jak na woskowej tabliczce” (Homilia 3, 1 do Ewangelii Jana): w istocie jest to wiek najważniejszy. Musimy brać pod uwagę, jak ważne jest, aby w tym pierwszym etapie życia człowiek posiadł naprawdę te wielkie ukierunkowania, które dają właściwą perspektywę życiu. Dlatego też Chryzostom zaleca: „Już od najwcześniejszego wieku uzbrajajcie dzieci bronią duchową i uczcie je czynić ręką znak krzyża na czole” (Homilia 12, 7 do Pierwszego Listu do Koryntian). Później przychodzi okres dziecięcy oraz młodość: „Po okresie niemowlęcym przychodzi morze okresu dziecięcego, gdzie wieją gwałtowne wichury (…), rośnie w nas bowiem pożądliwość…” (Homilia 81, 5 do Ewangelii Mateusza). Potem jest narzeczeństwo i małżeństwo: „Po młodości przychodzi wiek dojrzały, związany z obowiązkami rodzinnymi: jest to czas szukania współmałżonka” (tamże). Przypomina on cele małżeństwa, ubogacając je – z odniesieniem do cnoty łagodności – bogatą gamą relacji osobowych. Dobrze przygotowani małżonkowie zagradzają w ten sposób drogę rozwodowi: wszystko dzieje się z radością i można wychowywać dzieci w cnocie. Gdy rodzi się pierwsze dziecko, jest ono „jak most; tych troje staje się jednym ciałem, gdyż dziecko łączy obie części” (Homilia 12, 5 do Listu do Kolosan); tych troje stanowi „jedną rodzinę, mały Kościół” (Homilia 20, 6 do Listu do Efezjan).
    Przepowiadanie Chryzostoma dokonywało się zazwyczaj podczas liturgii, w „miejscu”, w którym wspólnota buduje się Słowem i Eucharystią. Tutaj zgromadzona wspólnota wyraża jeden Kościół (Homilia 8, 7 do Listu do Rzymian), to samo słowo jest skierowane w każdym miejscu do wszystkich (Homilia 24, 2 do Pierwszego Listu do Koryntian), zaś komunia Eucharystyczna staje się skutecznym znakiem jedności (Homilia 32, 7 do Ewangelii Mateusza). Jego plan duszpasterski był włączony w życie Kościoła, w którym wierni świeccy przez fakt chrztu podejmują zadania kapłańskie, królewskie i prorockie. Do wierzącego laika mówi: „Również ciebie chrzest czyni królem, kapłanem i prorokiem” (Homilia 3, 5 do Drugiego Listu do Koryntian). Stąd też rodzi się fundamentalny obowiązek misyjny, gdyż każdy w jakiejś mierze jest odpowiedzialny za zbawienie innych: „Jest to zasada naszego życia społecznego (…) żeby nie interesować się tylko sobą” (Homilia 9, 2 do Księgi Rodzaju). Wszystko dokonuje się między dwoma biegunami, wielkim Kościołem oraz „małym Kościołem” – rodziną – we wzajemnych relacjach.
    Jak możecie zauważyć, Drodzy Bracia i Siostry, ta lekcja Chryzostoma o autentycznej obecności chrześcijańskiej wiernych świeckich w rodzinie oraz w społeczności pozostaje również dziś jak najbardziej aktualna. Módlmy się do Pana, aby uczynił nas wrażliwymi na nauczanie tego wielkiego Nauczyciela Wiary.

    Benedykt XVI – papież

    z oryginału włoskiego tłumaczył o. Jan Pach OSPPE/Tygodnik Niedziela

    ________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Chryzostom (355-407)

    René Lejeune

    OJCOWIE KOŚCIOŁA: ŚWIĘTY JAN CHRYZOSTOM (355-407), CZYLI SZALEŃSTWO DLA CHRYSTUSA

    Epoka

    W roku 380, 28 lutego, ukazuje się w Rzymie dziwny edykt: cesarz Teodozjusz, ostatni z wielkich imperatorów rezydujących w stolicy imperium Cezarów, poleca:

    „Wszystkie nasze narody są zobowiązane do podporządkowania się wierze przekazanej Rzymianom przez apostoła Piotra, tej wierze, którą wyznaje papież Damazy i biskup Piotr z Aleksandrii, to znaczy do uznania Najświętszej Trójcy – Ojca, Syna i Ducha Świętego.”

    Tym zaś, którzy się nie poddadzą temu nakazowi, imperator grozi: „Bóg zemści się na nich i my także”.

    Taka jest wiara imperatora. Jedność jego ziem należących do wielu narodów nie jest zachowywana przez wspólny im kult pogański, w sercu którego znajdował się imperator Rzymu. Odtąd chrześcijaństwo ma zachować tę jedność. Symbioza między państwem i religią jest całkowita; wywołuje ona procesy korzystne i równocześnie poważne niedogodności.

    Korzyść. Ponieważ imperium jest u schyłku i rozpada się szybko, dlatego biskupi, pasterze całego ludu, będą mogli zastąpić swoim autorytetem upadający autorytet świecki potężnej rzymskiej machiny administracyjnej.

    Niedogodność. Rozdział władzy świeckiej od religijnej – dwa miecze – którego pragnął Chrystus, zostaje usunięty.

    Teodozjusz wstąpił na tron cesarski rok wcześniej. Będzie rządził przez 15 lat, zachowując na jakiś czas jedność imperium przez zatrzymanie w rzymskiej armii barbarzyńskich przywódców.

    Co do Kościoła, wchodził on w swój złoty okres. Prześladowania, powstrzymane przez Konstantyna w 314 roku, były już tylko odległym bolesnym wspomnieniem.

    Pochodzenie

    W tym przełomowym roku ogłoszenia wiary chrześcijańskiej religią państwową Jan Chryzostom miał 25 lat.

    Jego życie jest dobrze znane. Żadnego autora chrześcijańskiego nie uhonorowano tyloma biografiami, poczynając od życiorysu napisanego przez biskupa Palladiusza z Helenopolis, który ukazał się kilka lat po śmierci tego Ojca Kościoła. Pozostaje on najlepszym aż po ostatni, opublikowany w końcu okresu bizantyńskiego.

    Jan urodził się w Antiochii około 355 roku. Jego matka Antuza była niewiastą pobożną. Wywodziła się ze szlachty. Została wdową w wieku 20 lat, kiedy Jan był jeszcze zupełnie mały. To ona przekaże dziecku swoje odbicie.

    Gruntowne wykształcenie i droga do kapłaństwa

    Troszcząc się o właściwe wychowanie syna, Antuza powierzy go najwybitniejszym nauczycielom w Antiochii, na czele z Andragatiusem, który otwarł szkołę filozoficzną. Jan ociera się też o sofistę Libaniosa, przeciwko którego wielosłowiu zbuntuje się w wieku 18 lat. Młodzieniec ten bowiem ma inteligencję wyjątkową. Nie znosi sztucznej retoryki swego mistrza. Pragnie jasności zakorzenionej w prawdzie, podczas gdy poganin Libanios naucza swoich uczniów sztuki z pozoru poprawnego i logicznego rozumowania, ale jego celem jest wprowadzenie zamętu w umysły i wprowadzenie w błąd słuchaczy. Oto sofistyka.

    Jan delektuje się natomiast nauczaniem biskupa Antiochii, św. Melecjusza. Biskup zaś jest zauroczony błyskotliwą inteligencją młodego wyznawcy chrześcijaństwa, a jeszcze bardziej – szlachetnością jego charakteru. Wyposażony w prorocze spojrzenie, biskup Melecjusz przewiduje nadzwyczajną przyszłość Jana. Dopuszcza go w wieku 18 lat do przyjęcia sakramentu „kąpieli odrodzenia” – jak nazywano chrzest. Po nim przez 3 lata Jan posługuje biskupowi. Po tym okresie zostaje lektorem. Jego nauczycielem jest teolog Diodor z Tarsu.

    Jan jest młodym człowiekiem spragnionym absolutu. Poddaje się surowym umartwieniom. Pragnie się wycofać, aby prowadzić życie pustelnicze. Jego matka błaga go, aby nie uczynił jej wdową po raz drugi. Głuchy na matczyną prośbę wycofuje się w góry, bliskie Antiochii, gdzie przyłącza się do starca eremity. Pozostaje tam przez dwa lata, żyjąc bardzo skromnie i czuwając w bezsenne noce. Taki rytm życia osłabia jego układ trawienny, następuje blokada nerek. To zmusza go do powrotu do Antiochii, gdzie prowadzi życie nieco bardziej rozsądne w sferze fizycznej. Jednak te dwa lata samotności pozwoliły mu zgłębić Ewangelię i odkryć w całej pełni prawa Chrystusa.

    W roku 381 Jan przyjmuje święcenia diakonatu. W pięć lat później zostaje kapłanem. Ma 30 lat. Biskup Flawian, odkrywszy talenty oratorskie nowego kapłana powierza mu misję głoszenia Słowa Bożego we wszystkich kościołach Antiochii dla pobudzenia wiary wspólnoty chrześcijańskiej. Jana otacza szybko sława największego mówcy w Kościele. To właśnie oznacza przydomek „chryzostom”, czyli „złotousty”. Ten tytuł będzie się mu nadawać od VI wieku.

    Tak trwa szczęśliwy i błogosławiony okres jego życia. Będzie trwał dwanaście lat. Ta aktywność dla Chrystusa, wypełniająca całe jego życie, zostaje brutalnie przerwana w roku 397.

    Walczący biskup

    Nektariusz, patriarcha Bizancjum, umarł w roku 397. Sława zaś Jana przekroczyła już dawno granice Antiochii. Imperator, który pragnął nadać blask siedzibie Bizancjum, nazwanej teraz Konstantynopolem – na pamiątkę Konstantyna – postanawia, że nowym patriarchą będzie znany kapłan z Antiochii – Jan. Jednak Jan jest temu zdecydowanie przeciwny. Zna wielkość tego zadania. Miasto jest osłabione moralnie i wiara w nim obumiera. Imperator jednak nie daje za wygraną. Kiedy nie udaje mu się osiągnąć swojego celu przez perswazję, ucieka się do przebiegłości. Każe go po prostu porwać i doprowadzić przemocą do Konstantynopola. Jan dociera do miasta wycieńczony, po odbyciu drogi liczącej jakieś tysiąc kilometrów na koniu… Imperator nakazuje biskupowi Aleksandrii, Teofilowi, bezzwłoczne udanie się do Konstantynopola, aby udzielił sakry biskupiej Janowi z Antiochii. Teofil poddaje się rozkazowi cesarza, jednak to właśnie on będzie najbardziej zaciętym przeciwnikiem patriarchy Jana…

    Nowy przywódca Kościoła Konstantynopola staje przed gigantycznym zadaniem. Podejmuje je jednak z taką samą pasją, jaka charakteryzowała go w chwili buntu przeciwko nauczycielowi – sofiście. Najpierw wytyka nadużycia, a następnie – pragnie umocnić moralność. To nie będzie rzeczą łatwą. „Kościół stale się reformuje”. Tak, Kościół musi stale być reformowany, aby zasłużyć na swój przywilej bycia Oblubienicą Chrystusa. Dzisiaj, tak samo jak i za czasów Jana…

    Biskup zaczyna od samego siebie. Czyż nie powinien dać przykładu? Żadnego przywiązania do jedzenia, żadnych wystawnych posiłków. Wszelki przepych znika z biskupiego pałacu. Jego poprzednik podjął przygotowania pod budowę niezwykłej bazyliki. Kolumny z marmuru są już wyrzeźbione, jednak nowy biskup sprzedaje je i dzieli zyskane w ten sposób pieniądze pomiędzy ubogich. Zamiast bazyliki buduje liczne przytułki dla chorych, biednych i cudzoziemców. Będą nimi kierować dwaj kapłani znani z cnotliwego życia. Chorzy i ubodzy są szanowani jak królowie. Pomaga im grupa medyków, kucharzy i zakonników. Krótko: biskup wciela Ewangelię w życie. Przypominając sobie o wdowieństwie i trudnościach, jakie jego matka musiała pokonywać, patriarcha Jan organizuje posługę na rzecz wdów, posługę istniejącą zresztą od pierwszego pokolenia chrześcijan, w wierności nauczaniu Pana. Tą posługą kierują diakonisy, które poddaje rygorowi życia pełnego ofiar i wyrzeczeń. Tym, które są niezadowolone, Jan radzi wyjść za mąż.

    Drugim celem jest umocnienie duchowieństwa. To było bardzo potrzebne. Konkubinaty, alkoholizm, chciwość, przywiązanie do dobrego jedzenia, podporządkowanie bogaczom i kurtyzanom, grzech, czyni spustoszenie wśród bizantyjskiego kleru. Tak samo jest z zakonnikami. Wielu błąka się tu i tam, żyjąc z żebrania lub ze zdzierstwa. Jan gani takie postępowanie i zmusza ich do poddania się władzy kościelnej lub do odejścia.

    Lawina reform, choć ucieszyła wiernych chrześcijan, sprawiła, że podnieśli się przeciwko biskupowi wszyscy błądzący i libertyni Konstantynopola, na czele z syryjskim mnichem Izaakiem, znanym ze swoich wybryków.

    W kazaniach, pełnych realizmu i żaru, biskup chłoszcze też bogaczy i kurtyzany. Ukazuje zepsucie obyczajów z taką mocą i dokładnością, że wszyscy grzesznicy rozpoznają się w obrazie wymalowanym pędzlem słów biskupa-reformatora.

    A oto oddziały Gotów obległy Konstantynopol i dokonują aktów przemocy w okolicach miasta. Aby ocalić miasto od splądrowania, biskup daje barbarzyńcom skarby swoich kościołów. Narzekanie wzmaga się bez przerwy zarówno pośród możnych świeckich, jak i w łonie duchowieństwa oraz w środowisku cesarskim. Wystarczy już tylko odrobina, aby woda się przelała.

    Dwa incydenty rozpętają burzę przeciw niemu. Jeden jest związane z biskupami. Ponieważ wybiera ich kolegium kapłańskie, wielu nowych biskupów oskarża się o to, że zapłacili za swój wybór. Sytuacja związana z tymi podejrzeniami jest poważna w Azji Mniejszej. Jan decyduje się więc tam udać. Filary wiary, którym są biskupi, mogą być nieskazitelne, aby nie można ich było atakować. Jan nakazuje w Efezie wybrać diakona Izydora, człowieka godnego i doskonałego, dla zachowania czystości wiary. Nakazuje mu usunięcie ze stanowiska sześciu biskupów oskarżonych o nadużycia. Potem powraca do Konstantynopola, pozostawiając za sobą niechęć i wrogość, szczególnie pośród bogatych i potężnych. Zniszczenie siedliska żmij nigdy nie jest pozbawione niebezpieczeństwa.

    Potem jeszcze poważniejsza przeszkoda wznosi się na jego drodze. Orygenes, wielki głos z Aleksandrii, w którym Jan rozpoznaje brata trawionego jak on przez zafascynowanie Chrystusem, wyraził kilka poglądów zbyt śmiałych, które zresztą zostaną potępione przez Kościół. Orygenes stał się w ten sposób zwolennikiem zbawienia powszechnego, utrzymując, że wszystkie stworzenia rozumne, bez wyjątku, będą pewnego dnia uczestniczyć w szczęściu Boga. Biskup Jan jest proszony o potępienie Orygenesa. Odmawia. Nie chce potępiać. Co gorsza, przyjmuje w Konstantynopolu 70 mnichów egipskich oskarżonych o sprzyjanie Orygenesowi i jego poglądom. I tak Jan znajduje się w otwartym konflikcie z biskupem Aleksandrii, który go wyświęcił. Czara się przelewa. Zaczynają się knowania przeciwko niemu w celu o pozbawienia go urzędu. Cesarzowa Eudoksja jest także przeciwna Janowi, gdyż wychłostał on bez oszczędzania jej próżność i jest próżność zbytkowną.

    Odrzuciwszy potępienie Orygenesa odmawia równocześnie udania się przed nielegalny synod zwołany, aby go osądzić. Tak więc osądzają go zaocznie i pozbawiają urzędu. Cesarz dodaje do tej kary skazanie Jana na wygnanie. Wszystko to bez liczenia się z „głosem ludu”, który określa się przecież mianem „głosu Bożego”.

    Lud Konstantynopola odrzuca z obrzydzeniem ten pozór sądu. Domaga się stanowczo powrotu swego biskupa. Cesarz poddaje się! Jan powraca i wygrywa: utwierdza jeszcze bardziej moralność chrześcijańską, jej ścisłość i czystość. Przyjęty tryumfalnie przez ludność po powrocie z wygnania, wznawia swe płomienne, polemiczne mowy, sprzeciwiając się korupcji i przepychowi, smagając na przykład złotą statuę cesarzowej Eudoksji, którą dopiero co postawiono. Cesarzowa, małżonka cesarza Arkadiusza, która wstąpiła na tron Cesarstwa Wschodniego w roku 395, chciałaby śmierci tego niepokojącego ją biskupa. To kobieta ambitna i energiczna. Wpłynęła na swego męża – słabego i niezdecydowanego. Patriarcha mógł kontynuować tak długo swą duchową i moralną krucjatę tylko dlatego, że wpływowy doradca i sekretarz cesarza, Eutrop, chronił biskupa Jana. Niestety, intrygi Eudoksji osiągnęły w końcu skutek, doprowadzając do wypędzenia Eutropa w 399 roku. Wtedy cesarzowa wznawia ataki na patriarchę. To prawda, on nie pozostawiał ich bez odpowiedzi. I tak w święto św. Jana Chrzciciela porównał cesarzową do Herodiady mówiąc: „Na nowo Herodiada dusi się ze złości, na nowo ona tańczy, na nowo domaga się głowy Jana na misie.”

    To już zbyt wiele dla domu cesarskiego. Cesarz nakazuje biskupowi Janowi złożenie urzędu. Patriarcha odmawia. Zakazuje się mu więc wstępu do wszystkich kościołów patriarchatu. Kapłani pozostają jednak wierni swojemu biskupowi. Cesarz pod presją swej małżonki chce z nim skończyć.

    W czasie świąt paschalnych w 404 roku wojsko przemocą wkracza do kościołów, chcąc zatrzymać biskupa. Leje się krew.

    9 lipca 404 roku, po ostatnim nabożeństwie w katedrze Świętej Mądrości, biskup Jan udaje się po raz drugi na wygnanie. Idzie pod eskortą wojska. Kiedy opuszcza miasto, lud powstaje w jego obronie, pożary ogarniają miasto, bliscy i przyjaciele biskupa są tropieni i wtrącani do więzienia. Na tron patriarchy Konstantynopola wstępuje uzurpator. To gorzki owoc tajnego porozumienia władzy duchownej z władzą świecką.

    Walka i męczeństwo na wygnaniu

    Przywódca oddziału ma rozkaz zaprowadzić pozbawionej funkcji patriarchę do serca Anatolii, o dobry tysiąc kilometrów od Bizancjum. Jan zostaje zamknięty w twierdzy Arabissos. Tak niebezpieczny agitator, mówca, który zapalał tłumy wiernych, a drażnił satrapów i potężnych, został zmuszony do milczenia.

    Z wnętrza swego więzienia kontynuuje jednak nadal swą niezmordowaną prorocką walkę przy pomocy pióra. Zachęca do ewangelizowania pogan. Posyła misjonarzy do regionów, które aż do tej pory pozostały na marginesie głoszenia Dobrej Nowiny Jezusa Chrystusa. Wielu z jego misjonarzy poniesie tam śmierć męczeńską.

    Jan naraża się jeszcze bardziej pisząc do biskupów Zachodu, informując ich o niesprawiedliwości nie do przyjęcia, której jest ofiarą. Prosi ich o pomoc. Wygnany patriarcha myli się jednak co do ich odwagi i jasności widzenia. Nie znajdując żadnego oddźwięku pośród współbraci, zwraca się do wielkich patrycjuszowskich rodzin Rzymu, zwłaszcza do kobiet, których wspaniałomyślność jest mu znana. Błaga o obronę wiary i autorytetu Kościoła.

    Patriarcha ostro spogląda na władzę, a opierając się na Ewangelii i na słowach Apostoła Pawła, uznaje, że ma prawo do działania na mocy nakazu Boga. To on, prawny patriarcha może sprawować władzę biskupią, a nie uzurpator, który zajmuje jego siedzibę.

    Zemsta cesarzowej

    Tym razem cesarzowa Eudoksja dusi się naprawdę ze złości. Ponieważ nie udało się jej unieszkodliwić siewcy „nieładu”, pomimo że zamknęła go w głębi Anatolii, chce go umieścić na tyle daleko, aby nie mógł już jej szkodzić. Nakazuje deportować go w miejsce niedostępne, o jeszcze jeden tysiąc kilometrów na wschód. Na wiosnę 406 roku, po trzech latach spędzonych w twierdzy Arabisson, biskup zostaje wysłany pod eskortą do twierdzy Kukuzy, na granice Armenii. Nowa Herodiada dosięgła więc głowy swego Jana…

    Podróż pieszo przewidziano na wiele miesięcy. Eskorta ma nakaz nie oszczędzać pięćdziesięcioletniego mężczyzny, przeciwnie, należało go wystawić celowo na zmęczenie i nadludzki wysiłek. Nakaz jest przestrzegany ściśle; podróż jest straszna. 14 września 407 roku wygnaniec jest zupełnie wyczerpany. Eskorta właśnie dotarła przed małą kaplicę. Patriarcha błaga, żeby pozwolono na małą przerwę. Przywdziewa białą komżę i przyjmuję komunię. Potem żołnierze słyszą, jak mówi po cichu: „Niech Bóg będzie uwielbiony przez wszystko.” I biskup Jan, przyszły święty Jan Chryzostom, pada, oddając Panu swą duszę nieustraszonego wojownika ożywionego przez całe swe życie szaleństwem dla Chrystusa. Szaleństwem upartym, które nie godziło się na żaden kompromis w swoim ewangelicznym radykalizmie. Kiedy wieść o śmierci męczennika za wiarę dochodzi do Konstantynopola, sumienie odpowiedzialnych budzi się. Eudoksja umiera w tym samym roku. Zgubny wiatr jej intryg uspokaja się. Wkrótce tron w Konstantynopolu obejmie nowy cesarz. Teodozjusz II, syn i następca Arkadiusza, wstępuje na tron na kilka miesięcy po śmierci wygnanego patriarchy. To władca światły, który będzie panował w Bizancjum przez 42 lata. Powstanie uniwersytetu, skrócenie Kodeksu teodozjańskiego, zwołanie Soboru Efeskiego, zwycięstwo nad Persami – oto wydarzenia znaczące czas jego długiego panowania. Zaczyna się marzyć o rozkwicie religijnym, jaki Jan Chryzostom mógł dać temu panowaniu, gdyby dane mu było żyć jeszcze przez trzy lata na swej biskupiej stolicy…

    Pisma św. Jana Chryzostoma

    Po św. Janie pozostały jego pisma. Są znaczące zarówno co do objętości, jak i co do jakości. Żaden Ojciec Kościoła nie pozostawił po sobie tak wielkiego dzieła. Chryzostom to dla historii chrześcijaństwa Dante, Goethe albo Wiktor Hugo. Nadzwyczajna czystość stylu, szlachetność myśli – oto ich główne cechy. Wielki erudyta uważa, że „jego dzieło wyraża jego attycką duszę”. Św. Jan Chryzostom napisał wiele traktatów, liczne listy i ogromną ilość kazań. Jego pisma są cenne nie tylko jako znacząca część świata duchowego Ojców Kościoła, stanowią one również skarbnicę dla poznania życia społecznego, politycznego i kulturalnego Bizancjum i Antiochii. Są nawet źródłem archeologicznym nie do pogardzenia. Ogromna ilość manuskryptów, które zachowały się do naszych czasów, świadczy o wyjątkowej renomie tego wielkiego ducha.

    W swoich kazaniach Jan Chryzostom jest prawdziwym „lekarzem dusz”, wydającym trafne diagnozy i polecającym skuteczne środki zaradcze. On umiał, z wysokości ambony, przykuć uwagę i dotknąć serc. Homilie, odnoszą się do Starego Testamentu, a w szczególności do Księgi Rodzaju, Psalmów i proroka Izajasza. Porusza w nich wady i cnoty, dobry sposób modlenia się, nie tylko w kościele, ale i w rodzinie chrześcijańskiej, kapłaństwo, życie w dziewictwie itp.

    Jego komentarze do Ewangelii według św. Mateusza i św. Jana, w liczbie 178, stanowią najstarszy tekst z okresu patrystycznego. Homilie trwają od dziesięciu do piętnastu minut, gdyż tyle trwa – według niego –„uwaga użyteczna” słuchaczy. Wskazówki tej żaden mądry kaznodzieja nie powinien lekceważyć. Św. Jan Chryzostom pokazuje w sposób przekonywujący, że Stary i Nowy Testament noszą piętno tego samego Ducha Świętego. Jezus, to co najważniejsze, oświetla niezrównanym światłem Swojego Boskiego Słowa; wypełnia lukę i uzupełnia żydowskie Prawo. Tłumaczenie przypowieści z Ewangelii wywołuje wrażenie jeszcze dzisiaj.

    Homilie do Ewangelii według św. Jana odpowiadają na błędne argumenty arian; ci bowiem opierają swoją naukę głównie na czwartej Ewangelii. Opierają na niej błędną naukę o istotnej – według nich – różnicy między Ojcem i Synem. Te homilie Chryzostoma są też bardziej polemizujące. Rozwija w nich naukę o prawdziwej Kenozie, czyli uniżeniu się Syna Bożego.

    55 homilii wyjaśniających Dzieje Apostolskie to jedyny pełny komentarz przekazany przez pierwsze tysiąclecie. Homilie bazujące na listach św. Pawła liczą się na setki. Jak we wszystkich pismach św. Jana Chryzostoma, tak i te charakteryzuje krystaliczna jasność. Stanowią skarby mądrości, zaskakując przy tym pięknem formy oraz precyzją wyrażania myśli.

    W pismach św. Jana Chryzostoma uwidocznia się też pewna nowoczesność tonu i myśli, która czyni tego wielkiego pisarza wizjonerem, prorokiem przyszłych czasów. Aż do powrotu Chrystusa. To w ten sposób homilia 23, będąca komentarzem do Listu do Rzymian, stanowi trwały traktat o chrześcijańskiej myśli politycznej. Jan rozróżnia między autorytetem władzy, który jest pochodzenia boskiego i możliwym jej wypełnieniem, a [konkretną formą] władzy i jej wypełnieniem, będącym pochodzenia ludzkiego. Autorytet domaga się posłuszeństwa i podporządkowania bezwarunkowego, lecz nie każda forma sprawowania władzy.

    Kilka słów o panegirykach i jego traktatach. W pochwale św. Pawła, Jan wyraża swój podziw bezgraniczny i entuzjazm dla Apostoła Pawła. Pod jego piórem Paweł z Tarsu jest jak zmartwychwstały, staje się żywym wzorem doskonałości chrześcijańskiej. Inne panegiryki odnoszą się do wielkich postaci ze Starego Testamentu jak i do świętych biskupów i męczenników.

    Pośród traktatów żaden nie był tak często wydawany ponownie jak ten, który odnosi się do kapłaństwa. „U każdego, kto przeczytał tę książkę, serce rozpaliło się miłością do Boga” – pisze Izydor z Peluzjum, kilka lat po śmierci Chryzostoma. Traktat ten cechuje wzniosłość myśli, czystość wyrażenia, piękno stylu. Pozostaje „jednym z najcenniejszych skarbów literatury patrystycznej” (J. Quasten). Któż by uwierzył, że to arcydzieło zostało zredagowane w czasie, kiedy Jan był zaledwie diakonem. Miał wtedy 25 lat! Św. Hieronim czytał je w 392 roku. Każdy kandydat do kapłaństwa powinien się pochylić długo nad tym dziełem. Każdy kapłan powinien przeczytać wiele razy je w ciągu swego kapłańskiego życia…

    Konkluzja

    Ten Ojciec Kościoła jest wielkim świętym z powodu swego ewangelicznego życia, gorliwości w obronie czystości wiary, odwagi nie znającej kompromisów w obliczu władzy cesarskiej, w obliczu każdej władzy świeckiej. Jego nauczanie jest jasne, przyjemne w formie oraz pewne, przetrwało przez wieki i niezwykle się upowszechniło. Wielki biskup! Bardzo wielki pasterz owiec, powierzonych mu przez Pana. Głos potężny rozbrzmiewający przez wieki. Św. Jan Chryzostom pozostaje nauczycielem dla każdego chrześcijanina zatroskanego o postęp na drodze świętości.

    René Lejeune

    Vox Domini/przekład z franc. za zgodą Wydawnictwa du Parvis, Stella Maris nr 339, str. 6-9.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 września

    Najświętsze Imię Maryi

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Piekarska
      •  Najświętsza Maryja Panna Rzeszowska
      •  Święty Gwidon z Anderlecht
      •  Święty Piotr z Tarentaise, biskup
      •  Błogosławiona Maria od Jezusa, dziewica
      •  Błogosławiona Maria Luiza Prosperi, zakonnica
    ***
    Najświętsza Maryja Panna

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.
    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się “Mój Pan jest wielki”.
    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Boże

    Najświętsza Maryja Panna

    Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).
    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    W imię Maryi

    Co wspólnego ma imię Maria z odsieczą wiedeńską? Bynajmniej nie chodzi o to, że imię to nosiła żona zwycięzcy spod Wiednia, króla Jana III Sobieskiego.

    “Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył” – napisał Sobieski w liście do papieża Innocentego XI po pokonaniu armii Imperium Osmańskiego pod wodzą Kary Mustafy przez sprzymierzone siły polsko-austriacko-niemieckie. Wskazał tym samym na pierwszego Zwycięzcę w bitwie, po której potężna dotychczas Turcja już się nie podźwignęła i przestała zagrażać chrześcijańskiej Europie. Była jedna z bitew, które historycy uważają za decydujące o losach nasz cywilizacji. Bitwa rozpoczęła się 12 września 1683 roku rano, trwała 12 godzin, z czego przeważającą większość trwał ostrzał artylerii przygotowującej atak. Szarża husarii Sobieskiego – zaledwie pół godziny.

    Powtarzająca się tu jak refren liczba przywodzi na myśl 12 gwiazd w wieńcu na głowie Niewiasty. Jej imię – imię Maryi – widniało pod Wiedniem na sztandarach polskich wojsk, wypisane z rozkazu króla Jana III, gorliwego czciciela Matki Bożej. Wcześniej, idąc na odsiecz, nasz władca zatrzymał się na modlitwę na Jasnej Górze i w sanktuarium maryjnym w Piekarach Śląskich. Na miejsce starcia przybył 8 września, w dniu Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Przed bitwą brał wraz z wojskiem udział na Kahlenbergu we Mszy Świętej, osobiście do niej służył i przyjął Komunię Świętą.

    Ani król, ani papież nie mieli wątpliwości, że zwycięską hetmanką w tym starciu chrześcijaństwa z islamem była Matka Jezusa. Nie po raz pierwszy. Dość wspomnieć wcześniejszą o 112 lat bitwę morską pod Lepanto między Świętą Ligą a Imperium Osmańskim, 7 października, który to dzień na pamiątkę tamtego wydarzenia obchodzimy jako wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej. Tam również zwycięstwo przypisywano wstawiennictwu Dziewicy, wymodlonemu na Różańcu. Nasuwa się tu podobieństwo do innej jeszcze bitwy, nazwanej Cudem nad Wisłą, kilka wieków później, w roku 1920 pod Warszawą. Tam także wynik starcia “dwóch światów” został przesądzony w święto maryjne, 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i w dniu wspomnienia Matki Bożej Zwycięskiej.

    Dzień wiedeńskiej wiktorii – 12 września – został przez Innocentego XI ustanowiony świętem Najświętszego Imienia Maryi. Święto takie w liturgii jako pierwsi – jak to nieraz, jeśli chodzi o kult maryjny, bywało – zaczęli obchodzić Hiszpanie w diecezji Cienca, która już w roku 1513 otrzymała na to pozwolenie Stolicy Apostolskiej. Po zwycięstwie pod Wiedniem zaczęło ono obowiązywać w całym Kościele, początkowo w niedzielę po Narodzeniu Najświętszej Maryi Panny, szczególną popularność zyskując, ze zrozumiałych względów, w Polsce, Austrii i Niemczech. Od 1911 roku przeniesione na stale na 12 września, dziś ma charakter wspomnienia dowolnego.

    IMIENINY X 33

    Niełatwo zapewne było znaleźć w kalendarzu miejsce na kolejne święto maryjne. Tylko w Kościele w Polsce jest ich długa lista, złożona z 33 dat stałych i czterech ruchomych. Są wśród nich uroczystości, święta oraz wspomnienia obowiązkowe i dowolne. Przy czym mogą mieć one różną rangę, w zależności od diecezji. Tak więc 12 września najuroczyściej chyba obchodzi się w diecezji katowickiej, ponieważ przypada wówczas wspomnienie głównej patronki diecezji, Matki Bożej Piekarskiej – tej samej, przed której cudownym wizerunkiem modlił się w drodze na Wiedeń Jan III Sobieski.

    Każdego z tych dni Marie, którym patronuje Matka Boża, obchodzą imieniny. Imię Maria od wielu lat – po okresie lat 60. i 70. ubiegłego wieku, kiedy to wydawało się nieco niemodne – znów należy do najpopularniejszych imion. Według raportu MSWiA, w roku 2010 nadano je 3525 dziewczynkom w Polsce, a w 2011 roku, do 1 września, w samej Warszawie – 51 dziewczynkom, co daje mu 10. miejsce w rankingu najczęstszych imion kobiecych. Zupełnie natomiast wydaje się obecnie w odwrocie męska wersja imienia – Marian.

    Nie zawsze jednak nadawanie na chrzcie imienia Maria było bezproblemowe. Imię to uważano bowiem za zbyt dostojne, święte, cieszące się samo w sobie czcią ze względu na Bogurodzicę. Podobnie jak w większości krajów chrześcijańskich – oprócz bodajże Kastylii i hiszpańskojęzycznych krajów Ameryki Południowej – nikt nie śmie nazywać swoich synów imieniem Jezus. Już ks. Jan Długosz pisał, że nadawanie dzieciom imienia Maria jest niestosowne, a król Kazimierz Wielki postanowi! wręcz wydać przepis zabraniający przyjmowania tego imienia. Radzono sobie, używając w zamian formy Marianna lub – jak choćby w przypadku młodzieńczej miłości Mickiewicza – Maryla. Zwyczaj ten był żywy w niektórych parafiach w Polsce jeszcze po II wojnie światowej. Dziś wyjątkowość imienia Matki Bożej i pełen czci dystans wobec niego podkreśla zachowana staropolska jego forma: Maryja zamiast Maria. Przez wieki imię Maria nie tylko stało się najpopularniejszym imieniem żeńskim, ale także zaczęto je nadawać – jako drugie – mężczyznom, i to w niemal całym świecie chrześcijańskim.

    Przypadek szczególny stanowi tu Kościół w Etiopii, jeden z chrześcijańskich Kościołów Wschodnich, w którym cześć wobec Matki Chrystusowej była posunięta bardzo daleko. Jej imienia nadawać nie wolno tam było pod żadnym pozorem. Wobec tego pomysłowi Jej czciciele stworzyli wiele zamienników, takich jak “Kwiat Maryi”, “Sługa Maryi”, “Cnota Maryi”, “Dar Maryi”, “Ukochany Maryi” i tym podobne, którymi nazywano zarówno dziewczynki, jak i chłopców.

    Kochający Maryję wszędzie nadawali Jej przydomki – często wbrew oficjalnym nazwom świąt. I tak w Polsce mamy Gromniczną, Zielną czy Siewną. Inne ludy chrześcijańskie także zapewne mają podobne sposoby na okazanie Maryi miłości i przywiązania. Do kultu Matki Bożej odnosi się np. jedno z najpowszechniejszych imion języka hiszpańskiego – Pilar. Oznacza ono “kolumnę” i pochodzi od Nuestra Seńora del Pilar – przydomka Matki Bożej na Kolumnie, której słynąca łaskami XV-wieczna figura na jaspisowym pilastrze znajduje się w bazylice w Saragossie. Virgen del Pilar jest patronką całego Hispanidad – Świata Hiszpańskiego.

    UKOCHANA PRZEZ BOGA

    “Dziewicy zaś było na imię Maryja” – tymi słowami w Ewangelii św. Łukasza zostaje przedstawiona. Co jednak znaczy Jej imię, kochane, czczone, wypisywane na sztandarach, tylekroć powtarzane? Za paradoks można uznać fakt, że imię to, wyjątkowe i tak rozpowszechnione, święte i pospolite – ma znaczenie niejasne. Na postawie różnych źródłosłowów hebrajskie Mrym, wymawiane jako Mirydm, interpretowano rozmaicie, jako m.in.: “Świetlista”, “Miła”, “Pani”, “Wysoka” czy też “Wzniosła”, “Gwiazda morska”, “Buntowniczka”, “Napawająca radością”, “Dająca pić”, a nawet “Grubaska” – co byłoby u starożytnych semitów nie lada komplementem. Według innej koncepcji, imię to, które nosiła także siostra Mojżesza w czasach niewoli egipskiej, mogłoby mieć właśnie egipskie pochodzenie. Znaczyłoby wówczas “Ukochana przez Boga”. Czy można znaleźć bardziej satysfakcjonujące objaśnienie tego imienia? Żadne jednak, nawet najbardziej trafne teologicznie, etymologicznie nie jest do końca pewne.

    Jedno nie ulega wątpliwości: imię to było również w ówczesnym Izraelu bardzo popularne, pojawiające się często także w Ewangeliach. “Trzy Maryje poszły” wszak do grobu Jezusa, a żadna z nich nie była Jego Matką. Wybrana przez Boga na Matkę Zbawiciela cicha oblubienica cieśli z Nazaretu nosiła imię najzwyklejsze, w niczym Jej od innych kobiet niewyróżniające. “Imię – jak ktoś napisał – co choć nadane tym, którzy je noszą, nigdy do nich nie przywiera, nigdy do nich właściwie nie należy, tak dalece jest ono wyłączną własnością Matki Chrystusa.” W nim można się dopatrywać jeszcze jednego pięknego przykładu pokory Dziewicy Maryi.Lidia Molak

    Lidia Molak/Adonai.pl

    (przy pisaniu artykułu korzystałam z książki Vittoria Messoriego “Opinie o Maryi”,
    Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2007
    )

    (tekst pochodzi z Tygodnika Idziemy, 18 września 2011)

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 września

    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Prot i Hiacynt
      •  Święty Jan Gabriel Perboyre, prezbiter i męczennik
    ***
    Błogosławiony Franciszek Jan Bonifacio

    Franciszek Jan urodził się 7 września 1912 r. w Piranie, mieście na adriatyckim półwyspie Istria, stanowiącym wówczas część cesarstwa austro-węgierskiego (dziś Słowenia). Uczył się w szkole podstawowej w rodzinnym mieście, będąc jednocześnie ministrantem w parafii św. Franciszka z Asyżu. Już w wieku 12 lat znalazł się w niższym seminarium w miejscowości Koper. W 1932 r. zakończył nauki na poziomie gimnazjalnym i licealnym i został przeniesiony do seminarium duchownego w Gorycji. Tam studiował filozofię i teologię. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie w Trieście.
    Jego pierwszą placówką duszpasterską było Cittanova na półwyspie Istria. Tam swoją posługę rozpoczął od stworzenia oddziału Akcji Katolickiej. W 1939 r. został mianowany proboszczem niewielkiej parafii Villa Gardossi. Również i tu odtworzył Akcję Katolicką. Założył chór. Nauczał religii w lokalnej szkole. Zorganizował niewielką bibliotekę. Prawie codziennie, mimo chronicznej astmy i nieustannie atakującego go kaszlu, odwiedzał swoich parafian, szczególnie starszych, chorych i z małymi dziećmi, podróżując na rowerze albo pieszo, opierając się na lasce, z nieodłącznie towarzyszącym mu psem.
    W czerwcu 1940 r. II wojna światowa dotarła do Istrii. Do 1943 r. nie wpływała jednak znacząco na życie mieszkańców. Gdy jednak 8 września 1943 r. nowy rząd Włoch ogłosił zawieszenie broni z nacierającymi od południa siłami alianckimi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, sytuację starali się natychmiast wykorzystać komuniści, zarówno włoscy, jak i jugosłowiańscy. Zaczęli się organizować w Istrii, która stała się terenem starć między komunistami a faszystami. W połowie września do Istrii wkroczyli Niemcy, wspierający słabnące siły faszystowskie. W lasach nieopodal Villa Gardossi zaczęli pojawiać się partyzanci.
    Ks. Franciszek starał się dalej posługiwać swoim parafianom, choć sytuacja stawała się krytyczna. Z narażeniem życia próbował odzyskiwać ciała poległych partyzantów i chować je po chrześcijańsku. Zapobiegł podpaleniu przez Niemców domu, którego mieszkańców podejrzewano o przechowywanie partyzantów. Interweniował w dowództwie sił faszystowskich w miejscowości Buje protestując przeciw zamordowaniu miejscowego chłopa. Uratował przed rozstrzelaniem przez partyzantów innego parafianina, którego komuniści podejrzewali o donosicielstwo. Ukrywał też młodzież, która nie chciała być powołana do nowej faszystowskiej armii.
    W maju 1945 r. Niemcy poddali się. Włoskie wojska zostały wypędzone z Istrii przez zwycięskich komunistycznych partyzantów Józefa Broz Tito. Natychmiast rozpoczęły się prześladowania Kościoła. Organizowano “masówki”, na które zapędzano wieśniaków i indoktrynowano ich, oskarżając Kościół o “wstecznictwo”. Komunaziści zastąpili formalnie religijne święta świętami komunistycznymi. Zaczęto zapisywać wszystkich uczęszczających na Msze św. i nabożeństwa kościelne. Donosicielstwo stało się normą życia.
    Franciszek kontynuował swoje posłannictwo. Ostrzegano go, że wśród jego parafian niektórzy zaczęli służyć nowym panom. Radzono, by nikomu nie ufał. Nie zastosował się do tych rad, mimo że realnie oceniał coraz bardziej zaciskającą się pętlę komunistycznych rządów. Wkrótce znalazł się, z wieloma innymi księżmi, na “czarnej” liście komunistycznej. Propaganda zaczęła go oskarżać o “antykomunizm i działalność wywrotową”.
    W czerwcu 1946 r. komuniści pobili biskupa Antoniego Santin, ordynariusza Triestu i Koper, przełożonego Franciszka, gdy udawał się na bierzmowanie w Koprze. 1 września 1946 r. ks. Franciszek miał mówić w kazaniu: “Chrystus kocha grzeszników, jest dobrym pasterzem, który szuka zagubionych owiec. Pragnie ich nawrócenia. Kocha nawet zdrajcę i nazywa go przyjacielem. Kocha swoich katów: prosi swego Ojca w niebie o łaskę wybaczenia dla nich”.
    11 września 1946 r. Franciszek, wracając z posługi w jednej z miejscowości, gdzie słuchał spowiedzi, został porwany i wywieziony w nieznanym kierunku. Jego ciała nigdy nie znaleziono. Ostatni raz widziano go ok. godziny 16.00, gdy został zatrzymany przez kilku komunistycznych milicjantów. Prawdopodobnie został zakatowany na śmierć: istnieją niepotwierdzone relacje o tym, że Franciszek był bity, okradziony z odzienia, bity kamieniami po głowie i w końcu dwukrotnie zasztyletowany, po czym wrzucony do jednej z wielu okolicznych jam krasowych. Przypuszcza się, że na samej Istrii komuniści jugosłowiańscy, z pomocą rosyjskich doradców, zamordowali w masakrach od 4 do 20 tys. osób.
    Przez dziesięciolecia nad życiem i śmiercią ks. Franciszka panowała cisza. Dopiero ok. 1970 r. pojawiły się pierwsze relacje opisujące prawdopodobny przebieg ostatnich chwil jego życia. W 1998 r., w krypcie narodowego, włoskiego, sanktuarium Maryi Matki i Królowej, na wzgórzu Grisa niedaleko Triestu umieszczono cenotaf – symboliczny grób Franciszka. Został beatyfikowany 8 października 2008 r. w Trieście przez biskupa Eugeniusza Ravignani, ordynariusza Triestu, i reprezentującego papieża Benedykta XVI abp. Angelo Amato SDS.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 września

    Święty Mikołaj z Tolentino, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Pulcheria, cesarzowa
      •  Błogosławiony Ogleriusz, opat
      •  Błogosławiony Franciszek Gárate, zakonnik
    ***
    Święty Mikołaj z Tolentino

    Mikołaj urodził się w Castel Sant Angelo (obecnie Sant Angelo di Pontano), we Włoszech, w roku 1245. Na chrzcie otrzymał imię Mikołaj, gdyż rodzice prosili o syna przez wstawiennictwo św. Mikołaja z Bari – matka była bowiem od wielu lat niepłodna. W podzięce rodzice ofiarowali syna, gdy miał zaledwie 12 lat, jako oblata do zakonu augustianów (1257). W trzy lata potem młodzieniec wstąpił do nowicjatu. W domach zakonnych w Tolentino i w Cingoli odbył studia średnie, a potem studia w zakresie filozofii i teologii. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk św. Benvenuta, biskupa Osimo, w roku 1269 w Cingoli, w wieku 24 lat.
    W latach 1269-1275 Mikołaj pełnił funkcję misjonarza-kaznodziei: w Macerata, w Piaggiolino di Fano, w Montegiorgio, w Corridonio, w San Elpidio, w Recanati, w Treia, w Valmente di Pesaro oraz w Fermo. W latach 1275-1305 – przez 30 lat – przebywał w Tolentino.
    W posłuszeństwie zakonnym był tak doskonały, że wypełniał nie tylko najdrobniejsze nawet nakazy reguły, ale i życzenia swoich przełożonych. Chętnie spełniał także życzenia swoich współbraci, chociaż niektórzy z nich byli od niego młodsi i mniej zasłużeni. Był tak bardzo skromny, że nigdy nie podnosił oczu: na słuchaczy, na rozmówców, na penitentów w sakramencie pokuty. Miał tylko jeden habit, a na noc okrywał się swoim wytartym płaszczem. W uczynkach pokutnych naśladował ascetów pierwszych wieków chrześcijaństwa: co piątek biczował się do krwi specjalnie przez siebie sporządzoną wymyślnie dyscypliną; nigdy nie jadł mięsa, nabiału ani owoców; cztery razy w tygodniu pościł o chlebie i wodzie, podobnie we wszystkie dni Wielkiego Postu z wyjątkiem niedziel. Sypiał trzy do czterech godzin na dobę; oprócz Mszy świętej, którą odprawiał ze szczególną żarliwością, odmawiał wspólnie brewiarz, a ponadto psalmy pokutne, oficjum o Świętym Krzyżu i o zmarłych. Wszystkie te pacierze odmawiał na kolanach, na posadzce kamiennej. Chociaż był tak surowy dla siebie, był niezwykle wyrozumiały dla bliźnich, zwłaszcza dla grzeszników w konfesjonale. Spowiadał bardzo wiele, gdyż sława jego świętości gromadziła przy jego konfesjonale nieraz całe tłumy.

    Święty Mikołaj z Tolentino

    Był szczególnie wrażliwy na niedolę ubogich. Umiał przemawiać do zamożnych, by dzielili się chętnie swoją majętnością z tymi, którzy są głodni. Za zezwoleniem przełożonych utworzył stały fundusz dla ubogich. Bywało, że mył im nogi.
    Największą jednak sławę Mikołaj zdobył swoją pracą kaznodziejską. Zatroskany o wieczne zbawienie dusz nieśmiertelnych, okupionych tak wielką ceną męki i śmierci Syna Bożego, wykorzystywał każdą okazję, by przemawiać i kruszyć serca. Jego żarliwość apostolska i widok wychudłej od postów twarzy przemawiał wymowniej od najpiękniejszych słów. Swoje cierpienia i pokuty miał zwyczaj ofiarowywać za nawrócenie grzeszników.
    Pan Bóg obdarzył go niezwykłymi charyzmatami. Mikołaj miał rzadki dar łączności z duszami w czyśćcu cierpiącymi. W procesie kanonicznym stwierdzono ponad 300 wypadków cudownych uzdrowień, jakie wierni otrzymali za przyczyną Mikołaja tak za jego życia, jak i po jego śmierci. Wśród nich są wymienione trzy wypadki wskrzeszenia umarłych: 12-letniej córki Filipa z Fermo – cud potwierdzony przysięgą czterech kapłanów-świadków (1306); wskrzeszenie córki Jacopuzzo z Chieti (1320) i Venturyna z Gigliolo, potwierdzone przez niego, jego ojca, żonę i biskupa Maceraty.

    Święty Mikołaj z Tolentino

    Mikołaj zmarł w Tolentino 10 września 1305 roku. Jego pogrzeb był wielką manifestacją miasta i okolicy. Pochowano go w kościele klasztornym. Kiedy w roku 1345 odjęto od ciała dwie ręce, by je umieścić w drogocennych relikwiarzach, według kroniki klasztoru z ciała nienaruszonego rozkładem miała wypłynąć obficie krew. Ta sama kronika wspomina, że fakt płynięcia krwi miał się powtórzyć w ciągu wieków jeszcze kilka razy. Papież Eugeniusz IV w roku 1446 wyniósł Mikołaja uroczyście do chwały świętych. Jego kult zakon augustianów rozniósł po całym świecie. Jego główne sanktuarium znajduje się w Tolentino. Pierwotny kościół klasztorny pw. św. Jerzego powiększono i dano mu nowy tytuł – św. Mikołaja. Sanktuarium nawiedziło 12 papieży, 9 świętych i błogosławionych, 38 królów i książąt (wśród nich sam Napoleon i nasza królowa, Maria Kazimiera, żona króla Jana III Sobieskiego).
    Ikonografia przedstawia zwykle św. Mikołaja z Tolentino w czarnym habicie augustianina z regułą w ręku na znak sumiennego jej zachowania; z lilią w ręku, symbolem niewinności jego serca; z krzyżem w ręku, który oznacza ducha pokuty i z gwiazdą na piersiach lub nad głową Świętego, gdyż świadkowie mieli ją kilka razy nad nim oglądać.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 września

    Błogosławiona Aniela Salawa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Klawer, prezbiter
      •  Święty Piotr z Pébrac, prezbiter
      •  Błogosławiony Jakub Laval, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Eutymia Üffing, dziewica i zakonnica
      •  Błogosławiony Piotr Bonhomme, prezbiter
    ***
    Błogosławiona Aniela Salawa

    Aniela Salawa urodziła się 9 września 1881 r. w wielodzietnej, ubogiej rodzinie chłopskiej w Sieprawiu pod Krakowem. Jej rodzice byli bardzo pobożni, a matka mimo wielu zajęć i obowiązków nie zaniedbywała wspólnej modlitwy rodzinnej, głośnego czytania książek i czasopism religijnych. Aniela odznaczała się niezwykłą urodą. Ukończyła jedynie dwie klasy szkoły elementarnej, ponieważ musiała pomagać matce przy gospodarstwie. Mimo wątłego zdrowia zawsze była bardzo chętna do pracy.
    Jako młoda dziewczyna, jesienią 1897 r. udała się do Krakowa, gdzie podjęła pracę jako służąca. W dwa lata później bardzo przeżyła śmierć swojej dwudziestopięcioletniej siostry. Uświadomiła sobie wówczas, jak bardzo kruche jest życie. Po głębokim namyśle zdecydowała się na złożenie ślubu dozgonnej czystości. W 1900 r. przystąpiła do Stowarzyszenia Sług Katolickich św. Zyty, którego zadaniem było niesienie pomocy służącym. Miała więc okazję, aby bardzo owocnie prowadzić apostolstwo w gronie koleżanek, dla których była przykładem chrześcijańskiego życia. Wywierała bardzo silny wpływ na otoczenie. Dzieliła się pożywieniem i pieniędzmi z biedniejszymi od siebie. Garnęły się do niej zwłaszcza najmłodsze służące, dla których była matką i przyjaciółką.
    W 1912 r. Aniela Salawa wstąpiła do III zakonu św. Franciszka i złożyła profesję. Zafascynowana duchowością Biedaczyny z Asyżu, okazywała niezwykłą wrażliwość na działanie Ducha Świętego. Modlitwa umacniała ją w cierpliwym dźwiganiu codziennego krzyża. Wszelkie urazy i poniżenia składała w ofierze Bogu za grzeszników. Umiała przebaczać i odpłacać dobrem za zło.
    W czasie I wojny światowej – mimo że bardzo pogorszył się jej stan zdrowia, nasiliły się dolegliwości płuc i żołądka – pomagała w krakowskich szpitalach, niosąc pomoc i wsparcie rannym żołnierzom. Opiekowała się także jeńcami wojennymi. W 1916 r. podupadła jednak na zdrowiu tak, że konieczna stała się hospitalizacja. Po wypisaniu ze szpitala nie mogła już podjąć pracy zarobkowej. Ostatnie pięć lat życia spędziła w nędzy, z pogodą ducha dźwigając krzyż choroby. Swoje cierpienia ufnie ofiarowała Chrystusowi jako wynagrodzenie za grzechy świata. W tym czasie wiele też modliła się, czytała, rozmyślała. Obdarzona została przeżyciami mistycznymi.
    Zmarła na gruźlicę 12 marca 1922 r. w krakowskim szpitalu św. Zyty. Umierała samotnie, opuszczona przez wszystkich, wśród straszliwych cierpień, ale w głębokim zjednoczeniu z Chrystusem jako tercjarka franciszkańska. Beatyfikowana została 13 sierpnia 1991 r. przez św. Jana Pawła II na krakowskim Rynku.
    W ikonografii bł. Anielę przedstawia się w pomieszczeniu kuchennym. Jej atrybutem jest także szczotka do zamiatania.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 września

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Gietrzwałdzka
      •  Błogosławiona Serafina de Montefeltro
      •  Błogosławiony Alan de la Roche, prezbiter
      •  Błogosławiony Fryderyk Ozanam
      •  Święty Sergiusz I, papież
      •  Błogosławiony Wilhelm z Saint-Thierry, opat
      •  Błogosławiony Władysław Błądziński, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Adam Bargielski, prezbiter i męczennik
    ***
    Narodziny Maryi

    Pismo Święte nigdzie nie wspomina o narodzinach Maryi. Tradycja jednak przekazuje, że Jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim. Byli oni pobożnymi Żydami. Mimo sędziwego wieku nie mieli dziecka. W tamtych czasach uważane to było za karę za grzechy przodków. Dlatego Anna i Joachim gorliwie prosili Boga o dziecko. Bóg wysłuchał ich próśb i w nagrodę za pokładaną w Nim bezgraniczną ufność sprawił, że Anna urodziła córkę, Maryję.
    Nie znamy miejsca urodzenia Maryi ani też daty Jej przyjścia na ziemię. Według wszelkich dostępnych nam informacji, Maryja przyszła na świat pomiędzy 20. a 16. rokiem przed narodzeniem Pana Jezusa.

    Narodziny Maryi

    Z pism apokryficznych mówiących o Maryi należałoby wymienić przede wszystkim: Protoewangelię Jakuba, Ewangelię Pseudo-Mateusza, Ewangelię Narodzenia Maryi, Ewangelię arabską o młodości Chrystusa, Historię Józefa Cieśli i Księgę o przejściu Maryi. Największy wpływ wywarła na tradycję Kościoła Protoewangelia Jakuba. Pochodzi ona bowiem z roku ok. 150, jest więc bardzo bliska Ewangelii według św. Jana. Stamtąd właśnie dowiadujemy się, że rodzicami Maryi byli św. Joachim i św. Anna, i że Maryja jako kilkuletnie dziecię została przez rodziców ofiarowana w świątyni, gdzie też zamieszkała. Śladem tego opisu jest obchodzone w Kościele w dniu 21 listopada wspomnienie Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny.Pierwsze wzmianki o liturgicznym obchodzie narodzin Maryi pochodzą z VI w. Święto powstało prawdopodobnie w Syrii, gdy po Soborze Efeskim kult maryjny w Kościele przybrał zdecydowanie na sile. Wprowadzenie tego święta przypisuje się papieżowi św. Sergiuszowi I w 688 r. Na Wschodzie uroczystość ta musiała istnieć wcześniej, bo kazania-homilie wygłaszali o niej św. German (+ 732) i św. Jan Damasceński (+ 749). W Rzymie gromadzono się w dniu tego święta w kościele św. Adriana, który był przerobiony z dawnej sali senatu rzymskiego, po czym w uroczystej procesji udawali się wszyscy z zapalonymi świecami do bazyliki Matki Bożej Większej.
    Datę 8 września Kościół przyjął ze Wschodu – w tym dniu obchód ten znajdował się w sakramentarzach gelazjańskim i gregoriańskim. Święto rozszerzało się w Kościele dość wolno – wynikało to m.in. z tego, że wszelkie informacje o okolicznościach narodzenia Bożej Rodzicielki pochodziły z apokryfów.

    Narodziny Maryi

    W Polsce święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny ma także nazwę Matki Bożej Siewnej. Był bowiem dawny zwyczaj, że dopiero po tym święcie i uprzątnięciu pól zaczynano orkę i siew. Lud chciał najpierw, aby rzucone w ziemię ziarno pobłogosławiła Boża Rodzicielka. Do ziarna siewnego mieszano ziarno wyłuskane z kłosów, które były wraz z kwiatami i ziołami poświęcane w uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej, by uprosić sobie dobry urodzaj. Na Podhalu święto 8 września nazywano Zitosiewną, gdyż tam sieje się wtedy żyto. W święto Matki Bożej Siewnej urządzano także dożynki.
    We Włoszech i niektórych krajach łacińskich istnieje kult Maryi-Dziecięcia. We Włoszech istnieją nawet sanktuaria – a więc miejsca, gdzie są czczone jako cudowne figurki i obrazy Maryi-Niemowlęcia w kołysce. Do nich należą między innymi: Madonna Bambina w Forno Canavese, Madonna Bambina w katedrze mediolańskiej – najwspanialszej świątyni wzniesionej pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny; Madonna Bambina w kaplicy domu generalnego Sióstr Miłosierdzia. Matka Boża-Dzieciątko jest główną Patronką tego zgromadzenia. Czwarte sanktuarium Matki Bożej-Dzieciątka jest w Mercatello – znajduje się tam obraz namalowany przez św. Weronikę Giuliani (+ 1727).Dzisiejsze święto przypomina nam, że Maryja była zwykłym człowiekiem. Choć zachowana od zepsucia grzechu, przez całe życie posiadała wolną wolę, nie była do niczego zdeterminowana. Tak jak każdy z nas miała swoich rodziców, rosła, bawiła się, pomagała w prowadzeniu domu, miała swoich znajomych i krewnych. Dopiero Jej zaufanie, posłuszeństwo i pełna zawierzenia odpowiedź na Boży głos sprawiły, że “będą Ją chwalić wszystkie pokolenia”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Święto Narodzenia NMP

    Święto Narodzenia NMP

    Narodzenie Maryi/Domenico Ghirlandaio(PD)

    ***

    Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko, zwiastowało radość całemu światu: z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości, Chrystus, Bóg nasz. (Liturgia bizantyjska)

    Początków Święta Narodzenia Maryi trzeba szukać w Kościele Jerozolimskim. Apokryfy podawały wiele szczegółów z dzieciństwa Maryi, umieszczając miejsce Jej narodzin w pobliżu świątyni jerozolimskiej. Już od V w. pielgrzymi przybywający do świętego miasta nawiedzają kościół Najświętszej Panny „w miejscu Jej urodzenia”. Wydaje się, że uroczystość poświęcenia tej bazyliki leży u początków święta. Jest to obecna bazylika Sw. Anny, gdzie do dziś jest czczona figurka Maryi jako małego dziecka. Z Jerozolimy święto przechodzi do Konstantynopola. Na Zachodzie po raz pierwszy spotykamy je w kalendarzu Sonnancjusza, biskupa Reims (614—631). Za pontyfikatu papieża Sergiusza (687—701) święto nabiera w Rzymie dużego znaczenia i zostaje zaliczone do czterech uroczystości maryjnych połączonych z procesją stacyjną. W średniowieczu święto otrzyma oktawę i wigilię.

    W Polsce, ze względu na rozpoczynające się we wrześniu siewy, święto nosi nazwę Matki Bożej Siewnej, a w kościołach poświęca się ziarno siewne.

    Kościół obchodzi dziś narodzenie Maryi, Tej, którą obdarza tak wielu i tak wielkimi tytułami. Ona jest świętą Bożą Rodzicielką, Matką łaski Bożej, Matką przedziwną, Stolicą mądrości, Przybytkiem Ducha Świętego, Arką przymierza i Bramą niebios. Królową Aniołów i Królową Wszystkich Świętych. Maryja jest Matką Chrystusa i Matką Kościoła. Oto dlaczego Kościół, który obchodzi narodzenie świętych dla nieba, czyli dzień ich śmierci, czyni dla Maryi wyjątek. Jej przyjście na świat stało się nadzieją i jutrzenką zbawienia dla całego świata. Z Niej Syn Boży weźmie ludzką naturę, z Niej wzejdzie Słońce sprawiedliwości, Chrystus, nasz Bóg. Narodzenie Maryi przybliżyło zbawienie świata. Życie Kościoła koncentruje się wokół tajemnicy Chrystusa, dla Kościoła Chrystus jest wszystkim i dlatego to Kościół nie zadowala się .obchodem narodzin Słońca, czuwa już przy wzejściu Jutrzenki.

    Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko,
    zwiastowało radość całemu światu:
    z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości,
    Chrystus, Bóg nasz.
    On zniweczył przekleństwo,
    dał nam błogosławieństwo,
    śmierć pokonał,
    życie wieczne nam darował.

    (Liturgia Bizantyjska)

    Narodzenie Maryi

    Narodzenie Najświętszej Maryi Panny jest jednym z najstarszych świąt maryjnych w Kościele Chrystusowym. Już w V wieku – kiedy Sobór w Efezie (431) ogłosił dogmat o Macierzyństwie Bożym NMP – obchodzono w Jerozolimie uroczystość poświęcenia bazyliki w miejscu narodzenia Matki Bożej. Zaś w wieku VII święto to było już znane zarówno w Bizanjcum, jak i w Rzymie. Tajemnica narodzin Maryi tchnie radosnym przesłaniem, że z Niej, która „znalazła łaskę u Boga”, narodzi się oczekwiany Emmanuel – Zbawiciel świata (por. Mt 1, 20-23).

    Przez Chrystusa do Maryi

    Zgodnie z duchem listu apostolskiego Jana Pawła II Rosarium Virginis Mariae (16 X 2002) – każde święto maryjne chcemy przyjąć i przeżywać jako szczególną okazję do „kontemplacji Oblicza Chrystusa w szkole Maryi”. Kościół, wpatrując się w Nią jako swój wzór, jest wezwany do naśladowania Jej otwartości na łaskę i więź z Trójjedynym Bogiem: Ojcem i Synem, i Duchem Świętym. A wychodząc od tej największej tajemnicy obecności i działania Boga żywego wśród ludzi, odczytujemy na kartach Pisma Świętego, że Jego Jednorodzony Syn uczy nas tajemnic swojej niezwykłej Matki. To w Maryi – jak podkreśli Jan Paweł II – „poznajemy przemieniającą moc miłości Bożej. W Niej dostrzegamy świat odnowiony w miłości…” (por. Ecclesia de Euchristia, 62). To Ona z kolei „uczy” nas uznawać zbawcze i miłosierne działanie Boga i w Jego świetle odczytywać własne drogi powołań i całą ludzką historię. Maryja pomaga nam również interpretować to wszystko, co dziś się wydarza i odnosić do Jej Syna, Jezusa. A będąc nowym stworzeniem ukształtowanym przez Ducha Świętego, sprawia, że wzrasta w nas cnota nadziei pokładanej w Bogu na wszelkie okoliczności naszego życia. Brak kontemplacji oblicza Maryi, a wraz z nim utrata prawdy o Jezusie Chrystusie, który z Niej za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, uniemożliwiają wniknięcie w samą tajemnicę miłości Bożej i komunii trynitarnej (por. Jan Paweł II, Ecclesia in Europa, nr 19.125).

    Miłość, która wyjaśnia…

    Zazwyczaj o początku swojego życia każdy człowiek wie tylko tyle, ile dowiaduje się z urzędowego świadectwa urodzenia. To „opieczętowane” świadectwo może być wzmocnione relacją najbliższych, czy osób obecnych przy narodzinach. Ale mało kto zastanawia się nad tym, że jego biografia nie zaczyna się dopiero w dniu urodzenia, czy nawet w momencie poczęcia – ale w miłosnym zamyśle Boga Stwórcy. W Nim bowiem „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. W Bogu samym odnajdujemy nienaruszalny fundament godności każdego człowieka. Dlatego na wzór Maryi każdy bez wyjątku człowiek zobowiązany jest odkryć tę prawdę, że: „Bóg mnie kocha, to znaczy, że wydobywa mnie z anonimowości stworzenia i czyni mnie kimś jedynym, którego On chciał dla mnie samego” (por. Gaudium et spes, 24). Pewną ilustracją tej tajemnicy naszego osobistego zaistnienia są słowa zapisane przez Jana Pawła II w medytacji biblijnej: „Kim On jest? Jest jak gdyby niewysłowiona przestrzeń, która wszystko ogarnia – On jest Stwórcą. Ogarnia wszystko, powołując do istnienia z nicości nie tylko na początku, ale wciąż… Niewypowiedziany. Samoistne Istnienie. Jedyny. Stwórca wszystkiego. Zarazem Komunia Osób. W tej Komunii wzajemne obdarowywanie pełnią prawdy, dobra i piękna… Wzięliśmy w siebie – na ludzką miarę – to wzajemne obdarowanie, które jest w Nim… Żyjemy ze świadomością daru, choć może nawet nie umiemy tego nazwać – być widzialnym znakiem Odwiecznej Miłości…” (por. Poezje zebrane. Tryptyk rzymski, Kraków 2003, s.287.295).

    I pomimo iż w źródłach biblijnych nie znajdziemy ani imion rodziców Najświętszej Maryi Panny, ani daty czy miejsca urodzenia – to przyjmujemy z wiarą objawioną prawdę, że cała Jej wielkość i niezwykłość pochodzi z daru uprzedzającej miłości Boga i wybrania na Matkę Jednorodzonego Syna (por. Łk 1, 26-28.30-32). Zaś już od II wieku Tradycja poapostolska przekaże nam prawdę, że rodzicami Maryi byli: Joachim i Anna. Inny zaś głos tradycji, w osobie św. Bernarda, doktora Kościoła (†1153), w następujący sposób wysławia tę tajemnicę: „Trzeba było, aby Stwórca ludzi, który miał się narodzić jako człowiek, wybrał spośród wszystkich niewiast, albo raczej utworzył, taką Matkę, jaka byłaby godna i Jemu miła… Nie znaleziono Jej przypadkiem, w ostatniej chwili, ale od wieków została wybrana, przewidziana i przygotowana przez Najwyższego, strzeżona przez aniołów, zapowiedziana przez patriarchów, obiecana przez proroków… Dlatego spośród wszystkich poruszeń duszy, spośród wszystkich uczuć i przeżyć, jedynie miłość rozjaśnia wszystko i pozwala Maryi – odpowiedzieć swemu Stwórcy wzajemnością, wprawdzie nie równą, ale podobną…”.

    Maryjne „dzisiaj”…

    Święto Narodzenia NMP pozwala nam uświadomić sobie rolę chrześcijańskiego dziedzictwa rodzinnego. Ma ono bowiem wielkie znaczenie i może się stać błogosławieństwem zarówno dla dzieci, jak i rodziców. W klimacie rodzinnego domu – na podobieństwo domu Joachima, Anny i Maryi – rodzice nie mogą podarować swemu dziecku nic ważniejszego, niż przygotowanie daru jego życia poprzez łaskę osobistej wiary, własną modlitwę i zawierzenie siebie we wszystkim Bogu. Wciąż zbyt słabo zakorzeniona jest w nas świadomość, że Bóg, który obdarował nas życiem na swoje podobieństwo (Rdz 1,28), ogarnia każdego człowieka w swoich zbawczych planach, w określonym czasie, miejscu i wspólnocie osób. Dopiero wtedy z pogłębioną wiarą, nadzieją i miłością wpatrywać się będziemy w Ikonę Maryi, którą Bóg wybrał w sposób szczególny na Powierniczkę i Zwiastuna Dobrej Nowiny dla nas.

    ks. Wacław Depo/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 września

    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Melchior Grodziecki, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiona Eugenia Picco, zakonnica
    ***
    Błogosławiony Ignacy Kłopotowski

    Ignacy urodził się 20 lipca 1866 r. w Korzeniówce koło Drohiczyna na Podlasiu w patriotycznej i głęboko wierzącej rodzinie. Uczył się w gimnazjum klasycznym w Siedlcach. Dalsze kształcenie podjął w seminarium duchownym w Lublinie i w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie przyjął 5 lipca 1891 r. w katedrze lubelskiej.
    Po święceniach został wikariuszem parafii Nawrócenia św. Pawła w Lublinie. Jednocześnie w lubelskim seminarium duchownym od 1892 r. przez czternaście lat prowadził wykłady z Pisma Świętego, katechetyki, kaznodziejstwa, teologii moralnej i prawa kanonicznego. Pracował też w wikariacie katedralnym, a potem był rektorem kościoła św. Stanisława (w tym czasie pomagał prześladowanym unitom).
    Swojej działalności nie ograniczał do obowiązków duszpasterskich. Był wrażliwy na potrzeby innych i nie pozostawał obojętnym wobec biedy i upadku moralnego, z którymi zetknął się w czasie swojej pracy. Z myślą o bezdomnych i bezrobotnych już w 1893 r. stworzył Lubelski Dom Zarobkowy, w którym mogli oni pracować w wielu warsztatach, zarabiając na utrzymanie i mieszkanie. Zadbał również o kształcenie zacofanego społeczeństwa, inicjując szkołę rzemieślniczą. Trzy lata później dla moralnie upadłych kobiet założył Przytułek św. Antoniego. Zakładał też domy opieki dla starców i sierocińce.
    Z pomocą bogatych ziemian zainicjował też założenie w podlubelskich wsiach sieci szkół wiejskich; pomagały mu w tym także siostry zgromadzenia Służek Niepokalanej z Mariówki, za co Ignacego spotkały represje ze strony władz rosyjskich.
    Pisał, wydawał i rozpowszechniał modlitewniki oraz tanie broszurki religijno-patriotyczne. Wydawał: dziennik “Polak-Katolik”, tygodniki “Posiew” i “Anioł Stróż” (pisemko dla dzieci), miesięczniki “Dobra Służąca” i “Kółko Różańcowe”. Łączny ich nakład wyniósł ponad 8 milionów egzemplarzy. Po odzyskaniu niepodległości wznowił i redagował “Przegląd Katolicki”, zaś pod koniec życia zaczął wydawać “Głos Kapłański”. Zakładał też księgarnie.
    W 1908 r. przeniósł się z działalnością wydawniczą do Warszawy, aby ją rozwinąć na szerszą skalę. Mimo kłopotów z cenzurą, trudności finansowych i krytyki ze strony prasy liberalnej, trwał wiernie przy tej formie apostolstwa.
    W Warszawie prowadził także pracę duszpasterską. W 1913 r. został mianowany wikariuszem przy kościele św. Anny, a rok później rektorem dominikańskiego kościoła przy ul. Freta, którym opiekowało się duchowieństwo diecezjalne po usunięciu zakonników w ramach carskich represji. Sześć lat później został proboszczem parafii Matki Bożej Loretańskiej przy kościele św. Floriana na warszawskiej Pradze. Pelnił rownież funkcje dziekana praskiego i kanonika gremialnego kapituły warszawskiej.
    Kierując się chęcią zapewnienia ciągłości zapoczątkowanej przez siebie działalności wydawniczej, 31 lipca 1920 r. założył Zgromadzenie Sióstr Loretanek, które kontynuują dzieło ks. Kłopotowskiego, prowadząc drukarnię oraz wydawnictwo, w którym ukazuje się wiele pism i książek.
    Ks. Ignacy przyczynił się do powstania domów noclegowych, przytułków dla starców i kobiet oraz ochronek dla dzieci i młodzieży również w Warszawie. W 1928 r. założył Loretto k. Wyszkowa – ośrodek kolonijny dla biednych dzieci i dla staruszek. Dziś Loretto stało się sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej.
    Ks. Kłopotowski organizował dla najbiedniejszych bezpłatne kuchnie, kolonie, ochronki. Do dziś w budynku przy ul. Sierakowskiego 6 siostry loretanki prowadzą Dom Ojca Ignacego – świetlicę dla dzieci z najuboższych rodzin z terenu warszawskiej Pragi.
    Ludzie, którzy zetknęli się z nim, nazywali go “prawdziwym ojcem, opiekunem sierot”. Jako kapłan odznaczał się wielką gorliwością, umiłowaniem Boga i bliźniego, wiernością modlitwie, szczególną czcią Najświętszej Eucharystii i gorącym nabożeństwem do Matki Najświętszej. Ignacy Kłopotowski zmarł nagle 7 września 1931 r., w wigilię święta Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. W dniu śmierci ostatnią Mszę św. swego życia odprawił przy Jej ołtarzu w kościele św. Floriana.
    Początkowo został pochowany na Powązkach, ale zgodnie z jego wolą 26 września 1932 r. jego ciało złożono na cmentarzu w Loretto, a w 2000 r. prochy ks. Ignacego przeniesiono do kaplicy sanktuarium założonego przez niego zgromadzenia loretanek.
    Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w 1988 r. W grudniu 2004 r. w obecności papieża św. Jana Pawła II ogłoszono dekret o heroiczności cnót ks. Ignacego. 3 maja 2005 r. Stolica Apostolska orzekła, że złożone w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych udokumentowane świadectwo uzdrowienia ks. Antoniego Łatko z Szerokiej ma charakter cudu dokonanego za pośrednictwem ks. Kłopotowskiego. Beatyfikacja ks. Ignacego odbyła się 19 czerwca 2005 r. w Warszawie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    6 września

    Błogosławiony Michał Czartoryski,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Magnus z Füssen
    ***
    Błogosławiony Michał Czartoryski

    Jan Franciszek Czartoryski urodził się 19 lutego 1897 roku w Pełkiniach koło Jarosławia. Był szóstym z jedenaściorga dzieci Witolda i Jadwigi z domu Dzieduszyckiej. Atmosfera domu była przesiąknięta głęboką wiarą, zarówno matka, jak i ojciec należeli do Sodalicji Mariańskiej. W wieku trzech lat Jan przeszedł ciężką szkarlatynę, po której częściowo stracił słuch. Po otrzymaniu starannego wychowania w domu, uczył się w prywatnej szkole “Ognisko” prowadzonej przez ks. Jana Gralewskiego w Starej Wsi pod Warszawą. Po maturze zdanej w Krakowie rozpoczął studia techniczne we Lwowie i ukończył je jako inżynier architekt. W międzyczasie brał udział w obronie Lwowa w roku 1920 i otrzymał za męstwo okazane w na polu bitwy Krzyż Walecznych.
    Gdy w 1921 roku zaczęto we Lwowie organizować katolickie stowarzyszenie młodzieży “Odrodzenie”, Jan Czartoryski był jednym z jego założycieli. Od 1923 roku był współorganizatorem wakacyjnych kursów “Odrodzenia”. Od tego czasu był również regularnym uczestnikiem rekolekcji zamkniętych organizowanych przez związek. W 1924 roku odbył własne rekolekcje w klasztorze redemptorystów w Krakowie pod kierunkiem o. Bernarda Łubieńskiego.
    W 1926 roku, po długich wakacjach spędzonych w podróży po Francji i Belgii, Jan wstąpił do seminarium duchownego obrządku łacińskiego we Lwowie. Po krótkim pobycie w seminarium opuścił je, a w rok później, 18 września 1927 roku, przyjął w Krakowie w kaplicy św. Jacka habit dominikański i rozpoczął nowicjat. W zakonie otrzymał imię Michał. Po roku złożył śluby zakonne. Już w trzy lata później otrzymał święcenia kapłańskie. Po ukończeniu studiów teologicznych został wychowawcą najpierw braci nowicjuszy, a potem studentów. To trudne i odpowiedzialne zadanie wypełniło większość jego życia zakonnego. Oprócz tego przez jakiś czas był odpowiedzialny za budowę nowego klasztoru na warszawskim Służewie. Gromadził wokół siebie środowiska inteligencji, zajmował się III Zakonem św. Dominika, głosił rekolekcje. Wiosną 1944 r. został skierowany do klasztoru na Służewie w Warszawie.
    Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył o. Michała na Powiślu. Ponieważ w wyniku walk została odcięta możliwość powrotu do klasztoru, zgłosił się do dowództwa walczącego na Powiślu III Zgrupowania AK “Konrad” i został kapelanem powstańców. Większość czasu spędzał w szpitalu zorganizowanym w piwnicach firmy “Alfa-Laval” u zbiegu ulic Tamka i Smulikowskiego, opiekując się rannymi, niosąc otuchę i posługę duszpasterską. W zorganizowanej przez siebie kaplicy odprawiał msze.
    W nocy z 5 na 6 września 1944 r. odziały III Zgrupowania AK “Konrad” wycofały się z Powiśla do Śródmieścia. W szpitalu pozostali ciężko ranni żołnierze, kilka osób z personelu medycznego, cywile i o. Michał. Po wkroczeniu oddziałów niemieckich cywile oraz sanitariuszki zostali wyprowadzeni z piwnic i mogli opuścić miasto. Ojciec Michał był gorąco zachęcany przez przyjaciół, aby zdjął habit i w cywilnym ubraniu wyszedł ze szpitala. Nie przyjął tych propozycji; jak przekazał jeden ze świadków, “łagodnie uśmiechnął się i powiedział, że szkaplerza nie zdejmie i rannych, którzy są zupełnie bezradni i unieruchomieni w łóżkach nie opuści”. Niemcy zatrzymali go w szpitalu. Około godziny 14 w szpitalnym pomieszczeniu został rozstrzelany wraz z ciężko rannymi powstańcami, z którymi pragnął pozostać. Ciała zabitych wywleczono na barykadę, oblano benzyną i podpalono. Ocalałe resztki pochowano tymczasowo na podwórzu pobliskiego domu. Kiedy w rok później przeprowadzono ekshumację szczątek w celu przeniesienia ich do wspólnego grobu powstańców na Woli, ciała o. Michała już nie rozpoznano.
    Został beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 13 czerwca 1999 r. w Warszawie w gronie 108 męczenników II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 września

    Święta Matka Teresa z Kalkuty,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktoryn, męczennik
    ***
    Święta Matka Teresa z Kalkuty

    Matka Teresa – właściwie Agnes Gonxha Bojaxhiu – urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopje (dzisiejsza Macedonia) w rodzinie albańskiej. Została ochrzczona następnego dnia i ten dzień obchodziła później jako swoje urodziny. Dzieciństwo upłynęło jej w harmonii, pośród małych, codziennych spraw, w atmosferze wsparcia ze strony rodziny. W 1919 r. jej ojciec, kupiec, wyjechał w interesach. Wrócił z podróży w bardzo ciężkim stanie zdrowia i mimo natychmiastowej pomocy zmarł. Odbiło się to istotnie na sytuacji materialnej rodziny. Matka pozostała bez środków do życia. Choć nie było im łatwo, przyjmowali w swoich murach ubogich i szukających pomocy. Regularnie na posiłki przychodziła do nich pewna starsza kobieta. Matka mówiła wtedy do dzieci: “Przyjmujcie ją serdecznie, z miłością. Nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi”. Ponadto matka odwiedzała raz w tygodniu staruszkę opuszczoną przez rodzinę, zanosiła jej jedzenie, sprzątała dom, prała, karmiła. Powtarzała dzieciom: “Gdy czynicie coś dobrego, róbcie to bez hałasu, jakbyście wrzucały kamyk do morza”.
    Mając 18 lat Agnes wstąpiła do Sióstr Misjonarek Naszej Pani z Loreto i wyjechała do Indii. Składając pierwsze śluby zakonne w 1931 r., przyjęła imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus. Sześć lat później złożyła śluby wieczyste. Przez dwadzieścia lat w kolegium sióstr w Entally, na wschód od Kalkuty, uczyła historii i geografii dziewczęta z dobrych rodzin. W 1946 r. zetknęła się z wielką biedą w Kalkucie i postanowiła założyć nowy instytut zakonny, który zająłby się opieką nad najuboższymi. W 1948 r., po 20 latach życia zakonnego, postanowiła opuścić mury klasztorne. Chciała pomagać biednym i umierającym w slumsach Kalkuty. Przez dwa lata oczekiwała na decyzję władz kościelnych, by móc założyć własne Zgromadzenie Misjonarek Miłości i zamienić habit na sari – tradycyjny strój hinduski. 7 października 1949 r. nowe zgromadzenie zostało zatwierdzone przez arcybiskupa Kalkuty Ferdinanda Periera na prawie diecezjalnym. Po odbyciu nowicjatu 12 sióstr złożyło pierwszą profesję zakonną 12 kwietnia 1953 r., a założycielka złożyła profesję wieczystą jako Misjonarka Miłości. 1 lutego 1965 r. zgromadzenie otrzymało zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską. Stopniowo do sióstr dołączali spontanicznie lekarze, pielęgnarki i ludzie świeccy. Organizowano kolejne punkty pomocy, by uporać się z chorobami będącymi skutkiem niedożywienia i przeludnienia.
    W ciągu długiego życia Matka Teresa przemierzała niezmordowanie cały świat, zakładając placówki swej wspólnoty zakonnej i pomagając na różne sposoby najuboższym i najbardziej potrzebującym. W 1963 r. założyła męską wspólnotę czynną Braci Misjonarzy Miłości. W 1968 r. papież Paweł VI poprosił Matkę Teresę o przysłanie sióstr z jej zgromadzenia do Rzymu do opieki nad biedakami. W 1976 r. Matka Teresa utworzyła wspólnotę kontemplacyjną dla sióstr i braci.
    Otrzymała wiele nagród i odznaczeń międzynarodowych, m.in. Pokojową Nagrodę Nobla w 1979 r. Dzięki temu wiele krajów otworzyło drzwi dla sióstr. Papież Paweł VI nagrodził ją Nagrodą Pokoju papieża Jana XXIII “za pracę na rzecz ubogich, obraz chrześcijańskiej miłości i wysiłki na rzecz pokoju”. W 1976 r. otrzymała nagrodę Pacem in terris. Na wniosek włoskich dzieci została Kawalerem Orderu Uśmiechu (1996).
    Wielokrotnie gościła w Polsce, odkąd w 1983 r. Misjonarki Miłości podjęły służbę w naszym kraju. Podczas tych wizyt witana była przez hierarchów Kościoła i tłumy wiernych. Przyjmowała śluby swoich sióstr, odwiedzała prowadzone przez nie domy i otwierała nowe. Spotkać ją można było też wśród bezdomnych na Dworcu Wschodnim czy u więźniów na Służewcu w Warszawie. W 1993 r. przyjęła doktorat honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dyplom wręczył jej rektor Uniwersytetu; uroczystość odbyła się jednak nie w murach krakowskiej uczelni, ale w Warszawie, w pomieszczeniu, które na co dzień służy jako stołówka dla najuboższych.
    Obecnie w ponad 560 domach w 130 krajach pracuje prawie 5 tys. sióstr. Gałąź męska zgromadzenia liczy ok. 500 członków w 20 krajach. Strojem zakonnym sióstr jest białe sari z niebieskimi paskami na obrzeżach.Matka Teresa zmarła w opinii świętości w wieku 87 lat na zawał serca w domu macierzystym swego zgromadzenia w Kalkucie 5 września 1997 r. Jej pogrzeb w dniu 13 września 1997 r., decyzją władz Indii, miał oprawę należną osobom zajmującym najważniejsze stanowiska w państwie.
    Na prośbę wielu osób i organizacji św. Jan Paweł II już w lipcu 1999 r., a więc zaledwie w 2 lata po jej śmierci, wydał zgodę na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, chociaż przepisy kościelne wymagają minimum 5 lat od śmierci sługi Bożego na podjęcie takich działań. Proces na szczeblu diecezjalnym zakończono już w 2001 r. Beatyfikacji Matki Teresy dokonał w ramach obchodów 25-lecia swojego pontyfikatu św. Jan Paweł II dnia 19 października 2003 r. Kanonizacja Matki Teresy odbyła się w ramach obchodów Nadzwyczajnego Jubileuszu Świętego Roku Miłosierdzia w Watykanie 4 września 2016 r., a dokonał jej papież Franciszek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Matka Teresa widziała Chrystusa jak św. Siostra Faustyna

    fot. via Wikipedia (John Mathew Smith & www.celebrity-photos.com from Laurel Maryland, USA), CC BY-SA 2.0

    ***

    Św. Matka Teresa widziała Chrystusa jak św. Siostra Faustyna

    Nawet jej wielki przyjaciel i przez niemal 30 lat kierownik duchowy, ojciec Sebastian Vazhakal, nie zawsze wiedział, że Matka Teresa rozmawiała z Jezusem i miała nadprzyrodzone wizje. Najbardziej mistyczna część jej życia miała miejsce jeszcze przed tym nim założyła zgromadzenie Misjonarek. Ta część jej duchowych doświadczeń została ujawniona dopiero po jej śmierci i dla wielu “To było wielkie odkrycie,” jak twierdzi ten kapłan, Misjonarz Miłosierdzia, dla telewizji CNA.

     Matka Teresa zmarła w opinii świętości i już w samej chwili śmierci można się było spodziewać, że jej wszelkie zapiski potrzebne będą do procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego. Zatem jej dokumenty były zabezpieczane i stopniowo gromadzone w archiwach jezuitów w Kalkucie. Jej proces kanonizacyjny został otwarty wyjątkowo szybko, bo już w dwa lata po jej śmierci. Odnaleziono wówczas także jej korespondencję z kierownikiem duchowym ojcem Vazhakala, który współtworzył z nią Zgromadzenie Sióstr. W tych pismach czytamy o tym że Jezus przemawiał do Matki Teresy podczas bezpośrednich objawień i wizji, tak jak pokazywał się św Siostrze Faustynie.

    Według tych dokumentów objawienia te trwały od 10 września 1946 do 3 grudnia 1947 roku. Wówczas św. Matka Teresa była w stałym dialogu z Jezusem poprzez słowa i wizje. Wówczas była jeszcze zakonnicą w innym zgromadzeniu i uczyła w szkole w Kalkucie. Matka Teresa pisze, że jednego dnia podczas Komunii świętej, usłyszała jak Jezus powiedział do niej: “Chcę aby powstało zgromadzenie indyjskich zakonnic, ofiar miłości mojej, które byłyby jak Maria i Marta, które byłyby tak zjednoczone ze mną, aby promieniowały moją miłością na dusze”. To dzięki temu i innym słowom Jezusa Eucharystycznego, Matka Teresa otrzymała ukierunkowanie w kształtowaniu tworzonego przez nią zgromadzenia Misjonarek Miłości. Jej kierownik duchowy twierdzi że istotnie była ona tak zjednoczona z Jezusem, że to właściwie nie ona kochała, ale sam Jezus kochał ludzi przez nią.

    Jezus powiedział jej dokładnie, powstania jakiego rodzaju zgromadzenia zakonnic by oczekiwał. Jezus chciał aby były skryte w ubóstwie Krzyża, aby były posłuszne posłuszeństwem Krzyża, aby były pełne miłości. Ten okres duchowej pociechy i wsparcia nie trwał jednak długo. Po tym okresie radości około 1949 roku Matka Teresa zaczęła doświadczać “straszliwej ciemności i oschłości” w jej życiu duchowym, mówiła o tym cierpieniu do ks Vazhakala. “że na początku myślała, że ​​to opuszczenie jest z powodu jej własnej grzeszności, niegodności, jej własnych słabości. Kierownik duchowy Matki Teresy pomógł jej zrozumieć, że ta duchowa oschłość, to był tylko kolejny sposób na jaki Jezus pragnął, aby uczestniczyła w nędzy ubogich z Kalkuty. Okres ten trwał prawie 50 lat, aż do śmierci i był ​​bardzo bolesny. To właśnie z tej oschłości św Matka Teresa jest bardziej znana niż z mistycznych wizji.

    Ale nawet te duchowe cierpienia św Matka Teresa znosiła w łączności z Jezusem. Powiedziała kiedyś “Jeżeli moja ciemność i oschłości może być światłem dla jakiejś duszy, to pozwól abym była w tym pierwsza. Jeśli moje życie, jeśli moje cierpienie, może pomóc w czymś duszom, wówczas chcę cierpieć i umierać, choćby miało to trwać od stworzenia świata aż do końca czasu. “

    Ludzie na całym świecie wiedzą o widocznych aktach miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty, o jej czynach wobec ubogich, ale jej życie wewnętrzne z etapu objawień Jezusa nie jest ludziom znane

    Mottem Matki Teresy, wezwaniam jej zgromadzenia, były słowa Jezusa wypowiedziane z Krzyża: “Pragnę”. I chociaż to opiekowanie się Jezusem obecnym w bliźnich miało bardzo materialny charakter, poprzez karmienie osób umierających w zakładanych przez nią domach opieki, to źródło tego pragnienia i siły do realizacji tych wielkich dzieł tkwiły w jej nadzwyczajnej relacji z Jezusem. Ta codzienna modlitwa motywowała ją do ofiar i działania niemal bez odpoczynku.

    Matka Teresa nie zamierzała odpoczywać po swojej śmierci. Mówiła: “Kiedy umrę i pójdę do domu Boga, wówczas będę mogła przyprowadzić jeszcze więcej dusz do Boga”, Jej kierownik duchowy wspomina, że powiedziała “Nie będę spać w niebie, ale idę do cięższej pracy w innej formie.”

    Maria Patynowska/www.catholicnewsagency.com/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Matka Teresa z Kalkuty o ,,największym niszczycielu pokoju’’

    fot. Suma Iyer via Wikipedia, CC BY-SA 4.0 / Pixabay, CC 0

    Matka Teresa z Kalkuty o ,,największym niszczycielu pokoju’’

    „Ale czuję, że największym niszczycielem pokoju jest aborcja, ponieważ jest to wojna przeciwko dziecku, bezpośrednie zabicie niewinnego dziecka, morderstwo dokonane przez samą matkę. A jeśli zaakceptujemy, że matka może zabić nawet własne dziecko, to jak możemy mówić innym ludziom, by nie zabijali się nawzajem” – powiedziała Matka Teresa z Kalkuty. Warto przypomnieć te słowa wielkiej świętej, które wygłosiła 5 lutego 1994 w Waszyngtonie.

    Matka Teresa wypowiedziała te słowa w obronie nienarodzonych, kiedy prezydentem był proaborcyjny Bill Clinton. Dzisiaj Stanami Zjednoczonymi rządzi – jak się go określa – „najbardziej proaborcyjny prezydent w historii USA”, czyli Joe Biden. Jak na ironię „katolik”. Wzruszające są protesty przeciwko wojnie na Ukrainie, ale trudno przejść do porządku dziennego nad faktem, że często ci sami ludzie popierają inną wojnę: „wojnę przeciwko dziecku”.

    Jak pisze Louis Knuffke na łamach „Life Site News”: „Jesteśmy na wojnie, a nasze ręce są głęboko zanurzone we krwi. Ale to nie tutaj patrzy świat”. Dalej autor stwierdza: „Jeśli ludzkie życie na jego najbardziej bezbronnym etapie traktuje się jako tanie i bezlitośnie depce w imię wygody, wyzwolenia seksualnego, opieki zdrowotnej czy jakiegokolwiek innego eufemizmu, w imię jakiej logiki możemy zmienić zdanie i zakazać, potępić czy karać inne akty przemocy przeciwko życiu ludzkiemu?”

    Knuffke zauważa, że obrazy przedstawiające ofiary wojny często są zbyt traumatyczne, by przedstawiać je w mediach. „Jednak codziennie – pisze dalej – w dokładnie tych samych krajach, które potępiają okrucieństwa wojny, otwarcie bronimy w naszych sądach i legislaturach metody aborcji tak przerażające, że robi się niedobrze słysząc o wykonywaniu takich procedur, nie mówiąc już o ich oglądaniu”.

    Trudno wręcz porównać okrucieństwa wojny do praktyk, jakie się stosuje do zabijania niewinnych – także niewinnych żadnej zbrodni wojennej – dzieci nienarodzonych. Jedną z takich metod jest „rozczłonkowanie”. Jak pisze autor, „praktyka ta jest tak przerażająca, jak sugeruje to nazwa. Dziecko jest dosłownie rozczłonkowywane, kawałek po kawałku. Żaden obraz nie może adekwatnie przedstawić cierpienia i zgrozy tej rzeczywistości”.

    „Aborcja niszczy pokój, ponieważ niszczy miłość do małych dzieci. A kto nie akceptuje małych dzieci, nie akceptuje Chrystusa. Jeśli chcemy mieć pokój, wówczas musimy zaakceptować i chronić nienarodzone dzieci” – pisze Knuffke, przypominają jednocześnie, że sam Chrystus wybrał bycie bezbronnym dzieckiem przez 9 miesięcy w łonie Matki Bożej. Chrystus też powiedział: „Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje” (Mk 9,37).

    jjf/LifeSiteNews.com/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 września

    Bł. Maria Stella i Towarzyszki,
    męczennice z Nowogródka

    Zobacz także:
      •  Święta Rozalia, dziewica
      •  Najświętsza Maryja Panna, Matka Pocieszenia
      •  Błogosławieni męczennicy francuscy
      •  Święty Bonifacy I, papież
      •  Błogosławiona Katarzyna z Racconigi
      •  Błogosławiona Maria od św. Cecylii Rzymianki, zakonnica
      •  Mojżesz, prorok i prawodawca
    ***
    Błogosławione męczennice z Nowogródka

    Po napadzie wojsk niemieckich na Polskę we wrześniu 1939 roku część przerażonej ludności polskiej mieszkającej dotąd w Nowogródku opuściła swe domostwa i udała się na Wileńszczyznę. Na miejscu pozostał jedynie proboszcz miejscowej fary. Musiał się podzielić swym dwupokojowym mieszkaniem z funkcjonariuszem NKWD. Właśnie przy farze nowogródzkiej przyszło pracować nazaretankom.
    Zgromadzenie zostało zaproszone do pracy na tej ziemi przez biskupa Zygmunta Łozińskiego w 1920 roku. Siostry zajęły się wychowaniem religijnym i edukacją dzieci i młodzieży. Najpierw założyły internat, następnie szkołę powszechną. Otwarte na potrzeby ludzi w czasie pokoju, tym bardziej gorliwie służyły innym podczas okupacji wojennej. Musiały jednak w czasie okupacji opuścić tak szkołę, jak i własny klasztor. Zmieniły habity na świecki strój i szukały jakiegoś zajęcia, aby zapewnić sobie skromne utrzymanie. Jedynie siostra Imelda nie zdjęła habitu. Siostry szukały odpowiedniego dachu nad głową u dobrych ludzi. Spotykały się razem tylko w kościele farnym na Mszy i różańcu. Rosjanie, którzy zetknęli się bliżej z siostrami, byli pod wrażeniem ich uczciwości i rzetelności w pracy. Nie mogli wyjść z podziwu dla polskiej ludności, która bardzo licznie gromadziła się w kościele.
    6 lipca 1941 roku w Nowogródku zmienili się okupanci. Okazało się szybko, że nowy okupant nie jest lepszy od poprzedniego. Niemcy starali się wykorzystywać antagonizmy między Białorusinami i Polakami, by skłócać ich na wszelki możliwy sposób. Obiecywali Białorusinom autonomię, a nawet niepodległość. Kiedy w 1943 r. sowieccy i polscy partyzanci zajęli miasteczko Iwieniec, Niemcy przystąpili do planowego mordowania Polaków.
    Co jakiś czas organizowali “pokazowe” rozstrzeliwanie Polaków, aby zastraszyć wszystkich stawiających jakikolwiek opór. Podobna akcja miała miejsce 18 lipca 1943 roku, kiedy to aresztowano 120 osób z zamiarem rozstrzelania. Wówczas to siostry nazaretanki wspólnie podjęły decyzję ofiarowania swego życia za uwięzionych członków rodzin. Wobec kapelana i rektora fary, ks. Aleksandra Zienkiewicza, tę decyzję w imieniu wszystkich wypowiedziała siostra Maria Stella, pełniąca wtedy obowiązki przełożonej. Uwięzieni zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy, a kilku zwolniono. Wobec zagrożenia życia jedynego w okolicy kapłana siostry ponowiły gotowość ofiary: “Ksiądz kapelan jest bardziej potrzebny ludziom niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”. Bóg tę ofiarę przyjął.
    31 lipca 1943 r. wieczorem siostry otrzymały wezwanie na komisariat. Po wieczornym nabożeństwie 11 sióstr stawiło się na wezwanie. Dwunasta siostra, Małgorzata Banaś (jej proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 r.) nie wróciła jeszcze z pracy w szpitalu. Tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję. Nie znaleźli odpowiedniego miejsca, więc wrócili na komisariat i zamknęli siostry w piwnicach.
    Następnego dnia, w niedzielę, 1 sierpnia 1943 roku, około godziny 5.00 rano, ponownie wywieźli siostry poza miasto. Tam w lesie dokonał się mord na niewinnych zakonnicach. Niemcy rozstrzelali 11 sióstr nazaretanek. Były to: s. Maria Stella od Najświętszego Sakramentu – Adela Mardosewicz, lat 55, pochodząca z okolic Pińska; s. Maria Imelda od Jezusa Hostii – Jadwiga Żak, lat 51, z Oświęcimia; s. Maria Rajmunda od Jezusa i Maryi – Anna Kukołowicz, lat 51, z Wileńszczyzny; s. Maria Daniela od Jezusa i Maryi Niepokalanej – Eleonora Jóźwik, lat 48, z Podlasia; s. Maria Kanuta od Pana Jezusa w Ogrójcu – Józefa Chrobot, lat 47, z ziemi wieluńskiej; s. Maria Sergia od Matki Bożej Bolesnej – Julia Rapiej, lat 43, z okolic Grodna; s. Maria Gwidona od Miłosierdzia Bożego – Helena Cierpka, lat 43, z woj. poznańskiego; s. Maria Felicyta – Paulina Borowik, lat 37, z Podlasia; s. Maria Heliodora – Leokadia Matuszewska, lat 37, z Pomorza; s. Maria Kanizja – Eugenia Mackiewicz, lat 39, z Suwałk; s. Maria Boromea – Weronika Narmontowicz, lat 27, z okolic Grodna.
    Jeden z morderców opowiadał później, że siostry przed straceniem uklękły, modliły się, żegnały się ze sobą. Matka przełożona każdą błogosławiła. Zarówno ks. Zienkiewicz, jak i pozostali uwięzieni ocaleli.
    Rok po męczeństwie sióstr ks. Zienkiewicz powrócił do Nowogródka. Dzięki jego zabiegom doczesne szczątki nazaretanek 19 marca 1945 r. ekshumowano i przeniesiono do wspólnej mogiły przy farze. Opiekowała się nią, aż do swej śmierci w 1966 roku, uratowana od rozstrzelania s. Małgorzata Banaś. Troszczyła się też o kościół farny. Relikwie nazaretanek znajdują się w sarkofagu w tym właśnie kościele.
    5 marca 2000 r. św. Jan Paweł II dokonał na placu św. Piotra pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, wynosząc do chwały ołtarzy 44 męczenników, którzy oddali życie za wiarę w różnych krajach i epokach. Byli wśród nich: pierwsi męczennicy brazylijscy, kapłani Andrzej de Soveral i Ambroży Franciszek Ferro oraz 28 świeckich towarzyszy, zamordowanych w 1645 roku w czasie prześladowań Kościoła w Brazylii przez protestantów; tajlandzki kapłan Mikołaj Bunkerd Kitbamrung, który w 1944 roku zmarł w więzieniu, gdzie osadzono go pod fałszywym zarzutem szpiegostwa; dwaj młodzi katechiści świeccy: Filipińczyk Piotr Calungsod, zabity w 1672 roku podczas misji na Wyspach Mariańskich na Pacyfiku, i Wietnamczyk Andrzej z Phú Yen, który poniósł śmierć męczeńską w 1644 roku, oraz polskie nazaretanki: Maria Stella (Adela Mardosewicz) i 10 Towarzyszek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Błogosławione siostry Nazaretanki z Nowogródka – orędowniczki spraw polskich

    (Śmierć 11 nazaretanek z Nowogródka w wizji malarskiej Adama Styki, 1948 fot. nazareth.org)

    ***

    4 września obchodzimy liturgiczne wspomnienie błogosławionych 11 sióstr Nazaretanek z Nowogródka, który dziś leży na terenie Białorusi. W roku 1943 oddały one swoje życie, w zamian za życie 120 zakładników – głównie ojców rodzin, których Niemcy zamierzali rozstrzelać. Błogosławione siostry stały się patronkami Polaków na Białorusi. Nie ustają modlitwy o ich wstawiennictwo w intencjach zakończenia wojny hybrydowej, która trwa na naszej granicy z Białorusią oraz godnego pochówku ofiar sowieckich zbrodni – operacji polskiej NKWD i obławy augustowskiej.

    Zgromadzenie Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, potocznie zwane Nazaretankami przybyło w okolice Nowogródka w roku 1920 na zaproszenie biskupa Zygmunta Łozińskiego. Na miejscu siostry założyły internat oraz szkołę powszechną i zajęły się edukacją miejscowych dzieci. Jednocześnie pracowały przy nowogródzkiej farze pw. Przemienienia Pańskiego. 

    Podczas II wojny światowej w odpowiedzi na akcje oddziałów AK na terenie Nowogródczyzny, od lipca 1942 roku, Niemcy prowadzili liczne aresztowania i egzekucje wśród ludności polskiej. Zamordowano wówczas wielu przedstawicieli przedwojennej inteligencji polskiej i miejscowych kapłanów katolickich. Ostatnia fala aresztowań nastąpiła w nocy z 17 na 18 lipca 1943, kiedy to z zamiarem rozstrzelania, oddziały gestapo zatrzymały około 120 osób – głównie ojców i rodzin z Nowogródka.

    Pełniąca obowiązki przełożonej domu zakonnego Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu (nazaretanek) w Nowogródku – s. Maria Stella, w imieniu całej wspólnoty domu zakonnego złożyła Bogu ofiarę w zamian za uratowanie życia aresztowanym, w tym  ks. Aleksandra Zienkiewicza – kapelana sióstr i rektora kościoła farnego p.w. Przemienienia Pańskiego w Nowogródku.

    Bóg przyjął ofiarę sióstr. 120 aresztowanym członkom rodzin, za których siostry ofiarowały życie, zamieniono karę śmierci na przymusowe roboty w Niemczech, po zakończeniu działań wojennych wszyscy wrócili do swoich rodzin. Natomiast 31 lipca 1943 roku s. Maria Stella wraz ze wspólnotą otrzymała z Gestapo nakaz zgłoszenia się wieczorem do nowogórdzkiej siedziby tej zbrodniczej organizacji. Na komisariat udało się 11 sióstr. Wczesnym rankiem 1 sierpnia siostry zostały przetransportowane i rozstrzelane nad, wykopanym wcześniej, dołem śmierci w lesie niedaleko Nowogródka.

    Niemcy zamordowali wówczas przełożoną domu Nazaretanek siostrę Marię Stella oraz siostry – Imeldę (Jadwiga Żak), Rajmundę (Anna Kukołowicz), Danielę (Eleonora Jóźwik), Kanutę (Józefa Chrobot), Sergię (Julia Rapiej), Gwidonę (Helena Cierpka), Felicytę (Paulina Borowik), Heliodorę (Leokadia Matuszewska), Kanizję (Eugenia Mackiewicz) i Boromę (Weronika Narmontowicz). 11 nazaretanek z Nowogródka zostało beatyfikowanych przez papieża Jana Pawła II w Rzymie 5 marca 2000 roku.

    Z całej dwunastoosobowej nowogródzkiej wspólnoty przy życiu pozostała jedynie, pochodząca z okolic Wadowic, siostra Małgorzata Banaś (1896 – 1966), która w tym czasie pracowała w szpitalu. Trwa jej proces beatyfikacyjny.

    Jak przekazały nam siostry Nazaretanki z Grodna, błogosławione męczennice, z nieba bardzo wspierają Kościół na Białorusi, który obecnie przeżywa prześladowania ze strony białoruskiego reżimu. Aresztowani są księża, zamykane są kościoły.

    Rośnie ruch pielgrzymkowy do grobu męczennic nazaretanek w farze w Nowogródku. Za ich wstawiennictwem wypraszane są tu liczne łaski dla Polski. Wierni modlą się m.in. o ustanie nawały emigrantów na naszą granicę z Białorusią. Często trwa tu modlitwa o godny pochówek dla tysięcy ofiar operacji polskiej NKWD oraz obławy augustowskiej. Ich ciała nadal leżą w bezimiennych dołach śmierci na Białorusi. Do Nowogródka przybywają pielgrzymki ojców rodzin, prosząc o potrzebne łaski.

    Często peregrynują tu również potomkowie osób ocalonych dzięki ofierze nazaretanek. – Moja mama przyjaźniła się z siostrą Stellą, ówczesną przełożoną z Nowogródka. Ja dziedziczę po niej imię. Bezpośrednio nie znałam sióstr, bo byłam zbyt mała, ale z opowieści mamy wiem, że to one się bardzo przyjaźniły. Miałam pół roku, jak mama zaprowadziła mnie na miejsce rozstrzelania sióstr. Opowiadała dużo o nich, o wsparciu, jakiego jej udzielały w trudnej, wojennej codzienności – wspomina pani Stella Góźdź, pochodząca z Nowogródka.   

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    3 września

    Święty Grzegorz Wielki,
    papież i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Marinus, pustelnik
      •  Święta Feba z Kenchr, wdowa
      •  Błogosławiony Gerard z Jerozolimy, zakonnik
      •  Błogosławiony Brygida od Jezusa Morello, zakonnica
    ***
    Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz urodził się w 540 r. w Rzymie w rodzinie patrycjuszy. Jego rodzice, św. Gordian i św. Sylwia, doznają chwały ołtarzy. Na jego wychowanie miały dość duży wpływ również jego ciotki: św. Farsylia i św. Emiliana, które mieszkały w pałacu Gordiana. Swoją młodość Grzegorz spędził w domu rodzinnym na Clivus Scauri, położonym w pobliżu dawnego pałacu cesarza Septymiusza Sewera, Cyrku Wielkiego oraz istniejących już wówczas bazylik – świętych Jana i Pawła, św. Klemensa, Czterech Koronowanych i Lateranu.
    Piastował różne urzędy cywilne, aż doszedł do stanowiska prefekta (namiestnika) Rzymu, znajdującego się wtedy pod władzą cesarstwa wschodniego (od roku 552). Po czterech latach mądrych i szczęśliwych rządów (571-575) niespodziewanie opuścił tak eksponowane stanowisko i wstąpił do benedyktynów. Własny, rodzinny dom zamienił na klasztor dla dwunastu towarzyszy. Ten czyn zaskoczył wszystkich – pan Rzymu został ubogim mnichem. Dysponując ogromnym majątkiem, Grzegorz założył jeszcze 6 innych klasztorów w swoich dobrach na Sycylii. W cieniu słynnego później opactwa św. Andrzeja na wzgórzu Celio trwał na modlitwie i poście.
    W roku 577 papież Benedykt I mianował Grzegorza diakonem Kościoła rzymskiego, a w roku 579 papież Pelagiusz II uczynił go swoim apokryzariuszem, czyli przedstawicielem na dworze cesarza wschodniorzymskiego. Grzegorz udał się więc w stroju mnicha wraz z kilkoma towarzyszami do Konstantynopola. Spędził tam 7 lat (579-586). Wykazał się dużymi umiejętnościami dyplomatycznymi. Korzystając z okazji, nauczył się języka greckiego. Ceniąc wielką mądrość i roztropność Grzegorza, papież Pelagiusz II wezwał go z powrotem do Rzymu, by pomagał mu bezpośrednio w zarządzaniu Kościołem i służył radą. Miał jednocześnie pełnić obowiązki osobistego sekretarza papieża. Od roku 585 był także opatem klasztoru.

    Święty Grzegorz Wielki

    7 lutego 590 r. zmarł Pelagiusz II. Na jego miejsce lud, senat i kler rzymski jednogłośnie, przez aklamację, wybrali Grzegorza. Ten w swojej pokorze wymawiał się. Napisał nawet do cesarza i do swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by nie zatwierdzano jego wyboru. Stało się jednak inaczej. 3 września 590 r. odbyła się jego konsekracja na biskupa. Przedtem przyjął święcenia kapłańskie. W tym samym roku Rzym nawiedziła zaraza, jedna z najcięższych w historii tego miasta. Grzegorz zarządził procesję pokutną dla odwrócenia klęski. Wyznaczył 7 kościołów, w których miały gromadzić się poszczególne stany: kler – w bazylice świętych Kosmy i Damiana; mnisi – w bazylice świętych Gerwazego i Protazego; mniszki – w kościele świętych Piotra i Marcelina; chłopcy – w bazylice świętych Jana i Pawła; wdowy – w kościele św. Eufemii, a wszyscy inni – w kościele św. Stefana na Celio. Z tych kościołów wyruszyły procesje do bazyliki Matki Bożej Większej, gdzie papież-elekt wygłosił wielkie przemówienie o modlitwie i pokucie. Podczas procesji Grzegorz zobaczył nad mauzoleum Hadriana anioła chowającego wyciągnięty, skrwawiony miecz. Wizję tę zrozumiano jako koniec plagi. Utrwalono ją artystycznie. Do dnia dzisiejszego nad mauzoleum Hadriana, zwanym także Zamkiem Świętego Anioła, dominuje ogromny posąg anioła ze wzniesionym mieczem.
    Pontyfikat Grzegorza trwał 15 lat. Zaraz na początku swoich rządów Grzegorz nadał sobie pokorny tytuł, który równocześnie miał być programem jego pontyfikatu: servus servorum Dei – “sługa sług Bożych”. Do ówczesnych patriarchów Konstantynopola, Antiochii, Jerozolimy i Aleksandrii skierował wysłanników z zawiadomieniem o swoim wyborze w słowach pełnych pokory i przyjaźni, czym pozyskał sobie ich miłość. Codziennie głosił słowo Boże. Usunął z kurii papieskiej niegodnych urzędników. Podobnie uczynił z biskupami i proboszczami na parafiach. Zreformował służbę wobec ubogich. Wielką troską otoczył rzymskie kościoły i diecezje Włoch. Dla lepszej kontroli i orientacji wyznaczył wśród biskupów osobnego wizytatora. Był stanowczy wobec nadużyć. Poprzez przyjaźń z królową Longobardów, Teodolindą, pozyskał ją dla Kościoła.
    Kiedy Bizantyjczycy pokonali Wandalów i zajęli północną Afrykę, tamtejsi biskupi zaczęli dążyć do zupełnej autonomii od Rzymu, co mogło grozić schizmą. Papież energicznie temu zapobiegł. Wielką radość sprawiła mu wiadomość o nawróceniu w Hiszpanii ariańskich Wizygotów, dzięki gorliwości i taktowi św. Leandra (589), z którym św. Grzegorz był w wielkiej przyjaźni. Nawiązał także łączność dyplomatyczną z władcami Galii. Do Anglii wysłał benedyktyna św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury) wraz z 40 towarzyszami. Ich misja powiodła się. W samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 597 r. król Kentu, Etelbert I, przyjął chrzest. Obecnie czczony jest jako święty.

    Święty Grzegorz Wielki - reformator śpiewu kościelnego

    Najgorzej układały się stosunki Rzymu z Konstantynopolem. Chociaż papież utrzymywał z cesarstwem jak najlepsze stosunki, patriarchowie uważali się za równorzędnych papieżom, a nawet za wyższych od nich właśnie dlatego, że byli biskupami w stolicy cesarzy. W tym właśnie czasie patriarcha Konstantynopola nadał sobie nawet tytuł patriarchy “ekumenicznego”, czyli powszechnego. Przeciwko temu Grzegorz zaprotestował i nigdy tego tytułu nie uznał, uważając, że należy się on wyłącznie biskupom rzymskim.
    Grzegorz rozwinął owocną działalność także na polu administracji kościelnej. Uzdrowił finanse papieskie, zagospodarował majątki, które służyły na utrzymanie dworu papieskiego. W równym stopniu zasłużył się na polu liturgii przez swoje reformy. Ujednolicił i upowszechnił obrządek rzymski. Dotąd bowiem każdy kraj, a nawet wiele diecezji miały swój własny ryt, co wprowadzało wiele zamieszania.
    Od pontyfikatu Grzegorza pochodzi zwyczaj odprawiania 30 Mszy św. za zmarłych – zwanych “gregoriańskimi”. Kiedy papież był jeszcze opatem benedyktynów w Rzymie, zmarł pewien mnich, przy którym znaleziono pieniądze. W owych czasach posiadanie własnych pieniędzy przez zakonnika było uważana za wielkie przestępstwo. Grzegorz, aby dać lekcję mnichom, nakazał pogrzebać ciało owego zakonnika poza klasztorem, w miejscu niepoświęconym. Pełen jednak troski o jego duszę nakazał odprawić 30 Mszy świętych dzień po dniu. Kiedy została odprawiona ostatnia Msza święta, ów zakonnik miał się pokazać opatowi i podziękować mu, oświadczając, że te Msze święte skróciły mu znacznie czas czyśćca. Odtąd panuje przekonanie, że po odprawieniu 30 Mszy świętych Pan Bóg w swoim miłosierdziu wybawia duszę, za którą są one ofiarowane, i wprowadza ją do nieba.
    Przy bardzo licznych i absorbujących zajęciach publicznych Grzegorz także bardzo wiele pisał. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Do najcenniejszych jego dzieł należą: Dialogi, Reguła pasterzowania, Sakramentarz, Homilie oraz Listy. Tych ostatnich zachowało się do naszych czasów aż 852. Jest to największy zbiór epistolarny starożytności chrześcijańskiej.
    Z imieniem św. Grzegorza Wielkiego kojarzy się także tradycyjny śpiew liturgiczny Kościoła łacińskiego – chorał gregoriański, który choć w pełni ukształtował się dopiero w VIII w., to jednak przypisywany jest temu Świętemu.

    Zurbaran: Święty Grzegorz Wielki

    Grzegorz zmarł 12 marca 604 r. Obchód ku jego czci przypada obecnie 3 września, w rocznicę konsekracji biskupiej. Jego ciało złożono obok św. Leona I Wielkiego, św. Gelazjusza i innych w pobliżu zakrystii bazyliki św. Piotra. Pół wieku później przeniesiono je do samej bazyliki wśród ogromnej radości ludu rzymskiego. Średniowiecze przyznało Grzegorzowi przydomek Wielki. Historia nazwała go “apostołem ludów barbarzyńskich”. Należy do czterech wielkich doktorów Kościoła Zachodniego. Jest patronem m.in. uczniów, studentów, nauczycieli, chórów szkolnych, piosenkarzy i muzyków.
    W ikonografii św. Grzegorz Wielki przedstawiany jest jako mężczyzna w starszym wieku, w papieskim stroju liturgicznym, w tiarze, czasami podczas pisania dzieła. Nad księgą lub nad jego głową unosi się Duch Święty w postaci gołębicy, inspirując Świętego. Jego atrybutami są: anioł, trzy krwawiące hostie, krzyż pontyfikalny, model kościoła, otwarta księga, parasol – jako oznaka papiestwa, zwinięty zwój. Na Wschodzie św. Grzegorz Wielki czczony jest jako Grzegorz Dialogos.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Święty Grzegorz Wielki

    Święty Grzegorz Wielki

    ***

    KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 28 MAJA 2008

    (…) Za dochody z majątków, jakie Stolica Rzymska posiadała w Italii, zwłaszcza na Sycylii, kupił i rozdał zboże, pomagał potrzebującym, wspierał kapłanów, mnichów i mniszki, którzy żyli w niedostatku, płacił okup za obywateli, którzy dostali się do niewoli u Longobardów, kupował zawieszenie broni i rozejmy.

    Drodzy bracia i siostry!

    W ubiegłą środę mówiłem o mało znanym na Zachodzie Ojcu Kościoła – Romanie Pieśniarzu, dziś chciałbym przedstawić postać jednego z największych Ojców w dziejach Kościoła, jednego z czterech doktorów Zachodu, papieża św. Grzegorza, który był biskupem Rzymu od 590 do 604 roku i któremu tradycja nadała tytuł Magnus, Wielki. Grzegorz rzeczywiście był wielkim papieżem i wielkim doktorem Kościoła! Urodził się w Rzymie około roku 540 w zamożnej rodzinie patrycjuszów z rodu Anicjuszy, który wyróżnił się nie tylko swą szlachecką krwią, ale także ze względu na służbę Stolicy Apostolskiej. Z rodziny tej wyszło dwóch papieży: Feliks III (483-92), pradziad Grzegorza i Agapit (535-36). Dom, w którym wychował się Grzegorz, znajdował się na Clivus Scauri, otoczonym przez szacowne gmachy, będące świadectwem wielkości starożytnego Rzymu i duchowej siły chrześcijaństwa. Szczytne uczucia chrześcijańskie wpajali mu także swoim przykładem rodzice – Gordian i Sylwia, oboje czczeni jako święci, oraz dwie ciotki ze strony ojca, Emiliana i Tarsylia, mieszkające we własnym domu jako dziewice konsekrowane i żyjące modlitwą i ascezą.

    Grzegorz rozpoczął wcześnie karierę administracyjną, której poświęcił się także jego ojciec i w 572 r. osiągnął jej szczyt, zostając prefektem miasta. Urząd ten, skomplikowany z powodu ponurych czasów, pozwolił mu zająć się w szerokim wymiarze wszelkiego rodzaju problemami administracyjnymi i zdobyć doświadczenie do zadań czekających go w przyszłości. W szczególności pozostało mu głębokie poczucie porządku i dyscypliny: zostawszy papieżem, podpowie biskupom, by postawili sobie za wzór w zarządzaniu sprawami Kościoła skrupulatność i poszanowanie praw właściwe funkcjonariuszom cywilnym. Życie to musiało go jednak nie zadowalać, skoro niedługo potem postanowił zrezygnować ze wszystkich urzędów świeckich, by zamknąć się w domu i podjąć życie mnicha, przekształcając rodzinny dom w klasztor św. Andrzeja na Celio. Z tego okresu życia monastycznego, życia w nieustannym dialogu z Panem we wsłuchiwaniu się w Jego słowo, pozostanie mu nieustanna tęsknota, która wciąż na nowo i coraz bardziej przebija z jego homilii: pośród myśli podyktowanych troskami pasterskimi powracać będzie do niego w swoich pismach jako do czasu szczęśliwego zatopienia w Bogu, oddania się modlitwie i spokojnej nauce. W ten sposób mógł zdobyć głęboką wiedzę o Piśmie Świętym i Ojcach Kościoła, która służyła mu później w jego dziełach.

    Klauzura Grzegorza nie trwała jednak długo. Cenne doświadczenie zdobyte w administracji cywilnej w okresie brzemiennym w poważne problemy, stosunki, jakie nawiązał, pełniąc ten urząd, z Bizantyńczykami, powszechny szacunek, jaki sobie zaskarbił, skłoniły papieża Pelagiusza do mianowania go diakonem i wysłania do Konstantynopola w charakterze swego apokryzariusza, dziś byśmy powiedzieli – nuncjusza apostolskiego, by przyczynić się do przezwyciężenia ostatnich resztek sporu z monofizytyzmem a przede wszystkim, aby pozyskać poparcie cesarza dla wysiłków powstrzymania naporu Longobardów. Pobyt w Konstantynopolu, gdzie wraz z grupą mnichów podjął na nowo życie monastyczne, był dla Grzegorza niezwykle ważny, umożliwił mu bowiem bezpośrednie poznanie świata bizantyńskiego, jak również zbliżenie się do problemu Longobardów, który na trudną próbę wystawił później jego biegłość i energię w latach pontyfikatu. Po kilku latach papież wezwał go do Rzymu i mianował go swoim sekretarzem. Były to trudne lata: nieustanne deszcze, rzeki występujące z brzegów, głód nękały wiele obszarów Italii i sam Rzym. W końcu wybuchła też zaraza, która pociągnęła liczne ofiary, wśród których był także papież Pelagiusz II. Duchowieństwo, lud i senat jednogłośnie wybrały na jego następcę na Stolicy Piotrowej właśnie Grzegorza. Starał się temu opierać, próbując nawet ucieczki, ale nic to nie dało i w końcu musiał ulec. Był rok 590.

    Widząc w tym, co się stało, wolę Boga, nowy papież przystąpił natychmiast z zapałem do pracy. Od samego początku wykazał się wyjątkowo przenikliwym osądem rzeczywistości, z którą musiał się zmierzyć, niezwykłą zdolnością pracy w podejmowaniu spraw zarówno kościelnych, jak i cywilnych, stałym zachowywaniem równowagi w podejmowaniu decyzji, nawet śmiałych, jakich wymagał od niego sprawowany urząd. Zachowała się bogata dokumentacja związana z jego rządami dzięki Rejestrowi jego listów (ponad osiemset), w których znalazło odbicie codzienne borykanie się ze złożonymi pytaniami, jakie trafiały na jego biurko. Były to problemy nadsyłane przez biskupów, opatów, duchownych a nawet przez władze świeckie różnego szczebla i rangi. Wśród problemów, które dręczyły wówczas Włochy i Rzym, jeden był szczególnej wagi dla życia zarówno obywatelskiego, jak i kościelnego: sprawa Longobardów. Poświęcił jej papież całą swą energię, mając na względzie jej prawdziwie pokojowe rozwiązanie. W odróżnieniu od cesarza Bizancjum, który wychodził z założenia, że Longobardowie to jedynie nieokrzesane jednostki i łupieżcy, których należy pokonać lub wytępić, św. Grzegorz patrzył na tych ludzi oczyma dobrego pasterza, troszcząc się o głoszenie im słowa zbawienia, nawiązując z nimi braterskie stosunki w perspektywie przyszłego pokoju, opartego na wzajemnym szacunku i pokojowym współistnieniu między Italią, Cesarstwem Wschodnim i Longobardami. Zajął się nawracaniem młodych narodów i nowym układem sił w Europie: Wizygoci w Hiszpanii, Frankowie, Saksończycy migrujący do Brytanii oraz Longobardowie byli uprzywilejowanymi adresatami jego misji ewangelizacyjnej. Obchodziliśmy wczoraj liturgiczne wspomnienie św. Augustyna z Canterbury, stojącego na czele grupy mnichów wysłanych przez Grzegorza do Brytanii, by ewangelizować Anglię.

    Papież zaangażował się w osiągnięcie rzeczywistego pokoju w Rzymie i w Italii – był prawdziwym mediatorem – podejmując szybkie rokowania z królem Longobardów Agilulfem. Rokowania doprowadziły do zawieszenia broni, które trwało prawie trzy lata (598-601), po czym można było zawrzeć w 603 trwalszy rozejm. Ten pozytywny rezultat osiągnięty został dzięki równoległym kontaktom, jakie papież utrzymywał z królową Teodolindą, która była księżniczką bawarską i w odróżnieniu od wodzów innych plemion germańskich katoliczką, głęboką katoliczką. Zachował się szereg listów papieża Grzegorza do tej królowej z wyrazami szacunku i przyjaźni do niej. Teodolinda zdołała stopniowo doprowadzić króla do katolicyzmu, przygotowując w ten sposób drogę dla pokoju. Papież zatroszczył się nawet o wysłanie jej relikwii do bazyliki św. Jana Chrzciciela, którą kazała wznieść w Monzy, nie omieszkał też wystosować do niej życzeń i cennych darów dla tejże katedry w Monzy z okazji narodzin i chrztu syna Adaloalda. Postawa tej królowej stanowi piękne świadectwo znaczenia kobiet w historii Kościoła.
    W gruncie rzeczy Grzegorz stale stawiał przed sobą trzy cele: powstrzymać ekspansję Longobardów w Italii; ochronić królową Teodolindę od wpływu schizmatyków i umocnić jej katolicką wiarę oraz pośredniczyć między Longobardami a Bizantyńczykami w perspektywie porozumienia, które zapewniłoby pokój na półwyspie, a zarazem pozwoliłoby prowadzić działalność ewangelizacyjną wśród samych Longobardów. Dwojaka była więc zawsze jego stała orientacja w tej złożonej historii: dążyć do porozumień na płaszczyźnie dyplomatyczno-politycznej, szerzyć orędzie prawdziwej wiary wśród ludności.

    Obok działalności czysto duchowej i duszpasterskiej papież Grzegorz brał czynny udział w wielorakiej działalności społecznej. Za dochody z majątków, jakie Stolica Rzymska posiadała w Italii, zwłaszcza na Sycylii, kupił i rozdał zboże, pomagał potrzebującym, wspierał kapłanów, mnichów i mniszki, którzy żyli w niedostatku, płacił okup za obywateli, którzy dostali się do niewoli u Longobardów, kupował zawieszenie broni i rozejmy. Ponadto tak w Rzymie, jak i w innych częściach Włoch, podjął dzieło starannego uporządkowania administracji, wydając dokładne polecenia, aby dobra Kościoła, służące jego utrzymaniu i działalności ewangelizacyjnej na świecie, zarządzane były z całkowitą prawością i zgodnie z zasadami sprawiedliwości i miłosierdzia. Wymagał, by rolnicy chronieni byli przed nadużyciami dzierżawców gruntów należących do Kościoła, a w razie oszustwa by otrzymywali natychmiastowe odszkodowanie, aby oblicza Oblubienicy Chrystusa nie zatruł nieuczciwy zysk.

    Tę intensywną działalność Grzegorz prowadził mimo słabego zdrowia, które zmuszało go do częstego leżenia w łóżku przez długie dni. Posty praktykowane w latach życia monastycznego spowodowały poważne zaburzenia układu trawienia. Ponadto miał bardzo słaby głos, tak iż często zmuszony był do powierzania diakonowi lektury swoich kazań, aby obecni w rzymskich bazylikach wierni mogli go słyszeć [Dzięki Bogu mamy dziś w rzymskich bazylikach mikrofony]. Robił jednak wszystko, aby odprawiać w dni świąteczne Missarum sollemnia, czyli uroczystą Mszę św. i wówczas osobiście spotykał się z ludem Bożym, który był do niego bardzo przywiązany, widział w nim bowiem wiarygodny punkt odniesienia, z którego czerpać można było pewność: nieprzypadkowo szybko przylgnął do niego przydomek „consul Dei”. Mimo niezwykle trudnych warunków, w jakich przyszło mu działać, zdołał dzięki świętości życia i bogatemu człowieczeństwu zdobyć zaufanie wiernych, osiągając naprawdę ogromne rezultaty na swoje czasy i na przyszłość. Był człowiekiem zatopionym w Bogu: pragnienie Boga było stale żywe w jego duszy i właśnie dlatego był zawsze bliski bliźniemu, potrzebom ludzi swoich czasów. W czasach nieszczęść, wręcz beznadziejnych potrafił wnosić pokój i dawać nadzieję. Ten mąż Boży pokazuje nam, gdzie znajdują się prawdziwe źródła pokoju, skąd płynie prawdziwa nadzieja, i w ten sposób staje się przewodnikiem także dla nas, dzisiaj.

    BENEDYKT XVI

    wiara.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Święty Grzegorz Wielki

    Święty Grzegorz Wielki

    ***

     KATECHEZA BENEDYKTA XVI Z 4 CZERWCA 2008

    (…) Wielki papież kładzie jednak nacisk na obowiązek, jaki ma pasterz, by przyznawać się każdego dnia do swojej nędzy, aby pycha nie zniweczyła w oczach najwyższego Sędziego dokonanego dobra. Dlatego końcowy rozdział Reguły poświęcony jest pokorze: „Kiedy człowiek szczyci się osiągnięciem wielu cnót, dobrze jest zastanowić się nad własnymi niedociągnięciami i ukorzyć (…)

    Drodzy bracia i siostry,

    w czasie naszego środowego spotkania powrócę dziś do niezwykłej postaci papieża Grzegorza Wielkiego, by zaczerpnąć jeszcze więcej światła z jego bogatego nauczania. Mimo rozlicznych zajęć związanych ze swą posługą Biskupa Rzymu pozostawił nam on wiele dzieł, z których w późniejszych wiekach Kościół czerpał pełnymi garściami. Oprócz bogatej korespondencji – Rejestr, o którym wspomniałem na poprzedniej audiencji, zawiera ponad 800 listów – pozostawił nam przede wszystkim pisma o charakterze egzegetycznym, wśród których na wyróżnienie zasługują Komentarz moralny do Hioba – znany pod łacińskim tytułem „Moralia in Librum Iob”, Homilie nt. Ezechiela, Homilie o Ewangeliach. Istnieje jeszcze ważne dzieło o charakterze hagiograficznym – „Dialogi”, napisane przez Grzegorza ku zbudowaniu królowej lombardzkiej Teodolindy. Głównym i najbardziej znanym dziełem jest niewątpliwie „Księga reguły pasterskiej”, którą papież napisał na początku pontyfikatu z zamiarem wyraźnie programowym.

    Chcąc dokonać szybkiego przeglądu tych dzieł, musimy przede wszystkim zauważyć, że w swoich pismach Grzegorz nigdy nie troszczy się o nakreślenie „swojej” doktryny, o swoją oryginalność. Zależy mu raczej na tym, aby oddać tradycyjne nauczanie Kościoła, chce po prostu być ustami Chrystusa i Jego Kościoła na drodze, którą należy przebyć, aby dotrzeć do Boga. Przykładem mogą tu być jego komentarze egzegetyczne. Był on zapalonym czytelnikiem Biblii, której nie traktował wyłącznie spekulatywnie: uważał on, że z Pisma Świętego chrześcijanin powinien czerpać nie tyle wiedzę teoretyczną, ile raczej codzienny pokarm dla duszy, dla swego życia człowieka na tym świecie. W Homiliach o Ezechielu na przykład kładzie on silny nacisk właśnie na tę rolę świętego tekstu: zbliżenie się do Pisma tylko dla zaspokojenia własnego pragnienia poznania oznacza uleganie pokusie pychy i wystawienie się tym samym na niebezpieczeństwo popadnięcia w herezję. Pokora intelektualna jest pierwszą regułą każdego, kto stara się zgłębić rzeczywistość nadprzyrodzoną, wychodząc od świętej Księgi. Oczywiście pokora nie wyklucza poważnego studium; jest jednak niezbędna, aby było ono owocne duchowo i pozwoliło rzeczywiście dotrzeć do głębi tekstu. Tylko w tej wewnętrznej postawie rzeczywiście słucha się i postrzega w końcu głos Boga. Z drugiej strony, gdy chodzi o Słowo Boże, zrozumienie go jest niczym, jeśli nie prowadzi do działania. W tych kazaniach na temat Ezechiela znajduje się jeszcze to piękne sformułowanie, według którego „kaznodzieja musi zamoczyć swe pióro w krwi własnego serca; w ten sposób dotrze do ucha bliźniego”. Czytając jego homilie, widać, że Grzegorz rzeczywiście pisał krwią swego serca i dlatego dziś jeszcze przemawia do nas.

    Temat ten Grzegorz rozwija też w Komentarzu moralnym do Hioba. Podążając za tradycją patrystyczną analizuje on święty tekst w trzech wymiarach jego znaczenia: dosłownym, alegorycznym i moralnym, będących wymiarami jedynego znaczenia Pisma Świętego. Grzegorzy przyznaje jednak wyraźną przewagę znaczeniu moralnemu. W tej perspektywie wykłada on swoją myśl przez kilka znaczących dwumianów – umieć-czynić, mówić-żyć, znać-działać, przywołujących dwa aspekty życia ludzkiego, które powinny się uzupełniać, które jednak często przeciwstawiają się sobie. Ideał moralny, komentuje, polega zawsze na osiągnięciu harmonijnej syntezy słowa i czynu, myśli i działania, modlitwy i pełnienia obowiązków swego stanu: oto droga prowadząca do syntezy, dzięki której to, co boskie, zstępuje na człowieka, człowiek zaś wyrasta aż do utożsamienia się z Bogiem. Wielki papież kreśli tym samym dla prawdziwego wierzącego pełny program życia; dlatego ten Komentarz moralny stanowić będzie przez całe średniowiecze swego rodzaju summę chrześcijańskiej moralności.

    Wielkie znaczenie i urodę mają również Homilie o Ewangeliach. Pierwszą z nich wygłosił w bazylice św. Piotra podczas Adwentu roku 590, a więc kilka miesięcy po wyborze na papieża; ostatnią – w bazylice św. Wawrzyńca w drugą niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego 593 roku. Papież mówił do ludu w kościołach, w których odprawiano „stacje” – szczególne ceremonie modlitewne w ważnych okresach roku liturgicznego – bądź święta męczenników patronów tych świątyń. Inspirująca zasada, łącząca razem te różne wystąpienia, streszcza się w słowie „praedicator”: nie tylko kapłan Boży, ale także każdy chrześcijanin, ma zadanie stać się „głosicielem” tego, czego zaznał w swojej duszy za przykładem Chrystusa, który stał się człowiekiem, aby przynieść wszystkim orędzie zbawienia. Horyzont tego zadania jest eschatologiczny: oczekiwanie na wypełnienie się w Chrystusie wszystkich rzeczy to stała myśl wielkiego papieża, która stała się motywem inspirującym każdą jego myśl i każde działania. Stąd jego nieustanne nawoływanie do czujności i zaangażowania się w dobre uczynki.

    Może najbardziej jednorodnym tekstem Grzegorza Wielkiego jest Reguła pasterska, napisana w pierwszych latach pontyfikatu. Autor postawił w nim sobie za cel zarysowanie postaci idealnego biskupa, nauczyciela i przewodnika swej owczarni. W tym celu opisuje on brzemię urzędu pasterza w Kościele i obowiązki, jakie się z nim wiążą: dlatego ci, którzy nie zostali do niego powołani, niech o niego nie zabiegają powierzchownie, ci zaś, którzy objęli go bez należnej refleksji, niech poczują w duszy konieczne drżenie. Podejmując ulubiony temat, Grzegorz stwierdza, że biskup jest w pierwszej kolejności w całym tego słowa znaczeniu „głosicielem”; jako taki, musi dawać przede wszystkim przykład innym, tak aby jego zachowanie mogło być dla wszystkich punktem odniesienia. Skuteczne działanie pasterskie wymaga z kolei, by znał on adresatów i dostosował swoje wystąpienia do sytuacji każdego z nich: Grzegorz zatrzymuje się, by opisać różne kategorie wiernych z przenikliwymi i trafnymi uwagami, które mogą uzasadnić opinię tego, kto w dziele tym dopatrywał się traktatu z psychologii. Dzięki temu można zrozumieć, że rzeczywiście znał on swoją owczarnię i mówił o wszystkim z ludźmi swego miasta i swoich czasów.

    Wielki papież kładzie jednak nacisk na obowiązek, jaki ma pasterz, by przyznawać się każdego dnia do swojej nędzy, aby pycha nie zniweczyła w oczach najwyższego Sędziego dokonanego dobra. Dlatego końcowy rozdział Reguły poświęcony jest pokorze: „Kiedy człowiek szczyci się osiągnięciem wielu cnót, dobrze jest zastanowić się nad własnymi niedociągnięciami i ukorzyć: zamiast uwzględniać dokonane dobro, trzeba pamiętać o tym, co zaniedbało się zrobić”. Wszystkie te cenne wskazania pokazują wysokie mniemanie, jakie św. Grzegorz miał o duszpasterstwie, które określił mianem „ars artium” – sztuki sztuk. Reguła cieszyła się tak dużym powodzeniem, że bardzo szybko przełożono ją na grecki i staroangielski, co było raczej rzadkością.

    Znaczące jest również inne dzieło – Dialogi, w którym przyjacielowi i diakonowi Piotrowi, przekonanemu, że obyczaje uległy już takiemu zepsuciu, iż niemożliwe jest przyjście na świat świętych, jak w przeszłości, Grzegorz udowadnia, że jest przeciwnie: świętość jest zawsze możliwa, nawet w trudnych czasach. Dowodzi tego, opowiadając o życiu osób współczesnych bądź niedawno zmarłych, które śmiało można było uznać za święte, choć nie zostały kanonizowane. Opowiadaniu temu towarzyszą przemyślenia teologiczne i mistyczne, które czynią z książki wyjątkowy tekst hagiograficzny, zdolny do zafascynowania całych pokoleń czytelników. Materiał zaczerpnięty jest z żywej tradycji ludu i ma na celu zbudowanie i formację, przyciągając uwagę czytającego całym szeregiem kwestii, jak sens cudu, interpretacja Pisma, nieśmiertelność duszy, istnienie piekła, wyobrażenie drugiego świata, tematy, które wymagały odpowiedniego wyjaśnienia. Księga jest w całości poświęcona postaci Benedykta z Nursji i jest jedynym starożytnym świadectwem życia świętego mnicha, którego duchowe piękno jawi się w tekście w całej pełni.

    W programie teologicznym, który Grzegorz rozwija w swoich dziełach, relatywizacji uległy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To, co liczy się dla niego ponad wszystko, to cały okres historii zbawienia, która nie przestaje toczyć się w mrocznych zakolach czasu. W perspektywie tej znaczące jest, że umieszcza on zapowiedź nawrócenia Aniołów w samym środku Komentarza moralnego do Hioba: w jego oczach wydarzenie to stanowiło postęp Królestwa Bożego, o którym mowa jest w Piśmie; mogło zatem słusznie być wspomniane w komentarzu do świętej księgi. Według niego przewodnicy wspólnot chrześcijańskich muszą zobowiązać się do odczytania na nowo wydarzeń w świetle Słowa Bożego: w tym sensie wielki papież poczuwa się do obowiązku pokierowania pasterzami i wiernymi na drodze duchowej lectio divina oświeconej i konkretnej, umieszczonej w kontekście własnego życia.

    Zanim zakończę, muszę poświęcić kilka słów stosunkom, jakie papież Grzegorz utrzymywał z patriarchami Antiochii, Aleksandrii i samego Konstantynopola. Troszczył się on zawsze o uznanie i poszanowanie ich praw, wystrzegając się jakiejkolwiek ingerencji, która mogłaby ograniczyć ich prawowitą autonomię. Jeśli jednak św. Grzegorz w kontekście sytuacji historycznej sprzeciwił się tytułowi „ekumeniczny” dla Patriarchy Konstantynopola, uczynił tak nie dlatego, by ograniczyć czy zaprzeczyć tej prawowitej władzy, lecz z powodu zatroskania o braterską jedność Kościoła powszechnego. Uczynił to przede wszystkim ze względu na swoje głębokie przekonanie, że skromność powinna być podstawową cnotą każdego biskupa, a tym bardziej patriarchy. W swym sercu Grzegorz pozostał prostym mnichem i dlatego był zdecydowanie przeciwny wielkim tytułom. On sam chciał być – to jego określenie – servus servorum Dei. Termin ten, przez niego ukuty, nie był w jego ustach pobożną formułą, lecz prawdziwym wyrazem jego sposobu życia i działania. Był on głęboko poruszony pokorą Boga, który w Chrystusie stał się naszym sługą, obmył nam i obmywa brudne stopy. Dlatego był przekonany, że przede wszystkim biskup powinien naśladować tę skromność Boga i w ten sposób iść za Chrystusem. Pragnął prawdziwie żyć jak mnich w stałej rozmowie ze Słowem Bożym, lecz z miłości do Boga potrafił stać się sługą wszystkich w czasach pełnych udręk i cierpienia, potrafił stać się „sługą sług”. Właśnie dlatego, że był taki, jest wielki i pokazuje także nam miarę prawdziwej wielkości.

    BENEDYKT XVI

    wiara.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Pierwszy Europejczyk, Grzegorz Wielki

    Fragment książki “Współtwórcy Europy” – o. Mirewicz Jerzy SJ

    Pierwszy Europejczyk, Grzegorz Wielki

    św. Grzegorz Wielki – ur. ok. 540, zm. 604

    Na gruzach Imperium Rzymskiego prawdziwą Europę tworzył Kościół. On dopiero mitologiczną jej nazwę, pierwszy raz zapisaną przez Hezjoda, oraz niejasny geograficzny kontur, odziedziczony po nauce greckiej, wypełnił żywą historią ludów, które dzięki łączności z nim poczuły się członkami jednej europejskiej rodziny.

    Nie wszyscy historycy są skłonni uznać tę jego rolę i zasługę. Zapatrzeni w postać Karola Wielkiego i w dzieła przezeń dokonane, od tego władcy zaczynają badanie dziejów wspólnoty kulturalnej i politycznej krystalizującej się naokoło dawnej prowincji rzymskiej — Galii. Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe. Karol Wielki za życia jeszcze obrósł legendami jak staw sitowiem. Kroniki i literatura piękna owych czasów są barwnym i głośnym, ale nie zawsze wiernym rzeczywistości hymnem ku jego czci. Poeta Angilbert wita go w 799 roku tytułem: „Głowa świata” i przemawia doń: „Monarcho, ojcze Europy!”. Zaimponował bowiem swoim współczesnym odbudowaniem autorytetu jednolitej i silnej władzy na obszernym terenie, zmysłem administracyjnym i troską o kulturę. Dostąpił więc tego rzadkiego przywileju panowania nie tylko nad zaprzyjaźnionymi lub podbitymi plemionami, lecz i nad ich wyobraźnią, która usłużnie przekazywała następnym pokoleniom przedziwną opowieść o władcy użyczającym swego imienia dalekim ludom słowiańskim dla oznaczenia osoby rządzącej. Nasze słowo „król” od niego się wywodzi.

    A jednak gdy Leon II koronował w Rzymie Karola wśród radosnych okrzyków tłumu zebranego w Bazylice św. Piotra: „Karolowi, Augustowi, przez Boga ozdobionemu koroną, wielkiemu i pokój niosącemu imperatorowi Rzymian, długie życie i zwycięstwo!”, to diadem stawał się znakiem wielkości nie jednostki tylko lub dynastii, lecz idei, która przez poprzedników Leona wznoszona była z wielką cierpliwością w nie ustalony jeszcze społecznie i duchowo świat barbarzyńców. Idea ta jako wyraz ambicji chrześcijaństwa potrafiła z różnorodności języków, obyczajów i kultur plemiennych ułożyć jeden obraz przemawiający jeszcze dzisiaj do nas swoim dynamizmem i harmonią. Domem rodzinnym Europy jest Kościół.

    Pierwszym Europejczykiem możemy nazwać Grzegorza Wielkiego. Był Rzymianinem z pochodzenia, członkiem szlachetnego i starego rodu, który dał Kościołowi dwóch papieży: Feliksa III (483—492) oraz Agapita (535—536). Dzięki zamożności rodziców i jednocześnie trosce ich o każdego syna, przyszły papież otrzymał staranne i wszechstronne wykształcenie. Podkreślają to późniejsi, ale dobrze poinformowani kronikarze. Krążyło już wówczas powiedzenie, że „mądry ojciec sto razy więcej wkłada pieniędzy w naukę dzieci aniżeli w utrzymanie winnicy”. W naukę Grzegorza włożono dużo, by mógł zapoznać się z dziedzictwem kultury rzymskiej — pogańskiej i chrześcijańskiej. Studium prawa przygotowało go do służby publicznej, w której doszedł aż do urzędu pretora Rzymu. Otrzymał tę nominację od Justyna II, cesarza Wschodu. Był to szczyt kariery politycznej i administracyjnej w tej kresowej części cesarstwa wschodniego. Wyższy awans wiązał urzędnika z dworem władcy, więc z Rawenną lub Konstantynopolem.

    Grzegorz jednak nie pragnął awansu i nawet z zajmowanego stanowiska zrezygnował. W 573 roku przemienia pałac otrzymany po zmarłym ojcu na klasztor, gdzie razem z grupą znajomych i przyjaciół rozpoczyna życie zakonne. Majątkami posiadanymi na Sycylii wyposaża sześć założonych przez siebie klasztorów. Resztę przeznacza na cele dobroczynne. Nie wzbudziło to wówczas niczyjego zdziwienia. Nikt też nie tłumaczył gestu Grzegorza zawodem miłosnym lub niepowodzeniem życiowym. Wiedziano bowiem, że ze służby cesarskiej odszedł na służbę w królestwie Chrystusowym, wnosząc w nie nie tylko ofiarę z posiadanych bogactw, lecz swoje zdolności, energię młodzieńczą i zamiłowanie do systematycznej pracy. Ale przede wszystkim i on i jego współcześni patrzyli na przekształcanie się prezydenta miasta w zakonnika jak na dzieło łaski Bożej. Obowiązywała wtedy w ocenie każdego czynu jednostki zasada umieszczania go w perspektywie prawd nadprzyrodzonych. W tej perspektywie nie Grzegorz wyrządzał łaskę Chrystusowi, Kościołowi i ubogim, lecz on zaznał dobrodziejstwa łaski Bożej. Późne średniowiecze ujmie to w formułę: „Chrześcijanin — szczęśliwy dłużnik Stwórcy”. Grzegorz uważał się zawsze za szczęśliwego człowieka.

    Nawet wtedy kiedy na rozkaz władz kościelnych musiał rezygnować z osobistych zamiłowań i planów. Stało się to pierwszy raz za papieża Benedykta I, który mianował go diakonem i powierzył mu obowiązek jałmużnika. Następca Benedykta, Pelagiusz II, natychmiast po swoim wyborze w 579 roku wysyła Grzegorza w charakterze nuncjusza do Konstantynopola. Był to dla niego nowy świat, mało mu znany i prawie obcy. Grzegorz bowiem — podobnie jak Augustyn — nie zamieszkiwał ani intelektem, ani upodobaniami w kręgu języka i kultury bizantyjskiej. Greckim władał słabo. Należał do pokolenia rozkochanego w łacinie i widzącego w niej jeden z elementów łączących narody barbarzyńskie w chrześcijańską wspólnotę. Już jako papież w liście do Narzesa, wysokiego urzędnika na dworze w Konstantynopolu, przesyłając pozdrowienia niejakiej Dominice, pisze: „Dostojnej Dominice przekaż moje pozdrowienie. Nie odpowiedziałem jej wcale, ponieważ napisała do mnie po grecku, chociaż włada łaciną”. Ale nie tylko w języku widział granicę oddzielającą Wschód od Zachodu. Dostrzegał między nimi groźniejsze pęknięcie w postaci oddalania się od siebie dwóch teologicznych, filozoficznych i obyczajowych wizji chrześcijaństwa. Było to bolesne stwierdzenie, że dialog Rzymu z Bizancjum zamienia się powoli w dwa równocześnie wygłaszane monologi, złożone z tych samych słów, ale o różnej pojęciowej treści. Przez sześć lat usiłował wyjaśniać i uzasadniać stanowisko papieża pragnącego utrzymać dogmatyczną i hierarchiczną jedność Kościoła wschodniego i zachodniego. Trudził się nad pracą skazaną na bezskuteczność. Dalsze próby podejmować będzie już jako biskup Rzymu. Jedynym ich owocem, który dotrwał do naszych czasów, jest tradycyjny tytuł papieża: Servus servorum Dei (Sługa sług Bożych), użyty pierwszy raz przez Grzegorza w odpowiedzi na nazwanie się patriarchy Konstantynopola: Powszechny — Oikumenos. Z pobytu jednak na Wschodzie, gdzie piastując ważny urząd i ocierając się o przepych dworu cesarskiego, zachował jednocześnie sposób zakonnego życia, wiele skorzystał. Wynosił stamtąd obraz Kościoła zrośniętego prawie organicznie ze strukturą władzy cesarskiej. Nie miał więc wielkich złudzeń co do wartości takiej symbiozy dwóch instytucji o różnych celach i odmiennych metodach działania. Nie miał również żadnych wątpliwości, że w takiej sytuacji decyzja ostateczna nawet w sprawach kościelnych będzie pobierana i narzucana przez zasobniejszego w środki materialne i w pomoc fizyczną partnera.

    Wracał więc ze Wschodu z doświadczeniem, o którym może wtedy nie wiedział, jak będzie mu użyteczne w niedalekiej przyszłości. Wracał z radością do klasztoru w Rzymie, gdzie spodziewał się spędzić resztę życia w atmosferze modlitwy i ćwiczeń ascetycznych. Ale Rzym w czasie nieobecności Grzegorza bardzo się zmienił. Wiele patrycjuszowskich rodzin opuściło go w ucieczce przed Longobardami, napłynęła zaś doń biedota z terenów spustoszonych najazdem barbarzyńców. Papież Pelagiusz II, z pochodzenia Got, któremu cesarz Maurycjusz, sam bezsilny, radził, by sprowadził sobie Franków na pomoc, uwolnił Rzym od Longobardów za cenę wysokiego okupu. Wieczne Miasto było więc zubożałe, bez blasku chwały i chore. Epidemia zdziesiątkowała jego mieszkańców, nie oszczędzając i Pelagiusza, który zmarł w lutym 590 roku.

    Następcą Gota został Rzymianin — Grzegorz. Niechętnie przyjmował urząd Najwyższego Pasterza. Próbował bronić się przed nim ucieczką, a gdy to zawiodło, liczył jeszcze na veto cesarza Maurycjusza. Może nawet i wpływał przez swoich przyjaciół w Konstantynopolu, by władca zaprotestował przeciwko jego wyborowi. Czytamy w liście do patrycjusza Jana, ekskonsula i kwestora: „Ponieważ doświadczyłem dobrodziejstw Waszej Dostojności, jestem z wami związany węzłami tak wielkiej miłości, że nic nie może z mego serca wymazać pamięci o was. Wbrew temu uczuciu ogarnia mnie smutek niemały, ponieważ widzieliście, iż pragnę spokoju, a mimo to doprowadziliście mnie do niepokoju. Niech wam też Bóg wszechmocny da za to dobra wieczne, ponieważ uczyniliście to w dobrej wierze, a mnie — jeśli zechce — niech uwolni od tak wielkiego niebezpieczeństwa na tym stanowisku. Albowiem zasłużyłem swoimi grzechami na to, że zostałem biskupem nie Rzymian, lecz Longobardów, których układy są jak miecze, a łaska jak kara. Oto dokąd mnie zawiodła wasza opieka” (luty, 591 r.). Nie uważał się za męża opatrznościowego, nie wyżywał się w sprawowaniu władzy, był rzeczywiście sługą wszystkich, o pamięci chwytającej szybko i zatrzymującej na stałe wszelkie biedy ludzkie materialne i duchowe. Biografowie zestawiając go z Hieronimem lub Augustynem twierdzą, że nie dorasta do nich ani głęboką myślą teologiczną, ani znajomością dziedzictwa kultury helleńskiej. Mają rację, ale zapominają zwykle porównać i uwarunkowania, w jakich żyli i pracowali wymienieni Ojcowie Kościoła. Za czasów Grzegorza przycichły już spory teologiczne, najważniejsze problemy stawiane i wyjaśniane w ogniu walki katolików z herezjami przekazywano teraz w formie ustalonej jako katechizmowe prawdy. Nie było więc potrzeby wzniecania dyskusji teologicznych. Gasło również z konieczności zainteresowanie się kulturą grecką razem z rozpływaniem się rzymskiej elity intelektualnej w morzu barbarzyństwa. Między światem Grzegorza a tym, w którym myśleli i tworzyli Hieronim z Augustynem, pomimo zachowania ciągłości historycznej, zaznaczały się coraz większe różnice.

    Olbrzymią zasługą następcy Pelagiusza było dostrzeżenie tych różnic i rozeznanie potrzeb rodzącej się nowej epoki. Epoki pięknej, nazywanej jednak przez wielu historyków z uporem ciemną, ponieważ nie znajdują w niej tak licznych znaków kultury materialnej i duchowej jak w poprzedniej — grecko-rzymskiej. Piękno początków średniowiecza jest oczywiście trudne do określenia. Wyraża się bowiem nieuchwytnym procesem przemian wewnętrznych pod wpływem zasad Ewangelii, głoszonej barbarzyńcom i masowo przez nich przyjmowanej. Można powiedzieć, że wtedy przekształcali się oni w obywateli Europy o jednej wierze i obyczajach chrześcijańskich we wszystkich dziedzinach życia.

    Procesowi temu patronował i dbał o jego poprawność papież Grzegorz. Był w nim obecny przede wszystkim prawdziwą pracą duszpasterską. Nowy, powstający w jego oczach świat traktował jak swoją parafię i brał na siebie odpowiedzialność za wszystko, co się w tym świecie działo i co dziać się powinno. Wrósł weń wielką miłością ludzi bez względu na ich pochodzenie, stanowisko i poziom wykształcenia. Dlatego też pierwszym jego dziełem było usprawnienie administracji dóbr kościelnych jako podstawy akcji filantropijnych. Dobra te powstawały z darowizn cesarskich i prywatnych w formie latyfundiów w Italii, Dalmacji, Południowej Galii oraz w Afryce. Stanowiły one zaczątek późniejszego państwa kościelnego. Za czasów Grzegorza były tylko własnością Kościoła, a dochody z nich obracano na poprawę losu mnóstwa wygnańców, uciekinierów, wywłaszczonych posiadaczy majątków, byłych urzędników cesarskich w dawnych prowincjach Imperium. Podziwu godne jest uczulenie Grzegorza na stosowanie sprawiedliwości i jednocześnie dobroci względem wszystkich — chrześcijan, pogan i Żydów. Ci ostatni mieli w nim dobrego opiekuna. Nie byli nigdy wyłączani z ogólnego rozdawnictwa jałmużn ubogim. Wiedzieli też, że Grzegorz, biskup rzymski, nie pozwala na przeszkadzanie im w oddawaniu czci Bogu według dawnych zwyczajów. Świadczy o tym jego list z marca 591 roku, skierowany do Piotra, biskupa miasta Terracina, w którym pisze: „Żyd Józef, oddawca obecnego pisma, doniósł mi, żeś, Czcigodny Bracie, wygnał Żydów z tego miejsca w terracyneńskiej warowni, w którym się zwykle gromadzili celem święcenia uroczystości, i że za twoją wiedzą i zgodą przenieśli się na inne miejsce, by podobnie mogli obchodzić swoje święta. A teraz żalą się, że znów zostali wypędzeni z tego miejsca. Jeśli tak jest, chcę, abyś, Czcigodny Bracie, nie dawał powodu do takiego rodzaju zażaleń, lecz zezwól im gromadzić się według zwyczaju w tym miejscu, które jak wyżej powiedziałem, uzyskali za twoją wiedzą celem urządzania zgromadzeń. Albowiem tych, którzy są poza obrębem religii chrześcijańskiej, należy pozyskiwać dla jedności wiary łagodnością, życzliwością, napominaniem, przekonywaniem, aby nie odstręczać groźbami i postrachem tych, których można było przywieść do wiary słodyczą nauki i ukazywaniem grozy przyszłego sądu. Należy więc starać się o to, aby raczej garnęli się do słuchania z ust waszych słowa Bożego, niż lękali nadmiernej surowości”. Takim gestem pragnął papież i Żydów włączyć w strukturę chrześcijańskiej Europy. Na podobny temat mamy jego list z listopada 602 roku pisany do Paschazjusza, biskupa Neapolu. Świadczy on o zaufaniu, jakim Żydzi darzyli Grzegorza, uciekając się doń ze swoimi krzywdami doznawanymi od lokalnych władz kościelnych i świeckich. Uważali go za najwyższą instancję po Bogu. Miało to wielkie znaczenie w czasach pustki wytworzonej przez zanik cesarskiej władzy administracyjnej, a przed powstaniem nowego ładu polityczno-społecznego. O wszystko troszczyć się musiał papież.

    Odczuwała tę troskę przede wszystkim ludność wiejska, związana z ziemią, narażona na wszelkiego rodzaju nadużycia nie tylko ze strony barbarzyńców, lecz i miejscowych urzędników, poborców podatkowych i administratorów. W maju 591 roku pisze Grzegorz listę-instrukcję do subdiakona Piotra, który był zarządcą dóbr kościelnych na Sycylii. Instrukcja ta jest bardzo szczegółowa i świadczy nie tylko o doskonałych informacjach, jakie miał do dyspozycji jej autor, lecz też i o jego umiejętności w ich analizowaniu i wyciąganiu wniosków. Przytaczamy jeden charakterystyczny urywek: „Prócz tego dowiedziałem się, że pierwsza opłata podatku gruntowego bardzo jest dokuczliwa dla naszych rolników, dlatego że są zmuszeni do płacenia podatków, zanim mogą sprzedać owoce swej pracy. A ponieważ ze swoich zasobów uiścić tego nie mogą, pożyczają od urzędników skarbowych i ciężko płacą za to dobrodziejstwo. To sprawia, że narażeni są na wielkie wydatki. Wobec tego niniejszym nakazuję, abyś ty przy twojej obrotności zwrócił z dochodów publicznych to wszystko, co w tych okolicznościach mogli pożyczyć od postronnych. Nakazuję dalej, aby powoli ściągano podatki z wieśniaków kościelnych — w miarę jak będą mogli płacić — aby w okresie, gdy na nich wywierają nacisk, nie byli zmuszeni sprzedawać zbyt tanio tego, co by im później mogło starczyć na zapłatę; nadto wówczas nie mogliby wcale wywiązać się z dostawy do spichrzów”. Kończy się ten list twardo: „To wszystko uważnie czytaj i pozbądź się swego nałogowego niedbalstwa. Postaraj się, aby moje pismo skierowane do rolników odczytano we wszystkich osadach, żeby wieśniacy wiedzieli, jak z mego upoważnienia mają się bronić przeciw gwałtom; trzeba im wręczyć bądź oryginały, bądź odpisy… Usłyszałeś, czego chcą, zastanów się, co masz czynić”.

    Wszyscy więc mieszkańcy miast i wsi należących do Kościoła byli pewni, że papież wchodzi w najdrobniejsze szczegóły ich codziennego życia z gestem dobroczynności, gdy tego potrzebują, a z zasadami chrześcijańskimi, według których to życie powinno być prowadzone — zawsze. Umoralniał rodzącą się Europę. Uważał to za najpotrzebniejsze, by nowym układom polityczno-społecznym służyły jasne normy etyczne obowiązujące w konkretnych sytuacjach ludzi również konkretnych. Dlatego też jego listy (a zachowało się ich z okresu jego rządzenia Kościołem przeszło osiemset) są małymi traktacikami z dziedziny moralności ogólnoludzkiej i chrześcijańskiej. Uczyły nie tylko poprawnie myśleć, lecz także sprawiedliwie działać. Okazało się to zbawienne jako metoda wychowawcza zastosowana względem barbarzyńców nieprzywykłych do abstrakcyjnego myślenia. Dzięki niej Longobardowie stali się katolikami. Przyciągnął ich do Kościoła humanistyczny sposób traktowania spraw ludzkich oraz ich uładzania harmonijnego bez fanatyzmu i przesady kryjących się w każdej herezji. Okres ten oczywiście nie dał arcydzieł sztuki i literatury. Nikt się nie znalazł, by rozwijać dalej i pogłębiać filozoficzną wizję Boecjusza zawartą w Consolatio philosophiae. Klasyczny język łaciński w zetknięciu się z wieloma narzeczami celtyckimi i germańskimi tracił swoją klarowność, gubił końcówki słów, zmieniał ich znaczenie, zapożyczał się od barbarzyńców, ale wyrażał lepiej zwykłego człowieka, zatroskanego swoim losem zarówno doczesnym, jak i wiecznym. Przy tym losie następowało spotkanie z podobnie zatroskanym Kościołem.

    A spotkań tych było coraz więcej. W 587 roku nawraca się na katolicyzm król Rekared, pociągając za sobą Wizygotów w Hiszpanii. Augustyn, mnich z klasztoru św. Andrzeja, założonego przez Grzegorza, zostaje wysłany w 596 roku do Anglii. W tej sprawie Grzegorz prowadzi obfitą korespondencję z biskupami Galii, z królową Franków Brunhildą, z władcą Anglów Adilbertem. Był to okres wzmożonego działania misyjnego, kierowanego z Rzymu przez papieża, który umiał myśleć kategoriami całości i patrzeć odważnie w przyszłość. Longobardów pozyskał, zawierając z nimi na własną rękę, wbrew sprzeciwom Maurycjusza i jego namiestnika w Rawennie, pokój i przez to właśnie zbliżył ten dynamiczny naród do katolicyzmu. Polityki jednak nie uprawiał. Władców świeckich traktował jako ludzi, którzy również dbać muszą o swoje zbawienie, a on ma obowiązek pomagać im w osiągnięciu tego celu. Stosował i tutaj zasadę praw osoby ludzkiej dochowującej wierności prawom i celom społeczeństwa.

    Posiadał też nadzwyczajną zdolność interesowania się sprawami określonych jednostek bez gubienia z oczu spraw ogólnych. W październiku 598 roku poleca w ten sposób opiece subdiakona Antemiusza wdowę Teodorę: „Teodora, wdowa po obrońcy Sabinie, żali się nam przez przysłanego tu człowieka, że została oszukana przez swego syna i przez niejakiego Aligerna, którego córkę tenże jej syn pojął za żonę. Całe bowiem mienie zapisała tytułem darowizny temuż synowi, a teraz jest przez nich lekceważona i poniewierana do tego stopnia, iż zabrali jej rzeczy, a ona nie ma żadnych środków do życia… A ponieważ — jeśli tak jest w istocie — jest to zbyt ciężki i Bogu przeciwny występek, przeto na mocy niniejszego upoważnienia polecamy ci, byś się starał poznać prawdę, a jeśli się przekonasz, że tak jest naprawdę, użycz jej kościelnej opieki i we wszystkim rozumnie ją wspieraj, aby w czasie twego urzędowania nie doznała więcej przykrości ani ucisku od wymienionych ludzi”. Przytułek dla starców na górze Synaj otrzymuje wsparcie materialne wraz z listem do opata tamtejszego klasztoru, w którym pisze Grzegorz: „… dowiedzieliśmy się, że w przytułku starców, zbudowanym tam przez niejakiego Izaura, brak łóżek i pościeli. Posyłamy więc koców piętnaście, ubrań trzydzieści, łóżek piętnaście; dajemy również pieniądze na sprawienie poduszek albo materaców”. Była to lekcja miłosierdzia dawana przez najwyższego reprezentanta Kościoła ludziom twardych i niepewnych czasów. Z tej lekcji skorzystała młoda Europa. Chrześcijaństwo wnosiło wówczas w stosunki międzyludzkie element ofiarnej miłości bliźniego. Europejczyk wychowywał się w atmosferze służby biednym, pokrzywdzonym i nieszczęśliwym.

    I w atmosferze modlitwy. Ideałem Grzegorza był człowiek rozważający prawdy Boże modlitewnie i szukający w nich motywu i pomocy w chrześcijańskim działaniu. Dlatego jeszcze za swego pobytu w Konstantynopolu zaczyna pisać traktat Moralia in lob; nie jako traktat z dziedziny egzegezy, lecz jako podręcznik teologii moralnej i ascetycznej. Dzisiaj możemy dać mu podtytuł: „Teoria sprawiedliwego czynu wewnętrznego”. Temu samemu celowi służyły jego Homilie, wyjaśniające, jak można życie kształtować według słów Bożego objawienia. Przykłady zaś takiego kształtowania podaje w zbiorze życiorysów pt. Dialogi, w których historia miesza się z legendą, realizm z cudownościami i wezwanie łaski z odpowiedzią bohaterów. Grzegorz bowiem nie chciał pisać ich żywotów według ścisłych wymagań stawianych przez naukę dzisiejszą. Pragnął jedynie członkom powstającej wspólnoty dać wzory do naśladowania. Wiemy, że na tych wzorach wychowywały się całe pokolenia chrześcijan we wszystkich zakątkach Europy. Z innego znowu dzieła korzystał kler diecezjalny w swojej duszpasterskiej pracy. Była to Księga reguły pasterskiej (591), mówiąca o wychowaniu i wyrobieniu wewnętrznym kapłana oraz o umiejętności przekazywania prawd Bożych powierzonym jego opiece duszom. Księga ta została prawie natychmiast przełożona na język grecki. Tłumaczenie anglosaksońskie ukazało się za króla Alfreda.

    Przy czytaniu pism Grzegorza powstaje samorzutnie pytanie: „Kiedy one mogły powstać?”. Papieski urząd — tak jak on go traktował — zabierał mu cały czas i absorbował wszystkie siły. Grzegorz nie czekał nigdy na to, że gotowe problemy podpłyną same aż pod brzeg jego uwagi. Szukał ich i przewidywał, zanim zdążyły się skrystalizować. Żył wprawdzie współczesnością i brał za nią odpowiedzialność, posiadając świadomość swojej pozycji i godności, ale był również świadomy stopniowego gaśnięcia sił fizycznych. Pisze do biskupa Arabii Maryniana w lutym 601 roku: „Dużo bowiem już upłynęło czasu, odkąd nie mogę się dźwignąć z łóżka. Raz dręczy mnie ból podagry, drugi raz nie wiem jaki ogień z bólem rozchodzi się po całym ciele; a często bywa, że równocześnie ogień ściera się z bólem i omdlewa we mnie ciało i duch”. O chorobie swojej dawał znać różnym przyjaciołom. Czynił to jednak bez tragizowania, ze spokojem świadczącym o ładzie wewnętrznym człowieka, który swoim sprawom osobistym poświęcał tylko tyle czasu i zainteresowania, ile tego wymagało zorganizowanie rozumnej i owocnej służby Bogu i ludzkości.

    Porównanie jego życia z chorałem gregoriańskim jest podwójnie uzasadnione. Jeżeli nawet Grzegorz nie był twórcą tak genialnego zespolenia słów modlitwy z melodią, to pod jego patronatem Kościół, a z nim i w nim Europa, uczyły się śpiewem oddawać chwałę Bogu i wypowiadać najpiękniejsze uczucia serca ludzkiego. A stało się tak, ponieważ on umiał ze swoich trudów i prac, radości i smutków, wspaniałych osiągnięć i niepowodzeń układać poważną pieśń o dobrze spełnionym obowiązku wobec Boga i człowieka.

    Nagrodził go Bóg szczęściem bez końca, Kościół — tytułem Wielkiego Doktora, ludzie nazwali „Ojcem Miasta Wiecznego i Rozkoszą całego świata”. A on sam mówił o sobie, że chce być „konsulem Boga”. Nie gniewałby się na pewno, gdyby go ogłoszono „Pierwszym Europejczykiem”.

    Copyright © Wydawnictwo WAM 2003/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    2 września

    Błogosławieni męczennicy Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel, Seweryn Girault oraz Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święta Beatrycze z Silvy, dziewica
      •  Święty Wilhelm, biskup
      •  Błogosławiona Ingrida Szwedzka, zakonnica
    Ścięcie na gilotynie - powszechna metoda wykonywania wyroków śmierci w czasie rewolucji francuskiej

    Wielka Rewolucja Francuska (1789-1799) miała wśród swoich celów m.in. zniesienie katolicyzmu we Francji. Radykałowie przeforsowali uchwałę stanowiącą o tym, że wszystkie dobra kościelne mają przejść na własność skarbu państwa, a duchowni, jak wszyscy urzędnicy, będą otrzymywali pensję. Zaczęły się sypać jedne po drugich uchwały i dekrety wrogie Kościołowi. 13 lutego 1790 r. uchwalono kasatę większości zakonów, ocalały jedynie te oddane pracy charytatywnej lub oświatowej. Zabroniono składania ślubów zakonnych na terenie Francji.
    12 lipca 1790 r. uchwalono Konstytucję cywilną duchowieństwa, która redukowała liczbę diecezji i stolic biskupich według liczby i granic departamentów. Ograniczono władzę biskupów, zniesiono kapituły. Odtąd biskupów i proboszczów mieli wybierać sami parafianie i diecezjanie. Równocześnie wszyscy członkowie stanu duchownego otrzymali prawo opuszczenia go i przejścia do stanu świeckiego. Odtąd to państwo, a nie papież miało być zwierzchnikiem Kościoła we Francji, chociaż ustanowiona została funkcja pośrednika między państwem a papieżem. Duchowieństwo zobowiązano do składania przysięgi na wierność nowej konstytucji, która była wręcz wroga Kościołowi. Już kilka dni później jej treść potępił ostro papież Pius VI. Mimo tego protestu król Ludwik XVI 23 lipca wyraził aprobatę wobec przegłosowanego projektu ustawy, a 26 grudnia zgodził się formalnie również na dekret wprowadzający ustalenia konstytucji w praktyce.
    4 stycznia 1791 r. rozpoczęły się ceremonie składania przysięgi na konstytucję przez wszystkich księży. Jako pierwsi przysięgali deputowani duchowieństwa do Konstytuanty; z tego grona 80 biskupów odmówiło tego aktu. Konstytucja była przyjmowana z podobnymi oporami we wszystkich diecezjach: uroczyste przysięgi były zależnie od regionu przeprowadzane przez cały styczeń i luty, jednak zdecydowana większość biskupów i około połowa proboszczów nie zaakceptowała ustawy. Istniały nawet regiony, w których większość duchownych odmówiła złożenia przysięgi, jak Bretania, Alzacja i Prowansja. W ten sposób kler francuski podzielił się na księży konstytucyjnych i niekonstytucyjnych. Dylemat, przed którym stanęli księża, powiększało jeszcze nieprzejednanie papieża, który ponowił swój sprzeciw wobec ustawy w breve Quod aliquantum z 10 marca 1791 r. oraz Caritas z 13 kwietnia 1791 r. W dokumentach tych uznawał on postanowienia konstytucji cywilnej za świętokradztwo i herezję, a wszystkich duchownych wzywał do nieskładania przysięgi lub jej odwołania.
    Zaczęło się krwawe prześladowanie. Tych, którzy odmówili złożenia przysięgi, traktowano jako wrogów rewolucji, skazywano ich na banicję, więzienie, a często na śmierć. 21 września 1792 r. wprowadzono rozwody. Duchowieństwu zakazano nosić strój kościelny poza kościołem. Zniesiono bractwa i stowarzyszenia religijne. Wprowadzono śluby cywilne, zniesiono celibat, a dekretem z 7 listopada 1793 r. w miejsce chrześcijaństwa wprowadzono “religię rozumu i natury”. Zaczęto likwidować kościoły. Niedziele zastąpiono dekadami, a święta katolickie uroczystościami rewolucyjnymi.W okresie Rewolucji śmierć poniosło kilkanaście tysięcy katolików: duchownych, zakonników i świeckich. Największą grupę stanowią męczennicy z Paryża, gdzie między 2 a 6 września 1792 r. (w czasie tzw. masakr wrześniowych) zamordowano około 1400 osób, w tym ok. 300 duchownych i zakonników. Byli oni więzieni i zginęli w benedyktyńskim opactwie Saint-Germain-des-Pres, w seminarium św. Firmina, więzieniu La Force i kościele Saint Nicolas du Chardonnet. Ponad 100 osób, w większości prezbiterów, zginęło także w klasztorze karmelitów przy Rue de Vaugir.
    Wśrod nich byli franciszkanie: Jan Franciszek Burté, Apolinary Morel i Seweryn Girault. Zostali oni beatyfikowani w dniu 17 października 1926 r. przez papieża Piusa XI w gronie 191 osób, których męczeństwo udało się udokumentować.
    Jan Franciszek Burté urodził się w 1740 r. Wstąpił do franciszkanów w Nancy w wieku 16 lat. Po przyjęciu święceń kapłańskich wykładał teologię młodszym braciom. Został gwardianem klasztoru w Paryżu. Tam został aresztowany i uwięziony w klasztorze karmelitów.

    Błogosławiony Apolinary Morel

    Apolinary Morel urodził się w 1739 r. w Szwajcarii. Wstąpił do kapucynów i zyskał z czasem sławę wspaniałego kaznodziei, spowiednika i wychowawcy kleryków. Aby mógł podjąć działalność misyjną na Wschodzie, wysłano go do Paryża na studia języków wschodnich. Tam zastała go rewolucja. Gdy odmówił wyrzeczenia się wiary, aresztowano go i zamknięto w klasztorze karmelitów.
    Seweryn Girault urodził się w 1728 r. w Rouen. W 1750 r. wstąpił do III Zakonu Franciszkańskiego. Cztery lata później przyjął święcenia kapłańskie. Kiedy wybuchła rewolucja, był spowiednikiem franciszkanek w Paryżu. Gdy zapytano go, czy chce pozostać w klasztorze i ryzykować życie, czy też woli uciec z klasztoru i rozpocząć życie świeckie, bez wahania wybrał pozostanie wiernym regule i siostrom, którym służył. Wkrótce aresztowano go. Jako pierwszy poniósł śmierć: kiedy odmawiał brewiarz, odcięto mu głowę.Trzech wyżej wspomnianych męczenników oraz 182 innych, włączając w to kilku biskupów oraz wielu kapłanów zakonnych i diecezjalnych, zostało zamęczonych w klasztorze karmelitów w Paryżu 2 września 1792 r. Więźniowie otrzymali tego dnia tajną wiadomość, że zbliża się dzień ich śmierci. Wszyscy zakonnicy i kapłani tam spędzeni odbyli spowiedź i cały czas poświęcili na modlitwę. O godzinie 16 wyprowadzono ich – niby na spacer – na podwórze więzienne. Tam czekał na nich tłum, który rzucił się na więźniów. Rozpoczęła się rzeź. Pozostałych wpędzono do kościoła, gdzie zaimprowizowano trybunał sądowy. Każdego pytano: “Obywatelu, czy złożyłeś przysięgę?” Gdy padała odpowiedź: “Nie!”, wyprowadzano ofiary przed kościół i tam je mordowano siekaniem szablami i strzałami.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 września

    Najświętsza Maryja Panna, Królowa Pokoju

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Bronisława, dziewica
      •  Święta Teresa Małgorzata Redi od Najświętszego Serca Jezusa, dziewica
      •  Święta Dulcelina
      •  Jozue, praojciec
      •  Gedeon, sędzia Izraela
      •  Rut
    ***
    W Stoczku Klasztornym (znanym też pod nazwą Stoczek Warmiński) w archidiecezji warmińskiej w 1640 r. zbudowano kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Obecnie znajduje się tu także dom zakonny marianów, założony w 1958 r. w starym klasztorze pobernardyńskim.
    W klasztorze tym przez rok (w latach 1952-1953) więziony był przez władze komunistyczne Prymas Tysiąclecia, Sługa Boży Stefan kard. Wyszyński. Tutaj właśnie przygotował akt zawierzenia całej Ojczyzny Matce Bożej. W jednym z pomieszczeń klasztoru znajduje się dziś izba pamięci, utrwalająca obecność ks. Prymasa w tym miejscu.
    W roku 1987 kościół w Stoczku decyzją papieża podniesiony został do rangi bazyliki mniejszej.

    Maryja - Królowa Pokoju

    W ołtarzu głównym kościoła znajduje się słynący łaskami obraz Matki Bożej Królowej Pokoju. Jest on kopią obrazu Salus Populi Romani z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej. Został namalowany na płótnie przez nieznanego artystę. Oblicze Matki Bożej jest pełne godności i dobroci. Dzieciątko w swojej lewej ręce trzyma księgę, zaś prawą wznosi do błogosławieństwa. W tle obrazu widzimy chmury, z których u stóp Maryi wynurza się księżyc. Obraz najprawdopodobniej został przywieziony z Rzymu około 1640 roku. W 1670 r. przyozdobiono go dwiema koronami, a w 1687 r. udekorowano srebrną sukienką ze złotymi kwiatami. W 1700 roku dodano berło.
    Św. Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski dnia 19 czerwca 1983 r. na wałach Jasnej Góry dokonał rekoronacji obrazu. W homilii Ojciec Święty powiedział o nim: “Tym aktem wyrażam dziękczynienie Matce Pokoju za trzysta z górą lat opieki nad Świętą Warmią, która na przestrzeni dziejów i zmiennych losów historii dochowała wierności Chrystusowi i Jego Kościołowi”. Wspomniał też o Stoczku jako miejscu uwięzienia ks. Kardynała Wyszyńskiego oraz o jego akcie oddania się Matce Bożej. Zakończył słowami: “Wszystkich Was zawierzam Matce Pokoju”.
    Koronacja ta otworzyła nowy etap w rozwoju kultu Królowej Pokoju. Wiele parafii archidiecezji warmińskiej przeżyło nawiedzenie kopii stoczkowskiego obrazu. Liczne kopie trafiły do kościołów w całej Polsce – i nie tylko. W ciągu pierwszych 20 lat po rekoronacji do różnych miejsc w kraju i poza jego granicami powędrowało około 80 kopii obrazu. Z roku na rok rośnie też liczba pielgrzymów nawiedzających klasztor w Stoczku. Wspomnienie Maryi jako Królowej Pokoju jest obchodzone liturgicznie co roku 1 września – w rocznicę wybuchu II wojny światowej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Ogłoszenia – wrzesień 2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _________________________________________________________________________________

    W KAŻDY PIĄTEK JEST ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMNTEM OD GODZ. 18.00

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ.

    MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA ZA GRZECHY NASZE I CAŁEGO ŚWIATA

    ODPRAWIANA JEST O GODZ. 19.00

    W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17-tej. Chętni bardzo mile widziani.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ SOBOTĘ O GODZ. 18.00 JEST MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ JEST PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ OD GODZ. 17.30

    ***

    W PIERWSZE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST NABOŻEŃSTWO PIĘCIU SOBÓB WYNAGRADZAJĄCYCH ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    ***

    W DRUGIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ KORONKĄ DO SERCA BOLEŚCIWEJ MATKI – SERCA PRZEBITEGO SIEDMIOMA MIECZAMI.

    ***

    W TRZECIE SOBOTY MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU O POKÓJ NA ŚWIECIE.

    _______________________________________

    W KAŻDĄ NIEDZIELĘ MSZA ŚWIĘTA JEST O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚWIĘTĄ JEST ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    W TYM CZASIE JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚWIĘTEJ OD GODZ. 13.30

    _______________________________________________________________________

    OD 2 WRZEŚNIA TRWAJĄ PRACE RENOWACYJNE KOŚCIOŁA ŚW. PIOTRA.

    DLATEGO W PIĄTKI ADORACJA, SPOWIEDŹ ŚW. I MSZA ŚW. NA CZAS REMONTU BĘDĄ W SALI PARAFIALNEJ.

    NATOMIAST W SOBOTY I W NIEDZIELE MSZE ŚWIĘTE BĘDĄ W KOŚCIELE.

    ***

    image.png

    _______________________________________________________________________

    REKOLEKCJE RÓŻAŃCOWE W DNIACH OD 3 – 6 PAŹDZIERNIKA WYGŁOSI KS. TOMASZ ROŻEK, MICHAELITA Z GÓRY GARGANO

    ***

    Jak prawidłowo odmawiać Różaniec?

    ***

    W ROKU 2013 REKOLEKCJE O ANIOŁACH WYGŁOSIŁ W NASZEJ WSPÓLNOCIE WSPÓŁBRAT KSIĘDZA TOMASZA – KSIĄDZ PIOTR PRUSAKIEWICZ CSMA, KTÓRE MOŻNA ODSŁUCHAĆ NA STRONIE MISJI KATOLICKIEJ W GLASGOW. 

    ___________________________________________________________________

    W południowo-wschodnim regionie Włoch, zwanym Apulią, na górze Gargano, w mieście Monte Sant’Angelo znajduje się jedno z najsłynniejszych w Kościele katolickim sanktuariów ku czci świętego Michała Archanioła. Na szczycie góry wznosi się jedyna w swoim rodzaju Niebiańska Bazylika. To niezwykłe miejsce położone jest na wysokości 856 m n.p.m. i znajduje się około 20 kilometrów od San Giovanni Rotondo, miejsca, w którym żył i działał św. o. Pio. Ks. Tomasz, nasz tegoroczny rekolekcjonista, w tym miejscu sprawuje kapłańską posługę.

    ***

    ***

    PROGRAM REKOLEKCJI:

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 3 PAŹDZIERNIKA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚWIĘTEJ GODZINA ŚWIĘTA, KTÓRĄ POPROWADZI KS. REKOLEKCJONISTA

    _____________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 4 PAŹDZIERNIKA – SALA PARAFIALNA PRZY KOŚCIELE

    OD GODZ. 18.00 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 5 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.30 – MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________

    PIERWSZA NIEDZIELA MIESIĄCA – 6 PAŹDZIERNIKA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 13.30 – ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. Z HOMILIĄ

    ZAKOŃCZENIE REKOLEKCJI

    ___________________________________________________

    “Madonna z Dzieciątkiem i różańcem” /Bartolomé Esteban Murillo/fot. Wikimedia commons

    ***

    7 PAŹDZIERNIKA

    Najświętsza Maryja Panna Różańcowa

    Nasza Pośredniczka

    ____________________________________________

    Cudowna interwencja Matki Bożej

    Powstanie święta łączy się z wydarzeniem militarnym, które miało wpływ na losy Europy. Ekspansja turecka na Morzu Śródziemnym została zatrzymana pod Lepanto. W dniu 7 października 1571 r. połączone floty Hiszpanii, Wenecji i Państwa Kościelnego pod wodzą Juana d`Austria pokonały flotę turecką. W tym samym dniu ulicami Rzymu kroczyła pod przewodem Piusa V procesja odmawiając różaniec. Na czele procesji niesiono obraz Matki Boskiej Śnieżnej zwany Salus Populi Romani z bazyliki Santa Maria Maggiore w Rzymie.

    Do zwycięstwa pod Lepanto przyczyniła się nagła zmiana wiatru uznana za cudowną interwencję Matki Bożej na skutek odmawiania różańca. Od tej pory obraz Matki Boskiej Śnieżnej złączył się na stałe z nabożeństwem różańcowym i otrzymał nazwę Matki Boskiej Zwycięskiej. Pius V ustanowił święto Matki Boskiej Zwycięskiej, które rok później (1572) Grzegorz XIII zmienił na święto Matki Boskiej Różańcowej. Klemens XI rozszerzył je na cały Kościół w 1716 r., a Leon XIII w 1888 r. ustalił liturgię święta i przeznaczył październik na odprawianie nabożeństwa różańcowego.

    Idea odwoływania się do wstawiennictwa Matki Bożej w potrzebach militarny przez modlitwę różańcową praktykowana była także w Rzeczpospolitej. Olbrzymia procesja różańcowa z biskupem Marcinem Szyszkowskim przeszła ulicami Krakowa 3 października 1621 r. w intencji wojsk polskich pod Chocimiem. I tu niesiono kopię obrazu Matki Boskiej Śnieżnej przywiezioną do Krakowa z Rzymu w 1600 r. Na pamiątkę zwycięstwa nad Turkami pod Chocimiem odbywała się odtąd w Krakowie co roku procesja różańcowa. Grzegorz XV (1621-1623) polecił aby Kościół w Rzeczpospolitej obchodziły rocznicę Chocimia uroczystym nabożeństwem ze śpiewem Te Deum.

    Maryja naszą Pośredniczką

    Różaniec jest najintensywniejszą formą pobożności maryjnej, a także najbardziej uniwersalnym sposobem modlitwy. Maryja powinna być czczona jako Pośredniczka, która włącza wiernych w misterium życia Chrystusa.

    Poznawanie tajemnic Jego zbawczego dzieła ukazuje niebiański i historyczny zarazem wymiar tych wydarzeń oraz akcentuje ich realność i zakorzenienie w świecie wyrażając istotne elementy dziejów zbawienia. W ten sposób różaniec przeciwstawia się redukcji świętej historii do zespołu jedynie ponadczasowych idei. Różaniec wpisuje misterium Chrystusa w tok Jego ziemskiego życia i życia Maryi, czyniąc je przez to bliskim i zrozumiałym.

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Różaniec kontra mantra”

    „Różaniec kontra mantra”

    Zdjęcie ilustracyjne (Fot. Therese Westby/Unsplash.com)

    ***

    Za kilka dni rozpocznie się październik, który w Kościele katolickim kojarzony jest z modlitwą różańcową. Wspominam swój „różańcowy” felieton sprzed roku, który wywołał ogromną falę hejtu na Facebooku, mimo że sam tekst nie ma w sobie nic kontrowersyjnego. Pamiętam, jak rozmawiając z przyjaciółką powiedziałam, że to taki niepozorny temat, a pod nim morze gnoju. Zaskoczyło mnie to wtedy bardzo. Czy modlitwa różańcowa jest aż tak kontrowersyjna, trudna, niezrozumiana? Widocznie tak. Być może jest też w jakiś sposób wyrzutem sumienia dla katolika…

    Patrząc na to od strony osoby wierzącej, widzę że wielu katolików nie lubi powtarzalności różańca. To z pozoru bardzo łatwa modlitwa, ale ta prostota to złudzenie. Odmawianie kolejnych Zdrowasiek wymaga przecież niesamowitego skupienia, bycia tu i teraz, wyciszenia, powtarzania tych samych fraz, co patrząc zwyczajnie po ludzku – może nudzić, usypiać, łatwo wkrada się zniechęcenie. Dlatego sama modląc się na różańcu, świadomie wybieram konkretne tajemnice różańcowe. Czasem czytam do nich jakiś katolicki komentarz, choć bardzo dawno tego nie robiłam. Zawsze jednak, pociągnięta przez duchowość ignacjańską, staram się mieć przed oczyma konkretny obraz. Wracać myślami np. do Maryi, która spotyka św. Elżbietę, albo do Jezusa, któremu ciernie przebijają skórę głowy. Gdy moje myśli na modlitwie uciekają, wracam do wyobrażenia sobie konkretnej tajemnicy, którą właśnie staram się rozważać. Wtedy moja modlitwa różańcowa nabiera dodatkowej głębi.

    Jak patrzą na różaniec osoby niewierzące? Czuję tutaj niejednokrotnie duży zgrzyt i ogromne nieporozumienie. Wiele osób niepraktykujących bądź uważających się za niewierzące, które mam w swoim najbliższym otoczeniu, korzysta z technik medytacyjnych. Powtarza mantry, ćwiczy uważność, wycisza się tak jak uczą tego ich mentalne guru. I jednocześnie śmieją się z różańca, jako czegoś bezsensownego. Serio, pytam? Czym, tak od strony osoby niewierzącej, różni się powtarzanie słów modlitwy różańcowej, od twojej mantry? Niczym. Niczym dla kogoś, kto nie wierzy, bo osoba wierząca ma świadomość, że modlitwa to nie puste słowa, rzucone w próżnię.

    Tyle od strony czysto ludzkiej, można by powiedzieć zewnętrznej, powierzchownej. Nieprzekonanych i tak nie przekona, wiem. Może też dlatego, że różaniec nie jest tylko powtarzaniem tych samych fraz. To modlitwa, której bardzo nie lubi szatan. Tak, słyszę ten rechot osób antykatolickich. Trudno, śmiejcie się dalej. Jednak ci, którzy próbowali kiedykolwiek odmówić nowennę pompejańską, albo tacy jak ja, którzy zobowiązali się odmawiać jedną dziesiątkę dziennie (to tylko 3 minuty!) w ramach róży różańcowej, wiedzą ile pojawia się przeciwności, gdy chwytają za różaniec. Ile wtedy myśli atakuje spokojny dotąd mózg! Dzieci nagle wychodzą ze swojej pieczary, w której siedziały ostatnią godzinę i nagle, teraz, już, natychmiast potrzebują twojego wsparcia. Kto na serio wchodzi w modlitwę różańcową, ten wie. Może nie zauważamy tego często, może nas ten problem nie dotyczy, albo nie jest mocno uciążliwy. Jednak znam wiele osób i sama też do nich należę, dla których różaniec jest modlitwą trudną, bo wiąże się z dużą wewnętrzną walką – o czas, skupienie, regularność. Ta modlitwa nie podoba się złemu. Zrobi wszystko, byśmy zrezygnowali. Dlaczego?

    Po ludzku – byśmy żyli w ciągłym hałasie, a skupienie na różańcu ten wewnętrzny wrzask wycisza. Z perspektywy duchowej – byśmy nie uczyli się ufności, otwartości, byśmy nie rozważali kolejnych tajemnic z życia Jezusa. Tak, Jezusa. Jednym z zarzutów wobec różańca jest to, że skupia nadmiernie na Maryi, ale wystarczy poznać tajemnice różańcowe by dostrzec, że ta modlitwa – owszem, jest maryjna – ale prowadzi do głębszego poznania życia Jezusa, do kontemplacji Jego drogi, która często tak bardzo może przenikać się z naszą.

    Październik, miesiąc różańca. Warto zatrzymać się i nazwać swoje odczucia wobec tej modlitwy. Nawet jeśli będą tylko negatywne, czy nie warto zobaczyć skąd we mnie takie przekonania, może też niezrozumienie i lęk? Myślę, że warto, a Kościół nie bez powodu zaprasza nas kolejny rok na różańcowe nabożeństwa.

    Magdalena Urbańska/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana, miłowana i uwielbiana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC WRZESIEŃ 2024

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby każdy z nas usłyszał i wziął sobie do serca wołanie ziemi i ofiar klęsk żywiołowych i zmian klimatycznych oraz zobowiązał się do troski o świat, który zamieszkujemy.

    więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja

    _______________________________________________________

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    *  “Matko Najświętsza do Serca Twego, Mieczem boleści wskroś przeszytego, Wołajmy wszyscy z jękiem ze łzami, Ucieczko grzesznych módl się za nami”.

    ____________________________________________

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    Od 1 września modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 sierpnia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    ________________________________________

    Obecnie mamy 19 Róż Żywego Różańca, choć mieliśmy do niedawna 21. Dlatego bardzo serdecznie zachęcamy chętnych, aby zechcieli dołączyć się do Żywego Różańca. Módlmy się też w tej intencji, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.

    ***

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa.

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Tylko przed Bogiem. Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności

    „Robię, co mogę; ciągle na nowo czerpię odwagę z tabernakulum” – pisała św. Edyta Stein. Gdzie mamy szukać nadziei, jak nie przed Najświętszym Sakramentem? Kto klęka przed Jezusem, ten staje się wolny.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Nawet Msza święta może stać się nudnym niedzielnym obowiązkiem. Przyznam, że kiedy ją odprawiam, łapię się często na tym, że moje myśli i uczucia krążą daleko od ołtarza. Podejrzewam, że dotyczy to nie tylko mnie. Przychodzimy do kościoła z naszym grzechem, zagonieniem, zniechęceniem, zwątpieniem… Całe to nasze zagubienie jest jeszcze jednym dowodem na to, że potrzebujemy odkupienia. Bóg nie da się wyprzedzić w miłości. On pierwszy chce nas odnaleźć, zanim my zaczniemy Go szukać. On zawsze JEST, my tylko bywamy.

    Kiedy Mojżesz zobaczył płonący krzew, znak obecności żywego Boga, usłyszał: „Mojżeszu, Mojżeszu! (…) Zdejm sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą!”. Bóg przedstawił mu się słowami: „JESTEM, Który JESTEM”. W czasie każdej Eucharystii stajemy na świętej ziemi. Bóg wychodzi nam na spotkanie i mówi: „JESTEM tutaj z wami, JESTEM dla was”. Czy rozpoznajemy tę tajemniczą obecność ukrytą za zasłoną pokornych znaków? Czy zdejmujemy sandały? Co może nas, kapłanów i świeckich, wyrwać z rutyny, z obojętności? Jan Paweł II i Benedykt XVI podpowiadają skuteczny środek pobudzający: adoracja Eucharystii – trwanie przed Najświętszym Sakramentem, także poza Mszą świętą.

    Chcę uklęknąć!

    Ksiądz Konrad Krajewski, papieski ceremoniarz, wspominał niedawno na naszych łamach (GN13/2011) ostatnią procesję Bożego Ciała z udziałem bł. Jana Pawła II. Był rok 2004. Papież fizycznie był bardzo słaby. „Ojciec Święty koniecznie chciał uklęknąć. Powiedział do mnie: »Chciałbym uklęknąć«. Ja mówię: »Ojcze Święty, ale ten samochód bardzo trzęsie« (bo jechaliśmy na aucie-platformie). Nie wiedziałem, co powiedzieć. Ojciec Święty: »Aha«. Ale za chwilę znowu: »Chcę uklęknąć«. Ja: »To może na wysokości redemptorystów«. Koło redemptorystów papież zwrócił się jeszcze raz stanowczo, troszkę podenerwowany: »Tam jest Najświętszy Sakrament!«. Wtedy razem z abp. Marinim pomogliśmy mu uklęknąć. Dosłownie na parę sekund. Jak tylko uklęknął, wiedział, że musi zaraz wstać, bo kolana już nie wytrzymywały”.

    Jeszcze jeden obraz. Jeden z kolegów księży opowiadał o swoich wrażeniach ze Mszy świętej w prywatnej kaplicy Jana Pawła II. „Kiedy weszliśmy do kaplicy, on już klęczał na klęczniku na środku kaplicy i modlił się. Głowę miał ukrytą w dłoniach. Ani drgnął. Trwał tak bez ruchu bardzo długo. Pomyślałem sobie, że to jest właśnie skała – Piotr. W tym miejscu, w tej postawie modlitwy przed Eucharystią, jakby nieobecny, całkowicie zanurzony w Bogu”. Ten obraz papieża klęczącego przed Najświętszym Sakramentem powracał podczas licznych stacji jego pielgrzymki przez ziemię.

    Kiedy Jan Paweł II przyjechał do Turynu, aby oddać cześć Całunowi Turyńskiemu, minął tę bezcenną relikwię. Pierwsze kroki skierował w stronę Najświętszego Sakramentu. Jakby chciał nam podpowiedzieć: żadna relikwia nie dorównuje tabernakulum!

    Benedykt XVI jeszcze jako kard. Ratzinger w słynnej książce „Duch liturgii” przeciwstawił się poglądom kwestionującym wartość adoracji Najświętszego Sakramentu. Tu i ówdzie słychać było zdanie, że dary eucharystyczne są po to, by je spożywać, a nie oglądać. „Lekkomyślność, z jaką głoszone są takie opinie, może jedynie dziwić” – komentuje obecny papież. To prawda, że adoracja eucharystyczna poza Mszą świętą rozwinęła się w Kościele dopiero w średniowieczu, ale było to pogłębienie tego, w co wierzono od początku, że zmartwychwstały Chrystus jest realnie obecny w Eucharystii. Łacińskie słowo tabernaculum oznacza namiot. To adaptacja hebrajskiego shekina, którym nazywano namiot z Arką Przymierza towarzyszący Żydom podczas ich drogi do Ziemi Obiecanej. Tabernakulum jest dziś dla nas tym, czym niegdyś była Arka Przymierza. Jest namiotem obecności Boga, w wiejskim kościółku, w szpitalnej kaplicy czy we wspaniałej katedrze. „Kościół, w którym pali się wieczna lampka, żyje zawsze i jest czymś więcej niż kamienną budowlą – w kościele tym zawsze czeka na mnie Jezus Chrystus, woła mnie, chce mnie samego uczynić »eucharystycznym«” – pisał kard. Ratzinger.

    Potrzebne zdumienie

    Podczas pierwszego „papieskiego” Bożego Ciała w 1979 roku Jan Paweł II mówił z zachwytem: „W tym milczeniu białej Hostii niesionej w monstrancji są wszystkie słowa Chrystusa, jest całe Jego życie oddane na ofiarę Ojcu za każdego z nas”. Po 25 latach pontyfikatu papież podarował Kościołowi encyklikę poświęconą Eucharystii, jak się okazało – ostatnią. „Ecclesia de Eucharistia” jest więc w pewnym sensie jego duchowym testamentem. Kluczowe słowo tego dokumentu brzmi „zdumienie”. Eucharystii powinno towarzyszyć zdumienie, podkreśla Jan Paweł II. „Pragnę to eucharystyczne »zdumienie« rozbudzić, pisząc tę encyklikę” – dodaje.

    W tej ostatniej encyklice sporo jest słów bardzo osobistych, pokazujących, jak bezcennym skarbem dla Jana Pawła II była Eucharystia. „Od ponad pół wieku, począwszy od pamiętnego 2 listopada 1946 roku, gdy sprawowałem moją pierwszą Mszę św. w krypcie św. Leonarda w krakowskiej katedrze na Wawelu, mój wzrok spoczywa każdego dnia na białej hostii i kielichu, w których czas i przestrzeń jakby »skupiają się«, a dramat Golgoty powtarza się na żywo, ujawniając swoją tajemniczą »teraźniejszość«. Każdego dnia dane mi było z wiarą rozpoznawać w konsekrowanym chlebie i winie Boskiego Wędrowca, który kiedyś stanął obok dwóch uczniów z Emaus, ażeby otworzyć im oczy na światło, a serce na nadzieję”.

    Zachęta do trwania na adoracji przed wystawionym Najświętszym Sakramentem brzmi również bardzo osobiście: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,23), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca” – wyznaje Jan Paweł II. I dodaje: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Grzechem byłoby nie adorować

    Papież Benedykt rozpoczął swój pontyfikat w kwietniu roku 2005. Było to dokładnie w połowie Roku Eucharystycznego, który w październiku 2004 zainaugurował Jan Paweł II. Czy nie jest to wymowny znak? Zmieniają się ziemscy pasterze, ale Najważniejszy Pasterz pozostaje z nami – szczególnie w Eucharystii.

    Benedykt XVI w adhortacji apostolskiej „Sacramentum caritatis” podkreśla konieczności adoracji. Raz jeszcze, tym razem jako papież, odrzuca zarzut, że chleb eucharystyczny miałby nam być dany nie dla kontemplacji, a tylko dla spożywania. Benedykt przywołuje mocne słowa św. Augustyna: „Niech nikt nie spożywa tego Ciała, jeśli Go najpierw nie adorował; grzeszylibyśmy, gdybyśmy Go nie adorowali”. A następnie wyjaśnia, że między adoracją a samą Mszą św. istnieje ścisły związek. „Akt adoracji poza Mszą św. przedłuża i intensyfikuje to, co się dokonało podczas samej celebracji liturgicznej. W rzeczywistości tylko przez adorację można dojrzeć do głębokiego i autentycznego przyjęcia Chrystusa”.

    W naszym świecie narasta zjawisko idolatrii, czyli kultu bożków. Świat stwarza wciąż swoich bogów: pieniądze, seks, aborcja, sława. Wszystkie te fałszywe bóstwa obiecują wyzwolenie i wolność. Chrześcijańska odpowiedź jest tylko jedna: tylko Bóg objawiony przez Jezusa jest Bogiem, który wyzwala. Benedykt XVI trafia w punkt: „Adoracja Boga Jezusa Chrystusa, który stał się chlebem łamanym z miłości, jest najbardziej skutecznym i radykalnym środkiem przeciwdziałającym wszelkiej, dawnej i współczesnej, idolatrii.

    Klęczenie przed Eucharystią jest wyznaniem wolności: ten, kto klęka przed Jezusem, nie może i nie powinien korzyć się przed żadną władzą ziemską, bez względu na jej siłę. My, chrześcijanie, klękamy tylko przed Bogiem, przed Najświętszym Sakramentem, ponieważ w Nim, jak wiemy i jak wierzymy, jest obecny jedyny prawdziwy Bóg, który stworzył świat i tak go umiłował, że dał swego Jednorodzonego Syna”.

    W wielu kościołach w Polsce jest zwyczaj całodziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. We Francji rozpowszechnia się w parafiach wieczysta adoracja. Ludzie raz w tygodniu poświęcają godzinę na modlitwę (w dzień lub w nocy) przed Najświętszym Sakramentem. Na przykład w miasteczku Sanary-sur-Mer nad Morzem Śródziemnym. Tristan, ojciec rodziny, szef przedsiębiorstwa, jest jednym ze 168 osób (tyle jest godzin w tygodniu), które uczestniczą w tej sztafecie. Przychodzi do kościoła w każdy poniedziałek rano, od piątej do szóstej. „Żyję na wysokich obrotach” – zwierza się. „Spędzenie tej godziny raz w tygodniu z Panem Jezusem zmienia spojrzenie na życie, na radości, na trudności”. Czy nie jest to dobry pomysł i dla naszych parafii? Czy znajdziemy w parafii 168 ludzi gotowych dać jedną godzinę w tygodniu dla Boga? Kiedyś zapytano bł. Matkę Teresę: „Co uratuje świat?”. Odpowiedziała: „Moją odpowiedzią jest modlitwa. Każda parafia musi godzinami trwać na adoracji, u stóp Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    Inspiracją dla tego tekstu była książka Ludovica Lecuru i Floriana Racine, Adoracja eucharystyczna, wyd. PROMIC, Warszawa 2010.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Suplikacje

    Jest to błagalna pieśń, prośba, śpiewana w okresach wielkich nieszczęść, zarazy, klęsk żywiołowych

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od powietrza, głodu, ognia i wojny
    Wybaw nas Panie!

    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!


    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!

    Od nagłej i niespodzianej śmierci
    Zachowaj nas Panie!


    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!

    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!


    My grzeszni Ciebie Boga prosimy
    Wysłuchaj nas Panie!

    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami…
    Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny,
    Zmiłuj się nad nami.

    ***

    Krucyfiks z ogarniętego powodzią kościoła franciszkanów w Kłodzku

    fot. Kamil Gąszowski/ Gość Niedzielny

    __________________________________________________________

    W NIEDZIELĘ 22 WRZEŚNIA TACA BYŁA PRZEZNACZONA NA POMOC NASZYM RODAKOM POTRZEBUJĄCYM POMOCY Z POWODU OGROMNYCH SZKÓD POWODZI

    ZEBRALIŚMY 1200 FUNTÓW, KTORE PRZEKAŻEMY W NAJBLIŻSZYCH DNIACH POWODZIANOM.

    BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM OFIARODAWCOM. NIECH PAN BÓG WYNAGRODZI WASZĄ WIELKĄ CHOJNOŚĆ.

    _______________________________________________________________

    Proboszcz z Kłodzka o zniszczeniu miasta przez powódź: To bardzo trudne. Kolejny raz trzeba będzie wszystko odbudować

    Kłodzko po zejściu wody / fot. Maciej Kulczyński/Gość Niedzielny/PAP

    ***

    Zbiórki pomocowe i modlitwa.

    Kościół odpowiada na potrzeby powodzian

    Powódź, która dotyka południowe rejony Polski, niesie za sobą zniszczenia na ogromną skalę. Diecezje i instytucje kościelne wzywają do modlitwy i organizują działania pomocowe. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC zaapelował, by niedziela 22 września była dniem zbiórki na pomoc poszkodowanym w wyniku powodzi.

    Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC zaapelował, by niedziela 22 września była dniem zbiórki na pomoc poszkodowanym w wyniku powodzi. Zebrane środki finansowe zostaną przekazane osobom dotkniętym kataklizmem za pośrednictwem Caritas Polska

    „Chcę wyrazić nasze współczucie wobec tych, którzy doświadczyli tego wielkiego dramatu, ale jednocześnie zapewnić, że nie pozostają oni sami. Modlimy się za nich, wspieramy ich duchowo, ale jednocześnie chcemy wesprzeć ich również materialnie. Caritas Polska, która koordynuje pomoc w imieniu całego Kościoła w Polsce, już zaczęła ją świadczyć” – zaznaczył Przewodniczący Episkopatu.

    „Apeluję do wszystkich o hojność, wsparcie, pomoc, tak jak zawsze to czyniliśmy. Hojność Polaków jest wielka” – podkreślił abp Wojda.


    Wcześniej przeprowadzenie zbiórki we wszystkich parafiach w najbliższą niedzielę zapowiedziała archidiecezja krakowska, deklarując również przekazanie 500 tysięcy złotych na ten cel. Środki będą rozdzielane przez Caritas Archidiecezji Krakowskiej w porozumieniu z diecezjami, obejmującymi najbardziej poszkodowane tereny

    W niedzielne popołudnie zbiórkę uruchomiła Caritas Polska. Na początek przekazała 200 tys. zł na pilną pomoc interwencyjną powodzianom z terenów diecezji opolskiej, świdnickiej, bielsko-żywieckiej i legnickiej. To środki, które trafią do diecezjalnych ośrodków Caritas na terenach dotkniętych powodzią i będą mogły być wydane na pilne potrzeby. Na ogólnopolską zbiórkę wpłat można dokonywać na stronie www.caritas.pl, ale także poprzez BLIK na numer 668 070 000 tytułem POWODZ oraz przelewem tradycyjnym na konto 77 1160 2202 0000 0000 3436 4384 z dopiskiem POWODZ.

    Potrzebna jest też pomoc rzeczowa od firm (ilości hurtowe). – W tym momencie nie prowadzimy zbiórek rzeczowych od osób indywidualnych. Potrzebne są: osuszacze, woda pitna, agregaty prądotwórcze, łopaty, taczki, gumowce, ścierki, artykuły higieniczne, żywność z długim terminem ważności – informują pracownicy Caritas Polska.

    Pomoc rzeczowa od firm może być zgłaszana na adres powodz@caritas.org.pl.

    Działania podjęły także diecezjalne Caritas – w diecezjach świdnickiej i opolskiej zostały uruchomione jadłodajnie, w których z ciepłego posiłku mogą skorzystać osoby poszkodowane przez żywioł. 

    Pomoc dla poszkodowanych organizuje także diecezja legnicka, na terenie której znajdują się między innymi Jelenia Góra, Wleń i Lwówek Śląski. 

    Najbardziej w tej chwili potrzeba takich artykułów jak: woda, środki czystości, papier toaletowy i papierowe ręczniki, środki higieniczne i nowe ręczniki bawełniane, nowe koce i pościel. W późniejszym terminie będą potrzebne narzędzia do porządkowania pozalewanych posesji, domów, osuszacze, buty gumowe, rękawiczki gumowe, worki.

    – Informacje o chęci przekazania ww. rzeczy można kierować na adres Caritas Diecezji Legnickiej: powodz@caritaslegnica.pl oraz na numer tel. 767244300 (od 7.00 do 15.00), jak i na FB legnickiej Caritas.

    Pomoc można też przekazywać do siedziby Legnickiej Kurii Biskupiej przy ul. Jana Pawła II 1 od poniedziałku do wtorku (16-17 września) w godzinach od 8:00 do 15:00. – Spieszmy z pomocą naszym braciom i siostrom dotkniętym przez powódź – apeluje biskup legnicki Andrzej Siemieniewski. – W niedzielę na własne oczy mogłem się przekonać o tym, jakich zniszczeń dokonują wody Bobru czy Kaczawy. To, co było zapowiadane od kilku dni, teraz stało się faktem. Wiele miejsc zostało dotkniętych powodzią, wielu ludzi potrzebuje pomocy, stąd mój apel do wszystkich diecezjan o pomoc i wsparcie – mówi bp Siemieniewski.

    Jak informuje ks. Robert Serafin, pierwszy transport wyruszy do potrzebujących już we wtorek.

    W pomoc poszkodowanym mieszkańcom Kłodzka angażują się tamtejsi jezuici przy parafii pw. Wniebowzięcia NMP. Jak informuje proboszcz parafii o. Andrzej Migacz SJ, zakonnicy we współpracy z urzędem miasta zorganizowali punkt pomocy dla powodzian. Zbierane są tam żywność długoterminowa, woda oraz środki czystości. 

    – Zorganizowaliśmy zespół wolontariuszy przy naszym Caritas, aby zapewnić stałe dyżury w punkcie pomocy. Naszym celem jest także dotarcie bezpośrednio do rodzin, które ucierpiały w wyniku powodzi, z myślą o długoterminowej pomocy. W tej chwili zbieramy najpilniejsze środki, ale jesteśmy świadomi, że z biegiem czasu może zmniejszyć się zainteresowanie wsparciem. Dlatego planujemy również zbiórkę funduszy, które pomogą w przyszłości w odbudowie i remontach zniszczonych domów – mówi o. Migacz.

    Franciszkański Wolontariat „Bracia Braciom” szuka osób gotowych do podjęcia wolontariatu w Kłodzku. Jak informuje br. Cordian Szwarc, ze względu na kryzysową sytuację i wymagające warunki pracy poszukiwane są osoby pełnoletnie, odpowiedzialne, chcące włączyć się w bezpośrednią pomoc osobom poszkodowanym, niebojące się wyzwań, pracy fizycznej i działania w zespole.

    Zadaniem wolontariuszy jest pomoc w pracach porządkowych, oczyszczanie budynków z mułu wodnego, skuwanie tynków, prace gospodarcze, wsparcie logistyczne
    i inne zadania wynikające z potrzeb mieszkańców.

    Fundacja zapewnia wolontariuszom nocleg, wyżywienie, ubezpieczenie, umowę wolontariacką, transport do miejsc, w których będzie odbywała się pomoc, narzędzia, sprzęty niezbędne do wykonywania prac gospodarczych. Franciszkanie proszą, aby każdy wolontariusz miał ze sobą przynajmniej dwa zestawy odzieży roboczej oraz
    obuwie odporne na wodę (najlepiej kalosze).

    W sieci pojawia się dużo zbiórek, wielu oszustów próbuje wykorzystać naturalną chęć pomagania – zebrane przez nich pieniądze nigdy nie trafią do potrzebujących. Dlatego ważne jest, aby weryfikować, gdzie przelewamy pieniądze – najlepiej korzystać wyłącznie ze zweryfikowanych profili lub wchodzić na strony internetowe organizacji pomocowych.

    Ze strony hierarchów nie brakuje także wyrazów wsparcia i wezwań do modlitwy.

    “Łączę się duchowo ze wszystkimi dotkniętymi skutkami powodzi w południowej części naszego kraju. Modlę się także za niosących pomoc i apeluję do ludzi dobrej woli o konieczne wsparcie dla poszkodowanych i ofiar żywiołu” – przekazał za pośrednictwem mediów społecznościowych przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Tadeusz Wojda SAC.

    Wyrażam serdeczną jedność ze wszystkimi poszkodowanymi powodzią. W sposób szczególny otaczam modlitwą tych, którzy stracili dorobek swojego życia. Bardzo proszę duszpasterzy i wiernych o nieustanną modlitwę i pomoc w organizowaniu wsparcia poszkodowanym – napisał bp Marek Mendyk, biskup świdnicki. Walka z powodzią wciąż trwa, z jej skutkami wciąż mierzą się mieszkańcy wielu gmin i powiatów diecezji.

    Dziękuję osobom i instytucjom, które tak ofiarnie angażują się w ochronę lokalnej społeczności przed nowymi zagrożeniami. Łączę się duchowo ze strażakami, wolontariuszami, harcerzami, służbami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo mieszkańców. Bardzo proszę duszpasterzy i wiernych o nieustanną modlitwę i pomoc w organizowaniu wsparcia poszkodowanym. Niech Matka Boża Bolesna, patronka dnia dzisiejszego, wyprasza nam u swojego Syna Jezusa Chrystusa błogosławieństwo i ufną nadzieję na ten trudny czas. 
    bp Marek Mendyk, biskup świdnicki.

    Bp Andrzej Czaja zaapelował o pomoc powodzianom na terenie diecezji opolskiej. Wieczorem ma się zebrać diecezjalny sztab kryzysowy, który zbierze informacje o potrzebach i opracuje formy wsparcia. – Jeśli nasza pomoc ma być skuteczna, musimy to skoordynować – zaznacza biskup, apelując o solidarność z poszkodowanymi. – Jesteśmy z wami i zapewniam, że będziemy was wspierać – dodaje.

    artykuł aktualizowany/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    fot. Freepik

    **

    W obliczu klęski powodzi módlmy się za ofiary, wszystkich ludzi, których dotknęła powódź i służby ratunkowe.

    Święty Jan Nepomucen, prezbiter i męczennik to ten, który jest orędownikiem w czasie powodzi.

    Jego imienia wzywali także wszyscy tonący. Święty pochodził z Czech i tam prowadził między innymi swoją działalność ewangelizacyjną. Był posłuszny wobec biskupa i troszczył się o dobro wspólnoty Kościoła.

    Legenda głosi, że święty pewnego dnia, podczas trwających zatargów między królem praskim a arcybiskupem Pragi, Jan prowadził mediacje, które niestety nie zakończyły się sukcesem. Z tego też powodu, Wacław IV Luksemburczyk pojmał kapłana i poddał go torturom, a następnie pół żywego kazał zrzucić go z przywiązanym kamieniem do szyi.

    Według historii kamień urwał się, a niezwykła jasność obudziła mieszkańców Pragi. Podobno widząc to król odbył pokutę i zaniechał swych działań, choć nie na długo. Jan niezwykle umiłował sobie tajemnicę spowiedzi. Strzegł jej, pomimo gróźb króla, który mówił, że jeśli kapłan nie zdradzi tego, co podczas spowiedzi powiedziała mu królowa, to zostanie zamordowany… Tak też się stało.

    Modlitwa w czasie powodzi

    Do Ciebie, któremu wichry i jeziora są posłuszne, wołamy dziś: święty Boże, święty Mocny, święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami, od zarazy, głodu, deszczu i powodzi wybaw nas Panie!

    Stacja7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Módlcie się za nas”. Reportaż z dotkniętych powodzią Głuchołazów

    Woda, która z hukiem gnała między domami, niosła ogromne drzewa, samochody osobowe, a nawet przyczepę kempingową. Rozmawialiśmy z ludźmi dotkniętymi przerażającym doświadczeniem: powodzią w Głuchołazach.

    Biała Głuchołaska zerwała mosty w mieście.

    zdjęcia w tym artykule – Henryka Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Sylwia Gitlarz jest jedną z osób, które w niedzielę 15 września straciły w tym mieście dorobek życia. Woda wdarła się do jej mieszkania na parterze wielorodzinnego, jednopiętrowego budynku przy alei Jana Pawła II. Zalała wszystko oprócz wiszących półek w kuchni i obrazów na ścianie, w tym jednego z Jezusem Miłosiernym.

    Wyrwane kable z lodówki

    A było to mieszkanie niedawno wyremontowane, z uroczym tarasem, na którym Sylwia z mężem i przyjaciółmi, którzy ich odwiedzali, uwielbiali spędzać czas. Dobrze się im tu żyło, zwłaszcza że trafili na bardzo dobrych sąsiadów.

    Dla głodnych, pozbawionych prądu i wody mieszkańców Głuchołaz na rynku zupę gotowała ekipa z Fundacji Dobre Miejsce z tutejszymi wolontariuszami.

    Dla głodnych, pozbawionych prądu i wody mieszkańców Głuchołaz na rynku zupę gotowała ekipa z Fundacji Dobre Miejsce z tutejszymi wolontariuszami.

    ***

    Kiedy woda opadła, musieli wyrzucić całe wyposażenie mieszkania. – Straciliśmy wszystko. Płaczemy, ale bierzemy się do roboty, choć nie mamy za bardzo pojęcia, za co konkretnie się wziąć… Wczoraj przyszli do nas sąsiedzi. Też płakali. Posprzątaliśmy razem szlam, wyrzuciliśmy panele i meble – wylicza pani Sylwia. – Mamy więc pomoc sąsiedzką. Z miasta za darmo przywożą jedzenie. Ludzie z serca pomagają i to jest wzruszające. Pan, od którego wynajmujemy garaż, zadzwonił, że zwraca nam wrześniową opłatę i dalsze wstrzymuje. Ludzie są dobrzy. Choć są też jednostki, które kradną. Wystawiliśmy na podwórko lodówkę w nadziei, że może uda się ją wysuszyć, to już nam z niej powyrywali kable – dodaje.

    Gorzej niż w 1997

    Rzeka Biała Głuchołaska wyrwała się z koryta w niedzielny poranek 15 września. – Sąsiadka do mnie zadzwoniła, że właśnie puściły wały. Wyskoczyłam z łóżka, popatrzyłam: woda szła z tamtej strony – pani Sylwia wskazuje na południe, na przestrzeń pomiędzy stojącymi w rzędzie czteropiętrowymi blokami. Teraz ziemia jest tu pokryta grubą warstwą czarnego szlamu i piętrzącymi się stertami wyposażenia, wyrzuconego z mieszkań. W tamtej chwili jednak gnała tędy wielka woda. – Z sekundy na sekundę jej poziom się podnosił. To było przerażające – mówi.

    Kazimierz Grubiak w kościółku św. Rocha. Dwa dni wcześniej ołtarz stał tu w wodzie.

    Kazimierz Grubiak w kościółku św. Rocha. Dwa dni wcześniej ołtarz stał tu w wodzie.

    ***

    Woda niosła ogromne drzewa. Towarzyszył temu głośny huk. Kazimierz Grubiak z Głuchołaz widział z okna, jak nurt zabiera i znosi samochód z parkingu. – Widziałem też, jak odpłynął drewniany klomb, w którym rosło drzewko – mówi.

    Jadwiga Studzienna, radna miasta Głuchołazy, obserwowała to, co się dzieje, z mieszkania na trzecim piętrze bloku. W jej budynku powódź aż po sufit zalała piwnice, ale na szczęście oszczędziła mieszkania. – O piątej rano, kiedy mój mąż wstawał do pracy, jeszcze nie było wody. Kiedy ja przebudziłam się o 7.20, podwórko było już zalane. Biała Głuchołaska jest górską rzeką, więc nabrała tutaj ogromnego rozpędu i ogromnej mocy. Wielu z nas widziało takie rzeczy, ale tylko w filmach katastroficznych, jako fantazje scenarzystów i reżyserów. Natomiast to, co tutaj się zadziało, to był prawdziwy koszmar – wspomina. – Żeby dzieci były spokojniejsze, przenieśliśmy się do przyjaciół mieszkających wyżej. To moja druga powódź, bo z dzieciństwa pamiętam tę z 1997 roku. To, co było teraz, było o wiele gorsze – uważa.

    Płynąca przyczepa

    – Woda niosła takie pocięte pniaki, jakby je zabrała z jakiejś sterty w lesie. Koło nas przepłynęła też przyczepa kempingowa – relacjonuje Sylwia Gitlarz.

    Wraz z mężem uciekła na piętro, do sąsiadki. Niepokojącym widokiem dla wszystkich tam zgromadzonych było stopniowe podnoszenie się wody na klatce schodowej. – Nie mieliśmy żadnych wiadomości z zewnątrz, bo nie było prądu. Oszczędzaliśmy komórki na najpilniejsze telefony. Zapaliłam w oknie gromnicę. W tym czasie moja córka Anita, która mieszka w Głuchołazach w bloku na czwartym piętrze, modliła się za nas i płakała. Tak samo córka Wiktoria z zięciem Łukaszem w Opolu – mówi.

    Mąż pani Sylwii w pewnym momencie wyczuł ulatniający się gaz. Córka przez telefon radziła, żeby się ewakuowali. – Napisałam na Messengerze do burmistrza. Odpisał z prośbą o telefon kontaktowy. Zaraz straż miejska do nas zadzwoniła. Służby odcięły dopływ gazu. Na samą ewakuację musieliśmy jeszcze dość długo poczekać, bo wielu ludzi było w gorszej sytuacji niż my. Dla nas ważna była już świadomość, że służby o nas wiedzą – wspomina.

    Żadne filmy ani zdjęcia nie oddadzą skali wielkiego sprzątania po zejściu wody – dom za domem, ulica za ulicą.

    Żadne filmy ani zdjęcia nie oddadzą skali wielkiego sprzątania po zejściu wody – dom za domem, ulica za ulicą.

    ***

    Wnieśli mnie do łódki

    Łódka, na której mieli się ewakuować, dotarła pod ich okna po południu. – Strażacy to są wspaniali chłopcy: szli w wodzie do ramion i nas w tej łódce przepychali. Jestem im bardzo wdzięczna – mówi Sylwia Gitlarz.

    Wtóruje jej sąsiadka z góry, Alicja. Miesiąc temu doznała wypadku, przez co na razie ma sprawną tylko jedną rękę. – Mam też rany na nogach, więc nie mogłam wejść do tej wody, żeby nie dostać infekcji. Strażacy wnieśli mnie więc do tej łódki, a później jeszcze przenieśli z łódki do samochodu – relacjonuje.

    Mieszkanie pani Alicji na piętrze ocalało: zabrakło pół metra, żeby woda wlała się do niego. Kiedy ściana wody runęła na miasto, jej mąż był akurat w delegacji, a później już nie mógł dostać się z powrotem. – W 1997 r. przeżyłam powódź, ale wtedy woda sięgała mniej więcej do kolan. Teraz w ogóle nie ma porównania. Widzi pan te garaże? Były zalane aż do dachu. Mój mąż miał tam trzy motocykle. Zostały zalane. Udało się mi tylko uratować samochód, bo z wyprzedzeniem poprosiłam, żeby mi go wywieźli. Z motocyklami to się nie udało, bo nie wszyscy mają na nie prawo jazdy – mówi.

    Powódź i czarna śmierć

    Woda zerwała mosty w Głuchołazach. Ocalała tylko kładka dla pieszych. Do tej części miasta, która jest położona na lewym brzegu Białej Głuchołaskiej, z początku nie można było nawet wysłać cysterny z wodą.

    Pod wodą znalazł się cały rynek. Tylko trochę wyżej stoi kościół św. Wawrzyńca, którego ozdobą jest XIII-wieczny portal wczesnogotycki – najwspanialszy zabytek Głuchołaz. Świątynia została wcześniej szczelnie zabezpieczona workami z piaskiem. Co prawda na jej posadzce pojawiło się kilka centymetrów wody, ale główna fala powodzi, niosąca kleisty szlam, nie przedostała się do środka.

    Mętna woda wlała się natomiast do XVII-wiecznego kościółka św. Rocha. To filialna świątynia należąca do parafii św. Wawrzyńca. Stoi na miejscu kaplicy z 1350 r., wzniesionej na pamiątkę „czarnej śmierci”, czyli ogromnej epidemii dżumy, która zabiła połowę Europejczyków. Najcenniejszym zabytkiem w jego wnętrzu jest późnorenesansowy drewniany ołtarz z 1625 roku. Na umieszczonym w nim obrazie widać Maryję z Dzieciątkiem, powstrzymujących uzbrojoną w pioruny rękę Boga Ojca. – Ołtarz został odnowiony przed siedmiu laty. Jego dolna część w czasie tej powodzi niestety stała w wodzie – pokazuje Kazimierz Grubiak, który na prośbę proboszcza opiekuje się zabytkową budowlą i oprowadza po niej zwiedzających. W miejscu, do którego doszła woda, na drewnianej płaskorzeźbie widać spore pęknięcie.

    Kiedy woda opadła, okazało się też, że na posadzce zalega gruba na 10 cm warstwa szlamu. Oczyścili ją pan Kazimierz z kilkoma innymi parafianami.

    Sylwia Gitlarz z mężem stracili dorobek życia. Wskazuje poziom wody w ich mieszkaniu.

    Sylwia Gitlarz z mężem stracili dorobek życia. Wskazuje poziom wody w ich mieszkaniu.

    ***

    Pomidorówka dla głodnych

    Już w poniedziałek 16 września, gdy Biała Głuchołaska wróciła do koryta, do miasta przyjechali ludzie z katowickiej Fundacji Wolne Miejsce. Dotarli na rynek, na którym dopiero zaczynało się wielkie czyszczenie z grubej warstwy szlamu. Rozstawili wielkie kotły i zaczęli… gotować zupę pomidorową. – Nie mogło nas zabraknąć na Dolnym Śląsku, gdzie nasi rodacy zostali podtopieni, a już dzisiaj, po przejściu wody, są głodni! W wielu domach nie ma ani prądu, ani gazu, ani czystej wody. Ugotowanie gorącego posiłku jest dla ludzi w tych warunkach niemożliwe. Poczęstowaliśmy ich więc zupą. Aplauz był niesamowity, bo dla wielu to był pierwszy gorący posiłek od soboty – mówi Mikołaj Rykowski, prezes Fundacji Wolne Miejsce. – Widzieliśmy szczególną radość dzieci. To się rzadko zdarza, żeby dzieci z taką chęcią, z taką radością zjadały zwyczajną zupę, a nie jakieś wykwintne dania – zauważa.

    Kolejnego dnia, we wtorek 17 września, ekipa ugotowała już dwie zupy: mięsną oraz wegetariańską, kalafiorową. – Bardzo nas cieszy, że wiele osób nie zjada zupy na miejscu, ale zabiera ją do wiaderek, garnków, jakichś dużych misek i zanosi swoim bliskim albo sąsiadom, którzy nie mogą tutaj sami przyjść. Ludzie okazują sobie tutaj solidarność. Część wolontariuszy nalewających zupę to także mieszkańcy Głuchołaz, którzy do nas dołączyli – przedstawia Mikołaj Rykowski.

    Wśród tych wolontariuszy są Jadwiga Studzienna z nastoletnią córką Antosią. – Wielu ludzi jest ogromnie poszkodowanych, niektórzy stracili dorobek całego życia. W tej wielkiej tragedii piękne jest jednak to, że ludzie się jednoczą i pomagają. Dbają o swoich sąsiadów, zwłaszcza o osoby starsze, o ludzi, którzy jeszcze nie potrafią się wydostać z domów, bo w mieście jest przecież ciągle pełno mułu – podkreśla.

    16 czerwca na rynku w Głuchołazach ludzie z fundacji rozdali dwa tysiące porcji gorącej zupy, a kolejnego dnia już trzy tysiące. Dwie inne ekipy z Wolnego Miejsca gotowały dla mieszkańców Lądka-Zdroju i Nysy.

    Ulice, podwórka, parki są pokryte grubą warstwą szlamu.

    Ulice, podwórka, parki są pokryte grubą warstwą szlamu.

    ***

    Tony szlamu

    W tym czasie na wszystkich ulicach i na wszystkich podwórkach w centrum Głuchołaz trwało intensywne sprzątanie. To był przejmujący widok, którego skali nie potrafią oddać żadne filmy publikowane w internecie czy emitowane w telewizji.

    Do uwijających się przy pracy mieszkańców dołączyło m.in. kilkudziesięciu harcerzy, którzy przyjechali z różnych miast województwa opolskiego. Łopatami usuwali szlam, wynosili naniesione przez wodę śmieci i drewno. – Sprzątaliśmy przed przedszkolami, przed siedzibą Ośrodka Pomocy Społecznej oraz budynkami, w których ma zostać uruchomione wydawanie pomocy dla mieszkańców – relacjonuje harcmistrz Adam Panczocha, zastępca komendanta chorągwi opolskiej ZHP.

    Choć szlam szybko znikał z ulic i placów miasta, nadal jednak zalega na podwórkach, w parkach, oblepia aż po dachy samochody stojące między kamienicami. Pracy wciąż jest ogrom.

    Sylwia Gitlarz, która straciła wszystko, co miała w mieszkaniu, mówi: – Dziękujemy wszystkim, którzy nam pomogli, którzy dowożą nam jedzenie i wodę, poświęcają nam swój czas i o nas pamiętają. Proszę, módlcie się za nas, bo odbudowa tego, co straciliśmy, może potrwać bardzo długo.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ***

    MIĘDZYNARODOWA KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA NA CAŁYM ŚWIECIE O GODZINIE 15.00 W SOBOTĘ 28 WRZEŚNIA 2024

     ***
    Te 15 minut dla świata wydaje się nic nie znaczyć, ale dla Miłosiernego Boga jest to wielkie wołanie grzeszników.

    Bardzo ważne jest włączenie się do tej wspólnej modlitwy o tej samej godzinie, tego samego dnia i połączyć się z Panem Jezusem konającym na krzyżu modląc się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia…

    ***

    W tym roku szczególnie modlimy się w następujących intencjach:

    1. Aby w Panu Bogu pokładać nadzieje stawiając Go na pierwszym miejscu
        w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.

    2. Za Kościół Boży, aby wiernie i konsekwentnie bronił depozytu wiary
        i moralności.

    3. Za biskupów i księży, aby byli kapłanami według Serca Jezusowego.
    4. Za rządzących, aby sprawowanie  władzy  traktowali  jako służbę  na
        rzecz wspólnego dobra wszystkich ludzi.

    5. O poszanowanie życia ludzkiego – od poczęcia do naturalnej śmierci.
    6. O pokój na całym świecie, zwłaszcza w miejscach wojen i niepokoju
        ogarniętych zamętem i bezprawiem.

    7. Za więźniów, a zwłaszcza tych, którzy trwają daleko od Boga, nie widzą sensu nawrócenia, którym brakuje nadziei w Boże Miłosierdzie
    8. O powrót uchodźców do ich ojczystych krajów i pomoc w odbudowie ich domów.
    9. Za żołnierzy i obrońców granic, aby skutecznie i godnie bronili Ojczyzny.
    10. Za nasze ojczyste kraje, miasta, wsie, nasze rodziny i nas samych.

    __________________


    W tej modlitwie niech nam towarzyszą święci z nieba :
    św. siostra Faustyna Kowalska i bł. ksiądz Michał Sopoćko
    .

    ***

    ***

    W sobotę, 28 września 2024 r., w 16. rocznicę beatyfikacji ks. Michała Sopoćki, o godzinie 15:00 na placach, rogach i skrzyżowaniach ulic miast, a także w innych miejscach publicznych i na wiejskich rozdrożach, już po raz siedemnasty pojawią się ludzie, by odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego w ramach akcji Koronka na ulicach miast świata.

    Do tej akcji, która przypomina o przesłaniu Bożego miłosierdzia, może włączyć się każdy. Wystarczy znaleźć swoje miejsce na skrzyżowaniu i odmówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego, indywidualnie lub w grupie, a jeśli to niemożliwe – to można połączyć się duchowo.

    _______________________________________________________________________

    13 września – rocznica objawienia Koronki do Bożego Miłosierdzia

    13 września 1935 r. Pan Jezus podyktował św. Faustynie tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych modlitw. – Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą, jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą – powiedział Pan Jezus.

    ***

    fot. Katarzyna Matejek/Gość Niedzielny

    ***

    Pochodzenie i obietnice

    Tę modlitwę podyktował Pan Jezus siostrze Faustynie w Wilnie 13 września 1935 roku. W następnych objawieniach ukazał jej wartość i skuteczność oraz przekazał obietnice do niej przywiązane.

    W tej modlitwie ofiarujemy Bogu Ojcu “Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa, łączymy się z Jego ofiarą złożoną na Krzyżu dla zbawienia świata. Ofiarując Bogu Ojcu Jego “najmilszego Syna”, odwołujemy się do najsilniejszego argumentu, by być wysłuchanym. Prosimy o “miłosierdzie dla nas i całego świata”. Słowo “nas” oznacza odmawiającego koronkę i tych, za których pragnie lub jest zobowiązany się modlić. Natomiast “cały świat” – to wszyscy ludzie żyjący na ziemi i dusze w czyśćcu cierpiące. Modląc się słowami tej koronki, spełniamy akt miłości bliźniego, który – obok ufności – jest nieodzownym warunkiem otrzymania łask.

    Przez odmawianie tej koronki – obiecał Pan Jezus – podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (1541) i dodał: jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą. (1731)

    Szczegółowe obietnice dotyczą godziny śmierci: łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci. Mogą je uprosić tylko ci, którzy sami z ufnością i wytrwale odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    Kapłani – powiedział Jezus – będą (ją) podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. (687) Chociaż raz, ale w postawie zgodnej z treścią modlitwy, a przede wszystkim z wiarą, ufnością i w pokorze oraz ze szczerym i głębokim żalem za grzechy.

    W “Dzienniczku”

    Pod datą 13 września 1935 roku, Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku taką oto wizję odnośnie tej koronki:

    Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi. Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię, […] zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. Wielkość majestatu Jej przeniknęła mnie do głębi i nie śmiałam powtórzyć błagania mojego. W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej; kiedy przyszła mi świadomość tej łaski, w tej samej chwili zostałam porwana przed stolicę Bożą. O, jak wielki jest Pan i Bóg nasz i niepojęta jest świętość Jego. Nie będę się kusić opisywać tej wielkości, bo niedługo ujrzymy Go wszyscy, jakim jest. Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi.

    Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa te, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas.

    Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. Kiedy odmówiłam tę modlitwę, usłyszałam w duszy te słowa:

    Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego, odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo”, i “Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach “Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: “Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach “Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: “Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. (474 – 476)

    Sposób odmawiania:

    (na zwykłym różańcu)

    Na początku:

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego . Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa. Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego; narodził się z Maryji Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

    Na dużych paciorkach (1 raz):

    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

    Na małych paciorkach (10 razy):

    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

    Na zakończenie (3 razy):

    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Domy rekolekcyjne – miejsca strategiczne dla życia Kościoła i parafii

    O znaczeniu rekolekcji zamkniętych i o domach rekolekcyjnych jako miejscach ważnych dla życia Kościoła i parafii mówi ks. Krzysztof Wons SDS.

    Ks. Krzysztof Wons SDS jest dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie, redaktorem naczelnym „Zeszytów Formacji Duchowej” oraz dyrektorem Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych.

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Franciszek Kucharczak: Czy rekolekcje zamknięte z Księdza perspektywy są tak samo popularne dzisiaj jak były kiedyś?

    ks. Krzysztof Wons SDS: Z mojej perspektywy są coraz bardziej popularne. Od wielu lat, odkąd tutaj działamy, widzę to jako szczególny znak czasu. Mianowicie że Kościół mocno zaangażowany w duszpasterstwie parafialnym, w którym niestety transmisja wiary w rodzinach jest coraz słabsza, bardzo potrzebuje środków, które będą tę wiarę na nowo ożywiały – a może nawet rodziły dzięki łasce Ducha – i prowadziły ludzi ku wierze pogłębionej. Takie domy są niezwykle ważnym płucem, może nawet drugim płucem dla parafii. Pojawia się u nas coraz więcej ludzi, którzy nie tylko szukają pogłębionej wiary, ale wręcz są u początku i potrzebują rozpalenia w wierze. Niemało jest takich, którzy po latach wracają i szukają świeżości życia w Kościele.

    Czy to dzieje się we wszystkich domach rekolekcyjnych, czy też zależy od rodzaju rekolekcji?

    Przede wszystkim mamy tych domów bardzo dużo. Natomiast mało jest, moim zdaniem, takich, które mają własną osobowość formacyjną. Chodzi o dom, który kojarzony jest z bardzo konkretną propozycją formacyjną. Mam na myśli taką formację, która jest dynamiczna, rozwojowa, która prowadzi osobę konsekwentnie przez cały rok, przez lata, która ma propozycje wzrostu w wierze. Jest natomiast wiele domów, które świadczą tak zwane usługi. One są niezwykle cenne, chcę to podkreślić. Te domy są nieraz wypełnione różnymi wspólnotami, które są już na drodze wiary. To jest Domowy Kościół, to jest Neokatechumenat, to są ruchy odnowowe. One często w niemałej mierze wypełniają te domy swoim życiem, programem.

    Ksiądz jest dyrektorem Centrum Formacji Duchowej Salwatorianów w Krakowie. Wasz dom ma „osobowość”?

    Od początku staramy się wspólnie – mamy wspaniałą ekipę salwatorianów i salwatorianek – by ten dom miał konkretną propozycję formacyjną. Ona zresztą bardzo się rozwija, bo uczestnicy nas też wychowują, pomagają nam przyłożyć ucho do potrzeb ludzi. I okazuje się, że jest duży wzrost. Dlatego rozbudowaliśmy ośrodek – wyzwanie po ludzku ryzykowne, ale widzieliśmy, że jest taka potrzeba.

    Na prowadzone u Was rekolekcje przeżywania słowa Bożego według tradycji lectio divina jest dużo chętnych.

    I tu chcę powiedzieć o czymś bardzo ważnym. To, co ja obserwuję w Kościele, to jest ogromny głód słowa. Przypomina mi się Księga Joela i obietnica Boga, że wzbudzi głód słowa od najmniejszych do największych. Benedykt XVI mówił do teologów w 2006 roku, że jeśli Kościół wróci do lectio divina, przeżyje nową duchową wiosnę. My to robimy w naszym domu bardzo konsekwentnie od wielu lat, rozszerzamy ten program, ciągle dajemy nowe propozycje. I proszę mi wierzyć, my tę wiosnę widzimy. Mamy bardzo dużo uczestników, do tego stopnia, że często nie wszystkich możemy przyjąć.

    Są też domy dające inne propozycje.

    Tak. Znam domy o konkretnej „osobowości”. Pośród wielu innych są to ośrodki prowadzone przez jezuitów. Oni kiedyś byli dla mnie dużą inspiracją. Zwłaszcza rekolekcje wokół ćwiczeń ignacjańskich cieszą się cały czas dużym powodzeniem.

    Wy natomiast skupiliście się na słowie Bożym.

    Poszliśmy mocno w kierunku słowa, ale uważam, że nie robimy niczego nowego. Jest to coś fundamentalnego, bo słuchanie go jest istotą rekolekcji. Jeśli rekolekcje nie polegają na słuchaniu słowa, to na czym polegają? Bóg nas wyprowadza na pustynię właśnie po to, by do nas mówić. Ludzie czują się w tym jak ryba w wodzie, i to również tacy, którzy dopiero zaczynają, szukają. Przyjeżdżają i świeccy, i duchowni. Oczywiście można powiedzieć, że to jest kropla w morzu, ale musimy przyzwyczaić się do patrzenia nie przez pryzmat doświadczenia Kościoła masowego, tylko Kościoła, który cierpliwie i pokornie zaczyna formację u podstaw. Jeśli ta formacja będzie istniała, to jestem przekonany, że to ziarno w ziemi zacznie wydawać owoce i Kościół powoli od wewnątrz będzie się odradzał.

    Pocieszająca prognoza.

    Osobiście uważam, że jest wiosna w Kościele w Polsce. Ktoś może mnie uważać za szaleńca, ale twierdzę, że to jest ten moment wiosny, kiedy ziarno jest w ziemi i zaczyna obumierać. Ja to widzę: jeśli się ludzi przyprowadzi do słowa, ujawnia się ogromny głód słowa.

    Jak przyprowadzić do słowa?

    My, księża, nie docieramy do wielu z tych, do których docierają świeccy i przyprowadzają ich na rekolekcje. Z nimi mają relacje, przyjaźnie, nam nie zaufają, dopóki nie poznają nas z bliska. Ale im ufają. Reagują na to, co mówią ich bliscy, krewni. Kapitalnie to działa.

    To rekolekcje w milczeniu. Co ciekawe, ludzi to pociąga.

    Benedykt XVI w Verbum Domini mówi, że bez wejścia w milczenie nie ma wejścia w słuchanie słowa. To jest podstawa, to jest kultura słuchania słowa. Lectio divina to droga, którą idziemy. To nie jest nic nowatorskiego, ta metoda jest tak stara jak Kościół. My natomiast wprzęgliśmy ją w rekolekcje, które dajemy. No i dajemy, na przykład, program „Cztery Ewangelie jako cztery etapy dojrzewania chrześcijańskiego”. Tam jest kompendium wiary, formacji chrześcijańskiej. I gdy ludzie zaczynają wracać do słowa, do źródła, do Ewangelii, to dzieje się coś pięknego.

    Żeby się do Was dostać, trzeba czekać w kolejce.

    Kolejki są, to prawda. Rozbudowaliśmy ośrodek, więc mamy sporo miejsc na takie sesje weekendowe. Na to może przyjechać 200 osób i więcej. Ale na przykład na rekolekcje ośmiodniowe w lipcu potrafimy przyjąć ponad 100 osób. Dajemy szlaban, bo tam jest nie tylko wejście w ciszę, słuchanie słowa przez 8 dni – tam też my każdemu indywidualnie towarzyszymy. Czyli na taką grupę musimy mieć 10–11 kierowników. Poświęcamy na to wiele sił personalnych, bo jeśli stworzymy jakość, to będzie to prowadziło do smakowania kultury słowa, kultury chrześcijańskiej. To jest powrót do istoty. Jeśli wrócimy do źródła, do słowa, to wrócimy do wiary, bo wiara rodzi się ze słuchania. Uważam, że nie ma nic bardziej fundamentalnego.

    Kto na te rekolekcje przyjeżdża?

    Świeccy różnego pokroju i różnych zawodów. Największą u nas grupą zawodową, warto zauważyć, są nauczyciele. Stanowią kilkanaście procent wszystkich uczestników. Przyjeżdżają też księża, siostry, ale nie robimy rekolekcji grupowych dla różnych stanów. Niemal zawsze robimy mieszane. I są razem, siedzą „w jednej ławce” z otwartą Biblią: księża, siostry zakonne, świeccy. To jest przepiękne doświadczenie Kościoła. To jest model Kościoła, który istniał na początku: formacja przez relacje, przez małe grupy, przez wspólnoty. Ja osobiście uważam, że to jest podstawa. Uważam, że domy rekolekcyjne są dzisiaj miejscami strategicznymi dla życia Kościoła i parafii.

    Czy można powiedzieć, że rekolekcje są dla każdego?

    Dla każdego! Właśnie skończyliśmy 8-dniowe lectio divina i dzisiaj powiedziałem na zakończenie: „Myślicie, że pozwoliliście sobie na luksus? Ja uważam, że to jest konieczność”. Bo to jest konieczne, jeśli ktoś trochę świadomie chce żyć wiarą, oddychać wiarą w tym zabieganym świecie. Uważam, że dziś jedną z pandemicznych dolegliwości jest pośpiech. Ogromny. To jest taki „pośpiech życia”. To słynne „pokolenie zero”, o którym się mówi, już nie zna tego, czym jest proces. Żyje bardziej z klikania. Potrzebujemy więc takich domów rekolekcyjnych, żeby się zatrzymać i zobaczyć, że istnieje inny świat – i wrócić. Bo, co zawsze podkreślam, rekolekcje nie są izolatorem. Nie są po to, by izolować, ale by wrócić. By wrócić do modlitwy, do słuchania słowa. By wrócić do relacji, do więzi, do rodziny. Dobrze wrócić. Na to mocno zwracam uwagę: żeby patrzeć na pustynię jako na wezwanie, które daje nam codzienność. Pustynia jest po to, byśmy funkcjonowali w naszej codzienności, bo przecież ona jest sanktuarium Boga w naszej codzienności.

    Czy jest jakieś zalecenie co do częstotliwości korzystania z rekolekcji?

    Mamy takie zalecenia. Generalnie – bo indywidualnie może to różnie wyglądać – na takie dłuższe rekolekcje zapraszamy raz w roku. Nie częściej. Dlatego że, co mocno podkreślam, to jest proces. Rekolekcje nie tworzą jakiegoś epizodu, który później karmi mnie przez cały rok, tylko rozpoczynają proces, który ma trwać w ciągu roku. Więc trzeba świadomie postanowić, żeby trawić, trawić… Bo inaczej można też dostać niestrawności. Życie duchowe nie polega na jeżdżeniu od rekolekcji do rekolekcji. Celem życia duchowego wcale nie są ani rekolekcje, ani modlitwa sama w sobie. Celem życia duchowego jest świadome życie z Bogiem w świecie, w swoim powołaniu, w swojej rodzinie, w zjednoczeniu z Nim. Jeśli tak ma być, to rekolekcje dają impuls, dają pokarm i zmieniają myślenie. To jest szalenie ważne: ta metanoia, zmiana myślenia, gdy człowiek nagle widzi, że naprawdę może w życiu inaczej funkcjonować. I to od niego zależy, nie od świata ani od innych.

    Czy Centrum wdraża jakieś nowe projekty?

    Tak, zapraszamy na tak zwane krótsze spotkania. One są po to, żeby odświeżyć, odnowić w sobie, rozpalić charyzmat tych rekolekcji. Bo serce pamięta, co przeżyło, trzeba mu tylko tę pamięć ożywiać. Spotkania weekendowe to jest pierwsza formuła. Czasami są czterodniowe. Z kolei raz w roku mamy Dni Duchowości Biblijnej. To jest ważne. I wtedy zachęcamy do przyjazdu nawet dwa–trzy razy w roku. Albo rytmicznie, na przykład co trzy miesiące ktoś przyjeżdża, żeby taki weekend przeżyć. To jest coś naturalnego. Ale jest jeszcze nowa formuła, którą rozpoczęliśmy. To jest Dzień Pustyni dla Krakowa. Tak to nazwaliśmy. To są jednodniowe spotkania. Dzień w ciszy, na modlitwie. Zaczynamy o dziesiątej, ale ludzie zbierają się o dziewiątej, bo muszą się wcześniej wpisać. Około osiemnastej kończymy Eucharystią. Sam jestem zdumiony efektem.

    Dlaczego?

    Myślałem na początku, że przyjedzie dwadzieścia, może trzydziedzieści, czterdzieści osób, ale mamy grupy zawsze ponadstuosobowe. Ostatnio zgłosiło się prawie 150 osób. Nie tylko z Krakowa, ale też z Warszawy, z Łodzi, z innych miast. To mi uświadomiło, że ludzie ogromnie tego potrzebują i że trzeba to robić też w innych miastach. Łódź już zaczęła. Wiem, że inne miasto też ma zacząć. Wielu ludzi żyje dziś od weekendu do weekendu, ale ten weekend nie zawsze jest dobrze przemyślany. Tymczasem tu ludzie odkrywają, że można go przeżyć jako czas odpoczynku, czas modlitwy.

    Jak długo Ksiądz prowadzi te rekolekcje?

    Już 27 lat tu jestem, więc tego doświadczenia jest trochę. Przez ten dom rekolekcyjny w Krakowie przewinęło się już ponad 70 tys. ludzi, może i więcej. Siedmiuset księży wyszło ze Szkoły Wychowawców Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych, którą prowadzimy tu pod patronatem episkopatu. Wielu z nich wchodzi później w lectio divina, zapraszają, sami zaczynają głosić. Następuje takie pączkowanie. To się nie dzieje w jakichś niebotycznych rozmiarach, ale ja uważam, że to jest właśnie ten moment. Jestem przekonany, że Kościół przeżywa wiosnę i że ona teraz jest w ziemi. Ale oczywiście trzeba dbać o tę ziemię, żeby ziarnu pomóc. Żeby ono mogło żyć.

    rozmawiał Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dom rekolekcyjny od strony parku.

    Dom rekolekcyjny od strony parku.
    fot. Roman Koszowski
    /Gość Niedzielny 

    ***

    „Zatrzymuje się tu nawet pendolino z Trójmiasta”. Najstarszy na ziemiach polskich dom rekolekcyjny otwarty po remoncie

    Nie tylko katolicy, ale też protestanci i odkrywający Jezusa żydzi przyjeżdżają do tego miejsca, żeby w pełnym milczeniu przeżyć rekolekcje ignacjańskie. Bywają tu Romowie i Niemcy, którzy specjalnie uczą się polskiego, żeby zrozumieć, o czym mowa. Najstarszy na ziemiach polskich, 119-letni dom rekolekcyjny w Czechowicach-Dziedzicach został otwarty po gruntownym remoncie.

    To Dom Rekolekcyjny św. Józefa, prowadzony przez jezuitów. O zbudowanie go na Śląsku Cieszyńskim na przełomie XIX i XX wieku poprosił tych zakonników sam Leon XIII. – Ten papież chciał, żeby jezuici z Galicji ochronili robotników Śląska przed wpływem komunizmu – mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor domu.

    Zamysł Leona XIII najwyraźniej się udał, a jezuici z Czechowic znaleźli się wśród tych, którzy się do tego przyczynili. Górny Śląsk był w XX wieku jedynym w Europie wielkim zagłębiem przemysłowym, w którym robotnicy odrzucili lewicowy światopogląd i pozostali blisko związani z Kościołem. To fenomen. Na zachodzie kontynentu, a nawet już kilka kilometrów za granicą Śląska, w Zagłębiu Dąbrowskim, leżącym wtedy w zaborze rosyjskim, społeczności robotników były podatne na czerwoną agitację.

    Dzieci w karcerze

    Jezuici wznieśli ten dom w latach 1903–1905. Wybrali Czechowice ze względu na istniejący w sąsiedniej wsi Dziedzice wielki węzeł kolejowy. – Dzięki temu do dzisiaj można bez przesiadki dojechać pociągiem na nasze rekolekcje z Warszawy, Zakopanego czy Białegostoku. Zatrzymuje się tu nawet pendolino z Trójmiasta – mówi o. Seweryn Wąsik.

    Kiedy powstawał dom, Czechowice leżały na Śląsku Austriackim, ale zaledwie 4 km od granicy ze Śląskiem Pruskim, gdzie znajdowała się wielka aglomeracja. Prości robotnicy stamtąd chętnie przyjeżdżali tu na rekolekcje ignacjańskie. W 1906 r. dotarło m.in. 195 robotników z Bogucic, dzisiejszej dzielnicy Katowic, oraz 58 robotników z Kochłowic, obecnie dzielnicy Rudy Śląskiej. Zostali zgłoszeni przez swoich proboszczów. Ks. Ludwik Skowronek z Bogucic był zresztą później krytykowany przez niemieckojęzyczną prasę za to, że wysyła parafian na rekolekcje do tego „polskiego klasztoru”.

    W Czechowicach często bywał na rekolekcjach – jako prowadzący i jako uczestnik – o. Józef Andrasz, jezuita znany z „Dzienniczka” św. siostry Faustyny Kowalskiej. Był jej spowiednikiem i kierownikiem duchowym. – Siostra Faustyna wielokrotnie była formowana przez jezuitów rekolekcjami ignacjańskimi. Jak widać, skutecznie – mówi o. Seweryn. – Zresztą większość najmłodszych świętych korzystała z ignacjańskiej metody modlitwy. Byli wśród nich Bernadetta Soubirous, Matka Teresa z Kalkuty czy Jan Paweł II, który codziennie praktykował medytację ignacjańską – wskazuje. 

    ***

    Na ścianach wiszą rozświetlane od wewnątrz kopie obrazów – tu „Wieczerza w Emaus” Caravaggia.

    Na ścianach wiszą rozświetlane od wewnątrz kopie obrazów – tu „Wieczerza w Emaus” Caravaggia.
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    W czasie wojny Niemcy już wiosną 1940 r. wywieźli tutejszych jezuitów do obozów koncentracyjnych i zajęli gmach. Kwaterowali tu czasowo żołnierze Wehrmachtu oraz niemieccy przesiedleńcy z Besarabii, którym władze III Rzeszy przekazywały gospodarstwa odebrane Polakom. – Później została tu utworzona filia obozu Auschwitz dla kobiet i dzieci. Niemcy prowadzili na nich eksperymenty – mówi ojciec Seweryn. Prowadzi nas do piwnicy i pokazuje ciasne pomieszczenie pod schodami, w którym esesmani urządzili karcer. Zachowały się oryginalne drzwi do niego z tak zabezpieczonym okienkiem, żeby nikt nie mógł podać więźniowi czegoś do jedzenia czy picia. – Odwiedzają nas ludzie, którzy w dzieciństwie cierpieli w tym karcerze. Przygotowujemy teraz, w tym pomieszczeniu, kaplicę Getsemani, z postacią Jezusa na podświetlonym obrazie, z jednym lub dwoma klęcznikami – zapowiada. – Ten dom, w którym tysiące ludzi zbliżyło się do Jezusa, doświadczył też tajemnicy zła. W kaplicy św. Józefa Niemcy urządzili kino dla Wehrmachtu i zawiesili tam portret Adolfa Hitlera. Dzisiaj w tym samym miejscu można zobaczyć wielki obraz Jezusa Miłosiernego – mówi o. Seweryn Wąsik.

    To kopia wizerunku z Krakowa-Łagiewnik autorstwa Adolfa Hyły. Ten malarz sam zgłosił się w czasie wojny do tamtejszych sióstr, żeby coś namalować jako swoje wotum. Ojciec Józef Andrasz poprosił go wtedy o obraz Jezusa Miłosiernego. Wspierał go też, udzielając wskazówek zaczerpniętych z wizji siostry Faustyny.

    Adolf Hyła również był w młodości przez sześć lat jezuitą. Przyszły malarz Bożego Miłosierdzia przed przyjęciem święceń wystąpił jednak z zakonu. – Jezuici pomogli mu rozeznać powołanie do małżeństwa i do służenia Bogu przez malowanie. Jego przyjaźń z jezuitami zaowocowała później obrazem Jezusa Miłosiernego. Pan Bóg prowadzi różnymi drogami, dla nas nieraz niespodziewanymi – mówi ojciec dyrektor. – Poza tym Adolf Hyła pochodził z Białej Krakowskiej, miejscowości znajdującej się niedaleko Czechowic. Przez wybór tego obrazu chcemy go upamiętnić. Była kiedyś w naszym domu grupa rekolektantów, która chciała ufundować dla tej kaplicy wizerunek Jezusa Miłosiernego w wersji wileńskiej. Odpowiedziałem, że nie mogę się na to zgodzić, bo po kumotersku muszę promować dzieła jezuitów – śmieje się.

    Jezus przy kluczu

    Po dwuletnim remoncie dom ten został na nowo otwarty. Na gości czeka tutaj do 70 miejsc w 40 pokojach. ­Wystrój jest elegancki i nowoczesny. Kopie obrazów Caravaggia i innych mistrzów, które mają pomagać w medytacji ewangelicznej, dzięki nowatorskiej technice są rozświetlane za pomocą LED-ów od wewnątrz.

    W domu wszystko ma koncentrować na Jezusie, dlatego jest wiele monogramów Jego imienia – emblematów IHS – nawet w formie breloczka przy kluczu do pokoju. To ma pomagać uczestnikom w skupieniu się na Bożej obecności. 

    ***

    Monogram Chrystusa – IHS – jest umieszczony w wielu miejscach domu, nawet na breloczkach kluczy. Ma pomagać w skupieniu się na Bożej obecności.

    Monogram Chrystusa – IHS – jest umieszczony w wielu miejscach domu, nawet na breloczkach kluczy. Ma pomagać w skupieniu się na Bożej obecności.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    Zdecydowana większość osób korzysta z rekolekcji ignacjańskich. Ich uczestnicy trwają – poza ostatnim dniem dzielenia się wiarą – w pełnym milczeniu. – Dzięki temu ziarno słowa Bożego może wpaść w serce rekolektanta jak w glebę żyzną. Jeśli jednak ktoś nie zachowuje milczenia, nie skupia się na tym, co usłyszał, wówczas ziarno już jest na drodze… – tłumaczy jezuita z Czechowic.

    Z powodu zanurzenia w media i internet ludzie są współcześnie nieustannie bombardowani tysiącami informacji, z których większość w ogóle nie jest im potrzebna. Choćby tylko z tego powodu niektórzy doceniają dziś wartość trwania w ciszy. – Są tacy, którzy na początku rekolekcji zostawiają w sejfie w sekretariacie swój smartfon, żeby wręcz fizycznie się od niego oddzielić. Chcą odciąć się od sprawdzania powiadomień i serwisów społecznościowych, które wcale nie tworzą żadnej społeczności, a już na pewno nie społeczności Bożej – zauważa ojciec dyrektor.

    ***

    Jezus Miłosierny w kaplicy. W tym domu bywał o. Józef Andrasz, spowiednik i kierownik duchowy św. siostry Faustyny.

    Jezus Miłosierny w kaplicy. W tym domu bywał o. Józef Andrasz, spowiednik i kierownik duchowy św. siostry Faustyny.

    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny 

    ***

    Policjant i więzień

    Przyjeżdżają tu ludzie z różnych środowisk. Niedawno w jednej grupie rekolekcyjnej spotkali się oficer policyjnego Archiwum X, badającego najtrudniejsze sprawy sprzed lat, oraz chłopak, który właśnie wyszedł z więzienia. Nawróconych więźniów jest zresztą wielu, zwłaszcza takich, którzy „siedzieli” w Wielkiej Brytanii. – Jeden chłopak przeczytał w polskim więzieniu całą Biblię. Wyszedł na wolność i powiedział: „Panie Jezu, jak tak bardzo mnie kochasz, to mi teraz daj pracę”. Tak jak synowi marnotrawnemu, który marzy o chlebie w domu ojca, zapachniał mu na ulicy chleb. Wszedł do piekarni i kupił sobie pieczywo. Piekarz niespodziewanie go zapytał: „A nie chciałbyś sobie tu dorobić? Bo potrzebuję pomocnika do piekarni”. Z pierwszą wypłatą przyjechał do nas na „Fundament”, czyli rekolekcje ignacjańskie dla początkujących – mówi o. Seweryn.

    Dyrektor domu podkreśla, że ludzie uczą się tutaj walki duchowej i radzenia sobie w skomplikowanym świecie, w którym łatwo o rozproszenia i pokusy. – Święty Ignacy uczył skupienia i rozeznawania duchów, a także przejścia od pobożności do pełnienia woli Bożej, do oddania się do dyspozycji Panu Bogu. To już jest znaczne naruszenie własnego komfortu i swojego egoizmu. Założyciel jezuitów zachęcał, żeby w modlitwie nie tyle chcieć czegoś od Boga jak od złotej rybki, ale by pytać, co ja mogę zrobić dla Niego. Ignacy uczył też, że prawdziwą religijnością jest przyjaźń z Jezusem i pełnienie Jego świętej woli – mówi.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Produkt katolickopodobny. Łańcuszki modlitewne, fałszywe objawienia – dlaczego tak łatwo im ulegamy?

    Co sprawia, że tak wielu katolików wierzy w kwestie, które nie mają podstaw w nauczaniu Kościoła?

    SHUTTERSTOCK

    ***

    Na facebookowej ścianie wyświetla się kolorowa grafika ze stągwią i winem, na niej duży napis: „Bóg może zamienić wodę w wino i może zamienić nasz ból w radość, napisz Amen jeśli wierzysz” (pisownia oryginalna). Opublikował ją profil pod nazwą Ewangelia Jezusa Chrystusa. Licznik wskazuje tysiąc komentarzy. Inny profil, Katolicyzm i Pan Jezus, wrzuca posta ze zdjęciem figury Maryi i wpisem „Dziś jest dzień, w którym Matka Boża modli się o zdrowie Twojej rodziny, dotknij obrazka i napisz »Amen«”. Tym razem komentarzy jest ponad pięć tysięcy. Takich profili o chrześcijańsko brzmiących nazwach powstają dziesiątki, a posty niejednokrotnie gromadzą grube tysiące odpowiedzi.

    Co dzieje się po wpisaniu „amen”? Po kilku sekundach na Messengerze pojawia się upstrzona emotikonami wiadomość, zapraszająca do wysłuchania „specjalnie przygotowanego kazania” i prosząca o wybranie dogodnej pory. Pierwsze „kazanie” rozpoczyna się zwykle od odmówienia modlitwy „Wierzę w Boga”, następnie prowadzący, często podkreślając swoją przynależność do Kościoła katolickiego, rozpoczynają nauczanie. Co jakiś czas proszą o wspólne przeczytanie „Bożego Słowa”. I o ile niektóre fragmenty tekstu, które wklejają w okienko czatu, rzeczywiście pochodzą z Biblii Tysiąclecia (podawany jest nawet link do jej internetowego, oficjalnego wydania), to jako „Słowo Boga” podawane są również fragmenty niemające z Pismem Świętym absolutnie nic wspólnego. Natychmiast też pojawiają się zaproszenia do zawarcia facebookowych znajomości, między innymi od osób podających się za księży czy siostry zakonne – na zdjęciu profilowym występują w stroju duchownym, piszą nie całkiem czystą polszczyzną i tłumaczą, że choć mają polskie korzenie, to wychowali się i pracują za granicą. Dopytują o samopoczucie, pytają o wrażenia z „kazań”, które odbywają się codziennie, okazują troskę, mobilizują… Tymczasem z dnia na dzień nauczanie prezentowane w czasie „kazań” odchodzi coraz dalej od nauki Kościoła. Głoszący podkreślają, że słuchacze są wybrani, aby „poznać prawdę o królestwie niebieskim”.

    Złudne bezpieczeństwo

    Mechanizm ten dobrze znany jest o. Emilowi Smolanie, pracującemu w Dominikańskim Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. – Trudno mówić o skali, ale zgłoszenia dotyczące tego typu działań powtarzają się. Angażują się w to często osoby starsze czy samotne, które czują się tam zaakceptowane, przyjęte, ważne – mówi zakonnik. Do Centrum zgłaszają się osoby, które zauważają, że z ich najbliższymi, uczestniczącymi w internetowych nauczaniach, dzieje się coś złego – stają się zamknięci, odcinają się od rodziny, zmieniają rutynowe zachowania, zaczynają poświęcać dużo czasu na nowe aktywności i zaniedbywać swoje życie. Wszystko zaczyna się dla nich koncentrować wokół nowej grupy, spotkań, idei; podkreślają swoje wybranie i wyjątkowość.

    Nie ulega wątpliwości, że osoby, które umieszczają swój komentarz pod postem, robią to z potrzeby religijnej – pragną otrzymać błogosławieństwo czy włączyć się w modlitwę. Ta sama motywacja kierowała ludźmi, którzy w maju gromadzili się pod jednym z drzew w Parczewie, gdzie zdaniem niektórych „objawiła się” Matka Boża. Rzecznik siedleckiej kurii bardzo szybko uciął spekulacje o nadprzyrodzonym charakterze zjawiska, wskazując na konkretne elementy, których wystąpienie jest niezbędne, żeby Kościół rozpoczął jego pogłębione badanie. Mimo to na parczewskim osiedlu nadal można było spotkać modlących się ludzi. W rozmowach z dziennikarzami krytycznie odnosili się do stanowiska kurii i podkreślali, że nie wierzą w zdanie Kościoła i będą się nadal modlić pod drzewem.

    Niemałe grono gromadzą wokół siebie także kapłani, na których Kościół nałożył karę suspensy, a oni nie podporządkowali się jej i nie przerwali swojej działalności. W swoim nauczaniu przedstawiają siebie jako niemalże męczenników za wiarę, oskarżając Kościół i biskupów o niesłuszne upomnienia i sprzeniewierzenie się prawdziwej wierze katolickiej. Komunikaty władz kościelnych, przypominające o nałożonych na kapłanów karach kanonicznych, odbijają się szerokim echem wśród ich zwolenników, którzy nierzadko w bardzo ostrych słowach atakują biskupów czy władze zakonne. Zarzucają im przynależność do masonerii, chęć zniszczenia Kościoła i prześladowanie „jedynych kapłanów wiernych Chrystusowi i Matce Bożej”.

    Wszystkie powyższe sytuacje mają wspólny mianownik: występują w nich ludzie, którym nie brakuje głębokiej wiary i zaangażowania religijnego, wszyscy też są formalnie członkami Kościoła katolickiego. Dlaczego więc tak łatwo odchodzą od jego oficjalnego nauczania i obdarzają zaufaniem przywódców dalekich od ortodoksji? I w jaki sposób ustrzec siebie i swoich bliskich przed uwikłaniem się w te sidła? – Tę kwestię dobrze jest rozpatrzyć w dwóch aspektach: ludzkim, opierającym się m.in. na mechanizmach psychologicznych, i duchowym, które przenikają się wzajemnie – tłumaczy ks. dr Krzysztof Matuszewski, teolog duchowości, psycholog i psychoterapeuta, rektor Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego.

    Aktualnie przeżywamy rodzaj epidemii osamotnienia, nie zawsze uświadomionego. Pod osamotnieniem kryje się silne, niezaspokojone pragnienie bycia w relacji, potrzeba bezpieczeństwa, przynależności, opieki itp. Poczucie przynależności do grupy, wręcz ekskluzywizmu, podnosi samoocenę i zaspokaja niektóre potrzeby. Kolejną kwestią jest podwyższony poziom lęku w społeczeństwie, spotęgowany zewnętrznymi okolicznościami, np. niedawną pandemią, wojną na Ukrainie czy wzrostem cen. Niepewność dotycząca przyszłości zaburza poczucie bezpieczeństwa, co z kolei sprawia, że zaczynamy nadmiarowo myśleć i analizować. W ten sposób umysł chce się przygotować na nadchodzące zagrożenie, mieć je pod kontrolą, co daje ulgę. Tymczasem nauczanie internetowej grupy czy ukaranych kapłanów koncentruje się często na wątkach apokaliptycznych, pojawia się straszenie piekłem, wskazywanie znaków zbliżającego się końca świata, podkreślane jest zepsucie współczesnej cywilizacji i wszechobecne zagrożenie. – Wiele osób szuka ulgi w nauczaniu, które tłumaczy ich stan. To styl radzenia sobie z lękiem polegający na potwierdzaniu. Czuję niepokój i szukam zarówno wytłumaczenia, jak i szybkiego rozwiązania: „Jest się czego bać, bo świat jest zły, jeśli zrobisz to czy tamto, jeśli będziesz słuchał moich słów, odmawiał określone modlitwy, będziesz bezpieczny”. W tym wypadku działanie zabezpieczające przed zbliżającym się zagrożeniem daje chwilową ulgę, ale to pułapka. Zachowanie ochronne jest równocześnie zachowaniem podtrzymującym wiarę w zagrożenie. Dokładam kolejne modlitwy, słucham kolejnych apokaliptycznych przekazów. To znany mechanizm nerwicowy – wyjaśnia ks. Matuszewski.

    Rolę lęku podkreśla również o. Tomasz Franc OP, psycholog, psychoterapeuta na Oddziale Leczenia Zaburzeń Osobowości i Nerwic Szpitala Klinicznego im. dr. J. Babińskiego w Krakowie. – Kiedy pojawia się w nas lęk, chcemy jak najszybciej rozładować napięcie. Wydaje nam się, że jeśli coś jest konkretne, dobitne, jednoznaczne, to jest bezpieczne. Tylko że kiedy skupiamy się na szukaniu szybkich rozwiązań, gubimy to, co jest w relacji z Bogiem najcenniejsze – zaufanie, budowanie długoterminowej więzi – tłumaczy. Pseudoautorytety pomagają opanować lęk, bo zdejmują ze słuchacza konieczność podejmowania własnych decyzji, brania odpowiedzialności za swoje życie. Dają narzędzia i podpowiadają czarno-biały schemat dobra i zła. – Jeśli dodatkowo są prześladowani, to wpisują się w popularny w dzisiejszych czasach schemat mówiący, że instytucja – w tym wypadku Kościół, ale to myślenie dotyczy też na przykład państwa – ma charakter opresywny, a najważniejsza jest doznaniowość, moje własne odczucia – dodaje zakonnik.

    Religijna dieta cud

    Mechanizm „napisz »amen«, a otrzymasz błogosławieństwo” nie jest niczym nowym – przed laty w kościołach można było znaleźć kartki z modlitewnymi łańcuszkami zakończonymi poleceniem przepisania tekstu określoną liczbę razy i zostawienia go w świątyniach. Kiedy technologia się rozwinęła, łańcuszki przyjęły formę SMS-ów, często straszących nieszczęściami, które spadną na tego, kto przerwie „łańcuch modlitwy” i nie roześle wiadomości do wskazanej grupy. – Dieta cud – uśmiecha się ks. Matuszewski i tłumaczy, że chociaż większość z nas wie, że redukcja wagi wymaga wytrwałości, systematyczności i wolnego tempa, to chętnie rzucamy się na różne cudowne diety, mające nam gwarantować schudnięcie po tygodniu. – Tu podobnie: wystarczy kliknąć, wpisać wskazane słowo albo odmówić jakąś modlitwę i hop – już mamy wyższy poziom duchowy. Coś, co wymaga czasu, cierpliwego trwania, ludzie chcą załatwić jednym kliknięciem – wyjaśnia i dodaje, że jedną z negatywnych cech naszej religijności są elementy myślenia magicznego, zabobonnego. Nie oczekujemy od Boga, że nas wspomoże, tylko liczymy, że nas wyręczy, sam załatwi sprawę, a nas zwolni z decydowania i działania. Wystarczy, że do „duchowego bankomatu” wklepię PIN składający się z określonych modlitw, a natychmiast otrzymam „zapłatę” w postaci realizacji przez Pana Boga moich próśb.

    – Przyczyną jest m.in. niedostatek w formacji, w tym rzetelnej wiedzy religijnej. W przypadku starszego pokolenia trochę to zrozumiałe: w czasach PRL, kiedy do konfesjonałów ustawiały się kilometrowe kolejki, ksiądz nie miał czasu na pogłębione duszpasterstwo indywidualne. Aktualnie zmienia się model duszpasterski: w stronę bardziej zindywidualizowanego, z zachętą do osobistej formacji. Brak porządnej wiedzy religijnej zwiększa podatność na różne nadużycia – podkreśla ks. Matuszewski.

    W tym wszystkim nie można zapomnieć o aspekcie duchowym. Jesteśmy kuszeni do zła. Zły duch podaje się za anioła światłości, pozostaje jednak ojcem kłamstwa. Będzie podpowiadał zagrożenia tam, gdzie ich realnie nie ma, odwracając uwagę od tych prawdziwych. Jasne, że nie wolno uciekać od dramatu grzechu i zła na świecie, jednak nadmiernie akcentowanie zagrożenia, piekła i zbliżającej się apokalipsy jest nieewangeliczne, bo skupiamy się na złu, a nie na Bogu i Jego chwale. – Ewangelia to Dobra Nowina, która uwalnia od lęku, bo jest manifestem Bożej miłości i zwycięstwa życia nad śmiercią. Kiedy Piotr idzie po wodzie, radzi sobie, dopóki ma Jezusa przed oczami, ale gdy zaczyna patrzeć tylko na wzburzone morze, natychmiast tonie – przypomina kapłan.

    Sprawdzone źródła wiedzy

    Czy istnieje rodzaj zbroi zdolnej nas uchronić przed zaangażowaniem się w inicjatywy, które co prawda na pierwszy rzut oka koncentrują się na Panu Bogu, ale z katolicyzmem nie mają wiele wspólnego? – Najważniejsze to pamiętać, że nasza relacja z Bogiem jest długofalowa, ciągła. On nie zwraca na nas swojego oblicza dopiero wtedy, gdy ukłujemy Go jak szpilką wpisaniem formułki w internecie. Bóg jest zawsze obecny w naszym życiu – czy śpimy, czy jemy, robimy to pod okiem Jego opatrzności. A budowanie głębokiej relacji wymaga czasu, wolności i zaufania, a nie podejmowania działań, które mają na Nim coś wymusić – podpowiada o. Tomasz Franc.

    Tym, co może zabezpieczać nasze życie religijne przed wejściem na niezdrowy grunt, jest wiedza ze sprawdzonych źródeł. Internet, z którego najczęściej korzystamy, jest zarówno skarbnicą wartościowych treści, jak i śmietnikiem pełnym szkodliwych produktów. – Przede wszystkim sięgajmy po główne źródła teologiczne: Pismo Święte i sprawdzone komentarze do niego oraz Katechizm Kościoła Katolickiego i oficjalne jego nauczanie. Należy krytycznie podchodzić do – niestety częstych w sieci – fundamentalistycznych interpretacji tekstu, w których zdania z Biblii wyrywane są z kontekstu i tłumaczone dosłownie. Zaglądajmy też na oficjalne, sprawdzone strony internetowe. Wiele osób karmi się przekazami o prywatnych objawieniach, często niepotwierdzonych przez Kościół, zna strony internetowe o egzorcyzmach i zagrożeniach duchowych, które nieraz nie mają nawet podanego autora. Nie wiadomo, kto bierze odpowiedzialność za zamieszczane tam treści – wskazuje ks. Matuszewski i przypomina, że słowo „sekta” bierze się z łacińskiego secare – ciąć. Niektóre sekty biorą elementy doktryny katolickiej i „przycinają” ją zgodnie ze swoim pomysłem. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku, ale diabeł (w tym wypadku bardzo dosłownie) tkwi w szczegółach. – Kiedy brakuje nam wiedzy religijnej, to jesteśmy podatni na manipulacje, łatwo można nam wmówić wiele rzeczy. •

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 września 1953 roku – w dzień patrona Warszawy bł. Władysława z Gielniowa, Ksiądz Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski, został aresztowany przez władze komunistyczne

    ***

    Rocznica aresztowania Prymasa Wyszyńskiego

    W Stoczku Warmińskim zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. Dziś syn tego człowieka jest księdzem.

    Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    Kard. Stefan Wyszyński został aresztowany przez władze komunistyczne w nocy z 25 na 26 września 1953 r. Podczas trzyletniego okresu odosobnienia przebywał kolejno w czterech miejscach internowania: Rywałdzie, Stoczku, Prudniku Śląskim i Komańczy. W wyniku wypadków październikowych 1956 r. powrócił do Warszawy na prośbę przedstawicieli rządu i 26 października – po uprzednim przyrzeczeniu ze strony władz państwowych przywrócenia Kościołowi głównych praw i naprawienia krzywd – objął ponownie wszystkie swoje funkcje w Kościele. Cennym dokumentem okresu odosobnienia Prymasa Polski są „Zapiski więzienne”. Obok kroniki życia codziennego obejmują również takie teksty, jak notatnik duchowy, listy, memoriały do władz oraz obszerne wypowiedzi będące osobistą refleksją nad sytuacją Kościoła w Polsce.

    Stoczek Warmiński na północnym wschodzie Polski. Kompletne odludzie. Do granicy z Rosją – niecałe trzydzieści kilometrów. Po obu stronach szosy rozciągają się lasy. Droga wydaje się bezkresna, prowadząca nie wiadomo dokąd. Tędy właśnie przewożono nocą pod eskortą więźnia Prymasa Wyszyńskiego. Powtarzała się scena znana z III części „Dziadów” Mickiewicza: „…coraz ku dzikszej krainie/Leci kibitka jako wiatr w pustynie …/Oko nie spotka ni miasta, ni góry,/Żadnych pomników ludzi ni natury;/Ziemia tak pusta, tak nie zaludniona…”.

    Jedynie widoczne z daleka wieże barokowego kościoła wskazują, że to tutaj znajduje się klasztor, w którym w latach 1952-53 był więziony za drutami kolczastymi prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński.

    Cela została do dziś

    Dzisiaj klasztor jest otoczony tym samym masywnym, wysokim murem. Teraz jednak na bramie widnieje wskazówka: „Do celi Prymasa Wyszyńskiego”. Trzeba przejść długie, zabytkowe krużganki, aby dostać się do domofonu na furcie. Dopiero po wciśnięciu dzwonka okazuje się, że ktoś tu mieszka.

    – Można zwiedzić nie tylko celę, ale także Muzeum Prymasa Wyszyńskiego – mówi ks. Piotr Sroka, miejscowy proboszcz. I zaprasza najpierw do muzeum na parterze. To przestronna sala, w której zwracają uwagę szklane gabloty z rękopisami byłego więźnia i fragmentami „Zapisków więziennych”. Także z pamiątkami z pobytu Kardynała. Wśród nich jest urządzenie znalezione niedawno podczas remontu w futrynie drzwi klasztornych, za którymi przebywał Prymas Wyszyński. Sygnalizowało każde jego wyjście do ogrodu.

    Prosto z muzeum schodami wchodzi się na piętro, gdzie znajdowała się cela kard. Wyszyńskiego. W celi – łóżko, dzbanek, miednica i jedno drewniane krzesło z napisem na kartce naklejonej niedawno: „Na tym krześle siedział Prymas Wyszyński”. Tu więzień dostawał twardą szkołę życia. Twardą, bo takie były warunki, w jakich przebywał. Budynek był nieogrzewany, ściany pokrywał biały szron i mróz, przy drzwiach leżały sterty lodu. Z powodu zimna Prymas miał popuchnięte ręce i oczy. Bolały go nerki. Dokuczliwy był też brak wody. Na skargi czynione komendantowi słyszał, iż sam jest sobie winien, że tu się znalazł. Mimo to zanotował w „Zapiskach”: „Nie czuję uczuć… nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nauczył mnie miłować ludzi, i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swego nieprzyjaciela”.

    Ta sama jodła

    Klasztoru w Stoczku w dzień i w nocy strzegło około 30 funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Wyszyński miał ograniczony zakres poruszania się: z celi mógł jedynie zejść na dół i przejść do ogrodu. Tego samego, co jest tu dziś. Tylko na drzewach i na ogrodzeniu nie ma teraz drutów kolczastych, które wówczas zewsząd otaczały klasztor. Tuż za oknem celi pozostała nawet ta sama jodła, na którą Wyszyński codziennie spoglądał i o której pisał filozoficznie: „Siadła wrona na czole wyniosłej jodły. Spojrzała władczo wokół i wydała okrzyk zwycięstwa. Jodła ani drgnie; zda się nie dostrzegać wrony. Znosi spokojnie wrzaskliwego gościa. Wszak tyle chmur już przeszło nad jej czołem, tyle ptaków przelotnych tu się zatrzymało. Poszły, jak ty pójdziesz. Nie twoje to miejsce. Cóż zdołasz krzykiem zdziałać? Ja pozostanę, by trwać w skupieniu, by budować swoją cierpliwością, by przetrwać wichry i naloty, by spokojnie piąć się wzwyż. Słońca mi nie przesłonisz, sobą nie zachwycisz, celu mej wspinaczki nie zmienisz. Był las, nie było was – i nie będzie was, będzie las. Bajka? Nie bajka!”.

    Widać, że w duszy więźnia bezsilność ustępowała miejsca akceptacji. A „kraty” powoli stawały się jakby niewidoczne. Zaczynał prowadzić „normalne” życie. Na tyle, na ile mógł. Za swoim przewodnikiem duchowym, ks. Korniłowiczem, Prymas Wyszyński powiedział sobie, że „zadanie życia sprowadza się do chwili obecnej”. Zatem najpierw ustalił sobie program dnia, którego pieczołowicie przestrzegał. Dzień zaczynał o świcie. Godzina 5 – pobudka. 5.45 – modlitwy poranne i rozmyślanie. O 7 odprawiał Mszę św. (w małym bocznym pomieszczeniu urządził kaplicę). Potem jadł śniadanie, a zaraz po nim, niezależnie od pogody, szedł na spacer. Potem odmawiał cząstkę Różańca i pracował – dużo czytał, pisał także artykuły i książki. Uczył się również języków obcych. Po obiedzie znów szedł na spacer do ogrodu i odmawiał kolejną cząstkę Różańca. I ponownie praca własna. Wieczór wypełniała modlitwa. W celi, gdyż drzwi do pobliskiego kościoła, który dzisiaj stanowi sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju, były wtedy zamurowane. O tym, że miejsce odosobnienia sąsiaduje z kościołem, utwierdziły Wyszyńskiego dochodzące do niego zza muru słowa śpiewanej kolędy i dźwięk dzwonka wzywający na Mszę św. Przez cały okres uwięzienia nigdy nie mógł tam pójść.

    Prymas Wyszyński ułożył też w Stoczku akt osobistego oddania się Matce Najświętszej. Uczynił to 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia Maryi, przed obrazem Świętej Rodziny, który do dziś tutaj się zachował. Szybko okazało się, jak Opatrzność Boża przygotowywała go do większego dzieła. Jego osobisty akt oddania się Matce Bożej stał się fundamentem dla późniejszych Ślubów Jasnogórskich i Milenijnego Aktu na Tysiąclecie Chrztu Polski w 1966 r.

    Zadanie specjalne

    W Stoczku zachowało się świadectwo mężczyzny, który przygotowywał klasztor na więzienie dla Prymasa Wyszyńskiego. – Skojarzyłem to sobie po przeczytaniu książki „Zapiski więzienne” – wyznaje pan Józef. W 1953 r. służył w wojsku w Ośrodku Szkoleniowym Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Szczytnie. Pod koniec września cała kompania została wywieziona do Stoczka, aby wykonać „zadanie specjalne”. Nie powiedziano żołnierzom jakie.

    – Mieszkaliśmy niedaleko klasztoru. W klasztorze wykonywaliśmy prace porządkowe, jak: wynoszenie mebli, figur, książek, które składaliśmy na korytarzu przy kościele. W jednym z pokojów była biblioteka pełna książek. Na drzwiach do pokojów były wypisane imiona mieszkających tam kiedyś zakonników. Wszystko to zostało zamalowane, również ściany i podłogi. Pracowaliśmy w dzień, natomiast w nocy pracowali jacyś cywile, którzy zakładali różne instalacje elektryczne. Prądu tam nie było, przy wejściu od strony podwórza stał agregat prądotwórczy. Podczas malowania podłogi jeden z żołnierzy zauważył w otworze po wykruszonym sęku w listwie przypodłogowej coś błyszczącego, podobnego do sitka, oderwał listwę i wyciągnął mikrofon. Zameldował o odkryciu oficerowi, no i się zaczęło. Przerwano pracę, a następnego dnia wyjaśniono nam, że to, co tu wykonujemy, jest ściśle tajne, że tu, w tych pomieszczeniach, będą mieszkali i szkolili się polscy szpiedzy, że służby specjalne muszą o nich wszystko wiedzieć, nawet to, co mówią przez sen, stąd te podsłuchy – relacjonuje pan Józef.

    W ogrodzie, razem z innymi żołnierzami, wycinał drzewa, stawiał parkany, a na strychu budynku gospodarczego budował stanowisko obserwacyjne i miejsce na karabin maszynowy.

    Dziś pan Józef żałuje jednego: że nie powiedział o tym wszystkim Prymasowi. Gdy przeczytał „Zapiski więzienne” i zorientował się w całej sytuacji, Prymas już nie żył.

    Dzisiaj najstarszy syn pana Józefa jest księdzem.

    Bez wyroku, bez aktu oskarżenia

    W więzieniu władze państwowe pozbawiły Wyszyńskiego wszelkich praw. Został on uwięziony, nie wiadomo na jak długo, bez przysługujących mu praw więźnia, bez wyroku, bez aktu oskarżenia. „Zostałem skazany na śmierć cywilną i sprowadzony do poziomu «liszeńca». Z takim stanowiskiem, wydaje mi się, nie powinienem się tak łatwo pogodzić i muszę czynić wszystko, by doszło do wymiany poglądów” – pisał Wyszyński. Ale zwodzono go przez cały czas. Na wszelkie skargi, iż jest bez podstaw prawnych pozbawiony wolności, słyszał z ust komendanta, że nie jest więźniem, lecz osobą, która „przebywa w klasztorze”, a to jest zasadnicza różnica…

    Tymczasem zgodę na uwięzienie Prymasa Polski wyrazili przedstawiciele najwyższych władz państwowych: prezydent Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz, Franciszek Mazur, Edward Ochab i marszałek Konstanty Rokossowski. Po tym, jak w nocy z 25 na 26 września 1953 r. esbecy wtargnęli do rezydencji przy Miodowej i jak skazańca wyprowadzili Prymasa do samochodu, nikt nie wiedział, jakie są jego losy. Miejsca pobytu Wyszyńskiego komunistyczne władze nie chciały ujawnić nawet jego najbliższej rodzinie. Kiedy jedna z jego sióstr udała się do premiera, licząc, że uzyska jakieś informacje na temat brata, najpierw długo czekała w kolejce interesantów, a gdy dostała się na rozmowę, premier zapytał ją: „Pani w jakiej sprawie?”.

    – Jestem siostrą kard. Wyszyńskiego. My wszyscy, cała rodzina, stary ojciec, czekamy i prosimy o kontakt… Czy tak musiało być?

    Premier odparł zdenerwowany: – On nam tak przeszkadzał…, już nam tak przeszkadzał!

    W końcu do opinii publicznej dotarł lakoniczny oficjalny komunikat rządowy, stwierdzający, że „zakazano arcybiskupowi Stefanowi Wyszyńskiemu wykonywania funkcji związanych z dotychczasowymi jego stanowiskami kościelnymi”.

    A tak się kiedyś bał młody ksiądz Stefan Wyszyński, że „nie dostąpi zaszczytu, którego doznali wszyscy koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia…”.

    Gdy w 1956 r. został uwolniony, stwierdził, że nigdy nie wyrzekłby się tych trzech lat. „Lepiej, że upłynęły one w więzieniu, niżby miały upłynąć na Miodowej. Lepiej dla chwały Bożej, dla pozycji Kościoła powszechnego w świecie – jako stróża prawdy i wolności sumień; lepiej dla Kościoła w Polsce i lepiej dla pozycji mojego Narodu. A już na pewno lepiej dla dobra mej duszy. Ten wniosek zamykam dziś, w godzinie mego aresztowania, swoim Te Deum i Magnificat”.

    – Pobyt w więzieniu wyraźnie pokazuje, jak Prymas dorastał do świętości – ocenia ks. dr Andrzej Gałka, sędzia w procesie beatyfikacyjnym kard. Wyszyńskiego. – Był to dla niego czas bliskiej przyjaźni z Panem Jezusem i z Matką Bożą. Umiał zaufać Bożej Opatrzności, dostrzec wolę Bożą w swoim życiu. Dlatego wyszedł z więzienia jako zupełnie inny człowiek. 

    Milena Kindziuk/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W sobotę 28 maja 2014 roku po raz pierwszy Kościół w Polsce przeżywał liturgiczne wspomnienie błogosławionego Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    “Tego dnia rozpoczeły się modlitwy o jego kanonizację Prymasa Tysiąclecia” – przekazał KAI ks. Bogdan Bartołd, proboszcz archikatedry warszawskiej, w której kard. Wyszyński jest pochowany.

    Kard. Stefan Wyszyński

    pl.wikipedia.org

    ***

    Jeszcze przed beatyfikacją do kaplicy, w której spoczywa Prymas stale przychodzili wierni, żeby się modlić. Natomiast po beatyfikacji, która miała miejsce 12 września ub. roku, każdego 28 dnia miesiąca o godz. 19.00 w archikatedrze warszawskiej jest odprawiana Msza św. dziękczynna za beatyfikację Prymasa Tysiąclecia.

    “Począwszy od dnia pierwszego liturgicznego wspomnienia, kard. Wyszyńskiego, a więc właśnie od 28 maja, modlimy się o jego kanonizację” – zapowiedział ks. Bartołd w rozmowie z KAI. Wyraził przy tym nadzieję, że nie trzeba będzie czekać tak długo jak na beatyfikację. Przypomnijmy, że proces beatyfikacyjny kard. Wyszyńskiego trwał 30 lat.

    W każdy wtorek w katedrze warszawskiej odprawiana jest Msza w intencjach kierowanych do Boga za przyczyną kard. Wyszyńskiego. “Tych intencji jest tak wiele, że ich odczytanie zajęłoby mi kilkanaście godzin” – powiedział KAI proboszcz katedry.

    Beatyfikacja bł. Stefana Wyszyńskiego i bł. Elżbiety Róży Czackiej odbyła się 12 września 2021 r. w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Rytowi beatyfikacji oraz uroczystej Mszy św. przewodniczył w imieniu papieża Franciszka kard. Marcello Semeraro, prefekt watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

    Odczytując z mandatu Ojca Świętego list apostolski, w którym Franciszek wpisał dwójkę Polaków w poczet błogosławionych, kard. Semeraro poinformował, że wspomnienie liturgiczne bł. Stefana Wyszyńskiego obchodzone będzie 28 maja a wspomnienie liturgiczne bł. matki Czackiej – 19 maja.

    ***

    Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku został wyświęcony na kapłana. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora.

    Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. Ukrywał się m.in. we Wrociszewie i w założonym przez matkę Elżbietę Czacką zakładzie dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. W okresie Powstania Warszawskiego ks. Wyszyński pełnił obowiązki kapelana grupy “Kampinos” AK.

    25 marca 1946 Pius XII mianował go biskupem lubelskim (sakrę nominat przyjął 12 maja tegoż roku), a 22 października 1948 powołał go na arcybiskupa Gniezna i Warszawy oraz Prymasa Polski. Na konsystorzu 12 maja 1953 papież włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego, ale ówczesne władze nie zezwoliły nowemu purpuratowi na wyjazd do Rzymu po odbiór insygniów kardynalskich. Przyjął je z rąk Piusa XII dopiero 18 maja 1957.

    W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, Prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia “Porozumienia”, które 14 lutego 1950 podpisali przedstawiciele Episkopatu i władz państwowych. Mimo to, sytuacja coraz bardziej się zaostrzała i 25 września 1953 prymas został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach.

    W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 ks. prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II. W okresie rodzącej się “Solidarności” pozostawał ośrodkiem równowagi i spokoju społecznego.

    Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi.

    Stefan Wyszyński został beatyfikowany 12 września 2021 roku w Warszawie.

    Kai/Tygodnik Niedziela

     _____________________________________________________________________________________________________________________________

    Wielka Brytania: będą grzywny za gesty sprzeciwu wobec aborcji

    Jest już pewne, że brytyjski rząd podpisze ustawę, która wprowadza karę grzywny za jakikolwiek gest sprzeciwu wobec działalności ośrodka aborcyjnego. Karane ma być nie tylko rozdawanie ulotek czy próba rozmowy, ale nawet modlitwa w ciszy nieopodal budynku.

     ***

    ***

    W Wielkiej Brytanii ponad 200 tys. nienarodzonych dzieci co roku traci życie na skutek aborcji. Tymczasem nowa ustawa zabrania nawet cichej modlitwy w odległości 150 metrów od ośrodka świadczącego usługi aborcyjne. Partia Pracy odrzuciła projekt poprzedniego rządu, który sugerował, by cicha modlitwa była dozwolona w nowych „bezpiecznych strefach dostępu”. Obecny rząd zlikwidował wyjątki, umożliwiające „dobrowolną” komunikację w obrębie strefy buforowej, ponieważ zinterpretowano tę propozycję jako zezwolenie na angażowanie ludzi w rozmowy czy rozdawanie ulotek przez przeciwników aborcji.

    Jak stanowi nowe prawo nielegalne jest każde działanie, które może wpływać na czyjąś decyzję o skorzystaniu z usług aborcyjnych. Każda osoba skazana podlega karze grzywny w nieograniczonej wysokości. Równocześnie w ostatnich tygodniach znana brytyjska działaczka pro-life, Isabel Vaughan Spruce z March for Life UK otrzymała odszkodowanie w wysokości 13 tysięcy funtów i przeprosiny od policji po tym, jak udowodniła przed sądem, że jej aresztowanie za cichą modlitwę przed ośrodkiem aborcyjnym było niesprawiedliwe i naruszyło jej prawa człowieka. Jak powiedziała podczas tegorocznego Marszu dla Życia w Londynie: „W naszym kraju nigdy nie będzie pokoju, jeśli najpierw nie wprowadzimy go w łonie matki, pokoju strzeżonego prawem. Wszyscy stajemy się współwinni aborcji przez naszą apatię lub milczenie. Nasza obojętność wobec aborcji rodzi konsekwencje, które mogą nas i naszych bliskich drogo kosztować”.

     Elżbieta Sobolewska-Farbotko – Radio Bobola – 24.09.224/Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 12 WRZEŚNIA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO IMIENIA MARYI

    MSZA ŚWIĘTA – GODZ. 19.00 W KAPLICY-IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    web3-1-oldesticonmary-Agiosoritissa-Icon

    Ta piękna ikona, napisana w siódmym wieku, jest jednym z najstarszych znanych przedstawień Matki Boskiej. To prawdziwy skarb – z tego czasu zachowały się jedynie nieliczne dzieła. (Aleteia.pl)

    ***

    Imię Maryi czcimy w Kościele w sposób szczególny, ponieważ należy ono do Matki Boga, Królowej nieba i ziemi, Matki miłosierdzia. Dzisiejsze wspomnienie – “imieniny” Matki Bożej – przypominają nam o przywilejach nadanych Maryi przez Boga i wszystkich łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za Jej pośrednictwem i wstawiennictwem, wzywając Jej Imienia.

    Zgodnie z wymogami Prawa mojżeszowego, w piętnaście dni po urodzeniu dziecięcia płci żeńskiej odbywał się obrzęd nadania mu imienia (Kpł 12, 5). Według podania Joachim i Anna wybrali dla swojej córki za wyraźnym wskazaniem Bożym imię Maryja. Jego brzmienie i znaczenie zmieniało się w różnych czasach. Po raz pierwszy spotykamy je w Księdze Wyjścia. Nosiła je siostra Mojżesza (Wj 6, 20; Lb 26, 59 itp.). W czasach Jezusa imię to było wśród niewiast bardzo popularne. Ewangelie i pisma apostolskie przytaczają oprócz Matki Chrystusa cztery Marie: Marię Kleofasową (Mt 27, 55-56; Mk 15, 40; J 19, 25), Marię Magdalenę (Łk 8, 2-3; 23, 49. 50), Marię, matkę św. Marka Ewangelisty (Dz 12, 12; 12, 25) i Marię, siostrę Łazarza (J 11, 1-2; Łk 10, 38). Imię to wymawiano różnie: Miriam, Mariam, Maria, Mariamme, Mariame itp. Imię to posiada również kilkadziesiąt znaczeń. Najczęściej wymienia się m.in. “Mój Pan jest wielki”, “Pani” i “Gwiazda morza”.

    Maryję nazywamy naszą Matką; jest Ona – zgodnie z wolą Chrystusa, wyrażoną na krzyżu – Matką całego Kościoła. Po Wniebowzięciu została ukoronowana na Królową nieba i ziemi. Polacy czczą Ją także jako Królową Polski. Maryja jest naszą Wspomożycielką i Pośredniczką, jedyną ucieczką grzeszników. W ciągu wieków historii Kościoła powstały setki różnorodnych tytułów (wymienianych np. w Litanii Loretańskiej czy starszej od niej, pięknej Litanii Dominikańskiej, a także w starożytnym hymnie greckim Akatyście). Za pomocą tych określeń wzywamy opieki i orędownictwa Matki Bożej.

    Najświętsza Maryja Panna Bardzo wielu świętych wyróżniało się szczególnym nabożeństwem do Imienia Maryi, wiele razy wypowiadając je z największą radością i słodyczą serca, np. Piotr Chryzolog (+ 450), św. Bernard (+ 1153), św. Antonin z Florencji (+ 1459), św. Hiacynta Marescotti (+ 1640), św. Franciszek z Pauli (+ 1507), św. Alfons Liguori (+ 1787).

    Dzisiejsze wspomnienie jest jednym z wielu obchodów maryjnych, które są paralelne do obchodów ku czci Chrystusa. Jak świętujemy narodzenie Chrystusa (25 grudnia) i Jego Najświętsze Imię (3 stycznia), podobnie obchodzimy wspomnienia tych samych tajemnic z życia Maryi (odpowiednio 8 i 12 września). Obchód ku czci Imienia Maryi powstał w początkach XVI w. w Cuenca w Hiszpanii i był celebrowany 15 września, w oktawę święta Narodzenia Maryi. Z czasem został rozszerzony na teren całej Hiszpanii. Po zwycięstwie króla Jana III Sobieskiego nad Turkami w bitwie pod Wiedniem w 1683 r. Innocenty XI rozszerzył ten obchód na cały Kościół i wyznaczył go na niedzielę po święcie Narodzenia Maryi. Późniejsze reformy kalendarza i przepisów liturgicznych przeniosły go na dzień 12 września, kiedy to Martyrologium Rzymskie wspomina wiktorię wiedeńską. Obchód ten dekretem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2001 r. wprowadzono do Kalendarza Rzymskiego (ogólnego) w randze wspomnienia dowolnego.

    brewiarz.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Imieniny Maryi

    Odmów specjalną modlitwę „o Jej miłosierne pośrednictwo”

    WSTAWIENNICTWO MARYI

    Fr Lawrence Lew OP/Flickr

    ***

    12 września obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. W ten szczególny dzień zachęcamy do odmówienia tej pięknej modlitwy.

    „Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja” (Łk 1,26-27).

    Czy nadane nam przez rodziców imię posiada jakieś znaczenie? Czy potrafi ono określać nas przez całe życie? Dlaczego niektóre imiona kojarzą nam się źle, a inne dobrze? Czy istnieją imiona ponadczasowe? I dlaczego imię Matki Boga zostało wywyższone w sposób szczególny?

    Wpisując w wyszukiwarkę frazę: „znaczenie imion”, internet huczy. Czytam o wielkiej księdze imion, magii oraz zabobonnych skojarzeniach związanych ze swoim mieniem. Znajduję również słowa pani profesor Krystyny Leśniak-Moczuk, które są poparte badaniami i dzięki nim mogę odpowiedzieć na powyższe pytania, oczywiście w dużym skrócie.

    Imię ma znaczenie, jest ono wyrazem, który w ciągu życia słyszymy najczęściej w odniesieniu do siebie. Dlatego organizm przyzwyczaja się do jego brzmienia, drgania i dźwięku. Tym samym dziecko, które nie skończyło jeszcze 5 miesięcy, potrafi odróżnić swoje imię od innych usłyszanych wyrazów. A kiedy kończy 3 lata, zauważa znaczenie noszonego imienia.

    Nadane imię potrafi nas określać. Np. Radosław – oznacza kogoś radosnego. W starożytności imię oznaczało rolę, którą dana osoba musi spełnić, np. Bogusława to kobieta pobożna, sławiąca imię Boga.

    Niektóre imiona z czymś nam się kojarzą, np. “Monika, dziewczyna ratownika”. Jest to związane z kulturą, tradycją, przysłowiami, ale i również ich… długością. Imię Aleksander zazwyczaj kojarzone jest z sukcesem, pewnością siebie oraz inteligencją.

    Wyliczenia pokazały, że mniej więcej po trzech pokoleniach wracają stare imiona, które wcześniej uważane były za niemodne. Do imion uniwersalnych w Polsce zaliczane są takie jak: Anna, Wiktoria, Piotr, Adam, Jan, Małgorzata, Magdalena czy w końcu Maria. Ostatnie z wymienionych imion posiada wiele znaczeń i bez wątpienia pochodzi od imienia Matki Bożej.

    Etymologia imienia Maryja nie jest jednoznaczna. Św. Hieronim uważał, że imię to oznacza “Pani”. Natomiast wg św. Bonawentury imię to jest wieloznaczne, np. ,,morze” – od metafory mówiącej, że Maryja jest morzem łask Ducha Świętego, lub “gwiazda”, bo swoim życiem i przykładem, a także jaśniejącą czystością wskazuje ludziom odpowiednią drogę.

    Z kolei w Polsce najczęściej nazywana jest Królową, szczególnie przez pielgrzymów odwiedzających sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Jej imię zapisało się w historii narodu już dawno, np. kiedy Jan III Sobieski wygrał bitwę z Turkami pod Wiedniem w 1683 r.

    Ówczesny król był gorliwym czcicielem Maryi, to właśnie Jej imię umieścił na chorągwiach podczas odsieczy wiedeńskiej. W liście do papieża Innocentego XI napisał: “Przyszliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”. Z wdzięczności za wygraną chrześcijaństwa nad islamem Innocenty XI ogłosił dla całego Kościoła święto Imienia Maryi – które obecnie obchodzimy 12 września.

    W litanii do Najświętszej Maryi Panny czytamy, że nazwana jest w różnoraki sposób: Boża Rodzicielka, Panna nad pannami, Matka Chrystusa, Matka łaski Bożej, Panna roztropna, Panna wierna, Pocieszycielka strapionych, Królowa męczenników i dziewic, Królowa rodzin i pokoju.

    Bez względu na to, jakiego tytułu użyjemy zwracając się do Niej o pomoc, Ona zawsze wstawi się za nami do swojego syna, Jezusa. Liczne przykłady z życia świętych potwierdzają te słowa. Natomiast dziś, w ten szczególny dzień, zachęcam do odmówienia tej modlitwy:

    Spraw miłościwie, wszechmogący Boże, aby wierni słudzy Twoi, którzy pod zasłoną Imienia Najświętszej Maryi Panny cieszą się Jej opieką, za Jej miłosiernym pośrednictwem od wszelkiego złego uchowani zostali na ziemi i do wesela wiecznego doprowadzeni byli w niebie. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    Monika Lender- Gołębiowska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan III Sobieski w drodze pod Wiedeń modlił się w wielu sanktuariach. Do dziś tam o tym pamiętają

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Pomnik Jana III Sobieskiego w Łazienkach w Waszawie / fot. Ritu Manoj Jethani / Shutterstock.

    ***

    Król Jan III Sobieski jadąc pod Wiedeń w 1683 r. nawiedzał po drodze sanktuaria. W wielu miejscach w Polsce zachowała się pamięć o tej podróży na bitwę, która zmieniła losy Europy.

    Jan Sobieski przed każdą wyprawą zawierzał się Maryi. Bitwa pod Wiedniem nie była tu wyjątkiem. Udając się na odsiecz król odwiedzał po drodze wraz z rodziną i dworem sanktuaria maryjne i uczestniczył we mszach świętych i nabożeństwach.

    „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały” – tak skomentował później wiktorię wiedeńską. 12 września 1683 r. wojska polsko-austriacko-niemieckie pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego rozgromiły armię imperium osmańskiego dowodzoną przez wezyra Kara Mustafę.

    Pielgrzymka do Studzianny i na Jasną Górę

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej w Studziannie

    ***

    Jednym z miejsc, które odwiedził król Sobieski, była Studzianna i sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej, którym obecnie opiekują się księża filipini. To tu polski monarcha prosił o „niebiańską pomoc i asystencję”. Według jednej z hipotez Sobieski miał ofiarować świątyni liczne dary, w tym srebrną wieczną lampę z wytłoczonym herbem królewskim, która do dziś płonie przed głównym ołtarzem, kryształowo-złoty ołtarzyk polowy oraz dywan.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Sanktuarium Matki Bożej Świętorodzinnej w Studziannie / fot. neverhoods / Shutterstock

    ***

    Następnie król zatrzymał się na Jasnej Górze, prosząc Królową Polski o wsparcie i błogosławieństwo. Od prowincjała paulinów o. Tobiasza Czechowicza otrzymał miecz hetmana Stanisława Żółkiewskiego, na którym widniał napis: Ergo sum mancipium Mariae (łac. „Jestem narzędziem Maryi”). Władca przyjął jedynie głownię, pozostawiając w sanktuarium ozdobną rękojeść i pochwę, które do dziś można zobaczyć na Jasnej Górze.

    Jasna Góra i jej skarby

    fot. Karl Allen Lugmayer / Shutterstock

    ***

    Orszak królewski w Krakowie i na Górnym Śląsku

    Przez Lelów i Żarnowiec Sobieski udał się do Krakowa, gdzie modlił się w siedmiu tamtejszych kościołach.

    Zatrzymał się także w Piekarach Śląskich. „Przybądź nam, miłościwa Pani, ku pomocy, a wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy” – modlił się przed obrazem Matki Bożej. Warto wspomnieć, że Sobieski był pierwszym polskim monarchą, który oddał cześć Najświętszej Maryi Pannie Piekarskiej przybywając do świątyni z biskupami, wodzami, książętami i ludem zbrojnym.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Ołtarz Główny w sanktuarium Matki Bożej w Piekarach Śląskich / fot. DyziO / Shutterstock

    ***

    Król dotarł także do Tarnowskich Gór, gdzie oczekiwali na niego cesarscy wysłannicy.

    22 sierpnia 1683 r. Sobieski został powitany w Gliwicach. Wjeżdżającego do miasta monarchę przywitała salwa z 28 armat i bicie kościelnych dzwonów. Przy Bramie Bytomskiej władca ukląkł i ucałował krzyż podany mu przez proboszcza parafii Wszystkich Świętych. Sobieski udał się na nabożeństwo do kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego. Dokonał przeglądu wojska, napisał listy do żony, papieża Innocentego II i cesarza Leopolda I, w których informował o postępach w podróży. Wziął udział w uroczystości chrztu świętego dwóch muzułmanów.

    Kolejnego dnia zatrzymał się na noc w klasztorze cystersów w Rudach Raciborskich.  „Jego Królewska Mość zatrzymał się o milę drogi przez Rudami i tam w pięknym klasztorze ojców cystersów przenocował, a w dniu następnym przybył na obiad do Raciborza i zagościł na naszym zamku” – czytamy w relacji korespondenta „Kuriera Wojennego”.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Klasztor w Rudach Raciborskich / fot. Pawel Filusz / Shutterstock

    ***

    Pobyt na Śląsku wspominał Sobieski całkiem dobrze, co zresztą opisał w liście do Marysieńki: „Lud tu niewymownie dobry i błogosławiący nam, kraj cudownie wesoły. Przybyło do nas ludzi nie mało […]”. Towarzyszący wyprawie francuski pamiętnikarz Francois Paul D’Alerac zapisał: „Nigdy żaden monarcha nie spotkał się z tak dobitnymi wyrazami hołdu ludności obcego państwa, jak król polski ze strony poddanych cesarza”.

    Jedna z legend mówi, że na pamiątkę przemarszu monarchy przez Śląsk sadzono tym szlakiem lipy. Do dzisiaj niektóre drzewa noszą nazwę „lip króla Sobieskiego”.

    Wrocławska Madonna Adorująca

    Z wiktorią wiedeńską wiąże się jeszcze jedno miejsce – katedra wrocławska pw. św. Jana Chrzciciela. W tym kościele znajduje się otoczony kultem cudowny obraz Matki Bożej. W 1713 r. papież Klemens XI ofiarował królewiczowi Aleksandrowi Sobieskiemu, mieszkającemu wówczas w Rzymie, piękny wizerunek Maryi. Po jego śmierci płótno trafiło do jego brata – Jakuba, panującego w Oławie. Kolejnym właścicielem obrazu stał się hrabia Michael von Althan z Międzylesia, który umieścił go w ołtarzu głównym kościoła parafialnego. Potem wizerunek przeniesiono na boczną ścianę prezbiterium.

    Bitwa pod Wiedniem i polskie ślady podróży Jana III Sobieskiego

    Matka Boża Sobieska z katedry we Wrocławiu / fot. Romuald M. Sołdek

    ***

    W 1951 r. decyzją władz kościelnych wizerunek został przeniesiony do katedry we Wrocławiu. Znany jest również jako Matka Boża Sobieska, Matka Boża Adorująca lub Wodząca Oczami. Obraz prawdopodobnie namalował Carlo Marratti, znakomity włoski malarz i portrecista. Przedstawia Maryję ze złożonymi rękami, o spokojnym, ciepłym spojrzeniu. Jej  zatroskane oczy zwrócone są w kierunku ukochanych dzieci.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy wiesz, który polski król ma własną salę w Muzeach Watykańskich?

    Domena Publiczna/Wikipedia

    ***

    Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, często wybieramy „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda.

    Muzea Watykańskie odwiedza się zazwyczaj ze względu na imponującą Kaplicę Sykstyńską. Ewentualnie ważne dla turystów są także freski Rafaela czy starożytne rzeźby. Jednak mało kto wie, że pomiędzy innymi zachwycającymi dziełami sztuki znajdziemy też obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” autorstwa Jana Matejki. I to właśnie od niego wzięła się nazwa Sala Sobieskiego, której północną ścianę zajmuje płótno o wielkości ponad 40 metrów kwadratowych.

    Krótka powtórka z historii

    Obraz „Sobieski pod Wiedniem – 1683” jest upamiętnieniem wydarzeń z 12 września 1683 roku. Wtedy miała miejsce bitwa pod Wiedniem między armią Imperium Osmańskiego a polsko-niemiecko-austriackimi wojskami dowodzonymi przez Jana III Sobieskiego.

    Było to wydarzenie rozstrzygające dla chrześcijańskiej przyszłości Europy, udało się bowiem powstrzymać islamskie ataki z Turcji. Matejko ukazał na obrazie wyobrażenie sceny po Wiktorii Wiedeńskiej – kiedy król Polski postanowił wysłać papieżowi Innocentemu XI zdobytą „Świętą Chorągiew Proroka” oraz list królewski, rozpoczynający się słowami „Venimus, vidimus, Deus vicit” (Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył).

    Głównymi elementami, które widzimy na płótnie Matejki, są: moment przekazania listu przez króla Jana III Sobieskiego wysłannikowi ze Stolicy Apostolskiej, kanonikowi Denhoffowi; pochylona turecka chorągiew; zwycięska husaria polska; pokonana armia turecka oraz rozciągająca się na niebie tęcza. Jej końce sięgają Wiednia oraz namiotu wezyra, w jej centrum zaś znajduje się głowa Jana III Sobieskiego. Układ ten najprawdopodobniej wskazywać ma na potęgę Polski jako przedmurza chrześcijaństwa. Warto też pamiętać, że nie ma w tym obrazie niczego przypadkowego, zwłaszcza że nie jest on w pełni zgodny z rzeczywistymi wydarzeniami. Wspomnieć tu należy chociażby o błędnym przedstawieniu chorągwi, która u Matejki ma cechy renesansowe i niezgodna jest z opisem oryginału.

    W jakich okolicznościach powstał obraz?

    Jan Matejko był malarzem zaangażowanym społecznie, starał się poprzez swoją sztukę upamiętniać ważne dla Polski wydarzenia historyczne. Jego dzieła miały zatem charakter edukacyjny. „Sobieskiego pod Wiedniem” malował przez co najmniej rok, przygotowując się na 200. rocznicę pokonania armii islamskiej przez wojska chrześcijańskie. W tym czasie austriacka propaganda głosiła wyłącznie o własnych zasługach w związku ze zwycięstwem z roku 1683.

    Co postanowił artysta, polski patriota? Zbuntować się i uświadomić społeczeństwu prawdę. W Wiedniu wystawił więc publicznie swój imponujący obraz. I zrobił to bezpłatnie, wynajmując w tym celu salę za własne pieniądze (co było i zapewne wciąż jest ewenementem wśród artystów). Dzięki temu cały naród austriacki mógł sobie przypomnieć o nieocenionej pomocy Polski i zdolnościach przywódczych króla Jana III Sobieskiego.

    Dlaczego obraz znajduje się akurat w Watykanie?

    Bo tak zdecydował sam Matejko. Osobiście zawiózł „Sobieskiego” papieżowi Leonowi XIII jako „dar od narodu polskiego”. Dzieło miało stać się upamiętnieniem zwycięstwa Jana III Sobieskiego oraz symbolem siły Polski, która w 1883 roku wciąż jeszcze nie odzyskała niepodległości.

    Sala Sobieskiego w XVI wieku stanowiła część apartamentów papieża Piusa V, które w XIX wieku papież Pius IX przeobraził w Galerię świętych i błogosławionych – miejsce, gdzie wystawiano współczesne dzieła sztuki zamawiane specjalnie na ceremonię kanonizacji lub beatyfikacji. Obecnie, oprócz płótna polskiego artysty, można tu znaleźć obrazy Porziano Loveriniego, Francesco Grandiego, Francesco Podestiego oraz dzieło Cesare Fracassiniego pt. „Męczennicy z Gorkum”, które w 1572 roku odniosło wielki sukces w Rzymie.

    Choć Sala Sobieskiego znajduje się na głównej trasie prowadzącej do Kaplicy Sykstyńskiej, odwiedzający często ją omijają, wybierając „przyspieszone” przejście do fresków Michała Anioła. A szkoda. Bo naprawdę warto docenić fakt istnienia polskiej sztuki w Muzeach Watykańskich. Ostatecznie przecież Matejko stworzył swój obraz ku chwale naszego Narodu.

    Magda Jakubiak/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 września – rocznica objawienia Koronki do Bożego Miłosierdzia

    13 września 1935 r. Pan Jezus podyktował św. Faustynie tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia. Dziś jest to jedna z najpopularniejszych modlitw. – Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą, jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą – powiedział Pan Jezus.

    ***

    fot. Katarzyna Matejek/Gość Niedzielny

    ***

    Pochodzenie i obietnice

    Tę modlitwę podyktował Pan Jezus siostrze Faustynie w Wilnie 13 września 1935 roku. W następnych objawieniach ukazał jej wartość i skuteczność oraz przekazał obietnice do niej przywiązane.

    W tej modlitwie ofiarujemy Bogu Ojcu “Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo” Jezusa Chrystusa, łączymy się z Jego ofiarą złożoną na Krzyżu dla zbawienia świata. Ofiarując Bogu Ojcu Jego “najmilszego Syna”, odwołujemy się do najsilniejszego argumentu, by być wysłuchanym. Prosimy o “miłosierdzie dla nas i całego świata”. Słowo “nas” oznacza odmawiającego koronkę i tych, za których pragnie lub jest zobowiązany się modlić. Natomiast “cały świat” – to wszyscy ludzie żyjący na ziemi i dusze w czyśćcu cierpiące. Modląc się słowami tej koronki, spełniamy akt miłości bliźniego, który – obok ufności – jest nieodzownym warunkiem otrzymania łask.

    Przez odmawianie tej koronki – obiecał Pan Jezus – podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (1541) i dodał: jeżeli to (…) będzie zgodne z Moją wolą. (1731)

    Szczegółowe obietnice dotyczą godziny śmierci: łaski szczęśliwej i spokojnej śmierci. Mogą je uprosić tylko ci, którzy sami z ufnością i wytrwale odmawiają tę koronkę, ale także konający, przy których inni jej słowami modlić się będą.

    Kapłani – powiedział Jezus – będą (ją) podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby był grzesznik najzatwardzialszy, jeżeli raz tylko odmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego miłosierdzia Mojego. (687) Chociaż raz, ale w postawie zgodnej z treścią modlitwy, a przede wszystkim z wiarą, ufnością i w pokorze oraz ze szczerym i głębokim żalem za grzechy.

    W “Dzienniczku”

    Pod datą 13 września 1935 roku, Święta siostra Faustyna zapisała w swoim Dzienniczku taką oto wizję odnośnie tej koronki:

    Wieczorem, kiedy byłam w swojej celi, ujrzałam anioła, wykonawcę gniewu Bożego. Był w szacie jasnej, z promiennym obliczem, obłok pod jego stopami, z obłoku wychodziły pioruny i błyskawice do rąk jego, a z ręki jego wychodziły i dopiero dotykały ziemi. Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię, […] zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę. Jednak niczym prośba moja była wobec gniewu Bożego. W tej chwili ujrzałam Trójcę Przenajświętszą. Wielkość majestatu Jej przeniknęła mnie do głębi i nie śmiałam powtórzyć błagania mojego. W tej samej chwili uczułam w duszy swojej moc łaski Jezusa, która mieszka w duszy mojej; kiedy przyszła mi świadomość tej łaski, w tej samej chwili zostałam porwana przed stolicę Bożą. O, jak wielki jest Pan i Bóg nasz i niepojęta jest świętość Jego. Nie będę się kusić opisywać tej wielkości, bo niedługo ujrzymy Go wszyscy, jakim jest. Zaczęłam błagać Boga za światem słowami wewnętrznie słyszanymi.

    Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność anioła, i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy. Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas. Słowa te, którymi błagałam Boga, są następujące: Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, za grzechy nasze i świata całego; dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas.

    Na drugi dzień rano, kiedy weszłam do naszej kaplicy, usłyszałam te słowa wewnętrznie: Ile razy wejdziesz do kaplicy, odmów zaraz tę modlitwę, której cię nauczyłem wczoraj. Kiedy odmówiłam tę modlitwę, usłyszałam w duszy te słowa:

    Modlitwa ta jest na uśmierzenie gniewu mojego, odmawiać ją będziesz przez dziewięć dni na zwykłej cząstce różańca w sposób następujący: najpierw odmówisz jedno “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Maryjo”, i “Wierzę w Boga”, następnie na paciorkach “Ojcze nasz” mówić będziesz następujące słowa: “Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”; na paciorkach “Zdrowaś Maryjo” będziesz odmawiać następujące słowa: “Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i świata całego”. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. (474 – 476)

    Sposób odmawiania:

    (na zwykłym różańcu)

    Na początku:

    Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego . Amen.

    Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus. Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen.

    Wierzę w Boga, Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. I w Jezusa Chrystusa. Syna Jego jedynego, Pana naszego, który się począł z Ducha Świętego; narodził się z Maryji Panny. Umęczon pod Ponckim Piłatem, ukrzyżowan, umarł i pogrzebion. Zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał. Wstąpił na niebiosa, siedzi po prawicy Boga Ojca wszechmogącego. Stamtąd przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Wierzę w Ducha Świętego, Święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

    Na dużych paciorkach (1 raz):

    Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.

    Na małych paciorkach (10 razy):

    Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i całego świata.

    Na zakończenie (3 razy):

    Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem.

    Gość Niedzielny

    __________________________________________________________________________

    MIĘDZYNARODOWA KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA NA CAŁYM ŚWIECIE O GODZINIE 15.00

    W SOBOTĘ 28 WRZEŚNIA 2024

     ***
    Te 15 minut dla świata wydaje się nic nie znaczyć, ale dla Miłosiernego Boga jest to wielkie wołanie grzeszników.

    Bardzo ważne jest, aby włączyć się do wspólnej modlitwy o tej samej godzinie, tego samego dnia i połączyć się z Panem Jezusem konającym na krzyżu modląc się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia…

    ***

    W tym roku szczególnie będziemy modlić się w następujących intencjach:

    1. Aby w Panu Bogu pokładać nadzieje stawiając Go na pierwszym miejscu
        w życiu rodzinnym, społecznym i politycznym.
    2. Za Kościół Boży, aby wiernie i konsekwentnie bronił depozytu wiary
        i moralności.
    3. Za biskupów i księży, aby byli kapłanami według Serca Jezusowego.
    4. Za rządzących, aby sprawowanie  władzy  traktowali  jako służbę  na
        rzecz wspólnego dobra wszystkich ludzi.
    5. O poszanowanie życia ludzkiego – od poczęcia do naturalnej śmierci.
    6. O pokój na całym świecie, zwłaszcza w miejscach wojen i niepokoju
        ogarniętych zamętem i bezprawiem.
    7. Za więźniów, a zwłaszcza tych, którzy trwają daleko od Boga, nie widzą sensu nawrócenia, którym brakuje nadziei w Boże Miłosierdzie
    8. O powrót uchodźców do ich ojczystych krajów i pomoc w odbudowie ich domów.
    9. Za żołnierzy i obrońców granic, aby skutecznie i godnie bronili Ojczyzny.
    10. Za nasze ojczyste kraje, miasta, wsie, nasze rodziny i nas samych.


    W tej modlitwie na pewno towarzyszyć nad będą święci z nieba :
    św. siostra Faustyna Kowalska i bł. ksiądz Michał Sopoćko

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zaproszenie na nabożeństwo

    24 Godzin Męki Pańskiej za Polskę:

    Jasna Góra 13-14 września 2024

    Na portalu: VICONA czytamy:


    13-14 września 2024 roku Sama Królowa Polski przyjęła nas pod swój dach, aby u Jej Tronu na Jasnej Górze wynagradzać wraz z Nią za grzechy popełnione w naszej Ojczyźnie.

    Nabożeństwo odbędzie się w Kaplicy Sakramentu Pokuty (wymowa tego miejsca też nie bez znaczenia…)

     Prowadzenie rozważań: Aleksandra Barnat, Rafał Piech, Tomasz Ustowski, Hanna Gwizdała
     Oprawa muzyczna: Michał Niemiec
     Transmisja on-line: Radosław Pęksa, Mirosław Załuska

    Zapraszamy wszystkich! 

    ***

    Sanktuarium NMP na Jasnej Górze w Częstochowie – Kaplica Sakramentu Pokuty

    ROZPOCZĘCIE:

    piątek 13.09.2024 godz. 17:00 – Msza Święta

    godz. 18:30 w Kaplicy Cudownego Obrazu

    ZAKOŃCZENIE:

    sobota 14.09.2024 godz. 16:00 – Msza Święta

    godz. 18:30 w Kaplicy Cudownego Obrazu

    ***

    Podczas tego nabożeństwa o charakterze ekspiacyjnym, będziemy wynagradzać za wszystkie grzechy popełnione w naszej ojczyźnie, zwłaszcza za grzechy: zbrodni wobec nienarodzonych dzieci, nieczystości, apostazji, nienawiści, podziałów, kłótni i nieprzebaczenia, pijaństwa, rozwodów, niegodnego przyjmowania Komunii Świętej, zdrady narodu. Żyjemy dziś w czasach największej apostazji, czyli odejścia od Boga. Sekularyzacja państw Zachodu jest faktem. Polska, choć uważana za ostoję katolicyzmu, też stopniowo ulega tej fali. Coraz więcej ludzi, także tych deklarujących się katolikami, żyje tak, jakby Pana Boga nie było i opowiada się za strukturami zła w swoich wyborach. Czas, w którym przyszło nam żyć, jest czasem bezkompromisowej walki duchowej. Ale co gorsza, nawet ludzie wierzący nie zawsze to widzą, trwając w stanie uśpienia i letargu. A przecież wiele proroctw mówi o szczególnej misji, jaką Polska ma odegrać wobec innych narodów. Jakże się to stanie, skoro widzimy, że sprawy w naszym kraju idą w tak złym kierunku? Będziemy modlić się, prosząc o wstawiennictwo: Maryję Królową Polski, Świętego Michała Archanioła, Anioła Stróża Polski, patronów Polski, a zwłaszcza św. Andrzeja Boboli, polskich świętych i błogosławionych oraz dusz w czyśćcu cierpiących naszych rodaków. Dziś mało kto wzywa do pokuty i nawrócenia. Bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach Kościoła w Polsce była zorganizowana w 2016 r. Wielka Pokuta – największe w historii chrześcijaństwa nabożeństwo przebłagalno-ekspiacyjne, które zgromadziło pod wałami klasztoru jasnogórskiego ponad 140 tysięcy wiernych. Zebrali się, by prosić Boga o wybaczenie grzechów swoich oraz całego narodu. Wierzymy, że tamto wydarzenie nie było ostatnim, ale zapoczątkowało akty kolejnych wynagrodzeń. Będziemy zatem modlić się w duchu i w łączności z Wielką Pokutą, aby kontynuować to wielkie dzieło ekspiacji. Podczas modlitwy o uwolnienie Polski spod mocy ciemności, które zostały wypowiedziane 15 października 2016 r., padły m.in. takie słowa:

    „Ojcze, Boże Wszechmogący, nadszedł już czas, aby raz na zawsze odwrócić się od grzechów naszych i naszych nieprawości, które ranią Twoje Ojcowskie Serce, od szatana, księcia tego świata, ojca kłamstwa i iluzji, a zwrócić się całym sercem do Ciebie. Pragniemy jak mieszkańcy Niniwy dzisiaj błagać Cię o przebaczenie naszych grzechów, win i nieprawości. Za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi!”. Niech Jego oczyszczający i uświęcający płomień zstąpi teraz na nas tu obecnych, na wszystkich Polaków mieszkających na tej ziemi i poza jej granicami”.

    Dlatego i my powtórzymy te słowa oraz inne fragmenty tej potężnej modlitwy, rozpalając wielki płomień, czego konkretnym wyrazem będzie wieńczące nasze spotkanie nabożeństwo przekazania Płomienia Miłości Niepokalanego Serca Maryi.

    Zapraszamy, zawalcz z nami o Polskę! 🇵🇱 TRANSMISJA ON-LINE: kanał YT VICONA | Echo Boga FIAT | Wobroniewiary | 🇵🇱 STRONA WYDARZENIA: www.vicona.pl/24

    Jeśli nie możesz lub nie czujesz się na siłach, aby uczestniczyć w 24 godzinnej modlitwie, możesz przyjechać tylko na jedną lub kilka godzin, choć ideą tego spotkania jest trwanie na Adoracji i rozważaniu przez pełne 24 godziny. Módl się o tę łaskę. Ta ofiara złożona ze swojego czasu i zmęczenia pomnoży jeszcze bardziej wartość Twojej modlitwy!

    Zachęcamy wysłuchać świadectwo Oli o Krzyżu Pasyjnym    • Świadectwo Oli o Krzyżu Pasyjnym   więcej na https://www.vicona.pl/24Wobroniewiary38,9 tys. subskrybentówWideoInformacje

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy Polacy wymodlili zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej?

    10 faktów, których możesz nie znać…

    BITWA WARSZAWSKA

    Wikipedia | Domena publiczna

    Po bitwie – polscy żołnierze ze sztandarami zdobytymi na bolszewikach.

    ***

    Myślicie, że główna ofensywa była prowadzona znad Wieprza? Otóż, gdyby dokładniej się przyjrzeć, to ofensywę zaczęto już dużo wcześniej. Na klęczkach!

    Myślicie, że główna ofensywa była prowadzona znad Wieprza? Otóż, gdyby dokładniej się przyjrzeć, to ofensywę zaczęto już dużo wcześniej. Na klęczkach!

    Określenie „Cud nad Wisłą”, choć utrwalone w polskiej historiografii głównie za sprawą przedwojennych politycznych oponentów Józefa Piłsudskiego, niezamierzenie po części oddaje istotę drugiej, mniej znanej ofensywy, która dla losów Bitwy Warszawskiej mogła mieć znaczenie nie mniejsze niż uderzenie znad Wieprza. Nie będzie chyba bowiem wielkim nadużyciem nazwanie „cudem” wielkiego narodowego zjednoczenia, jakie dokonało się w Narodzie nie tylko na poziomie militarnym, ale też duchowym.

    ***

    Polscy hierarchowie zalecili wiernym szereg szczególnych praktyk modlitewnych w intencji ocalenia Ojczyzny. 7 lipca 1920 r. w „Liście pasterskim biskupów polskich do Narodu” napisali między innymi takie wskazania:

    • 4
    • …a także prosili o pomoc Ojca Świętego… Tego samego dnia hierarchowie wystosowali apel o modlitwę za Polskę również do Ojca Świętego Benedykta XV:
    • 5

    … a ten wstawił się za naszym Narodem. W reakcji na list polskich hierarchów 5 sierpnia 1920 roku Benedykt XV skierował do biskupów świata przesłanie “O zmiłowaniu Boga nad nieszczęsną Polską”. Pisał w nim m.in.:

    • 6
      7
      8

    8 sierpnia 1920 r. był dniem ofensywy na froncie modlitewnym. Tego dnia, w niedzielę poprzedzającą święto Wniebowzięcia NMP, niezwiązani zadaniami frontowymi warszawianie wzięli udział w wielkim modlitewnym wydarzeniu. Począwszy od godz. 7 rano we wszystkich kościołach miasta wystawiony został Najświętszy Sakrament, a o godz. 9 odprawiane w nich były msze święte z Komunią generalną. Po zakończeniu adoracji o godz. 17, procesje błagalne ze wszystkich świątyń połączyły się na pl. Zamkowym, gdzie wierni odśpiewali suplikacje. Cała taca we wszystkich kościołach archidiecezji była tego dnia przeznaczona na potrzeby żołnierzy.


    • 9
      10
      11
      12
      13

    Kolejny papież powiesił u siebie obraz “Cud nad Wisłą”. Ówczesny nuncjusz apostolski w Polsce, abp. Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI) często wymieniany bywa jako jeden z dwóch ambasadorów (obok tureckiego), którzy w obliczu sowieckiej nawałnicy nie opuścili Warszawy.

    • Pomnik_Braterstwa_Broni_w_Warszawie_001

    Bolszewicy przez chwilę „wygrywali” z ks. Skorupką. Przynajmniej we własnym mniemaniu. Mało kto wie bowiem, że cokół, na którym w 1945 r. odsłonięty został niesławny Pomnik Braterstwa Broni, powszechnie znany jako „Czterech śpiących”, pierwotnie przeznaczony był pod statuę ks. Ignacego Skorupki, która stanąć tam miała w 20. rocznicę Bitwy Warszawskiej, 15 sierpnia 1940 r. Plany te pokrzyżował oczywiście wybuch II wojny światowej, a ks. Skorupka doczekał się na warszawskiej Pradze pomnika dopiero w 2005 r., w 85. rocznicę bitwy.+. © wikimedia.com

    Karol Wojteczek/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 WRZEŚNIA – SOBOTA – GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA

    W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    ***

    Święto Podwyższenia Krzyża Świętego

     fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    14 września 335 r. dokonano konsekracji Bazyliki Zmartwychwstania, którą wybudował cesarz Konstantyn blisko miejsca ukrzyżowania Chrystusa. Od tego czasu Wschód chrześcijański obchodził tego dnia uroczyste święto na cześć Krzyża Zbawiciela.

    Krzyż jest miejscem zwycięstwa Chrystusa. Z wysokości Krzyża Jezus pociąga do siebie wszystkich grzeszników (zob. J 12, 32) i objawia im miłość Ojca, który Go posłał. Oddając na nim ostatnie tchnienie, ofiarował się jako żertwa przebłagalna za grzechy całego świata i oddał chwałę Ojcu z wszystkimi, których zbawił.

    Krzyż nie jest więc znakiem słabości Jezusa, lecz Jego chwały. Spojrzenie na przybitego Jezusa przynosi uzdrowienie i zbawienie nam, którzy jesteśmy śmiertelnie zatruci jadem świata. Wobec Krzyża nie można przejść obojętnie, bowiem budził on i zawsze budzi niepokój ludzkiego sumienia. Jest znakiem miłości, która się otwiera na każdego człowieka.

    Jezus, otwierający na Krzyżu swe ramiona, rezygnuje z jakiejkolwiek ochrony, jaką my często roztaczamy wokół siebie. Ten gest jest wzmocniony obrazem otwartego serca, które oddaje do dyspozycji wszystkich to, co najbardziej intymne i osobiste. Jezus na Krzyżu zrezygnował ze swojej siły, by „cicha” moc Boga okazała się silniejsza niż siła wszystkich ludzi i uświadomiła nam, że zawsze do niej będzie należeć ostatnie słowo.

    Krzyż jest koniecznym etapem na drodze do chwały. Dlatego Jezus zaprasza nas: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje (Łk 9, 23). Krzyż jest nieustannym wezwaniem, by zaakceptować to, czego doświadczamy każdego dnia. Przypomina nam, że nie wszystko jest dla nas proste, jak sobie zaplanujemy. Musimy się więc pogodzić się z codziennymi utrudnieniami i tym, co krzyżuje nasze plany. Dla osoby cierpiącej Krzyż jest pocieszeniem, przypomina, że nie jest ona w swym cierpieniu sama, ale Ktoś idzie z nią w najgłębszą ciemność aż do samotności i opuszczenia, aż po największą niemoc śmierci.
    Krzyż zmusza nas, byśmy zastanowili się nad sobą. Każe nam szukać odpowiedzi na pytanie: Kim jesteśmy? Obraz Krzyża towarzyszy nam wszędzie i przybliża do prawdziwego człowieczeństwa. Nie pozwala, byśmy w przekonaniu o własnej wielkości uciekli od prawdy o naszym życiu. Ukazuje on naszą ograniczoność i ukierunkowanie na śmierć. I jedynie ten, kto gotów jest przyjąć śmierć, staje się prawdziwie człowiekiem.
    Akceptacja Krzyża przejawia się w spokojnej, milczącej i opanowanej postawie wobec życia. Człowiek, przyjmując Krzyż, przyjmuje niepowodzenia, ma odwagę przyjąć siebie takiego, jaki jest. Krzyż wyzwala go od samego siebie, wyjawia mu prawdę, od której ucieka. Znoszona z wiarą choroba jest posłuszeństwem Bogu i twórczą gotowością, staje się dla nas objawieniem odkupienia i w radykalny sposób przemienia nasze życie. Akceptacja cierpienia jest jednocześnie drogą do wyzwolenia się z niego. Wielu ludzi cierpi dzisiaj na nerwice, bo nie przyjmują Krzyża, nie chcą przyjąć prawdy o sobie.

    W chrześcijaństwo wpisany jest Krzyż i jest on znakiem tożsamości każdego z nas, jest naszym znakiem rozpoznawczym. Chrześcijanie mają w nim swoje korzenie, ale nie utożsamiają go z cierpiętnictwem. Krzyż wskazuje na głęboki sens cierpienia i otwiera człowieka na misterium samego Boga. Jest bramą, wprowadzającą w Boże życie i nasze zbawienie. Krzyż jest znakiem solidarności Boga z cierpiącym człowiekiem.

    Przyjęcie Krzyża przynosi owoce wewnętrznej przemiany, dodaje człowiekowi sił do owocnej pokuty i nawrócenia. Krzyż jest proklamacją życia, nadziei, chrześcijańskiego optymizmu i wolności. Zapowiada radość Zmartwychwstania, której nie stłumi już żadna ziemska moc zła i nie zaciemni panowanie grzechu. Cierpienie ludzkie odniesione do cierpienia Jezusa zwiastuje radość wieczną, nie odniesione do Niego staje się rozpaczą, która nigdy się nie skończy. Krzyż demaskuje wszelką pozorną radość.

    Krzyż jest znakiem Miłości, która choć nie jest kochana, nie zna granic. Miarą bowiem miłości jest miłość bez granic. Nawet śmierć jej nie kończy. Krzyż Chrystusa pyta nas o miłość, o nasze chrześcijaństwo. Zaprasza, byśmy przyszli do Niego ze swoim cierpieniem, spowodowanym zranieniem przez innych, różnego rodzaju prześladowaniem, ubóstwem, bezdomnością, bezrobociem, pokrzywdzeniem przez los. U stóp Krzyża znajdziemy wszystko.

    s. Anna Siudak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między niebem a ziemią

    „Chrystus św. Jana od Krzyża” – Salvador Dalí, olej na płótnie, 1951 Galeria Sztuki, Glasgow

    ***

    W klasztorze la Encarnación w Ávila zachował się niezwykły rysunek, stworzony ręką św. Jana od Krzyża. Ten żyjący w XVI wieku hiszpański mistyk narysował Jezusa na krzyżu widocznego z góry, jakby oglądał go z nieba Ojciec.

    „Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten rysunek, wywarł na mnie wielkie wrażenie. Potem przyśnił mi się w kolorze. Krucyfiks w moim śnie unosił się nad zatoką Port Lligat w Katalonii. Zrozumiałem, że muszę tak namalować” – napisał w 1952 roku najsławniejszy surrealista, hiszpański malarz Salvador Dalí na łamach „Scottish Art Review”.

    Artysta umieścił postać Zbawiciela w centrum kompozycji. Ciało Jezusa nie nosi żadnych śladów cierpienia. „Najpierw chciałem namalować krew, gwoździe, koronę cierniową. Ale potem zrezygnowałem z tego wszystkiego. Chciałem, by Chrystus był na moim obrazie piękny, by kojarzył się z metafizycznym pięknem Boga” – tłumaczył artysta.

    Pomiędzy krucyfiksem a zatoką ze spokojnie pracującymi rybakami Dalí namalował rozświetlone tajemniczym światłem chmury. Nadnaturalne światło z nieba oświetla też postać Zbawiciela kontrastującą z czarnym tłem. Wszystko to sprawia, że krzyż wydaje się umieszczony w jakiejś nieuchwytnej rzeczywistości pomiędzy niebem a ziemią.

    Nie widzimy twarzy Jezusa. Patrzy on w dół, na świat i ludzi, których zdaje się brać w opiekę swymi rozpostartymi ramionami.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    RÓŻNE PRZEDSTAWIENIA KRZYŻA

    Krzyż św. Jana od Krzyża

    Najbardziej jest znany w wersji namalowanej przez Salvadora Dalego, jednak pierwowzór tego obrazu stanowi szkic karmelitańskiego mistyka i jest zdecydowanie bardziej plastyczny i emocjonalny. W jednej ze swoich wizji św. Jan ujrzał Ukrzyżowanego, ale tak, jakby patrzył na Niego nieco z góry, w chwili, kiedy Pan dopiero skonał. Rysunek jest niesłychanie dynamiczny i poruszający, ciało Pana jest na nim wyschnięte, dramatycznie skręcone. Podobną ekspresję można znaleźć w barokowych krucyfiksach, jednak rysunek karmelity uderza swoją prawdziwością – jest raczej szkicem z natury niż wyobrażeniem artysty.

    Aleteia.pl /Wikipedia | Domena publiczna/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 WRZEŚNIA – NIEDZIELA

    ŚWIĘTO MATKI BOŻEJ SIEDMIU BOLEŚCI

    Pietro Lorenzetti/WIKIMEDIA COMMONS

    ___________________________________________

    Od siedmiu boleści

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Najświętszej Maryi Panny Bolesnej

    Matka Boża Staniątecka/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jest rzeczą niezaprzeczalną, że Maryja wiele wycierpiała jako Matka Zbawiciela.

    Myśl: Maria otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    Dzień po dniu. 14 września przeżywamy święto Podwyższenie Krzyża Świętego, a już następnego dnia wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Bolesnej. Tak jakby Kościół zwracał uwagę na to, że cierpienie Maryi idzie krok w krok za ogromnym bólem Jej Syna. To ciekawe, że Kościół przywołuje te dni nie w „fioletowym” czasie Wielkiego Postu, ale latem, tuż po sezonie urlopowym… Czytam pełne tęsknoty wersy Pieśni nad pieśniami. Zdumiewa mnie intuicja brata Efraima, założyciela Wspólnoty Błogosławieństw, który w tym miłosnym hymnie odnalazł obraz… Piety.

    „Wypełniają się słowa Pieśni nad pieśniami: »Lewa twoja ręka pod głową moją, a prawica twoja obejmuje mnie« (Pnp 2,6). Jakże piękna jesteś między niewiastami, jakże piękna jesteś w Twoim niezmąconym bólu – woła Efraim. – To właśnie w tej godzinie aniołowie nadali Ci tytuł Królowej Męczenników. Twoje męczeństwo trwa jeszcze dłużej niż męczeństwo Syna: Twoja męka i Jego Męka spotkały się we współodczuwaniu, współczuciu. Maryjo, Matko Miłosierdzia”.

    Watykan. Bazylika Świętego Piotra. Po marmurowych posadzkach przelewa się wielobarwny tłum. Japończycy dyskretnie robią zdjęcia spod łokci. Starają się utrwalić Pietę – rzeźbę, która zachwyca od pięciu wieków. Została ukończona w roku 1499, gdy Michał Anioł miał zaledwie 25 lat. To najpowszechniejsze przedstawienie Maryi Bolejącej. Inne ikonograficzne symbole to Mater Dolorosa – złamana cierpieniem, słaniająca się na nogach Matka adorująca zawieszone na krzyżu ciało Syna.

    Niezwykle poruszające są obrazy i figury Maryi, której serce przebija siedem ostrych mieczy. Ten motyw „siedmiu boleści” często pojawiał się w sztuce od XIV w. Jakie to miecze? Proroctwo Symeona („Twoją duszę miecz przeniknie…”), ucieczka do Egiptu, zgubienie dwunastoletniego Jezusa, spotkanie z Synem na drodze krzyżowej, ukrzyżowanie i śmierć Jezusa, zdjęcie Jezusa z krzyża i złożenie do grobu. W rozważaniach Brata Efraima zachwyciła mnie jeszcze jedna intuicja. „Maryja trwa aż po wypełnienie wieków, trzymając w ramionach ogromne Ciało swego Syna, zakrywając Jego nagość swoim płaszczem, otulając Go czułością”. Maryja otula Kościół, zakrywa swym płaszczem jego liczne grzechy. Bardzo cierpi.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK 16 WRZEŚNIA

    147 lat temu na polskiej ziemi, w miejscowości Gietrzwałd, miały miejsce objawienia Matki Bożej, które rozpoczęły się wieczorem 27 czerwca i trwały aż do 16 września tego samego roku. Są to objawienia jedyne w Polsce, które Kościół zatwierdził.

    _____________________________________________________________________________

    Gietrzwałd (1877, Polska)

    OBJAWIENIA MATKI BOŻEJ W GIETRZWAŁDZIE

    Są takie miejsca na świecie, do których, jeżeli raz się je ujrzało, chciałoby się znowu wrócić, przebywać w nich jak najczęściej, jak najdłużej. Niewątpliwie do takich miejsc należy Sanktuarium Maryjne w Gietrzwałdzie, na ziemi warmińskiej, osiemnaście kilometrów na południowy zachód od Olsztyna.
    By wejść w klimat tego cudownego miejsca, musimy cofnąć się nieco w czasie, do XIX wieku. Był to okres chwały żelaznego kanclerza Bismarcka i nasilonego działania jego Kulturkampfu. Okres, kiedy wszystko, co polskie i związane z religią katolicką było niszczone i straszliwie prześladowane. Zamykano w więzieniach katolickich księży. Różnymi ustawami uniemożliwiano księżom i biskupom głoszenie Dobrej Nowiny oraz prowadzenie duszpasterstwa. Kasowano i zamykano dobra kościelne. Zlikwidowano najstarsze na polskich ziemiach seminarium duchowne w Braniewie. Zakazywano nauczania języka polskie­go w szkołach. I właśnie wówczas, nie­spodziewanie dla wszystkich, jakby dla pokrzepienia serc, w Gietrzwałdzie ukazała się Matka Boża, przemawiając do dwóch polskich dziewczynek w ich ojczystym języku.

    Wiosną 1877 roku Justyna Szafryńska przygotowywała się do Pierwszej Komunii Świętej. Nie przychodziło jej to łatwo. Dopiero 27 czerwca, w środę, złożyła pomyślnie ostatni egzamin u ks. Proboszcza Weichsla i uradowana wracała z matką do domu. Dochodziła już godzina dziewiąta wieczorem, dlatego matka przynaglała Justynę, by szła prędzej. Nadciągała noc, a ponadto zanosiło się na burzę. Minęły właśnie plebanię , gdy dzwon na wieży kościelnej zadzwonił na Anioł Pański. Przystanęły więc obie, zwracając się twarzą w kierunku kościoła i zaczęły odmawiać modlitwę. Ponaglana przez matkę Justyna przerwała modlitwę, mówiąc: Czekajcie no, matulu, aż zobaczę, co to takiego białego na drzewie. Dziewczynka dostrzegła bowiem w koronie rosnącego przy plebanii drzewa klonu jakąś dziwną jasność. W pierwszej chwili pomyślała, że to ogień. Zafascynowana zjawiskiem, zdawała się nie słyszeć głosu matki, z uporem wpatrywała się w oddalone drzewo. Niezwykła jasność przybrała w tym czasie postać człowieka. Justyna szarpnięta za rękę, sprawiała wrażenie jakby przebudzonej z głębokiego snu. Dziwne zachowanie Justyny, zauważył przechodzący obok proboszcz, ks. Augustyn Weichsel. Podobnie jak matka dziewczynki, nie widział żadnej jasności, ale otworzył ogród przy plebanii i podprowadził Justynę w pobliże wskazywanego przez nią drzewa.

    Dziewczynka była ekstatycznie wpatrzona w drzewo klonu i opowiadała coś o Ślicznej Pani, która z uśmiechem zachęcała ją, aby przychodziła tu odmawiać różaniec. Pani znajdowała się pośród niezwykłej jasności, była ubrana na biało, z długimi włosami opadającymi na ramiona, siedziała na złocistym tronie, udekorowanym perłami. Po chwili zauważyła również w blasku bijącym z nieba, zstępującego anioła ze złotymi skrzydłami, w biało-złotej szacie, z białym wieńcem na skroniach. Anioł złożył niski pokłon swojej Pani. Gdy oniemiała z wrażenia Justyna skończyła odmawiać Pozdrowienie Anielskie, zaczęły z matką odmawiać różaniec. Dopiero kiedy skończyły, objawienie również zakończyło się. Pani wstała z tronu i razem z aniołem uniosła się do nieba. Jak się później okazało – to był dopiero początek cudownych wydarzeń w maleńkiej, warmińskiej miejscowości.
    Gdy Justyna opowiedziała to wszystko proboszczowi, ten nie miał wątpliwości, że dziewczynka była świadkiem jakiegoś nadprzyrodzonego widzenia. Następnego dnia, 28 czerwca, do Justyny dołączyła jej kuzynka – Barbara Samulowska. W godzinie objawień, a była to wigilia uroczystości św. Piotra i Pawła, patronów parafii, we dwie zaczęły odmawiać modlitwę różańcową. I znowu, kiedy dzwon uderzył na wieczorny Anioł Pański, drzewo zajaśniało niezwykłym blaskiem. Najpierw zjawił się tron, potem Matka Boża, w towarzystwie dwóch aniołów. Po dłuższej chwili aniołowie przynieśli jej Dzieciątko Jezus, promieniujące niezwykłym światłem, odziane w białą, wyszywaną złotem szatę. W lewej ręce trzymało kulę zwieńczoną krzyżem – insygnia władzy królewskiej. Nad wszystkim pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż w pozycji poziomej, bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego. To objawienie trwało ok. pół godziny, podobnie jak poprzednie.

    W niedzielę 1 lipca Justyna Szafrańska, przystąpiła do I Komunii Św. Tego dnia dziewczęta, nie pytając o zgodę proboszcza, nawiązały dialog z Maryją:
    Kim jesteś, piękna pani?
    Jestem Maryja Panna, Niepokalanie Poczęta, Matka Różańcowa, a przychodzę z nieba.
    Czego od nas żądasz?
    Chcę, abyście codziennie odmawiały różaniec.
    Tymi słowami Niebieska Pani nie tylko potwierdziła swoją tożsamość, ale też – podobnie jak w Lourdes – odwołała się do niedawno ogłoszonego, choć wciąż budzącego spory dogmatu o Niepokalanym Poczęciu. Od 24 lipca Maryja objawia się dziewczynkom trzykrotnie w ciągu dnia i za każdym razem, gdy odmawiają wraz z coraz liczniej gromadzącymi się pielgrzymami różaniec. 28 lipca zatroskana Maryja kieruje przez usta młodych wizjonerek mocne słowa do zgromadzonych przy klonie ludzi: „Teraz, przed końcem świata szatan obchodzi ziemię jak zgłodniały pies, aby pożreć ludzi”.

    Wielokrotnie w czasie objawień Maryja przypominała o wielkiej mocy i znaczeniu Mszy Świętej – w życiu wierzącego człowieka. Jeśli uważnie prześledzimy treść gietrzwałdzkich objawień to zauważymy, że najważniejszym życzeniem Matki Chrystusa było wezwanie do modlitwy, szczególnie modlitwy różańcowej. Jednak Maryja któregoś dnia mocno wyakcentowała, że od różańca ważniejsza jest Eucharystia. 20 sierpnia Justyna zapytała, czy z powodu rozpoczęcia roku szkolnego mają przychodzić na różaniec rano przed Mszą Świętą. Matka Boża odpowiedziała: „Najpierw wysłuchać Mszy Świętej, a potem odmawiać różaniec, ponieważ Msza jest ważniejsza od różańca”.

    Ciekawym faktem w orędziu Niepokalanej jest też Jej częste wezwanie skierowane do modlących się ludzi, by byli posłuszni kapłanom. Maryja zachęcała przez wizjonerki do częstego korzystania z Sakramentu Pojednania i korzystania z porad spowiedników, którzy mają łaskę rozeznawania prawdy i każdemu potrafią wskazać drogę prowadzącą do Boga. 7 września – na pytanie, czego sobie życzy Matka Boża od duchowieństwa, Barbara Samulowska usłyszała z ust Maryi: „Kapłani powinni gorliwie modlić się do Najświętszej Panny, wtedy Ona zawsze będzie przy nich”.
    Jak zachowywały się dziewczęta podczas objawień? Barbara i Justyna ujrzawszy Maryję, składały niski pokłon i przez kilka chwil trwałe w tej postawie. Potem podnosiły się, spoglądając niewzruszenie na drzewo klonu, na którym widziały Najświętszą Pannę. Oczy podczas objawienia miały szeroko otwarte i nieruchome, źrenice zwrócone ku górze, ku niebu. Świadkowie zauważyli również pewną jasność na obliczu dziewcząt. Ich ciała podczas objawień pozostawały jakby bez czucia, ramiona, ręce i palce były miękkie i pozwalały się w każdym kierunku naginać, co nie wywoływało na twarzach wizjonerek najmniejszego skurczu. W zeznaniu Justyny Szafryńskiej, spisanym przez Komisję Biskupią, która przybyła do Gietrzwałdu na zlecenie biskupa warmińskiego Filipa Krementza, czytamy: „Ze zbliżeniem się objawienia nagle powstawała całkowita ciemność wokół mnie. Różaniec, który zaczęłam odmawiać objawieniem i modliłam się w ciszy ze zgromadzonymi ludźmi, odmawiałam w duchu dalej po rozpoczęciu się objawienia aż do chwili, gdy skierowałam do zjawy zadane mi pytanie, co też działo się w duchu. Nie wiem, co działo się w tym czasie koło mnie, nie czułam, gdy mi się ściskało rękę, widziałam objawienie także wtedy, gdy ktoś zakrył oczy. Skoro tylko zjawa zaczęła podnosić się z krzesła, co oznacza zakończenie tego objawienia, oddaję niski pokłon i gdy znowu się podniosę, widzę wszystko na nowo w zwyczajnym świetle dziennym. Odpowiedzi, które otrzymuję na moje pytania, udzielane są tak głośno, że powinny być słyszane na całym placu kościelnym. Wydaje mi się, że zjawa porusza przy tym wargami”…

    Objawienia Matki Bożej trwały nieprzerwanie od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Łącznie w ciągu osiemdziesięciu dwóch dni Maryja ukazała się sto sześćdziesiąt razy. Spuścizna archiwalna umożliwia odtworzenie tego, co działo się każdego dnia: kto w spotkaniu brał udział, w jaki sposób objawiała się Matka Boża, co mówiła. Trzeba podkreślić mocno fakt, że Maryja przemawiała do dwóch wizjonerek wyłącznie po polsku, czyli w języku, w którym dziewczynki mówiły na co dzień. Objawienia natomiast dokumentowano zarówno w języku polskim jak i niemieckim. Oprócz treści stricte religijnych, dotyczących duchowości i zbawienia ludzi, odmawiania różańca czy innych form pobożności, dziewczynki pytały Matkę Bożą o wiele szczegółowych spraw, związanych z sytuacją społeczno-polityczną, prześladowaniem Kościoła, obsadzaniem kapłanami parafii warmińskich w okresie kulturkampfu. Przebieg objawień znamy dzięki szczegółowym opisom i dokumentacji prowadzonej przez proboszcza parafii gietrzwałdzkiej – ks. Augustyna Weichsela. Kolejnym, bardzo ważnym źródłem do poznania historii objawień są protokoły przesłuchań widzących, a także urzędowe relacje komisji biskupich oraz różne doniesienia kapłanów i świeckich.

    Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie wpisują się w szereg podobnych zdarzeń XIX i XX stulecia, a było ich wiele: św. Katarzyna Laboure (1830), objawienia w La Salette (1846), w Lourdes (1858), a także późniejsze w Fatimie (1917) oraz nam współczesne. W stulecie wydarzeń gietrzwałdzkich Biskup Warmiński Józef Drzazga dekretem z dnia 11 września 1977 r. zatwierdził kult objawień Matki Boskiej w Gietrzwałdzie jako nie sprzeciwiający się wierze i moralności chrześcijańskiej, oparty na faktach wiarygodnych, których charakter nadprzyrodzony i Boży nie da się wykluczyć. Warto w tym miejscu mocno podkreślić, że są to jedyne w Polsce objawienia Maryjne zatwierdzone oficjalnie przez Kościół. 11 września 1977 r. podczas uroczystości stulecia objawień maryjnych w Gietrzwałdzie kazanie wygłosił kard. Karol Wojtyła, abp metropolita krakowski. Kard. Wojtyła dostrzegł uniwersalny charakter orędzia z Gietrzwałdu, mówił bowiem: „Maryja na tym miejscu upomniała się o prawa człowieka i prawa narodu. Upomniała się w imieniu swojego Syna Ta, która jest Matką wszystkich ludzi i wszystkich narodów, ale w szczególny sposób są Jaj bliscy ci, którzy są uciskani i prześladowani. (…)I dlatego też całe stulecie lud Warmii, a wraz z nim cały naród polski, zwłaszcza od czasu, kiedy te ziemie znalazły się znowu w obrębie naszego państwa, dziękuje Matce Bożej Gietrzwałdzkiej za Jej proste, macierzyńskie słowa. Za wszystko, co powiedziała. Za to, że powiedziała w ojczystym języku; za to, że podniosła na duchu, że przypomniała różaniec, że dodała nadziei, pomogła przetrwać,, że wypomniała te wady, które przeszkadzają nam w utrzymaniu ludzkiej godności i w obronie praw narodu”.

    Jest w Gietrzwałdzie ten niezapomniany zapach Bożej tajemnicy, unoszący się w powietrzu, nad ziemią, której dotknęła swoimi stopami Matka Najświętsza. Czuć w tym miejscu modlitwę tysięcy pielgrzymów, którzy przybywali do tej małej warmińskiej wioski, by powierzyć Bogu – przez Maryję – swoje życiowe drogi, czasami mocno poplątane, pełne trudnych i bolesnych doświadczeń. Ale jest też ten jedyny, subtelny, pełen serdecznej troski, kobiecy głos, zdający się cały czas powtarzać słowa: „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę z wami”… Były to ostatnie słowa Maryi. Ten głos, przeplatany radosnym śpiewem ptaków, wkomponowany w uroczy i spokojny pejzaż ziemi warmińskiej, powraca jak bumerang w ciszy serc rozmodlonych pielgrzymów. Dla tego głosu warto do Gietrzwałdu zawędrować. I dać się ponieść atmosferze tego miejsca, pełnej Bożych tajemnic, macierzyńskiej troski Maryi i Bożego Ducha – za którym przecież każdy z nas tak bardzo tęskni i którego równie mocno potrzebuje…


    Maryja przemawiała do dwóch wizjonerek wyłącznie po polsku, czyli w języku, w którym dziewczynki mówiły na co dzień. Objawienia natomiast dokumentowano zarówno w języku polskim jak i niemieckim. Oprócz treści stricte religijnych, dotyczących duchowości i zbawienia ludzi, odmawiania różańca czy innych form pobożności, dziewczynki pytały Matkę Bożą o wiele szczegółowych spraw, związanych z sytuacją społeczno-polityczną, prześladowaniem Kościoła, obsadzaniem kapłanami parafii warmińskich w okresie kulturkampfu. Przebieg objawień znamy dzięki szczegółowym opisom i dokumentacji prowadzonej przez proboszcza parafii gietrzwałdzkiej – ks. Augustyna Weichsela. Kolejnym, bardzo ważnym źródłem do poznania historii objawień są protokoły przesłuchań widzących, a także urzędowe relacje komisji biskupich oraz różne doniesienia kapłanów i świeckich.

    Vox Domini/KATOLICKIE WYDAWNICTWO EWANGELIZACYJNE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gietrzwałd

    Jedyne w Polsce objawienia maryjne uznane przez Kościół

    Obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie

    fot. PAP

    ***

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, która przynosi ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia.

    Gietrzwałd (niem. Dietrichswalde) został założony przez Warmińską Kapitułę Katedralną. Pierwsze przejawy kultu Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie pojawiają się w drugiej połowie XIV wieku. Związany najpierw był z pietą, a od XVI w. z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczonym w miejscowym kościele. Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewym ramieniu Dziecię, ubrane w długą, czerwoną sukienkę. W 1717 r. obraz został ozdobiony srebrnymi koronami. Kult obrazu potwierdzają liczne wota.

    Gietrzwałd zamieszkiwali najpierw potomkowie dawnych Prusów, a potem głównie „Warmiacy”, potomkowie przybyszów z Polski, którzy od XIV wieku zasiedlali ten teren. Sytuacja uległa zmianie dopiero w drugiej połowie XIX stulecia. Germanizacja przebiegała coraz gwałtowniej, od momentu wprowadzenia ustaw uderzających w Kościół katolicki.

    W 1873 r. język polski został zabroniony we wszystkich szkołach warmińskich, a pod wpływem kulturkampfu zaczęto rugować z Warmii niepokornych kapłanów i zgromadzenia religijne, z wyjątkiem tych, które zajmowały się działalnością charytatywną.

    Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie

    27 czerwca 1877 r. 13-letnia Justyna Szafryńska wracała z kościoła w Gietrzwałdzie do domu. Przygotowywała się do I Komunii Świętej i właśnie zdała egzamin u proboszcza, ks. Augustyna Weichsela. Gdy na głos dzwonu odmówiła Anioł Pański, na klonie rosnącym koło plebanii zobaczyła niezwykłą jasność, a w niej biało ubraną postać, siedzącą na złocistym tronie, udekorowanym perłami.

    Po chwili zauważyła jasny blask zstępujący z nieba i anioła ze złotymi skrzydłami, w białej szacie. Gdy dziewczynka odmówiła Zdrowaś, Mario, postać podniosła się z tronu i wraz z aniołem uniosła się do nieba. Tak rozpoczęły się objawienia Matki Bożej, które trwały do 16 września.

    Dziewczynka opowiedziała wszystko proboszczowi, który polecił jej następnego dnia przyjść na to samo miejsce. Gdy zadzwoniono na Anioł Pański, drzewo klonu zostało oświetlone. Wokół niego utworzył się złoty krąg, a na jego tle ukazał się tron ze złota, do którego dwaj aniołowie przyprowadzili Najświętszą Dziewicę.

    Gdy usiadła, inni dwaj aniołowie przynieśli Dziecię Jezus w niebiańskim blasku, trzymające w lewym ręku kulę ziemską i posadzili Je na lewym kolanie Matki Bożej. Jeszcze inni dwaj aniołowie unosili błyszczącą koronę nad głową Madonny. Inny znów anioł przyniósł złote berło i trzymał je w prawej ręce nad koroną. Nad wszystkimi pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego.

    Czego żądasz, Matko Boża?

    30 czerwca Matka Boża objawiła się sama, bez towarzystwa aniołów. Tego dnia po raz pierwszy miała wizję także 12-letnia Barbara Samulowska, która przyszła wraz z Justyną. Obie dziewczynki pochodziły z ubogich warmiackich rodzin o korzeniach polskich, aczkolwiek niektóre źródła niemieckie twierdzą, że Justyna pochodziła z rodziny niemieckiej. Nie zostało to jednak potwierdzone.

    Podczas widzenia Szafryńska zapytała Najświętszą Pannę: „Czego żądasz, Matko Boża?” i otrzymała odpowiedź: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec”. Matka Boża mówiła w zrozumiałej dla widzących miejscowej gwarze, bliskiej językowi polskiemu.

    1 lipca Szafryńska zapytała: „Kto Ty jesteś?” i usłyszała w odpowiedzi: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”.

    Warto przypomnieć, że objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce w niecałe 20 lat po objawieniach w Lourdes, gdzie Matka Boża powiedziała Bernadetcie Soubirous: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”, a także niespełna 23 lata po ogłoszeniu przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

    Gorliwa modlitwa was uratuje

    Od w lipca Szafryńska i Samulowska miały codziennie objawienia w czasie wieczornego nabożeństwa różańcowego. Między wieloma pytaniami o zdrowie i zbawienie różnych osób, dzieci zapytały także: „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony?” oraz czy osierocone – na skutek kulturkamfu – parafie na południowej Warmii wkrótce otrzymają kapłanów?

    W odpowiedzi usłyszały: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”.

    Wieść o objawieniach spowodowała napływ do Gietrzwałdu licznych pielgrzymów. Pierwszą wzmiankę o objawieniach podał pelpliński „Pielgrzym” w 1877 r. Podczas trzydniowych obchodów święta Narodzenia Matki Bożej zgromadziło się w Gietrzwałdzie aż 50 tysięcy ludzi.

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, która przynosi ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia. 6 września 1877 r. w miejscu, gdzie dzieciom ukazywała się Matka Boża, umieszczona została kapliczka z figurą Najświętszej Marii Panny. Została ona wykonana w Monachium.

    Odrodzenie polskości

    Objawienia wstrząsnęły Warmią i życiem lokalnej społeczności. Z perspektywy coraz trudniejszego położenia ludności polskiej w państwie pruskim potraktowano je jako ważny znak, symbol obrony zarówno katolików, jak i polskiej społeczności. Polacy ze wszystkich zaborów zaczęli gromadnie nawiedzać Gietrzwałd, aczkolwiek przybywali tu także pielgrzymi narodowości niemieckiej, Kaszubi, Mazurzy, Litwini, itd.

    Choć objawienia te spowodowały odrodzenie polskości, w sensie religijnym miały charakter uniwersalny, owocowały odrodzeniem życia religijnego i podniesieniem świadomości religijnej wiernych oraz ich postaw moralnych.

    Co roku do Gietrzwałdu 29 czerwca, 15 sierpnia i 8 września przybywały rzesze polskich pielgrzymów ze wszystkich zaborów. Pielgrzymowali też Niemcy, Kaszubi, Mazurzy i Litwini. Napływ pątników skłaniał kolejnych proboszczów do rozbudowy sanktuarium.

    Dalsze losy wizjonerek

    Losy obu wizjonerek do pewnego czasu po objawieniach były takie same. Obie zostały siostrami w zakonie szarytek (św. Wincentego a Paulo), najpierw w Chełmnie, a potem w Paryżu. Z Paryża Barbara Samulowska (imię zakonne Stanisława) wyjechała z misją do Gwatemali, gdzie zmarła 6 grudnia 1950 r. w opinii świętości. 2 lutego 2005 r. w bazylice gietrzwałdzkiej, abp Edmund Piszcz, metropolita warmiński, otworzył proces beatyfikacyjny siostry Stanisławy Barbary Samulowskiej.

    Natomiast Justyna Szafryńska w 1897 r. opuściła zakon i powróciła do życia w stanie świeckim. Poślubiła w 1899 r. w Paryżu Raymonda Etienne Bigota. Po 1904 r. ślad o niej zaginął, nie wiadomo, gdzie spędziła resztę życia oraz gdzie jest pochowana.

    Uznanie objawień

    Ówczesny biskup warmiński, Filip Krementz, jeszcze podczas trwania objawień w 1877 r. zwołał specjalną komisję teologów, by gruntownie zbadali sprawę. Komisja przebywała w Gietrzwałdzie już od 20 sierpnia, jeszcze podczas trwania objawień. W liczącym 47 stron sprawozdaniu zajęła stanowisko pozytywne, a dziewczęta określiła jako “bezpretensjonalne, proste, naturalne, dalekie od jakiejkolwiek przebiegłości”.

    Na początku września 1877 r. biskup powołał ponadto komisję składającą się z trzech lekarzy, by zbadali wizjonerki podczas objawień. Lekarze orzekli, że symulacja nie wchodzi w rachubę. W czasie objawień u dziewczynek zaobserwowali zwolnienie tętna, utratę ciepłoty w rękach i ramionach, zastygnięcie twarzy.

    1 września 1977 r. odbyły się uroczystości 100-lecia objawień Matki Bożej, którym przewodniczył kard. Karol Wojtyła, metropolita krakowski. W tym dniu bp Józef Drzazga, biskup warmiński, uroczyście zatwierdził kult objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Wydał dekret zatwierdzający objawienia jako wiarygodne, nie sprzeciwiające się wierze i moralności chrześcijańskiej.

    Katolicka Agencja Informacyjna /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK 17 WRZEŚNIA

    Pierwszy stygmatyk – jubileusz niezwykłego przywileju danego Franciszkowi z Asyżu

    800 lat temu pewien człowiek tak upodobnił się do Chrystusa, że Chrystus podzielił się z nim znakami swojej męki.

    „Stygmatyzacja św. Franciszka”, witraż według projektu Józefa Mehoffera w kościele Najświętszego Serca Jezusa w Turku / fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Góra La Verna (w Polsce znana jako Alwernia) wyróżnia się w krajobrazie włoskiej prowincji Arezzo surowym wyglądem. Prześwitujące między drzewami skały już z daleka zapowiadają miejsce pełne pieczar i rozpadlin. Tak jest w istocie, a ta okoliczność jest wielkim błogosławieństwem dla przybysza zmęczonego letnim upałem Italii. Są tam przestrzenie, w których, niezależnie od pory roku, panuje ożywczy chłód. Góra ta „nadaje się niezmiernie dla chcących czynić pokutę w miejscu odludnym i dla pragnących życia samotnego” – mówił hrabia Orlando z Chiusi, który w 1213 roku ofiarował ją świętemu Franciszkowi i jego towarzyszom.

    Franciszek takiego miejsca pragnął. U progu jesieni 1224 roku dotarł do Alwerni, gdzie prawdopodobnie przebywało już kilku braci. Chciał tu odbyć czterdziestodniowy post ku czci Matki Bożej Wniebowziętej i św. Michała Archanioła. Rozpoczął go z wewnętrznym przeczuciem, że ten czas ma dla niego wielkie znaczenie i że Zbawiciel chce w szczególny sposób przybliżyć go do tajemnicy krzyża.

    W trakcie postu przeżywał wewnętrzne uniesienie, zmagając się jednocześnie z pokusami i duchowymi udrękami. Aż nadszedł ranek, najprawdopodobniej 14 września, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego. Biedaczyna z Asyżu modlił się na zboczu góry, rozważając mękę Chrystusa. W pewnej chwili „ujrzał w widzeniu Bożym jakiegoś męża: jakby Serafina, mającego sześć skrzydeł, usadzonego nad nim z rozłożonymi rękami i złączonymi stopami. Przybitego do krzyża. Dwa skrzydła założone ponad głową, dwa były rozpostarte do lotu, a dwa pozostałe okrywały całe ciało” – zanotował Tomasz z Celano, towarzysz Franciszka i jego pierwszy biograf.

    Franciszek zdumiał się. Gdy ujrzał pełne miłości spojrzenie Serafina, ogarnęła go wielka radość, a jednocześnie poczuł dreszcz przerażenia na widok krzyżowej męki unoszącej się przed nim postaci. „Franciszek powstał więc – by tak rzec – radosny i smutny zarazem, bo radość i smutek na przemian go przenikały. Usilnie rozważał, cóż miałoby znaczyć to widzenie i dlatego był bardzo zaniepokojony” – opisuje Tomasz.

    Święta krew

    Święty Bonawentura uzupełnił relację Tomasza wzmianką, że między Franciszkiem a postacią, która mu się objawiła, doszło do rozmowy „tajemnej i poufnej”.

    Wtedy nastąpiła kulminacja mistycznego spotkania – niezwykłe wydarzenie, o którym nikt dotąd nie słyszał ani nawet nie miał pojęcia. „Gdy jednak [Franciszek] nadal wyraźnie niczego nie rozumiał i pozostawał zaniepokojony niezwykłością widzenia, oto na jego rękach i nogach zaczęły się ukazywać znaki gwoździ, jakie przed chwilą widział u męża ukrzyżowanego. Jego ręce i nogi były przebite w środku gwoździami” – czytamy w biografii spisanej przez Tomasza z Celano. Z opisu wynika więc, że na ciele Franciszka pojawiły się nie tylko rany, ale także to, co te rany spowodowało. „Główki gwoździ wystawały od strony wewnętrznej rąk i wierzchu stóp, a końce z przeciwnej strony. Znaki te na rękach były okrągłe od wewnątrz, na zewnątrz zaś podłużne i wyglądały jak końce gwoździ, utworzone jak gdyby z narośli ciała, stępione i zagięte. Na stopach wyciśnięte były podobne znaki wystających gwoździ. Także na prawym boku, jakby przebitym włócznią, widniała rana, z której często płynęła krew, tak że jego tunika i spodnie wielokroć zraszane były świętą krwią” – relacjonuje pierwszy biograf świętego.

    Dalej Tomasz z Celano wspomina o świadkach znaków stygmatycznych Franciszka: „Patrzyli na błogosławione ciało zdobne stygmatami Chrystusa, mianowicie nie na przebicia gwoźdźmi na rękach i nogach, ale na same gwoździe mocą boską cudownie utworzone z jego ciała, owszem wrośnięte w samoż ciało. Gdy się je nacisnęło z jednej strony, to natychmiast wychodziły po stronie przeciwnej jako tkanka ciągła”.

    Niewielu miało przywilej oglądać rany na ciele żyjącego Biedaczyny. Biografie wymieniają brata Eliasza, brata Rufina, brata Pacyfika, a także papieża Aleksandra IV. Należał do tego grona także, a raczej przede wszystkim, brat Leon, jeden z pierwszych braci mniejszych, spowiednik świętego, a zarazem jego przyjaciel i towarzysz. Tylko on doglądał Franciszka w czasie jego czterdziestodniowego postu na górze Alwerni, odprawiając dla niego Msze i udzielając sakramentów, i to zapewne od niego pochodzą spisane później szczegóły na temat okoliczności stygmatyzacji.

    Sam święty z pewnością wiele o tym nie mówił, o ile w ogóle powiedział cokolwiek. Tomasz z Celano zauważa, że Franciszek „bardzo pilnie ukrywał rany przed obcymi: lecz także z wielką przezornością osłaniał przed przyjaciółmi, tak że nawet jego najbliżsi współbracia i najbardziej gorliwi naśladowcy przez długi czas nic nie wiedzieli o tym cudzie”. Zakonnik zaznacza, że Biedaczyna „ozdobiony chwałą i czcią bardziej niż ktokolwiek z ludzi, nie wznosił się jednak w sercu swoim, nie zabiegał, by się komuś przypodobać przez pragnienie próżnej chwały, lecz by ludzka cześć nie odebrała mu udzielonej łaski. Jak umiał, wszelkimi sposobami starał się ją ukryć”.

    Ogłaszam cud

    Franciszek żył ze stygmatami jeszcze dwa lata. Ukrywanie ran musiało być bardzo trudne, jeśli się zważy szczegóły podane przez św. Bonawenturę. „Samo zaś zagięcie gwoździ pod stopami było tak sterczące i tak na zewnątrz wystające, że nie tylko nie pozwalało swobodnie stawiać stopy, ale nawet w otwór, gdzie było zagięcie można było włożyć palec ręki”.

    Rany stygmatyczne wzmogły cierpienia Franciszka, którego zdrowie od czasu wyprawy na Wschód i tak już było mocno nadwątlone. Franciszek nabawił się tam stanu zapalnego oczu, przypuszczalnie jaskry. Teraz z trudem trzymał się na nogach, a rany rąk utrudniały trzymanie czegokolwiek. Bardzo bolesna była rana w boku. Brocząca z niej krew często przysychała do habitu. Dodatkowo cierpiał na bóle żołądka i śledziony. A jednak nic nie mogło powstrzymać jego zapału apostolskiego. Nie mogąc chodzić, głosił Ewangelię po wsiach i miastach, przemieszczając się na osiołku.

    Ostatecznie siły stracił dopiero latem 1226 roku. Zmarł w nocy z 3 na 4 października, w wieku 44 lat. Wtedy dopiero wiadomość o stygmatach stała się powszechnie znana. Po śmierci świętego widziała je św. Klara i siostry z jej klasztoru, i inne osoby. Bonawentura stwierdza, że było wśród nich ponad stu duchownych i przedstawicieli możnych rodów.

    Wówczas też powstał oficjalny opis ran stygmatycznych św. Franciszka. Jego autorem jest brat Eliasz, który po śmierci założyciela przejął kierowanie zakonem. Rozesłany przezeń do wszystkich prowincji zakonu „List okólny o śmierci św. Franciszka” jest świadectwem przeżyć towarzyszących braciom mniejszym. Eliasz wyraża ból, że „oddalił się od nas przyjaciel, a ten, który nosił nas jak baranki na ramionach swoich, odjechał w daleką krainę”. Po chwili jednak dodaje: „To powiedziawszy, ogłaszam wam wielką radość i nowy cud… Niedługo przed śmiercią nasz brat i ojciec okazał się ukrzyżowany, nosząc na swoim ciele pięć ran, które prawdziwie są stygmatami Chrystusa. Jego dłonie i stopy miały na sobie z obydwu stron jakby przebicia gwoźdźmi, zachowując rany i okazując czerń gwoździ. Okazało się także, że jego bok był przebity włócznią i często krwawił” – czytamy w liście. Brat Eliasz kończy wezwaniem: „Zatem, bracia, uwielbiajcie Boga na niebie i wysławiajcie Go przed wszystkimi, bo wyświadczył nam swoje miłosierdzie; zachowujcie pamięć ojca i brata naszego Franciszka – na cześć i chwałę Tego, który wywyższył go pośród ludzi i uwielbił go wobec aniołów”.

    Stygmaty mówią

    Franciszek z Asyżu jest uważany za pierwszego stygmatyka. Nikt wcześniej – a przynajmniej nic o tym nie wiadomo – nie otrzymał podobnych znaków. Od czasów Franciszka zjawisko stygmatów pojawiało się u licznych świętych, ale Kościół poza świętym z Asyżu oficjalnie uznał ich autentyczność tylko u św. Katarzyny ze Sieny.

    Niezależnie od kwestii formalnych faktem pozostaje, że dla świata chrześcijańskiego Zachodu stygmaty Franciszka stały się potwierdzeniem, iż ten człowiek w wyjątkowy sposób upodobnił się do Zbawiciela. Rany na ciele Biedaczyny, który miłość Bożą przedłożył nad wszystko inne, są świadectwem jego wyjątkowej zażyłości z Chrystusem ukrzyżowanym.

    Pisząc o Franciszku, Tomasz z Celano stwierdza, że „nic nie mówi o nim prawdziwiej, jak opowieść o stygmatach krzyża”.

    Od tamtej pory do Biedaczyny z Asyżu przylgnęło określenie: alter Christus – drugi Chrystus. Zaszczytniejszego tytułu nie ma.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    85. ROCZNICA ATAKU ZSRR NA POLSKĘ

    17 września 1939 roku Rosja ,,wbiła nóż w plecy’’ Polsce walczącej z hitlerowską napaścią

    17 września 1939 roku, tuż po północy niemiecki ambasador Friedrich-Werner von Schulenburg został wezwany na Kreml przez samego Stalina, aby o godzinie 2 dowiedzieć się o planowanym ataku Związku Sowieckiego na Polskę. Dwa totalitarne reżimy, hitlerowskie Niemcy i ZSRR dokonały kolejnego rozbioru Polski skazując tym samym Polaków na lata represji, deportacji i śmierci w męczarniach. Pamiętamy nie tylko dziś w naszych modlitwach o wszystkich ofiarach II wojny światowej, jak również o ofiarach powojennych.

    ***


    Wywózki na Sybir, przemoc i mordy oczami świadków. 85 lat temu w Polskę uderzył sowiecki młot i sierp

    ***

    Już pierwszego dnia agresji na Polskę, 17 września 1939 roku, sowiecka bezpieka rozpoczęła akcję mordowania polskich patriotów, w tym księży katolickich. Nastał czas strzelania w tył głowy i wywózek na Sybir. Jak straszny był to okres, pokazują relacje świadków tamtych wydarzeń.

    Pierwsza okupacja sowiecka (wrzesień 1939 – czerwiec 1941) była wynikiem zawartego 23 sierpnia 1939 roku tajnego układu Ribbentrop – Mołotow oraz późniejszych roboczych uzgodnień między najeźdźcami – Związkiem Sowieckim oraz III Rzeszą Niemiecką. Po agresji Armii Czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku Sowieci zajęli wschodnie tereny II Rzeczypospolitej. Do ZSRS włączono połowę powierzchni przedwojennej Polski, zamieszkaną przez 12,5 mln osób. Agresorzy podpisaną 28 września umową o „granicy i przyjaźni” rozdarli między sobą nasz kraj granicą biegnącą wzdłuż rzek: Pisy, Narwi, Bugu i Sanu.

    Na Kresach rozpoczął się czas komunistycznego terroru i zbrodni. – We wrześniu 1939 roku mieszkałem wraz z matką na Polesiu, w miasteczku Raków, niedaleko Mińska, obecnej stolicy Białorusi. Kiedy Sowieci weszli do Rakowa, miały tam miejsce dantejskie sceny. Dopuszczali się gwałtów i zabójstw. Wielu miejscowych Żydów przyłączyło się do bolszewików i wydawało NKWD swoich dawnych polskich sąsiadów. Dla przykładu złapali oni kapitana Korpusu Ochrony Pogranicza, zbili go okrutnie i ledwo żywego oddali bolszewikom, którzy go zabili. Później, kiedy NKWD aresztowało moją mamę, uciekłem do Wilna i niemal do końca okupacji tam się ukrywałem – wspominał Jan Priachin.

    Po 17 września uaktywniły się komórki komunistyczne zrzeszające Białorusinów i Ukraińców. Zwano je „jaczejkami” od rosyjskiego słowa „komórka, zalążek”. Członkowie tych grup dokonali wielu zabójstw i zbrodni na żołnierzach oraz osadnikach polskich. – Mój ojciec w roku 1920, jako legionista walczył z Sowietami. Później, do czasu wojny był gajowym. Gdy rozpoczęła się wojna i 17 września 1939 roku Sowieci zaatakowali nasz kraj, ojca zmobilizowano. Pracował na lotnisku wojskowym w Żabczycach. Tam zgromadzono samoloty „Łoś”, które ocalały po niemieckich bombardowaniach. Ojciec zginął 21 września. Zabili go białoruscy komuniści, członkowie miejscowych bojówek. Wywlekli ojca do lasu – w miejsce zwane Biały Jaz i tam zastrzelili – mówi Grażyna Jedlińska, urodzona 16 lipca 1926 w gajówce Bagryny na Polesiu.

    Sowieci zajmowali miasta i miasteczka Kresów Rzeczypospolitej, ustanawiając tam swoje komunistyczne rządy. Zaraz po zajęciu Białegostoku zburzyli zabytkowy, barokowy Ratusz, jako symbol „pańskiej Polski”. Zaczęły się aresztowania patriotów. – 20 października mój ojciec niósł zamaskowany sztandar POW, aby go ukryć przed bolszewikami, którzy w tym czasie okupowali już miasto. Ojciec nie wiedział jednak, że śledzą go ludzie z NKWD. Pozwolili mu wejść do fary, lecz gdy z niej wychodził, już bez sztandaru, zaraz go aresztowali. Wraz z innymi Polakami został wywieziony do więzienia w Mińsku. Podczas ewakuacji tego więzienia mojego ojca Rosjanie zamordowali – wspomina ze smutkiem Elżbieta Zubrycka, córka Jana Paszty, prezesa białostockiego koła Polskiej Organizacji Wojskowej.

    Stolica Podlasia była punktem zbiorczym, gdzie NKWD zwoziła naszych rodaków przeznaczonych do wywózki. Z tamtejszego dworca fabrycznego wywieziono na wschód ponad 40 tysięcy osób. – Kiedy przyszli Sowieci, rozpoczęły się aresztowania. Zamknęli w więzieniu księdza proboszcza z Tryczówki i wszystkich członków Rady Parafialnej, do której należał też mój ojciec. Później wywieźli go do łagru, gdzie pracował katorżniczo w kopalni, a potem na Syberii przy transporcie drewna. Moja mama została z trojgiem małych dzieci, do tego nosząc w łonie czwarte dziecko. Była wówczas w szóstym miesiącu ciąży. My również już niedługo cieszyliśmy się wolnością. NKWD przyszło po nas, rodzinę „wroga ZSRS”. Kazano mamie szybko się zbierać i wychodzić z domu. Przewieziono nas na dworzec fabryczny do Białegostoku, a z tego miejsca – na ciężkie roboty do Kazachstanu. To był dramat – mówi Jadwiga Suchowierska z domu Sidz, wówczas siedmiolatka.

    Jak wyglądała okupacja sowiecka Białegostoku, dowiadujemy się też od innego świadka, któremu wryła się ona w pamięć. – Nasza rodzina przyjechała z Wilna w roku 1935. We wrześniu 1939 weszli Sowieci. Ich wojsko prezentowało się bardzo nędznie. Obszarpani, prawie na bosaka, karabiny na sznurkach. Byli bardzo okrutni, dzicy. Bili kogo popadło, nastąpiły aresztowania i rozstrzeliwania. Z dworca fabrycznego wywozili masy ludzi na Sybir. Jeszcze gorzej było gdy przyszli drugi raz. Wcześniej doszczętnie zniszczyli Białystok bombardowaniami. Dużo ludzi wówczas zginęło od bomb. Ja z rodzicami cały czas siedzieliśmy w bunkrze. Nie sposób było wyjść, bo to groziło śmiercią – mówi Józef Minkiewicz.

    Aresztowania patriotów i wywózki na wschód trwały na całej Białostocczyźnie. – We wrześniu 1939 mieszkaliśmy z rodzicami w miasteczku Krynki. U rodziców było nas pięcioro dzieci. Ja miałem właśnie iść do drugiej klasy podstawówki. Mój ojciec walczył w Legionach Piłsudskiego, więc był zagrożony aresztowaniem i wywózką, dlatego uciekł na Kielecczyznę i tam się ukrywał do końca wojny. Sowieci nam, dzieciom kazali chodzić do bolszewickiej szkoły, gdzie była komunistyczna indoktrynacja. Ruscy wszystkich byłych wojskowych i urzędników oraz ich rodziny wywieźli na Sybir, między innymi naszych sąsiadów Kasackich. Całą ich rodzinę NKWD wywiozło – wspomina Franciszek Zawalski.

    Mało znane są zbrodnie popełnione przez czerwonoarmistów na polskich żołnierzach września, a było ich wiele. Oto jedna z tych tragicznych historii, która miała miejsce niedaleko wsi Płaska, położonej w rejonie Puszczy Augustowskiej. – Szczegółowy przebieg tego mordu znał tylko jeden Polak. Był to jedyny żołnierz, który ocalał z tej masakry. Udało mu się uciec, kiedy rozpętało się to piekło. Dotarł do Płaskiej i tam powiadomił jej mieszkańców, m.in. mojego ojca, o tym, co zaszło. Mówił, że on i jego koledzy z oddziału wracali do domów. Nagle okrążyło ich sowieckie wojsko. Była to piechota i kolumna czołgów. Sowieci ustawili ich w szeregu i kazali tak nieruchomo stać pod groźbą śmierci, jednocześnie mierząc do nich z karabinów maszynowych. Następnie jeden z tanków wjechał w tę grupę polskich żołnierzy. To była masakra – opowiada nam Jan Zubkiewicz.

    Mieszkańcy Płaskiej sprawili zamordowanym żołnierzom godny, katolicki pochówek. Dziś stoi w tym miejscu pomnik, przy którym zawsze są kwiaty lub płoną znicze, światła naszej pamięci.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zesłania na Syberię to rosyjska specjalność. Polacy od wieków byli jej ofiarami

    Rodziny z dziećmi wywożono masowo w bydlęcych wagonach na Syberię.

    fot. Henryk Przondziono – reprodukcja/Gość Niedzielny

    ***

    Ok. 330 tys. Polaków z terenów wcielonych w 1939 r. do Związku Sowieckiego zostało deportowanych na Wschód w 1940 i 1941 roku. Tylko części z nich udało się przeżyć. Niektórzy wydostali się okrężną drogą przez Iran, Palestynę i Włochy, a w przypadku dzieci – nawet przez… Afrykę i Meksyk.

    Rosjanie mają długą tradycję wywożenia swoich wrogów na wschodnie rubieże swojego państwa. Pierwszymi Polakami, którzy poznali smak życia na Syberii, byli żołnierze króla Stefana Batorego. Mieli oni nieszczęście dostać się do niewoli u Moskali. Zostali przymusowo wcieleni do kozackich oddziałów i wraz z nimi podbijali tę krainę, łamiąc opór rdzennych plemion.

    Wywózki na Wschód osiągnęły większą skalę w XVIII i XIX wieku. Carat zsyłał tam polskich spiskowców i powstańców. Na rozkaz carycy Katarzyny II na Syberię trafiły m.in. tysiące wziętych do niewoli konfederatów barskich. Niektórzy z nich w brawurowy sposób próbowali stamtąd się wydostać.

    Ucieczka z Kamczatki

    Słynną na cały świat ucieczkę zorganizowali w 1771 r. polscy konfederaci barscy, dowodzeni przez Maurycego Beniowskiego. Wraz z rosyjskimi towarzyszami zsyłki opanowali miasto Bolszerieck na Kamczatce i porwali okręt Święty Piotr i Paweł. Byli pierwszymi Europejczykami, którzy postawili stopy na wielu wyspach zachodniego Pacyfiku – jeszcze zanim w te rejony dotarł wielki odkrywca James Cook. Uzupełniali tam żywność i wodę. Przez Aleuty, Kuryle i Japonię dopłynęli do portugalskiej kolonii Makau w Chinach. Tam sprzedali okręt i jako pasażerowie statków handlowych udali się do Francji.

    Za cara trzeba było być buntownikiem – oczywiście z punktu widzenia Rosjan – żeby zostać zesłanym na Sybir. Sowieci przeszli na kolejny poziom: wystarczyło być Polakiem. Pierwszymi ofiarami ich zsyłek stali się ci nasi rodacy, którzy po wojnie polsko-bolszewickiej z lat 1919–1921 znaleźli się po sowieckiej stronie granicy. Ich tragedia jest bardzo mało znana, chociaż dotknęło ich ludobójstwo.

    Według spisu w 1926 r. w Związku Radzieckim żyło 782,3 tys. Polaków. W 1936 r. sowiecka Rada Komisarzy Ludowych przyjęła rezolucję o przesiedleniu ich z terenu Ukrainy do Kazachstanu. Zostali oni określeni jako „politycznie niepewni”. Sowieckie władze chciały pozbyć się ich z terenów nadgranicznych przed planowaną wojną z krajami Zachodu. Polacy stawiali też największy opór ateizacji, kolektywizacji i kształtowaniu nowego „sowieckiego człowieka”. Z tego powodu bolszewicy zlikwidowali chwilę wcześniej polskie rejony autonomiczne na sowieckiej Ukrainie i Białorusi.

    Kołek w stepie

    W 1936 r. wywieziono więc ok. 70 tysięcy ludzi, z których ponad 75 proc. było Polakami, a pozostali głównie mieszkającymi w ZSRR Niemcami. W czerwcu tego roku „Gość” rozmawiał w Szczucińsku w północnym Kazachstanie z potomkami wywiezionych tam Polaków, w tym z małżeństwem Leny i Leonida Griebionkinów. Ona jest pielęgniarką, on emerytowanym kierowcą ciężarówek. Ich dziadkowie – Kobierscy i Laskowscy – w 1936 r. zostali zawiezieni pociągiem towarowym do miasta Tajynsza, a stamtąd saniami 50 km w głąb bezkresnego stepu. – Był tam wbity w ziemię kołek, a na nim tabliczka z wypisanym numerem „11”. I to była cała wieś… – relacjonuje Leonid.

    Polakom rozdano łopaty i kazano zbudować sobie ziemianki. Udało się im tego dokonać przed nadejściem mrozów. – W każdej ziemiance żyło w ciasnocie po pięć, sześć rodzin – mówi Leonid.

    Przeżyli chyba tylko dlatego, że pomogli im rodowici Kazachowie, dobrzy ludzie żyjący w oddalonej o 12 km wiosce. Widząc dramatyczną sytuację Polaków, podarowali im kilka krów i kóz. Dzięki temu deportowani mieli mleko dla najmłodszych. I tak śmiertelność była jednak zastraszająca, zwłaszcza wśród starców i małych dzieci. Zmarły też dwie ciocie Leny Griebionkiny.

    Osada o numerze 11 zyskała później nazwę Zielony Gaj. Jest jedną z polskich wiosek w północnym Kazachstanie, podobnie jak sąsiednia Jasna Polana, Konstantynowka czy Oziornoje, gdzie ludzie do dzisiaj modlą się i śpiewają w naszym języku.

    Wzięli lustro

    Ledwie zakończyła się wywózka w 1936 r., a na rozkaz Nikołaja Jeżowa, szefa NKWD, jednego z największych zbrodniarzy w historii świata, w latach 1937–1938 została przeprowadzona tak zwana operacja polska. Nie mniej niż 111 091 ludzi zostało wtedy zamordowanych strzałem w tył głowy. Był wśród nich Jan Mohylnicki, mieszkaniec sowieckiej Ukrainy. Jego bliscy otrzymali pismo z urzędową informacją, że został skazany na „10 lat więzienia bez prawa do korespondencji”. Nie wiedzieli, że NKWD tak nazywa karę śmierci… Latami czekali na jego powrót.

    Mieszkająca dziś w Szczucińsku w Kazachstanie Antonina Swidzinskaja, córka Jana Mohylnickiego, w chwili jego aresztowania w 1937 r. miała 7 miesięcy. Powiedziała „Gościowi”, że po zabraniu taty cała rodzina została uznana za wrogów ludu. – Zabrali nam wszystko, co cenne. Moja siostra często wspominała, że wzięli nawet duże lustro ze złoconą ramą – stwierdziła.

    W ramach „operacji polskiej” co najmniej 28 744 osób osadzono też w łagrach. Sowieci prowadzili również operacje skierowane przeciw innym narodom, choćby Niemcom wołżańskim, ale działania wobec naszym rodakom wyróżniały się wielką skalą i brutalnością. Według IPN zamordowani Polacy stanowili aż 44,9 proc. ofiar wszystkich operacji narodowościowych w ZSRR.

    Szalona abstrakcja

    17 września 1939 r. Sowieci zaatakowali wschodnią część II Rzeczypospolitej. W 1940 r. w ramach zbrodni katyńskiej wymordowali co najmniej 21,7 tys. polskich oficerów. W lutym tego samego roku przeprowadzili też deportację ok. 140 tys. obywateli polskich za Ural, do Kazachstanu czy do Archangielska. Kolejne ludzkie fale przymusowo płynęły tam aż do 1941 r. – w sumie ok. 330 tys. ludzi.

    Bywało tak, jak w rodzinie Jonkajtysów z Augustowa. Ojca, Hieronima, kierownika szkoły i komisarycznego burmistrza, Sowieci rozstrzelali. Zabili też najstarszego syna, Bronka. Pozostałych sześcioro dzieci wraz z mamą w kwietniu 1940 r. wywieźli do Kazachstanu. Mimo niedostatku żywności i opału wszystkim udało się tam przeżyć. Grażyna Jonkajtys-Luba w 2009 r. opowiedziała autorowi tego tekstu, że w każdym mieszkaniu, które zajmowali w ciągu tych sześciu lat zesłania, zawieszali nad drzwiami krzyżyk, a naprzeciw obrazek Czarnej Madonny. Codziennie wieczorem wszyscy razem się modlili, a także śpiewali „O mój rozmarynie”, „Jedzie, jedzie na kasztance”. „Przywieźliśmy też z Polski małe, gipsowe popiersie marszałka Piłsudskiego. Stało na honorowym miejscu na półeczce. Jak bolszewicy nas pytali, kto to jest, odpowiadaliśmy, że to dziadek” – śmiała się pani Grażyna. „Dziadek” to było jedno z przezwisk Piłsudskiego. „Ratowało nas na tym Sybirze poczucie humoru. Urządzaliśmy sobie konkursy i prześmiewcze akademie na rocznicę rewolucji, ze wzniosłymi przemówieniami naszego najmłodszego brata Mariana. To, co nas otaczało, to była tak szalona abstrakcja, że tego nie można było brać za rzeczywistość” – mówiła.

    Sowiecki świat wokół nich był jednak nie tylko głupi, ale i straszny. W sąsiedniej wsi Nowouzinka 16-letni wywieziony Polak, syn burmistrza Wołkowyska, doznał ataku bólu brzucha, wskazującego na zapalenie wyrostka robaczkowego. Przewodniczący kołchozu odmówił jednak wypożyczenia koni na podróż do szpitala w odległym o 65 km miasteczku Jawlenka. Uzasadnił, że konie są potrzebne do pracy. A potem dodał: „Was, wrogow naroda, na to zdies priwiezli, sztob wy podochli” (zdechli). Chłopak skonał w męczarniach na kolanach matki.

    Za pracę w kołchozie nikt im nie płacił. Aby nie umrzeć z głodu, Jonkajtysowie wzorem miejscowych zaczęli więc podkradać stamtąd ziarno. „W pierwszej po sześciu latach spowiedzi w Warszawie powiedziałam o tym księdzu. Ale on aż wyszedł z konfesjonału ze śmiechu, że w tych warunkach uznałam to za grzech” – powiedziała „Gościowi” pani Grażyna.

    Były w czasie tych wywózek i takie niezwykłe postacie jak ksiądz Tadeusz Fedorowicz, który… na ochotnika dołączył do deportowanych. Wmieszał się między nich i trafił do sowieckiej Republiki Maryjskiej po europejskiej stronie Uralu. Ponieważ pojechał dobrowolnie, do wszystkiego podchodził pozytywnie. Zachwycał się kąpielami w krystalicznie czystej wodzie. Tak polubił swoją pracę drwala, że przełożeni zaliczyli go do najlepszych robotników i przyznali mu wysoki limit 1,5 kg chleba na dzień. Po pracy jednak ten drwal odprawiał w lesie tajne Msze Święte. Między drzewami spowiadał Polaków. Ostatecznie nie uniknął więzienia – ale i w nim był świadkiem Ewangelii.

    W 1942 r. ponad 110 tys. Polaków, w tym 36 tys. kobiet i dzieci, ewakuowało się ze Związku Sowieckiego do Iranu wraz z Armią Andersa. Te dzieci, niektóre z matkami, czekały potem na koniec wojny w obozach w Afryce, w Nowej Zelandii czy w Meksyku. Pozostali wrócili do Polski albo z „ludowym” Wojskiem Polskim gen. Berlinga, albo sami, już po wojnie. Niestety, mijali się z transportowaną w przeciwnym kierunku – na Sybir – kolejną falą Polaków, liczącą od 70 do 100 tys. ludzi. Sowieci wysłali ich na Wschód, gdy po raz drugi wkroczyli na ziemie polskie w latach 1944–1945.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA 18 WRZEŚNIA

    św. Stanisław Kostka jest Patronem Polski i Litwy na równi ze św. Wojciechem i św. Stanisławem biskupem i męczennikiem.

    ,,Nie zawiodłeś, Polaku'' - cuda za wstawiennictwem św. Stanisława Kostki

    fot. via Wikipedia.org, Domena publiczna

    ***

    ,,Nie zawiodłeś, Polaku” – cuda za wstawiennictwem św. Stanisława Kostki

    W 1674 r. papież Klemens X ogłosił dekretem błogosławionego Stanisława Kostkę Patronem Polski i Litwy na równi ze św. Wojciechem i Św. Stanisławem biskupem i męczennikiem. W 1714 r. papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, a samego aktu kanonizacji dokonał jego następca Benedykt XIII w 1726 r.

    Relikwie świętego spoczywają w Kościele św. Andrzeja na Kwirynale w Rzymie. Dwieście lat po kanonizacji sprowadzono do Polski cząstkę jego relikwii. W uroczystościach jubileuszowych wziął udział prezydent RP Ignacy Mościcki. Od 2011 r. część relikwii spoczywa w Parafii św. Stanisława Kostki w Sulechowie. Główne sanktuarium Świętego znajduje się w Rostkowie (Diecezja Płocka). W 1926 r. do kościoła zostały sprowadzone z Rzymu relikwie Świętego patrona młodzieży. 12 maja 2000 r. kościół w Rostkowie został ustanowiony sanktuarium diecezjalnym św. Stanisława Kostki. 

    Wkrótce po śmierci Stanisława przyszły kardynał Franciszek Toledo zawołał: “Na Boga, młodzik polski umiera i całe niemal miasto się zbiega! Każdy chce go przynajmniej zobaczyć. Każdy chce ucałować jego zwłoki“. Piotr Kanizjusz, który wysyłając Stanisława do Rzymu pełen nadziei napisał: “wielkich rzeczy spodziewamy się po nim“, po jego śmierci stwierdził: “Nie zawiodłeś, Polaku. Nie zawiodłeś. Którego ojczyzny nigdy nie zrozumiałem – nie zawiodłeś“. 

    Szczególnym nabożeństwem do św. Stanisława wyróżniał się św. Robert Bellarmin (+ 1623), który miał jego obrazek nad swoim łóżkiem wraz z wizerunkiem św. Alojzego, którego był kiedyś przełożonym. Św. Franciszek Salezy poświęca naszemu rodakowi przepiękny wstęp w swoim traktacie O miłości Bożej. A oto jak pisze św. Alfons Liguori o naszym Świętym: “Św. Stanisław Kostka napisał list do Matki Bożej, by mógł w Jej święto umrzeć. Przy śmierci całował z rozkoszą obrazek Matki Bożej. Jeden z Ojców spytał: »Na co ta koronka owinięta na ręce?« Na to Stanisław: »Jest mi ona pociechą, bo to przedmiot poświęcony mej Matce«. Ukazała mu się Matka Boża, jak sam to oznajmił. Umarł cicho, że nawet nie spostrzeżono. Dopiero gdy mu podano i pokazano obrazek Matki Bożej, i zauważono, że mimo to nie daje znaku życia, przekonano się, że już uleciał do nieba” (Uwielbienia Maryi). Św. Jan Bosko lubił opowiadać swojej młodzieży wydarzenia z życia św. Stanisława i chętnie stawiał jego osobę za przykład.

    Pierwszy z żywotów św. Stanisława Kostki został napisany przez współnowicjusza o. Stanisława Warszewickiego. W rok potem do tego samego nowicjatu jezuitów wstąpił nieśmiertelny kaznodzieja Piotr Skarga (1569). Papież Jan XXIII dla podkreślenia swojej czci dla św. Stanisława osobiście nawiedził jego grób w Rzymie w listopadzie 1962 roku, gdzie spotkał się z polskimi ojcami Soboru Watykańskiego II. Uroczystości 400-lecia śmierci św. Stanisława odbyły się w 1966 roku w Austrii, w 1967 w Polsce a w 1968 – Rzymie. Z tej okazji Episkopat polski wydał specjalną odezwę – słowo pasterskie do wiernych i młodzieży. Papież Jan Paweł II rozpoczął drugie dziesięciolecie swojego Pontyfikatu modlitwą na rzymskim Kwirynale, klęcząc przy sarkofagu polskiego świętego – Stanisława Kostki. Do zebranych gości Namiestnik Chrystusa wypowiedział wiele osobistych myśli i przeżyć. Powiedział wtedy m.in.: „«Żyjąc krótko, przeżył czasów wiele». Wszyscy znamy te słowa, które stanowią syntezę życia naszego Świętego, postaci doprawdy niezwykłej: w tak niedługim czasie zdołał osiągnąć ogromną dojrzałość powołania chrześcijańskiego i zakonnego. Ten święty patron młodzieży polskiej towarzyszył mi od dawna, w czasach młodości i potem, stale. (…) Młodzi dzisiaj mają w Polsce trudną młodość, czasem wydaje mi się, że nie potrafią sprostać wyzwaniom, czasem szukają wyjścia poza Ojczyzną. Dla wszystkich: i tych, co odchodzą z Ojczyzny, i tych, co zostają, niech św. Stanisław Kostka będzie patronem – patronem trudnych dróg życia polskiego, życia chrześcijańskiego. Szukajmy u niego stale wspomożenia dla całej młodzieży polskiej, dla całej młodej Polski”.

    W 1604 r. papież Klemens VIII wydał brewe, w którym nazwał Kostkę błogosławionym. Dokument ten stał się podstawą do szerzenia kultu młodego Polaka. Rok później kolejny papież Paweł V ogłosił Stanisława błogosławionym i zezwolił na zawieszenie srebrnych tabliczek i lampy (podarowanej przez kard. Bernarda Maciejowskiego, dawnego kolegę Kostki z Wiednia) przed jego obrazem w kościele na Kwirynale.

    W 1670 r. król Michał Wiśniowiecki otrzymał list od papieża Klemensa X, w którym ogłosił on Kostkępatronem Polski i Litwy a jego święto ustanowił na 13 listopada. Stanisław został oficjalnie świetnym dla całego Kościoła Powszechnego w 1726 r. po kanonizacji dokonanej przez papieża Benedykta XIII. O tę kanonizację prosili uczeni, królowie i cesarze ówczesnej Europy. Cesarz Józef I prośbę swoją tak uzasadniał w liście do Papieża: “Nie wątpimy, że Waszej Świątobliwości dostatecznie jest wiadomym, jak bardzo zasługi Stanisława Kostki oddaliły morowe zarazy i liczne niebezpieczeństwa“.

    Kiedy lud pobożny w narodzie polskim, twardą uci­skany przygodą, odbierał od Boga przez św. Stanisława coraz liczniejsze łaski nadprzyrodzone, które szeroko po narodzie rozgłoszone, budziły w panach polskich, a szczególniej w księdzu Maciejowskim kardynale i arcybisku­pie gnieźnieńskim pobożną żarliwość o wyjednanie u Sto­licy Apostolskiej kanonizacji dla świętego rodaka i pa­trona swojego; wtedy to wymieniony x. Maciejowski, pry­mas Królestwa, a współuczeń św. Stanisława w szkole wiedeńskiej, czynnie działał w roku 1607 na zjeździe piotrkowskim, by sprawy tej nadal nie odkładano; zwła­szcza że Klemens VIII papież w 1604 r. już był wpi­sał Stanisława w poczet błogosławionych wyznawców. Jakoż skrzętnie zaczęto zbierać nowe dowody cudowne do procesu kanonizacji; a skoro te zebrane zostały, za wstawieniem się Józefa cesarza Austrii, Klemens XI papież, uznawszy przedstawione sobie dowody za dosta­teczne, uroczystym dekretem swym, dnia 18 listopada 1714 roku Stanisława Kostkę w poczet świętych Bożych zapisać kazał. Wszakże uroczystą kanonizację dopiero w 1726 roku odprawiono za Benedykta XIII papieża; a lubo dzień 13 listopada, w którym szczęty jego były przeniesione do nowo wystawionego kościoła św. An­drzeja w Rzymie, ku czci św. Stanisława był przezna­czony, jednak naród polski pamiątkę św. Stanisława w niedzielę następną po dniu 13 listopada uroczyście uświęca, na cześć i chwałę Bogu w Trójcy Świętej Jednemu, i na pociechę prawowiernych Polaków. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski Ś. T. Dr. Kan. Stróż Ś. Grobu Chrystusowego. Z ośmią rycinami. Kraków 1862, ss. 542-569.]

    Św. Stanisławowi przypisuje się zwycięstwo Polski nad Turkami pod Chocimiem w 1621 r. W dniu bitwy jezuita, o. Oborski, miał widzieć na obłokach Stanisława Kostkę, jak błagał Matkę Bożą o pomoc dla wojsk polskich. dla oręża polskiego. Zwycięstwo to było tym cenniejsze, że rok przedtem (1620) Polacy ponieśli straszliwą klęskę pod Cecorą, gdzie zginął hetman Stanisław Żółkiewski. 

    Nie wyliczamy tu innych bardzo ciężkich chorób, utratą nawet życia grożących, od których Bóg wszechmo­cny za przyczyną świętego Stanisława, zwłaszcza w na­rodzie polskim, rozmaite osoby nagle uzdrowić raczył. – Nie możemy wszakże pokryć milczeniem objawu, którym ten święty nasz patron widocznie przybył w pomoc na­rodowi polskiemu, podczas chocimskiej potrzeby. W ro­ku 1622, za panowania Zygmunta III, Osman sułtan tu­recki zagroził całemu chrześcijaństwu zniszczeniem, i w tym zamiarze zgromadził niezliczone swe wojska z Eu­ropy, Afryki i Azji, oprócz tego przyzwał do wojennego wspólnictwa Chana tatarskiego i ku polskim przyciągnął granicom. Nie przeląkł się wcale król Zygmunt doniesie­niem o nadciągnionych hordach barbarzyńców, ale po staropolsku, ufny w ramię Boże, wezwawszy wstawienia się Najświętszej Panny i św. Stanisława Kostki, wysłał czym prędzej niewielką liczbę polskich zastępów, na wstrzy­manie napływu nieprzyjaciela, póki on sam z wojskiem nie nadciągnie. Jakoż, kiedy Polacy mieli już zwodzić bój pod Chocimiem, Stanisław Kostka widocznie ukazał się w powietrzu nad polskim rycerstwem, i tak walne sprawił zwycięstwo, że zamieć turecka tył podała, zostawiwszy na pobojowisku 60000 bisurmanów, a pokój z korzyścią dla Polski został zawarty. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski…]


    Za Jana Kazimierza, Chan tatarski najechał Polskę w 15000 pohańców, i już miasto Lublin otoczył; król całą noc strawił na modlitwie w kościele przed wizerun­kiem św. Stanisława Kostki, i uczynił ślub przed roz­poczęciem bitwy, że ten obraz jego złotą ozdobi sukienką. Tej samej nocy, w której się król modlił, szyki nieprzy­jacielskie ujrzały w powietrzu wielką jasnością otoczo­nego młodzieńca w sukni jezuickiej; i w dniu następnym w boju porażone ucieczką się ratowały, a Lublin został oswobodzony. [Żywoty Świętych Patronów polskich, napisał X. Piotr Pękalski…]Przed cudownym obrazem św. Stanisława w katedrze lubelskiej modlił się Jan Kazimierz, przypisując jego wstawiennictwu zwycięstwo pod Beresteczkiem (1651).

    Prośby swe słali Zygmunt III Waza, Władysław IV, Michał Korybut Wiśniowiecki i Jan Sobieski, który darzył szczególną czcią św. Stanisława Kostkę. Król Jan III Sobieski tak pisał do sekretarza papieskiego: “albowiem przy wszelkich operacjach wojennych wszyscy byli świadkami, skorośmy wzywali pomocy tego wielkiego Błogosławionego, nigdyśmy nie mieli niepowodzenia, lecz odnosiliśmy natomiast zawsze zwycięstwo bez przykładu i końca“.

    Stanisław (Staszek) Kostka Stanisław wyznawał zasadę: „ad maiora natus sum”(do wyższych rzeczy zostałem stworzony). Z upodobaniem prowadził ascetyczny tryb życia nie znajdując zrozumienia i akceptacji współlokatorów. Jezuici nie chcieli przyjąć Stanisława do Zakonu – choć wielokrotnie o to prosił. W grudniu 1566 r. Stanisław poważnie zachorował i bardzo pragnął przyjąć Komunię św. W nocy otrzymał wizję jak św. Barbara z dwoma Aniołami przynoszą mu Komunię św. Otrzymał też drugą wizję jak Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus pochyla się na Nim i składa Mu w ramiona Dzieciątko. Nazajutrz Stanisław, ku ogólnemu zdziwieniu wstał zupełnie zdrowy z głębokim przeświadczeniem, że Maryja go uzdrowiła i Maryja pragnie, by wstąpił do Jezuitów.

    Za czasów króla Zygmunta III Wazy żył w Neapolu sławny ze swej świętości jezuita, o. Juliusz Mancinelli. Odznaczał się szczególnym nabożeństwem do Niepokalanej i świętych po­lskich. 14 sierpnia 1608 r. w wigilię Wniebo­wzięcia Najświętszej Maryi Panny, ukazała mu się Maryja z Dzieciątkiem Jezus. U jej stóp klęczał św. Stanisław Kostka, O. Juliusz nigdy nie widział Matki Bożej w tak wielkim maje­stacie. Pragnął pozdrowić Ją takim tytułem, jakim jeszcze nikt Jej nie uczcił. Wtedy Maryja powiedziała: Dlaczego nie nazywasz mnie Królową PolskiJa to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie. W krótkim czasie potem, za pozwoleniem swych przełożo­nych, którzy objawienie to zbadali, o. Mancinelli przekazał tę radosną wiadomość ks. Piot­rowi Skardze i jezuitom w Polsce. Oni z kolei donieśli o tym królowi.

    Wszechmogący Boże, który przedziwnym zrządzeniem wybrałeś Świętego Stanisława Kostkę i uzdolniłeś go do wierności Tobie, wejrzyj, na naszą słabość i niestałość. Spraw łaskawie, abyśmy – dzięki wstawiennictwu i opiece Świętego Stanisława – do końca naszego życia w wierności Tobie wytrwali. Amen. 

    Święty Stanisławie wstawiaj się za nami, abyśmy mogli szerzyć w naszej Ojczyźnie Królestwo Chrystusa! 

    Fronda.pl/18.09.2024

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O Kostce, ale tym razem nieco inaczej…

    O Kostce, ale tym razem nieco inaczej...

    (fot. rysował Przemo Wysogląd SJ)

    ***

    Błogosławiony czystego serca. Spoglądając w górę prezbiterium kościoła krakowskich jezuitów.

    Prostymi ścieżkami prowadził Pan sprawiedliwego i ukazał mu Królestwo Boże.

    Tę antyfonę ze świątecznego oficjum ku czci św. Stanisława Kostki bardzo dobrze obrazuje mozaika z prezbiterium najpiękniejszego kościoła Krakowa – Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa.
    Piotr Stachiewicz, artysta akademicki, twórca popularnych ludowych obrazów Matki Bożej zaprojektował wielobarwny korowód polskich świętych i historycznych postaci, które zbliżają się do Chrystusa błogosławiącego im i niejako obejmującego ramionami cały naród. Blisko pięćdziesiąt osób, które wzrok wbijają pokornie w ziemię, albo błagalnie wznoszą oczy ku niebu. Wyróżnia się tylko jedna osoba – w grupie przedstawiającej polskich jezuitów młody Stanisław Kostka odważnie patrzy wprost na Chrystusa, ma dumnie wypiętą pierś, sylwetka zdaje się wyrywać w stronę złotej poświaty otaczającej naszego Pana. Jezus w końcu obiecał w kazaniu na górze, że “błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (por. Mt 5).

    Jednak co to znaczy mieć “czyste serce”?

    Potocznie czyste serce kojarzymy z czystością seksualną i owszem, jest ono z nią związane, ale raczej wynika to z czystego serca. Najpierw trzeba zrozumieć, że wstrzemięźliwość seksualna bez czystego serca szybko może zamienić się w życiową mękę. Św. Paweł pisze w liście do młodego Tytusa: “dla czystych wszystko jest czyste, dla skalanych zaś i niewiernych nie ma nic czystego, lecz duch ich i sumienie są zbrukane” (Tt 1, 15).

    Czyste serce związane jest z patrzeniem na świat. Na mozaice Stanisław Kostka patrzy najpierw na Boga, a przez Niego widzi resztę stworzenia. Jeśli nie widzisz Boga, masz serce pełne innych obrazów. Mieć czyste serce to znaczy być wpatrzonym w Jezusa, który jest i powinien być naszym jedynym wzorem. Czyste serce jest wolne od jakichkolwiek przywiązań, jest nastawione na Boga, nie pragnie niczego innego, jak tylko uporczywie wpatrywać się w Boga. To łaska, o którą możemy się modlić z psalmistą: “Stwórz we mnie Boże serce czyste” (Ps 51), i możemy być pewni, że zostaniemy wysłuchani, o ile tylko będziemy się modlić ze skruchą. Oczywiście, musimy być realistami – nie jesteśmy aniołami, których naturą jest wpatrywanie się w Boga i chwalenie Go – będziemy upadać, ale z Bożą pomocą za każdym powstawać, jak młody Kostka w swojej wyczerpującej wędrówce do Rzymu.

    Nie możemy być pewni, co miał na myśli Stachiewicz, projektując w ten sposób mozaikę. Jednak jego intuicja malarska dobrze wyraża prawdę o dzisiejszym patronie: wystarczy być wpatrzonym w Boga, a reszta będzie nam dana, jak w niezwykłej historii krótkiego życia Stanisława Kostki. Bo prostymi ścieżkami Pan go przeprowadził i ukazał mu swoje Królestwo…

    o. Przemysław Wysogląd SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Stanisław Kostka – umiłował wolę Boga

    Św. Stanisław Kostka - umiłował wolę Boga

    Święty Stanisław Kostka, patron młodzieży (fot. DEON.pl)

    ***

    Na tle sylwetki św. Stanisława warto budzić wiarę w istnienie rzeczywistości pozaziemskiej, domu Ojca, do którego wszyscy spieszymy. Mimo że umarł młodo, tęsknił za niebem.

    Józef Augustyn: Od wielu lat jest Ojciec rektorem kościoła pod wezwaniem św. Andrzeja na Kwirynale. Tu znajduje się grób św. Stanisława Kostki, jego relikwie; przy nim swego czasu św. Stanisław odbywał swój nowicjat. Proszę nam o tym opowiedzieć.

    Kazimierz Przydatek: św. Stanisław Kostka po przybyciu do Rzymu nie od razu zamieszkał na Kwirynale. Najpierw przebywał w domu przy kościele Imienia Jezus. Przez pierwsze trzy miesiące, aż do Bożego Narodzenia, wędrował z domu do domu, jak zresztą większość nowicjuszy. Dopiero w okolicy Bożego Narodzenia św. Franciszek Borgiasz ustanowił nowicjat w nowo otrzymanych budynkach przy kościele św. Andrzeja Apostoła na Kwirynale. Wcześniej był tam niewielki dom dla zmęczonych posługą, schorowanych misjonarzy. Franciszek Borgiasz połączył dwa domy: dla starców jezuitów i nowicjat. W nowicjacie Stanisław był przez osiem miesięcy. W sumie spędził w Rzymie dziesięć miesięcy, czyli niecały rok.

    To rzecz niezwykła, iż przez tak krótki czas młody, osiemnastoletni chłopak stał się do tego stopnia znany w Rzymie, że w jego pogrzebie uczestniczyli wszyscy kardynałowie. Jak ujawniła się jego świętość? Jakie są jej główne rysy?

    Moim zdaniem okres pobytu w Rzymie był dojrzewaniem Stanisława do świętości. By to zrozumieć, trzeba uwzględnić okoliczności historyczne. Wiemy, że w owym czasie nasilała się propaganda religijna protestantów. Po zamknięciu naszego kolegium w Wiedniu, po śmierci cesarza Leopolda, wszyscy uczniowie, łącznie ze św. Stanisławem, musieli szukać prywatnych mieszkań. Stanisław znalazł pokoik przy rodzinie, która sympatyzowała z protestantyzmem. Spotkał się więc z zaprzeczeniem najważniejszych spraw w Kościele: kultu maryjnego i Eucharystii. Mimo to jego duchowość rozwijała się właśnie w tych dwóch kierunkach. Najważniejszą jednak cechą Stanisława – jak opisują jego biografowie, zwłaszcza o. Józef Majkowski – była zdecydowana chęć pełnienia woli Bożej. Kiedy odkrył w sobie powołanie, chciał na nie odpowiedzieć za wszelką cenę. Odrzucał wszystko, co przeszkadzało w wypełnieniu woli Niebieskiego Ojca, nawet miłość rodziny.

    W życiu Stanisława pojawiały się też bardzo trudne chwile. Myślę tu o konflikcie z ojcem. Nie jest on uwypuklany w życiorysach, prawdopodobnie ze względu na obawę, że nie byłby to dobry przykład dla młodych ludzi, którzy mają tendencje do buntowania się przeciw rodzicom. Co Ojciec myśli o tym epizodzie z życia św. Stanisława?

    W owym czasie syn całkowicie zależał od ojca. To ojciec decydował o tym, co syn będzie w przyszłości robił, z czego będzie żył. Stanisław po przeżyciu pierwszego tygodnia ćwiczeń duchownych, a na pewno je odbywał w tej czy innej formie, wiedział już, że przede wszystkim należy poznać Boga Ojca – to było dla niego najważniejsze i przejął się tym. Dlatego jego reakcją na sprzeciw rodziców była odpowiedź, że trzeba bardziej słuchać Boga Ojca niż własnych rodziców. Kiedy otrzymał list, w którym ojciec groził mu między innymi wydziedziczeniem, z całą godnością odpowiedział, że idzie za głosem powołania i pragnie nade wszystko słuchać Boga. Cała ta sytuacja czyni go rzeczywiście patronem młodzieży, bo wbrew temu, co można by powierzchownie sądzić, nie jest to zły przykład, ale wręcz odwrotnie – bardzo dobry.

    Zostałem kiedyś poproszony o przetłumaczenie z języka włoskiego na polski Litanii do Boga Ojca. Uczyniłem to, ale kiedy doszedłem do końca wezwań, spontanicznie dopisałem jeszcze jedno: Ojcze Najukochańszy. Zaskoczyło mnie bowiem, że wynaleziono różne tytuły, a ten, który jest najważniejszy, streszczający najistotniejsze, podstawowe przykazanie: miłuj Boga całym sercem, całym umysłem i ze wszystkich sił, został pominięty. Ludzie bardzo często zapominają o głównej postawie, jaka powinna być przyjmowana wobec Boga: miłości nade wszystko. Stanisław zaś potrafił to zrozumieć i to w czasach, które nie były łatwe. Kto wie, czy nawet nie były trudniejsze od naszej współczesności.


    Podzieliłbym okres trzydziestu lat, które spędziłem w Rzymie, na dwie części: do wyboru papieża Jana Pawła II i po jego wyborze. Polacy, którzy przyjeżdżali do Pawła VI, chętnie przybywali do grobu św. Stanisława. Paweł VI był bowiem papieżem, którego nie rozumieli – ze względów językowych -szukali więc mocniejszych przeżyć religijnych i to właśnie przy grobie św. Stanisława.

    Szukali czegoś polskiego…

    Otóż to. A nasza świątynia jest przecież polskim sanktuarium. Sam kościół jest również bardzo piękny. Potwierdza to choćby ilość profesorów i studentów z całego świata, którzy się nim interesują. Tylko za czasów mojego tu pobytu napisano dwie albo trzy prace doktorskie na temat jego architektury i malarstwa.

    Jednak po wyborze Jana Pawła II na Stolicę Piotrową sytuacja zmieniła się. Do Rzymu nie tylko zaczęły przybywać pielgrzymki zorganizowane przez księży, ale także grupy turystyczne prowadzone przez świeckich przewodników. Księża, owszem, przyprowadzali pielgrzymki do kościoła św. Andrzeja, natomiast grupy turystyczne rzadziej do nas trafiały. W pewnym stopniu jest to zrozumiałe, bo przewodnik wybierał inne atrakcyjne miejsca. Woleli czasem iść na zakupy i szukać różnych fatałaszków, niż dobijać się do centrum. Mówię “dobijać się”, bo od paru lat – i to jest główną przyczyną zmniejszenia się liczby turystów i pielgrzymów do grobu św. Stanisława – centrum Rzymu podzielono na sektory, a ten, w którym znajduje się nasz kościół, jest szczególnie chroniony przed wjazdem autobusów. By do nas dotrzeć, trzeba więc daleko zaparkować i dwadzieścia minut iść pod górę. Starsi pielgrzymi często rezygnują z tej “wspinaczki”. Częściej docierają do nas grupy młodzieży. Dużo łatwiej bowiem poruszają się i podejmują trud pielgrzymowania do swego patrona.

    Ojciec przedstawia racje obiektywne, techniczne. Ale czy zmniejszenie odwiedzin św. Stanisława w Rzymie nie wynika po prostu z osłabienia kultu tego świętego w Polsce?


    Na pewno. Wydaje się, że jest to w jakimś stopniu związane ze zmianą daty obchodzenia uroczystości ku czci św. Stanisława Kostki. Do mnie, jako rektora opiekującego się kościołem, nieraz kierowano prośby, by wrócić do dawnej daty święta. Nie mogę tego zmienić, bo nie ode mnie to zależy. Aprobata zmiany daty dokonała się na poziomie Episkopatu i została zatwierdzona przez odpowiednią kongregację. Praktyka duszpasterska wykazuje jednak, że nie było to szczęśliwe rozwiązanie. Warto by więc wrócić do poprzedniego terminu święta. Przecież cały Kościół obchodzi je 13 listopada, jedynie w Polsce zostało przeniesione na 18 września. Księża mówią mi, że nie ma czasu na duchowe przygotowanie młodzieży do właściwego przeżycia tego święta. Przedtem od rozpoczęcia roku szkolnego było na to prawie dwa i pół miesiąca. We wrześniu bardziej myśli się o zorganizowaniu roku pracy niż o triduumku czci św. Stanisława Kostki.


    Oczywiście, że tak. Wpływ na takie błędne myślenie ma praktykowane nabożeństwo, które w dużej mierze opiera się na “słodko-nudnych” śpiewach. Wyrażam tu nie tylko moją opinię, ale też niejednego znawcy muzyki kościelnej. A tymczasem św. Stanisław nie był nudny. Był człowiekiem o bardzo mocnym charakterze. Już będąc w nowicjacie, potrafił połączyć twardy charakter i żywe nabożeństwo do tych negowanych w ówczesnym Kościele wartości duchowych: kultu Maryi i Eucharystii. Trzeba pamiętać, że w Rzymie był świadkiem niszczenia obrazów Matki Bożej, które zostały umieszczone na różnych budynkach. Widział to, przeżywał i bolał nad tym. Słyszał o różnych nadużyciach w stosunku do Eucharystii. Potrafił być jednak bardzo zdecydowany w swojej wierze, a równocześnie w życiu codziennym był bardzo usłużny, a przy tym ciepły, braterski i towarzyski. Ponoć naprawdę zabiegano o jego obecność.

    Posłużę się przykładem. Jest w Kampanii mała miejscowość, a w niej kościół i parafia pod wezwaniem naszego świętego. Przez cztery wieki co roku odbywała się tam uroczysta, typowo włoska, procesja po mieście ku czci św. Stanisława. Dlaczego? Otóż swego czasu prowadził tam misje i tak ujął wiernych swoją osobowością, że corocznie obchodzono jego święto bardzo uroczyście. Stąd ta procesja. We Włoszech kult św. Stanisława Kostki nadal jest żywy. Ciągle dostajemy listy z prośbami, by odprawić Mszę św. przy jego grobie. Wiele osób chce też brać ślub w naszym kościele właśnie ze względu na św. Stanisława.

    W Polsce również bardzo mocno wpisał się w historię. Jest wiele kościołów, parafii pod jego wezwaniem. Na przestrzeni wieków ukazało się wiele publikacji jemu poświęconych, mimo że nie były one tak łatwo dostępne jak dzisiaj… św. Stanisław jest naprawdę niezwykłą postacią, pokazuje autentyzm młodego człowieka. Co w takim razie powinniśmy robić dla podtrzymania kultu tego świętego w Polsce?

    Moim zdaniem trzeba go przede wszystkim “odcukierkować”. Często przedstawiając postać św. Stanisława, podkreśla się jego czystość, niewinność. Dzisiaj na dźwięk tych słów młodzi uśmiechają się. Taki jest stan moralny świata. Widzę to na przykład w mojej pracy z narzeczonymi. Dla nich sprawy pożycia przedmałżeńskiego są tak naturalne, że czasem dziwią się, iż ksiądz w ogóle mówi na ten temat. Nastąpiło tak wielkie wykrzywienie sumień, że pary, które zachowały czystość przedmałżeńską, wstydzą się przyznać do tego nawet przed księdzem. Trudno zatem kłaść nacisk na ten właśnie aspekt świętości św. Stanisława. Korzystniejsze wydaje się natomiast zwrócenie uwagi na jego miłość do Boga, miłość ponad wszystko, na jego zjednoczenie z Nim. To właśnie dawało mu siłę do wyrzeczenia i trwania w czystości.

    Na tle sylwetki św. Stanisława warto też budzić wiarę w istnienie rzeczywistości pozaziemskiej, domu Ojca, do którego wszyscy spieszymy. Mimo że umarł młodo, tęsknił za niebem. Dwa tygodnie przed śmiercią zapowiedział, że wkrótce umrze i że będzie – pragnął tego – oglądał chwałę nieba. Dał tym samym wyraz bardzo prostego, ale najgłębszego ujęcia naszej wiary. Wszyscy przecież żyjemy teraz, żeby zacząć żyć w wieczności.

    Jak należałoby ukazywać nabożeństwo św. Stanisława do Matki Bożej, aby zainteresować nim współczesną młodzież?

    św. Stanisław nazywał Maryję swoją Matką. Warto to rozwinąć i połączyć z Ewangelią, dotykając źródeł nabożeństwa do Maryi. Chrystus daje swoją Matkę Janowi, nie używając nawet jego imienia. Czyni to celowo, by powiedzieć w ten sposób, że oddaje Ją wszystkim swoim uczniom.

    Jedno wydarzenie z życia św. Stanisława mocno zapadło mi w pamięć. Tuż przed śmiercią współbrat zapytał go, czy kocha Matkę Najświętszą. Ze zdziwieniem odpowiedział: “Jak można nie kochać swojej Matki?”.

    To jest najgłębsze pojęcie nabożeństwa maryjnego. Sobór Watykański II określił Maryję jako Matkę Kościoła, czyli nas wszystkich. I to także warto podkreślać w pobożności maryjnej św. Stanisława.

    Jednym z pielgrzymów do grobu św. Stanisława Kostki był Jan Paweł II. Już jako kardynał odwiedzał grób św. Stanisława, ale był tam również jako papież. Jest to wydarzenie o tyle niezwykłe, że papież nie odwiedza rzymskich kościołów bez powodu.

    Kiedy opowiadam o św. Stanisławie, mówię o trzech rzeczach. Po pierwsze o jego determinacji w pełnieniu woli Bożej; po drugie – o pobożności Maryjnej, która prowadzi do Jezusa Eucharystycznego. I wreszcie o nabożeństwie do tego świętego jednego z największych ludzi współczesności – Jana Pawła II. Na własne uszy słyszałem bowiem od niego, że od dzieciństwa czcił św. Stanisława Kostkę. I mogłem się o tym przekonać…

    Kiedy Jan Paweł II rozpoczynał drugie dziesięciolecie swojego pontyfikatu, 13 listopada 1988 roku przyjechał, by się pomodlić, jak sam to określił, przy grobie św. Stanisława Kostki. Kiedy przybył, przemawiał i po włosku, i po polsku, przypominając, że w czasie studiów, w latach 1946-1948, mieszkał niedaleko i codziennie wstępował, żeby się pomodlić w swoich sprawach. Inni klerycy czynili podobnie. Dlatego rozpoczynając drugie dziesięciolecie pontyfikatu, chciał tutaj wrócić.

    W pięćdziesiątą rocznicę święceń kapłańskich Jana Pawła II radio i telewizja włoska zaproponowały mu program transmitowany na cały świat, zapytały też, z jakiego kościoła chciałby, żeby go nadawać. Ojciec święty odrzekł, że z kościoła, gdzie znajduje się grób św. Stanisława Kostki.

    Ostatnia ciekawostka, którą chciałem tu przytoczyć, ma charakter osobisty (opublikowałem ją w albumach Aż po krańce ziemi). 12 czerwca 1995 roku zostałem zaproszony do Ojca Świętego na kolację, by w jej trakcie porozmawiać o Eucharystii. Przez pierwsze piętnaście minut naszego godzinnego spotkania Ojciec święty zadawał mi szczegółowe pytania dotyczące właśnie kultu św. Stanisława: ilu Polaków przyjeżdża, kto przyjeżdża, czy się modlą itd.

    Ojciec tyle lat spędził przy św. Stanisławie… Czy nie myślał Ojciec o tym, by napisać nowy, “uwspółcześniony” życiorys św. Stanisława?

    Nie jestem historykiem tylko teologiem duchowości… Niemniej wydaje mi się, że trzeba by po prostu dokładniej zbadać tło historyczne jego pobytu w Wiedniu, bo tam jego świętość rozkwitła, w kontekście wypadków, które miały tam miejsce. I dopiero na tym tle ukazać świętość Stanisława.

    Kim jest dla Ojca św. Stanisław Kostka?
    Bliska jest mi jego duchowość, bo dla mnie ogromne znaczenie ma zarówno pobożność maryjna, jak i Eucharystia. W ikonografii Stanisław przedstawiany jest albo kiedy przyjmuje od aniołów komunię święta, albo gdy przyjmuje na ręce Dziecię Jezus od Maryi. To są bardzo wymowne obrazy. I to mnie w nim najbardziej urzeka i dopinguje.

    Papież Jan Paweł II w encyklice Ecclesia de Eucharistia napisał, że bez Eucharystii nie ma Kościoła. Ja powiedziałbym – bez Maryi nie byłoby ani Jezusa, ani Eucharystii. Z własnego doświadczenia wiem, że nabożeństwo do Matki Bożej ożywia modlitwę w czasie Mszy św. Tak jakby te dwie rzeczywistości funkcjonowały na zasadzie naczyń połączonych.

    rozmawiał o. Kazimierz Przydatek SJ/Deon.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Anioł ziemski wśród aniołów niebieskich.

    Św. Stanisław Kostka i komunia św. przyjmowana z rąk anioła

    STANISŁAW KOSTKA

    fot. Wojciech Kućko/Aleteia.pl

    ***

    O północy jeden z aniołów niósł hostię, na co młodzieniec z Rostkowa wstał z łóżka i zawołał: „Upadnijcie na kolana, oto św. Barbara w towarzystwie dwóch aniołów niesie mi Komunię św.”.

    Pobożność naszych przodków uczyniła nieco krzywdy św. Stanisławowi Kostce, nazywając go „aniołem ziemskim bez winy”. Rzeczywiście, życie świętego z Rostkowa było święte i przepełnione unikaniem okazji do grzechu. Ale Stanisław Kostka miał dużo więcej wspólnego z aniołami, zwłaszcza stróżami, niż tylko swoją anielską cierpliwość.

    W towarzystwie Jezusowych aniołów

    Stanisław Kostka (1550-1568), urodzony w mazowieckim Rostkowie, pragnął wstąpić do Towarzystwa Jezusowego, jednak krótka historia jego życia pokazuje, że to właśnie towarzystwo aniołów pozwoliło mu przetrwać najtrudniejsze chwile.

    Czterdzieści lat po śmierci Stanisława jego kolega z wiedeńskiego kolegium Henryk Pisnitz choć nie pamiętał twarzy młodzieńca, to na zawsze przyswoił sobie przydomek, którym go określano: „Najlepszy”. W takim świetle można zrozumieć podziw współczesnych Stanisławowi dla jego czynów.

    W zawodach życia ziemskiego postanowił być „najlepszy” nie przez zazdrość czy nieuczciwe współzawodnictwo, ale przez cierpliwe wykonywanie swoich obowiązków i dążenie do celu, jaki sobie postawił. Nie powinno to dziwić, bo był po prostu przyjacielem Boga, a dla wielu ludzi okazał się jego posłańcem, czyli właśnie „ziemskim aniołem”, który zmienił nastawienie i życie napotykanych osób.

    Czytaj także :Pielgrzymowali tu Stanisław Kostka i Edmund Bojanowski. Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia

    Chleb aniołów

    Jeden z najstarszych wizerunków kultycznych św. Stanisława Kostki z ok. 1605 r. znajduje się w jego pokojach na rzymskim Kwirynale. Został namalowany niedługo po śmierci Polaka, na bazie informacji słownych, a być może i innego, niezachowanego do dzisiaj obrazu.

    Ubrany w strój nowicjacki młodzieniec wpatrzony w niebo przyjmuje ze czcią i nabożeństwem komunię św. z rąk anioła, któremu towarzyszą inne duchy niebieskie. To nawiązanie do opisywanej przez biografów Kostki historii, która musiała być bardzo rozpowszechniona i została uznana za jeden z najważniejszych momentów życia ziemskiego tego świętego.

    Komunia św. nazywana jest „chlebem Aniołów”, a świętemu z Rostkowa udzielali jej właśnie sami aniołowie w towarzystwie świętych. Warto przypomnieć te fakty, które mogą umocnić niejednego chrześcijanina w wytrwałym przystępowaniu do Stołu Pańskiego.

    Kiedy Stanisław postanowił wstąpić do jezuitów, a nie miał na to wymaganej wówczas zgody rodziców. W 1567 r. w tajemnicy ułożył sobie plan pójścia z Wiednia do Augsburga, do Piotra Kanizjusza, ówczesnego prowincjała jezuitów. Podróż była pełna przygód, ale wsparcie przynieśli mu – co znane jest z życiorysów wielu świętych – właśnie aniołowie.

    W dokumentach procesu beatyfikacyjnego, zapisanych w Poznaniu w 1603 r., opisano przekazywaną przez wielu historię usłyszaną od Tomasza Schotta, towarzysza podróży Stanisława. Gdy Kostka wszedł do świątyni wspólnoty protestanckiej, o czym nie wiedział, i chciał tam przystąpić do Komunii św. Kiedy zorientował się, że nie był to kościół katolicki, miał otrzymać Ciało Pańskie z rąk anioła.

    ***

    [GALERIA] Św. Stanisław Kostka i Komunia św. przyjmowana z rąk anioła

    ***

    Anielska cierpliwość Stanisława

    To doświadczenie skutecznej pomocy Bożych posłańców było kolejnym w życiu św. Stanisława. Kilka miesięcy wcześniej, w grudniu 1565 r., przebywając w kolegium wiedeńskim, Stanisław ciężko zachorował. Historię tę potwierdził potem sam w opowiadaniu swojemu koledze Stefanowi Augusti, gdy podjęli temat kultu św. Barbary.

    Kostka miał do niej szczególne nabożeństwo, ponieważ to ona pospieszyła mu z pomocą, gdy mieszkał w domu luteranina, a bardzo pragnął w chorobie przystąpić do Komunii św. Fakty te zeznał pod przysięgą w czasie procesu jego nauczyciel Jan Biliński, który miał widzieć omawiane wydarzenie.

    O północy jeden z aniołów niósł hostię, na co młodzieniec z Rostkowa wstał z łóżka i zawołał: „Upadnijcie na kolana, oto św. Barbara w towarzystwie dwóch aniołów niesie mi komunię świętą”. Uklęknął na kolana, trzy razy, jak w czasie mszy św. wypowiedział słowa: Domine, non sum dignus… („Panie, nie jestem godzien…”), po czym przyjął ze czcią Ciało Chrystusa.

    Takie były przeżycia młodego świętego, który wielokrotnie o nich zaświadczał, co potwierdzano w czasie procesu beatyfikacyjnego, zakończonego w 1605 r., gdy młody Kostka został ogłoszony pierwszym błogosławionym jezuitą, wyprzedzając nawet założycieli tego dopiero co powstałego zgromadzenia.

    Wytrwała modlitwa św. Stanisława pokazała, że miał wręcz anielską cierpliwość w sytuacjach trudnych, beznadziejnych, w których szukał zawsze wsparcia u Boga, nie tylko u ludzi.

    Anielski święty

    Kaplicę relikwii świętego z Rostkowa, znajdującą się w kościele św. Andrzeja na Kwirynale, zdobią trzy obrazy, a na każdym z nich to aniołowie nie odstępują młodzieńca. Centralny wizerunek Carla Maratty z 1687 r. przedstawia świętego w towarzystwie aniołów, oddającego pokłon Maryi.

    Obrazy na bocznych ścianach ok. 1760 r. namalował Lodovico Mazzanti, ukazując na nich ekstazę modlitewną św. Stanisława, któremu aniołowie pomagają przetrwać chwile uniesień mistycznych, oraz przywoływaną historię Komunii św. otrzymanej z rąk anioła.

    Ta właśnie opowieść stała się inspiracją dla Krzysztofa Chodkiewicza, który w 1606 r., kilka miesięcy po beatyfikacji Kostki, ryciną ze sceną komunii udekorował wydane przez siebie dzieło: Błogosławiony Stanisław Kostka z Rostkowa Societatis Iesu: z ciała, z świata, y z śmierci, szczęśliwie tryumphuiacy, dedykowane królowi polskiemu Zygmuntowi III Wazie.

    Warto także przywołać cykl akwarel przypisywanych Andrei del Pozzo, jezuickiemu malarzowi przełomu XVII i XVIII w., zdobiących pokoje Kostki przy kościele św. Andrzeja na Kwirynale (wł. Camere di San Stanislao).

    Na dwunastu wizerunkach z życia świętego snują się właśnie aniołowie, którzy dodają tajemniczości, a jednocześnie Bożego spokoju opowiadanym dziejom. Stanisław rodzi się w Rostkowie, a jego matkę otaczają opieką Boże duchy. W czasie podróży do Dylingi to Anioł Stróż prowadzi Stanisława, którego nie rozpoznaje nawet szukający go brat Paweł, a w dniu śmierci, w wigilię Wniebowzięcia, przychodzi do niego Maryja w towarzystwie aniołów.

    Św. Stanisław Kostka przekonuje, że warto zaprzyjaźnić się ze światem niebieskich posłańców, bo można na tym tylko zyskać. Nasz świat widzialny, w którym niewiele już nas może zaskoczyć, zespolony jest przez wiarę ze światem niewidzialnych duchów, którzy ciągle nas zadziwiają swoim skutecznym działaniem. Nie tylko w naszym dzieciństwie…

    Wojciech Kućko/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Matka Boża Płacząca

    Matka Boża z La Salette

    19 września wspominamy Najświętszą Maryję Pannę z La Salette.

    Jest rok 1846. Francja przechodzi poważny kryzys, epokę fermentu i zmian społecznych. Kraj przeżywa najpierw rewolucję, czasy napoleońskie, wreszcie lata nędzy. Rodzi się moda na racjonalizm i krytykę Kościoła. W wielu miejscach z wolna zanika wiara.

    Nawet najzdrowsze zdawałoby się środowiska – wsie – tracą swą tożsamość i wyrzekają się swoich tradycji. W Corps ludzie żyją tak, jakby Boga nie było. Tam właśnie mieszkała Melania Calvat (lub Mathieu). W 1846 r. miała czternaście lat. Tam żył też jedenastoletni Maksymin Giraud. Choć oboje mieszkali w tej samej parafii, La Salette, pierwszy raz spotkali się dopiero na dwa dni przed objawieniem się Matki Najświętszej. Nic dziwnego, byli tak różni, że nawet gdyby się gdzieś zobaczyli, nie zauważyliby swojej obecności.

    OBJAWIENIE SIĘ PŁACZĄCEJ PANI

    Była sobota, gdy o brzasku wyruszyli razem w góry. Melania nie była z tego zadowolona. Jej towarzysz gadał bez przerwy, bez ładu i składu, ona zaś pragnęła ciszy. Ta zapanowała dopiero w południe, kiedy dzwony bijące na Anioł Pański oznajmiły dzieciom, iż nadszedł czas posiłku. Możemy zaryzykować twierdzenie, że w tym momencie zakradła się do nich nadprzyrodzoność. Oto, zjadłszy chleb i ser, dzieci poczuły dziwne znużenie, położyły się na trawie i zasnęły. Kiedy po niemal dwóch godzinach Melania zbudziła się, przerażona zaczęła z Maksyminem szukać stada. Wkrótce zobaczyli, że zwierzęta znajdują się nieco dalej i spokojnie się pasą. Melania wróciła do wąwozu, by zabrać stamtąd torby i resztę jedzenia. Nagle stanęła jak rażona piorunem. Zdołała tylko zawołać Maksymina i po chwili oboje przypatrywali się niezwykłemu zjawisku.

    Niedaleko, w suchym korycie rzeki, jaśniała świetlista kula. Jej blask stawał się coraz wspanialszy, aż w pewnym momencie kula otworzyła się jak olbrzymia muszla i dzieci ujrzały w niej jakąś kobiecą postać, która siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach i płakała. Gdy się podniosła, skrzyżowała dłonie na piersiach. Była niezwykle piękna. Na głowie miała czepek, a na nim świetlistą koronę. Z białej sukni wytryskały promienie światła, na szyi wisiał łańcuszek ze złotym krucyfiksem – na jednym jego ramieniu wisiał młotek, na drugim obcęgi. Całą postać otaczała aureola.

    Płacząca Pani zaczęła mówić: „Chodźcie do mnie, moje dzieci. Nie bójcie się. Przyszłam, żeby powiedzieć wam o sprawach najwyższej wagi”. Melania i Maksymin wspominają: „Jak tylko powiedziała nam, abyśmy się zbliżyli, natychmiast zeszliśmy, przeszliśmy przez strumyk (…). Prawie się dotykaliśmy, byliśmy bardzo blisko (…)”. I Najświętsza Maryja Panna zaczęła mówić o swej miłości, o ludzkich grzechach, gniewie Boga, o karze czekającej grzeszników. „Jeżeli lud mój mnie nie posłucha, będę musiała puścić ramię mego Syna. Jest ono tak ciężkie, tak mnie przygniata, że nie jestem w stanie dalej go powstrzymywać. Od jak dawna już cierpię za was!”. Maryja mówiła po francusku, ale szybko ujrzała zmieszanie Melanii, która niewiele rozumiała, znała bowiem tylko miejscową gwarę. Uśmiechnęła się lekko: „O, widzę, że nie rozumiecie francuskiego, moje dzieci”. Odtąd posługiwała się już lokalną mową.

    Mówiła: „Jeżeli mój Syn ma was nie odrzucić, muszę Go o to nieustannie błagać. Wy jednak nie zwracacie na to najmniejszej uwagi. Bez względu na to, jak wiele będziecie się modlić w przyszłości, bez względu na to, jak dobrze będziecie postępować, nigdy nie będziecie w stanie odwdzięczyć mi się za to, co dla was wycierpiałam”. Oto wytyczne dla naszej maryjności. Nigdy dość modlitwy, nigdy dość wynagrodzenia, ofiary i miłości. Nigdy najmniejszej nawet myśli o swoich zasługach, dobru czy świętości. Bowiem przenigdy nie będziemy w stanie odwdzięczyć się Maryi za Jej miłość i cierpienie.

    W La Salette urzeka piękno tego miejsca, jego surowość i cisza

     W La Salette urzeka piękno tego miejsca, jego surowość i cisza/fot. s. Iwona Józefiak

    ***

    TEMAT PODJĘTY PRZEZ MATKĘ BOŻĄ

    „Jeżeli żniwa będą nieudane, będzie to wasza własna wina. Ostrzegałam was w ubiegłym roku przez kartofle. Nie zwróciliście na to żadnej uwagi. Wręcz przeciwnie, kiedy zobaczyliście, że kartofle zgniły, przeklinaliście imieniem mego Syna. Będą one dalej gniły i do Bożego Narodzenia nie będzie już ani jednego”. To ciekawa uwaga, której nie wolno nam przeoczyć i to z dwóch powodów.

    Zwróćmy najpierw uwagę na temat podjęty przez Matkę Bożą. Rozmawia Ona nie o życiu duchowym, nie o cnotach i łaskach, nie o niebie i życiu wiecznym, ale o… ziemniakach! Tymczasem nas nie powinno to dziwić. Przecież Maryja sama żyła w ubóstwie i bywało, że cierpiała niedostatek; Ona dobrze rozumie, że głód i cierpienie wcale nie muszą zbliżać nas do Boga. Bywa, że przed Nim zamykają. Co więcej, czy wolno nam dokonywać ostrego podziału na to, co naturalne i nadprzyrodzone, na doczesność i wieczność, na to, co „godne Boga” i co „niegodne”?

    Matka Najświętsza wypowiedziała słowa wielkiej obietnicy: „Jeżeli ludzie się nawrócą, to skały zmienią się w sterty zboża i okaże się, że kartofle same się zasadziły”. Ale nawrócenie oznacza nie tylko zmianę życia; to także oddanie się modlitwie. Maryja bowiem po chwili milczenia zapytała: „Czy dobrze odmawiacie modlitwy, moje dzieci?”. Odpowiedź wizjonerów była przecząca – żadne z nich nie uczęszczało na lekcje katechizmu, ich domy były obojętne religijnie. „Ach, moje dzieci – powiedziała Matka Boża – to bardzo ważne. Odmawiajcie je wieczorem i rano. Kiedy nie macie wiele czasu, odmawiajcie przynajmniej jedno Ojcze nasz i jedno Zdrowaś Maryjo. A kiedy możecie, odmawiajcie więcej”.

    UKRYTA WSZECHOBECNOŚĆ MARYI

    Maryja zapytała: „Moje dzieci, czy widzieliście kiedyś zepsute zboże?”, na co Maksymin odpowiedział: „Nie, nigdy”. Wówczas usłyszał: „Ależ, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć…”. I Matka Najświętsza opowiedziała szczegółowo o pewnym zdarzeniu, w którym uczestniczył tylko chłopiec i jego ojciec. Nie było przy tym nikogo innego! Skąd Maryja wiedziała to wszystko? – pytał siebie zdumiony Maksymin. Tak, Matka Najświętsza tam była, jest bowiem wszechobecna, pozostaje zawsze blisko każdego ze swych dzieci. Objawienie w La Salette dobiega końca. Matka Boża z powagą patrzy na dzieci i poleca im: „Moje dzieci, ogłoście to całemu memu ludowi”. Powoli odwraca się i zaczyna odpływać w głąb wąwozu.

    Zatrzymuje się, by nie odwracając się, powtórzyć: „Ogłoście to całemu memu ludowi”. Spogląda w kierunku nieba, a wtedy na Jej twarzy pojawia się radość. Już nie płacze. Patrzy z troską na świat, a potem ku Rzymowi. Otaczające Ją światło zaczyna być coraz bardziej oślepiające, a Jej postać powoli rozpływa się w powietrzu. Dzieci długo wpatrywały się w tę niewidzialną bramę do nieba, za którą zniknęła Maryja. W końcu otrząsnęły się i, już mocno spóźnione, pognały stado w dół zbocza.

    DOWÓD PRAWDZIWOŚCI OBJAWIEŃ – NAWRÓCENIA

    W tym miejscu zaczyna się druga część objawień w La Salette. Tym razem niewidzialnych. Wydaje się, że właśnie to, co zaczęło się dziać po 19 września 1846 r., zadecydowało o uznaniu objawień w La Salette za prawdziwe. I nie chodzi tu wcale o cuda. Owszem, były one liczne, i to już w pierwszych dniach po objawieniach. Z miejsca, gdzie siedziała Matka Najświętsza, wytrysnęło źródło, a jego woda zaczęła uzdrawiać. Przykłady można by mnożyć. Nie one jednak stanowią o fenomenie La Salette. Objawienie Płaczącej Pani pociągnęło za sobą lawinowe nawrócenia. Były one widoczne już nazajutrz, w niedzielę, kiedy po raz pierwszy od lat świątynia parafialna nie była pusta. Ludzie wzięli sobie do serca napomnienia Matki Bożej i sprawili, że nie spełniły się zapowiedzi Maryi.

    ks. Eugeniusz Burzyk/Tygodnik Niedziela/

    (z książki Wincentego Łaszewskiego: “Świat Maryjnych objawień”)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienie Płaczącej Pani. Przestroga Najświętszej Maryi Panny z La Salette

    screenshot Youtube / fot. Qfamily via Flickr, CC BY 2.0

    ***

    Objawienie Płaczącej Pani.

    Przestroga Najświętszej Maryi Panny z La Salette

    W sobotę, 19 września 1846 r., Matka Najświętsza ukazała się dwojgu dzieciom pochodzącym z Corps w Alpach francuskich: jedenastoletniemu Maksyminowi Giraud i prawie piętnastoletniej Melanii Calvat, którzy pilnowali swoich krów na hali należącej do La Salette, na górze Planeau, na wysokości 1800 metrów. W kotlinie strumyka spostrzegli nagle kulę ognia – “jakby tam spadło słońce”. W oślepiającej jasności rozpoznali siedzącą kobietę z łokciami opartymi na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach. Piękna Pani podniosła się i powiedziała do nich po francusku: “Zbliżcie się, moje dzieci, nie bójcie się, jestem tu po to, by wam opowiedzieć wielką nowinę”.

    Zrobiła następne kilka kroków w ich kierunku. Nabrawszy pewności, Maksymin i Melania zbiegli ze zbocza na dół. Piękna Pani cały czas płakała. Była wysoka i cała ze światła, ubrana jak miejscowe kobiety: w długą suknię, w wielki fartuch wokół bioder, w chustkę skrzyżowaną na piersiach i zawiązaną na węzeł na plecach, w czepek wieśniaczki. Szeroki, płaski łańcuch biegł brzegiem jej chusty. Inny łańcuch podtrzymywał na Jej piersi wielki krucyfiks. Pod ramionami krzyża, po prawej ręce Chrystusa, znajdowały się obcęgi, po lewej – młotek. Z postaci Ukrzyżowanego wypływała cała światłość, z której jest utworzona zjawa, światłość, która tworzyła iskrzący się diadem na czole Pięknej Pani. Róże otaczały wieńcem Jej głowę, obrębiały Jej chustę i zdobiły obuwie.

    Oto, co Piękna Pani powiedziała do pasterzy, najpierw po francusku: “Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię mojego Syna. Jest ono tak mocne i ciężkie, że dłużej nie mogę go podtrzymywać. Od jak dawna cierpię z waszego powodu! Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, muszę Go nieustannie o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiedzieć, jak się modlili i co robili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie – i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni ciężkim ramię mojego Syna! Również woźnice przeklinają, mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. To są dwie rzeczy, które czynią tak bardzo ciężkim ramię mego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to w roku ubiegłym na ziemniakach. Wy jednak nic sobie z tego nie robiliście. Przeciwnie, kiedy znajdowaliście zgniłe ziemniaki, przeklinaliście mieszając z przekleństwami imię mojego Syna. Będą się psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Piękna Pani powtórzyła ostatnie zdanie i prowadziła dalszą rozmowę w narzeczu z Corps: “si la recolta se gasta… Si ava de bla… Jeżeli macie zboże, nie trzeba go siać. Wszystko, co posiejecie, zje robactwo, a to, co wzejdzie, rozsypie się w proch przy młóceniu. Nastanie wielki głód. Zanim głód nadejdzie, dzieci w wieku poniżej siedmiu lat dostaną dreszczy i będą umierać na rękach trzymających je osób. Inni będą pokutować z powodu głodu. Orzechy zrobaczywieją, a winogrona zgniją”.

    W tym miejscu Piękna Pani powierzyła tajemnicę Maksyminowi, później – Melanii. Następnie powiedziała do obojga dzieci: “Jeżeli się nawrócą, kamienie i skały zamienią się w sterty zboża, a ziemniaki same się zasadzą. Czy dobrze się modlicie, moje dzieci?” – “Nie bardzo, proszę Pani!” – odpowiedzieli obydwoje. “Ach! Moje dzieci, trzeba się dobrze modlić wieczorem i rano. Jeżeli nie macie czasu, zmówcie przynajmniej Ojcze nasz i Zdrowaś, a jeżeli będziecie mogły – módlcie się więcej. W lecie na Mszę świętą chodzi tylko kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato. W zimie, gdy nie wiedzą, co robić, idą na Mszę św. jedynie po to, by sobie drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu jedzą mięso jak psy. Moje dzieci, czy nie widziałyście kiedyś zepsutego zboża?” – “Nie, proszę Pani” – odpowiedziały dzieci.

    Wówczas Piękna Pani zwróciła się do Maksymina: “Lecz ty, moje dziecko, musiałeś je kiedyś widzieć, w Coin, razem z twoim ojcem. Właściciel pola powiedział wówczas do twego ojca: «Chodźcie zobaczyć, jak moje zboże się psuje». Poszliście razem. Twój ojciec wziął dwa lub trzy kłosy w dłonie, pokruszył je i wszystko obróciło się w proch. Wracaliście później do domu. Kiedy byliście około godziny drogi od Crops, ojciec dał ci kawałek chleba, mówiąc: «Masz, dziecko, jedz jeszcze chleb w tym roku, bo nie wiem, czy go kto będzie jadł w roku przyszłym, jeżeli zboże będzie się dalej tak psuło». – “O tak, proszę Pani! – odpowiedział Maksymin – teraz sobie to przypominam. Przed chwilą o tym nie pamiętałem”. I Piękna Pani dokończyła, nie w gwarze, ale po francusku: “A więc, moje dzieci, ogłoście całemu mojemu ludowi”.

    Później przesunęła się naprzód, przekroczyła strumyk i nie oglądając się, powtórzyła z naciskiem: “A więc, moje dzieci, ogłoście to całemu mojemu ludowi”. Następnie wspięła się po krętym zboczu, które wznosi się w stronę Le Collet (mała przełęcz). Tam uniosła się do góry. Dzieci podbiegły do Niej. Ona spojrzała w niebo, potem ku ziemi. Zwrócona w kierunku południowo-wschodnim, “rozpłynęła się w świetle”. Potem zniknęła również światłość.

    Dnia 19 września 1851 r., po przeprowadzeniu dokładnych i surowych badań zdarzenia, świadków, treści orędzia i oddźwięku na nie, Philibert de Bruillard, biskup Grenoble, zawyrokuje w swoim orzeczeniu doktrynalnym, że “zjawienie Najświętszej Dziewicy dwojgu pasterzom 19 września 1846 r. na jednej z gór w łańcuchu Alp, położonej w parafii La Salette, posiada wszelkie znamiona prawdy i wierni mogą w nie wierzyć bez obawy błędu”.

    Dnia 1 maja 1852 r., w nowym orędziu, po zapowiedzeniu budowy sanktuarium na górze Zjawienia, biskup Grenoble dodał: “Jakkolwiek wielką rzeczą byłaby budowa sanktuarium, jest jeszcze coś ważniejszego: chodzi o sługi ołtarza, przeznaczonych do jego obsługi, do przyjmowania pobożnych pielgrzymów, do głoszenia im słowa Bożego, do sprawowania wśród nich posługi pojednania, do sprawowania dla nich czcigodnego sakramentu ołtarza i do wiernego rozdawania wszystkim tajemnic Bożych i duchowych skarbów Kościoła. Ci kapłani będą się nazywać Misjonarzami Matki Bożej z La Salette. Ich powołanie i istnienie będą – tak jak i Sanktuarium – wieczną pamiątkę miłościwego zjawienia się Maryi”.

    Pierwsi misjonarze wybrani zostali spośród kapłanów diecezjalnych przez biskupa Philiberta de Bruillard. Tej wspólnocie księży misjonarzy diecezjalnych biskup Grenoble nadał 5 marca 1852 roku tymczasowo projekt reguły, skopiowany z Konstytucji misjonarzy diecezjalnych z Lyonu, zwanych chartreux.

    Wśród kapłanów, którzy przejęli się duchem Zjawienia i oddali się na posługę pielgrzymów, od samego początku ujawniło się powołanie do życia zakonnego i jego potrzeba. Biskup J.M.A. Ginoulhiac zatwierdził w dniu 2 lutego 1852 roku regułę jako obowiązującą we wspólnocie misjonarzy diecezjalnych i nadał jej tytuł: Tymczasowe reguły Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette. W tym samym dniu pierwsi misjonarze złożyli zgodnie z nadaną im i promulgowaną przez biskupa regułą trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości na okres jednego roku. Ten dzień można uważać za dzień narodzenia Zgromadzenia Misjonarzy diecezjalnych Matki Bożej z La Salette.

    Po Soborze Watykańskim II saletyni podjęli zadanie rewizji i odnowy Konstytucji i Norm Kapitulnych, w duchu soborowym i według zachęt i wskazówek papieskich dotyczących odnowy życia zakonnego w świecie współczesnym. Praca ta jest owocem modlitwy i rozmyślania, wierności i doświadczeń wspólnot i zakonników wszystkich prowincji. Reguła życia Misjonarzy Matki Bożej z La Salette została zatwierdzona przez Stolicę świętą dekretem z dnia 6 czerwca 1985 r. “Misjonarze Matki Bożej z La Salette, których dom generalny znajduje się w Rzymie, mają za cel, obrany w świetle Zjawienia Matki Bożej z La Salette, być oddanymi sługami Chrystusa i Kościoła, aby się dokonała tajemnica pojednania” (z dekretu zatwierdzającego regułę).

    brewiarz.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mama płacze w La Salette.

    Objawienie, które nie jest „modne” i mamy z nim kłopot

    LA SALETTE

    Figura płaczącej Maryi w La Salette/fot. A. Bugała

    ***

    To, co powiedziała Maryja w La Salette było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Czy przypominasz sobie dzień, w którym zobaczyłeś łzy na policzkach swojej mamy? Chwilę, w której po raz pierwszy w życiu twoja mama siedziała bezradna na krześle, fotelu, czy podłodze i zasłaniając dłońmi twarz próbowała ukryć się przed całym światem? Łzy ziemskiej mamy mogą wywołać szok, a co dopiero łzy Mamy Jezusa…

    Łzy matki wprawiają nas w zakłopotanie. Nie wiemy, jak się zachować, gdy widzimy ją płaczącą. Mama jest tą, która zna odpowiedź na wszystkie pytania. Zna rozwiązania spraw najtrudniejszych, potrafi pomóc w tych sytuacjach, w których nikt inny nie wie, co robić.

    Zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie to ona jest pierwszą i ostatnią instancją, u której szukamy ratunku. Nasza mama czarodziejka. To dlatego dziecko nie wie, co robić, gdy widzi mamę zalaną łzami. Czy tak było 19 września 1846 r. w La Salette?

    Maleńkie La Salette leży wysoko we francuskich Alpach. Najpierw trzeba dojechać do Corps, niewielkiej miejscowości o ciasnych uliczkach i przytulonych do siebie zabudowaniach. A potem wyjechać poza nią i wąską drogą wspinać się coraz wyżej.

    Droga wije się wśród drzew, potem zbocze jest już nagie i odsłania coraz piękniejsze widoki. Ślady rdzy na asfalcie przypominają, że zimą nie da się tu jeździć bez łańcuchów. W niektórych miejscach chmury otaczają krawędzie szczytów, raz po raz przepuszczając promienie słońca.

    Zieleń i błękit mieszają się ze sobą we wszystkich odcieniach i nagle, zza zakrętu i wysokiej skały, wyłania się krzyż na wieży sanktuarium wybudowanego w miejscu objawień Matki Jezusa. Objawień, z którymi wciąż mamy sporo kłopotu. Dlaczego?

    Zawsze z miłości. Przychodzi, bo widzi, że zeszliśmy z trasy, a zejście z trasy nie tylko oddala cel – często prowadzi do przepaści. Orędzia i przesłania, które zostawia Maryja w miejscach, które wybiera na spotkania, zawsze pokazują kondycję człowieka i świata. I nawołują do nawrócenia.

    Każde ze spotkań z Maryją – od Lourdes, przez Fatimę, Gietrzwałd, Akitę i inne – było prośbą Matki do dzieci, aby zmieniły swoje życie. Aby zrezygnowały z tego, co im szkodzi, prowadzi do zguby i by podjęły trud naprawy, wróciły do modlitwy i uznania w Bogu Boga.

    Objawienia są niczym innym, jak odwiedzinami Mamy, która tęskni za swoimi dziećmi. Kocha je, a one nie chcą z nią kontaktu. Gorzej – często obmawiają ją, wyśmiewają, drwią z jej Syna. Żyją tak, jakby ona nic dla nich nie znaczyła.

    Mimo to przychodzi, bo wie, że dziecko, zanim znajdzie właściwą drogę, błądzi, schodzi na manowce, gubi cel. I mimo pogardy dla rodziców zawsze potrzebuje pomocy.

    19 września 1846 r. dwoje dzieci: 15-letnia Melania Calvat i 11-letni Maksymin Giraud zobaczyli kulę jasnego światła na zboczu. Podeszli bliżej i wtedy okazało się, że kula tylko otacza Piękną Panią siedzącą w środku.

    Kobieta, ubrana w strój miejscowych, siedziała, jakby zrezygnowana, skulona w sobie. Miała łokcie oparte na kolanach i dłońmi zasłaniała twarz. Płakała. Co robić, gdy obca, piękna kobieta siedzi na kamieniu w świetlistej kuli i płacze?

    Gdy odsunęła ręce od twarzy dzieci zobaczyły, że na piersiach, zamiast korali, które zakładają kobiety z wioski, miała krzyż z Jezusem Chrystusem i z zawieszonymi na nim narzędziami męki: młotkiem i obcęgami. Gdy wstała, zaprosiła dzieci, by podeszły bliżej.

    To, co powiedziała później i co dziś nazywamy treścią objawienia z La Salette, było wstrząsające, pełne żalu, wyrzutów. Przypominało słowa, które często mówią zmęczone, zrozpaczone matki, które pracują od rana do nocy dla swoich dzieci, a one nie tylko nie okazują żadnej wdzięczności, ale nawet nie uznają w mamie mamy…

    Mówiła o cierpieniu podejmowanym za dzieci, o trudzie. Mówiła o realiach prostego ludu z okolicznych wiosek, który nawet gdy psują się ziemniaki, przeklina za to Jezusa.

    „Jeżeli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna – mówiła. – Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej podtrzymać. Od jak dawna już cierpię za was. Chcąc, by mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie.

    Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem, co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, siódmy zastrzegłam sobie i nie chcą mi go przyznać. To właśnie czyni tak ciężkim ramię mego Syna.

    Woźnice przeklinając wymawiają imię mego Syna. Te dwie rzeczy tak bardzo obciążają ramię mojego Syna. Jeżeli zbiory się psują, to tylko z waszej winy. Pokazałam wam to zeszłego roku na ziemniakach, ale nic sobie z tego nie robicie. Przeciwnie, znajdując zepsute ziemniaki, przeklinacie, wymawiając wśród przekleństw imię mojego Syna. Będą się one psuły nadal, a tego roku na Boże Narodzenie nie będzie ich wcale”.

    Przypomniała też podstawowe zasady bycia chrześcijaninem – konieczność modlitwy, uczestniczenia we mszy świętej, przestrzegania postów. Minimum, które jest konieczne, abyśmy nie żyli jak zwierzęta.

    „Ach, moje dzieci, trzeba się dobrze modlić, rano i wieczorem – mówiła. – Jeżeli nie macie czasu, odmawiajcie przynajmniej Ojcze Nasz i Zdrowaś, Maryjo, a jeżeli będziecie mogły, módlcie się więcej. Na mszę świętą chodzi zaledwie kilka starszych niewiast. Inni pracują w niedzielę przez całe lato, a w zimie, gdy nie wiedzą, czym się zająć, idą na mszę świętą jedynie po to, by drwić z religii. W czasie Wielkiego Postu chodzą do rzeźni jak psy”.

    „Jeżeli Maryja płacze, to znaczy, że ma do tego powody!”, „Matka płacze, gdy dzieciom zagraża zło, duchowe czy fizyczne. Łzy Maryi są zawsze uczestnictwem w płaczu Chrystusa nad Jerozolimą” – mówił św. Jan Paweł II.

    Mimo to mamy kłopot z orędziem, które Matka Jezusa wygłosiła Melanii i Maksyminowi. Jego treść nie przebiła się do powszechnej świadomości, nie rozpowszechniła tak jak tajemnice z Fatimy czy obietnice z Lourdes. Czy potrafimy zacytować słowa żalącej się Matki w La Salette?

    Maryja, zalana łzami, z narzędziami męki Syna nie stała się modna. W La Salette nie sprzedaje się kubków z Jej twarzą, ręczników i wachlarzy. Nie ma kiczowatych figurek i straganów z chińskimi dewocjonaliami. Czy tylko dlatego, że do sanktuarium prowadzi trudna droga?

    A może gdy widzimy Maryję zalaną łzami dociera do nas smutna prawda, że jednak nie żyjemy tak, jak nas wychowywała? I wolimy nie konfrontować tego odkrycia z jej szczerym wyznaniem?

    Gdybyśmy wpadli do naszej ziemskiej mamy w odwiedziny, a w pokoju zamiast nakrytego stołu i pachnącej na nim drożdżówki zobaczylibyśmy siedzącą mamę, z twarzą zalaną łzami i zakrytą rękami, a potem usłyszelibyśmy jej gorzką skargę, wyrzut, że nie żyjemy zgodnie z Dekalogiem, to może też wolelibyśmy o tym spotkaniu szybko zapomnieć?

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Objawienie w La Salette

    Grzegorz Górny opowiada o treści orędzia Maryi oraz o słynnych sekretach

    (fot. Wikipedia)

    ***

    19 września 1846 roku Matka Boża objawiła się dzieciom w La Salette. Wzywała je do kultywowania pobożności i przestrzegania zwłaszcza trzech pierwszych przykazań Dekalogu. W późniejszym czasie pojawiły się jednak sensacyjne interpretacje tego objawienia, które bazują na publikowanych „sekretach”. Jaka jest prawda o objawieniu w La Salette? O tym mówił współautor książki o La Salette, red. Grzegorz Górny, w rozmowie z PCh24 TV.

    – Nigdy wcześniej objawienia Maryjnego nie doświadczyły dzieci. Chodziło tutaj o biednych, niepiśmiennych pastuszków z alpejskiego przysiółka. Dopiero później miały miejsce takie objawienia jak Lourdes, Gietrzwałd, Fatima i wiele innych, gdzie adresatami orędzia Matki Bożej były dzieci. Wtedy do czegoś takiego w Kościele nikt nie przywykł – powiedział red. Grzegorz Górny. Gość red. Pawła Chmielewskiego jest współautorem książki „La Salette. Objawienia Matki Bożej” wydanej w tym roku razem z Januszem Rosikoniem.

    Jak wskazał dalej red. Górny, po raz pierwszy w historii do zbadania prawdziwości tego objawienia postanowiono użyć całej aparatury naukowej; powołano specjalną komisję, analizowano drobiazgowo każdy szczegół. W końcu wydano orzeczenie o autentyczności tego zjawienia Matki Bożej. Wreszcie jest to objawienie wyjątkowe, bo to jedyne objawienia, po którym jako owoc powstały zakony – księży saletynów i sióstr saletynek.

    Jak podkreślił rozmówca red. Pawła Chmielewskiego, Melania i Maksymin byli niepiśmienni; Maksymin ni potrafił nawet zapamiętać słów pacierza. Był jednak w stanie powtórzyć objawienie Matki Bożej wielokrotne i dokładnie, w dodatku w języku francuskim, a nie w znanej mu gwarze. Stąd uznano, że to, co dzieci mówiły, przekracza ich zdolności poznawcze, a zatem nie może mieć naturalnego pochodzenia.

    Gdy idzie o treść objawień z La Salette, to sprawa jest złożona i ciekawa. Należy bowiem zdecydowanie odróżnić treść samego objawienia od treści rzekomych sekretów, które były później publikowane. W pierwotnym objawieniu Matka Boża nie mówiła bowiem o sprawach ogólnoświatowych czy cywilizacyjnych, ale raczej apelowała o wzmożenie pobożności ludzi, którzy mieszkali w regionie, w którym się zjawiła.

    – Część teologów do dziś uważa, że to niemożliwe, żeby Matka Boża mówiła o tak trywialnych rzeczach jak kartofle, zboże czy orzechy – powiedział red. Grzegorz Górny. Maryja zapowiadała bowiem klęski nieurodzaju (które rzeczywiście się zdarzyły), napominając dzieci i całą lokalną społeczność do praktykowania pobożności.

    – Gdyby sprowadzić treść objawień do jakiejś syntezy, to byłyby to trzy pierwsze przykazania Dekalogu – powiedział red. Górny. – My często te przykazania ograniczamy do grzechów przeciwko innym ludziom. Tymczasem orędzie to jest skoncentrowane na trzech pierwszych przykazaniach, czyli grzechach przeciwko Bogu: żeby nie mieć cudzych bogów, to znaczy żeby nic nie było dla nas w życiu ważniejsze od Boga; żeby nie nadużywać imienia Bożego nadaremno; żeby święcić dzień święty – dodał.

    Jak podkreślił, wskutek objawień nawrócił się nie tylko ojciec Maksymina, który wcześniej był antyklerykałem i w ogóle nie pojawiał się w kościele, ale cała okolica. Co więcej La Salette stało się głównym ośrodkiem pielgrzymkowym i sanktuarium maryjnym we Francji.

    Inaczej wygląda sprawa ze słynnymi sekretami. Matka Boża każdemu z dzieci powierzyła sekret, mówiąc, że jest on przeznaczony tylko dla niego, a nie do publicznego rozgłoszenia. W czasie badania prawdziwości objawienia pojawiły się jednak naciski, by dzieci te sekrety ujawniły; uczyniły to wreszcie spisując czy dyktując ich treść tak, że powstały teksty mieszczące się każdy na pojedynczej kartce. Kartki te włożono do koperty, zalakowano i wysłano do rąk własnych papieża, Piusa IX. Nastąpiło to w roku 1851, a więc pięć lat po objawieniach.

    Jak referował red. Grzegorz Górny, Melania jednak w latach późniejszych zaczęła publikować treść swojego sekretu, ale w różnych wersjach, które okazywały się coraz dłuższe. Zawierały też zapowiedzi wydarzeń, które nie nastąpiły, takie jak zniszczenie Rzymu czy Paryża lub też pojawienie się antychrysta na ziemi w latach 60. XIX wieku. Pojawiały się pytania o autentyczność tej treści. Tłumaczono to tak, że Melania nie otrzymała sekretu w formie słownej, ale w formie obrazów; stąd można było to opisywać na różne sposoby. Jednak po publikacji najdłuższego z sekretów, który pojawił się w formie broszury, zainterweniowała Stolica Apostolska. Wciągnęła ten sekret na indeks ksiąg zakazanych, nakazała wycofać imprimatur biskupowi, który go udzielił. Stolica Apostolska uznała za niewiarygodną treść rzekomego sekretu, wskazując, że nie można przypisywać tej treści Matce Bożej.

    Gość PCh24 TV wskazał, że w roku 2000 w archiwum Kongregacji Nauki Wiary udało się jednak odnaleźć pierwotny sekret Melanii i Maksymina. Okazało się, że nie ma w nich niczego o narodzinach antychrysta ani o zniszczeniu różnych miast czy utracie wiary w Rzymie. Jest tam mowa ogólnie o walce z religią czy o konfrontacji duchowej, do jakiej doszło w drugiej połowie XIX wieku. Nie ma jednak tych wszystkich szczegółów, które budziły tyle kontrowersji.

    Grzegorz Górny/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA, 8 WRZEŚNIA 2024

    Święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny

    MARY

    Pianobits CC

    ***

    Kościół katolicki obchodzi 8 września święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Nie wiemy dokładnie, kiedy narodziła się Maryja, a data tego święta wynika z tradycji kultu maryjnego.

    Świętowane tego wydarzenia niesie głęboką treść teologiczną. Narodzenie Maryi było bezpośrednią zapowiedzią przyjścia Zbawiciela. Ojcowie Kościoła mówili, że Maryja poprzedza przyjście Mesjasza tak, jak nastanie jutrzenki zapowiada pełny blask dnia. W liturgii bizantyjskiej prawdę tę wyrażają słowa: „Narodzenie Twoje, Boża Rodzicielko, zwiastowało radość całemu światu: z Ciebie bowiem wzeszło Słońce Sprawiedliwości, Chrystus, nasz Bóg”, a w liturgii zachodniej prośba o wstawiennictwo tej, która „dla całego świata stała się nadzieją i jutrzenką zbawienia”.

    Biblijne objawienie często podkreśla znaczenie urodzin osoby, która odgrywa ważną rolę dla historii zbawienia. Symbolika narodzin jest zapowiedzią nowego życia w wierze, chrztu, Bożego błogosławieństwa. W kanonie Pisma Świętego nie znajdujemy jednak opisu narodzenia i dzieciństwa Maryi, choć temat ten podejmują liczne apokryfy m. in. „Protoewangelia Jakuba”. Trudno jednak na podstawie tych pism odtworzyć prawdziwe wydarzenia z życia Matki Bożej.

    Tradycja mówi o tym, że jej rodzicami byli św. Anna i św. Joachim, którzy doczekali się córki dopiero w późnym wieku. Należy pamiętać, że Kościół wyznaje wiarę w niepokalane (ale nie dziewicze, jak w przypadku Jezusa Chrystusa) poczęcie Maryi, która została w ten sposób zachowana od skażenia grzechem pierworodnym. O randze święta Narodzenia NMP świadczy fakt, iż uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi jest obchodzona 8 grudnia, czyli dziewięć miesięcy przed wspomnieniem jej narodzin.

    Historia święta sięga czasu poświęcenia jerozolimskiego kościoła św. Anny, wzniesionego w V wieku na domniemanym miejscu urodzenia Maryi. Z Jerozolimy, gdzie otacza się czcią figurkę Maryi jako małego dzieciątka, święto przeniesiono w VI wieku do Konstantynopola a następnie na Zachód. Pod koniec VIII wieku w Rzymie obchodzono je bardzo uroczyście z procesją stacyjną przy świecach i pochodniach, a przyczynił się do tego papież Sergiusz I.

    Współcześnie kult Maryi Dzieciątka (Madonna Bambina) jest silnie rozpowszechniony we Włoszech. W polskiej tradycji dzień 8 września nosi także nazwę święta Matki Bożej Siewnej i jest związany z poświęceniem ziarna na nowy zasiew. Jednym z polskich sanktuariów maryjnych, które obchodzi uroczystości odpustowe w tym dniu, jest Gietrzwałd niedaleko Olsztyna, a także bazylika katedralna w Tarnowie.

    KAI/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 września 2024 – pierwsza rocznica beatyfikacji Rodziny Ulmów.

    Sample

    ***

    Czekam na skonsultowanie pewnej konkretnej historii dziecka, u którego jeszcze pod sercem matki wykryto poważne schorzenie. Lekarz zalecił aborcję. Rodzice dowiedziawszy się o rodzinie Ulmów, zaczęli się modlić za ich wstawiennictwem. I 10 września 2023 r., dokładnie w dniu ich beatyfikacji, dziewczynka urodziła się zupełnie zdrowa – relacjonuje w rozmowie z KAI ks. Witold Burda, postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego bł. rodziny Ulmów. Duchowny zaznacza jednocześnie, że do uznania cudu konieczna jest dogłębna analiza zdarzenia i wykazanie, że nie da się go wytłumaczyć od strony naukowej.

    Jak zauważa ks. Burda, błogosławieni są czczeni w Kościele lokalnym, a kult rodziny Ulmów bardzo naturalnie rozwija się poza archidiecezję przemyską, a nawet poza Polskę. Prosi też, aby zgłaszać kolejne łaski wypraszane za wstawiennictwem „Samarytan z Markowej”. – Ufam, że wśród tych informacji będzie ta jedna, potrzebna do udowodnienia cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów – mówi z nadzieją.

    Paweł Bugira (KAI): – 10 września minie rok od beatyfikacji rodziny Ulmów. Widzimy, że ich kult nie zamknął się na samej uroczystości, ale stale się rozwija. Jak ten czas wygląda oczami postulatora ich procesu beatyfikacyjnego?

    – Osobiście przeżywam ten rok przede wszystkim w perspektywie głębokiej wdzięczności Panu Bogu za przykład świętości rodziny Ulmów, za ich wierność Panu Bogu, życiu i człowieczeństwu.

    Ich żywy kult pokazuje, jak bardzo dzisiaj potrzeba ludziom takich konkretnych, namacalnych znaków i przykładów osób nam bliskich, zwyczajnych, a takimi właśnie są Ulmowie. W ich prostocie, w ich różnych pasjach, sposobie przeżywania relacji małżeńskiej, w trosce o wychowanie dzieci, w ich relacji do każdego człowieka – w tym wszystkim każdy z nas może się odnaleźć. Warto też podkreślić troskę Ulmów o rozwój intelektualny i duchowy – to również bardzo wymowny aspekt ich drogi do świętości, który kryje w sobie piękną lekcję dla współczesnego człowieka.

    Ktoś pięknie powiedział, że w Ulmach wszyscy odkrywamy zapisane przez Pana Boga w sercu każdego człowieka pragnienie dobra. Przecież nie ma człowieka, który chciałby swoje życie zmarnować. W głębi serca wszyscy chcemy dobrze i mądrze żyć. I w Ulmach to pragnienie było bardzo żywe, głębokie i oni za tym pragnieniem cały czas szli. Owo pragnienie to kolejny swoisty wspólny mianownik, który pomaga nam znaleźć coś pięknego i budującego w życiu bł. Rodziny Ulmów.

    – Liczba parafii i wspólnot, które chcą przyjąć relikwie błogosławionych z Markowej liczona jest w setkach.

    – Liczba próśb kierowana do arcybiskupa Adama Szala jako kustosza relikwii jest kolejnym potwierdzeniem ich kultu. Do tej pory nasza diecezja przekazała od dnia beatyfikacji około 1200 relikwiarzy: do wszystkich parafii archidiecezji przemyskiej (blisko 400 – przyp. KAI) oraz do wielu wspólnot parafialnych i zakonnych w Polsce, ale też za granicą. Te prośby cały czas napływają.

    Również ten wymiar kultu Ulmów ukazuje z jednej strony przekonanie ludzi o świętości życia „Samarytan z Markowej”, a z drugiej strony jest to wyraz wiary ludzi, że w Ulmach możemy znaleźć i znajdujemy skutecznych orędowników naszych spraw u Pana Boga.

    Miniony rok był bardzo bogaty w różne doświadczenia duszpasterskie: spotkania, konferencje, rekolekcje, uroczystości wprowadzenia do parafii relikwii rodziny Ulmów. A poza tym – co szczególnie noszę w sercu – wiele głębokich rozmów z bardzo konkretnymi ludźmi i możliwość słuchania ich świadectw o tym, kim jest dla nich rodzina Ulmów, czego się od nich uczą, jak bardzo ich historia fascynuje i pomaga pięknie, mądrze i dobrze żyć.

    – W związku z tak ożywionym kultem, wydaje się, że naturalnym krokiem będą starania o kanonizację. Koniecznym warunkiem będzie udowodnienie cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Może jest już badany konkretny przypadek?

    – Warto w tym miejscu zauważyć, że pełna nazwa to „proces beatyfikacyjny i kanonizacyjny” albo nawet wystarczy w skrócie mówić: „proces kanonizacyjny”. Wszystko bowiem zmierza do tego, żeby papież w Rzymie ogłosił świętymi konkretnych błogosławionych. Błogosławieni to ci, którzy wypraszają nam łaski i są czczeni w Kościele lokalnym. Ale sami widzimy, jak bardzo naturalnie ten kult rodziny Ulmów się rozwija poza naszą diecezję, a nawet poza granice naszej ojczyzny.

    Do tego, aby miała miejsce kanonizacja, jest potrzebne wyproszenie cudu. Spływają do nas różne informacje, ale pamiętajmy, że cud wymaga bardzo rzetelnego zweryfikowania, najpierw od strony naukowej. W przypadku cudu uzdrowienia potrzebna jest pełna dokumentacja medyczna. Dobrze jest też skonsultować to uzdrowienie, którego nie da się wytłumaczyć od strony naukowej z innym, niezależnym specjalistą w danej dziedzinie. Oczywiście potem przesłuchuje się świadków, żeby zebrać kompletną dokumentację. Wymaga to bardzo rzetelnego opracowania. Wszystkie dokumenty są następnie przesyłane do Stolicy Apostolskiej. Jeśli mówimy o cudzie uzdrowienia to pierwszą komisją w Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych, która ocenia materiały, jest komisja medyczna, którą tworzą wybitni eksperci w tej dziedzinie. Później dokumentację oceniają kolejne komisje, najpierw teologiczna, a następnie biskupów i kardynałów, aż w końcu trafi do ostatecznej aprobaty Ojca Świętego.

    Nie ma żadnej bariery czasowej i nie musimy czekać określonego czasu od beatyfikacji. Przykładami mogą być bł. Carlo Acutis, czy św. Jan Paweł II, których droga do kanonizacji była bardzo krótka.

    Ufamy, że po dokładnym zweryfikowaniu, jedna z tych spraw jakie już do nas napłynęły, zostanie wybrana. Czekam na skonsultowanie pewnej konkretnej historii dziecka, u którego jeszcze pod sercem matki wykryto poważne schorzenie. Lekarz doradzał aborcję, ale rodzice zdecydowanie odmówili. Poprosili o modlitwę krewnych i przyjaciół, a dowiedziawszy się o rodzinie Ulmów, zaczęli się modlić za ich wstawiennictwem. I 10 września 2023 r., dokładnie w dniu ich beatyfikacji, dziewczynka urodziła się zupełnie zdrowa. Dziecko otrzymało na imię Gloria. Oczywiście ta sprawa wymaga jeszcze rzetelnego sprawdzenia i rozeznania, tzn. najpierw jest kwestia uzyskania odpowiedniej dokumentacji medycznej.

    Otrzymujemy więcej podobnych wiadomości. Przy tej okazji proszę wszystkich zainteresowanych, żeby przesyłać do nas informacje o łaskach wyproszonych za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Na stronie www.ulmowie.pl jest specjalna zakładka „Księga łask” i są też dane kontaktowe, gdzie można je zgłaszać osobiście. Ufam, że wśród tych informacji będzie ta jedna, potrzebna do udowodnienia cudu za wstawiennictwem rodziny Ulmów.

    – Kiedy mówimy o cudzie, myślimy przede wszystkim o uzdrowieniu. Ale również inne zdarzenia mogą być brane pod uwagę.

    – Może to być uratowanie małżeństwa przed rozpadem. Na przykład złożono już dokumenty do rozwodu w sądzie cywilnym, ale jednocześnie jedno z małżonków kontynuowało cały czas walkę o uratowanie tego małżeństwa, modliło się za wstawiennictwem rodziny Ulmów. Owocem tej wytrwałej i ufnej modlitwy jest to, że małżonkowie wrócili do siebie i dzisiaj ta relacja na nowo rozkwita, więź małżeńska się pogłębia.

    Kolejny przykład to małżeństwa, które miały problem z poczęciem potomstwa, ale doczekały się dziecka.

    Również nawrócenie może być postrzegane jako cud, co wymaga przede wszystkim rzetelnych świadectw ze strony tych, którzy o taką łaskę dla danej osoby się modliły.

    W Afryce w jednej ze spraw kanonizacyjnych cud dotyczył tego, że w regionie panowała ogromna susza, która uniemożliwiała normalne funkcjonowanie mieszkańców. I oni wyprosili, że źródło wytrysnęło w miejscu, gdzie z naukowego punktu widzenia nie powinno być wody. Potwierdziły to badania geologiczne.

    W każdej sprawie pierwszym etapem jest dogłębna analiza pod kątem naukowym i wykazanie, że nie da się tego wytłumaczyć z punktu widzenia nauki. Kolejny krok to udowodnienie, że nadzwyczajne wydarzenie ma związek z modlitwą za wstawiennictwem konkretnych kandydatów do beatyfikacji lub kanonizacji.

    – Pojawił się pomysł utworzenia domu pielgrzyma i domu pamięci rodziny Ulmów. Wspominał o tym również w niedawnym komunikacie abp Adam Szal. Na jakim etapie jest realizacja tej idei?

    – Głębokim pragnieniem naszego Arcybiskupa jest powstanie takiego centrum, w którym ludzie przyjeżdżający do Markowej mogliby się zatrzymać na posiłek, czy też na nocleg. Będzie to też miejsce, gdzie odbywać się będą różne rekolekcje, warsztaty i gdzie będzie udzielana fachowa, wielowymiarowa pomoc małżeństwom i rodzinom.

    Intencją jest, aby to była przestrzeń, gdzie można się zatrzymać, odpocząć, pomodlić się, porozmawiać z kapłanem, przystąpić do sakramentu pokuty, zatrzymać się na głębszą modlitwę, refleksję i przyzywać tu szczególnie wstawiennictwa błogosławionej rodziny Ulmów.

    Rozmowy trwają, konkretne miejsce jeszcze nie zostało wyznaczone.

    rozmawiał Paweł Bugira/e-Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Książka o bł. rodzinie Ulmów do pobrania za darmo!

    Wiktoria i Józef Ulmowie

    źródło: arch. Mateusza Szpytmy | EpiskopatNews | Flickr | CC BY-NC-SA 2.0; koloryzacja: Aleteia.pl

    ***

    Poruszająca książka „Zabili nawet dzieci. Historia rodziny Ulmów, męczenników, którzy pomagali Żydom” autorstwa Manueli Tulli i ks. Pawła Rytel-Andrianika, nagrodzona prestiżową nagrodą we Włoszech, właśnie ukazała się w języku polskim z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej.

    Poruszająca historia rodziny Ulmów teraz w języku polskim

    Książka „Zabili nawet dzieci. Historia rodziny Ulmów, męczenników, którzy pomagali Żydom” autorstwa Manueli Tulli i ks. Pawła Rytel-Andrianika, która zdobyła prestiżową nagrodę im. kard. Giordano we Włoszech, została właśnie wydana po polsku z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej. Dzieło to, wcześniej opublikowane we Włoszech i Stanach Zjednoczonych, od dziś jest dostępne do pobrania za darmo.

    ***

    Książka „Zabili nawet dzieci”

    ***

    Rodzina Ulmów – wzór poświęcenia i odwagi

    Józef i Wiktoria Ulmowie wraz z sześciorgiem dzieci mieszkali w podkarpackiej wsi Markowa koło Łańcuta. Prowadzili gospodarstwo, a Józef specjalizował się w uprawie warzyw i owoców, pszczelarstwie i hodowli jedwabników. Tuż przed świtem 24 marca 1944 r. do Markowej przyjechali z Łańcuta niemieccy żandarmi wraz z granatową policją. Na poddaszu znaleźli ukrywających się Żydów. W ciągu kilkunastu minut z rąk oprawców zginęli wszyscy członkowie rodziny Ulmów oraz ukrywani przez nich Żydzi. Ciała ofiar na rozkaz Niemców zakopali mieszkańcy wsi. 

    Książka „Zabili nawet dzieci” wydana przez Wydawnictwo Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II,  przybliża niezwykłą historię tej rodziny, która w obliczu śmierci nie wyrzekła się ukrywanych Żydów. Ulmowie, wraz z siedmiorgiem małych dzieci, w tym jednym nienarodzonym, zostali rozstrzelani za okazaną pomoc. Ich postawa jest niezwykłym przykładem poświęcenia i odwagi, a także świadectwem wiary i miłości do bliźniego. 

    ***

    Beatyfikacja i upamiętnienie rodziny Ulmów

    Dzień 24 marca, w którym Józef i Wiktoria Ulmowie wraz z dziećmi oraz ukrywanymi Żydami zostali zamordowani przez Niemców, został ustanowiony przez Prezydenta RP Narodowym Dniem Pamięci Polaków Ratujących Żydów pod okupacją niemiecką. 10 września 2023 r. Józef i Wiktoria Ulmowie zostali beatyfikowani.

    Książka „Zabili nawet dzieci” jest hołdem dla tej niezwykłej rodziny, a jej wydanie w języku polskim z okazji rocznicy beatyfikacji błogosławionych z Markowej ma na celu upamiętnienie ich heroicznej postawy i przybliżenie tej poruszającej historii szerszemu gronu czytelników. 

    książkę można pobrać za darmo – tutaj -Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    Rodzina Ulmów – pasje, codzienne życie, przelana krew

    Gdy po egzekucji w ich domu znaleziono Biblię, okazało się, że zakreślili w niej na czerwono dwa fragmenty – tytuł: „Przykazanie miłości. Miłosierny Samarytanin” i zdanie: „Albowiem jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż byście mieli za to zapłatę?”. To mówi więcej o życiu Ulmów niż tysiące opracowań.

    ***

    „On był bardzo za nią” – tak małżeńską miłość Wiktorii i Józefa Ulmów scharakteryzowała jedna z ich bliskich znajomych.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Biała, kryta wapnem chata. 550 metrów od parafialnego kościoła. Trzeba ją zobaczyć, dotknąć strzechy, by zrozumieć to, co wydarzyło się w wiosce. Dwie izby, w których krzątało się ośmioro Ulmów, i mały stryszek, gdzie Żydzi ukrywali się za ścianą siana. Jak w takim mikroświecie pomieścić kilkanaście osób? Jak ich wyżywić? Jak nie zwariować w tej klaustrofobicznej przestrzeni? Im bardziej poznaję Ulmów, tym silniej zawstydza mnie ich wybór.

    Rytm

    Pole, kapliczka, pole, kapliczka, pole, krzyż. To rytm tej ziemi. Markowa tonie w dywanach łąk i szachownicach pól. Tu wyrośli. Na co dzień czytamy o ich dramatycznych wyborach, przelanej krwi, heroizmie. A mnie interesuje historia opowiedziana nie z wysokiego „C”, ale pisana przez „c” zwykłe, jak codzienność.

    Spaceruję po skąpanym w słońcu cmentarzu. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to króciutkie jedno- lub dwusylabowe nazwiska: Lonc, Homa, Kud, Bar, Ulma, Szylar, Szpytma (rodzina Mateusza, wiceprezesa IPN pochodzi właśnie z tej wioski). Ulmowie znali się od urodzenia. Byli stąd. Oboje urodzili się w Markowej – Józef w 1900 r., a Wiktoria, z domu Niemczak, dwanaście lat później. Oboje pochodzili z rodzin, w których się nie przelewało i które znały smak i cenę ciężkiej pracy. – Spotykali się często: w szkole, na polu, na drodze, w kościele św. Doroty – opowiada Maria Ryznar-Fołta, prezeska Towarzystwa Przyjaciół Markowej. – Prawdopodobnie najbardziej zbliżyli się jednak do siebie, pracując w Związku Młodzieży Wiejskiej Rzeczypospolitej „Wici”. To tam uczyli się, czym jest służba w praktyce.

    Pochodząca z wielodzietnej rodziny Wiktoria pobierała nauki na Uniwersytecie Ludowym w Gaci. W 1935 r. cała wioska żyła ich ślubem. Rok później na świat przyszła Stanisława, potem kolejno: Basia (1937), Władek (1938), Franek (1940), Antoś (1941) i Marysia (1942). Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    Wesele Wiktorii i Józefa Ulmów, 7 lipca 1935 roku.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Józef był synem Marcina i Franciszki z domu Kluz. Rytm dnia wyznaczała praca na trzyhektarowym gospodarstwie. Jak inne dzieciaki z Markowej, od najwcześniejszych lat pomagał w niej rodzicom. Ukończył czteroklasową szkołę powszechną, a jako 21-latek został powołany do wojska. Po ośmiu latach rozpoczął naukę w szkole rolniczej w Pilźnie, którą ukończył, z bardzo dobrym wynikiem. – Z Pilzna, w liście z 20 lutego 1930 roku, udzielał rodzicom instruktażu, co mają zrobić z roślinami strączkowymi, które leżakują na strychu. Pisał, że trzeba je przewietrzyć, fasolę wyłuszczyć, a soję jedynie przewietrzyć i zostawić, aby jej nie zmarnować. On już niemal 100 lat temu przeczuwał, że soja stanie się bardzo pożyteczną rośliną (dziś podstawowy składnik pożywienia wegetarian!) – uśmiecha się Maria Ryznar-Fołta. – Był człowiekiem nie tylko wielkiego serca, ale i otwartego umysłu oraz bardzo szerokich horyzontów. Wizjonerem, nie boję się użyć tego słowa – dodaje.

    Zerkam na ten list. „Żółta fasola to »Claus Riwal«, biało-zielonkawa, płasko-podłużna to »Cud Francji«, biała pękata z rdzawą plamką to »Złoty deszcz«. Zobaczyć w piwnicy sadzonki pigwy i rajskiej, czy myszy nie ruszają” – przypominał rodzicom Józef.

    Pokrzyżowane plany

    Po powrocie do domu zaczął realizować swe wielkie pasje: założył pierwszą szkółkę drzew owocowych w wiosce i zaczął utrzymywać się ze sprzedaży sadzonek. To dzięki niemu pojawiły się w Markowej szczepione jabłonie. Uprawiał warzywa, owoce i był pasjonatem bartnictwa. Zaangażowanie i pasję nagrodzono podczas Powiatowej Wystawy Rolniczej w Przeworsku, którą w 1933 r. zorganizowało Okręgowe Towarzystwo Rolnicze. Zachowała się część księgozbioru, opatrzona ekslibrisem „Biblioteka domowa – Józef Ulma”. Na półce w chacie Ulmów stały: „Podręcznik Elektrotechniczny”, „Wykorzystanie wiatru w gospodarce”, „Radiotechnika dla wszystkich”, „Przemysł drobny”, „Przyroda i technika”, „Atlas geograficzny”, „Słownik wyrazów obcych”, „Podręcznik fotografii”, a nawet książki o australijskich Aborygenach! Józef prenumerował również „Wiedzę i Życie”. Jeśli książka zniszczyła się, własnoręcznie ją naprawiał. Jego kolejną pasją było introligatorstwo. Do dziś w domach w Markowej ludzie przechowują stare zakurzone tomy, na których obwolutach widać pieczęć „Józef Ulma”. Markowianin Antoni Olbrycht, uczeń szkoły powszechnej, pożyczył od dyrektora książkę. Niestety, pozostawił ją na stole i dorwał się do niej pies. Przerażony chłopiec pobiegł natychmiast do Ulmy, bo wiedział, że tylko on może mu pomóc. I tak się stało. Józef był złotą rączką. Zbudował maszynę introligatorską i… przydomową elektrownię wiatrową. To dzięki tej konstrukcji Ulmowie jako pierwsi w Markowej oświetlali dom prądem, a nie lampami naftowymi.

    ***

    Józef nie tylko prowadził bardzo nowoczesne jak na tamte czasy gospodarstwo rolne, ale założył też hodowlę jedwabników, za którą został doceniony podczas wystawy rolniczej w Przeworsku w 1933 roku.

    Józef nie tylko prowadził bardzo nowoczesne jak na tamte czasy gospodarstwo rolne, ale założył też hodowlę jedwabników, za którą został doceniony podczas wystawy rolniczej w Przeworsku w 1933 roku.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny
    ***

    Był człowiekiem renesansu. Założył plantację drzew morwowych, a w adaptowanych izbach mieszkalnych – hodowlę jedwabników (sensacja na całą okolicę!). Pomagał mu w tym brat Władysław, który zapamiętał „szum larw jedwabników karmionych morwami”. – Ciągnęły wycieczki, hodowlę odwiedzili książę Lubomirski i starosta z Przeworska. Ulma otrzymał za kokony 140 zł i 200 zł nagrody – opowiada Mateusz Szpytma. – Był jednym z pierwszych uprawiających w Markowej warzywa. W jego ogrodzie rosły sałata i pomidory. Pasje i wynalazki Ulmy budziły zainteresowanie wśród młodych. Angażował się w działalność Stowarzyszenia Młodzieży Katolickiej, a później Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”, w którym był bibliotekarzem i fotografem. Często dyskutował z przyjeżdżającymi do Markowej działaczami ludowymi i spółdzielczymi, którzy po sąsiedzku, dwie parcele dalej, zakładali pierwszą w Polsce wiejską spółdzielnię zdrowia, w co również zaangażował się Ulma. Przez pewien czas był także prezesem spółdzielni mleczarskiej.

    Rodzina, choć niezwykle „obrotna” i gospodarna, nie była wcale zamożna. Mieszkała w skromnym dwupokojowym, tymczasowym domu. Mieli inne plany. Rok przed wybuchem wojny zakupili 5 hektarów czarnoziemu w Wojsławicach, nieopodal Sokala na wschodnim krańcu województwa lwowskiego. Przeznaczyli na to całe oszczędności. Tam chcieli przeprowadzić się z rodziną. Nie doczekali się. Wybuchła wojna.

    Sąsiedzi wspominali ich jako ludzi żyjących na co dzień słowem Bożym. Świadkowie procesu beatyfikacyjnego podkreślali, że Ulmowie byli ludźmi uczciwymi, sumiennymi i odpowiedzialnymi. Pomagali innym i czynili to bez rozgłosu. Mieszkańcy Markowej przychodzili do nich, mówili o problemach i prosili o radę.

    Ulmowie żyli wedle zegara roku liturgicznego: Adwent, Boże Narodzenie, wielkopostna pokuta, palmy, pisanki, majowe, procesja Bożego Ciała. Część tych uroczystości Józef dokumentował na zdjęciach.

    Ocalił od zapomnienia

    Był pasjonatem fotografii. Pierwszy aparat skonstruował (a jakże!) samodzielnie, ale gdy fundusze na to pozwoliły, zakupił profesjonalny sprzęt. T​o dzięki jego zdjęciom poznajemy klimat ciężkiej pracy rzeszowskiej wsi. To on ocalił ten świat od zapomnienia. Zerkam na fotografie i mogę znów być pod organistówką, gmachem szkoły, w której dzieciaki uczyły się w dwu dużych salach lekcyjnych (w budynku mieszkał też dyrektor, a w większej z sal odbywały się przedstawienia amatorskiego teatru, w którym występowała Wiktoria). Ulma fotografował wierzby, łany zbóż, rozstaje błotnistych dróg, chałupy, będące jasnym punktem odniesienia na czarnej rozoranej ziemi, orszaki weselne, stogi obłędnie pachnącego siana, powódź we wsi Gać (w 1934 r. wylała rzeka Markówka), sadzenie ziemniaków, żniwa, Ochotniczą Straż Pożarną w Markowej, dzieciaki w strojach krakowskich z wychowawczynią Stefanią Szylar. – Ulma pozostawił po sobie setki klisz – wyjaśnia Mateusz Szpytma. – Nieistniejący już dzisiaj niewielki dom stał na uboczu, otoczony ogrodem pełnym kwiatów i drzew. Na jego tle dzieci z mamą, odświętnie ubrane po powrocie z niedzielnej Mszy, w rękach trzymają bukiety polnych kwiatów. Piękna pogoda, uśmiechy. Nic nie wskazuje, że toczy się wojna, a na strychu domu ukrywa się już od miesięcy ośmioro Żydów: pięciu mężczyzn z Łańcuta oraz sąsiedzi z rodzinnego domu Józefa Ulmy – Lea z siostrą Gołdą i jej małą córeczką.

    Nic nie zapowiada koszmaru.

    Ostateczne rozwiązanie

    W drugiej połowie 1942 r. do chaty Ulmów zapukali Żydzi, a rodzina wykonała heroiczny krok: mimo biedy i nieustannego zagrożenia życia zdecydowała się przyjąć do swojego domu osiem osób. A przecież doskonale wiedziała, że na mocy rozporządzenia, które 15 października 1941 r. wydał generalny gubernator Hans Frank, Żydzi opuszczający teren gett mieli być karani śmiercią, a identyczny wyrok czekał na tych, którzy ośmieliliby się udzielić im pomocy. 

    Wiktoria Ulma z dziećmi. Być może uczy je pisania lub czytania albo pomaga w odrabianiu pracy domowej.

    Wiktoria Ulma z dziećmi. Być może uczy je pisania lub czytania albo pomaga w odrabianiu pracy domowej.

    reprodukcja – Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Józef przyjął pod strzechę łańcuckiego handlarza bydłem Saula Goldmana, jego czterech synów: Barucha, Mechela, Joachima i Mojżesza. Ukrywał również Gołdę (zwaną tu powszechnie Genią) Grünfeld i Leę Didner z malutką córeczką Reszlą. Czy znali się wcześniej? Józef pozostawał z żydowskimi sąsiadami w dobrych stosunkach, handlował z nimi uprawianymi przez siebie warzywami. Wiemy, że wraz z Goldmanami zajmował się garbowaniem skór, które sprzedawał, by zarobić na życie. Ukrywający się Żydzi być może łożyli na swe utrzymanie; nic nie wskazuje jednak na to, aby Ulmowie pomagali im w zamian za gratyfikację finansową. Mieszkańcy musieli domyślać się, że ukrywają Żydów, bo zaczęli kupować więcej żywności niż dotąd. Gdy brat Józefa Antoni Ulma przestrzegał: „Nie przechowuj Żydów, bo będą z tego kłopoty”, słyszał krótkie: „Nie mogę ich wyrzucić, bo to są również ludzie”.

    Na kolana

    Stanisława Kuźniar, która była częstym gościem w domu Józefa i Wiktorii, wspomina: „On był bardzo za nią”. Przecież w tym zdaniu zawierają się cała złożoność, miłość, codzienność wielodzietnej, ciężko pracującej rodziny! Pani Stanisława, chrzestna małego Władzia Ulmy, zapamiętała charakterystyczny obrazek: ojca, który każdego dnia klękał z rodziną do wieczornej modlitwy.

    Po egzekucji w ich domu znaleziono rodzinną Biblię. Podkreślili w niej na czerwono dwa fragmenty – tytuł podrozdziału: „Przykazanie miłości. Miłosierny Samarytanin” i zdanie: „Albowiem jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż byście mieli za to zapłatę?”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    (tekst pochodzi z dodatku specjalnego „Męczennicy z Markowej”, który ukazał się wraz z 36. numerem GN (na niedzielę 10 września), a przygotowany został z okazji beatyfikacji rodziny Ulmów.)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    ***

    W KAŻDY PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA JEST MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ JEST GODZINA ŚWIĘTA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W KAŻDĄ TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA JEST SPOTKANIE BIBLIJNE NA TEMAT: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM. NA POCZĄTKU SPOTKANIA O GODZ. 10.00 ŚPIEWAMY GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY A NA ZAKOŃCZENIE – W POŁUDNIE – MODLITWA NA ANIOŁ PAŃSKI.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W CZWARTYM TYGODNIU KAŻDEGO MIESIĄCA – Z PIĄTKU NA SOBOTĘ – JEST CAŁONOCNA ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM DLA KOBIET W KAPLICY SIÓSTR BENEDYKTYNEK W LARGS.

    POCZĄTEK ADORACJI ROZPOCZYNA SIĘ MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ O GODZ. 21.00. NA ZAKOŃCZENIE ADORACJI ŚPIEWANE SĄ GODZINKI KU CZCI NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY I MSZA ŚWIĘTA O BRZASKU SOBOTNIEGO DNIA O GODZ. 5.00.

    Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adoracja, czyli… z głową na sercu Boga

    Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli.

    Jan Paweł II adoruje Jezusa w Najświętszym Sakramencie w uroczystość Bożego Ciała w Rzymie w 2001 roku.

    fot. Daniel Gracia/East News

    ***

    Ostatnie lata życia papieża Jana Pawła II, gdy schorowany i zmęczony przed kamerami całego świata przez długie chwile w ciszy trwał w dziękczynieniu, są jak odrębny, ważny rozdział jego nauczania. Osłabiony papież modlił się z zamkniętymi oczami w milczeniu. Trudne to chwile dla dziennikarzy – nie wiadomo wszak, co w mediach lepiej wypadnie: cisza czy może komentarz ze studia. Głowa schorowanego starca z powodu postępującej choroby była przechylona. A może z dnia na dzień coraz wyraźniej wskazywała na jeden z najpiękniejszych gestów odnotowanych przez Ewangelie dwa tysiące lat wcześniej, gdy umiłowany uczeń złożył głowę na piersi Pana? Dwa lata przed śmiercią, 17 kwietnia 2003 roku, w Wielki Czwartek w Roku Różańca Świętego, dwudziestym piątym swojego pontyfikatu, Jan Paweł II podpisał encyklikę „Ecclesia de Eucharistia”. Napisał w niej między innymi: „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi (por. J 13,25), poczuć dotknięcie nieskończoną miłością Jego Serca”. Ten wzruszający gest miłości człowieka do Boga opisany został w części poświęconej adoracji Najświętszego Sakramentu. Nieco dalej papież stwierdził: „Jeżeli chrześcijaństwo ma się wyróżniać w naszych czasach przede wszystkim »sztuką modlitwy«, jak nie odczuwać odnowionej potrzeby dłuższego zatrzymania się przed Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie na duchowej rozmowie, na cichej adoracji w postawie pełnej miłości? Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”.

    Założenie, że chrześcijaństwo ma się wyróżniać „sztuką modlitwy”, po dwudziestu latach od ukazania się encykliki zawierającej to stwierdzenie jest jeszcze bardziej zasadne. A słowa, których użył Jan Paweł II w cytowanym tekście, mogą być pomocną wskazówką, jak się tej sztuki uczyć: najpierw zatrzymać się przed Nim; kolejne etapy to: duchowa rozmowa, cicha ado­racja i postawa miłości. Owoce: pociecha i wsparcie. Kto z nas ich nie potrzebuje?

    Zatrzymać się

    W ciemnym kinie oczekujący na rozpoczęcie seansu, znudzeni długimi reklamami widzowie otrzymują na moment przed projekcją komunikat: nie rozpraszaj się. Przekazany jest w krótkim filmie, na którym setki, tysiące ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów odbiera co chwilę powiadomienia. Rozbrzmiewają dźwięki Messengera, WhatsAppa, esemesów i e-maili. Coraz więcej i coraz szybciej. Powiadomienia, powiadomienia, powiadomienia – nie da się na dłużej skupić na żadnym, bo wciąż przychodzą nowe i domagają się reakcji. Twórcy komunikatu mówią wprost: przestań reagować. Skup się na jednym. Aż dziw bierze, że takich czasów dożyliśmy. Kiedy w średniowieczu zainicjowano praktykę wystawiania Najświętszego Sakramentu do adoracji, nikomu nie śniło się nawet ich nadejście. Pod koniec XIV wieku, gdy zaczęto używać monstrancji, zapewne też nie. A jednak nadeszły takie czasy i – zgodnie z radą papieża Polaka – warto przemyśleć kwestię, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy zaproponować tym czasom antidotum. Czy nie powinna być nim monstrancja z wystawionym w niej Najświętszym Sakramentem?

    Zatrzymaj się! Mamy ci coś do zaproponowania. Odłóż telefon, wyłącz się z tej chaotycznej gonitwy myśli przebiegających między głową, oczami i kciukiem. Adoracja Najświętszego Sakramentu jest taką chwilą zatrzymania, o ile pod ławką nie schowasz wyciszonego smartfona, by widzieć jego rozświetlający się co chwilę ekran i trzymać rękę na pulsie. Jeśli chcesz, by na twoim pulsie rękę trzymał Bóg, musisz Mu na to pozwolić. Odetchnąć, zwrócić wzrok ku Hostii, wyciszyć myśli. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza gdy na adorację udajesz się w chwilach trudnych i wymagających podejmowania kluczowych decyzji. Skupienie na oddechu i na prostej, białej Hostii z pewnością pomoże odciąć choć na chwilę ten nurt myśli, które cię zalewają. Z każdą kolejną próbą szansa na powodzenie staje się coraz większa. 

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.

    Medalik noszony na szyi przez siostry klaryski od Wieczystej Adoracji.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Duchowa rozmowa

    Siostry z klasztoru św. Hildegardy przyjmowały Komunię Świętą w stroju oblubienicy – z koroną na głowie. W barokowych świątyniach uwagę miał przykuwać ozdobiony złoty ołtarz z „mieszkaniem Króla” w centrum. Jak to w historii bywa, co epoka następuje zmiana w odwrotnym kierunku. Oświecenie, wraz z kultem rozumu, przyniosło odwrót i niemal zamarcie zewnętrznych form adoracji (w Polsce nastąpiło to o wiele później niż w innych krajach Europy). To zestawienie nie jest przypadkowe i może się stać pomocne w zrozumieniu, na czym polega drugi krok wytyczony słowami Jana Pawła II w encyklice o Eucharystii. Rozum czasem powinien zamilknąć, by na adoracji podjąć rozmowę duchową. Bo nie chodzi w niej przecież o pozałatwianie z Bogiem wszystkich swoich codziennych problemów. Pociecha i wsparcie mają przyjść po niej, ale żeby przyszły, trzeba najpierw duchowo porozmawiać z Jezusem, w którym utkwiło się spojrzenie. Mówienie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza wypowiadanie słów (nawet wewnątrz siebie i bez otwierania ust). Słuchanie w takiej rozmowie niekoniecznie oznacza słyszenie słów (również wewnątrz siebie). To tajemnicze spotkanie, które dokonuje się między adorującym a Bogiem, nie ma innego języka niż spoglądanie na siebie. Stara i powszechnie znana opowieść o wieśniaku, którego spotykał w kościele św. Jan Maria Vianney, dobrze oddaje tę rzeczywistość. – Co robisz? – spytał kiedyś klęczącego przed Najświętszym Sakramentem człowieka. – Nic. Patrzę tylko na Niego, a On patrzy na mnie – usłyszał w odpowiedzi.

    Cicha adoracja

    Kwintesencją tej duchowej rozmowy jest cicha adoracja. Łacińskie adoratio oznacza oddawanie czci, uwielbianie. „Jedna chwila prawdziwej adoracji ma większą wartość i przynosi więcej pożytku niż najintensywniejsza działalność, choćby to była nawet działalność apostolska” – napisał święty Jan od Krzyża („Pieśń duchowa” 29,3), którego słowa zacytował Jan Paweł II, przemawiając 24 listopada 1978 r. do przełożonych generalnych zakonów męskich. Odwieczne napięcie między actio i contemplatio, pomiędzy „działać” a „modlić się”, znajduje rozwiązanie. Chodzi przecież o to, by oddać chwałę Bogu, „prawdziwie” oddać, jak napisał hiszpański mistyk, to znaczy tak, aby faktycznie Bóg został uwielbiony. A nie o to, aby w ciszę uciekać od codziennych obowiązków.

    Kiedy świeżo nawrócony święty Karol de Foucauld poszukiwał dla siebie miejsca na świecie, pragnienia miał tylko dwa: być najmniejszym i najuboższym oraz trwać na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Piaski Sahary, które zdają się puste (to dlatego w ich kierunku udawali się mistrzowie ducha – ojcowie pustyni), w rzeczywistości okazały się ziemią, na której żyło wielu ludzi potrzebujących pomocy. Od Karola otrzymali pomoc zarówno materialną, jak i duchową, sami o niego również się troszcząc, zwłaszcza wtedy, gdy śmiertelnie zachorował. Trudno uniknąć skojarzeń ze sformułowaniem: jeśli Bóg jest na właściwym miejscu, to wszystko inne również. Bo jeśli w ciszy adorujesz Boga, całe twoje rozdygotane wnętrze, wypełnione Jego chwałą, ma szansę się zmienić.

    Postawa miłości

    W osobie świętego Jana, kojarzonego z „umiłowanym uczniem”, jest coś tajemniczego. Utożsamienie go z autorem księgi bardzo niezwykłej – Apokalipsy – pogłębia to wrażenie. A jednak, gdy pod krzyżem stał obok Maryi, symbolizował Kościół. Cały, powszechny, którego Ona stała się wówczas Matką. Nie każdy z nas może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem. Janem jednak jesteśmy wszyscy, i to jest bardzo pocieszające. Czy kładąc głowę na piersi Jezusa w czasie pierwszej Eucharystii, dostąpił zaszczytu? Niewątpliwie. Każdy z nas może tego zaszczytu dostąpić, o ile uda się na ado­rację Najświętszego Sakramentu. „Pięknie jest zatrzymać się z Nim i jak umiłowany Uczeń oprzeć głowę na Jego piersi” – napisał Jan Paweł II w encyklice, dokumencie o bardzo wysokiej randze w nauczaniu Kościoła. Nie chodzi zatem o jakąś wysublimowaną poezję, piękne słowa i porównania. Chodzi o rzeczywistość.

    W „postawie miłości”, którą powinniśmy przyjąć w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, również nie chodzi o wzbudzanie w sobie jakichkolwiek uczuć, bo nie one są istotą oddawania czci; raczej o gotowość dochowania wierności, całkowitego podporządkowania siebie Chrystusowi. Jeśli kładę głowę na Jego piersi, to znaczy, że mogę usłyszeć bicie Jego serca, z którego wypłynęły krew i woda. „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał…” (J 3,16) – a czy dla Ojca może być coś ważniejszego od Syna? Dla Boga Ojca tak. Ty. Historia twojego życia to historia miłości, o której napisano najpiękniejszy w historii eucharystyczny hymn. Padają w nim słowa: „Ty, co jak pelikan Krwią swą karmisz lud…”. Wedle legendy pelikan dziobem otwierał własną pierś i krwią karmił zgłodniałe potomstwo, a nawet przywracał je do życia. Masz Komu zaufać, bo krew i woda, które wytrysnęły z otwartego boku Zbawiciela, do końca świata kojarzyć się będą z krótkim podpisem: „Jezu, ufam Tobie!”.

    Pociecha i wsparcie

    Powróćmy do wyznania świętego Jana Pawła II: „Ileż to razy, moi drodzy Bracia i Siostry, przeżywałem to doświadczenie i otrzymałem dzięki niemu siłę, pociechę i wsparcie!”. Czy można pomiędzy bólem poszczególnych ludzi dokonywać porównań? Obiektywnie tak, ale przecież każdy z nas ma swój wewnętrzny, intymny świat, w który inni nie mają wglądu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu, jak święty Jan Paweł II przeżywał swoją posługę na Piotrowej stolicy, siła, pociecha i wsparcie były niezbędne. Niemal natychmiast po powrocie do sił po zamachu w 1981 roku zainaugurował w bazylice Świętego Piotra wieczystą adorację. Modlił się wówczas: „Pewnego dnia, Panie, zapytałeś Piotra: – Czy miłujesz Mnie? Zapytałeś go po trzykroć – i trzy razy apostoł Piotr odpowiedział: – Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham (J 21,17). Odpowiedź Piotra wyraża się w tej codziennej i całodziennej adoracji. Niech wszyscy, którzy uczestniczą w adoracji Twojej eucharystycznej obecności, odczują i usłyszą w czasie każdej wizyty, jak na nowo rozbrzmiewa prawda zawarta w słowach Apostoła: Panie, ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham”.

    Nie każdy z nas – powtórzmy – może być Apostołem Narodów, a jeszcze mniejsza garstka może zostać Piotrem i nosić na barkach ciężar całego świata. Janem jednak jesteśmy wszyscy i to jest bardzo pocieszające. Głowa złożona na piersi Mistrza w czasie adoracji ma szansę boleć mniej, nawet w najtrudniejszych chwilach życia i na najostrzejszych jego zakrętach. Możemy – ufając słowom świętego Jana Pawła II – doświadczyć pociechy i wsparcia. A i dać świadectwo, wyróżniać się „sztuką modlitwy” wobec świata, który pragnie Boga bardziej, niż podejrzewa.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kościelne święta, w których należy uczestniczyć w Liturgii Mszy świętej

    Sample

    fot. Piotr Tumidajski/Kai

    ***

    W roku liturgicznym niektóre święta i uroczystości mają stałe daty – tak jak Boże Narodzenie 25 grudnia. Są również święta i uroczystości, których daty przypadają w różnych dniach kolejnego roku – tak jak  Wielkanoc, czy Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.

    Dla przypomnienia podaję listę świąt i uroczystości w 2024 roku:

    1 stycznia (poniedziałek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki

    6 stycznia (sobota) – Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli)

    31 marca (niedziela) – Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego (Wielkanoc)

    12 maja (niedziela) – Wniebowstąpienie Pańskie

    19 maja (niedziela) – Uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)

    30 maja (czwartek) – Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej (Boże Ciało)

    15 sierpnia (czwartek) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

    1 listopada (piątek) – Uroczystość Wszystkich Świętych

    25 grudnia (środa) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego (Boże Narodzenie)

    Inne ważne święta w Liturgii Kościoła w 2024 roku:

    Kościelne święta nakazane to niejedyne święta i uroczystości w roku liturgicznym. W dni, w które przypadają inne ważne święta kościelne wierni nie mają obowiązku uczestniczenia w Mszy świętej i powstrzymywania się od prac niekoniecznych. Kościół zachęca jednak, aby, gdy jest to możliwe, również i wtedy uczestniczyć w liturgii:

    2 lutego (piątek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)

    19 marca (wtorek) – Uroczystość świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    1 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny

    8 kwietnia (poniedziałek) – Uroczystość Zwiastowania Pańskiego

    20 maja (poniedziałek) – Święto Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła

    29 czerwca (sobota) – Uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła

    9 grudnia (poniedziałek) – Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny

    26 grudnia (czwartek) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika


    Adwent w 2024 roku rozpocznie się 1 grudnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dla Jego bolesnej męki.

    Czy rozumiemy słowa Koronki do Miłosierdzia Bożego?

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.

    Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”.
    fot. Agnieszka Otłowska/G
    ość Niedzielny 

    ***

    Odmawia się ją dziś na całym świecie. Koronka to najbardziej popularna forma kultu Miłosierdzia Bożego. Co ciekawe, ta modlitwa budziła początkowo wątpliwości wśród teologów. Czy dobrze rozumiemy jej słowa?

    Zdarzyło się to dokładnie 13 września 1935 roku w Wilnie. Wieczorem tego dnia siostrze Faustynie Kowalskiej ukazał się anioł, który z polecenia Boga miał ukarać ziemię za grzechy. „Kiedy ujrzałam ten znak gniewu Bożego, który miał dotknąć ziemię – relacjonuje w „Dzienniczku” – zaczęłam prosić anioła, aby się wstrzymał chwil kilka, a świat będzie czynił pokutę”. Siostra zaczyna wtedy modlić się słowami „wewnętrznie słyszanymi”, po raz pierwszy odmawia koronkę. „Kiedy się tak modliłam, ujrzałam bezsilność Anioła i nie mógł wypełnić sprawiedliwej kary, która się słusznie należała za grzechy”. Koronka jawi się w tej wizji jako narzędzie powstrzymania Bożej kary.

    Na drugi dzień Pan Jezus potwierdza Faustynie, że modlitwa pochodzi od Niego, i podaje jej dokładny układ: „Najpierw odmówisz jedno »Ojcze nasz« i »Zdrowaś Maryjo« i »Wierzę w Boga«, następnie na paciorkach »Ojcze nasz« mówić będziesz: »Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata«. Na paciorkach »Zdrowaś Maryjo« będziesz odmawiać: »Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata«. Na zakończenie odmówisz trzykrotnie te słowa: »Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny – zmiłuj się nad nami i nad całym światem«”.

    Na uśmierzenie gniewu Bożego

    Koronka wzmiankowana jest w „Dzienniczku” czternaście razy. Jezus wzywa do jej odmawiania i wiąże z tą modlitwą wiele obietnic. Dotyczą one miłosierdzia okazanego przez Boga grzesznikom, zwłaszcza w godzinie konania. Pan Jezus, wyjaśniając sens koronki, mówi, że jest to „modlitwa na uśmierzenie gniewu Mojego”. Powraca więc myśl z wizji z 13 września 1935 roku. Jak to zrozumieć? Czym jest gniew Boży i czy może on być uśmierzony przez odmówienie modlitwy? Czy nie jest to za proste, za łatwe?

    Zacznijmy od wyjaśnienia pojęcia „gniew Boży”. Otóż w Biblii wielokrotnie jest mowa o Bożym gniewie, nie tylko w Starym, ale i w Nowym Testamencie. Pewnym przybliżeniem tego pojęcia jest reakcja rodziców, którzy są świadkami nieodpowiedzialnego zachowania swoich dzieci. Który rodzic usiedzi spokojnie na miejscu, gdy widzi dziecko bawiące się zapałkami albo stąpające po cienkim lodzie? Normalne jest, że zareaguje gwałtownie, wołając: „Stop, dość tego!”. „Boży gniew” oczywiście nie jest zwykłym opisem reakcji emocjonalnej Boga na zło, ale coś jest tu na rzeczy. Chodzi o Bożą niezgodę na grzech, który z definicji jest czymś przeciwnym dobru, czyli Jemu także. Zło jest skandalem, który bulwersuje Najwyższe Dobro i prowokuje do reakcji. „Gniew Boży” łączy się z pojęciem sprawiedliwości. Zło powinno być ukarane, tego wymaga sprawiedliwość. Kara ma za zadanie powstrzymać zło, naprawić nieporządek i skierować grzesznika ku dobru. Prorocy Starego Testamentu powtarzali, że nieszczęścia spotykające jednostkę, naród czy świat są przejawem gniewu Bożego, a więc odpowiedzią Bożej sprawiedliwości na zło popełniane przez ludzi. Boża odpowiedź na grzech nie wyczerpuje się jednak w samym gniewie. Sprawiedliwość Boża jest dopełniona Jego miłosierdziem. Święty Paweł mówi, że Jezus przez swój krzyż dokonał definitywnego uśmierzenia Bożego gniewu. „Będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni” (Rz 5,9). Pozornie może wydawać się, że Bóg ma schizofrenię: z jednej strony okazuje gniew, z drugiej miłosierdzie, jakby walczył z samym sobą. Sprawiedliwość i miłość miłosierna nie wykluczają się jednak. One się dopełniają. Jan Paweł II pisał wręcz o „pocałunku”, jakiego Boże miłosierdzie udzieliło Bożej sprawiedliwości na krzyżu.

    My, grzeszni, liczymy raczej na miłosierdzie Boże, dlatego ku niemu się zwracamy, słusznie lękając się samej sprawiedliwości. Koronka do Bożego Miłosierdzia jest modlitewnym odwołaniem się do krzyżowej ofiary Chrystusa, gdy On sam wziął na siebie należną nam karę za grzechy. Zrobił to po to, aby nas usprawiedliwić, czyli uleczyć ze zła, zbawić, dać nowe życie. Odmawiając koronkę, stajemy w duchu pod krzyżem i prosimy o to, by owoce zbawczej męki Chrystusa sięgnęły naszego życia i świata całego. Wiemy, że zasługujemy na Boży gniew i słuszną karę, ale zasłaniając się krzyżem Chrystusa, prosimy Ojca o miłosierdzie. Taka jest wewnętrzna logika tej modlitwy.

    Ofiaruję Ojcu Syna

    Nie sposób zrozumieć koronki bez spoglądania na krzyż. Widzimy na nim Jezusa, który cierpi, umiera. Jego ciało zostało wydane, a krew przelana. Sednem jest tutaj nie samo cierpienie, ale akt ofiarnej miłości. Jezus ofiaruje się, oddaje się cały Bogu Ojcu, także nam. Umierając, modli się do Ojca i zarazem modli się za nas, grzesznych. Odmawiając koronkę, wchodzimy w modlitwę Ukrzyżowanego. Czynimy naszą modlitwę konającego Pana. Nie możemy Ojcu niczego sami z siebie ofiarować, możemy jednak uchwycić się krzyża i włączyć nasze małe serca w ofiarniczy akt Jezusa.

    Mówimy: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Najmilszego Syna Twojego”. Te słowa brzmią szokująco. Kimże ja jestem, abym mógł ofiarować Ojcu Jego Syna? A jednak. Z Jezusem wszystko jest możliwe. Moja mała miłość zostaje włączona w największą miłość, w Jego miłość.

    Aby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba odwołać się do Mszy Świętej, najdoskonalszej z modlitw. W Modlitwie Eucharystycznej kapłan po przeistoczeniu modli się tymi lub podobnymi słowami: „Wspominając śmierć i zmartwychwstanie Twojego Syna, ofiarujemy Tobie, Boże, Chleb życia i Kielich zbawienia”. W sensie najgłębszym to sam Jezus się za nas ofiaruje. Ale my, choć słabi i grzeszni, możemy włączyć się w ten ofiarniczy akt. Miłość Jezusa wyrażona w ofierze krzyżowej uobecnia się na ołtarzu i ta miłość ciągnie nas w górę. To jest wąska brama, przez którą idziemy do Ojca.

    Słowa „Ciało i Krew” w oczywisty sposób nawiązują do Eucharystii. Jezus w znaku chleba i wina daje nam swoje ciało i krew, czyli siebie. Sobór Trydencki, definiując prawdę o obecności Jezusa w Eucharystii, stwierdził, że w Najświętszym Sakramencie „są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus”. Katechizmy często cytowały to soborowe wyrażenie. Nie wiemy, czy siostra Faustyna znała to sformułowanie, być może tak. Wyrażenie „Ciało i Krew wraz z duszą” opisuje człowieczeństwo Jezusa. Słowo „Bóstwo” wskazuje na Jego Bożą naturę. Prawdziwy Bóg, prawdziwy człowiek – to sedno dogmatu o Chrystusie. To opis Jego tożsamości. Taki został nam wydany, taki umarł na krzyżu dla naszego zbawienia.

    Niektórzy polscy teologowie (Wincenty Granat, Czesław Bartnik) kwestionowali wyrażenie „Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo”. Twierdzili, że bóstwo Syna nie może być ofiarowane Bogu Ojcu. Wątpliwości rozwiał ks. prof. Ignacy Różycki, który zwrócił uwagę na wspomnianą definicję trydencką. Syn ofiaruje się cały Ojcu, w Jego Osobie mieści się bóstwo i człowieczeństwo, nie da się tego oddzielić. Odmawiając koronkę, odwołujemy się nie tylko do miłości Boga do nas, ale raczej do miłości wewnątrztrynitarnej, czyli Ojca do Syna i Syna do Ojca.

    Na przebłaganie

    „Na przebłaganie za grzechy nasze i świata całego”. Słowo „przebłaganie” odnosi się do krzyża Jezusa. Chrystus został ukrzyżowany rękami ludzi, ale stało się to dzięki Jego zgodzie. To jest Jego akt woli, Jego największe dzieło, najdoskonalszy akt miłości wobec Ojca i nas. Jest on aktem przebłagania za grzechy, najdoskonalszą ekspiacją, najczystszym miłosierdziem. Święty Paweł, wyjaśniając sens krzyża, pisze, że Chrystus stał się „narzędziem przebłagania dzięki wierze mocą Jego krwi” (Rz 3,25). „Narzędzie przebłagania”, czyli w greckim oryginale hilasterion (odpowiednik hebrajskiego kapporeth). To słowo pochodzi z kultu Starego Testamentu. Oznaczało ono wieko Arki Przymierza, tzw. przebłagalnię. W liturgii żydowskiej w Dniu Przebłagania skrapiano to wieko krwią ofiar ze zwierząt na znak przebłagania Boga. Ukrzyżowany Jezus jest nową „przebłagalnią”. On bierze na siebie wszystkie konsekwencje grzechów i definitywnie je pokonuje mocą swojej miłości do końca, do ostatniej kropli krwi. Cały brud świata zostaje wchłonięty, usunięty przez nieskończone Boże miłosierdzie.

    Powtarzając w koronce słowo „ofiaruję”, jednoczę się z modlitwą Jezusa na krzyżu. Uczestniczę w Jego ofiarnym geście. Nie mając nic, „ofiaruję” Bogu największy dar. Tym samym dokonuje się przebłaganie, czyli zostaję uwolniony z mojej winy.

    Warto zwrócić uwagę na zbieżność między słowami modlitwy, której anioł nauczył dzieci w Fatimie, a słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia. We wrześniu 1916 roku dzieci fatimskie miały wizję anioła trzymającego w ręce kielich. Unosiła się nad nim Hostia, z której spływały doń krople krwi. Anioł kazał im powtórzyć modlitwę, w której padają m.in. słowa: „O Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu, Duchu Święty, ofiaruję Wam Najdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego na wszystkich ołtarzach świata, jako zadośćuczynienie za zniewagi, świętokradztwa i obojętności, którymi jest obrażany”. Treść tej modlitwy i jej sens jest całkowicie zbieżny ze słowami koronki. W Fatimie dodatkowo pojawia się motyw maryjny, ale podobieństwo sformułowań jest uderzające. Jest mało prawdopodobne, by św. Faustyna znała tę modlitwę.

    Dla Jego bolesnej męki

    Przyimek „dla” funkcjonuje w koronce w archaicznym znaczeniu jako „z powodu”, „ze względu na”. Profesor Miodek przywołuje kilka przykładów użycia „dla” w takim samym znaczeniu jak w koronce: „Dla ciebie jestem wygnan”; „Więcej dla bojaźni niźli dla Boga”. „Dla Jego bolesnej męki” znaczy więc „ze względu na Jego bolesną mękę”, „przez wzgląd na Jego bolesną mękę”.

    Prosimy o miłosierdzie Boże, wierząc w zbawczą moc męki i śmierci umiłowanego Syna Bożego. Przypomnijmy sobie Abrahama, który wstawiał się za Sodomą i Gomorą. On prosił o Boże miłosierdzie dla miast pogrążonych w grzechu. Wystarczyło dziesięciu sprawiedliwych, aby je ocalić przed zniszczeniem. Koronka do Miłosierdzia Bożego jest wstawianiem się do Boga za światem pogrążonym w grzechu. To wołanie o ocalenie, o ratunek już nie ze względu na dziesięciu sprawiedliwych, ale ze względu na tylko Jednego Sprawiedliwego.

    Słowa kończące koronkę: „Święty Boże” pochodzą ze starożytnego hymnu „Trisagion” (gr. triságios – trzykroć święty) na cześć Trójcy Świętej. Występują one również w tzw. suplikacjach, czyli w pieśni błagalnej śpiewanej w sytuacjach jakiegoś zagrożenia, np. wojną albo zarazą. Suplikacje śpiewamy także w Wielki Piątek podczas adoracji krzyża.

    Może ktoś zapytać: po co Bogu przypominać o tym, o czym On sam wie najlepiej? Po co „ofiarować” Jezusa Ojcu? Po co powtarzać „miej miłosierdzie”, przecież On jest miłosierny. Nie chodzi o to, by zmienić Boga, ale chodzi o naszą przemianę. Powtarzając te słowa, wyznajemy naszą ufność, uczymy się kochać. Jeśli się kogoś kocha, to ciągle powtarza się to samo: „kocham cię, bądź ze mną, kochaj mnie”. Kiedy dziecko coś nabroi, płacze i szuka bezpiecznych ramion ojca lub mamy. Czymś takim jest koronka. Ciągle sami grzeszymy, wciąż widzimy wiele zła i grzechu w świecie. Czasem chce się płakać z powodu tego wszystkiego. Odwołujemy się jednak do Bożego miłosierdzia. Chcemy jak syn marnotrawny wtulić się w ramiona Ojca, chcemy jak Jan położyć głowę na piersi Jezusa. „Panie, do kogóż pójdziemy?”. Ufamy Tobie! Znikąd nie mamy nadziei. Dlatego wołamy wielekroć do Ojca: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Powstał krótki film o “Ostatniej Wieczerzy”.

    To odpowiedź na bluźnierstwo na Igrzyskach Olimpijskich

    Nowy krótki film zatytułowany “Ostatnia Wieczerza” ukazuje piękno wielkoczwartkowej uczty paschalnej i jej kontynuację poprzez Mszę Świętą w ramach zadośćuczynienia za bluźnierczą ceremonię otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w 2024 roku.

    Ostatnia Wieczerza

    Ostatnia Wieczerza

    ***

    Brytyjscy katolicy stworzyli nowy film podkreślający świętość Ostatniej Wieczerzy w ramach zadośćuczynienia za bluźnierstwo ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. 

    “Ideą było odtworzenie obrazu Ostatniej Wieczerzy w piękny i pełen czci sposób oraz wyrażenie świętości i znaczenia tego historycznego wydarzenia jako szczytu wiary”

    – napisał dyrektor wytwórni filmowej House of Gold Marco Eastwood w oświadczeniu przesłanym portalowi LifeSiteNews.

    “Był to akt zadośćuczynienia za kpinę z ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. To było niesamowite, jak hojnie zgłosili się wolontariusze, aby poświęcić swój czas, talenty i zasoby, aby to się stało na chwałę Boga” – podkreślił.

    Jak czytamy na portalu LiveSiteNews, jednominutowy film został wyprodukowany w niecałe 36 godzin przez zespół wiernych wolontariuszy, “którzy zebrali się w ostatniej chwili, aby pomóc tej szczytnej sprawie”. “Wśród wolontariuszy na planie panowało spokojne, ciche podekscytowanie, a ja byłem poruszony widząc młodych ludzi, aż po osoby starsze, podejmujących wyzwanie oddania sprawiedliwości wizerunkowi naszego Pana podczas Ostatniej Wieczerzy z taką godnością” – powiedział Eastwood. “Chcę, aby ten obraz był rozpowszechniany daleko i szeroko oraz aby dotarł do jak największej liczby dusz na chwałę Boga i jako zadośćuczynienie” – oświadczył.

    Film przedstawia Chrystusa i Jego apostołów podczas ostatniego wspólnego posiłku przed ukrzyżowaniem. Ostatnia Wieczerza jest również pierwszą Mszą św., podczas której Jezus przemienia chleb i wino w swoje Ciało i Krew, którymi dzieli się z apostołami.

    Po pokazaniu Chrystusa i jego apostołów, film przełącza się na współczesną Mszę św., która jest taką samą ofiarą, jaką Chrystus złożył 2000 lat wcześniej. Podczas filmu ksiądz z szacunkiem wypowiada słowa konsekracji, które są tymi samymi słowami, które wypowiedział Chrystus podczas Ostatniej Wieczerzy. “To jest Ciało Moje”, Chrystus i kapłan wypowiadają w odstępie prawie 2000 lat, trzymając świętą Hostię, a następnie podnosząc kielich z winem i oświadczając: “To jest Krew Moja”.

    Wideo oddaje piękno i powagę Ostatniej Wieczerzy, która została tak groteskowo wyszydzona podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Ceremonia olimpijska była ostro potępiona zarówno przez chrześcijan, jak i niewierzących, a wielu wskazuje, że jest to “nowe dno ludzkości”.

    Film pt.,, The Last Supper” można zobaczyć na YouTube – Kanał YT House of Gold Nowy

     Łukasz Brodzik /LifeSiteNews/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    85 ROCZNICA II WOJNY ŚWIATOWEJ

    BENEDYKTYNKI SAKRAMENTKI, POWSTANIE WARSZAWSKIE

    Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    1 września Kościół wspomina Najświętszą Maryję Pannę jako Królowę Pokoju. Jej obraz, czczony pod tym wezwaniem, znajduje się nad głównym ołtarzem klasztornego kościoła w Stoczku Warmińskim. Dzisiejsze święto Matki Bożej, jako Królowej Pokoju, wiąże się z objawieniami fatimskimi. Bowiem już wtedy, w roku 1917, z wielką troską napominała ludzkość mówiąc o strasznej alternatywie przed jaką stoi świat: “Jeśli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to świat spotka okropna kara za jego zbrodnie, przez wojny, głód i prześladowania Kościoła oraz Ojca Świętego. Wtedy za następnego pontyfikatu (papieża o imieniu Pius XI) rozpocznie się druga wojna światowa, jeszcze straszniejsza od obecnie toczonej. Przyszłam upomnieć ludzkość, aby zmieniła życie i nie zasmucała Boga ciężkimi grzechami. Niech ludzie codziennie odmawiają różaniec i pokutują za grzechy.”

    I upomnienie nie zostało przyjęte, bo w pierwszy piątek miesiąca września 1939 roku rozpoczęła się właśnie hekatomba II wojny światowej.

    Niemcy bez wypowiedzenia wojny o świcie przekroczyły na całej długości granice naszego państwa. Osamotniona Polska mimo bohaterskiego oporu trwającego ponad pięć tygodni nie mogła skutecznie przeciwstawić się agresji Niemiec i sowieckiej inwazji przeprowadzonej 17 września.

    ***

    Najświętsza Maryja Panna Królowa Pokoju. Jej obraz znajduje się w klasztornym kościele w Stoczku Warmińskim.

    ***

    Zofia Kossak tu, na Wyspach Brytyjskich, będąc na emigracji, napisała  “Rok polski” w 1955 roku. Cudownie wyraziła naszą tęsknotę za zwyczajną, ludzką Polską, gdzie “słowiki śpiewają, kukułka kuka i wróży”… Stworzyła książkę żywą i prawdziwą opisując polskie miesiące. Zacytuję fragment dotyczący właśnie września:

    “Do niedawna słowo „wrzesień” budziło w umyśle każdego Polaka skojarzenia pełne słodyczy i barwy. Zieleń ustępująca miejsca purpurze i złotu, perlista biel obfitych ros rannych, niezmącenie modre niebo, fiolet śliw, granat jeżyn, rumieńce jabłek, czerwień pomidorów, kaliny, jarzębin, sady pełne zapachu owoców, brzęk os nad gruszkami, woń pietruszki i selerów niosąca się z warzywników — to wrzesień. Lasy zakwitające płomieniem albo koralem, błękitne dymy ognisk pastuszych snujące się ponad sczerniałe łęciny ziemniaczane; w młodych dębinach, zagajach świerkowych, urodzaj rydzów dorzucających swą jaskrawość do ogólnej złocistości, pod strzechami chat nad przyzbą pęki liści tytoniowych, mafcówek i żółte kolby kukurydzy — to i — to wrzesień...

    Takie zatem, a nie inne  — i jakże pogodne — były do niedawna skojarzenia budzące się w umyśle polskim przy wspomnieniu września. Od dnia 1 września 1939 roku tamte wrażenia zapadły w niepamięć. Odtąd dla każdego Polaka, gdziekolwiek by się znajdował, wrzesień jest miesiącem klęski.

    …Wrzesień…

    Przez wyzłocony słońcem krajobraz tysiące zbiegów wędruje na wschód dziwacznymi taborami, gdzie chłopskie konie ciągną auta bez paliwa, wozy zaprzężone w krowy pośród morza pieszych. Wędrują, mijając po drodze żałosne szczątki zdruzgotanej państwowości polskiej w postaci uciekającej policji lub straży ogniowych. Wędrują ludzie obłąkani z rozpaczy, ludzie skowyczący z bólu jak zwierzęta, ludzie padający na szosie zamienionej w krwawe pobojowisko przez nurkujące nisko samoloty nieprzyjaciela. Wędrują dzieci płaczące, gdyż zgubiły w zamieszaniu rodziców, rodzice odchodzący od zmysłów, gdyż zgubili  dzieci,  żołnierze  bez  broni,  bez oddziałów, pożary na prawo, pożary na lewo, łuny na wprost, zatarasowane drogi, a ponad wszystko, silniejsze niż ból i trwoga, poczucie, że Polska zginęła…

    Wrześniu, kto ciebie widział w owym kraju…

    Tysiące  oszalałych   ludzi   wędruje  na wschód, tysiące wraca ze wschodu uderzywszy o ścianę nowego, nieoczekiwanego wroga, świat się kończy, zapada, gdy cofają się nazad w ręce tego samego nieprzyjaciela, przed którym pierzchali. Zdarzało się, że w tej ucieczce od ucieczki docierali do brzegu rzeki, pięknej polskiej rzeki Wieprz.

    (Wieprz był niegdyś, niegdyś bóstwem opiekuńczym wód, przeto dostojna nazwa wyróżniała ten bieg wody spośród innych bystrzyc, pilic.) Stanęli nad brzegiem w miejscu gdzie był bród dzięki niskiej wodzie, a za nimi czerwoni tuż tuż, podobno o pare kilometrów zaledwie, a na drugim brzegu na drągach rozpięta widniała płachta z olbrzymią czarną swastyką. Za plecami wróg, przed nimi wróg i zabrakło już ojczyzny pod stopami. Już nie znajdziesz, Polaku, skrawka swojej ziemi, na której czułbyś się wolny. Nawet tyle co na grób. W niewysłowionej rozpaczy wołali, jak niegdyś ksieni Bronisława: Wzgórza, otwórzcie się i pochłonijcie nas! — Modlili się, by ulecieć w górę, jak ulatywał błog. Ładysław. Lecz święci milczeli i ziemia milczała.

    Tylko modrzyło się pogodne niebo, błękitniała rzeka, bielił się piasek nadbrzeżny, a zarośla  płonęły czerwienią i  złotem. Przyroda zdawała się nie wiedzieć nic o narodzie, który konał w męce.

    Potem zaczęły się wyraje ludzi, podobne odlotom jesiennym ptactwa. Choć poeci lubią porównywać człowieka do ptaków („gdybym ja była ptaszkiem z tego gaju”… – „gdyby orłem być…”), jest między nimi ta zasadnicza różnica: Ptak odlatuje i wraca. Człowiek, gdy się od ziemi oderwie — nie  wróci.  Tułacz podobien jest raczej drzewu wyrwanemu z gruntu, rzuconemu w przestrzeń siłą wybuchu, usycha bowiem jak drzewo.

    Ptaki wracają. Bocian ląduje na swym starym gnieździe. Jaskółki świergocą pod tą samą strzechą, co osłaniała je zeszłego lata. Źórawie zapadną na opuszczone w tamtym roku oparzele. Skowronek, sygnaturka wiosny, zadzwoni nad głową rolnika o właściwej porze, a ludzie, zali powrócą?...

    Czy stanie się jak w mickiewiczowskiej pieśni o żórawiach  przelatujących nad dzikim ostrowem, co słysząc zaklętego chłopca skargę głośną, rzuciły mu pióra, by skrzydła zrobił i do swoich wrócił? Czy też, widząc ciągnące do kraju klucze dzikich gęsi, wygnańcy tłuc się będą bezradnie po obcych podwórkach, nie mając już siły do lotu?

    Jeśli zaś wrócą po latach, czy swoich poznają i będą od nich poznani? Może jedni i drudzy okażą się inni, niż byli w chwili rozstania? Ślady zarosła trawa zapomnienia i nikt wygnańców nie czeka? Bo istotą życia jest ciągła przemiana. Czas odpływa, unosi, przekształca i co minęło – nie wraca…

    ***

    fot. Wikipedia

    ***

    Co św. Faustyna mówiła o II wojnie światowej?

    Święta siostra Faustyna zmarła na rok przed wybuchem II wojny światowej. Jednak już za swojego życia mówiła o okrutnej wojnie i cierpieniu Polaków.

    Tym, którzy przeszli przez doświadczenie II wojny światowej, słowa zapisane w „Dzienniczku” św. Faustyny jawią się jako szczególna Ewangelia miłosierdzia Bożego napisana w perspektywie XX wieku – pisał Jan Paweł II.

    Św. Faustyna o II wojnie światowej. Te słowa skierowała do ks. Sopoćki

    W 1938 roku w szpitalu na krakowskim Prądniku, Faustyna kilku innym siostrom zakonnym, zapowiedziała wybuch II wojny światowej. Miała widzenia ogromnych zniszczeń, eksterminacji, prześladowań duchowieństwa.

    Swojemu spowiednikowi, księdzu Sopoćce mówiła, że „w Polsce przyjdą bardzo ciężkie chwile. Widziałam rodaków wywożonych na wschód i zachód”.

    Ważne słowa Pana Jezusa do Faustyny. Dotyczyły Polski

    W ostatnim roku życia usłyszała wewnętrznie słowa Jezusa: „Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje” (Dz. 1732).

    Te słowa były na różne sposoby interpretowane. Jan Paweł II w swojej wypowiedzi z 17 sierpnia 2002 roku mówił, że ową iskrą jest orędzie Miłosierdzia Bożego przekazane przez św. Faustynę. W jego opinii „iskra” nie jest pojedynczą, konkretną osobą, ale jest zadaniem czcicieli Bożego Miłosierdzia z Polski i całego świata, która przygotuje przemianę, w imię Bożego miłosierdzia, Polski i całego świata.

    Św. Jan Paweł II: Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia

    Posłannictwo Miłosierdzia Bożego miało swój czas, był to czas straszliwej II wojny światowej, straszliwej pod wielu względami, była to jakaś ostateczna eskalacja zła na naszym kontynencie. Na ten czas Bóg przygotował posłannictwo Bożego Miłosierdzia, którego świadkiem, rzecznikiem stała się ta prosta córka polskiej ziemi – mówił Jan Paweł II w Płocku, 7 czerwca 1991 roku.

    Św. s. Faustyna o ojczyźnie: „Rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę”

    Faustyna codziennie modliła się za Polskę i ofiarowywała za nią cierpienia. W swoim „Dzienniczku” zapisała: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna.” (Dz. 1038)

    W innym miejscu pisała: „Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie Boże na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością w przepaść miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.” (Dz 1188)

    faustyna.pl, wikipedia, Onet Religia/Stacja7

    ___________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Demokracja jednostronna

    To bez znaczenia, co uważa władza, jeśli nie uważa, co robi z człowiekiem.

    Choć od chwili, gdy Sejm odrzucił projekt ustawy dekryminalizujący pomoc przy aborcji, minęło już trochę czasu, nie mija szok w środowiskach lewicowych i liberalnych. Ci ludzie są bezustannie zapowietrzeni z oburzenia. A przecież zadziałała demokracja, no nie? Suweren się wypowiedział, więc o co chodzi? Ano o to, że w pojęciu tych ludzi demokracja ma obowiązek służyć tylko ich wizji świata. Wszystko musi iść coraz bardziej w lewo i coraz dalej od chrześcijaństwa. Jeśli tak się nie dzieje, natychmiast podnosi się jazgot, że neonazizm, że faszyzm, ksenofobia, homofobia, dyktatura kleru i co tam jeszcze mają…

    To ciekawe, jak bardzo wkodował się w głowy laicki dogmat, że w życiu publicznym dobre jest wszystko to, co nie ma związku z zasadami ufundowanymi na cywilizacji chrześcijańskiej i prawie naturalnym. Kwestia aborcji jest tego najjaskrawszym symptomem. Świat dziś oszalał na punkcie zabijania dzieci. Całe społeczeństwa oślepły na podłość tego procederu, tak jak kiedyś były ślepe na podłość niewolnictwa. Kiedyś pewnie ludzie to zrozumieją, tak jak dziś zrozumieli krzywdę wyrządzoną czarnoskórym, ale ludzie sumienia nie mogą na to czekać, bo takie otrzeźwienie zawsze przychodzi za późno. Sztuką jest postawienie się zbrodni teraz, gdy całe państwa czynią z niej cnotę. I tylko taka postawa jest coś warta. Zagrożonym dzieciom nic po tym, że za sto lat ktoś zechce przewracać pomniki dzisiejszych „obrońców kobiet”. Dzieci mają przeżyć dzięki temu, że dziś ktoś weźmie je w obronę nawet za cenę szykan i prześladowania.

    Skończyłem właśnie czytać książkę Stephena E. Ambrose’a o żołnierzach amerykańskich w drugiej wojnie. Autor boleje tam nad wieloma wspaniałymi młodymi ludźmi, którzy wtedy polegli. „Zastanawiałem się, czyje życie zostało przecięte. Geniusza? Nie wiemy, co mógłby wynaleźć, wiemy, że jego brak jest naszą stratą. Początkującego polityka? Dokąd mógłby nas zaprowadzić? Budowniczego? Nauczyciela? Uczonego? Pisarza? Muzyka? Czasami wydaje mi się, że największą ceną, jaką zapłaciliśmy za wojnę, są niespełnione możliwości” – pisze.

    A ja pytam: czyje życie zostało przecięte podczas aborcji? To refleksja prosta jak drut: życie człowieka zabitego przed urodzeniem jest zaprzepaszczeniem takiego samego potencjału jak ofiary działań wojennych. Różnica jest tylko taka, że ta druga zdążyła dłużej pobyć na tym świecie.

    Przyszło nam żyć w czasach wyjątkowo zakłamanych właśnie z powodu aborcji. Nigdy chyba ludzkość nie miała tak dobrego mniemania o sobie, o swojej wrażliwości i gotowości pomocy innym, przy jednoczesnej kompletnej nieczułości wobec ludzi najmłodszych. Tych morduje się milionami, opowiadając, że to mordowanie jest prawem człowieka.

    My, Polacy, mamy powody do dumy, bo dziś nasze prawo w znacznej mierze chroni ludzkie życie i obecna władza, mimo wysiłków, nie potrafi tego zmienić. I niech tak zostanie.


    KRÓTKO:

    Nauka z cudzego

    Sejmowa Komisja do spraw Petycji jednogłośnie przekazała do dalszych prac opracowany przez Instytut Ordo Iuris projekt „Stop okaleczeniu dzieci”. Postuluje on zakazanie wykonywania na dzieciach operacji „zmiany płci”. W dołączonym do projektu uzasadnieniu wskazano, że „w ostatnich latach, w wielu krajach na świecie, szczególnie w Europie i Ameryce Północnej, obserwuje się drastyczny wzrost liczby osób małoletnich deklarujących identyfikację z płcią przeciwną względem ich płci urodzenia. Szczególnie alarmujące są statystyki zgłoszeń do specjalistycznych ośrodków medycznych dokonujących interwencji hormonalnych i chirurgicznych na dzieciach”. Wspomniano też, że w Szwecji, Finlandii, Wielkiej Brytanii i w 25 stanach USA „zaprzestano lub radykalnie ograniczono podejmowanie wobec osób małoletnich interwencji medycznych zmierzających do upodobnienia pacjenta do płci przeciwnej”. Czy ostatecznie doprowadzi to do zakazu takich działań w Polsce, zanim zaczęto je stosować? Oby. Nauka na cudzych błędach jest dużo tańsza niż na własnych.

    Guzik piękno

    W Szwajcarii zacznie działać kapsuła śmierci „Sarco” – maszyna, która pomoże popełnić samobójstwo. Wystarczy nacisnąć guzik. Poinformował o tym Florian Willet, dyrektor proeutanazyjnej organizacji The Last Resort. Twierdzi on, że to „piękny sposób” na śmierć. O tak, piękny – dla tych, którzy zamiast dbać o chorych, wolą ich sprzątnąć.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KRÓLOWO RÓŻAŃCA ŚWIĘTEGO, MÓDL SIĘ ZA NAMI!

    Ogromna rola różańca w historii narodu polskiego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Jan Paweł II: Maryja w tajemnicy Chrystusa

    fot. Zarateman via Wikipedia, CC BY-SA 4.0 / Beyond Forgetting via Flickr, CC 2.0

    ***

    Św. Jan Paweł II: Maryja w tajemnicy Chrystusa

    Pierwsza część Encykliki Jana Pawła II “Redemptoris Mater”, w której Ojciec Święty przybliżał istotę świętości Maryi i rolę matki Chrystusa w historii zbawienia.

    1. Łaski pełna

    7. „Niech będzie błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa; On napełnił nas wszelkim błogosławieństwem duchowym na wyżynach niebieskich — w Chrystusie” (Ef 1, 3). Słowa Listu do Efezjan odsłaniają odwieczne zamierzenia Boga i Ojca, odwieczny plan zbawienia człowieka w Chrystusie. Jest to plan uniwersalny, odnosi się do wszystkich ludzi stworzonych „na obraz i podobieństwo Boże” (por. Rdz 1, 26). Wszyscy, objęci „u początku” Boskim dziełem stworzenia, odwiecznie są też ogarnięci Boskim planem zbawienia, który ma się do końca objawić w „pełni czasu”, wraz z przyjściem Chrystusa.

    Ten Bóg bowiem, który jest „Ojcem Pana naszego Jezusa Chrystusa”, „w Nim — są to dalsze słowa tegoż Listu — wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem. Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych synów przez Jezusa Chrystusa, według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski, którą obdarzył nas w Umiłowanym. W Nim mamy odkupienie przez Jego krew — odpuszczenie występków, według bogactwa Jego łaski” (Ef 1, 4-7).

    Boski plan zbawienia, który został nam objawiony wraz z przyjściem Chrystusa, jest odwieczny. Jest on także — wedle nauki zawartej w Liście do Efezjan i innych Listach Pawłowych (por. Kol 1, 12-14; Rz 3, 24; Ga 3, 14; 2 Kor 5, 18-29) — odwiecznie związany z Chrystusem:. W całokształcie tego planu, który ogarnia wszystkich ludzi, szczególne miejsce zajmuje „niewiasta” jako Matka Tego, z którym Ojciec odwiecznie związał dzieło zbawienia19. Jak uczy Sobór Watykański II, „zarysowuje się Ona (…) proroczo już w obietnicy danej pierwszym rodzicom, upadłym w grzech” — według Księgi Rodzaju (por. 3, 15). „Podobnie jest to ta Dziewica, która pocznie i zrodzi Syna, którego imię będzie Emmanuel (…)” — wedle słów Izajasza (por. 7, 14)20. W ten sposób Stary Testament przygotowuje ową „pełnię czasu”, kiedy Bóg ześle „Syna swego, zrodzonego z niewiasty, (…) abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo”. Przyjście Syna Bożego na świat jest wydarzeniem, opisanym w pierwszych rozdziałach Ewangelii według św. Łukasza i według św. Mateusza.

    8. Maryja zostaje definitywnie wprowadzona w tajemnicę Chrystusa przez to wydarzenie: przez zwiastowanie anielskie Dzieje się to w Nazarecie, w konkretnych okolicznościach dziejów Izraela — Judu powołanego do zachowania Bożych obietnic. Zwiastun mówi do Dziewicy: „Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą” (Łk 1, 28). Maryja „zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie” (Łk 1, 29): co znaczą te niezwykłe słowa, a w szczególności wyrażenie „łaski pełna” (Kecharitoméne)21.

    Rozważając te słowa, a zwłaszcza wyrażenie „łaski pełna”, razem z Maryją, znajdujemy szczególnie bogaty do nich odpowiednik właśnie w Liście do Efezjan, w tekście powyżej przytoczonym. Jeśli po zwiastowaniu anielskim Dziewica z Nazaretu zostaje nazwana „błogosławioną między niewiastami” (por. Łk 1, 42), to tłumaczy się to poprzez owo błogosławieństwo, którym „Bóg Ojciec” napełnił nas „na wyżynach niebieskich, w Chrystusie”. Jest to błogosławieństwo duchowe, odnosi się ono do wszystkich ludzi, ma w sobie pełnię i powszechność („wszelkie błogosławieństwo”), które płynie z miłości, jaka jednoczy współistotnego Syna z Ojcem w Duchu Świętym. Równocześnie jest to błogosławieństwo zwrócone za sprawą Jezusa Chrystusa w stronę dziejów człowieka aż do końca: w stronę wszystkich ludzi. Do Maryi to błogosławieństwo odnosi się w mierze szczególnej i wyjątkowej. Elżbieta pozdrawia Ją jako „błogosławioną między niewiastami”.

    Uzasadnieniem podwójnego pozdrowienia jest to, że w duszy tej „Córy Syjonu” odsłonił się niejako cały „majestat łaski” — tej łaski, jaką „Ojciec (…) obdarzył nas Umiłowanym”. Zwiastun mówi wszak do Maryi: „łaski pełna” — mówi zaś tak, jakby to było Jej właściwe imię. Nie nazywa swej rozmówczyni imieniem własnym „Miriam (= Maryja)”, ale właśnie tym nowym imieniem: „łaski pełna”. Co znaczy to imię? Dlaczego anioł tak nazywa Dziewicę z Nazaretu?

    W języku Biblii „łaska” oznacza szczególny dar, który według Nowego Testamentu ma swe źródło w trynitarnym życiu Boga samego — Boga, który jest miłością (por. 1 J 4, 8). Owocem tej miłości jest wybranie — to, o którym mówi List do Efezjan. Wybranie to jest zatem ze strony Boga odwieczną wolą zbawienia człowieka przez uczestnictwo w Bożym życiu (por. 2 P 1, 4) w Chrystusie: jest zbawieniem poprzez uczestnictwo w życiu nadprzyrodzonym. Następstwem tego przedwiecznego daru, tej łaski wybrania człowieka przez Boga, jest jakby zaczyn świętości, jakby źródło tryskające w duszy człowieka jako dar Boga samego, które poprzez łaskę ożywia i uświęca wybranych. Poprzez to wszystko dokonuje się — czyli staje rzeczywistością — owo „napełnienie” człowieka wszelkim „błogosławieństwem duchowym”, owo „przybranie za synów w Chrystusie” — w Tym, który jest odwiecznie „Umiłowany” przez Ojca.

    Kiedy czytamy, że zwiastun mówi do Maryi „łaski pełna”, kontekst ewangeliczny, w którym zbiegają się dawne objawienia i obietnice, pozwala nam zrozumieć, że chodzi tutaj o szczególne błogosławieństwo pośród wszelkich „błogosławieństw duchowych w Chrystusie”. W tajemnicy Chrystusa jest Ona obecna już „przed założeniem świata”, jako Ta, którą Ojciec „wybrał” na Rodzicielkę swego Syna we Wcieleniu — a wraz z Ojcem wybrał Ją Syn i odwiecznie zawierzył Duchowi świętości. Maryja jest w sposób zupełnie szczególny i wyjątkowy związana z Chrystusem i równocześnie jest umiłowana w Tym przedwiecznie umiłowanym Synu, współistotnym Ojcu, w którym skupia się cały „majestat łaski”. Równocześnie pozostaje Ona doskonale otwarta w stronę tego „daru z wysokości” (por. Jk 1, 17). Jak uczy Sobór: Maryja „zajmuje pierwsze miejsce wśród pokornych i ubogich Pana, którzy z ufnością oczekują od Niego zbawienia i dostępują go”22.

    9. Jeśli pozdrowienie i imię „łaski pełna” mówią o tym wszystkim, to w kontekście zwiastowania anielskiego odnoszą się one przede wszystkim do wybrania Maryi na Matkę Syna Bożego. Równocześnie pełnia łaski wskazuje na całe nadprzyrodzone obdarowanie Maryi, jakie wiąże się z tym, że została wybrana i przeznaczona na Matkę Chrystusa. Jeśli wybranie to jest kluczowe dla wypełnienia się zbawczych zamierzeń Boga w stosunku do ludzkości; jeśli odwieczne wybranie w Chrystusie i przeznaczenie do godności przybranych synów odnosi się do wszystkich ludzi — to wybranie Maryi jest całkowicie wyjątkowe i jedyne Stąd także Jej jedyne i wyjątkowe miejsce w tajemnicy Chrystusa.

    Zwiastun mówi do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego” (Łk 1, 30-32). A kiedy Dziewica, zmieszana niezwykłym pozdrowieniem, pyta: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”, słyszy od anioła potwierdzenie poprzednich słów i zarazem ich wyjaśnienie. Gabriel mówi: „Duch Święty zstąpi w Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1, 35).

    Zwiastowanie anielskie jest więc objawieniem tajemnicy Wcielenia w samym zaczątku jego wypełnienia na ziemi. Zbawcze udzielanie się Boga, życia Bożego, w jakiś sposób całemu stworzeniu — a bezpośrednio: człowiekowi — osiąga w tajemnicy Wcielenia jeden ze swych punktów szczytowych. Jest to bowiem zarazem szczyt wśród całego obdarowania łaską w dziejach człowieka i kosmosu. Maryja jest „łaski pełna”, ponieważ Wcielenie Słowa, zjednoczenie osobowe Boga-Syna z naturą ludzką, z człowieczeństwem, w Niej właśnie się urzeczywistnia i dokonuje. „Jest Rodzicielką. Syna Bożego, a przez to najbardziej umiłowaną córą Ojca i świętym przybytkiem Ducha Świętego; dzięki zaś temu darowi szczególnej łaski góruje wielce nad wszystkimi innymi stworzeniami zarówno ziemskimi, jak niebieskimi” — uczy Sobór23.

    10. List do Efezjan, mówiąc o „majestacie łaski”, jaką „Bóg i Ojciec (…) obdarzył nas w Umiłowanym”, dodaje: „w Nim mamy odkupienie przez krew” (Ef 1, 7). Wedle miary wyrażonej w uroczystym nauczaniu Kościoła, ów „majestat łaski” objawił się w Bogurodzicy przez to, że została Ona odkupiona „w sposób wznioślejszy”24. Za sprawą bogactwa łaski Umiłowanego, ze względu na odkupieńcze zasługi Tego, który miał stać się Jej Synem, Maryja została uchroniona od dziedzictwa pierworodnego grzechu25.

    W ten sposób, od pierwszej chwili poczęcia, czyli zaistnienia na ziemi, należy Ona do Chrystusa, ma udział w zbawczej łasce uświęcającej oraz w tej miłości, która swój początek znajduje w „Umiłowanym”, w Synu Ojca Przedwiecznego, który poprzez Wcielenie stał się Jej rodzonym Synem. Dlatego, za sprawą Ducha Świętego, w wymiarze łaski, czyli uczestnictwa Bożej natury, Maryja otrzymuje życie od Tego, któremu w porządku ziemskiego rodzenia sama dała życie jako Matka. Liturgia nie waha się nazywać Ją „Rodzicielką swego Stworzyciela”26 i pozdrawiać Ją słowami, które Dante Alighieri wkłada w usta św. Bernarda: „Córo Twego Syna”27. A ponieważ to „nowe życie” Maryja otrzymuje w takiej pełni, jaka odpowiada miłości Syna do Matki, a więc godności Bożego macierzyństwa — stąd przy zwiastowaniu anioł nazywa Ją „łaski pełną”.

    11. Tajemnica Wcielenia stanowi w zbawczym zamierzeniu Trójcy Przenajświętszej wypełnienie ponadobfite obietnicy danej ludziom przez Boga po grzechu pierworodnym: po owym pierwszym grzechu, którego skutki obciążają całe dzieje człowieka na ziemi (por. Rdz 3, 15). Oto przychodzi na świat Syn, „potomek niewiasty”, który „zmiażdży głowę węża”. Jak wynika ze słów protoewangelii, zwycięstwo Syna niewiasty nie dokona się bez ciężkiej walki, która ma wypełnić całe ludzkie dzieje. „Nieprzyjaźń” zapowiedziana na początku, zostaje potwierdzona w Apokalipsie, która jest „księgą spraw ostatecznych” Kościoła i świata, gdzie znowu powraca znak „Niewiasty”, tym razem: „obleczonej w słońce” (por. 12, 1).

    Maryja, Matka Słowa Wcielonego, zostaje wprowadzona w samo centrum owej nieprzyjaźni, owego zmagania, jakie towarzyszy dziejom ludzkości na ziemi, a zarazem dziejom zbawienia. Należąc do „ubogich i pokornych Pana”, Maryja nosi w sobie, jak nikt inny wśród ludzi, ów „majestat łaski”, jaką Ojciec „obdarzył nas w Umiłowanym”, a łaska ta stanowi o niezwykłej wielkości i pięknie całej Jej ludzkiej istoty. Maryja pozostaje w ten sposób wobec Boga, a także wobec całej ludzkości jakby niezmiennym i nienaruszonym znakiem tego Bożego wybrania, o jakim mówi List Pawłowy: „w Chrystusie (…) wybrał nas przed założeniem świata (…) i przeznaczył dla siebie jako przybranych synów” (Ef 1, 4. S). Wybranie to jest potężniejsze od wszelkich doświadczeń zła i grzechu, od całej owej „nieprzyjaźni”, jaką naznaczone są ziemskie dzieje człowieka. Maryja pozostaje w tych dziejach znakiem niezawodnej nadziei.

    2. „Błogosławiona, która uwierzyła”

    12. Ewangelista Łukasz — wkrótce po opisie zwiastowania — prowadzi nas w ślad za Dziewicą z Nazaretu „do pewnego miasta w pokoleniu Judy” (Łk 1, 39). Miastem tym ma być, zdaniem uczonych, dzisiejsze Ain-Karim, położone w okolicy górzystej, opodal Jerozolimy. Maryja „wybrała się tam z pośpiechem”, aby odwiedzić Elżbietę, swoją krewną. Przyczynę odwiedzin wypada upatrywać w tym także, że podczas zwiastowania Gabriel wskazał w znamienny sposób na Elżbietę, która w podeszłym wieku mocą Bożą poczęła syna z męża Zachariasza: „krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1, 36-37). Zwiastun powołał się na przykład Elżbiety, aby odpowiedzieć na pytanie Maryi: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1, 34). Otóż stanie się to właśnie „mocą Najwyższego”, podobnie i nawet bardziej niż w przypadku Elżbiety.

    Maryja więc udaje się w duchu miłości do domu swej krewnej. Przy wejściu, w odpowiedzi na pozdrowienie Maryi, Elżbieta, „napełniona Duchem Świętym”, czując szczególne poruszenie dziecka we własnym łonie, wielkim głosem pozdrawia Maryję: „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” (por. Łk 1, 40-42). Ten okrzyk czy też aklamacja Elżbiety weszła później do modlitwy Zdrowaś Maryjo jako dalszy ciąg pozdrowienia anielskiego, stając się w ten sposób jedną z najczęstszych modlitw Kościoła. Jeszcze więcej mówią dalsze słowa Elżbiety zawarte w pytaniu: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?” (Łk 1, 43). Elżbieta daje świadectwo Maryi: rozpoznaje i głosi, że przed nią stoi Matka Pana, Matka Mesjasza. W tym świadectwie uczestniczy też syn, którego Elżbieta nosi w swoim łonie: „poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie”. „Dzieciątko” — to przyszły Jan Chrzciciel, który nad Jordanem wskaże na Jezusa jako Mesjasza.

    Wszystkie te słowa w pozdrowieniu Elżbiety mają doniosłą wymowę, jednakże znaczenie kluczowe wydaje się posiadać to, co mówi ona na końcu: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełniły się słowa powiedziane Ci od Pana” (Łk 1, 45)28. Można postawić te słowa obok wyrażenia „łaski pełna” w pozdrowieniu anioła. Odsłania się w nich — podobnie jak w tamtych — zasadnicza treść mariologiczna, zasadnicza prawda o Maryi, która stała się rzeczywiście obecna w tajemnicy Chrystusa właśnie przez to, że „uwierzyła”. Pełna łaski, przy zwiastowaniu anielskim oznacza dar Boga samego; wiara Maryi, którą głosi Elżbieta przy nawiedzeniu, wskazuje na to, jak Dziewica nazaretańska odpowiedziała na ten dar.

    13. „Bogu objawiającemu należy okazać «posłuszeństwo wiary» (por. Rz 16, 26; por. Rz 1, 5; 2 Kor 10, 5-6), przez które człowiek z wolnej woli cały powierza się Bogu” — uczy Sobór29. Takie właśnie ujęcie wiary znalazło doskonałe urzeczywistnienie w Maryi. Momentem „przełomowym” było zwiastowanie. Słowa Elżbiety: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła”, na pierwszym miejscu odnoszą się do tego właśnie momentu30.

    Przy zwiastowaniu bowiem Maryja, okazując „posłuszeństwo wiary” Temu, który przemawiał do Niej słowami swego zwiastuna, poprzez „pełną uległość rozumu i woli wobec Boga objawiającego”31 — w pełni powierzyła się Bogu. Odpowiedziała więc całym swoim ludzkim, niewieścim „ja”. Zawierało się w tej odpowiedzi wiary doskonałe współdziałanie „z łaską Bożą uprzedzającą i wspomagającą” oraz doskonała wrażliwość na działanie Ducha Świętego, który „darami swymi wiarę stale udoskonala”32.

    Słowo Boga żywego, które zwiastował Maryi anioł, odnosiło się da Niej samej: „Oto poczniesz i porodzisz Syna” (Łk 1, 31). Maryja, przyjmując to zwiastowanie, miała stać się „Matką Pana”. Miała w Niej dokonać się Boska tajemnica Wcielenia. „Było zaś wolą Ojca miłosierdzia, aby Wcielenie poprzedziła zgoda Tej, która była przeznaczona na matkę”33. I Maryja wyraża tę zgodę, po wysłuchaniu wszystkich słów zwiastuna. Mówi: „Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 7, 38). Owo Maryjne fiat — „niech mi się stanie” — zadecydowało od strony ludzkiej o spełnieniu się Bożej tajemnicy. Zachodzi pełna zbieżność ze słowami Syna, który według Listu do Hebrajczyków mówi do Ojca, przychodząc na świat: „Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało (…) Oto idę (…) abym spełniał wolę Twoją, Boże” (10, 5. 7). Tajemnica Wcielenia urzeczywistniła się wówczas, gdy Maryja wypowiedziała swoje fiat: „niech mi się stanie według twego słowa!”, czyniąc możliwym — na ile wedle planu Bożego od Niej to zależało — spełnienie woli Syna.

    Wypowiedziała to fiat przez wiarę. Przez wiarę bezwzględnie „powierzyła siebie Bogu”, a zarazem „całkowicie poświęciła samą siebie, jako służebnicę Pańską, osobie i dziełu swego Syna”34. Syna tego zaś — jak uczą Ojcowie pierwej poczęła duchem niż ciałem: właśnie przez wiarę!35 Słusznie przeto sławi Maryję Elżbieta: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana”. Te słowa już się spełniły: Maryja z Nazaretu staje na progu domu Elżbiety i Zachariasza jako Matka Syna Bożego. I Elżbieta czyni radosne odkrycie: „Matka mojego Pana przychodzi do mnie”.

    14. Dlatego też wiara Maryi przyrównywana bywa do wiary Abrahama, którego Apostoł nazywa „ojcem naszej wiary” (por. Rz 4, 12). W zbawczej ekonomii Objawienia Bożego wiara Abrahama stanowi początek Starego Przymierza, wiara Maryi przy zwiastowaniu daje początek Przymierzu Nowemu. Podobnie też, jak Abraham „wbrew nadziei uwierzył nadziei, że stanie się ojcem wielu narodów” (Rz 4, 18), tak Maryja, która przy zwiastowaniu wyznaje swoje dziewictwo („Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?”), uwierzyła, że z mocy Najwyższego, za sprawą Ducha Świętego, stanie się Matką Syna Bożego zgodnie z objawieniem anioła: „Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1, 35).

    Jednakże słowa Elżbiety: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła” odnoszą się nie tylko do tego szczegółowego momentu, jakim było zwiastowanie. Jeśli chodzi o wiarę Maryi oczekującej Chrystusa, zwiastowanie jest z pewnością momentem przełomowym, ale zarazem jest także punktem wyjścia, od którego zaczyna się całe „itinerarium ku Bogu”: cała Jej droga wiary. Na tej zaś drodze w sposób niezwykły, zaiste heroiczny — owszem, z coraz większym heroizmem wiary — będzie się urzeczywistniać owo „posłuszeństwo”, które wyznała wobec słowa Bożego objawienia. A to „posłuszeństwo wiary” ze strony Maryi w ciągu całej drogi posiadać będzie zadziwiające podobieństwo do wiary Abrahama. Podobnie jak ten patriarcha całego Ludu Bożego, tak i Maryja, w ciągu całej drogi swego uległego, macierzyńskiego fiat, będzie potwierdzać, iż „wbrew nadziei uwierzyła nadziei”. Na niektórych zaś etapach tej drogi nabierze szczególnej wymowy błogosławieństwo Tej, „która uwierzyła”. Uwierzyć — to znaczy „powierzyć siebie” samej istotnej prawdzie słów Boga żywego, znając i uznając z pokorą, „jak niezbadane są Jego wyroki i niezgłębione Jego drogi” (por. Rz 11, 33). Maryja, która z odwiecznej woli Najwyższego znalazła się — rzec można — w samym centrum owych „niezgłębionych dróg” oraz „niezbadanych wyroków” Boga, poddaje się w półcieniu wiary, przyjmując całkowicie i z sercem otwartym to wszystko, co było przewidziane w planie Bożym.

    15. Kiedy przy zwiastowaniu usłyszała o Synu, którego ma stać się Rodzicielką, któremu „nada imię Jezus” (Zbawiciel), usłyszała również, iż „Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida” i że będzie On „panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32-33). W tym kierunku zwraca się nadzieja całego Izraela Obiecany Mesjasz ma być „wielki” — zwiastun też mówi: „będzie On wielki” — wielki czy to imieniem „Syna Najwyższego”, czy też przejęciem dziedzictwa Dawidowego. Ma więc być królem: ma panować „nad domem Jakuba”. Maryja wyrosła wśród tych oczekiwań swojego ludu. Czyż w chwili zwiastowania mogła przeczuwać, jakie istotne znaczenie mają te słowa anioła? Jak najeży rozumieć owo „panowanie”, któremu „nie będzie końca”?

    Chociaż — przez wiarę — poczuła się w tej chwili Matką „Mesjasza króla”, to przecież odpowiedziała: „Oto Ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38). Od pierwszej chwili dała wyraz przede wszystkim „posłuszeństwu wiary”, zdając się na takie znaczenie powyższych słów zwiastowania, jakie nada im Ten, od kogo słowa te pochodzą: jakie nada im sam Bóg.

    16. Na tej samej drodze „posłuszeństwa wiary” usłyszała Maryja niedługo potem inne słowa, które pochodziły od Symeona w świątyni jerozolimskiej. Było to już czterdziestego dnia po narodzeniu Jezusa, gdy zgodnie z przepisem Prawa Mojżeszowego, Maryja wraz z Józefem „przynieśli Dziecię do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu” (por. Łk 2, 22). Samo narodzenie miało miejsce w warunkach skrajnego ubóstwa. Wiemy bowiem od św. Łukasza, że w związku ze spisem ludności, zarządzonym przez władze rzymskie, Maryja udała się wraz z Józefem do Betlejem, a nie znalazłszy tam żadnego „miejsca w gospodzie”, urodziła swego Syna w stajni i „położyła Go w żłobie” (por. Łk 2, 7).

    Człowiek sprawiedliwy i pobożny, imieniem Symeon, pojawia się na początku Maryjnego „itinerarium” wiary. Słowa jego, natchnione przez Ducha Świętego (por. Łk 2, 25-27), potwierdzają prawdę zwiastowania. Czytamy bowiem, że „wziął On w objęcia” Dzieciątko, któremu zgodnie z poleceniem anioła „nadano imię Jezus” (por. Łk 2, 21). Jego słowa są zgodne z brzmieniem tego imienia, które znaczy: Zbawiciel — „Bóg jest zbawieniem”. Zwracając się do Pana, mówi: „moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (Łk 2, 30-32). Równocześnie jednak Symeon zwraca się do Maryi z następującymi słowami: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą”. I dodaje wprost pod adresem Maryi: „A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2, 34-35). Słowa Symeona stawiają w nowym świetle zapowiedź, jaką Maryja usłyszała od anioła: Jezus jest Zbawicielem, jest „światłem na oświecenie” ludzi. Czyż nie okazało się to w pewien sposób w noc Narodzenia, gdy do stajni przybyli pasterze? (por. Łk 2, 8-20). Czyż nie miało się jeszcze bardziej okazać, gdy przybędą Mędrcy ze Wschodu? (por. Mt 2, 1-12). Równocześnie jednak, już u początku swego życia, Syn Maryi — a wraz z Nim Jego Matka — doznają na sobie prawdy dalszych słów Symeona: „znak, któremu sprzeciwiać się będą”. Słowa Symeona są jakby drugą zapowiedzią dla Maryi, gdyż wskazują na konkretny wymiar historyczny, w którym Jej Syn wypełni swoje posłannictwo, to jest wśród niezrozumienia i w cierpieniu. Jeśli taka zapowiedź potwierdza z jednej strony Jej wiarę w wypełnienie Boskich obietnic zbawienia, to z drugiej strony objawia również, że swoje posłannictwo będzie musiała przeżywać w cierpieniu u boku cierpiącego Zbawiciela i że Jej macierzyństwo pozostanie w cieniu i będzie bolesne Oto po odwiedzinach Mędrców ze Wschodu, po ich ukłonie („upadli na twarz i oddali Mu pokłon”) i po złożeniu przez nich darów (por. Mt 2, 11), Maryja wraz z Dziecięciem musi uchodzić do Egiptu pod troskliwą opieką Józefa, gdyż „Herod (…) szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić” (Mt 2, 13). I aż do śmierci Heroda wypadnie Im pozostać w Egipcie (por. Mt 2, 15).

    17. Po śmierci Heroda, kiedy nastąpił powrót Świętej Rodziny do Nazaretu, rozpoczyna się długi okres życia ukrytego. Ta, która „uwierzyła, że spełnią się: słowa powiedziane Jej od Pana” (por. Łk 1, 45), żyje na co dzień treścią tych słów. Na co dzień jest przy Niej Syn, któremu nadała imię Jezus — więc z pewnością w obcowaniu z Nim posługuje się tym imieniem, które zresztą nikogo nie mogło dziwić, gdyż od dawna było używane w Izraelu. Jednakże Maryja wie, że Ten, który nosi imię Jezus, został nazwany przez anioła „Synem Najwyższego” (por. Łk 1, 32). Maryja wie, że poczęła Go i wydała na świat, „nie znając męża”, za sprawą Ducha Świętego, mocą Najwyższego, która osłoniła Ją (por. Łk 1, 35), podobnie jak obłok osłaniał Bożą obecność w czasach Mojżesza i ojców (por. Wj 24, 16; 40, 34-35; 1 Krl 8, 10-12). Tak więc Maryja wie, że Syn, którego wydała na świat w sposób dziewiczy — to właśnie owo „Święte” — „Syn Boży”, o którym mówił do Niej anioł.

    W ciągu lat ukrytego życia Jezusa w domu nazaretańskim, życie Maryi jest również „ukryte z Chrystusem w Bogu” (por. Kol 3, 3) przez wiarę. Wiara bowiem — to obcowanie z tajemnicą Boga. Maryja stale, na co dzień, obcuje z niewypowiedzianą tajemnicą Boga, który stał się człowiekiem, z tajemnicą, która przewyższa wszystko, co zostało objawione w Starym Przymierzu.

    Od chwili zwiastowania Dziewica-Matka została wprowadzona w całkowitą „nowość” samoobjawienia się Boga i stała się świadomą tajemnicy. Jest Ona pierwszą z tych „prostaczków”, o których kiedyś Jezus powie: „Ojcze (…) zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom” (Mt 11, 25). Przecież: „nikt nie zna Syna, tylko Ojciec” (Mt 11, 27).

    Jakże więc Maryja może „znać Syna”? Z pewnością nie zna Go tak jak Ojciec — a przecież jest pierwszą wśród tych, którym „Ojciec zechciał objawić” (por. Mt 11, 26-27; l Kor 2, 11). O ile jednak od chwili zwiastowania objawiony Jej został Syn, którego całkowicie zna tylko Ojciec — Ten, który Go rodzi w odwiecznym „dzisiaj” (por. Ps 2, 7) — to Maryja Matka z tą prawdą swego Syna obcuje tylko w wierze i przez wiarę! Błogosławiona jest przeto, że „uwierzyła” — i wierzy na co dzień, wśród wszystkich doświadczeń i przeciwności czasu dziecięctwa Jezusa, a potem w ciągu lat życia ukrytego w Nazarecie, gdzie Jezus „był im poddany” (Łk 2, 51): Maryi, a także Józefowi, bo on wobec ludzi zastępował Mu ojca. Dlatego też Syn Maryi był uważany przez ludzi za „syna cieśli” (por. Mt 13, 55).

    Matka tego Syna, pamiętna wszystkich słów zwiastowania i późniejszych wydarzeń, nosi więc w sobie całkowitą „nowość” wiary: początek Nowego Przymierza. Jest to początek Ewangelii, czyli dobrej, radosnej nowiny. Nietrudno jednak dostrzec w nim także swoisty trud serca, jaki związany jest z „ciemną nocą wiary” — używając słów św. Jana od Krzyża — jakby z „zasłoną”, poprzez którą wypada przybliżać się do Niewidzialnego i obcować z tajemnicą36. W taki też sposób Maryja przez wiele lat obcuje z tajemnicą swego Syna i idzie naprzód w swojej pielgrzymce wiary, w miarę jak Jezus „czynił postępy w mądrości (…) i w łasce u Boga i u ludzi” (Łk 2, 52). Coraz bardziej ujawniało się oczom ludzi upodobanie, jakie Bóg w Nim znajduje. A pierwszą pośród tych ludzi, którym dane było odkryć Chrystusa, była Maryja, która z Józefem mieszkała w tym samym domu w Nazarecie.

    A jednak, kiedy po znalezieniu w świątyni, na pytanie Matki: „czemuś nam to uczynił?”, dwunastoletni Jezus odpowiedział: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”, Ewangelista dodaje: „Oni jednak (Józef i Maryja) nie zrozumieli tego, co im powiedział” (Łk 2, 48-50). Tak więc Jezus miał świadomość, że „tylko Ojciec zna Syna” (por. Mt 11, 27), a nawet Ta, której najpełniej została objawiona tajemnica Jego Boskiego synostwa, Matka, z tajemnicą tą obcowała tylko przez wiarę. Znajdując się przy boku Syna, pod dachem jednego domu, „utrzymując wiernie swe zjednoczenie z Synem (…) szła naprzód w pielgrzymce wiary”, jak podkreśla Sobór37. I tak było również w ciągu publicznego życia Chrystusa (por. Mk 3, 21-35), stąd, z dnia na dzień, wypełniało się na Maryi błogosławieństwo wypowiedziane przez Elżbietę przy nawiedzeniu: „Błogosławiona, któraś uwierzyła”.

    18. To błogosławieństwo osiąga pełnię swego znaczenia wówczas, kiedy Maryja stale pod Krzyżem swego Syna (por. J 19, 25). Sobór stwierdza, że stało się to „nie bez postanowienia Bożego”: „najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością godząc się (na to), aby doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej narodzona”. W ten sposób Maryja „utrzymała wiernie swe zjednoczenie z Synem aż do Krzyża”38: zjednoczenie przez wiarę. Przez tę samą wiarę, przez którą przyjęła objawienie anioła w momencie zwiastowania. Wtedy też usłyszała: „Będzie On wielki (…) Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie (…) panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32-33).

    A oto, stojąc u stóp Krzyża, Maryja jest świadkiem całkowitego, po ludzku biorąc, zaprzeczenia tych słów. Jej Syn kona na tym drzewie jako skazaniec. „Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści (…) wzgardzony tak, iż miano Go za nic (…) zdruzgotany” (por. Iz 53, 3-5). Jakże wielkie, jak heroiczne jest wówczas posłuszeństwo wiary, które Maryja okazuje wobec „niezbadanych wyroków” Boga! Jakże bez reszty „powierza siebie Bogu”, „okazując pełną uległość rozumu i woli”39 wobec Tego, którego „drogi są niezbadane” (por. Rz 11, 33)! A zarazem: jak potężne jest działanie łaski w Jej duszy, jak przenikliwy wpływ Ducha Świętego, Jego światła i mocy!

    Przez tę wiarę Maryja jest doskonale zjednoczona z Chrystusem w Jego wyniszczeniu. Wszak „On (Jezus Chrystus), istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał (…), aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi”. A oto teraz, na Golgocie, „uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci — i to śmierci krzyżowej” (Flp 2, 5-8). U stóp Krzyża, Maryja uczestniczy przez wiarę we wstrząsającej tajemnicy tego wyniszczenia. Jest to chyba najgłębsza w dziejach człowieka „kenoza” wiary. Przez wiarę Matka uczestniczy w śmierci Syna — a jest to śmierć odkupieńcza. W przeciwieństwie do uczniów, którzy uciekli, była to wiara pełna światła. Jezus z Nazaretu poprzez Krzyż na Golgocie potwierdził w sposób definitywny, że jest owym „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą”, wedle słów Symeona. Równocześnie zaś spełniły się tam jego słowa skierowane do Maryi: „A Twoją duszę miecz przeniknie”40.

    19. Zaiste, „błogosławiona jest Ta, która uwierzyła”! Te słowa Elżbiety wypowiedziane po zwiastowaniu tutaj, u stóp Krzyża, osiągają swą definitywną wymowę. Przejmująca staje się moc, jaką słowa te w sobie zawierają.. Od stóp Krzyża zaś, jakby z samego wnętrza tajemnicy Odkupienia, rozprzestrzenia się zasięg i perspektywa tego błogosławieństwa wiary. Sięga ono do „początku” i jako uczestnictwo w ofierze Chrystusa, nowego Adama, staje się poniekąd przeciwwaga nieposłuszeństwa i niewiary, zawartej w grzechu pierwszych ludzi. Tak uczą Ojcowie Kościoła, a zwłaszcza św. Ireneusz, cytowany w Konstytucji Lumen gentium: „Węzeł splątany przez nieposłuszeństwo Ewy rozwiązany został przez Maryi; co związała przez niewierność dziewica Ewa, to dziewica Maryja rozwiązała przez wiarę”41; w świetle tego porównania z Ewą, Ojcowie — jak przypomina ten sam Sobór — nazywają Maryję „matką żyjących” i niejednokrotnie stwierdzają: „śmierć przez Ewę, życie przez Maryję”42.

    Słusznie przeto w owym wyrażeniu „Błogosławiona, któraś uwierzyła”, możemy upatrywać jakby klucz, który otwiera nam wewnętrzną prawdę Maryi: tej, którą anioł przy zwiastowaniu pozdrowił jako „łaski pełną”. Jeśli jako „łaski pełna” była Ona odwiecznie obecna w tajemnicy Chrystusa, to przez wiarę stawała się w niej obecna w wymiarach całego swego ziemskiego itinerarium: „szła naprzód w pielgrzymce wiary”. Równocześnie zaś tę tajemnicę Chrystusa w sposób dyskretny — ale bezpośredni i skuteczny — uobecniała ludziom. I nadal nie przestaje jej uobecniać. Przez tajemnicę Chrystusa także Ona jest obecna wśród ludzi. Poprzez Syna rozjaśnia się także tajemnica Matki.

    3. Oto Matka Twoja

    20. Jest w Ewangelii św. Łukasza taki moment, gdy „jakaś kobieta z tłumu głośno zawołała”, zwracając się do Jezusa: „Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś” (Łk 11, 27). Słowa te stanowią pochwałę Maryi jako rodzonej Matki Jezusa. Może owej kobiecie Matka Jezusa osobiście nie była znana. Kiedy bowiem Syn rozpoczął swą mesjańską działalność, Maryja Mu w tym nie towarzyszyła. Pozostawała nadal w Nazarecie. Można powiedzieć, że powyższe słowa nieznanej kobiety niejako wywołały Ją z tego ukrycia.

    Poprzez słowa te, stała się też niejako obecna wśród tłumu bodaj na chwilę cała ewangelia dziecięctwa Jezusa. Tam właśnie Maryja jest obecna jako Matka, która poczyna Jezusa w swym łonie, która Go rodzi i jako Dziecię karmi po macierzyńsku piersią: Matka-Karmicielka, którą ma na myśli owa „kobieta z tłumu”. Poprzez to macierzyństwo, Jezus — Syn Najwyższego (por. Łk 1, 32) — jest prawdziwym Synem człowieczym. Jest „ciałem”, jak każdy człowiek: jest „Słowem, które stało się ciałem” (por. J 1, 14). Jest to ciało i krew Maryi!43

    Na to błogosławieństwo, jakie nieznana kobieta wypowiedziała pod adresem jego Matki i Rodzicielki, Jezus odpowiada w sposób znamienny: „Owszem, ale przecież błogosławieni ci, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je” (Łk 11, 28). Jezus chce odwrócić uwagę od macierzyństwa, o ile oznacza ono tylko więź ciała, aby skierować ją w stronę tych tajemniczych więzi ducha, jakie powstają przez słuchanie słowa Bożego i zachowywanie go.

    Jeszcze wyraźniej to przeniesienie do dziedziny wartości duchowych zarysowuje się w innej odpowiedzi Jezusa, którą zapisali wszyscy Synoptycy. Gdy mianowicie oznajmiono Jezusowi, że Jego „Matka i bracia stoją na dworze i chcą się z Nim widzieć” — wówczas On odpowiedział: „Moją Matką, i moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je” (por. Łk 8, 20-21). Powiedział to zaś „spoglądając na siedzących dokoła Niego”, jak czytamy w zapisie Markowym (3, 34) — czy też Mateuszowym (12, 49): „wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom”.

    Wypowiedzi powyższe zdają się leżeć jakby na przedłużeniu tego, co Dwunastoletni odpowiedział Maryi i Józefowi, gdy znaleźli Go po trzech dniach w świątyni jerozolimskiej.

    Teraz, gdy Jezus odszedł z Nazaretu, gdy rozpoczął swą działalność publiczną w całej Palestynie, jest już całkowicie i wyłącznie „w sprawach Ojca” (por. Łk 2, 49). Głosi Jego królestwo: „królestwo Boże” i „sprawy Ojca”, które dają mowy wymiar i nowe znaczenie wszystkiemu, co ludzkie, a więc każdej ludzkiej więzi w odniesieniu do celów i zadań każdego człowieka. Również taka więź jak „braterstwo” znaczy w tym nowym wymiarze coś innego niż „braterstwo wedle ciała” — skutek pochodzenia od tych samych rodziców. Nawet „macierzyństwo” w wymiarze królestwa bożego, w zasięgu ojcostwa Boga samego, nabiera innego znaczenia. Jezus, w słowach przytoczonych przez św. Łukasza, uczy właśnie o tym nowym znaczeniu macierzyństwa.

    Czy przez to odsuwa się od tej, która była Jego Rodzicielką, Jego rodzoną Matką? Czy pragnie pozostawić Ją w cieniu ukrycia, które sama wybrała? Jeśli tak mogłoby się wydawać na podstawie brzmienia samych słów, to równocześnie należy stwierdzić, że to inne i nowe macierzyństwo, o jakim mówi Jezus swoim uczniom, w sposób najszczególniejszy odnosi się właśnie do Niej. Czyż Maryja nie jest pierwszą pośród tych, „którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je”? Czyż nie do Niej odnosi się nade wszystko owo błogosławieństwo, jakie, wypowiedział Jezus odpowiadając na słowa nieznanej kobiety? Niewątpliwie Maryja jest godna błogosławieństwa dlatego, że stała się dla swego Syna Matką wedle ciała („Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś”) — ale również i nade wszystko dla tego, że już przy zwiastowaniu przyjęła słowo Boże, że słowu temu uwierzyła, że była Bogu posłuszna, ponieważ słowo to „zachowywała” i „rozważała w sercu” (por. Łk 1, 38. 45; 2, 19. 51) i całym swoim życiem wypełniała. Tak więc błogosławieństwo wypowiedziane przez Jezusa nie przeciwstawia się — wbrew pozorom — błogosławieństwu wypowiedzianemu przez nieznaną kobietę, ale z nim się spotyka w osobie tej Matki-Dziewicy, która sama siebie nazwała „służebnicą Pańską” (Łk 1, 38). Jeśli „wszystkie pokolenia zwać Ją będą błogosławioną” (por. Łk 1, 48) — to owa anonimowa kobieta zdaje się być pierwszą, która potwierdza nieświadomie ów proroczy werset z Magnificat Maryi i zapoczątkowuje Magnificat wieków.

    Jeśli przez wiarę Maryja stała się Rodzicielką Syna, którego dał Jej Ojciec w mocy Duch Świętego, zachowując nienaruszone Jej dziewictwo, to w tejże samej wierze odnalazła Ona i przyjęła ów inny wymiar macierzyństwa, który Jej Syn objawił w czasie swego mesjańskiego posłannictwa. Można powiedzieć, że wymiar ten był udziałem Matki Chrystusa od początku, od chwili poczęcia i narodzin Syna. Od tego momentu była Tą, która uwierzyła. Jednak w miarę jak odsłaniało się Jej oczom i duchowi posłannictwo Syna, Ona sama jako Matka otwierała się ku tej „nowości” macierzyństwo, jakie miało stawać się Jej udziałem przy boku Syna. Czyż nie powiedziała na początku: „Oto Ja, służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1, 38)? Przez wiarę słuchała w dalszym ciągu i rozważała to słowo, w którym stawało się coraz przejrzystsze, w sposób „przekraczający wszelką wiedzę” (por. Ef 3, 19) samoobjawienie się Boga żywego. Maryja Matka, stawała się w ten sposób pierwszą poniekąd „uczennicą” swego Syna, pierwszą, do której On zdawał się mówić „pójdź za Mną”, wcześniej niż wypowiedział to wezwanie do Apostołów czy do kogokolwiek innego (por. J 1, 43).

    21. Pod tym względem szczególnie wymowny jest zapis Ewangelii Janowej, który ukazuje nam Maryję obecną na weselu w Kanie. Maryja pojawia się tam jako Matka Jezusa na początku Jego życia publicznego: „Odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów” (J 2, 1-2). Z tekstu wynikałoby, że Jezus i uczniowie zaproszeni są razem z Maryją i jakby z tej racji, że Ona była tam obecna. Wydaje się, że zaproszono Syna ze względu na Matkę. Znana jest dalsza kolej wydarzeń związanych z tym zaproszeniem — ów „początek znaków”, jaki uczynił Jezus: woda przemieniona w wino — tak, że Ewangelista dodaje: „objawił swą chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2, 11).

    Maryja obecna jest w Kanie Galilejskiej jako Matka Jezusa — i w sposób znamienny przyczynia się do owego „początku znaków”, objawiających mesjańską moc Jej Syna. Oto „kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?»” (J 2, 3-4). Wedle Ewangelii św. Jana owa „godzina” oznacza moment przeznaczony przez Ojca, w którym Syn wypełni swoje dzieło i ma doznać uwielbienia (por. J 7, 30; 8, 20; 12, 23. 27; 13, 1; 17, 1; 19, 27). Chociaż więc to, co Jezus odpowiedział swej Matce, zdaje się wskazywać raczej na odmowę (co bardziej jeszcze uwydatnia się wówczas, gdy zdanie ma charakter twierdzący: „jeszcze nie nadeszła godzina moja”), tym niemniej Maryja zwraca się do sług ze słowami: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2, 5). Wtedy Jezus nakazuje sługom napełnić wodą stągwie tam stojące — a woda stale się winem, lepszym niż to, jakie uprzednio zostało podane gościom weselnym.

    Jak głębokie zrozumienie istniało między Jezusem a Jego Matką? Jak wniknąć w tajemnicę ich wewnętrznej jedności duchowej? Sam fakt jest jednak wymowny. Zapewne w wydarzeniu tym zarysowuje się już dość wyraźnie nowy wymiar, nowe znaczenie macierzyństwa Matki Chrystusa. Ma ono znaczenie, które nie mieści się wyłącznie w wypowiedziach Jezusa i w różnych wydarzeniach przytoczonych przez Synoptyków (Łk 11, 27-28 oraz Łk 8, 19-21; Mt 12, 46-50; Mk 3, 31-35). Tam Jezus nade wszystko przeciwstawiał macierzyństwo, wynikające z samego faktu zrodzenia, temu, czym to „macierzyństwo” (podobnie jak „braterstwo”) ma być w wymiarze królestwa Bożego, w zbawczym zasięgu ojcostwa Boga samego. W tekście Janowym opisu wydarzenia z Kany zarysowuje się to, w, czym to nowe macierzyństwo wedle Ducha, a nie tylko wedle ciała konkretnie się przejawia. Przejawia się więc w trosce Maryi o ludzi, w wychodzeniu im naprzeciw w szerokiej skali ich potrzeb i niedostatków. W Kanie Galilejskiej została ukazana jedna tylko konkretna odmiana ludzkiego niedostatku, pozornie drobna i nie największej wagi („wina już nie mają”). Posiada ona jednak znaczenie symboliczne: owo wychodzenie naprzeciw potrzebom człowieka oznacza równocześnie wprowadzenie ich w zasięg mesjańskiej misji i zbawczej mocy Chrystusa. Jest to więc pośrednictwo: Maryja staje pomiędzy swym Synem a ludźmi w sytuacji ich braków, niedostatków i cierpień. Staje „pomiędzy”, czyli pośredniczy, nie jako obca, lecz ze stanowiska Matki, świadoma, że jako Matka może — lub nawet więcej: „ma prawo” — powiedzieć Synowi o potrzebach ludzi. Jej pośrednictwo ma więc charakter wstawienniczy: Maryja „wstawia się” za ludźmi. Ale nie tylko to: jako Matka równocześnie chce, aby objawiła się mesjańska moc Jej Syna. Jest to zaś moc zbawcza, skierowana do zaradzenia ludzkiej niedoli, do uwalniania od zła, jakie w różnej postaci i w różnej mierze ciąży nad życiem ludzkim. Tak właśnie mówił o Mesjaszu prorok Izajasz w znanym tekście, na który Jezus powołał się wobec swoich rodaków z Nazaretu: „(…) abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom wolność, a niewidomym przejrzenie (…)” (por. Łk 4, 18).

    Inny istotny element tego macierzyńskiego zadania Maryi wyrażają słowa skierowane do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Matka Chrystusa staje się wobec ludzi rzecznikiem woli Syna, ukazując te wymagania, jakie winny być spełnione, aby mogła się objawić zbawcza moc Mesjasza. W Kanie dzięki wstawiennictwu Maryi i posłuszeństwu sług Jezus zapoczątkował „swoją godzinę”. W Kanie Maryja jawi się jako wierząca w Jezusa: Jej wiara sprowadza pierwszy „znak” i przyczynia się do wzbudzenia wiary w uczniach.

    22. Możemy więc powiedzieć, że w powyższym zapisie Ewangelii Janowej znajdujemy jakby pierwszy zarys prawdy o macierzyńskiej trosce Maryi. Prawda ta znalazła wyraz również w magisterium ostatniego Soboru. Warto zauważyć, jak macierzyńska rola Maryi została przedstawiona przezeń w odniesieniu do pośrednictwa Chrystusa. Czytamy bowiem: „Macierzyńska rola Maryi w stosunku do ludzi żadną miarą nie przyćmiewa i nie umniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc”, ponieważ „Jezus Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi” (por. 1 Tm 2, 5-6). Ta macierzyńska rola wypływa — dzięki upodobaniu Bożemu — „z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależna i z niego czerpie całą moc swoją”44. Właśnie w takim znaczeniu wydarzenie w Kanie Galilejskiej jest jakby zapowiedzią pośrednictwa Maryi, które skierowane jest do Chrystusa, a zarazem zmierza do objawienia Jego zbawczej mocy.

    Z tekstu Janowego widać, że chodzi tu o pośrednictwo macierzyńskie. Jak głosi Sobór: Maryja „stała się nam matką w porządku łaski”. To Maryjne macierzyństwo „w porządku łaski” wyłoniło się z Jej Boskiego macierzyństwa: będąc z postanowienia Opatrzności Bożej Matką-Żywicielką Odkupiciela, „stała się (…) w sposób szczególny przed innymi szlachetną towarzyszką i pokorną służebnicą Pana”, która „współpracowała z dziełem Zbawiciela przez wiarę, nadzieję i miłość żarliwą dla odnowienia nadprzyrodzonego życia dusz Ludzkich”45. To macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie (…) aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych46.

    23. Jeżeli zapis Ewangelii Janowej o Kanie Galilejskiej mówi o macierzyńskiej trosce Maryi u początku mesjańskiej działalności Chrystusa, to istnieje inny jeszcze zapis tej samej Ewangelii, który owo Maryjne macierzyństwo w zbawczej ekonomii łaski potwierdza w momencie szczytowym, to znaczy wówczas, gdy spełnia się ofiara krzyżowa Chrystusa, Jego paschalna tajemnica. Zapis Janowy jest zwięzły: „obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie” (J 19, 25-27).

    Niewątpliwie trzeba widzieć w tym wydarzeniu wyraz szczególnej troski Syna o Matkę, którą pozostawiał w tak wielkiej boleści. Jednakże o znaczeniu tej troski Chrystusowy „testament z Krzyża” mówi więcej. Jezus uwydatnia nową więź pomiędzy „Matką” a „Synem”. Ta więź zostaje uroczyście potwierdzona w całej swojej prawdzie i rzeczywistości. Można powiedzieć, że — o ile uprzednio macierzyństwo Maryi względem ludzi było już zarysowane — w tej chwili zostaje ono wyraźnie określone i ustanowione: wyłania się zaś z całej dojrzałości paschalnej Tajemnicy Odkupiciela. Matka Chrystusa, znajdując się w bezpośrednim zasięgu tej tajemnicy, która ogarnia człowieka — każdego i wszystkich — zostaje dana człowiekowi każdemu i wszystkim — jako Matka. Tym człowiekiem u stóp Krzyża jest Jan, „uczeń umiłowany”47. Jednakże nie tylko on jeden. Zgodnie z Tradycją Sobór nie waha się nazywać Maryi Matką Chrystusa i Matką ludzi: jest Ona bowiem „złączona z wszystkimi ludźmi (…) pochodzeniem z rodu Adama, a co więcej, jest «zgoła matką członków (Chrystusowych; …) ponieważ miłością swoją współdziałała, aby wierni rodzili się w Kościele»”48.

    Tak więc, to „nowe macierzyństwo Maryi”, zrodzone przez wiarę, jest owocem „nowej” miłości, która ostatecznie dojrzała w Niej u stóp Krzyża, poprzez uczestnictwo w odkupieńczej miłości Syna.

    24. Znajdujemy się zarazem w samym centrum urzeczywistniania obietnicy zawartej w protoewangelii: „potomstwo niewiasty zmiażdży głowę węża” (por. Rdz 3, 15). Jezus Chrystus bowiem swą odkupieńczą śmiercią zwycięża zło grzechu i śmierci u samego korzenia. Jest rzeczą znamienną, iż zwracając się do Matki z wysokości Krzyża nazywa Ją „niewiastą” i mówi do Niej: „Niewiasto, oto syn Twój”. Podobnie zresztą odezwał się i w Kanie Galilejskiej (por. J 2, 4). Jakże wątpić, że zwłaszcza teraz — na Golgocie — zwrot ten sięga głębiej w tajemnicę Maryi i dotyka Jej szczególnego „miejsca” w całej ekonomii zbawienia? Uczy Sobór: „Wraz z Nią, wzniosłą Córą Syjonu, po długim oczekiwaniu spełnienia obietnicy, przychodzi pełnia czasu i nastaje nowa ekonomia zbawienia, kiedy to Syn Boży przyjął z Niej naturę ludzką, aby przez tajemnicę ciała swego uwolnić człowieka od grzechu”49.

    Słowa wypowiedziane z wysokości Krzyża mówią o tym, że macierzyństwo Matki Chrystusa znajduje swoją „nową” kontynuację w Kościele i przez Kościół, jakby symbolicznie obecny i reprezentowany przez Jana. W ten sposób Ta, która jako „łaski pełna” została wprowadzona w tajemnicę Chrystusa, by być Jego Matką, czyli Świętą Bożą Rodzicielką, przez Kościół pozostaje w tej tajemnicy jako owa „niewiasta”, na którą wskazuje Księga Rodzaju (3, 15) u początku, Apokalipsa zaś u kresu dziejów zbawienia (12, 1). Zgodnie z odwiecznym planem Opatrzności, macierzyństwo Boże Maryi ma udzielić się Kościołowi, jak na to wskazują wypowiedzi Tradycji, dla których macierzyństwo Maryi w odniesieniu do Kościoła jest odbiciem i przedłużeniem Jej macierzyństwa w odniesieniu do Syna Bożego50.

    Już sam moment narodzin Kościoła, jego pełne objawienie się wobec świata pozwala — według Soboru — dostrzec to trwanie macierzyństwa Maryi: „A kiedy podobało się Bogu uroczyście objawić tajemnice zbawienia ludzkiego nie wcześniej, aż ześle obiecanego przez Chrystusa Ducha, widzimy Apostołów przed dniem Zielonych Świąt «trwających jednomyślnie na modlitwie wraz z niewiastami i z Maryją Matką Jezusa i z braćmi Jego» (Dz 1, 14), także Maryję błagającą w modlitwach o dar Ducha, który podczas zwiastowania już Ją był zacienił”51.

    Tak więc w ekonomii łaski, sprawowanej pod działaniem Ducha Świętego, zachodzi szczególna odpowiedniość pomiędzy momentem Wcielenia Słowa a momentem narodzin Kościoła. Osobą, która łączy te dwa momenty, jest Maryja: Maryja w Nazarecie — i — Maryja w Wieczerniku Zielonych Świąt. W obu wypadkach Jej obecność w sposób dyskretny, a równocześnie wymowny — ukazuje drogę „narodzin z Ducha”. W ten sposób Maryja, obecna w tajemnicy Chrystusa jako Matka, staje się — z woli Syna i za sprawą Ducha Świętego — obecna w tajemnicy Kościoła. Jest to nadal obecność macierzyńska, jak potwierdzają słowa wypowiedziane na Krzyżu: „Niewiasto, oto syn Twój”; „Oto Matka twoja”.

    mp/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera.

    Jak naziści zemścili się na katolikach?

    Pius XI w swoim gabinecie przemawia za pośrednictwem Radia Watykańskiego.
    AKG IMAGES /EAST NEWS

    ***

    Dokument Mit brennenden Sorge był dla nazistów szokiem. Zemścili się we właściwy sobie sposób.

    Była Niedziela Palmowa 21 marca 1937 r. W prawie 12 tysiącach niemieckich kościołów rozbrzmiewały słowa: „Z palącą troską i ze wzrastającym zdziwieniem patrzymy od dłuższego czasu na udręczenie Kościoła, na wzmagające się uciemiężenie katolików, dochowujących mu wierności w tym kraju i w tym narodzie, któremu kiedyś św. Bonifacy przyniósł radosną wieść o Chrystusie i królestwie Bożym”.

    Tak zaczynała się encyklika Mit brennenden Sorge, jedyna w historii napisana w oryginale po niemiecku, bo do Niemców skierowana. Pius XI w stanowczych słowach potępiał nazizm, stwierdzając, że rasizmu i neopogaństwa nie można pogodzić z wiarą katolicką, i przypominając, że duchowni i świeccy mają obowiązek zachowania wierności słowu Bożemu i dawania świadectwa prawdzie, nawet gdy ceną będzie życie. Choć w dokumencie nie padło nazwisko Hitlera ani nie pojawił się zwrot „narodowy socjalizm”, jasne było, o kim mowa.

    Nie miał co do tego wątpliwości minister propagandy Joseph Goebbels. Był wściekły, gdy informację o planowanym nazajutrz odczytaniu encykliki otrzymał dopiero w sobotę wieczorem. 

    ***

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera. Jak naziści zemścili się na katolikach?

    Pius XI/Wikipedia

    ***

    My mamy religię

    Kościół w Niemczech krytykował ideologię nazistowską, jeszcze zanim jej głosiciele doszli do władzy. Biskupi ostrzegali wiernych przed narodowym socjalizmem i już w 1932 roku uznali członkostwo w NSDAP za niezgodne z wiarą chrześcijańską. Gdy jednak Adolf Hitler wygrał wybory, Watykan zawarł w lipcu 1933 r. konkordat z III Rzeszą, który określał warunki współistnienia państwa i Kościoła. Stolica Apostolska liczyła na ochronę niemieckich katolików, nie zdawała sobie jednak do końca sprawy, jak zbrodniczy potencjał niesie nazizm. Uświadomienie przyszło szybko. Wkrótce jasne się stało, że reżim hitlerowski nie zamierza stosować się do umowy i nie uszanuje praw Kościoła. Dało się to odczuć w wielu obszarach, szczególnie w odniesieniu do wychowania młodzieży. III Rzesza dążyła do uzyskania w tym zakresie monopolu, co boleśnie odbiło się na katolickich szkołach wyznaniowych, katolickich stowarzyszeniach młodzieżowych i nauczycielskich. Konkordat nie przeszkodził nazistom w szykanowaniu duchownych. Najbardziej niewygodni księża zaczęli zapełniać utworzony już w 1933 roku obóz koncentracyjny w Dachau.

    Szczególną zawziętość wobec Kościoła przejawiał Goebbels, który już w 1928 r. pisał: „Czymże jest dziś dla nas chrześcijaństwo? Narodowy socjalizm jest religią. Brak jedynie religijnego geniuszu, który rozsadza przebrzmiałe formy i tworzy nowe. Brakuje nam rytuału. Narodowy socjalizm stać się musi kiedyś w Niemczech religią państwową”.

    Watykan protestował przeciw antykościelnym działaniom nazistowskiego rządu, ale bezskutecznie. W końcu strona kościelna zrozumiała, że cicha dyplomacja jest niewystarczająca, i postanowiła użyć najmocniejszego argumentu – autorytetu papieża. Autorem projektu encykliki był kardynał Michael von Faulhaber, arcybiskup Monachium. Przy powstawaniu tekstu pracował, oprócz samego papieża, jego przyszły następca, kardynał Eugenio Pacelli.

    Encyklika została przewieziona do Niemiec kanałami dyplomatycznymi w 26 kopertach do nuncjusza arcybiskupa Cesarego Orsenigo, a ten przekazał je poszczególnym biskupom. Biskupi diecezjalni zlecili wydrukowanie dokumentu w 300 tys. egzemplarzy.

    Dużym sukcesem Watykanu było utrzymanie tak wielkiej operacji w tajemnicy prawie do końca. Pierwsza strona encykliki Mit brennenden Sorge.

    ***

    Encyklika, która rozwścieczyła Hitlera. Jak naziści zemścili się na katolikach?
    Pierwsza strona encykliki Mit brennenden Sorge/Wikipedia

    ***

    Głosicie urojenia!

    „Kto wynosi ponad skalę wartości ziemskie rasę albo naród, albo państwo, albo ustrój państwa, przedstawicieli władzy państwowej albo inne podstawowe wartości ludzkiej społeczności, które w porządku doczesnym zajmują istotne i czcigodne miejsce, i czyni z nich najwyższą normę wszelkich wartości, także religijnych, i oddaje się im bałwochwalczo, ten przewraca i fałszuje porządek rzeczy stworzony i ustanowiony przez Boga-człowieka i daleki jest od prawdziwej wiary w Boga i od światopoglądu odpowiadającego takiej wierze” – niosło się po kościołach jak Niemcy długie i szerokie. Papież napiętnował dążenie do zatarcia w ludziach prawa naturalnego i znieczulenia sumień. Przestrzegł przed nadużywaniem symboliki chrześcijańskiej do propagowania rzeczy z chrześcijaństwem sprzecznych. „Tysiące języków głosi wam dzisiaj ewangelię, która nie jest objawiona przez Ojca niebieskiego. Tysiące piór stoi na usługach pozornego chrześcijaństwa, które nie jest chrześcijaństwem Chrystusa. Prasa i radio zasypują was codziennie wytworami o treści wrogiej Kościołowi i wierze i atakują bezceremonialnie i bez żadnych skrupułów wszystko, co dla was musi być wzniosłe i święte” – pisał Pius XI. Wyraźną aluzją do kultu Wodza było wskazanie, że kto stawia jakiegokolwiek śmiertelnika „obok Chrystusa lub nawet ponad Nim i przeciwko Niemu, ten (…) jest obłąkanym prorokiem, głoszącym urojenia”. Papież wezwał wiernych, a zwłaszcza rodziców, do niezgody na niszczenie wiary dzieci.

    Proroczo zabrzmiało ostrzeżenie, że „zaprzepaszczenie wiecznych norm obiektywnej nauki moralnej (…) jest grzechem przeciwko przyszłości narodu, a za gorzkie owoce grzechu będą musiały zapłacić przyszłe pokolenia”. „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.


    ***

    „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI  na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.

    „Alarmowy krzyk papieża” – Pius XI na okładce francuskiego czasopisma w marcu 1937 r., po ogłoszeniu encykliki Mit brennenden Sorge.

    Bridgeman Images/East News

    ***

    Wielkie natarcie

    Zaskoczenie encykliką wśród nazistów było duże, Joseph Goebbels zdawał sobie jednak sprawę, że otwarta konfrontacja nie byłaby na razie korzystna. Zalecił „udawać obojętność i zignorować”. Zanotował, że „klechy” nie doceniają „cierpliwości i łagodności”, niech więc teraz „poznają naszą surowość, twardość i nieubłaganie”.

    Pierwsi tę surowość poznali drukarze, którzy wydrukowali teksty encykliki – stracili za to swoje zakłady. W następnym kroku policja ogłosiła, że encyklika jest aktem zdrady państwa. W następstwie tego do więzień trafiło wiele osób zaangażowanych w rozpowszechnianie dokumentu.

    Posypały się oskarżenia duchownych o nieobyczajność i wszczęto procesy „przeciwko niemoralności kleru”. Zaczęło się wyszukiwanie skandali z udziałem duchownych, zintensyfikowano też dochodzenia, które toczyły się już wcześniej, głownie związane z zarzutami o homoseksualizm. Służby zostały zaangażowane w dostarczanie materiału, który nadawałby się do przedstawienia Kościoła jako organizacji zbrodniczej i do cna zdeprawowanej. W tym celu gestapo prowadziło przesłuchania, stosując groźby i zastraszanie, a zeznania świadków przeformułowywano do protokołu w taki sposób, żeby obciążały oskarżonych.

    W toku postępowania wiele zarzutów okazało się bezpodstawnych, ale liczył się efekt propagandowy, a ten zapewniała prasa. W gazetach zaczęły się mnożyć opisy deprawacji wśród duchownych, przedstawiane w taki sposób, żeby społeczeństwo nabrało odrazy do całego duchowieństwa. Na zlecenie władzy w Niemczech zaczęły się mnożyć broszury i książki o charakterze antykościelnym, pełne sarkastycznych komentarzy i obraźliwych karykatur. Ponownie wydawano starsze książki o takiej wymowie.

    Goebbels w swoich zapiskach nazwał tę akcję „wielkim natarciem przeciw czarnemu lęgowi”. W jej ramach zlecił dyrektorowi ministerialnemu Alfredowi Berndtowi uregulowanie języka tej kampanii. Berndt codziennie musiał wymyślać nowe obelgi na Kościół, które następnie były obowiązkowo drukowane we wszystkich gazetach. Na przykład: „Zakrystia powszechnie stała się burdelem”, „Klasztory to prawdziwa wylęgarnia homoseksualizmu”, „Kościół walczy o szkoły wyznaniowe, bo chce utrzymać w tajemnicy to, co zakonnicy robią w toaletach”. I tak dalej.

    Moralista propagandysta

    Kulminacją nagonki był tzw. piekielny koncert – wystąpienie Goebbelsa 28 maja 1937 r. na wiecu w wypełnionej po brzegi berlińskiej Deutschlandhalle, transmitowane przez wszystkie rozgłośnie, a nazajutrz wydrukowane we wszystkich gazetach pod tytułem „Ostatnie ostrzeżenie”.

    Minister Propagandy Rzeszy, występując jako zatroskany ojciec czworga dzieci, wyjaśnił, że Rząd Rzeszy chciał milczeć w sprawie tych smutnych wydarzeń, ale katolicka bezczelność zniweczyła ten zamiar. Goebbels określił duchownych jako „zezwierzęconych i pozbawionych skrupułów deprawatorów młodzieży” i grzmiał, że ta „zaraza musi być wytępiona ogniem i mieczem”. Mówił o „skandalach kaznodziejów moralności”, które „wołają o pomstę do nieba”. Twierdził, że przypadki nadużyć seksualnych wśród księży wychodzą na światło dzienne każdego dnia. „Niestety, nie można już mówić o pojedynczych przypadkach, lecz raczej o zbiorowej zapaści moralnej. Wychodzą na światło dzienne przypadki molestowania seksualnego, których dopuszcza się ogromna część katolickiego duchowieństwa. I nie są to przypadki sporadyczne, ale obejmująca cały kler katolicki fala zgnilizny moralnej, jakiej w takim przerażającym nasileniu świat dotychczas nie widział. Ujawniane są sprawki niezliczonej ilości księży i zakonników i nie ulega wątpliwości, że tysiące tych spraw, które rozpatruje dziś nasz system sprawiedliwości, są zaledwie ułamkiem całości, obejmującej także wszystko to, co hierarchowie Kościoła próbują zamieść pod dywan”.

    Przestrzelili

    Konsekwencją akcji rozpętanej przeciw Kościołowi było około 2500 śledztw. Spośród tej liczby podejrzanych skazano jednak tylko 64 duchownych i 170 braci zakonnych. Zdecydowana większość spraw w ogóle nie zakończyła się aktem oskarżenia, została umorzona lub zakończona uniewinnieniem. Był to m.in. skutek licznych kompromitujących wpadek fałszywych świadków, rekrutowanych na ogół spośród ludzi słabo rozgarniętych. O tym jednak mediom nie wolno było informować. Chodziło o stworzenie wrażenia, że ​​nie chodzi o przypadki indywidualne, ale że cały system kościelny jest chory. Szczególnie ostrzegano przed Kościołem rodziców i sugerowano, że młodzi ludzie są bezpieczniejsi w organizacjach nazistowskich niż kościelnych.

    „Wielkie natarcie przeciw czarnemu lęgowi” nie przyniosło oczekiwanego skutku – naziści przestrzelili. Tak nagłe „odkrycie” kościelnych nieprawości nie przekonało katolików. Wierni nie odwrócili się od swoich pasterzy. Frekwencja w kościołach w ogóle nie zmalała, tym bardziej że biskupi nie pozostali bezczynni. W listach pasterskich i memorandach bronili się przed rzucanymi przez państwo oszczerstwami, wykazując na przykład, że podawane przez władze liczby przestępców są rażąco przesadzone.

    A później zaczęła się wojna. Naziści, choć stosunku do chrześcijaństwa nie zmienili, mieli inne rzeczy na głowie. Kwestię zniszczenia Kościoła odłożyli na później, nie wiedząc, że „Tysiącletnia Rzesza” ma przed sobą już tylko kilka lat.

    Od dawna nie ma już nazizmu, ale encyklika, która przed nim ostrzegała, wciąż zawiera aktualne wątki, bo tendencja do ubóstwiania człowieka jest niestety pokusą ludzi każdej epoki.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Fake newsy 1939.

    Jak Hitler przekonał niemieckie społeczeństwo do wojny?

    „Polscy szaleńcy wtargnęli na terytorium niemieckie”. „Została zaatakowana Byczyna w pobliżu Kluczborka. Inny atak – na Stodoły – jeszcze trwa” – donosiły 1 września 85 lat temu media III Rzeszy. Było w tym ziarno prawdy…

    Ato dlatego, że w noc przed wybuchem II wojny światowej Niemcy rzeczywiście zostali napadnięci we wsi Stodoły, która dzisiaj jest dzielnicą Rybnika, a także w Byczynie i w Gliwicach. Napastnicy wrzeszczeli tam po polsku, śpiewali „Mazurka Dąbrowskiego” i strzelali w górę. Koronnym dowodem na atak „polskich szaleńców” było kilkanaście trupów w polskich mundurach wojskowych, rozciągniętych na łące przy niemieckiej komorze celnej w Stodołach. Zabici mieli w kieszeniach autentyczne książeczki żołdu Wojska Polskiego, a nawet bilety tramwajowe i bilety do kina z różnych polskich miast.

    Przypominamy wydarzenia z nocy, która poprzedziła wybuch II wojny światowej. Zwłaszcza to, co stało się wtedy w Stodołach i w Byczynie, jest do dziś bardzo mało znane.

    Führer chce pretekstu

    Adolf Hitler na naradzie z wyższymi oficerami wojskowymi omawiał 22 sierpnia 1939 roku plan ataku na Polskę. W pewnym momencie rzucił: „Ja dam potrzebny dla propagandy powód wybuchu wojny, obojętne jest, czy będzie wiarygodny. Zwycięzcy nikt nie spyta, czy mówił prawdę”.

    Te tajemnicze słowa wiązały się ze ściśle tajnymi przygotowaniami, które od blisko trzech tygodni realizowali funkcjonariusze SS i gestapo. Na początku sierpnia 1939 r. na Górny Śląsk przyleciał samolotem sam Reinhard Heydrich, szef Służby Bezpieczeństwa SS i gestapo. Krótko oświadczył: „Führer potrzebuje pretekstu do wojny”. Następnie kazał się obwozić samochodem wzdłuż ówczesnej granicy niemiecko-polskiej. Po całodziennym poszukiwaniu Heydrich osobiście wybrał dwa miejsca, w których Hitler miał znaleźć swój pretekst. Były to okolice komory celnej w Stodołach oraz las koło Byczyny. Później wyznaczył jeszcze trzecie miejsce: Gliwice.

    Do realizacji planu zostali specjalnie wybrani funkcjonariusze SS, którzy umieli mówić po polsku. O takich ludzi, wychowanych na niemiecko-polskim pograniczu, nie było trudno. Abwehra, czyli niemiecki wywiad wojskowy, dostarczyła dwie ciężarówki pełne używanych przez Wojsko Polskie mundurów oraz broni.

    31 sierpnia wieczorem do akcji w Byczynie ruszyło około 130 esesmanów, przebranych za powstańców śląskich. Podeszli do niemieckiej leśniczówki, skąd wcześniej została ewakuowana rodzina leśniczego. Trochę postrzelali i pokrzyczeli po polsku. O godzinie 22.00 już w komplecie raczyli się herbatą z rumem na swojej kwaterze w gospodzie u Wyrwicha w Byczynie. Zbigniew Gołasz z mikrofonem burzowym w sali nadajnika Radiostacji Gliwickiej.

    Konserwy w mundurach

    Akcja w Stodołach była o wiele bardziej dramatyczna. 1 września o 4.00 nad ranem esesmani w polskich mundurach wojskowych zaatakowali niemiecką komorę celną. „Natarliśmy na budynek celny, strzelając w powietrze, wrzeszcząc, nawołując się i wydając komendy w języku polskim” – zeznał po wojnie Karl Hoffmann, dowódca tego oddziału SS. „Po dotarciu do komory celnej porozbijaliśmy szyby w oknach, zdemolowaliśmy drzwi, strzelaliśmy po dachu, czyniąc ciągle wielką wrzawę. Od strzałów pospadały z dachu rynny” – dodał.

    Inny esesman, Josef Grzimek, wspominał: „Mieliśmy przed sobą majątek niemiecki, dlatego niezbyt dobrze rozumieliśmy sens rozkazu i ociągaliśmy się z rozpoczęciem dewastacji. Dopiero gdy podoficerowie SS zaczęli dzieło zniszczenia, nawołując nas do współdziałania, przyłączyliśmy się do demolowania całego inwentarza”. Kiedy esesmani opuszczali już budynek celny, natknęli się na leżące przed nim ludzkie ciała. Dla zwykłych szeregowych, niewtajemniczonych w szczegóły akcji, było to zaskoczenie. „Schyliłem się i ujrzałem kilku ludzi w polskich mundurach, leżących nieruchomo na ziemi; uderzyło mnie, że głowy mieli ostrzyżone »na zero«. Gdy ujrzałem przed sobą te ciała niedające znaku życia, bardzo się przeląkłem; zdawało mi się, że to nasi koledzy. Z początku sądziliśmy, iż to kilku spośród naszych, których zabito w trakcie nieostrożnej strzelaniny. Dopiero gdy zrobiliśmy zbiórkę i okazało się, że nikogo nie brakuje, ogarnęły nas wątpliwości. Oficjalnie nic nam nie było wiadomo w tej sprawie. Uznaliśmy jednak, że w akcji brali udział również inni ludzie, nienależący do naszego oddziału specjalnego”. Zeznania te przytacza w książce „Akcja Tannenberg” Andrzej Szefer.

    Skąd wzięło się kilkanaście ciał na łące przed komorą celną w Stodołach? Otóż byli to więźniowie niemieckich obozów koncentracyjnych. Dlatego mieli głowy ogolone „na zero”. Gestapowcy wstrzyknęli więźniom narkotyki i przywieźli ich żywych, ale odurzonych, na miejsce prowokacji w Stodołach. Dopiero tutaj więźniowie zostali zastrzeleni. Niemcy nazywali tych więźniów „konserwami” – bo dla gestapo najlepszą konserwą trupa był żywy człowiek… Autorzy tej mistyfikacji zadbali nawet o takie szczegóły, jak włożenie ofiarom do kieszeni polskich dokumentów czy biletów tramwajowych. Niemcy od razu sfotografowali te ciała, żeby mieć dowód polskiej agresji.

    Babcia umarła

    Kolejna niemiecka akcja tej nocy jest znana – i to na całym świecie – jako „Prowokacja gliwicka”. Niewielu jednak wie, że esesmani przeprowadzili napad na tamtejszą radiostację tak nieudolnie, jakby byli bohaterami duńskiej komedii kryminalnej „Gang Olsena”.

    Tutaj także Niemcy zaplanowali zamordowanie człowieka, którego nazywali „konserwą”. Szef gestapo, Heinrich Müller, początkowo planował, że „konserwa” będzie ubrana w polski mundur. Alfred Naujocks, esesman dowodzący akcją, zaprotestował – jednak nie ze względu na obiekcje moralne związane z morderstwem, ale z powodu tego munduru. Radiostacja gliwicka znajdowała się 8 km od granicy. Niemożliwe więc byłoby, żeby oddział regularnej polskiej armii przeniknął aż tak daleko w terenie, na którym roiło się od niemieckiego wojska. Po latach Naujocks mówił: „Wyjaśniłem Müllerowi, że akcja, którą miałem dowodzić w Gliwicach, powinna przebiegać pod znakiem ataku polskich powstańców, czyli cywilów, a nie żołnierzy. Świetnie – odrzekł na to Müller – dostanie więc go pan w cywilu. Zaczyna pan akcję o godz. 20.00, a między 20.00 a 20.10 dostarczam panu »konserwę« do radiostacji”.

    Przeprowadzający prowokację esesmani kwaterowali w Gliwicach, w hotelu Haus Oberschleisen – dzisiaj w tym gmachu mieści się Urząd Miasta. 31 sierpnia około 16.00z Alfredem Naujocksem telefonicznie skontaktował się z Berlina sam Reinhard Heinrich. Rzucił do słuchawki: „Babcia umarła”. To było hasło do rozpoczęcia napadu na Radiostację Gliwicką, stojącą przy dzisiejszej ulicy Tarnogórskiej. Policjanci, którzy jej pilnowali, zostali wcześniej odwołani na polecenie „z góry”. Rybnik-Stodoły, budynek dawnej  komory celnej, gdzie rozegrał się dramat. Dziś to restauracja przy Zalewie Rybnickim.

    Studia tu nie ma

    O 20.00, gdy nad Gliwicami zapadał zmierzch, do gmachu bez przeszkód weszli więc esesmani, przebrani za powstańców śląskich. – Mieli biało-czerwone opaski na ramionach i orzełki na czapkach, więc wyglądali wiarygodnie – mówi historyk Zbigniew Gołasz, kierownik Radiostacji Gliwickiej, która dzisiaj jest oddziałem Muzeum w Gliwicach.

    W sali nadajnika przebywało w tamtym momencie trzech pracowników: telegrafista Nawroth, maszynista Kotz i dozorca Foitzik. – Są oni kompletnie zaskoczeni. Napastnicy terroryzują ich za pomocą broni, związują i sprowadzają do piwnicy. Następnie zaczynają poszukiwania studia, żeby nadać komunikat radiowy. Szukają i nie potrafią znaleźć… Idą więc do piwnicy, zapytać pracowników, gdzie jest to studio. Wtedy dowiadują się, że studia tu nie ma. Jest 4 km stąd, w innym budynku, przy ulicy Radiowej… – relacjonuje Zbigniew Gołasz.

    Wśród esesmanów nastąpiła wtedy konsternacja. Okazało się, że zawiodło ich rozpoznanie, skoro nie wiedzieli, że w Gliwicach były dwa obiekty radiowe: stary przy ulicy Radiowej, gdzie znajdowało się studio dziennikarskie, oraz nowy przy Tarnogórskiej, gdzie był tylko nadajnik, bez studia. Opanowali tylko ten drugi budynek… Żeby nadać swój komunikat, musieliby jednocześnie zająć oba gmachy. – Esesmani muszą podjąć jakąś decyzję. Mogą pojechać na ulicę Radiową, ale zaczęli już akcję i są zdekonspirowani. Co więcej, wyglądają jak Polacy i są uzbrojeni, a miasto jest pełne niemieckiego wojska i policji, bo jutro ma się zacząć wojna. Inne służby nic nie wiedzą o ich ściśle tajnej misji, więc po drodze mogą zostać zatrzymani i zastrzeleni… To jest ryzykowne – mówi kierownik Radiostacji Gliwickiej. – Przeszukują więc jeszcze raz salę nadajnika i znajdują mikrofon burzowy. To urządzenie, które służyło do ostrzegania mieszkańców, że nadchodzą wyładowania atmosferyczne, albo że są prowadzone prace na terenie radiostacji i będą przerwy w programie. Podpinają mikrofon burzowy do tego panelu – pokazuje.

    Esesmani zaczęli więc nadawać przygotowany komunikat po polsku i niemiecku. Były w nim słowa: „Halo, tu Gliwice, radiostacja i miasto znajdują się w polskich rękach” oraz wezwanie Polaków mieszkających na terenie Rzeszy do powstania przeciwko Hitlerowi. Napastnicy zadbali też o zrobienie hałasu: strzelali w sufit, śpiewali polski hymn i pieśni patriotyczne. – Jeden z mieszkających w sąsiednim budynku pracowników, który nazywał się Klose, usłyszał, że coś jest nie tak. Przyszedł sprawdzić, co się dzieje. Stanął w drzwiach i zobaczył mężczyzn z bronią. Oni też go zobaczyli i usiłowali zatrzymać, ale okazał się sprawny fizycznie. Uderzył jednego z przebranych esesmanów w podbródek i uciekł do swojego mieszkania, gdzie miał telefon. Zadzwonił po policję. Napastnicy wiedzieli już, że muszą kończyć tę akcję. Wychodząc, na podłodze w sali maszynowni natknęli się na ciało Franciszka Honioka – mówi historyk. Właśnie ten człowiek stanowił dla gestapowców kolejną „konserwę”. Był mieszkającym w Niemczech Polakiem; 18 lat wcześniej brał udział w III powstaniu śląskim. Niemcy zatrzymali go w karczmie U Jarzombka w jego rodzinnej, podgliwickiej wsi Łubie. Wstrzyknęli mu narkotyki, odurzonego przywieźli do budynku radiostacji i tam zastrzelili.

    Odpowiadamy ogniem

    – W tym czasie w Berlinie Hitler i jego ludzie siedzieli przy radiu, nasłuchując, ale nic nie usłyszeli. A to dlatego, że esesmani nadali ten komunikat przez mikrofon burzowy, a jest to sprzęt, który ma zasięg… wyłącznie lokalny. To, co mówili, było słyszalne tylko w okolicach Gliwic – opowiada Zbigniew Gołasz. – Stało się jasne, że fake news się nie udał. Podjęto więc decyzję, że o 22.30 nada go Radio Berlin. Następnego dnia fake newsa o Polakach, którzy zaatakowali Rzeszę, opublikowały wszystkie niemieckie gazety – dodaje.

    O poranku 1 września pismo NSDAP „Völkischer Beobachter” donosiło: „Została zaatakowana Byczyna w pobliżu Kluczborka. Inny atak – na Stodoły – jeszcze trwa”. Także Adolf Hitler w przemówieniu w Reichstagu nawiązał do prowokacji w Gliwicach, Stodołach i Byczynie, choć z ostrożności nie wymienił nazw tych miejscowości. Powiedział, że z winy Polski doszło do czternastu incydentów granicznych, w tym trzech „bardzo poważnych”. Podkreślił, że Niemcy nie dadzą się poniżać, a na siłę odpowiedzą siłą. Zaznaczył, że Polacy „dzisiaj po raz pierwszy ostrzeliwują nasze terytorium także przy użyciu regularnych wojsk. (…) Od godz. 4.45 odpowiadamy ogniem”.

    Zbigniew Gołasz zwraca uwagę, że Hitler liczył na przekonanie Francji i Anglii o tym, że to Polacy napadli na Niemców. Wtedy te dwa państwa nie musiałyby wypełniać swoich zobowiązań sojuszniczych wobec Polski. Führer wiedział, że są nieprzygotowane do wojny i miał nadzieję, że skorzystają z pretekstu, który im podsuwał… Mimo to władze Francji i Anglii 3 września 1939 r. wypowiedziały Niemcom wojnę.

    Przywódca III Rzeszy osiągnął jednak coś ważnego przez przygotowanie tych trzech prowokacji: przekonał własny naród, że wojna z Polską jest słuszna.

    Radiostację Gliwicką można zwiedzać od piątku do niedzieli w godzinach 11.00–16.00. Można w niej zobaczyć oryginalne urządzenia, w tym panel, do którego esesmani w czasie prowokacji wpięli mikrofon burzowy. Za budynkiem stoi smukła wieża radiostacji, wysoka na 112 metrów i przypominająca paryską wieżę Eiffla. Przez ponad 80 lat była to najwyższa na świecie konstrukcja wykonana z drewna; dopiero w zeszłym roku wyższa została wzniesiona w Japonii.

    Przemysław Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Spowiednik ludobójcy. O księdzu, który udzielił rozgrzeszenia nawróconemu zbrodniarzowi z Auschwitz

    Wykładowca teologii i organizator tajnych kompletów z jednej strony. Komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera – z drugiej. O. Władysław Lohn SJ i Rudolf Höss. Spowiednik i… penitent.

    ***

    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny/Persona77

    ***

    Ich drogi przecinały się dwukrotnie. W 1940 roku Rudolf Höss darował życie o. Władysławowi Lohnowi SJ. Siedem lat później o. Lohn wysłuchał spowiedzi komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego.

    Władysław

    O jego życiu wiadomo niewiele – przeważają suche, biograficzne fakty. Przyszedł na świat 5 kwietnia 1889 roku w Gorzkowie. Już jako 15-latek wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi, następnie kształcił się w Chyrowie, Nowym Sączu i Dziedzicach, gdzie 17 czerwca 1917 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kilka lat później rozpoczął karierę naukową – w Rzymie odbył studia doktorskie z teologii dogmatycznej i fundamentalnej, a we Francji kształcił się w zakresie prawa kanonicznego. Po powrocie do Polski zajął się nauczaniem teologii. Został pierwszym wychowawcą w nowo utworzonym Śląskim Seminarium Duchownym, które mieściło się w Krakowie, a później pierwszym rektorem stworzonego w Lublinie Collegium Bobolanum. Jego dokonania były na tyle znaczące, że w 1928 roku otrzymał nominację na wykładowcę teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kiedy wrócił do Polski, został mianowany przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego.

    Wybuch II wojny światowej zastał go w Starej Wsi. Już w grudniu 1939 roku o. Władysław zajął się organizowaniem akcji pomocy materialnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zapomniał jednak o swoich naukowych zainteresowaniach – najpierw zainicjował szeroki krąg tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej, a kiedy Niemcy zamknęli polskie uczelnie i uwięzili profesorów, zorganizował w Nowym Sączu i Starej Wsi wykłady z zakresu filozofii i teologii. 

    Komendant  obozu Auschwitz  Rudolf Höss  i jezuita  Władysław Lohn,  który przed śmiercią udzielił mu  rozgrzeszenia  – montaż.

    Komendant obozu Auschwitz Rudolf Höss i jezuita Władysław Lohn, który przed śmiercią udzielił mu rozgrzeszenia – montaż.
    NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE / WIKIPEDIA

    ***

    Rudolf

    Urodził się 25 listopada 1901 w niemieckim Baden-Baden. Wychowany w głęboko katolickiej rodzinie Rudolf Höss przez całe dzieciństwo gorliwie służył jako ministrant. Jego ojciec miał już dla niego sprecyzowany plan: pójdzie do seminarium i zostanie księdzem. Dziecięca wiara Rudolfa zachwiała się, kiedy miał 13 lat – do jego rodziców dotarła wiadomość o wypadku, który spowodował w szkole. Chłopak uznał, że zdradził go jego spowiednik, zaprzyjaźniony z rodziną Hössów. I choć po latach przyznał, że o złamaniu tajemnicy spowiedzi nie mogło być mowy, to jednak tamto zdarzenie spowodowało, że Rudolf zaczął stopniowo odsuwać się od wiary, żeby wreszcie w wieku 21 lat oficjalnie wystąpić z Kościoła katolickiego. W tym czasie był już żołnierzem i całym sercem, fanatycznie uwierzył w ideę narodowego socjalizmu i w Adolfa Hitlera, „którego rozkazy i wypowiedzi były dla mnie ewangelią” – jak zapisał w swojej autobiografii.

    Kiedy Höss został komendantem powstającego obozu Auschwitz, całym sobą zaangażował się w powierzone mu zadanie. „Od początku byłem całkowicie pochłonięty – wprost opętany – moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę” – notował już po wojnie, kiedy uwięziony czekał na proces i wyrok. Jego zapiski to opisy przerażającego, bezwzględnego okrucieństwa, którego dokonywał, będąc absolutnie przekonanym o słuszności swoich działań. Głód, nieludzkie warunki życia, praca ponad siły, tortury, którym byli poddawani więźniowie, wreszcie masowe egzekucje – w ostatnich miesiącach funkcjonowania obozu każdego dnia mordowanych było w nim nawet kilka tysięcy nowo przybyłych więźniów… Całą tą machiną zagłady kierował jeden człowiek.

    Pierwsze spotkanie

    Była druga połowa 1940 roku. Od kilku miesięcy w Oświęcimiu, z początkiem wojny przemianowanym na Auschwitz, funkcjonował obóz koncentracyjny. Jeszcze nie dymiły krematoryjne piece, jeszcze nie używano cyklonu B do masowej eksterminacji ludzi, ale już wówczas Auschwitz było czymś więcej niż zwykłe więzienie. „Przybyliście do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące” – tak SS Obersturmführer Karl Fritzsch, zastępca Rudolfa Hössa, powitał pierwszy transport polskich więźniów politycznych, przywiezionych do obozu 14 czerwca 1940 roku.

    Kilka miesięcy później do obozu trafili pierwsi jezuici. Z pomocą duchową i materialną pospieszył do nich ich prowincjał – o. Władysław Lohn. Nie wiedział, czego się może spodziewać. Oczywiście o legalnym widzeniu z więźniami nie mogło być mowy, zakonnik znalazł jednak przerwę w drucie kolczastym otaczającym obóz i przekradł się na jego teren w poszukiwaniu współbraci. Niestety jego misja została brutalnie przerwana. Kapłana szybko dostrzegli obozowi strażnicy, zatrzymali i powiedli przed oblicze samego komendanta. Tu ta historia powinna się zakończyć, za tak zuchwały czyn mogła grozić tylko jedna kara: rozstrzelanie. A jednak komendant obozu nieoczekiwanie zaczął rozmawiać z kapłanem. Nie wiadomo, czy zaimponowała mu perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, czy odwaga zakonnika, czy niemiecko brzmiące nazwisko. Dość, że Höss podjął zupełnie nieoczekiwaną decyzję: kazał puścić o. Lohna wolno.

    Przemiana

    Po wojnie Rudolf Höss uciekł i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, jako Franz Lang. 11 marca 1946 roku został ujęty i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Proces zbrodniarza rozpoczął się dokładnie rok później, 11 marca 1947 roku, i trwał niecały miesiąc, do 2 kwietnia. Obserwatorzy byli zadziwieni jego postawą – zeznania składał spokojnie, bez cienia emocji. Nie próbował się bronić, przyznał, że jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Po usłyszeniu wyroku skazującego na śmierć podziękował obrońcom i stwierdził, że nie będzie składał apelacji. Na wykonanie wyroku miał czekać w wadowickim więzieniu.

    Dwa dni po wyroku były komendant poprosił o spotkanie z katolickim kapłanem. Ponieważ na prośbę nie zareagowano, powtórzył ją na piśmie. Co mogło stać za zaskakującą prośbą komendanta? Badacze jego życiorysu uważają, że dużą rolę w jego przemianie mogli odegrać polscy strażnicy więzienni. Kilkoro z nich w czasie wojny było więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, dlatego były komendant mógł spodziewać się z ich strony najgorszego traktowania. Höss mógł obawiać się, że w więzieniu padnie ofiarą tortur, zemsty, prowadzonej przy niemej zgodzie polskich władz. Stało się jednak inaczej. Otwierając proces, sędzia Alfred Eimer zaapelował do składu sędziowskiego: „Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek”.

    Również w więzieniu Höss traktowany był przez strażników w sposób, który dogłębnie go zadziwił. Dał temu wyraz w liście do żony: „Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…), okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz, w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka” – pisał.

    Drugie spotkanie

    Ojciec Władysław Lohn przybył do wadowickiego więzienia 10 kwietnia 1947 roku. Rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie, zakończone złożeniem przez byłego komendanta pisemnego wyznania wiary. Po nim jezuita udzielił zbrodniarzowi rozgrzeszenia. „Wypowiedział nad nim słowa: Dominus noster Iesus Christus te absolvat et ego auctoritate ipsius e absolve ab omni viculo excommunicationis et interdicti in quantum possum, et tu indiges. Deínde ego te absólvo a peccátis tuis, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti. Amen (Pan nasz Jezus Chrystus niechaj cię rozgrzeszy, a ja Jego mocą uwalniam cię z wszelkich więzów ekskomuniki i interdyktu według rozciągłości mej władzy i twojej potrzeby. Następnie ja ci odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen)”. Tym samym przywrócił go do pełnej jedności z Bogiem i Kościołem.

    Następnego dnia o. Lohn ponownie przybył do wadowickiego więzienia. Tym razem miał ze sobą przyniesiony z parafialnego kościoła Wiatyk. Wiadomo było, że wykonanie wyroku nastąpić może lada dzień. Kościelny Karol Leń, który był obecny przy udzielaniu Komunii, zrelacjonował, że Höss uklęknął na środku celi, a po przyjęciu Chrystusa wybuchnął płaczem.

    Tego samego dnia napisał listy pożegnalne. Do żony skierował następujące słowa: „Moje chybione życie nakłada na Ciebie, Najukochańsza, święty obowiązek wychowania naszych dzieci w duchu prawdziwego, płynącego z serca człowieczeństwa”. Dzień później jeszcze raz sięgnął po pióro i napisał oświadczenie, które wręczył prokuratorowi, prosząc o jego podanie do publicznej wiadomości. W krótkim tekście po raz pierwszy przyznał, że za swoje czyny ponosi odpowiedzialność nie tylko w wymiarze prawnym, ale także moralnym:

    „Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie Narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało. Oby obecne ujawnienia i stwierdzenia tych potwornych zbrodni przeciwko człowieczeństwu i ludzkości doprowadziły do zapobieżenia na całą przyszłość powstawaniu założeń, mogących stać się podłożem tego rodzaju okropności.

    Rudolf Franz Ferdinand Hoess, Wadowice, 12 IV l947 r.”.

    Ostatnie chwile

    W przeddzień egzekucji Höss raz jeszcze wyspowiadał się u o. Lohna. 16 kwietnia wszedł na szubienicę, specjalnie wybudowaną w tym celu na terenie byłego już obozu, którym przez lata kierował, tuż obok pierwszego krematorium. Po pierwszej, nieudanej próbie wykonania wyroku skazaniec sam założył i zacisnął pętlę na swojej szyi. Obok niego stał ks. Tomasz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, odmawiając modlitwy za konających. Były komendant największego nazistowskiego, niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady, odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi, umarł pojednany z Bogiem.

    Francis Clooney SJ z Uniwersytetu Harvarda, współautor wydanej w USA w styczniu tego roku książki „Auschwitz i rozgrzeszenie: Przypadek komendanta i spowiednika”, przypomina, że rozgrzeszenie udzielone Hössowi nie oznacza, że jego dusza po śmierci trafiła prosto do nieba. Przywołuje nauczanie papieża Benedykta o czyśćcu, który papież definiuje jako rodzaj nieskończenie intensywnego momentu oczyszczenia poza czasem i przestrzenią. Akt rozgrzeszenia, udzielony przez polskiego jezuitę niemieckiemu zbrodniarzowi, nie zwalnia go z odpowiedzialności za zło, którego dokonał, ale otwiera na możliwość wejścia w proces oczyszczenia, w którym grzechy są wypalane poprzez skonfrontowanie z Bogiem twarzą w twarz. „Pod Jego spojrzeniem – pisze Benedykt XVI – topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. (…) Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym »przejście przez ogień«. Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga”.

    Ojciec Lohn o sakramencie, którego udzielił Hössowi, wspomniał krótko swoim współbraciom kilka dni po powrocie z wadowickiego więzienia. Później opowiedział o tym tylko w 1958 roku, podczas homilii wygłoszonej na prymicjach jezuity Władysława Kubika. Potwierdził przebieg wydarzeń z 10 i 11 kwietnia 1947 roku i wspomniał o ich pierwszym spotkaniu na terenie obozu w roku 1940. Trudno się dziwić – w trudnych latach, kiedy Polska powoli podnosiła się z wojennych zgliszczy, jezuici wiedzieli, jaka może być reakcja społeczeństwa na wiadomość, że polski ksiądz udzielił przebaczenia samemu komendantowi Auschwitz. A dla zaciekle antykatolickiego reżimu komunistycznego taka wiadomość byłaby niesłychanym propagandowym sukcesem.

    Po zakończeniu wojny o. Lohn dalej pełnił funkcję prowincjała. Jego zadaniem było między innymi ewakuowanie polskich jezuitów z Kresów i przejęcie poniemieckich klasztorów jezuickich na Śląsku i trzech kościołów we Wrocławiu. W 1947 roku złożył urząd i rozpoczął pracę w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Publikował teksty popularyzujące wiedzę teologiczną, komentarze do Ewangelii i szkice kazań. Dokonał także kolejnego przekładu na język polski dzieła Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Zmarł 3 grudnia 1961 roku.

    Agnieszka Huf/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________