***
środa 27 stycznia

Vatican Media
***
Ojciec św.Leon XIV:
Pismo Święte i Tradycja to nierozdzielny depozyt wiary
„Depozyt” Słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i potrzeba strzec jego integralności – przypomniał Papież na audiencji ogólnej. W kolejnej katechezie o nauczaniu Soboru Watykańskiego II Leon XIV mówił o ścisłym związku między Pismem Świętym i Tradycją. Odwołał się przy tym do cytowanej przez Katechizm maksymy Ojców Kościoła: „Pismo Święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”.
Papież kontynuował dziś refleksję nad soborową konstytucją o Objawieniu Bożym Dei Verbum. To w tym dokumencie Sobór wyjaśnił, na czym polega ścisła więź Pisma Świętego i Tradycji. Zaświadcza o tym również nauczanie samego Jezusa.
Duch Święty doprowadzi was do całej prawdy
Leon XIV przywołał dwie ewangeliczne sceny. Mowę pożegnalną w Wieczerniku zapowiadającą zesłanie Ducha Świętego, który wszystkiego apostołów nauczy i doprowadzi ich do całej prawdy; a także misyjne rozesłanie uczniów przez Zmartwychwstałego Pana, który nakazuje im nauczać wszystkie narody, aby zachowywały to, co Jezus przekazał apostołom. „W obu tych scenach widoczny jest ścisły związek między słowem, głoszonym przez Chrystusa, i tym, jak rozprzestrzeniało się ono przez wieki” – dodał Papież.
Biblia i Tradycja wypływają z tego samego źródła
Cytując Dei Verbum, Ojciec Święty przypomniał, że święta Tradycja i Pismo Święte ściśle łączą się z sobą i przenikają. Obydwa bowiem wypływają z tego samego Bożego źródła, zespalają się jakby w jedno i zmierzają do jednego celu (Dei Verbum, 9). Tradycja eklezjalna rozszerza się w ciągu dziejów poprzez Kościół, który strzeże Słowa Bożego, interpretuje je i urzeczywistnia.
Tradycja rozwija się w Kościele
Papież zauważył, że pochodząca od Apostołów Tradycja rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego poprzez dociekania wierzących, „a przede wszystkim poprzez nauczanie następców Apostołów, którzy otrzymali ‘niezawodny charyzmat prawdy’”. Leon XIV odwołał się do nauczania Grzegorza Wielkiego, który mówił, że Pismo Święte wzrasta wraz z tymi, którzy je czytają. Przytoczył też słowa św. Augustyna, który twierdził, że Słowo Boże jest jedno: to samo słowo rozbrzmiewa w Piśmie Świętym i jest głoszone przez wielu świętych.
Słowo Boże nie jest skamieliną
„Słowo Boże – mówił dalej Papież – nie jest zatem skamieliną, lecz jest rzeczywistością żywą i organiczną, która rozwija się i wzrasta w Tradycji. Tradycja natomiast, dzięki Duchowi Świętemu, pojmuje Słowo Boże w bogactwie jego prawdy i wciela je w zmieniających się współrzędnych dziejów”.
„Strzeż depozytu wiary”
Leon XIV odwołał się w tym miejscu do nauczania św. Johna Henry’ego Newmana o rozwoju doktryny chrześcijańskiej oraz do polecenia danego przez św. Pawła Tymoteuszowi, aby strzegł powierzonego mu depozytu wiary. Cytując soborowe nauczanie, Papież podkreślił, że Tradycja i Pismo Święte stanowią powierzony Kościołowi jeden depozyt Słowa Bożego, a jego wyjaśnianie zostało zlecone Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który działa w imieniu Jezusa Chrystusa.
Musimy strzec integralności depozytu wiary
„Również dzisiaj – powiedział na zakończenie Papież – ‘depozyt’ Słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i my wszyscy, pełniący różne posługi kościelne, musimy nadal strzec jego integralności, jako gwiazdy polarnej na naszej drodze w złożoności historii i egzystencji”. Odwołując się raz jeszcze do Dei Verbum Leon XIV podkreślił, że Biblia i Tradycja tak ściśle są ze sobą połączone, że jedno nie może istnieć bez drugiego.
Papież o rocznicy przywrócenia Ordynariatu Polowego w Polsce
Papież wezwał Polaków do wierności Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła. To one mają być „busolą duszpasterstwa” – powiedział Ojciec Święty. Na audiencji ogólnej Leon XIV przypominał o 35. rocznicy przywrócenia w Polsce Ordynariatu Polowego.
Oto pełna treść papieskiego pozdrowienia do Polaków:
„Serdecznie pozdrawiam pielgrzymów polskich! W tych dniach mija trzydzieści pięć lat od przywrócenia w Polsce Ordynariatu Polowego, którego zadaniem jest kształtowanie sumień osób, oddanych służbie Bogu i Ojczyźnie. Niech wierność Słowu Bożemu i Tradycji Kościoła będzie busolą duszpasterstwa, szczególnie w sprawowaniu sakramentów w sytuacjach próby i niebezpieczeństwa. Wszystkim wam błogosławię!”
Papież potępia antysemityzm i apeluje o budowanie społeczeństwa opartego na poszanowaniu każdego człowieka
Na zakończenie dzisiejszej audiencji ogólnej Ojciec Święty nawiązał do obchodzonego wczoraj Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu i zaapelował o budowanie społeczeństwa w oparciu o wzajemny szacunek i dążenie do dobra wspólnego.
Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu – zagłady, która doprowadziła do śmierci milionów Żydów i wielu innych osób. W tym corocznym dniu bolesnego wspomnienia proszę Wszechmogącego o dar świata bez antysemityzmu, bez uprzedzeń, ucisku i prześladowań wobec jakiegokolwiek istoty ludzkiej. Ponawiam mój apel do wspólnoty narodów, aby zawsze czuwała, żeby koszmar ludobójstwa nigdy więcej nie uderzył w żaden naród i aby budowano społeczeństwo oparte na wzajemnym szacunku i dobru wspólnym.
Cały tekst papieskiej katechezy:
Drodzy Bracia i Siostry, dzień dobry i witajcie!
Kontynuując lekturę Konstytucji soborowej Dei Verbum o Objawieniu Bożym, rozważamy dzisiaj związek między Pismem Świętym a Tradycją. Jako tło mogą nam posłużyć dwie sceny ewangeliczne. W pierwszej, która rozgrywa się w Wieczerniku, Jezus w swojej ważnej mowie-testamencie, skierowanej do uczniów, stwierdza: „To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. […] Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy” (J 14, 25-26; 16, 13).
Druga scena prowadzi nas natomiast na wzgórza Galilei. Jezus zmartwychwstały ukazuje się uczniom, którzy są zaskoczeni i wątpiący, i daje im polecenie: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody […]. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). W obu tych scenach widoczny jest ścisły związek między słowem, głoszonym przez Chrystusa, i tym, jak rozprzestrzeniało się ono przez wieki.
Takie stanowisko potwierdza Sobór Watykański II, posługując się sugestywnym obrazem: „Święta Tradycja zatem i Pismo święte ściśle łączą się z sobą i przenikają. Obydwa bowiem wypływają z tego samego Bożego źródła, zespalają się jakby w jedno i zmierzają do jednego celu” (Dei Verbum, 9). Tradycja eklezjalna rozszerza się w ciągu dziejów poprzez Kościół, który strzeże Słowa Bożego, interpretuje je i urzeczywistnia. Katechizm Kościoła katolickiego (por. nr 113) odsyła w tej kwestii do maksymy Ojców Kościoła: „Pismo święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”, to znaczy w tekście świętym.
W ślad za cytowanymi powyżej słowami Chrystusa, Sobór stwierdza, że „Tradycja ta pochodząca od Apostołów rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego” (DV, 8). Dzieje się to w pełnym zrozumieniu, dzięki „kontemplacji i dociekaniu wierzących”, poprzez doświadczenie wynikające z „głębokiego pojmowania przeżywanych rzeczywistości duchowych”, a przede wszystkim poprzez nauczanie następców Apostołów, którzy otrzymali „niezawodny charyzmat prawdy”. Podsumowując, „Kościół w swojej doktrynie, w życiu i kulcie przedłuża i przekazuje wszystkim pokoleniom wszystko, czym jest i w co wierzy” (tamże).
Znane jest w tym kontekście wyrażenie św. Grzegorza Wielkiego: „Pismo Święte wzrasta wraz z tymi, którzy je czytają”[1]. Już św. Augustyn stwierdził, że „jest jedno słowo Boże w całym Piśmie świętym rozbrzmiewające. Pamiętajcie, że przez usta wielu świętych głoszone jest jedno Słowo”[2]. Słowo Boże nie jest zatem skamieliną, lecz jest rzeczywistością żywą i organiczną, która rozwija się i wzrasta w Tradycji. Tradycja natomiast, dzięki Duchowi Świętemu, pojmuje Słowo Boże w bogactwie jego prawdy i wciela je w zmieniających się współrzędnych dziejów.
Sugestywne jest to, co w tym temacie proponował św. Doktor Kościoła John Henry Newman w swoim dziele, zatytułowanym O rozwoju doktryny chrześcijańskiej. Twierdził on, że chrześcijaństwo – zarówno jako doświadczenie wspólnotowe, jak i jako doktryna – jest rzeczywistością dynamiczną, zgodnie z tym, co sam Jezus wskazał w przypowieściach o ziarnie (por. Mk 4, 26-29): jest ono rzeczywistością żywą, rozwijającą się, dzięki wewnętrznej sile życiowej[3].
Św. Paweł Apostoł wielokrotnie napomina Tymoteusza, swojego ucznia i współpracownika: „Tymoteuszu, strzeż depozytu [wiary, który ci został powierzony]” (1 Tm 6, 20; por. 2 Tm 1, 12.14). Konstytucja dogmatyczna Dei Verbum powtarza ten tekst Pawła, stwierdzając: „Święta Tradycja i Pismo święte stanowią powierzony Kościołowi jeden depozyt słowa Bożego”; jego wyjaśnianie zostało zlecone „żywemu Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który autorytatywnie działa w imieniu Jezusa Chrystusa” (nr 10). „Depozyt” jest terminem, który w swoim źródłosłowie ma naturę prawną i nakłada na depozytariusza obowiązek zachowania treści, którą w tym przypadku jest wiara, oraz przekazania jej w stanie nienaruszonym.
Również dzisiaj „depozyt” słowa Bożego znajduje się w rękach Kościoła i my wszyscy, pełniący różne posługi kościelne, musimy nadal strzec jego integralności, jako gwiazdy polarnej na naszej drodze w złożoności historii i egzystencji.
Na zakończenie, najdrożsi, posłuchajmy raz jeszcze Konstytucji Dei Verbum, która podkreśla wzajemne powiązanie Pisma Świętego i Tradycji, które „tak ściśle łączą się ze sobą i zespalają, że jedno bez pozostałych nie może istnieć, a wszystkie razem, każde na swój sposób, pod wpływem jednego Ducha Świętego, skutecznie przyczyniają się do zbawienia dusz” (nr 10).
[1] Homiliae in Ezechielem I, VII, 8: PL 76, 843D.
[2] Enarrationes in Psalmos 103, IV, 1: Św. Augustyn, Objaśnienia Psalmów. Ps 103-123, Kazanie IV; tłum. Jan Sulowski, oprac. Emil Stanula, Warszawa 1986, s. 57.
[3] Por. John Henry Newman, Lo sviluppo della dottrina cristiana, Milano 2003, s. 104: Tenże, O rozwoju doktryny chrześcijańskiej, tłum. Jolanta W. Zielińska, Warszawa 1998, s. 84-85.
28.01.2026/VATICANNEWS.VA
***

fot. Agata Combik /Gość Niedzielny
***
Rok 2026 na Jasnej Górze pod znakiem 70. rocznicy Jasnogórskich Ślubów Narodu
Programy pielgrzymek, sympozja, specjalne wydawnictwa i inicjatywy jak „Mobilizacja Kobiet” w modlitwie za Polskę czy „Święto Kobiet u Najpiękniejszej z Niewiast” 8 marca wpisywać się będą w rocznicowe obchody. Także tegoroczne czuwania nocne z 27. na 28. dzień każdego miesiąca będą przypomnieniem poszczególnych zobowiązań Polaków podjętych w ślubowaniu. Pierwsze z czuwań odbędzie się już dziś.
Podobnie, jak to było w ubiegłym roku, nocną modlitwę podejmować będą przedstawiciele różnych grup i wspólnot. Pierwsze czuwanie prowadzi dzisiaj Stowarzyszenie Rodzin Katolickich arch. częstochowskiej. Rozpocznie je Apel Jasnogórski, a zakończy Msza św. o północy.
Comiesięczne czuwania modlitewne inicjowane przez członkinie Instytutu Prymasa Wyszyńskiego kontynuowane są na Jasnej Górze nieprzerwanie od ponad 40 lat. Ten rok będzie czasem rozważań i aktualizacji preambuły ślubów oraz pierwszego przyrzeczenia, czyli wierności Bogu, Krzyżowi, Ewangelii, Kościołowi i jego Pasterzom – do maja, a od maja tematem będzie drugie przyrzeczenie – wierność łasce uświęcającej – zapowiada Beata Mackiewicz.
Przedstawicielka Instytutu Prymasa Wyszyńskiego wyraziła nadzieję, że Jasnogórskie Śluby Narodu staną się programem na co dzień w życiu indywidualnym, ale i społecznym przez ich rozważanie, ale przede wszystkim praktykę życia.
– Trzeba nam zacząć od nawrócenia swojego serca, żeby coraz bardziej przylgnąć do Boga, żeby być wiernym Mu na co dzień. A być wiernym Bogu, to zachowywać Jego przykazania. W obecnych czasach skupiamy się często na naszych bliskich, na innych ludziach, oceniamy wszystkich, a chyba przychodzi też czas, żeby pochylić się nad sobą, nad swoim życiem, i zacząć właśnie od siebie – powiedziała Mackiewicz.
Anna Rastawicka z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego przypomina, że jako największe zagrożenie kard. Wyszyński uznawał, już w latach 60-tych XX wieku, nie ateizm, ale obojętność wobec Boga. W „Pro memoria” pisał, że „największe niebezpieczeństwo świata to indyferentyzm, który jest sprzymierzeńcem milczenia o Bogu i materializm praktyczny. Wobec nich ateizm jest naszym sprzymierzeńcem, bo jeszcze mówi o Bogu”.
Przyrzeczenia, które kard. Stefan Wyszyński napisał w trakcie swojego uwięzienia w Prudniku i Komańczy, były nawiązaniem do ślubów złożonych we Lwowie przez króla Jana Kazimierza 300 lat wcześniej. Król Jan Kazimierz prosił wówczas Matkę Bożą o ratunek przed najazdem szwedzkim. Jasnogórskie Śluby Narodu z 1956 r. były ponownym uznaniem Maryi Królową Polski, tym razem przez naród. Prymas Wyszyński ułożył je jako program odnowy życia religijnego i moralnego Polaków ujęty w 9 punktów mówiących m.in. o konieczności troski o obronę życia, wierność małżeńską, godność kobiety, świętość rodziny, katolickie wychowanie dzieci, o walce z nienawiścią, przemocą i wyzyskiem, marnotrawstwem czy nieuczciwością.
Konferencję podczas pierwszego w tym roku, styczniowego czuwania, wygłosi Beata Mackiewicz w oparciu o m.in. kazanie bł. kard. Stefana Wyszyńskiego wygłoszone na Jasnej Górze 3 maja 1957 r., w którym mówił o narodowym ciężarze ślubowań.
Od 1981 r., a więc od śmierci kard. Wyszyńskiego, w nocy z 27. na 28. dnia każdego miesiąca na Jasnej Górze trwają nocne czuwania w intencji Prymasa Tysiąclecia, teraz z intencją o jego kanonizację. Noc modlitwy jest też sposobnością do błagania w łączności z Nim w sprawach Kościoła i Ojczyzny.
Instytut Prymasa Wyszyńskiego – Gość Niedzielny
***
Niedziela 25 stycznia

fot. Vatican Media
***
Leon XIV: jesteśmy wezwani do głoszenia Ewangelii wszystkim i wszędzie
„My, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” – powiedział papież 25 stycznia w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”.
Ojciec Święty nawiązał do czytanego w III niedzielę zwykłą fragmentu Ewangelii o powołaniu pierwszych uczniów (Mt 4, 12-22). Zwrócił uwagę, że Pan Jezus rozpoczął swoją misję, gdy uwięziono Jana Chrzciciela. W tym kontekście przestrzegł przed przesadną roztropnością, zaznaczając, iż Ewangelia wymaga od nas ryzyka zaufania. „Bóg działa w każdym czasie i każda chwila jest dobra dla Pana, nawet jeśli nie czujemy się gotowi lub sytuacja nie wydaje się najlepsza” – zachęcił Leon XIV.
Papież zauważył, że Pan Jezus rozpoczął swoją misję publiczną od „Galilei pogan”, na obszarze wielokulturowym. Zatem Mesjasz pochodzi z Izraela, ale przekracza granice swojej ziemi. „Również my, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” – stwierdził Ojciec Święty.
„Podobnie jak pierwsi uczniowie, jesteśmy wezwani do przyjęcia wezwania Pana, w radości wynikającej ze świadomości, że każda chwila i każde miejsce naszego życia są przez Niego nawiedzane i przepełnione Jego miłością. Prośmy Maryję Pannę, aby wybłagała nam tę wewnętrzną ufność i towarzyszyła nam w naszej wędrówce” – powiedział Leon XIV przed odmówieniem modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniem apostolskiego błogosławieństwa.
Po odmówieniu modlitwy „Anioł Pański” i udzieleniu apostolskiego błogosławieństwa Ojciec Święty zachęcił do studiowania Słowa Bożego, zaapelował o ustanie wojny na Ukrainie a także otoczenie troską osoby chore na trąd. Pozdrowił również dzieci i młodzież z Włoskiej Akcji Katolickiej Dzieci, uczestnicach w „Karawanie Pokoju”, zachęcając do modlitwy o pokój we wszystkich krajach ogarniętych konfliktami zbrojnymi.
Oto słowa Ojca Świętego w tłumaczeniu na język polski:
Drodzy Bracia i Siostry!
Dzisiejsza niedziela – trzecia w Okresie Zwykłym – jest Niedzielą Słowa Bożego. Papież Franciszek ustanowił ją siedem lat temu, aby w całym Kościele promować znajomość Pisma Świętego oraz zwrócić uwagę na Słowo Boże w liturgii i życiu wspólnot. Wyrażam wdzięczność i zachęcam wszystkich, którzy z wiarą i miłością angażują się w realizację tego priorytetowego celu.
Również w ostatnich dniach Ukraina jest dotknięta ciągłymi atakami, które narażają całe grupy ludności na chłód zimy. Z bólem śledzę rozwój wydarzeń, jestem blisko i modlę się za tych, którzy cierpią. Przedłużanie działań wojennych, skutkujące coraz poważniejszymi konsekwencjami dla ludności cywilnej, pogłębia podziały między narodami i oddala sprawiedliwy oraz trwały pokój. Apeluję do wszystkich, aby jeszcze bardziej zintensyfikowali wysiłki, by położyć kres tej wojnie.
Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Chorych na Trąd. Wyrażam moją bliskość wobec wszystkich osób dotkniętych tą chorobą. Zapewniam o wsparciu dla Associazione Italiana Amici di Raoul Follereau [Włoskiego Stowarzyszenia Przyjaciół Raoula Follereau] oraz tych wszystkich, którzy opiekują się chorymi na trąd, angażując się w ochronę ich godności.
Moje pozdrowienie kieruję do was wszystkich – wiernych z Rzymu oraz pielgrzymów z różnych krajów! W szczególności pozdrawiam chór parafialny z Rakowskiego w Bułgarii, grupę Quinceañeras de Panamá, uczniów Instytutu Zurbarán z Badajoz w Hiszpanii; a także młodzież przygotowującą się do bierzmowania z parafii San Marco Vecchio we Florencji, społeczność szkolną Zespołu Szkół Erodoto z Corigliano-Rossano oraz Stowarzyszenie Wolontariatu Cuori Aperti z Lecce.
Serdecznie pozdrawiam chłopców i dziewczęta z Akcji Katolickiej w Rzymie – wraz z rodzicami, wychowawcami i kapłanami – którzy stworzyli Karawanę Pokoju. Dziękuję wam, drogie dzieci i droga młodzieży, ponieważ pomagacie nam – dorosłym, patrzeć na świat z innej perspektywy – perspektywy współpracy między różnymi osobami i narodami. Dziękuję! Bądźcie budowniczymi pokoju w domu, w szkole, w sporcie – wszędzie. Nigdy nie uciekajcie się do przemocy – ani poprzez słowa, ani poprzez czyny. Nigdy! Zło zwycięża się tylko za pomocą dobra.
Wraz z tymi młodymi ludźmi módlmy się o pokój: na Ukrainie, na Bliskim Wschodzie i we wszystkich regionach, gdzie, niestety, toczy się wojna w imię interesów, które nie są zbieżne z interesami narodów. Pokój buduje się w poszanowaniu narodów!
Dzisiaj kończy się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Zgodnie z tradycją, po południu, w Bazylice Świętego Pawła za Murami, będę celebrował nieszpory wraz z przedstawicielami innych wyznań chrześcijańskich. Dziękuję wszystkim, którzy wezmą w nich udział, również za pośrednictwem mediów, i życzę wszystkim dobrej niedzieli.
Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
Po przyjęciu chrztu Jezus rozpoczyna swoją działalność przepowiadania i powołuje pierwszych uczniów: Szymona – zwanego Piotrem – Andrzeja, Jakuba i Jana (por. Mt 4, 12-22). Przyglądając się bliżej tej scenie z dzisiejszego Ewangelii, możemy zadać sobie dwa pytania: jedno dotyczące czasu, w którym Jezus rozpoczyna swoją misję, a drugie dotyczące miejsca, które wybiera, aby nauczać i powołać Apostołów. Zadajmy sobie pytanie: kiedy rozpoczyna? gdzie zaczyna?
Przede wszystkim Ewangelista mówi nam, że Jezus rozpoczął swoją działalność przepowiadania, „gdy posłyszał, że Jan został uwięziony” (w. 12). Dzieje się to więc w momencie, który nie wydaje się najlepszy: Jan Chrzciciel został właśnie aresztowany, dlatego przywódcy ludu nie są zbyt skłonni do przyjęcia nowości Mesjasza. Chodzi o czas, który sugerowałby roztropność, a jednak właśnie w tej mrocznej sytuacji Jezus zaczyna nieść światło Dobrej Nowiny: „Bliskie jest królestwo niebieskie” (w. 17).
Również w naszym życiu osobistym i eklezjalnym, czasami z powodu wewnętrznych oporów lub okoliczności, które nie uważamy za sprzyjające, myślimy, że nie jest to odpowiedni moment, aby głosić Ewangelię, podjąć decyzję, dokonać wyboru, zmienić sytuację. Ryzykiem jest jednak pozostanie w niezdecydowaniu lub uwięzieniu w nadmiernej roztropności, podczas gdy Ewangelia wymaga od nas ryzyka zaufania: Bóg działa w każdym czasie i każda chwila jest dobra dla Pana, nawet jeśli nie czujemy się gotowi lub sytuacja nie wydaje się najlepsza.
Relacja ewangeliczna pokazuje nam również miejsce, w którym Jezus rozpoczyna swoją publiczną misję: „Opuścił [On] jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum” (w. 13). Pozostaje jednak w Galilei, na terytorium zamieszkanym głównie przez pogan, które ze względu na handel jest również ziemią tranzytu i spotkań; moglibyśmy powiedzieć, że jest to terytorium wielokulturowe, które przemierzają ludzie o różnym pochodzeniu i przynależności religijnej. W ten sposób Ewangelia przekazuje nam, że Mesjasz pochodzi z Izraela, ale przekracza granice swojej ziemi, aby głosić Boga, który staje się bliski wszystkim, który nikogo nie wyklucza, który nie przyszedł tylko dla tego, kto jest bez zmazy, ale wręcz przeciwnie – wchodzi w relacje międzyludzkie i sytuacje życiowe. Również my, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami.
Bracia i siostry, podobnie jak pierwsi uczniowie, jesteśmy wezwani do przyjęcia wezwania Pana, w radości wynikającej ze świadomości, że każda chwila i każde miejsce naszego życia są przez Niego nawiedzane i przepełnione Jego miłością. Prośmy Maryję Pannę, aby wybłagała nam tę wewnętrzną ufność i towarzyszyła nam w naszej wędrówce.
Kai/Gość Niedzielny
***
Bp Marian Eleganti: Nie ma zbawienia poza Kościołem. Dlaczego o tym zapominamy?

(fot. YouTube/Marian Eleganti)
***
Relatywizacja roli Jezusa Chrystusa jest niezwykle rozpowszechnionym i zarazem głęboko niepokojącym zjawiskiem w Kościele katolickim, uważa biskup Marian Eleganti.
Szwajcarski duchowny przypomniał znaczenie zasady „extra ecclesiam nulla salus”, czyli „nie ma zbawienia poza Kościołem”. Tej sprawie poświęcił artykuł na łamach portalu LifeSiteNews.
Były biskup pomocniczy diecezji Chur zaznaczył, że Bóg może zbawić również tych, którzy bez własnej winy nie należą do Kościoła, ale to może się stać w sposób znany tylko Jemu. To nie relatywizuje jednak absolutnej konieczności pośrednictwa Jezusa Chrystusa oraz zasadniczych narzędzi zbawienia – Kościoła i chrztu, podkreślił. Jak przypomniał, nie ma innego imienia, w którym ludzie mogliby być zbawieni, jak tylko Jezusa Chrystusa.
Pan Bóg chce zbawić wszystkich ludzi, ale to Boże pragnienie jest związane z misją Kościoła. Kościół jest „Matką i Nauczycielką” narodów („Mater et Magistra”). „Strzeże objawienia danego przez Boga w czasie i niesie je w niezmienionej postaci wszystkim ludziom. Jego sakramenty są nadprzyrodzonym źródłem życia, z którego każdy człowiek zostanie uzdrowiony” – wyjaśniał hierarcha.
Jak wskazał duchowny, kluczowym elementem funkcjonowania Kościoła pozostaje kapłaństwo, ściśle związane z Eucharystią. „Bez kapłana nie będzie Kościoła. Tam, gdzie on znika lub jest marginalizowany, Kościół znajduje się w fazie schyłkowej. Jest to związane z centralnym miejscem Najświętszej Eucharystii, która nie istnieje bez kapłana”, pisał bp Marian Eleganti.
Biskup podkreślił, że ta doktryna jest dziś relatywizowana w ramach synodalności. Tymczasem Prawda nie może podlegać zmianom:
„Jezus Chrystus jest Drogą, Prawdą i Życiem. Jest ten sam wczoraj, dziś i jutro. W tym sensie nie może być żadnej zmiany paradygmatu w Kościele, który zna Oblubieńca, żadnego nowego nauczania, żadnego oświecenia, które przewyższałoby lub przyćmiewało wszelką dotychczasową wiedzę. Nie ma żadnych rewolucyjnych spostrzeżeń w tym względzie, które wciąż czekają na realizację lub są niedawne. Nie ma też nowego, odmiennego Kościoła w sensie: Stare przeminęło, nowe nastało: synodalność!” – napisał bp Marian Eleganti.
„Nie znamy dziś Jezusa lepiej niż wierzący przed nami. Nie mamy głębszego wglądu w prawdę nadprzyrodzoną niż święci dawnych czasów, czy Kościół apostołów. Postęp technologiczny nie wyniósł nas na wyższy poziom moralny. […] To nie wiara Kościoła wymaga rewizji. To my jej wymagamy” – podkreślił.
„Właśnie tego chciał II Sobór Watykański: naszego powszechnego powołania do świętości” – zakończył artykuł hierarcha.
PCh24.pl/źródło: LifeSiteNews.com/Pach
***
Atak na ks. prof. Waldemara Chrostowskiego: pusta narracja przeciwko faktom i uczciwości

(fot. Jacek Lagowski / Forum)
***
Ks. prof. Waldemar Chrostowski to wybitny specjalista w dziedzinie biblistyki i judaizmu. Korzystając z eksperckiej wiedzy duchowny od lat rzuca światło na problemy „dialogu” z Żydami w polskim Kościele. Ostatnio karmiący wiernych rzetelną nauką pasterz padł ofiarą ostrego ataku. Wedle zarzutów odważny kapłan podważa nauczanie Kościoła. Uwagi te pod jego adresem kierują przedstawiciele narracji o „trwaniu Starego Przymierza”. W odróżnieniu od księdza prof. Chrostowskiego – choć głośno krzyczą o wierności doktrynie – oferują oderwaną od depozytu wiary narrację, której treść wydaje się wewnętrznie niespójna. O judaizmie wszyscy mamy mówić tak jak oni, choć merytorycznej polemiki odmawiają. Dla adwersarzy mają tylko zarzuty, oburzenie i półprawdę.
„Lęk przed zarzutem antysemityzmu dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek”, mówił w niedawnym wywiadzie z Katolicką Agencją Informacyjną ks. prof. Waldemar Chrostowski. Trafił chyba w sedno. Tuż po publikacji rozmowy z zasłużonym duchownym entuzjaści „dialogu z judaizmem” zagrzmieli. Sięgnęli po najcięższe oskarżenia – twierdząc, że poglądy księdza Chrostowskiego to prywatna opinia, odległa od sedna katolickiej wiary.
Co tak nieprawowiernego ma do powiedzenia ks. Chrostowski? „Samo zło” – bo… garść faktów o tym, jaką religią jest judaizm rabiniczny. W wywiadzie opublikowanym w okolicach jego 75. urodzin biblista po raz kolejny unaoczniał, że nie przypomina on religii mojżeszowej. Talmudyczne wyznanie różni się od niej kilkoma właściwościami.
Półprawdy zwolenników dialogu
„Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa”, zaznaczał duchowny.
„Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskie”, zwracał uwagę kapłan.
„W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat dialogu zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców”, dodawał.
„Wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji”, kwitował ekspert.
Przy innych okazjach ks. prof. Chrostowski przypominał entuzjastom dialogu z judaizmem i inne ważne fakty. Wśród nich to, że Stary Testament to dla chrześcijan również księgi deuterokanoniczne, które nie są ujęte w Biblii Hebrajskiej. Kapłan zaznaczał także, że judaizm od początku istnienia Kościoła prześladował go oraz, że Stary Testament przekazali nam nie Żydzi rabiniczni, ale Żydzi, którzy przyjęli Zbawiciela, stając się chrześcijanami.
W wywiadzie udzielonym KAI ks. prof. Chrostowski wyjaśnił także, że u początków „dialogu z judaizmem” w polskim Kościele był on jego zwolennikiem. W latach, gdy radzie episkopatu ds. dialogu z Żydami przewodził abp Stanisław Gądecki, zdaniem księdza profesora, nie można było jej wiele zarzucić.
„Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład oparty na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego”, uważa ekspert.
Poważne zarzuty i poważne manipulacje
Przekonania wyrażone przez wybitnego biblistę agresywnie zaatakował ks. prof. Andrzej Perzyński. Duchowny opublikował pełen oburzenia tekst, w którym poglądy adwersarza przedstawił jako sprzeczne z „oficjalnym” nauczaniem Kościoła o „trwałości Przymierza”… Próby uczciwej rozmowy o rzeczywistości judaizmu nie podjął. Zamiast tego przedstawił poważne zarzuty, ciskane z pozycji wyższości.
„Współczesna biblistyka katolicka, reprezentowana przez dokument Papieskiej Komisji Biblijnej (PKB) z 2001 roku (z przedmową kard. J. Ratzingera), Naród żydowski i jego Święte Pisma w Biblii chrześcijańskiej kreśli zupełnie inny obraz historyczny niż ten przedstawiony w wywiadzie. Zarówno chrześcijaństwo, jak i judaizm rabiniczny to dwa nurty, które wyrosły z tego samego pnia po katastrofie zburzenia Drugiej Świątyni w 70 roku. To nie reakcja nienawiści, lecz dwie drogi interpretacji wspólnego dziedzictwa. Sugerowanie, że cała tradycja Talmudu jest jedynie anty-Ewangelią, to nie tylko ryzykowne uproszczenie historyczne, ale przede wszystkim próba powrotu do zarzuconej przez Kościół teologii zastąpienia (supersesjonizmu)”, pisał ks. prof. Perzyński.
W słowach tych widać poważne braki w rozumieniu uwag ks. prof. Chrostowskiego. Biblista nie stwierdził bowiem, jakoby „cała tradycja Talmudu” sprowadzała się do „anty-Ewangelii”. To już sobie ks. Perzyński dopowiedział. Jest jednak faktem, że Talmud zawiera antychrześcijańskie fragmenty. Choćby i święty biskup Józef Sebastian Pelczar zwracał na nie uwagę… Zamiast się z tą prawdą zmierzyć, obrońca dialogu z judaizmem zaatakował osoby jej świadome. Osobliwa strategia dyskusyjna.
Dalej obrońca dialogu pokusił się o niepokojące stwierdzenie:
„Ksiądz Profesor buduje narrację, według której judaizm rabiniczny nie jest kontynuacją biblijnego Izraela, lecz jedynie reakcją przeciw Chrystusowi, powstałą w opozycji do rodzącego się Kościoła. W tej wizji współczesna wiara żydowska jawi się jako twór wtórny, niemalże pomyłka historii zbawienia, naznaczona ogromnym potencjałem antychrześcijańskości”, pisał ks. prof. Perzyński.
A przecież jasne jest chyba dla każdego prawowiernego chrześcijanina, że istnienie jakiegokolwiek innego wyznania w świetle historii zbawienia jest pomyłką. I to nieszczęsną. Szereg dokumentów Kościoła – również Soboru Watykańskiego II, jak i późniejszych, przypomina, że człowiek ma moralny obowiązek przyjąć prawdziwą religię. W „Dominus Iesus” czytamy, że istnienia innych wyznań „de iure” nie wolno usprawiedliwiać. Choćby doceniać niechrześcijan za pewne elementy kulturowe obecne wśród nich – nie pozwala to na pochwałę samych ich przekonań religijnych. Inaczej Urząd Nauczycielski nigdy nie wykładał. Robili tak tylko samowolnie w ryzykownych pracach teologowie pokroju Karla Rahnera.
O „pomyłce”, jaką było odrzucenie Mesjasza przez część narodu Żydowskiego, wyraźnie świadczą wystąpienia św. Piotra, czy Szczepana zapisane w Dziejach Apostolskich. Dla kogo zaś tajemnicą jest, że judaizm rabiniczny ukształtował się wśród tych Żydów, którzy Mesjasza nie przyjęli?
Odpowiedzi na tak poważne trudności ks. prof. Perzyński w ogóle nie zechciał szukać. Wrogi wobec próby uczciwej refleksji ks. Chrostowskiego sięgnął po okrągłe hasła, przeoczając ukryte w nich problemy– jednocześnie pewien swojej racji. Gdyby tylko tyle… próbę polemiki z góry osądził jaką niewierną kościelnemu Magisterium.
„Przypomnijmy przełomowe słowa z Moguncji (1980), gdzie papież nazwał Żydów Ludem Bożym Starego Przymierza, które nigdy nie zostało przez Boga odwołane. Jeśli Przymierze trwa, to dzisiejszy judaizm nie może być redukowany do reaktywnego filtra. Jest on żywą, autonomiczną odpowiedzią na Boże wezwanie, co potwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego (nr 839), jasno odróżniając wiarę żydowską od religii pogańskich: «w odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich wiara żydowska jest już odpowiedzią na Objawienie Boże w Starym Przymierzu”, ocenił.
Tymczasem sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ustępy 839 i 840 katechizmu Kościoła Katolickiego, same na już na to wskazują. Przyjrzymy się ich pełnemu brzmieniu.
„Stosunek Kościoła do narodu żydowskiego. Kościół, Lud Boży Nowego Przymierza, zgłębiając swoją tajemnicę, odkrywa swoją więź z narodem żydowskim, do którego przodków Pan Bóg przemawiał. W odróżnieniu od innych religii niechrześcijańskich wiara żydowska jest już odpowiedzią na Objawienie Boże w Starym Przymierzu. To do narodu żydowskiego należą przybrane synostwo i chwała, przymierza i nadanie Prawa, pełnienie służby Bożej i obietnice. Do nich należą praojcowie, z nich również jest Chrystus według ciała (Rz 9,4-5), ponieważ dary łaski i wezwania Boże są nieodwołalne (Rz 11,29)”.
Katechizm mówi o Objawieniu Bożym w „Starym Przymierzu”, na które judaizm stanowi próbę odpowiedzi. To fakt, Bóg w sposób niepełny w Starym Zakonie się objawił – w odróżnieniu od kultów politeistycznych, w których brak i takich poszlak. Nie oznacza to jednak z konieczności, że odpowiedź współczesnego judaizmu na Stary Testament jest właściwa, czy godna pochwały.
Wątpliwości rozwiewa właśnie nauczanie Apostoła pogan z Listu do Rzymian. Ks. prof. Perzyński sam odniósł się do tego tekstu – w sposób do bólu wybiórczy. Św. Paweł jasno wskazał bowiem, że odwrócenie Izraelitów od Mesjasza pozbawia ich obiecanych dóbr. Wyraził jednocześnie niezachwianą pewność, że gdy wszyscy poganie się nawrócą – do Kościoła przez wiarę w Chrystusa przystąpią i Żydzi.
„Izrael nie osiągnął tego, czego skwapliwie szukał; osiągnęli jednak wybrani. Inni zaś pogrążyli się w zatwardziałości”, czytamy u świętego męczennika. „ Czy aż tak się potknęli, że całkiem upadli? Żadną miarą! Ale przez ich przestępstwo zbawienie przypadło w udziale poganom, by ich pobudzić do współzawodnictwa. Jeżeli zaś ich upadek przyniósł bogactwo światu, a ich pomniejszenie – wzbogacenie poganom, to o ileż więcej przyniesie ich zebranie się w całości!”, kontynuował Apostoł Narodów. „A i oni [jego rodacy- red.], jeżeli nie będą trwać w niewierze, zostaną wszczepieni. Bo Bóg ma moc wszczepić ich ponownie”, kwitował.
Św. Paweł pisał o „ponownym wszczepieniu” Izraelitów, jeśli nie będą trwać w odrzuceniu Chrystusa. Jakiej manipulacji tym fragmentem Pisma Świętego trzeba, by nie widzieć w nim wezwania do przyjęcia chrześcijaństwa przez Żydów? Podtytuły tych akapitów w Biblii Tysiąclecia to: „Odrzucenie Izraela jest częściowe i czasowe” oraz „Całkowite nawrócenie Izraela”. Entuzjaści dialogu przywołują je dla obrony sądu, że Izrael nigdy nie został odrzucony oraz nawrócenia nie wymaga. To zatrważający absurd. Niestety – wzbudza on konieczne pytanie o intelektualną uczciwość osób głoszących podobne wizje.
O „dramacie” nieuznania Zbawiciela przez Żydów mówi również w dalszych ustępach katechizm:
„Ponadto, gdy rozważa się przyszłość, lud Boży Starego Przymierza i nowy Lud Boży dążą do analogicznych celów: oczekują przyjścia (lub powrotu) Mesjasza. Oczekiwanie jednak z jednej strony dotyczy powrotu Mesjasza, który umarł i zmartwychwstał, został uznany za Pana i Syna Bożego, a z drugiej – przyjścia Mesjasza, którego rysy pozostają ukryte, na końcu czasów; oczekiwanie to jest złączone z dramatem niewiedzy lub nieuznawania Chrystusa Jezusa”.
„Gdzieś mamy depozyt wiary. Dla nas prawdę ustalają komisje”!
Wbrew pełnym wyższości słowom ks. prof. Perzyńskiego, mnóstwo wątpliwości można wysunąć co do „oficjalnego” i niewątpliwego” charakteru nauki o trwaniu Starego Przymierza. W jasny sposób doktryny takiej Kościół nie ogłosił nigdy. Zdaniem duchownego sprawę trzeba uznać za rozstrzygniętą ze względu na kilka przemówień papieskich i dwa dokumenty watykańskich komisji. Bądźmy szczerzy: to źródła wyjątkowo wątłe, jeśli chodzi o magisterialny autorytet. Nie mają ani charakteru nieomylnego, ani ostatecznego. Tymczasem wizja obowiązującego wciąż Starego Zakonu stoi w jasnej sprzeczności z nauczaniem doniosłej rangi.
Przez XX wieków papieże, ojcowie i doktorzy Kościoła zgodnie uczyli, że Stare Przymierze wypełniło się w Chrystusie. Nie trwa nie dlatego, że Bóg je anulował – ale dlatego, że zawarta w nim obietnica spełniła się w ustanowieniu nowego, wiecznego testamentu. Co do tej prawdy nie było jakiejkolwiek dwuznaczności ani dozwolonej różnicy zdań w Kościele. Czy nauczanie zwyczajne „w które wszyscy, zawsze i wszędzie wierzyli” – obecne w dokumentach soborowych, wywodzone przez świętych w egzegezie Pisma Świętego, może podlegać zmianie? Ryzykowna opinia.
„Kościół święty (…) mocno wierzy, wyznaje i naucza, że przepisy prawne Starego Testamentu czy prawa Mojżesza, dzielące się na obrzędy, święte ofiary i sakramenty, ponieważ zostały ustanowione w celu wskazania na kogoś w przyszłości, chociaż były właściwe dla kultu Bożego tamtego okresu, ustały z przyjściem Pana naszego Jezusa Chrystusa, na którego wskazywały, i zaczęły się sakramenty Nowego Testamentu. Ktokolwiek po Męce pokłada nadzieję w przepisach prawa i poddaje się im jako koniecznym do zbawienia, jak gdyby wiara w Chrystusa nie mogła bez nich zbawiać, grzeszy śmiertelnie. Jednakże [Kościół] nie zaprzecza, że od męki Chrystusa aż do ogłoszenia Ewangelii można było ich przestrzegać, byleby nie uważać ich za konieczne do zbawienia. Lecz twierdzi, że po ogłoszeniu Ewangelii nie można tego czynić pod groźbą utraty zbawienia wiecznego. Ogłasza, że po tym czasie wszyscy praktykujący obrzezanie, szabat i pozostałe przepisy prawa są obcy dla wiary Chrystusa i nie mogą być uczestnikami zbawienia wiecznego, o ile kiedyś nie odwrócą się od tych błędów. Wszystkim więc, którzy chlubią się imieniem chrześcijan, nakazuje pełne zaprzestanie obrzezania, w każdym czasie, przed i po przyjęciu chrztu, ponieważ – czy ktoś pokłada w nim nadzieję, czy nie – nie może go dalej zachowywać bez utraty zbawienia wiecznego”, czytamy w bulli ojców soboru Florenckiego „Cantate Domino”.
Z kolei papież Pius XII w encyklice „Mystici Corporis Christi” uczył: „Nasamprzód bowiem przez śmierć Odkupiciela przestał istnieć Stary Zakon, a na jego miejscu Nowy Zakon powstaje. Wtedy to Krwią Chrystusową poświęcony został dla całego świata Zakon Chrystusowy ze swoimi tajemnicami, ustawami, obrzędami i ustanowieniami. Podczas gdy Boski Zbawiciel głosił słowo Boże w ciasnych granicach jednego kraju – posłany był bowiem tylko do owiec Izraela, które były zginęły – (Mt 15, 24) – wtedy żyły obok siebie Stary Zakon i Ewangelia, lecz na drzewie krzyża swego Pan Jezus zniósł Stary Zakon przykazań i przepisów (Ef 2, 15), przybił do krzyża cyrograf Starego Zakonu (Kolos 2, 14), ustanawiając we Krwi swojej, przelanej za cały rodzaj ludzki, Nowy Zakon (Mt 26, 28)”.
Św. Tomasz z Akwinu w „Summie Teologii” jednoznacznie wskazywał, że to chrześcijaństwo jest realizacją Starego Testamentu, a próba trwania w nim dzisiaj jest zakazana. Mesjasz już bowiem przyszedł.
Nie tylko przyszedł – ale sam odmówił duchowego związku z Abrahamem tych Żydów, którzy Go nie przyjęli. Chrystus powiedział elicie Izraela, że nie Abrahama, ale diabła ma za Ojca oraz, że dziedziców obietnicy Bóg może wzbudzić choćby z głazów Ziemi świętej. Czy Pismo Święte też stoi już w sprzeczności z „oficjalnym nauczaniem”, księże profesorze?
Soborowa deklaracja „Nostra Aetate” – wbrew fałszywej i bezpodstawnej interpretacji– nie odnosi się do kwestii aktualności Starego Przymierza. W żaden wyraźny sposób nie ogłasza odwołania dotychczasowej nauki o jego wypełnieniu. Nie deklaruje wprost trwania Starego Przymierza w judaizmie. Rozumieją ją tak jedynie zwolennicy pro-judaistycznej narracji. To jednak ich własne odczytanie niektórych niejednoznacznych zapisów dokumentu.
Pustą narracją w uczciwą polemikę
Przekonania głoszone przez ks. prof. Perzyńskiego mają jednak nie tylko tę słabość, że stają w radykalnej sprzeczności z utrwalonym chrześcijańskim nauczaniem. Wydaje się, że ich sens jest w ogóle niejasny – i, że mimo żarliwej retoryki, trudno powiedzieć, jak sami zwolennicy dialogu z judaizmem je rozumieją.
Wedle nauczania Kościoła Stary Testament był z natury „czasowy” i miał obowiązywać do przyjścia Chrystusa. To Mesjasz był obietnicą daną narodowi wybranemu. Oczywiście, że Bóg Przymierza nie odwołał. Dopełnił go. Naukę tę wyrażamy, nazywając Mojżeszowe Przymierze „figuratywnym”. Czerpało ono swoją wartość ze wskazania na Chrystusa. Jako takie miało w sobie aspekt wiary w Niego – tyle, że skierowanej ku przyszłości. Wyrażało to gorące czekanie Izraela na przyjście Pomazańca. Wiemy o tym od samego Zbawiciela. Abraham ujrzał Jego dzień i rozradował się.
Niech zatem ks. Andrzej Perzyński raczy nam jedno wyjaśnić. Jeśli wartość Starego Przymierza polegała na wskazaniu na Chrystusa – a sednem Starego Testamentu było oczekiwanie Mesjasza – to jak rozumieć „obowiązywanie” tego zakonu obecnie? W jakim sensie Stary Testament – mający wartość poprzez zapowiadanie Tego właśnie Jezusa Chrystusa – może obowiązywać dziś bez wiary w Niego lub z jasnym Jego odrzuceniem? W jaki konkretnie sposób judaizm rabiniczny uosabia nadzieję mesjańskiej obietnicy – skoro nie prowadzi do przyjęcia prawdziwego Mesjasza?
Na te fundamentalne pytanie próżno u orędowników „dialogu z judaizmem” szukać odpowiedzi. Mamy zgadzać się z ich wizją i przyjąć ją jako „oficjalne nauczanie” – choć nie wiemy, co w zasadzie ma znaczyć. Stare Przymierze trwa, choć się dopełniło. „Gdzie tu jest sens? Gdzie tu logika?” – chciałoby się zapytać, cytując znanego wyznawcę judaizmu z „Ziemi Obiecanej”.
Proszę więc w dobrej wierze. Niech ksiądz profesor Perzyński wyjaśni, co jego zdaniem oznacza trwanie Starego Przymierza. Która teza z poniższych to dziś „oficjalne” nauczanie Kościoła?
A) Kościół rezygnuje nie tylko z „teologii zastępstwa”, ale w ogóle całości swojego nauczania o figuratywnym znaczeniu Starego Testamentu. Było ono czymś innym, niż oczekiwaniem na Mesjasza zesłanego w Chrystusie. Jego wartość nie płynęła z zapowiedzi wiary chrześcijańskiej. Z tego powodu można przyjąć, że trwa ono bez wiary w Chrystusa w judaizmie rabinicznym. W wypadku wyznawców judaizmu podstawą przymierza z Bogiem nie jest wiara w Jego Syna przez oczekiwanie Jego przyjścia – ale pochodzeniowa przynależność.
B) Relatywizm: można patrzeć na Stare Przymierze zarówno jako na figurę chrześcijaństwa, jak i nie. Opinia żydowska i chrześcijańska co do mesjaństwa Chrystusa jest dozwolona i pozostaje jedynie „interpretacją” faktu, jakim jest Stary Testament. Sobór Watykański II – mówiąc o moralnym obowiązku przyjęcia przez wszystkich jedynej religii objawionej (katolickiej) – pomylił się. Tego akurat nauczania Vaticanum II nie chcemy. (vide: Deklaracja „Dignitatis Humanae”).
C) Stare Przymierze dopełniło się. Trwa jednak związana z nim troska Opatrzności o naród, który był figurą Kościoła. Zgodnie z tekstem Nostra Aetate Żydzi są drodzy Bogu ze względu na ich przodków. Ten nie przestaje wzywać ich zatem do złączenia się w jedno z poganami w jedynym Kościele Chrystusowym. Jeśli nawrócą się, wedle słów Św. Pawła, zostaną ponownie wszczepieni. Wypowiedzi o „braku odwołania Starego Przymierza” tego właśnie dotyczą, choć posługują się nieco mylącym językiem.
Sądzę, że którąś z tych tez zwolennicy narracji o trwałości Starego Przymierza muszą przyjąć, aby komunikowali się z nami zrozumiale. Jeśli nie C, to A lub B. Czytelnik sam chyba jest w stanie rozsądzić, czy te dwie ostatnie nie są czasem absolutnie błędne.
Tak, to parodia
Szczególną niechęć wywołało u ks. prof. Perzyńskiego sformułowanie jego adwersarza, który dialog z judaizmem nazwał parodią. Polemika, jaką „wysmażył” ten duchowny przeciwko ks. prof. Chrostowskiemu, jedynie unaocznia trafność tej diagnozy. Wybitny biblista nie pomylił się ani o jotę. Dialog z judaizmem to chaotyczny teologicznie, zamknięty na dyskusję o problemach i niezwykle pretensjonalny nurt. Nurt, który słabymi zarzutami odsądza od wierności Magisterium wybitnego specjalistę… bo ten śmie przypominać fakty. Tak – to parodia.
Filip Adamus/PCh24.pl
***
Prawda o dialogu chrześcijańsko-żydowskim w Polsce. Ks. prof. Chrostowski w mocnej rozmowie z KAI

(fot. PCh24TV)
***
W Polsce nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat – uważa ks. prof. Waldemar Chrostowski. Zdaniem wybitnego biblisty także Dzień Judaizmu w Kościele katolickim często nie ma wiele wspólnego z perspektywą religijną i teologiczną, bo nabrał charakteru politycznego.
W obszernej rozmowie z KAI duchowny mówi o swojej osobistej i naukowej przygodzie z Biblią, doradza jak czytać Pismo Święte, prostuje nieporozumienia wokół słów Jana Pawła II o Żydach jako „starszych braciach w wierze” i opowiada o swojej pasji filatelistycznej.
1 lutego ks. prof. Waldemar Chrostowski, laureat watykańskiej Nagrody Ratzingera, skończył 75 lat.
***
Tomasz Królak (KAI): Pisze psalmista, że miarą „miarą naszych lat jest lat siedemdziesiąt lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt”. Jak się Ksiądz profesor czuje mając za sobą lat 75?
Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Od młodości znam ten psalm i zawsze myślałem, że siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat to jest tak odległa perspektywa, że nie należy się tym specjalnie przejmować. I przyszedł czas, że mnie to również dotyczy.
Myślę, że to jest dobry moment, aby spojrzeć wstecz i przyznać rację psalmiście, że dożyć tych lat jest błogosławieństwem. To także czas, w którym trzeba zwolnić, pozbywać się rzeczy, które z tej perspektywy okazują się niepotrzebne albo mało ważne, zyskać dystans do siebie samego, a także do tego, co udało się dokonać i do tego, co nie zostało zrobione. Krótko mówiąc: to dobry czas na rozmowę z samym sobą i spokojny rachunek sumienia.
Psalmista dopowiada o latach pisanych człowiekowi: „…a większość z nich to trud i marność, bo szybko mijają, my zaś odlatujemy”. Czy i tu się z nim Ksiądz zgadza?
Bóg sprawił, że w moim przypadku nie było tak, że większość przeżytych lat była udręką czy wielkim trudem. Przeciwnie, postrzegam je jako czas intensywny i pod wieloma względami bardzo owocny. Zdarzały się niezwykle trudne chwile, ale z dzisiejszej perspektywy i one były błogosławieństwem.
Czy Biblię zna Ksiądz profesor na pamięć?
Nie i sądzę, że nikt nie zna jej na pamięć. Mogę streścić całą Biblię w miarę wiernie, bo czytałem ją wiele razy, również w oryginalnych językach, czyli Stary Testament po hebrajsku, aramejsku i grecku, a Nowy Testament po grecku. Przetłumaczyłem również bardzo wiele ksiąg biblijnych, przez 35 lat byłem wykładowcą egzegezy Starego Testamentu, wobec tego treść ksiąg Starego i Nowego Testamentu znam stosunkowo dobrze, ale nie na pamięć w tym znaczeniu, żeby je recytować ze sceny.
Czy był taki jeden, konkretny moment, w którym uświadomił sobie Ksiądz – lub może postanowił – że poświęci swoje życie studiowaniu Biblii?
Biblia stała się moim domem stosunkowo wcześnie, kiedy miałem 19 lat. Będąc na drugim roku studiów seminaryjnych musiałem je przerwać i w styczniu 1970 roku zostałem skierowany do pracy jako katecheta w parafii Łęki Kościelne. Warunki w jakich mieszkałem były dobre, a atmosfera stworzona przez proboszcza i miejscowych parafian bardzo życzliwa i serdeczna, ale dla 19-letniego chłopaka było to jednak doświadczenie trudne. Kilka lat wcześniej wyszło pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Postanowiłem wtedy, i bardzo chciałem w tym postanowieniu wytrwać, że każdego dnia będę czytał jeden rozdział. Nauczyło mnie to systematyczności, której wcześniej nie miałem, wytrwałości, a przede wszystkim otworzyło na zawartość Pisma Świętego. Kiedy więc ten prawie półroczny eksperyment się skończył i przyszły wakacje, lektura trwała nadal, a swoje postanowienie realizowałem również w seminarium. Na czwartym czy na początku piątego roku studiów lekturę całego Pisma Świętego miałem za sobą, zatem byłem w nie wprowadzony.
Kiedy dzisiaj o tym myślę to uświadamiam sobie, że odczytywałem Biblię w dwóch perspektywach. Z jednej strony jako bardzo ważne świadectwo historyczne o tym, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu, a z drugiej jako księgę, która potrzebna mi jest do życia. Potrzebna po to, żeby zrozumieć jego sens oraz żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego za wszelka cenę chcę być księdzem (bo to było najważniejsze pytanie) i w związku z tym, co to znaczy być chrześcijaninem i jakie jest miejsce Jezusa Chrystusa w moim życiu, a jakie być powinno.
Czy ma Ksiądz swoje ulubione księgi biblijne?
Zawsze bardzo głęboko przemawia do mnie Księga Hioba. Cenię ją niezwykle wysoko. Zwłaszcza od czasu, gdy przeczytałem ją po hebrajsku i okazało się, że są w niej treści znacznie głębsze niż te, które udało się pokazać i wydobyć w przekładzie polskim, dostępnym choćby w Biblii Tysiąclecia.
Co do innych ksiąg Starego Testamentu, mam kilka ulubionych, także wśród tych, które wydają się mało znaczące, jak na przykład Księga Aggeusza, która dotyczy istotnego przełomu w historii biblijnego Izraela po zakończeniu wygnania babilońskiego.
Bardzo lubię Księgę Ezechiela, na której uczyłem się, jeżeli tak można powiedzieć, egzegezy biblijnej i robiłem również doktorat, później habilitację. Lubię stanowczość tego proroka i przesłanie tej księgi.
Natomiast co do ulubionych ksiąg Nowego Testamentu, to mógłbym powiedzieć, że lubię właściwie cały, ale w szczególny sposób Listy świętego Pawła, a zwłaszcza – według egzegezy krytycznej to nie jest tekst Pawłowy – List do Hebrajczyków. Ten tekst otworzył mi oczy na relację między Starym a Nowym Testamentem, a także ukazał mi, kim jest naprawdę Jezus Chrystus w kontekście wszystkich biblijnych bohaterów wiary.
Wspominając o Księdze Hioba dotknął Ksiądz wielkiego tematu tłumaczenia tekstów biblijnych. Czy zaryzykowałby Ksiądz wskazanie, który przekład byłby najbardziej adekwatny dla czytelnika XXI wieku, to znaczy najskuteczniej poruszałby współczesną wrażliwość?
Myślę, że dla „przeciętnego” wiernego, który chce poznać Pismo Święte, najlepsza mimo wszystko (zaraz wyjaśnię to „mimo wszystko”) jest Biblia Tysiąclecia.
A to dlatego, że słyszymy ją w Kościele, w czytaniach liturgicznych i pozaliturgicznych, a poza tym od kilkudziesięciu lat zakodowała się w polskiej kulturze i tę kulturę współtworzy. Najlepiej więc sięgnąć po taki przekład, z którym stykamy się w różnych miejscach, zwłaszcza w kościele.
Natomiast o tym, że nie jest to przekład idealny (takich zresztą nie ma) świadczy fakt, że do tej pory ukazało się pięć wydań Biblii Tysiąclecia, każde z nich inne, a obecnie jest przygotowywane jej szóste wydanie. Biblia Tysiąclecia ma mankament, który wynika z jej natury, mianowicie jest dziełem zbiorowym, w związku z czym jakość przekładów poszczególnych ksiąg jest bardzo zróżnicowana.
W ostatnich wydaniach różnice te zostały nieco zniwelowane, ale nie udało się ujednolicić wszystkiego. O ile terminologia stosowana w oryginalnym tekście Pisma Świętego, napisanym w językach hebrajskim, aramejskim i greckim jest dość spójna, o tyle w przekładach dokonywanych przez różnych tłumaczy tej spójności za bardzo nie widać.
Druga sprawa jest związana z pierwszą. Biblia, zwłaszcza Stary Testament, wymaga pewnego klucza, który by pozwolił na jej właściwą, prawidłową interpretację. Z jednej strony osadzoną w tradycji katolickiej, z drugiej zaś wychyloną ku najnowszym osiągnięciom, także tym z zakresu archeologii, historii, językoznawstwa itd. Pod tym względem można było w Biblii Tysiąclecia zrobić więcej, ale trzeba powiedzieć, że jej miejsce zarówno w polskiej pobożności i wierze, jak też w teologii i w kulturze jest bardzo ważne.
Czy ceni Ksiądz profesor tłumaczenia Czesława Miłosza? Pytam dlatego, że przełożył on m.in. wspomnianą Księgę Hioba.
Cenię go jako poetę, natomiast jako teologa – nie. Dlatego, że Psalmy są księgą modlitwy. Oczywiście to jest księga poetycka w języku hebrajskim, ale nie o kunszt poetycki przede wszystkim tam chodzi. U Czesława Miłosza, a także w kilku innych próbach translatorskich tego rodzaju, widać poetycką biegłość, która subiektywnym sposobem patrzenia przesłania orędzie teologiczne. Poza tym trzeba powiedzieć, że Miłosz nie tłumaczył z języka hebrajskiego, bo tego języka nie znał.
Wspomniał Ksiądz, że lektura Starego Testamentu wymaga specjalnego klucza umożliwiającego właściwą interpretację zawartych tam treści. Wydaje się, że Stary Testament jest w powszechnej, może nie tylko polskiej, świadomości obecny wyraźnie gorzej niż Nowy…
Tak, i nie ma w tym nic dziwnego, a ponadto tej sytuacji się nie zmieni. Jesteśmy chrześcijanami i oparciem dla naszej wiary jest przede wszystkim Nowy Testament. Jeżeli chodzi o lekturę Starego Testamentu, to kiedyś, gdy rozpoczynałem pracę naukową, dydaktyczną i duszpasterską, wydawało mi się, że można spokojnie zachęcać do czytania Starego Testamentu. Teraz tak nie myślę.
A to ciekawe, dlaczego?
Uważam zdecydowanie, że chrześcijanin powinien rozpocząć lekturę Pisma Świętego od Nowego Testamentu, przyswoić sobie go sobie kilkakrotnie, i dopiero wtedy sięgnąć do Starego Testamentu, żeby zobaczyć, jak daleka droga została przebyta od jednego do drugiego etapu historii zbawienia. Związki między nimi to ciągłość, ale też brak ciągłości i radykalna nowość osoby Jezusa Chrystusa i Nowego Testamentu.
Wielu chrześcijan czuje konsternację, i słusznie, kiedy czyta Stary Testament. Mamy w nim do czynienia z rzeczywistością, która przeszła do historii – choćby cały kult starotestamentowy, składanie ofiar, kapłaństwo, itd. To jest jedno.
A drugie: Stary Testament – zmagałem się z tym bardzo długo, również pod wpływem rozmaitych pytań, które do mnie były i są kierowane – zawiera zapośredniczony wizerunek Boga. Czytamy, że PAN, Jahwe, nakazał to, czy nakazał tamto i jeżeli chodzi o przykazania albo kult, to wszystko wydaje się w porządku. Ale kiedy dochodzimy do Księgi Jozuego czy do Księgi Sędziów albo do Ksiąg Samuela i czytamy, że PAN nakazał wyniszczyć co do niemowlęcia, na mocy klątwy (hebrajskie: cherem), Amalekitów, Filistynów i innych wrogów Izraela, to zaczynamy mieć poważne trudności i wątpliwości.
Wydawało się do niedawna, że można na to odpowiedzieć tak: w takich przypadkach mamy do czynienia ze starożytnymi realiami, starożytną mentalnością, z uwarunkowaniami, które należą do przeszłości i że pod tym względem Izraelici byli podobni do sąsiednich ludów i narodów. Można też było wybrać inną wykładnię i upatrywać w Kananejczykach – tak, jak to robili ojcowie Kościoła odczytując te teksty na sposób duchowy – grzechów i słabości, które trzeba skutecznie przezwyciężać.
Ale w ostatnich latach moje spojrzenie się zmieniło. Stało się to pod wpływem tego, czego Izrael dopuszcza się w Strefie Gazy i na terytorium Autonomii Palestyńskiej oraz jak zachowuje się wobec swoich bliższych i dalszych sąsiadów. Obecnie nie można powiedzieć, że interpretacja, która dotychczas wiązana z tymi księgami, powinna mieć wymiar czysto historyczny. Do Izraela przybywają bowiem ze Stanów Zjednoczonych i z Europy Zachodniej tysiące żydowskich osadników, którzy, tak samo jak wielu miejscowych Żydów, biorą do ręki Księgę Jozuego i Księgę Sędziów i traktują Palestyńczyków tak, jak w starożytności traktowano Kananejczyków, Amalekitów i innych.
Z chrześcijańskiego punktu widzenia problem polega też na tym, że wśród Palestyńczyków są nie tylko muzułmanie, co w żadnym wypadku nie usprawiedliwia przemocy i okrucieństwa wobec nich, ale również chrześcijanie. Ale pod tym względem mamy do czynienia z ogromną trudnością, z którą stale spotykam się na rozmaitych konferencjach i spotkaniach z katolikami w Polsce, a którą bodaj najdobitniej uświadomiła mi palestyńska katoliczka w Nazarecie. Podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, w każdą sobotę w Nazarecie jest zawsze odmawiany wielonarodowy i wielojęzyczny różaniec. Jedna z tamtejszych dziewcząt dowiedziawszy się, że jestem księdzem i zajmuję się Pismem Świętym, zapytała mnie po takim różańcu: „Niech mi ksiądz powie, dlaczego i jak my, Palestyńczycy, Arabowie, chrześcijanie, mamy czytać te księgi?”. To jest wyzwanie, na które trzeba znaleźć uczciwą i rzetelną odpowiedź, ale – mówię to z dużym smutkiem – Kościół katolicki tej odpowiedzi nie szuka. To pytanie nie pojawia się ani nie jest podejmowane w przestrzeni teologicznej. Uważam, że dzieje się to z wielką szkodą, po pierwsze, dla mieszkających tam ludzi, a po drugie, dla Pisma Świętego.
Dlaczego tego wyzwanie Kościół nie podejmuje, Księdza zdaniem?
Dlatego, że obawia się zarzutu antysemityzmu. Lęk przed tym zarzutem dosłownie paraliżuje oraz odbiera zdrowy rozum i rozsądek.
Czy bezpośrednia obecność w miejscach opisywanych w Biblii pomaga w czytaniu i zrozumieniu jej treści?
Oczywiście. Pismo Święte dotyczy obecności Boga w dziejach świata, w historii biblijnego Izraela i w historii ludzi, zarówno poszczególnych osób, jak też ludów i narodów. Stary i Nowy Testament jest bardzo mocno osadzony w realiach czasu i przestrzeni, a więc geografii, topografii, uwarunkowań społecznych, politycznych, religijnych czy ekonomicznych. Dopiero wtedy, gdy je znamy, jesteśmy w stanie odkrywać niuanse, meandry, które chronią nas przed nadinterpretacją albo przed subiektywizmem w interpretacji narzucającym na starożytny tekst kategorie, które mamy w sobie, ale one z tym tekstem i jego znaczeniem nie mają wiele wspólnego.
Kiedy w 1978 roku zostałem skierowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego na studia na Papieskim Instytucie Biblijnym, a następnie otrzymałem stypendium do studiowania na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zmieniła się bardzo nie tylko moja percepcja, postrzeganie i rozumienie Biblii, ale sam też się zmieniłem. Uświadomiłem sobie bardziej niż wcześniej realność obecności Boga w świecie, tej obecności, która w Starym Testamencie wyrażała się w oczekiwaniu i tęsknocie, a wraz z Jezusem Chrystusem objawiła całe bogactwo wewnętrznego życia Boga, lecz objawiła je w tych konkretnych realiach.
Jaki sposób czytania Biblii doradzałby ksiądz osobom, które chcą ją poznać, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać, bo przeraża ich objętość, onieśmiela specyficzne nazewnictwo, nieznajomość realiów obyczajowych, geograficznych, itd.? Co zrobić, żeby zaszczepić w sobie przyjaźń z Biblią? Nie chodzi mi o cudowną receptę, ale realistyczną podpowiedź.
Istnieje recepta bliska cudu, a zarazem realistyczna. Gdy podejmujemy czytanie i przyswajanie sobie Pisma Świętego, powinna nam towarzyszyć świadomość, że wyrosło ono z wiary w Boga i że jego celem jest budowanie i wzmacnianie wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tak więc, to nie od Pisma Świętego dochodzimy do wiary chrześcijańskiej (zdarza się bardzo rzadko; może taka droga jest możliwa, ale nie spotkałem takich osób), lecz odwrotnie: od wiary chrześcijańskiej, od jej głębi, od jej przyjęcia i przeżywania oraz od życia nią przechodzimy do lektury Pisma Świętego.
Biblia nie jest ani łatwa, ani krótka, więc wymaga niemałego wysiłku. Mam na myśli nie tylko wysiłek intelektualny, konieczny żeby zrozumieć i umiejscowić biblijne osoby i wydarzenia, lecz także wysiłek duchowy. Musimy „przepuścić” wszystkie te wydarzenia i postacie z ich uwikłaniami, ale także z ich możliwościami i dokonaniami, przez filtr własnej wrażliwości. Musimy uznać – nawet jeżeli jakieś postacie biblijne nie są stricte historyczne – że właśnie w nich kumulują się religijne doświadczenia bardzo wielu ludzi, również nasze doświadczenie religijne.
Dla wielu wierzących dużą przeszkodą w czytaniu Biblii i w jej zrozumieniu jest to, że pojmuje się ją wyłącznie w perspektywie historycznej. Zakłada się, że wszystko od początku, czyli od opowiadania o stworzeniu do Apokalipsy, stanowi zapis historyczny, bliski konwencji biografii i akademickiej historii. Tymczasem to nie jest historia w naszym tego słowa znaczeniu, lecz teologia historii, czyli spojrzenia na dzieje z perspektywy religijnej. Żeby to zrozumieć trzeba zadać sobie wysiłek i zapytać samego siebie, czy potrafię spojrzeć na własne życie, na siebie i na swoje otoczenie w perspektywie religijnej; czy kiedykolwiek próbowałem to zrobić. Jeżeli zatem przyjmujemy treść Pisma Świętego w perspektywie teologii historii, to powinniśmy też podjąć trud rozpoznawania w swoim życiu obecności Boga, a być może i tego, co uznajemy za Jego nieobecność albo za Jego dystans wobec nas. Należy zatem popatrzeć nie tylko na Biblię, ale również na siebie. Dopiero wtedy jej lektura staje się głębsza i bardziej owocna.
Na czym polega postęp w dziedzinie nauk biblijnych? Co jest do odkrycia, zgłębienia, zinterpretowania?
W wymiarze historycznym na pewno ważne są odkrycia archeologiczne i starożytne świadectwa literackie i nieliterackie, które pomagają usytuować wydarzenia i postacie biblijne w kontekście geografii i topografii. Tak umacnia się świadomość, że to czy inne wydarzenie opisane w Biblii miało miejsce w konkretnym miejscu i czasie.
Podczas pielgrzymek do Azji Mniejszej, do Turcji, zawsze udajemy się do Kolosów. To miasto w roku 69, czyli niedługo po tym, jak Paweł napisał List do Kolosan, uległo trzęsieniu ziemi. Na miejscu dawnego miasta jest to, co Turcy nazywają hüyük, a w językach semickich nosi nazwę tel, czyli wzgórze pokryte trawą. Obecnie jest tam uprawne pole, a na nim mnóstwo skorup i wystarczy wejść na to wzgórze, żeby uświadomić sobie, jak wiele jest tam do odkrycia. Chrześcijanin, który tam przybywa i wielokrotnie słyszał lub czytał List do Kolosan, lecz nie mógł sobie tego wyobrazić, teraz stoi na tym miejscu i patrzy… A w Liście do Kolosan jest mowa na przykład o obowiązkach mężów i żon, o życiu rodzinnym i o rozmaitych zagrożeniach dla wiary.
Postęp w wiedzy biblijnej polega przede wszystkim na tym, że we współczesnym świecie dzięki nowym możliwościom technicznym i technologicznym możemy przenieść się do świata biblijnego z dowolnego kręgu kulturowego i geograficznego, w jakim żyjemy. I w tym postępie uczestniczą zwyczajni ludzie, jeżeli tylko chcą się otworzyć.
Ktoś więc pojedzie do Turcji na odpoczynek i odkryje, że obok jest Efez, że obok jest Meryemana, Smyrna czy Pergamon i tak wchodzi w świat Biblii. To samo dotyczy Egiptu, Jordanii, Syrii, Iraku, Cypru, Krety, Grecji, Italii, Malty, a najbardziej – rzecz jasna – Ziemi Świętej.
Dla tak zwanego, zwyczajnego chrześcijanina, poziom znajomość Biblii zależy od tego, czy i jak systematycznie ją czyta ale też od niedzielnych homilii. Myślę, że duchowny powinien podzielić się tym, co w odczytanych fragmentach uznał za najważniejsze i co najbardziej go poruszyło. To powinien być, jak sądzę, pokarm na drogę dla zgromadzonych przed ołtarzem. Tymczasem bardzo często słyszę odczytywane beznamiętnym głosem gotowce. Jak Ksiądz ocenia jakość dzisiejszych polskich homilii?
Myślę, że w tym zakresie pan jest większym ekspertem niż ja, dlatego że to pan słucha homilii, natomiast ja je wygłaszam i ewentualnie od czasu do czasu słucham głównie w swoim warszawskim kościele. Sobór Watykański II postulował ubiblijnienie teologii, katechezy i nauczania kierowanego do nas z ambony, a więc homilii. Bezpośrednio po Soborze dokonało się pod tym względem dużo dobrego. Zmiany te były widoczne w latach 70., w latach 80., może jeszcze w latach 90. Natomiast – mam tu na myśli naszą, polską sytuację – w latach 90. zaczęła się stagnacja, a nawet pewien odwrót od tej tendencji.
Dlaczego?
Przyczyn jest na pewno wiele. Jedną z nich upatruję w seminariach duchownych, a konkretnie w kształceniu i przygotowywaniu księży. Znacznie zredukowano liczbę przedmiotów biblijnych, takich jak egzegeza i teologia Pisma Świętego oraz języków biblijnych: hebrajskiego, greki, łaciny. W ich miejsce wprowadzono elementy psychologii, psychiatrii, nauk społecznych, socjologii czy teologii praktycznej, przy czym pod to określenie można podłożyć dokładnie wszystko. Wprowadzono więc teologię ciała, płci, kobiecości, zwierząt, rzeczywistości ziemskich i tak dalej. Ukuto rozmaite nazwy, pod płaszczykiem których w gruncie rzeczy nie można odwoływać się do Pisma Świętego, a zatem wydaje się ono niepotrzebne czy wręcz zbyteczne. Teraz zbieramy owoce tych zmian. Bywają księża, którzy mają po 25-30 lat kapłaństwa i wychowali się w tym nowym duchu, ale jeszcze trudniejsza sytuacja jest z tymi, którzy otrzymali święcenia w ostatnich latach.
Poza tym mamy do czynienia ze zjawiskiem, o którym nikt nie chce mówić, a mówić trzeba. Mianowicie w latach dziewięćdziesiątych w wielu miejscach, także na uniwersytetach państwowych, powstały nowe wydziały teologiczne. Promowano wówczas łączenie seminariów duchownych z wydziałami teologicznymi, tak żeby studenci, również jako przyszli katecheci, mieli magisterium. Myśl była taka, że skoro seminaria duchowne zostaną podporządkowane wydziałom teologicznym, to naukowy poziom w seminariach duchownych zostanie podniesiony. Tymczasem – a mówię to z perspektywy uniwersytetów, na których pracowałem, czyli UKSW w Warszawie i UMK w Toruniu – dokonała się rzecz odwrotna. Od czasu, kiedy seminaria duchowne weszły na wydziały teologiczne, zaczęto dostosowywać curriculum studiów wydziałów teologicznych do potrzeb seminariów. Skutkuje to tym, że zamiast podwyższenia poziomu nauczania w seminariach, poziom nauczania na wydziałach teologicznych się obniżył. Dotyczy to, niestety, wielu tych wydziałów.
To sprawiło, że zainteresowanie teologią wśród osób świeckich jest znacznie mniejsze. Jeżeli bowiem ktoś idzie studiować geografię, to niekoniecznie ma w głowie projekt, że będzie nauczycielem geografii. Podobnie, gdy ktoś decyduje się na studiowanie historii, itd. Zatem jeżeli ktoś idzie studiować teologię, to nie można mu wmawiać, że po takich studiach można być tylko katechetą. Te, a także inne czynniki, powodują, że wspomnianego ubiblijnienia polskiej teologii, katechezy i homiletyki za bardzo nie widać.
Można chyba powiedzieć, że znaczna część Księdza dorobku naukowego i publicystycznego dotyczy relacji chrześcijańsko-żydowskich i badań nad judaizmem. Wskazuje Ksiądz, że judaizm rabiniczny nie jest prostą kontynuacją religią Starego Testamentu, religii biblijnego Izraela, lecz powstał częściowo jako reakcja na nauczanie św. Pawła i wiarę w Jezusa jako Zbawiciela. Jak rodziło się to przekonanie? I jakie ma znaczenie dla współczesnego chrześcijanina?
Przede wszystkim sprostowałbym sformułowanie, że judaizm rabiniczny jest reakcją na nauczanie św. Pawła. Nie! Korzenie judaizmu rabinicznego sięgają wstecz, bo jest on reakcją na nauczanie Jezusa.
Sprzeciw i wrogość wobec Jezusa pojawiły się za Jego życia i skumulowały w skazaniu Go na śmierć. W wydarzeniach, które zdecydowały o Jego losie, uczestniczyli przede wszystkim członkowie własnego narodu, czyli Żydzi, a na drugim planie Rzymianie. Po pojmaniu Jezusa nastąpiło sprytne przeniesienie perspektywy religijnej u Kajfasza i przed Sanhedrynem na perspektywę polityczną u Piłata, co zresztą będzie się powtarzało do naszych czasów. Tak więc to są korzenie judaizmu rabinicznego, który w znacznej mierze wyrósł ze stronnictwa czy ugrupowania, które otrzymało nazwę faryzeuszy.
Zanim św. Paweł rozpoczął swoją działalność misyjną, a nawet więcej, kiedy był po drugiej stronie, czyli po stronie przeciwników Jezusa, to już wtedy miało miejsce ukamienowanie Szczepana – znów: nie przez pogan, lecz przez „swoich” – oraz prześladowanie chrześcijan w Jerozolimie, które doprowadziło do tego, że w latach czterdziestych I wieku musieli opuścić Miasto Święte. Prześladowani przez swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa Chrystusa nie uwierzyli, doszli do Antiochii Syryjskiej nad Orontesem, która na krótko stała się drugą stolicą chrześcijaństwa, jeszcze zanim swoje znaczenie zyskał Rzym.
Paweł wpisuje się w cały ten obraz, ale – mocno to podkreślam – korzenie judaizmu rabinicznego sięgają okresu życia Jezusa. To bardzo ważne, dlatego że do Kościoła i do teologii katolickiej przemycane jest w tej kwestii spojrzenie żydowskie, wedle którego judaizm rabiniczny jest odpowiedzią na świętego Pawła, a więc odpowiedzią na nauczanie o Jezusie, a nie na samego Jezusa i na to, czego On sam nauczał.
Dlaczego tezy Księdza Profesora dotyczące korzeni judaizmu rabinicznego uważane są niekiedy za kontrowersyjne? Czy na gruncie teologii są one nowatorskie?
To nie jest spojrzenie nowatorskie, lecz głęboko zakorzenione w tradycji Kościoła, w nauczaniu ojców Kościoła, takich jak Justyn Męczennik, Augustyn, Hieronim czy Jan Chryzostom oraz, co najważniejsze, w Nowym Testamencie. Zostało podjęte i wyjaśnione w nauczaniu świętego Pawła, w jego Liście do Rzymian (wskazałbym zwłaszcza rozdziały od 9 do 11), w Pierwszym i Drugim Liście do Koryntian, w Liście do Galatów, gdzie Apostoł Narodów rozważa to, o czym teraz rozmawiamy, w świetle własnego życiowego doświadczenia i w świetle tej drogi, którą on przebył: od prześladowcy do prześladowanego (tak właśnie brzmi tytuł mojej książki wydanej w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych, którą uważam za jedną z moich najważniejszych publikacji). Oni wszyscy mówili to, co tutaj wyjaśniam, jednak w naszych czasach mało kto chce tego słuchać. I to jest problem.
Ale dlaczego tezy Księdza, oparte na Biblii i nauczaniu ojców Kościoła, nie są przyswajane przez Księdza oponentów?
Są niewygodne i dlatego niechciane.
Z jakich powodów, Księdza zdaniem?
Dobrze byłoby zapytać ich samych. Moim największym bólem jest to, że od mniej więcej 30 lat, czyli od kiedy zacząłem o tym otwarcie mówić oraz coraz głośniej i częściej zabierać głos, małe, ale krzykliwe grono, które monopolizuje relacje z Żydami, nazywając je dialogiem, nie zdobyło się na jakikolwiek dialog wewnątrz Kościoła.
Przecież to, o czym rozmawiamy, jest i powinno być tematem poważnej refleksji najpierw w Kościele. Porozmawiajmy między sobą i ze sobą, wyjaśnijmy trudne (a czasami wcale nie takie trudne) kwestie teologiczne, i dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, kim naprawdę jesteśmy, prowadźmy rzetelny dialog. Tylko wtedy bowiem ma on sens.
W przeciwnym wypadku, i tak oceniam stan aktualny, trwa i nasila się parodia dialogu. Ciągle zajmuje się nim bardzo wąskie grono tych samych osób, które powtarzają dwa, zresztą przekręcone, zdania z nauczania Jana Pawła II.
O Żydach jako „starszych braciach”, jak to ujął papież podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 roku?
Wielokrotnie wyjaśniałem tę sprawę, a więc jeszcze raz. Jan Paweł II powiedział wtedy: „Jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. W polskiej wersji zamieszczonej w L’Osservatore Romano zabrakło wyrażenia „w pewien sposób” i mimo licznych sprostowań nie przyjmuje się go do wiadomości. Wskutek tego wymawia się nam, że Jan Paweł II nazwał Żydów rabinicznych naszymi „starszymi braćmi”.
Uzasadnię to pytaniem: Czy kiedy św. Piotr, św. Andrzej, św. Paweł czy inni apostołowie zwracali się do swoich żydowskich rodaków, którzy w Jezusa nie uwierzyli i Go odrzucili, nazywali ich „starszymi braćmi”? Nonsens! Natomiast jeżeli mamy mówić o „starszych braciach w wierze”, powinniśmy respektować i doprecyzować to dopowiedzenie, którego nie było w polskim przekładzie w „Osservatore Romano”. Wiernych, którzy stanowili biblijny Izrael, traktujemy jako naszych ojców w wierze. Trzeba podkreślić, że pod koniec ery przedchrześcijańskiej byli wśród nich nie tylko Żydzi, lecz także prozelici i „bojący się Boga”. Jedni i drudzy wywodzili się spośród pogan. Właśnie na takim gruncie wyrosły dwie „zbratane” religie: chrześcijaństwo i judaizm rabiniczny (istnieją też inne odmiany judaizmu, jak karaimowie). Jest to jednak braterstwo szczególnego rodzaju, bo przez wieki współpracowaliśmy ze sobą we wzajemnym oddalaniu się od siebie. Wyznawcy judaizmu są naszymi braćmi, ale byłoby dobrze, gdyby i oni to braterstwo uznali.
Kto więc jest starszymi braćmi chrześcijan wywodzących się spośród rozmaitych ludów czy narodów? Otóż naszymi starszymi braćmi są ci Żydzi, którzy przyjęli Jezusa. To są nasi starsi bracia! Co nas łączy z judaizmem rabinicznym? Łączy nas korzeń, którym jest Stary Testament. Odczytujemy go w perspektywie chrystologicznej, natomiast judaizm rabiniczny odczytuje go nie tylko w perspektywie bez Chrystusa, lecz przeciw Chrystusowi. Gdy przyglądamy się judaizmowi rabinicznemu, takiemu, jaki on jest, a nie jak się go nam przedstawia, nie ma w nim nic takiego, co moglibyśmy bezkrytycznie i bezrefleksyjnie wykorzystać. Mamy wszystkie podstawy i wszystkie narzędzia do wyznawania i promowania wiary chrześcijańskiej.
W judaizmie rabinicznym jest ogromny potencjał antychrześcijańskości, lecz przez te kilkadziesiąt lat „dialogu” zrobiono bardzo mało, aby tę sytuację zmienić. W wielu środowiskach żydowskich, takich jak ortodoksi czy ultraortodoksi, nie wykonano w tym kierunku ani jednego kroku. Jesteśmy przez nich postrzegani i traktowani jak poganie. Do kontaktów z nami garną się nieliczni z żydowskich środowisk reformowanych i liberalnych, których poglądy i postawa nie mają przełożenia na ich współwyznawców.
Jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, powstałej w 1991 roku, ten dialog wyobrażał Ksiądz sobie zapewne inaczej?
Powtarzam stale jedno: problemem w dialogu nie są Żydzi, bo Żydzi są tacy, jacy są. Jeżeli ich znamy i chcemy wejść z nimi w dialog, powinniśmy ich szanować takimi, jakimi oni są, pod warunkiem, że nie uzewnętrznia się wtedy zapiekła wrogość wobec nas oraz odwrotnie – nasza wobec nich. Problem z tym, co jest nazywane dialogiem, istnieje w Kościele. Przez długie lata, które upłynęły od soborowej deklaracji „Nostra aetate”, nie udało się wypracować w Polsce żadnego pogłębionego spojrzenia na ten dokument, tylko wciąż powtarza się te same zdania, a także – najczęściej przekręcone – wspomniane sformułowanie Jana Pawła II. Bo co to znaczy deklarowanie, że Żydzi rabiniczni są naszymi „starszymi braćmi w wierze”? To znaczy, że, mówiąc dosadnie, rezygnujemy ze Starego Testamentu; uznajemy, że jedynymi kontynuatorami i spadkobiercami Starego Testamentu są Żydzi, a my się tam tylko na jakimś etapie „podłączyliśmy”. A przecież, wbrew podszeptom, jakie się pojawiają, nie otrzymaliśmy Starego Testamentu od Żydów! Otrzymaliśmy go od Jezusa Chrystusa i od Kościoła apostolskiego, czyli od tych, którzy w Chrystusa uwierzyli i Go wyznawali. Gdybyśmy oczekiwali, że Żydzi, którzy odrzucili Jezusa dadzą nam Stary Testament, byłby to Stary Testament przepuszczony przez filtr silnej antychrystologicznej i antychrześcijańskiej interpretacji.
Powiada Ksiądz profesor, że dialog chrześcijańsko-żydowski w naszym kraju jest parodią. Czy podobnie krytycznie patrzy Ksiądz na organizowany corocznie od blisko 30 lat Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce?
Paradoks polega na tym, że od samego początku, od zarania, byłem przy tej inicjatywie i ją popierałem. Była dyskutowana przez kilka lat na posiedzeniach Rady Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, a wtedy jej przewodniczącym był biskup, a potem arcybiskup poznański Stanisław Gądecki. Wówczas na tych posiedzeniach można było rozmawiać, dyskutować, polemizować, uściślać, itd. Głównym celem tego dnia miało być promowanie katolickiej teologii judaizmu na użytek naszych wiernych. Dzięki otwartości biskupa Gądeckiego i właściwemu wyprofilowaniu Dnia Judaizmu, przygotowywane były i drukowane – bez żadnych kosztów ponoszonych przez Kościół! – materiały, które trafiały do wszystkich parafii w Polsce. Nie było tam polityki, nie było wypaczania nauki Kościoła, lecz podstawowy wykład opartej na Piśmie Świętym i Tradycji katolickiej teologii judaizmu. Jedni przyjmowali to z wdzięcznością, inni nieufnie, ale nie było widocznego sprzeciwu czy wrogości, bo dbaliśmy o wymiar wyłącznie religijny. Kiedy arcybiskup Gądecki przestał być przewodniczącym wspomnianej Rady, zmieniono całkowicie jej skład, weszli zupełnie nowi ludzie i rozpoczęła się degrengolada, która trwa do dnia dzisiejszego.
Gdy przystępowaliśmy do zainicjowania obchodów Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce, bo taka jest pełna nazwa, to judaizm współczesny był postrzegany jako proste, a nawet jedyne, przedłużenie religii Starego Testamentu. Mieliśmy w Polsce, ustawiony też pod względem politycznym, Związek Religijny Wyznania Mojżeszowego [działał do 1992 roku; rok później powstał jako jego prawny kontynuator – Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP – KAI].
Wydawało się, że być Żydem to znaczy być wyznania Mojżeszowego. Należało więc tłumaczyć, że wraz z Jezusem Chrystusem na tym korzeniu religii biblijnego Izraela, którego świadectwem są pisma Starego Testamentu, wyrosły dwie rzeczywistości: chrześcijaństwo oraz judaizm rabiniczny. Paradoks polega na tym, że chrześcijaństwo jest pod wieloma względami bliższe instytucji i przesłania Starego Testamentu niż judaizm rabiniczny. W chrześcijaństwie są instytucje, które istniały w Starym Testamencie – świątynia, ofiary, kapłani, natomiast w judaizmie rabinicznym tego wszystkiego nie ma. Dlatego nie jest to stricte religia Mojżeszowa. Oczywiście, ona odwołuje się do Mojżesza, tak jak my się odwołujemy, ale Mojżesz i cały Stary Testament to jest wspólne dziedzictwo – chrześcijaństwa i judaizmu. Po dobrym początku od około 20 lat w Dni Judaizmu dominuje perspektywa historyczna, bardzo często upraszczana i wypaczana, oraz ponawiane zmuszanie katolików i Polaków do nieustannego bicia się w piersi.
Powiem więcej: kiedy przez ostatnie ponad dwa lata trwa krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy i Autonomii Palestyńskiej, gdzie w bestialski sposób zostało zamordowanych kilkadziesiąt tysięcy ludzi, setki tysięcy zostało kalekami, a 2 miliony wyrzucono z domu, te fakty nie miały żadnego przełożenia ani oddźwięku w dialogu polsko-katolicko-żydowskim. Mało tego, niektórzy jego przedstawiciele mówią, że trzeba zdecydowanie odróżnić perspektywę religijną od perspektywy politycznej. Twierdzą: my zajmujemy się tym, co religijne, natomiast tym, co polityczne nie. Ale przecież ludobójcza polityka prowadzona przez Izrael wobec ludności arabskiej, muzułmańskiej i chrześcijańskiej, ma podtekst i uzasadnienie religijne. W styczniu tego roku na centralnych obchodach Dnia Judaizmu, w Płocku, obecny był ambasador Izraela. Czy to jest perspektywa religijna czy polityczna? To wszystko daje do myślenia, ale jest wypierane ze społecznej świadomości.
Jak dziś patrzy Ksiądz – także jako współzałożyciel Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów – na rozchodzenie się swoich dróg ze środowiskami żydowskimi? Czuje się Ksiądz w przegrany, rozgoryczony, nierozumiany?
Przede wszystkim nie czuję, aby te drogi się rozeszły, dlatego że ze środowiskami żydowskimi nigdy nie byłem tak bardzo sfraternizowany, żebym cokolwiek utracił. Nadal utrzymuję kontakty z tymi, którzy mnie szanują i staram się to im szczerze odwzajemniać.
Czuję natomiast rozejście się dróg z niektórymi osobami w Kościele.
Problem tkwi więc raczej w Kościele, aniżeli na linii Kościół-judaizm.
Tak, bo nie ma rzetelnego spojrzenia na relacje z Żydami i judaizmem ani szczerej rozmowy wewnątrz Kościoła na ten temat. Odnoszę wrażenie, że ludzie, którzy tym się zajmują, z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, chcą podobać się Żydom i mają z tego tytułu pewne profity (przynajmniej w ich subiektywnym odczuciu to są profity.)
To grono jest bardzo wąskie. Ci najbardziej aktywni to kilkanaście osób. Tych, którzy są tak czy inaczej aktywni, będzie kilkaset, a tych, którzy są bezkrytycznie podatni będzie pewnie tysiąc czy dwa. Ale nas jest 38 milionów, w ogromnej większości katolików, więc nie wystarczy głośno krzyczeć i organizować imprezy, które mają charakter dość zamknięty. Poza tymi, którzy w nich uczestniczą, nikogo to nie interesuje, nie pociąga, a nawet irytuje, bo ludzie nie znajdują odpowiedzi na pytania, które sobie noszą. Tymczasem nad tymi pytaniami przechodzi się do porządku dziennego. Nie na tym ma ten dialog polegać, nie tak był Dzień Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce zamierzony ani nie takie były jego początki.
Od kilkunastu lat Dzień Judaizmu nabrał rumieńców politycznych, kulturowych, ekonomicznych i często z perspektywą religijną i teologiczną nie ma wiele wspólnego. To, że odbywa się w kościołach, niczego nie zmienia. To, że spotyka się ze sobą rabin i ksiądz czy rabin(ka) i biskup nie oznacza, że to już jest dialog.
Cóż, spotkają się, zjedzą to, co nazywają koszernym jedzeniem, porozmawiają i powiedzą, że mamy siebie nawzajem słuchać. Brzmi to pięknie, z tym, że przypomina słuchanie radia i nie ma przełożenia na to, co jest naprawdę ważne dla wiernych oraz ich wiary w Boga, który objawił siebie w Jezusie Chrystusie.
Tradycyjnie już Dzień Judaizmu sąsiaduje w kalendarzu z Tygodniem Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jak postrzega Ksiądz wysiłki ekumeniczne, perspektywy dialogu między chrześcijanami. Chrystus prosił: „aby byli jedno”. Ale jak tę jedność rozumieć: wszystkich w jednym Kościele, czy też w różnych wspólnotach, ale skoncentrowanych na Chrystusie? Bo jedność nie jest tożsama z jednolitością?
Myślę, że ekumenizm jest potrzebny najpierw w obrębie samego Kościoła katolickiego, dlatego, że są w nim nurty, poglądy, tendencje i napięcia, które nas bardzo różnią między sobą.
Wykładałem w Rydze, w Kijowie i w Mińsku na Białorusi. Podróżowałem po Rosji aż po Syberię. Widziałem, jak wygląda tam życie katolików. Tamtejsi katolicy właściwie nie czują żadnej wspólnoty z katolikami w Holandii, Niemczech czy Stanach Zjednoczonych. Wydaje im się, że tamci ze swoimi postulatami i sposobem życia są na zupełnie innym biegunie.
Na pewno trzeba budować jedność w różnorodności, ale ta różnorodność ma swoje granice. Są one wytyczone przez zasady wiary chrześcijańskiej, przede wszystkim przez objawienie się Boga w Jezusie Chrystusie, dzięki któremu wyznajemy, że Bóg jest Ojcem i Synem, i Duchem Świętym, a także przez żywą wiarę w zmartwychwstanie Jezusa i Jego realną obecność w Eucharystii. Ale co do tych prawd wiary, bardzo różnimy się z protestantami, co przenosi się na sakramenty święte i kapłaństwo. Są zatem sprawy, które nas bardzo różnią i nie wygląda na to, żeby te różnice zostały przezwyciężone.
W tych warunkach ekumenizm polega więc na tym, żebyśmy unikali takich sporów, konfrontacji i waśni, które zaciemniają wiarygodność dawania świadectwa Chrystusowi. Żebyśmy – mając świadomość różnorodności i odmienności, jakiej nie da się przezwyciężyć w dyskusjach – wobec świata, który wymaga spójnego świadectwa wiary występowali jako bracia i siostry.
Patriarcha ekumeniczny Bartłomiej twierdzi, że jeśli jako wierni różnych wyznań chrześcijańskich jesteśmy naprawdę blisko Chrystusa – to w istocie będziemy też bliżej siebie.
Jest to pójście po linii nauczania św. Pawła, który np. zwracał się do wspólnoty korynckiej, która liczyła wtedy kilkaset albo najwyżej kilka tysięcy wiernych, lecz już dochodziło w niej do bardzo silnego zróżnicowania. Widząc narastające podziały, Paweł zapytał ich z przejęciem: „Czy Chrystus jest podzielony?”. I to pytanie dzisiaj jest tak samo aktualne. Chrystus jest jeden, ale my, Jego wyznawcy, jesteśmy podzieleni i skłóceni. Chodzi więc o to, żeby te podziały w żadnym wypadku nie odgradzały nas od Chrystusa, ani nie tworzyły barier pomiędzy nami. Gromadzimy się wokół Chrystusa, przychodzą do Niego ludzie różnych kultur, języków i wyznań, ale On nas łączy.
Nie da się stworzyć jakiegoś świata jednorodnego, bo zawsze będzie on zróżnicowany pod względem płci, wieku, wykształcenia, możliwości umysłowych, intelektualnych, duchowych, itd. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ludzie w swoich poglądach i sposobie wyznawania wiary różnią się między sobą. Gorzej, jeżeli te różnice są przekuwane we wrogość.
W deklaracji katolicko-muzułmańskiej podpisanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich przez Franciszka i wielkiego muftiego czytamy: „Pluralizm i różnorodność religii, koloru skóry, płci, rasy i języka są wyrazem mądrej woli Bożej, z jaką Bóg stworzył istoty ludzkie”. W 2024 r. podczas trzydniowej wizyty w Singapurze papież Franciszek oświadczył, że „wszystkie religie są drogą do Boga”. Jan Paweł II wymyślił i zrealizował międzyreligijne spotkania w Asyżu. Dużo wcześniej Sobór Watykański II orzekł, że Kościół katolicki nie odrzuca z innych religii tego, co jest w nich prawdziwe i święte. Czyżby Bóg chciał wielu religii?
Odpowiadając, nawiążę krótko do katolickiej teologii judaizmu. Jeżeli ktoś mówi o Żydach jako o „starszych braciach” i powołuje się na Jana Pawła II bez owego znamiennego dopowiedzenia: „w pewien sposób”, to można zadać pytanie: Czyżby przez 1900 lat Kościół nie wiedział, że ma starszego brata? Bo przecież nigdy i nigdzie w chrześcijańskiej teologii i nauczaniu takiego ujęcia nie było. Trzeba było czekać prawie dwa tysiące lat, żeby to „starszeństwo” odkryć? Chodzi bowiem o coś więcej niż braterstwo.
Wspomniał pan o wypowiedziach Jana Pawła II i Franciszka. Ale problem nie jest nowy, bo zajmowano się nim od starożytności. Od I i II wieku zadawano pytanie, jak ma wyglądać stosunek wierzących w Jezusa Chrystusa wobec pogan, którzy byli przecież ludźmi religijnymi. Modelowe jest tu nauczanie Klemensa Aleksandryjskiego (II-III wiek), autora słynnych „Stromata” (Kobierce), przedstawiające różnorodność religijną jako świat utkany z różnych barw i odmiennych wzorów. Od starożytności znana jest zasada, że w innych religiach znajdują się „semina Verbi”, ziarna Słowa. Od zawsze też istniało przekonanie, że starożytni, nie tylko Izraelici, lecz również Grecy przez swoją filozofię i Rzymianie przez swoje prawodawstwo torowali drogę do Jezusa Chrystusa i do objawienia się Boga. Dlatego pojawiały się dające wiele do myślenia dociekania i głosy, że gdy Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie, wtedy ci, którzy byli do tego najlepiej przygotowywani, w większości Go nie uznali, natomiast przyjęli Go ci, którzy takiego przygotowania nie mieli. Mieli jednak inne przygotowanie: poprzez filozofię grecką i porządek rzymski czy – co sugeruje opowiadanie o Mędrcach ze Wschodu, którzy przybyli do Betlejem – mądrość perską. Okazało się, że to też była droga Boga do świata. Bardzo obrazowo, zwłaszcza przy okazji święta Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, mówił o tym papież Benedykt XVI.
To, że w innych religiach są „ziarna prawdy”, jest oczywistością. Wystarczy wyjechać poza własne polskie podwórko, choćby na daleką Syberię czy do Mongolii, albo do Afryki czy na Daleki Wschód, żeby spotkać ludzi, którzy nie znając Chrystusa, nigdy o Nim nie słysząc, modlą się, prowadzą dobre życie, mają zasady swojej wiary i określony sposób postępowania, a których postawa w wielu dziedzinach zasługuje nie tylko na szacunek, ale i na to żebyśmy w swoim wyznawaniu wiary byli równie konsekwentni i równie wytrwali.
Może więc Bóg chciał wielości religii?
Nie wiem, czy Bóg chciał wielości religii. Wielość religii zależy od ludzi, a nie od Boga. Bóg chce jedności rodzaju ludzkiego zbudowanej na wspólnym fundamencie wyznawania Go i pełnienia Jego woli. Natomiast mamy do czynienia ze światem takim, jaki jest. Kwestia więc nie w tym, że Bóg chciał wielości religii, tylko że Bóg – jeżeli mamy użyć antropomorfizmu – musi się pogodzić z wielością różnych religii, bo szanuje wolną wolę ludzi. Zatem w różnych religiach uznaje tę tęsknotę i tę drogę, która tak czy inaczej do Niego prowadzi.
Liczby dotyczące Kościoła w Polsce stale maleją: zmniejszają się tzw. siły apostolskie, liczba powołań itd., księża się starzeją, praktyki religijne spadają, młodzież odchodzi. Czy to Księdza niepokoi czy może wywołuje refleksję, że nadchodzi Kościół – w Polsce i Europie – małych enklaw, od których znów zapłonie ewangeliczny ogień powodujący wzrost?
Nie wiem, jaka będzie przyszłość. Wiem, jaka była przeszłość i jaka jest teraźniejszość. Wskazałbym na dwie rzeczy. Jeżeli chodzi o zjawisko odejścia od Kościoła, jego przyczyną jest ogromne zaniedbanie wiernych przez Kościół w okresie pandemii. Reakcję wielu z nich streściłbym tak: jeżeli w trudnym czasie nie było przy nas Kościoła, nie było go przy umierających, nie było w szpitalach, świątynie były zamknięte, a niektórzy hierarchowie twierdzili, że pójście do kościoła to grzech, a więc jeżeli w tym tak trudnym czasie można się było obyć bez Kościoła, to do czego jest on potrzebny wtedy, kiedy jest spokój i kiedy wierni nie odczuwają tak wielkich duchowych zagrożeń? Myślę, że skutkiem tego, co się wydarzyło, jest nie wrogość czy sprzeciw wobec Kościoła, lecz coś znacznie gorszego: obojętność. I teraz ponosimy konsekwencje rosnącej obojętności, która jest gorsze niż wrogość, bo ta skłania ku temu, aby rozmawiać, argumentować i się sprzeczać. Przejawem obojętności jest wzruszenie ramionami i grymas na twarzy.
Druga sprawa: powołania. W latach 70, 80. i 90. mieliśmy pełne seminaria. Każdego roku było święconych tysiące księży, budowaliśmy kościoły i wszystkie były obsadzone, księży nie brakowało. No i co się stało? Zmarł Jan Paweł II, rozpoczęły się różnego rodzaju nagonki na Kościół i ci, którzy tak licznie pielgrzymowali do Rzymu, w tym duchowni, i mają fotografię z Janem Pawłem II w swoich domach i plebaniach, uznali nagle, że to przestaje mieć znaczenie i zapomnieli o tym, co przeżyli. Duża liczba księży nie przełożyła się też na jakość duszpasterstwa ani jego skuteczność.
Jeżeli zatem mamy teraz małą liczbę kandydatów do kapłaństwa, trzeba ze wszech miar zachęcić ich, przekonać i zaświadczyć, że bycie księdzem jest czymś szlachetnym i pięknym. Przecież obraz księdza został zohydzony, oszpecony, obrzydzony i wypaczony. Wizerunek księdza z początków mojego kapłaństwa, czyli sprzed pół wieku, i ten dzisiejszy, to coś diametralnie innego. Wytworzono takie stereotypy księdza, siostry zakonnej czy zakonnika, że pójście do seminarium i bycie młodym księdzem graniczy z heroizmem. To wszystko działo się i nadal się dzieje, niestety, z udziałem pewnej części ludzi Kościoła. Przy naszym milczeniu zrobiono wiele, żeby „odjaniepawlić” Kościół w Polsce. Głośnych protestów ze strony hierarchii i duchowieństwa nie było. No więc „odjaniepawlanie” trwa…
Nie możemy poprzestawać na statystykach i socjologii, lecz podjąć teologiczny, religijny obrachunek z przeszłością, którą przeżyliśmy jako dwa czy trzy ostatnie pokolenia. Trzeba to zrobić po to, żeby na tym fundamencie kształtować przyszłość. Bardzo ważne też jest, żeby zaprzestać zohydzania wizerunku kapłana jako tego, kto zagraża dzieciom i młodzieży. Tymczasem każdy przypadek nadużyć, które niestety się zdarzają, jest zwielokrotniany przez nagłaśnianie go i powtarzanie. Nie brakuje też przykładów ogromnej krzywdy wyrządzonej wielu biskupom i księżom, która nie została naprawiona.
Co Księdza osobiście teraz pasjonuje od strony biblijno-naukowej? Nad czym Ksiądz teraz siedzi, co studiuje czy zgłębia?
Na początku swojej pracy dydaktyczno-naukowej zasugerowałem trzy kierunki badań: literatura targumiczna, czyli aramejskie przekłady Biblii Hebrajskiej, natura i znaczenie Septuaginty, czyli Biblii Greckiej, oraz nowatorska koncepcja diaspory Izraelitów w Asyrii. Dwa pierwsze kierunki są rozwijane. Trzeci, bardzo obiecujący, czeka na podjęcie i rozwijanie. Jestem przekonany, że wyznacza drogę, która otwiera nowe możliwości w badaniach biblijnych.
Pracuję nad przekładem Biblii Hebrajskiej na język polski, zaopatrzonym w komentarz. Ukazał się już Pięcioksiąg Mojżesza, dwa wydania. Teraz pracuję nad przekładem zbioru Proroków, też z komentarzami. Robię to z myślą o zwyczajnych wiernych, którzy przeczytają tekst i skorzystają z objaśnień napisanych nie w formie krótkich przypisów, lecz ciągłej i spójnej narracji. Nadal prowadzę też rekolekcje i dni skupienia, konferencje biblijne i wykłady popularne, a także pielgrzymki do krajów biblijnych.
No i oczywiście filatelistyka…
To moja pasja od dzieciństwa. Udokumentowałem do końca roku 2015 pontyfikat Jana Pawła II. Wszystkie znaczki pocztowe i pochodne wobec znaczka pocztowe formy wydawnicze z całego świata zostały przeze mnie zebrane, pokazane, zilustrowane i w dwóch tomach opisane. Jedną kolekcję przekazałem do Muzeum Jana Pawła II i Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, drugą do Muzeum Pamięć i Tożsamość w Toruniu. Mam jeszcze trzecią, najlepsza, która czeka na dobry adres.
Inna, staje powiększająca się, kolekcja to Stary Testament na znaczkach pocztowych. Zgromadziłem kilka tysięcy walorów z całego świata.
Znaczki dotyczące Starego Testamentu są wciąż emitowane?
Oczywiście, każdego roku. Nie tylko archeologia i geografia, lecz także rozmaite motywy biblijne i postacie, jak Dawid i Batszeba, Salomon, Mojżesz, malarstwo, wielkie galerie…
Zgromadzić kilka tysięcy znaczków z motywami Starego Testamentu to chyba nie była łatwa sprawa?
Opowiem panu przygodę sprzed 40 lat. Będąc latem w Zakopanem wszedłem do sklepu filatelistycznego (dziś już go nie ma). Właściciel powiedział mi, że wśród nabytków do sprzedaży jest kilka klaserów, które przyniósł pewien chłopak, bo pozostały po zmarłym dziadku.
To były znaczki ze sztuką, wydane w Związku Radzieckim, NRD, Włoszech, Francji i Bóg wie gdzie jeszcze. Biorę te klasery do ręki i widzę: Adam i Ewa w raju, stworzenie Ewy, Dawid i Batszeba, Zuzanna w kąpieli… Sprzedawca uważnie patrzy się na mnie i na to, co wybieram, i mówi: „Panie, niech pan powie, że gołe babki zbiera, bo ja mam tego więcej”.
Znaczki pocztowe zawładnęły Księdzem już w bardzo młodych latach.
Tak, zbierałem je od dziecka. Z tym, że jeżeli chodzi o Stary Testament, zacząłem je kolekcjonować na studiach w Rzymie, a potem w Jerozolimie. Poza tym mam pełny zbiór znaczków Watykanu oraz zbiór „Królowie i książęta polscy” – bardzo lubię historię Polski.
Filatelistyczne hobby jest wspaniałą odskocznią od profesjonalnego zgłębiania Biblii, ale uzupełnia, choć w lekki sposób, główne pole Księdza zainteresowań.
Jestem członkiem, a od kilku lat honorowym przewodniczącym Stowarzyszenia Biblistów Polskich, ale także Polskiej Akademii Filatelistyki. Zajmuję się tam tematyką religijną i uczestniczę w dorocznych konferencjach. Z kolei biblistom uświadamiam jak wiele biblijnych motywów jest na znaczkach.
W związku z 75. urodzinami życzę Księdzu Profesorowi wielu ważnych odkryć naukowych a także sukcesów w popularyzacji Biblii wśród szerokiej publiczności. A także skutecznego oddziaływania jeśli chodzi o kwestie dotyczące dialogu chrześcijańsko-judaistycznego.
Co do dialogu to wydaje mi się, że stworzyłem pewne podwaliny, od których nie ma ucieczki. W tym sensie, że cztery tomy rozmów ze mną opublikowanych przez wydawnictwo Fronda oraz mnóstwo innych publikacji zmieniło jednak świadomość w tych sprawach. W każdym razie to, co do mnie w tej dziedzinie należało, zrobiłem. Będę kontynuował pracę nad przekładem pierwszej części chrześcijańskiego Pisma Świętego.
A poza tym mam wypróbowanych przyjaciół, dobre warunki mieszkaniowe i kota. Mam też swoją parafię, z którą jestem bardzo związany, i utrzymuję bardzo dobre, przyjacielskie kontakty z miejscowymi księżmi i wiernymi. Tych wartości nie sposób przecenić.
I jeszcze życzę, żeby Księdza oponenci uznali, że w tym, co Ksiądz głosi na temat relacji z Żydami, są jednak jakieś „semina Verbi”.
Byłoby dobrze, gdyby tak się stało, ale powiem nie bez pewnego bólu: nie wiem, czy część z nich jest zdolna do jakiegokolwiek przewartościowania spojrzenia, które próbuje narzucić innym.
Jestem w każdej chwili gotowy do szczerej i uczciwej rozmowy na te tematy. Zwłaszcza w obrębie Kościoła i tych, którzy w Kościele się tymi sprawami zajmują. Natomiast, a mówię to z przykrością, przez ostatnie ponad 20 lat nikt z kościelnych gremiów, które obnoszą się z hasłami dialogu katolicko-żydowskiego, mi tego nie proponował ani nawet nie próbował.
Może ta nasza rozmowa coś zmieni?
Wiele czasu nie ma.
rozmawiał Tomasz Królak (KAI)PCh24.pl
***
25 stycznia

W Kościele katolickim przeżywamy Niedzielę Słowa Bożego pod hasłem:
„Słowo Chrystusa niech mieszka w was”.
fot. ks. Paweł Kłys
***
Niech ta zachęta skłoni nas do szczególnego zwrócenia naszej uwagi na Słowo Boże.
Papież Franciszek ogłosił ustanowienie Niedzieli Słowa Bożego Listem Apostolskim w formie motu proprio „Aperuit illis” wydanym 30 września 2019 roku. Dokument został popisany w 1600 rocznicę śmierci oraz w liturgiczne wspomnienie św. Hieronima – wielkiego miłośnika i tłumacza Pisma Świętego, doktora Kościoła.
***
Co św. ojciec Pio mówił
o lekturze Pisma Świętego?

Archiwum Głosu Ojca Pio
***
W czasach Ojca Pio czytanie Pisma Świętego przez wiernych nie było tak rozpowszechnione, jak dzisiaj. Niemałą trudnością był zresztą sam dostęp do świętego tekstu. W zapiskach Cleonice Morcaldi, jednej z najbliższych Ojcu Pio duchowych córek znajdujemy wymowne tego świadectwo.
Któregoś dnia moja przyjaciółka, bardzo pobożna, przyniosła mi książkę, którą pożyczyły jej klaryski tylko na trzy dni. To było Pismo Święte. Z radości aż krzyknęłam. Trzymałam w rękach księgę, którą mogą mieć tylko kapłani! Pomyślałam, że przepiszę ją do grubego zeszytu, żeby zawsze mieć przy sobie słowo Boże. Pracowałam dzień i noc przy świetle lampki oliwnej, bez przerwy. Musiałam jednak oddać książkę koleżance, zanim skończyłam. To były księgi proroków. Zaczynało się tak: „Synów odchowałem i wypiastowałem, lecz oni odstąpili ode mnie. Wół zna swego właściciela, a osioł żłób swego pana, lecz Izrael nie ma rozeznania, mój lud niczego nie rozumie”. Tak bardzo poruszyły one moje serce, że się rozpłakałam. Płaczę za każdym razem, gdy je czytam. Ta książka tak mi się spodobała, że pochłaniałam ją umysłem i sercem. Jak spragniona łania piłam słowo Pana. Mówiłam: błogosławieni kapłani i zakonnice, że posiadają taki skarb.
Choć dopiero Sobór Watykański II w 1965 roku zakończył ostatecznie w Kościele okres ostrożności w dawaniu świeckim do ręki tekstu Pisma Świętego, Ojciec Pio w kierownictwie duchowym bardzo zachęcał do jak najbliższego kontaktu ze słowem Boga, widząc w tym wielką wartość. Szczególnie wymowny jest tutaj list do Raffaeliny Cerase z 28 lipca 1914 roku, w którym przywołując przykłady i słowa różnych świętych, pisał:
Przerażają mnie, moja Siostro, szkody, jakie czyni brak lektury Pisma Świętego. Nieprawdopodobny wydaje się szacunek, jaki dla świętych ksiąg miał św. Hieronim. Salvinie polecał, aby zawsze miała w ręku pobożne księgi, gdyż są one potężną tarczą pomocną w odrzuceniu wszelkich bezbożnych myśli, z którymi boryka się człowiek w młodym wieku. To samo wpajał św. Paulinowi: „Niech zawsze w twoich rękach znajduje się Pismo Święte, które dzięki pobożnej lekturze da pokarm twemu duchowi”. Wdowę o imieniu Furia namawiał, aby często czytała Pismo Święte oraz książki doktorów, których nauczanie jest święte i zdrowe, aby nie musiała męczyć się w wyborze pomiędzy błotem fałszywych dokumentów a złotem świętej i zdrowej nauki.
Do Demetriady pisał: „Kochaj Pismo Święte, jeśli chcesz być kochana, napełniona i strzeżona przez Bożą Mądrość. Ona wpierw Cię ozdobi na różne sposoby – dodaje szybko święty doktor – umieści klejnoty na Twej piersi, kolie na szyi, drogie kamienie w uszach. W przyszłości święta lektura niech będzie Twoimi drogocennymi kamieniami i Twoją radością, świętymi myślami i pobożnym uczuciem, jakimi ozdobisz Twego ducha”. Potwierdza to św. Grzegorz, używając alegorii lustra: „Duchowe książki są jak lustro, które Bóg stawia przed nami, abyśmy patrząc na nie, mogli naprawić nasze mankamenty i przyozdobić się wszelkimi cnotami. Podobnie jak próżne kobiety często przeglądają się w lustrze, starając się usunąć wszelkie skazy z twarzy, na tysiąc sposobów poprawiają włosy, aby wyglądać pięknie w oczach innych, tak też chrześcijanin winien często przed oczy stawiać sobie Pismo Święte, aby poprawić błędy i umocnić cnoty, by podobać się swemu Bogu”.
Nie będę odwoływał się do innych autorytetów. Chcę podkreślić, jaką siłę w zmianie drogi czy wejściu na drogę doskonałości, także świeckich osób, posiada święta lektura. Wystarczy zastanowić się nad nawróceniem św. Augustyna. Kto spowodował, że ten wielki człowiek się nawrócił? Nie były to ani łzy matki, ani elokwencja św. Ambrożego, lecz lektura świętej księgi. Kto czyta jego Wyznania nie może powstrzymać się od łez. Jakąż straszną walkę, jakież wielkie konflikty przeżywał w swym sercu, by odrzucić lubieżne przyjemności. Mówił, że jego wola była jak przykuta łańcuchem, a piekielny nieprzyjaciel trzymał go w okowach potrzeb. Mówił, że przeżywał agonię, kiedy miał pozostawić swe stare przyzwyczajenia. Mówił też, że gdy zbliżał się do rozwiązania, jego stare przyzwyczajenia i przyjemności odciągały go od dobrych postanowień i mówiły: Co, zostawiasz nas? Od tego momentu nie będziemy już z tobą przez całą wieczność? Podczas gdy przeżywał wewnętrzną walkę, usłyszał głos, który mu powiedział: „Weź i czytaj”. Od razu posłuchał tego głosu i czytając rozdział z listu św. Pawła, poczuł, jak natychmiast jego umysł oczyścił się z gęstej mgły, zniknęła twardość serca i ogarnęła go radość i głęboki pokój ducha. Od tej chwili św. Augustyn zrywa ze światem, z demonem, z ciałem i cały oddaje się służbie Bogu, stając się wielkim świętym, któremu dziś oddaje się cześć na ołtarzach. historia wspomina jeszcze św. Ignacego z Loyoli, który podczas choroby dzięki podjętej z nudów lekturze duchowej zmienił się z kapitana ziemskiego króla w kapitana Króla Niebios. Jeżeli lektura Pisma Świętego posiada wielką siłę, będącą w stanie przemienić ludzi w istoty duchowe, to o ileż potężniejsze w doprowadzeniu do jeszcze większej doskonałości winno okazać się czytanie Pisma Świętego przez osoby rozwinięte duchowo.
W tym samym liście Ojciec Pio wspomina też o modlitewnym czytaniu Biblii, zachęcając do takiej właśnie pogłębionej lektury świętego tekstu:
Święty Bernard mówi o czterech stopniach lub środkach, dzięki którym kroczy się do Boga i rozwija w doskonałości. Pisze, że są to: czytanie i medytacja, modlitwa i kontemplacja. Na potwierdzenie tego przytacza słowa Boskiego Nauczyciela: „Szukajcie a znajdziecie. Pukajcie, a otworzą wam”. Odnosząc to do czterech środków czy stopni doskonałości, twierdzi, że poprzez czytanie Pisma Świętego oraz innych świętych i pobożnych książek szuka się Boga. Znajduje się Go poprzez medytację. Dzięki modlitwie puka się do Jego serca, a dzięki kontemplacji wchodzi się do teatru Bożego piękna. Wszystko stoi otworem przed oczyma naszego umysłu dzięki czytaniu, medytacji i modlitwie. W innym miejscu autor ten pisze, że lektura jest niejako pokarmem dla duszy. Podczas medytacji „przeżuwa się” ten pokarm poprzez rozważania. Na modlitwie doświadcza się jego smaku, zaś kontemplacja jest słodyczą pokarmu duchowego, który umacnia i pociesza duszę. Lektura zatrzymuje się na stronie zewnętrznej tego, co się czyta. Medytacja analizuję istotę rzeczy. Modlitwa przeszukuje ją, używając swych próśb. Kontemplacja delektuje się nią, jak rzeczą, którą się posiada.
Wspominana na wstępie Cleonice Morcaldi, gdy już posiadała wszystkie księgi Pisma Świętego, na jednej z nich otrzymała od Ojca Pio dedykację, która również dla nas niech będzie zachętą i wskazówką od świętego Stygmatyka:
Duch Święty niech prowadzi Twój umysł, niech pozwoli Ci odkrywać ukryte prawdy zawarte w niniejszej księdze i niech rozpali Twą wolę, byś je wprowadzała w życie.
Ojciec Pio z Pietrelciny
o.Tomasz Duszyc OFMCap /naszczas.pl/Tygodnik Niedziela
***
Słowa Boga
Co wydarzyłoby się w naszym życiu, gdybyśmy traktowali Biblię tak jak nasze telefony komórkowe, a wiadomości od Boga czytali równie często jak SMS-y? – pyta Ojciec Święty.

Papież Franciszek zachęca, żeby mieć zawsze przy sobie – w plecaku, torebce, pod ręką – przynajmniej mały egzemplarz Ewangelii i sięgać po niego jak najczęściej. Warto więc zastanowić się nad tym, jak właściwie wygląda nasz kontakt z Pismem Świętym, które – jak wierzymy – powstało z natchnienia samego Boga.
– Nie znam, niestety, żadnych badań na temat czytelnictwa Pisma Świętego w Polsce, więc trudno o jakieś konkretne dane. Spotkałem się jednak z badaniem przeprowadzonym przez Amerykanów dotyczącym czytania Biblii w różnych krajach – mówi biblista prof. Michał Wojciechowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. – Pytano, ile osób sięga po Pismo Święte, ile ma swoją Biblię w domu. I z tego badania wynika, że Polska wypada pod tym względem całkiem dobrze, lepiej niż inne kraje europejskie. W czołówce jest również Wielka Brytania, a najwięcej ludzi czyta Pismo Święte w Stanach Zjednoczonych, głównie dlatego, że tamtejsze wyznania protestanckie kładą wielki nacisk na życie Biblią.
Najmniej czytany bestseller
O to, ilu Polaków ma w domu Biblię, najlepiej chyba spytać księży chodzących po kolędzie – powszechną tradycją bowiem jest, by podczas takiej wizyty położyć Pismo Święte na stole. Również wydawnictwa i księgarnie mają dane, ile egzemplarzy rozprowadzają w ciągu roku. – Sam obserwuję, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat w Polsce upowszechniło się posiadanie własnej Biblii w domu. Wcześniej nie było to możliwe, m.in. dlatego że cenzura nie pozwalała drukować zbyt wielu egzemplarzy. Później się to zmieniło, więc Pismo Święte zaczęło pojawiać się w wielu katolickich domach, chociażby jako prezent z okazji Pierwszej Komunii św. czy bierzmowania – zaznacza prof. Wojciechowski.
Pytanie tylko, czy te domowe egzemplarze są otwierane, czy raczej zbierają kurz na najwyższej półce? – Moim zdaniem, ogólnie za mało sięgamy po Biblię, co wiąże się również z tym, że czytelnictwo w Polsce spada. Nie można natomiast powiedzieć, że tak to wygląda w każdym domu, bo są wśród nas osoby, które Pismo Święte czytają, niektóre okazjonalnie, inne regularnie. Wraz z rozwojem technologii pojawiły się nowe możliwości i dzisiaj można czytać Biblię w internecie. Dopóki jednak nie zostaną przeprowadzone badania, trudno mówić o konkretach. Ktoś przecież może nie sięgać po Pismo Święte w książkowym wydaniu, za to czyta je albo odsłuchuje w telefonie itd. – tłumaczy prof. Wojciechowski.
Biblista i redaktor naukowy Biblii Impulsy ks. dr hab. Janusz Wilk opowiada: – Nie tak dawno poznałem wyniki jednego z sondaży na temat czytelnictwa książek w naszej ojczyźnie. Podobno 60% Polaków w ciągu roku nie przeczyta ani jednej książki. Coraz mniej czytamy tekstów rozbudowanych, wielowątkowych i dłuższych, a co za tym idzie – również Biblii. Coraz częściej opinie na dany temat budujemy na podstawie nagłówków, krótkich newsów i komentarzy internetowych. Czasem mówi się, że Biblia jest najmniej czytanym bestsellerem. Jest ona w prawie każdym polskim domu, ale w niewielu systematycznie czyta się ją i rozważa. Nie jest jednak tak źle, gdyż znaczna część katolików zna słowo Boże ze słyszenia. Tak też było w Kościele pierwszych wieków, kiedy to chrześcijanie poznawali Biblię przede wszystkim podczas liturgii, ponieważ w swoich domach nie posiadali jej zwojów. Jeśli co tydzień chodzimy na Mszę św. i do tego dodamy jeszcze naszą obecność na niej w uroczystości i święta, to w ciągu 3 lat (tyle trwa cykl czytań w liturgii niedzielnej) usłyszymy ok. trzech czwartych treści Ewangelii. Raczej znamy treść Dobrej Nowiny, gorzej, gdybyśmy mieli sami znaleźć dany fragment w Biblii – np. samemu odszukać przypowieść o synu marnotrawnym i miłosiernym ojcu.
Warto szukać samemu
Ogólny spadek czytelnictwa nie jest jedynym powodem, dla którego część z nas po Pismo Święte sięga rzadko albo wcale nie sięga. Niektórzy usprawiedliwiają się tym, że jest to trudna lektura, niezrozumiała, nieprzystająca do dzisiejszych czasów. Dla innych przeszkodę stanowi język, nierzadko odbiegający od tego, którym posługujemy się na co dzień. Profesor Wojciechowski podchodzi ze zrozumieniem zwłaszcza do tego drugiego argumentu. – Żeby Pismo Święte było chętnie czytane, powinno być podane w języku, który przemawia do słuchacza. Dawniej robiono to zupełnie świadomie i np. Biblia w tłumaczeniu ks. Wujka operowała językiem stosunkowo bliskim ówczesnemu człowiekowi. Dzisiaj to tłumaczenie wydaje nam się podniosłe i trudne, ale w czasach ks. Wujka tak nie było. Później się od tego odeszło i w nowszych tłumaczeniach np. Pan Jezus „spożywa” zamiast „jeść”. Również dość niedawno zaczęto stosować wielkie litery w zaimkach odnoszących się do Boga, Chrystusa czy Maryi. To może, choć, oczywiście, nie musi, kojarzyć się z podniosłością i nasuwać myśli, że nie wypada czy nie ma sensu sięgać po te treści tak po prostu, zwyczajnie – wyjaśnia biblista. – Dzisiaj chyba najbliższe współczesnemu językowi jest tłumaczenie Edycji Świętego Pawła. Przystępny językowo jest też, według mnie, przekład ekumeniczny. To naturalne, że chętniej sięgniemy po coś, co wygodnie nam się czyta, warto więc poświęcić trochę czasu na znalezienie tłumaczenia, które będzie nam bliskie.
– Biblia jest trudna – przyznaje z kolei ks. dr Wilk. – Tylko rzeczy i sprawy banalne są łatwe i nic nas nie kosztują. Trudność ta nie dotyczy samego jej języka (w Polsce mamy tyle nowych, dobrych tłumaczeń) czy zrozumienia kultury, środowiska i czasów, kiedy Duch Święty kształtował myśli autorów danych ksiąg, bo mamy już bardzo dobre studia w tym zakresie i pomocne opracowania. Trudność ta dotyczy przełożenia słów Biblii na własne życie. Czasem chce się postępować po swojemu, tak, jak nam wygodniej, tak, jak się tego domagają współczesne trendy i współczesna poprawność. A w Biblii mamy coś innego.
Potrzeba przewodnika
Dziś Biblia jest właściwie „na wyciągnięcie ręki”. Można ją kupić lub czytać za darmo w internecie. Jednak, jak zauważa biblista ks. dr Krzysztof Kowalik, samo czytanie to za mało: – Jak wiemy, Biblia może być przeczytana na poziomie zwykłej książki. Wtedy poznamy pewne historie, postacie, zaznajomimy się ze starożytnym dokumentem, ze starożytną kulturą itd. Dlatego czasem nawet, dość niesprawiedliwie, niektórzy zrównują Biblię z tekstami mitologicznymi. Ktoś przeczyta Biblię w całości, a następnie jak inną książkę odstawi na półkę i nigdy do niej nie wróci. A tymczasem w lekturze Pisma Świętego chodzi przede wszystkim o to, by doprowadziło nas ono do spotkania z Jezusem.
Jak jednak spotkać Boga w tekście, który niekiedy trudno zrozumieć? – Sama Biblia daje nam na to odpowiedź, bo możemy w niej przeczytać o różnych takich trudnościach. W Dziejach Apostolskich diakon Filip spotyka dworzanina królowej Kandaki, który czyta fragment z Izajasza. Na pytanie, czy rozumie, co czyta, dworzanin odpowiada: „Jakże mogę zrozumieć, skoro nikt mi tego nie wyjaśnił?”. Filip nie tylko tłumaczy mu, o co chodzi w tym tekście, ale też pokazuje, w jaki sposób te słowa prowadzą do Jezusa. Tak samo każdy z nas, zwłaszcza na początku, potrzebuje kogoś, kto pomoże nam zrozumieć i kto pokaże nam, jak w tym tekście spotkać się ze słowem Boga. Zauważmy, że wspomniany Filip był diakonem, a więc nie pierwszą lepszą osobą, ale przedstawicielem Kościoła. Pismo Święte zostało powierzone wspólnocie ludu Bożego i to ta wspólnota z jednej strony słucha i strzeże słowa Bożego, a z drugiej – wyjaśnia je i prowadzi do spotkania z Chrystusem. Taka jest istota czytania Biblii – podkreśla ks. dr Kowalik. – Możemy nauczyć się fragmentów Biblii na pamięć, czytać ją wielokrotnie, możemy być ekspertami od jej treści, od jej języka, stylu, a nawet od zawartej w niej teologii, ale to wszystko samo z siebie nie musi koniecznie doprowadzić nas do wiary – jeśli człowiek nie będzie poprowadzony w tym kierunku, nie otworzy serca na spotkanie z Bogiem, to nie dojdzie do tego najważniejszego celu.
Zweryfikujmy oczekiwania
Ksiądz Kowalik zauważa również, że do lektury Biblii mogą nas zniechęcić niewłaściwe oczekiwania wobec tej księgi. Mogą to być choćby próby „dostosowania” jej treści do naszych prywatnych zapatrywań, do naszych wyobrażeń o tym, jaki Pan Bóg powinien być. Nie sprawdza się też zakładanie, że po przeczytaniu stosownego fragmentu od razu rozwieją się nasze wszystkie wątpliwości i pojawi się rozwiązanie. Bywa, że szukamy w niej odpowiedzi, których tam nie znajdziemy, bo nie po to została napisana. – To prawda, że w Biblii możemy znaleźć wiele wskazówek dotyczących życia, chociażby rodzinnego. Nie powinniśmy jednak traktować jej jak typowego poradnika. To, że znajdziemy w niej odniesienia do finansów, nie znaczy, że na tej podstawie należy podejmować decyzje inwestycyjne. Podobnie ma się rzecz np. z odniesieniami do diety. W księgarniach znajdziemy mnóstwo książek bardziej przydatnych w tych kwestiach. Pismo Święte nie jest zbiorem prostych, gotowych odpowiedzi na każdy temat. Musimy zbierać fragmenty, układać je, wsłuchiwać się w nie – to wymaga czasu, cierpliwości i przede wszystkim otwarcia na Boga – mówi duszpasterz.
Nie zagłodzić wiary
– Bóg przez Biblię nie chce nam utrudniać ziemskiego życia, ale pragnie nas doprowadzić do celu, którym jest życie z Nim w ojczyźnie, tej w niebie – przypomina ks. dr Wilk. – By bezpiecznie dojechać do celu, potrzebujemy ustalenia, po której stronie drogi będziemy się poruszać, namalowania na niej wyraźnych pasów, ustawienia różnych znaków, rozmieszczenia sprawnych świateł sygnalizacyjnych i czytelnych drogowskazów. Ktoś powie, że on tego nie potrzebuje, bo sam doskonale prowadzi niezły samochód, ale wtedy dosyć szybko stanie się zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale i dla innych. W obrazie tym słowa Biblii są pasami, znakami, światłami i drogowskazami na drodze zwanej życiem. Oczywiście, to tylko ułomne porównanie, ale to jeden z aspektów Biblii: ma nam pomóc dotrzeć do życia wiecznego z Bogiem. Można bowiem w życiu się zagubić i tam nie trafić – przypomina i zachęca do zadbania o systematyczną lekturę, bo podobnie jak ciało potrzebuje pokarmu kulinarnego, tak wiara potrzebuje pokarmu duchowego. – Trzeba dbać o to, aby nie zagłodzić ciała, ale trzeba też dbać o to, aby nie zagłodzić wiary. W najbliższym tygodniu, jak w każdym innym, otrzymamy dziesiątki, a nawet setki informacji, przeczytamy kilka tekstów, spędzimy sporo godzin przed telewizorem, w internecie czy z telefonem komórkowym. Wszystkie tak dostarczone nam informacje wpływają na nas. A co otrzyma nasza wiara? Najgorsza opcja jest wtedy, gdy w środę (a może nawet już wcześniej!) nie potrafimy sobie nic przypomnieć z czytań z ubiegłej niedzieli, a przez te dni wychwyciliśmy już wiele informacji przeciwnych człowiekowi, Kościołowi, wierze, Bogu. Trzeba zadbać o to, aby w naszym umyśle nie były tylko słowa ludzkie, ale żeby były w nim także słowa Boże.
Ks. Wilk kładzie nacisk również na znalezienie czasu na osobistą lekturę Pisma Świętego. – Dla kogoś będzie to poranna lektura przed pójściem do pracy lub na uczelnię, a dla kogoś innego wieczorne, spokojne spotkanie ze słowem Bożym. Chodzi nie o to, by czytać wiele, ale by czynić to systematycznie. Czasem będzie to jeden rozdział, a innym razem jeden wers. Istotne jest to, aby nie narzekać na siebie, że danego dnia pragnęliśmy przeczytać więcej, a nie było to możliwe, ale cieszmy się tym, że udało nam się dzisiaj przeczytać tyle, ile mogliśmy przeczytać. Pobożna lektura Biblii jest modlitwą, w której Bóg do nas mówi.
Słowo budzące nadzieję
– Warto pamiętać o tym, o czym mówią papież Franciszek i nasi biskupi, a mianowicie, że Pismo Święte to słowo, które zaczyna budzić w nas nadzieję. Sprawia, że człowiekowi chce się żyć. Pokazuje mu cel – podkreśla ks. Kowalik. – To nie znaczy, że wszystko zostanie nam pokazane w jednym momencie, ale słowo Boże będzie nam ukazywać prawdę krok po kroku. To nie musi być łatwa lektura, ale ważne jest to, byśmy przyjmowali te treści z wiarą. Pamiętajmy, że również Maryja nie wszystko rozumiała z tego, co powiedział Jej anioł, co mówił do Niej Jezus, ale rozważała te wszystkie sprawy w sercu. Trzeba zaufać, że we właściwym momencie przyniesie to konkretny owoc. Ta nadzieja daje siłę do przetrwania sytuacji trudnych, tak jak dała ją Maryi na czas od ukrzyżowania Jezusa do Jego zmartwychwstania. Matka Boża stojąca pod krzyżem nie była osobą bezduszną, która nie cierpiała, ale słowa Jezusa dały Jej nadzieję. Święty Piotr napisał, że słowo Boże jest jak lampa, która pozwala nam przetrwać ciemną noc, aż zajaśnieje poranek.
Katarzyna Krawcewicz/Tygodnik Niedziela
***
„Osobista lektura Pisma Świętego prowadzi do fascynacji Bogiem”
“Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje” – podkreślił ks. prof. Henryk Witczyk, przewodniczący Dzieła Biblijnego.

***
Biuro Prasowe KEP: Księże Profesorze, z ustanowienia papieża Franciszka, III niedziela zwykła obchodzona jest w całym Kościele jako Niedziela Słowa Bożego. Jaki jest główny cel tej inicjatywy?
Ks. prof. Henryk Witczyk: Papież Franciszek podaje kilka celów, które winny być osiągane poprzez uroczyste przeżywanie Niedzieli Słowa Bożego, zwłaszcza celebracje liturgiczne w parafiach i diecezjach. Równie ważne są różne aktywności związane ze Słowem Bożym zawartym w Piśmie świętym w naszych rodzinach. Sądzę, że ich syntetycznym ujęciem są słowa Aperuit illis („Oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma”; por. Łk 24, 45), które otwierają papieskie Motu proprio ustanawiające tę celebrację. Zmartwychwstały Jezus oświecił umysły uczniów idących z Jerozolimy do Emaus. Byli rozczarowani przebiegiem procesu, drogi krzyżowej, ukrzyżowania – i ostatecznie złożenia do grobu umęczonego Mesjasza – Króla głoszącego Królestwo Boże jako obecne pośród nich. Gdy dołączył do nich tajemniczy Wędrowiec, zaczął z nimi rozmawiać, zadawać pytania, a ostatecznie wyjaśniał im Pisma, które mówiły o cierpieniach Mesjasza, wpisanych w Jego drogę do Chwały. Jak sami wyznali, pod wpływem tych Jego słów, w każdym z nich „pałało serce”, otworzyły się ich oczy na aktywną i miłującą obecność zmartwychwstałego Pana. On stał się na nowo najważniejszą Osobą w ich życiu! Centrum życia całego Kościoła apostolskiego, gdy objawił się z kolei wszystkim uczniom w wieczerniku, niosąc im swoje słowa: Pokój wam!
Tylko apostołowie z „otwartymi oczami” i „sercami pałającymi” ogniem Bożej obecności darowanej im w słowach Zmartwychwstałego mogli stać się głosicielami i świadkami Ewangelii. W Niedzielę Słowa Bożego cały Kościół pod przewodnictwem papieża Franciszka chce uwielbiać Boga za Jego obecność pod postacią słów Pisma świętego proklamowanych w Kościele, chce też dziękować Ojcu niebieskiemu za Słowo, które od Niego pochodzi! Ono otwiera nam oczy na misterium Trójcy Świętej, na Jej działanie w dziejach świata i ludzi, na Jej obecność w Kościele.
W jaki sposób można realizować założenia tej Niedzieli na co dzień? Co może być pomocne w poznawaniu Słowa Bożego?
Najważniejsze jest codzienne czytanie Pisma świętego. Dobrze jest zacząć od ksiąg Nowego Testamentu, które są nam mało znane, na przykład listy św. Pawła czy tzw. listy katolickie. One nie tylko wyjaśniają nauczanie Chrystusa, otwierają misterium Jego osoby, ale nade wszystko odnoszą je do życia tak pojedynczych wierzących jak i wspólnoty Kościoła. Ta aplikacja ma dla nas – borykających się dzisiaj z podobnymi wyzwaniami – absolutnie podstawowe znaczenie. Dokonywana jest bowiem pod natchnieniem Ducha Świętego, który jest Nauczycielem Kościoła wszystkich czasów aż do skończenia świata. To On, nie badania socjologiczno-psychologiczne, prowadzi Kościół do poznania Prawdy o zbawieniu człowieka, objawionej przez wcielonego Syna Bożego w Ewangeliach i Tradycji.
Dużą pomocą w poznawaniu Słowa Bożego są istniejące w wielu parafiach kręgi biblijne, wspólnoty praktykujące lectio divina. W większości diecezji, w wielu dekanatach bibliści prowadzą regularne wykłady z Pisma św. dla osób świeckich i zakonnych w ramach różnego rodzaju szkół Słowa Bożego (głównie w soboty). Warto również wybrać się na rekolekcje biblijne, organizowane w licznych domach rekolekcyjnych.
A niezastąpioną pomocą w osobistym studium Pisma świętego jest od roku aplikacja pod nazwą „Dzieło Biblijne”, stworzona dzięki dużemu zaangażowaniu i patronatowi KUL Jana Pawła II oraz Instytutowi Nauk Biblijnych KUL. Jest ona dostępna bezpłatnie w smartfonach, laptopie czy w wygodnym do czytania tablecie. A osoby zainteresowane nie tylko duchowym, ale i badawczym poznawaniem treści Pisma św. zachęcam do czytania artykułów naukowych w najlepszym polskim czasopiśmie biblijnym „The Biblical Annals”. Jest ono dostępne gratis na platformie czasopism KUL (https://czasopisma.kul.pl/index.php/ba), razem w biblijno-teologicznym „Verbum Vitae” (https://czasopisma.kul.pl/index.php/vv). Zamieszczane są w nich opracowania aktualnie dyskutowanych zagadnień i tematów – także w języku polskim.
Św. Hieronim powiedział, że „nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa”. W jaki sposób można zachęcić wiernych do czytania Pisma Świętego?
Trzeba najpierw samemu „zasmakować” w osobistej lekturze ksiąg biblijnych, czyli w dialogu z Bogiem. Wtedy łatwo będzie nam podzielić się osobistymi przeżyciami w słuchaniu słów, które Bóg do nas kieruje. W istocie bowiem czytanie Pisma świętego jest jedynie „narzędziem” umożliwiającym Ojcu niebieskiemu, Synowi Bożemu i Duchowi Prawdy komunikowanie się z nami. A każdy, kto świadomie chce przeżywać swoją wiarę, jest maksymalnie zainteresowany tym, co Bóg chce mi dzisiaj, w tym tygodniu, w tę niedzielę powiedzieć. Dopiero znając przesłanie do mnie skierowane mogę odpowiedzieć w modlitwie: uwielbienia, dziękczynienia, ufności czy prośby.
Osobista lektura Pisma świętego prowadzi wierzących także do fascynacji Bogiem, osobą i nauczaniem Syna Bożego, działaniem Ducha Świętego w dziejach świata, pojedynczych ludzi, w historii Ludu Bożego pierwszego i nowego Przymierza, a nade wszystko w życiu współczesnego Kościoła, do którego zostaliśmy powołani.
KAI/Stacja7.pl
***
Ks. Teodor Sawielewicz na Niedzielę Słowa Bożego:
nie trzeba czytać Biblii od deski do deski

fot. radio Niepokalanów
***
Katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące – powiedział ks. Teodor Sawielewicz. Rekolekcjonista, założyciel kanału Teobańkologia, w rozmowie z KAI, wyjaśnił dlaczego warto sięgać po lekturę Pisma Świętego, opowiedział także jakie inicjatywy biblijne można znaleźć na kanale Teobańkologia. Jutro, już po raz piąty, będziemy obchodzić w Kościele Niedzielę Słowa Bożego, ustanowioną przez papieża Franciszka.
Zadałbym pytanie mężowi: „czy to ważne, by poznawać każdego dnia lepiej swoją żonę? Przecież ją już niby poznałeś, to po co na to poświęcać więcej czasu?”. Św. Hieronim napisał takie słowa w czasach, w których nie było druku, a zdecydowana większość ludzi nie umiała czytać: „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa”. Najważniejsze przykazanie Starego Testamentu zaczyna się od słów: „Słuchaj Izraelu…”. Skoro mamy komuś ufać, powierzać mu swoje życie, kogoś naśladować, kochać, to najpierw musimy go poznawać. Każda karta Ewangelii to skarbiec informacji o życiu i posłannictwie Tego, w którego wierzymy.
Papież Franciszek w swoim orędziu o ustanowieniu tej niedzieli podkreślił, że „Słowo Boże powinno być zawsze obecne w naszym życiu, a zwłaszcza w niedzielę, abyśmy mogli rozpoznać w nim obecność Chrystusa, który przemawia do nas i prowadzi nas”. Poprzez regularne spotkanie z Pismem Świętym możemy coraz bardziej odkrywać Boże przesłanie dla nas, pogłębiać wiarę, kształtować sumienie i prowadzić bardziej świadome życie chrześcijańskie.
Ma Ksiądz pomysł jak zachęcić wiernych do czytania Biblii? Jak podkreślił Franciszek, celem Niedzieli Słowa Bożego jest to, by „w ludzie Bożym wzrosła religijna i bliska znajomość Pisma Świętego”.
Myślę, że ogromna rolę ma tu nastawienie człowieka do Biblii, ale też głód. Prorok Amos wypowiada takie słowa: „Oto nadejdą dni – wyrocznia Pana Boga – gdy ześlę głód na ziemię, nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich. Wtedy błąkać się będą od morza do morza, z północy na wschód będą krążyli, by znaleźć słowo Pańskie”. Jeśli ktoś zdaje sobie sprawę, że Biblia to żywe Słowo Boga, Słowo, które ma moc przemiany serca i życia, to nie trzeba go specjalnie zachęcać do chłonięcia Go.
Czy trzeba namawiać wygłodniałego do jedzenia? W Biblii znajdują się wskazówki jak żyć na Bożą chwałę, a przez to doświadczać wielu skutków ubocznych takiego życia: szczęście, dobre zarządzanie finansami, pozbycie się lęków i zmartwień itp. Rozmawiając z różnymi ludźmi, słyszałem podobne zdania: „Bóg jeden wie, co powinienem w tej sytuacji zrobić, modlę się o jakąś wskazówkę i nic…”. A kiedy pytałem: „A czy zajrzałeś do Pisma Świętego?”, odpowiadali ze zdziwieniem: „Ale po co? Przecież ja mam taki a taki problem do rozwiązania, co ma do tego czytanie Biblii?”. Odpowiadałem podobnymi słowami: „Zajrzyj, a sam się przekonasz”. Niektórzy z tych ludzi wracali potem do mnie z niesamowitymi świadectwami, a czytanie Słowa Bożego stało się odtąd ważnym elementem ich codzienności.
Również na Teobańkologii można znaleźć wiele interesujących treści umożliwiających lepsze poznanie Pisma Świętego, chociażby różnego rodzaju medytacje nad tekstem biblijnym, czy mógłby Ksiądz nieco o nich opowiedzieć?
Staram się, by treści i motywy zaczerpnięte z Pisma Świętego towarzyszyły każdemu aspektowi działalności Teobańkologii. Pojawiają się w błogosławieństwach w postaci postów i rolek o 7:00 i 19:00, w codziennych transmisjach różańcowych o 20:30, są inspiracją do rozmaitych akcji, są zawarte na naszej płycie “Niech zstąpi Duch Twój”.
Jedną z najważniejszych inicjatyw związanych z Pismem Świętym są serie Komentarzy Biblijnych. Na początku przygotowywałem je sam. Później zaprosiłem do współpracy ks. prof. Mariusza Rosika – wybitnego polskiego biblistę – który w kilku- albo kilkunastominutowych filmach odpowiada na ważne pytania w oparciu o Pismo Święte. W ramach ostatniej serii były podejmowane m.in. takie zagadnienia: Czy Bóg chce mojej choroby? Czy Bóg może posłużyć się złem? Dlaczego Bogu na mnie zależy? Po co Kościołowi papież? To ważne pytania, na które czasem sami nie potrafimy znaleźć przekonującej odpowiedzi. Dlatego właśnie warto posłuchać, co ma nam w tych kwestiach do przekazania Pismo Święte, co do nas mówi sam Bóg.
Myśli Ksiądz, że każdy katolik powinien przeczytać Pismo Święte od początku do końca? Dlaczego to tak mało powszechna praktyka wśród ludzi wierzących?
Może zacznę od tego drugiego pytania. Powody, by czegoś nie robić, zawszę się znajdą: „Nie mam czasu”, „I tak nic z tego nie rozumiem, to za trudne”, „Nie lubię czytać”, „Wolę posłuchać kazania, katechezy, konferencji”, „To nudne i nie ma związku z moim życiem”. To tylko niektóre z wymówek, jakie słyszałem. Przy okazji zapraszam na do naszej akcji wielkopostnej „Jerycho – zmień swoje nawyki”. Może warto będzie te nauki zastosować właśnie do stałego zaprzyjaźnienia się z Pismem Świętym!
A wracając do tematu, myślę, że każdy katolik powinien regularnie czytać Biblię, choć niekoniecznie musi to być przeczytanie jej od deski do deski. Wiele osób poznaje treść Biblii poprzez wybieranie konkretnych ksiąg, rozdziałów lub tematów, które są dla nich budujące. I to jest bardzo dobry pomysł, bo pozwala na głębsze zrozumienie konkretnych treści i ich odniesienie do swojej codzienności. Nie ma uniwersalnej, jednej metody. Papież Benedykt XVI mówił tak: „Rozważajcie często Słowo Boga i pozwólcie, aby Duch Święty był waszym nauczycielem. Odkryjecie wówczas, że myśli Boga nie są myślami ludzi. Będziecie skłonni kontemplować prawdziwego Boga i odczytywać wydarzenia historii Jego oczyma. Zakosztujecie w pełni radości, jaką rodzi prawda”. To jest właściwy klucz do lektury Pisma Świętego.
Nie chodzi tylko o poznanie treści minionych wydarzeń, biografii Jezusa czy dziejów pierwotnego Kościoła, ale o czerpanie wiedzy i mądrości potrzebnej człowiekowi tu i teraz, powiązanie tych wydarzeń ze swoim życiem, o poddanie się Bożemu prowadzeniu, słuchanie Jego głosu każdego dnia, w każdej sytuacji. Przy takim podejściu do Pisma Świętego człowiek z biegiem lat czerpie z niego coraz więcej, coraz więcej odkrywa, rozumie i można powiedzieć, że ta lektura nigdy dla niego się nie kończy. I – uwaga – co najważniejsze: człowiek, który poznaje Stwórcę przez lekturę Biblii, w końcu dojdzie do pragnienia – ja chcę nie tylko o Bogu czytać, ja chcę Jego!
Czy ma ksiądz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby zacząć czytać Pismo Święte, ale czują się zniechęcone jego objętością lub trudnością w zrozumieniu niektórych fragmentów?
W dzisiejszych czasach można wykorzystać różne narzędzia, takie jak aplikacje mobilne, audiobooki lub podcasty, które dają łatwy dostęp do lepszego rozumienia Pisma Świętego. Trzeba jednak pamiętać, że głównym celem czytania Biblii nie jest jej zrozumienie, ale raczej sięgnięcie do tego, co jest niejako pod naskórkiem tekstu – a jest tam sam Bóg, którego możemy spotkać, nawet wtedy, gdy nie rozumiemy tego, co czytamy. On jest przecież Słowem, a to Słowo, które czytamy jest Bogiem.
W seminarium przeczytałem na głos w oryginalnym języku dwa razy cały Nowy Testament. Niewiele z języka greckiego rozumiałem, ale chciałem się “otaczać” Bogiem. Fale dźwiękowe, wiadomo, nie są Bogiem, ale to Słowo Nim jest. Jeśli coś wydaje się nam niezrozumiałe, zbyt trudne, a bardzo nam zależy na zrozumieniu, mamy dziś sporo możliwości, by znaleźć pomoc, wsparcie, wyjaśnienie nurtujących nas kwestii. Jedną z nich jest Teobańkologia, bezpieczna przestrzeń modlitwy przeniknięta Słowem Bożym, z naszym hasłem “Niech Ewangelia się niesie na chwałę Bożą i pożytek ludzi jak najlepszymi środkami”.
Jakie są Księdza ulubione fragmenty Pisma Świętego?
Ewangelia św. Jana 10,10 [Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości – KAI] – ten cytat umieściłem też na moim obrazku prymicyjnym. Gdy rozważałem ten fragment, dotarło do mnie, że Pan Bóg chce dla mnie szczęścia, życia w obfitości tutaj na ziemi.
Wcześniej chrześcijaństwo kojarzyło mi się inaczej: Królestwo Boże rozumiałem jako rzeczywistość odległą, niedostępną człowiekowi tu i teraz, na ziemi mam się męczyć i cierpieć, by potem pójść do nieba. Ten fragment zmienił moje myślenie. Zrozumiałem też, że odnosi się on do mojej misji. Ja jako pasterz dostałem misję od Dobrego Pasterza – Jezusa Chrystusa – po to, by uczynić obfitym życie innych.
Czy ma Ksiądz jakieś osobiste świadectwo dotyczące momentu czytania Pisma Świętego, który wpłynął znacząco na Księdza życie duchowe?
Przypominam sobie taką sytuację, gdy miałem 17 lat i jechałem autobusem do szkoły. Natknąłem się wtedy na fragment, który opisuje spotkanie Jezusa z niewidomym. Jezus zapytał tego człowieka: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”, a on mu odpowiedział „Panie, żebym przejrzał”. Tak bardzo mnie wtedy dotknęły te słowa, przez kolejne dni wypowiadałem je niemalże bez przerwy i były tak naprawdę początkiem mojego głębokiego nawrócenia, zmiany, kiełkowania dobrych pragnień i uzdrowienia wielu ran na duszy.
Gdzie szukać pomocy w interpretacji niezrozumiałych fragmentów Pisma Świętego?
Pismo Święte jest zbiorem tekstów, które wymagają znajomości pewnego kontekstu i umiejętnej interpretacji. Czytanie Biblii bez odpowiedniej wiedzy i przygotowania może prowadzić do niewłaściwego zrozumienia treści, odnalezienia w niej sprzeczności, nawet absurdów, wyprowadzenia błędnych wniosków, wypaczenia obrazu Boga i Jego miłości. Dlatego warto korzystać z powszechnie dziś dostępnych komentarzy i objaśnień opracowanych przed doświadczonych biblistów, uwzględniających kontekst historyczny i kulturowy oraz kwestie języka i tłumaczeń, dobrym pomysłem jest też lektura we wspólnocie.
Warto również korzystać z innych katolickich źródeł, takich jak publikacje katolickie, czasopisma, strony internetowe i aplikacje mobilne, które oferują komentarze, wyjaśnienia i materiały pomocne w zrozumieniu Pisma Świętego. Tylko proszę, by te moje powyższe zachęty do zgłębiania wiedzy o Biblii nie zniechęciły do tego, by by po prostu Pismo Święte otwierać i czytać. Ono jak zaklinacz węży będzie nawet bez naszego zrozumienia lub odczucia wyrzucać z nas złe myśli i pragnienia, o ile z wiarą i otwartym sercem staramy się je zgłębić i odnieść do swojego życia.
rozmawiała Anna Rasińska/KAI/Tygodnik Niedziela
***
Ks. Krzysztof Wons:
Słowo Boże już nas zna, czeka na nas

***
O medytującym Kowalskim, który wychodzi pokonany jako… zwycięzca, mówi ks. Krzysztof Wons, salwatorianin.
Marcin Jakimowicz: Jeszcze przed dekadą plakat ze słowem „medytacja” pachniał z daleka New Age. Dziś to słowo pada coraz częściej w zakrystiach i salkach katechetycznych…
ks. Krzysztof Wons: I Bogu dzięki! Nie możemy być w odwrocie, nie możemy być w sytuacji, gdy słowa, które opisywały święte wartości, jak „tęcza”, „orientacja”, „medytacja”, zostają skradzione przez narrację tego świata. To przecież ogromne bogactwo, głęboko zakorzenione w chrześcijaństwie. Słowo meditare wskazuje przecież na to, co dzieje się z nami w najświętszym momencie, jakim jest słuchanie słowa Bożego i przyjmowanie go do własnego życia. Jak moglibyśmy z niego rezygnować? By nie wprowadzać w błąd ludzi zagubionych w informacyjnym chaosie, dodaję do słowa „medytacja” określenie „chrześcijańska”.
Jan Kowalski chce rozpocząć dzień od biblijnej medytacji. Poranki są naprawdę dobre? A może zostawić sobie medytację na wieczór, na deser?
Nie! Poranki są bardzo dobre, bo pokazują, że… decyzja nie jest po naszej stronie. Słowo już nas wybrało. Słowo jest poranne, paschalne, otwierające. Wybrzmiewa w nim poranek wielkanocny. Jest w nim Syn Ojca, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. A On jest zawsze poranny. Ja naprawdę nie muszę czekać cały rok na śniadanie wielkanocne. Mogę je spożywać codziennie, i to zasiadając do stołu z samym Jezusem. Poranna medytacja słowa jest jak wschodzące słońce. Ma ona wyprzedzać wszystko, bo „bez Niego nic się nie stało, co się stało”. Przecież wyznajemy od pierwszej strony Biblii, aż po Prolog Janowy, że „na początku było Słowo” (Brandstaetter przetłumaczy „na początku jest Słowo”). To Ono daje początek wszystkiemu. Ono stworzyło i stwarza ten świat. Teologia mówi o creatio continua – ciągłym stwarzaniu. Jestem nieustannie stwarzany przez Słowo. W dzień i w nocy.
Kowalski postanawia medytować, „gdy znajdzie czas”. Da się tak czy musi z góry go sobie wygospodarować?
Musi go sobie wygospodarować, bo inaczej wszystko skończy się na pobożnych życzeniach. Niezwykle ważne są systematyczność i wierność. Słowo powinienem asymilować od poranka, i to najlepiej jeszcze przed śniadaniem. Jasne, trzeba być realistą i dostosować medytację do planu dnia. Jesteśmy bardzo niecierpliwi i czytamy Biblię, przyciskając od razu klawisz „enter”. Domagamy się natychmiastowej odpowiedzi. A Biblii trzeba dać czas. To żywa księga, która bada nasze intencje. Jesteśmy pokoleniem, które spędza sporo godzin przy komputerze i ma pod paluszkami klawiaturę. Wydaje się nam, że wciskając „enter”, mamy wszystko pod kontrolą. Klikamy i wyświetlamy to, co chcemy. A pokorny Bóg, który ukrył się w literze, otwiera się przed nami stopniowo, gdy spotyka się z naszą miłością. Słowo Boże już nas zna, czeka na nas.
Kowalski zerka na opasły tom Biblii i drapie się po głowie: od czego zacząć? Od słowa „z dnia”?
Wyjął mi to pan z ust! Unikajmy myślenia, że to ja wybieram słowo. To ono wybiera mnie. Kościół, jak dobra matka, karmi nas nim we wszystkich szerokościach geograficznych, a dzień rozpoczyna z nim i profesor teologii, i prosty robotnik, i proboszcz, i wikary. To nie jest słowo, które pochodzi od Kościoła, on je jedynie przekazuje. Czytajmy słowo „z dnia”. Jasne, można się na nie otworzyć już wcześniej. W Centrum Formacji Duchowej jednym z owoców gorzkiego czasu COVID-u jest codzienne internetowe przygotowanie do słuchania słowa z kolejnego dnia. Z tej propozycji korzystają tysiące osób!
Śniadanie wielkanocne smakuje, bo jest raz w roku. Co zrobić, gdy trawione dzień w dzień słowo nam powszednieje?
Być mu wiernym i czytać je codziennie. Nawet jeśli nie czujemy jego smaku. Jesteśmy wychowywani do hedonistycznego, zrelatywizowanego przeżywania rzeczywistości: „To czuję, tego nie; to lubię, tego nie”, a słowo niezależnie od tego, w jakim jestem stanie (czy uniesienia, czy acedii), jest zawsze takie samo – i jest pełne życia. Rozwiązanie? Być wiernym, stałym, konsekwentnym, nie oceniać medytacji wedle własnego samopoczucia (to pułapka, którą Zły chętnie wykorzystuje). Mówię kończącym rekolekcje: „Być może owoc zobaczysz dopiero po miesiącach, po latach. Ale naprawdę go zobaczysz!”. Słowo przemienia od środka, delikatnie, bez fajerwerków. W Krakowie nie ma weekendu bez fajerwerków, a niebo jest im potrzebne jedynie jako tło. Nie możemy z Boga robić tła dla naszych medytacyjnych fajerwerków, a z Biblii tła dla naszych oczekiwań!
Kowalski, otwierając Biblię, ma zrezygnować z oczekiwań i pragnień?
Nie! Ma chodzić z wielkimi pragnieniami, ale jednocześnie szukać w sobie wewnętrznej wolności wobec własnych oczekiwań. Czasami musi przełknąć gorzkie lekarstwo, ze świadomością, że jeśli będzie je cierpliwie zażywał, to pomoże mu wyzdrowieć. Bóg ma odpowiedź na wszystko, naprawdę. Trzeba tylko otwierać Biblię i czytać, czytać, czytać.
Właściwie kto kogo czyta? Kowalski Biblię czy Biblia Kowalskiego?
To kluczowe pytanie! To Biblia czyta mnie, choć wydaje się, że jest odwrotnie. To absolutne sedno tej rzeczywistości! To nie my mamy panować nad tekstem, ale on nad nami. Jak wiele zależy od tego, jak się otwieram na Słowo, czy je przeżywam i „przeżuwam”. Lectio divina to przecież Boże czytanie. To Bóg mnie czyta, nie ja Jego. Może być przecież i tak, że czytam słowo, nie wychodząc poza własne myśli. Benedykt XVI przypominał, że trzeba pytać, co mówi tekst sam sobie, bo istnieje niebezpieczeństwo, że moje czytanie będzie jedynie pretekstem, by nigdy nie wyjść poza własne myśli. Wiem lepiej! Ktoś otwiera Biblię i ziewa: „Znowu to samo? Co tu jeszcze medytować? Ileż homilii na ten temat powiedziałem”.
Często zdarza się Księdzu odkryć coś nowego w słowie, które zna na pamięć?
Nieustannie. Bo ono nigdy nie jest tym samym Słowem. Stare są tylko litery, ale za ich murem skrywa się słowo, które jest zawsze świeże, nowe, kochające. Nie narzekajmy: „Znam to na pamięć”. I nie chodzi nawet o pamięć intelektualną, ale o serce, bo to ono „pamięta”. Psycholog powie, że najsilniejsza pamięć to pamięć przeżyciowa. Ojcowie pustyni – często analfabeci – uczyli się na pamięć całych ksiąg czy nawet psałterza.
Ale często „przeżuwali” przez cały dzień jedno słowo!
Sam to praktykuję. Łapię się jednego zdania, wersetu i to przeżuwam. „Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione. Starożytni powtarzali, że „Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli”. Tym jednym jedynym, najdroższym słowem jest imię „Jezus”.
„Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” – czytam w katechizmie.
To przecież to jedno jedyne Słowo uczyło tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. Świetnie, że o tym mówimy, bo to ono właśnie odróżnia medytację chrześcijańską od niechrześcijańskiej. Ewagriusz z Pontu podpowiadał, by powtarzać to Imię „z gniewem” (użył takiego określenia! Chodziło mu o wiarę, dynamikę, modlitwę całym sercem), dlatego że to Słowo kryje w sobie moc, rodzi do życia, zbawia. To nie jest tak, że jakąś techniką wywołuję skutki (to sedno medytacji niechrześcijańskiej). To nie jest mantrowanie, które przynosi ukojenie. Niektórzy podpowiadają: powtarzaj jedno słowo, nieważne jakie. Nie! Tu nie ma relatywizmu, tu chodzi o słowo Boga, bo to Ono nas stwarza.
A gdy Kowalski natrafia na fragment, którego nie rozumie? Na przykład opis budowy świątyni? Ma się mu poddać?
To kluczowe sformułowanie! Trzeba czytać, nie rezygnować. Najbardziej głęboka modlitwa jest… pasywna. Passivum divinum. Pozwalam słowu działać. To najbardziej święty moment medytacji. I nie chodzi o letniość, bierność, doskonale znany nam stan „lelum polelum”. Łukasz opisał, jak pięknie przeżywa ten stan Maryja. Najpierw słucha, potem zachowuje, jednocześnie strzeże – tłumacząc inaczej: „strzeże jak żołnierz” (zdając sobie sprawę, że złodziej szuka okazji, by to słowo wykraść) – i wreszcie medytuje, czyli pozwala, „by słowo wyjaśniało się przez słowo”.
„Jeszcze nikt swoim pytaniem okna w niebie nie wybił. Odpowiedzi w niebie nie brakuje, brakuje dobrych pytań. Nieraz trzeba się z Biblią pokłócić” – opowiadał mi Ksiądz. Kowalski się na to odważy?
Czasami jego medytacja będzie przypominała walkę Jakuba z aniołem. W ciemnej nocy zniechęcenia, posuchy, zmęczenia. Najważniejsze jest to, co zrobił Jakub. Jego krzyk: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!”. Bóg zachęca: „Kłóć się ze Mną, wiedź ze Mną spór”. W medytacji przychodzi moment, który ojcowie starożytni nazywali synkrisis – kryzysem. Konfrontacja. Słowo wprowadza cię w błogosławiony kryzys, który prowadzi do nawrócenia. Kłóćmy, się, walczmy, opowiadajmy Bogu, „co nam leży na wątrobie”. Ważne, byśmy na końcu otrzymali imię, które otrzymał Jakub: „Walczący z Bogiem”, bo „walczyłeś z Bogiem i ludźmi i zwyciężyłeś”. Kto wyszedł z tej medytacji, kuśtykając, z przetrąconym biodrem? Anioł czy Jakub? Ale – uwaga! – Jakub wyszedł jako zwycięzca. Nigdy bardziej nie jesteśmy zwycięzcami niż wtedy, gdy dajemy się pokonać przez Boga i Jego słowo.
rozmawiał –Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Słowo Boże – pożywienie codzienne.
„On mnie prowadzi,
a ja nie mam się czego bać”

fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny
***
Na to, co się kocha, czas się zawsze znajdzie. Przybywa tych, którzy kochają Pismo Święte – więc mają dla niego czas.
Msza w Niedzielę Słowa Bożego. Proboszcz, rozpoczynając kazanie, pokazuje egzemplarz Biblii. Sam wygląd księgi robi wrażenie: zakładki, naklejki, adnotacje, uwagi na marginesach. Ksiądz zobaczył to Pismo Święte podczas wizyty kolędowej w domu Grażyny i Stanisława Kotów i pożyczył je w charakterze rekwizytu kaznodziejskiego.
Lektura Biblii jest dla Grażyny i Staszka czymś niezwykle istotnym. Skąd ta miłość do słowa Bożego? – Zaczęło się po kursie ewangelizacyjnym „Emaus”. Tam zadeklarowaliśmy, że chcemy poświęcić pół godziny dziennie na czytanie Biblii. Od tego dnia czytamy słowo Boże po kolei, od początku do końca. Jeden rozdział dziennie – tłumaczy Grażyna.
– Jeżeli coś się powiedziało, to temu słowu trzeba być wiernym. Teraz czytamy Biblię już chyba po raz szósty – wyjaśnia Staszek.
Słowo Boże odpowiada na wiele ich pytań. Gdy Grażyna w czasie modlitwy otwiera Pismo, często otrzymuje precyzyjną odpowiedź na przedstawiony Bogu problem. Na przykład gdy najmłodszy syn zdał maturę i dostał pracę, nie bardzo chciał iść na studia. – Ja mówię: zapytajmy, jak Pan Bóg chce tym pokierować. Otwieramy słowo Boże i czytamy: „Nie jest dobra gorliwość bez wiedzy, a kto przyspiesza kroku, pobłądzi” (Prz 19,2) – śmieje się Grażyna. Odpowiedź była tak oczywista, że Tomek poszedł na studia. Od razu mu się spodobało, ale w domu było krucho z pieniędzmi. Znajomi mówią: „Wiecie, ile to kosztuje? Macie za co?”. Grażyna modli się, sięga do Pisma Świętego, otwiera i czyta: „Za naukę dajcie wielką ilość srebra, a zyskacie z nią bardzo wiele złota” (Syr 51,28). – Pan Jezus przez Pismo Święte powiedział, że nas w tym nie opuści. I to się wszystko stało, kiedy trzeba było, pojawiały się pieniądze – opowiada wzruszona.
Słowo odpowiada
Kilka lat temu państwo Kotowie zostali oszukani przy zakupie węgla przez internet. Stracili pieniądze i zostali z niczym. Modląc się, zajrzeli do Biblii. „Pan użyczy łaski, a ziemia nasza wyda owoc” – przeczytała Grażyna 13. wiersz Psalmu 85. Bardzo ją to uderzyło. W jej egzemplarzu Biblii ten werset jest podkreślony, a obok niego widnieje odręczna adnotacja: „8 XI 2020 otrzymaliśmy węgiel”. Jakim cudem? Ano było tak: Grażyna zadzwoniła do Agnieszki, znajomej ze wspólnoty Jezusa Miłosiernego, do której i państwo Kotowie należą. Chciała ją wesprzeć w kryzysie, który tamta przeżywała. W czasie rozmowy Grażyna wspomniała o oszustwie, którego padła ofiarą. Agnieszka natychmiast zaalarmowała wspólnotę, że Grażyna i Staszek nie mają węgla. Kilka dni później pod ich dom podjechała ciężarówka z zapasem węgla na cały sezon grzewczy. – Trudno przyjąć pomoc, ale mieliśmy wrażenie, że to się nam stało, żeby wspólnota „wydała owoc”. Bo myślę, że ta „ziemia” to jest nasza wspólnota, która zareagowała – uśmiecha się Grażyna.
– Sądzę, że jeśli codziennie poświęcamy czas słowu Bożemu, to ono także nam jakoś odpowiada. Tak jakby Bóg mówił: „Skoro ty jesteś wierny słowu, to słowo jest wierne tobie” – przekonuje Staszek.
Słowo Boże u państwa Kotów pełni funkcję nauczyciela i przewodnika. Służy także jako podarunek: gdy ktoś ma urodziny, małżonkowie modlą się, otwierają Biblię i posyłają mu przeczytany fragment. Wielu stwierdza potem, że to było im bardzo potrzebne.
Staszek za sprawą swojej miłości do Pisma Świętego zaczął interesować się językiem hebrajskim. – Skoro to święty język Biblii, to ja chcę go usłyszeć. Dlatego codziennie staram się przeczytać na głos fragment w tym języku. Wtedy sam się tym słowom przysłuchuję – mówi Staszek. Przyjął też taką praktykę, że zanim sięgnie po Pismo Święte, myje ręce. – Zauważyłem, że gdy na aukcji biorą do ręki jakąś cenną rzecz, robią to w białych rękawiczkach. A tu mam coś jeszcze cenniejszego – wyjaśnia.
– Wczoraj robiłam coś do jedzenia i tak sobie pomyślałam: narobisz się, zjemy raz-dwa, mycie i znowu to samo. A teraz siadasz do słowa Bożego i ono cię nakarmi. Ono da ci wszystko, czego potrzebujesz, i wypełni wszystkie twoje niedostatki. Pismo Święte mnie naprawdę karmi – zapewnia Grażyna.
Otwarcie drzwi
Miłość do słowa Bożego to doświadczenie wielu katolików. Marta Witkowska zachwyciła się Bogiem dawno temu, na rekolekcjach oazowych. – Bardzo chciałam poznać Tego, o którym tak fenomenalnie opowiadali moi znajomi. Wtedy zaczęłam czytać Pismo Święte dzień po dniu. Pasjonował mnie Bóg, który sam siebie przedstawia na jego kartach – opowiada. Chciała wiedzieć o Nim więcej i więcej. – Zaczęłam czytać o kulturze starożytnego Izraela, o zwyczajach semickich, ciekawił mnie kontekst historyczny, poznawałam często niezrozumiałe dla mnie obrazy, którymi w Biblii Bóg opowiada o sobie – tłumaczy. Kilka lat temu także ją zafascynował język hebrajski. – To otworzyło kolejne drzwi do przygody ze słowem Bożym. Odkrywanie głębi języka, wieloznaczeniowości słów, ich kolorytu i niezwykłej barwy, sprawia, że mogę codziennie doświadczać i uczyć się na nowo, jaki jest Ten, któremu zaufałam i w którym bez reszty zakochałam się 28 lat temu – cieszy się Marta.
Ks. Marcin Duś z diecezji tarnowskiej ze wzruszeniem mówi o znaczeniu słowa Bożego w swoim życiu. Jeszcze jako diakon szukał cytatu na prymicyjny obrazek, a zarazem na hasło kapłańskiej posługi. Wybrał słowa z Psalmu 37: „Powierz Panu swą drogę, zaufaj Mu, a On sam będzie działał”. – Przez te lata, które upłynęły od święceń kapłańskich, Pan nieustannie konfrontował mnie z tymi słowami: na ile potrafię Mu zaufać. I z każdym rokiem coraz bardziej się przekonuję, do jak niezwykle głębokiej ufności zaprasza mnie Bóg. Cokolwiek by się działo w moim życiu, wiem, że On mnie prowadzi, a ja nie mam się czego bać – przekonuje. I dodaje: – To jest piękne, że te słowa to nie tylko hasło na prymicyjny obrazek, ale i program na całe życie kapłańskie.
Słowo uzdrowienia
Arkadiusz Szweda z sentymentem wspomina pewien marcowy poranek na weekendzie Alpha. – Rano wstałem wcześniej i po raz pierwszy w życiu przeczytałem słowo z dnia. Była to przypowieść o miłosiernym ojcu. Nie tylko przeczytałem, ale i przyjąłem. Więcej: zobaczyłem w tej perykopie siebie. I to w obu synach… – wspomina. Od tamtej pory Biblia stała się dla niego pożywieniem. – I karmi mnie Król królów swoim słowem codziennie. Choć minęło od tego czasu kilkanaście lat, to słowo nadal się dzieje – wyznaje.
Łukasz Samek opowiada o członku swojej dalszej rodziny, który nie mógł wybudzić się po operacji na sercu. – Byliśmy z żoną na adoracji w kościele, modląc się za Mariana. Po niej żona wyciągnęła z koszyczka karteczkę z fragmentem Psalmu 30. Mocno dotknęły nas słowa: „Jaki będzie pożytek z krwi mojej, z mojego zejścia do grobu? Czyż proch Cię będzie wysławiał albo rozgłaszał Twą wierność?” oraz: „Biadania moje zmieniłeś mi w taniec; wór mi rozwiązałeś, opasałeś mnie radością, by moje serce, nie milknąc, psalm Tobie śpiewało”. Już wtedy byliśmy niemal pewni, że ta choroba nie prowadzi do śmierci, ale do większej chwały Bożej – opowiada Łukasz. W sobotę na weekendzie Alpha modlili się w grupie kilku osób o uzdrowienie kuzyna. Następnego dnia serce się uspokoiło, ale lekarze obawiali się, że jeśli mężczyzna się wybudzi, to może być w kiepskim stanie. Marian jednak obudził się bez niepełnosprawności, co medycy uznali za niewytłumaczalne.
Warunek życia
Łukasz Wilczyński z Open Doors spotyka ludzi, dla których samo posiadanie Biblii jest marzeniem. Na przykład w Hondurasie. – Tam Pismo Święte nie jest ozdobą czy dodatkiem do życia – jest jego warunkiem – zauważa. To tam 34-letni Armando każdego dnia idzie głosić Ewangelię do więzień. Dotrzymuje słowa, które złożył po tym, gdy jako 18-latek został brutalnie pobity. „Jeśli mnie stąd wyprowadzisz, Boże, będę Ci służył całe życie” – modlił się, leżąc na ziemi. – Dziś jego „amboną” do ewangelizacji są mury przepełnionych do granic możliwości więzień. Tam nie rządzi prawo państwowe, lecz gangi. Tam każde słowo jest ważone, a każda decyzja może kosztować życie. Głoszenie Ewangelii bywa tolerowane tylko pod warunkiem, że nie dotyczy „tych ludzi, co nie powinno”. A jednak Armando wraca, bo jak mówi, „każdy ma prawo poznać prawdę” – opowiada Łukasz.
Problem w tym, że w kraju, gdzie ponad połowa społeczeństwa żyje w skrajnym ubóstwie, Biblia bywa luksusem. Czasem Armandowi brakowało pieniędzy nawet na dojazd do miejsca posługi, nie mówiąc już o książkach. Posługa opierała się na pamięci, na pojedynczych fragmentach Pisma i na wierze. – Przełom przyszedł wraz ze wsparciem naszej organizacji Open Doors. W lipcu do Hondurasu trafiły egzemplarze Biblii oraz książek o tematyce chrześcijańskiej, a dziesięciu liderów, w tym Armando, przeszło specjalistyczne szkolenie dotyczące biblijnego przeżywania prześladowań. Od tego momentu posługa zaczęła wychodzić poza mury więzień. Pojawiły się szkoły, uczelnie, a z nimi młodzi ludzie, którzy po raz pierwszy trzymali w rękach własną Biblię – tłumaczy Łukasz Wilczyński.
Inna uczestniczka tego szkolenia, Isabella, pracuje w jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów kraju. Dla niej otrzymane materiały były jak światło zapalone w ciemnym pomieszczeniu – nagle wszystko stało się wyraźniejsze. Mówi: „Wielu ludzi przychodzących do kościoła nie ma Biblii. Teraz możemy im ją dać”.
Open Doors dostarczyło w 2024 roku ponad 2,5 mln egzemplarzy Pisma Świętego oraz książek o tematyce chrześcijańskiej do krajów, gdzie są trudno dostępne lub wręcz zakazane. – To miliony historii podobnych do świadectw Armanda i Isabelli – tłumaczy Łukasz Wilczyński. I dodaje: – Miliony ludzi, dla których słowo Boże nie jest oczywistością, lecz darem okupionym odwagą i solidarnością innych chrześcijan.
Franciszek Kucharczak – Gość Niedzielny
***
10 powodów, dla których warto czytać Pismo Święte

fot. episkopat.pl
***
Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte. Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Podzielę się dziesięcioma powodami – pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi.
Po co Niedziela Słowa Bożego?
30 września 2019 r. Papież Franciszek opublikował list „Aperuitillis”. Okazją do napisania krótkiego, ale bardzo treściwego dokumentu o Biblii była 1600 rocznica śmierci św. Hieronima. Wszak to słynny tłumacz Wulgaty powiedział: „Nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa”. W dokumencie tym Ojciec Święty między innymi ustanawia Niedzielę Słowa Bożego, która ma przypadać w 3. niedzielę zwykłą.
Powodów wybrania jednej niedzieli na to, by skupić wszystkie myśli na Piśmie Świętym jest kilka. Po pierwsze na zakończenie Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia Papież poprosił, aby «jedna niedziela [w ciągu roku została] w całości poświęcona słowu Bożemu, aby zrozumieć niewyczerpalne bogactwo pochodzące z tego nieustannego dialogu między Bogiem a Jego ludem» (List Apost. Misericordia er misera, 7). Po drugie, ma to pomóc wiernym „wzrastać w miłości i w świadectwie w wiary” (AI, 2). Po trzecie, wybór niedzieli w tym czasie roku liturgicznego jest odpowiednim w kontekście troski o jedność chrześcijan i dialog religijny z wyznawcami judaizmu. Jak to ujął Franciszek: „Nie jest to przypadek: celebrowanie Niedzieli Słowa Bożego wyraża charakter ekumeniczny” (AI, 3).
Uroczyste, czyli jakie świętowanie?
Jak można przeżywać tę niedzielę? Z jednej strony Ojciec Święty zachęca ogólnie, by „przeżywać tę Niedzielę jako dzień uroczysty” (AI,3) tak, by była ona poświęcona „celebracji, refleksji oraz krzewieniu Słowa Bożego” (AI, 3). Z drugiej podaje konkretne przykłady, co można w ten dzień zrobić: intronizację Pisma Świętego, udzielanie urzędu lektoratu, wręczenie przez proboszcza wiernym całej Biblii albo chociaż jednej Księgi. Niewątpliwie to też najlepszy czas na to, by całą homilię poświęcić Słowu Bożemu. Przecież niedawno czytaliśmy o tym, że „Słowo stało się Ciałem”, jak i rozpoczęliśmy nowy cykl czytań w Liturgii, co jest dobrą okazją, by chociaż wytłumaczyć sens i układ czytań mszalnych.
Dołóżmy do tego jeszcze parę propozycji. Niedziela ta jest dobrą okazją, żeby zaprezentować ciekawie aplikację z tekstami biblijnymi (np. „Pismo Święte” Zespołu Pisma Świętego), super produkcję Biblii Audio czy strony internetowe z najpiękniejszymi obrazami biblijnymi (np. artbible.info czy biblical-art.com). To dobry czas, bo sprawdzić, czy i gdzie w domu znajduje się Pismo Święte, porozmawiać o sensie i pożyteczności czytania Słowa Bożego, jak również podzielić się najbardziej uderzającymi postaciami, wydarzeniami czy cytatami z Biblii. Jeśli ktoś nie przeczytał jeszcze listu papieża Franciszka „Aperuitillis”, to niech to zrobi właśnie w tę niedzielę. Tak jak wigilia jest dobrym czasem na składanie życzeń najbliższym, jak Popielec właściwym dniem, by posypać głowę popiołem, tak Niedziela Słowa Bożego jest dobrym dniem, by w centrum myśli, modlitwy i dyskusji postawić Pismo Święte.
Dlaczego warto? 10 powodów
Największym problemem jest zawsze motywacja. Dlaczego warto? Dlaczego trzeba? Powodów jest zapewne wiele. Podzielę się dziesięcioma powodami, pięć nazwijmy niewierzącymi a pięć powodami wierzącymi. Nawet jeśli ktoś nie jest osobą wierzącą, warto, by przeczytał Biblię. Po co? Po to…
1) by rozumieć 1/3 ludzkości, czyli chrześcijan i Żydów.
2) by rozumieć literaturę, jak „Na wieży Babel” Szymborskiej czy „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa,
3) by rozumieć dzieła sztuki, jak „Powrót Syna Marnotrawnego” Rembrandta czy „Ofiarę Izaaka” Caravaggia,
4) by rozumieć muzykę, chociażby „Pasję wg św. Mateusza” Bacha czy „Mesjasza” Haendla,
5) by rozumieć język, gdy ktoś powie o zakazanym owocu czy nazwie cię faryzeuszem.
A jeśli jest ktoś wierzącym, znajdzie dodatkową motywację. Jaką? Czytam Biblię…
1) żeby być wiernym Jezusowi, który mówi: „Pisma nie można odrzucić” (J 10,35),
2) żeby Jezusa poznać, bo „nieznajomość Pisma Świętego jest nieznajomością Chrystusa” (św. Hieronim),
3) żeby być wiernym Kościołowi, który zachęca „aby w każdym domu była Biblia … by można ją było czytać i posługiwać się nią w modlitwie” (Benedykt XVI, VD 85),
4) żeby spotykać się z Bogiem, „albowiem w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (SWII, KO 21),
5) żeby nie zmarnować życia, bo każdego kto słucha słów Jezusa i wypełnia je, „można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony” (Mt 7,24-25).
Kiedy czytamy Biblię, „w księgach świętych Ojciec, który jest w niebie spotyka się miłościwie ze swymi dziećmi i prowadzi z nimi rozmowę” (Dei Verbum, 21). Dla takiego Ojca warto i dla takich rozmów nie szkoda marnować czasu.
ks. Wojciech Węgrzyniak/Stacja7.pl
***

fot. Kamil Gąszowski /Gość Niedzielny
Dzięki autorskiej aplikacji ks. Januszkiewicza nauka biblijnego hebrajskiego i greki staje się dostępna na wyciągnięcie ręki. Otwiera to drogę do osobistego studium Pisma Świętego w oryginale.
Rozszyfruj Boży list
O tym, czy nowe technologie mogą być sprzymierzeńcem w rozwoju duchowym, dlaczego każdy tłumacz jest zdrajcą i jak smartfon może stać się bramą do starożytnego świata Biblii, mówi ks. Marcin Januszkiewicz, proboszcz par. św. Bartłomieja Apostoła w Topoli, biblista, twórca aplikacji Biblos do nauki greki i hebrajskiego.
Kamil Gąszowski: Ostatnio odkryłem, że sztuczna inteligencja zaskakująco skutecznie pomaga w odnajdywaniu biblijnych kontekstów i poszerzaniu zrozumienia tekstu. Czy nowe technologie mogą stać się naszym sprzymierzeńcem w rozwoju duchowym?
ks. Marcin Januszkiewicz: Oczywiście. Samo AI to rzeczywiście duże ułatwienie, choć technologia jest nowa i wciąż trochę się jej boimy. Trzeba pamiętać o zagrożeniach. Sztuczna inteligencja często się myli i, co gorsza, nie potrafi się do błędu przyznać. Dlatego trzeba podchodzić do niej ostrożnie.
Z drugiej strony to świetne narzędzie do zgłębiania Pisma Świętego. Pomaga klasyfikować treści i znajdować konkretne cytaty pasujące do danej idei czy myśli, którą w sobie noszę. Pozwala dostrzec konteksty, których nie znaleźlibyśmy tak wprost, bez sięgania po podręczniki i komentarze. Sam wykorzystuję AI w pracy naukowej, żeby porządkować myśli i idee, które w Biblii są mocno porozrzucane. To pomaga zrozumieć, jak one dojrzewały, bo inaczej wyglądają w Księdze Rodzaju, inaczej w Psalmach, a jeszcze inaczej w Nowym Testamencie.
Również tłumaczenia są żywe i się zmieniają, co wpływa na nasze rozumienie Biblii.
Powiedzenie Traduttore, traditore – „Tłumacz to zdrajca” – jest tutaj bardzo trafne. Każdy przekład Pisma Świętego jest już pewnego rodzaju interpretacją tłumacza. Weźmy prostą sprawę: czy napisać słowo „duch” małą, czy wielką literą? W oryginale wszystko było pisane majuskułą, czyli wielkimi literami. Dobór tej litery ma ogromne znaczenie i zmienia sens całego tekstu. Dlatego tak ważne jest, by nie zatrzymywać się tylko na jednym tłumaczeniu. Jesteśmy bardzo przywiązani do Biblii Tysiąclecia, ale istnieją też inne świetne przekłady, jak choćby Biblia Poznańska, która uchodzi za najlepsze tłumaczenie. Sięgnięcie po inne tłumaczenie pozwala zobaczyć dany fragment z zupełnie nowej perspektywy.
Czy czytanie w oryginale jest dla Księdza takim „prywatnym przekładem”?
Czytanie w oryginale to przede wszystkim wejście w świat biblijny. Tłumaczenia, mimo najszczerszych starań, nie są w stanie oddać wszystkiego, na przykład specyficznych wyrażeń idiomatycznych. Kontakt z językiem oryginalnym pozwala sięgnąć głębiej w treść i poczuć ducha epoki, w której Biblia powstawała.
Nie chodzi o to, że przekłady mocno różnią się od oryginału. Większość jest naprawdę bardzo wierna. Jednak każdy tłumacz sam musi wybrać wariant, który jego zdaniem jest najbliższy prawdy. Czytając w oryginale, to ja decyduję o tym, jak rozumiem tekst. Jestem wtedy wolny od interpretacji, którą nakłada na mnie tłumacz.
Żeby modlić się Pismem Świętym i by było ono żywe dla naszego życia, musimy je dobrze poznać. Pomocą są tu komentarze biblijne, których na naszym rynku jest coraz więcej, ale też właśnie aplikacja Biblos, którą stworzyłem, aby poprzez poznawanie języków biblijnych ułatwić zrozumienie mentalności i kultury, w której powstawała Biblia.
Istnieje zasada, że Pismo tłumaczy samo siebie. Czy to jest właśnie klucz do zrozumienia trudnych fragmentów Biblii?
Tak, ponieważ myśl biblijna zmieniała się na przestrzeni wieków. Pan Bóg nie objawił człowiekowi wszystkiego od razu, ale odsłaniał tajemnice stopniowo.
Kiedy czytamy najstarsze teksty, choćby Torę czy niektóre Psalmy, zauważamy, że w tych pierwotnych warstwach w ogóle nie ma idei życia po śmierci. Człowiek jest równy zwierzętom, które giną, nie ma nic poza tym. Dopiero późniejsze teksty wprowadzają pojęcie Szeolu, otchłani, do której trafia dusza. A objawienie zmartwychwstania i życia wiecznego czy modlitwy za zmarłych pojawia się dopiero w Księgach Machabejskich – zaledwie kilkadziesiąt lat przed Nowym Testamentem.
Widzimy więc wyraźnie, jak te idee i sam obraz Boga ewoluowały w poszczególnych księgach. Aby to właściwie zrozumieć, trzeba czytać te teksty łącznie, w szerszym kontekście. Fragmenty wyrwane z całości zawsze mogą prowadzić do wykrzywienia obrazu Boga.
Jaki jest Księdza ulubiony fragment Pisma Świętego?
Dla mnie takim szczególnym tekstem jest Psalm 131, psalm ufności. W wielu momentach życia stawał się on moją osobistą modlitwą zaufania Panu Bogu. Szczególnie w chwilach trudnych, w obliczu jakiejś tragedii czy życiowego dramatu, ten tekst ma niezwykłą moc przywracania nadziei. Często do niego wracam i właśnie nim się modlę.
Czy w poznawaniu Biblii – żywego słowa Bożego – chodzi właśnie o to, by wyjść poza same litery i wejść w realną więź z Nim?
Oczywiście. Za każdym razem, gdy otwieram ten sam fragment, odczytuję go inaczej, ponieważ zmienia się kontekst mojego życia. Ale przychodzi moment, kiedy ten sam fragment zapada w pamięć na całe życie, bo dotyka najczulszych strun.
Tak było w dniu śmierci mojej mamy. Gdy umierała w szpitalu, w liturgii przypadły akurat słowa Jezusa: „Przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście byli tam, gdzie Ja jestem”. W tamtej chwili stało się to dla mnie osobistym doświadczeniem. Bóg mówił bezpośrednio do mnie. A przecież czytałem ten fragment wcześniej wielokrotnie, choćby na pogrzebach, i nigdy nie miał on dla mnie tak potężnego znaczenia.
Dlatego gdy moi uczniowie pytają: „Po co czytać Biblię kolejny raz, skoro już ksiądz wie, co tam jest?”, odpowiadam, że za każdym razem odkrywa się coś nowego. Bo to nie jest zwykła lektura, ale relacja osobowa. Bóg mówi do nas konkretnie, tu i teraz.
Czy wystarczy po prostu zaufać rytmowi roku liturgicznego, by odkryć, że słowo przewidziane na dany dzień idealnie tłumaczy i wspiera naszą codzienność?
To jedna z najlepszych metod lektury i studiowania Pisma Świętego. Nie jest to ani przypadkowe otwieranie go na chybił trafił, ani realizacja własnego planu, który sami sobie układamy. Tutaj porządek przychodzi z zewnątrz, to liturgia wyznacza nam tekst.
Jest to niezwykle cenne, bo Pan Bóg działa właśnie w ten sposób. Mam wiele takich doświadczeń, kiedy czytanie przewidziane na dany dzień idealnie odpowiadało na sytuację czy pytanie, które akurat nosiłem w sercu. Nagle czytam Ewangelię i widzę, że Bóg precyzyjnie odpowiada na problem, który właśnie dzisiaj przeżywam i który jest dla mnie ważny.
Czy nie jest tak, że chrześcijaninem stajemy się w pełni dopiero wtedy, gdy odczytamy Biblię jako opowieści o nas samych i zaczniemy ją realnie przeżywać?
Właśnie o to chodzi. Musimy nauczyć się przeżywać Pismo Święte jako coś osobistego, przygotowanego przez Boga specjalnie dla nas. To nie jest tekst ogólny, dla wszystkich, ale wiadomość skierowana konkretnie do mnie. Pięknie się mówi, że to list Boga do człowieka, a ja ten list muszę odebrać i przeżyć osobiście.
Choć wszyscy czytamy ten sam fragment, każdy zrozumie go inaczej – i to jest właśnie najcenniejsze. Dlatego nie przepadam za filmami biblijnymi, ponieważ redukują przekaz jedynie do opowiedzenia pewnej historii. A Pismo Święte to nie jest tylko zapis tego, co się wydarzyło kiedyś. To rzeczywistość, która dzieje się dzisiaj. Bóg tekstami sprzed dwóch tysięcy lat odpowiada na to, czym żyjemy tu i teraz.
rozmawiał Kamil Gąszowski– Gość Niedzielny
***
Biblia wraca na “listę bestsellerów”. Niespodziewane przebudzenie duchowe w laickim kraju
W Wielkiej Brytanii sprzedaż Pisma Świętego rośnie w rekordowym tempie, mimo że kraj od dekad uchodzi za jedno z najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw Europy.

fot. depositphotos.com
***
W jednym z najbardziej zsekularyzowanych krajów Europy Biblia znów staje się książką masowo kupowaną. W Wielkiej Brytanii sprzedaż Pisma Świętego rośnie w tempie, jakiego nie notowano od dekad. Towarzyszy temu wyraźny wzrost zainteresowania duchowością – szczególnie wśród młodych dorosłych. Czy to początek głębszej zmiany w zachodnich społeczeństwach?
Niespodziewany powrót
Brytyjski rynek wydawniczy odnotowuje zjawisko, które jeszcze kilka lat temu wydawało się mało prawdopodobne. W 2025 roku przychody ze sprzedaży Biblii osiągnęły 6,3 mln funtów – to wzrost o 134 procent w porównaniu z 2019 rokiem. Szczególnie popularne są nowe edycje językowe, w tym English Standard Version.
Trend nie jest jednorazowym skokiem. Między 2024 a 2025 rokiem sprzedaż Biblii zwiększyła się o kolejne 27,7 procent. Dane Nielsen BookScan pokazują, że kategoria literatury religijnej rośnie dziś szybciej niż cały brytyjski rynek książki, kompensując spadki w segmencie non-fiction.
Choć dla wydawców to przede wszystkim statystyka ekonomiczna, dla socjologów i badaczy religii – ważny sygnał zmiany nastrojów społecznych.
Młodzi częściej mówią o Bogu i sensie życia
Zjawisko wzrostu sprzedaży Biblii znajduje potwierdzenie w badaniach społecznych. Jesienią 2025 roku Policy Institute przy King’s College London przeprowadziło ogólnokrajowy sondaż “Grateful Britain“, który analizował postawy duchowe Brytyjczyków.
Wyniki pokazują, że najmłodsza dorosła grupa (18–34 lata) częściej niż starsi deklaruje doświadczenia o charakterze duchowym. 21 procent młodych respondentów przyznało, że codziennie odczuwa “głęboki zachwyt nad wszechświatem”. To dwukrotnie więcej niż w grupie 35–49 lat.
Równie wyraźna jest różnica w deklarowanej wierze w Boga – przynajmniej częściowej – którą wskazało 51 procent najmłodszych badanych. Badacze odnotowali też wyższy poziom odczuwanej wdzięczności za życie wśród młodych niż w starszych grupach wiekowych.
Dyrektor instytutu zapowiedział kolejne badania w 2026 roku, które mają sprawdzić, czy obserwowane zmiany utrzymają się w dłuższym okresie.
Kościoły wciąż poniżej poziomu sprzed pandemii
Wzrost zainteresowania duchowością nie przekłada się jednak wprost na pełny powrót do praktyk religijnych w tradycyjnej formie.
W 2019 roku w katolickich mszach w Wielkiej Brytanii uczestniczyło tygodniowo ponad 700 tysięcy wiernych. W 2024 roku liczba ta była niższa o około 125 tysięcy. Wspólnota anglikańska odnotowała niewielkie wzrosty uczestnictwa w latach 2023–2024, jednak nadal pozostaje o blisko 19 procent poniżej poziomu sprzed pandemii. Katedry anglikańskie zwiększyły frekwencję o 10 procent w 2024 roku, lecz wciąż nie wróciły do wcześniejszych wartości.
Eksperci wskazują, że społeczeństwo powoli odbudowuje nawyki publicznej pobożności po lockdownach, ale długoterminowy trend spadkowy nie został jeszcze odwrócony.
Internet i kryzysy jako nowa przestrzeń ewangelizacji
Badacze zwracają uwagę na jeszcze jeden istotny element – wielu młodych Brytyjczyków pochodzi z rodzin bez chrześcijańskiego zaplecza kulturowego. Ich kontakt z religią odbywa się często poprzez media społecznościowe, podcasty, influencerów czy treści publikowane poza tradycyjnymi kanałami medialnymi.
Religia obecna w Internecie funkcjonuje bez ograniczeń charakterystycznych dla klasycznych mediów, co sprzyja oddolnym formom ewangelizacji. Jednocześnie globalne kryzysy ostatnich lat – pandemia, wojny, rozwój sztucznej inteligencji i rosnące problemy psychiczne – zwiększają potrzebę szukania trwałych punktów odniesienia.
Podobny wzrost sprzedaży Biblii obserwowany jest także w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 2025 roku sprzedano ponad 19 milionów egzemplarzy – dwukrotnie więcej niż w 2019 roku. To sugeruje, że zjawisko nie jest lokalne, lecz wpisuje się w szerszą zmianę kulturową Zachodu.
Aleteia.org / Deon.pl
***
Kardynał Dolan wzywa katolików do powrotu do zanikających praktyk religijnych
Emerytowany arcybiskup Nowego Jorku kard. Timothy Dolan opublikował w mediach społecznościowych serię krótkich filmów, w których zachęca katolików do powrotu do zanikających praktyk religijnych tradycyjnie katolickich.

Najświętsze Serce Jezusa Chrystusa
fot. ilustracyjne.UNSPLASH
***
Pierwszą z nich jest obecność krucyfiksu w mieszkaniu. „Krzyż jest ośrodkiem naszego życia, ośrodkiem zbawienia”, podkreśla hierarcha, wskazując, że umieszczenie go u siebie w domu jest okazaniem chrześcijańskiej tożsamości rodziny i jej odniesienia do Jezusa Chrystusa jako życiowego przewodnika i Zbawiciela.
Kardynał przypomniał również o praktykowanym w katolickich domach poświęceniu rodziny Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Dostrzega on w tym sposób włączenia życia rodzinnego w stałą i pełną ufności relację z Chrystusem.
Zachęcił także do codziennej modlitwy: porannej, by ofiarować Bogu rozpoczynający się dzień i poprosić Go o pomoc, oraz wieczornej, by podziękować Mu, zrobić rachunek sumienia i – gdy to konieczne – wyrazić żal za grzechy. Taka modlitwa staje się duchową „ramą” dnia.
Emerytowany metropolita nowojorski polecił też czynienie znaku krzyża przed jedzeniem, co staje się dyskretnym, ale rzeczywistym świadectwem. Uczynienie znaku krzyża, by podziękować Bogu również w miejscu publicznym, takim jak restauracja, jest prostym działaniem, które przypomina o miejscu Boga w codziennym życiu człowieka.
Centralne miejsce zajmuje jednak Msza św. w niedzielę. Kard. Dolan podkreśla, że nie jest ona zwykłym aktem pobożności, lecz stanowi filar życia katolika i wymóg zgodny z posłuszeństwem Chrystusowi.
Hierarcha apeluje również o ponowne odkrycie pokutnego charakteru piątku, przypominając dawną praktykę piątkowych wyrzeczeń, zwłaszcza niejedzenia mięsa, na pamiątkę dnia, w którym Chrystus umarł na krzyżu.
Wreszcie kardynał zwraca uwagę na atmosferę liturgii w kościołach, ubolewając, że czasem jest tam „tak głośno jak na parkingu”. Opowiada się za powrotem do ciszy i skupienia przed Mszą św., aby się wewnętrznie przygotować do tej „najważniejszej ze wszystkich modlitw” i do eucharystycznej Ofiary.
Gość Niedzielny
***
Spowiednik ludobójcy. O księdzu, który udzielił rozgrzeszenia nawróconemu zbrodniarzowi z Auschwitz
Wykładowca teologii i organizator tajnych kompletów z jednej strony. Komendant niemieckiego obozu koncentracyjnego, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Hitlera – z drugiej. O. Władysław Lohn SJ i Rudolf Höss. Spowiednik i… penitent.

fot. Henryk Przondziono/GOść Niedzielny/WIKIPEDIA /PERSONA77
***
Ich drogi przecinały się dwukrotnie. W 1940 roku Rudolf Höss darował życie o. Władysławowi Lohnowi SJ. Siedem lat później o. Lohn wysłuchał spowiedzi komendanta niemieckiego obozu koncentracyjnego.
Władysław
O jego życiu wiadomo niewiele – przeważają suche, biograficzne fakty. Przyszedł na świat 5 kwietnia 1889 roku w Gorzkowie. Już jako 15-latek wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi, następnie kształcił się w Chyrowie, Nowym Sączu i Dziedzicach, gdzie 17 czerwca 1917 roku przyjął święcenia kapłańskie. Kilka lat później rozpoczął karierę naukową – w Rzymie odbył studia doktorskie z teologii dogmatycznej i fundamentalnej, a we Francji kształcił się w zakresie prawa kanonicznego. Po powrocie do Polski zajął się nauczaniem teologii. Został pierwszym wychowawcą w nowo utworzonym Śląskim Seminarium Duchownym, które mieściło się w Krakowie, a później pierwszym rektorem stworzonego w Lublinie Collegium Bobolanum. Jego dokonania były na tyle znaczące, że w 1928 roku otrzymał nominację na wykładowcę teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Kiedy wrócił do Polski, został mianowany przełożonym Prowincji Małopolskiej Towarzystwa Jezusowego.
Wybuch II wojny światowej zastał go w Starej Wsi. Już w grudniu 1939 roku o. Władysław zajął się organizowaniem akcji pomocy materialnej dla okolicznych mieszkańców. Nie zapomniał jednak o swoich naukowych zainteresowaniach – najpierw zainicjował szeroki krąg tajnego nauczania w zakresie szkoły średniej, a kiedy Niemcy zamknęli polskie uczelnie i uwięzili profesorów, zorganizował w Nowym Sączu i Starej Wsi wykłady z zakresu filozofii i teologii.

Komendant obozu Auschwitz Rudolf Höss i jezuita Władysław Lohn, który przed śmiercią udzielił mu rozgrzeszenia – montaż.
NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE / WIKIPEDIA
***
Rudolf
Urodził się 25 listopada 1901 w niemieckim Baden-Baden. Wychowany w głęboko katolickiej rodzinie Rudolf Höss przez całe dzieciństwo gorliwie służył jako ministrant. Jego ojciec miał już dla niego sprecyzowany plan: pójdzie do seminarium i zostanie księdzem. Dziecięca wiara Rudolfa zachwiała się, kiedy miał 13 lat – do jego rodziców dotarła wiadomość o wypadku, który spowodował w szkole. Chłopak uznał, że zdradził go jego spowiednik, zaprzyjaźniony z rodziną Hössów. I choć po latach przyznał, że o złamaniu tajemnicy spowiedzi nie mogło być mowy, to jednak tamto zdarzenie spowodowało, że Rudolf zaczął stopniowo odsuwać się od wiary, żeby wreszcie w wieku 21 lat oficjalnie wystąpić z Kościoła katolickiego. W tym czasie był już żołnierzem i całym sercem, fanatycznie uwierzył w ideę narodowego socjalizmu i w Adolfa Hitlera, „którego rozkazy i wypowiedzi były dla mnie ewangelią” – jak zapisał w swojej autobiografii.
Kiedy Höss został komendantem powstającego obozu Auschwitz, całym sobą zaangażował się w powierzone mu zadanie. „Od początku byłem całkowicie pochłonięty – wprost opętany – moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podniecały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę” – notował już po wojnie, kiedy uwięziony czekał na proces i wyrok. Jego zapiski to opisy przerażającego, bezwzględnego okrucieństwa, którego dokonywał, będąc absolutnie przekonanym o słuszności swoich działań. Głód, nieludzkie warunki życia, praca ponad siły, tortury, którym byli poddawani więźniowie, wreszcie masowe egzekucje – w ostatnich miesiącach funkcjonowania obozu każdego dnia mordowanych było w nim nawet kilka tysięcy nowo przybyłych więźniów… Całą tą machiną zagłady kierował jeden człowiek.
Pierwsze spotkanie
Była druga połowa 1940 roku. Od kilku miesięcy w Oświęcimiu, z początkiem wojny przemianowanym na Auschwitz, funkcjonował obóz koncentracyjny. Jeszcze nie dymiły krematoryjne piece, jeszcze nie używano cyklonu B do masowej eksterminacji ludzi, ale już wówczas Auschwitz było czymś więcej niż zwykłe więzienie. „Przybyliście do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące” – tak SS Obersturmführer Karl Fritzsch, zastępca Rudolfa Hössa, powitał pierwszy transport polskich więźniów politycznych, przywiezionych do obozu 14 czerwca 1940 roku.
Kilka miesięcy później do obozu trafili pierwsi jezuici. Z pomocą duchową i materialną pospieszył do nich ich prowincjał – o. Władysław Lohn. Nie wiedział, czego się może spodziewać. Oczywiście o legalnym widzeniu z więźniami nie mogło być mowy, zakonnik znalazł jednak przerwę w drucie kolczastym otaczającym obóz i przekradł się na jego teren w poszukiwaniu współbraci. Niestety jego misja została brutalnie przerwana. Kapłana szybko dostrzegli obozowi strażnicy, zatrzymali i powiedli przed oblicze samego komendanta. Tu ta historia powinna się zakończyć, za tak zuchwały czyn mogła grozić tylko jedna kara: rozstrzelanie. A jednak komendant obozu nieoczekiwanie zaczął rozmawiać z kapłanem. Nie wiadomo, czy zaimponowała mu perfekcyjna znajomość języka niemieckiego, czy odwaga zakonnika, czy niemiecko brzmiące nazwisko. Dość, że Höss podjął zupełnie nieoczekiwaną decyzję: kazał puścić o. Lohna wolno.
Przemiana
Po wojnie Rudolf Höss uciekł i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem, jako Franz Lang. 11 marca 1946 roku został ujęty i przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Proces zbrodniarza rozpoczął się dokładnie rok później, 11 marca 1947 roku, i trwał niecały miesiąc, do 2 kwietnia. Obserwatorzy byli zadziwieni jego postawą – zeznania składał spokojnie, bez cienia emocji. Nie próbował się bronić, przyznał, że jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi. Po usłyszeniu wyroku skazującego na śmierć podziękował obrońcom i stwierdził, że nie będzie składał apelacji. Na wykonanie wyroku miał czekać w wadowickim więzieniu.
Dwa dni po wyroku były komendant poprosił o spotkanie z katolickim kapłanem. Ponieważ na prośbę nie zareagowano, powtórzył ją na piśmie. Co mogło stać za zaskakującą prośbą komendanta? Badacze jego życiorysu uważają, że dużą rolę w jego przemianie mogli odegrać polscy strażnicy więzienni. Kilkoro z nich w czasie wojny było więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, dlatego były komendant mógł spodziewać się z ich strony najgorszego traktowania. Höss mógł obawiać się, że w więzieniu padnie ofiarą tortur, zemsty, prowadzonej przy niemej zgodzie polskich władz. Stało się jednak inaczej. Otwierając proces, sędzia Alfred Eimer zaapelował do składu sędziowskiego: „Pomni wielkiej odpowiedzialności naszej wobec zmarłych i żywych, nie traćmy z oczu tego, o co się toczył bój miłujących wolność narodów. Poszanowanie godności człowieka stanowiło ten wielki cel, niechże będzie ono również udziałem oskarżonego, bowiem przed sądem staje przede wszystkim człowiek”.
Również w więzieniu Höss traktowany był przez strażników w sposób, który dogłębnie go zadziwił. Dał temu wyraz w liście do żony: „Czym jest człowieczeństwo, dowiedziałem się dopiero tutaj, w polskich więzieniach. Mnie, który jako komendant Oświęcimia wyrządziłem polskiemu narodowi tyle szkód i bólu (…), okazywano ludzkie zrozumienie, co mnie bardzo często głęboko zawstydzało. Nie tylko ze strony wyższych funkcjonariuszy, ale również ze strony najprostszych strażników. Wielu z nich to byli więźniowie Oświęcimia i innych obozów. Właśnie teraz, w ostatnich dniach życia, doznaję ludzkiego traktowania, jakiego się nigdy nie spodziewałem. Mimo wszystkiego, co się stało, widzi się jeszcze we mnie zawsze człowieka” – pisał.
Drugie spotkanie
Ojciec Władysław Lohn przybył do wadowickiego więzienia 10 kwietnia 1947 roku. Rozpoczęło się kilkugodzinne spotkanie, zakończone złożeniem przez byłego komendanta pisemnego wyznania wiary. Po nim jezuita udzielił zbrodniarzowi rozgrzeszenia. „Wypowiedział nad nim słowa: Dominus noster Iesus Christus te absolvat et ego auctoritate ipsius e absolve ab omni viculo excommunicationis et interdicti in quantum possum, et tu indiges. Deínde ego te absólvo a peccátis tuis, in nómine Patris, et Fílii, et Spíritus Sancti. Amen (Pan nasz Jezus Chrystus niechaj cię rozgrzeszy, a ja Jego mocą uwalniam cię z wszelkich więzów ekskomuniki i interdyktu według rozciągłości mej władzy i twojej potrzeby. Następnie ja ci odpuszczam twoje grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen)”. Tym samym przywrócił go do pełnej jedności z Bogiem i Kościołem.
Następnego dnia o. Lohn ponownie przybył do wadowickiego więzienia. Tym razem miał ze sobą przyniesiony z parafialnego kościoła Wiatyk. Wiadomo było, że wykonanie wyroku nastąpić może lada dzień. Kościelny Karol Leń, który był obecny przy udzielaniu Komunii, zrelacjonował, że Höss uklęknął na środku celi, a po przyjęciu Chrystusa wybuchnął płaczem.
Tego samego dnia napisał listy pożegnalne. Do żony skierował następujące słowa: „Moje chybione życie nakłada na Ciebie, Najukochańsza, święty obowiązek wychowania naszych dzieci w duchu prawdziwego, płynącego z serca człowieczeństwa”. Dzień później jeszcze raz sięgnął po pióro i napisał oświadczenie, które wręczył prokuratorowi, prosząc o jego podanie do publicznej wiadomości. W krótkim tekście po raz pierwszy przyznał, że za swoje czyny ponosi odpowiedzialność nie tylko w wymiarze prawnym, ale także moralnym:
„Sumienie zmusza mnie do złożenia jeszcze następującego oświadczenia: W osamotnieniu więziennym doszedłem do gorzkiego zrozumienia, jak ciężkie popełniłem na ludzkości zbrodnie. Jako komendant obozu zagłady w Oświęcimiu urzeczywistniałem część straszliwych planów Trzeciej Rzeszy – ludobójstwa. W ten sposób wyrządziłem ludzkości i człowieczeństwu najcięższe szkody. Szczególnie Narodowi polskiemu zgotowałem niewysłowione cierpienia. Za odpowiedzialność moją płacę życiem. Oby mi Bóg wybaczył kiedyś moje czyny. Naród polski proszę o przebaczenie. Dopiero w polskich więzieniach poznałem, co to jest człowieczeństwo. Mimo wszystko, co się stało, traktowano mnie po ludzku, czego nigdy bym się nie spodziewał i co mnie najgłębiej zawstydzało. Oby obecne ujawnienia i stwierdzenia tych potwornych zbrodni przeciwko człowieczeństwu i ludzkości doprowadziły do zapobieżenia na całą przyszłość powstawaniu założeń, mogących stać się podłożem tego rodzaju okropności.
Rudolf Franz Ferdinand Hoess, Wadowice, 12 IV l947 r.”.
Ostatnie chwile
W przeddzień egzekucji Höss raz jeszcze wyspowiadał się u o. Lohna. 16 kwietnia wszedł na szubienicę, specjalnie wybudowaną w tym celu na terenie byłego już obozu, którym przez lata kierował, tuż obok pierwszego krematorium. Po pierwszej, nieudanej próbie wykonania wyroku skazaniec sam założył i zacisnął pętlę na swojej szyi. Obok niego stał ks. Tomasz Zaremba, salezjanin z Oświęcimia, odmawiając modlitwy za konających. Były komendant największego nazistowskiego, niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady, odpowiedzialny za śmierć setek tysięcy ludzi, umarł pojednany z Bogiem.
Francis Clooney SJ z Uniwersytetu Harvarda, współautor wydanej w USA w styczniu tego roku książki „Auschwitz i rozgrzeszenie: Przypadek komendanta i spowiednika”, przypomina, że rozgrzeszenie udzielone Hössowi nie oznacza, że jego dusza po śmierci trafiła prosto do nieba. Przywołuje nauczanie papieża Benedykta o czyśćcu, który papież definiuje jako rodzaj nieskończenie intensywnego momentu oczyszczenia poza czasem i przestrzenią. Akt rozgrzeszenia, udzielony przez polskiego jezuitę niemieckiemu zbrodniarzowi, nie zwalnia go z odpowiedzialności za zło, którego dokonał, ale otwiera na możliwość wejścia w proces oczyszczenia, w którym grzechy są wypalane poprzez skonfrontowanie z Bogiem twarzą w twarz. „Pod Jego spojrzeniem – pisze Benedykt XVI – topnieje wszelki fałsz. Spotkanie z Nim przepala nas, przekształca i uwalnia, abyśmy odzyskali własną tożsamość. (…) Jednak w bólu tego spotkania, w którym to, co nieczyste i chore w naszym istnieniu, jasno jawi się przed nami, jest zbawienie. Jego wejrzenie, dotknięcie Jego Serca uzdrawia nas przez bolesną niewątpliwie przemianę, niczym »przejście przez ogień«. Jest to jednak błogosławione cierpienie, w którym święta moc Jego miłości przenika nas jak ogień, abyśmy w końcu całkowicie należeli do siebie, a przez to całkowicie do Boga”.
Ojciec Lohn o sakramencie, którego udzielił Hössowi, wspomniał krótko swoim współbraciom kilka dni po powrocie z wadowickiego więzienia. Później opowiedział o tym tylko w 1958 roku, podczas homilii wygłoszonej na prymicjach jezuity Władysława Kubika. Potwierdził przebieg wydarzeń z 10 i 11 kwietnia 1947 roku i wspomniał o ich pierwszym spotkaniu na terenie obozu w roku 1940. Trudno się dziwić – w trudnych latach, kiedy Polska powoli podnosiła się z wojennych zgliszczy, jezuici wiedzieli, jaka może być reakcja społeczeństwa na wiadomość, że polski ksiądz udzielił przebaczenia samemu komendantowi Auschwitz. A dla zaciekle antykatolickiego reżimu komunistycznego taka wiadomość byłaby niesłychanym propagandowym sukcesem.
Po zakończeniu wojny o. Lohn dalej pełnił funkcję prowincjała. Jego zadaniem było między innymi ewakuowanie polskich jezuitów z Kresów i przejęcie poniemieckich klasztorów jezuickich na Śląsku i trzech kościołów we Wrocławiu. W 1947 roku złożył urząd i rozpoczął pracę w Wydawnictwie Apostolstwa Modlitwy. Publikował teksty popularyzujące wiedzę teologiczną, komentarze do Ewangelii i szkice kazań. Dokonał także kolejnego przekładu na język polski dzieła Tomasza à Kempis „O naśladowaniu Chrystusa”. Zmarł 3 grudnia 1961 roku.
Agnieszka Huf/Gość Niedzielny
***
Katechizm o przykazaniach: wprowadzenie i przykazanie pierwsze

Każda religia opiera się na pewnym systemie moralnym. Wiara chrześcijańska, a także tradycyjnie judaizm, opiera swoją naukę moralną na przykazaniach objawionych przez Boga Mojżeszowi. Mają one swoje czcigodne miejsce w tradycyjnym wykładzie wiary katolickiej, na nich też opiera się teologia moralna. O nich to postanowiłem napisać. I tym właśnie artykułem zaczynam moją nową serię. Będzie ona swoistym „katechizmem” na temat Dekalogu. W pierwszej części zajmę się przykazaniem dotyczącym wiary w Boga oraz krótkim wprowadzeniem w zagadnienie dziesięciu przykazań. Przedstawię, co w rzeczywistości oznacza nakaz wiary w Boga oraz zakaz pokładania ufności w fałszywych bogach. Zapraszam do lektury!
Czym są przykazania?
Przykazania Boże, zgodnie z nauczaniem „Katechizmu Rzymskiego”, są „zbiorem i skróceniem wszystkich praw” (KR3, s. 17). W owych przykazaniach, przekazanych Mojżeszowi na górze Synaj, zawarte jest całe prawo moralne ustanowione przez Stwórcę. Są one zbiorem nakazów i zakazów, które Bóg ustanowił. Przykazania są również nazywane „Dekalogiem”, co znaczy „dziesięć słów” (Por. Wj 34, 28). Dekalog ma za zadanie strzec naszej wolności, wskazuje on „warunki życia wyzwolonego z grzechu” (KKK 2057).
Czy przykazania moralne Starego Przymierza wciąż obowiązują?
Kwestia aktualności Starego Przymierza stanowi pewien problem w rozumieniu dlaczego przykazania, dane ludowi żydowskiemu, wciąż obowiązują. Zgodnie z nauczaniem Soboru Florenckiego, wszystkie prawa i obrzędy związane ze Starym Testamentem nie są już skuteczne i nakazane. W rzeczywistości jest tak, że Dekalog obowiązuje nas nie na podstawie autorytetu Mojżesza i Starego Zakonu, lecz jest on konieczny i wciąż aktualny, gdyż jest ugruntowany w prawie naturalnym oraz został potwierdzony i udoskonalony przez Jezusa Chrystusa. Tak naucza właśnie katechizm Soboru Trydenckiego: „[N]ie dlatego rozkazaniu temu posłuszni być mamy, iż jest przez Mojżesza podane, ale że jest w umysły wszystkich ludzi wrodzone, a przez Chrystusa Pana wyłożone i potwierdzone” (KR3, s. 19). Według najnowszego katechizmu „Jezus przejął dziesięć przykazań, ale w ich literze ukazał moc działającego Ducha Świętego” (KKK 2054). O wartości prawa naturalnego, które obowiązuje wszystkich ludzi w ich sumieniach, pisał św. Paweł: „Gdy bowiem poganie, którzy nie mają Zakonu, z natury czynią to, czego Zakon wymaga; tacy, co nie mają Zakonu, sami sobie są Zakonem. Oni okazują treść Zakonu wypisaną na sercach swoich” (Rz 2, 14-15).
Czy trzeba przestrzegać przykazań, aby się zbawić?
Katechizm, ogłoszony przez św. Piusa V, nauczał wyraźnie, że „[z]akonowi posłuszni być musimy” (KR3, s. 21). Nie jest to opcja, możliwość czy kwestia wyboru. Dobre życie i wieczne zbawienie zależy od tego czy zachowujemy przykazania Boga. Przestrzeganie tychże przykazań, a nie dawnych obrzędów takich jak obrzezanie, ma wielką wartość w oczach Pana (Por. 1 Kor 7, 19). Chrystus Pan powiedział: „Kto ma przykazania moje, i zachowuje je, ten jest, który mnie miłuje” (J 14, 21).
Czy da się przestrzegać przykazań?
Dla niektórych ludzi ilość nakazów i zakazów, których należy przestrzegać, aby żyć moralnie, może wydawać się przytłaczająca. Wielu stwierdzi nawet, iż to niemożliwe, żeby postępować dobrze. W pewnym sensie jest to prawda, gdyż żaden człowiek po grzechu pierworodnym, poza Jezusem Chrystusem oraz Maryją, nie jest w stanie uniknąć grzechu. Każdy w swoim życiu, ze względu na zranioną ludzką naturę, popełni przynajmniej jakiś grzech powszedni. Według definicji Koncylium zgromadzonego w Trydencie, błędem i herezją jest stwierdzenie, zgodnie z którym „sprawiedliwy przez całe życie może unikać wszystkich grzechów, nawet lekkich” (BF, s. 197).
Da się natomiast uniknąć grzechów śmiertelnych w całym swoim życiu. Tak samo jest możliwe, żeby przynajmniej od jakiegoś momentu swojego życia, dzięki działaniu łaski Boga, ustrzec się jakiegokolwiek grzechu. Św. Jan, w swoim liście, napisał: „Ta bowiem jest miłość Boga, abyśmy przykazań jego strzegli, a przykazania jego nie są ciężkie” (1 J 5, 3). Święty Sobór Trydencki, w dekrecie o usprawiedliwieniu, orzekł dogmatycznie, że herezją jest teza, według której „przykazania Boże nawet dla człowieka sprawiedliwego i będącego w łasce są niemożliwe do zachowania” (BF, s. 196).
Podział na dwie tablice
Zgodnie ze świadectwem Księgi Wyjścia, Bóg spisał przykazania swoje na dwóch tablicach: „Wyciosaj sobie dwie tablice kamienne (…) a napiszę na nich słowa” (Wj 34, 1). Istnieje kilka tradycji, co do podziału przykazań. Tradycja żydowska zakłada, iż na obu tablicach znajdowało się po 5 przykazań. Na pierwszej miały być te przykazania dotyczące Boga oraz czci rodziców, natomiast na drugiej reszta, która dotykała kwestii miłości bliźniego. Tradycja katolicka przyjmuje jednak podział, zgodnie z którym przykazania dotyczące Boga znajdują się na pierwszej tablicy, a przykazania odnoszące się do bliźnich na drugiej. Zwolennikiem takiego podziału był św. Augustyn z Hippony: „Tak jak są dwa przykazania miłości, o których mówi Pan, że na nich zawisło całe Prawo i Prorocy (…) tak te dziesięć przykazań zostało dane na dwóch tablicach. Trzy (…) są wypisane na jednej tablicy, a siedem na drugiej” („Sermones”, 33, 2 – Patrologia Latina 38, 208).
Pierwsze przykazanie – monoteizm
Pełna wersja przykazania objawionego przez Stwórcę, które według tradycji katolickiej jest pierwszym z dziesięciu, brzmi tak: „Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Nie uczynisz sobie obrazu rytego ani żadnej podobizny tego, co jest na niebie w górze i co na ziemi nisko, ani z tych rzeczy, które są w wodach pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał ani służył” (Wj 20, 2-5). Zaczyna się ono od przypomnienia tego, że Jahwe jest Bogiem narodu żydowskiego oraz wspomnienia wielkich rzeczy, które uczynił dla ludu izraelskiego Pan Bóg. Dalsza część zakazuje kultu obcych bogów pogańskich, ogłaszając jednocześnie prawdę monoteizmu. W innej księdze mojżeszowej, w Księdze
Powtórzonego Prawa, wiara w jednego Boga jest wyrażona w następujących słowach: „Słuchaj, Izraelu! Pan, Bóg nasz, Pan jeden jest” (Pwt 6, 4). I choć wszystkie teksty mozaizmu wskazują na
istnienie tylko jednego Najwyższego Bytu – Jahwe, tak fragment o cudzych bogach jest napisany w taki sposób, aby mniej wykształceni, jeszcze nie w pełni uformowani, Izraelici mogli pojąć sens religijnego nakazu. Według „Katechizmu Rzymskiego” takie ujęcie tej sprawy wynika ze „ślepoty wielu ludzi, którzy przedtem wyznawali to, że chwalą prawdziwego Boga, a jednak mnóstwu Bogów służyli, jakich między żydami wiele było” (KR3, s. 32).
Najważniejsze przykazanie
Według katechizmu, który został ogłoszony przez św. Piusa V, przykazanie to jest „najpierwsze i największe”, gdyż „bardziej Pana Boga miłować i w większej powadze mieć mamy, niż pana i króla” (KR3, s. 32). Jest to najważniejsze przykazanie, ponieważ odnosi się do miłości i wiary w najdoskonalszą Istotę, czyli Pana Boga, Który jest Dawcą życia i naszym Zbawicielem.
Dlaczego jest tylko jeden Bóg?
Tomasz z Akwinu, najbardziej znany i szanowany teolog w historii Kościoła katolickiego, na łamach swojej „Sumy Teologicznej” podał powody, dla których nie jest możliwe istnienie wielu bogów. Święty ten pisał, między innymi, iż „Bóg mieści w sobie całą pełnię doskonałości istnienia. Gdyby przeto istniało więcej bogów; musieliby się jakoś między sobą różnić, a to znaczy. co przyzna się jednemu, drugiemu trzeba tego odmówić; i jeśli to, co się przyzna jednemu, będzie brakiem – pozbawieniem, już nie ma mowy o pełnej jego doskonałości; jeśli zaś będzie to jakaś doskonałość, drugiemu trzeba będzie jej odmówić. A więc istnienie wielu bogów jest wprost niemożliwe” („Suma Teologiczna”, 1, 11, 3). Według niego także przyczyna wszystkiego, czyli ten, „który jest pierwszy, jest w najwyższym stopniu doskonały, i zarazem jest przyczyną zasadniczą, a nie uboczną, czyli pod jakimś tylko względem, dlatego i ów pierwszy porządkowy ujmujący wszystkie rzeczy w jeden harmonijny układ musi być li tylko jeden; i takim właśnie jest Bóg” (Tamże).
Obowiązki wynikające z przykazania oraz grzechy przeciwko przykazaniu
Przykazanie to obejmuje wiarę, nadzieję i miłość. Wiara nakazuje nam wierzyć w istnienie Boga. Domaga się od nas także przyjęcia całej prawdy objawionej, którą przechowuje, wykłada i głosi w swoim nauczaniu Kościół katolicki (Por. KKK 2087-2089). Nadzieja zaś to oczekiwanie w ufności na otrzymanie Bożego błogosławieństwa oraz uszczęśliwiającego widzenia Stwórcy po śmierci. Jest też lękiem przed znieważeniem Boga oraz wiarą w możliwość odpuszczenia grzechów (Por. KKK 2090). Miłość natomiast jest związana z naszym obowiązkiem miłowania Pana ponad wszystko i wszystkich (Por. KKK 2093). Te trzy cnoty teologalne wyrażają się w naszej modlitwie, adoracji i w naszych ofiarach. Adoracja polega na oddawaniu Bogu chwały Jemu należnej. Modlitwa może być zaś błagalna, dziękczynna, uwielbienia lub wstawiennicza (Por. KKK 2095-2100).
Przeciwko wierze możemy zgrzeszyć poprzez dobrowolne wątpienie w Boga lub prawdy objawione przez Niego. Z cnotą tą sprzeczna jest też niewiara, czyli odrzucenie wiary. Grzechem również jest herezja, czyli uporczywe negowanie któregoś z dogmatów Kościoła katolickiego, a także schizma, czyli odrzucenie władzy biskupa Rzymu lub komunii z biskupami Kościoła (Por. KKK 2088-2089). Wykroczeniami przeciwko nadziei są rozpacz oraz zuchwała ufność. Rozpacz oznacza brak wiary w możliwość przebaczenia grzechów lub zrezygnowanie z oczekiwania na pomoc od Boga w przezwyciężeniu swoich słabości. Zuchwała ufność zasadza się na fałszywym przekonaniu, iż albo można się zbawić wyłącznie dzięki swoim wysiłkom, albo otrzymać zbawienie bez nawrócenia z grzechów (Por. KKK 2091-2092). Miłości wobec Boga sprzeciwia się obojętność, niewdzięczność, oziębłość (lub też zwlekanie czy niedbałość), lenistwo duchowe oraz nienawiść do Stwórcy (Por. KKK 2094).
Czy istnieje zakaz tworzenia wizerunków i oddawania im czci?
Pierwsze przykazanie obejmuje zakaz czczenia fałszywych bogów, a także tworzenia wizerunków i oddawania im czci boskiej. Według „Katechizmu Rzymskiego”, ogłoszonego na polecenie Soboru Trydenckiego, „obrazy dlatego Pan Bóg zakazał, aby podobno chwaląc obrazy jak bogi, prawdziwego Boga chwały nie zaniedbali” (KR3, s. 37). Bóg zakazał Izraelitom również tworzenia obrazów przedstawiających Go, gdyż objawił się On w sposób transcendentny, bez żadnego konkretnego fizycznego obrazu. Niemniej, sam Pan nakazał Żydom uczynić wizerunki węża miedzianego (Por. Lb 21, 4-9), arki Przymierza oraz cherubinów (Por. Wj 25, 10-22), które miały symbolizować przyszłe Odkupienie oraz obecność Jahwe. Katolicka wiara i praktyka, tworzenia oraz oddawania czci obrazom przedstawiającym Boga lub świętych, nie jest jednak sprzeczna z tym przykazaniem, ponieważ ta cześć, którą oddajemy obrazom, nie jest adoracją czy też czcią należną jedynie Bogu. Zgodnie z nauczaniem Soboru Nicejskiego II, powtórzonym przez katechizm wydany przez św. Jana Pawła II, „kto czci obraz, ten czci osobę, którą obraz przedstawia” (KKK2132). Cześć, którą oddajemy obrazom, jest „pełną szacunku czcią”, a nie „uwielbieniem należnym jedynie samemu Bogu” (Tamże). Dozwolone są obrazy Trójcy Świętej, aniołów lub też świętych. Zgodnie z katolicką praktyką, Boga Ojca można przedstawiać jako „Starowieczną Osobę, na stolicy siedzącą”, natomiast Ducha Świętego ukazuje wizerunek „gołębicy i ogniste języki” (KR3, s. 39-40).
Bałwochwalstwo jednak nie ogranicza się wyłącznie do czczenia fałszywych bogów, lecz przybiera także postać magii lub wróżbiarstwa, które polega na odwoływaniu się do Szatana, demonów lub
innych praktyk uchodzących za magiczne (Por. KKK 2116-2117). Samo bałwochwalstwo może polegać też na wywyższaniu innych rzeczy, które nie są Bogiem, np. pieniędzy. Istnieją również grzechy zwane „bezbożnością”. Wśród nich znajduje się wykroczenie symonii, czyli kupowanie lub sprzedawanie rzeczy duchowych. Poważnym złem jest świętokradztwo, które polega na profanowaniu i znieważaniu sakramentów lub osób, rzeczy i miejsc poświęconych Stwórcy. Czynem niemoralnym jest kuszenie czy też wystawianie na próbę Boga (Por. KKK 2118-2121). Złem jest również zabobon, który polega na przypisywaniu magicznych cech pewnym elementom kultu Bożego.
Wszystkie cytaty biblijne za: „Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie polskim
W. O. Jakuba Wujka S. J., Wydanie trzecie poprawione, Kraków 1962”
Wykaz skrótów:
BF – Breviarium Fidei, Ignacy Bokwa (red.), Poznań 2007
KKK – Katechizm Kościoła katolickiego
KR3- Katechizm Rzymski, t. 3, Komorów 2022
PCh24.plDominik Bartsch
***
Odsłonięto mozaikę Leona XIV w Bazylice św. Pawła za Murami
W Bazylice św. Pawła za Murami, w galerii papieskich mozaik, okalających wnętrze świątyni, można już oglądać wizerunek Leona XIV. Jako jedyny jest on podświetlony, bowiem, według tradycji, iluminacja wskazuje papieża, który aktualnie zasiada na Tronie Piotrowym.

Vatican Media
***
Mozaika z wizerunkiem Leona XIV została podświetlona w niedzielę, 25 stycznia, przed nieszporami, którym Papież przewodniczył w Bazylice św. Pawła za Murami z okazji zakończenia Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan. Papieski portret został umieszczony w prawej nawie świątyni, na wysokości 13 m, w galerii, zawierającej 267 papieskich wizerunków.
Tradycja z czasów Leona Wielkiego
Umieszczanie w Bazylice św. Pawła za Murami – Apostoła Narodów – portretów kolejnych papieży, to tradycja, sięgająca V w. i pontyfikatu Leona Wielkiego. Początkowo wizerunki te były malowidłami, jednak w znacznej większości zostały one zniszczone podczas tragicznego pożaru, jaki strawił świątynię w 1823 r.
W 1847 r. Pius IX zadecydował o odtworzeniu papieskiej galerii, powierzając to zadanie watykańskiej pracowni mozaik. Prace przebiegały w ekspresowym tempie: w niespełna pół roku stworzono malowane portrety 262 papieży, które następnie posłużyły jako wzór do wykonania mozaik – każdej w formie tonda, o średnicy 137 cm.
Od Piotra do Leona XIV
Tradycja wykonywania mozaiki na podstawie wcześniej przygotowanego portretu jest pielęgnowana do dziś. Autorem obrazu z wizerunkiem Leona XIV jest ceniony we Włoszech twórca sztuki sakralnej dr Rodolfo Papa. Wykonał go w ciągu kilku tygodni w lipcu ubiegłego roku. Ostateczną wersję malowidła, wybrał spośród 4 przedstawionych szkiców sam Leon XIV.
Następnie, w ciągu zaledwie 3 miesięcy, przygotowano na tej podstawie mozaikę, na którą składa się 15 tys. elementów o łącznej wadze 130 kg. W styczniu mozaika została zaprezentowana Papieżowi, a następnie przystąpiono do jej instalowania w Bazylice św. Pawła za Murami. Przez cały pontyfikat Leona XIV pozostanie ona podświetlona, na znak sprawowania przez niego urzędu Piotrowego.
Vatican News -Tygodnik Niedziela
***
Papież zaprasza chrześcijan do głoszenia światu Jezusa z pokorą i radością
Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan wzywa nas co roku do odnowienia naszego wspólnego zaangażowania w tę wielką misję, mając świadomość, że podziały między nami – choć z pewnością nie przeszkadzają jaśnieć światłu Chrystusa – to jednak sprawiają, że to oblicze, które ma je odzwierciedlać w świecie, staje się bardziej przyćmione – mówił Papież podczas nieszporów w Bazylice św. Pawła za Murami na zakończenie LIX Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan.

Vaican Media
***
Na początku homilii Ojciec Święty podkreślił, że św. Paweł „dzięki łasce Bożej poznał Pana Jezusa Zmartwychwstałego, który objawił się Piotrowi, a następnie Apostołom i setkom innych zwolenników tej Drogi, a w końcu także jemu, prześladowcy”. Spotkanie Szawła ze Zmartwychwstałym przyczyniło się do przemiany prześladowcy chrześcijan w wielkiego Apostoła, co upamiętnia święto Nawrócenia św. Pawła obchodzone w Kościele 25 stycznia. Szaweł zaś stał się Pawłem.
Misja św. Pawła – misją wszystkich chrześcijan
Papież podkreślił też, że „gromadząc się przy doczesnych szczątkach Apostoła Narodów, przypominamy sobie, że jego misja jest również misją wszystkich współczesnych chrześcijan: polega ona na głoszeniu Chrystusa i zapraszaniu wszystkich, aby w Nim pokładali nadzieję”. Papież dodał, że „każde prawdziwe spotkanie z Panem jest bowiem momentem przemieniającym, który daje nowe spojrzenie i nowy kierunek, aby wypełnić zadanie budowania Ciała Chrystusa”.
Głosić Chrystusa wszystkim
Sobór Watykański II w Konstytucji o Kościele wyraził pragnienie głoszenia Ewangelii każdemu stworzeniu, aby „oświecić wszystkich ludzi blaskiem Chrystusa jaśniejącym na obliczu Kościoła”. Papież przypomniał, że wszyscy chrześcijanie są powołani do mówienia światu z pokorą i radością o Chrystusie, a obchodzony co roku Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan szczególnie wzywa do odnowienia zaangażowania w ten proces.
1700. rocznica Soboru Nicejskiego
Leon XIV nawiązał też do ubiegłorocznej 1700. rocznicy Soboru Nicejskiego, gdy „Jego Świątobliwość Bartłomiej, Patriarcha Ekumeniczny, zaprosił do świętowania tej rocznicy w İzniku”. Papież wyraził wdzięczność Bogu za to, że „dwa miesiące temu, podczas tej uroczystości, było reprezentowanych tak wiele tradycji chrześcijańskich. Wspólne odmówienie Credo Nicejskiego w tym miejscu, w którym zostało ono zredagowane, było cennym i niezapomnianym świadectwem naszej jedności w Chrystusie”. Dodał: „Ta chwila braterstwa pozwoliła nam również wychwalać Pana za to, czego dokonał w Ojcach z Nicei, pomagając im jasno wyrazić prawdę o Bogu, który stał się naszym bliźnim, spotykając się z nami w Jezusie Chrystusie”. Papież wyraził nadzieję, że również dzisiaj Duch Święty mógł znaleźć w chrześcijanach „pojętny umysł, aby jednym głosem przekazywać wiarę mężczyznom i kobietom naszych czasów!”.
Ojciec Święty nawiązał do fragmentu Listu do Efezjan, wybranego jako temat tegorocznego Tygodnia Modlitw, gdzie ciągle powtarza się określenie „jeden”: jedno ciało, jeden Duch, jedna nadzieja, jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest, jeden Bóg. „Drodzy bracia i siostry, jakże te natchnione słowa nie mogłyby poruszyć nas do głębi? Jakże nasze serca mogą nie pałać pod ich wpływem?” – mówił Papież. „Stanowimy jedno! Już jesteśmy jedno! Uznajmy to, doświadczajmy tego, ukazujmy to!” – dodał.
Nawiązanie do przesłania papieża Franciszka
Leon XIV odniósł się też do przesłania swojego poprzednika, który podkreślał, że „droga synodalna Kościoła katolickiego ‘jest i musi być ekumeniczna, tak jak synodalny jest proces ekumeniczny’”. W latach 2023 i 2024 r. odbyły się dwa Synody Biskupów, które, jak wskazał Leon XIV, „charakteryzowały się głęboką gorliwością ekumeniczną i zostały ubogacone udziałem licznych bratnich delegatów. Uważam, że będzie to droga ku wspólnemu rozwojowi we wzajemnym poznaniu odpowiednich struktur i tradycji synodalnych”.
W 2033 r. będziemy obchodzić 2000. rocznicę Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pana Jezusa. „Starajmy się o dalsze rozwijanie ekumenicznych praktyk synodalnych i wzajemnego oznajmiania tego, kim jesteśmy, co czynimy i czego nauczamy”- zachęcił Papież.
Słowa pozdrowienia i podziękowania
W kontekście dobiegającego końca Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan Papież skierował pozdrowienia do kard. Kurta Kocha, członków, konsultorów i pracowników Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan oraz do uczestników dialogów teologicznych i innych inicjatyw promowanych przez tę Dykasterię. „Jestem wdzięczny za obecność na tej liturgii licznych zwierzchników i przedstawicieli różnych światowych Kościołów i wspólnot chrześcijańskich, w zwłaszcza Metropolity Polykarposa, reprezentującego Patriarchat Ekumeniczny, Arcybiskupa Khajaga Barsamiana, reprezentującego Ormiański Kościół Apostolski, oraz Biskupa Anthony’ego Ball’a, reprezentującego Wspólnotę Anglikańską – wskazał Papież. – Pozdrawiam również stypendystów Komitetu ds. Współpracy Kulturalnej z Kościołami Prawosławnymi i Wschodnimi Dykasterii do spraw Popierania Jedności Chrześcijan, studentów Instytutu Ekumenicznego Światowej Rady Kościołów w Bossey, grupy ekumeniczne i pielgrzymów uczestniczących w tej uroczystości”.
Vatican News –Tygodnik Niedziela
***
czwartek 22 stycznia
Apostoł Rzymu – Święty tygodnia:
św. Wincenty Pallotti
***

Myśl: Nie obrażał się na ciężkie czasy, ale szukał sposobów pobudzenia odpowiedzialności za Kościół.
WWW.WATRA.PL
***
Św. Wincentego Pallotti można śmiało nazwać prekursorem Soboru Watykańskiego II. Był wielkim propagatorem zaangażowania ludzi świeckich w życie Kościoła. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.
Urodził się w roku 1795 r. w Rzymie i tam spędził całe życie. Studiował na uniwersytecie Sapienza, gdzie zdobył doktorat z teologii i filozofii. Święcenia kapłańskie przyjął w Bazylice św. Jana na Lateranie. Duszpasterzował na wielu frontach. Wykładał na uniwersytecie, był ojcem duchownym w seminarium. Tworzył szkoły wieczorowe, stowarzyszenia dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt. Był kapelanem więźniów i żołnierzy, rekolekcjonistą, kaznodzieją, cenionym spowiednikiem. Zabiegał o to, aby wszystkie te działania jednoczyć i koordynować.
Stąd zrodziła się idea powołania do życia Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Główną ideą tej instytucji było pobudzanie wszystkich członków Kościoła, a szczególnie ludzi świeckich, do apostolstwa. Księża, którzy angażowali się w dzieło, zawiązali z czasem Stowarzyszenie Apostolatu Katolickiego (pallotyni). Ks. Pallotti założył także zgromadzenie żeńskie. Nazywano go „apostołem Rzymu” i „drugim Filipem Nereuszem”. Pewnego dnia ks. Pallotti użyczył swego płaszcza biedakowi, na skutek czego dostał ostrego zapalenia płuc i zmarł 22 stycznia 1850 roku. Został pochowany w kościele San Salvatore in Onda.
Kanonizował go Jan XXIII w czasie trwania Soboru Watykańskiego II w 1963 r. Pallotti żył w czasach, w których rodziły się podwaliny nowoczesnego świata. Idee oświecenia i rewolucji francuskiej, niepokoje czasów napoleońskich, tzw. kwestia robotnicza, tendencje liberalne i ruchy narodowościowe, likwidacja państwa kościelnego – to tylko niektóre ze zjawisk tego czasu. Pallotti nie obrażał się na czasy, ale szukał sposobów pobudzenia odpowiedzialności za Kościół. Pisał: „apostolstwo może być udziałem osób ze wszystkich stanów, gdyż jest ono działalnością, jaką każdy w miarę swoich możliwości może i powinien wykonywać ku większej chwale Boga oraz dla wiecznego zbawienia swego własnego i bliźnich”.
ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny
***
Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego
O tajemnicy zaufania

Od ponad 8 lat fascynowała mnie duchowość świętego Wincentego Pallottiego. Człowieka pokornego, człowieka miłosiernego, Apostoła XIX wieku. Przez lata również zastanawiałem się nad zagadnieniami zaufania i nieskończoności jakie często cytował w swoich dziełach wspomniany święty.
Kiedy jeszcze studiowałem na wykładach jeden z moich profesorów na pytanie: co trzeba zrobić aby być świętym? Odpowiedział: trzeba być po prostu człowiekiem. Zwykłym człowiekiem, nie pędzącym za nienawiścią, za bogactwami, zazdrością. Trzeba być człowiekiem zwyczajnym, prostym (nie prostackim) który umie rozmawiać z innymi ludźmi i z Bogiem. Umieć rozmawiać z człowiekiem znaczy umieć rozmawiać z Bogiem, bo nie można kochać Boga jeżeli nie kocha się człowieka. Nie można rozmawiać przyjaźnie z Bogiem nienawidząc innych. W człowieku, w jego gestach, słowach można zobaczyć miłość Boga, ale można i również innym ją ukazać. I tak sobie myślę, że św. Wincenty Pallotti doskonale potrafił ukazać miłość Boga widząc w drugim człowieku Jego obraz. Zaufać Bogu być może oznacza coś innego niż zaufać człowiekowi. Człowieka mamy na co dzień, możemy go zawsze skontrolować, możemy wiedzieć czy mówi prawdę, czy jest wiarygodny, możemy mieć nad nim kontrolę, a Bóg? Nie znamy Jego planów, nie wiemy co zamierza i czasami wydaje nam się bardzo daleki.
Nieskończoność, być w nieskończonym kontakcie z Bogiem, nieskończenie mu zaufać, nieskończenie poddać się Jego woli i zdać się na Jego zbawcze posłannictwo. Czasami było bardzo trudno mi w to było uwierzyć, do tego się przekonać. Wydaje mi się, że najtrudniej jest pokonać barierę zaufania, zawierzenia. Niczym Abraham wyruszyć ze swojego domu by iść w nieznane, niczym Mojżesz stawać w obronie kogoś kto wcale nie chce być bronionym, jak buntujący się lud na pustyni, niczym ślepiec z Ewangelii pomimo sprzeciwu zgromadzonych „dopchać się” za wszelką cenę do upragnionego celu — do Chrystusa. Być może ktoś powie, ładna, bardzo ładna teoria, ale daleko jej jeszcze do praktyki. W XXI wieku rządzonym przez pieniądz, politykę trudno jest mówić o zaufaniu do człowieka, łatwiej jest mówić o „plecach” dzięki którym można się dostać do pracy, na studia, na wysokie stanowiska. Ciężej się mówi o zaufaniu do człowieka, a jeszcze ciężej o zaufaniu do Boga, gdy liberalizm stara się nam ukazać bezsens wiary, a ludzkość pyta: Gdzie jest Bóg? Czy naprawdę jest On wszechmogący?
Nieskończenie zaufać Bogu, stanąć ponad systemami społecznymi, uwierzyć, że nad wszystkim co nam się w życiu przytrafia czuwa Bóg. Chroni nas i nigdy nie chce dla nas źle. Żyć wiarą i uwierzyć w życie, zaufać nieskończenie, że ostatnie słowo zawsze należy do Boga, a nie do człowieka. To brzmi jak prawdziwy sprawdzian z naszej wiary. Bo życie jest sprawdzianem z rozumienia Bożej miłości.
W ubiegłym roku w Zurychu, Lozannie i wielu innych miastach odbyła się największa wystawa Techniki XX i XXI wieku — „Expo 2002”. Kolorowe afisze, reklamy telewizyjne. Tłumy Szwajcarów wyruszały by ujrzeć „cuda techniki”. W każdym sklepie można było usłyszeć pytanie: Czy widziałeś już EXPO 2002? Kiedyś na jednym z kazań powiedziałem, że zachwycamy się cudami techniki, a tymczasem nie zastanawiamy się nad sferą duchową. EXPO 2002 nie było niczym innym jak tylko Wieżą Babel XXI wieku krzyczącą na cały kraj: „patrzcie co jesteśmy w stanie uczynić!!!” My ludzie, zawładnęliśmy techniką, pieniądzem, możliwościami. Być może dzięki temu niektórzy chcą stać się równymi Bogu. A tymczasem? Kiedy pojawia się jakaś choroba, np. rak, czy też gdy nadchodzi śmierć zdajemy sobie sprawę, że ani pieniądze, ani technika nie są w stanie nam pomóc. Coś co może nas trzymać przy życiu nie może zostać ujęte w kryteriach materialnych. Wiary i zaufania nie da się kupić, nie da się ich wyprodukować. Są one owocem miłości. I tak sobie myślę, że źródłem nieskończoności jest również miłość, czyli sam Bóg, jako nieskończona miłość. Myślę, że słowa Wincentego były aktualne zarówno w XIX wieku , ale są jeszcze bardziej „na czasie” w 200 lat później:
Szukaj Boga
A znajdziesz go
Szukaj Boga
We wszystkich dziełach
A znajdziesz go w nich.
Szukaj go zawsze
A zawsze Go znajdziesz
Gdy znajdziemy w naszym życiu Boga, prawdziwie go spotkamy, myślę, że wówczas odkryjemy tajemnicę nieskończoności i zaufania. Odkrywając te tajemnice poznajemy tym samym Boga, jego miłość i troskę, jaką nas otacza każdego dnia. Tajemnica nieskończoności, jest tajemnicą Boga, bo On jest nieskończony, On jest Bogiem Nieskończonej Miłości.
Artur Marek Wójtowicz/Opoka
***
Noc ciemna w życiu Pallottiego?

św.Wincenty Pallotti (1963)Jan Ekiert © SAC
***
Przy okazji dzisiejszego liturgicznego wspomnienia św. Wincentego Pallottiego, zaglądam do jego chronologii. Rok 1824: nie ma ani jednego odnotowanego wydarzenia. Podobnie jest w jego duchowych zapiskach. Puste strony.
Zawsze mnie to intrygowało, a ponieważ w tym roku mija 200 lat od tego „doświadczenia”, postanowiłem o nim wspomnieć. Czy chodzi o „noc ciemną” w życiu Pallottiego? Wszystko wskazuje na to, że tak. Ale co to jest „noc ciemna”?
To bardzo trudne doświadczenie, ale ważne w perspektywie głębszego życia duchowego. Trudne, bo masz poczucie, że wali się świat, że wszystko straciło sens, że nic cię nie zadowala, że przeżywasz chaos. Wszystko staje się pustką i ciemnością. A przecież osoby, które przeżyły „noc ciemną”, uważają, że prowadzi ona do większej wrażliwości i otwartości na życie. Wprowadza na inny poziom przyjmowania świata, siebie, drugiego człowieka i Boga, choć w tym momencie, w którym ją przeżywasz, wcale ci się nie wydaje, że o to chodzi.
Święty Jan od Krzyża, mistrz duchowości chrześcijańskiej, którego Pallotti poczytywał z pożytkiem, spróbował opisać to doświadczenie. Dla niego noc jest łaską, „wzniosłą szczęśliwością” udzielaną wierzącemu, by wesprzeć go w jego wychodzeniu z „ziemi niewoli” ku wolności dzieci bożych. To łaska, której Bóg udziela na różne sposoby, dostosowując się jednak zawsze do rytmu i potrzeb człowieka. Bo jeśli Bóg trapi, to jedynie po to, by wywyższyć. To jest droga przez ciemność, do coraz większej jasności. Dzięki temu doświadczeniu człowiek nie staje się kimś lepszym, ale kimś nowym.
Otóż myślę, że to właśnie owe doświadczenie nocy ciemnej pozwoli Pallottiemu zapisać kilka lat później: „W dniu 26 marca 1840 roku, po odprawieniu Najświętszej Ofiary poczułem, o mój Boże, mój Ojcze, Miłosierdzie me nieskończone, że raczyłeś we mnie zburzyć całego mnie, a ukształtować i stworzyć we mnie nowy cud miłosierdzia. Tak, w Kościele twym ustanawiasz mnie jako nowy cud miłosierdzia” (OOCC X, 211).
Proszę zauważyć, iż Pallotti aż dwukrotnie precyzuje w tym krótkim zapisie, że chodzi o nowy cud miłosierdzia! Ta świadomość „nowości” będzie w nim zawsze bardzo żywa. To ona będzie napędzała jego kreatywność i odwagę angażowania się na nowych, nieznanych dotąd w Kościele drogach.
Nie wiemy jak długo trwała „noc ciemna” w życiu Pallottiego. Jedno jest pewne, że próba ta przyszła wtedy, gdy był w stanie ją znieść, i że wyszedł z niej „nowym”.
ks. Stanisław Stawicki SAC – Recogito, rok XXV, styczeń 2024
***
Wszechmogący Boże, Ty powołałeś świętego Wincentego Pallottiego, aby w Kościele pogłębić wiarę i ożywić miłość. Spraw łaskawie, abyśmy żyjąc duchem wiary i pełniąc uczynki miłości, zasłużyli na nagrodę życia wiecznego. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.
Święty Wincenty Pallotti, Ty poprzez swoje życie dałeś nam przykład gorącej miłości Boga i niestrudzonej gorliwości w trosce o zbawienie wszystkich ludzi. Wstawiaj się u Boga za nami, abyśmy przeniknięci miłością i ożywieni Twoim duchem, wiernie realizowali otrzymane powołanie apostolskie. Amen.
***
Abp Galbas: Ja daje moje pół, ty dajesz swoje pół i jest nasza całość – współpraca!
Święty Wincenty Pallotti nie umiał żyć bez jednego – bez współpracy ze świeckimi, których traktował na równi. Dostrzegał w nich podobieństwo w jedności i powołaniu! – mówił metropolita warszawski abp Adrian Galbas, który przewodniczył Mszy św. odpustowej w parafii pallotyńskiej w Łodzi.

Abp Adrian Galbas w Sanktuarium Świętości Życia w Łodzi
***
W liturgiczne wspomnienie św. Wincentego Pallotiego założyciela Zgromadzenia Księży Pallotynów, wspólnota parafii św. Wincentego Pallottiego w Łodzi przeżywała odpust ku czci swojego patrona. Poprzedziło je Triduum o św. Wincentym, które poprowadził ks. dr Jan Jędraszek SAC. Metropolitę warszawskiego w Sanktuarium Świętości Życia powitał ks. Andrzej Lemański SAC, proboszcz, prosząc o modlitwę w intencji całej wspólnoty parafialnej.
W homilii abp Adrian Galbas odniósł się m.in. do Listu św. Pawła do Koryntian. – W kościele są i prorocy i nauczyciele, dziś byśmy powiedzieli, że są biskupi, i księża, ale są także ludzie świeccy, których jest najwięcej. Nie można powiedzieć, że ktoś jest ważniejszy, każdy ma taką samą godność. I każdy w Kościele ma takie samo wspólne powołanie, powołanie do świętości które dostaliśmy przed założeniem świata. Święty Paweł mówi, że to wszystko nie miałoby sensu, jeśliby nie było ożywiane przez miłość. Miłość jest jak dusza w Kościele, nadaje sensu wszystkiemu. Święty Paweł opowiada jaka ona jest … ona jest najważniejsza, ona jest stała, wszystko przeminie. Nawet wiara w życiu wiecznym nie będzie nam potrzebna, ale miłość zostanie wieczna. Paweł pisze list do Koryntian i mówi, że wszystko przeminie, jeśli nie ma miłości. O miłości mówi także prorok Izajasz, mówi o miłości bardzo praktycznej. Jeśli podasz kubek spragnionego, nagiego przyodziejesz nie będziesz obracał się od współziomków… To nie tylko ci, których obdarowujesz na tym zyskają, ale zyskasz i Ty sam. Wtedy twoja ciemność stanie się południem, w tobie będzie nagle więcej światła, będzie więcej jasności i przejrzystości. Rdzeniem miłości jest dawanie – podkreślał abp Galbas w homilii.
W dalszej części homilii metropolita warszawski odniósł się do ewangelicznej postaci miłości w życiu św. Wincentego Pallottiego. – To wszystko dostajemy właśnie w dzień świętego Wincentego. Dlaczego? Bo w Jego życiu i posługiwaniu najważniejsza była miłość. Mówiąc o nim często podkreślamy to co on zrobił: spowiednik, rekolekcjonista, rektor kościoła, kaznodzieja itd. Ciągle w jego życiu jest jakaś aktywność, jakieś działanie. Ale to nie jest najważniejsze – nie z powodu swojego aktywizmu został świętym. On to wszytko robił z miłości. Tego ludziom zabrakło, nie pracoholizmu, ale miłości (…) Wincenty doświadczył tego jak bardzo jest kochany nieskończoną miłosierną miłością Boga. Im bardziej będziemy misjonarzami, tym bardziej będziemy kochać. Czy to jest moje chrześcijaństwo oparte na tym doświadczeniu – czy jestem kochany nieskończoną miłością Boga? Bóg mnie kocha nieskończoną miłością (…) Umieramy, ale to co się liczy to jest miłość, która jest przepustką do lepszego świata. On nie jest w układzie z Schengen, tam potrzebna jest przepustka z miłości. Pallotti nie umiał żyć bez jednego – bez współpracy ze świeckimi, których traktował na równi. Dostrzegał w nich podobieństwo w jedności i powołaniu. Mówił „dobrom, które czynimy razem, jest długotrwałe”. Ja daje moje pół, ty dajesz swoje pół i jest nasza całość – współpraca! – zakończył abp Adrian Galbas.
Na zakończenie Mszy św. wierni mieli możliwość adoracji relikwii św. Wincentego poprzez ich ucałowanie.

Piotr Drzewiecki –Tygodnik Niedziela
***
PATRON DNIA: ŚW. WINCENTY PALLOTTI

W Kościele wspominamy dziś św. Wincentego Pallottiego – założyciela Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, którego integralną częścią są pallotyni i pallotynki. „Po Soborze Watykańskim II charyzmat pallotyński stał się charyzmatem całego Kościoła. Członkowie zgromadzenia starają się odpowiadać na potrzeby ludzi” – powiedział portalowi Polskifr.fr pracujący we Francji superior Regii Miłosierdzia Bożego, ks. Krzysztof Hermanowicz SAC.
Św. Wincenty Pallotti (1795-1850) był rzymskim kapłanem. Miał proroczą, nową jak na współczesny mu czas, ideę, żeby każdy ochrzczony był apostołem, świadkiem wiary, nadziei i miłości.
„Chciał, aby każdy ochrzczony brał przykład z Jezusa Chrystusa – Apostoła Ojca Przedwiecznego. Abyśmy mogli wypełnić misję apostoła, mamy obrać jako naszą Przewodniczkę Maryję – Królową Apostołów, która pozostaje na modlitwie z Apostołami w Wieczerniku, oczekując na dar Ducha Świętego” – podkreślił ks. Krzysztof Hermanowicz SAC
Ze względu na te idee angażowania ludzi świeckich w życie Kościoła Wincenty Pallotti bywa nazywany „prekursorem Akcji Katolickiej”. Papież Paweł VI powiedział o nim: „Obecnie jest rzeczą pewną, że Pallotti był zwiastunem przyszłości. Prawie o sto lat uprzedził on odkrycie następującego faktu: w świecie laików, do tego czasu biernym, ospałym, lękliwym i niezdolnym do wypowiedzenia się, istnieje wielka energia służenia dobru”.
„Jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego, poprzez chrzest stajemy się »żywymi kamieniami«. Każdy ochrzczony staje jest współodpowiedzialny za Kościół, każdy poprzez chrzest ma uczestniczyć w kapłaństwie Chrystusa, w Jego misji prorockiej i królewskiej” – podkreślił superior pallotynów.
W czasach Pallottiego w praktyce nie było to aż tak bardzo oczywiste, ale od czasu Soboru Watykańskiego II (1962-1965) ta prorocza idea stała się udziałem całego Kościoła.
Z czasem ludzie, pociągnięci jego przykładem, zaczęli gromadzić się wokół Wincentego Pallottiego. A on wciąż ich zachęcał, przykładem i słowem, do podejmowania różnych inicjatyw na rzecz Kościoła. Księża, bracia, siostry, ludzie świeccy, którzy określają siebie jako duchowe dzieci Pallottiego, nadal starają się żyć charyzmatem założyciela, odczytując „znaki czasu” i odpowiadając, w czasie i w miejscu, w którym żyją, na konkretne potrzeby Kościoła i człowieka.
„Angażują się w pracę duszpasterską w parafiach krajów, w których brakuje księży, prowadzą działalność misyjną, ekumeniczną, charytatywną, medialną, formację ludzi świeckich… Wszystko to w duchu zawołania św. Pawła: »Miłość Chrystusa przynagla nas« (2 Kor 5,14)”– zaznaczył rozmówca Polskifr.fr.
We Francji pallotyni służą miejscowemu Kościołowi i starają się pozostać w służbie rodakom, pomagając im w utrzymaniu i przekazywaniu wiary młodym pokoleniom, ale także kultury polskiej, ojczystego języka i zwyczajów.
„Przykładami takiej działalności są nasze ośrodki duszpasterskie w Arcueil, w Osny, w Oignies czy w Joinville-le-Pont, szkoły polskie przy naszych parafiach, czy też Centrum Dialogu w Paryżu lub ośrodek w Montmorency. Nie można zapomnieć także o lipcowych Zjazdach Katolickich w Osny, które nie tylko pozwalają Polakom znaleźć we Francji kawałek Ojczyzny, ale są także, dzięki obecności licznych przyjaciół francuskich, pomostem między Polską i Francją” – ocenił ks. Krzysztof Hermanowicz SAC
Polskifr.fr – 22 stycznia 2024 Radio Maryja
***
18 – 25 stycznia
Tydzień modlitw o jedność chrześcijan

Pan Jezus jako Dobry Pasterz na witrażu w jednym z kościołów
fot. z książki “Przymierze z Bogiem. Obrazy Kościoła w Piśmie Świętym” ks. prof. Waldemara Chrostowskiego, str. 41.
***
Ekumenizm według św. Jana Pawła II.
7 najważniejszych elementów

PATRICK HERTZOG | AFP
św. Jan Paweł II rozmaiwa z patriarchą Barłomiejem I
***
Jan Paweł II – człowiek dialogu i jeden z ojców Soboru Watykańskiego II stawia sprawę jasno: ekumenizm nie jest dodatkiem.
Zaczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Dla tych, którzy mają relację z członkami innych Kościołów to czas intensywnych spotkań, dla innych – czas, gdy przypominają sobie o wadze jedności Kościoła. Jeszcze dla innych to świadectwo upadku Kościoła i rezygnacji z jego misji.
Dla wyrównania oddechu i uspokojenia nastrojów warto sięgnąć do nauczania św. Jana Pawła II, który wciąż dla wielu jest autorytetem duchowym. Nie sposób w krótkim artykule streścić całego nauczania św. Papieża na temat ekumenizmu, ale chciałem zwrócić uwagę na siedem jego ważnych myśli.
Rozumienie ekumenizmu
według św. Jana Pawła II?
Siedem cech ekumenizmu, które są zawarte w Encyklice „Ut unum sint” z roku 1995.
1 EKUMENIZM NIE JEST DODATKIEM
Jan Paweł II stwierdza stanowczo, że ekumenizm jest istotnym elementem działania Kościoła i powinien przenikać wszystkie jego działania:
Ekumenizm, ruch na rzecz jedności chrześcijan, nie jest jakimś tylko „dodatkiem”, uzupełnieniem tradycyjnego działania Kościoła. Przeciwnie, należy on w sposób organiczny do całości jego życia i działania i w konsekwencji winien tę całość przenikać i z niej wyrastać jak owoc ze zdrowego i kwitnącego drzewa, które osiąga pełnię życia (UUS, 20).
Zatem oznaką zdrowia Kościoła jest zaangażowanie w jedność całej wspólnoty.
2 DUCHOWY EKUMENIZM
Jan Paweł II zaznacza, że sercem ekumenizmu jest duch: nawrócenie oraz świętość, które są połączone z modlitwą.
Szlak nawrócenia serc jest wyznaczany rytmem miłości, która zwraca się równocześnie do Boga i do braci: do wszystkich braci, również do tych, którzy nie są w pełnej komunii z nami. Miłość ożywia pragnienie jedności nawet w tych, którzy nigdy nie dostrzegali jej potrzeby. Miłość tworzy komunię osób i Wspólnot. Jeśli się miłujemy, staramy się pogłębić naszą komunię i czynić ją coraz doskonalszą. Miłość zwraca się do Boga jako najdoskonalszego źródła komunii – która jest jednością Ojca, Syna i Ducha Świętego – aby z tego Źródła czerpać moc tworzenia komunii pomiędzy ludźmi i Wspólnotami lub odtwarzania jej pomiędzy jeszcze rozdzielonymi chrześcijanami. Miłość jest najgłębszym, życiodajnym nurtem procesu zjednoczenia.
Miłość ta znajduje najpełniejszy wyraz we wspólnej modlitwie. Sobór nazywa modlitwę duszą całego ruchu ekumenicznego, gdy jednoczą się w niej bracia, między którymi nie ma doskonałej komunii (UUS, 21).
Gdy chrześcijanie modlą się razem, wówczas cel, jakim jest zjednoczenie, wydaje się bliższy (UUS, 22).
3 WIERNOŚĆ PRAWDZIE
Dążenie do słusznej jedności nie jest przyzwoleniem na rezygnację z prawdy i przyjęciem za wszelką cenę kompromisów.
Dekret o ekumenizmie wymienia wśród elementów nieustannej reformy także sposób przedstawiania doktryny. Nie chodzi tu o modyfikację depozytu wiary, o zmianę znaczenia dogmatów, o usunięcie w nich istotnych słów, o dostosowanie prawdy do upodobań epoki, o wymazanie niektórych artykułów Credo pod fałszywym pretekstem, że nie są one już dziś zrozumiałe. Jedność, jakiej pragnie Bóg, może się urzeczywistnić tylko dzięki powszechnej wierności wobec całej treści wiary objawionej (UUS, 18).
Nie zamyka to jednak drogi do dialogu i prób zrozumienia siebie.
Strony prowadzące dialog spotykają się nieuchronnie z problemem odmiennych sformułowań, za pomocą których wyrażona jest doktryna różnych Kościołów i Wspólnot kościelnych; ma to liczne konsekwencje dla procesu ekumenicznego.
Jedną z korzyści, jakie przynosi ekumenizm, jest to, że pomaga on chrześcijańskim Wspólnotom w odkrywaniu niezgłębionego bogactwa prawdy (UUS, 38).
4 EKUMENIZM TO RACHUNEK SUMIENIA
Dialog, którym jest ekumenizm, przynosi owoce, którymi są wymiana dóbr, rachunek sumienia, który przybliża do Boga oraz porzucenie wrogości:
Trzeba niejako rozpocząć od opuszczenia pozycji przeciwników, stron poróżnionych, aby znaleźć się na płaszczyźnie, na której obie strony traktują siebie nawzajem jako partnerów. Podejmując dialog, każda ze stron zakłada u swego rozmówcy wolę pojednania, czyli jedności w prawdzie. Aby to wszystko mogło się urzeczywistnić, muszą zaniknąć przejawy wzajemnego zwalczania się. Tylko wówczas dialog pomoże w przezwyciężeniu podziału, a posłuży do przybliżenia jedności (UUS, 29).
Zjednoczenie chrześcijan – także po wszystkich grzechach, które przyczyniły się do historycznych podziałów – jest możliwe. Warunkiem jest pokorna świadomość, że zgrzeszyliśmy przeciw jedności i przekonanie, że potrzebujemy nawrócenia (UUS, 34).
5 OCZYSZCZENIE PAMIĘCI HISTORYCZNEJ
Ważnym elementem, który przyświeca ekumenizmowi, jest dążenie do oczyszczenia pamięci historycznej. Żywym owocem takiego podejścia jest zdjęcie ekskomunik pomiędzy Rzymem a Konstatnynopolem:
Historycznym wyrazem zmiany, jaka się dokonała, był eklezjalny akt, mocą którego „zostało usunięte z pamięci i z życia Kościoła” wspomnienie o ekskomunikach, które dziewięćset lat wcześniej, w 1054 r., stały się symbolem schizmy między Rzymem i Konstantynopolem (UUS, 52).
Podjęcie podobnych działań nadal stoi przed Kościołem:
Dlatego zaangażowanie ekumeniczne musi się opierać na nawróceniu serc i na modlitwie, które doprowadzą także do niezbędnego oczyszczenia pamięci historycznej. Dzięki łasce Ducha Świętego uczniowie Chrystusa, ożywieni miłością, odwagą płynącą z prawdy i szczerą wolą wzajemnego przebaczenia i pojednania, są powołani, aby ponownie zastanowić się nad swoją bolesną przeszłością i nad ranami, jakie niestety zadaje ona do dzisiaj (UUS, 2).
6 WSPÓLNE ŚWIADECTWO ŚWIĘTOŚCI
Jan Paweł II zaznacza, że mimo podziałów, chrześcijanie mają wspólne Martyrologiów, czyli spis osób, które oddały życie za Chrystusa. Ich świadectwo jest znakiem, że pdziały mozna przezwyciężyć, przez oddanie życia Jezusowi:
Odważne świadectwo licznych męczenników naszego stulecia, należących do innych także Kościołów i Wspólnot kościelnych, które nie są w pełnej komunii z Kościołem katolickim, nadaje nową moc wezwaniu Soboru i przypomina nam o obowiązku przyjęcia i wprowadzenia w czyn jego zalecenia. Ci nasi bracia i siostry, połączeni przez wielkoduszną ofiarę z własnego życia, złożoną dla Królestwa Bożego, są najbardziej wymownym świadectwem tego, iż można przekroczyć i przezwyciężyć wszelkie elementy podziału, składając całkowity dar z siebie dla sprawy Ewangelii (UUS, 1).
7 UKIERUNKOWANIE NA EWANGELIZACJĘ
W Ewangelii Jana przeczytamy modlitwę Jezusa, w której prosi: „aby i ani stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłałˮ (J 17, 21). Jedność Kościoła już sama w sobie jest głoszeniem Chrystusa:
Czyż można bowiem głosić Ewangelię pojednania, nie dążąc zarazem czynnie do pojednania chrześcijan? To prawda, że Kościół, przynaglany przez Ducha Świętego i mocny obietnicą, iż nic nie zdoła go zwyciężyć, głosił i nadal głosi Ewangelię wszystkim narodom, ale jest też prawdą, że musi zmagać się z trudnościami wynikającymi z podziałów. Czyż niewierzący, stykając się z misjonarzami, którzy nie zgadzają się ze sobą nawzajem, choć wszyscy powołują się na Chrystusa, będą umieli przyjąć prawdziwe orędzie? Czy nie pomyślą, że Ewangelia, choć jest przedstawiana jako podstawowe prawo miłości, stanowi raczej przyczynę podziału? (UUS, 98).
Niech te ostatnie zdania będą elementem naszego ekumenicznego rachunku sumienia.
Dariusz Dudek – publikacja 18.01.26/Aleteia.pl
***
„Jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym?”
2 Kor 6,11-18:

fot. Wikipedia
***
Tekst w przekładzie Biblii Tysiąclecia
11 Usta nasze otwarły się do was, Koryntianie, rozszerzyło się nasze serce. 12 Nie brak wam miejsca w moim sercu, lecz w waszych sercach jest ciasno. 13 Odpłacając się nam w ten sam sposób, otwórzcie się i wy: jak do swoich dzieci mówię.
14 Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem na wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? 15 Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym? 16 Co wreszcie łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego – według tego, co mówi Bóg:
Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich,
i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem.
17 Przeto wyjdźcie spośród nich
i odłączcie się od nich, mówi Pan,
i nie tykajcie tego, co nieczyste,
a Ja was przyjmę
18 i będę wam Ojcem,
a wy będziecie moimi synami i córkami –
mówi Pan wszechmogący.
Krytyka literacka
Kontekst i kompozycja
Powyższy tekst znajduje się w Drugim Liście do Koryntian. Św. Paweł wzywa w nim wiernych Kościoła korynckiego do otwartości serca oraz ostrzega ich przed brataniem się z niewierzącymi. Wcześniej była mowa o trudnościach życia głosicieli Ewangelii (6,1-10), a po naszym fragmencie pojawiają się słowa pociechy po wieściach przyniesionych przez Tytusa (7,1-16). Nasz fragment stanowi początek czwartej i ostatniej części wywodu apostoła na temat apostolatu (6,11-7,4)
Gatunek literacki
Cała księga stanowi formę starożytnego listu (mającego wstęp, główny trzon oraz zakończenie). Nasz fragment należy do tego trzonu, w którym pojawiają się wypowiedzi o charakterze pojednawczym. Pod względem retorycznym warto zauważyć trzykrotne powołanie się apostoła na słowa Boga za pomocą zwrotów: „mówi Bóg” (w. 17), „mówi Pan” (w. 17) i „mówi Pan wszechmogący” (w. 18).
Orędzie teologiczne
Na początku św. Paweł wzywa swych adresatów do ich pojednania się z nim (jakkolwiek termin „pojednać się” tu nie występuje). Zachęca ich do otwartości serca (w. 11). Powołuje się na swoje (i swych towarzyszy) otwarte usta i takiej otwartości oczekuje od chrześcijan z Koryntu. Otwartość ust (wyrażona za pomocą czasownika anoigo) stanowi nawiązanie do nauk, zarówno słownie wygłoszonych, jak i zapisanych w poprzednim liście (a najpewniej w poprzednich listach), nielimitowanych i nieograniczanych. Teraz Koryntianie mają rozszerzyć swe serca (czarownik platyno) na te nauki i na wynikające z nich postępowanie. Wzorem dla nich ma być serce Pawła, w którym nie brak dla nich miejsca. Inaczej jest u nich z powodu ciasnoty ich serc (w. 12). Użyty tu dwukrotnie czasownik stenochoreomai oznacza „brakować miejsca”, „być ciasnym”, „być ograniczonym przestrzennie”. Warto zwrócić uwagę, że Paweł wyraźnie personalizuje swych adresatów, zwracając się do nich słowami „Koryntianie”, co rzadko zdarza się w jego listach. Apostoł posługuje się nie tylko metaforą serca, ale również obrazem z relacji rodzicielskich. Siebie uznaje za ojca duchowego chrześcijan korynckich i wzywa ich do otwartości (powtarza się tu znów czasownik platyno), tak jak powinny zachować się dzieci względem rodzica (w. 13).
W dalszych słowach św. Paweł pisze o powstrzymywaniu się od niewłaściwych relacji z ludźmi niewiernymi i niewierzącymi (apistoi), a konkretnie o tym, by się z nimi nie sprzęgać do jednego jarzma. Zauważamy tu echo starotestamentalnych reguł, w myśl których nie wolno w jedno jarzmo wprzęgać woła i osła (por. Pwt 22,10) oraz nie wolno krzyżować ze sobą różnych zwierząt (por. Kpł 19,19). Wyznawcy Chrystusa stanowią inną kategorię ludzi niż bałwochwalczy poganie. Nie mogą ze sobą wchodzić w relacje, tak jak by stanowili jeden rodzaj ludzi. Tutaj wspólnego mianownika nie ma. Dodać warto, że samo jarzmo, jakie nakłada Jezus, jest słodkie (por. Mt 11,30). Jarzmo, w które są wprzęgnięci poganie, jest odmienne. Powagę problemu apostoł wzmacnia serią pytań retorycznych zbudowanych na zestawianiu przeciwstawnych sobie pojęć i obrazów (według schematu „co ma wspólnego X z Y?”). Na początku pojawia się zestawienie „sprawiedliwości” z „niesprawiedliwością” (w. 14). Chrześcijanie dążąc do sprawiedliwości, zachowują przykazania Boże, podczas gdy poganie ich nie przestrzegają. Dalej pojawia się zestawienie „światła” i „ciemności”. Chrześcijanie są „dziećmi światłości” (por. Ef 5,8) oświeconymi przez wiarę i objawienie. Jako uczniowie Pana mają świecić światłem widocznym i nieprzykrytym przez korzec (por. Mt 5,15). Z kolei poganie idą złą drogą, wyznając nieistniejące bóstwa. Pozostają w ciemności, z dala od zbawienia (światło często jest synonimem zbawienia, a ciemność jego braku). Ciemność ponadto kojarzy się z działaniem złych duchów. W tym kontekście nie dziwi kolejne przeciwstawienie. Apostoł pyta, co ma wspólnego Chrystus z Beliarem (w. 15a). Beliar to jedno z określeń odnoszących się do szatana, który jest całkowitym przeciwieństwem Chrystusa. W ostatniej parze autor zestawia człowieka „wierzącego” z „niewiernym” (w. 15b). Użyty tu przymiotnik apistos tworzy inkluzję wraz z w. 14.
Ostatnim zestawieniem w retorycznych pytaniach apostoła stanowi kwestia braku jakiegokolwiek wspólnego mianownika między świątynią Boga a bożkami (idolami). Po tym pytaniu św. Paweł wyjaśnia adresatom: „my jesteśmy świątynią Boga żywego” (w. 16). Jest tylko jeden Bóg (określony jako żywy), a pogańskie bóstwa nie istnieją. Poganie jednak ślepo wierzą w ich istnienie i oddają im cześć, m.in. budując liczne świątynie (a takich w czasach apostoła w Koryncie było wiele). Nie tylko wyznawany przez chrześcijan Bóg jest jedynym, prawdziwym i żywym Panem, ale także oni sami jako wspólnota Kościoła stanowią żywy, duchowy organizm dzięki działaniu Ducha Świętego. Widzimy tu echo Pawłowej nauki o Kościele jako Ciele Chrystusa połączonej z przekonaniem, że w ciele chrześcijanina zamieszkuje Duch Boży. Św. Paweł prawdę tę pokazuje jako wypełnienie starotestamentalnych zapowiedzi, zwłaszcza proroctw Jeremiasza i Ezechiela o Nowym Przymierzu oraz proroctwa Natana z 2 Sm 7,14: „Ja będę mu ojcem, a on będzie Mi synem” (przywołane jest ono w w. 18). W taki oto sposób św. Paweł uzasadnia powstrzymywanie się od relacji z poganami. Chrześcijanin żyje w żywym organizmie Kościoła i niejako należy do duchowej rodziny Boga, a poganin funkcjonuje poza tą wspólnotą i nie należy się z nim bratać.
Ojcowie Kościoła
Św. Augustyn: „Czym jest nasza dusza dla członków ciała, tym jest Duch Święty dla członków Chrystusa, którym jest Kościół” (Kazanie 268).
Św. Ireneusz: „Istotnie, samemu Kościołowi został powierzony dar Boży. W nim zostało złożone zjednoczenie z Chrystusem, to znaczy Duch Święty, zadatek niezniszczalności, utwierdzenie naszej wiary i drabina wstępowania do Boga. Bowiem tam, gdzie jest Kościół, jest także Duch Boży; a tam, gdzie jest Duch Boży, tam jest Kościół i wszelka łaska” (Adversus haereses, III,24,1).
Katechizm Kościoła Katolickiego
O roli Ducha Świętego w Kościele:
„Duch Święty jest „Zasadą wszystkich żywotnych i rzeczywiście zbawczych działań w poszczególnych częściach Ciała”. Na różne sposoby buduje On, całe Ciało w miłości: przez słowo Boże, które jest „władne zbudować” (Dz 20, 32); przez chrzest, przez który formuje Ciało Chrystusa; przez sakramenty, które dają wzrost i uzdrowienie członkom Chrystusa; przez „łaskę daną Apostołom, która zajmuje pierwsze miejsce wśród Jego darów”; przez cnoty, które pozwalają działać zgodnie z dobrem, a wreszcie przez wiele łask nadzwyczajnych (nazywanych „charyzmatami”), przez które czyni wiernych „zdatnymi i gotowymi do podejmowania rozmaitych dzieł lub funkcji mających na celu odnowę i dalszą pożyteczną rozbudowę Kościoła”” (798).
Nauczanie papieży
Bednedykt XVI : „Świątynia z cegieł jest symbolem żywego Kościoła, wspólnoty chrześcijańskiej, którą już apostołowie Piotr i Paweł w swoich listach określali jako «budowlę duchową», wzniesioną przez Boga z «żywych kamieni», którymi są chrześcijanie, na jedynym fundamencie, którym jest Jezus Chrystus, porównywany do «kamienia węgielnego» (por. 1 Kor 3, 9-11.16-17; 1 P 2, 4-8; Ef 2, 20-22). «Bracia, wy zaś jesteście (…) Bożą budowlą», pisze św. Paweł, i dodaje: «Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście» (1 Kor 3, 9 i 17). (…) Kościół żywych kamieni buduje się w prawdzie i miłości i jest wewnętrznie kształtowany przez Ducha Świętego — przemienia się w to, co otrzymuje, upodabniając się coraz bardziej do swego Pana Jezusa Chrystusa. Jeśli żyje on w szczerej i braterskiej jedności, staje się duchową ofiarą miłą Bogu.” (Rozważanie przed modlitwą Anioł Pański 9.11.2008).
Pytania do modlitwy i refleksji
- Co powinienem zrobić, żeby „rozszerzyć” swoje serce?
- W jaki sposób powinienem rozmawiać z ludźmi niewierzącymi?
- Co oznacza dla mnie fakt, że jestem członkiem Kościoła jako Świątyni Boga żywego?
Lektura dodatkowa
- Dąbrowski E., Listy do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (Pismo Święte Nowego Testamentu VII), Poznań – Warszawa 1965
- Kowalski M., Drugi List do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (Biblia Impulsy. Nowy Testament VII), Katowice 2018
- Paciorek A. Drugi List do Koryntian. Wstęp, przekład z oryginału, komentarz (t. VIII) (Nowy Komentarz Biblijny VII), Częstochowa 2009
- Stegman T.D., Drugi List do Koryntian (Katolicki Komentarz do Pisma Świętego), Poznań 2021
e-KAI/ 13 stycznia 2026 – opracował: ks. dr Wojciech Kardyś | Pelplin
***
Czy katolik, który odrzuca ekumenizm, może żyć w zgodzie z nauczaniem Kościoła?
„Wy uważacie tamtych za heretyków, ale oni za heretyków uważają was. I co dalej?” – o właściwej koncepcji ekumenizmu mówi ks. dr hab. Sławomir Pawłowski SAC.
Franciszek Kucharczak: W 2022 roku z papieżem Franciszkiem spotkali się liderzy polskich wspólnot charyzmatycznych – katolickich i ewangelikalnych. Potem jedni i drudzy spotkali się z krytyką ze strony niektórych współwyznawców. Dialog ekumeniczny ma wrogów po obu stronach?
ks. Sławomir Pawłowski: Przeciwnicy ekumenizmu są w wielu wyznaniach chrześcijańskich. Myślę, że jest ich znaczna mniejszość, ale są głośniejsi.
Skąd się to bierze?
Zapewne z błędnej koncepcji ekumenizmu. Wielu myśli, że ekumenizm oznacza kompromis w sprawach wiary albo że dialogi ekumeniczne są rodzajem handlu prawdami wiary. A tak nie jest.
A jak jest?
Dialog ekumeniczny to jest wspólne odkrywanie objawionej prawdy. Wyobraźmy sobie, że dwie osoby idą obok siebie różnymi ścieżkami i te ścieżki zbliżają się do siebie. I nawet jeśli na razie nie widać punku ich spotkania, to może gdzieś za horyzontem one się zejdą. Jest wiele dialogów ekumenicznych, które poświadczają, że tak jest. Chociażby deklaracja katolicko-luterańska o usprawiedliwieniu z 1999 roku czy deklaracje chrystologiczne z tak zwanymi Kościołami przedchalcedońskimi, które przez katolików, protestantów i prawosławie były uznawane za heretyckie.
Czy jako ekumenista spotyka się Ksiądz z wrogością?
Z wrogością rzadko, o wiele częściej spotykam się z obojętnością albo też z nieznajomością innych wyznań. W Polsce jest to częściowo usprawiedliwione, bo katolików jest tu olbrzymia większość i często nie mamy okazji poznać innych chrześcijan. Ciekawie wyszło to w syntezie krajowej procesu synodalnego na temat ekumenizmu. Wynika z tego po pierwsze, że my, katolicy, czujemy, iż ekumenizm jest czymś ważnym, i to dobrze. Po drugie, często boimy się, że ekumenizm zagraża naszej katolickiej tożsamości. I po trzecie – nie mamy doświadczenia ekumenicznego, jest za to poczucie, że ekumenizm dotyczy innych, którzy sąsiadują z innymi wyznaniami. Pewną zmianę wprowadziło tu przybycie emigrantów z Ukrainy, często wyznania prawosławnego. To nam trochę otworzyło oczy na relację z innymi wyznaniami.
W kwestii ekumenizmu istnieje u nas duży opór, szczególnie widoczny w środowiskach tradycjonalistycznych.
Radykalnym przeciwnikom ekumenizmu w Kościele katolickim chciałbym pokazać przeciwników ekumenizmu po stronie protestanckiej. I powiedzieć: „No i co? Wy uważacie tamtych za heretyków, ale oni za heretyków uważają was. I co dalej?”. Trafiła kosa na kamień – i tworzą się mury. Ja myślę, że antyekumenizm po stronie wielu wyznań sam siebie dyskredytuje, bo pozostawia chrześcijan w kompletnej izolacji względem siebie i nie wskazuje żadnej drogi wyjścia.
Ale czy te stawiane przez wieki mury nie brały się z założenia, że formalna przynależność do Kościoła katolickiego jest warunkiem zbawienia?
No tak, tylko że ci z drugiej strony myśleli tak samo.
Sobór Watykański II to zmienił.
To się zaczęło ciut wcześniej. Już przed soborem byli prekursorzy ekumenizmu. Ostatnim papieżem, którego tradycjonaliści bardzo szanują, jest Pius XII. I to z jego akceptacją Święte Oficjum w 1949 roku wydało dekret De motione oecumenica, który po raz pierwszy uznawał ruch ekumeniczny za przejaw działania Ducha Świętego i zezwalał na trochę więcej niż poprzednie ustalenia Stolicy Apostolskiej.
Wtedy inaczej rozumiano cel ekumenizmu, czyli żeby wszyscy zostali katolikami, prawda?
Tak, niektóre ustalenia pionierów ekumenizmu w pierwszej połowie XX wieku rzeczywiście trochę grzeszyły pewnym relatywizmem czy panchrystianizmem. Ruch ekumeniczny jednak dojrzał i dostrzeżono, że czymś bardzo ważnym jest pielęgnowanie własnej tożsamości, a na tyle, na ile można, dopuszczenie jakiejś wymiany darów duchowych lub przynajmniej współpracy. Jest to zbieżne z tym, co zauważył Jan Paweł II w Ut unum sint, gdy stwierdził, że obydwie strony mają sobie bardzo wiele do zaproponowania.
Co oni mogą nam zaproponować, skoro my, katolicy, mamy pełnię środków zbawienia?
Proszę zauważyć, że ta pełnia jest nam dana i zadana. Można to porównać do posiadania skrzyni ze skarbem. My mamy ten skarb, ale nie do końca wiemy, co w tej skrzyni jest. Na przykład chrześcijanie w III wieku nie mają jeszcze wyznania wiary – ono się ukształtuje dopiero w latach 325–381. Czyli co? Mają pełnię, ale nie mają tak sformułowanego, jak w następnym wieku, wyznania wiary. A potem trzeba było poczekać do początku wieków średnich, aż ukonstytuuje się nauka o tym, że sakramentów jest siedem, a nie sto dwadzieścia. Sakramenty były sprawowane, ale obdarzenie wspólną nazwą tych siedmiu misteriów to dopiero następne wieki.
Czyli w tej skrzyni są rzeczy, których jeszcze nie odkryliśmy?
Tak. Tu chodzi najpierw o pełnię środków zbawienia, np. o sakramenty. Ale Bóg może udzielać łaski także poza sakramentami! Dalej chodzi tu o pełnię objawionej prawdy. Ale objawienie Boże, choć zostało już zakończone, nie zostało jeszcze w pełni zgłębione. Nie zapominajmy, że Kościół ciągle pielgrzymuje w odkrywaniu tego objawienia. Jeżeli tak pielgrzymował przez ostatnie 20 wieków, to czy możemy zakładać, że to pielgrzymowanie już się zakończyło? Dlaczego? Jeśli, na przykład, ludzkość będzie istnieć jeszcze 18 tysięcy lat, to w roku 20 000 ludzie Kościoła będą myśleli o roku 2000 tak, jak my dzisiaj myślimy o roku 200. A co my myślimy o roku 200? Kościół niemalże pierwotny, który dopiero zaczyna pielgrzymkę. Więc status Kościoła w drodze jest bardzo ważny. Dlatego może się zdarzyć, że potrzebujemy innych, żeby odkryć, co my w tej skrzyni mamy.
Ci inni więc też mają jakieś dary?
Duch Święty dał innym chrześcijanom dary, które są również darami dla nas. My mamy więc tę pełnię, ale z drugiej ręki, i musimy sobie to od nich wziąć.
Co na przykład?
Na przykład siłę słowa Bożego i jego głoszenia, umiłowanie osobistego czytania Pisma Świętego – to było w protestantyzmie, a myśmy to sobie przyswoili. Albo synodalność, bardzo rozwiniętą w Kościołach wschodnich. Sobór przypomniał nam ponadto o tzw. hierarchii prawd wiary, która polega nie na tym, że coś jest mniej lub bardziej prawdziwe, tylko na tym, że jakieś prawdy są w centrum – i to są prawdy kerygmatyczne. Trzeba przyznać braciom protestantom, zwłaszcza ewangelikalnym, że oni potrafią doskonale głosić kerygmat. My w Kościele katolickim poprzez wysiłek tzw. nowej ewangelizacji oswoiliśmy się z tym pojęciem i wiemy, że – chociażby w Ruchu Światło–Życie – słynne „cztery prawa życia duchowego” to jest właśnie kerygmat. Czyli pierwsza prawda, że Bóg cię kocha. Druga prawda – o grzechu, który mnie oddziela od Boga. Trzecia prawda o Chrystusie, który tę wyrwę między Bogiem a człowiekiem zasypał sobą, stał się mostem. I czwarta, że ja muszę do Chrystusa przylgnąć, żeby być pojednanym z Bogiem. W katolickiej wersji jest jeszcze aspekt wspólnotowy i jest też przyjęcie Ducha Świętego. Ksiądz Franciszek Blachnicki wziął to od protestantów. To są prawdy centralne.
Co nas dzisiaj, poza prawdami centralnymi, realnie łączy? Zapewne chrzest?
Owszem, ale większość ewangelikalnych Kościołów uznaje tylko chrzest dorosłych. Mają trudności z uznaniem chrztu osób nieświadomych. Chociaż tu też następuje pewne zbliżenie, bo my wiemy, że człowiek ochrzczony bez swojej świadomości musi w którymś momencie – żeby być żywym chrześcijaninem – wyznać wiarę osobiście. Z kolei ewangelikalni coraz częściej uznają pewne odwrócenie kolejności – czyli że ktoś był ochrzczony, nie mając świadomości, a potem wyznaje swoją wiarę. Tu też jest zbliżenie. Katolików, starokatolików i prawosławnych łączą również praktycznie wszystkie sakramenty. Uznajemy nawzajem ważność wszystkich siedmiu sakramentów. No i łączą nas niektóre prawdy dotyczące moralności.
Nie wszystkie?
Dopiero w ubiegłym wieku kwestie moralne zaczęły dzielić chrześcijan: podejście do „małżeństw” osób tej samej płci, aborcji czy do in vitro. Ale co różni jednych, to łączy drugich. I bywa, że chrześcijanie, którzy pod względem nauki o sakramentach są trochę dalej od siebie, są bardzo blisko, jeśli chodzi o naukę etyczną. Na przykład Adwentyści Dnia Siódmego mają taką jak protestanci naukę o sakramentach, ale sprzeciwiają się małżeństwom osób jednej płci.
Czy katolik, który odrzuca ekumenizm jako taki, jest w zgodzie z nauczaniem Kościoła?
Nie jest w zgodzie z tzw. zwyczajnym nauczaniem Kościoła. Nie neguje żadnego dogmatu, ale nauczanie Kościoła katolickiego nie ogranicza się do dogmatów, jest o wiele bogatsze. Myślę, że niektóre osoby z nurtu tradycjonalistycznego, negujące ekumeniczne nauczanie ostatnich papieży, są podobne do osób siedzących na gałęzi i ją piłujących. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś taki może się nazywać do końca katolikiem. To dla mnie nie do wyobrażenia. Bo w nauczaniu Kościoła wciąż zachodzą pewne zmiany, a ci, którzy siedzą na tej gałęzi, cytują stare dekrety, jakieś inne dokumenty, z których wynika co innego, niż to, o czym teraz mówimy. Popełniają błąd ahistoryzmu. Niektóre sformułowania miały przecież trochę inny sens i inny był też w tamtych czasach kontekst.
Rozpoczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Spotkania ekumeniczne są wyrazem realnej wspólnoty czy tylko znakiem przyszłej nadziei?
I jedno, i drugie, bo nawet Sobór Watykański II uczy, że wspólnota między chrześcijanami różnych wyznań już istnieje i jest realna, tylko niedoskonała. Czyli jest wyrazem już istniejącej wspólnoty, niedoskonałej, i nadzieją na przyszłość, bo się modlimy. A tym, którzy krytykują, że chrześcijanie się modlą, chciałbym zadać pytanie: a jak jest w ich życiu? Czy to, że chodzą w niedzielę do kościoła, zmienia ich życie na co dzień? Ale jeszcze trzeba powiedzieć, że oprócz tego są modlitwy i inicjatywy w ciągu roku, poza tym styczniowym tygodniem. Wiadomo, że tydzień ma szczególną uroczystą oprawę, ale uroczystości nie mogą trwać codziennie. Są po to, by przypomnieć, że ekumenizm jest ważny dla katolików i w ogóle dla Kościoła.
Gość Niedzielny
***
„Nie odejdę stąd, dopóki nie opowiecie mi o Jezusie!”.
Muzułmanie coraz częściej pukają do drzwi kościołów i proszą o chrzest

istockphoto
***
To będą historie, które nie śniły się filozofom… Chociaż nie – śniły się, nawet profesorom wyższych uczelni. W krajach muzułmańskich.
Przyszła do mnie wstrząśnięta Uzbeczka, mówiąc, że przyśniła jej się Maryja, która miała powiedzieć: „Podążaj za moim Synem”. Kobieta spytała: „Ale jak mam to zrobić, przecież jestem muzułmanką!”. I mnie też zapytała, co ona ma teraz z tym począć – mówi o. Piotr Kawa, franciszkanin. W Uzbekistanie pracował 27 lat. Był świadkiem przebudzenia duchowego u wielu muzułmanów, często również niewierzących, ale wychowywanych w kulturze przenikniętej islamem, gdzie nikt sobie nie wyobraża konwersji na chrześcijaństwo. Jego opowieści to zresztą jedne z wielu podobnych historii, o których mówią ludzie z różnych stron świata. Odkrywanie Jezusa przez muzułmanów to rosnące od lat zjawisko w świecie islamu. Potwierdzają to również Polacy, którzy głoszą w tych krajach Ewangelię. „Problem” występuje i jest uważnie monitorowany także w wielu krajach zachodnich, gdzie żyją duże społeczności muzułmanów. Można nie wierzyć, gdy sami zainteresowani mówią, że śnił im się Jezus. Choć powtarzalność tych opowieści u setek osób z różnych zakątków globu powinna zastanowić największych sceptyków. Nie można jednak zaprzeczyć faktom: byli muzułmanami – wybrali Chrystusa, ryzykując wszystko.
Od Koranu do Biblii
Mohammeda Al-Musawiego poznałem 9 lat temu. Irakijczyk przyjechał do Polski z Francji. Mieszka nad Sekwaną od czasu, gdy uciekł ze swojego kraju: stał się chrześcijaninem, a jego kuzyni chcieli wymierzyć mu „sprawiedliwość”. Właściwie nie poznałem Mohammeda, tylko Jusefa Fadella, bo takie imię i nazwisko nosi od momentu swojego chrztu. Zmiana tożsamości była konsekwencją wyboru, którego dokonał. Wcześniej nie tylko imię, popularne wśród muzułmanów, łączyło go z Prorokiem, twórcą islamu. Również nazwa rodu, Musawi, dawała jemu i jego rodzinie uprzywilejowane miejsce w irackim społeczeństwie. Imam Musa był jednym z potomków Alego, kuzyna i zarazem zięcia Mahometa. Dla szyitów (jeden z dwóch głównych, obok sunnitów, nurtów w islamie) Ali jest równie ważny jak Mahomet. I chyba nie trzeba już więcej nic dodawać, by zrozumieć, jak wielkim szokiem była wiadomość, że pupil głowy rodu został chrześcijaninem.
Koran przeczytał dopiero za sprawą… swojego chrześcijańskiego współlokatora w wojsku. – Chciałem mu wytknąć w Biblii jego chrześcijańskie błędy, a on powiedział, że przyniesie mi Pismo Święte dopiero wtedy, gdy ja przeczytam Koran. Zdziwiłem się, ale zacząłem go dokładnie czytać. Ku swojemu przerażeniu nie mogłem znaleźć ukojenia, czytając poszczególne fragmenty. Po pewnym czasie poczułem, że w sercu rozstaję się powoli z islamem, że tracę grunt pod nogami, filar, na którym opierałem swoje życie, dumę z nazwiska i pochodzenia – ciągnął opowieść. Nie powiedział o tym od razu swojemu chrześcijańskiemu koledze z koszarów. Miał za to sen. – Widziałem, że stoję koło rzeki, blisko brzegu, metr od wody, a po drugiej stronie była postać mężczyzny. Czułem wyraźnie przynaglenie, żeby zbliżyć się do niego. Mężczyzna wyciągnął rękę i powiedział: „Jeśli chcesz przejść przez tę rzekę, musisz spróbować chleba życia”. Obudziłem się i stwierdziłem, że nigdy wcześniej nie słyszałem tego określenia, to było zupełnie nieznane w naszej kulturze. Tego samego dnia po przyjeździe Masud dał mi Ewangelię. Doradził, żeby zacząć czytać od św. Mateusza. Ja jednak otworzyłem najpierw przypadkowy fragment Ewangelii według św. Jana. Pierwszym zdaniem, jakie w życiu przeczytałem w Biblii, było: „Ja jestem chlebem życia”… Po chrzcie, który niemal wyżebrał u jednego z biskupów w sąsiedniej Jordanii (bo w Iraku nikt nie chciał się tego podjąć, tamtejsi biskupi byli przekonani, że to prowokacja), był przez długie miesiące torturowany przez ludzi nasłanych przez własną rodzinę. Musiał uciekać do Europy. Z żoną, którą również sprowadził na nową (złą w oczach ziomków) drogę.
Wpuście mnie!
Stanisław Cinal jest dyrektorem w Alpha International odpowiedzialnym za rozwój kursów Alpha w Europie Wschodniej i Alpha w więzieniu w regionie EMENA (Europa, Bliski Wschód i Afryka Północna). Od lat z bliska obserwuje muzułmanów, którzy mają w sobie głód Ewangelii, nawet jeśli nie od razu potrafią go zwerbalizować. Opowiada mi o najbardziej poruszających go historiach. W jednym z budynków stolicy pewnego państwa w Azji Środkowej oficjalnie prowadzono działalność sportową. Nikt nie miał prawa wiedzieć, że spotykają się tam również chrześcijanie, w tym konwertyci z islamu. Pewnego dnia do domofonu zadzwonił Timur (imię zmienione). Był praktykującym muzułmaninem, który powiedział, że szuka informacji o Jezusie i wie, że w tym miejscu może je otrzymać. Gospodarze zamarli – początkowo byli przekonani, że to jakaś prowokacja ze strony służb, które być może chcą przeprowadzić aresztowania. Timur jednak nie odpuszczał i zaczął uderzać wręcz pięściami w drzwi, błagając o ich otwarcie. „Nie odejdę stąd, dopóki nie opowiecie mi o Jezusie”. Gdy gospodarze nadal próbowali przekonać go, że to pomyłka i tutaj odbywają się zajęcia sportowe, Timur powiedział: „Miałem sen, w którym Jezus wskazał mi ten adres i powiedział, że tutaj o Nim usłyszę”. Dziś Timur jest chrześcijaninem i aktywnym członkiem Kościoła.
Stanisław poznał też osobiście anglikańskiego biskupa Jasira Erica, znanego w środowisku byłych muzułmanów, konwertytów na chrześcijaństwo (tzw. MBBs – Muslim-Background Believers). Sam biskup był przez lata bardzo radykalnym dżihadystą z Sudanu. – Został chrześcijaninem, bo był świadkiem cudu. Po prostu przyszli chrześcijanie, zaczęli się modlić nad nieuleczalnie chorym i nastąpiło uzdrowienie na jego oczach. To mu wystarczyło. Ochrzcił się i oczywiście rodzina od razu go odrzuciła, zwłaszcza że jego dziadek był głową lokalnego klanu – opowiada Staszek. Historia, którą biskup niedawno opowiadał, zapewne i naszych czytelników przyprawi o gęsią skórkę. – Biskup Jasir był w Niemczech, gdy zadzwonił do niego jakiś człowiek, mówiąc, że mieszka w Libii na pustyni i prosi, by biskup przyjechał i ochrzcił 38 mężczyzn. Biskup zapytał o adres. Wtedy człowiek odpowiedział: „Przyjedź na granicę”. Powtarzał wiele razy właśnie to zdanie: „Przyjedź na granicę”. Biskup miał podobną refleksję jak gospodarze z owej sali sportowej, że to jakaś prowokacja. Postanowił to zignorować. Ale po kilku dniach zadzwonił do niego jego przyjaciel, pastor z Egiptu, i powiedział: „Słuchaj, nie wiem, o co chodzi, ale usłyszałem głos mówiący mi, że mam z tobą jechać na granicę libijską”. Gdy biskup Jasir to usłyszał, od razu się spakował i wyleciał do Egiptu. Tam spotkał się z przyjacielem i pojechali w stronę granicy, dzwoniąc do tego człowieka „z pustyni”. I rzeczywiście, tam go spotkali i później jechali z nim jeszcze 9 godzin w głąb kraju. Na miejscu czekało faktycznie 38 mężczyzn, którzy prosili o chrzest. Na pytanie, dlaczego chcą się ochrzcić, odpowiedzieli, że przyszedł do ich wioski jakiś nieznajomy człowiek. Gościł u nich przez tydzień, wywarł na nich ogromne wrażenie i na końcu powiedział, że przyjedzie do nich dwóch mężczyzn, którzy ich ochrzczą. Oni są przekonani, że przyszedł do nich sam Zmartwychwstały, tak to opisują… – Stanisław sam ma świadomość, że ta opowieść biskupa Jasira może szokować nawet wierzących odbiorców. Biskup, który narażał życie, porzucając islam, nie zamierza jednak cenzurować swoich opowieści: mówi tak, jak to sam przeżył i zapamiętał.
„Wygooglana” modlitwa
Aleksander Szczyrba z przyjaciółmi z wodzisławskiej wspólnoty „Kahal” od paru lat również jeździ do krajów w Azji Środkowej, gdzie prowadzą ewangelizacyjne kursy Alpha i kursy małżeńskie wypracowane pod szyldem Alpha International. Uczestniczą w nich m.in. muzułmanie. – Na początku „nie ma Jezusa w przekazie”. Jest za to obecne Jego przesłanie: miłość, akceptacja, ludzka godność… On jest od początku, ale w nas. Działa przez nas, a oni Go rozpoznają. Na końcu kursu często mówią: „A my czekaliśmy, kiedy w końcu zaczniecie nas nawracać”. Wolność, jakiej doświadczają, jest tutaj kluczem – mówi Olek. Największe wrażenie zrobiło na nim nawrócenie młodej muzułmanki, która została uwolniona z opętania. – Reakcja jej rodziny, ludzi inteligentnych i wykształconych, którzy byli świadkami tego cudu, była niesamowita. Rodzice nie mogli znaleźć pomocy u imama, psychiatry czy w innych miejscach. Zapukali więc do… furty klasztoru katolickiego. Po kilku miesiącach regularnych spotkań i egzorcyzmach, została uzdrowiona. Postanowiła się ochrzcić. Uczestniczyła w katechezie, a z nią jej początkowe nieufni rodzice. Podczas tych spotkań rodzice byli biernymi słuchaczami. Ale słowo, które słyszeli, zaczęło w nich kiełkować… Teraz wszyscy chcą się ochrzcić – ciągnie opowieść Olek.
Podobną historię słyszę od księdza pracującego w jednym z krajów islamskich. Rodzina niewierzących akurat muzułmanów, mówiąc wprost – ateiści. Praktycznie wszyscy są uznanymi profesorami na jednej z wyższych uczelni. – Córka zaczyna zachowywać się tak, że z naszej perspektywy wygląda to na opętanie – mówi ksiądz. – Dla rodziny ateistów odkryło się nagle nieznane im wcześniej okno: widzą, że istnieje jakiś świat duchowy, o którym oni nie mieli pojęcia. W poczuciu zupełnej bezradności przychodzi jej do głowy myśl: muszę znaleźć Michała Archanioła. Ale ona nie ma w ogóle pojęcia, kto to jest. Prosi brata, by „wygooglał” jej takie hasło w internecie. Drukuje sobie na kartce egzorcyzm prywatny do św. Michała Archanioła, modli się tymi słowami. Później przychodzi jej do głowy myśl o modlitwie „Ojcze nasz” – tego również wcześniej nigdzie nie słyszała! – kontynuuje mój rozmówca. Dziewczyna modli się tymi słowami, następuje walka duchowa, ksiądz jest świadkiem uwolnienia… Wszyscy przygotowują się do chrztu, prawdopodobnie przyjmą go w najbliższą Wielkanoc.
My ich nie szukamy
Trudno powiedzieć, jaka jest rzeczywista skala takich przypadków. Z pewnością o wielu z nich nigdy się nie dowiemy. Jeśli wierzyć danym stowarzyszenia Notre-Dame de Kabylie, założonego przez pochodzącego z Algierii konwertytę Mohammeda Christophe’a Bileka, rocznie na całym świecie aż 6 mln muzułmanów prosi o chrzest. „The Times” ocenił kiedyś (bazując na danych różnych wspólnot chrześcijańskich), że aż 15 proc. muzułmanów przybywających do Europy przechodzi na chrześcijaństwo.
W przypadku krajów Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej ta skala jest trudniejsza do ogarnięcia. Były metropolita Algieru, abp Paul Desfarges SJ, mówił parę lat temu w rozmowie z Radiem Watykańskim, że w samym Kościele katolickim to ciągle mały nurt, ale jednak coraz bardziej zauważalny: „My ich [muzułmanów] nie szukamy, to oni przychodzą do nas, z własnej inicjatywy. Jeden po drugim. Zawsze jest to wielka niespodzianka. Przychodzą, bo sami szukają, rozwijają się duchowo. Wielu z nich, naprawdę wielu z nich, miało jakiś sen, wizję, która wstrząsnęła ich życiem. I to po tym wydarzeniu przychodzą i pukają do drzwi naszego Kościoła”.
Zjawisko jest na pewno bardziej zauważalne w Kościołach protestanckich, głównie w nurtach ewangelikalnych, które są bardzo aktywne w krajach muzułmańskich. Pytam o to przywołanego na początku o. Piotra Kawę. – Mogę mówić tylko o Uzbekistanie, który znam. Pamiętajmy, że do 1987 roku oficjalnie Kościół katolicki tutaj nie istniał. Protestanci działali poza strukturami, więc u nich jest najwięcej tych konwersji z islamu. Oni też lepiej wykorzystali do ewangelizacji krótki moment pieriestrojki: wchodzili do szkół, do kin i wyświetlali film „Jezus”, sprowadzali Pismo Święte, niektóre wspólnoty gromadziły nawet po parę tysięcy ludzi. Poprzedni prezydent, gdy zobaczył, że tak dużo Uzbeków przyjmuje chrześcijaństwo, zaczął to „piłować”, wprowadzając obostrzenia. Część konwertytów wyjechała, część wróciła do islamu. My, katolicy, trzeba przyznać, nie wykorzystaliśmy tej okazji. Zajęliśmy się głównie duszpasterstwem żyjących tu Polaków i Niemców. I dobrze, bo to jest ważne, ale jednak zabrakło nam zainteresowania ewangelizacją Uzbeków. Ale Pan Bóg zmienia również i to w naszym Kościele – mówi.
Bóg robi atmosferę
Do parafii w Taszkencie przychodzi mnóstwo młodych Uzbeków. To stały punkt wycieczek po mieście – przyciąga wyjątkowa na tle reszty gotycka architektura. – Młodzi muzułmanie przychodzą, siedzą w ławce, patrzą się w tabernakulum, nie wiedząc, co to jest, czasem pytają, co znajduje się „w tej skrzynce”. Ale to, z czym wychodzą i czego nigdzie nie doświadczają, to pokój. I nieraz ci odważniejsi pytają nas, co się tutaj takiego dzieje, że oni tego nie doświadczają w meczecie. I to jest punkt wyjścia do opowiadania im o Jezusie. Oni Go znają jako proroka, ale tego wyciszenia i pokoju nigdy i nigdzie nie doświadczyli. Dwie Uzbeczki mówiły, że nie doświadczyły tego nawet u protestantów. Pan Bóg robi atmosferę, a my możemy opowiadać o Jezusie – ciągnie opowieść o. Kawa. – Sytuacja jest o tyle trudna, że Uzbekistan się radykalizuje. Rodzice jednego z konwertytów najpierw „jakoś” przyjęli informację, że syn chce się ochrzcić, ale kiedy społeczeństwo zaczęło się radykalizować, to on musiał opuścić Uzbekistan, bo zaczął mieć problemy w rodzinie – mówi franciszkanin. Jego zdaniem częstotliwość występowania snów, w których pojawia się Jezus, związana jest też z tym, że ludzie na Wschodzie są bardziej wrażliwi duchowo niż ludzie Zachodu. – To są naprawdę dość częste przypadki, że spotykają we śnie Jezusa, rzadziej Maryję, ale to również się zdarza [jak w przywołanej na wstępie historii – J.Dz.].
Islam drogą do prawdy?
Czasem dochodzi do zabawnych wręcz sytuacji: kiedyś imamowie z meczetu wysyłali do parafii katolickiej swoich ludzi z prośbą, by ksiądz katolicki „wygonił ducha chrześcijańskiego, który dręczy tego pobożnego muzułmanina”. Mężczyzna miał sny o Jezusie, zaczął myśleć o chrześcijaństwie, opowiedział o tym imamom, a ci uznali, że widocznie jest opętany przez jakiegoś ducha i na egzorcyzmy wysłali go do katolików – opowiada o. Piotr.
Wierzy mocno, że Chrystus upomina się o wyznawców islamu. – Muzułmanie często modlą się taką modlitwą: „Oby Allah prowadził nas drogą prawdy”. Na drodze pobożnego muzułmanina pojawia się często pragnienie poznania Jezusa. Wtedy ich myśli idą w stronę Biblii. Muzułmanie modlą się przecież do Boga Abrahama, a więc modlą się do Ojca Jezusa. Jeśli to jest szczera prośba o podążanie drogą prawdy, to mają szansę odkryć Chrystusa, bo Bóg Abrahama wysłucha ich modlitw. Przecież w Ewangelii Jezus mówi: „Nikt nie może przyjść do Mnie, jeśli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał”. Paradoksalnie – podkreśla o. Kawa – być może trzeba mówić muzułmanom, żeby byli gorliwymi muzułmanami, bo wtedy będą mieli większą szansę odkryć Jezusa jako Syna Bożego…
Jacek Dziedzina/Gość Niedzielny
***
2,38 mld chrześcijan na świecie. Tak wygląda religijna mapa świata
Chrześcijanie stanowią największą grupę religijną świata. Jest ich 2,38 mld, co sprawia są prawie jedną trzecią wśród 8,3 mld mieszkańców Ziemi. W gronie chrześcijan najliczniejsi są katolicy – 1,2 mld.

***
Dane te przynosi najnowszy raport World Population Review – amerykańskiego bloga internetowego, zbierającego je od 2013 roku.
O ile w skali świata najwięcej chrześcijan mieszka w Stanach Zjednoczonych (213 mln) i Brazylii (180 mln), to procentowo dominują oni zazwyczaj w niewielkich państwach. W Watykanie stanowią 100 proc. mieszkańców, w Timorze Wschodnim 99,6 proc. w Samoa Amerykańskim 98,3 proc. Kolejne miejsce, z 98 proc., zajmuje pierwszy duży kraj w tym zestawieniu – Rumunia. Za nią znajdują się: Armenia (97,9 proc.), Wyspy Salomona i Wyspy Marshalla (po 97,5 proc.), Grenada (97,3 proc.), Papua-Nowa Gwinea (97 proc.), Grenlandia (96,6 proc.), Haiti i Paragwaj (po 96 proc.).
Chrześcijaństwo dominuje w obu Amerykach, Rosji, Afryce subsaharyjskiej, na Filipinach i Timorze Wschodnim oraz w sporej części Oceanii. Gdy chodzi o Europę, która historycznie była instytucjonalnym i demograficznym centrum chrześcijaństwa, to od połowy XX wieku odnotowuje stały spadek liczby osób uważających się za chrześcijan. Wynika to z wielu czynników, w tym sekularyzacji, zmiany stylu życia, stopniowej marginalizacji instytucji religijnych, a także zmian demograficznych związanych z napływem imigrantów. Rumunia jest tu obecnie „raczej wyjątkiem niż normą”.
Ilu jest wiernych w innych religiach?
Oprócz chrześcijan najwięcej jest wyznawców islamu (1,91 mld), hinduizmu (1,16 mld), buddyzmu (507 mld), religii tradycyjnych (430 mln), judaizmu (14,6 mln). Inne, mniejsze religie wyznaje łącznie 61 mln ludzi. Jednocześnie bez przynależności religijnej pozostaje lub uważa się za ateistów 1,19 mld mieszkańców Ziemi.
W sumie do religii przyznaje się 85 proc. populacji naszej planety. Najwięcej ludzi wierzących mieszka w Indiach (1,4 mld), w Indonezji (274,6 mln), USA (238,5 mln), Pakistanie (235 mln), Nigerii (213,2 mln), Brazylii (180,6 mln), Bangladeszu (166,3 mln), Chinach (148 mln), Etiopii (118,9 mln), Rosji (116,8 mln), Meksyku (113,3 mln), Filipinach (112 mln) i Egipcie (109,3 mln). Polska zajmuje 39. miejsce z 34,9 mln osób wierzących.
Dane przedstawione w World Population Review pochodzą z uznanych międzynarodowych źródeł, takich jak: ONZ, instytut badawczy Pew Research Center, CIA World Factbook i Association of Religion Data Archives. Nie mierzą one praktyk religijnych ani siły wiary.
stycznień 2026
worldpopulationreview.com, tribunechretienne.com, KAI, js/Stacja7
***
11 stycznia
Niedziela Chrztu Pańskiego
Msza św. koncelebrowana w kościele św. Piotra o godz. 14.00
Głównym celebransem będzie ks. Jan Oleszko SAC, sekretarz do spraw misji prowadzonych przez Księży Pallotynów.

fot. Ron Lach/Pexels
***
Kościół katolicki obchodzi dziś w liturgii święto Chrztu Pańskiego. Kończy ono okres Bożego Narodzenia, choć w polskiej tradycji jeszcze do 2 lutego śpiewa się kolędy i nie rozbiera się szopki.
Święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest w pierwszą niedzielę przypadającą po uroczystości Objawienia Pańskiego.
Najstarszej tradycji tego święta należy szukać w liturgii Kościoła wschodniego, ponieważ pomimo wyraźnego udokumentowania w Ewangeliach chrzest Jezusa nie posiadał w liturgii rzymskiej oddzielnego święta. Dekretem Świętej Kongregacji Obrzędów z 23 marca 1955 r. ustanowiono na dzień 13 stycznia, w miejsce dawnej oktawy Epifanii, wspomnienie chrztu Jezusa Chrystusa. Posoborowa reforma kalendarza liturgicznego w 1969 r. określiła ten dzień jako święto Chrztu Pańskiego. Pominięto wyrażenie “wspomnienie” i przesunięto jego termin na niedzielę przypadająca po 6 stycznia.
Teksty modlitw związane ze świętem Chrztu Pańskiego odzwierciedlają bardzo dokładnie i szczegółowo przekazy Ewangelii. Podkreślają przy tym związek tego święta z uroczystością Objawienia Pańskiego.
Chrystus już jako dorosły, 30-letni mężczyzna, przychodzi nad brzeg Jordanu, by z rąk Jana Chrzciciela, swojego poprzednika, przyjąć chrzest. Chociaż sam nie miał grzechu, nie odsunął się od grzesznych ludzi: wraz z nimi wstąpił w wody Jordanu, by dostąpić oczyszczenia. W ten sposób uświęcił wodę. Najszczegółowiej to wydarzenie zrelacjonował św. Mateusz, choć opis chrztu Jezusa zostawili wszyscy trzej synoptycy.
W dniu chrztu Jezus został przedstawiony przez swojego Ojca jako Syn posłany dla dokonania dzieła zbawienia. Misję Chrystusa potwierdza swym świadectwem Bóg Ojciec. Zamknięte przez grzech Adama niebiosa otwierają się, na Jezusa zstępuje Duch Święty. Z nieba daje się słyszeć jednoznaczny głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.
***
Wody czyste
Wody Jordanu są dzisiaj mętne, szarożółte. Dwa razy miałem okazję przypatrywać się ludziom, którzy do nich wchodzili i symbolicznie odnawiali chrzest.

***
Po krótkiej modlitwie księdza zanurzali się w wodzie, z której wychodzili radośni i szczęśliwi, a towarzyszył temu entuzjazm pozostałych uczestników obrzędu. Za każdym razem oglądałem te sceny z innego brzegu: raz z palestyńskiego, raz z jordańskiego. Zapamiętałem żarliwe zapewnienia przewodnika z Jordanii, że to właśnie przy jordańskim brzegu rzeki Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa Chrystusa. Pamiętam też własne zdziwienie i podziw dla odwagi uczestników tych obrzędów, bo krótką chwilę wcześniej przewodnik wyjaśniał, jak bardzo zanieczyszczona jest rzeka. Przy tej okazji zawsze przypomina mi się słynna mapa z Madaby – najstarsza zachowana do dzisiaj mapa Ziemi Świętej (to ona między innymi ma rozwiewać wątpliwości co do miejsca, w którym chrzest przyjął Jezus). Wystarczy przejechać jakieś pół godziny od stolicy Jordanii, żeby ją podziwiać, a i wziąć udział w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne pytania. Na przykład to o przedstawione na niej dwie ryby, które stykają się pyszczkami. Jedna jakby oddala się od Morza Martwego (w którym, jak wiadomo, żyć się nie da), a druga płynie jej na spotkanie z nurtem Jordanu. Większość historyków i archeologów interpretuje ten punkt na mapie jako symbol miejsca spotkań chrześcijan.
Bieżący numer „Gościa” poświęciliśmy temu, co jest najważniejsze, nie tylko ostatnio. Z jednej strony piszemy o sakramencie chrztu, a to z powodu przypadającego w tę niedzielę święta Chrztu Pańskiego. Z drugiej kontynuujemy wątek katechezy w szkole – za sprawą stanowiska Prezydium Konferencji Episkopatu Polski wobec zmian wprowadzanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w organizacji lekcji religii w szkołach publicznych, odczytanego w wielu kościołach 1 stycznia. Zmiany te, wprowadzone bez wymaganego przez ustawę porozumienia z władzami Kościoła katolickiego i Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz innych Kościołów i związków wyznaniowych, komunikat nazywa szkodliwymi z punktu widzenia wychowawczego. „Wobec takich działań MEN i braku woli porozumienia w sprawie kluczowej dla edukacji i wychowania polskich dzieci i młodzieży do wartości wyrażamy stanowczy sprzeciw” – piszą biskupi i dodają, że Kościół będzie podejmował dalsze stosowne kroki prawne mające na celu powstrzymanie wprowadzanych zmian. W bieżącym numerze nie tylko omawiamy szczegóły tych bezprawnych posunięć („Spór nie tylko o naukę religii” – s. 16), ale i wracamy pamięcią do lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to religię usunięto z polskich szkół („Salami z religii” – s. 19). No cóż… jakie czasy, takie reformy (lub taka demokracja). Czy może inaczej – taki styl wchodzenia ludziom w życie, z jednoczesną deklaracją, że to w imię demokracji i dla ich dobra. W czystej wodzie widać byłoby więcej, praktycznie więc rozumują niektórzy, że najpierw trzeba ją trochę zamącić. Ważne, żebyśmy jako obywatele państwa demokratycznego nie dali się na to złowić.
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
„Przez chrzest dziecko ma relację z Bogiem”. Biskup odpowiada byłej prezydent Irlandii

(bp Alphonsus Cullinan, fot. PrtScr / YouTube / Waterford & Lismore Diocese)
***
Biskup Alphonsus Cullinan, ordynariusz diecezji Waterford i Lismore, wyjaśnił w rozmowie ze stacją EWTN News, że chrzest niemowląt jest powszechną praktyką w większości wyznań chrześcijańskich i był praktykowany w Kościele od I wieku. – Chrzest niemowląt, który włącza je w Ciało Chrystusa, czyli w Kościół, czyniąc je dziećmi Bożym jest czymś bardzo dobrym – powiedział. Tym samym odniósł się do zarzutów byłej prezydent Irlandii Mary McAleese, która stwierdziła, że chrzest niemowląt rzekomo narusza prawa człowieka dzieci.
Była prezydent Irlandii Mary McAleese, prawniczka i kanonistka, stwierdziła niedawno w artykule opublikowanym na łamach dziennika Irish Times, że chrzest niemowląt narusza prawa człowieka dzieci i stanowi akt kontroli ze strony Kościoła. McAleese, która niegdyś działała w instytucjach Kościoła katolickiego – m.in. w 1984 została przedstawicielką irlandzkiego episkopatu przy nacjonalistycznym New Ireland Forum, stwierdziła, że przyrzeczenia chrzcielne składane i odnawiane podczas bierzmowania są „fikcyjne” oraz że chrzest niemowląt ignoruje późniejsze prawo dzieci do swobodnego decydowania o swojej tożsamości religijnej, do przyjęcia lub odrzucenia członkostwa w Kościele, bądź do zmiany religii.
Duchowieństwo i świeccy katolicy w Irlandii zdecydowanie odrzucili te twierdzenia, postrzegając je jako okazję do wyjaśnienia, czym w istocie jest chrzest. Na ten temat wypowiedział się choćby bp Alphonsus Cullinan, w rozmowie z EWTN News. – Jezus daje nam polecenie, aby iść i chrzcić. Kościół chrzci więc w posłuszeństwie wyraźnemu nakazowi, który ma oparcie w Biblii. Dlatego chrzest niemowląt, który włącza je w Ciało Chrystusa, czyli w Kościół, czyniąc je dziećmi Bożym jest czymś bardzo dobrym – powiedział hierarcha.
– Gdybyśmy powiedzieli, że poczekamy, aż dziecko dorośnie, by samo podjęło taką decyzję, to jakie inne decyzje także byśmy mu odebrali? Czy na przykład nie dalibyśmy mu dobrego jedzenia? Czy nie pokazalibyśmy mu piękna ruchu i aktywności fizycznej? Czy nie zapewnilibyśmy mu odpowiedniej opieki medycznej? Czy czekalibyśmy, aż samo podejmie te decyzje? – pytał biskup. – Jedną z pierwszych rzeczy, jakie katoliccy rodzice robią wobec swojego dziecka, jest wzięcie jego małej rączki i uczynienie znaku krzyża. Jakże to piękne. Dlaczego rodzice to robią? Ponieważ pragną, aby ich dziecko miało relację z żywym Bogiem przez całe życie i aby zostało poprowadzone ku życiu wiecznemu – dodał.
Zarzuty byłej prezydent odparł również Mahon McCann, filozof i etyk z uniwersytetu w Dublinie. McCann był wychowywany jako ateista przez rodziców ochrzczonych w Kościele katolickim, a został ochrzczony w Kościele katolickim w Wielką Sobotę 2025 roku. – Jako matka Kościół kocha swoje dzieci i mądrze wskazuje rodzicom, by prowadzili je do łaski Boga i zbawczych wód chrztu od najmłodszych lat. Chodzi o zapewnienie im tego, co najlepsze, aby mogły mieć jak najlepsze życie jako część Ciała Chrystusa, Kościoła. Kościół pragnie tego nie z chęci kontroli czy sprawowania władzy, lecz po to, by – jako mądra i przezorna matka – obdarzyć ludzi dobrem – powiedział w rozmowie z EWTN News.
McCann powołał się tu na własne doświadczenia rodzinne. – Moi rodzice po prostu „anulowali” w swoich głowach prawdę o Zmartwychwstaniu i przestali chodzić na Mszę św. itd., jak wielu katolików dzisiaj. Kościół nie ma żadnych prawnych środków, by zmusić kogokolwiek do dążenia do świętości (…) Zamiast oceniać chrzest niemowląt przez pryzmat „praw”, należy zapytać: „czy prawa człowieka są właściwym standardem etycznym do oceny katolickiej teologii moralnej?” – zauważył.
Jego odpowiedź brzmi „nie”. – Katolicka teologia moralna ma charakter teleologiczny, zmierza ku świętości osoby. Dlatego to, co prowadzi do świętości, jest „dobre”, a to, co od niej oddala, jest „złe”. Etyka praw człowieka nie jest ukierunkowana na osiągnięcie świętości i dlatego nie stanowi właściwych ram do oceny katolickich sakramentów czy praktyk – wyjaśnił.
McCann dodał, że przed swoim nawróceniem nie rozumiał w pełni chrztu niemowląt, ale nie zgadza się z traktowaniem go jako umowy prawnej między dwiema stronami. – Tradycja z definicji jest międzypokoleniowa – tradycja, która nie jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, nie jest tradycją – podkreślił. – Chrzest niemowląt jest przede wszystkim decyzją rodziców, którzy obdarowują swoje dzieci uczestnictwem w życiu Kościoła i tradycyjnym katolickim stylem życia prowadzącym do zbawienia. Dlatego też twierdzenie, że niemowlęta i dzieci powinny „wyrazić zgodę” na przynależność do określonej tradycji, jest tak absurdalne, jak mówienie, że powinny same wybierać język, którym będą się posługiwać – podsumował McCann.
PCh24.pl – żródło: KAI
***
Była prezydent Irlandii przeciwko chrztom dzieci. Naruszają „prawa człowieka”
Mary McAleese – była prezydent Irlandii – nie pierwszy raz wypowiedziała się przeciwko chrześcijańskiej prawdzie. Choć kobieta deklaruje katolicyzm, to wielokrotnie podważała nauczanie Kościoła. Odrzuca jego doktrynę o homoseksualizmie, podważa porządek hierarchiczny, domaga się również święceń kapłańskich kobiet. Do zbioru błędów McAleese dodała niedawno kolejny – wyrażając sprzeciw wobec udzielania chrztu świętego dzieciom. Wedle heterodoksyjnej „katoliczki” praktyka ta godzi w prawa człowieka.
Sprzeciwiający się wierze artykuł McAleese opublikowała przy okazji… Święta Chrztu Pańskiego. Wedle byłej prezydent Irlandii praktyka chrzczenia niemowląt jest „poważnym, systematycznym ograniczeniem praw człowieka na dużą skalę”, która „dotyka Irlandii w szczególny sposób”.
Sednem zarzutu McAleese jest fakt, że chrzest na całe życie włącza w Mistyczne Ciało Chrystusa. To jej przeszkadza, ponieważ ogranicza swobodę samodzielnego wyboru tożsamości religijnej w tym zmiany religii. Więcej, McAleese uważa, że nie można widzieć w uczynieniu z ochrzczonego katolika na zawsze „duchowego skutku” tego sakramentu z bożej woli. Widać brak jej nawet podstaw katechezy…
Jak zaznaczył portal infocatolica.com, komentując artykuł byłej prezydent, chrzest niewiele różni się pod względem wyznaczania dziecku życiowej drogi od wychowania i socjalizacji. Nikt nie pyta dziecka, przychodzącego na świat, w jakim systemie prawnym uważa za słuszne funkcjonować, jakiej moralności ma ochotę się uczyć i w jakiej rodzinie życzy sobie się urodzić. A przecież wszystko to wpływa na człowieka przez resztę jego życia…
W przeszłości McAleese wielokrotnie dawała wyraz poglądom wyjątkowo trudnym do pogodzenia z wiarą katolicką. Jej błędy mają nie tylko charakter materialnej herezji – ale przekładają się również na zgubną praktykę. McAleese uczestniczy w ceremoniach anglikańskiego „kościoła Irlandii” …
Wydaje się, że w sprzeciwie kobiety wobec udzielania Chrztu świętego dzieciom widzieć można skutek jej własnych błędnych opinii. Przecząc wielokrotnie prawdzie chrześcijańskiej McAleese chciałaby, aby i inni mogli czynić to swobodnie. Tymczasem włączenie w Kościół katolicki wraz z jego depozytem bożego objawienia od narodzin w błądzeniu skutecznie przeszkadza.
PCh24.pl – żródła: infocatolica.com, irishtimes.com
FA
***

Istocphoto/Gość Niedzielny
***
Chrzest znakiem jedności. Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w wielu wspólnotach chrześcijańskich
Kościół katolicki uznaje chrzest poprawnie udzielony w innych wspólnotach chrześcijańskich, nawet gdy one nie uznają chrztu katolickiego. Nie każda jednak grupa religijna, która chrzci, jest chrześcijańska.
W 2020 roku głośny był dramat księdza Matthew Hooda, proboszcza parafii św. Wawrzyńca w amerykańskim mieście Utica, który odkrył, że… nie jest katolikiem. Przyczyną był fakt, iż nie został on ważnie ochrzczony. Zdał sobie z tego sprawę, gdy przeglądał zarejestrowane w 1990 roku nagranie wideo z własnego chrztu, a dokładniej z ceremonii, która miała być chrztem. Nie była nim z powodu niewłaściwego sformułowania, jakiego użył kapłan. Zamiast słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”, przewodniczący obrzędowi diakon powiedział: „My ciebie chrzcimy…”.
Odnosząc się do tej kwestii, watykańska Kongregacja Nauki Wiary stwierdziła w nocie wyjaśniającej, że chrzest nie jest ważny i musi być udzielony ponownie. Tym samym nieważne okazały się wszystkie inne sakramenty, które przyjął Matthew Hood, i większość sakramentów, których udzielał, pełniąc funkcję duchownego.
Proboszcz został skutecznie ochrzczony 9 sierpnia 2020 roku, przyjął Komunię i został bierzmowany, po tygodniu przyjął święcenia diakonatu, a dwa dni później święcenia prezbiteratu.
Sytuacja ta pokazała, jak ważna jest staranność w udzielaniu sakramentów, a także jak kluczowym sakramentem jest chrzest.
Niekoniecznie katolik
„Chrzest jest konieczny do zbawienia dla tych, którym była głoszona Ewangelia i którzy mieli możliwość proszenia o ten sakrament” – głosi katechizm (1257).
O konieczności chrztu mówi sam Jezus w rozmowie z Nikodemem: „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” (J 3,5).
Kościół stara się nie zaniedbywać nakazu Chrystusa, „by »odradzać z wody i z Ducha Świętego« wszystkich, którzy mogą być ochrzczeni”, bo, jak czytamy w katechizmie, „nie zna oprócz chrztu innego środka, by zapewnić wejście do szczęścia wiecznego”.
Chrzest jest ważny, gdy udziela go człowiek, który ma właściwą intencję – nawet jeśli nie jest katolikiem. Taka jest praktyka Kościoła już od starożytności. W połowie III wieku papież Stefan I wzywał do zachowania tradycji nakładania rąk na heretyków przychodzących do Kościoła katolickiego, bez powtarzania chrztu. Podobnie twierdził św. Augustyn, który podkreślał, że ważność chrztu nie zależy od osobistej świętości szafarza ani też od jego przynależności kościelnej.
Ważność chrztu udzielanego przez niekatolików wynika z faktu, iż prawdziwym szafarzem sakramentu jest Chrystus. Potwierdził to sobór trydencki, ustalając, że prawdziwy jest chrzest udzielany także przez heretyków w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, z intencją czynienia tego, co czyni Kościół katolicki. Chodzi o to, aby, jak precyzuje Katechizm Kościoła Katolickiego, „chcieć uczynić to, co czyni Kościół, gdy chrzci”.
Nauczanie to podtrzymują najnowsze dokumenty Kościoła katolickiego, stanowiąc, iż ochrzczeni w niekatolickiej wspólnocie kościelnej nie powinni być powtórnie chrzczeni, o ile nie zachodzi uzasadniona wątpliwość co do materii, formy albo intencji ochrzczonego lub szafarza chrztu.
Z tej przyczyny Kościół katolicki uznaje ważność chrztu w innych wspólnotach chrześcijańskich. Ma to szczególne znaczenie w przypadku zawierania małżeństw mieszanych – wystarczy wówczas świadectwo chrztu małżonka innego wyznania. Także gdy, na przykład, luteranin deklaruje gotowość zostania katolikiem, nie musi ponownie przyjmować chrztu.

Chrzest dorosłych w Jordanie /fot. ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Pionierskie porozumienie
Podobnie jest w przypadku innych Kościołów chrześcijańskich. Uznanie chrztu to kluczowa kwestia dla relacji ekumenicznych. Ważne decyzje zapadły w tym względzie w roku 1964, kiedy podczas Soboru Watykańskiego II zatwierdzono „Dekret o ekumenizmie”. Trzy lata później zalecono m.in. prowadzenie dialogu z władzami i radami ekumenicznymi innych Kościołów w ramach jakiegoś jednego narodu lub terytorium.
Pionierem pod tym względem była Polska. Rozmowy w sprawie ważności chrztu rozpoczęły się jeszcze w latach 60. minionego wieku i były prowadzone między Kościołem Rzymskokatolickim i Wspólnotami Chrześcijańskimi zrzeszonymi w Polskiej Radzie Ekumenicznej.
Dialog na temat wzajemnego uznania ważności chrztu trwał prawie 30 lat i zakończył się porozumieniem pomiędzy Kościołem Rzymskokatolickim i siedmioma Wspólnotami Chrześcijańskimi.
23 stycznia 2000 roku w ewangelicko-augsburskim kościele Świętej Trójcy w Warszawie odbyło się uroczyste podpisanie deklaracji „Sakrament chrztu znakiem jedności”. Sygnatariuszami byli przedstawiciele Kościoła rzymskokatolickiego i sześciu Wspólnot Chrześcijańskich należących do Polskiej Rady Ekumenicznej: Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP (luteranie), Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w RP (kalwiniści), Kościoła Ewangelicko-Metodystycznego (metodyści), Kościoła Starokatolickiego Mariawitów i Kościoła Polskokatolickiego.
„W moim przekonaniu deklaracja o wzajemnym uznawaniu chrztu to najważniejszy dokument, jaki udało się wypracować, podpisać i wprowadzić w życie, w ekumenizmie w Polsce” – mówił podczas uroczystości prezes Polskiej Rady Ekumenicznej bp Jerzy Samiec.
Stanowisko Kościoła Katolickiego jest zgodne w trzech kwestiach ze wspólnotami chrześcijańskimi:
1. Sakrament chrztu ustanowił Jezus Chrystus i polecił go udzielać. Chrzest jest wyjściem z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze, jest znakiem nowego życia w Chrystusie, obmyciem z grzechu, jest oświeceniem przez Chrystusa, nowymi narodzinami, przyobleczeniem się w Chrystusa, odnowieniem przez Ducha, zwróconą do Boga prośbą o dobre sumienie i wyzwoleniem, które prowadzi do jedności w Jezusie Chrystusie, gdzie zostają przezwyciężone podziały ze względu na stan społeczny, rasę czy płeć.
2. Chrzest jest z wody i Ducha Świętego; udziela się go w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Chrzest jednoczy ochrzczonego z Chrystusem, chrześcijan między sobą. Wprowadza do Kościoła i stanowi początek życia w Chrystusie, którego celem jest „uwielbianie chwały”.
3. Ochrzczeni żyjący w jednym miejscu i czasie wspólnie ponoszą odpowiedzialność za świadectwo składane Chrystusowi i Ewangelii. Ochrzczeni żyją dla Chrystusa, dla Jego Kościoła i dla świata, który On miłuje, oczekując w nadziei na objawienie się nowego stworzenia Bożego oraz na czas, gdy Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Chrzest w Chrystusie jest wezwaniem, aby chrześcijanie przezwyciężali swoje podziały i w widzialny sposób zamanifestowały swoją wspólnotę.
Kościoły zadeklarowały wzajemne uznanie ważności chrztu udzielanego we wspólnotach sygnatariuszy dokumentu.
Nie podpisali
Dokumentu nie podpisały Wspólota Chrześcijan Baptystów RP i mniejsze denominacje wywodzące się z ruchu ewangelikalnego. Baptyści, życzliwie odnosząc się do wysiłków dotyczących wzajemnego uznania chrztu, nie zgodzili się jednak z wszystkimi wnioskami dokumentu, m.in. ze stwierdzeniem, że chrzest wyprowadza z niewoli, wciela w Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, wprowadza w Nowe Przymierze i jest znakiem nowego życia w Chrystusie. Głównym powodem odmowy przystąpienia do porozumienia był fakt, iż deklaracja uwzględnia także chrzest dzieci, a baptyści i członkowie wspólnot ewangelikalnych nie uznają sakramentu osób nieświadomych.
Sytuacja jest więc taka, że Kościół katolicki uznaje chrzest baptystów i osób ochrzczonych we wspólnotach ewangelikalnych, ale oni nie uznają chrztu przyjętego w Kościele katolickim.
Kościół katolicki bowiem zasadniczo uznaje ważność chrztu we wszystkich Wspólnotach Chrześcijańskich, jeśli został on prawidłowo udzielony.
Wątpliwości
Wypracowana w Polsce deklaracja „Sakrament chrztu znakiem jedności” stała się inspiracją dla innych krajów i Wspólnot Chrześcijańskich, które także podjęły wysiłki dla wypracowania porozumienia co do wzajemnego uznania chrztu.
Rozmowy nie dotyczą jednak każdej grupy religijnej, która chrzci swoich członków.
Przez długi czas nie było jasności co do ważności tego sakramentu udzielonego w niektórych wspólnotach, szczególnie powstałych w XIX wieku w USA, takich jak mormoni czy świadkowie Jehowy. Ci ostatni, bardzo rozpowszechnieni w Polsce, przyjmują chrzest podczas kongresów, w obecności wielu współwyznawców, zazwyczaj w specjalnie przygotowanych basenach, zanurzając się całkowicie w wodzie. Towarzyszące im osoby wypowiadają nad nimi tzw. formułę trynitarną, czyli, zgodnie ze słowami Jezusa, robią to „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Forma i materia są więc zachowane, ale jest problem z intencją czynienia tego, co czyni Kościół, gdy chrzci. Świadkowie Jehowy nie wierzą m.in. w bóstwo Chrystusa, nie uznają bóstwa Ducha Świętego ani nawet tego, że jest osobą, i nie uważają chrztu za wszczepienie w Chrystusa.
Co do ważności chrztu świadków Jehowy nie ma dotąd oficjalnego stanowiska Kościoła, ale ich chrzest jest na ogół uważany za nieważny, ponieważ nie wyznają Trójcy Świętej. Wynika to już z uchwał I Soboru Nicejskiego, stwierdzającego, że chrzest udzielany w kontekście błędnej wiary trynitarnej nie jest ważny.
Chrzest nieważny
Od roku 2002 jasne jest stanowisko Kościoła w odniesieniu do chrztu mormonów. Wtedy to Kongregacja Nauki Wiary udzieliła negatywnej odpowiedzi na pytanie o ważność chrztu udzielonego we Wspólnocie Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich, znanym jako mormoni.
Kierowana wówczas przez kard. Josepha Ratzingera kongregacja przeanalizowała cztery elementy w nauczaniu i praktyce mormonów. Nie było problemu w kwestii materii chrztu – mormoni stosują chrzest przez zanurzenie w wodzie, co jest jednym ze sposobów celebracji tego sakramentu także w Kościele katolickim. Wskazano jednak wątpliwości w odniesieniu do formuły, która u mormonów brzmi: „Będąc upoważnionym przez Jezusa Chrystusa, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Pozornie jest to wezwanie Trójcy, ale według mormonów Ojciec Syn i Duch Święty nie są osobami, w których istnieje jedyne Bóstwo, ale trzema bogami, którzy tworzą jedno bóstwo. Każdy jest różny od pozostałych, nawet jeżeli pozostają w doskonałej harmonii. W ich doktrynie trzej bogowie, będący zarazem ludźmi, zjednoczyli się w celu zbawienia człowieka. Bóg Ojciec, według nich, ma żonę, tzw. Niebiańską Matkę, a Jezus jest ich potomkiem, podobnie jak Duch Święty, co sprawia, że w istocie wierzą w czterech bogów. Zatem mormoni rozumieją Ojca, Syna i Ducha Świętego w sposób całkowicie różny od chrześcijańskiego, a ich doktryna czerpie ze źródeł pozachrześcijańskich.
W tej sytuacji, jak wskazała Kongregacja, samo pojęcie Boga u mormonów sprawia, iż szafarz Wspólnoty Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich nie może mieć intencji czynienia tego, co czyni Kościół katolicki, czyli tego, co Chrystus nakazał czynić, gdy ustanowił sakrament chrztu. Między innymi z tych powodów Kościół uznał chrzest udzielany przez mormonów za nieważny.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
fot. brikel21/Freepik
***
„Chrzest daje nam wszystkie narzędzia do walki o świętość”
Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Dlaczego chrzcimy dzieci, a nie dorosłych? Czy niewierzący może zostać chrzestnym? Wyjaśnia ks. dr hab. Marcin Kowalski.
Michał Górski: Czym jest chrzest? Jak najprościej go zdefiniować?
Ks. Marcin Kowalski: Nasze słowo „chrzest” to tłumaczenie greckiego baptisma, które oznacza „obmycie”, „zanurzenie”. Przywodzi ono na myśl pierwsze obrazy Ewangelii, gdzie opisane jest zanurzenie Jezusa w Jordanie. Wszystkie Ewangelie synoptyczne (Marka, Mateusza, Łukasza) wspominają postać Jana Chrzciciela i moment, w którym Jezus przyjmuje do niego chrzest.
Dlaczego Jezus przyjął chrzest? Czym ten chrzest różni się od naszego?
Egzegeci właściwie zadają to pytanie do dzisiaj. Wydarzenie chrztu Jezusa w Jordanie jest z punktu widzenia nauk biblijnych fascynujące. Dla pierwszych chrześcijan było równocześnie problematyczne. Pytali, „dlaczego Ten, który jest Mistrzem, Mesjaszem, podporządkowuje się i przyjmuje chrzest z rąk Jana, który chrzci grzeszników, i który jest niższy od Niego?” To wydarzenie zachowane w Ewangeliach jest w 100% historyczne. Chrześcijanie nie mogliby skomponować historii, która rzucała wątpliwe światło na Jezusa.
Dlaczego Jezus przyszedł nad Jordan? Jan udzielał tam Chrztu, który Marek nazywa „chrztem nawrócenia na odpuszczenie grzechów” (Mk 1,4). Ten Chrzest przygotowuje przyjście Mesjasza. Chrzest Janowy zapowiada przyjście kogoś mocniejszego (Mk 1,7-8).
Istnieją hipotezy, które mówią, że Jezus wchodzi do Jordanu jako grzesznik, ale biorąc pod uwagę całą tradycję Nowego Testamentu dot. bezgrzeszności Jezusa, jest to hipoteza nie do przyjęcia.
Inni sugerują, że wchodzi On tam jako reprezentant grzesznego Izraela. W historii Izraela opisanej w Starym Testamencie wielcy liderzy, tacy jak Ezdrasz biorąc odpowiedzialność za lud – chociaż sami nie popełnili grzechu – wyznają razem z nim grzech i proszą Boga o przebaczenie (Ezd 9,6-15; Ne 9,6-37). Niektórzy mówią, że Jezus dokonuje tu aktu solidarności z grzesznym Izraelem, który potrzebuje nawrócenia i modlitwy. W Jordanie nie słyszymy jednak wyznania grzechu ze strony Jezusa, więc idea solidarności z grzechem jest również wykluczona. Niektórzy mówią, że Jezus wchodzi tam jako sprawiedliwy, który się nawraca i solidaryzuje ze sprawiedliwymi w Izraelu – z resztą, która czeka na zbawienie. Jest to lepsza interpretacja, ale ona także jest niepełna.
Ostatecznie patrząc na całą narrację – na objawienie, które następuje później, a także otwierające się niebo i słowa „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!” – widać, że Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji. Czytając Ewangelie Marka, Łukasza i Mateusza widzimy, że Jezus przychodzi nad Jordan już przekonany o swoim synostwie i o swojej wyjątkowości. Nie przychodzi odkrywać tego kim jest, jak w filmie Ostatnie kuszenie Jezusa Martina Scorsese. On przychodzi objawić, kim jest. Marek mówi, że Jezus wchodzi w wody Jordanu oddzielnie, jakby obok innych (Mk 1,9). To już jest Jezus wypełniający swoją misję. Według Marka nad Jordanem ukazuje On swoją jedność z Ojcem w pragnieniu zbawienia grzeszników. Złamanej grzechem ludzkości chce dać swoje synostwo, swoją miłość, miłość Ojca. Mateusz pisze o Jezusowym przyjściu nad Jordan w celu wypełnienia całej Bożej sprawiedliwości, Pism, zapowiadających Mesjasza i jego dzieło zbawienia (Mt 3,15). Jezus nad Jordanem doskonale wie co robi. Rozpoczyna drogę, która zaprowadzi go do Jerozolimy.
Jezus nie wchodzi w wody Jordanu, aby solidaryzować się z grzechem Izraela, ale po to, aby ukazać, kim jest. To także moment przełomowy w jego życiu, początek publicznej misji.
Chrystus nad Jordanem ukazuje nam także dary, które będą naszymi dzięki Sakramentowi Chrztu. Chrzest Jezusa i chrześcijanina mają ze sobą wiele wspólnego, choć są także w swojej istocie różne. Chrześcijanin nie może skopiować tego, co wydarzyło się nad Jordanem. Kiedy przyjmujemy chrzest musimy uświadomić sobie, że chrzest Jezusa był wyjątkowy. Równocześnie – jak mówili Ojcowie Kościoła – „Chrystus wszedł tam, aby uświęcić te wody i zostawił nam na brzegu szatę chrzcielną”. Chrzest Jezusa zapowiada nasz chrzest i dary, którymi także nas obsypie Ojciec: Ducha, dziecięctwo Boże, chwałę nieba.
Jednym z celów chrztu jest obmycie nas z grzechu pierworodnego. Czy oznacza to, że po przyjęciu tego sakramentu stajemy się zupełnie innymi ludźmi? Jesteśmy bardziej przygotowani na prowadzenie walki duchowej? W jaki sposób tłumaczyć rodzicom, którzy chcą dać dziecku „wybór” w kontekście chrztu, że sakrament inicjacji chrześcijańskiej jest nam potrzebny już na początku naszej życiowej drogi?
Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa. To prawda, że Chrystus umarł za wszystkich, ale Nowy Testament kładzie nacisk na wiarę, która jest naszą konieczną odpowiedzią na to, co uczynił dla nas Zbawiciel. Taką decyzję wiary i przyjęcia zbawienia w Chrystusie wyrażamy właśnie we chrzcie. Chrzest gładzi grzech pierworodny, ale także, jeśli przyjmuje go dorosły, wszystkie inne grzechy. Przez to otwiera nam drogę do życia wiecznego.
Odroczenie chrztu do momentu, w którym będziemy mogli świadomie się na niego zdecydować, może być tragiczne w skutkach, ponieważ chrzest uznajemy za sakrament konieczny do zbawienia. Bez niego nie jesteśmy w pełni włączeni w zbawcze dzieło Chrystusa.
Czym zatem jest grzech pierworodny?
Najlepiej ilustruje to opowiadanie z Księgi Rodzaju 3, które opisuje historię człowieka kuszonego przez Złego. Pierwsi rodzicie w raju buntują się przeciw prawom Stwórcy, próbują zająć jego miejsce, bo do tego zachęcał ich Szatan. Grzech pierworodny to próba bycia jak Bóg. Ma ona tragiczne skutki, ponieważ widać jak później zło rozlewa się i zaraża cały stworzony świat, rozbija relacje z Bogiem oraz relacje między ludźmi. Grzech pierworodny to pierwszy grzech buntu przeciw Bogu. On tkwi u korzeni ludzkiej historii i zatruwa nasz stworzony świat do tego stopnia, że każdy kto się w nim rodzi jest przesiąknięty skłonnością do zła. Grzech pierworodny, ze względu na ludzką solidarność, tkwi głęboko w nas – wszyscy jesteśmy potomkami pierwszych ludzi, którzy się zbuntowali. My także nosimy w sobie gen buntu, którym zostaliśmy zainfekowani.
Grzech pierworodny, tak jak każdy grzech, wykopuje przepaść pomiędzy Bogiem a człowiekiem. Rodząc się jako ludzie, przychodzimy na ten świat jako przeciwnicy Boga. Od kontrowersji teologicznych pomiędzy Augustynem i Pelagiuszem Kościół stoi mocno na stanowisku, że wszyscy bez wyjątku są skażeni grzechem pierworodnym, także małe, „niewinne” dzieci. Nie warto czekać z chrztem. Grzech pierworodny, zło tego świata, są rzeczywistością, a nie fikcją. Potrzebujemy Bożej łaski, obmycia, które przychodzi razem z chrztem. Tak jak nie czeka się z miłością do momentu, aż dziecko dojrzeje, tak samo nie czeka się z chrztem – on jest gestem miłości rodzica i Boga wobec dziecka.
Czy w związku z tym można powiedzieć, że bez chrztu tendencja do czynienia zła jest w nas większa?
Bez chrztu ona się w nas rozwija i nie znajduje tamy w postaci Bożej łaski. Razem z Chrztem przychodzi łaska uświęcająca, rozwój w wierze, wspólnota Kościoła, która będzie nas wspomagać. Razem z chrztem przychodzi włączenie w Chrystusa i Jego dzieło. Chrzest daje coś więcej niż proste powiększenie naszego potencjału duchowego i odporności na zło. Chrzest gładzi grzech pierworodny i to, co z niego wynika – bez Chrztu jestem nad przepaścią, po drugiej jej stronie stoi Bóg. Tej przepaści nie możemy pokonać o własnych siłach. Bez Chrztu po śmierci wpadamy w tę przepaść, która oznacza potępienie.
Oczywiście Kościół mówi też o „chrzcie krwi”, który można przeżyć oddając życie za Chrystusa, nawet jeśli ktoś nie jest ochrzczony. Mówi również o „chrzcie pragnienia”, czyli o tych wszystkich, którzy nie poznawszy Chrystusa i nie mogąc przyjąć chrztu, zbawiają się przez dobre życie, albo o dzieciach, których rodzice nie zdążyli ochrzcić, choć tego pragnęli. W takim przypadku będą one zbawione.
Bez chrztu nie ma dla nas życia wiecznego. Paweł jasno stwierdza w Liście do Rzymian, że nikt nie może zbawić się o własnych siłach (1-4). Chrzest daje nam wszystkie narzędzia potrzebne do walki o świętość. W naszym życiu wspinamy się na najwyższą górę świata – Górę Królestwa Bożego. Sami o własnych siłach tam nie dotrzemy. Chrzest jest naszym wyposażeniem. To nasz czekan i nasze raki. To także cała ekipa – Szerpowie – wszyscy, którzy będą wspinać się na nasz życiowy Mount Everest razem z nami. Samemu to niemożliwe.
Słuchając Księdza zastanawiam się nad tym, ilu z nas ma choćby połowiczną świadomość tego, o czym Ksiądz mówi. Ilu z nas ma świadomość znaczenia własnego Chrztu? Czy nie powinniśmy przejść pewnego rodzaju reedukacji na temat tego sakramentu? Czym jest katechumenat i czy nie powinien on być obowiązkowy dla wszystkich ochrzczonych w dzieciństwie, często nie zdających sobie sprawy z tego, jak wielką łaską zostali obdarowani?
Katechumenat w tradycji Kościoła był przeznaczony dla tych, którzy jako dorośli przygotowywali się do przyjęcia sakramentu chrztu. Po przyjęciu chrztu w dzieciństwie formalnie nie ma on racji bytu. Z tradycji wiemy, że katechumenat był długi i bardzo surowy. Droga przygotowania katechumena była wymagająca. (…) Od II wieku mamy już jednak wzmianki o chrzcie dzieci, natomiast w Nowym Testamencie pojawiają się informacje o chrzcie przyjmowanym przez całe domostwo, z czego można dedukować, że także przez dzieci.
Chrzest dzieci był później uzupełniany katechezą domową, rodzinną. Po chrzcie rozpoczyna się właściwe wdrażanie w życie wiary. Sobór mówi o tym, że rodzina jest miejscem ewangelizacji, pierwszym miejscem głoszenia Ewangelii i nauki życia nią. To także miejsce, gdzie realizuje się nasza misja kapłańska, składania ofiary z siebie, i prorocka. To nasze chrześcijańskie rodziny zapewniają tzw. katechumenat, przygotowanie do życia wiary, którego potrzebuje dziecko po chrzcie.
Temu dojrzewaniu służy również katecheza w szkole oraz kolejne sakramenty. Świadomość chrztu powinna rosnąć w dziecku dzięki rodzicom, chrzestnym, dzięki Kościołowi, katechezie oraz kolejnym krokom wtajemniczenia chrześcijańskiego. Pytanie, do jakiego stopnia wywiązujemy się z naszej rodzinnej i kościelnej katechezy chrzcielnej.
Przejdźmy teraz do tematu rodziców chrzestnych. Wiemy, że życie pisze różne scenariusze i nie zawsze jest tak, że rodzice chcący ochrzcić dziecko będą ludźmi wierzącymi. W przypadku chrzestnych sytuacja jest już inna. Tutaj człowiek chcący zostać chrzestnym musi wykazać się wiarą…
Ideałem są wierzący rodzice i chrzestni. Kościół jest jednak przygotowany na różne scenariusze i są one przewidziane w Kodeksie Prawa Kanonicznego oraz w dokumentach dot. sakramentów chrześcijańskich. Może zdarzyć się sytuacja, że rodzice są niewierzący, ale chcą dla swojego dziecka chrztu. To szlachetne, dalekowzroczne, pełne miłości myślenie o swoim dziecku, w którym zakłada się, że chrzest może prezentować dar i szansę, której nie rozumiem, ale chciałbym, żeby moje dziecko nie było go pozbawione.
Kluczową sprawą są wówczas wierzący chrzestni. Wymaga się by był ktoś, np. w rodzinie, który zagwarantuje chrześcijańskie wychowanie dziecka. Warto zwrócić uwagę, że prawo wprowadza rozróżnienie między świadkami chrztu a chrzestnymi. Świadkiem może być każdy – nie musi być to człowiek wierzący. Wystarczy, że będzie w stanie stwierdzić, że chrzest się odbył. Ojciec chrzestny/matka chrzestna to już ktoś, kto charakteryzuje się wiarą i kto może prowadzić dziecko po drogach wiary. To ktoś gwarantujący pomoc rodzicom w chrześcijańskim wychowaniu dziecka.
Chrztu nie można odmówić, szafarz może jednak zdecydować o jego odłożeniu. Według instrukcji „Pastoralis actio” z 1980 roku, szafarz sakramentu może odłożyć chrzest, jeśli nie ma gwarancji, że dziecko zostanie wychowane w wierze katolickiej. (…) Odłożenie jest po to, żeby znaleźć kogoś, kto zagwarantuje właśnie proces wzrastania w wierze.
Jak wygląda sprawa warunków udzielenia chrztu? Czy są one inne dla dziecka, a inne dla osoby dorosłej?
Podstawowym warunkiem jest wiara. Od osoby dorosłej wymaga się świadomego wyznania swojej wiary. Żeby to wyznanie było świadome i wolne musi być poparte doświadczeniem poznania Chrystusa i jego Kościoła w wymiarze intelektualnym i duchowym, dlatego mamy instytucję wspomnianego katechumenatu. Tego procesu nie ma w przypadku dziecka. Za wiarę i proces chrześcijańskiego wychowania dziecka ręczą rodzice. To oni powodowani miłością chcą włączyć swoje dziecko w miłość Bożą. Chcą, aby nie było ono pozbawione wszelkich łask płynących z Krzyża i Zmartwychwstania Chrystusa. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, że wiara jest procesem, jest nam dana jakby w zalążku, z którego ma się rozwijać i dojrzewać. W dziecku widać to szczególnie wyraźnie. Wiara, której oczekuje się od dorosłych, w kontekście chrztu dziecka jest wciąż w początkowym stadium rozwoju.
Przyglądając się uroczystościom chrzcielnym widać, że większa część z nich dokonuje się podczas niedzielnej Eucharystii. Istnieje jednak zwyczaj chrzczenia dzieci również w inne dni, bez Mszy św. Wybór którejś z opcji świadczy o mniejszej lub większej dojrzałości w wierze u rodziców?
Nie ma w tym wypadku rozróżnienia pomiędzy bardziej lub mniej dojrzałym podejściem do sakramentu. Wiele zależy od tradycji lokalnych. Pracując w USA, spotkałem się z tym, że chrzty są tam najczęściej udzielane poza Mszą świętą. Rodzice chrzestni, cała rodzina przychodzą na Mszę i dopiero po niej udziela się chrztu. Ma on wtedy dłuższą, bardziej rozwiniętą formę ze specjalnym kazaniem do całej rodziny. Ktoś, kto chce przeżyć głębiej chrzest w sensie sakramentalnym, kto chce lepiej zrozumieć całą jego symbolikę, może wybrać opcję chrztu poza Mszą świętą, bo rzeczywiście pozwala ona na więcej.
Sam chrzest włączony w Eucharystię ma jednak również przepiękną symbolikę. Nieprzypadkowo w Wigilię Paschalną chrzci się dzieci. Jest to bardzo stara praktyka Kościoła, pokazująca do czego zmierza sakrament Chrztu. Włącza on nas w życie Chrystusa, Jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich najpiękniejszą celebracją jest Eucharystia. Chrzest włącza także w życie sakramentalne i liturgiczne. To początek naszej drogi dojrzewania w Kościele. Ochrzczone dzieci już niedługo będą karmić się Ciałem Chrystusa. Jeśli sprawujemy chrzest z całą wspólnotą Kościoła, podczas Eucharystii, to cieszy się ona razem z nami z przyjęcia nowych członków, okazuje się być „płodną matka”. Ojcowie Kościoła używali pięknej metafory łona macierzyńskiego aplikując ją do źródła chrzcielnego, z którego rodzą się kolejne dzieci Kościoła.
Jak więc widzimy, oba sposoby celebrowania chrztu mają swoje walory, oba są godne polecenia. Zasadniczą praktyką w naszym polskim Kościele jest chrzest podczas Eucharystii i dobrze byłoby uświadomić sobie ich głębokie połączenie oraz symbolikę.
rozmawiał Michał Górski/Stacja7.pl
***
piątek 9 stycznia
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot
9 stycznia Kościół wspomina bł. Paulinę Jaricot, założycielkę Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary oraz Żywego Różańca. Jej duchowe dziedzictwo pozostaje żywe i owocne, szczególnie we wspólnotach różańcowych.

***
22 maja br. miną cztery lata od beatyfikacji Pauliny Jaricot. Od tego czasu jej postać staje się coraz bardziej znana, zwłaszcza wśród członków Żywego Różańca, dla których rok 2026 jest szczególny – przypada bowiem jubileusz 200-lecia powstania Żywego Różańca.
Obchody jubileuszowe zostały zaplanowane w trzech etapach:
- Pierwszym będzie III Ogólnopolski Kongres Różańcowy na Jasnej Górze, połączony z XIV Ogólnopolską Pielgrzymką Żywego Różańca. Wydarzenia odbędą się w dniach 5-6 czerwca br. w sanktuarium na Jasnej Górze.
- Drugi etap jubileuszu stanowić będą spotkania w diecezjach,
- Trzeci etap – obchody w poszczególnych wspólnotach parafialnych. Każda parafia będzie miała wyznaczony własny dzień dziękczynienia – Niedzielę Różańcową.
Do Żywego Różańca w Polsce należy obecnie ok. 2 milionów osób. Koła i róże różańcowe działają we wszystkich diecezjach, stanowiąc jedną z najliczniejszych i najbardziej stabilnych form modlitwy wspólnotowej w Kościele.
***
W 2013 roku dzieło Żywego Różańca otrzymało nową ogólnopolską strukturę organizacyjną, określoną w Statucie Stowarzyszenia „Żywy Różaniec”, zatwierdzonym przez Konferencję Episkopatu Polski. Pismem formacyjnym wspólnot Żywego Różańca jest miesięcznik „Różaniec”, wydawany przez Wydawnictwo Sióstr Loretanek.
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot przypomina o jej wyjątkowym charyzmacie mobilizowania świeckich do systematycznej modlitwy, odpowiedzialności za misje oraz prostego, a zarazem konsekwentnego zaangażowania w życie Kościoła.
Wspomnienie bł. Pauliny Jaricot jest także zaproszeniem do osobistej modlitwy i do odkrywania jej duchowości – prostej, a zarazem wymagającej. Warto sięgać po jej wstawiennictwo, szczególnie w intencjach misji oraz wspólnot Żywego Różańca.
Zachęcamy, aby modlitwa za wstawiennictwem bł. Pauliny Jaricot była podejmowana indywidualnie oraz we wspólnotach – szczególnie w różach Żywego Różańca, podczas spotkań formacyjnych i w ramach przygotowań do jubileuszu 200-lecia tego dzieła. Jej życie pokazuje jasno – wierna modlitwa realnie zmienia Kościół i świat.
Modlitwa za wstawiennictwem bł. Pauliny Marii Jaricot
Panie Jezu Chryste, Ty po Zmartwychwstaniu powiedziałeś do Apostołów:
„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15).
Ty poprzez wieki duchem głoszenia Dobrej Nowiny napełniasz swoich wyznawców,
a spośród nich wybrałeś Paulinę Jaricot i natchnąłeś ją,
by całkowicie poświęciła się współpracy misyjnej,
zakładając Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec.
Spraw, by za jej przykładem jak najwięcej chrześcijan
płonęło duchem głoszenia Ewangelii,
objawiając Twoją nieskończoną miłość.
Za wstawiennictwem bł. Pauliny udziel mi łaski…,
o którą szczególnie Cię proszę.
Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

***
Bł. Paulina Jaricot
Założycielka Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary

bł. Paulina Jaricot
***
O trudnej sytuacji w Chinach dowiedziała się z biuletynu Paryskiego Seminarium Misji Zagranicznych (MEP). W celu zorganizowania pomocy dla swoich misjonarzy przełożeni seminarium reaktywowali stowarzyszenie, które działało przy ich seminarium przed rewolucją. Wtedy celem stowarzyszenia była modlitwa za misjonarzy. Teraz oprócz modlitwy prosili o pomoc materialną. Nosiło ono nazwę: „Stowarzyszenie modlitwy dla uproszenia u Boga nawrócenia niewiernych, wytrwania chrześcijan, którzy żyją między nimi i rozwoju instytucji przeznaczonych do rozkrzewiania wiary”. Również z biuletynów Paulina dowiedziała się, że anabaptyści w Anglii organizują szeroko zakrojoną akcję pomocy dla swoich misjonarzy stosując metodę „jednej monety tygodniowo”. Taką samą metodę postanowiła zaproponować osobom ze swojego otoczenia, których zaczęła prosić o pomoc dla misjonarzy z Chin. Ten kraj był jej o tyle bliski, że nasłuchała się o nim wiele w dzieciństwie z opowiadań pani Róży, służącej w domu państwa Jaricot. Jej środowisko natomiast, w którym wtedy żyła, to dziewczyny w jej wieku, zorganizowane w ruchu nazwanym „Wynagrodzicielki Najświętszego Serca Pana Jezusa”. Był to ruch nieformalny, czyli nie założony oficjalnie, ale za to z gęstą siecią grup w różnych parafiach dzielnicy św. Pawła w Lyonie. Wchodziły do tych grup często nawet biedne dziewczyny, robotnice lyońskich fabryk. One były pierwszymi osobami, które odpowiedziały na apel Pauliny i modlitwą i drobną ofiarą pieniężną zaczęły wspierać misjonarzy z MEP. Ofiara pieniężna, którą proponował Paulina była naprawdę niewielka: jeden sou czyli 1/20 franka. Była to cena jednej bułki. Propozycja wspomagania misji padła na podatny grunt, ale Paulina, gdy uświadomiła sobie jak wielkie są potrzeby misjonarzy zorientowała się, że taka pomoc jest kroplą w morzu potrzeb. Szukała sposobu by rozpoczęta zbiórka dawała większe efekty. Wymyśliła, że wszystkich chętnych do pomocy zorganizuje w grupy po dziesięć osób, każda grupa będzie miała swojego odpowiedzialnego, a wszystkie grupy będą podporządkowane hierarchicznie tworząc setki i tysiące, które nazwała „dywizjami”. Wyczuwała, że szykuje się poważna „bitwa” i zorganizowała „wojsko”. System okazał się na tyle skuteczny, że pochwalnie pisała o nim nawet liberalna prasa. Od czerwca 1821 r. do czerwca następnego roku zebrała w ten sposób prawie 1400 franków.
W tym czasie do katolików z Lyonu przyszedł list od bpa Luisa W. Dubourga z Luizjany w Stanach Zjednoczonych. Prosił o pomoc dla swojej nowo utworzonej diecezji. Znajomy biskupa, Didier Petit, zorganizował spotkanie, na które zaprosił grupę wpływowych osób, znanych w mieście z otwartości na działalność charytatywną. Odbyło się ono 3 maja 1822 r. Wobec wcześniejszych prób organizowania pomocy, które spełzły na niczym, teraz postanowiono powołać stowarzyszenie. Zaadaptowano dla swojej działalności metodę znaną w mieście, którą już prawie trzy lata rozwijała Paulina Jaricot. Przyjęto też nazwę, która była popularną nazwą jej zbiórki: Stowarzyszenie Rozkrzewiania Wiary. Jeden z uczestników, Benedykt Coste, nakreślił cel działania: „Jesteśmy katolikami i musimy troszczyć się o powstanie czegoś katolickiego czyli uniwersalnego. Nie powinniśmy wspierać w sposób szczególny takiej czy innej, konkretnej misji, ale wszystkie misje świata”. Jego słowa stały fundamentem ideowym Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary.
Stowarzyszeni po kilku latach zmieniło nazwę na Dzieło Rozkrzewiania Wiary a po stu latach papież podniósł je do rangi papieskiego i teraz jest nazywane Papieskim Dziełem Rozkrzewiania Wiary.
Sposób organizacji zbiórki wymyślony przez Paulinę Jaricot do tego stopnia wpłynął na rozwój dzieła, że jej wkład trzeba uznać za fundamentalny. Chociaż nie była na zebraniu założycielskim, nie zasiadała w radzie Stowarzyszenia, choć inne osoby jak Petit, Coste i de Verna – pierwszy przewodniczący, mieli swój niewątpliwy wkład, to jednak Paulina Jaricot jest dzisiaj uznawana powszechnie za założycielkę Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary.
Nie byłoby takiego dzieła, gdyby nie duchowość, którą żyła Paulina Jaricot. Po duchowym przebudzeniu jakie przeżyła w wieku lat siedemnastu, cała oddała się w ręce Maryi. Żyła przecież w pobliżu znanego sanktuarium maryjnego na wzgórzu Fourvière. Domy, które zakładała, nazwała kolejno „Nazaret” i „Loretto”. Od wczesnych lat dziecięcych czytała codziennie „O naśladowaniu Chrystusa”, codziennie też choć godzinę poświęcała na adorację Najświętszego Sakramentu. W ciągu jednej nocy napisała krótkie rozważania o Eucharystii. W każdy piątek odprawiała drogę krzyżową.
Z tego umiłowania Jezusa i Maryi powstały w niej też pragnienia, które wcielone w życie przyniosły zadziwiające owoce.
Jej wielkim dziełem, przez nią zapoczątkowanym i prowadzonym przez całe życie, jest Żywy Różaniec. Dla niej był to sposób, my modlitwę uczynić dostępną dla każdego. W modlitwie zaś różańcowej widziała skuteczny lek na bezbożność swoich rodaków. Gdy Żywy Różaniec zaczął się rozwijać zaproponowała, by w ten sposób modlić się o nawrócenie niewierzących. Nie wystarczało jej dać różaniec jako ratunek dla Francji, chciała ratować cały świat.
Inne jej pragnienia, niestety, nie przyniosły spodziewanego efektu. Chciała utworzyć „Bank Niebios” – rodzaj kasy oszczędnościowo-pożyczkowej. Zaczęła tworzyć przedsiębiorstwo idealne, w którym „robotnicy pracując w godziwych warunkach, otrzymywaliby godziwe wynagrodzenie, aby godnie żyć”. Był to huta „Rustrel”. Nie udało się. Nieuczciwi ludzie połakomili się na zebrane w tym celu znaczne środki. Była też próba założenia zgromadzenia zakonnego. „Córki Maryi” nie przetrwały jednak swej założycielki. Angażowała się też w ruch ekumeniczny, który dzisiaj trzeba ocenić jako efekt jej myślenia misyjnego. Ona, zakochana w Jezusie, szukała sposobu jakby tu wszystkich doprowadzić do Jezusa.
Takie próby nie obyły się oczywiście bez krzyży. Znany jest krzyż materialny, drewniany, który otrzymała od swojego zaprzyjaźnionego księdza, Jana Vianneya, proboszcza z Ars (to ten sam czas i to samo miejsce na Ziemi). Mniej znane są jej krzyże duchowe, cierpienia wywołane chorobami, śmiercią najbliższych i upokorzeniami. Chorowała w dzieciństwie i została uzdrowiona po tym jak jej matka, Joanna, ofiarowała swoje życie w zamian za życie córki. W wieku lat 35, śmiertelnie chora, udała się w podróż do sanktuarium św. Filomeny obok Neapolu, i doznała tam cudownego uzdrowienia. Mocno przeżyła śmierć swojej matki, brata Fileasa i siostry Loretty. Większe cierpienia przyszły wraz z oskarżeniami jaki nadeszły po ogłoszeniu upadłości huty Rustrel. Oskarżono ją o niegospodarność, o wyłudzanie pieniędzy. Od wyśmiewanej i pozbawionej szacunku odsunęli się wszyscy, nawet najbliższa rodzina stroniła od niej jak od intrygantki. Kiedyś bogata i znana, popadła w skrajne ubóstwo i został wciągnięta na listę pomocy społecznej. Zmarła w opuszczeniu i zapomnieniu.
Kilka dat z jej życia:
1799 – przyszła na świat 21 lipca w Lyonie
1814 – choroba Pauliny i śmierć matki
1816 – kazanie wielkopostne ks. J. Würtza i duchowe przebudzenie
1819 – rozpoczęcie zbiórki na rzecz MEP, początek Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary
1822 – oficjalne założenie Stowarzyszenia Rozkrzewiania Wiary
1826 – założenie Żywego Różańca
1835 – śmiertelna choroba i uzdrowienie w sanktuarium św. Filomeny
1845/1848 – Spółka hutnicza św. Anny d’Apt w Rustrel
1853 – wpisanie do rejestru ubogich miasta Lyon
1862 – odeszła z tego świata 9 stycznia
Po roku 1862:
1910 – rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego
1919 – uroczystości zorganizowane w Lyonie, w parafii św. Polikarpa, upamiętniające sto lat od rozpoczęcia przez Paulinę Jaricot zbiórek na rzecz misji
1922 – uroczystości z okazji stulecia założenia Dzieła Rozkrzewiania Wiary
1963 – podpisanie przez Jana XXIII dekretu o heroiczności cnót czcigodnej służebnicy Bożej Pauliny Jaricot
2012 – ogólnoświatowe obchody 150. rocznicy śmierci Pauliny Jaricot
2012 – cud uzdrowienia za przyczyną Pauliny Jaricot. Doznała go 3,5-letnia Mayline Tran.
27 maja 2020 r. – Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziła cud uzdrowienia za przyczyną sł. Bożej Pauliny Jaricot.
22 maja 2022 – beatyfikacja Pauliny Jaricot w Lyonie we Francji
Modlitwa do bł. Pauliny Jaricot
Panie Jezu Chryste, Ty po Zmartwychwstaniu powiedziałeś do Apostołów: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16, 15). Ty poprzez wieki duchem głoszenia Dobrej Nowiny napełniasz swoich wyznawców, a spośród nich wybrałeś Paulinę Jaricot i natchnąłeś ją, by całkowicie poświęciła się współpracy misyjnej, zakładając Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec. Spraw, by za jej przykładem jak najwięcej chrześcijan płonęło duchem głoszenia Ewangelii, objawiając Twoją nieskończoną miłość. Za wstawiennictwem bł. Pauliny udziel mi łaski…, o którą szczególnie Cię proszę. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Modlitwa dziękczynna za Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary i Żywy Różaniec
Boże Ojcze, dzięki Twojej dobroci bł. Paulina Jaricot w 1822 roku zainicjowała Dzieło Rozkrzewiania Wiary, które później zostało uznane za papieskie. Dzieło to otwiera nasze serca „na najszersze wymiary Kościoła, który tak kochamy, abyśmy uczestniczyli w jego radościach i trudach, w jego troskach z owym synowskim uczuciem, dzięki któremu stają się one jakby osobiste”.
Dziękujemy Ci, dobry Boże, za każde dobro, które dokonało się dzięki Papieskiemu Dziełu Rozkrzewiania Wiary: za wszystkie świątynie i kaplice powstałe w krajach misyjnych, za każdego członka tego dzieła, który swoją modlitwą i ofiarą wspiera działalność Twoich apostołów. Dzięki nim Twoje imię i Twoja miłość mogą być coraz bardziej znane.
Dobry Boże, dziękujemy Ci także za Żywy Różaniec, który za sprawą bł. Pauliny Jaricot, otwartej na Ducha Świętego, przez „zjednoczenie serc w jedności tajemnic” uprasza łaski dla całego świata.
Prosimy, błogosław tym dziełom i wspieraj je, aby przynosiły jak najobfitsze owoce. Który żyjesz i królujesz przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary
***
Bł. Paulina Jaricot – uboga z certyfikatem
Odwieczna zagadka, jak połączyć głębokie życie modlitewne z rzuceniem się w wir rozkrzewiania wiary, została rozwiązana przez Paulinę Jaricot. Za bardzo wysoką cenę.

fot. Józef Wolny
***
Historia to jak najbardziej prawdziwa, choć mogłaby zdawać się baśnią, scenariuszem jednej z hollywoodzkich produkcji, wartych nakręcenia, by w dniu premiery zarobić sporo na wyciśniętych przez widzów łzach. Jej bohaterka to kobieta sukcesu. I to od dnia narodzin 22 lipca 1799 roku. Ubogi ojciec zdążył się dorobić dużych pieniędzy na suknie, atmosfera rodzinna była sielankowa, a i urody dziewczynie nie brakowało, więc w orszaku królewskiej córki nosiła się dumnie.
Jak u Balzaka
„Pięknie wystrojona w suknię przyozdobioną kwiatami, dostojnie przemierzałam z rodzicami wielką salę św. Piotra. Dumna niczym paw, czułam się godna ogólnego podziwu i chociaż nie znajdowałam przyjemności w tańcach, moja próżność była zaspokojona. To święto jednak drogo kosztowało moją duszę i całkowicie rozstroiło moje nerwy. Miłość własna strąciła mnie w fale próżności. (…) Słowem, stałam się kokietką” – zanotowała w swoim duchowym dzienniku. Przyznać się do błędów można jedynie wówczas, gdy dostąpi się nawrócenia. Ciekawe, że opisując je, porównała siebie do świętego Pawła: „Bez wahania rzuciłam się do stóp Ananiasza”. Tak napisała o kapłanie, którego kazanie poruszyło ją do głębi. Wszystko w jej życiu ulegnie odtąd zmianie, ale przez długi czas pozostanie „kobietą sukcesu”, tyle że w Kościele, a nie na dworze. Czy inaczej niż sukcesem można nazwać wzbudzenie w Kościele wielkich dzieł, które zostaną określone jako papieskie, a także wielokrotny, prywatny wręcz kontakt z Ojcem Świętym?
Każdy z tych sukcesów pod koniec jej życia zamieni się w katastrofę. Sześćdziesięcioparolatka na fotografii wyglądać będzie, jakby miała lat ponad osiemdziesiąt. W garści ściskać będzie urzędowe zaświadczenie o ubóstwie, a mówić o niej będą źle. Bardzo źle…
Poznajcie Paulinę Jaricot. Kobietę, o której życiu wybitny francuski pisarz, poeta i dyplomata Paul Claudel napisał, że było jednocześnie jak karta martyrologium i powieść Balzaka, a przy tym cały rozdział z życia Lyonu. Faktycznie, Lyon ma ogromne znaczenie w tej historii.
Między jedwabiem a żałobnym suknem
Dziesiątki, o ile nie setki bardzo stromych schodów. W upalnym, choć dopiero kwietniowym słońcu trzeba się nieźle napocić, żeby ze wzgórza Fourvière zobaczyć panoramę tego drugiego, zaraz po Paryżu, miasta Francji. Ale warto. Bo zapiera dech w piersiach – dopiero co odzyskany z zadyszki. I przypomina, że to miasto jedwabiu, ale i ognisko społecznych problemów.
Gdy Joseph Marie Jacquard wynalazł programowalne krosna, zatrudnienie w fabrykach jedwabiu bardzo wzrosło. To właśnie Lyon w XIX wieku stał się stolicą produkcji jedwabiu i ma to ogromne znaczenie dla tej historii. Marne wynagrodzenia, fatalne warunki pracy, zakaz zrzeszania się, krwawo tłumione bunty – w takich okolicznościach żyła i działała Paulina Jaricot. Ten kontekst stał się przyczyną zarówno jej sukcesów, jak i ogromnej – po ludzku sądząc – porażki. Kiedy zbuntowani robotnicy okupować będą wzgórze, na którym za pieniądze ojca kupiła dom nazywany do dzisiaj Loretto, dojdzie do konfrontacji Pauliny i rozwścieczonego tłumu, którą opisuje jej biografka siostra Cecylia Giacovelli: „Okupacja wzgórza Fourvière stwarza pewne problemy: jak znaleźć zajęcie dla trzystu ludzi w ciągu jednego dnia? Odpowiedź jest niekorzystna dla posiadłości »Loretto«. Otóż rozpoczyna się tam wyrąb lasu, raz, żeby łatwiej było kontrolować teren, dwa, żeby czymś owych ludzi zająć. W tej grupie nie zabraknie osób, nie tylko mężczyzn, ale i kobiet, które próbują sforsować drzwi domu Córek Maryi, by zażądać od dostojnej »obywatelki« Jaricot jej fortuny. Ale jak tylko Paulina wychodzi im naprzeciw, niespokojni przedstawiciele ludu nie tylko stają się spokojni, ale zamieniają swoje wzburzone uczucia na postawę pełną szacunku i zaufania”.
Odwieczna prawda, że łaska pańska, albo ludzki szacunek, na pstrym koniu jeździ, zrealizuje się stuprocentowo. Paulina po założeniu swoich dzieł, w tym Żywego Różańca i Dzieła Rozkrzewiania Wiary, zapragnie stworzyć kolejne, mające na celu rozwiązanie poważnych problemów społecznych. Zostanie oszukana i wpadnie w wir sądowych procesów, podejrzeń, kolejnych oszustw, które postawę „pełną szacunku i zaufania” zamienią w pogardę i nieufność. Straci wszystko. Otrzyma nawet urzędowe zaświadczenie o ubóstwie.
Umiera 9 stycznia 1862 roku i – jak napisze jej biografka – „mroźna pogoda pozwala zgromadzić tylko okrojoną grupkę biedaków, którzy utożsamiają się z żałobnym suknem, zarezerwowanym dla ich klasy”.
Kto czyni cuda
Na frontonie domu, w którym mieszkała Paulina, znajduje się napis: „O Maryjo, bez grzechu pierworodnego poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. A fotografia, na której wygląda na o wiele starszą niż w rzeczywistości, wisi właśnie tam – w odremontowanym domu Loretto, obecnie należącym do Papieskich Dzieł Misyjnych, w jednym z pokoi przerobionych na muzeum. Łóżko, fotele, klęczniki, sekretarzyk – wszystko stylizowane na modłę tamtych czasów, łącznie z tapetami w kwiaty. Siostra Paulina ze zgromadzenia Famille Missionnaire de Notre-Dame, które opiekuje się domem, pokazuje nam pamiątki po Paulinie i opowiada jej historię. Między innymi o tym, jak ciężko chora wybrała się do sanktuarium świętej Filomeny we Włoszech. – Odradzano jej to, bo podróż trwała kilka dni i była trudna – mówi siostra. I dodaje: – W Rzymie zatrzymała się u sióstr Sacré-Coeur. Papież, który ją znał z powodu dzieła Żywego Różańca, odwiedził ją tam. Opowiedziała mu o swojej chorobie i o tym, że postanowiła odbyć pielgrzymkę do świętej Filomeny z prośbą o uzdrowienie. Powiedziała też: „Ojcze Święty, jeśli zostanę uzdrowiona, proszę autoryzować jej kult”. „Jeśli wyzdrowiejesz, to faktycznie będzie cud” – odpowiedział papież. Paulina w sanktuarium doznała uzdrowienia, do dzisiaj znajduje się tam fotel, na którym siedziała w tej chwili. A obok domu Loretto stoi wybudowana przez nią kaplica ku czci świętej Filomeny, w której siostry gromadzą się każdego dnia na modlitwie, i statua świętego Jana Marii Vianneya, któremu ze swej pielgrzymki Paulina przywiozła jej relikwie i który stał się odtąd ogromnym czcicielem Filomeny. – Kiedy ktoś przypisywał mu jakiś cud, odpowiadał: „To nie ja, to święta Filomena!” – śmieje się nasza przewodniczka i pokazuje krzyż, który z kolei proboszcz z Ars podarował Paulinie.
Istotnie, cudów w życiu Pauliny nie brakowało. A ten, który zdarzył się za jej wstawiennictwem, utorował jej drogę na ołtarze. 29 maja 2012 r. właśnie w Lyonie na rodzinnym przyjęciu doszło do tragicznego wypadku. 3,5-letnia Mayline zadławiła się jedzeniem. Pomimo prób ratowania dziecku życia stwierdzono śmierć mózgową. Lekarze byli pewni, że dziewczynka umrze w ciągu kilku tygodni. Zrozpaczeni rodzice razem ze znajomymi zaczęli odmawiać nowennę za przyczyną Pauliny. Stan Mayline się poprawił i ostatecznie powróciła do całkowitej sprawności.
Misje nie dla kobiet?
W gablotach z pamiątkami znajdują się różańce. Trudno, by było inaczej, skoro to dom założycielki jednego z największych dzieł modlitewnych w historii – Żywego Różańca. – Myślę, że w tamtym czasie była to genialna intuicja, czego w rzeczywistości potrzeba światu chrześcijańskiemu – mówi siostra Paulina. I dodaje: – Myślę również, że jest to coś, co we współczesnym świecie, w którym zmysł modlitwy tak bardzo się stępił, może być doskonałym środkiem powrotu do tego, co najważniejsze. Jak wynika z objawień Matki Bożej w Lourdes i Fatimie, Różaniec to Jej „ulubiona” modlitwa. Jest nie tylko ponadczasowa, ale również przekracza wszystkie inne granice. To modlitwa bardzo prosta, a jednocześnie o niezwykłej mocy.
Na ścianach jednej z sal wiszą figury Matki Bożej pochodzące z różnych stron świata, przywiezione zapewne przez misjonarzy. Pośród rozmaitych druków znajdują się również pierwsze egzemplarze gazetki zachęcającej do wpłacania datków na misje – „Podaruj pieniążek”. To małe „sou” stało się zaczątkiem potężnej struktury – dzieł, które obejmą zasięgiem cały świat i otrzymają przydomek „papieskie”. Na myśl przychodzi tu wspomnienie z dzieciństwa, gdy mała Paulina wraz z bratem snuli marzenia o przyszłości na misjach. Chłopiec, jak na mężczyznę przystało, patrząc na siostrzyczkę z wyższością, stwierdził, że warunki misyjne nie są dla kobiet, więc to on pojedzie, a ona tu, na miejscu, w Lyonie, nazbiera pieniędzy, dzięki którym on tam, na misjach, będzie mógł głosić Ewangelię. Dodał podobno, że na tych misjach to trzeba umieć jeździć również na krokodylu.
Dziecięce miraże spełniły się tylko połowicznie, bo Fileas ostatecznie na misje nie wyjechał, choć księdzem został. A Paulina? – Nie tylko przekroczyła granice swojej parafii czy Francji – mówi ks. Maciej Będziński, dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce. – Ona na nowo odkryła Kościół powszechny, odkrywając Kościół misyjny.
Kwintesencja francuskości
Ponoć socjologowie odkryli, że jedną z cech Francuzów jest ruchliwość idąca w parze z gadatliwością. Trudno to zweryfikować, ale faktycznie: siostra Paulina w żywy sposób, szybko, jakby się bała, że coś pominie, opowiada wszystko, co o domu Pauliny Jaricot i o niej samej wie. A wie bardzo dużo, podobnie jak pracownicy centrum Papieskich Dzieł Misyjnych we Francji w Lyonie przy rue Sala 12. Oni również zasypują nas masą informacji, pokazując zbiory. A te są imponujące. Doktor Bernadette Truchet specjalizująca się w misjach katolickich, zwłaszcza XIX-wiecznych misjach jezuickich w Chinach, odpowiedzialna za centrum dokumentacji i archiwa, mówi: – Znajduje się tu przede wszystkim korespondencja z misjonarzami, którzy opisywali szczegóły swojej posługi oraz kultury, w jakiej się znaleźli, co było cennym wkładem w naukę w czasach, kiedy podróżowało się znacznie mniej.
Oprócz dokumentów w archiwach są też relikwie świętych misjonarzy męczenników i setki fotografii, w tym zachwycające ostrością zdjęcia z drukarni w Niepokalanowie. Jest zapisany piękną kaligrafią protokół pierwszego spotkania Dzieła Rozkrzewiania Wiary. No i roczniki – „Les Annales de la propagation de la foi”. Jeanne Orlé, archiwistka, pokazuje ich polską wersję. A na pytanie, czy ma może jakąś osobistą pamiątkę po założycielce tego dzieła, z uśmiechem pokazuje czapkę Pauliny.
Sekretarz generalny Dzieł, Gaëtan Boucharlat de Chazotte, jak na szlachetne pochodzenie przystało (sygnet rodowy na palcu, uosobienie elegancji i taktu), oprowadza nas po biurach. A w nich wszędzie Paulina i przygotowania do jej beatyfikacji. Zapytany o aktualność jej historii i o to, czy beatyfikacja Pauliny Jaricot stanowi jakiś szczególny znak dla dzisiejszego Kościoła i świata, odpowiada bez namysłu: – Uważam, że tak. Żyjemy przecież w bardzo podobnych czasach. Po rewolucji francuskiej cała Europa i Kościół były w ruinie. To wówczas pojawiła się Paulina jako założycielka Dzieła Rozkrzewiania Wiary. Europa być może w ruinie nie jest, ale dla Kościoła nadeszły czasy bardzo trudne. Nie wiem, czy dla Polski również, ale dla Francji i dla reszty Europy na pewno ta beatyfikacja jest znakiem, że tylko przez powrót do prawdziwej ewangelizacji można to naprawić.
Oczy błogosławionej
W kościele Saint-Nizier, do którego przeniesiono ciało zmarłej Pauliny Jaricot, oprócz niezwykle sugestywnej, „współczesnej” drogi krzyżowej przykuwa uwagę ogromny baner z jej wizerunkiem. Paulina patrzy zeń z uśmiechem, młodymi, rozżarzonymi oczami. Jakby chciała powiedzieć, że zawsze jest szansa, tylko trzeba wrócić do tego, co jest powołaniem Kościoła – modlić się i krzewić wiarę. Ale by nowej błogosławionej tego Kościoła oddać chwałę, bo na nią zasłużyła, i by z tej beatyfikacji wyciągnąć wnioski, warto wrócić do wspomnianej czarno-białej fotografii, na której wygląda biednie i licho, prawie niewidoma, choć – jak mówi ks. Maciej Będziński – nikt z biografów tego nie odnotował. I do słów Paula Claudela: „Oto stara, uboga kobieta, która zapragnęła zbawiać świat! Prosiła Boga o Kościół katolicki i o żadną inną rzecz dla siebie na okręgu ziemi”. Claudel kończy swój wiersz słowami, które chwytają za serce: „Aby niewinny Baranek przyjął ją u stóp swego tronu, ściska mocno w dłoni swoje zaświadczenie o ubóstwie”. •
ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny
***
Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana i aby świat poznał i wypełnił Jej przesłania !
„Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.
Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.
(św. Josemaria Escriva do Balaguer)

***
Intencje Żywego Różańca
na miesiąc styczeń 2026 roku
Intencja Ojca Świętego, którą powierza Kościołowi:
- Módlmy się, aby modlitwa Słowem Bożym była pokarmem dla naszego życia i źródłem nadziei w naszych wspólnotach, pomagając nam budować Kościół bardziej braterski i misyjny.
- więcej informacji – Vaticannews.va: papieska intencja
Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:
- Panu Bogu, który jest pełen Miłosierdzia z wielką wdzięcznią dziękujemy za miniony rok. A u progu Nowego Roku Pańskiego 2026 patrzymy pełni ufności, bo przecież Ty Jesteś nieustannie z nami – nasz Emanuelu. Wpatrując się w Bożą Rodzicielkę, która otwiera kolejny okres naszego pielgrzymowania na tym ziemskim padole, oddajemy Jej nasze serca, umysł i wolę, aby uczyła nas coraz lepiej wypełniać tylko Bożą wolę.
- Za papieża Leona XIV, aby Duch Święty prowadził go, a święty Michał Archanioł strzegł.
- Za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
- Dodatkowe intencje dla Róż
- św. Moniki, Matki Bożej Częstochowskiej (II) i bł. Pauliny Jaricot:
- Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca prosimy Cię Boża Matko, abyś wypraszała u Syna Twego a Pana naszego właściwe drogi życia dla naszych dzieci.
- dla Roży
- bł. Kard. Stefana Wyszyńskiego:
- Wysławiamy Boga w Trójcy Jedynego, że zostaliśmy stworzeni na Boże podobieństwo, aby stanowić wspólnotę życia w miłości. Abyśmy mogli zawsze przeżywać wspólnie dany nam czas i ten radosny i ten związany z trudem – dlatego prosimy Cię Miłosierny Boże o łaskę ustawicznego umacniania naszego małżeńskiego przymierza poprzez ciągłe ożywianie wzajemnej miłości.
***
Od 1 stycznia modlimy się kolejnymi Tajemnicami Różańca Świętego i w nowych intencjach, które otrzymaliście na maila 31 grudnia z adresu e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś z Was nie dostał maila na ten miesiąc, proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres rozaniec@kosciolwszkocji.org)
***
Obecnie mamy 20 Róż Żywego Różańca. Zachęcamy bardzo serdecznie kolejne osoby, które chciałyby dołączyć do Wspólnoty Żywego Różańca. Módlmy się więc, aby dotąd nieprzekonani mogli się przekonać jak skuteczną i tym samym jak bardzo potrzebną jest dziś modlitwa różańcowa.
***
Każdy kto należy do Wspólnoty Żywego Różańca uczestniczy w następujących przywilejach:
- Modląc się codziennie jedną dziesiątką różańca dostępuje się takich łask jak wtedy kiedy modlimy się całym różańcem (20 Tajemnic Różańcowych), gdyż jest we wspólnocie modlitewnej i kolejne osoby z Róży dopełniają modlitwę różańcową rozważając pozostałe Tajemnice.
- Każdy z członków Żywego Różańca, na podstawie przywileju udzielonego przez Stolicę Apostolską (Dekret Penitencjarii Apostolskiej z dnia 25.10.1967), może uzyskać odpust zupełny (darowanie kary czyśćcowej) pod zwykłymi warunkami (stan łaski uświęcającej, przyjęcie w danym dniu Komunii św., odmówienie Wierzę w Boga, Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo w intencjach w jakich modli się Ojciec św. Leon XIV).
- Dni w których można uzyskać odpust zupełny:
1. Dzień przyjęcia do Wspólnoty Żywego Różańca
2. Uroczystość Narodzenia Pańskiego (25 grudnia)
3. Święto Ofiarowania Pańskiego (2 lutego)
4. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego (5 kwietnia)
5. Uroczystość Zwiastowania Pańskiego (25 marca)
6. Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (15 sierpnia)
7. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października)
8. Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (8 grudnia)
***
Obietnice różańcowe przekazane przez Matkę Bożą bł. Alanowi z La Roche:
1. Wszyscy, którzy wiernie Mi służyć będą odmawiając Różaniec św. otrzymają pewną szczególną łaskę
2. Wszystkim odmawiającym pobożnie mój Różaniec przyrzekam Moją szczególniejszą opiekę i wielkie łaski
3. Różaniec będzie najpotężniejszą bronią przeciw piekłu, wyniszczy pożądliwości, usunie grzechy, wytępi herezje
4. Cnoty i święte czyny zakwitną – najobfitsze zmiłowanie uzyska dla dusz od Boga; serca ludzkie odwróci od próżnej miłości świata, a pociągnie do miłości Boga i podniesie je do pragnienia rzeczy wiecznych; o, ileż dusz uświęci ta modlitwa
5. Dusza, która poleca Mi się przez Różaniec – nie zginie
6. Każdy kto będzie modlił się pobożnie na Różańcu św., rozważając równocześnie Tajemnice Święte nie dozna nieszczęść, nie doświadczy gniewu Bożego, nie umrze nagłą śmiercią; nawróci się, jeśli jest grzesznikiem a jeśli zaś żyje według Bożych przykazań – wytrwa w łasce i osiągnie życie wieczne
7. Prawdziwi czciciele Mego Różańca nie umrą bez Sakramentów Świętych
8. Chcę, aby odmawiający Mój Różaniec, mieli w życiu i przy śmierci światło i pełnię łask, aby w życiu i przy śmierci uczestniczyli w zasługach Świętych
9. Codziennie uwalniam z czyśćca dusze, które Mnie czciły modlitwą różańcową
10. Prawdziwi czciciele Mego Różańca osiągną wielką chwałę w niebie
11. O cokolwiek przez Różaniec prosić będziesz – otrzymasz
12. Rozszerzającym Mój Różaniec przybędę z pomocą w każdej potrzebie
13. Uzyskałam u Syna Mojego, aby wpisani do Wspólnoty Mojego Różańca – mieli w życiu i przy śmierci za swoich orędowników wszystkich mieszkańców nieba
14. Odmawiający Mój Różaniec są Moimi dziećmi, a Jezus Chrystus, mój Jednorodzony Syn, jest dla nich Bratem
15. Nabożeństwo do Mego Różańca jest wielkim znakiem przeznaczenia do Nieba
Różaniec jest modlitwą piękną, ale dość wymagającą, gdyż łatwo ją bezmyślnie powtarzać. Należy jak najprościej modlić się na różańcu. Zaczyna się od przeczytania rozważań lub fragmentu Ewangelii, następnie krótka refleksja nad przeczytanym tekstem oraz podanie intencji. Następnie odmówić dziesiątkę różańca. W różańcu chodzi o to, by nie tyle skupić się na technice odmawiania, ale aby rozważać poszczególne tajemnice oraz ich znaczenie. Taki różaniec staje się modlitwą ewangeliczną, wraz z Najświetszą Maryją Panną przeżywamy kolejne momenty życia Pana Jezusa.
Nie można traktować Różańca magicznie, przed czym przestrzegał św. Jan Paweł II. Istotą jest zasłuchanie, wniknięcie w Boże dary, stąd zawsze przed modlitwą zapraszamy Ducha Świętego.
Każdy, kto przyjął sakrament chrztu świętego powinien być odpowiedzialny za święty Kościół Katolicki. Coraz bardziej świadomie przeżywać troskę o zbawienie nie tylko swoje, ale również innych. Dokonuje się to poprzez miłość Boga i bliźniego, modlitwę, dobre uczynki i cierpliwe znoszenie codziennych krzyży.
***

Bóg stał się prawdziwym człowiekiem – nie był tylko podobny do nas, nie udawał, ale rzeczywiście stał się człowiekiem.
ISTOCKPHOTO
***
Po co Bóg stał się człowiekiem?
Rozmowa z o. Cyprianem Klahsem o tajemnicy Wcielenia
– Bóg się zakochał w swoim stworzeniu, a szczególnie zakochał się w człowieku. Dlatego chciał stać się mu bliski – mówi o. Cyprian Klahs, dominikanin.
Jarosław Dudała: Joan Osborne pytała w piosence: „Co, gdyby Bóg był jednym z nas?”. To wzruszający tekst, pełen tęsknoty za Bogiem, ale… przecież On już stał się jednym z nas!
o. Cyprian Klahs OP: To jest jedna z najważniejszych prawd wiary chrześcijańskiej: Bóg stał się prawdziwym człowiekiem – nie był tylko podobny do nas, nie udawał, ale rzeczywiście stał się człowiekiem.
Mówimy w Credo, że Syn Boży dla nas, ludzi, i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba i stał się człowiekiem. Ale co to właściwie znaczy?
Zasada jest prosta: gdy chcesz się z kimś skomunikować, to mów do niego w języku, który jest dla niego zrozumiały. I to jest właśnie pierwszy punkt Wcielenia: Bóg przemówił do nas w ludzkim języku – nie tylko w sensie użycia słów aramejskich czy hebrajskich, ale przemówił całym sobą, całą osobą, ciałem, gestem, emocjami. Ewangelia mówi, że się wzruszył; że zapłakał nad śmiercią przyjaciela; zapłakał nad Jerozolimą; gniew Go ogarnął z powodu niesprawiedliwości, zamknięcia na dobro, na cud. To jedna strona tajemnicy Wcielenia – Objawienie. Druga to miłość i bliskość. U chrześcijańskich mistyków można czasem znaleźć stwierdzenie, że Bóg się zakochał w swoim stworzeniu, a szczególnie zakochał się w człowieku. Dlatego chciał stać się mu bliski. Wcielenie Boga jest po prostu wyrazem miłości, pragnienia bliskości, solidarności z człowiekiem.
Autor Listu do Hebrajczyków pisze, że Bóg może współczuć naszym słabościom, bo jest doświadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Jezus dzielił nasz lęk, ból, głód. Można by nawet powiedzieć, że był w gorszej sytuacji niż my, bo nie popełniwszy żadnego grzechu, przyjął na siebie wszystkie jego straszliwe skutki.
Tak. Bóg zna los człowieka. Wie, co to znaczy być człowiekiem. W piątym rozdziale Ewangelii według św. Jana mamy fragment, w którym jest mowa o tym, że Ojciec przekazał cały sąd Synowi, ponieważ On jest Synem Człowieczym – czyli wie, co to znaczy być człowiekiem, i jest w Nim jakaś solidarność, jakieś ogromne współczucie dla nas.
Mimo że jesteśmy grzeszni? A może właśnie dlatego, że jesteśmy grzeszni?
Bóg może nam współczuć, a ponieważ jest i Stworzycielem, i Zbawicielem, to może także zaradzić temu, w co człowiek się wpakował z powodu swoich grzechów. Współczucie Boga pociąga za sobą Jego działanie. Nie jest tak, że On sobie z góry patrzy, lituje się nad biednym człowiekiem, ale nie rusza mu na ratunek. Przeciwnie – On rozpoznaje nasze cierpienie, które wynika z grzechu, i chce mu zaradzić. To jest pierwszy i podstawowy sens zbawienia: uratować, wyzwolić, uzdrowić.
Nie tylko uratować, ale także wywyższyć. Bo gdy wszechmocny, wszechwiedzący i wieczny Bóg stał się człowiekiem, to przez sam ten fakt w nieprawdopodobny sposób wywyższył, nobilitował człowieczeństwo. Człowiek – to brzmi dumnie (choć raczej nie z tych powodów, o których myślał autor tego powiedzenia, komunista Maksym Gorki).
To wywyższenie jest spełnieniem okrężną drogą tego, co było w Bożych planach już na samym początku. Bo po co Pan Bóg nas stworzył? Stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, żebyśmy mieli udział w Jego życiu. Ale ponieważ trochę Mu namieszaliśmy, to trzeba było doprowadzić do tego celu okrężną drogą i naprawić to, co zostało zepsute. W każdym razie chodzi o realizację pierwotnego zamysłu, żeby człowiek uczestniczył w życiu Bożym, miał udział w Boskiej naturze, czyli żeby został przebóstwiony.
W kazaniach prawie nie mówi się dziś o przebóstwieniu. A przecież w Drugim Liście Świętego Piotra mowa jest o danej ludziom niesłychanej obietnicy udziału w Boskiej naturze (2 P 1,4). Wielu największych teologów przez wieki powtarzało tę samą myśl: Bóg stał się człowiekiem, żeby człowiek stał się bogiem. Na przykład Mistrz Eckhart w komentarzu do Ewangelii według św. Jana stwierdził: „Nie miałoby dla mnie większej wartości, że »Słowo stało się ciałem« dla człowieka w Chrystusie jako osobie odrębnej ode mnie, gdyby nie stało się ciałem również we mnie osobiście, abym i ja mógł stać się synem Bożym”.
To mi się najbardziej kojarzy z encykliką Jana Pawła II Redemptor hominis, w której powiedziano, że Syn Boży, stając się człowiekiem, zjednoczył się w jakiś sposób z każdym z nas. Nie tylko z jednym człowiekiem, Jezusem z Nazaretu. U Eckharta możemy też znaleźć stwierdzenie, że Bóg stał się drugim ja, żebym ja się stał drugim Nim. Św. Katarzyna ze Sieny z kolei w zachwycie zwraca się do Jezusa z pięknym pytaniem: co było przyczyną, że Ty – Bóg, Ty – Miłość stałeś się człowiekiem, a człowiek stał się Bogiem?
To wydaje się wręcz szalone. Czy naprawdę człowiek przy w całej swojej słabości, grzeszności i skończoności może stać się bogiem?
Nie może – sam z siebie w żaden sposób nie może. To jest możliwe jedynie dzięki działaniu Pana Boga – dzięki temu, że On przyjął ludzką naturę, całkowicie jednocząc się z człowiekiem, żeby móc wynieść człowieka na wyżyny. O tym mowa jest w uroczystość Wniebowstąpienia Pana Jezusa w kolekcie podczas Mszy Świętej: „Wszechmogący Boże, wniebowstąpienie Twojego Syna jest wywyższeniem ludzkiej natury…”. Poza tym Wcielenie Boga ma dziś swoje niesłychanie praktyczne konsekwencje.
Jakie?
Na nim opiera się na przykład cała sakramentalność. Bo skoro Bóg stał się człowiekiem, wszedł w ludzki świat, w ludzkie ciało, czyli w materię, to materia stała się nośnikiem Bożej łaski. Inaczej mówiąc, sakramenty właśnie dlatego mogą być skutecznym narzędziem łaski Bożej, że materia została do tego uzdolniona przez Wcielenie Pana Boga. Inna kwestia: z historii teologii znamy wielki spór o obrazy – o to, czy możemy przedstawiać na obrazach Boga (a także świętych). Rozstrzygnięcie było takie, że możemy. Dlaczego? Właśnie dlatego, że Syn Boży, stając się człowiekiem, dał nam swój obraz. Przez Wcielenie dał nam obraz Boga. Kolejna kwestia to nowe spojrzenie na cierpienie. Ponieważ Chrystus, stając się człowiekiem, poddał się cierpieniu i potrafił nadać mu sens, to człowiek wierzący może w cierpieniu odkrywać sens, wartość. No i oczywiście trzeba pamiętać, że Wcielenie jest fundamentalną i nieodłączną częścią całego dzieła zbawienia. Bez Wcielenia nie byłyby możliwe śmierć, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie Chrystusa, ale też nasze zmartwychwstanie w ciele.

fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
o. Cyprian Klahs OP ur. 1969. jest wychowawcą dominikańskich braci studentów. Mieszka w Krakowie. Fascynuje się duchowością dominikańską. Jest autorem książek „Nadzieja. Lekarstwo na narzekanie i zniechęcenie”, „Różaniec. Modlitwa prostoty i głębi” czy „Pamiętniki Jonasza i inne apokryfy”.
Gość Niedzielny
***
Papież zamknął Drzwi Święte Bazyliki św. Piotra – zakończył się Jubileusz Nadziei

Leon XIV zamknął Drzwi Święte w bazylice św Piotra
***
Ojciec Święty Leon XIV zamknął ostatnie Drzwi Święte Roku Jubileuszowego Nadziei. Tym samym dobiegł końca Jubileusz rozpoczęty przez papieża Franciszka 24 grudnia 2024 r. – informuje Vatican News.
Zwyczaj ustanowiony w 1975 r., a następnie uproszczony przez św. Jana Pawła II przy okazji Roku Świętego 2000, obejmuje zamknięcie skrzydeł drzwi. Ich zamurowanie nastąpi z kolei bez udziału wiernych, ok. 10 dni później.
Do Rzymu przybyło i wzięło udział w wydarzeniach jubileuszowych 33 475 369 pielgrzymów. Wstępne szacunki mówiły o 31,7 mln osób, więc liczba uczestników znacząco je przekroczyła. Jak pokazują dane, począwszy od maja nastąpił nieoczekiwany wzrost przybywających do Wiecznego Miasta; ale mimo to, wszystko było zarządzane z ogromną starannością. Doceniono współpracę między Watykanem, a przedstawicielami władz i służb.
Wśród pielgrzymów, którzy przybyli do Rzymu (poza Włochami) najliczniej reprezentowane były kraje: USA (12,57 proc.), Hiszpania (6,23 proc.), Brazylia (4,67 proc.), Polska (3,69 proc.) oraz Niemcy (3,16 proc.).
Kolejny Jubileusz zwyczajny odbędzie się za 25 lat, natomiast już w 2033 r. będzie miał miejsce Wielki Jubileusz Odkupienia.
A oto pełny tekst dzisiejszego kazania Ojca Świętego:
Drodzy Bracia i Siostry!
Ewangelia (por. Mt 2,1-12) opisuje ogromną radość Mędrców z powodu ponownego ujrzenia gwiazdy (por. w. 10), ale także przerażenie Heroda i całej Jerozolimy w obliczu ich poszukiwań (por. w. 3). Za każdym razem, gdy mowa o objawieniu się Boga, Pismo Święte nie ukrywa tego rodzaju rozdźwięków: radości i przerażenia, oporu i posłuszeństwa, lęku i pragnienia. Świętujemy dziś Objawienie Pana, świadomi, że w Jego obecności nic nie pozostaje takie samo, jak wcześniej. To jest początkiem nadziei. Bóg objawia się i nic nie może trwać niezmiennie. Kończy się pewien rodzaj spokoju, który sprawia, że melancholicy powtarzają: „Nic zgoła nowego nie ma pod słońcem” (Koh 1, 9). Zaczyna się coś, od czego zależą teraźniejszość i przyszłość, jak zapowiada Prorok: „Powstań! Świeć, Jeruzalem, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą” (Iz 60, 1).
Zaskakujące jest to, iż zostaje poruszona właśnie Jerozolima, miasto będące świadkiem jakże wielu nowych początków. W jej obrębie właśnie ci, którzy studiują Pismo Święte i uważają, że znają wszystkie odpowiedzi, wydaje się, że stracili zdolność stawiania sobie pytań i pielęgnowania pragnień. Co więcej, miasto jest przerażone tymi, którzy – poruszeni nadzieją – przybywają do niego z daleka, przerażone do tego stopnia, że postrzega jako zagrożenie to, co powinno mu sprawiać wielką radość. Ta reakcja stanowi wyzwanie również dla nas, jako Kościoła.
Drzwi Święte tej Bazyliki, które jako ostatnie zostały dziś zamknięte, widziały przepływ niezliczonych mężczyzn i kobiet – pielgrzymów nadziei, zmierzających do Miasta o bramach zawsze otwartych, do nowego Jeruzalem (por. Ap 21, 25). Kim byli i co nimi kierowało? Pod koniec Roku Jubileuszowego szczególnie poważnym pytaniem jest dla nas duchowe poszukiwanie współczesnych nam [osób], znacznie bogatsze niż być może jesteśmy w stanie pojąć. Miliony z nich przekroczyły próg Kościoła. Co znaleźli? Jakie serca, jaką wrażliwość, jaką wzajemność? Tak, Mędrcy nadal istnieją. Są to osoby, z których każda podejmuje wyzwanie zaryzykowania swej podróży, które w naszym niespokojnym świecie, pod wieloma względami odpychającym i niebezpiecznym, odczuwają potrzebę wyruszenia w drogę, poszukiwania.
Homo viator, mawiali starożytni. Jesteśmy życiem w drodze. Ewangelia zobowiązuje Kościół, aby nie bał się tej dynamiki, ale aby ją doceniał i kierował ku Bogu, który ją pobudza. Jest to Bóg, który może nas niepokoić, ponieważ nie pozostaje w naszych rękach nieruchomo, jak srebrne i złote bożki: jest natomiast żywy i ożywiający, jak to Dziecię, które Maryja trzymała w swoich ramionach, a Mędrcy oddali Mu pokłon. Miejsca święte, takie jak katedry, bazyliki, sanktuaria, które stały się celem pielgrzymek jubileuszowych, muszą upowszechniać woń życia, niezatarte wrażenie, że rozpoczął się inny świat.
Zadajmy sobie pytanie: czy w naszym Kościele jest życie? Czy jest miejsce dla tego, co się rodzi? Czy kochamy i głosimy Boga, który ponownie posyła nas dalej w drogę?
W tej opowieści Herod obawia się o swój tron, niepokoi się tym, co wymyka się jego kontroli. Próbuje wykorzystać pragnienie Mędrców i nakłonić ich poszukiwania na swoją korzyść. Jest gotów kłamać, jest zdolny do wszystkiego; strach bowiem zaślepia. Radość Ewangelii natomiast wyzwala: sprawia, że stajemy się roztropni, ale także śmiali, uważni i kreatywni; podpowiada drogi inne niż te, którymi już podążaliśmy.
Mędrcy przynoszą do Jerozolimy proste i zasadnicze pytanie: „Gdzie jest nowo narodzony?” (Mt 2, 2). Jakże ważne jest, aby każdy, kto przekracza próg Kościoła, odczuwał, że Mesjasz tam się dopiero co narodził, że gromadzi się tam wspólnota, w której zrodziła się nadzieja, że tam właśnie dokonuje się historia życia! Jubileusz nadszedł, aby nam przypomnieć, że można zacząć od nowa, a nawet, że jesteśmy dopiero na początku, że Pan chce wzrastać pośród nas, chce być Bogiem-z-nami. Tak, Bóg poddaje w wątpliwość istniejący porządek: ma marzenia, którymi inspiruje swoich proroków również dzisiaj; stanowczo pragnie wybawić nas od dawnych i nowych form zniewolenia; w swoje dzieła miłosierdzia, w cuda swojej sprawiedliwości angażuje młodych i starszych, ubogich i bogatych, mężczyzn i kobiety, świętych i grzeszników. Nie czyni zgiełku, ale Jego Królestwo kiełkuje już wszędzie na świecie.
Ileż objawień zostało nam danych lub wkrótce zostanie nam dane! Trzeba je jednak odebrać zamysłom Heroda, lękom, które zawsze mogą przerodzić się w agresję. „Od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu, a zdobywają je ludzie gwałtowni” (Mt 11, 12). To tajemnicze wyrażenie Jezusa, zawarte w Ewangelii św. Mateusza, nie może nie skłaniać nas do refleksji nad wieloma konfliktami, przez które ludzie mogą się opierać, a nawet atakować ową Nowość, którą Bóg przygotował dla wszystkich. Miłować pokój, dążyć do pokoju oznacza chronić to, co święte, a właśnie dlatego ono się rodzi: małe, delikatne, kruche jak dziecko. Wokół nas wypaczona gospodarka próbuje czerpać zyski ze wszystkiego. Widzimy to: rynek zamienia w biznes nawet ludzkie pragnienie poszukiwania, podróżowania, zaczynania od nowa. Zadajmy sobie pytanie: czy Jubileusz nauczył nas uciekać od tego rodzaju wydajności, która sprowadza wszystko do produktu, a człowieka do konsumenta? Czy po tym roku będziemy bardziej zdolni dostrzegać w gościu – pielgrzyma, w nieznajomym – człowieka poszukującego, w dalekim – bliźniego, w innym – towarzysza podróży?
Sposób, w jaki Jezus spotykał wszystkich i pozwalał się wszystkim zbliżyć uczy nas doceniać tajemnicę serc, którą tylko On potrafi odczytać. Z Nim uczymy się dostrzegać znaki czasu (por. Sobór Watykański II, Konst. duszp. Gaudium et spes, 4). Nikt nie może nam tego sprzedać. Dziecię, które adorują Mędrcy, jest Dobrem bezcennym i bez miary. Jest Objawieniem bezinteresowności. Nie czeka na nas w prestiżowych „posiadłościach”, ale w skromnych realiach. „A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy” (Mt 2, 6). Ileż to miast, ileż to wspólnot potrzebuje usłyszeć: „Nie jesteś naprawdę najlichsze”. Tak, Pan wciąż nas zaskakuje! Pozwala się znaleźć. Jego drogi nie są naszymi drogami, a ludzie gwałtowni nie potrafią ich opanować, ani też moce tego świata nie mogą ich zablokować. Stąd ogromna radość Mędrców, którzy porzucają pałac i świątynię, i wyruszają do Betlejem: wtedy ponownie widzą gwiazdę!
Dlatego, drodzy bracia i siostry, pięknie jest stać się pielgrzymami nadziei. I pięknie być nimi nadal razem! Wierność Boga jeszcze nas zadziwi. Jeśli nie zredukujemy naszych kościołów do zabytków, jeśli nasze wspólnoty będą domami, jeśli zjednoczeni oprzemy się pokusom możnych, wtedy będziemy pokoleniem jutrzenki. Maryja, Gwiazda zaranna, zawsze będzie kroczyć przed nami! W Jej Synu będziemy kontemplować i służyć wspaniałej ludzkości, przemienionej nie przez urojenia wszechmocy, ale przez Boga, który z miłości stał się ciałem.
***
wtorek 6 stycznia
Uroczystość Objawienia Pańskiego
Msza św. o godz. 20.00 w sali parafialnej przy kościele św. Piotra
***
Mędrcy wyruszają, gwiazda prowadzi ich dalej. Radość rośnie w chwili odnalezienia.

Adobe Stock
***
Iz 60,1-6
Izajasz 60 należy do części księgi powstałej po powrocie z niewoli babilońskiej. Jerozolima jest wtedy słaba i poraniona. Prorok zwraca się do niej jak do kobiety i wzywa: «Powstań, świeć» (qûmî ’ôrî). To wezwanie do podniesienia głowy i do odważnego spojrzenia. Światło przychodzi od Pana.
«Chwała» to hebrajskie (kābôd). Oznacza ciężar Jego obecności. To słowo łączy się z obłokiem chwały z pustyni i ze świątyni. Prorok widzi ją jak wschód nad Syjonem. Ciemność okrywa ziemię i narody. Nad Jerozolimą wschodzi Pan. Werset «narody pójdą do twojego światła» odsłania sens misji Izraela. Miasto staje się znakiem Boga dla ludów. Pada też polecenie: «podnieś oczy wokoło i patrz».
Wizja obejmuje powrót rozproszonych dzieci. Synowie idą z daleka, córki są niesione na ramionach. To obraz odbudowanej wspólnoty, a nie tylko odbudowanych murów. Werset piąty mówi o mieście, które widzi i promienieje. Czasownik oddany jako «promienieć» pochodzi od rdzenia (nāhar), który oznacza także «płynąć». Serce drży i rozszerza się. W Biblii rozszerzone serce oznacza wolność i przestrzeń na radość.
Prorok mówi też o bogactwie morza i o skarbach narodów. To język wielkich szlaków handlowych. Pojawiają się karawany wielbłądów z Madianu i Efy oraz ludzie z Saby. Nazwy wskazują na obszary Arabii, znane z handlu wonnościami.
Tekst wymienia złoto i kadzidło. Kadzidło należy do modlitwy świątyni i unosi się ku Bogu jak prośba ludu. Złoto mówi o czci składanej Temu, który króluje inaczej niż władcy narodów. W tej pieśni Jerozolima promieniuje, ponieważ Bóg w niej mieszka. Obietnica dana Abrahamowi o błogosławieństwie dla wszystkich ludów przybiera tu postać pielgrzymki do światła.
Ef 3, 2-3a. 5-6
Autor Listu do Efezjan przedstawia się jako Paweł i mówi o zadaniu, które otrzymał dla pogan. W prologu tej części nazywa siebie «więźniem» ze względu na Chrystusa. Uwięzienie nie zamyka Ewangelii. Używa słowa «zarząd» łaski, w grece (oikonomia). Oznacza odpowiedzialność za dar, który nie należy do niego. Łaska staje się czymś powierzonym, a nie zdobytym.
Centralnym pojęciem perykopy jest «tajemnica» (mystērion). W Biblii oznacza zamysł Boga, dotąd ukryty, a teraz odsłonięty w historii. Paweł mówi o «objawieniu» (apokalypsis). To odsłonięcie pochodzi od Boga i kształtuje całe spojrzenie na świat. Tekst zestawia «dawne pokolenia» i «teraz». Nie chodzi o pogardę dla przeszłości. Chodzi o nowość Chrystusa. To, co było zapowiadane w Pismach i figurach, zostaje w pełni pokazane w Jezusie. Tajemnica zostaje dana «świętym apostołom i prorokom» i zostaje przekazana «w Duchu». Duch Święty jest tu środowiskiem poznania. Słowo «poganie» tłumaczy greckie (ethnē), czyli narody.
W Starym Testamencie narody przynoszą światło i dar do Syjonu. Tu zostają nazwane domownikami obietnicy. Sedno brzmi krótko: poganie są «współdziedzicami» (synklēronoma), «współczłonkami Ciała» (sussōma) i «współuczestnikami obietnicy» (symmetocha). Trzy słowa układają się w jedno wyznanie równej godności.
«Ciało» oznacza Kościół jako żywy organizm. Jego Głową pozostaje Chrystus, a więzią życia Duch. Jedność rodzi się «w Chrystusie Jezusie» i przychodzi «przez Ewangelię» (euangelion). Kościół jawi się jako przestrzeń, w której obcy staje się bratem, a dom buduje sam Pan.
Mt 2,1-12
Mateusz umieszcza scenę w czasach Heroda Wielkiego, króla Judei pod zwierzchnictwem Rzymu. Narodziny Jezusa dzieją się na uboczu wielkiej polityki, a jednak poruszają stolicę. Do Jerozolimy przybywają mędrcy ze Wschodu. Grecki termin brzmi (magoi). Oznacza ludzi uczonych, kojarzonych z obserwacją nieba i z mądrością dworów. Pytają o nowo narodzonego «króla żydowskiego». Widzą Jego gwiazdę i przychodzą oddać Mu pokłon.
Wyrażenie «na Wschodzie» w tekście greckim brzmi (en tē anatolē) i wskazuje także na moment pojawienia się gwiazdy, na jej wschód. Gwiazda w Biblii bywa znakiem obietnicy. W Księdze Liczb pojawia się zapowiedź «gwiazdy z Jakuba» (Lb 24,17). Mateusz pokazuje spotkanie dwóch dróg poznania. Znak na niebie budzi pragnienie. Pismo prowadzi do miejsca. Herod reaguje lękiem, a lęk udziela się Jerozolimie. Władza oparta na kontroli boi się dziecka. Król zwołuje arcykapłanów i uczonych w Piśmie. Oni wskazują Betlejem w ziemi judzkiej. Betlejem to miasto Dawida. Nazwa znaczy «dom chleba» (bêt leḥem).
Mateusz cytuje Micheasza i dopowiada obraz pasterza, znany z tradycji Dawida. Mesjasz ma prowadzić lud, a nie nim manipulować. Herod wypytuje o czas ukazania się gwiazdy. Wysyła mędrców do Betlejem i domaga się wieści. W opowiadaniu narasta ciemność podstępu.
Mędrcy wyruszają. Gwiazda prowadzi ich dalej. Radość rośnie w chwili odnalezienia. Mateusz mówi o domu, o Dziecięciu i o Matce. W centrum stoi Jezus, a Maryja pozostaje przy Nim. Mędrcy padają na twarz. Słowo «pokłon» oddaje greckie (proskyneō) i oznacza gest czci, znany także z języka kultu. Otwierają swoje skarby i składają dary: złoto, kadzidło i mirrę.
Tekst nie podaje liczby mędrców. Tradycja Kościoła rozpoznaje trzech z powodu trzech darów. Złoto mówi o królewskiej godności. Kadzidło unosi się w świątyni jako znak modlitwy. Mirra pachnie, a w Biblii pojawia się także przy pogrzebie Jezusa. Złoto i kadzidło przywołują też słowa Izajasza o narodach niosących dary do światła Syjonu.
U Mateusza dary trafiają do Chrystusa. Poganie pierwsi oddają Mu cześć. To odsłania szerokość obietnicy. Na końcu Bóg prowadzi mędrców przez sen. Wracają inną drogą. Ten szczegół zostawia obraz drogi odmienionej przez spotkanie…
Ks. Krzysztof Młotek/Tygodnik Niedziela
***
Trzej niekrólowie
Jeśli nie byli królami, to kim mogli być? Skąd wzięły się ich tajemnicze imiona? I dlaczego historia o Mędrcach ma tak wiele różnych wersji?

MATTHIAS STOM, POKŁON TRZECH KRÓLI /REPRODUKCJA ERIK CORNELIUS/NATIONALMUSEUM/WIKIMEDIA
Czy jest coś, co wiemy na pewno o Trzech Królach? „Po pierwsze, być może w ogóle nie istnieli i wielu uczonych biblistów uważa ich za postacie fikcyjne. (…) Po drugie, jeśli nawet istnieli, nie wiadomo, czy było ich trzech, a po trzecie… z całą pewnością nie byli królami” – pisze biblista Roman Zając we wstępie do fascynującej książki „Trzej Królowie. Tajemnica Mędrców ze Wschodu”. Trzeba przyznać, że ta historia zaczyna się jak u Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. A potem napięcie tylko rośnie.
Poganie szukają Mesjasza
Bo skoro nie byli królami, to kim mogli być? W jedynym fragmencie Biblii, gdzie się pojawiają, czyli w zaledwie dwunastu wersetach drugiego rozdziału Ewangelii według świętego Mateusza (2,1-12), w polskim tłumaczeniu pojawia się określenie „Mędrcy”. Jednak słowo magoi, występujące w greckim tekście, jest znacznie bardziej wieloznaczne i może występować zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym kontekście. Roman Zając podaje w swojej książce długą listę możliwych znaczeń tego terminu. Okazuje się, że może się ono odnosić do: „członków staroirańskiego medyjskiego plemienia; przedstawicieli perskiej kasty kapłańskiej (zwłaszcza kapłanów irańskiego kultu ognia); ogólnie Persów; królewskich doradców i dworzan; znawców nauk tajemnych; czarodziejów praktykujących magię, wizjonerów i tłumaczy snów; szarlatanów, oszustów, zwodzicieli i fałszywych proroków; chaldejskich astrologów i astronomów; ludzi uczonych, zgłębiających prawa natury; filozofów i mędrców”. Uff!
Czy z tego wyliczenia dowiadujemy się czegoś więcej o tajemniczych gościach, którzy według ewangelisty mieli przybyć ze Wschodu do Jerozolimy, następnie udać się do Betlejem, by powitać nowo narodzonego Króla, wreszcie – posłuszni nakazowi ze snu – wrócić do ojczyzny inną drogą, omijając pałac Heroda? Jedno nie ulega wątpliwości: „Z punktu widzenia Żydów byli poganami, ponieważ nie wierzyli w Jedynego Boga Jahwe, który uczynił narodem wybranym dwanaście plemion Izraela” – wyjaśnia Roman Zając. Od razu jednak nasuwa się inne pytanie: „Dlaczego (…) szukali żydowskiego Mesjasza? Skoro wyznawali inną religię, czy ich wyznanie miało coś wspólnego z oczekiwaniami Żydów?” – zastanawia się autor „biografii” owych Mędrców.
Wypatrywali znaków
Fakt, że Magowie podążali za gwiazdą, mógłby wskazywać, iż zajmowali się astrologią. Z tego powodu powinni więc wzbudzać wśród Żydów szczególną nieufność. W książce „Trzej Królowie. Dziesięć tajemnic” dziennikarz i publicysta Grzegorz Górny zwraca uwagę, że naród żydowski traktował astrologów jak bałwochwalców. Izraelici bowiem „dostali od Boga nakaz, by trzymać się z dala od wróżbitów, wywoływaczy duchów czy astrologów. Polecenia mógł wydawać im jedynie Bóg przez swoich proroków. Charakterystyczne dla postawy Żydów są słowa wypowiedziane przez Izajasza: »Niechaj się stawią, by cię ocalić, owi opisywacze nieba, którzy badają gwiazdy, przepowiadają na każdy miesiąc, co ma się tobie przydarzyć. Oto będą jak źdźbła słomiane, ogień ich spali. Nie uratują własnego życia z mocy płomieni« (Iz 47,13-14). W tym kontekście nie ma nic zaskakującego w fakcie, że przybycie Mędrców do Judei oraz przywieziona przez nich wiadomość o gwieździe zwiastującej narodziny Mesjasza wywołały w Jerozolimie powszechne zaskoczenie. Proroctwa nakazywały co prawda wyczekiwać w owym czasie pojawienia się pomazańca Bożego, ale nikt spośród Żydów nie śledził nieba, by właśnie stamtąd wypatrywać znaków” – podkreśla autor.
Z fragmentu Ewangelii nie wynika jednak, że Mędrcy rościli sobie pretensje do przepowiadania przyszłości. Roman Zając zwraca uwagę, że są ukazani raczej jako „pobożni poganie, którzy wypatrywali na niebie znaków od Boga”. „Epizod o Magach przybyłych ze Wschodu do Betlejem, aby oddać cześć nowo narodzonemu Mesjaszowi, jest niejako dowartościowaniem świata pogańskiego, potwierdzeniem prawdy, że również w nim byli ludzie, którzy co prawda nie otrzymali takiego objawienia, jakie mieli Żydzi, a mimo to doszli do poznania Jezusa Chrystusa. (…) Dla czytelnika Ewangelii według świętego Mateusza stawało się w ten sposób jasne, że późniejsze wejście pogan do Kościoła nie było przypadkiem, ale od samego początku odpowiadało ono Bożym planom. W królestwie Jezusa Chrystusa nie ma bowiem różnic wynikających z rasy i pochodzenia. (…) W postaciach Magów Kościół odnajdywał niejako samego siebie, czyli pogański świat poza narodem wybranym, który stał się nowym Ludem Bożym, uznając Chrystusa za swego Pana i Zbawiciela. Nic dziwnego, że pokłon Magów został uznany za symbol objawienia się Króla Wszechświata wszystkim narodom i wszystkim ludziom, którzy szukają prawdy” – wyjaśnia biblista.
Prawie królowie
Skąd jednak wzięło się przekonanie, że tajemniczy goście Dzieciątka Jezus byli królami? I skąd pomysł, że było ich trzech? Według Romana Zająca źródłem przypisywania Magom godności królewskiej były prawdopodobnie fragmenty Starego Testamentu, które odczytywano jako zapowiedź ich wizyty, np.: „Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary, królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą mu pokłon wszyscy królowie, wszystkie narody będą mu służyły” (Ps 72,10-11). Albo: „I pójdą narody do swego światła, królowie do blasku twojego Wschodu (…). Wszyscy oni przybędą ze Saby zaofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60,3.6). Fragmenty te Kościół wyznaczył zresztą do czytania podczas liturgii w uroczystość Objawienia Pańskiego, co jeszcze silniej ugruntowało w naszych umysłach obraz królów odwiedzających małego Jezusa.
Warto jednak zwrócić uwagę, że jeszcze na przełomie II i III wieku Tertulian, łaciński teolog z Afryki Północnej, pisał, że „Wschód uważał Magów prawie za królów”. Słówko „prawie” wydaje się tu kluczowe. Dopiero w późniejszych wiekach zrodziło się przekonanie, że do Jezusa, jako Króla Królów, powinni przybyć z pokłonem monarchowie. Także liczba Magów nie była od początku ustalona i wahała się od dwóch postaci namalowanych w katakumbach Świętych Piotra i Marcellina do sześćdziesięciu (nie licząc służby!) cudzoziemców w tradycji koptyjskiej. Popularna była dwunastka (nawiązanie do dwunastu plemion Izraela i dwunastu apostołów), ale w ikonografii spotkać można też wyobrażenia… sześciu mężczyzn stojących przed Dzieciątkiem. Ostatecznie utrwaliła się wersja z trzema gośćmi, za którą przemawiały przede wszystkim trzy dary wspomniane w Ewangelii: złoto, kadzidło i mirra – ale też bogata symbolika religijna trójki, uważanej w starożytności za liczbę doskonałą.
Niespokojne serca
Również imiona tajemniczych gości w rozmaitych apokryfach brzmią różnie, a najstarszy zapis tych, które znamy dzisiaj: Kacper, Melchior i Baltazar, pochodzi z 526 r. i możemy go znaleźć w bazylice św. Apolinarego w Rawennie. Nad głowami Magów uwiecznionych na mozaice widnieje adnotacja: +SCS BALTHASSAR +SCS MELCHIOR +SCS GASPAR. Różnie tłumaczy się znaczenie tych imion. Zdaniem Grzegorza Górnego wszystkie one oznaczają mniej więcej to samo i wywodzą się od greckiego, hebrajskiego i łacińskiego określenia władcy: basileus, melech i caesar. Roman Zając nie zgadza się jednak z tą wykładnią. Według przytaczanych przez niego hipotez imię Gaspar (Kacper) pochodzi z języka perskiego i może oznaczać „skarbnika” lub „tego, który dba o swoją cześć”. Z kolei imię Baltazar jest pochodzenia babilońskiego i wywodzi się od zawołania Bēl-šar-usur, co znaczy „Belu (Baalu), króla strzeż!”. Jest więc życzeniem pomyślności dla władcy. Natomiast Melchior rzeczywiście pochodzi od hebrajskiego melech, oznaczającego króla, a właściwie jest połączeniem tego wyrazu ze słowem or, czyli „światło”. W całości znaczy więc: „Król mój jest światłością”, co należy zapewne odnosić do Boga.
Dla nas, chrześcijan XXI wieku, postacie Magów powinny być przypomnieniem, że również wśród osób o innych przekonaniach religijnych są ludzie szczerze poszukujący prawdy. I że – jak mówi biblista ks. prof. Waldemar Chrostowski – „każdy poszukujący prawdy może odnaleźć Boga objawionego”. Warto więc wsłuchać się w słowa Benedykta XVI, który tak scharakteryzował biblijnych Mędrców: „Byli ludźmi o niespokojnym sercu, którzy nie zadowalali się tym, co widoczne i normalne. Byli to ludzie poszukujący obietnicy, poszukujący Boga. I byli to ludzie czujni, potrafiący dostrzegać znaki Boga, Jego cichą i nieprzerwaną mowę”. Tego z pewnością możemy się od nich uczyć. •
Szymon Babuchwski/Gość Niedzielny
***
Dlaczego piszemy C+M+B na drzwiach i okadzamy domy?
Litery na drzwiach, zapach kadzidła i barwne orszaki, przechodzące ulicami miast i wiosek – tak w wielu miejscach w Polsce wygląda 6 stycznia. O znaczeniu kredy, kadzidła i napisu C+M+B w kontekście uroczystości Objawienia Pańskiego opowiada ks. dr Stanisław Szczepaniec, przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego i konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

Objawienie, które mówi o Bogu
Choć dziś najczęściej mówimy „Trzech Króli”, pierwotnie 6 stycznia Kościół wspominał trzy wydarzenia: pokłon Mędrców, chrzest Jezusa w Jordanie oraz cud w Kanie Galilejskiej. Wszystkie wskazywały na Jezusa jako na obiecanego Mesjasza.
– Epifania oznacza ukazanie się. To święto Boga, który daje się poznać człowiekowi i wchodzi w jego historię – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Jak dodaje liturgista, znaki związane z tym dniem mają wielką siłę, ponieważ nie są jedynie dodatkiem do tradycji, ale mówią o Bogu obecnym wśród ludzi. – Te tradycje trwają, bo pomagają ludziom przeżywać wiarę – podkreśla.
Kreda – znak, który staje się modlitwą
W uroczystość Objawienia Pańskiego wielu wiernych sięga po kredę. Sama w sobie nie ma ona rozbudowanego znaczenia symbolicznego. – Kreda nabiera sensu dopiero wtedy, gdy służy do oznaczenia drzwi mieszkania – mówi konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Na drzwiach pojawia się napis C+M+B lub K+M+B. W pobożności ludowej bywa kojarzony z imionami mędrców, ale liturgista wskazuje głębszą interpretację. – Najpełniejsze teologicznie odczytanie to Christus Mansionem Benedicat, czyli: „Niech Chrystus błogosławi temu domowi” – zaznacza.
Kreda nawiązuje również do darów, które mędrcy złożyli Dzieciątku Jezus. – Podobnie jak mirra, także kreda ma sens dopiero w odniesieniu do Chrystusa. Służy do oznaczenia mieszkania, które jest Jego świątynią – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Pisanie liter na drzwiach nie jest więc dekoracją. – Ten znak powinien być modlitwą i wyrażeniem pragnienia, aby Chrystus błogosławił domowi i mieszkającym w nim ludziom – podkreśla liturgista.
Co zrobić z kredą po poświęceniu?
Przepisy liturgiczne nie regulują tego szczegółowo. – Nie ma tutaj ustalonych wskazań ani zwyczajów – wyjaśnia przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego.
Obowiązuje jednak zasada szacunku. – Rzeczy pobłogosławionych nie wyrzuca się po prostu do śmietnika. Jeśli przestają być potrzebne, najlepiej spalić je albo złożyć w ziemi – zaznacza ks. Szczepaniec.
Najważniejsze jest to, by pamiętać, że były związane z modlitwą.
Kadzidło – woń modlitwy i obecności Boga
Kadzidło od wieków obecne jest w Piśmie Świętym i liturgii Kościoła. – Jest jednym z najbogatszych treściowo znaków w całej historii zbawienia – zauważa ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Dym unoszący się ku górze symbolizuje modlitwę wznoszącą do Boga, a jego woń przypomina o Bożej obecności. Jak wskazuje liturgista, w czasach prześladowań oddanie czci bożkom poprzez spalenie kadzidła było próbą wiary; wielu chrześcijan wybierało męczeństwo, odmawiając takiego gestu. Właśnie dlatego także dziś okadzanie domu nie jest czynnością „na szczęście”. – Ten znak ma sens tylko wtedy, gdy łączy się z modlitwą i wiarą. Wyraża przekonanie, że Bóg jest obecny w tym miejscu i że chcemy oddać Mu cześć – podkreśla konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.
Zauważa, że kadzidło pojawia się w liturgii także, gdy okadza się osoby. – Okadzanie człowieka przypomina, że jest on świątynią Boga. Kadzimy nie samą osobę, ale Boga, który w niej mieszka – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Ta sama logika dotyczy mieszkania. Okadzany dom nie staje się „magicznie chroniony”, lecz zostaje powierzony Bogu. – Okadzanie domu jest wyznaniem wiary i oddaniem czci Bogu obecnemu w naszej codzienności – dodaje.
– Zapalenie kadzidła w mieszkaniu może stać się głęboką modlitwą, jeśli człowiek przeżywa je świadomie – zaznacza liturgista.
Jak używać poświęconego kadzidła?
Nie potrzeba go wiele. Najczęściej spala się je podczas rodzinnej modlitwy lub w uroczystość Objawienia Pańskiego. Okadzanie ma sens tylko wtedy, gdy łączy się z wiarą i modlitwą. – To musi być związane z modlitwą, która jest spójna ze znakiem. Znak mówi, że wierzę, że tu jest Bóg i że chcę Bogu oddać cześć – wyjaśnia ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Liturgista tłumaczy przy tym, dlaczego dziś nie błogosławi się złota. – Trudno byłoby nadać temu realną funkcję religijną, a rzeczy pobłogosławionych nie traktuje się jak zwykłego towaru – mówi.
Tradycja, która żyje
Objawienie Pańskie przypomina, że wiara nie zatrzymuje się na znakach, ale prowadzi głębiej – do relacji z Bogiem. Kreda, kadzidło i wszystkie związane z tym dniem zwyczaje mają jeden cel: pomóc człowiekowi odkryć, że Bóg naprawdę jest blisko i że Jego obecność obejmuje także dom, codzienność i najprostsze sprawy życia.
– Te gesty mają sens wtedy, gdy stają się modlitwą i świadomym wyborem serca – podsumowuje ks. dr Stanisław Szczepaniec.
Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej/Tygodnik Niedziela
***
Kończy się “rekordowy” Rok Święty.
Drzwi Święte zostaną zamurowane.
Około 33,5 miliona pielgrzymów przybyło do Rzymu w Roku Świętym, który zakończy się we wtorek zamknięciem Drzwi Świętych w bazylice watykańskiej. Dokona tego papież Leon XIV. W Roku Świętym odbyło się około 40 wielkich jubileuszy tematycznych. Minął zaś w cieniu wojen i wśród licznych apeli o pokój.

Papież zamknie Drzwi Święte
***
Pielgrzymowali do ostatniej chwili
Do ostatniej chwili, mimo ulewnego deszczu, wierni stali w poniedziałek w kolejce, by przejść przez Drzwi Święte w bazylice watykańskiej, co jest najbardziej symbolicznym gestem uczestnictwa w Roku Świętym. W ostatniej grupie, która przez nie przeszła, byli pracownicy Dykasterii ds. Ewangelizacji wraz z jej proprefektem arcybiskupem Rino Fisichellą i wolontariuszami, pomagającymi pielgrzymom w ciągu minionych 12 miesięcy.
Papież zamyka Drzwi Święte
O godzinie 9.30 papież zamknie wrota w bazylice watykańskiej, otwierane tylko z okazji Roku Świętego. W bazylice Św. Piotra obecny będzie prezydent Włoch Sergio Mattarella.
Drzwi Święte zostaną zamurowane. Pod koniec grudnia zamknięto je w trzech innych papieskich bazylikach, a dokonali tego kardynałowie- reprezentanci papieża.
Rok Święty dwóch papieży
Rok Święty pod hasłem „Pielgrzymi nadziei” zainagurował w Wigilię 2024 r. papież Franciszek, a po jego śmierci obchodom przewodniczył wybrany 8 maja Leon XIV.
Miliony pielgrzymów i rekord
To był rekordowy pod względem liczby uczestników Rok Święty. W przeddzień jego zakończenia w Watykanie poinformowano, że przybyło około 33,5 miliona pielgrzymów. Ogromne tłumy na ulicach stolicy Włoch widoczne były niemal codziennie przez 12 miesięcy.
Dane dotyczące Wielkiego Jubileuszu roku 2000 za pontyfikatu Jana Pawła II to 24,5 miliona pielgrzymów według oficjalnej rzymskiej agencji współorganizującej obchody i 32 miliony, jak podał Instytut Badań Censis wskazując na szerszą liczbę osób, które odwiedziły Wieczne Miasto w tym czasie.
Kto pielgrzymował do Rzymu?
W 2025 r. jedną trzecią pielgrzymów stanowili Włosi, a 12 procent- Amerykanie, co uważa się za efekt wyboru pierwszego w dziejach papieża z USA. Na trzecim miejscu byli Hiszpanie (6 procent), a na kolejnych: Brazylijczycy (4,6 procent), Polacy (3,7 proc.) i Niemcy (3,16 procent). Odnotowano ponadto, że masowo przybyli wierni z Peru, czyli drugiej ojczyzny Leona XIV, bo to tam pełnił przez wiele lat posługę jako misjonarz.
Rok Święty był impulsem dla rozwoju miasta, dla jego transformacji, przy jednoczesnym spojrzeniu na świat, bo radość pielgrzymów poruszyła serca rzymian, którzy z kolei okazali swą gościnność.
– powiedział burmistrz Roberto Gualtieri.
Odbyło się prawie 40 jubileuszy tematycznych, w których uczestniczyły tysiące przedstawiciele różnych zawodów, grup społecznych i pokoleń, ruchów i stowarzyszeń religijnych z całego świata. Zorganizowano między innymi Jubileusze: świata mediów, policji, wojska oraz innych służb mundurowych, artystów, chorych i pracowników służby zdrowia, bractw kościelnych, sportowców, rządzących, cyfrowych misjonarzy i katolickich influencerów, pracowników wymiaru sprawiedliwości, ludzi pracy, ubogich, więźniów.
Największy był Jubileusz Młodzieży na przełomie lipca i sierpnia. Wzięło w nim udział około miliona osób z całego świata, w tym 20 tysięcy Polaków.
To było pierwsze tak masowe spotkanie pontyfikatu Leona XIV.
Wołanie o pokój
Całemu wydarzeniu 2025 roku w Kościele towarzyszyło echo wojen, od Ukrainy po Strefę Gazy i liczne apele obu papieży o pokój. Nie było ani jednej południowej modlitwy z wiernymi bez apeli najpierw Franciszka, a potem Leona XIV o pokój na świecie.
Pokój był jednym z głównych tematów Roku Świętego; nie tylko za sprawą słów papieży, ale także obecności w Watykanie pielgrzymów z rejonów konfliktów oraz licznych rozmów Leona XIV z przywódcami wielu państw.
Najbardziej spektakularnym momentem był koncert 13 września na placu Świętego Piotra, gdzie wystąpili Pharrell Williams, Andrea Bocelli, John Legend, Jennifer Hudson i Karol G. Oklaskiwało ich około 100 tysięcy osób.
Pierwszy Rok Święty odbył się w 1300 roku, a ogłosił go papież Bonifacy VIII. Co 25 lat obchodzony jest od 1475 roku.
Vatican News/Tygodnik Niedziela
***
niedziela 4 stycznia
Najświętsze Imię Jezus. Wybrane przez Boga Ojca
3 stycznia obchodzimy wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. To Imię, na którego dźwięk zegnie się kiedyś każde kolano.

(Chrystus Pantokrator – mozaika z XII wieku w apsydzie katedry w Cefalù.
By Photo by Andreas Wahra, edited by Entheta [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)], via Wikimedia)
***
Chociaż zapowiadany w Starym Testamencie Mesjasz był przez proroków określany różnymi imionami, to Bóg Ojciec za pośrednictwem Aniołów podał ludzkości jedno konkretne imię swojego Syna. 3 stycznia Kościół rozważa tajemnice związane z Najświętszym Imieniem Jezus.
W czasach Starego Prawa mówiono i pisano o Nim jako o Emmanuelu, Przedziwnym Doradcy, Bogu Mocnym, Odwiecznym Ojcu, Księciu Pokoju, Synu Człowieczym. Autorzy ksiąg Nowego Testamentu również znają inne określenia: Słowo, Syn człowieczy, Światłość świata, Droga Prawdy i Życia, Dobry Pasterz. Mimo tego od dnia, gdy do Świętej Dziewicy przybył Archanioł Gabriel wiemy, że Syn Boży, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, ma na imię Jezus. Jego wagę dobitnie podkreśla fakt, że to samo imię Anioł Pański przekazał również świętemu Józefowi. Także ziemski opiekun Syna Bożego otrzymał polecenie, by Syna zrodzonego z jego żony nazwać Imieniem Jezus, które – jak zauważa portal brewiarz.pl – w dosłownym tłumaczeniu z hebrajskiego oznacza „Jahwe zbawia”. Z kolei Chrystus oznacza namaszczonego lub Pomazańca Pańskiego, co jest odwołaniem do starotestamentalnych proroków, królów i kapłanów Izraela, gdyż Chrystus jest zarazem Królem i Najwyższym Kapłanem, Jego osoby dotyczyły proroctwa, a i sam Zbawiciel wiele mówił o przyszłości ludzkości – a więc prorokował. Od Imienia Chrystus pochodzi nazwa Jego wyznawców – chrześcijan.
Zesłane z nieba Imię Zbawiciela czyniło cuda, gdyż to sam Pan Jezus powiedział swoim uczniom, by wszystko co czynią, czynili w Jego Imieniu. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna” (J 16, 23-24) – czytamy w Ewangelii świętego Jana.
„Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” (Mk 16, 17-18) – przekazuje Kościołowi Ewangelista Marek.
Moc Imienia Jezus została nie tylko zapowiedziana przez Zbawiciela. W Ewangelii odnajdujemy również przykłady Jego działania. „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź!” (Dz 3, 6) – opisuje Pismo Święte cud dokonany Bożą Mocą przez świętego Piotra nad człowiekiem niepełnosprawnym od urodzenia. „Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły” (Dz 3, 16) – odnotowują w tej sprawie Dzieje Apostolskie.
Również w imieniu Syna Bożego apostołowie wyrzucali z opętanych ludzi złe duchy. „Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł!” (Dz 3, 6-7) – czytamy w księdze Nowego Testamentu, który w wielu miejscach podkreśla godność Najświętszego Imienia. Święty Paweł pisze, byśmy wszystko czynili w imię Pana Jezusa (Kol 3, 17). Jak zauważa portal brewiarz.pl, Apostoł Pogan odwoływał się do Imienia aż 254 razy.
Kult imieniu Syna Bożego – Jezusa Chrystusa – oddawali również starożytni Ojcowie i Doktorzy Kościoła, a za ich sprawą głęboka wiara i cześć przetrwała przez wieki i dotarła do współczesności.
źródło: brewiarz.pl
***
Wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus

Dla ludzi wierzących imię Jezus jest najdroższe i najświętsze, oznacza bowiem osobę Syna Bożego, naszego Zbawiciela.
Co dokładnie znaczy imię JEZUS – wyjaśniał na antenie Radia Niepokalanów ks. prof. Józef Naumowicz
Istnieje wiele imion, którymi określano Syna Bożego. Już prorok Izajasz wymienia ich cały szereg: Emmanuel (Iz 7, 14), Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9, 6). Prorocy: Daniel i Ezechiel nazywają Mesjasza „Synem człowieczym” (Dn 7, 13), a Zachariasz powie o Nim: „a imię Jego Odrośl” (Za 6, 12). W Nowym Testamencie św. Jan Apostoł nazwie Syna Bożego „Słowem” (J 1, 1). Sam Jezus Chrystus da sobie nazwy: Syn człowieczy (Mt 24, 27. 30. 37. 39. 44), Światłość świata (J 8, 12), Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz (J 10, 11; 14, 6) itp. Jednak imieniem własnym Wcielonego Słowa jest Imię Jezus. Ono bowiem zostało nadane Mu przez samego niebieskiego Ojca jako imię własne: W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (…). Anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31).
Święto Najświętszego Imienia Jezus, ustanowione w roku 1721, w nowym kalendarzu rzymskim zostało uwzględnione jako wspomnienie w dniu 3 stycznia. Do rozpowszechnienia kultu Imienia Jezus przyczynił się w XV w. zakon franciszkański, a papież Innocenty XIII w XVIII w. rozszerzył święto na Kościół powszechny. W oficjum brewiarzowym jest bardzo piękny hymn z XI w. Jesu, dulcis memoria, opiewający słodycz tego imienia (za: brewiarz.pl)
Skoro Pismo Święte poucza nas, że „Każdy, kto będzie wzywać Imienia Pańskiego, będzie zbawiony”, warto odmówić dziś – w dniu wspomnienia Najświętszego Imienia Jezus – Litanię do Najświętszego Imienia Jezus.
Litania do Imienia Jezus
Kyrie eleison. Christe eleison. Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, – zmiłuj się nad nami.
Synu, Odkupicielu świata, Boże,
Duchu Święty, Boże,
Święta Trójco, Jedyny Boże,
Jezu, Synu Boga żywego, – zmiłuj się nad nami.
Jezu, odblasku Ojca,
Jezu, jasności światła wiecznego,
Jezu, Królu chwały,
Jezu, słońce sprawiedliwości,
Jezu, Synu Maryi Panny,
Jezu najmilszy,
Jezu przedziwny,
Jezu, Boże mocny,
Jezu, Ojcze na wieki,
Jezu, wielkiej rady zwiastunie,
Jezu najmożniejszy,
Jezu najcierpliwszy,
Jezu najposłuszniejszy,
Jezu cichy i pokornego serca,
Jezu, miłośniku czystości,
Jezu, miłujący nas,
Jezu, Boże pokoju,
Jezu, dawco życia,
Jezu, cnót przykładzie,
Jezu, pragnący dusz naszych,
Jezu, Boże nasz,
Jezu, ucieczko nasza,
Jezu, Ojcze ubogich,
Jezu, skarbie wiernych,
Jezu, dobry Pasterzu,
Jezu, światłości prawdziwa,
Jezu, mądrości przedwieczna,
Jezu, dobroci nieskończona,
Jezu, drogo i życie nasze,
Jezu, wesele Aniołów,
Jezu, królu Patriarchów,
Jezu, mistrzu Apostołów,
Jezu, nauczycielu Ewangelistów,
Jezu, męstwo Męczenników,
Jezu, światłości Wyznawców,
Jezu, czystości Dziewic,
Jezu, korono Wszystkich Świętych,
Bądź nam miłościw, – przepuść nam, Jezu.
Bądź nam miłościw, – wysłuchaj nas, Jezu.
Od zła wszelkiego, – wybaw nas, Jezu.
Od grzechu każdego,
Od gniewu Twego,
Od sideł szatańskich,
Od ducha nieczystości,
Od śmierci wiecznej,
Od zaniedbania natchnień Twoich,
Przez tajemnicę świętego Wcielenia Twego,
Przez narodzenie Twoje,
Przez dziecięctwo Twoje,
Przez najświętsze życie Twoje,
Przez trudy Twoje,
Przez konanie w Ogrójcu i Mękę Twoją,
Przez krzyż i opuszczenie Twoje,
Przez omdlenie Twoje,
Przez śmierć i pogrzeb Twój,
Przez Zmartwychwstanie Twoje,
Przez Wniebowstąpienie Twoje,
Przez Twoje ustanowienie Najświętszego Sakramentu,
Przez radości Twoje,
Przez chwałę Twoją,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
– przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
– wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
– zmiłuj się nad nami.
Jezu, usłysz nas! Jezu, wysłuchaj nas!
Módlmy się: Panie, Jezu Chryste, któryś rzekł: „Proście, a otrzymacie; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a będzie wam otworzone”; daj nam, prosimy, uczucie swej Boskiej miłości, abyśmy Cię z całego serca, usty i uczynkiem miłowali i nigdy nie przestawali wielbić. Racz nas obdarzyć, Panie, ustawiczną bojaźnią i miłością świętego Imienia Twego, albowiem nigdy nie odmawiasz Twej opieki tym, których utwierdzasz w Twej miłości. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.
Radio Niepokalanów
***
Na Imię Jezus niech się zegnie każde kolano
W kościele kult Najświętszego Imienia Jezus rozpowszechnił się w XV w. Przyczynili się do tego św. Jan Kapistran i św. Bernardyn, który starał się na wzór św. Pawła być prawdziwym apostołem Imienia Jezus. Dla tego imienia cierpiał, był krytykowany, a nawet posądzany o herezję. W 1426 r. papież Marcin V potwierdził ortodoksyjność nauki głoszonej przez św. Bernardyna i jego formę kultu Imienia Jezus.
W tradycji franciszkańskiej kult Najświętszego Imienia Jezus zajmuje pierwsze miejsce przed Męką Pańską i żłóbkiem. Powszechnie przyjmuje się, że Zakon Franciszkański nadał temu nabożeństwu stałą formę i przez to włączył w rytm życia religijnego całego Kościoła katolickiego.
„Bóg zbawia” jest to imię drugiej Osoby Trójcy Świętej, Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Imię to zapowiedział Archanioł w chwili Zwiastowania Maryi: „Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus” (Łk 1,31). Imię to zostało nadane Dzieciątku w ósmym dniu po narodzeniu.
O mocy Swego Imienia uczy nas sam Pan Jezus (por. J 16, 23-24). Wielokrotnie na kartach Ewangelii Pan Jezus mówi o mocy i ważności tego Imienia. Zapewnia, że tam, gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w Jego imię, On jest pośród nich (por. Mt 18, 20).
Największym apostołem Imienia Jezus był św. Paweł. Sam Pan wybrał go, aby zaniósł Jego Imię do wszystkich narodów i wiele musiał wycierpieć z tego powodu. Swoją nauką i cierpieniem św. Paweł potwierdził wielkość Imienia Bożego, bo jak napisał w Liście do Filipian: „Dlatego Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych” (2, 9-11).
Św. Franciszek z Asyżu był zawsze pełen głębokiej czci dla Imienia Boga. Jego postawa wobec Imienia Bożego jest nacechowana najgłębszym szacunkiem, a równocześnie niezwykłą miłością i serdecznością. Biograf św. Franciszka -Tomasz z Celano pisze, że bracia, którzy z nim przebywali, wiedzą jak codziennie i stale głosił Jezusa, jak słodko opowiadał o Nim, jak łagodnie i z pełną miłością rozmawiał na Jego temat. Imię Jezus nosił w sercu, na ustach i na rękach. W liście do wszystkich braci pisał: „Franciszek prosi wszystkich braci, aby gdy tylko usłyszą Imię Jezus, oddawali Mu pokłon z lękiem i szacunkiem, pochyleni do ziemi”.
Święto Imienia Jezus przypomina nam, abyśmy z szacunkiem, miłością i czcią wymawiali święte Imię Jezus i nie wzywali tego Imienia daremnie.
Br. Mateusz Miklos OFM/Tygodnik Niedziela
***
12 krótkich modlitw wzywających imienia Pana Jezusa

Fred de Noyelle | Godong
***
Modlitwy te łatwo zapamiętać i odmawiać w ciągu dnia.
Jezus zapowiedział: „O cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię” (J 14,13-14).
Imię Jezusa jest samo w sobie potężną modlitwą, a On sam prosił, abyśmy często je wymawiali modląc się do niego.
I choć możemy ograniczyć się do wypowiadania wyłącznie imienia „Jezus”, Kościół zna wiele innych krótkich modlitw zawierających imię Pańskie. Można je odmawiać w ciągu dnia w różnych okolicznościach.
Oto 12 takich łatwych do zapamiętania modlitw, które pomogą nam skupiać naszą uwagę na Jezusie bez względu na to, czym w danej chwili się zajmujemy:
Jezu, Boże mój, kocham Cię nade wszystko.
Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!
Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznym.
Chwała bądź Jezusowi, teraz i zawsze.
Słodkie Serce Jezusa, bądź moją miłością!
Jezu, cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według Serca Twego.
Jezu mój, zmiłuj się!
O najsłodszy Jezu, nie bądź mi Sędzią, ale Zbawcą!
Jezu, ufam Tobie!
Najsłodsze Serce Jezusa, dozwól mi kochać Cię coraz goręcej!
O, Serce Jezusa miłością ku nam pałające, rozpal serca nasze miłością ku Tobie!
Jezu, kocham Cię!
Philip Kosloski/Aleteia.pl
***
Najświętsze Imię Jezus. Imię w centrum modlitwy chrześcijańskiej
Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a słowem tym było imię Jego Syna.

N/z fresk święty Józef nadaje imię Jezus
fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny
***
Napisałem do „Gościa” ponad 6400 tekstów. Tak wyliczył mi komputer. A Bóg – jak mawiał Fiodor Dostojewski – wypowiedział tylko jedno słowo, a słowem tym było imię Jego Syna. „Starożytni powtarzali, że »Bóg wypowiedział tylko jedno słowo, a myśmy wiele słów usłyszeli«. Tym jednym, jedynym, najdroższym słowem jest imię Jezus” – opowiadał mi niedawno ks. Krzysztof Wons, salwatorianin, dyrektor Centrum Formacji Duchowej w Krakowie. „Jedno słowo może mnie karmić całymi miesiącami, bo jest ono niezgłębione”.
Bóg wypowiedział Imię ponad wszelkie imię, mimo naszej niewierności, krnąbrności, niedowierzania. A może ze względu na nią? Oznacza ono bowiem Tego, który „wybawia, ratuje, zbawia”. „Nadasz Mu imię Jezus, albowiem On zbawi swój lud od jego grzechów” – usłyszał od anioła Józef. Już wypowiadając imię Jezusa… wołamy do Niego o ratunek.
„Imię Jezus oznacza, że samo imię Boga jest obecne w osobie Jego Syna, który stał się człowiekiem dla powszechnego i ostatecznego odkupienia grzechów. Jest to imię Boże, jedyne, które przynosi zbawienie; mogą go wzywać wszyscy, ponieważ Syn Boży zjednoczył się ze wszystkimi ludźmi przez Wcielenie w taki sposób, że »nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni«” – czytam w Katechizmie Kościoła Katolickiego. „Imię to znajduje się w centrum modlitwy chrześcijańskiej. Wszystkie modlitwy liturgiczne kończą się formułą: »Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa«”.
To jedno, jedyne słowo uczyło przez wieki tradycję wschodnią „modlitwy Jezusowej”. „Wypowiadaj imię Jezusa bezustannie w kościele, w domu, w czasie drogi, podczas pracy, podczas odpoczynku, w łóżku, od chwili, gdy otworzysz oczy, aż do momentu, kiedy je zamkniesz. Odpowiada to dokładnie wystawianiu czegoś na słońce, ponieważ oznacza trwanie przed obliczem Pana, który jest słońcem świata duchowego” – nauczał mnich Teofan Pustelnik, odpowiadający za ostateczną redakcję popularnych „Opowieści pielgrzyma”.
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***

Jezus to imię własne Syna Bożego, nadane Mu przez samego Ojca w niebie. Słowo to oznacza „Jahwe zbawia”, a zatem określa posłannictwo, z jakim Syn Boży przyszedł na świat.
ISTOCKPHOTO
***
Imię Jezus – słowo, które przynosi ocalenie
Imię Pańskie przynosi ocalenie. Nie używaj go bezmyślnie
.
W połowie lutego 2015 roku świat ujrzał wstrząsający film przedstawiający kaźń 21 egipskich Koptów. Mężczyźni w pomarańczowych uniformach klęczeli na brzegu morza ze skutymi z tyłu rękami. Byli świadomi, że za chwilę terroryści z Państwa Islamskiego obetną im głowy. Mogli ocalić życie, deklarując przejście na islam, ale woleli umrzeć niż zaprzeć się Zbawiciela. Oprawcy, publikując film, nie wycięli ścieżki dźwiękowej, dzięki czemu wiemy, że ich ostatnimi słowami było wezwanie: „Panie Jezu Chryste”.
Słowo ostatnie
Słowa, które wypowiadamy w sytuacjach granicznych, wiele mówią o tym, czym żyjemy na co dzień i co jest dla nas najcenniejsze. Przypadające 3 stycznia liturgiczne wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus przypomina, jak wielkim darem jest imię Pańskie i z jak wielką czcią należy go używać.
Kilka lat temu na Ukrainie u starszego mężczyzny zdiagnozowano chorobę wymagającą amputacji języka. Przed podaniem narkozy młody lekarz miał „dowcipnie” powiedzieć pacjentowi: „No, dziadku, jakie będą wasze ostatnie słowa?”. Staruszek odpowiedział: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”. Wezwanie w takich razach Boga jest naturalnym odruchem człowieka wierzącego. Licznych przykładów dostarczają świadectwa historyczne. „Jednych ścinali, drugich na śmierć kłuli, a gdy więźniowie konając wołali: »Jezus!«, przestraszyli Tatarów, a zatem po gardłach siekali, żeby imienia Jezus zbawiennego nie wspominali” – pisał Wespazjan Kochowski o ostatnich chwilach tysięcy jeńców polskich, pojmanych w 1652 roku po bitwie pod Batohem i zabijanych z polecenia Bohdana Chmielnickiego.
Wypowiedzenie imienia Jezus w obliczu tego, co przeraża, to świadectwo wiary i wezwanie Zbawiciela na pomoc. To modlitwa, najprostsza, a zarazem najbardziej żarliwa. Tak modlił się łotr wiszący na krzyżu obok Zbawiciela. Słowa: „Jezu, wspomnij na mnie” otwarły mu niebo.
…będzie zbawiony
Nicky Gumbel, założyciel kursów ALPHA, bardzo niepokoił się o wieczny los swojego ojca. „On był agnostykiem, nigdy nie chodził do kościoła. Kiedy zmarł, byłem załamany” – tłumaczył w jednym z wywiadów. Pewnego dnia podczas modlitwy Nicky sięgnął do Biblii i trafił na fragment z Listu do Rzymian (10,13): „Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Czuł, że Bóg mówi mu: „To dotyczy twojego ojca”. Chwilę później do jego pokoju weszła żona z Biblią w ręku. „Trafiłam na taki fragment i myślę, że on jest o twoim ojcu” – powiedziała. To było prawie tak samo brzmiące zdanie, ale z Dziejów Apostolskich (2,21): „Każdy, kto wzywać będzie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Następnego dnia Gumbel, wciąż nie w pełni przekonany, wysiadał z pociągu. Na wprost niego, na budynku stacji, wisiał ogromny billboard z napisem: „Każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony”. Gdy opowiedział o tym swojemu przyjacielowi Sandy’emu Millarowi, ten powiedział z uśmiechem: „Nie sądzisz, że Bóg chce ci coś przez to powiedzieć?”. „Dziś jestem spokojny. Mam pewność, że mój ojciec wezwał imienia Pańskiego i jest zbawiony” – zapewnia Nicky Gumbel.
Podobne zdanie o zbawczej mocy imienia Bożego znajdujemy w Starym Testamencie. „I uczynię znaki na niebie i na ziemi: krew i ogień, i słupy dymne. Słońce zmieni się w ciemność, a księżyc w krew, gdy przyjdzie dzień Pański, dzień wielki i straszny” – zapowiada Bóg przez proroka Joela. Wtedy pada to zdanie: „Każdy jednak, który wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony” (Jl 3,3-5).
Ponad wszelkie imię
W Starym Testamencie imienia Boga, którym sam się przedstawił, nie wolno było wymawiać nawet kapłanom. Z szacunku dla imienia Jahwe Żydzi zastępowali je różnymi określeniami, między innymi: Adonai (Pan), Elohim (Bóg doskonały), Szaddaj (Wszechmocny) albo Kaddosz (Święty). Miało to związek z drugim przykazaniem Dekalogu: „Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno”. W Księdze Wyjścia (20,7) brzmi ono tak: „Nie będziesz wzywał imienia Pana, Boga twego, do czczych rzeczy, gdyż Pan nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy”.
Drugie przykazanie zobowiązuje chrześcijan do okazywania szczególnego szacunku dla imienia Jezus, które jest imieniem własnym Syna Bożego, nadanym Mu przez samego Ojca w niebie. Słowo to oznacza „Jahwe zbawia”, a zatem określa posłannictwo, z jakim Syn Boży przyszedł na świat.
O zbawczej mocy imienia Jezus uczy św. Piotr: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,10-12). A św. Paweł pisze, że Bóg „darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (Flp 1,8-10). Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że człowiek nie może nadużywać imienia Pańskiego. „Powinien używać go tylko po to, by je błogosławić, wychwalać i uwielbiać” – czytamy (2143).
Chrześcijanin od Chrystusa
Szacunek dla imienia Pańskiego obejmuje także imiona świętych. Katechizm uczy, że „drugie przykazanie zabrania nadużywania imienia Bożego, to znaczy wszelkiego nieodpowiedniego używania imienia Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszej Maryi Panny i wszystkich świętych” (2146). Czczym i nieodpowiednim używaniem imion świętych jest bez wątpienia wszelkie bezmyślne stosowanie ich w charakterze przerywników, a nawet jako zamienników słów nieprzyzwoitych. „Tam jest wielkie imię Jego, gdzie nazywają Go zgodnie z wielkością Jego majestatu (…). Tam jest święte imię Boże (…), gdzie wzywają Go ze czcią i bojaźnią, by Go nie obrazić” – pisze św. Augustyn.
O powszechnej czci dla imienia Pańskiego świadczy Litania do Imienia Jezus, która powstała w wieku XV, a także rozpowszechnione po całym świecie pozdrowienie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.
Chrystus to drugie imię Jezusa, nadane przez wyznawców. Pochodzi od greckiego słowa oznaczającego Pomazańca Pańskiego. To od imienia „Chrystus” bierze się nazwa „chrześcijanie”. Do tego faktu nawiązał Ojciec Święty Jan Paweł II podczas homilii wygłoszonej w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku. „Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana. Już w samej tej nazwie zawarte jest wzywanie imienia Pańskiego. Drugie przykazanie Boże powiada: »Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno«. Zatem jeśli jesteś chrześcijaninem, niech to nie będzie wzywanie imienia Pańskiego nadaremno. Bądź chrześcijaninem naprawdę, nie tylko z nazwy, nie bądź chrześcijaninem byle jakim”.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
3 stycznia
Pierwsza sobota miesiąca
100 lat temu siostrze Łucji objawiła się Matka Boża. Chodzi o “niespełnioną część” orędzia fatimskiego

fot. Domena publiczna / commons.wikimedia.org
***
10 grudnia 1925 roku w Pontevedra doszło do stosunkowo mało znanego objawienia. Wizjonerce z Fatimy, s. Łucji dos Santos objawiła się Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. Maryja wezwała do szczególnego nabożeństwa, jakim są pierwsze soboty miesiąca.
Objawienie Maryi siostrze Łucji dos Santos
Matka Boża ukazała się Łucji w jej celi zakonnej, trzymając w ręku Serce otoczone cierniową koroną, podczas gdy drugą ręką dotykała ramienia wizjonerki. Wtedy mały Jezus przemówił: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia.
***
Co Jezus i Maryja przekazali siostrze Łucji w Pontevedra? Mało znane objawienie
Choć w minionym grudniu minęło dokładnie 100 lat od objawienia Dzieciątka Jezus i Matki Bożej s. Łucji dos Santos, to jednak nie jest ono powszechnie znane. A była tam mowa o nabożeństwie, które jest szczególnym narzędziem do wyproszenia pokoju na świecie, tak bardzo potrzebnego zwłaszcza współcześnie. Przypominamy najważniejsze fakty z okazji 108. rocznicy piątego objawienia Maryi dzieciom fatimskim 13 września 1917 r.
Do objawienia w Pontevedra doszło 10 grudnia 1925 r. Wizjonerka fatimska Łucja dos Santos, wtedy już jedyna żyjąca z trojga dzieci, które widziały Maryję w 1917 r., była postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Doroty (tzw. Doroteuszki). Klasztor znajdował się w hiszpańskiej miejscowości Pontevedra.
Pierwsze soboty miesiąca
Właśnie 10 grudnia 1925 r. Matka Boża ukazała się Łucji z Dzieciątkiem Jezus w jej celi zakonnej. Maryja położyła dłoń na ramieniu wizjonerki, a w drugiej ręce trzymała Serce otoczone cierniową koroną. Wiemy, że mały Jezus powiedział wówczas: „Miej współczucie dla Serca twojej Najświętszej Matki, pokrytego cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je w każdej chwili i nie ma nikogo, kto by te ciernie powyciągał przez akty wynagrodzenia”.
Objawienie w Pontevedra jest ważne również z pespektywy nabożeństwa wynagradzającego Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – tzw. pięciu pierwszych sobót miesiąca, na wynagrodzenie pięciu zniewag jakie Maryja doznaje od ludzi. Najświętsza Panna przekazała Łucji warunki tego nabożeństwa: jedna część Różańca, 15-miuntowe rozmyślanie nad tajemnicami Różańca (jedną lub kilkoma), spowiedź i przyjęcie Komunii Świętej Wynagradzającej za grzechy przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi.
To właśnie w Pontevedra s. Łucja usłyszała od Matki Bożej niezwykle ważne słowa i obietnicę: „Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się mnie pocieszyć i przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez 5 miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Św., odmówią jeden różaniec i przez 15 minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”. To jeden z fundamentalnych tekstów dla znaczenia i rozwoju nabożeństwa pierwszych sobót.
Warto dodać, że już w 1917 r. Maryja zapowiadała, że Bóg pragnie ustanowić nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Praktykowanie pierwszych sobót miesiąca wiąże się z obietnicami: dojdzie do nawrócenia Rosji, nastanie pokój, wszelkie zło zostanie pokonane i nastąpi triumf Niepokalanego Serca Maryi.
Spotkanie z niezwykłym Chłopcem
Ciekawe, że 15 lutego 1926 r., Dzieciątko Jezus ponownie ukazało się Łucji, zachęcając do promowania nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca. Doroteuszka podzieliła się trudnościami jakie napotyka w tej materii. Powiedziała m.in., że niektórzy mają problem, żeby przystąpić do spowiedzi w pierwszą sobotę. Zapytała Jezusa, czy może być ona ważna 8 dni. Dzieciątko Jezus uspokoiło Łucję, że spowiedź może być wiele dłużej ważna, jeśli tylko ludzie są w stanie łaski uświęcającej, gdy przyjmują Komunię w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne też, żeby tej Komunii towarzyszyła intencja wynagradzająca Niepokalanemu Sercu Matki Bożej. Co więcej, jeśli ktoś przy spowiedzi zapomni o intencji wynagradzającej, może ją wzbudzić przy okazji najbliższej spowiedzi. Jezus dodał też, że milsi Mu są ci, którzy odprawią 5 pierwszych sobót z intencją wynagradzającą niż ci, którzy odprawią ich 15, ale bezdusznie i tylko z nadzieją otrzymania obietnic. Jezus zapewnił, że dzięki Jego łasce rozpowszechnianie się nabożeństwa po świecie jest możliwe, gdyby nawet po ludzku wydawało się to nierealne.
Jako ciekawostkę warto dodać, że do wspomnianego wyżej ponownego spotkania Jezusa z Łucją 15 lutego 1926 r. doszło na przyklasztornym dziedzińcu prowadzącym do ulicy. Zakonnica już kilka miesięcy wcześniej spotkała małego chłopca, którego uczyła się modlić. Jeszcze nie wiedziała, że to Jezus. Podczas ponownego spotkania zapytała chłopca czy w odpowiedzi na jej prośbę modlił się do Matki Bożej, aby dała mu jej Syna Jezusa. Wtedy z ust Jezusa padło pytanie, które pozwoliło Łucji zdać sobie sprawę z tego, że stoi przed nią Jezus. „Ty rozpowszechniasz po świecie to, o co Matka Boża cię prosiła?” – zapytał chłopiec, który odtąd przemienił się i zaczął jaśnieć.
Polecenie Jezusa
Z kolei 17 grudnia 1927 r. Łucja poszła do tabernakulum, aby zapytać Pana Jezusa o sposób spełnienia Jego prośby i Matki Bożej o szerzeniu nabożeństwa pierwszych sobót. „Córko moja, napisz, o co cię proszą. Napisz też wszystko, co ci Matka Boska powiedziała o tym nabożeństwie. Gdy chodzi o resztę tajemnicy, zachowaj nadal milczenie” – usłyszała od Pana. Wiedziała zatem, że o pierwszych sobotach jak najbardziej powinna opowiadać.
Artur Hanula/Polska Misja Katolicka we Francji/Portal FR

Kaplica w Pontevedra, fot. Polskifr.fr / Artur Hanula
***
Podstawowe źródła informacji: sekretariatfatimski.pl, pierwszesoboty.pl, fiatmariae.pl, przymierzezmaryja.pl
***
Nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca
Wynagrodzenie składane Niepokalanemu Sercu Maryi

Wielka obietnica
Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.
10 grudnia 1925r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce.
Dzieciątko powiedziało:
Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał.
Maryja powiedziała:
Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia.
2. Dlaczego pięć sobót wynagradzających?
Córko moja – powiedział Jezus – chodzi o pięć rodzajów zniewag, którymi obraża się Niepokalane Serce Maryi:
- Obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu,
- Przeciw Jej Dziewictwu,
- Przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu,
- Obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki,
- Bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.
WARUNKI ODPRAWIENIA NABOŻEŃSTWA
PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA
Warunek 1
Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca
Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i ze mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi.
Do spowiedzi należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. W kolejne pierwsze soboty można przystąpić do spowiedzi w intencji wynagrodzenia za jedną z pięciu zniewag, o których mówił Jezus. Można wzbudzić intencję podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.
Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę:
Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.
Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu:
Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
Warunek 2
Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca
Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inna modlitwę:
Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną miedzy niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.
Warunek 3
Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca
Po każdym dziesiątku należy odmówić Modlitwę Anioła z Fatimy. Akt wynagrodzenia:
O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i pomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
Zaleca się odmówienie Różańca wynagradzającego za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi. Odmawia się go tak jak zwykle Różaniec, z tym, że w „Zdrowaś Maryjo…” po słowach „…i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus” włącza się poniższe wezwanie, w każdej tajemnicy inne:
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje Niepokalane Poczęcie!
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoje nieprzerwane Dziewictwo!
Zachowaj i pomnażaj w nas wiarę w Twoją rzeczywistą godność Matki Bożej!
Zachowaj i pomnażaj w nas cześć i miłość do Twoich wizerunków!
Rozpłomień we wszystkich sercach żar miłości i doskonałego nabożeństwa do Ciebie!
Warunek 4
Piętnastominutowe rozmyślanie nad piętnastoma tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca
(Podajemy przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną)
1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną:
Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz.
2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy.
3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów:
a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi,
b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny,
c. rozważ wcielenie Syna Bożego.
4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj:
Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen.
5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe.
Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć.
Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia.
Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża.
WIęcej informacji na temat Nabożeństw pięciu pierwszych sobót miesiąca można znaleźć na stronie www.pierwszesoboty.pl lub na stronie www.sekretariatfatimski.pl
***
Św. Siostra Faustyna przywiązywała do tej praktyki dużą wagę. Ty też możesz wylosować swojego patrona
Na początku każdego nowego roku w klasztorach Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia odbywa się tradycyjne losowanie rocznych patronów. Do tej wieloletniej praktyki mogą dołączyć także osoby świeckie za pośrednictwem strony internetowej www.faustyna.pl.

Intencja na cały rok
Wraz z patronem każda siostra otrzymuje intencję modlitewną oraz przesłanie na cały rozpoczynający się rok. Patronów losują również osoby związane ze zgromadzeniem, wśród nich kapłani, współpracownicy, członkowie i wolontariusze stowarzyszenia „Faustinum”, przyjaciele sióstr oraz uczestnicy grupy „Sanktuarium Bożego Miłosierdzia” działającej na Facebooku.
Każdy może wylosować swojego rocznego patrona
Od 1 stycznia 2017 roku możliwość losowania patronów udostępniona jest także użytkownikom strony www.faustyna.pl. Zwyczaj ten ma w zgromadzeniu długą historię i był praktykowany m.in. przez św. Siostrę Faustynę Kowalską, która opisała losowanie patrona na rok 1935 w swoim „Dzienniczku”.
Święta zakonnica zapisała, że po krótkim przygotowaniu duchowym sięgnęła po obrazek z imieniem patrona, a chwilę później odczytała, iż na dany rok został jej dany Najświętszy Sakrament. Jak zanotowała, doświadczeniu temu towarzyszyła głęboka radość serca.
Ważna praktyka w życiu św. Faustyny
Św. Siostra Faustyna przywiązywała do tej praktyki dużą wagę, traktując ją jako formę szczególnego duchowego towarzyszenia w codziennym życiu. Chciała, aby w nowym roku ktoś z Nieba wspierał ją w realizacji powołania i wierności Bożemu Miłosierdziu.
Potrzebujesz wsparcia? Wylosuj patrona
Siostry z krakowskich Łagiewnik podkreślają, że wylosowani patroni często odpowiadają na aktualne potrzeby i sytuacje życiowe osób, które podejmują tę praktykę. Zwracają uwagę, że doświadczenie duchowej pomocy i wstawiennictwa świętych potwierdzają liczne świadectwa. Na stronie zgromadzenia w polskiej wersji językowej można wylosować jednego z 200 patronów, natomiast w wersjach obcojęzycznych jednego ze 100.
Tygodnik Niedziela
***
Nowy Rok Pański MMXXVI
Uroczystość
Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Msza święta w kościele św. Piotra
o godz. 14.00
W Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny pod zwykłymi warunkami modląc się słowami hymnu do Ducha Świętego:
O Stworzycielu, Duchu, przyjdź,
Nawiedź dusz wiernych Tobie krąg.
Niebieską łaskę zesłać racz
Sercom, co dziełem są Twych rąk.
Pocieszycielem jesteś zwan
I najwyższego Boga dar.
Tyś namaszczeniem naszych dusz,
Zdrój żywy, miłość, ognia żar.
Ty darzysz łaską siedemkroć,
Bo moc z prawicy Ojca masz,
Przez Boga obiecany nam,
Mową wzbogacasz język nasz.
Światłem rozjaśnij naszą myśl,
W serca nam miłość świętą wlej
I wątłą słabość naszych ciał
Pokrzep stałością mocy Twej.
Nieprzyjaciela odpędź w dal
I Twym pokojem obdarz wraz.
Niech w drodze za przewodem Twym
Miniemy zło, co kusi nas.
Daj nam przez Ciebie Ojca znać,
Daj, by i Syn poznany był.
I Ciebie, jedno tchnienie Dwóch,
Niech wyznajemy z wszystkich sił.
Niech Bogu Ojcu chwała brzmi,
Synowi, który zmartwychwstał,
I Temu, co pociesza nas,
Niech hołd wieczystych płynie chwał.
Amen.
***
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi
Święto dwóch tajemnic

***
Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi jest najstarszym świętem maryjnym w Kościele katolickim. Dogmat o Bożym Macierzyństwie Najświętszej Maryi Panny został zatwierdzony w 431 r. w czasie III soboru powszechnego w Efezie. Jest to pierwszy z dogmatów maryjnych.
Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.
Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.
A zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.
Obrzezanie Pańskie
Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.
„Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.
Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.
W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.
Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o Wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.
Święto dwóch tajemnic
Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.
ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl
***
Papież Leon XIV zachęca do odwagi miłości i przebaczania w nowym roku

fot. PAP/EPA/GIUSEPPE LAMI
***
Papież przypomniał błogosławieństwo z dzisiejszej liturgii Słowa: „Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech Pan zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem”.
Papież podkreślił, iż wraz z początkiem roku „prośmy Pana, abyśmy w każdej chwili odczuwali wokół siebie i nad sobą ciepło Jego ojcowskiego objęcia i światło Jego błogosławiącego spojrzenia, abyśmy coraz lepiej rozumieli i mieli stale na uwadze, kim jesteśmy i ku jakiemu cudownemu przeznaczeniu zmierzamy. Jednocześnie jednak, my również oddajmy Mu chwałę poprzez modlitwę, świętość życia i stając się dla siebie nawzajem odbiciem Jego dobroci”.
Nawiązując do Światowego Dnia Pokoju Papież przypominał jedną z podstawowych cech oblicza Boga: „całkowitą bezinteresowność Jego miłości, dzięki której objawia się nam ‘nieuzbrojony i rozbrajający’, nagi, bezbronny jak niemowlę w kołysce. A to wszystko po to, aby nauczyć nas, że świata nie zbawia się ostrząc miecze, osądzając, uciskając lub eliminując braci, ale raczej niestrudzenie starając się rozumieć, przebaczać, wyzwalać i przyjmować wszystkich, bez kalkulacji i bez strachu”.
W uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Leon XIV wskazał, że „w Bożym Macierzyństwie Maryi widzimy spotkanie dwóch ogromnych „nieuzbrojonych” rzeczywistości: Boga, który rezygnuje z wszelkich przywilejów swojej boskości, aby narodzić się według ciała (por. Flp 2, 6-11), oraz rzeczywistości osoby, która z ufnością całkowicie przyjmuje Jego wolę, oddając Mu hołd w doskonałym akcie miłości, swoją największą mocą, jaką jest wolność”.
W tym kontekście Leon XIV odwołał się do słów św. Jana Pawła II, który rozważając tę tajemnicę, powiedział: „rozbrajająca łagodność Dzieciątka, zdumiewające ubóstwo, jakim jest otoczone, pokorna prostota Maryi i Józefa” przemieniły ich życie, czyniąc ich „zwiastunami zbawienia”.
W związku z kończącym się Jubileuszem Roku 2025 Ojciec Święty przypomniał, że św. Jan Paweł II na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 użył słów, które mogą skłonić do refleksji: „Ileż darów, ileż niezwykłych sposobności przyniósł wierzącym Wielki Jubileusz! Przebaczenie otrzymane i ofiarowane, wspomnienie męczenników, wrażliwość na wołanie ubogich świata […] – w tym wszystkim my także dostrzegliśmy zbawczą obecność Boga w dziejach. Mogliśmy niejako dotknąć ręką Jego miłości, która odnawia oblicze ziemi”.
„Na początku nowego roku, w związku ze zbliżającym się zakończeniem Jubileuszu Nadziei, przybliżmy się w wierze do Żłóbka, jako miejsca pokoju ‘nieuzbrojonego i rozbrajającego’ par excellence, miejsca błogosławieństwa, gdzie wspominamy cuda, jakich Pan dokonał w historii zbawienia i w naszym życiu, aby następnie wyruszyć na nowo, jako pokorni świadkowie groty, ‘wielbiąc i wysławiając Boga’ za wszystko, co zobaczyliśmy i słyszeliśmy” – podsumował Papież.
„Niech to będzie naszym zobowiązaniem, naszym postanowieniem na nadchodzące miesiące i na zawsze na nasze chrześcijańskie życie” – życzył Leon XIV.
Vatican News
***
Bardzo proste życie brata Wawrzyńca – ulubionego autora papieża
„Gdyby i do piekła Bóg mnie wtrącił, tobym się czuł szczęśliwym, albowiem Bóg byłby przy mnie i piekło by w raj obrócił” – notował przed śmiercią ten kucharz i szewc. Ukochany autor Leona XIV.

ISTOCPHOTO
***
Na pokładzie samolotu wracający z Libanu Leon XIV mówił: „Jeden z was powiedział mi niedawno: »Proszę podać książkę, którą moglibyśmy przeczytać, żeby zrozumieć, kim jest Prevost«. Jest nią książka zatytułowana »O praktykowaniu Bożej obecności«. To bardzo prosta książka, napisana wiele lat temu przez kogoś, kto podpisał ją tylko imieniem – brat Wawrzyniec. Przeczytajcie ją, jeśli chcecie wiedzieć coś o mnie, o duchowości, którą żyłem przez wiele lat, wśród wielkich wyzwań – mieszkając w Peru w latach terroryzmu, będąc powoływanym do posługi w miejscach, o których nigdy nie myślałem, że będę tam służyć”. Wydawnictwo Esprit, które opublikowało przed laty nad Wisłą tę znakomitą książkę, nie mogło wymarzyć sobie lepszej promocji.
Szewczyk
Podczas procesu beatyfikacyjnego Faustyny Kowalskiej niektóre jej siostry kręciły głowami: „To wariatka, histeryczka!”. Po śmierci Małej Tereski jej sąsiadka z klasztoru w Lisieux zakłopotana rzuciła: „Nie wiem, co o niej powiedzieć. Taka przeciętna była”. Możesz żyć obok świętego, nie zdając sobie z tego sprawy. Wielu nie domyślało się, że zwykły kucharz i szewc z paryskiego klasztoru karmelitów przy Rue de Vaugirard nosił w sobie bezcenną tajemnicę i jak szewczyk z wiersza Leśmiana: „Szył buty na miarę stopy Boga”. Sam nazywał siebie „wielkim, niezgrabnym facetem, który wszystko psuje”.
Przez lata pracował w klasztornej kuchni, a gdy chora noga uniemożliwiła mu wykonywanie obowiązków, zajął się reperowaniem butów karmelitów, którzy jedynie z nazwy są bosi. Mikołaj Herman z Hériménil był żołnierzem. Walcząc u boku księcia Lotaryngii, wpadł w ręce wrogów i oskarżony o szpiegostwo w ostatniej chwili cudem uniknął śmierci. Ciężko ranny 21-latek porzucił karierę wojskową i po wielu dziejowych zawirowaniach (w Paryżu został nawet asystentem doradcy królewskiego) osiadł w klasztorze karmelitów. Zanim to nastąpiło, musiał stoczyć jeszcze jedną bitwę. Najtrudniejszą. Wewnętrzną.
Martwe drzewo
Gdy w gruzy runęła przyszłość lotaryńskiego wojaka, znalazł się w martwym punkcie. Zima sparaliżowała Francję, a Herman spacerując, mijał zmarznięte, pozbawione liści drzewo. „Wygląda na martwe – pomyślał – a przecież za kilka miesięcy ożyje i pokryje się zielonymi liśćmi”. Obraz ten bardzo go poruszył, bo dojrzał w nim metaforę swego życia. To była chwila jego nawrócenia. „Bóg udzielił mu wówczas szczególnej łaski. Gdy myślał o tym, że po pewnym czasie liście pojawią się na nowo, a po nich kwiaty i owoce, doznał niezwykłego objawienia Opatrzności i mocy Bożej, które nigdy nie zatarło się w jego duszy” – opowiadał po latach jego współbrat. 26-latek zapukał do furty klasztoru karmelitów i przyjął imię Wawrzyniec od Zmartwychwstania. „Prymitywny z wyglądu, subtelny w obejściu. To połączenie zwiastowało obecność Boga w nim” – pisał o nim teolog abp François Fénelon.
Ciemność
Pierwsza dekada spędzona za klauzurą była bolesnym oczyszczeniem, pustynią, wewnętrzną szarpaniną. „Pogrążałem się w myślach o śmierci, o sądzie, o piekle, o raju i o swoich grzechach. (…) Przez pierwsze dziesięć lat wiele cierpiałem. Obawa, że nie należę do Boga, moje przeszłe grzechy, zawsze obecne w mych oczach, i wielkie łaski, jakie Bóg mi wyświadczał, były źródłem wszystkich tych mąk” – wyznał. „Miałem wrażenie, że wszyscy tutaj pasują, tylko nie ja. I choć miałem przeświadczenie, że nareszcie zacząłem oddychać rześkim powietrzem, to jeszcze latami zmagałem się z wątpliwościami, że wszystko to sobie sam wymyśliłem” – opowiadał dominikanin o. Krzysztof Pałys. „Po wielu perypetiach dopuszczono mnie do profesji wieczystej. I kiedy już leżałem twarzą na gołej posadzce, rozpłakałem się ze szczęścia, wstydząc się, aby nikt tego nie zobaczył. Jakbym nagle, w jednej sekundzie, wszedł w zupełnie inną rzeczywistość, która jest nie do opanowania. Przyszedł naturalny pokój”.
Podobne było doświadczenie Wawrzyńca, który czuł, że nie potrafi sprostać duchowym radom przełożonych („Często zdarzało mi się spędzić całą modlitwę na odrzucaniu myśli i ponownym w nie wpadaniu. Poznawszy różne metody kroczenia do Boga i rozmaite praktyki życia duchowego uznałem, że służyły raczej zakłopotaniu mojego ducha, a nie ułatwieniu tego, do czego dążyłem”). I wtedy nastąpił przełom. Wawrzyniec uznał, że nie doskoczy do wysoko zawieszonej poprzeczki i zaczął oddawać Najwyższemu drobnostki. Dwieście lat przed Tereską opisał „małą drogę”, którą sam nazwał „prostym życiem pod okiem Boga” lub „ssaniem Jego piersi”.
„Jeżeli nie mogę robić co inszego, to słomkę z ziemi podnoszę z miłości ku Panu Bogu” – opowiadał. „Nie należy zaniedbywać się w robieniu małych rzeczy z miłości do Boga, który patrzy nie na wielkość dzieła, ale na miłość. Najbardziej wzniosłym środkiem kroczenia ku Niemu są najzwyklejsze czynności. Wśród pracy rozmawiam z Bogiem poufale, ofiarując Mu najmniejsze usługi. Zajmuję się jedynie tym, by zawsze trwać w tej świętej obecności, w której utrzymuję się przez prostą uwagę i przez miłosne spojrzenie na Boga”.
Wawrzyniec nie napisał żadnej książki. Po jego śmierci (odszedł 12 lutego 1691 roku) jego współbrat o. Joseph de Beaufort spisał rozmowy, jakie odbyli, zebrał garść jego sentencji i szesnaście listów. Sam Leon XIV napisał właśnie wstęp do wznowionej po latach we Włoszech książki tego niekanonizowanego świętego Karmelu: „Droga, którą wskazuje, jest jednocześnie prosta i trudna: prosta, bo nie wymaga niczego innego, jak tylko ciągłego pamiętania o Bogu przez drobne, nieustanne akty uwielbienia, modlitwy, błagania i adoracji, w każdym działaniu i w każdej myśli. Trudna, ponieważ wymaga oczyszczenia, ascezy, wyrzeczenia i przemiany naszej najgłębszej istoty – umysłu i myśli – znacznie bardziej niż samych czynów. W tej przestrzeni odnajdujemy miłosną i żarliwą obecność Boga, tak inną, a jednak tak bliską naszemu sercu”. Papież podkreślił, że w sercu chrześcijańskiej etyki znajduje się nie abstrakcyjna zasada, ale świadomość: „Bóg jest obecny. Jest tutaj”.
Ulubieniec Boga
„Mieszkam w Bogu, to znaczy, że jestem stale w obecności Bożej” – opowiadał mi dominikanin o. Joachim Badeni. W jednym z listów św. Paweł wzywa adresatów: „Nieustannie się módlcie”. „Nie jest to oczywiście wezwanie do tego, by porzucić swe obowiązki, pracę, zadania i oddać się medytacjom”–wyjaśnia biblista ks. prof. Mariusz Rosik. „Nieustanna modlitwa przybrać winna odmienną formę. Jaką? Z podpowiedzią przychodzi św. Paweł, gdy stwierdza: »Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie«”. Przecież to streszczenie stylu życia Wawrzyńca, który pokazywał, jak zmywać naczynia, będąc zanurzonym w Bożej obecności!
Jakże często wracam do jego genialnej intuicji: „Patrzę na siebie jak na najnędzniejszego ze wszystkich ludzi, pokrytego ranami, wypełnionego smrodem, który popełnił wszelkiego rodzaju zbrodnie przeciwko swemu Królowi. Poruszony żalem, wyznaję Mu wszystkie nieprawości: oddaję się w Jego ręce, aby uczynił mnie takim, jakiego mnie mieć chce. A ten Król pełen dobroci i miłosierdzia, daleki od karania mnie, obejmuje mnie z miłością, karmi przy swoim stole, własnoręcznie mi usługuje, daje mi klucze do skarbca i we wszystkim traktuje mnie jak swego faworyta; rozmawia ze mną i nieustannie dobrze się ze mną czuje”.
To wyznanie graniczące z bezczelnością. Zamiast nucić popularną oazową piosenkę: „Jak mi dobrze, że jesteś tu, Panie”, Wawrzyniec pisze: „Bóg dobrze czuje się w mojej obecności”. Przed laty muzyk Leopold „Poldek” Twardowski opowiadał mi: „Kiedyś przy wstawaniu wyrwał mi się okrzyk: »Panie, wstał Twój ulubieniec!«. Ojej – spłoszyłem się – ogromna pycha! Ale Bóg tę pychę zaraz zamienił w radość!”.

Brat Wawrzyniec od Zmartwychwstania “O praktykowaniu Bożej obecności”, wyd. Esprit, Kraków 2026, ss. 120
Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny
***
Modlitwa i szkoła modlitwy
Znane z łacińskiej nazwy Magnificat, czyli po polsku „Wielbi”, to modlitwa wyjątkowa.

fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Pochodzi z Ewangelii według św. Łukasza, ze sceny, w której Maryja spotyka się z matką Jana Chrzciciela, Elżbietą (Łk 1,46-55). I jest nie tyle modlitwą skierowaną do Maryi, co modlitwą samej wychwalającej Boga Maryi: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy./ Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej./ Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia,/ gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny./ Święte jest Jego imię…”.
Stylem nawiązuje do psalmów i kantyków Starego Testamentu, co dziś niejednego, przyzwyczajonego do stwierdzenia, że modlitwa to rozmowa z Bogiem, może dziwić. Bo recytująca Magnificat Maryja nie zwraca się do Boga, nie mówi do Niego, ale wychwala Go. „On niech będzie pochwalony” – mówi, a nie: „Ty bądź pochwalony”. Za co? Najpierw za wielkie rzeczy, które Jej uczynił. Maryja zdaje sobie sprawę, że przez to, iż z Bożej łaski ma porodzić Tego, który „będzie nazwany Synem Najwyższego”, błogosławić Ją będą wszystkie ludzkie pokolenia. To Ona, pokorna służebnica Pańska, dozna za sprawą Boga wielkiego wywyższenia.
Maryja wielbi Boga również za łaskę, którą wyświadcza Jej narodowi – Izraelowi. „Ujął się” za nim – mówi. To nawiązanie do ówczesnego oczekiwania narodu wybranego na Mesjasza. Od stuleci pozbawiony niepodległości, zależny od kaprysu zmieniających się okupantów, teraz ma zostać wyzwolony. Bo właśnie teraz Bóg zaczyna realizować swój plan. I choć Maryja pewnie jeszcze nie podejrzewa, że królestwo Jej syna „nie będzie z tego świata”, to przecież nie zmienia to faktu, że obietnice Boże zaczynają się spełniać, gdy jako „dziewica poczęła” i niebawem porodzi.
Chrześcijanie od wieków powtarzają słowa Maryi jako własną modlitwę. Razem z Nią wychwalają Boga za wielkie rzeczy, które wyświadczył Jej, Izraelowi, a przez nich całej ludzkości. Bo przecież i dla nas, Polaków, jest zbawienie i nadzieja życia wiecznego. Ta modlitwa Maryi jest jednocześnie szkołą modlitwy. Chrześcijanin powinien być świadomy, że pierwszym celem każdej modlitwy powinno być oddanie czci Bogu. Także wtedy, gdy przedstawiamy Mu swoje prośby. W ten sposób wyznajemy, że jesteśmy zależni od Stwórcy, że Go potrzebujemy; że On, nie my, jest tym, który w kwestiach tego, co dobre, a co złe, ma zawsze rację. Maryja w swoim Magnificat uczy, że uwielbienie jest najważniejsze w naszej relacji do Boga.
Jako pochwała wielkości Boga, Magnificat przypomina też o nadziei, jaką człowiek może w Nim pokładać. On „strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych; głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia”. Gdy losy nasze, społeczeństw, narodów czy całego świata toczą się inaczej, niż byśmy chcieli, gdy królować zdają się zło i nieprawość, modlitwa Maryi przypomina, że Bóg w każdej chwili może wszystko odwrócić i nawrócić. Jeśli tego nie robi, to dlatego, że Jego strategie są dla nas po prostu nie do odgadnięcia.
Andrzej Macura/Gość Niedzielny
***
Uroczystości i święta w Kościele Katolickim

fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela
***
W Liturgii Kościoła Katolickiego oprócz niedziel, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i świętowania Dnia Pańskiego (również poprzez nie wykonywanie prac niekoniecznych), są także dni świąteczne, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kodeks Prawa Kanonicznego podaje listę tzw. świąt
nakazanych, w których wierni są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej i uroczystości, w których wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej. Kościół jedynie zachęca do udziału w liturgii również w te dni.
Święta nakazane w 2026 roku:
1 stycznia (czwartek) – Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki
6 stycznia (wtorek) – Trzech Króli, czyli uroczystość Objawienia Pańskiego
5 kwietnia (niedziela) – Wielkanoc
14 maja (czwartek) – Wniebowstąpienie Pańskie
24 maja (niedziela) – Niedziela Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki)
4 czerwca (czwartek) – Boże Ciało, czyli uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa
15 sierpnia (sobota) – Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny
1 listopada (niedziela) – Uroczystość Wszystkich Świętych
25 grudnia (piątek) – Uroczystość Narodzenia Pańskiego
Pozostałe ważne dni w 2025 roku:
Oprócz wymienionych powyżej świąt nakazanych obchodzone są również święta o głębokiej tradycji. W te święta wierni nie są zobowiązani do uczestnictwa we Mszy świętej oraz powstrzymywania się od prac niekoniecznych.
2 lutego (poniedziałek) – Święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Boskiej Gromnicznej)
18 marca (środa) – Środa Popielcowa
25 marca (środa) – Zwiastowanie Pańskie
2-4 kwietnia (czwartek-sobota) – Triduum Paschalne ( Wielki Piątek jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się Mszy św.)
6 kwietnia (poniedziałek) – Poniedziałek Wielkanocny
2 maja (sobota) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (wyjątkowo w tym roku ze względu, że 3 maja przypada V Niedziela Wielkanocna).
25 maja (poniedziałek) – Uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła
29 czerwca (poniedziałek) – Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła
26 grudnia (sobota) – Święto świętego Szczepana, pierwszego męczennika
Adwent rozpocznie się 29 listopada.
***
kościół św. Piotra
Partick, 46 Hyndland Street , Glasgow, G11 5PS
***
W każdy piątek jest Adoracja Najświętszego Sakramentu od godz. 18.00
W czasie Adoracji jest możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi świętej.
Msza św. wynagradzająca za grzechy nasze i całego świata odprawiana jest o godz. 19.00
***
W trzeci piątek miesiąca sprzątamy kościół św. Piotra od godz. 17.00. Chętni bardzo mile widziani
***
W każdą sobotę o godz. 18.00 jest Msza św. wigilijna z niedzieli
Możliwość spowiedzi świętej jest od godz. 17.00
***
W pierwsze soboty miesiąca po Mszy św. jest Nabożeństwo Pięciu Sobót Wynagradzających za zniewagi i bluźnierstwa przeciwko Najświętszej Matce Bożej
***
W drugie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się Koronką do Serca Boleściwej Matki – Serca przebitego siedmiokrotnie mieczem boleści.
***
W trzecie soboty miesiąca po Mszy św. modlimy się na różańcu o pokój na świecie.
***
W każdą Niedzielę Msza św. jest o godz. 14.00
Przed Mszą św. jest Adoracja Najświętszego Sakramentu.
W tym czasie jest także możliwość przystąpienia do sakramentu spowiedzi od godz. 13.30
Od września 2024 roku trwają prace renowacyjne kościoła św. Piotra. Dlatego w piątki Adoracja, spowiedź św. i Msza św. na czas remontu jest w sali parafialnej. Natomiast w soboty i w niedziele Msze św. są w kościele.
***
Kaplica izba Jezusa Miłosiernego
4 Park Grove Terrace, Glasgow G3 7SD
W każdy pierwszy czwartek miesiąca jest Msza św. o godz. 19.00
Po Mszy św. jest Godzina Święta

***
Naczynia połączone
Pierwsze czwartki, pierwsze piątki, pierwsze soboty.
Interesowni praktykują dla obietnic, gorliwi – z miłości. Podejmiesz wyzwanie?

ISTOCKPHOTO
***
Sytuacja z utrudnionym dostępem do Mszy, także pierwszopiątkowej, w jakiej przed pięcioma laty postawiła nas pandemia, pokazuje, jak ważne są dla wielu katolików dni, w których okazujemy szczególną cześć Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny. W pierwsze piątki miesiąca liczba wiernych w kościołach jest wyższa niż w inne dni powszednie, a wielu jest takich, którzy podejmują tego dnia posty i inne czyny pokutne.
Niedawno zmienił się sposób wyznaczania pierwszych dni miesiąca w kalendarzu kościelnym. Wcześniej obchodzono wszystkie trzy dni razem. Decydował pierwszy piątek. Jeśli ten dzień przypadł pierwszego dnia danego miesiąca, wtedy czwartek, choć kalendarzowo należał jeszcze do poprzedniego miesiąca, obchodziło się jako pierwszy. Jeżeli natomiast pierwszym dniem miesiąca była sobota, wówczas jako pierwszą sobotę w Kościele obchodziło się tę, która przypadała za tydzień – po pierwszym piątku. Niedawno zostało to uproszczone. Pierwsze czwartek, piątek i sobotę obchodzi się teraz wtedy, kiedy faktycznie są pierwsze w kalendarzu na dany miesiąc. Sposób liczenia dni to jednak kwestia drugorzędna. Istotne jest nastawienie serca i intencja, z jaką podejmuje się te praktyki.
Jak ciąża
Skąd te praktyki się wzięły? – Za pierwszymi piątkami stoi żądanie Pana Jezusa z objawień św. Małgorzaty Alacoque. Jeśli chodzi o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca, to stoi za nimi tradycja fatimska. Natomiast wcześniejsza tradycja bardziej była związana z kultem Niepokalanego Serca Maryi, który nawiązywał do kultu Serca Jezusa – mówi ks. prof. Marek Chmielewski. Dodaje, że praktyki pierwszego czwartku, piątku i soboty miesiąca nie mają charakteru obowiązkowego, lecz należą raczej do sfery pobożności. – O ile liturgia jest obowiązkowa, bo to jest kult Kościoła, o tyle jeśli chodzi o formy pobożności, to takiego obowiązku w sensie prawnym nie ma. Natomiast ze względów formacyjnych te formy się szanuje – zauważa.
Szczególnie popularne jest wśród wiernych nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. Dlaczego ma to być akurat dziewięć piątków, czyli de facto dziewięć miesięcy?
– Dlatego, że dziewięć miesięcy to analogia do czasu, jakiego potrzebuje dziecko rozwijające się w łonie matki, aby się urodzić. Przez praktykę dziewięciu pierwszych piątków ma się narodzić nowy człowiek, który żyje sakramentami. Jeśli dobrze wczytamy się w objawienia, których Pan Jezus udzielił św. Małgorzacie, zauważymy, że one mają na celu właśnie to: wychowanie człowieka do regularnego życia sakramentalnego – wskazuje teolog.
Zwraca uwagę na fakt, że od uchwały IV Soboru Laterańskiego w 1215 roku katolik ma obowiązek spowiedzi i Komunii raz w roku, szczególnie w okresie wielkanocnym. Na tamte czasy było to wymaganie wysokie, jeśli weźmie się pod uwagę istniejącą wtedy sieć kościołów. Z czasem jednak ulegało to zmianom i już na przykład w XVII wieku duszpasterstwo oraz dostępność kościołów wyglądały całkiem inaczej. Wówczas traktowanie pobożności na zasadzie „raz w roku” wymagało zdynamizowania. I taka pomoc przyszła. Pierwszopiątkowe praktyki i związane z nimi obietnice Jezusa znacznie ożywiły życie duchowe katolików.
Sama św. Małgorzata Maria Alacoque w jednym z listów napisała, że kult Najświętszego Serca „ma na celu odnowienie w duszach skutków Odkupienia”. To jest zasadniczy cel tego nabożeństwa.
Chodzi o cel
Wraz z nową formą pobożności pojawiły się także jej wypaczenia, polegające na magicznym traktowaniu praktyk pierwszopiątkowych (a także pierwszosobotnich), czyli wykonywaniu ich na zasadzie „zaliczenia”: przyjść, odprawić spowiedź, Komunię, najlepiej wszystko w sam pierwszy piątek. Towarzyszy temu oczekiwanie, że gdy wypełnię praktykę, Pan Bóg musi mi zagwarantować zbawienie. Taki „handel wymienny”.
Ksiądz Marek Chmielewski, przestrzegając przed taką postawą, podkreśla ważność odpowiedniego przygotowania do spełniania warunków nabożeństwa. – Jest dobrą intuicją duszpasterską, że dzieci pierwszokomunijne przynajmniej przez pierwszy rok odprawiają dziewięć pierwszych piątków. Nie powinno tam jednak chodzić o uzyskanie nieco magicznie traktowanego „biletu do nieba”. Obietnica mówi przede wszystkim, że człowiek nie umrze bez szansy pojednania z Bogiem, ale to samo przez się nie jest gwarancją zbawienia. Chodzi o to, żeby tego młodego człowieka wychować w życiu sakramentalnym nie tylko co do ilości wypełnionych praktyk. On ma się nauczyć, jak się spowiadać: nie tylko w sposób faktograficzny, ale analityczny; ma się nauczyć życia eucharystycznego, adoracji. I to jest ważne – przekonuje. Przywołuje konkretny przykład prawidłowej formacji w tym zakresie.
– W pierwszych latach kapłaństwa pracowałem w dużej parafii w Radomiu. Była tam siostra katechetka, która przez pół godziny odprawiała z dziećmi rachunek sumienia, zanim księża usiedli, żeby spowiadać je na pierwsze piątki. I widać było efekty. Dzieci były dobrze przygotowane, wiedziały, co mówią. Takie podejście jest bardzo ważne dla rozwoju duchowego. Jeśli tego nie ma, dochodzi do takich sytuacji, że dorosły człowiek spowiada się jak dziecko pierwszokomunijne. Tak więc praktyka pierwszych piątków miesiąca ma wielki potencjał duszpasterski, jeśli jest mądrze i dobrze sprawowana. I to jest jej zasadniczy cel. Chodzi przecież o wychowanie do miłości Boga, bliźniego i samego siebie – akcentuje kapłan.
Wynagrodzenie
Nabożeństwo do Serca Jezusowego jest kultem ekspiacyjnym, wynagradzającym. Podobnie jest z kultem Niepokalanego Serca Maryi Panny, w którym od czasu objawień fatimskich wzmocniony został element pokuty za grzechy. Maryja w Fatimie mówiła dzieciom, że wielu ludzi ginie na wieki, bo zbyt mało jest takich, którzy chcieliby się za nich modlić i ofiarować swoje cierpienia. Także tu istotny jest więc motyw wynagrodzenia.
– Wynagrodzenie jest często traktowane na sposób ludzki: komuś zrobiłem przykrość, to teraz muszę przeprosić, żeby mu sprawić przyjemność. Samo wyrażenie „obrażać Boga” jest antropomorficzne, ale nie mamy innych narzędzi. Wyglądałoby na to, że przez nasze zgrzeszenie Pan Bóg coś traci i my musimy Mu to oddać, tak jak w ramach restytucji musimy oddać to, co ukradliśmy, bo w przeciwnym razie nie spełnimy warunku nawrócenia – mówi ks. Marek Chmielewski. Zauważa jednak, że to nie do końca tak. – Chodzi o to, że skoro Bóg jest miłością, to grzech jest zaprzeczeniem miłości. To jest przede wszystkim krzywda, jaką człowiek samemu sobie wyrządza przez odwrócenie się od miłości. I to nie miłości w znaczeniu uczuciowym, tylko rozumianym jako afirmacja osoby. Wynagrodzenie jest przede wszystkim odbudowaniem i wzmocnieniem w grzeszniku miłości. To wynagrodzenie staje się bardziej zrozumiałe, gdy patrzymy na nie przez wymiar Kościoła. Czasami mówimy, że Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa jest jak zespół naczyń połączonych. Jeżeli poziom spada w jednym naczyniu, to spada we wszystkich. Mistyczne Ciało doznaje uszczerbku przez cudzy grzech. Wierni mający tę świadomość tym bardziej chcą okazać miłość Bogu i bliźniemu, aby ten brak, jaki Kościół cierpi, został wyrównany. A więc nie tyle Pan Bóg cierpi szkody (jest przecież bytem absolutnym), ile Kościół ponosi duchowe straty. I gorliwi chcą naprawić to, co inni zepsuli. To jest wyraz odpowiedzialności za zbawienie innych i za życie Kościoła – podkreśla teolog.
Czwartki
Tradycja pierwszych czwartków jest późniejsza niż piątków i sobót. – Nie można ich traktować na równi z pierwszymi piątkami – zauważa ks. prof. Chmielewski. Dodaje, że trudno wskazać początek tej tradycji. Prawdopodobnie wiąże się z orędziami na Światowe Dni Powołań, które zapoczątkował św. Paweł VI. – Tam, jak się zdaje, jest początek tej praktyki: zaproszenie do szczególnej modlitwy w pierwsze czwartki o powołania, głównie kapłańskie – mówi. Zauważa, że zwyczajowo modlimy się o powołania, ale rzadko akcentuje się modlitwę za powołanych. O to, żeby byli wierni powołaniu – a to jest przecież istota.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
W każdą trzecią sobotę miesiąca w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego jest spotkanie Biblijne na temat: kobiety w Piśmie Świętym. Spotkanie rozpoczynamy o godz. 10.00 śpiewaniem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny a kończymy w południe modlitwą Anioł Pański.
***
W czwartym tygodniu każdego miesiąca – z piątku na sobotę – jest całonocna Adoracja Najświętszego Sakramentu dla kobiet w kaplicy Sióstr Benedyktynek w Largs.
Początek Adoracji rozpoczyna się modlitwą różańcową o godz. 21.00 a zakończenie Adoracji śpiewem Godzinek ku czci Najświętszej Maryi Panny o brzasku dnia o godz. 5.00

Benedictine Monastery, 5 Mackerston Place, Largs, Scotland
***
O co tak naprawdę „chodzi” w adoracji?
Słyszymy to słowo na każdym kroku, w naszych miastach spotykamy kaplice adoracji, ale czy tak właściwie zastanawiamy się czym ta adoracja naprawdę jest? Jaki jest jej sens i jakie może przynieść owoce?

fot. Magdalena Pijewska/Tygodnik Niedziela
***
Wierzę mocno w to, że adoracja Boga jest najważniejszą sprawą w podtrzymywaniu tego świata w komunii z Bogiem i jednocześnie największą ochroną dla naszego świata przed zatraceniem się w grzechu.
Kard. Karol Wojtyła nazywał klasztor krakowskich Kamedułów na Bielanach „piorunochronem dla Krakowa”. Ukryci za murami klasztoru mnisi przez swoją modlitwę i adorację pewnie wyprosili niejedną łaskę dla ludzi żyjących w świecie.
W tekście z początków chrześcijaństwa, napisanym po grecku, odkryłem, że autor na opisanie adoracji Boga użył słowa „fotografować”. Zawsze myślałem, że to słowo pojawiło się w czasach odkrycia aparatu fotograficznego. Tymczasem używane było również do określenia tego, o czym tu rozmawiamy.
Człowiek, który adoruje Najświętszy Sakrament, w jakimś sensie w swojej duszy i w swoim umyśle „fotografuje” Boga, aby nosić Jego zdjęcie w sobie i przez to chodzić w obecności Boga.
Dlatego powinniśmy jak najwięcej wpatrywać się w najbardziej realną obecność Boga tu, na ziemi, jaką jest Jego obecność w Eucharystii. Zakłada to również konieczność wpatrywania się w Najświętszy Sakrament podczas chwil adoracji.
Trzeba więc zadbać o to, aby koncentrować się na patrzeniu w Jezusa Eucharystycznego. Patrzenie to jednak ma być wysiłkiem zjednoczenia swojego myślenia i odczuwania z Panem Bogiem.
Adoracja może mieć też formę modlitewnego zawierzenia Bogu wielu spraw. Dlatego przed Najświętszym Sakramentem odprawiamy różne nabożeństwa, litanie, konkretne modlitwy.
To nasze serce ma nam podpowiadać, jak powinna wyglądać nasza adoracja. Pewnie trzeba w niej połączyć naszą osobistą relację z Bogiem i wpatrywanie się w Jego obecność z polecaniem Bogu konkretnych problemów życiowych.
Wierzę, że jeśli wytrwamy w adoracji, to sam Duch Święty zadba o to, jak ma ona wyglądać, bo gdy nie wiemy, jak mamy się modlić, sam „Duch przychodzi z pomocą naszej słabości”.
ks. bp. Andrzej Przybylski/Tygodnik Niedziela
***

***
KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ przyjmujemy z należytym uszanowaniem do ust i na klęcząco.
Jeżeli przystępujący do Komunii świętej decyduje się przyjąć CIAŁO PAŃSKIE na rękę – wtedy spożywa NAJŚWIĘTSZE CIAŁO w obecności kapłana.
Przyjmując KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – na słowa kapłana: CIAŁO CHRYSTUSA – przyjmujący odpowiada: AMEN.
***
Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?
Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!
![]()
Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004
***
“Ten kto MNIE spożywa, będzie żył przez MNIE” (J 6,57)
„Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)
***
Czekanie na Spotkanie. Post eucharystyczny – dlaczego, dla kogo i jak?
Praktykę postu eucharystycznego wprowadził papież Marcin V w XV wieku. Obowiązywał od północy aż do przyjęcia Komunii. Obecne przepisy stanowią, że należy go zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii świętej.
Każde dziecko komunijne wie, że godzinę przed przyjęciem Komunii św. należy powstrzymać się od jedzenia i picia. To tzw. post eucharystyczny. Zasadniczym celem tej praktyki jest okazanie szacunku Ciału Pańskiemu. Mówi o tym Katechizm Kościoła Katolickiego. „Aby przygotować się odpowiednio na przyjęcie sakramentu Eucharystii, wierni zachowają ustanowiony przez Kościół post. Postawa zewnętrzna (gesty, ubranie) powinna być wyrazem szacunku, powagi i radości tej chwili, w której Chrystus staje się naszym gościem” – czytamy (1387).
Różnie z tym musiało bywać, skoro już św. Paweł upominał Koryntian: „Gdy się zbieracie, nie ma u was spożywania Wieczerzy Pańskiej. Każdy bowiem już wcześniej zabiera się do własnego jedzenia, i tak się zdarza, że jeden jest głodny, podczas gdy drugi nietrzeźwy. Czyż nie macie domów, aby tam jeść i pić? Czy chcecie znieważać Boże zgromadzenie i zawstydzać tych, którzy nic nie mają? Cóż wam powiem? Czy będę was chwalił? Nie, za to was nie chwalę!” (1 Kor 11,20-22).
Dalej apostoł przestrzega przed świętokradztwem: „Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało Pańskie, wyrok sobie spożywa i pije” (1 Kor 11,28-29).
Tak stanowcze słowa zawsze pobudzały chrześcijan do szczególnej uważności w obchodzeniu się z postaciami eucharystycznymi.
– Praktyka postu eucharystycznego pojawiła się w starożytności jako efekt rozwoju duchowości i być może także dyscypliny kościelnej. Starano się, aby przyjęcie Komunii jako pokarmu cielesno-duchowego nie było w pewnym sensie osłabione przez przyjęcie innego pokarmu. Taka dyscyplina sprawiła, że zanikły Msze wieczorne – wyjaśnia liturgista, ks. dr hab. Dominik Ostrowski.
Wzmianki o praktykach, które można określić jako post eucharystyczny, znajdujemy m.in. u św. Augustyna, który pisał: „Eucharystię świętą przyjmuje się zawsze na czczo i taki zwyczaj zachowany jest na całym świecie”. Święty stwierdzał: „Podobało się Duchowi Świętemu, by na wyrażenie czci dla tak wzniosłego Sakramentu najpierw do ust chrześcijan wchodziło Ciało Pańskie, wpierw przed innym pokarmem”.
W średniowieczu nie zajmowano się zbytnio kwestią postu eucharystycznego, ponieważ wierni bardzo rzadko przystępowali do Komunii, ograniczając się do spoglądania na Hostię podczas Mszy lub przyjmowania Komunii duchowej. Dopiero w XV wieku upowszechniła się praktyka zachowywania postu od północy aż do momentu przyjęcia Komunii. – Praktykę postu eucharystycznego wprowadził dla całego Kościoła papież Marcin V w XV wieku; od tego czasu post ten wymagał bycia na czczo od północy aż do przyjęcia Komunii – podkreśla duchowny.
Wielkie zmiany
Post eucharystyczny w takiej formie funkcjonował w Kościele przez wieki. Zmiana nastąpiła dopiero w XX wieku, wraz z rozwojem praktyki częstego przystępowania do stołu Pańskiego. W 1953 roku Pius XII skrócił post eucharystyczny do trzech godzin przed przyjęciem Komunii Świętej i orzekł, że wypicie wody nie łamie tego postu. Zezwolił też chorym na przyjmowanie bez ograniczenia czasu przed przyjęciem Komunii Świętej napoju niealkoholowego i lekarstwa, zarówno płynnego, jak i stałego. Zaznaczył także, że osoby przyjmujące Wiatyk w niebezpieczeństwie śmierci nie są związane żadnym prawem postu.
W ustanawiającym zmianę dokumencie Christus Dominus papież przypomniał, że post eucharystyczny „służy nie tylko do okazania należnej czci Boskiemu Zbawicielowi, ale przyczynia się także do rozwoju pobożności, może powiększyć również owoce świętości, do których zdobywania przy pomocy łaski Bożej nas tak bardzo zachęca sam Chrystus, źródło świętości i jej twórca”. Dzięki zmianie wprowadzonej przez Piusa XII po wielu wiekach zaczęto odprawiać Msze św. wieczorne.
Dalsze złagodzenie postu eucharystycznego wprowadził Paweł VI w roku 1964, skracając go do jednej godziny przed przyjęciem Komunii. Ten sam papież w 1973 roku w instrukcji Immensae caritatis określił post eucharystyczny trwający „mniej więcej piętnaście minut” dla osób chorych i starszych, przebywających w szpitalach lub domach, a także dla ich opiekunów, pragnących razem z nimi przystąpić do Komunii Świętej.
Obecnie obowiązujące prawo kanoniczne znosi post eucharystyczny dla chorych i osób w podeszłym wieku. „Osoby w podeszłym wieku lub złożone jakąś chorobą, jak również ci, którzy się nimi opiekują, mogą przyjąć Najświętszą Eucharystię, chociażby coś spożyli w ciągu godziny poprzedzającej” – czytamy w Kodeksie Prawa Kanonicznego (kan. 919 § 3). Kodeks stanowi także, że z zachowania postu eucharystycznego są zwolnieni kapłani, którzy danego dnia po odprawieniu jednej Mszy muszą celebrować drugą albo trzecią. W takim wypadku po pierwszej lub po drugiej Mszy Świętej mogą spożywać posiłki, nawet jeśli przed przyjęciem Komunii Świętej nie zachodziłaby przerwa jednej godziny (kan. 919 § 2 KPK). – Przyjmuje się, że zwolnienie kapłana z postu eucharystycznego przed kolejną Mszą ma na celu dobro wiernych, którzy nie powinni być pozbawieni Eucharystii z powodu kolejnego godzinnego postu kapłana – podkreśla ks. Dominik Ostrowski. Zaznacza, że przyjęcie przez kapłana Komunii na Mszy Świętej jest koniecznością, dlatego konieczność sprawowania dwóch Mszy nie może stać w sprzeczności z prawem o Komunii kapłana. – On przez swoje kapłaństwo urzędowe umożliwia wiernym skorzystanie z Mszy Świętej, z Komunii. Dlatego jego zwalnia się z obowiązku postu, który ma drugorzędne znaczenie wobec samej Eucharystii i ma jej służyć – wyjaśnia.
A co jeśli…
Obecne przepisy prawa kanonicznego, stanowiące, że post eucharystyczny należy zachować przynajmniej przez godzinę przed przyjęciem Komunii (kan. 919 § 1 KPK), oznaczają, że godzina to niezbędne minimum. Zawiera się w tym natomiast sugestia, iż w miarę możliwości można wydłużyć ten czas. Co jednak robić w sytuacji, gdy ktoś przez nieuwagę zjadł coś i jego post eucharystyczny będzie za krótki? Albo jak się zachować, gdy ten problem powstaje wskutek niespodziewanego przyśpieszenia godziny Mszy Świętej?
– Wszystkie przepisy prawa kościelnego są podporządkowane celowi głównemu, jakim jest zbawienie dusz, a zatem trzeba zawsze uważać, aby przez dosłowne przestrzeganie zapisu nie zaszkodzić temu, co ten przepis chroni. Jeśli przyjmujemy, że celem postu jest odpowiednie duchowe przygotowanie do przyjęcia Komunii Świętej, to w sytuacji, gdy nie mamy dokładnie 60 minut postu, należy ocenić, czy brakujące 5 minut „robi różnicę”. Moim zdaniem lepiej jest być posłusznym Kościołowi i powstrzymać się od Komunii, jeśli nie minęła godzina, bo Bogu podoba się nasze posłuszeństwo, a brak możliwości przystąpienia do Komunii nie jest z definicji szkodą, raczej jest to swoista chwilowa utrata przywileju i nie przynosi ona zagrożenia duchowego, wręcz przeciwnie, może pogłębić w nas szacunek do Eucharystii, a także być swoistą nauką, żeby nie powiedzieć nauczką. Moglibyśmy się zastanawiać, czy mamy prawo „zerwać kłosy w szabat”, jak apostołowie, ale tu są potrzebne duża dojrzałość i mądra wolność, ponieważ jeśli można samemu skrócić post o 5 minut, to dlaczego nie o 25? – wskazuje liturgista. – Jeśli dojrzała osoba zinterpretuje, że kilka minut nie robi różnicy i nie uczyni z tego narzędzia do nadużyć, to nie zdziwię się, jeżeli także autorytet duchowny ją usprawiedliwi. Ks. Krzysztof Grzywocz tłumaczył, że potrzeba dużej mądrości i dojrzałości, aby wiedzieć, kiedy „zerwać kłosy”. Wskazywał też na niebezpieczeństwo zaburzeń i skrupułów, zwłaszcza u osób osamotnionych i bez relacji, które bezpiecznie czują się tylko w ogrodzeniu przepisów. Odnowiona liturgia i prawo dają dużo przestrzeni do samodzielnych decyzji i oczekują pewnej dojrzałości – zauważa kapłan. Jako przykład wskazuje zapis o obmyciu palców przez kapłana, jeśli pozostały na nich partykuły (czyli cząstki Ciała Chrystusa); dawniej należało obmyć palce zawsze.
Co po Komunii?
Nieraz wierni zadają sobie pytanie, czy po przyjęciu Ciała Pańskiego należy zachować jakiś odstęp czasowy przed zjedzeniem posiłku. Problem taki może występować na przykład w szpitalu, gdzie chory po przyjęciu Komunii mógłby od razu coś zjeść lub popić kawą. Kapelani apelują tu zazwyczaj do osobistego wyczucia osoby przyjmującej Komunię. – Nie spotkałem przepisu, który by tego zabraniał, chociaż słyszałem opinie, że istnieje pewien „bufor czasowy”, czasem określany na 15 minut; nie jest to jednak oficjalne prawo. Po przyjęciu Komunii Świętej i zakończeniu obrzędu można udać się od razu na posiłek, są przecież tzw. agapy przedłużające spotkanie wspólnoty – tłumaczy ks. Dominik Ostrowski. I dodaje: – Na pewno jednak warto przypomnieć, że po Komunii Kościół przez wieki odmawiał modlitwy dziękczynne, a więc istnieje powód, aby odczekać chwilę z kolejnym posiłkiem.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Liturgia wróciła do korzeni
Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał„święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – mówi ks. dr Andrzej Hoinkis, liturgista.

fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny
***
Agnieszka Huf: Niedawno minęło 60 lat od uchwalenia pierwszego dokumentu soborowego – Sacrosanctum concilium, Konstytucji o Liturgii Świętej. Tego dnia przypadła 400. rocznica zakończenia Soboru Trydenckiego. Ta data nie wydaje się przypadkowa…
Ks. dr Andrzej Hoinkis: Na pewno wybór daty był świadomą decyzją. Zresztą wydanie mszału po Soborze Watykańskim II odbyło się w 500. rocznicę wydania mszału po Soborze Trydenckim. Ale nie było tak, że przyspieszano pracę nad konstytucją, aby zdążyć z jej ogłoszeniem w konkretnym dniu – to było dzieło dobrze przygotowane. Kwestia liturgii żyła bardzo mocno w świadomości katolików w latach 50. i 60. XX wieku, aktywnie działał Ruch Liturgiczny, odkrywano nowe teksty źródłowe. To wszystko było procesem, który przygotował do zajęcia się na soborze liturgią.
Sam Sobór Watykański II to też nie było nagłe wydarzenie – Jan XXIII nie obudził się przecież pewnego dnia z myślą, że zwoła sobór. Proces, którego był on finałem, zaczął się już w końcówce XIX wieku…
Nawet wcześniej, bo Sobór Watykański I, obradujący w latach 1869–1870, nie został zakończony i w Kościele żywa była myśl, że należy do niego wrócić. XX wiek przyniósł wiele zmian – I wojna światowa mocno wstrząsnęła Europą i Kościołem, II wojna światowa tym bardziej. Po niej pojawił się w myśleniu światowym pozytywistyczny trend: „wszystko jesteśmy w stanie zmienić”. Mimo eskalacji zła, która objawiła się w latach wojny, społeczeństwa bardzo szybko się odradzały. XX wiek to też czas wielkich zmian mentalnych – chociażby rewolucja 1968 roku, która przecież nie wybuchła z dnia na dzień, tylko narastała przez lata. Myślę, że papież słuchał Ducha Świętego, miał wyczucie, że pewne rzeczy trzeba uprzedzić, uporządkować, żeby nie obudzić się „z ręką w nocniku”.
Wspomniał Ksiądz o Ruchu Liturgicznym. Co to takiego?
Ruch Liturgiczny rozpoczął się we Francji w opactwach benedyktyńskich w XIX wieku. Co ciekawe, u jego początków leżało odkrycie, że mszał potrydencki z 1570 r. jest bardzo bogaty w treści – często bardziej niż mszały diecezjalne, z których we Francji w XIX w. powszechnie korzystano. Dlatego Ruch Liturgiczny doprowadził do powszechniejszego przyjęcia mszału potrydenckiego w wielu diecezjach francuskich i niemieckich; sprawił, że do doceniono piękno liturgii rzymskiej. Równocześnie odkrywano i opracowywano starożytne źródła pokazujące historię Kościoła i liturgii w czasach starożytnych. Mszał potrydencki to w większości mszał Kurii Rzymskiej z XII wieku, bo kiedy trwał Sobór Trydencki, naukowcy czy liturgiści nie mieli starszych źródeł. Tymczasem w XIX i XX wieku odkryto i opracowano teksty z pierwszych wieków chrześcijaństwa, dzięki czemu zauważono, że obowiązująca liturgia jest mocno sklerykalizowana. Na przykład święty Justyn w pisanej w II wieku Apologii wspomina, że w czasie liturgii posługiwali lektorzy, którzy czytali Pismo Święte, że słowo Boże było wiernym wyjaśniane – to wszystko na skutek różnych procesów w Kościele stopniowo zanikło. Ruch Liturgiczny postulował pójście głębiej niż XII wiek, na którym zatrzymała się reforma liturgii po Soborze Trydenckim. Stopniowo sięgano do korzeni, do starożytnych tekstów, do żywszego udziału wiernych w Mszy, a nie tylko biernego jej słuchania. Pojawiały się próby przybliżenia Eucharystii wiernym – na przykład kapłan sprawował Mszę po łacinie, ale ludzie odpowiadali w języku narodowym. To wszystko działo się powoli, latami, ale u początków XX wieku potrzeba rozumienia przez wiernych, co się dzieje w czasie Mszy, była już bardzo nabrzmiała.
Jednak sprawa liturgii wydawała się już przesądzona – Pius V w bulli Quo primum tempore w 1570 r. napisał przecież: „będzie odtąd bezprawiem na zawsze w całym świecie chrześcijańskim śpiewanie albo recytowanie Mszy św. według formuły innej niż ta przez Nas wydana”, czyli niejako „zabetonował” Mszę.
Warto się zastanowić, czy naprawdę Pius V miał intencję „zamrożenia” liturgii. Trzeba spojrzeć na kontekst historyczny: Sobór Trydencki był reakcją na reformację. Pius V nie zabronił stosowania ani rytu ambrozjańskiego, ani innych rytów, które istniały wtedy w Kościele zachodnim i były prawnie obowiązujące. Mszał wydany po Soborze Trydenckim także nie obowiązywał z automatu na całym świecie – aż do XIX wieku w wielu diecezjach francuskich czy niemieckich obowiązywały mszały diecezjalne, które powstały na długo przed soborem. Jeśli tradycja ich używania była starsza niż 200 lat, to diecezje mogły je zachować.
Piusowi V chodziło o uchronienie liturgii przed naleciałościami protestanckimi?
W dużej mierze tak. Papież chciał zabezpieczyć Mszę przed protestantyzacją. Ale diecezje, które miały księgi liturgiczne starsze niż 200 lat, mogły je zachować. Żeby było ciekawiej proces przyjęcia mszału potrydenckiego nałożył się na wynalazek Gutenberga, który ułatwiał masowy druk. Stąd wydanie mszału w dużym nakładzie było tańsze niż wydanie niewielkiej liczby egzemplarzy lokalnych ksiąg. Polskie diecezje, które wówczas istniały – gnieźnieńska czy krakowska – mogły zachować swoje mszały. Jednak ze względów ekonomicznych oraz z uwagi na uchwały synodów (np. piotrkowskiego z 1577 r.) przyjęły księgi liturgiczne wydane po Soborze Trydenckim. Stwierdzenie, że Pius V zobowiązał czy zmusił cały Kościół do odprawiania Mszy św. według mszału z 1570 r., nie jest prawdziwe.

ks. dr Andrzej Hoinkis jest liturgistą, proboszczem w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Mysłowicach-Brzezince.
fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
***
Czyli pojęcie „Mszy wszech czasów” nie jest poprawne?
To błędne pojęcie, myślę, że nie ma czegoś takiego jak „Msza wszech czasów”. Inaczej sprawowali ją apostołowie, inaczej np. św. Ambroży czy św. Augustyn, a jeszcze inaczej Kościół po Soborze Trydenckim. Można by o takiej mówić, gdyby Jezus, zakładając Kościół, od razu wręczył uczniom mszał z odpowiednimi tekstami i sposobem celebracji. Mówienie o „Mszy wszech czasów” jest ahistorycznością.
Z Soborem Watykańskim II kojarzy się najczęściej wprowadzenie języków narodowych do liturgii i odprawianie Mszy św. przez księdza zwróconego twarzą do ludzi. Ale wczytując się w Konstytucję o Liturgii Świętej, można zauważyć, że akcent położony jest na samą teologię liturgii. Jakie najważniejsze kwestie porusza ta konstytucja?
Proszę nie zapominać, że pierwotnie w liturgii posługiwano się językami narodowymi. Język łaciński w starożytnym Rzymie był językiem tych ludzi, którzy we Mszy św. uczestniczyli. Także i odprawianie jej twarzą czy plecami do ludu jest uproszczeniem. Chodziło o coś innego – o zwrócenie się na wschód, w stronę „Wschodzącego Słońca”, czyli Zmartwychwstałego. Przez wieki papieże przy konfesji św. Piotra sprawowali Mszę św. twarzą do ludu. Przed Soborem Watykańskim II biskup Karol Wojtyła w 1958 roku w Tyńcu odprawiał pasterkę także twarzą do ludu. Ani mszał potrydencki nie nakazywał odprawiania Mszy tyłem do ludu, ani ten powatykański nie nakazuje robienia tego twarzą do ludu. To są rzeczy drugorzędne. Konstytucja przypomniała, że liturgia to nie jest dzieło celebransa, ale przede wszystkim samego Boga i całego Kościoła, a wierni mają prawo w niej pobożnie i czynnie uczestniczyć, a nie tylko być jej biernymi świadkami.
Wcześniej Msza była trochę teatrem jednego aktora – ksiądz robił coś przy ołtarzu, a ludzie nie do końca rozumieli, co się dzieje.
Ludzie często nie mieli pojęcia, co dzieje się na Mszy. Nie znali łaciny, nie mogli także usłyszeć, jakimi tekstami celebrans się modli. Mogło to być takie „magiczne”… Stąd zresztą wziął się zwrot „hokus-pokus” jako symbol magicznego zaklęcia. Pochodzi on od słów konsekracji: hoc est enim corpus meum. Prawdopodobnie ministranci – bo oni, będąc najbliżej ołtarza, mogli usłyszeć wypowiadane modlitwy – tak przekręcili te słowa i zwrot wszedł do obiegu. Dopiero w XIX wieku popularne stały się mszaliki, w których wyjaśniony był przebieg liturgii, i dzięki temu wierni mogli lepiej „uczestniczyć” we Mszy św. Sobór Watykański II przywrócił liturgię do stanu zbliżonego do tego, który istniał na początku chrześcijaństwa. Kiedy sięgniemy do wspomnianej Apologii Justyna, w której dwa razy opisana jest Msza starożytnego Kościoła, to zobaczymy, że podkreślone jest w niej współuczestnictwo, a nie podział na biernych wiernych i działającego kapłana. Myślę, że Msza, którą odprawiał św. Piotr, bardziej przypominała tę naszą, współczesną, niż np. tę z XVIII wieku, kiedy barok podkreślał „święty teatr” przez architekturę, złoto i piękne paramenty – co oczywiście na tamte czasy mogło być najlepszą drogą. Zmiana sposobu myślenia stała się możliwa dzięki odkryciu tekstów starochrześcijańskich, do których twórcy mszału potrydenckiego nie mieli dostępu.
Ta zmiana dla wielu musiała być szokiem…
Tekst Sacrosanctum concilium i tak jest „konserwatywny” – nie wiem, jak wyglądałby tekst tej konstytucji, gdyby uchwalono ją na koniec soboru. Zupełnie inaczej wyglądają późniejsze dokumenty, choćby konstytucja Gaudium et spes. Wielu spodziewało się, że ta zmiana pójdzie dużo dalej – przykładem może być Hans Küng. W efekcie w USA i w krajach Europy zachodniej wielu teologów stwierdzało, że ten tekst nie jest taki, jaki być powinien, i odwoływało się do tzw. ducha liturgii czy ducha soboru, a nie do samego tekstu.
Początkowo nawet abp Lefebvre, który dziś jest symbolem sprzeciwu wobec zmian posoborowych, podpisał ten dokument, nie wysuwając zastrzeżeń. Więc jak to się stało, że niektóre środowiska traktują dziś sobór jako moment zniszczenia liturgii?
Sobór Watykański II nie zniszczył liturgii. Tu dużą rolę odegrali wspomniany „duch liturgii” i… dziennikarze! Jeśli zajrzymy do książki P. Seewalda Benedykt XVI. Życie, to bardzo wyraźnie zauważymy różnicę: Joseph Ratzinger pracował systematycznie, źródłowo, a Hans Küng „pracował” z mediami, urabiał je. Mówił to, co media chciały usłyszeć, i przez to kreował np. „ducha liturgii”. W usta ojców soborowych wkładał to, co wydawało mu się słuszne. Ale Küng nie był sam – było więcej osób, które powołując się na „ducha soboru” i na to, co ich zdaniem powinien on uchwalić, kształtowały opinię publiczną, wtedy jeszcze bardzo katolicką. Rozdmuchiwały ogniska potrzebne im do tego, żeby urabiać czy forsować kwestie, które z litery soboru nie wynikały. Zresztą nie chodzi tu tylko o liturgię, ale o całą teologię.
Krytycy mówią, że miała być ewolucja i reforma, a wyszła rewolucja i deforma…
Skąd się w ogóle wzięły we współczesnym Kościele tendencje tradycjonalistyczne i mówienie o deformie? Postawiłbym tezę, że gdyby reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II w całym Kościele postępowała tak, jak to było robione w Polsce, prawdopodobnie dziś nie byłoby z tym problemu. U nas zmiany wprowadzano powoli, z rozmysłem. Kardynał Wyszyński nie był strażakiem gaszącym ogień Ducha, tylko człowiekiem rozsądnie myślącym. W Polsce Kościół był w bardzo specyficznej sytuacji pewnego rodzaju „podziemia” – byliśmy cały czas kontrolowani przez UB, aparat komunistyczny itd. Wyszyńskiemu bardzo zależało, żeby nie robić niepotrzebnych ruchów, które mogłyby wywołać nieprzewidziane konsekwencje. Często mówił, że trzeba coś przemyśleć, działać powoli, bo nie wiadomo, co z tego wyniknie. Chciał, żeby wszystkie działania – choćby tłumaczenie mszału – od początku do końca były wykonane bardzo starannie. A na Zachodzie na zmiany soborowe rzucono się pędem, przechodząc od jednego ekstremum do drugiego. Porównywałem tłumaczenia Konstytucji o Liturgii zatwierdzone przez Konferencje Episkopatu różnych krajów i na przykładzie jednego słowa – recognitio – widać, jak zupełnie inne jest jego rozumienie w tekście niemieckim i polskim. U nas przetłumaczono je bardziej zachowawczo – „należy krytycznie opracować”, „starannie rozpatrzeć”, „zbadać i poprawić”, a w niemieckim radykalnie – „przerobić”, „sprawdzić”, „zreformować”, „na nowo uporządkować”. A w oryginale konstytucji jest ciągle jedno słowo – recognitio!
I stąd wzięły się te nadużycia, o których czasem czytamy – że księża na Zachodzie odprawiają dziś Mszę dziwnie poprzebierani, na papierowym talerzyku zamiast na patenie, tańcząc albo jeżdżąc na rolkach?
Tak, prawdopodobnie to jest przyczyną. A także subiektywizm, mówienie: „Gdyby Jezus dziś żył, to z pewnością…”. Ale z drugiej strony nadużycia i błędy nie zaczęły się po Soborze Watykańskim II. Można powiedzieć, że odkąd Bóg powierzył człowiekowi swój Kościół, zawsze pojawiały się tego typu problemy. Także i Msza według mszału potrydenckiego nie była wolna od wypaczeń i „deformy”, dlatego tak głośne było wołane o reformę liturgii w połowie XX wieku. Przykładem mogą być Msze odprawiane z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, co było przez Kościół potępiane.
A tych błędów wierni często nawet nie dostrzegali, bo laicy nie znali w szczegółach przebiegu Mszy ani nie słyszeli, co się dzieje ołtarzu.
Oczywiście! Dziś się mówi, że Msza potrydencka, w przeciwieństwie do „dzisiejszej”, była bezbłędna, święta, a tak naprawdę i tam było wiele nadużyć! Biblioteki kościelne XIX i początków XX wieku byłyby o połowę skromniejsze, gdyby nie powstały wszystkie książki piętnujące nadużycia w czasie sprawowania Eucharystii.
Ale jednak to o współczesnej Mszy mówi się, że jest przestrzenią improwizacji.
Zachód Europy i Ameryka bardzo zachłysnęły się wolnością i to spowodowało największy kryzys Kościoła posoborowego, bo często prowadziło do „przegięć”. Po Soborze Watykańskim II Kościół dopuścił używanie innych modlitw eucharystycznych, nie tylko Kanonu Rzymskiego. Chodziło o powrót do korzeni, do starochrześcijańskich modlitw – np. tzw. Kanonu Hipolita, który był uznawany za przykład rzymskiej starożytnej modlitwy eucharystycznej – dziś to jest II Modlitwa Eucharystyczna. Sobór chciał wrócić do tekstów znanych u początków Kościoła, a później zapomnianych, które mogą być ubogaceniem naszej wiary. Tymczasem w niektórych miejscach przesadzono, uznając, że każdy może sobie wymyślać własną modlitwę eucharystyczną. Ja sam w latach 2000. spotkałem się w Austrii z całymi skoroszytami z „pisanymi na kolanie” modlitwami eucharystycznymi. Zachłyśnięto się dostępem do języków narodowych i improwizacji w liturgii. Faktycznie, pierwsze wieki Kościoła to były czasy improwizacji, bo nie było jeszcze ksiąg liturgicznych. Jednak z biegiem czasu lepsze, piękniejsze teksty zaczęto spisywać i w ten sposób powstały księgi liturgiczne. Sobór Watykański II nie zakładał ani nie dopuszczał, że teraz każdy celebrans może improwizować Mszę (por. np. art. 22 KL) – to była nadinterpretacja, wynikająca raczej nie tyle ze złej woli, co z płytkiej fascynacji nowością.
Co z perspektywy Księdza jako liturgisty jest najbardziej pozytywną zmianą po Vaticanum II?
Choćby to, że ludzie rozumieją teksty mszalne, mogą się nimi „karmić”, że mają możliwość świadomego uczestnictwa w tym, co dzieje się w czasie Mszy. Ważne jest też to, że w czasie liturgii czytane jest Pismo Święte, które wierni rozumieją. Bo na Mszy potrydenckiej ksiądz sam dla siebie czytał teksty Pisma, które były napisane po łacinie, a ponadto przez cały tydzień czytano te same fragmenty. Na początku XX wieku wielu ludziom towarzyszyło ogromne pragnienie życia słowem Bożym – reforma liturgii to umożliwiła. Ważne jest też, że wróciły pewne posługi znane z tekstów starochrześcijańskich – wtedy co innego robił ksiądz, co innego lektor, diakon i tak dalej. Potem przez wieki to się mocno sklerykalizowało, a dziś znowu świeccy mają swoje miejsce w liturgii. Kolejna ważna sprawa to reforma liturgii innych sakramentów, dzięki czemu chociażby rodzice czy chrzestni mogą rozumieć, co dzieje się podczas chrztu, i uniknąć poczucia magiczności. Dostępność do liturgii – dzieła Boga dla nas – to wielki plus rzeczywistości, w której żyjemy. Na ile go wykorzystujemy, to już inne pytanie.
Gość Niedzielny
***
9 sposobów, by zadbać o piękno Eucharystii

Catherine Leblanc / Godong
***
Eucharystia jest spotkaniem z Chrystusem – to truizm, ale obserwując to, jak wygląda wiele Mszy Świętych w naszym kraju, trzeba powtarzać i przypominać, jak wielki należy się jej szacunek.
Mamy obowiązek dbania o piękno Eucharystii
W Kościele, który jest Ciałem Chrystusa, nie wszyscy członkowie pełnią jednakowe czynności. To zróżnicowanie funkcji w sprawowaniu Eucharystii ukazuje się zewnętrznie przez różnorodność szat liturgicznych. Dlatego szaty te powinny być znakiem funkcji właściwej każdemu z posługujących. Poza tym szaty liturgiczne winny podkreślać piękno świętych czynności (OWMR, 335).
Na każdej Eucharystii spotykamy się z Bogiem: we wspólnocie, w osobie przewodniczącego liturgii, w Słowie Bożym i – w całej pełni – w Komunii. Każdy zatem element Mszy Świętej winien być traktowany z szacunkiem i pieczołowitością. I nie jest to trudne do zrobienia!
Największa odpowiedzialność spoczywa w tej kwestii na księżach, ale także my – wierni świeccy, członkowie parafii – mamy prawo i obowiązek dbać o piękno Mszy. Będzie to wymagać zdobycia wiedzy, zaangażowania, a czasami odwagi w upomnieniu się o to, co słuszne.
Skąd zaczerpnąć wiedzę? Na początek wystarczy Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego. Gdyby wszyscy odpowiedzialni za liturgię robili to, co jest tam napisane, nie czytalibyśmy o gorszących nadużyciach i samowolkach przy ołtarzu.
9 sposobów na to, by zadbać o piękno Mszy świętej
1 Eucharystia to dar powierzony Kościołowi
Chrystus Pan, mając sprawować z uczniami ucztę paschalną, na której ustanowił Ofiarę swego Ciała i Krwi, polecił przygotować przestronną komnatę, usłaną (Łk 22,12). Kościół zawsze uważał, że polecenie to odnosi się również do niego, gdy ustanawiał przepisy dotyczące sprawowania Najświętszej Eucharystii co do duchowego przygotowania ludzi oraz miejsc, obrzędów i tekstów (OWMR, 1).
Trzeba pamiętać, że Eucharystia jest darem, który otrzymał Kościół i o który troszczy się na przestrzeni wieków. Z powodu wagi Mszy Świętej ustanawia on przepisy po to, by chronić ów dar i by przynosił dobre owoce. Dlatego mamy się stosować do zaleceń Kościoła i nikomu nie wolno zmieniać niczego w liturgii na własną rękę.
2 Świadome uczestnictwo Ludu
Sprawowanie Eucharystii jest bowiem czynnością całego Kościoła, w której każdy powinien w pełni wykonywać wyłącznie tylko to, co należy do niego z natury rzeczy, ze względu na jego stopień w ludzie Bożym. Stąd również należy bardziej zwracać uwagę na pewne zasady celebracji, o które w ciągu wieków mniej dbano. Lud ten jest bowiem ludem Bożym, nabytym Krwią Chrystusa, przez Pana zgromadzonym, Jego słowem karmionym, ludem powołanym do tego, aby przedstawiał Bogu prośby całej ludzkiej rodziny (OWMR, 5).
W Eucharystii są czynności, które może wykonać tylko biskup lub prezbiter: to przede wszystkim modlitwa eucharystyczna, oracje, kolekta, odczytanie Ewangelii, wygłoszenie homilii i udzielenie końcowego błogosławieństwa. Są elementy przeznaczone dla świeckich: lektura czytań mszalnych, przygotowanie procesji z darami, wygłoszenie komentarzy i asysta przy ołtarzu. Każdy wierny jest wezwany do włączenia się w śpiew i odpowiedzi mszalne, by rzeczywiście uczestniczyć: myślami i ciałem w Eucharystii.
3 Uważne słuchanie Słowa Bożego
Dlatego wszyscy winni z szacunkiem słuchać czytań słowa Bożego, które są najważniejszym elementem liturgii. Chociaż bowiem słowo Boże zawarte w czytaniach Pisma świętego zwraca się do wszystkich ludzi każdego czasu i jest dla nich zrozumiałe, jego pełniejsze rozumienie i skuteczność pogłębiają się dzięki żywemu wykładowi, czyli homilii, która jest częścią czynności liturgicznej (OWMR, 29).
Po pierwszy do czytań powinni podchodzić odpowiednio przygotowane osoby, który nie tylko czytają dobrze, ale wiedzą, o czym czytają. Po drugie, każdy z uczestników powinien uważnie słuchać tego, co jest czytane. Po trzecie, homilia nie może być głoszona przez świeckich, nie może być zastąpiona listem ani adoracją.
4 Waga śpiewu
Apostoł zachęca chrześcijan, którzy schodzą się razem w oczekiwaniu na przyjście Pana, aby śpiewali wspólnie psalmy, hymny i pieśni pełne ducha (por. Kol 3, 16). Śpiew jest bowiem znakiem radości serca (por. Dz 2, 46). Dlatego św. Augustyn słusznie mówi: „Kto kocha, ten śpiewa” (OWMR, 39).
Śpiew ma niebagatelną rolę w celebracji Eucharystii. Parafie, które mają dobrych organistów, chór lub scholę mogą uczynić Mszę niezwykle pięknym doświadczeniem. Warto włączyć się w śpiew zwracając uwagę na tekst, który się wypowiada.
5 Postawa ciała
Gesty i postawy ciała zarówno kapłana, diakona i usługujących, jak i ludu winny zmierzać do tego, aby cała celebracja odznaczała się pięknem i szlachetną prostotą, aby w pełni przejrzyste było znaczenie jej poszczególnych części, zaś uczestnictwo wszystkich stawało się łatwiejsze. Zachowywanie przez wszystkich uczestników jednolitych postaw ciała jest znakiem jedności członków chrześcijańskiej wspólnoty zgromadzonych na sprawowanie świętej liturgii: wyrażają one bowiem i kształtują duchowe przeżycia uczestniczących (OWMR, 42).
To, że na Eucharystii stajemy, klękamy i siadamy w tym samym momencie, jest ważne. Pokazuje, że modlitwy się wspólnie, jako rodzina Boża. Złożone ręce, prostota gestów i skłony i przyklęknięcia przypominają ponadto o pokorze.
6 Milczenie
Należy również zachować w odpowiednim czasie pełne czci milczenie (OWMR, 45).
Msza Święta to misterium, wobec którego należy zachować szacunek i cześć. Milczenie ułatwia wejście w dziękczynienie i rozważanie Słowa Bożego.
7 Przyjmowanie Komunii świętej
Jest bardzo pożądane, aby wierni podobnie jak kapłan, który jest do tego zobowiązany, przyjmowali Ciało Pańskie z hostii konsekrowanych w czasie danej Mszy świętej, a w przewidzianych przypadkach (por. nr 283) przystępowali do kielicha. Dzięki temu Komunia święta ukaże się także przez znaki jako uczestnictwo w aktualnie sprawowanej Ofierze (OWMR, 85).
Kulminacją Eucharystii jest przyjęcie Komunii. Można ją przyjąć w stanie łaski uświęcającej. Ideałem byłoby konsekrowanie na Mszy tylu hostii, by wszyscy obecni mogli je przyjąć. Konsekrowane komunikanty schowane w tabernakulum, jak mówi nam historia Kościoła, są przeznaczone przede wszystkim dla chorych oraz do adoracji.
8 Odpowiednie wyposażenie kościoła
Na sprawowanie Eucharystii lud Boży gromadzi się zwykle w kościele lub gdy kościoła brak albo jest on niewystarczający, w innym odpowiednim miejscu, godnym tak wielkiego misterium. Zarówno kościoły, jak i te miejsca powinny być odpowiednio przystosowane do sprawowania czynności liturgicznych i osiągnięcia czynnego udziału wszystkich wiernych. Świątynie i przedmioty związane z kultem Bożym winny być prawdziwie godne i piękne, stanowiąc jednocześnie znaki i symbole rzeczywistości nadprzyrodzonych (OWMR, 288).
Miejsce kultu powinno być poświęcone, wyposażone w sprzęty wykonane ze szlachetnych materiałów i uwzględniające miejscową kulturę i sztukę. W kościele nie powinien panować przepych, ale prostota, która kieruje uwagę na Boga. Ołtarz powinien być trwale przytwierdzony do posadzki, wykonany z kamienia naturalnego. W nowych kościołach ma być tylko jeden ołtarz, nieprzylegający do ściany, by można go obchodzić (choćby podczas kadzenia) oraz celebrować twarzą do wiernych (co nie zabrania odwrotnego kierunku). Ma być na nim biały obrus, a przy nim przynajmniej dwie świece oraz krzyż.
9 Piękny ubiór
Ten przepis odnosi się do szat liturgicznych, ale także my możemy przyjść na Eucharystię w odświętnym, schludnym ubraniu.
BONUS Czytaj czarne, rób czerwone
W Mszale Rzymskim to, co ma być wypowiedziane, jest wydrukowane na czarno, a to, co ma być zrobione – na czerwono. By zadbać o piękno liturgii wystarczy czytać to, co jest na czarno, a robić to, co jest na czerwono!
Dariusz Dudek /Aleteia.pl
***
Pić czy nie pić?
o. Jacek Salij o alkoholu i Bogu

fot. via: Pxere.com – Lovely2912/screenshot – YouTube (Salve TV)
***
“Nie ma nic żenującego w tym, że Pan Jezus przemienił wodę w wino oraz że właśnie pod postacią wina daje nam swoją Krew, ale kryją się za tym bardzo bogate treści duchowe” – pisze Jacek Salij OP.
PYTANIE: Należę do tych żon, które bardzo dużo już wycierpiały z powodu pijaństwa męża. Przekonałam się, że alkohol to jest doprawdy coś bardzo złego. I tak od dłuższego czasu wciąż chodzi mi po głowie: dlaczego Pan Jezus w Kanie Galilejskiej uczynił z wody wino. Przecież ono na pewno też zawierało alkohol, a przecież to niemożliwe, żeby Pan Jezus uczynił coś złego. Dokonanie przez Niego tego właśnie cudu stawia przede mną pytania, z którymi nie umiem sobie poradzić.
ODPOWIADA JACEK SALIJ OP
Zanim podejmę zadany mi przez Panią temat, powiem parę słów na temat, jak mi się wydaje, znacznie ważniejszy, jaki przed Panią stoi. Ludzie, którzy poświęcili się ratowaniu alkoholików, bardzo zwracają uwagę na to, jak istotnie żona może pomóc swemu pijącemu mężowi w powrocie do normalnego życia. Niestety, niektóre żony alkoholików wzmacniają jeszcze w swoich mężach pogardę dla samego siebie i brak wiary w przezwyciężenie tego nałogu — i w ten sposób, potępiając nałóg i cierpiąc z jego powodu, same przyczyniają się bezwiednie do pogłębiania tego nieszczęścia.
Toteż ogromnie namawiałbym Panią do nawiązania kontaktu z ruchem anonimowych alkoholików. W wydanej przez Wydawnictwo “Pax” książce D. Selviga i D. Rileya Nie piję, czy w antologii pt. Sami o sobie, wydanej przez Księgarnię Świętego Wojciecha, znajdzie Pani adresy wspólnot Al-Anon, w których spotykają się ludzie, którzy mają alkoholika w swojej rodzinie i sami nie potrafią mu pomóc. Z pewnością taka wspólnota istnieje również w Pani mieście albo gdzieś w pobliżu. Bardzo radziłbym Pani nawiązać z nią kontakt.
Żeby zaś bezpośrednio podjąć Pani pytanie, chciałbym nieco poszerzyć obszar refleksji. Mianowicie starożytni chrześcijanie byli niekiedy niepokojeni przez manichejczyków zarzutem, że wystarczy sobie uświadomić, ile zła wynika z wina, żeby dojść do wniosku, że z pewnością winną latorośl stworzył nie Bóg, ale diabeł. Argument ten był elementem sprytnie pomyślanej taktyki, której celem było udowodnienie tezy, jakoby diabeł był stwórcą całej w ogóle materii, nie wyłączając ciała ludzkiego. Otóż manichejczycy zwracali uwagę na istnienie różnych groźnych lub dokuczliwych dla człowieka stworzeń — takich jak drapieżne i jadowite zwierzęta, niekorzystne zjawiska klimatyczne, trujące rośliny, różne gryzonie i insekty, które mogą być utrapieniem naszego codziennego życia — i starali się doprowadzić swoich słuchaczy do zwątpienia, czy wszystko to może pochodzić z ręki dobrego Boga. Po zbombardowaniu słuchacza tego rodzaju przykładami — wśród których nie zabrakło oczywiście również winnej latorośli — łatwiej im było zasiać zwątpienie co do tego, czy w ogóle Bóg jest stwórcą świata materialnego.
Zmagając się z tą argumentacją, Ojcowie Kościoła sformułowali wiele wspaniałych intuicji na temat obecności Boga w tym świecie widzialnym oraz podatności materii na służbę temu, co duchowe. Bezpośrednio zaś odpowiadając na wspomniane zarzuty poczynili ważne rozróżnienie między naszym dobrem cząstkowym a dobrem powszechnym wszechstworzenia, ale nie tu miejsce, żeby omawiać tę problematykę szczegółowo. Ograniczę się tylko do przykładowego zacytowania odpowiedzi na zarzut związany z naszym tematem. “Niektórzy — mówił św. Jan Złotousty — zobaczywszy zachowujących się nieprzyzwoicie pijaków, nie ganią ich, lecz owoc dany przez Boga. Mówią: Niech nie będzie wina! Powiedzmy im raczej: Niech nie będzie pijaństwa! Wino bowiem jest dziełem Boga, pijaństwo dziełem diabła. Nie wino stwarza pijaństwo, lecz niepowściągliwość. Nie oczerniaj tworu Boga, lecz oskarżaj o szaleństwo swego współsługę. (…) Wino zostało nam dane, aby leczyło słabość ciała, nie żeby niszczyło siłę duszy” (Homilia na słowa: “Wina po trosze używaj”).
Ostatnie zdanie łatwiej zrozumieć, jeśli wie się o tym, że Jan Złotousty wypowiedział powyższe słowa w ramach wyjaśniania 1 Tm 5,23: “Samej wody już nie pij, używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości”. Nawiasem mówiąc, cytowana homilia świadczy o tym, jak głęboko zarzuty manichejskie weszły w ówczesną świadomość chrześcijan. Złotousty kaznodzieja nie podejmuje bynajmniej w tej homilii polemiki z manichejczykami, nie jest też jego celem uodparnianie słuchaczy na manichejskie zarzuty. Zarzuty te zostały przez wielu ówczesnych chrześcijan na tyle zinternalizowane, że stanowiły już ich własny problem religijny. Tak w każdym razie wynika z tekstu homilii.
Wydaje mi się, że podobnie jest z problemem postawionym przez Panią. On chyba również nie jest dla Pani problemem pierwotnym. Zapewne jego początkiem było pijackie powoływanie się na samego Pana Jezusa i Jego cud w Kanie Galilejskiej. Przypuszczam, że dopiero kiedy Pani nie umiała sobie poradzić z tym argumentem, problem ten stał się dla Pani własnym problemem.
Jest jeszcze drugi tekst Pisma Świętego, bezczelnie przytaczany przez pijaków dla usprawiedliwienia swojego grzechu. Chodzi o wypowiedź Psalmu 104, który wśród różnych darów, jakich Bóg nam udziela, wymienia “wino, co rozwesela serce człowieka”. Wielu z tych, którzy powołują się na te słowa, może nawet nigdy w życiu Pisma Świętego w ręku nie miało, a wypowiedź ta jest jedynym zdaniem, jakie potrafią z niego zacytować. Niestety, próby posłużenia się Panem Bogiem, aby był adwokatem mojego grzechu, dowodzą tylko tego, że pijaństwo prowadzi również do utraty przytomności duchowej.
Nasze wyjaśnienie rozpocznijmy może od zastanowienia się nad tym, jaki Boży sens zawiera się w słowach, że Bóg daje nam “wino, co rozwesela serce człowieka”. Nawet nie da się przytoczyć wszystkich wypowiedzi Pisma Świętego, w których potępia się pijaństwo. Przypomnijmy tylko przykładowo: “Wino i moszcz odbierają rozum” (Oz 4,11); “Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo się je połyka. Bo w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza” (Prz 23,31); “Biada tym, którzy wstając wczesnym rankiem, szukają wódki, i zostają do późna w noc, bo wino ich rozgrzewa (…) Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina i dzielni w mieszaniu wódki” (Iz 5,11 i 22); “Wino i kobiety wykolejają mądrych” (Syr 19,2); “Przy piciu wina nie bądź zbyt odważny, albowiem ono zgubiło wielu” (Syr 31,25); Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości” (Ef 5,18).
Dwie grupy tekstów zasługują na przypomnienie szczególne. Po pierwsze, w Pawłowych katalogach grzechów, które wykluczają człowieka z Królestwa Bożego, niezmiennie wymieniane jest również pijaństwo: “Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy (…) ani pijacy (…) nie posiądą Królestwa Bożego” (1 Kor 6,10; por. Ga 5,21; Ef 5,5). Można zatem się zastanawiać, czy my na serio wierzymy w życie wieczne, jeśli tak niewiele czynimy dla stworzenia atmosfery społecznej, która skutecznie blokowałaby rozwój alkoholizmu. Przecież tu chodzi już nie tylko o to, że alkoholizm wprowadza wielki chaos w życie społeczne i jest źródłem nieszczęścia wielu rodzin; tutaj już chodzi wręcz o życie wieczne wielu spośród nas!
Druga grupa tekstów znajduje się w Księdze Jeremiasza oraz w Apokalipsie. Mianowicie wszelkie oddanie grzechowi jest tam porównane do pijaństwa: grzech często pociąga człowieka niby wódka, jego czynienie może być równie atrakcyjne jak przyłączenie się do pijackiej kompanii, ale też jego skutki są równie żałosne: “To powiedział do mnie Pan, Bóg Izraela: (…) Niech piją, zataczają się i szaleją! (…) Pijcie i upijajcie się, wymiotujcie i padajcie, nie mogąc powstać wobec miecza, który poślę między was. Jeżeli zaś się zdarzy, że nie będą chcieli wziąć kubka z twej ręki, by pić, powiesz im: To mówi Pan Zastępów: Musicie wypić!” (Jr 25,15n.27n; por. 51,7). Kielicha grzechu nie da się bowiem oddzielić od kielicha kary Bożej. Według Apokalipsy całe narody mogą w ten sposób upić się grzechem i leżeć nieprzytomnie we własnych wymiotach (Ap 14,8; 17,2).
Powyższe teksty rozstrzygają sens wypowiedzi Psalmu 104, że od Boga otrzymaliśmy “wino, co rozwesela serce człowieka”. Mianowicie nie można mieć wątpliwości co do tego, że jeśli skutkiem używania alkoholu jest osobiste upodlenie, krzywda najbliższych, demoralizacja młodszych, wówczas dopuszczamy się ciężkiego nadużycia daru Bożego i obrazy Stwórcy. Wino zostało nam dane, aby być znakiem radości życia, a nie narzędziem grzechu, którego kresem jest zawsze rozpacz.
I właśnie na znak Bożej radości życia uraczył Pan Jezus winem uczestników wesela w Kanie Galilejskiej. Ojcowie Kościoła jednomyślnie odczytywali w tamtym wydarzeniu głęboki sens mesjański: wesele ubogiej pary z Kany Galilejskiej było zapowiedzią innego wesela, wesela, które jest celem i sensem całych ludzkich dziejów. Mianowicie Syn Boży przyszedł na tę ziemię, aby poślubić Kościół, czyli odkupioną ludzkość. Jest to Oblubieniec niezwykły, On ma moc uwalniać swoją Oblubienicę od grzechów i czynić ją piękną od wewnątrz. Przychodzi On do swojej Oblubienicy jako Dawca pokoju Bożego i radości. Czy mogło więc na tym weselu zabraknąć wina, skoro jest ono znakiem radości? Z tego też powodu wino zostało wybrane przez Chrystusa Pana jako materia eucharystyczna — mianowicie pod postacią wina uobecnia się podczas mszy świętej Jego Krew.
Ojcowie Kościoła lubili wskazywać na różne sytuacje, w których również dzisiaj powtarza się cud przemiany wody w wino. “Pismo Święte naprawdę było wodą, lecz dzięki Jezusowi stało się winem” — powiada Orygenes, a chodziło mu o to, że Stary Testament, jeśli go czytać w wierze Chrystusa, odsłania sensy dotychczas w nim nie dostrzegane oraz ma moc upajać Duchem Świętym. Podobnie Pan Jezus cudownie przemienia sens życia małżeńskiego: Samo z siebie dobre małżeństwo jest tylko wspólną drogą przez życie, której owocem są dzieci wychowane na porządnych ludzi; ale mocą sakramentu małżeństwa wszystko, co w życiu małżonków dobre i zgodne z wolą Bożą, doznaje cudownej przemiany i dostępuje uczestnictwa w wiekuistym małżeństwie Chrystusa Pana z odkupioną ludzkością, dzieci zaś swoje małżonkowie wychowują już nie tylko na porządnych ludzi, ale przygotowują je do życia wiecznego. Ostatecznie zaś, jak powiada św. Augustyn, “my sami byliśmy wodą, a Chrystus winem nas uczynił” — bo przecież to tylko Jego mocą nasze życie może stać się zasługiwaniem na życie wieczne.
W starożytności Kościół przeżył aż dwie pokusy, żeby zrezygnować z wina podczas odprawiania mszy świętej. Najpierw niektórzy ebionici, zamiast konsekrować chleb i wino, jak to ustanowił Pan Jezus, wprowadzili chleb i wodę, a motywowali to względami ascetycznymi. Druga pokusa przyszła w momencie, kiedy władze prześladowcze nauczyły się rozpoznawać chrześcijan po tym, że rankiem można było poczuć od nich zapach wina (Komunię świętą przyjmowali oni bowiem na czczo). Wówczas niektóre wspólnoty chrześcijańskie — nazwane później akwarianami — zaczęły odprawiać poranną Eucharystię na chlebie i wodzie, ograniczając konsekrowanie chleba i wina tylko do Eucharystii odprawianych wieczorem, kiedy to, że się pachniało winem, nie budziło już niczyich podejrzeń.
Na innowację tę stanowczo zareagował św. Cyprian. “Zanikłaby wszelka religijna i prawdziwa dyscyplina — pisał w połowie III wieku — gdybyśmy przestali wiernie zachowywać to, co nakazuje Duch Święty: gdyby ktoś przy porannych ofiarach lękał się, aby zapachem wina nie zdradzić, że wypił krew Chrystusa. Gdyby przy składaniu Ofiary wierni nauczyli się wstydzić krwi Chrystusa, świadczyłoby o tym, że w czasie prześladowań wycofują się z udziału w Jego męce” (List 63 15).
W obszernym Liście 63 św. Cyprian sformułował szereg głębokich argumentów, dlaczego jest rzeczą niezwykle istotną, aby do mszy świętej było używane właśnie wino. Przede wszystkim “ani Apostoł, ani anioł z nieba nie może nic innego głosić lub nauczać, niż to, co sam Chrystus nauczał i co głosili Jego apostołowie” (List 63 11).
Panią zapewne najbardziej zainteresują sformułowania św. Cypriana, które sugerują, że działanie kielicha Pańskiego jest dokładnie odwrotne niż kielicha pijackiego. Kielich pijacki paraliżuje umysł i ogłupia człowieka, czyni go niewolnikiem tego świata, odciąga od Boga i pogrąża w smutku. Natomiast “kielich Pański w taki sposób upaja, że czyni nas trzeźwymi i podnosi umysły do duchowej mądrości, a każdy, kto go zakosztuje, odwróci się od świata i skieruje się do poznawania Boga”.
Ale, rzecz jasna, również zwykłe wino jest darem Bożym, a przeklęte jest jedynie jego nadużywanie, toteż zaraz w następnym zdaniu Cyprian pisze tak: “I podobnie jak zwykłe wino odpręża umysł, rozwesela ducha i uwalnia go od smutku, tak też przez picie Krwi Pańskiej i zbawiennego kielicha zatraca się wspomnienie o dawnym człowieku, zapomina się o poprzednim światowym postępowaniu, a smutne, zbolałe serce, przygniecione przedtem ciężarem dręczących grzechów, raduje się teraz otrzymanym od Boga przebaczeniem”.
Skoro już tak długo zatrzymujemy się przy Liście 63 św. Cypriana, warto przy okazji przedstawić głęboką symbolikę, jaką dostrzegł on w zwyczaju dolewania do kielicha mszalnego odrobiny wody: “Woda oznacza lud, wino zaś jest krwią Chrystusa. Gdy więc w kielichu miesza się wino z wodą, to lud staje się jednym z Chrystusem i wspólnota wiernych jednoczy się i łączy z Tym, w którego uwierzyła. To zjednoczenie i złączenie wody i wina w kielichu Pana przez zmieszanie tak się dokonuje, że owej mieszaniny już nie można od siebie oddzielić. Dlatego też nic nie zdoła Kościoła, czyli będącego w Kościele ludu, jeśli wiernie i mocno trzyma się tego, w co uwierzył, odłączyć od Chrystusa; będzie się Go stale trzymać i jego miłość będzie nierozerwalna. Nie można więc przy święceniu kielicha Pana ofiarowywać tylko samej wody ani też samego wina. Jeśli bowiem ktoś ofiarowuje samo wino, to krew Chrystusa pozostaje bez nas; jeżeli zaś ofiarowuje się samą tylko wodę, to lud jest bez Chrystusa. Skoro zaś oba się zmiesza i przez to wzajemnie się złączy, dopełnia się duchowa i niebiańska tajemnica”.
Jak Pani widzi, nie tylko nie ma nic żenującego w tym, że Pan Jezus przemienił wodę w wino oraz że właśnie pod postacią wina daje nam swoją Krew, ale kryją się za tym bardzo bogate treści duchowe. To zaś, że pijacy potrafią nawet w Ewangelii szukać błogosławieństwa dla swojego grzechu, jest zwykłym nadużyciem, które powinno budzić w nas niepokój nie co do treści zawartych w Ewangelii, ale z powodu zaślepienia, które nie waha się powoływać samego Boga na fałszywego świadka, jakoby zło nie było złem.
Nie chciałbym swoim listem sprawiać wrażenia, jakoby całkowita abstynencja od napojów alkoholowych była w świetle wiary chrześcijańskiej czymś podejrzanym. Na pewno czymś podejrzanym byłoby przymuszanie do powszechnej abstynencji (eksperyment taki podjęto w Stanach Zjednoczonych w latach dwudziestych naszego wieku). Jednakże ludzie, którzy dobrowolnie postanowili na jakiś czas lub do końca życia powstrzymać się całkowicie od napojów alkoholowych, spełniają w społeczeństwie ważną misję, zwłaszcza w społeczeństwie tak zagrożonym przez alkoholizm jak nasze.
Wykład o sensie abstynencji zacznijmy jednak od podstaw. Jak wiadomo, Pan Jezus nie był abstynentem, wyrażał się jednak z wielkim szacunkiem o abstynencji Jana Chrzciciela: “Przyszedł Jan Chrzciciel, nie jadł chleba i nie pił wina, a wy mówicie: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy, je i pije, a wy mówicie: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników” (Łk 7,33n). Pan Jezus jest jednak Synem Bożym i swoim stylem życia wyrażał niepowtarzalny sens swojego przyjścia do nas. Przyszedł bowiem do nas jako Oblubieniec, a na weselu przecież się nie pości. Wyraźnie jednak powiedział, że po odejściu Pana Młodego Jego uczniowie będą pościć (Łk 5,34n). Że dotyczyło to również używania napojów alkoholowych, świadczy o tym choćby wspomniany już przypadek Tymoteusza, którego Apostoł Paweł zachęca do tego, aby w związku z problemami żołądkowymi rozluźnił nieco rygor swojej abstynencji (1 Tm 5,23).
Najpełniejsze wytyczne na temat właściwego stosunku do abstynencji znajdują się w czternastym rozdziale Listu do Rzymian: “Królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” (w. 17). Można się jednak znaleźć w sytuacji, kiedy człowiek poczuje się do abstynencji przymuszony moralnie: “Wprawdzie każda rzecz jest czysta, stałaby się jednak zła, jeśliby człowiek spożywając ją, dawał przez to zgorszenie. Dobrą jest rzeczą nie jeść mięsa i nie pić wina, i nie czynić niczego, co twego brata rani” (Rz 14,20n).
W czasach dzisiejszych decyzję o całkowitej abstynencji różni ludzie podejmują najczęściej z dwóch powodów: żeby bardziej skutecznie przyczynić się do zmiany naszej obyczajowości, która niestety bardzo sprzyja rozwojowi pijaństwa, albo też żeby pomóc w ten sposób swemu bliskiemu w jego trudnej drodze wychodzenia z nałogu. I chwała Bogu, coraz więcej jest u nas takich ideowych abstynentów. Oby tylko nie wynosili się nad tych, którzy postanowili na razie nie rezygnować z rozumnego używania alkoholu.
Fronda.pl
***
„Potęga Krzyża” – książka pomagająca dobrze przeżyć cierpienie

(oprac. PCh24.pl)
***
Pomimo rozwoju technologii i kolejnych sukcesów medycznych, nie da się zupełnie uchronić człowieka od cierpienia. Świadomość tej bezsilności napawa nas lękiem, a może nawet wstrętem. Najważniejsze jest, by nie dać się pokusie szatana, który w cierpieniu chce nas zepchnąć do zamętu, pesymizmu i porzucenia modlitwy. „Cierpienie z Jezusem Chrystusem i dla Jezusa Chrystusa jest drogą do świętości na ziemi” – mówił raczej ks. Dolindo Ruotolo, który w swoim życiu doświadczył przeciwności i bólu na wielu płaszczyznach. Książka Potęga Krzyża. Ks. Dolindo o tajemnicy cierpienia ukazuje, w jaki sposób duchowny przeżył swoje cierpienia, i daje nam wiele cennych wskazówek do tego, jak uczynić najtrudniejsze okresy naszego życia najbardziej cennymi.
Autorką pozycji jest s. Maria Angella Jakubczak FI – zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej. W swojej książce pragnęła przybliżyć życiorys znanego ks. Dolindo Ruotolo – XX-wiecznego kapłana, który w swoim życiu cierpiał wiele i na różnych płaszczyznach. Siostra Maria Angella zadedykowała swoje dzieło wszystkim duszom udręczonym cierpieniem, aby odnalazły skarb ukryty w cieniu Krzyża i mogły powiedzieć o sobie już nie „dusze udręczone”, lecz „obdarzone cierpieniem”.
Ks. Dolindo przeżył bardzo trudne dzieciństwo w skrajnym ubóstwie i surowości – a wręcz okrutności – swojego ojca. To był jednak dopiero początek trudności w życiu bohatera omawianej książki. Kiedy został kapłanem, bardzo szybko został niezrozumiany, a wręcz oskarżony o herezję, a przez to przez lata nie mógł pełnić swojej kapłańskiej posługi. Na domiar tego odczuwał skrupuły i pokusy przeciwko wierze. Szatan nękał go zniechęceniem, strachem, zamętem; oddziaływał też na niego fizycznie i próbował powstrzymać wydanie książki o Matce Bożej.
Pomimo tylu cierpień ks. Dolindo nie poddawał się. Można nawet powiedzieć, że z każdej przeciwności wychodził silniejszym. Zawsze pozostawał wierny Chrystusowi i Jego Matce, a jego siłą było regularne przystępowanie do sakramentów św. Kiedy ojciec się nad nim znęcał – nie miał do niego żalu, ale zawierzał się Chrystusowi. Gdy doświadczał duchowych pokus – dziękował za nie Bogu, gdyż postrzegał je jako oczyszczające. Doświadczając napaści złego ducha – wierzył, że to pozwoli mu lepiej współczuć innym, którzy z tym się mierzą. Oskarżany przez przełożonych – bronił Kościoła przed krytyką, a otrzymując dekret rehabilitacyjny czuł, że traci skarb cierpienia. Nieustannie podejmował dobrowolne umartwienia, pracował nad swoimi wadami i pragnął śmierci z miłości do Boga.
Po tak traumatycznych przeżyciach niejeden psycholog mógłby podejrzewać u niego poważne zaburzenia emocjonalne, zniszczenie poczucia wartości oraz inne, często nieodwracalne skutki. Jednak jego życie jest dowodem na to, że łaska Boża może ocalić od tragicznych konsekwencji bolesnych doświadczeń każdego, kto bezgranicznie Mu zaufa i z wiarą patrzy na wszystkie wydarzenia. Całkowite zrównoważenie psychiczne ks. Dolindo poświadczają badania psychiatryczne i analiza grafologiczna. Pośród mnóstwa cierpień neapolitańczyk stał się w świecie uosobieniem uwielbienia Boga, w łączności z Maryją, żyjącym „Magnificat” – zauważa autorka książki.
Bez wątpienia najlepszą lekcją dobrego przeżywania cierpienia, jaką ks. Ruotolo po sobie pozostawił, było jego własne życie. Oprócz tego zostawił również spisane wskazówki – zawarte w komentarzach do Pisma Świętego, w których tematowi cierpienia poświęcił wiele uwagi. Nie jest to zaskoczeniem, że spośród starotestamentalnych ksiąg wybrał akurat Księgę Hioba. Z kolei w Nowym Testamencie kapłan wyróżnił opisy wskrzeszeń i uzdrowień dokonanych przez Zbawiciela oraz przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Zatrzymał się również nad fragmentami Listów św. Pawła, w których Apostoł Narodów temat cierpienia poruszył.
Nie sposób przytoczyć w tej recenzji wszystkich myśli ks. Dolindo ukazujących wartość cierpienia. Należy jednak wymienić choć kilka z nich. Duchowny podkreślał, że poprzez trudności czy kataklizmy szatan próbuje wytworzyć w nas obraz Boga jako bezwzględnego i niemającego litości – słowem: oddalić nas od Niego. A przecież niejednokrotnie to właśnie choroba pozwala dopiero na rozwój życia nadprzyrodzonego w duszy – ćwiczy posłuszeństwo i cierpliwość; pozwala poczuć, że jesteśmy w ojcowskich ramionach Boga.
Ks. Dolino uczył również, że okres cierpienia szansą na refleksję nad własnym życiem, jego kresem i przeznaczeniem, oraz okazją na zbliżenie się do Boga. Odkupiciel chce, byśmy przez cierpienie stali się współpracownikami w dziele Zbawienia. „Cierpienie z Jezusem Chrystusem i dla Jezusa Chrystusa jest drogą do świętości na ziemi” – pisał ks. Ruotolo.
Podkreślał wreszcie, że okres cierpienia tu na ziemi jest niczym w porównaniu z wieczną chwałą, którą mamy szansę otrzymać w Niebie. Życie człowieka jest bowiem kruche i za kilka, może kilkadziesiąt lat, nic z tego cierpienia nie zostanie, tylko nagroda za jego dobre przeżycie. Co więcej, działanie szatana jest ograniczone. „Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać” (1 Kor 10,13) – przypominał ks. Dolindo. Największą wartość dodaje cierpieniu zjednoczenie się w nim z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie, co włoski kapłan opisał następująco:
Najpotężniejszą siłą w boleściach życia i cierpieniach ducha jest to zjednoczenie z Nim w Najświętszym Sakramencie, ponieważ z Nim uczestniczymy w Jego całopalnej ofierze i czujemy się pokrzepieni (sostenutti) dzięki temu uczestnictwu. (…) W tym tkwi sekret, aby nie zbłądzić w próbach życia i ducha: żyć w wierze Syna Bożego, który nas umiłował i wydał samego siebie za nas.
Wydaje się, że ks. Dolindo otrzymał szczególną misję, by pokazywać światu oddalonemu od Boga i wiary wartość i skuteczność cierpienia. Łączył swoje trudności z boleściami Chrystusa i Maryi, a ich bliskość przynosiła mu ulgę. Zachęcał wszystkich, by i oni czynili to samo. Przekonywał, że choć cierpienie nigdy nie jest słodkie same w sobie, to jednak bierze ono słodycz ze swojej wielkiej wartości. Lektura Potęgi Krzyża może być nieocenioną pomocą dla wszystkich zmagających się z cierpieniem – a zatem dla każdego człowieka, ponieważ nikt nie jest w stanie od cierpienia uciec zupełnie.
Adrian Fyda
Maria Agnella Jakubczak FI, Potęga Krzyża. Cierpienie u ks. Dolindo. Rok wydania: 2025, Wydawnictwo Rosa Mystica.
Publikacja objęta patronatem portalu PCH24.

Autorka książki, s. Maria Agnella Jakubczak FI, należy do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Niepokalanej, jest absolwentką Akademii Katolickiej w Warszawie (2025), gdzie ukończyła teologię w zakresie katechetyki. Życie we wspólnocie zakonnej przeżywa w duchu całkowitego oddania się Matce Bożej, której zawierza swoją posługę i codzienne wybory.
PCh24.pl
***
Kobiety z rodu Zbawiciela. Dlaczego genealogia Jezusa Chrystusa jest taka ważna?
Przodkowie Syna Bożego nie byli aniołami – również znaczące dla historii zbawienia kobiety. Ale to właśnie pokazuje, jak bardzo Bóg jest obecny w ludzkiej historii.

ALAMY STOCK PHOTO /BEW; MONTAŻ STUDIO GN
***
Ciąg imion wydaje się nużący: „Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci…”. A jednak w ten sposób św. Mateusz rozpoczyna swoją Ewangelię – od genealogii Jezusa (1,1-17). Żydzi nie nudzili się przy poznawaniu przodków i utrwalaniu w pamięci ciągu ich pokoleń. Dla narodu wybranego, którego tożsamość oparła się na schemacie dwunastu pokoleń, znajomość genealogii była tyleż ważna, co fascynująca – a była bardzo ważna.
W Ewangelii znajdujemy dwa rodowody Jezusa. Ewangelista Mateusz zaczyna od Abrahama, a kończy na Jezusie, zaś ewangelista Łukasz wychodzi od Jezusa i dochodzi do Adama – syna Bożego. Różnice wynikają z faktu, że każdy z ewangelistów miał inne teologiczne cele, które realizował za pomocą odmiennych genealogii. – Pierwszym odbiorcą Mateusza jest środowisko żydowskie. Stąd tak bardzo akcentuje on ten rodowód od strony Dawida i strony Abrahama – zauważa ks. dr hab. Janusz Wilk. Biblista wskazuje, że rodowód przedstawiony przez Mateusza składa się z trzech zestawów po czternaście imion, co miało wymiar symboliczny. – Jeśli to podzielimy, wychodzi sześć razy po siedem. Siedem dla Żydów oznacza pełnię. A w tym układzie „siódmym pokoleniem” jest Jezus. I w Nim jest cała pełnia. Mateusz opracował ten rodowód tak precyzyjnie pod względem całej symboliki żydowskiej, że odbiorcy widzieli, że w Jezusie dokładnie wypełnia się to, co było zapowiedziane Abrahamowi i Dawidowi – podkreśla.
Odbiorcami Łukasza są nie-Izraelici, stąd jego genealogia zaczyna się od Jezusa, a kończy na „Adamie, Synu Bożym”. – U Łukasza jest bardziej uwidoczniony aspekt uniwersalny: odkupienie każdego człowieka. Jednak i u Mateusza ten aspekt jest obecny w osobach pojawiających się tam kobiet. Wydawałoby się, że oprócz Maryi powinny to być ważne dla kultury żydowskiej żony patriarchów: Sara, Rebeka, Lea i Rachela. A jednak nie. Mateusz zamiast tego umieszcza w rodowodzie kobiety związane ze środowiskiem pogańskim: Kananejki Tamar i Rachab oraz Moabitkę Rut. Jest też Batszeba, być może Żydówka, ale z kolei jej mąż, Uriasz, nie był Żydem, tylko Hetytą. W ten sposób Mateusz, dowodząc wypełnianie się Pisma, jednocześnie pokazuje rolę tych czterech kobiet, które w historii Izraela pojawiają się jakby z zewnątrz, a jednak Boża Opatrzność włączyła je w proces dziejów zbawienia – tłumaczy biblista.

Tamar z rodu Kananejczyków dopuściła się cudzołóstwa ze swoim teściem Judą. Mateusz informuje, że była matką Faresa i Zary.
ALAMY STOCK PHOTO /BEW; MONTAŻ STUDIO GN
***
Tamar
„Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar…” – pisze Mateusz (1,3). Nieco dalej czytamy: „Salmon ojcem Booza, a matką była Rachab. Booz był ojcem Obeda, a matką była Rut, Obed był ojcem Jessego, a Jesse ojcem króla Dawida. Dawid był ojcem Salomona, a matką była [dawna] żona Uriasza”. Genealogię zamyka wzmianka o Józefie, mężu „Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem”.
Dzieje każdej z tych kobiet, za wyjątkiem Maryi, są świadectwem dramatów, z jakimi zmagają się ludzie uwikłani w grzech, własny lub cudzy. Mamy tam do czynienia z mentalnością, prawodawstwem i zwyczajami szokująco odmiennymi od naszych. Wyraźnie widać to w historii Tamar, opisanej w 38 rozdziale Księgi Rodzaju.
Juda, syn Jakuba, wybrał tę kobietę na żonę dla Era, pierwszego z trzech swoich synów. Er jednak „był zły w oczach Pana” i szybko zmarł. Według obowiązującego wówczas prawa lewiratu (od łacińskiego levir: brat męża, szwagier) jeśli mężczyzna zmarł bezdzietnie, brat zmarłego miał obowiązek poślubić wdowę, aby mieć z nią dzieci. Zrodzony z tego związku pierworodny otrzymywał imię zmarłego i stawał się jego spadkobiercą. Stąd też po śmierci Era Juda polecił drugiemu synowi, Onanowi, wypełnienie obowiązku szwagra. Ten jednak, świadom, że formalnie dziecko nie będzie jego, „ilekroć zbliżał się do żony swego brata, unikał zapłodnienia, aby nie dać potomstwa swemu bratu”. Egoizm Onana i jego grzech przeciw naturze małżeństwa sprowadził również na niego śmierć. Obowiązek wzbudzenia potomstwa swojemu bratu przypadł więc trzeciemu synowi Judy – Szeli. Ten jednak był jeszcze nieletni, Juda więc odesłał Tamar do domu jej ojca, aby tam czekała na osiągnięcie przez Szelę stosownego wieku. Bał się jednak, że i tego syna straci, i nie miał zamiaru dać mu Tamar za żonę. Może miał też nadzieję, że Tamar zrezygnuje ze swoich uprawnień. W takim wypadku jednak zostałaby z niczym, bo wdowy nie miały prawa do dziedziczenia.
Kobieta jednak nie dała za wygraną. Gdy zmarła żona Judy, jego synowa użyła podstępu: udając prostytutkę, doprowadziła teścia do współżycia ze sobą. Za „usługę” zażądała zastawu na poczet długu – insygniów naczelnika szczepu: pieczęci teścia, jego sznura i laski. „Dał jej więc, aby się zbliżyć do niej; ona zaś stała się przez niego brzemienną” – czytamy. Gdy po trzech miesiącach gruchnęła wieść, że „Tamar stała się nierządnicą i nawet stała się brzemienną z powodu czynów nierządnych”, Juda kazał ją spalić. Wtedy jego synowa pokazała insygnia Judy, dowodząc, że to on jest sprawcą jej brzemienności. „Ona jest sprawiedliwsza ode mnie, bo przecież nie chciałem jej dać Szeli, memu synowi!” – zawołał Juda.
Tamar urodziła bliźniaki – Feresa i Zarę. Tu widać, jak Bóg pisze prosto na krzywych liniach ludzkiego życia: Fares stał się przodkiem Jezusa.

Kananejka Rachab była matką Booza. Udzieliła pomocy izraelskim zwiadowcom w Jerychu.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Rachab
O ile Tamar udawała nierządnicę, o tyle Rachab rzeczywiście nią była. W dodatku nie należała do narodu wybranego – była Kananejką. Jej „profesję”, podobnie jak dziś, otaczały pogarda i obrzydzenie. Mieszkała w Jerychu akurat w czasie, gdy lud Izraela po 40-letniej wędrówce przez pustynię dotarł do granic Ziemi Obiecanej. Jozue, który przejął przewodzenie narodowi po Mojżeszu, wysłał do Jerycha dwóch zwiadowców. Ci przenocowali w domu Rachab. Gdy wieść o tym dotarła do króla Jerycha, rozkazał kobiecie wydać szpiegów. Ta jednak ukryła zwiadowców. Wyjaśniła im, że cały Kanaan drży na wieść o podbojach dokonywanych przez Izraelitów, i wyznała wiarę w Boga Jedynego, który sprzyja Izraelowi. Za pomoc zażądała ocalenia siebie i swojej rodziny, gdy Jerycho upadnie. Zwiadowcy przysięgli i ustalili, że Rachab z bliskimi ma zamknąć się w domu oznaczonym purpurowym sznurem.
Gdy Izraelici stanęli pod Jerychem, Bóg sprawił, że runęły mury miasta. Zdobywcy wypełnili zobowiązanie i z ogarniętego pożogą Jerycha wyprowadzili bezpiecznie Rachab i jej krewnych. „Zamieszkała ona wśród Izraela aż po dzień dzisiejszy, ponieważ ukryła wywiadowców, których wysłał Jozue, by wybadali Jerycho” – zapisał autor Księgi Jozuego (6,25).
Rachab jest dawana za wzór także w Nowym Testamencie. „Podobnie też nierządnica Rachab, która przyjęła wysłanników i inną drogą odprawiła ich, czy nie dostąpiła usprawiedliwienia za swoje uczynki? – pyta retorycznie św. Jakub (2,25). Chwali ją także autor Listu do Hebrajczyków: „Przez wiarę nierządnica Rachab nie zginęła razem z niewierzącymi, bo przyjęła gościnnie wysłanych na zwiady” (11,31).
Rachab wyszła za Salmona; oboje wraz ze swoim synem Boozem weszli do rodowodu Jezusa.

Moabitka Rut, matka Obeda, po śmierci męża ze swoją teściową Noemi zamieszkała w jej rodzinnym Betlejem.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Rut
Rachab była babką kolejnej kobiety wymienianej przez Mateusza: Rut. Jej historię opisuje księga Starego Testamentu, biorąca nazwę od jej imienia. Była Moabitką i poganką. Gdy głód zapanował w Betlejem, do Moabu przybyła Noemi wraz z mężem i dwoma synami. Tam mąż Noemi zmarł, a jej synowie ożenili się z miejscowymi dziewczynami: Orpą i Rut. Ale i oni zmarli bezpotomnie. Złamana na duchu Noemi postanowiła wrócić do Betlejem. Z nią poszła Rut. „Gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem” – oświadczyła (Rt 1,16).
W Betlejem Rut spotkała Booza, zamożnego krewnego Noemi. Ten okazał Rut życzliwość, pozwalając jej towarzyszyć żniwiarzom i zbierać pozostawione kłosy. Gdy dowiedziała się o tym Noemi, powiedziała: „Człowiek ten jest naszym krewnym, jest jednym z mających względem nas prawo wykupu” (2,20). Mowa o prawie, na mocy którego najbliższy krewny zmarłego miał obowiązek odkupić jego majątek, aby zachować dziedzictwo w rodzie, oraz poślubić wdowę po zmarłym, aby wzbudzić potomstwo dziedzicowi zmarłego męża. Tutaj Booz jako goel (wykupiciel) miał obowiązek wykupu należącego do Noemi pola Elimeleka i poślubienia Rut, aby zapewnić ciągłość rodu i imienia zmarłego męża Rut. Pojawił się wprawdzie inny krewny, mający pierwszeństwo do wykupu, ale zrzekł się tego prawa, co pozwoliło Boozowi na poślubienie Rut i wypełnienie tego obowiązku.
Booz, pozostając pod wrażeniem wierności, jaką Rut okazała teściowej, a także doceniając jej szczerość, poślubił ją. Z tego małżeństwa na świat przyszedł Obed, który stanie się ojcem Jessego i dziadkiem króla Dawida.
Kobiety, błogosławiąc Boga, mówiły o synu Rut, o wnuku Noemi: „Imię jego będzie wspominane w Izraelu. On będzie dla ciebie pociechą, będzie cię utrzymywał w twojej starości. Zrodziła go dla ciebie twoja synowa, która cię kocha, która dla ciebie jest warta więcej niż siedmiu synów” (4,15).

Batszeba, żona wojownika Uriasza, popełniła cudzołóstwo z królem Dawidem. Dziecko, które urodziło się z tego związku, bardzo szybko zmarło.
HENRYK PRZONDZIONO /FOTO GOŚĆ; MONTAŻ STUDIO GN
***
Batszeba
Batszeba to postać tragiczna. Pojawia się na kartach Biblii za sprawą króla Dawida, który ujrzał ją z tarasu swojego pałacu, gdy się kąpała. Król, owładnięty pożądaniem, „zaprosił” ją do siebie. Wykorzystując swoją pozycję, uwiódł ją i popełnił z nią cudzołóstwo. Gdy okazało się, że kobieta jest w ciąży, Dawid próbował zamaskować swój czyn, sprowadzając do domu jej męża Uriasza Hetytę z pola walki pod ammonicką twierdzą Rabba. Ten jednak, zachowując prawo nakazujące wstrzemięźliwość od pożycia w czasie wojny, odmówił pójścia do żony. Dawid odesłał go więc z powrotem, nakazując dowódcy skierować Uriasza w miejsce najbardziej zażartej walki, żeby ten zginął.
Król osiągnął cel. Batszeba cierpiała z powodu śmierci męża i zapewne z powodu tego, co stało się między nią a królem. Gdy minął czas żałoby, król uczynił Batszebę jedną ze swoich żon. Wydawało się, że sprawa została załatwiona. Wtedy wkroczył Bóg, przysyłając do Dawida proroka Natana. Ten opowiedział mu historię o bogaczu, który odebrał biedakowi jedyną owieczkę, bo żal mu było zabijać owieczki ze swojej trzody. Król, oburzony, zawołał, że ten, kto to zrobił, winien jest śmierci. Wtedy padło słynne zdanie: „Ty jesteś tym człowiekiem” (2 Sm 12,7). Natan zapowiedział śmierć dziecka, co też, mimo skruchy i gorących błagań Dawida, się stało.
„Dawid okazywał współczucie dla swej żony Batszeby” – czytamy dalej. „Poszedł do niej i spał z nią. Urodził się jej syn, któremu dała imię Salomon” – informuje autor biblijny. I choć Dawid miał wiele żon i jeszcze więcej nałożnic, a także wiele dzieci, to jednak właśnie Salomon, syn Batszeby, został największym królem w historii Izraela, i przedłużył linię rodową, z której wyjdzie druga Ewa – Maryja, a z Niej Jej Syn, Zbawiciel.
Boża dydaktyka
Historie kobiet wymienionych w genealogii Mateusza pokazują, że Bóg pozwala człowiekowi dojrzewać w rozumieniu Jego woli. Ważne, żeby nie oceniać historii przodków według dzisiejszych standardów moralnych. – Nie możemy czytać Pisma Świętego bez uwzględnienia epoki, w której powstawały dane księgi – przestrzega ks. Janusz Wilk. Pan Bóg szanuje rozwój człowieka oraz etapy tego rozwoju i niczego nie przyspiesza. – Dzieje zbawienia można przyrównać do etapów naszej edukacji. Najpierw jest przedszkole. Abraham i jego ziomkowie nie różnili się od innych narodów, wiedzieli tylko, że jest jeden Bóg i że nie wolno im składać dzieci w ofierze. Byli tak samo krwawi i brutalni, też była wśród nich poligamia. Potem jest szkoła podstawowa, w której Bóg daje Izraelowi Dekalog. Potem jest etap szkoły średniej. To już są czasy późnego Starego Testamentu. A Nowy Testament porównałbym do studiów. To już jest szkoła wyższa – snuje analogię duchowny. I zaznacza: – Nie możemy od przedszkolaków wymagać wykształcenia wyższego, czyli wiedzy nowotestamentalnej. Trzeba przejść po kolei przez wszystkie etapy, zgodnie z tym, jak Bóg prowadzi dzieje człowieka.
Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny
***
Katarzyna Aragońska – nieobwołana święta królowa

(Unidentified painter, Public domain, via Wikimedia Commons)
***
Każdy katolik zna Salve Regina – „Witaj, Królowo” – maryjną antyfonę śpiewaną na cześć Najświętszej Maryi Panny, Królowej Niebios, bez wątpienia i bezdyskusyjnie najczęściej opiewanej spośród wszystkich bohaterów Christianitas. Dlatego to w świetle Jej heroizmu powinniśmy spoglądać na inne święte królowe, które są bohaterkami świata chrześcijańskiego. Myślimy o tych świętych królowych, kanonizowane przez Kościół, jak św. Elżbieta Portugalska czy św. Małgorzata Szkocka, ale mało prawdopodobne, przyszły nam na myśl te, których nie kanonizowano, takie jak Katarzyna Aragońska czy Maria, Królowa Szkotów. To ku tej pierwszej z królowych, których nie obwołano świętymi, zwrócimy teraz naszą uwagę.
To naprawdę zadziwiające, jak większość osób niewiele wie o Katarzynie Aragońskiej, oprócz faktu, że była pierwszą żoną Henryka VIII, z którą rozwiódł się w wyniku niefortunnego zauroczenia Anną Boleyn. Jednak podczas gdy Anna była prawdziwą femme fatale, której uwodzicielski czar doprowadzi zarówno króla, jak i jego królestwo do apostazji, Katarzyna była femme formidable, kobietą wiary i hartu ducha, która pozostała wierna swoim ślubom małżeńskim i nienaruszalnej godności małżeństwa.
Jako królowa Anglii była znana ze swojej cnoty. Po zamieszkach w Londynie, znanych jako Evil May Day (dosł: Zły Dzień Majowy lub Tragiczny Dzień Majowy), skutecznie wstawiła się o darowanie życia buntownikom ze względu na ich rodziny. Podziwiano ją za pionierskie działania na rzecz ulżenia doli ubogich i znano ją jako mecenasa renesansowego humanizmu, nawiązującą przyjaźnie z wielkimi uczonymi, takimi jak Erazm z Rotterdamu czy Tomasz Morus. Nim Henryk opuścił ją dla Anny Boleyn, urodziła sześcioro dzieci, z których tylko jedno przeżyło. Wygnano ją z dworu, a do jej dawnych komnat wprowadziła się Anna.
Katarzyna pisała w 1531 roku:
Moje zgryzoty są tak wielkie, moje życie tak zakłócone przez plany codziennie wymyślane, by posuwać do przodu niegodziwe zamiary króla, niespodzianki, które król mi sprawia – wraz z pewnymi osobami z jego rady – są tak śmiertelne, a moje traktowanie jest takie, jakie Bóg wie, że wystarczy, by skrócić dziesięć podobnych istnień, a tym bardziej moje.
Henryk był zdecydowany unieważnić swoje małżeństwo z Katarzyną, pomimo sprzeciwu papieża. Co ciekawe, unieważnienie to potępili również przywódcy protestanccy, Marcin Luter i William Tyndale, a także czołowi katolicy angielscy: Jan Fisher i Tomasz Morus, z których jeden i drugi stali się męczennikami za sprzeciw wobec tyrańskiego kierowania się przez króla swą monomaniakalną wolą.
W następstwie bezprawnego małżeństwa króla z Anną Boleyn, Katarzynę umieszczono w areszcie domowym. Zamykano ją w różnych zamkach i pałacach, a ostatecznie trafiła do zamku Kimbolton w Cambridgeshire. Ograniczyła się do jednej komnaty, wychodząc z niej jedynie na Mszę świętą, i bez przerwy pościła. Zabroniono jej widywania się z córką, Marią, a nawet pisania do niej. Henryk zaproponował tak matce, jak i córce wygodniejsze warunki życia i pozwolenie na widywanie się w zamian za uznanie jego małżeństwa z Anną Boleyn, ale obie odmówiły.
Jeśli chodzi o pobożność i wiarę Katarzyny, należała ona do Trzeciego Zakonu św. Franciszka i nabożnie spełniała swoje religijne obowiązki jako franciszkanka, łącząc swoje obowiązki królowej z osobistą pobożnością. „Wolałabym być żoną ubogiego żebraka i być pewna nieba – oznajmiła po swym wygnaniu – niż królową całego świata i wątpić w nie z powodu mojego własnego przyzwolenia.” Zmarła w styczniu 1536 roku w zamku Kimbolton, niezmiernie ukochana przez lud angielski i podziwiana przez wszystkich, nawet przez swych nieprzyjaciół. „Gdyby nie jej płeć – pisał Tomasz Cromwell, jej przeciwnik – mogłaby rzucić wyzwanie wszystkim bohaterom historii.”
„Dla łagodnej, prostej i dostojnej królowej Katarzyny wszyscy odczuwali współczucie” – pisał Hilaire Belloc. „Znali z portretów i relacji jej szeroki uśmiech, z jakim się prezentowała, jej jasne rysy (…), jej powszechnie uznaną dobroć.” Ponadto – kontynuował Belloc:
jej niedole zjednały ją ludowi angielskiemu. Rodziła kolejne dzieci swojemu mężowi i doznawała rozczarowań, bowiem wszystkie te dzieci, z wyjątkiem jednego, zmarły w niemowlęctwie lub urodziły się martwe i wiedziano o jej poronieniach.
William Cobbett wysławiał ją równie górnolotnie, jak miażdżąco potępiał znieważającego ją męża:
Wygnano ją z dworu. Była świadkiem unieważnienia swego małżeństwa przez Cranmera oraz uznania aktem parlamentu swej córki i jedynego ocalałego dziecka zarazem za nieślubną; zaś mąż, który miał z nią pięcioro dzieci (…) posunął się do barbarzyństwa, jakim było nieustanne oddzielenie jej od jedynego dziecka i niepozwolenie, by kiedykolwiek mogła je zobaczyć ponownie! Zmarła tak, jak żyła – kochana i szanowana przez każdego dobrego mężczyznę i kobietę w królestwie, a pochowano ją wśród szlochów i łez ogromnej rzeszy ludu zgromadzonego w kościele opactwa w Peterborough.
Dziś, prawie pięćset lat od śmierci Katarzyny Aragońskiej, Anglia wciąż zmaga się z katastrofalnymi następstwami zdrady jej męża. Choć święta Matka, jaką jest Kościół, jej nie kanonizowała, pielgrzym mimo to może pomodlić się u grobu angielskiej królowej o złamanym sercu. Czas leczy wszelkie rany, zaś świątynia wieczności zachowuje świętych. Dawno po tym, jak świeckie świątynie współczesnej świeckiej Anglii przeminą – ze swym połyskiem, szkłem, imitacją marmuru i nierdzewną stalą – ktoś pozostanie pod kamieniami katedry w Peterborough – nieobwołana święta, wciąż pozostająca chwalebną i nieskalaną damą.
Joseph Pearce/źródło: theimaginativeconservative.org/tłum. Jan Franczak/Fronda.pl