Author: ks. Marian Łękawa SAC

  • Matka Boża i Święci Pańscy – kwiecień 2023

    Ku czci Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 kwietnia

    Święta Maria Egipcjanka, pustelnica

    Zobacz także:
      •  Święty Noniusz Alwarez Pereira, zakonnik
      •  Święty Hugo, biskup
    ***
    Święta Maria Egipcjanka

    Imię Marii Egipcjanki było niegdyś głośne na Wschodzie. Pisali o niej św. Cyryl Aleksandryjski (+ 444), św. Zozym (w. VI) i św. Sofroniusz (+ 638). Niestety, opisując jej życie pokutne, nie podali bliższych danych biograficznych.
    Kiedy miała zaledwie 12 lat, uciekła z domu rodzinnego i udała się do Aleksandrii, aby tam wieść życie rozpustne. Przez 17 lat uwodziła mężczyzn, nie dla zarobku, ale dla zaspokojenia swojej żądzy. Pewnego dnia udała się wraz z pielgrzymami egipskimi do Jerozolimy. Kiedy statek przywiózł pątników do Ziemi Świętej, Maria i tam kontynuowała swoje grzeszne życie. Przyszła jednak godzina opamiętania. W uroczystość Znalezienia Krzyża Świętego udała się do Jerozolimy, by przypatrzeć się obrzędom kościelnym. Kiedy zamierzała wejść do bazyliki Grobu Pańskiego, została jakąś niewytłumaczalną siłą odepchnięta. Miało się to powtórzyć kilka razy. Przerażona, ujrzała nad wejściem do bazyliki wizerunek Matki Bożej. Wtedy zawołała: “Matko miłosierdzia! Skoro odrzuca mnie Twój Syn, Ty mnie nie odrzucaj! Pozwól mi ujrzeć drzewo, na którym dokonało się także moje zbawienie”.
    Usłyszała wtedy wewnętrzny nakaz, by iść na pustynię, nad rzekę Jordan i tam spędzić na pokucie resztę swojego życia. Przyrzekła to uczynić – i odtąd bez żadnej przeszkody mogła wejść do bazyliki, by uczestniczyć w nabożeństwie.
    Żywoty Świętej nie podają, ile lat Maria Egipcjanka spędziła na pokucie nad Jordanem. Miał ją przypadkowo odnaleźć kapłan, św. Zozym, który przyniósł jej po odbytej spowiedzi Komunię świętą. Zawołała wówczas słowami starca Symeona: “Teraz, o Władco, pozwól odejść służebnicy Twojej w pokoju według słowa Twego, bo oczy moje ujrzały Twoje zbawienie” (por. Łk 2, 29-30). Kiedy Zozym przyszedł do niej na drugi rok, by pokrzepić ją Ciałem Pańskim, Maria już nie żyła. Legenda głosi, że podobnie jak ciało św. Pawła Pustelnika pochowały w ziemi lwy, tak i Marii miały tę przysługę wyświadczyć.
    Ikonografia upodobała sobie naszą Świętą. Jej wizerunki utrwalili na płótnie artyści tej klasy, co: Tintoretto, Ribera, Hans Memling i inni. Św. Maria Egipcjanka jest patronką nawróconych jawnogrzesznic i rozpustnic.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    2 kwietnia

    Święty Franciszek z Paoli, pustelnik

    Święty Franciszek z Paoli

    Franciszek urodził się 27 marca 1416 r. w Paoli (Kalabria we Włoszech). Pochodził z ubogiej, ale głęboko religijnej rodziny. Rodzice wyprosili sobie syna żarliwą modlitwą do św. Franciszka z Asyżu. W podzięce dali więc synowi imię Franciszek. Spełniając uczyniony ślub, oddali go do klasztoru franciszkanów, kiedy Franciszek miał zaledwie 12 lat.
    Nie wiadomo, dlaczego Franciszek już po roku opuścił klasztor w S. Marco Argentano i wrócił do domu. Gdy miał 13 lat, odbył ze swymi rodzicami pielgrzymkę po najsławniejszych wówczas sanktuariach Włoch: Asyżu, Monte Cassino, Loreto, Monte Luco koło Spoleto i Rzymie. W Wiecznym Mieście pełen smutku patrzył na przepych duchowieństwa. Kiedy pewnego dnia ujrzał przejeżdżającego we wspaniałej karocy w otoczeniu licznej służby kard. Juliana Cezarini, zawołał na głos oburzony, że nie ma w tym ani śladu ewangelicznego ubóstwa. Wtedy kardynał zatrzymał się i odpowiedział chłopcu, że nie czyni tego z pychy, ale że taki jest powszechny zwyczaj, iż dygnitarze świeccy i kościelni jadą w odpowiedniej dla ich godności oprawie.
    Po powrocie do Paoli Franciszek założył w pobliżu miasta pustelnię i oddał się w niej bardzo surowemu życiu. Powoli zaczęli do niego dołączać uczniowie i tak powstała nowa rodzina zakonna braci “najmniejszych” – “minimitów” (Ordo Fratrum Minimorum – OM). Do trzech ślubów zakonnych dołączył Franciszek ślub czwarty: zachowania przez całe życie postu od mięsa i nabiału. Obecnie do rodziny zakonnej eremitów św. Franciszka należą minimici, minimitki oraz tercjarze minimiccy.
    Pan Bóg obdarzył Franciszka darem czynienia cudów. Miał m.in. wskrzesić Mikołaja, syna swojej siostry Brygidy. Podanie głosi, że kiedy statek nie chciał zabrać go na Sycylię, gdzie miał założyć nowy klasztor, przepłynął z Italii na tę wyspę na swoim płaszczu. W ikonografii, związanej z Franciszkiem, legenda ta ma silne odbicie. Dzięki sławie świętości życia i cudów mnożyły się także fundacje nowych klasztorów w Europie. O wielkim mężu dowiedział się także król francuski, Ludwik XI, kiedy był ciężko chory, i zaprosił go do siebie w nadziei, że Franciszek go uzdrowi. Na żądanie papieża Sykstusa IV Franciszek udał się do Paryża. Nie uzdrowił wprawdzie króla, ale przysposobił go do chrześcijańskiej śmierci, tak że na jego ręku spokojnie oddał ducha Bogu (1483). Z tej okazji skorzystał Franciszek i także na ziemi francuskiej założył kilka klasztorów swojego zakonu. Regułę, którą ułożył, w roku 1493 zatwierdził papież Aleksander VI. Franciszek został doradcą Karola VIII. Jako asceta wzorował się na doświadczeniach ojców pustyni.
    Zmarł 2 kwietnia 1507 r. w Plessis-les-Tours we Francji. Tam też został pochowany. Jego beatyfikacji dokonał w roku 1513 papież Leon X. Ten sam papież w sześć lat później wyniósł go również do chwały świętych (1519). Wiele miast ogłosiło św. Franciszka z Paoli za swojego patrona i orędownika, między innymi Tours, Frejus, Turyn, Genua i Neapol. Królestwo Neapolu, Sycylii i Kalabrii ogłosiło go jako swojego głównego patrona. W 1943 roku papież Pius XII proklamował św. Franciszka z Paoli patronem marynarzy włoskich. Uważany jest także za patrona grzeszników powracających do Pana Boga, skazanych na śmierć i umierających. Dzień jego dorocznej pamiątki bywa bardzo uroczyście obchodzony w południowej Italii. Na pamiątkę tego, że na płaszczu miał przedostać się z Włoch na Sycylię, urządza się nad morzem barwną procesję z figurą Świętego.
    W ikonografii św. Franciszek z Paoli przedstawiany jest w mniszych szatach; częstym motywem jest legenda o przebyciu morza na płaszczu. Przedstawiany jest na obrazach wielu słynnych malarzy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 kwietnia

    Święty Ryszard de Wyche, biskup

    Święty Ryszard de Wyche
    Ryszard urodził się w 1197 r. w Wych (obecnie Droitwich w pobliżu Worcester w Anglii). Jako młodzieniec musiał zająć się administracją majątku rodzinnego. Odrzucił propozycje małżeńskie i po uporządkowaniu stanu majątkowego rodziny udał się na studia uniwersyteckie do Oxfordu. Po ukończeniu studiów swoją wiedzę pogłębiał na uniwersytetach w Paryżu i Bolonii. Miał 38 lat, kiedy wybrano go rektorem uniwersytetu w Oksfordzie. Wkrótce potem, w 1237 r., został mianowany kanclerzem prymasa Anglii, św. Edmunda.
    Na stanowisku rektora Ryszard zasłużył się pracą nad podniesieniem poziomu uniwersytetu w Oxfordzie tak, że wśród wszystkich uniwersytetów Europy zajmował on odtąd czołowe miejsce. Jako prawa ręka prymasa Anglii przyczynił się natomiast do przeprowadzenia koniecznych reform. Bronił także odważnie praw Kościoła wobec króla, Henryka III. Towarzyszył swemu ukochanemu pasterzowi w podróży do Pontigny, we Francji, gdzie też św. Edmund na jego rękach umarł. Przed śmiercią nakłonił jednak Ryszarda do przyjęcia święceń kapłańskich. Podarował mu także na pamiątkę drogocenny kielich. Po powrocie do Anglii Ryszard porzucił dotychczasowe stanowiska i objął skromne probostwo w Charing, a potem w Deal. Jednakże nowy prymas Anglii, Bonifacy, powołał Ryszarda ponownie na swojego kanclerza.
    W 1244 r. został wybrany biskupem Chichester. Król Henryk III, znając nieustępliwość biskupa w obronie praw Kościoła, na wybór Ryszarda nie zgodził się. Mimo tego prymas potwierdził wybór. Wtedy Henryk III zajął dobra biskupie. Ryszard był zmuszony udać się do Rzymu, by papież rozstrzygnął sprawę. Papież Innocenty IV potwierdził w Lyonie wybór Ryszarda, a nawet osobiście udzielił mu sakry biskupiej. Na wiadomość o tym król z zemsty zagarnął biskupowi wszystkie dobra, nawet jego własne mieszkanie. Biskup zamieszkał więc po powrocie u jednego z proboszczów, w Tarring. By jednak nie być gospodarzowi ciężarem, w wolnej chwili pomagał mu przy uprawie roli. Trwało to dwa pełne lata, aż król, zagrożony klątwą papieską, oddał biskupowi dom i dobra biskupie.
    Zarządzenia, jakie pozostawił Ryszard, świadczą o jego gorliwości pasterskiej. Nakazał udzielać sakramentów bezpłatnie. Kapłanów zobowiązał do zachowania celibatu i do przebywania na miejscu, aby byli zawsze do dyspozycji swoich wiernych. Wymagał także, aby nosili strój kościelny. Wiernych zobowiązywał do uczęszczania na Mszę świętą w niedziele i w święta. Szczególnie troskliwą opieką otaczał św. Ryszard kapłanów steranych wiekiem i chorobą. Starał się zapewnić im możliwie najlepszą pomoc.
    Umarł niespodziewanie podczas wizytacji pasterskiej budującego się kościoła pw. św. Edmunda w Dover 3 kwietnia 1253 r. Kanonizacji dokonał papież Urban IV w 1262 roku. 16 czerwca 1276 roku w obecności króla Anglii, Edwarda I, wielu biskupów i dygnitarzy państwa, odbyło się uroczyste przeniesienie śmiertelnych szczątków Ryszarda do katedry w Chichester. Umieszczono je w bogatym sarkofagu pod głównym ołtarzem. W średniowieczu grób św. Ryszarda należał do najliczniej uczęszczanych miejsc pielgrzymkowych w Anglii. Niestety, Henryk VIII nakazał zniszczyć grobowiec św. Ryszarda jako bojownika o niezależność Kościoła od władzy świeckiej.
    Ikonografia przedstawia Świętego w stroju biskupim. Trzyma w dłoni kielich – przypominający pewne wydarzenie z jego życia. Według starej opowieści, kiedy św. Ryszard odprawiał Mszę świętą, wypadł mu z ręki kielich, ale cudownie Krew Chrystusa nie wylała się z niego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 kwietnia

    Święty Izydor z Sewilli,
    biskup i doktor Kościoła

    Święty Izydor z Sewilli

    Izydor urodził się około 560 r. w Nowej Kartaginie, w prowincji Murcji. Pochodził z rodziny, która dała Kościołowi dzieci wyniesione do chwały ołtarzy – św. Leonarda i św. Fulgencjusza, braci św. Izydora, oraz św. Florentynę – ich siostrę. Legenda głosi, że przy jego narodzinach rój pszczół osiadł mu na ustach i zostawił na nich słodki miód. Miała to być zapowiedź daru niezwykłej wymowy, jaką szczycił się Izydor. Po rychłej śmierci rodziców wychowaniem młodszego rodzeństwa zajął się najstarszy brat, św. Leonard, który był wówczas arcybiskupem w Sewilli. Przy boku brata Izydor miał okazję przypatrzeć się z bliska burzliwym wydarzeniom, jakie przeżywała wtedy Hiszpania. Po jego śmierci Izydor objął biskupstwo i podjął wysiłek odnowy Kościoła.
    Zwołał i kierował synodami w Sewilli (619) i w Toledo (633), które m.in. ułożyły symbol wiary odmawiany w Hiszpanii, oraz ujednolicił liturgię. Fundator kościołów, klasztorów, szkół i bibliotek. Zabiegał o podniesienie poziomu intelektualnego i duchowego kleru. Zapamiętano go jako człowieka wyjątkowego miłosierdzia. Był znakomitym pisarzem. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką. Św. Braulion, jego uczeń i sekretarz, wymienia ponad 20 zostawionych przez Izydora dzieł. Zwalczał w nich arianizm, zostawił wykład prawd wiary i moralności, pisał o dziejach Gotów i Wandali, którzy opanowali jego kraj. Święty zadziwia rozległością tematyki i podejmowanych problemów. Jego największym dziełem jest dwudziestotomowy Codex etimologiarum – pierwsza próba naukowej encyklopedii, syntezy wiedzy, jaką posiadano za jego czasów.
    Wyjątkowa była jego śmierć. Kazał zanieść się do katedry i w obecności biskupów pomocniczych, kapłanów i ludu zdjął swoje szaty biskupie, a wdział pokutny wór, głowę posypał popiołem i zalany łzami odbył spowiedź publiczną. Błagał, by mu odpuszczono jego przewiny i zaniedbania, i by się za niego modlono. Potem przyjął Komunię świętą pod dwoma postaciami i pożegnał się ze wszystkimi pocałunkiem pokoju. Zaniesiony do swojej ubogiej izby po 4 dniach oddał Bogu ducha 4 kwietnia 636 roku, gdy miał 82 lata. Pochowano go obok św. Leonarda i św. Florentyny. W roku 1063 jego śmiertelne szczątki przeniesiono do Lyonu, gdzie spoczywają dotąd. Formalna kanonizacja Izydora odbyła się dopiero w 1598 roku. Papież Innocenty XIII ogłosił św. Izydora doktorem Kościoła (1722). Jest patronem Hiszpanii i Sewilli.
    W ikonografii św. Izydor przedstawiany jest w stroju biskupim. Ma paliusz. Czasami ukazywany jako jeździec na koniu. Jego atrybutem jest miecz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 kwietnia

    Święty Wincenty Ferreriusz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Krescencja Höss, dziewica
      •  Święta Katarzyna Thomas, dziewica
      •  Błogosławiona Julianna z Mont Cornillon, pustelnica
    ***
    Święty Wincenty Ferreriusz

    Wincenty urodził się ok. 1350 r. w Walencji (Hiszpania) w rodzinie notariusza. W roku 1367 wstąpił do dominikanów. W rok potem złożył śluby zakonne. Studiował filozofię, teologię i logikę w Walencji, Barcelonie i Leridzie, gdzie zdobył tytuł doktora. Otrzymał święcenia kapłańskie w wieku 25 lat. Podjął surową dyscyplinę życia duchowego, którego piękne świadectwo pozostawił w traktacie De vita spirituali. Oddał się najpierw nauczaniu filozofii i teologii, zajmując się również (w latach 1380-1390) wieloma sprawami państwowymi i kościelnymi na polecenie kardynała legata Piotra de Luna oraz Jana I, króla Aragonii. W tym czasie oddawał się także kaznodziejstwu, najpierw na dworze papieża w Awinionie, a później w południowej Francji i we Włoszech. Posługę tę pełnił aż do roku 1399. Wtedy nastąpił nagły zwrot w życiu Wincentego. W czasie choroby, która wydawała się beznadziejna, miał wizję św. Dominika i św. Franciszka, którzy uzdrowili go i polecili głosić Ewangelię na całym świecie. Napisał natychmiast list do Benedykta XIII z prośbą o upoważnienia konieczne do nowej misji.
    Po ich otrzymaniu oddał się wyłącznie kaznodziejstwu wędrownemu. Podjął w ten sposób wielką misję, przemierzając Europę i wzywając do pokuty. Obdarzony darami Ducha Świętego oraz zaopatrzony w apostolskie pełnomocnictwa, przemawiał na placach, bo żadne kościoły nie mogły pomieścić gromadzących się tłumów. Swoją charyzmą budził zachwyt, ale i sprzeciw. Pracował na rzecz jedności podzielonego przez schizmę Kościoła. Szła za nim sława wielkich cudów. Obok rzesz wielbicieli miał Wincenty także swoich zawziętych wrogów. Zarzucano mu demagogię, ogłupianie ludu, wprost nawet opętanie. Zarzuty przeciwko wielkiemu kaznodziei wysuwano nawet na tzw. “soborze” w Pizie (1409) i na soborze w Konstancji (1415).

    Święty Wincenty Ferreriusz

    Wincenty był również spowiednikiem antypapieża Benedykta XIII, ale opuścił go, kiedy nie udało mu się nakłonić go do rezygnacji. Zmarł w Wielką Środę, 5 kwietnia 1419 r. w Vannes we Francji, wracając z misji podjętej w Anglii, gdzie przebywał na zaproszenie króla. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Przez trzy dni jego ciało było wystawione w katedrze, zanim je złożono między chórem a głównym ołtarzem. Niebawem też odbył się proces kanoniczny sługi Bożego. Komisja papieska przebadała 873 cuda. Papież Kalikst III 29 czerwca 1455 zezwolił na jego kult, a papież Pius II w trzy lata potem dokonał jego formalnej kanonizacji (1458). Jego relikwie zostały w czasie rewolucji francuskiej (1789-1794) sprofanowane, ale nie zniszczone. Znajdują się w katedrze w Vannes, a część również w Walencji.
    Wincenty Ferreriusz zostawił po sobie kilka drobnych pism, m.in. Traktat przeciwko schizmie, Traktat przeciwko Żydom, Traktat dla tych, którzy cierpią pokusy przeciwko wierze. Jest patronem Walencji, Vannes, dobrego małżeństwa, dobrej śmierci, ceglarzy, budowniczych, murarzy, hydraulików, przetwórców ołowiu, producentów dachówek i kafli. Wzywany bywa także w obronie przed epilepsją, bólami głowy i gorączką, w bezpłodności.
    W zakonie dominikańskim w imię św. Wincentego udzielało się specjalnego błogosławieństwa chorym i poświęcało się dla nich wodę. Ku czci Świętego odprawiano przed jego świętem nabożeństwo siedmiu piątków, podczas których należało przyjąć Komunię św.
    W ikonografii św. Wincenty bywa przedstawiany w habicie dominikańskim, jako anioł Apokalipsy z trąbą i płomieniem na czole. Jego atrybutami są koń, błyskawice, chrzcielnica, infuła, kapelusz kardynalski u stóp, osioł, krzyż, sztandar, skrzydła, turban turecki lub muzułmanin u stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________

    Św. Wincenty Ferreriusz. Przemierzał Europę wzywając do pokuty

    fot. XIIIfromTOKYO via Wikipedia, CC BY-SA 3.0

    ***

    Św. Wincenty Ferreriusz. Przemierzał Europę wzywając do pokuty

    Wincenty urodził się ok. 1350 r. w Walencji (Hiszpania) w rodzinie notariusza. W roku 1367 wstąpił do dominikanów. W rok potem złożył śluby zakonne. Studiował filozofię, teologię i logikę w Walencji, Barcelonie i Leridzie, gdzie zdobył tytuł doktora.

    Otrzymał święcenia kapłańskie w wieku 25 lat. Podjął surową dyscyplinę życia duchowego, którego piękne świadectwo pozostawił w traktacie De vita spirituali. Oddał się najpierw nauczaniu filozofii i teologii, zajmując się również (w latach 1380-1390) wieloma sprawami państwowymi i kościelnymi na polecenie kardynała legata Piotra de Luna oraz Jana I, króla Aragonii. W tym czasie oddawał się także kaznodziejstwu, najpierw na dworze papieża w Awinionie, a później w południowej Francji i we Włoszech. Posługę tę pełnił aż do roku 1399. Wtedy nastąpił nagły zwrot w życiu Wincentego. W czasie choroby, która wydawała się beznadziejna, miał wizję św. Dominika i św. Franciszka, którzy uzdrowili go i polecili głosić Ewangelię na całym świecie. Napisał natychmiast list do Benedykta XIII z prośbą o upoważnienia konieczne do nowej misji.

    Po ich otrzymaniu oddał się wyłącznie kaznodziejstwu wędrownemu. Podjął w ten sposób wielką misję, przemierzając Europę i wzywając do pokuty. Obdarzony darami Ducha Świętego oraz zaopatrzony w apostolskie pełnomocnictwa, przemawiał na placach, bo żadne kościoły nie mogły pomieścić gromadzących się tłumów. Swoją charyzmą budził zachwyt, ale i sprzeciw. Pracował na rzecz jedności podzielonego przez schizmę Kościoła. Szła za nim sława wielkich cudów. Obok rzesz wielbicieli miał Wincenty także swoich zawziętych wrogów. Zarzucano mu demagogię, ogłupianie ludu, wprost nawet opętanie. Zarzuty przeciwko wielkiemu kaznodziei wysuwano nawet na tzw. “soborze” w Pizie (1409) i na soborze w Konstancji (1415).

    Wincenty był również spowiednikiem antypapieża Benedykta XIII, ale opuścił go, kiedy nie udało mu się nakłonić go do rezygnacji. Zmarł w Wielką Środę, 5 kwietnia 1419 r. w Vannes we Francji, wracając z misji podjętej w Anglii, gdzie przebywał na zaproszenie króla. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Przez trzy dni jego ciało było wystawione w katedrze, zanim je złożono między chórem a głównym ołtarzem. Niebawem też odbył się proces kanoniczny sługi Bożego. Komisja papieska przebadała 873 cuda. Papież Kalikst III 29 czerwca 1455 zezwolił na jego kult, a papież Pius II w trzy lata potem dokonał jego formalnej kanonizacji (1458). Jego relikwie zostały w czasie rewolucji francuskiej (1789-1794) sprofanowane, ale nie zniszczone. Znajdują się w katedrze w Vannes, a część również w Walencji.

    Wincenty Ferreriusz zostawił po sobie kilka drobnych pism, m.in. Traktat przeciwko schizmie, Traktat przeciwko Żydom, Traktat dla tych, którzy cierpią pokusy przeciwko wierze. Jest patronem Walencji, Vannes, dobrego małżeństwa, dobrej śmierci, ceglarzy, budowniczych, murarzy, hydraulików, przetwórców ołowiu, producentów dachówek i kafli. Wzywany bywa także w obronie przed epilepsją, bólami głowy i gorączką, w bezpłodności.

    W zakonie dominikańskim w imię św. Wincentego udzielało się specjalnego błogosławieństwa chorym i poświęcało się dla nich wodę. Ku czci Świętego odprawiano przed jego świętem nabożeństwo siedmiu piątków, podczas których należało przyjąć Komunię św.

    W ikonografii św. Wincenty bywa przedstawiany w habicie dominikańskim, jako anioł Apokalipsy z trąbą i płomieniem na czole. Jego atrybutami są koń, błyskawice, chrzcielnica, infuła, kapelusz kardynalski u stóp, osioł, krzyż, sztandar, skrzydła, turban turecki lub muzułmanin u stóp.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 kwietnia

    Błogosławiona Pierina Morosini,
    dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm z Paryża, opat
      •  Święty Prudencjusz, biskup
    ***
    Błogosławiona Pierina Morosini

    Pierina przyszła na świat w dniu 7 stycznia 1931 roku w Fiobbio koło Albino, w Lombardii. Nazajutrz po urodzeniu rodzice zanieśli ją do chrztu. Jej ojciec, Rocco Morosini, był nocnym stróżem w jednej z miejscowych fabryk, a matka, Sara Noris, zajmowała się rodziną liczącą dziewięcioro dzieci. Pierina była pierworodną córką. Rodzina była pełna modlitwy, której dzieci nauczyły się od bardzo religijnych rodziców. Często modliły się o łaskę, by raczej umrzeć niż obrazić Pana Boga.
    Pierina, gdy ukończyła 6 lat, codziennie chodziła do kościoła, choć dopiero po roku przystąpiła do Pierwszej Komunii świętej. Wstawała codziennie rano, około godz. 5.00, i ścieżką dla mułów, wijącą się w górach, poprzez las kasztanowy, około pół godziny szła do kościółka parafialnego, by uczestniczyć we Mszy świętej. Wówczas celebrowano ją o 6.00 rano. Wracała do domu na śniadanie, a potem znowu szła do wioski, by od 9.00 brać udział w zajęciach szkolnych.
    W miarę jak dzieci podrosły, mama zabierała wszystkie dzieci rano do kościoła. Trzeba było mieć wiele odwagi, aby to uczynić w tamtym czasie. Pierina, podobnie jak św. Maria Goretti, na której przez większość życia będzie się wzorować, stała się dla sióstr i braci drugą mamą. Brała udział w pracach domowych, pomagała w kuchni, szyła lub robiła na drutach ubranka dla rodzeństwa. Jej mama opowiadała później, że nie pamięta, by Pierina była kiedykolwiek nieposłuszna lub żeby krytykowała otrzymane polecenie. Mawiała o niej: “Mieć taką córkę – to łaska od Pana!”
    Pierina była także najlepszą uczennicą w klasie, nie tylko na lekcjach religii, lecz we wszystkich innych przedmiotach. Miała wyjątkowe uzdolnienia. Bardzo chciała się uczyć, będąc jednak najstarszym dzieckiem w rodzinie wielodzietnej i z powodu ubóstwa zrezygnowała z tego marzenia. To poświęcenie wiele ją kosztowało. Kiedy miała 11 lat, mama wysłała ją na naukę do krawcowej w sąsiedztwie. Bardzo szybko nauczyła się tego fachu.
    W wieku 15 lat Pierina zaczęła zarabiać na życie. Pomagała rodzicom utrzymać rodzinę. Wkrótce ojciec, z powodu słabego zdrowia, musiał zrezygnować z pracy. Pierina podjęła pracę w przędzalni bawełny w Albino, w odległości kilku kilometrów od Fiobbio. Pracowała na dwie zmiany – jeden tydzień od 6.00 do 14.00, a następny od 14.00 do 22.00. Droga do domu zajmowała jej około godziny pieszo. Wstawała około 4.00, żeby uczestniczyć choćby w części Mszy świętej, bo tylko gdy rozpoczynała pracę o 14.00, mogła uczestniczyć w całej Eucharystii. Gdy ktoś jej radził, by zrezygnowała z takiego trybu życia, odpowiadała, że “nie może żyć bez Mszy świętej”.
    Nieliczne wolne chwile poświęcała na czytanie pobożnych lektur i żywotów świętych. Najczęściej czytała o życiu Marii Goretti. Jej dzieje znała na pamięć. W parafii była podporą miejscowej Akcji Katolickiej. Udzielała lekcji katechizmu, zajmowała się dziełem powołań i zbierała ofiary na seminarium duchowne. W niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej, popołudniowych Nieszporach i wykładach z religii. Znajdowała jeszcze czas na odwiedzenie chorych. Z umiłowania pokuty i ubóstwa wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Poświęciła się też całkowicie Panu, składając trzy śluby: dziewictwa, ubóstwa i posłuszeństwa. Śluby te odnawiała dwukrotnie w ciągu roku: w święto Niepokalanego Poczęcia oraz w uroczystość Zesłania Ducha Świętego.
    Jedną z wielkich radości jej życia była pielgrzymka do Rzymu w 1947 roku, na beatyfikację małej męczennicy z Nettuno. Pierina miała wtedy 16 lat. Po usłyszeniu słów papieża Piusa XII powiedziała do swoich przyjaciółek: “Jaka by to była radość dla mnie umrzeć jak Maria Goretti!”
    Potrafiła cierpieć i przyjmowała każde cierpienie jako dar od Boga. Raz zraniła się w nogę przy warsztacie tkackim. Kiedy rana uległa zakażeniu, cierpiała ogromnie, musząc pozostać w szpitalu przez miesiąc. Nie skarżyła się. Innym razem zraniła rękę, przecinając ścięgno kciuka. Z tego powodu cierpiała aż do śmierci, ale i z tej przyczyny nigdy się nie żaliła. Pewnego wieczora wracała do domu w czasie gołoledzi. Jej matka powiedziała, że z powodu uciążliwej pogody musiałaby pójść jeszcze raz na zakupy do wioski. Mimo zmęczenia Pierina zaraz wyszła, by zrobić zakupy.
    Nadszedł dzień 4 kwietnia 1957 roku. Pierina pracowała wtedy od 6.00 do 14.00. Jak co dnia rano przyjęła Komunię świętą i uczestniczyła w części Mszy świętej. Zatrzymała się w wiosce zaledwie na chwilę, by zrobić zakupy, potem wyszła na drogę prowadzącą do domu. Zazwyczaj przychodziła do domu między 15.00 a 15.10. Kiedy minęła godzina 15.30, a jej jeszcze nie było w domu, jej brat Santo zaczął się niepokoić. Poszedł w stronę wioski. Jego oczom ukazał się zaskakujący widok. Znalazł siostrę leżącą na środku ścieżki.
    Nie było świadków tego zdarzenia. Zbrodnię odtworzono stopniowo. Niektóre szczegóły podał zabójca, zatrzymany 20 dni później. Był nim dwudziestoletni chłopak. Przyznał, że od roku obserwował Pierinę. Ponieważ tego dnia podążał za nią z tak wielką natarczywością, że nie pozostawiała ona wątpliwości co do natury jego zamiarów, dziewczyna podniosła kamień, by się bronić. On odebrał jej kamień i uderzył ją w głowę. Dziewczyna zrobiła jeszcze kilka kroków, po czym upadła na ziemię. W tym stanie znalazł ją brat. Wydawała się rozumieć, co do niej mówił, lecz aż do śmierci nie potrafiła już wypowiedzieć ani słowa. Wezwany natychmiast proboszcz, przekonawszy się, że Pierina była przytomna, udzielił jej sakramentów. Potem zawieziono ją do szpitala w Benewencie. Rany głowy były tak poważne, że nie udało się jej uratować. Młoda męczennica odeszła na spotkanie ze swą świętą przyjaciółką, Marią Goretti, w dniu 6 kwietnia 1957 roku.
    Trzy dni później pochowano ją w obecności wielu okolicznych mieszkańców. Już wtedy uważano ją za świętą. Jeden z duchownych powiedział wtedy: “Niech śmiały przykład Pieriny Morosini natchnie naszych młodych chłopców i nasze dziewczęta. Niech wybierają roztropnie jako ideał swego życia życie promieniujące pięknem, radością i czystością dla czci naszych rodzin, Kościoła i ojczyzny”. W dniu 9 kwietnia 1983 roku przeniesiono ciało Pieriny z cmentarza do kościoła parafialnego. Przy tej okazji stwierdzono, że jej ciało zachowało się w doskonałym stanie. W dniu 4 października 1987 roku, w 30 lat po dniu narodzin na nieba, papież św. Jan Paweł II ogłosił Pierinę Morosini błogosławioną.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 kwietnia

    Święty Jan Chrzciciel de la Salle, prezbiter

    Święty Jan de la Salle

    Jan urodził się w Reims 30 kwietnia 1651 r. w podupadłej rodzinie książęcej jako najstarszy z jedenaściorga rodzeństwa. Straciwszy rodziców, przerwał studia na paryskim uniwersytecie i w seminarium, aby zająć się najbliższą rodziną. Po pewnym czasie kontynuował naukę. W wieku 27 lat przyjął święcenia kapłańskie. W trzy lata potem na uniwersytecie w Reims zdobył doktorat z teologii (1680). Zaraz po święceniach otrzymał probostwo. Powierzono mu także kierownictwo duchowe nad szkołą i sierocińcem, prowadzonym przez Siostry od Dzieciątka Jezus (terezjanki). Jan postarał się w Rzymie o zatwierdzenie zgromadzenia zakonnego tych sióstr. Bardzo bolał na widok setek sierot, pozbawionych zupełnie pomocy materialnej i duchowej. Gromadził ich na swej plebanii, której część zamienił na internat. Następnie na użytek biednych dzieci oddał swój rodzinny pałac.
    Ponieważ sam był zajęty duszpasterstwem, dlatego musiał szukać ochotników, by mu w tej pracy dopomogli. Oni to, pod kierunkiem Jana, zajmowali się wychowaniem i kształceniem dziatwy. Pobożne panie zajmowały się ich żywieniem. Kiedy ani plebania, ani dom rodzinny nie mogły pomieścić przygarniętych, ks. Jan za pieniądze parafialne i otrzymane od pewnej zamożnej kobiety zakupił osobny obszerny dom. Napisał też regulamin, by praca mogła iść sprawnie.
    Z tych ofiarnych pomocników wyłoniło się z czasem zgromadzenie zakonne pod nazwą Braci Szkół Chrześcijańskich (braci szkolnych). Za jego początek przyjmuje się dzień 24 czerwca 1684 roku. Jan miał wówczas zaledwie 31 lat. Stworzył wiele typów szkół – podstawowe, wieczorowe, niedzielne, zawodowe, średnie, seminaria nauczycielskie. Nauka w nich była bezpłatna. Na polu pedagogiki Jan zajmuje więc poczesne miejsce. W swoich szkołach wprowadził na pierwszym miejscu język ojczysty, podczas gdy dotychczas powszechnie uczono w języku łacińskim. Zniósł kary fizyczne, tak często stosowane w szkołach w tamtych czasach, a kary moralne ograniczył do minimum. Pierwszeństwo dał wychowaniu religijnemu, które oparł na chrześcijańskiej miłości i poszanowaniu godności człowieka, także dziecka.
    W roku 1681 powstała pierwsza szkoła założona przez Jana w Reims (1681), kolejna powstała w Paryżu (1688), potem także m.in. w Lyonie i w Rouen. W sto lat potem cała Francja była pokryta szkołami lasaleńskimi. Do rewolucji francuskiej (1789) w samej Francji zgromadzenie posiadało 126 szkół i ponad 1000 członków. Dzisiaj Bracia Szkolni mają swe szkoły w prawie 90 krajach.
    Jan de la Salle zostawił po sobie bezcenne pisma. Najwybitniejsze z nich to Zasady dobrego wychowania, które doczekało się ponad 200 wydań; nadto Rozmyślania, Wskazania, jak prowadzić szkoły i Obowiązki chrześcijanina. Bezcenne dla poznania ducha lasaleńskiego są także jego listy.
    Jan zmarł po krótkiej chorobie 7 kwietnia 1719 r. Pozostawił po sobie pisma, które przez długi okres należały do kanonu dydaktyki. Beatyfikował go Leon XIII w 1888 roku. On też wyniósł go uroczyście do chwały świętych w roku 1900. Pius XII ogłosił św. Jana de La Salle patronem nauczycieli katolickich (1950). Ciało św. Jana, zbezczeszczone w czasie rewolucji francuskiej w roku 1793, dla bezpieczeństwa przeniesiono do Belgii, a w roku 1937 złożono przy domu generalnym zakonu w Rzymie. Można tu również zobaczyć katedrę, z której wykładał Święty, jego strój, paramenty liturgiczne, przedmioty pokutnicze i rzeczy codziennego użytku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 kwietnia

    Święty Dionizy, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Walter z S. Martino di Pontoise, opat
    ***
     
    kul.pl
    ***
    Dionizy był w II w. biskupem w Koryncie. Informacje o nim czerpiemy z pism św. Hieronima i Euzebiusza z Cezarei. Ten ostatni wychwala wielką gorliwość pasterską św. Dionizego. Według niego Dionizy miał zostawić 8 cennych listów do różnych biskupów. W Liście do Rzymian wysławia papieża, św. Sotera: “Rzymianie utrzymują zwyczaje ojców: wasz błogosławiony biskup Soter je nie tylko utrzymał, ale i poszerzył, dzieląc się z braćmi [ze wszystkich stron] dostatkiem, którym sam był obdarzony, i błogosławiąc słowem tych, którzy się do niego zwracają, jak ojciec do dzieci…”. W pozostałych listach zwraca się m.in. do Lacedemończyków, Ateńczyków, Nikomedyjczyków, Rzymian, mieszkańców Krety. Są one źródłem wiedzy o zasadach wiary i moralności wczesnego chrześcijaństwa.
    Na Wschodzie Dionizy odbiera cześć jako męczennik. Krzyżowcy za czasów Innocentego IV (+ 1254) przewieźli ciało św. Dionizego do Rzymu i oddali pod opiekę klasztoru pod wezwaniem Świętego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 kwietnia

    Święta Maria, żona Kleofasa

    Zobacz także:
      •  Święty Gaucheriusz, prezbiter
    ***
    Święta Maria Kleofasowa

    Maria należała do rodziny Maryi. Być może była rodzoną siostrą św. Józefa. Św. Hegezyp (+ ok. 180), który żył w początkach chrześcijaństwa i któremu była dobrze znana tradycja apostolska, nazywa Kleofasa (Klopasa, zwanego także Alfeuszem) – bratem św. Józefa, Oblubieńca Maryi. Synami Marii Kleofasowej byli: św. Jakub Młodszy, Józef i Juda Tadeusz (Mt 27, 55-56; Łk 24, 10; Mk 15, 40-41), których Ewangelie nazywają “braćmi”, czyli krewnymi Jezusa.
    Maria należała do najbliższego grona Pana Jezusa. Towarzyszyła Mu podczas wędrówek apostolskich i razem z innymi pobożnymi niewiastami troszczyła się o doczesne potrzeby Pana Jezusa, takie jak pożywienie, pranie, a nawet dach nad głową. Trwała przy Nim aż do śmierci. “Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra matki Jego, Maria, żona Kleofasa” – potwierdza w swojej Ewangelii bezpośredni świadek, św. Jan Apostoł (J 19, 25). Kiedy udała się razem z Marią Magdaleną i Joanną w poranek wielkanocny do grobu Pana Jezusa, aby namaścić Jego ciało olejkami, pierwsza ujrzała anioła – świadka zmartwychwstania – i rozmawiała z nim (Mt 28, 1-8; Mk 16, 1-8). Jej też pojawił się w powrotnej drodze Pan Jezus Zmartwychwstały (Mt 28, 9-10). O dalszych losach św. Marii Kleofasowej nic nie wiemy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 kwietnia

    Święty Fulbert z Chartres, biskup




    Fulbert urodził się w 960 r. w ubogiej rodzinie. Przypuszcza się, że pochodził z Poitiers. Uczył się w szkole katedralnej w Reims. Jego mistrzem był Gerbert, późniejszy papież Sylwester II. Około 990 r. Fulbert przybył do Chartres, by podjąć pracę nauczyciela w szkole katedralnej, którą wkrótce uczynił ośrodkiem kulturalnym Francji. Został mianowany kanonikiem i kanclerzem tamtejszej kurii biskupiej. Po śmierci biskupa Raula wybrano Fulberta jego następcą (1006).
    Był aktywny w wielu dziedzinach życia publicznego, kulturalnego i kościelnego. Swoją wiedzą, gorliwością, a przede wszystkim umiejętnością obcowania z ludźmi rychło pozyskał sobie serca wiernych i duchowieństwa. Król francuski, Robert II Pobożny, nieraz zasięgał jego rady. Fulbert dbał o administrację kościelną i wyróżniał się jako doskonały gospodarz diecezji. Był wnikliwym teologiem, łączył mądrość ze świętością. Po pożarze, jaki nawiedził katedrę, odnowił ją tak okazale, że dzisiaj należy do podziwianych arcydzieł budownictwa sakralnego.
    Dbał także o podniesienie poziomu szkolnictwa, z którego na pierwszym miejscu korzystali przyszli kandydaci do stanu duchownego. Odnowił w tym celu szkołę katedralną i postawił ją na tak wysokim poziomie, że przewyższała sławą nawet szkołę w Reims. Zwalczał symonię (handel godnościami kościelnymi i dobrami duchowymi) oraz inne nadużycia, jakie od lat występowały w Kościele. Wyróżniał się szczególnym darem jednania zwaśnionych. Dlatego często w różnych sporach brano go za rozjemcę. Miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, która przywróciła mu zdrowie w ciężkiej chorobie.
    Fulbert zostawił po sobie także szereg cennych pism. Wśród nich wyróżniają się kazania i traktaty teologiczne. Był również uzdolnionym poetą łacińskim, autorem pięknych hymnów. Najcenniejsze jednak są listy, które pozwalają poznać głębiej jego osobowość, ideały i działanie. Równocześnie dają nam wgląd w ówczesną, ciekawą epokę.
    Fulbert zmarł 10 kwietnia 1028 r. w wieku ok. 68 lat.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 kwietnia

    Święta Gemma Galgani, dziewica

    Święta Gemma Galgani

    Gemma przyszła na świat 12 marca 1878 roku w Lucce (Włochy) jako piąte z ośmiorga dzieci aptekarza Henryka Galgani i Aurelii z domu Landi. Chrzest otrzymała następnego dnia po urodzeniu wraz z imionami: Gemma Humberta Pia. Jeszcze jako dziecko została oddana do szkoły sióstr Oblatek Ducha Świętego. Przełożoną tej szkoły była bł. Helena Guerra (+ 1914), założycielka tego zgromadzenia. W ósmym roku życia dziewczynka została dopuszczona do I Komunii świętej i do sakramentu Bierzmowania. W wigilię przyjęcia Pana Jezusa napisała w swoim dzienniczku: “Postaram się, aby każdą spowiedź odprawiać i Komunię świętą przyjmować tak, jakby to był ostatni dzień w moim życiu. Będę często nawiedzać Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, zwłaszcza gdy będę strapiona”.
    Bóg nie oszczędzał jej cierpień. Mając 8 lat straciła matkę. Potem na gruźlicę zachorował jej ukochany brat. Gemma opuściła szkołę i internat sióstr, by oddać się pielęgnacji brata-kleryka, Eugeniusza, czuwając przy nim dzień i noc. Wyczerpana, zupełnie tak osłabła, że odchorowała to przez trzy miesiące. Do pełnego zdrowia nigdy już nie mogła powrócić. Niedługo potem wywiązała się u niej choroba nóg. W czasie operacji, nader bolesnej, ściskała w rękach krzyż. To był dopiero początek doświadczeń. Wkrótce nadeszła śmierć ojca, zupełny krach majątkowy, gruźlica kręgosłupa, zapalenie nerek. Cały rok Gemma przeleżała w łóżku, unieruchomiona gipsowym gorsetem. Wreszcie musiała opuścić własny dom, gdyż było w nim zbyt ciasno. Na prośbę spowiednika przyjęła ją do siebie pewna pobożna niewiasta z rodziny Gianninich. Był moment, że jej stan był już beznadziejny. Poddała się ponownie operacji. Wpatrzona w wizerunek Chrystusa Pana na krzyżu, zniosła ją bez słowa skargi i jęku.
    8 czerwca 1899 r., w wigilię uroczystości Serca Pana Jezusa, Gemma otrzymała dar stygmatów, czyli odbicia ran Pana Jezusa. Sama tak o tym napisała: “Był wieczór, ogarnął mnie ogromny żal za grzechy, jakiego dotąd nie odczuwałam. Uświadomiłam sobie równocześnie wszystkie cierpienia, jakie Pan Jezus poniósł dla mego zbawienia. I oto znalazłam się w obecności mej Matki. Po Jej prawej ręce stał Anioł Stróż. Kochająca Matka nakazała mi wzbudzić żal serdeczny za grzechy, a gdy to uczyniłam, zwróciła się do mnie ze słowami: «Córko, w imię Jezusa masz odpuszczone grzechy. Jezus, mój Syn, bardzo cię ukochał i pragnie dać ci dowód swojej szczególnej łaski. Czy zechcesz okazać się jej godną? Ja ci będę Matką. Czy chcesz mi się okazać prawdziwą córką?» Po czym rozchyliła swój płaszcz i okryła mnie nim. W tej chwili ukazał mi się Pan Jezus. Jego wszystkie rany były otwarte, lecz zamiast krwi wydobywały się z nich płomienie. Natychmiast te płomienie dotknęły moich dłoni, stóp i serca. Miałam wrażenie, że z bólu umieram, i gdyby mnie nie podtrzymała Matka Boża, byłabym upadła na ziemię. Gdy przyszłam do siebie, stwierdziłam, że klęczałam na podłodze. W rękach, w stopach i w sercu wciąż odczuwałam przejmujący ból. Kiedy się podniosłam, zauważyłam, że miejsca, w których odczuwałam ból, silnie krwawią. Okryłam je, jak mogłam, i przy pomocy Anioła Stróża dowlokłam się do łóżka (…). Boleści ustały dopiero w piątek o godzinie trzeciej po południu”. Odtąd stygmaty odnawiały się u Gemmy regularnie, co tydzień. Rany krwawiły od wieczoru w czwartek, kiedy przeżywała mękę Zbawiciela, aż do godz. 15 w piątek. Wtedy przestawały krwawić i natychmiast zasklepiały się. Dwa lata później Gemma została naznaczona kolejnymi stygmatami: korony cierniowej i śladów biczowania.
    W roku 1902, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, Gemma zachorowała śmiertelnie. Po chwilowym polepszeniu się zdrowia, nastąpiło gwałtowne pogorszenie. Wezwany spowiednik udzielił jej ostatnich sakramentów. Agonia miała jednak trwać jeszcze przez szereg długich miesięcy, bo aż do 11 kwietnia 1903 roku. W Wielką Środę Gemma przyjęła wiatyk, a w Wielką Sobotę koło południa, mając zaledwie 25 lat, zmarła. Na kilka lat przed śmiercią Gemma zapoznała się z zakonem pasjonistów, któremu założyciel, św. Paweł od Krzyża, wyznaczył jako pierwszy cel słodkie rozważanie męki Pana Jezusa i rozpowszechnianie tego nabożeństwa wśród wiernych Kościoła. Spowiednikami i kierownikami duchowymi św. Gemmy byli pasjoniści. Na ręce jednego z nich złożyła także cztery śluby, właściwe zakonowi.
    Papież Pius XI zaliczył Gemmę do chwały błogosławionych w 1933 roku, a papież Pius XII w roku 1940 dokonał jej kanonizacji. Powodem uznania jej świętości stało się świadome, milczące przyjęcie cierpienia. Atrybutem świętej jest lilia. Jest patronką studentów i aptekarzy. W Lucca, w klasztorze pasjonistów, można oglądać skromne sprzęty, których używała św. Gemma, oraz narzędzia pokuty, lekturę, fotografie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Gemma Galgani. „Kto się karmi Jezusem, będzie żył Jego życiem”

    św. Gemma Galgani/Vox Domini

    *****

    „Będziesz córką mojej męki” – zapowiedział jej pod słońcem Toskanii Jezus.

    Jej imię można przetłumaczyć jako klejnot, drogocenny kamień, perła,

    Urodziła się 12 marca 1878 roku w Borgonuovo, nieopodal prześlicznej toskańskiej Lukki. Już jako dziecko zafascynowała się Pasją. Przylgnęła do krzyża, godzinami rozważała mękę Chrystusa. „Kto się karmi Jezusem, będzie żył Jego życiem” – mawiała. W piątek 17 czerwca 1887 roku, w święto Najświętszego Serca Pana Jezusa, dziewięciolatka miała doświadczyć mistycznego spotkania z Oblubieńcem. „Rozkosze nieba nie są takie jak te ziemskie. Ogarnęło mnie pragnienie ustawicznego trwania w zjednoczeniu z moim Bogiem. Czułam się coraz bardziej oderwana od świata i coraz bardziej gotowa do skupienia” – wspominała.

    Ogromnie przeżyła śmierć brata. Osiemnastolatek Gino, który miał niebawem przyjąć święcenia kapłańskie, zmarł na gruźlicę 11 września 1894 roku.

    Sama toskańska mistyczka, którą po latach okrzyknięto Oblubienicą Króla Ukrzyżowanego, wspominała: „Czułam, jak wzrasta we mnie ogromne pragnienie umiłowania Jezusa, a zarazem wielka chęć cierpienia i wspierania Go w Jego bólu”. Dziewczyna ślubowała czystość i odrzuciła dwie propozycje małżeństwa. „Chcę być cała dla Boga” – wyjaśniała. Ciężko chorowała. Straciła władzę w nogach, a u progu 1899 roku do paraliżu doszedł „nieznośny ból głowy spowodowany ropnym zapaleniem ucha środkowego”. Gdy schorowana otrzymała Wiatyk, usłyszała rozmowę lekarzy, pewnych tego, że nie przeżyje do północy. „Jestem owocem męki Jezusa, młodym pędem Jego ran” – pisała. „Chciałabym, by moje serce biło, żyło, wzdychało jedynie dla Jezusa. Chciałabym, by mój język umiał wypowiadać jedynie imię Jezusa, a moje oczy patrzyły tylko na Niego. Jezu, pozwól mi czerpać z Twojej męki aż do ostatniej kropli”.

    Wielokrotnie operowana, ściskała w ręku krzyż. O przełomowym w jej życiu dniu 8 czerwca 1899 roku pisała: „Był wieczór, ogarnął mnie ogromny żal za grzechy, jakiego dotąd nie odczuwałam. Uświadomiłam sobie równocześnie wszystkie cierpienia, jakie dla mego zbawienia poniósł Pan Jezus. Ukazał mi się. Jego wszystkie rany były otwarte, lecz zamiast krwi wydobywały się z nich płomienie. Natychmiast te płomienie dotknęły moich dłoni, stóp i serca. Miałam wrażenie, że z bólu umieram, i gdyby mnie nie podtrzymała Matka Boża, byłabym upadła na ziemię. Gdy przyszłam do siebie, stwierdziłam, że klęczę na podłodze. W rękach, w stopach i w sercu wciąż odczuwałam przejmujący ból. Kiedy się podniosłam, ​​zauważyłam, że miejsca, w których odczuwałam ból, silnie krwawią”.

    O nieprzypadkowych datach śmierci osób wyniesionych na ołtarze można napisać książkę. Gdy odchodziła Matka Teresa – „święta od ciemności” – w Kalkucie wysiadł prąd i miasto pogrążyło się mroku. Ksiądz Sopoćko zmarł w imieniny Faustyny, a do Łucji z Fatimy przylgnęła „trzynastka”. Jan Paweł II, który kanonizował Faustynę i ustanowił w 2000 roku święto Miłosierdzia Bożego, zmarł, gdy Kościół rozpoczynał celebrację tego święta. A Gemma? Odeszła w rozpalonej słońcem Lukce w Wielką Sobotę, 11 kwietnia 1903 roku.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________

    GEMMA GALGANI

    Ukochana Święta Ojca Pio

    https://www.niedziela.pl/gifs/portaln/624x400/1507023786.jpg

    To do niej św. Ojciec Pio modlił się każdego dnia. Historia młodej dziewczyny, która swoje życie oddała Jezusowi, zadziwia do dzisiaj.

    San Giovanni Rotondo, Ojciec Pio właśnie zakończył odprawianie Mszy św. Nagle pada jak rażony piorunem. Leży tak dłuższą chwilę nieruchomo przed ołtarzem. Widzi to przerażony brat zakrystian i biegnie po proboszcza. „Zakonnik nie żyje” – niemal krzyczy, trzęsąc się z emocji. Proboszcz jednak uspokaja go. „Spokojnie. Zostaw klucze, by ojciec mógł zamknąć kościół, gdy skończy się modlić” – mówi.

    Scena z leżącym u stóp ołtarza Ojcem Pio powtarzała się wielokrotnie. Zakonnik, po zakończeniu Eucharystii, zatapiał się w ten sposób w krwawym misterium męki Pańskiej, Chrystus pozwolił mu bowiem zbliżyć się do tajemnicy swojej śmierci, obdarzył Ojca Pio stygmatami. Pogrążony w modlitwie zakonnik przyjmował w ten sposób Boży dar, by poświęcić siebie w intencji odkupienia kolejnych dusz.

    Wzór św. Gemmy

    Cierpienie Ojca Pio dla wielu było zagadką. Nie w pełni pojmowały je nawet osoby z jego otoczenia. Kapłan z Pietrelciny przyjął stygmaty – bolesny dar od Chrystusa. W dodatku Bóg dopuszczał w jego przypadku również udręki duchowe, jak chociażby spotkania z osobowym złem, nieznośne pokusy, a czasem wręcz fizyczne walki z szatanem.

    Jednym ze wzorów życia dla Ojca Pio była Gemma Galgani – włoska mistyczka, która jako młoda dziewczyna oddała swoje życie Jezusowi. Bóg powołał ją do cierpienia. Była stygmatyczką, a jej krótkie życie naznaczone było wieloma smutkami i trudami.

    Gemma urodziła się 12 marca 1878 r. w miejscowości Borgonuovo di Camigliano we włoskiej Toskanii. Od dziecka odznaczała się wyjątkową religijnością. Poznawała brewiarz, wiele czasu poświęcała modlitwie. Matka – Aurelia, dostrzegłszy niezwykle pobożną postawę córki, postanowiła pomóc jej w rozwijaniu duchowości. Objaśniała jej brzydotę grzechu oraz poświęcała wiele czasu na kształtowanie jej charakteru. Mówiła także o wielkim szczęściu płynącym z przynależności do Boga. Silna więź Gemmy z matką została zerwana, gdy przyszła święta miała 8 lat – Aurelia zmarła na gruźlicę.

    Poznać Chrystusa Ukrzyżowanego

    Gemma uchodziła za niezwykle wrażliwą dziewczynkę, a cierpienie Chrystusa od dziecka wywierało na niej nieprzeciętne wrażenie. Gdy po raz pierwszy usłyszała od sióstr zakonnych całą opowieść o Pasji, rozchorowała się na kilka dni.

    Cierpienie Chrystusa stało się od tej chwili bardzo bliskie małej Gemmie. To zainteresowanie pogłębiało się tym bardziej, im bardziej cierpiała ona sama i jej bliscy. Gdy miała 18 lat, zmarł jej ukochany brat Gino. Wydarzenie to wstrząsnęło nią tak bardzo, że niemal otarła się o śmierć. Zapewne żarliwa modlitwa ojca sprawiła, że Gemma odzyskała zdrowie.

    Od tego momentu jednak nie tylko coraz bardziej wnikała w misterium męki Chrystusa, ale także coraz bardziej pragnęła nieba. To pragnienie wzmagało się, gdy – podobnie jak w przyszłości św. Ojciec Pio – przeżywała wewnętrzne lokucje. Po przyjęciu Komunii św. słyszała głos Chrystusa. Objawiał się jej także Anioł Stróż, który udzielał jej wskazówek duchowych. Wreszcie, w wieku 18 lat, Gemma zapragnęła cierpieć jak Chrystus. Na wzór św. Pawła chciała poznać Jezusa Ukrzyżowanego. Pewnego dnia, gdy klęczała przed krzyżem, osunęła się ebie. Była to jednak zapowiedź jej cierpienia. Chrystus spełnił jej prośbę: dopuścił ją do tajemnicy swojej męki.

    Słodkie cierpienie

    Niedługo po tym wydarzeniu okazało się, że Gemma choruje na raka kości. Jej stan wymagał szybkiej operacji. Należało jak najszybciej pozbyć się nowotworu, w przeciwnym razie groziła jej amputacja. Zabieg przebiegał w okrutnych, ale typowych dla tamtych czasów warunkach. Chirurdzy bez znieczulenia zeskrobywali z kości stopy Gemmy guza. Świadkowie tego zdarzenia wspominają, że dziewczyna cierpiała z nadzwyczajną wręcz wytrwałością. Niemal nie krzyczała, tylko płakała i cicho pojękiwała. Jak sama napisała w swojej autobiografii, cierpienie oddała Jezusowi.

    Jej cierpienie było potworne. Nie była w stanie sama wykonać żadnego ruchu. By zmienić choćby położenie ręki, musiała prosić o pomoc członków rodziny. W chwilach, gdy była bliska załamania, Jezus przypominał jej o sobie. Pewnego wieczoru, gdy Gemma podupadała na duchu, ukazał jej się Anioł Stróż. „Jeżeli Jezus umartwia twoje ciało, to zawsze po to, żeby oczyścić duszę. Bądź posłuszna”.

    Wkrótce Gemma przeżyła kolejny bolesny zabieg – na kręgosłupie. Przy okazji lekarze wykryli u niej raka mózgu. Dziewczyna nie ustawała jednak w modlitwie. Odmawiała intensywnie m.in. nowennę do błogosławionej Marii Małgorzaty Alacoque. Wreszcie przyszedł do niej sam Pan Jezus. Zapytał wprost: „Gemmo, czy chcesz wyzdrowieć?”. Ostatniego dnia nowenny dziewczyna po prostu… wstała z łóżka, ku zdumieniu wszystkich.

    Dla św. Ojca Pio Gemma Galgani była wzorem oddania Bogu oraz pracy nad sobą, dziewczyna bowiem dążyła do ascezy, okiełznania swojego nie zawsze łatwego charakteru. Ćwiczyła się w posłuszeństwie, odrzucała zbytki tego świata, np. troskę o ładny wygląd. W jej życiu liczył się tylko Chrystus, Jego męka oraz pragnienie nieba.

    BĄDŹ DOMEM ULGI W CIERPIENIU/ Grupa Modlitwy Ojca Pio w Polsce

    Modlitwy ułożone przez Świętą Gemmę

    Oto ja, u Twych najświętszych stóp, drogi Jezu, trwam, aby w każdej chwili okazywać Ci moją wdzięczność za wszystkie znaki łaskawości, których mi udzieliłeś i których jeszcze chcesz mi udzielać. Ile razy Cię wzywałam,
    o Jezu, zawsze mnie pocieszałeś, ilekroć uciekałam się do Ciebie, zawsze doznawałam pokrzepienia. Jak mam Ci dziękować, drogi Jezu? Dziękuję Ci, lecz pragnę jeszcze innej łaski. O mój Boże, jeśli taka Twoja wola… (wymienić prośbę). Gdybyś nie był wszechmogący, nie zwracałabym się do Ciebie z tym błaganiem. O Jezu, zmiłuj się nade mną! Niech we wszystkim spełni się Twoja najświętsza wola. Amen.

    Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    O mój Boże ukrzyżowany, oto ja trwam u Twych stóp, nie odrzucaj mnie teraz, bo przyznaję, że jestem grzeszna. W przeszłości bardzo Cię obrażałam, mój Jezu, ale obiecuję nie czynić tego więcej. Przed Tobą, mój Boże, wyznaję wszystkie moje winy… wiem, że nie zasługują na odpuszczenie, ale proszę… miej wzgląd na Twoje cierpienia i spójrz, jak wielką wartość ma ta krew, która wypłynęła z Twoich żył.


    Mój Boże, zamknij oczy na moje występki i otwórz je na Twoje nieskończone zasługi, a skoro chciałeś umrzeć za moje grzechy, przebacz mi je wszystkie, abym nigdy więcej nie czuła ich ciężaru, którego nie dam rady dźwigać. Pomóż mi, mój Jezu, bo pragnę za wszelką cenę stać się dobrą: zgładź, wyniszcz, zniwecz wszystko, co jest we mnie niezgodne z Twoją wolą. Proszę Cię, abyś mnie oświecił, bym mogła żyć w Twoim świętym świetle.

    Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu

    ________________________________________________________________________________________

    Św. Gemma Galgani. 5 rzeczy, których nauczył się od niej ojciec Pio

    GEMMA GALGANI, OJCIEC PIO

    Domena publiczna

    *****

    Ojciec Pio codziennie modlił się o wstawiennictwo niezwykłej świętej Gemmy Galgani. Jej życie głęboko go poruszało, a na wielu etapach swojej drogi duchowej odkrywał w jej biografii bezcenną naukę.

    Włoska święta Gemma Galgani jest jedną z najbardziej niezwykłych postaci Kościoła. Obrazki z jej wizerunkiem miało na biurkach wielu herosów duchowych, jak ojciec Pio czy Dolindo Ruotolo. O jej wstawiennictwo modlił się także Maksymilian M. Kolbe. Jednak największą czcią otaczał ją właśnie święty z Pietrelciny. Czego się od niej uczył?

    1. Pokora

    Gemma nigdy nie była zmuszana do życia w pokorze. Wręcz przeciwnie – jej ojciec Enrico był stosunkowo zamożnym człowiekiem i nie w pełni akceptował fascynacje duchowe ukochanej córki. Nie podobało mu się, że Gemma każdego dnia udaje się do kościoła, wiele godzin poświęcając na modlitwę. Uważał, że powinna korzystać z życia. I choć sam był wierzącym człowiekiem, autentycznie martwił się o córkę. Dziewczyna tymczasem sama wybrała drogę absolutnego poświęcenia Bogu. Złożyła śluby czystości i starała się wstąpić na drogę zakonną.

    Ojciec Pio niewątpliwie nauczył się od Gemmy odrzucania licznych pokus materialnych. Gemma marzyła o życiu zakonnym i podporządkowała mu bardzo wiele. Z kolei święty z Pietrelciny został zakonnikiem, jednak przez lata wystawiany był na ciężką próbę. Badany przez Święte Oficjum, wielokrotnie był karany. Musiał wówczas bardzo cierpieć, jednak pokora wobec decyzji Kościoła okazała się ostatecznie nie do przełamania.

    2. Walka o zbawienie człowieka.

    Święta Gemma, mimo kruchego zdrowia i młodego wieku, była prawdziwą wojowniczką. Liczne cierpienia przyjmowała w pokorze, ofiarowując je za zbawienie dusz i nawrócenie trwających w grzechu.

    Słynęła przy tym z niezwykle zawziętego temperamentu. Niejednokrotnie wręcz targowała się z Panem Jezusem! Pewnego razu postanowiła ofiarować wyjątkowo bolesne cierpienie fizyczne w intencji nawrócenia jednej ze znanych jej osób. Żarliwie modliła się, błagając Boga o cud. Doświadczyła wówczas lokucji wewnętrznej, podczas której Jezus wyznał ze smutkiem, iż niemal nie dostrzega nadziei dla tego człowieka. Ten bowiem lekceważył dotąd wiele znaków oraz napomnień.

    Usłyszawszy te słowa od samego Jezusa, Gemma jeszcze mocniej się zawzięła. Zaczęła żarliwiej modlić się o wstawiennictwo Matki Bożej, wiedząc, iż Jezus nie odmówi prośbom swojej Matki. W pewnej chwili do drzwi jej izby zapukał ów grzesznik. Otworzyła mu, zaś on ze łzami w oczach zawołał: „Muszę się wyspowiadać. Pomóż mi”.

    Święty Ojciec Pio toczył równie zawzięte boje o każdego grzesznika. Nie tylko tego zatwardziałego, ale o każdą duszę, która zdawała się być daleko od Boga. Słynne są historie o świętym z Pietrelciny ciskającym gromy na penitentów w konfesjonale, napominającym, by nie zatajali grzechów.

    Uchodził na niezwykle surowego spowiednika, ale nie zmieniało to faktu, że do jego konfesjonału zawsze ustawiały się tłumy ludzi. On zaś spędzał w nim długie godziny. Zapytany kiedyś przez jednego ze współbraci, dlaczego jest taki surowy dla spowiadających się, odparł z rozbrajającą szczerością: „Wiem, że lepiej być zganionym przez człowieka, tu, na ziemi, niż przez Pana Boga po śmierci”.

    3. Modlitwa

    Włoska święta od dziecka uchodziła za bardzo pobożną dziewczynę. Pragnęła zgłębiać teologię, Pismo Święte, niezwykle rezolutnie potrafiła odpowiadać na wiele trudnych pytań dotyczących wiary. Uwielbiała się modlić. Każdego dnia odczuwała głęboki głód Boga. Głód – dodajmy – fizyczny.

    Dlatego przystępowała regularnie do Komunii Świętej. Odmawiała często różaniec. Jej relacja z Panem Jezusem była głęboka do tego stopnia, że wielokrotnie prowadziła dialogi z Panem Jezusem, Matką Bożą czy Aniołem Stróżem.

    Święty ojciec Pio również uchodził za niezwykle rozmodlonego kapłana. Po mszy świętej potrafił przez wiele godzin leżeć krzyżem i modlić się. Jeden z nowych współbraci świętego zakonnika zobaczywszy tę scenę, pobiegł do przełożonego ile sił w nogach, wołając o pomoc dla Pio, który – jego zdaniem – zasłabł, ponieważ leżał nieruchomo przed ołtarzem. Starszy zakonnik wysłuchał młodego ze stoickim spokojem, po czym wyciągnął pęk kluczy i wręczając mu je powiedział: „Bracie, zostaw klucze w zakrystii. Gdy Ojciec Pio skończy się modlić, zamknie kościół”.

    4. Sens cierpienia

    To chyba najtrudniejsze zagadnienie, które dręczy wielu, w tym wierzących. Gemma przez większość swojego niedługiego życia zgłębiała sens cierpienia. Rozważała pasję Chrystusa, przeżywając ją niezwykle intensywnie. Gdy po raz pierwszy, jako dziecko, usłyszała o cierpieniu Jezusa, zobaczyła tamte wydarzenia na własne oczy, po czym zemdlała.

    Modliła się przed Ukrzyżowanym Chrystusem, by Ten dopuścił ją do udziału w Jego cierpieniu jako zadośćuczynienie za grzechy świata. Nosiła stygmaty, głęboko przeżywała – także fizycznie – Triduum Paschalne. Umierając, wyznała, że wszystko, co miała oddała Bogu. Całe życie Gemmy stanowiło usilną próbę zrozumienia istoty cierpienia człowieka.

    Ojciec Pio również cierpiał – zarówno fizycznie, jak i duchowo. Bolała go zatwardziałość penitentów, którzy zatajali grzechy, doświadczał także bólu związanego z krwawiącymi stygmatami. Obrazek Gemmy przypominał mu o oddaniu się Bogu tej pięknej i młodej dziewczyny, pragnącej mieć swój udział w Chrystusowej pasji.

    5. Gra Miłości

    Jest to jedna z największych tajemnic relacji człowieka z Bogiem. Poczucie opuszczenia przez Boga. Nie chodzi o tzw. ciemną noc, gdy wierzącym targają wątpliwości, obawa przed duchową pustką. To znacznie bardziej zaawansowane duchowo doświadczenie, gdy w bliskiej relacji z Jezusem człowiek odczuwa w pewnym momencie brak Boga.

    W Ewangelii Chrystus doświadczył tego na krzyżu, gdy toczyła się ostateczna rozgrywka między dobrem a złem. Gemma, która przeszła z Chrystusem w fizycznym cierpieniu niemal całą drogę krzyżową, poczucie braku obecności Boga określiła, jako najstraszniejsze cierpienie.

    A trzeba pamiętać, że przez wiele miesięcy była unieruchomiona przez chorobę, operowana bez znieczulenia, przeżyła także śmierć wyjątkowo bliskiej jej matki. Gdy ponownie odczuła obecność Boga – nie posiadała się ze szczęścia.

    Ojciec Pio stan uczucia braku Boga nazywał właśnie „grą Miłości”. Niewątpliwie doświadczenie Gemmy wzmacniało go w takich sytuacjach. Zdawał sobie sprawę, iż jest to rodzaj duchowego treningu, mającego pomóc człowiekowi silniej związać się z Bogiem. „Usuwam się po to jedynie, aby następnie silniej cię objąć” – mówił Jezus do Gemmy w trakcie wewnętrznych lokucji, gdy po długich chwilach pustki poczuła jego obecność.

    *Tekst powstał w oparciu o książkę ks. Bernarda Galizzi „Gemma Galgani. Święta, do której modlił się ojciec Pio”, Esprit, Kraków 2017

    Krzysztof Gędłek/Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Żywa ikona Ukrzyżowanego. Św. Gemma Galgani

    (Oprac. GS/PCh24.pl)

    ***

    Włoska mistyczka z toskańskiej Lukki, uznawana za najbardziej urodziwą spośród świętych, przemknęła przez ten świat jak meteor. Odeszła do Pana, mając zaledwie 25 lat. Otrzymała od Boga dar stygmatów oraz prorokowania, miewała mistyczne ekstazy, co tydzień – doświadczając ogromnych cierpień – przeżywała Mękę Pańską, rozmawiała z Aniołem Stróżem i ze świętymi, bardzo często była dręczona przez szatana. Nazywano ją najpiękniejszą reprodukcją Ecce Homo, córką Bożej boleści, kwiatem Męki Pańskiej i żywą ikoną Ukrzyżowanego.

    Gemma, czyli klejnot, była piątym z ośmiorga dzieci Henryka Galganiego, aptekarza z Borgonuovo, oraz jego żony Aurelii. Matka i pierwsze nauczycielki – oblatki Ducha Świętego – wszczepiły w serce dziewczynki żarliwą pobożność, głęboką miłość do Jezusa i Maryi, umiłowanie krzyża, pragnienie dogłębnego poznania Męki Pańskiej oraz nieba.

    Kiedy Gemma miała siedem lat, podczas mszy świętej przemówił do niej Pan Jezus prosząc,  by oddała Mu swoją chorą mamę. Wkrótce po tej wizji 39-letnia, chora na gruźlicę Aurelia, zmarła. Potem nastąpiła cała seria dramatów: choroba i śmierć ojca, utrata przez rodzinę całego majątku, śmierć ukochanego brata, a także tułaczka po domach – na szczęście bardzo życzliwie  do niej usposobionych – krewnych i obcych ludzi.

    Od dzieciństwa Gemma często chorowała. Przeszła m.in. zapalenie opon mózgowych, paraliż rąk i nóg, gruźlicę, miała skrzywienie kręgosłupa, doznała całkowitej głuchoty. Z czasem stała się prawdziwą mistrzynią cierpienia. Ofiarowywała je Bogu jako zadośćuczynienie za wyrządzane mu przykrości, za grzeszników (wielu dzięki niej się nawróciło) i dusze czyśćcowe.

    Od młodości czuła powołanie zakonne. Odrzucając dwie propozycje matrymonialne, próbowała wstąpić do różnych zakonów, ale nigdzie jej nie przyjęto z uwagi na słabe zdrowie. Postanowiła wtedy żyć jak zakonnica w świecie, składając prywatne śluby czystości, posłuszeństwa i ubóstwa. Bóg obdarował ją licznymi mistycznymi darami: doznawała licznych ekstaz, podczas których widziała i rozmawiała z Panem Jezusem i Matką Bożą, miała dar przepowiadania, objawiali się jej święci oraz Anioł Stróż, który stał się jej najlepszym przyjacielem, listonoszem i posłańcem. Często dręczył ją szatan.

    Na przełomie lat 1898 i 1899 zapadła na zapalenie kręgów odcinka lędźwiowego kręgosłupa oraz ropień w pachwinach (dzisiaj rozpoznano by pewnie gruźlicę kostno-stawową, czyli chorobę Potta). W wymodleniu powrotu do zdrowia dopomógł jej wówczas objawiający się jej święty – a wtedy jeszcze Sługa Boży, pasjonista Gabriel od Matki Bożej Bolesnej (Francesco Possenti) (więcej o tym uzdrowieniu w tekście poświęconym Świętemu Gabrielowi).

    8 czerwca 1899 roku, w wieku 21 lat, doznała ekstazy, a na jej ciele pojawiły się stygmaty.  Od tej pory – przez rok – stygmaty (także korony cierniowej, rany po biczowaniu) powracały w każdy czwartkowy wieczór, kiedy wchodziła w stan ekstazy, by przeżywać Mękę Pańską. Po wielkich cierpieniach Gemma odeszła do Pana w Wielką Sobotę 1903 roku.

    Chore nogi

    Za przyczyną zmarłej w opinii świętości Gemmy wyproszono u Boga bardzo wiele mniejszych lub większych łask.

    Maria Menicucci z Vitorchiano (prowincja Viterbo) od wielu lat cierpiała z powodu silnego bólu prawego kolana. Robiła sobie okłady, smarowała kolano różnymi maściami,  jeździła do włoskich uzdrowisk, by moczyć je w leczniczych wodach. Na próżno. Lekarze stwierdzili, że przyczyną bólu jest reumatyczne lub artretyczne zapalenie błony maziowej. Długotrwałe zapalenie może pociągać  za sobą zwyrodnienie całego stawu. I tak było najprawdopodobniej w tym przypadku. Maria borykała się bowiem z tym problemem przez 19 lat, aż lekarze orzekli, że zapalnie nie jest reumatyczne, ale pourazowe (a może powodem był – jak pisał postulator ojciec Germano Ruoppolo – wysięk gruźliczy). Tak czy inaczej orzekli, że schorzenie było w zasadzie nieuleczalne, a jeśli już udałoby się je uleczyć, to po bardzo długiej kuracji. Lekarz z Pistoi  – gdzie w 1907 roku Maria przebywała u krewnych – radził poddać się operacji.

    Chora zwróciła się wtedy o pomoc do Służebnicy Bożej Gemmy Galgani. „Czy ta nowa służebnica Boża nie mogłaby wyjednać mi cudu?” – pytała samą siebie. Prośbę o zdrowie zawarła w odmawianej do niej nowennie. Wystarała się też o relikwię, którą przykładała do chorego miejsca. Dziewiątego dnia kobieta poczuła, że z kolanem jest już dobrze, a ona bez problemu może wchodzić po schodach i z nich schodzić. Wymodlone, niezwykłe i natychmiastowe wyleczenie, które wydarzyło się w 1909 roku, potwierdziło dwóch lekarzy osobiście zajmujących się leczeniem chorej, jak również trzech innych, którzy badali ten przypadek z ramienia Świętej Kongregacji.

    Problemy z nogami – ale innej natury – miał także 75-letni ksiądz Ufyxes (Ulises) Fabrizi. Kapłan miał problemy z żylakami. Doszło do tego, że w chorych miejscach schodziła mu skóra, powstały owrzodzenia, które były oporne na podejmowane leczenie. Z czasem było coraz gorzej, rana zaczęła się zaogniać, bardzo boleć i zaczęto mieć obawy, że schorzenie – spore owrzodzenie żylaków o wymiarach dwanaście na siedem centymetrów, umiejscowione na prawej piszczeli – może zagrozić życiu kapłana. Skierowano go do Rzymu, gdzie miały zostać  podjąć bardziej radykalne środki. Ksiądz był tym zaniepokojony. Po południu 26 listopada  1919 roku rana nadal wyglądała bardzo źle, coraz gorsze były także rokowania co do możliwości jej wyleczenia. „Moja Gemmo, ulecz tę ranę; przed śmiercią chciałbym zobaczyć cię na ołtarzach, a potem umrę szczęśliwy” – wyszeptał zatrwożony kapłan. Noc minęła mu spokojnie, jak nigdy dotąd, a rano następnego dnia zauważono, że rana zniknęła. Miejsce, w którym się wcześniej znajdowała, pokryte było nieuszkodzoną cienką skórą, a jedynym po niej śladem było lekkie zaczerwienienie. Ksiądz Fabrizi był pewien, że stało się tak za sprawą Gemmy, odmówił dziękczynne Te Deum i poszedł odprawić mszę świętą, Medyczni eksperci jednogłośnie  orzekli później, że to był cud.

    Dzięki uznaniu tych dwóch uzdrowień za cuda, jeszcze w tym samym roku Gemma Galgani została uznana za błogosławioną. Na wpisanie w poczet świętych nie czekała zbyt długo.

    Uzdrowiona z wilka

    Dwa konieczne do kanonizacji cuda zatwierdzone zostały w 1939 roku. Wydarzyły się one w tej samej miejscowości – w kalabryjskim Lappano (diecezja Cosenza), a dostąpiły ich  dwie osoby o tym samym nazwisku. Co ciekawe, ludzie ci nie byli ze sobą spokrewnieni.

    Wilk – tak właśnie tłumaczy się łaciński  termin lupus vulgaris – chorobę, na którą  we wrześniu 1932 roku zapadła Elisa Scarpelli. Schorzenie to – znane już od średniowiecza – wiązano z gruźlicą i określano również mianem gruźlicy skóry lub gruźlicy toczniowej skóry  (dziś lupusem, a konkretnie systemic lupus erythematosus, SLE, określa się najczęściej nie mający podłoża gruźliczego i atakujący nie tylko skórę toczeń rumieniowaty układowy). Cierpiący na wilka chorzy mieli ciężkie, niegojące się, wrzodziejące zmiany skórne. Takie zmiany – guzy, owrzodzenia i przetoki – dziesięcioletnia Elisa miała na twarzy i szyi. Od lewego policzka rozciągały się one aż do szyi, obejmując jej górną część. Liczni lekarze dwoili się i troili, żeby pomóc zeszpeconej przez chorobę dziewczynce, ale nic nie wskórali. Na nic się zdało stosowanie łagodząco-ściągających okładów, maści;  nie powiodła się także chirurgiczna próba zlikwidowania wrzodów.

    Wszystko to – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zmieniło się  14 maja 1933 roku – w dniu, kiedy Gemma została błogosławioną. Rano zmiany wciąż były obecne, ale około godziny 11.00 Elisa zdjęła bandaże i przyłożyła do twarzy wizerunek Gemmy. „Gemmo, spójrz na mnie i ulituj się nade mną. Wylecz mnie, proszę” – powiedziała zdesperowana, ale równocześnie pełna wiary i nadziei. Mówią, że wiara góry przenosi. W tym przypadku stało się coś równie spektakularnego – w jednej chwili rany się zagoiły, guzy i owrzodzenia zniknęły. Elisa dotknęła twarzy, spojrzała do lustra i aż krzyknęła z wrażenia. Zaniepokojona jej krzykiem, przybiegła matka. Oniemiała! To było coś niewiarygodnego! A jednak to była prawda. Cudowne, natychmiastowe uzdrowienie z choroby, z którą nie poradzili sobie lekarze, przypisano samemu Bogu, który dokonał tego za wstawiennictwem nowej błogosławionej.

    Wyleczy także ciebie!

    Uzdrowienie, jakiego doznała Eliza, wywarło wielkie wrażenie na mieszkańcach Lappano i okolic. „Ojcze, poprośmy o pomoc bł. Gemmę. Wyleczyła naszą sąsiadkę Elisę, dlaczego miałaby nie wyleczyć także ciebie?” – tymi właśnie słowami – dwa lata później – do swojego ojca Natale Scarpellego zwróciła się jego pobożna jedyna córka Maria. Obydwie rodziny Scarpellich, choć nosiły to samo nazwisko, nie były ze sobą spokrewnione.

    Natale Scarpelli był rolnikiem i już od 1918 roku miał problemy zdrowotne. Podobnie jak cudownie uzdrowionemu księdzu Fabriziemu, doskwierały mu żylaki w nogach. W końcu zoperowano je z sukcesem i rolnikowi nie sprawiały już większych problemów. Sytuacja uległa zmianie 3 kwietnia 1935 roku, kiedy w wypadku zranił się w lewą nogę. Noga pokryła się sinymi, bolesnymi, ropiejącymi ranami i wrzodami. Nie mogąc wytrzymać z powodu bólu, który z dnia na dzień narastał, 18 maja  1935 roku rolnik udał się do lekarza. Lekarz zaordynował przyjmowanie lekarstw,  które – niestety – nie pomogły. Mało tego,  rana i owrzodzenie zaczęły się rozprzestrzeniać (w efekcie zajęły powierzchnię około  9 centymetrów kwadratowych).

    Rodzina znalazła się w bardzo trudnej sytuacji, bo Natale – jedyny ich żywiciel – nie mogąc chodzić i pracować, zaległ w łóżku. To właśnie wtedy Maria Scarpelli uznała, że najwyższy czas poprosić o pomoc bł. Gemmę. Scarpelli postarali się o jej relikwię i zaczęli modlić się za jej wstawiennictwem o uzdrowienie chorego. W trakcie tych modłów Maria 30 maja wzięła relikwię do ręki i uczyniła nią znak krzyża nad zabandażowanymi owrzodzeniami. Jej ojciec poczuł wtedy zmęczenie i zapadł w sen. Następnego dnia rano okazało się, że noga mężczyzny jest już zdrowa. Ból ustał, a po zdjęciu suchych – niepokrytych ropą ani krwią – bandaży, na miejscu rozległych owrzodzeń była nowa, różowawa skóra. Co ciekawe – nogi mężczyzny nadal pokrywała sieć żylaków, ale nie przysparzały mu już one dotkliwszych cierpień. Jak się można było spodziewać, rozradowany rolnik natychmiast wstał z łóżka. Od tej pory mógł już normalnie chodzić i wrócić do pracy.

    Kanonizacji Gemmy dokonał Pius XII 2 maja 1940 roku.

    Nawrócił się  i oddał Bogu duszę

    Wśród cudów i łask, jakie doznawane są za przyczyną Świętej Gemmy, znajdujemy także przemiany duchowe. Święta jest bowiem niezwykle skuteczną specjalistką w doprowadzaniu do Boga zatwardziałych grzeszników. Choć często są to cuda większe niż uzdrowienia, jako naukowo niemierzalne nie są brane pod uwagę podczas procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych.

    Oto jeden ze szczególnych przypadków nawrócenia, który wywarł wielkie wrażenie na samym papieżu – Świętym Piusie X. Opisała go w wydanej jeszcze przed wybuchem II wojny światowej w książce Św. Gemma Galgani. Kwiat Męki Pańskiej siostra Gesualda. Oto jej opis: „W roku 1907, w szpitalu w Lucca, znajdował się chory, który nie tylko był wielkim grzesznikiem, lecz człowiekiem zupełnie pozbawionym wiary i usposobionym wrogo do religii.

    Siostry szpitalne i ojcowie kapucyni próbowali wszelkich sposobów, aby poruszyć jego serce,  ale na próżno; wreszcie, aby uniknąć zgorszenia, zaprzestali dalszych usiłowań. Nie mogli jednak pogodzić się z myślą, że ta dusza miałaby być zgubioną. Jednemu z nich przyszło na myśl wezwać proboszcza do chorego. Był to bardzo zacny kapłan, ksiądz Benassini. Świadkowie  brutalnego zachowania się chorego wobec sióstr i kapucynów radzili kapłanowi,  by się nie narażał; on jednak nie cofnął się  i śmiało przemówił. To jeszcze bardziej rozjątrzyło chorego.

    – Ja tam nigdy nie wierzyłem w te bajdy i pogróżki – rzekł ze złością – a o tym waszym Chrystusie nie wiem, kto to taki! Co za gadanie o jakiejś tam duszy, o niebie, o piekle! Proszę mi dać spokój i niech mnie tu nikt więcej nie nudzi tymi śmiesznymi gadaniami!

    To mówiąc, chciał plunąć w twarz kapłanowi, który usunął się zasmucony. Gdy powrócił do domu, wzrok jego padł na Żywot Gemmy, którego czytanie niedawno rozpoczął. Ten widok ożywił na nowo jego nadzieję; ukląkł i ze łzami w oczach wzywał pomocy Służebnicy Bożej.

    Potem wezwał swego kapelana i polecił mu udać się do szpitala z pewną kobietą, znajomą chorego. Działo się to około godziny 23.00 wieczorem; (o tej porze dostanie się do szpitala jest bardzo utrudnione; uzyskali jednak pozwolenie).Kobieta weszła, ksiądz zaś został przed szpitalem. Ksiądz Benassini zaś w swoim domu modlił się gorąco przez cały czas.

    To, co teraz nastąpiło, było dziełem jednej chwili. Gdy tylko grzesznik ujrzał swoją znajomą, począł prosić, aby mu przyprowadziła księdza. Wyspowiadał się z najgłębszą skruchą; z oczu kapłana płynęły łzy wzruszenia, gdy podniósł rękę, by skruszonego rozgrzeszyć i oddać Jezusowi. Następnie pospieszył po wiatyk i oleje święte. Gdy chory przyjął te dwa sakramenty, rozpoczęła się agonia i około 4.00 nad ranem nawrócony grzesznik oddał Bogu swą duszę”1.

    Warto nadmienić, że wielu chorych nawróciło się po tym, jak pod ich poduszką umieszczono wizerunek Święty Gemmy.

    (tekst pochodzi z albumu „Cuda Wielkich Świętych”, Henryk Bejda)

    1  S. Gesualda, Święta Gemma Galgani. Kwiat Męki Pańskiej, Wyd. Zgromadzenie Świętego Pawła; Rzym – Częstochowa – Paryż 1938, s. 181–182.

    PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________

    Święta Miss – Gemma Galgani

     wikipedia.org

    Na Papieskim Instytucie “Teresianum” w Rzymie studenci przeprowadzili niedawno głosowanie i wybrali najpiękniejszą spośród świętych niewiast. Została nią 25-letnia włoska dziewczyna – św. Gemma Galgani (zm. w 1903 r.)
    Gemma w tłumaczeniu na język polski oznacza klejnot. I rzeczywiście, w gronie świętych jaśnieje ona jak drogocenny klejnot. Obdarzona niezwykłą inteligencją, już w pierwszych latach nauki w szkole otrzymywała odznaczenia jako najzdolniejsza uczennica. Świetnie zdawała wszystkie egzaminy, ale najdoskonalej zdała ten najtrudniejszy – egzamin z życia. Życie to było ciężkie, bardzo ciężkie. Nazwano ją “córką boleści”. Wcześnie osierociła ją matka, a gdy zmarł ojciec, tak przeżyła jego odejście, że z bólu zemdlała. Potem przyszły choroby: gruźlica, próchnica kości, skrzywienie kręgosłupa, zapalenie ucha, paraliż i całkowita głuchota. Bolesne operacje czyszczenia kości znosiła bez znieczulenia z heroiczną cierpliwością, wpatrując się w stojący przy niej wizerunek Jezusa Ukrzyżowanego.
    Gemma nie uciekała przed cierpieniem, a przez otrzymanie stygmatów upodobniła się do Chrystusa Ukrzyżowanego. Stało się to 8 czerwca 1899 r. Na polecenie kierownika duszy – o. Germana, pasjonisty, opisała to zdarzenie: “Był wieczór. Ogarnął mnie ogromny żal za grzechy, jak nigdy dotąd uświadomiłam sobie równocześnie wszystkie cierpienia, jakie Pan Jezus poniósł dla mego zbawienia. I oto znalazłam się w obecności mej Najświętszej Matki. Po Jej prawej ręce stał mój Anioł Stróż. Kochająca Matka poleciła mi wzbudzić żal serdeczny za grzechy, a gdy to uczyniłam, zwróciła się do mnie: «Córko, w imię Jezusa zapewniam cię, że grzechy masz odpuszczone. Mój Syn Jezus bardzo cię umiłował i pragnie obdarzyć cię szczególną łaską. Czy zechcesz okazać się jej godną? Ja będę ci Matką, a ty czy okażesz się prawdziwą moją córką?». Następnie rozchyliła swój płaszcz i mnie okryła. W tej chwili ukazał mi się Pan Jezus. Wszystkie Jego Rany były otwarte, lecz zamiast krwi wydobywały się z nich płomienie, które natychmiast dotknęły mych dłoni, stóp i serca. Miałam wrażenie, że z bólu umieram, i gdyby Matka Boża nie podtrzymywała mnie, byłabym upadła na ziemię. Gdy przyszłam do siebie, stwierdziłam, że klęczałam na podłodze. W rękach, w stopach i w sercu wciąż odczuwałam przejmujący ból, a miejsca, w których odczuwałam ból, silnie krwawiły. Okryłam je jak mogłam i przy pomocy Anioła Stróża dowlokłam się do łóżka. Boleści ustały dopiero w piątek o godzinie trzeciej po południu”. Odtąd stygmaty odnawiały się u Gemmy w każdy piątek.
    Gdy Jezus dopuszcza kogoś do szczególnego udziału w swoich cierpieniach, czyni to nie tylko na użytek tej jednej osoby, lecz dla dobra wielu dusz. Serce Gemmy było pełne litości dla biednych grzeszników. Oto dla ilustracji jeden fakt. Kiedy o. German po raz pierwszy odwiedził dom, w którym mieszkała Gemma, był świadkiem niezwykłego zdarzenia, które zostało opublikowane.
    W pewnym momencie Gemma oddaliła się od stołu, przy którym znajdowała się wraz z rodziną i o. Germanem. Domownicy domyślili się, że stanie się coś niezwykłego, więc wraz z kapłanem dyskretnie zbliżyli się do otwartych drzwi i byli świadkami istnej walki, jaką Święta toczyła z Jezusem o zbawienie pewnego grzesznika. Zwrócona ku miejscu, w którym ukazał się jej Zbawiciel, mówiła spokojnym, lecz stanowczym głosem: “Jezu, skoro tu jesteś, ponownie błagam Cię o nawrócenie mojego grzesznika” (tu wymieniła jego nazwisko). Jezus zdawał się odrzucać jej prośbę, ale nie ustępowała: “Zbaw go, o Jezu! Nie mów, że tego nie uczynisz, przecież jesteś samym Miłosierdziem, za niego przelałeś Swoją Krew tak samo jak za mnie! On się poprawi i nie będzie już grzeszył. Za niego ja siebie ofiaruję”. W tym momencie Zbawiciel począł wyliczać jego bardzo ciężkie grzechy. Westchnęło biedne dziewczę przejęte grozą i zdawało się, że już traci nadzieję. Nagle olśniła ją nowa myśl i zawołała: “Jezu, Twoja Matka wstawia się za nim, czy możesz Jej odmówić?”. Chrystus natychmiast ustąpił i Gemma w uniesieniu radości zawołała: “O Jezu, uratowałeś go! Będzie zbawiony!”.
    Po tym wydarzeniu Gemma powróciła do zwykłego stanu. Wśród domowników będących pod wrażeniem tego, co się zdarzyło, zapanowało chwilowe milczenie. Później o. German zaczął przygotowywać się do wyjazdu. Wtem niespodzianie otworzyły się drzwi i wszedł ten, o którego zbawienie walczyła Gemma z Jezusem. Padł na kolana przed kapłanem i ze łzami błagał o wysłuchanie spowiedzi. Kapłan znał jego grzechy, więc pomógł mu, przypominając zapomniane. Pojednany z Bogiem grzesznik wyraził zgodę na ujawnienie tego zdarzenia.
    W 1902 r., wkrótce po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, Gemma ciężko zachorowała. Bardzo cierpiała, wychudła. Zawiadomiono o. Germana, który przybył i udzielił jej sakramentów świętych. Cierpienia trwały do kwietnia 1903 r. W Wielką Środę przyjęła Wiatyk, a w Wielką Sobotę – kiedy dzwony zaczęły obwieszczać tryumf Chrystusa Zmartwychwstałego – Gemma kończyła życie. Zwróciła się do Maryi ze słowami: “Mamo moja, Tobie powierzam moją duszę. Powiedz Jezusowi, aby mi okazał miłosierdzie”. Ucałowała krzyżyk, położyła go na sercu i już go nie wypuściła z rąk. Tak połączyła się z Chrystusem. Umarła z uśmiechem, który pozostał na jej pięknej twarzy.
    Za życia Gemma pragnęła wstąpić do Zgromadzenia Sióstr Pasjonistek, ale nie została przyjęta. Siostry przyjęły ją po śmierci. Spoczywa w ich kościele pod wielkim ołtarzem, a pasjoniści zajęli się jej procesem kanonizacyjnym. Pius XI w 1933 r. ogłosił ją błogosławioną, a Pius XII w 1940 r. kanonizował tę dziewczynę, uznaną za najpiękniejszą spośród świętych niewiast.
    Św. Gemma Galgani – stygmatyczka XX wieku – należy do najbardziej czczonych świętych. Jej życiorys przetłumaczono na wszystkie główne języki. W języku polskim jej biografia ukazała się jeszcze przed beatyfikacją – w 1925 r. pt. Córka Boleści, następnie, w 1934 r., wydana została książka pt. Dziewica z Lukki – bł. Gemma Galgani, w 1938 r. ukazała się pozycja pt. Św. Gemma Galgani. Kwiat Męki Pańskiej i w 1988 r. – książka pt. Święta Gemma Galgani. Krótki życiorys Świętej zamieszczono też w Echu Ojca Bernarda (nr 25/2001), które można zamówić pod adresem: Ojcowie Pasjoniści, Sadowie-Golgota, 63-400 Ostrów Wlkp.

    o. Dominik Buszta CP/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________

    Pamiętniki św. Gemmy Galgani. Mistyczka opisuje spotkania z Jezusem, Maryją i „nieprzyjacielem”

    ŚWIĘTA GEMMA GALGANI

    EAST NEWS

    *****

    Zapiski włoskiej stygmatyczki zawarte w „Autobiografii” i „Dzienniku” to pasjonująca lektura duchowa. Święta opisuje tam na przykład, jak przeżywała tzw. „mistyczne porwanie serca”.

    „Autobiografia” i „Dziennik” św. Gemmy Galgani to opisy jej życia i zachęta do przeżywania codzienności w komunii z Bogiem. Działanie zgodne z nauką Jezusa jest trudne i wymaga wyrzeczeń. Nie jest jednak niemożliwe. Jak czytamy w przedmowie do jej dzieła: „Tylko przez krzyż można dojść do światła”.

    Spisane świadectwo św. Gemmy Galgani

    Św. Gemma Galgani budzi współcześnie coraz większe zainteresowanie. Wiele napisano już o jej życiu. Świętą poznajemy z szerszej perspektywy jej zapisków. Pokazują one, jak silna więź łączyła ją z Jezusem i w jak piękny sposób ją wyrażała.

    Książkę rozpoczyna „Autobiografia”. Spisana jest w formie listu, spowiedzi generalnej. Zainspirowała ją do tego rozmowa z jej kierownikiem duchowym – ojcem Germano Ruopollo z Rzymu. „Autobiografia” powstała później niż „Dziennik” (inicjatywa bp. Volpiego, biskupa pomocniczego Lukki, u którego Gemma odbyła pierwszą spowiedź).

    Dzięki tym tekstom możemy ją bliżej poznać i zobaczyć jej postawę wobec Jezusa, Maryi, ale i drugiego człowieka. Widać w nich niezwykłą pokorę i ufność. Gemma wspomina m.in. swoją mamę, przyjęcie Pierwszej Komunii Świętej, sakramentu bierzmowania, poszukiwanie swojego powołania i rozpoczęcie nowego życia, które powierzyła Jezusowi i Jego świętej woli.

    W oryginale pewne części zapisków miały być podobno okopcone i nadpalone przez demona.

    Łaska stygmatów

    Z woli Jezusa Ukrzyżowanego Gemma Galgani 8 czerwca 1899 roku otrzymała stygmaty. Każde cierpienie przyjmowała z wdzięcznością i dziękowała za nie: ból nogi, operacje itp. Trzymała wówczas w ręku krzyż.

    Gdy w czerwcu 1899 roku uczestniczyła w misjach odbywających się w katedrze lukkijskiej, ukazywał się jej sługa Boży Gabriel od Matki Bożej Bolesnej. Był odziany w strój zakonny: czarny habit, skórzany pas, na którym wisiał różaniec oraz symbol pasjonistów – serce, z którego wychodzi krzyż, a w sercu napis: Jesu Christi Passio (Męka Jezusa Chrystusa).

    Spotkania z Jezusem i cierpienie Gemmy

    Święta miała dar widzenia Jezusa Ukrzyżowanego, mogła ujrzeć Jego oblicze pokryte krwią. Wówczas pragnęła więcej cierpieć, by zadośćuczynić męce Zbawiciela.

    Jezus był dla niej powiernikiem, mistrzem. Utwierdzał ją w jej postawie: „Naucz się najpierw cierpieć. Cierpienie uczy kochać” – uspokajał ją.

    Cierpienia jej nie opuszczały: śmierć mamy, śmierć ojca, choroby, utrata dóbr materialnych. W 1901 roku otrzymała kolejne stygmaty: korony cierniowej i biczowania. Na jej ciele widać było pręgi identyczne jak u Jezusa. Świadkowie potwierdzali, że nie były to złudzenia.

    Cierpienia nasilały się w piątek, wówczas czuła w głowie ciernie. Pisze: „Ciernie wbijają się w mózg, a kropelki krwi spływają na czoło”. Na każdy czwartek, gdy rozpoczynały się stygmaty męki, Gemma starannie się przygotowywała. Były to spotkania z Oblubieńcem. W „Dzienniku”liczącym 104 stronyczęsto pojawia się graficzny znak krzyża, zazwyczaj na początku zapisków lub na ich końcu.

    Ataki szatana

    Podczas modlitwy wielokrotnie nawiedzał ją „nieprzyjaciel”. W taki sposób określany jest diabeł. Przyjmował postaci karła, potwora, czarnego psa, a nawet anioła stróża. Św. Gemma opisuje, że zadawał jej dotkliwe ciosy w plecy i bił.

    Wtedy też Gemma wzywała pomocy swojego anioła stróża. Diabeł powalał ją na ziemię: „Bardzo mnie poturbował. Tak mocno wykręcił mi ramię, że runęłam na ziemię z wielkiego bólu, wyrwał mi wtedy kość ze stawu, ale zaraz wróciła na swoje miejsce, bo Jezus dotknął jej i wszystko naprawił” („Dziennik”, 22.07.1900 r.).

    Szatan próbował ją wpędzić w stan rozpaczy i opuszczenia przez Boga.

    Spotkania z Maryją i duszami czyścowymi

    Soboty to był czas na spotkania z Matką Bożą Bolesną. Gemma nazywa ją ciepło i serdecznie „mamą”. Święta znosiła także cierpienia za dusze w czyśćcu. Namawiał ją do tego także jej anioł stróż: „Każde, nawet najmniejsze cierpienie jest dla nich pociechą”.

    Opisuje, że przeżywała także tzw. „mistyczne porwanie serca”. Jezus je wyjmował z piersi, po czym po spowiedzi powracało na swoje miejsce.

    Papież Benedykt XIV określił tę wymianę serca największą próbą miłości. I taką, pełną miłości młodą kobietą była św. Gemma Galgani. Rozważając Mękę Jezusa, robiła to z radością w sercu. Czułość i Boża obecność w jej życiu są namacalne, szczególnie zaś widać to po lekturze „Autobiografii” i „Dziennika”.

    Św. Gemma Galgani, „Autobiografia. Dziennik”. Warszawa 2017

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 kwietnia

    Święty Juliusz I, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Zenon z Werony, biskup
    ***
    Święty Juliusz I

    Juliusz pochodził z Rzymu, był synem Rustyka (Rustykusa). Wstąpił na tron Piotrowy 6 lutego 337 r. po czterech miesiącach sediswakancji (poprzedni papież, św. Marek, zmarł 7 października 336 r.). Podczas jego pontyfikatu zmarł cesarz Konstantyn I Wielki, co zakończyło jedność cesarstwa i jedność polityki wobec papieża. Nastąpił podział cesarstwa i podział Kościoła na wschodni i zachodni. Kościół zachodni popierał nicejskie wyznanie wiary, a Kościół wschodni – wyznanie ariańskie. Między innymi na tym tle doszło do zatargu między biskupami. Juliusz I wystosował wówczas list do biskupów Wschodu, w którym przypomniał o autorytecie i prymacie stolicy rzymskiej, do której należało się zwracać o rozstrzygnięcie sporów. W ten sposób pragnął załagodzić narastające konflikty.
    W 343 r. zwołał synod ekumeniczny w Sadyce (dzisiejsza Sofia). Synod ten ogłosił szereg praw odnoszących się do zwierzchniej władzy biskupa rzymskiego i stworzył możliwość złożonemu z urzędu biskupowi odwołania się do biskupa rzymskiego, który miał potwierdzić wyrok lub zarządzić nowe dochodzenie. W przypadku ponownego odwołania się pokrzywdzonego biskupa zagwarantowano papieżowi głos ostateczny. Juliuszowi I przypisuje się także wydanie dekretów o archiwum i kancelarii w Kościele rzymskim, na wzór ówczesnego cesarstwa, co zapoczątkowało Archiwum Watykańskie. Po raz pierwszy za pontyfikatu Juliusza I wspomina się o urzędzie primicerius notariorum, czyli starszego notariusza Kościoła.
    Papież Juliusz I zbudował dwa kościoły: bazylikę Dwunastu Apostołów (jeden z kościołów stacyjnych Rzymu) i bazylikę Santa Maria in Trastevere (Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu – kościół tytularny trzech polskich kardynałów: w XVI w. Stanisława Hozjusza, który jest w nim pochowany, a w czasach współczesnych Stefana Wyszyńskiego i Józefa Glempa), jak również salę przyjęć w pałacu laterańskim. Zmarł w Rzymie 12 kwietnia 352 r. i został pochowany na cmentarzu Kalepodiusza przy Via Aurelia. W 790 roku papież Hadrian I przeniósł doczesne szczątki św. Juliusza I, razem z relikwiami św. Kaliksta I, do bazyliki Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu.
    W ikonografii św. Juliusz I jest ukazywany z kościołem lub rulonem pergaminu w dłoni. Jego atrybutami są: paliusz, mitra, katedra, zwój, księga.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 kwietnia

    Święty Marcin I, papież i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Hermenegild, królewicz i męczennik
    ***
    Święty Marcin I
    Marcin pochodził z włoskiego miasta Todi (w Umbrii). Był synem kapłana Fabrycjusza. Od młodości przebywał w Rzymie i należał do jego hierarchii duchownej. Wyświęcony na diakona, pełnił przez pewien czas funkcję apokryzariusza, czyli jakby nuncjusza papieskiego na dworze cesarza wschodnio-rzymskiego w Konstantynopolu. Po śmierci Teodora I w 649 r. został wybrany papieżem i konsekrowany bez zatwierdzenia cesarza. Otrzymał wówczas święcenia kapłańskie i sakrę biskupią. Konstanty II, dotknięty takim obrotem spraw, odmówił uznania Marcina I za prawowitego papieża.
    Marcin I pragnął wyraźnie określić stanowisko Kościoła rzymskiego wobec monoteletów, którzy utrzymywali, że Pan Jezus posiadał tylko jedną wolę – Bożą, a nie miał woli ludzkiej. Zwołał więc – znów bez pytania cesarza – synod w kościele Zbawiciela na Lateranie, w którym wzięło udział 105 biskupów łacińskich i 30 wschodnich z terenów, które zajęli Arabowie. W 20 anatemach potępiono tam uroczyście błędy monoteletów. Wydano równocześnie pismo wyjaśniające, jaka jest prawdziwa nauka katolicka. Dokumenty synodu zostały rozesłane do wszystkich biskupów i całego duchowieństwa chrześcijańskiego, a także do cesarza Konstantyna II.
    Cesarz poczytał to jako osobisty atak papieża na jego autorytet i zareagował bardzo gwałtownie. W 650 r. wysłał swojego przedstawiciela, Olimpiusza, egzarchę Rawenny, do Rzymu, by aresztował papieża, a biskupów zmusił do odwołania dekretów synodu. Olimpiusz widząc jednak poparcie, jakim cieszył się papież, zbuntował się przeciw cesarzowi i ratował się ucieczką na Sycylię. Podanie głosi, że gdy Olimpiusz zamierzał w czasie Mszy świętej osobiście dokonać na św. Marcinie porwania, nagle oślepł. Konstantyn II wysłał wówczas z wojskiem drugiego apokryzariusza w osobie Teodora Kalliopy. Aresztował on papieża Marcina 17 czerwca 653 r. i w bardzo ciężkiej i upokarzającej podróży zawiódł go na Naksos, gdzie chory papież spędził w nędzy cały rok. Następnie Marcin został wywieziony do Konstantynopola, gdzie stanął przed sądem senatu. Został oskarżony nie o obronę ortodoksyjności i potępienie Typos (edykt Konstansa II zakazujący dyskusji na temat liczby woli Chrystusa), ale o podżeganie do buntu egzarchy Olimpiusza, wzniecenie rozruchów i bezprawne ogłoszenie się papieżem.
    Sąd cesarski skazał papieża na “degradację” ze wszystkich święceń duchownych i funkcji. Skazany na śmierć, został publicznie odarty z szat pontyfikalnych, zakuty w kajdany i poprowadzony przez miasto na miejsce kaźni. Za wstawiennictwem patriarchy Konstantynopola Pawła II karę śmierci zamieniono Marcinowi na dożywotnie zesłanie do Chersonezu na Krym. Zdołał on stamtąd napisać list, w którym skarży się, że nie ma nawet kawałka chleba, ale modli się, by na Stolicy Apostolskiej nie znalazł się heretyk-monoteleta, narzucony przez cesarza. Z powodu nieludzkich warunków papież zmarł z biedy i udręczenia 13 kwietnia 655 r. Pochowano go w miejscowym kościele pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny. Jego grób stał się nawet celem pielgrzymek. Marcin I był ostatnim, którego Kościół wpisał do katalogu świętych papieży i męczenników.
    W ikonografii św. Marcin ukazywany jest w papieskim stroju pontyfikalnym z księgą w dłoni.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 kwietnia

    Święta Ludwina, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Walerian, męczennik
    ***
    Święta Ludwina

    Ludwina (Ludmiła) urodziła się w Holandii w miasteczku Schiedam koło Rotterdamu 18 marca 1380 roku. Jej rodzice, Piotr i Petronela, pochodzili ze zubożałej szlachty. Ludwina była dziewiątym dzieckiem. Należała do najurodziwszych dziewcząt miasta. O jej rękę ubiegało się wielu. Chrystus chciał ją jednak mieć wyłącznie dla siebie. Kiedy dziecko miało zaledwie 7 lat, złożyło ślub dozgonnej czystości. Kiedy miała 15 lat, w czasie zabawy na lodzie, upadła tak nieszczęśliwie, że uszkodziła sobie kość pacierzową. To był początek jej Golgoty, trwającej długich 38 lat. Przez tak długi czas Ludwina nie opuszczała łóżka, a życie jej było jednym, powolnym konaniem. Od leżenia powstały bolesne odleżyny. Ciało pokryło się jedną raną. Gnijąca i cuchnąca flegma, wydobywająca się z ran, odstraszyła od chorej nawet najodważniejszych. Lekarze nie mogli rozeznać się w chorobie. Stosowali eksperymentalne zabiegi, które nie tylko nie pomagały i nie przynosiły żadnej ulgi, ale wręcz przeciwnie – zaostrzały sytuację.
    Początkowo nieszczęśliwa Ludwina usiłowała jeszcze chodzić, czołgając się na rękach i kolanach po ziemi. Potem i na to zabrakło sił. Paraliż tak ją obezwładnił, że poruszała tylko głową i lewą ręką. Zgangrenowane wnętrzności wydawały ustami, uszami i nosem cuchnącą ropę z krwią. W ranach zalęgło się robactwo. Na domiar złego nie było komu koło chorej chodzić, a przecież potrzebowała stałej opieki. Najęto wreszcie do posługi kobietę, która nie tylko nie była pomocą dla Ludwiny, ale często lżyła ją, pluła na jej twarz, a nawet posuwała się do rękoczynów.
    To morze cierpienia fizycznego i duchowego początkowo doprowadzało Ludwinę do rozpaczy. Buntowała się, narzekała na swój los, pragnęła śmierci jako wybawienia. Dopiero gdy pewnego dnia odwiedził ją spowiednik i przypomniał mękę i śmierć Pana Jezusa, otworzył jej oczy na wartość i sens cierpienia. Odtąd cicho i bohatersko zaczęła znosić swój los. W swoim cierpieniu jednoczyła się z męką Pana Jezusa tak, że powoli nawet pokochała swoje cierpienia. Uznała w nich szczególny rodzaj swojego apostolstwa. Już nie błagała ani o zdrowie, ani o śmierć, ale by cierpieniem mogła nawrócić jak najwięcej grzeszników, przynieść ulgę duszom w czyśćcu cierpiącym, być ofiarną żertwą dla umęczonego Oblubieńca.
    W tej długiej agonii Bóg nawiedzał ją duchowymi pociechami, wizjami, a nawet ekstazą. W ostatnich latach żyła podobnie jak św. Mikołaj z Flüe – wyłącznie Komunią świętą. Rychło też sława jej świętości obiegła okolicę. Przychodzono do niej tłumnie, polecano się jej modlitwie, proszono o rady. Dary, jakie jej składano, oddawała ubogim. Tomasz a Kempis pisze w jej żywocie, że na wiadomość o pewnej ubogiej wdowie posłała jej przez znajomą osobę 8 franków. Okazało się jednak, że te franki mimo robionych wydatków zawsze pozostawały nieuszczuplone. Dzięki temu wdowa mogła zaopatrzyć swój dom i spłacić wszystkie długi. Na pamiątkę przechowywano ten woreczek, zwany “sakiewką Bożą”. Ludwina miała także dar przepowiadania. Tuż przed śmiercią zjawił się jej Pan Jezus z piękną koroną, w której jednak brakowało kilka klejnotów. Rzekł do niej: “Córko, potrzeba je jeszcze dopełnić”. W kilka dni potem na Ludwinę napadli bandyci, ograbili ją doszczętnie i pobili.
    14 kwietnia 1433 roku, po 53 latach życia, Ludwina przeniosła się do szczęśliwej wieczności. Gdy ubierano ją do trumny, zauważono na jej ciele zamiast koszuli ostrą włosiennicę. Papież Leon XIII w roku 1890 zatwierdził jej kult.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 kwietnia

    Błogosławiony Cezary Bus, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święte Anastazja i Bazylissa, męczennice
    ***
    Błogosławiony Cezary Bus

    Cezary Bus urodził się w Cavaillon, we Francji, w roku 1544. Pochodził z rodziny włoskiej, która przed stu laty osiedliła się we Francji. Jako młodzieniec poszedł w ślady starszego brata, kapitana gwardii króla Karola IX, i wstąpił do wojska. Prowadził życie światowe, jak jego towarzysze.
    Zapadł jednak na ciężką chorobę. To zbliżyło go do Pana Boga. Zaczął myśleć poważniej o życiu i jego celu. Opatrzność pomogła mu w tym również przez prostych, ale szlachetnych i głęboko religijnych ludzi. Należeli do nich: krawiec Ludwik Guyot, który został potem zakrystianem katedry w Cavaillon, oraz cicha, oddana dobroczynności niewiasta, Antonina Reveillade. Ta ostatnia była analfabetką, dlatego prosiła często Busa, by czytał jej żywoty Świętych. W miarę rozczytywania się w nich, Bus odkrywał nowy świat. Reszty dokonał jego spowiednik, jezuita Piotr Peguet.
    Dzięki nim Bus rozpoczął studia teologiczne i został kapłanem. Był to rok 1582. Cezar wtedy miał 42 lata. Gorliwy kapłan przekonał się na sobie, że główną przyczyną obojętności religijnej wśród wielu katolików jest ignorancja religijna, posunięta zbyt często do religijnego analfabetyzmu. Postanowił więc oddać się cały na służbę nauczania prawd wiary zarówno dzieci, jak i młodzieży i starszych. Za zezwoleniem biskupów Aix i Awinionu chodził od wioski do wioski, przemierzał ulice miast, uczył z ambon i podczas długich godzin spowiadania.
    Z czasem przyłączyli się do niego współpracownicy. Założył z nimi nową rodzinę zakonną pod nazwą “Kapłanów Nauki Chrześcijańskiej”. Zwano ich powszechnie doktrynariuszami. Niestety, Cezary przeżył bolesny rozłam w tej nowej rodzinie. Jego towarzysz, Romillon, nie był za składaniem ślubów, chciał, by była to wspólnota bardziej luźna. Przeciągnął na swoją stronę pewną liczbę zwolenników. W ten sposób powstały dwa odłamy: jeden z główną siedzibą w Awinionie (Bus), drugi w Aix (Romillon).
    Powstało równocześnie zgromadzenie sióstr dla nauczania prawd wiary kobiet i dziewcząt. Przybrały nazwę “Sióstr Nauki Chrześcijańskiej”. Instytut istnieje do dziś, liczy kilkadziesiąt sióstr.
    Cezary zmarł 15 kwietnia 1607 roku w wieku 63 lat. W Awinionie jest jego grób. Dnia 27 kwietnia 1975 roku papież Paweł VI ogłosił uroczyście go błogosławionym. W uroczystości wziął udział episkopat francuski, przedstawiciele rządu, przełożeni wyżsi zakonu i dalsi krewni sługi Bożego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 kwietnia

    Święta Maria Bernadetta Soubirous,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Benedykt Józef Labre, wyznawca
    ***



    Maria Bernadetta urodziła się 7 stycznia 1844 r. w Lourdes jako najstarsza z rodzeństwa. Była córką ubogiego młynarza. W dwa dni po urodzeniu otrzymała chrzest. Kiedy miała 11 lat, przyjęła ją do siebie krewna, u której pasała owce. Po trzech latach wróciła do rodzinnego Lourdes, aby przygotować się do I Komunii Świętej. I wtedy – 11 lutego 1858 r. – po raz pierwszy Bernadecie objawiła się Matka Boża nad rzeką Gave, w pobliżu groty Massabielle. Wezwała ją do modlitwy różańcowej oraz do czynów pokutnych w intencji nawrócenia grzeszników. W ciągu pół roku Matka Boża objawiła się Świętej 18 razy. Wizje te dały początek słynnemu sanktuarium w Lourdes. W roku 1862 biskup diecezji Tarbes, Laurence, do której należało Lourdes, ogłosił dekret o prawdziwości objawień.
    W tym samym roku Bernadetta zapadła na obustronne zapalenie płuc. Wyzdrowiała, ale postanowiła wstąpić do zakonu. Chciała się po prostu ukryć, by ujść oczu ciekawych. Dzięki pośrednictwu biskupa z Nevers, Forcade, wstąpiła tamże do sióstr “od miłości i nauczania chrześcijańskiego”. Pożegnała się więc z rodziną i z ukochaną grotą massabielską. Schorowanej, powierzono funkcję infirmerki i zakrystianki. Dopiero 22 września 1878 roku złożyła śluby wieczyste. Zmarła 16 kwietnia 1879 r., mając 35 lat.
    Kościół nie wyniósł Bernadetty na ołtarze ze względu na głośne objawienia Maryi, ale ze względu na osobistą świętość Bernadetty. Wiele cierpiała z powodu astmy. Doświadczały ją bardzo siostry, gdyż znacznie różniła się od nich wykształceniem i prostymi obyczajami. Sławna w świecie – w klasztorze chciała być ostatnia i cieszyła się z wszelkich upokorzeń. Zwykła powtarzać: “O Jezu, daj mi swój krzyż… Skoro nie mogę przelać swojej krwi za grzeszników, chciałabym cierpieć dla ich zbawienia”. Na najwyższą pochwałę zasługuje to, że podczas gdy Lourdes i jej imię było na ustach całego świata, kiedy tysięczne tłumy codziennie nawiedzały to święte miejsce, sama Bernadetta żyła w ukryciu, nie dawała żadnych wywiadów, uważając po prostu, że jej misja się skończyła, a rozpoczęła swoją misję Matka Boża.
    W czasie procesu kanonizacyjnego (1919) stwierdzono, że ciało Bernadetty mimo upływu czasu pozostało nienaruszone. W 1925 roku (rok święty) papież Pius XI ogłosił Marię Bernadettę błogosławioną w obecności ostatniego z jej braci, a w roku 1933 zaliczył ją uroczyście w poczet świętych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    „Głupia prostaczka”, której objawiła się Maryja. Poruszająca historia Bernadety Soubirous

    ŚWIĘTA BERNADETTA SOUBIROUS

    Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń.

    Od pierwszego objawienia w Lourdes w lutym 1858 roku ludzie traktowali małą wizjonerkę jak dzikie zwierzątko. Zresztą, po pewnym czasie Bernadeta sama czuła się zaszczuta. Ciągle ktoś chciał z nią rozmawiać, dyskutować albo przynajmniej na nią popatrzeć.

    Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze

    Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi.

    Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 roku wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata.

    Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię.

    Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu?

    Jednocześnie była w formacji. Jej bezpośrednią przełożoną była siostra ze szlacheckiej rodziny. Nie potrafiła zrozumieć, czemu Maryja objawiła się właśnie takiej „głupiej prostaczce”, a nie komuś z wysokiego rodu lub przynajmniej dobrze wykształconemu. Prawie do końca życia odrzucała prawdziwość tych wizji, a samą wizjonerkę uważała za małą spryciarkę, która chciała zwrócić na siebie uwagę i coś zyskać na twierdzeniu, że widziała Matkę Boga.

    Dlatego wyłapywała jej najmniejsze potknięcia, nie dawała zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowała, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.

    Praca św. Bernadety w szpitalu

    Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.

    Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.

    Modlitwa – najważniejsze zadanie Bernadety

    Jednocześnie wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania w pokoju i z dziękczynieniem cierpienia fizycznego i upokorzeń.

    Jednym z ostatnich była chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.

    Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko.

    Testament Bernadety Soubirous*

    Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuje Ci, Jezu.

    Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuje Ci, Matko.

    Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.

    Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…

    Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie „siostro Mario Bernardo” … dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…

    Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.

    Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: „Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.

    Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: „To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?”.

    Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.

    I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuje Ci, Jezu.

    Elżbieta Wiater/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 kwietnia

    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Baptysta Spagnoli, prezbiter
    ***
    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Katarzyna Tekakwitha, zwana także “Genowefą Nowej Francji”, urodziła się na początku kwietnia 1656 r. w osadzie wiejskiej Osserneon (obecnie Auresville w stanie Nowy Jork), należącej do jednego z najbardziej wojowniczych plemion irokeskich. Tekakwitha jest imieniem, które Katarzyna otrzymała od swojego ludu, gdy się urodziła. W języków Mohawków oznacza ono: “ona porządkuje sprawy” albo “ta, która wszystko czyni w należytym ładzie”. Ojciec Katarzyny był naczelnikiem osady, poganinem. Matka pochodziła z plemienia Algonkinów znad Zatoki św. Wawrzyńca i była chrześcijanką. Została porwana przez Irokezów i uratowana od losu branki przez ojca Tekakwithy, któremu później również urodziła syna. Swe praktyki religijne spełniała potajemnie, ale dzieciom opowiadała o Bogu.
    Gdy Katarzyna miała cztery lata, jej rodzice i brat zachorowali na ospę i zmarli. Po mamie został jej różaniec. Ona co prawda przeżyła tę chorobę, ale pozostały jej blizny na twarzy i poważnie uszkodzony wzrok. Sierotę adoptowała ciotka Karitha i jej mąż Jowanero, który został wodzem Żółwi. W 1666 r. pięć plemion irokeskich zawarło pokój z Francuzami. Mohawkowie do układów nie przystąpili, dlatego dowódca wojsk kolonialnych, hrabia de Tracy, zorganizował przeciw nim ekspedycję karną. Plemię ukryło się w puszczy.
    W roku 1667 misjonarze z zakonu jezuitów – Bruyas, Fremin i Pierron – dotarli do plemienia z misją pokojową. To właśnie dzięki nim Katarzyna zetknęła się po raz pierwszy z chrześcijaństwem i przyjęła jego prawdy z wielkim entuzjazmem. Usiłowano ją wydać za mąż. Dzielnie opierała się tym próbom, a w końcu wyznała, że pragnie przyjąć chrzest.
    Kiedy ukończyła 18 lat, poprosiła o to o. Jacquesa de Lamberville, chociaż żyła wśród ludzi wrogo nastawionych do wiary chrześcijańskiej. Mimo protestów opiekunów, przyjęła chrzest w dniu 5 kwietnia 1667 r., biorąc za patronkę Katarzynę ze Sieny. Odtąd nazywano ją Kateri. Indiańska dziewczyna stała się nieustraszoną chrześcijanką, chociaż była obiektem narastającej pogardy i kpin niechrześcijańskiej ludności ze swojej wioski. Szydzono z jej nawrócenia, odmowy pracy w niedziele i niechęci do zawarcia małżeństwa. Ale to nie osłabiło jej wiary. Pewnego dnia młody wojownik postanowił przestraszyć Katarzynę i nakłonić ją do porzucenia nowej wiary. Ozdobiony barwami wojennymi, podniósł maczugę i zamachnął się, tak jakby chciał ją zabić. Dziewczyna myślała, że wkrótce umrze, ale zamknęła oczy i nie poruszyła się z miejsca. Jej odwaga spowodowała, że młody wojownik opuścił maczugę i odszedł.
    Katarzyna mieszkała w zajeździe swojego wuja tak długo, jak było to bezpieczne. W październiku 1677 r. została zmuszona do ucieczki do Kahnawake (dziś La-Prairie-de-la-Madelaine) nad rzeką św. Wawrzyńca na południe od Montrealu. Mieszkała tam z Anastazją Tegonhatsihonga, chrześcijan
    ką pochodzenia indiańskiego. W 1677 w Boże Narodzenie przyjęła pierwszą Komunię Świętą, a w uroczystość Zwiastowania Pańskiego w 1679 r. złożyła ślub czystości.

    Święta Katarzyna Tekakwitha

    Lubiła strugać drewniane krzyżyki, których wystrugała tysiące, by w ten sposób Jezus stał się bardziej znany wśród Indian. Rozdawała je potem ludziom, wieszała na drzewach, zostawiała przy jeziorach i na polach. Podczas zimowego sezonu łowieckiego, gdy wraz z mieszkańcami wioski znalazła się z dala od niej, zrobiła na drzewie małą, drewnianą kapliczkę z wyrzeźbionym krzyżem i tam spędzała czas na modlitwie, klęcząc na śniegu. Katarzyna kochała różaniec i zawsze nosiła go na szyi. Nazywana była lilią plemienia Mohawków.
    Indianie, Francuzi i misjonarze podziwiali jej wyjątkową pobożność. Zajmowała się uczeniem dzieci modlitwy i religii, opieką nad chorymi i starcami, aż do momentu, gdy sama śmiertelnie zachorowała.
    Zmarła mając zaledwie 24 lata w Kahnawake, 17 kwietnia 1680 r. Była to Wielka Środa. “Jesos konoronkwa”, czyli “Kocham Cię, Jezu” – to były jej ostatnie słowa. Piętnaście minut po jej śmierci – na oczach dwóch jezuitów i tubylców, zgromadzonych w jej pokoju – blizny z jej twarzy zniknęły bez śladu.
    Zaczęto modlić się za jej wstawiennictwem tuż po jej śmierci. W 1884 r. w Kahnawake wybudowano pomnik dla uczczenia jej pamięci. 3 stycznia 1943 roku papież Pius XII ogłosił, że córkę wodza Mohawków można nazywać sługą Bożą. Papież św. Jan Paweł II beatyfikował ją 22 czerwca 1980 roku. Papież Benedykt XVI kanonizował Katarzynę na początku Roku Wiary dnia 21 października 2012 r. w Rzymie.
    Do dziś wielu pielgrzymów odwiedza jej grób w kościele pw. św. Franciszka Ksawerego w Kahnawake (w pobliżu Montrealu w Kanadzie) i oddaje cześć jej relikwiom. Patronuje ekologom, działaczom ochrony środowiska, wygnańcom, ludziom, którzy utracili rodziców, ludziom mieszkającym na obczyźnie i ludziom wyśmiewanym z powodu pobożności. W 2002 r. patronowała także Światowym Dniom Młodzieży odbywającym się w Toronto w Kanadzie.
    W ikonografii jest przedstawiana z lilią w ręku – symbolem czystości, z krzyżem jako wyrazem jej miłości do Chrystusa, i żółwiem, symbolem jej klanu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Katarzyna Tekakwitha. Indianie nazywali ją lilią

    Św. Katarzyna Tekakwitha. Indianie nazywali ją lilią

    Wizerunek św. Katarzyny przed katedrą w Santa Fe./autor / CC-SA 4.0

    ***

    Gdy jeden z wojowników, chcąc nastraszyć chrześcijankę, podniósł na nią dłoń z maczugą, Katarzyna, choć była pewna, że to jej ostatnie chwile, nie ruszyła się z miejsca.

    Żyjemy w czasach podniesionej do granic absurdu poprawności politycznej. Znajomy, który niedawno wrócił z Kanady, opowiadał, że w przestrzeni publicznej nie wolno już używać słowa „Indianin”, ale należy do języka wprowadzać formę „rdzenny mieszkaniec Ameryki”. Czy niebawem z życiorysów świętej, zwanej „lilią plemienia Mohawków”, zniknie określenie Indianka?

    Słowem, które najpiękniej wyraża jej życie, jest prostota. Tak bardzo chciała, by inni Indianie (przepraszam, „rdzenni mieszkańcy Ameryki”) odkryli w Jezusie kogoś najbliższego z najbliższych, że własnoręcznie wykonała tysiące malutkich drewnianych krzyżyków. Jej imię – Tekakwitha ­– w języku Mohawków znaczy: „ta, która porządkuje sprawy” lub „…wszystko czyni w należytym ładzie”. Sami Indianie nazywali ją lilią.

    Katarzyna Tekakwitha przyszła na świat w kwietniu 1656 r. w Osserneon (dziś Aures­ville). Osada należała do jednego z najbardziej wojowniczych plemion irokeskich. Jej ojciec nie był chrześcijaninem, a należąca do Algonkinów (plemię zamieszkujące tereny nad rzeką Ottawą) matka, uprowadzona przez Irokezów, wyznawała wiarę w Jezusa potajemnie. To ona pierwsza opowiedziała córce o Jezusie. Czy Katarzyna to pamiętała? Prawdopodobnie nie, bo jej rodzice zmarli, gdy miała zaledwie cztery latka. O ospie, która zabiła jej najbliższych, przypominały blizny, które pozostały na jej twarzy.

    Gdy w 1666 r. wybuchły walki między Mohawkami a wojskami kolonialnymi, plemię ukryło się w puszczy. Po roku dotarli tu trzej ­jezuici. ­Ojcowie Bruyas, Fremin i Pierron przyszli z misją pokojową, a ich pokorna i odważna postawa oraz opowieść o Zmartwychwstałym do tego stopnia zachwyciły Indiankę, że nie zważając na ostre, nieprzychylne komentarze współplemieńców, postanowiła przyjąć chrzest.

    Uczyniła to 5 kwietnia 1667 r., za patronkę obierając Katarzynę ze skąpanej w słońcu Sieny. Jej decyzję otoczenie przyjęło z nieukrywaną pogardą i odtąd Kateri (tak zaczęto ją nazywać) stała się obiektem kpin. Nie podcięło jej to skrzydeł. Co więcej: choć pod adresem neofitki padały kąśliwe i szydercze słowa, jej wiara wzrastała. Gdy jeden z naznaczonych barwami wojennymi wojowników, chcąc nastraszyć chrześcijankę, podniósł na nią dłoń z maczugą, Kateri, choć była pewna, że to jej ostatnie chwile, nie poruszyła się z miejsca. O jej odwadze zaczęto szeptać w całej osadzie.

    W październiku 1677 r. zmuszono ją do ucieczki do Kahnawake, gdzie zamieszkała z inną chrześcijanką indiańskiego pochodzenia – Anastazją Tegonhatsihonga. Tego roku w Boże Narodzenie przyjęła Pierwszą Komunię Świętą, a w uroczystość Zwiastowania Pańskiego w 1679 r. złożyła ślub czystości. Zmarła 17 kwietnia 1680 roku z szeptem „Jesos konoronkwa” („Jezu, kocham Cię”) na ustach. Była pierwszą Indianką wyniesioną na ołtarze. Beatyfikował ją 22 czerwca 1980 r. Jan Paweł II, a po 32 latach Benedykt XVI ogłosił świętą. Miejsce jej spoczynku jest celem wielu pielgrzymek.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 kwietnia

    Święty Ryszard Pampuri, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria od Wcielenia, zakonnica
      •  Święty Galdin, biskup
    ***
    Święty Ryszard Pampuri

    Hieronim Filip urodził się 2 sierpnia 1897 r. w Trivolzio niedaleko Pawii. Był dziesiątym z jedenaściorga dzieci Angeli Campari i Innocenta Pampuriego. Osierocony jako dziecko, był wychowywany przez krewnych – rodzinę wiejskiego lekarza. W czasie studiów medycznych odbył służbę wojskową w armii włoskiej. Był to okres I wojny światowej. Przerażał go bezsens działań wojennych. Pisał wtedy: “Co za marnowanie ludzkiego życia. Tylu rannych, tylu połamanych…”. Z wielkim poświęceniem pielęgnował rannych. Za tę służbę został odznaczony brązowym medalem odwagi. W okresie pobytu w wojsku poważnie chorował. Po ukończeniu studiów i stażu podjął pracę jako lekarz. Jego jedynym marzeniem było służyć Chrystusowi, pomagając chorym i cierpiącym. Do misjonarki w Egipcie pisał: “Módl się, aby pycha, egoizm lub jakakolwiek zła namiętność nie zdołała mnie powstrzymać przed tym, aby widzieć zawsze w moich chorych cierpiącego Jezusa, Jego pielęgnować i Jego pocieszać. Dopóty ta myśl we mnie żyje, jakże piękna i owocna będzie dla mnie praktyka mojego zawodu”.
    Jeszcze w czasie studiów został tercjarzem franciszkańskim, jednak do I zakonu nie został przyjęty z powodu problemów zdrowotnych. Odmówili mu także jezuici. W stanie świeckim żył radami ewangelicznymi. Aktywnie udzielał się w swojej parafii, opiekując się młodzieżą i organizując rekolekcje. Przez chorych był bardzo ceniony. Wielu pacjentom pomagał też materialnie. Siły czerpał z codziennej Eucharystii i częstej adoracji. W wieku 30 lat, odpowiadając na wewnętrzne przynaglenie, wstąpił do zakonu braci św. Jana Bożego – bonifratrów. Przyjął imię Ryszard, z wdzięczności dla kapłana, którym Pan Bóg posłużył się dla wskazania mu tej drogi, ks. Riccardo Beretty. Mediolańskie gazety odnotowały, że pacjenci żałowali bardzo porzucenia praktyki przez “świętego doktora”, jak go nazywano.
    Ryszard jednak również jako zakonnik kontynuował pełną miłosierdzia i cierpliwości posługę lekarską. W 1930 r., mając zaledwie 33 lata, zmarł na gruźlicę. W roku 1951 w związku z procesem beatyfikacyjnym doczesne szczątki Ryszarda zostały przeniesione do kościoła parafialnego w rodzinnej miejscowości Trivolzio, gdzie spoczywają do dziś. Św. Jan Paweł II beatyfikował go w 1981 r., a kanonizował osiem lat później. Jest patronem lekarzy.
    Pod wezwaniem św. Ryszarda Pampuri jest warszawski klasztor bonifratrów. Imię Świętego nosi też znajdująca się przy klasztorze jadłodajnia dla ubogich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 kwietnia

    Święty Leon IX, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Ekspedyt, męczennik
    ***
    Święty Leon IX

    Bruno, hrabia Egisheim-Dagsburg, urodził się w Egisheim (Alzacja) 21 czerwca 1002 r. Był krewnym cesarza Konrada II i cesarza Henryka III. Miał zaledwie 5 lat, gdy matka oddała go do szkoły i na wychowanie biskupowi z Toul, Bertoldowi. Tu ukończył chlubnie trivium i quadrivium – a więc wszystko, co szkoła katedralna mogła mu dać. W osiemnastym roku życia został mianowany kanonikiem w Saint-Etienne. Taki bowiem był wtedy zwyczaj. W kilka lat potem otrzymał święcenia kapłańskie. Pełnił obowiązki kapelana cesarskiego na dworze Konrada II. Mając 24 lata został biskupem w Toul. Od razu zabrał się do reformy kleru diecezjalnego i zakonnego. Nie była to sprawa łatwa. Przełożeni byli wtedy mianowani przez cesarzy i panów świeckich, którzy nie zawsze liczyli się z przydatnością kandydatów, dbając o to, by mieć na tych stanowiskach ludzi sobie oddanych. Bruno swoim taktem i zabiegami umiał jednak tak pokierować sprawami, by urzędy duchowne były obsadzane ludźmi godnymi. Zwoływał synody, na których dokonywał zbawiennych reform. Zagrabione przez księcia Vaucouleurs dobra biskupie, kiedy zawiodły wszystkie inne środki, odebrał siłą. W roku 1046 interweniował u cesarza Henryka III za biskupem Lyonu, kiedy ten wpadł w zatarg z cesarzem.
    Po śmierci papieża Damazego II w 1048 r. wysłano z Rzymu poselstwo do cesarza Henryka III, by wyraził zgodę na wybór Halinarda, arcybiskupa Lyonu, na papieża. Halinard jednak odmówił przyjęcia godności. W tej sytuacji Bruno w obecności legatów rzymskich został desygnowany na papieża przez Henryka III w grudniu 1048 r. Bruno oświadczył, że przyjmie urząd papieski, jeśli rzymianie i duchowieństwo jednogłośnie zaakceptują jego wybór. Podkreślił tym samym konieczność wyboru, a nie mianowania. Przybył do Rzymu w stroju pątnika, zdjął sandały i boso udał się do grobu św. Piotra, a rzymianie i duchowieństwo jednogłośnie – przez aklamację – wybrali go na papieża. Jako biskup Rzymu zatrzymał równocześnie urząd biskupa Toul. Przyjął imię Leon IX i został koronowany w bazylice św. Piotra.
    Jego pontyfikat trwał zaledwie 5 lat. Były to jednak lata prawdziwie błogosławione. W tym czasie zreformował życie duchownych oraz kurię rzymską i papieską. Zapoczątkował trwałe reformy, które miały uniezależnić Kościół od cesarzy niemieckich, a także usunąć symonię (handel godnościami) i nikolaityzm (małżeństwa i konkubinaty kleru). Na duchownych, którzy otrzymali urzędy drogą przekupstwa lub symonii, nałożono wysokie kary. Biskupów symoniackich złożono z urzędu. Takie reformistyczne synody przeprowadził papież w Rzymie, Pawii, w Liege, w Trewirze, w Toul, w Reims, uczestnicząc w nich osobiście. W latach 1050-1051 uczestniczył w synodach m.in. w Moguncji, w Vercelli, w Salerno i w Benevento. Łącznie odbył 12 synodów: w Italii, we Francji i w Niemczech. Przez swoje podróże poza granice Italii manifestował uniwersalny charakter papiestwa i uświadomił, że papież jest zwierzchnikiem wszystkich Kościołów.
    Leon IX utworzył także kolegium kardynalskie i wyznaczył mu zadanie – wspomaganie biskupa Rzymu w jego posłudze Kościołowi. Uważał, że papież powinien osobiście głosić wiarę Kościoła i brać udział w uroczystościach kościelnych.
    Synod w Rzymie (9-15 kwietnia 1049 r.) zaostrzył kary nakładane na kapłanów nie zachowujących celibatu, a wiernym odradzał korzystania z posług żonatych księży. Na synodzie w Reims (3-4 października 1049 r.) dla papieża zastrzeżono tytuł universalis Ecclesiae primas apostolicus. Na synodzie w Siponto w 1050 r. Leon IX wydał szereg dokumentów skierowanych przeciwko zwyczajom Kościoła wschodniego. Zamiast trójporozumienia między papiestwem, Bizancjum i Niemcami, wymierzonemu przeciwko Normanom, doszło do rozłamu między Kościołem wschodnim a zachodnim (wielka schizma wschodnia w roku 1054 dokonała się ostatecznie tuż po śmierci tego papieża). Obawa przed Normanami skłoniła Leona IX do tego, by z częścią wojsk niemieckich, italskich i wspierających go powstańców apulijskich, słabo uzbrojonych i niedostatecznie wyćwiczonych, wyruszyć przeciwko Normanom. Leon IX, dowodząc osobiście wojskami, przegrał bitwę z Normanami pod Civitate i dostał się do niewoli. Po kilkumiesięcznej niewoli ciężko chory papież powrócił do Rzymu. Zmarł niedługo później, 19 kwietnia 1054 r.
    Papież Wiktor III w roku 1087 nakazał relikwie św. Leona IX umieścić w podziemiach bazyliki św. Piotra, w osobnej kaplicy. Kiedy zaś w wieku XVI została wystawiona nowa, obecna bazylika, relikwie św. Leona IX umieszczono pod ołtarzem świętych męczenników Marcjalisa i Waleriusza.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 kwietnia

    Święta Agnieszka z Montepulciano,
    dziewica i zakonnica

    Święta Agnieszka z Montepulciano

    Agnieszka urodziła się w 1268 r. w toskańskim Gracciano Vecchio, leżącym w pobliżu Montepulciano. Pochodziła ze szlacheckiej rodziny Lorenza i Marii Segni. Legenda głosi, że jej narodziny poprzedziła niezwykła światłość. Miała być bardzo pobożnym dzieckiem; od najwcześniejszych lat pragnęła wstąpić do klasztoru, czemu rodzice byli przeciwni. Dopiero niezwykłe wydarzenie skłoniło ich do oddania 9-letniej córki do szkoły klasztornej. Tym wydarzeniem był atak kruków, które nadleciały do dziewczynki znad domu schadzek w Montepulciano. Agnieszka miała wtedy zapowiedzieć, że w tym miejscu powstanie kiedyś klasztor. Szkołę klasztorną, do której oddano Agnieszkę, prowadziły franciszkanki zwane del Sacco – od workowatych habitów. Jako czternastoletnia dziewczyna Agnieszka postanowiła zostać zakonnicą.
    Za zezwoleniem Stolicy Świętej w wieku lat 15 stanęła na czele grupy zakonnic i założyła z nimi nowy klasztor w Procero (Viterbo). Wybrana wbrew własnej woli na przełożoną tego klasztoru, wsławiła go swoją mądrością, pobożnością i darami nadprzyrodzonymi. Pod kierownictwo duchowe przeoryszy, młodej wiekiem, ale dojrzałej doskonałością chrześcijańską, zaczęły zgłaszać się licznie nowe kandydatki.
    Na wiadomość o tym mieszkańcy Montepulciano zaprosili ją do siebie. Powróciła więc i stała się matką nowej gałęzi dominikańskiej. Magistrat miasta z wdzięczności ofiarował siostrom w 1306 r. nowy lokal i uposażenie. Nowy klasztor Santa Maria Novella stanął w tym samym miejscu, gdzie niegdyś istniał dom schadzek. Matka Agnieszka nadała mu regułę św. Augustyna, a później przyłączyła klasztor do rodziny dominikańskiej. Pan Bóg obdarzył ksienię darem wizji, proroctw i ekstaz. Św. Katarzyna ze Sieny będzie widziała w niej dla siebie wzór do naśladowania. Kiedy w roku 1377 przybyła do jej relikwii z pielgrzymką, zawołała: “Matko nasza, Agnieszko, chwalebna!” Wielkim uczuciem miłości Agnieszka otaczała Dzieciątko Jezus oraz Dziewicę Maryję. Umocniona darami Ducha Świętego, stała się jasną lampą modlitwy i miłości, a dzięki swojemu męstwu oraz autorytetowi podtrzymywała ducha obywateli w dążeniu do jedności i pokoju.
    Zmarła w rodzinnym mieście 20 kwietnia 1317 r., otoczona współsiostrami. Papież Klemens VII wyniósł ją do chwały błogosławionych w roku 1532, a papież Benedykt XIII 10 grudnia 1726 r. zaliczył ją uroczyście w poczet świętych. Jej nienaruszone ciało w 1435 r. zostało sprowadzone do kościoła dominikańskiego w Orvieto, gdzie przechowywane jest do dnia dzisiejszego. Przez ponad 300 lat pozostawało ono nienaruszone. Później umieszczono jej doczesne szczątki w woskowej figurze, pozostawiając na widoku tylko jej ręce i stopy, z których wypływał pachnący olejek.
    Pierwszą i najwcześniejszą biografię św. Agnieszki (Legenda s. Agnetis) napisał po pięćdziesięciu latach od jej śmierci bł. Rajmund z Kapui, generał dominikanów, kierownik duchowy św. Katarzyny ze Sieny, a wcześniej spowiednik sióstr w Montepulciano.
    Ikonografia przedstawia św. Agnieszkę najczęściej z lilią w ręku prawym, a w lewej ręce trzymającą założony przez siebie klasztor. Bywa także przedstawiana w towarzystwie św. Katarzyny ze Sieny i św. Róży z Limy – dwóch innych wielkich dominikanek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 kwietnia

    Święty Konrad z Parzham, zakonnik

    Święty Konrad z Parzham
    Jan Birndorfer urodził się 12 grudnia 1818 r. w Parzham w Bawarii (diecezja passawska) w wielodzietnej rodzinie rolniczej. Od najmłodszych lat ujawniała się jego przyszła świętość, głównie poprzez skromność i umiłowanie samotności. Mimo dużej odległości do kościoła, często się do niego udawał, nawet w niesprzyjającą pogodę. Codziennie odmawiał różaniec; miał głębokie nabożeństwo do Matki Bożej. W święta odbywał często krótkie pielgrzymki do różnych Jej sanktuariów. Zawsze szedł boso, a dopóki nie wrócił do domu – pościł.
    Swoją młodość spędził w gospodarstwie, w którym się urodził. W wieku 31 lat postanowił opuścić życie świeckie. Po rozdzieleniu odziedziczonego majątku, otrzymał zgodę na wstąpienie jako brat do kapucynów. Po profesji przyjął imię Konrad.
    Wkrótce został wysłany do klasztoru św. Anny w Altötting. Miejsce to jest znane jako sanktuarium Matki Miłosierdzia, Królowej Bawarii. Konradowi powierzono funkcję furtiana, którą pełnił przez resztę życia. Z racji dużej liczby przybywających do tego klasztoru osób, posługa ta była dość wyczerpująca. Konrad jednak dał się poznać jako człowiek bardzo sumienny, oszczędny w słowach, hojny dla ubogich, chętny do pomocy i przyjmowania nieznajomych. Przez ponad 40 lat towarzyszył mieszkańcom miasta i odpowiadał na ich potrzeby materialne i duchowe. Od czasu, kiedy zachorował zakrystian, przejął dodatkowo jego obowiązki. Otwierał kościół o godz. 3.30 nad ranem i do rozpoczęcia pracy na furcie o 6.00 służył do dwóch Mszy św. Pracę kończył o 21.00, ale po niej zostawał jeszcze na modlitwę.
    Konrad umiłował milczenie. W wolnych chwilach w ciągu dnia lubił udawać się do kącika przy drzwiach, gdzie mógł widzieć i adorować Najświętszy Sakrament. Często w ciągu nocy poświęcał kilka godzin na modlitwę w kaplicy braci albo w kościele.
    Zmarł 21 kwietnia 1894 r. Heroiczność jego cnót i cuda, które dokonały się za jego wstawiennictwem, wysłużyły mu w 1930 r. tytuł błogosławionego, przyznany mu przez Piusa XI. Ten sam papież 4 lata później, po potwierdzeniu kolejnych cudów, zaliczył go do grona świętych.
    Jest patronem diecezji pasawskiej, prowincji kapucynów w Środkowej Ameryce, odźwiernych, furtianów i portierów.
    W ikonografii przedstawiany w habicie kapucyńskim, czasami otoczony dziećmi lub biednymi. Jego atrybutem jest: krzyż, różaniec, bochen chleba.Benedykt XVI, pochodzący z Marktl am Inn (kilka kilometrów od Altötting), tak pisał o św. Konradzie: “Może jest on znakiem, że jasne rozumienie tego, co istotne, również dzisiaj, powierzane jest (…) małym, obdarzonym spojrzeniem, którego często brakuje mądrym i inteligentnym. Myślę, że właśnie ci mali święci są wielkim znakiem naszych czasów…” (kard. Joseph Ratzinger, “Moje życie”).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    21 kwietnia

    ,,Ojciec scholastyki''. Wspominamy św. Anzelma z Canterbury

    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    ,,Ojciec scholastyki”. Wspominamy św. Anzelma z Canterbury

    Anzelm urodził się w możnej rodzinie w miasteczku Aosta (Piemont) w 1033 r. Zatroskana o duszę dziecka głęboko religijna matka oddała Anzelma do klasztoru benedyktynów w tym samym mieście. Kiedy chłopiec miał 15 lat, tak dalece zasmakował w życiu mnichów, że postanowił z nimi pozostać do końca życia. Opat jednak chłopca nie przyjął, by nie narazić się ojcu, który miał wobec syna zupełnie inne zamiary. Po śmierci matki Anzelm poszedł śladami ojca. Miał przecież dopiero 20 lat i życie mu się uśmiechało. Opuścił więc dom rodzinny i przez trzy lata wędrował po świecie, żądny przygód.

    Odczuł całą gorycz, jak też zwodniczość przyjemności tego świata. Tęsknota za życiem zakonnym zaczęła brać stopniowo górę nad chęcią użycia. Kiedy więc miał już 27 lat, w roku 1060 wstąpił do benedyktynów w Le Bec, w północnej Francji, gdzie opatem był słynny uczony, bł. Lanfrank. Kiedy w roku 1063 Lanfrank został opatem w Caen, jego następca, Herluin, mianował Anzelma przeorem w Le Bec. Młody przełożony rychło pozyskał sobie serca współbraci troską o ich potrzeby materialne i duchowe, a także przykładem zakonnego życia. Nie wynosił się nad współbraci, chciał być raczej ich sługą. Szczególny entuzjazm wzbudził wykładami wśród młodzieży zakonnej oraz niezwykłą wiedzą, erudycją, nowoczesnym ujmowaniem problemów, traktowaniem uczniów. Toteż po śmierci Herluina (1078) wszyscy na jego następcę wybrali Anzelma. Ten zgodził się, ale sprawy administracyjne oddał komuś innemu, by mieć wolny czas dla współbraci i na studia. Tak więc rządził szczęśliwie klasztorem przez 14 lat jako przeor, a przez lat 15 jako opat. W tym czasie w Le Bec powstały jego dzieła: Monolog, Wprowadzenie, O dziewictwie, O wolnej woli, O gramatyce i O przypadku diabła. Jako opat nawiązał kontakty z najwybitniejszymi osobistościami – świeckimi i duchownymi: składał wizyty, udzielał rad, brał żywy udział w zjazdach i synodach. To zjednywało mu powszechny szacunek.

    Dlatego po śmierci arcybiskupa Canterbury, kiedy Lanfrank w 1070 r. został prymasem Anglii, zaprosił Anzelma na Wyspy. Przedstawił mu sytuację Anglii po niedawnych najazdach pogańskich Normanów. W 1093 r. bł. Lanfrank umarł. Przed śmiercią na swego następcę zaproponował właśnie Anzelma. Król Anglii, Wilhelm II, wyraził na to zgodę. Opór stawiali mnisi opactwa w Le Bec. W końcu jednak musieli ustąpić. Anzelm opuścił gościnną Francję i udał się do Anglii.

    Królowie angielscy, Wilhelm I Zdobywca (+ 1087) i Wilhelm II Rudy (+ 1100), byli przyzwyczajeni do sprawowania wyłącznej opieki nad Kościołem w Anglii. Jakąkolwiek ingerencję z zewnątrz, nawet z Rzymu, traktowali zazdrośnie, uważając, że godzi w ich suwerenność. Lanfrank miał tak ogromny autorytet, że trudno było z nim walczyć, ale po jego śmierci król chciał utracone wpływy nad Kościołem na nowo odzyskać. Dlatego usiłował uzależnić Anzelma od siebie. Prymas musiał wyjechać na kontynent. Prosił Urbana II, aby zwolnił go z urzędu arcybiskupa, ale bezskutecznie. Przez pewien czas wiódł życie tułacze.

    Kiedy po śmierci Wilhelma II na tron wstąpił Henryk I, na jego zaproszenie prymas Anzelm powrócił do Anglii. Realizując wytyczne papieskie dotyczące inwestytury, wszedł w ponowny konflikt z władcą. Został skazany na wygnanie. Porozumienie między Rzymem i królem, który zrzekł się władzy mianowania biskupów i obsadzania urzędów kościelnych, umożliwiło Anzelmowi powrót do Canterbury. Witany radośnie przez kler i lud, powrócił na swoją stolicę. W ostatnich latach rządów musiał zwalczać pretensje metropolity Yorku do tytułu prymasa Anglii. Nawiązał serdeczne stosunki z hierarchią Szkocji i Irlandii. Zajął się także reformą klasztorów i popierał ich rozwój. Powstały wtedy jego dzieła teologiczne i filozoficzne, m.in. List o wcieleniu Słowa, O pochodzeniu Ducha Świętego, Dlaczego Bóg stał się człowiekiem, O dziewiczym poczęciu, O grzechu pierworodnym. Dzieła te utorowały drogę do syntezy scholastycznej – stąd nazywany jest “ojcem scholastyki”. Stworzył podstawę do rozważań wzajemnego stosunku wiary i rozumu, które nie wykluczają się, ale uzupełniają. Według biskupa Anzelma wiara uprzedza rozum, a ten wyjaśnia jej tajemnice. Anzelm daje pierwszeństwo wierze. Głośne stało się jego zdanie: “Nie pragnę wiedzieć, aby móc wierzyć, ale wierzę, aby móc rozumieć”.

    Zmarł w roku 1109 i został pochowany w katedrze w Canterbury. O jego kanonizację zabiegał jeden z kolejnych prymasów Anglii, św. Tomasz Becket (+ 1170), ale dopiero papież Aleksander VI w roku 1492 zezwolił na jego kult, a papież Aleksander VIII w roku 1690 wpisał go uroczyście do katalogu świętych. W roku 1720 Klemens XI ogłosił go doktorem Kościoła. Relikwie św. Anzelma do dziś spoczywają w katedrze w Canterbury, mimo że jest ona obecnie w ręku prymasów anglikańskich.

    mp/brewiarz.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Przekonywał niedowiarków

    Przeszedł do historii jako ojciec scholastyki. Jego argument rozumowy, dowodzący istnienia Boga, wielu ludziom otworzył oczy na prawdę. Dzisiaj również przybliża on wątpiących do wiary.

    Św. Anzelm z Canterbury

    Święty Anzelm nie miał łatwej młodości. Choć urodził się w zamożnej i szanowanej rodzinie, to jego oschły ojciec nie potrafił otoczyć go troską i miłością. Podczas gdy trwonił on majątek i używał życia, matka Anzelma wzięła na siebie ciężar moralnej i religijnej formacji chłopca. By zapewnić mu należyte wykształcenie, oddała go na nauki do klasztoru Benedyktynów w Aoście. Anzelmowi już wtedy spodobało się mnisze życie, jednak sprzeciw ojca uniemożliwił mu wstąpienie do zakonu. Śmierć matki i nieporozumienia z rozrzutnym ojcem sprawiły, że 20-letni Anzelm opuścił rodzinną Aostę. Wędrował po świecie i przeżywał najróżniejsze przygody. Mimo to stale pociągało go życie zakonne. W wieku 27 lat wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru w Le Bec.

    Opactwo w Le Bec dzięki działalności jego opata Lanfranka, wielkiego uczonego, było ważnym centrum życia naukowego i kulturalnego. Anzelm pod jego kierownictwem wzrastał intelektualnie i duchowo; ujawnił wówczas całą głębię swojego umysłu. Okazał się wytrawnym naukowcem, gorliwym mnichem i sprawnym zarządcą, dlatego zaledwie po 3 latach został przeorem, a w 1078 r. jednogłośnie wybrano go na opata w Le Bec.

    W 1070 r. Lanfrank został arcybiskupem Canterbury. Stanął przed trudnym zadaniem odbudowania Kościoła w Anglii po najeździe Normanów. Dla realizacji tego celu sprowadzał na wyspy mnichów z Le Bec. Na jego zaproszenie odpowiedział także Anzelm. Szybko zaskarbił sobie szacunek i sympatię tamtejszego duchowieństwa oraz laikatu. Po śmierci Lanfranka został nowym arcybiskupem Canterbury i prymasem Anglii. W tej roli musiał się zmierzyć z zakusami angielskich monarchów, którzy rościli sobie prawo do obsadzania stanowisk kościelnych. Dwukrotnie przebywał na wygnaniu. Zdołał jednak wygasić spór, wypracowując kompromis z władzą świecką.

    Anzelm zasłynął jako wielki uczony. Właściwie jako pierwszy postawił problem wzajemnego stosunku wiary i rozumu. Mawiał: „Nie zamierzam bowiem pojąć, by wierzyć, ale wierzę, by zrozumieć”. Ten wybitny teolog i filozof pozostawił po sobie spuściznę intelektualną, do której odnosiły się kolejne pokolenia. Jego argumenty rozumowe na istnienie Boga pobudzały wyobraźnię myślicieli, którzy z czasem nazwali je dowodem ontologicznym lub anzelmiańskim. To jego pisma wpłynęły na filozofię i teologię katolicką. Święty Anzelm modlił się i pracował dla Kościoła. Jego roli nie da się przecenić. Trafnie wyraził ją Benedykt XVI: „Miłość do prawdy i nieustanne pragnienie Boga, które naznaczyły całe życie św. Anzelma, niech będą dla każdego chrześcijanina bodźcem do niezmordowanego poszukiwania coraz głębszej jedności z Chrystusem”.

    Ireneusz Korpyś/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 kwietnia

    Błogosławiony Idzi z Asyżu, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Agapit I, papież
      •  Święty Kajus, papież
    ***
    Błogosławiony Idzi z Asyżu

    Idzi (Egidiusz) urodził się w Asyżu. O jego młodych latach nie wiadomo niczego pewnego. 23 kwietnia 1208 r., poruszony przykładem pierwszych towarzyszy św. Franciszka z Asyżu, poprosił go o przyjęcie do grona jego uczniów. Wkrótce potem wyruszył z Franciszkiem na głoszenie Ewangelii. Razem z nim udał się także do Rzymu, gdzie papież Innocenty III ustnie zatwierdził pierwszą Regułę Franciszka. Prawdopodobnie też wtedy Idzi otrzymał tonsurę. Około 1212 r. udał się z pielgrzymką do Santiago de Compostella. Po powrocie do Asyżu wyruszył do Ziemi Świętej. Odwiedził po drodze sanktuarium św. Michała Archanioła na Monte Gargano i św. Mikołaja w Bari. Zatrzymał się także w Tunezji, by nawracać tamtejszych Saracenów. Podczas pielgrzymek zawsze zarabiał na swoje wyżywienie i nocleg własną pracą, np. pomagając w noszeniu wody i grzebaniu zmarłych, zbieraniu orzechów, rąbaniu drwa.
    Jako uważny obserwator, zdobył wiele cennych doświadczeń i informacji, które umiał potem skutecznie wykorzystać. Nie przegapił żadnej okazji do głoszenia Ewangelii. Jego kazania zawsze były krótkie, ale pełne serdecznej mądrości. Był analfabetą, ale zyskał przydomek “nieuczonego teologa”. Niektóre jego wypowiedzi zostały spisane i zebrane jako tzw. Dicta aura, stanowiąc cenne świadectwo wczesnej mistyki franciszkańskiej. Po kilku latach Idzi został skierowany przez Franciszka do pustelni w Fabriano, gdzie oddał się kontemplacji. Doświadczał też ekstaz.
    Zmarł w Perugii w 1262 r., po 52 latach życia franciszkańskiego. Jego niewątpliwy kult jako świętego potwierdził Pius VI w roku 1777, wyznaczając na dzień liturgicznego obchodu ku jego czci 23 kwietnia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 kwietnia

    Święty Wojciech, biskup i męczennik
    główny patron Polski

    Święty Wojciech

    Wojciech urodził się ok. 956 roku w możnej rodzinie Sławnikowiców w Lubicach (Czechy). Jego ojciec, Sławnik, był głową możnego rodu, spokrewnionego z dynastią saską, panującą wówczas w Niemczech. Matka Wojciecha, Strzeżysława, również pochodziła ze znakomitej rodziny, być może z Przemyślidów, którzy rządzili wówczas państwem czeskim. Wojciech był przedostatnim z siedmiu synów Sławnika. W najstarszym rękopisie jego imię brzmi Wojetech. Wedle pierwotnych planów ojca Wojciech miał zostać rycerzem. Ostatecznie o jego przeznaczeniu do stanu duchownego według biografów zdecydowała choroba. Rodzice złożyli ślub, że gdy syn wyzdrowieje, będzie oddany Bogu na służbę. Nie można tego wykluczyć. Wydaje się jednak, że przyczyna była inna: taki był po prostu zwyczaj w owych czasach, że gdy można rodzina miała więcej synów czy córek, przeznaczała ich do stanu duchownego na opatów, ksienie czy biskupów.
    W 968 roku papież Jan XIII, dzięki inicjatywie cesarza Ottona I, ustanowił w Magdeburgu metropolię jako biskupstwo misyjne dla nawracania zachodnich Słowian. Pierwszym arcybiskupem tego miasta został św. Adalbert (+ 981), który poprzednio był opatem benedyktyńskim w Weissenburgu (Alzacja). Pod jego opiekę Wojciech został wysłany jako 16-letni młodzieniec w 972 roku. Na dworze metropolity kształcił się w szkole katedralnej, pod czujnym okiem znanego uczonego, Otryka. Tu także przygotowywał się przez prawie 10 lat (972-981) do swoich przyszłych duchownych obowiązków. Z wdzięczności dla metropolity przybrał sobie jego imię i jako Adalbert figuruje we wszystkich późniejszych dokumentach. Pod tym imieniem jest znany i czczony w Europie.

    Święty Wojciech

    Biografie wspominają, że do Wojciecha dołączył się również później jego młodszy, przyrodni brat, Radzim. Mieli do dyspozycji własną służbę. Ojciec hojnie zaradzał wszystkim potrzebom synów.
    Po śmierci metropolity Adalberta 25-letni Wojciech wrócił do Pragi. Zastał tam pierwszego biskupa łacińskiego Pragi i Czech, Dytmara, który od roku 973 rządził diecezją. Był Niemcem i zależał od metropolii w Moguncji. Wojciech był już wtedy subdiakonem. W Pradze przyjął pozostałe święcenia (981).
    W styczniu 982 r. biskup Dytmar zmarł. Wojciech był świadkiem jego śmierci i kajania się, że był pasterzem złym, chociaż kronikarze piszą, że był pobożny i gorliwy. Zjazd w Lewym Hradcu pod przewodnictwem księcia Bolesława wytypował na następcę Dytmara Wojciecha. Nominację jednak musiał zatwierdzić cesarz. Otton II był zajęty właśnie wyprawą wojenną na południe Italii. Dopiero w roku 983 zwołał sejm Rzeszy do Werony i tam zatwierdził Wojciecha. W tym samym roku dnia 29 czerwca odbyła się także konsekracja Wojciecha na biskupa, której dokonał metropolita Moguncji, św. Willigis (+ 1011). Tak więc Wojciech był pierwszym biskupem narodowości czeskiej w Czechach.
    Wojciech wszedł do swojej biskupiej stolicy, Pragi, boso. Miał wtedy zaledwie 27 lat. Jego hagiografowie są zgodni, że jego dobra biskupie nie były zbyt wielkie. Przeznaczał je na utrzymanie budynków i sprzętu kościelnego, na potrzeby kleru katedralnego i diecezjalnego, na potrzeby własne, które były w tych wydatkach najmniejsze, i na ubogich. Zaopatrywał ich potrzeby i sam ich odwiedzał, słuchał pilnie ich skarg i potrzeb, odwiedzał więzienia, a przede wszystkim targi niewolników. Praga leżała na szlaku ze wschodu na zachód. Handlem ludźmi zajmowali się Żydzi, dostarczając krajom mahometańskim niewolników. Biograf pisze, że Wojciech miał mieć pewnej nocy sen, w którym usłyszał skargę Chrystusa: “Oto ja jestem znowu sprzedany, a ty śpisz?”. Scenę tę przedstawia jeden z obrazów drzwi gnieźnieńskich, które powstały ok. 1127 r.

    Święty Wojciech

    Sytuacja Kościoła w Czechach w owym czasie nie była łatwa. Był on uzależniony od kaprysu możnych i władcy. Nie mniejsze kłopoty miał Wojciech z duchownymi. Wprowadzenie zasad życia wspólnego szło opornie wśród duchowieństwa katedralnego. Św. Bruno z Kwerfurtu stwierdza, że “duchowni żenili się jawnie”. Możnych zraził sobie Wojciech przypomnieniem zakazu wielożeństwa, gromieniem za wiarołomność oraz za związki małżeńskie z krewnymi. Nie liczono się ze świętami, łamano posty. Kiedy Wojciech zobaczył, że jego napomnienia są daremne, a złe obyczaje dalej się szerzą, po pięciu latach rządów (983-988) postanowił opuścić swą stolicę. Najpierw udał się do Moguncji, po poradę do metropolity Willigisa. Następnie skierował swoje kroki, za jego zgodą, do Rzymu, aby u papieża szukać rady i prosić o zwolnienie z obowiązków. Od cesarzowej Konstantynopola Wojciech otrzymał znaczny zasiłek w srebrze, by po zrzeczeniu się biskupstwa mieć środki na swoje utrzymanie. Wojciech rozdał jednak srebro między ubogich, a orszak biskupi odprawił do Czech.
    Papież Jan XV przyjął z miłością udręczonego biskupa Pragi. Nie zwolnił go wprawdzie z obowiązków, ale pozwolił mu na pewien czas oddalić się od nich. Wojciech postanowił więc udać się pieszo z bratem Radzimem do Ziemi Świętej jako pielgrzym. Kiedy po drodze znalazł się na Monte Cassino, tamtejsi mnisi chcieli go zatrzymać u siebie, aby wyświęcał ich kościoły i mnichów na kapłanów. Byli bowiem wtedy w zatargu z miejscowym biskupem. Wojciech jednak nie zgodził się na to. Udał się dalej na południe do Gaety. W pobliżu miasta zatrzymał się i spotkał się ze słynnym mnichem bazyliańskim, św. Nilem. Ten poradził mu, aby wstąpił do benedyktynów w Rzymie. Tak też św. Wojciech uczynił. Przyjął go w opactwie świętych Bonifacego i Aleksego na Awentynie jego przełożony, Leon. Wraz ze swoim bratem, bł. Radzimem, w Wielką Sobotę w roku 990 Wojciech złożył profesję zakonną. Jego żywoty podają, że z wielką pokorą wypełniał wszystkie obowiązki zakonne, jakby od dawna był jednym z mnichów. W tym czasie w rządach diecezją praską zastępował go biskup Miśni, Falkold. W charakterze mnicha Wojciech przebywał w Rzymie w latach 989-992 (w wieku 33-36 lat).

    Święty Wojciech

    W 992 r. zmarł Falkold. Czesi udali się do metropolity w Moguncji, aby zmusić Wojciecha do powrotu. Ten natychmiast przez posłów wysłał dwa listy: do Wojciecha i do papieża. Papież zwołał synod i po naradzie nakazał Wojciechowi wracać do Pragi. Po trzech i pół roku Wojciech opuścił klasztor, zabrał ze sobą kilkunastu zakonników z opactwa i założył nowy klasztor w Brzewnowie pod Pragą. Potem zabrał się do budowy kościołów tam, gdzie były osady ludzkie. Dotąd bowiem kościoły były w zasadzie jedynie przy grodach możnych panów. W porozumieniu z księciem wprowadzono dziesięciny, aby Kościołowi w Czechach zapewnić stałe dochody. Wojciech wysłał misjonarzy na Węgry. Sam też tam się udał. Stąd powstała opowieść, że udzielił chrztu (według innych źródeł – bierzmowania) św. Stefanowi, przyszłemu władcy Węgier.
    Te obiecujące poczynania zakończyły się jednak niebawem zupełną klęską. Zaważył na tym bezpośrednio następujący wypadek: na dworze książęcym w Pradze pochwycono na cudzołóstwie kobietę z możnego rodu Werszowców. Urażony śmiertelnie mąż zamierzał ją zabić. Ta jednak schroniła się do Wojciecha. Biskup udzielił jej azylu w klasztorze benedyktynek, który stał w pobliżu zamku przy kościele św. Jerzego. Wpadli tam siepacze, wywlekli ofiarę i zamordowali ją na miejscu. Wojciech rzucił na nich klątwę. W akcie zemsty Werszowcowie napadli na rodzinny gród Wojciecha. Gród spalono, ludność zapędzono w niewolę, wymordowano także czterech braci Wojciecha wraz z ich żonami i dziećmi. Działo się to 28 września 995 roku. Ocalał tylko najstarszy brat Wojciecha, Sobiebór, który w tym czasie był poza granicami Czech. Sytuacja była tak gorąca, że Wojciech nie był pewny nawet swojego życia. Złamany tymi wydarzeniami, po zaledwie niecałych trzech latach udał się potajemnie ponownie do Rzymu. Na Awentynie przyjęto go serdecznie. Papież również okazał mu dużo życzliwości.
    Niestety, w 996 r. Jan XV umarł. W maju 996 r. odbył się w Rzymie synod, na którym metropolita Moguncji, św. Willigis, oskarżył Wojciecha, że ten bezprawnie opuścił swoją stolicę. Synod nakazał Wojciechowi pod groźbą klątwy powrót. Wojciech udał się więc do Moguncji, czekając na decyzję cesarza, gdyż tylko on mógł siłą wprowadzić Wojciecha do Pragi, zbuntowanej przeciwko swojemu pasterzowi. Ponieważ cesarz zwlekał jednak z wyprawą orężną, czekając, aż Czesi sami uznają swoją winę, Wojciech skorzystał z okazji i odwiedził Francję, a w niej – jako pielgrzym – nawiedził grób św. Marcina w Tours, św. Benedykta we Fleury i św. Dionizego w Saint-Denis pod Paryżem. Kiedy zaś nadal powrót św. Wojciecha był niemożliwy, biskup udał się do Polski z postanowieniem oddania się pracy misyjnej wśród pogan. Było to późną jesienią 996 roku. Otton III wyraził na to zgodę, gdy Czesi przysłali Wojciechowi ostateczną odpowiedź, że nie godzą się na jego powrót.
    Bolesław Chrobry bardzo ucieszył się na wiadomość, że do Polski ma przybyć biskup Wojciech. Słyszał o nim wiele od jego rodzonego brata, Sobiebora, któremu wcześniej udzielił schronienia. Król chciał zatrzymać Wojciecha u siebie jako pośrednika w misjach dyplomatycznych. Kiedy jednak Wojciech stanowczo odmówił i wyraził chęć pracy wśród pogan, powstała myśl nawrócenia Wieletów na zachodzie. Z powodu jednak trwającej tam wówczas wojny ostatecznie urządzono wyprawę misyjną do Prus. Bolesław Chrobry dał Wojciechowi do osłony 30 wojów. Biskupowi towarzyszył tylko jego brat, bł. Radzim, i subdiakon Benedykt Bogusza, który znał język pruski i mógł służyć za tłumacza. Działo się to wczesną wiosną 997 roku. Wojciechowi przypisuje się ufundowanie pierwszych klasztorów benedyktyńskich na ziemiach polskich. Za swojego fundatora uważają Wojciecha opactwa w Międzyrzeczu, Trzemesznie i w Łęczycy (Tum).
    Wisłą udał się Wojciech do Gdańska, gdzie przez kilka dni głosił Ewangelię tamtejszym Pomorzanom. Stąd udał się w dalszą drogę. Aby nie nadawać swojej misji charakteru wyprawy wojennej, Wojciech oddalił żołnierzy. Niedługo potem dziki tłum otoczył misjonarzy i zaczął im złorzeczyć. Jeden z pogan uderzył biskupa wiosłem w plecy, aż mu brewiarz wypadł z rąk. Kiedy Wojciech zorientował się, że Prusy nie chcą nawrócenia, postanowił zakończyć misję powrotem do Polski. Prusowie poszli za nim. Miejsca męczeńskiej śmierci nie udało się uczonym dotąd zidentyfikować. Mogło to być w okolicy Elbląga lub Tękit (Tenkitten). 23 kwietnia 997 roku w piątek o świcie zbrojny tłum Prusów otoczył trzech misjonarzy: św. Wojciecha, bł. Radzima i subdiakona Benedykta Boguszę. Ledwie skończyła się odprawiana przez biskupa Wojciecha Msza św., rzucono się na nich i związano ich. Zaczęto bić Wojciecha, ubranego jeszcze w szaty liturgiczne, i zawleczono go na pobliski pagórek. Tam pogański kapłan zadał mu pierwszy śmiertelny cios. Potem 6 włóczni przebiło mu ciało. Odcięto mu głowę i wbito ją na żerdź. Przy martwym ciele pozostawiono straż. W chwili zgonu Wojciech miał 41 lat.

    Wykupienie ciała św. Wojciecha

    Po pewnym czasie wypuszczono na wolność bł. Radzima i kapłana Benedykta ze skierowaną do króla Polski propozycją oddania ciała św. Wojciecha za odpowiednim okupem. Król Polski sprowadził je najpierw do Trzemeszna, a potem uroczyście do Gniezna. Cesarz Otto III na wiadomość o śmierci męczeńskiej przyjaciela natychmiast zawiadomił o niej papieża z prośbą o kanonizację. Była to pierwsza w dziejach Kościoła kanonizacja, ogłoszona przez papieża, gdyż dotąd ogłaszali ją biskupi miejscowi. Na żądanie papieża sporządzono najpierw żywot Wojciecha na podstawie zeznań naocznych świadków: bł. Radzima i Benedykta. W oparciu o ten żywot papież Sylwester II jeszcze przed rokiem 999 dokonał uroczystego ogłoszenia Wojciecha świętym. Dzień święta wyznaczył papież zgodnie ze zwyczajem na dzień jego śmierci, czyli na 23 kwietnia. Wtedy także zapadła decyzja utworzenia w Polsce nowej, niezależnej metropolii w Gnieźnie, której patronem został ogłoszony św. Wojciech.
    W marcu roku 1000 Otto III odbył pielgrzymkę do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie. Wtedy – podczas spotkania z Bolesławem Chrobrym – została uroczyście proklamowana metropolia gnieźnieńska z podległymi jej diecezjami w Krakowie, Kołobrzegu i Wrocławiu. Otto III opuścił Polskę obdarowany relikwią ramienia św. Wojciecha. Jej część umieścił w Akwizgranie, a część na wysepce Tybru w Rzymie, w obu miejscach fundując kościoły pod wezwaniem św. Wojciecha.

    Grób św. Wojciecha w katedrze w Gnieźnie

    Św. Wojciech stał się patronem Kościoła w Polsce. Jego kult szybko ogarnął Węgry, Czechy oraz kolejne kraje Europy. Wojciech jest jednym z trzech głównych patronów Polski (obok NMP Królowej Polski i św. Stanisława ze Szczepanowa, biskupa i męczennika). Jest też patronem archidiecezji gnieźnieńskiej, gdańskiej, warmińskiej i diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej oraz miast, m.in. Gniezna, Trzemeszna, Serocka. Ku czci św. Wojciecha zostały zrobione słynne drzwi gnieźnieńskie, na których w 18 obrazach-płaskorzeźbach, wykonanych w brązie, są przedstawione sceny z życia św. Wojciecha. Św. Bruno Bonifacy z Kwerfurtu, również benedyktyn, biskup i przyszły męczennik, napisał około 1004 r. zachowany do dzisiaj “Żywot św. Wojciecha”.
    W ikonografii Święty występuje w stroju biskupim, w paliuszu, z pastorałem. Jego atrybuty to także orzeł, wiosło oraz włócznie, od których zginął.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 kwietnia

    Nawrócenie św. Augustyna,
    biskupa i doktora Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Jerzy, męczennik
      •  Święty Fidelis z Sigmaringen, prezbiter i męczennik
      •  Święta Franka, dziewica
      •  Błogosławiona Teresa Maria od Krzyża (Manetti), dziewica
    ***
    Nawrócenie św. Augustyna

    Augustyn z Hippony, dorastając, wybrał hedonistyczny styl życia. Związał się z sektą manicheistyczną i zaczął wierzyć w naukę przez nią głoszoną. Jego matka, św. Monika, nie zrażając się trudnościami, modliła się o nawrócenie syna. Obawiając się o niego, jeździła za nim do Kartaginy, Rzymu i Mediolanu. Pewien biskup prorokował: “Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”.
    W wyzwoleniu z wiary w astrologię pomogła Augustynowi rozmowa w 386 r. z Firminusem, jednym z jego przyjaciół. Ponieważ czytał dużo dzieł filozoficznych platońskich i neoplatońskich, przełożonych z greki na łacinę przez Gajusza Mariusza Wiktoryna, sławnego retora i filozofa, który nawrócił się w 355 r., Augustyn zaczął studiować Pismo Święte, przede wszystkim listy św. Pawła. Pod koniec sierpnia 386 r. odwiedził go Pontycjan, wysoki urzędnik cesarski z Afryki – głęboko wierzący katolik. Opowiedział mu o swoich dwóch współtowarzyszach, którzy w Trewirze wstąpili do zakonu założonego przez św. Antoniego Wielkiego. Augustyna opanowało silne pragnienie, by uczynić na wzór owych nieuczonych ludzi: “To, co oni mogą, czyż nie powinieneś móc także i ty?” Augustyn na dobre postanowił porzucić dotychczasowe zajęcie, wypełnił ostatnie obowiązki profesora retoryki i wyjechał na podalpejską wieś, aby nabrać sił i przygotować się do przyjęcia chrztu.
    Na wsi zaczął pisać Soliloquia i inne dialogi o duszy. Ostatecznym powodem do całkowitej przemiany było pewne wydarzenie. Pewnego dnia, płacząc pod wpływem wewnętrznego wzburzenia, wybiegł do ogrodu, by w odległym kącie położyć się pod drzewem i się modlić. Wtedy usłyszał z sąsiedniego ogrodu śpiew dziecka, które powtarzało słowa: “Tolle, lege! – Weź, czytaj!” Augustyn odniósł te słowa do siebie, odczytując je jako znak Opatrzności Bożej. Powrócił do domu, sięgnął do Listu do Rzymian. Jego oczy trafiły na przypadkowe słowa: “Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości, ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13, 13-14). Doznał przy tym wyzwolenia z przywiązania do seksu, a w jego sercu zrodziła się chęć zachowania celibatu. Przeżycie to na trwałe zmieniło jego życie. Wkrótce powiedział o tym swojej matce, która tak długo modliła się o jego nawrócenie. Na początku marca 387 r. wrócił do Mediolanu, gdzie w Wigilię Wielkanocy przyjął chrzest z rąk biskupa Ambrożego wraz z synem Adeodatem i przyjacielem Alipiuszem. Rodzina i przyjaciele postanowili wrócić do ojczystej Afryki. Jednakże po przybyciu do portowej Ostii św. Monika ciężko zachorowała na febrę i zmarła.
    Augustyn zawsze uważał swoje nawrócenie za niezasłużony dar Boży. W “Wyznaniach” ustosunkował się do błędów swej młodości i opisał doświadczenia, które były powodem całkowitej odmiany jego życia. Zamierzeniem tego dzieła było uwielbienie Boga i podziękowanie Mu za prowadzenie go przez życie. Święto nawrócenia św. Augustyna powinno być dniem radości i dziękczynienia za to, że Bóg potrafi dla każdego w mrokach ciemności niewiary i zagubienia zapalić jasne światło wiary, nadziei i miłości.
    Więcej informacji o św. Augustynie – pod datą 28 sierpnia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 kwietnia

    Święty Marek, Ewangelista

    Święty Marek Ewangelista

    Marek w księgach Nowego Testamentu występuje pod imieniem Jan. Dzieje Apostolskie (Dz 12, 12) wspominają go jako “Jana zwanego Markiem”. Pochodził z Palestyny. Imienia jego ojca nie znamy. Zapewne w czasach publicznej działalności Pana Jezusa jego matka, Maria, była wdową; pochodziła z Cypru. Jest bardzo prawdopodobne, że była właścicielką Wieczernika, gdzie Chrystus spożył z Apostołami ostatnią wieczerzę. “Człowiek niosący dzban wody” (Mk 14, 13) – to prawdopodobnie Marek. Jest również bardzo możliwe, że matka Marka była właścicielką ogrodu Getsemani na Górze Oliwnej. Marek bowiem w swojej Ewangelii podaje ciekawy szczegół, o którym żaden z Ewangelistów nie wspomina: że w czasie modlitwy Pana Jezusa w Ogrójcu znalazł się w nim (zapewne w budce czy też w małym domku, jaki się tam znajdował) pewien młodzieniec. Kiedy usłyszał krzyki zgrai żydowskiej, obudził się i owinięty jedynie prześcieradłem, wybiegł na zewnątrz. Kiedy zobaczył, że Jezusa zabierają oprawcy, zaczął krzyczeć. Wtedy ktoś ze służby świątyni podbiegł do niego, aby go pochwycić, ale on uciekł, zostawiając prześcieradło w rękach pachołka (Mk 14, 15).
    Marek był uczniem św. Piotra. Prawdopodobnie zaraz po zesłaniu Ducha Świętego św. Piotr udzielił Markowi chrztu, dlatego nazywa go swoim synem (1 P 5, 13). Wieczernik służył Apostołom za dom schronienia po śmierci Chrystusa Pana. Tam właśnie udał się książę Apostołów zaraz po swoim cudownym uwolnieniu przez anioła z więzienia (Dz 12, 11-17).
    Kiedy w roku 44 św. Paweł i św. Barnaba przybyli do św. Piotra z jałmużną dla Kościoła w Jerozolimie, znaleźli św. Piotra i św. Jakuba w Wieczerniku. Barnaba był krewnym Marka. Marek towarzyszył Barnabie i Pawłowi w podróży do Antiochii, a potem w pierwszej podróży na Cypr. Kiedy zaś Paweł chciał iść w głąb Małej Azji przez wysokie góry Tauru, Marek się sprzeciwił, co bardzo rozgniewało Apostoła narodów. Marek nie czuł się zdolny ponosić trudów tak uciążliwej pieszej wyprawy i dlatego w roku 49 w Perge zawrócił (Dz 12, 25; 13, 13).
    Kiedy Paweł wybierał się z Barnabą w swą drugą podróż apostolską, Barnaba chciał zabrać ze sobą Marka, ale Apostoł narodów nie zgodził się na to. Wtedy Barnaba opuścił Pawła. Razem z Markiem udali się wówczas razem na Cypr. Była to wyspa rodzinna Barnaby, a może także i Marka (Dz 15, 35-40). W kilkanaście lat potem, w roku 61, widzimy ponownie Marka przy Pawle w Rzymie. Pisze o tym sam Apostoł w Liście do Kolosan i do Filemona (Kol 4, 10; Flm 24). Możliwe, że Marek wybierał się wtedy, wysłany przez św. Pawła, do wspomnianych adresatów, gdyż Apostoł narodów żąda dla niego gościnnego przyjęcia.
    W Liście do Tymoteusza, który pisze z więzienia, Paweł prosi, aby przybył do niego także Marek, jest mu bowiem “przydatny do posługiwania” (2 Tm 4, 1).
    Na tym urywają się wszelkie historyczne wiadomości o św. Marku. Nie wiemy nic pewnego o jego dalszych losach. Według tradycji miał być założycielem gminy chrześcijańskiej w Aleksandrii i jej pierwszym biskupem. Tam również miał ponieść śmierć męczeńską za panowania cesarza Nerona. Inni przesuwają datę jego śmierci do czasów cesarza Trajana (98-117). Odnośnie męczeństwa św. Marka nie mamy żadnych danych. Zastanawia to, że o męczeńskiej śmierci Marka nic nie wie św. Hieronim. Tym większe zastrzeżenie budzi legenda, według której Marek miał głosić Ewangelię w Akwilei, a nawet w Lorch (Austria).Największą zasługą św. Marka jest to, że zostawił nam napisany zwięzły opis życia i nauki Pana Jezusa. Jego Ewangelia miała być wiernym echem katechezy św. Piotra. Marek napisał ją przed rokiem 62, w którym ukazała się Ewangelia według św. Łukasza. Tekst Markowy mógł więc powstać w latach 50-60. Autor zaczyna swoją relację od chrztu Pana Jezusa i powołania Piotra na Apostoła. Podaje on jako charakterystyczny szczegół pobyt Pana Jezusa w domu św. Piotra i uzdrowienie jego teściowej (Mk 1, 29-31).
    Święty Marek znał doskonale język aramejski i grecki. Ewangelię swoją pisał nie dla Żydów, gdyż często tłumaczy słowa aramejskie na język grecki (Mk 5, 4; 14, 36; 15, 22). Tłumaczy również zwyczaje żydowskie (Mk 7, 1-23; 14, 12). Ewangelię swoją pisał zapewne w Rzymie, gdyż przypomina znanych w Rzymie gminie chrześcijańskiej: Aleksandra i Rufusa (Mk 15, 21) jako pośrednich świadków męki Pańskiej.
    Święty Marek jest patronem pisarzy, notariuszy, murarzy, koszykarzy i szklarzy oraz miast: Bergamo, Wenecji, a także Albanii. Przyzywany podczas siewów wiosennych oraz w sprawach pogody.

    Święty Marek

    W ikonografii św. Marek ukazywany jest w stroju arcybiskupa, w paliuszu albo jako biskup wschodniego rytu. Trzyma w dłoni zamkniętą lub otwartą księgę. Symbolizuje go m.in. lew ze skrzydłami – jedno z ewangelicznych zwierząt, lew u stóp, drzewo figowe, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________________

    Śladami świętego Marka

    25 kwietnia Kościół wspomina św. Marka Ewangelistę. Marek jest nam znany przede wszystkim ze swojej Ewangelii, którą ułożyć miał na podstawie świadectw św. Piotra Apostoła, z którym przebywał w Rzymie.

    Św. Marek (A. Mirys, Tyczyn, XVIII wiek)

    Św. Marek (A. Mirys, Tyczyn, XVIII wiek)

    ****

    Ewangelia wg św. Marka to najwcześniej spisana Ewangelia – pochodzi z ok. 70 r. n.e. Powstała w Rzymie i przeznaczona była dla nawróconych na chrześcijaństwo Greków i Rzymian. Szczególnie dużo jest w niej scen z udziałem Piotra Apostoła; zwłaszcza scen niekorzystnych. Dlaczego? Egzegeci uważają, że Piotrowa skromność oddziaływała na stworzenie tej Ewangelii, a on sam świadomie pomijał swoje zasługi. Ale też w tej Ewangelii dużo jest opisów, które mówią o nastrojach Jezusa – to przykład, że przekazywał to człowiek szczególnie blisko związany z osobą Zbawiciela; kimś takim mógł być jedynie Piotr Apostoł. Biskup Lyonu św. Ireneusz, który spotkał biskupa Polikarpa ze Smyrny (ob. Izmir w Turcji), który z kolei słuchał nauk św. Jana Apostoła, również przekazuje nam, że to św. Marek był sekretarzem św. Piotra, a po jego śmierci przekazał nam „Piotrowe świadectwo”.

    Być może to Marek był obecny podczas pojmania Jezusa, uciekając potem w obawie przed schwytaniem. Matka Marka była właścicielką domu, w którym odbyła się doskonale znana wszystkim chrześcijanom Ostatnia Wieczerza. Z czasem Marek został zwierzchnikiem gminy w Aleksandrii (Egipt), tam też zginął śmiercią męczeńską ok. 67 r.: napadnięto go przy ołtarzu, wokół szyi zaciągnięto powróz i wleczono końmi, aż do utraty życia.

    Św. Marek jest orędownikiem w cierpieniach, w czasie śmierci, sprzyja dobrej pogodzie, dobrym żniwom, chroni także przed burzą. Jest patronem notariuszy, pisarzy, robotników budowlanych, murarzy, szklarzy. W średniowieczu w dzień św. Marka obchodzono w procesjach pola, by wyprosić pomyślność dla rolników. Symbolem św. Marka w ikonografii chrześcijańskiej jest lew: zaczyna on bowiem swoją wersję Ewangelii od św. Jana Chrzciciela na pustyni, a lew kojarzył się w dawnych czasach z pustynią. Lew symbolizuje także boską moc i królewskość Chrystusa oraz Jego zwycięstwo nad śmiercią. Podobiznę św. Marka znajdziemy np. w kościele w Tyczynie. Obraz namalował szkocki malarz Augustyn Mirys. Od 1750 r. pracował na dworze Jana Klemensa Branickiego – jednego z najbogatszych magnatów polskich, kandydata do korony polskiej. Na dworze Branickiego powstały obrazy przeznaczone dla kościoła w Tyczynie, w tym portrety czterech ewangelistów. Mirys pieczętował się herbem, który przywiózł ze sobą ze Szkocji (trzy snopy zboża, a nad nimi trzy gwiazdy). W 1770 r. nobilitowano go w Polsce, a nawet nadano tytuł barona. Mówiono, że Augustyn był wiecznym malkontentem i wszystko postrzegał w czarnych barwach.

    Na portrecie w kościele w Tyczynie św. Marek opiera się na głowie lwa, zaś w drugiej ręce trzyma otwartą księgę – fragment Ewangelii swojego autorstwa. Artysta przedstawił go zamyślonego nad słowami Ewangelii, którą właśnie ukończył…

    Arkadiusz Bednarczyk/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 kwietnia

    Najświętsza Maryja Panna, Matka Dobrej Rady

    Zobacz także:
      •  Święty Klet, papież
      •  Święty Piotr Betancur, zakonnik
      •  Błogosławeni Bonifacy i Emeryk, biskupi
      •  Święty Marcelin, papież i męczennik
    ***
    Maryja, Matka Dobrej Rady

    Kiedy Jezus został ukrzyżowany, mimo niepokoju, jaki zapanował w przyrodzie, w sercach tych, którzy ufali Jezusowi, zapanował pokój. Wielki wewnętrzny pokój, napełniający Maryję, udzielał się Jej najbliższemu otoczeniu. Ona wiedziała, że ta Ofiara była potrzebna. Maryja z pełną ufnością poddała się woli Ojca i Syna.
    Kult Matki Bożej Dobrej Rady związany jest nierozerwalnie z obrazem Maryi pod tym samym tytułem, który znajduje się w kościele augustianów w Genazzano w Umbrii we Włoszech. Pochodzi on z pierwszej połowy XV wieku. Związana jest z nim pewna opowieść. Kiedy w Genazzano kończono budowę kościoła dla Matki Bożej, na jednej z jego ścian pojawił się wizerunek Maryi z Dzieciątkiem. Wiadomość o tym szybko się rozeszła. Gdy któregoś dnia przyszli do Genazzano dwaj pielgrzymi z Albanii, rozpoznali w obrazie wizerunek Matki Bożej Dobrej Rady ze Szkodry, miejscowości leżącej w ich ojczyźnie.
    Już w XV i XVI wieku obraz zasłynął wieloma łaskami, dlatego w 1682 r. za zgodą papieża Innocentego XI został ukoronowany.
    Do rozszerzenia kultu Matki Bożej Dobrej Rady przyczynił się augustianin o. Andrzej Bacci. Podczas ciężkiej choroby złożył on ślub, że jeżeli Maryja uzdrowi go, zajmie się rozpowszechnianiem kopii tego obrazu. Wypełnił swój ślub, dzięki czemu prawie 70 000 kopii tego obrazu zostało rozwiezionych po całym świecie. W XVIII w. kapituła generalna Zakonu Augustianów podjęła uchwałę, aby kult Matki Bożej Dobrej Rady jeszcze bardziej rozszerzać.
    Matkę Dobrej Rady można prosić o orędownictwo, zwłaszcza wtedy, gdy stajemy na rozstaju dróg, gdy musimy podjąć ważne życiowe decyzje. Czcząc Maryję pod tym wezwaniem uznajemy, że może Ona wyprosić nam dar dobrej rady u Ducha Świętego. W chwilach zagubienia i w chwilach ważnych decyzji może nam pomóc. “W wątpliwościach myśl o Maryi, wzywaj Maryi! Jeżeli bowiem o niej myślisz, nigdy nie zejdziesz na manowce” – powtarzał św. Bernard z Clairvaux (XII w.). Do Maryi można odnieść słowa proroka Izajasza: “I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej” (Iz 11, 2). To samo powiedział do Maryi Archanioł Gabriel: “Duch Święty zstąpi na Ciebie” (Łk 1, 35).
    W innych miejscach Biblia wspomina: “Moja jest rada i stałość, moja – rozwaga” (Prz 8, 14); “Rada jej rozlewać się będzie jak żywe źródło” (Syr 21, 13); “Słuchaj, synu, przyjmij me zasady, a rady mojej nie odrzucaj” (Syr 6, 23).
    Wśród wielu tytułów, jakimi Kościół obdarza Matkę Bożą, ten jest szczególny. Dlatego doczekał się osobnego wspomnienia, a w zakonach augustiańskich nawet święta.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 kwietnia

    Święty Józef Moscati

    Zobacz także:
      •  Święta Zyta, dziewica
      •  Błogosławiony Aszard, biskup
    ***
    Święty Józef Moscati

    Józef urodził się w Benevento (Włochy) 25 lipca 1880 roku. Jego ojciec, Franciszek, był urzędnikiem miejskim, a matka, Róża de Luca, pochodziła z markizów di Rosato. Chrzest otrzymał 31 lipca w kościele parafialnym św. Marka. Przyjął wówczas imiona Józef, Maria, Karol, Alfons. Kiedy chłopiec miał zaledwie rok, ojciec został przeniesiony do Ankony. Tam więc Józef spędził swoje dzieciństwo (1881-1888). Następnie ojciec przeniósł się do Neapolu. Tu jego syn, Józef, przyjął pierwszą Komunię świętą w kaplicy Służebnic Świętego Serca.
    Młodzieniec okazywał niezwykłe zdolności i rzetelność w studiowaniu. Wszystkie stopnie szkół przeszedł celująco. Po śmierci ojca (1897) zapisał się na uniwersytet w Neapolu, na wydział medycyny. Wykładali wtedy na nim profesorowie, cieszący się światową sławą, ale deklarujący się jako ateiści: Vogt, Moleschott, Büchner i Feuerbach. Nie zdołali oni jednak osłabić wiary w młodzieńcu; wręcz przeciwnie: ich wystąpienia antykościelne skłaniały go do pogłębiania wiedzy religijnej.
    Studia uniwersyteckie Józef ukończył celująco w roku 1903 i przyjął posadę w jednym ze szpitali miasta. Od roku 1904 przeniósł się do szpitala S. Maria del Popolo, przeznaczonego dla nieuleczalnie chorych. W roku 1911 został prymariuszem tego szpitala po zdaniu bardzo trudnego egzaminu. Równocześnie prowadził wykłady na uniwersytecie neapolitańskim, gdzie uczył chemii fizjologicznej. Z tej dziedziny wydał 32 prace. Brał także czynny udział w międzynarodowych kongresach lekarskich: w Budapeszcie (1911) i w Edynburgu (1923).
    Chociaż jako specjalista cieszył się zasłużoną sławą, życie wewnętrzne wśród swoich rozlicznych zajęć stawiał zawsze na pierwszym miejscu. Codziennie przystępował do Komunii świętej. Zawód lekarski traktował jako powierzoną sobie od Pana Boga specjalną misję. Dlatego udzielał pomocy lekarskiej darmo, zadowalając się pensją, jaką otrzymywał miesięcznie. Chorych zachęcał do ufności w Bogu, a błądzących – do powrotu do Boga. Kiedy sławny profesor L. Bianchi doznał nagle w czasie wykładu ataku serca, Moscati zbliżył się do umierającego i pomógł mu wzbudzić żal doskonały za grzechy, zanim przybył kapłan.
    Bywało, że wolnomyślni koledzy pokpiwali sobie z profesora, nazywając go bigotem i fanatykiem. Kiedy radzono profesorowi, by się bronił, odpowiadał: “Dajcie spokój! Jesteśmy przecież chrześcijanami! Pozwólmy działać Panu Bogu”.
    Gdy 4 kwietnia 1906 roku Neapol przeżywał grozę wybuchu Wezuwiusza, profesor z narażeniem życia wynosił chorych z pobliskiego szpitala w bezpieczne miejsce. Kiedy w roku 1911 wybuchła epidemia cholery, niestrudzenie pielęgnował chorych z narażeniem własnego życia.
    Dla wiedzy medycznej przysłużył się redagowaniem pisma Riforma medica, w którym publikował najnowsze osiągnięcia z dziedziny medycyny. Zostawił także osobisty dziennik duchowy, który pozwala wejść w jego życie wewnętrzne. Oto kilka jego refleksji: “Chorzy są obrazem Jezusa Chrystusa. Wielu nieszczęśliwych przestępców i grzeszników trafia do szpitali z woli miłosiernego Boga, który pragnie ich ocalenia. Powołaniem sióstr, lekarzy, pielęgniarzy i całego personelu szpitala jest współpraca z tym nieskończonym miłosierdziem, pomagając, wybaczając, poświęcając się. Jakże my, lekarze, jesteśmy szczęśliwi, jeśli zdajemy sobie sprawę, że poza ciałem mamy do czynienia z duszą nieśmiertelną, którą Ewangelia nakazuje miłować, jak siebie samego”. Zapewne dla tej idei: całkowitego poświęcenia się służbie bliźnim, profesor nie założył własnej rodziny, żył sam.
    Zmarł 12 kwietnia 1927 r. Jak każdego dnia, rano uczestniczył w Mszy świętej i przystąpił do Komunii; później pracował w szpitalu. Po powrocie do domu i posiłku przyjmował pacjentów. Po południu źle się poczuł i zmarł w fotelu w swoim gabinecie. Jego śmierć poruszyła wiele osób, w sposób szczególny najuboższych pacjentów, którzy wielokrotnie doświadczyli jego troskliwości. Został pochowany na cmentarzu Poggio Reale, ale trzy lata później jego szczątki zostały ekshumowane i spoczęły w kościele Gesù Nuovo.
    W czasie uroczystości beatyfikacyjnych w 1975 r. papież Paweł VI powiedział: “Postać Józefa Moscatiego potwierdza, że powołanie do świętości jest skierowane do wszystkich. Ten człowiek uczynił ze swego życia dzieło ewangeliczne. Był profesorem uniwersytetu. Zostawił wśród swoich uczniów pamięć niezwykłej wiedzy, ale przede wszystkim prawości moralnej, czystości wewnętrznej i ducha ofiary”. Jego kanonizacji dokonał 25 października 1987 r. papież św. Jan Paweł II. Do gabinetu “świętego lekarza” i do jego grobu w kościele dominikanów udają się nieustannie pielgrzymi w nadziei, że skoro za życia Józef służył w potrzebach ciała i duszy, tym skuteczniej czynić to może przed tronem Boga po śmierci.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 kwietnia

    Święty
    Ludwik Maria Grignon de Montfort, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Chanel, prezbiter i męczennik
      •  Święta Joanna Beretta Molla
      •  Błogosławieni Luchezjusz i Buonadonna z Poggibonsi
      •  Błogosławiona Hanna Chrzanowska
    ***
    Święty Ludwik Grignon de Montfort

    Ludwik pochodził ze starego francuskiego rodu. Urodził się 31 stycznia 1673 r. w Montfort-la-Cane (obecnie Montfort-sur-Meu w Bretanii, Francja) jako drugi z osiemnaściorga dzieci adwokata Jana Chrzciciela Grignon i Joanny Robert, córki urzędnika miejskiego. Rodzina była bardzo pobożna. Jego dwóch braci zostało kapłanami, jeden dominikaninem, a dwie siostry wstąpiły do klasztoru. Po ukończeniu miejscowej szkoły Ludwik pobierał naukę w kolegium jezuitów w Rennes (1685-1693). Potem udał się do Paryża, gdzie u sulpicjanów studiował teologię (1693-1700). W liście do swojego przełożonego nakreślił taki program swojego działania: “Odczuwam wielkie pragnienie umiłowania Pana naszego i Jego świętej Matki. Chciałbym jako prosty i ubogi kapłan uczyć biednych wieśniaków i zachęcać grzeszników do nabożeństwa do Świętej Dziewicy”.
    Po przyjęciu święceń kapłańskich (5 czerwca 1700 r.) pracował jako kapelan szpitala w Poitiers (1701-1703). W listopadzie 1700 r. wstąpił do tercjarzy dominikańskich, prosząc o zgodę nie tylko na naukę odmawiania różańca, ale i na zakładanie bractw różańcowych. Założył z Marią Ludwiką Trichet zgromadzenie żeńskie pod wezwaniem Bożej Mądrości dla pielęgnowania chorych. Następnie z woli przełożonych został misjonarzem. Wędrował od wioski do wioski, od miasteczka do miasteczka i głosił Boże słowo. Natrafił jednak niespodziewanie na opór miejscowych duszpasterzy, którzy widzieli w misjonarzu intruza, który wchodzi w ich kompetencje. Udał się więc do Rzymu i u papieża Klemensa XI wyprosił sobie przywilej głoszenia kazań w całej Francji. Zwalczał szczególnie szerzący się jansenizm, w którym widział głównego wroga pobożności chrześcijańskiej (przedstawiciele tego ruchu zaprzeczali wolnej woli uważając, że bez specjalnej łaski Bożej człowiek nie jest w stanie zachować przykazań; ograniczali też możliwość przystępowania do Komunii św.). W czasie swoich wędrówek Ludwik wygłosił około 200 rekolekcji i misji. Każda misja trwała do 5 tygodni: uczył religijnych śpiewów, zapisywał wiernych do bractw: Różańca świętego, Pokutników, 44 Dziewic, Milicji św. Michała i Przyjaciół krzyża. Aby swojemu słowu nadać skuteczność, podejmował w intencji nawrócenia grzeszników wiele pokut, co tym więcej wzruszało i kruszyło serca.
    Ludwik miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej. Oddał się Jej w “niewolę miłości” i na wyłączną własność. W Jej ręce złożył nawet wszystkie swoje zasługi, modlitwy, posty, uczynki pokutne, prace apostolskie, całą swoją osobę. Napisał Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Matki Najświętszej, w którym szeroko rozwinął i uzasadnił korzyści, jakie daje to całkowite oddanie się Maryi. Zostawił także regulaminy wspomnianych wcześniej bractw, które zakładał, oraz teksty pobożnych pieśni, które ułożył. Zostawił wreszcie kilka traktatów teologicznych i ascetycznych, z których najciekawszy to traktat Miłość Jezusa – odwieczna Mądrość.
    Zbyt intensywna apostolska praca wyczerpała siły Świętego. Pożegnał ziemię dla nieba 28 kwietnia 1716 roku, mając zaledwie 43 lata. Pozostawił po sobie dwa zakony: “Towarzystwo Maryi” i “Zgromadzenie Córek Mądrości (Bożej)”. Jako cel wyznaczył swoim synom i córkom duchowym nauczanie ubogiej młodzieży, nawiedzanie i doglądanie chorych w szpitalach, przytułkach i domach prywatnych, oraz służenie pomocą wszystkim, którzy się do nich o nią zwrócą. Akt oddania siebie Maryi podejmowali później papieże, teologowie, m.in. św. Pius X, Benedykt XV i Pius XI, Stefan kardynał Wyszyński oraz św. Jan Paweł II, który w swoim herbie umieścił zawierzenie Bogurodzicy: “Totus Tuus” – “Cały Twój”. On też w uroczystym akcie powierzył NMP Kościół i świat.
    Ludwika beatyfikował w roku 1888 papież Leon XIII, a kanonizował w roku 1947 papież Pius XII. Relikwie św. Ludwika znajdują się w kościele w St. Lament-sur-Serve, gdzie zmarł.
    Dzieła św. Ludwika Marii Grignon de Montfort zostały początkowo zapomniane, ale odkryte na nowo w XIX w. – do dziś są wydawane.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort. Oddał się w „niewolę miłości" Matce Bożej

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Ludwik Maria Grignon de Montfort. Oddał się w „niewolę miłości” Matce Bożej

    Ludwik pochodził ze starego francuskiego rodu. Urodził się 31 stycznia 1673 r. w Montfort-la-Cane (obecnie Montfort-sur-Meu w Bretanii, Francja) jako drugi z osiemnaściorga dzieci adwokata Jana Chrzciciela Grignon i Joanny Robert, córki urzędnika miejskiego. Rodzina była bardzo pobożna. Jego dwóch braci zostało kapłanami, jeden dominikaninem, a dwie siostry wstąpiły do klasztoru. Po ukończeniu miejscowej szkoły Ludwik pobierał naukę w kolegium jezuitów w Rennes (1685-1693). Potem udał się do Paryża, gdzie u sulpicjanów studiował teologię (1693-1700). W liście do swojego przełożonego nakreślił taki program swojego działania: “Odczuwam wielkie pragnienie umiłowania Pana naszego i Jego świętej Matki. Chciałbym jako prosty i ubogi kapłan uczyć biednych wieśniaków i zachęcać grzeszników do nabożeństwa do Świętej Dziewicy”.

    Po przyjęciu święceń kapłańskich (5 czerwca 1700 r.) pracował jako kapelan szpitala w Poitiers (1701-1703). W listopadzie 1700 r. wstąpił do tercjarzy dominikańskich, prosząc o zgodę nie tylko na naukę odmawiania różańca, ale i na zakładanie bractw różańcowych. Założył z Marią Ludwiką Trichet zgromadzenie żeńskie pod wezwaniem Bożej Mądrości dla pielęgnowania chorych. Następnie z woli przełożonych został misjonarzem. Wędrował od wioski do wioski, od miasteczka do miasteczka i głosił Boże słowo. Natrafił jednak niespodziewanie na opór miejscowych duszpasterzy, którzy widzieli w misjonarzu intruza, który wchodzi w ich kompetencje. Udał się więc do Rzymu i u papieża Klemensa XI wyprosił sobie przywilej głoszenia kazań w całej Francji. Zwalczał szczególnie szerzący się jansenizm, w którym widział głównego wroga pobożności chrześcijańskiej (przedstawiciele tego ruchu zaprzeczali wolnej woli uważając, że bez specjalnej łaski Bożej człowiek nie jest w stanie zachować przykazań; ograniczali też możliwość przystępowania do Komunii św.). W czasie swoich wędrówek Ludwik wygłosił około 200 rekolekcji i misji. Każda misja trwała do 5 tygodni: uczył religijnych śpiewów, zapisywał wiernych do bractw: Różańca świętego, Pokutników, 44 Dziewic, Milicji św. Michała i Przyjaciół krzyża. Aby swojemu słowu nadać skuteczność, podejmował w intencji nawrócenia grzeszników wiele pokut, co tym więcej wzruszało i kruszyło serca.

    Ludwik miał szczególne nabożeństwo do Matki Bożej. Oddał się Jej w “niewolę miłości” i na wyłączną własność. W Jej ręce złożył nawet wszystkie swoje zasługi, modlitwy, posty, uczynki pokutne, prace apostolskie, całą swoją osobę. Napisał Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Matki Najświętszej, w którym szeroko rozwinął i uzasadnił korzyści, jakie daje to całkowite oddanie się Maryi. Zostawił także regulaminy wspomnianych wcześniej bractw, które zakładał, oraz teksty pobożnych pieśni, które ułożył. Zostawił wreszcie kilka traktatów teologicznych i ascetycznych, z których najciekawszy to traktat Miłość Jezusa – odwieczna Mądrość.

    Zbyt intensywna apostolska praca wyczerpała siły Świętego. Pożegnał ziemię dla nieba 28 kwietnia 1716 roku, mając zaledwie 43 lata. Pozostawił po sobie dwa zakony: “Towarzystwo Maryi” i “Zgromadzenie Córek Mądrości (Bożej)”. Jako cel wyznaczył swoim synom i córkom duchowym nauczanie ubogiej młodzieży, nawiedzanie i doglądanie chorych w szpitalach, przytułkach i domach prywatnych, oraz służenie pomocą wszystkim, którzy się do nich o nią zwrócą. Akt oddania siebie Maryi podejmowali później papieże, teologowie, m.in. św. Pius X, Benedykt XV i Pius XI, Stefan kardynał Wyszyński oraz św. Jan Paweł II, który w swoim herbie umieścił zawierzenie Bogurodzicy: “Totus Tuus” – “Cały Twój”. On też w uroczystym akcie powierzył NMP Kościół i świat.

    Ludwika beatyfikował w roku 1888 papież Leon XIII, a kanonizował w roku 1947 papież Pius XII. Relikwie św. Ludwika znajdują się w kościele w St. Lament-sur-Serve, gdzie zmarł.

    Dzieła św. Ludwika Marii Grignon de Montfort zostały początkowo zapomniane, ale odkryte na nowo w XIX w. – do dziś są wydawane.

    brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________


    Czciciel Maryi, przyjaciel Krzyża.

    Św. Ludwik Grignion de Montfort

    (Wikimedia Commons)

    ***

    Francuz Święty Ludwik Maria Grignion de Montfort (1673–1716) – autor Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny – był jednym z największych czcicieli Maryi w historii Kościoła. Wyniesienie go na ołtarze umożliwiły cudowne uzdrowienia pięciu zakonnic z założonego przezeń Zgromadzenia Córek Mądrości. Szóstym potrzebnym do tego cudem był nagły i niewytłumaczalny powrót do zdrowia ich dziesięcioletniej uczennicy.

    Obydwa cuda kanonizacyjne związane były z bardzo ciężkimi powikłaniami gruźliczymi. Jedno z nich dotyczyło siostry Gerardy od Kalwarii z klasztoru Córek Mądrości w angielskiej miejscowości Romsey. Zakonnica cierpiała na ciężką gruźlicę wrzodowo- -serowaciejącą. Choroba objęła otrzewną w okolicach miednicy, wytworzyła dwie przetoki, z których sączyła się ropa, a także zaatakowała obydwa płuca (gravissima tuberculosi ulcero- -caseosa pelviperitonaeali cum duabus fistulis sanie manantibus nec non pulmonari bilaterali fuit attacta). Stan chorej był bardzo ciężki, a lekarze nie mieli pomysłu, jak ją z tego wyleczyć. Siostra Gerarda przyjęła namaszczenie chorych i czekała na śmierć. W trudnej sytuacji ona sama i zapewne także jej współsiostry wezwały na pomoc swojego duchowego ojca i założyciela – bł. Grigniona de Montfort. Lekarz badający chorą rankiem 8 kwietnia 1927 roku stwierdził, że jest umierająca. Wieczorem stało się jednak coś niebywałego – chora nagle wyzdrowiała, a dwa dni później mogła wrócić do zakonnych zajęć. Ba! Czuła się ponoć nawet lepiej niż… przed zachorowaniem. Badający ją trzy lata później lekarze, będący nie tylko katolikami, potwierdzili, że była już całkiem zdrowa.

    Nie było już nadziei

    W czerwcu 1934 roku zachorowała inna siostra z tego zgromadzenia – Maria Teresa od Nawiedzenia z klasztoru w Saint Laurent-sur-‑Sevre (Francja). Zapadła na ciężkie gruźlicze zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. To choroba, która nieleczona, w każdym przypadku kończy się śmiercią, a leczona często pozostawia po sobie paskudne pamiątki. Pacjentka była obciążona genetycznie, bowiem z gruźlicą zmagała się już od wczesnego dzieciństwa. To, że choroba zaatakowała jej układ nerwowy, potwierdziło trzech lekarzy. Wszyscy byli też jednomyślni – siostry nie da się już uratować. Nie dawali absolutnie żadnej nadziei. I tym razem siostry wzięły sprawy w swoje ręce. Padły na kolana, by prosić Boga za przyczyną bł. Ludwika Marii o uzdrowienie cierpiącej. Cud wydarzył się wieczorem 24 czerwca – siostra Maria Teresa nagle dołączyła do modlących się – przemówiła normalnym, mocnym głosem, a dolegliwości zaczęły znikać. Dwa dni później siostra Maria Teresa czuła się już całkowicie zdrowa.

    Dzięki tym właśnie cudownym uzdrowieniom możliwa była kanonizacja bł. Ludwika Grigniona de Montfort, której (choć cuda zatwierdzono już w 1939 roku) dopiero po II wojnie światowej, w 1947 roku, dokonał Pius XII.

    Cztery cuda do beatyfikacji

    Wcześniej – w przypadku procesu, który zakończył się w 1888 roku beatyfikacją francuskiego kapłana przez Leona XIII – wzięto pod uwagę cztery inne cuda. W 1845 roku siostra Emmanuela została uzdrowiona z paraliżu kręgosłupa; w lipcu 1869 roku – siostra Saint-Lin z przewlekłej choroby szpiku kostnego; w marcu 1870 roku Reine Mallé, dziesięcioletnia uczennica Córek Mądrości – z gruźliczego zapalenia stawów biodrowych, którego efektem było zwichnięcie prawej nogi, a w kwietniu 1873 roku, siostra St-Gabriel, która miała zniszczone płuca, torbielowaty guz w brzuchu, a na dodatek chore serce.

    Wielki cudotwórca

    W tym, że pod uwagę wzięto cuda, jakich doświadczyły zakonnice i wychowanka zgromadzenia, nie ma bynajmniej żadnego kruczka. Najprawdopodobniej powodem było po prostu to, że – w tych trudnych dla francuskiego Kościoła czasach – w klasztorach znacznie łatwiej je było udokumentować i zweryfikować. Wertując biografie Świętego Grigniona de Montfort, napotykamy zresztą całe mnóstwo opisów innych nadzwyczajnych łask i uzdrowień doznawanych w większości przypadków przez ludzi świeckich. Niektórych uzdrowień doznano jeszcze za życia maryjnego apostoła (co w sposób oczywisty wykluczało je jako cuda brane pod uwagę w procesach beatyfikacyjnym i kanonizacyjnym), a wielu innych niedługo po jego śmierci, a przed rewolucją francuską, która zatarła wiele śladów i uniemożliwiła dokładniejsze ich zbadanie. Tak było pewnie między innymi z niewidomym, który odzyskał wzrok po tym, jak kapłan – wzorem samego Chrystusa – przetarł mu oczy poślinionym palcem, i dzieckiem uzdrowionym po nałożeniu przezeń rąk.

    W XVIII i XIX wieku Grignion de Montfort uznawany był bowiem za wielkiego cudotwórcę, a wyproszone za jego przyczyną uzdrowienia obejmowały całą gamę schorzeń. Niewidomi odzyskiwali wzrok, głusi słuch, niemi mowę. Sensacją było odzyskanie zdolności mówienia przez dziesięcioletnią Marie Greslard z Bretanii, której język zniszczyła ospa. Stało się to, po odprawieniu nowenny, w 1763 roku. Równie spektakularne było uzdrowienie Madaleine Langlois z diecezji Angers z trwającej osiem lat ciężkiej i bolesnej choroby skóry, które wydarzyło się 25 marca 1806 roku, kiedy wraz z rodzicami dziewczyna modliła się, a potem dotknęła grobowca księdza Ludwika Marii. Licznych uzdrowień doznawali paralitycy, epileptycy, chorzy psychicznie i opętani.

    Sutanna, drzazga, but

    Wypraszając łaski za wstawiennictwem Grigniona de Montfort, posługiwano się często najrozmaitszymi należącymi do niego i mającymi z nim styczność przedmiotami, m.in. kawałkiem sutanny, fragmentem jego… buta, drzazgami z trumny, mlekiem, w którym moczono… pył zebrany z grobowca, wodą, w której trzymano jego… ząb. Jedna z łask wydarzyła się, kiedy w czasie odmawiania nowenny ubrano dziecko w koszulkę, którą dotknięto grobu księdza Grigniona, inna po użyciu wody, w której wymoczono należącą do kapłana bieliznę. Dobrze ukazuje to obecną w tamtych czasach wielką wiarę w moc relikwii, które stosowano jednak prawie zawsze w połączeniu z żarliwymi modlitwami.

    Mało tego, opisywano także cuda niezwiązane z uzdrowieniami. Było wśród nich także – dokonane jeszcze za życia Grigniona pomnożenie mąki. Przytaczano również dowody na to, że francuski czciciel Maryi był obdarowany wieloma nadzwyczajnymi charyzmatami: ekstazami, darem przewidywania przyszłości, wiedzą o rzeczach ukrytych i tajemnicach ludzkich serc.

    Narodzony, by sławić Maryję

    „Przez Najświętszą Maryję Pannę przyszedł Chrystus na świat, przez Nią też chce On panować w świecie” – pisał Święty Ludwik Maria Grignion de Montfort we wstępie do swego słynnego, ukrytego – jak twierdzi wielu – przez samego szatana na długie lata i odkrytego dopiero w 1842 roku, Traktatu o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny. A kilka zdań później dodawał: „Zaprawdę musimy zawołać ze świętymi: De Maria nunquam satis! Maryję nie dość sławiono, nie dość wychwalano, czczono, kochano. Nie dość Jej służymy. Należy się Jej więcej chwały, czci, miłości i nabożeństwa”.

    Autor tych słów – jeden z największych mariologów i czcicieli Maryi, oddany Jej w niewolę miłości, urodził się w Montfort we francuskiej Bretanii. Był drugim z 18 (!) dzieci adwokata. Po zakończeniu podstawowej edukacji 12-letni chłopiec podjął naukę u jezuitów w Rennes, a następnie studiował teologię w słynnym seminarium Saint-Sulpice w Paryżu.

    Pragnął uczyć wieśniaków

    Wyprawiając go do Paryża, rodzice chcieli ofiarować mu konia, żeby odbył na nim tę podróż. Odmówił. Matka dała mu wówczas nowe ubranie, a ojciec sporą sumę pieniędzy. Młody człowiek wykorzystał jednak pierwszą nadarzającą się sposobność, żeby pozbyć się tego balastu – rozdał pieniądze potrzebującym i wymienił się z pewnym nędzarzem posiadaną odzieżą.

    Już wtedy pałał wielką miłością do Chrystusa – a zwłaszcza do jego Najświętszej Matki Maryi. Chciał się jej poświęcić, by – jak pisał w liście do przełożonego – „jako prosty kapłan uczyć wieśniaków i zachęcać grzeszników do nabożeństwa do Świętej Dziewicy”. Mając 27 lat – w cudowny sposób uzdrowiony z chorób, na które cierpiał – został kapłanem i kapelanem szpitala-przytułku w Poitiers. Kierowany jednak przemożnym pragnieniem uczenia wieśniaków katechizmu, wierząc, że jest to szczególna misja, którą powierzył mu sam Bóg, przezwyciężając przeciwności i kłody rzucane mu pod nogi przez wielu biskupów, za papieską aprobatą został misjonarzem ludowym przemierzającym północno-zachodnie diecezje Francji (okolice Poitiers, Bretanię, okolice Nantes, Wandeę). Podczas misji głosił budujące kazania, zwalczał jansenizm, nawoływał do odnawiania przyrzeczeń chrzcielnych, do uczestnictwa w procesjach i liturgii, wznosił kalwarie, a także zapisywał chętnych do założonych przez siebie pobożnych bractw (Bractwa Różańca Świętego, Milicji Świętego Michała, Przyjaciół Krzyża, 44 Dziewic oraz Bractwa Pokutników). Wspomagał biednych i nawracał. Dawał również wiernym dobry przykład ascetycznym stylem życia i podejmowanymi surowymi pokutami w intencji nawrócenia grzeszników. Zwano go „dobrym ojcem z Montfort”.

    Wiele lat później święty nazwany został także „ojcem wojennej Wandei”. Wywarł bowiem ogromny wpływ na mieszkańców tej francuskiej prowincji, którzy niezwykle bohatersko bronili swej wiary przed barbarzyńskimi antykatolickimi poplecznikami rewolucji francuskiej.

    Montfortianie i Córki Mądrości

    Święty Ludwik był założycielem misjonarskiego zgromadzenia montfortianów, czyli Towarzystwa Maryi (Societas Mariana Montfortiana) i – w 1703 roku wraz z Marią Ludwiką Trichet, później siostrą Marią Ludwiką od Jezusa – Córek Mądrości (według planów siostry miały się opiekować chorymi oraz nauczać na poziomie szkolnym, zwłaszcza  osoby ubogie).

    Przez Maryję do Jezusa

    Święty Ludwik Maria był nie tylko wielkim propagatorem nabożeństw do Najświętszej Maryi Panny (m.in. modlitwy różańcowej), lecz także do Najświętszego Serca Jezusa. Pragnął, aby wszyscy „oddawali się Jezusowi Chrystusowi, wcielonej Mądrości, przez ręce Maryi”.

    Nawoływał ludzi, by stawali się prawdziwymi chrześcijanami – „przyjaciółmi Krzyża”, których można rozpoznać po czterech znakach – właściwościach chrześcijańskiej doskonałości: mocnej woli stania się świętym, wyrzeczeniu („niech zaprze się samego siebie”), cierpieniu („niech weźmie swój krzyż”) i działaniu („…i naśladuje mnie”).

    Maryjny apostoł zmarł wyczerpany intensywną działalnością apostolską i dręczącymi go chorobami. W chwili śmierci miał zaledwie 43 lata.

    Inspirował papieży

    Duchowość Świętego Ludwika Marii Grigniona de Montfort, a szczególnie nauka zawarta w jego Traktacie… wywarła wielki wpływ na wielu papieży, m.in. Leona XIII (zainspirowany nią napisał 12 encyklik o różańcu) i Jana Pawła II. Podobnie jak żyjący ponad 400 lat wcześniej francuski święty, Karol Wojtyła zawsze podkreślał wielką rolę Maryi w Bożym planie zbawienia świata. Słynne Totuus Tuus (Cały Twój) Montforta stało się jego biskupim i papieskim mottem. W encyklice Redemptoris Mater Ojciec Święty wspomniał Świętego Ludwika Marię Grigniona de Montfort, „który zachęca chrześcijan do poświęcenia się Chrystusowi przez Maryję, widząc w nim skuteczny sposób wiernego realizowania w życiu zobowiązań chrztu świętego”.

    Święty Ludwik Maria został kanonizowany w 1947 roku przez Piusa XII, ale dopiero w 1996 roku wpisano go do powszechnego kalendarza Kościoła. Obecnie podejmowane są starania o ogłoszenie go Doktorem Kościoła. Relikwie Świętego Grigniona de Montfort znajdują się obecnie w miejscu jego śmierci – w kościele w Saint-Laurent-sur-Serve.

    Tekst pochodzi z albumu „Cuda Wielkich Świętych”, Henryk Bejda.

    PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________

    Św. Ludwik od Totus Tuus

    Św. Ludwik od Totus Tuus

    św. Ludwik Maria Grignion de Montfort/WIKIPEDIA

    ***

    Spotkał na ulicy trędowatego i zaniósł do klasztoru, w którym wtedy mieszkał. Gdy drzwi były zamknięte, do skutku wołał: “Otwórzcie drzwi Jezusowi Chrystusowi!”.

    Najsłynniejsze dzieło św. Ludwika Marii Grignion de Montfort (1673–1716) „Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny”, było nieznane przez ponad sto lat. Manuskrypt odkryto dopiero w roku 1842. Po opublikowaniu w 1843 r., traktat okazał się dziełem niezwykle popularnym. To z tej książeczki Jan Paweł II zaczerpnął swoją dewizę Totus Tuus (Cały Twój). W „Darze i tajemnicy” wyznaje: „Był taki moment, kiedy poniekąd zakwestionowałem swoją pobożność maryjną uważając, że posiada ona w sposób przesadny pierwszeństwo przed nabożeństwem do samego Chrystusa. Muszę przyznać, że wówczas z pomocą przyszła mi książeczka św. Ludwika (…). W niej znalazłem poniekąd gotową odpowiedź na moje pytania. Tak, Maryja prowadzi nas, przybliża do Jezusa, prowadzi nas do Niego, ale pod warunkiem, że przeżyjemy Jej tajemnicę w Chrystusie”.

    Kim był św. Ludwik? Przede wszystkim gorliwym duszpasterzem francuskiej biedoty. Sam pochodził z ubogiej bretońskiej rodziny, liczącej 18 dzieci. Kształcił się u jezuitów w Rennes. Skończył seminarium duchowne w Paryżu. Przez 16 lat wędrował jako misjonarz w zachodniej Francji. Zmarł z wycieńczenia w 43. roku życia.

    Słynął z ewangelicznego radykalizmu. Miał coś z gwałtowności Savonaroli. Jego pasją było ratowanie dusz z niewoli grzechu. Nie rozstawał się z różańcem, gdy mówił do tłumów, podnosił ponad głową wielki krucyfiks. Gromił grzech, słuchaczy pobudzał do płaczu nad Jezusem ukrzyżowanym i nad własnymi nędzami. Wdarł się nawet siłą do spelunki, w której błagał grzeszników, by się nawrócili i ratowali swe dusze. Podróżował pieszo, wygłosił około 200 rekolekcji i misji. Swoim radykalizmem ściągnął na siebie niechęć niektórych biskupów. Pewnego dnia spotkał na ulicy trędowatego biedaka, wziął go na ramiona i zaniósł do klasztoru, w którym wtedy mieszkał. Gdy drzwi były zamknięte, do skutku wołał: „Otwórzcie drzwi Jezusowi Chrystusowi!”. Czyżby słowa Jana Pawła II z inauguracji pontyfikatu: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi” były także nawiązaniem do tego Bożego szaleńca?

    Św. Ludwik dzięki swoim żarliwym pismom maryjnym stał się klasykiem maryjnej pobożności. W całym świecie można usłyszeć: „Poświęciłem się Maryi, tak jak nauczał św. Ludwik z Montfortu”. Sławnymi uczniami św. Ludwika byli m.in. św. Maksymilian Kolbe i Prymas Tysiąclecia. To z jego pism zaczerpnęli ideę niewolnictwa z miłości i oddania Maryi. Jan Paweł II zwracał uwagę, że „naukę montfortiańską należy dziś odczytywać i interpretować w świetle nauczania Soboru, przez co nie traci ona bynajmniej swej istotnej wartości”. W pismach św. Ludwika pojawia się nieraz pobożna przesada. Można chwilami odnieść wrażenie, że Maryja przesłania Chrystusa. A jednak sam św. Ludwik zapewnia: „Gdyby nabożeństwo do Najświętszej Panny oddalało nas od Chrystusa Pana, należałoby je odrzucić jako poduszczenie diabelskie. (…) Nabożeństwo to jest nam tylko i wyłącznie po to potrzebne, abyśmy mogli Chrystusa tym doskonalej znaleźć, tym czulej ukochać i tym wierniej Mu służyć”.

    ks. Tomasz Jaklewicz /Gość Niedzielny

    __________________________________________________________________________________

    Boży szaleniec, który uczy nas, jak zawierzyć się Maryi

    Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort jako człowiek oddany Duchowi Świętemu wzrastał w osobistej świętości, „od dobrego ku lepszemu”. Wiemy jednakże, że do tej przygody zaprasza każdego.

     

     

    wikipedia.org

    ***

    Oto o jakich misjonarzy prosi Pana w ekstatycznej Modlitwie płomiennej: „o kapłanów wolnych Twoją wolnością, oderwanych od wszystkiego, bez ojca i matki, bez braci i sióstr, bez krewnych według ciała, przyjaciół według świata, dóbr doczesnych, bez więzów i trosk, a nawet własnej woli. (…), o niewolników Twojej miłości i Twojej woli, o ludzi według Serca Twego, którzy oderwani od własnej woli, która ich zagłusza i hamuje, aby spełniali wyłącznie Twoją wolę i pokonali wszystkich Twoich nieprzyjaciół, jako nowi Dawidowie z laską Krzyża i procą Różańca świętego w rękach (…), o ludzi podobnych do obłoków wzniesionych ponad ziemię, nasyconych niebiańską rosą, którzy bez przeszkód będą pędzić na wszystkie strony świata przynagleni tchnieniem Ducha Świętego.

    O takich ludzi proszę wraz z Prorokami Twoimi (…), o ludzi zawsze gotowych do Twojej dyspozycji, gotowych służyć Ci na głos swoich przełożonych, za przykładem Samuela mówiącego: Oto jestem (1 Sm 3,16). Zawsze gotowych iść i wszystko wycierpieć z Tobą i dla Ciebie, tak jak Apostołowie mówiący: Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć (J 11,16) (…), o prawdziwe dzieci Maryi, Twojej Świętej Matki, z Jej miłości poczęte i zrodzone, w Jej łonie noszone, Jej piersią karmione, Jej matczynym staraniem wychowane, Jej ramieniem podtrzymywane i łaskami Jej ubogacone (…), o prawdziwe sługi Najświętszej Maryi Panny, którzy by na podobieństwo św. Dominika szli wszędzie, niosąc w ustach gorejącą pochodnię Ewangelii, a w ręce Różaniec święty”.

    W tej modlitwie Ludwik zaznacza wyraźnie, że to Duch Święty wraz z Maryją ukształtują przyszłe sługi Boże – ludzi wolnych wewnętrznie (także od ludzkich względów czy zabezpieczeń finansowych), gotowych pójść za Słowem Pana, dokądkolwiek On ich pośle, bez zastrzeżeń. Co więcej, uzdolni On ich do głoszenia Słowa z mocą i do miłości heroicznej: „Ci naśladowcy Apostołów będą głosili virtute multa (por. Mt 24,30; Mk 13,16), virtute magna (por. Ag 4,33; Bar 2,11), z tak wielką mocą i czystością, tak wzniośle i wspaniale, że w miejscach, gdzie będą przemawiać, poruszą umysły i serca wszystkich. Im to, Panie, dasz Twoje słowo, Twoje usta, a nawet Twoją mądrość, której nie będą mogli oprzeć się wasi nieprzyjaciele (Łk 21,15) (…). Ich całkowite zdanie się na Twoją Opatrzność i nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny uskrzydli ich srebrnymi pióry gołębicy, czyli czystością nauki i obyczajów; uczyni ich grzbiet pozłacanym, czyli ozdobi doskonałą miłością bliźniego zdolną znosić jego wady i napełnić ich wielkim umiłowaniem Chrystusa Pana, dającym moc niesienia swego krzyża”.

    Zadanie apostolstwa nie należy tylko do kapłanów. Pisząc w Traktacie o apostołach czasów ostatecznych, Ludwik nie ogranicza zadania głoszenia Dobrej Nowiny tylko dla osób duchownych (zresztą sam przez lata współpracował ze świeckimi).

    Ich zadaniem ma być posłuszeństwo Duchowi Świętemu i głoszenie Królestwa Bożego za pomocą znaków, cudów, ale i miłości wzajemnej: „Będą to prawdziwi apostołowie czasów ostatecznych, którym Pan Zastępów da słowo i moc, aby czynili cuda i odnosili wspaniałe zwycięstwa nad Jego nieprzyjaciółmi; spoczywać będą bez złota i srebra i, co więcej, bez opieki, pośród innych kapłanów, duchownych i uczonych (Ps 67,14), a jednak będą mieli posrebrzane skrzydła gołębicy, aby z czystą intencją chwały Bożej i zbawienia dusz iść tam, gdzie ich wezwie Duch Święty, a w miejscach głoszenia słowa zostawią po sobie tylko złoto miłości, będącej wypełnieniem całego prawa”.

    Podobnie Ludwik zaznacza w Tajemnicy Maryi: przyszli święci będą mocni dzięki Duchowi Świętemu oraz macierzyńskiej opiece Matki Bożej.

    Poddając się Im, wprowadzą Boże królestwo: „Trzeba wierzyć także, że na końcu czasów, a może wcześniej niż myślimy, Bóg wzbudzi ludzi wielkich, pełnych Ducha Świętego i ducha Maryi, przez których ta Najświętsza Władczyni dokona wielkich cudów w świecie, by zniszczyć grzech i nad królestwem zepsutego świata ustanowić królestwo swojego Syna Jezusa Chrystusa (…). Przez to nabożeństwo (…) ci święci ludzie osiągną wszystko”.

    Przyjmijmy te ostatnie słowa jako życzenia świętego Ludwika Marii Grignion de Montforta dla każdego z nas.

     “Św. Ludwik Maria Grignion de Montfort. Boży szaleniec, który uczy nas, jak zawierzyć się Maryi” 

    Renata Czerwińska/e-SPe/Tygodnik Niedziela

     

    ___________________________________________________________________________

    Wizja św Ludwika de Montfort: Apostołowie czasów ostatecznych

    fot. Kevin Rhese via Flickr, CC BY 2.0

    ***

    Wizja św Ludwika de Montfort:

    Apostołowie czasów ostatecznych

    Lecz któż to będę owi słudzy, niewolnicy i dzieci Maryi? To będą kapłani Pańscy, co jak ogień gorejący rozpalać będę wszędzie żar miłości Bożej. 14 Będą „jako strzały w ręku mocarnej” [Ps 127,4] Maryi, by przebić Jej nieprzyjaciół. Będę jako synowie pokolenia Lewi, którzy dobrze oczyszczeni ogniem wielkich utrapień, a ściśle zjednoczeni z Bogiem, nosić będą złoto miłości w sercu, kadzidło modlitwy w duchu i mirrę umartwienia w ciele. Dla biednych i maluczkich będą oni wszędzie dobrą wonią Chrystusową [2 Kor 2,15]; dla „wielkich” zaś tego świata, dla bogaczy i pysznych, będę wonią śmierci.

    Apostołowie czasów ostatecznych

    Lecz któż to będę owi słudzy, niewolnicy i dzieci Maryi? To będą kapłani Pańscy, co jak ogień gorejący rozpalać będę wszędzie żar miłości Bożej. Będą „jako strzały w ręku mocarnej” [Ps 127,4] Maryi, by przebić Jej nieprzyjaciół. Będę jako synowie pokolenia Lewi, którzy dobrze oczyszczeni ogniem wielkich utrapień, a ściśle zjednoczeni z Bogiem, nosić będą złoto miłości w sercu, kadzidło modlitwy w duchu i mirrę umartwienia w ciele. Dla biednych i maluczkich będą oni wszędzie dobrą wonią Chrystusową [2 Kor 2,15]; dla „wielkich” zaś tego świata, dla bogaczy i pysznych, będę wonią śmierci.

     Będą jakoby chmury gromonośne, które za najmniejszym powiewem Ducha Św. polecą hen, by rozsiewać słowo Boże i nieść życie wieczne, nie przywiązując się do niczego, nie dziwiąc się niczemu, nie smucąc się niczym. Grzmieć będą przeciw grzechowi, huczeć przeciwko światu, uderzą na diabła i jego wspólników i przeszyją obosiecznym mieczem słowa Bożego [Ef 6,17] na życie lub śmierć wszystkich, do których Najwyższy ich pośle. Będą to prawdziwi apostołowie czasów ostatecznych, którym Pan Zastępów da słowo i siłę działania cudów i odnoszenia świetnych zwycięstw nad Jego nieprzyjaciółmi. Będą spoczywali bez złota i srebra, a co ważniejsza, bez troski pośród innych kapłanów i duchownych, „inter medios cleros” [Ps 68,14, a jednak będą mieli „srebrzące się skrzydła gołębicy”, by z czystą intencją chwały Bożej i zbawienia dusz pójść wszędy, dokąd Duch Św. zawoła. A wszędzie, gdzie głosić będą słowo Boże, pozostawią po sobie tylko złoto miłości, będącej dopełnieniem wszelakiego prawa [Rz 13,10]. Wiemy wreszcie, że będą to prawdziwi uczniowie Jezusa Chrystusa, idący śladami Jego ubóstwa, pokory, wzgardy dla świata, a pełni miłości bliźniego.

     Będą nauczali jak iść wąską drogą do Boga, w świetle czystej prawdy, tj. wedle Ewangelii, a nie według zasad świata, bez względu na osobę, nie oszczędzając nikogo, bez obawy przed kimkolwiek ze śmiertelnych choćby najpotężniejszym. Będą mieli w ustach obosieczny miecz słowa Bożego; na ramionach nieść będą zakrwawiony proporzec krzyża, w prawej ręce krucyfiks, różaniec w lewej, święte imiona Jezusa i Maryi na sercu, a skromność i umartwienie Jezusa Chrystusa zajaśnieje w całym ich postępowaniu. Takimi oto będą owi wielcy mężowie, którzy się pojawią a których Maryja ukształtuje i wyposaży na rozkaz Najwyższego, by Królestwo Jego rozprzestrzeniali nad krainą bezbożnych, bałwochwalców i mahometan. Kiedy i jak to się stanie?… Bogu to Jedynemu wiadomo. Co do nas, milczmy, módlmy się, prośmy, wyczekujmy; „Exspectans exspectavi: Z upragnieniem wyglądałem” [Ps 40,2]

    Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny louisgrignion.pl

    oprac.MP/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 kwietnia

    Święta Katarzyna ze Sieny,
    dziewica i doktor Kościoła
    patronka Europy

    Święta Katarzyna ze Sieny

    Katarzyna Benincasa urodziła się 25 marca 1347 r. w Sienie (Włochy). Była przedostatnim z dwudziestu pięciu dzieci mieszczańskiej rodziny Jakuba Benincasy i Lapy Piangenti – córki poety Nuccio Piangenti. Przyszła na świat jako bliźniaczka, ale jej siostra, Janina, zaraz po urodzeniu zmarła. Rodzina nie cierpiała biedy, skoro stać ją było na to, by przyjąć do swego grona sierotę po starszym bracie, Tomasza Fonte, który, po wstąpieniu do dominikanów, był pierwszym spowiednikiem Katarzyny.
    Katarzyna już jako kilkuletnia dziewczynka była przeniknięta duchem pobożności. Wspierana Bożą łaską w wieku 7 lat (w 1354 r.) złożyła Bogu w ofierze swoje dziewictwo. Kiedy miała 12 lat, doszło po raz pierwszy do konfrontacji z matką, która chciała, by Katarzyna wiodła życie jak wszystkie jej koleżanki, by korzystała z przyjemności, jakich dostarcza młodość. Katarzyna jednak już od wczesnej młodości marzyła o całkowitym oddaniu się Panu Bogu. Dlatego wbrew woli rodziców obcięła sobie włosy i zaczęła prowadzić życie pokutne. Zamierzała najpierw we własnym domu uczynić sobie pustelnię. Kiedy jednak okazało się to niemożliwe, własne serce zamieniła na zakonną celę. Tu była jej Betania, w której spotykała się na słodkiej rozmowie z Boskim Oblubieńcem. Z miłości dla Chrystusa pracowała nad swoim charakterem, okazując się dla wszystkich życzliwą i łagodną, skłonną do usług. W woli rodziców zaczęła upatrywać wolę ukochanego Zbawcy.
    Pomimo wielu trudności ze strony rodziny, w 1363 roku wstąpiła do Sióstr od Pokuty św. Dominika (tercjarek dominikańskich) w Sienie i prowadziła tam surowe życie. Modlitwa, pokuta i posługiwanie trędowatym wypełniały jej dni. Jadła skąpo, spała bardzo mało, gdyż żal jej było godzin nie spędzonych na modlitwie. Często biczowała się do krwi. W wieku 20 lat była już osobą w pełni ukształtowaną, wielką mistyczką. Pan Jezus często ją nawiedzał sam lub ze swoją Matką. Pod koniec karnawału 1367 roku, gdy Katarzyna spędzała czas na nocnej modlitwie, Chrystus Pan dokonał z nią mistycznych zaślubin, zostawiając jej jako trwały znak obrączkę. Odtąd Katarzyna stała się posłanką Chrystusa. Przemawiała odtąd i pisała listy w imieniu Chrystusa do najznakomitszych osób ówczesnej Europy, tak duchownych, jak i świeckich. Skupiła ponadto przy sobie spore grono uczniów – elitę Sieny – dla których była duchową mistrzynią i przewodniczką. Wspierana nadzwyczajnymi darami Ducha Świętego i posłuszna Jego natchnieniom, łączyła w swoim życiu głęboką kontemplację tajemnic Bożych w “celi swojego serca” z różnorodną działalnością apostolską. Z jej przemyśleń i duchowych przeżyć zrodziło się zaangażowanie w sprawy Kościoła i świata.
    Katarzyna miała wielu wrogów. Uważano za rzecz niespotykaną, by kobieta mogła tak odważnie przemawiać do kapłanów, biskupów, a nawet do papieży w imieniu Chrystusa, ogłaszać się publicznie Jego posłanką. Pod naciskiem opinii wezwano więc przed trybunał inkwizycji do Florencji. Kościelny przewód sądowy odbył się w klasztorze dominikanów przy kościele S. Maria Novella. Było to w samą uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 21 maja 1374 roku. Katarzyna miała jednak przy sobie nie tylko oskarżycieli, ale również obrońców. Sąd inkwizycyjny nie dopatrzył się żadnej herezji ani błędu, tak w jej wypowiedziach, jak też w jej pismach.
    Zaledwie Katarzyna wróciła do Sieny, miasto nawiedziła dżuma. Katarzyna oddała się posłudze zarażonym z heroicznym oddaniem. W nagrodę za to 1 kwietnia 1375 roku otrzymała od Chrystusa stygmaty (jednak nie w postaci ran, lecz krwawych promieni).
    Podczas licznych konfliktów na terenie Italii i w samym Kościele była orędowniczką pokoju i mediatorem. Domagała się od kolejnych papieży (najpierw od bł. Urbana V, a potem od Grzegorza XI) powrotu z Awinionu do Rzymu. Wobec nieskuteczności wysyłanych listów udała się do Awinionu, by skłonić Grzegorza XI do zamieszkania w Wiecznym Mieście. Kiedy papież zdecydował się powrócić, jej pośrednictwu przypisywano to ważne wydarzenie. Po śmierci papieża Grzegorza XI kardynałowie wybrali arcybiskupa z Bari, który przyjął imię Urbana VI (1378-1389). Ten jednak swoją surowością zraził sobie kardynałów, dlatego część z nich zbuntowała się i wybrała antypapieża w osobie Klemensa VII (1378-1394). Kościół został podzielony. Kilka lat później, w 1409 r., miał pojawić się jeszcze drugi antypapież, co wywołało prawdziwy chaos. Rozłam trwał 39 lat. Kiedy wysiłki Katarzyny nie dały rezultatu, gdyż antypapież nie chciał ustąpić, Katarzyna robiła wszystko, by jak najwięcej zwolenników skupić koło osoby prawowitego papieża. Nawoływała do modlitw w jego intencji. Popierała też usilnie reformy, jakie Urban VI wprowadził. Na jego życzenie udała się do Rzymu, by tam pracować dla dobra Kościoła. Wielu mężczyznom i kobietom, pochodzącym z różnych warstw społecznych, pomogła wejść na drogę cnoty lub osiągnąć pokój.
    Umarła z wyczerpania 29 kwietnia 1380 r. w Rzymie w wieku 33 lat. Pozostawiła po sobie trzy dzieła, które zawierają jej naukę: “Dialog o Bożej Opatrzności”, “Listy” oraz “Modlitwy”. Jej kult rozpoczął się zaraz po jej śmierci. Nikt już nie wątpił, że była wybranką Bożą i niewiastą opatrznościową dla Kościoła. Pan Bóg wsławił też jej grób wielu cudami. Już w roku 1383 bł. Rajmund z Kapui, ówczesny generał dominikanów, za zezwoleniem Stolicy Apostolskiej przeniósł jej ciało do kaplicy kościoła dominikanów S. Maria della Minerva w Rzymie i wybudował dla niej okazały grobowiec. Jemu zawdzięczamy obszerny “Żywot świętej Katarzyny ze Sieny”, wydany również po polsku. Bł. Rajmund napisał go na podstawie osobistych kontaktów ze św. Katarzyną (był jej spowiednikiem i przewodnikiem duchowym) oraz korzystając ze świadectwa innych bliskich jej osób, z którymi przeprowadził wiele rozmów. Pius II 26 czerwca 1461 roku w bazylice św. Piotra dokonał uroczystej kanonizacji sługi Bożej. W nagrodę za poniesione trudy w obronie Kościoła Pius IX w roku 1866 ogłosił św. Katarzynę drugą, po św. Piotrze, patronką Rzymu. W roku 1939 papież Pius XII proklamował św. Katarzynę ze Sieny drugą, obok św. Franciszka z Asyżu, patronką Italii, a Paweł VI w 1970 roku ogłosił ją doktorem Kościoła. Papież św. Jan Paweł II ogłosił ją w 1999 roku współpatronką Europy. Jest także patronką Sieny oraz pielęgniarek, strażników, strażaków.W ikonografii Święta przedstawiana jest w habicie dominikanki, w koronie cierniowej, z krzyżem w dłoniach, z różańcem. Niekiedy trzyma tiarę. Ukazywana jest także z Dzieciątkiem Jezus, które podaje jej pierścień – znak mistycznych zaślubin, których dostąpiła. Jej atrybutami są także: czaszka, diabeł u stóp, krucyfiks, lilia, serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Święta Katarzyna ze Sieny

    Bądź tym, kim Bóg chce żebyś był, a rozpalisz cały świat

    (List do Stefano di Corrado Maconi)

    Święta Katarzyna ze Sieny i jej biograf, Rajmund z Kapui

    “Powiedziałam ci, drogi bracie, że jesteśmy zobowiązani do miłowania Boga, a teraz ci mówię, że ten, kto kocha, musi być użyteczny temu, kogo kocha, i musi mu służyć. Widzę jednak, że nie możemy uczynić nic pożytecznego dla Boga, gdyż nie przysłużymy się Mu naszym dobrem, ani też nie zaszkodzimy Mu naszym złem. Co powinniśmy zatem robić? Powinniśmy oddawać cześć i uwielbienie Jego Imieniu oraz prowadzić bardzo cnotliwe życie, powinniśmy ofiarować naszemu bliźniemu owoc i trud, to znaczy – uczynić coś pożytecznego dla niego oraz służyć mu w sposób miły Bogu, a jego wady znosić i dźwigać z prawdziwą, uporządkowaną miłością.(…)

    Pamiętasz, bracie, jak Chrystus pytał świętego Piotra: – „Piotrze, czy Mnie miłujesz?”. A Piotr odpowiedział Chrystusowi, że przecież On wie, że Go miłuje. Gdy tak odpowiedział trzy razy, Chrystus powiedział: – „Skoro Mnie kochasz, paś owce moje” (por. J 21,15-17). To tak jakby powiedział:  „Po tym, jak będziesz pasł moje owce, poznam, czy mnie miłujesz. Skoro bowiem nie możesz nic zrobić dla Mnie, pomagaj bliźniemu twemu, ofiarując mu trud oraz karmiąc go świętą i prawdziwą nauką”.

    Powinniśmy wspierać bliźniego według naszych możliwości, a więc jeden – nauką, inny

    Święta Katarzyna ze Sieny 

    – modlitwą, a jeszcze inny – materialną pomocą. Kto zaś nie może udzielić bliźniemu materialnej pomocy, niechaj go wspiera przyjaźnią. Powinniśmy zawsze okazywać miłość bliźniemu, czyniąc coś pożytecznego i dobrego temu, kogo Bóg postawił na naszej drodze. Bracie mój jeszcze raz cię proszę i wzywam cię do życia w łasce i do miłosiernych czynów. Przypominam ci słowa Chrystusa w taki oto sposób: „Piotrze, czy miłujesz swego Stwórcę i mnie? Służ mi zatem, pomagając bliźniemu twemu, który jest w potrzebie. Służ mu według twoich sił i możliwości, mając zawsze na względzie chwałę, a nie obrazę Boga”.

    List do Piotra Tolomei, św. Katarzyna ze Sieny

    Sanctus.pl

    _________________________________________________________________________________________

    Św. Katarzyna ze Sieny

    “Katarzyna była zaskakująco czuła i tolerancyjna w stosunku do innych… Lubiła się śmiać, znajdowała przyjemność w śpiewie i kochała rozmawiać… Miała dar zjednywania sobie ludzi… Katarzyna akceptowała wszystkich takimi, jakimi byli…” (Don Brophy).

    “Miłość i pokora są to dwa skrzydła, konieczne do lotu w krainę życia wiecznego!”

    ***

    REKOLEKCJE ZE ŚW. KATARZYNĄ

    Zuchwała prośba w dniu łaski 

    Katarzyna urodziła się w święto Zwiastowaia, 25 marca 1347 roku. Jej życie jest jakby kształtowane przez wielką tajemnicę Zwiastowania Pańskiego. Tak jak Maryję, zachowując wszelkie proporcje, Bóg pociągnął ją do Siebie szczególną miłością i uniżył się, by wejść w jej wnętrze. W ślad za Maryją, Katarzyna stała się rzecznikiem Słowa, niosącą ogień, rozdawczynią pokoju, urodzajną glebą i świątynią Trójcy Świętej. 25 marca 1379 roku jej bliscy zapisali jej modlitwę, która jest czymś w rodzaju jej Magnificat za dzieło zbawienia. Było to na rok przed jej odejściem pełnego życia w Bogu, gdzie nadal wstawia się za nami.

    Katarzyna zuchwale błaga Maryję, pomimo — albo z powodu — swej niegodności i jej grzesznej natury. „Dzisiaj Boga” jest ważniejsze od przeszłości. Czyż nie dzisiaj, Maryjo, w Twojej urodzajnej ziemi zakiełkowało dla nas ziarno, z którego wyrośnie Zbawiciel? Proszę Cię (o to) zuchwale: jest to dzień wielkich łask.

    W Maryi wszystko jest przygotowane na przyjęcie: Świątynio Trójcy Świętej, ziemio urodzajna, naczynie pokory, jesteś tabliczką, na której jest napisane… I wszystko jest przygotowane na dawanie. Nosicielko ognia, Szafarko miłosierdzia, w Tobie dojrzewa owoc; Szafarko pokoju, ognisty Wozie, niosłaś ukryty ogień, dałaś nam chleb z Twojej mąki. Wszystkie te wyrażenia mają znaczenie służebne, aktywne, dynamiczne.

    Maryja, świątynia Trójcy Świętej

    Patrzymy na Maryję nie dla niej samej. Kontemplujemy Ją w relacji do Trójcy Świętej i do całej ludzkości. W świetle nauki Soboru Watykańskiego II. Maryja nie jest centrum modlitwy. Nie jest słońcem. Ona otrzymuje światło od Słońca. Jest na swoim ulubionym miejscu: służebnicy Pana. Katarzyna widzi Ją jako antenę satelitarną, skierowaną na Boga i na ludzi: najważniejsze, to zamiar Trójcy Świętej… i niezwykła godność istoty ludzkiej.

    Ta modlitwa prowadzi nas prosto do serca Boga. W Bogu nie brak niczego, a jednak: Wiekuista Trójco, miłość zmusiła Cię do tego, by z Twego łona wydobyć człowieka.

    Katarzyna zachwyca się transcendencją człowieka wydobytego z łona Trójcy Świętej i łaskawością Boga, który ukształtował ciało Słowa w łonie swojego stworzenia.

    Oczarowanie sobą

    W oczach Boga Maryja ma w sobie urok nieodparty. Katarzyna nie mówi tak, jak św. Łukasz: Znalazłaś łaskę u Boga. Pan z Tobą. Co odpowiada językowi powołania i misji. Ona mówi’. Bóg Cię porwał… Twoja pokora i Twoja miłość przyciągnęły Boga i skłoniły Go do tego, by wejść w Ciebie. Dlatego właśnie kończy: Wiem, że Tobie Bóg nic nie odmówi. W tej grze wzajemnego przyciągania, Bóg rozkochał się w swoim stworzeniu. I, można powiedzieć, „został schwytany ten, który myślał, że złapał”. Bowiem, przyciągając ku sobie swoje stworzenie — pociągnął Ją samą tylko miłością — Bóg sam został pociągnięty przez Nią. Lepiej: zmuszony do tego, by wejść w Nią. Rzeczywiście, ma do Niej słabość…

    Zażyłość ponownie zawiązana

    Zażyłość Boga z człowiekiem, rozbita przez grzech, jest ponownie zawiązana w Maryi. W Niej, Słowo wcielone otrzymało mąkę na chleb, aby natura boska została zmieszana i wygnieciona razem z naturą ludzką, tak by nic, ani śmierć, ani nasza niewdzięczność nie mogła rozbić jedności… Wstydź się, moja duszo, widząc to wspaniałe pokrewieństwo, bo dzisiaj zostały za¬wiązane więzy pokrewieństwa z Bogiem, które odtąd pozostaną nierozerwalne na wieki.

    Maryja przyjęła Słowo bez cienia wątpliwości w to, że dla Boga wszystko jest możliwe. Była zachwycona jego wielką dobrocią. Katarzyna również się zachwyca i podziwia w Maryi „podpis” zadziwiającej godności człowieka: Jesteś księgą, Maryjo… Dzisiaj w Tobie została zapisana mądrość Ojca Przedwiecznego. Tak, objawiła się godność człowieka, bo gdy rozmyślam o Tobie, to widzę, że ręka Ducha Świętego wpisała w nią Trójcę Świętą. Kiedy rozważam Twój wielki zamysł, Wiekuista Trójco, wówczas pojmuję, że w Twojej Światłości widziałaś godność i szlachetność rodzaju ludzkiego, i jak wielka miłość zmusiła Cię do tego, by wydobyć człowieka z Twego łona, ta sama miłość, która zmusiła Cię jeszcze do tego, by go odkupić, kiedy zaginął.

    Uczestnictwo Maryi i… delikatność Boga

    Maryjo, Odkupicielko, w pewnym sensie, rodzaju ludzkiego. Oczywiście, jedynie Chrystus jest Odkupicielem, ale współpraca z Maryją pojawia się w kluczowych momentach historii zbawienia: Zwiastowanie, Wcielenie i Odkupienie ludzi przez Chrystusa. Chrystus był Odkupicielem przez Swą Mękę; Ty — przez boleść ciała i duszy.

    Święty Łukasz mówi wyraźnie, że Bóg nie dokonał niczego bez przyzwolenia Dziewicy. Katarzyna zachwyca się delikatnością Wszechmogącego wobec tajemnicy naszej wolności: Pukał do drzwi Twojej woli, Maryjo, Ojciec Przedwieczny, i gdybyś nie zechciała otworzyć, nie wcieliłby się w Ciebie. Przyzwolenie, zwłaszcza w trudnych chwilach, jest ogólnie widziane jako objaw słabości. I rzeczywiście tak jest, kiedy uginamy się pod presją mocniejszego. Ale jakąż ma moc, kiedy otwiera drzwi z autentyczną wewnętrzną wolnością?

    Przyzwolenie Dziewicy wyraża współpracę wolności skończonej stworzenia z wolnością nieskończoną swego Stwórcy: W tych oto znakach objawia się godność człowieka… W Tobie, Maryjo, objawia się dzisiaj jego moc i wolność. Bowiem… Bóg schodzi do Ciebie tylko wtedy, jeśli Ty wyrażasz dobrowolnie zgodę; [anioł] czeka u drzwi Twojej woli aż zechcesz otworzyć Temu, który pragnie wejść do Ciebie. W tym jest dobitny dowód mocy i wolności ludzkiej, której nic nie może zmusić ani do dobra ani do zła bez jego przyzwolenia.

    „Tak” wypowiedziane dobrowolnie

    Czyżby Maryja była bierna w dziele zbawienia? Absolutnie nie: [Słowo] nie weszłoby wcale, gdybyś Mu nie otworzyła drzwi Twoją odpowiedzią. Klucze ma Maryja! Ta, która na obrazach pokazywana jest jako „Brama Nieba . Katarzyna patrzy na Nią jak na bramę ludzkości, przed którą stoi Bóg. Bóg puka do drzwi swojej służebnicy! „Tak” wypowiedziane przy Zwiastowaniu bierze swój początek w „Tak” Chrystusa na pra¬gnienie Ojca. A pragnieniem Ojca jest okazanie nam miłosierdzia.

    Do Ciebie się uciekam, Maryjo, i proszę za miłą Oblubienicę Twego umiłowanego Syna i za Jego namiestnika na ziemi, „za tych, ku którym rozpaliłaś moją szczególną miłość” i „za tych, których mi dałaś”.

    Maryjo, Nosicielko ognia…, Wozie ognisty…, Rozpal ich serca, uczyń z nich rozżarzone węgle płonące ogniem Twojej miłości do Boga i do bliźnich.

    ze strony o św. Katarzynie ze Sieny – Listy, modlitwy i teksty o Świętej

    źródło: Chantal van der Plancke, André Knockaert, Rekolekcje z … Święta Katarzyna ze Sieny, Wydawnictwo M, Kraków 1997

    ______________________________________________________________________________________________________________

    o. Jacek Salij OP

    Legendy dominikańskie – św. Katarzyna

    * Boskie pochodzenie jej mądrości

    * Zaślubiny Katarzyny z Boskim Ukochanym

    * Jej upodobnienie do Ukrzyżowanego

    * Tłumy nawracających się za sprawą świętej dziewicy

    Są ludzie i wydarzenia, w których istnienie trudno uwierzyć. Tak bardzo wyrastają nie tylko ponad przeciętność, ale nawet ponad tę niezwykłość, którą skłonni jesteśmy jeszcze uznać. Któż na przykład, czytając dzieje wyzwolenia Francji przez św. Joannę d’Arc, nie odnosi wrażenia jakiegoś nieprawdopodobieństwa? A jednak tak było naprawdę.

    Podobnie trudno uwierzyć w prawdziwość dokonań św. Katarzyny ze Sieny. Ta prosta dominikanka, znana ze swoich przeżyć mistycznych i obdarzona stygmatami, całe godziny spędzała na modlitwie, ale drugie tyle poświęcała dziełom miłosierdzia. To oczywiście jeszcze mieści się w granicach naszej wyobraźni. Ale ona przecież ponadto przyciągała do siebie jak magnes całe tłumy grzeszników i miała dar tworzenia duchowej atmosfery, w której nawet najzatwardzialsi jednali się z Bogiem. Mało tego, fascynowała swoją osobowością wielkich tego świata, począwszy od kolejnych papieży, a skończywszy na książętach i patrycjuszach. Wypełniała misje pokojowe, starała się o powrót papieża z Awinionu do Rzymu, próbowała jednoczyć skłóconą Europę przeciw Turkom, aktywnie popierała prawowitego papieża w związku z wybuchem wielkiej schizmy. Jej obszerne epistolarium zawiera listy do największych tego świata. Ta na pół analfabetka jest zarazem autorką klasycznych dzieł mistycznych, tak znakomitych, że Paweł VI uznał za stosowne ogłosić ją w roku 1970 Doktorem Kościoła. A przecież żyła zaledwie 33 lata.

    Każdego, kto czyta jej listy, jakie rozsyłała po całym świecie do chrześcijan różnych stanów i zajmujących różne stanowiska, ogarnia zdumienie wobec głębi stylu, dojrzałości myśli oraz nadzwyczajnej ich użyteczności dla zbawienia dusz. Choć pisała w swoim ludowym języku – nie miała bowiem wykształcenia — moc Pańska obdarzyła ją taką głębią, że to, co pisała, przypominało pióro raczej Pawła niż Katarzyny, raczej któregoś z Apostołów niż jakiejś tam dziewczyny.

    Boskie pochodzenie jej mądrości

    Listy zaś swoje dyktowała tak szybko i bez śladu nawet zastanawiania się, jak gdyby czytała je z jakiejś książki. Sam widziałem wielokrotnie, jak dwom skrybom dyktowała równocześnie dwa różne listy, adresowane do różnych osób i dotyczące różnych spraw. Żaden ze skrybów nie siedział bezczynnie ani chwili, a ona nie myliła się w dyktowaniu. Kiedy się temu dziwiłem, wielu z tych, którzy ją znali dłużej ode mnie, odpowiadało mi, że niekiedy dyktowała równocześnie trzem i czterem skrybom, równocześnie szybko i nie plącząc poszczególnych wątków. Nie sądzę, aby natura mogła w jakikolwiek sposób uzdolnić do tego kobiece ciało, tak wyniszczone czuwaniem i postem. Był to raczej cud i dar z nieba.

    Zaślubiny Katarzyny z Boskim Ukochanym

    Zbliżał się Wielki Post. Wierni w tych dniach odprawiali niemądre święta jakby ku czci brzucha. Święta dziewica skupiała się w swojej pustelni, w modlitwach i postach szukała oblicza Ukochanego, modlitwę zaś wzmacniała ogromną żarliwością. Wówczas Pan tak do niej przemówił: “Ponieważ dla Mnie odrzucasz wszelką próżność i nie masz upodobania w rozkoszach ciała, ale całą swą rozkosz we Mnie złożyłaś, postanowiłem odbyć z tobą uroczyste zaślubiny — w tym czasie, kiedy twoi bliscy cieszą się w ucztowaniu i wyprawiają święta cielesne”.

    Pan jeszcze to mówił, kiedy ukazała się Najświętsza Dziewica, Jego Matka, błogosławiony Jan Ewangelista, chwalebny Apostoł Paweł oraz św. Dominik, ojciec jej zakonu, a wraz z nimi prorok Dawid, trzymający harfę w ręku. Dziewica Boża Rodzicielka, przy niewyobrażalnie słodkich dźwiękach muzyki Dawida, ujęła swą najświętszą dłonią prawicę dziewicy i wyciągnęła ją do Syna, prosząc, aby raczył ją sobie poślubić w wierze. Jednorodzony Bóg łaskawie wyraził zgodę i podał Katarzynie złoty pierścień, ozdobiony wokół czterema perłami, zaś na samym środku pierścienia błyszczał przepiękny diament. Wkładając pierścień na serdeczny palec dziewicy, Pan powiada: “Oto Ja, twój Stwórca i Zbawiciel, poślubiam cię w wierze. Zachowaj ją nieskażoną aż do czasu, kiedy w niebie będziesz ze mną święciła zaślubiny wiekuiste. Bądź odtąd dzielna, córko; bez ociągania się spełniaj wszystko, co zleci ci moja Opatrzność. Zostałaś uzbrojona w moc wiary, dlatego zwyciężysz wszystkich wrogów”.

    Widzenie zniknęło, ale pierścień na jej palcu pozostał już na zawsze. Jednak inni go nie widzieli, sama tylko dziewica go widziała. Wyznała mi, zresztą z zażenowaniem, że zawsze widzi go na swym palcu i że nigdy nie zdarza się, aby go nie widziała.

    Jej upodobnienie do Ukrzyżowanego

    Modliła się kiedyś żarliwie wraz z Prorokiem: “Stwórz we mnie, Boże, serce czyste i odnów w moim wnętrzu ducha prawości” (Ps 51, 12). Szczególnie prosiła Pana o to, aby zabrał jej własne serce i jej wolę.

    Wówczas Pan pocieszył ją takim oto widzeniem. Mianowicie jej Boski Ukochany tak jak zwykle przyszedł do niej, otworzył w niej lewy bok, wyjął stamtąd serce i odszedł. Ona zaś pozostała zupełnie bez własnego serca.

    Żeby dopełnić tego opisu, muszę ci, czytelniku, opowiedzieć wydarzenie znacznie późniejsze, które miało miejsce w Pizie. W jedną z niedziel odprawiłem tam na jej prośbę mszę i udzieliłem jej Komunii. Jak jej się to zwykle po przyjęciu Komunii zdarzało, przez dłuższy czas trwała bez zmysłów. Nagle zauważyliśmy, że się nieco podniosła (dotychczas bowiem leżała krzyżem na ziemi), uklękła i rozłożyła ramiona i ręce, twarz zaś jej jaśniała. Ciało jej było zupełnie zesztywniałe, oczy zaś przymknięte. W pewnym momencie zostało jakby śmiertelnie zranione, widzieliśmy, jak zachwiało się, wreszcie po chwili dusza wróciła do cielesnych zmysłów.

    Niedługo potem poprosiła mnie do siebie i powiedziała w tajemnicy: “Ojcze, z miłosierdzia Pana Jezusa noszę na swoim ciele Jego znaki”. Zapytałem ją, jak Pan to uczynił. Odpowiedziała: “Zobaczyłam Pana przybitego do krzyża, jak schodził do mnie otoczony wielkim światłem. Dusza, pragnąca wyjść naprzeciw swojemu Stwórcy, sprawiła, że ciało się podniosło. Wówczas zobaczyłam, że z najświętszych Jego ran spływa na mnie pięć krwawych promieni i kieruje się do moich rąk, nóg i serca. Zrozumiawszy, o co chodzi w tej tajemnicy, od razu zawołałam: Błagam Cię, Panie Boże mój, aby rany te nie były w moim ciele widoczne! Jeszcze to mówiłam, jak promienie te, nim jeszcze do mnie doszły, zmieniły barwę krwawą na świetlistą i w postaci czystego światła weszły w pięć miejsc mojego ciała, mianowicie w ręce, nogi i serce…”.

    Zapytałem ją: “Czy w miejscach tych odczuwasz ból?” Ona głęboko westchnęła i powiedziała: “Odczuwam tak wielki ból we wszystkich pięciu miejscach, a zwłaszcza w okolicach serca, że bez szczególnego cudu nie ostałabym się prawdopodobnie przy życiu”.

    Tłumy nawracających się za sprawą świętej dziewicy

    Sam niejednokrotnie byłem świadkiem, jak tłum tysiąca i więcej ludzi, zwołany przez jakąś niewidzialną trąbę, zbiegał się z gór i innych okolic Sieny, aby zobaczyć Katarzynę i jej słuchać. Nawet jej słów nie potrzeba było, sam jej widok wystarczał, aby ludzie kruszyli się ze swoich zbrodni. Płakali i żałowali za swoje grzechy, i biegli do spowiedników (wśród których i ja byłem). Spowiadali się zaś z taką skruchą, że nie było wątpliwości, iż wielka obfitość łaski została wylana z góry w ich serca. Zdarzało się to nie jeden czy dwa razy, ale bardzo często.

    Z tego względu świętej pamięci papież Grzegorz XI, uradowany i szczęśliwy z takiego pożytku dusz, upoważnił mnie oraz dwóch moich towarzyszy do odpuszczania takich grzechów, które rozwiązać mogą tylko biskupi. Ten, co jest Prawdą, która nie oszukuje i nie da się oszukać, wie, jak wielu zbrodniarzy i obciążonych wielkimi grzechami przychodziło wówczas do nas. Przychodzili tacy, którzy nigdy jeszcze się nie spowiadali, oraz tacy, którzy nigdy jeszcze ważnie nie przyjęli sakramentu pokuty. Często na czczo staliśmy aż do samego wieczora i nie byliśmy w stanie wysłuchać wszystkich, którzy chcieli się spowiadać.

    Żeby zaś wyznać własną niedoskonałość oraz płodność tej świętej dziewicy, tak się cisnęli ludzie do spowiedzi, że wielokrotnie byłem zmęczony i prawie nieprzytomny od tej pracy ponad siłę. Ona zaś nieustannie się modliła i jak zwyciężczyni zagarniając łup, tym bardziej radowała się w Panu. Pozostałym zaś synom i córkom nakazywała, aby usługiwali nam, pracującym przy sieciach, które ona zarzuciła.

    ze strony o św. Katarzynie ze Sieny – Listy, modlitwy i teksty o Świętej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Katarzyna ze Sieny

    Św. Katarzyna ze Sieny
    Autor tego XVIII-wiecznego obrazu: Giovanni Battista Tiepolo
    / Museum Wien

    ***

    Moją naturą jest ogień

    Młoda kobieta doradzająca papieżowi? Żeby to była chociaż zakonnica albo mężatka – ale nie! W dodatku dziś czcimy ją jako współpatronkę Europy.

    Późne lato w Awinionie. Szczupła kobieta o delikatnych rysach, ubrana w białą suknię, siedzi naprzeciw papieża. Grzegorzem XI targają wątpliwości. Już 67 lat kolejni następcy św. Piotra rezydują we francuskim mieście. Zerwać wreszcie sieć uzależnień od Paryża i wrócić do Rzymu? Grzegorz jest chwiejny, ale ma przed sobą Katarzynę ze Sieny, które stanowczości nigdy nie brakuje. W pewnej chwili papież pyta wprost: “Mam wracać czy nie?”. Zapada długa chwila milczenia. Kobieta modli się. Wreszcie podnosi głowę i mówi: “Kto zna lepiej wolę Boga niż Wasza Świątobliwość, który na początku panowania uczynił ślub, że powróci do Rzymu?”. Skutek jest piorunujący. Papież złożył ślub w tajemnicy, nikt o tym nie wiedział!

    Decyzja zapada. 3 września 1376 roku kawalkada pojazdów opuszcza Awinion, kierując się do portu, a stamtąd drogą morską do Wiecznego Miasta.

    Chcę żyć, jak mi się podoba

    Katarzyna od dzieciństwa wiedziała, czego chce. Jako dwudzieste trzecie dziecko (!) sieneńskiego farbiarza Jacopo de Benincasy i jego żony Monny Lapy, była szczególnie ukochaną córkę swojej matki. Monna chciała zabezpieczyć jej los, więc gdy Katarzyna miała 12 lat, próbowała wydać ją za mąż. Nie wiedziała, że już w wieku 7 lat córka ślubowała Bogu życie w dziewictwie. Stało się to po tym, jak pewnego dnia Katarzyna ujrzała Jezusa. Od tamtej pory nie potrafiła myśleć o niczym innym. Dużo modliła się i pościła. I oczywiście sprzeciwiała się planom matrymonialnym matki. Gdy ta nie dawała za wygraną, Katarzyna… ścięła swoje długie blond włosy i ogoliła się na łyso.

    To był niebywały skandal. Monna Lapa była wściekła, córka jednak nie ustąpiła. “Pozwólcie mi żyć tak, jak mi się podoba” – zażądała twardo. Dopięła swego. Gdy miała 16 lat, związała się ze świeckim ruchem dominikańskim tzw. mantellatek (od “mantella”, długiego czarnego płaszcza noszonego na białej lnianej sukni). Tercjarki, będąc pod duchową opieką dominikanów, mieszkały w swoich domach, ale spotykały się na modlitwach.

    Katarzyna zaszyła się w swoim pokoju. Żyła ascetycznie, biczując się i poszcząc. Zbyt ascetycznie. Wyniszczyła swój organizm, co przyznała przed śmiercią. Ale już wtedy dawała się zauważyć jej szczególna relacja z Bogiem. Miała uniesienia i stany mistyczne. Każdego rana wychodziła na Mszę do Kościoła, gdzie przyjmowała Komunię. To wyjątkowy przywilej – nie zdarzało się wtedy, a i długo później, żeby ktoś codziennie  przyjmował Ciało Pańskie. “Moją naturą jest ogień” – wyszeptała kiedyś, trwając w żarliwej kontemplacji Chrystusa w Eucharystii.

    I co wam po wiedzy?

    Gdy miała 20 lat, ujrzała Chrystusa, który wręczył jej pierścień. “Ponieważ pogardziłaś próżnymi przyjemnościami, oddając całe serce Mnie, twemu Stwórcy i Zbawicielowi, poślubiam cię w wierze. Bądź mężna. Mocą twej wiary zwyciężysz!” – usłyszała. Trzy lata później Jezus nakazał jej poświęcić się pracy apostolskiej. Zapewnił ją, że zajmowanie się braćmi nie oddali jej od Niego, lecz jeszcze ściślej ją z Nim zjednoczy.

    Katarzyna więc zaczęła pojawiać się w mieście. Zajmowała się pielęgnowaniem chorych i umierających z powodu panującej zarazy. Czasem spotykała się z niewdzięcznością, ale nie zniechęcało jej to – działała przecież ze względu na Jezusa. Z tego samego powodu znosiła spokojnie oszczerstwa zawistników, którzy opowiadali, że jej związki z dominikanami są nie tylko duchowe.

    Wokół Katarzyny zaczęli się gromadzić uczniowie i naśladowcy. Byli w tym gronie duchowni i świeccy, ludzie prości, patrycjusze i artyści, kobiety i mężczyźni. Wszyscy oni nazywali ją swoją… mamą. I to pomimo tego, że była spośród nich najmłodsza!

    Ta zdumiewająca sytuacja przykuła uwagę Inkwizycji. Pewnego dnia Katarzynę odwiedził, wraz z innym zakonnikiem, Gabriel de Volterra, franciszkanin, były wielki inkwizytor. Zamierzał udowodnić jej herezję. Gdyby mu się udało, dziewczyna mogłaby trafić na stos. Uczony zakonnik rozpoczął przesłuchanie, lecz Katarzyna na żadne z zarzutów i pytań nie odpowiedziała. Gdy wreszcie duchowni się zmęczyli, spojrzała na nich bez lęku. “I co wam po wiedzy, z którą się tak obnosicie, skoro nie czyni was ona ani lepszymi, ani mądrzejszymi? W czach Boga fałszywa wiedza jest głupotą! – wypaliła. Świadkowie tej sceny oniemieli. Jeszcze większe było zdumienie, gdy mistrz Gabriel… pokornie przyznał jej rację. Nie poprzestał na słowach – tego samego dnia rozdał swoje majętności i powrócił do właściwego franciszkaninowi ubóstwa.

    Zobacz, jaka brudna

    Gorliwość Katarzyny raziła bezdusznych oficjeli kościelnych. A tych było wielu. Nepotyzm powodował, że najwyższe urzędy kościelne obejmowali ludzie niegodni. Normą była symonia, czyli proceder kupowania godności, z którymi wiązały się wielkie dochody z przypisanych im beneficjów.

    “Spójrz i zobacz, jak oblubienica moja zabrudziła sobie twarz, jak zarażona jest trądem nieczystości i miłości własnej, jak nadęta jest pychą i chciwością. Ciało powszechne, to jest religia chrześcijańska, i nawet ciało mistyczne świętego Kościoła, to jest słudzy moi, tuczą się jej grzechem” – żalił się Jezus Katarzynie w jednej z wizji.

    Już wtedy zalęgła się w Kościele skandaliczna praktyka sprzedaży odpustów, która półtora wieku później zaowocowała wybuchem reformacji i kolejnym podziałem chrześcijaństwa. Do tego doszły klęski żywiołowe, a nade wszystko zarazy. Czarna śmierć dziesiątkowała Europę, a lud, obserwując te rzeczy, zaczął oskarżać papiestwo o ściągnięcie gniewu Bożego.

    W Katarzynie narastała determinacja w walce o Kościół. Zjednoczenie z Bogiem wzmocniło jej wolę tak bardzo, że jej “chcę” nikt nie ośmielał się sprzeciwić. “Musisz uczynić wszystko, co w twej mocy, aby wyrzucić z Kościoła tych pasterzy, którzy stali się wilkami i wcielonymi diabłami, dbającymi tylko o dobre jedzenie, piękne pałace i dorodne konie. O Boże mój, co za hańba! To, co Chrystus zdobył na drzewie Krzyża, trwoni się teraz z metresami” – pisała do nuncjusza apostolskiego we Włoszech. Tego samego domagała się od papieża. W jednym z listów wypominała mu chwiejność w sprawie reformy Kościoła. Pisała, że kocha on tylko samego siebie i dlatego wszystko chce załatwić ugodowo. “Ja zaś mówię, że to jest największe okrucieństwo. Jeżeli bowiem nie wypali się rany rozpalonym żelazem, kiedy trzeba (…), lecz posmaruje maścią, to nie tylko rana się nie zagoi, ale zanieczyści cały organizm, często powodując śmierć” – przekonywała. Na płynące z Awinionu ostrzeżenia, że Rzymianie otrują papieża, gdy tam wróci, odpowiadała stwierdzeniem, że apteki Awinionu także pełne są trucizn. “Prawdziwą trucizną dla Kościoła jest rada fałszywych doradców” – odpowiadała.

    Oj, głupcy, głupcy!

    Mimo tak ostrych sformułowań miała wielki szacunek do papieża. W listach do innych osób nazywała go “dobrotliwym i łagodnym ojcem, Chrystusem na ziemi”.

    Równie bezpośrednio zwracała się do Urbana VI, który nastał po Grzegorzu XI. Ten, w odróżnieniu od poprzednika, był aż nazbyt stanowczy. Zapowiedział natychmiastowe oczyszczenie Kościoła, ale zrobił to w takim stylu, że zraził do siebie część kardynałów. Ci wybrali antypapieża, co wpędziło Kościół w jeszcze większy chaos, nazwany później schizmą zachodnią. Katarzyna wpadła w gniew. “Oj głupcy, głupcy, po tysiąckroć zasłużyliście sobie na śmierć! Jak ślepcy nie widzicie własnego zła. Przez was zapanowało wielkie zamieszanie, a w dodatku sami z siebie robicie oszustów i bałwochwalców” – burzyła się w liście do trzech włoskich kardynałów, którzy najpierw wybrali Urbana, a potem jego konkurenta.

    Papieża Urbana zachęcała do wytrwania, choć jednocześnie doradzała mu pracę nad zbyt porywczym charakterem. W 1380 roku przyjechała do Rzymu, aby go umocnić. Wysyłała do władców chrześcijańskich listy z naleganiem o uznanie go za prawowitego następcę św. Piotra.

    Życie Katarzyny się wypalało. W “Dialogu o Bożej Opatrzności”, który podyktowała przed śmiercią, zawarła przejmujące napomnienia skierowane do kapłanów. “Gdyby zastanowili się nad stanem swoim, nie popadliby w takie nieszczęścia; byliby tym, czym winni być i czym nie są” – mówiła, zauważając, że duchowni swoimi grzechami wywołują u świeckich pogardę i nieposłuszeństwo Kościołowi. Zaraz jednak dodała, że “pogarda ta i to nieposłuszeństwo jest rzeczą godną potępienia i grzech kapłanów nie usprawiedliwia błędu ludzi świeckich”.

    Na łożu śmierci powiedziała: “Zachowajcie przekonanie, że oddałam życia dla świętego Kościoła”. Zmarła 29 kwietnia 1380 roku. Miała 33 lata. Tuż po śmierci ukazały się na jej ciele stygmaty, które wcześniej odczuwała w sposób duchowy.

    Patronka Europy

    Przypadek Katarzyny ze Sieny dowodzi jednego: kto wiernie słucha Boga, nie hamuje zaufania do Niego lękliwymi kalkulacjami, zadziwi świat. Katarzyna wciąż zadziwia, czego świadectwem są jej kolejne “patronaty” i tytuły. Została kanonizowana w 1461 roku, cztery wieki później ogłoszono ją patronką Rzymu – obok św. Piotra. W 1939 roku została patronką Italii, a w roku 1970 Paweł VI ogłosił ją doktorem Kościoła. Wreszcie Jan Paweł II u progu roku 2000 włączył św. Katarzynę Sieneńską, wraz ze św. Brygidę Szwedzką i św. Teresą Benedyktą od Krzyża, do grona patronów Europy. Te “trzy wielkie święte (…) wyróżniły się czynną miłością do Kościoła Chrystusowego i świadectwem o Jego Krzyżu” – napisał w liście apostolskim.

    Papież podkreślił dążenie Katarzyny do zachowania jedności w Kościele i rozwiązywania konfliktów między państwami. “Ukazując zwaśnionym stronom “Chrystusa ukrzyżowanego i słodką Maryję”, Katarzyna dowodziła, że w społeczeństwie kierującym się wartościami chrześcijańskimi żaden przedmiot sporu nie jest na tyle poważny, aby wolno było stawiać prawo siły ponad racjami rozumu” – napisał Jana Paweł II.

    źródło: Franciszek Kucharczak, Moją naturą jest ogień, w: Gość Niedzielny nr 17/2020, s. 28-30.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 kwietnia

    Święty Pius V, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Józef Benedykt Cottolengo, prezbiter
      •  Święta Maria od Wcielenia Guyard-Martin, zakonnica
      •  Święty Gualfard
      •  Święty Aldobrand, biskup
      •  Święty Józef Marello, biskup
    ***
    Święty Pius V

    Antonio Ghislieri (znany także jako Aleksandrinus) urodził się 17 stycznia 1504 r. w Bosco Marengo, w Piemoncie (Włochy). Drogowskazem jego całego życia była najdoskonalsza pobożność chrześcijańska. Rodziców nie było stać na kształcenie syna. Dlatego Antonio zajmował się wypasem owiec. W wieku 14 lat dzięki pomocy jednego z sąsiadów dostał się na studia do konwentu dominikanów. Mając zaledwie piętnaście lat, w 1520 r., przywdział habit dominikański. Otrzymał zakonne imię Michał. W 1521 r. złożył śluby. W zakonie stał się wzorem doskonałości religijnej. Studia teologiczne odbywał kolejno w Bolonii i w Genui. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1528 roku, gdy miał 24 lata. Po uzyskaniu tytułu lektora teologii wykładał w klasztorach w Vigevano, w Soncino i w Alba. Praca ta zajęła mu szesnaście lat; prócz tego pełnił w zakonie inne ważne funkcje. Wielokrotnie wybierano go na przeora, ponieważ wyróżniał się szlachetnymi obyczajami i prowadził surowe życie.
    Dla zażegnania szerzących się herezji papież Paweł III w roku 1542 wyznaczył w każdej diecezji inkwizytorów rzymskich. Ojciec Michał musiał wyróżniać się niezwykłą gorliwością, skoro został wyznaczony na wikariusza inkwizytora papieskiego na Padwę. Niedługo potem został mianowany inkwizytorem Pawii, a w roku 1546 – na diecezję Como i Bergamo. Wreszcie na propozycję kardynała Piotra Carafy papież mianował o. Michała inkwizytorem na okręg rzymski (1551). W roku 1555 na tron papieski wstąpił kard. Piotr Carafa pod imieniem Pawła IV. Jako zwolennik generalnych reform w Kościele w roku 1556 zaprosił o. Michała do Rzymu dla przeprowadzenia reform w kurii rzymskiej. W tymże roku Paweł IV mianował o. Michała biskupem Nepi i Sutri. W roku zaś 1557 wyniósł go do godności kardynała. Wreszcie w roku 1558 powierzył mu urząd naczelnego inkwizytora na cały Kościół powszechny.
    Pomimo tylu tak zaszczytnych godności kardynał Michał Ghislieri wyróżniał się nadal niezwykłą prostotą i stylem życia. Po pewnym czasie jednak naraził się papieżowi. Paweł IV był bowiem zwolennikiem rządów twardych i na punkcie prawowierności był nieubłagany. Polecił inkwizytorom, by wobec podejrzanych o sprzyjanie nowinkom byli bezwzględni. Nie można się temu dziwić, gdyż głoszone błędy znajdowały wielu zwolenników także wśród hierarchii kościelnej. Kardynał Ghislieri był natomiast zwolennikiem taktyki przekonywania, upominania i jak najłagodniejszych kar. Dzięki temu uwolnił od podejrzenia o herezję kardynała Morone i uwolnił z więzienia arcybiskupa Toledo, Bartłomieja Carranza, podejrzanego również o sprzyjanie herezji. Na wiadomość o tym surowy papież wypominał kard. Ghislieri, że przez swą zbytnią łagodność rozzuchwala błędnowierców. Doszło do tego, że wyrzucał mu wprost, że jest niegodnym kardynalskiej purpury, groził mu nawet uwięzieniem w Zamku Anioła (1559).
    Następca Pawła IV, Pius IV zwolnił kard. Ghislieri z urzędu naczelnego inkwizytora i przeniósł go z Rzymu na biskupstwo Mondovi w Piemoncie (1560). Okazało się, że także do jego diecezji dotarły “nowinki” heretyckie. Gorliwy biskup starał się wszelkimi sposobami pozyskać odpadłych od Kościoła. Unikał przy tym środków represyjnych.
    9 grudnia 1565 roku zmarł papież Pius IV. Kardynałowie, na wniosek św. Karola Boromeusza, 7 stycznia 1566 roku wybrali jego następcą kardynała Ghislieri. Nowy papież przybrał sobie imię Piusa V. Koronacja odbyła się 17 stycznia, w sam dzień urodzin papieża. Miał on wtedy 62 lata.
    Pius V od razu przystąpił do wprowadzania w życie uchwał zakończonego 3 lata wcześniej Soboru Trydenckiego. Zwracał baczną uwagę, by do urzędów kościelnych dopuszczać tylko najgodniejszych. Odrzucał stanowczo względy rodzinne, dyplomatyczne czy też polityczne. Przeprowadził do końca reformę w kurii rzymskiej: w Datarii, Sygnaturze, w Kamerze i w Kancelarii Papieskiej. Zaprowadził także ład w poszczególnych kongregacjach rzymskich i wprowadził kongregacje nowe, jak na przykład kongregację interpretacji uchwał Soboru Trydenckiego i kongregację indeksu. Wprowadził zakaz opuszczania na dłuższy czas przez biskupów diecezji i parafii przez proboszczów. Nakazał biskupom odbywanie regularnych wizytacji parafii. Dla podniesienia studiów i poziomu moralnego kleru państwa watykańskiego nakazał, by klerycy odbywali studia w Kolegium Rzymskim, które zostało powierzone jezuitom. Nalegał niemniej stanowczo, by każda diecezja miała seminarium dla swoich kleryków. Wyznaczył wizytatorów apostolskich, którzy mieli dopilnować, aby uchwały Soboru były przeprowadzone we wszystkich krajach. Jednym z pierwszych posunięć nowego papieża było uzupełnienie kolegium kardynalskiego o ludzi prawych i całkowicie oddanych sprawie Kościoła.
    W swoich wysiłkach dla przeprowadzenia reformy nie pominął papież także zakonów. Kiedy humiliaci nie chcieli poddać się zarządzeniom papieskim, zostali zniesieni dekretem w 1571 roku.
    Dla pozyskania prawosławnych Greków Pius V wyniósł do godności doktorów Kościoła czterech przedstawicieli Kościoła wschodniego: św. Bazylego, św. Grzegorza z Nazjanu, św. Grzegorza z Nyssy i św. Jana Złotoustego. Wprowadził też ich imiona do liturgii łacińskiej na wzór czterech wielkich doktorów w Kościele zachodnim, którymi byli: św. Ambroży, św. Hieronim, św. Augustyn i św. Grzegorz I Wielki. Do grona doktorów, czyli nauczycieli Kościoła, dołączył w 1567 r. także swojego współbrata zakonnego, św. Tomasza z Akwinu (z tytułem Doktora Anielskiego) i zarządził wydanie drukiem jego dzieł, a także wprowadził je do programów seminaryjnych.
    Katechezie katolickiej przysłużył się przez zainicjowanie i ogłoszenie Katechizmu Rzymskiego (1566), który miał być dla proboszczów podstawą do wykładu wiary. Zasługą Piusa V była także reforma brewiarza (1568) i mszału (1570). Dla ujednolicenia liturgii łacińskiej papież zniósł zbyt daleko idące na tym polu przywileje liturgii partykularnych kościołów czy też zakonów. Inkwizytorom nakazał stosować wielką roztropność i umiar. Wystąpił stanowczo przeciwko inkwizycji hiszpańskiej, która nie miała nic wspólnego z obroną wiary, a służyła wyłącznie celom politycznym króla Filipa II.
    Tak wszechstronnie zaplanowana i konsekwentnie przeprowadzona reforma Kościoła zaczęła bardzo szybko wydawać błogosławione owoce religijnego odrodzenia.

    Święty Pius V

    Papież starał się zaprowadzić ład także w państwie kościelnym. Raz w miesiącu osobiście przyjmował zażalenia na wyroki sądów i urzędników papieskich i rozstrzygał je na korzyść poszkodowanych. Dwa razy w tygodniu przyjmował skargi ubogich. W owym czasie rozwinął się bardzo w państwie kościelnym bandytyzm. Pius V ścigał przestępców z całą surowością, aż zaprowadził wreszcie upragniony spokój. Wystawił wiele szkół, szpitali i przytułków. Uzdrowił administrację w państwie kościelnym i rozkładał sprawiedliwie podatki. Cenił bardzo modlitwę różańcową i propagował ją wśród duchowieństwa i ludu. W 1569 r. specjalnym dokumentem nadał różańcowi formę, która przetrwała aż do naszych czasów.
    Za jego pontyfikatu książę Juan de Austria, nieślubny syn cesarza Karola V, wystąpił przeciwko Turkom podczas jednej z najkrwawszych bitew morskich pod Lepanto. Zjednoczona flota chrześcijańska odniosła 7 października 1571 roku wspaniałe zwycięstwo. Z 250 galer tureckich 60 zostało zatopionych lub dostało się do niewoli. Z armii tureckiej, liczącej 75 tys. doborowego żołnierza 27 tys. zatonęło, a 5 tys. dostało się do niewoli. Straty chrześcijańskie wyniosły: 12 zatopionych galer i 8 tys. zabitych. Na wieść o zbliżającej się wojnie papież, dominikanin i wielki czciciel Matki Bożej, rozpoczął żarliwe odmawianie modlitwy różańcowej w intencji powstrzymania islamizacji Starego Kontynentu. Po zwycięstwie przypisał je wstawiennictwu Najświętszej Marii Panny Różańcowej i ustanowił w tym dniu jej święto (początkowo obchodzone tylko w kościołach, przy których były Bractwa Różańcowe).
    W rok po tym zwycięstwie ciężko zachorował na nerki. Zaopatrzony ostatnimi sakramentami świętymi, ubrany w habit dominikański modlił się: “Panie, powiększaj moje cierpienia, ale z nimi powiększaj cierpliwość”. Zmarł 1 maja 1572 roku w wieku 68 lat. Zaraz po śmierci otoczyła go cześć ludu. Na ołtarze wyniósł go w chwale błogosławionych dopiero papież Klemens X w roku 1672. Kanonizował go zaś papież Klemens XI 22 maja 1712 r. Jego ciało spoczywa w Rzymie, w bazylice Santa Maria Maggiore. Jest patronem Kongregacji Nauki Wiary. Pontyfikat Piusa V to początek białej sutanny papieży. Zaczerpnięty z dominikańskiego habitu kolor sutanny do dziś używany jest przez biskupów Rzymu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – kwiecień 2023

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 HYNDLAND STREET, Glasgow, G11 5PS

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow

     

    _____________________________________________________________________________________________________________

    30 kwietnia

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    DZIŚ NIEDZIELA DOBREGO PASTERZA

    W tym tygodniu Kościół modli się szczególnie o powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego

    „W sanktuarium św. Jana Marii Vianneya w Mzykach przez cały rok trwa modlitwa przed Najświętszym Sakramentem za powołanych do służby w Kościele i o nowe powołania. Chcemy, aby ta pokorna modlitwa nabrała szczególnego wymiaru w Tygodniu Modlitw o Powołania” – napisał na stronie archidiecezji częstochowskiej ks. Wojciech Torchalski, kustosz sanktuarium.

    Msza Krzyżma w kościele seminaryjnym Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana w Częstochowie, Wielki Czwartek, 17 kwietnia 2019 r.

    Msza Krzyżma w kościele seminaryjnym Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana w Częstochowie, Wielki Czwartek, 17 kwietnia 2019 r./ fot.  Bożena Sztajner

    ***

    Ilu alumnów przygotowuje się do przyjęcia sakramentu kapłaństwa?

    Statystyki przed 60. Światowym Dniem Modlitw o Powołania

    Do przyjęcia sakramentu kapłaństwa przygotowuje się w seminariach diecezjalnych i zakonach w Polsce 1954 alumnów. Formację w seminariach duchownych w roku akademickim 2022/23 rozpoczęło 338 kandydatów, czyli o ok. 5 pkt. proc. mniej, niż rok wcześniej.

    fot. Karol Porwich

    ***

    W Kościele katolickim IV niedziela wielkanocna, nazywana niedzielą Dobrego Pasterza to 60. Światowy Dzień Modlitw o Powołania, który rozpoczyna w Polsce tydzień modlitw o powołania do szczególnej służby w Kościele.

    Zgodnie z danymi przekazanymi PAP przez Krajową Radę Duszpasterstwa Powołań KEP w bieżącym roku akademickim 2022/23 formację do kapłaństwa rozpoczęło 338 kandydatów, w tym 236 w seminariach diecezjalnych, a 102 w zakonnych i misyjnych. Dla porównania w roku 2021/22 formację do kapłaństwa rozpoczęło 356 kandydatów. To pokazuje spadek o ok. 5 pkt. procentowych.

    Łącznie do przyjęcia sakramentu kapłaństwa przygotowuje się w kraju 1954 alumnów. Rok temu było ich 2 177. W ciągu pięciu ostatnich lat, a więc w porównaniu z rokiem 2018, kiedy było ich 3016, liczba kleryków zmniejszyła się o 1062.

    W seminariach diecezjalnych etap propedeutyczny (który prowadzi tylko część seminariów) rozpoczęło 179 kandydatów, zaś pierwszy rok studiów 280 alumnów, natomiast w zakonach formację rozpoczęło 73 kandydatów” – wynika ze statystyk powołaniowych.

    Najwięcej kandydatów do kapłaństwa zgłosiło się do seminariów duchownych w Tarnowie – 15. Na kolejnym miejscu są seminaria w Częstochowie – 11 oraz w Poznaniu, Warszawie i Katowicach – po 10 osób.

    Najmniej nowych powołań (po jednym) zanotowano w diecezjalnym seminarium duchownym w Ełku, Bydgoszczy, Legnicy, Olsztynie, Szczecinie oraz w seminarium diecezji zielonogórsko-gorzowskiej i w seminarium diecezji łowickiej.

    Do Wyższego Seminarium Duchownego 35 plus w Łodzi, czyli przyjmującego kandydatów powyżej 35 lat, zgłosiło się 14 kandydatów z różnych diecezji, podczas gdy jeszcze rok wcześniej – tylko 5 kandydatów, zaś do warszawskiego seminarium Redemptoris Mater – 5 kandydatów.

    W przypadku zakonów męskich, w roku akademickim 2022/2023 najwięcej kandydatów rozpoczęło formację u franciszkanów OFM (zakon Braci Mniejszych) – 18 kandydatów, którzy zgłosili się do czterech Wyższych Seminariów Zakonnych OFM (Kraków – 5, Antonianum – 4, Katowice-Panewniki – 3, Wronki – 1). Na drugim miejscu znaleźli się dominikanie – 14 kandydatów i franciszkanie konwentualni – 10 kandydatów w dwóch seminariach: w Krakowie (5 kandydatów) i w Łodzi – (9 kandydatów). Kolejne miejsce zajmują salezjanie – 8 kandydatów i pallotyni – 7.

    Z najnowszych danych wynika, że w Polsce żyje 1220 mniszek (rok wcześniej było ich 1250) – w tym 1198 w klasztorach należących do konferencji klauzurowej. Wśród nich są 1062 – profeski wieczyste, 56 – profesek czasowych, 32 – nowicjuszki, 15 – postulantek, a 26 to aspirantki. Statystyczna mniszka w naszym kraju w r. 2022 miała 58 lat.

    Konferencja Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych w Polsce zrzesza 83 przełożonych klasztorów kontemplacyjnych, należących do 13 rodzin zakonnych. Są to: benedyktynki (9 domów), benedyktynki sakramentki (3), bernardynki (9), dominikanki (3), kamedułki (2), karmelitanki (28), klaryski kapucynki (6), klaryski (7), klaryski od wieczystej adoracji (8), norbertanki (2), redemptorystki (1), wizytki (4), anuncjatki (1).

    Z danych przekazanych przez Konferencję Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych w Polsce wynika, że w ostatnich pięciu latach liczba mniszek zmniejszyła się o 72.

    Według danych Konferencji Episkopatu Polski z 31 grudnia 2022 r. w kraju jest 107 czynnych zgromadzeń zakonnych, w których jest 15 tys. 940 sióstr. W 2021 było 16 tys. 307 zakonnic, a w 2020 r. – ok. 20 tys.

    Wśród 15 tys. 940 sióstr w Polsce jest 15 tys. 309 profesek wieczystych, 438 profesek czasowych, 109 nowicjuszek i 84 postulantki.

    Poza krajem pracuje 1821 zakonnic, w tym na misjach są 493 siostry, a 288 zakonnic na Wschodzie.

    Z danym statystycznych wynika, że w Polsce jest 397 dziewic konsekrowanych (indywidulana forma życia konsekrowanego). Najwięcej jest ich w archidiecezji krakowskiej – 57. Na drugim miejscu jest archidiecezja warszawska mająca 36 dziewic, zaś trzecie miejsce zajmuje archidiecezja gdańska – 29. Natomiast po jednej mają diecezje: drohiczyńska, gnieźnieńska oraz zamojsko-lubaczowska. Dwie dziewice konsekrowane są w diecezji legnickiej, włocławskiej bydgoskiej i siedleckiej, a po 3 – w diecezji radomskiej i świdnickiej.

    Do stanu wdów należy w Polsce 397 kobiet, w tym najwięcej jest w archidiecezji łódzkiej – 75. Na drugim miejscu jest archidiecezja krakowska i diecezja kielecka – po 26.

    Do Krajowej Konferencji Instytutów Świeckich (KKIŚ) należy 30 instytutów i stowarzyszeń, do których należą 1024 osoby. Po ślubach wieczystych w instytutach jest obecnie 865 osób, 101 – po ślubach czasowych, a w formacji wstępnej 58.

    Światowy Dzień Modlitw o Powołania to inicjatywa papieża Pawła VI. Pierwszy raz był obchodzony 12 kwietnia 1964 r. Niedziela Dobrego Pasterza to również święto patronalne Papieskiego Dzieła św. Piotra Apostoła. Wspiera ono powołania misyjne, m.in. akcją AdoMIS, zachęcającą do adopcji misyjnych seminarzystów. (PAP)

    Tygodnik Niedziela/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 MAJA WE WTOREK NIE BĘDZIE SPOTKANIA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KOLEJNE WTORKOWE KATECHEZY W MAJU: 9,23,30

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA – 3 MAJA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY KRÓLOWEJ POLSKI

    GODZ. 19.00 – UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    Prymas kard. Stefan Wyszyński: Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi - zdjęcie

    Akt osobistego poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Pannie

    błogosławionego Prymasa Polski Stefana kardynała Wyszyńskiego:

    Matko Boża, Niepokalana Maryjo!

    Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, radości i cierpienia, wszystko, czym jestem i co posiadam.

    Ochotnym sercem oddaję się Tobie w macierzyńską niewolę miłości.

    Pozostawiam Ci zupełną swobodę posługiwania się mną dla zbawienia ludzi i ku pomocy Kościołowi Świętemu, którego jesteś Matką.

    Chcę odtąd wszystko czynić z Tobą, przez Ciebie i dla Ciebie. Wiem, że własnymi siłami niczego nie dokonam.

    Ty zaś wszystko możesz, co jest wolą Twego Syna, i zawsze zwyciężasz.

    Spraw więc, Wspomożycielko Wiernych, by moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna były rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim. Amen.

    ____________________________________________________________________________________________

    Maryjo, Królowo Polski

    fot.Slawomir Olzacki/Forum

    ***

    Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam – słowa Apelu Jasnogórskiego zawierają prawdę, coraz trudniejszą do przełknięcia także dla wielu współczesnych katolików, że Boża Rodzicielka jest naszą Monarchinią. To karygodne zawłaszczanie Matki Jezusa przez Polaków – dowodzą, nie wiedząc lub nie chcąc wiedzieć, że tytuł Królowej Polski został objawiony w… nadtyrreńskim Neapolu pewnemu włoskiemu jezuicie.

    W połowie XVI wieku polsko‑łaciński poeta Grzegorz z Sambora pisał, używając literackiej przenośni, o Matce Bożej jako Królowej Polski i Polaków. Tytuł ten rozpowszechnił się w następnym stuleciu (po cudownej obronie Jasnej Góry, ściśle wiązanej ze wstawiennictwem Najświętszej Dziewicy) przede wszystkim za sprawą króla Jana Kazimierza, który 1 kwietnia 1656 roku przed cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej w katedrze lwowskiej na klęczkach oddał Rzeczpospolitą szczególnej opiece Maryi, nazywając ją Królową Polski. W istocie jednak odnoszący się do Matki Zbawiciela oficjalny tytuł Królowej Polski nie jest wymysłem Polaków, a tym mniej przejawem – tak obśmiewanej przez wielu „oświeconych polakosceptyków” – naszej rzekomej megalomanii. Nie zrodził się on bowiem w umyśle żadnego człowieka, lecz objawiony sędziwemu jezuicie z Neapolu padł z ust samej… Najświętszej Dziewicy. Sprawa to iście sensacyjna, bo ani wcześniej, ani nigdy potem, nie zdarzyło się, by jakiemukolwiek narodowi dana została taka łaska. Owszem, liczne królestwa, państwa i narody ogłaszały Maryję swą Królową, ale nigdy nie zostało to ogłoszone – expressis verbis – przez Nią samą. Sprawa była jeszcze o tyle bardziej intrygująca, że proklamacja Maryi jako Królowej Polski została ogłoszona światu nie przez naszego rodaka, ale przez Włocha. Stąd też ewentualny zarzut, że Polacy w swej pysze wymyślili całą historię, jest całkowicie chybiony.

    Świadek życia i śmierci św. Stanisława Kostki

    Juliusz (Gulio) Mancinelli urodził się 13 października 1537 roku w miejscowości Macerata, dwieście kilometrów na północny wschód od Rzymu. Choć był cenionym mistrzem nowicjatu rzymskich jezuitów – tego samego, w którym przebywał i zmarł św. Stanisław Kostka – dosyć pewnym wydaje się, że to nasz osiemnastoletni zaledwie rodak odgrywał rolę jego przewodnika duchowego, a nie na odwrót. Ojciec Mancinelli, świadek życia młodego Polaka, podobnie jak inni rzymscy jezuici pozostawał pod wielkim wrażeniem jego śmierci. Zatrzymajmy się na moment przy tym zdarzeniu…

    1 sierpnia 1568 roku św. Piotr Kanizjusz głosił w Rzymie konferencję dla jezuickich nowicjuszy. Niemiecki prowincjał mówił o nagłej śmierci. Nauczał, że każdy miesiąc należy spędzić tak, jakby był ostatnim w życiu. Słuchający tych nauk młody, ale już słynny z wielkiej gorliwości, Stanisław Kostka odezwał się:

    – Dla wszystkich ta nauka męża świętego jest przestrogą i zachętą, ale dla mnie jest ona wyraźnym głosem Bożym. Umrę bowiem jeszcze w tym miesiącu.

    Zupełnie jeszcze zdrowy Stanisław przepowiedział tym samym swą rychłą śmierć – nie upłynęło bowiem trzydzieści dni, gdy oddał ducha o północy w wigilię święta Wniebowzięcia Matki Bożej. Umierał pogodnie, choć z ust sączyła mu się krew. Przed śmiercią mówił o ufności w miłosierdzie Boże. W pewnym momencie jego twarz rozjaśniła się tajemniczym blaskiem. Kiedy współbracia zaczęli się dopytywać, czego sobie życzy, ten odpowiedział, że przyszła po niego Matka Boża. Współbracia dopiero wtedy zorientowali się, że już umarł, gdy nie zareagował na podsunięty mu obrazek Maryi.

    Zobaczyć polską ziemię!

    Ojciec Juliusz Mancinelli słynął z pobożnego, świątobliwego życia – miał opinię proroka i cudotwórcy. Zakładał wiele dzieł miłosierdzia, a wszędzie, gdzie się pojawiał jako misjonarz – w Dalmacji, Bośni, Konstantynopolu czy w Afryce – notowano ogromną ilość nawróceń.

    W latach 1585-1586 przebywał w Polsce – w Kamieńcu Podolskim i Jarosławiu. Słynący bowiem z żarliwej czci dla Najświętszego Sakramentu oraz Najświętszej Maryi Panny włoski jezuita miał pewną duchową „przypadłość”, za którą my, Polacy, powinniśmy wznosić nieustanne modły o jego beatyfikację i kanonizację! Odznaczał się on bowiem ogromnym nabożeństwem do naszych świętych, zwłaszcza do dwóch świętych Stanisławów: Biskupa i Męczennika, a także wspomnianego już św. Stanisława Kostki. Gorąco modlił się za Polskę.

    Powróciwszy do Neapolu, marzył, aby móc znów ujrzeć polską ziemię i oddać jej hołd jako Matce Świętych, aby nawiedzić grób świętego biskupa i męczennika Stanisława, patrona św. Stanisława Kostki.

    Chciał też włoski jezuita podziękować w katedrze krakowskiej za liczne łaski, jakie mu wyświadczyła Maryja i prosić Ją o dalszą pomoc. Nie sądził jednak, by mogło się to stać – był już wszak w podeszłym wieku – niemniej często zanosił modły do Boga, prosząc, by mu jeszcze umożliwił taką wyprawę. I Pan go wysłuchał. Po dwudziestu pięciu latach ojciec Juliusz powrócił na nasze ziemie. Pieszo! A jakie okoliczności skłoniły go do tej podróży!

    Jemu tę łaskę zawdzięczasz…

    14 sierpnia 1608 roku niemal siedemdziesięciojednoletni zakonnik modlił się w swoim klasztorze przy jezuickim kościele Gesu Nuovo w Neapolu. Wspomniał, iż w uroczystość Wniebowzięcia minie czterdziesta rocznica śmierci polskiego współbrata, którego kochał i starał się naśladować. Wśród wielu cnót świętego małego Polaka – jak go nazywano – jaśniała niezwykłym blaskiem jego miłość i cześć dla Królowej Nieba, a tę właśnie cnotę ojciec Juliusz szczególnie sobie upodobał i starał się ją praktykować. Usilnie szerzył kult Królowej Wniebowziętej, zwłaszcza po choro­bie, z której cudem go podźwignęła.

    Zatopiony w modlitwie starzec ujrzał nagle okrytą purpurowym płaszczem Dziewicę z Dzieciątkiem na ręku wyłaniającą się z obłoku. U Jej stóp klęczał piękny młodzieniec w aureoli. Poznał go natychmiast – to przecież ukochany współbrat, narodzony dla Nieba czterdzieści lat wcześniej.

    – Wniebowzięta! O Królowo Wniebowzięta módl się za nami! – wyszeptał wzruszony zakonnik i upadł na kolana.

    Tymczasem Matka Boża zapytała:

    – Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie.

    Usłyszawszy te słowa Najświętszej Dziewicy, Juliusz wykrzyknął:

    – Królowo Polski Wniebowzięta módl się za Polskę!

    Matka Boża spojrzała z wielką miłością na klęczącego u Jej stóp Stanisława Kostkę, a następnie na starego zakonnika i rzekła:

    – Juliuszu, jemu tę łaskę zawdzięczasz!

    Po skończonej wizji stary jezuita zwrócił się do swych współbraci następującymi słowy:

    – Matka Boża wielkie rzeczy dla Polaków zamierza, po czym dodał:

    – Królowo Polski, módl się za nami.

    Niebawem, po zbadaniu sprawy i za pozwoleniem przełożonych ojciec Mancinelli poinformował o całym zdarzeniu swego polskiego przyjaciela, również jezuitę, Mikołaja Łęczyckiego. Poprosił go, by tę dobrą nowinę oznajmił królowi Zygmuntowi III Wazie. Stąd poznał ją ks. Piotr Skarga i cały zakon jezuitów, którzy wkrótce rozpowszechnili radosną wieść, że sama Bogarodzica kazała się nazywać Królową Polski.

    Jestem Matką tego Narodu

    W roku 1610 ojciec Juliusz wiedziony wewnętrznym poruszeniem udał się w pieszą pielgrzymkę do Polski, chcąc nawiedzić grób św. Stanisława. Długą drogę z Neapolu do Krakowa podjął w wieku siedemdziesięciu trzech lat – wyczyn zaiste imponujący!

    Pierwsze swe kroki w Krakowie skierował do katedry wawelskiej (niektóre źródła podają, że został powitany przez króla i jego dworzan). Konający niemal ze zmęczenia staruszek udał się do Konfesji św. Stanisława, przed którą, ujrzawszy trumnę naszego głównego patrona, padł krzyżem i modlił się za Królestwo Polskie, a potem odprawił tam Mszę Świętą w dziękczynieniu za świętość Stanisława Kostki.

    Nagle podczas sprawowania Najświętszej Ofiary za pomyślność naszej ojczyzny włoski jezuita wpadł w ekstazę i ujrzał Maryję w królewskim majestacie. I znów usłyszał Jej głos:

    – Ja jestem Królową Polski. Jestem Matką tego narodu, który jest Mi bardzo drogi, więc wstawiaj się do Mnie za nim i o pomyślność tej ziemi błagaj nieustannie, a Ja ci zawsze będę, jakom jest teraz, miłościwą.

    …ujrzysz mnie za rok w chwale Niebios

    Siedem lat po powrocie z Polski, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, ojciec Juliusz Mancinelli patrzył z okna swej celi klasztornej na piękną Zatokę Neapolitańską. Modlił się, pragnąc ciągle oddawać jeszcze większą cześć Maryi.

    I oto znowu z gorejącego obłoku, który pojawił się na niebie, wyłoniła się piękna postać Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus na rękach. U Jej stóp – tak jak poprzednio – klęczał młodzieniec w aureoli… Maryja zwróciła się do sędziwego jezuity:

    – Juliuszu, synu mój! Za cześć, jaką masz do Mnie Wniebowziętej, ujrzysz Mnie za rok w chwale niebios. Tu jednak, na ziemi, nazywaj Mnie zawsze Królową Polski.

    Stary jezuita zdołał tylko wyszeptać:

    – Królowo Polski, módl się za nami.

    Widzenie zakończyło się, ale w duszy zakonnika długo jeszcze panowała niebiańska radość.

    Miesiąc potem kurier z Neapolu przywiózł ojcu Mikołajowi Łęczyckiemu do Wilna list od ojca Juliusza Mancinellego, w którym pisał: Ja rychło odejdę, ale ufam, że przez ręce Wielebności sprawię, iż po moim zgonie w sercach i na ustach polskich mych współbraci żyć będzie w chwale Królowa Polski Wniebowzięta.

    Stało się wedle słów Królowej. Dokładnie rok po ostatnim objawieniu i pięćdziesiąt lat po śmierci św. Stanisława Kostki, w roku 1618, w uroczystość Wniebowzięcia Maryja wzięła do Nieba swego wiernego sługę.

    Niemal natychmiast za sprawą Polaków rozpoczął się proces beatyfikacyjny ojca Juliusza. Do Polski dotarła relikwia – część głowy, oraz portret włoskiego jezuity.

    Nie wszyscy jednak byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy i z czasem zebrane dokumenty „utknęły” gdzieś między Neapolem a Rzymem. Sprawa się odwlekła, a późniejsza kasata zakonu jezuitów w roku 1773 wstrzymała proces beatyfikacyjny. Taka sytuacja trwa do dnia dzisiejszego i niestety, podobnie jak w przypadku naszego wielkiego kaznodziei – ks. Piotra Skargi – na razie nie ma widoków na rychłe wznowienie procesu.

    Czyżby współcześni jezuici nie byli już zainteresowani promocją obu wielkich synów duchowych św. Ignacego?

    Polskie echa objawień

    Na podstawie objawień danych włoskiemu jezuicie, 1 kwietnia 1656 roku, król Jan Kazimierz ogłosił w katedrze lwowskiej Najświętszą Maryję Pannę Królową Narodu i Państwa Polskiego. Monarcha, za panowania którego Rzeczpospolita zmagała się z Moskwą i Szwecją, nie wspominając nawet o wewnętrznej rebelii Chmielnickiego, napisał list do Ojca Świętego Aleksandra VII z błaganiem o pomoc. Papież odpowiedział, odwołując się do objawień ojca Mancinellego: Dlaczego zwracasz się o pomoc do mnie, a nie zwracasz się do tej, która sama chciała być Waszą królową? Maryja Was wyratuje, toć to Polski Pani. Jej się poświęćcie, Jej oficjalnie ofiarujcie, Ją Królową ogłoście, przecież sama tego chciała.

    List ten uzmysłowił polskiemu królowi, że jedyna nadzieja w Maryi – Królowej Polski. Powziął więc Jan Kazimierz postanowienie, że gdy jakikolwiek skrawek Rzeczypospolitej wolny będzie od wrogów, uda się tam, by dokonać ślubów z ogłoszeniem publicznym, że Matka Boża jest Królową Polski. Kiedy w marcu 1656 roku Szwedzi wycofali się ze Lwowa, król w tamtejszej katedrze przed obrazem Matki Bożej Łaskawej złożył obiecane śluby i koronował wizerunek Matki Bożej, ogłaszając Ją oficjalnie Królową Polski.

    Objawienia ojca Juliusza Mancinellego wywołały w naszym narodzie potężny odzew. Pod ich wpływem w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny roku 1628 Kraków uczcił swą Królową poprzez umieszczenie na wieży Kościoła Mariackiego pozłacanej korony (obecna korona pochodzi z roku 1666, zamontowano ją tam w dziesiątą rocznicę Ślubów Lwowskich). Podwawelski gród dał tym samym zewnętrzny wyraz wierze w królowanie Matki Bożej nad polskim narodem. Krakowianie uczcili też chwalebną śmierć ojca Juliusza.

    Niedługo po jego odejściu do wieczności Królową Polski zaczęli nazywać Maryję paulini z Jasnej Góry. Już w roku 1642 ojciec Dionizy Łobżyński stwierdził, że Maryja jest Królową Polski, Patronką bitnego narodu, Patronką naszą, Królową Jasnogórską, Królową niebieską, Panią naszą dziedziczną.

    W polskich kościołach zawisły wizerunki Matki Bożej z z Orłem Białym na piersiach – jest ich co najmniej kilkanaście. Na podstawie objawień ojca Mancinellego powstał też obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, na którym Maryja ma dwie korony – jako Królowa Świata i Królowa Polski.

    Bogusław Bajor/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Polacy są Narodem Maryjnym. Matka Boża jest pierwszą pośredniczką w drodze do Pana Jezusa

    (fot. Twitter / Episkopat News)

    ***

    – W maju w kościołach odprawiane są nabożeństwa majowe, których tradycją jest odmawianie Litanii do Najświętszej Maryi Panny. Matka Boża jest w naszych codziennych sprawach pierwszą i bezpośrednią pośredniczką w drodze do Pana Jezusa – powiedział w rozmowie z Polską Agencją Prasową rzecznik KEP ks. Leszek Gęsiak.

    Jak zastrzegł rzecznik KEP, Polacy są „narodem maryjnym”. – Matka Boża jest w naszych codziennych sprawach pierwszą i bezpośrednią pośredniczką w drodze do Pana Jezusa. Kult maryjny w Polsce przejawia się w licznych sanktuariach, począwszy od tego najważniejszego, czyli Jasnej Góry. Swoje sanktuaria maryjne ma każda polska diecezja, do nich ludzie pielgrzymują i tam się modlą. To dowodzi, że kult maryjny w Polsce był, jest i mam nadzieję, że wciąż pozostanie, bardzo mocno obecny – zaznaczył ks. Gęsiak.

    Wyjaśnił, że maj jest miesiącem w sposób szczególny poświęconym Maryi, a nabożeństwa majowe są bardzo mocno wpisane w polską tradycję religijną. – Trudno wyobrazić sobie dziś przeżywanie wiary przez Polaków bez tego nabożeństwa. W wielu miejscowościach ludzie nadal spotykają się przy kapliczkach i pod krzyżami, by wspólnie śpiewać „Majowe”. To pozwala im na bardzo proste, a jednocześnie głębokie przeżywanie wiary – ocenił.

    Ks. Gęsiak podkreślił, że wezwania litanii loretańskiej zawierają różnego rodzaju określenia i tytuły „wyjątkowej Kobiety, jaką jest Matka Boża”. – Te wezwania ukazują Maryję jako Królową, jako Matkę, a jednocześnie jako kogoś, kto jest nam bardzo bliski. Litania loretańska przypomina nam o wyjątkowej roli Matki Bożej w historii zbawienia, bo przecież przez Maryję przyszło na świat zbawienie. To przez jej dziewicze macierzyństwo otrzymaliśmy Boga-Człowieka – mówił.

    Poinformował, że wezwania litanii loretańskiej kształtowały się w tradycji Kościoła na przestrzeni wieków. – Niektóre wezwania wciąż są modyfikowane czy dodawane. To pokazuje, że litania loretańska – która może wydawać się prostym wymienianiem atrybutów Matki Bożej – jest wielkim wyrazem wiary Kościoła i jego przekonania, że ta Kobieta jest kimś wyjątkowym dla historii zbawienia, a także dla historii każdego z nas – zastrzegł.

    Pierwsza wersja Litanii do Najświętszej Maryi Panny powstała w XII wieku we Francji, ale nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.

    20 czerwca 2020 r. Stolica Apostolska zatwierdziła nowe wezwania litanii loretańskiej, które w języku polskim brzmią: „Matko miłosierdzia” (po „Matko Kościoła”), „Matko nadziei” (po „Matko łaski Bożej”), „Pociecho migrantów” (po „Ucieczko grzesznych”). W Polsce nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały przez Konferencję Episkopatu Polski, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej. (PAP)

    Iwona Żurek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania loretańska do NMP – najnowsza wersja

    10 października 2020 | autor: AS

    Litania loretańska do NMP - najnowsza wersja

    Konferencja Episkopatu Polski zatwierdziła 28 sierpnia 2020 roku polskie tłumaczenie trzech nowych wezwań litanii loretańskiej: “Matko miłosierdzia”, “Matko nadziei”, “Pociecho migrantów” – poinformowało w sobotę biuro prasowe Episkopatu.

    Nowe wezwania litanii loretańskiej, wprowadzone w języku łacińskim przez Stolicę Apostolską 20 czerwca 2020 r., będą odtąd brzmiały w języku polskim “Matko miłosierdzia” (po “Matko Kościoła”), “Matko nadziei” (po “Matko łaski Bożej”), “Pociecho migrantów” (po “Ucieczko grzesznych”).

    Zaznaczono, że wezwania “Matko miłosierdzia”, które w polskiej wersji litanii już było w użyciu po wezwaniu “Matko łaski Bożej”, odtąd będzie znajdować się w nowym miejscu.

    “Nie można dokładać dodatkowych wezwań np. Królowo świata, tylko dla dokończenia symetrycznej frazy melodycznej” – zwrócił uwagę sekretarz Komisji KEP ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. Dominik Ostrowski.

    Podkreślił, że w litaniach priorytetem jest tekst modlitwy, a nie melodia, dlatego “należy promować lub komponować takie melodie litanii, które nie zakładają parzystej liczby wezwań”.

    Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.

    Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie.

     Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny

    Kyrie eleison. Christe, eleison. Kyrie eleison.

    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.

    Ojcze z nieba, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Synu, Odkupicielu świata, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Duchu Święty, Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Trójco, Jedyny Boże, — zmiłuj się nad nami.

    Święta Maryjo, — módl się za nami.

    Święta Boża Rodzicielko,

    Święta Panno nad pannami,

    Matko Chrystusowa,

    Matko Kościoła,

    Matko miłosierdzia,

    Matko łaski Bożej,

    Matko nadziei,

    Matko nieskalana,

    Matko najczystsza,

    Matko dziewicza,

    Matko nienaruszona,

    Matko najmilsza,

    Matko przedziwna,

    Matko dobrej rady,

    Matko Stworzyciela,

    Matko Zbawiciela,

    Panno roztropna,

    Panno czcigodna,

    Panno wsławiona,

    Panno można,

    Panno łaskawa,

    Panno wierna,

    Zwierciadło sprawiedliwości,

    Stolico mądrości,

    Przyczyno naszej radości,

    Przybytku Ducha Świętego,

    Przybytku chwalebny,

    Przybytku sławny pobożności,

    Różo duchowna,

    Wieżo Dawidowa,

    Wieżo z kości słoniowej,

    Domie złoty,

    Arko przymierza,

    Bramo niebieska,

    Gwiazdo zaranna,

    Uzdrowienie chorych,

    Ucieczko grzesznych,

    Pociecho migrantów,

    Pocieszycielko strapionych,

    Wspomożenie wiernych,

    Królowo Aniołów,

    Królowo Patriarchów,

    Królowo Proroków,

    Królowo Apostołów,

    Królowo Męczenników,

    Królowo Wyznawców,

    Królowo Dziewic,

    Królowo wszystkich Świętych,

    Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta,

    Królowo wniebowzięta,

    Królowo różańca świętego,

    Królowo rodzin,

    Królowo pokoju,

    Królowo Polski,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — przepuść nam, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — wysłuchaj nas, Panie.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, — zmiłuj się nad nami.

    P. Módl się za nami, Święta Boża Rodzicielko.
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Panie, nasz Boże, daj nam, sługom swoim, cieszyć się trwałym zdrowiem duszy i ciała, 
    † i za wstawiennictwem Najświętszej Maryi, zawsze Dziewicy * uwolnij nas od doczesnych utrapień i obdarz wieczną radością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Piotr Turzyński z okazji Dnia Polonii i Polaków za Granicą:

    Niech polskie korzenie wydają dobre owoce tam, gdzie żyjecie

    Niech polskie korzenie wydają wielkie owoce szlachetności i dobra ku pożytkowi ludzi, wśród których żyjecie, i na chwałę Ojczyzny – napisał Delegat Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej bp Piotr Turzyński w Słowie skierowanym do rodaków z okazji przypadającego 2 maja Dnia Polonii i Polaków za Granicą.

    fot. episkopat.pl

    ***

    Z okazji obchodzonego od 2002 roku Dnia Polonii i Polaków za Granicą, Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej zapewnił rodaków żyjących poza Ojczyzną o swojej modlitwie i jedności z nimi oraz życzył, aby polskie pochodzenie cechowały szlachetność i dobro. „W tym dniu o godzinie 12.00 w kaplicy Jasnogórskiej przed Obliczem Królowej Polski będę celebrował Eucharystię w Waszej intencji. Niech polskie korzenie, które wydały kochanego na całym świecie Ojca Świętego Jana Pawła Wielkiego oraz z Bożej Opatrzności przypomniały światu o miłosierdziu i solidarności, w was też wydają wielkie owoce szlachetności i dobra ku pożytkowi ludzi, wśród których żyjecie i na chwałę Matki Naszej – Kochanej Ojczyzny – Polski” – napisał bp Turzyński.

    Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej nawiązał również do trwającej w Ukrainie wojny. Prosił, aby nie ustawała modlitwa o zakończenie walk oraz w intencji wszystkich, którzy doświadczają ich okrucieństwa.

    W Słowie skierowanym do Polonii i Polaków żyjących poza granicami kraju bp Turzyński zaakcentował także rolę kapłanów, sióstr zakonnych i świeckich liderów, którzy poza Ojczyzną „z miłością utwierdzają wiarę i polską tożsamość”, życząc im obfitości łask i umocnienia.

    Transmisja Mszy św., którą w intencji Polonii i Polaków żyjących poza granicami kraju bp Piotr Turzyński odprawi we wtorek, 2 maja o godz. 12.00, w kaplicy Jasnogórskiej, będzie dostępna na kanale YouTube: Jasna Góra – transmisja na żywo.

    SŁOWO BISKUPA PIOTRA TURZYŃSKIEGO, DELEGATA KEP DS. DUSZPASTERSTWA EMIGRACJI POLSKIEJ, DO POLONII I POLAKÓW ZA GRANICĄ

    Kochani Rodacy żyjący poza granicami Ojczyzny!

    Z okazji przypadającego 2 maja Dnia Polonii i Polaków za granicą pragnę zapewnić Was o jedności i modlitwie. W tym dniu o godzinie 12.00 w kaplicy Jasnogórskiej przed Obliczem Królowej Polski będę celebrował Eucharystię w Waszej intencji. Niech polskie korzenie, które wydały kochanego na całym świecie Ojca Świętego Jana Pawła Wielkiego oraz z Bożej Opatrzności przypomniały światu o miłosierdziu i solidarności, w was też wydają wielkie owoce szlachetności i dobra ku pożytkowi ludzi wśród których żyjecie i na chwałę Matki Naszej – Kochanej Ojczyzny – Polski.

    Szczególną modlitwę wznieśmy wspólnie za tych, którzy na Ukrainie doświadczają okrucieństwa wojny i prośmy usilnie o zakończenie tego barbarzyństwa.

    Dobry Bóg niech obficie darzy łaskami i umacnia tych, którzy z miłością utwierdzają w was wiarę i polską tożsamość, myślę tu o kapłanach, siostrach zakonnych i świeckich liderach. Niech Was wszystkich otacza swoją Opieką Jasnogórska Pani, Królowa Polski, której oddamy hołd w dniu 3 maja.

    Z błogosławieństwem

    Bp Piotr Turzyński

    Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej

    BP KEP/Warszawa KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Piotr Turzyński: Zapraszam Polonię do Lourdes

    Bp Piotr Turzyński: Zapraszam Polonię do Lourdes

    POLSKIFR.FR

    ***

    Zawieziemy Maryi sprawy naszej Ojczyzny, a przede wszystkim chcemy zawierzyć Jej sprawę pokoju na Ukrainie i w Europie. Zapraszam Was bardzo serdecznie do Lourdes – powiedział delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej bp Piotr Turzyński. W dniach 17-20 maja br. już po raz 146. odbędzie się Europejska Pielgrzymka Polonijna do Lourdes, którą organizuje Polska Misja Katolicka we Francji. Zapisy trwają do 30 kwietnia.

    Sanktuarium Maryjne w Lourdes znane jest przede wszystkim jako miejsce modlitwy za chorych. „Chcemy Maryi zanieść wszystkie nasze sprawy, chcemy Jej powierzyć naszych ludzi chorych, cierpiących” – podkreślił bp Turzyński, nawiązując do szczególnego charyzmatu miejsca.

    Od ponad 100 lat Polonia pielgrzymuje do Lourdes. Tradycją stało się, że pielgrzymka jest organizowana w okolicach uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego. W tym roku ta uroczystość przypada we Francji w czwartek 18 maja, a w Polsce w niedzielę 21 maja. Polska Misja Katolicka w łączności z Polonią innych krajów nie ma wątpliwości, że tę ważną tradycję wspólnego pielgrzymowania do Lourdes trzeba pielęgnować.

    Na pielgrzymkę można się zapisać na trzy sposoby: w parafiach polskich, w największej i najstarszej polskiej parafii we Francji pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny na „Concorde” w Paryżu (tel.: 0033155353225, e-mail: paroissepolonaisedeparis@gmail.com) oraz w biurze Polskiej Misji Katolickiej we Francji (tel.: 0033155353223, e-mail: pmk.france@gmail.com).

    Każdego roku sanktuarium w Lourdes nawiedzają miliony pielgrzymów, a wśród nich wielu z Polski. Przybysze kierują swoje kroki również do groty Massabielle, w której Maryja objawiła się osiemnaście razy Bernadecie Soubirous w 1858 r. W grocie znajduje się figura, będąca dziełem Józefa Hugona Fabisia – urodzonego we Francji potomka polskiego imigranta.

    Historia najstarszej w świecie Polskiej Misji Katolickiej rozpoczyna się w Paryżu na przełomie wieku XVIII i XIX, jednym z jej założycieli był Adam Mickiewicz. Misja służyła polskim emigrantom, dla których stanowiła możliwość uczestnictwa w życiu liturgicznym oraz kontaktu z rodakami i krzewienia kultury polskiej.

    Do głównych zadań PMK należy m.in. organizacja duszpasterstwa Polaków we Francji, katechizacja oraz ewangelizacja, a także podtrzymywanie kultury i tożsamości polskiej. Przy niektórych parafiach działają oddziały polskich szkół, funkcjonują również ruchy i wspólnoty katolickie. Szczególna oferta duszpastersko-edukacyjna kierowana jest do młodzieży. Misja niesie też różnorodną pomoc osobom, które jej potrzebują.

    Misja prowadzi Seminarium Polskie w Paryżu w Issy-Les-Moulineaux, w którym mieszkają m.in. księża przebywający na stypendiach naukowych, znajduje się tam również biblioteka i archiwum, istnieje możliwość wynajmu pokoi.

    Do PMK należą domy wypoczynkowo-rekolekcyjne: Polski Dom Pielgrzyma w Lourdes, Dom w La Ferte-Sous-Jouarre w rejonie paryskim i Dom św. Jacka na Korsyce. Przy PMK działa portal informacyjno-społecznościowy Polskifr.fr.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I CZWARTEK MIESIĄCA – 4 MAJA

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    This image has an empty alt attribute; its file name is image-2-e1673870873179-1024x683.png

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    GODZ. 19.30 – GODZINNA ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    _______________________________________________________________________________

    Jasna Góra:

    Powołani dla powołanych – pierwsze nocne czuwanie już dziś

    4 maja 2022

    Dziś pierwszy czwartek miesiąca. To dzień Eucharystii i dziękczynienia za Nią oraz wdzięczności za dar kapłaństwa, modlitwy o powołania do wyłącznej służby Bogu. Także na Jasnej Górze od dziś w każdy pierwszy czwartek miesiąca nocne czuwanie POWOŁANI DLA POWOŁANYCH.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Czuwanie rozpocznie się w Kaplicy Matki Bożej po Apelu i potrwa do ok. 1.30. Do modlitwy zaproszeni są: kapłani, klerycy, siostry zakonne i zakonnicy, ci, którzy odkrywają życiową drogę oraz wszyscy, którym sprawa powołań jest bliska.

    – To inicjatywa, która ma pomóc twórczo, wiernie i radośnie wspierać się nawzajem w powołaniu – wyjaśniła s. Jana, urszulanka Unii Rzymskiej.

    – Chcemy uwielbiać Pana Boga, zebrać się przed Nim przy Sercu Maryi. Razem trwać w wdzięczności za każdy dar powołania, też ukazać światu, że to nasze życie z Bogiem jest piękne, że Bóg jest naszym szczęściem i chcemy tez prosić o nowe powołania – powiedziała s. Jana.

    Jak podkreśliła urszulanka teraz w okresie matur modlitwa zanoszona będzie także za wszystkich młodych, by odnaleźli dobry kierunek życia, umocnienie w poszukiwaniu swojego powołania również do życia małżeńskiego i rodzinnego.

    Czuwania odbywać się będą w każdy pierwszy czwartek miesiąca.

     
     Biuro Prasowe @JasnaGóraNews/Kai
    ____________________________________________________________________
    Płomień Bożej miłości oczyści Ziemię Prorocze orędzia s. Marii Natalii Magdolnej dla kapłanów  - zdjęcie
    fot. via: Pixabay

    ***

    Płomień Bożej miłości oczyści Ziemię

    Prorocze orędzia s. Marii Natalii Magdolnej dla kapłanów

    „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem” [Mt 22, 37]. W wieku trzydziestu trzech lat s. Maria Natalia wyznała Jezusowi, że pragnie Go kochać właśnie w ten sposób, a Jezus obiecał jej w zamian tak wiele łask, że do końca życia miała doświadczać radości. Siostra Maria Natalia Magdolna otrzymywała przesłania dla dusz kapłańskich przede wszystkim pomiędzy rokiem 1939 a 1943Jakie słowa przekazał Jezus węgierskiej mistyczce? Czego oczekuje od kapłanów? Jaką ważną role im powierzył? Przeczytaj fragment książki Claudii Matery „Nawróćcie się, nadchodzi czas oczyszczenia. Prorocze objawienia s. Marii Natalii Magdolnej”.

    Jezus w jednym z przeslań mówił do s. Marii Natalii: Jesteś narzędziem, za pomocą którego pragnę otworzyć drzwi, aby dotrzeć do moich kapłanów. Przyjmuj moje boskie polecenia z pokojem w sercu, poświęcając Mi każdą myśl. Moi księża mnie zasmucają. Dlaczego ukrywają przed światem moją miłość, miłosierdzie i wszechmoc, gdy wróg niestrudzenie knuje przeciwko Mnie i przeciw tym, którzy Mnie kochają?  Przekaż moim synom: „Kochajcie Mnie, tak jak Ja kocham was. Pragnijcie tego, czego i Ja pragnę, wynagradzajcie, pokutujcie, pielęgnujcie i umacniajcie ufność i miłość do Mnie w was samych, a także w duszach, które zostały powierzone waszej pieczy”.

    Jezus zwraca się do kapłanów oraz dusz powierzonych ich opiece

    Pewnego dnia wprawił mnie w zdumienie widok żebrzącego Jezusa. W przypływie współczucia zapytałam Go, dokąd zmierza. „Do moich kapłanów”, odparł. „Czego od nich oczekujesz?” „Prosiłem, żeby ofiarowali Mi dusze”. „Uczynili to?” „Nie”. „Dlaczego?” „Ponieważ własne sprawy pochłaniają ich bardziej aniżeli ratowanie dusz, chociaż to właśnie jemu powinni się niestrudzenie oddawać, nie troszcząc się o siebie i nie zważając na światowe rozrywki. Nie robią tego, mimo że wymownie modliłem się za nich na krzyżu: «Ojcze, powierzam ich dusze Twojej pieczy, aby żaden z nich nie zbłądził». Moja córko, módl się za nich dniem i nocą i składaj ofiary, żeby w ostatniej godzinie nie stawili się przed sądem z pustymi rękami”.

    Z początkiem jesieni 1942 roku, kiedy byłam pogrążona w modlitwie, Jezus udzielił mi następującej wskazówki: „Potrzeba trzech rzeczy, abym w krótkim czasie mógł osiąść w duszy na tronie i chciałbym, żeby moi księża, szczególnie ci, którzy pełnią posługę jako przewodnicy duchowi, często o tych rzeczach mówili. Opiszę je za pomocą trzech obrazów: to kryształ, skrzydła i proch.

    Kryształ symbolizuje czystość ciała, serca, woli, a nade wszystko duszy. Ta ostatnia powinna się obmyć nie tylko z grzechów ciężkich, lecz także z grzechów powszednich, zaniedbań, złych intencji, niewłaściwych inklinacji oraz niedoskonałości. Niewierność, choćby dotyczyła najbardziej błahych spraw, niezwłocznie skaża duszę. Każdy, kto pragnie osiągnąć taki stopień czystości, musi zadbać o cztery rzeczy: odmówić ciału wszelkich nieuporządkowanych przyjemności; oczyścić serce z emocji i uczuć, które nie są pochodną nadprzyrodzonej miłości Boga; oddalić od woli to, dla czego nadrzędnym celem nie jest dobro; wyrugować z myśli wszystko, co ziemskie, uwolnić się od przeszłości i nie martwić się tym, co niesie teraźniejszość i przyszłość, ponieważ tego rodzaju zmartwienia plamią duszę i nie pozwalają Mi się z nią połączyć.

    Skrzydła są symbolem wolności duszy, która musi się uwolnić od przywiązania do ciała, do rzeczy tego świata i do stworzeń, aby mogło przepełnić ją pragnienie rzeczy świętych. Dusza powinna też wyzbyć się skłonności do decydowania o sobie, bo tylko wolne dusze mogę wynieść na poziom mojej boskości.

    Proch należy utożsamiać z tym, czym istota ludzka byłaby beze Mnie. Dusza nie powinna przypisywać sobie żadnej wartości – ani wobec Mnie, ani wobec innych, ani wobec siebie samej. Gdyby jednak przypisywała, odsunąłbym się od niej i utraciłaby część przeznaczonych dla niej łask. Dusza, która uznając swoją małość, słabość i nędzę, prosi o wybaczenie, i która potrafi cieszyć się własną miernością, nie zdumiewa się swoimi słabostkami i nie doświadcza z ich powodu goryczy. Gdy wskazuję jej popełnione błędy, nie unosi się dumą, przeciwnie: szczerze przyznaje, że świętym jest nie ten, kto nie upada, ale ten, kto ma siłę podnieść się po upadku. Taka dusza odzyskuje siły i pomna własnej ułomności, zawierza Mi całkowicie, składa swój los w moje ręce, nie tyle dla uzyskania łask, ile po to, aby sprawić Mi radość i wynagrodzić dawne przewinienia. W swojej pokorze wie, że bardziej zasługuje na potępienie niż na łaskę. Tym sposobem ze swojej otchłani nieświadomie zarzuca złoty łańcuch na niebiańskie szczyty, a Ja zstępuję do niej, aby osiąść na tronie w jej sercu.

    Płomień Bożej miłości rozleje się na ziemię przez otwarte serca kapłanów

    Jezus polecił Mi przekazać ojcu spowiednikowi taką oto wiadomość: „Powiedz swojemu ojcu spowiednikowi, że godzina, w której spełnią się moje słowa, nadeszła. Przyniosłem na ziemię ogień, a ogień ma wypalać. Od momentu stworzenia człowieka opromienił już wiele dusz, ale mój płomień nie dopełnił jeszcze dzieła oczyszczenia. Za sprawą moich kapłanów ogień rozprzestrzeni się w cudowny, nadzwyczajny sposób i nic nie zdoła go ugasić. Płomień mojej miłości spoi ziemię z niebem. Moi księża będą podsycać ten ogień: moje boskie Serce udzieli im koniecznych łask, a ludzie się dowiedzą, jak słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie”

    Następnie skierował do kapłanów słowa: „Nie obawiajcie się. Śmiało idźcie przed siebie. Niechaj waszych myśli nie zaprzątają ani życie, ani śmierć, ani efekty waszych działań. Wszystko jest w moich rękach. Wpatrujcie się we Mnie niestrudzenie i wypełniajcie moją wolę. To będzie waszym skarbem i waszą chwałą, a wasza dusza nie polegnie w walce. Nie zastanawiajcie się nad tym, co wydarzy się w przyszłości, jak do tego dojdzie i jaki będzie bieg rzeczy. Nieustannie proście niebieskiego Ojca o łaskę, przebaczenie i miłosierdzie. Moje dzieci, ukazałem wam moje plany. Doprowadźcie je do końca. Proszę, utkwijcie we Mnie wasze spojrzenia i nie lękajcie się; pozostańcie radośni, tak jak Ja jestem radosny, kiedy na was patrzę. Weselcie się, dzieło bowiem, które wam powierzyłem, rozwesela mojego Ojca. To nie wasza siła w was działa, ale siła Boga. Za waszym pośrednictwem ofiarowuję się duszom, aby przez nie wielbić i sławić Ojca. Przemierzajcie świat, zwyciężajcie go i zwyciężajcie moich nieprzyjaciół, ponieważ jestem potężniejszy niż wszelka potęga i silniejszy niż wszelka siła”.

    Jezus na koniec zwrócił się do mnie:„Droga córko, módl się za moich kapłanów, aby łaska popchnęła oschłych ku nawróceniu, pokucie i duchowi poświęcenia, ze wzmożonym entuzjazmem i większą siłą niż dotychczas. Nadchodzi czas wielkiego oczyszczenia i pokoju, oczekujcie go z sercem pełnym skruchy”. Jedna dusza, jedno serce, jedna siła niech przemawia przez was, a tą siłą jestem Ja. Nie poddawajcie się zniechęceniu. Aby zmartwychwstać, trzeba zostać ukrzyżowanym, ale mój triumf, moje królestwo i pocieszenie są blisko”.

    Fragmenty pochodzą z książki  Claudii Matery „Nawróćcie się, nadchodzi czas oczyszczenia. Prorocze objawienia s. Marii Natalii Magdolnej” , Wydawnictwo Esprit/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W Kaliszu trwa Kongres 108. Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej

    Wydarzenie poprzedza ogólnopolskie obchody Dnia Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego, które w sobotę zakończy Msza św. pod przewodnictwem Prymasa Polski – powiedział w piątek PAP rzecznik prasowy diecezji kaliskiej ks. Przemysław Kaczkowski.

    Polichromia błogosławionych męczenników II wojny światowej w kaplicy Muzeum Pomnika Historii

    Polichromia błogosławionych męczenników II wojny światowej w kaplicy Muzeum Pomnika Historii Mateusz Środoń – autor polichromii

    ***

    Jak dodał, co roku 29 kwietnia w kaliskiej bazylice św. Józefa duchowni wspominają wyzwolenie kapłanów z obozu w Dachau za przyczyną św. Józefa. Tego dnia przypada 78. rocznica cudownego ocalenia więźniów obozu KL Dachau, według których, do ocalenia doszło za przyczyną św. Józefa.

    Tegoroczne obchody mają większy rozmach z okazji odbywającego się Kongresu 108. Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej.

    90 lat temu, 21 marca 1933 r. Heinrich Himmler wydał rozkaz utworzenia obozu koncentracyjnego w Dachau (z niem. Konzentrationslager Dachau). Od 1938 r. obóz pełnił funkcję “ośrodka szkoleniowego”. Przeprowadzano tam zbrodnicze pseudomedyczne eksperymenty na więźniach. Przez KL Dachau przeszło łącznie ponad 200 tys. osób, z czego jedna trzecia to Polacy.

    “Polscy duchowni, zarówno według Niemców, jak i Sowietów, byli grupą szczególnie niebezpieczną. Wynikało to z ich wiedzy o bardzo dobrze zorganizowanej pracy duszpasterskiej i społecznej Kościoła w Polsce. Kapłani byli wsparciem i ostoją polskości, co skutecznie uniemożliwiało planowe wyniszczanie narodu. Duchowni stali się głównym celem niemieckiej akcji +Tannenberg+, która miała na celu bezwzględną eliminację elit przywódczych i moralnych Rzeczypospolitej” – powiedział PAP organizator kongresu prezes Pomorskiego Stowarzyszenia Wspólna Europa (PSWE) Andrzej B. Piotrowicz. Poinformował, że w latach 1939–1945 z rąk Niemców i Sowietów śmierć poniosło blisko 3 tys. polskich duchownych, czyli około 20 procent stanu przedwojennego.

    W Dachau, które stało się głównym, choć nie jedynym miejscem zagłady polskiego duchowieństwa, od końca 1940 r. prześladowano i mordowano duchownych wszystkich wyznań z całej Europy. Polscy księża stanowili wśród nich grupę nie tylko najliczniejszą, lecz także poddawaną najbardziej okrutnym represjom. Przebywało tam łącznie 1780 księży, zakonników i kleryków z całej Polski.

    “Ocalało 800. 22 kwietnia 1945 r. uroczystym ślubowaniem oddali oni siebie i pozostałych współwięźniów w opiekę świętemu Józefowi i tydzień później – 29 kwietnia – zostali ocaleni z obozowej niewoli przez niewielki oddział patrolowy armii amerykańskiej. Stało się to niespodziewanie, na dwie godziny przed likwidacją obozu i na kilkanaście godzin przed atakiem na KL Dachau planowanym przez dowództwo amerykańskie” – powiedział Piotrowicz.

    Wyjaśnił, że fakt wcześniejszego wyzwolenia obozu uznany został przez więźniów za szczególną łaskę otrzymaną od Pana Boga za przyczyną świętego Józefa.

    Po zakończeniu wojny i powrocie do kraju polscy księża i zakonnicy wypełnili swoje obozowe ślubowanie i corocznie pielgrzymowali 29 kwietnia do sanktuarium Świętego Józefa w Kaliszu z dziękczynieniem. W 1970 r., w 25. rocznicę wyzwolenia obozu, ufundowali w podziemiach kaliskiego sanktuarium Kaplicę Wdzięczności i Męczeństwa oraz utworzyli muzeum i archiwum, w których zgromadzone zostały dokumenty i przedmioty z lat ich obozowej gehenny.

    Od 2005 r., decyzją Konferencji Episkopatu Polski, w miejsce pielgrzymek byłych więźniów KL Dachau, w Kaliszu odbywają się ogólnopolskie obchody Dnia Męczeństwa Duchowieństwa Polskiego.

    Patronat honorowy nad wydarzeniem objął biskup kaliski Damian Bryl i ks. Dariusz Wilk CSMA (Congregatio Sancti Michaelis Archangeli – Zgromadzenie Św. Michała Archanioła; popularnie nazywani michalitami – PAP) i jednocześnie przewodniczący Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich w Polsce. Patronat medialny nad wydarzeniem objęła Polska Agencja Prasowa.

    Inauguracja obrad zaczęła się w czwartek w Krotoszynie, miejscu urodzenia bł. biskupa Michała Kozala, aby w kontekście 80. rocznicy męczeńskiej śmierci najmłodszego biskupa II Rzeczypospolitej w sposób szczególny uhonorować i przybliżyć duchowość przywódcy polskiego duchowieństwa w KL Dachau. 26 stycznia 1943 r. ordynariusz diecezji włocławskiej został zabity przez Niemców zastrzykiem z fenolu.

    Kongres zakończy się dzisiaj wieczorem mszą św. w Narodowym Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu.

    W sobotę o godz. 11.00 odbędzie się otwarcie wystawy o księżach męczennikach II wojny światowej, o godz. 12 mszy św. przewodniczyć będzie Prymas Polski abp Wojciech Polak.(PAP)

    Tygodnik Niedziela/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W PONIEDZIAŁKI OD GODZ. 18.00 – 20.00 – PORADNICTWO RODZINNE

    adres: 4 Park Grove Terrace, G3 7SD

    POMOC DLA BEZDOMNYCH

    KAŻDEJ NOCY – na Argyle Street pod mostem blisko Stacji Centralnej

    KAŻDEGO DNIA – adres:  20 Crimea Street, G2 8PW (do godziny 20.00)

    W CZWARTKI – adres: Cadogan Street (do godziny 20.00)

    WE WTORKI i W CZWARTKI – adres; George Square (do godziny 19.00)

    WSPÓLNOTA SZYMONA – adres: 389 Argyle Street, G2 8LR (naprzeciwko hotelu Aleksandra)

    KLUB THE WAYSIDE – adres: 32 Midland Street, G1 4PR 9 (do godziny 19.00)

    THE MARIE TRUST – adres: 29 Albion Street, G1 1LH, tel. 0141 286 0065 (każdego dnia do godziny 17.00)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 MAJA WE WTOREK NIE BĘDZIE SPOTKANIA W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KOLEJNE WTORKOWE KATECHEZY W MAJU: 9,23,30

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK – 28 KWIETNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    godz. 18.00  ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    godz. 19.00 – MSZA ŚW.

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 29 KWIETNIA 

    godz. 17.00 – KATECHEZA DLA DZIECI PRZED I KOMUNIĄ ŚW./SPOWIEDŹ ŚW. W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    godz. 18.00  MSZA ŚW. WIGILIJNA Z IV NIEDZIELI WIELKANOCNEJ

    PO MSZY ŚW. OGŁOSZENIE NOWEJ INTENCJI NA MIESIĄC MAJ

    WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA POTRZEBUJE TRZY OSOBY, ABY NADAL MIEĆ KOMPLET W NASZYCH 21 RÓŻACH.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Prawda, dobro i piękno.

    Tak dokonało się nawrócenie Evy Vlaardingerbroek

    (źródło: YouTube/ The Spectator)

    ***

    „Prawda, dobro i piękno to trzy rzeczy, których każdy chce. Przeznaczeniem każdej duszy jest nieskończony głód tych trzech pokarmów” – te między innymi słowa z przemówienia prof. Petera Kreefta wpłynęły na nawrócenie na katolicyzm holenderskiej filozof i publicystki Evy Vlaardingerbroek, o którym głośno ostatnio w mediach.

    Sama konwertytka wskazała na nagrania na portalu YouTube, które zainicjowały jej nawrócenie, wymieniając w szczególności wykład prof. Kreefta, jaki wygłosił on na diecezjalnej konferencji mężczyzn w 2017 r. w diecezji Harrisburg w stanie Pensylwania: „7 powodów, dla których każdy powinien być katolikiem”.

    Sam Peter Kreeft jest konwertytą na katolicyzm, wykładowcą filozofii w Boston College, apologetą katolickim i autorem ponad 100 książek, z których część jest dostępna także po polsku. W swoim trwającym godzinę przemówieniu z 2017 r. jako siedem powodów nawrócenia na katolicyzm wymienia fakt, że wiara katolicka jest prawdziwa, dobra, piękna, a jej prawdziwość potwierdzają fakty historii, daje ona światu świętych, wiedzie ludzi do Nieba i w Kościele katolickim spotykają oni Jezusa Chrystusa.

    Podkreślając nierozerwalność piękna, prawdy i dobra, Kreeft stwierdza, że w Kościele tęsknota człowieka do nich zostaje spełniona poprzez trzy cnoty teologiczne: wiarę, nadzieję i miłość. Jak wyjaśnia, są one „duchowym klejem, który łączy nas z Bogiem”, który z kolei zaspakaja w pełni pragnienie piękna, prawdy i dobra. Człowiek poznaje prawdę przez wiarę, dobro przez miłość i ma nadzieję na nieskończone piękno, którym jest wizja uszczęśliwiająca.

    Nazywając rewoltę protestancką „największą tragedią w historii widzialnego Kościoła”, Kreeft krytykuje doktrynę Marcina Lutra o „sola fide”, stwierdzając, że „wiara, która jest obojętna na miłość i miłość, która jest obojętna na wiarę to nie jest prawdziwa wiara ani prawdziwa miłość”.

    Mówiąc o historycznych faktach, które potwierdzają prawdziwość katolicyzmu, prof. Keeft stwierdza przede wszystkim, że do jego własnego nawrócenia przyczynił się „historyczny fakt, że Jezus Chrystus ustanowił Kościół katolicki”. A skoro, jak wskazuje historia, to Chrystus założył Kościół, to nie można do niego nie należeć. Przedstawiając historię Kościoła i dowody na sukcesję apostolską, apologeta stwierdził: „Jaka inna widzialna instytucja ludzka zachowała swoją naukę w całkowitej czystości, choć jej nauczyciele byli dalecy od całkowitej czystości? To cud!”.

    Według prof. Kreefta „nie można sprzeczać się ze świętymi”, którzy odgrywają „niesamowitą” rolę jako wzory wiary, a „święty we współczesnym politycznie poprawnym świecie wyglądałby dokładnie tak, jak św. Tomasz Morus”. Jest to też punkt, który musiał przemówić mocno do Evy Vlaardingerbroek, która stwierdziła: „Doświadczyłam tego, co dzieje się, kiedy wychodzi się i mówi o swojej miłości do Chrystusa: Siły zła na świecie stają się głośniejsze, ponieważ nienawidzą niczego bardziej niż świadectwo”.

    Podając jako szósty argument Niebo, amerykański apologeta stwierdził: „Bądź katolikiem, ponieważ to ustanowiony przez Boga sposób dostania się do Nieba”. Bycie katolikiem przyrównał on też do „Arki Noego, a Arka Noego płynie do lądu życia”.

    Ostatni – siódmy – argument okazał się też „kluczowy” dla Vlaardingerbroek. Prof. Kreeft mówiąc o Bogu jako początku i celu człowieka, podkreślił znaczenie sakramentów, a w szczególności Eucharystii, w której człowiek jednoczy się z Bogiem. Kreeft zauważył, że przed reformacją nikt nie kwestionował rzeczywistej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, „nikt nie mówił, że to tylko symbol”. Według profesora w X wieku Berengar z Tours był pierwszym, który to zakwestionował i „został natychmiast określony jako heretyk; wyraził żal, został pojednany z Kościołem”.

    źródło: ChurchMilitant.com/PCh24.pl

    „Transsubstancjacja była dla mnie kluczem”. Znana konserwatywna publicystka przyjęła katolicyzm

    fot. FB

    ***

    W ubiegłą niedzielę znana konserwatywna komentatorka polityczna i filozof, Eva Vlaardingerbroek, przyjęła wraz ojcem prawdziwą wiarę. W rozmowie z Edwardem Pentinem opowiada o swoim nawróceniu i przekonaniu, że ortodoksyjna wiara katolicka jest najpotężniejszą bronią przeciwko lewicowemu i globalistycznemu dyktatowi naszych czasów.

    Urodzona z katolickiej matki i protestanckiego ojca, 26-letnia Vlaardingerbroek została wychowana jako chrześcijanka, ale dopiero pandemia COVID-19 w pełni obudziła ją na rzeczywistość duchowej bitwy, przed którą stoi świat, i uświadomiła sobie, że wiara katolicka jest „najpotężniejszą bronią” przeciwko współczesnemu relatywizmowi moralnemu – czytamy w portalu National Catholic Register.

    Na łamach tegoż portalu ukazał się wywiad, w którym Eva odpowiada na pytania znanego publicysty katolickiego Edwarda Pentina. Rozmówczyni – zapytana, co przekonało ją, że „Kościół katolicki jest jedyną prawdziwą wiarą ufundowaną przez Chrystusa” – przyznaje, że środowiska akademickie i mainstreamowe zawsze próbowały wykluczać ją z powodu jej konserwatywnych poglądów, natomiast w dobie tzw. pandemii koronawirusa to wyklucza stało uzyskało sankcję rządową.

    – W tym czasie całym sercem zdałam sobie sprawę, że nie toczymy tylko walki politycznej (prawica kontra lewica), ale że mamy do czynienia z walką duchową (dobra ze złem). Pochopność, z jaką ludzie byli gotowi potępiać tych z nas, którzy nie podążali za „nauką”, oraz z jaką nasze rządy znosiły nasze konstytucyjne prawa, były dla mnie prawdziwym dzwonkiem alarmowym – opowiada.

    Jako filozof nie była ona zainteresowana dyskutowaniem, czy choćby na temat czy tzw. szczepionki powinny być podawane ze względów medycznych, lecz interesowały ją względy moralne. – A jedyną postawą moralną, która wydawała mi się słuszna, było to, że zostałam stworzona na obraz Boga, że ​​moje ciało jest świątynią i że prawa, jakimi się cieszę, zostały mi nadane przez mojego Stwórcę i dlatego są niezbywalne – kontynuuje.

    Od tego momentu komentatorka zaczęła otwarcie mówić o swojej motywacji religijnej, co – jak wspomina – stało się podstawą do jeszcze zacieklejszych ataków ze strony wrogów prawdy. – Doświadczyłam tego, co się dzieje, gdy wychodzisz i mówisz o swojej miłości do Chrystusa: siły zła na świecie stają się tym głośniejsze, bo niczego nie nienawidzą bardziej niż świadectwa, ale siły dobra w moim życiu stały się również sto razy silniejsze i ja stałam się silniejsza – relacjonuje.

    W podjęciu ostatecznej decyzji pomogły jej programy na YouTubie prof. Petera Kreefta, a szczególnie odcinek zatytułowany Siedem powodów, dla których każdy powinien zostać katolikiem. – Oglądałam to i po prostu nie byłam w stanie dyskutować tym, co mówił. Wszystko miało sens. Od faktu, że sam Chrystus założył Kościół, przez znaczenie świętych, po prawdziwy cud Eucharystii. Wiedziałam, że muszę dokonać wyboru – wyznaje Eva Vlaardingerbroek.

    Jak sama przyznaje, elementem kluczowym była prawda o przeistoczeniu i realnej obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. – Transsubstancjacja była dla mnie kluczem. Jako protestantka odrzucałam tę koncepcję, nigdy nie czułam, że mogę to zracjonalizować, więc poszłam z argumentem, że „to symbol”. Ale kiedy spojrzysz na Pismo Święte, na to, co sam Jezus powiedział, jest to krystalicznie jasne. To wcale nie jest symboliczne. I chociaż nie potrafię tego zracjonalizować, wierzę w to: ponieważ jeżeli Chrystus powiedział, że tak jest, to tak jest. Nie pozostaje więc nic innego, jak zostać katolikiem – podkreśla.

    – Najpotężniejszą bronią przeciwko lewicowemu relatywizmowi jest wiara katolicka. Co może być lepszego w czasach, gdy ludzie mówią, że „wszystko jest dozwolone” niż powiedzieć „nie”? Istnieje coś takiego jak piękno, istnieje coś takiego jak Dobro i istnieje coś takiego jak Prawda. On jest Prawdą, Drogą i Życiem. I to się nigdy nie zmieni. Doktryna katolicka pozostaje taka sama, bez względu na to, kto jest papieżem i jakie zawirowania przeżywa Kościół jako instytucja. Doktryna przetrwała i zawsze przetrwa próbę czasu, ponieważ On sam założył Kościół – nie ma wątpliwości rozmówczyni Edwarda Pentina.

    Filozof znana m. in. z przemówienia zatytułowanego Odrzucić globalizm: przyjąć Boga na Narodowej Konferencji Konserwatywnej w Brukseli podkreśla, że wiara katolicka jest jedyną odpowiedzią na zamęt współczesnego świata.

    – Problem polega na tym, że wielu chrześcijan daje się nabrać na „piękne słowa”, których używają globaliści, aby sprzedać nam swoje plany. Czy to zmiana klimatu, COVID czy transhumanizm, przedstawiają swoje „rozwiązania” pod pozorem równości i szlachetnych pretekstów, ale tak naprawdę, jeśli spojrzeć na to, co tak naprawdę proponują, zawsze sprowadza się to do tego, że ci ludzie chcą bawić się w Boga. A rozwiązania, które oferują — paszporty szczepionkowe, transhumanizm, „ratowanie planety” – zawsze żywią się ludzkim strachem przed śmiercią – tłumaczy Vlaardingerbroek.

    Jest przy tym przekonana, że narracja, która wmawia ludziom „ty możesz mieć swoją prawdę, a ja mam swoją” jest doskonałym wypełnieniem tego, w co diabeł chce, aby ludzie wierzyli. – Chrystus jest Prawdą, Drogą i Życiem. Jeśli naprawdę w to wierzymy, powinniśmy to mówić głośno. Moralność oparta na świeckich wartościach jest jak dom bez fundamentów. Dom może ładnie wyglądać z zewnątrz, mogą go zbudować mili, mający dobre intencje ludzie, ale nie będzie on trwały – dodaje.

    Również w odpowiedzi na szaleństwo feminizmu i tzw. ideologii gender odpowiedzią jest jej zdaniem „bezwzględna bezkompromisowość” wyznawania prawdy Jezusa Chrystusa w Jego prawdziwym Kościele. – Bóg stworzył Adama i Ewę, a nie 73 różne płcie. To człowiek próbuje być swoim własnym małym bogiem, co nigdy nie działało i nigdy nie zadziała. I my to wiemy. Moje pokolenie jest absolutnie nieszczęśliwe. Tak więc najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić jako katolicy, jest mówić ludziom, że istnieje alternatywna droga, którą można podążać. Ona istnieje i ma imię: Jezus Chrystus – kończy Eva Vlaardingerbroek.

    źródło: ncregister.com/FO/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przyciąganie powierzchowne

    Ewangelizacja działa, gdy ma związek z Ewangelią. I tylko wtedy.

    Podobno Kościół, jeśli chce przyciągać nowych wiernych, musi „nauczyć się być sexy”. Tak stwierdzili członkowie austriackiej grupy Quo Vadis, zrzeszającej osoby zakonne. Tą ideą uskrzydleni zorganizowali przed katedrą w Wiedniu akcję bezpłatnego tatuowania chętnych „motywami katolickimi”. Chętnych były podobno setki, więc trzeba było losować. Ostatecznie z „katolicko” wytatuowanym ciałem wyszło kilkadziesiąt osób.

    Nie, żebym miał coś przeciw rozmaitym inicjatywom w Kościele. Lepiej coś robić niż nie robić i zrzędzić na tych, co robią. Pytanie tylko, czy zawsze to robienie jest właściwie zaadresowane. No bo o co w tym wszystkim chodzi? Czemu właściwie Kościół ma być sexy? Żeby się podobać? Komu?

    Może tu tkwi odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle ludzie odchodzą od Kościoła zamiast, jak w czasach apostolskich, garnąć się do niego drzwiami i oknami. Kościół jest oblubienicą Chrystusa i to Jemu się ma podobać. I tylko taki Kościół przyciąga ludzi – bo widzą w nim Boga. Tymczasem wiele zaangażowań „katolickich” zmierza, jak się wydaje, ku przypodobaniu się ludziom. Bóg, jeśli się tam pojawia, to powierzchownie, tak jak powierzchowny, dosłownie, jest tatuaż. Towarzyszy temu komunikat, że w Kościele też może być fajnie, nawet tak jak na dyskotece czy innej imprezie.

    W skrajnej formie taką mentalność prezentuje niemiecka Droga Synodalna. Ludzi ubywa? Więc dajmy sobie spokój z Ewangelią, niech Kościół błogosławi wszystko jak leci, zapomnijmy o grzechu, a z Boga uczyńmy ideę do dowolnego kształtowania – zdają się mówić promotorzy takich tendencji. I tylko ciekawa rzecz: to umizgiwanie się do ludzkich upodobań kompletnie nie pomaga. I nie pomoże, ludzie będą dalej odchodzili, może jeszcze szybciej, bo nikt nie potrzebuje Kościoła, który funkcjonuje tak jak wszyscy i oferuje to, co wszyscy. Zwłaszcza „seksowność”. Na tym świecie jest wystarczająco dużo akwizytorów rzeczy przemijających, żeby Oblubienica Chrystusa się nimi ścigała. Konkurencja w promocji byle czego jest oszałamiająca. Tu Kościół nie ma żadnych szans, naraża się tylko na śmieszność. Nie ma natomiast żadnej konkurencji w czynieniu uczniów Chrystusowi. A o to przecież chodzi.

    Posiadanie duchowych dzieci wynika z nakazu misyjnego Zbawiciela. „Czyńcie uczniów ze wszystkich narodów” – to Jego testament.

    Na tym polega ewangelizacja – na pokazywaniu Boga działającego w Kościele. Na spotkaniu z Nim i na czerpaniu z Niego. I, jak sama nazwa wskazuje, musi mieć związek z Ewangelią, a nie z seksem. W innym wypadku ma związek z seksualizacją, a chyba nie o to chodzi.•


    KRÓTKO:

    Wolno zakłócać

    Sąd Okręgowy w Toruniu podtrzymał decyzję o umorzeniu postępowania w sprawie Joanny Scheuring-Wielgus. Chodzi o wydarzenie z 25 października 2020 r., gdy posłanka Lewicy wraz z mężem zakłóciła sprawowanie Mszy św. Oboje stanęli przed ołtarzem, trzymając transparenty o treści proaborcyjnej. Sąd Rejonowy w Toruniu nie dopatrzył się w tym niczego złego. Postanowienie zaskarżyły toruńska prokuratura i Instytut Ordo Iuris. 17 kwietnia sąd wyższej instancji oddalił zażalenie. „Posłanka nie miała zamiaru znieważenia symboli religijnych ani zakłócenia mszy, ale chodziło jej o to, by zwrócić uwagę na problem związany z represjonowaniem kobiet” – tłumaczył pełnomocnik Scheuring-Wielgus. Wychodzi na to, że Mszę zakłócać można, jeśli wyraża się przy tym poglądy zgodne z prywatnymi zapatrywaniami sędziów. Krótko mówiąc, katolicy podczas Mszy nie mogą liczyć na ochronę swoich praw, i kto zechce w jej trakcie reklamować zabijanie dzieci, będzie bezkarny. •

    Wolno bić

    Warszawski sąd umorzył postępowanie karne wobec Piotra Sz., który zaatakował kierowcę ciężarówki oklejonej plakatami pro life, bijąc go pięścią i przygniatając drzwiami. Sędzia dała „pełną wiarę” wyjaśnieniom sprawcy, który tłumaczył, że reagował „impulsywnie”, bo wcześniej czytał o śmierci kobiety, której lekarze odmówili aborcji, i chciał jedynie, żeby kierowca zaprzestał swojej działalności. Czyli bić prolajferów też można.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Edith Piaf i św. Teresa z Lisieux. Cud i pełne zawierzenie…

    EDITH PIAF

    DALMAS/SIPA/East News

    ***

    Ikona piosenki francuskiej, Édith Piaf, od czasu cudownego uzdrowienia, którego doznała w dzieciństwie, była wielką czcicielką świętej Teresy z Lisieux. Po tym, jak oślepła w wieku 6 lat, odzyskała wzrok po pielgrzymce do Lisieux. Historia niezwykłego oddania…

    Zdaje się, że Édith Gassion, urodzonej 19 grudnia 1915 roku w Paryżu, wyjątkowa przyszłość była pisana już od dzieciństwa. Znana na całym świecie jako Édith Piaf, po dziś dzień jest uznawana za jeden z najlepszych głosów francuskiej piosenki, dzięki sławnym utworom, jak Non, je ne regrette rien,La vie en rose albo Hymne à l’ amour.

    Édith Piaf – smutne dzieciństwo

    Jej życie było tak samo krótkie, jak intensywne i rozpoczęło je nie nazbyt szczęśliwe dzieciństwo. Córka śpiewaczki ulicznej i akrobaty cyrkowego, została szybko porzucona przez matkę, która zostawiła ją, by móc zarabiać na życie. Jej ojciec, żołnierz podczas I Wojny Światowej, powierzył zatem małą Édith swojej matce.

    W tym czasie babka dziewczynki prowadziła w Normandii dom publiczny, w miejscowości Bernay, około trzydziestu kilometrów od Lisieux. Édith spędziła tam kilka lat, zanim po skończonej wojnie wróciła do swego ojca. Zaczęła śpiewać na ulicy, żeby zarobić trochę pieniędzy.

    Tak dostrzegł ją, kilka lat później, właściciel sali widowiskowej na Polach Elizejskich, Louis Leplée. Nadał jej pseudonim „La Môme Piaf”, „mały wróbelek”, z powodu jej niskiego wzrostu i dał początek jej karierze.

    Całe życie Édith Piaf było naznaczone wieloma trudnościami. Przez jej licznych kochanków i liczne historie miłosne, które kończyły się skandalami, nie brakowało ludzi, którzy uważali, że jej życie było rozpustne. Niektóre zakłady pogrzebowe odmówiły jej nawet pochówku, przez wzgląd na liczbę zawartych przez nią małżeństw.

    A jednak, wierność, której dochowała świętej Teresie z Lisieux, po cudzie, którego jak twierdziła doświadczyła będąc dzieckiem, jest ważniejsza od stawianych jej zarzutów.

    Utrata wzroku?

    W wieku 6 lat mała Edith przeszła ostre zapalenie rogówki, które sprawiło, że jak opowiadała straciła wzrok. Ponieważ liczne zabiegi nie przynosiły efektów, babcia dziewczynki, jak i „panienki lekkich obyczajów” z domu publicznego oraz sama Édith, pogodziły się z tym, że zostanie ślepa na zawsze. Wszystko zmieniło się, gdy babcia Édith  postanowiła zabrać swoje „córki” na pielgrzymkę do pobliskiego Lisieux, a wraz z nimi swoją małą wnuczkę.

    Krążyły słuchy o niespodziewanych uzdrowieniach, których doświadczali ludzie przybywający do grobu św. Teresy. I wtedy, w tym miejscu, zebrane kobiety pogrążyły się w modlitwie, przed oczami ciekawskich mieszkańców: zobaczyć te „panienki lekkich obyczajów”, choć ubrane zgrzebnie, z towarzyszącą im dziewczynką z czarnym bandażem na oczach, było rzeczą, co najmniej, niezwykłą. Przed grobem świętej Teresy przetarły ziemią czoło małej Édith, a następnie błagały świętą w swoich modlitwach, ażeby ta pomogła ich małej podopiecznej.

    Kilka dni później, Édith zaczęła odzyskiwać wzrok, ku radości kobiet z domu publicznego i swojej babci. Lekarze pozostali sceptyczni. Jednakże, niewątpliwym jest, że dziewczynka odzyskała zdolność widzenia i mogła, kilka lat później, wrócić wraz ze swym ojcem na ulicę, żeby występować to tu, to tam.

    W trakcie swego życia, Édith przypisała ten cud wielu modlitwom skierowanym do Teresy z Lisieux i oddała się tej świętej.

    Chociaż autor najnowszej biografii pieśniarki Robert Belleret twierdzi, że nigdy nie była niewidoma. Jego zdaniem cierpiała co najwyżej na kilkutygodniową infekcję wirusową.

    Niezawodna wiara

    Zawsze we wrześniu, w rocznicę śmierci Teresy, Édith bywała w Karmelu w Lisieux, by się pomodlić. Zachowała przez całe swoje życie medalik z wizerunkiem świętej, który nosiła na szyi.

    Przed każdym występem czyniła znak krzyża i modliła się tymi samymi słowami:

    Tereso, teraz śpiewam dla ciebie!

    Édith uważała ją za swoją duchową siostrę i, jak się okazało, były kuzynkami w czternastym stopniu pokrewieństwa, od strony ojca Édith…

    Pomimo trudności, których doświadczała w życiu, jej wiara nie została zachwiana. Édith przeżyła śmierć swojej dwuletniej córki Marcelle, spowodowaną zapaleniem opon mózgowych, jaki i utratę wielu przyjaciół, kochanków, w tym śmierć miłości swego życia, boksera Marcela Cerdana… Nawet po tym wszystkim, zachowała swoją wiarę do końca.

    Kilka dni przed śmiercią, powiedziała do swojej pielęgniarki:

    To niemożliwe, że gdy umrzemy, to pozostaniemy niczym więcej niż pyłem… Jest coś, co nam się wymyka, czego nie wiemy… Wierzę w Boga. Niesprawiedliwe by było, żeby ci, którzy na ziemi wyłącznie cierpieli, teraz odczuli spokój sprowadzony do prochu… Raj nadejdzie… po Sądzie Ostatecznym.

    Fanny Leroux /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pamiętacie Edith Piaf? Pamiętacie. Nie można nie zapamiętać tak dramatycznego vibrato w głosie i jeszcze bardziej dramatycznego życia.

    Była córką śpiewaczki ulicznej, która szybko ją porzuciła, i cyrkowego akrobaty, który powierzył wychowanie małej Edith swojej matce. A że prowadziła ona dom publiczny, to właśnie w nim dziecko spędziło kilka najwcześniejszych lat. To musiało się na niej odbić: dzieciństwo częściowo spędzone w domu publicznym, dorosłość w nieustannym uzależnieniu od nielegalnej miłości i niezdrowej ilości leków znieczulających. Non, rien de rien, non, je ne regrette rien – słuchane po raz pierwszy zdaje się lirycznym credo, a w rzeczywistości jest przecież rozliczeniem z całym życiem. Niczego nie żałuję – ani dobra, którego doświadczałam, ani zła, które mi wyrządzono. Pamiętacie św. Teresę z Lisieux? Pamiętacie. Ale uwaga – o mały włos moglibyście nie pamiętać! W jaki sposób dwudziestoczterolatka miałaby zapracować na to, by ją zapamiętano po śmierci? Nawet jej rodzone siostry, również zakonnice, nie za bardzo przychylne były rozpoczęciu procesu kanonizacyjnego. A jednak. Jeden z najstarszych filmów w internecie to zapis ekshumacji jej ciała. Choć w jej pogrzebie uczestniczyła garstka, już przy ekshumacji otaczają ją tłumy, purpuraci i dostojnicy, a trumna jest przewożona z królewskim wręcz przepychem. Papieże – jak wspomniał Franciszek Kucharczak w bieżącym numerze „Gościa” („Wielka mała Teresa” – ss. 26–27) – prorokowali, że będzie „największą świętą nowych czasów” i „gwiazdą pontyfikatu”. Co takiego zatem się stało? Opublikowano jej zapiski, czyli „Dzieje duszy”. Książka ta – przyznam ze wstydem – przez całe życie wydawała mi się zapisem zbyt emocjonalnym, wręcz dziecięcym. Owszem, jest, ale nie tylko. Oto „mała” Tereska wychodzi na scenę tych naszych nowych czasów i mówi: możesz robić wiele i bardzo się starać, ale jeśli w tym wszystkim nie odnajdziesz prostej drogi do szczęścia, którym jest zaufanie Jemu, to… twoje starania raczej na nic się zdadzą. Do tego to szaleństwo – ofiara z siebie za mordercę, pragnienie wyjazdu na misje, gorąca modlitwa za kapłanów (cieszę się, że akurat te dwa tematy zbiegają się ze sobą w bieżącym numerze!). Umierała w ogromnym cierpieniu. I wciąż dziękowała, nie żałowała niczego, co ją spotkało. Co święta Teresa ma wspólnego ze słynną francuską śpiewaczką? Wiele. Gdy mała Edith przebywała u babki i w tym czasie zachorowała na oczy, ta – wraz z innymi mieszkankami prowadzonego przez siebie domu publicznego – zabrała ją do Lisieux (nie tak słynnego jak dzisiaj, dodajmy). Przyszła gwiazda francuskiej piosenki została uzdrowiona i do końca swoich dni, pomimo bardzo pokręconej historii życia, pozostała wierna Teresie. W rocznicę jej śmierci zawsze była w Lisieux, by się modlić. Medalik z jej wizerunkiem nosiła na szyi. Podobno przed każdym występem mówiła: „Śpiewam dla ciebie, Tereso”. Jest coś urzekającego w połączeniu historii dwóch tak odmiennych kobiet. Może deszcz róż, który jeśli już pada, to niewyłącznie na miejsca święte? A może to „niczego nie żałuję”, nawet zła, które mi wyrządzono? •

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przed Vaticanum II Kościół modlił się o nawrócenie heretyków. A teraz?…

    Watykan, fot. P. Ozdoba

    ***

    Przed II Soborem Watykańskim Kościół katolicki modlił się o nawrócenie heretyków i schizmatyków. Dzisiaj Kościół obchodzi jednak bardziej „ekumeniczne” wydarzenia. O dawnych praktykach przypomniał na łamach „OnePeterFive.com” Matthew Plese.

    Jak wskazuje autor, przed II Soborem Watykańskim Kościół katolicki obchodził Oktawę Jedności Chrześcijan, której zasadniczym celem była modlitwa i działania na rzecz nawrócenia tych, którzy są poza Kościołem katolickim. Po Vaticanum II wprowadzono jednak Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, którego charakter przesłania główny cel Oktawy.

     Oktawę wprowadzono w Kościele dzięki zaangażowaniu Lewisa Thomasa Wattsona, który w 1898 założył episkopalną wspólnotę religijną w Anglii. Chciał przenieść model duchowości franciszkańskiej do tzw. Kościoła anglikańskiego. Wattson w 1909 roku nawrócił się na katolicyzm; Stolica Apostolska przyjęła wówczas do Kościoła całe stowarzyszenie, pozwalając im na zachowanie dotychczasowego modelu działania, co było bezprecedensowe. Do stowarzyszenia należeli zarówno mężczyźni jak i kobiety. Na rzecz tak rozumianej jedności chrześcijan Wattson pracował aż do swojej śmierci w 1940 roku.

    Jak przypomina autor, w Oktawie kolejne dni były poświęcone konkretnym problemom. I tak:

    18 stycznia modlono się o zjednoczenie wszystkich chrześcijan w prawdziwej wierze i w Kościele katolickim.

    19 stycznia o powrót schizmatyków prawosławnych.

    20 stycznia o powrót anglikanów.

    21 stycznia o powrót protestantów europejskich.

    22 stycznia o powrót protestantów z Ameryki.

    23 stycznia o przywrócenie apostatów do sakramentalnego życia w Kościele.

    24 stycznia o nawrócenie narodu żydowskiego.

    25 stycznia o rozszerzenie Królestwa Chrystusa na cały świat.

    Matthew Plese przypomniał, że istnieje wiele modlitw, które katolicy mogą odmawiać w każdy z tych dni.

    źródło: onepeterfive.com/PachPCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    G. K. Chesterton: Dlaczego jestem katolikiem

    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    G. K. Chesterton: Dlaczego jestem katolikiem

    Odkryłem, że kwestia, czy pozostać przy wierze protestanckiej, w ogóle już nie istnieje. Istniała po prostu kwestia, czy pozostać przy protestanckiej niezgodzie. Stwierdziłem, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, że bardzo liczni liberałowie wciąż ochoczo sieją protestancką niezgodę, choć dawno już stracili protestancką wiarę.

    Na pierwszej stronie pewnej gazety codziennej ukazał się niedawno artykuł poświęcony Nowej Liturgii (1); nie żeby miał o niej wiele nowego do powiedzenia. Jego treść sprowadzała się do powtórzenia po raz dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty, że zwyczajny Anglik potrzebuje religii bez dogmatów (cokolwiek to może oznaczać) i że wszelkie spory na tematy kościelne to rzucanie grochem o ścianę, czy to z jednej strony, czy z drugiej. W tym miejscu autor artykułu przypomniał sobie nagle, że nie wolno zrównywać obu stron, bo a nuż zostanie to odebrane jako drobne ustęp- stwo wobec katolików albo uwzględnienie jakiejś katolickiej racji. Czym prędzej się więc poprawił i w dalszym toku wywodu zasugerował, że choć wiara w dogmaty jest zła sama w sobie, to jednak koniecznie należy wierzyć w dogmaty protestanckie. Zwyczajny Anglik (ta użyteczna postać) mimo niechęci do wszelkich różnic religijnych żywi przekonanie, że jego religia koniecznie musi nadal różnić się od katolicyzmu, uważa bowiem (wedle autora artykułu), że „Brytania jest protestancka tak jak morze jest słone”.

    Spoglądając z rewerencją na głęboki protestantyzm pana Michaela Arlena(2), pana Noela Cowarda albo najnowszego murzyńskiego tańca w Mayfair, czujemy jednak pokusę, by zapytać: „Jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić?” A ponieważ z powyższego cytatu możemy logicznie wywnioskować, że lord Beaverbrook, pan James Douglas, pan Hannen Swaffer i wszyscy ich naśladowcy są w gruncie rzeczy surowymi i nieugiętymi protestantami (zaś protestanci, jak wiadomo, słyną z dociekliwego i zapamiętałego studiowania Pisma, w czym nie przeszkodzi im żaden ksiądz ani papież), możemy sobie pozwolić na interpretację tego stwierdzenia w świetle innego, mniej znanego cytatu. Nie da się wykluczyć, że gdy porównywali protestantyzm do morskiej soli, prześladowało ich mgliste wspomnienie fragmentu, w którym ten sam Autorytet mówił o jednym świętym źródle, pełnym wody żywej, dlatego tak nazwanej, że naprawdę daje życie i zaspokaja pragnienie ludzi; w odróżnieniu od rozmaitych sadzawek i bajorek, bo kto się z nich napije, znowu będzie pragnął. A przytrafia się to niekiedy osobom, które wolą pić słoną wodę.

    Być może nazbyt to prowokujący początek dla wyznania moich najgłębszych przekonań, ale z całym szacunkiem trzeba wskazać, że prowokacja wyszła od protestantów. Kiedy protestantyzm z niezmąconym spokojem oznajmia, że sprawuje powszechny rząd dusz, w stylu Brytanii panującej nad morzami, wolno odpowiedzieć, że kwintesencja takiej właśnie soli zalega grubą warstwą na dnie Morza Martwego. Protestantyzm przypisuje sobie władzę, jaką w chwili obecnej nie może się poszczycić żadna religia. Od niechcenia zawłaszcza miliony agnostyków, ateistów, hedonistycznych pogan, niezależnych mistyków, badaczy fenomenów parapsychicznych, teistów, teozofów, wyznawców wschodnich kultów i przeróżnych wesołych koleżków żyjących jako te bydlęta, które zginą. Udawanie, że wszyscy ci ludzie są protestantami, to obniżanie prestiżu i znaczenia protestantyzmu. To sprowadzanie protestantyzmu do samej tylko negacji – a sól nie jest negacją.

    Przyjmując ów artykuł za probierz obecnych problemów z dokonywaniem wyborów religijnych, stajemy twarzą w twarz z dylematem dotyczącym tradycyjnej religii naszych ojców. Protestantyzm, jak go tu rozumiemy, jest czymś albo pozytywnym, albo negatywnym. Jeśli jest pozytywny, jest bez wątpienia martwy. Na ile stanowił system konkretnych, specyficznych wierzeń, na tyle odszedł do lamusa. Praktycznie nikt dziś nie wyznaje autentycznej doktryny protestanckiej – a już z pewnością nie protestanci. Do tego stopnia stracili wiarę we własną religię, że niemal z kretesem zapomnieli, na czym polegała. Gdyby zapytać współczesnego człowieka, czy zbawienie duszy osiąga się wyłącznie dzięki teologii, czy też dobre uczynki (na rzecz ubogich, dajmy na to) pomagają nam na drodze do Boga, człowiek współczesny odpowie bez wahania, że milsze są chyba Bogu dobre uczynki niż teologia. Byłby najpewniej bardzo zdumiony, gdyby mu powiedzieć, że przez trzy stulecia wiara w samą wiarę cechowała protestantów, podczas gdy wiara w dobre uczynki stanowiła haniebny wyróżnik niegodziwych papistów. Zwyczajny Anglik (aby znów przywołać naszego starego znajomego) nie żywiłby dziś najmniejszych wątpliwości, która strona miała słuszność w długim sporze między katolicyzmem a kalwinizmem – a był to najistotniejszy i najbardziej intelektualny spór, do jakiego kiedykolwiek doszło między katolicyzmem a protestantyzmem. Jeśli zwyczajny Anglik w ogóle wierzy w Boga, a nawet jeśli i nie wierzy, z całą pewnością woli Boga, który stworzył wszystkich ludzi do radości i który chciałby ich wszystkich zbawić, niż Boga, który celowo stworzył niektórych ludzi do nieuchronnego grzechu i nieskończonego cierpienia po śmierci. A na tym właśnie polegał cały spór; i to katolicy wyznawali ten pierwszy pogląd, podczas gdy protestanci wyznawali ten drugi. Czło wiek współczesny nie tylko nie podziela, lecz nawet nie pojmuje nienaturalnej odrazy purytanów do wszelkiej sztuki i wszelkiego piękna związanego z religią. A przecież był to autentyczny protestancki protest. Jeszcze w czasach wiktoriańskich protestanckie matrony gorszyły się na widok białej sukni, nie mówiąc już o barwnym ornacie. W każdej praktycznie kwestii, w której tylko Reformacja postawiła Rzym w stan oskarżenia, Rzym został od tamtej pory uniewinniony zgodnym werdyktem całego świata.

    Owszem, jest najzupełniejszą prawdą, że w Kościele katolickim tuż przed Reformacją istniało wiele zła prowokującego do buntu. Próżno by jednak szukać takiego zła, które Reformacja naprawiła. Na przykład, na skutek zepsucia klasztorów jakiś bogaty magnat mógł zabawiać się w patrona, czy nawet w opata, albo korzystać z dochodów należących w teorii do bractwa miłosiernego i ubogiego. Ale jedyne, co uczyniła Reformacja, to pozwoliła temuż bogatemu magnatowi zagarnąć c a ł y dochód, przywłaszczyć sobie cały klasztor, obrócić go wedle fantazji w pałac lub chlew i całkowicie wykorzenić ostatnie wspomnienie ubogiego bractwa. Najgorsze cechy doczesnego katolicyzmu zostały jeszcze pogorszone przez protestantyzm. Ale najlepsze cechy przetrwały jakoś czasy zepsucia; ba, przetrwały nawet czasy reform. Trwają do dziś we wszystkich krajach katolickich, gdzie religia jest barwna, poetyczna i powszechna. Widać je również w praktycznej mądrości, która mogłaby udzielać lekcji psychologom. I do tego stopnia znajdują dziś potwierdzenie, po czterech wiekach osądu, że każda z nich jest naśladowana nawet przez tych, którzy je potępiali. Niestety, naśladownictwo często przeradza się w karykaturę. Psychoanaliza to spowiedź bez bezpieczeństwa konfesjonału; komunizm to ruch franciszkański bez umiarkowania i równowagi Kościoła; zaś amerykańskie sekty, które przez trzy stulecia ciskały gromy oburzenia na papistowski teatr, odwołujący się do zmysłów, teraz „uatrakcyjniają” swoją liturgię wyświetlając teatralne filmy i kierując promienie różowego światła na głowę kapłana. Gdybyśmy to my używali promieni różowego światła, nie na kapłana byśmy je kierowali.

    Rozumując dalej, protestantyzm może być czymś negatywnym. Inaczej mówiąc, może sprowadzać się dziś do nowej i całkiem odmiennej listy zarzutów wobec Rzymu, która tyle tylko ma wspólnego z dawną listą, że nadal jest skierowana przeciw Rzymowi. I tak się właśnie sprawy mają, najogólniej biorąc. Prawdopodobnie to właśnie miał na myśli dziennikarz z „Daily Express”, kiedy oznajmiał, że nasz kraj i nasi rodacy są przesiąknięci protestantyzmem niczym solą. Legenda, że Rzym myli się tak czy owak, nadal żyje i miewa się doskonale, chociaż karykatury odmalowują dziś monstrum o zupełnie innych kształtach. Nawet w tym znaczeniu twierdzenie „Daily Express” jest już przesadą w odniesieniu do współczesnej Anglii, ale nadal tkwi w tym więcej niż ziarno prawdy. Cóż, kiedy jest to prawda, z której uczciwy i autentyczny pro- tentant nie może czerpać specjalnej satysfakcji. Bo też, na dobrą sprawę, jakaż to tradycja, która co drugi dzień lub co dziesięć lat zmienia wersję, uznając, że każda zmiana jest dobra, byle tylko wszystkie te sprzeczne opowiastki były skierowane przeciw temu samemu człowiekowi czy tej samej instytucji? Jakaż to święta sprawa, odziedziczona po przodkach, która sprowadza się do założenia, że powinniśmy wciąż czegoś nienawidzić i tylko w nienawiści pozostawać konsekwentni, a we wszystkim innym możemy sobie pozwalać na dowolną zmienność i dowolny fałsz, nawet gdy chodzi o sam powód naszej nienawiści? Czy mamy na serio zająć się obmyślaniem coraz to nowych przyczyn niechęci wobec innych chrześcijan? Czy na tym właśnie polega protestantyzm, a skoro tak – czy zasługuje on na zestawienie z patriotyzmem lub morzem?

    Takim to refleksjom musiałem stawić czoła, gdy zacząłem rozmyślać o kwestiach religijnych, ja, potomek czysto protestanckich przodków, wychowany w protestanckim domu. Protestanckim, co prawda, tylko w potocznym rozumieniu, gdyż w gruncie rzeczy moja rodzina nie była już protestancka, odkąd stała się liberalna. Wyrosłem raczej jako uniwersalista(3) i unitarianin(4), u stóp owego wspaniałego człowieka, Stepforda Brooke5. O ile w ogóle był to protestantyzm, to najwyżej w znaczeniu negatywnym. Nieraz było to coś całkiem przeciwnego. Na przykład, uniwersalista nie wierzył w piekło i zwykł podkreślać z emfazą, że niebo to szczęśliwy stan umysłu – „usposobienie”. Miał jednak dość rozumu, by dostrzec, że większość ludzi nie żyje ani nie umiera w wystarczająco szczęśliwym stanie umysłu, by mogli za jego sprawą dostać się do nieba. Jeśli niebo jest usposobieniem, na pewno nie jest usposobieniem powszechnie spotykanym; cała masa ludzi miewa iście piekielne humory. Skoro zaś, z braku pieklą, nawet oni trafią w końcu do nieba, musi się im przedtem przydarzyć coś innego niż miły charakter. Toteż uniwersalista wierzył w postęp duchowy po śmierci, w karę i zarazem oświecenie. Innymi słowy, wierzył w czyściec, chociaż nie wierzył w piekło. Tymczasem protestantyzm przez całą swoją historię toczył nieustającą wojnę z ideą czyśćca, czyli postępu duchowego w życiu pozagrobowym. Teraz, po latach, uważam, że ze wszystkich tych trzech poglądów najgłębsza prawda zawiera się w doktrynie katolickiej; prawda o woli, stworzeniu i cudownym Bożym umiłowaniu wolności. Ale nawet na samym początku, kiedy ani mi w głowie postał katolicyzm, nie widziałem żadnego powodu, by przejmować się protestantyzmem, który zawsze głosił coś zupełnie przeciwnego niż współczesna doktryna liberalna.

    Mówiąc dobitnie, odkryłem, że kwestia, czy pozostać przy wierze protestanckiej, w ogóle już nie istnieje. Istniała po prostu kwestia, czy pozostać przy protestanckiej niezgodzie. I w tym momencie stwierdziłem, ku mojemu bezgranicznemu zdumieniu, że bardzo liczni liberałowie wciąż ochoczo się ją protestancką niezgodę, choć dawno już stracili protestancką wiarę. Nie mam prawa ich osądzać, lecz w moich oczach, wyznaję, zdawało się to zachowaniem paskudnie niehonorowym. Dowiedzieć się, że mówiliśmy o kimś oszczerstwa, odmówić przeprosin i od razu wziąć się za wymyślanie nowej, bardziej przekonującej historyjki – nie było to w moim pojęciu ideałem dobrych manier. Ostatecznie postanowiłem sobie, że ocenię oczernianą insty- tucję podtug jej własnych zalet i wad, i od razu nasunęło mi się pytanie, czemuż to liberałowie są wobec niej tak bardzo nieliberalni? Jaki jest sens tej niezgody, tak stałej i tak nieustępliwej? Sporo czasu minęło, nim znalazłem odpowiedź, a jeszcze więcej czasu minęłoby, gdybym chciał teraz opisywać drogę mojego rozumowania. Doprowadziła mnie ona wreszcie do jedynego logicznego wniosku, zgodnego z doświadczeniem życiowym: mianowicie, że owa instytucja jest znienawidzona jak nic innego na świecie po prostu dlatego, że sama jest jak nic innego na świecie.

    Niewiele mam tu miejsca, by wybrać choć jeden fakt spośród tysiąca faktów, które potwierdzają ten wniosek i są też spójne ze sobą nawzajem. Mógłbym wziąć cokolwiek, na chybił trafił, od wieprzowiny po pirotechnikę, aby wykazać, że potwierdza to prawdę zawartą w tej jedynej prawdziwej filozofii; do tego stopnia realistyczne jest przysłowie, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Poruszę zatem kwestię niejako podstawową: tę mianowicie, że katolicyzm jest prześladowany stulecie po stuleciu przez irracjonalną nienawiść, która wyszukuje sobie coraz to nowe racje.

    Otóż o niemal wszystkich minionych herezjach można powiedzieć, że w oczach ludzkich są nie tylko minione, ale i martwe; czy to w Kościele, czy poza nim, nikt nie widzi dla nich racji bytu, ledwo tylko skończy się moda na ich wyznawanie lub wygaśnie mania religijna. Nikt w dzisiejszych czasach nie pragnie przywrócenia Boskiego Prawa Królów, które pierwsi anglikanie wysuwali jako argument przeciw papieżowi. Nikt nie chce, by powrócił kalwinizm, który pierwsi purytanie wysuwali jako argument przeciw królom. Nikt nie żałuje, że ikonoklastom nie udało się zniszczyć wszystkich dziel sztuki w Italii. Nikt nie rozpacza, że janseniści nie zdołali zniszczyć wszystkich dramatów we Francji. Nikt, kto wie cokolwiek o albigensach, nie narzeka, że nie nawrócili oni świata na pesymizm i perwersję. Nikt, kto naprawdę rozumie logikę lollardów (skądinąd całkiem miłych ludzi) nie życzyłby sobie, by doprowadzili oni do odebrania wszelkich praw publicznych każdemu, kto nie jest w stanie łaski uświęcającej. „Dominium zbudowane na łasce” to pobożny ideał, ale gdy rozważać go jako nakaz ignorowania policjanta, regulującego ruch na Picadilly, póki się nie dowiemy, czy był on ostatnio u spowiedzi, ideał ten zdaje się cokolwiek jakby nieaktualny. W dziewięciu wypadkach na dziesięć Kościół katolicki bronił rozsądku i umiarkowania przeciw heretykom, którzy nieraz mocno przypominali wariatów. A przecież w każdych czasach ciśnienie błędu napierało z ogromną siłą; błędem karmiły się całe pokolenia, wywierał wpływ tak przemożny, jak szkoła manchesterska w latach 50-tych X I X wieku lub fabianizm w okresie mojej młodości. Gdy jednak przestudiować wypadki historyczne, okazuje się, że duch czasów zmierzał w złą stronę, podczas gdy katolicy, przynajmniej relatywnie, zmierzali w dobrą. Rozum przetrwa tysiące zmiennych nastrojów.

    Tak jak mówię, to tylko jeden aspekt sprawy, lecz pierwszy, który mi się nasunął i który doprowadził mnie do kolejnych. Kiedy ktoś sto razy z rzędu odnajduje właściwą drogę, musi się za tym kryć coś więcej niż przypadek. Wszystkie dowody historyczne byłyby jednak niczym bez dowodów ludzkich, osobistych, wymagających zupełnie innej relacji. Starczy powiedzieć, że ci, którzy znają praktykę wiary katolickiej stwierdzają nie tylko, że jest ona słuszna, ale że jest słuszna zawsze wtedy, gdy wszystko inne jest błędne. To ona czyni konfesjonał autentyczną ostoją szczerości, gdy świat opowiada nonsensy o spowiedzi. To ona podtrzymuje pokorę, gdy wszędzie wokół wysławia się pychę. Jest oskarżana o sentymentalne miłosierdzie, kiedy świat woli brutalny utylitaryzm; jest oskarżana o dogmatyczną surowość, kiedy świat woli krzykliwy i prostacki sentymentalizm – jak ma to miejsce współcześnie. W miejscu, gdzie spotykają się wszystkie drogi, nie sposób wątpić, że drogi prowadzą w jedną stronę. Człowiek może żywić najróżniejsze poglądy, zazwyczaj uczciwe i nieraz słuszne, co do kwestii, gdzie należy skręcić w labiryncie ścieżek. Ale nie żywi poglądu, że znalazł się w środku; wie tym.

    Gilbert Keith Chesterton

    tłum. Jaga Rydzewska

    Rozdział “Why I am a Catholic” pochodzi z książki “The Thing” (1929)/Fronda nr 21-22

    Przypisy:

    1. Prace nad nową liturgią Kościoła Anglikańskiego rozpoczęły się jeszcze przed I Wojną Świato­wą. Ostateczna wersja, powstała w latach 1927-28, była ostro krytykowana, gdyż pod wieloma względami upodabniała liturgię anglikańską do katolickiej. Została przyjęta przez Izbę Lordów, lecz Izba Gmin dwukrotnie odrzuciła ją w głosowaniu. Ostatecznie, w drodze kompromisu, ze­ zwolono na jej tymczasowe wprowadzenie; „tymczasowość” ta trwała do roku 1 9 8 0 .

    2. Wszystkie osoby wymienione w tym akapicie były znane z postępowych poglądów: pisarz Michael Arlen, aktor i dramaturg Noel Coward, magnat prasowy William Aitken lord Beaverbrook, czołowy spirytysta Hannen Swaffer i redaktor pisma „Daily Express” J a m e s Douglas.

    3 Uniwersalizm – odłam protestancki, pierwotnie wywodzący się z doktryny socyniańskiej, bardzo zbliżony do unitarianizmu, z którym ostatecznie się połączył w 1961 roku.

    4 Unitarianizm – odłam protestancki, odrzucający dogmat o Trójcy Świętej, lecz poza tym bar­dzo liberalny pod względem doktryny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Konferencja satanistów w Bostonie.

    Tematy to grzechy cielesne i aborcja.

    Archidiecezja wzywa do szturmu modlitewnego.

    fot. PCh24.pl

    ***

    Archidiecezja Bostonu zachęca do modlitwy w obliczu konferencji, jaką w mieście organizują sataniści. Według władz kościelnych należy powstrzymać się od protestów, by nie przyciągać uwagi mediów do wydarzenia.

    W dniach 28-30 w Bostonie odbędzie się wydarzenie zatytułowane SatanCon, organizowane przez tzw. „Świątynię Szatana”. Według tej organizacji ma to być „największe zgromadzenie satanistów w historii”. W odpowiedzi na plany satanistów bp Mark O’Connel, wikariusz generalny archidiecezji Bostonu, wezwał do „intensywnej modlitwy” oraz do adoracji Najświętszego Sakramentu. Według wikariusza generalnego, który powołał się na stanowisko kardynała Seána o’Malley’a, katolicy muszą osiągnąć równowagę pomiędzy przeciwdziałaniu temu wydarzeniu a zwracaniu na nie jeszcze większej uwagi. Dlatego powinni skupić się na modlitwie.

    Konferencja satanistów będzie skupiać się na promocji grzechów cielesnych oraz na aborcji; w jej centrum będzie stać między innymi postać starożytnych demonów, które sataniści wykorzystują jako symbol „wolności reprodukcyjnej” – czyli zabijania dzieci poczętych.

    Według władz diecezji należy powstrzymać się od protestów, bo to „doleje tylko paliwa do nienawiści tych, którzy to wspierają i zaopatrzy media w obrazy”.

    Zamiast osobiście protestować, mamy nadzieję na szturm modlitewny do nieba” – stwierdził wikariusz, dodając, że poprosił kościoły, kaplice i klasztory archidiecezji o intensyfikację modlitwy w nadchodzących dniach.

    Archidiecezja przygotuje też listę miejsc, w których będzie możliwa adoracja Najświętszego Sakramentu. Władze archidiecezji zachęcają też do odmawiania modlitwy do św. Michała Archanioła; część kościołów zapowiedziała już też modlitwy wynagradzające za organizację konferencji.

    źródło: lifesitenews.com/PachPCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykła modlitwa Jana Pawła II, wypowiedziana w formie egzorcyzmu

    MODLITWA JANA PAWŁA II

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl/fot.Afp/East News

    ***

    Człowiek zdolny jest do rzeczy najgorszych. Wzajemna nienawiść staje się często jedynym językiem w relacjach międzyludzkich. Dlatego warto wracać do tej wyjątkowej modlitwy.

    Oddanie świata w opiekę Maryi, które miało miejsce 25 marca 1984 roku uważam za jeden z najważniejszych momentów pontyfikatu Jana Pawła II. Świat, który od wieków zna Chrystusa i może poszczycić się rozwojem cywilizacyjnym tak wysokim, że nigdy wcześniej nawet nie spodziewano się, jak daleko może sięgać człowiek, jest jednocześnie miejscem wewnętrznego rozdarcia.

    Wraz z postępem cywilizacji, techniki i nauki nie zawsze idzie postęp moralny. Człowiek nadal zdolny jest do rzeczy najgorszych, a jego serce zranione przez grzech staje się puste bez Boga. Mimo ucywilizowania wielu sfer życia nadal toczą się wojny, a w silosach światowych imperiów czekają rakiety gotowe na odpalenie.

    Wzajemna nienawiść stała się często jedynym językiem w relacjach międzyludzkich. Warto może zatem wrócić dzisiaj do tekstu poświęcenia świata Niepokalanemu Sercu Maryi i żarliwej modlitwy Jana Pawła II, który wypowiedział ją w formie potężnego egzorcyzmu. Oto tekst tej modlitwy:

    Modlitwa św. Jana Pawła II

    O Serce Niepokalane! Pomóż przezwyciężyć grozę zła, która tak łatwo zakorzenia się w sercach współczesnych ludzi – zła, które w swych niewymiernych skutkach ciąży już nad naszą współczesnością i zdaje się zamykać drogi ku przyszłości!

    Od głodu i wojny, wybaw nas!

    Od wojny atomowej, od nieobliczalnego samozniszczenia, od wszelkiej wojny, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw życiu człowieka od jego zarania, wybaw nas!

    Od nienawiści i podeptania godności dzieci Bożych, wybaw nas!

    Od wszelkich rodzajów niesprawiedliwości w życiu społecznym, państwowym i międzynarodowym, wybaw nas!

    Od deptania Bożych przykazań, wybaw nas!

    Od usiłowań zdeptania samej prawdy o Bogu w sercach ludzkich, wybaw nas!

    Od przytępienia wrażliwości sumienia na dobro i zło, wybaw nas!

    Od grzechów przeciw Duchowi Świętemu, wybaw nas! Wybaw nas!

    Przyjmij, o Matko Chrystusa, to wołanie nabrzmiałe cierpieniem wszystkich ludzi! Nabrzmiałe cierpieniem całych społeczeństw!

    Pomóż nam mocą Ducha Świętego przezwyciężać wszelki grzech: grzech człowieka i „grzech świata”, grzech w każdej jego postaci.

    Niech jeszcze raz objawi się w dziejach świata nieskończona zbawcza potęga Odkupienia: potęga Miłości miłosiernej! Niech powstrzyma zło! Niech przetworzy sumienia! Niech w Sercu Twym Niepokalanym odsłoni się dla wszystkich światło Nadziei!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 kwietnia – IX rocznica kanonizacji Jana Pawła II

    Papież, który zmienił świat, Polskę i Kościół

    Żaden Polak w dziejach nie miał tak realnego wpływu na losy świata jak Karol Wojtyła. To on przyczynił się w znacznym stopniu do zmian politycznych w Europie Środkowo-Wschodniej, choć nie było to celem jego posługi. Dla nas, Polaków, ważna jest odpowiedź na pytanie: Jaka byłaby Polska, gdyby nie Jan Paweł II? Ale nie można zapominać, że „Papież z dalekiego kraju” odmienił także Kościół katolicki.

     

     

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Janowi Pawłowi II przypisuje się decydującą rolę w demontażu komunizmu, choć on od tego zdecydowanie się odżegnywał, wskazując w książce „Przekroczyć próg nadziei” i w encyklice „Centesimus annus” na inne przyczyny. Papież nie stał na czele jakiejś prymitywnej, antykomunistycznej krucjaty. On zmieniał „imperium zła” potęgą ewangelicznego Słowa Prawdy.

    Bóg zwyciężył, Papież pomagał

    Tezę o Janie Pawle II jako pogromcy „imperium zła” lansują w pierwszym rzędzie publicyści zagraniczni. Francuski pisarz i dziennikarz Bernard Lecomte w książce pt. „Prawda zawsze zwycięży. Jak Papież pokonał komunizm” zwraca uwagę, że pojawienie się Jana Pawła II rozbudziło działania opozycji w krajach opanowanych przez Związek Sowiecki. Lecomte pisze: „Zwierzchnik Kościoła katolickiego to, rzecz jasna, nie wódz na wojnie, strateg, który z pałacu biskupiego rozstawiałby swoich generałów, regimenty, swą piątą kolumnę… A jednak, wkrótce po objęciu pontyfikatu przez Karola Wojtyłę, dało się zauważyć niezwykłe zjawisko: to właśnie w szeregach wiernych wszystkich wyznań pojawili się nowi grabarze totalitaryzmu, przyszli bohaterowie wyzwolonej Europy, którzy nie czynią tajemnicy z celu, jaki im przyświeca”. To trafne spostrzeżenie, bo rzeczywiście opozycja przed rokiem 1978 była słaba, a silniejszy był wówczas komunizm.

    Papież dający do zrozumienia, że pojałtański porządek polityczny w Europie nie jest rozdziałem zamkniętym, upominający się konsekwentnie i odważnie o prawa człowieka, solidaryzujący się z ciemiężonymi narodami, zachęcał – żeby nie powiedzieć: „rozzuchwalał” – całe rzesze ludzi do wyrażania sprzeciwu wobec reżimu.

    Jean-Bernard Raimond, ambasador Francji w PRL, w swojej pełnej entuzjazmu wobec Ojca Świętego książce pt. „Jan Paweł II. Papież w samym sercu Historii” dowodzi, że Karol Wojtyła zmienił bieg dziejów, także przez swoją dominującą rolę w demontażu komunizmu.

    Najbardziej ten wpływ Ojca Świętego był widoczny w Polsce, ale dał się także zaobserwować w krajach sąsiednich. Wiosną 1985 r. w Velehradzie na Morawach w Czechosłowacji obchodzono tysięczną rocznicę śmierci św. Metodego. Sędziwy arcybiskup Pragi kard. František Tomášek odczytał list Jana Pawła II, w którym Papież zachęcał katolików w Czechosłowacji do dawania świadectwa, „nawet jeśli w obecnej sytuacji jest to trudne, uciążliwe i przepojone goryczą”. Ludzie wierzący poczuli się pokrzepieni i trzy miesiące później do Velehradu przybyło ich znacznie więcej, niemal 200 tys., co było liczbą olbrzymią jak na ten niewielki kraj, rządzony bezwzględnie, wręcz w sposób nieludzki, przez komunistów. Gdy ci próbowali zakłócić przebieg uroczystości, przejmując mikrofony, wierni zaczęli skandować: „To jest pielgrzymka! Chcemy Papieża! Chcemy Mszy!”. Było to największe publiczne zgromadzenie w Czechosłowacji od czasów Praskiej Wiosny w roku 1968. Od tych uroczystości Kościół katolicki w tym kraju włączył się odważniej w działalność opozycyjną. A i sama opozycja hardziej podniosła głowę.

    Papież nie chciał, żeby przypisywano mu decydującą rolę w powaleniu „sowieckiego niedźwiedzia”. Po tym, jak upadek systemu komunistycznego stał się faktem, 21 lutego 1991 r. podczas audiencji generalnej Ojciec Święty powiedział z przekonaniem autentycznego świadka wiary: „To Bóg zwyciężył na Wschodzie”. Chodziło mu o podkreślenie, że zwyciężyło dobro, a nie o powiedzenie, że to Opatrzność Boża obaliła komunizm. System ten – tłumaczył Ojciec Święty włoskiemu pisarzowi Vittorio Messoriemu w książce „Przekroczyć próg nadziei” – upadł w konsekwencji własnych błędów i nadużyć, wskutek tkwiącej w nim własnej słabości. Okazał się „lekarstwem gorszym od samej choroby”.

    Duch odnawia oblicze ziemi

    Te zmiany, o czym często zapomina się na Zachodzie, rozpoczęły się w Ojczyźnie Papieża od jego pierwszej pielgrzymki w czerwcu 1979 r. Ludzie wierzący nie mają wątpliwości, że modlitwa Jana Pawła II z placu Zwycięstwa do Ducha Świętego, aby odnowił oblicze Polski, została wysłuchana. Ale trzeba też podkreślić, że Polacy odpowiedzieli na apel Papieża, podejmując trud odnowy, co nastąpiło rok później.

    Brytyjski publicysta Timothy Garton Ash w swojej książce pt. „Polska rewolucja: «Solidarność»” tak opisuje „najbardziej fantastyczną pielgrzymkę w historii współczesnej Europy”: „Przez dziewięć dni państwo jakby przestało istnieć, działało jedynie jako cenzor zniekształcający transmisje telewizyjne. Dla świata stało się jasne, że Polska nie jest krajem komunistycznym, lecz zaledwie państwem komunistycznym. Jan Paweł II wykrzesał w tysiącach ludzi nowy szacunek dla samych siebie i odnowioną wiarę. Wyjeżdżając, pozostawił naród o rozbudzonej dumie i społeczeństwo z nowym poczuciem elementarnej jedności”. Ash nie ma wątpliwości, że pierwsza pielgrzymka papieska do Polski zaowocowała powstaniem „Solidarności”. „Spokojna godność robotników, ich opanowanie, retoryka moralnej odnowy, zakaz spożywania alkoholu, rozmach społecznego poparcia – wszystko to wywodziło się z masowego doświadczenia niezwykłej pielgrzymki 1979 roku. Trudno sobie wyobrazić «Solidarność» bez polskiego papieża” – twierdzi z przekonaniem brytyjski publicysta.

    Dla swojej Ojczyzny Papież gotów był uczynić wszystko. Na rok przed ogłoszeniem stanu wojennego Zbigniew Brzeziński, doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego USA, informował Ojca Świętego, że istnieje groźba interwencji sowieckiej w Polsce. Papież oznajmił mu, że w takim przypadku nie zawaha się udać do swego kraju. Jan Paweł II nigdy nie zostawiłby rodaków na pastwę wrogów!

    Przed drugą pielgrzymką do Ojczyzny, w czasie, kiedy trwał jeszcze stan wojenny, w prasie podziemnej i w dyskusjach prywatnych wyrażano poważne zastrzeżenia, czy Papież przyjeżdżając do Polski nie będzie legitymizował władzy komunistycznej. Sam Ojciec Święty nie miał wątpliwości. Do ks. Stanisława Dziwisza powiedział: „Ja jadę, żeby podnieść na duchu naród, a nie umocnić reżim”. Podobną rolę spełnił w czasie swojej trzeciej pielgrzymki w 1987 r., podczas której przygotowywał nas do życia w wolności. A już w wolnej Polsce uczył nas, jak korzystać z daru wolności, aby nie przemieniła się ona w niewolę.

    W czerwcu 1999 r., podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, miało miejsce wydarzenie o randze symbolu. Papież odwiedził polski parlament, podsumowując naszą drogę do niepodległości. „Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian, za świadectwo godności i duchowej niezłomności tych wszystkich, których w tamtych trudnych dniach jednoczyła ta sama troska o prawa człowieka, ta sama świadomość, iż można życie w naszej Ojczyźnie uczynić lepszym, bardziej ludzkim” – mówił Ojciec Święty. Kiedy sala zaintonowała: „Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski”, Papież zażartował: „Nikt nie przypuszczał, że w takim umundurowaniu”. A po oklaskach dodał: „Ale nam się wydarzyło”.

    Kościół miłosiernego Ojca

    Nie ma wątpliwości, że Jan Paweł II wywarł wielki wpływ na kształt współczesnego Kościoła. Po śmierci Ojca Świętego Kościół katolicki był inny od tego, którego przewodnictwo Papież przejął 16 października 1978 r. Wielką jego zasługą było to, że wprowadził nowy styl sprawowania urzędu Piotrowego i nakreślił jego wyraźną linię, od której nie ma odwrotu, co pokazał pontyfikat Benedykta XVI, a o czym w jeszcze większym stopniu świadczy posługa papieża Franciszka. Papież Polak, niczym św. Paweł Apostoł, był w nieustannym ruchu. Obliczono, że poza Watykanem spędził prawie 600 dni, czyli 7 proc. swego pontyfikatu. Ten nowy styl obejmował nie tylko pielgrzymowanie, ale w ogóle relacje z ludźmi: audiencje generalne i prywatne, wizytacje parafii rzymskich, spotkania poza Watykanem, podróże na terenie Włoch. Miliony ludzi na świecie ma fotografie z Ojcem Świętym, miliony ludzi go dotknęło, ucałowało go w pierścień lub uścisnęło jego dłoń. Poprzez łatwość kontaktu, bezpośredniość i serdeczność Jan Paweł II ostatecznie rozprawił się z mitem Najwyższego Pasterza niedostępnego w swoim pałacu.

    Jan Paweł II dzięki swojemu geniuszowi, charyzmie i świętości wyniósł autorytet i prestiż papiestwa na niebotyczne w czasach współczesnych wyżyny. Stał się globalnym przywódcą, przekraczającym granice nie tylko swojej wspólnoty, ale liderem wręcz panreligijnym. Był powszechnie uznawany za rzecznika wszystkich wykluczonych i tych, którzy nie mają głosu, za herolda pokoju i pojednania wszystkich ludzi.

    Andrea Riccardi, autor znakomitej biografii Jana Pawła II, która ukaże się niebawem po polsku, napisał: „Papież pochodzący z Europy totalitaryzmów i zimnej wojny był papieżem rodzącego się zglobalizowanego świata. Jest to bardzo ważny aspekt jego pontyfikatu i nie można go pominąć. Jan Paweł II rodzi się i działa jako papież czasu zimnej wojny, ale staje się papieżem globalizacji”.

    Wielkim uproszczeniem jest postrzeganie Jana Pawła II przede wszystkim jako grabarza komunizmu i papieża, który wprowadził nowy styl sprawowania urzędu Piotrowego. Ojciec Święty zostawił nam olbrzymie dziedzictwo w postaci Katechizmu Kościoła Katolickiego i nowego Kodeksu prawa kanonicznego, a także swojego nauczania. W dobie kryzysu Kościoła zachodniego, zwłaszcza w Europie, ulegającego laicyzacji i relatywizującego nauczanie kościelne, sprecyzował i pozostawił nam obszerną i dogłębną wykładnię wiary, nie pozostawiając wątpliwości, co jest katolickie, a co nie.

    Zachowując wielki szacunek dla tradycji, Jan Paweł II tworzył nową tradycję. Wymieńmy jeden ważki przykład: dodanie tajemnic światła do modlitwy różańcowej, co zostało przyjęte z radością przez wiernych, choć mogło się wydawać, że naruszenie wielowiekowej tradycji będzie tu i ówdzie napotykać opór.

    Poprzez liczne beatyfikacje i kanonizacje, propagowanie kultu świętych, w tym także ludzi świeckich, Jan Paweł II przybliżył katolikom świętość, zwracając uwagę, że może być ona wykuwana nie tylko w zaciszu klasztoru i z dala od świata, ale także w środowisku pracy i w rodzinie.

    Dzięki heroicznemu zaangażowaniu Ojca Świętego w szerzenie kultu Miłosierdzia Bożego, Kościół katolicki nabiera na naszych oczach jeszcze bardziej ewangelicznego charakteru. Powstające jak grzyby po deszczu na wszystkich kontynentach sanktuaria Miłosierdzia Bożego z nieodłącznym obrazem Jezusa Miłosiernego, rosnąca popularność różnych form kultu z Koronką na czele, rozwój teologii i coraz częstsze akcentowanie idei Miłosierdzia Bożego w kaznodziejstwie stawia w centrum Kościoła najważniejszą ideę, która także niewierzącym pomaga lepiej zrozumieć chrześcijaństwo. Idea ta głosi, że Bóg jest miłością, miłosiernym Ojcem dla wszystkich ludzi. Jan Paweł II niósł to przesłanie z niewzruszonym przekonaniem i w sposób porywający, o czym świadczy dynamiczny rozwój kultu Miłosierdzia Bożego.

    Jan Paweł II zostawił Kościół bardziej otwarty na dialog – zarówno w podzielonej rodzinie chrześcijan, jak również z innymi religiami oraz z ludźmi, którzy nie mają łaski wiary.

    Grzegorz Polak/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. prof. Robert Skrzypczak:

    Benedykt XVI. Jego wrogowie znajdowali się wewnątrz Kościoła

    Benedykt XVI odszedł ostatniego dnia 2022 roku. Uczynił to w swoim niepowtarzalnym stylu, złożonym z pokory, słodyczy i wrodzonej elegancji. Pozostawił nam swe dzieła zebrane, ogromną ilość papieskich homilii, okolicznościowych przemówień i udzielonych wywiadów. Być może jego nauczanie katolickich zasad czyni go współczesnym Ojcem Kościoła. Podjął się w nim wielkiej próby połączenia tradycji z nowoczesnością. Joseph Ratzinger był teologiem, prefektem Kongregacji Nauki Wiary i papieżem.

    W 1966 roku Jacques Maritain, krytykując zachłyśnięcie się wielu katolickich środowisk nowoczesnością, napisał, że dzisiejszy Kościół postanowił trwać „na kolanach przed światem”. Z tego upadku katolicką wspólnotę usiłowali wydźwignąć wspólnymi siłami św. Jan Paweł II i jego „strażnik wiary” – Joseph Ratzinger. Podjęli się tego zadania nie po to, by Kościół znów zatryumfował i rzucał światu lekceważące wyzwania, ale by bez kompleksów i lęku wypełniał swą misję przekazywania ludziom żywego Jezusa Chrystusa. Z jaką reakcją spotykała się odważna i dogłębna posługa myślenia Benedykta XVI, pokazują gniewne i pełne napastliwości ataki kierowane przeciwko niemu choćby po opublikowaniu deklaracji Dominus Jesus w 2000 roku albo po napisaniu motu proprio Summorum Pontificum w 2009 roku. Najradykalniejszych prób zszargania jego dobrego imienia podejmowali się jego rodacy, biskupi i teologowie z Niemiec.

    Wszyscy jego prawdziwi wrogowie znajdowali się wewnątrz Kościoła. Wystarczy tu przywołać tzw. mafię z St. ­Gallen – tak ją nazwał kard. Godfried Danneels, prymas Belgii, w biograficznej książce jemu poświęconej autorstwa ­Karima ­Schelkensa i Jürgena Mettepenningena – która przez lata spiskowała za plecami Benedykta XVI, aż został odwołany, albo też innych wpływowych teologów, z których jeden, Peter Hünermann, założył nawet specjalny instytut teologiczny przeznaczony do zwalczania Ratzingerowej myśli w Kościele. Profesor ­Hünermann narzekał, że Ratzinger „wzrastał w poprzedniej epoce, na starej teologii sprzed Soboru”. Wraz z Jurgenem Werbickiem i Hansem Küngiem podpisał się on pod dramatycznym apelem, w którym domagano się kapłaństwa kobiet, wyświęcania mężczyzn żonatych, udziału świeckich w wyborze kandydatów na biskupów i proboszczów, a także tego, by „nie wykluczać” z Kościoła rozwodników żyjących w ponownych związkach ani par złożonych z osób tej samej płci współżyjących ze sobą. Ci teologowie napierali całym swym autorytetem na ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, domagając się od Rzymu „wolności dla ewangelicznego przesłania” i „swobody postępowania w zgodzie z sumieniem”. Protestowali przeciwko autorytarnej władzy papieża. Hünermann pytany o to, jaka była największa zasługa Josepha Ratzingera dla Kościoła, miał odrzec z przekąsem: „fakt, że zrezygnował”.

    Benedykt XVI tak opisywał tę atmosferę: „W niejednym seminarium studenci przyłapani na czytaniu moich książek byli uważani za niezdolnych do kapłaństwa. Moje książki były chowane, jak zła literatura, i jedynie czytane pod ławką”. Znamienna, choć wcale niezaskakująca, okazała się decyzja emerytowanego Ojca Świętego, żeby kazać opublikować swe ostatnie teksty, powstałe w latach 2018-2022, dopiero po własnej śmierci. Uzasadnił to następująco: „Ze swojej strony nie chcę już nic publikować w moim życiu. Wściekłość środowisk wobec mnie w Niemczech jest tak silna, że pojawienie się jakichkolwiek moich słów natychmiast wywołuje z ich strony morderczy szum. Sobie i chrześcijaństwu chcę tego oszczędzić”. I rzeczywiście, książka ujrzała światło dzienne dopiero po pogrzebie Josepha Ratzingera, zaopatrzona w tytuł: Czym jest chrześcijaństwo. Mój niejako testament duchowy (Che cos’è il cristianesimo. Quasi un testamento spirituale, Mondadori, Milano 2023).

    Niechęć do Benedykta XVI nie ograniczała się jedynie do osób z kraju, z którego pochodził. Również we Włoszech przy wielu okazjach musiał znosić afront i kontestację. W niechęci do niego przodował postępowy Turyn. Przypomnę tylko kilka przykładów, choć można by zebrać z nich całą antologię. W 1998 roku kard. Ratzinger przybył do Turynu na zaproszenie abp. Giovanniego Saldariniego. Odwiedzał diecezję i rozmawiał z seminarzystami, a wieczorem wygłosił wykład w teatrze Regio, gdzie rażąco zabrakło całej znacznej części postępowego Kościoła lokalnego. Ówcześni seminarzyści zaczęli czytać jego książki potajemnie, ponieważ rektor, który właściwie niewiele z nich rozumiał, był temu przeciwny. Tekst konferencji poświęconej liturgii, wygłoszonej przez Ratzingera w opactwie Fontgombault w 2001 roku, został przetłumaczony, a następnie wydrukowany na koszt osoby prywatnej, po czym rozpowszechniony niemal potajemnie. W tym czasie o. Eugenio Costa SJ propagował opinię, że Ratzinger jest wyrazicielem „myśli nazistowskiej”. Podobnie Enzo Bianchi, założyciel włoskiej wspólnoty ekumenicznej „Communità di Bose”, nie szczędził krytyki ówczesnemu Ojcu Świętemu na wszystkich frontach. Arcybiskup Turynu Severino Poletto sprzeciwił się pomysłowi zaproszenia Ratzingera do przemawiania na wydziale teologicznym, woląc widzieć wśród swoich studentów innego niemieckiego kardynała Waltera Kaspera.

    Kiedy Benedykt XVI odwiedził Turyn w 2010 roku, wydział liturgiczny sprzeciwił się użyciu kanonu rzymskiego w języku łacińskim podczas papieskiej Mszy Świętej na piazza S. Carlo, na szczęście bezskutecznie. Jeden z przedstawicieli „magicznego kręgu” włoskich liberalnych środowisk katolickich powiedział, że wraz z wyborem Franciszka Kościół „uwolnił się od ciężaru”. Aby zrozumieć dominujący dziś nurt myślowy w ojczyźnie Dantego i św. Franciszka, wystarczy wejść do sanktuarium św. Józefa przy via Santa Teresa, prowadzonego przez ojców kamilianów, i przyjrzeć się niszy wokół Świętego Oblicza Całunu Turyńskiego. Widnieją tam dumnie ikony postępowego katolicyzmu: Marcin Luter, Jan XXIII, Dietrich Bonhoeffer, Che Guevara, John Kennedy, Martin Luther King oraz  kard. Carlo Martini. Żadnych ofiar komunizmu i męczenników lewicowego szaleństwa XX wieku, z wyjątkiem nieco ukrytego o. Pawła Floreńskiego. Benedykt XVI z pewnością nigdy nie znajdzie miejsca dla siebie w takim panteonie. Dla tych, którzy nie poddali się „dyktaturze relatywizmu”, będzie to raczej powodem do chwały.

    Nikt już pewnie tego nie pamięta, ale Benedykt XVI w 2008 roku był przedmiotem jednego z najbardziej haniebnych wyczynów włoskiej nauki, kiedy to po zaproszeniu go do wygłoszenia konferencji na rzymskim uniwersytecie La ­Sapienza uniemożliwiono mu wejście na teren uczelni, ulegając dyktatowi wąskiego grona profesorów, w tym laureata Nagrody Nobla z fizyki w 2021 roku Giorgio Parisiego. Wszystko to odbyło się przy aplauzie orędowników postnowoczesnej idei wolności od elementów religii w przestrzeni publicznej. Eugenio Scalfari, redaktor naczelny włoskiego dziennika „La Reppublica”, sarkastycznie skomentował zdarzenie, iż według jezuickich przyjaciół Joseph Ratzinger był „przeciętnym teologiem”.

    Dziś opłakuje go większość hipokrytów. Niektórzy w przypływie szczerości mówią, że był postacią „złożoną i kontrowersyjną”. Pewnie w kolejnych miesiącach usłyszymy jeszcze więcej podobnych wynurzeń. Dlaczego Benedykt XVI obudził tyle emocji? Aby to zrozumieć, wystarczy ponownie przeczytać jego mistrzowskie przemówienie wygłoszone w Regensburgu w 2006 roku, skoncentrowane na dehellenizacji chrześcijaństwa oraz przemocy u korzeni religii islamskiej, albo sięgnąć po jego trafne diagnozy współczesnego świata, w których mówił o „dyktaturze relatywizmu”, proponując katolikom sporządzenie katalogu „nienegocjowalnych zasad”.

    Jak widział siebie Joseph Ratzinger? Jakie stoją dziś zadania przed teologiem i jaki funkcjonuje dziś – ujmując szerzej – obraz  współczesnego głosiciela Ewangelii? Sam o tym pisał na początku pierwszego rozdziału swojego arcydzieła Wprowadzenie do chrześcijaństwa, opublikowanego po raz pierwszy w 1969 roku. Przywołał w tym miejscu, pochodzącą z pism Kierkegaarda, opowieść o klaunie i płonącej wiosce. Gdy dyrektor cyrku dowiedział się o wybuchu pożaru w swoim obwoźnym taborze, natychmiast wysłał klauna, już ubranego i wymalowanego do występu, do pobliskiej wsi, bowiem istniało niebezpieczeństwo, że ogień, rozprzestrzeniający się po wysuszonych polach, podpali ludziom domostwa. Klaun bez namysłu pobiegł do wioski, błagając mieszkańców, aby przyszli do cyrku i pomogli ugasić pożar. Jednakże jego krzyki ludzie wzięli za przebiegłą sztuczkę, mającą na celu przyciągnięcie jak największej liczby widzów na przedstawienie, toteż oklaskiwali go, śmiejąc się do łez. Biednemu klaunowi chciało się płakać, widząc, że na próżno błagał tamtych mężczyzn, by zaradzili niebezpieczeństwu. Tłumaczył, że to nie fikcja ani sztuczka, ale gorzka rzeczywistość, bo cyrk naprawdę płonie. Jego płacz jeszcze bardziej wzmagał śmiech. Wszyscy uważali, że pięknie odegrał swoją rolę… Zabawa trwała do momentu, aż ogień naprawdę ogarnął wieś, a pomoc przyszła za późno. Wieś i cyrk uległy płomieniom. Benedykt XVI być może wygląda jak ten błazen, ubrany w strój odziedziczony z przeszłości. W dzisiejszym Kościele niewielu ma ochotę potraktować go na serio i wysłuchać tego, co ma do przekazania. Ale historia jest długa, a Opatrzność Boża działa skutecznie. Przyjdzie czas, kiedy jego myśl przyniesie owoce.

    George Weigel napisał: „Zgodnie z karykaturalnymi wyobrażeniami Ratzinger był przestarzałym, stetryczałym intelektualistą, którego książki wkrótce pokryją się kurzem, a potem rozlecą, nie pozostawiając żadnego śladu w Kościele i światowej kulturze. Tymczasem można być bardziej niż pewnym, że jego publikacje będą nadal czytane. Podejrzewam też, że niektóre z homilii tego papieża, największego papieskiego kaznodziei od czasów św. Grzegorza Wielkiego, znajdą ostatecznie miejsce w oficjalnej codziennej modlitwie Kościoła, Liturgii Godzin”. Nie chciał być papieżem, zresztą w 2005 roku powiedział o sobie, że nie jest „miłośnikiem rządzenia”. Wybór na tron papieski przyjął tylko z posłuszeństwa wobec tego, co uznał za wolę Bożą, objawioną przytłaczającą większością głosów braci kardynałów. Nie miał nic z „Bożego rottweilera” czy też „panzerkardinala”, co chętnie przypisywała nieprzychylna mu prasa. Był raczej wytrawnym dżentelmenem o łagodnej duszy, nieśmiałym mężczyzną, który mimo to miał silne poczucie humoru. Był miłośnikiem Mozarta i św. Augustyna, i zasadniczo szczęśliwym człowiekiem. Nie miał nic ze zgorzkniałego wariata. Był Niemcem, który podczas oficjalnej wizyty w Wielkiej Brytanii w 2010 roku podziękował Brytyjczykom za zwycięstwo w bitwie o Anglię. Zrobił więcej niż ktokolwiek inny, jako kardynał – prefekt Kongregacji Nauki Wiary, a później jako papież, aby oczyścić Kościół z tego, co brutalnie i dogłębnie określał jako „brud”.

    Kluczem do zrozumienia jego osoby i jego wielkości była głęboka i szczera miłość do Pana Jezusa, miłość wyostrzona przez niezwykłą teologiczną i egzegetyczną kompetencję, Uważał, że „przyjaźń z Jezusem Chrystusem” jest początkiem, a także warunkiem sine qua non życia chrześcijańskiego. Pielęgnowanie tej przyjaźni uważał za najważniejszy cel Kościoła.

    fragment pochodzi z książki „Wymagający papież” ks. prof. Roberta Skrzypczaka wydanej nakładem wydawnictwa „Rafael”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC KWIECIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się o większe propagowanie kultury rezygnacji z przemocy, do której prowadzi coraz rzadsze używanie broni, zarówno przez państwa, jak i obywateli.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Panie Jezu Chryste, otwórz oczy mojego serca, abym mógł każdą chwilę swojego życia przeżywać darem Bożej Mądrości. Bądź uwielbiony za “Twoją klęskę” na kalwaryjskiej drodze w oczach świata, bo dzięki tej klęsce świat, przez który przechodzą wciąż nowe pokolenia, otrzymał największy dar. Odtąd każdy człowiek, jeżeli tylko zechce, już tu na tym świecie, może wchodzić do Bożego Domu i staje się jego domownikiem. Drzwi są otwarte – otwarte na oścież od czasu tej jedynej i najważniejszej Nocy. Dlatego ta Noc jest Wielkanocą.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Znalezione obrazy dla zapytania ojciec św jan paweł obrazki
    „Od mych lat młodzieńczych modlitwa ta miała ważne miejsce w moim życiu duchowym. (…) Różaniec towarzyszył mi w chwilach radości i doświadczenia. Zawierzyłem mu wiele trosk. Dzięki niemu zawsze doznawałem otuchy”
    ***
    „Modlitwa różańcowa jest modlitwą wdzięczności, miłości i ufnej prośby… Do tej modlitwy różańcowej zachęcam was i zapraszam. Odmawiajcie różaniec! „
    ***
    „Ufam, że ta tradycja odmawiania różańca w mojej Ojczyźnie będzie dalej podtrzymywana i rozwijana. Tego życzę z całego serca duszpasterzom i rodakom w mojej Ojczyźnie” – św. Jan Paweł II
    fot. Vatican

    Jak modlić się na różańcu

    Różaniec można odmawiać codziennie w całości, i nie brak takich, którzy to czynią z godną pochwały wytrwałością. Wypełnia on w ten sposób modlitwą dni tak wielu dusz kontemplacyjnych albo towarzyszy osobom chorym czy w podeszłym wieku, które dysponują dużym zasobem czasu. Jest jednak oczywiste – i to tym bardziej, jeśli doda się nowy cykl mysteria lucis – że wielu wiernych będzie mogło odmawiać tylko jego część według pewnego porządku tygodniowego. Ten rozkład prowadzi do nadania poszczególnym dniom tygodnia swoistego duchowego „kolorytu”, podobnie jak liturgia nadaje go różnym okresom roku liturgicznego.

    Według obecnej praktyki poniedziałek i czwartek poświęca się tajemnicom radosnym, wtorek i piątek – tajemnicom bolesnym, środę, sobotę i niedzielę – tajemnicom chwalebnym. Gdzie włączyć tajemnice światła? Zważywszy, że tajemnice chwalebne powtarza się przez dwa kolejne dni, w sobotę i w niedzielę, a sobota jest tradycyjnie dniem o silnym zabarwieniu maryjnym, wydaje się wskazane przenieść na sobotę drugie w ciągu tygodnia rozważanie tajemnic radosnych, w których wyraźniejsza jest obecność Maryi. Czwartek pozostaje w ten sposób wolny właśnie na medytację tajemnic światła.

    To wskazanie nie ma jednak ograniczać słusznej wolności medytacji osobistej i wspólnotowej, z uwzględnieniem potrzeb duchowych i duszpasterskich, a przede wszystkim dat liturgicznych, które mogą sugerować bardziej odpowiednie dostosowania. Sprawą naprawdę wielkiej wagi jest to, by różaniec był coraz bardziej pojmowany i przeżywany jako droga kontemplacji.

    św. Jan Paweł II

    List Apostolski – Rosarium Virginis Mariae/ pkt 38

    __________________________________________________________________________

    Różaniec święty jako egzorcyzm

    Około 1981 roku ks. bp Zbigniew Kraszewski po powrocie z Rzymu opowiedział na Jasnej Górze członkom Kapłańskiego Ruchu Maryjnego, co następuje:

    Na prywatnej audiencji dla Polaków Jan Paweł II pochwalił Ruch za to, że wszyscy (także świeccy, na wieczernikach – chórem) mówią egzorcyzm Leona XIII, zaczynający się od modlitwy do św. Michała Archanioła. Po chwili jednak wyjął z kieszeni swój różaniec i pokazując obecnym powiedział: „Ale przecież to jest egzorcyzm przeciwko wszystkim złym duchom, dostępny także dla świeckich!” Widząc zaskoczenie na twarzach, dodał: „Żebyście nie mieli wątpliwości, to ja w tej chwili nadaję Różańcowi moc egzorcyzmu”. Usłyszawszy to stwierdziliśmy my, zebrani na Jasnej Górze w Sali Różańcowej: „Przecież właśnie od dnia wypowiedzenia przez Papieża tych słów – od kilku miesięcy – Różaniec stał się strasznie męczącą modlitwą! Musieliśmy toczyć walkę z rozproszeniami, z sennością oraz z innymi przeszkodami, jak nigdy dotąd!”

    Jak się wydaje, aby Różaniec w pełni był egzorcyzmem, powinniśmy wypełnić przynajmniej trzy warunki: zaangażować w tę walkę swój rozum, swoją wolę, jak też mieć mocne przekonanie, że ta broń jest zawsze skuteczna. Inaczej mówiąc: mamy mieć świadomość walki oraz mocną wolę pokonania Przeciwnika (szatan znaczy właśnie przeciwnik), jak też wielką ufność w moc Boga i w Jego zwycięstwo, choćby owoce tego zwycięstwa miały pozostać dla nas na razie tajemnicą.

    _______________________________________________________________________

    Benedykt XVI o sile różańca: „Uzdrawiająca moc Imienia Jezusa”

    POPE BENEDICT XVI

    Vincenzo Pinto/AFP/Marzena Devoud

    *****

    Różaniec bywa uważany za modlitwę monotonną, mechaniczną i z innych czasów. Jednak według Benedykta XVI przeżywa dziś swą „nową wiosnę”. Odkryjmy refleksje papieża emeryta na temat tej duchowej pomocy, tak przydatnej w walce z trudami naszego życia.

    Różaniec nie każdemu odpowiada. Ale Benedykt XVI – tak jak jego poprzednik św. Jan Paweł II i następca Franciszek – zapewnia, że jest to jego ulubiona modlitwa. Dlaczego, według niego, ta forma modlitwy jest bronią o wielkiej sile uzdrawiającej? I jednym z najbardziej wymownych znaków miłości, jaką „młode pokolenia mają dla Jezusa i jego matki”? W jaki sposób ta modlitwa „pomaga umieścić Chrystusa w centrum” w świecie coraz bardziej podzielonym?

    We wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Różańcowej Papież Benedyk XVI podczas modlitwy na Anioł Pański (8.10.2007) przypomniał o skuteczności różańca – modlitwy łączącej rodziny i wypraszającej światu pokój. Tradycyjny obraz Matki Boskiej Różańcowej przedstawia Maryję, która jednym ramieniem podtrzymuje Dzieciątko Jezus, a drugą ręką przekazuje różaniec św. Dominikowi.

    „Ta znacząca ikonografia wskazuje, że różaniec jest środkiem ofiarowanym nam przez Maryję, aby kontemplować Jezusa, rozważać Jego życie, kochać Go i coraz wierniej naśladować. To wskazanie Maryja pozostawiła także w wielu swoich objawieniach. Myślę szczególnie o tych fatimskich, które miały miejsce w 1917 roku. Trzem pastuszkom: Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi, Maryja przedstawiła się jako „Królowa Różańca”, poleciła z mocą, aby odmawiać codziennie różaniec i w ten sposób uprosić koniec wojny. Także my pragniemy podjąć to macierzyńskie polecenie Maryi, angażując się w odmawianie z wiarą różańca w intencji pokoju w rodzinach, między narodami i na całym świecie”.

    „Różaniec jest środkiem, który został nam ofiarowany przez Najświętszą Maryję Pannę, byśmy kontemplowali Jezusa i rozpamiętując Jego życie kochali Go i coraz wierniej naśladowali. Takie przesłanie przekazała też Matka Boża w swoich różnych objawieniach”

    ________________________________________________________________________

    Dwa najczęstsze błędy, jakie popełniamy przy odmawianiu różańca

    Jeden z największych propagatorów nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny mówi o tych błędach i podpowiada, jak dobrze odmawiać różaniec.

    Rozważanie tajemnic Odkupienia

    Św. Ludwik Maria Griñon de Monfort, wielki czciciel Najświętszej Maryi Panny, niestrudzenie propagował nabożeństwo do Matki Jezusa i zgodnie z Jego wolą, również Matki naszej.

    Modlitwę różańcową – jako jedną z najpopularniejszych form pobożności maryjnej polegającą na rozważaniu tajemnic Odkupienia – uczynił on centralnym tematem swojego dzieła pt. „Przedziwny sekret różańca świętego, aby się nawrócić i zbawić”.

    Odmawianie różańca zaleca on wszystkim wiernym, przestrzegając jednocześnie przed dwoma najczęstszymi błędami, jakie zwykło się popełniać przy tej okazji.

    Dwa błędy przy odmawianiu różańca

    „Aby dobrze odmówić różaniec, po wezwaniu Ducha Świętego stań przez chwilę w obecności Boga (…). Przed rozpoczęciem dziesiątki zatrzymaj się dłużej lub krócej, w zależności od czasu, jakim dysponujesz, aby rozważyć tajemnicę, którą sławisz w tej dziesiątce i proś zawsze w owej tajemnicy, przez wstawiennictwo Matki Bożej, o jedną z cnót, która najmocniej w niej promieniuje lub o tę, której najbardziej potrzebujesz.  

    Szczególnie uważaj na dwa powszechne błędy, jakie popełniają odmawiający różaniec. Pierwszy – że nie podejmują oni żadnej intencji – tak dalece, że gdyby zapytać, dlaczego odmawiają różaniec, nie umieliby odpowiedzieć. Dlatego ty odmawiając różaniec, miej zawsze na względzie kilka łask do uproszenia, pewne cnoty do naśladowania czy kilka grzechów do zniszczenia.

    Drugi błąd, który się popełnia zazwyczaj, odmawiając różaniec, to brak innej intencji przy rozpoczęciu aniżeli szybkie zakończenie modlitwy. Bierze się to stąd, że widzimy w nim coś przykrego, ciążącego nad nami, zwłaszcza gdy uczyniło się z niego zasadę moralną albo dostało za pokutę jakby wbrew naszej woli”.

    Następnym razem, kiedy będziemy odmawiać różaniec, pamiętajmy zatem by:

    1) wzbudzić w sercu konkretną intencję;

    2) modlić się bez pośpiechu, spokojnie i w skupieniu.

    Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak paciorki różańca przesuwają się chwile …
    nasze smutki, radości i troski …
    a Ty Bogu je zanieś, połączone w różaniec
    Święta Panno Maryjo pełna łaski…

    ________________________________________________________________________

    „Gdyby ludzie wiedzieli, że mają w zasięgu taką broń, siedziałbym samotny w piekle. Ale wy nie słuchacie papieży, świętych i proroków. Ani własnego serca. Zwyciężam was dzięki waszej głupocie i pysze. Nie boję się was. Ale boję się Jej różańca”. (szatan podczas egzorcyzmu prowadzonego przez księdza egzorcystę Francesco Bamonte)

    Jak szatan boi się Maryi i Różańca

    Święty Dominik wypędzając szatana z ciała opętanego, zapytał go:

    Którego świętego w niebie boicie się najbardziej i który ma największą władzę nad wami tu, na ziemi ?

    Przez dłuższy czas szatan nie odpowiadał, aż wreszcie rzekł:

    Najbardziej boimy się Matki Bożej. Ona ma największą władzę nad nami i Jej należy się na ziemi cześć największa, gdyż jedna Jej modlitwa więcej znaczy niż modlitwy wszystkich świętych razem wziętych.

    „Szatan wysila się i używa wszelkich sposobów, aby zerwać nić łączącą nas z Niepokalaną. Zadowoli się wszystkim – odmawianiem „Ojcze nasz” i innymi modlitwami, lecz nie pozwoli na odmawianie „Zdrowaś Maryjo”, bo właśnie na tym już się potknął i dlatego będzie starał się innych doprowadzić w ten sposób do upadku”. (św.Maksymilian Maria Kolbe)

    _________________________________________________________________________

    o. Gabriele Amorth:

    Różaniec wywołuje paniczny strach u demona

    Zmarły w 2016 roku egzorcysta Watykanu, jeden z najpopularniejszych duchownych, którzy stawali na froncie walki z szatanem, ojciec Gabriele Amorth przekonuje w swojej książce, że tylko jedna modlitwa wywołuje paniczny strach u demona – różaniec.

    Różaniec to potężny egzorcyzm – nie ma wątpliwości ojciec Gabriele Amorth. W świecie, w którym rządzi kozetka i tysiące – nierzadko sprzecznych – porad psychologów, słynny egzorcysta w książce „Mój różaniec” podsuwa nam niezawodny sposób rozwiązania wielu problemów duchowych. Te bowiem często rzutują na naszą kondycję psychiczną i fizyczną. Jak twierdzi watykański egzorcysta, żadna modlitwa, którą odmawia nie ma tak wielkiej mocy przepędzania złego ducha, co różaniec.

    Uznany autorytet w walce z demonami, ojciec Amorth udowadnia więc w swojej książce, że modlitwa Maryjna jest najpotężniejszym egzorcyzmem, zaś poprzez rozważanie tajemnic różańcowych, możemy odkrywać po raz kolejny ewangeliczną Dobrą Nowinę. Jeśli zatem poszukujemy rozwiązania wielu problemów wewnętrznych, trapią nas natrętne myśli lub czujemy się zagubieni i przygnieceni licznymi codziennymi sprawami, różaniec – udowadnia słynny egzorcysta – może stanowić wielką pociechę, a nawet darować nam uzdrowienie zarówno duchowe, jak i fizyczne.

    W książce, obok porad dotyczących tego, w jaki sposób zmagać się z zagrożeniami w życiu duchowym przy pomocy modlitwy różańcowej, znajdują się również niezwykłe rozważania, napisane przez ojca Amortha. Pozwalają one nie tylko odkrywać i przeżywać Ewangelię podczas modlitwy Maryjnej, ale również lepiej pojąć tajemnicę życia Matki naszego Boga.

    o. Gabriele Amorth, Mój różaniec, Wydawnictwo Esprit 2016

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jasna Góra: Konferencja o fenomenie Apelu Jasnogórskiego w 70-lecie nabożeństwa

    O fenomenie, dziedzictwie i duszpasterskich szansach Apelu Jasnogórskiego w 70-lecie tego najbardziej charakterystycznego dla Jasnej Góry nabożeństwa mowa będzie podczas dwudniowej konferencji, która za tydzień odbędzie się w sanktuarium. Organizatorem konferencji pt. „Apel Jasnogórski – obecnością, pamięcią i czuwaniem z Maryją” jest Jasnogórski Instytut Maryjny.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Apel Jasnogórski jest wyjątkowym nabożeństwem, które dzięki transmisjom telewizyjnym, radiowym, internetowym dociera do Polaków na całym świecie. – To ważny moment naszej łączności, to co jest najbardziej charakterystyczne dla tej modlitwy, to wspólne stanięcie przed Matką. Wszyscy się wtedy odnajdujemy jako dzieci, w jednym domu, u jednej Matki – zauważył o. dr Grzegorz Prus, dyrektor Jasnogórskiego Instytutu Maryjnego.

    Przypomniał, że Apel Jasnogórski jest nabożeństwem typowo polskim zakorzenionym w naszej historii i dziedzictwie. Idea Apelu zrodziła się 8 grudnia 1953 r. w Kaplicy Matki Bożej. Modlitwa zaczęła się od małej grupy – paulinów i członkiń Instytutu Prymasa Wyszyńskiego proszących Maryję o uwolnienie uwięzionego przez komunistów kard. Wyszyńskiego i za Ojczyznę.

    Wielkim propagatorem tego nabożeństwa stał się potem też sam Prymas Wyszyński, zwłaszcza w okresie Wielkiej Nowenny w latach 1957-1966, przygotowującej do Millenium Chrztu Polski. Gdziekolwiek był o godz. 21.00 jednoczył się z Jasną Górą i błogosławił Polakom.

    O. Prus zwraca uwagę na strukturę modlitwy apelowej, w której istotną rolę odgrywa rozważanie wygłaszane przez duchownego prowadzącego nabożeństwo. Przywołuje słowa śp. o. Zachariasza Jabłońskiego, który na pytanie o to, jak przygotowuje rozważanie, miał stwierdzić, że „zagląda do Ewangelii i do gazety”, by osadzić przesłanie ewangeliczne w aktualnym kontekście życia ludzi.

    Konferencja o Apelu Jasnogórskim rozpocznie się w piątek, 21 kwietnia w Kaplicy Różańcowej o godz.19.00. Otworzy ją przeor Jasnej Góry, o. Samuel Pacholski. O początkach Apelu powie Beata Mackiewicz z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego. Ks. prof. Janusz Królikowski z Wydziału Teologicznego UPJPII wygłosi słowo o inspiracjach apelowych w maryjnej drodze odnowy Kościoła. „Klęknij przed Matki Bolesnej Obrazem….” Prorocze słowa „do matki Polki” – to temat wystąpienia ks. prof. Jana K. Przybyłowskiego z UKSW. Po części konferencyjnej odbędzie się dyskusja. Pierwszą część sympozjum zakończy Apel Jasnogórski, który poprowadzi wikariusz generalny Zakonu Paulinów, o. dr Michał Lukoszek.

    Drugi dzień sympozjum – sobotę, 22 kwietnia – rozpocznie Msza św. w Kaplicy Matki Bożej o 7.30 pod przewodnictwem bp. Jana Wątroby z Komisji Maryjnej KEP. O 9.30 w Kaplicy Różańcowej rozpocznie się pierwsza część panelowa. Jej temat to „Apel Jasnogórski w perspektywie pastoralno-ewangelizacyjnej, wśród zaproszonych gości: dziennikarka Judyta Syrek, o. dr Piotr Polek wykładowca w seminarium Zakonu Paulinów, o. Michał Legan, kierownik Redakcji Audycji Katolickich TVP i ks. dr Jarosław Grabowski, redaktor naczelny Tygodnika Katolickiego „Niedziela”.

    W drugiej części panelowej o Apelu Jasnogórskim w mediach udział wezmą: prof. Monika Przybysz z UKSW, ks. Grzegorz Moj z Telewizji Trwam, prof. Michał Drożdż z UPJPII, Rafał Porzeziński, dziennikarz i prezes Stowarzyszenia Ocaleni.


    /Biuro Prasowe Jasnej Góry/Częstochowa (KAI)

    ____________________________________________________________________________________

    fot. Maciej Kluczka

    ***

      

    Kiedy i jak rozpoczęto modlitwę

    Apelu Jasnogórskiego?

    W tej formie jako wieczorna modlitwa kierowana do Maryi, Królowej Polski i Matki Kościoła w intencji Ojczyzny i Kościoła rozpoczęła się 8 grudnia 1953 r. Dziś więc przypada 66. rocznica Apelu Jasnogórskiego. To jedna z najbardziej znanych modlitw, która każdego wieczoru o godz. 21.00 gromadzi tysiące pielgrzymów w Kaplicy Matki Bożej i kolejne tysiące dzięki transmisji na cały świat.

    Genezy Apelu jasnogórskiego można dopatrywać się w wydarzeniach z 4 listopada 1918 r. kiedy polscy żołnierze z 22. Pułku Piechoty, dowodzeni przez podporucznika Artura Wiśniewskiego, wyzwolili Jasną Górę spod okupacji austriackiej i o godz. 21.15 stanęli, wraz z paulinami przed Cudownym Obrazem Królowej Polski, dziękując za odzyskaną wolność po 123 latach niewoli narodowej i zaborów.

    fot. Flickr/Episkopatnews

    ***

    Inny przekaz mówi o kapitanie Władysławie Polesińskim, pilocie zmarłym w 1939 r., trochę „wadzącym się z Bogiem”, który podczas próbnego lotu usłyszał nagle jakby wewnętrzny rozkaz: „zniż lot, ląduj!” Wylądował szczęśliwie. Po opuszczeniu samolotu nastąpiła jego eksplozja. Była godzina 21.00. Gdy po powrocie do domu opowiedział swojej żonie o tym wydarzeniu, ona zapytała go, którego to było dnia i o której godzinie to się stało? Okazało się, że właśnie tego dnia o godz. 21.00 polecała go Matce Bożej. Kapitan stanął „na baczność”, zasalutował i zwrócił się do Matki Bożej Jasnogórskiej, meldując się Jej jako swemu Dowódcy, od którego otrzymał ten wewnętrzny nakaz ratujący go od śmierci. Odtąd czynił to codziennie.

    Kapitan Władysław Polesiński nawrócił się, zmienił życie i założył wśród oficerów polskich katolicką organizację – „Krzyż i Miecz”. Członkowie tej organizacji mieli w zwyczaju codziennie o godzinie 21.00 meldować się na apel przed Matką Bożą Częstochowską. Podczas okupacji hitlerowskiej ks. Leon Cieślak, pallotyn, szerzył tę praktykę w Warszawie wśród młodzieży akademickiej na tajnych kompletach i w sodalicjach mariańskich. O godzinie 21.00 młodzież modliła się do Matki Bożej Jasnogórskiej i odmawiała akt zawierzenia się Maryi. W tym samym czasie na Jasnej Górze o. Polikarp Sawicki, paulin, gromadził różne grupy akademickie, najczęściej członków sodalicji mariańskiej, na wieczorową modlitwę przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej. Po otrzymaniu wiadomości o internowaniu kard. Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Polski w późnych godzinach nocnych 25 września 1953 r., paulini na Jasnej Górze podjęli z pielgrzymami specjalne modlitwy o jego rychłe uwolnienie. Prymas podczas swego internowania w Stoczku Warmińskim – w okresie stalinowskiego terroru – postanowił dokonać osobistego Aktu oddania się w niewolę miłości Matce Bożej, zawierzając Jej całkowicie swój los. Oddał się Maryi w uroczystość Jej Niepokalanego Poczęcia 8 grudnia 1953 r. W tym samym dniu rozpoczęto na Jasnej Górze wieczorową modlitwę, zwaną Apelem, w jego intencji o godz. 21.00.

    PIELGRZYMKA KLUBÓW INTELIGENCJI KATOLICKIEJ NA JASNEJ GÓRZE

    ***

    Papież Pius XII ogłasza początek Maryjnego Roku Jubileuszowego.

    Na Jasnej Górze z tej okazji ks. biskup Zdzisław Goliński, ordynariusz częstochowski, w otoczeniu kapituły katedralnej, paulinów i licznie zgromadzonych wiernych celebrował Mszę św. pontyfikalną 8 grudnia 1953 r. wieczorem – w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Podczas tej Mszy św. kazanie wygłosił przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński, w którym między innymi zapowiedział: „Staniemy dziś wszyscy na jasnogórski apel. Co to jest? Nic trudnego! Codziennie o godz. 9.00 wieczorem przeniesiemy się myślą i modlitwą na Jasną Górę, do cudownej kaplicy. Są rodziny, które o tej porze przerywają rozmowę, pracę i stają w milczeniu albo na czele ze swym ojcem odmawiają dziesiątkę różańca. Są całe zastępy polskiej młodzieży akademickiej, które to czynią. Gdy powiedziano o tym Księdzu Prymasowi Kardynałowi Wyszyńskiemu, odniósł się życzliwie do tego, potem jednak, kiedy przemyślał tę sprawę, powiedział parę miesięcy temu, że codziennie o godzinie 9 wieczorem przenoszę się myślą na Jasną Górę, modlę się i błogosławię całemu Narodowi. Wszyscy, jak nas jest przeszło 30 milionów na całym świecie; wszyscy o jednej godzinie, gdziekolwiek będziemy, czy w pracy, czy na ulicy, czy w kinie, czy na zabawie; wszyscy zbratani jedną myślą, jednym polskim sercem, staniemy przy naszej Pani i Królowej, przy Matce i Pocieszycielce, aby prosić i żebrać za Polskę, za Naród…”.

    Zgodnie z tą zapowiedzią i pod jego przewodnictwem zgromadziła się w kaplicy Matki Bożej o tej wieczornej porze grupka osób, w tym paulini – o. Teofil Krauze, o. Aleksander Rumiński oraz kilka pań z Instytutu Prymasowskiego z Marią Okońską na czele, by polecić szczególnej opiece Maryi internowanego Prymasa Polski. Postanowili zbierać się codziennie o godzinie 21.00, by odmawiać modlitwy do Matki Bożej przed zasłoniętym Cudownym Obrazem. To było oficjalne zapoczątkowanie jasnogórskiego Apelu. Paulini wzywali rodaków, by sercem, myślą i modlitwą stawać przed Obliczem Jasnogórskiej Pani o godz. 21.00 i modlić się o uwolnienie Prymasa Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    Śluby Narodu

    Nowe impulsy dla apelu jako wieczornego nabożeństwa maryjnego dały Jasnogórskie Śluby Narodu złożone 26 sierpnia 1956 r., zawierające program religijno-moralnej odnowy życia narodowego. Odtąd Apel jasnogórski stał się modlitwą wieczorną w intencji Narodu. Prymas Wyszyński o godz. 21.00 błogosławił całej Polsce, a za jego przykładem czynili to inni biskupi, a zwłaszcza ks. biskup Lucjan Biernacki, biskup pomocniczy prymasowskiej archidiecezji gnieźnieńskiej, który za wierność współpracy z kard. Wyszyńskim został usunięty przez władze komunistyczne z Gniezna i przebywał na wygnaniu na Jasnej Górze.

    Do upowszechnienia praktyki Apelu jasnogórskiego przyczyniła się przede wszystkim peregrynacja kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej (od 1957 r.). We wszystkich parafiach, gdzie był Obraz Nawiedzenia, utrwalała się praktyka Apelu jasnogórskiego o godzinie 21.00. Paulini, prowadzący misje przed nawiedzeniem kopii Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej w Człuchowie i okolicy, zaczęli wprowadzać już w 1961 r. praktykę jasnogórskiego apelu każdego wieczora. Spotkało się to z ogromnym zainteresowaniem, bo wierni wypełniali świątynie po brzegi. Niektórzy z nich urozmaicali apel przeźroczami o tematyce jasnogórskiej.

    Apel jasnogórski miał różne melodie i był śpiewany w różnych wersjach. Autorem najbardziej znanej i rozpowszechnionej melodii jest ks. Stanisław Ormiński, salezjanin, który skomponował ją w 1956 r. W późniejszych latach melodię do apelu skomponował także ks. Marian Michalec CM. Młodzież zwykle śpiewa swój własny apel, nawiązujący w swej treści do jej zadań na nowe Tysiąclecie i wyrażający prośbę uświęcenia siebie i rodziny. Jak wynika z zapisów kronikarskich, Apel wszedł już na stałe do programu nabożeństw maryjnych na Jasnej Górze, zwłaszcza w uroczystości odpustowe – od 1960 r.

    fot. Wikipedia

    ***

    Z okazji rozpoczęcia tzw. „Czuwań soborowych” w 1962 r. ówczesny przeor Jasnej Góry o. Anzelm Radwański podjął decyzję, aby tę praktykę wieczorowego spotkania z Królową Polski jeszcze bardziej ożywić i pogłębić. Postanowiono więc na tę szczególną chwilę spotkania z Maryją odsłaniać Cudowny Obraz i nadać temu nabożeństwu bogatszą oprawę. Najczęściej od Apelu zaczynały się czuwania modlitewne wiernych w intencji prac ojców Soboru Watykańskiego II. Tak pomyślana i zaplanowana modlitwa maryjna zaczęła gromadzić nie tylko pielgrzymów przybyłych na „Czuwania soborowe”, ale także mieszkańców Częstochowy. Po powrocie kard. Stefana Wyszyńskiego na stolicę prymasowską (28 X 1956 r.), Apel wzbogacił się o specjalne modlitewne rozważania i intencje. Odtąd Prymas Polski błogosławił o godz. 21.00 całej Polsce, a także Polonii rozsianej po wszystkich kontynentach.

    Rozmiłowany w Maryi kardynał

    Do spopularyzowania modlitwy Apelu jasnogórskiego przyczynił się przede wszystkim kard. Wyszyński. Prymas Polski, który nie tylko na Jasnej Górze, ilekroć był obecny, ale wszędzie, nawet w swojej prywatnej kaplicy, gromadził domowników na to wieczorne spotkanie z Matką Bożą, Królową Polski i osobiście prowadził rozważania i modlitwy apelu. Wiele z nich zostało nagranych na taśmę magnetofonową i stanowi dziś bogaty zbiór modlitw w intencji aktualnych spraw Kościoła i Ojczyzny. Te modlitwy i rozważania ks. Prymasa pogłębiły znaczenie i wartość apelu. Przypomniał on, że Maryja, Królowa Polski, jest nam dana jako skuteczna pomoc i obrona dla naszego Narodu. Kard. Wyszyński wciąż zaświadczał, że wszystko postawił na Maryję. Apel jasnogórski – w ujęciu Prymasa – to modlitwa zawierzenia się w opiekę macierzyńską Maryi. Jego rozważania nawiązują do najbardziej aktualnych problemów społecznych w Polsce, do potrzeb Narodu zagrożonego w swej wierze i suwerenności, a także do zwykłych, codziennych spraw ludzkich. Ich treść wyrastała przede wszystkim z Jasnogórskich Ślubów Narodu, z duchowych mocy Wielkiej Nowenny, z owoców nawiedzenia kopii Obrazu Jasnogórskiego, a w następnych latach z Milenijnego Aktu Oddania w macierzyńską niewolę Maryi, z przeżyć Tysiąclecia Chrztu, „Społecznej Krucjaty Miłości” i przygotowań do jubileuszu 600-lecia Jasnej Góry.

    Kard. Stefan Wyszyński rozmiłował się w tej maryjnej modlitwie, nadał jej właściwy charakter i treść oraz stał się jej szczególnym propagatorem. On pozostawił pewien model rozważania modlitewnego przy Apelu. – Jest to godzina czuwania przy Pani Jasnogórskiej, godzina rachunku sumienia i składania u Jej królewskich stóp naszego dorobku. Jest to godzina modlitwy, zjednoczenia przez miłość i błogosławieństwo – mówił podczas jednego z Apeli kard. Wyszyński.

    Wzorując się na przykładzie kard. Stefana Wyszyńskiego i jego sposobie prowadzenia Apelu, przeor jasnogórski o. Józef Płatek wprowadził od 1975 r. krótkie rozważania modlitewne – spontaniczną modlitwę do Królowej i Matki Polaków, nawiązując do aktualnych potrzeb Ojczyzny. Następnie od 28 marca 1978 r. jako generał zakonu, przez kolejne 12 lat osobiście prowadząc Apel, utrwalił już na stałe taki styl prowadzenia jasnogórskiego Apelu, nadając mu przez to charakter serdeczny i zarazem rodzinny. Podobnie jak w dobrej rodzime wszyscy wieczorem gromadzą się wokół matki, tak samo czciciele Maryi stają po dziś dzień przed Nią jako Matką i Królową.

    fot. Wikipedia

    ***

    Papież promotor i animator

    Największym promotorem i animatorem Apelu jasnogórskiego stał się św. Jan Paweł II. On bowiem ukazał najgłębszą treść ewangeliczną i zarazem narodową, zwłaszcza podczas swych pielgrzymek na Jasną Górę, ale i także podczas swych spotkań z Polakami. Chętnie śpiewał Apel ze swymi rodakami i nawiązywał do jego zobowiązującej treści. Wskazywał na historyczny i rycerski charakter Apelu i jednocześnie ukazał, że śpiewając czy odmawiając go, stajemy jakby „na baczność”, meldując się Maryi z oświadczeniem swego oddania: jestem cały Twój i do Twej dyspozycji! Jest to więc spotkanie z Maryją ubogacające i zarazem zobowiązujące.

    Wielką zasługą papieża z Polski pozostanie na zawsze to, że jasnogórskiemu Apelowi VI Światowego Dnia Młodzieży na Jasnej Górze nadał charakter uniwersalny i zarazem eklezjalny. Jak podkreśla o. Józef Płatek, paulin „nie była to próba jakiejś polonizacji, ale raczej chrześcijańska postawa dzielenia się tym, co nasze z innymi w ich własnym języku i kulturze”. Papież w swym przemówieniu (14 sierpnia 1991 r.) zwrócił uwagę młodzieży na trzy słowa: jestem – pamiętam – czuwam. Są to kluczowe słowa apelu, które stały się programem życia dla młodego pokolenia całego świata. Dzięki inspiracji wypływającej z Ewangelii apel nabrał charakteru międzynarodowego, światowego i uniwersalnego i stał się nie tylko programem, ale i modlitwą do Maryi Matki Kościoła i Królowej świata. Po Światowym Dniu Młodzieży z udziałem Jana Pawła II na Jasnej Górze, w dniach 14-15 sierpnia 1991 r., swą działalność rozpoczęło archidiecezjalne częstochowskie Radio „Fiat”. Ono pierwsze podjęło transmisję Apelu z Kaplicy Matki Bożej Jasnogórskiej. Od 25 marca 1995 r. przekazuje Apel już na stałe i codziennie Radio „Jasna Góra”. Radio „Maryja” podjęła początkowo transmisję we wszystkie soboty od adwentu 1996 r. Na mocy umowy tej rozgłośni z Radiem „Jasna Góra”, od 2 lutego 1997 r. Radio „Maryja” transmituje codziennie Apel na całą Polskę i poza jej granice bezpośrednio z kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej. Od 5 grudnia 1997 r.- dzięki „Radiu Jasna Góra” – tysiące osób może w godzinie Apelu jasnogórskiego przekazywać swoje intencje kierowane do Jasnogórskiej Bogarodzicy Maryi. Jedni czynią to za pomocą telefonu (w godz. 20.30-21.00), a inni przesyłają swoje intencje drogą mailową, sms-ową lub pocztową.

    W specjalnej księdze, którą nazwano „księgą modlitwy apelowej”, są zapisywane prośby i podziękowania. Księga ta jest też po części obrazem religijności Polaków, którzy bezgraniczną ufność pokładają w przemożnym wstawiennictwie Maryi i pragną się łączyć w modlitwie Apelu, stając duchowo przed obliczem Jasnogórskiej Królowej Polski. Tę księgę modlitwy apelowej składa się w czasie Apelu na ołtarzu. Księga pozostanie dla potomnych świadectwem miłości naszych rodaków z Polski i zagranicy – do swojej Matki i Orędowniczki.

    fot. Maciej Kluczka

    ***

    Na to niepowtarzalne spotkanie modlitewne z Królową Polski składają się: pradawna pieśń „Bogurodzica Dziewica”; trzykrotnie śpiewany hejnał: Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam!; modlitewne rozważanie na tle tajemnic życia Maryi, Jej udziału w misterium Chrystusa, Kościoła i Narodu; dziesiątka różańca; antyfona „Pod Twoją obronę”; wezwania: „Królowo Polski, módl się za nami!”; błogosławieństwo, którego udziela prowadzący rozważanie, albo któryś z dostojników kościelnych; pieśń do Matki Bożej.

    Misyjne Drogi/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    _____________

    23 kwietnia

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    Dziś wspominamy naszego pierwszego świętego

    Jest nim św. Wojciech, patron Polski, który został wyniesiony do chwały ołtarzy w niecałe 2 lata po męczeńskiej śmierci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przewodniczący Episkopatu:

    Zachęcam wszystkich do osobistej, codziennej lektury Pisma Świętego

    Zachęcam wszystkich wierzących, ale również poszukujących prawdy, do osobistej, codziennej lektury i rozważania Pisma Świętego – powiedział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki z okazji rozpoczynającego się w niedzielę 23 kwietnia Tygodnia Biblijnego.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Przewodniczący Episkopatu wyjaśnił, że Tydzień Biblijny ma przypominać, „jak ważne dla chrześcijanina jest sięganie do tej Świętej Księgi”. „Jeżeli jesteśmy przyjaciółmi Chrystusa, to powinniśmy też mieć pragnienie przebywania z Nim i słuchania Jego Słowa, a następnie życia nim w naszej codzienności” – podkreślił.

    „Spróbujmy w tym dzisiejszym, zabieganym świecie, odpoczywać przy Chrystusie” – zachęcił przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

    W dniach od 23 do 29 kwietnia, Dzieło Biblijne im. św. Jana Pawła II inicjuje już po raz 15. Tydzień Biblijny połączony z Narodowym Czytaniem Pisma Świętego.

    BP KEP/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    JAK CZYTAĆ PISMO ŚWIETE?

    KONKRETNE RADY

    Jak czytać Pismo Święte? KONKRETNE RADY

    fot. via: Pixabay

    ***

    Dziś Niedziela Narodowego Czytania Pisma Świętego, która rozpoczyna w Kościele katolickim w Polsce XV Tydzień Biblijny. Inicjatywa ta ma nas zachęcić do częstszego czytania Słowa Bożego. W jaki sposób to robić? Warto przyjrzeć się radom o. Ludwika Mycielskiego, które przypominamy poniżej.

    PIERWSZA RADA

    Nie rozpoczynaj czytania Biblii tak, jak się zaczyna czytać inne książki – od jej początku. Przeciwnie: Biblię należy raczej czytać od końca, tzn. zaczynając od Nowego Testamentu. Kolejność przy tym nie jest obojętna. Najlepiej zacząć od historii powstawania Kościoła, a zatem od Dziejów Apostolskich. Potem czytać Listy św. Jana, cztery Ewangelie, Listy św. Pawła, Listy Apostolskie.

    Apokalipsę, mimo że opisuje współczesne życie Kościoła, należy raczej odłożyć na koniec: do czasu, kiedy zapoznasz się bliżej z apokaliptycznym gatunkiem literackim u proroków, zwłaszcza u Daniela i Ezechiela.

    Jeśli chodzi o Stary Testament, to nie należy zaczynać go od Księgi Rodzaju, gdyż wbrew pozorom pierwsze 11 rozdziałów tej Księgi – to najtrudniejsze rozdziały Biblii. Proponuję rozpoczynać od lektury Ksiąg najbliższych nam czasowo: Mądrości, Syracha, od Ksiąg Machabejskich, Przysłów, Hioba, Psalmów.

    Z czasem – jak Ci już o tym pisałem – zauważysz, że Stary i Nowy Testament stanowią jedną zwartą całość – tworzą Biblię Katolicką (Katechizm Kościoła Katolickiego nr 128-130).

    DRUGA RADA

    Nie wdawaj się z własnej inicjatywy w dyskusje dotyczące Biblii – z ludźmi, przed którymi przestrzega św. Jan:

    Dzieci, jest już ostatnia godzina i – tak, jak słyszeliście – Antychryst nadchodzi.

    Św. Jan terminem Antychryst określa głosicieli błędnych nauk i odstępców (też 1 Tm 4,1).

    Oto teraz właśnie pojawiło się wielu Antychrystów: stąd poznajemy, że już jest ostatnia godzina. Wyszli oni z nas, lecz nie byli z nas; bo gdyby byli naszego ducha, pozostaliby z nami. (J 13,23; 1 J 2,18)

    Zastanów się:

    – Kto, kiedy i od kogo odszedł? To prosty sposób rozeznawania duchów (1 Kor 12,10; 2 P 1,21 i 3,16).

    Trzymaj się prostej linii prawdy. Unikaj światowej gadaniny, albowiem uprawiający ją coraz bardziej będą się zbliżać do bezbożności, a ich nauka jak gangrena będzie się szerzyć wokoło. (2 Tm 2,15)

    Wiedz o tym, że w dniach ostatnich nastaną chwile trudne. Ludzie bowiem będą samolubni, chciwi, wyniośli, pyszni, bluźniący, nieposłuszni rodzicom, niewdzięczni, bez serca, bezlitośni, miotający oszczerstwa, niepohamowani, bez uczuć ludzkich, nieprzychylni, zdrajcy, zuchwali, nadęci, miłujący bardziej rozkosz niż Boga. Będą okazywać pozór pobożności, ale wyrzekną się jej mocy. I od takich stroń! Z takich bowiem są ci, co wślizgują się do domów i przeciągają na swą stronę kobietki obciążone grzechami, powodowane pożądaniami różnego rodzaju: takie, co to zawsze się uczą, a nigdy nie mogą dojść co poznania prawdy. Jak Jannes i Jambres wystąpili przeciw Mojżeszowi – tak też i ci przeciwstawiają się prawdzie: ludzie o spaczonym umyśle, którzy nie zdali egzaminu z wiary. Ale dalszego postępu nie osiągną, bo ich bezmyślność będzie jawna dla wszystkich, jak i tamtych jawną się stała.

    Ty natomiast poszedłeś śladami mojej nauki, sposobu życia, zamierzeń, wiary, cierpliwości, miłości, wytrwałości, prześladowań, cierpień jakie mnie spotkały… Jakież to prześladowania zniosłem – a ze wszystkich wyrwał mnie Pan! I wszystkich, którzy chcą żyć zbożnie w Chrystusie Jezusie, spotykają prześladowania.

    Tymczasem ludzie źli i zwodziciele będą się dalej posuwać ku temu, co gorsze – błądząc i innych w błąd wprowadzając. Ty natomiast trwaj w tym, czego się nauczyłeś i co ci powierzono, bo wiesz, od kogo się nauczyłeś. Od lat bowiem niemowlęcych znasz Pisma Święte, które mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie (2 Tm 3,1-15).

    Nienawiść ma swoich geniuszów. Voltaire, mistrz francuskiego Oświecenia, tak nauczał swoich uczniów: Okłamujcie ludzi, ile wlezie. Co im będziecie wmawiać – być może – odrzucą. Ale spokojna głowa: to, o co nam chodzi najbardziej, z pewnością w ludziach pozostanie!

    I tak też się działo…

    TRZECIA RADA

    Jeżeli otrzymałeś od swojego biskupa misję kanoniczną do rozmów z ludźmi, o jakich wspomina Apostoł – rozmawiaj. Pamiętaj jednak, że walka na wersety jest walką niebezpieczną. Sam Pan Jezus miał z nią trudności. Diabeł, który Go kusił, w szermierce na wersety był doskonały.

    Czytamy w Ewangelii:

    Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy pościł już czterdzieści dni i czterdzieści nocy, poczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem. Lecz On mu odparł: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych. Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na szczycie narożnika świątyni i rzekł Mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, napisane jest bowiem: Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Odrzekł mu Jezus: Ale napisane jest także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to odrzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Wtedy opuścił Go diabeł, a oto przystąpili aniołowie i usługiwali Mu. Mt 4,1-11

    Jezus dał mu odprawę, bo był Jednorodzonym Synem Bożym. A ja, mizerota – jak ja się zachowam? Co ze mną będzie? Uświadamiam sobie, że moje ewentualne zwycięstwo w szermierce na wersety może łatwo doprowadzić mnie do tego, o co w zasadzie diabłu chodzi: stanę się pyszny (wyniosły choćby z tego powodu, że w danym wypadku zwyciężyłem). I tu już jest moja klęska. Więc wyrwane z całości tekstu Biblii wersety – to broń obosieczna.

    Po gorzkich doświadczeniach nauczyłem się metody, mającej jakąś szansę powodzenia w spotkaniach z emisariuszami Złego (które bywają nie do uniknięcia. Można by tę metodę streścić w trzech punktach):

    • Po dobrej spowiedzi, po Mszy świętej, po przyjęciu Komunii, związać się paktem wzajemnej miłości z innymi chrześcijanami, którzy będą uczestniczyć w rozmowie.
    • Ściskać w ręce odmawiany codziennie różaniec.
    • Pytać – zanim się zostanie zapytanym.

    Mam przy tym do Ciebie pytanie (może niezbyt delikatne, za co z góry Cię przepraszam):

    Czy znasz na tyle problematykę biblijną, żeby zadawać sensowne pytania?

    I czy na pewno znasz wyczerpujące odpowiedzi na te pytania?

    CZWARTA RADA

    Chodzisz do kościoła. Pamiętaj, że szatan wokół kościoła krąży jak lew ryczący, szukając, kogo by pożreć (1P 5,8). I porywa: tych, co stoją na zewnątrz, pod murem, koło cmentarza, tych, co do wnętrza kościoła nie wchodzą.

    Ty – idąc do kościoła – dbaj o pełne uczestnictwo we Mszy Świętej. Regularnie przystępuj do sakramentu pojednania – do spowiedzi – by możliwie zawsze być u Komunii świętej.

    PIĄTA RADA

    Lectio divina – czytanie Słowa Bożego (określenie z Reguły św. Benedykta, podejmowane często w nauce Kościoła, parokrotnie przez Katechizm Kościoła Katolickiego) wymaga stosowania dodatkowej pomocy: zaglądania do komentarzy i innych książek. One bowiem czynią bardziej przystępnym i zrozumiałym słowo Boże, pisane specyficznym językiem ludzi sprzed tysięcy lat.

    Książki, które Ci polecam.

    Pragnącemu ze zrozumieniem wsłuchiwać się w natchnione teksty Biblii, proponuję raz – a dobrze – przestudiować książkę księdza profesora Józefa Kudasiewicza: Biblia, historia, nauka (Znak, Kraków 1987). Obejmuje ona trzy części:

    ABC katechizmu biblijnego, Biblia na cenzurowanym oraz Ewangelie a historia. Jest to praktyczny wykład konstytucji II Soboru Watykańskiego O objawieniu Bożym, jak również odnośnych pouczeń dwóch Konstytucji o Kościele, dogmatycznej i pastoralnej.

    A oto inne książki:

    Alonso-Schoekel L. Słowo natchnione (Kraków 1983).

    Balthasar H.U. von Medytacja chrześcijańska (Poznań 1998).

    Bednarz M. Zanim zaczniesz czytać Pismo Święte (Tarnów 1997). Wprowadzenie do lektury Pisma Świętego (Tarnów 2005).
    Bianchi E. Przemodlić słowo. Wprowadzenie w lectio divina (Kraków 1998).

    Bosak C. Postacie Nowego Testamentu: słownik – konkordancja (Pelplin 1996).

    Brandstaetter R. Krąg biblijny (Warszawa 1977). Jezus z Nazaretu (Warszawa 1979).

    Brown R.E. – Fitzmyer J.A. – Murphy R.E. Katolicki komentarz biblijny(Warszawa 2004).

    Charpentier E. Czytając Nowy Testament (Włocławek 1992)

    Czytając Stary Testament (Włocławek 1993).

    Czerski J. Wprowadzenie do Ksiąg Nowego Testamentu (Opole 1996).

    Dąbrowski E. Prolegomena do NT (Warszawa 1959).

    Drosnin M. Kod Biblii (Warszawa 1998).

    Farmer W.R. Międzynarodowy komentarz do Pisma Świętego: komentarz katolicki i ekumeniczny na XXI wiek (Warszawa 2000).

    Fitzmyer J. Pismo duszą teologii, (Kraków 1997).

    Gądecki S. Wstęp do pism Janowych (Gniezno 2000).

    Gryglewicz F. Wstęp do Nowego Testamentu, (Poznań 1969).

    Hergesel T. Rozumieć Biblię, (Kraków 1992).

    Jankowski A. Z rozważań nad Nowym Przymierzem (Poznań 1958). Apokalipsa św. Jana (Poznań 1959). Zarys pneumatologii NT (Kraków 1982). Eschatologia powszechna NT (Kraków 1974). Trwajcie mocno w wierze (Kraków1999). Porozmawiajmy o Apokalipsie (Kraków 2003). Królestwo Boże w Przypowieściach (Kraków 2003).

    Jankowski A. – Romaniuk K. – Stachowiak L. Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu (Poznań – Kraków 1999).

    Jelonek T. Biblia Księga Kościoła (Kraków 1978). Przed lekturą Nowego Testamentu (Kraków 1993). Jak czytać Pismo Święte (Kraków 1994). Nowy Testament dla ciebie (Kraków 1998). Biblijna historia zbawienia (Kraków 2004).

    Kajfosz J. – Szymanek A. Konkordancja biblijna (Poznań 1990).

    Keener C. S. Komentarz historyczno-kulturowy do Nowego Testamentu(Warszawa 2000).

    Kremer J. Czytać Biblię, ale jak? (Lublin 1988).

    Krzysiuk M. – Kwiecień M. Wykład Pisma Świętego Nowego Testamentu(Warszawa 1995).

    Kudasiewicz J. Biblia dzisiaj (Kraków 1969). Biblia, historia, nauka (Kraków 1987). Jezus historii a Chrystus wiary (Lublin 1987).

    Langkammer H. Wprowadzenie do Ksiąg Nowego Testamentu (Wrocław 1979). Słownik biblijny (Katowice 1989). Teologia Nowego Testamentu (Wrocław 1991). Stary Testament odczytany na nowo: wprowadzenie, treść teologiczna, etos(Lublin 1992). Wprowadzenie do ksiąg Nowego Testamentu (Wrocław 1997).

    Laepple A. Od Księgi Rodzaju do Ewangelii (Kraków 1977).

    Leon-Dufour S. Słownik teologii biblijnej (Poznań 1985). Słownik Nowego Testamentu (Poznań 1986).

    Łach S. Wstęp do Starego Testamentu (Poznań 1973).

    Mień A. Apokalipsa: komentarz (Kraków 2000).

    Muszyński H.J. Biblia – księga natchniona (Gniezno 1995). Słowo natchnione(Kraków 1983).

    Paciorek A. Wstęp ogólny do Pisma Świętego (Tarnów 1994). Ewangelia umiłowanego ucznia (Lublin 2000).

    Peter M. W kręgu Starego Przymierza (Poznań 1975).

    Peter M. – Wolniewicz M. Zanim otworzysz Biblię (Poznań 1981).

    Pindel R. Od ewangelizacji do wspólnoty (Kraków 2000).

    Pritchard J.E. Wielki atlas biblijny (Warszawa 1994).

    Pronzato A. Niewygodne Ewangelie (Poznań 1994).

    Romaniuk K. Nowy Testament bez problemów (Warszawa 1983). Lectio divina. Ascetyczna lektura Biblii (Częstochowa 1994). Komentarz praktyczny do Nowego Testamentu (Poznań – Kraków 1999).

    Rops D. Dzieje Chrystusa (Warszawa 1950). Od Abrahama do Chrystusa(Warszawa 1952). Co to jest Pismo Święte? (Poznań 1959). Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa (Poznań 1964).

    Schmidt W. Wprowadzenie do Starego Testamentu (Bielsko- Biała 1997).

    Szlaga J. Wstęp ogólny do Pisma Świętego (Poznań 1986).

    Staniek E. Bogactwo natchnionych ksiąg. Nowy Testament (Kraków 1993).

    Stern D.H. Komentarz żydowski do Nowego Testamentu (Warszawa 2004).

    Szymanek E. Wykład Pisma Świętego Nowego Testamentu (Poznań 1990).

    Wolniewicz M. W kręgu Nowego Przymierza (Poznań 1985).

    Ziółkowski Z. Najtrudniejsze stronice Biblii (Poznań 1989). Spotkanie z Biblią(Poznań 1989).

    Seria WAM-u Źródła myśli teologicznej zawiera liczne komentarze Ojców Kościoła do poszczególnych ksiąg Pisma Świętego (Orygenesa, Hilarego, Hieronima, Teodoreta, Tomasza z Akwinu i innych).

    W bibliotekach mamy wielotomową Prymasowską Serię Biblijną z interlinearnym grecko-polskim tekstem Nowego Testamentu, z Konkordancją Biblijną, z Katolickim Komentarzem Biblijnym (Oficyna Wydawnicza Vocatio).

    Są komentarze do poszczególnych Ksiąg Biblii wydawane przez KUL. Ukazała się warszawska seria „Wprowadzenie w myśl i wezwanie ksiąg biblijnych”. W Wydawnictwie Księży Sercanów można nabyć serię Lectio Divina. W Wydawnictwie Benedyktynów – serię pod wspólnym tytułem Czytając Pismo Święte.

    Cieszę się z naszego braterskiego spotkania i na koniec lektury tego kursu proponuję Ci modlitwę:

    Boże, mój Boże, szukam Ciebie
    i pragnie Ciebie moja dusza.

    Ciało moje tęskni za Tobą,
    jak zeschła ziemia łaknąca wody.

    Oto wpatruję się w Ciebie w świątyni,
    by ujrzeć Twą potęgę i chwałę.

    Twoja łaska jest cenniejsza od życia,
    więc sławić Cię będą moje wargi.

    Będę Cię wielbił przez całe me życie
    i wzniosę ręce w imię Twoje.

    Moja dusza syci się obficie,
    a usta Cię wielbią radosnymi wargami,
    gdy myślę o Tobie na moim posłaniu
    i o Tobie rozważam w czasie moich czuwań.

    Bo stałeś się dla mnie pomocą
    i w cieniu Twych skrzydeł wołam radośnie:
    Do Ciebie lgnie moja dusza,
    prawica Twoja mnie wspiera.

    Psalm 63

    o. Ludwik Mycielski OSB/Ordo et Pax/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak zapoznać dzieci z Pismem Świętym? – pomocne publikacje

    W drugą niedzielę po Wielkanocy rozpoczął się XV Tydzień Biblijny, który potrwa do 29 kwietnia. Czas ten stanowi okazję do rozpoczęcia lektury Pisma Świętego ze swoim dzieckiem. Obecnie na rynku wydawniczym nie brakuje wersji Pisma Świętego przygotowanego z myślą o najmłodszych czytelnikach, a także innych pomocnych materiałów służących do wprowadzenia dzieci w świat Biblii, jak chociażby Biblia Audio dla dzieci, komiks biblijny, animacje, aplikacje, czy interaktywna książka z czytającym piórem. Prezentujemy najciekawsze pozycje.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Najnowszym edukacyjnym trendem wśród dzieci w wieku przedszkolnym, które jeszcze nie potrafią czytać, są serie książeczek z czytającym piórem. Albik to długopis, opowiadający dzieciom historie zawarte w książce, uczy nazewnictwa, nowych pojęć i ćwiczy spostrzegawczość. Wystarczy nakierować piórem na obrazek, który zainteresuje małego czytelnika, by dowiedzieć się więcej o interesującej ilustracji. Oprócz tego na każdej stronie zawarte są ciekawe quizy pozwalające uporządkować zdobytą wiedzę.

    Jednym z takich dzieł jest „Interaktywna Biblia dla dzieci” z serii „Czytaj z Albikiem”. Zawiera ona zbiór pięknie zilustrowanych historii ze Starego i Nowego Testamentu. Książkę czyta aktor Marcin Kobierski i inni lektorzy ze studia Katolik.tv. Wg wydawcy publikacja przeznaczona jest dla dzieci 4+, jednak i młodsze z pewnością znajdą w niej coś dla siebie. Poprzez pióro można usłyszeć długie historie np. o stworzeniu świata, Noem, cudach Jezusa. Opowieściom towarzyszą utwory Arki Noego, a także modlitwy dla dzieci oraz quizy sprawdzające wiedzę.

    Najlepiej poświęcić czas dziecku i przy okazji dopowiedzieć coś do treści podanych przez Gadające Pióro, jednak niewątpliwym plusem tej publikacji jest fakt, że dziecko może sięgnąć po nie samo, słuchając swoich ulubionych fragmentów.

    Kolejną ciekawą opcją dla dzieci, które jeszcze nie czytają samodzielnie, jest “Biblia audio Kids”. To 90 biblijnych opowieść na trzech płytach CD lub na pedrivie. Treści są przygotowanych specjalnie z myślą o najmłodszych słuchaczach. Każda historia opatrzona jest komentarzem biblisty dr Piotra Kosiaka i pobudzającymi wyobraźnię odgłosami w tle. W role narratorów wcielili się młodzi aktorzy w wieku 10-15 lat. W pozostałych rolach wystąpili znani polscy aktorzy: Jerzy Trela, Adam Woronowicz, Franciszek Pieczka, Rafał Królikowski, Danuta Stenka i inni.

    To idealna opcja dla dzieci, które w tym czasie przechodzą okres sensytywny na muzykę. Jak podkreślają twórcy, przyjemne słuchanie do snu ułatwia złagodzona ścieżka dźwiękowa, przygotowana z troską o wrażliwość młodych uszu. Pendrive świetnie sprawdzi się nie tylko podczas słuchania na komputerze, ale również podróży autem. Do zestawu dołączona została książeczka z obrazkami, które dzieci mogą kolorować podczas słuchania.

    Wiele animowanych opowieści biblijnych znaleźć można na YouTubie. Warto jednak wcześniej samemu obejrzeć wideo, aby ocenić czy poziom nagrania jest odpowiedni dla naszego dziecka. Ciekawą propozycją dla nieco starszych dzieci są animacje na kanale BibleProject – Polski. Jak podkreślają twórcy, celem publikacji jest pomoc w odkryciu i lepszym zrozumieniu różnych motywów i wątków zawartych w Piśmie Świętym. „Tworzymy i bezpłatnie udostępniamy filmy animowane i inne materiały, żeby pomóc ludziom poznać Biblię jako spójną opowieść, która prowadzi do Jezusa” – zachęcają twórcy. Pozycja ta, będzie również ciekawa dla dorosłych, którzy dzięki niej mogą uporządkować zapomniane fakty związane z Pismem Świętym.

    Animacje zawierają m.in. ilustrowane omówienie treści wszystkich Ewangelii, przybliżenie najważniejszych motywów biblijnych oraz pojęć, które często powtarzają się na kartach Pisma Świętego. Osobne filmy tłumaczą w jaki sposób czytać i interpretować poszczególne teksty Pisma Świętego. Link: Zobacz

    Na Youtube dostępna jest także popularna animowana produkcja pt. „Księga Ksiąg”, która w ciągu ostatnich kilku lat stała się jednym z najbardziej lubianych i popularnych seriali animowanych w Polsce, a jej oglądalność osiągnęła liczbę kilkunastu milionów widzów. Jest to serial animowany z historiami biblijnymi dla dzieci, wyprodukowany przez amerykańską chrześcijańską telewizję CBN (Christian Broadcasting Network).

    Główni bohaterowie Ola, Krzyś i robot Gizmo przenoszą się w czasie aby przeżyć i odkryć prawdziwe historie Biblijne. W ten sposób zdobywają ważne życiowe lekcje dotyczące wartości takich jak: miłość, przyjaźń, sprawiedliwość, miłosierdzie… Na podstawie poznanej przez dzieci historii z tytułowej „Księgi Ksiąg” mają one rozwiązać własne codzienne problemy. Niewątpliwym walorem animacji jest piękne odwzorowana sceneria i wydarzenia biblijne, a także polski dubbing oraz melodyjne piosenki. Link: Zobacz

    Materiały edukacyjne dla dzieci i młodzieży, stworzone w oparciu o teksty i historie biblijne, do wykorzystania w domu, na religii lub w szkółkach biblijnych, do pobrania i wydrukowania – to wszystko można znaleźć na witrynie – Zobacz

    Na stronie znajdują również m.in. opowiadania, krzyżówki, szyfry, gry planszowe oraz różne inne zadania i gry, które pomogą dzieciom i młodzieży w poznaniu i zrozumieniu historii biblijnych. Inicjatorzy projektu, którymi są członkowie Fundacji „Laodycea”, podkreślają, że wszystkie materiały muszą być wykorzystane wyłącznie w zakresie osobistego użytku. Teksty biblijne pochodzą z Biblii Warszawskiej, wydanej przez Towarzystwo Biblijne w Polsce.

    Niedawno powstała również całkowicie darmowa aplikacja „Biblia dla Dzieci”, dostępna na urządzenia iPhone, iPad i iPod touch. Jest najnowszym dziełem aplikacji YouVersion. Poprzez interaktywne przygody i piękne animacje, dzieci odkrywają wielkie opowieści biblijne.

    „To może być początek miłości do Słowa Bożego trwającej całe życie. Poprzez interaktywne przygody i piękne animacje, twoje dzieci odkryją niezwykłe opowieści biblijne” – zachęcają twórcy aplikacji, wyliczając jej plusy: „Łatwa, przyjazna dzieciom nawigacja, kolorowe ilustracje, animacje dotykowe, zabawne fakty i aktywności zaprojektowane do pomagania dzieciom w zapamiętywaniu tego, czego się uczą, specjalne wyzwania, które pozwalają dzieciom zdobywać nagrody”. Link do aplikacji: Zobacz

    Nic nie zastąpi jednak kontaktu z papierową wersją Pisma Świętego, najlepiej dopasowaną do wieku dziecka. Tu również propozycji wydawniczych nie brakuje. Z najmłodszymi dziećmi, przygodę z Ewangelią najlepiej rozpocząć od małych książeczek, jak chociażby te z Edycji Świętego Pawła, przybliżające różne biblijne wydarzenia – „Biblia. Miniopowieści. Zagubiona owieczka, Dawid, Jonasz”, „Mali bohaterowie Biblii”, „Mała Biblia dla małych dzieci”, „Stajenka pełna cudów”, czy rozkładana książeczka „Narodziny Jezusa. Historia Bożego Narodzenia w 3D”. Każdą historię uzupełniono kolorowymi ilustracjami, zachęcającymi dziecko do słuchania. Opowiadania zredagowano w taki sposób, aby ich język był przystępny i zrozumiały, a zarazem interesujący dla maluchów.

    Dla nieco starszych dzieci, powstała książka “Z Jezusem przez Biblię” autorstwa Jones-Lloyd Sally. Obsypana licznymi nagrodami niezwykła opowieść, która łączy w sobie wiele historii biblijnych z całego Pisma Świętego. Głównym bohaterem tej opowieści jest wyjątkowe Dziecko, od którego zależą losy całego świata. „Od Adama i Ewy, Noego, Abrahama, Izaaka i Jakuba, poprzez Mojżesza i Jozuego, aż do króla Dawida i wielu innych postaci – w każdej opowieści biblijnej, jeśli dobrze się w nią wsłuchać, można usłyszeć Jego imię – imię Jezusa. Jezus jest jak brakujący kawałek układanki, który pozwala dopasować do siebie wszystkie pozostałe jej części, tak by naszym oczom ukazał się piękny obraz” – zachęcają wydawcy. “Z Jezusem przez Biblię” to książka napisana przystępnym językiem, z bogatymi ilustracjami i przesłaniem dostosowanym do wrażliwości dziecięcej.

    Kolejna podobna, polecana publikacja nosi tytuł „Jezus mówi do dzieci. Opowieści biblijne” a jej autorką jest Sarah Young. Książka również zawiera streszczenie najważniejszych historii z Nowego i Starego Testamentu. Po każdym rozdziale znajduje się krótkie rozważanie, w którym można przeczytać co Jezus mówi do dziecka poprzez przeczytaną historię. „Sarah Young usłyszała w swoim sercu słowa Jezusa, które, przekazane dalej, stawały się dla wielu chrześcijan źródłem siły i wielką pomocą w modlitwie. Autorka wiedziała, że Jezus mówi nie tylko do niej, ale swój głos kieruje do wszystkich ludzi. W sposób szczególny zaś, każdego dnia, mówi do dzieci. Opracowane przez nią opowieści biblijne i słowa Jezusa skierowane do nas, to najlepszy sposób by pokazać najmłodszym czytelnikom, że sercem Pisma Świętego jest Boża miłość” – czytamy w notce wydawniczej.

    Dostępna jest także Komiksowa wersja Pisma Świętego. „Czytanie komiksu z małymi dziećmi to okazja do rozmów na tematy moralne i etyczne. Komiks angażuje najmłodszych dużo bardziej niż tradycyjne Słowo Boże. W kolejnych latach, gdy już samodzielnie będą sięgać po Biblię, z radością będą odszukiwać znane już historie” – podkreślają twórcy publikacji „Biblia. Komiks” – Doug Mauss, Sergio Cariello. Warstwa językowa i graficzna zachęcają do czytania. Ilustracje są barwne i dynamiczne i daleko im do idyllicznych przedstawień. Biblia Komiks od Wydawnictwa M to ponad 800 stron komiksu, a księga waży ponad dwa kilogramy!

    Z kolei dla nastoletnich dzieci ciekawą pozycją jest bez wątpienia „Pismo Święte dla młodych” z paginacją Domu Wydawniczego Rafael. To edycja Biblii Tysiąclecia przygotowana specjalnie dla młodych czytelników. Publikacja zawiera kolorowe grafiki, komentarze, objaśnienia, ciekawostki, didaskalia, przygodową stylizację, kolorowe mapy i wiele innych elementów, przygotowanych po to, aby młody czytelnik ze zrozumieniem i w pełni świadomie korzystał z dobrodziejstw Słowa Bożego.

    Kai.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA W OKTAWIE WIELKANOCY – 15 KWIETNIA

    * DZIEWIĄTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    Dziś z powodu mojego zastępstwa w szkockiej parafii

    spowiedź św. będzie po Mszy św. tak długo jak będzie potrzeba.

    MSZA ŚW. WIGILIJNA Z UROCZYSTOŚCI BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    O GODZ. 18.00

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tylko Boże Miłosierdzie może nas uratować!

    Tuż przed wybuchem II wojny światowej, w jednym z najtrudniejszych momentów dla ludzkości, Pan Jezus objawił się polskiej zakonnicy, aby przekazać jej prawdę dotyczącą całego świata. Jest to prawda o Bożym Miłosierdziu – jedynej nadziei dla zatwardziałych grzeszników...

    Za nami najważniejsze Święta chrześcijaństwa. Lecz zaraz po nich, zgodnie z życzeniem naszego Zbawiciela, w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, Kościół obchodzi uroczystość Bożego Miłosierdzia. Jej genezą była seria objawień, jakich doznała siostra Faustyna Kowalska w Płocku i Wilnie w latach trzydziestych XX wieku…

    To właśnie przez Polkę Bóg przekazał światu tajemnicę Swojego Miłosierdzia. Dlatego też to my, Polacy jesteśmy szczególnie zobowiązani do zgłębiania tej prawdy i propagowania jej w świecie! Niestety… choć na ten temat ukazało się już wiele opracowań, to pewna część z nich traktuje temat powierzchownie lub – co gorsza – używa Miłosierdzia Bożego jako usprawiedliwienia swoich i cudzych grzechów lub powodu do zapomnienia o Sądzie i karze…

    Bóg jest miłosierny, ale też sprawiedliwy. Jego Miłosierdzie to dla nas jedyna szansa na ocalenie, lecz potrzebna jest też nasza współpraca z Bożą łaską…

    Boże Miłosierdzie czeka na Ciebie!

    Przymierze z Maryją/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 kwietnia

    NIEDZIELA BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była Świętem Miłosierdzia”

    (słowa Pana Jezusa wypowiedziane do św. Faustyny Kowalskiej)

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW. PRZED I PO MSZY ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA 

    Święto Miłosierdzia w I niedzielę po Wielkanocy ustanowił całego Kościoła papież Jan Paweł II w dniu kanonizacji s. Faustyny Kowalskiej 30 kwietnia 2000 r.

    Wcześniej, jako pierwszy wpisał je do kalendarza liturgicznego kardynał Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej w roku 1985. Dziesięć lat później, na prośbę Polskiego Episkopatu, św. Jan Paweł II ustanowił to święto dla wszystkich diecezji w Polsce.


    Po raz pierwszy o ustanowieniu tego święta mówił Pan Jezus siostrze Faustynie w Płocku w 1931 r., gdy przekazywał swą wolę co do powstania obrazu: “Ja pragnę, aby było święto Miłosierdzia. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy – ta niedziela ma być świętem Miłosierdzia” (Dz. 49).

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy na Święto Miłosierdzia jest ściśle związane z wielkanocną Tajemnicą Odkupienia a tajemnicą Bożego Miłosierdzia. Ten związek podkreśla także Nowenna wraz z Koronką do Bożego Miłosierdzia, którą również Pan Jezus podyktował polecając, aby pierwszy dzień nowenny rozpoczynał się w Wielki Piątek.

    Święto Bożego Miłosierdzia jest dniem szczególnym, w którym Kościół uwielbia Boga w tajemnicy miłosierdzia a dla wszystkich ludzi jest czasem szczególnej łaski:

    W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Wielkość tego święta mierzy się miarą niezwykłych obietnic, jakie Pan Jezus z tym świętem związał: “Kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia – powiedział Chrystus – ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dz. 300).

    Niech się nie lęka zbliżyć do Mnie żadna dusza, chociażby grzechy jej były jako szkarłat” (Dz. 699).

    Aby skorzystać z tych wielkich darów, trzeba wypełnić warunki nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego (ufność w dobroć Boga i czynna miłość bliźniego) oraz być w stanie łaski uświęcającej (po spowiedzi świętej) i godnie przyjąć Komunię Świętą.

    ____________________________________________________

    Modlitwa, którą św. Jan Paweł II wypowiedział podczas konsekracji Bazylki Bożego Miłosierdzia 7 sierpnia 2002 roku w Łagiewnikach:

    Boże, Ojcze Miłosierny, który objawiłeś swoją miłość

    w Twoim Synu Jezusie Chrystusie,

    i wylałeś ją na nas w Duchu Świętym, Pocieszycielu,

    Tobie zawierzamy dziś losy

    świata i każdego człowieka.

    Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość,

    przezwycięż wszelkie zło,

    pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi

    doświadczyć Twojego miłosierdzia,

    aby w Tobie, Trójjedyny Boże,

    zawsze odnajdywali źródło nadziei.

    Ojcze Przedwieczny,

    dla bolesnej męki i zmartwychwstania Twojego Syna,

    miej miłosierdzie dla nas i całego świata!

    _______________________________________________________________________

    Ostatnia deska ratunku
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Dlaczego tę niedzielę porównuje do „drugiego chrztu”?

    Największa łaska

    Sam Jezus chciał, aby niedziela po Wielkanocy była obchodzona w Kościele jako Niedziela Miłosierdzia. Mówił o tym do św. siostry Faustyny Kowalskiej. Największą łaską jaką możemy otrzymać jest „zupełne odpuszczenie win i kar”. Należy w tym dniu przyjąć Komunią świętą po dobrze odprawionej spowiedzi (bez przywiązania do najmniejszego grzechu). W 2000 roku, podczas kanonizacji św. siostry Faustyny, papież Jan Paweł II ogłosił drugą niedzielę wielkanocną jako Niedzielę Miłosierdzia dla całego Kościoła.

    Słowa klucze

    Jezus: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.

    Najlepszym komentarzem do tego fragmentu są słowa Jezusa, które powiedział podczas jednego z objawień św. siostrze Faustynie:
    „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski (Dzienniczek św. s. Faustyny, nr 699).

    Ks. Prof. Ignacy Różycki, który był członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, a wcześniej na polecenie kard. Karola Wojtyły jako arcybiskupa krakowskiego przeprowadził teologiczną analizę Dzienniczka św. s. Faustyny tak skomentował tę obietnicę Jezusa:
    „odpuszczenie wszystkich win i kar jest tylko sakramentalną łaską chrztu świętego. W przytoczonych zaś obietnicach Chrystus związał odpuszczenie win i kar z Komunią świętą przyjętą w święto Miłosierdzia, czyli pod tym względem podniósł ją do rzędu «drugiego chrztu»”.

    Dziś

    W Niedzielę Miłosierdzia możemy otrzymać łaskę porównywaną przez teologów do „drugiego chrztu”. Wykorzystajmy tę okazję, którą daje nam Jezus i powiedzmy o tym innym.

    ks. Paweł Rytel Andrianik/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpust zupełny na Święto Miłosierdzia

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Ażeby wierni przeżywali to święto z głęboką pobożnością, Ojciec Święty rozporządził, że we wspomnianą niedzielę będzie można dostąpić odpustu zupełnego, zgodnie ze wskazaniami podanymi poniżej. Dzięki temu wierni będą mogli obficiej korzystać z daru pocieszenia Ducha Świętego, a przez to żywić coraz większą miłość do Boga i bliźniego; kiedy zaś uzyskają oni Boże przebaczenie, sami będą z kolei gotowi przebaczyć ochoczo braciom.

    Dzięki temu wierni w sposób doskonalszy zachowywać będą ducha Ewangelii, urzeczywistniając w sobie odnowę wskazaną i wprowadzoną przez Sobór Watykański II: «Chrześcijanie, pamiętając o słowach Pana: ‘Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali’ (J 13, 35), niczego nie powinni pragnąć goręcej, niż żeby coraz wielkoduszniej i skuteczniej służyć ludziom w dzisiejszym świecie. (…) Ojciec zaś chce, abyśmy we wszystkich ludziach rozpoznali Chrystusa jako brata i skutecznie miłowali, tak słowem, jak i czynem» (Gaudium et spes, 93).

    Dlatego Ojciec Święty, powodowany gorącym pragnieniem rozbudzenia w chrześcijańskim ludzie jak najżywszej czci Bożego Miłosierdzia – ze względu na przebogate duchowe owoce, jakie może ona wydać – podczas audiencji udzielonej w dniu 13 czerwca 2002 r. niżej podpisanym, przełożonym Penitencjarii Apostolskiej, zechciał przyznać odpusty na następujących zasadach:

    Udziela się odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, komunia eucharystyczna, modlitwa w intencjach papieskich) wiernemu, który w II Niedzielę Wielkanocną, czyli Miłosierdzia Bożego, w jakimkolwiek kościele lub kaplicy, z sercem całkowicie wolnym od wszelkiego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu, choćby powszedniego, weźmie udział w pobożnych praktykach spełnianych ku czci Bożego Miłosierdzia albo przynajmniej odmówi przed Najświętszym Sakramentem Eucharystii, wystawionym publicznie lub ukrytym w tabernakulum, modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    Udziela się odpustu cząstkowego wiernemu, który – przynajmniej z sercem skruszonym – skieruje do Pana Jezusa Miłosiernego jedno z prawnie zatwierdzonych pobożnych wezwań.

    Ponadto marynarze, którzy wykonują swoje obowiązki na niezmierzonych obszarach mórz; niezliczeni bracia, których tragedie wojenne, wy- darzenia polityczne, uciążliwe warunki naturalne i inne podobne przyczyny zmusiły do opuszczenia rodzinnej ziemi; chorzy i ich opiekunowie oraz ci wszyscy, którzy z uzasadnionej przyczyny nie mogą opuścić domów lub wykonują pilnie potrzebne zadania dla dobra społeczności, mogą uzyskać odpust zupełny w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, jeśli wyrzekając się cał- kowicie jakiegokolwiek grzechu, jak to zostało powiedziane powyżej, i z zamiarem spełnienia – gdy tylko będzie to możliwe – trzech zwykłych warunków, odmówią przed świętym wizerunkiem naszego Pana Jezusa Miłosiernego modlitwę «Ojcze nasz» i Credo, dodając pobożne wezwanie do Pana Jezusa Miłosiernego (np. «Jezu Miłosierny, ufam Tobie»).

    www.faustyna.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi 
    i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu.
    A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. 

    Mt 6, 6

    Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje

    Św. Siostra Faustyna Kowalska zapisała w pierwszym zeszycie swojego “Dzienniczka” modlitwę, w której kolejne wezwania rozpoczyna słowami “Dopomóż mi, Panie” (nr 163)


    + Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie; niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moją do bliźnich.

    Dopomóż mi do tego, o Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.

    Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnich, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich.

    Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.

    Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.

    Dopomóż mi, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie. Prawdziwe moje odpocznienie jest w usłużności bliźnim.

    Dopomóż mi, Panie, aby serce moje było miłosierne, bym czuła ze wszystkimi cierpieniami bliźnich. Nikomu nie odmówię serca swego. Obcować będę szczerze nawet z tymi, o których wiem. że nadużywać będą dobroci mojej, a sama zamknę się w najmiłosierniejszym Sercu Jezusa. O własnych cierpieniach będę milczeć. Niech odpocznie miłosierdzie Twoje we mnie, o Panie mój. (Dz. 163).

    Św. Siostra Faustyna o modlitwie

    Dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie, powinna się modlić. Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swą piękność; modlić się musi dusza dążąca do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę (Dz. 146).

    Niech dusza wie, że aby się modlić i wytrwać w modlitwie, musi się uzbroić w cierpliwość i mężnie pokonywać trudności zewnętrzne i wewnętrzne – trudności wewnętrzne: zniechęcenie, oschłości, ociężałość, pokusy; zewnętrzne: wzgląd ludzki – uszanować chwile, które są przeznaczone na modlitwę. Sama tego doświadczyłam, że jeżeli nie odprawiłam modlitwy w czasie dla niej przeznaczonym, później też jej nie odprawiłam, bo mi obowiązki nie pozwoliły, a jeżeli ją odprawiłam, to z wielkim trudem, bo myśl ucieka do obowiązku.

    Zdarzała mi się ta trudność, że jeżeli dusza dobrze odprawiła modlitwę i wyszła z niej z wewnętrznym, głębokim skupieniem, inni sprzeciwiają jej się w tym skupieniu, a więc musi być cierpliwość, aby wytrwać w modlitwie. Zdarzała mi się rzecz taka niejednokrotnie, że kiedy dusza moja była głębiej pogrążona w Bogu i większy owoc odniosła z modlitwy, i obecność Boża towarzyszyła w ciągu dnia, a przy pracy było większe skupienie i większa dokładność, i wysiłek w obowiązku – to jednak zdarzało mi się, że właśnie wtenczas najwięcej miałam upomnień, że jestem nieobowiązkowa, że jestem obojętna na wszystko, bo dusze mniej skupione chcą, aby i inni byli im podobni, ponieważ są dla nich ustawicznym wyrzutem (Dz. 147).

    Poznałam, jak bardzo potrzeba nam wytrwałości w modlitwie, i od takiej ciężkiej modlitwy zależy nieraz nasze zbawienie (Dz. 157).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nieobjęte miłosierdzie

    Nieobjęte miłosierdzie

     

    To dość symptomatyczne, że w numerze na drugą niedzielę wielkanocną, od jakiegoś czasu przeżywaną jako Niedziela Miłosierdzia Bożego, rozmowę „Gościa” przeprowadzamy z… filozofem.

    Choćby dlatego, żeby podkreślić, że Boże „bycie miłosiernym” (utożsamione po objawieniach świętej siostry Faustyny z „byciem Miłosierdziem”) nie oznacza jakiegoś eskalowania emocji, ulotnych, subiektywnych odczuć. Oznacza raczej to, co najważniejsze: Kim jest Pan Bóg. Oczywiście można sobie zadawać pytanie, po co w ogóle o miłosierdziu mówić i czy nie wystarczy samo mówienie o miłości. Otóż nie wystarczy, gdyby wystarczyło, to objawienia Miłosiernego byłyby niepotrzebne. Wracając jednak do filozofa – zagadnięty przez Piotra Sachę, czy to Bóg się tak dobrze ukrywa, czy my Go tak niedoskonale szukamy, profesor Jacek Wojtysiak odpowiedział: „Wielu filozofów podkreślało, że Bóg jest kompletnie od nas różny. Przekracza świat, co język filozofii nazywa transcendencją. Nie jesteśmy w stanie objąć nieskończoności. Dlatego w jakimś stopniu Bóg zawsze pozostanie dla nas zakryty. To trochę tak, jakby dziecku, które dopiero zaczyna mówić, kazać opisać mamę. Jednak po pierwsze – ono nie opanowało jeszcze języka, po drugie – mama jawi się mu jako nieobjęta. To ona je obejmuje, a nie na odwrót. Przy odrobinie pokory możemy czuć tajemnicę Boga jak dziecko czuje matkę” („Bóg ukryty i smak wiary”, ss. 22–24). Mnie się to porównanie do obejmowania mamy albo do opisywania jej przez niemowlę spodobało, i to bardzo, a temat Boga ukrytego nowy przecież nie jest – Karol Wojtyła napisał poemat pod tym właśnie tytułem i publikował jego fragmenty w okresie seminarium. „Więc w takiej ciszy ukryty ja – liść, oswobodzony od wiatru, już się nie troskam o żaden z upadających dni, gdy wiem, że wszystkie upadną” brzmi mi w uszach do dzisiaj i akurat „dzisiaj” chcę powiedzieć, że w tych krótkich słowach młody Wojtyła oddał całą rzeczywistość Bożego miłosierdzia. „Nie troskam się” to przecież trochę inna odsłona „Jezu, ufam Tobie”.

    Nie jesteśmy w stanie objąć nieskończoności, w tym nieskończonego Bożego miłosierdzia. Nawet jeśli możemy – a wręcz mamy obowiązek – naśladować je w okazywaniu miłosierdzia innym, zawsze będzie to jakoś niedoskonałe. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że objawienia Miłosierdzia miały miejsce we właściwym czasie i miejscu, i wobec właściwej osoby. Prosta i głęboka duchowość Faustyny nie miała w sobie nic z porywających racjonalnością umysłów największych teologów wszech czasów. I to był jej atut – mogła stać się tym niemowlęciem, które usiłuje „opisać mamę” (płacząc co chwila z powodu niedoskonałości swoich słów albo niedoskonałości obrazu, który powstał pod ich wpływem). Nie próbowała obejmować, zamiast tego sama pozwoliła się objąć, a modlitwa przekazana przez nią światu jest najczęściej obecnie odmawianą modlitwą polską na wszystkich kontynentach. Filozofom się w głowie nie mieści, co pomieścić może serce kochającego niemowlęcia. I jak nieobjęte jest miłosierdzie naszego Boga.

    ks. Adam Pawlaszczyk/15.Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Boże Miłosierdzie przewraca do góry nogami nasze patrzenie na świat

    Boże Miłosierdzie przewraca do góry nogami nasze patrzenie na świat

    Happiness without/CC 2.0/Gość Niedzielny

    ***

    O rewelacyjnym rozumieniu Bożego Miłosierdzia przez św. Teresę z Lisieux mówi ks. prof. Andrzej Muszala.

    Jarosław Dudała: O co chodzi w miłosierdziu? O pomoc ubogiemu, choremu czy grzesznemu? A Miłosierdzie Boże? To odpuszczenie grzechów, ewentualnie jakieś cudowne uzdrowienie?


    Ks. prof. Andrzej Muszala:
     A skądże! To tylko jakiś maleńki ułamek tego, co rozumiemy pod tym pojęciem.
    Szerszy obraz daje już choćby 14 uczynków miłosierdzia względem ciała i względem duszy. Tam jest mowa  np. o tym, aby smutnych pocieszać, a wątpiącym dobrze radzić (dobra rada może nawet uratować komuś życie!).
    Św. Teresa z Lisieux jeszcze bardziej rozszerzyła rozumienie Miłosierdzia Bożego . W swoich „Rękopisach” zaraz na początku zastanawiała się, o czym właściwie miałaby pisać (a pisała z polecenia swojej przełożonej). I doszła do wniosku, że chce wyśpiewać Miłosierdzie Pana. Właściwie to użyła liczby mnogiej (les miséricordes du Seigneur); to coś jakby chciała opowiadać o wielu “miłosierdziach Pana”, czyli różnych jego przejawach.
    Teresa uważa, że wszystko, co się wydarzyło w jej życiu, jest dziełem Miłosierdzia Bożego. Począwszy od tego, że się urodziła, poprzez to, że miała rodziców, siostry, że rodzina przekazała jej wiarę. Podkreśla, że na żadną z tych rzeczy nie zasłużyła.
    Zresztą, nie tylko ona. Bo kto sobie nabył własne życie? Kto sobie kupił swoją sytuację życiową? Dlaczego mamy takich a nie innych rodziców? To wszystko dostaliśmy za darmo. Tymczasem ludzie są często roszczeniowi. Wydaje im się, że ciągle coś im się należy. Nie widzą, że właściwie niemal wszystko, co najcenniejsze, dostali za darmo. Każdy moment życia to przejaw Miłosierdzia Bożego.

    A te złe momenty?
    Teresa uznawała za przejaw Bożego Miłosierdzia także to, że chorowała. Że miała trudne siostry w klasztorze. Ona to wszystko odczytywała jako jedno wielkie Miłosierdzie Boże.

    To ewidentne pójście pod prąd. Bo my raczej prosimy Boże Miłosierdzie o zdrowie, o życzliwe otoczenie…
    Ona uważała za dary Bożego Miłosierdzia i te dobre elementy, i te – w ludzkim rozumieniu – złe. Dlaczego? Bo nawet w najtrudniejszym doświadczeniu jest jakiś pozytywny ładunek. I ona próbowała go odkryć. Gdy np. miała trudną, irytującą współsiostrę, to widziała w tym akt Miłosierdzia Bożego polegający na tym, że dzięki niej mogła zobaczyć własną wadę (złość, niecierpliwość) i nad nią pracować.
    To rozszerzenie pojęcia Miłosierdzia Bożego odczytuję jako wielkie odkrycie tej świętej. Tu nie chodzi tylko o przebaczenie grzechów. Tymczasem my często tak właśnie rozumiemy Miłosierdzie Boga: sprowadzamy je do odpuszczenia grzechów. A to, że Bóg dał nam wszystko? To dopiero jest Miłosierdzie Boże! Bóg nie musiał nam tego dać – a dał!

    W tym ujęciu aktem Bożego Miłosierdzia było stworzenie świata, jego podtrzymywanie w istnieniu i odkupienie.

    To podstawowe pytanie filozoficzne: dlaczego coś jest? Dlaczego jestem ja? Dlaczego jest ziemia? Dlaczego jest ten kwiatek? Przecież mogło go nie być. A jednak jest. Czyli ktoś tego chciał!
    Oczywiście, można powiedzieć, że to dzieło przypadku, ewolucji. Ale jeśli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to wierzymy, że za tym wszystkim stoi Ktoś większy, a nie tylko przypadek. Zresztą, czy Bóg nie mógł stworzyć przypadku? Może przypadek też jest wyrazem Miłosierdzia Bożego? To, że sprawy potoczyły się tak a nie inaczej? Że świat się rozwija? Że stworzenia mają swoją wolność, swoją autonomię? Oczywiście, ceną wolności jest nieraz cierpienie. Ale bez niego wolność nie byłaby możliwa. Nasza wolność jest także wyrazem Bożego Miłosierdzia.
    Jeśli człowiek tak patrzy na życie, to przyjmuje zupełnie inną optykę. Jest wdzięczny za każdą chwilę. Nie jest roszczeniowy. Nie ma pretensji, że tego czy tamtego nie ma.
    Nieskończone Miłosierdzie Boże to pryzmat, przez który powinniśmy patrzeć na nasze życie. Patrzeć z nadzieją, która jest jedną z najpiękniejszych chrześcijańskich cnót. Wtedy człowiek na nic nie narzeka. A wszystko zyskuje jakiś pozytywny wydźwięk.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W niedzielę Święto Miłosierdzia Bożego

    Święto Miłosierdzia Bożego obchodzone jest w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, zwaną obecnie Niedzielą Miłosierdzia Bożego. Święto to – obowiązujące w Kościele powszechnym od 2000 r. – ukazuje jedną a najważniejszych prawd chrześcijaństwa.

    fot. Beata Pieczykura/Tygodnik Niedziela

    ***

    Zostało ustanowione przez Jana Pawła II w odwołaniu do objawień s. Faustyny Kowalskiej, na zawartą w nich prośbę samego Jezusa. Zabiegi o ustanowienie tego święta sięgają roku 1938 r., które po śmierci św. Faustyny podjął jej spowiednik ks. Michał Sopoćko.

    Wybór pierwszej niedzieli po Wielkanocy nie jest przypadkowy – na ten dzień przypada oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, która wieńczy obchody Misterium Paschalnego Chrystusa. Ten okres w liturgii Kościoła ukazuje tajemnicę miłosierdzia Bożego, która najpełniej została objawiona właśnie w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Inaczej mówiąc – nie byłoby dzieła odkupienia, gdyby nie było miłosierdzia Boga.

    Przygotowaniem do obchodów święta jest nowenna, polegająca m. in. na odmawianiu Koronki do Miłosierdzia Bożego przez 9 dni, poczynając od Wielkiego Piątku. W tej nowennie – mówił sam Jezus – „udzielę duszom wszelkich łask” (Dz. 796).

    Święto Miłosierdzia zamyka Oktawę Wielkanocy oraz otwiera Tydzień Miłosierdzia. Tydzień Miłosierdzia jest czasem, który wzywa do refleksji i bardziej uważnego rozejrzenia się wokół, by lepiej dostrzec tych, którzy szczególnie potrzebują naszej pomocy. Jest czasem budzenia „wyobraźni miłosierdzia”, o którą apelował Jan Paweł II, po konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu. Obecnie apel ten nabiera wyjątkowego znaczenia ze względu na panującą w Polsce i na świecie epidemię.

    Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 roku Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.

    Święto odpowiedzią na prośbę samego Jezusa

    Inspiracją dla ustanowienia Święta Miłosierdzia Bożego było pragnienie Jezusa, które przekazała Siostra Faustyna. Pan Jezus powiedział do niej: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia (Dz. 299). Pragnę, aby święto Miłosierdzia, było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W dniu tym otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które się zbliżą do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski” (Dz. 699).

    Kult Bożego Miłosierdzia

    Pierwsze objawienia s. Faustyna miała w 1931 r. w Płocku, a później w Wilnie. Wedle jej wskazań malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował obraz “Jezu Ufam Tobie” w 1934 r. w Wilnie. Wówczas wydrukowano także jego małe, czarno-białe reprodukcje. Został on umieszczony w wileńskim kościele św. Michała, w 1948 r. skonfiskowany przez sowietów, ale wykupiony potajemnie przez wiernych i ukryty.

    Maleńkie modlitewniki z Koronką i reprodukcją obrazu Jezusa Miłosiernego, w czasie II wojny światowej były bardzo popularne. Jest wiele świadectw mówiących o tym, że właśnie w trudnym okresie wojny wierni spontanicznie zwracali się do Miłosierdzia Bożego. Żołnierze polscy roznieśli orędzie s. Faustyny na cały świat.

    Dzięki Polakom z armii Andersa, utworzonej w 1941 roku w ZSRR, kult Miłosierdzia dotarł do Iranu, Palestyny, Libanu, Egiptu, a stamtąd – do Afryki i Włoch. Wielkie zasługi w szerzeniu kultu poza granicami oddał marianin ks. Józef Jarzębowski, który podczas okupacji wydostał się z Wilna wywożąc memoriał o nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego ks. Michała Sopoćki, spowiednika s. Faustyny i dotarł w niemal cudowny sposób do Stanów Zjednoczonych, podróżując przez Syberię i Japonię. Jeszcze w czasie wojny pojawiły się teksty nowenny, koronki oraz litanii do Miłosierdzia Bożego w językach: niemieckim, litewskim, francuskim, włoskim i angielskim.

    W 1943 r. krakowski spowiednik s. Faustyny, o. Józef Andrasz, jezuita, poświęcił drugi obraz Jezusa Miłosiernego namalowany przez Adolfa Hyłę, także według wizji s. Faustyny i ofiarowany do klasztornej kaplicy Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia w Łagiewnikach. O. Andrasz zapoczątkował też uroczyste nabożeństwo ku czci Miłosierdzia Bożego. Kaplica, która służyła dotąd siostrom i ich wychowankom, stała się miejscem publicznego kultu. Wizerunek bardzo szybko zasłynął licznymi łaskami.

    Próba ogniowa

    Zaraz po zakończeniu wojny, już w 1946 roku w sprawę zatwierdzenia kultu zaangażowali się biskupi polscy. W 1948 roku skierowana została prośba do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego w myśl poleceń, które otrzymała s. Faustyna (Dzienniczek, nr 49,88,1530). 27 lutego 1948 r. rozgłośnia Radia Watykańskiego nadała audycję o siostrze Faustynie i jej posłannictwie.

    Pod koniec lat 50., według Marii Winowskiej – autorki biografii s. Faustyny, apostołka Miłosierdzia Bożego znana była w całej Europie, obu Amerykach, w Australii, w wielu krajach Azji i Afryki. Dzieła teologiczne poświęcone Miłosierdziu Bożemu oraz obrazki wraz z koronką do Miłosierdzia Bożego ukazały się w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim, włoskim, niemieckim oraz w liturgicznym wówczas języku Kościoła – po łacinie. Same teksty nabożeństw i akt “Jezu, ufam Tobie!” przetłumaczone zostały ponadto na litewski, łotewski, niderlandzki, czeski, słowacki, ukraiński, węgierski oraz chorwacki. W Polsce istniało już wiele ośrodków, w których czczono Boże Miłosierdzie.

    W tej sytuacji sporym zaskoczeniem była Notyfikacja Świętego Oficjum z 1958 r., które kwestionowało nadprzyrodzoność objawień siostry Faustyny, sprzeciwiało się wprowadzeniu święta Miłosierdzia Bożego, zakazywało rozpowszechniania obrazków i pism propagujących nabożeństwo w formach proponowanych przez siostrę Faustynę. Wątpliwości związane były nie tyle z samym kultem, co wynikały z pewnych nieprawidłowości w jego formach. Głównym powodem wydania przez Święte Oficjum dekretu zakazującego nowego kultu było rozpowszechnianie wyrwanych z kontekstu albo niedokładnych i “poprawionych” przez jedną z sióstr fragmentów „Dzienniczka” siostry Faustyny, obecnych we włoskim tłumaczeniu, które dotarło do kongregacji. Watykańscy eksperci opierali się na niedokładnych i źle przetłumaczonych odpisach rękopisów „Dzienniczka”. Ich autorka, siostra Ksawera Olszamowska, działając w dobrej wierze, „poprawiła” nieco dzieło Faustyny. Opuściła wielostronicowe fragmenty tekstu, pominęła wiele zdań i pozmieniała sens niektórych sformułowań.

    W drugiej nocie Świętego Oficjum z 6 marca 1959 r. autorzy wycofali się jednak z negatywnego sądu co do prawdziwości objawień, nie zakazywano tak ostro propagowania samego kultu, ale powierzono to „roztropności biskupów, włącznie z usunięciem obrazów, które ewentualnie zostały już wcześniej wystawione do kultu”. W związku z czym obrazy ze świątyń zostały usunięte, zaprzestano organizowania nabożeństw.

    Jednak ówczesny metropolita krakowski abp Eugeniusz Baziak, zdecydował, że obraz Adolfa Hyły przedstawiający Jezusa Miłosiernego, związany z objawieniem siostry Faustyny ma pozostać tam, gdzie był, czyli w kaplicy klasztoru w Łagiewnikach. Z innych kościołów został usunięty.

    Zasadniczą rolę w zdjęciu zakazu i dalszym rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego odegrał następca abp Baziaka, abp Karol Wojtyła, który nie miał wątpliwości co do prawdziwości objawień siostry Faustyny i szczególnej aktualności przesłania o Bożym Miłosierdziu. Będąc młodym księdzem wracał często do kaplicy w Łagiewnikach. Kronika sióstr odnotowuje, że ksiądz Wojtyła kilkakrotnie głosił kazanie w trzecią niedzielę miesiąca w czasie Mszy świętej i nabożeństwa do Bożego Miłosierdzia.

    Wojtyła jako arcybiskup krakowski od 1964 r., przyjął mądrą strategię polegającą na tym, że najpierw należy doprowadzić do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny, a potem dopiero podjąć kroki mające na celu propagowanie kultu Bożego miłosierdzia.

    Proces informacyjny ws. siostry Faustyny w archidiecezji krakowskiej rozpoczął się w 1965. Zakończył po dwóch latach, a w 1968 zaczął być prowadzony jej proces beatyfikacyjny w watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. W tym czasie kard. Wojtyła zarządził nowe wydanie „Dzienniczka”, gdzie tekst został skopiowany dosłownie, bez opuszczeń i dopisków oraz ze zwróceniem uwagi na podkreślenia ołówkiem, którym s. Faustyna zaznaczała słowa Jezusa. Zlecił ekspertyzę teologiczną “Dzienniczka” s. Faustyny ks. prof. Ignacemu Różyckiemu z krakowskiego Papieskiego Wydziału Teologicznego, który znany był z tego, że nie był przekonany do orędzia siostry Faustyny. Jednakże napisana przez niego obiektywna, naukowa analiza, dała podstawy do tego, że Paweł VI w 1978 r. odwołał ograniczenia dotyczące kultu Bożego Miłosierdzia. W tym samym roku kard. Wojtyła został papieżem.

    Encyklika i “Dzienniczek”

    W 1980 roku Jan Paweł II ogłosił encyklikę „Dives in misericordia” o Bożym Miłosierdziu. Ważny etap rozwoju kultu stanowiła beatyfikacja s. Faustyny (18 kwietnia 1993 w Rzymie). Siedem lat później, 30 kwietnia 2000 r., bł. s. Faustyna Kowalska została wyniesiona przez Jana Pawła II do chwały ołtarzy jako święta. 5 maja 2000 r. Kongregacja Kultu Bożego i ds. Dyscypliny Sakramentów wydała dekret ustanawiający obowiązujące w całym Kościele powszechnym Święto Miłosierdzia Bożego. Polecenia Pana Jezusa, sformułowane w trakcie objawień zostały tym samym zrealizowane.

    W Polsce do rozwoju kultu Miłosierdzia Bożego przyczyniło się także wydane w 1981 r. krytyczne opracowanie “Dzienniczka” w jego oryginalnym kształcie. W połowie lat 80. nie było już diecezji, która by nie miała parafii pw. Miłosierdzia Bożego.

    Święto Miłosierdzia Bożego wpisał do kalendarza liturgicznego najpierw kard. Franciszek Macharski dla archidiecezji krakowskiej (1985), a potem niektórzy biskupi polscy w swoich diecezjach. Na prośbę Episkopatu Polski Jan Paweł II w 1995 roku wprowadził to święto dla wszystkich diecezji w Polsce. Po kanonizacji Siostry Faustyny 30 kwietnia 2000 r. Papież ogłosił to święto jako obowiązujące w całym Kościele.

    17 sierpnia 2002 roku Jan Paweł II zawierzył świat Bożemu Miłosierdziu. Tego dnia w Krakowie-Łagiewnikach konsekrował świątynię pod wezwaniem Bożego Miłosierdzia i ustanowił w niej światowe sanktuarium Miłosierdzia Bożego.

    „Tobie zawierzamy dziś losy świata i każdego człowieka. Pochyl się nad nami grzesznymi, ulecz naszą słabość, przezwycięż wszelkie zło, pozwól wszystkim mieszkańcom ziemi doświadczyć Twojego miłosierdzia, aby w Tobie, Trójjedyny Boże, zawsze odnajdywali źródło nadziei” – modlił się wówczas Papież, powierzając cały świat Bożemu Miłosierdziu.

    „Czynię to z gorącym pragnieniem, aby orędzie o miłosiernej miłości Boga, które tutaj zostało ogłoszone za pośrednictwem Siostry Faustyny, dotarło do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniało ich serca nadzieją. Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na całą naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat” – wyjaśniał, apelując, że „Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia, gdyż w miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście”.

    „To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy tutaj przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!” – apelował.

    Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca po pierwszych Nieszporach Niedzieli Miłosierdzia 2005 r. – uroczystości, którą sam ustanowił.

    Do sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Krakowie Łagiewnikach przybywało corocznie przed wybuchem pandemii około 2, 5 miliona pielgrzymów z Polski i wszystkich kontynentów. Szczególnie licznie sanktuarium odwiedzili młodzi podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku w Krakowie.

    Jednym z owoców konsekracji świata Bożemu Miłosierdziu w Krakowie, była decyzja o utworzeniu sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Wilnie, mieście, gdzie s. Faustyna doświadczyła większości swych objawień. Obecny na uroczystościach w Łagiewnikach metropolita wileński kard. Audrys Juozas Bačkis postanowił pracować nad ożywieniem kultu na całej Litwie. Pierwszym krokiem miało być otwarcie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Kardynał wyremontował w tym celu kościół św. Trójcy w Wilnie, do którego przeniósł we wrześniu 2005 r. cudowny obraz Jezusa Miłosiernego. Obraz ten od czasów wojny, przez kilkadziesiąt lat ukrywany był w jednej z parafii na Białorusi, a do Wilna powrócił w 1987 r. i początkowo umieszczony został w należącym do miejscowych Polaków kościele Świętego Ducha. Dziś w wileńskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia każdego dnia sprawowane są liturgie zarówno po litewsku jak i po polsku oraz w wielu innych jeżykach. Przybywają tam pielgrzymi z całego świata.

    W Polsce obok sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach kult Miłosierdzia Bożego szerzony jest również w kilku innych sanktuariach, to znaczy w Płocku, w Dolinie Miłosierdzia w Częstochowie, w Myśliborzu, w Ożarowie Mazowieckim, w Kaliszu, Warszawie, w Białymstoku, w Świnicach Warckich.

    Kult w skali świata

    We Włoszech główne miejsce szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego stanowi Centro della Divina Misericordia przy kościele Santo Spirito in Sassia w Rzymie w pobliżu Watykanu. Specyficzną formą szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego w tym kraju jest peregrynacja obrazu Jezusa Miłosiernego do parafii i wspólnot zakonnych, które tego pragną. Kilkudniowy pobyt obrazu Jezusa Miłosiernego w parafii lub wspólnocie kończy się zapoczątkowaniem odmawiania na stałe koronki do Miłosierdzia Bożego i Godziny Miłosierdzia.

    W Niemczech od 1987 roku działa w Brilon Schwester Faustine Sekretariat, zajmujący się wydawaniem i dystrybucją obrazków, folderów i książek propagujących posłannictwo św. Siostry Faustyny i jej duchowość.

    We Francji od zakończenia II wojny światowej kult Miłosierdzia Bożego szerzą księża pallotyni z ośrodka w Osny pod Paryżem. W 1993 roku wznowione zostało po 35 latach przerwy czasopismo pt. “Messager de la Misericorde Divine”. Kult Jezusa Miłosiernego sprawowany jest w około 100 kościołach, kaplicach i wspólnotach zakonnych we Francji.

    W Portugalii szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego zajmuje się Apostolat Miłosierdzia Bożego z siedzibą w Balsamao. Oprócz Balsamao istnieje w Lizbonie ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego założony przez Stowarzyszenie Katolików Świeckich pod nazwą “Odnowić wszystko w Chrystusie”.

    W Anglii i Irlandii istnieją liczne ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego prowadzone przez księży marianów, a także ludzi świeckich. Za przykład można podać Fawley Court w Henley-on-Thames w Anglii. Ośrodek ten rozwija działalność duszpasterską i wydawniczą.

    W Czechach ośrodki kultu Miłosierdzia Bożego w Brnie i innych miastach utrzymują kontakty z sanktuariami polskimi. Czciciele Miłosierdzia Bożego z Czech co roku licznie przybywają do sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach na święto Miłosierdzia.

    Na Węgrzech główny ośrodek kultu Miłosierdzia Bożego mieści się w Egerze, a osobą odpowiedzialną za kontakty i współpracę Episkopatu Węgier z sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach jest tamtejszy sufragan bp Istvan Katona.

    Na Słowacji księża pallotyni budują w Spisska Nova Ves kościół pod wezwaniem Bożego Miłsoierdzia i od 1997 roku wydają czasopismo “Apostol Bozieho Molosrdenstva”.

    W Szwecji od 1995 roku grupa czcicieli Miłosierdzia Bożego gromadzi się regularnie przy parafii Najświetszej Maryi Panny w Malmo. Podobne grupy działają w Boras i w Göteborgu.

    Bardzo żywo kult miłosierdzia rozwija się od czasów II wojny światowej w Stanach Zjednoczonych. Obecnie w USA istnieje 75 sanktuariów Bożego Miłosierdzia, na czele z Narodowym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Stanów Zjednoczonych w Stockbridge w stanie Massachusatts.

    Kult, zapoczątkowany objawieniami św. Faustyny, jest bardzo rozpowszechniony także w Ameryce Południowej i Afryce, na Filipinach, Korei i Nowej Zelandii. W Australii działa Bractwo Miłosierdzia Bożego, które zrzesza ponad 5 tys. osób z 14 krajów. Bardzo prężnym ośrodkiem duszpasterskim i wydawniczym jest również kanadyjska wspólnota w Verdun, której członkowie troszczą się o ludzi zagubionych moralnie.

    Czciciele Miłosierdzia Bożego zrzeszają się ponadto w dwóch międzynarodowych organizacjach: Stowarzyszeniu Apostołów Bożego Miłosierdzia “Faustinum”, które liczy ok. 5 tys. osób z ponad 40 krajów oraz w wielomilionowym Apostolskim Ruchu Bożego Miłosierdzia. W samych Stanach Zjednoczonych należy do niego ok. miliona osób.

    Szerzeniem orędzia Miłosierdzia Bożego w szczególny sposób zajmuje się założone w 1862 r. w Warszawie zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, do którego należała s. Faustyna oraz Siostry Jezusa Miłosiernego – zgromadzenie założone w 1942 r. w Wilnie przez kierownika duchowego i spowiednika s. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćkę.

    Marcin Przeciszewski/Kai – Warszawa/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rzymskie ślady miłosierdzia. Te powiązania Rzymu i Polski trwają od kilkuset lat

    Rzymskie ślady miłosierdzia. Te powiązania Rzymu i Polski trwają od kilkuset lat

    Kościół pw. Ducha Świętego w Rzymie. Tu w XII wieku powstał pierwszy w Europie szpital, a przy nim pierwsze na świecie okno życia./fot. Istock/Gość Niedzielny

    ***

    Miłosierdzie Boże łączy niewidzialną linią Rzym z Polską. To znad Tybru przez stulecia docierały do nas inspiracje, które w XX wieku zaczęły powracać za sprawą św. Faustyny i św. Jana Pawła II. Tak historia zatoczyła koło.

    Wprzewodnikach turystycznych możemy znaleźć bardzo wiele informacji o rzymskich polonikach i polityczno-kulturalnych związkach naszego kraju ze stolicą Włoch. Popularnym opracowaniom umykają jednak niezwykle istotne i głębokie, mające kilkusetletnią tradycję wzajemne relacje Rzymu i Polski oparte na Bożym miłosierdziu.

    Pierwsze okno życia

    19 marca obchodzić będziemy kolejną rocznicę powołania do istnienia w Polsce okien życia. Pierwsze z nich otwarto 19 marca 2006 roku w Krakowie, przy klasztorze sióstr nazaretanek (ul. Przybyszewskiego). Ta szlachetna inicjatywa, która matkom rezygnującym z jakiegoś bolesnego powodu z własnego dziecka umożliwia jego bezpieczne przekazanie do adopcji, realizowana jest dzisiaj przez ponad 60 okien życia na terenie całej Polski. Od 2006 roku pozostawiono w nich ponad 160 dzieci.

    Mało kto jednak wie, że pierwowzór tego miejsca, będącego polskim fenomenem XXI wieku, znajduje się w Rzymie, w dawnym szpitalu Ducha Świętego, tuż przy Watykanie. To właśnie tam papież Innocenty III (zm. 1216), dowiedziawszy się o noworodkach wrzucanych przez zrozpaczone matki do Tybru, polecił uruchomić pierwsze w świecie okno życia, mające w tym przypadku formę obrotowego bębna. Każda matka, która nie chciała czy nie mogła zatrzymać swego dziecka, wkładała je anonimowo do wspomnianego drewnianego bębna i obracając nim, przekazywała dziecko na drugą stronę muru, pod opiekę szpitala.

    Pierwszy prawdziwy szpital

    Podążając w stronę Watykanu, warto odszukać to rzymskie okno życia, dzięki któremu uratowano wiele ludzkich istnień. Warto też zwrócić uwagę na sam szpital, nie tylko dlatego, że jest to najstarsza tego typu placówka w Europie, bogata w dzieła sztuki (posiada m.in. jedyną rzymską pracę słynnego architekta Andrei Palladia), lecz także ze względu na jej związki z Polską. Mówiąc o szpitalu, mamy na myśli również sąsiadujący z nim kościół Ducha Świętego – w średniowieczu jedna instytucja nie mogła bowiem istnieć bez drugiej, dając w ten sposób wyraz integralnej wizji człowieka w Kościele, troszczącego się i o ciało, i o duszę. Historia tego niezwykłego miejsca sięga VIII wieku, gdy dla anglosaskich pielgrzymów do Wiecznego Miasta zbudowano tutaj hospicjum, tzw. Schola Saxonum. Podupadłe w XI wieku, zostało z polecenia papieża Innocentego III w 1198 roku gruntownie przebudowane i przekształcone w pierwszy europejski szpital w kształcie, w jakim dzisiaj rozumiemy funkcjonowanie takiej placówki. Stał się on wzorem dla kolejnych takich instytucji w Europie.

    W budynku szpitala mieściło się około trzystu pacjentów. Poza zabiegami medycznymi (niektóre z nich były wówczas nowatorskie) placówka świadczyła również dzieła miłosierdzia (ubranie, jedzenie, usługi ambulatoryjne) dla ponad tysiąca potrzebujących (ówczesny Rzym liczył 35 tys. mieszkańców). W roku 1204 papież Innocenty III przekazał oficjalnie to miejsce i kościół pod opiekę Zakonu Ducha Świętego de Saxia i od tamtego czasu oba te budynki noszą imię Ducha Świętego.

    Największy rozwój zakonu przypadł na wiek XIII. Duchacy, jak popularnie nazywa się członków tego zakonu, prowadzili wówczas w Europie prawie 300 szpitali! Przy każdym z nich przed główną bramą znajdowało się specjalnie wyznaczone miejsce, gdzie matki mogły pozostawić niechciane dziecko. Warto dodać, że zabronione było nie tylko dowiadywanie się nazwiska matki, lecz także śledzenie ją wzrokiem. Ideę okna życia ze swego rzymskiego szpitala duchacy ponieśli więc szeroko w świat.

    Dzisiaj w dawnym szpitalu znajduje się centrum kongresowe. Na przestrzeni wieków miejsce to zapisało się jednak złotymi zgłoskami zarówno w historii miasta, jak i całej Europy. Leczono w nim przybywających do Rzymu pielgrzymów. Dość powiedzieć, że nawet Marcin Luter, krytykujący chętnie wszystko, co rzymskie i papieskie, wypowiadał się o szpitalu Ducha Świętego z najwyższym uznaniem.

    Z ziemi włoskiej do Polski

    Do kraju nad Wisłą Zakon Ducha Świętego de Saxia sprowadzony został przez krakowskiego biskupa Iwona Odrowąża, który w czasie swoich pobytów w Wiecznym Mieście miał okazję zapoznać się z dziełem duchaków przy Watykanie i zapragnął mieć podobne w Polsce. W roku 1220 w Prądniku na przedmieściu Krakowa wybudował więc szpital i przytułek, który oddał właśnie pod opiekę duchaków. Pozostałością tamtego wydarzenia jest mało znany i niestety coraz mniej widoczny fresk w zakrystii kościoła Ducha Świętego w Rzymie. Jego autorem, podobnie jak pozostałych malowideł w zakrystii, powstałych z okazji Roku Świętego 1650, jest włoski artysta Guidobaldo Abbatini (1600–1656).

    Fresk z interesującym nas polonikum nawiązuje do historii Zakonu Ducha Świętego de Saxia, o czym informuje umieszczony nad nim łaciński napis, który tłumaczymy następująco: „Karol II, król Obojga Sycylii, Iwo, biskup Krakowa w Polsce, w roku 1222, następnie i inni królowie i książęta zakładają szpitale Zakonu Ducha Świętego”. Intrygujące w tym zdaniu jest imienne wyszczególnienie osoby krakowskiego biskupa na tle anonimowych królów i książąt Europy. Trudno dzisiaj powiedzieć, jakie intencje kierowały artystą, czy raczej zleceniodawcą fresku i intrygującego napisu. Jedno wszak jest pewne – że jeszcze w XVII wieku biskup krakowski Iwo Odrowąż był osobą znaną i znaczącą w zakonie duchaków.

    Był on nie tylko wybitnym biskupem i mężem stanu, lecz także jednym z najznamienitszych przedstawicieli trzynastowiecznej elity intelektualnej. Zasłynął jako posiadacz najstarszej prywatnej biblioteki w Polsce. Liczba jej woluminów – 41 – nie robi dzisiaj wrażenia, warto jednak pamiętać, że jedna taka księga kosztowała wówczas tyle co folwark! Biskup Iwo to również fundator dwóch wspaniałych krakowskich kościołów: Mariackiego i Trójcy Świętej. Jego zasługą było również sprowadzenie do Polski dwóch zasłużonych dla naszej historii zakonów, wspomnianych już duchaków i dominikanów, którym przewodził krewniak biskupa Iwona, Jacek Odrowąż. Lista zasług biskupa jest oczywiście o wiele większa, wróćmy jednak jeszcze na chwilę do rzymskiego kościoła Ducha Świętego.

    Z ziemi polskiej do Włoch

    1 stycznia 1994 roku z woli papieża Jana Pawła II powstało bowiem tutaj Centrum Duchowości Bożego Miłosierdzia, którego celem jest promowanie orędzia Bożego Miłosierdzia przekazanego przez Jezusa światu za pośrednictwem siostry Faustyny. Od tamtej chwili ten zamknięty dotąd dla wiernych kościół stał się żywym centrum duszpasterskim na mapie Rzymu, silnie związanym również z Polską. Od 1994 roku posługują tutaj bowiem polskie siostry ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia (tego samego, do którego należała siostra Faustyna), sprawowane są tu Msze św. w języku polskim, nawiedzają kościół nasi liczni rodacy. Najważniejszym z nich był oczywiście papież Jan Paweł II, który 23 kwietnia 1995 roku, w Niedzielę Bożego Miłosierdzia, sprawował w tym miejscu Mszę św. i poświęcił czczony w kościele obraz Jezusa Miłosiernego. Ten sam papież przekazał również świątyni relikwiarz kanonizacyjny św. Faustyny.

    Koło historii

    Czyż nie jest przedziwnym zrządzeniem Bożej Opatrzności, że jeden biskup krakowski, Iwo, sprowadza z kościoła Ducha Świętego zakon do Polski, a drugi biskup krakowski, Karol, sprowadza po wiekach do tego samego kościoła zakon z Polski? Koło historii, wprawione w ruch przez Boże miłosierdzie, zamyka się w ten sposób niczym bęben najstarszego okna życia w rzymskim szpitalu…

    ks. Arkadiusz Nocoń/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ksiądz Michał Sopoćko – kapłan wierny przesłaniu Miłosierdzia Bożego – rozmowa z s. Dominiką Steć

    Patrząc na posłannictwo św. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćki i św. Jana Pawła II, można ich zaangażowanie w dzieło ustanowienia Święta Bożego Miłosierdzia spuentować parafrazą słów św. Pawła Apostoła: „Jeden siał, drugi podlewał, lecz Bóg dał wzrost” – powiedziała w rozmowie z KAI s. Dominika Steć ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego. W pierwszą niedzielę po Wielkanocy, która w tym roku przypada 16 kwietnia, obchodzone jest Święto Miłosierdzia Bożego.

    Wikipedia.org

    ***

    Teresa Margańska (KAI): Święta Faustyna w swoim Dzienniczku zapisała słowa Pana Jezusa: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia. Proś wiernego sługę mego, żeby w dniu tym powiedział światu całemu o tym wielkim miłosierdziu moim, że kto w dniu tym przystąpi do Źródła Życia, ten dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar” (Dzienniczek, 300). Jaki wkład w ustanowienie Święta Miłosierdzia Bożego miał spowiednik s. Faustyny, ks. Michał Sopoćko – ten, którego sam Jezus nazwał „wiernym sługą”?

    S. dr Dominika Steć: Jego wkład był ogromny. Ksiądz Michał Sopoćko jako pierwszy ze spowiedników s. Faustyny okazał zainteresowanie tą sprawą. Spełniło się wówczas jej wewnętrzne poznanie, że to właśnie on ma dopomóc jej w zrealizowaniu objawionych przez Jezusa żądań. Ksiądz Michał szybko zapalił się do tej idei. Krytycznie, ale z całą otwartością na Boże natchnienie, wczytał się w przesłanie o miłosierdziu Bożym przekazywane s. Faustynie. W swej kapłańskiej i duszpasterskiej intuicji rozpoznał, jak błogosławione owoce może przynieść kult Miłosierdzia Bożego.

    Już w początkach swego zaangażowania pisał: „Święta Najmiłosierniejszego Zbawiciela domaga się dziś wielka nędza ludzka, potrzeba lepszego poznania i Boga i bliźniego, konieczność większej ufności, nawrócenie niewiernych i błędnowierców oraz okazanie należnej wdzięczności Panu Bogu za dobrodziejstwa”. Wiedział jednak doskonale, że objawienia s. Faustyny należy traktować jedynie jako inspirację, przypomnienie przez Boga w nowy sposób prawd od dawna objawionych, a święto, jeśli ma być przyjęte i zatwierdzone w Kościele, musi opierać się na solidnych podstawach biblijnych, liturgicznych i duszpasterskich. Tych podstaw zaczął poszukiwać, by uzasadnić podejmowane starania.

    Wyniki swych dociekań opublikował już w 1936 r. w Wilnie. W tym samym roku zwrócił się też do biskupów polskich z prośbą o zatwierdzenie tego święta, wysyłając każdemu z nich broszurę o miłosierdziu Bożym. Nie okazali oni tej sprawie wielkiego zainteresowania – być może było na to jeszcze za wcześnie.

    KAI: Jak argumentował wobec hierarchów potrzebę ustanowienia Święta Miłosierdzia Bożego, i to właśnie w pierwszą niedzielę po Wielkanocy?

    – Zwracał uwagę przede wszystkim na to, że zakończenie oktawy Wielkanocy wieńczy łaski płynące z tajemnicy odkupienia, największego dzieła Miłosierdzia Bożego, celebrowanego w Święta Wielkanocne.

    Podkreślał też, że aby ustanowić to święto nie trzeba nic zmieniać w liturgii przygotowanej na ten dzień, gdyż jest ona skupiona właśnie na uwielbieniu Miłosierdzia Bożego. Niedziela ta bowiem w swej treści przypomina tajemnicę chrztu św., ustanowienia sakramentu pokuty, a wraz z nim władzy darowania kar poprzez odpusty, to wszystko zaś jest przejawem działania Bożego Miłosierdzia. Dodatkowo ks. Sopoćko wskazał, że treści liturgii tejże niedzieli jak najbardziej odpowiada obraz Najmiłosierniejszego Zbawiciela z napisem: „Jezu, ufam Tobie!”, który został namalowany na polecenie samego Jezusa.

    KAI: Jak przebiegały dalsze działania ks. Sopoćki?

    – W staraniach o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego ks. Sopoćko zwracał się przede wszystkim do swojego ordynariusza abp. Romualda Jałbrzykowskiego, ówczesnego biskupa wileńskiego, jednak nie uzyskał jego aprobaty.

    Gdy 15 czerwca 1938 r. arcybiskup udawał się do Rzymu na kanonizację św. Andrzeja Boboli, ks. Sopoćko przekazał mu kopię obrazu Jezusa Miłosiernego, prosząc jednocześnie o podjęcie starań w sprawie ustanowienia święta Miłosierdzia Bożego. Następnie 8 września tegoż roku złożył do niego podanie, w którym uzasadniając potrzebę nowego święta, prosił o poruszenie tej sprawy na konferencji Episkopatu Polski.

    Arcybiskup jednak nie przyjął tego podania, wobec czego ks. Sopoćko sam postanowił zwrócić się z tym do polskich biskupów zebranych na konferencji w Częstochowie we wrześniu 1938 r. Każdemu z nich przekazał indywidualnie list z podaniem motywów przemawiających za wprowadzeniem święta w Niedzielę Przewodnią. Od żadnego z nich nie usłyszał słowa sprzeciwu, ale też najprawdopodobniej nie uzyskał konkretnego poparcia. W kwietniu 1939 r. udał się do Rzymu. Tam zamierzał ubiegać się o audiencję u papieża Piusa XII. Do audiencji jednak nie doszło, a starania o ustanowienie święta Miłosierdzia Bożego przerwała wojna.

    KAI: Czy śmierć s. Faustyny i przeżycia okresu wojennego nie zniechęciły ks. Michała?

    – Ksiądz Sopoćko nigdy nie ustał w swoich staraniach. Kontynuował je po wojnie, po 1947 r., kiedy przeniósł się na stałe z Wilna do Białegostoku. Wówczas ustanowienie przez Kościół Święta Miłosierdzia Bożego stało się główną ideą jego życia. Już w 1948 r. ponownie wydał broszurę dotyczącą tej tematyki, a rok później ukazały się kolejne.

    Ksiądz Sopoćko w publikacjach przedstawiał swoje racje za ustanowieniem tego święta i poprzedzającej go Nowenny do Miłosierdzia Bożego. Wykorzystywał on wszelkie sposoby, by przekonać hierarchów Kościoła o ważności tego święta. Z taką intencją odwiedził wszystkich polskich biskupów w latach 50. XX w.

    Mimo, że trafiał na twardy grunt, nie zniechęcał się. Pisał artykuły, uczestniczył w sympozjach poświęconych Bożemu Miłosierdziu, organizowanych przez księży pallotynów, którzy jako pierwsi przejawiali zainteresowanie rodzącym się kultem.

    KAI: Co było dla niego najbardziej bolesne – czy właśnie brak poparcia ze strony biskupów?- Był świadomy, że choć dochodziło do ustanawiania świąt wskazywanych w objawieniach prywatnych, to ostatecznie wprowadzane były przez zakorzenienie ich w żywej wierze i tradycji Kościoła oraz odczytanie ich w duchu czasu. Liczył się zatem z długą i niełatwą drogą, znaczoną licznymi przeszkodami i trudnościami – koniecznymi, by dzieło oczyszczało się z ludzkich wpływów, aby najwierniej wyrażało zamysły Boże. Taką próbą wierności misji miłosierdzia, wskazanej w objawieniach s. Faustyny, był niewątpliwie zakaz Stolicy Apostolskiej z 1959 r., odnoszący się do propagowania nabożeństwa według tychże objawień. To chyba zabolało go najbardziej.

    Notyfikacja, tak jak przypuszczał ks. Sopoćko na podstawie docierających do niego wcześniej wiadomości, dotyczyła jedynie nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, które szerzone było przez pisma i obrazy, wywodzące się z objawień św. Faustyny. Nie orzekała natomiast wprost o prawdziwości tych objawień, a także nie była podjęta w niej sprawa Święta Miłosierdzia Bożego ani ogólnie kultu Miłosierdzia Bożego, czyli potrzeby szczególniejszego uczczenia w odrębnych liturgicznych formach tej tajemnicy Boga, niezależnie od objawień zakonnicy. Dlatego, ks. Sopoćko nie przerwał pracy piśmienniczej dotyczącej kultu Miłosierdzia Bożego, zwłaszcza że w żadnych swoich pismach nie nawiązywał do objawień św. Faustyny, ale za fundament swoich przemyśleń uważał Pismo Święte i nauczanie Ojców Kościoła.

    KAI: W jaki sposób ks. Michał przyjmował napotykane przeciwności?

    – Myślę, że na to pytanie najlepiej odpowiedzieć jego własnymi słowami. Pod datą 1 listopada 1967 r. zapisał w swoim Dzienniku: „Wczoraj skończyłem 79 lat życia. Dziś rozpoczynam rok 80. Drżę na wspomnienie, że mogę stanąć na sąd przed Majestatem Najwyższego z pustymi rękami. Jeżeli bowiem i były jakie zasługi, zostały może przekreślone przez brak czystej intencji. Pozostaje tylko ufać Miłosierdziu Bożemu”.

    KAI: Jaki był wkład ks. Sopoćki w szerzenie kultu Miłosierdzia Bożego wobec zasług s. Faustyny i Jana Pawła II?

    – Patrząc na posłannictwo św. Faustyny, bł. ks. Michała Sopoćki i św. Jana Pawła II, można ich zaangażowanie w to dzieło spuentować parafrazą słów św. Pawła Apostoła: „Jeden siał, drugi podlewał, lecz Bóg dał wzrost”.

    Wspomniany wcześniej akt notyfikacji Kongregacji Świętego Oficjum Stolica Apostolska odwołała w 1978 r. Jan Paweł II wypełnił wolę Bożą, ustanawiając Święto Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła. Dokończył to, co zaczęła s. Faustyna i kontynuował ks. Michał Sopoćko, którego wkład był nieoceniony: przede wszystkim polecił on s. Faustynie pisać Dzienniczek, dzięki czemu wyprowadził treść objawień poza konfesjonał, by świat mógł je poznać. On też stał się pierwszym wykonawcą próśb Pana Jezusa przekazanych przez św. Faustynę: doprowadził do namalowania pierwszego obrazu Najmiłosierniejszego Zbawiciela. Pierwszy drukował obrazki Miłosierdzia Bożego z tym samym podpisem oraz Litanię i Koronkę do Miłosierdzia Bożego; założył nowe zgromadzenie zakonne (Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego) i do końca życia zabiegał o ustanowienie Święta Bożego Miłosierdzia.

    W tej intencji nieustannie się modlił i ofiarował swoje cierpienia. Cierpiał nie tylko fizycznie, znosząc wiele chorób. Jego krzyżem było niezrozumienie, zwłaszcza w najbliższym mu środowisku kapłańskim.

    KAI: Ze spisanych przez ks. Michała pod koniec życia wspomnień wynika, że wielu z księży nie traktowało go wówczas poważnie, podobnie jak propagowanej przez niego idei Miłosierdzia Bożego. A jak dziś kapłani odbierają jego postać?

    – Przede wszystkim Kościół otworzył się dziś na teologię Miłosierdzia Bożego. W czasach ks. Michała ten nurt teologii nie był tak oczywisty jak współcześnie. Dlatego też Apostoł Bożego Miłosierdzia, bł. ks. Michał jest coraz popularniejszym błogosławionym.

    W moim odczuciu jednak najbardziej poruszają kapłanów słowa Pana Jezusa o ks. Michale: „Jest to kapłan według serca Mego” (Dzienniczek, 1256). Te słowa są dziś źródłem refleksji wielu z nich w przeżywaniu własnego powołania – ks. Sopoćko jest dla nich szczególnym orędownikiem przed Bogiem. Jest to ważne zwłaszcza teraz, gdy autorytet kapłana jest niszczony.

    KAI: Jakie przesłanie dla współczesnego człowieka kryje się w tym święcie? Dlaczego prawda o Bożym Miłosierdziu jest dziś tak bardzo aktualna?

    – Patrząc na to, co dzieje się na świecie i wokół nas, myślę że przesłanie tego święta można zamknąć w słowach Pana Jezusa, zapisanych w Dzienniczku św. Faustyny: „Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopóki nie zwróci się z ufnością do Mego Miłosierdzia” (Dzienniczek, 300).

    ***

    Dominika Steć – siostra ze Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego, doktor teologii. Promuje dzieła związane z osobą bł. ks. Michała Sopoćki. Autorka licznych artykułów i publikacji szerzących kult Bożego Miłosierdzia w Polsce i zagranicą. Autorka książki Święta siostra Faustyna Kowalska. Kobieta o macierzyńskim sercu.

    (rozmowę przeprowadziła Teresa Margańska/Białystok/Kai/Tygodnik Niedziela)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kierowca Jezusa Miłosiernego

    Kierowca Jezusa Miłosiernego

    Jarek z Wrocławia od trzech lat przed świętem Bożego Miłosierdzia przemierza Polskę.

    fot. Karolina Pawłowska/Gość Niedzielny

    ***

    Nie liczy ani kilometrów, ani pieniędzy potrzebnych na paliwo. Co roku montuje obraz na dachu samochodu i jedzie w Polskę, żeby zapraszać do kościołów i na ulicach głosić orędzie o Bożym Miłosierdziu.

    Wmniejszych miejscowościach już sam widok białej mazdy z dużym obrazem na dachu wzbudza zdumienie, na większych osiedlach to płynący z głośnika głos Jarka sprawia, że odwracają się głowy.

    – Dzień dobry, kochani! Już w tę niedzielę jest święto Bożego Miłosierdzia! To osobiste zaproszenie dla ciebie od Jezusa, który tak cię umiłował, że dla ciebie oddał życie, dla ciebie zmartwychwstał. Ma dla ciebie dar życia wiecznego, przychodzi z łaską odpuszczenia wszystkich grzechów i win. Jezus cię kocha – przyjdź do Niego z ufnością. Jego miłosierdzie trwa na wieki! – ogłasza i… jedzie dalej. Dokąd? Najczęściej sam nie bardzo z góry wie. 

    – Wyjechałem w środę. Nie miałem planu, po prostu ruszyłem przed siebie. Pytałem Boga w sercu, dokąd mam jechać – przyznaje z uśmiechem wrocławianin, który od trzech lat przed świętem Bożego Miłosierdzia na kilka dni jedzie w Polskę. Mijanych ludzi zaprasza do kościołów, na ulicach głosi o Bożym Miłosierdziu. 

    Jak przyznaje, przynaglenie do podjęcia tego dzieła poczuł w Wielkim Poście 2020 r., odmawiając Koronkę. Planował, że zrobi rundę z obrazem po swoim osiedlu. Skończyło się na… Szczecinie.

    – Pan mówił: „Jedziemy dalej. Są inni, którym chcę przypomnieć, że na nich czekam”. Więc jechaliśmy – opowiada.

    W kolejnym roku, zainspirowany antycovidowymi komunikatami straży miejskiej, zainwestował w zakup nagłośnienia. Teraz Jezusa nie tylko widać, ale też słychać Jego przesłanie.

    – Jezus uwolnił mnie z takich rzeczy! Wołałem do Niego szczerze, z głębokości i poczułem Jego obecność. Czystą, bezwarunkową miłość. I nigdy mnie nie odrzucił, nigdy się mnie nie zaparł – wyznaje wrocławianin, nie kryjąc dużych emocji.

    “Dzienniczek” s. Faustyny doprowadził go do spowiedzi generalnej i nowej relacji z Jezusem.

    – Czytałem słowa wezwania do rozpropagowania święta Bożego Miłosierdzia. I czułem, że są one tak bardzo do mnie. Przeszyły mnie na wylot – opowiada, choć przyznaje, że każda podróż sporo go kosztuje.

    Mężowi, ojcu trójki dzieci, biznesmenowi nie łatwo wyrwać się niemal na tydzień z codziennych obowiązków. Bardzo trudno też przełamać się, żeby głosić Jezusa na ulicach.

    Reakcje są przeróżne. – Najczęściej ludzie udają, że nie widzą. Traktują jak kolejną akcję reklamową. Ale są też tacy, którzy reagują. Jedni tak – Jarek demonstruje wyraz aprobaty uniesionym w górę kciukiem. – Albo tak – dodaje ze śmiechem, wymownie pukając się w głowę.

    Z wrogimi reakcjami się nie spotyka, bo… nie ma na nie czasu. Nim zaskoczenie przerodzi się w agresję, on jedzie już dalej. 

    – To dla mnie wyjątkowy czas w ciągu roku. Czuję, że Jezus jedzie razem ze mną, że błogosławi ludziom, których mijamy po drodze – mówi.

    W tegorocznej akcji od Poznania pomagała mu Ola z koszalińskiej Wspólnoty Świętego Pawła Szkoły Nowej Ewangelizacji, dlatego też obrał kierunek na północ. Dzisiaj o święcie Bożego Miłosierdzia przypominał mieszkańcom Koszalina i Karlina. Zanim obrał kierunek na Dolny Śląsk, ruszył też nad morze, do Kołobrzegu, Ustronia Morskiego i Sarbinowa. A potem, w drodze do Szczecina, odwiedził jeszcze mieszkańców Trzebiatowa, Kamienia Pomorskiego i Goleniowa. 

    Karolina Pawłowska/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy spowiednik i penitent muszą mówić w tym samym języku?

    Czy spowiednik i penitent muszą mówić w tym samym języku?

     

    Nie da się odpowiedzieć na tak postawione pytanie bez podania okoliczności. One bowiem decydują o właściwym działaniu i inna jest ocena sytuacji. Na kwestię trzeba spojrzeć z dwóch stron: penitenta i spowiednika.

    Zacznijmy od penitenta. Co ma zrobić człowiek, który chce się wyspowiadać, ale jest za granicą i problem stanowi bariera językowa? Na pewno nie powinien klęknąć przy konfesjonale i zacząć się spowiadać księdzu, który go nie rozumie. Co więc można zrobić? Po pierwsze, jeśli znamy choć trochę np. angielski, można spróbować wyspowiadać się w tym języku. Najważniejsze jest nazwanie po imieniu grzechów ciężkich. Można więc posłużyć się translatorem, napisać sobie grzechy na karteczce i przeczytać spowiednikowi. To jest minimalny próg komunikacji ze spowiednikiem. Tego nie da się ominąć. Jeśli nasza znajomość języka obcego jest niewystarczająca, by nazwać swoje grzechy, można skorzystać z pomocy tłumacza. Prawo kanoniczne przewiduje taką możliwość (kan. 990). Tłumacza obowiązuje tajemnica spowiedzi. Ogólna zasada mówi, że w sytuacji, gdy nie ma możliwości wyspowiadania się (a więc np. nie ma spowiednika, który mnie rozumie), a istnieje poważna racja, by przystąpić do Komunii św. (np. chrzest, pogrzeb, ślub itp.), wtedy wolno przyjąć Hostię po wzbudzeniu w sobie żalu doskonałego i decyzji o wyspowiadaniu się, gdy tylko będzie taka możliwość (kan. 916).

    Od strony księdza rzecz wygląda następująco. Jeśli spowiednik zorientuje się, że ktoś spowiada się w języku, którego nie rozumie, to wtedy powinien przerwać taką spowiedź. Nie ma ona sensu, bo podstawą sakramentu pokuty jest wyznanie grzechów, a rolą spowiednika jest bycie sędzią i lekarzem. Kapłan nie jest w stanie wypełnić tej funkcji, nie znając sytuacji moralnej penitenta. Tak jak lekarz nie jest w stanie przepisać leku, nie znając choroby, ani sędzia wydać wyroku, nie rozumiejąc słów sądzonego. Kapłan, aby udzielić rozgrzeszenia, musi uznać, że penitent jest właściwie dysponowany, czyli odrzuca grzechy, które popełnił, postanawia poprawę i nawraca się do Boga. Jeśli spowiednik zrozumiał w jakiejś mierze penitenta, ale ma wątpliwości jedynie z powodu bariery językowej, powinien działać na korzyść penitenta, czyli udzielić rozgrzeszenia. Oczywiście mówimy o sytuacji zwyczajnej. Jeśli mamy do czynienia z niebezpieczeństwem śmierci, kapłan może zawsze udzielić rozgrzeszenia, jeżeli penitent o to prosi i żałuje za grzechy, nawet domyślnie. Wyznanie grzechów jest oczywiście wskazane, ale nie jest konieczne (czasem stan osoby w niebezpieczeństwie nie pozwala na wyznanie grzechów). Ponadto możliwa jest tzw. absolucja generalna w sytuacji, gdy z uwagi na dużą liczbę penitentów brakuje spowiedników. To może się zdarzyć, gdy np. duża liczba pracowników zatrudnionych za granicą prosi o spowiedź przedświąteczną, a nie ma możliwości zorganizowania tłumacza. Decyzję podejmuje biskup diecezjalny.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    9 KWIETNIA

    NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

    14.00 UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    * TRZECI DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _____________________________________________________________________________

    10 KWIETNIA

    PONIEDZIAŁEK WIELKANOCNY  

    14.00 MSZA ŚWIĘTA

    * CZWARTY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _____________________________________________________________

    emaus

    zdjęcie ze strony: grupa modlitwy o. Pio/diecezja kaliska

    ***

    ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA NA WIELKANOCNY CZAS

    Bogu niech będą dzięki za kolejny rok, w którym jest nam dane przeżywać najważniejsze wydarzenia w dziejach całego wszechświata, bo dzięki tym wydarzeniom dokonuje się nieustannie dzieło Bożego miłosierdzia.

    Pragnę złożyć życzenia na ten wielkanocny czas. Dlatego zapraszam na drogę, którą przemierzali, tak się wydawało, tylko dwoje uczniów zmierzających do miejscowości zwanej Emaus.

    Byli całkowicie zawiedzeni i rozgoryczeni wydarzeniami jakie miały miejsce w świętym mieście Jeruzalem. Ich upragniony i oczekiwany Mesjasz, jakim miał być Jezus z Nazaretu, nie tak wypełnił swoją misję, jak się spodziewali.

    Odchodzą od miejsca umęczenia i ukrzyżowania Pana Jezusa nie wiedząc, że oto na tej swojej drodze ucieczki spotykają Nieznajomego, któremu opowiadają całą swoją gorycz a potem słuchają, jak Boży zamysł dokładnie był opisany w świętych Księgach i dokładnie się wypełnił. I choć jeszcze “oczy ich były niejako na uwięzi” – to jednak ich serca “pałały”.

    Jak to dobrze, że przymusili, wciąż jeszcze Nierozpoznanego Towarzysza ich drogi, aby pozostał z nimi w miejscu do którego zdążali. Bo gdyby nie ich gościnność, z taką wielką żarliwością wypowiedziana, pewnie pozostałoby nadal w nich rozczarowanie i strach.

    Jak to dobrze, że tak usilnie prosili owego Nieznajomego, aby pozostał – bo w końcu zobaczyli kim ON jest naprawdę. Kiedy przełamał chleb, którym został poczęstowany – nagle znikł strach, znikło rozczarowanie niczym mgła.

    Mimo, że był już wieczór, późny wieczór, natychmiast powrócili do Jerozolimy, bo nie mogli  nie opowiedzieć o spotkaniu z Jezusem, który rzeczywiście zmartwychwstał.

    Ci sami a jakże przemienieni! Przekroczyli swoje ludzkie oczekiwania.

    Niech Zmartwychwstały Pan sprawi, w Twoim i w moim sercu, też taką wielką przemianę.

    Wystarczy tylko wypowiedzieć całą swoją niemoc a potem słuchać co mówi do Ciebie i do mnie ów Nierozpoznany a przecież wciąż obecny na drogach naszego ziemskiego “padołu”.

    I choć nasze oczy też są tak często “na uwięzi” – wystarczy tylko zaprosić i to zaprosić tak usilnie, jak uczynił to Kleofas ze swoim towarzyszem drogi, do swojego Emaus …..       

    ks. Marian
    Ilustracja

    Wieczerza w Emaus/Rembrandt/Paryż

    [7] Rembrandt 1660, olej 50 x 64 cm Luwr

    Wieczerza w Emaus /Rembrandt/Luwr

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ ZMARTWYCHWSTANIA PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA

    zmartwychwstały

    Jezus żyje

    Jadąc wiosenną porą wzdłuż budzących się do życia wrzosowych pól patrzę na maleńkie, dopiero co urodzone baranki porozrzucane na rozległych przestrzeniach uroczej Szkocji. Te maleństwa są takie bezbronne. I pomyśleć, że Pan Jezus jest takim barankiem. Liturgia przypomina tę prawdę, bo mówi o Baranku Wielkanocnym, który zgładził grzechy świata.

    Dokonało się to poprzez Jego Mękę i Śmierć. W okresie Wielkiego Postu, a szczególnie w Wielkim Tygodniu Ewangelie opisywały bardzo dokładnie poszczególne etapy Drogi Krzyżowej. Ta Jezusowa śmierć – straszna, przeraźliwa, okropna – stwierdzona ponad wszelką wątpliwość tak przytłoczyła apostołów i najbliższe otoczenie, że oni nie tyle co zapomnieli o obietnicy zmartwychwstania, ile raczej znajdowali się w stanie zupełnej niemożliwości, aby uwierzyć w to, co mówił Chrystus o swoim powstaniu z martwych. Bo czym jest Zmartwychwstanie? Z czym porównać tę nieprawdopodobną i całkowicie niewyobrażalną nową rzeczywistość?

    Ksiądz Biskup Jan Pietraszko w książce pt. „Po śladach Słowa Bożego” tłumaczy, że „wiara w zmartwychwstanie Chrystusa nie narodziła się z naiwnych pragnień, ani ze świadectwa ludzi, ani też ze świadectwa straży, ani z pogłosek, które roznosiły niewiasty, jak również nie ze świadectwa miłującej Go bardzo Magdaleny, ani z wieści krążących pomiędzy łatwowiernymi ludźmi; wiara w zmartwychwstanie wykształtowała się w pierwotnym Kościele z samego Jezusa Chrystusa, który przez częste ukazywanie się i słowo swoje uporczywie gruntował w świadomości swoich uczniów przekonanie, że naprawdę powstał z grobu i żyje”.

    Dopiero z tych wielokrotnych spotkań narodziło się przekonanie i wiara, że Pan rzeczywiście żyje. Dlatego Piotr z całym przekonaniem mógł powiedzieć w domu centuriona w Cezarei: „Myśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu”. Tak więc św. Piotr i inni Apostołowie stali się świadkami Zmartwychwstania wobec całego świata. Na tym świecie głosili Ewangelię, to znaczy Dobrą Nowiną, która jest objawieniem Bożej Miłości. To Ona rządzi światem, a nie zło. To Ona daje każdemu człowiekowi prawdziwie życie, które jest życiem w pełni. Kościół czyta dziś słowa św. Pawła, że „razem z Chrystusem powstaliśmy z martwych”.

    Każda epoka ma swoich świadków Zmartwychwstania. I jak pisze ks. Jerzy Chowańczak: „Nie ma tak ciemnej godziny, w której ukazuje się w całej pełni siła ‘tajemnicy nieprawości’, w której by jednocześnie nie zajaśniało w życiu ludzi światło zwycięstwa dobra nad złem”. Tę moc wiary Kościół poprzez wieki czerpie od Tego, który po trzech dniach swój grób pozostawił pusty. I odtąd Jezus daje swoje życie. Człowiek może w tym Bożym życiu uczestniczyć i uczestniczy. Jak wielu jest dziś świadków Zmartwychwstania, których życie zanurza się coraz bardziej w Życie Jezusa.

    Uczestnicząc w dzisiejszej Liturgii Zmartwychwstania Pańskiego czy nie czuję się jakby przymuszonym, na podobieństwo owych pozbieranych z opłotków z Jezusowej przypowieści, których zaproszono na ucztę. Pan Jezus zechciał wybrać właśnie nas – i to też jest wielka tajemnica Bożego Miłosierdzia. Wybrał nas i zgromadził. Aby lepiej zrozumieć przeżywane Misterium zacytuję słowa, które powiedział kardynał Jean-Marie Lustiger: „Moc Boża, wbrew wszelkim naszym słabościom, niezdolności uwierzenia, wbrew naszym grzechom i ciemnościom, czyni z nas uczniów Jezusa, lud ‘żywych’, żyjący życiem, które nie do nas należy, ale które staje się naszym. W ten sposób jesteśmy jakby niesieni, unoszeni przez moc, która nas przerasta, a o której mamy świadczyć naszym braciom. Jesteśmy jak ci ślepcy porażeni światłem, którzy mają mówić, że światło istnieje”.

    Panie Jezu Chryste spraw swoją mocą, abym całym moim życiem głosił, żeś zmartwychwstał, żeś prawdziwie zmartwychwstał.

    ks. Marian

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Oktawa Wielkiej Nocy

    Cud Zmartwychwstania „nie mieści się” w jednym dniu, dlatego też Kościół obchodzi Oktawę Wielkiej Nocy – przez osiem dni bez przerwy wciąż powtarza się tę samą prawdę, że Chrystus Zmartwychwstał.

     

    fot. Karol Porwich

    ***

    Nazwa “oktawa” pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego liczbę osiem. Ta wielkanocna jest weselem z wydarzeń przeżywanych podczas Triduum Paschalnego. To osiem dni świętowania Kościoła, które później przedłuża się aż do Pięćdziesiątnicy.

    Zwyczaj przedłużania najważniejszych świąt chrześcijańskich na oktawę jest bardzo dawny. Nie znamy dokładnej daty powstania oktawy Paschy. Jednak wspomina o niej w już IV stuleciu Asteriusz Sofista z Kapadocji. Kościół chce w ten sposób podkreślić rangę i ważność uroczystości.

    Oprócz Wielkanocy w Kościele obchodzi się również oktawę Narodzenia Pańskiego.

    Dni oktawy Wielkanocy mają, podobnie jak Niedziela Zmartwychwstania, rangę uroczystości. Okres ośmiu dni traktowany jest jak jeden dzień, jako jedna uroczystość. Dlatego w oktawie Wielkanocy nie obowiązuje piątkowy post.

    W te dni codziennie śpiewamy “Gloria” i wielkanocną sekwencję „Niech w święto radosne”. Na Mszach świętych czytane są także perykopy o spotkaniach Zmartwychwstałego, m.in. z Marią Magdaleną, z uczniami idącymi do Emaus, z uczniami nad jeziorem Genezaret.

    Teksty mszalne wyjaśniają tez znaczenie sakramentu chrztu. W dawnych wiekach był to bowiem czas tzw. katechezy mistagogicznej dla ochrzczonych w Święta Paschalne. Miała ona na celu wprowadzić ich w tajemnicę obecności Chrystusa we wspólnocie wierzących.

    Ostatnim dniem oktawy jest Biała Niedziela. Niegdyś w ten dzień neofici ochrzczeni podczas rzymskiej Wigilii Paschalnej, odziani w białe szaty podarowane im przez gminę chrześcijańską, szli w procesji do kościoła św. Pankracego, by tam uczestniczyć w Mszy.

    Święty Jan Paweł II ustanowił tę niedzielę świętem Miłosierdzia Bożego.

    W czasie jednej z wizji św. siostry Faustyny Kowalskiej Jezus powiedział do niej:

    “Święto Miłosierdzia wyszło z wnętrzności moich, pragnę, aby uroczyście obchodzone było w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła miłosierdzia mojego”.

    W roku 2000 papież Jan Paweł II ustanowił tę niedzielę świętem Miłosierdzia Bożego dla całego Kościoła powszechnego. Stąd dzisiaj określa się niedzielę w oktawie Wielkanocy jako Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

    Liturgiczny okres wielkanocny

    Sam liturgiczny okres wielkanocny trwa 50 dni, aż do uroczystości zesłania Ducha Świętego (tzw. Pięćdziesiątnicy).

    W tym czasie paschał, mający swoje miejsce przy ambonie lub przy ołtarzu, jest zapalony we wszystkich uroczystych celebracjach liturgicznych, a więc w czasie mszy św., podczas jutrzni i w czasie nieszporów, aż do niedzieli zesłania Ducha Świętego.

    Krzyż ołtarzowy w okresie wielkanocnym przyozdobiony jest czerwoną stułą. Na miejscu widocznym, w pobliżu ołtarza, ale nie na nim, ustawia się figurę Chrystusa zmartwychwstałego. Ponadto zamiast modlitwy “Anioł Pański” odmawia się modlitwę “Królowo nieba” (Regina coeli).

    Zgodnie z przykazaniami kościelnymi każdy wierny zobowiązany jest przynajmniej raz w roku, w okresie wielkanocnym, przyjąć Komunię Świętą (III przykazanie kościelne).

    205. Konferencja Episkopatu Polski 21 marca 1985 r. w Warszawie ustaliła, że w naszym kraju “okres, w którym obowiązuje czas wielkanocnej komunii św. obejmować będzie okres od Środy Popielcowej do niedzieli Trójcy Świętej”. W tym roku uroczystość Trójcy Przenajświętszej przypadnie 4 czerwca.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK W OKTAWIE WIELKANOCY – 13 KWIETNIA 

    18.00 – MSZA ŚW. W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    * SIÓDMY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    _________________________________________________

    Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej

    Historia obrazu MATKI BOŻEJ KOZIELSKIEJ

    Obraz zawdzięcza swoje powstanie członkom Instytutu i Kola Religijno-Rycerskiego Marianum, które istniało w Wilnie w latach trzydziestych i zostało potem wznowione przez por. Tadeusza Bireckiego w obozie oficerów internowanych na Litwie po wrześniu 1939 r.
    Do grona członków Instytutu Marianum od początku jego powstania należał kapitan Walerian Charkiewicz. To właśnie on odnalazł przypadkowo dobrze zachowany fresk na murze w najstarszej cerkiewce w Kozielsku przedstawiający dawna świętość Rzeczypospolitej – Matkę Boska z Żyrowic (koło Słonimia) związanej ze świętym Jozafatem Kuncewiczem. 

    Wśród więźniów Kozielska żywy był kult obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej, obrończyni Wilna przed nawala moskiewska. Zrodziła się wiec myśl polaczenia tych dwu cudownych obrazów w jeden.Pierwsze szkice obrazu wykonał Mikołaj Arciszewski, rysownik i dziennikarz. Namalowania obrazu podjął się porucznik Michał Siemiradzki, artysta malarz a zarazem bratanek znakomitego malarza Henryka Siemiradzkiego. Za materiał posłużyła deska z drzewa lipowego, która podobno pochodziła z rozebranego ikonostasu. Przygotowano ja w obozowej stolarni, która prowadził generał Wacław Przeździecka, członek Kola Rycerskiego.
    Porucznik Mieczysław Gulin wykonał w drzewie z gruszki kozielskiej oryginalne korony dla Madonny i Dzieciatka na obrazie. I w ten sposób powstał pierwszy malowany obraz Matki Boskiej Kozielskiej Zwycięskiej.

    Do Kozielska przywieziono również tych, którzy uprzednio byli internowani na Łotwie, a wśród nich podchorążego Tadeusza Zielińskiego, młodego artystę rzeźbiarza. Na prośbę Tadeusza Bireckiego, członka Instytutu Marianum, i według szkiców Arciszewskiego, Zieliński wykonał w drzewie (druga cześć deski z ikonostasu) płaskorzeźbę obrazu Matki Boskiej Kozielskiej Zwycięskiej. W dolnym rogu obrazu, prawem autora-rzeźbiarza, została umieszczona deseczka, na której po jednej stronie wyrzezał swoje imię i nazwisko oraz datę 3.5.1941, a po drugiej stronie słowa Adama Mickiewicza: „Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzno łono”.

    W wielkiej tajemnicy, w obecności jedynie Bireckiego i pułkownika Adama Kosiby, poświecenia obu obrazów dokonał Ks. Nikodem Dubrawka w Wielka Sobotę 1941 roku, który mieszkał w Kozielsku w baraku nr. 2. Kiedy przerzucano jeńców do obozu w Griazowcu to wraz z nimi powędrował obraz Zielińskiego ukryty w podwójnym dnie walizki pułkownika Adama Kosiby. To tu w Griazowcu udało się artyście Zielińskiemu pokryć płaskorzeźbę polichromia przez użycie farb przeznaczonych na hasła i slogany komunistyczne.
    Natomiast obraz Siemiradzkiego pod opieka podchorążego Siemińskiego powędrował na północ, na półwysep Kola wraz z grupa podchorążych i policjantów. Później znalazł się on w 5 Dywizji organizowanej w Tatiszczewie nad Wołgą. Po wyjeździe z Sowietów, już w Palestynie, został on zwrócony Bireckiemu w przewidywaniu, iż po wojnie będzie obrazem Instytutu Marianum.

    W niedziele 24 sierpnia 1941 roku w Griazowcu została odprawiona przed obrazem Matki Boskiej Kozielskiej Zwycięskiej pierwsza publiczna Msza św. przez Ks. Franciszka Tyczkowskiego w obecności generała Władysława Andersa i oficerów sowieckich. Od tego momentu obraz staje się przedmiotem kultu publicznego.

    St. Andrew Bobola, Polish Roman Catholic Church


    Historia MBKZ

    Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej

    13 kwietnia obchodzimy Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. Tego dnia w 1943 r. w Berlinie ujawniono informację o znalezieniu w Katyniu masowych grobów polskich oficerów zamordowanych przez sowieckie NKWD na mocy decyzji Biura Politycznego KPZS. Od 2008 r. 13 kwietnia jest Dniem Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej.

     pl.wikipedia.org

    ***

    Rysy na budowanym przez sowietów kłamstwie katyńskim pojawiały się długo przed ujawnieniem mordu przez niemiecką machinę propagandy. Już latem 1941 r. okazało się, że do tworzonej Armii Polskiej na Wschodzie zgłasza się bardzo niewielu oficerów. Józefowi Czapskiemu, jednemu z nielicznych ocalałych z obozu w Starobielsku, powierzono zadanie odnalezienia towarzyszy niewoli oraz jeńców z dwóch pozostałych obozów. Prowadząc śledztwo, Czapski rozmawiał nie tylko z polskimi jeńcami i więźniami łagrów, ale również sowieckimi urzędnikami i enkawudzistami. Część z nich sugerowała, że zaginieni jeńcy zostali wysłani na najdalsze wyspy na Morzu Arktycznym. Podobne przekonanie wyrażała część towarzyszy niewoli, którzy uniknęli śmierci.

    Kilka miesięcy później, podczas rozmowy między gen. Władysławem Sikorskim a Stalinem, na pytanie polskiego premiera sowiecki dyktator stwierdził, że tysiące polskich jeńców uciekło do Mandżurii. Wiosną 1942 r. polskie władze zwróciły się do Brytyjczyków o wsparcie w poszukiwaniach. Szef brytyjskiego MSZ Anthony Eden zabronił dyplomatom angażować się w narastający m.in. wokół tej kwestii konflikt polsko-sowiecki. Sprawa ta pojawiła się jednak w raporcie przygotowanym dla Ministerstwa Wojny przez ppłk. Lesliego Hullsa: „Uwięzieni w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie po prostu znikli bez śladu (w łącznej liczbie 8300). Od 1940 r. nikt o nich nie słyszał i mimo obietnicy złożonej osobiście przez Stalina gen. Sikorskiemu i gen. Andersowi los tych oficerów pozostaje całkowitą tajemnicą”.

    Wiosną 1942 r. część prawdy o losach polskich jeńców nieświadomie odkryli polscy robotnicy przymusowi, którzy dowiedzieli się o kaźni od miejscowych mieszkańców. Ustawiony przez nich krzyż mógł był jedną ze wskazówek, która doprowadziła Niemców do miejsca mordu. Kluczowe dla odkrycia dołów śmierci były również relacje składane przez miejscową ludność.

    11 kwietnia 1943 r. niemiecka agencja prasowa Transocean opublikowała depeszę o odnalezieniu koło Katynia, na terenie lasu Kozie Góry, zwłok ok. 3 tys. ciał polskich oficerów wziętych do niewoli przez sowietów we wrześniu i w październiku 1939 r. Był to początek gigantycznej niemieckiej akcji propagandowej, której celem było rozbicie sojuszu ZSRS i państw zachodnich oraz przekonanie Polaków o bezsensowności walki po ich stronie. Kolejne tygodnie miały udowodnić nieskuteczność machiny sterowanej przez Josepha Goebbelsa. Dwa dni wcześniej niemiecki minister propagandy zapisał w swoim dzienniku: „W pobliżu Smoleńska odkryto masowe groby Polaków. Bolszewicy zastrzelili po prostu ok. 10 tys. polskich jeńców, wśród nich także więźniów cywilnych, biskupów, intelektualistów, artystów itp., po czym grzebali ich we wspólnych mogiłach”.

    Dwa dni później w siedzibie niemieckiego MSZ odbyła się specjalna konferencja prasowa, na której ujawniono pierwsze szczegóły prowadzonych prac ekshumacyjnych, w tym nazwiska niektórych zamordowanych. Tego samego dnia o godz. 15:15 o odkryciu poinformowało Radio Berlin: „Ze Smoleńska donoszą, że miejscowa ludność wskazała władzom niemieckim miejsce tajnych egzekucji masowych wykonywanych przez bolszewików […] Już dziś ustalono, że wśród zamordowanych znajduje się gen. [Mieczysław – przyp. red.] Smorawiński z Lublina. […] Ogólna liczba zamordowanych obliczana jest na 10 tysięcy, co odpowiadałoby mniej więcej całości korpusu oficerskiego polskiego wziętego przez bolszewików do niewoli”.

    „Wiadomości – rano o znalezieniu przez Niemców pod Smoleńskiem grobu 11 tys. Polaków zamordowanych przez bolszewików” – zapisano w „Dzienniku czynności Prezydenta RP Władysława Raczkiewicza” pod datą 13 kwietnia 1943 r. Dwa dni później informacja o odnalezieniu miejsca zbrodni ukazała się w prasie Generalnego Gubernatorstwa. Tego samego dnia o sprawie zameldował do Londynu dowódca Armii Krajowej gen. Stefan Rowecki „Grot”. „W oględzinach grobu wzięło udział kilku Polaków z Warszawy i Krakowa specjalnie tam zawiezionych. Ich relacje nie pozwalają wątpić w autentyczność tego masowego mordu. Opinia publiczna jest wzburzona, szczegóły w najbliższych dniach” – pisał. Tydzień później przesłał do Londynu informacje na temat składu delegacji oraz szczegółów prac prowadzonych przez Niemców, m.in. o odnalezieniu zapisków oficerów, które pozwalały ustalić datę popełnienia mordu na wiosnę 1940 r.

    „Rozkręcamy sprawę nadal i będziemy tak długo atakować przede wszystkim Anglików i Amerykanów, aż wreszcie przemówią. […] Cała sprawa Katynia staje się gigantycznym wydarzeniem politycznym, które wywołać może jeszcze doniosłe reakcje” – zapisał Goebbels po kilku dniach trwania akcji propagandowej. Szczególną wagę przywiązywał do szokujących obrazów z Katynia, które były „w swej wymowie tak okropne, iż tylko część nadaje się do publikacji”. Wielką wagę przywiązywał również do uwiarygodnienia ekshumacji przez przedstawicieli państw neutralnych oraz funkcjonujące na terenie Generalnego Gubernatorstwa instytucje, które zachowały polskie kierownictwo. 14 kwietnia do Katynia udała się Komisja Techniczna Polskiego Czerwonego Krzyża z sekretarzem generalnym Kazimierzem Skarżyńskim.

    19 kwietnia Skarżyński przedstawił sprawozdanie o wynikach prac, które potwierdzało, że oficerów zamordowano wiosną 1943 r. strzałem w tył głowy. 23 kwietnia działacze PCK zwrócili się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z prośbą o pomoc w wyjaśnieniu tej sprawy.

    Już dwa dni wcześniej, 17 kwietnia 1943 r., strona polska złożyła w tej kwestii oficjalną notę w Genewie, dowiadując się jednocześnie, iż wcześniej także Niemcy zwrócili się do MCK o wszczęcie dochodzenia. Moskwa bardzo ostro zareagowała na propozycję dochodzenia prowadzonego przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż. 19 kwietnia dziennik „Prawda” opublikował artykuł zatytułowany „Polscy pomocnicy Hitlera”. Przeczytać w nim można było m. in.: „Zanim wysechł atrament na piórach niemiecko-faszystowskich pismaków, ohydne wymysły Goebbelsa i spółki na temat rzekomego masowego mordu na polskich oficerach dokonanego przez władze sowieckie w 1940 r. zostały podchwycone nie tylko przez wiernych hitlerowskich służalców, ale co dziwniejsze, przez ministerialne kręgi rządu generała Sikorskiego”. Ujawnienie mordu posłużyło sowietom za pretekst do zerwania stosunków dyplomatycznych z rządem RP. Niemal jednocześnie Kreml rozpoczął tworzenie podporządkowanych sobie polskich sił zbrojnych oraz intensywnie przygotowywał się do powołania własnego ośrodka władzy w przyszłej Polsce. Do formalnego zerwania stosunków dyplomatycznych przez Moskwę z polskim rządem na uchodźstwie doszło w nocy z 25 na 26 kwietnia 1943 r.

    21 kwietnia Stalin wysłał tajne depesze do prezydenta Roosevelta i premiera Churchilla, w których zarzucał rządowi gen. Sikorskiego prowadzenie w zmowie z Hitlerem wrogiej kampanii przeciwko Związkowi Sowieckiemu. 24 kwietnia w rozmowie z premierem Sikorskim szef brytyjskiej dyplomacji Anthony Eden zaapelował do rządu RP o wycofanie wniosku z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i stwierdzenie, że pełną odpowiedzialność za mord ponosi strona niemiecka. „Po stronie Rosji jest siła – po naszej sprawiedliwość” – odpowiedział gen. Sikorski.

    Wobec zablokowania przez sowietów przeprowadzenia śledztwa w sprawie katyńskiej przez MCK Niemcy zorganizowali własne dochodzenie. 28 kwietnia 1943 r. na miejsce zbrodni na zaproszenie władz niemieckich przyjechała grupa międzynarodowych ekspertów medycyny sądowej i kryminologii. Przewodniczącym zespołu został doktor Ferenc Orsós, dyrektor Instytutu Medycyny Sądowej w Budapeszcie. Eksperci jednomyślnie podpisali sprawozdanie, w którym stwierdzali, że egzekucje na polskich jeńcach wykonano w marcu i kwietniu 1940 r.

    Uwieńczeniem równolegle budowanego kłamstwa katyńskiego było sowieckie „śledztwo” komisji chirurga Nikołaja Burdenki, która „wyjaśniła”, że zbrodni na polskich oficerach dopuścili się Niemcy jesienią 1941 r. Do wsparcia sowieckiej wersji wydarzeń użyto również żołnierzy podporządkowanej sowietom 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, którzy w styczniu 1944 r. wzięli udział w uroczystości żałobnej w miejscu mordu. Na miejsce przybyli też zachodni korespondenci i dyplomaci, którym przedstawiono spreparowane dowody zbrodni.

    Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej został ustanowiony 14 listopada 2007 r. uchwałą Sejmu RP.

    autor: Michał Szukała/PAP/Tygodnik Niedziela

    This image has an empty alt attribute; its file name is b16_Z3dfNGj-1024x683-1.jpg.webp

    Kaplica Katyńska w kościele św. Krzyża w Warszawie

    Dziś obchodzimy 83-cię rocznicę wydania decyzji przez władze Związku Sowieckiego o zamordowaniu 22 tys. polskich oficerów w Katyniu i innych miejscach kaźni na Wschodzie.

    János Esterházy – zapomniany świadek prawdy o zbrodni katyńskiej

    János Esterházy – zapomniany świadek prawdy o zbrodni katyńskiej

    Zdjęcie Jánosa Esterházyego zrobione w więzieniu w Czechosłowacji w 1949 r., po blisko 4 latach spędzonych w sowieckich więzieniach i łagrach.

    ARCHIWUM BIURA POSTULATORA PROCESU BEATYFIKACYJNEGO J. ESTERHÁZYEGO

    ***

    Sługa Boży János Esterházy został w Moskwie skazany na 10 lat łagru między innymi za to, że głosił prawdę o zbrodni katyńskiej. Wynika to z sowieckich akt śledczych, które w kontekście katyńskim omawiamy i publikujemy jako pierwsi.

    Osiemdziesiąt lat temu 13 kwietnia Niemcy ujawnili informację o znalezieniu w Katyniu nieopodal Smoleńska masowych grobów polskich jeńców wojennych. Niemcy wiedzieli o tym już w 1942 r., kiedy polscy przymusowi robotnicy, budujący obiekty wojskowe w okolicy Katynia, od miejscowej ludności dowiedzieli się o masowych grobach polskich wojskowych, zamordowanych przez NKWD. Tę wiedzę Niemcy postanowili wykorzystać dopiero po klęsce pod Stalingradem, licząc na to, że informacja o zbrodni doprowadzi do skłócenia zachodnich aliantów z Sowietami. Informacje o mordzie w Katyniu ukazywały się w krajach znajdujących się pod niemiecką okupacją albo w tych, które były sojusznikami III Rzeszy. Sowieci od początku wypierali się swego sprawstwa tej zbrodni i już w czasie wojny starali się dopaść wszystkich, którzy mówili prawdę o tym, co się wydarzyło w Katyniu wiosną 1940 r. Jednym z nich był hrabia János Esterházy, lider mniejszości węgierskiej na Słowacji. Jego matka była Polką, ojciec przedstawicielem węgierskiej arystokracji. Znał polski język i czuł się dziedzicem także polskiej kultury. Jako polityk starał się w koszmarnych czasach największych sukcesów nazizmu i komunizmu bronić wartości chrześcijańskich. Jesienią 1939 r., m.in. za jego sprawą, schronienie na Węgrzech znalazło wielu polskich żołnierzy, a także ich rodziny. Gdy w maju 1942 r. Sejm Republiki Słowackiej zezwolił Niemcom na deportację tamtejszych Żydów, co doprowadziło potem do ich zagłady, jedynie Esterházy miał odwagę zagłosować przeciwko temu. Kiedy wiosną 1945 r. na Słowację wkroczyła Armia Czerwona, nie uciekł, przekonany, że ma czyste sumienie i nie może zawieść tych, którym przewodził w czasach wojny. Na dalszy bieg wypadków czekał w Bratysławie.

    Śledztwo nr 7976

    Nakaz jego aresztowania 27 czerwca 1945 r. wydał ppor. Iwan Danilin, inspektor Ministerstwa Sprawiedliwości służący w jednostce wojskowej nr 7138/3. 23 sierpnia 1945 r., wraz z dziewięcioma innymi osobami z kierownictwa Partii Węgierskiej, Esterházy został przewieziony do Moskwy i osadzony w więzieniu Butyrki. Przez pewien czas siedział tam z Aleksandrem Sołżenicynem i Raoulem Wallenbergiem, szwedzkim dyplomatą znanym z ratowania Żydów w czasie wojny. Śledztwo przeciwko Węgrom, oznaczone numerem 7976, prowadzone było przez osiem miesięcy. 11 kwietnia 1946 r. sporządzono liczący 17 stron akt oskarżenia. Całość dokumentacji tej sprawy zgromadzono w VI tomach, które nie są dostępne dla badaczy.

    Esterházyemu zarzucano m.in., że jako przywódca „faszystowskiej” Partii Węgierskiej „aktywnie walczył przeciwko Związkowi Sowieckiemu i partii komunistycznej”, a także, że jako poseł słowackiego parlamentu „wszelkimi siłami wspomagał i popularyzował walkę u boku Niemiec przeciwko Związkowi Sowieckiemu”. Postawiono mu też zarzut „systematycznego” publikowania artykułów na temat zbrodni katyńskiej w węgierskiej prasie: „Magyar Hirlap”, „Új Hirek” i „Magyar Néplap”. Miał w nich – jak czytamy w akcie oskarżenia – dokonaną przez Niemców „barbarzyńską zbrodnię na polskich oficerach” przypisywać Związkowi Sowieckiemu. Akt ten zatwierdził 11 kwietnia 1946 r. naczelnik 3 Zarządu Ministerstwa Bezpieczeństwa Związku Sowieckiego gen. por. Sołomon Milsztejn. Był jednym z bliskich współpracowników Ławrentija Berii, odpowiedzialnego za funkcjonowanie całego sowieckiego systemu bezpieczeństwa. Po upadku Berii został aresztowany i rozstrzelany w styczniu 1955 r. Tego samego dnia, kiedy Milsztejn podpisał akt oskarżenia, zebrało się Kolegium Specjalne, kolektywny organ działający w ramach sowieckiej bezpieki, i bez żadnych procedur sądowych skazało Esterházyego na 10 lat łagru. Niewątpliwie więc jego działania na rzecz ujawnienia prawdy o zbrodni katyńskiej miały istotne znaczenie dla wysokości kary, jaką otrzymał w Moskwie. Skazani zostali także pozostali Węgrzy.

    Sowieckie motywy

    Doktor Imre Molnár, były węgierski dyplomata i autor książki „Zdradzony bohater. János Esterházy 1901–1957”, w rozmowie z „Gościem” zwraca uwagę, że żadnemu innemu Węgrowi, represjonowanemu przez władze komunistyczne, nie został postawiony zarzut „propagowania kłamstwa” o zbrodni katyńskiej, co świadczy o wyjątkowej aktywności Esterházego w tej kwestii. – Zniknięcie Esterházyego – podkreśla dr Molnár – było wygodne także dla słowackich komunistów, którzy w ten sposób pozbywali się ważnego polityka mniejszości węgierskiej. Kiedy przebywał w więzieniu Butyrki w Moskwie, we wrześniu 1947 r. w Bratysławie odbył się proces zaoczny. W takich okolicznościach, bez żadnego przesłuchania, był on fikcją. Esterházy został w nim skazany na karę śmierci przez powieszenie.

    Dr Molnár dodaje, że o Katyniu pisała nie tylko gazeta „Magyar Hirlap”, wydawana w Bratysławie. Esterházy mówił o tym także w czasie spotkań z Węgrami na Słowacji, które organizował prywatnie, gdyż władze słowackie zakazywały oficjalnych mityngów. – Chodził od wsi do wsi i mówił tam o Katyniu – opowiada dr Molnár i dodaje, że wiedzę na ten temat czerpał nie tylko z oficjalnych informacji niemieckich. Miał także własne źródła. Kontaktował się m.in. z prof. Františkiem Šubíkiem, słowackim lekarzem, który był członkiem powołanej przez Niemców komisji lekarskiej i uczestniczył w ekshumacjach w Katyniu, a przede wszystkim z dr. Ferencem Orsósem, światowej sławy węgierskim patologiem, przewodniczącym tej komisji. Opracowana przez Orsósa metoda oznaczenia daty śmierci, na podstawie zmian zwapnienia kości czaszki, pozwoliła ustalić szczegółowo, kiedy zamordowano w Katyniu polskich jeńców wojennych.

    – Niewątpliwie Esterházy, którego matka była Polką, miał dodatkowe motywy, aby zaangażować się w głoszenie prawdy o zamordowanych rodakach– dopowiada dr Molnár. – Dla niego ta sprawa miała wymiar osobisty, a nie była tylko kolejną sowiecką zbrodnią. O znaczeniu tropu katyńskiego w aktach Esterházyego świadczy również to, że tylko w tym przypadku Sowieci powołują się na zeznania jakiegoś słowackiego komunisty – świadka, w innych punktach aktu oskarżenia tego nie ma.

    Czy aresztowanie Esterházyego i jego szybkie wywiezienie do Moskwy mogło mieć związek z pracami Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze, gdzie Sowieci planowali obciążyć Niemców odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską i chcieli usunąć niewygodnego świadka? Dr Molnár uważa, że taka hipoteza jest wiarygodna, ale nie można jej obecnie potwierdzić w dokumentach. – Aresztowanie Esterházyego w Bratysławie można wytłumaczyć także tym, że Sowieci chcieli zlikwidować elity polityczne w tych krajach, gdzie mieli rządzić, aby w ich miejsce instalować swoich ludzi – mówi. – Możliwe są zresztą oba motywy. Sowieci chcieli pozbyć się Esterházyego, bo był niewygodnym świadkiem w sprawie Katynia, oraz dlatego, że cieszył się wielkim autorytetem wśród słowackich Węgrów. W tym kontekście można także rozpatrywać jego nieoczekiwane zwolnienie w kwietniu 1949 r. i przekazanie go Czechosłowacji. Sprawa katyńska w Norymberdze nie stanęła na wokandzie, a więc i powód przetrzymywania ­Esterházyego nie był już aktualny i dlatego mógł on wrócić do Czechosłowacji. Niewątpliwie trop katyński w biografii Esterházyego jest ważny i warty dalszych badań. W tym kontekście jego postać zasługuje na upamiętnienie w Muzeum Katyńskim w Warszawie, gdzie uhonorowani są już dwaj inni Węgrzy zabici w Katyniu – Emánuel Aladár Korompay oraz Oskar Rudolf Kühneln – dodaje dr Molnár.

    Świadek prawdy

    W kwietniu 1949 r. Esterházy wrócił do Czechosłowacji, ale wolności nigdy nie odzyskał. Przez kolejne osiem lat był przetrzymywany w najstraszniejszych więzieniach w Czechach i na Słowacji. Współwięźniowie zapamiętali go jako mistyka, wpisującego swoje i innych więzienne cierpienie w mękę Pańską. Modlił się za oprawców nawet w czasie przesłuchań i tortur i namawiał do tego innych więźniów. Umarł 8 marca 1957 r. w więzieniu w Mirovie na Morawach.

    Postulator w procesie beatyfikacyjnym Jánosa Esterházyego, ojciec Paweł Cebula OFM Conv, pytany o znaczenie świadectwa, jakie sługa Boży dawał w sprawie zbrodni katyńskiej, podkreśla, że całe jego życie było odważnym świadectwem prawdy. W swoim najgłębszym przekonaniu chciał działać jako chrześcijanin. Kiedy w czasie wojny ponownie wybrano go na przewodniczącego partii, powiedział, że godzi się na to tylko pod warunkiem, że nadal będą walczyć pod sztandarem Maryi. Nawiązywał w ten sposób do dziedzictwa św. Stefana, który oddał Koronę Węgierską Maryi, nazywanej Magna Domina Hungarorum, czyli Wielka Pani Węgrów. – Myślę, że dla Esterházyego Katyń był ważny jako ukazanie, do czego zdolna jest maszyna totalitaryzmów, zagrażająca nam ze Wschodu i z Zachodu. Stale powtarzał, że naszym znakiem jest krzyż Chrystusa, a nie złamany krzyż, czyli niemiecka swastyka, bądź gwiazda, młot i sierp. Na rozumienie przez niego tego, co wydarzyło się w Katyniu, miały wpływ opowieści, jakie usłyszał od swej młodszej siostry Marii, która na Kresach po 17 września 1939 r. przeżyła wkroczenie Armii Czerwonej i opowiadała o barbarzyństwie, jakie wtedy się tam rozgrywało – mówi o. Paweł. Na pytanie, czy ugruntowanie wiedzy o tym, że Esterházy jest także świadkiem prawdy o zbrodni katyńskiej, ma znaczenie dla jego procesu beatyfikacyjnego, o. Paweł odpowiada twierdząco, dodając, że pokazuje to jego odwagę w dążeniu do prawdy, a później konsekwencję w jej obronie.

    Andrzej Grajewski/Gość Niedzielny

    Fi 3605 - 06 ** Matka Boska Katyńska i Kozielska

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK W OKTAWIE WIELKANOCY 14 KWIETNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    19.00 MSZA ŚW.

    * ÓSMY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mistyczne spotkania z Jezusem?

    To normalne, że odwiedza się przyjaciół

    Giovanni di Paolo „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny ze Sieny”, tempera na desce,  ok. 1460 roku.

     

    Giovanni di Paolo „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny ze Sieny”, tempera na desce, ok. 1460 roku.
    METROPOLITAN MUSEUM OF ART, NOWY JORK

    ***

    Jezus ukazał się apostołom przemieniony. Od tamtej pory ukazuje się wciąż – i to przemienia nas.

    Podobno ptaki całymi gromadami zlatywały się ze szczebiotem, gdy Franciszek z Asyżu wchodził na Alwernię. Święty już od pewnego czasu trwał w duchowym napięciu, odczuwając dziwną mieszaninę uniesienia i udręczenia. Zamierzał zaszyć się na 40 dni wśród skalnych rozpadlin tej dzikiej góry. Zapowiedział braciom z tworzącego się zakonu, że będzie to dla niego czas postu. Bardzo chciał poznać i wypełnić wolę Bożą, a przeczuwał, że Bóg chce go obdarzyć łaską cierpienia razem z Ukrzyżowanym.

    Rankiem 14 września 1224 roku, w święto Podwyższenia Krzyża, chwila nadeszła. Kiedy modlił się na zboczu góry, zobaczył nad sobą postać wiszącą na krzyżu, z przybitymi do belek rękami i nogami. Miała ona sześć skrzydeł, tak jak przedstawia się serafinów – dwa skrzydła nad głową, dwa jakby rozciągnięte do lotu, a dwa okrywające ciało.

    „Widząc to, Franciszek zdumiał się gwałtownie, a gdy nie umiał wytłumaczyć, co by znaczyło to widzenie, wtargnęła mu w serce radość pomieszana z żałością. Cieszył się z łaskawego wejrzenia, jakim Serafin patrzył na niego, ale przybicie do krzyża przeraziło go. Natężył umysł, by pojąć, co mogłaby znaczyć ta wróżba, i duch jego silił się trwożnie nad jakimś jej zrozumieniem. Otóż podczas gdy szukając wyjaśnienia na zewnątrz, poza sobą, nie znalazł rozwiązania, nagle objawiło mu je w nim samym odczucie bólu” – zapisał brat Tomasz z Celano, biograf Biedaczyny z Asyżu i jeden z pierwszych jego towarzyszy. Święty Bonawentura dodał później, że między serafinem a Franciszkiem toczyła się rozmowa „tajemna i poufna”. Opisujący tę scenę podkreślają mistyczne piękno ukrzyżowanego człowieka, ale nie piszą wprost, że był to Chrystus.

    Ból, który odczuł Franciszek, wynikał ze stygmatyzacji. „Natychmiast bowiem na jego rękach i nogach zaczęły jawić się znaki gwoździ, jak to na krótko przedtem widział u Męża ukrzyżowanego, ponad sobą w powietrzu” – relacjonuje Tomasz z Celano. Dodaje, że także „prawy bok, jakby przebity lancą, miał na sobie czerwoną bliznę, która często broczyła i spryskiwała tunikę oraz spodnie świętą krwią”.

    Znaki męki Chrystusa na ciele założyciela Zakonu Braci Mniejszych zdumiały świat chrześcijański. Franciszek stał się pierwszym w historii świętym, obdarzonym uznanymi przez Kościół stygmatami, jemu samemu zaś przyniosły określenie alter Christus (drugi Chrystus).

    Zdarzenie na górze Alwerni wyjątkowo mocno pokazuje, że spotkanie z żywym Bogiem nie pozostawia człowieka takim samym, jakim był wcześniej. To spotkanie przemieniające, czasem tak, jak to było w przypadku Mojżesza, gdy po rozmowie z Bogiem jego twarz promieniała. To także spotkanie umacniające przed nadchodzącą próbą, tak jak to było z apostołami, świadkami przemienienia Jezusa na górze. To wreszcie spotkanie mówiące o wielkiej miłości Boga, który już tu na ziemi chce być blisko człowieka, tak jak to było z wieloma świętymi.

    Pierścień niewidzialny

    Wśród osób, które osobiście i bezpośrednio spotykały Chrystusa, wyróżnia się św. Katarzyna ze Sieny. W połowie XIV wieku, gdy miała około siedmiu lat, zobaczyła Pana Jezusa, idąc z bratem jedną ze sieneńskich uliczek. Zbawiciel był ubrany w białą kapę i miał na głowie złocistą tiarę. Nic wtedy nie powiedział, uśmiechnął się tylko i spojrzał dziewczynce głęboko w oczy, po czym ją pobłogosławił.

    Spotkanie to zapadło w serce Katarzyny tak mocno, że odtąd bezustannie myślała o Jezusie. Paliło ją pragnienie ujrzenia Go ponownie. Chciała nawet opuścić miasto, żeby z dala od zgiełku myśleć o Nim na pustkowiu. Kiedy to jednak zrobiła, jeszcze tego samego dnia w niepojęty sposób znalazła się z powrotem w Sienie. Żyła więc jako dominikańska tercjarka, prowadząc życie pustelnicy pośród miejskiego gwaru. Jej mały pokoik, wydzielony w jej rodzinnym domu, był świadkiem duchowych zmagań i wielu mistycznych doświadczeń Katarzyny. Do najważniejszych należą mistyczne zaślubiny, które miały miejsce pod koniec karnawału 1367 r. Kiedy w całym mieście rozbrzmiewały odgłosy zabawy, Katarzyna intensywnie się modliła. W pewnej chwili ujrzała Jezusa. „Ponieważ pogardziłaś próżnymi przyjemnościami, oddając całe serce Mnie, twemu Stwórcy i Zbawicielowi, poślubiam cię w wierze. Bądź mężna! Mocą twej wiary zwyciężysz!” – powiedział Chrystus. Następnie nałożył na palec Katarzyny złoty pierścień z czterema perłami i diamentem, mówiąc: „Zaślubiam cię w wierze, Ja, twój Stwórca i Zbawiciel. I dopóki w niebie nie będziesz ze mną odprawiać godów wiecznych, niech ten ślub będzie nienaruszony. A teraz, moja córko, bądź mężna, bez żadnej zwłoki wykonuj wszystko, co zarządzi moja Opatrzność, bo jesteś zbrojna mocą wiary i wszystkie przeciwności szczęśliwie pokonasz”.

    Odtąd święta zawsze ten pierścień widziała, ale tylko ona. Tego dnia serce mistyczki ściśle przylgnęło do Serca Jezusa. Biografowie piszą, że w tym okresie pozostawała w ciągłym kontakcie ze świętymi. Podczas jednej z ekstaz przeżyła śmierć mistyczną, gdy na kilka godzin zamarły jej funkcje życiowe i sądzono, że nie żyje. Kiedy powróciła do życia, przez trzy dni płakała z tęsknoty za tym, co widziała. W 1375 roku otrzymała stygmaty, których nie było widać na zewnątrz, a które pojawiły się na jej ciele po śmierci.

    To już inna księga

    Z mistycznych doświadczeń zasłynęła także św. Teresa od Jezusa, odnowicielka zakonu karmelitańskiego. Jedno z nich genialnie wyraził w marmurze Gianlorenzo Bernini. Wykonana przez niego rzeźba, zatytułowana „Ekstaza św. Teresy”, znajduje się w kościele Santa Maria della Vittoria w Rzymie. Przedstawia uśmiechniętego anioła, który zamierza przebić serce zakonnicy trzymaną w ręku strzałą. Jest to zgodne z opisem, jaki sama Teresa zawarła w autobiografii. Święta relacjonuje, że anioł w postaci cielesnej, którego widziała, był niewysokiego wzrostu, ale bardzo piękny. „Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami” – czytamy. W ręku anioła Teresa ujrzała złotą włócznię z grotem jakby z ognia. „Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej” – zapisała Teresa. Dalej zaznaczyła, że to „niewypowiedziane męczeństwo” było jednocześnie słodkie „ponad wszelki wyraz”, co sprawiało, że, jak zanotowała, „najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu”. Nie jest to bowiem ból cielesny, ale duchowy, choć, jak przyznaje Teresa, także ciało ma w nim znaczny udział. „Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył” – stwierdza mistyczka.

    Nic nie zapowiadało takiej intensywności przeżyć duchowych Teresy. Gdy dobiegała czterdziestki, wpadła w oziębłość, ulegając „demonowi południa”, zwanemu acedią. Jako zakonnica spełniała swoje obowiązki, ale bez zaangażowania, i czuła, że jest nieautentyczna. Wtedy, w Wielki Poście, przywieziono do klasztoru obraz przedstawiający bardzo poranionego Chrystusa. „Czułam się cała poruszona, gdyż on dobrze przedstawiał to, co Pan dla nas przeszedł. Serce mi się rozdzierało i upadłam tuż przy Nim, cała zalana łzami, błagając Go, aby mnie już raz na zawsze umocnił, abym Go już nie obrażała… Wydaje mi się, że powiedziałam Mu wówczas, że nie podniosę się stamtąd, dopóki nie sprawi tego, o co Go błagałam. Od tamtego czasu bardzo zaczęłam się poprawiać” – czytamy.

    To był punkt zwrotny. „Odtąd jest to już inna, nowa księga, to znaczy inne, nowe życie. To aż dotąd było moje. Natomiast obecne jest tym, którym Bóg żył we mnie” – zanotowała Teresa. Zgodnie ze swym imieniem zakonnym była już naprawdę „od Jezusa”. Jej zażyłe relacje ze Zbawicielem uświadamiały zaskoczonym obserwatorom, że Bóg naprawdę chce z nami przebywać jak z przyjaciółmi i dzielić się niesłychanymi tajemnicami swojego serca.

    Kiedy miała 67 lat, jej życie dobiegło kresu. Gdy przyjęła Komunię, powiedziała: „Już czas, mój Oblubieńcze, abyśmy się spotkali”. W gruncie rzeczy byli ze sobą stale.

    Kwestia decyzji

    Mistyczne spotkania z Jezusem nie są doświadczeniem tylko odległych pokoleń. Ojciec Pio czy Faustyna Kowalska to wyraziste przykłady świętych ostatnich czasów, dla których relacja ze Zbawicielem „twarzą w twarz” była w swojej nadnaturalności czymś naturalnym. Takich osób było i jest wiele, choć tylko nieliczne z nich Kościół wyniósł do chwały ołtarzy. Poniekąd każdy z nas powinien spotkać Chrystusa na swój oryginalny sposób. Mistyczny potencjał każdego chrześcijanina czeka na ożywienie, a to dzieje się zawsze wtedy, gdy człowiek decyduje się zaufać Bogu i po prostu robić to, o co On prosi.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cierpliwość pomnika

    „DLACZEGO TY ŻYJESZ?” JAN PAWEŁ II NIGDY NIE ZAPOMNIAŁ TEGO PYTANIA

    Cała rozmowa skupiła się na tym wątku. Ojciec Święty, o czym wielokrotnie i ze zmartwieniem przypominał, nigdy nie usłyszał słów: „Przebacz mi”. „Dlaczego Ty żyjesz?” Jan Paweł II nigdy nie zapomniał tego pytania. Przez lata nosił je w sobie, zastanawiał się. Znalazł pierwszą, definitywną odpowiedź. Był pewien, że został ocalony przez Matkę Boską. Pozostawała odpowiedź na drugie pytanie, którą pragnął odnaleźć. Zbliżając się do schyłku swego ziemskiego życia, poczuł potrzebę podzielenia się zdaniem, które wyrobił sobie na ten temat. W ostatniej książce „Pamięć i tożsamość” czytamy: „Ali Agca, jak wszyscy mówią, to zawodowy zabójca. Oznacza to, że zamach nie był jego inicjatywą, zaplanował go ktoś inny, ktoś inny zlecił mu jego wykonanie…” (…) Przeznaczeniem (bądź działaniem Opatrzności, jak powiedzieliby wierzący) był taki przebieg wydarzeń. Przeznaczeniem było także pytanie Ali Agcy, zadane człowiekowi, którego miał zabić: „Dlaczego Ty żyjesz?”. Ale nie poprosił o przebaczenie! Jan Paweł II napisał to nawet w liście: „Drogi Bracie, jak moglibyśmy stanąć przed obliczem Pana, jeśli nie przebaczymy sobie wzajemnie tu na ziemi?”. Ten list nigdy nie został wysłany. Prawdopodobnie Ali Agca zlekceważyłby go. Ojciec Święty wolał pójść go odwiedzić. Uczynić gest pojednania. I uścisnąć zamachowcowi dłoń. Tę dłoń! A on nic, zero. Interesowały go wyłącznie objawienia fatimskie. Chciał wiedzieć, kto przeszkodził mu w zabiciu tego człowieka. Ale prosić o przebaczenie? Nie, to go nie interesowało. Nigdy tego nie zrobił. Nigdy nie poprosił o przebaczenie!

    Ks. Kardynał Stanisław Dziwisz – „Świadectwo”.

    ***

    Najświętsze oburzenie nie jest tak święte jak przebaczenie.

    Kiedy w nocy z 1 na 2 kwietnia ktoś zdewastował pomnik św. Jana Pawła II przed łódzką katedrą, abp Grzegorz Ryś powiedział podczas porannej Mszy: „Zapraszam do modlitwy za naszych braci, którzy ten pomnik zniszczyli; nie o ich opamiętanie czy nawrócenie, lecz po prostu za nich”.

    Strasznie to trudne zrezygnować z jakiejś formy odwetu, a tym bywa nawet cedzone przez zęby oświadczenie: „Pomodlę się, żebyś się nawrócił”. Rzadko autor takiej deklaracji rzeczywiście się potem modli, bo miała ona tylko podkreślić jego moralną wyższość i w istocie zastąpić kopniaka. To nie są szczere intencje, a jak pisze Faustyna, „bardzo nie podoba się Bogu czyn chociażby był najchwalebniejszy, ale niemający pieczęci czystej intencji; takie czyny pobudzają Boga raczej do kary, a nie do nagrody”. Szczera i pokorna modlitwa tam, gdzie chciałoby się udusić drania różańcem, to jest dopiero ofiara. Ale czy można inaczej? Właśnie na tym polega wyjątkowość Ewangelii, że wymaga od nas zachowań szokująco odmiennych od tych, których domaga się skażona ludzka natura. „Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go. Jeżeli pragnie – napój go!” – instruuje św. Paweł” (Rz 12,19).

    To po ludzku nie jest normalne. W żadnej religii nie ma wymogu działania na przekór odruchowi zemsty. Czasem cały organizm skowyczy: „Skoro już dajesz jeść wrogowi, to dodaj mu przynajmniej coś na przeczyszczenie!”. Ale trzeba się temu oprzeć, jeśli nie chcemy być „jak poganie”. Jak ludzkość stara, wciąż się za coś odkuwamy i jakoś niczego to nie naprawia i nikogo nie skłania do zmiany życia. A przecież o taką zmianę chodzi.

    Gdyby Jan Paweł II wcielił się w pomnik i palnąłby w łeb tego delikwenta, co go mazał farbą, tamten by się na pewno wystraszył i uciekł. Ale co z tego? Niczego by biedak nie zrozumiał i zostałby tak samo pogubiony jak był wcześniej.

    Ale Jan Paweł II by tego nie zrobił. To pewne, bo on doznał zamachu na siebie, a nie na swój pomnik. I w obliczu śmierci – bo nie mógł przewidzieć, że przeżyje – powiedział: „Wybaczam zamachowcowi”. W takich warunkach się nie gra, nie robi niczego na pokaz. O ile bardziej więc wybaczyłby nieszczęśnikowi, który nasłuchał się insynuacji i wyobraża sobie, że atakując pomnik walczy z pedofilią.

    Pomnikowy terroryzm to rzecz daleko mniej straszna od tego, co zrobiliśmy z Bogiem wcielonym. A jednak i wtedy Pan Jezus znalazł okoliczność łagodzącą: „Nie wiedzą, co czynią”. Tu też sprawcy nie wiedzą, co czynią. Oni naprawdę uważają siebie za obrońców dzieci, za rzeczników prawdy wobec tego, co uznają za nasz fanatyzm. I nie zmienią zdania, jeśli z naszej strony nie spotkają się z tym, czego się najmniej spodziewają: z miłością.


    KRÓTKO:

    Trauma krzyża

    W „Gazecie Wyborczej” trwa akcja oburzania się tym, co kościelne. „Drastyczne sceny w pasyjnym spektaklu przed kościołem w Strzegomiu. Wśród widzów były dzieci” – napisali w tytule na portalu wałbrzyskiego wydania GW. Dalej czytamy: „Oblane sztuczną krwią ciało aktora grającego Jezusa, biczowanie półnagiego mężczyzny czy »ukrzyżowanie« – takie sceny oglądali parafianie na widowisku pasyjnym w Strzegomiu. Wśród widzów były dzieci, które wszystkiemu mogły się przyglądać z bardzo bliska”. Proszę, jak się redaktorzy troszczą o dzieci. Czy w następnym kroku oburzą się krucyfiksami? Bo tak się składa, że misteria Męki Pańskiej są organizowane od wieków, zazwyczaj z udziałem dzieci, a główną rolę gra w nich „półnagi mężczyzna”. I krew (sztuczna) też się leje. I jakoś dzieci nie miały traumy. Za to teraz, jak się zdaje, traumę mają ci, którzy życzyliby sobie, żeby dzieci niczego już o Jezusie Chrystusie się nie dowiadywały.

    Kolejny transfob

    Richard Dawkins, znany misjonarz ateizmu, stanął w obronie J.K. Rowling, autorki Harry’ego Pottera i brytyjskiej profesor filozofii Kathleen Stock. Obie panie naraziły się genderystom. Zostały uznane za „transfobki” za sprzeciw wobec ideologicznego traktowania ludzkiej płciowości i są z tego powodu szykanowane i zastraszane. Dawkins napisał na Twitterze: „Jako biolog twierdzę, że są dwie płcie i to wszystko”. Teraz on też ma kłopoty.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    LITURGIA WIELKIEGO TYGODNIA

    ____________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    8 KWIETNIA

    WIELKA SOBOTA

    22.00 LITURGIA PASCHALNA

    * DRUGI DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ŚWIĘCENIE POKARMÓW NA STÓŁ WIELKANOCNY O GODZ. 12.00 I 15.00

    _____________________________________________

    Wielka cisza spowiła ziemię;

    wielka na niej cisza i pustka.

    Cisza wielka, bo Król zasnął

    Grób Pański w kościele św. Tomasza Apostoła/profil parafii na FB/PCh24.pl

    ______________________________________________________

    Noc Zmartwychwstania WIELKANOC

    Obrzędy Wigilii Paschalnej

    EAST NEWS

    ***

    Ta uroczysta Eucharystia, wieńcząca nocne paschalne czuwanie, jest par excellence rezurekcją, a nie poranna procesja. Wyjaśniamy znaczenie liturgicznych znaków Wigilii Paschalnej.

    Wielki szabat

    Doświadczenie pustki i ciszy. „Kościół trwa przy Grobie Pańskim, rozważając Mękę i Śmierć Chrystusa oraz Jego zstąpienie do otchłani, a także w modlitwie i poście oczekuje na Jego Zmartwychwstanie”.

    W naszej polskiej tradycji to także – niekorespondujący zbytnio z nastrojem Wielkiej Soboty – zwyczaj błogosławienia pokarmów na wielkanocny stół. Oby nie zmącił wielkosobotniej ciszy i skupienia. Gdy wielki i święty szabat, wraz z nastaniem nocy dobiegnie kresu, nadejdzie oczekiwane.

    Noc

    Konieczny warunek. Świętowanie Zmartwychwstania rozpoczyna się „czuwaniem na cześć Pana” w nocy. Wigilia Paschalna domaga się tego znaku. Nie chodzi o to, by rozpoczynając liturgie w popołudniowych godzinach Wielkiej Soboty wyobrazić sobie, że jest noc. Trzeba tej nocy doświadczyć.

    Dlatego przepisy liturgiczne stanowczo zakazują rozpoczęcia Wigilii Paschalnej przed zapadnięciem nocy. Bez niej trudno będzie zrozumieć pełny sens tej celebracji.

    Światło

    Rozprasza ciemności nocy. Przy rozpalonym ognisku, przed kościołem, rozpoczyna się pierwsza część Wigilii Paschalnej – Liturgia Światła. Kapłan poświęca nowy ogień.

    Po chwili, zapalona od nowego ognia i oznaczona symbolami Chrystusa paschalna świeca wnoszona jest do ciemnego kościoła, otwierając procesję. „Jak synowie Izraela szli za przewodem słupa ognia, tak chrześcijanie idą w ślady Zmartwychwstałego Chrystusa”. Światło Chrystusa! Ciemna świątynia powoli rozjaśnia się blaskiem setek płomieni trzymanych w rękach świec.

    Orędzie

    Przed płonącym paschałem wyśpiewywane jest Orędzie Wielkanocne. W przepięknym lirycznym poemacie otwiera się przed uczestnikami liturgii tajemnica paschalnej nocy.

    „Jest to ta sama noc, w której niegdyś ojców naszych, synów Izraela, wywiodłeś z Egiptu; noc, która światłem ognistego słupa rozproszyła ciemności grzechu; a teraz ta sama noc uwalnia wszystkich wierzących w Chrystusa (…) od mroku grzechów; tej właśnie nocy Chrystus skruszywszy więzy śmierci, jako zwycięzca wyszedł z otchłani; o, zaiste błogosławiona noc!”.

    Noc Paschy Izraela, noc Zmartwychwstania Chrystusa, noc naszego czuwania. Ta sama noc.

    Słowo

    Stół słowa tej nocy jest zastawiony obficie. Czytanie słowa Bożego stanowi podstawową część Wigilii Paschalnej. Siedem czytań ze Starego Testamentu, dwa z Nowego; towarzyszą im psalmy i modlitwy.

    „Kościół – poczynając od Mojżesza i wszystkich proroków – wyjaśnia paschalne misterium Chrystusa”. Otwierają się przed nami w tę noc najważniejsze etapy historii zbawienia: stworzenie świata („Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”); próba Abrahama („Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twojego potomstwa”); przejście Izraela przez Morze Czerwone („Ulękli się Pana i uwierzyli Jemu oraz Jego słudze Mojżeszowi”); Boże obietnice dawane za pośrednictwem proroków („Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza”).

    Słuchając słowa, symbolicznie przechodzimy od Pierwszego do Nowego Przymierza. Wypełnia się Pascha naszego zbawienia: „Przez chrzest zostaliśmy razem z Chrystusem pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych”; rozbrzmiewa radosne: „nie ma Go tu, zmartwychwstał!”. By to usłyszeć, trzeba mieć czas. Jakikolwiek pośpiech byłby zaprzeczeniem czuwania.

    Chrzest

    Liturgia chrzcielna jest trzecią częścią Wigilii Paschalnej. Pascha Chrystusa staje się realnie naszą Paschą. Urzeczywistnia się w sakramencie. Katechumeni, mający przyjąć w tę noc chrzest, wspierani przez wszystkich modlitwą „z radosną nadzieją zbliżają się do źródła odrodzenia”.

    Nawet jeśli gdzieś nie ma katechumenów ani dzieci, które mają być ochrzczone, błogosławi się wodę chrzcielną, używaną do udzielania chrztu przez cały okres wielkanocny: „Prosimy Cię Panie, niech przez Twojego Syna zstąpi na tę wodę moc Ducha Świętego, aby wszyscy przez chrzest pogrzebani razem z Chrystusem w śmierci, z Nim też powstali do nowego życia”.

    Katechumeni wyrzekają się szatana, wyznają wiarę i przyjmują chrzest. Pozostali uczestnicy liturgii, z płonącymi świecami w rękach, odnawiają swoje chrzcielne przyrzeczenia. Do tego momentu przygotowywali się przez czterdzieści dni Wielkiego Postu. Krople chrzcielnej wody obficie zraszają zgromadzonych.

    Eucharystia

    Jest czwartą częścią Wigilii Paschalnej i jej szczytem. „Jest ona bowiem najpełniej sakramentem paschalnym, czyli upamiętnieniem ofiary krzyża i obecnością Chrystusa Zmartwychwstałego”. Nowo ochrzczeni uczestniczą w niej po raz pierwszy, dopełniając chrześcijańskiego wtajemniczenia.

    Ta uroczysta Eucharystia, wieńcząca nocne paschalne czuwanie, jest par excellence rezurekcją! To przecież nie procesja po porannej mszy świętej w wielkanocny poranek nosić powinna to miano. Msza rezurekcyjna, czyli pierwsza msza Zmartwychwstania, sprawowana jest na zakończenie Wigilii Paschalnej w Wielką Noc.

    Wpisana w naszą polską tradycję procesja rezurekcyjna doskonale może zakończyć (tak dzieje się już w wielu kościołach) nocną rezurekcję. Radosne ogłoszenie światu Zmartwychwstania Pana będzie wtedy naturalną konsekwencją przeżytej Paschy i początkiem pięćdziesięciu dni świątecznej radości.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wielka Sobota i „zstąpienie do piekieł”

    Chrystus w krainie umarłych

    Chrystus wyciąga Adama i Ewę z Otchłani, fresk z kościoła w Stambule, 1315

    © José Luiz Bernardes Ribeiro/Wikipedia | CC

    ***

    „Tobie, Adamie, rozkazuję: Zbudź się, który śpisz! Nie po to bowiem cię stworzyłem, abyś pozostawał spętany w Otchłani. Powstań ty, który jesteś moim obrazem uczynionym na moje podobieństwo. Powstań, pójdźmy stąd!”

    O jakie „piekła” chodzi?

    W odmawianych przez nas słowach Składu Apostolskiego, wyrażających wiarę Kościoła, tuż przed wyznaniem wiary w zmartwychwstanie Chrystusa spotykamy dość enigmatyczne stwierdzenie: „zstąpił do piekieł”. Co oznacza ta formuła? Inaczej mówiąc: dokąd i w jakim celu Jezus zstąpił?

    Pierwsze nasuwające się w tym kontekście skojarzenie „piekieł” ze stanem potępienia jest mylące. Staropolskie, wyrażane w liczbie mnogiej „piekła” są bowiem oddaniem znajdującego się w wyznaniu wiary greckiego „katotata” (dosłownie: dół) czy łacińskiego „infernae” (również w liczbie mnogiej), które – choć może oznaczać piekło w dosłownym tego słowa znaczeniu – sugeruje przede wszystkim coś, co znajduje się „niżej”.

    Chodzi więc o „krainę umarłych”, Otchłań, biblijny Szeol (hebr.), przetłumaczony potem przez Biblię grecką jako „Hades”.

    Szeol i kraina umarłych

    Pojęcie „Szeolu” oznaczało pierwotnie w Biblii krainę umarłych, bez rozróżnienia ostatecznych konsekwencji ich życia i ich czynów. Szeol był taki sam dla wszystkich, którzy umarli: smutny i beznadziejny. Przebywający w nim byli cieniami, niespełnieni, oddzieleni od Boga. Szukający nadziei człowiek potrafił jednak modlić się: „Choćbym przechodził przez dolinę cienia śmierci, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną” (Ps 23,4), „Jesteś przy mnie, gdy położę się w Szeolu” (Ps 139,8).

    W późniejszych tekstach Starego Testamentu pojawia się coraz wyraźniej koncepcja zmartwychwstania i sądu, podkreślająca konsekwencje dobrych i złych czynów człowieka.

    Znajdujemy ją też w Ewangelii w nauczaniu Jezusa: przypowieść o bogaczu, cierpiącym w wiecznych płomieniach gehenny z powodu braku miłości w swym życiu i Łazarzu, doświadczającym szczęścia „na łonie Abrahama”, jest jej wyraźnym przykładem, choć wciąż nie jest rozwiązaniem „problemu śmierci” i braku zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DO SAKRAMENTU SPOWIEDZI ŚW. MOŻNA PRZYSTĄPIĆ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – KAŻDEGO WIECZORU PO LITURGII TRIDUUM I W WIELKI PIĄTEK W KAPLICY-IZBIE OD GODZ. 10.00 -15.00

    Niechciany sakrament

    Niechciany sakrament
    fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Jezus powiedział św. Faustynie: „Nie odkładaj sakramentu spowiedzi, bo to Mi się nie podoba”. Każdemu to mówi.

    Dziesięciu księży spowiada od wieczora do późnej nocy. Ludzie, czasem po raz pierwszy od wielu lat, wylewają przed Bogiem swoje dusze. Siedząc twarzą w twarz ze spowiednikiem, mówią rzeczy, których nikomu, nawet sobie, powiedzieć nie chcieli. Płaczą. Wreszcie słyszą: „Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. I odchodzą przemienieni. I mówią: „Nie wiedziałem, że Kościół taki jest. Nie wiedziałam, że taka może być spowiedź”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak uzyskać odpust zupełny w czasie Triduum Paschalnego?

    Jak uzyskać odpust zupełny w czasie Triduum Paschalnego?

    CATHOPIC

    ***

    Każdego dnia Triduum Paschalnego można uzyskać odpust zupełny za siebie lub za zmarłego. Kościół określa warunki, jakie w tym celu trzeba wypełnić.

    “Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych. Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” – czytamy w 1471 punkcie Katechizmu Kościoła Katolickiego. 

    Odpust może uzyskać osoba ochrzczona, wolna od ekskomuniki, będąca w stanie łaski uświęcającej przynajmniej pod koniec wypełniania przepisanych czynności oraz posiadająca przynajmniej ogólną intencję zyskania odpustu. 

    Warunki przyjęcia odpustu:

    WIELKI CZWARTEK: 

    adoracja Najświętszego Sakramentu trwająca przynajmniej przez pół godziny;
    lub
    odmówienie w sposób uroczysty hymnu ,,Przed tak wielkim Sakramentem”

    WIELKI PIĄTEK:

    pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej (przed stacjami prawnie erygowanymi, połączone z rozważaniem Męki i Śmierci Chrystusa i przechodzeniem od stacji do stacji; w publicznym odprawianiu wystarczy przechodzenie prowadzącego)
    lub
    pobożny udział w obrzędzie liturgicznym w Wielki Piątek i ucałowanie krzyża

    WIELKA SOBOTA:

    odnowienie przyrzeczeń chrztu św. w czasie nabożeństwa Wigilii Paschalnej.

    Oprócz tego spełnione muszą być stałe warunki odpustu, którymi są:

    – spowiedź sakramentalna (niekoniecznie w dniu odpustu)
    – Komunia eucharystyczna
    – modlitwa w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz i Zdrowaś)
    – brak przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.

    (Po jednej spowiedzi sakramentalnej można uzyskać wiele odpustów zupełnych. Natomiast po jednej Komunii eucharystycznej i po jednej modlitwie w intencjach Ojca Świętego zyskuje się tylko jeden odpust zupełny.)

    AH/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 KWIETNIA – NIEDZIELA PALMOWA

    GODZ. 13.30

    ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    NABOŻEŃSTWO GORZKICH ŻALÓW

    GODZ. 14.00

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    Z CEREMONIĄ POŚWIĘCENIA PALM I PROCESJĄ

    Plik:Józef Chełmoński - Krzyż w zadymce (1907).jpg
     Józef Chełmoński – Krzyż w zadymce (1907)

    Ludzkie krzyże

    W pokoju, w którym mijają moje dni i noce, miesiące i lata
    wisi dużo krzyży – a każdy krzyż jest inny, bo i jego ciężar, który ciąży człowiekowi niczym brzemię też jest inny, jedyny, niepowtarzalny…
    Są jak stacje Drogi Krzyżowej.
    Ciągle dochodzą kolejne wydłużając pogłębiającą się koleinę.
    Ludzkie krzyże: duże i małe, z drzewa szorstkiego i bardzo ozdobne
    uczestniczą nie tylko w mojej modlitwie,
    ale i w udręce, bo lęku doznaję – jak Jonasz.
    Czemu we mnie jest jeszcze tak mało z Szymona z Cyreny, który niosąc belkę Krzyża pozbył się przymusu?

    Ludzkie krzyże z Jezusowym wizerunkiem przenoszę na drugi brzeg. Z trudem pokonuję wir rzeki. Wiem, że Twoje nieskończone Miłosierdzie już tyle razy obmywało moją nędzę a jednak wciąż ją widzę powtarzając za psalmistą: …”a grzech mój jest zawsze przede mną”…

    Niech wreszcie utonie w wodzie, z którą się zmagam, mój ciężar słabości i grzechu, abym mógł nieść tylko Ciebie Panie, któryś ukrył swoje Oblicze w każdym człowieczym sercu.

    ks. Marian

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 KWIETNIA

    WIELKI CZWARTEK

    20.30 MSZA ŚW. WIECZERZY PAŃSKIEJ

    El Greco, Ostatnia Wieczerza
    El Greco (1541-1614)
    ok. 1568, olej na desce, Pinakoteka, Bolonia

    ***

    „Panie Jezu, daj nam wejść razem z Tobą do Wieczernika, gdzie czeka na nas Największy z Cudów”.

    Pani Jezu, nadchodzi godzina, gdy zostaniesz wydany w ręce ludzi. Przygotowani przez Twoje nauczanie i odnowieni przez czterdziestodniowy post chcemy kontemplować głębię wielkiego misterium, jakie dzisiaj się rozpoczyna…

    Z dziękczynieniem chcemy celebrować tajemnicę Najświętszej Ofiary i jednocześnie uwielbiać Cię jako Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Przepełnieni wdzięcznością za tak wielki dar składamy na ołtarzu nasze życie, wszystkie problemy i troski, całą naszą słabość i grzeszność. Przemień je, Jezu, i uczyń ofiarą miłą Tobie. W wieczornym mroku patrzymy na nasze zdrady, które wydały Cię na śmierć.

    Nie jesteśmy godni, aby przebywać z Tobą, ale Ty mimo wszystko przygarniasz nas do siebie i przebaczasz wszystkie nasze nieprawości. Patrzymy na Ciebie w ciemnicy i współodczuwamy Twoje osamotnienie i smutek. Chcemy być razem z Tobą w oczekiwaniu na wydarzenie, które przyniesie nam usprawiedliwienie i pokój.

    ks. Mateusz Szerszeń CSMA/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________

    Modlitwa w intencji kapłanów:

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, ab głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. 

    Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni. Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni.

    Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie.

    Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    _____________________________________________________

    W ten wyjątkowy wieczór Wielkiego Czwartku przypomnijmy sobie słowa św. o. Pio o Najświętszej Ofierze Mszy świętej:

    “W tych tak smutnych czasach śmierci wiary, triumfującej bezbożności, najbezpieczniejszym środkiem uchronienia się przed chorobą zakaźną, która nas otacza, jest wzmacnianie się pokarmem eucharystycznym. Rzeczą oczywistą jest, że nie może się nim wzmocnić ten, kto miesiącami nie karmi się ciałem nieskalanego Baranka Bożego”.

    ***

    “Każda Msza święta, w której dobrze i pobożnie się uczestniczy, jest przyczyną cudownych działań w naszej duszy, obfitych łask duchowych i materialnych, których my sami nawet nie znamy. Dla osiągnięcia takiego celu nie marnuj bezowocnie twego skarbu, ale go wykorzystaj. Wyjdź z domu i uczestnicz we Mszy Świętej. Świat mógłby istnieć nawet bez słońca, ale nie może istnieć bez Mszy świętej”.

    ***

    “Póki nie jesteśmy pewni, że nasze sumienie jest obciążone ciężką winą nie należy zaprzestawać przyjmowania Komunii świętej”

    ***

    “Przed Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie wzbudzaj święte uczucia, rozmawiaj z Nim, módl się i trwaj w Objęciach Umiłowanego”. 

    ***

    “Jak mogę nosić w mym małym sercu Nieskończonego? Jak mogę zamykać Boga w małej celi mej duszy? Moja dusza napełnia się w bólu i miłości. Napełnia mnie trwoga, że nie zdołam zatrzymać Go w wąskiej przestrzeni mego serca”. 

    _____________________________________________________________________________________________________________

    7 KWIETNIA

    WIELKI PIĄTEK

    20.00 LITURGIA MĘKI PAŃSKIEJ

    * DZIEŃ ŚCISŁEGO POSTU CO DO JAKOŚCI I ILOŚCI

    * PIERWSZY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    * O GODZ. 15.00 W KAPLICY IZBIE – DROGA KRZYŻOWA

    Jezus staje przed Piłatem. Ten fakt budzi nasze wątpliwości jak również medialną, sensację. Czy Oskarżony jest wiarygodny i prawdziwy, skoro Jego Królestwo nie jest z tego Świata?
    Chrystus pogrąża się w mroku, zamyka oczy przed ziemskim prawem, gdyż wie, że nie jest podsądnym, lecz Sędzią Niebieskim, który ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Będzie Boskim Sędzią, dobrym i naturalnym jak słońce, w przeciwieństwie do Piłata, któremu przyświeca sztuczny blask reflektorów, aby wszyscy widzieli, jak obmywa ręce z krwi Baranka.
    Chrystus Król z Pierwszej Stacji Drogi Krzyżowej Jerzego Dudy Gracza

    _____________________________________________________________________

    _______________________________________________

    Dziś przed krzyżem klękamy jak przed Najświętszym Sakramentem

    i całujemy go z wielką czcią, wielbimy adorując …

    PAPIEŻ JAN PAWEŁ II Z KRZYŻEM
    East News

    __________________________________________________________________________________________

    Dzisiejszego wieczoru medytując Mękę Pana naszego Jezusa Chrystusa

    wchodzę w nieprawdopodobną ciszę.

    Nie ma muzyki ani śpiewu.

    Są jedynie lamentacje.

    Kapłan w milczeniu zbliża się do obnażonego ołtarza przed którym pada na twarz. Ten gest wyraża „ukorzenie się człowieka oraz smutek i ból Kościoła”.

    Na ołtarzu nie ma zapalonych świec.

    Nie ma krzyża.

    I nie ma Mszy św.

    W takiej scenerii pragnę pokutować za grzechy swoje i grzechy świata całego.

    Słucham opisu Męki Pańskiej według Ewangelii św. Jana.

    I widzę coraz wyraźniej jak często i jak lekkomyślnie swoimi wyborami skazywałem

    Ciebie, Panie Jezu na śmierć.

    Jak uczynić zadość za każdy Twój upadek, Jezu?

    Jak wynagrodzić za każde wyszydzanie Ciebie, Jezu?

    Bo w Twojej męce wpisany jest mój konkretny grzech.

    Wiem, że łaską jest pragnienie, aby doznać nawrócenia. Dlatego proszę o tę łaskę.

    Już w Ogrodzie oliwnym Twój pot stał się krwią.

    W tym duchowym cierpieniu widziałeś, Jezu,

    jak bardzo wielu tak bezgranicznie ukochanych przez Ciebie nie tylko nie uszanuje,

    ale pogardzi Twoją Miłością.

    Dziś w Wielki Piątek cierpisz także fizycznie.

    Dlatego medytuję opis Twojej Męki i proszę Cię, Panie,

    abym nie zwątpił patrząc na Twoje niewyobrażalne cierpienia i śmierć,

    ale oddał Tobie całego siebie bez żadnych zastrzeżeń.

    Bo tylko Ty, Panie, możesz przeprowadzić mnie z moim krzyżem przez ten padół wszystkiego czego się wciąż lękam.

    Dróg jest wiele, ale Tyś jest tą jedyną Drogą, prawdziwą, która ma moc doprowadzić do zmartwychpowstania.

    ks. Marian

    __________________________________________________________________________

    Tajemniczy wizerunek Chrystusa.

    Stworzony nieprzerwaną linią. Jak to możliwe?

    Ta szesnastowieczna rycina przedstawiająca Chrystusa w koronie cierniowej była jednym z najpopularniejszych wizerunków Zbawiciela w XVII-wiecznej Europie. Jednak technika wykonania wizerunku pozostaje tajemnicą, której nikt nie zdołał powtórzyć.

    Sudarium św. Weroniki, znane także pod tytułami Święte ObliczeOblicze Chrystusa, przedstawiające twarz umęczonego Jezusa wpisaną w koło to jeden z najbardziej tajemniczych wizerunków Zbawiciela.  Stworzył je w 1649 r. francuski grawer i malarz Claude Mellan (1598 –1688).

    Twarz Chrystusa

    Miedzioryt na pierwszy rzut oka nie różni się od innych dzieł z epoki. Ale gdy spojrzymy na niego z bliska zobaczymy, że twarz Chrystusa tworzy ciągła, nieprzerwana spiralna linia. Zaczyna się na czubku nosa, rozwija się (zgodnie z ruchem wskazówek zegara), rozszerza i ponownie zwęża, nie stykając się z sąsiednią linią, i tworzy kompletny obraz.

    Twarz Chrystusa. Miedzioryt autorstwa Claude’a Mellana
    Rene den Engelsman/ Wikimedia Commons

    ***

    Spoglądają na nas smutne oczy Jezusa. Widzimy detale, takie jak krople krwi i potu, poszczególne włosy na brodzie i pukle loków na głowie, a także misternie wykończoną koronę cierniową. Wszystkie te elementy, cienie i efekt plastyczny powstały poprzez wygięcie i poszerzenie lub osłabienie pojedynczej, wygrawerowanej linii.

    „Święte Oblicze”

    U dołu znajdują się dwie łacińskie inskrypcje. Pierwsza z nich informuje, że autorem pracy jest Claude Mellan i powstała ona w Luwrze w 1649 r. Druga, Formatur Unicus Una Non Alter (łac. jedyny uczyniony z jedynego [być może „jednorodzony”?], żadnego innego), od wielu lat stanowi zagadkę i budzi domysły historyków sztuki.

    Jedna z interpretacji sugeruje, że chodzi o osobę jednorodzonego Syna Bożego, zrodzonego z Dziewicy, a napis NON ALTER oznacza, że ​​nie ma nikogo, kto przypominałby, kto byłby drugim Chrystusem. Jednocześnie napis nawiązuje też do mistrzowskiej techniki grawera, jego pewnej ręki, której pracy nikt nie jest w stanie skopiować.

    Tym bardziej, że napis miał podobno umieścić przyjaciel Mellana, Michel de Marolles, opat z Villeloin-Coulangé w środkowej Francji. Niektórzy badacze skłaniają się też do teorii, że napis odnosi się do odbicia Chrystusowego oblicza, które w momencie podania przez św. Weronikę chusty zostało stworzone „ręką Boga”.

    Krzysztof Stępkowski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________

    Dzisiejszy dzień jest dniem postu ścisłego co do ilości i jakości.

    Wstrzemięźliwością od pokarmów mięsnych i post ścisły (trzy posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden – do syta) zobowiązani są wszyscy wierzący powyżej 14-tego roku życia, a post dotyczy osób pełnoletnich do 60-tego roku życia. (Kodeks Prawa Kanonicznego: 1251-1252)

    Poprzez post mam doświadczyć głodu, który mnie osłabi, bo w tej słabości łatwiej uświadomić sobie, jak bardzo jestem słaby, kruchy i bezbronny. Ta niemoc nakarmienia samego siebie powinna mnie tak mocno ogarnąć, że zaczynam wołać do Boga: Nakarm mnie! Tak bardzo potrzebuję Ciebie, Panie!

    Mój dobrowolnie przyjęty post, który powinienem odczuć, pomoże mi zbliżyć się i zjednoczyć z Panem naszym Jezusem Chrystusem przyjmującym całkowicie dobrowolnie krzyż naszych grzechów po to, aby poprzez swoją mękę i śmierć i chwalebne Zmartwychwstanie nakarmić swoim Ciałem głód całego świata.

    ________________________________________________________________________

    Nowenna przed Świętem Miłosierdzia Bożego

    Nowennę tę kazał Pan Jezus siostrze Faustynie zapisać w sierpniu 1937 roku, polecając odprawianie jej przed Świętem Miłosierdzia, począwszy od Wielkiego Piątku:

    “Pragnę, abyś przez te dziewięć dni sprowadzała dusze do zdroju mojego miłosierdzia, by zaczerpnęły siły i ochłody, i wszelkiej łaski, jakiej potrzebują na trudy życia, a szczególnie w śmierci godzinie. W każdym dniu przyprowadzisz do serca mego odmienną grupę dusz i zanurzysz je w tym morzu miłosierdzia mojego. A ja te wszystkie dusze wprowadzę w dom Ojca mojego. Czynić to będziesz w tym życiu i w przyszłym. I nie odmówię żadnej duszy niczego, którą wprowadzisz do źródła miłosierdzia mojego. W każdym dniu prosić będziesz Ojca mojego przez gorzką mękę moją o łaski dla tych dusz.

    Odpowiedziałam: Jezu, nie wiem, jak tę nowennę odprawiać i jakie dusze wpierw wprowadzić w najlitościwsze Serce Twoje. – I odpowiedział mi Jezus, że powie mi na każdy dzień, jakie mam dusze wprowadzić w Serce Jego”. (1209)

    _________________________________________

    PIERWSZY DZIEŃ NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 KWIETNIA, WSPOMINAMY XVIII ROCZNICĘ “ODEJŚCIA DO DOMU OJCA”

    ŚW. JANA PAWŁA II

    Bazylika Mniejsza w Wadowicach widziana z ulicy Kościelnej, na której stoi dom rodzinny Papieża Jana Pawła II-go.
    Na ścianie Bazyliki Mniejszej NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY w Wadowicach znajduje się zegar słoneczny, który Karol Wojtyła oglądał codziennie z okien swojego mieszkania. Oto jego słowa, które wypowiedział był na wadowickim rynku: „A dom był tutaj, za moimi plecami, przy ulicy Kościelnej. Kiedy patrzyłem przez okno, widziałem na murze zegar słoneczny i napis: „Czas ucieka, wieczność czeka”. Po śmierci św. Jana Pawła II dopisano datę: „2 kwietnia 2005”. Inskrypcja została wpisana między godziny oznaczone rzymskimi cyframi XI i X. Ma to symbolizować godzinę 21.37, tę, w której odszedł Jan Paweł II do Domu Ojca.(fot. ze strony: muzeum JPII)
    Jan Paweł II zamieszkał tu na stałe
    Rodzinny dom Karola Wojtyły w Wadowicach – widok na zegar słoneczny na ścianie kościoła parafialnego
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Homilia św. Jana Pawła II,

    którą wygłosił był 43 lata temu w Niedzielę Palmową

    ***

    – Jezus, idąc do Jerozolimy w tym momencie, odsłania siebie całkowicie wobec tych, którzy przygotowuję zamach na Jego życie. Odsłania się zresztą od dawna, głosząc to wszystko, co głosi – i nauczając, czego naucza. Czytania liturgiczne ostatnich tygodni ukazują to bardzo przejrzyście: “wjazd do Jerozolimy” stanowi nowy, zdecydowany krok na drodze ku śmierci, jaką gotują Mu przedstawiciele starszyzny żydowskiej. Nie mogły nie spotęgować niepokoju Najwyższej Rady i nie przyśpieszyć ostatecznej decyzji słowa wypowiadane przez “całe mnóstwo” pielgrzymów, zdążających wraz z Jezusem do Jerozolimy – powiedział podczas homilii wygłoszonej 30.03.1980 r. św. Jan Paweł II.

    1. Chrystus przybliża się do Jerozolimy z uczniami. Czyni to podobnie jak inni pielgrzymi, synowie i córki Izraela, którzy w tym tygodniu poprzedzającym Paschę podążają do Jerozolimy. Jezus jest jednym z wielu.

    Zdarzenie to można więc uznać za zwyczajne, jeśli sadzić po jego zewnętrznym przebiegu. Jezus przybliża się do Jerozolimy od strony Góry Oliwnej; a więc także od strony miejscowości Betfage i Betania. Tam poleca dwom uczniom przyprowadzić osiołka. Daje im dokładne wskazówki co do tego, gdzie znajdą zwierzę i jak maję odpowiedzieć tym, którzy będą pytać, w jakim celu to czynią. Uczniowie postępują ściśle według tych wskazówek. Pytającym, czemu odwiązują oślę, odpowiadają: “Pan go potrzebuje” (Łk 19, 31) – i ta odpowiedź wystarcza. Osiołek jest młody. Nikt jeszcze dotąd nie siadał na nim, Jezus będzie pierwszy. Tak więc dalszy ciąg drogi do Jerozolimy odbywa Jezus siedząc na osiołku. Od pewnego jednak momentu ta podróż, która nie miała w sobie nic niezwykłego, zamienia się w prawdziwy “wjazd do Jerozolimy”.

    Dzisiaj sprawujemy liturgię Niedzieli Palmowej, która nam ten “wjazd” przypomina i uobecnia. W specjalnym obrzędzie liturgicznym powtarzamy i odtwarzamy to wszystko, co czynili i mówili uczniowie Jezusa – bliżsi i dalsi – na owej drodze, jaka wiodła spoza Góry Oliwnej do Jerozolimy. Podobnie jak oni trzymamy w rękach gałęzie palmowe i wypowiadamy – a raczej wyśpiewujemy – słowa uwielbienia, które oni wówczas wypowiadali. Słowa te, wedle zapisu ewangelii Łukaszowej, brzmią: “Błogosławiony król, który przychodzi w imię Pańskie, Pokój w niebie i chwała na wysokościach” (Łk 19, 38).

    Poprzez niniejsze okoliczności zwyczajne wydarzenie: Jezus przybliżający się z uczniami do Jerozolimy w związku z bliskim świętem Paschy – nabiera wyraźnie znaczenia mesjańskiego. Szczegóły, jakie znajdują miejsce w ramach tego wydarzenia, wskazują na to, że dopełniają się w nim proroctwa. Wskazują również na to, że na kilka dni przed Paschą, w owym momencie swego publicznego posłannictwa, Jezus zdołał przekonać do tego posłannictwa wielu zwyczajnych ludzi w Izraelu. Oprócz najbliższych – dwunastu – szła już za Nim rzesza – “całe mnóstwo uczniów”, jak mówi ewangelia Łukasza (19,37), którzy niedwuznacznie dawali do poznania, iż widzą w nim Mesjasza.

    2. Niedziela Palmowa otwiera Wielki Tydzień Męki Pańskiej – i niesie już w sobie pełny wymiar tego Tygodnia. Dlatego też czytamy cały opis Męki Pańskiej według św. Łukasza.

    Jezus, idąc do Jerozolimy w tym momencie, odsłania siebie całkowicie wobec tych, którzy przygotowuję zamach na Jego życie. Odsłania się zresztą od dawna, głosząc to wszystko, co głosi – i nauczając, czego naucza. Czytania liturgiczne ostatnich tygodni ukazują to bardzo przejrzyście: “wjazd do Jerozolimy” stanowi nowy, zdecydowany krok na drodze ku śmierci, jaką gotują Mu przedstawiciele starszyzny żydowskiej. Nie mogły nie spotęgować niepokoju Najwyższej Rady i nie przyśpieszyć ostatecznej decyzji słowa wypowiadane przez “całe mnóstwo” pielgrzymów, zdążających wraz z Jezusem do Jerozolimy.

    Mistrz ma pełną świadomość tego. Wszystko, co czyni, czyni z tą świadomością, idąc za słowem Pisma, które przewidziało poszczególne momenty Jego Paschy. “Wjazd do Jerozolimy” był wypełnieniem Pisma.

    Odsłania się więc Jezus z Nazaretu w świetle słowa proroków, które On jeden przyjmował w całej pełni. Nie liczyło się z pełnią tego słowa ani to “całe mnóstwo uczniów”, którzy na drodze do Jerozolimy, śpiewając “Hosanna”, “wielbili radośnie Boga za wszystkie cuda, jakie widzieli” (Łk 19, 37) – ani nawet owych Dwunastu Najbliższych. Tym ostatnim miłość do Chrystusa nie pozwalała przypuścić żadnych złych myśli. Pamiętamy, jak kiedyś powiedział Piotr: “nie przyjdzie to na Ciebie”.

    Natomiast dla Jezusa słowa proroków są przejrzyste do końca: odsłaniają się przed Nim całą pełnią swej prawdy – i On sam otwiera się wobec prawdy całą głębią swojego ducha. Przyjmuje ją w całości. Niczego nie ogranicza. Znajduje w słowach proroków właściwe znaczenie powołania Mesjasza: swego powołania. Znajduje w nich wolę Ojca.

    “Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem, ani nie cofnąłem”! (Iz 50, 5)

    W ten sposób liturgia Niedzieli Palmowej zawiera już w sobie pełny wymiar Męki: wymiar Paschy. “Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mej twarzy przed zniewagami i opluciem” (Iz 50, 6). “Szydzą ze mnie wszyscy, którzy na mnie patrzą, wykrzywiają wargi i potrząsają głowami…”. “Przebodli ręce moje i nogi, policzyć mogę wszystkie moje kości…”. “Dzielą między siebie moje szaty i los rzucają o moją suknię…” (Ps 22 [21], 8, 17-19).

    3. Oto liturgia Niedzieli Palmowej: pośród okrzyków rzeszy, wśród uniesienia uczniów, którzy słowami proroków głoszą i wyznają w Nim Mesjasza – On jeden, Chrystus, zna do końca prawdę swojego posłannictwa; On jeden, Chrystus, czyta do końca to, co napisali o Nim prorocy.

    W Nim też to wszystko, co powiedzieli i napisali, wypełnia się wewnętrzną prawdą Jego duszy. On już jest wolą i sercem w tym wszystkim, co w zewnętrznych wymiarach czasu jest jeszcze przed Nim: On już w tym swoim tryumfalnym pochodzie, w swoim “wjeździe do Jerozolimy” jest posłuszny aż do śmierci – do śmierci na krzyżu (Flp 2, 8).

    Pomiędzy wolą Ojca, który Go posłał, a wolą Syna trwa głębokie, pełne miłości zjednoczenie: wewnętrzny pocałunek pokoju – pocałunek odkupienia. W tym pocałunku, w tym oddaniu bez granic “Jezus Chrystus, istniejąc w postaci Bożej… ogołaca samego siebie, przyjąwszy postać sługi… uniża samego siebie” (Flp 2, 6-8). I trwa w tym uniżeniu, w tym ogołoceniu własnego wnętrza. Idzie tym wyniszczonym, ogołoconym wnętrzem – On, Syn Człowieczy – ku wydarzeniom, które przyniosą najbliższe dni. Ku wydarzeniom, wśród których to Jego wewnętrzne uniżenie, ogołocenie, wyniszczenie przyoblecze się w zewnętrzne kształty: będzie oplwany, ubiczowany, zelżony, wyszydzony, odrzucony przez własny lud, skazany na śmierć, ukrzyżowany – aż wypowie ostatnie “wykonało się” i odda ducha swego Ojcu.

    Taki jest ów “wewnętrzny” ingres Jezusa do Jerozolimy – ten, który dokonuje się w Jego duszy na progu Wielkiego Tygodnia.

    4. W pewnym momencie zbliżają się do niego faryzeusze, którzy nie mogą znieść okrzyków rzeszy na cześć Chrystusa wkraczającego do Jerozolimy – i mówią: “Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom”. Jezus odpowiada: “Powiadam wam, jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą” (Łk 19, 39 – 40).

    Rozpoczynamy dzisiaj Wielki Tydzień Męki Pańskiej w Rzymie. W tym mieście nie brak kamieni, które mówią o tym, jak dotarł tutaj krzyż Chrystusa. Jak się zakorzenił w tej stolicy starożytnego świata.

    Oby kamienie nie zawstydzały żywych ludzi. Oby serca nasze i sumienia wołały głośniej od nich!

    mp/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To ja zobaczyłem, że to już koniec…

    wspomnienia z momentu śmierci św. Jana Pawła II

    W rocznicę śmierci św. Jana Pawła II prezentujemy wzruszający fragment książki Magdaleny Wolińskiej-Riedi „Zdarzyło się w Watykanie”, w którym moment odejścia Ojca Świętego opisuje Massimiliano – ówczesny sanitariusz w Poliklinice Gemelli w Rzymie.

    ©Wydawnictwo Biały Kruk/Adam Bujak

    ***

    – Prawie dwadzieścia lat temu watykańska służba zdrowia organizowała specjalną ekipę do opieki nad coraz bardziej schorowanym Janem Pawłem II. Pracowałem wtedy w Poliklinice Gemelli w Rzymie. Kilkakrotnie zdarzyło mi się opiekować papieżem podczas jego pobytów w tym szpitalu. Kolega, z którym tam współpracowałem, wymienił moje nazwisko, kiedy kompletowano wspomnianą ekipę. Kilka miesięcy później, w 2002 roku, trafiłem do Watykanu. Był to bez wątpienia trudny czas. Najtrudniejszy w mojej medycznej karierze. W Gemelli, gdzie pracowałem od 1990 roku, kiedy miewałem do czynienia z Ojcem Świętym, to jedynie przez kilka godzin, najwyżej kilka dni. Tutaj ta opieka miała być na stałe, a przy tym nabrała zupełnie innego, bardzo osobistego charakteru.

    (…)

    Ostatniego dnia, w sobotę, wszyscy czuwaliśmy przy łóżku Ojca Świętego. Klęczały przy nim siostry sercanki, te, które całe życie zajmowały się prowadzeniem jego domu, byli obaj sekretarze, był też kardynał Jaworski, matka Tekla – przełożona sióstr brygidek, jeśli dobrze pamiętam. Z sypialni papieskiej nie oddalał się również doktor Buzzonetti ani drugi lekarz, reanimator. Byłem też ja oraz drugi sanitariusz, Andrea.

    To ja zobaczyłem, że to już koniec… I wyłączyłem monitor, kiedy papież przestał oddychać. Zrobiłem ostatnie EKG, które potwierdziło śmierć. Walczyłem ze sobą, z własnymi emocjami. Tłumaczyłem sobie, że muszę być twardy, niewzruszony, skoro wszyscy wokół mnie są w tym momencie zrozpaczeni. W środku cały drżałem, ale nie dałem tego po sobie poznać.

    Największe wzruszenie wywołała we mnie reakcja doktora Buzzonettiego, który płakał jak dziecko. Przez te wszystkie lata nie tylko był osobistym lekarzem papieża, ale też stał się jego prawdziwym przyjacielem. Jego rozpaczliwy płacz uświadomił mi jeszcze mocniej, jak wielką stratą była śmierć Jana Pawła II i jak wielkim był on człowiekiem. Był przepełniony dobrem, a nade wszystko wiarą. Miał niesamowicie silną wiarę w Boga – może zabrzmi to niewiarygodnie i górnolotnie, ale dla mnie papież był cały przeniknięty Bogiem.

    Kiedy obejmowałem go ramionami, by go podtrzymać, przenieść czy obrócić, czułem niewytłumaczalną moc ducha, coś wielkiego, nieopisanego, co w nim drzemało. Czegoś takiego nie doświadczyłem nigdy, zbliżając się do żadnej innej osoby. Oczywiście w momencie kiedy stwierdziliśmy, że funkcje życiowe Ojca Świętego definitywnie ustały, ruszyła cała machina ceremoniału związanego ze śmiercią głowy Kościoła. Zaczęli wchodzić kardynałowie, by oddać mu pokłon, a niedługo potem zabraliśmy się do przygotowania ciała papieża do wystawienia go publicznie. Pojawił się kardynał kamerling, który przystąpił do obrzędu ogłoszenia zgonu, zgodnie ze wskazówkami zawartymi w Ordo exsequiarum (Ceremoniale pogrzebu).

    Po chwili dołączyli też ceremoniarze z Urzędu Papieskich Ceremonii Liturgicznych ze szkatułą pełną szat przewidzianych na okoliczność śmierci następcy świętego Piotra.

    Magdalena Wolińska-Riedi – “Zdarzyło się w Watykanie”/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Problemem nie jest Jan Paweł II

    Jakoś jestem spokojny o Jana Pawła II. Jeśli o kimś mógłbym powiedzieć, że jest na pewno święty, to o nim. Nie dlatego, że został beatyfikowany i kanonizowany, bo to jest tylko konsekwencja. Dlatego, że po prostu był święty. Dotąd mi w uszach brzmią słowa, które ks. Konrad Krajewski – wtedy jeszcze ceremoniarz papieski – w Kolegium Polskim w Rzymie powtarzał jak refren: „Dotykałem świętego. Dlaczego nie zostałem świętym?”.

    Koronacja cudownego obrazu Matki Bożej Opolskiej na Górze św. Anny, 21 czerwca 1983 r.

    Koronacja cudownego obrazu Matki Bożej Opolskiej na Górze św. Anny, 21 czerwca 1983 r.

    Reprodukcja Łukasz Krzysztofka

    ***

    Nie boję się akt, archiwów i świadków, tak jak nie boję się, że ktoś znajdzie jakiś starożytny manuskrypt, które będzie miał inną wersję Ewangelii. Jest bowiem za wiele świadectw, które potwierdzają jej zgodność, żeby lękać się o to, co z tymi świadectwami może nie być zgodne. Miliony ludzi na całym świecie śledziło papieża z daleka i z bliska. I jeśli wołaliśmy „Santo subito”, to nie dlatego, że wybraliśmy emocje i rezygnację z solidnych badań. Po prostu było to tak oczywiste jak słońce i księżyc, a świadków tego, że nie ma się do czego przyczepić było więcej niż lądowania Amerykanów na księżyc.

    Problem nie jest z Janem Pawłem II. Problem jest z nami. Coś dziwnego dzieje się w społeczeństwie i to jest widoczne przynajmniej na siedmiu płaszczyznach.

    Po pierwsze, nie zależy nam na rozwiązywaniu prawdziwych problemów. W styczniu 2013 trzy razy dziennie sprawdzałem, co na temat Kościoła i księży piszą na głównej stronie portale gazeta.pl, onet. pl. i interia.pl. Okazało się, że ilość artykułów na głównej mówiąca na ten temat wahała się między 30 a 60 w zależności do portalu i prawie wszystkie były negatywne, tzn. mówiące o negatywnym zachowaniu księży. W styczniu 2023 roku zrobiłem podobnie, z tym, że sprawdzałem raz dziennie i dodałem jeszcze wirtualna.pl. Z grubsza (bo zawsze coś mogłem pominąć) na głównej stronie na temat Kościoła i księży było tekstów: 27 (Interia), 28 (WP), 40 (Gazeta) a nawet 45 (Onet). Księży w Polsce jest 30 tysięcy, 4 razy więcej jest lekarzy, 5 razy więcej jest żołnierzy, 20 razy więcej jest nauczycieli, ale ilość artykułów na temat innych profesji jest zdumiewająca niska. A przecież wystarczy zejść z Internetu do realu, żeby zobaczyć, że problemy, którymi żyją ludzie są naprawdę inne. Ale nam jako społeczeństwu nie zależy na rozwiązywaniu prawdziwych problemów. I to jest pierwszy nasz problem.

    Po drugie, nie zależy nam na faktach. Były badania GUS-u na temat przyczyn małej dzietności Polaków. Każdy mógł je zobaczyć. Abp Jędraszewski w liście na Wielki Post wymienił te, które były najczęstsze. Rozpętała się burza. To nic, że z badań wynikało, że tylko 2% podaje za przyczynę zbyt małej mieszkanie. I nawet można by zrozumieć sławny list Polki, bo przecież ktoś może się w tych 2% procentach znajdować. Ale jeśli największe portale – także katolickie – szerują problemy z przewijakami i nawet jedna czy drugi profesor mówią w mediach, że przyczyną braku otwarcia na życie – wbrew badaniom – są problemy finansowe, to o co nam chodzi? Nam jako społeczeństwu coraz mniej zależy na faktach. I to jest drugi nasz problem.

    Po trzecie, nie zależy nam na prawdzie. Wybuchła afera z ks. Stryczkiem. Kilkaset świadków przesłuchanych. Nie skażą go za mobbing. „Ale jest winny, choćby sąd inaczej orzekł, bo to są takie sprawy, których się nie da udowodnić”. Wybuchła sprawa z bp. Szkodoniem. Był proces. Nie stwierdzono winy. „Ale skoro nie ma pewności, że nic nie było, na pewno coś było”. To samo z kard. Dziwiszem. Przyjechał z Rzymu kard. Bagnasco. Sprawdzał zarzuty tuszowania pedofilii. Zarzuty się nie potwierdziły. „Ale skoro się znali z Rzymu, to na pewno poszło po znajomości”. Nam jako społeczeństwu nie zależy na prawdzie. Zależy nam na tym, żeby nasza opinia była prawdą, a nie żeby prawda była naszą opinią. I to jest nasz trzeci problem.

    Po czwarte, nie zależy nam na żadnych archiwach. Przerabialiśmy to już przy okazji lustracji a jeszcze bardziej w sprawie McCarrricka. Raport był zrobiony rzetelnie. Każdy mógł go przeczytać. I każdy kto umie czytać, zobaczył, że nie można oskarżać papieża w tej sprawie. Pomogło? Nie. Wystarczy poczytać niektóre teksty a jeszcze lepiej komentarze. Tysiące ludzi dalej uważa i powtarza jak mantrę, że papież jest winny. Dlatego rozpowszechnia się zdjęcie papieża z McCarrrickiem, wypowiadając słowa o „drapieżcy seksualnym” i sprawa gotowa. Zmieniły coś badania archiwów? Nie. Bo nam jako społeczeństwu nie zależy na archiwach. Nam zależy na hakach. I to jest nasz czwarty problem.

    Po piąte, nie zależy nam na ofiarach. Gdyby nam zależało na ofiarach, to byśmy walczyli z pedofilią a nie z pedofilią w Kościele. Jeśli nauczyciel widzi, że cała klasa ściąga na sprawdzianie i wpisuje ocenę niedostateczną tylko prymusowi, to czy nauczycielowi zależy na tym, żeby cała klasa nie ściągała? Nie. Zwłaszcza, że cała klasa cieszy się, że prymus dostał pałę. Gdyby nam zależało na ofiarach, to byśmy sprawdzili wszystkie archiwa, wyłapali każdego SB-ka, który złamał życie niejednej osobie. Wyrzucili z sejmu i sądów ludzi, którzy przyłożyli rękę do rządów komuny. Zrobilibyśmy narodowy program walki z pedofilią, informowali na portalach, jak sobie radzi z tym Kościół a jak nauczyciele, jak lekarze a jak terapeuci. Przepytali świat celebrytów i dziennikarzy. Ale nam nie zależy na ofiarach. Raz skrzywdzeni staję się narzędziem partykularnych interesów. I to jest nasz piąty problem.

    Po szóste, nie umiemy myśleć. Przecież każdą sprawę musi się rozpatrywać w szerszym kontekście, również historycznym. Czy naprawdę mądrym jest oskarżać katolickich lekarzy za to, że sto lat temu operowali bez masek? Czy można śmiać się ze starożytnych uczonych za to, że uważali, że ziemia jest płaska? Nigdy nie wolno przerzucać swoich pojęć i rozumienia wiedzy na czasy, kiedy takiej wiedzy nie było! Historia lubi się powtarzać. I wierzę gorąco w to, że tak jak my oskarżamy poprzednie pokolenia, oskarżą i nas. Nie wiem za co. Czy za pozwalanie od najmłodszych lat na smartfony, czy za to, że będąc tak wykształceni, nie rozumieliśmy, że aborcja to zabójstwo. Nie wiem za co. Ale jeśli społeczeństwo nie postawi na homo sapiens, to homo emoticus na pewno nie będzie przejmował się, jaka była historyczna prawda, tylko wsadzi nas w takie ramy, jakie mu będą pasować. Nie potrafimy zgodzić się na prymat myślenia nad emocjami. I to jest nasz szósty problem.

    Po siódme, jesteśmy nielogiczni. Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie, jak papież mógł nie zrobić więcej dla ofiar, a afiszuje się profilem wspierającym marsz za aborcją, jeśli ktoś strzela do kamery, że episkopat to dno a nie zna nawet 10% biskupów, to nie ma w tym żadnej logiki. Logika jest nieodłączną częścią prawdy. I nie będzie prawdy tam, gdzie nie będzie logicznego myślenia. Nie potrafimy logicznie myśleć, coraz mniej łączymy przyczyny ze skutkami, nie przeszkadza nam, że to się nie trzyma kupy, bo światem zaczęły rządzić lajki a nie logika. Stąd również nie oblejemy studenta, bo choć logicznie tyle mu się należy, tak zrobić nie można, bo nas lubił nie będzie. Zdecydowaliśmy się jako społeczeństwo, że lubienie jest ważniejsze niż logika. I to jest nasz siódmy problem.

    Problemem nie jest Karol Wojtyła II, bo jemu zależało na prawdzie i ta prawda go wyzwoliła. Problem jest z nami. On nas przeprowadził przez Morze Czerwone. Nam zachciało się na nowo Egiptu. Nie prawdy, do której dochodzi się przez krzyż, ale faraonów emocji, manipulacji, krzyków i podziałów. I jak tak dalej pójdzie, skończymy zniewoleni każdy własną wizją przeszłości. Jak rodacy Jezusa, którzy potrafili nawet zapłacić za to, żeby rozgłaszać, że Chrystus nie zmartwychwstał.

    ks. Wojciech Węgrzyniak/wegrzyniak.com/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nie sądzę

    Sąd Piłata (Pasja Rothenburska). XV w. Autor nieznany.
Reichsstadtmuseum.
Rothenburg nad Tauberem,
Niemcy.

    Sąd Piłata (Pasja Rothenburska).

    XV w. Autor nieznany. Reichsstadtmuseum. Rothenburg nad Tauberem, Niemcy

    ***

    W każdym procesie chodzi o prawdę. Także wtedy, gdy siedzi ona na ławie oskarżonych.

    Wyrok „winien” zapadł, zanim ks. Adam Rucki stanął przed sędziami. Wcześniej, zanim go zamknęli, pracował z młodzieżą. Do kościoła w Jabłonkowie ściągali młodzi z całej okolicy. W komunistycznych Czechach to była rzecz nie do przyjęcia. Miarka się przebrała, gdy 33-letni wtedy kapłan ochrzcił syna komunistki. Szpicel wszystko doniósł. Ksiądz Adam trafił za kratki. W roku 1985 odbył się proces. Trwał dwa dni. Wreszcie przyszedł czas na ostatnie słowo oskarżonego. Ksiądz Adam przygotował sobie przemowę, ale…

    – Duch Święty wszystko mi wygumował – opowiada. – Nie wiedziałem, jak się nazywam. Zacząłem mówić, jak Jezus nauczył mnie kochać. Także tego człowieka, który mnie wydał. Powiedziałem sędziom: „On nie wie, co czyni. I wam tu, z tego miejsca z serca przebaczam”. A potem nie wiem już, co mówiłem. Pamiętam ostatnie zdania. Popatrzyłem na sędziów i powiedziałem: „Ja tu stoję przed wami, ale pewnego dnia wszyscy staniemy przed sędzią sędziów. Ja chciałbym wtedy spojrzeć Mu w twarz z uśmiechem. Dlatego róbcie, co musicie, panowie”. Ludzie płakali, sędziowie byli bladzi jak ściana. Duch Święty na sali sądowej wiał jak tajfun, atmosfera była niesamowita. Potem pomyślałem: „Po co się przygotowywałem? Przecież Pan Jezus powiedział, że w takiej chwili Duch waszego Ojca będzie przez was przemawiał”. Teraz zobaczyłem, jak te słowa Ewangelii się wypełniły.

    Ustawianie wyroku

    Jest coś mistycznego w sytuacjach, gdy prawda ściera się z kłamstwem. „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” – powiedział Jezus, stojąc przed sądem Piłata. „A cóż to jest prawda?” – zapytał cynicznie namiestnik. Nie miał pojęcia, że Prawda stoi przed nim. Jezus jest prawdą. Osobową. „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem” – mówi sam o sobie.

    Bóg „nie może się zaprzeć siebie samego” – powie apostoł. A siedem wieków wcześniej Izajasz prorokował o Nim: „W Jego ustach kłamstwo nie postało”. Ten, który jest prawdą, zna całą prawdę i mówi zawsze prawdę. A zwykły śmiertelnik? Mimo postępów cywilizacyjnych jesteśmy jak dzieci we mgle. Nie znamy wektorów wyznaczających kierunek zdarzeń, a i zdarzenia dostrzegamy wycinkowo. Co my wiemy o sobie, o innych, o świecie? Sokrates doszedł do tego: „Wiem, że nic nie wiem”. Oto szczyt ludzkiej mądrości – świadomość własnej niewiedzy.

    Na tej mizernej podstawie sądzimy i wyrokujemy. Nie ma dramatu, gdy wyrokujący ma dobrą wolę, jeśli szczerze chce poznać prawdę i wydać uczciwy wyrok. Gorzej, gdy prawda osądzającemu przeszkadza. Tak jak to było wtedy, w tym procesie procesów, gdy jedyny Sprawiedliwy stanął przed trybunałem sług kłamstwa.

    „Tymczasem arcykapłani i cała Wysoka Rada szukali fałszywego świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić” – czytamy u Mateusza. Bo decyzja zapadła kilka dni wcześniej, po tym, gdy Jezus wskrzesił Łazarza. „Tego więc dnia postanowili Go zabić” – czytamy u Jana.

    Gdy sędziowie mają cel inny niż sprawiedliwość, szanse na uczciwy wyrok maleją do zera. A gdy celem tym jest zgładzenie podsądnego, tak samo maleją szanse jego przeżycia.

    Nie żeby sędziowie Jezusa tak po prostu chcieli Go zabić. Nie, skądże. Oni szlachetni byli. Sam arcykapłan „Kajfasz poradził Żydom, że warto, aby jeden człowiek zginął za naród”. O naród podobno chodziło, o cel nadrzędny, który – no trudno – czasem wymaga ofiar.

    Jak widać, zasada „cel uświęca środki” była stosowana na długo przed tym, jak sformułował ją Machiavelli. Kto ją stosuje, nigdy nie ma czystych intencji, także wtedy, gdy sam to sobie skutecznie wmawia. Oficjalnie nikt nigdy świadomie nie skazuje niewinnego z podaniem prawdziwych przyczyn. Skazaniec musi wyglądać na takiego, który zasłużył na wyrok. Tak jak się to w 1966 roku przydarzyło paulinowi o. Krzysztofowi Kotnisowi, faktycznie skazanemu przez PRL za nazywanie aborcji morderstwem. Dostał dwa lata więzienia z utratą praw publicznych i obywatelskich za „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa polskiego”. Pozwolono mu wygłosić ostatnie słowo: „Przyjmuję cierpienie dla sprawiedliwości” – powiedział. Wiedział, czyje to słowa. „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” – obiecał Jezus. Ojciec Krzysztof wiedział, że te słowa są także dla niego. Mimo bólu – uszczęśliwiające.

    Nie zawsze ofiary fałszywych procesów dożywają ziemskiej rehabilitacji, ale osoby postronne z reguły łatwo rozpoznają rzeczywiste motywy prześladowców. W sądzie nad Jezusem nikt chyba na serio nie uwierzył w gadanie o „dobru narodu”. Nawet dla Piłata to było jasne. „Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali” – relacjonuje Mateusz.

    Jest wielbłądem

    Zanim jednak sprawa trafiła przed namiestnika, proces nie szedł łatwo. Nawet podstawieni „świadkowie” nie dawali rady. Kłamstwo, biegnąc na swoich krótkich nóżkach, co chwila dostawało zadyszki. „Wielu wprawdzie zeznawało fałszywie przeciwko Niemu, ale świadectwa te nie były zgodne” – podaje Marek. Zawsze tak jest. W obliczu niewinności podstęp się plącze, zaprzecza sam sobie i sam siebie kompromituje. W końcu dwaj kłamcy zeznali: „On powiedział: »Mogę zburzyć przybytek Boży i w ciągu trzech dni go odbudować«”.

    Typowa półprawda. Naprawdę Jezus powiedział: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. Różnica z pozoru drobna, ale istotna. W fałszywym zeznaniu wygląda to tak, jakby się Jezus chełpił zdolnością robienia sztuczek, i to kosztem przybytku samego Boga. „On zaś mówił o świątyni swego ciała” – wyjaśnia ewangelista Jan.

    Z opisu Mateusza wynika, że Jezus nie reagował na fałszywe oskarżenia. „Nic nie odpowiadasz na to, co oni zeznają przeciwko Tobie?” – zdziwił się najwyższy kapłan. „Lecz Jezus milczał” – czytamy. Nie zaszczycił oczywistego kłamstwa polemiką, nie poniżył się tłumaczeniem z gatunku „nie jestem wielbłądem”. Przemówił dopiero wtedy, gdy arcykapłan zapytał Go wprost, dotykając samej istoty Jego misji: „Poprzysięgam Cię na Boga żywego, powiedz nam: Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?”.

    Są takie chwile, gdy nie można stosować uników, niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za to zapłacić. To była taka chwila. „Tak, Ja Nim jestem” – zabrzmiały nieprawdopodobne słowa. Tak nieprawdopodobne, że dla takich ludzi jak członkowie trybunału okazały się nie do przyjęcia. Mesjasza może by jeszcze przełknęli. Wiedzieli, że miał nadejść, czekali na niego – ale Syn Boży? Jak człowiek może powiedzieć coś takiego? Rzeczywiście – nikt nigdy nie miał prawa tego powiedzieć. Tylko Jezus, On jeden jedyny. Nie mógł inaczej: bo to była prawda.

    Znamienne: Jezus nie prowokuje wypadków, nie wypowiada bez potrzeby słów, które przesądzą o jego losie. Wcześniej, gdy Piotr powiedział: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”, On surowo zabronił uczniom o tym mówić. Teraz daje świadectwo prawdzie, bo dać je trzeba. Tak samo będą robić pokolenia męczenników, łączących swoje cierpienie z męką Jezusa. Takie będzie doświadczenie i tych chrześcijan, których skażą rzymskie trybunały, i tych prześladowanych w wiekach późniejszych, i tych niedawno zarzynanych przez islamistów. Nie będą pewnymi siebie pyszałkami, pokrzykującymi jak Piotr: „Panie, z Tobą gotów jestem iść nawet do więzienia i na śmierć”. Będą liczyli na łaskę męczeństwa. I gdy alternatywą będzie zaparcie się wiary, otrzymają tę łaskę: z podniesionym czołem powiedzą: „Jestem chrześcijaninem”.

    Odruchy stadne

    Dalej jest już chóralne „Ukrzyżuj!” na placu przed siedzibą namiestnika. Jak to możliwe? Przecież dopiero co tłumy krzyczały „Hosanna!”. Jeszcze nie zwiędły zerwane wtedy liście palmowe, a już taka zmiana opinii społecznej? Wielu z ludzi, którzy tam byli, musiało znać Jezusa, a przynajmniej słyszeć o Nim dobre rzeczy. Głośno było o Nim od wybrzeża Morza Czerwonego po górę Hermon – że uzdrawia, wskrzesza, złe duchy wygania, rozmnaża chleb. Nikt nie doznał od Niego żadnej krzywdy, wszędzie za to było mnóstwo ludzi, którzy swoim odzyskanym wzrokiem, zdrowym ciałem i duchem świadczyli o otrzymanych od Niego niesłychanych dobrodziejstwach. Aż tu nagle okazuje się, że nawet zbója wolą od Jezusa.

    Tyle warte jest poparcie społeczne. Łaska społeczna jeździ na pstrym koniu, który nie kieruje się prawdą, tylko nastrojem i emocjami, a żywi się fejkami. Parę fałszywych wiadomości, parę podstępnych sugestii i niezobowiązujących obietnic podsuniętych przez cyników – i gotowe. Jakie to prawdziwe przysłowie, że gdy kto wszedł między wrony, zacznie krakać jak i one.

    Pewnie gdyby każdego z osobna zapytać o przyczynę tej nagłej nienawiści, okazałoby się, że właściwie to nikt nie ma nic przeciw Jezusowi, a nawet każdy jest jego zwolennikiem, tylko że tak, no wiecie, „w sercu”.

    Zostanie szczęście

    Jest coś błogosławionego w procesach wytaczanych ludziom za ich zaangażowanie na rzecz sprawiedliwości: oskarżony jest błogosławiony. Czyli szczęśliwy. „Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie” – zapowiada Jezus w Kazaniu na Górze. Zatem znoszenie urągań i wysłuchiwanie o sobie kłamstw nie oznacza konieczności natychmiastowego prostowania i ripostowania. To dym, „nastrój społeczny”, który rozwieje się równie nagle, jak się pojawił. Poczekaj, burza minie. Pozostanie błogosławieństwo, które ma swoje korzenie w ofierze, jaką poniósł Jezus znoszący dobrowolnie najbardziej krzyczącą niesprawiedliwość. Owocu tego błogosławieństwa zakosztował także ks. Adam Rucki. Dziś pełni funkcję ojca duchownego kapłanów diecezji ostrawsko-opawskiej. Jest szczęśliwym kapłanem. Największa i wspaniała niespodzianka przyszła jednak w 2011 roku, gdy ks. Adam prowadził rekolekcje w Trzyńcu. Na zakończenie podszedł do niego wiekowy mężczyzna. – Ksiądz mnie poznaje? To ja księdza osądziłem przed dwudziestu pięciu laty. Wtedy byłem niewierzący, ale uwierzyłem w Jezusa – powiedział ze łzami w oczach.

    – Padliśmy sobie w ramiona, popłakaliśmy się. „Bracie, witaj w Kościele!” – powiedziałem. Szaweł stał się Pawłem, Dzieje Apostolskie ciągle aktualne! Wszystko działa! Nie wiem, czy przed śmiercią zakosztuję jeszcze większego szczęścia – cieszy się ksiądz.

    Prawda zawsze zwycięża. Bo Jezus jest prawdą.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 1 KWIETNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI MĘKI PAŃSKIEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięciu pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    *****

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    *****

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC KWIECIEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się o większe propagowanie kultury rezygnacji z przemocy, do której prowadzi coraz rzadsze używanie broni, zarówno przez państwa, jak i obywateli.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Panie Jezu Chryste, otwórz oczy mojego serca, abym mógł każdą chwilę swojego życia przeżywać darem Bożej Mądrości. Bądź uwielbiony za “Twoją klęskę” na kalwaryjskiej drodze w oczach świata, bo dzięki tej klęsce świat, przez który przechodzą wciąż nowe pokolenia, otrzymał największy dar. Odtąd każdy człowiek, jeżeli tylko zechce, już tu na tym świecie, może wchodzić do Bożego Domu i staje się jego domownikiem. Drzwi są otwarte – otwarte na oścież od czasu tej jedynej i najważniejszej Nocy. Dlatego ta Noc jest Wielkanocą.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – marzec 2023

    CZAS WIELKIEGO POSTU

    jest szczególnym czasem do nawrócenia naszego serca:

    “NAWRACAJCIE SIĘ I WIERZCIE W EWNGELIĘ”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 Hyndland St. Glasgow, G11 5PS

    ____________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 MARCA PIĄTEK V TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    Jezus staje przed Piłatem. Ten fakt budzi nasze wątpliwości jak również medialną, sensację. Czy Oskarżony jest wiarygodny i prawdziwy, skoro Jego Królestwo nie jest z tego Świata?
    Chrystus pogrąża się w mroku, zamyka oczy przed ziemskim prawem, gdyż wie, że nie jest podsądnym, lecz Sędzią Niebieskim, który ponownie przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Będzie Boskim Sędzią, dobrym i naturalnym jak słońce, w przeciwieństwie do Piłata, któremu przyświeca sztuczny blask reflektorów, aby wszyscy widzieli, jak obmywa ręce z krwi Baranka.
    Chrystus Król z Pierwszej Stacji Drogi Krzyżowej Jerzego Dudy Gracza

    ***

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ++++++++++++++

    NOCNA DROGA KRZYŻOWA W GLASGOW

    Wspólnota mężczyzn Świętego Józefa zaprasza do udziału

    w nocnej Drodze Krzyżowej z piątku 31 marca na sobotę 1 kwietnia

    Trasa Drogi Krzyżowej rozpocznie się  z kościoła św. Anny o godz. 20.30

    zatrzymując się przy 14 kościołach katolickich adorując w ciszy w modlitewnym skupieniu

    OBECNEGO PANA JEZUSA W NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENCIE

    Przejście Drogi Krzyżowej będzie trwało ponad 5 godzin, ponieważ jest to dystans około 25 km.

    Na zakończenie Drogi Krzyżowej zostanie odprawiona Msza św. w kościele św. Józefa w Clarkston około 02:00 rano.

    STACJE DROGI KRZYŻOWEJ:

    StartNazwa kościołaAdresStacja
    1St Mary’s89 Abercromby St, Glasgow G40 2DQI
    2St Alphonsus217 London Rd, Glasgow G40 2STII
    3St Mungo’s52 Parson St, Glasgow G4 0RXIII
    4St Aloysius25 Rose St, Glasgow G3 6REIV
    5Polish Catholic Mission in Glasgow4 Parkgrove Terrace, Glasgow G3 7SDV
    6Glasgow University Catholic Chaplaincy13-15 Southpark Terrace, Glasgow G12 8LGVI
    7St Peter’s46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PSVII
    8St Simon33 Partick Bridge St, Glasgow G11 6PQVIII
    9St Patrick137 William St, Glasgow G3 8URIX
    10Metropolitan Cathedral of St Andrew196 Clyde St, Glasgow G1 4JYX
    11Blessed John Duns Scotus270 Ballater St, Glasgow G5 0YTXI
    12Holy Cross113 Dixon Ave, Glasgow G42 8ERXII
    13St Helen’s32 Langside Ave, Shawlands, Glasgow G41 2QSXIII
    14St Joseph’s2 Eaglesham Rd, Clarkston, Glasgow G76 7BTXIV

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To było jedno z jego ukochanych nabożeństw. Przeżyj Drogę Krzyżową z Janem Pawłem II

    To było jedno z jego ukochanych nabożeństw. Przeżyj Drogę Krzyżową z Janem Pawłem II
    fot. screenshot – YouTube (Radio Maryja)

    ***

    Św. Jan Paweł II niemal każdego dnia modlił się rozważając Drogę Krzyżową. Rozumiał, że tylko biorąc krzyż, można rzeczywiście stać się uczniem Jezusa. Zagłębianie się w tajemnie Golgoty pomagało mu odważnie brać każdego dnia swój własny krzyż. Prosząc o jego wstawiennictwo, razem ze świętym papieżem rozważmy Drogę Krzyżową.

    STACJA I
    Jezus na śmierć skazany

    Synu, kiedy odejdziesz, wzbierająca głębio
    odwieczna,
    w której wszystko ujrzałem –
    Ojcze, Miłość oznacza konieczność
    Wzbierania chwałą.
    (…)
    Synu, kiedy odejdziesz, Miłość odwieczna,
    któż ogarnie Cię nurtem najbliższym?

    Ojcze, opuszczam Twoje wejrzenie wzbierające
    zalewem słonecznym,
    obieram oczy ludzkie –
    obieram oczy ludzkie zalane światłem
    pszenicznym.

    (Pieśń o Bogu ukrytym, I. 14 )

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA II
    Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

    Uwielbiam cię, siano wonne, bo znajduję
    w tobie
    dumę dojrzałych kłosów.
    Uwielbiam cię, siano wonne, któreś tuliło w sobie
    Dziecinę bosą.

    Uwielbiam cię, drzewo surowe, bo nie znajduję skargi
    W twoich opadłych liściach.
    Uwielbiam cię, drzewo surowe, boś kryło Jego barki
    W krwawych okiściach.

    Uwielbiam Cię, blade światło pszennego chleba,
    w którym wieczność na chwilę zamieszka,
    podpływając do naszego brzegu
    tajemną ścieżką.

    (Pieśń o Bogu ukrytym I. 11)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA III
    Pierwszy upadek Jezusa

    Nadzieja dźwiga się w porę ze wszystkich miejsc,
    jakie poddane są śmierci –
    nadzieja jest jej przeciwwagą,
    w niej świat, który umiera,
    na nowo odsłania swe życie.

    (Rozważania o śmierci IV. 1)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA IV
    Spotkanie z Matką

    Mój Synu – w tamtej mieścinie,
    gdzie ludzie znali nas razem,
    mówiłeś do mnie “matko”
    – i nikt nie przejrzał w głąb
    mijanych dnia każdego zdumiewających
    zdarzeń a życie Twoje się zlało z życiem
    ludzi ubogich, do których chciałeś
    należeć przez ciężką pracę rąk.

    Lecz ja wiedziałam, że światło,
    które snuje się w owych zdarzeniach
    jak włókno iskry głębokie pod korą dni
    jest Tobą. Nie było ono ze mnie –

    A ileż więcej miałam Ciebie w tym blasku
    i w tym milczeniu, niż miałam Ciebie
    z owocu ciała mojego i krwi. (…)
    Synu mój trudny i wielki, Synu mój prosty,
    przywykłeś we mnie na pewno do myśli
    wszystkich ludzi –
    w cieniu tych myśli czekasz głębokiej
    chwili serca, która się w każdym
    człowieku inaczej zaczyna
    a we mnie jest pełna matki –
    i pełnią tą nigdy się nie utrudzi.

    (Matka I. 3, I. 4)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA V
    Szymon z Cereny pomaga dźwigać krzyż

    Duch się przesunął nagle, a ciało jeszcze zostało
    na dawnym swoim miejscu. Dlatego ogarnął mnie
    ból.

    I trwać on będzie tak długo, aż nie dojrzeje ciało
    w duchu znajdzie pokarm dla siebie, a nie jak
    dotąd głód.

    To są chwile, gdy miłość boli: tygodnie, miesiące, lata.
    Język i podniebienie jak korzeń suchego drzewa
    (…)

    Lecz suszę całego świata
    nie ja odczuwam, lecz On.
    (…)

    Chcę jednak być sprawiedliwy, więc targuję się
    z wami, siepacze, o tego drugiego Człowieka
    – (a przecież chcę wrócić do miasta).
    Targuję się z wami o to,
    co sprawiedliwość każe,
    co mnie słusznie winno ominąć,
    a co dla Niego jest łaską.

    (Profile Cyrenejczyka II. 11; III)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA VI
    Weronika ociera twarz Jezusowi

    Nikt Ci nie przeszkodził, Weroniko.
    Jesteś blisko. Ta chusta stała się wołaniem serc,
    wszystkich onieśmielonych serc, które przestają
    się przedzierać, widząc, że ścieżka twa
    jest równoległa do drogi Skazańca.
    (…)

    On odszedł. Kiedy odchodzi człowiek, bliskość
    ulatuje jak ptak, w nurcie serca zostaje wyrwa,
    w którą się wdziera tęsknota.

    Tęsknota – głód bliskości.

    ODKUPIENIE jest nieustanną bliskością
    TEGO, KTÓRY ODSZEDŁ.

    Ciemniejące płótno w twoich rękach przyciąga
    Niepokój świata.

    Stworzenia pytać będą o życiodajne źródło,
    które bije z twojej postaci
    Weroniko, siostro –

    Odkupienie szukało twego kształtu, by wejść
    w niepokój wszystkich ludzi.

    (Odkupienie szukało twego kształtu, by wejść w niepokój wszystkich ludzi IV. 4)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA VII
    Jezus drugi raz upada pod krzyżem

    (…)
    i mówiłeś
    uniżę się, bracie, uniżę
    nie osamotnię nigdy twoich oczu,
    naprzód ukryję się w krzyżu,
    potem chlebem w dojrzałym zbożu.
    Więc myślę:
    dlatego tak się uniżasz,
    by nie osamotnić w kosmosie
    moich ramion dalekich od krzyża (!!!)
    i mych oczu oddanych tęsknocie.

    (Pieśń o Bogu ukrytym II. 6)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA VIII
    Jezus pociesza płaczące niewiasty

    Pan, gdy się w sercu przyjmie, jest jak kwiat,
    spragniony ciepła słonecznego.
    Więc przypłyń światło z głębin nie pojętego dnia
    i oprzyj się na mym brzegu.
    Płoń nie za blisko nieba
    I nie za daleko.
    Zapamiętaj, serce, to spojrzenie,
    w którym wieczność cała ciebie czeka.

    Schyl się, serce, słońce przybrzeżne,
    zamglone w głębinach ócz,
    nad kwiatem niedosiężnym,
    nad jedną z róż.

    (Pieśń o Bogu ukrytym I. 7)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA IX
    Jezus trzeci raz upada pod krzyżem

    Aż dotąd doszedł Bóg i zatrzymał się krok od
    nicości,
    tak blisko naszych oczu.
    Zdawało się sercom otwartym, zdawało się sercom
    prostym,
    że zniknął w cieniu kłosów

    (Pieśń o Bogu ukrytym I. 12)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA X
    Jezus z szat obnażony

    Jesteś jednakże straszliwie niepodobny do Tego,
    którym jesteś –
    natrudziłeś się w każdym z nich.
    Zmęczyłeś się śmiertelnie.
    Wyniszczyli Cię –
    To się nazywa Miłosierdzie.

    Przy tym pozostałeś piękny.
    Najpiękniejszy z synów ludzkich.
    Takie piękno nie powtórzyło się już nigdy później –
    O, jakieś trudne piękno, jak trudne.
    Takie piękno nazywa się Miłosierdzie.

    (Ecco homo)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA XI
    Jezus do krzyża przybity

    DRZEWO mówiło tak:
    nie lękaj się, gdy umieram – nie lękaj się ze mną
    umrzeć, nie lękaj się śmierci – bo patrz, odzywam:
    śmierć tylko dotknęła kory.
    Nie lękaj się ze mną umrzeć i odżyć.
    Zasklepi się znak.
    Dojrzeję w nim wszystko na nowo –
    I owoc nie opadnie ciężarem własnym.
    DRZEWO odda owoce Temu, kto je szczepił –
    będziecie pożywać owoce wyrosłe na Mnie,
    Zranionym Drzewie.  

    (Opowieść o drzewie zranionym 4)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA XII
    Jezus na krzyżu umiera

    (…)
    Czy ty wiesz, czy ty wiesz, mój bracie
    jak miłuje nas Ojciec nasz?

    Ale głębi owych słów nikt nie zna,
    ale przyczyn najdalszych nikt nie wie,
    jaka to męka była bezbrzeżna
    ta samotność na krzyżowym drzewie.

    Lecz nie krew, która w drzewie rozkwitła,
    jak rozkwita każdy trud w jutrzejszym chlebie –
    tylko to odepchnięcie od Ojca,
    to odtrącenie…

    Za te słowa: Czemuś mnie opuścił,
    Ojcze, Ojcze – za Matki płacz –
    Ja na wargach Twoich odkupiłem
    dwa najprostsze słowa: Ojcze Nasz.

    ( Pieśń o Bogu ukrytym II. 10)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA XIII
    Jezus zdjęty z krzyża i oddany swojej Matce

    Proszę Cię, byś mnie ukrywał
    w miejscu niedostępnym,
    w nurcie cichego podziwu
    lub w nocy posępnej.

    bo wiem o takim ukryciu,
    że w nim nic nie rozproszę z tych słońc,
    które płoną pod horyzontem
    spojrzeń utkwionych w głąb.

    A wtedy dokona się cud przemiany:
    Oto Ty staniesz się mną –
    ja – eucharystyczny.

    (Pieśń o Bogu ukrytym II. 13)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    STACJA XIV
    Jezus złożony do grobu

    Jest taka Noc, gdy czuwając przy Twoim grobie,
    najbardziej jesteśmy Kościołem
    – jest to noc walki, jaką toczy w nas rozpacz
    z nadzieją: ta walka wciąż się nakłada
    na wszystkie walki naszych dziejów,
    napełnia je wszystkie w głąb
    (wszystkie one – czy tracą swój sens?
    Czy go wtedy właśnie zyskują?).

    Ten Nocy obrzęd ziemi dosięga swego początku.
    Tysiąc lat jest, jak jedna Noc.
    Noc czuwania przy Twoim grobie.

    (Wigilia Wielkanocna 1996)

    Któryś za nas cierpiał rany…

    adonai.pl/fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jan Paweł od Krzyża

    Jan Paweł II wypełnił prorockie polecenie kard. Wyszyńskiego: „Wprowadź Kościół w III tysiąclecie”. Na zdjęciu otwarcie Jubileuszowego Roku 2000
    św. Jan Paweł II wypełnił prorockie polecenie kard. Wyszyńskiego: „Wprowadź Kościół w III tysiąclecie”. Na zdjęciu otwarcie Jubileuszowego Roku 2000
    fot. Gałązka/SIPA/EAST NEWS

    *****

    Nie może być inaczej. Wielkopostnym kaznodzieją w „Gościu” będzie bł. Jan Paweł II. Widzieliśmy go często wspartego o krzyż Chrystusa. To obraz – symbol, klucz do jego świętości. Sam mówił, że papież ma być „przewodnikiem po tajemnicy świętego Krzyża”. Przekonywał: „jeżeli z Ewangelii Krzyża uczynisz program życia, jeżeli pójdziesz za Chrystusem aż na Krzyż, w pełni odnajdziesz Samego siebie!”.

    Na zakończenie Mszy św. w Kielcach 3 czerwca 1991 roku Jan Paweł II nawiązał do nadanego mu tam tytułu „honorowego przewodnika po Górach Świętokrzyskich”. Zapytał retorycznie: „Czym ma być papież, jeżeli nie przewodnikiem po tajemnicy świętego Krzyża?”. I dodał: „Tylko Krzyż jest mocą Bożą i mądrością Bożą, jak powiedział św. Paweł. Więc dziękuję, będę się starał dalej być we wszystkim pokornym sługą tej tajemnicy, a także, na ile mi pozwolą siły ducha, przewodnikiem po tej tajemnicy dla moich braci i sióstr wszędzie, dokądkolwiek skieruje mnie moje posłannictwo”. Dokładnie w taki sposób chcemy popatrzeć na Jana Pawła II. Jako na przewodnika po tajemnicy świętego Krzyża! Dobry przewodnik prowadzi po szlakach, które sam wielokrotnie przemierzył. Karol Wojtyła od młodości poznawał świat cierpienia, samotności, wojny, totalitaryzmu… Kiedy rozpoczął posługę papieża, wziął w swoje silne dłonie papieski krucyfiks. Trzymał go podczas Mszy św. jak sztandar. Z wiekiem, tracąc zdrowie i siły, coraz bardziej opierał się na nim. Prowadząc Drogę Krzyżową w Wielki Piątek, brał do ręki prosty drewniany krzyż, przemierzając kolejne stacje, dopóki starczyło mu sił. W ostatni Wielki Piątek mógł już tylko przytulić się mocno do krzyża. Nazwa naszego cyklu „Jan Paweł od Krzyża” to nawiązanie do świętych, którzy mieli taki przydomek. Święty Jan od Krzyża, wielki hiszpański mistyk, karmelita.

    Jego imię kojarzy się najbardziej z doświadczeniem tzw. nocy ciemnej, czyli czasu próby, oczyszczenia, samotności, nieobecności Boga, który jest etapem na drodze do pełnego zjednoczenia z Nim. Młody Wojtyła czytał dzieła Jana od Krzyża podczas długiej okupacyjnej nocy, zachęcony przez Jana Tyranowskiego, starszego przyjaciela, mistyka, mentora. Później w Rzymie pisał doktorat poświęcony słynnemu hiszpańskiemu karmelicie. Jednym z fundamentów duchowości przyszłego papieża stała się zgoda na noc ciemną, na ogołocenie, na przejście przez ciemną dolinę śmierci. Zgodził się na cierpliwe dźwiganie krzyża. Krzyża nie jako celu samego w sobie, ale jako drogi, bramy, przejścia do pełnej miłości z Bogiem, do dojrzałego człowieczeństwa, do zmartwychwstania. Święta Edyta Stein w Karmelu nosiła imię Teresy Benedykty od Krzyża. Zginęła zagazowana w Auschwitz. Krótko przed śmiercią pisała: „Scientiam Crucis (wiedzę Krzyża) zdobywa się tylko wtedy, gdy się samemu dogłębnie doświadcza Krzyża”. To ją Jan Paweł II ogłosił współpatronką Europy. W kolejnych odcinkach naszego cyklu będziemy starali się pokazać wybrane „stacje” drogi krzyżowej papieża. Z potężnego zbioru jego nauczania wyszukamy najważniejsze lekcje z owej Scientia Crucis, którą posiadł. Wielki Post jest po to, by odnowić własny chrzest przez post, modlitwę i pokutę, by się nawrócić. Odnaleźć siebie na nowo u stóp Ukrzyżowanego i przed pustym grobem Żyjącego. Tam biją źródła wody żywej – jedynej nadziei dla świata, dla nas. Czy można lepiej przygotować się do kanonizacji Jana Pawła II, jak przez własne nawrócenie dzięki świadectwu jego życia i jego słowom? Piszę te słowa, mając przed oczami dramatyczne wydarzenia na Ukrainie. Także to cierpienie, tę grozę, ten lęk rozjaśnia Ukrzyżowany. „Tak, Krzyż jest wpisany w życie człowieka. Kto próbuje usunąć go ze swojego życia, nie zna prawdy ludzkiej kondycji” – przypominał Jan Paweł II młodzieży w 1998 roku. „Jesteśmy stworzeni do życia, ale nie możemy usunąć z naszej indywidualnej historii cierpienia i trudnych doświadczeń. Jeżeli Krzyż zostaje przyjęty, przynosi zbawienie i pokój. Bez Boga Krzyż nas przygniata; z Bogiem daje nam odkupienie i zbawienie”. Papież zakończył wezwaniem, które potraktujmy jako motto naszego cyklu: „Weź Krzyż! Przyjmij go, nie pozwól, aby przygniotły cię wydarzenia, ale z Chrystusem zwyciężaj zło i śmierć! Jeżeli z Ewangelii Krzyża uczynisz program swojego życia, jeżeli pójdziesz za Chrystusem aż na Krzyż, w pełni odnajdziesz samego siebie!”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pasterz wsparty o krzyż

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    fot. Alberto Pizzoli/East News

    *****

    Jako chłopak przemierzał z ojcem dróżki na Kalwarii Zebrzydowskiej, ucząc się, że kochać znaczy dać siebie. Jego krzyż był krzyżem pasterza: wyczerpujące pielgrzymki, nauczanie z mocą i odwagą, walka z mocami zła, świadectwo…

    Krzyż jako klucz do życia Jana Pawła II. Im więcej czytam o papieżu, im dłużej o tym myślę, tym bardziej przekonuję się, że to dobry trop. Duchowość Karola Wojtyły kształtowała się w pobliżu Kalwarii Zebrzydowskiej. Czyż nie jest to wymowne? Tam jako młody chłopak ze swoim ojcem wędrował po ścieżkach ze stacjami Męki Pańskiej lub dróżkami Maryi. Jako ksiądz, później biskup, przemierzał samotnie kalwaryjskie dróżki, omadlając sprawy Kościoła, zwłaszcza w trudnym okresie zmagania z komunizmem. W programie osobistej modlitwy papieża Droga Krzyżowa zajmowała zawsze ważne miejsce. Odprawiał ją w każdy piątek przez cały rok i codziennie w Wielkim Poście. W jego życiu słowo »krzyż« nie jest jedynie słowem” – mawiał kard. Ratzinger, jego następca. Motorem napędowym wszystkich duszpasterskich działań Jana Pawła II była miłość – naśladowanie Dobrego Pasterza, który się nie oszczędza, daje życie za owce. Pielgrzymował wytrwale na koniec świata tak długo, aż nogi odmówiły mu posłuszeństwa, głosił słowo Boże aż po utratę zdolności mówienia, jego pełna blasku twarz jaśniała, dopóki choroba nie zdeformowała jej grymasem bólu, jego ramiona wyciągały się ku wszystkim, aż utracił władzę w drżących dłoniach…

    Modlitwa jako „narzędzie” pasterza

    „Pierwszym obowiązkiem papieża wobec Kościoła i świata jest modlitwa” – powtarzał. Wielu świadków mówi o wręcz mistycznym poziomie duchowości papieża. Nieraz, nawet w chwilach największego natężenia obowiązków, jakby się wyłączał na chwilę i przenosił w inny świat. Każdego rana modlił się godzinę lub półtorej w swojej kaplicy. Goście, którzy zostali zaproszeni na poranną Mszę, widywali go klęczącego, jakby zanurzonego w Bogu. Vittorio Messori zapytał kiedyś Jana Pawła II, za kogo się modli. „Troska o wszystkie Kościoły każe mi codziennie na modlitwie pielgrzymować myślą i sercem przez cały świat” – usłyszał odpowiedź. „Szufladka jego klęcznika wypełniona była kierowanymi do niego prośbami o modlitwę” – wspomina kard. Dziwisz. „Sercu papieża bliskie było cierpienie kobiet i mężczyzn całego świata. Były listy chorych na AIDS i raka. List matki, która błagała o modlitwę za siedemnastoletniego syna w śpiączce. Listy rodzin będących w trudnej sytuacji”. Do Jana Pawła II prośby o modlitwę kierowało także wiele bezdzietnych małżeństw. Można powiedzieć, że modlitwa nie była wyłącznie sprawą osobistej pobożności papieża, ale jednym z podstawowych „narzędzi” jego pasterskiej służby. Zanosił pod krzyż Chrystusa wszystkie choroby świata i Kościoła. Choroby ciała i duszy, nieszczęścia, grzechy, zło… Wiele osób świadczy o bardzo konkretnych owocach modlitwy Jana Pawła II, czasem także fizycznych uzdrowieniach. Już za życia, a także po jego śmierci. Papież wiedział sporo o niegodziwości świata, także o złu działającym w samym Kościele. „Nikt, kto nie dźwigał na własnych barkach brzemienia, jakim wiedza dostępna papieżowi przytłacza niosącego je człowieka, nie może w pełni pojąć, jak miażdżący musi to być ciężar” – zauważa George Weigel. I dodaje: „Lekkość, z jaką Jan Paweł nosił ten niewidzialny ołowiany ciężar, być może w największym stopniu świadczy o jego odwadze – i o źródle tej odwagi, z jaką przyjmował dramat Kalwarii, rozgrywającej się na nowo w jego własnym życiu”. Nie jest tajemnicą, że modlitwa papieska przyczyniła się parę razy do uwolnienia ludzi, którzy doświadczyli opętania przez Złego. 6 września 2000 roku na zakończenie audiencji generalnej młoda Włoszka zaczęła strasznie krzyczeć. Policja nie była w stanie opanować tej kobiety, która rzucała przekleństwa w stronę stojącego w pobliżu biskupa. Jan Paweł II modlił się nad nią na osobności przez pół godziny, a następnego dnia odprawił Mszę o jej uwolnienie. Kard. Dziwisz wspomina, że zachowanie dziewczyny zmieniło się zupełnie po tej modlitwie. 

    Megamaraton ewangelizacyjny

    Trudno będzie pobić jego rekord. Odwiedził 129 różnych krajów podczas 104 podróży apostolskich. Przemierzył 1 247 613 km, czyli więcej, niż gdyby trzydziestokrotnie okrążyć kulę ziemską lub trzykrotnie odbyć lot na Księżyc. Przebywał w drodze 822 dni (8,7 proc. swojego pontyfikatu), odwiedził 1022 miejscowości, gdzie wygłosił 3288 przemówień.

     W samych Włoszech odbył 146 wizyt, nie licząc 748 w diecezji rzymskiej. W trakcie rzymskich wizytacji odwiedził 320 spośród 336 parafii Wiecznego Miasta. Jeśli papież Franciszek wzywa, by Kościół wyszedł na ulice i robił raban, to Jan Paweł II był pierwszym, który to robił na niespotykaną w dziejach Kościoła skalę. „Nie możemy czekać na wiernych na placu św. Piotra, musimy do nich wyjść” – powtarzał. Gromadził miliony ludzi na placach, ulicach, stadionach, by głosić im Dobrą Nowinę. Światowe Dni Młodzieży (Buenos Aires 1987, Santiago de Compostela 1989, Częstochowa 1991, Denver 1993, Manila 1995, Paryż 1997, Rzym 2000, Toronto 2002) zgromadziły łącznie dziesiątki milionów osób. W końcowej Mszy św. w Manili uczestniczyło ok. 5 milionów, co było największym zgromadzeniem ludzkim w historii. Papieża widziało osobiście więcej ludzi niż kogokolwiek w dziejach. Jeśli uwzględnimy jeszcze zwielokrotnienie tego efektu przez globalne media, to można śmiało powiedzieć, że dotarł on na krańce świata. Czy nie jest to jakimś niezwykłym znakiem danym nam od Boga, że najbardziej znanym i rozpoznawalnym człowiekiem w dziejach był świadek Jezusa Chrystusa, Jego apostoł, następca Rybaka z Galilei? Taki sposób życia wiązał się z nadludzkim wysiłkiem. Kilka przykładów. Pierwsza podróż do Afryki trwała 10 dni, Jan Paweł II wygłosił 50 przemówień. Jego otoczenie w połowie pielgrzymki padało z wycieńczenia w tropikalnym upale, tylko papież, jak donosiła prasa, „nie okazuje żadnych objawów zmęczenia”. Jan Paweł II w pewnym momencie nie mógł sobie odmówić żartu – pomachał do ekipy telewizji niemieckiej: „Co z wami, chłopcy, żyjecie jeszcze?”. Podróż na Filipiny w 1981 roku – program każdego dnia obejmował 16 godzin bez żadnych przerw. I tak dalej. Zmiany stref czasowych, nieskończona ilość spotkań, celebracji, przemówień, ludzi… Czasem w upalnym słońcu, czasem w zimnie, w deszczu, a nawet i w śniegu, jak w Sarajewie w 1997 roku. Uczenie się języków, koncentracja uwagi, by uwzględnić lokalne zwyczaje, odmienne konteksty polityczne, historyczne, kulturowe. U podstaw tego megamaratonu ewangelizacyjnego leżało przekonanie, że Dobra Nowina o Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym jest uniwersalna, że jest adresowana do ludzi wszystkich kultur i religii. On dosłownie, wręcz fizycznie, oddał się całkowicie tym, którym służył. Organizm papieża w ostatnich latach życia był zniszczony nie tylko przez chorobę i starość. Jego ciało nosiło na sobie ślady tego wyczerpującego biegu z Ewangelią po całym świecie. 

    Pielgrzymki najtrudniejsze 

    Były pielgrzymki z różnych powodów łatwiejsze, były i takie, które wymagały bardzo wiele wysiłku, odwagi, determinacji. Zdarzały się momenty dramatyczne, wręcz niebezpieczne. Nie sposób tego opisać. Kilka obrazów. Zaczęło się od Meksyku. Kraj zamieszkały w większości przez katolików, rządzony był w 1978 roku przez antyklerykalne rządy. Od stu lat zakazane tam było noszenie sutanny w miejscach publicznych. Władze nie były przychylne wizycie papieża. Problemem Kościoła w całej Ameryce Łacińskiej była teologia wyzwolenia wzywająca do rewolucji społecznej, z Ewangelią i, jeśli trzeba, z karabinem w ręku. Na konferencji biskupów Ameryki Łacińskiej (CELAM) w Puebla papież wygłosił przemówienie, w którym wykazał błędy teologii wyzwolenia, odrzucił stosowanie przemocy i upolitycznienie Ewangelii, kazał zerwać z wizerunkiem „rewolucjonisty z Nazaretu”. Jan Paweł II obawiał się, jak biskupi przyjmą tak zdecydowane stanowisko. Jego stanowczość i świadectwo przyczyniły się do zahamowania wpływu teologii wyzwolenia na Kościół w Ameryce Południowej. Być może uratował Kościół przed schizmą. Ale na jego głowę posypały się w mediach gromy. Uznano go za konserwatystę, fundamentalistę z Polski. Papież, krytykując marksistowską ideologię, zarazem z ogromnym współczuciem odnosił się do Indian, do wyzyskiwanych robotników. Mówił, że chce być głosem wykluczonych. Z pasją protestował przeciwko niesprawiedliwości społecznej, wzywał do reform społecznych, ale nie do rewolucji. Ta nuta powracała zawsze podczas spotkań Jana Pawła, zwłaszcza z ubogimi z krajów Ameryki Południowej, Afryki czy Azji. Kiedy przygotowywano wizytę papieską w Wielkiej Brytanii, wybuchł konflikt między Argentyną a Zjednoczonym Królestwem o Falklandy. Odradzano papieżowi wizytę w kraju prowadzącym wojnę.

    Jan Paweł postanowił wtedy, że tuż po wizycie w Anglii poleci do Argentyny. „Czas lotu tam i z powrotem zajął 29 godzin, podczas gdy czas pobytu na argentyńskiej ziemi jedynie 28 godzin” – wylicza kard. Dziwisz. I dodaje: „Wystarczająco dużo, by zabrzmiało przesłanie pokoju niezbędne dla uniknięcia konfliktu”. Politycy, zwłaszcza dyktatorzy, często szukali okazji, aby wizytę papieską wykorzystać dla swoich celów. Żałosny popis takiego zachowania dał sandinowski reżim w Nikaragui. Papież przybył do tego kraju 4 marca 1983 roku. W rządzie Daniela Ortegi zasiadało wtedy trzech duchownych. Papież upomniał jednego z nich – tego, który miał odwagę pojawić się podczas powitania na lotnisku. Do prawdziwej konfrontacji doszło podczas Mszy świętej w Managui. Rząd zarezerwował pod ołtarzem miejsca dla zwolenników swojej partii. Ludzi, dla których odprawiana była Msza, przepędzono daleko do tyłu, policja strzelała ponad głowami z karabinów maszynowych dla odstraszenia tych, którzy chcieli podejść bliżej. Podczas kazania sandiniści, manipulując nagłośnieniem, zagłuszali słowa papieża. Jan Paweł II przerwał kazanie i zawołał głośno: „Silencio!”. „Sam stawił czoło prowokacji” – wspomina kard. Dziwisz. „Doszło do niezapomnianej sceny, gdy sandiniści wymachiwali czerwono-czarnymi chorągiewkami, a on z podwyższenia ołtarza odpowiadał im uniesionym pastorałem-krzyżem”. W kwietniu 1987 roku papież odwiedził Chile pod rządami Pinocheta. Dyktator po spotkaniu z Janem Pawłem II w pałacu prezydenckim wyszedł z nim na balkon. Wspólne zdjęcie miało sugerować wspieranie wojskowych rządów przez papieża, co było nadużyciem. Podczas Mszy św. w Santiago z udziałem ok. miliona osób doszło do zamieszek. Ich uczestnicy zaczęli podpalać opony, policja interweniowała z opóźnieniem, używając armatek wodnych, pałek i gazów łzawiących. Ojciec Roberto Tucci, doświadczony organizator papieskich podróży, po raz pierwszy myślał o wyprowadzeniu Jana Pawła z miejsca wydarzeń. Papież wytrwał do końca Eucharystii. Rozdawał dzieciom pierwszą Komunię św. ze łzami w oczach z powodu dymu i gazu łzawiącego. Po celebrze klęczał długą chwilę przed ołtarzem. Kiedy miejscowy biskup powiedział do niego: „Wybacz nam”, papież odparł: „Co? Wasi ludzie zostali i uczestniczyli. Jedyną rzeczą, jakiej nie wolno zrobić w tej sytuacji, jest poddanie się awanturnikom”. Nie wiadomo, kto inspirował zamieszki, ale chodziło o wzmocnienie wrażenia, że Chile potrzebuje silnych rządów wojska.

    Świadek, czyli męczennik

    Inny rodzaj trudności spotykał papieża w zachodniej Europie. Lewicowo-liberalne środowiska, także w samym Kościele, uznały papieża z Polski za wroga „postępowych” przemian. Trzy dni przed pielgrzymką do Holandii w maju 1985 roku zorganizowano w Hadze masową demonstrację przeciwko wizycie. W Utrechcie papamobil obrzucono świecami dymnymi i jajami. Rozlepiono plakaty obiecujące nagrodę za życie papież. Podczas podróży na Sycylię w maju 1993 roku papież z ogromną stanowczością przeciwstawił się mafii. „Nawróćcie się, kiedyś wybije godzina sądu Bożego!” – krzyczał w Agrigento. W lipcu tego samego roku w katedrze papieża – bazylice na Lateranie wybuchła bomba, podłożona przez „nieznanych sprawców”. To był czytelny znak od tych, którym nie podobały się odważne słowa ojca świętego. W Berlinie w 1996 roku podczas papieskich odwiedzin odbywały się demonstracje skinheadów i gejów. Bardzo trudna z innych względów była podróż do Grecji. Duchowni prawosławni byli przeciwni tej wizycie, nieliczni katolicy greccy obawiali się aktów agresji. Papież rozładował całe to wielowiekowe napięcie swoją pokorą, prostotą i wiarą. Krytycy Jana Pawła II podnosili sprawę kosztów papieskich pielgrzymek. Odpowiadał, że każda pielgrzymka przekonuje go, iż papieże powinni być nie tylko następcami św. Piotra, ale także naśladowcami św. Pawła, który stale był w drodze. Ojciec święty napotykał czasem niezrozumienie w łonie samego Kościoła. Jako program pontyfikatu traktował Sobór Watykański II. Ale postępowcy oskarżali go o zdradę tzw. ducha soboru. Konserwatyści uważali, że zdradą katolicyzmu było międzyreligijne spotkanie w Asyżu czy wyznanie win Kościoła w Roku 2000. Jak zauważył Rocco Buttiglione: „Dla Jana Pawła II ideałem jest męczennik, świadek, życie zgodne z prawdą. Tak rozumie swoją papieską posługę. W wierszu »Stanisław« napisał: »Słowo nie nawróciło, nawróci krew«. (…) Jezus wybrał drogę dawania świadectwa prawdzie nie przez krew złoczyńców i grzeszników, ale krwią własną”. Słowo „martyr” oznacza w tradycji chrześcijańskiej nie tylko świadka, ale także męczennika. Wiedział o tym doskonale papież opierający się mocno o pastorał w kształcie krzyża.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zabijmy świętego

    Zabijmy świętego
    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    fot. GianniI GiansantiI /Sygma/Corbis

    ***

    13 maja 1981 roku. To jak pierwszy upadek pod ciężarem papieskiego krzyża. „Miał tę bezwładną postawę znaną ze wszystkich obrazów Zdjęcia z krzyża” – opowiadają świadkowie. „Twarz spokojną, z czymś podobnym do uśmiechu”.

    Pamiętam nadal to ściśnięcie serca na wieść o strzałach oddanych na placu św. Piotra w stronę papieża. Łzy, niepokój o jego życie, modlitewny szturm do nieba. Wracaliśmy do domu po wizycie u krewnych. „Strzelali do papieża” – mama dzieliła się tą wieścią z mijanymi przechodniami. Zatrzymywali się z niedowierzaniem. I to niejasne poczucie, które dziś potrafię lepiej nazwać, to ukłucie wywołane spotkaniem ze złem w czystej postaci, „tchnienie” diabła, który chce zgasić Boży ogień. Wszystko na to wskazuje, że Ali Agca, zawodowy morderca, nie działał sam. Tropy prowadzą w tę samą stronę, ku której w tych dniach zwraca się świat. KGB – trzy litery, które miliony ludzi napełniały trwogą, złowrogi symbol imperium zła. Wychowanek tej zbrodniczej organizacji prowokuje właśnie kolejną wojnę. Książę tego świata nie odpuszcza. Ciągle mu mało. Ale nad nami miłosierdzie Boga. 

    Boli? Boli

    „Za każdym razem, gdy powracam myślą do tamtego wydarzenia, mam zawsze te same odczucia. Zawsze…” – wspomina kard. Stanisław Dziwisz w książce „Świadectwo”. „Przeżywam wszystko od początku, chwilę po chwili. Tak jakbym wciąż nie mógł uwierzyć, że mogło dojść do czegoś podobnego. Że próbowano zabić papieża, tego papieża, Jana Pawła II, w samym sercu chrześcijaństwa…”. W opowieściach o tamtych wydarzeniach powtarza się motyw gołębi, które nagle poderwały się w górę z placu św. Piotra. Papież w otwartym jeepie objeżdżał plac przed audiencją generalną. O godz. 17.19 w jego stronę padły dwa strzały. „Ojciec święty zaczął bezwładnie osuwać się na bok, prosto w moje ramiona” – wspomina kard. Dziwisz. „Usiłowałem wesprzeć Papieża, choć on sprawiał takie wrażenie, jakby się poddał. Łagodnie. Naznaczony bólem, ale pogodny. Zapytałem: »Gdzie?«. Odpowiedział: »W brzuch«. »Boli?«. On na to: »Boli«. Pierwsza kula, przeszywając okrężnicę i raniąc w kilku miejscach jelito cienkie, rozszarpała brzuch, po czym – przebiwszy ciało na wylot – spadła do wnętrza jeepa. Druga zaś po tym, jak się otarła o prawy łokieć i złamała palec wskazujący lewej ręki, zraniła dwie amerykańskie turystki”. Potem był rajd karetki do Polikliniki Gemelli. Trasę, którą w godzinie szczytu pokonuje się co najmniej 20 minut, samochód z rannym papieżem przejechał w 8 minut. Syrena się zacięła, kierowca jadąc, naciskał na klakson. „Papież tracił siły, ale nadal był przytomny. Wydawał z siebie ciche, coraz słabsze jęki. I modlił się. Słyszałem, jak się modli, mówiąc: »Jezu, Maryjo, Matko moja«. Gdy dotarliśmy do polikliniki, stracił przytomność” – opowiada kard. Stanisław. Polka, która była wtedy na audiencji, opisuje reakcję ludzi: „Wydawało mi się, że cały plac św. Piotra zapada się z wolna razem z nami, że wszystko osuwa się w pustkę: schody, tłum, wszystkie posągi nad kolumnadą, a ich barokowe gesty wydały mi się gestami przerażenia i zgrozy. Od tej pory bardzo je lubię… Wokół mnie wszyscy byli bladzi, a wstrząśnięci policjanci watykańscy w alejach robili wrażenie, że mają twarze bez kropli krwi. Jeden, blisko mnie, miał kredowobiałą twarz pod kruczymi włosami i zastanawiałam się, czy nie zemdleje. Nie, nie mdlał, płakał”. Jakaś grupa z Polski przywiozła na audiencję kopię obrazu jasnogórskiego. Ustawili ją na ziemi opartą o pusty fotel. Wiatr przewrócił obraz. Na odwrocie ukazał się napis: „Matko Boża, opiekuj się ojcem świętym, broń go od złego”. Obraz umieszczono na fotelu, wokół którego ludzie zaczęli się modlić. Odmawiali Różaniec aż do wieczora, gdy nadeszły lepsze wieści o stanie zdrowia papieża. 

    Połączyło nas cierpienie 

    Jan Paweł II, który cieszył się dobrym zdrowiem, żelazną kondycją, niespożytymi siłami do pracy, znalazł się nagle w szpitalu jako pacjent, któremu ratowano życie. Kiedy Paweł VI wymagał zabiegu chirurgicznego, wykonano go w zaaranżowanej sali operacyjnej w jego apartamentach. Jan Paweł II wcześniej zastrzegł sobie, że w razie choroby ma być leczony jak zwykli ludzie – w szpitalu. Do szpitala Gemelli wracał kilkakrotnie. Spędził tam w sumie 153 dni, dlatego nazywał go żartobliwie „trzecim Watykanem”. Jeden z lekarzy wspomina, że 12 maja, w przeddzień zamachu, papież odwiedził pawilon medyczny w Watykanie. Kilka miesięcy wcześniej ufundowano specjalną karetkę, która miała służyć pielgrzymom przybywającym na plac św. Piotra. Pokazano ją papieżowi. Następnego dnia właśnie ta karetka wiozła go do szpitala. Operacja po zamachu miała przebieg dramatyczny. Życie papieża wisiało na włosku. Profesor Francesco Crucitti na wieść o zamachu jakimś cudem dotarł w kilka minut do szpitala. Kiedy otworzył jamę brzuszną, ujrzał najpierw mnóstwo krwi. Jego pacjent stracił jej trzy litry. Po zatamowaniu krwawienia zobaczył, co się stało. Okazało się, że kula minęła tętnicę główną o milimetry. Jej trafienie oznaczało śmierć w ciągu kilku minut. Pocisk minął także kręgosłup i połączenia nerwowe, dzięki czemu papież nie został sparaliżowany. „Czyjaś ręka strzelała, ale inna ręka prowadziła kulę” – powiedział później Jan Paweł II. Kardynał Dziwisz wspomina, że tuż po przebudzeniu nad ranem 14 maja papież zapytał: „Odmówiłem kompletę?”. „Pierwsze dni były koszmarne. Ojciec święty modlił się nieustannie. I cierpiał”. Prócz bólu fizycznego odczuwał ból z powodu odchodzenia kard. Stefana Wyszyńskiego. Agonia Prymasa Tysiąclecia trwała trzy tygodnie, jakby czekał, aż z Rzymu nadejdą lepsze wieści. Ostatnia rozmowa telefoniczna między papieżem a prymasem odbyła się w szpitalu. „Słychać było wątły, ledwo słyszalny głos kardynała: »Połączyło nas cierpienie…

    Ale Ojciec jest uratowany«. A potem: »Ojcze święty, pobłogosław mnie…«. Papież nie chciał wymówić tych słów, bo dobrze wiedział, że to ostatnie pożegnanie: »Tak, tak. Błogosławię Twoje usta… Twoje dłonie…«” – relacjonuje kard. Dziwisz. Prymas Tysiąclecia zmarł 28 maja. Jan Paweł był jeszcze wtedy w szpitalu. Papież nie mógł odmówić z wiernymi modlitwy „Anioł Pański”. Nagrał więc na taśmie krótkie słowo, które kończyło się następująco: „Jestem szczególnie blisko dwóch osób, zranionych wraz ze mą, oraz modlę się za brata, który mnie zranił, a któremu szczerze przebaczyłem. Zjednoczony z Chrystusem, Kapłanem-Ofiarą, składam moje cierpienie w ofierze za Kościół i świat. Tobie, Maryjo, powtarzam: Totus Tuus ego sum (Cały Twój jestem)”. To była chyba najkrótsza papieska katecheza o krzyżu. Co podpowiedział nam Jan Paweł II ze szpitalnego łóżka? Kiedy spada na ciebie krzyż, nie zapomnij, że inni też cierpią, przebacz krzywdzącym, zjednocz się z Ukrzyżowanym, ofiaruj cierpienia za innych, odnów swój akt zawierzenia. Wymowna lekcja. 

    Nie ma przypadków

    Już po powrocie do Watykanu u ojca świętego ponownie pojawiła się wysoka gorączka. Okazało się, że w przetaczanej krwi był cytomegalowirus. Papież musiał po raz kolejny trafić do szpitala. Opanowano wirusa i przeprowadzono operację usunięcia przetoki. Jakim pacjentem był Jan Paweł II? Wymagającym. Dopytywał lekarzy o wszystkie szczegóły związane ze swoim zdrowiem. „Co Sanhedryn dziś orzekł? Co zamiast mnie zdecydował?” – żartował, gdy konsylium lekarzy powiadamiało go o stanie zdrowia i dalszej terapii. Chciał wiedzieć, jak wygląda wirus, który go zaatakował. Częścią walki z chorobą, powiedział kiedyś lekarzom jest to, że pacjent musi sam walczyć. Ale żeby miał siły do tego, musi stać się „podmiotem swojej choroby”, nie może być tylko „przedmiotem leczenia”. Godność pacjenta, godność cierpiącego, godność człowieka – to zawsze akcentował Jan Paweł II. Czy obawiał się śmierci? Nie. Mówił o tym w wywiadzie z André Frossardem: „To nawet nie była odwaga, ale w chwili, kiedy padałem na placu św. Piotra, miałem wyraźne przeczucie, że wyjdę z tego. Ta pewność nigdy mnie nie opuściła, nawet w najgorszych chwilach, bądź po pierwszej operacji, bądź w czasie choroby wirusowej”. Podczas drugiego pobytu w szpitalu papież poprosił o tekst trzeciej tajemnicy fatimskiej, która była przechowywana w archiwum Kongregacji Nauki Wiary. Intrygowała go zbieżność daty zamachu z początkiem objawień fatimskich. Po przeczytaniu „sekretu” Jan Paweł II nie miał już wątpliwości, komu zawdzięcza swoje życie. Dokładnie rok później, 13 maja, modlił się w Fatimie. Dziękował Bogu i Maryi za ocalenie życia. Kula, która go trafiła, została złożona jako wotum i umieszczona w koronie cudownej figury. „Proste zbiegi okoliczności nie istnieją w planach Bożej Opatrzności” – podsumował papież. Zło nie poddaje się łatwo. Podczas wizyty w Fatimie doszło do drugiej próby zamachu. W chwili gdy papież szedł środkiem fatimskiego kościoła, spośród napierających wiernych wyskoczył człowiek w sutannie z nożem w ręku. Ochrona obezwładniła napastnika, jednak ten zranił Jana Pawła. Papież dokończył nabożeństwo pomimo krwawienia. Zamachowcem okazał się hiszpański ksiądz, szaleniec głoszący skrajne poglądy (później zrzucił sutannę). Sprawa nie była nagłośniona. Przypomniał ją kard. Dziwisz w filmie „Świadectwo”. Zamach w Fatimie nie był wcale ostatnią próbą zabicia Jana Pawła II. Było ich jeszcze kilkanaście. W 1995 roku w Manili w domu przy nuncjaturze, gdzie miał przebywać papież, odkryto potężny skład materiałów wybuchowych. Dwa lata później, w Sarajewie pod mostem, którym miał przejeżdżać Jan Paweł II, znaleziono bombę. W encyklice „Dives in misericordia”, ukończonej pół roku przed 13 maja 1981 roku, Jan Paweł II pisał m.in. o tym, że krzyż jest „radykalnym objawieniem miłosierdzia, czyli miłości wychodzącej na spotkanie tego, co stanowi sam korzeń zła w dziejach człowieka: na spotkanie grzechu i śmierci”. I jedno z tych zdań, do których wraca się nieustannie: „Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem, nad tym, co człowiek – zwłaszcza w chwilach trudnych i bolesnych – nazywa swoim losem. Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka”. Warto popatrzeć w świetle tych słów na zamach z 1981 roku i kolejne próby zabicia papieża. Atak zła, które może przerażać, i zarazem doświadczenie Bożego miłosierdzia, które uchroniło go przed przedwczesną śmiercią dla dobra całego świata. Wróćmy raz jeszcze do 13 maja 1981 roku. Sekundy przed zamachem papież wziął do rąk pucołowatą półtoraroczną blondyneczkę ściskającą balonik. Jan Paweł ucałował ją i oddał rodzicom. Chwilę potem osunął się bezwładny. Ali Agca przyznał, że z powodu tego dziecka opóźnił strzał i dlatego nie trafił precyzyjnie. Sara Bartoli stała się narzędziem Bożej Opatrzności. W wywiadzie dla GN (19/2011) opowiadała, że długo nie znosiła sławy „dziewczynki od zamachu”. Przełom nastąpił, kiedy papież był umierający. „To była ostatnia jego Wielkanoc” – wspomina. „Był już po zabiegu tracheotomii, bardzo chory. Oglądaliśmy z rodziną transmisję z Rzymu. Papież zdenerwował się i z powodu swojego ograniczenia mowy uderzył ręką w ten przezroczysty pulpit w oknie swojego pokoju. Poczułam, jakby uderzył prosto w moje serce, jakby ktoś dotknął jakiejś głęboko ukrytej części mnie samej. Zobaczyłam wtedy w papieżu człowieka, który był świadomy własnej słabości, jakby potrzebował ochrony. Powstała jakaś dziwna więź, poczułam, że go potrzebuję. Wspomnienie tamtego dnia było tak silne, że właściwie wtedy wiedziałam, że muszę się zmienić, nawrócić”. Proste zbiegi okoliczności nie istnieją w planach Bożej Opatrzności…

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykański pacjent

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    fot. Grzegorz Gałązka/SIPA PRESS/EAST NEWS

    *****

    „Cierpienie ludzkie budzi współczucie, budzi także szacunek – i na swój sposób onieśmiela” – napisał. Świat cierpienia był mu dobrze znany. Dźwiganie krzyża choroby, bólu fizycznego i duchowego traktował jako część swojego powołania.

    Doświadczał cierpień od dziecka. Podczas okupacji zaznał głodu i zimna, potrąciła go również wtedy niemiecka ciężarówka. Pontyfikat Jana Pawła II był także historią jego chorób. Był pierwszym w dziejach papieżem, który leczył się poza Watykanem. W klinice Gemelli spędził łącznie 153 dni, dlatego nazywał ją żartobliwie „Watykanem numer trzy”. W 1984 roku napisał przejmujący list o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia „Salvifici doloris”, nie przeczuwając może jeszcze wtedy, jak bardzo jego treść będzie spełniała się w jego życiu. W 1992 roku ustanowił Światowy Dzień Chorego, który obchodzony jest we wspomnienie objawienia Matki Bożej w Lourdes, czyli 11 lutego. Po operacji biodra w 1994 roku przed modlitwą „Anioł Pański” podzielił się osobistą refleksją: „Zrozumiałem, że mam wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie przez modlitwę i wieloraką działalność, ale przekonałem się później, że to nie wystarcza: trzeba było wprowadzić go przez cierpienie. (…) Także papież musi być atakowany, musi cierpieć, aby każda rodzina i cały świat ujrzał, że istnieje Ewangelia – rzec można – »wyższa«: Ewangelia cierpienia, którą trzeba głosić, by przygotować przyszłość”. Te słowa okazały się prorocze. Jan Paweł II wprowadził Kościół i świat w nowe tysiąclecie za cenę wielu fizycznych i duchowych cierpień. Nigdy nie ukrywał swojego stanu zdrowia. Cierpiał na oczach ludzi, którym dawał w ten sposób niezwykłą katechezę. Wielokrotnie podkreślał wartość choroby i zwracał się do ludzi chorych i starszych z prośbą o modlitwę. Wraz z upływem lat coraz bardziej jego pontyfikat stawał się drogą krzyżową. Ostatnią pielgrzymkę zagraniczną odbył do Lourdes, gdzie chciał być pielgrzymem jako chory wśród chorych.

    Historie papieskich chorób 

    Zaczęło się od zamachu Ali Agcy. Operacja ratująca życie trwała 5 i pół godziny. Spędził wtedy w szpitalu 3 tygodnie. Miesiąc później znów musiał iść do szpitala z powodu groźnego zakażenia cytomegalowirusem. Tym razem przebywał w Gemelli prawie dwa miesiące. W lipcu 1992 roku przeszedł operację usunięcia guza jelita grubego. Nowotwór był wielkości pomarańczy, wycięto go w ostatnim momencie. Po otwarciu jamy brzusznej lekarze stwierdzili również obecność kamieni żółciowych i zdecydowali się na usunięcie woreczka żółciowego. Rok 1993 – zwichnięcie prawego ramienia i pęknięcie panewki stawowej. Papieżowi nastawiono staw barkowy i nałożono temblak, który nosił przez cztery tygodnie. Żartował, że lewą ręką może błogosławić równie dobrze jak prawą. W 1994 roku upadł w łazience i złamał kość udową, wstawiono mu protezę stawu biodrowego. Operacja nie całkiem się udała, proteza okazała się źle dopasowana. To spowodowało, że nigdy nie mógł już swobodnie chodzić. Zaczął więc posługiwać się laską. Szturchał nią odwiedzających go przyjaciół, udawał, że to strzelba, czasem wywijał nią jak Charlie Chaplin na spotkaniach z młodzieżą. W 1996 roku wykonano mu operację usunięcia wyrostka robaczkowego. Od połowy lat 90. cierpiał na chorobę Parkinsona, która nieustannie go osłabiała. Podczas podróży do Polski w 1999 roku upadł w nuncjaturze w Warszawie, lekko kalecząc się po prawej stronie czoła. Nie zjawił się na krakowskich Błoniach z powodu infekcji, której się nabawił. Jan Paweł II reagował z dystansem i humorem na postępujące ograniczenia związane z chorobą. Kiedy po operacji biodra kuśtykał powoli o lasce w auli synodalnej, zażartował: „A jednak się kręci” – powtarzając półgłosem słynne słowa Galileusza o ruchu Ziemi wokół Słońca. Samo cierpienie było jednak dla Jana Pawła II tematem bardzo ważnym, który wielokrotnie podejmował w swoim nauczaniu. W 2003 roku papież cierpiał na przenikliwy ból w kolanie wywołany artretyzmem. Miał mieć zabieg, ale lekarze uznali, że poddanie pacjenta znieczuleniu ogólnemu przy wysokim zaawansowaniu choroby Parkinsona byłoby zbyt niebezpieczne. Zabieg odwołano. Papież stawał się coraz bardziej unieruchomiony. Podczas podróży do Słowacji w 2003 roku nie dokończył przemówienia powitalnego na lotnisku z powodu nagłego osłabienia. W październiku tego samego roku Jan Paweł II obchodził 25-lecie swojego pontyfikatu. Telewizja Polska realizowała specjalny program z Watykanu. Papież wjechał na Salę Klementyńską na wózku. George Weigel, uczestnik tego spotkania, wspomina: „Trudno było mu utrzymać prosto głowę, twarz wydawała się zastygniętą maską, jego cierpienie było niemal wyczuwalne, a jednak jego roziskrzone oczy mówiły o wielkim przejęciu. (…) Karol Wojtyła z Wadowic, Krakowa i Rzymu szedł dalej swoją pielgrzymią drogą przez dolinę pogrążającą się w mroku. Te jasne niebieskie oczy mówiły o bólu z powodu tego, czego doznaje ze strony własnego ciała. Mówiły również bez słów o cierpieniu znoszonym w wierze i o powierzeniu się woli Bożej”. Do długiej listy schorzeń papieża trzeba dopisać te ostatnie z roku 2005, które zaprowadziły go do domu Ojca. Znaczne pogorszenie się stanu zdrowia rozpoczęło się 30 stycznia 2005 roku. Diagnoza brzmiała: „ostre zapalenie krtani i tchawicy”. Papież trafił jeszcze dwukrotnie do szpitala, gdzie poddano go zabiegowi tracheotomii z powodu niewydolności oddechowej. Bezpośrednią przyczyną śmierci okazał się wstrząs septyczny wywołany infekcją dróg moczowych. 

    Ostatnie kazanie

    18 maja 2004 roku papież obchodził swoje ostatnie, jak się okazało, urodziny. Kończył 84 lata. Miałem łaskę być na audiencji dla Polaków w Sali Klementyńskiej na Watykanie. Ucałowałem jego dłoń, spojrzałem w jego oczy, pierwszy i ostatni raz. Cieszyłem się tym spotkaniem, ale dominujące było uczucie smutku. Widać było, że papież dogasa. Czułem wręcz wyrzut sumienia, że dosłownie zamęczamy go swoją miłością, pragnieniem spotkania, dotknięcia. Wydawało mi się, że powinniśmy dać mu już święty spokój. On jednak chciał do końca być wierny swojej pasterskiej misji. Był silniejszy niż jego ciało odmawiające posłuszeństwa. Podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Lourdes, w sierpniu 2004 roku, Jan Paweł dopełnił przemiany, którą trafnie opisał John Allen, reporter z USA, „z najwyższego Pasterza Kościoła w żywy symbol ludzkiego cierpienia – praktycznie w ikonę Chrystusa na krzyżu”. Kardynał Dziwisz podkreśla, że Jan Paweł cierpiał nie tylko fizycznie, ale i duchowo, kiedy zmuszony był przez chorobę do znacznego ograniczenia czy wręcz przerwania zajęć związanych z pełnieniem misji pasterza Kościoła powszechnego. „Jego droga była nieprzerwanym męczeństwem” – dodaje. „Nauczył się współżyć z bólem, z chorobą. Było to możliwe przede wszystkim dzięki jego duchowości, dzięki osobistej relacji z Bogiem”. Kiedy choroba papieża była już bardzo widoczna, w mediach podnoszono coraz częściej problem abdykacji. Tuż przed wizytą w Szwajcarii (5–6 czerwca 2004 r.) 41 katolickich osobistości z tego kraju podpisało publiczną petycję, domagając się ustąpienia papieża z urzędu.

    Kardynał Dziwisz zauważa, że tego typu sugestie dużo bardziej raniły osoby z otocznia papieża niż jego samego. „On nie przywiązywał do nich wagi. W pewnym momencie papież zlecił przeanalizowanie kwestii abdykacji, po czym uznał, że wytrwa w swej misji tak długo, jak zechce Pan”. Kardynał Jean-Marie Lustiger wyjaśniał sens trwania Jana Pa­wła II na posterunku w taki sposób: „W swojej słabości papież bardziej niż kiedykolwiek realizuje wyznaczoną mu rolę polegającą na byciu zastępcą Chrystusa na ziemi, uczestniczeniu w cierpieniach naszego Odkupiciela. Nieraz mam takie wrażenie, że głowa Kościoła to super-zarządca jakiejś wielkiej międzynarodowej korporacji, człowiek czynu, który podejmuje decyzje i jest oceniany przez pryzmat skuteczności. Jednak dla wierzących najskuteczniejszy czyn, tajemnica zbawienia, dokonuje się wtedy, gdy Chrystus znajduje się na krzyżu i nie może zrobić niczego innego ani podjąć innej decyzji, jak tylko przyjąć wolę Ojca”. „»Czy ten schorowany, śliniący się starzec na wózku rzeczywiście jest reprezentatywnym obrazem waszego Kościoła?«. To pytanie zadawano mi nieraz w ostatnich latach” – wspomina ks. Tomasz Halik. „»W pewnym sensie tak«, odpowiadałem, »bo kiedy patrzy się na Kościół z zewnątrz, to istotnie jest w nim coś bardzo kruchego. Jeśli jednak uda się wam zajrzeć w głąb, zobaczycie w nim siłę podobną do siły tego chorego Papieża…«. Nie, nie wstydziłem się jego fizycznej kruchości; byłem rad, że właśnie w nim Kościół ma inny typ reprezentanta niż ten, jaki proponuje świat ze swoim coraz bardziej stereotypowym sexy – i sport-looking przywódców, manekinów, spreparowanych na wzór reklam telewizyjnych, które zachwalają wieczną młodość. Byłem rad, że właśnie ten Papież kieruje w stronę naszego coraz gwałtowniej starzejącego się świata przesłanie, że starość nie może być powodem odkładania człowieka do lamusa. (…) Tak, częścią jego posługi stało się także »ostatnie kazanie« – owo bezradne charczenie i machanie ręką przez okno, a potem spokojne, godne umieranie na oczach świata”.

    Ewangelia cierpienia

    Zanim Jan Paweł II wygłosił to milczące „ostatnie kazanie”, powiedział sporo na temat znaczenia cierpienia w ludzkim życiu. Podczas pielgrzymek i audiencji zawsze spotykał się z chorymi, przytulał, dotykał, błogosławił. Tematowi cierpienia poświęcił list apostolski „Salvifici doloris”. „To, co wyrażamy w słowie »cierpienie«, wydaje się szczególnie współistotne z człowiekiem” – pisał. „Cierpienie zdaje się przynależeć do transcendencji człowieka: jest jednym z tych punktów, w których człowiek zostaje niejako »skazany« na to, ażeby przerastał samego siebie”. Papież podkreśla, że cierpienie zawsze pozostaje tajemnicą, ale jeśli szukamy odpowiedzi na pytanie „dlaczego”, musimy zwrócić się ku objawieniu Bożej miłości. To „miłość jest też najpełniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił Bóg człowiekowi w Krzyżu Jezusa Chrystusa”. Pytanie o sens cierpienia nie jest pytaniem czysto akademickim. To pytanie z gruntu egzystencjalne, zadaje je przede wszystkim człowiek, którego dotyka konkretne nieszczęście. Wiąże się ono z „typowo ludzkim sprzeciwem oraz z pytaniem »dlaczego«. (…) Niejednokrotnie zapewne stawia to pytanie również Bogu – i stawia wobec Chrystusa”. Papież mówi w tym miejscu rzecz być może najciekawszą. Otóż człowiek cierpiący powinien dostrzec, że Ten, kogo pyta, „sam cierpi – a więc, że chce mu odpowiadać z Krzyża, z pośrodku swego własnego cierpienia”. Innymi słowy, Boża odpowiedź nie jest teoretycznym wykładem, pouczeniem z ambony czy katedry uniwersyteckiej. Odpowiedzią jest sam Ukrzyżowany – Jego cierpienie, krzyk, samotność, ból, konanie. „Trzeba jednakże nieraz czasu, nawet długiego czasu, ażeby ta odpowiedź zaczęła być wewnętrznie słyszalna”, zauważa Jan Paweł II. „Człowiek słyszy Jego zbawczą odpowiedź, w miarę jak sam staje się uczestnikiem cierpień Chrystusa. (…) Chrystus nie wyjaśnia w oderwaniu racji cierpienia, ale przede wszystkim mówi: »Pójdź za Mną!«. Pójdź! Weź udział swoim cierpieniem w tym zbawianiu świata, które dokonuje się przez moje cierpienie! Przez mój Krzyż. W miarę jak człowiek bierze swój krzyż, łącząc się duchowo z Krzyżem Chrystusa, odsłania się przed nim zbawczy sens cierpienia. (…) Wówczas też człowiek odnajduje w swoim cierpieniu pokój wewnętrzny, a nawet duchową radość”. Ostatnią częścią dokumentu jest medytacja o miłosiernym Samarytaninie. Jan Paweł II zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt cierpienia. Cierpiący człowiek pobudza innych przechodzących obok do samarytańskiego działania. Cierpienie może „wyzwalać w człowieku miłość, ów właśnie bezinteresowny dar z własnego »ja« na rzecz innych ludzi, ludzi cierpiących. Świat ludzkiego cierpienia przyzywa niejako bez przestanku inny świat: świat ludzkiej miłości – i tę bezinteresowną miłość, jaka budzi się w jego sercu i uczynkach, człowiek niejako zawdzięcza cierpieniu”. List kończy się bardzo osobistym wezwaniem do ludzi cierpiących: „I prosimy Was wszystkich, którzy cierpicie, abyście nas wspierali. Właśnie Was, którzy jesteście słabi, prosimy, abyście stawali się źródłem mocy dla Kościoła i dla ludzkości. W straszliwym zmaganiu się pomiędzy siłami dobra i zła, którego widownią jest nasz współczesny świat – niech Wasze cierpienie w jedności z Krzyżem Chrystusa przeważy!”. Ten motyw powtarzał się bardzo często. Podczas spotkań z chorymi Jan Paweł II prosił, aby zamieniali swoje cierpienie w modlitwę. „Nie wzbraniajcie się nigdy złożyć w darze Panu i Kościołowi waszych ofiar i waszego ukrytego bólu, a staniecie się pierwszymi, których wynagrodzi i obdaruje”. Pamiętam z jakiejś seminaryjnej konferencji ascetycznej w seminarium zdanie, że w życiu kapłana liczy się najbardziej to, ile wycierpi. Jeśli tę miarę przyłożymy do Jana Pawła, odkryjemy dużo, bardzo dużo.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To moja matka, ta ziemia

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”

    Jan Paweł od Krzyża. Tegoroczny cykl wielkopostny poświęcamy przypomnieniu „stacji ” drogi krzyżowej jego życia i najważniejszym lekcjom z jego nauczania o miłości „aż do końca”
    fot. Gabriel BouS /EAST NEWS

    ***

    Kochał ją jak matkę, uczył takiej miłości. Pod krzyżem w 1979 roku wołał, że nie można zrozumieć Polski bez Chrystusa. Cierpiał z powodu rozłąki, stanu wojennego, ale i rodaków…

    Nigdy nie wstydził się tej miłości. Wyznawał ją wielokrotnie podczas kolejnych pielgrzymek do ojczyzny. “Chciałbym, abyście pamiętali, iż myślą i sercem jestem przy was i sprawy mojej ojczyzny niezmiennie traktuję jako swoje własne. Wasze radości są mymi radościami, a wasze niepokoje – mymi niepokojami” (Skoczów 1995) – to jedno z wielu tych wyznań. Jak każda miłość, także ta miała swoją cenę, miała swój krzyż. “Nie pragniemy takiej Polski, która by nas nic nie kosztowała” – mówił w 1983 roku na Jasnej Górze. Walczył o wolność dla Polski, mówiąc do nas, ale także i za nas. Boleśnie przeżył wojnę, którą wypowiedział narodowi gen. Wojciech Jaruzelski. Jak powiedział kiedyś kard. Glemp, gdyby Sowieci wkroczyli do Polski, Jan Paweł II “był gotowy na wszystko, nawet na to, by zostawić stery Kościoła i stanąć w obronie własnego kraju”. Gdy odzyskaliśmy wolność, uczył, jak z niej mądrze korzystać. Przejmujące było papieskie wołanie w Kielcach, gdy wzywał do odnowienia życia małżeństw i rodzin, do poszanowania życia poczętego. Mówił gniewnie, jak zatroskany i cierpiący ojciec: “Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować”. Słowa nadal aktualne. Do bólu.

    Rewolucja pod krzyżem

    Decyzja konklawe z 16 października 1978 roku oznaczała dla kard. Karola Wojtyły rozstanie z Polską na zawsze. W liście przekazanym polskim biskupom Jan Paweł II napisał, że “trudno myśleć i mówić” o opuszczeniu ojczyzny “bez najgłębszego wzruszenia. Zda się, że nie wystarczy serca ludzkiego – a w szczególności serca polskiego – ażeby wzruszenie to ogarnąć”. Pierwsza wizyta w Polsce w 1979 roku była dla niego wydarzeniem niezwykle radosnym, ale jednocześnie czuł ciężar odpowiedzialności za każde słowo. Emocje Polaków sięgały zenitu, komuniści przeczuwali już kres swojego panowania. Papież wiedział, że tę wyzwoloną w ludziach duchowo-moralną energię musi tak skierować, by nie doprowadzić do gwałtownych wystąpień przeciwko reżimowi. A zarazem chciał, by jego naród powstał z kolan, by nabrał nowego poczucia godności, wolności i siły.

    Eucharystia z 2 czerwca 1979 roku, sprawowana pod wielkim krzyżem na placu Zwycięstwa, stała się jednym z symboli tego pontyfikatu, była jednym z punktów zwrotnych w historii Polski. “Tu, na tej ziemi… trzeba stanąć, aby odczytać świadectwo Jego krzyża i Jego zmartwychwstania”. Krzyż, pod którym przemawiał papież, był dopełnieniem jego słów. Był znakiem, że zło zwycięża się tylko dobrem, nienawiść miłością i przebaczeniem. Wielkie historyczne starcie, które doprowadziło do przemian w roku 1989, dokonało się pod krzyżem Chrystusa. Jan Paweł II nigdy nie wzywał wprost do obalenia komunizmu. Głosił Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego. Głosem pełnym nieziemskiej mocy mówił w Warszawie, że Chrystus jest kluczem do człowieka, także do historii naszego narodu. “Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną – bez Chrystusa”. A na zakończenie homilii wypowiedział modlitwę, która dała początek lawinie: “Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi! Amen”. Oglądałem jako nastolatek transmisję w telewizji, nagrywałem kazanie na grundigu, ówczesnym cudzie techniki. Brzmi mi w uszach ten przejmujący tembr głosu Wojtyły. Kazanie przerywał śpiew “My chcemy Boga”. Dobrze się stało, że pomnik na palcu Piłsudskiego, upamiętniający tamtą chwilę, ma kształt krzyża. Homilia w Krakowie była zwieńczeniem tej katechezy budzącej Polaków ze snu. Jan Paweł powtarzał: “Musicie być mocni”. “Mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć, jak to objawił św. Stanisław i bł. Maksymilian Maria Kolbe”. Czyli mocni miłością płynącą z krzyża.

    Jeden drugiego brzemiona noście

    Jan Paweł II lubił święta Bożego Narodzenia, ale te w 1981 roku należały do najsmutniejszych. Po ogłoszeniu stanu wojennego i po pierwszych ofiarach na kopalni “Wujek” papież napisał list do gen. Jaruzelskiego z „usilną prośbą i zarazem gorącym wezwaniem zaprzestania działań, które przynoszą ze sobą rozlew polskiej krwi”. W czerwcu 1983 roku papież przyjechał do Polski zduszonej i upokorzonej. Podczas pierwszej Mszy św. w katedrze warszawskiej jasno wyraził swoje intencje: “Wraz z wszystkimi moimi rodakami – zwłaszcza z tymi, którzy najboleśniej czują cierpki smak zawodu, upokorzenia, cierpienia, pozbawienia wolności, krzywdy, podeptanej godności człowieka – staję pod krzyżem Chrystusa”. Pielgrzymka odbywała się w Roku Jubileuszowym Odkupienia – 1950 lat od śmierci Chrystusa. Jan Paweł II w tym bardzo trudnym momencie cały czas konsekwentnie wskazywał na krzyż. Wzywał Polaków do zwyciężania zła dobrem, do przebaczenia i pojednania. “Przebaczenie nie jest słabością. Przebaczać nie oznacza rezygnować z prawdy i sprawiedliwości. Oznacza: zmierzać do prawdy i sprawiedliwości drogą Ewangelii”. Papież podniósł na duchu naród po raz kolejny zmiażdżony, aby nie ustawał na drodze do wolności. W 1987 roku trzecia pielgrzymka papieża przygotowała grunt pod wydarzenia 1989 roku. Podczas Mszy św. w Gdańsku ołtarz papieski miał kształt gigantycznego okrętu. Papież przemawiał z mostka kapitańskiego. Słowo “solidarność” miało wtedy niezwykłą moc. Było symbolem walki narodu z komunistyczną opresją. Papież unikał jak zawsze bezpośrednich aluzji politycznych. Zaproponował Polakom teologię solidarności, głębsze rozumienie tego słowa. Oświetlił je mądrością krzyża. Mówił: “»Jeden drugiego brzemiona noście« – to zwięzłe zdanie apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy »brzemię« dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności. Nie może być program walki ponad programem solidarności. Inaczej – rosną zbyt ciężkie brzemiona. I rozkład tych brzemion narasta w sposób nieproporcjonalny”. Papież podziękował robotnikom, że w 1980 podjęli “szlachetną walkę”. I przypomniał fakt, o którym dziś wielu zapomniało, a mianowicie:, “że istnieje więź pomiędzy światem pracy a krzyżem Chrystusa, że istnieje więź pomiędzy pracą ludzką a Mszą świętą: Ofiarą Chrystusa”. Zdziwienie, ale także podziw i szacunek budził widok robotników polskich spowiadających się i przystępujących do Komunii św. na terenie zakładu pracy. Różni się dziwili. A może nie tylko… może równocześnie odkrywali. Wpływ Jana Pawła II i Kościoła na rewolucję roku 1989 jest bezdyskusyjny. Jej sednem jest teologia wyzwolenia oparta na Chrystusowym krzyżu. Sam papież pisał, że układ jałtański został przezwyciężony “wysiłkiem ludzi, którzy nie uciekali się do przemocy, zaś odmawiając konsekwentnie ustąpienia przed potęgą siły, zawsze umieli znaleźć skuteczne formy świadczenia o prawdzie. Taka postawa rozbroiła przeciwnika…”. Ta zwycięska walka “w pewnym sensie zrodziła się z modlitwy i z pewnością byłaby nie do pomyślenia bez nieograniczonego zaufania Bogu, który jest Panem historii i sam kształtuje serce człowieka. Łącząc własne cierpienia za prawdę i za wolność z cierpieniem Chrystusa na krzyżu, człowiek może dokonać cudu pokoju i uczy się dostrzegać wąską nieraz ścieżkę pomiędzy małodusznością, która ulega złu, a przemocą, która chce je zwalczać, a w rzeczywistości je pomnaża” (encyklika “Centesimus annus”). Kto nie dostrzega tego wymiaru tamtych wydarzeń, ten najgłośniej dziś krzyczy dokładnie tak samo jak wtedy komuniści, że z życia publicznego trzeba usunąć religię, a zwłaszcza katolicyzm. Wtedy domagano się uciszenia Kościoła w imię raju komunistycznego, teraz w imię utopii raju zbudowanego na liberalizmie.

    Wyższy poziom walki o wolność

    Zrzucenie jarzma sowieckiej niewoli i komunistycznej utopii było początkiem drogi do budowania wolnego społeczeństwa. Jan Paweł II rozumiał znacznie przenikliwiej niż wielu z nas wtedy, że rok 1989 oznaczał dla Polaków promocję do wyższej klasy, znacznie trudniejszej. Walka o wolność od zewnętrznej opresji jest w sensie moralnym czymś prostszym niż walka o mądre urządzenie odzyskanej wolności. W encyklice “Centesimus annus” z 1991 roku papież wskazywał, że do rozwoju społeczeństwa nie wystarczy sama demokracja i wolny rynek. Te dwa mechanizmy społeczne do swojego dobrego funkcjonowania potrzebują ludzi kierujących się etyką zbudowaną na obiektywnym ładzie etycznym. Sama wolność to za mało. Potrzebni są ludzie, którzy potrafią tę wolność w sposób szlachetny przeżywać jako szansę na czynienie dobra, a nie tylko jako platformę do zaspokajania swoich egoistycznych celów. Wolność, aby służyła człowiekowi, musi być oparta na uniwersalnych ludzkich wartościach, na prawdzie o człowieku.

    O tym przypominał papież Polakom i wszystkim wolnym społeczeństwom z nową siłą po 1989 roku. Nazywał po imieniu zagrożenie dla demokracji, jakim jest legalizacja aborcji czy eutanazji. Ci, którzy w “pierwszej klasie” byli prymusami zasłuchanymi w papieża, w tej “wyższej klasie” stawali się często pierwszymi krytykami “zacofanego” Jana Pawła II. Pierwsza “Solidarność” wygrała, bo budowała na papieskiej wizji, po 1989 roku wielu jej liderów odwróciło się od wskazań Jana Pawła II. Bolesne skutki tego odwrotu czujemy dziś w Polsce. Czwarta pielgrzymka do Polski w 1991 r. była chyba najtrudniejszą ze wszystkich. Jan Paweł II zaproponował Polakom żyjącym w wolnym kraju powtórkę z Dekalogu. Słusznie przewidywał, że o wierność prawu moralnemu będzie się teraz toczył bój. Polacy nie mieli ochoty na upomnienia. Do tej pory słuchali papieża jako tego, który dokładał komunie. Teraz dokładał już bezpośrednio nam. To oczywiście duże uproszczenie. Media i niektórzy politycy straszyli Polaków wizją państwa wyznaniowego. Hierarchowie Kościoła po 1989 roku nie bardzo potrafili znaleźć język, który odpowiadałby nowej sytuacji politycznej Polski. “Pielgrzymka roku 1981 stworzyła nowy wizerunek Jan Pawła w zachodniej prasie – zagniewanego starego człowieka, niezdolnego do zrozumienia świata, który pomógł tworzyć” – zauważa Weigel. “Była to ostra karykatura”. W 1995 roku papież pojawił się w Polsce na chwilę w związku z kanonizacją Jana Sarkandra, księdza męczennika urodzonego w Skoczowie. Padły ważne słowa, które z perspektywy dzisiejszej wydają się jeszcze bardziej aktualne. Jan Paweł II stwierdził, że Polska dla swojej odnowy potrzebuje nade wszystko ludzi sumienia. Co to znaczy? “Być człowiekiem sumienia to znaczy przede wszystkim w każdej sytuacji swojego sumienia słuchać i jego głosu w sobie nie zagłuszać, choć jest on nieraz trudny i wymagający; to znaczy angażować się w dobro i pomnażać je w sobie i wokół siebie, a także nie godzić się nigdy na zło, w myśl słów św. Pawła: »Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!« (Rz 12,21)”. Jan Paweł II zwrócił uwagę, że “pod hasłami tolerancji w życiu publicznym i w środkach masowego przekazu szerzy się nieraz wielka, może coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencje do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość. Te formy powracającej dyskryminacji budzą niepokój i muszą dawać wiele do myślenia”. Medialni komentatorzy pisali, że to zakompleksieni i polscy biskupi zasugerowali papieżowi błędną diagnozę sytuacji społecznej. Prawda jest taka, że Jan Paweł II widział już wtedy zjawisko, które dziś występuje na znacznie większą skalę w Polsce – odbierania prawa głosu katolikom w sprawach publicznych w imię tolerancji dla niekatolików, dla których ten głos jest drażniący. Jan Paweł w Skoczowie przypomniał też, że “w okresach najcięższych dziejowych prób naród szukał i znajdował siłę do przetrwania i do powstania z dziejowych klęsk właśnie w nim – w Chrystusowym krzyżu! I nigdy się nie zawiódł. Był mocny mocą i mądrością krzyża! Czy można o tym nie pamiętać?!” – pytał retorycznie papież. Do tego tematu powrócił podczas pielgrzymki w 1997 roku. Patrząc na krzyż na Giewoncie, Jan Paweł II stwierdził: “Ten krzyż tam stoi i trwa. Ogarnia całą naszą ziemię od Tatr po Bałtyk. (…) Umiłowani bracia i siostry, nie wstydźcie się krzyża. Starajcie się na co dzień podejmować krzyż i odpowiadać na miłość Chrystusa. Brońcie krzyża, nie pozwólcie, aby Imię Boże było obrażane w waszych sercach, w życiu społecznym czy rodzinnym. Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych, szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie”. Z wiekiem coraz bardziej tęsknił za Polską. Podczas pielgrzymki w 2002 roku wszyscy czuliśmy, że to może być jego ostatnia wizyta. Schorowany papież poświęcił sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Żegnał się z nami słowami z “Dzienniczka” s. Faustyny “Ojczyzno moja kochana, Polsko, (…) Bóg Cię wywyższa i wyszczególnia, umiej być wdzięczna!”. Myślę o tym, czy w kontekście pontyfikatu Jana Pawła II jesteśmy wystarczająco wdzięczni Bogu za ten dar niebios, jakim był dla nas ten człowiek? W jakim miejscu bylibyśmy teraz, gdyby nie on? “A na koniec cóż powiedzieć? Żal odjeżdżać!” – to ostatnie słowa Jana Pawła II wypowiedziane w jego ojczyźnie.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Problemem nie jest Jan Paweł II

    Jakoś jestem spokojny o Jana Pawła II. Jeśli o kimś mógłbym powiedzieć, że jest na pewno święty, to o nim. Nie dlatego, że został beatyfikowany i kanonizowany, bo to jest tylko konsekwencja. Dlatego, że po prostu był święty. Dotąd mi w uszach brzmią słowa, które ks. Konrad Krajewski – wtedy jeszcze ceremoniarz papieski – w Kolegium Polskim w Rzymie powtarzał jak refren: „Dotykałem świętego. Dlaczego nie zostałem świętym?”.

    Koronacja cudownego obrazu Matki Bożej Opolskiej na Górze św. Anny, 21 czerwca 1983 r.

    Koronacja cudownego obrazu Matki Bożej Opolskiej na Górze św. Anny, 21 czerwca 1983 r.

    Reprodukcja Łukasz Krzysztofka

    ***

    Nie boję się akt, archiwów i świadków, tak jak nie boję się, że ktoś znajdzie jakiś starożytny manuskrypt, które będzie miał inną wersję Ewangelii. Jest bowiem za wiele świadectw, które potwierdzają jej zgodność, żeby lękać się o to, co z tymi świadectwami może nie być zgodne. Miliony ludzi na całym świecie śledziło papieża z daleka i z bliska. I jeśli wołaliśmy „Santo subito”, to nie dlatego, że wybraliśmy emocje i rezygnację z solidnych badań. Po prostu było to tak oczywiste jak słońce i księżyc, a świadków tego, że nie ma się do czego przyczepić było więcej niż lądowania Amerykanów na księżyc.

    Problem nie jest z Janem Pawłem II. Problem jest z nami. Coś dziwnego dzieje się w społeczeństwie i to jest widoczne przynajmniej na siedmiu płaszczyznach.

    Po pierwsze, nie zależy nam na rozwiązywaniu prawdziwych problemów. W styczniu 2013 trzy razy dziennie sprawdzałem, co na temat Kościoła i księży piszą na głównej stronie portale gazeta.pl, onet. pl. i interia.pl. Okazało się, że ilość artykułów na głównej mówiąca na ten temat wahała się między 30 a 60 w zależności do portalu i prawie wszystkie były negatywne, tzn. mówiące o negatywnym zachowaniu księży. W styczniu 2023 roku zrobiłem podobnie, z tym, że sprawdzałem raz dziennie i dodałem jeszcze wirtualna.pl. Z grubsza (bo zawsze coś mogłem pominąć) na głównej stronie na temat Kościoła i księży było tekstów: 27 (Interia), 28 (WP), 40 (Gazeta) a nawet 45 (Onet). Księży w Polsce jest 30 tysięcy, 4 razy więcej jest lekarzy, 5 razy więcej jest żołnierzy, 20 razy więcej jest nauczycieli, ale ilość artykułów na temat innych profesji jest zdumiewająca niska. A przecież wystarczy zejść z Internetu do realu, żeby zobaczyć, że problemy, którymi żyją ludzie są naprawdę inne. Ale nam jako społeczeństwu nie zależy na rozwiązywaniu prawdziwych problemów. I to jest pierwszy nasz problem.

    Po drugie, nie zależy nam na faktach. Były badania GUS-u na temat przyczyn małej dzietności Polaków. Każdy mógł je zobaczyć. Abp Jędraszewski w liście na Wielki Post wymienił te, które były najczęstsze. Rozpętała się burza. To nic, że z badań wynikało, że tylko 2% podaje za przyczynę zbyt małej mieszkanie. I nawet można by zrozumieć sławny list Polki, bo przecież ktoś może się w tych 2% procentach znajdować. Ale jeśli największe portale – także katolickie – szerują problemy z przewijakami i nawet jedna czy drugi profesor mówią w mediach, że przyczyną braku otwarcia na życie – wbrew badaniom – są problemy finansowe, to o co nam chodzi? Nam jako społeczeństwu coraz mniej zależy na faktach. I to jest drugi nasz problem.

    Po trzecie, nie zależy nam na prawdzie. Wybuchła afera z ks. Stryczkiem. Kilkaset świadków przesłuchanych. Nie skażą go za mobbing. „Ale jest winny, choćby sąd inaczej orzekł, bo to są takie sprawy, których się nie da udowodnić”. Wybuchła sprawa z bp. Szkodoniem. Był proces. Nie stwierdzono winy. „Ale skoro nie ma pewności, że nic nie było, na pewno coś było”. To samo z kard. Dziwiszem. Przyjechał z Rzymu kard. Bagnasco. Sprawdzał zarzuty tuszowania pedofilii. Zarzuty się nie potwierdziły. „Ale skoro się znali z Rzymu, to na pewno poszło po znajomości”. Nam jako społeczeństwu nie zależy na prawdzie. Zależy nam na tym, żeby nasza opinia była prawdą, a nie żeby prawda była naszą opinią. I to jest nasz trzeci problem.

    Po czwarte, nie zależy nam na żadnych archiwach. Przerabialiśmy to już przy okazji lustracji a jeszcze bardziej w sprawie McCarrricka. Raport był zrobiony rzetelnie. Każdy mógł go przeczytać. I każdy kto umie czytać, zobaczył, że nie można oskarżać papieża w tej sprawie. Pomogło? Nie. Wystarczy poczytać niektóre teksty a jeszcze lepiej komentarze. Tysiące ludzi dalej uważa i powtarza jak mantrę, że papież jest winny. Dlatego rozpowszechnia się zdjęcie papieża z McCarrrickiem, wypowiadając słowa o „drapieżcy seksualnym” i sprawa gotowa. Zmieniły coś badania archiwów? Nie. Bo nam jako społeczeństwu nie zależy na archiwach. Nam zależy na hakach. I to jest nasz czwarty problem.

    Po piąte, nie zależy nam na ofiarach. Gdyby nam zależało na ofiarach, to byśmy walczyli z pedofilią a nie z pedofilią w Kościele. Jeśli nauczyciel widzi, że cała klasa ściąga na sprawdzianie i wpisuje ocenę niedostateczną tylko prymusowi, to czy nauczycielowi zależy na tym, żeby cała klasa nie ściągała? Nie. Zwłaszcza, że cała klasa cieszy się, że prymus dostał pałę. Gdyby nam zależało na ofiarach, to byśmy sprawdzili wszystkie archiwa, wyłapali każdego SB-ka, który złamał życie niejednej osobie. Wyrzucili z sejmu i sądów ludzi, którzy przyłożyli rękę do rządów komuny. Zrobilibyśmy narodowy program walki z pedofilią, informowali na portalach, jak sobie radzi z tym Kościół a jak nauczyciele, jak lekarze a jak terapeuci. Przepytali świat celebrytów i dziennikarzy. Ale nam nie zależy na ofiarach. Raz skrzywdzeni staję się narzędziem partykularnych interesów. I to jest nasz piąty problem.

    Po szóste, nie umiemy myśleć. Przecież każdą sprawę musi się rozpatrywać w szerszym kontekście, również historycznym. Czy naprawdę mądrym jest oskarżać katolickich lekarzy za to, że sto lat temu operowali bez masek? Czy można śmiać się ze starożytnych uczonych za to, że uważali, że ziemia jest płaska? Nigdy nie wolno przerzucać swoich pojęć i rozumienia wiedzy na czasy, kiedy takiej wiedzy nie było! Historia lubi się powtarzać. I wierzę gorąco w to, że tak jak my oskarżamy poprzednie pokolenia, oskarżą i nas. Nie wiem za co. Czy za pozwalanie od najmłodszych lat na smartfony, czy za to, że będąc tak wykształceni, nie rozumieliśmy, że aborcja to zabójstwo. Nie wiem za co. Ale jeśli społeczeństwo nie postawi na homo sapiens, to homo emoticus na pewno nie będzie przejmował się, jaka była historyczna prawda, tylko wsadzi nas w takie ramy, jakie mu będą pasować. Nie potrafimy zgodzić się na prymat myślenia nad emocjami. I to jest nasz szósty problem.

    Po siódme, jesteśmy nielogiczni. Jeśli ktoś mówi, że nie rozumie, jak papież mógł nie zrobić więcej dla ofiar, a afiszuje się profilem wspierającym marsz za aborcją, jeśli ktoś strzela do kamery, że episkopat to dno a nie zna nawet 10% biskupów, to nie ma w tym żadnej logiki. Logika jest nieodłączną częścią prawdy. I nie będzie prawdy tam, gdzie nie będzie logicznego myślenia. Nie potrafimy logicznie myśleć, coraz mniej łączymy przyczyny ze skutkami, nie przeszkadza nam, że to się nie trzyma kupy, bo światem zaczęły rządzić lajki a nie logika. Stąd również nie oblejemy studenta, bo choć logicznie tyle mu się należy, tak zrobić nie można, bo nas lubił nie będzie. Zdecydowaliśmy się jako społeczeństwo, że lubienie jest ważniejsze niż logika. I to jest nasz siódmy problem.

    Problemem nie jest Karol Wojtyła II, bo jemu zależało na prawdzie i ta prawda go wyzwoliła. Problem jest z nami. On nas przeprowadził przez Morze Czerwone. Nam zachciało się na nowo Egiptu. Nie prawdy, do której dochodzi się przez krzyż, ale faraonów emocji, manipulacji, krzyków i podziałów. I jak tak dalej pójdzie, skończymy zniewoleni każdy własną wizją przeszłości. Jak rodacy Jezusa, którzy potrafili nawet zapłacić za to, żeby rozgłaszać, że Chrystus nie zmartwychwstał.

    ks. Wojciech Węgrzyniak/wegrzyniak.com/Tygodnik Niedziela
    ______________________________________________________________________________________________________________

    Droga Krzyżowa

    Rozważania ks. Piotra Pawlukiewicza

    *****

    Przyjacielu, po coś przyszedł?…

    Ruali/pixabay.com

    *****

    To Chrystusowe pytanie skierowane do Judasza było ostatnimi słowami Zbawiciela, jakie wypowiedział przed swoim pojmaniem i uwięzieniem. Zanim rozpoczniemy Drogę Krzyżową w tym uświęconym miejscu, stańmy wobec tych słów: Przyjacielu, po coś przyszedł? Dlaczego podjąłeś trud podróży? Krzyż jest zgorszeniem, głupstwem, porażką. Na pewno chcesz iść za zgorszeniem, głupstwem i porażką? Nosimy krzyżyki na łańcuszkach, wieszamy je w domach, szkołach, szpitalach i nierzadko potem pod tymi krzyżami przeklinamy, że coś się nam nie powiodło, że nie poszło po naszej myśli, że ktoś nas odrzucił. Mówimy o krzyżu, śpiewamy o krzyżu, a kiedy przychodzi, często jesteśmy zaskoczeni i oburzeni.

    Przyjacielu, po coś przyszedł?

    Kto z nas jest godny stanąć przy krzyżu…?

    Kto z nas jest godny stanąć przy krzyżu….?

    Czy mamy wrócić do domów?

    Jezus zapytał kiedyś swoich uczniów: Czy możecie pić kielich, który ja mam pić? I sam odpowiedział: Kielich mój pić będziecie. Tak powiedział swoim uczniom. Uczniowie dostąpią uczestnictwa w tajemnicy krzyża. Tylko uczniowie. Idźmy więc, za krzyżem. Pokorni, uważni, skupieni. Idźmy na kolejną lekcję miłości.

    STACJA I

    PAN JEZUS NA ŚMIERĆ SKAZANY

    Przekonywano kiedyś, że wśród nas najwięcej lekarzy, bo każdy zna się po swojemu na chorobach i ich leczeniu. Ale to błąd. Stokroć więcej wśród nas sędziów. Ktoś zajechał samochodem drogę – to prymityw. Ktoś źle załatwił sprawę – jest beznadziejny. Ktoś ma inne poglądy – jest całkiem bezsensowny. To już nie sądy dwudziestoczterogodzinne. To sądy dwudziestoczterosekundowe. Spojrzenie. Odruch. Wyrok. A Chrystus tak mocno podkreślał: Nie sądźcie! Bo tylko Bóg przenika i zna człowieka. Każde sądzenie brata jest pychą. A pycha ludzka jest tak wielka, że człowiek porwał się, by sądzić Boga. Ślepy Piłat osądzał Syna Bożego. Ten człowieczek chciał sądzić „światłość ze światłości”. Ziarno piasku z dna morza chciało ogarnąć ocean.

    Piłat może i starał się uwolnić Jezusa, ale ten tłum tak bardzo domagał się wyroku. Może ktoś mówić: w zasadzie to staram się być chrześcijaninem, ale ten tłum wokół mnie tak głośno krzyczy o antykoncepcji, o eutanazji, o aborcji, o in vitro. Oni tak głośno krzyczą u mnie w biurze, na uczelni, w firmie, że ja milczę i dyskretnie umywam ręce.

    Nie umyli rąk, liczni w dziejach ludzkości, uczniowie Jezusa. Od wieków poznaje się ich po czystych dłoniach. Oni, tak jak Chrystus, nie wydali wyroku. Oni go przyjęli.

    STACJA II

    PAN JEZUS BIERZE KRZYŻ NA SWOJE RAMIONA

    Jezus w swoim nauczaniu wyjaśniał ludziom wiele kwestii, ale nie udzielił odpowiedzi na najbardziej nurtujące człowieka pytanie: dlaczego krzyż, dlaczego cierpienie?

    Ks. Jan Twardowski napisał kiedyś taki krótki wiersz:

    Dlaczego krzyż?

    Uśmiech.

    Rana głęboka

    Widzisz,

    to takie proste

    kiedy się kocha.

    Nie zrozumie krzyża egoista, człowiek szukający tylko swoich spraw. Będzie krzyż przeklinał i odrzucał. Zamknięte pozostaną dla niego słowa Zbawiciela mówiące o słodkim jarzmie i lekkim brzemieniu. Nazwie je nielogicznymi.

    Dawno temu naukowcy zauważyli, jak małe ptaszki wyruszając w drogę przez morze chwytają w dziób niewielkie gałązki. Dlaczego to czynią? – zastanawiano się. Przecież to utrudnia im lot. Przecież to dla nich poważne obciążenie. Zagadka się rozwiązała, kiedy spostrzeżono, iż te Boże stworzenia, znużone wielogodzinną podróżą rzucają gałązkę na powierzchnię morza, siadają na niej, odpoczywają, a potem kontynuują swoją wędrówkę.

    A może nam w życiu bywa tak ciężko, ponieważ nieustannie zabiegamy o to, by było nam lekko?

    Ks. Jan Twadrowski napisał jeszcze kiedyś, że krzyż to takie szczęście, że wszystko inaczej…

    STACJA III

    PAN JEZUS PO RAZ PIERWSZY UPADA

    Są trzy takie stacje na drodze krzyżowej, które nazywają się upadek Jezusa. Ale one powinny się nazywać powstanie Jezusa. Bo to, że upadał, to tylko wyczerpanie, zmęczenie mięśni, utrata równowagi. To, że powstał, to czysta miłość.

    Dziś świat fascynuje się upadkami człowieka. Ludzie chcą podejrzeć grzech, pokazać grzech. Z detalami, z różnych ujęć. A wszystko w imię przekonania: taka jest prawda, tacy jesteśmy. Księga Apokalipsy mówi, że imię szatana to oskarżyciel, bo on dzień i noc oskarża braci naszych. To on tak mocno koncentruje uwagę ludzi na grzechach i ukazuje je jako mur nie do pokonania. A wszystkie upadki świata, grzech Ewy, Adama, Kaina, wszystkie zdrady, zabójstwa, bluźnierstwa, zbrodnie wszystkich totalitaryzmów, cała obrzydliwość ludzkiej grzeszności jest obmyta jedną kroplą krwi Chrystusa.

    To dlatego, że Chrystus wtedy powstał i dźwignął krzyż, dźwignął nasze grzechy, dziś każdy z nas może usłyszeć te najpiękniejsze na świecie słowa: i ja odpuszczam tobie grzechy.

    STACJA IV

    PAN JEZUS SPOTYKA MATKĘ SWOJĄ

    Do Maryi zapewne docierały słowa, które dla każdej matki są najboleśniejsze: twój Syn odszedł od zmysłów. Szatan chciał przeniknąć jej duszę mieczem bolesnego oszczerstwa, że jej Syn oszalał. Ale Ona mocno rozpamiętywała słowa Elżbiety napełnionej Duchem Świętym wypowiedziane przed laty: błogosławiony jest owoc twojego łona. BŁOGOSŁAWIONY. Dobry, prawy, pełen światła. Ona wierzyła Bogu, nawet wtedy, kiedy jej Syn był miażdżony cierpieniem na Drodze Krzyżowej. Nie ratowała Go, nie chciała wyrwać Go z rąk oprawców, ale dała Mu coś więcej: zrozumienie i zaufanie. Ona jedna, tam, w tym tłumie wierzyła, że ta męka wpisana jest w ogrom planów Bożych.

    To takie ważne widzieć swego bliźniego w perspektywie zamysłów Stwórcy. Jest tak wtedy, gdy matka zostawia dorosłe dziecko, by mogło spełnić Boże powołanie. Gdy małżonkowie nawet w kryzysie miłości modlą się za siebie. Tak naprawdę syna, córkę, męża, narzeczoną można kochać tylko na Drodze Krzyżowej oddając ukochanego człowieka Bogu.

    Abrahamie z góry Moria, Matko siedmiu synów z księgi Machabejskiej, Maryjo z Golgoty uczcie nas czym różni się miłość od uzależnienia.

    STACJA V

    SZYMON Z CYRENY POMAGA DŹWIGAĆ KRZYŻ JEZUSOWI

    W ścisłym sensie Szymon Cyrenejczyk nie niósł krzyża. Niósł tylko ciężki kawał drewna. Bo żeby nieść krzyż, trzeba tego gorąco pragnąć, trzeba tego chcieć. Jezus zawsze mówił: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż. A jarzmo Jezusa nie było jarzmem Szymona. To nie była jego sprawa. Żołnierze zmusili go, by je dźwigał. Fundamentem niesienia Chrystusowego krzyża jest nasza zgoda, nasze „tak”. Dlatego każda droga krzyżowa rozpoczyna się od pytania: czy chcesz?

    Kiedyś bardzo ciężko chory chłopiec zapytał swoją mamę: Mamusiu, dlaczego mnie tak boli? Kobieta odpowiedziała pytaniem: a gdyby Pan Jezus poprosił cię, byś cierpiał dla Niego, czy zgodziłbyś się? Tak – odpowiedział chłopczyk. No to Cię poprosił.

    Bracie i siostro, a gdyby ciebie Chrystus poprosił?

    STACJA VI

    WERONIKA OCIERA TWARZ PANU JEZUSOWI

    Wielu użalało się nad Chrystusem, ale tylko Weronika podeszła, by obetrzeć Mu twarz. Może to ją wspomniał po latach św. Jan, kiedy pisał w swoim liście, byśmy nie miłowali słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Jak łatwo można zagubić chrześcijaństwo we wzniosłej teorii i pięknych sformułowaniach. I to chyba grozi szczególnie ludziom mocno związanym z religią. Charles Peguy napisał kiedyś: Są tacy, którzy ponieważ nie należą do człowieka, myślą, że należą do Boga. Sądzą, że kochają Boga, ponieważ niczego nie kochają. Ewangelia domaga się konkretu. Bo można kochać świat, ludzkość, Kościół i nie kochać nikogo. A gdyby tak usiąść i napisać imiona i nazwiska tych, których kochamy. A potem skreślić matkę, ojca, brata, dziecko, przyjaciela, bo przecież poganie też kochają najbliższych. Ile osób by na tej kartce pozostało? A byłoby tam imię skazańca z Golgoty?

    Przed laty w jednej z gazet ukazało się niecodzienne ogłoszenie. Pewien żołnierz, trzymający wartę przy Grobie Nieznanego Żołnierza dziękował w nim nieznanej kobiecie, która w upalny, letni dzień otarła mu pot z twarzy. Wtedy, stojąc na baczność, nie mógł powiedzieć ani słowa. Teraz chciał okazać jej wdzięczność. Ile miłości jest w geście otarcia twarzy bezradnemu człowiekowi. Jezus odnajdzie wszystkich, którzy kiedykolwiek Mu to uczynili.

    STACJA VII

    DRUGI UPADEK PANA JEZUSA

    Nie lubimy, gdy ktoś upada. Wtedy zakłóca ruch, wybija z rytmu innych, trzeba się zatrzymać i go podnosić. Przez takiego kogoś są tylko opóźnienia i brak porządku. Najczęściej przewracają się dzieci, starzy i chorzy. I świat znalazł na nich sposób: aborcję i eutanazję. Świat nie ma czasu dla upadających, guzdrzących się, marudzących, zadumanych. Świat się spieszy. Ma napięty harmonogram. Pędzi do nowego telewizora, zakupu nowej komórki i nowej promocji. Świat kocha postęp i chce, by Kościół też był postępowy i nadążał za szaloną gonitwą. Chce, by Kościół pobłogosławił wszystkie pragnienia i uczynki ludzi, bo skoro czegoś mocno pragną, to na pewno jest to dobre. Niech Kościół nie utrudnia ludziom, nie komplikuje, niech się nie czepia.

    Ks. Janusz Pasierb napisał kiedyś: „Każde chrześcijaństwo, zgodne z rozumem, zgodne z naturą, bezbłędne pod względem taktycznym, niewymagające zbyt wiele, będzie musiało się potykać o zesztywniałe zwłoki Skazańca z Golgoty po wszystkie czasy”.

    STACJA VIII

    PAN JEZUS POCIESZA PŁACZĄCE NIEWIASTY

    Niektórzy płaczą, gdy ich drużyna przegra mecz. Inni płaczą, gdy nie zdadzą jakiegoś egzaminu. Dla kogoś dramatem jest przybrać na wadze, dla innego zarysowany lakier na samochodzie. Wiele mamy problemów i ciągle przybywają nowe. Często nie pamiętamy tego, co opłakiwaliśmy przed rokiem. Jezus przypomina nam rzecz oczywistą, ale jakże często zapominaną: tak naprawdę mamy tylko jeden poważny problem: śmierć i wybór wiecznego potępienia lub szczęśliwości. Tu gdzie teraz jesteśmy, na Jasnej Górze, mnóstwo ludzi wydeptało swoją ścieżkę. Gdzie oni teraz są? Gdzie ich problemy? Martwili się zgubionymi pieniędzmi, rozbitą szybą, kłótnią z sąsiadem. Gdzie są teraz te zmartwienia? Nie pamiętamy często nawet imion naszych pradziadków. Czym oni żyli? Co było ich radościami i smutkami? To samo kiedyś stanie się z nami. Tylko ktoś wyjątkowy pozostawi po sobie znaczącą pamiątkę. Po większości z nas, po latach, nie zostanie nic. I tylko jedno będzie ważne: czy liczyłeś się z Bogiem? Czy kochałeś Go? Czy żyłeś Nim na co dzień?

    Czy zadajemy sobie pytania o wieczność kolegi z pracy, koleżanki ze studiów? O swoją wieczność? Ilu z nas potrafi rozpłakać się na tym jedynym ważnym problemem? Cyprian Kamil Norwid napisał:

    Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny

    Czy to co Twoje będzie zatracone

    Czy popiół tylko zostanie i zamęt

    Co idzie w przepaść z burzą. Czy zostanie

    Na dnie popiołu gwieździsty diament

    Wiekuistego zwycięstwa zaranie?

    STACJA IX

    TRZECI UPADEK JEZUSA

    Trzeci upadek. To mogła być wielka pokusa, by się poddać, by już nie wstawać. Mogła pojawić się myśl: Niech tu już Mnie zabiją, niech się dzieje, co chce. Nie dam już rady. Do tej stacji dochodzi wielu ludzi. Kiedy upadają po raz setny, tysięczny, pogrążając się w uzależnienie od alkoholu, w pornografii, w zazdrości. Wtedy pojawia się myśl: już nie dam rady. Już nie powstanę. Po co się z tego spowiadać, skoro grzech i tak powróci. A przecież się starałem. Odprawiałem rekolekcje i pielgrzymki. Cisną się wtedy na usta słowa rozgoryczonego Piotra: Mistrzu, całą noc łowiliśmy i niceśmy nie ułowili.

    Pismo święte mówi: serce ludzkie podobne jest do przepaści. A w tych przepastnych przestrzeniach ludzkiego wnętrza ukryte bywa sprytnie to, co dla człowieka najniebezpieczniejsze – pycha. Ks. Aleksander Fedorowicz powiedział kiedyś: Lepiej jest człowiekowi popaść w grzechy ciężkie niż w stan wszechogarniającej pychy. Dlatego niekiedy na naszej Drodze Krzyżowej przychodzi upadek, z którego już sami nie potrafimy się podnieść. Nasi bliscy już to widzą, znajomi są kurtuazyjnie zaskoczeni, a my stoimy jak nędzarze przed dwoma drogami: pychą i pokorą. Drogami Piotra i Judasza. Błogosławieni, którzy wbrew ludzkiej nadziei – spes contra spem – zdołają wtedy zakrzyknąć: Lecz na Twoje słowo zarzucę sieć. Jeszcze raz.

    STACJA X

    PAN JEZUS Z SZAT OBNAŻONY

    Kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony. Do końca.

    Oglądali Go, podglądali, podsłuchiwali, wystawiali na próbę. W końcu zdarli z Niego szatę. I nie znaleźli tego, czego szukali. Znaleźli tylko czystą miłość. Tylko prawdę i dobroć. Czystość serca daje odwagę i wolność. Błogosławieni, szczęśliwi są ci, którzy nie lękają się prawdy do dna, do końca. Możecie czytać ich korespondencję, słuchać osobistych zwierzeń, zaglądać w sekretne notatki. Znajdziecie w tym wszystkim tylko życie Bożego dziecka.

    Tak wielu ludzi się boi, że się wyda, że się coś okaże, że ktoś wyciągnie na dzienne światło. Co z tym zrobić? Trzeba to ukrzyżować. Utopić w wodzie chrztu. Oczyścić krwią Zbawiciela. Ta droga jest bardzo konkretna: spowiedź, pokuta, wolność. Kto naprawdę umarł z Jezusem, ten nie ma czego się bać. Temu nie są potrzebne szaty tytułów, osiągnięć, nieustannych sukcesów w rywalizacji. On wie, że jego skarbem jest biały kamyk, na którym wypisane jest jego nowe imię. Imię czystego człowieka.

    STACJA XI

    PAN JEZUS DO KRZYŻA PRZYBITY

    Bóg przybity do krzyża. To szokujący, ale i wspaniały znak Jego miłości do nas. Bóg dał się przybić do naszego życia. Tak, żeby nie dało się Go oderwać. Sam mówił: Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata. Kiedy tylko budzi się dzień, we wszystkich kościołach kapłani wznoszą nad głowami wiernych Biały Chleb i przypominają, że to jest Ciało za nas wydane. Każdego dnia Chrystus czeka, by rozgrzeszać swoje poranione dzieci w kościołach Paulinów, Jezuitów, Kapucynów, Dominikanów, Franciszkanów, Bonifratrów, Redemptorystów. Cały dzień Chrystus jest wyniesiony w monstrancji w Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze. Od setek lat przypomina o swojej miłości w znaku krzyża.

    Od wieków Bóg, jakby przybity do tego miasta, dzieli losy z mieszkańcami Częstochowy. Bóg przybity do Polski, do całego świata. Wbity jak hak w tatrzańskiej skale, ratujący tych, którzy odpadają od życia i lecą w przepaść.

    Niekiedy ktoś może prosić: Jezu, przytul mnie, obejmij mnie. Ale to dla Niego zbyt mało. On się miłością przybija do naszego życia. Na dobre i na złe. Na nasze zbawienie wieczne.

    STACJA XII

    PAN JEZUS UMIERA NA KRZYŻU

    Gdy Jezus umierał na krzyżu, być może ktoś pomyślał, że szkoda Jego życia. Tak wiele pożytecznych rzeczy czynił, a teraz wszystko skończone. Tyle osób mógł jeszcze uzdrowić, nakarmić, wskrzesić, a jednak został powstrzymany przez intrygę złych ludzi. Wszyscy pamiętali, że kiedy wędrował z uczniami po drogach Palestyny, zawsze ich wyprzedzał, zawsze się śpieszył. A teraz bez tchnienia, bez życia, bez ruchu wisi na krzyżu. A to jednak nie była prawda. On nie dał się zatrzymać. Przekroczył próg śmierci i dalej poniósł swoją Ewangelię nadziei. Kiedy ludzie patrzyli na zmarłego Jezusa, na Jego martwe ciało, On był już w otchłaniach, zwiastując zmarłym wyzwolenie.

    Musimy pamiętać, że i my najwięcej czynimy, gdy nasze ciała obumierają w postawie modlitwy, gdy splatamy nasze dłonie w geście błagania. Ludzie będą mówili, że to marnowanie życia. Tak. My musimy zmarnować życie ciągle obumierając dla świata, przekraczając go w wierze, nadziei i miłości.

    STACJA XIII

    PAN JEZUS ZDJĘTY Z KRZYŻA I ZŁOŻONY NA RAMIONA MATKI

    Można być przy Jezusie, bo potrzebuje się zdrowia i szczęścia. Można być przy Nim, by inni to wiedzieli i podziwiali. Można szukać u Niego sensu dla swego życia lub duchowego ładu i harmonii. Jak bogaty młodzieniec z Ewangelii można prosić Go o receptę na życie wieczne.

    Ale w tych wszystkich wypadkach jest się raczej z sobą samym niż z Chrystusem. Być przy Jezusie to przede wszystkim być przy Nim tak, jak Maryja na trzynastej stacji Drogi Krzyżowej. Ona tuli ciało swego Syna, choć On już nie naucza, nie karmi, nie uzdrawia. Został już tylko ból i słowa: koniec, beznadziejność, śmierć. Tu nie pocieszą żadne wspomnienia, nie pomogą żadne marzenia.

    Co robić? Jezus na tę stację pozostawił nam słowa: Nie bój się. Wierz tylko. Kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony.

    STACJA XIV

    PAN JEZUS DO GROBU ZŁOŻONY

    Aby wejść do świata pełni zbawienia, trzeba tu, na ziemi zostawić wszystko. Dlatego całe życie tracimy: beztroskie dzieciństwo, kolorową młodość, dzieci, które opuszczają dom rodzinny, w końcu musimy zostawić pracę, stracić zdrowie, pożegnać nad grobem przyjaciół. Anna Kamieńska napisała: Dzieje człowieka to kolejne wygnania z wielu rajów, to kolejne zamykanie się za nami bram, bezpowrotnie, na zawsze. Nie ma powrotów. Nigdy.

    Ktoś powie: to przerażające. Wszystko zostaje nam zabrane. Czy zabrane? Każdy człowiek ma przed sobą dwie drogi: żebraka i siewcy. Ten pierwszy gromadzi w swoich żebraczych torbach swój nędzny majątek. Torby są wielkie, ciążą mu bardzo, a on nie rozstaje się z nimi nawet na chwilę, choć tak naprawdę to tylko same śmiecie. Ale człowiek może być, jak siewca, który idzie przez życie i hojnie rzuca na pole Królestwa Bożego ziarna swoich talentów, pracy i miłości. Pod koniec życia torba jest pusta. Ale pole zostało obficie zasiane.

    Grób Chrystusa to pierwsze ziarno nowego ogrodu życia, a wszystkie cmentarze świata to zasiane pola Nowej Ziemi. Grób Chrystusa jest pierwszym, przy którym słowo koniec ustępuje miejsca słowu początek. Przy nim dziś kończymy drogę krzyżową, ale jutro, o poranku, znowu spotkamy się przy tym samym grobie. Ale będzie to już zupełnie inne miejsce.

    ZAKOŃCZENIE

    Stacja piętnasta – powrót do domu, spotkanie z najbliższymi, wieczorna modlitwa.
    Stacja szesnasta – trudna rozmowa w rodzinie.
    Stacja siedemnasta – wizyta u lekarza.
    Stacja czterdziesta – śmierć kogoś bliskiego
    Stacja setna.
    Stacja tysięczna…
    Kto nie zna drogi do morza, niech podąża za rzeką.
    Niech podąża za krzyżem ten, kto szuka drogi do Boga, do zmartwychwstania, do życia. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Droga krzyżowa – jedyna droga chrześcijanina

    fot. József Süveg via: Wikipedia CC 3.0/Fronda.pl

    *****

    Droga krzyżowa – jedyna droga chrześcijania

    Droga krzyżowa… czyli czyja? Droga chrześcijanina. Chrześcijanin nie kroczy inna drogą, niż drogą krzyżową, która prowadzi przez śmierć do zmartwychwstania. Droga krzyżowa, to droga ku wolności, bo ku niej wyswobodził nas Chrystus. Przez zdrady i upadki, przez podnoszenie się i dowody miłości, przez niewiedzę i zrozumienie kroczymy razem ku zmartwychwstaniu.

    Stacja I. Pan Jezus na śmierć skazany

    [Piłat] uwolnił Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie (Mt 27,26). Męka Pańska jest Męką zbawczą. Pierwszy uratowany przez nią jest Barabasz. Może potrzebował czasu na nawrócenie? Może to była jeszcze nie ta chwila na śmierć. Niebawem dołączy do uratowanych Dobry Łotr. Moc krzyża, także naszego, to moc miłości, która nawet spod zła potrafi wydobyć dobro.

    Stacja II. Pan Jezus bierze krzyż na swoje ramiona

    A gdy Go wyszydzili zdjęli z Niego płaszcz, włożyli na Niego własne Jego szaty i odprowadzili na ukrzyżowanie (Mt 27,31). Krzyż, którym obarczony był Chrystus, którym my jesteśmy obarczeni, krępuje ruchy, wyznacza pewien rytm kroków, pokazuje horyzont. Ale to nasz krzyż, który wraz z Chrystusem niesiemy we własnych szatach – – po to, aby do końca wyrazić swoje jestestwo, do końca stać się sobą. Bez krzyża sobą być nie możemy.

    Stacja III. Pan Jezus po raz pierwszy upada pod krzyżem

    Oczy moje wylewają łzy dzień i noc bez przerwy, bo wielki upadek dotknie Dziewicę, Córę mojego ludu, klęska bardzo wielka. (Jr 14,17) Upadek pod ciężarem krzyża… Jeżeli upadasz, to znaczy, że twój krzyż jest prawdziwy. A jeśli się podnosisz, to znaczy, że jesteś chrześcijaninem.

    Stacja IV. Pan Jezus spotyka swoją Matkę

    A Twoją duszę miecz przeniknie (Łk 2,35). Idąc naszą drogą krzyżowa, czy dostrzegamy także tych, którzy nas kochają? To, że ktoś nas kocha, w dzisiejszym świecie, może wydawać się krępujące, dziwne, niewygodne. Niemniej także oni mają prawo do naszej uwagi, do naszego spojrzenia.

    Stacja V. Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi

    Przymusili niejakiego Szymona z Cyreny aby niósł krzyż. (Mk 15,21) Nasi współpracownicy z przymusu… Czy mamy siły, aby wziąć na barki także ten obowiązek – pomoc ludzi, którzy nam nie za bardzo chcą pomóc? Cyrenejczyk mógł stracić dzień przez przemoc żołnierzy; tradycja mówi, że jego synowie, Aleksander i Rufus, byli później rzymskimi chrześcijanami. Może więc to wymuszone spotkanie było początkiem nowego życia?

    Stacja VI. Święta Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

    Najpiękniejszy jesteś spośród synów ludzkich. (Ps 45,3) Twarz Chrystusa… Nie wiemy, jak On wyglądał, ale ciągle szukamy Jego oblicza. Według legendy Mandylion z Twarzą Chrystusa, który Ten posłał Abgarowi, królowi Edessy, chronił w cudowny sposób miasto przed kolejnymi najazdami wrogów. Modlimy się, aby Chrystus rozpromienił swe oblicze nad nami i obdarzył nas pokojem.

    Stacja VII. Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi

    Drugi upadek poprzedziła cała seria spotkań. Istotnie tak jest, że ludzie, spotkania z nimi, mogą zabierać nam siły; czasem mogą odbierać nam odwagę, wiarę. Mogą zachwiać naszą nadzieją. Chrystus upadający po raz drugi pod ciężarem krzyża i po raz kolejny dźwigający się do dalszej drogi umacnia nas w cierpliwej służbie naszym bliźnim.

    Stacja VIII. Pan Jezus pociesza płaczące niewiasty

    Córki jerozolimskie! Nie płaczcie nade Mną, ale nad sobą i swoimi dziećmi! (Łk 23,28) Droga krzyżowa nie jest miejscem na płacz nad Zbawicielem. To miejsce, w którym wpatrując się oczami wiary w Niego i ofiarę Jego Męki, staramy się zrozumieć także nasze życie, poprawić to, co Bogu podobać się nie może i umocnić to, co Bogu jest miłe.

    Stacja IX. Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci

    Trzeci upadek – tym razem już z wyczerpania, prawie u szczytu Golgoty. Chrystus podnosi się, ale przecież tylko po to, aby za chwilę dojść na miejsce stracenia… Czy zatem bezsensowny wysiłek? Żaden wysiłek ożywiany miłością do Boga i człowieka nie jest pozbawiony sensu.

    Stacja X. Pan Jezus z szat obnażony

    Przynieście zaraz najlepszą szatę i ubierzcie go. Dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. (Łk 16,22) Taka jest różnica między człowiekiem a Bogiem: gdy jesteśmy w rękach Boga, dostępujemy godności Synów; człowiek zaś potrafi człowieka obedrzeć ze wszystkiego. Nagi Chrystus, oczekujący na przybicie do krzyża, ikona Bożej gotowości do przebaczenia, zdaje się mówić do każdego z nas udręczonego na naszej drodze krzyżowej: Przyjdźcie do Mnie wszyscy… a Ja was pokrzepię. (Mt 11,28)

    Stacja XI. Pan Jezus do krzyża przybity

    Gdy przyszli na miejsce ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców (Łk 23,33). Nie wystarczy być ukrzyżowanym. Będąc przybitym do krzyża trzeba także mieć w sercu miłość, skruchę i przebaczenie – tak jak widzimy to w Jezusie, tak jak naśladował Go w tym Dobry Łotr. Samo przybicie do krzyża, bez miłości, pozbawione jest znaczenia.

    Stacja XII. Pan Jezus umiera na krzyżu

    Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego!” (Łk 23,46) Z naszym krzyżem nie rozstaniemy się aż do śmierci. Cała droga krzyżowa, całe nasze życie, jest przygotowaniem do błogosławienia dobrego Boga w chwili śmierci, do oddania Mu naszego ostatniego tchnienia.

    Stacja XIII. Zdjęcie z krzyża

    Józef poprosił o ciało Jezusa. Zdjął je z krzyża i owinął w płótno. (Łk 23,52-53) Jezus umarł i okazywanie Mu swej sympatii mogło być niebezpieczne. Józef z Arymatei, pobożny Żyd, uczy nas odwagi, także w decyzjach dotyczących dnia codziennego, które nie wydają się mieć waloru zbawczego, w sytuacjach, w których odważna decyzja może ściągnąć na nas niechęć otoczenia.

    Stacja XIV. Złożenie do grobu

    A na miejscu, gdzie Go ukrzyżowano był ogród. Tam to złożono ciało Jezusa. (por. J 19,41) Ludzie zrobili Mu już wszystko, co mogli: umęczyli Go, zabili i złożyli do grobu. Reszta należy do Ojca. O to przecież się modlił w chwili śmierci. Także i nasz los leży ostatecznie w ręku Boga. Do Niego należymy w naszej śmierci i naszym zmartwychwstaniu.

    Tekst opublikowany na stronie CSPB. Portal o duchowości monastycznej

    Szymon Hiżycki OSB (ur. w 1980 r.) studiował teologię oraz filologię klasyczną; odbył specjalistyczne studia z zakresu starożytnego monastycyzmu w kolegium św. Anzelma w Rzymie. Jest miłośnikiem literatury klasycznej i Ojców Kościoła. W klasztorze pełnił funkcję opiekuna ministrantów, duszpasterza akademickiego, bibliotekarza i rektora studiów. Do momentu wyboru na urząd opacki był także mistrzem nowicjatu tynieckiego. Autor książki na temat ośmiu duchów zła „Pomiędzy grzechem a myślą” oraz o praktyce modlitwy nieustannej „Modlitwa Jezusowa. Bardzo krótkie wprowadzenie”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 1 KWIETNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z NIEDZIELI MĘKI PAŃSKIEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 KWIETNIA – NIEDZIELA PALMOWA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    PRZED KAŻDĄ MSZĄ ŚW. JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 MARCA – SOBOTA IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco
    Zwiastowanie Najświętszej Maryi Pannie według El Greco/ Vatican News

    *********

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 17.00 – KATECHEZA DLA DZIECI I RODZICÓW

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW.

    W OSTATNIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA MSZA ŚWIĘTA ODPRAWIANA JEST W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    CZŁONKOWIE ŻYWEGO RÓŻAŃCA MOGĄ DZIŚ UZYSKAĆ ODPUST ZUPEŁNY

    POD ZWYKŁYMI WARUNKAMI

    PO MSZY ŚWIĘTEJ SĄ PRZEDSTAWIANE INTENCJE NA KOLEJNY MIESIĄC

    This image has an empty alt attribute; its file name is 14807.jpg
    fot. notoryczna / sxc.hu

    _________________________________________________________________________________________

    25 marca – Dzień Świętości Życia

    połączony z Adopcją Dziecka Poczętego

    Duchowa Adopcja to modlitwa zainicjowana przez ojców paulinów ponad 30 lat temu, w warszawskim kościele pod wezwaniem Świętego Ducha, który jest obecnie Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. „Istotą Duchowej Adopcji jest codzienna modlitwa za dziecko w łonie matki, trwająca przez dziewięć miesięcy. Polega ona na codziennym odmawianiu jednej tajemnicy (dziesiątki) różańca świętego oraz specjalnej, krótkiej modlitwy za dziecko, którego życie jest zagrożone”.

    „Przeżywany teraz czas realnego zagrożenia własnego życia mobilizuje do szukania sposobów jego chronienia, ale także pobudza do wzajemnej modlitwy. Jest szansą otwarcia oczu i serca – nowego spojrzenia – na najbardziej bezbronne i samotne wobec zagrożenia zagładą – życie dzieci nienarodzonych” – podkreślają paulini.

    Szczegółowe informacje o Dziele Adopcji Dziecka Poczętego można znaleźć na stronach:  centrumzawierzenia.jasnagora.pl,  www.duchowaadopcja.pl oraz  paulini.com.pl/duchowa-adopcja. Aby ułatwić codzienne zobowiązanie modlitewne można też skorzystać z aplikacji na telefon „Adoptuj życie” stworzonej przez Fundację Małych Stópek. Dzięki aplikacji można zobaczyć, jak dziecko codziennie rośnie, są również zdjęcia USG, które towarzyszą w każdym dniu modlitwy.

    Dzień Świętości Życia został ustanowiony w Kościele w Polsce w 1998 r. w odpowiedzi na apel św. Jana Pawła II zawarty w encyklice „Evangelium Vitae” ogłoszonej 25 lat temu, 25 marca 1995 roku. Papież napisał w niej m.in., że „Człowiek i jego życie jawią się nam jako jeden z najwspanialszych cudów stworzenia…” (Evangelium Vitae, 84). Dzień Świętości Życia przypada dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem.  Jego celem jest budzenie wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia na każdym jego etapie oraz zwrócenie uwagi na potrzebę szczególnej troski o nie.

    MODLITWA W INTENCJI OBRONY ŻYCIA

    (do odmawiania po Koronce do Bożego Miłosierdzia)

    O Maryjo, jutrzenko nowego świata, Matko żyjących, Tobie zawierzamy sprawę życia: spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat, ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia, mężczyzn i kobiet – ofiary nieludzkiej przemocy, starców i chorych zabitych przez obojętność albo fałszywą litość.

    Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna potrafili otwarcie i z miłością głosić ludziom naszej epoki Ewangelię życia. Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej jako zawsze nowego daru, radość wysławiania jej z wdzięcznością w całym życiu oraz odwagę czynnego i wytrwałego świadczenia o niej, aby mogli budować, wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, cywilizację prawdy i miłości na cześć i chwałę Boga Stwórcy, który miłuje życie.

    Jan Paweł II
    Encyklika Evangelium vitae, 105

    *********

    Codzienna modlitwa Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego,
    towarzysząca dziesiątce różańca: 

    Panie Jezu,
    za wstawiennictwem Twojej Matki, Maryi,
    która urodziła Cię z miłością
    oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia,
    który opiekował się Tobą po narodzeniu,
    proszę Cię w intencji tego nie narodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem,
    a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady.
    Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę,
    aby swoje dziecko pozostawili przy życiu,
    które Ty sam mu przeznaczyłeś.
    Ame
    n.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Dzieło Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego
    materdolorosa.pl

    ***

    Istota Dzieła Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego

    Duchowa adopcja jest przyjęciem w modlitewną opiekę jednego dziecka, któremu grozi śmierć w łonie matki. Imię tego dziecka jest znane jedynie samemu Bogu. Modlitwą oganiamy nie tylko poczęte dziecko, ale również jego rodziców, aby przyjęli je z miłością i dobrze wychowali. Zobowiązanie do takiej modlitwy podejmowane jest przez konkretną osobę na dziewięć miesięcy od chwili poczęcia do urodzenia.

    Duchowa adopcja, wypływająca z idei miłosiernej miłości dla istoty najmniejszej i całkowicie bezbronnej, jest bezpośrednim powierzeniem Panu Bogu tego adoptowanego duchowo dziecka w modlitwie, błaganiu o zmianę myślenia jego rodziców, w prośbach, aby wypełnieni miłością nie zamykali się na nowe życie,nie bali się zubożenia tym życiem. Bo miłość, gdy się nią dzielisz, gdy nią obdarzasz jest jak chleb – takiej miłości i takiego chleba przybywa (Matka Teresa z Kalkuty).

    Duchowa Adopcja

    Może ją podjąć każdy człowiek:

    • obejmuje jedno dziecko i jego rodziców, o których wie tylko Bóg
    • trwa przez dziewięć miesięcy

    Warunki

    • codzienna modlitwa – jeden dziesiątek różańca
    • dobrowolne postanowienia, np.: post, Komunia św., pomoc potrzebującym, walka ze złym przyzwyczajeniem,
    • modlitwa w intencji uratowania życia dziecka

    Modlitwa codzienna

    Panie Jezu – za wstawiennictwem Twojej Matki Maryi, która urodziła Cię z miłością, oraz za wstawiennictwem św. Józefa, człowieka zawierzenia, który opiekował się Tobą po urodzeniu – proszę Cię w intencji tego nienarodzonego dziecka, które duchowo adoptowałem, a które znajduje się w niebezpieczeństwie zagłady. Proszę, daj rodzicom miłość i odwagę, aby swoje dziecko pozostawili przy życiu, które Ty sam mu przeznaczyłeś. Amen.

    Treść przyrzeczenia

    “Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie”. Najświętsza Panno, Bogarodzico Maryjo, wszyscy Aniołowie i Święci. Wiedziony(a) pragnieniem niesienia pomocy w obronie nienarodzonych, ja (N.N.), postanawiam mocno i przyrzekam, ze od dnia (…) biorę w Duchową Adopcję jedno dziecko, którego imię jedynie Bogu jest wiadome, aby przez dziewięć miesięcy, każdego dnia, modlić się o uratowanie jego życia oraz o sprawiedliwe i prawe życie po urodzeniu. Tymi modlitwami będą:

    • jedna tajemnica Różańca;
    • modlitwa, która dziś po raz pierwszy odmówię;
    • ewentualne dobrowolne postanowienie(a): .…………………………..”

    www.duchowaadopcja.com.pl

    ze strony parafii Matki Bożej Bolesnej w Jawiszowicach

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Duchowa adopcja to dziewięciomiesięczna modlitwa w intencji życia zagrożonego w łonie matki. Dla Polaków jest ona także formą osobistego wypełnienia Jasnogórskich Ślubów Narodu. Polega na indywidualnym modlitewnym zobowiązaniu podjętym w intencji dziecka zagrożonego zabiciem w łonie matki. Osoba odmawia jedną dowolnie wybraną tajemnicę “Różańca” i specjalną modlitwę w intencji dziecka i jego rodziców. Do modlitwy wierni mogą dołączyć dodatkowe wyrzeczenie, np. post czy działania charytatywne.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zamiast „aborcji”, wybrały życie dla swoich dzieci. Żadna z matek nie zmieniłaby swojej decyzji

    fot. Pixabay

    ***

    W ciągu 16 lat niesienia pomocy ciężarnym i rodzącym matkom będącym w trudnej sytuacji Kathleen Wilson ani razu nie usłyszała od nich, że ratując życie podjęły złą decyzję. Czy tak samo myślą kobiety, które zdecydowały o śmierci swojego dziecka i wybrały aborcję?

    Wilson w rozmowie z Tuckerem Carlsonem z Fox News wyraziła zwoje zadziwienie lewicowo liberalną narracją o „torturowaniu” i „zmuszaniu” kobiet do rodzenia dzieci przez środowiska pro life. Jak przyznała, przez 16 lat działalności ośrodka Mary’s Shelter nie spotkała matki, która po wyborze życia dla swojego dziecka żałowałaby tej decyzji.

    Jak mówiła, ma nadzieję, że mimo agresywnej narracji proaborcyjnej „nigdy nie dojdziemy do punktu, w którym potępiamy kobiety za posiadanie dzieci”

    W domach Mary’s Shelter zamieszkać mogą matki potrzebujące wsparcia przez nawet trzy lata. Znajdują tam pomoc, edukację, zdobywają wiedzę o porodzie i macierzyństwie. Przez domy w ciągu 16 lat przeszło ponad 400 potrzebujących pomocy matek.

    Nikt ich do niczego nie zmusza – przychodzą do ośrodka po pomoc. I ją znajdują. –One kochają swoje dziecko. To naprawdę takie proste. Chcą swojego dziecka. W ciągu 16 lat żadna kobieta nie powiedziała mi, że przeszła przez Mary’s Shelter, że żałuje, że ma swoje dziecko. Nigdy, przenigdy – mówiła Wilson.

    Troszczymy się o dziecko w łonie matki. Kochamy dziecko w łonie matki, ale kochamy też tę mamę. A kobiety przychodzą do nas z tyloma dziećmi, ile mają. Kochamy wszystkie te dzieci – dodała.

    Owszem, w ośrodku były kobiety pełne żalu, smutku i goryczy – miały one za sobą złą decyzję o uśmierceniu swojego nienarodzonego dziecka.

    źródło: marsz.info/MA/PCh24.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________

    20 MARCA – PONIEDZIAŁEK IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    UROCZYSTOŚĆ ŚW. JÓZEFA

    Choć o św. Józefie dowiadujemy się z Biblii stosunkowo niewiele, to we współczesnym Kościele jest opiekunem aż kilku sytuacji czy ról życiowych: jest wzorem dla ojców, mężów, małżeństw i rodzin, patronuje dobrej śmierci, a także czuwa przy ludziach podczas pracy. To ostatnie dlatego, że kontekst, z jakiego go poznajemy, czytając Ewangelię, dotyczy właśnie sfery zawodowej. O Józefie wiemy niewiele, ale wiemy na pewno, że był stolarzem.

    John Everett Millais, 1850 r.

    ***

    Pełen symboli obraz przedstawiający Świętą Rodzinę w warsztacie stolarskim. Jezus, pomagając Józefowi, rani się w dłoń. Jego babcia Anna obcęgami wyjmuje gwóźdź, który zadał ranę. Krew z dłoni kapie na stopę dziecka – zapowiada śmierć na krzyżu. Józef z troską ogląda skaleczenie, a Maryja pociesza Syna, ofiarując Mu policzek do pocałowania. Obok przechodzi strapiony chłopiec w skórzanej przepasce – to oczywiście Jan, a woda, którą niesie w naczyniu, symbolizuje wodę, którą ochrzci Jezusa. Asystent Józefa obserwujący całe zdarzenie reprezentuje przyszłych uczniów Jezusa, apostołów. I jeszcze 3 symbole: drabina odwołująca się do Drabiny Jakuba (por. Rdz 28,10-22), na niej gołąb, czyli figura Ducha Świętego oraz owce w owczarni jako obraz przyszłego Kościoła.

    Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________

    Św. Józef - zwykły człowiek, któremu Bóg powierzył wielkie rzeczy
    fot. via Wikipedia.org, domena publiczna

    ***

    Św. Józef – zwykły człowiek, któremu Bóg powierzył wielkie rzeczy

    Dziś przypada uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

    W sercu Wielkiego Postu liturgia wskazuje nam tego wielkiego świętego jako przykład do naśladowania i jako opiekuna, do którego możemy się uciekać. Św. Józef jest dla nas przede wszystkim wzorem wiary. Tak jak Abraham, żył zawsze zdając się bez zastrzeżeń na Bożą Opatrzność, podobnie św. Józef stanowi dla nas umacniający przykład, zwłaszcza wtedy, gdy Bóg chce, abyśmy zawierzyli Mu «na słowo», a więc nie mając jasności co do Jego zamysłu.

    Jesteśmy wezwani do naśladowania św. Józefa także w pełnym pokory posłuszeństwie – cnocie, która wyraża się u niego w milczeniu i pracy w ukryciu. Jakże cenna jest «szkoła nazaretańska» dla współczesnego człowieka, kuszonego przez kulturę, która najczęściej gloryfikuje pozór i sukces, niezależność i fałszywe pojęcie wolności indywidualnej! Jakże potrzebne jest natomiast przywrócenie właściwej wartości prostocie i posłuszeństwu, szacunkowi i poszukiwaniu z miłością woli Bożej! 

    Święty Józef żył, służąc swej Oblubienicy i Boskiemu Synowi; tym samym stał się dla wierzących wymownym świadectwem tego, iż «panować» znaczy «służyć». Z jego przykładu mogą czerpać przydatną naukę życiową zwłaszcza ci, którzy w rodzinie, w szkole i w Kościele pełnią rolę «ojców» i «przewodników». Myślę przede wszystkim o ojcach, którzy właśnie w dniu poświęconym św. Józefowi obchodzą swoje święto. Myślę również o tych, którzy zgodnie z Bożą wolą pełnią w Kościele funkcję ojców duchowych. 
    Niech św. Józef, którego lud chrześcijański wzywa z wielką ufnością, kieruje zawsze krokami Bożej rodziny; w sposób szczególny niech wspomaga tych, którzy pełnią rolę ojców zarówno w sensie fizycznym, jak i duchowym. Niech naszym prośbom towarzyszy i wstawia się za nami Maryja, dziewicza Oblubienica Józefa i Matka Odkupiciela. 

    W Józefie bowiem, powołanym, aby być ziemskim ojcem Wcielonego Słowa, dostrzegamy szczególne odzwierciedlenie Bożego Ojcostwa. Józef jest ojcem Jezusa, ponieważ jest naprawdę oblubieńcem Maryi. Dziecko poczęło się w Jej dziewiczym łonie za sprawą Boga, ale jest także synem Józefa, Jej małżonka w świetle prawa. Dlatego Ewangelia nazywa ich oboje «rodzicami» 
    Pełniąc funkcję ojca, Józef współuczestniczy w pełni czasów w wielkiej tajemnicy odkupienia» (Redemptoris custos). Jego ojcostwo wyraziło się w sposób konkretny w tym, że uczynił ze swego życia służbę (..) tajemnicy wcielenia i związanej z nią odkupieńczej misji; Józef przekształcił swe ludzkie powołanie do rodzinnej miłości w ponadludzką ofiarę z siebie, ze swego serca i wszystkich zdolności, w miłość oddaną na służbę Mesjaszowi, wzrastającemu w jego domu. Aby to było możliwe, Bóg dał Józefowi udział w swojej ojcowskiej miłości, od której «bierze nazwę wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi» (por. Ef 3, 15).

    Powołaniem Józefa było być przybranym ojcem Jezusa i małżonkiem Maryi. Św. Mateusz mówi o nim: Józef, mąż Maryi. Józef wziął Maryję wraz z całą tajemnicą Jej macierzyństwa, razem z Synem, który miał przyjść na świat za sprawą Ducha Świętego. Mieszkańcy Nazaretu pewnego razu nazwali Jezusa Synem cieśli. Miłość Józefa do Maryi była spokojna i żarliwa, wzruszająca i czuła. Otrzymał on od Boga dwa skarby: Jezusa i Maryję, które stanowiły rację jego życia. Żył pośród niewypowiedzianych radości, mając przy sobie Jezusa i Maryję, ale równocześnie wśród niepewności i cierpień, takich jak: zakłopotanie wobec dokonującej się w Maryi tajemnicy, której on jeszcze nie znał.

    Przeżył różne sytuacje. Przestał zajmować się sobą samym od chwili, kiedy pouczony przez anioła we śnie przyjął zamiary Boga wobec siebie i Maryi. Zaczął żyć dla Tych, których mu powierzono. Żył jak zwykły człowiek, któremu Bóg powierzył wielkie rzeczy.
    Życie jego było wypełnione pracą w Nazarecie, w Betlejem, w Egipcie i ponownie w Nazarecie. Jako cieśla – rzemieślnik wyrabiał najróżniejsze przedmioty: stoły, jarzma, drzwi itp. Święty Józef stanowi dla nas swego rodzaju zwierciadło, w którym mamy się przeglądać i odkrywać, jak uświęcić nasze życie. Jego życie polegało na ustawicznym oddawaniu się bez zastrzeżeń woli Bożej dla dobra Świętej Rodziny. Boża siła wytrącała go ze spokoju życia, pokazując mu różne drogi, a w dzień i w nocy przynaglała do ważnych decyzji. Józef uczy nas, abyśmy byli mężni podczas trudności, patrząc zawsze na Jezusa. 

    Kościół katolicki ukazuje św. Józefa jako wzór takich cnót, jak: posłuszeństwo Bogu, wiara, pracowitość, męstwo, sprawiedliwość, czystość, piękna miłość, skromność, ubóstwo, milczenie, opanowanie. Święty Józef jest wzorem męstwa i paradygmatem ojcostwa. Św. Józef przez Kościół katolicki jest ukazywany również jako pogromca duchów piekielnych. 

    Na jego temat wydawane jest wiele publikacji. O dozgonnej dziewiczości św. Józefa piszą: św. Hieronim, św. Tomasz z Akwinu i wielu innych. Największą jednak czcią do św. Józefa wyróżniała się św. Teresa z Avila, wielka reformatorka Karmelu (+ 1582). Twierdziła ona wprost, że o cokolwiek prosiła Pana Boga za jego przyczyną, zawsze otrzymała i nie była nigdy zawiedziona. Wszystkie swoje klasztory fundowała pod jego imieniem. Jego też obrała za głównego patrona swoich dzieł. Doroczną uroczystość św. Józefa obchodziła bardzo bogato, zapraszając najwybitniejszych kaznodziejów, orkiestrę i chóry, dekorując świątynię, wystawiając najbogatsze paramenty liturgiczne. 

    Do szczególnych czcicieli św. Józefa zaliczał się również św. Jan Bosko. Stawiał on Józefa za wzór swojej młodzieży rzemieślniczej. Miesiąc marzec co roku obchodził jako miesiąc św. Józefa, czcząc Go osobnym, codziennym nabożeństwem i specjalnymi czytankami. 

    We współczesnych pismach o św. Józefie możemy przeczytać: „Józefa miłujcie jak brata w waszej niedoli. To najbardziej pokorny z ludzi. Tylko tak pokorny człowiek mógł ponieść brzemię odpowiedzialności za Syna Bożego. O, gdybyście widzieli Jego poświęcenie, a także cześć oddawaną Dziecięciu i Maryi! Zewsząd słyszał odgłosy zagrożenia, ale trwał, trwał przy Bogu i wypełniał cicho swoje trudne obowiązki. On nawet w Niebie pozostaje pokornym, ale ma wielką moc wstawienniczą jako nagrodę za opiekę nad Synem Bożym. Józef, wasz Patron, trwa przy was jak przy Jezusie. O, proście, proście waszych Świętych aby łaska ich męczeństwa i chwały spływała na was i pomogła być świętymi” (Tobie Panie zaufałam, Kraków 2004, wyd. Pijarów). 

    Śladami Oblubieńca Maryi

    Nawiedzając Ziemię Świętą, napotykamy na ślady świadczące o życiu Świętej Rodziny w Nazarecie. W odległości ok. 200 m od Bazyliki Zwiastowania, usytuowana jest świątynia pw. św. Józefa, która została zbudowana w 1911 r. na ruinach poprzedniego kościoła z czasów krzyżowców. W 1950 r. dokonano wystroju świątyni. Fresk w centralnej absydzie przedstawia Świętą Rodzinę. W absydach bocznych zostały utrwalone sceny: sen św. Józefa oraz jego śmierć. Witraże w kościele ilustrują Litanię do św. Józefa. Sanktuarium więc związane jest z domem św. Józefa, w którym mieszkała Święta Rodzina. 

    Także w Betlejem, w pewnej odległości od Bazyliki Narodzenia, przy klasztorze Sióstr Franciszkanek, znajduje się kaplica – Dom św. Józefa. W tym miejscu przez pewien czas mieszkała Święta Rodzina. W chwili gdy przybyli Mędrcy ze Wschodu do Betlejem, „nowo narodzony Król żydowski” nie mieszkał już w grocie. Mędrcy złożyli Mu hołd już we wspomnianym domku. „Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon” (Mt 2, 11). 

    W Bazylice Narodzenia, w pobliżu groty, w której urodził się Chrystus, usytuowana jest kaplica św. Józefa. Upamiętnia ona wydarzenie, kiedy w czasie snu Józefa zjawił się anioł, aby ostrzec przed niebezpieczeństwem ze strony króla Heroda.
    Ostatnia scena ewangeliczna, w której dostrzegamy milczącego św. Józefa, to scena znalezienia 12-letniego Jezusa w świątyni. W tym miejscu mała dygresja: Na 16-tym kilometrze drogi z Jerozolimy do Galilei leży miejscowość Al Bireh. Przed osiedlem znajduje się źródło. Przy tym źródle karawany i grupy pielgrzymkowe wracające z Jerozolimy przez Samarię do Galilei zatrzymywały się na pierwszy postój. Najprawdopodobniej w tym miejscu Maryja i Józef zdali sobie sprawę, że wśród pielgrzymujących nie ma Jezusa. Wobec tego wrócili do Jerozolimy, by Go szukać. Znaleźli Go w świątyni 
    Resztę informacji o św. Józefie przekazała nam tradycja chrześcijańska. Niestety, ani tradycja, ani Pismo Święte nie wspominają nam o miejscu, gdzie mógłby być pochowany św. Józef. Na terenie, gdzie dziś wznosi się klasztor Sióstr z Nazaretu, znajduje się domniemany grób św. Józefa. Domniemany, ponieważ podczas budowy klasztoru odkryto cmentarzysko i napotkano grób żydowski wykuty w skale. Według osądu Sióstr, mógłby to być grób św. Józefa. Niestety, jak na razie, brak jest na to dowodów.
    Na zakończenie pragnę zaproponować krótką modlitwę do świętego Józefa, powierzając się Jego szczególnej opiece i wstawiennictwu:

    Akt poświęcenia się świętemu Józefowi

    Święty Józefie, mój najmilszy Ojcze, po Jezusie i Maryi najdroższy mojemu sercu, Tobie się powierzam i oddaję, jak powierzyli się Twej opiece Boży Syn i Jego Przeczysta Matka. Przyjmij mnie za swoje dziecko, bo ja na całe życie obieram Cię za Ojca, Opiekuna, Obrońcę i Przewodnika mej duszy. O mój najlepszy Ojcze, święty Józefie, prowadź mnie prostą drogą do Jezusa i Maryi. Naucz mnie kochać wszystkich czystą miłością i być gotowym do poświęceń dla bliźnich. Naucz walczyć z pokusami ciała, świata i szatana i znosić w cichości każdy krzyż, jaki mnie spotka. Naucz pokory i posłuszeństwa woli Bożej. O najdroższy święty Józefie, bądź Piastunem mej duszy, odkupionej Krwią Chrystusa. Czuwaj nade mną, jak strzegłeś Dzieciątka Jezus, a ja Ci przyrzekam wierność, miłość i całkowite posłuszeństwo, bo ufam, że za Twym wstawiennictwem będę zbawiony. Nie patrz na moją nędzę, ale dla miłości Jezusa i Maryi przyjmij mnie pod swą Ojcowską opiekę. Amen.

    Modlitwa na Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca NMP

    Józefie święty, jaką Ty miałeś ogromną wiarę i zaufanie Bogu, że potrafiłeś przyjąć tak niepojętą Tajemnicę. Jak wielkim zaufaniem obdarzył Cię Bóg, skoro Twojej opiece powierzył Jedynego Syna, Jezusa Chrystusa – Boga, która stał się Człowiekiem. Józefie święty – naucz mnie cichości i zasłuchania się w każde Boże natchnienie. Naucz mnie takiego zadziwienia się Bogiem, aby nie mówić żadnego słowa. Józefie dobry, naucz mnie kochać Jezusa i Jego Matkę. Naucz mnie ofiarować każdą moją pracę i każdy mój trud, i moje cierpienie Jezusowi i Jego Matce. Józefie święty, Opiekunie Świętej Rodziny, pierwszego Kościoła w domku nazaretańskim, miej w opiece Ojca Świętego i cały Kościół Chrystusowy. Proszę Cię pokornie, aby moja rodzina była Kościołem domowym. Święty mój Patronie – Ty miałeś tę łaskę umierać na rękach Pana Jezusa. Bądź przy mnie w chwili mej śmierci, przemożny Orędowniku u Boga, mego Pana, pomóż mi wysłużyć sobie – wieczne Bogiem zadziwienie. Amen

     opracowała Helena Sosnowska/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 MARCA PIĄTEK IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    W CZASIE ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 MARCA – SOBOTA IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    UROCZYSTOŚĆ ZWIASTOWANIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW.

    W OSTATNIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA MSZA ŚWIĘTA ODPRAWIANA JEST W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ OGŁASZANE SĄ INTENCJE NA KOLEJNY MIESIĄC

    This image has an empty alt attribute; its file name is 14807.jpg
    fot. notoryczna / sxc.hu

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

     fot. Adam Bujak/wyd. Biały Kruk

    ***

    „Coś ty Polakom zrobił, Janie Pawle…”.

    Wstrząsający wiersz Marcina Wolskiego w GPC (9.03.2023)

    „Coś ty Polakom zrobił, Janie Pawle, że Cię łajdacy szkalują tak nagle, łasząc się pierwej…” – tak zaczyna się wiersz Marcina Wolskiego „Z Norwida”, opublikowany w dzisiejszej Gazecie Polskiej Codziennie. Poetycka odpowiedź na ataki postkomunistów na świętego Jana Pawła II nawiązuje do wiersza Cypriana Kamila Norwida „Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie…”. Jeden z najważniejszych polskich wierszy kończy się słowami mówiącymi o tym, że wielkość, stająca naprzeciw złu, będzie atakowana także po śmierci: „Każdego z takich, jak ty, świat nie może/ Od razu przyjąć na spokojne łoże,/ I nie przyjmował nigdy, jak wiek wiekiem./ Bo glina w glinę wtapia się bez przerwy,/ Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem/ Później… lub pierwéj…”. Niezwykle mocny wiersz Marcina Wolskiego, oddający dziś uczucia milionów Polaków, zamieszczamy poniżej.

    Piotr Lisiewicz | Niezalezna.PL

    Z Norwida

    Coś ty Polakom zrobił, Janie Pawle,

    że Cię łajdacy szkalują tak nagle,

    łasząc się pierwej…

    Gdy na podstawie starych akt ubeckich

    dzieci agentów dawnych służb sowieckich

    plują codziennie.

    Pamiętam wasze twarze, tak skupione,

    wpatrzone w Ciebie jak w świętą ikonę,

    te komplementy i te fotografie,

    których zrachować nawet nie potrafię…

    Świat nam się zmienia, chociaż nie za bardzo,

    gdy jego piękno miesza się z ohydą.

    Bo kiedy maski i łuski opadną,

    święty staje się świętszym,

    gnida nadal gnidą.

    źródło: Gazeta Polska Codziennie, Niezalezna.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co ty wiesz o Kościele?

    Co ty wiesz o Kościele?

    Myśl wyrachowana: Głupstwa pozostają głupstwami nawet wtedy, gdy wypowiadają je ulubieńcy tłumów.

    Ostatnio w mediach często pojawiają się i zyskują popularność wypowiedzi aktorów na temat Kościoła. A to się któryś oburzy, a to wyrazi obrzydzenie, a to zadeklaruje apostazję.

    Miesiąc temu w antykościelnej stylistyce zabłysnął Bogusław Linda. W rozmowie z Małgorzatą Domagalik na Kanale Sportowym stwierdził, że jest patriotą, ponieważ stara się „zobaczyć ten kraj zarówno historycznie, od zaborów, rozbiorów, średniowiecza, katolicyzmu, który wszedł w którymś momencie i rozpieprzył nasz kraj, czyli od Wazów, którzy zaczęli rządzić, do teraz i do tego, co złego zrobił z nami Kościół, jak rozwalił ten naród w ogóle…”. Jako przykład wskazał stosunek Kościoła do Biblii. „Jak długo nie można było tłumaczyć Biblii? A po co tłumaczyć, jak ludzie zaczną czytać i rozumieć, o czym jest? Lepiej mówić po łacinie Msze, prawda? Dlaczego ludzie mają wiedzieć, że wcześniej nie było piekła, tylko wymyślono to po to, żeby sprzedawać odpusty? Po co to jest wszystko? Kościół utrzymuje głupotę w tym kraju, niestety” – oznajmił.

    Oczywiście każdy ma prawo gadać głupstwa, ale gdy robią to aktorzy, zwłaszcza tak dobrzy jak Linda, wzrasta społeczna przyswajalność takich nonsensów. Wynika to z faktu, że kojarzymy tych ludzi z ich ról, na ogół niebanalnych, słyszymy wypowiadane przez nich słowa, zazwyczaj niegłupie, i ulegamy sugestywności ich gestów i mimiki. W efekcie utożsamiamy aktorów z ich rolami, zakładając mimowolnie, że gdy mówią własnym, prywatnym tekstem, też mówią mądrze. Może się na przykład komuś skojarzyć, że skoro Bogusław Linda grał księdza Robaka, to znaczy, że zna się na teologii. Albo że jeśli grał jakąś postać historyczną, to zna się na historii. Należy mu więc przytaknąć zarówno wtedy, gdy twierdzi, że „katolicyzm” wprowadzili w Polsce Wazowie, jak i wtedy, gdy mówi, że „wcześniej nie było piekła”.

    Właściwie każde zdanie to manifest ignorancji. Autorom podobnych tekstów nie chodzi o wyjaśnianie czegokolwiek, tylko o wskazanie sprawcy wszystkiego złego. To bardzo wygodna rzecz, taki wróg publiczny numer 1. Wszystkim go można obciążyć – pożarem Rzymu, rządami PiS czy przyczynami własnej frustracji. Przy czarnym charakterze wszyscy inni wyglądają jak jasne charaktery – i zaraz im lepiej. Gdy w czarnej roli występuje Kościół, sytuacja jest idealna, bo można na nim odreagować wszystko, zwłaszcza to, co nie podoba nam się w sobie.

    Jasne, że ludzie Kościoła mają swoje za uszami. W ostatnich czasach ujawniono tego dużo, i bardzo dobrze. Niech wychodzi wszystko, bo prawda jest zawsze lecząca. Ale właśnie prawda, a nie insynuacje i pomówienia podawane ludziom jak hasła do linczu. Bo takie gadanie, że Kościół „rozwalił ten naród”, to w istocie praca nad narodem, żeby „rozwalił ten Kościół”.


    KRÓTKO:

    Pozyskanie głosów

    Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia (obaj katolicy) postanowili „oddać głos społeczeństwu” i ogłosili zamiar przeprowadzenia po wygranych wyborach referendum na temat prawa do aborcji. Twierdzą, że ustawy wynikającej z referendum nawet prezydent RP nie ośmieli się zawetować. A na razie, dopóki nie ma odpowiednich zmian prawnych, liderzy PSL i Polski 2050 zaproponowali powrót do „kompromisu aborcyjnego”. Jak sobie to wyobrażają po orzeczeniu TK, stwierdzającym jasno, że nie zezwala na to konstytucja? Nieważne. Ważny jest „głos społeczeństwa” – a konkretnie każdy głos oddany na nich.

    Mit burzący

    W Polsce przyśpiesza medialny proces „odjaniepawlania” społeczeństwa. Ostatnio Stefan Niesiołowski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdził, że „wszystkie pomniki JPII powinny być dyskretnie usunięte”. Były poseł i senator już wie: „Fakty, jakie są i jeszcze nowe mają być ujawniane, świadczą, że papież po prostu krył pedofilów. I właściwie powoli trzeba zapominać o tej postaci. Pomniki natomiast będą usunięte, prędzej czy później”. Gdyby kogokolwiek prześwietlano tak usilnie i w celu przypisania mu złych intencji, jak dzieje się to z Janem Pawłem II, to żaden autorytet na świecie by się nie ostał. To nie mit zbudował pomniki papieżowi z Polski. Mit powstaje teraz – mit złego Wojtyły. A po co? Stefan Niesiołowski to powiedział: „trzeba zapominać o tej postaci”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O świętości, która parzy Złego

    Świętość przyciąga, ale może także przeszkadzać, irytować. Nic dziwnego, że ktoś taki jak św. Jan Paweł II, prawdziwy mąż Boży, budzi złość.

    Adam Bujak, Arturo Mari/Biały Kruk

    ***

    Czas umierania i pogrzebu Jana Pawła II był smutny, ale podniosły, na swój sposób piękny, wyzwalający dobro. W prawie wszystkich mediach jednym głosem mówiono o wielkim Karolu Wojtyle, należącym do najwybitniejszych synów polskiego narodu i Kościoła. Hasło: „Santo subito” było dla wszystkich oczywiste. Bo jeśli święty jest tylko Bóg, a święci to ci, w których inni dostrzegają odbicie Boga, to niewątpliwie papież Polak jest święty. Swoim słowem, postawą budził i umacniał w milionach ludzi wiarę, nadzieję i miłość. Wielu, słuchając jego słów, nawróciło się do Boga, do Chrystusowego Kościoła. Wielu doświadczyło skuteczności wstawiennictwa Karola Wojtyły u Boga.

    Niestety, antyjanowopawłowy panświnizm Jerzego Urbana okazał się bardziej rozpowszechniony w Polsce, niż w 2005 roku można było przypuszczać. Wielu przyczaiło się, skrywając swą niechęć do wiary katolickiej, do Kościoła, w tym do Jana Pawła II. Jeszcze deklarowali przywiązanie do „tradycyjnych wartości”, łasili się do duchownych, kiedy wydawało im się, że mogą na tym coś zyskać, ale było tylko kwestią czasu, kiedy przyłączą się do noszących koszulki z napisem: „Nie płakałem po papieżu”. Z czasem także wewnątrz Kościoła ujawnili się tacy, którzy odeszli od wcześniejszych deklaracji, że chcą podążać za ukochanym Janem Pawłem II. Zaczęli natomiast kwękać, że za szybko beatyfikowano i kanonizowano papieża, że jednak był zbyt konserwatywny, nie rozumiał zmieniającego się świata itp. Tymczasem nic nie stało się za szybko. Wręcz przeciwnie! Gdyby od razu nie podjęto procesu beatyfikacyjnego, a potem kanonizacyjnego, dziś przeciwnicy nauczania Jana Pawła II mieliby duże szanse, by takie działania zablokować.

    UDERZENIE W ŚWIĘTOŚĆ

    Krótko po śmierci Ojca Świętego nadszedł pierwszy atak na jego pontyfikat. Atak nie wprost, ale pośredni, przygotowujący atmosferę dla kolejnych. Wykorzystano w tym celu sprawę lustracji. Szybko znalazły się teczki o. Konrada Hejmy OP i zaczęto kreować przekonanie, że oto ten, który organizował audiencje Polaków u papieża, był esbeckim donosicielem. Nie atakowano jeszcze przekonania o świętości Jana Pawła II, ale sugerowano, że jego najbliższe otoczenie wcale nie było takie święte. Po kanonizacji zaczęto jednak nacierać wprost. Stopniowo, coraz bardziej, coraz mocniej. Szczytem tych działań jest hasło, które wypisują cyniczni lub ogłupieni internauci, że Jan Paweł II to żaden święty, tylko „obrońca pedofilów”. Motto, które nie jest owocem jakiejkolwiek znajomości rzeczy, ale po prostu złej woli lub głupoty. Zresztą gdyby chcieć przyłożyć pseudokryteria, które stosuje się wobec papieża Polaka – że mianowicie „musiał wiedzieć, a nic nie zrobił” – do innych spraw, np. do afery reprywatyzacyjnej lub afery Amber Gold, wówczas wielu ludzi, którzy znajdowali się na najwyższych stanowiskach, dawno już powinno odejść z polityki w niesławie.

    Uderzenie w świętość Jana Pawła II nie ma oczywiście nic wspólnego z troską o prawdę i dobro, w tym o dzieci zagrożone panseksualizacją, także pedofilią. To dobrze przemyślany plan, w którym chodzi o uderzenie w papieskie dziedzictwo, którego fundamentalnymi aspektami było umiłowanie Chrystusa, Kościoła i ojczyzny. Dziedzictwo świętego papieża jest niewygodne dla tych, którzy chcieliby Polski zlaicyzowanej, podporządkowanej liberalno-lewicowej międzynarodówce. Jest też niewygodne dla tych, którzy chcieliby Kościoła zrewolucjonizowanego w duchu synodu niemieckiego. Co w tej sytuacji robić? Trzeba między innymi dawać świadectwo doświadczenia świętości Jana Pawła II.

    MOC PAPIESKIEJ MODLITWY

    W liście „Novo millennio ineunte”, ogłoszonym na zakończenie Jubileuszu Roku 2000, papież nakreślił plan duszpasterski dla Kościoła na XXI wiek. Na początek stwierdził, że podstawową perspektywą działalności duszpasterskiej jest „perspektywa świętości”. Wszak „wolą Bożą jest wasze uświęcenie” (1 Tes 4,3), a zatem każdy do świętości i życia w niebie jest powołany. „Podłożem tej pedagogiki świętości powinno być chrześcijaństwo wyróżniające się przede wszystkim sztuką modlitwy”. Jan Paweł II tą sztuką się wyróżniał. Był człowiekiem prostej, ale niebywale intensywnej modlitwy. Był mistykiem odnajdywania się przed Bogiem na modlitwie. Znamy formalnie udokumentowane cuda, które znalazły się w aktach procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego, ale świadectw o uzdrowieniach i innych nadzwyczajnych wydarzeniach przypisywanych Janowi Pawłowi II jest znacznie więcej. Wielu, jak już zauważyliśmy, doświadczyło mocy jego modlitwy wstawienniczej nie tylko po jego śmierci, ale także za jego życia. Wielu każdego dnia zwraca się do św. Jana Pawła II na modlitwie, szczególnie w sprawach małżeńskich, rodzinnych, dotyczących posiadania potomstwa. Wielu Polaków modli się za jego wstawiennictwem za Polskę, którą tak bardzo kochał, będąc jednocześnie otwartym na inne narody, na cały świat. A on wstawia się u Boga za Polaków, choć nie brakuje takich, którzy na niego plują i oszczerczo oskarżają. W żadnym innym kraju Jan Paweł II nie jest tak atakowany. No cóż, diabeł wie, że niszczenie autorytetu Karola Wojtyły właśnie w Polsce może z punktu widzenia piekieł przynieść szczególnie pożądane korzyści.

    ŚWIĘTY NIE ZNACZY NIEOMYLNY

    Autentyczna świętość przyciąga, ale może także irytować, a nawet parzyć. Nic dziwnego, że ktoś taki jak Jan Paweł II, prawdziwy mąż Boży, wzbudza złość. Często ukrytą. Wystarczy jednak podsunąć zręcznie jakiś pseudomotyw, aby wielu zaczęło otwarcie szydzić i kąsać świętego. Sam Jezus powiedział, że skoro Jego prześladują, będą także prześladować Jego uczniów. Jezusa nazywano bluźniercą, mówiono, że odszedł od zmysłów, wielokrotnie chciano Go zabić, ostatecznie Go ukrzyżowano. Po śmierci i zmartwychwstaniu był i nadal jest obiektem kłamstw, oszczerstw i drwin. Podobny los spotkał wielu świętych. Popatrzmy chociażby na Matkę Teresę z Kalkuty czy na prymasa Wyszyńskiego. A zatem atak na Jana Pawła II jest paradoksalnie świadectwem jego świętości.

    Byle kogo by w ten sposób nie atakowano. Zauważyliśmy, że święty odbija świętość Boga. Jest jak księżyc, który świeci światłem odbitym. Bo słońce jest źródłem światła, a Bóg jest źródłem świętości. Nie wynika z tego oczywiście, że świętość jest czymś biernym. Wręcz przeciwnie! Święci współpracowali na różne sposoby z Bożą łaską. Piękny życiorys Karola Wojtyły jest tego przykładem. Ale właśnie dlatego, że świętość jest darem, który opiera się na naturze i z którym trzeba współpracować, święci nie są osobami we wszystkim doskonałymi. W czasie swego doczesnego życia nie są pozbawieni słabości. To nie jacyś mityczni herosowie bez skazy. Jan Paweł II, choć pod wieloma względami wybitny, miał też słabsze strony. Na przykład słuszna wydaje się opinia, że nie miał talentu do prowadzenia tzw. polityki personalnej.

    Nie zawsze „miał nosa” do ludzi. Być może m.in. dlatego, że sam, będąc prawym, nie umiał podejrzewać innych o nieprawość. Miał też inne priorytety niż szczegółowe zajmowanie się nominacjami. A dzień ma tylko 24 godziny. Niemniej jednak takie czy inne ograniczenie w niczym nie przekreśla jego świętości. Potwierdza jednak prawdę, że do świętości powołany jest każdy, choć nie wszyscy są w stanie na takie powołanie odpowiedzieć. Papież Polak odpowiedział. Dostrzegały to miliony. Potwierdził to Kościół. A diabeł się piekli.

    ks. prof. Dariusz Kowalczyk SJ/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Żyjemy w epoce świętych papieży. Czy wynoszenie na ołtarze jest rodzajem docenienia pracy poprzednika i pośmiertną nobilitacją?

    Jan Paweł I.
    Jan Paweł I.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Zaraz, zaraz… Czy w zalewie hejtu i krytyki nie umknęło nam to, że mamy ogromną łaskę życia w czasach wyniesionych na ołtarze kolejnych biskupów Rzymu?

    Media społecznościowe przyzwyczaiły nas do tego, że żyjemy w epoce krytyki, łapania za słówka i komentowania wszelkich posunięć kolejnych papieży. – Kto dał prawo Janowi Kowalskiemu komentowania każdego kroku następcy Piotra? – zapytałem abp. Grzegorza Rysia. – Facebook – odpowiedział. „Herezja” to dzisiaj niezwykle popularne słowo… Herezja tu, herezja tam. A herezja jest uporczywym trwaniem w błędzie co do wiary. Za chwilę będziemy mieli tyle autorytatywnych wykładów wiary, ilu mamy publicystów. Po tym, jak 14 maja 1999 roku Jan Paweł II ucałował Koran, część z nich uznała go za heretyka i nie chciała słyszeć o propozycji, by ogłosić go doktorem Kościoła i patronem Europy. A Jan Paweł II jest kanonizowany, zaś kanonizacja jest uroczystym aktem nauczania papieskiego; więc nie jest tak prosto, jak postulują niektóre środowiska, ją „odwołać”. Czy w ferworze podobnych dyskusji potrafimy jeszcze zachwycić się tym, że Bóg w osobach kolejnych papieży daje nam prawdziwych świadków wiary?

    Na ołtarze

    Żyjemy w czasach, gdy na ołtarze zostali wyniesieni kolejni następcy świętego Piotra: Jan XXIII (beatyfikowany 3 września 2000 r. i kanonizowany 27 kwietnia 2014 r.), Paweł VI (beatyfikowany 19 października 2014 r., kanonizowany 14 października 2018 r.), Jan Paweł I (beatyfikowany 4 września 2022 r.), i Jan Paweł II (beatyfikowany 1 maja 2011 r. i kanonizowany 27 kwietnia 2014 r.).

    Beatyfikacje czy kanonizacje nie są, jak czytam na popularnym portalu (tak, tak, tym samym, który opublikował właśnie perełkę: „W Watykanie ruszyła kampania wyborcza przed konklawe”), „zamieceniem pod dywan wzbudzających dyskusję decyzji” czy „przypudrowaniem rys na nieskazitelnym postumencie”. Nie zamykają ust konstruktywnej krytyce. Nie są jednak, jak często słyszę, rodzajem „docenienia pracy poprzednika i pośmiertną nobilitacją”.

    Kanonizacja to uroczysty akt, przez który papież oświadcza, że dana osoba, praktykująca heroiczną cnotę i żyjąca w wierności łasce, jest z Bogiem w niebie i ma być czczona przez cały Kościół. Wciąga się ją wówczas do kanonu świętych (stąd nazwa!). Beatyfikacja jest etapem w tym procesie, a papież pozwala wówczas na publiczny kult osoby w Kościele lokalnym, w obrębie zgromadzenia zakonnego i miejscach, które otrzymują takie pozwolenie. Czczony nad Wisłą Wincenty Kadłubek może być kompletnie nierozpoznawalny poza granicami Polski, a błogosławieni Ślązacy Józef Czempiel i Emil Szramek nieznani na przykład na Mazurach.

    Kościół wyniósł do chwały ołtarzy 91 spośród 266 papieży, a więc niemal jedną trzecią z nich. Pamiętajmy jednak, że pierwotnie kanonizacje ogłaszano bez żmudnego procesu i skrupulatnie opracowywanych tomów positio, a pierwszych 52 biskupów Rzymu było „automatycznie” uznawanych za świętych. Tradycja uznaje za męczenników biskupów Rzymu, którzy zasiadali na tronie Piotrowym do czasu edyktu mediolańskiego, który w 313 r. zatrzymał falę prześladowań. I choć nie wszyscy papieże do czasu Konstantyna ginęli za wiarę, 31 z nich uznano za męczenników. Procedury kanonizacyjne wykształciły się dopiero na początku II tysiąclecia, a wcześniej o wyniesieniu na ołtarze decydowało powszechne przekonanie wspólnoty wiernych.

    Nie tak łatwo…

    Przyzwyczajeni do streszczeń lektur, dróg na skróty i przyspieszonych kursów myślimy często, że można szybko „załatwić” kanonizację. To nie takie proste. Wiedzą o tym doskonale członkowie zgromadzeń, którzy od lat czekają na wyniesienie na ołtarze założycieli swych wspólnot. By uzmysłowić sobie, jak mrówczą pracę trzeba wykonać, warto wziąć do ręki positio. Abp Alfons Nossol żartował, że doktorat różni się od habilitacji tym, że gdy weźmie się tę drugą i „się cylnie, to idzie zabić”. A co dopiero potężną „cegłą” zawierającą setki zeznań, przesłuchań, świadectw, korespondencji, wykładów, opinii, analiz!

    Naprawdę niełatwo trafić na „kanonizacyjny dywanik”. Zanim papież lub jego delegat uroczyście odczyta imię nowego błogosławionego, w Tybrze musi upłynąć sporo wody. Proces rozpoczyna się od „powoda” (nazywanego „aktorem”), czyli osoby, ruchu, zgromadzenia, które wnoszą o beatyfikację. W przypadku pochodzącej z terenu obecnych Świętochłowic siostry Dulcissimy było to Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej. O decyzji informuje się episkopat, a gdy przegłosowaną kandydaturę zatwierdzi jego przewodniczący, rusza proces diecezjalny. Najwięcej pracy ma wówczas postulator, odpowiedzialny za zebranie wszelkich dostępnych materiałów potrzebnych w procesie. Same akta ks. Blachnickiego zajęły aż 28 tomów. Jeśli żyją świadkowie pamiętający kandydata na ołtarze, przesłuchuje się ich. Wypowiadają się na temat praktykowania przez kandydata na ołtarze heroiczności cnót: boskich, czyli wiary, nadziei i miłości, oraz kardynalnych – roztropności, umiarkowania, sprawiedliwości i męstwa. W przypadku męczenników zbiera się informacje na temat okoliczności śmierci i motywów, jakimi kierowali się zabójcy. „Czy hitlerowcy wrzucili o. Maksymiliana Kolbego do celi śmierci powodowani nienawiścią do Kościoła?” – pytali sceptycy, gdy toczył się proces franciszkanina. „Tak” – orzekł Watykan. Co ciekawe, o. Kolbe został beatyfikowany jako wyznawca, ale kanonizowany jako męczennik.

    Nad przebiegiem procesu etapu diecezjalnego czuwa komisja złożona z biegłych historyków i teologów. Przetłumaczone na włoski kopie akt (tzw. transumpty) wędrują do watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, gdzie zaczyna się żmudny proces ich weryfikacji. Nad zachowaniem norm prawnych czuwa promotor sprawiedliwości. Przygotowuje pytania dla świadków i powołuje biegłych. Gdy papież podpisze dekret o heroiczności cnót, kandydata na ołtarze możemy nazywać czcigodnym sługą Bożym. W czasie tego etapu przygotowywane jest positio, weryfikujące heroiczność cnót i opinie o świętości.

    Czekanie na cud

    Beatyfikacja i kanonizacja wymagają cudu, który badany jest w kolejnym procesie, znów na poziomie diecezjalnym i w Watykanie. Jest nim nadzwyczajne, niewytłumaczalne naukowo zdarzenie przypisane bezpośrednio wstawiennictwu sługi Bożego, poprawa zdrowia w przypadku ciężkiej choroby. Ma ona nastąpić w krótkim czasie i być trwała. Cud bada Consulta Medica, złożona z wybitnych lekarzy.

    Opisuję ten żmudny proces, by pokazać, jak absurdalne są podnoszone dziś argumenty o kanonizacjach jako rodzaju „watykańskiej laurki” czy „próbie nobilitacji poprzednika”.

    Przywołam cud przypisywany wstawiennictwu Pawła VI. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych uznała za niewytłumaczalne z naukowego punktu widzenia uzdrowienie dziecka, u którego w piątym miesiącu ciąży wykryto problemy prowadzące do poważnego uszkodzenia mózgu. W 2001 roku jego matce, Amerykance z Kalifornii, lekarze zaproponowali aborcję, ale ta rozpoczęła modlitwę za wstawiennictwem autora „Humanae vitae”. Dziecko narodziło się zdrowe, a lekarze czekali aż do momentu, gdy osiągnie ono pełną dojrzałość, by móc je szczegółowo przebadać. Okazało się, że uzdrowienie było nie tylko pełne, ale też niemożliwe do wyjaśnienia.

    Bunt

    Próby negowania świętości ostatnich papieży wypływają często nie ze środowisk nieprzychylnych Kościołowi, ale tych, które nie uznały nauczania soboru zainicjowanego przez Jana XXIII. Część z nich, tzw. sedewakantyści (od sede vacante – „przy nieobsadzonej stolicy”), twierdzi, że zasiadający na tronie papieskim po Piusie XII (zmarł w 1958 r.) są antypapieżami. Źródło tej narracji znajdziemy w pewnej trudnej rozmowie, jaką odbył Paweł VI. Sporo go kosztowała, bo z natury był delikatny i nieśmiały.

    „Człowiek nieskończonej uprzejmości” (tak o nim mówiono), który ogłosił doktorami Kościoła pierwsze kobiety: Katarzynę ze Sieny i Teresę z Ávili, na konsystorzu 24 maja 1976 r. alarmował: „Są tacy, którzy pod pretekstem większej wierności Kościołowi i Magisterium systematycznie odrzucają nauczanie soboru i jego stopniowe wprowadzanie przez Stolicę Apostolską oraz konferencje episkopatów pod naszym zwierzchnictwem, którego chce Chrystus. Próbuje się zdyskredytować autorytet Kościoła w imię Tradycji, której wierność, dosłowną i materialną, się głosi. Wierni, za przykładem swych legalnie urzędujących biskupów, zrywają więzi posłuszeństwa ze Stolicą Piotrową. Odrzuca się autorytet dzisiejszy w imię autorytetu wczorajszego”. Jedną z najtrudniejszych rozmów odbył 11 września 1976 roku z abp. Marcelem Lefebvrem: „Wasza Ekscelencja nigdy nie chciał słuchać” – powiedział. „Ufam, że mam przed sobą brata, syna, przyjaciela. Niestety, stanowisko, jakie zajął Wasza Ekscelencja, to stanowisko anty- papieża. Co mam powiedzieć? Nie przystałeś na jakiekolwiek kroki w swoich słowach, czynach, zachowaniu. Wiem, że jestem ubogim człowiekiem. Ale tutaj nie chodzi o osobę, lecz o papieża. A Wasza Ekscelencja uznał papieża za odstępcę od wiary, której jest najwyższym gwarantem. Może dzieje się tak po raz pierwszy w dziejach. Powiedziałeś całemu światu, że papież nie ma wiary, że nie wierzy… To prawda, muszę być pokorny. Ale Wasza Ekscelencja jest w okropnej sytuacji”.

    Czy przywoływane w tym roku wyznanie „Wierzę w Kościół” nie zawiera ufności w to, że asystencja Ducha Świętego nie tylko nie opuściła kolejnych konklawe, ale i znajdowała w biskupach Rzymu wybieranych w drugiej połowie XX wieku świadków wiary? Jak mocno brzmią w tym kontekście ostatnie słowa Pawła VI, który 29 czerwca 1978 roku podsumował swój pontyfikat: „Wiary dochowałem! Możemy powiedzieć dziś w pokorze i pewności serca, że nigdy nie zdradziliśmy »świętej prawdy«”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kompleks Herostratesa

    Donośniejszego głosu na temat potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilskim niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było.
    Donośniejszego głosu na temat potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilskim niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było.
    fot. East News

    ***

    Przygotowując się do rozpoczęcia procesu, spotkałem się z ekspertami, którzy mieli mi pomóc we wskazaniu płaszczyzn badań, jakie należało podjąć.

    Wśród zasugerowanych tematów znajdowały się także kwestie związane z osobą założyciela Legionistów Chrystusa Marciala Maciela Degollado i reakcją Jana Pawła II na sygnały o nadużyciach, do których dochodziło w Kościele amerykańskim. Nikt z uczestników spotkania nie dostrzegał nieprawidłowości w podejściu papieża do kwestii nadużyć seksualnych. Podkreślano jednak konieczność przeprowadzenia badań źródłowych, aby nie było wątpliwości co do uczciwości Jana Pawła II w tej sprawie. Pomimo pewnych trudności komisja historyczna temat ten podjęła. Trudności polegały na braku bezpośredniego dostępu do zbiorów archiwum watykańskiego, zawierających dokumenty z ostatnich lat. Były one objęte klauzulą tajności – i nie jest to żaden ewenement. Kolejne zbiory udostępniane są dopiero po upływie okresu przewidzianego przez prawo. Biorąc to pod uwagę, komisja historyczna sformułowała listę pytań, które zostały przekazane Kongregacji ds. Świętych, a ta skierowała je do odpowiednich organów Stolicy Apostolskiej z prośbą o przeprowadzenie kwerendy. Zaprzysiężeni archiwiści zostali zaangażowani w przygotowanie odpowiedzi na postawione pytania. Były wśród nich także te dotyczące stosunku Jana Pawła II do zjawiska pedofilii w Kościele amerykańskim oraz te związane z postacią Maciela Degollado. Odpowiedzi, które otrzymaliśmy, potwierdziły, że Jan Paweł II pozostaje poza jakimikolwiek podejrzeniami dotyczącymi matactwa lub zaniechania w tej dziedzinie. Papież Polak był bardzo wrażliwy na te sprawy. Jeden z biskupów pomocniczych diecezji rzymskiej opowiadał mi o spotkaniu Ojca Świętego z kardynałem wikariuszem, podczas którego padło oskarżenie wobec pewnego kapłana. Reakcja papieża była natychmiastowa: „Jeśli to jest prawda, ten człowiek nie powinien być kapłanem!”. Zarządzono dogłębne zbadanie sprawy. Myślę, że sytuacja ta dobrze ilustruje, jaka była reakcja Jana Pawła II na takie przestępstwa. Jeżeli uczciwie spojrzymy na jego wypowiedzi i działania, to zauważymy, że donioślejszego głosu na temat potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilskim w tamtym czasie nie było. A głos ten pojawił się już w 1993 roku. Papież powiedział wówczas do biskupów amerykańskich, że dla przestępców, którzy krzywdzą najsłabszych, nie ma miejsca w Kościele. Ten głos przybierał na sile wraz z ujawnianiem skali i wagi problemu. Nikt poza Janem Pawłem II w ówczesnym świecie tego tak ostro nie mówił. Oskarżanie go o sprzyjanie czy „zamiatanie pod dywan” przestępstw wykorzystywania seksualnego małoletnich jest absurdem, a przede wszystkim przeczy faktom.

    Zdumiewa mnie, że ani w tamtych czasach, ani dzisiaj nie słychać głosów tak jednoznacznie jak papież piętnujących tego typu zachowania w innych środowiskach. Ujawnione i udokumentowane zjawiska pedofilii w różnych grupach społecznych oraz propagowanie idei legalizacji pedofilii przez niektóre ugrupowania i ruchy polityczne w tzw. cywilizowanej Europie nie wzbudziły, jak się wydaje, aż tak radykalnej reakcji wśród tych, którzy dzisiaj tak zagorzale atakują św. Jana Pawła II, wskazując na jego domniemane zaniedbania. Bałbym się nawet pomyśleć, że wcale nie chodzi o walkę ze złem, jakim jest pedofilia w każdym jej wydaniu, ale o cyniczne manipulowanie cierpieniem nieletnich ofiar w walce ideologicznej z Kościołem albo nawet o żałosny kompleks Herostratesa.

    ks. Sławomir Oder, Postulator w procesie kanonizacyjnym św. Jana Pawła II/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Sławomir Oder dla “Gościa”:

    Jan Paweł II pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem kapłaństwa

    Postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego papieża Polaka oraz jego rodziców.
    Postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego papieża Polaka oraz jego rodziców.
    fot. Tomasz Gołąb /Gość Niedzielny

    ***

    O tym, jak trudno dziś być księdzem, o życiu w prawdzie i rekolekcjach głoszonych przez św. Jana Pawła II mówi bp Sławomir Oder.

    MIRA FIUTAK: Jaka była pierwsza reakcja Księdza Biskupa na wiadomość, że zostaje posłany do diecezji gliwickiej?

    BP SŁAWOMIR ODER: Ogromnym zaskoczeniem był dla mnie sam fakt nominacji na biskupa, Gliwice były drugim elementem tej informacji, jaki mnie zdumiał. Nie spodziewałem się takiego wyboru. Po powrocie z Rzymu moje życie było bardzo zorganizowane, w pełni zintegrowane z pracą i funkcjonowaniem prezbiteratu diecezji toruńskiej, gdzie w 2021 roku biskup powierzył mi piękną i odpowiedzialną funkcję ojca duchownego kapłanów.

    W dniu ogłoszenia mojej nominacji w czytaniu z Listu do Hebrajczyków przypomniana została historia Abrahama, któremu Pan powiedział: zostaw wszystko, wyjdź z ziemi twego ojca i idź, gdzie ci wskażę. I Abraham w duchu wiary poszedł. W moim sercu pojawiło się natychmiast pytanie o wiarę. Bo to są sytuacje, które można odczytać w perspektywie ludzkiej – i wtedy rodzą się wątpliwości, pytania, albo w perspektywie wiary – i wtedy przychodzą słowa jak w chwili zwiastowania: „Oto jestem”. Tak jak Maryja zadała pytanie: „Jak się to stanie?”, tak i ja pytam. Przecież wiem, kim jestem, znam swoje ograniczenia, rzeczywistość, w której żyję. Jednak pytanie Maryi nie było pozbawione wiary, było pytaniem o to, co Ona wobec tego wezwania mogła zrobić. U mnie to pytanie też się pojawiło. Tę rzeczywistość można przyjąć tylko w perspektywie wiary. Szczególnie w obecnej sytuacji, kiedy trudno być księdzem, a tym bardziej biskupem, w rzeczywistości postępującej laicyzacji i kontestacji wielu spraw. Moja reakcja to było przede wszystkim pytanie o moją wiarę.

    Miał Ksiądz Biskup okazję poznać wcześniej Kościół na Śląsku? Z perspektywy Rzymu pewnie nie było do tego wielu okazji.

    Paradoksalnie ta rzeczywistość śląska nie była mi obca, przynajmniej z dwóch powodów, chociaż oczywiście nie mogę powiedzieć, że ją znałem. Podczas procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II jedną z moich najbliższych współpracownic była pani Aleksandra Zapotoczny, która pochodzi właśnie stąd i często mówiła mi o swoim ukochanym Śląsku. Dzięki temu miał on konkretne oblicze; była to rzeczywistość, którą ona reprezentowała. Drugą taką osobą, która w Rzymie utożsamiała dla mnie Śląsk, był ks. prał. Arkadiusz Nocoń.

    Jak Ksiądz Biskup powiedział, ten nowy etap rozpoczyna się w niełatwym czasie. Co jest największym wyzwaniem, przed którym stoi dzisiaj Kościół?

    Jestem głęboko przekonany, że w rzeczywistości, w której dziś żyjemy, najistotniejsze jest to, żeby Kościół zachował swoją tożsamość. A to znaczy, że musi być wspólnotą wiary. Największym wyzwaniem jest życie w prawdzie i życie w wierze, co wcale nie jest takie oczywiste. Wiemy, jak łatwo obecnie żyć pomiędzy dwoma światami – wirtualnym i rzeczywistym, światem przybranych masek społecznych i życia osobistego. O tym mówił Benedykt XVI, przypominając, że dzisiaj największym problemem Kościoła i korzeniem tego, co złe, jest niedostatek autentycznej wiary. Kiedy byłem młodym chłopakiem – a wyjeżdżałem z Polski w 1985 roku, kiedy kościoły były jeszcze pełne i przeżywaliśmy niesamowitą radość na fali wyboru Jana Pawła II – nie rozumiałem do końca pytania Chrystusa o to, czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy ponownie przyjdzie. A dzisiaj to jest główny problem, nad którym musimy pracować.

    W jaki sposób?

    Chodzi o autentyczną wiarę, bo jest ona rzeczywistością wieloaspektową. Wierzymy w Boga, który istnieje, wierzymy w słowo, które nam przekazuje, ale to nie wszystko. Chodzi o to, żeby uwierzyć Bogu, stworzyć osobistą relację z Nim. Bardzo łatwo być tylko urzędnikiem czy szafarzem, nawet bardzo poprawnym. Ale to jest jeszcze mało. Dzisiaj wiarygodność Kościoła zależy od autentyczności jego wiary. Trzeba wierzyć w Boga i wierzyć Bogu, a to oznacza autentyczną relację z Nim. I co za tym idzie, życie prawdą – i w wymiarze osobistym, i całego Kościoła. Jeżeli w moim sercu jest Chrystus, Jego Ewangelia, miłość do Kościoła i troska o Kościół, to wydaje się, że nie mamy się czego bać. Chrystus nie obiecał, że Kościół będzie rzeczywistością wielkich liczb, ale mówił: „Będziecie solą ziemi, światłością świata, zaczynem”. Zadaniem Kościoła jest być inspiratorem, spiritus movens, tym, który niepokoi sumienie. A można to zrobić tylko poprzez prawdę, którą się głosi własnym życiem. Mamy iść do świata jako ci, przez których emanuje światło Ewangelii, którzy zaciekawiają, pokazują, jak można żyć w różnych trudnych sytuacjach. Właśnie te sytuacje ekstremalne są momentem, kiedy człowiek staje wobec konieczności powiedzenia o swojej wierze. Łatwo na co dzień powiedzieć: „Pewnie, że wierzę”, ale przyjąć w duchu wiary przeciwności życia – to już wcale nie jest takie oczywiste.

    Jaka tutaj jest rola wspólnot i ruchów, które Ksiądz Biskup szczególnie zaprosił do czuwania w przeddzień uroczystości w katedrze?

    Wbrew temu, co czasami się dzisiaj głosi o kryzysie i trudnościach, Duch Święty działa. Wszystkie ruchy i grupy, które powstają, są autentycznym przejawem żywotności Kościoła i działania w nim Ducha. Trzeba o nie dbać, bo są darem Boga dla nas. Ich rola jest charyzmatyczna, polega na przyjęciu tego daru Ducha Świętego, który trafia do konkretnego człowieka, jego wrażliwości, jego człowieczeństwa. Pozwala mu głębiej spotkać się z Chrystusem i przeżywać tę radość także we wspólnocie. W tym kontekście również powraca problem autentycznej wiary w Boga, który jest centrum mojego życia, którego doświadczam w konkretnej rzeczywistości, żeby coraz bardziej być świadkiem spotkania z Nim. To niezwykle istotne, by kształtować autentycznych chrześcijan, uczniów Chrystusa, ludzi zakochanych w Nim, bo przede wszystkim to dzisiaj przemawia do świata.

    Drugą zaproszoną grupą do tego wieczernika są ludzie młodzi.

    Nie mając młodzieży, trudno myśleć o przyszłości. Nie jest prawdą, że dzisiejsza młodzież jest stracona dla Kościoła, że nie potrzebuje niczego duchowego, bo zadowala się życiem wirtualnym albo konsumpcją dóbr, które przemijają. Wielokrotnie spotykałem młodych ludzi, którzy temu przeczą. Wcale nie mówię, że są to masy. Jan Paweł II potrafił gromadzić masy i to był jego szczególny charyzmat. Te rzesze, które za nim szły, były przejawem tego, że w człowieku, zwłaszcza młodym, jest głód czegoś więcej. Przy Janie Pawle II to była fascynacja prawdą jego życia. Dzisiaj w młodym człowieku również jest takie pragnienie, poszukiwanie autentyczności życia, czegoś, co nie przemija. Jest tęsknota za czymś, co nadaje sens naszej egzystencji. Mamy wiele przejawów altruizmu w życiu młodych ludzi, np. wolontariat. Doświadczenie i przeżywanie wspólnoty Kościoła pozwala im odkryć, że źródłem i korzeniem tego, co naprawdę dobre, głębokie, szlachetne i nieprzemijające, jest Chrystus.

    Co w formacji księży, którą zajmował się Ksiądz Biskup w Toruniu, jest dziś szczególnie ważne? Co można przenieść do naszej diecezji?

    Każda wspólnota jest inna, ma swoje własne doświadczenia i tożsamość, dlatego nie chciałbym tutaj mówić o tym, co można by przenieść. Bardzo istotnym wydaje mi się fakt, że dzisiaj jest znacznie trudniej niż kiedyś odpowiedzieć na powołanie Chrystusa. Świat oferuje więcej możliwych dróg realizowania się w swoim człowieczeństwie. Głos Pana jest mocno zagłuszany. Obecnie młodzi kapłani potrzebują bardzo dużo wsparcia, bo ten otaczający świat nie odpuszcza, dlatego istotne jest budowanie wspólnoty kapłańskiej. Nie chodzi o jakieś „kolesiostwo”, grupę kolegów kursowych z seminariów czy na placówce duszpasterskiej, ale o budowanie braterstwa kapłańskiego opartego na świadomości tego, kim się jest, do czego zostało się przez Chrystusa wybranym i przeznaczonym. To budowanie więzi na modlitwie i pragnieniu pogłębienia własnej duchowości. Potrzebny jest braterski krąg ludzi życzliwych, gdzie to braterstwo jest autentycznie zakorzenione w umiłowaniu Chrystusa i kapłaństwa. Drugi aspekt, co już po raz kolejny powtarzam, to prawda w życiu, która musi być nieustannie weryfikowana przez głębokie życie duchowe. Bardzo łatwo wejść w pewne schematy myślenia, funkcjonowania, działania, a my nie mamy być managerami, funkcjonariuszami jakiejś instytucji ludzkiej; jesteśmy posłani do dzisiejszego świata jako słudzy Ewangelii, świadkowie Chrystusa i płynącej ze spotkania z Nim nadziei.

    Co nie jest łatwe, bo jednocześnie trzeba być trochę managerem.

    Oczywiście, że tak. Nie ma realizacji powołania chrześcijańskiego bez odniesienia do rzeczywistości, w której żyjemy. W nią mamy wnosić to, co duchowe, a wtedy ona nas nie zniewoli, nie oczaruje, nie zdominuje, bo w tym wszystkim, co będziemy robić, będziemy kapłanami. To jest sekret wolności kapłańskiej. W naszej relacji z Chrystusem jest autentyczna wolność, przede wszystkim od samego siebie, od przywiązania do rzeczy, które mają charakter drugorzędny. Człowiek żyjący głęboką prawdą o tym, kim jest, nie pozwoli się uwikłać w układy polityczne, sentymentalne czy towarzyskie.

    Co najmocniej przemówiło do Księdza Biskupa w postaci Jana Pawła II podczas pracy postulatora jego procesu kanonizacyjnego?

    To był to dla mnie czas wielkich rekolekcji, które on mi głosił. Jana Pawła II charakteryzuje przede wszystkim kapłaństwo. Patrzymy na niego jak na wielkiego papieża, człowieka, który swoją posługą zmienił historię świata – i rzeczywiście tak było. A zrobił to dlatego, że był autentycznym kapłanem. Człowiekiem zakochanym w Chrystusie, żyjącym w prawdzie, wolnym. Pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem kapłaństwa, które tak bardzo ukochał; które jest też głęboko w moim sercu i które osobiście bardzo kocham. To był dla mnie wielki dar i rzeczywistość, która mnie ukształtowała jako już dojrzałego kapłana. Pamiętam też spotkania z nim w seminarium rzymskim w święto patronki Madonny della Fiducia, Matki Bożej Zawierzenia. Kiedyś rozważaliśmy fragment z Ewangelii św. Jana – dialog między Piotrem a Chrystusem, z pytaniem: „Czy miłujesz Mnie?”. Ulubiony przez Jana Pawła II, który prowadząc wtedy medytację, powiedział: „Każdy kapłan, nawet papież, musi pozostać w swoim sercu seminarzystą”. Nigdy nie da się odpowiedzieć na to pytanie w sposób ostateczny. Musimy stale być w szkole Chrystusa, być Jego uczniami i do tej odpowiedzi na pytanie o miłość dorastać.

    Mira Fiutak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Cantalamessa:

    Jezus ma być w centrum Kościoła, a nie w tle

    ​Zsekularyzowany świat robi wszystko co w jego mocy, aby ilekroć jest mowa o Kościele, imię Jezusa były przemilczane czy spychane na dalszy plan. I niestety tak rzeczywiście się dzieje. My natomiast musimy robić wszystko, aby było on obecne – mówił kard. Raniero Cantalamessa w drugim kazaniu wielkopostnym dla papieża i Kurii Rzymskiej. Podkreślił, że nie chodzi tu o to, by Kościół ukrywał się za osobą Jezusa, ale by wiedział, że to On jest jego siłą i życiem.

    Kard.Cantalamessa/flickr.com

    ***

    Swe rozważanie papieski kaznodzieja poświęcił ewangelizacji. Podkreślił, że będzie ona skuteczna tylko wtedy, gdy będziemy świadomi, że istotą chrześcijańskiego przepowiadania jest Jezus. Dlatego dzisiejszy Kościół, poraniony i często skompromitowany w oczach świata, musi wyjść na nowo od osoby Chrystusa, który nie może stanowić tylko tła dla naszej działalności, lecz być w centrum. Wszelka ewangelizacja musi prowadzić do osobistego spotkania ze Zbawicielem.

    „Spróbujmy zrozumieć, na czym polega to słynne osobiste spotkanie z Chrystusem. Jest to niczym spotkanie z człowiekiem na żywo, po tym jak znało się go przez lata tylko na fotografii. Można znać książki o Jezusie, doktryny, herezje o Jezusie, koncepcje o Jezusie, ale nie znać Go żywego i obecnego. Nalegam zwłaszcza na te dwa przymiotniki: Jezus zmartwychwstały i żyjący oraz Jezus obecny! Dla wielu, nawet ochrzczonych i wierzących, Jezus jest postacią z przeszłości, a nie żywą osobą w teraźniejszości” – zaznaczył kard. Cantalamessa.

    Aby zrozumieć tę różnicę, „pomyślmy o przemianie, jaka zachodzi w kimś, kto się zakochał. Można wiedzieć wszystko o jakiejś kobiecie czy mężczyźnie: jak się nazywa, ile ma lat, jakie studia odbył, do jakiej rodziny należy… Aż pewnego dnia pojawia się iskra i zakochanie. Wszystko się zmienia” – tłumaczył papieski kaznodzieja.

    „Co zrobić, aby ta iskra zapłonęła w innych względem osoby Jezusa? Nie zapłonie ona w tych, którzy słyszą przesłanie Ewangelii, jeśli nie zapali się ona najpierw w tych, którzy ją głoszą. Były i są wyjątki; słowo Boże ma własną moc i może działać, czasami, nawet gdy wypowiadają je ci, którzy nim nie żyją; ale to są wyjątki. (…) W większości przypadków, które znam z mojego życia, odkrycie Chrystusa było spowodowane spotkaniem z kimś, kto już doświadczył tej łaski, uczestnictwem w spotkaniu, wysłuchaniem świadectwa, doświadczeniem Bożej obecności w czasie wielkiego cierpienia, a także – nie mogę tego przemilczeć, bo zdarzyło się to również mnie – otrzymaniem tzw. chrztu w Duchu Świętym” – wyznał kardynał.

    Radio Watykańskie/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mistyczne spotkania z Jezusem?

    To normalne, że odwiedza się przyjaciół

    Giovanni di Paolo „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny ze Sieny”, tempera na desce,  ok. 1460 roku.
    Giovanni di Paolo „Mistyczne zaślubiny św. Katarzyny ze Sieny”, tempera na desce, ok. 1460 roku.
    METROPOLITAN MUSEUM OF ART, NOWY JORK

    ***

    Jezus ukazał się apostołom przemieniony. Od tamtej pory ukazuje się wciąż – i to przemienia nas.

    Podobno ptaki całymi gromadami zlatywały się ze szczebiotem, gdy Franciszek z Asyżu wchodził na Alwernię. Święty już od pewnego czasu trwał w duchowym napięciu, odczuwając dziwną mieszaninę uniesienia i udręczenia. Zamierzał zaszyć się na 40 dni wśród skalnych rozpadlin tej dzikiej góry. Zapowiedział braciom z tworzącego się zakonu, że będzie to dla niego czas postu. Bardzo chciał poznać i wypełnić wolę Bożą, a przeczuwał, że Bóg chce go obdarzyć łaską cierpienia razem z Ukrzyżowanym.

    Rankiem 14 września 1224 roku, w święto Podwyższenia Krzyża, chwila nadeszła. Kiedy modlił się na zboczu góry, zobaczył nad sobą postać wiszącą na krzyżu, z przybitymi do belek rękami i nogami. Miała ona sześć skrzydeł, tak jak przedstawia się serafinów – dwa skrzydła nad głową, dwa jakby rozciągnięte do lotu, a dwa okrywające ciało.

    „Widząc to, Franciszek zdumiał się gwałtownie, a gdy nie umiał wytłumaczyć, co by znaczyło to widzenie, wtargnęła mu w serce radość pomieszana z żałością. Cieszył się z łaskawego wejrzenia, jakim Serafin patrzył na niego, ale przybicie do krzyża przeraziło go. Natężył umysł, by pojąć, co mogłaby znaczyć ta wróżba, i duch jego silił się trwożnie nad jakimś jej zrozumieniem. Otóż podczas gdy szukając wyjaśnienia na zewnątrz, poza sobą, nie znalazł rozwiązania, nagle objawiło mu je w nim samym odczucie bólu” – zapisał brat Tomasz z Celano, biograf Biedaczyny z Asyżu i jeden z pierwszych jego towarzyszy. Święty Bonawentura dodał później, że między serafinem a Franciszkiem toczyła się rozmowa „tajemna i poufna”. Opisujący tę scenę podkreślają mistyczne piękno ukrzyżowanego człowieka, ale nie piszą wprost, że był to Chrystus.

    Ból, który odczuł Franciszek, wynikał ze stygmatyzacji. „Natychmiast bowiem na jego rękach i nogach zaczęły jawić się znaki gwoździ, jak to na krótko przedtem widział u Męża ukrzyżowanego, ponad sobą w powietrzu” – relacjonuje Tomasz z Celano. Dodaje, że także „prawy bok, jakby przebity lancą, miał na sobie czerwoną bliznę, która często broczyła i spryskiwała tunikę oraz spodnie świętą krwią”.

    Znaki męki Chrystusa na ciele założyciela Zakonu Braci Mniejszych zdumiały świat chrześcijański. Franciszek stał się pierwszym w historii świętym, obdarzonym uznanymi przez Kościół stygmatami, jemu samemu zaś przyniosły określenie alter Christus (drugi Chrystus).

    Zdarzenie na górze Alwerni wyjątkowo mocno pokazuje, że spotkanie z żywym Bogiem nie pozostawia człowieka takim samym, jakim był wcześniej. To spotkanie przemieniające, czasem tak, jak to było w przypadku Mojżesza, gdy po rozmowie z Bogiem jego twarz promieniała. To także spotkanie umacniające przed nadchodzącą próbą, tak jak to było z apostołami, świadkami przemienienia Jezusa na górze. To wreszcie spotkanie mówiące o wielkiej miłości Boga, który już tu na ziemi chce być blisko człowieka, tak jak to było z wieloma świętymi.

    Pierścień niewidzialny

    Wśród osób, które osobiście i bezpośrednio spotykały Chrystusa, wyróżnia się św. Katarzyna ze Sieny. W połowie XIV wieku, gdy miała około siedmiu lat, zobaczyła Pana Jezusa, idąc z bratem jedną ze sieneńskich uliczek. Zbawiciel był ubrany w białą kapę i miał na głowie złocistą tiarę. Nic wtedy nie powiedział, uśmiechnął się tylko i spojrzał dziewczynce głęboko w oczy, po czym ją pobłogosławił.

    Spotkanie to zapadło w serce Katarzyny tak mocno, że odtąd bezustannie myślała o Jezusie. Paliło ją pragnienie ujrzenia Go ponownie. Chciała nawet opuścić miasto, żeby z dala od zgiełku myśleć o Nim na pustkowiu. Kiedy to jednak zrobiła, jeszcze tego samego dnia w niepojęty sposób znalazła się z powrotem w Sienie. Żyła więc jako dominikańska tercjarka, prowadząc życie pustelnicy pośród miejskiego gwaru. Jej mały pokoik, wydzielony w jej rodzinnym domu, był świadkiem duchowych zmagań i wielu mistycznych doświadczeń Katarzyny. Do najważniejszych należą mistyczne zaślubiny, które miały miejsce pod koniec karnawału 1367 r. Kiedy w całym mieście rozbrzmiewały odgłosy zabawy, Katarzyna intensywnie się modliła. W pewnej chwili ujrzała Jezusa. „Ponieważ pogardziłaś próżnymi przyjemnościami, oddając całe serce Mnie, twemu Stwórcy i Zbawicielowi, poślubiam cię w wierze. Bądź mężna! Mocą twej wiary zwyciężysz!” – powiedział Chrystus. Następnie nałożył na palec Katarzyny złoty pierścień z czterema perłami i diamentem, mówiąc: „Zaślubiam cię w wierze, Ja, twój Stwórca i Zbawiciel. I dopóki w niebie nie będziesz ze mną odprawiać godów wiecznych, niech ten ślub będzie nienaruszony. A teraz, moja córko, bądź mężna, bez żadnej zwłoki wykonuj wszystko, co zarządzi moja Opatrzność, bo jesteś zbrojna mocą wiary i wszystkie przeciwności szczęśliwie pokonasz”.

    Odtąd święta zawsze ten pierścień widziała, ale tylko ona. Tego dnia serce mistyczki ściśle przylgnęło do Serca Jezusa. Biografowie piszą, że w tym okresie pozostawała w ciągłym kontakcie ze świętymi. Podczas jednej z ekstaz przeżyła śmierć mistyczną, gdy na kilka godzin zamarły jej funkcje życiowe i sądzono, że nie żyje. Kiedy powróciła do życia, przez trzy dni płakała z tęsknoty za tym, co widziała. W 1375 roku otrzymała stygmaty, których nie było widać na zewnątrz, a które pojawiły się na jej ciele po śmierci.

    To już inna księga

    Z mistycznych doświadczeń zasłynęła także św. Teresa od Jezusa, odnowicielka zakonu karmelitańskiego. Jedno z nich genialnie wyraził w marmurze Gianlorenzo Bernini. Wykonana przez niego rzeźba, zatytułowana „Ekstaza św. Teresy”, znajduje się w kościele Santa Maria della Vittoria w Rzymie. Przedstawia uśmiechniętego anioła, który zamierza przebić serce zakonnicy trzymaną w ręku strzałą. Jest to zgodne z opisem, jaki sama Teresa zawarła w autobiografii. Święta relacjonuje, że anioł w postaci cielesnej, którego widziała, był niewysokiego wzrostu, ale bardzo piękny. „Z twarzy jego płonącej niebieskim zapałem znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których nazywają cherubinami” – czytamy. W ręku anioła Teresa ujrzała złotą włócznię z grotem jakby z ognia. „Tą włócznią kilka razy przebijał mi serce, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał. Tak mnie pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej” – zapisała Teresa. Dalej zaznaczyła, że to „niewypowiedziane męczeństwo” było jednocześnie słodkie „ponad wszelki wyraz”, co sprawiało, że, jak zanotowała, „najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia, tylko w samym Bogu”. Nie jest to bowiem ból cielesny, ale duchowy, choć, jak przyznaje Teresa, także ciało ma w nim znaczny udział. „Taka mu towarzyszy słodka, między Bogiem a duszą, wymiana oznak miłości, że opisać jej nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył” – stwierdza mistyczka.

    Nic nie zapowiadało takiej intensywności przeżyć duchowych Teresy. Gdy dobiegała czterdziestki, wpadła w oziębłość, ulegając „demonowi południa”, zwanemu acedią. Jako zakonnica spełniała swoje obowiązki, ale bez zaangażowania, i czuła, że jest nieautentyczna. Wtedy, w Wielki Poście, przywieziono do klasztoru obraz przedstawiający bardzo poranionego Chrystusa. „Czułam się cała poruszona, gdyż on dobrze przedstawiał to, co Pan dla nas przeszedł. Serce mi się rozdzierało i upadłam tuż przy Nim, cała zalana łzami, błagając Go, aby mnie już raz na zawsze umocnił, abym Go już nie obrażała… Wydaje mi się, że powiedziałam Mu wówczas, że nie podniosę się stamtąd, dopóki nie sprawi tego, o co Go błagałam. Od tamtego czasu bardzo zaczęłam się poprawiać” – czytamy.

    To był punkt zwrotny. „Odtąd jest to już inna, nowa księga, to znaczy inne, nowe życie. To aż dotąd było moje. Natomiast obecne jest tym, którym Bóg żył we mnie” – zanotowała Teresa. Zgodnie ze swym imieniem zakonnym była już naprawdę „od Jezusa”. Jej zażyłe relacje ze Zbawicielem uświadamiały zaskoczonym obserwatorom, że Bóg naprawdę chce z nami przebywać jak z przyjaciółmi i dzielić się niesłychanymi tajemnicami swojego serca.

    Kiedy miała 67 lat, jej życie dobiegło kresu. Gdy przyjęła Komunię, powiedziała: „Już czas, mój Oblubieńcze, abyśmy się spotkali”. W gruncie rzeczy byli ze sobą stale.

    Kwestia decyzji

    Mistyczne spotkania z Jezusem nie są doświadczeniem tylko odległych pokoleń. Ojciec Pio czy Faustyna Kowalska to wyraziste przykłady świętych ostatnich czasów, dla których relacja ze Zbawicielem „twarzą w twarz” była w swojej nadnaturalności czymś naturalnym. Takich osób było i jest wiele, choć tylko nieliczne z nich Kościół wyniósł do chwały ołtarzy. Poniekąd każdy z nas powinien spotkać Chrystusa na swój oryginalny sposób. Mistyczny potencjał każdego chrześcijanina czeka na ożywienie, a to dzieje się zawsze wtedy, gdy człowiek decyduje się zaufać Bogu i po prostu robić to, o co On prosi.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy Jezus musiał zginąć?

    Jacek Malczewski, „Chrystus przed Piłatem”
    „Chrystus przed Piłatem”– Jacek Malczewski
    (ze zbiorów lwowskiej galerii obrazów)

    ***

    … Całe życie Jezusa było drogą na krzyż. Ukrzyżowanie było konsekwencją Jego wolności: zrezygnował z siebie, aby żyć dla Boga i dla ludzi. Nie szukał ani cierpienia, ani śmierci. Przyjął je, kiedy okazały się ceną za miłość.

    Czy śmierć Jezusa była konieczna? Czy Bóg nie mógł zbawić świata inaczej? Jako pierwsza nasuwa się odpowiedź: „Bóg nic nie musi, może wszystko”. Oczywiście, człowiek ma prawo pytać. Czy jednak naprawdę chce słuchać odpowiedzi? Czy nie sadzamy Boga na ławie oskarżonych? Tam, gdzie myśl chce dominować, tam, gdzie człowiek zbyt natarczywie domaga się, by Bóg mu się z wszystkiego wytłumaczył, tam pojawia się niebezpieczeństwo rozminięcia się z Jego przesłaniem i Nim samym. Pokorną mowę krzyża słyszą pokorni. Tylko oni mają szansę cokolwiek zrozumieć. Piłat próbował być bezstronnym świadkiem, chciał zachować bezpieczny dystans, zimną krew, próbował nawet być sprawiedliwy. Podpisał wyrok śmierci na niewinnego. Krzyż Chrystusa wiąże się z naszym życiem na znacznie głębszym poziomie niż intelektualne rozważanie. Drzewo, na którym zginął Jezus, sięga swoimi korzeniami najgłębszej prawdy mojego życia. Nie ma neutralnych kazań pasyjnych. Krzyż Chrystusa krzyżuje się z moimi drogami, z wyborami, powołaniem, grzechem, bólem, samotnością, miłością, śmiercią.

    Sprawiedliwemu nie jest łatwo
    Pytając o przyczyny śmierci Jezusa, nie powinniśmy za szybko przeskakiwać na poziom wysokiej teologii, zastanawiając się, czy Bóg Ojciec tego chciał, czy nie. Trzeba wyjść od ludzkiej historii tej zbrodni. Ukrzyżowanie zostało spowodowane przez ludzi, a nie przez Boga. Jezus od początku swej działalności narażał się starotestamentalnym strażnikom kultu i Prawa Bożego. Burzył ich spokój, prowokował. W sytuacji narastającego konfliktu o wyroku skazującym zadecydowała mieszanka zwykłych grzechów: złości, głupoty, zazdrości, przywiązania do schematów, drobiazgowości, sekciarskiego myślenia, niewdzięczności, lęku o swoją pozycję itd. Sąd nad Jezusem był jednym z wielu ludzkich sądów, które skazują sprawiedliwego i niewinnego. Takie rzeczy działy się i dzieją nadal. Cztery wieki przed Chrystusem Platon pisał w „Państwie”, że sprawiedliwy musi być na tym świecie prześladowany – „Powiedzą zatem, że sprawiedliwy w tych okolicznościach zostanie ubiczowany, torturowany, związany, że wypalą mu oczy i że wreszcie po tych wszystkich mękach zostanie ukrzyżowany”. Chrześcijanin czyta ten tekst Platona ze wzruszeniem. Głęboka filozofia przeczuwa coś z dramatu krzyża.

    Bardzo podobna intuicja pojawiła się w Starym Testamencie. W Księdze Mądrości znajdujemy budzące grozę rozważania, które snuje grupa ludzi: „Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. Kres sprawiedliwych ogłasza za szczęśliwy i chełpi się Bogiem jako ojcem. Zobaczmyż, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zejściu. Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony” (2,12–20). Moralna prawość kłuje w oczy. Stąd pomysł, by zlikwidować sprawiedliwego. Mechanizm stary jak świat.

    Bóg ma słabość do człowieka
    Nie jest jednak tak, że śmierć Jezusa była tylko jedną z wielu niesprawiedliwości popełnionych w majestacie prawa. Piłat i inni, zabijając Jezusa, sądzili, że pozbywają się jeszcze jednego niewygodnego buntownika, a w rzeczywistości zabili kogoś więcej. Jezus został osądzony i umierał na krzyżu jako Syn Ojca, jako prawdziwy Bóg. Dochodzimy tutaj do progu tajemnicy, której każde wyjaśnienia brzmią nieporadnie. Krzyż uczy, że każdy, kto krzywdzi niewinnego, zamierza się na samego Boga. Każde zło, które spada na człowieka, spada także na Boga.

    Wciąż jednak nurtuje pytanie, dlaczego Bóg na to pozwolił? Czy mamy wyobrażać sobie Boga jako kogoś, kto żąda zamordowania swego Syna, aby ułagodzić swój gniew lub uczynić zadość sprawiedliwości? Taki obraz wyłania się z wielu pobożnych rozważań. Jest on jednak zupełnie fałszywy. Powtórzmy: Bóg niczego nie musi. On nas kocha, bo chce kochać. Dobrowolnie stał się człowiekiem. Wcielił się, wszedł w ludzki los, aby ratować człowieka, każdego bez wyjątku. Wobec zła obecnego w świecie, Bóg staje po stronie tych, którzy doświadczają krzywdy, niesprawiedliwości, bólu. Jest z wszystkimi, którzy zostają niewinnie osądzeni, odrzuceni, poniżeni, ukrzyżowani.

    Dlaczego Jezus nie zszedł z krzyża i w ten sposób nie rozprawił się ze złem? Dostojewski tłumaczy tak: „Nie zszedłeś z krzyża, ponieważ nie chciałeś zniewolić człowieka cudem i pragnąłeś wiary wolnej, a nie wiary przez cud. Pragnąłeś wiary wolnej, a nie pokornego zachwytu niewolnika wobec potęgi, która go raz na zawsze przejęła grozą” („Bracia Karamazow”). To bardzo ciekawa intuicja. W propozycji zejścia z krzyża słychać echo kuszenia na pustyni, gdzie szatan sugerował Jezusowi dokonanie spektakularnego cudu, który objawi Bożą moc.

    Tym, co wyróżnia skazańca-Jezusa od wszystkich innych niesprawiedliwie skazanych, jest jego całkowita niewinność i pełna wolność. Jezus naprawdę nie musiał na to się godzić. On mógł w każdej chwili zejść z krzyża. Decyduje się oddać życie. Dlaczego? Bo kocha. Czyni to, co wynika z jego najgłębszej istoty. Daje siebie do końca, bo taka jest miłość. Nie ma granic, nigdy nie mówi: „to już za wiele”. Wszechmoc Boga objawia się pod pozorem Jego totalnej bezsilności. Krzyż odsłania najgłębsze oblicze Boga, którym jest tajemnicza „słabość”. Skąd ona się bierze? Ten, kto kocha, ten staje się podatny na cios. Kto kocha, ten ryzykuje, że zostaje zraniony, odrzucony. Kiedy kogoś kochamy, mówimy: „mam do ciebie słabość”. Bóg ma słabość do człowieka. Dokładnie o tym mówi krzyż Chrystusa.

    Jest wyjście
    Całe życie Jezusa było drogą do krzyża. Ewangelie ukazują Jezusa jako wędrowca do Jerozolimy, świętego miasta, które zabija proroków. Wspominają, że trzykrotnie sam zapowiada najbliższym swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. Jezus liczy się z tym, że zostanie odrzucony, a jednocześnie ufa bezgranicznie Ojcu. Droga na Golgotę jest ostatnim etapem tej samej wędrówki. W stronę całkowitego wydania siebie. Autor Listu do Hebrajczyków opisuje ten podstawowy azymut Jezusowej drogi słowami: „Oto idę, abym spełniał wolę Twoją” (Hbr 10,9). Syn wypełnia posłannictwo, które zlecił mu Ojciec, aż po ostatnie „wykonało się”. Przy czym polecenie Ojca nie brzmiało „daj się zabić, potrzebuję Twojej krwi”, ale „ukochaj mój lud, pokaż im, jak bardzo ich kocham, daj się im cały, zbaw ich, ocal. Za każdą cenę, byleby tylko zostali ocaleni”.

    Jezus jako człowiek poczuł lęk, gdy zobaczył, że cena, którą musi zapłacić za swoją wierność, będzie najwyższa. Modli się do Ojca „oddal ode mnie ten kielich”, ale powtarza „nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie”. Dotykamy tu czegoś, co dzieje się we wnętrzu samego Boga: miłości Ojca i Syna. Do końca nigdy tego nie zrozumiemy. Krzyż uczy, że wierność kosztuje, że kochać to oddać życie za tych, których kochamy. Kto kocha, ten pojmuje to bez wielkich słów.

    Nie uciekniemy od swojego krzyża. Przychodzimy na świat z jego zalążkiem ukrytym w naszej śmiertelnej kruchości. W każde ludzkie powołanie wpisany jest krzyż. Każde powołanie ma swój ciężar, który trzeba udźwignąć i donieść do końca. Każde dobro napotyka opór. Ziarno musi obumrzeć, aby był owoc. Nieraz to umieranie jest rozłożone na raty: nieprzespane noce, niespokojne bicie serca, łzy, bezsilne czekanie, zmienianie bandaży lub pampersów, modlitwa przy łóżku konającego.

    Nasz wybór przedstawia się ostatecznie tak: albo dźwigamy swój krzyż razem z Ukrzyżowanym, albo mój krzyż pozostanie tylko narzędziem tortury, źródłem rozpaczy. Ukrzyżowany mówi nam: „Przeszedłem tę drogę przed Wami. Nie dajcie się zwieść beznadziejnym ciemnościom. Jest wyjście. Pójdźcie za mną. Ja was przeprowadzę”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Josemaria Escriva: Jaki jest cel Kościoła?

    Św. Josemaria Escriva: Jaki jest cel Kościoła?
    fot. Pablovarela via Wikipedia, CC BY-SA 4.0

    ***

    – Tak, jak w Chrystusie są dwie natury – ludzka i boska, tak i w Kościele, analogicznie, istnieje pierwiastek ludzki i boski. Element ludzki nie umyka niczyjej uwadze – dla każdego jest oczywisty. Kościół na tym świecie jest złożony z ludzi i dla ludzi. Gdy mówimy o ludziach, to mówimy o wolności, o możliwościach wielkości i małostkowości, bohaterstwa i upadków, jakie niesie ona ze sobą. Gdybyśmy przyjęli tylko tę ludzką cząstkę Kościoła, nie zrozumielibyśmy go nigdy, ponieważ nie doszlibyśmy do bram tajemnicy. Pismo Święte używa wielu terminów wziętych z ziemskiego doświadczenia, aby nazwać Królestwo Boże i jego obecność wśród nas, w Kościele. Porównuje je do zagrody, do owczarni, do domu, do nasienia, do winnicy, do pola, na którym Bóg sadzi lub buduje. Ale wyróżnia się jedno określenie, które streszcza wszystko: Kościół jest Ciałem Chrystusa – pisze św. Josemaria Escriva de Balaguer.

    Nadprzyrodzony cel Kościoła

    1.
    Na początek przypomnijmy słowa, św Cypriana. “Kościół uniwersalny przedstawia się nam jako lud, który czerpie swoją jedność z jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego” (1). Niech was nie dziwi przeto, ze w święto Trójcy Przenajświętszej kazanie dotyczy Kościoła, a to dlatego, ze Kościół tkwi korzeniami w fundamentalnej tajemnicy naszej wiary katolickiej Boga jedynego w swej istocie istniejącego w trzech osobach
    Kościół ześrodkowany w Trójcy – tak go zawsze widzieli Ojcowie Jakże jednoznaczne są słowa św. Augustyna “Bóg więc zamieszkuje w swojej świątyni; nie tylko Duch Święty, ale także Ojciec i Syn… Dlatego Kościół święty jest świątynią Boga, świątynią całej Trójcy Świętej” (2)

    Kiedy w najbliższą niedzielę znowu się zbierzemy, rozważać będziemy inny wspaniały aspekt Kościoła Świętego Wkrótce wygłosimy go w Credo Po wyśpiewaniu naszej wiary w Ojca, w Syna i w Ducha Świętego mówimy et unam, sanctam, catolicam et apostolicam Ecclesiam (3), wyznajemy ze jest Jeden tylko Kościół, Święty, Katolicki i Apostolski.
    Wszyscy, którzy naprawdę kochali Kościół, potrafili związać te cztery cechy z niezbadaną tajemnicą naszej świętej religii, tajemnicą Trójcy Przenajświętszej. “My wierzymy w Kościół Boży, Jeden, Święty, Katolicki i Apostolski, w którym otrzymujemy doktrynę, poznajemy Ojca i Syna i Ducha Świętego i jesteśmy chrzczeni w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (4).

    Trudne chwile

    2.
    Trzeba, abyśmy często rozważali, po to, by tego nie zapomieć, że Kościół jest głęboką tajemnicą, która nie może być nigdy ogarnięta na tej ziemi. Jeżeliby rozum zamierzał wytłumaczyć ją sam z siebie, widziałby jedynie zgromadzenie ludzi, którzy przestrzegają pewnych przepisów, którzy myślą w podobny sposób. Ale to nie byłby Kościół Święty.
    W Kościele Świętym my, katolicy odnajdujemy naszą wiarę, normy naszego postępowania, naszą modlitwę, znaczenie braterstwa, łączność ze wszystkimi braćmi, którzy zmarli i którzy przebywają w Czyśćcu – z Kościołem cierpiącym, i Kościołem triumfującym – tymi, co radują się już błogosławionym widzeniem – na wieki wieków miłującym Boga trzy razy Świętego Jest to Kościół, który trwa tu, a zarazem wykracza poza historię Kościół, który zrodził się pod płaszczem Najświętszej Marii Panny i nie zaprzestaje – na ziemi i w niebie – wychwalać Jej jako Matki.

    Utwierdźmy się w wierze w nadprzyrodzony charakter Kościoła, wyznajmy to – jeżeli trzeba – wielkim głosem, ponieważ dzisiaj wielu jest takich, którzy -choć fizycznie są wewnątrz Kościoła, a często nawet na górze – zapomnieli o tych podstawowych prawdach i usiłują kreować wizję Kościoła, który nie jest Święty, który nie jest Jeden, który nie może być Apostolski, ponieważ nie opiera się na skale Piotrowej, który nie jest Katolicki, ponieważ jest popękany w wyniku różnych nieprawidłowości będących często wymysłem zachcianek ludzkich.
    Nie jest to nic nowego. Odkąd Jezus Chrystus Nasz Pan założył Kościół Święty, ta Matka nasza stale cierpiała prześladowania. Być może w innych epokach napaści bywały organizowane bardziej otwarcie, jawnie, teraz w wielu wypadkach chodzi o prześladowanie ukryte. Jak wczoraj, tak dzisiaj prześladowanie Kościoła trwa.

    Powiem wam to jeszcze raz: ani z temperamentu, ani z przekonania nie jestem pesymistą. Jak można być pesymistą, jeżeli Pan Nasz przyrzekł, że będzie z nami aż do skończenia świata? (5)
    Zesłanie Ducha Świętego uczyniło ze zgromadzenia uczniów w Wieczerniku pierwszą publiczną manifestację Kościoła (6).
    Nasz Bóg Ojciec – ten Ojciec kochający, który troszczy się o nas jak “o źrenicę swego oka” (7) – jak to obrazowo podaje Pismo, byśmy lepiej pojęli – nie przestaje uświęcać, przez Ducha Świętego, Kościoła założonego przez Swego najukochańszego Syna. Ale Kościół przezywa obecnie trudne dni: są to lata wielkiego zamętu dusz. Wśród hałasu i wrzawy ze wszystkich stron, odradzają się wszelkie błędy, które zdarzały się juz na przestrzeni wieków.

    3.
    Wiara. Potrzebujemy wiary. Jeśli patrzy się oczyma wiary, odkrywa się, że “Kościół niesie w sobie samym i głosi wokół siebie swą własną apologię. Kto go rozważa, kto studiuje oczyma miłującymi prawdę, powinien przyznać, że on – niezależnie od ludzi, którzy się nań składają, i praktycznych form działania, w których się przejawia – niesie w sobie orędzie światła uniwersalnego i jedynego, uwalniającego i potrzebnego, boskiego” (8).

    Kiedy słyszymy głosy herezji – tak właśnie trzeba to nazwać, nigdy nie lubiłem eufemizmów – kiedy obserwujemy, że atakuje się bezkarnie świętość małżeństwa i świętość kapłaństwa, niepokalane poczęcie Najświętszej Marii Panny Naszej Matki i jej dziewiczość wiecznąze wszystkimi przywilejami i darami, którymi Bóg ją ozdobił; że atakuje się cud nieustannej obecności Jezusa Chrystusa w Przenajświętszej Eucharystii, prymat Piotra, samo Zmartwychwstanie Naszego Pana -jak można nie czuć smutku duszy? Ale bądźmy ufni – Kościół Święty nie może ulec zepsuciu. “Kościół zachwiałby się, gdyby jego fundament się zachwiał, ale czy Chrystus może się zachwiać? Dopóki Chrystus się nie zachwieje, dopóty Kościół nie osłabnie – nigdy aż do skończenia czasów” (9).

    To, co ludzkie i to, co boskie w Kościele

    4.
    Tak, jak w Chrystusie są dwie natury – ludzka i boska, tak i w Kościele, analogicznie, istnieje pierwiastek ludzki i boski. Element ludzki nie umyka niczyjej uwadze – dla każdego jest oczywisty. Kościół na tym świecie jest złożony z ludzi i dla ludzi. Gdy mówimy o ludziach, to mówimy o wolności, o możliwościach wielkości i małostkowości, bohaterstwa i upadków, jakie niesie ona ze sobą. Gdybyśmy przyjęli tylko tę ludzką cząstkę Kościoła, nie zrozumielibyśmy go nigdy, ponieważ nie doszlibyśmy do bram tajemnicy. Pismo Święte używa wielu terminów wziętych z ziemskiego doświadczenia, aby nazwać Królestwo Boże i jego obecność wśród nas, w Kościele. Porównuje je do zagrody, do owczarni, do domu, do nasienia, do winnicy, do pola, na którym Bóg sadzi lub buduje. Ale wyróżnia się jedno określenie, które streszcza wszystko: Kościół jest Ciałem Chrystusa.

    I On ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami dla przysposobienia świętych do wykonywania posługi celem budowania Ciała Chrystusowego” (10). Św. Paweł pisze także, że “wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami” (11). Jak świetlana jest nasza wiara! Wszyscy jesteśmy w Chrystusie, ponieważ “On jest Głową Ciała-Kościoła” (12).

    5.
    To jest wiara, którą chrześcijanie zawsze wyznawali. Posłuchajmy słów św. Augustyna: “i od tej pory cały Chrystus jest ukształtowany z głowy i ciała; oto prawda, którą, nie wątpię, znacie dobrze. Głową jest sam nasz Zbawca, który cierpiał pod Ponckim Piłatem i teraz, po tym jak zmartwychwstał spośród umarłych, siedzi po prawicy Ojca. Jego zaś Ciałem jest Kościół. Nie ten, czy tamten kościół, lecz Kościół, który rozprzestrzenił się na cały świat. I nie tylko ten, który istnieje tu i teraz, wśród żyjących, ponieważ należą do niego również ci, którzy żyli przed nami i ci, którzy będą istnieć w przyszłości aż do skończenia świata. Zatem cały Kościół, będący zgromadzeniem wiernych – ponieważ wszyscy wierni są członkami Chrystusa – za Głowę ma Chrystusa, który rządzi swoim ciałem z Nieba. I, chociaż ta Głowa znajduje się poza zasięgiem widzenia ciała, to jednak jest z Nim zjednoczona przez miłość” (13).

    6.
    Rozumiecie teraz, dlaczego nie można rozłączyć Kościoła widzialnego od Kościoła niewidzialnego. Kościół jest jednocześnie ciałem mistycznym i ciałem prawnym. Przez “sam fakt, że jest ciałem, poznaje się Kościół oczyma” (14), nauczał Leon XIII. W ciele widzialnym Kościoła – w zachowaniu się ludzi, którzy się na niego składają tu na ziemi – zauważamy wiele nędzy, chwiejności, zdrady. Ale na tym Kościół ani się nie kończy, ani też tym bardziej z tak błędnym zachowaniem się nie utożsamia. Z drugiej strony nie brakuje tu i teraz przykładów wielkoduszności, heroicznych zachowań, świętego życia, które bez rozgłosu spala się z radością w służbie braciom w wierze i wszystkim duszom.

    Zważcie nadto, że gdyby nawet upadki liczebnie przewyższały męstwo, pozostawałaby jeszcze owa rzeczywistość mistyczna – jasna, niezaprzeczalna, chociaż nie dostrzegamy jej zmysłami – to jest Ciało Chrystusa, sam Nasz Pan, działanie Ducha Świętego, pełną miłości obecność Ojca.
    Kościół jest zatem jednocześnie ludzki i boski. “Jest społecznością boską a przez swe pochodzenie nadprzyrodzoną ze względu na cel i środki, które bezpośrednio do tego celu wiodaj ale o tyle, o ile złożony jest z ludzi, jest wspólnotą ludzką” (15). Żyje i działa w świecie, ale jego cel i moc nie są na ziemi, lecz w Niebie.

    Popełniają straszliwy błąd ci, którzy zmierzają do wydzielenia Kościoła charyzmatycznego, który był tym naprawdę założonym przez Chrystusa, od innego, prawnego czy instytucjonalnego, który byłby dziełem ludzi i zwykłym wynikiem wypadków historycznych Jest tylko jeden Kościół. Chrystus założył jeden jedyny Kościół: widzialny i niewidzialny, którego ciało jest hierarchiczne i zorganizowane, osadzony w prawie bożym z własnym życiem nadprzyrodzonym, które go porusza, podtrzymuje i ożywia.
    Trzeba więc pamiętać, ze kiedy Pan ustanowił swój Kościół, “nie pojmował go, ani nie uformował w taki sposób, aby mieścił w sobie mnogość wspólnot podobnych w swoim rodzaju, ale różnych i nie złączonych owymi więzami, które czynią Kościół niepodzielnym i jednym… I tak, kiedy Jezus Chrystus mówiło tym mistycznym gmachu, wspominał tylko o jednym Kościele, który nazywał swoim: zbuduję Kościół mój (Mt 16,18). Jakikolwiek inny Kościół, nie będąc założonym przez Niego, nie może być Jego prawdziwym Kościołem” (16).
    Jeszcze raz powtarzam: wiara Pomnóżmy naszą wiarę prosząc o nią Trójcę Przenajświętszą, której uroczystość dziś obchodzimy. Może zdarzyć się wszystko, ale nie zdarzy się, ze Bóg trzy razy Święty opuści swą Oblubienicę.

    Cel Kościoła

    7.
    Św Paweł, w pierwszym rozdziale listu do Efezjan, stwierdza że tajemnica Boga ogłoszona przez Chrystusa realizuje się w Kościele. Bóg Ojciec “wszystko poddał pod Jego stopy, a Jego samego ustanowił nade wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami” (17). “Tajemnica Boża jest dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (18).
    Jest to tajemnica niepojęta wypływająca z najczystszej niezgłębionej miłości: “wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem” (19) z miłości. Miłość Boża nie ma granic – św. Paweł głosi również, ze Zbawiciel nasz “pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (20).

    Taki, a nie inny jest cel Kościoła: zbawienie dusz – co do jednej. Na to Ojciec posłał Syna: “Jak Ojciec Mnie posłał tak i Ja was posyłam” (21). Stąd nakaz nauczania prawd wiary i udzielania chrztu, aby w duszy zamieszkała przez łaskę Trójca Przenajświętsza: “Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (22).
    Są to proste i wzniosłe słowa epilogu Ewangelii św. Mateusza. Tu podkreślany jest obowiązek głoszenia prawd wiary, nagląca potrzeba życia sakramentalnego, Chrystusowa obietnica stałej opieki nad swym Kościołem. Nie jest się wiernym Chrystusowi jeśli zaniedbuje się tę rzeczywistość nadprzyrodzoną: nauczanie prawd i moralności chrześcijańskiej, przystępowanie do Sakramentów. Na tym nakazie Chrystus buduje swój Kościół. Wszystko inne jest drugorzędne.

    W Kościele jest nasze zbawienie

    8.
    Nie możemy zapominać, że Kościół jest czymś więcej niż drogą do zbawienia: jest jedyną drogą. I nie jest to wymysłem ludzi, lecz wyrazem woli Chrystusa: “Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (23). Dlatego właśnie twierdzi się, że Kościół jest środkiem koniecznym do zbawienia. Już w II wieku pisał Orygenes: “jeżeli ktoś chce się zbawić, niech przyjdzie do tego domu, ażeby mógł to osiągnąć… Niech nikt nie oszukuje samego siebie: z dala od tego domu, to jest z dala od Kościoła, nikt się nie zbawi” (24) A Św. Cyprian mówił: “Jeśli ktoś ocalał z potopu uciekłszy z Arki Noego, wówczas moglibyśmy przyjąć ze ktoś, kto porzuca Kościół może uniknąć potępienia” (25).
    Extra Ecclesiam, nulla salus. Jest to ustawiczne ostrzeżenie Ojców Kościoła: “poza Kościołem katolickim można znaleźć wszystko – przyznaje św. Augustyn – oprócz zbawienia. Można mieć godność, można mieć sakramenty, można śpiewać alleluja, można odpowiadać amen, można podtrzymywać Ewangelię, można mieć wiarę w Ojca, w Syna i w Ducha Świętego, i głosić ją; ale nigdzie poza Kościołem katolickim nie można znaleźć zbawienia” (26).

    Mimo to, jak ponad dwadzieścia lat temu ubolewał Pius XII, “niektórzy sprowadzają do pustej formułki konieczność należenia do prawdziwego Kościoła dla osiągnięcia wiecznego zbawienia” (27). Ten dogmat wiary stanowi bazę zbawczej misji Kościoła, on akcentuje odpowiedzialność apostolską chrześcijan. Chrystus kategorycznie podkreśla – pośród innych poleceń – konieczność włączenia się do Jego Ciała Mistycznego przez chrzest. “I nasz Zbawiciel nie tylko dał przykazanie, aby wszyscy wchodzili do Kościoła, ale także postanowił, żeby Kościół był pośrednikiem zbawienia, bez którego nikt nie może dojść do królestwa chwały niebieskiej” (28).
    Jest obowiązkiem wierzyć, że nikt, kto nie należy do Kościoła nie będzie zbawiony, i że nikt, kto się nie ochrzci, nie wchodzi do Kościoła. Usprawiedliwienie “po ogłoszeniu Ewangelii, nie może mieć miejsca bez odradzającego obmycia, lub pragnienia tego“, postanowił Sobór w Trydencie (29).

    9.
    Jest to stałe wymaganie Kościoła, które, z jednej strony, stanowi dla naszej duszy zarzewie żarliwości apostolskiej, z drugiej, okazuje także jasno nieskończone miłosierdzie Boże dla stworzeń.
    Św. Tomasz tłumaczy to w sposób następujący: “w dwojaki sposób rozumieć można brak sakramentu chrztu. Po pierwsze, kiedy nie otrzymało się go ani faktycznie, ani pragnieniem; jest to przypadek tego, kto ani się nie ochrzcił, ani nie chce się ochrzcić. Taka postawa u osób, które osiągnęły wiek dojrzałości oznacza lekceważenie sakramentu. I w konsekwencji, ci którzy z tej racji nie są ochrzczeni nie mogą wejść do królestwa niebieskiego, ponieważ ani sakramentalnie, ani duchowo nie wcielają się w Chrystusa; a jedynie od Niego pochodzi Zbawienie. Po drugie, może brakować pewnej osobie sakramentu chrztu, ale nie pragnienia go, jak jest w wypadku pragnącego ochrzcić się, którego zaskakuje śmierć przed otrzymaniem sakramentu. Człowiek ten może się zbawić nawet bez chrztu rzeczywistego, przez samo pragnienie sakramentu, pragnienie, które pochodzi z wiary działającej przez miłość, przez którą Bóg, który nie związał swojej władzy z sakramentami widzialnymi, uświęca wewnętrznie tego człowieka” (30).

    Bóg nasz Pan, nie odmawia nikomu szczęścia wiecznego i naprzyrodzonego -jest to całkowicie darowane, to nam z żadnego tytułu nie przysługiwało, zwłaszcza po grzechu: Jego wspaniałomyślność jest nieskończona. “Jest rzeczą wiadomą, że ci, co cierpią na nieprzezwyciężoną nieznajomość naszej przenajświętszej religii, a starannie przestrzegają prawa naturalnego i jego przepisów, wykutych przez Boga w sercach wszystkich, i są gotowi być posłusznymi Bogu i prowadzą życie uczciwe i prostolinijne, mogą osiągnąć życie wieczne przez skuteczne działanie światła bożego i łaskę” (31).
    Tylko Bóg wie, co się dzieje w sercu każdego człowieka i On nie traktuje dusz jako masy, tylko każdą indywidualnie. Nikomu na tej ziemi nie przysługuje prawo sądzenia o zbawieniu czy potępieniu wiecznym w jakimś konkretnym przypadku.

    10.
    Ale nie zapominajmy, że sumienie może z własnej winy ulec spaczeniu, stwardnieć w grzechu i opierać się zbawczemu działaniu Boga. Stąd potrzeba głoszenia nauki Chrystusowej, prawd wiary i norm moralnych; i stąd także potrzeba Sakramentów, ustanowionych przez Jezusa Chrystusa jako narzędzie przyczynowe Jego łaski (32) i środek na nędzę spowodowaną stanem naszej upadłej natury (33). Wynika z tego, że korzystne jest częste przystępowanie do spowiedzi i Komunii Eucharystycznej.
    Stąd też, jasno skonkretyzowana przez rady Św. Pawła, ogromna odpowiedzialność wszystkich w Kościele, a szczególnie pasterzy: “Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, w porę wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią- będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom” (34).

    Czas próby

    11.
    Nie potrafię powiedzieć, ile razy spełniły się te prorocze słowa Apostoła. Ale tylko ślepy nie zauważyłby, że obecnie sprawdzają się prawie co do joty. Odrzuca się wymogi przykazań Prawa Bożego i Kościelnego, wypacza się sens błogosławieństw, napełniając je treścią polityczno-społeczną. I ten, kto stara się być pokornym, łagodnym, czystego serca, jest traktowany jako ignorant albo zacofany prymitywny obserwant. Nie wytrzymuje się jarzma czystości i wymyśla się tysiąc sposobów, aby ominąć boskie przepisy Chrystusa.

    Jest pewien symptom, który zawiera w sobie wszystkie pozostałe: zamysł zmiany nadprzyrodzonych celów Kościoła. Przez sprawiedliwość niektórzy nie rozumieją już życia w świętości, tylko określoną walkę polityczną, mniej lub więcej pokrewną marksizmowi, co nie jest do pogodzenia z wiarą chrześcijańską. Wyzwolenie nie oznacza dla nich podjęcia osobistych zmagań w ucieczce od grzechu, tylko zadanie ludzkie, które może być szlachetne i słuszne samo w sobie, ale dla chrześcijanina pozbawione jest sensu, jeżeli oznacza zniszczenie tego, co jedynie jest potrzebne (35) – zbawienia wiecznego dusz, każdej pojedynczo.

    12.
    Z powodu ślepoty spowodowanej odejściem od Boga: “ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie” (36), tworzy się obraz Kościoła, który nie ma żadnego związku z tym, który założył Chrystus. Nawet Święty Sakrament Ołtarza – odnowa Ofiary dokonanej na Kalwarii – jest profanowany, albo redukowany do zwykłego symbolu, który zwą komunią ludzi między sobą. Co stałoby się z duszami, gdyby Nasz Pan nie był oddał się za nas aż do ostatniej kropli Swojej drogocennej Krwi! Jak to jest możliwe, że się wzgardzą tym nieustannym cudem realnej obecności Chrystusa w Tabernakulum? Pozostał, abyśmy z Nim obcowali, abyśmy Go uwielbiali, abyśmy poznawszy przedsmak przyszłej chwały raz i na zawsze zdecydowali się iść Jego śladami.

    Czasy te są czasami próby i winniśmy błagać Pana, wołaniem nieustannym (37), aby je skrócił, aby spojrzał miłosiernie na swój Kościół i udzielił na nowo nadprzyrodzonego światła duszom pasterzy i duszom wszystkich wiernych. Nie ma powodu, aby Kościół starał się schlebiać ludziom, ponieważ ludzie – ani pojedynczo, ani zbiorowo – nigdy nie dadzą zbawienia wiecznego. Jedynym, który zbawia jest Bóg.

    Synowska miłość Kościoła

    13.
    Trzeba dzisiaj głośno powtórzyć słowa św. Piotra do dostojników w Jerozolimie: “On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I niema w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (38).
    Tak mówił pierwszy Papież – opoka, na której Chrystus zbudował swój Kościół – powodowany swoim synowskim nabożeństwem do Pana i swoją troską o całą trzódkę, która została mu powierzona. Od niego i od reszty Apostołów nauczyli się pierwsi chrześcijanie kochać z całego serca Kościół.

    A widzieliście z jakim brakiem miłosierdzia mówi się codziennie o naszej Świętej Matce-Kościele? Jakąż ulgę i radość przynosi czytanie żarliwych wyznań gorącej miłości do Kościoła Chrystusowego Ojców Kościoła! “Kochajmy Pana, Boga Naszego; kochajmy Jego Kościół – pisze św. Augustyn. Jego jako Ojca, jego Kościół jako Matkę. Niech nikt nie mówi: tak, chodzę jeszcze do bożków, radzę się opętanych i czarnoksiężników, ale nie opuszczam Kościoła Bożego, jestem katolikiem. Możecie być jeszcze zjednoczeni z Matką, ale obrażacie Ojca. Ktoś inny mógby powiedzieć: Broń Boże; nie radzę się czarowników, nie wypytuję opętanych, nie słucham przepowiedni świętokradzkich, nie chodzę adorować demonów, nie służę bogom z kamienia, ale jestem z partii Donata. Na co przyda się nie obrażać Ojca, jeżeli On pomści Matkę, którą obrażacie?” (39) Św. Cyprian zadeklarował krótko: “nie może mieć Boga za Ojca, kto nie ma Kościoła za Matkę” (40).

    Dzisiaj wielu nie chce słuchać prawdziwej nauki o Świętej Matce, Kościele. Niektórzy pragną przekształcić instytucję, występują z szaleńczym pomysłem wprowadzenia do Mistycznego Ciała Chrystusa demokracji w stylu takim, jak się ją pojmuje w społeczności cywilnej albo, prawdę rzekłszy, w stylu, w którym zamierza się, aby była wprowadzona: wszyscy równi we wszystkim. I nie chcą zrozumieć, że z boskiego postanowienia, Kościół składa się z Papieża, biskupów, księży, diakonów i świeckich. Chrystus chciał, aby tak właśnie było.

    14.
    Kościół, z woli bożej, jest instytucją hierarchiczną. “Społecznością hierarchicznie zorganizowaną” – nazywa go Sobór Watykański II (41), gdzie “ministrowie mają władzę sakralną” (42). Hierarchia nie tylko jest w zgodzie z wolnością, ale pozostaje w służbie wolności dzieci Bożych (43).
    Pojęcie demokracji nie ma sensu w Kościele, który – powtarzam – jest hierarchiczny z bożej woli. Ale hierarchia oznacza władanie święte i ład sakralny, w żadnym wypadku samowładztwo ludzkie, czy nieludzki despotyzm. W Kościele Pan zarządził ład hierarchiczny, który nie przerodzi się w tyranię, ponieważ sama władza jest służbą, tak, jak jest nią posłuszeństwo.

    W Kościele jest równość: raz ochrzczeni wszyscy jesteśmy równi, ponieważ jesteśmy dziećmi tego samego Boga, naszego Ojca. Na skutek chrztu nie ma jakiejkolwiek różnicy między Papieżem i najmniejszym, który się wciela do Kościoła. Ale ta powszechna równość nie zawiera możliwości zmiany istoty Kościoła w tym, co zostało postanowione przez Chrystusa. Z oczywistej woli bożej mamy różnorodność funkcji, stosownych do otrzymanych zdolności, niezatarty charakter święceń udzielanych księżom w Sakramencie Kapłaństwa. Na szczycie tego porządku jest następca Piotra i z nim, i pod nim, wszyscy biskupi: ze swoją potrójną misją uświęcania, rządzenia i nauczania.

    15.
    Darujcie mi uporczywe naleganie, prawd wiary i moralności nie ustala się większością głosów: stanowią depozyt wiary – depositum fidei – oddany przez Chrystusa wszystkim wiernym i powierzony w swoim wykładzie i miarodajnej nauce, Nauczycielskiej Władzy Kościoła.
    Byłoby błędem myśleć że, skoro ludzie nabyli być może większą świadomość więzów solidarności, które ich łączą wzajemnie, powinno się zmodyfikować tożsamość Kościoła, aby go zaktualizować. Czasy nie należą do ludzi, niezależnie czy sąoni w Kościele, czy też poza nim; czasy należądo Boga, który jest Panem historii. I Kościół może dać zbawienie duszom tylko wtedy, jeśli pozostaje wiernym Chrystusowi w swoim założeniu, w swoich dogmatach, w swojej moralności.

    Odrzućmy więc myśl, że Kościół – zapominając o kazaniu na górze – szuka szczęścia ludzi na ziemi, ponieważ wiemy, że jego jedynym zadaniem jest prowadzenie dusz do chwały wiecznej w raju; odrzućmy wszelkie rozwiązania naturalistyczne, które nie doceniają pierwszorzędnej roli łaski bożej; odrzućmy opinie materialistyczne, które usiłują zatrzeć znaczenie duchowych wartości w życiu człowieka; odrzućmy na równi teorie sekularyzujące, które starają się identyfikować cele Kościoła Bożego z celami ziemskich państw, mieszając istotę, instytucje i działania o cechach przypominających w jakiś sposób te, które obserwujemy w społeczeństwie ziemskim.

    Przepaść mądrości Bożej

    16.
    Przypomnijcie sobie rozważania św. Pawła, które czytaliśmy w liście: “O, głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą? Lub kto Go pierwszy obdarował, aby nawzajem otrzymać odpłatę? Albowiem z Niego, i przez Niego, i dla Niego wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen” (44). Jakże nędzne są w świetle słów Bożych ludzkie próby zmieniania tego, co Bóg postanowił!
    Nie taję, że pewna niezwykła właściwość człowieka rozlewa się dziś na wszystkie strony: nie osiągnąwszy nic przeciw Bogu, wyładowuje się na drugim człowieku, jest strasznym instrumentem zła, okazją i bodźcem popychającym do grzechu, siewcą tego zamieszania, które prowadzi do tego, że popełnia się czyny same w sobie złe, przedstawiając je jako dobre.

    Zawsze istniała ignorancja, ale teraz ignorancja najbardziej brutalna w rzeczach wiary i moralności stroi się nieraz w głośne imiona rzekomo teologiczne. Dlatego zadanie dane przez Chrystusa jego Apostołom – dopiero co słyszeliśmy je w Ewangelii – nabiera, jeśli można tak powiedzieć, przynaglającej aktualności: “idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (45). Nie możemy być głusi, nie wolno nam siedzieć z założonymi rękami, zamykać się w sobie. Stańmy, na Boga, do walki, do wielkiej rozprawy o pokój, równowagę ducha, doktrynę!

    17.
    Mamy być wyrozumiali, okrywać wszystko serdecznym płaszczem dobroci. Dobroci, która utwierdzi nas w wierze, pomnoży naszą nadzieję i uczyni nas mocnymi, zdolnymi powiedzieć głośno, że Kościół nie jest tym obrazem, który proponują niektórzy. Kościół jest z Boga i zmierza do jednego celu: zbawienia dusz. Zbliżmy się do Pana, rozmawiajmy z Nim twarzą w twarz w modlitwie, prośmy Go o przebaczenie naszych nędz osobistych i uczyńmy zadośćuczynienie za nasze grzechy i grzechy innych ludzi, którzy być może – w tej atmosferze zamieszania – nie zdają sobie sprawy, jak ciężko obrażają Boga. W dzisiejszej Mszy św., w bezkrwawym odnowieniu krwawej ofiary Kalwarii, Jezus – Kapłan i Ofiara – oddaje się za grzechy ludzi. Obyśmy nie zostawili Go w osamotnieniu, niech wznieci się w piersi naszej gorące pragnienie bycia z Nim u stóp Krzyża; niech wzmaga się nasze wołanie do Ojca, Boga miłosiernego, by przywrócił pokój światu, pokój Kościołowi, pokój sumieniom.

    Gdy tak uczynimy, spotkamy – pod Krzyżem – Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Boga i Matkę naszą. Prowadzeni Jej błogosławioną ręką dojdziemy do Jezusa, a przez Niego do Ojca i Ducha Świętego.

    bł. Josemarla Escriva de Balaguer

    Pismo Poświęcone Fronda nr 7 (1996)

    * Kazanie wygłoszone 28 V 1972 r. na uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Niniejszy tekst jest fragmentem książki: bł. Josemaria Escriva de Balaguer “Kochać Kościół”, Wydawnictwo Św. Jacka, Katowice
    Przypisy:
    1.  ŚW. CYPRIAN, De oratione dominica, 23 (PL 4, 553).
    2.  ŚW. AUGUSTYN, Enchiridion, 56,15 (PL 40, 259).
    3. Credo Mszy św.
    4.  ŚW. JAN DAMASCEŃSKI, Adversum Icon., 12 (PG 96, 1358 D).
    5. Por. Mt28, 20.
    6.  Ecclesia, quae iam concepta, ex latere ipso secundi Adami velut in cruce dormientis orta erat, sese in lucern hominum insigni modo primitus dedit die celeberrima Pentecostes. Ipsaąue die beneficia sua Spiritus Sanctus in mystico Christi Corpore prodere coepit. LEON XIII, Enc. Divinum illud munus, AAS 29, s. 648.
    7.  Pwt32, 10.
    8.  PAWEŁ VI, Przemówienie, 23 VI 1966.
    9.  ŚW. AUGUSTYN, Enarrationes in Psalmos, 103,2,5 (PL 37,1353).
    10. Ef4, 11-12.
    11.  Rzl2, 5. 12 Koi 1, 18.
    13.  ŚW. AUGUSTYN, Enarrationes in Psalmos, 56, 1 (PL 36, 662).
    14. LEON XIII, Enc. Satis cognitum, AAS 28, s. 710.
    15 Tamże, s. 724.
    16 Tamże, s. 712-713.
    17. Ef 1,22-23.
    18. Ef 1, 10.
    19. Ef 1,4.
    20.  1 Tym 2, 4.
    21. J 20, 21.
    22. Mt28, 18-20.
    23. Mk 16, 16.
    24. ORYGENES, In Jesu nave hom„ 5, 3 (PG 12, 841).
    25.  ŚW. CYPRIAN, De catholicae Ecclesiae unitate, 6 (PL 4, 503).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ PRZYJMUJEMY Z NALEŻNYM USZANOWANIEM DO UST

    ALBO NA RĘKĘ – WTEDY CIAŁO PAŃSKIE SPOŻYWAMY W OBECNOŚCI KAŁANA.

    PRZYJMUJĄC KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – NA SŁOWA KAPŁANA: CIAŁO CHRYSTUSA – ODPOWIADAMY: AMEN.

    *************************************************************************************************

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “TEN, KTO MNIE SPOŻYWA, BĘDZIE ŻYŁ PRZEZE MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA

    NA MIESIĄC MARZEC 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się za tych, którzy cierpią z powodu zła wyrządzonego im przez członków wspólnoty kościelnej, aby właśnie w Kościele znaleźli konkretną odpowiedź na swój ból i swoje cierpienia.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Co zrobić, aby Wielkopostne wołanie do nawrócenia nie zniechęciło mnie? Przecież tyle razy słyszałem już ten Głos. Dlatego proszę Cię Panie, abyś dał mi odwagę otworzyć oczy i zobaczyć drogę, którą idę a która prowadzi z Jerozolimy do Emaus. W moim upadaniu nie mam wątpić, ale nieustannie powstawać. I to jest możliwe tylko dzięki Tobie, Panie, który jesteś nieustanną Obecnością a moje oczy tak często są jeszcze na “uwięzi”. Św. Jan Maria Vianney zwykł mawiać: „Gdybyś naprawdę prosił Pana o nawrócenie, byłoby ci to dane”. Więc proszę – szczerze i z całego serca

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    *****

    25 marca: w Uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny członkowie Żywego Różańca mogą uzyskać odpust zupełny .

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Tajemnice Różańcowe wraz intencjami zostały wysłane na maila we wtorek 28 lutego: e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś nie otrzymał, bardzo proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres: rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Na stronie Żywego Różańca: zr.kosciol.org – znajdują się intencje, Tajemnice Różańcowe, Patroni Róż oraz ogłoszenia.

    ___________________________________________________________________________________________

    Odpusty dla odmawiających różaniec

    „Wiedz, że jakiekolwiek są już liczne odpusty udzielone Mojemu Różańcowi, Ja ubogacę go jeszcze więcej na każdą pięćdziesiątkę „Zdrowaś Maryja” dla tych, którzy będą go odmawiali bez grzechu śmiertelnego i pobożnie na kolanach. Każdemu zaś, kto wytrwa w odmawianiu go rozmyślając jego piętnaście tajemnic, uproszę jako nagrodę za tak dobrą przysługę, aby w końcu życia zostały mu całkowicie odpuszczone winy i kara za wszystkie jego grzechy… Niech ci się to nie wydaje niemożliwe, ponieważ łatwo Mi jest to uczynić, gdyż jestem Matką Króla Niebios, tego, który nazywa Mnie Pełną łaski; jeżeli więc jestem nią wypełniona, to mogę ją rozdzielać i udzielę jej obficie Moim drogim synom”. (MB do bł. Alana de Rupe)

    Czym jest odpust?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych.
    (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.
    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej.
    „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    Kiedy uzyskujemy odpust różańcowy?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    Warunki, które należy wypełnić dla uzyskania odpustu zupełnego:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).

    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.

    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy*

    Pozostałe warunki dla uzyskania każdego odpustu zupełnego:
    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    za: http://parafia.prabuty.pl/


    *„Dla uzyskania odpustów za odmawianie Różańca świętego, kiedyś należało odmawiać przynajmniej jedną trzecią część w całości, bez przerywania. Tylko członkowie wpisani do bractwa mieli przywilej i to jedynie przy odmawianiu obowiązującego w ciągu tygodnia różańca, że mogli oddzielać jeden dziesiątek od drugiego, bez względu na czas między jednym dziesiątkiem a drugim. Jednak św. Pius X zezwolił na to wszystkim wiernym. Dzisiaj więc wszyscy mogą zyskiwać odpusty różańcowe, odmawiając nawet każdy dziesiątek oddzielnie... Dlatego nikt nie może twierdzić, że brak mu czasu na częste, a nawet codzienne odmówienie chociażby jednej cząstki Różańca”. (o. Ludwik Fanfani OP) – za: https://rozaniec.maryjni.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ja trzymam różaniec – Maryja mnie

    … zwrócenie się ku Matce Bożej, aby od Niej czerpać wzór i duchowe siły.

    … zastanówmy się nad sensem i znaczeniem Różańca.

    fot. Karol Porwich/TYgodnik Niedziela

    *****

    Pamiętasz swój pierwszy różaniec? Pewnie z utęsknieniem czekałeś na moment, gdy w czasie przygotowań do I Komunii św. otrzymasz go z książeczką i medalikiem. Być może twój dziecięcy wzrok nie potrafił jeszcze wtedy wznieść się ponad ziemskie piękno koralików i schludnego futerału. I może nawet do dziś po prostu „nie czujesz” Różańca. Nie martw się. Św. Tereskę nużył i nie od razu umiała odkryć jego piękno. Bo z Różańcem jest jak z drzewem. Nie zachwycasz się samym pniem. Mimo że jest najważniejszy, to sam w sobie jest nudny. W podziw wprawia nas dopiero widok owoców. Różaniec również zachwyci cię dopiero wtedy, gdy po czasie zobaczysz jego owoce.

    Precz z nudą!

    Czy powtarzanie tych samych formułek na okrągło, przez pół godziny, nie jest bezsensownym i nudnym klepaniem? Bezsensowne to nie jest na pewno. A nudę da się pokonać. Po pierwsze – warto się wyleczyć z tego specyficznego rodzaju „stresu”, w jaki sami siebie wpędzamy: „muszę kontrolować uciekające myśli”, „muszę się skupić tylko na wypowiadanych słowach”. Stop! A kto tak każe? Gdzie znalazłeś nakaz bezwzględnego koncentrowania całej uwagi wyłącznie na kolejnych słowach „zdrowaśki”? Nie wymagaj od siebie myślenia o każdym słowie wypowiadanych formuł. One mają ci pomóc wejść w prawdziwą modlitwę. Modlitwę sercem. Regularnie wypowiadane słowa mają je „ukołysać”, by zaczęło medytować! Tak! Bo Różaniec to modlitwa medytacyjna! Tutaj chodzi o rozważanie konkretnych tajemnic, jakby przy „melodii” powtarzanych słów. Mam się skupiać na kolejnych tajemnicach, a nie na kolejnych „paciorkach”. Sens i piękno Różańca nie polega na panicznym skupianiu uwagi na nim samym, ale na „dostrojeniu serca”. Dzięki niemu dusza staje się otwarta na rozważanie prawd z życia Jezusa i Maryi, a po czasie zaczyna z nich czerpać mądrość do własnego życia.

    Co to znaczy „rozważać”?

    Modlitwa „Zdrowaś Maryjo” jest jak sama Matka Boża: pokorna, a niesłychanie potężna. Ma niezwykłą właściwość: potrafi koić duszę, wyciszać serce i skupiać uwagę na rozważanych tajemnicach. Żeby głęboko je rozważać, warto sobie pomóc gotowymi tekstami. Czyta się je przed każdą „dziesiątką”. Gdzie je znaleźć? Najlepsza jest Biblia. Znajdziesz w Ewangelii fragmenty pasujące do każdej tajemnicy. Piękniejszych rozważań nie ma. Poza tym połączenie owej „modlitwy otwartego serca” ze Słowem Bożym jest dla duszy jak skondensowana dawka najbardziej wartościowego pokarmu. Rozważania są też w modlitewnikach albo po prostu w necie i często opierają się nie tylko na Biblii, ale także na tekstach świętych autorów. Po przeczytaniu rozważania zaczynasz daną dziesiątkę. Na ustach masz „Zdrowaś Maryjo”, a w sercu przedłuża się spotkanie z Jezusem, tyle że już bez kartki. Rozważanie ma dać ci impuls. Resztę zrobi twoje serce, kołysane rytmem powtarzanych słów.

    Nie dobranocka, lecz kołysanka

    Różaniec możesz mówić lub śpiewać. Samemu albo wspólnie. Głośno albo szeptem. Tradycyjnie bądź „z dopowiedzeniami”. Niezależnie od formy – na pewno podziała na osoby, które omadlasz, i na ciebie, który się modlisz. Zawsze, gdy trzymasz różaniec w ręku, wiedz, że ciebie za rękę trzyma Maryja. A tam, gdzie jest Ona, zawsze wylewa się łaska. I zawsze zstępuje Duch Święty, który jest Dawcą pokoju i mądrości. Nie bój się, gdy w czasie modlitwy nagle się „rozproszysz” i przed oczami staną ci aktualne problemy czy bliskie osoby. O to właśnie chodzi! Różaniec tak działa. Maryja celowo wydobywa z serca na wierzch to, co je obciąża. I zaczyna to sortować. Porządkuje myśli. Pomaga rozeznać sytuację i podjąć decyzję. Wielu ludzi zaraz po zakończeniu Różańca doświadcza „dziwnego” spokoju. Inni wstając od modlitwy, nagle wiedzą, co mają robić, mimo że nawet nie prosili o jasność w danej sprawie. Gdy więc spostrzeżesz, że na modlitwie atakują cię jakieś myśli o sprawach i ludziach – od razu zanurzaj je w tej modlitwie! Oddawaj Matce Bożej! Uczyń z rozproszeń intencję modlitewną. I pozwól, by ta modlitwa dalej kołysała twoją duszę. To jest właśnie medytacja. Pokój wlewa się do serca. Wnętrze się kołysze, ale ty wcale nie usypiasz.

    I promise!

    Nie sposób wymienić wszystkich obietnic, jakie do Różańca przywiązuje Maryja. W objawieniach wskazuje na niego jako skuteczne narzędzie nawrócenia człowieka i jego bliskich. Odmawianie Różańca ma moc wyproszenia i zachowania pokoju w świecie. Na różańcu można wymodlić cuda, uzdrowienie, a nawet zatrzymanie wojen. Historia już nieraz potwierdziła nadzwyczajne ingerencje Boga w sprawy omadlane Różańcem. Warto wspomnieć choćby o Hiroszimie, wojnie na Bałkanach czy niedawnym odbiciu kolumbijskiej senatorki Ingrid Betancourt przez wojsko, które do akcji przygotowywało się przez Różaniec! Święci nazywali go „biczem na szatana”, a sam Chrystus powiedział św. Gertrudzie, że „Zdrowaś Maryjo” to „moneta, za którą nabywa się niebo”. Różaniec to taka niebiańska kroplówka, dzięki której za każdą „zdrowaśką” do twojego duchowego organizmu sączy się kolejna kropla mądrości i pokoju. Ten, kto odmawia Różaniec, zmusza diabła do kapitulacji, a siebie i świat na nowo chowa pod płaszcz Maryi.

    Módlmy się za wszystkie kobiety, aby Niepokalana była zawsze wzorem do naśladowania w ich życiu i uczyła wiernie trwać przy Chrystusie

    ks. Tomasz Podlewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Oto polski cud różańcowy, który wydarzył się w czasie II wojny światowej

    reprod. z „Naszego Dziennika” fot.Robert Sobkowicz

    *****

    POTĘGA RÓŻAŃCA PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    “Różaniec Święty, to bardzo potężna broń. Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie” (św.Josemaria Escriva do Balaguer).

    Działo się to w Polsce w czasie II wojny światowej. Ciągle trzeba o tym mówić, szczególnie młodzieży, co czynili Niemcy w Polsce w czasie II wojny. Jakiej ruinie uległa cała Polska; spalone wioski, miasta, zniszczone fabryki. Ile milionów ludzi zginęło w Polsce w czasie wojny (35 mln Polaków było w 1939r. – 23 mln W 1945r.). Ludzie ginęli na frontach wojny, podczas bombardowań miast i wsi, ginęli w obozach koncentracyjnych, więzieniach, byli rozstrzeliwani, wieszani na ulicach, ginęli od mrozu, głodu w obozach śmierci. Pojawienie się żołnierzy niemieckich w jakiejś miejscowości oznaczało śmierć nawet wielu mieszkańców. Bardzo często żołnierze niemieccy, którzy przyjechali do jakiejś miejscowości strzelali do napotkanych na ulicy ludzi tak jak do zwierząt w lesie. Są w Polsce miejscowości, parafie, które straciły nawet do 60 – 80% mieszkańców.

    JEST TYLKO JEDNA PARAFIA W POLSCE, KTÓREJ MIESZKAŃCY NIE ZAZNALI W/W NIESZCZĘŚĆ I TRAGEDII.

    Nikt z tej parafii nie zginął w czasie wojny!
    Wszyscy żołnierze powrócili z wojny do swoich rodzin!
    Przez cały czas wojny, żaden Niemiec nie przekroczył granicy tej parafii!

    TO JEST CUD! Jak to się stało, że ta parafia doznała tego cudu?

    Parafia ta nazywa się Garnek. Leży w centrum Polski, około 70 km od Warszawy. W 1939r. liczyła 7 tys. mieszkańców. Dnia 1.IX. 1939r. gdy Niemcy zaatakowały Polskę w parafii w/w proboszczem był bardzo mądry i pobożny kapłan. W tym tragicznym dniu w tamtejszym kościele zgromadziło się trochę ludzi na Mszy świętej – był to pierwszy piątek miesiąca.

    Proboszcz do zgromadzonych w kościele ludzi powiedział wtedy takie słowa: „Dziś Niemcy pod wodzą Hitlera zaatakowały Polskę. Hitler to człowiek opętany przez szatana. Hitler wyrządzi straszliwe zło Polsce i całej Europie. Zginą miliony ludzi, Europa ulegnie wielkiemu zniszczeniu. Czy jest jakiś ratunek? Czy możemy uniknąć śmierci, uratować nasze domy, gospodarstwa, zakłady pracy ? Tak, jest ratunek ! Tym ratunkiem jest różaniec przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem ! Od dzisiaj, aż do końca wojny, (nie wiemy ile będzie trwać ta wojna), każdego dnia w naszym kościele będzie odmawiany Różaniec przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Zapraszam wszystkich każdego dnia na to nabożeństwo”.

    Wojna trwała 6 lat, Różaniec w kościele trwał 6 lat. Proboszcz podał ludziom godz. nabożeństwa. Na to nabożeństwo ludzie zaczęli przychodzić. Odmawiali cząstkę Różańca (5 tajemnic) po Różańcu proboszcz udzielał błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Początkowo ludzi było niewiele, ale w miarę upływu wojny przychodziło coraz więcej. Kościół codziennie był zapełniony ludźmi. Gdy spostrzeżono, jaka jest potęga tego nabożeństwa, tzn. że nikt z tej parafii nie zginął (w innych zginęło już wielu), na Różaniec codziennie gromadziło się tyle ludzi, że kościół nie mógł wszystkich pomieścić!

    Nie było w Polsce miejscowości, do której by nie dotarli żołnierze niemieccy w czasie wojny. Nawet do najdalej położonych wiosek, 300 –400 km od Warszawy. Docierali nawet do tych wiosek, które nie miały szosy (dojeżdżali końmi), a ta parafia jest w centrum Polski, tak blisko Warszawy. A więc: JAK WIELKA JEST POTĘGA MODLITWY RÓŻAŃCOWEJ W KOŚCIELE PRZED WYSTAWIONYM NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM!

    Z tej parafii przed IX 1939r. wielu młodych mężczyzn zostało zmobilizowanych do wojska. Jedni walczyli (we wrześniu 1939r). z Niemcami, inni z Rosjanami. Nikt z nich nie zginął na froncie! Część z nich wróciła do domów po ustaniu walk, część dostała się do niewoli. Jedni byli w obozach niemieckich, inni w rosyjskich, również na dalekiej Syberii. Wszyscy powrócili do swoich rodzin ! A więc cudowną opieką w/w modlitwy zostali otoczeni żołnierze z tej parafii, którzy byli nawet kilkanaście tys. km od niej (Syberia).

    Jak to wszystko zrozumieć? Jak to wszystko wytłumaczyć? Można stwierdzić z całą pewnością, że Różaniec w kościele przed wystawionym w monstrancji Najświętszym Sakramentem jest wielką potęgą. Okazał się silniejszy, niż wszystkie bomby, czołgi, armaty, karabiny maszynowe itp. Silniejszy niż cała potęga hitlerowskich Niemiec.

    Czy tylko w czasie wojny? A czy dziś nie ma już tej samej mocy, potęgi, skuteczności w innych dziedzinach ludzkiej egzystencji? Wstępną informację podał +ks.Bp Zbigniew Kraszewski na spotkaniu Kapłańskiego Ruchu Maryjnego.

    “Różaniec to Credo, które stało się modlitwą” (bł.John Henry Newman).

    adonai.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Demon w Watykanie. Św. Jan Paweł II jako egzorcysta
    fot. screenshot – YouTube (Krzysztof Tomczak)

    ***

    Demon w Watykanie.

    Św. Jan Paweł II jako egzorcysta

    Św. Jan Paweł II nieraz stawał twarzą w twarz z demonem, zdarzało mu się też poddawać egzorcyzmom przybyłych do Watykanu wiernych. Za czasów swojego pontyfikatu wspierał egzorcystów, których posługa była wcześniej postrzegana jako relikt średniowiecza i z tej racji często lekceważona. Fabio Msrchese Ragona, włoski dziennikarz w swojej najnowszej książce „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje” odnalazł jedną z najbliższych Karolowi Wojtyle osób, aby przekonać się, w co warto wierzyć, a co lepiej włożyć między bajki. Przeczytaj fragment książki.

    Na przestrzeni lat opowiadano o odprawianych przez polskiego papieża rytuałach najróżniejsze historie. Oficjalnie możemy przeczytać przynajmniej o trzech odprawionych przez ojca świętego egzorcyzmach, jeden odbył się w 1982, drugi w 1984, a trzeci w 2000 roku. Nie można jednak wykluczyć, że takich epizodów, skrzętnie ukrywanych przed oczami świata, było więcej.

    24 maja 1987 roku, przemawiając do wiernych w sanktuarium św. Michała Archanioła w Monte Sant’Angelo nieopodal Foggii, Jan Paweł II powiedział: „Ta walka z demonem, tak często kojarzona z postacią archanioła Michała, nadal jest aktualna, ponieważ demon wciąż żyje i działa na tym świecie. W istocie zło, które w nim jest, panujący w społeczeństwie nieład, niekonsekwencja człowieka i wewnętrzny rozłam, którego tenże człowiek staje się ofiarą, są nie tylko efektem grzechu pierworodnego, lecz także skutkiem nieustających i ukrytych poczynań szatana, owego zagrażającego naszej moralnej równowadze burzyciela, którego św. Paweł nie waha się nazywać «bogiem tego świata»”.

    Świadectwo

    Spotykam się w Rzymie z człowiekiem, który przez dwadzieścia siedem lat żył u boku Jana Pawła II, podążając za nim jak cień i robiąc miliony fotografii. To Arturo Mari, oficjalny fotograf papieża – urodzony w 1940 roku, dystyngowany, zawsze elegancki w swoich ciemnych garniturach. Mówi z charakterystycznym dla regionu Lacjum akcentem. – Miewałem lepsze dni – wyjaśnia z porozumiewawczym śmiechem, zanim rozmowa schodzi na temat egzorcyzmów. – Opowiem jedynie to, co widziałem na własne oczy, pomijając rzeczy, które znam z opowieści – dodaje, a ja mogę tylko zaakceptować tę jakże uprzejmą i szczerą propozycję. Zaczynamy od „najnowszego” egzorcyzmu. Karol Wojtyła odprawił go przed dwudziestu laty, we wrześniu 2000 roku, na dziewczynie o imieniu Sabrina. Arturo, który był świadkiem tej sceny, poprawia krawat, robi głęboki wdech i sięga pamięcią do tamtych szczególnych chwil. Kiedy audiencja generalna na placu św. Piotra dobiegła końca, ks. Stanisław (Dziwisz, będący wówczas osobistym sekretarzem Jana Pawła ii) podszedł do papieża, aby uprzedzić go, że jedna z obecnych tam młodych kobiet najprawdopodobniej jest opętana. Ojciec święty pobłogosławił wiernych z papamobile, po czym skierował się ku sektorowi, w którym przebywała dziewczyna, i polecił kierowcy się zatrzymać. Było to przy Bramie Dzwonów, w dość ustronnym miejscu. Dziewczyna była drobna, mogła ważyć trzydzieści pięć–czterdzieści kilogramów.

    Obok stało czterech papieskich tragarzy, a także dwóch watykańskich żandarmów. Wszyscy byli słusznej postury, można by rzec: prawdziwe osiłki! A jednak nie potrafili zapanować nad dziewczyną. Ojciec święty wysiadł z jeepa, przeżegnał się i zaczął się niespiesznie posuwać w stronę opętanej, odmawiając półgłosem łacińskie modlitwy. Im był bliżej, tym gwałtowniej dziewczyna złorzeczyła. Ciskała przekleństwa gardłowym głosem, który brzmiał jak głos mężczyzny. Wołała: „kuternoga!”, „przeklęty!”, „idź sobie!”, „dziad!”. Papież nie przestawał się modlić, a ona miotała się, tocząc z ust żółtą pianę. Nagle rozległ się krzyk demona: „Wiesz, że nie dam ci rady!”. Trwało to cztery, może pięć minut, które jednak wydawały się wiecznością. W dziewczynę jakby wstąpiły niespożyte siły. Szarpała się i wyrywała żandarmom. Gdy Jan Paweł II dokończył modlitwę i podszedł jeszcze bliżej, diabeł ponownie się rozjuszył: „Nie dotykaj mnie! Odejdź, przeklęty!”. Wtedy papież musnął czoło dziewczyny i udzieli jej błogosławieństwa. Powietrze rozdarł przerażający krzyk. Opętana osunęła się na ziemię i przez chwilę wyglądała, biedaczka, jak nieżywa. Potem z rozpromienioną twarzą wyciągnęła ręce, a ojciec święty uścisnął je i ją pogładził. Gdy doszła już do siebie, poszliśmy dalej.

    Królestwo zła istnieje

    W marcu 1981 roku, odprawiając w Bazylice św. Piotra przedświąteczną mszę dla studentów, Karol Wojtyła przypominał młodzieży: Chrystus potwierdza istnienie złego ducha i jego królestwa, w którym panują ściśle określone zasady. Zasady te wymagają nadzwyczaj logicznych działań, ponieważ to właśnie dzięki logice „królestwo zła” nie tylko istnieje, lecz także rozwija się w ludziach, ku którym się kieruje. Szatan nie może działać wbrew własnym zasadom, zły duch nie może przepędzić złego ducha. Tak mówi Chrystus. I pozostawiając wysnucie ostatecznych wniosków słuchaczom, dodaje: „A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże” ( Łk 11, 20).

    Arturo Mari nadal pamięta te słowa. I determinację, z jaką polski papież od pierwszych chwil po wyborze na biskupa Rzymu toczył boje z demonem. Papieski fotograf przypomina sobie również inny niewielki, ale jakże znaczący epizod z pierwszych lat pontyfikatu Jana Pawła II: otóż pewnego dnia, gdy Wojtyła odprawiał w Pałacu Apostolskim nabożeństwo różańcowe, demon zaznaczył swoją obecność.

    Zgromadziliśmy się w Auli Błogosławieństw. To było w czasie, gdy ojciec święty nie miał jeszcze nadmiaru obowiązków i w każdą sobotę wieczorem odmawiał różaniec z wiernymi, którzy przybywali do Pałacu Apostolskiego na modlitwę. Kiedy robiłem zdjęcia, wydarzyło się coś, co z miejsca przykuło moją uwagę. Zauważyłem dziewczynę, stała przy barierkach, które oddzielały wiernych od papieża. W pewnym momencie, gdy wszyscy recytowali różaniec, uklękła na posadzce i zaczęła powtarzać dziwnym głosem: „Zabierz mnie stąd, zabierz mnie stąd”. Papież modlił się żarliwie, młoda kobieta prawdopodobnie umknęła jego uwadze. Kiedy ponownie odwróciłem się w jej stronę, pełzła w kierunku wyjścia. Po chwili już jej nie było. Ten jakże osobliwy, jedyny w swoim rodzaju epizod wywarł na Arturze tak wielkie wrażenie, że chociaż minęło już niemal czterdzieści lat, fotograf nadal go pamięta. W jego wspomnieniach żyje również przemowa, którą Jan Paweł II wygłosił bez przygotowania we wrześniu 1988 roku, zwracając się po wspólnym obiedzie do osiemnastu biskupów oraz grupki salezjanów, którzy przyjęli go w stolicy Piemontu. „Turyn – powiedział wówczas Wojtyła – był dla mnie zagadką. Dzieje zbawienia uczą nas jednak, że tam, gdzie są święci, pojawia się również ktoś inny. Ktoś, kto przedstawia się cudzymi imionami, zamiast podać własne. Nazywa się go księciem tego świata, demonem. Któraż partia, któraż ideologia nie chciałaby być księciem tego świata?”. Te ostre jak nóż słowa wywarły na zgromadzonych wielkie wrażenie, a zarazem dowiodły, że ochrona wiernych przed niecnymi poczynaniami diabła bezustannie zaprzątała myśli Wojtyły.

    Fragment pochodzi z książki „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu po Medjugorje”, Wydawnictwo Esprit.

    Fabio Msrchese Ragona/„Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje”

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szatan istnieje naprawdę. Egzorcysta dostał od złego ducha...
    fot. screenshot – YouTube (Edycja Świętego Pawła)

    ***

    Szatan istnieje naprawdę.

    Egzorcysta dostał od złego ducha…

    Przytaczamy wywiad pt.: “Niewidzialni wrogowie” przeprowadzony z ks. Marianem Rajchelem.

    Podobno wielu księży nie wierzy w istnienie złego ducha i w opętanie?

    Przytoczę słowa złego ducha usłyszane podczas przeprowadzania egzorcyzmu: “Bo wielu księży myśli, że ja jestem tylko w piekle”. Nie, zły duch jest tam, gdzie ludzie go wpuszczą.

    W wielu diecezjach, seminariach w Polsce i na świecie nie mówi się o piekle, złym duchu i opętaniach. Dlaczego?

    Również zadaję sobie to pytanie. Był to temat tabu. W Kościele egzorcyzmy stały się jakby sprawą wstydliwą, II Sobór Watykański ją ominął. Uważam, że doświadczenia egzorcystów powinno się zebrać i włączyć do nauki teologii i ascezy, czyli wierności na co dzień Panu Bogu. Powinniśmy się uczyć, jak rozpoznać wroga, przewidzieć, kiedy i w jaki sposób zły duch zaatakuje. W ten sposób łatwiej będzie nam się przed nim bronić.

    W większości ludzie także nie wierzą w istnienie piekła i działanie diabła…

    W 1972 roku papież Paweł VI powiedział, że zły duch rządzi światem, że wtargnął w historię za pozwoleniem ludzi. Po tej wypowiedzi świat był oburzony, a media opluwały papieża, grzmiąc: Jak w XX wieku można mówić o szatanie! Ale w tym samym czasie w wielu państwach rejestrowano kościoły satanistów, kościół Lucyfera. Tak wygląda nasza cywilizacja: oficjalnie mówi się co innego, a w praktyce jest co innego. 

    Ludzie nie wierzą w istnienie piekła, bo jest to dla nich łatwiejsze, a ukrywanie swojego działania wobec ludzi leży w interesie złego ducha, stanowiąc zarazem jedną ze skuteczniejszych jego akcji.

    Czy musimy wierzyć w istnienie diabła, aby się zbawić i być w Kościele? Nigdy przecież nie stwierdzono dogmatu o istnieniu złych duchów. Dlaczego?

    Bo nigdy w Kościele nie było z tą prawdą problemów. Kościół nigdy nie wątpił w istnienie i szkodliwe działanie złego ducha. Biblia wyraźnie stwierdza, kto skusił pierwszych rodziców do grzechu, kto kusił Pana Jezusa. Tu nie ma wątpliwości! Pytanie dotyczy konieczności uwierzenia. Mamy obowiązek wierzyć w prawdy wiary, choć nie wszystkie zostały zdogmatyzowane. Trzeba wierzyć zarówno w istnienie aniołów, jak i złych duchów. Bez tej wiary nie da się być w Kościele.

    Egzorcyści

    Słysząc o szatanie, ludzie boją się i myślą: “Jeśli zostawię złego ducha w spokoju, to i on zostawi mnie, a jeśli będę z nim walczył, to on mnie zaatakuje”. Czy boi się ksiądz diabła?

    Oczywiście, że się go boję! I nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Chciałbym go mocą Bożą wyrzucać z ludzi jak najczęściej. Nie ma co ryzykować. Czy jest taki człowiek, który się go nie boi?! To wielki błąd, jeśli ktokolwiek udaje, że jest mocniejszy od złego ducha.

    Czy zły duch uprzykrza życie i utrudnia posługę również egzorcyście? 

    Świeży przykład może być? Wczoraj o godzinie 23.54, po modlitwie nad opętaną dziewczyną, dostałem bardzo “miły” SMS (zachowałem wiadomość w poczcie, jakby ktoś nie wierzył): “Pożałujesz tego, marny klecho, dotknij mnie jeszcze raz tymi wyświęconymi łapami i swoimi zabawkami, a cię zabiję! Dość już tego, dość, dość, dość… Dość mówię!”. Aż się z tego ucieszyłem. Dlaczego? Bo niekiedy się wydaje, że nasze modlitwy nic nie znaczą, a gdy zły duch się wścieka, to znaczy, że mocno ucierpiał i jest porządnie trafiony.  

    Inny SMS był taki: “Zdechniesz za to, co zrobiłeś, nie boję się Pani Niebieskiej ani ciebie z tymi zabawkami”. Znowu kłamstwo w wydaniu złego ducha: “nie boję się”, a równocześnie “zdechniesz za to, co zrobiłeś”. Można wyczuć, z kim ma się do czynienia! 

    Módlcie się za egzorcystów, gdyż nie wolno nam popełnić żadnego błędu, bo wtedy rzeczywiście zły duch może się zemścić.

    Arcybiskup Emmanuel Milingo był egzorcystą w Afryce i we Włoszech. Jednak wystąpił z Kościoła.

    A dlaczego Judasz odszedł od Pana Jezusa?…

    bo człowiek jest wolny…

    …tylko u Pana Boga jest wolny! U złego ducha jest zniewolony! Bóg nigdy nie zmusza człowieka, tylko składa propozycje: “Jeśli chcesz, to pójdź za mną”. Pan Bóg namawia, podaje argumenty, podsuwa projekty, ale nigdy nie zmusza. A działanie i opętanie złego ducha polega na przymusie, wzięciu człowieka we władanie, zniewoleniu go i degradacji.

    Czy ze złym duchem można rozmawiać?

    Spotkałem egzorcystów, którzy przyjmowali jak objawienie wszystko, co zły duch im powiedział. Uważam, że tego robić nie wolno, gdyż zły duch to ojciec kłamstwa. On, nawet przymuszony rozkazem wyznania jakiejś prawdy, dorzuci jeszcze jakiegoś śmiecia. Kiedyś zapytałem złego ducha: “Co zrobić, żebyś z tej osoby wyszedł?”. “Odmówić “Ojcze nasz” po francusku” – usłyszałemodpowiedź. I dwie osoby z zespołu egzorcystów odmówiły modlitwę po francusku! Mówiłem im, że tego nie trzeba robić, lecz one się pomodliły, co oczywiście nic nie pomogło. 

    Niekiedy sam zły duch rozpoznaje nasze myśli. Pewnego razu zastanawiałem się, czy osoba jest opętana, dręczona, czy tylko udaje. I w myślach rozkazywałem złemu duchowi: “Jeśli jesteś w tej osobie, to w Imię Jezusa powiedz, jakie jest twoje imię”. Po chwili ciszy zły duch objawił się w tej osobie. “Chcesz znać moje imię? Powiem ci” – przemówił. 

    Czasem trzeba rozkazywać złemu duchowi, by podał imię, to pomaga przy uwolnieniu. 

    Czytałem, że w Polsce jest około sześćdziesięciu księży egzorcystów i każdego dnia mają co robić. Co znaczy dla księdza być egzorcystą? 

    Przyznam się, że dla mnie posługa egzorcysty jest teologią praktyczną, której w seminarium nie było. Dzięki niej wiele douczyłem się o Bogu, o człowieku i złym duchu. To nie jest tylko problem dręczeń. Ile satanizmu jest w naszym życiu społecznym, narodowym, a nawet kulturalnym. Ile kłamstw, obłudy, podpuszczania… 

    Bardziej rozumiem, że Chrystus przyszedł nas wybawić od potwornego zła. Zbawiciel aż taką wielką cenę za nas zapłacił. Gdyby był to drobiazg, Bóg wysłałby anioła. Jezus sam przyszedł jako człowiek, by pokazać nam sposób życia w prawdzie i świętości oraz unaocznić niebezpieczeństwa grożące człowiekowi. To dają mi egzorcyzmy. 

    Z drugiej strony posługa ta pokazuje mi, że ludzie często nie wiedzą, co w życiu czynią. Nie wiedzieli, bo skazali niewinnego Chrystusa i jeszcze z Niego szydzili. Nie wierzyli, że jest Bogiem i mieli silnego kusiciela. Ludzie opętani i dręczeni na początku dziwią się mojej życzliwości, bo uważają się za odsuniętych, potępionych, napiętnowanych, a tymczasem spotykają się z radością, miłością i słowami: “Dobrze, dziecko Boże, że wracasz”. My, egzorcyści, cieszymy się każdym dobrem i martwimy każdym ustępstwem na rzecz zła. To pogłębia duszpasterską więź z przychodzącymi do nas ludźmi. Niedawno pewna pani powiedziała: “Ja tak bardzo bałam się przyjechać do księdza”. Później pozbyła się tego strachu.

    Zastanawiam się, dlaczego jeden egzorcyzm nie wystarczy, lecz trzeba go powtarzać.

    Kiedyś dziewczyna zdiagnozowana jako opętana zachowywała się na egzorcyzmie spokojnie, cicho, tylko delikatnie drżąc. Za drugim razem było tak samo, czyli bez większych objawów opętania. Wówczas wziąłem ją na bok i zapytałem, co robi w trakcie egzorcyzmu – czy odnawia pakt z szatanem. Kiwnęła głową, że tak: aby nie było objawów, w tym czasie ona ponownie oddawała się złemu duchowi. Na co taki egzorcyzm? Na nic! Nigdy modlitwa nie działa wbrew woli człowieka. 

    U osób, które nie chcą być uwolnione, zło wraca. Jeśli zaś człowiek wytrwa na egzorcyzmie – niekiedy całe miesiące – to wyjdzie spod wpływu złego ducha. 

    Czy zdarza się, że egzorcyzm w jakimś przypadku nie skutkuje?

    Niestety, może tak być. Mamy jako egzorcyści świadomość, że nie wszystko może się udać. Zdarza się, że na skutek działania złego ducha nie dochodzi do egzorcyzmu. W pewnym przypadku szatan tak bał się egzorcyzmu, że doprowadził do samobójstwa młodego chłopaka, zanim udało mu się ze mną spotkać. Jak opowiadali później jego koledzy, którzy wieźli go do mnie, chłopak nie wysiadł normalnie z samochodu, ale coś go wydarło przez okienko w drzwiach, i od razu pobiegł do Sanu odebrać sobie życie.

    Czy można egzorcyzmować kogoś wbrew jego woli? 

    Nie. Egzorcyzm to nie czary, wymaga zaangażowania opętanego, konieczna jest jego chęć poprawy i powrotu do Boga. On sam musi walczyć o uwolnienie od złego ducha. Jeżeli tego nie robi, modlitwa egzorcysty nic nie pomoże. Opętanie to stopniowa degradacja, a egzorcyzm jest procesem powrotu do Boga.

    Ile egzorcyzmów ksiądz przeprowadził?

    Nie wiem, bo ich nie liczę. Trochę by się tego uzbierało. Kiedyś w jednym miesiącu miałem sto dwadzieścia spotkań (wiele zakończonych egzorcyzmowaniem).

    Czy miał ksiądz jakiś widowiskowy egzorcyzm?

    Wszystkie egzorcyzmy takie są… Kiedyś modliliśmy się nad chłopakiem, maturzystą. Objawy opętania wystąpiły w szkole. Młodzież natychmiast szukała księdza. Pytałem ich, jak poznali, że potrzebna jest pomoc egzorcysty, przecież mogli zadzwonić po psychologa czy psychiatrę? Chłopcy powiedzieli: “Bo ten szczupły chłopak miał taką siłę, żeśmy w czterech nie mogli mu dać rady”, a dziewczyny stwierdziły: “Bo takim wzrokiem na nas patrzył, jakby chciał nas wszystkich w klasie pozabijać”. Odbył się pierwszy egzorcyzm, podczas którego chłopak krzyczał: “Ja wam tego nie daruję!”, a po chwili ciszy spokojne powiedział: “Macie szczęście, że On tu jest i Ona!” (zły duch bardzo niechętnie wypowiada imiona Jezusa i Maryi; jego słowa znaczyły, że wspiera nas Pan Jezus i Maryja). Czego więcej potrzeba! To był najkrótszy egzorcyzm w mojej karierze, dwa razy spotkaliśmy się na modlitwie i spokój. Czy to nie jest widowiskowe?

    Fronda.plmp/Za: katolik.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Droga na Golgotę

    Chrystus niosący krzyż, Muzeum Prado, Madryt
    Chrystus niosący krzyż, Muzeum Prado, Madryt
    TYCJAN (TIZIANO VECELLI)

    *****

    „Jeśli kto chce pójść za Mną…” Naśladować Jezusa znaczy pójść Drogą Krzyżową. Nie dlatego, że Bóg lubuje się we krwi i śmierci. Ale dlatego, że miłość oznacza zgodę na danie siebie bez względu na cenę.

    Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola, i włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusem. A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: »Szczęśliwe niepłodne łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły«”. Wtedy zaczną wołać do gór: »Padnijcie na nas«; a do pagórków: »Przykryjcie nas!«. Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?”. Przyprowadzono też dwóch innych – złoczyńców, aby ich z Nim stracić. Gdy przyszli na miejsce zwane „Czaszką”, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Jezus zaś mówił: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. A oni rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy. Łk 23,26-34

    Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Mk 8,34-35

    Przez ile dróg musi przejść każdy z nas, by mógł człowiekiem się stać? – śpiewał Bob Dylan. Bez wątpienia przez wiele. Wśród nich pojawi się też droga krzyżowa. Prędzej czy później spotkamy krzyż, który trzeba ponieść. Choroba, wypadek, jakaś niesprawiedliwość, grzech własny lub cudzy, samotność… A może ciężar samego życia, które ułożyło się tak, a nie inaczej. Krzyża nie bierze się na siebie, nie wybiera, on raczej spada na nas, często znienacka. Leci się wtedy na zbity pysk, bezwładnie, twarzą do ziemi. Ewangelie nie opisują szczegółowo drogi na Golgotę. Jan poświęca jej tylko jedno lakoniczne zdanie. Chrześcijanie czuli potrzebę modlitewnego towarzyszenia Jezusowi. Tak powstało nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Jest ono czymś więcej niż tylko pobożnym opisem Jego cierpień, upadków i spotkań. Rozważając 14 symbolicznych stacji na tej drodze, widzimy w nich jak w lustrze nasze własne stacje: cierpienia, upadki, spotkania. Rozumiemy, że te dwie drogi: Jego i moja muszą się spotkać. W tym spotkaniu jest nasza nadzieja i nasze zbawienie. 

    Pomocnik z Bożej łaski

    Krzyżowanie było rzymską karą przejętą od ludów wschodnich. Była to tortura przewidziana dla niewolników, zbrodniarzy, ludzi z prowincji. Chodziło nie tylko o uśmiercenie, ale i o publiczne napiętnowanie. Skazaniec sam niósł na miejsce egzekucji poziomą belkę (patibulum) mierzącą ok. 1,8 metra, która mogła ważyć nawet do 50 kg. Dźwigając ten kawał nieheblowanego drewna, nie mógł amortyzować upadku ani podpierać się ręką, więc każdy upadek powodował ciężkie urazy kolan i twarzy. Jezus zmaltretowany przesłuchaniem, biczowaniem i biciem nie miał żadnych szans donieść samodzielnie krzyża. Świadectwo o wymuszonej pomocy niejakiego Szymona z Cyreny potwierdza tę opinię. Szymon został wplątany w tę ponurą sprawę przypadkiem. Zwykły człowiek, przechodzień. Miał swój świat, swoje obowiązki i plany na ten dzień. Wracał z pola, pewnie przygotowywał się do świętowania Paschy. Jego droga skrzyżowała się z drogą Jezusa. Przymuszono go, by niósł narzędzie tortur Jezusa na Golgotę. Musiał nieźle się napocić, zabrudzić krwią, poodzierać ręce, wziąć udział w poniżającym widowisku, na co nie miał najmniejszej ochoty. Być może klął pod nosem. Pomocnik z Bożej łaski. Po latach pewnie błogosławił Boga za te chwile. Wiadomo bowiem, że już po Wielkanocy należał razem ze swoimi synami Aleksandrem i Rufusem do wspólnoty chrześcijańskiej. Okazać się przydatnym Bogu to wielka łaska. Czasem zostajemy jak Cyrenejczyk wplątani w los drugiego człowieka bez własnej woli. Dobro wymuszone nie jest dobrem, a jednak Boże plany i Boża logika przerastają nasze wyobrażenia. Nawet przymusowa sytuacja może okazać się błogosławieństwem. Nieraz wydaje się nam, że okazujemy komuś łaskę, poświęcamy się, a tak naprawdę otrzymujemy o wiele więcej, niż daliśmy. Odruchowo uciekamy przed krzyżem, stronimy od słabych, przegranych, wyśmianych, brudnych, od takich, z których nic nie ma. Nie chcemy się brudzić cudzym potem i krwią. Ale takie „ubrudzenie” może okazać się początkiem czegoś wielkiego i pięknego – początkiem przemiany serca, obudzeniem uśpionych pokładów dobra, wrażliwości, współczucia, ofiarności. Więc może lepiej nie szemrać przeciwko Bogu, kiedy wciąga nas w jakąś przegraną, beznadziejną historię. On wie lepiej. Chwile po ludzku przeklęte mogą okazać się błogosławione.

    Płaczcie nad sobą

    Jezusowi w drodze na Golgotę towarzyszyły kobiety, które „zawodziły i płakały”. Wschodni zwyczaj nakazywał opłakiwanie zmarłych, ale zakazane było głośne użalanie się nad skazańcem. Być może kobiety złamały ów zakaz i wyrażały w ten sposób swoje przekonanie o niewinności Jezusa. Pan wypowiada swoje ostatnie pouczenie: „Nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!”. Dodaje do tego przerażające proroctwo o zniszczeniu Jerozolimy. Słowa, które brzmią bardzo twardo. A przecież sam Jezus zapłakał nad grobem swojego przyjaciela, płakał także nad tragicznym losem, który czeka Jerozolimę. Parę linijek dalej będzie wstawiał się za swoimi oprawcami „przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Łzy mogą być formą ucieczki od prawdy. „Wylewamy łzy i czujemy się przez to uwolnieni od winy i odpowiedzialności” – zauważa celnie ks. Jan Twardowski. Przed tym właśnie przestrzega Jezus. On wcale nie odrzucił współczucia niewiast jerozolimskich. Zaprosił je tylko do tego, aby nie poprzestały na emocjach, ale szukały głębszego sensu wydarzeń, które oglądają.

    To wezwanie pozostaje aktualne. Rozważanie męki Pańskiej może zatrzymać się tylko na uczuciowym uczestnictwie w ludzkich cierpieniach Zbawiciela. Takie współczucie jest czymś wartościowym, ale to za mało. Towarzyszenie Jezusowi na Drodze Krzyżowej musi prowadzić do odkrycia prawdy o sobie, o moim grzechu, o mojej winie. Jezus został skazany i cierpi przeze mnie! Więc ja nie mogę się tylko przyglądać, nie mogę być jedynie widzem, nawet zaangażowanym emocjonalnie, bo jestem częścią tego dramatu. Nawrócenie zaczyna się często od wstrząsu: „Co ja narobiłem?!”. Czasem Bóg pozwala nam zobaczyć przerażające skutki naszych czynów, słów, zaniedbań, głupoty, nieodpowiedzialności. Grzech niszczy, rani, powoduje cierpienie niewinnych, zabija. Krzyż Chrystusa pokazuje, że mój grzech dosięga samego Boga, chce Go przekreślić, wymazać, wyrzucić, zabić. Owszem, potrzebujemy łez, ale takich, które prowadzą do skruchy, do uderzenia się we własne piersi, do głębokiego żalu za grzechy. Potrzebujemy łez nawrócenia, takich, jakie popłynęły po twarzy Piotra, gdy po trzykrotnym zaparciu się Mistrza jego wzrok napotkał cierpiące i nadal kochające oblicze Pana. 

    Jezus wciąga nas w krzyż

    Jezus wciąga nas w tajemnicę krzyża na poziomie jeszcze głębszym. Zapowiedzi zniszczenia Jerozolimy nie przypadkiem znalazły się w kontekście opisu męki Pańskiej. Nie przypadkiem Jezus umiera w czasie świąt paschalnych, podczas których zabijano baranki. Świątynia jerozolimska była miejscem kultu Boga i miejscem pojednania. Ale już prorocy Starego Testamentu zwracali uwagę, że krew z cielców i kozłów nie może oczyścić człowieka. Oczekiwano więc jakiegoś nowego kultu. To przeczucie proroków wypełnia się w krzyżu. Jezus – „Baranek Boży” wziął na siebie grzechy świata i zgładził je. „W Chrystusie Bóg pojednał świat ze sobą” (2 Kor 5,19) – napisze św. Paweł. Miejsce świątyni jerozolimskiej zajął Chrystus. On sam jest ołtarzem, kapłanem i ofiarą. Benedykt XVI w drugim tomie „Jezusa z Nazaretu” mocuje się z pojęciem ekspiacji, czyli pokuty, wynagrodzenia za grzechy, wyrównania sprawiedliwości. „Czy Bóg domagający się nieskończonej ekspiacji nie jest Bogiem okrutnym?” – pyta papież. To pytanie raz po raz powraca w historii. Niektórzy teologowie tłumaczyli bowiem sens krzyża w taki sposób: ludzki grzech znieważył nieskończony majestat Boga, dlatego konieczna jest nieskończona ofiara Syna Bożego dla zmycia tej winy. Akcent padał tu bardziej na sprawiedliwość, konieczność wynagrodzenia za zło niż na miłość. Papież nie odrzuca pojęcia ekspiacji, ale je pogłębia. Podkreśla mocno dwie prawdy. Pierwsza: zło jest czymś realnym, nasz grzech rzeczywiście niszczy świat i zaciemnia obraz Boga, nie należy więc tej rzeczywistości lekceważyć. Druga prawda: kluczem jest miłość. „Nie jest tak, że okrutny Bóg domaga się czegoś nieskończonego. Jest dokładnie odwrotnie. Sam Bóg czyni siebie miejscem pojednania i w swoim Synu bierze na siebie cierpienie. Sam Bóg ofiarowuje światu w darze nieskończoną czystość”. „Gdzie świat z całą swą niesprawiedliwością i z wszelkim okrucieństwem dotyka nieskończenie Czystego, tam On, Czysty jest równocześnie mocniejszy. Poprzez ten kontakt brud świata jest prawdziwie wchłonięty, zniweczony, przemieniony przez nieskończoną miłość” (Benedykt XVI). Przypomina się Weronika. Milczą o niej Ewangelie. Ale ta postać, nawet jeśli tylko symboliczna, wyraża to, o czym teologicznym językiem mówił papież. Chrystus niszczony przez zło, przez mój grzech, opluty, pobity, wyszydzony, dotknięty nieludzkim okrucieństwem zachowuje Twarz jaśniejącą pięknem. To piękno nieskończonej miłości. Chusta Weroniki pozostaje symbolem takiego przeżywania krzyżowej drogi, które zostawia głęboki ślad głębszy niż wzruszenie. Nieść w sobie, w swoim sercu, w sumieniu Twarz Chrystusa, pieczęć Jego Miłości silniejszej niż zło. Stawać się podobnym do Niego. Pięknym Jego pięknem. Jezus idzie uliczkami Jerozolimy, idzie ulicami naszego świata, mija nas, przechodniów. Wciąga w tajemnicę swojego krzyża, bo w Nim dokonuje się nasze zbawienie, pojednanie z Bogiem, oczyszczenie z grzechów. „Pójdź za mną”, mówi Pan zmierzający na Golgotę. Weź swój krzyż, swój grzech, swoje cierpienie. Idź po moich śladach. Ja ci pomogę wytrwać w posłuszeństwie Bogu, w wierności. Ja cię nauczę miłości, która jest do końca. Razem ze mną powstaniesz ze wszystkich upadków. Poniesiesz ciężar swojego powołania aż na szczyt. Ze Mną zostaniesz przybity do swojego krzyża. Oddasz Bogu chwałę, staniesz się darem, barankiem ofiarnym, pokonasz zło dobrem. Wygrasz życie. Umrzesz, aby zmartwychwstać.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym jest prawdziwe nawrócenie?

    o. Piotr Rostworowski:

    Bez niego nie można wejść do królestwa niebieskiego

    W naturze miłości bowiem jest delikatność, w naturze miłości jest, że ona prosi o przyjaźń, lecz do niej nie zmusza, puka do drzwi, lecz ich nie wyważa. W naturze miłości jest, że chce być przyjęta jedynie przez akt zupełnie wolny, a więc przez akt miłości. Ale z tego wynika, że może być również odrzucona…
    Przyczyną niejednej trudności w zrozumieniu problemu wiary jest zbyt intelektualistyczne podejście do niego, tak jakby przyjęcie wiary było wyłącznie albo przede wszystkim przyjęciem pewnego światopoglądu. Taka koncepcja staje się przyczyną zrozumiałych oporów u ludzi, bo obraz Boga, jaki za nią stoi, jest nieprawdziwy i jakiś nieludzki, a więc i nie Boży.

    Nie możemy się wewnętrznie zgodzić na takie oblicze Boga, który, nie bardzo wiadomo dlaczego, żądałby od człowieka przyjęcia takiego czy innego światopoglądu, i to pod karą utraty zbawienia. Bóg nie jest profesorem, który za nienauczenie się lekcji stawia dwóję. Nie możemy Go sobie również wyobrazić w roli nowoczesnego dyktatora, narzucającego całemu społeczeństwu oficjalny i obowiązujący światopogląd. Od kiedy chrystianizm w pojęciu szerokiego ogółu stał się jedynie systemem doktrynalnym, jedną z licznych interpretacji świata, czyli jednym ze światopoglądów – problem wiary zabrnął w uliczkę, z której niełatwo go wyprowadzić, a dusze ludzkie najeżyły się przeciwko wierze zupełnie nieuzasadnionymi oporami.

    Apostołowie Jezusa nie byli filozofami światopoglądowymi, ale świadkami napełnionymi Duchem Świętym i mocą, aby świadczyć o tym, co widzieli i słyszeli. Jakaż była treść tego świadectwa? Mówili o Jezusie z Nazaretu, który przeszedł dobrze czyniąc, uzdrawiając chorych, wyrzucając czarty, wskrzeszając umarłych, który został ukrzyżowany w Jeruzalem, a Bóg Go wskrzesił na trzeci dzień i ukazał się żywy wielu świadkom, którzy Go widzieli, a niektórzy z nich rozmawiali z Nim i dotykali Go po Zmartwychwstaniu. Świadczyli, że Ten jest, o którym przepowiadali dawni Prorocy, w którym ziściły się wszystkie obietnice Starego Testamentu i nie masz innego imienia danego ludziom, w którym moglibyśmy dostąpić zbawienia.

    Te świadectwa uczniów, tchnące szczerością i mocą w swej lapidarnej zwięzłości i prostocie, są wszystkie do siebie podobne (Dz 2,22–36; 3,12–26; 4,8–12; 5,29–32; 10,34–43; 13,16–41; Rz 1,1–5).

    Nie chodzi tu o system filozoficzny ani o naukową interpretację świata, ale o fakt, o centralny fakt historii, iż w pewnym momencie Bóg nie tylko przemówił, ale osobiście wszedł w dzieje ludzkości i ten fakt jest centralnym punktem dziejów, do którego wszystkie poprzednie wieki zdążają, do którego wszystkie następne wieki się odnoszą. Zadaniem uczniów Chrystusa jest głosić, że to się stało, że ten Bóg, który na świat przyszedł, zwraca się do całej ludzkości, do wszystkich społeczności i narodów, zwraca się też do każdego pojedynczego człowieka i każdy człowiek winien się do tego faktu jakoś osobiście ustosunkować. Od tego, jak się ustosunkuje, zależy los jego życia i wieczności.

    Oczywiście, że jeżeli Dobra Nowina (czyli Ewangelia) jest prawdą, to z konieczności wynika z niej jakiś „światopogląd chrześcijański”, który jest koniecznym jej następstwem, bo nie jest możliwe, by to „nowe”, które idzie, które się wdziera w mroczne nasze dusze strumieniami światła miłości i dobroci, dając nam poznanie Boga i „tajemnic Jego Królestwa”, nie przemieniło do gruntu naszej wizji świata i naszych poglądów na sens tego życia, a więc nie stworzyło faktycznie światopoglądu. Ten światopogląd oczywiście obowiązuje, jak samo przyjęcie Boga, z którym jest ściśle związany.

    Jest jednak rzeczą dla nas bardzo doniosłą, że Jezus nie powiedział: „Ja wskazuję drogę, nauczam prawdy i prowadzę do żywota”, ale Ja jestem drogą i prawdą, i życiem (J 14,6). Właśnie tu leży najbardziej zasadnicza różnica między chrześcijaństwem a wszelkimi innymi systemami religijnymi i filozoficznymi: chodzi o przyjęcie Boga-Człowieka, nie tylko Jego nauki, ale w pierwszym rzędzie Jego Osoby. Chrystus sam jest życiem naszym. Apostołowie więc nie teoretyzują. Mowa ich jest konkretna, żywa, zwracają się nie tylko do umysłu człowieka, ale i do jego woli, jego serca, żądają gruntownej przemiany: „Czyńcie pokutę, tzn. przemieńcie się wewnętrznie, otwórzcie się, zrzućcie z serca pychę i twardość, bądźcie gotowi przyjąć dobrą nowinę, która do was jest skierowana”. Oni się czują przede wszystkim heroldami Wcielonego Syna Bożego, z Nim są złączeni, Nim żyją, Jego głoszą. Przykładem takiego niezwykle konkretnego sposobu mówienia jest umiłowany uczeń Chrystusa, św. Jan, który tak rozpoczyna pierwszy swój list:

    co było od początku,
    cośmy usłyszeli o Słowie życia,
    co ujrzeliśmy własnymi oczami,
    na co patrzyliśmy
    i czego dotykały nasze ręce –
    bo życie objawiło się:
    myśmy je widzieli,
    o nim zaświadczamy
    i oznajmiamy wam życie wieczne,
    które było w Ojcu,
    a nam zostało objawione –
    cośmy ujrzeli i usłyszeli,
    oznajmiamy także wam,
    abyście i wy mieli współuczestnictwo z nami.
    A mieć z nami współuczestnictwo, znaczy:
    mieć je z Ojcem i z Jego Synem
    Jezusem Chrystusem.
    Piszemy to w tym celu,
    aby nasza radość była pełna (1 J 1,1–4).

    Słowa Apostoła jeszcze są gorące od tej wizji Syna Bożego. Niosą one nam nie tylko nagie poświadczenie faktu, ale wezwanie do udziału w tym życiu nowym, które się ukazało zdumionym oczom ludzkości.

    A więc dobra nowina to nie propozycja nowej interpretacji świata, ale zaproszenie do współżycia z Bogiem, ofiarowanie osobistej przyjaźni człowiekowi ze strony samego Boga. Przeto problem wiary to nie w pierwszym rzędzie przyjęcie światopoglądu, ale przyjęcie Boga samego. Osoby zaś spotkać się mogą tylko na drodze wzajemnego otworzenia się. I właśnie tą rzeczą niesłychaną, którą Ewangelia głosi, jest nowina, że Bóg ze swej strony się człowiekowi otworzył. On niedostępny, niepojęty objawia nam tajemnice swego życia wewnętrznego.

    Pierwszym i najważniejszym przedmiotem Objawienia nie jest nowy pogląd na świat, ale tajemnica Trójcy Świętej, wewnętrzne życie Boga. Człowiek wprawdzie z natury swej jest zdolny Boga poznać siłami przyrodzonego rozumu, jako pra-przyczynę, jest zdolny na tej drodze dojść do poznania pewnych przymiotów Bożych, jak nieskończoność, wszechmoc itd., ale żadne stworzenie nie może się nawet przybliżyć do poznania Ojca, Syna i Ducha Świętego, bo to jest życie wewnętrzne Boga. Jeżeli więc Bóg otworzył przed nami swoje własne życie wewnętrzne, to jest równoznaczne z powiedzeniem, że ofiarował nam swą przyjaźń, bo przyjaźń jest właśnie tym wzajemnym otworzeniem i dopuszczeniem drugiego do swych tajemnic najbardziej intymnych i osobistych. Boże Objawienie nie jest więc żądaniem przyjęcia doktryny, ale jest przede wszystkim ofiarowaniem przyjaźni, a przyjęcie Objawienia jest w pierwszym rzędzie przyjęciem Osoby, przyjęciem Ojca, przyjęciem Chrystusa, przyjęciem Ducha Świętego, zgodzeniem się na przyjaźń z Bogiem ze wszystkimi jej konsekwencjami.

    Rzecz oczywista, iż nie można przyjąć Boga i Jego przyjaźni inaczej, jak dając Mu swe pełne zaufanie i swe posłuszeństwo, które musi znaleźć wyraz w przyjęciu tego wszystkiego, co On mówi, tzn. wszystkich prawd objawionych. Dokonywanie wyboru, jak się to dziś często robi, między prawdami wiary w ten sposób, że się przyjmie niektóre z nich, a inne odrzuca (np. stworzenie świata, Kościół, nierozerwalność małżeństwa, piekło…) jest odrzuceniem Boga, a więc odpadnięciem od wiary i od przyjaźni Bożej.

    W tej perspektywie już o wiele łatwiej zrozumieć, że przyjęcie lub nieprzyjęcie nauki Kościoła decyduje o zbawieniu, bo odrzucenie Ewangelii jest odrzuceniem Boga, który z niej wychodzi na spotkanie człowieka. Powiedziałbym, że samo nawet trudne zagadnienie potępienia, które w koncepcji „profesorskiej” jest prawie nie do przyjęcia, staje się w tej perspektywie bardziej zrozumiałe, i można powiedzieć – chociaż to się wyda paradoksem – że potępienie jest możliwe dlatego, że Bóg jest miłością!

    W naturze miłości bowiem jest delikatność, w naturze miłości jest, że ona prosi o przyjaźń, lecz do niej nie zmusza, puka do drzwi, lecz ich nie wyważa. W naturze miłości jest, że chce być przyjęta jedynie przez akt zupełnie wolny, a więc przez akt miłości. Ale z tego wynika, że może być również odrzucona, a odrzucenie miłości Boga jest równoznaczne z potępieniem. Bo potępienie nie jest niczym innym, jak utratą tego, co jedynie może być życiem i szczęściem wiecznym dla istoty duchowej, jaką jest człowiek, a tym może być tylko Bóg. Szum tej ziemi, mnóstwo różnych rzeczy, trosk, prac, rozrywek itd. przytłumia ostrość odczucia tej pustki, jaka jest w duszy, która opuściła Boga, ale skoro śmierć zabierze nam wszystkie te nieistotne głupstwa, w których się kryjemy przed Bogiem i przed naszą własną rzeczywistością, wówczas przed człowiekiem, który odrzucił Boga, objawi się jego własne potępienie z całą przerażającą swą grozą.

    Aktem, którym człowiek wychodzi naprzeciw przychodzącemu doń Bogu i przyjmuje dobrą nowinę o odkupieniu i wszystko, co mówi doń Bóg, jest akt wiary. Dlatego też wiary i przede wszystkim wiary domaga się od ludzi Chrystus. Wiara jest tym jedynym pomostem między naturą i nadprzyrodzonością, tym co daje dostęp do Boga i życia nadprzyrodzonego. Jedynie dzięki wierze możliwy jest ten tajemny, a jakże realny, kontakt z Bogiem, z którego płynie całe życie nadprzyrodzone. I dlatego mówi Autor Listu do Hebrajczyków:

    Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi wierzyć, że [Bóg] jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają (Hbr 11,6).

    Z tych wszystkich rozważań wynika, że problemu wiary niepodobna oddzielić od problemu miłości. Jeżeli z jednej strony prawdą jest, że miłość płynie z wiary, to z drugiej strony również prawdą jest, że to „zawierzenie” Bogu, które się realizuje już w pierwszym akcie wiary, jest już nabrzmiałe miłością i bez miłości jest niemożliwe. Prawda ta zasługuje na szczególne podkreślenie jako bardzo ważna. Dopóki bowiem nawrócenie będzie rozumiane wyłącznie intelektualnie, jako suche i „obiektywne” przyjęcie światopoglądu, a nie jak powrót dziecka do domu Ojca, dopóki za jedyną drogę uważać się będzie dyskusję światopoglądową, a miłość, skruchę, pragnienie wyeliminuje się jako elementy rzekomo zbyt „subiektywne”, dopóty trudności piętrzące się na drodze do wiary dla bardzo wielu będą nie do pokonania. To bowiem co jest najważniejsze, prawdziwe Oblicze Boga miłości, będzie przedstawione w krzywym zwierciadle. Człowieka zaś nawrócić może tylko prawdziwe Oblicze Boga: Rozjaśnij Twoje oblicze, abyśmy doznali zbawienia (Ps 80[79],8). A ten Bóg nie jest profesorem filozofii, ale Stwórcą, Ojcem i Zbawicielem człowieka, a religia nie jest przede wszystkim wiedzą o świecie, ale współżyciem z Bogiem w miłości, uwielbieniu i służbie.

    Prawdziwe nawrócenie do Boga, ta ewangeliczna metanoia, oznacza całkowitą przemianę człowieka, bez której nie można wejść do królestwa niebieskiego. Zwykła zmiana przekonań umysłowych, która się dokonuje w chwili przyjęcia nowego światopoglądu, nie wystarcza. Ta przemiana, jakiej wymaga od człowieka przychodzący na świat zupełnie nowy Boży ład, jest tak głęboka i tak wszechstronna, że Chrystus nazywa ją nowym narodzeniem:

    Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego (J 3,3). Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego (Mt 18,3).

    Przemienić się musi do gruntu nie tylko nasze teoretyczne myślenie, lecz i nasze wartościowanie i kierunek naszej woli, i nasze postępowanie. Aby to się dokonać mogło, człowiek musi być zdolny spojrzeć na siebie samego w prawdzie i powiedzieć sobie: „Ty, łotrze, jak ty żyjesz! Ile w twym życiu zakłamania, egoizmu, bezsensu, głupoty, niesprawiedliwości! W jakich nieważnych, nieistotnych rzeczach tkwisz!…” – i takie poznanie będzie prawdziwe dla każdego człowieka wobec Boga, nawet dla tego, który w opinii innych, a może i w swej własnej, jest „człowiekiem etycznym”.

    Orędzie Jezusa do ludzi, od pierwszych jego słów do takiej właśnie pokuty-przemiany jest wezwaniem:

    Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię! (Mk 1,15).

    Przesunięcie zaś problemu wiary całkowicie na płaszczyznę intelektu i odseparowanie jej od woli i miłości sprawiło, że człowiek przystępując do problemu Boga z twardym i nieskruszonym sercem, do samego Boga dojść nie może.

    (fragment książki: “Świadectwo Boga. Rozważania nad problemem wiary”)Fronda.pl/mp/cspb.pl

    o.Piotr Rostworowski OSB / EC – benedyktyn, pierwszy polski przeor odnowionego w 1939 roku klasztoru w Tyńcu. Więzień za czasów PRL-u. Kameduła – przeor eremów w Polsce, Włoszech i Kolumbii. W ostatnim okresie życia rekluz oddany całkowitej samotności przed Bogiem. Zmarł w 1999 roku i został pochowany w eremie kamedulskim we Frascati koło Rzymu. “Był zawsze bliski mojemu sercu” – napisał po Jego śmierci Ojciec Święty Jan Paweł II. Autor licznych publikacji z dziedziny duchowości i życia wewnętrznego.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 pokus, którymi diabeł atakuje nas w Wielkim Poście

    KUSZENIE DIABŁA
    Aleteia

    *****

    s. Theresa Aletheia Noble/Aleteia.pl 

    Ale głowa do góry! Bóg może wykorzystać pokusy i ataki złego ducha dla naszego nawrócenia, przemiany i świętości.

    Pokusy w Wielkim Poście

    Rzekł Pan do szatana: „Oto cały majątek jego w twej mocy. Tylko na niego samego nie wyciągaj ręki”. Księga Hioba 1,12

    Nie wiem jak wy, ale odkąd powróciłam do Kościoła, w okresie Wielkiego Postu czuję się często jak Hiob. Mam takie poczucie, że Bóg nieco poluzowuje smyczy szatanowi i moje życie duchowe ogarnia chaos!

    Pan Jezus był kuszony na pustyni. Wielki Post jest czasem pustyni. Według Katechizmu Kościoła katolickiego „Kościół co roku przez czterdzieści dni Wielkiego Postu jednoczy się z tajemnicą Jezusa na pustyni”. Nic więc dziwnego w tym, że możemy w tym okresie odczuwać wzmożone pokusy. Jednakże Bóg nie zezwala na nic, co nie prowadziłoby do dobrego. Bóg może wykorzystać pokusy i ataki złego ducha dla naszego nawrócenia, przemiany i świętości.

    Poniżej podaję listę przykładowych ataków ze strony szatana, które zauważyłam w swoim życiu w Wielkim Poście oraz własne sposoby radzenia sobie z nimi. Czy wy też doświadczacie podobnych pokus w tych dniach?

    5 pokus, którymi diabeł atakuje nas w Wielkim Poście:

    1. Pokusa rozproszenia

    Czystość serca polega na pragnieniu jednej rzeczy – Søren Kierkegaard. Wielki Post łatwo może stać się okresem, w którym robimy bardzo wiele rzeczy naraz lub odwrotnie – nie robimy nic. Zły duch chce, abyśmy zatracili się niejako w uczynkach pokutnych lub też abyśmy szybko zniechęcili się do nich i ich zaniechali. Lecz przecież w Wielkim Poście chodzi o Boga, a nie o nasze działania, jakiekolwiek szlachetne intencje by im nie przyświecały. Korzystniej jest w okresie Wielkiego Postu poprosić Boga zarówno o pomoc w skoncentrowaniu się na jednej, kluczowej kwestii, jak i o łaskę wytrwania, pomimo upadków w drodze.

    2. Pokusa osądzania

    Duma zmieniła anioły w diabły; pokora zmienia ludzi w anioły – św. Augustyn. Jeśli mamy naturalną łatwość wewnętrznej dyscypliny lub cechuje nas prawdziwa siła woli, odczuwamy pokusę porównywania się z innymi i poklepywania samych siebie po plecach. Takiego właśnie zachowania oczekuje od nas szatan. Chce, abyśmy uważali się za lepszych od innych i żebyśmy pęcznieli dumą, a przecież za to winniśmy w Wielkim Poście przepraszać i pokutować. Jeśli zaobserwujemy u siebie taką stałą lub tymczasową tendencję, najlepszym antidotum jest w

    Wybór pokuty, której realizacja jest absolutną niemożliwością, co nie pozwoli nam wbić się w dumę. Wówczas zdamy sobie sprawę, że w Wielkim Poście nie chodzi o dążenie do doskonałości i osądzanie, na którym etapie drogi do doskonałości znajdują się inni. Chodzi o uzmysłowienie sobie, że nawet posiadając naturalne dary Boże, nadal jesteśmy grzeszni i potrzebujemy łaski.

    3. Pokusa samodoskonalenia

    Wielki Post bardzo łatwo może przerodzić się w czas, kiedy staramy się wyłącznie zgubić parę kilogramów lub skończyć z jakimś nałogiem, który przeszkadza nam zbliżyć się do Boga. Szatan wiele by dał, abyśmy do tego właśnie ograniczyli się w tym okresie. Jednak w Wielkim Poście nie o to chodzi. O. Anthony Gerber opublikował na ten temat znakomity wpis internetowy: „W Wielkim Poście upadamy bardzo nisko. Docieramy do trzeciego tygodnia wyrzeczeń, wybierając gwoździe i ciernie miłości. Lecz wówczas właśnie zapieramy się Jezusa za trzydzieści srebrników wygody i egoistycznej miłości siebie samych. W takiej chwili trzeba paść na kolana, podnieść ręce do nieba i zawołać: Panie, w pojedynkę nie dam rady! Panie, dopomóż mi! Nie umiem kochać!”. Zazwyczaj doskonała jest tylko miłość samych siebie, miłość niedoskonałą rezerwujemy dla innych. Dlatego tak ważne jest, aby wybrać uczynki pokutne pozwalające nam wzrastać w miłości wyzbytej egoizmu.

    4. Pokusa podziałów

    Skąd biorą się te podziały? Od szatana! Podziałom winny jest szatan – powiedział papież Franciszek. Wprowadzanie podziałów jest ulubionym z wielorakich narzędzi szatana. Uwielbia dzielić chrześcijan, powodując rywalizację, wszczynając zamęt, wzbudzając zazdrość, wywołując złość i doprowadzając do paranoi. Szatan chce, abyśmy w innych chrześcijanach widzieli wrogów, bo nie chce, abyśmy zorientowali się, że jedynym naszym wrogiem jest tylko on (a także my sami, kiedy pozwalamy mu na to). Naturalnie więc w Wielkim Poście zły duch może próbować wprowadzać nieprzyjaźń i podziały między chrześcijanami w rodzinach i parafiach, ale też w internecie. Dobrze jest zadać sobie w okresie Wielkiego Postu (choć nie tylko wtedy) pytanie, czy to, co czytam albo co scrolluję, pomaga wzrastać w miłości braci chrześcijan czy może prowadzi do podziałów? Antonin Scalia, nieżyjący już sędzia Sądu Najwyższego USA, zagorzały katolik, powiedział swego czasu: „Atakuję idee. Nie atakuję ludzi”. Takie stwierdzenie to oznaka prawdziwego charakteru. Jest to cecha coraz rzadziej spotykana w naszym społeczeństwie. Jeśli to, co czytamy czy piszemy w internecie, stanowi atak personalny i nie jest działaniem na rzecz jedności w miłości Chrystusa, może być to narzędzie szatana, którym posługuje się, aby powstrzymać nas (i innych) przed wzrastaniem duchowym.

    5. Pokusa ulegania zniechęceniu

    Pokusy, zniechęcenie i niepokój są towarem oferowanym przez wroga – św. Ojciec Pio. Szatan niczego bardziej nie pragnie, niż uczynić nas tak samo nieszczęśliwymi, jak nieszczęśliwy jest on sam. Wie też, że poddanie się zniechęceniu zmniejsza prawdopodobieństwo naszej współpracy z łaską Bożą. Tak więc w tym okresie diabeł może kusić nas odrzuceniem pokutnego ducha Wielkiego Postu. Może spowodować, że będziemy myśleć, iż nic nam się nie udaje i nie jesteśmy „dobrzy”. Lecz przecież w Wielkim Poście nie ma nikogo, kto mógłby powiedzieć, że jest „dobry”. Przeżywane przeze mnie chwile zniechęcenia stanowią szansę podziękowania Bogu głośnymi okrzykami radości za wybawienie nas od naszej przeciętności i grzechu. Nie ma sensu poddawać się zniechęceniu, skoro naprawdę wierzymy w przesłanie Ewangelii. Nawet przeżywając Wielki Post, wiemy, że oczywiście Jezus umarł, lecz przecież także zmartwychwstał, a radość i łaska wypływające z tego faktu są dla nas dostępne w tej właśnie chwili i mogą owocować naszą przemianą. Bogu niech będą za to dzięki!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Strzeżcie się ducha Absaloma pięknisie i narcyzi!
    fot. screenshot – YouTube, Pixabay.com

    ***

    Strzeżcie się ducha Absaloma pięknisie i narcyzi!

    Biblijne czarne charaktery to kontynuacja cieszącej się wielkim zainteresowaniem czytelników książki Święci nie-święci. O nicponiach, rzezimieszkach, oszustach i wyznawcach szatana, którzy jednak zostali świętymi. Tym razem amerykański pisarz zajmuje się niezwykle barwnymi, często również mniej znanymi postaciami z Biblii, które zasłynęły rozpustą, przewrotnością i okrucieństwem.

    Absalom, syn króla Dawida, miał wszystko, co można sobie wymarzyć: pozycję, bogactwo, atrakcyjny wygląd, czarującą osobowość. Jednak roztrwonił to wszystko, poddając się egoistycznym i buntowniczym instynktom, które doprowadziły go do znieważenia, a nawet próby zabicia własnego ojca. Gdy już wydawało się, że zły, podstępny plan Absaloma może się ziścić, książę tragicznie zakończył życie z powodu pozornie niewinnego symbolu własnej próżności.

    Absalom, trzeci pod względem starszeństwa syn Dawida, króla Izraela, mógł być podobny do dzisiejszych nadzwyczajnie uzdolnionych dzieci, które wygrywają szkolne turnieje naukowe i konkursy ortograficzne, dorabiają do kieszonkowego, handlując na aukcjach internetowych, i są kapitanami szkolnych drużyn sportowych. Jednak Absalom swoją arogancją, egoizmem i próżnością przekreślił te liczne naturalne zdolności, a fakt, że miał zastąpić ojca na tronie Izraela, tylko wzmógł jego egocentryzm. Krewni jakoś znosili jego obecność podczas świąt i rodzinnych przyjęć, lecz przy innych okazjach starali się trzymać od niego z daleka. Jednak zwykli, prości Izraelici byli pod wrażeniem jego uroku, łatwości nawiązywania kontaktów i atrakcyjnego wyglądu: długich, niezwykle bujnych włosów i olśniewającego uśmiechu.

    „W całym Izraelu nie było człowieka tak pięknego jak Absalom. O nim wygłaszano pochwały: «Od stóp do głowy nie było na nim skazy»”.

    Biorąc pod uwagę dysfunkcyjność rodziny królewskiej, wady Absaloma nie są zaskoczeniem. Dawid miał wiele żon i nałożnic, przez co rodziną królewską nieustannie wstrząsały konflikty. Chciwość, korupcja, nawet morderstwa na stałe zagościły w pałacu Dawida. Kryzys osiągnął swoje apogeum, gdy Amnon, pierworodny syn Dawida i przyrodni brat Absaloma, zgwałcił swoją przyrodnią siostrę Tamar. To, w jaki sposób Dawid i Absalom zareagowali na to straszliwe wydarzenie, doprowadziło do zerwania ich wzajemnych stosunków na wiele lat. Dawid nie ukarał Amnona za gwałt na Tamar i Absalom mu tego nie wybaczył, a z kolei Absalom zwabił Amnona do swojego domu i zabił go – czym naraził się na gniew ojca.

    Po dokonaniu zabójstwa Absalom uciekł z Izraela. Przez trzy lata mieszkał w pałacu dziadka w Geszur. Absalom uważał, że w ten sposób zachowuje bezpieczny dystans od swojego nieprzewidywalnego ojca, natomiast Dawid miał go za tchórzliwego chłopca, który chowa się za plecami starca. Jednak trzy lata to szmat czasu – wystarczająco długo, aby tak uczuciowy człowiek jak Dawid nieco „zmiękł” – ale tylko do pewnego stopnia. Dawid posłał do swojego teścia gońca z wiadomością, że Absalom może wrócić do Jerozolimy, pod warunkiem że będzie trzymał się z daleka od królewskiego oblicza.

    Jednak za tym z pozoru sentymentalnym gestem pobłażliwego ojca kryło się coś więcej: Absalom musiał wrócić, dla dobra dynastii. Jakiś czas po zabójstwie Amnona zmarł drugi pod względem starszeństwa syn Dawida, Daniel, przez co Absalom awansował na pierwszego kandydata do korony. Jak każdy dobry król, Dawid wiedział, że przyszłość dynastii jest ważniejsza od rodzinnych niesnasek, ale chociaż pozwalał Absalomowi na powrót do Jerozolimy, nie miał ochoty nawiązywać z nim bliższych kontaktów.

    Dawid stanął przed takim samym dylematem jak wielu rodziców, których dzieci zrobiły coś okropnego. Kochał swojego syna i chciał się z nim pojednać, lecz Absalom nie wykazywał żadnych oznak skruchy. Nie żałował ani zabójstwa Amnona, ani tego, że zranił uczucia ojca. Dlatego też Dawid postanowił przyjąć postawę „szorstkiej miłości”: bez skruchy nie będzie przebaczenia.

    WALKA O PAŁAC

    Jednak Absalom nie miał zamiaru okazywać skruchy. Podczas pobytu w Geszur jego egocentryzm jeszcze się pogłębił i postawa Dawida po prostu go zirytowała. Chociaż sam zdusił w sobie jakiekolwiek ciepłe uczucia wobec Dawida, to jak nadąsane dziecko nadal oczekiwał od niego miłości. To nieracjonalne, ale logika nigdy nie była mocną stroną Absaloma.

    Absalom przyjął zatem inną strategię. Jeśli najbardziej zaufany dowódca Dawida, Joab, wstawi się za mną – pomyślał – król na pewno ustąpi i zaprosi mnie do pałacu. Dwukrotnie zwracał się z prośbą do Joaba, ale bezskutecznie. W końcu rozwścieczony Absalom wysłał sługi na pole Joaba, na którym dojrzewał jęczmień, i rozkazał: „Spalcie go ogniem” – a słudzy wykonali rozkaz swojego pana.

    To wreszcie zwróciło uwagę Joaba. Zanim jeszcze z pola opadł dym, Joab zjawił się w domu Absaloma. Absalom nie tracił czasu na przeprosiny. Miał cel: chciał zobaczyć się z ojcem i potrzebował, aby Joab przetarł dla niego szlak. Podobnie jak pozostali członkowie rodziny królewskiej, Joab nie cierpiał Absaloma, ale nie chciał, żeby książę zrujnował mu całe zbiory, więc obiecał wystąpić w roli mediatora i przekonać króla do zmiany zdania. I rzeczywiście – za namową Joaba Dawid ustąpił i zaprosił syna marnotrawnego do pałacu.

    W wyznaczonym dniu Absalom wszedł do sali tronowej pałacu i upadł przed ojcem na twarz. Kilku prostych Izraelitów obecnych w sali tronowej ze wzruszeniem patrzyło, jak ich piękny książę leży na posadzce, błagając o przebaczenie. Tymczasem dworzanie, którzy dobrze znali Absaloma, przewracali oczami, zniesmaczeni kolejną melodramatyczną „pokazówką” księcia. Jednak Dawid, który zawsze miał słabość do swoich dzieci, zszedł z tronu, podniósł syna z posadzki i ucałował go. Po raz kolejny Absalom dostał to, czego chciał – i po raz kolejny się tym nie zadowolił.

    Nie, Absalomowi nie wystarczało to, że był kochany, że mu wybaczono i powitano go w domu z otwartymi ramionami, zapewniając, że jego wszystkie grzechy przeszłości zostały zapomniane. Dla niego liczyło się tylko ostateczne zwycięstwo. Książę oczekiwał, że wszyscy członkowie rodziny królewskiej powitają go słowami: „Przepraszamy, że zareagowaliśmy tak nerwowo na wieść, że zabiłeś swojego brata, nie odwołując się do króla, sądu ani żadnego innego przedstawiciela prawa. Tak bardzo się pomyliliśmy, myśląc, że morderstwo popełnione z zimną krwią zasługuje na naganę”.

    Nie, Absalomowi nie wystarczało to, że był kochany, że mu wybaczono i powitano go w domu z otwartymi ramionami, zapewniając, że jego wszystkie grzechy przeszłości zostały zapomniane. Dla niego liczyło się tylko ostateczne zwycięstwo.

    SĘDZIA DLA LUDU, ZDRAJCA W PAŁACU

    Gdy tylko Absalom wrócił do łask, zaraz odezwały się w nim autodestrukcyjne tendencje – zaczął niszczyć relacje ze swoim ojcem. Nigdy wcześniej ani potem nie znajduje się w Biblii opis tak pretensjonalnego i pokazowego zachowania, jak kiedy Absalom jedzie ulicami Jerozolimy rydwanem zaprzężonym w piękne konie, a przed nim biegnie pięćdziesięciu wynajętych w tym celu dobrze zbudowanych mężczyzn. Absalom wstawał skoro świt i szedł prosto pod bramę pałacową, gdzie rozmawiał z każdym, kto przychodził do króla z osobistą sprawą. Po wysłuchaniu relacji zawsze wzdychał, kręcił głową i stwierdzał: „Patrz, sprawa twoja jest jasna i słuszna, ale u króla nie znajdziesz nikogo, kto by cię wysłuchał”. Dla poddanych Dawida te słowa były szokiem – trudno im było uwierzyć, że ich król nie zrobi nic, aby im pomóc, stali więc jak zamurowani, zaś Absalom wznosił oczy do nieba i wołał: „O, któż mię ustanowi sędzią nad krajem? Przychodziliby do mnie wszyscy, którzy mają sprawy sporne i sądowe, a ja wydawałbym sprawiedliwe wyroki”.

    Izraelici byli poruszeni, widząc, że ich przystojny, współczujący książę jest gotowy stanąć po ich stronie w konfrontacji z własnym ojcem. Dlatego gdy tylko pojawił się na ulicach Jerozolimy, zaraz otaczał go tłum rozentuzjazmowanych ludzi, którzy walczyli ze sobą o szansę dotknięcia jego szaty lub ucałowania książęcej dłoni. Im bardziej uwielbiali Absaloma, tym mniej szanowali króla Dawida.

    „Tak Absalom zjednywał sobie serca ludu izraelskiego”.

    Absalom potrzebował trochę czasu, aby zbudować dla siebie poparcie w Izraelu, ale po czterech latach był już gotowy. Izraelici, całkowicie omamieni urokiem młodego księcia, nie mogli się już doczekać, kiedy ich ulubieniec zostanie królem. Co zaskakujące, przez cały ten czas, gdy Absalom knuł swój chytry plan, Dawid był zupełnie nieświadomy rozwoju sytuacji.

    Na miejsce zamachu stanu Absalom wybrał Hebron. Hebron był jego rodzinnym miastem i wcześniejszą stolicą Izraela. Był także świętym miejscem – znajdował się tam grób patriarchów, w którym pochowano Abrahama i Sarę, Izaaka i Rebekę oraz Jakuba i Leę. Gdy Absalom oświadczył ojcu, że zamierza wybrać się do Hebronu, aby złożyć ofiarę Bogu, tradycyjnie niczego niepodejrzewający Dawid dał mu swoje błogosławieństwo. Wcześniej Absalom wysłał gońców do każdego krańca królestwa, z jednym poleceniem: „Gdy tylko posłyszycie dźwięk trąby, wołajcie: «Absalom został królem w Hebronie»”.

    Potem, w eskorcie dwustu ludzi, Absalom wyruszył w podróż do Hebronu. Gdy dotarł na miejsce, złożył ofiarę, a następnie poczekał na przybycie swoich zwolenników. A rzeczywiście przybyło ich wielu – tak wielu, że gdy wieść o rebelii dotarła do pałacu królewskiego, Dawid wpadł w panikę i opuścił Jerozolimę, pozostawiając na miejscu tylko dziesięć nałożnic, aby „pilnowały pałacu”, jak to określił autor biblijny. Kapłan Sadok również zamierzał dołączyć do uciekającego orszaku królewskiego i zabrał nawet ze sobą Arkę Przymierza, lecz Dawid przekonał go, aby powrócił do Jerozolimy i odstawił Arkę do przybytku.

    Potem, boso i ze łzami w oczach – niby pokutnik – Dawid uciekł z Jerozolimy drogą wiodącą przez Górę Oliwną. Na szczycie góry natknął się na jednego ze swoich doradców, Chuszaja, który był gotowy udać się wraz z królem na wygnanie. Jednak Dawid zaczął już stopniowo odzyskiwać zdrowy rozsądek. Namówił Chuszaja, aby wrócił do Jerozolimy i rozmówił się z Sadokiem. Obaj powinni przekonać Absaloma, że chcą wiernie służyć nowemu królowi. Gdy zaskarbią sobie zaufanie Absaloma i pochlebstwami skłonią go do wyjawienia planów, będą przekazywać wszelkie informacje Dawidowi.

    Jak widać, Dawid dostrzegł wreszcie prawdę o Absalomie: przekonał się, że jego ukochany syn jest w istocie przebiegłym cwaniakiem. Aby ocalić królestwo oraz życie i bezpieczeństwo swoich poddanych, rodziny, przyjaciół i swoje własne, Dawid musiał znowu wejść w skórę przebiegłego lisa, jak za dawnych czasów, gdy ukrywał się przed królem Saulem, który czyhał na jego życie. Dla Dawida–króla było to duże wyzwanie, dla Dawida-ojca – wielka osobista tragedia.

    KRÓTKOTRWAŁA CHWAŁA

    Absalom przybył do Jerozolimy na czele triumfalnego pochodu, witany entuzjastycznymi okrzykami tłumów. Gdy pochód zbliżył się do pałacu, z tłumu wyłonił się Chuszaj, wołając: „Niech żyje król! Niech żyje król!”. Te słowa były jak miód dla duszy Absaloma, ale wyszły z ust jednego z najbliższych doradców Dawida, nic więc dziwnego, że wzbudziły podejrzenia księcia.

    „Dlaczego nie poszedłeś za swym przyjacielem?” – zapytał Absalom. Jednak Chuszaj nie na darmo tak wiele lat spędził w dyplomacji.

    „Nie – odpowiedział. – Kogo bowiem wybrał Pan i lud wraz z całym Izraelem, przy nim i ja jestem, przy nim pozostanę”. Pochlebstwa zawsze działały na Absaloma. Nie inaczej było i tym razem – książę zaprosił Chuszaja do wąskiego kręgu swoich przyjaciół i doradców.

    Absalom zasiadł na tronie, lecz nie za bardzo wiedział, co ma dalej robić. Na szczęście mógł skorzystać z porad głównego doradcy Dawida, Achitofela. Achitofel przekonał Absaloma, aby ten zaznaczył swoje prawo do tronu i wszelkiej innej własności Dawida, współżyjąc z dziesięcioma nałożnicami, które Dawid zostawił w pałacu. Na potrzeby orgii Achitofel rozkazał rozpiąć namiot na dachu pałacu i tam „Absalom wszedł do nałożnic swego ojca na oczach całego Izraela”.

    Ten bezwstydny akt miał potwierdzić władzę Absaloma i ukazać Izraelitom, że Dawid nie jest w stanie ochronić nawet własnych kobiet, a co dopiero całego narodu. To, że Absalom dopuścił się takiego czynu na oczach przechodniów, świadczy, że zatracił wszelkie poczucie przyzwoitości i odrzucił tradycyjne wartości, takie jak szacunek i powściągliwość. Jednak triumf Absaloma nie trwał długo. Dawid nie stracił zdolności przywódczych – w krótkim czasie zebrał armię i parę dni po przewrocie obie strony spotkały się w lesie Efraima. Niełatwo było walczyć w tej gęstwinie. W ciągu dnia zginęło dwadzieścia tysięcy wojowników, ale zwycięstwo należało do Dawida.

    SCHYL SIĘ!

    Gdy Absalom zrozumiał, że poniósł klęskę, wskoczył na muła i wjechał do lasu, aby zgubić pogoń. Gdy muł przebiegał pod nisko zwisającymi konarami wielkiego dębu, długie, bujne włosy Absaloma zaplątały się w gałęzie. Absalom zawisł na drzewie, a rozpędzony muł pobiegł dalej.

    Jeden z ludzi Dawida zobaczył, co się stało i zdał relację królewskiemu generałowi, Joabowi. Joab nigdy nie wybaczył Absalomowi spalonego pola jęczmienia, zaś po przewrocie stracił do niego resztki sympatii. Wziął do ręki trzy oszczepy i w towarzystwie dziesięciu giermków pojechał spiesznie do lasu. Znalazł tam Absaloma wiszącego w powietrzu, machającego rękami i nogami, rozpaczliwie próbującego uwolnić się z opresji.

    Joab zebrał konia i powoli zbliżył się do bezradnego Absaloma. Potem bez słowa przebił Absaloma włócznią na wylot, a po chwili utopił w jego sercu dwa pozostałe oszczepy. Giermkowie Joaba dokończyli dzieła, dobijając Absaloma, gdy ten wciąż jeszcze wisiał w powietrzu. W końcu słudzy Joaba ściągnęli zmasakrowane ciało Absaloma z drzewa, wrzucili je do głębokiego dołu i przywalili kamieniami. W ten sposób zakończył życie Absalom – piękny, uprzywilejowany książę, który nie docenił licznych łask, jakimi został obdarzony.

    Jeden z żołnierzy, Kuszyta, pochodzący z krainy na północy dzisiejszego Sudanu, zaniósł wieść o śmierci Absaloma Dawidowi. Żołnierz ten ostrzył sobie zęby na cenną nagrodę, która zgodnie z tradycją przysługiwała temu, kto przynosił dobre nowiny z pola bitwy. Jednak ku jego wielkiemu zaskoczeniu, Dawid nie okazał radości. Przeciwnie, wybuchnął płaczem i powtarzał bez końca: „Synu mój, Absalomie! Absalomie, synu mój, synu mój! Kto by dał, bym ja umarł zamiast ciebie? Absalomie, mój synu, mój synu!”.

    CZEGO MOŻE NAS NAUCZYĆ HISTORIA ABSALOMA?

    Pycha poprzedza upadek

    Gdy Absalom patrzył w lustro, widział w nim odbicie przystojnego mężczyzny. Gdy słuchał swojego głosu, słyszał charyzmatycznego mówcę, który potrafi oczarować cały naród izraelski. Gdyby chociaż połowę czasu, który przeznaczał na układanie włosów, poświęcił analizowaniu swoich myśli, czynów i motywów, jego historia na pewno zakończyłaby się pomyślnie. Jednak Absalom był oczarowany samym sobą – sądził, że jest pępkiem świata. A jeśli kiedykolwiek poczuł dotknięcie Bożej łaski, najwyraźniej kompletnie je zignorował.

    Bóg sprzeciwia się pysznym, pokornym zaś daje łaskę (Jk 4, 6).

    Piękno ciała jest tylko powierzchowne

    Starożytni Grecy przekazali nam opowieść o pięknym młodzieńcu o imieniu Narcyz, który zobaczył swoje odbicie w głębokim stawie, zakochał się w nim, zapragnął je objąć i przez to wpadł do wody i poszedł na dno jak kamień. Jak widać, nawet poganie wiedzieli już, jak bardzo zgubna jest ludzka próżność. Piękno fizyczne przemija z wiekiem. Diety, ćwiczenia, nawet operacje plastyczne nie zdołają przywrócić młodzieńczego czaru i wigoru. Natomiast piękna dusza jest wiecznie młoda i przyjemna Bogu. Niestety, do tego atrybutu Absalom nie przywiązywał najmniejszej wagi.

    Bo wszystko marność i pogoń za wiatrem (Koh 2, 7).

    Nic bardziej nie boli rodzica niż to, że jego dziecko zeszło na złą drogę

    Wielu rodziców wie, jak wielkim powodem do smutku jest krnąbrne, buntownicze dziecko, którego nie można utrzymać w ryzach. Jednak nawet jeśli dziecko wydaje się prawdziwym potworem, rodzice i tak wierzą, że pewnego dnia opamięta się i do nich powróci. Bóg tak samo myśli o nas – swoich dzieciach. Gdy królestwo Efraima, czyli dziesięć północnych pokoleń Izraela, odwróciło się od Boga i zaczęło oddawać część bożkom, Bóg zwierzył się prorokowi Jeremiaszowi: „nieustannie go wspominam” (Jr 31, 20).

    Przypowieść o synu marnotrawnym zawiera barwny opis radości ojca na widok swojego skruszonego syna, który wcześniej przysporzył mu wielu zmartwień. Poza tym św. Jan Ewangelista napisał o Jezusie, czyli Słowie: „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1, 11). Jeśli taka sytuacja ma miejsce w Twojej rodzinie, módl się o cierpliwość dla siebie, a o mądrość dla swojego dziecka, aby ostatecznie przyjęło łaskę Boga, wróciło do domu i zaczęło od nowa.

    Strzeż, synu, nakazów ojca, nie gardź nauką matki, w sercu je wyryj na zawsze (Prz 6, 20–21).

    Cierpliwość Boga wobec zatwardziałych grzeszników ma swoje granice

    Opowieść o Absalomie można odczytywać jako alegorię, w której Dawid występuje jako Bóg, zaś Absalom jako zatwardziały grzesznik. Bóg kocha grzesznika i czeka cierpliwie na dzień, kiedy ten się opamięta, poczuje szczery żal za grzechy i poprosi o przebaczenie. Jednak niektórzy grzesznicy, zaślepieni pychą, nie widzą potrzeby nawrócenia. Im dłużej trwają w swojej próżności, tym ich serca stają się twardsze i mniej podatne na łaskę Bożą. A może to mieć niezbyt przyjemne konsekwencje dla ich przyszłego życia – przede wszystkim życia wiecznego.

    On sam poznaje każdy czyn człowieka. Nikomu On nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć. Jak wielkie miłosierdzie, tak wielka i Jego surowość (Syr 15, 19–20; 16, 12).

    Doceniajmy otrzymane łaski

    Smutna historia Absaloma to historia młodego człowieka obdarzonego bogactwem, dobrą pozycją, atrakcyjnym wyglądem i charyzmą, który roztrwonił te dary w pogoni za władzą, nawet kosztem życia własnego ojca. Zamiast pokory i wdzięczności za otrzymane od Boga łaski Absalom był pełen hybris – czyli, jak powiadali starożytni Grecy, pychy tak wielkiej, że była obrazą dla niebios.

    Jednakże prawdziwą tragedią w całej historii był fakt, że Absalom nie zdobył się na to, aby przeprosić ojca za ból i cierpienie, którego stał się przyczyną. Dawid, który z własnego doświadczenia znał ogromne znaczenie pokuty za ciężkie grzechy (wystarczy przypomnieć katastrofalną w skutkach historię z Batszebą i Uriaszem), był gotowy przebaczyć synowi. Bóg również by mu przebaczył.

    Stwórz, o Boże, we mnie serce czyste i odnów w mojej piersi ducha niezwyciężonego! Przywróć mi radość z Twojego zbawienia (Ps 51, 12. 14).

    Szukajcie Pana, wszyscy pokorni ziemi, którzy pełnicie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory (So 2, 3)

    Tekst pochodzi z książki: “Biblijne czarne charaktery”, Copyright © by Wydawnictwo Esprit

    mp/wydawnictwo Esprit/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przeszkody w modlitwie. Jak je pokonać?

    Przeszkody w modlitwie. Jak je pokonać?

    fot. via Pixabay

    ***

    Modlitwa jest walką. Dzięki sile słowa Bożego musimy przezwyciężyć ociężałość, lenistwo, przygnębienie, rutynę. Musimy stawić czoło wrażeniu, że modląc się, tracimy czas. Musimy przezwyciężyć pokusę, że Bóg nas nie słyszy.

    Wiemy, że w modlitwie najważniejsza jest wytrwałość, do której zdobycia potrzeba czasu. Na drodze modlitwy pozostajemy zawsze uczniami, ponieważ nie wiemy jak się modlić; dlatego bez przerwy zaczynamy od nowa, oczywiście z pomocą Ducha Świętego. To On jest prawdziwym mistrzem modlitwy, dlatego dobrze jest Go zawsze zaprosić na początku modlitwy.

    Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą. Wiemy też, że {Bóg} z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według [Jego] zamysłu (Rz 8,26–28).

    Święty Paweł regularnie nakłaniał pierwszych chrześcijan do trwania na modlitwie, do nieustannego spotkania z Bogiem. Krótko mówiąc, do tego, żeby modlili się w rytm oddechu, żeby całe ich życie stało się modlitwą.

    Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa (Ef 5,20).

    (…) wśród wszelkiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie najusilniej i proście za wszystkich świętych (…) (Ef 6,18).

    Nie chodzi tu oczywiście o trwanie przez cały dzień w skupieniu modlitewnym, ale o chęć bezustannego modlenia się, o życie pragnieniem modlitwy, które każdą chwilę przemienia w spotkanie z Bogiem. Święty Augustyn mawiał: „Samo twoje pragnienie już jest modlitwą”. Co oznacza dla chrześcijanina nieustanna modlitwa? Czyż nie jest nią głębokie pragnienie naśladowania Jezusa, chęć powierzenia Ojcu naszego życia i spełniania Jego woli?

    Jedyną rzeczą, która może nam pomóc w trwaniu na modlitwie

    Oto dziesięć kolejnych przeszkód, które napotkasz na krętych ścieżkach modlitwy. Jeśli chcesz wytrwać, często będziesz musiał stawiać im czoło. Nie trać ufności, to nie tylko twoje doświadczenie.

    1. Nie mogę się modlić

    Zawsze możesz się modlić, nawet jeśli nie potrafisz przez cały czas skupić wewnętrznej uwagi. Modlitwa, podobnie jak miłość, jest wyborem, decyzją, aktem woli. Bądź przed Bogiem tak długo, jak to sobie zaplanowałeś. Jeśli akceptujesz w sobie chęć modlitwy, to znaczy, że już się modlisz. Wydaje ci się, że mówisz w próżnię. Co możesz wiedzieć na ten temat? Bóg bardzo pragnie, żebyś do Niego mówił, lecz jeszcze bardziej chce, żebyś Go słuchał. Słowo Boże jest przy tobie, byś je rozważał i żebyś się nim karmił.

    Nie szukaj w modlitwie odczuwalnego zadowolenia; jesteś tu dla Boga, dlatego że Bóg jest Bogiem. Modlitwa nie służy niczemu innemu poza spotkaniem się z Bogiem w pełnej miłości relacji. Nie spodziewaj się, że otrzymasz coś nadzwyczajnego lub że doznasz jakiegokolwiek wrażenia; Bóg tu jest i to wystarczy. Chrystus zmartwychwstał i daje ci swojego Ducha po to, żeby twoja modlitwa podobała się Ojcu. Ty masz się modlić w oczekiwaniu na przyjście Pana, trwać wiernie na posterunku swego odosobnienia. W modlitwie liczy się najbardziej stałość pragnienia, zbieżność naszej woli z tym, czego Bóg od nas chce.

    Na moich czatach stać będę, udam się na miejsce czuwania, śledząc pilnie, by poznać, co On powie o mnie, jaką odpowiedź da na moją skargę (Ha 2,1).

    2. Tu jest za głośno

    Czasami skarżymy się, mówiąc: „modliłbym się dużo lepiej, gdybym miał więcej spokoju, mógł się zaszyć w jakimś cichym miejscu, być daleko stąd”. Módl się tam, gdzie jesteś, tym, czym żyjesz. Dobrze byłoby oczywiście stworzyć jak najbardziej sprzyjające skupieniu warunki, lecz dla ciebie najlepszą modlitwą jest ta, którą akurat dzisiaj możesz podjąć. Kiedy się modlisz, Bóg daje ci modlitwę, której potrzebujesz. To kwestia wiary i zaufania.

    Możesz sobie stwarzać idealne dla modlitwy warunki, a i tak zawsze znajdą się jakieś przeszkody, choćby zmęczenie, rozproszenia, lenistwo, brak wiary. Nawet jeśli uciekniesz na najbardziej odległe pustkowie, szybko spostrzeżesz, że największą przeszkodą w modlitwie jesteś ty sam. Możesz wszystko porzucić, ale nie porzucisz siebie samego i swoich myśli. Ważne jest, żeby modlić się dalej, wpatrywać się w Jezusa dużo intensywniej niż w siebie samego i rozmawiać z Nim jak z przyjacielem. Modlitwa jest zjednoczeniem się z Bogiem zarówno w hałasie, jak i w ciszy. A ta cisza jest o wiele bardziej wewnętrzna niż zewnętrzna; jest przylgnięciem do tajemnicy Boga, tak samo w wagonach metra jak w celach klasztornych.

    , jest żar pokornej i ufnej miłości, pokładającej całą nadzieję w Bogu. Jeśli naprawdę Go kochamy, będziemy się modlić. Jeśli Bóg jest częścią naszego życia, to z pomocą silnej wiary, gwałtownej nadziei i żarliwej miłości stoczymy o modlitwę prawdziwą walkę. Sama modlitwa bowiem jest walką, która toczy się przez cały czas. Dzięki sile słowa Bożego, które podtrzymuje naszą modlitwę, musimy przezwyciężyć ociężałość, lenistwo, przygnębienie, rutynę. Musimy stawić czoło temu niejasnemu wrażeniu, że modląc się, tracimy czas, że nie wiemy, co powiedzieć ani co zrobić, kiedy rozproszenia depczą nam po piętach. Musimy przezwyciężyć tę pokusę, która nam mówi, że w czasie modlitwy nic się nie dzieje, że Bóg nas nie słyszy, że nas nie wysłuchuje.

    3. Nie lubię się modlić

    Nie masz ochoty się modlić, modlitwa cię wręcz odpycha. Rozczarowany, masz po dziurki w nosie tego, że poza oschłością, a nawet smutkiem, nie doświadczasz niczego więcej. To znak, że czas na prawdziwą modlitwę. Na tę, której nie umiesz, która cię nuży, której nie pamiętasz. Nie wydaje ci się wcale, że się modlisz, modląc się w ten sposób, a jednak modlisz się prawdziwie.

    Oto moja rada: możesz poprosić o pomoc Maryję. Niczego nie rozumiejąc, doświadczając zwykłej rzeczywistości Nazaretu i rozważając w swoim sercu słowa Świętych Ksiąg, Maryja przeżyła niezwykłą przygodę wiary. Uwierzyła, pozostawiając za sobą wszelkie smaki i odczucia, aż po krzyż. Napełniona Duchem Świętym Elżbieta miała rację, mówiąc:„Błogosławiona [jest], która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane jej od Pana” (Łk 1,45).

    Podejmowane w czasie modlitwy akty wiary, nadziei i miłości mają szczególny smak, trudno wykrywalny dla zmysłów. Sprawiają, że twoje obcowanie z Tym, którego szukasz, za każdym razem staje się coraz bardziej intymne. Jest coś niezwykłego w szukaniu Boga, w trwaniu na modlitwie, w pielęgnowaniu relacji z Bogiem. Ten Bóg daje się rozpoznać w twarzy Chrystusa. Czytając Ewangelie, skup się na Jezusie. Wsłuchuj się w Jego słowo, by móc z Nim rozmawiać. Nawet jeżeli to słowo brzmi obco i nie masz ochoty się modlić, staraj się, żeby twoje ciało świadczyło o twej woli trwania na modlitwie. Bóg da ci kiedyś rozsmakować się w swej miłości.

    W ten sposób trwaj, jak długo będzie to konieczne. Po nocy zawsze nadchodzi dzień.

    4. Nic nie odczuwam

    Odczucia rodzą się z poznania zmysłowego, a modlitwa jest przebywaniem w obecności niedającego się poznać zmysłami Boga, dlatego jest rzeczą zupełnie normalną, że czasami nic nie odczuwasz. Ten właśnie fakt poeta i mistyk, św. Jan od Krzyża, nazywa „ciemną nocą”; nocą, która pobudza naszą wiarę do wiary w to, czego nie widać; nocą, przez którą nasz rozum nie może w pełni pojąć tajemnicy Boga; nocą sprawiającą, że Bóg znajduje się poza tym, co jesteśmy w stanie o Nim powiedzieć i zrozumieć. Ten Bóg, którego „nikt nigdy nie widział” (J 1,18), ale którego Jezus przyszedł nam objawić jako Ojca, jest „Bogiem ukrytym” (Iz 45,15).

    Nie martw się, wszyscy wielcy święci znali doświadczenie oschłości na modlitwie. Święta Teresa z Lisieux mówi o ciemnym tunelu czy też o gęstej mgle, które nie pozwalały jej się cieszyć wiarą. Jest to często tylko faza przejściowa. Zawsze po nocy nastaje dzień, po zimie wiosna, po smutku radość, po mroku światłość, po śmierci zmartwychwstanie. Wiedz, że Pan Bóg jest przy tobie w czasie posuchy tak samo jak w czasie urodzajnego deszczu.

    Jeśli wytrwasz w tym stanie rzeczy, Pan Bóg wynagrodzi ci to w inny sposób. Zamieni twoje pragnienie w dar, uczyni cię wolnym i pozwoli ci się stać tym, kim naprawdę jesteś. Odkryjesz, że Jego nieobecność jest bardziej doskonałą formą obecności. Staniesz się bliższy Jego tajemnicy. Twoja wiara będzie głębsza, a twoja miłość bardziej intensywna. Odzyskasz czas, który wydawał ci się stracony, dlatego że kochający w tobie Duch sprawi, że staniesz się bardziej skuteczny. Oto cuda, jakich dokona w tobie Pan Bóg, jeśli wytrwasz w modlitwie. Może ci w tym pomóc powtarzanie imienia Jezus, rozważanie psalmów, przyjmowanie sakramentów, odmawianie różańca, oczekiwanie w ciszy, słuchanie rad wielkich mistrzów modlitwy.

    Nieraz, kiedy mój umysł pogrążony jest w tak wielkiej oschłości, że niemożliwością staje się dla mnie wydobycie z niego choćby jednej myśli jednoczącej mnie z Bogiem, odmawiam bardzo powoli Ojcze nasz, a potem Pozdrowienie anielskie; wówczas te modlitwy porywają mnie i karmią mą duszę o wiele lepiej, niż gdybym odmówiła je setki razy, ale z pośpiechem!…1.

    5. Nic się nie dzieje

    Co się dzieje, kiedy wystawiasz swoje ciało na słońce? Ogrzewa się jego promieniami. Podobnie jest z modlitwą; wystawiasz się na Boga po to, by dać się kochać i spalać od wewnątrz. W czasie modlitwy zawsze coś się dzieje, ale by dostrzec cuda, jakich Pan dokonał, potrzeba oczu wiary. Bez wiary i miłości modlitwa może ci się wydać ucieczką od świata, stratą czasu, pustką. A jednak błogosławiona jest strata czasu otwierająca codzienność na bezinteresowność, przerwa, która umożliwia ponowne rzucenie się w wir akcji.

    Nie ma pustki w tym, co należy do Boga. Twój brak odczuć nie oznacza braku Bożego działania. Modlitwa jest zawsze skuteczna, nawet jeśli pozornie niczego nie wnosi. Jest chwilą czuwania przerywającą działanie. Modlitwa jest absolutnie bezinteresowna, nie da się jej przeliczyć, ponieważ modlisz się dlatego, że kochasz. Przypomnij sobie dobroć, której doświadczyłeś od Boga, a przekonasz się, że nie zniknął On tak zupełnie z twojego życia.

    Może się oczywiście zdarzyć, że w czasie modlitwy indywidualnej lub wspólnotowej w twoim sercu, jak w sercach uczniów z Emaus, zapłonie ogień miłości, że wypełni cię radość i pokój, że w szczególnym świetle dane ci będzie ujrzeć nieskończone miłosierdzie Boże, że ze łzami w oczach będziesz słuchać słowa Bożego i wewnętrznie doświadczysz Bożego przebaczenia… W ramach zachęty Pan Bóg wprowadza adeptów modlitwy w taki stan. Może on jednak ulec całkowitej zmianie.

    Bóg ufa ci na tyle, żeby cię zabrać na pustynię Krzyża. Brak odczuwania Bożej obecności nie oznacza, że to, co przeżywasz, jest czymś nieprawdziwym. Wiara mówi ci, że Bóg jest obecny w głębi twojej duszy. Czy wierzysz w to, nawet jeśli nie odczuwasz Jego obecności? O wartości twojej modlitwy stanowią wiara i miłość, z jaką się modlisz. Kiedy się modlisz, nie koncentruj się więc na sobie i swoich odczuciach, ale skup się na Bogu i na Jego miłości do ciebie.

    6. Nudzę się

    Co mnie nudzi? Gotowe formułki, których powtarzanie studzi zapał. Świadomość tego, że tkwię w próżni, w oczekiwaniu na Boga, który nie przybywa, któremu nie mam nic do powiedzenia. A przecież nie chodzi tu o to, co robię, ale o Tego, którego mam słuchać i kochać. Poza tym Pismo Święte daje mi słowo Boże, którym mogę się modlić, kiedy moje słowa wydają mi się zbyt płytkie. Zanim zaczniemy mówić do Boga, dobrze jest wsłuchać się w Jego słowa.

    Czy nie powinieneś zgodzić się na nudę przed Bogiem? Modlitwa polega czasem także na nudzeniu się przed Bogiem, z miłości. W ten sposób, niczego się nie spodziewając, całą nadzieję pokładasz w łasce Bożej. Czy nie jesteś biedakiem, który nie potrafi się modlić? Modląc się, doświadczasz swojej bezsilności, ponieważ wszystko, czym żyjesz, należy do Boga, nawet twoje znudzenie. Modlitwa staje się zatem długim aktem adoracji i uwielbienia Boga ze względu na to, kim On jest.

    Twoje odczucie znudzenia na modlitwie może także wynikać ze zwykłego zmęczenia, z tego, że wybrałeś niewłaściwy moment, że masz zbyt napięty harmonogram lub stresującą pracę, że nosisz w sobie negatywny obraz Boga lub masz w stosunku do modlitwy zbyt konsumpcyjne nastawienie. Bóg nigdy nie będzie taki, jakie są twoje wyobrażenia o Nim. A modlitwa jest darem Ducha, który pozostaje nieuchwytny.

    Kiedy w czasie modlitwy doświadczamy prawdziwego znużenia, najprościej powtarzać jedno słowo, takie jak „Jezus”, lub całe zdanie: „Kocham Cię, Panie, i wiem, że Ty też mnie kochasz”. Można też, za przykładem św. Teresy, przykutej do łóżka klasztornej infirmerii w Lisieux, po prostu nic nie mówić: „Nic Mu nie mówię, kocham Go”. Znudzenie może być okazją do nauki wsłuchiwania się w ciszę Boga.

    Nie łam sobie głowy wymyślaniem tego, co należałoby Bogu powiedzieć, mów to, co ci przychodzi do głowy. Już samo zwykłe mamrotanie zachwyca serce Ojca. Modlitwa odziera cię z ciebie samego, sprawia, że przestajesz się na sobie koncentrować. Przed Bogiem masz być nagi, jak niemowlę w kołysce, jak Chrystus na krzyżu. Zgadzasz się na bycie bezbronnym, nieskutecznym, niezauważonym. I mimo wszystko nie przestajesz tracić dla Niego czasu, adorować Go i uwielbiać. Wkraczasz w ten sposób w przestrzeń Jego pragnienia i pozwalasz, żeby wola Boga zamieszkała w tobie, pomimo znużenia, jakie odczuwasz w Jego obecności. Jednoczysz się z tymi wszystkimi, którzy się nudzą, i wstawiasz się za nimi w swej nieporadnej modlitwie.

    7. Zbyt często się rozpraszam

    Rozproszenia w czasie modlitwy są czymś normalnym, to znak, że żyjemy i że nasza wyobraźnia pracuje. W przeciwieństwie do decyzji o modlitwie, rozproszenia często nie są wyrazem naszej woli. Przylatują i odlatują jak muchy, które nie pozwalają nam się skupić tak, jakbyśmy tego chcieli. Niektóre biorą się z zewnątrz, np. hałas uliczny; inne z samego człowieka, np. obrazy rodzące się w wyobraźni, wspomnienia wywoływane przez pamięć, odczuwane w ciele bolączki. Chęć pozbycia się ich wywołuje dodatkowe zamieszanie, lepiej modlić się razem z nimi. Jeśli są takie rozproszenia, które nachodzą cię uporczywie, na przykład myśl o tym, że nie możesz zapomnieć o jakimś spotkaniu, że musisz kupić chleb, skończyć pracę, zadzwonić do znajomego, zapisz je na kartce będącej w zasięgu ręki i módl się dalej. Zastąpią je oczywiście jakieś inne myśli, ale nie będą tak natarczywe.

    Rozproszenia są okazją do modlitwy. Sam najlepiej będziesz umiał zamienić je w prośbę, modlitwę wstawienniczą, dziękczynną lub przebłagalną. To tryskające z naszej świadomości życie. „Dziękuję Ci, Panie, za samochód, który muszę naprawić. Bądź błogosławiony w dzieciach, które dają mi powód do zmartwień. Pomóż mi, Panie, zaakceptować tego kolegę. Przepraszam Cię za pragnienie zemsty, które nasila się we mnie na myśl o sąsiedzie. Dziękuję, że przypomniałeś mi o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Powierzam Ci taką to a taką osobę etc.”.

    Wszystko może być okazją do zwrócenia się ku Bogu, który zna słabości naszej natury: „Panie, naucz mnie modlić się. Pomóż mi Boże. Duchu Święty, Ty sam módl się we mnie”. Pan Bóg woli, żeby nasza modlitwa była pełna roztargnienia, niż żeby z powodu trudności ze skupieniem się, nie było jej wcale. Ofiaruj Bogu siebie takim, jaki jesteś. On nie wzgardzi twoją dziecięcą modlitwą. Tylko miłość liczy się w naszym trwaniu na modlitwie, niezależnie od tego, czy towarzyszą jej rozproszenia, czy nie.

    Może pewnego dnia tak cię porwie obecność Ojca, Jezusa lub Ducha, że o niczym innym nie będziesz mógł myśleć, pozostaną jedynie wewnętrzne porywy serca, proste spojrzenia, miłosna uwaga. Przekonasz się wtedy, że modlitwa może być prawdziwą rozkoszą.

    8. Jestem człowiekiem czynu

    Wszystkie wymówki usprawiedliwiające brak modlitwy są dobre. Na przykład ta: „Pomaganie innym jest lepsze niż tracenie czasu na modlitwę”; „Moja praca jest modlitwą, to wystarczy”; „Mam naturę działacza, nie kontemplatyka”. Miłość bliźniego oraz ofiarowanie Bogu swojej pracy nie powinny oddalać cię od bezinteresownej modlitwy osobistej, wręcz przeciwnie, powinny cię do niej prowadzić, jak do źródła, które ożywia twoje działanie i które pozwala ci przeżyć cały dzień w zjednoczeniu z Bogiem. Jeśli modlisz się regularnie, twoja praca przyniesie jeszcze większe owoce, a twoje działanie nie stanie się krzątaniną. Święty Benedykt dążył do celu, kierując się tylko jedną zasadą: Ora et labora („Módl się i pracuj”).

    Czas, który przeznaczasz na modlitwę, będzie jeszcze bardziej płodny, jeśli przez resztę dnia będziesz trwał w postawie modlitewnej, czyli w postawie otwartości na człowieka i Boga. Działanie i kontemplacja są w tobie jak dwie siostry.

    Dzięki modlitwie i adoracji, które codziennie podejmujesz, masz większą szansę pracować z Bogiem i kochać ludzi dla nich samych. W tym właśnie tkwił sekret oddziaływania Matki Teresy i jej zgromadzenia:

    Każdego wieczoru, kiedy wracamy po pracy, gromadzimy się w kaplicy na godzinę adoracji. W łagodnym zmierzchu znajdujemy pokój w obecności Chrystusa. Ta godzina bliskości z Jezusem ma zasadnicze znaczenie. Widziałam wielką zmianę, jaka dokonała się w naszym Zgromadzeniu, od kiedy wprowadziłyśmy praktykę codziennej adoracji. Dzięki temu nasza miłość do Jezusa stała się czymś bardziej codziennym, nasza miłość do siebie nawzajem – bardziej serdeczna, a nasza miłość do ubogiego bardziej współczująca2.

    Święty Ignacy Loyola mówił, że w każdej rzeczy trzeba znajdować Boga. Bóg chce, żebyśmy wybierali pełnię życia w Chrystusie. Wybrać życie, to znaczy modlić się razem z Synem, ofiarowywać Mu siebie, zwłaszcza w Eucharystii, i kiedy tylko to jest możliwe adorować Go w Najświętszym Sakramencie. Oznacza to także włączenie się w życie Ducha, który, w sercu świata, jest pochłonięty dziełem stwarzania.

    9. Zniechęcam się

    Modlitwa, podobnie jak miłość, przechodzi próbę czasu. Zniechęcenie jest jej najgorszym wrogiem. Zaakceptuj to, że modlitwa nie przebiega tak, jakbyś tego chciał. Czas Boga nie jest naszym czasem. Jego drogi nie są naszymi drogami. Kiedy, w czasie modlitwy, trwasz z Nim w komunii, Bóg sprawia, że pozostając w tym, czym jest twoje dzisiaj, stajesz się częścią Jego pragnienia. Nie opuszczaj tego miłosnego spotkania, jakim jest modlitwa, jeśli chcesz poznać, co jest dla ciebie dobre, i jeśli chcesz pamiętać o Panu.

    Jedna chwila wystarczy, by zwrócić swe serce ku Bogu i rozwiać zwątpienie. Nie ma na to specjalnej metody. Nie uczynisz postępu w modlitwie dzięki odpowiedniej technice, ale dzięki aktom wiary, nadziei i miłości. Twoje trwanie przed Nim ma być bezinteresowne nie tylko po to, żebyś został wysłuchany, ale żeby Bóg mógł w tobie zaistnieć. Jesteś grzesznikiem, On jest zbawicielem. Modlisz się, On modli się w Tobie. Wyznaczasz sobie cele, On je w tobie realizuje. W ten sposób macki zniechęcenia nie będą się długo ku tobie wyciągać.

    Tak wielu odkryć można dokonać, trzymając się ścieżek modlitwy. Temu, kto każdego dnia, rezygnując z pozostałych zajęć, przeznacza pół godziny jedynie dla Boga, nigdy nie zabraknie nowych lądów. Owoce modlitwy są widoczne. Nie dostrzegasz ich? Pokój wewnętrzny, zaufanie, siła ducha, nadzieja, opanowanie, radość życia, gotowość służenia innym, intuicyjne przeczucie rozpoczynającego się właśnie życia wiecznego. Naprzód! Odwagi. Jesteś człowiekiem, który się staje, tak jak modlitwa.

    Ten, kto biegnie ku Tobie staje się większy i silniejszy niż jest w rzeczywistości, ponieważ ciągle rośnie dzięki wzrastającym łaskom […]; lecz ponieważ to, czego szuka, nie zawiera w sobie żadnych ograniczeń, kres tego, co znajduje, staje się dla podejmującego wspinaczkę punktem wyjścia do odkrycia o wiele większych dóbr. W ten sposób wspinający się nie przestaje nigdy podążać od rozpoczęcia do rozpoczęcia, poprzez początki, które nie mają końca3.

    10. Bóg jest zbyt odległy

    Bóg jest zawsze tutaj, blisko ciebie, w tobie, w tej chwili, w tym, co jest teraźniejszością Ducha. Przyjmij tę obecność z ufnością i ofiaruj się Bogu. Twoja modlitwa należy do Niego. Jest darem, który Mu zwracasz dzień po dniu. On pragnie jedynie wierności w modlitwie.„Sprawiedliwy przeżyje ze względu na swoją wierność” (Ha 2,4). Wymaga ona stoczenia prawdziwej walki, którą można wygrać, czerpiąc siły z wierności Boga. On się nigdy nie spóźnia ze spełnianiem obietnic, nawet jeśli nam się tak wydaje. Dzięki wytrwałości otrzymasz wszystko. Jeśli Bóg wydaje ci się zbyt odległy, możesz bez przeszkód codziennie kierować do Niego tę prośbę: „Boże, jeśli istniejesz, ukaż mi Siebie”.

    Właściwie o wytrwałości w modlitwie i przezwyciężeniu wszelkich przeszkód znajdujących się na drodze do niej nie decyduje rozwiązanie takich kwestii jak: dlaczego, w jaki sposób, gdzie, kiedy i jak długo się modlić. Nie, podstawowym problemem jest obraz Boga, jaki w sobie nosisz. To on będzie cię motywował do tego, żeby wytrwać.

    Możesz mówić, że nie możesz się modlić, że zbyt rzadko masz ciszę i spokój, że nie lubisz się modlić, że nic nie czujesz, że nic się nie dzieje, że to cię nuży, że wokół zbyt dużo rozproszeń, że jesteś zajęty, że to cię zniechęca. Podstawowe pytanie brzmi jednak: „Kim Bóg jest dla mnie?”. Twoja wierność w modlitwie będzie na nie najlepszą odpowiedzią. Jeśli Bóg jest dla ciebie najważniejszy, modlitwa też będzie czymś ważnym. Powiedz mi, w jakiego Boga wierzysz, a ja ci powiem, jak się modlisz.

    Ćwiczenie praktyczne

    Określam w kalendarzu czas, który spędzę na modlitwie w miejscu, które mi najbardziej odpowiada. Czas, który zostaje niezagospodarowany, wykorzystuję na kilkuminutowe skupienie w domu, biurze, szkole, kościele… Trwam w obecności Boga wraz z Jezusem i Duchem Świętym, który modli się we mnie. Wykorzystuję ten czas na opowiedzenie Bogu o moich planach, o tym, co mnie gnębi. Proszę Go, aby błogosławił zarówno ludziom, którzy są mi bliscy, jak i tym, z którymi trudniej mi się żyje. Zawierzam się Bogu i z zaangażowaniem trwam na modlitwie. Odpowiadam Mu w wierze, rozważając Jego słowo. Proszę, żeby objawił mi się jako współczujący Ojciec i żeby pozwolił mi się włączyć w odwieczny dialog miłości, prowadzony z Synem i z Duchem. Odsłaniam się przed Nim, żeby mógł we mnie zobaczyć obraz swego Syna Jezusa, przychodzącego w czasie, by poprzez swoją mękę i zmartwychwstanie otworzyć mi drzwi życia wiecznego.

    MODLITWA

    Pozwól, o Boże, Panie czasu, by w naszej wierze wybrzmiała nadzieja uwalniająca serce od niepokoju, i miłość oczyszczająca duszę z rozproszeń.
    Jesteś bliżej, niż to, co nas od Ciebie oddala, Ojcze, ukryty w szczelinach naszej miłości, tak bardzo obecny we wszystkim, co ludzkie, pomóż nam wytrwać w modlitwie.
    Niech nasze drzwi otworzą się na Twoją ciszę, Miłości o tysiącu twarzy niech nasze uszy usłyszą Twoje kroki w hałasie wypowiadanych słów.
    Po co wykrzykiwać Twoje imię na zewnątrz, skoro tryska ze środka jak źródło, Boże ukryty, choć widzialny w twarzy Chrystusa, Towarzyszu próby i każdego cierpienia, przemawiający do nas nieustannie wbrew milczeniu, które płynie z krzyża naszych piątków.

    tekst pochodzi z książki „Czas na modlitwę”, wydawnictwo „W drodze” 2010/Fronda.pl.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Plan godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Dwie podstawowe zasady

    05-15 min: Adoracja
    © Mari Tere | Shutterstock

    ***

    Poniżej przedstawiamy sprawdzony pomysł na godzinną adorację przed Najświętszym Sakramentem. Minuta po minucie.

    Do godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu wystarczy tabernakulum z wieczną lampką, Pismo Święte, ewentualnie także Katechizm Kościoła Katolickiego.

    Zachowaj dwie podstawowe zasady.

    Po pierwsze: nie bądź gadatliwy. Nie odklepuj modlitw i nie skupiaj się na tym, co jest przyczyną codziennych zmartwień. Bądź spokojny zewnętrznie i wewnętrznie.

    po drugie: bądź uważny. Adoracja to nie godzina czytań – fragmenty Pisma Świętego mają być jedynie wprowadzeniem do modlitwy. Poniższe wskazówki mogą okazać się pomocne w przypadku dekoncentracji uwagi, jednak można je dowolnie dostosowywać do własnych potrzeb.

    00-05 min: Rozpoczęcie

    Pierwsze 5 minut: Poproś o wsparcie Ducha Świętego, a następnie odmów akty wiary, nadziei i miłości. Powiedz Bogu, jak bardzo pragniesz w Niego uwierzyć, jak bardzo pragniesz Mu zaufać i jak bardzo pragniesz Go pokochać. Poproś, aby przymnożył ci wiary, nadziei i miłości. Dobra rada: modlitwy do Ducha Świętego oraz akty wiary, nadziei i miłości znajdziesz w modlitewniku lub w sieci.

    05-15 min: Adoracja

    Kolejne 10 minut: Adoruj Boga, który trzyma w swoim ręku wszechświat niczym nasionko. Bóg jest wszechmocny, dobry, piękniejszy niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić i bardziej realny, aniżeli wszystkie przedmioty wokół nas. Wyobraź sobie, że obok ciebie siedzi Chrystus Pan. Powiedz Mu: „Boże mój, uwielbiam Ciebie za Twoją wspaniałość z głębi mojej uniżoności. Ty jesteś wielki, a ja taki mały” lub odmawiaj „Chwała Ojcu i Synowi…” Powtarzaj te słowa tak długo, jak to będzie konieczne. Dobra rada: Odczytaj „Te Deum”. Fragmenty Pisma Świętego przydatne podczas adoracji: Wj 33, 18-23; Pnp 2, 8-17; Mt 2, 1-11; J 1, 1-18; Kol 1, 15-20; Flp 2, 6-11. Bądź skoncentrowany. Siedź, stój lub klęcz z szacunkiem. Dobra rada: Jeśli morzy cię sen, wstań!

    15-25 min: Akt skruchy

    Kolejne 10 minut: Zadośćuczynienie. Zbawia nie Twoja miłość do Boga, lecz Jego do ciebie. Zrób rachunek sumienia. Módl się o zadośćuczynienie za grzechy świata. Módl się: „O mój Jezu, przepraszam Cię. Wybacz mi” (wyobraź sobie Jezusa na krzyżu; ucałuj każdą Jego ranę). Dobra rada: Fragmenty Pisma Świętego stosowne do wyrażenia skruchy wobec Pana Boga: 1 Kor 13, 4-7; Kol 3, 5-10; 1 Tm 1, 12-17; Jk 3, 2-12; 1 J 1, 5-2:6; Psalmy pokutne: 6, 32, 38, 51, 102, 130, 142.

    25-40 min: Medytacja

    Kolejne 15 minut: Kontempluj działanie Boga. Możesz w myślach odprawić drogę krzyżową lub odmówić różaniec. Lub też: Medytacja za pomocą Pisma Świętego. Przeczytaj krótki fragment z Ewangelii. Wyobraź sobie przeczytaną scenę. Jak zareagował wówczas Chrystus? Pomyśl o trzech sytuacjach z własnego życia, do których można by odnieść dany fragment. Medytuj na temat każdego wersu. Medytacja za pomocą nauki Kościoła. Przeczytaj krótki fragment z Pisma Świętego lub Katechizmu, który odnosi się do nauczania Kościoła. Pomyśl, jaki był Boży zamysł i zastanów się, w jaki sposób odnosi się do ciebie (to może wyglądać np. tak: niedziela – zmartwychwstanie; poniedziałek – wcielenie; wtorek – miłosierdzie, pokuta; środa – Duch Święty; czwartek – Eucharystia; piątek – Męka Pańska; sobota – Maryja). Medytacja związana z życiem. Pogłębiając rachunek sumienia, przyjrzyj się własnemu życiu. W jaki rodzaj pychy popadasz najczęściej? Czy jest to egoizm (cenisz wyłącznie siebie samego), próżność (najbardziej cenisz zdanie innych), czy zmysłowość (cenisz głównie własną wygodę)? Módl się o przeciwieństwa tych grzechów: miłosierdzie (służbę przede wszystkim innym), wierność (dbaj najbardziej o zdanie Chrystusa), dyscyplinę (akceptacja własnych krzyży).

    40-50 min: Dziękczynienie

    Kolejne 10 minut: Wyraź wdzięczność za wszystkie dary otrzymane od Boga. On nie tylko cię stworzył, ale w każdej chwili podtrzymuje twoje istnienie z miłości. Dziękuj Mu za dosłownie wszystko. Nazwij konkretne dary Boże: jedzenie, schronienie, ubranie, zdrowie, rodzina, przyjaciele, nauczyciele, współpracownicy, dom. Przede wszystkim jednak podziękuj za dary duchowe – za wiarę, nadzieję, miłość, ten czas modlitwy, za religię katolicką i za uczniów, którzy dotarli do Ciebie. Dziękuj Bogu za wysłuchanie Twoich modlitw. Dziękuj Mu za otrzymane krzyże. Dziękuj Mu za to, że cię stworzył i zależy Mu na tobie tak bardzo, że oddał za ciebie życie. Dobra rada: fragmenty Pisma Świętego stosowne do dziękczynienia Pan Bogu: Rdz 1; Rdz 8, 15-22; Hi 1, 13-22; Dn 3, 46-; Mt 6, 25-34; Łk 17, 11-19; Ps: 8, 65, 66, 100, 111.

    50-55 min: Prośby

    Kolejne 5 minut: Poproś Pana Boga o to, czego potrzebujesz ty sam i inni. On jest królem wszechświata i jest wszechmocny, nawet jeśli nie jest to oczywiste. Módl się: za Kościół, w intencjach Ojca Świętego, za cierpiących, kapłanów i biskupów, osoby konsekrowane, o powołania, za ojczyznę i swoją rodzinę oraz o to, czego najbardziej potrzebujesz w życiu duchowym. Módl się o pokój i ochronę rodziny. Módl się za tych, którzy prosili cię o modlitwę.

    55-60 min: Zakończenie

    Ostatnie 5 minut: Postanów sobie, że – prowadzony światłem Ducha Świętego – podejmiesz realistyczne i wymierne działania. Nazwij je. Poproś o wstawiennictwo Matkę Bożą. Możesz w tym celu odmówić modlitwę maryjną (np. Pod Twoją Obronę).

    wybrane z tekstu:Tom Hoopes/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wieczorny rachunek sumienia metodą św. Ignacego. 15 minut, które naprawdę odmienia

    RACHUNEK SUMIENIA
    fot. goffkein.pro | Shutterstock

    *****

    Można być albo nie być fanem duchowości ignacjańskiej. Trudno jednak odmówić jej realizmu, skupienia na konkrecie i dobrze rozumianej skuteczności. Nic dziwnego, skoro stoi za nią charakter i doświadczenie byłego żołnierza.

    Święty Bask z Loyoli

    Miał zatargi z Inkwizycją, studiował na Sorbonie, a wraz z poznanymi tam kolegami dał początek Towarzystwu Jezusowemu, czyli jezuitom. Porzuciwszy pierwotny pomysł na krótką, ale efektowną działalność zakonu (udać się w pięciu do Ziemi Świętej i dać zabić za głoszenie Ewangelii), dotarł do Rzymu. Tam, za namową papieża, przyjął święcenia kapłańskie.

    Odtąd poświęcił się kierowaniu rosnącym w liczbę i siłę Towarzystwem, którego konstytucje zatwierdzono w 1540 roku. W tym samym czasie Ignacy, na podstawie notatek czynionych w czasach epizodu pustelniczego i późniejszych doświadczeń, spisał swoje słynne „Ćwiczenia Duchowe”.

    Umarł nieopatrzony na czas sakramentami (przynajmniej świadomie), bo współbracia nie posłuchali go, gdy im zakomunikował, że będzie umierał. Ale to – jak widać – nie przeszkodziło w kanonizacji Baska.

    Rachunek sumienia metodą św. Ignacego

    Ignacjański rachunek sumienia proponowany jest już na samym początku „Ćwiczeń Duchowych”, znanych też pod popularną nazwą „rekolekcji ignacjańskich”. Ćwiczenia to intensywny, usystematyzowany kurs modlitwy medytacyjnej i kontemplacyjnej. Uczą też trudnej, ale przydatnej w podejmowaniu właściwych życiowych decyzji (i ich realizacji) sztuki rozeznawania.

    Rachunek sumienia, który proponuje św. Ignacy jest – obok medytacji – jego metodą, jedną z dwóch codziennych praktyk pozwalających zachować i rozwijać owoce ćwiczeń w codzienności. Spokojnie jednak (i z bardzo dobrymi efektami) może go stosować również ten, kto nigdy na rekolekcjach ignacjańskich nie był i nie będzie.

    Ignacjański rachunek sumienia

    1. PODZIĘKUJ BOGU ZA OTRZYMANE DOBRODZIEJSTWA.

    Tak jest! Zaczynamy od wdzięczności. Przebiegamy myślą dzień i dziękujemy Bogu za każde otrzymane i doświadczone dobro. A więc: za dobro, które przyniosły wydarzenia dnia; za dobro doznane od ludzi; za to, które można wytłumaczyć jedynie szczególną (choć często dyskretną) bezpośrednią interwencją Pana Boga. Ale i za to, które dostrzegamy w sobie samych.

    Ważne, żeby to były rzeczy maksymalnie konkretne (słowa, czyny, myśli, natchnienia, ale też nastroje, dary, rzeczy, rozmowy i tym podobne). W ten sposób pielęgnujemy radość, zdrową dumę i wdzięczność, które uwrażliwiają serce. I czynią umysł zdolnym do właściwej oceny siebie, innych i zdarzeń.

    2. PROŚ O ŁASKĘ POZNANIA GRZECHÓW I PORZUCENIA ICH.

    To nie jest rozliczenie w dziale księgowości, ale rozmowa z Bogiem. Chcemy poznać grzech i podjąć z nim walkę. Potrzebujemy więc pomocy Ducha Świętego, który jako jedyny potrafi jednocześnie pokazań nam zło, w które się wikłamy i dać nadzieję oraz siłę do zmiany (a nie „zgnoić” nas świadomością ciężaru naszych win).

    Proś Go o pomoc, o światło, o odwagę, o wewnętrzną szczerość. Proś, by On ci otworzył umysł i serce. Tak, jak sam własnymi siłami nigdy nie byłbyś w stanie tego zrobić. Choćby dlatego, że twoja psychika dla twojego dobra chce cię chronić za pomocą opanowanych do perfekcji mechanizmów obronnych.

    3. ŻĄDAJ OD DUSZY ZDANIA SPRAWY Z MYŚLI, MOWY I UCZYNKÓW.

    Dopiero teraz bierzemy się za „rachowanie” grzechów. Znów przebiegamy dzień myślą – może nie dosłownie „godzina po godzinie”, jak radzi Ignacy – ale etapami. Od czynności do czynności. Np. od pierwszego budzika do wyjścia z domu, od wyjścia z domu do dotarcia na uczelnię czy do pracy i tak dalej, aż po moment, w którym aktualnie jesteśmy.

    Przyglądamy się najpierw myślom, potem słowom, aż wreszcie uczynkom. Zwracamy uwagę na motywacje, które nami kierowały; emocje, które nam towarzyszyły i skutki, jakie osiągnęliśmy (bo może być tak, że pomogłem staruszce wysiąść z autobusu tylko po to, by wzbudzić podziw u pięknej dziewczyny na przystanku, albo powiedziałem Iksińskiemu kilka gorzkich słów, ale dlatego, że naprawdę się o niego martwię). Wbrew chęci „odwalenia” tego punktu jak najszybciej, warto zmusić się tutaj do dużej uważności i precyzji w nazywaniu rzeczy po imieniu.

    4. PROŚ BOGA O PRZEBACZENIE WIN.

    Bo to nadal przede wszystkim rozmowa z Nim. Nie wypełniasz skomplikowanej tabelki w Excelu, ale rozmawiasz z kochającym Ojcem (który cię stworzył) i Synem (który cię odkupił) w Duchu (który cię prowadzi).

    Zwróć się wprost do Boga z prośbą o przebaczenie konkretnych grzechów. Najprostszymi i najszczerszymi słowami, na jakie cię w tej chwili stać.

    5. POSTANÓW POPRAWĘ Z POMOCĄ JEGO ŁASKI.

    Nie, że „od jutra będę lepszym człowiekiem”, ale konkretnie. Najlepiej w jednej (i wcale niekoniecznie „najgrubszej”) sprawie. Postanów sobie jedną rzecz na jutro albo na kilka dni. Tak, żeby była a) na pewno wykonalna, b) możliwa do uczciwego „rozliczenia” przy jutrzejszym rachunku sumienia. Cel i sposób. I pilnuj tego jutro. Tego szczególnie.

    Na koniec możesz odmówić Ojcze naszZdrowaś, Maryjo i Chwała Ojcu…

    15 minut i ani chwili dłużej!

    Całość ma trwać kwadrans. Ani minuty mniej, ani minuty więcej. Chęć skrócenia lub przedłużenia (choćby o minutę) Ignacy każe traktować jako pokusę, której należy się bezwzględnie przeciwstawić. Korzystanie z minutnika dozwolone.

    Ale uwaga! Nie musisz koniecznie przejść wszystkich punktów. Jeśli zdarzy się, że zatrzymasz się przy dziękowaniu i ono ci „porwie serce”. To zostań w nim, nie martwiąc się, że masz jeszcze kolejne punkty do zrobienia. Pilnuj natomiast kwadransa. „Milsze posłuszeństwo, niźli nabożeństwo”. To jest wojsko! Duchowe, ale wojsko.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mniszka Maria Teresa:

    „Kiedy się modlę, zanoszę przed ołtarz cały świat”

    UKRAINE
    fot. Paweł Waligóra | Aid to the Church in Need

    ***

    Zakony klauzurowe postrzegane są jako przestarzałe. Na takie stwierdzenie siostra Maria Teresa, mniszka benedyktyńska, odpowiada: „Jestem obecna w świecie, bo świat noszę w sobie, a kiedy idę się modlić, zanoszę go przed ołtarz”.

    Siostra Maria Teresa jest mniszką klauzurową w Opactwie Santa Grata w Bergamo (Włochy). Na łamach dziennika „Eco di Bergamo” z 17 grudnia 2021 r. z prostotą poruszyła tematy interesujące z pewnością zarówno tych bardziej, jak i mniej wierzących.

    Istnieje wiele uprzedzeń dotyczących wyboru życia za klauzurą. Jednym z nich jest motywacja do podjęcia takiej decyzji. Niektórzy twierdzą, że wynika ona z pragnienia ucieczki przed światem, aby uniknąć trudów i zmartwień zwykłego życia, dziś coraz trudniejszego i skomplikowanego.

    Do klasztoru idzie się po to, by sprostać wymaganiom życia

    Istnieje ryzyko, że ktoś będzie szukał [w klasztorze] schronienia przed światem pełnym zła i okrucieństwa – przyznaje bardzo spokojnie Maria Teresa. – Jednak kto wstępuje [do zakonu] z taką motywacją, nie wytrzyma tu dłużej niż cztery miesiące. Życie klauzurowe jest powołaniem, podobnie jak powołaniem jest życie w małżeństwie czy w pojedynkę. Do zakonu idziesz dlatego, że czujesz pragnienie oddania życia Bogu i innym, choć rzeczywiście w sposób nieco dziwny, nietypowy […]. Do klasztoru idzie się po to, by sprostać wymaganiom stawianym przez życie.„Eco di Bergamo”

    Życie mniszki klauzurowej

    Dzięki siostrze Marii Teresie możemy lepiej poznać to doświadczenie. Punktem wyjścia niech będą słowa umieszczone na stronie internetowej benedyktynek, które opisują życie zakonne jako: „Życie surowe, jednak nagrodą za tę rygorystyczną dyscyplinę jest wewnętrzny pokój”.

    Taka definicja niemal natychmiast kieruje nasze myśli w stronę egzystencji „o chlebie i wodzie”, „w chłodzie i niewygodzie”, która zakłada rezygnację niemal ze wszystkiego.

    Nic podobnego – wyjaśnia siostra zakonna. – Prowadzimy normalne życie, niczego nam nie brakuje. W porównaniu ze światem zewnętrznym inne są jednak nasze priorytety. Prowadzimy życie surowe, tzn. skoncentrowane na jego istocie (…) To sposób życia, który uwalnia z wielu ograniczeń.„Eco di Bergamo”

    Zwykły dzień siostry Marii Teresy

    Tej istoty życia nie powinniśmy utożsamiać z bezczynnością, ponieważ, jak wynika z wywiadu,

    w klasztorze życie też biegnie szybko, inne są jednak priorytety.„Eco di Bergamo”

    Weźmy chociażby samą siostrę Marię Teresę, która pełni wiele różnych funkcji. Jest pielęgniarką dla pozostałych 17 współsióstr, z którymi dzieli życie klauzurowe, co sprawia, że dość często opuszcza klasztorne mury. Jest również archiwistką kustoszką starych klasztornych dokumentów, przewodniczką dla osób zwiedzających kościół czy opiekunką domu gościnnego, do którego trafiają osoby pragnące choć przez kilka dni doświadczyć tego innego stylu życia.

    Trudności życia klauzurowego

    Czy to znaczy, że wszystko zawsze idzie gładko, jest oczywiste i nie pojawiają się żadne napięcia?

    Życie zakonne ma swoje trudności, tak jak i każdy inny styl życia. Mogą pojawić się problemy w relacjach pomiędzy siostrami, ponieważ żadna z nas nie ma aureoli ani skrzydeł. Pojawia się też ryzyko monotonii. Czasem ktoś mnie pyta, czy nie nudzi mi się życie, które każdego dnia wygląda tak samo. Odpowiadam wówczas, że to taka sama rutyna, jak każda inna. Jednak tak naprawdę życie w zakonie jest przebogate.„Eco di Bergamo”

    Módl się, czytaj i pracuj

    Maria Teresa i inne siostry benedyktynki żyją według reguły św. Benedykta, powszechnie znanej jako „Ora et labora”, która w rzeczywistości brzmi jednak: „Ora, lege et labora” (módl się, czytaj i pracuj). To właśnie założyciel ich zakonu wprowadził metodę lectio divina, czyli pracę nad tekstami świętymi, która ma na celu znalezienie odpowiedzi na proste, ale zasadnicze pytanie: co nam mówi dany fragment Biblii?

    Tak więc prace manualne i obowiązki domowe przeplatają się z chwilami modlitwy. Zgodnie ze wskazówkami psalmisty: „Siedem razy na dzień Cię wysławiam” pierwsza modlitwa rozbrzmiewa o 5.30, a ostatnia, siódma, o 21.00.

    Wprowadzać w życie Słowo Boże

    Studiowanie Słowa Bożego, które odbywa się zgodnie z zaleceniem „lege”, ma wymiar teologiczny, jednak nie w znaczeniu czysto akademickim. Jest raczej:

    okazją do tego, by poznać i pogłębić Słowo Boże, aby następnie wprowadzić je w życie.„Eco di Bergamo”

    Medytacja zbliża cię do Boga

    Do tych zaś, którzy dzisiaj wyruszają na poszukiwanie miejsc odosobnienia, co stało się nawet pewną modą, by spędzić tam czas, poszcząc i medytując, siostra Maria Teresa zwraca się z tą refleksją:

    (…) myśmy to wymyślili już dwa tysiące lat temu! Jeśli spojrzysz na to, co robił Jezus, zobaczysz, że w jego życiu nie brakowało postu i milczenia. To jakieś gorączkowe poszukiwanie tego, co już przecież znajduje się w Ewangelii. Wystarczy ją otworzyć i czytać. Choć nurtuje nas wiele pytań, wszystkie odpowiedzi są właśnie tutaj zapisane. Jednak uwaga, istnieje fundamentalna różnica pomiędzy medytacją praktykowaną na przykład w ramach jogi, a naszą. Joga jest czymś całkowicie wewnętrznym i indywidualnym, jest zanurzeniem się w sobie samym. Medytacja, która przybliża cię do Boga, jest czymś zupełnie innym. Jest wymianą.„Eco di Bergamo”

    Troszczyć się o życie w wymiarze wertykalnym

    Niestety w świecie, w którym obowiązuje bezwzględny imperatyw „mors tua, vita mea” („Śmierć twoja, życie moje”), w świecie, który nieustannie pędzi do przodu, medytacjanie jest czymś powszednim.

    Powinniśmy tymczasem, bez względu na to, czy jesteśmy wierzący czy niewierzący, nauczyć się troski o życie nie tylko w wymiarze horyzontalnym, ale także wertykalnym. Zatroszczyć się o to, co tyczy się naszej duszy. To prawda, jest nas niewielu. Z drugiej jednak strony Jezus zaczynał z dwunastoma przyjaciółmi i to takimi niekoniecznie godnymi zaufania. Jeden z nich sprzedał Go temu, kto zaproponował najlepszą cenę, drugi trzykrotnie się Go zaparł, pozostali uciekli w najbardziej dramatycznym momencie. To nie jest tak, że wybrał nie wiadomo kogo.„Eco di Bergamo”

    „W ciszy zobaczysz, że Bóg do Ciebie mówi”

    Cisza jest tym, co pomaga nam odkryć Boga.

    Gdy jesteśmy sami, cisza potrafi być ogłuszająca, ponieważ wydobywa wszystko to, czego nie chcemy słyszeć, to, czego się obawiamy, podczas gdy hałas sprawia, że pozostaje to ukryte gdzieś w nas. W ciszy zobaczysz, że Bóg do Ciebie mówi (…). Dla nas, mniszek, cisza jest najwyższą formą komunikacji, chwilą, w której nie mówisz nic, by powiedzieć wszystko. Jak głosi przysłowie, usiądź i otul się ciszą, a Bóg będzie mówił.„Eco di Bergamo”

    Czym zajmuje się mniszka klauzurowa?

    Siostry klauzurowe postrzegane są jako anachroniczne i nie na czasie ze swoim dobrowolnym wykluczeniem ze świata, w którym wszystko pozornie wydaje się zdominowane przez relacje „społecznościowe”.  Co odpowiada na to siostra Maria Teresa?

    Jestem w czasie. Klauzura jest środkiem do celu, nie celem samym w sobie. Jest środkiem, który pozwala mi całkowicie poświęcić się modlitwie za innych. Gdybym żyła poza czasem, nie byłoby mnie tu, w klasztorze. Jednak Bóg mnie o to poprosił. Jestem obecna w świecie, bo świat noszę w sobie, a kiedy idę się modlić, zanoszę go przed ołtarz.„Eco di Bergamo”

    Silvia Lucchetti/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krzyż Przebaczenia.

    Chrystus wyciąga z niego rękę

    do skruszonego grzesznika

    KORDOBA, KRZYŻ PRZEBACZENIA
    fot. Renata Sedmakova | Shutterstock

    ***

    Kiedy spowiednik chciał odprawić z kwitkiem zatwardziałego grzesznika, usłyszał: „To Ja przelałem krew za tę osobę, nie ty”. Poznaj piękną historię Krzyża Przebaczenia z Kordoby.

    Wklasztorze Santa Ana i San Jose w Kordobie (południowa Hiszpania) znajduje się niezwykły krzyż, nazywany Krzyżem Przebaczenia. Wiszący na nim Zbawiciel prawą rękę odrywa od belki, by wyciągnąć ją w kierunku modlącego się u stóp krucyfiksu człowieka. Jaka historia się za tym kryje?

    KORDOBA, KRZYŻ PRZEBACZENIA

    Historia Krzyża Przebaczenia

    Pewnego dnia do kościoła przyszedł mężczyzna, by się wyspowiadać. Kapłan stanął z nim pod krucyfiksem. Ten człowiek wielokrotnie wracał z tymi samymi grzechami. A trzeba dodać, że dopuszczał się poważnych przestępstw. Ksiądz był więc dla niego bardzo surowy.

    Po jakimś czasie ta sama osoba przyszła ponownie do świątyni. Po wyznaniu grzechów duchowny powiedział: „To już ostatni raz, kiedy mu wybaczyłem”.

    Mijały kolejne miesiące, a ów mężczyzna nie wracał do spowiedzi. W końcu jednak przyszedł i ponownie klęknął u stóp krzyża z prośbą o przebaczenie przewinień. Ksiądz z powagą odrzekł: „Nie baw się z Bogiem, proszę. Nie mogę pozwolić, byś nadal grzeszył”.

    Jakież było jego zdziwienie, gdy usłyszał skrzypienie krzyża. Jezus oderwał prawą rękę od belki i wyciągnął ją w kierunku skruszonego grzesznika. Kapłan zaś usłyszał słowa: „To Ja przelałem krew za tę osobę, nie ty”. Od tego czasu prawa ręka Zbawiciela pozostaje w takiej pozycji.

    Krzyż: pochylenie się Boga nad człowiekiem

    Ta historia jasno pokazuje, że Chrystus zaprasza każdego człowieka, by przyszedł do Niego z prośbą o przebaczenie. By zanurzył się w Jego niezgłębionym miłosierdziu, jakie ofiaruje grzesznikom.

    Krzyż jest symbolem miłości Boga, który zbawia i umacnia nas w trudach codzienności. Św. Jan Paweł II w encyklice Dives in misericordia pisał:

    Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Boga nad człowiekiem, nad tym, co człowiek – zwłaszcza w chwilach trudnych i bolesnych – nazywa swoim losem. (…) Ukrzyżowany Chrystus jest Słowem, które nie przemija, jest tym, który stoi i kołacze do drzwi serca każdego człowieka, nie naruszając jego wolności, ale starając się z tej ludzkiej wolności wyzwolić miłość (DM 8).

    Jeśli zaś chodzi o spowiedź, kilkakrotnie w przemówieniach papież Franciszek podkreślał, że nie jest ona sądem, wypominaniem win czy załatwieniem jakiejś formalności. Jest spotkaniem z Bogiem, z którego On się niezmiernie cieszy. „Bóg nie męczy się przebaczaniem, to my męczymy się proszeniem o nie” – mówił Ojciec Święty w rozmowie z Andreą Torniellim, watykanistą, pisarzem i dziennikarzem. Podczas jednej z katechez zwrócił również uwagę, że Boże przebaczenie budzi w każdym człowieku nadzieję.

    Niech zatem Krzyż Przebaczenia z klasztoru w hiszpańskiej Kordobie będzie przypomnieniem, że jednym z najpiękniejszych oblicz Boga jest Jego miłość miłosierna.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl

    źródła: zchrystusem.pl; diariosanjuan19.com; dziennikpolski24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krzyż jest miłością

    Krzyż jest miłością

     

    Krzyż jest przede wszystkim historią miłości. Prawosławni mówią o niej manikos eros, czyli szalona. Krzyż uczy, że miłość to pasja śmiertelnie niebezpieczna.

    Tematem tegorocznego cyklu na Wielki Post jest przesłanie płynące z krzyża Chrystusa. Nawet do najświętszych znaków można się przyzwyczaić. Mogą tak bardzo spowszednieć, że przestają cokolwiek znaczyć. Wielki Post to najlepszy czas, by odkurzyć krzyż, by się w niego wpatrywać, wsłuchiwać, modlić się przed nim.

    Zapraszamy Czytelników do szukania odpowiedzi na pytanie: Co właściwie mówi nam Ukrzyżowany, jaką prawdę o Bogu i o człowieku przynosi? Jest krzyż Chrystusa i jest krzyż człowieka. Wiodącym tematem dzisiejszego odcinka jest miłość. Pytamy w pierwszej części o to, co mówi nam krzyż o miłości. Druga część to rozmowa z aktorką Teresą Lipowską o konkretnym krzyżu, obecnym w życiu małżeńskim.

    Krzyż jest miłością

    Krzyż jest miłością
    Krzyż jako drzewo życia. Mozaika z bazyliki św. Klemensa w Rzymie/ fot. Wikipedia/Jastrow

    ***

    Krzyż na drogę – Wielki Post z Gościem. Krzyż jest przede wszystkim historią miłości. Prawosławni mówią o niej manikos eros, czyli szalona. Krzyż uczy, że miłość to pasja śmiertelnie niebezpieczna.

    Można umrzeć z braku miłości lub z powodu miłości. Obie sytuacje można odnieść do Jezusa. Umarł na krzyżu jako ktoś odrzucony, niekochany, a zarazem umarł jako ten, kto kocha do końca, bez granic.
    Krzyż jest największą w historii lekcją miłości. Mówi o miłości samego Boga, ale także o każdej ludzkiej miłości. By kochać po ludzku, potrzebujemy nie tylko słów, ale i ciała. Wie o tym Bóg. Dlatego wcielił się i swoim ukrzyżowanym ludzkim ciałem objawił miłość. Na krzyżu Wcielenie osiąga swój ostateczny cel.

    Bez miłości jest niczym
    Pewien ksiądz skarżył się: „Moi chrześcijanie uważają Boga za Boga odległego, któremu trzeba się podporządkować na tyle, na ile to możliwe, nie z miłości do Niego, ale ze strachu przed piekłem. Bóg nie jest Ojcem… Nie, Bóg jest tym, kto ustanowił dziesięć negatywnych przykazań: »nie zrobisz tego«. Wniosek: »Bóg jest kimś, kto przeszkadza być szczęśliwym«”. Smutne to, ale takie wyobrażenia pokutują w samym Kościele. By przekonać się, jak daleko stąd do prawdy, trzeba pójść pod krzyż. Patrząc na Ukrzyżowanego, poznajemy, kim naprawdę jest Bóg. W każdym razie idziemy we właściwą stronę. Św. Jan napisał krótko: „Bóg jest miłością”. Krzyż wypełnia to najważniejsze słowo treścią.

    Spróbujmy odczytać Pawłowy hymn o miłości (1 Kor 13,1–13), spoglądając na krzyż Jezusa. Miłość tłumaczy krzyż i odwrotnie, krzyż ukazuje, czym jest miłość. „Gdybym ciało wystawił na spalenie, a miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał”. Cierpienie nie uszlachetnia! To miłość uszlachetnia cierpienie. „Miłość jest cierpliwa, łaskawa, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą… wszystko znosi… wszystko przetrzyma”. Każde słowo tego hymnu współbrzmi z tajemnicą krzyża.

    Bóg wyznaje na krzyżu swoją miłość. Wyznaje ją nie słowem, lecz umęczonym ciałem; nie ustną deklaracją, lecz krwią płynącą z ran. „Gdyby nie miłość, byłbym niczym” – mówi bez słów konający Pan. Nic nie zrozumiemy z tajemnicy krzyża, jeśli nie widzimy w nim miłości. Nic. „Miłość nigdy nie ustaje”. Brzmi tutaj nadzieja, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Miłość na śmierć i życie nie może przegrać. Jeśli jest gotowa przetrwać wszystko, nie można jej zabić. Musi być ciąg dalszy, musi być zmartwychwstanie.

    Eros i agape
    Najciekawszym wątkiem pierwszej encykliki papieża Benedykta XVI jest pokazanie łączności między dwoma rodzajami ludzkiej miłości: eros i agape. Eros to miłość namiętna, gorąca, cielesna, pożądliwa, ta, która dąży do zjednoczenia z kochaną osobą. Agape to miłość ofiarna, które daje siebie kochanej osobie, niczego nie żądając w zamian. Papież podkreśla jedność obu tych pozornie sprzecznych odmian miłości. Eros potrzebuje agape i odwrotnie. Pragnienie „posiadania” bliskiej osoby, cała energia miłości erotycznej, dążącej do zjednoczenia, musi być dopełniona przez agape. Eros musi rosnąć w stronę bezinteresownego daru, gotowości do ofiary, inaczej stanie się egoizmem, czyli zaprzeczeniem miłości. Jednocześnie miłość nie może być tylko czystą agape, jest w niej zawsze jakiś element erosa, czyli czegoś szalonego, jakiś rodzaj namiętności, pasji, silnego pragnienia zjednoczenia z ukochanym czy ukochaną. Zdrowie ludzkiej miłości jest w połączeniu obu tych wymiarów.

    Co to wszystko ma wspólnego z miłością Boga i z krzyżem Chrystusa? Okazuje się, że sporo. Benedykt XVI podkreśla, że obie odmiany miłości mają swoje źródło w Bogu. Bóg kocha człowieka namiętnie, do szaleństwa pragnie z nim bliskości, a zarazem jest gotów dać siebie, nie żądając nic w zamian, jest gotów przebaczyć niewierność. „Bóg miłuje, i ta Jego miłość może być bez wątpienia określona jako eros, która jednak jest jednocześnie agape” – pisze Papież. W jednym ze swoich listów na Wielki Post powraca do tej myśli w kontekście krzyża. „W krzyżu objawiła się Boża miłość (eros) do nas. Eros jest bowiem – jak mówi Pseudo-Dionizy – tą siłą, »która nie pozwala kochającemu, by pozostał sam w sobie, lecz nakłania go do zjednoczenia z osobą kochaną«. Czyż istnieje bardziej »szalony Eros« od tego, który sprawił, że Syn Boży zjednoczył się z nami tak dalece, że wziął na siebie następstwa naszych zbrodni i za nie cierpiał?”.

    Jezus powiedział: „Gdy zostanę wywyższony nad ziemię, przyciągnę wszystkich do siebie” (J 12,32). Miłość jest dawaniem, ale też pragnieniem zjednoczenia. Można powiedzieć, że na krzyżu objawiła się miłość Boga, w której bezinteresowny dar z siebie łączy się z gorącym pragnieniem wzajemności. Ukrzyżowany pociąga nas ku sobie. Woła z drzewa konania: „Pragnę”. Nie chodzi bynajmniej tylko o łyk wody. To wołanie sięga wnętrza Boga. On pragnie nas, mnie i ciebie. Odtrącony, nie przestaje czekać przed drzwiami. Woła o miłość. „Pragnę”.

    Jaka jest ta miłość?
    „Bóg jest miłością”. Oznacza to, że miłość nie jest jedną z wielu cech Boga, nie jest nawet cechą najważniejszą, miłość jest samą Jego istotą. Jaka jest ta miłość? Jest niesłychanie pokorna, bo miłość nie potrafi patrzeć z góry. Jezus umywający uczniom nogi – wstrząsający gest, który zapowiadał krzyż. Bóg na kolanach przed człowiekiem jak ostatni sługa. „Krzyż jako waga, jako dźwignia. Zejście – warunek wznoszenia się. Niebo schodzące na ziemię podnosi ziemię ku niebu” (Simone Weil). Pytał dramatycznie Hans Urs von Balthasar, rozważając Drogę Krzyżową: „Czy Bóg jest raczej na samym spodzie, czy na samej górze?”. Miłość objawiona na krzyżu oznacza ubóstwo. Kiedy kogoś kocham, mówię: „Jesteś dla mnie wszystkim, całe moje szczęście, mój skarb to ty”. Na krzyżu Chrystus nie ma już nic. Oddał wszystko Ojcu, oddał wszystko nam. Miłość oznacza też zgodę na zależność. Nie można wyobrazić sobie, że ktoś kogoś kocha, ale jednocześnie chce zachować prawo do niezależnych decyzji. Miłość jest związaniem na zawsze, bez względu na wszystko. Miłość jest najdoskonalszym aktem wolności. Jezus przybity do krzyża jest „przybity” do ludzkiego losu, „przybity” do człowieka z jego wielkością i jego nędzą, czyli grzechem, samotnością, niewiarą, śmiercią. Miłość wierna nigdy nie mówi: „dość, tego już nie wytrzymam”. Pamiętam refren piosenki, którą usłyszałem jako nastolatek podczas młodzieżowej Drogi Krzyżowej: „Zachwyć mnie sobą, krwią broczący Boże!”. Jak można zachwycać się czymś, co jest przerażające? Genialnie wyjaśnia to kard. Ratzinger: „Ten, który jest samym pięknem, pozwolił, by Go bito w twarz, aby Go opluwano, aby go ukoronowano cierniami… Ale właśnie w tym zniekształconym obliczu jaśnieje prawdziwe, ostateczne piękno: piękno miłości, która jest miłością »aż do końca« i w ten sposób okazuje się silniejsza niż kłamstwo i przemoc”. Tylko ten, kto da się zranić pięknem tej ukrzyżowanej miłości, odkrywa jej prawdę.

    Czy moja miłość też musi być ukrzyżowana?
    Krzyż odsłania nie tylko głębię Bożej miłości. On jest też lekcją ważną dla każdej ludzkiej miłości. Jeśli kochasz naprawdę, wchodzisz na ryzykowną ścieżkę. Każda ludzka miłość kryje w sobie krzyż, czyli jakąś bolesną niespodziankę. Kto kocha, przekonuje się, prędzej czy później, że jest inaczej, niż miało być. Rozczarowanie jest nieodzownym etapem rozwoju miłości. To moment opadnięcia złudzeń, to błogosławiona chwila prawdy o sobie i o tych, których kochamy. To bywa bolesne, trudne, ponad siły. Dla wielu to koniec miłości, a tymczasem to jej największa szansa. Miłość zaczyna się, kiedy przestajemy kochać swój własny obraz ukochanego/ukochanej, a zaczynamy kochać go/ją takim/taką, jaki jest. Dotyczy to zarówno człowieka, jak i Boga. W każdej miłości jakoś próbowana jest wierność i gotowość do przebaczenia. Próba jest momentem, który może wydobyć na światło dzienne prawdę miłości – jej piękno, siłę lub jej kruche fundamenty. Lansuje się dziś obraz miłości niedojrzałej, opartej tylko na uczuciach albo erotycznym zauroczeniu. To, co nazywa się miłością, bywa egoizmem, szukaniem tylko siebie. Chrześcijanie nie są cierpiętnikami, są realistami. Owszem, szukają szczęścia w miłości, ale dzięki Ewangelii wiedzą, że szczęście leży głębiej, a miłość rośnie, oczyszcza się, doskonali bardziej w chwilach trudnych niż w momentach uczuciowego lub zmysłowego upojenia. Czy miłość musi koniecznie być ukrzyżowana? Potrzebne jest pytanie pomocnicze: czy jest ktoś, za kogo jesteś gotów umrzeć? Czy nie o to właśnie pyta nas Ukrzyżowany? „Boże drogi, jakie to wszystko byłoby proste, cholernie proste. Jakże bylibyśmy szczęśliwi, wyciszeni, skupieni na tym, co pewne i nieważne (…) Gdybyśmy tylko nie kochali. Na (nie)szczęście miłość jest naszą przypadłością nieuleczalną. (…) Boże, wykończy nas ta miłość, wykończy. Ukrzyżuje” (J. Szymik).

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    Serce nie ma zmarszczek

    Serce nie ma zmarszczek
    fot. Paweł Radzikowski/Gość Niedzielny

    ***

    Krzyż na drogę – Wielki Post z Gościem. O bezbolesnym ścieraniu rogów, wadzeniu się z Bogiem i miłości, która wymaga i nie ustaje, z Teresą Lipowską rozmawia Agata Puścikowska.

    Teresa Lipowska (ur. 1937) – aktorka, zagrała ponad 70 ról filmowych. Obecnie występuje w serialu „M jak miłość”. Żona zmarłego w 2006 r. aktora Tomasza Zaliwskiego

    Agata Puścikowska: Przed tą rozmową przeczytałam kilka wywiadów z Panią. I miałam wilgotne oczy.
    Teresa Lipowska: – Ale ja miałam szczęśliwe życie, po co łzy?

    Piękna miłość, która się nie zdarza…
    – A jednak się zdarzyła. Nadal trwa, bo nadal kocham mojego męża. Gdy się pobieraliśmy, byłam zakochana, wiedziałam, że to porządny człowiek, czułam się przy nim bezpiecznie. Tomek, gdy potrzebowałam, bardzo mi pomógł. Po wielkim zawodzie miłosnym, z taktem i szacunkiem zaopiekował się mną. Jak mówił, zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia. Ale prawdziwa miłość wzrastała wraz z nami: dojrzewała, zmieniała się z biegiem lat. Kochałam Tomka coraz bardziej i bardziej. Po każdej premierze dostawałam od niego kwiaty z bilecikami. Jeden z ostatnich liścików brzmiał: „Starość nigdy nie chroni przed miłością, ale miłość często chroni przed starością. Dlatego serce nie ma zmarszczek”. Gdy mąż, po ciężkiej i długiej chorobie, umierał, klęczałam przed łóżkiem i błagałam Boga, właśnie z przeogromnej miłości: „Zabierz go, niech już tak nie cierpi”… Pożegnałam Tomka, powiedziałam mu raz jeszcze, że go kocham. Był nieprzytomny, ale wierzę, że mnie słyszał i rozumiał. Nadal z nim rozmawiam, tak jak rozmawiałam całe życie.

    Przez 44 lata małżeństwa nie było między Państwem zgrzytów?
    – Oczywiście, że były. Szczególnie na początku, gdy się docieraliśmy. Mąż miał mocny charakter i ja miałam mocny. Byliśmy przeciwieństwami: ja – żywiołowa, lubiłam się bawić, tańczyć, uwielbiałam być wśród ludzi; on – samotnik, najchętniej odpoczywał na łonie natury, nie znosił przyjęć, na które przecież byliśmy często zapraszani.

    I nie był zazdrosny o piękną, energiczną, zapewne adorowaną żonę?
    – Był o mnie zazdrosny. I ja bywałam zazdrosna o niego. To normalne, gdy się ludzie kochają. A ja rzeczywiście, na zdjęciach czy przyjęciach, najczęściej bez niego, miewałam tzw. okazje. Ale na szczęście, gdy ktoś zbyt zaczynał mi się podobać, zbyt dobrze tańczył, był zbyt szarmancki, zapalało mi się światełko: przecież wrócę potem do Tomka, spojrzę mu w błękitne oczy, i co? Nie mogłabym na siebie spojrzeć. Nie mogłabym go tak zranić.

    Jest Pani osobą wierzącą, mąż nie był…
    – Tak. Mój mąż – jak twierdził – był niewierzący. Był komunistą, ideologiem, wierzył święcie w ideę, że każdy powinien mieć po równo, że wszystkim powinno być dobrze. Był wierny swoim zasadom do końca, nawet wtedy, gdy większość wcześniej zdeklarowanych „partyjnych” przechodziła na drugą stronę. Nigdy nie był chorągiewką. Ale za to na jego pogrzebie byli wszyscy: z prawej, lewej strony, wierzący i niewierzący. I wszyscy mówili, że bardziej prawego i uczciwego człowieka nie spotkali. Wspominali, ilu ludziom pomógł, że nigdy nie wziął nic dla siebie.

    Na tle światopoglądowym nie kłócili się Państwo?
    – Czasem się spieraliśmy na tematy polityczne. Ale mnie polityka mało obchodziła. Poza tym różniliśmy się zewnętrznie: ja chodziłam do kościoła, on nie. Ja byłam otwarta na ludzi, on mniej, itd. Wewnątrz byliśmy właściwie tacy sami: staraliśmy się być dobrymi ludźmi, staraliśmy się pomagać innym, a przede wszystkim – wierzyliśmy w miłość.

    Ta wiara zaprowadziła Państwa przed ołtarz. Mimo że mąż – niewierzący…
    – Zależało mi na sakramencie, nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Mój mąż chciał wziąć ślub cywilny, bo nie potrafił udawać, łamać swoich zasad. Przypadkiem (właściwie nie ma przypadków, wszystko, co nas spotyka, dzieje się po coś) trafiłam do nieznanego wtedy jeszcze ks. Jana. Powiedziałam mu o swoim problemie. Zaproponował, żebym przyprowadziła Tomka do niego, na rozmowę. Z oporami, ale poszedł. Siedziałam w drugim pomieszczeniu i trochę się bałam tej ich męskiej rozmowy. Gdy spotkaliśmy się już we troje, ksiądz zapytał: „No to kiedy ten wasz ślub?”. Byłam i zaskoczona, i szczęśliwa.

    To był ks. Jan Twardowski. Co powiedział mężowi?
    – Zadał mu proste pytanie: czy wierzy w miłość. Tomek odpowiedział, że oczywiście wierzy. I ks. Jan odpowiedział mu, że Bóg jest miłością… Ks. Jan udzielił nam potem ślubu. Z mojej strony był to sakrament, ze strony męża – przyrzeczenie małżeńskie. Nie udawał, ale uszanował mnie, moją wiarę. Potem, w ciągu prawie pół wieku małżeństwa, Tomek nigdy nie utrudniał mi praktyk religijnych, a nawet – ponieważ był tradycjonalistą – chodził ze mną do kościoła np. święcić jajka na Wielkanoc.

    A gdy urodził się Państwu syn? Czasem dochodzi wtedy do niesnasek…
    – Urodzenie syna to była przede wszystkim nieopisana radość. Ale na początku mąż nie bardzo wyobrażał sobie, że on – ideowiec, komunista, może wychowywać dziecko na praktykującego katolika. Ja postawiłam sprawę jasno: będę dziecko chrzcić, a potem wychowywać w wierze. Argumentowałam, że w przyszłości syn sam wybierze. Ale przynajmniej będzie miał z czego wybrać. Gdyby nie otrzymał religijnego wychowania, jego prawo wyboru byłoby ograniczone. I mąż się z tym zgodził. Syn został ochrzczony. Do dziś jest głęboko wierzącym katolikiem, oboje z żoną należą do dominikańskiego duszpasterstwa, adoptowali dwoje wspaniałych dzieci. Są moją dumą.

    A tak po ludzku, czy „babsku”: nie miała Pani ochoty męża „niedowiarka” troszkę „nawrócić”?
    – No właśnie nie. Może dlatego, że widziałam, jak dobrym był człowiekiem. Przecież dróg do Boga jest wiele i wcale nie trzeba „modlić się przed figurą”, żeby być świętym człowiekiem. Jestem pewna, że teraz, gdy mąż już jest po tamtej stronie, odbiera nagrodę za dobre życie… Poza tym mąż widział, że i ja, i syn praktykowaliśmy. Myślę, że przykładem więcej się zdziała niż moralizowaniem i zmuszaniem. Nie jestem i nie byłam „nawiedzona”, żeby na siłę uszczęśliwiać, wbrew woli zainteresowanego.

    Miałyśmy mówić o krzyżu i miłości, a tu wychodzi nam laurka: idealna żona, idealny mąż, miłość, ciepełko…
    – Ale ja już mówiłam, że idealni nie byliśmy! Kochaliśmy się, to prawda. Ale nie polegało to na 44 latach patrzenia sobie w oczy. Były i kryzysy – na przykład w pewnym momencie mąż za bardzo sięgał do kieliszka. A ja miałam różki, byłam twarda, zasadnicza. W ciągu lat małżeństwa te różki się na szczęście ścierały.

    Boli ścieranie różków?
    – Pewnie zależy, kto ściera i czym. Mnie nie bolało. W każdym razie nie tak, żebym musiała kiedykolwiek pomyśleć o rozstaniu, rozwodzie, czy żebym żałowała swojej decyzji. Kochaliśmy się coraz bardziej, pomagaliśmy wzrastać naszej miłości. A konsekwencją miłości były kompromisy, z miłości były wzajemny szacunek i stawianie sobie wymagań. Kilka spraw trzeba było postawić na ostrzu noża. Musiałam wytyczyć granice, właśnie dlatego, że go kochałam. Miłość wymagająca, mądra – to podstawa udanego związku.

    W takim razie, czym jest dla Pani krzyż?
    – Posłużę się słowami mojego ukochanego ks. Jana, którego mądrość też w jakiś sposób kształtowała nasze życie. Do tej pory codziennie czytam jego myśli, staram się nimi kierować. Ks. Twardowski napisał kiedyś, że każdy ma jakiś krzyż, ma jakąś sprawę niewygodną, ciężką, niechcianą, która jednak jest nam dana przez Boga. Powinniśmy się z nią pogodzić, choć to trudne. I musimy ją nieść.

    Jaki trud Pani niesie?
    – Ja chyba nie dostałam zbyt ciężkiego krzyża… Dzięki Bogu. A może nie odczuwam tak ciężaru, bo każda trudna sytuacja wyzwala we mnie wolę walki, pokłady optymizmu, że kiedyś będzie lepiej. Nie jestem typem męczennicy, która gdy coś się złego dzieje, usiądzie i płacze. Ja nawet jak się modlę, to nie jęczę, tylko proszę o siłę. Albo wręcz się z Bogiem kłócę, wadzę. I pytam Go, dlaczego to Haiti? Dlaczego powodzie? Dlaczego dzieci rodzą się chore? Ja tego nie rozumiem, więc Mu mówię: „No i gdzie Ty jesteś Miłością”?! A tak obiektywnie – to i ja doświadczyłam wielu dramatycznych zdarzeń. Być może ktoś by to nazwał krzyżem, wielkim cierpieniem, być może ktoś by się załamał… Matka, do której byłam najbardziej przywiązana, umarła dosłownie z dnia na dzień. Potem moja ukochana siostra, lekarz onkolog, która leczyła tysiące ludzi, umarła właściwie na moich rękach. Ojciec cierpiał wiele lat na raka. Przez dziesięć lat małżeństwa nie mogliśmy z mężem mieć dziecka – to też bolało. I proszę sobie wyobrazić, że gdy pogodziliśmy się z tym, zaczęłam odwiedzać domy dziecka, bo zdecydowaliśmy się na adopcję, okazało się że jestem w ciąży… Gdyby mąż wpadł w alkoholizm, nie wiem, czy potrafiłabym dotrzymać przysięgi małżeńskiej. Na szczęście, nie dane było mi tego doświadczyć. Gdy urodził się nasz syn, mąż przysiągł, że syn nie zobaczy go pijanego. I słowa dotrzymał.

    I znów happy end…
    – Takie jest życie: jest cierpienie, jest i radość. Jednego dnia są łzy, drugiego śmiech. Nawet gdy coś się dzieje nie po naszej myśli, to wierzę, że albo się to przekuje na lepsze, albo trzeba to przeżyć. Bo z jakiegoś powodu jest potrzebne. Ks. Jan kiedyś napisał słowa, z którymi całkowicie się zgadzam: „Pytałem Wniebowziętą, jak do nieba trafić, co prowadzi by nie dojść do nikąd. Odpowiedziała: tysiące krzyżyków”…

    _______________________________________________________________________

    Hymn o krzyżu

    Hymn o krzyżu

    Jeden z najpiękniejszych hymnów o krzyżu. Pochodzi z liturgii godzin, czyli brewiarza.

    Ilustracja: Hyacinthe Riguad “Ofiara Chrystusa”

    Witaj, krzyżu zwycięski,
    Zbroczony krwią Chrystusa
    Ceno naszej wieczności
    Zdobytej Jego męką!

    Drzewo twarde i szorstkie,
    Na tobie wisiał Jezus,
    Aby z Ojcem pojednać
    Swych braci marnotrawnych.

    Drzewo mocno wrośnięte
    W niewdzięczną glebę świata,
    Zapuść swoje korzenie
    W głębiny ludzkiej duszy.

    Światłem jesteś nadziei
    Na mrocznej drodze życia,
    Siłą w nocy cierpienia
    I portem dla zbłąkanych.

    Bogu w Trójcy jednemu
    Niech zawsze będzie chwała;
    Cała ziemia niech sławi
    Najświętszy znak zbawienia.
    Amen.

    ______________________________________________________________________

    Spojrzenie w niebo

    Hyacinthe Rigaud, „Ofiara Chrystusa”.
    Hyacinthe Rigaud, „Ofiara Chrystusa”.
    Olej na płótnie, 1695, Muzeum Rigaud, Perpignan


    *****

    Matkę Bożą i inne bliskie Chrystusowi osoby stojące pod krzyżem dostrzeżemy dopiero wtedy, gdy dokładniej przyjrzymy się obrazowi. Wydaje się, jakby znajdowały się bardzo daleko. Daleko są też mury Jerozolimy. Cała uwaga widza musi bowiem skupić się na twarzy Zbawiciela. On właśnie w tym momencie rozmawia ze swym Ojcem. Domyślamy się tego, widząc skierowane w niebo spojrzenie Jezusa.

    Cała scena, z wyjątkiem ciała Chrystusa, pogrążona jest w ciemności. Artysta namalował bowiem chwilę bezpośrednio poprzedzającą śmierć Zbawiciela, tak jak czytamy o niej w Ewangelii według św. Łukasza: „Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Po tych słowach wyzionął ducha” (Łk 23,45-46).

    W historii malarstwa jest mnóstwo obrazów przedstawiających Ukrzyżowanego, malowanych na zamówienie. Dzieło Hyacinthe’a Rigauda do nich nie należy. Francuski artysta namalował je bowiem nie na sprzedaż, lecz dla swojej matki. W jego twórczości poza „Ofiarą Chrystusa” nie ma zresztą obrazów religijnych. Rigaud zasłynął jako niezrównany portrecista i zamawiano u niego niemal wyłącznie portrety.

    W zbiorach muzeum w Perpignan znajduje się jednak jeszcze jedno, niemal identyczne dzieło Rigauda, namalowane 30 lat później. Matka artysty w swym testamencie zapisała bowiem obraz klasztorowi augustianów w Perpignan. Mieszkający w tym samym mieście dominikanie, gdy zobaczyli płótno, tak się nim zachwycili, że poprosili artystę o namalowanie takiego samego, specjalnie dla nich.


    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ukrzyżowany za nas

    Ukrzyżowany za nas

     

    “Dla mnie Bóg umarł, teraz chodzi już tylko o mnie i o moje sprawy” – mówi człowiek, grzesząc. Odpowiedź Boga: “Dokładnie tak, umarłem dla ciebie, mnie też chodzi tylko o ciebie i twoje sprawy”.

    W centrum wiary chrześcijańskiej znajduje się krzyż Jezusa. W naszym wielkopostnym cyklu staramy się przybliżać do tajemnicy Drzewa, na którym zawisło Zbawienie świata. Szukamy odpowiedzi na pytanie: co właściwie mówi nam Ukrzyżowany, jaką prawdę o Bogu i o człowieku przynosi?

    Pytaliśmy już o to, czy Jezus musiał umrzeć na krzyżu, odkrywaliśmy krzyż jako najważniejszą lekcję miłości. W dzisiejszej katechezie pytamy o to, w jakim sensie krzyż jest ofiarą i dlaczego śmierć Jezusa przyniosła wszystkim zbawienie?

    *****

    Ukrzyżowany za nas

    Francisco Ribalta, „Chrystus obejmujący św. Bernarda”
    Francisco Ribalta, „Chrystus obejmujący św. Bernarda”
    Olej na płótnie, ok. 1626, Muzeum Prado, Madryt ARCH. GN

    ***

    Krzyż na drogę – Wielki Post z Gościem. “Dla mnie Bóg umarł, teraz chodzi już tylko o mnie i o moje sprawy” – mówi człowiek, grzesząc. Odpowiedź Boga: “Dokładnie tak, umarłem dla ciebie, mnie też chodzi tylko o ciebie i twoje sprawy”.

    Prawdziwe chrześcijaństwo zaczyna się od zrozumienia tajemnicy krzyża – pisał sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki. On sam całe swoje życie przybliżał się do tej tajemnicy. To była długa droga wewnętrznego dojrzewania, godzenia się z własnym krzyżem, umierania dla siebie. Poznajemy krzyż Jezusa właśnie tak – mocując się ze swoim. Poznanie Boga ma zawsze głęboki związek z naszym życiem, ze stanem naszego serca. Blachnicki po wojennych przejściach, tuż przed święceniami, notował: „Widzę, że misterium krzyża to jest przepaść, ogrom – coś, co można zgłębiać całe życie; coś, co zwycięża świat i rozwiązuje wszystkie jego problemy” (1949). Tuż przed śmiercią, osamotniony, schorowany, nierozumiany, na przymusowej niegościnnej emigracji, pisał: „Przeżywam wielkie przemiany w moim wnętrzu – szczególnie przez zbliżanie się do tajemnicy krzyża! (…) W dwóch momentach wyraża się wtedy działanie łaski. Kiedy, wśród płaczu i krzyku bólu, swój stan określam słowami: piekło, piekło na ziemi – równocześnie wyznaję: nie będę bluźnił Bogu, Chrystusowi, Maryi… będę milczał. Drugi moment – to ostateczne wypowiedzenie: Amen. Wierzę w Miłość kryjącą się za tym. Oddaję to w tajemnicy krzyża…” (1985).

    Kto potrzebuje usprawiedliwienia?
    Nie bluźnić, gdy wszystko idzie inaczej, niż chcemy, ale powiedzieć „Amen” z nadzieją, że Bóg jest większy, czyli przyjąć swój krzyż i ofiarować go Bogu wraz z krzyżem Chrystusa. Oto istota postawy ofiarnej, której uczy krzyż. Taka była droga ks. Blachnickiego i wielu innych świętych.
    Z krzyżem Chrystusa wiąże się nierozdzielnie temat ofiary. Słowo „ofiara” jakby dziś zblakło, nie tylko w mowie potocznej, ale także w kościelnej. Warto przywrócić mu znaczenie w myśleniu i w działaniu. Trzeba je jednak rozumieć właściwie. Ofiara jest darem, jej sensem jest miłość. Ojciec dał, czyli ofiarował nam Syna. Syn ofiarował siebie nam i Ojcu. Bóg nie szuka bólu, szuka miłości, a ta jest niemożliwa bez postawy ofiarnej, czyli rezygnacji ze swego.

    „Przez krzyż i mękę swoją odkupił świat” – powtarzamy na Drodze Krzyżowej. „Ukrzyżowany również za nas” – mówimy w credo. Osłuchały się nam pobożne zwroty: „Jezus złożył siebie w ofierze za nasze grzechy”, „poświęcił się dla nas”. Co to znaczy? Najistotniejsze są tutaj owe „dla nas” i „za nas”, które trzeba usłyszeć także jako „dla mnie” i „za mnie”. Jezus umarł za mnie. Ta prawda napotyka opór współczesnej mentalności. Z kilku powodów. Najważniejsze to utrata poczucia grzechu i przekonanie o samowystarczalności. Wydaje się nam, że sami potrafimy się zbawić, że nie potrzebujemy żadnego wybawcy. Myśl, że ktoś musi mi pomóc, że ktoś poświęca się dla mnie, wydaje się uwłaczać ludzkiej godności, ambicji i wolności. Żyjemy w czasach samorealizacji. Jesteśmy zdolni do ofiar, ale dla osiągnięcia własnego sukcesu. Także w religijności akcent przesuwa się w stronę samozbawienia, skoncentrowania na swoich przeżyciach czy praktykach, które mają zapewnić duchowy komfort. Nie czujemy potrzeby usprawiedliwienia, bo nie mamy sobie nic lub, w najlepszym razie, zbyt wiele do zarzucenia. Mamy za to sporo do zarzucenia Bogu, zwłaszcza w chwilach trudnych. Takie tony dominują dziś w masowej kulturze. Pod krzyżem Jezusa w gruncie rzeczy rozbrzmiewały podobne głosy.

    Bóg dał się osądzić
    „Być bogiem, która zna dobro i zło” – ta odwieczna pokusa daje znać o sobie w każdym naszym grzechu, we wszystkich próbach życia opartego tylko na sobie samym. Wydaje się nam, że dobro to prawo decydowania o sobie i innych według własnego pomysłu. Adam i Ewa, pierwsi buntownicy przeciwko Bożej miłości, są naszymi reprezentantami. W każdym z nas mieszkają Adam i Ewa. Wciąż chcemy stawiać siebie w miejsce Boga, wciąż chcemy Go osądzać. Biblia wskazuje, że istnieje jakaś tajemnicza, złowieszcza ludzka solidarność w czynieniu zła, której konsekwencją jest solidarność w śmierci.

    Dobra Nowina jest taka, że Bóg nie zostawił człowieka samemu sobie. Szukał go, przez proroków, wzywał, napominał, aby wprowadzić go na nowo na ścieżkę życia. Wreszcie sam wszedł w ludzką historię jako człowiek. Poddał się osądowi człowieka, by w ten sposób pokazać mu, jak bardzo się myli. Oddał życie za prawdę, która przynosi nam wyzwolenie.

    Jezus zapoczątkowuje nową solidarność. Bierze na siebie wszystkie skutki ludzkiego błądzenia, po to, by je pokonać. Św. Paweł: „Jak przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich ludzi wyrok potępiający, tak czyn sprawiedliwy Jednego sprowadza na wszystkich ludzi usprawiedliwienie dające życie. Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi” (Rz 5,18–19). Paweł posuwa się nawet do stwierdzenia: „Bóg dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21). Jak to rozumieć? Ojciec zechciał, aby Jego Syn zjednoczył się z ludźmi grzesznikami, aby doświadczył na sobie skutków grzechu.

    Uczynił to po to, aby nas „wykupić” z panowania grzechu i śmierci oraz wprowadzić do życia w bliskości z Bogiem, w czystości serca. Starożytni pisarze kościelni pisali o „przedziwnej zamianie” miejsc między Chrystusem a nami. Św. Ireneusz z Lyonu: „Ze względu na swą nieskończoną miłość Bóg stał się tym, czym my jesteśmy, aby uczynić nas w pełni tym, czym On jest”. Jezus jest nowym Adamem, który odwrócił historię zbawienia. Adam zapoczątkował łańcuch nieprawości, Jezus zainicjował reakcję łańcuchową w przeciwną stronę, w kierunku powrotu ludzkości do Ojca.

    Można powiedzieć, że na krzyżu dokonał się sąd nad Adamem, którego wynik brzmi: uniewinnienie. Pobożna tradycja mówi, że krzyż Chrystus stoi nad grobem Adama. Na prawosławnych ikonach krzyż wbity jest w tzw. pępek świata. Pod nim znajduje się czarna otchłań, w której widnieje czaszka Adama. W tę otchłań spływa krew Jezusa. Ta krew obmywa z grzechu wszystkich buntowników: każdego Adama, każdą Ewę. Jeden z polskich teologów pisał kiedyś, że istotę grzechu można wyrazić słowami: „Dla mnie Bóg umarł; teraz chodzi tylko o mnie samego i o moją sprawę”. Słowa te nie muszą być wypowiedziane, ale takie jest sedno postawy człowieka. Tajemnica polega na tym, że te same słowa można włożyć w usta Boga: „Umarłem dla ciebie; teraz naprawdę chodzi tylko o ciebie i o twoją sprawę. Umarłem dla ciebie i właśnie dlatego jestem dla ciebie bardziej niż kiedykolwiek przedtem”. Takie jest uniwersalne przesłanie krzyża.

    Puste ręce
    „Wykonało się!” – zawołał Jezus z krzyża. W Pasji Bacha po tych słowach Jezusa rozbrzmiewa przepiękna modlitwa: „Mój drogi Zbawicielu! Pozwól, że spytam Cię teraz, kiedy już zostałeś przybity do krzyża i sam powiedziałeś: Wykonało się. Czy jestem uwolniony od śmierci? Czy przez Twoją mękę i śmieć uzyskałem królestwo niebieskie? Czy zbawienie świata jest tutaj? Nie możesz z bólu nic powiedzieć, ale skłaniasz głowę. I mówisz milcząco: tak. Daj mi, coś wysłużył. Niczego więcej nie pragnę”. Śmierć Chrystusa jest miejscem, w którym rozbłysła nadzieja na pojednanie wszystkich ludzi z Bogiem, ale ta największa łaska, jak każda łaska, domaga się przyjęcia. Dobra nie można narzucić siłą. Ukrzyżowany czeka na wolną decyzję człowieka, na wiarę i nawrócenie. Jeśli krzyż jest belką rzuconą nam na ratunek, to aby się uratować, trzeba się jej chwycić. Przykład dwóch łotrów wiszących obok Jezusa pokazuje, że możliwe są różne postawy. Pierwszy uznał swój grzech i wezwał: „Panie, ratuj!”. Drugi próbował do końca żyć po swojemu. Pierwszy umarł z modlitwą na ustach, drugi z przekleństwem.

    Kiedy lecę na dno, nigdy nie jestem sam. Razem ze mną jest Ukrzyżowany. Mogę uratować siebie w Nim. Chwila, która sądząc po ludzku jest przeklęta, może okazać się błogosławiona. Kiedy widzę, że sam nie dam rady, kiedy rozumiem, że nie mam nic, kiedy z mojej pychy, z moich ambicji zostaje tylko proch, jestem najbliżej ukrzyżowanego Zbawiciela. Przed Nim można stać tylko z pustymi rękami i wyciągać je w Jego stronę. Pod krzyżem widzę: kłamstwo grzechu, wielkość własnej winy, niepojętą siłę miłości Boga. Pod krzyżem uczę się mówić „tak”. Godzę się, by Bóg mną rozporządzał, by mnie poprowadził moją krzyżową drogą do wielkanocnego poranka. W czasie każdej Mszy św. uobecnia się ofiara Jezusa na krzyżu. Jednocząc się w komunii z ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Panem, uczę się składać dziękczynienie. Nabieram sił, by ofiarować swoje życie jako dar: dla innych, dla Boga. „Kto nauczy się „składać dziękczynienie” na wzór ukrzyżowanego Chrystusa, może stać się męczennikiem, ale nigdy nie będzie prześladowcą” (Jan Paweł II).

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________

    Modlitwa św. Ignacego z Loyoli

    El Greco „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”
    El Greco „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”

    ***

    Krzyż na drogę – Wielki Post z Gościem. Na dzisiejszym obrazku znajdziemy modlitwę, w której nie ma wprawdzie wprost mowy o krzyżu, ale oddaje ona istotę naśladowania Jezusa Ukrzyżowanego. Sens tej modlitwy ofiarowania można zrozumieć, patrząc na krzyż.

    Zabierz, Panie, i przyjmij
    całą wolność moją,
    pamięć moją i rozum,
    i wolę moją całą,
    cokolwiek mam i posiadam.

    Ty mi to wszystko dałeś
    – Tobie to, Panie, oddaję.
    Twoje jest wszystko.

    Rozporządzaj tym w pełni
    wedle swojej woli.

    Daj mi jedynie miłość Twoją i łaskę,
    albowiem to mi wystarcza.
    Amen.

    _____________________________________________________________________________

    Krzyż w sercu

    Dominikos Theotokopulos, zwany El Greco, „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”.
    Dominikos Theotokopulos, zwany El Greco, „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”.
    Olej na płótnie, ok. 1580, Luwr, Paryż

    ***

    Dominikos Theotokopulos, zwany El Greco, „Chrystus na krzyżu adorowany przez donatorów”, olej na płótnie, ok. 1580, Luwr, Paryż

    Ten krucyfiks nie stoi na Golgocie. W tle próżno by szukać murów Jerozolimy, a pod krzyżem Chrystusa nie znajdziemy ani Matki Bożej, ani św. Jana. Burzowe chmury nie są częścią pejzażu, lecz należą do krajobrazu naszego serca.

    Obraz powstał na zamówienie mężczyzn, których widzimy z obu stron krzyża. Ksiądz składa ręce w modlitwie, świecki wymownym gestem kładzie rękę na sercu. Dzieło pokazuje ich pobożność i ma służyć jej kultywowaniu. 500 lat temu patrzyli na ten obraz tylko ich bliscy. To przypadek, że teraz w paryskim Luwrze mogą go oglądać miliony zwiedzających.

    Nie wiemy, kim są przedstawieni na obrazie fundatorzy dzieła. Pojawiały się różne hipotezy, ale żadna nie została udowodniona. Zapewne są to ludzie związani z nieistniejącym już zgromadzeniem hieronimitek w Toledo, być może jego dobroczyńcy, bo tam przez pewien czas obraz się znajdował. Najbardziej prawdopodobne, że są to bracia Diego i Antonio Covarrubias, sławni obywatele Toledo, miasta, z którym związał się El Greco.

    Namalowany z lewej Diego, starszy z braci, był arcybiskupem Santo Domingo, a także biskupem Ciudad Rodrigo i Segovii oraz jednym z najwybitniejszych ówczesnych hiszpańskich prawników. W chwili powstawania obrazu prawdopodobnie już nie żył (zmarł w 1577 r.). Antonio, profesor prawa na uniwersytecie w Salamance, bliski przyjaciel malarza, byłby w takim razie fundatorem dzieła.

    Leszek Śliwa/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sakrament ratunkowy

    Witraż w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Brzezinach Śląskich.
    Witraż w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Brzezinach Śląskich.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *****

    Spowiedź jest łaską, której ogromu nie pojmujemy. Czasami jednak przeczuwamy – zarówno penitenci, jak i spowiednicy.

    Był ciepły majowy wieczór 2017 roku. Zadźwięczał telefon ks. Łukasza Zygmunta, kapelana Państwowej Straży Pożarnej w Kielcach (obecnie także rzecznika prasowego diecezji kieleckiej). Dzwonił strażak, prosząc o natychmiastowe przybycie na miejsce wypadku.

    – Poszkodowana matka z dzieckiem. Potrzebne księdza wsparcie – usłyszał.

    Kiedy kapłan przybył na wskazane miejsce, zorientował się, że zdarzyła się tragedia. Ciało potrąconego czteroletniego dziecka leżało już za parawanem, nad nim płakała babcia. Strażacy wyjaśnili, że matka chłopca w ciężkim stanie została zabrana przez zespół ratunkowy.

    – Pojechałem do szpitala, żeby udzielić jej sakramentów. Przed salą intensywnej terapii zobaczyłem płaczącego męża potrąconej kobiety. Po spełnieniu posługi wróciłem na miejsce zdarzenia, ale nie dawała mi spokoju myśl, że ojciec zabitego dziecka pozostał w tej tragedii sam. Poczułem, że powinienem pojechać do jego domu – opowiada.

    Przybył tam już po zmroku. W domu światło było zgaszone. Mężczyzna siedział w pokoiku swojego syna i patrzył w jeden punkt.

    – Przedstawiłem się. Poznał mnie. Usiadłem, a on zaczął opowiadać o dziecku, o żonie. Mówił, że syn był wspaniały, grzeczny, że w nim pokładał swoje nadzieje. Czułem, jak wielki ból przeszywa jego duszę. Po chwili powiedział: „Proszę o modlitwę, bo ja nie umiem się teraz modlić”. Zacząłem się modlić Koronką do Bożego Miłosierdzia, potem Różańcem. W pewnym momencie ten człowiek poprosił mnie o spowiedź. Zaczął wyznawać swoje grzechy z całego życia. Płakał. Kiedy wyciągnąłem ręce nad jego głową, wypowiadając słowa rozgrzeszenia, miałem wrażenie, jakby ogarnęło go Boże światło – wspomina duchowny. Wciąż porusza go to, co nastąpiło w tym momencie. Mężczyzna wyprostował się. „Proszę księdza, ja mam dla kogo żyć. Moja żona walczy o życie, muszę zorganizować pogrzeb syna” – powiedział. Zaczął zapalać światło w całym domu.

    – Poczułem wtedy, jak sprawdzają się słowa, które wypowiedział Chrystus do apostołów po swoim zmartwychwstaniu: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone…”. Autentycznie czułem obecność Jezusa Chrystusa, który w tym cierpieniu przyszedł przez sakrament pokuty i pojednania do serca tego człowieka. Z ciemności zrodziło się światło, z niepokoju zrodził się wielki pokój, a z bólu nadzieja. Uświadomiłem sobie, że Pan Jezus, kiedy odpuszcza nam grzechy, przychodzi ze swoim pokojem – zamyśla się kapłan.

    Pokój Chrystusowy pozostał w sercu tego mężczyzny także w kolejnych dniach. Ksiądz na jego prośbę towarzyszył mu przy pożegnaniu z synem przed pogrzebem. – Widziałem, że cały czas mimo bólu, jaki przeżywał, Jezus Chrystus przytula go do swojego serca – wspomina. Zapewnia, że to było dla niego ważne doświadczenie: widzieć, jak realnie spowiedź daje pokój, którego świat dać nie może.

    – Jako kapelan straży pożarnej jestem obecny razem z psychologiem przy wielu różnych tragediach. Najczęściej on wysyła mnie jako pierwszego, żebym wyczuł sytuację, żebym ocenił, czy on jest potrzebny, czy też trzeba raczej modlitwy i Bożego ratunku. Bo są sytuacje, których człowiek nijak nie może wytłumaczyć ludzkim językiem, ale może pomóc błogosławieństwem czy sakramentalnym rozgrzeszeniem – zaznacza.

    Chciałam apostazji

    Spowiedź nie jest zabiegiem kosmetycznym. Chodzi w niej nade wszystko o odnowienie relacji z Bogiem.

    „Kiedy idę do spowiedzi, to po to, aby doznać uzdrowienia, uleczyć swoją duszę. Aby wyjść z większym zdrowiem duchowym. Aby przejść od nędzy do miłosierdzia. A centrum spowiedzi nie są grzechy, które wypowiadamy, ale Boża miłość, którą otrzymujemy i której zawsze potrzebujemy. W centrum spowiedzi jest Jezus, który czeka na nas, słucha nas i nam przebacza” – przypomina papież Franciszek. I dodaje: „Pamiętajmy o tym: w sercu Boga jesteśmy wcześniej niż nasze błędy”.

    Tej uprzedzającej miłości Boga doświadczyła niedawno Katarzyna z Rybnika. Przez 18 lat była w ruchu Hare Kriszna. Z początku bardzo się angażowała, ale jej zapał stopniowo gasł, tłumiony przez życiowe trudności. W końcu przestała wierzyć w boga Krisznę, ale też w ogóle w Boga. Mimo to narastał w niej gniew na Boga, w którego, jak deklarowała, nie wierzyła.

    – Kiedy w drodze do pracy przechodziłam koło bazyliki, strasznie wyzywałam na Jezusa, obwiniałam Go o wszystko, co wydarzyło się w moim życiu. I robiłam to najgorszymi epitetami, jakie znałam. Ponieważ wciąż byłam formalnie katoliczką, na początku minionego roku postanowiłam dokonać apostazji. Myślałam: nie wierzę w Boga, nie chcę mieć nic wspólnego z żadną religią, więc po co ta fikcja – opowiada.

    Już chciała sfinalizować formalności, ale przyszło jej do głowy, żeby najpierw zrobić kurs prawa jazdy. Jej instruktorem został Piotr, jak się później okazało – członek ewangelizacyjnej Wspólnoty Jezusa Miłosiernego. Nie rozmawiali o Bogu, nic nie wiedzieli o sobie.

    W nocy z 23 na 24 kwietnia minionego roku stało się coś dziwnego. – Przyśnił mi się Pan Jezus jako światło. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że to jest On. To światło jakby weszło we mnie i usłyszałam wewnątrz siebie: „Głoś moje miłosierdzie”. I koniec. To wszystko. Ale kiedy się obudziłam, moja rzeczywistość całkowicie się zmieniła. Zrodził się we mnie ogromny głód poznania Jezusa. To było dla mnie wielkie zaskoczenie. Kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje. Przecież przestałam wierzyć w Boga… – uśmiecha się.

    Z determinacją zaczęła szukać informacji o Jezusie w internecie, pytała znajomych, ale nie otrzymała satysfakcjonujących odpowiedzi. Aż nadszedł dzień, gdy miała ostatnią jazdę w ramach kursu.

    – Nagle to się we mnie skumulowało i mówię do Piotra: „Ty, ja się chyba nawróciłam”. Myślałam, że weźmie mnie za wariatkę, a on spojrzał na mnie i powiedział: „Tak? Kontynuuj”. Ja do niego: „A ty jesteś w ogóle wierzący?”. On potwierdził, więc zaczęłam opowiadać. Kiedy skończyłam, Piotr powiedział mi, że ten sen miałam w nocy przed świętem Miłosierdzia Bożego. „To nie jest przypadek” – stwierdził i zaprosił mnie na następny dzień na spotkanie Wspólnoty Jezusa Miłosiernego – wspomina Kasia.

    Piotr przed spotkaniem podarował jej Nowy Testament. „To jest najlepsza książka o Panu Jezusie” – powiedział.

    Na spotkaniu usiadła z tyłu kościoła. – Kiedy zaczęło się uwielbienie, ryczałam jak bóbr. Potężnie doświadczałam w tym uwielbieniu obecności Boga. Czułam, jakby robił operację na moim sercu. W nocy zaczęłam czytać Pismo Święte. Gdy doszłam do opisu tonącego Piotra i przeczytałam pytanie Jezusa: „Dlaczego zwątpiłeś?”, to było jakby do mnie. Potem każde spotkanie było dla mnie takie „łzawe” i głęboko mnie przemieniało. Ale już po pierwszym zaczęłam chodzić do kościoła. Razem z tym pojawiła się we mnie ogromna potrzeba spowiedzi, oczyszczenia, i pragnienie przyjmowania Komunii. Tylko że nie wiedziałam, jak do tego podejść. Gorąco modliłam się o możliwość wyspowiadania się, ale nie znałam żadnego księdza i to mnie blokowało. Jedynym „ludzkim”, znanym mi, był ksiądz Adrian, opiekun wspólnoty, ale nie miałam odwagi, żeby go poprosić. A potrzeba narastała. Aż któregoś dnia po spotkaniu ksiądz Adrian podchodzi i mówi: „Widzę, że regularnie przychodzisz. Jak tam u ciebie z sakramentami?”. Odpowiedziałam, taka dumna: „Chrzest, Komunia i bierzmowanie są” – bo nawet nie wiedziałam, że spowiedź to też sakrament. A on: „A u spowiedzi kiedy byłaś?”. Ja na to: „Eeee… 30 lat temu?”. Ksiądz upewnił się, czy rzeczywiście chcę się wyspowiadać i mówi: „To co, umawiamy się na poniedziałek?” – wspomina.

    To się dopełniło

    Katarzyna próbowała się przygotować. – Jak zobaczyłam w internecie te różne klucze do rachunku sumienia, to się zdziwiłam. O wielu rzeczach nawet nie wiedziałam, że to są grzechy. W końcu przygotowałam się po swojemu na podstawie Dekalogu i z ogromnym stresem poszłam. To był dla mnie akt dużej odwagi. Ksiądz czekał na mnie przed kościołem. Powiedziałam, że nie wiem, jak to się robi, nie pamiętałam żadnych formułek. On uspokoił mnie, powiedział, żebym się nie martwiła. Usiedliśmy w salce przy stoliku i już to mnie zdziwiło, że tak normalnie, a nie „w szafie”. I zaczęłam. To był odlot, że spowiadam się przed księdzem. Była to dla mnie pierwsza w życiu głęboka spowiedź, a przy tym także symboliczne pogodzenie się z Kościołem. Odczułam po niej ogromną radość i wielką ulgę; jakbym stała się o 20 kilo lżejsza. Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Że stanęłam przed miłosiernym Bogiem, który już mi wcześniej wybaczył, ale teraz się to dopełniło. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Poczułam też wielkie zaufanie. Z niecierpliwością czekałam, żeby przyjąć Jezusa Eucharystycznego. Na drugi dzień, podczas Mszy wspólnotowej, poszłam pierwszy raz od 30 lat do Komunii. Dla mnie było to ogromne przeżycie i od tej pory zawsze, gdy przyjmuję Komunię, bardzo mnie to wzrusza. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Poczułam, że jestem znów częścią Kościoła, z którego kiedyś odeszłam.

    Przebaczono mi

    Krytycy sakramentu pokuty uważają, że spowiedź jest utwierdzaniem człowieka w poczuciu bezgrzeszności. Nic podobnego. Spowiedź przynosi świadomość przebaczenia, a to zasadnicza różnica. W człowieku, który doświadcza Bożego przebaczenia, budzi się wdzięczność, a nie zarozumiałość. „Ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje” – mówi Jezus (Łk 7,47b). Tym samym ten, komu wiele wybaczono, wiele miłuje. To miłość pełna pokoju.

    – Ludzie dziś często udają się do różnych specjalistów. Owszem, to jest ważne, istotne. Bóg działa przez lekarzy. Niech jednak pamiętają o zwróceniu się do Tego, który potrafi leczyć rany duszy i wnosić pokój w nasze życie przez sakrament pokuty i pojednania – przekonuje ks. Łukasz Zygmunt.

    Spowiedź jest zdarzeniem przełomowym w życiu wielu chrześcijan. Przełom ten nie wynika z geniuszu spowiednika, lecz z miłosierdzia Bożego, które wylewa się na skruszonego grzesznika. Po naszej stronie jest decyzja syna marnotrawnego: „Wstanę i pójdę do mojego Ojca”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SIEDEM GRZECHÓW GŁÓWNYCH

    Pycha – matka grzechów

    Dama przegląda się w lustrze, a tam zamiast jej odbicia ukazuje się demon. Tak Bosch ukazał  w sposób symboliczny grzech pychy.
(Hieronymus Bosch „Siedem grzechów głównych”, olej na blacie stołu, ok. 1480, Muzeum Prado, Madryt.)
    Wikipedia/Gość Niedzielny

    *******

    Dama przegląda się w lustrze, a tam zamiast jej odbicia ukazuje się demon. Tak Bosch ukazał w sposób symboliczny grzech pychy. (Hieronymus Bosch „Siedem grzechów głównych”, olej na blacie stołu, ok. 1480, Muzeum Prado, Madryt.)

    Pycha zawsze prowadzi do porażki, nawet jeśli pysznemu zdaje się, że właśnie wygrywa.

    Pycha i z nieba spycha – głosi polskie porzekadło. Mądrze. Bo pośród zastępów osób aspirujących do niebieskich glorii znalazło się wielu grzeszników, niekiedy i takich, którzy swoje ludzkie słabości wyeksponowali celowo, by uniknąć famy świętości. Nie ma wśród nich jednak nikogo, kto uporczywie trwałby w pysze. Bo pyszny nigdy nie prosi o miłosierdzie. Nie potrzebuje go, wszak wszystko wie najlepiej, również na temat tego, czego mu potrzeba, by do nieba trafić.

    Człowiek jak Bóg

    Rajską harmonię opisaną w Księdze Rodzaju przerwał syk węża: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?”. Ewa, naiwnie wchodząc w ten dialog (jakże naiwni jesteśmy za każdym razem, kiedy to robimy!), zdecydowała się wytłumaczyć, że nie tak sprawę postawił Stwórca. (Aczkolwiek i w jej wypowiedzi pojawiła się nieścisłość. O dotykaniu drzewa, które rosło pośrodku ogrodu, nie było przecież wcześniej mowy.) Usłyszała na to: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło”.

    Tak jak Bóg. Będziecie jako bogowie. Od początku istnienia ludzkości ten dramat się powtarzał miliardy razy. Zawsze wtedy, gdy człowiek musiał sobie wytłumaczyć, że Pan Bóg właściwie nie zakazał czegoś, na co akurat człowiekowi przyszła ogromna ochota, a jeśli zakazał, to zrobił to… bezpodstawnie. I choć na zakończenie popularnego filmu „Adwokat diabła” grający diabła Al Pacino cedzi cynicznym głosem: Vanity is my favourite sin (Próżność jest moim ulubionym grzechem), w rzeczywistości chodzi o pychę. O tak, ona jest z pewnością jego ukochaną bronią i najskuteczniejszą. Nie ma nic prostszego niż wmówić człowiekowi, że może być jak Bóg. I nic bardziej destrukcyjnego.

    Krzyk zadośćuczynienia

    Mędrzec Kohelet, komentując postawę głupiego i mądrego, stwierdził, że mądry jest ten, kto ma w swojej głowie oczy. Głupiec chodzi w ciemności (por. Koh 2,14). Słowa te skomentował święty Grzegorz z Nyssy: „Ktokolwiek ma oczy w głowie – przez głowę rozumiem początek i zasadę wszystkiego – ten wpatruje się w Najwyższe Dobro, to znaczy w Chrystusa”. Wielkopostna droga do wolności, choć każdego z nas prowadzić może odmiennymi meandrami, zasadę ma jedną: trzeba się na niej wpatrywać w Najwyższe Dobro. To znaczy w Chrystusa. Tysiące lat po spektakularnym upadku ludzi, którzy mieli być „jak bogowie”, z Golgoty padną słowa ukrzyżowanego Syna Bożego: „Czemuś mnie opuścił?”. To pytanie Chrystusa, cytat z psalmu, przez następne wieki stanowić będzie źródło wielu dociekań, a nawet nieporozumień. W większości jednak komentarzy dominował jeden głos: Jezus z wysokości krzyża, wypełniając w całości wolę Ojca, „ogołocił samego siebie”. Jeden z mistyków nadreńskich Henryk Suzo napisze: „Ach, cóż by to była za rozkosz, we wszystkich cierpieniach, w każdym opuszczeniu, we wszystkich okolicznościach umieć się całkowicie zdać na Boga, tak jak to czynił nasz umiłowany Pan. On zdawał się na Niego z taką pełnią, jakiej nigdy nie osiągnęło stworzenie. Wołał »Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił?« (Mt 27,46). Zdał się na Boga do końca, dopóki się wszystko nie wypełniło”. Wiele wieków później Fulton Sheen powie o tym krzyku Jezusa, że było to zadośćuczynienie za grzech pychy. Koło historii w ten sposób się zamknęło. Aby jednak zrozumieć istotę tego, co się wydarzyło, i dlaczego z perspektywy człowieka było tak ważne, należy zapamiętać dwa słowa – „pusty” i „pełny”.

    Uwielbiać siebie mimo wszystko

    „Pełny siebie” – w języku angielskim full of himself –może w rzeczywistości oznaczać kogoś, kogo po polsku nazwiemy próżnym. I to się świetnie wpisuje w kontekst pierwszego z grzechów głównych, pychy, czyli – jak powie święty Grzegorz – „królowej i matki wszystkich wad”. „Czy ty mnie naprawdę uwielbiasz?” – zapytał Próżny Małego Księcia, który odwiedził jego planetę. „Co to znaczy uwielbiać?” – odpowiedział pytaniem Mały Książę. Próżny wyjaśnił, że uwielbiać oznacza uznać za najpiękniejszego i najmądrzejszego na całej planecie. „Ależ poza tobą nikogo na planecie nie ma!” – wykrzyknął Mały Książę. „Zrób mi tę przyjemność: uwielbiaj mnie mimo wszystko” – odpowiedział Próżny. Pozostawiając z uśmiechem na boku francuską opowiastkę, od „próżnego” powróćmy do „pełnego siebie”. Potoczny angielski, ale i niektóre biblijne wersety nazywają nim bowiem człowieka pysznego. I jest to bardzo dobre określenie, choć jeszcze Ewagriusz z Pontu próżność i pychę w katalogu „demonów” rozdzielał. Człowiek „pełny siebie” nigdy nie znajdzie w sobie miejsca dla Boga (o innych ludziach nie wspominając). Święta siostra Faustyna napisała: „Pycha duszę utrzymuje w ciemności. Ona nie wie i nie chce dokładnie wniknąć w głąb swej nędzy, maskuje się i unika wszystkiego, co by ją uleczyć miało” (Dzienniczek, nr 113). Czy XXI wiek nie jest przypadkiem wiekiem ludzi „pełnych siebie”?

    Matka grzechów

    Kościół naucza: „Przeciw miłości Bożej można grzeszyć w różny sposób. Obojętność zaniedbuje lub odrzuca miłość Bożą; nie uznaje jej inicjatywy i neguje jej moc. Niewdzięczność pomija lub odrzuca uznanie miłości Bożej, jak również odwzajemnienie się miłością na miłość. Oziębłość jest zwlekaniem lub niedbałością w odwzajemnieniu się za miłość Bożą; może zakładać odmowę poddania się poruszeniu miłości. Znużenie lub lenistwo duchowe posuwa się do odrzucenia radości pochodzącej od Boga i do odrazy wobec dobra Bożego. Nienawiść do Boga rodzi się z pychy. Sprzeciwia się ona miłości Boga, zaprzecza Jego dobroci i usiłuje Mu złorzeczyć jako Temu, który potępia grzech i wymierza kary” (KKK 2094). To znamienne, że pycha najpierw określona jest przez swoją relację z innym grzechem – nienawiścią do Boga. Jest jej matką. Dopiero potem następuje wyszczególnienie podstawowych funkcji pychy, która – jak zapisano w Katechizmie – sprzeciwia się miłości Boga, zaprzecza Jego dobroci, złorzeczy Jego sprawiedliwości. „Będziecie jako bogowie” wraca z niesłabnącym impetem, przełożone z diabelskiego syku na język ludzi: Bóg mnie nie kocha, Bóg nie jest dobry, Bóg nie ma prawa potępiać grzechu, Bóg nie może karać. Bardzo istotne w tej sekwencji jest to, że właśnie Bóg jest pierwszym adresatem manifestu pyszałka. Inni ludzie zazwyczaj pojawiają się na drugim planie, aczkolwiek pycha jednego człowieka zawsze ma konsekwencje w relacji z innymi. „Zazdrość często pochodzi z pychy” – uczy Katechizm (KKK 2540).

    Pismo Święte zawiera częste odniesienia do pychy, nazywając ją kłamstwem i iluzją. Pyszny nie może liczyć na pomoc Bożą, przeciwnie – czytamy wielokrotnie, że Bóg pysznym się sprzeciwia albo pysznych upokarza. „W pysze swojej powiada występny: »Nie pomści; nie ma Boga«: oto jest całe jego myślenie. (…) Myśli on sobie: »Ja się nie zachwieję; nie zaznam niedoli w najdalsze pokolenia«. (…) Mówi w swym sercu: »Bóg nie pamięta, odwraca swe oblicze, nigdy nie zobaczy«” (Ps 10). Bóg nie zobaczy. Bóg nie pamięta. Ja się nie zachwieję – brzmią jak codzienny pacierz pysznego. Bo przecież, choć powszechnie zrozumiała i znana, pycha ma wiele twarzy. Cechą charakterystyczną każdej z nich jest odebranie Bogu należnego Mu miejsca. To dlatego „matka grzechów” jest jej najwłaściwszym imieniem.

    Konsumować siebie

    „Hardemu się zda, że nikt mu nie rówien” – zapisał Mikołaj Rej. Pycha to rzeczywiście bezkrytyczne mniemanie o sobie, wynoszenie się ponad innych – definiują teologowie. Jest to żądza wywyższania samego siebie, podkreślania swojej wyższości za wszelką cenę. Wiążą się z nią wygórowane ambicje, zarozumiałość, pożądanie honorów, namiętne szukanie uznania i poklasku, stawianie na pierwszym miejscu własnego „ja”. Z jej definicją jest jednak w języku polskim pewien problem, bo „pyszne” bywają ciastka, a „pycha!” krzyczymy zazwyczaj, klepiąc się po pełnych brzuchach. Owszem, jedną z podstawowych cech pychy w naszej codzienności jest to, że trudno jest nam ją w sobie zlokalizować, zdiagnozować, nazwać. W problemach psychologicznych zatracamy jej prawdziwy wymiar, balansując pomiędzy kompleksami i brakiem samoakceptacji oraz neurotycznym perfekcjonizmem. A przecież to skojarzenie z obżarstwem i pełnym brzuchem jest znamienne. Obżarciuch to ten, kto będzie konsumował na okrągło, nie dla przetrwania, lecz dla przyjemności podniebienia. Nawet jeśli żołądek będzie w stanie opłakanym. Pyszny to ten, kto nigdy nie ma mało siebie, wciąż przenosi nad wszystko inne, zwłaszcza Boga, swoje ego, i nigdy nie będzie mu go mało. Pyszny człowiek żywi się sobą. Bez względu na to, czy główną składową tego pokarmu jest wygórowane mniemanie o sobie, czy raczej kompleks siebie i własnej historii życiowej. Egocentryzm to drugie imię królowej w gronie siedmiu grzechów głównych. Przy tej okazji przypomina się anegdota o żabie, która widząc na pastwisku osła i będąc pod ogromnym wrażeniem jego jakże imponującej postury, zapragnęła stać się jak on. Nadymała się ze trzy razy, za każdym razem pytając siedzące obok żabięta, czy wygląda już tak wspaniale jak osioł. Odpowiedź za każdym razem była negatywna. Żaba pękła przy kolejnej próbie nadęcia się i powiększenia swoich gabarytów, a nauka płynąca z jej głupoty jest taka: jeśli spotykasz na tej ziemi takich, którzy ci imponują, uważaj. Bo nawet jeśli zdają się szczęśliwsi, lepiej ubrani, więcej zarabiający i doskonale ustawieni życiowo, wciąż są tylko ludźmi. Nie potępiaj Boga za swoją życiową historię, mrucząc pod nosem: „Gdybym urodził się dwadzieścia lat później, wszystko byłoby inne”; „Gdybym spotkała innego mężczyznę, z pewnością moje życie potoczyłoby się inaczej”; „Gdyby moi rodzice poświęcali mi więcej uwagi, miałbym więcej poczucia własnej wartości”; „Gdyby mój proboszcz nie nakrzyczał na mnie przed Pierwszą Komunią, wciąż chodziłbym do kościoła”. Oczywiście czasy, w których przyszedłeś na świat, negatywne doświadczenia z dzieciństwa, porażki uczuciowe, relacje z duchownymi – to wszystko miało wpływ na twój rozwój. Ale jeśli w to wszystko nie wpuścisz Boga, zatrzymany na sobie wciąż będziesz konsumował siebie, podsycany mirażami wyobrażeń o innych.•

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pycha

    Pycha

    *******

    Modlitwa o pokorę

    Panie, uwolnij mnie od pychy,
    która jest źródłem wszystkich grzechów.
    Daj mi łaskę rozpoznania chorych ambicji,
    które każą mi gonić za fałszywą wielkością
    albo wpychają w kompleksy.
    Jezu umęczony na krzyżu,
    posłuszny we wszystkim Ojcu,
    proszę o pokorne serce na wzór Twojego Serca,
    proszę o pokorne oczy, które widzą siebie i innych w prawdzie.

    „Panie, moje serce się nie pyszni i oczy moje nie są wyniosłe. Nie gonię za tym, co wielkie, albo co przerasta moje siły. Przeciwnie: wprowadziłem ład i spokój do mojej duszy. Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza. Izraelu, złóż w Panu nadzieję odtąd i aż na wieki!” (Ps 131)

    *******

    Pycha nasza powszednia

    Pycha nasza powszednia
    fot. East News/Mondadori/Gość NIedzielny

    Pycha namawia człowieka do chorobliwego kreowania swojego wizerunku.

    Św. Grzegorz Wielki nazwał ją „królową i matką wszystkich wad”. Pycha w jakiejś formie dopada nas wszystkich, bez wyjątku. „Będziesz jak Bóg” – to najstarsza z pokus. Dziś nadal ma się bardzo dobrze.

    Pierwsze miejsca, najwyższe stołki, wynoszenie się nad innych – to jej specjalność. Nawet wśród siedmiu grzechów głównych zajęła pierwsze miejsce. Według zgodnej opinii wielu chrześcijańskich pisarzy, ascetów, teologów moralistów, pycha w pełni na nie zasługuje. Oczywiście wszystkie ludzkie wady są ze sobą powiązane, jedna bardzo często staje się przyczyną innych. A jednak pycha słusznie uważana jest za korzeń wszelkich ludzkich przywar. Św. Augustyn pisał, że „jest ona tęsknotą za perwersyjnym wyniesieniem”. W każdym z nas mieszka tęsknota za wielkością, znaczeniem, potrzeba bycia kimś. To są, podkreślmy, dobre pragnienia. Ale pycha atakuje dokładnie w tym punkcie. Oszukuje człowieka fałszywą wizją wielkości, obiecuje złote góry, które okazują się zamkami na piasku. Pycha rozdyma ludzkie ego jak wielki balon, który unosi się szybko w górę, ale prędzej czy później pęknie z hukiem.

    Oblicza ludzkiej pychy
    Nie ma człowieka całkowicie wolnego od pychy. Niełatwo ją zdemaskować, ponieważ ma wiele różnych form. Jest jak grypa, która wytwarza ciągle nowe mutacje, dostosowując się do życiowych okoliczności. Jeśli odniosłeś sukces, wmawia ci, że jesteś mistrzem świata; jeśli przegrałeś, wpycha w kompleksy, frustrację, pretensje do Boga, do innych. Pycha każe nam nieustannie porównywać się z innymi. Zmusza do tego, by koncentrować się na tym, czego nam brakuje, zamiast cieszyć się i doceniać to, co mamy.
    O. Józef Augustyn wymienia cztery podstawowe rodzaje pychy. Pierwsza to dążenie do kariery za wszelką cenę. Czyli po trupach do celu, nieustanna rywalizacja, ciągły wyścig. Byle tylko zdobyć podziw i uznanie. Klasycznym przykładem mógłby być tytułowy bohater filmu „Wodzirej”.

    Nieco inna wersja: wywyższanie się nad innych w każdej sytuacji. Łączy się to z pewną dozą mściwości, która wyraża się złośliwością, docinkami, ironią, a czasem wręcz upokarzaniem innych. Kolejną mutacją pychy jest perfekcjonizm. W tym przypadku nie chodzi o zewnętrzny sukces czy podziw innych, ale raczej o udowodnienie sobie samemu, że jestem dobry, że to, co robię, jest bez zarzutu, że realizuję konsekwentnie swój plan. Perfekcjonista będzie w nieskończoność szlifował, poprawiał, zdmuchiwał pyłki z dzieła i nigdy nie będzie zadowolony. Pycha może objawiać się wreszcie jako mania wielkości. To ucieczka w marzenia, w wyniosłe przekonanie o sobie, że „ja i tak jestem wielki”. To właściwie rodzaj narcyzmu. Ten rodzaj pychy jest bardzo podatny na kompleksy. Poczucie niższości bywa ukrytą formą pychy.

    Pychę przedstawiano dawniej symbolicznie jako postać wpatrującą się z upodobaniem w lustro. Dziś tym „lustrem” pychy stały się ekrany komputerów i telewizorów. Media elektroniczne są wymarzonym instrumentem, na którym pycha wygrywa swoje melodie. Jaka to melodia? Próżność, przemożne pragnienie zaistnienia choć przez chwilę, obsesja dbałości o wizerunek, niekończący się talk-show gadających głów, które przekrzykują się nawzajem: ja, ja, ja. Nawet grzech można sprzedać telewizji jako powód do chluby, opakowany w hasło „nie jestem hipokrytą”.

    Wieża Babel, czyli po co nam Bóg
    Ukryte ostrze pychy jest wymierzone przeciwko Bogu. To najgroźniejszy aspekt tego grzechu. Katechizm Kościoła Katolickiego przestrzega, że pycha może rodzić nienawiść do Boga (2094). Biblijnym symbolem pychy wymierzonej przeciwko Stwórcy jest wieża Babel. Ludzie zapragnęli sięgnąć nieba (i słusznie), ale sami, bez Boga (na tym polegał ich błąd). Biblijny opis nie mówi wprost o złych zamiarach tych ludzi. Oni po prostu chcieli się zjednoczyć, aby stworzyć wspólne dzieło. Ale Stwórca został przez nich zignorowany, nie prosili Go o błogosławieństwo, wierzyli już tylko w potęgę własnego rozumu i umiejętności. Pycha wyraża się w pragnieniu całkowitej niezależności, samodzielności, samowystarczalności, wolności od Boga i Jego praw. To próba budowania raju na ziemi o własnych siłach, wbrew Stwórcy. To echo szatańskiej pokusy: „Będziecie jak Bóg”.

    Pokusa porządkowania świata bez liczenia się z Bogiem pojawia się stale w historii. Także dzisiejsza zachodnia cywilizacja przypomina budowanie wieży Babel. Bóg został zdetronizowany. Jego miejsce zajęły demokracja, nauka, ekonomia, rozrywka… To są oczywiście ważne wartości, ale pycha zasłania nimi Boga. Sobór Watykański II mówił o „słusznej autonomii rzeczy ziemskich”, ale tłumaczył też, że „jeżeli słowom »autonomia rzeczy doczesnych« nadaje się takie znaczenie, że rzeczy stworzone nie zależą od Boga, a człowiek może ich używać bez odnoszenia ich do Boga, to każdy uznający Boga wyczuwa, jak fałszywymi są tego rodzaju zapatrywania. Stworzenie bowiem bez Stworzyciela zanika” (KDK 36). Sedno sprawy jest w tym, że człowiek nie godzi się na status stworzenia, odrzuca prymat Boga, sama idea posłuszeństwa napawa go obrzydzeniem. Wyraża się to w konkretnych postawach. Na przykład w pragnieniu kontroli nad ludzkim życiem, zwłaszcza jego początkiem i końcem. Bywa, że w tej samej klinice w jednym skrzydle dokonuje się aborcji, a w drugim zapłodnienia in vitro. Eutanazja, klonowanie, eksperymentowanie na ludzkich zarodkach – te zjawiska biorą się z pychy. W świecie, w którym człowiek czuje się absolutnym panem wszechrzeczy, jakakolwiek próba postawienia granic technologii zostaje zakrzyczana jako zamach na wolność i naukę. Ludzie zawsze grzeszyli, ale dziś nie chcą w ogóle słyszeć o grzechu. Pycha fałszuje rzeczywistość, stroi zło w piórka obrony słusznych ludzkich praw, a w gruncie rzeczy broni egoizmu.

    Pycha mieszka też w Kościele
    Tak, pycha nie omija również Kościoła, atakuje ludzi religijnych. Już apostołowie pokłócili się o to, który z nich jest największy. Historia chrześcijaństwa dostarcza wielu przykładów pychy. Ileż to razy stawiano znak równości między autorytetem władzy kościelnej i władzy Boga? Ile razy pojawiała się pokusa umacniania wiary z pomocą ziemskiej władzy? „Walkę o to, żeby królestwo Jezusa nie było utożsamiane z żadną formacją polityczną, trzeba toczyć przez wszystkie stulecia” – podkreśla Benedykt XVI. Umywanie nóg przez Jezusa pozostaje często tylko pobożnym symbolem, zamiast być zobowiązującym wzorem wszelkiej kościelnej aktywności.

    To pycha była źródłem podziałów Kościoła. „Doniesiono mi bowiem o was, (…), że zdarzają się między wami spory. Myślę o tym, co każdy z was mówi: »Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa«. Czyż Chrystus jest podzielony?” – pisał z bólem św. Paweł. Te słowa w historii chrześcijaństwa, niestety, nabierały raz po raz bolesnej aktualności. Pycha ludzi pobożnych przybiera na ogół postać faryzeizmu. W czym się on wyraża? W poczuciu wyższości czy „lepszości”, przekonaniu o monopolu na prawdę, w mocniejszej wierze w pobożne praktyki niż w Boga, w zanikaniu pojęcia łaski, w agresji wobec ludzi żyjących z daleka od Boga, uwikłanych w grzechy czy nałogi. Kiedy pycha wymyka się spod kontroli, najwspanialsze dzieła w Kościele kończą się klęską. Przykładów na to jest bez liku.

    Pokora człowieka, pokora Boga
    Lekarstwo jest jedno: pokora. Pycha maluje karykaturalny obraz pokory. Nie, nie trzeba bynajmniej naśladować bohatera legendy o św. Aleksym, leżącego pod schodami i polewanego pomyjami. Pokora to widzenie siebie w prawdzie. Łączy się ona ze zdrowym poczuciem własnej wartości, płynącym z przeświadczenia, że życie jest cudownym darem Boga. Lekiem na pychę nie jest tzw. garbata pokora, która każe stać pod ścianą i powtarzać, że „jestem do niczego”. U korzeni pokory jest zgoda na zależność od Boga, wdzięczność, odkrycie, że wolość jest cudownym darem Boga.

    Pokory można uczyć się od samego Boga. Jego wielkość nie upokarza nas w żaden sposób, właśnie dlatego że łączy się z pokorą. Kto popatrzy z wiarą na betlejemską grotę, na Jezusa umywającego nogi, na Jego konanie na krzyżu, ten ma szansę to odkryć. Nasza pokora polega na uznaniu, że jesteśmy w ręku Stwórcy. Pokora Boga wynika z tego, że jest miłością. A miłość nie potrafi patrzeć z góry.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    (korzystałem z książek o. J. Augustyna „Adamie, gdzie jesteś?” i J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj”)


    *******

    Pycha to jego specjalność

    Pycha to jego specjalność
    fot. zasoby internetu/Gość Niedzielny

    *******

    Dama przegląda się w lustrze. Zajęta podziwianiem swego odbicia nie dostrzega, że zwierciadło jest podtrzymywane przez demona. To symbol grzechu pychy. Żeby nie było co do tego wątpliwości artysta napisał na dole obrazu słowo „superbia”, oznaczające po łacinie pychę. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku na… blacie stołu, przechowywanej w madryckim Muzeum Prado.

    Wielki Post – pycha. Pan skierował do mnie te słowa: Synu człowieczy, podnieś lament nad królem Tyru i powiedz mu: Tak mówi Pan Bóg: Byłeś odbiciem doskonałości, pełen mądrości i niezrównanie piękny.

    Mieszkałeś w Edenie, ogrodzie Bożym; okrywały cię wszelkiego rodzaju szlachetne kamienie (…) a ze złota wykonano okrętki i oprawy na tobie, przygotowane w dniu twego stworzenia. Jako wielkiego cheruba opiekunem ustanowiłem cię na świętej górze Bożej, chadzałeś pośród błyszczących kamieni. Byłeś doskonały w postępowaniu swoim od dni twego stworzenia, aż znalazła się w tobie nieprawość.

    Pod wpływem rozkwitu twego handlu wnętrze twoje napełniło się uciskiem i zgrzeszyłeś, wobec czego zrzuciłem cię z góry Bożej i jako cherub opiekun zniknąłeś spośród błyszczących kamieni. Serce twoje stało się wyniosłe z powodu twej piękności, zanikła twoja przezorność z powodu twego blasku. Rzuciłem cię na ziemię, wydałem cię królom na widowisko.(…) Sprawiłem, że ogień wyszedł z twego wnętrza, aby cię pochłonąć, i obróciłem cię w popiół na ziemi na oczach tych wszystkich, którzy na ciebie patrzyli. Wszystkie spośród narodów, które cię znały, zdumiały się nad tobą. Stałeś się dla nich postrachem. Przestałeś istnieć na zawsze”. (Ez 28,11-19)

    To cytat, który od lat robi na mnie największe wrażenie. To biblijny opis upadku szatana. W historii upadku króla Tyru Ojcowie Kościoła widzieli opis grzechu króla demonów. To on był „wielkim cherubem”, on przechadzał się po Edenie. Był odbiciem doskonałości. Czym zawinił? Uwielbił piękno w sobie. Zachwycił się swą samowystarczalnością. Zaślepiła go pycha. Serce jego stało się wyniosłe z powodu… piękności. Często w czasie spotkań wspólnoty czytaliśmy biblijne słowa o wycięciu rosłego cedru.

    Został zrównany z ziemią, choć przecież czerpał wodę z rajskich źródeł, karmił się Słowem Boga, odbijał chwałę Najwyższego, a w jego gałęziach ptaki powietrzne (Biblia tak nazywa aniołów) budowały swe gniazda! Był tak doskonały, że „zazdrościły mu nawet inne drzewa Edenu” (czy można znaleźć lepszą metaforę?). Został strącony „ponieważ tak wysoko wyrósł, a wierzchołek swój podniósł aż do chmur i serce jego wbiło się w pychę z powodu własnej wielkości” (Ez 31,10).

    Bardzo podobna historia…

    Na ilustracji: Dama przegląda się w lustrze. Zajęta podziwianiem swego odbicia nie dostrzega, że zwierciadło jest podtrzymywane przez demona. To symbol grzechu pychy. Żeby nie było co do tego wątpliwości artysta napisał na dole obrazu słowo „superbia”, oznaczające po łacinie pychę.

     Marcin Jakimowicz/ Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

     

    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych.

    Nie potrafimy sami wydźwignąć się ze zła, potrzebujemy Bożej łaski. Modlitwa jest jednym z najlepszych sposobów walki ze złem…

    Proponujemy, by stały się one zachętą do pracy nad sobą, przypomnieniem, że trwa Wielki Post – czas pokuty, nawrócenia, duchowej odnowy. Do niniejszego „Gościa” dołączony jest obrazek z modlitwą o pokorę, która jest przeciwieństwem pychy.

    Ilustrację stanowi obraz flamandzkiego malarza z Brukseli Colijna de Cotera (1446–1538) „Chrystus Boleściwy” ok. 1500 (olej na desce).

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chciwość

    Chciwość

    Modlitwa o wolność od chciwości

    Panie, Ty powiedziałeś: „Nie martwcie się o życie – o to, co będziecie jeść; ani o ciało – o to, w co będziecie się ubierać” (Łk 12,22) A ja mam tyle zmartwień na głowie i rachunków do zapłacenia.

    Proszę: „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewiernym, nie rzekł: »A któż jest Pan?« lub z biedy nie począł kraść i imię mego Boga znieważać”. (Prz 30,8-9)

    Jezu, sprzedany za trzydzieści srebrników, strzeż mnie od chciwość i niszczącej żądzy posiadania. Pomóż uwierzyć, że „więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu”. (Dz 20,35) Daj mi serce wrażliwe na biedę i hojne w dzieleniu się.

    ********

    Strzeżcie się chciwości!

    Strzeżcie się chciwości!
    fot. Jakub Szymczuk/Gość Niedzielny

    ***

    Chciwy chce mieć zawsze więcej, bez oglądania się na innych, a nawet ich kosztem. Nigdy nie mówi: „dosyć, wystarczy”. Im więcej ma, tym więcej chce. W panteonie współczesnych bóstw pieniądz zajmuje czołową pozycję.

    Ktoś powiedział, że „ludzie powinni kochać ludzi i używać rzeczy, a dziś kochają rzeczy, a używają ludzi”. Gorzkie zdanie. Ale coś takiego rzeczywiście dzieje się w naszym świecie. Reklamy kreują wciąż nowe „potrzeby”. Wołają: „Kupuj, kupuj, kupuj! Musisz to mieć. Oto kolejna nowość niezbędna do życia”. Produkt w reklamie otrzymuje wręcz cechy osobowe, staje się pożądanym przyjacielem, który przemieni nasze życie na lepsze. Zagrożenie chciwością rośnie na ogół wraz z przyrostem bogactwa. Ojciec Stanisław Jarosz tłumaczy: „Jeśli mam 4 złote, to bez problemu podzielę się z biedakiem połową majątku, gdybym miał 4 miliony, to już nie zrobiłbym tego tak chętnie, choć i to, i to połowa”. Co nie oznacza, że chciwość omija biednych ani że każdy zamożny człowiek jest z zasady chciwcem.

    Modlitwa przed banknotem
    Pieniądze czy majątek są same w sobie moralnie obojętne. Ani Biblia, ani nauczanie Kościoła nigdy nie potępiały dóbr materialnych jako takich. Zło nie tkwi w materii, zło lub dobro wybiera wolny człowiek. Ocenie moralnej podlega jednak sposób zarabiania i wydawania pieniędzy. Grzechem nie jest posiadanie, zarabianie czy pomnażanie majątku. Katolicka nauka społeczna mówi o prawie człowieka do prywatnej własności. Pieniądz jest czymś niezbędnym do życia, jest miernikiem i symbolem ludzkiej pracy, powinien służyć człowiekowi, ale nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że siedzi w nim także niszcząca siła. „Modlitwa przed banknotem pieniężnym” ks. Michela Quoista trafnie opisuje to zjawisko. „Panie, spójrz na ten banknot – ja się go boję. Ty znasz jego tajemnice, znasz jego dzieje (…). Jest poplamiony krwią, rozczarowaniem, ośmieszoną godnością. Jest bogaty w cały zawarty w nim ciężar pracy ludzkiej, ten ciężar jest jego wartością. Ciężki jest, Panie. Pociąga mnie, a jednocześnie budzi we mnie lęk” („Modlitwa i czyn”).

    Lista „chciwych” grzechów
    Słowo Boże wielokrotnie ostrzega przed żądzą posiadania. Dobra materialne łatwo przesłaniają horyzont ludzkich dążeń i celów, zasłaniają skutecznie drugiego człowieka i Boga. Chciwość uderza w innych na wiele sposobów. Nieuczciwość w handlu, fałszowanie wagi, wymuszanie okupu, wykorzystywanie biednych, odmawianie zapłaty za pracę, łapówkarstwo. To tylko niektóre z przewinień godzących w miłość bliźniego, wymienione już w Starym Testamencie, czyli znane co najmniej od 2000 lat, a (niestety) wciąż aktualne. Katechizm do biblijnej listy grzechów wypływających z chciwości dopisuje te bardziej współczesne: spekulację, korupcję, przywłaszczanie i korzystanie w celach prywatnych z własności przedsiębiorstwa, źle wykonane prace, przestępstwa podatkowe, fałszowanie czeków i rachunków (KKK 2409).

    Biblia zwraca uwagę na to, że pieniądz bardzo łatwo staje się bożkiem. Biblijne przestrogi przed bogactwem dotyczą tego właśnie niebezpieczeństwa. Ewangelia stawia sprawę bardzo jednoznacznie: „Nikt nie może dwom panom służyć… Nie możecie służyć Bogu i mamonie” (Mt 6,24). Bogactwo zagłusza słowo Boże (Mt 13,22), bogaty łatwo zapomina o Bogu – Dawcy wszelkich dóbr. Jezus przestrzega: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia” (Łk 12,15); „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (Mt 19,24). Bogacz z przypowieści, który buduje większe spichrze, aby czuć się bezpiecznym i sytym, usłyszy mocne słowa: „Głupcze!”. Nie jest to potępienie zapobiegliwości, ale przestroga przed zamknięciem się w złotej klatce, „wysuszeniem duszy” (Syr 14,9), przed sercem nieczułym na ludzką biedę. Bogacz, bohater innej przypowieści, zasłużył na karę nie dlatego, że był bogaty, ale dlatego, że nie zauważał ubogiego Łazarza, który konał z głodu u bram jego pałacu (Łk 16,19–31).

    Chciwość rozgrzeszona
    Czy chciwość w naszych czasach nabrała jakichś szczególnych cech? Były dyrektor jednego z centrum kart kredytowych zauważył, że ludzie obecnie nie cenią pieniędzy bardziej niż dawniej, ale wszystko inne cenią mniej. Tam, gdzie postępuje inflacja wartości wyższych, nieprzeliczalnych na pieniądze, liczą się już tylko pieniądze. Pieniądze dają złudne poczucie znaczenia i pełnej kontroli nad życiem. Chciwość jest napędzana przez konsumpcyjny klimat tęsknoty za dobrobytem, podsycany nieustannie przez reklamy. Spece od marketingu potrafią sprzedać wszystko, znają dokładnie nasze słabe punkty, kuszą perfekcyjnie. Kupowanie przestało być obowiązkiem, stało się dla wielu formą relaksu, przyjemności, dla niektórych nawet formą uzależnienia. Próba zamknięcia dużych sklepów w niedzielę wywołuje głośne protesty. Handel należał zawsze do sfery profanum, dziś nabiera cech sakralnych. Parę dni temu w śląskim supermarkecie zawarto pierwszy ślub. Supermarkety stają się świątyniami superkonsumentów. Amerykański ekonomista Robert Frank przeprowadził badania, które wykazały, że głód bogactwa wiąże się ściśle z porównywaniem się z innymi. Ankietowanym dano wybór: mogą zarabiać 100 tys. dolarów rocznie, podczas gdy inni najwyżej 90 tys. albo mogą dostać 110 tys., ale dochód pozostałych wynosi 200 tys. Większość wybrała pierwszą możliwość.

    Chciwość bywa dziś łatwo rozgrzeszana. Uważa się ją za motor napędowy wolnego rynku, postępów ludzkości, rozwoju cywilizacji. Ekonomiści winą za dzisiejszy kryzys światowej gospodarki obarczają między innymi nadmierną ilość kredytów udzielonych przez banki, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Oznacza to, że ludzie chcieli żyć ponad stan, a banki zbyt chciwie liczyły na zyski z procentów. Jednocześnie ekonomiści (nie wiem, czy ci sami, czy inni) przekonują, że lekarstwem na kryzys jest wzrost konsumpcji, czyli im więcej będziemy kupowali i konsumowali, tym lepiej dla gospodarki.
    Chciwość jest więc zarówno powodem kryzysu, jak i lekarstwem na jego uzdrowienie. Przyznam, że czegoś tu nie rozumiem?

    Nauczanie społeczne Kościoła głosi, że stosunki społeczne nie mogą być określane jedynie przez czynniki ekonomiczne. „Teoria, która czyni z zysku wyłączną normę i ostateczny cel działalności gospodarczej, jest moralnie nie do przyjęcia. Nieuporządkowana żądza pieniędzy pociąga za sobą zgubne skutki” (KKK 2424). W człowieku odzywa się raz po raz także głód duchowy. Ale i do tego głodu nieraz przyczepia się chciwość. Przenosimy konsumpcyjne nawyki na sprawy duchowe. Chcemy od razu „odlecieć”, od razu pojąć, zrozumieć, doświadczyć. Jedni kolekcjonują rzeczy, inni chcieliby kolekcjonować duchowe przeżycia. To, co głębokie, duchowe, wieczne, dojrzewa powoli, wymaga cierpliwości i wierności.

    Błogosławieni ubodzy
    Kiedy bogaty młodzieniec wypytywał Jezusa o receptę na sensowne życie, usłyszał w końcu: „Jednego ci jeszcze brakuje: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze Mną” (Łk 18,22). Jest w tej radzie ukryty paradoks. Brakuje ci tego, co masz. Inaczej mówiąc, to, co posiadasz, staje się twoim więzieniem, blokuje twój rozwój, okazuje się twoją stratą. „Gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty” – zapisuje Ewangelista. Bogactwo, które nie służy innym, prowadzi człowieka do samotnego i smutnego egoizmu. „Błogosławieni ubodzy”. Pierwsze z Jezusowych błogosławieństw nawiązuje do starotestamentalnej tradycji „ubogich Jahwe”, czyli ludzi szczególnie bliskich Bogu. To ci, których serca są proste i pokorne, którzy są świadomi swego wewnętrznego ubóstwa, którzy potrafią się dzielić. Św. Teresa z Lisieux mówiła, że chce po prostu stać przed Bogiem z pustymi rękoma i wyciągać je ku Niemu. Benedykt XVI zauważa, że te słowa opisują ducha ubogich Boga. „Przychodzą z pustymi rękami. Nie z rękami, które, gdy pochwycą, mocno trzymają, lecz z rękami, które się otwierają i obdarowują, i w ten sposób gotowe są na przyjmowanie darów Bożej dobroci” („Jezus z Nazaretu”). Bieda materialna nie gwarantuje automatycznie serca wolnego od chciwości.

    Dlatego ubóstwo pochwalane w Ewangelii jest przede wszystkim postawą duchową – wolnością od żądzy posiadania. Co nie może być pretekstem do obłudnego gadania w stylu „mam dużo, ale wewnętrznie jestem ubogi”. Ewangeliczne ubóstwo wyraża się w konkretnych postawach, przekonaniach i czynach, takich jak prostota życia, wrażliwość na biedę, umiejętność dzielenia się, odpowiedzialność za bliźniego, umiejętność rezygnowania. Ćwiczeniem w tych postawach może być post. Św. Paweł pisze: „Jezus Chrystus, będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (2 Kor 8,9). Bóg jest nieskończenie bogaty. W miłość. A w miłość wpisana jest zgoda na ubóstwo, czyli na życie w zależności, życie dzięki innym i dla innych. Jezus ubogi stoi po stronie wszystkich ubogich świata. W nich czeka na mnie, aby mnie swoim ubóstwem ubogacić. •

    Nauczanie społeczne Kościoła głosi, że stosunki społeczne nie mogą być określane jedynie przez czynniki ekonomiczne. „Teoria, która czyni z zysku wyłączną normę i ostateczny cel działalności gospodarczej, jest moralnie nie do przyjęcia. Nieuporządkowana żądza pieniędzy pociąga za sobą zgubne skutki” (KKK 2424). W człowieku odzywa się raz po raz także głód duchowy. Ale i do tego głodu nieraz przyczepia się chciwość. Przenosimy konsumpcyjne nawyki na sprawy duchowe. Chcemy od razu „odlecieć”, od razu pojąć, zrozumieć, doświadczyć. Jedni kolekcjonują rzeczy, inni chcieliby kolekcjonować duchowe przeżycia. To, co głębokie, duchowe, wieczne, dojrzewa powoli, wymaga cierpliwości i wierności.

    Błogosławieni ubodzy
    Kiedy bogaty młodzieniec wypytywał Jezusa o receptę na sensowne życie, usłyszał w końcu: „Jednego ci jeszcze brakuje: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze Mną” (Łk 18,22). Jest w tej radzie ukryty paradoks. Brakuje ci tego, co masz. Inaczej mówiąc, to, co posiadasz, staje się twoim więzieniem, blokuje twój rozwój, okazuje się twoją stratą. „Gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty” – zapisuje Ewangelista. Bogactwo, które nie służy innym, prowadzi człowieka do samotnego i smutnego egoizmu. „Błogosławieni ubodzy”. Pierwsze z Jezusowych błogosławieństw nawiązuje do starotestamentalnej tradycji „ubogich Jahwe”, czyli ludzi szczególnie bliskich Bogu. To ci, których serca są proste i pokorne, którzy są świadomi swego wewnętrznego ubóstwa, którzy potrafią się dzielić. Św. Teresa z Lisieux mówiła, że chce po prostu stać przed Bogiem z pustymi rękoma i wyciągać je ku Niemu. Benedykt XVI zauważa, że te słowa opisują ducha ubogich Boga. „Przychodzą z pustymi rękami. Nie z rękami, które, gdy pochwycą, mocno trzymają, lecz z rękami, które się otwierają i obdarowują, i w ten sposób gotowe są na przyjmowanie darów Bożej dobroci” („Jezus z Nazaretu”). Bieda materialna nie gwarantuje automatycznie serca wolnego od chciwości.

    Dlatego ubóstwo pochwalane w Ewangelii jest przede wszystkim postawą duchową – wolnością od żądzy posiadania. Co nie może być pretekstem do obłudnego gadania w stylu „mam dużo, ale wewnętrznie jestem ubogi”. Ewangeliczne ubóstwo wyraża się w konkretnych postawach, przekonaniach i czynach, takich jak prostota życia, wrażliwość na biedę, umiejętność dzielenia się, odpowiedzialność za bliźniego, umiejętność rezygnowania. Ćwiczeniem w tych postawach może być post. Św. Paweł pisze: „Jezus Chrystus, będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (2 Kor 8,9). Bóg jest nieskończenie bogaty. W miłość. A w miłość wpisana jest zgoda na ubóstwo, czyli na życie w zależności, życie dzięki innym i dla innych. Jezus ubogi stoi po stronie wszystkich ubogich świata. W nich czeka na mnie, aby mnie swoim ubóstwem ubogacić.



    ks. Tomasz Jaklewicz korzystałem z książki J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj”

    *******

    Chciwość rodzi śmierć

    Chciwość rodzi śmierć

     

    „Pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją Safirą, sprzedał posiadłość i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a pewną część przyniósł i złożył u stóp apostołów.

    Ananiaszu – powiedział Piotr – dlaczego szatan zawładnął twym sercem, że skłamałeś Duchowi Świętemu i odłożyłeś sobie część zapłaty za ziemię? (…) Nie ludziom skłamałeś, lecz Bogu. Słysząc te słowa, Ananiasz padł martwy. A wszystkich, którzy tego słuchali, ogarnął wielki strach. (…) Około trzech godzin później weszła także jego żona, nie wiedząc, co się stało. Powiedz mi – zapytał ją Piotr – czy za tyle sprzedaliście ziemię? Tak, za tyle – odpowiedziała. A Piotr do niej: Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie. A ona upadła natychmiast u jego stóp i skonała”.
    Dz 5,1–7

    Dlaczego małżonków spotkał tak straszny los? Nie chodziło przecież o pieniądze. Bóg przyjąłby nawet najmniejsze grosiki. Chodziło o podszyte chciwością kłamstwo: „Oddaję Ci wszystko”, o chęć zawłaszczenia dla siebie części zysku.

    Inna historia: „Pewien człowiek, imieniem Szymon, który dawniej zajmował się czarną magią, wprawiał w zdumienie lud Samarii i twierdził, że jest kimś niezwykłym. […] Apostołowie wkładali na ludzi ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego. Kiedy Szymon ujrzał, że apostołowie przez nakładanie rąk udzielali Ducha Świętego, przyniósł im pieniądze. Dajcie i mnie tę władzę – powiedział – aby każdy, na kogo nałożę ręce, otrzymał Ducha Świętego. Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą – odpowiedział mu Piotr – gdyż sądziłeś, że dar Boży można nabyć za pieniądze. Nie masz żadnego udziału w tym dziele, bo serce twoje nie jest prawe wobec Boga”.
    Dz 8,9. 17–21

    Maga zgubiła niepohamowaną chęć władzy. Dajcie ją i mnie – prosił apostołów, przynosząc sakiewkę z pieniędzmi. Boleśnie przekonał się o tym, że Boga nie można przekupić. Jego łaska jest całkowicie za darmo.

    Ilustracja: Sędzia w czerwonej szacie zasiada na ławie. Za chwilę podejmie decyzję w jakiejś ważnej sprawie. Ma stosować się do prawa, którego otwarta księga leży przed nim. On jednak pochyla się w stronę człowieka trzymającego w ręce sakiewkę z pieniędzmi. Za chwilę sędzia przyjmie łapówkę. Na dole obrazu artysta napisał słowo „avaritia”, oznaczające po łacinie chciwość. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku na blacie stołu, przechowywanej w madryckim Muzeum Prado.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

     

    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych.

    Przy układaniu tej modlitwy miałem problem. Bo jaka właściwie cnota jest przeciwieństwem chciwości? Hojność, wrażliwość na biedę, umiejętność dzielenia się, prostota życia, wewnętrzna wolność od przywiązania do rzeczy. Wszystko po trochu.

    Proponuję więc modlitwę o wolność od chciwości. Maryja oddała Bogu swój największy skarb – swojego Syna. Ilustrację stanowi fragment obrazu weneckiego malarza Giovanniego Belliniego „Martwy Chrystus podtrzymywany przez Maryję i św. Jana”

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nieczystość

    Nieczystość

    Modlitwa o czystość

    Panie, dziękuję Ci za moje ciało, którym mogę wyrażać miłość. Dziękuję za każdy dobry dotyk, czułość i cielesną bliskość, którą otrzymuję i mogę dawać bliskim. Proszę o czystość, która jest przyjaciółką miłości.

    Pomóż zachować wolność od presji erotyzmu, który niszczy i zniewala. Zachowaj we mnie wstyd, który ochroni moją godność. Jezu, z ciałem ubiczowanym, wystawionym na poniżenie, który wziąłeś na siebie całą nieczystość świata, strzeż mnie, bym nie upokarzał swojego ciała ani innych.

    Pomóż, by to, co duchowe, kierowało tym, co cielesne. Boże wcielony, chcę chwalić Ciebie w moim ciele, teraz i po zmartwychwstaniu.

    *******


    Nieczystość rodzi się w sercu

    Nieczystość rodzi się w sercu
    fot. Stockxpert/Gość Niedzielny

    *******


    Ludzie zawsze upadali w tej dziedzinie, ale dziś rozwiązłość próbuje uznać się za normę, a wstydliwość wyśmiać.
    Nieczystość nie jest docenieniem ciała, ale jego poniżeniem. Chrześcijaństwo nie odrzuca ciała, przywraca mu właściwe miejsce.

    Zarzuca się nieraz Kościołowi, że patrzy podejrzliwie na ludzką cielesność i seksualność. To prawda, że w historii chrześcijanie, a zwłaszcza duchowni, lekceważyli ciało, obawiali się go lub nawet upatrywali w nim źródła wszelkiego zła. Jednak, wbrew stereotypom, nauczanie Kościoła widzi ludzką cielesność niezwykle pozytywnie, przede wszystkim dlatego, że traktuje ciało jako ważną „część” samego człowieczeństwa. Wierzymy, że człowiek pochodzi od Stwórcy.

    Płciowość jest pomysłem Bożym. W biblijnym opisie stworzenia jak refren powtarzają się słowa: „Widział Bóg, że były dobre”. Zanim zacznie się mówić o niebezpieczeństwach związanych z ludzką cielesnością, trzeba bardzo mocno podkreślić, że seksualność jest czymś ważnym, cennym, pięknym i pozytywnym. To dzięki seksualnemu zbliżeniu naszych rodziców jesteśmy na tej ziemi. Nie ma w tej sferze niczego takiego, co należałoby z góry potępić.

    Święty Cyryl Jerozolimski pisał w IV wieku: „Kto wierzy, że ciało nie ma nic wspólnego z Bogiem i że dusza mieszka w jakimś obcym sobie naczyniu, ten chętnie się posłuży ciałem do nieczystości”. Zło – jak zawsze – przejawia się w skrajnych podejściach: w nadmiarze lub niedomiarze. Zwolennicy całkowitej swobody seksualnej czynią z ludzkiej cielesności przestrzeń wolną od moralnych ocen. Taki wyzwolony erotyzm niszczy najpiękniejszą zdolność ludzi – zdolność do miłości – i jest formą pogardy dla ciała. Druga skrajność, będąca często reakcją na przeerotyzowanie naszej kultury, to upatrywanie w seksualności sfery zakazanej, niebezpiecznej, o której nie należy mówić, sfery z natury skażonej grzechem. Takie podejście nie ma nic wspólnego z nauczaniem Kościoła, zwłaszcza z teologią ciała, którą głosił Jan Paweł II. Niestety, to, co Kościół ma do powiedzenia w tej dziedzinie, bywa sprowadzone do samego „nie wolno” i przez to ośmieszone. Trzeba uderzyć się w piersi, część winy ponosi za to sam Kościół.

    Nieczystość nie mieszka w ciele
    Nieczystość nie jest grzechem ciała, ale grzechem przeciwko ciału, swojemu i innych. Problemy z cielesnością pochodzą nie tyle z ciała jako takiego, ale są wynikiem choroby ludzkiej duszy. „Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym” (Mk 7,14). Jezus rozumie tutaj nieczystość bardzo szeroko, wręcz jako synonim wszelkiego moralnego brudu. Istotne jest postawienie akcentu: konkretne grzechy, także te popełniane w dziedzinie ludzkiej seksualności, powstają w wyniku niedomagania ludzkiego serca. Aby pokonać grzech, trzeba tam szukać przemiany i uzdrowienia.

    Słuchając niektórych sformułowań św. Pawła, możemy mieć co do tego wątpliwości. Apostoł Narodów pisze o napięciu między duchem a ciałem, przeciwstawia ludzi żyjących „według ducha” tym, którzy żyją „według ciała”. Trzeba pamiętać, że termin „ciało” w Pawłowej teologii jest wieloznaczny (w grece to dwa słowa: sarks lub soma, różniące się nieco znaczeniami). „Ciało” oznacza u Pawła nie tyle ludzką cielesność (mięśnie, kości, nerwy itd.) co całego człowieka, który podlega egoistycznym pożądaniom, namiętnościom. „Ciało” to człowiek rozpatrywany w swojej ziemskiej, kruchej kondycji, poddany mocy grzechu i śmierci.

    Jeździec bez głowy
    Seksualność jest darem, który wymaga od człowieka odpowiedzialności. To potężna siła, która z natury ma służyć miłości i życiu. Może jednak także niszczyć i powodować cierpienie. Człowiek ma, niestety, talent do marnotrawienia Bożych darów. Ludzką seksualnością nie kierują tylko instynkty, hormony, impulsy nerwowe czy emocje, ale przede wszystkim rozum i wolność. Tym różnimy się od zwierząt. Człowiek nie jest istotą jednowymiarową, ma co najmniej trzy warstwy: duchową, psychiczną i cielesną. Te sfery próbują nieraz nami zawładnąć i pokierować, niejako autonomicznie. Dojrzałość polega na zintegrowaniu tych wszystkich sfer, czyli poddaniu instynktów i emocji kierownictwu czynników wyższych, czyli rozumnych i duchowych. To, co cielesne, powinno być poddane temu, co duchowe. Dariusz Karłowicz posłużył się metaforą: „Człowiek jest naraz i jeźdźcem, i koniem. Jechać ma tam, gdzie chce jeździec, a nie tam, gdzie chce koń, co oczywiście wcale nie znaczy, że konia należy zabić! Wręcz przeciwnie, trzeba go pielęgnować”. Wynoszenie cielesności ponad rozum i duszę poniża człowieka, a ostatecznie go niszczy.

    Nieczystość na wiele sposobów
    Zachodnia cywilizacja uczyniła z seksu jedną z naczelnych wartości ludzkiego życia. Mówi się, że dzięki rewolucji seksualnej, zapoczątkowanej w 1968 roku, cielesność została wyzwolona. Ludzki eros przestał być skrępowany jakimikolwiek normami społecznymi, religijnymi, moralnymi. Naczelną wartością stało się prawo do erotycznej przyjemności, nazywanej „szczęściem” lub „miłością”. Jakie są owoce tak ustawionych życiowych priorytetów? Widać je gołym okiem w przestrzeni społecznej: dramatyczny wzrost liczby rozwodów, wzrost liczby dzieci, które wychowywane są przez samotnych rodziców, zalegalizowanie aborcji, co doprowadziło do śmierci milionów niechcianych ludzi, epidemia AIDS. Środki antykoncepcyjne i cała antykoncepcyjna mentalność, która za nimi stoi, prowadzą do demograficznego samobójstwa społeczeństw dobrobytu. Osoby o skłonnościach homoseksualnych wymuszają na państwach zmianę definicji małżeństwa. Pornografia stała się potężną gałęzią przemysłu rozrywkowego, przyczyniając się do nowego zjawiska – uzależnienia od erotyzmu lub autoerotyzmu (w USA dotyczy to około 5 proc. populacji). To, co miało prowadzić do wyzwolenia, przyniosło nowe zniewolenia. Czy ludzie są dziś bardziej szczęśliwi? Czy młodym ludziom, bombardowanym od dziecka przez erotyczne treści, którym wmawia się, że seks jest najprostszą receptą na szczęście, łatwiej jest dojrzewać do roli męża, żony, ojca czy matki? Czy rozkład rodziny może kogokolwiek cieszyć i być dowodem postępu?

    Jednym ze skutków współczesnych obyczajowych przemian jest zerwanie z seksualności jej naturalnej ochrony – wstydu. Dokonuje się to najczęściej pod hasłem walki z hipokryzją religii i tradycyjnej moralności. Chodzi o to, żeby grzeszyć bez wyrzutów sumienia. Ogromną rolę odegrały i nadal odgrywają tutaj media, których spora część wręcz promuje demoralizację, bo seks dobrze się sprzedaje. Internet, znakomite narzędzie edukacji i ludzkiej komunikacji, jest zalewany pornografią i portalami, które pełnią rolę elektronicznych alfonsów. W ogólnodostępnej przestrzeni medialnej granica tolerowanej dawki erotyki stale przesuwa się w stronę porno. W filmach i serialach pokazywanych w porach dużej oglądalności nie ma wprawdzie ostrych scen, ale normą jest to, że każda randka kończy się pójściem do łóżka. Także w tradycyjnych rodzinach rośnie przyzwolenie na życie na próbę, zanika obyczajowość, jeszcze do niedawna chroniąca młodzież przed burzą hormonów, nad którą ciężko zapanować bez wsparcia ludzi dojrzalszych. Seks jest traktowany jako wydarzenie błahe, bez konsekwencji, bez odpowiedzialności, często oddzielony od miłości. Z czegoś niezwykłego, tajemniczego „przekształca się w zwykłą gimnastykę” (Mario Vargas Llosa). Gdy banalizuje i degraduje się płciowość, poniża się człowieka jako takiego. Książka „Cząstki elementarne” Michela Houellebecqa pokazuje, czym kończy się rewolucja seksualna. To świat ludzi samotnych, wypalonych wewnętrznie, całkowicie niezdolnych do miłości, do budowania jakichkolwiek ludzkich związków. To świat przerażająco zimny, choć seksu w nim dużo.

    Idź i nie grzesz więcej
    Grzechów przeciwko czystości jest wiele. Nie trzeba ich wszystkich wymieniać. Przy ich ocenie moralnej, jak przy każdym innym grzechu, trzeba uwzględniać okoliczności, które mogą zmniejszać lub zwiększać winę w konkretnej sytuacji. Szóste przykazanie Dekalogu jest jednym z dziesięciu przykazań. Nie ma powodów, by uważać je za najważniejsze. O. Józef Augustyn podkreśla, że należy oddramatyzować problem autoerotyki. Masturbacja jest grzechem i nie należy tej sprawy lekceważyć, ale – jak czytamy w katechizmie – „w celu sformułowania wyważonej oceny odpowiedzialności moralnej konkretnych osób i ukierunkowania działań duszpasterskich należy wziąć pod uwagę niedojrzałość uczuciową, nabyte nawyki, stany lękowe lub inne czynniki psychiczne czy społeczne, które mogą zmniejszyć, a nawet zredukować do minimum winę moralną” (KKK 2352).

    Lekarstwem na nieczystość jest… czystość. Skromność, wstydliwość, wstrzemięźliwość – te postawy wymagają dziś odwagi przeciwstawienia się panującym trendom, ale może właśnie dlatego stają się czymś pociągającym. Czystość jest dla ludzi z charakterem. „Panowanie nad sobą jest zadaniem długotrwałym. Nigdy nie należy uważać, że zdobyło się je raz na zawsze. Zakłada ono wysiłek podejmowany we wszystkich okresach życia. Wymagany wysiłek powinien być bardziej intensywny w pewnych okresach – gdy kształtuje się osobowość, w dzieciństwie i w młodości” (KKK 2342). „W dziedzinie czystości znane są prawa wzrostu, który dokonuje się etapami naznaczonymi niedoskonałością i dość często grzechem” (KKK 2343). Zranienia w sferze seksualnej bolą nieraz długie lata. Nie ma jednak takich sytuacji, w których Bóg byłby bezradny wobec grzechu. Jego miłosierdzie oczyszcza, leczy, podnosi z upadku. On zawsze patrzy na nas tak, jak Jezus patrzył na cudzołożną kobietę: „Ja ciebie nie potępiam. Idź, a od tej chwili już nie grzesz więcej!” (J 8, 11).

    ks. Tomasz Jaklewicz – korzystałem z książek J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj” i o. J. Augustyna „Adamie, gdzie jesteś?”

    *******

    W paszczy lwa

    W paszczy lwa

     

    Pan Jezus mówiąc o nieczystości, jest niezwykle radykalny: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa”. Mt 5,27–29

    Słyszałem, jak pewien sędziwy dominikanin przekonywał grupę młodzieży: Chrześcijanin może pozostać czysty nawet w samym środku sex shopu. – Jak to? W samej jaskini lwa? – dziwili się młodzi. – Tak – wyjaśniał kaznodzieja. Wyciągnął Biblię i przeczytał: „Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”.
    Mk 7,20–22

    Najbardziej poruszającą biblijną opowieścią związaną z nieczystością jest dramatyczna historia grzechu króla Dawida. „Pewnego wieczora Dawid, podniósłszy się z posłania i chodząc po tarasie swego królewskiego pałacu, zobaczył z tarasu kąpiącą się kobietę. Kobieta była bardzo piękna. Dawid zasięgnął wiadomości o tej kobiecie. Powiedziano mu: To jest Batszeba, córka Eliama, żona Uriasza Chetyty. Wysłał więc Dawid posłańców, by ją sprowadzili. A gdy przyszła do niego, spał z nią. A ona oczyściła się od swej nieczystości i wróciła do domu. Kobieta ta poczęła, posłała więc, by dać znać Dawidowi: Jestem brzemienna. Wtedy Dawid wyprawił posłańca do Joaba: Przyślij do mnie Uriasza Chetytę. (…) Następnego ranka napisał Dawid list do Joaba i posłał go za pośrednictwem Uriasza. W liście napisał: Postawcie Uriasza tam, gdzie walka będzie najbardziej zażarta, potem odstąpicie go, aby został ugodzony i zginął. Joab obejrzawszy miasto, postawił Uriasza w miejscu, o którym wiedział, że walczyli tam najsilniejsi wojownicy (…) zginął też Uriasz Chetyta.
    2 Sm 11,1–17

    Ilustracja przedstawia:
    Dwie pary kochanków w czerwonym namiocie to aluzja do domu schadzek. Między tymi kochankami nie ma miłości. Artysta informuje nas o tym, pokazując obok dwóch błaznów symbolizujących pustą rozrywkę. Rzucone na ziemię instrumenty muzyczne oznaczają poniżenie ludzkiego ciała. Na dole obrazu artysta napisał słowo „luxuria”, oznaczające po łacinie lubieżność. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku na blacie stołu, przechowywanej w madryckim Muzeum Prado.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy :.
    Żadnej cnoty nie da się samemu wypracować, ale trzeba prosić o Bożą pomoc.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zazdrość

    Zazdrość

    Modlitwa o życzliwość

    Panie, naucz mnie cenić to, kim jestem i dziękować za to co mam. Daj mi zrozumieć, że ludzie są różni i tak jest dobrze. Bo gdyby “każdy miał to samo, nikt nikomu nie byłby potrzebny”. (ks. J. Twardowski)

    Jezu, wydany na śmierć przez zawiść, uwolnij moje oczy od morderczej zazdrości, która prowadzi do podziałów, kłótni i nienawiści.

    Pomóż mi dobrze myśleć i mówić o innych, wychwalać Boga za to, co w nich dobre, mądre czy piękne. Strzeż mnie od słów, które porównują lub poniżają.

    Niech powodzenie bliźniego nie napełnia mnie nigdy smutkiem. Proszę o życzliwość i wielkoduszność. Naucz mnie “cieszyć się z cieszącym, płakać z płaczącymi” (Rz 12,15)

    *******

    Kto zazdrosnym okiem patrzy…

    Kto zazdrosnym okiem patrzy…
    fot. Stockxert, fotomontaz/Gość Niedzielny

    ********

    Szewc kanonikowi zazdrości, że prałatem został, a proboszcz pani aptekarzowej, że miała lekki poród. Zazdrość uchodzi za cechę narodową Polaków. Kiedy wymyka się spod kontroli, prowadzi do nienawiści.

    Sukces bliźniego napawa głębokim smutkiem, a klęska wywołuje radość. To klasyczne symptomy zazdrości. „Zły jest, kto zazdrosnym okiem patrzy, odwraca oblicze i z góry spogląda na innych” (Syr 14,8) – poucza biblijny mędrzec. Słownikowa definicja mówi, że zazdrość to „uczucie przykrości, żalu i niechęci do kogoś na widok jego powodzenia, szczęścia z powodu stanu jego posiadania”. Zawiść to bardzo silna odmiana zazdrości, to pożądanie czegoś, czego nie posiadamy, wręcz pragnienie odebrania komuś jakiegoś dobra. Szczególną wersją zazdrości jest niepokój co do wierności osoby kochanej. Rozpowszechnione jest przekonanie, że odrobina zazdrości towarzyszy każdej miłości. Czy na pewno tak jest?

    Nie każda zazdrość jest grzechem
    Dwóch studentów przygotowuje się do egzaminu. Jeden ostro zakuwa całymi dniami, drugi imprezuje, nie przejmując się specjalnie nauką. Na egzaminie okazuje się, że pierwszy zdał ledwo na tróję, a obibok dostał piątkę. Może miał szczęście, może był zdolniejszy, wszystko jedno. Solidnego studenta ta sytuacja może nieźle zdenerwować. To, że pojawi się zazdrość, czy nawet zawiść, jest pewne. Ale, uwaga, to jeszcze nie będzie grzech.

    Zazdrość pojawia się najpierw jako uczucie, czyli coś spontanicznego, poza naszą kontrolą. To najczęściej nieuświadomiona obrona poczucia własnej wartości. Nikt nie lubi czuć się kimś niższym. Uczucia same w sobie nie są moralnie ani dobre, ani złe. Mogą jednak prowadzić do dobra lub zła. Prymitywne uczucie zazdrości pojawia się w wielu sytuacjach. Od nas zależy jednak to, co z nim zrobimy. Jeśli pozwolimy sobie na to, by zazdrość względem kogoś zapuściła w nas korzenie, wtedy staje się ona grzechem lub wadą, czyli utrwaloną skłonnością do zła. „Zazdrość jest grzechem śmiertelnym, gdy życzy bliźniemu poważnego zła” – wyjaśnia katechizm (KKK 2539).

    Z zazdrości rodzą się pewne postawy lub konkretne grzechy: nienawiść, pogarda, obmowa, oszczerstwo, plotki, złośliwości, intrygi, kłótnie, niezgoda itd. Doświadczeni kierownicy duchowi podkreślają, że kiedy pojawia się uczucie zazdrości, nie powinno się udawać, że jej nie ma, lekceważyć lub zamiatać pod dywan. Stłumiona zazdrość, przypudrowana nieszczerym uśmiechem czy wymuszoną grzecznością, wybuchnie prędzej czy później jakąś formą agresji lub autoagresji. Aby temu zapobiec, trzeba przyznać się do zazdrości przed samym sobą, nazwać rzecz po imieniu. Człowiek potrafi bowiem zapanować tylko nad tym, co potrafi rozpoznać i nazwać.

    Nie ma miłości bez zazdrości?
    Zazdrość łączy się w pewien sposób z miłością. Miłość pragnie wyłączności. Dotyczy to zwłaszcza relacji małżeńskiej. Więź łącząca męża i żonę jest czymś zarezerwowanym tylko dla tej relacji. Tej wyłączności strzeże wzajemne zaufanie, wiara w dane sobie słowo „jestem twoją żoną, twoim mężem na zawsze”. Tam, gdzie słabnie zaufanie, pojawia się podejrzliwość, rośnie zazdrość. Św. Paweł, pisząc, że „miłość nie zazdrości”, o tym właśnie mówi. Oczywiście to jest ideał, ku któremu każda ludzka miłość powinna dojrzewać. Zazdrość rodzi się z egoizmu, nie z miłości. Zazdrość przykleja się łatwo do miłości, deformuje ją i zniekształca. Patrzy na ukochaną osobę jak na własność, do której ma wyłączne prawo. Tymczasem miłość jest zawsze spotkaniem dwóch wolności. Zazdrosny łatwo o tym zapomina i nie potrafi być wdzięczny.

    Jeśli miłość jest jakoś przemieszana z zazdrością, to dzieje się tak dlatego, że ludzka miłość ma zawsze domieszkę egoizmu. Pragnienie własnego szczęścia jest wymieszane z pragnieniem szczęścia kochanej osoby. Zazdrość o miłość rodziców powstaje często w rodzeństwie. Dziecko domaga się dla siebie całej rodzicielskiej miłości, nie akceptuje dzielenia jej z innymi. Ten prymitywny mechanizm działa dokładnie tak samo w życiu dorosłych. Domagamy się niesłusznie „całości” osoby kochanej. Rozwój miłości polega na tym, by tę spontaniczną zazdrość mieć pod kontrolą, by oczyszczać miłość z egoistycznych zapędów, uczyć się zaufania i wielkoduszności, poznawać siebie i tych, których kochamy, rozmawiać szczerze o trudnościach, a kiedy trzeba – przebaczać.

    W Starym Testamencie pojawia się wprawdzie określenie, które brzmi zaskakująco. „Ja jestem Bogiem zazdrosnym” (Wj 20,5) – mówi o sobie Bóg. Jak to rozumieć? Bóg nie jest zazdrosny nigdy o żadną ludzką miłość, o żadne dobro. I tak to On wszystko dał człowiekowi. „Zazdrość” Boga dotyczy tylko jednego, a mianowicie sytuacji, w której człowiek zwraca się w stronę „innych bogów”. W takich momentach Biblia mówi również o gniewie Boga. Te wyrażenia podkreślają jedno, że miłość Boga jest niesamowicie zaangażowana, że bywa też miłością zranioną. Bóg dał nam wszystko, chce naszego szczęścia, nie może znieść tylko tego, kiedy człowiek robi sobie z byle czego bożka. Takie bałwochwalstwo obraża samego Boga, a człowieka poniża i prowadzi do zguby. „Zazdrość” Boga jest Jego wołaniem o nasze nawrócenie.

    Do czego prowadzi zazdrość?
    Z zazdrością bardzo silnie sprzęgnięte są pycha i chciwość. Te wady napędzają się nawzajem. Zazdrość lub zawiść rodzą się w sytuacji zagrożenia naszego poczucia wartości. „Wrogiem” okazuje się ten, z kim się porównujemy (najczęściej odruchowo) i to porównanie wypada na naszą niekorzyść. Wielką popularnością cieszą się dziś wszelkiego rodzaju konkursy, zawody, rankingi. Modne jest ciągłe porównywanie słupków popularności, poparcia, urody, zamożności, seksapilu itd. Nieustająca rywalizacja jest elementem składowym codzienności. Wyścigowe podejście do życia widać nieraz nawet w stylu jazdy samochodem. „Wyścig szczurów” – powiadają niektórzy. Nie przepadam za tym określeniem, ponieważ wyczuwam w nim nutkę pogardy, a może nawet zazdrości mówiącego, że on do tego wyścigu się nie załapał.

    Zazdrość bywa na ogół dobrze zamaskowana. Ukrywa się pod pozorem domagania się sprawiedliwości, obrony demokracji, równości („jestem przecież tak dobry jak ty”) lub moralności. Włoski reżyser Vittorio de Sica zauważył, że „oburzenie moralne składa się z 2 procent troski o moralność, 48 procent oburzenia i 50 procent zazdrości”. Zazdrość nie dostrzega, że większość tzw. ludzi sukcesu zawdzięcza go nie tylko swoim talentom czy szczęściu, ale przede wszystkim swojej ciężkiej pracy. Jakże często na widok kogoś, kto odniósł sukces, reagujemy „moralizatorską” oceną: „ktoś mu pewnie pomógł”, „to wszystko złodzieje”, „no ale skromnością to on nie grzeszy”. Mechanizm pogardy uruchamia się bardzo szybko u ludzi, którzy czują się zagrożeni porównaniem na swoją niekorzyść. „Najgorsi są ci działacze trzeźwościowi, sami piją najwięcej, ja w swoim życiu tyle nie wypiłem co oni” – wyznał pewien pan, kończąc swój miniwykład o konieczności wypicia kieliszka koniaku dla zdrowia.

    Polska specjalność?
    W literaturze spotkać można opinie, że zazdrość jest cechą narodową Polaków. Przysłowiowe stało się już określenie Wańkowicza, że „szewc kanonikowi zazdrości, że prałatem został”, czy podobne Boya, że „proboszcz pani aptekarzowej, że miała lekki poród”. „Twierdzę, że zasadniczym stosunkiem Polaka do Polaka jest wzajemna pogarda, jeśli nie naturalna, to sztuczna, a to jest jeszcze gorzej” – pisał Stanisław Ignacy Witkiewicz. „W Polsce jeśli pierwszy drugiego chwali, to najczęściej po to, żeby się trzeci wściekł” (Maryla Wolska). „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł” – zauważał gorzko Norwid. W tych głosach jest coś z prawdy, aktualnej także dziś.

    W publicznej przestrzeni sporo jest pogardy dla innych. Ile słów, które ściągają innych za wszelką cenę w dół. Ile podejrzeń rzucanych tak łatwo na ludzi, którym się powiodło. Ile podejrzliwości, wiary w spiskowe teorie. W naszych codziennych rozmowach też nie brakuje plotek, pomówień, łatwych ocen czy tzw. bezinteresownej zawiści. Niemcy mają takie określenie Schadenfreude, czyli radość z cudzej szkody. Czy nie dopada nas nieraz ten rodzaj zawistnej radości? To są pytania do przemyślenia w wielkopostnym rachunku sumienia.

    Polubić ludzi
    Czy serce da się wyleczyć z zazdrości czy zawiści? Zazdrość ma tendencje do przybierania formy stałej wady, a nawet obsesji. Dlatego warto zazdrość wyrywać z serca na bieżąco, bo zawsze będziemy w sytuacji podatnej na jej rozwój. Obok nas będą zawsze lepsi, szczęśliwsi, bogatsi czy piękniejsi. To może wywoływać męczącą myśl: „Nie jest w porządku, że tego nie posiadam”. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że równość jest mitem głoszonym przez populistycznych polityków, którzy w gruncie rzeczy podsycają poziom zazdrości w społeczeństwie.

    Owszem, wszyscy ludzie mają jednakową ludzką godność, powinni być równi wobec prawa, ale zarazem różnią się między sobą na tysiące sposobów. Uroda, inteligencja, zdolności, zdrowie i inne dary nie są podzielone równo. Z tą „niesprawiedliwością” trzeba się pogodzić. Ks. Jan Twardowski w swoim stylu trafia w sedno. „Gdyby wszyscy mieli po cztery jabłka/ gdyby wszyscy byli silni jak konie/ gdyby wszyscy byli jednakowo bezbronni w miłości/ gdyby każdy miał to samo/ nikt nikomu nie byłby potrzebny/ Dziękuję Ci że sprawiedliwość Twoja jest nierównością/ to co mam i to czego nie mam/ nawet to czego nie mam komu dać/ zawsze jest komuś potrzebne…” („Sprawiedliwość”).

    Przeciwieństwem zazdrości jest życzliwość. Jak się jej uczyć? Najprościej: polubić bardziej i siebie, i ludzi. Dostrzegać innych i siebie jako Boże dzieła, jedyne i niepowtarzalne. Nie muszę być pierwszy w wyścigu, ba, nawet nie muszę w nim startować. Przecież jestem i tak wyjątkowy.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    (korzystałem z książek J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj” i Andrzeja Zwolińskiego „Zazdrość”)

    *******

    Starsi bracia knują spisek

    Starsi bracia knują spisek

     

    Gdy w Biblii szukałem historii związanych z grzechem zazdrości, zauważyłem, że często dotyczą one braci. Przypadek?

    Kain był pierworodny. A mimo to „Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą. Pan zapytał Kaina: »Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie«”. Skończyło się dramatem: „Rzekł Kain do Abla, brata swego: »Chodźmy na pole«. A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go”.
    Rdz 4,1–8

    Historia innego starszego brata – Ezawa. „Stał się zręcznym myśliwym, żyjącym w polu. Jakub zaś był człowiekiem spokojnym, mieszkającym w namiocie. Izaak miłował Ezawa, bo ten przyrządzał mu ulubione potrawy z upolowanej zwierzyny” (Rdz 25,27–34). To zdanie wiele nam mówi… Jak musiał czuć się ukryty w namiocie Jakub? Jego serce zżerała zazdrość. Postanowił podstępem wykupić pierworództwo. Trzecia historia: Józef sprzedany przez braci. „Izrael miłował Józefa najbardziej ze wszystkich synów, gdyż urodził mu się on w podeszłych jego latach. Sprawił mu też długą szatę z rękawami. Bracia Józefa widząc, że ojciec kocha go bardziej niż wszystkich, tak go znienawidzili, że nie mogli zdobyć się na to, aby przyjaźnie z nim porozmawiać. (…) Gdy Józef przybył do swych braci, oni zdarli z niego jego odzienie i pochwyciwszy go, wrzucili do studni”.
    Rdz 37,1–36

    „Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze daj mi część majątku…”. Znamy dalszy ciąg. Opowieść kończy pełen zazdrości krzyk: „Tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi”.
    Łk 15,29

    Na ilustracji:
    Ilustrując zazdrość (invidia), artysta posłużył się starym flamandzkim przysłowiem: „Dwa psy przy jednej kości nie dojdą do zgody”. Namalowane psy nie interesują się kośćmi leżącymi na ziemi, bo atrakcyjniejsza wydaje im się ta, której nie mają, trzymana przez mężczyznę stojącego nad nimi. Pełne zawiści spojrzenia zamożnych mężczyzn namalowanych z lewej (w czerwonej szacie) i z prawej (w białej szacie) strony, przenoszą obserwację artysty w świat ludzi. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grze-chów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

    *******

    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych. Tym razem jest to modlitwa o życzliwość.

    Ilustrację stanowi reprodukcja obrazu El Greco „Chrystus niosący krzyż” (olej na płótnie, 1600–1605). Słynny malarz miał wiele zamówień na namalowanie takiego obrazu.

    Do dziś zachowało się aż osiem wersji tego dzieła. Kontemplacja tak właśnie namalowanej twarzy Jezusa dawała ludziom pociechę i nadzieję.

    Oczy Zbawiciela pełne są łez, ale Jego wpatrzona w niebo twarz wyraża spokój, a nawet radość. Wie bowiem, że Jego cierpienie zbawi ludzkość.

    ________________________________________________________________________

    Łakomstwo

    Łakomstwo

    Modlitwa o umiarkowanie

    Panie, dziwny jest ten świat.

    Tak wielu ludzi umiera z braku chleba, wody lub podstawowych leków.

    Inni cierpią na choroby nadmiaru: przejadanie się, pijaństwo, nikotynizm, uzależnienie od narkotyków.
    Proszę o ratunek dla jednych i drugich.

    Jezu, wołający z krzyża „Pragnę!”, pomóż mi panować nad zachciankami i zachować umiar w korzystaniu z dóbr.

    Potrząśnij mną, gdy pogoń za przyjemnością odbiera mi rozum. „Kiedy jestem głodny, daj mi kogoś, kto potrzebuje pożywienia; Kiedy chce mi się pić, kogoś kto potrzebuje wody,

    Kiedy myślę tylko o sobie, skieruj moje myśli ku innemu człowiekowi” (bł. Matka Teresa)

    *******

    Wielkie żarcie

    Wielkie żarcie

     

    Chrześcijaństwo nie jest religią wrogą życiu i przyjemnościom. Wzywa do umiaru. Po to, aby człowiek był zdolny rozwinąć w sobie potrzeby wyższe, by nie zagłuszył głodu Boga, by nie utracił wolności z powodu apetytu.

    Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. I coś w tym jest. Choć na zdrowy rozum apetyt powinien zmniejszać się w miarę jedzenia. Biologiczne potrzeby organizmu domagają się zaspokojenia, to oczywiste. Ale im większy komfort życia, tym bardziej rośnie apetyt na luksus, zbytek. Coraz bardziej zaczyna liczyć się smak, gatunek i cena tego, co jemy czy pijemy. Konsumowanie staje się stylem życia bogatych społeczeństw, a nawet zasadniczym życiowym dążeniem. Na marginesie naturalnych potrzeb organizmu rozwijają się sztucznie wytworzone głody, które często prowadzą do uzależnień. „Wielkie żarcie” – to tytuł włosko-francuskiego filmu z roku 1973. Jego bohaterowie, czterej zamożni mężczyźni, spotykają się na uczcie w podmiejskiej willi. Impreza przeradza się w orgię zakończoną samobójstwem z przejedzenia. Film jest symbolicznym, bardzo dosadnym obrazem dekadencji społeczeństwa epoki konsumpcji. Podczas gdy na Zachodzie ludzie walczą z nadwagą, na całym świecie prawie miliard ludzi walczy o to, by przeżyć. Co 5 sekund z głodu umiera człowiek. Według danych FAO (Organizacja do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), liczba głodujących na świecie wzrosła w 2008 r. o 40 mln, osiągając 963 mln osób. Dziwny jest ten świat.

    Nie bądź nienasycony
    „Jedz, co leży przed tobą, jak człowiek, nie bądź żarłoczny, abyś nie wzbudził odrazy. Przez dobre wychowanie pierwszy zaprzestań jedzenia, nie bądź nienasycony, byś kogo nie zraził. Jeśli zajmiesz miejsce między wieloma, nie wyciągaj ręki jako pierwszy spomiędzy nich. Jakże mało wystarcza człowiekowi dobrze wychowanemu, na łóżku swym nie będzie ciężko oddychał. Zdrowy jest sen człowieka, gdy ma umiarkowanie syty żołądek, wstaje on wcześnie, jest panem samego siebie. Udręka bezsenności, bóle żołądka i kolki w brzuchu – u łakomego człowieka” (Syr 31,16–20). Ten tekst biblijnego mędrca zawsze zadziwiał mnie swoją konkretnością i dosadnością. Opanowanie przy stole to nie tylko kwestia etyki, ale i dobrego wychowania oraz dobrego zdrowia. Kluczem jest stwierdzenie: „być panem samego siebie”, czyli zachować rozsądek zgodnie z zasadą: „nie żyje się, aby jeść, lecz jada się, aby żyć”.

    Jak sama nazwa wskazuje, istotą grzechu nieumiarkowania jest brak umiaru. Żaden grzech, także i ten, nie jest chorobą ciała, ale schorzeniem ludzkiego ducha, słabością woli, nieumiejętnością powiedzenia „dość”. Klasycznym przejawem nieumiarkowania jest jedzenie za dużo, czyli obżarstwo. Wokół nas presja na konsumpcję jest bardzo silna. Marketingowe pułapki oferujące „jedzenie dla jedzenia” zastawione są już na najmłodszych. Za symbol tego typu produktów mogą uchodzić chipsy. Ktokolwiek był na szkolnej wycieczce, wie, że tuż po ruszeniu autobusu dzieci otwierają swoje plecaczki wypełnione asortymentem przeróżnych smakołyków: chrupkami, popcornem, paluszkami, żelkami, kolorowymi słodkimi napojami, których sam widok przyprawia o mdłości.

    Na plus wypada zaliczyć to, że dzieci zwykle chętnie częstują swoją panią lub swojego księdza. Ale na przykre efekty takiego dożywiania nie trzeba długo czekać. Język angielski wprowadził określenie „junk food”, czyli dosłownie „jedzenie śmieciowe”. Chodzi o tanią i łatwą w produkcji żywność, pełną tzw. pustych kalorii, a pozbawioną prawie całkowicie wartości odżywczych. Większość tzw. fast foodów serwuje tego typu żywność, kusząc taniością lub dodatkowymi bonusami. Innym rodzajem presji na wzrost konsumpcji jest ogromna ilość programów czy publikacji poświęconych gotowaniu. Oczywiście nie ma nic zdrożnego w przygotowaniu czy zjedzeniu smacznej potrawy, ale każda przesada jest niebezpieczna. Nadmierne dogadzanie podniebieniu może prowadzić do jakiejś formy egoistycznej koncentracji na potrzebach, było nie było, drugorzędnych. Żołądek musi znać swoje miejsce w szeregu, czyli w hierarchii ludzkich potrzeb.

    Kuchenna duchowość
    Grzech braku umiaru może przybierać jeszcze inne, zaskakujące oblicze. W mediach i w reklamie wszechobecna jest walka z otyłością. Cudowne diety, środki chemiczne hamujące apetyt, urządzenia do ćwiczeń, masaży czy tzw. zdrowa żywność – to wszystko może prowadzić człowieka w stronę przesadnej troski o figurę czy zdrowie. Na przestrzeni ostatnich lat wzrosła ilość przypadków anoreksji i bulimii, prowadzących nieraz do śmierci. Wpatrzone w lustro i wagę dziewczęta lub kobiety cierpią często na obsesję na punkcie swojego wyglądu. Anoreksja to patologiczne odchudzanie się, z użyciem środków przeczyszczających i wymiotnych. Bulimia to okresowe przejadanie się, przeplatane okresami głodówki. Psychologowie zwracają uwagę, że w sytuacjach stresu czy depresji wielu ludzi sięga w sposób niekontrolowany do lodówki. Nie chodzi o to, aby oskarżać o grzech wszystkich ludzi doświadczających tego typu sytuacji. Chodzi o zobaczenie pewnych obyczajowych, groźnych trendów, które pchają ludzi w coraz to nowe rodzaje duchowych czy psychicznych zniewoleń związanych z konsumpcją.

    Lekarz medycyny Steven Bratman napisał książkę poświęconą nowej chorobie, którą nazwał ortoreksją. To rodzaj manii prześladowczej związanej z odżywianiem, z przesadną troską o jego czystość i jakość. Wiąże się to często z medycyną alternatywną i rozmaitymi dietami. Nie ma nic złego np. w wegetarianizmie, ale jeśli zaczyna temu towarzyszyć swoista „kuchenna duchowość”, jakaś parareligijna troska o gastronomiczną ortodoksję, wtedy można mówić o nieumiarkowaniu. Bartman pisze żartobliwie, że „życie jest za krótkie, żeby wypełnić je tylko troską o to, jak żyć dłużej”. Wydaje się, że obsesja na punkcie żywienia przybierała w ostatnich latach na sile. Być może wizja pogłębiającego się globalnego kryzysu doprowadzi do zatrzymania tej fali.

    Chemiczna ekstaza
    Do grzechów nieumiarkowania można zaliczyć także wszelkie formy uzależnień od substancji chemicznych, takich jak nikotyna, alkohol, narkotyki, a nawet leki. Dlaczego człowiek sięga po te środki? Czego szuka? U korzeni problemów uzależnień zawsze pojawiają się niezaspokojone głody duchowe: samotność, nieradzenie sobie z życiem, brak poczucia sensu czy własnej wartości, brak Boga. To szukanie zapomnienia, rodzaj ucieczki od życia, chwilowego znieczulenia bólu duchowego lub psychicznego, chemiczna ekstaza, namiastka nieba. Najszybciej do uzależnienia prowadzą narkotyki. „Używanie narkotyków wyrządza bardzo poważne szkody zdrowiu i życiu ludzkiemu. Jest ciężkim wykroczeniem, chyba że wynika ze wskazań ściśle lekarskich. Nielegalna produkcja i przemyt narkotyków są działaniami gorszącymi; stanowią one bezpośredni współudział w działaniach głęboko sprzecznych z prawem moralnym, ponieważ skłaniają do nich” (KKK, 2291). Posiadanie narkotyków i handel nimi są na ogół zakazane przez prawo, ale w Polsce kwitnie ostatnio handel tzw. dopalaczami, czyli substancjami chemicznymi o działaniu podobnym do narkotyków. Kupuje je głównie młodzież, traktując jako dodatek do dobrej zabawy. To, co legalne, niekoniecznie jest moralne. Korzystanie i handlowanie dopalaczami trzeba traktować w kategorii grzechu.

    W przypadku alkoholu ocena moralna wymaga pewnych rozróżnień. Trzeźwość nie wyklucza umiarkowanego korzystania z napojów alkoholowych. Jednak każde nadużycie alkoholu jest grzechem. Człowiek nie jest zwolniony od odpowiedzialności za grzechy popełnione pod wpływem alkoholu.
    Katechizm zwraca uwagę, że prowadzenie pojazdów w stanie nietrzeźwym jest poważną winą. Dla kogoś, kto już popadł w chorobliwe uzależnienie od alkoholu, jedynym ratunkiem jest całkowita abstynencja, leczenie odwykowe i wsparcie najbliższych. Zwykle alkoholikowi najtrudniej pokonać próg przyznania się do swojego problemu, uznania, że alkohol jest od niego silniejszy. Z pomocą moralistom przychodzą w tych kwestiach lekarze czy psycholodzy. Pozytywnym zjawiskiem ostatnich lat jest moda na niepalenie. Palaczom coraz trudniej jest znaleźć miejsce do zaspokojenia swojego nikotynowego głodu. Od strony moralnej każdy papieros jest zabijaniem siebie, a często i innych. Nie każdy papieros jest grzechem ciężkim, ale każdy jest czymś moralnie nagannym.

    Od umiaru po ucztę bez końca
    Chrześcijaństwo nie jest religią wrogą życiu i przyjemnościom. Jeśli wzywa do umiaru, to po to, aby człowiek był zdolny rozwinąć w sobie potrzeby wyższe, by nie zagłuszył głodu Boga. Oczywiście w historii pojawiały się pewne skrajne tendencje ascetyczne. Tym niemniej nie powinniśmy zbyt łatwo skreślać z naszego słownika pojęcia ascezy. To słowo oznacza dosłownie ćwiczenie się w czymś. To forma ograniczenia tego, co dozwolone. To uczenie się kontrolowania swoich apetytów, ćwiczenie w umiejętności mówienia „nie”, nauka samoograniczenia się, szkoła wolności. Asceza kształtuje charakter, wzmacnia moralny kręgosłup, przygotowuje na chwilę duchowej walki. Tylko ten, kto umie panować nad swoim głodem, zatroszczy się o głodnych obok siebie.

    Klasycznym elementem ascezy chrześcijańskiej był od zawsze post. Dziś nawet Kościół, ulegając konsumpcyjnej presji, złagodził postne przepisy. Post pozostał tylko dwa dni w roku: w Środę Popielcową i w Wielki Piątek. Piątkowe powstrzymanie się od mięsa jest symboliczną namiastką postu. A jednak warto powrócić do postu. W ten sposób ludzkie ciało zostaje włączone w modlitwę. Bezmyślne opychanie się czymkolwiek może być oznaką duchowej pustki. Post może pomóc człowiekowi dokopać się do tego najgłębszego, najbardziej podstawowego ludzkiego głodu – głodu Boga, Jego miłości. To jest ten dopalacz, którego tak naprawdę potrzebujemy.

    Nie jest przypadkiem, że Eucharystia jest ucztą. Znak pokarmu i napoju wskazuje na duchowy pokarm, którym są Ciało i Krew Chrystusa, przemieniające obecność zmartwychwstałego Pana. W Biblii uczta jest symbolem wiecznego szczęścia, ostatecznego zaspokojenia wszelkich ludzkich głodów, wiecznego spotkania. „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win” (Iz 25,6). Zbawienie nie oznacza wyzwolenia z ciała. Mamy nadzieję na zbawienie duszy i ciała. Wszystko, co dobre, smaczne, przyjemne, zmysłowe zostanie ocalone, uwolnione od zła, przetworzone przez Bożą miłość. Ta miłość nie zna umiaru. I tak jest dobrze.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    (korzystałem z książek J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj” i Andrzeja Zwolińskiego „Nieumiarkowanie”)

    *******

    Choroba z przejedzenia

    Choroba z przejedzenia

     

    Biblijne księgi mądrościowe nie stronią od konkretnych rad, także dotyczących opanowania przy stole.

    Mędrzec Syrach przestrzega: „Nie wszystko służy wszystkim i nie każdy we wszystkim ma upodobanie. Na żadnej uczcie nie bądź nienasycony i nie rzucaj się na potrawy! Z przejedzenia powstaje choroba, a nieumiarkowanie powoduje rozstrój żołądka. Z przejedzenia wielu umarło, ale umiarkowany przedłuży swe życie”.
    Syr 37,28–31

    W wielu opisach biblijnych mowa jest także o niebezpieczeństwie związanym z upiciem się. Człowiek pijany pada ofiarą swoich żądz lub wrogów. Pijaństwo wystawia człowieka na pośmiewisko. „Zadowolenie serca i radość duszy daje wino pite w swoim czasie i z umiarkowaniem. Udręczeniem dla duszy jest zaś wino pite w nadmiernej ilości, wśród podniecenia i zwady. Pijaństwo powiększa szał głupiego na jego zgubę, osłabia siły i sprowadza rany”.
    Syr 31, 28–30

    „Nie patrz na wino, jak się czerwieni, jak pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo płynie przez gardło: bo w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza; twoje oczy dostrzegą rzeczy dziwne, a serce twe brednie wypowie”.
    Prz 23, 30–31

    Ofiarą nieumiarkowania w piciu wina padł nawet sam sprawiedliwy Noe. „Noe był rolnikiem i on to pierwszy zasadził winnicę. Gdy potem napił się wina, odurzył się nim i leżał nagi w swym namiocie. Cham, ojciec Kanaana, ujrzawszy nagość swego ojca, powiedział o tym dwu swym braciom, którzy byli poza namiotem. Wtedy Sem i Jafet wzięli płaszcz i trzymając go na ramionach weszli tyłem do namiotu i przykryli nagość swego ojca”.
    Rdz 9, 20–23

    Ilustracja: Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu (gula) symbolizuje groteskowa uczta. Siedzący przy stole mężczyzna oddaje się obżarstwu, a stojący z prawej strony – pijaństwu. Kobieta wnosi do pokoju kolejne potrawy. Nikt nie zajmuje się dzieckiem, które próbuje zwrócić na siebie uwagę dorosłych. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, namalowanej ok. 1480 roku na blacie stołu, przechowywanej w madryckim muzeum Prado. (źródło: zasoby internetu).


    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych. Lekiem na grzech jest łaska, o którą trzeba prosić Boga.

    Nieumiarkowanie jest zawsze jakąś formą przesadnej koncentracji na sobie.

    Modlitwa poszerza serce, otwiera na Boga i na innych ludzi.

    Budzi głód duszy.


    Ilustrację stanowi reprodukcja obrazu Lucasa Cranacha starszego „Głowa Chrystusa w cierniowej koronie”, olej na desce, ok. 1510.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Gniew

    Gniew

    *******

    Modlitwa o pokój serca

    Panie, daj mi pokój serca.
    Oddal ode mnie gniew, nienawiść, pragnienie zemsty.

    Modlę się za tych, którzy mnie zranili słowem, czynem, obojętnością, niezrozumieniem. Proszę też za tymi, którym ja zadałem ból.

    Pomóż mi wejść jak najszybciej na drogę pojednania bez dramatyzowania sytuacji i formułowania oskarżeń. Daj mi siłę, bym umiał przebaczać. Jezu, który powiedziałeś „błogosławieni cisi”, uciszaj moje wewnętrzne burze i pomóż mi lepiej rozumieć siebie.

    Powiedziałeś „błogosławieni, którzy wprowadzają pokój”, uczyń ze mnie człowieka wnoszącego pokój, a nie zamęt.

    Niech „nad moim gniewem nie zachodzi słońce” nie chcę „dawać miejsca diabłu” (Ef 4, 26)

    *******

    Zły doradca

    Zły doradca
    fot. Stock.Xpert

    *******

    Jezus wyganiając kupców ze świątyni, uniósł się świętym gniewem. Ale nam częściej przytrafia się gniew, zrodzony z egoizmu i mściwości. Taki gniew odbiera rozum, prowadzi do agresji. To zły doradca.

    Gniew pojawia się w nas najpierw jako uczucie. To emocjonalna reakcja na zło, krzywdę, niepowodzenie, utratę jakiegoś dobra lub na niesprawiedliwość, która dotyka nas czy innych. Skala tych negatywnych emocji jest duża: od lekkiej irytacji, wzburzenia, aż po złość, wściekłość, szewską pasję czy furię. Gniew może nas opanować, a potem stopniowo wzbierać, aż wreszcie wybuchnąć jakąś formą agresji. Uczucie gniewu nie jest jeszcze grzechem, ale jest sygnałem nadchodzącego duchowego zagrożenia.

    Kiedy gniew staje się grzechem
    Grzech zaczyna się wtedy, gdy uczucie złości prowadzi nas do konkretnych czynów, do agresji przeciw komuś, czasem przeciw sobie samemu, a bywa, że i przeciwko Bogu. Przejawów agresywnych zachowań jest wiele. Można powiedzieć, że gniew posługuje się różnorodną amunicją. Czasem to atak słowny, innym razem fizyczna napaść, bójka, zranienie czy nawet zabójstwo. Człowiek opanowany przez gniew usiłuje sam wymierzyć drugiemu sprawiedliwość i zatraca w tym miarę. Gniew jest podszyty pragnieniem odwetu, może prowadzić do nienawiści. Gniew rodzi gniew, zło prowadzi do kolejnego zła, zemsta do zemsty. Gniew robi z igły widły, napędza spiralę mściwości. Mały kamyczek może spowodować lawinę przemocy trudną do zatrzymania.

    Gniew odbiera człowiekowi rozum. Dlatego przestaje on kontrolować siebie, nie widzi obiektywnie danej sytuacji, dorabia teorię do swoich agresywnych zachowań. W stanie gniewliwego wzburzenia ludzie wypowiadają wiele słów, których potem bardzo żałują. Nie lekceważmy siły rażenia werbalnych ataków. Słowa potrafią zranić bardziej niż kopniak. Zdania wypowiedziane w gniewie rozwaliły w proch niejeden ludzki związek. W gniewie ludzie, którzy dobrze się znają, dobierają precyzyjnie słowa, które mają ranić. A ponieważ znają słabe, wrażliwe miejsca bliźniego, dlatego trafiają właśnie w te punkty, precyzyjnie jak nowoczesne pociski. Zagniewani rodzice mówią do dzieci słowa, które zostają im potem na długo w sercu, może nawet na całe życie.

    Kierunki rażenia gniewu bywają różne. Gniew na szefa, któremu nie jestem w stanie wykrzyczeć swojej krzywdy, bywa przenoszony na innych, zwykle na słabszych, Bogu ducha winnych. Dostaje się na ogół najbliższym: żonie, mężowi, dzieciom. Nieraz agresja kierowana jest również na siebie samego. Czasem przeciwko Bogu, którego obwiniamy o nieszczęście. Brak panowania nad gniewem utrwala postawę gniewliwości, czyli pewnej stałej skłonności do nerwowych reakcji, nieraz z byle powodu. Oczywiście pewną rolę odgrywa tu temperament, ale gniew jest zagrożeniem dla każdego człowieka, bez wyjątku.

    Agresja nasza codzienna
    Agresywnych postaw nie brakuje. „Żyjemy w epoce okazywania gniewu, irytacji, złości, wściekłości, chuligaństwa, wandalizmu i terroryzmu, które są na porządku dziennym. (…) Objawem gniewnej złości są przekleństwa, które przyczyniają się do oszpecania mowy” – twierdzi Joanna Petry Mroczkowska. Trudno się nie zgodzić z tą diagnozą. Ktokolwiek sięgał do komentarzy, które wypisują internauci pod artykułami na stronach internetowych, wie, że poziom nienawiści przekracza tam kilkakrotnie średnie stężenie złości. To zjawisko powinni przebadać psychiatrzy. Czy to internetowa anonimowość sprawia, że z ludzi wychodzi jakaś diaboliczna wręcz chęć poniżania innych?

    Mamy dziś modę na tzw. asertywność, polegającą również na nieskrępowanym wyrażaniu własnych emocji, także tych negatywnych. Spory wpływ na poziom agresywnych zachowań w życiu codziennym mają media elektroniczne. Przemoc dobrze się sprzedaje, podnosi oglądalność. Narasta jakaś fascynacja zabijaniem, które w wielu filmach nie jest napiętnowane jako zło, ale nabiera cech swoistej poetyki. Okrucieństwo ukazywane jest wręcz jako coś pociągającego. Sceny przemocy obecne są w dużych dawkach w filmach rysunkowych dla dzieci. Obliczono, że amerykańskie dzieci przed osiągnięciem wieku szkolnego oglądają na ekranach 8 tys. morderstw. Nie chcę demonizować tych spraw, ale trudno nie dostrzegać związków między wszechobecną przemocą w mediach a narastaniem agresywnych zachowań w społeczeństwie. W wielkich miastach: na ulicach, dworcach, przystankach czuje się jakiś rodzaj nerwowości, gonitwy czy ciągłej gotowości do walki o swoje.

    Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój
    Jak pokonać gniew? Kiedy już nas dopadnie, nie wolno udawać, że go nie ma. Wypieranie z siebie gniewu uderzy w nas samych ze zdwojoną siłą, także w formie chorób somatycznych (wrzody żołądka, nadciśnienie itd.). Chodzi o to, aby poznać siebie i swoje reakcje. W gniewie nie powinno się podejmować żadnych decyzji, działań czy dyskusji. Warto poczekać, aż opadnie poziom emocji. Dobrze jest wypowiedzieć swój gniew na przykład w formie wygadania się przed kimś bliskim. To pomaga w zobiektywizowaniu sytuacji. Warto zastanowić się, jaki jest mój problem, co powoduje mój gniew. Jeśli znam odpowiedź na to pytanie, to kolejnym krokiem będzie nie tyle walka z gniewem, ile raczej zmierzenie się z tym problemem albo trzeźwe uznanie, że są rzeczy, których zmienić nie mogę.
    Nasz gniew wolno, a może nawet trzeba wypowiedzieć przed samym Bogiem.

    Czytając Psalmy, zauważamy w nich całą gamę ludzkich emocji. W tej modlitwie czuć pulsowanie ludzkiego życia. Są tu radość, podziw czy wdzięczność, ale także skarga, narzekanie, gniew czy wręcz nienawiść. „Nienawidzę ich pełnią nienawiści; stali się moimi wrogami” (Ps 139,22). Chrześcijańskie uszy z trudem słuchają takiej modlitwy. A jednak kryje się tu życiowa mądrość. Gniew musi znaleźć swoje ujście. Jeśli zamieniam go w modlitwę, jeśli swoje negatywne emocje nazywam szczerze wobec Boga, to prawdopodobnie owocem takiej modlitwy będzie większy pokój serca. Psalmista szczerze wypowiada to, co go boli, opisuje krzywdę i niesprawiedliwość. Ale potem zawsze oddaje tę sprawiedliwość w ręce Boga, nie chce sam jej wymierzać. Zacytowany Psalm 139 kończy się słowami: „Zbadaj mnie, Boże, i poznaj me serce; doświadcz i poznaj moje troski, i zobacz, czy jestem na drodze nieprawej, a skieruj mnie na drogę odwieczną!” (139, 23–24).

    „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój” (Mt 5,9). To niełatwa droga, bo wszyscy mamy swoje wrażliwe miejsca, jesteśmy podatni na zranienie. Dlatego podejmujemy wyścig niewidzialnych zbrojeń, budujemy nasze obronne linie na wypadek ataku. „Przemoc jest odpowiedzią naszego zranionego serca na niezrozumienie, na odrzucenie, na brak miłości. Kiedy jesteśmy niekochani, odrzuceni, rana się otwiera i boli, wtedy uruchamiamy nasz system obronny” (Jean Vanier). Po każdym akcie przemocy, po każdej eksplozji gniewu, Bóg wzywa do przebaczenia i pojednania.

    W Kazaniu na Górze Jezus wskazuje, że grzech zabójstwa zaczyna się od gniewu na bliźniego: „Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie.

    A kto by mu rzekł: »Bezbożniku«, podlega karze piekła ognistego” (Mt 5, 21–22). „Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi!” (Mt 5,38–39). Aby być silniejszym od swego gniewu, aby zapanować nad żądzą odwetu, trzeba być nieprawdopodobnie silnym człowiekiem. Ewangelia nie głosi pochwały słabości, ale wskazuje, że zło można pokonać tylko siłą dobra.

    Czym jest święty gniew?
    Po tym wszystkim, co powiedzieliśmy, wydaje się, że święty gniew to jakaś kompletna sprzeczność. A jednak jeśli uważnie patrzymy na Jezusa na kartach Ewangelii, to zauważymy, że nie był on stoikiem, który nie poddaje się żadnym wzruszeniom. Nieraz w Jezusie budził się gniew. Groził surowo demonom, używał ostrych słów w polemice z faryzeuszami, gwałtownie wyrzucił kupców ze świątyni. Ten gniew jednak niczego nie niszczy, ale rodzi dobre owoce. Jego ostrze nie jest wymierzone przeciwko człowiekowi, ale przeciwko złu. Mocne słowa i gesty Chrystusa zmuszają ludzi do myślenia, demaskują fałsz, wzywają do nawrócenia.

    Gniew Jezusa jest znakiem gniewu Bożego. W Starym Testamencie wielokrotnie jest mowa o tym, że Bóg się gniewa. „Oto imię Pana przychodzi z daleka, gniew Jego rozgorzał, przygniatający Jego ciężar; Jego wargi pełne są wzburzenia, Jego język jak pożerający ogień” (Iz 30,27). Jak rozumieć te i podobne słowa? Trzeba go rozumieć jako aspekt Bożej miłości. Święty Bóg Izraela nie może spokojnie patrzeć na grzech, który pojawia się w Jego umiłowanym narodzie. Bóg nie jest biernym widzem ludzkiego losu.

    Kiedy grzeszymy, kiedy oddajemy cześć fałszywym bogom, Bóg reaguje „gniewem”, tak jak ojciec czy matka, którzy nie patrzą ze spokojem na to, jak ich dzieci brną w jakieś zło. Gniew Boga oznacza prawdę o tym, że nasz grzech dotyka Go, że pociąga za sobą określone gorzkie konsekwencje, nazywane w Biblii karą. Już w Starym Testamencie mowa jest jednak i o tym, że grzech Jahwe „trwa tylko przez chwilę, a Jego łaskawość – przez całe życie” (Ps 30,6). „Nie chcę, aby wybuchnął płomień mego gniewu i Efraima już więcej nie zniszczę, albowiem Bogiem jestem, nie człowiekiem” (Oz 11,9). Jezus w sposób definitywny ocalił nas od „gniewu Boga”, na krzyżu ukazał zwycięstwo Bożego miłosierdzia.

    Czy święty gniew może dotyczyć i nas? Owszem. Na widok jakiegoś zła, zgorszenia czy ludzkiej krzywdy może, a nawet powinien obudzić się w nas „święty gniew”. Jest wiele takich sytuacji, w których chrześcijanin powinien powiedzieć złu stanowcze „nie”. A jednak powinniśmy pamiętać, że nawet kiedy ogarnia nas słuszne oburzenie, pozostajemy zawsze słabymi ludźmi. Nasze reakcje są zawsze uwikłane w kruchość moralną i duchową, jesteśmy podatni na grzech. Nasz egoizm czy pycha mogą niepostrzeżenie opanować najbardziej święte oburzenie.

    Słuszny gniew może nas pobudzać do mądrego działania w obronie krzywdzonych ludzi czy zagrożonych wartości, ale nie daje nam nigdy prawa do potępiania, pochopnego sądzenia czy ferowania wyroków. Święty gniew nie daje nam prawa do świętej wojny. Jezus, choć nieraz unosił się gniewem, głosił miłosierdzie, przebaczenie, wzywał do miłości nieprzyjaciół. Na krzyżu przyjął na siebie cały gniew świata. „W sobie zadawszy śmierć wrogości”, przyniósł nam pokój z Bogiem, z bliźnimi i z sobą samym.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    (korzystałem z książek J. Petry Mroczkowskiej „Siedem grzechów głównych dzisiaj” i ks. A. Zwolińskiego „Gniew” oraz tekstów o. J. Augustyna)

    *******


    Nie ciskaj gromów!

    Nie ciskaj gromów!

     

    O dramatycznych konsekwencjach gniewu czytamy już na pierwszych kartach Ewangelii. Doprowadza on do potwornej rzezi niewinnych dzieci: „Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew.

    Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców”.
    Mt 2,16

    To samo uczucie nie było obce jednak nawet samym apostołom. „Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia z tego świata, Jezus postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, że-by ogień spadł z nieba i zniszczył ich?”.
    Łk 9,53–55

    Szczyt bezczelności. Stać tuż przy Bogu i powiedzieć: „Jeśli chcesz, powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich”. „Nie chcieli Cię przyjąć, zrównajmy ich z ziemią. Mamy taką moc!”. Biblia mówi wyraźnie: „Jezus odwróciwszy się, zabronił im”. Rozmawiając z uczniami, musiał się do nich odwrócić, bo wyrzucając z siebie słowa pełne agresji, nie patrzyli Bogu w twarz. Byli odwróceni plecami, zaślepieni gniewem. Zagubiony Piotr widząc zdradę w Ogrodzie Oliwnym, reaguje bardzo impulsywnie: „Uderzył sługę najwyższego kapłana i odciął mu prawe ucho. Lecz Jezus odpowiedział: Przestańcie, dosyć! I dotknąwszy ucha, uzdrowił go”.
    Łk 22,50–51

    „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce! – przypomina Efezjanom św. Paweł (Ef 4,26). – Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważenie – wraz z wszelką złością”. A św. Jakub podsumowuje: „Każdy człowiek winien być chętny do słuchania, nieskory do mówienia, nie-skory do gniewu. Gniew bowiem męża nie wykonuje sprawiedliwości Bożej”.
    Jk 1,20

    Na rycinie:
    Karczemna awantura, wręcz bójka, to oczywiście symbol gniewu (ira). Jakaś kobieta bezskutecznie próbuje powstrzymać jednego z walczących mężczyzn. W jednej ręce trzyma on dzban, zapewne wypełniony trunkiem. To znak, że wrogość między spierającymi się mężczyznami jest częściowo wynikiem zamroczenia umysłu alkoholem. Obraz jest częścią kompozycji Hieronymusa Boscha „Siedem grzechów głównych”, na-malowanej ok. 1480 roku na blacie stołu, przechowywanej w madryckim Muzeum Prado. (zasoby internetu)

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    *******

    Leki na grzechy

    Leki na grzechy

    *******

    Kolejny obrazek z propozycją modlitwy. Tym razem jest to prośba o pokój serca.

    Kiedy dopadnie nas gniew, może warto sięgnąć po tę modlitwę albo dla uspokojenia wystarczy samo spojrzenie na ilustrację.

    To fragment obrazu Annibale Carracciego „Chrystus w cierniowej koronie, podtrzymywany przez anioły” (olej na płótnie, 1585– 1587).

    Kiedy dopadnie nas ból, cierpienie, kiedy spotka nas niesprawiedliwość i my możemy liczyć na podtrzymanie przez anioła.

    Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    Stygmatyczka, mistyczka i przyszła święta!

    Kim była siostra Wanda Boniszewska?

    Siostra zakonna ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, w którym przeżyła siedemdziesiąt sześć lat. Obdarzona specjalną łaską uczestniczenia w męce Chrystusa, otrzymała od Boga specjalną misję modlitwy za kapłanów i osoby zakonne, także z własnego zgromadzenia, oraz wynagradzania za ich grzechy. Przez całe swoje życie pragnęła pozostać nieznaną i ukrytą dla świata.

    Siostra Wanda Boniszewska (1907-2003)
    Siostra Wanda Boniszewska1907-2003/Archiwum Zgromadzenia

    ***

    O swoich doświadczeniach duchowych rozmawiała tylko ze spowiednikami i przełożonymi. Rosnące zainteresowanie jej osobą oraz rodzący się kult przyczyniły się do rozpoczęcia w roku 2020 w archidiecezji warszawskiej jej procesu beatyfikacyjnego. Dziś mija 20 lat od jej śmierci. Kim była Siostra Wanda Boniszewska? Przeczytaj premierowy fragment z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks. Jerzego Jastrzębskiego.

    Nierozumiana

    Przez wiele lat spotykała się z Jezusem, który powiedział do niej, że poddając próbie jej miłość, oczekuje gotowości pójścia wszędzie, także w ten nieposkromiony żywioł: „Żądam jeszcze ogniowej próby. Wandziu, nie trwóż się, Ja przy tobie jestem […] czynię to z miłości, dusze kapłanów wyrwiesz, ufaj, módl się i cierp”. Kiedy miłość sprawdza się w ogniu, on w człowieku wypala bardzo dużo, więcej, niż się spodziewamy. Siostra Wanda Boniszewska była właśnie takim wysłańcem Boga pełnym ognia Jego miłości i dlatego jedynie przez nielicznych była postrzegana jako wysłannik Boga, a przez większość – jako szalona, dziwaczka… błazen? „No, Boniszewska, wy święta, cudowna kuglarko” – siostra Wanda zanotowała takie słowa, usłyszane podczas jednego z przesłuchań w sowieckim łagrze. Także na początku swojego życia zakonnego tak skarżyła się Jezusowi, błagając Go, aby wybrał kogoś innego do tej niezwykłej misji: „Jezu, oddaj komu innemu, bo ja mam wiele wad, jestem uparta, niewykształcona, chorowita, moje dobre chęci poczytane są za nic, mam opinię najgorszą w Zgromadzeniu, nazywają siostry mnie dziwadełkiem, kruczkowatą, a nawet histeryczką”.

    Mikropromyk nadziei

    Życie siostry Wandy było burzliwe, bo i ogień jest burzliwym żywiołem. Jak ogień oczyszcza złoto z wszelkich niedoskonałości, tak ogień Bożej miłości oczyszczał siostrę Wandę z wszelkich grzechów i słabości po to, aby przez nią Bóg mógł oczyszczać wszystkie osoby duchowne i konsekrowane. Dlatego siostra Wanda stała się mikropłomykiem Najukochańszego, o czym sam powiedział do niej: „Będziesz iskrą dla kapłanów i nigdy nie zgaśniesz”. Choć misja siostry Wandy była nadzwyczajna, zakonnica nigdy nie szukała sławy; wręcz przeciwnie: błagała Boga, aby ukrył ją przed światem. Rozumiała bowiem, że Bóg lubi działać w pokornej ciszy, a szatan w pysze pełnej rozgłosu. W ten sposób chciała również uniknąć natarczywej ludzkiej ciekawości i to jej się udało, gdyż wiele sióstr z jej zgromadzenia dopiero po śmierci dowiedziało się, kim Wanda naprawdę była. Zatem jej modlitwa została wysłuchana nawet za cenę większych upokorzeń: Oddaję Ci się najzupełniej, czyń, co chcesz, tylko chcę cierpieć i kochać Ciebie dla większej chwały, Jezu ukrzyżowany, ukrzyżuj mnie za grzechy innych, przebij moje serce strzałą miłości i bólu za obojętnych, tylko ukryj przed światem […] ukrzyżuj mnie za grzechy innych.

    Kryjówka siostry Wandy okazała się najlepszą w całym wszechświecie, gdyż było nią Serce Boga.

    Stygmatyczka

    Cierpienie było chlebem powszednim Wandy, jej pokarmem. W ten oto sposób Wanda wcielała w życie słowa Chrystusa „Szczęśliwi, którzy są głodni i spragnieni sprawiedliwości, ponieważ oni będą nasyceni” (Mt 5, 6). Naśladując Jezusa, rozważała Jego słowa i mogła zawołać jak On: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4, 34). Idąc drogą pomiędzy udręką a nasyceniem, ścieżką cierpienia ofiarowanego za oziębłych kapłanów i osoby konsekrowane, realizowała zlecone jej przez Boga dzieło. Znakiem jej coraz większej bliskości z Najukochańszym były stygmaty – już nie tylko odczuwalne, ale widzialne. Choć nieustannie toczyła walkę ze swoimi słabościami i grzechami, ostatecznie zawsze godziła się na wszelkie bolesne, a zarazem nasycające „niespodzianki”, które otrzymywała od Jezusa. Przyjmując cierpienie, odrzucała łatwe życie i wszelkie przejawy konsumpcjonizmu, a wybierała drogę sprawiedliwości, która zawsze przywraca właściwy porządek pomiędzy Bogiem a ludźmi. To właśnie chroniło ją przed zamykaniem się w sobie i egoizmem, a otwierało na działanie Boga i pomoc bliźnim. Taka jej postawa przypomina nam, że największym skarbem człowieka jest Bóg, dla którego warto zgodzić się na wszystko, nawet na cierpienie, gdyż jak nie ma miłości bez cierpienia, tak nie ma nasycenia Bogiem bez rezygnacji z tego, co się Jemu nie podoba.

    Będąc wierną swym zakonnym ślubom, wypełniała swe zobowiązania wynikające ze sprawiedliwości, a jednocześnie Bóg obdarzał ją swą sprawiedliwością – łaską będącą nagrodą za jej wierność – czego szczególnym przejawem były stygmaty. W tej misji zaczęły się pojawiać nowe niebezpieczne przeszkody, czyli dręczenia diabelskie, które przezwyciężała dzięki wizjom już nie tylko Maryi, ale i innych świętych oraz zmarłych sióstr zakonnych i innych osób. Czytając jej dziennik duszy, nie możemy wyjść z podziwu, jak Bóg walczy o duszę każdego człowieka, a zwłaszcza osób powołanych.

    ks. Jerzy Jastrzębski/Tygodnik Niedziela

    (fragment pochodzi z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks. Jerzego Jastrzębskiego, wydanej nakładem wydawnictwa Esprit)

    _____________________________________________________________________

    Wybrana przez Boga

    Ponad 20 lat swojego życia s. Wanda Boniszewska spędziła w Częstochowie. Teraz, kiedy trwa jej proces beatyfikacyjny, docieramy do ludzi, którzy ją znali.

    Siostra Wanda Boniszewska (z lewej, 1907 – 2003) z s. Rozalią w Częstochowie, 1967 r.
    Archiwum Zgromadzenia Sióstr od Aniołów
    Siostra Wanda Boniszewska (z lewej, 1907 – 2003) z s. Rozalią w Częstochowie, 1967 r.

    ***

    Często nazywała siebie konwalią leśną i obiecywała, że większe możliwości pomagania ludziom i wypraszania łask będzie miała z nieba, stamtąd zrzucając niejako płatki konwalii. Dziś ta obietnica spełnia się, ponieważ 9 listopada w archidiecezji warszawskiej rozpoczął się proces beatyfikacyjny s. Wandy Boniszewskiej (1907 – 2003) ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, mistyczki i stygmatyczki, która cierpiała za innych i ratowała dusze kapłanów. Postulatorem procesu beatyfikacyjnego został ks. Michał Siennicki SAC. Zmarła w opinii świętości, a jej życie nie było pozbawione trudu i prób. Dziś niezmiennie uczy nas, że nawet w trudnych warunkach trzeba pamiętać o Bogu i Jego miłości oraz nie przestawać mówić o Nim słowami i postawą życia.

    Ślady w Częstochowie

    Siostra Wanda wraz z s. Rozalią przyjechała do Częstochowy 14 grudnia 1966 r. i była tu do 1988 r. Większość lat były razem. Wówczas domy zakonne znajdowały się przy ul. Jasnogórskiej, ul. Księżycowej i III alei Najświętszej Maryi Panny. Siostra Rozalia była jak anioł dla s. Wandy, opiekowała się nią, była świadkiem wielu ekstaz, prała rzeczy, przewijała rany itp., a także towarzyszyła jej duchowo. Była dyskretna, nawet gdy w późniejszym wieku traciła pamięć, nigdy nie opowiadała o s. Wandzie.

    W listopadzie 1980 r., gdy wysiadała z autobusu w Częstochowie, została potrącona przez przyczepę i złamała szyjkę kości biodrowej. Następstwem tego zdarzenia były siedmiogodzinna operacja w maju następnego roku i długie leżenie z nogą na wyciągu.

    Mówią współsiostry

    W czasie pobytu s. Wandy Boniszewskiej w Częstochowie s. Cecylia Dudzik była we wspólnocie Sióstr od Aniołów w Sosnowcu. Wspomina, że spotykała s. Wandę sporadycznie, np. gdy przyjeżdżała na spotkania katechetyczne. – Zawsze była miła, otwarta, zainteresowana tym, co dzieje się w zgromadzeniu, jak siostry się czują. Mniej mówiła o sobie, a bardziej interesowała się wspólnotą, katechezą, bo sama była katechetką – powiedziała Niedzieli s. Cecylia. Podkreśliła również jej zatroskanie o zgromadzenie, o Kościół i o parafię (Siostry od Aniołów mieszkały m.in. na terenie parafii św. Jadwigi Królowej w Częstochowie). Opowiadała, że pierwszy raz spotkała s. Wandę, gdy była w szkole średniej, podczas rekolekcji w Częstochowie. Tam siostry przygotowały obiad dla dziewcząt. Z tego okresu zapamiętała uśmiechnięte twarze sióstr. Już jako siostra od Aniołów przyjechała do Częstochowy podczas drugiej pielgrzymki św. Jana Pawła II do ojczyzny. Wówczas współsiostry udostępniły swój pokój, a same całą noc nie położyły się, tylko siedziały na krzesłach, ponieważ uznały to za ofiarę na rzecz pielgrzymki papieża i sióstr. Podkreśliła, że dom sióstr był otwarty na gości, również świeckich.

    Siostra Halina Skubisz spotkała s. Wandę w Częstochowie i Chylicach. O tych spotkaniach powiedziała krótko: – To, co zostało mi w pamięci, to ogromny pokój.

    W pamięci kapłana

    Opatrzność Boża sprawiła, że ks. prał. Jan Batorski (w latach 1982-89 wikariusz parafii św. Stanisława Kostki w Częstochowie, obecnie proboszcz parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Myszkowie), był spowiednikiem s. Boniszewskiej. – Byłem w pokoju s. Wandy w Konstancinie przed jej śmiercią. Wówczas zobaczyłem twarz anioła. Uznaję to za łaskę. Potem modliłem się nad jej grobem w Konstancinie – powiedział ks. Batorski. Siostrę od Aniołów zapamiętał jako skromną i rozmodloną, która nie żaliła się, a przecież trudnych doświadczeń w jej życiu nie brakowało. – Wszystko przeżywała w zjednoczeniu z Bogiem – podkreślił ks. Jan i dodał: – Cieszę się, że już jest służebnicą Bożą, a kiedy Kościół oficjalnie uzna jej świętość, będę miał szczególną pośredniczkę w niebie i będę mógł prosić o łaski u Boga przez jej wstawiennictwo.

    Beata Pieczykura/Tygodnik Niedziela

    _________________________________________________________

    Siostra od Aniołów

    1 listopada obchodzimy uroczystość Wszystkich Świętych. Do tego grona może dołączyć stygmatyczka i mistyczka, s. Wanda Boniszewska. Jej proces beatyfikacyjny rozpocznie się w archidiecezji warszawskiej w tym miesiącu.

    archiwum Zgromadzenia Sióstr od Aniołów

    ***

    O Wandzie Boniszewskiej wielu usłyszało z telewizyjnego spektaklu Stygmatyczka przygotowanego pięć lat po śmierci siostry. Mówił o wycinku życia, ale ważnym dla biografii: gdy przebywała w sowieckich więzieniach. Dobrze oddano istotę jej misji i powołania, postać mogła zafascynować ludzi. Nic dziwnego, że do Zgromadzenia Sióstr od Aniołów zaczęły napływać prośby o modlitwę za wstawiennictwem s. Wandy. I podziękowania za wysłuchanie próśb.

    Dla postulatora procesu beatyfikacyjnego siostry ks. Michała Siennickiego SAC to, dlaczego proces rusza właśnie teraz – Trybunał beatyfikacyjny ma się zebrać po raz pierwszy 9 listopada – jest zagadką. – Nie mógł długo wystartować – przyznaje. – Może s. Wanda potrzebowała swojego czasu? Teraz jest dobry czas, by zacząć proces.

    Miejsce na krzyżu

    Pochodząca z okolic Nowogródka Wanda Boniszewska do bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Wilnie zgłosiła się w 1923 r., w wieku 16 lat. Niedawno założone zgromadzenie miało pomagać kapłanom w pracy duszpasterskiej. Nie została przyjęta, bo była zbyt młoda – polecono jej najpierw ukończyć szkołę.

    Przyjęta do zakonu zimą 1926 r. wkrótce rozpoczęła nowicjat. Otrzymała imię zakonne: Maria Wacława, śluby wieczyste złożyła latem 1933 r. Do 1950 r. mieszkała we wspólnocie w Pryciunach k. Wilna, pracując m.in. jako katechetka, prowadząc Krucjatę eucharystyczną i wykonując obowiązki przełożonej domu. Jak inne Siostry od Aniołów, żyła w ukryciu – ubierała się po świecku, bez zewnętrznych oznak życia konsekrowanego.

    Do zakonu wstępowała bogata także w doświadczenia mistyczne. Oczami duszy widywała Pana Jezusa podczas Mszy św. Mówił do niej, zapowiadał trudną drogę ofiary: – Twoje życie będzie na krzyżu. Czuwaj, byś z niego nie schodziła, bo nieprzyjaciel zastawia wojsko – usłyszała, będąc jeszcze w domu rodzinnym.

    Coraz jaśniej

    W zakonie przeżycia mistyczne s. Wandy nasiliły się. Jezus ukazywał coraz jaśniej, czego od niej oczekuje. – Oddaj się całkowicie Mnie. Mam zamiar uczynić z ciebie ofiarę – słyszała.

    – Chcę, abyś była ukrzyżowana za tych, którzy nie chcą znać krzyża, a szczególnie chcę ukrzyżować ciebie dla tych, którym łask nie skąpię – dowiedziała się w dniu obłóczyn. Słuchała z pokorą i z obawami.

    Spowiednicy zalecili jej spisywać słowa Jezusa, aby można było potem odczytać duchowe dzieje mistyczki. Spowiednikom notatki uświadomiły wagę posłannictwa siostry.

    Tym bardziej, że z czasem jej udział w cierpieniach Jezusa był większy. Najpierw zaczęła odczuwać ból w miejscach ran Zbawiciela, co występowało czasem w trakcie Mszy św. czy odprawiania Drogi Krzyżowej. Towarzyszących siostrze zjawisk, których nie można racjonalnie wytłumaczyć, było coraz więcej.

    W miejscach ran

    Główną misję s. Wandy Boniszewskiej miały stanowić modlitwa i cierpienie w intencji kapłanów. – Dziecko moje, ja konam i konać będę, aż kapłan wróci z drogi błądzącej. Staniesz się narzędziem Bożym dla korzyści innych – powiedział do niej Chrystus. Do ciężkiej walki o zagrożone dusze kapłanów, zakonników i zakonnic wybrał niepozorną, chorowitą siostrę ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów.

    Regularne cierpienia s. Boniszewskiej za kapłanów i zakony, połączone z pojawianiem się na jej ciele stygmatów, zaczęły się w 1935 r. W miejscach ran Chrystusa miała otwarte rany. Z ciała płynął krwawy pot, a z oczu krwawe łzy. Miała sińce i ślady biczowania, a z boków sączyła się krew.

    Oczami duszy widywała Pana Jezusa podczas Mszy św. Mówił do niej, zapowiadał trudną drogę ofiary: – Twoje życie będzie na krzyżu – usłyszała, będąc jeszcze w domu rodzinnym.

    Jak wspominały Siostry od Aniołów, s. Wanda przez całe życie, modląc się za księży uwikłanych w rozmaite grzechy i problemy, wielu pomogła wyzwolić się z alkoholizmu, uratowała przed odejściem ze stanu kapłańskiego. Miała też zapobiec samobójstwu kapłana z Syberii. Spowiednicy s. Wandy zetknęli się w konfesjonale z duchownymi, którym s. Wanda wyjednała nawrócenie.

    W tajemnicy

    Widząc, jak stygmatyczce zależy na dyskrecji, także s. Rozalia, opiekunka s. Wandy, trzymała te wydarzenia w tajemnicy. S. Wanda – bojąc się popadnięcia w pychę – zabiegała o to, by o jej doświadczeniach mistycznych, stygmatach będących udziałem w ofierze za kapłanów i zakony, nie wiedział nikt poza spowiednikiem i przełożonymi.

    Gdy w kwietniu 1950 r. została aresztowana przez komunistów pod sfingowanym zarzutem, mogła obawiać się najgorszego. Skazana wyrokiem sowieckiego sądu, została wywieziona do obozu w Wierchnie Uralsku na Syberii.

    Okres więzienia Wandy, jej „czyściec”, jest znany ze szczegółami dzięki dzienniczkowi, który – po uwolnieniu – spisała na polecenie spowiednika. Mówi o wielkim cierpieniu stygmatyczki i działaniu Bożym przez nią.

    „W więzieniu na wspólnej i dużej sali chorych starałam się nieść pomoc więcej cierpiącym. I swoje porcje mleka i masła, białego chleba oddawałam innym cierpiącym. Odmawiałam Różaniec wspólnie, co było ostro zabronione. Nasze różańce robione z chleba zabierano i niszczono” – pisała w dzienniczku.

    Koniec „czyśćca”

    „Czyściec” skończył się w październiku 1956 r.: s. Wanda po dniu podróży dojechała z grupą zwolnionych Polaków do Białej Podlaskiej. „Przyjęto nas bardzo miło. Łaźnia, kolacja, lekarz i czyste łóżko” – wspominała.

    O nowym okresie życia mistyczki wiadomo niewiele. Przyjechała do Warszawy, a stamtąd do Domu Generalnego Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Konstancinie. Spędziła go kolejno w Chylicach, Białymstoku, gdzie pełniła też funkcję przełożonej, domu w Lutkówce pod Warszawą, wreszcie w Częstochowie, gdzie pracowała u Braci Dolorystów, pełniła funkcję przełożonej domu sióstr.

    W 1988 r., ze względu na zły stan zdrowia, umieszczono ją na stałe w Domu w Konstancinie, gdzie w marcu 2003 r. zmarła, w opinii świętości. Miała 96 lat, 76 lat spędziła w zakonie.

    Przez całe życie

    Cierpienie towarzyszyło s. Wandzie przez większość życia. Z więzienia wyniosła zrujnowane zdrowie. W latach 60. XX wieku musiała poddać się operacji guza na mózgu. W latach 80. XX wieku po potrąceniu przez samochód doznała złamania uda.

    Dwie kolejne operacje nie przyniosły spodziewanego rezultatu i s. Wanda już do końca życia nie mogła normalnie chodzić. Potem pojawiła się jeszcze miażdżyca. Jej życie było naznaczone wielkim cierpieniem, a jednak nie skarżyła się na swój los.

    Leczenie komplikował fakt, że organizm s. Wandy przez długie okresy nie przyjmował pokarmów ani lekarstw. Jak wspominały współsiostry, najeść mogła się jedynie w większe święta kościelne.

    Te okoliczności oraz powtarzające się – choć rzadziej niż kiedyś – przeżycia mistyczne (ekstazy, wizje, stygmaty), głęboko skrywane, powodowały, że s. Wanda nie mogła uczestniczyć w pełni w życiu swej wspólnoty zakonnej. W 1974 r. stygmaty rąk i nóg zanikły, pozostały rany na piersi i głowie.

    Świadkowie świętości

    Postulator procesu beatyfikacyjnego – ks. Michał Siennicki SAC – z s. Wandą zetknął się bliżej, gdy – po powrocie z misji na Barbadosie – został kapelanem sióstr w Konstancinie. W związku z zapowiedzią wszczęcia procesu, potrzebowały postulatora. Nie musiały szukać: ks. Siennicki, po doktoracie z prawa kanonicznego, ukończył studium dla postulatorów.

    Pracy będzie sporo, bo świadków jej życia i świętości jest bardzo wielu. Trzeba ich przesłuchać. Z częścią już się kontaktował, część zgłosiła się po publikacji edyktu kard. Kazimierza Nycza na początku października.

    – Postać jest wciąż tajemnicza. Wynika to także z tego, że siostry z jej zakonu prowadzą życie ukryte, a s. Wanda wiodła je szczególnie ukryte – mówi ks. Siennicki. – O przeżyciach mistycznych i stygmatach wiele osób nie wiedziało. Dopiero teraz wychodzą niektóre szczegóły.

    Zgłaszają się osoby, które s. Boniszewską spotkały, rozmawiały, które korespondowały z nią. – To są niespodzianki, może być ich sporo – mówi ks. Siennicki. Uzupełnią je świadectwa osób pamiętających siostrę przed 50-60 laty, które zostawiły pisemne świadectwa.

    Szczególne dary

    Przesłanek do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego jest co najmniej kilka. Są nimi szczególne dary, które zostały ujawnione po jej śmierci, dar stygmatów i mistycyzmu, dar modlitwy wstawienniczej oraz ofiarowania modlitw i cierpień szczególnie za kapłanów, ale nie tylko – także za inne osoby. Wyniesienie Wandy Boniszewskiej na ołtarze ma ukazać ją jako wzór chrześcijańskiego powołania, wzoru osoby, która przez swoje życie podążała do świętości heroicznej.

    – Głównym zadaniem procesu beatyfikacyjnego jest ukazanie prawdy, i taka jest moja rola – mówi ks. Siennicki. – Nie byłbym jednak postulatorem, gdybym nie był przekonany o świętości s. Wandy.

    Jeszcze za życia uratowała wielu kapłanów: od porzucenia sutanny, uwikłania w nałogi, a nawet samobójstwa – bo i to się zdarzało. „Dziękuję, że mój syn nie porzucił kapłaństwa” – napisała w liście jedna z matek, która prosiła s. Wandę, by pomogła jej synowi wytrwać w powołaniu.

    Pokazać prawdę

    Ks. Siennicki będzie jeszcze miał okazje poznać kandydatkę na ołtarze. Z tego, co już o niej wie, wyłania się osoba zwyczajna, zanurzona w zwykłe, proste codzienne sprawy. Ale przy tym osoba, która przeżyła tragedię II wojny światowej, osobiście nią dotknięta, wpleciona w tragiczną historię Polski czasów wojny i powojnia.

    – Przeżywała w sposób normalny sprawy i wydarzenia niezwykłe. Doświadczenia, przeżycia, rozmowy z Jezusem zapisywała językiem prostym, zrozumiałym dla każdego – mówi ks. Siennicki. – Całe swoje cierpienie ofiarowała za innych.

    Z s. Boniszewskiej emanuje świętość. Wstawiała się, pomagała, była obecna. – Głównym zadaniem procesu beatyfikacyjnego jest ukazanie prawdy, i taka jest moja rola – mówi ks. Siennicki. – Nie byłbym jednak postulatorem, gdybym nie był przekonany o świętości s. Wandy.

    Wojciech Dudkiewicz/Tygodnik Niedziela

    _______________________________________________________________-

    S. Wanda Boniszewska: stygmatyczka wybrana, by cierpieć za innych

    WANDA BONISZEWSKA
    Domena publiczna

    ***

    Także i w więzieniu doznawała ekstaz. Funkcjonariusze sowieccy wyjątkowo dotkliwie znęcali się nad nią: kopali, bili głową o ścianę. Zdarzył się jednak cud nawrócenia jednego z oprawców. Mężczyzna przyszedł do siostry Wandy, padł na kolana i błagał o przebaczenie.

    Siostra Wanda Boniszewska naznaczona została stygmatami, otrzymała także dar objawień Jezusa. Już podczas Pierwszej Komunii Świętej zobaczyła Zbawiciela w otoczeniu białego orszaku. Usłyszała wtedy ciche wołanie w duszy, by ofiarować się Jemu i bliźnim.

    Niezwykła więź z Jezusem

    Urodziła się 20 maja 1907 roku w folwarku Nowa Kamionka koło Nowogródka. W kościele św. Michała Archanioła w Nowogródku przyjęła chrzest święty. Gdy była jeszcze dzieckiem i pozostawała sama w domu, przychodziła do niej mała dziewczynka i mówiła: „Wiesz Wandziu, ja jestem aniołkiem i stale czuwam nad Tobą, to mój obowiązek”.

    W 1921 roku udzielono jej sakramentu bierzmowania. Trzy lata później zgłosiła się do Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Wilnie. Wówczas odmówiono jej przyjęcia, gdyż była za młoda. W 1925 roku przyjęto ją na próbę i skierowano do nowicjatu w Kalwarii Wileńskiej.

    Kilka lat później, w dniu 2 sierpnia 1933 roku złożyła przed ks. Stanisławem Miłkowskim śluby wieczyste. Łączyła ją ogromna więź z Jezusem, który mówił do niej: „Chcę, byś została ukrzyżowana za tych, którzy nie chcą znać krzyża”. Wahała się, czy przyjąć misję i czy jest jej godna.

    Stygmaty i cierpienie za innych

    Dar stygmatów wewnętrznych otrzymała w 1927 roku, a od 1933 roku doświadczała również stygmatów zewnętrznych. Towarzyszyły jej szczególnie od czwartku wieczorem do niedzieli rano. Ukrywała je, nie chciała rozgłosu.

    W 1936 roku usłyszała od Jezusa następujące słowa: „Najwięcej cierpię od dusz niezdecydowanych i łatwo wchodzących na błędne drogi (…) Widzisz moje konanie, to grzechy całego świata”.

    Często była niezrozumiana przez siostry. Została nawet na pewien czas przeniesiona do przytułku dla nieuleczalnie chorych w Wilnie. Spodziewano się, że opiekę nad nią przejmie jej siostra Urszula, która była wówczas kierownikiem ośrodka. Za namową spowiednika ks. Czesława Barwickiego zaczęła spisywać dziennik. Trudno było zdobyć się jej na ten krok, ale zaufała Bogu, prosząc, by jej zapiski służyły Jego chwale.

    Popadała w ekstazy, które trudno było racjonalnie wytłumaczyć. Po nich z trudem powracała do normalnego stanu.

    Więzienie za wierność wierze

    W dniu 12 kwietnia 1950 roku wydano dla niej nakaz aresztowania. Zarzucano jej m.in. szerzenie praktyk religijnych, przepowiadanie losów narodów, szarlataństwo, kontakty z duszami zmarłych. Także i w więzieniu doznawała ekstaz. Nieraz jak umierającą wynoszono ją do łazienki. Otrzymywała wówczas krew na wzmocnienie organizmu.

    W więzieniu funkcjonariusze sowieccy wyjątkowo dotkliwie znęcali się nad nią: kopali, bili głową o ścianę. Po pewnym czasie zdarzył się jednak cud nawrócenia jednego z oprawców. Mężczyzna przyszedł do siostry Wandy, padł na kolana i błagał o przebaczenie. Sumienie nie dawało mu spokoju.

    Na ciele siostry Boniszewskiej widoczne były ślady biczowania, krwawy pot, z oczu zaś płynęły krwawe łzy. Towarzyszył jej rozpierający ból głowy, guzy oraz rany na ramionach.

    Przejmowała choroby innych ludzi. Gdy jej ojcu dokuczały czyraki na głowie i szyi, nie mógł z bólu pracować, ona przejmowała je na siebie. Zapadła także na guza mózgu, wyjątkowo złośliwego oponiaka. Uległa również wypadkowi doznając złamania szyjki biodrowej. Świadkowie tych zdarzeń domyślali się, że to cierpienie siostra Wanda przeżywa za kogoś. Ona sama nigdy się do tego nie przyznawała i nie uskarżała.

    Zemsta Szatana za ratowanie dusz kapłanów

    Doznawała okrutnych udręk szatańskich. Diabeł ukazywał się jej pod różnymi postaciami: aniołów, świętych, próbował odwieść ją od spowiedzi. Zły duch ciągnął ją za włosy, bił, dusił, kopał, mówiąc: „księdzu nie wolno wszystkiego mówić”, „obłudnicą jesteś”, „cierpieć nie trzeba”, „jeśli nie wrócisz z tej drogi, na wieki zginiesz”.

    Była to jego zemsta za ratowanie dusz. Jezus zapowiedział jej to cierpienie: „Będziesz całe życie za nic mianą, niezrozumiałą, będą cię usuwać, będziesz napastowaną przez szatanów i złych ludzi, ogarną cię ciemności wewnętrzne”.

    Zbawiciel pragnął zadośćuczynienia za kapłanów, powołanych do szczególnej służby, a niejednokrotnie dającym zgorszenie innym.

    Pragnienie Jezusa w Eucharystii

    Wyjątkowe miejsce w życiu siostry Wandy zajmowała Eucharystia. Czuła nieustanne pragnienie przyjmowania Jezusa w Komunii Świętej. Pisała: „Czuję głód Ciebie, napój proszę Krwią Przenajświętszą”.

    Raz nawet ujrzała Dzieciątko Jezus w tabernakulum, które zapraszało ją do siebie.

    Maryja powierniczką siostry Wandy

    Siostra Wanda wielokrotnie doznawała objawień Matki Bożej. „W chwilach (…) ciemności w duszy albo trwogi Matka Boża była (…) moją radością, świecą, Gwiazdą, Pośredniczką, Adwokatem”, „Matka Boża mocno bolała nad obojętnością, słabą wiarą i brakiem miłości”.

    Umiała czytać w sercach ludzkich. Miała także wiedzę o tym, co działo się w innym miejscu, nawet bardzo odległym.

    „Konwalia leśna”

    Nazywała siebie „konwalią leśną”. Powtarzała, że z nieba będzie miała większe możliwości, by pomagać ludziom i wypraszać im potrzebne łaski, zrzucając płatki konwalii.

    Zmarła 2 marca 2003 roku. Grób z doczesnymi szczątkami znajduje się w Skolimowie (dzielnica w Konstancinie-Jeziornej) koło Warszawy. Jej życie przypomina o zaufaniu Bogu bez reszty, odpowiedzialności za drugiego człowieka, zwłaszcza kapłanów, którzy potrzebują modlitwy wiernych.

    Anna Gębalska-Berekets/Aleteia.pl – korzystałam z: Ks. Jan Pryszmont, „Ukryta stygmatyczka. Siostra Wanda Boniszewska” (1907-2003), Szczecinek 2003.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak wyglądała Męka Jezusa Chrystusa? Stygmaty i wizje s. Wandy Boniszewskiej

    Jak wyglądała Męka Jezusa Chrystusa?

    Stygmaty i wizje s. Wandy Boniszewskiej

    Życie s.Wandy Boniszewskiej było prawdziwą Golgotą – została fałszywie oskarżona i niesłusznie skazana na więzienie na Syberii, przeszła próbę wielogodzinnych przesłuchań przez Sowietów, borykała się z głębokim niezrozumieniem ze strony swoich współsióstr oraz otrzymała krwawiące stygmaty i łaskę uczestniczenia w Męce Chrystusa. Jak zakonnica znosiła cierpienia? Co objawił jej Jezusa? Przeczytaj fragment z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa”.

    Cierpienie za grzechy świata i kapłanów

    Droga życia siostry Wandy to nieustanne przeplatanie się mistycznych dotyków Boga ze zwyczajnym życiem. Na zewnątrz stygmatyczka nie wyróżniała się niczym szczególnym, mówiła spokojnym i przyciszonym głosem, była łagodna i lubiana przez dzieci, które ciągle nie mogły się nadziwić, dlaczego nosi ubrania z bardzo długimi rękawami. Nie wiedziały, że rok po ślubach wieczystych pojawiły się widzialne stygmaty. Zanim jednak to się stało, Wanda znów musiała się zmagać z nawrotami różnych chorób i trudnościami w komunikacji z siostrami:

    Martwię się całością Zgromadzenia, że duch ogólny wkrada się świecki – pisała Wanda. – Siostry pomocnice od sióstr chórowych tworzą pewne partie i zapatrują się po ludzku. Nazywają mnie darmozjadem, to słusznie, ale mnie to bardzo martwi. Jezu, daj, bym mogła zadośćuczynić całemu Zgromadzeniu, daj, niech cierpię i wynagradzam za wszystko, co tylko Tobie nie podoba się w naszym Zgromadzeniu, które Serce Twoje ukochało i dlatego chce powoli doświadczać. Za niegrzeczną odpowiedź jednej siostry względem Przełożonej chcę dziś cierpieć i te bóle, co Ty, Jezu, cierpiałeś na krzyżu, tylko w ukryciu przed światem tj. przed Zgromadzeniem. Dzięki Ci, Boże, że wysłuchujesz moje prośby, więcej mnie upokarzaj. Dziś na rozmyślaniu dał mi Jezus łaskę prawdziwego szczerego żalu za grzechy „letnich” kapłanów i naszego Zgromadzenia, i za własne grzechy. Nie mogę już spokojnie rozmyślać nad Ukrzyżowanym, jak nie wżywając się w Jego Boskie Rany. Ach, jak dobrze jest z Tobą współcierpieć, tylko nie stale, bo gorączka mnie strawi z Twojej miłości względem mej duszy grzesznej. Jezu, przebacz mi moje grzechy, obiecuję poprawę.

    Jak widać, cierpiała ogromnie, szczególnie kiedy wskutek osłabienia musiała leżeć w łóżku i dlatego nie mogła przystąpić do Komunii Świętej ani na Boże Narodzenie 1933 roku, ani kilka miesięcy później na Wielkanoc. Paradoksalnie jednak w tej udręce z powodu braku Jezusa Eucharystycznego czuła z Nim ogromną bliskość. Już nie buntowała się tak mocno jak poprzednio, lecz starała się w tej sytuacji dostrzec palec Boży. Wiedziała, że jeśli Jezus na to pozwala, to z pewnością jest w tym jakiś ukryty sens, którego jeszcze nie potrafiła pojąć. W tej udręce łaknienia i pragnienia Eucharystii starała się nasycać rozpamiętywaniem słów Jezusa i wsłuchiwać się w Jego głos rozbrzmiewający w jej duszy.

    Zjednoczenie w Męce Jezusa

    Jezus stopniowo wprowadzał Wandę w życie duchowe. Świadectwem tego był między innymi fakt, że Chrystusowe rany najpierw odnawiały się w nocy z każdego pierwszego czwartku na piątek, a potem już coraz częściej – z wyjątkiem okresu wielkanocnego i Bożego Narodzenia:

    Przed Wielkim Postem byłam uprzedzoną przez Anioła Stróża, że przyjdą cierpienia, ale trzeba ofiarowywać za kapłanów i zakony. Ja wymawiałam się, że nie zniosę i nie wytrwam, ale wówczas przychodził Najukochańszy Jezus, przytulał mnie do swego Boskiego Serca i tu już tonęłam w Nim w zapomnieniu o bólach. Nazywał mnie „pieszczotką”. Och! To były prawdziwe pieszczoty, choć trwały bardzo krótko, może godzinę jedną lub dwie, ale zdawało się krótko. Miałam trudności już w odbywaniu rozmyślań z podręcznika, bo gdy tylko zacznę i stawię się w obecności Bożej, to już i znowu podobne pieszczoty albo wyraźne słowa, które wymawiał sam Jezus do mnie. Do pracy byłam zupełnie niezdolną, bo ból mocno dokuczał…

    W związku z powolnym ujawnieniem się stygmatów sytuacja będzie coraz bardziej skomplikowana i nieprzewidywalna, tym bardziej że w Wielkim Poście 1935 roku ślady męki Chrystusa na ciele Wandy dostrzegła jej opiekunka – siostra Rozalia Rodziewicz. Była godzina druga w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek, kiedy zakonnica zobaczyła, że Wanda jest nieprzytomna; ten stan trwał jeszcze około dwóch godzin. Siostra Rozalia widziała wtedy silnie krwawiące rany i choć kilkakrotnie przykładała opatrunki, momentalnie przesiąkały one krwią. Ponieważ ten stan powtórzył się blisko miesiąc później, siostry postanowiły przygotować Wandzie ubranie na wypadek śmierci.

    Każde stygmaty są tajemnicą. W przypadku siostry Wandy charakterystyczne było to tak jak już wspomnieliśmy, że krwawienia przybierały na sile w pierwsze czwartki miesiąca, w Wielkim Poście oraz w tak zwane suche dni – środę, piątek i sobotę – praktykowane w Kościele katolickim na początku każdej pory roku. Czyż to nie zadziwiające, że nawet stygmaty „wpisały się” w prawo Kościoła katolickiego?

    W tym czasie również siostra Wanda odkrywała, jak wielki ból sprawiają Jezusowi kapłani żyjący w grzechu i w takim stanie sprawujący Mszę Świętą. Na ten temat mówił między innymi prorok Izajasz, który napominał sługi Pańskie, że choć składają ofiary i zanoszą modlitwy, to jednak ich ręce ociekają krwią (por. Iz 1, 10–20). W podobnym duchu pisała

    siostra Wanda: Raz na modlitwie czułam, że Jezusowi chodzi specjalnie o duszę nieskalanych kapłanów. Wywnioskowałam to stąd, że najmniejsze zło, jakie ma miejsce w duszy świeckiej, nie może być w duszy kapłana. Chce zmyć własną krwią. I tak, jeżeli tylko kapłan zgrzeszył przeciw przykazaniom lub stanowi kapłańskiemu, to Jezus w czasie Mszy św. jest w krwawych liturgicznych szatach (pisząc to, ogarnia mnie trwoga, aby głupstwa nie napisać – Jezu, później).

    Walki duchowe o zagubione dusze

    Siostra Wanda do końca musiała walczyć na swoim „duchowym Westerplatte”, przełamywać

    swój opór, a więc rodzaj lenistwa. Stopniowo dojrzewała w niej zgoda na cierpienie. Opowiadała o tym tak zwyczajnie, a przecież w jej duszy działy się rzeczy nieziemskie:

    W mojej chorobie jest zmiana, bo z wyjątkiem dni Wielkanocy, Bożego Narodzenia i innych uroczystości Kościoła świętego życie nie jest normalne. Co każdy czwartek w nocy na piątek przechodzę całą Drogę Krzyżową od Getsemani do Golgoty. Wylew krwi wielki, ból przeogromny, prawie zupełnie pozbawiona chodzenia. Jestem głęboko przekonany, że Jezus udzielał jej tak wielkich łask, bo widział, jaką duchową walkę toczy, i to wtajemniczenie było potwierdzeniem owej bliskości z Jezusem.

    Zatem siostra Wanda, przyjmując to trudne posłannictwo, uczy nas, że małymi krokami możemy przełamywać siebie, aby podejmując tę duchową pracę, do której zaprasza nas Jezus, obronić swoje „duchowe Westerplatte” i odnieść ostateczne zwycięstwo.

    Fragment pochodzi z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks.Jerzego Jastrzębskiego , wydanej nakładem Wydawnictwa Esprit

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wanda Boniszewska – stygmatyczka, która uratowała wielu kapłanów

    fot. Paul Hanna / Reuters / Forum

    *****

    Przesłania dla Polski, Kościoła i świata jakie Chrystus przekazał Słudze Bożej Wandzie Boniszewskiej, stają się dziś coraz bardziej aktualne. Ta niezwykła mistyczka oraz stygmatyczka, której całe życie naznaczone było krzyżem, swoje cierpienia ofiarowywała głównie za kapłanów i osoby konsekrowane. O kapłanie w swoim „Dzienniku duszy” napisała „Potęgą zdumiewa, słabością przeraża”.

    Wanda Boniszewska urodziła się w roku 1907 w Nowogródku niedaleko Grodna. Była czwartym z jedenaściorga dzieci Heleny i Franciszka, ziemian, którzy prowadzili majątek Nowa Komionka. Wandę od lat dziecięcych cechowała wielka pobożność i szczególna cześć do Najświętszego Sakramentu. W wieku 21 lat złożyła pierwsze śluby zakonne w bezhabitowym Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów, które w roku 1889 roku założył w Wilnie ks. Wincenty Kluczyński. Charyzmatem sióstr była pomoc duszpasterska księżom. Przeważnie prowadziły one katechezy w szkołach. Wanda wybrała ten zakon, gdyż czuła szczególną wieź z Aniołami, którzy jak mówiła, zawsze ją strzegli. Co ciekawe została ochrzczona w kościele pw. Św. Michała Archanioła w Nowogródku. 

    Już w bardzo młodym wieku zaczęły się jej mistyczne spotkania z Chrystusem. W „Dzienniku duszy”, który nakazał prowadzić jej ksiądz spowiednik Czesław Barwicki, zapisała iż Jezus prosił ją żeby swoje cierpienia ofiarowała za grzechy kapłanów i osób konsekrowanych. „Chcę, byś została ukrzyżowana za tych, którzy nie chcą znać krzyża”  miała usłyszeć od Chrystusa. Zgodziła się przyjąć ten ciężki krzyż.

    W roku 1933 pojawiły się na jej dłoniach, nogach i czole zewnętrzne stygmaty męki Pańskiej. W roku 1956 zmieniły się one w stygmaty wewnętrzne (na ciele nie widać było ran, ale odczuwała ból gwoździ wbitych w ręce i nogi oraz korony cierniowej na czole).

    W 1936 roku usłyszała od Jezusa następujące słowa „Najwięcej cierpię od dusz niezdecydowanych i łatwo wchodzących na błędne drogi (…) Widzisz moje konanie, to grzechy całego świata”.

    Spotkania siostry Wandy z Jezusem były podobne do tych, które przeżywała w tym samym czasie i miejscu (Wilno) dwa lata starsza od Wandy, siostra Faustyna Kowalska, obecnie święta Kościoła. Jezus przekazał św. Faustynie orędzie Bożego Miłosierdzia, natomiast Słudze Bożej Wandzie Boniszewskiej przesłanie dotyczące potrzeby wynagrodzenia za grzechy duchownych i modlitwy za kapłanów. Innymi ważnymi przesłaniami jakie Chrystus kierował do Sługi Bożej siostry Wandy Boniszewskiej są – ogromny szacunek do Eucharystii i kapłaństwa.

    W roku 1950 w domu zakonnym Sióstr od Aniołów, położonym niedaleko Wilna, Sowieci aresztowali księdza, jezuitę ojca Ząbka, który się tam ukrywał. Za ukrywanie kapłana, „szerzenie zabobonu” – którym dla komunistów była chrześcijańska wiara,  i wrogi stosunek do ustroju sowieckiego, aresztowano też kilka sióstr m.in. Wandę Boniszewską. Skazano ją na 10 lat łagrów na syberyjskim Uralu. Okrutnie ją tam przesłuchiwano. Była bita i kopana po całym ciele, jej głową uderzano o ściany, wrzucano ją do zimnego, wilgotnego karceru. Siostra Wanda od dziecka była słabego zdrowia, a po takich katuszach, jej zdrowie było w fatalnym stanie. Dlatego wiele czasu przebywała w więziennych szpitalach.

    Sowieci nie zdołali jednak wybić wiary z duszy siostry Wandy. Modliła się bardzo wiele, również za swoich prześladowców. Od czwartkowego wieczoru do niedzieli rano przeżywała z Chrystusem Pasję. Otwierały się jej rany stygmatów i płynęła z nich krew. Mimo surowych zakazów i kar zachęcała do modlitwy współwięźniarki. Robiła różańce z chleba, które często jej konfiskowano, niezwłocznie więc wykonywała kolejne. Swoje niewielkie racje chleba czy mleka, dzieliła pomiędzy inne, chore kobiety.

    Co niezwykłe pod wpływem świadectwa jej niezłomnej wiary, kilku oprawców z NKWD nawróciło się. Dlatego w celu prowadzenia krwawych przesłuchań kierowano do niej najbardziej zaangażowanych ideologicznie funkcjonariuszy. Jednak i oni się nawracali. Jeden z nich przyszedł do celi siostry Wandy, upadł przed nią na kolana i prosił ją o wybaczenie. Za to wyrzucono go z partii i NKWD.  Na fali odwilży po śmierci Stalina, w roku 1956, sowiecki sąd uznał, że siostrę Wandę Boniszewską skazano bezprawnie i kazał ją wypuścić z więzienia na Uralu.

    Siostra Wanda Boniszewska przez całe życie, prosiła Jezusa, by mogła przejmować męki związane z chorobami innych osób. Chrystus wysłuchiwał próśb, udzielając jej łaski znoszenia tych cierpień. Gdy ojcu Wandy Boniszewskiej dokuczały czyraki na głowie i szyi, tak, że nie mógł z bólu pracować, córka Wanda przejęła je na siebie. Raz niespodziewanie zapadła na guza mózgu, wyjątkowo złośliwego oponiaka, który po pewnym czasie „wyparował”.  Uległa również wypadkowi doznając złamania szyjki biodrowej. Świadkowie tych zdarzeń twierdzili, że te cierpienie siostra Wanda przeżywała za kogoś. Ona sama nigdy się do tego nie przyznawała i nie uskarżała. Do ostatnich dni żyła życiem ukrytym. O jej stygmatach i niezwykłych charyzmatach wiedziały tylko osoby z jej najbliższego otoczenia.

    Swoje cierpienia ofiarowywała głównie za kapłanów, którzy zeszli na złą drogę. Zbawiciel prosił ją o zadośćuczynienia za kapłanów, powołanych do szczególnej służby, a niejednokrotnie dającym zgorszenie innym. Istniej udokumentowany przypadek, kiedy siostra Wanda przyjęła na siebie cierpienie kapłana, który będąc wywieziony na Sybir, był kuszony przez diabła, żeby się powiesić. Świadkiem tego zdarzenia był spowiednik siostry Wandy ksiądz Czesław Barwicki. „Podczas modlitwy za tego księdza, siostra Wanda zaczęła się dusić. Pojawiły się odciski sznura na jej szyi. Zacząłem nad nią odmawiać egzorcyzmy. Siostra Wanda zaczęła normalnie oddychać” – pisał w swoich wspomnieniach ks. Barwicki.  Inny kapłan ks. Jan Pryszmont, autor książki biograficznej o Wandzie Boniszewskiej, powiedział o tym przypadku: – To wyraźny przykład walki szatana o duszę kapłana, za którego modliła się siostra. Ten kapłan został ocalony – mówi ks. Pryszmont, którego katechetką podczas nauki szkolnej w Wilnie była właśnie siostra Wanda Boniszewska.  

    Siostra Wanda Boniszewska żywiła szczególną cześć dla Matki Bożej „W chwilach (…) ciemności w duszy albo trwogi Matka Boża była (…) moją radością, świecą, Gwiazdą, Pośredniczką, Adwokatem …Matka Boża mocno bolała nad obojętnością, słabą wiarą i brakiem miłości”. – pisze w swoim Dzienniku Duszy Sługa Boża Wanda Boniszewska. Matka Boża najwyraźniej jej błogosławiła. Dość powiedzieć, że dokładnie w dzień święta Niepokalanego Serca Maryi siostra Wanda został uwolniona z sowieckiego więzienia. 

    W roku 1956 siostra Wanda, jako repatriantka, przyjechała do Polski. Najpierw zamieszkała w domu zakonnym w Chylicach. Później posługiwała m.in. w ośrodkach zakonnych w Białymstoku i Częstochowie. Zmarła w roku 2003 w domu zakonnym Zgromadzenia Sióstr od Aniołów w Konstancinie Jeziornie. Została pochowana na cmentarzu w Skolimowie. Jej proces beatyfikacyjny ruszył w roku 2020.

    Spowiednicy siostry Wandy Boniszewskiej oraz jej zakonne współsiostry, złożyły świadectwo o niezwykłych charyzmatach, którymi Bóg siostrę Wandę obdarzył. Podobnie jak św. ociec Pio, umiała czytać w ludzkich sercach. Miała także prorocze wizje, z których wiele do tej pory, sprawdziło się. Kilka dni wcześniej przed aresztowaniem przez Sowietów, mówiła siostrom, ze szczegółami, że do tego dojdzie i jak to się stanie. Było dokładnie tak, jak powiedziała. Bardzo tajemniczym objawieniem, którego doznała, była wizja III wojny światowej. Wyznała, że jeżeli narody się nie nawrócą, dojdzie do niej. Według tego przesłania wojna miała by mieć swój główny teatr na „dalekim Wschodzie”, gdzieś w rejonie Chin.

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ta ofiara wyrwała z sideł demona wielu kapłanów! Jaką misję Pan Jezus powierzył Wandzie Boniszewskiej?

    (fot. Pixabay)

    *****

    Wanda Boniszewska, polska zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów i stygmatyczka, obdarzona została specjalną łaską uczestniczenia w Męce Chrystusa.  Widzisz Moje konanie, to grzechy całego świata, a ty tylko czujesz malutką cząsteczkę: biskupów, kapłanów, zakonników i zakonnic […] – mówił Jezus do mistyczki. Ona całe swe cierpienie ofiarowała za kapłanów i osoby konsekrowane, wiedziała bowiem, że szczególnie osoby duchowne w najbliższych latach będą poddawane ciężkiej próbie. Przeczytaj fragment z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks. Jerzego Jastrzębskiego.

    Ach, Boże, piekło jest

    Przez wiele lat w sercu siostry Wandy dojrzewała świadomość jej szczególnej misji w Kościele,

    jaką była modlitwa i pokuta w intencji oziębłych kapłanów i osób konsekrowanych. Z czasem jej duchowej opiece powierzani byli kapłani, którzy przeżywali nadzwyczaj ciężkie pokusy, łącznie z myślami samobójczymi. W tej walce na śmierć i życie nasza stygmatyczka mogła się niejednokrotnie przekonać, że bez względu na siłę szatańskich ataków Bóg zawsze znajdzie sposób na ocalenie człowieka przed wiecznym potępieniem.

    Wspaniałym tego przykładem jest opowieść o kapłanie, którego sekundy dzieliły od samobójstwa, lecz wytrwałe orędownictwo siostry Wandy ocaliło tego biednego wybrańca Boga. Nasza mistyczka, modląc się w intencji tego kapłana, otrzymała wsparcie wspólnoty sióstr z Pryciun i prawdopodobnie ojca Antoniego Ząbka SI, który wszedłszy wtedy razem z siostrami do pokoju Wandy, zauważył jakąś wielką duchową walkę z kimś, kto – jak się wydawało – chciał udusić stygmatyczkę. Kiedy kapłan przywołał łacińską formułę egzorcyzmu, dziwne zachowania Wandy zaczęły się wyciszać, nadal jednak rzucała się kompulsywnie, jakby chciała coś z siebie zerwać. W końcu zsunięto z niej kołdrę i okazało się, że siostra była oplątana pięciometrowym lnianym sznurem. Chciała go rozluźnić, gdyż zaciskał się na jej szyi. Wszyscy byli zaskoczeni, gdyż nigdy wcześniej w domu sióstr nie widziano takiego sznura i ten rodzaj powrozu nie był w ogóle znany w tej okolicy.

    Zdjęto go z Wandy i schowano w, zdawało się, bezpiecznym i zamkniętym miejscu, jednak po pewnym czasie powróz zniknął – nie wiadomo, co się z nim stało. Wiadomo natomiast, że o tym wydarzeniu nasza mistyczka zachowała następujące wspomnienie: Jezus na krzyżu. Mało mam ufności. Iść nie mogę, ostry ból w prawej nodze, w głowie utkwiło trzynaście kolców. Rzucają się na mnie, zabierają krzyż. Jeden kapłan myśli o samobójstwie. O Jezu, proszę o światło, o przebaczenie i siłę nad złymi duchami. Łączę się z jego duszą i upominam. Zaklinam go na Boga Żywego, aby się opamiętał. Nic nie pomaga, więcej chce się zastanawiać. Większa siła mocy złych ujada się na niego. Pokazuję mu krzyż, dowodzę, że istnieje piekło, pokazuję mu Niepokalaną, Anioła Stróża. Chwilami myślał zawrócić z drogi, ale całe piekło już uwzięło się na mnie. Widzę całe fale pieniącego się morza. Nawały rzucają się na niego i na mnie, ale uczyniony krzyż z wyrazami Exorcizo te immunde spirytus – odrzucają nas, jeszcze nie zatracając. Anioł Stróż naszego księdza czyni znak Przenajświętszej Trójcy nad kapłanem X. Rzucał się z czwartego piętra, aby się zabić. Wyjrzał przez okno, a tam rozbawione dzieci jedno na drugie krzyczy: „grzech śmiertelny, do piekła pójdziesz”. Ach, Boże, piekło jest!

    Misja ratowania dusz kapłanów

    Wytrwała walka siostry Wandy o duszę tego kapłana przyniosła oczekiwany skutek. Cena za to zwycięstwo była bardzo duża, ale nasza mistyczka była gotowa ponieść wszelkie koszty, aby uratować choćby jednego kapłana – rozumiała bowiem, że tego pragnie od niej Jezus. Rozumiała, że taka droga podążania za Jezusem nasyci jej duszę, bo przybliża ją do Najukochańszego. Tym samym, choć raz po raz doświadczała ogromnej nawałnicy cierpień, to jednocześnie czuła, że idzie właściwą drogą – że jest w sercu swojej misji otrzymanej od Boga. Łaska Chrystusowego błogosławieństwa dla głodnych i spragnionych sprawiedliwości uszczęśliwiała ją i ocalała chwiejnych kapłanów oraz osoby konsekrowane:

    Zrozumiałam – zanotowała – że byłam doświadczaną. Zrozumiałam, że dusze kapłanów w liczbie przeszło pięćdziesięciu wyrwałam z rąk szatańskich i teraz niebo się cieszy, a piekło się wścieka na mnie i teraz grożą mi uduszeniem. Chwilę jeszcze pokłóciłam się z szatanem, a później zlękłam się ogromnej ilości, która opuściła dusze kapłanów i rzuciła się na mnie. O Boże, Ty tylko widziałeś, jak ciężko było. Czułam zupełnie świadomie, jak mnie duszono wprost za gardło, oddychać nie mogłam, ale w duszy rozumiałam, że to też z woli Bożej. W miarę upływu czasu tajemnicze ekstazy nasilały się, a w 1943 roku pojawiały się każdego dnia. Były to już nie tylko krwawienia, ale towarzyszące im odrętwienie ciała, przyśpieszony puls, nieco podwyższona temperatura i kompulsywne drgawki. Widoczna była także rana na prawym boku, krwawe pręgi na dwóch rękach, trzynaście niewielkich ran na głowie.

    Cała jestem Twoja Jezu!

    Pomimo upływu czasu siostra Wanda nie ustawała w gorliwej modlitwie i pokucie za kapłanów i osoby konsekrowane i konsekwentnie realizowała swą misję. Być może patrząc z bliska na życie i posługę kapłanów i osób zakonnych, widziała ich oziębłość i chwiejność, które tak bardzo bolą Jezusa. Jednocześnie sama starała się zachować czujność, dlatego zanotowała:

    O Jezu mój Najukochańszy – wiem i żywo przeżywam Twoją Mękę w czasie Twojej modlitwy w Ogrójcu: trwoga, smutek, cały przerażający widok dusz kapłańskich i zakonnych, mojego Zgromadzenia, a chyba równa się z całą ludzką złością i obojętnością – ludzi żyjących w obojętnościach, w letniej wierze, a najbardziej cierpi nad Kapłanami, nad duszami wybranymi do wyjątkowych współczucia razem z Nim i ze swoją Przeczystą Matką. Dalej już napisać – czy przelać nie umiem – Jezu, Ty wiesz najlepiej, jaką jestem ja, Twoja Konwalia. Najukochańszy, błagam Cię, naucz mnie modlić się za nich wszystkich, żeby Ci było chociaż trochę lżej… mieszkać z nami w Tabernakulach na całej ziemi i w duszach przez Ciebie wybranych. Jeszcze błagam Ciebie, nie zostawiaj mnie samej, bo trudno mi często poznawać działania chytrego ducha, który czyha na porwania mojej duszy.

    Jej modlitwa i ofiara wynagradzająca okazała się bardzo skuteczna, a bezsilność diabła tylko wzmagała jego agresję – okazało się bowiem, że słabość i chorowitość Wandy dały jej niewiarygodną siłę do wygrania mistycznej bitwy pomiędzy dobrem a złem, o czym wymownie świadczą te słowa: „Zgodziłam się na wszystko. Noc z soboty na niedzielę przebyłam niby w piekle. Dusze kapłanów widziałam w strasznej walce z grzechami, swoimi namiętnościami i z chwilowymi poddaniami się pod władzę szatanów. Stanęłam do walki między niebem a piekłem”. Diabeł na różne sposoby próbował ją przechytrzyć i dlatego ukazywał się jej w rozmaitych postaciach: przypominał Jezusa, przystojnego mężczyznę, psa, lamę czy też pięknych aniołów. Siostra Wanda jednak dzielnie odpierała wszystkie te ataki, powtarzając sobie, że cała należy do Jezusa i że mimo podszeptów złego ducha nie zrezygnuje z posłuszeństwa przełożonym, korzystania ze spowiedzi i Komunii Świętej. Nie dała się także przerazić ani ogromem własnych grzechów, ani nawałnicą dręczących myśli, ani rzucaniem się na nią zastępów piekielnych, ani dręczeniom w postaci silnych ucisków, uderzania łokciami w bolące boki i nabrzmiałe wrzody czy kopania. Choć miała trudności z oddychaniem z powodu ucisku w klatce piersiowej i była bita po głowie, a nawet obrzucana smrodliwą śliną po twarzy, zwłaszcza w oczy, nie poddała się. Czuła, że w tej walce nie jest sama, że Bóg wspomaga ją, posyłając z odsieczą z nieba Maryję, Michała Archanioła i innych aniołów i świętych.

    PCh24.pl(fragment pochodzi z książki „Ukryta w Ranie Serca Jezusa” ks. Jerzego Jastrzębskiego, wydanej nakładem wydawnictwa Esprit)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Uklęknęła pod krzyżem i zakochała się w Jezusie. Żydówka, która została benedyktynką

    – Pan Jezus mnie oczarował. Znalazłam w Nim wszystko – mówiła s. Paula Janina Maria Malczewska.

     

    – Pan Jezus mnie oczarował. Znalazłam w Nim wszystko – mówiła s. Paula Janina Maria Malczewska.
    MARCIN JAKIMOWICZ

    „Żydówka!” – krzyczeli i obrzucili przerażoną dziewczynkę śniegiem. Pomyślała: „Jeśli uklęknę pod krzyżem, zostawią mnie w spokoju”. – I wtedy coś się stało – opowiadała mi po latach jako benedyktynka. – Zakochałam się – dodała. To jedno z najbardziej niezwykłych nawróceń, o jakich słyszałem.

    Odwiedziłem ją 15 lat temu w klasztorze na Górze Oliwnej. Na stole wylądowały słodkie winogrona i pyszny sok. Pastelowy głos Pauli Janiny Marii Malczewskiej tonął w potoku słów muezina z pobliskiego minaretu. Benedyktynka z ulgą odetchnęła, gdy umilkł megafon.

    Oto jej opowieść…

    Cudem uciekłam

    „Urodziłam się jako Rachela w wiosce Troszyn nieopodal Ostrołęki 15 października 1929 roku w rodzinie żydowskiej. Mój tatuś, Simche, był bardzo dobrym i uczciwym kupcem. Gdy miałam trzy latka, umarła moja mama, a tata ponownie się ożenił. Nowa mamusia była dla mnie tak dobra, że nigdy nie nazwałam jej macochą. W 1939 roku urodził się mój braciszek Icchak. W 1941 roku zginął tatuś. Ja trafiłam do łomżyńskiego getta, ale cudem dwukrotnie udało mi się uciec. Za pierwszym razem pomogli mi Polacy. Pięć osób przebiegło przez bramę, mnie – szóstą – złapali gestapowcy. Miałam trzynaście lat. Kazali mi odwrócić się do ściany. Byłam pewna, że mnie rozstrzelają, ale zabrali mnie na gestapo. Tego dnia złapali w Łomży kilku innych Żydów, m.in. doktora uciekającego do żony, która była Polką. Spędziłam na gestapo całą noc. Słyszałam krzyki, płacz dzieci, odgłosy bicia. Nad ranem kazali mi wyjść. Znów byłam przekonana, że prowadzą nas na rozstrzelanie, ale trafiłam z powrotem do getta. Trzynaście lat to już nie dziecko… Miałam swój rozum. Gdy Niemcy mnie bili, pytając, dokąd uciekałam, kłamałam: »Jestem sierotą. Babcia kazała mi biec, gdzie oczy poniosą«. Za nic nie chciałam zdradzić kryjówki mojej rodziny, bo wiedziałam, że zniszczą nasz dom. W nocy 1 listopada 1942 roku, gdy getto było likwidowane, udało nam się schronić w kryjówce. Słyszeliśmy płacz dzieci, przerażające krzyki. Aż dwie noce leżeliśmy w tej kryjówce jak zabici. W końcu jeden z Polaków powiedział: »Możecie już wyjść«. Uciekłyśmy do lasu.

    O Jezu!

    Niemcy zorganizowali łapankę, ale ponieważ sami nigdy nie wchodzili do lasu, wysłali tam Polaków. Jeśli Polacy byli dobrzy, to nas »nie zauważali«. Za złapanie Żyda dostawali 3 kilogramy cukru. To był prawdziwy rarytas, majątek! Ci, którzy przeczesywali mój las, byli dobrzy. »Nie zauważyli« mnie pod krzaczkiem.

    Wyszłam z lasu, ale mojej mamusi i braciszka już nie było. Pewnie biedna pomyślała: »Złapali moją Rachelę, nie mam po co się ukrywać«. Nie wiem, co się z nimi stało. Czy zginęli przeze mnie? To mój ogromny krzyż.

    W południe 6 stycznia 1943 roku szłam z koleżanką przez wieś. Byłam w spodniach, a wówczas dziewczynki nie chodziły jeszcze w spodniach, miałam warkocze. »Żydówki!« – zaczęli krzyczeć za nami chłopcy. Rzucali w nas zmarzniętym śniegiem. Byłyśmy przerażone. Tą drogą często przejeżdżali Niemcy. Na rozstaju stał duży krzyż. W mojej głowie zrodził się szalony pomysł: »Jeśli uklęknę pod krzyżem, to oni pomyślą, że jestem Polką, i zostawią mnie w spokoju«. Po raz pierwszy w życiu krzyknęłam: »O Jezu!«. Chłopcy zrozumieli, że pomylili się, i odeszli. Ukrywałam się przez długi czas w kopcu po ziemniakach.

    Tam pod krzyżem coś się stało. Wołałam: »Panie, Boże moich ojców, Boże Abrahama, Izaaka i Jakuba, ja nie chcę Cię zdradzić, ale powiedz mi, kim jest ten Jezus? Ten ukrzyżowany człowiek, prześladowany, cierpiący«. Czułam, że jest mi bardzo bliski, nieustannie o Nim myślałam. Zakochałam się w Nim. Czym jest ta miłość? A był pan kiedyś zakochany? Tak? To to samo.

    Albo zakon, albo śmierć

    Modliłam się: »Jezu, jeśli mnie chcesz, pójdę do klasztoru«. Zawarłam z Nim umowę: wyjdę i przestanę się ukrywać, ale On zadba o moje bezpieczeństwo. Zdobyłam się na szaleństwo. Wyszłam z kryjówki. Właściwie nie chciałam zostać chrześcijanką. Chrześcijan poznałam z najgorszej strony…

    Pan Jezus mnie oczarował. Znalazłam w Nim wszystko. Już wówczas powiedziałam: »Stanę się ofiarą dla Izraela«. Wiedziałam jedno: albo klasztor, albo śmierć. Ale śmierć nie przychodziła. A pragnienie klasztoru było tak silne, że wybrałam się pieszo w drogę do Łomży, 72 kilometry. Siostry nie bardzo wiedziały, co ze mną zrobić. Wcale nie przyjęły mnie z otwartymi ramionami. Jedna z nich była antysemitką i nie wyobrażała sobie życia z Żydówką. Na szczęście ich kierownik duchowy powiedział, że mają mnie przyjąć na rok. Co ciekawe, tak się z tą siostrą zżyłyśmy, że gdy przyjechała moja rodzina, by mnie odebrać z klasztoru, jako pierwsza powiedziała, że mnie nie odda. (śmiech). Bo moja rodzina nie pogodziła się z moją decyzją.

    Szarpanina

    Po wojnie w Wielki Wtorek 1945 roku przyjęłam chrzest (wybrałam imiona Maria Janina), w Wielką Środę wyspowiadałam się, a w Wielki Czwartek przystąpiłam do Komunii. Chrzest z obawy przez narodowcami odbył się przy zamkniętych drzwiach. Takie czasy. W październiku wstąpiłam do opactwa pw. Przenajświętszej Trójcy w Łomży. Przyjęłam imię Paula.

    Ciocia, wujek wciąż mnie szukali. W 1947 roku znaleźli mnie i chcieli wyciągnąć z klasztoru. Pisali nawet do biskupa. Oszukiwali mnie, że mój tata żyje… Oni biedni nie rozumieli, czym jest powołanie, i myśleli, że zostałam za klauzurą w dowód wdzięczności”.

    Zrozumieć kontekst

    Podobny los spotkał dominikankę s. Rozarianę – córkę rabbiego Michała Marguliesa. Najbliżsi nie pogodzili się z jej wyborem do końca, a matka, która znalazła córkę u dominikanek, wołała: „Byłaś ozdobą domu, moim szczęściem, a jesteś teraz z dala ode mnie!”. Trzykrotnie mdlała na furcie.

    Trzeba zrozumieć kontekst. Pokolenie Żydów, któremu cudem udało się uciec z pożogi Holokaustu, zapamiętało pruską dewizę wypisaną na sprzączkach pasów hitlerowców: „Gott mit uns”. Z tym kojarzyli chrześcijaństwo. Doświadczyłem tego przed rokiem w Tykocinie, gdy na brukowanych uliczkach spotkałem wycieczkę z Izraela. Spoglądali na mnie z nieufnością. Dopiero po chwili zorientowałem się, że na koszulce noszę napis po hebrajsku „Jeshua”. Jak różnie reagowaliśmy na Imię ponad wszelkie imię! Oni przyjechali tu, by opłakiwać tych, którzy przed Holokaustem stanowili niemal połowę mieszkańców miasta. Rozstrzelano ich w lesie w Łopuchowie w sierpniu 1941 roku.

    A mała Rachela dorastała niedaleko Jedwabnego (tu zginęła część jej rodziny) czy Szczuczyna, który pamięta krwawy pogrom urządzony Żydom przez chłopów podburzonych przez działaczy Stronnictwa Narodowego. Co ciekawe, sama benedyktynka nigdy nie karmiła się opowieściami o polskim antysemityzmie i nie pozwalała sobie na rozdrapywanie ran. „Kochać jest trudniej, niż nienawidzić” – ucinała temat.

    Morze łez

    Profesję złożyła 8 września 1949 roku. Za klauzurą zadeklarowała: „Chcę być ofiarą za naród Izraela”. Jak biblijna Estera, jak karmelitanka Edyta Stein. Stała w wyłomie muru, w miejscu proroczego objawienia Boga.

    W 1976 roku przeniosła się z Łomży do klasztoru na jerozolimskiej Górze Oliwnej. To była trudna podróż. Z Kurpi do Ziemi Świętej ruszyła przez Rzym i Stany Zjednoczone. Spotkała członków rodziny. Wylali morze łez. „Napisałam do jerozolimskiej przełożonej, że nie znam za bardzo francuskiego, ale przecież jak się w klasztorze milczy, to chyba jest lepiej” – śmiała się. „Siostry przyjęły mnie z radością”.

    „Radość” jest słowem kluczem. Dewiza siostry Pauli? „Módl się i się uśmiechaj”. – Do końca życia pamiętała o imieninach każdej z nas, nawet tych, których już nie znała – opowiadały siostry. – Pisała nam: „Do zobaczenia w niebie”. Aż do samego końca opiekowała się gośćmi. Współczująca dla wszystkich, serdeczna i otwarta na każdego. Szyła siostrom buty, była mistrzynią nowicjatu. – W Łomży czułam się bardziej Polką, tu Żydówką – opowiadała mi w Jerozolimie. – Najpierw chciałam nawrócić całego Izraela, a teraz modlę się razem z Izraelem. Taka zmiana.

    Gdy dopytywałem o wspomnianą dewizę życiową, powiedziała: – Chcę być Jego uśmiechem. I dodała: – Wie pan, dziś, po 50 latach spędzonych w klasztorze, wiem jedno: nie umiem się modlić. Bogu zależy na tym, bym była szczera. To dla Niego najważniejsze. Modliłam się na przykład wtedy, gdy cierpiałam. Ooo tak, wówczas nie miałam już siły udawać, a moje wołanie było szczere. Wiem, że jedyny sposób na modlitwę to… modlitwa.

    Nic dziwnego, że siostry widziały ją często (nawet bardzo schorowaną) na nocnych adoracjach.

    Jestem po to, by uwielbiać

    Nikt, widząc jej promienną twarz, nie domyśliłby się, jak porażającą tajemnicę skrywa ta mniszka. Nie dawała tego po sobie poznać. Błysk w oczach, uśmiech, gościnność i usługiwanie tym, którzy pukali do drzwiczek z niebieskim napisem „Benedictines”. Katolikom, muzułmanom i żydom. – Moje krzyże? Zerwanie z rodziną, myśl, że być może byłam przyczyną śmierci mamusi i braciszka, zerwanie z ojczyzną, z klasztorem w Łomży. Bardzo to trudne. Ale zaczytywałam się w Małej Teresce i już na początku powiedziałam: „Panie Boże, niech będzie najciężej, ale krótko!”. Żyję jednak do dziś. Nieraz już mówiłam Panu Jezusowi, że mnie oszukał. (śmiech)

    Doczekała się. Zmarła 12 sty-cz­nia 2019 r. w wieku 89 lat.

    – Ludzie mówią, że nie ma Boga, a On jest! Jesteśmy cali objęci Jego opieką i miłością – opowiadała. – Palec Boży jest wszędzie. I w radościach, i w cierpieniach. W każdej chwili naszego życia. On pisze prosto po krzywych liniach – jestem tego dowodem. Czytamy o proroku Danielu: „Miał on w górnym pokoju okna skierowane ku Jerozolimie. Trzy razy dziennie padał na kolana, modląc się i uwielbiając Boga”. Ja czuję się takim Danielem w habicie. Jestem po to, by uwielbiać.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Żyd, który napisał o Jezusie?

    Książka „Nazarejczyk” Eugenia Zollego, naczelnego rabina Rzymu, której włoskie wydanie ujrzało światło dzienne w 1938 r., na polskim rynku wydawniczym jest już kilka lat. Dalej jednak jest to publikacja niezbyt znana.

     

    Adobe Stock

    ***

    Kim jest autor tej niezwykłej publikacji? Eugenio Zolli (dawniej Izrael Zoller, ur. w 1881 r. w Brodach nieopodal Lwowa) to wybitny żydowski profesor i egzegeta, znawca Biblii. Studiował nie tylko biblistykę w szkole rabinackiej, ale również filozofię i psychologię we Lwowie, Wiedniu i Florencji. Był naczelnym rabinem Triestu, a potem Rzymu. Wykładał literaturę hebrajską w Padwie. W końcu nawrócił się na chrześcijaństwo.

    Eugenio Zolli to człowiek jedyny w swoim rodzaju. Wspólnie z Piusem XII ratował społeczność żydowską przed Holocaustem – źródła przypisują papieżowi uratowanie ok. 850 tys. Żydów.

    Zolli, jeszcze jako rabin, udowadniał, że Jezus Chrystus jest oczekiwanym przez synów Abrahama i zapowiadanym w Biblii hebrajskiej Mesjaszem. Szczegółowo dokumentuje to przekonanie właśnie w „Nazarejczyku”. Książka ta w Polsce jest praktycznie nieznana. A warto do niej zajrzeć, by zapoznać się z argumentacją człowieka, który po zbadaniu źródłowych tekstów dochodzi do bezdyskusyjnego wniosku, że to właśnie w osobie Jezusa z Nazaretu wypełniają się starotestamentowe proroctwa Izraela.

    Książka „Nazarejczyk” ma 344 strony i składa się z 17 rozdziałów opatrzonych wstępem i bibliografią. Z pewnością nie należy do lektur łatwych. Niemniej jednak warto po nią sięgnąć, ponieważ czytelnik będzie miał niepowtarzalną okazję poznania bogactwa przesłania biblijnego, wręcz zanurzenia się w nim. Autor tej pozycji w niezwykle mozolny, szczegółowy, a zarazem merytoryczny sposób odkrywa bowiem przed czytającym świat Pisma Świętego – zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu. Jednoznacznie wskazuje na osobę Syna Bożego jako oczekiwanego Mesjasza. Wydaje się, że na szczególną uwagę zasługuje rozdział 11 – „Pascha w literaturze staro- i nowotestamentowej”.

    Warto też zwrócić uwagę na tłumacza. Jest nim ks. prof. Artur Jerzy Katolo, m.in. znawca języka włoskiego, profesor Pontificia Facoltà Teologica dell’Italia Meridionale – ISSR i ITCS w Rende (prov. Cosenza) oraz kierownik katedry filozofii i teologii moralnej.

    „Nazarejczyk” został wydany dzięki współpracy Fundacji Instytut Globalizacji z włoskim wydawnictwem Edizioni San Paolo.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Niezwykłe ocalenie Białegostoku od zagłady. Bóg za sprawą ks. Michała Sopoćki okazał Miłosierdzie

    (zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay.com)

    ***

    Mieszkańcy Białegostoku biorą udział w uroczystościach dziękczynnych za ocalenie swojego miasta przed zagładą, która w marcu 1989 roku zawisła nad nim, wskutek wykolejenia się cystern z trującym chlorem. Białostoczanie wierzą, że od straszliwej śmierci w  toksycznej chmurze chloru, tysiące z nich zostało wybawionych przez Boga, dzięki wstawiennictwu ks. Michała Sopoćki. Ten niestrudzony orędownik Bożego Miłosierdzia mieszkał w Białymstoku, zaledwie kilkaset metrów od miejsca katastrofy.

    Cały dramat rozegrał się niespełna dwie godziny po północy 9 marca 1989 r. Pociąg towarowy relacji ZSRR – NRD ruszył właśnie ze stacji Białystok Fabryczny. W skład tego pociągu wchodziło m.in. 12 cystern z ciekłym chlorem o stężeniu 99,9 procent. Następną stacją miał być Białystok Centralny. Pociąg jednak nie dotarł do niej, gdyż wskutek pęknięcia szyny toru kolejowego cztery cysterny (każdą wypełniało 43 do 52 ton ciekłego chloru) wykoleiły się i stoczyły z nasypu.

    – To był straszny widok. Tory porozrywane, wózki spod cystern wywrócone do góry kołami, połamane podkłady, cysterny wryte w ziemię. Nie wiem dlaczego się nie rozszczelniły ? – wspominał Jan Malec, fotoreporter który był na miejscu katastrofy.

    Nad śpiącym miastem zawisło przerażające widmo zagłady. Według analiz biegłych, gdyby choćby jedna z wykolejonych cystern uległa rozszczelnieniu, morderczy obłok chloru zakryłby pas o szerokości 3-4 km i 50 km długości. Przy wietrze, który wiał tej nocy w kierunku miasta, zginęłoby prawdopodobnie 80 proc. mieszkańców Białegostoku.

    Dokładnie o 15.00., w godzinę Miłosierdzia Bożego, strażacy postawili na tory pierwszą z wykolejonych cystern, ostatnią – niemal dobę po wypadku. Chlor nie wydostał się z przewróconych cystern.

    Białostoczanie wierzą, że ten cud dokonał się dzięki wstawiennictwu ks. Sopoćki. W miejscu katastrofy postawili granitowy krzyż z tablicą, na której jest wyryte dziękczynienie Bogu za ocalenie i ks. Michałowi Sopoćko za jego skuteczne wstawiennictwo. Co ciekawe, ks. Sopoćko przez ostatnie lata życia mieszkał u sióstr zakonnych, zaledwie kilkaset metrów od miejsca katastrofy. A w miejscu gdzie ona się wydarzyła lubił siadać i modlić się na Różańcu.     

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Oficjał sądu biskupiego: żyjąc po rozwodzie w nowym związku popełnia się cudzołóstwo i nie można przystąpić do Komunii św.

    Osoby po rozwodzie żyjące w nowym związku, żyją w sytuacji publicznego i trwałego cudzołóstwa, czyli grzechu ciężkiego. Oznacza to, że dopóki trwają w grzechu nie mogą przystąpić do Komunii św. – powiedział PAP kanonista ks. prof. Jan Krajczyński, oficjał sądu biskupiego w Płocku.

    rodjulian / fotolia.com

    ***

    Radio Watykańskie podało, że biskup diecezji pilzneńskiej w Czechach Tomáš Holub zapowiedział, że osoby rozwiedzione, które “żyją w nowym związku po rozeznaniu będą mogły dostąpić +trwałego aktu miłosierdzia+, co umożliwi im ponowne przystępowanie do sakramentów+”.

    W rozmowie z PAP oficjał sądu biskupiego w Płocku kanonista ks. prof. Jan Krajczyński z UKSW podkreśla, że “w prawie kanonicznym nie ma wyrażenia +trwały akt miłosierdzia+, nie zna go również teologia”. Zaznaczył, że osoba, która chce przyjąć Chrystusa w sakramentalnej Komunii świętej “powinna być wolna od grzechu ciężkiego”.

    Podkreśla, że “zawarcie nowego związku (po rozwodzie – PAP) powiększa jeszcze bardziej ciężar rozbicia małżeństwa; stawia bowiem małżonka, który żyje w takim nowym związku, w sytuacji publicznego i trwałego cudzołóstwa. Tym samym, mamy w tym przypadku niejako podwójne źródło stanu grzechu ciężkiego” – wyjaśnił oficjał sądu biskupiego. Dodał, że “narodziny potomstwa w takim związku nie pomniejszają ciężaru grzechu stron”.

    Zaznaczył, że osoby takie “mogą otrzymać absolucję grzechów, tylko w jednym przypadku – jeśli żałują, że podeptały prawo Boże dotyczące małżeństwa i zobowiązują się żyć w całkowitej wstrzemięźliwości, tj. nie korzystać z praw, jakie przysługują wyłącznie małżonkom”.

    PAP: Radio Watykańskie podało, że biskup diecezji pilzneńskiej w Czechach Tomáš Holub zapowiedział, że osoby rozwiedzione, które “żyją w nowym związku po rozeznaniu będą mogły dostąpić +trwałego aktu miłosierdzia+, co umożliwi im ponowne przystępowanie do sakramentów+”. Czym jest “trwały akt miłosierdzia” i kto może z niego skorzystać?

    Ks. Jan Krajczyński prof. UKSW: W prawie kanonicznym nie ma wyrażenia +trwały akt miłosierdzia+, nie zna go również teologia. Papież Franciszek w adhortacji apostolskiej Amoris laetitia też nie mówi o żadnym trwałym akcie miłosierdzia. Owszem – co jest jak najbardziej słuszne i pożądane w perspektywie zbawienia – traktuje on o trwałym towarzyszeniu duszpasterskim tym, którzy zawarli małżeństwo. Niewątpliwie dotyczy to również tych osób, których małżeństwo z jakichś powodów się rozpadło. Ci ludzie, jako że znajdują się w trudnej sytuacji, tym bardziej mają prawo do duchowego wsparcia i wszelkiej możliwej pomocy. Jeśli jednak chodzi o “trwały akt miłosierdzia”, może go udzielić jedynie Pan Bóg.

    PAP: Czy osoby rozwiedzione, które żyją w nowym związku – żyją w grzechu ciężkim, czy raczej jest to tylko nieuporządkowanie wewnętrzne? Co w przypadku, jeśli w drugim związku są już małe dzieci? Pojawia się zarzut, że skoro kapłana można przenieść do stanu świeckiego i może on wychowywać swoje dziecko, to takie samo prawo należy się osobom świeckim.

    Ks. J. K.: Jakkolwiek sam rozwód cywilny ma charakter niemoralny i jest grzechem ciężkim, ponieważ przez rozwód rozwiązuje się to, co Bóg złączył, nie można wszystkich rozwodów oceniać tak samo w kategoriach moralnych. Jeśli bowiem rozwód cywilny pozostaje jedynym możliwym sposobem zabezpieczenia pewnych słusznych praw, np. opieki nad dziećmi lub obrony majątku, może być tolerowany i nie stanowi przewinienia moralnego.

    Zawarcie nowego związku powiększa jeszcze bardziej ciężar rozbicia; stawia bowiem małżonka, który żyje w takim nowym związku, w sytuacji publicznego i trwałego cudzołóstwa. Tym samym, mamy w tym przypadku niejako podwójne źródło stanu grzechu ciężkiego; pierwszym jest rozbicie małżeństwa, drugim usiłowanie zawarcia nowego związku i trwanie w publicznym grzechu przeciwko czystości. Ta ostatnia okoliczność, tj. publiczne cudzołóstwo i zgorszenie, zachodzi nawet wtedy, gdy osoby związane tym cywilnym węzłem żyją w tzw. białym małżeństwie, tj. nie obcują ze sobą fizycznie.

    Narodziny potomstwa w takim związku nie pomniejszają ciężaru grzechu stron. Oczywiście takie dzieci nie mogą być w żaden sposób piętnowane za winę rodziców.

    Jeśli chodzi o księży przenoszonych do stanu świeckiego, należy pamiętać, że uchyla się w tym przypadku prawo ludzkie o celibacie duchownych. W przypadku małżeństwa zaś mamy do czynienia z zobowiązaniem wynikającym z prawa Bożego, od którego żadna władza, nawet najwyższa, nie może dyspensować.

    Prawo o bezżenności duchownych, znane w Kościele łacińskim, nie obowiązuje księży z katolickich Kościołów wschodnich. Normy prawa dotyczące zachowania celibatu pochodzą od człowieka, te, które odnoszą się do trwałości małżeństwa, od samego Boga.

    PAP: Czy osoby porzucone żyjące w nowy związku mogą korzystać z sakramentu pokuty i eucharystii? Jeśli tak, to pod jakimi warunkami? Jak to precyzuje prawo kanoniczne i nauka o sakramentach?

    Ks. J. K.: Osoby porzucone dopóki żyją w samotności jak najbardziej mogą korzystać z sakramentów Kościoła, o ile posiadają stosowną dyspozycję. Jeśli osoby te wstąpiły w nowy związek, znajdują się w sytuacji, która obiektywnie wykracza przeciw prawu Bożemu, i nie mogą przystępować do Komunii świętej tak długo, jak długo trwa ta sytuacja. Z tego też powodu nie mogą one pełnić pewnych funkcji kościelnych, np. katechizować, sprawować posługi lektora czy nadzwyczajnego szafarza Eucharystii.

    Oczywiście osoby te mogą korzystać z sakramentu pokuty, np. w celu umocnienia się na duchu i rozwiązania jakiejś kwestii moralnej; nie otrzymają jednak w takim przypadku stosownego rozgrzeszenia.

    Wspomniane osoby mogą dostąpić pojednania z Bogiem i Kościołem, tj. otrzymać absolucję grzechów, tylko w jednym przypadku. Jest to możliwe, jeśli żałują, że podeptały prawo Boże dotyczące małżeństwa i zobowiązują się żyć w całkowitej wstrzemięźliwości, tj. nie korzystać z praw, jakie przysługują wyłącznie małżonkom. Może to mieć miejsce np. wtedy, gdy osoby te z powodu okoliczności życia zostały niejako przymuszone do związania się węzłem cywilnym. Dotyczy to choćby sytuacji, kiedy wstąpiły w taki związek z powodu zapewnienia koniecznej opieki potomstwu pochodzącemu z małżeństwa.

    PAP: Wiele osób powołuje się na dokumenty papieskie jak na prawo np. adhortację apostolską Amoris laetitia. Jaki zatem charakter mają encykliki, adhortacje, dekret? Czy są one tylko pewną wskazówką, zachętą, czy prawem?

    Ks. J.K.: Adhortacja to nic innego jak zachęta lub upomnienie o charakterze duszpasterskim, w którym papież przedkłada grupie lub wszystkim wiernym pogłębione stanowisko dotyczące jakiejś aktualnej kwestii z zakresu życia Kościoła.

    W encyklice, która jest listem ogólnym adresowanym do biskupów, wiernych i ludzi dobrej woli, biskup rzymski wyjaśnia naukę chrześcijańską, poucza, przedkłada rady, przestrzega przed niebezpiecznymi opiniami i potępia błędy. Oba te typy aktów papieskich, niebędących ustawami, pozwalają wiernym lepiej zrozumieć określone normy prawa kanonicznego. Jeśli postanowienia instrukcji nie dadzą się pogodzić z przepisami ustaw, są pozbawione wszelkiej mocy.

    Dekrety, jeśli mają charakter ogólny, tj. dotyczą całego Kościoła, są ustawami powszechnymi i obowiązują wszystkich wiernych, chyba że ustawodawca w poszczególnym przypadku postanowił co innego.

    PAP: Na czym polega rozeznanie w kwestii wspomnianych wyżej par, biorąc pod uwagę, że zasadniczo duchowni w Kościele nie podejmują rozeznawania duchowego? Czy subiektywna decyzja spowiednika wystarczy? Historia Kościoła pokazuje, że nie tylko biskupi, ale także byli papieże, którzy głosili herezję?

    Ks. J.K.: Rozeznawanie sytuacji osób rozwiedzionych, które żyją w nowym związku, oznacza wnikliwe poznanie ich sytuacji prawnej i duchowej, ukierunkowane na udzielenie im pomocy adekwatnej do wyników tego rozpoznania. W pewnych przypadkach – jak zauważa papież Franciszek – mogłaby to być również pomoc sakramentów, w innych może to być zachęcenie tych osób do wszczęcia procesu o stwierdzenie nieważności małżeństwa, w jeszcze innych efektem tego badania może być wskazanie wiernym sposobów lepszego życia, okupienia grzechów uczynkami sprawiedliwymi, pomnażania dzieł miłości, która zakrywa wiele grzechów itp.

    Wspomnianego rozeznania nie można sprowadzić do zwykłej autorefleksji tych osób, czy też pozostawienia penitentom decyzji, co do kształtu i zakresu ich udziału w życiu sakramentalnym Kościoła. Równolegle z rozeznawaniem duszpasterza winno też iść rozeznanie osobiste wiernego znajdującego się w sytuacji nieprawidłowej. Tylko taki bowiem trud gruntownego badania własnego sumienia może doprowadzić taką osobę do nawrócenia i podjęcia działań, które papież określa jako rozwój pośród ograniczeń i jakiś sposób uczestniczenia w życiu wspólnoty.

    W całym tym wspólnym wysiłku duszpasterza i wiernego, który znalazł się w sytuacji nieregularnej, jakkolwiek ma dominować logika współczucia i unikania prześladowania lub osądów zbyt surowych czy niecierpliwych, nie można nie brać pod uwagę wymagań Ewangelii. Oznacza to, duszpasterz dokonujący rozeznania ma czynić to na wzór Chrystusa, który spoglądał na ludzi z miłością i zarazem troszczyć się, aby rozwiedzeni żyjący w nowych związkach i osoby trzecie nigdy nie pomyśleli, że w Kościele usiłuje się minimalizować wymagania Ewangelii, popiera podwójną moralność czy uchyla się zasadę nierozerwalności małżeństwa.

    PAP: Kiedy słowa biskupa i papieża mają moc bezwzględnie zobowiązującą?

    Ks. J.K.: Zadaniem papieża i biskupów jest czuwanie, by lud Boży trwał w prawdzie. Przedmiotem ich szczególnej odpowiedzialności są kwestie z zakresu wiary i obyczajów. Jeśli w tych sprawach papież lub kolegium biskupów, tj. wszyscy biskupi na czele z papieżem, przedstawiają jakąś prawdę w sposób definitywny, uroczysty i wyraźnie zaznaczając, że chodzi o naukę nieomylną, wierni powinni przyjąć taką definicję dogmatyczną jako objawioną przez Boga.

    Jeśli wymienione osoby przedstawiają jakąś prawdę z zakresu wiary i obyczajów w sposób ostateczny, takiej nauce należy okazać religijne posłuszeństwo rozumu i woli.

    Jeśli chodzi o biskupów, którzy nauczają pojedynczo lub też zebrani razem, np. na synodzie partykularnym lub w ramach konferencji biskupów, nie posiadają nieomylności w nauczaniu. Należy jednak zastrzec, że wspomniani biskupi są w odniesieniu do wiernych powierzonych ich trosce nauczycielami i mistrzami wiary a tym samym wierni obowiązani są okazać ich autentycznemu przepowiadaniu religijne posłuszeństwo.

    PAP: Czy pragnienie eucharystii u osób żyjących związkach po rozwodzie wystarczy, aby udzielać im komunii?

    Ks. J. K.: Nie, żadną miarą! Samo pragnienie przystąpienia do Komunii św. nie wystarczy do jej udzielenia w żadnym przypadku; dotyczy to tak dorosłych jak dzieci. Osoba, która chce przyjąć Chrystusa Pana w Komunii świętej, sakramentalnej lub duchowej, powinna posiadać odpowiednią dyspozycję. Inaczej, powinna być wolna od grzechu ciężkiego. (PAP)

    Magdalena Gronek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między małżonkami a Bogiem

    By zrozumieć istotę sądu kościelnego, który orzeka nieważność małżeństwa, trzeba najpierw uświadomić sobie, że jeśli małżeństwo zaistniało, to znaczy dokonał się sakrament małżeństwa, to nikt z ludzi ani żadna instytucja kościelna, ani nawet papież nie ma takiej władzy, ani takiej możliwości, aby małżeństwo ważnie zawarte unieważnić, czyli jak niektórzy potocznie mówią – dać rozwód kościelny. Sakrament małżeństwa bowiem to związek, zjednoczenie dwojga osób z Bogiem. Dlatego to, co dokonało się między małżonkami a Bogiem nie może być przerwane i w żadnym wypadku nie jest przerwane, nawet jeśli małżonkowie nie są już razem, czy też żyją już w ponownym związku małżeńskim.

    Sakrament małżeństwa symbolizując związek Chrystusa z Kościołem odznacza się jednością i nierozerwalnością. Sakrament łączy jednego mężczyznę z jedną kobietą na całe życie. Związek sakramentalny kończy się tylko ze śmiercią jednego ze współmałżonków.

    Za Katechizmem Kościoła Katolickiego (1638, 1639, 1640) można zacytować: „Z ważnego małżeństwa powstaje między małżonkami węzeł z natury swej wieczysty i wyłączny. Zgoda, przez którą małżonkowie oddają się sobie i przyjmują wzajemnie, zostaje przypieczętowana przez samego Boga. Z ich przymierza powstaje z woli Bożej instytucja trwała także wobec społeczeństwa. Przymierze małżonków zostaje włączone w przymierze Boga z ludźmi. Prawdziwa miłość małżeńska włącza się w miłość Bożą. Węzeł małżeński został więc ustanowiony przez samego Boga, tak, że zawarte i dopełnione małżeństwo osób ochrzczonych nie może być nigdy rozwiązane. Węzeł wynikający z wolnego, ludzkiego aktu małżonków i z dopełnienia małżeństwa jest odtąd rzeczywistością nieodwołalną i daje początek przymierzu zagwarantowanemu wiernością Boga”.

    Dla ważnej przyczyny

    Jeśli natomiast sakrament nie zaistniał, nie dokonał się, choć odbył się uroczysty ślub i było huczne wesele, to tylko w takim wypadku (dla ważnej przyczyny) można ubiegać się o orzeczenie nieważności małżeństwa, tzn. o stwierdzenie, że między małżonkami nigdy nie zaistniał sakrament małżeństwa. A kiedy nie dokonał się sakrament, choć odbył się ślub – wtedy zabrakło jednego z warunków zaistnienia sakramentu małżeństwa. Jakie to warunki? Na pierwszym miejscu trzeba wymienić wolną wolę. Być wolnym to znaczy nie być poddanym przymusowi i nie mieć przeszkody ze strony prawa naturalnego i kościelnego. Jeśli byłby jakikolwiek przymus lub bojaźń, małżeństwo było by nieważne. Pierwszy rodzaj przymusu to kiedy ktoś dla racji majątkowych, rodzinnych bądź innych chce konkretnego małżeństwa i w tym celu wywiera presję na młodych. Drugi polega na szantażu ze strony jednego z narzeczonych lub osoby trzeciej. Trzeci rodzaj – kiedy młodzi przed ślubem spodziewają się potomstwa lub mają już potomstwo i to jest dla nich jedyny powód do zawarcia małżeństwa, czy też zawierają małżeństwo pod wpływem presji opinii innych.

    Orzeczenie sądu

    Następnie trzeba powiedzieć o braku wystarczającego używania rozumu. Małżeństwo było by nieważne gdyby któraś z osób miała poważny brak rozeznania oceniającego istotne prawa i obowiązki małżeńskie, gdyby któraś z osób nie uświadamiała sobie dostatecznie celu małżeństwa i nie byłaby zdolna do jego realizacji. Trzeba też powiedzieć o podstępie, dzięki któremu któraś ze stron chciała by uzyskać zgodę małżeńską. Chodzi o to, czy któraś ze stron nie ukrywa czegoś, co mogłoby w przyszłości zakłócić wspólnotę życia małżeńskiego. I wreszcie jeżeli narzeczeni chcieliby zawrzeć sakramentalny związek małżeński wyłącznie w innych celach niż te, które są podyktowane zamysłem Bożym lub wykluczają jakiś istotny element małżeństwa, względnie jakiś istotny jego przymiot (jedność, nierozerwalność, prokreacja) – zawierają małżeństwo nieważnie. Jeśli zatem w momencie zawierania sakramentu małżeństwa brakło wyżej wymienionych warunków (czy choćby jednego z nich), jeśli małżonkowie z różnych powodów nie trwają już w naturalnym małżeństwie, czy też najczęściej są już w ponownych związkach i chcą uregulować sobie stan prawny, to wtedy mogą ubiegać się w sądzie kościelnym o wydanie orzeczenia o nieważności małżeństwa (czyli, że nigdy nie byli sakramentalnym małżeństwem). Sąd kościelny po gruntownym zbadaniu sprawy wydaje odpowiednie orzeczenie.

    Nie ma rozwodów

    W Kościele katolickim nie ma rozwodów, jest tylko możliwość stwierdzenia istniejącej od początku nieważności związku, który zewnętrznie uchodził za małżeństwo, a w rzeczywistości na utajoną przeszkodę nigdy wewnętrznie nie doszedł do skutku. Można także z ważnych powodów (pijaństwo, zdrady) przeprowadzić separację małżonków, która jednak nie rozrywa węzła małżeńskiego.

    Papież Paweł VI przemawiając 9 lutego 1976 r. do prałatów, audytorów, adwokatów i innych pracowników Trybunału Roty Rzymskiej odrzucił szeroko rozpowszechniony pogląd, jakoby po wygaśnięciu pierwotnych porywów pożądliwości związek małżeński przestawał istnieć, ponieważ został zawarty dobrowolnie i z miłości. Umowa małżeńska – stwierdził Papież – tworzy pewien stan życia, w którym odtąd małżonkowie nie mają już władzy, jest ona wyższa niż przypływ i odpływ ludzkich uczuć, nawet bardzo szlachetnych, które jednak ze swej istoty podlegają nastrojom i osłabieniu, a nawet mogą zupełnie zanikać. Tak bowiem rzeczywistość prawna, jaką jest powstałe z wzajemnej zgody małżeństwo, istnieje niezależnie od miłości i trwa nadal choćby uczucie miłości między małżonkami całkowicie wygasło.

    * * *

    Małżeństwo

    oczu dwie pary
    by widzieć za siebie

    cztery ręce
    razem mogą chwycić
    każdą świata stronę

    dwa serca
    bieguny jednego magnesu

    cztery nogi
    we wszystkim oparcie

    parasol ojcostwa
    dywan macierzyństwa
    cud jednego ciała

    Krzysztof Seweryn Wroński/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE 2023

    W DNIACH OD 16 – 19 MARCA:

    “ZNAK JONASZA”.

    REKOLEKCJONISTA:

    KS. MICHAŁ SENNICKI SAC

    Ksiądz Michał Siennicki: Pan Bóg bardzo uważnie słucha naszych próśb. Czasami nas wyprzedza
    Ksiądz Michał jest doktorem Prawa Kanonicznego. Tytuł naukowy otrzymał na Papieskim Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie. Był kapelanem Rejsu Niepodległości. Pracował na misjach Barbadosie. Obecnie jest prefektem studiów w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Również jest postulatorem procesu beatyfikacyjnego sługi Bożej siostry Wandy Boniszewskiej, która była zupełnie “ukryta przed światem”. Dzięki swojej badawczej pracy doprowadził do zakończenia diecezjalnego procesu beatyfikacyjnego sługi Bożego ks. Stanisława Szulmińskiego, pallotyna, który zginął w obozie pracy w Uchcie w 1941 roku oddając swoje życie w intencji pojednania wspólnot prawosławnych z Kościołem Katolickim.

    ___________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 Hyndland St. Glasgow, G11 5P

    ****

    16 MARCA – CZWARTEK III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 20. 00 – MSZA ŚW. – I NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________________________________________________

    17 MARCA PIĄTEK III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA (W TRZECI PIĄTEK KAŻDEGO MIESIĄCA). BARDZO DZIĘKUJĘ ZA ZROZUMIENIE TYM, KTÓRZY PRZYCHODZĄ KAŻDEGO MIESIĄCA, ABY OPRÓCZ KONTRYBUCJI, KTÓRĄ WPŁACAMY NA KONTO PARAFII ŚW. PIOTRA, RÓWNIEŻ I W TEN SPOSÓB PODZIĘKOWAĆ, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ W TYM PIĘKNYM KOŚCIELE UCZESTNICZYĆ W LITURGII W NASZYM OJCZYSTYM JĘZYKU.

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – II NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________________________________________________

    18 MARCA – SOBOTA III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 17.00 – SPOTKANIE REKOLEKCYJNE

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. – III NAUKA REKOLEKCYJNA

    ________________________________________________________________________________________

    19 MARCA – IV NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. – IV NAUKA REKOLEKCYJNA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bp Sławomir Oder:

    Głośniejszego głosu w sprawach potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilii niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było

    Bp Oder: Głośniejszego głosu w sprawach potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilii niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było
    Bp Sławomir Oder/ fot.Tomasz Gołąb/ Gość Niedzielny

    ***

    Bliskość, serdeczność, ciepło, bezpośrednia relacja, to jest to, co możemy dostrzec w posłudze Jana Pawła II. I tak wyobrażam sobie moją posługę biskupią – mówi w rozmowie z KAI nowy biskup gliwicki Stanisław Oder. Święcenia biskupie oraz ingres bp. Sławomira Odera do katedry w Gliwicach odbędą się w najbliższą sobotę 11 marca.

    Ks. Oder był postulatorem procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Jana Pawła II. Proszony o komentarz do nagłaśnianych obecnie zarzutów, że Jan Paweł II był zbyt pobłażliwy wobec przestępstw pedofilskich w Kościele, odpowiada: „Jeżeli w uczciwy sposób spojrzymy na jego wypowiedzi i działania, to głośniejszego głosu w sprawach potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilii niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było. (…) A dokonywane dziś usiłowanie podważenia autorytetu Jana Pawła II wpisuje się w kontekst odwiecznej walki pomiędzy dobrem a złem”.

    A oto pełen tekst wywiadu:

    Marcin Przeciszewski: Księże Biskupie, bycie biskupem w dzisiejszych czasach kryzysu autorytetów, a szczególnie podważania autorytetu Kościoła, jest coraz trudniejsze. Decyzja o przyjęciu nominacji nie należała chyba do łatwych?

    Bp Sławomir Oder: Myśląc o nominacji biskupiej pozostajemy często na poziomie myślenia w kategoriach tego świata. Biskupstwo przez wieki utożsamiane było z drogą do sukcesu i traktowane jest jako wielki awans. Dziś to dość radykalnie się zmieniło. Jeśli byśmy pominęli element duchowy, czyli Boży wymiar posługi biskupiej, to moglibyśmy uważać, że ktoś, kto decyduje się w tych czasach zostać biskupem, jest po prostu szaleńcem.

    Tymczasem – moim zdaniem – nie można w ten sposób do tego podchodzić. Posługa kapłańska czy biskupia jest to rzeczywistość przede wszystkim Boża, do której zostajemy wezwani. Jeśli spojrzymy na to z perspektywy wiary, jest to kwestia zawierzenia Chrystusowi. To nie ja szukałem tego, co mnie spotkało, ale w ten sposób spotykam się z wolą Bożą. Decyzja czy przyjmuję wybór na biskupa czy go nie przyjmuję jest w rzeczywistości odpowiedzią na pytanie: czy ufam Bogu, czy Mu nie ufam? Czy wierzę, że On jest Panem mojego życia, czy chcę być kimś, kto buduje swoje życie według własnego uznania?

    Jestem przekonany, że to, co się wydarzyło dotąd w moim życiu, jest dowodem prowadzenia mnie przez Boga ścieżkami, których sam bym nie wybrał. Jednak od kiedy powiedziałem Mu: „oto jestem Panie”, odtąd czekała mnie wspaniała przygoda. A towarzyszyła temu radość odkrywania czegoś, co zawsze wiązało się z doświadczeniem Jego bliskości.

    A na to, co się teraz dzieje w moim życiu, na tę nominację nie mogę patrzeć inaczej jak przez pryzmat dialogu, do którego Chrystus zaprosił mnie już przed laty. Najpierw powołał mnie by zostać chrześcijaninem, potem by zostać kapłanem, a teraz, żeby zostać biskupem. W momencie przyjmowania tej decyzji w moim sercu nie było strachu. Kiedy człowiek pozostaje w relacji z Bogiem, nie odczuwa strachu lecz Bożą bojaźń. A jest to zupełnie co innego. Jest to rzeczywistość, która otwiera nas na łaskę i pozwala zrozumieć, że to nie my Go wybraliśmy, ale to On nas powołał i nam zaufał. A powierzając nam jakieś zadanie czy rolę, powtarza swą obietnicę daną apostołom, że nigdy nie pozostawi nas samych.

    Jak Ksiądz postrzega priorytety swej posługi jako biskupa, jaki model jej sprawowania zamierza przyjąć?

    W swoim życiu spotkałem wielu świątobliwych kapłanów, a także wielu wspaniałych biskupów, którzy mogą być teraz dla mnie punktami odniesienia. Przez wiele lat miałem szczęście pracować w Rzymie, gdzie zawsze takim punktem odniesienia jest osoba Ojca Świętego. A pracowałem tam za trzech papieży, za Jana Pawła II, w czasie całego pontyfikatu Benedykta XVI i także przez osiem lat rządów Franciszka. Wszystko, co stanowiło indywidualny rys każdego z tych ludzi, dobrze wpisuje się w tradycję i w ciągłość Kościoła.

    Obowiązkiem biskupa jest prowadzenie ludu Bożego drogami Ewangelii. Sposób sprawowania tej misji zależy od osobistego doświadczenia, a także od konkretnej osobowości. Dla mnie w posłudze biskupa najważniejsza jest wierność Ewangelii. Ale jednocześnie świadomość, że Ewangelia ma kształtować rzeczywistość i relacje z drugim człowiekiem. Sposób przeżywania tych relacji jest ważny: bliskość, słuchanie, szacunek dla drugiego oraz podejmowanie dialogu. Nie chcę być biskupem – dyktatorem, narzucającym swą wolę. Istotne jest dostrzeżenie drugiego człowieka, jego odczuć, predyspozycji, zdolności, oczekiwań i potrzeb, choć z drugiej strony biskup jest też gwarantem wiary i dyscypliny. Tego uczyłem się patrząc na Jana Pawła II. Przecież zarówno jego pontyfikat jak i późniejsza moja praca przy jego procesie beatyfikacyjnym, stały się ogromną częścią mojej własnej historii i mojego doświadczenia Kościoła.

    Jako postulator procesu beatyfikacyjnego a później kanonizacyjnego Jana Pawła II Ksiądz głęboko się z nim związał. Czy będzie on teraz wzorem biskupiego posługiwania? Jakie najistotniejsze elementy z tej spuścizny chciałby Ksiądz Biskup kontynuować?

    Jan Paweł II jest dla mnie szczególnym punktem odniesienia, modelem kapłana i biskupa. Dlatego okres prowadzenia procesu beatyfikacyjnego był dla mnie czasem własnych rekolekcji kapłańskich. Karol Wojtyła swe kapłaństwo przeżywał w sposób wyjątkowy. I to niezależnie od tego czy był kapłanem pracującym u św. Floriana w Krakowie czy na zwykłej parafii w Niegowici, czy później jako arcybiskup krakowski, jako profesor i wreszcie papież. On zawsze pozostał w pierwszym rzędzie kapłanem, niezależnie gdzie był i jakie miejsce zajmował.

    Inaczej nie może być w posłudze biskupa – bycie kapłanem jest jej istotą. Jeśli biskup nie przeżywa tego w głębokiej relacji z Chrystusem, to trudno, aby był prawdziwie biskupem. Trudno, aby był rzeczywistym ojcem dla kapłanów, przewodnikiem wiary dla wiernych, by był tym, który ma umacniać jedność Kościoła.

    Jan Paweł II bycie papieżem bardzo świadomie i głęboko wiązał z posługą biskupa Rzymu. Odwiedzał więc poszczególne parafie Wiecznego Miasta, spotykał ludzi, rozmawiał z kapłanami, był blisko. Krótko mówiąc, był pasterzem przesiąkniętym zapachem swoich owiec. Nie był zamknięty w złotej klatce pałacu papieskiego, ale każdą niedzielę, o ile nie przebywał poza miastem, spędzał pośród parafian w Rzymie. O tej bliskości pasterza do ludzi dzisiaj bardzo często mówi papież Franciszek. Bliskość, serdeczność, ciepło, bezpośrednia relacja, to jest to wszystko, co możemy dostrzec w posłudze Jana Pawła II. I tak chciałbym sobie wyobrazić moją posługę biskupią.

    Doświadczenie wiary Kościoła jest rzeczywistością żywą. Znamy rozwój dogmatów i ewolucję nauczania. Ale tym co pozostanie absolutnym novum zainaugurowanym przez Jana Pawła II, jest właśnie ten styl bliskości. „Człowiek jest drogą Kościoła” – mówił w swej pierwszej encyklice „Redemptor hominis”. Było to podjęcie nauki Soboru Watykańskiego II. Wskazanie na Chrystusa było dlań zarazem postawieniem na człowieka. Oczywiście człowieka w odniesieniu do Chrystusa, takiego jakim człowiek jest w zamyśle Bożym.

    Troska o człowieka jest tym, co jest bardzo cenne w Kościele, bo przecież Kościół, to jest wspólnota ludzi zbawianych przez Chrystusa. Nie jest to jedynie instytucja, jest to rodzina. Rzeczywistość złożona z tych, za których Chrystus oddał życie. Różne tematy będą pojawiać się na drodze Kościoła, ale zawsze na tej drodze punktem odniesienia będzie konkretny człowiek. Człowiek taki, jakim jest w zamyśle twórczym i zbawczym Boga.

    Coraz częściej wysuwany jest zarzut, że cień na świętości Jana Pawła II kładzie jego zbyt pobłażliwy stosunek do kwestii wykorzystywania seksualnego osób małoletnich w Kościele. A jaki jest osobisty pogląd Księdza, jako znawcy życia, nauczania i działalności Jana Pawła II na to, w jaki sposób podchodził on do kwestii związanych z pedofilią w Kościele? Czy wysuwane obecnie zarzuty są uprawnione z jakiegokolwiek punktu widzenia?

    Jeśli chodzi o osobę Jana Pawła II mamy do czynienia z wielką transparencją. Jeżeli w uczciwy sposób spojrzymy na jego wypowiedzi i działania, to głośniejszego głosu w sprawach potrzeby oczyszczenia Kościoła z przestępstw na tle pedofilii niż głos Jana Pawła II za jego czasów nie było. A głos ten pojawił się już w 1993 r. w przemówieniu do biskupów amerykańskich. A powiedział on wówczas, że dla tego typu przestępców, którzy krzywdzą najsłabszych, nie ma miejsca w Kościele. Nikt poza Janem Pawłem II w ówczesnym świecie tego tak ostro nie mówił. Sprawy te zostały również rzetelnie przebadane w watykańskich archiwach podczas jego procesu beatyfikacyjnego. Oskarżanie go o sprzyjanie czy „zamiatanie pod dywan” przestępstw na tle wykorzystywania seksualnego małoletnich jest zupełnym absurdem, a przede wszystkim przeczy faktom.

    Nikt przed Janem Pawłem II nie wyniósł nauki o godności człowieka do takiego poziomu. Nie tolerował on sytuacji, z którymi wiązałoby się krzywdzenie dzieci.

    Jaki jest więc powód obecnej fali krytyki Jana Pawła II na tym tle? W jaki sposób to Ksiądz tłumaczy?

    Od samego początku pontyfikat Jana Pawła II był istotną przeszkodą na drodze realizacji różnych programów zła. Usiłowanie podważenia autorytetu Jana Pawła II wpisuje się w kontekst odwiecznej walki pomiędzy dobrem a złem. Jestem przekonany, że diabeł istnieje i posługuje się ludźmi, często nieświadomymi, po to, żeby zasiewać niepokój i wątpliwości. A to co się dziś dzieje z Janem Pawłem II jest kolejnym tego przykładem. Jest on przecież potężnym orędownikiem dla ludzi przed Bogiem. Czy można się dziwić, że szatan denerwuje się, mając takiego przeciwnika?

    Jest jeszcze jeden istotny powód działań mających na celu zburzenie autorytetu św. Jana Pawła II. Moim zdaniem, w tej chwili jest to uderzenie w podstawy tego, co jest punktem odniesienia dla naszej tożsamości oraz naszej kultury narodowej. Polska – przy wszystkich trudnościach jakie przeżywa tu Kościół – stanowi swego rodzaju ewenement w Europie. Obowiązują tu pewne wartości, o których mówi się wyraźnie i które pozostają wartościami. A jeśli uderzy się w autorytet Jana Pawła II, to można będzie także zniszczyć to wszystko, co stanowi „humus” dla naszej kulturowej, polskiej i chrześcijańskiej zarazem tożsamości. A wtedy w oczach młodych ludzi stanie się ona czymś, na co nie warto zwracać uwagi. Jest to więc „walka o rząd dusz” i próba zawładnięcia nimi. Próba zawładnięcia i zapanowania przede wszystkim nad świadomością młodego pokolenia.

    Ksiądz jest postulatorem procesu rodziców Karola Wojtyły. Czy nadal będzie sprawować tę funkcję?

    Myślę, że będzie to możliwe, przynajmniej na etapie diecezjalnym. Do niedawna nie było sprzeczności pomiędzy urzędem biskupim a pracą postulatora. Obowiązujące obecnie normy zmieniły tę sytuację. Zobaczymy na ile będzie możliwe dalsze zaangażowanie w ten proces w związku z nowymi ustaleniami prawnymi i ze względu na ogrom obowiązków, jakie teraz będę mieć. W każdym razie proces rodziców papieża będzie kontynuowany.

    Dużą część życia Ksiądz spędził poza Polską. Jak nasz Kościół jest postrzegany z perspektywy Rzymu i Kościoła powszechnego?

    Poza Polską spędziłem 36 lat. We Włoszech doświadczyłem Kościoła bardzo bliskiego ludziom. Podoba mi się styl prowadzenia parafii. Przeciętna włoska parafia zazwyczaj jest otwarta od rana do wieczora i każdy, młody czy stary może tam przyjść o dowolnej porze i znaleźć swoje miejsce. Pomodlić się, napić się czegoś, zaangażować w przygotowanie paczki Caritas, w prowadzenie centrum dla młodych czy w opiekę nad osobami starszymi. Parafie są tam silnie obecne w życiu miejscowych społeczności, a Kościół jest otwarty na obecność ludzi. Wspólnoty parafialne są miejscem gdzie kwitnie wolontariat. Ludzie czują się w parafii nie gośćmi lecz domownikami. Tymi, którzy uczestniczą w tworzeniu kościelnej wspólnoty jako żywej, otwartej, dynamicznej i oddziaływującej na zewnątrz.

    Istotną rolę odgrywają oratoria dla młodzieży przy parafiach. Kiedy byłem rektorem jednego z rzymskich kościołów, prowadziłem oratorium, do którego przychodziła przeszło setka miejscowej młodzieży i dzieci. Przychodzili, zajmowali się różnymi sprawami, spędzali tam wolny czas, uczestniczyli w zajęciach sportowych czy w kółkach zainteresowań. Krótko mówiąc młodzież przeżywała tam radość bycia ludźmi i chrześcijanami. Dzięki temu młodzi Włosi angażują się przy kościele i utożsamiają się z nim.

    W historii prawie każdego Włocha jest obecny jakiś „Don” czyli ksiądz. Był on kiedyś jego spowiednikiem czy grał z nim w piłkę, podał mu rękę kiedy był w trudnościach… I nawet jeśli ten człowiek odszedł od Kościoła, to zawsze ten Don stanowi dla niego jakiś punkt odniesienia, który wciąż wzbudza sympatię i świadomość przynależności do tej rzeczywistości, która z całą pewnością odegrała ważną rolę w jego życiu.

    A z jakich innych doświadczeń Kościoła we Włoszech, warto jest czerpać?

    Jako człowiek szczególnie zainteresowany tymi sprawami – zacznę od różnicy jaka rzuca się w oczy w prowadzonych obecnie procesach beatyfikacyjnych. O ile u nas kandydatami na ołtarze są ludzie sprzed kilkudziesięciu lat, z okresu wojny czy komunizmu, to we Włoszech są to coraz częściej postacie z najnowszych lat. Spójrzmy na Carlosa Acutisa, młodego apostoła internetu zmarłego w 2006 r. czy na trwający proces Chiary Corbelli Petrillo, młodej matki zmarłej w 2011 r. gdyż nie chciała dokonać aborcji, gdyż jej życie było zagrożone na skutek wykrytego nowotworu. Są to osoby, które żyły z nami i które mamy wciąż przez oczami. Jest to znak wielkiej żywotności Kościoła we Włoszech. Kościoła, który wciąż rodzi świętych. Wyzwala powołania do świętości w tej konkretnej rzeczywistości, w której żyjemy.

    Doświadczenie polskie wydaje się być nieco odmienne. Prowadzimy procesy beatyfikacyjne osób z okresu sięgającego korzeniami II wojny światowej, bądź z czasów komunizmu. Jest to ważne i stanowi niejako wypełnienie obowiązku sprawiedliwości dziejowej. Sądzę, że powinniśmy jednak uświadomić sobie bardziej, że Kościół jest wspólnotą ludzi powołanych do świętości – tu i teraz. Świętość jest przecież potwierdzeniem żywotności, witalności i aktualności przesłania Kościoła. Warto, aby znalazło to większy wyraz w procesach beatyfikacyjnych.

    Są pewne symptomy, że tak się dzieje i w Polsce. Przykładem jest choćby proces Helenki Kmieć, uczestniczki misyjnego wolontariatu salwatorianów lub Jacka Krawczyka, studenta KUL To są właśnie te znaki żywotności Kościoła, których dziś bardzo potrzebujemy. Kościół jest rzeczywistością, która nie tylko kształtowała naszą przeszłość, ale i naszą teraźniejszość oraz przyszłość. Jest propozycją, która istotna była nie tylko tysiąc czy pięćset lat temu, ale dziś i jutro. Ewangelia także dzisiaj nadaje smaku ludzkiemu życiu, jest powodem radości, rozpala entuzjazm i czyni zdolnymi do odważnych wyborów.

    A co Księdza Biskupa niepokoi, jeśli chodzi o polski katolicyzm?

    Niepokoją mnie dostrzegalne przejawy postawy klerykalizmu, który wciąż u nas jest obecny. Nie jest złe, gdy kapłan patrzy na swoje owieczki jako ojciec i otacza je taką właśnie troską. Ale czasami warto podchodzić do świeckich nie tylko po ojcowsku, ale bardziej po bratersku i otworzyć się na słuchanie tych osób. Świeccy stanowią ogromny potencjał Kościoła, ale należy ten potencjał odkryć, formować i zachęcić wiernych do większej odpowiedzialności za całą wspólnotę Kościoła i do większego zaangażowania. Przecież świeccy mają bogate doświadczenia i mogą bardzo wiele wnieść, także do pracy ewangelizacyjnej.

    Niepokoi mnie też skłonność nas polskich katolików do akcyjności, do pewnych zrywów, zamiast twórczej, codziennej pracy. Moim zdaniem idee pracy organicznej, które powstały w czasie pozytywizmu są bardzo aktualne. Jest to podstawowa drogą, którą powinniśmy kroczyć jako ludzie i jako chrześcijanie. A tę zwyczajność realizuje się poprzez bliskość. Jako biskup idę na Śląsk, a tam są tacy właśnie ludzie. Ślązacy znają wartość pracy i uświęcają się, pracując i modląc się. Jest mi to bardzo bliskie i sądzę, że dobrze będę się tam czuł.

    Co Ksiądz sądzi o trwającym procesie synodalnym? Niektórzy postrzegają go jako dużą szansę, a niektórzy jako zagrożenie. Co na to Ksiądz Biskup? Jak ten proces u siebie w diecezji będzie dalej Ksiądz Biskup prowadzić?

    Obecny synod nt. synodalności jest ogromną szansą dla Kościoła. A papież Franciszek, który go zainicjował, dobrze tłumaczy ideę synodalności. Wbrew wysuwanym niekiedy obawom, nie chodzi mu o konkluzje o charakterze doktrynalnym, ale chodzi mu o wrzucenie kamyka do nieco zatęchłego stawu. Chodzi o to by wrzucić do kościelnej wspólnoty trochę świeżego ewangelicznego zaczynu. Może to niepokoić, bo trzeba będzie przemyśleć pewne rzeczy w Kościele. Kiedyś wydawały się one oczywiste, ale dziś trzeba szukać nowych form i nowych sposobów dotarcia do świata. Warto zrobić pewien skok jakościowy, przede wszystkim jeśli chodzi o budowanie relacji.

    Potrzeba soborowego spojrzenia na Kościół jako lud Boży i wspólnotę, która składa się z kapłanów, zakonników i ludzi świeckich. Pamiętajmy, że wszyscy jesteśmy członkami Kościoła. A rzeczywistość synodalna jest obudzeniem wrażliwości na tych innych, którzy też mają swój charyzmat, swoje powołanie. A wszyscy jesteśmy przez Chrystusa zaproszeni by budować naszą świętość.

    Dlatego proces synodalny ma przede wszystkim nas rozbudzić, obudzić entuzjazm przynależności do Kościoła, zachęcić by wzajemnie się słuchać i aby mieć świadomość, że rzeczywistość Kościoła budujemy wszyscy razem. Myślę o tym, co działo się w Krakowie podczas zainicjowanego przez Karola Wojtyłę synodu diecezjalnego, powstające niemal w każdej parafii grupy synodalne, radość odczytywania Soboru, pragnienie życia na co dzień Ewangelią. Był to niezwykły czas wzrastania w świadomości Kościoła jako wspólnoty, okres budowania rzeczywistości, która niewątpliwie przyczyniła się do nadania biegowi historii kierunku, który pozwolił na późniejsze zmiany społeczne i na umocnienie wiary. Dzisiaj synod zainicjowany przez papieża Franciszka może przynieść wiele dobrych owoców.

    A czy nie obawia się Ksiądz Biskup, że synod może przynieść zmianę doktryny Kościoła bądź jego nauczania w zakresie moralności?

    Nie obawiam się, że synod może przynieść zmiany doktryny czy moralności. Oczywiste jest, że prawdy Ewangelii nie ustala się poprzez głosowanie. Synod nie jest parlamentem, tylko jest odczytywaniem woli Boga, którą nam dał w Objawieniu i w autentycznej interpretacji Magisterium. Papież Franciszek mówi to bardzo jasno. Tłumaczy, że nie jest to synod, który na nowo ma zdefiniować Ewangelię, ale że chodzi w nim o przeżywanie odnawiającej mocy Ewangelii. A jeśli świadomie będziemy przeżywać naszą przynależność do Kościoła, to będziemy realizowali prawdziwie to czym jest, czyli, w zjednoczeniu z Chrystusem, wspólnotą powołaną by być światłością świata, przemieniającym zaczynem. Odbywa się to poprzez nasze zaangażowanie w misję. Winniśmy pociągać innych naszym świadectwem spotkania z Chrystusem żywym, radością bycia chrześcijaninem i prawdą jaka emanuje z naszego życia.

    Proszę coś powiedzieć o sobie, gdyż nie od razu Ksiądz zdecydował się na kapłaństwo. W jaki sposób, w jakich okolicznościach Pan Bóg Księdza powoływał? Już na początku rozmowy powiedział Ksiądz, że miał zawsze poczucie, że jest prowadzony przez Boga. Jak to było?

    Życiu każdego z nas towarzyszy nieustanne pytanie, jaki krok zrobić dalej. Bóg rzadko mówi do nas tak bezpośrednio jak do Maryi podczas zwiastowania. Ale mówi poprzez okoliczności, poprzez ludzi, których spotykamy. Bardzo ważnym momentem dla mnie jako młodego człowieka był wybór Jana Pawła II na papieża. Wtedy przeżywaliśmy tak wielki entuzjazm w rzeczywistości PRL, która była szara i pozbawiona nadziei. Wybór Jana Pawła II był otwarciem zupełnie nowych perspektyw. Zastanawiałem się już wcześniej czy nie pójść do seminarium duchownego, a ten ogólny entuzjazm spowodował, że to wezwanie odczułem z wielką mocą. Ale równocześnie zadałem sobie pytanie czy przypadkiem mój wybór nie był jakimś odbiciem tego entuzjazmu. Moja odpowiedź na głos Pana, nie powinna dokonać się na fali powszechnej euforii, ale powinna być czymś znacznie głębszym. Miała być odpowiedzią wiążącą na całe życie i kształtującą moją przyszłość. Miała być głosem miłości a nie zakochania i zauroczenia. Zdecydowałem więc, że nie wstąpię od razu, ale poczekam i zweryfikuję prawdziwość tego co przeżywałem. Aby zweryfikować powołanie, postanowiłem więc najpierw pójść na normalne, świeckie studia. Były to studia z zakresu handlu zagranicznego na wydziale ekonomiki transportu Uniwersytetu Gdańskiego.

    Stan wojenny w 1981 r. zastał mnie poza granicami Polski. Przebywałem w Algierii, gdzie mój ojciec był inżynierem, a ja przyjechałem, aby tam spędzić święta Bożego Narodzenia. Nie mogąc wrócić do Polski, miałem okazję przeżyć sześć miesięcy refleksji, a właściwie głębokich rekolekcji w ziemi, która była naznaczona obecnością świętego Augustyna. Jeździliśmy do kościoła w Annabie, dawnej Hipponie. Wtedy bardzo mocno Bóg do mnie przemawiał, w scenerii gór Atlasu i afrykańskiej pustyni. I kiedy ten okres pobytu w Afryce się skończył, wiedziałem, że moją drogą jest seminarium. Po dwóch latach pobytu w seminarium w Pelplinie w 1985 r. skierowano mnie na studia do Rzymu, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem.

    Po święceniach kapłańskich i ukończeniu studiów specjalistycznych poproszono mnie o pozostanie i dalszą pracę w Rzymie. Dzięki temu mogłem doświadczyć Kościoła powszechnego, ale przez pryzmat Kościoła lokalnego, którym był Kościół rzymski. Pracowałem w strukturach diecezji rzymskiej. Początkowo byłem wicedyrektorem biura prawnego Wikariatu a po kilku latach przeszedłem do służby w Trybunale Apelacyjnym. Przeszedłem tam drogę od kanclerza trybunału, przez pracę obrońcy węzła małżeńskiego i sędziego do prezesa trybunału. Funkcję tę powierzył mi papież Jan Paweł II a po nim potwierdzili Benedykt XVI i Franciszek. Ten ostatni mianował mnie wikariuszem sądowym diecezji rzymskiej i prezesem Trybunału Zwyczajnego. Od samego początku mojej posługi w strukturach kurialnych pracowałem duszpastersko, jako rektor rzymskiego kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa Benedykta Labre, co wiązało się także z obowiązkami kapelana wspólnoty sióstr zakonnych mieszkających przy kościele. Po śmierci Jana Pawła II otrzymałem mandat postulatora w jego procesie kanonizacyjnym. Już wcześniej prowadziłem proces rzymski ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego, który został ogłoszony błogosławionym przez Jana Pawła II w roku 1999, podczas wizyty papieskiej w Toruniu.

    Jakie są inne zainteresowania Księdza, pasje czy hobby?

    Moją pasją była zawsze natura, przyroda. Bardzo lubię pracę w ogrodzie. Zanim jeszcze wstąpiłem do seminarium, interesowało mnie pszczelarstwo. Miałem nadzieję, że po powrocie do Polski będę mógł do tego wrócić. Ale się nie udało.

    Radością jest dla mnie możliwość wzięcia do ręki, w wolnym czasie, dobrej książki. Pracując w kurii i duszpastersko tych wolnych chwil było niewiele. W pewnym momencie pojawiła się także równoległa praca w charakterze postulatora. Czasu dla siebie wiec nigdy nie miałem, myślałem, ze teraz się to uspokoi, ale nagle spadła na mnie nominacja biskupia. Będzie pewnie jeszcze gorzej. No cóż, księdzem jest się dla innych. Można powiedzieć, że w takich warunkach im gorzej tym lepiej.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kalendarium najważniejszych działań Jana Pawła II w zwalczaniu pedofilii wśród duchownych

    W związku z toczącą się dyskusją nt. postępowania Jana Pawła II wobec przestępstw związanych z wykorzystywaniem seksualnym małoletnich przez niektórych duchownych, przypominamy – tym razem w syntetycznej formie kalendarium – najważniejsze jego działania w tej sferze. Dowodzą one, że był on pierwszym z historii zwierzchnikiem Kościoła katolickiego, który podjął systematyczną walkę z tym przestępczym zjawiskiem w skali globalnej. Także pierwszym, który mówił publicznie o cierpieniu ofiar i ich rodzin.

    fot.  Zdzisław Sowiński/Tygodnik Niedziela

    ***

    1964 – 1978: Karol Wojtyła pełni urząd metropolity krakowskiego. W tym czasie spotyka się z przestępstwami wykorzystania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych. Nie wiemy jaka jest skala tego problemu w Kościele w Polsce w tym czasie. Dotąd odkryte (w sensie źródłowym) zostały 4 takie przypadki na terenie archidiecezji krakowskiej z tego okresu. Są to księża: Kazimierz Lenart, Józef Loranc, Eugeniusz Surgent i Bolesław Saduś. Wiemy, że podczas całego okresu rządów abp. Wojtyły w archidiecezji krakowskiej posługiwało w sumie ok. 1500 księży.

    Analiza danych zgromadzonych w krakowskim oddziale IPN przez Tomasza Krzyżaka i Piotra Litkę wykazała, że abp Wojtyła zachował się prawidłowo – czyli zgodnie z ówczesnymi nakazami prawa kanonicznego – w przypadku 2 księży: Józefa Loranca i Eugeniusza Surgenta, czyli ukarał ich, a jednego suspendował. Po wygaśnięciu kar przywrócił ich do pracy, ale z ograniczeniem posługi wśród dzieci i młodzieży. Surgenta ostatecznie wyrzucił ze swojej diecezji. Dwa pozostałe przypadki wymagają dalszych badań źródłowych, gdyż poddane zostały dotąd wyłącznie jednostronnej analizie przez Marcina Gutowskiego i Ekke Overbeeka.

    Biuro Prasowe Archidiecezji Krakowskiej w opublikowanym 10 marca br. komunikacie informuje o kwerendzie ad casum przeprowadzonej wobec akt personalnych kapłanów, których nazwiska pojawiają się w kontekście przypadków przestępstw seksualnych popełnianych w przeszłości we wspólnocie Archidiecezji Krakowskiej. Komunikat stwierdza, że „nie natrafiono na żaden dokument mogący poświadczyć prawdziwość ciężkich zarzutów stawianych obecnie niektórym hierarchom Kościoła w Krakowie”.

    1978 – 1985: Pierwszy okres pontyfikatu Jana Pawła II. Nie ma informacji jakoby docierały wówczas do Rzymu sygnały o większej skali przestępstw seksualnych księży wobec małoletnich.

    Marzec 1985: Jan Paweł II dostaje raport przygotowany przez Thomasa Doyle’a, prawnika z nuncjatury w Waszyngtonie informujący o dużej skali przestępstw seksualnych księży wobec nieletnich w amerykańskiej Luizjanie. Dokument jest sygnowany przez nuncjusza Pio Laghiego. Zapowiadano w nim również katastrofalne następstwa jakie może przynieść dla Kościoła bagatelizowanie tego problemu.

    Dokument ten jest prawdopodobnie pierwszą informacją – jaka dotarła do Jana Pawła II – na temat dużej skali zjawiska pedofilii wśród księży w jednej z amerykańskich diecezji.

    1992: Jan Paweł II ogłasza nowy Katechizm Kościoła Katolickiego, przygotowany przez międzynarodową komisję pod kierunkiem kard. Josepha Ratzingera. Tematu wykorzystania małoletnich dotyczą cztery jego punkty: 2285, 2353, 2356 i 2389. Molestowanie seksualne małoletnich jest określone jednoznacznie jako „zgorszenie i deprawacja”. W art. 2285 czytamy, że „Zgorszenie nabiera szczególnego ciężaru ze względu na autorytet tych, którzy je powodują, lub słabość tych, którzy go doznają. Nasz Pan wypowiedział takie przekleństwo: Kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych… temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza (Mt 18, 6). Zgorszenie jest szczególnie ciężkie, gdy szerzą je ci, którzy, z natury bądź z racji pełnionych funkcji, obowiązani są uczyć i wychowywać innych. Takie zgorszenie Jezus zarzuca uczonym w Piśmie i faryzeuszom, porównując ich do wilków przebranych za owce.”

    Z kolei w artykule 2389 Katechizm przyznaje, że „nadużycia seksualne popełniane przez dorosłych na dzieciach lub młodzieży powierzonych ich opiece” są grzechem, będącym „jednocześnie gorszącym zamachem na integralność fizyczną i moralną młodych, którzy będą nosić jego piętno przez całe życie, oraz pogwałceniem odpowiedzialności wychowawczej”. Świadczy to o tym, że przy redakcji katechizmu uwzględniono najnowsze wyniki badań psychologicznych, mówiące o trwałej szkodliwości dla ofiar skutków tych przestępstw. Wcześniej nauka nie znała tak poważnej szkodliwości faktów seksualnego molestowania dla młodocianych ofiar.

    1993: Jan Paweł II dowiaduje się od biskupów USA przybyłych do Rzymu z wizytą „Ad limina apostolorum”, o narastającej fali przestępstw seksualnego wykorzystywania małoletnich przez duchownych w wielu diecezjach w Stanach Zjednoczonych. Niektórzy z biskupów proszą Jana Pawła II o pomoc. Papież skierowuje do nich list. Zarysowuje powagę sytuacji podkreślając „jak bardzo te grzechy duchownych wstrząsnęły wrażliwością moralną wielu i stały się okazją do grzechu dla innych”. Przypomina w tym kontekście słowa Chrystusa, że „dla tego, który sieje zgorszenie, lepiej byłoby mieć wielki kamień młyński zawieszony na szyi i utonąć w głębinach morza”. Nie zapomina o osobach skrzywdzonych, mówiąc, że zostali oni „głęboko zranieni przez te występki”. Ich sprawców nie tylko wzywa do skruchy i nawrócenia, ale zwraca uwagę biskupów na potrzebę wymierzania im kanonicznych kar, które „pomagają zachować wyraźne rozróżnienie między dobrem a złem”, jak również „tworzą właściwą świadomość wagi popełnionego zła”, a także „wyrażają społeczną dezaprobatę wobec zła”. Jan Paweł II wskazuje ponadto na odpowiedzialność biskupów nie tylko za sprawców i ich niewinne ofiary, ale także za społeczeństwo zgorszone skandalem wywołanym przez niektórych duchownych.

    1994: Jan Paweł II ogłasza indult dla Kościoła w USA, polegający na wprowadzeniu większej ochrony dzieci i młodzieży poprzez uzgodnienie przepisów kościelnych z amerykańskim prawem karnym. W praktyce oznaczało to podniesienie wieku ochrony małoletnich z szesnastu do osiemnastu lat oraz wydłużenie okresu przedawnienia przestępstw seksualnych przeciwko małoletnim do dziesięciu lat, liczonych od ukończenia przez osobę pokrzywdzoną osiemnastego roku życia. Chodziło także o to, „by biskupi zgodnie z prawem kanonicznym przeprowadzali procesy karne i stosowali przewidziane przez prawo kary aż do wydalenia ze stanu duchownego włącznie”.

    1996: Od końca lat osiemdziesiątych równie niepokojące sygnały napływają do Jana Pawła II z Irlandii. W odpowiedzi na to w 1996 r. Jan Paweł II wydaje podobny indult dla Kościoła w Irlandii. Indult papieski podnosił wiek ochrony osób małoletnich z 16 do 18 lat i wydłużał okres przedawnienia przestępstw wykorzystania seksualnego do 10 lat od ukończenia 18. roku życia przez osobę skrzywdzoną.

    1999: W przemówieniu do biskupów irlandzkich przybyłych z wizytą „ad limina Apostolorum”, Jan Paweł II nawiązuje do „strasznego zgorszenia, jakie dali niektórzy kapłani”. Wyraża solidarność z ofiarami tych przestępstw i ich rodzinami. „Jestem blisko was w bólu i modlitwie, powierzając Bogu wszelkiej pociechy tych, którzy padli ofiarą wykorzystywania seksualnego ze strony duchownych lub zakonników. Powinniśmy się również modlić, aby ci, którzy dopuścili się tego zła, uznali złą naturę swoich czynów i poprosili o przebaczenie” – mówił papież.

    Kwiecień 2001: Jan Paweł II, widząc nieskuteczność działań biskupów na szczeblu lokalnym, uznaje wykorzystywanie małoletnich przez niektórych duchownych za problem globalny, dotyczący całego Kościoła i wymagający rozwiązań na szczeblu Stolicy Apostolskiej. 30 kwietnia 2001 roku wydaje list apostolski (motu proprio) „Sacramentorum sanctitatis tutela” (Ochrona świętości sakramentów). W ślad za tym idą normy Kongregacji Nauki Wiary „De gravioribus delictis” (O najcięższych przestępstwach), ogłoszone przez Kongregację Nauki Wiary 18 maja tego samego roku, a podpisane przez kard. Josepha Ratzingera. Normy te, krzywdę wyrządzoną dzieciom w sferze seksualnej uznają za jedno z najcięższych przestępstw jakie może być popełnione w Kościele, stawiając je w jednym szeregu z profanacją Eucharystii, czy wykorzystaniem do gorszących celów sakramentu pokuty przez spowiedników.

    Od tej pory Księża, którzy dopuścili się seksualnego molestowania małoletnich podlegają osądowi już nie tylko biskupa diecezjalnego (czy wyższego przełożonego zakonnego w przypadku osób konsekrowanych), ale także Kongregacji Nauki Wiary, do której należy zgłaszać wszystkie takie przypadki, a dalsze postępowania procesowe pozostają pod jej kontrolą.

    Wprowadzone przez Jana Pawła II normy stanowiły, że po otrzymaniu informacji, przynajmniej prawdopodobnej, o popełnieniu przestępstwa, biskup powinien przeprowadzić badanie wstępne i powiadomić o tym Kongregację Nauki Wiary, która wskaże mu dalszy sposób postępowania. Mają być jej również przekazane wszystkie akta sprawy prowadzonej w sądzie biskupim po jej zamknięciu. Tak jak wcześniej w USA i Irlandii, tak od 2001 r. w całym Kościele normy podnosiły do osiemnastego roku życia wiek ofiary jako małoletniej, a także wydłużały termin przedawnienia do dziesięciu lat, poczynając od ukończenia osiemnastego roku życia przez ofiarę.

    Sierpień 2001: Dziennik „The Boston Globe” rozpoczyna publikację serii artykułów na temat pedofilii w archidiecezji bostońskiej. Pismo ujawniło, że zamieszanych w nią było 70 bostońskich księży, a ofiar było ponad tysiąc.

    Kwiecień 2002: Jan Paweł II wzywa do Watykanu kardynałów i prezydium episkopatu USA na spotkanie z szefami dykasterii Kurii Rzymskiej. Przemawiając do nich mówi: „Odczułem wielki ból, gdy dowiedziałem się, że księża i osoby zakonne, których powołaniem jest pomagać ludziom w prowadzeniu świętego życia przed obliczem Boga, sami stali się powodem cierpień i zgorszenia młodzieży. Wielkie zło wyrządzone przez niektórych księży i zakonników sprawiło, że ludzie patrzą teraz na Kościół z nieufnością i wielu z nich oburza postawa, którą wobec tej sprawy przyjęli – jak się wydaje – zwierzchnicy wspólnot kościelnych.

    Nadużycia, będące przyczyną obecnego kryzysu, są pod każdym względem złem i słusznie są uznawane przez społeczeństwo za zbrodnię; jest to również straszny grzech w oczach Boga” – zdecydowanie stwierdził papież. Ofiary nadużyć oraz ich rodziny zapewnił o „swojej głębokiej solidarności i trosce”. Stanowczo stwierdził dalej, że „ludzie muszą wiedzieć, że w stanie kapłańskim i życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy krzywdziliby młodych”.

    Grudzień 2002; Jan Paweł II zatwierdza wypracowane przez episkopat USA normy dotyczące szczegółów postępowania w wykrytych przypadkach wykorzystania seksualnego przez księży. Normy te obowiązują odtąd we wszystkich diecezjach w Stanach Zjednoczonych. Znalazły się tam m.in. obowiązek powołania w każdej diecezji koordynatora ds. opieki duszpasterskiej nad osobami, które twierdzą, że były wykorzystywane.

    Normy stanowiły też, że „po otrzymaniu informacji o zarzutach wobec księdza lub diakona przeprowadzone zostanie wstępne dochodzenie”, a gdy „zostaną zgromadzone wystarczające dowody, poinformowana zostanie o tym Kongregacja Nauki Wiary”. Z kolei miejscowy biskup „zwolni oskarżonego z posługi lub też z urzędu kościelnego czy też sprawowanej funkcji, wprowadzi zakaz mieszkania w danym miejscu i publicznego udziału w sprawowaniu Eucharystii, aż do czasu ogłoszenia wyniku procesu”. A jeśli potwierdzi się choćby „pojedynczy akt seksualnego wykorzystania przez księdza lub diakona”, osoba ta „zostanie na stałe zwolniona z posługi kościelnej, nie wyłączając wykluczenia ze stanu duchownego”. Jeśli natomiast „kara wykluczenia ze stanu duchownego nie zostanie zastosowana, na przykład z powodu podeszłego wieku lub choroby, sprawca czynu powinien żyć w modlitwie i pokucie oraz nie będzie mógł odprawiać publicznie Mszy świętej i udzielać sakramentów. Otrzyma polecenie, by nie nosić stroju duchownego i nie przedstawiać się jako kapłan”. Diecezje USA zostały zobowiązane ponadto do stosowania się „do wszystkich przepisów prawa cywilnego w sprawie informowania władz państwowych o zarzutach” i pełnej współpracy z nimi.

    Grudzień 2004: Wznowienie, wcześniej zawieszonego, watykańskiego postępowania w sprawie Maciela Degollado, założyciela Legionistów Chrystusa. Niebawem do Meksyku i USA zostaje wysłany promotor sprawiedliwości Kongregacji Nauki Wiary ks. Charles Scicluna, aby na miejscu przebadał sprawę tego słynnego drapieżcy seksualnego i pedofila.

    Tygodnik Niedziela/KAI/Warszawa

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zlinczowani kardynałowie.

    Pokazali, jak krzywdy cierpliwie znosić i urazy wszelkie darować

    Kard. George Pell został niesprawiedliwie skazany za rzekomą pedofilię. Uniewinnił go Sąd Najwyższy Australii.
    Kard. George Pell został niesprawiedliwie skazany za rzekomą pedofilię. Uniewinnił go Sąd Najwyższy Australii.
    fot. Fabio Frustaci/EPA/PAP

    ***

    Jeden niewinnie skazany na 13 miesięcy więzienia, drugi ocalały z piekła Dachau. Ich porażające wspomnienia są ogromną lekcją pokory i podpowiedzią, jak w ciemnej dolinie „krzywdy cierpliwie znosić i urazy wszelkie darować”.

    To był pokaz siły. „Ta sprawa nigdy nie powinna była pojawić się w sądzie. Dochodzenie, które doprowadziło do postawienia kard. George’owi Pellowi bezpodstawnych zarzutów, było plugawą, przypominającą trolling akcją, brudną, jarmarczną opowieścią, pokazówką w stylu stalinowskim” – bez owijania w bawełnę pisał George Weigel. Sędziwy, schorowany australijski hierarcha znalazł się na 13 miesięcy w więzieniu za czyny, których nie popełnił.

    29 czerwca 2017 r. został oskarżony o wielokrotne molestowanie seksualne. Zaprzeczył wszystkim zarzutom. 11 grudnia 2018 r. został przez sąd w Melbourne uznany winnym przestępstw seksualnych wobec małoletnich i skazany na 6 lat pozbawienia wolności. Trafił do więzienia o zaostrzonym rygorze.

    W celi prowadził duchowy dziennik, który, jak pisze Weigel, „nigdy nie powinien był powstać, a fakt, że jednak został napisany, jest dowodem na to, jak wielka jest Boża łaska, która pośród nikczemności, zła i niesprawiedliwości potrafi wzbudzić w człowieku wnikliwość obserwacji, wspaniałomyślność i dobroć”.

    „Sytuacji nie ułatwiało to, że nie wiadomo, kto oskarżył kard. Pella, bo osobę tę kryło prawo. Trudno odpowiedzieć na zarzuty, które padły w procesie, który… nie był jawny” – opowiadał o. Damian Mosakowski, paulin pracujący „w krainie kangurów”. „Lewica triumfowała i zacierała ręce. Dla mnie najważniejsze jest to, z jaką klasą zachowywał się ten oskarżony człowiek. Po procesie z szacunkiem ukłonił się sędziom. Poddał się wymiarowi sprawiedliwości, spokojnie wysłuchał wyroku. Dla wielu katolików w Australii był męczennikiem. Siedział zamknięty w więzieniu, a przecież nawet sędzia bał się o życie tego starszego człowieka. Sam nazywał więzienie… rekolekcjami. Jaką klasę pokazał w tym wszystkim! Żył w duchu przebaczenia, w stylu dzieci Boga, wierności Ewangelii! Czy nie to jest najważniejsze?”

    Plan dnia

    Osadzony w Komańczy prymas Wyszyński przetrwał czas internowania dzięki samodyscyplinie. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie rozkład dnia, który skrupulatnie zaplanował: „5.00 Wstanie; 5.30 Prima i modlitwy poranne; 5.45 Rozmyślanie (zazwyczaj podawałem sam punkty, na tle Roku Liturgicznego); 6.15 Angelus Domini. Przygotowanie do Mszy św.; 6.30 Pierwsza Msza św.; 7.15 Druga Msza św.. Dziękczynienie; 8.15 Śniadanie” i tak dalej. Kardynał Pell przetrwał dzięki podobnej intuicji: to samodyscyplina, czyli zaplanowany program dnia, poświęcanie określonej liczby godzin na sen, wstawanie zawsze o tej samej porze oraz ćwiczenia fizyczne (w młodości startował w zawodach wioślarskich, grał w piłkę nożną i futbol australijski) sprawiły, że przetrwał okres zamknięcia i medialnego ataku. „Ta rutyna pomogła mi w więzieniu” – mówił.

    „Spora część omówienia wyroku była kompletnie surrealistyczna, niczym u Kafki: wyliczywszy liczne powody przeczące prawdopodobieństwu mojej rzekomej napaści na chłopców, sędzia zaczął snuć domysły na temat mej motywacji!” – pisał pierwszego dnia osadzenia. „Słychać było okrzyki pełne cierpienia i powtarzające się przekleństwa. Kilka padło pod moim adresem. Wykończony, zasnąłem twardym snem i spałem aż do chwili, gdy obudził mnie strażnik. Zacząłem odmawiać Różaniec, usiłując zasnąć na powrót, ale tylko drzemałem. Ulgę – pod każdym względem – przynosi myśl, że dzień się już skończył. Odebrano mi zegarek. Dziwnie jest zgadywać, która godzina, na podstawie światła dochodzącego przez matowe szyby okien”.

    Sił dodawała mu zaczerpnięta z Reguły św. Benedykta dewiza: „Biegnij, póki widzisz światło życia, żeby ciemność śmierci cię nie ogarnęła”.

    7 kwietnia 2020 r. siedmioosobowy skład Sądu Najwyższego jednomyślnie uchylił skazujący wyrok i uniewinnił kard. Pella od zarzutów. Hierarcha zmarł trzy miesiące temu, a w jego pogrzebie uczestniczył papież Franciszek. „404 dni w więzieniu o zaostrzonym rygorze było doświadczeniem wielkich cierpień, znoszonych z ufnością w osąd Boga, i przykładem tego, jak przyjąć kary, także niesprawiedliwe, z godnością i wewnętrznym spokojem” – powiedział wówczas kard. Giovanni Battista Re.

    Żywy stąd nie wyjdzie nikt

    14 kwietnia 1945 r. Himmler wydał rozkaz: „Żaden więzień nie może dostać się żywy w ręce nieprzyjaciela”. „Mieliśmy wyjść przez komin. Widzieliśmy w tym piekle i ludzi, i bestie” – opowiadali więźniowie Dachau. Gdyby Amerykanie nie zaufali przeczuciu i spóźnili się o kilka godzin… nie zastaliby nikogo żywego. Długo nie mogli zapomnieć tego, co zobaczyli: 7,5 tysiąca ciał ułożonych w stosy, czekających na spalenie, i ludzi – szkielety błagające o kromkę chleba.

    – Dwie kompanie czekały w Monachium, by nas zniszczyć. Miałby oblać obóz łatwopalną cieczą i puścić nas z dymem. Ale Pan Bóg nas wyciągnął. W ostatniej chwili – opowiadał mi Marian Żelazek, werbista, kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla. – Bo w tym piekle był z nami Pan Bóg.

    Ojciec Adam Kozłowiecki (do jezuitów wstąpił na dekadę przed wybuchem II wojny) 10 listopada 1939 r. został aresztowany przez gestapo. W czerwcu 1940 r. trafił do Auschwitz („Pozostało w nas niezatarte wspomnienie złowieszczego zgrzytu kół na bocznicy wiodącej do obozu. W końcu wśród krzyków i bicia wypędzają nas z wagonów i ustawiają na placu”). W grudniu przewieziono go do Dachau. Otrzymał numer 22187.

    ADVERTISEMENT

    Założony już 22 marca 1933 r. z rozkazu Himmlera obóz nie bez podstaw nazywany był „piekłem”. Za drutami kolczastymi hitlerowcy zgromadzili ponad 2700 duchownych różnych wyznań. Największą grupę stanowili Polacy. Z 1777 osób przeżyła jedynie połowa…

    „Wstajemy o godz. 5.30 i zaraz wypędzają nas po kotły z kawą. Do kuchni mamy jakieś 500 metrów, a kotły są bardzo ciężkie i co kilka kroków trzeba odpoczywać, i zmieniać rękę. Po przyniesieniu kotłów trzeba zaraz wyczyścić buty, posłać łóżko i o godz. 6.15 być już na dworze” – wspominał o. Adam.

    Ludzie padali jak muchy

    Obozowy „gabinet lekarski” stał się miejscem barbarzyńskich pseudomedycznych eksperymentów. Heinrich Schuetz, bezwzględny lekarz, który piął się po szczeblach kariery dzięki przynależności do Waffen SS, był szaleńcem: zarażał więźniów malarią, sprawdzał, jak ich wychudzone do granic możliwości organizmy reagują na mróz, testował ich wytrzymałość w komorach ciśnieniowych, a gdy konali z pragnienia… poił ich morską wodą. Testował jak na królikach doświadczalnych na czterdziestu kapłanach znad Wisły. Wstrzykiwał im pobraną od chorych więźniów ropę, by sztucznie zarazić ich ropowicą. W baraku panował smród nie do wytrzymania, a więźniowie o pożółkłej skórze padali jak muchy…

    „Rano do godziny dziesiątej i po południu do godziny czwartej nie rozmawiam dlatego, że się modlę” – pisał o. Adam. „Modlę się za swych towarzyszy, oby Bóg łaską swoją pociągnął ich do siebie, by dokonał tego, czego ja dokonać nie umiem”.

    Gdy po wstawiennictwie Stolicy Apostolskiej kapłani otrzymali na chwilę możliwość uczestniczenia w Eucharystii, jezuita notował: „Dziś po raz pierwszy w dziejach obozu w Dachau złożono Bogu najświętszą i najmilszą Mu Ofiarę. W tym miejscu nasiąkniętym krwią pomordowanych! W tym przybytku bluźnierstwa, przekleństwa i nienawiści! Trudno mi zapanować nad sobą; z największym wysiłkiem tłumię cisnące się do oczu łzy; czuję, że dzieje się rzecz wielka, której »oni« nie pojmują! Cud Wszechmogącego, triumf potęgi Bożej nad księciem ciemności i jego sługami (…). Wielu w kaplicy płacze”. Adam Kozłowiecki doczekał wyzwolenia obozu. Jako kardynał zmarł w Lusace 28 września 2007 roku. Dożył 96 lat, z czego ponad 60 spędził, pracując na misjach w Rodezji Północnej. Okrzyknięto go „apostołem Afryki”.

    „Dobrze się trzymasz! Jak to możliwe, ojcze, że masz w sobie tak wiele energii, mimo że jesteś ode mnie o 10 lat starszy? Przeżyłeś obóz w Dachau i wiele lat na misjach w afrykańskim buszu, a wciąż jesteś młody i radosny jak dziecko” – zapytał go Jan Paweł II. „To właśnie w Dachau zdobyłem hart ducha, który pozwolił mi przetrwać trudy afrykańskiego buszu i być szczęśliwym jak dziecko” – odpowiedział jezuita. „To nie dobre uczynki są w życiu chrześcijanina najważniejsze, lecz wdzięczność Bogu. Wielbienie Go za wszystko. Dziękowanie Mu za wszystko, radowanie się każdym dniem, który otrzymaliśmy w prezencie, nawet jeśli słońce chwilowo nie świeci”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny/Zlinczowani

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Słowa Jezusa powiedziane z Krzyża – żaden katolik ich nie zignoruje!

    (SKCH)

    *******

    W ciągu 33 lat spędzonych na ziemi Jezus Chrystus wypowiedział wiele słów. W Ewangeliach spisano tylko część z nich – te, które są nam najbardziej potrzebne do zbawienia.

    Spośród nich szczególne znaczenie miało siedem ostatnich, które padły przed śmiercią na Krzyżu. Nie są to w zasadzie słowa, a frazy, zdania. Najważniejsze pouczenia, które Zbawiciel chciał nam przekazać, zanim dokonało się dzieło Odkupienia!

    Książeczka VII ostatnich słów Jezusa autorstwa Pawła Kota przypomina tradycyjne nabożeństwo rozważania ostatnich słów Chrystusa, sięgające XII wieku...

    Z tej bardzo ważnej i nietuzinkowej publikacji dowiemy się, jaka była historia nabożeństwa siedmiu ostatnich słów Jezusa i dlaczego tak ważne jest rozważanie Męki Pańskiej. A co najważniejsze, sami będziemy mogli zagłębić się w tajemnicę Odkupienia!

    Na rozważanie każdego z ostatnich słów Jezusa składają się:

    • cytaty z Pisma Świętego wskazujące na moment Męki Pańskiej, w którym padła dana fraza;
    • duchowe refleksje i przemyślenia nad opisaną sceną biblijną;
    • przykłady z żywotów świętych, którzy regularnie praktykowali rozważanie Męki Pana Jezusa;
    • pytania do osobistych rozważań, pozwalające sięgnąć do głębi swojego życia duchowego.

    To wspaniała pozycja, zwłaszcza na czas Wielkiego Postu! Dzięki niej możesz głębiej przygotować się na misterium Triduum Paschalnego i Wielkanocy, a przy tym poznać bardzo piękne, choć niestety nieco już zapomniane, katolickie nabożeństwo.

    Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej Męki większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi; rozważanie Moich bolesnych Ran jest dla ciebie z wielkim pożytkiem, a Mnie sprawia wielką radość – powiedział Pan Jezus w wizji św. Siostry Faustyny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    John Martin, Licencja: 0/Wilkimedia/Opoka.pl

    ***

    Skąd wzięło się piekło?

    ks. Mieczysław Piotrowski

    “Bóg pragnie by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tym 2, 4). “Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3, 9). Teksty te wyraźnie mówią, że Bóg kocha i pragnie zbawić wszystkich ludzi. Każdy człowiek otrzymuje szansę zbawienia. Nie ma więc ludzi przeznaczonych na potępienie. Nie można jednak zapominać, że oprócz Bożej woli zbawienia wszystkich ludzi istnieje wolna ludzka wola, która może nie przyjąć, może odrzucić zbawczą miłość Boga.

    Sam Pan Jezus wielokrotnie mówił, że odrzucenia Boga przez człowieka prowadzi do wiecznego potępienia, a więc bezbożnicy będą definitywnie wyłączeni z życia wiecznego i odzieleni od Chrystusa: “Idźcie precz ode Mnie, przeklęci w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom” (Mt 25, 41). Wszyscy nieposłuszni woli Bożej usłyszą: “Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości” (Mt 7, 23). “Kto wierzy w Syna ma życie wieczne, kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży” (J 3, 36). Odrzucenie tych wszystkich, którzy nie przyjęli zaproszenia na ucztę, jest absolutne: “Żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty” (Łk 14, 24).

    Wyjaśnienie przez Chrystusa przypowieści o sieci nie jest metaforą: “Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 13, 40-50). Również w listach św. Pawła znajdujemy teksty mówiące o absolutnym wyłączenia bezbożników z królestwa Bożego: “Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwieźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego” (1 Kor 6, 9-10; por. Ga 5, 19; Ef 5, 5). W cytowanych tekstach formuły potępienia mają charakter absolutny: “nikt z tych ludzi nie skosztuje mojej uczty”; “nie zobaczy życia”; “nie posiądzie królestwa”. Z językowego punktu widzenia, najmocniejsze teksty mówiące o wieczności kar piekielnych znajdują się w Apokalipsie (14, 11 i 20, 10). Aby wyrazić nieograniczony czas trwania zostały tutaj użyte formuły “na wieki” i “na wieki wieków”. Nie może być żadnych wątpliwości, że formuły te wyrażają prawdziwą i nigdy nie kończącą się wieczność. Nikt nie może więc mieć żadnych wątpliwości, że teksty Pisma św. jednoznacznie wskazują na wieczne potępienie i wykluczają jakąkolwiek myśl o apokastazie, czyli twierdzenie, że wyłączenie bezbożników będzie tylko czasowe a ich kara się kiedyś zakończy, ponieważ się nawrócą.Grzech przeciwko Duchowi Świętemu

         O wieczności piekła dowiadujemy się również przy okazji nauczania Jezusa na temat grzechu przeciw Duchowi Świętemu. Pan Jezus mówi, że “każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciw Duchowi Świętemu nie będzie odpuszczone… ani w tym wieku, ani w przyszłym” (Mt 12, 31n). Jan Paweł II w encyklice “Dominum et Vivificantem” n. 46 wyjaśnia, że grzech przeciwko Duchowi Świętemu polega na “odmowie przyjęcia tego zbawienia, jakie Bóg ofiaruje człowiekowi przez Ducha Świętego”. Jest to postawa całkowitego zamknięcia się człowieka na miłość Boga, postawa człowieka “który broni rzekomego prawa do trwania w złu, we wszystkich innych grzechach i który w ten sposób odrzuca odkupienie”. Jest to więc grzech nieodpuszczalny z samej swojej natury, ponieważ jest owocem radykalnego odrzucenia szansy zbawienia. 

    Nie jest to jednorazowy grzeszny czyn, ale postawa absolutnego egoizmu czyli całkowitego zamknięcia się wolności człowieka na miłość Chrystusa. Taka postawa kształtuje się w człowieku w ciągu całego ziemskiego życia. Każdy w pełni świadomy i dobrowolny wybór zła przyczynia się do strasznych zniszczeń w człowieku. Wyrażają się one w pogłębieniu niewrażliwosci na miłość Boga i w postępującej niezdolności do miłości bliźniego. Jeżeli przez całe ziemskie życie człowiek będzie żył tak jakby Boga nie było, i radykalnie odrzucał możliwość nawrócenia się nazywając zło dobrem, a dobro złem, to wtedy realnie istniejąca siła zła, każdego grzechu, do tego stopnia może zniszczyć jego osobę, że stanie się niezdolnym do miłości, stuprocentowym egoistą, a więc takim, który kocha siebie miłością posuniętą aż do nienawiści Boga.

         Co się stanie z takim człowiekiem w najważniejszym momencie jego życia, czyli w momencie śmierci? Wiemy o tym, że w momencie śmierci będzie sąd. Pan Jezus wyjaśnia na czym ten sąd będzie polegał: “A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy zbliża się do światła…” (J 3, 19-21). W momencie śmierci każdy człowiek stanie przed Chrystusem jako jedyną rzeczywistością. Nie będzie się mógł wycofać, nie będzie mógł Go ominąć, będzie musiał podjąć decyzję przyjęcia lub odrzucenia daru Jego miłości. Ci wszyscy ludzie, którzy w czasie ziemskiego życia bardziej umiłowali zło aniżeli dobro i stali się absolutnymi egoistami, w momencie śmierci znienawidzą i odrzucą miłość jaką są kochani przez Boga. Jeżeli natomiast w człowieku będzie chociażby minimalna zdolność przyjęcia daru miłości Bożej, taki człowiek będzie zbawiony, ale po okresie dojrzewania do miłości w czyśćcu (por. 1 Kor 3, 11-15). Tak – powiedziane Chrystusowi – staje się niebem, natomiast odrzucenie Chrystusa staje się piekłem.

    Chrystus objawia nam, że to sam człowiek skazuje siebie na potępienie, że w momencie sądu każdy otrzyma to, co będzie pragnął, a człowiek będzie pragnął zgodnie z tym, kim się stał w ciągu ziemskiego życia. Dlatego Jezus ostrzega nas: “Nie dążcie do śmierci przez swe błędne życie, nie gotujcie sobie zguby własnymi rękami” (Mdr 1,12). Ciekawa jest odpowiedź Matki Bożej na pytanie postawione jej w czasie objawień w Medjugorje: jak to jest możliwe, że kochający i miłosierny Bóg skazuje ludzi na wieczne potępienie? Niepokalana odpowiedziała, że ludzie, którzy idą na wieczne potępienie, sami wybierają trwanie w piekle, ponieważ oni ogromnie nienawidzą Boga i nie chcą być zbawieni. Obwiniają i nienawidzą Boga za wszystko. W ten sposób stają się częścią piekła. Tak więc w momencie śmierci człowiek będzie wybierał, ale będzie wybierał zgodnie ze swoimi pragnieniami, które są uzależnione od tego kim się stał w ciągu ziemskiego życia. Człowiek całkowicie zniewolony przez zło będzie pragnął tylko zła, a dobro będzie nienawidził. Człowiek, będący w grzechu przeciw Duchowi Świętemu, w swoim samouwielbieniu z całą pewnością znienawidzi i odrzuci miłość Chrystusa. Wiemy z naszego doświadczenia, że często zło wydaje się być bardziej atrakcyjne i pociągające aniżeli dobro. Wynika to z faktu naszej grzeszności i niedojrzałości do miłości. Dla narkomana czy pijaka trzeźwość nie jest pociągająca. Natomiast uzależniony od pornografii i seksu erotoman, wezwanie do samokontroli i czystości będzie traktował jako ograniczenie swojej wolności.

    Zło ma to do siebie, że zniewala i uzależnia emanując śmiercionośną słodycz, która niszczy to, co jest w człowieku najcenniejsze – zdolność do miłości, pogłębia egoizm, czyli zakochanie się w sobie samym jak gdyby się było dobrem ostatecznym. Takie uzurpowanie sobie boskości stwarza w człowieku postawę grzechu przeciw Duchowi Świętemu czyli rzeczywistość piekła. Taki absolutny egoista, niejako z konieczności wynikającej z prawdy kim on jest, w momencie śmierci z nienawiścią odrzuci dar Bożej Miłości. Jest to sytuacja wiecznego potępienia. Jezus Chrystus mówi jasno i jednoznacznie o realnej możliwości wiecznego potępienia nie po to aby nas straszyć, ale żeby uświadomić nam całą prawdę o ostatecznych konsekwencjach grzechów. Dlatego, jako prawdziwy Bóg stał się prawdziwym człowiekiem, aby wyprowadzić nas z piekła grzechu i śmierci i dać nam pełnię życia. Przechodzenie człowieka ze śmierci do życia nie dokonuje się w sposób magiczny, ale tylko za jego zgodą wyrażoną w pełni w dobrowolnie podjętym trudzie życia według przykazań i wymagań Ewangelii. Tylko Chrystus może uwolnić mnie od rzeczywistości piekła grzechu, ale muszę się zgodzić na to, aby w duchu wiary podporządkowywać egoistyczne korzyści mojego “ja” wymaganiom objawionej Prawdy. Im bardziej będę opierał się na sobie i żył według zasad egoizmu, tym bardziej będę staczał się i pogrążał w rzeczywistości piekła.

    Trzeba pamiętać, że potępienia wiecznego nie można rozumieć jako jakiejś sankcji zewnętrznej wymierzanej ludziom przez Boga. Największą karą za każdy grzech są same konsekwencje grzechu, które są znakiem i początkiem doświadczenia piekła już tutaj na ziemi. W czasie ziemskiego życia doświadczamy tragicznych skutków grzechów, które są przedsmakiem rzeczywistości piekła. Są nimi: “nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne” (Ga 5, 19-21). Popełniając grzech, człowiek odrzuca życie i miłość, a wybiera śmierć i samozniszczenie. Staje się w ten sposób niewolnikiem grzechu. Jest to absurdalna postawa prowadząca do takiego zniewolenia przez egoizm, do takiej koncentracji na sobie, że w ostateczności człowiek będzie działał przeciwko sobie samemu i będzie również innych pragnął w tę niewolę wciągnąć. Widać to szczególnie dzisiaj w Polsce, kiedy wielu ludzi będących u władzy, nienawidząc Chrystusa i chrześcijański system wartości, z niezwykłą gorliwością przez demoralizację i niszczenie autorytetu Kościoła ateizuje naród polski, a szczególnie najmłodsze pokolenie.

    Zniewoleni przez zło ludzie pragną zła i robią wszystko, aby również inni znaleźli się w niewoli różnych nałogów, zakłamania i nienawiści. Usunięcie Boga z życia ludzkiego zawsze rodzi poczucie bezsensu, a także szczególny rodzaj zatwardziałości w zakłamaniu polegający na tym, że zło uważa się za dobro. Postawa zatwardziałości w zakłamaniu i życia takiego jakby Boga nie było, jest szczególnym rodzajem doświadczenia obecności piekła już w czasie ziemskiego życia. Trzeba pamiętać, że większość środków masowego przekazu w Polsce, proponując styl życia bez Chrystusa i zasad moralnych, zachęca ludzi do pójścia drogą prowadzącą do zguby wiecznej. Powinniśmy zawsze pamiętać, że miłość Boża całkowicie respektuje wolność swojego stworzenia także wtedy, kiedy decyduje się ono na definitywne odrzucenie Boga. Tak więc piekło nie jest nieprzewidzianą czy niesprawiedliwą karą. Człowiek sam, wybierając grzech na swoją odpowiedzialność, idzie drogą prowadzącą do piekła. Istnieje piekło, ponieważ istnieje grzech. Piekło jest niczym innym jak grzechem chcianym jako cel, przyjętym jako ostateczne spełnienie, rozciągającym się w nieskończoność. Prawda o piekle nadaje naszemu ziemskiemu życiu niepowtarzalność i dramatyczną wyjątkowość. Przypomina nam, że jeżeli grzech, który jest największym nieszczęściem dla człowieka, bagatelizuje się i traktuje jako dobro, to wtedy wprowadza nas w rzeczywistość piekła. 

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr – Miłujcie się! 5-8/1996/Fronda.pl

    _____________________________________________________________________________________________________________


    Abp Fulton Sheen:

    Trwa apostazja serc! Nasz świat jest jak syn marnotrawny

    Arcybiskup Fulton Sheen, jako baczny obserwator rzeczywistości, zwrócił uwagę, że sednem wszystkich kryzysów, targających dzisiejszy świat – jest fakt, że ludzie odrzucili naukę Krzyża. W swojej książce „Krzyż i Kryzys” zawarł proroczą wizję upadku naszej cywilizacji – która niczym syn marnotrawny, porzuci całkowicie dobra Ojca i rzuci się w ramiona otchłani piekieł.  Istnieje jednak droga powrotu. Co jako społeczeństwo musimy zrobić, by na nią wejść?

    „Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko…” Oto słowa z Ewangelii, które są świadectwem, że apostazja serca postępuje stopniowo. Człowiek jeszcze nie traci kontroli nad sobą, gdy wprawdzie folguje przyjemnościom, ale nie jest opętany przez wady i grzechy.

    „Zabranie wszystkiego” zajęło młodzieńcowi kilka dni. Kiedy już wszystko zgromadził, wyruszył do obcego kraju. A naprawdę obcy jest jedynie ten kraj, w którym nie ma Boga. Dysponując bogactwem i ciesząc się dreszczem emocji wywołanym wyswobodzeniem się spod ojcowskiej władzy, młody człowiek początkowo ma wrażenie, że drzwi do wszystkich przyjemności świata stoją przed nim otworem.

    Są to jednak chwilowe rozkosze – przemijające szaleństwa z delirycznego snu marnotrawnego syna. Grzech i związane z nim przyjemności wystarczały tylko do tego, by go kusić, rozpalać wewnętrznie i psuć przez całe życie, ale nigdy do tego, by choćby na jeden dzień dać poczucie zadowolenia. Potrzeba kolejnych doznań nie znikała. Apetyt rósł w miarę jedzenia, ale satysfakcja z kolejnych przyjemności za każdym razem malała. Był jak człowiek, którego apetyt rośnie nieustannie, ale dostępne mu zapasy pożywienia nieustannie się kurczą. Grzech był obietnicą rozkoszy, a przyniósł tylko to, co rzeczywiście miał do zaoferowania: swoją odrażającą obecność.

    SYN MARNOTRAWNY TO ZACHODNIA CYWLIZACJA

    Moralne zastosowanie tej przypowieści jest oczywiste i wynika z samej jej treści. Możliwe jest jednak również poczynienie pewnych odniesień historycznych, w których zostają ukazane duchowe doświadczenia współczesnego świata. Można mianowicie przyjąć, że młodszym synem z przypowieści jest zachodnia cywilizacja. W XVI wieku udała się ona do duchowego ojca chrześcijaństwa, namiestnika Chrystusa, i poprosiła o swój udział w majątku, czyli o drogocenny kapitał mądrości i tradycji zebrany przez piętnaście wieków ciężkich doświadczeń, prześladowań i modlitw. Przez piętnaście stuleci ojciec duchowy przechowywał wspaniały kapitał pozostawiony przez Chrystusa, wzbogacony nauką apostołów, tradycją ojców Kościoła i syntezą scholastyków. Utrzymanie tego dziedzictwa nie zawsze było łatwe. Czasami trzeba było za nie zapłacić krwią, a nawet życiem. Chodziło, rzecz jasna, nie o majątek w złocie i srebrze, lecz o nieskończenie cenniejszy kapitał prawd Bożych, mówiących o natchnionym charakterze Pisma Świętego, o konieczności sakramentalnej komunii z Chrystusem, o potrzebie nieomylnego autorytetu, o boskiej naturze Chrystusa, o obecności Boga oraz o konieczności istnienia religii.

    Cywilizacja zachodnia, podobnie jak młodszy syn, cieszyła się darem wolności, który jest nierozerwalnie związany z człowieczeństwem. Mogła więc opuścić ojczysty dom i tak też zrobiła. Wziąwszy pod pachę dziedzictwo ważnych prawd religijnych, udała się do obcego kraju, gdzie nie musiała słuchać żadnych nakazów i poleceń duchowego ojca, a jedynie własnych kaprysów i zachcianek. W pierwszych chwilach nieskrępowanej swobody mówiono wyłącznie o niezależności. Dzieci cywilizacji zachodniej, które zerwały ze swoim duchowym ojcem, szczyciły się tym, że odrzuciły „łańcuchy Rzymu” i „niewolę dogmatów”. Zachłysnąwszy się poczuciem fałszywej wolności, cywilizacja zachodnia zaczęła wydawać pozostawiony jej w udziale duchowy spadek. W wielkim skrócie można powiedzieć, że historia ostatnich czterech stuleci jest historią trwonienia majątku czy też ojcowizny, którą Chrystus powierzył swojemu Kościołowi. Majątek ten nie stopniał w jednej chwili ani w jednym miejscu, ani też nie został przepuszczony z jedną grupą znajomych. Otrzymany w spadku kapitał szczuplał stulecie po stuleciu. Patrząc z perspektywy czasu, możemy dokładnie określić, kiedy zostały wydane poszczególne jego części. W XVI wieku zachodnia cywilizacja roztrwoniła wiarę w nieodzowność władzy.

    W XVII wieku roztrwoniła wiarę w Pismo Święte jako objawione słowo Boga. W XVIII wieku roztrwoniła wiarę w bóstwo Chrystusa, w konieczność łaski oraz w całą nadprzyrodzoną strukturę. W XIX wieku roztrwoniła wiarę w istnienie Boga jako Pana, Władcy i Ostatecznego Sędziego żywych i umarłych. W naszych czasach wydała ostatnie pieniądze – roztrwoniła wiarę w konieczność istnienia religii i powinność wobec Boga. Naprawdę roztrwoniła swój majątek, żyjąc rozrzutnie.

    Świadectwem duchowego upadku cywilizacji zachodniej są dwa bardzo ważne zjawiska: masowe odejście od Chrystusa i masowe odejście od Boga.

    PCh24.pl

    Fragment pochodzi z książki „Krzyż i Kryzys” abpa Fultona Sheena, Wydawnictwo Esprit

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Między trzema morzami

    Wojciech Roszkowski 
Orzeł, lew i krzyż. Historia i kultura krajów Trójmorza 
tom I, Wydawnictwo Biały Kruk, Kraków 2022.
    Wojciech Roszkowski Orzeł, lew i krzyż. Historia i kultura krajów Trójmorza tom I, Wydawnictwo Biały Kruk, Kraków 2022.

    ***

    Nie było dotąd w Polsce publikacji, która całościowo ukazywałaby dzieje i dorobek kulturalny krajów Trójmorza. Brak ten wypełnia wydana właśnie praca prof. Wojciecha Roszkowskiego pt. „Orzeł, lew i krzyż. Historia i kultura krajów Trójmorza”.

    Neredzīgais Indriķis, Mikalojus Čiurlionis czy Jože Plečnik. Zapewne te nazwiska niewiele mówią większości Polaków, a są to jedni z najwybitniejszych przedstawicieli kultury takich krajów Trójmorza, jak Łotwa, Litwa i Słowenia. Przytaczam te postacie, aby pokazać, że książka prof. Roszkowskiego sięga obszarów, które z polskiej perspektywy można nazwać białym plamami. Kultura jest jednym z elementów tej pracy, jednak przede wszystkim mamy do czynienia z historią państw i narodów, od ich powstania do początków XX wieku w pierwszym tomie, który jest już dostępny, aż do współczesności w drugim tomie, który autor przygotowuje.

    Co łączy, co dzieli

    Do niedawna obszar ten nazywany był Międzymorzem, gdyż obejmował ziemie Europy od Bałtyku na północy do Adriatyku na południu, dziś jednak częściej jest określany jako Trójmorze, sięga bowiem do Morza Czarnego. Współcześnie obejmuje dwanaście państw, w których żyje blisko 200 milionów osób. Są to: Litwa, Łotwa, Estonia, Polska, Czechy, Słowacja, Austria, Słowenia, Chorwacja, Węgry, Rumunia i Bułgaria. Łączy je przede wszystkim położenie: gdy popatrzymy na mapę, obejmują one obszar określany jako Europa Środkowo-Wschodnia.

    O naturalnej bliskości tych krajów świadczy fakt, że właśnie te dwanaście państw stworzyło w 2015 r. inicjatywę gospodarczo-polityczną zwaną Trójmorzem. Znamienne, że wszystkie wspomniane kraje należą do Unii Europejskiej, uznały jednak, że korzystna jest dla nich bliższa współpraca. Chęć uczestnictwa w tej inicjatywie zadeklarowały w 2021 r. także Mołdawia i Ukraina.

    Wspólnotę Trójmorza wyznacza przede wszystkim położenie i w dużym stopniu wspólna historia, a dziś zbieżne interesy ekonomiczne. Okazuje się, że te elementy są wystarczające, aby w sposób naturalny państwa położone między trzema morzami podejmowały różne formy bliższej współpracy. Szeroka panorama narodów i państw, którą z typową dla swojej twórczości erudycją ukazuje prof. Roszkowski, wskazuje także poważne różnice między nimi. Na przykład odmienności etniczne manifestują się w językach. Polacy, Czesi i Słowacy posługują się językami należącymi do grupy Słowian zachodnich, a Słoweńcy, Chorwaci i Bułgarzy – Słowian południowych. Rumuni mówią językiem romańskim, Litwini i Łotysze językami bałtyckimi, a Estończycy i Węgrzy odmianami języków ugrofińskich.

    Istnieją też różne tradycje religijne, choć w ramach chrześcijaństwa. Na przykład do tradycji katolickiej należą Polska, Słowacja, Słowenia i Chorwacja, do prawosławnej Bułgaria, a do protestanckiej Estonia i Łotwa.

    Między Niemcami, Rosją i Turcją

    Ponieważ książka ma układ chronologiczny, możemy równolegle śledzić dzieje wszystkich państw, co pozwala nam zrozumieć wspólnotę losów, sympatie, ale też antypatie między nimi.

    Wspólnotę dziejów wyznacza przede wszystkim położenie między Niemcami a Rosją, które od średniowiecza do czasów współczesnych dążyły do podporządkowania krajów Trójmorza i przez długie okresy im się to udawało, np. przez cały XIX wiek. W pewnym sensie można powiedzieć, że dzieje narodów tej części Europy to historia walki z Niemcami i Rosją, imperialnymi potęgami, które chciały te narody wchłonąć. Trzeba też uwzględnić trzecie zagrożenie, jakim była od XIV do początków XX wieku ekspansja turecka. Imperium Otomańskie objęło swoim zasięgiem Europę południowo-wschodnią, odciskając swe piętno na podbitych państwach, m.in. Bułgarii, Serbii czy Mołdawii.

    Nim jednak państwa Trójmorza zostały podbite przez sąsiadów, do XVI wieku intensywnie się rozwijały. Pod koniec pierwszego tysiąclecia zaczęły się przekształcać ze społeczności plemiennych we wspólnotę narodową zorganizowaną w państwo. Duże znaczenie w tym procesie miało przyjęcie chrześcijaństwa. Poważne zagrożenie istniało jedynie ze strony Niemiec, gdyż imperialna Rosja jeszcze wówczas nie istniała, a Tatarzy i Turcy rozpoczęli swoją ekspansję kilka wieków później. Okoliczności te doprowadziły do powstania na tym obszarze silnych państw, jak Królestwo Polskie czy Królestwo Węgier, które rozwojem ekonomicznym i kulturalnym oraz potencjałem wojskowym dorównywały krajom Europy Zachodniej.

    Gdy mówimy o położeniu, nie chodzi o warunki geograficzne. Trójmorze tworzy bowiem zarówno Nizina Środkowoeuropejska, jak i Karpaty czy wybrzeża Morza Czarnego i Adriatyku. Profesor Roszkowski zauważa, że właśnie położenie sprawiło, iż kraje te nie uczestniczyły w ekspansji zamorskiej i nie posiadały kolonii, ponieważ były oddalone od oceanów. Brak dostępu do bogactw Nowego Świata był jednym z czynników powodujących, że państwa te od XVII wieku zaczęły słabnąć. Natomiast kraje Zachodu dzięki ekspansji kolonialnej i niewolniczej pracy na terenach zależnych znacznie się bogaciły, następowała w nich kumulacja kapitału.

    Wolność i imperializm

    Nie można opisać Trójmorza bez Polski, która jest jego centralnym elementem. Centralnym nie tylko ze względu na położenie, lecz także idee, jakie z niej wychodziły i oddziaływały na Europę Środkowo-Wschodnią. Autor „Orła, lwa i krzyża” zwraca uwagę na wkład Polski o wymiarze cywilizacyjnym. W pierwszym rzędzie chodzi o wolność, a dokładnie o prawo narodów do życia w pokoju na swojej ziemi. Polska była w tej sprawie w sporze z Krzyżakami, a miał go rozstrzygnąć sobór w Konstancji (1414–1418). Nasze racje przedstawił wówczas rektor Akademii Krakowskiej Paweł Włodkowic. Dowodził m.in., że poganie mają państwa z mocy prawa naturalnego, które nie zaprzecza prawu Bożemu, dlatego nikt, nawet papież czy cesarz, nie ma moralnego prawa, aby unieważnić to przyrodzone prawo pogan, jeśli chcą oni żyć w pokoju. Wskazał przy tym, że Krzyżacy, napadając na pogan, gwałcą prawo naturalne. Tezy te wzbudziły burzliwą dyskusję, ale ostatecznie polska argumentacja zwyciężyła.

    Kwestia rozstrzygnięta w Konstancji jest konsekwencją zasadniczego sporu, jaki toczył się między Niemcami i Polską. Otóż Niemcy uważali, że zjednoczenie Europy powinno dokonać się poprzez stworzenie struktury imperialnej pod przywództwem jednego kraju, w domyśle oczywiście Niemiec. Sobór w Konstancji pokazał jednak, że Polska ma radykalnie inną koncepcję. Bazowała ona na prawie narodów do samostanowienia, czyli na wolności. Praktycznym jej wyrazem było pokojowe zjednoczenie Polski z Litwą.

    Umiłowanie Polski do wolności miało swój konkretny wyraz także w konfederacji warszawskiej z 1573 r., która była uchwałą Sejmu zapewniającą wolność religijną szlachcie. Zarówno prawo narodów do samostanowienia, jak i tolerancja religijna były wielkim wkładem Polski w budowanie europejskiej cywilizacji. Można by tu wymienić jeszcze zjawisko wyjątkowe, jakim była szlachecka demokracja, i choć przerodziła się w anarchię, jednak w pierwszej fazie był to wyjątkowy jak na owe czasy ustrój, dający prawo części społeczeństwa do decydowania o losie państwa.

    Poeta, kompozytor, architekt

    Na koniec krótkie wyjaśnienie, kim byli wymienieni na początku twórcy. Neredzīgais Indriķis to pseudonim pierwszego ludowego poety łotewskiego. Żył na przełomie XVIII i XIX wieku, był nazywany „łotewskim Homerem”, tworzył pieśni i wiersze.

    Mikalojus Čiurlionis to genialny kompozytor litewski przełomu XIX i XX wieku. Choć żył tylko 36 lat, pozostawił po sobie 250 kompozycji. Po uzyskaniu wolności w 1918 r. Litwini uznali go za swojego najwybitniejszego artystę. Natomiast Jože Plečnik to jeden z najwybitniejszych architektów Europy. Urodził się w Lublanie w Słowenii, tworzył w XX wieku. Zaprojektowane przez niego budynki znajdują się nie tylko w Słowenii, ale także w Wiedniu i Pradze.

    To tylko trzech przedstawicieli kultury z krajów Trójmorza, podanych tu jako przykład. Znacznie więcej i szerzej opisanych postaci znaleźć można w książce prof. Roszkowskiego. Czekamy na jej drugi tom, który z pewnością pozwoli m.in. zrozumieć obecną sytuację państw położonych między trzema morzami.

    Bogumił Łoziński/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 3 MARCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.30 – NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA.

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    Małgorzata Maria Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Pan Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Przede wszystkim Komunia

    Pan Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty.

    ze strony: stacja 7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pierwsze piątki miesiąca. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Już przystępując do Pierwszej Komunii Świętej dzieci zobowiązują się do uczestnictwa w 9. Pierwszych Piątkach miesiąca. Praktykę, stosowaną już od 1673 roku, gdy Świętej Małgorzacie Marii Alacoque objawił się Pan Jezus, Kościół propaguje w celu pogłębienia życia religijnego wszystkich wiernych. Czemu służy ta praktyka i jak najlepiej ją wypełniać?

    Serce niegdyś rozumiano jako wolę. A zatem Wolna Wola naszego Umiłowanego Nauczyciela poddała się zupełnie Woli Ojca. Przykład Chrystusa jest wzorem postępowania dla wszystkich chrześcijan. Nasze cierpienia winniśmy składać na Niepokalane Ręce Matki Zbawiciela. Prosić Matkę naszego Pana, aby te serca, przepełnione współczuciem wobec Mąk Jej Syna Jezusa zaniosła przed Tron Przenajświętszej Trójcy.

    Aby okazanej ludziom Bożej Miłości zadośćuczynić za grzechy ,,gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw” (Chrystus do Świętej Małgorzaty) należy w tym dniu:

    1. Być w stanie łaski uświęcającej albo wyspowiadać się (w intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, aby połączyć praktykę pierwszego piątku i pierwszej soboty miesiąca).

    2. Wysłuchać w piątek Mszy Świętej celebrowanej w intencji wynagradzającej Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    3. Przyjąć Komunię Świętą.

    4. Odmówić Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    5. W miarę możliwości odprawić godzinną adorację Najświętszego Sakramentu.

    Wszystkim czczącym Najświętsze Serce Pana Jezusa i rozpowszechniającym Jego kult, Król Nieba i Ziemi przez Świętą Małgorzatę Marię Pan Jezus składa 12 obietnic:

    1. Dam im łaski, potrzebne w ich stanie.

    2. Ustalę pokój w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał w utrapieniach.

    4. Będę ich pewną ucieczką w życiu, a szczególnie w godzinę śmierci.

    5. Będę im błogosławił w ich przedsięwzięciach.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło i ocean miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe prędko dojdą do doskonałości.

    9. Będę błogosławił domom, w których wizerunek Serca mojego będzie czczony.

    10. Osoby, które będą to nabożeństwo rozszerzały, będą miały imię swoje wypisane w Sercu moim.

    11. Dam kapłanom dar wzruszania serc nawet najzatwardzialszych.

    12. W nadmiarze miłosierdzia Serca mojego przyrzekam tym wszystkim, którzy będą komunikować w pierwsze piątki miesiąca przez dziewięć miesięcy z rzędu w intencji wynagrodzenia, że miłość moja udzieli łaskę pokuty, iż nie umrą w mojej niełasce, ani bez Sakramentów świętych, a Serce moje będzie im pewną ucieczką w ostatniej godzinie życia.

    NP/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 4 MARCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    KATECHEZA DLA RODZICÓW I DZIECI

    GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z II NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opowieść o Najpiękniejszej

    Bogato ilustrowana książka Grzegorza Górnego i Janusza Rosikonia

    „Maryja. Biografia”

    Procesja maryjna w Tortosie w Hiszpanii.
    Procesja maryjna w Tortosie w Hiszpanii.
    fot. Janusz Rosikoń

    ***

    Napisali o Tej, o której „słów brak jest aniołom”. Dzięki temu możemy przyjrzeć się temu, jak od kuchni wyglądało życie Królowej Aniołów.

    Wakatyście – przepięknym hymnie Wschodu wychwalającym cnoty Maryi – Gabriel, oczarowany Jej pięknem, wykrzykuje: „Witaj, Matko Baranka i Pasterza. Witaj, bo dźwigasz Tego, co wszystkie dźwiga rzeczy. Witaj, Gwiazdo Słońce nam ukazująca. Witaj, Moście wiodący z ziemi ku niebiosom”. Gdy w czasie „pierestrojki” rosyjska telewizja po raz pierwszy emitowała nabożeństwo ze śpiewem akatystu, wielu wzruszonych ludzi stało na baczność… przed telewizorami. Bo akatyst to hymn śpiewany na stojąco (słowo akathistos znaczy „nie siadając”). W hymnie usłyszymy o tym, że Maryja jest „Cudem, o którym słów brak jest aniołom”, „Wysokością pojęciom ludzkim niedostępną” i „Głębiną nawet anielskim okiem niezbadaną”.

    I choć słowa są rzeczywiście bezradne wobec najpiękniejszej z córek Izraela, dziennikarz Grzegorz Górny i fotograf Janusz Rosikoń z właściwą sobie pasją ruszyli śladami Miriam z rodu Dawida. Owocem ich pracy jest bogato ilustrowana książka – „Maryja. Biografia”.

    Ona

    „Jest najbardziej popularną i rozpoznawalną kobietą w dziejach świata. Żadna inna przedstawicielka płci pięknej w historii ludzkości nie doczekała się tak wielu hołdów, wyrazów czci, oznak wdzięczności” – piszą autorzy. „Tylu rzeźb, obrazów, pieśni i utworów literackich. Jej twarz zobaczyć można wszędzie. Za każdym razem wygląda inaczej – w ­Guadalupe, Częstochowie, Montserrat, Fatimie czy La Salette – tak jakby wizerunki przedstawiały różne kobiety. A jednak wystarczy rzut oka, by nie mieć wątpliwości, że to właśnie Ona. Jest w niej coś, czego nie ma w żadnej innej osobie na świecie. Miriam z Nazaretu. Mater Dei. Our Lady. Maryja. Choć tak znana, jest jednak mało znana. Na podstawie świadectw z epoki wiemy o Niej bardzo niewiele. Większość Jej życia tonie w mroku tajemnicy. Pojawia się w kilku epizodach spisanych przez ewangelistów. Najwięcej miejsca poświęcają Jej św. Mateusz i św. Łukasz, opisując okoliczności narodzenia Jezusa i Jego dzieciństwa”.

    Biblia rozpoczyna się i kończy z Maryją: w Księdze Rodzaju czytamy o „matce wszystkich żyjących”, a w Apokalipsie o Niewieście, która pokonuje Smoka.

    Biografia Maryi jest książką niezwykle potrzebną nad Wisłą, gdzie wciąż na nabożeństwa majowe czy październikowy Różaniec przychodzą tłumy. Czy można kogoś kochać, nie znając jego życia? Warto wyjść poza, skądinąd piękny, polski kontekst „łąk umajonych i cienistych gaików” czy literackiego wołania do Tej, „co Jasnej broni Częstochowy i w Ostrej świeci Bramie”. W swych naukowych podróżach (po Izraelu, Egipcie i znanych, obleganych przez tłumy sanktuariach) autorzy spojrzeli na Matkę Mesjasza jak na wierną prawu Żydówkę, córkę ludu, który wypełnia skrupulatnie 613 przykazań Prawa.

    W pieczołowicie przygotowanej książce przeczytamy między innymi o tym, czy trzyletnia Miriam zamieszkała w jerozolimskiej świątyni, czy słysząc beczenie zarzynanych baranków w Mieście Pokoju proroczo przeczuwała, że narodzi Tego, o którym Jan Chrzciciel zawoła: „To jest Baranek, który gładzi grzech świata!”.

    „A skąd wiadomo, co robiła, skoro Biblia milczy na ten temat? Przecież Jej imię pojawia się w Nowym Testamencie jedynie 19 razy” – powiedzą sceptycy. Wiele opisanych w książce historii poznajemy dzięki apokryfom, m.in. „Protoewangelii Jakuba”, „Księdze Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela” czy „Ewangelii Narodzenia Maryi”. Pisma powstałe „na marginesie” Ewangelii pełne są koloryzacji i przejaskrawień i nie weszły do oficjalnego kanonu ksiąg uznanych przez Kościół.

    Zamknięta izdebka

    Jak wiele zależało od decyzji tej nastolatki z Nazaretu! Jej pełen entuzjazmu okrzyk: „Niech tak będzie!” był najważniejszą strategiczną decyzją w dziejach ludzkości, dzieląc jej historię na dwie ery: przed narodzeniem Tego, o którym wspomniał archanioł, i po nim. Ile miała lat? Być może jedynie dwanaście, bo już dziewczęta w tym wieku osiągały „zdatność do małżeństwa”. W Nazarecie stanął przed nią budzący grozę wysłannik, którego imię brzmi „Bóg jest mocą” i który w angelologii hebrajskiej jest aniołem wykonującym Boże wyroki. Powiedział nastolatce: „Będziesz dziewicą, która pocznie Dziecko”. Tak brzmi to zdanie w dosłownym tłumaczeniu. Dzięki odpowiedzi Miriam z Nazaretu (dziś miasto w Dolnej Galilei okrzyknięto „arabską stolicą Izraela”) w poświęconej Jej bazylice przeczytamy dewizę: Verbum caro hic factum est – tu Słowo stało się Ciałem.

    „W tamtym czasie Galileą rządził drugi syn zmarłego niedawno króla – Herod Antypas (to on po wielu latach rozkaże stracić Jana Chrzciciela oraz będzie obecny przy skazaniu na śmierć Jezusa)” – pisze Grzegorz Górny. „W porównaniu ze swym bratem Archelaosem jawił się on jako władca zrównoważony i unikający przelewu krwi. Życie pod jego rządami wydawało się więc bezpieczniejsze niż w Judei. O Nazarecie brak jakiejkolwiek wzmianki zarówno w Starym Testamencie, jak i w ówczesnych pismach rabinów. Nic w tym dziwnego, skoro miejscowość założona została dopiero w I wieku przed Chrystusem w ramach akcji osadniczej prowadzonej w Galilei przez panującą w Jerozolimie dynastię Hasmoneuszy. W czasach Jezusa mogła ona liczyć około 500 mieszkańców. Przeważnie byli oni ubogimi chłopami, albo zajmującymi się uprawą własnego spłachetka pola, albo najmującymi się do pracy u wielkich posiadaczy ziemskich. Przez kapłanów i uczonych w Piśmie traktowani byli z poczuciem wyższości nie tylko jako ludzie biedni, lecz także posądzani o nieznajomość Tory oraz zaniedbywanie rytualnych przepisów czystości. Święty Jan zanotował kąśliwą uwagę przyszłego apostoła Natanaela, który na wiadomość o tym, skąd pochodzi Jezus, zapytał retorycznie: »Czy może być co dobrego z Nazaretu?«”.

    Krok po kroku

    W książce przeczytamy o tym, jak mógł wyglądać dom Maryi i Józefa. Na wewnętrznej prawej framudze wisiała mezuza zawierająca cytaty z Pisma, a ponieważ gospodarz pracował jako cieśla, była ona prawdopodobnie drewniana. Znajdziemy opowieść o tym, że na czas odmawiania modlitw Józef (a po nim od trzynastego roku życia sam Jezus) przewiązywali na ramieniu i na czole filakterie wykonane z kawałka skóry koszernego zwierzęcia. Dom w Nazarecie wedle tradycji starochrześcijańskiej składał się z dwóch części: wykutej w skale pieczary (po łacinie spelunca) i dobudowanego do niej kamiennego budynku z płaskim dachem-tarasem (po łacinie: domus). Tego rodzaju obiekty mieszkalne, będące zarazem warsztatami, kuchniami i sypialniami, były typowym elementem tamtejszego krajobrazu. W ich wnętrzach stały zazwyczaj krosna do tkania i żarna do mielenia mąki. Na dachach spano w upalne noce, zaś w dzień suszono owoce, a czasami spożywano posiłki. Znajdziemy również ciekawostki na temat tego, co o Marjam (to arabskie brzmienie Jej imienia) mówi Koran i dlaczego uznaje Ją za jedną z czterech najbardziej szanowanych kobiet islamu, nazywając Ją al-Azra, czyli Dziewicą.

    Autorzy bogato czerpią z duchowego doświadczenia opartego na słowie racjonalnego chrześcijańskiego Zachodu i zafascynowanego obrazem i światłem Kościoła wschodniego. „Teologiczna i duchowa zawartość książki powoduje, że można uznać ją za »katechizm maryjny«, w dodatku napisany przy zachowaniu wszelkich wymogów rzetelnego dziennikarstwa śledczego. Z pewnością dostarczy czytelnikowi zarówno wiedzy, jak i pocieszenia” – zachwala dogmatyk ks. Robert Skrzypczak, a biblista Jose Ángel Domínguez, autor „Wrót Biblii”, dopowiada: „Dzięki połączeniu wyników badań historycznych, archeologicznych oraz pochodzących z innych dyscyplin naukowych czytelnicy uzyskają głębsze zrozumienie życia jednej z najważniejszych postaci w historii ludzkości”.•

    Marcin Jakimowicz/Opowieść o Najpiękniejszej/Gość Niedzielny nr.12

    ______________________________________________________________________________________________________________

    _______________________________________________________________________________________________

    W PONIEDZIAŁKI OD GODZ. 18.00 – 20.00 – PORADNICTWO RODZINNE

    adres: 4 Park Grove Terrace, G3 7SD

    POMOC DLA BEZDOMNYCH

    KAŻDEJ NOCY – na Argyle Street pod mostem blisko Stacji Centralnej

    KAŻDEGO DNIA – adres:  20 Crimea Street, G2 8PW (do godziny 20.00)

    W CZWARTKI – adres: Cadogan Street (do godziny 20.00)

    WE WTORKI i W CZWARTKI – adres; George Square (do godziny 19.00)

    WSPÓLNOTA SZYMONA – adres: 389 Argyle Street, G2 8LR (naprzeciwko hotelu Aleksandra)

    KLUB THE WAYSIDE – adres: 32 Midland Street, G1 4PR 9 (do godziny 19.00)

    THE MARIE TRUST – adres: 29 Albion Street, G1 1LH, tel. 0141 286 0065 (każdego dnia do godziny 17.00)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WE WTORKI W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________

    _________________________________________________________

    Informacja o warsztatach na temat EGO

    Mamy ego, ale nim nie jesteśmy. Mamy umysł, ale nim nie jesteśmy. Podobnie też nie jesteśmy naszymi emocjami czy uczuciami. Możemy się nauczyć je rozpoznawać i wychowywać. 

    W czasie tego weekendu nauczymy się rozpoznawać główne programy emocjonalne, jakimi próbuje nas kontrolować nasze ego: wstyd, poczucie winy, apatia, żal, lęk, pragnienia/pożądania, gniew i duma. 

    Nauczymy się także zastępować automatyczny program świadomym wyborem. 

    Zapraszamy na super intensywny weekend, poprowadzony przez Katarzynę Gołębieską, coach i trener TZA-ART (treningu zastępowania agresji), oraz ks. dr. Jarosława Szymczak, współtwórcy Programów na Miłość i Życie, wieloletni wykładowca UKSW i uznany międzynarodowy autorytet w dziedzinie troski o relacje małżeńskie i rodzinne. 

    Czas i miejsce: 25-26 marca 2023, Perth/Zapisy: Magda Dubanowska +44 7821 826556

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – marzec 2023

    Ku czci Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 marca

    Święty Albin, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Feliks III, papież
    ***
    Uzdrowił paralityka, wskrzesił dziecko. Święty Albin
    fot. Bibar via Wikipedia, CC BY-SA 3.0

    ***

    Uzdrowił paralityka, wskrzesił dziecko. Święty Albin

    Albin urodził się w 469 roku w okolicy Vannes, we Francji. Pochodził ze znakomitej rodziny. Miał zapewnioną dostatnią przyszłość. Odrzucił jednak wszelkie ponęty świata i wstąpił do klasztoru o regule św. Augustyna w Tincillac (Cincillac), gdzie potem został opatem (504). Przez 25 lat sprawował ten zaszczytny urząd z wielką korzyścią i zbudowaniem braci. Wyróżniał się dokładnością w zachowaniu reguły, umartwionym życiem i wielką miłością dla podwładnych. Tak ich traktował, jakby oni byli jego panami, a on ich sługą. Umiał jednak być stanowczy w sprawach ważnych.

    W roku 529 zmarł biskup miasta Angers. Ówczesnym zwyczajem zgromadzeni przy metropolicie biskupi, kapłani i wierni na następcę upatrzyli Albina. Wybór okazał się dla diecezji nader szczęśliwy. Albin oddał się z całą żarliwością swojej diecezji. Przewodniczył synodom, które miały za cel przywrócić pierwotną karność kościelną (w latach 538 i 541). Piętnował małżeństwa kazirodcze, które w owym czasie we Francji stały się zwyczajem wśród rodzin arystokratycznych. Jego gorliwość zyskała mu wielu wielbicieli. Należał do nich św. Cezary, biskup Arles. Nie brakowało jednak i wrogów. Doszło do tego, że na Albina urządzano nawet zasadzki i zamachy na jego życie.

    Pan Bóg dał mu dar czynienia cudów. Albin uzdrowił pewnego paralityka, wskrzesił dziecko rodzicom, kilku niewidomym przywrócił wzrok. Jednało mu to wśród ludu powszechną cześć i miłość.

    Po 21 latach utrudzonego pasterzowania zmarł 1 marca 550 roku. Jego śmiertelne szczątki pochowano ze czcią w kościele św. Piotra w Angers. Już w roku 556 ku jego czci wystawiono nowy kościół i tam przeniesiono jego relikwie. Przy tym kościele z biegiem lat powstało opactwo.

    Brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 marca

    Święta Agnieszka z Pragi, ksieni

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Karol, męczennik
    ***
    Święta Agnieszka z Pragi

    Agnieszka urodziła się w 1205 r. w Pradze jako córka króla Czech, Przemysława Ottokara I. Przez matkę Konstancję spokrewniona była z rodem Arpadów (z którego wywodziło się wielu świętych). Gdy miała trzy lata, postanowiono wydać ją za mąż za jednego z synów Henryka Brodatego, dlatego w 1216 r. wyjechała razem ze starszą siostrą Anną na dwór polski. Przebywała głównie w Trzebnicy, gdzie najprawdopodobniej powierzona była opiece św. Jadwigi, której zawdzięczała solidne podstawy życia religijnego. Kiedy dwóch synów króla umarło bardzo młodo, a trzeci poślubił jej siostrę – Annę, Agnieszka powróciła do ojczyzny. Jednak wkrótce znów została wyprawiona z domu, gdyż obiecano jej rękę synowi cesarza Fryderyka II. To małżeństwo również nie doszło do skutku. Agnieszka stanowczo postanowiła być wierną złożonemu przez siebie ślubowi czystości. Po interwencji u papieża Grzegorza IX uzyskała swobodę decyzji. Wówczas całkowicie poświęciła się działalności charytatywnej i pobożnym praktykom.
    Zatroszczyła się o dokończenie fundacji swego brata Wacława I dla franciszkanów. Kiedy dowiedziała się od przybyłych do Pragi braci mniejszych o duchowych przeżyciach Klary z Asyżu, zapragnęła gorąco iść za jej przykładem, praktykując franciszkańskie ubóstwo.
    Około 1233 roku ufundowała w Pradze szpital oraz klasztor klarysek, zwany czeskim Asyżem, do którego rok później wstąpiła. W uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 1234 roku złożyła śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Jej decyzja była głośna w ówczesnej Europie. Klasztor przez nią ufundowany stał się ośrodkiem odnowy religijnej, promieniującym na całą Europę Środkową. Utrzymywała stały kontakt listowny ze św. Klarą z Asyżu i z ówczesnym papieżem. Święta Klara nie szczędziła jej słów zachęty do wytrwania na raz wybranej drodze. Tak zrodziła się ich duchowa przyjaźń trwająca przez blisko dwadzieścia lat – chociaż obie święte nigdy nie spotkały się osobiście. Agnieszka Czeska angażowała się w różne akcje mediacyjne. Przypisywano jej także dar proroctwa i umiejętność czytania w ludzkich sercach.
    W swoim dosyć długim życiu, naznaczonym chorobami i cierpieniami, Agnieszka z miłości do Boga i z ogromnym poświęceniem wypełniała posługi miłosierne wobec wszystkich potrzebujących – bez względu na ich przekonania, pochodzenie i sposób myślenia. Jednocześnie służyła duchową pomocą młodym ludziom, którzy pragnęli poświęcić się Bogu poprzez życie zakonne. Prowadziła życie pełne wyrzeczenia i dzieł miłosierdzia.
    Zmarła w opinii świętości jako ksieni klarysek 2 lub 6 marca 1282 r. Św. Jan Paweł II kanonizował ją razem z Albertem Chmielowskim 12 listopada 1989 roku w Rzymie.
    W ikonografii św. Agnieszka z Pragi (zwana też Agnieszką Przemyślidką) przedstawiana jest w habicie franciszkańskim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 marca

    Święta Maria Katarzyna Drexel, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Kunegunda, zakonnica
    ***
    Święta Maria Katarzyna Drexel

    Katarzyna przyszła na świat w Filadelfii (Stany Zjednoczone) w dniu 26 listopada 1858 roku jako druga córka Franciszka Antoniego Drexela i Hannah Langstroth, należącej do protestanckiej wspólnoty kwakrów. Dwa miesiące później zmarła jej matka. Jej tata po upływie dwóch lat ożenił się z Emmą M. Bouvier, katoliczką, która otoczyła pasierbicę macierzyńską miłością.
    Ojciec był bankierem, współwłaścicielem międzynarodowego imperium bankowego, ale i filantropem. Rodzice uczyli córki, na czym polega prawdziwa wartość bogactwa, i wpajali im przekonanie, że należy je dzielić z innymi ludźmi. Nad jej wykształceniem czuwali najlepsi nauczyciele. Każdego dnia cała rodzina uczestniczyła w Mszy świętej. Gdy Katarzyna ukończyła 11 lat, przystąpiła do Pierwszej Komunii świętej. Za namową mamy poprowadziła wraz siostrą niedzielną szkółkę dla dzieci osób zatrudnionych na farmie. Wielkim wydarzeniem w jej życiu była choroba i śmierć ukochanej macochy w 1882 roku. Katarzyna uświadomiła sobie wówczas, że nawet cały rodzinny majątek nie mógł ulżyć mamie, ani tym bardziej uchronić jej przed śmiercią. Coraz częściej zaczęła się zastanawiać nad sensem życia. Wahała się jeszcze co do swojej przyszłości. Każdego roku składała ślub czystości i wciąż modliła się o dar odczytania swego powołania.
    Tymczasem minęły dwa lata od śmierci matki, gdy Pan Bóg wezwał do siebie ojca Katarzyny. W testamencie jedną dziesiątą swego majątku przeznaczył on na natychmiastowe rozdanie ubogim, a resztę podzielił między swoje trzy córki. Gdyby one zmarły nie pozostawiwszy potomstwa, reszta majątku miała być przekazana na cele charytatywne.
    Po kilku latach, w 1886 roku, ze względu na chorobę i za radą lekarzy, Katarzyna udała się do Europy. Po odzyskaniu sił z całego serca werbowała, wraz siostrami, europejskich kapłanów i zakonnice do pracy wśród Indian. Udała się także do Rzymu i podczas audiencji poprosiła papieża Leona XIII o przysłanie misjonarzy do jednej z placówek, którą wspierała materialnie. W odpowiedzi papież zasugerował jej, by sama została misjonarką. Po rozważeniu tej rady razem ze swoim kierownikiem duchowym, biskupem Jamesem O’Connorem, postanowiła poświęcić się służbie Bogu i założyć zgromadzenie zakonne. Pod koniec 1887 roku siostra Drexel, na zaproszenie misjonarza ojca Stephena, udała się w podróż na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Zetknęła się wtedy po raz pierwszy z Indianami. Ogromne wrażenie wywarło na niej ich ubóstwo oraz uwłaczające ludzkiej godności warunki, w jakich zmuszeni byli żyć. Zapragnęła wówczas zrobić coś więcej, by zmienić ich sytuację. Od tej chwili poświęcała wszystkie swoje siły i majątek na wspieranie misji i misjonarzy w ojczyźnie.
    W ciągu trzynastu lat wybudowała szkoły misyjne w obu Dakotach, Montanie, Wyoming, Kalifornii, Oregonie i Nowym Meksyku. W 1889 roku ostatecznie postanowiła oddać się na służbę Bogu. Rozpoczęła nowicjat u szarytek w Pittsburgu. Gazety amerykańskie zareagowały w przewidywany sposób, nagłówki donosiły: “Panna Drexel wstępuje do klasztoru katolickiego odrzucając siedem milionów!” Dwa lata później, dnia 12 lutego 1891 roku, złożyła śluby zakonne jako pierwsza siostra Zgromadzeniu Najświętszego Sakramentu od Indian i Ludności Kolorowej, które poświęciło się głoszeniu Ewangelii Indianom i Afroamerykanom. Potem ufundowała pierwszy klasztor w Cornwells Heights koło Filadelfii. Następnie założyła szkołę dla ubogich dzieci. Kolejnym dziełem była szkoła dla Indian pod wezwaniem św. Katarzyny w Santa Fe (Nowy Meksyk). Jej dwie siostry, które wyszły za mąż, pomagały Katarzynie w tych działaniach. Otwierała szkoły i internaty dla dzieci. Gdy spotykała na swej drodze ludzi uprzedzonych rasowo, potrafiła pokornie znosić wszelkie upokorzenia i niesprawiedliwe osądy. Jej dzieło rozwijało się coraz bardziej. W 1907 roku papież św. Pius X wstępnie zatwierdził regułę nowego zgromadzenia.
    Katarzyna była kobietą modlitwy. Z niej i z Eucharystii czerpała inspirację do działania na rzecz ubogich i pokrzywdzonych. Walczyła z uprzedzeniami społecznymi i rozpowszechnioną wówczas w Ameryce dyskryminacją rasową. Troszczyła się także o formację nauczycieli. Jej wielkim osiągnięciem było powstanie w 1925 roku Xavier University w Luizjanie, pierwszej w Stanach Zjednoczonych wyższej uczelni przeznaczonej głównie dla katolików należących do mniejszości rasowych.
    Ciężka choroba tyfusu, jakiego się nabawiła podczas wizytacji misji w Nowym Meksyku, spowodowała, że przez ostatnie 18 lat swego życia pozostała przykuta do łóżka (w 1937 roku z powodu choroby zrezygnowała z urzędu przełożonej generalnej). Lata te poświęciła modlitwie i kontemplacji. Odeszła do Domu Ojca w dniu 3 marca 1955 roku w Cornwells Heights.
    Ukoronowaniem jej ofiarnego życia było włączenie jej do grona błogosławionych przez papieża św. Jana Pawła II, w dniu 20 listopada 1988 roku, a następnie ogłoszenie jej świętą w dniu 1 października 2000 roku na placu św. Piotra.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 marca

    Święty Kazimierz, królewicz

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Antoni Farina, biskup
    ***
    Święty Kazimierz

    Kazimierz urodził się 3 października 1458 r. w Krakowie na Wawelu. Był drugim z kolei spośród sześciu synów Kazimierza Jagiellończyka. Jego matką była Elżbieta, córka cesarza Niemiec, Albrechta II. Pod jej opieką Kazimierz pozostawał do dziewiątego roku życia. W 1467 r. król powołał na pierwszego wychowawcę i nauczyciela swoich synów księdza Jana Długosza, kanonika krakowskiego, który aż do XIX w. był najwybitniejszym historykiem Polski. “Był młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności i godnego pamięci rozumu” – zapisał Długosz o Kazimierzu. W 1475 r. do grona nauczycieli synów królewskich dołączył znany humanista, Kallimach (Filip Buonacorsi). Król bowiem chciał, by jego synowie otrzymali wszechstronne wykształcenie. Ochmistrz królewski zaprawiał ich również w sztuce wojennej.
    W 1471 r. brat Kazimierza, Władysław, został koronowany na króla czeskiego. W tym samym czasie na Węgrzech wybuchł bunt przeciwko tamtejszemu królowi Marcinowi Korwinowi. Na tron zaproszono Kazimierza. Jego ojciec chętnie przystał na tę propozycję. Kazimierz wyruszył razem z 12 tysiącami wojska, by poprzeć zbuntowanych magnatów. Ci jednak ostatecznie wycofali swe poparcie i Kazimierz wrócił do Polski bez korony węgierskiej. Ten zawód dał mu wiele do myślenia.
    Po powrocie do kraju królewicz nie przestał interesować się sprawami publicznymi, wręcz przeciwnie, został prawą ręką ojca, który upatrywał w nim swego następcę i wciągał go powoli do współrządzenia. Podczas dwuletniego pobytu ojca na Litwie Kazimierz jako namiestnik rządził w Koronie. Obowiązki państwowe umiał pogodzić z bogatym życiem duchowym. Wezwany przez ojca w 1483 r. do Wilna, umarł w drodze z powodu trapiącej go gruźlicy. Na wieść o pogorszeniu się zdrowia Kazimierza, król przybył do Grodna. Właśnie tam, “opowiedziawszy dzień śmierci swej tym, którzy mu w niemocy służyli […], ducha Panu Bogu poleciwszy wypuścił 4 dnia marca R.P. 1484, lat mając 26” – napisał ks. Piotr Skarga. Pochowano go w katedrze wileńskiej, w kaplicy Najświętszej Maryi Panny, która od tej pory stała się miejscem pielgrzymek. W 1518 król Zygmunt I Stary, rodzony brat Kazimierza, wysłał przez prymasa do Rzymu prośbę o kanonizację królewicza. Leon X na początku 1520 r. wysłał w tej sprawie do Polski swojego legata. Ten, ujęty kultem, jaki tu zastał, sam ułożył ku czci Kazimierza łaciński hymn i napisał jego żywot. Na podstawie zeznań legata Leon X w 1521 r. wydał bullę kanonizacyjną i wręczył ją przebywającemu wówczas w Rzymie biskupowi płockiemu, Erazmowi Ciołkowi. Ten jednak zmarł jeszcze we Włoszech i wszystkie jego dokumenty w 1522 r. zaginęły. Król Zygmunt III wznowił więc starania, uwieńczone nową bullą wydaną przez Klemensa VIII 7 listopada 1602 r. w oparciu o poprzedni dokument Leona X, którego kopia zachowała się w watykańskim archiwum.

    Święty Kazimierz

    Kiedy w 1602 r. z okazji kanonizacji otwarto grób Kazimierza, jego ciało znaleziono nienaruszone mimo bardzo dużej wilgotności grobowca. Przy głowie Kazimierza zachował się tekst hymnu ku czci Maryi Omni die dic Mariæ (Dnia każdego sław Maryję), którego autorstwo przypisuje się św. Bernardowi (+ 1153). Wydaje się prawdopodobne, że Kazimierz złożył ślub dozgonnej czystości. Miał też odrzucić proponowane mu zaszczytne małżeństwo z córką cesarza niemieckiego, Fryderyka III.
    Uroczystości kanonizacyjne odbyły się w 1604 r. w katedrze wileńskiej. W 1636 r. przeniesiono uroczyście relikwie Kazimierza do nowej kaplicy, ufundowanej przez Zygmunta III i Władysława IV. W 1953 r. przeniesiono je z katedry wileńskiej do kościoła świętych Piotra i Pawła. Obecnie czczony jest ponownie w katedrze.
    Św. Kazimierz jest jednym z najbardziej popularnych polskich świętych. Jest także głównym patronem Litwy. W diecezji wileńskiej do dziś zachował się zwyczaj, że w dniu św. Kazimierza sprzedaje się obwarzanki, pierniki i palmy; niegdyś sprzedawano także lecznicze zioła (odpustowy jarmark zwany Kaziukami). W 1948 r. w Rzymie powstało Kolegium Litewskie pod wezwaniem św. Kazimierza. W tym samym roku Pius XII ogłosił św. Kazimierza głównym patronem młodzieży litewskiej. W 1960 r. Kawalerowie Maltańscy obrali św. Kazimierza za swojego głównego patrona; otrzymali wówczas część relikwii Świętego.

    Święty Kazimierz

    W ikonografii atrybutem Świętego jest mitra książęca. Przedstawiany także ze zwojem w dłoni, na którym są słowa łacińskiego hymnu Omni die dic Mariæ – ku czci Matki Bożej, do której św. Kazimierz miał wielkie nabożeństwo. Często przedstawia się go w stroju książęcym z lilią w ręku lub klęczącego nocą przed drzwiami katedry – dla podkreślenia jego gorącego nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________

    Święty Kazimierz Królewicz

    „Młodzieniec rzadkich zdolności”

    Święty Kazimierz Królewicz. „Młodzieniec rzadkich zdolności”
    Jan Długosz świadkiem modlitwy Kazimierza. Obraz Floriana Cynka./Wikipedia

    ***

    Był dowodem na to, że władza nie musi deprawować. Nieprzypadkowo Wyczółkowski namalował go przed wileńską katedrą.

    Wspinam się na przypominającą górę ognia Rossę. Falujący cmentarz leży na czterech wzniesieniach. Przystaję przy nagrobku Władysława Syrokomli. Związany z Wilnem poeta tak pisał o Kazimierzu Królewiczu: „Dostojny patronie Litwy, pokrewny z ciała i ducha! Przygarnij nasze modlitwy, niech je Pan niebios wysłucha/ Módl się za nami do Boga, niech grunt nie chybia swych plonów, niech głód, pomór i pożoga nie dotknie ziem Palemonów”.

    Leon Wyczółkowski, malując patrona Rzeczypospolitej Obojga Narodów, umieścił go przed katedrą wileńską, w której Kazimierz często się modlił. Tu też w 1484 roku został pochowany i tu 120 lat później odbyła się jego kanonizacja.

    Podobno dworzanom zdarzało się znaleźć królewicza drzemiącego przed wejściem do świątyni. Wstawał bladym świtem i nie mógł się doczekać otwarcia kościoła. Czy to jedynie pobożna metafora? Być może. Pokazuje ona jednak najważniejszą cechę Kazimierza: jego wierność i determinację.

    Urodził się 3 października 1458 roku na Wawelu. Był drugim z sześciu synów króla Kazimierza Jagiellończyka, najmłodszego syna Jagiełły. Jego matką była Elżbieta, córka niemieckiego cesarza Albrechta II. Powszechnie znano jego pobożność, a cały dwór szeptał o postach i ascetycznych praktykach, jakim się oddawał. Jego nauczycielem i wychowawcą był kanonik krakowski Jan Długosz, a później urodzony wśród wież San Gimignano włoski humanista, poeta i prozaik Filip Kallimach. Twórca słynnej kroniki Królestwa Polskiego o swym wychowanku pisał, że „był młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności i godnego pamięci rozumu”.

    W 1471 r. brat Kazimierza został królem Czech, a jego samego przymierzano do tronu węgierskiego. Ponieważ jednak tamtejsi magnaci w ostatniej chwili wycofali swe poparcie, królewicz wrócił nad Wisłę. Kontynuował naukę i był powoli wprowadzany przez ojca w arkana władzy. Podczas dwuletniego pobytu Kazimierza Jagiellończyka na Litwie jako namiestnik rządził w Koronie, rezydując w Radomiu. Wezwany przez ojca ruszył w 1483 roku do Wilna. Nie dotarł jednak na miejsce, bo zmarł w drodze, cierpiąc na gruźlicę. Król przybył do Grodna, a Kazimierz, „ducha Panu Bogu poleciwszy wypuścił 4 dnia marca R.P. 1484, lat mając 26” – pisał Piotr Skarga. Pochowano go w katedrze wileńskiej. Już w 1518 roku jego brat Zygmunt I Stary wysłał do Rzymu prośbę o kanonizację królewicza, a legat Leona X, który trafił znad Tybru do Wilna, był pod ogromnym wrażeniem kultu, jakim obdarzano kandydata na ołtarze. Sam ułożył ku czci Kazimierza hymn.

    Tuż przed uroczystą kanonizacją, gdy w 1602 r. ekshumowano ciało, przy głowie królewicza znaleziono pergamin z wypisanym jego ukochanym hymnem: „Omni die dic Mariae, mea laudes anima” („Dnia każdego sław Maryję”).

    Kazimierz jest głównym patronem Litwy, a w dniu jego śmierci, 4 marca, organizowane są słynne Kaziuki, czyli jarmark, na którym tłum zajada smaczne obwarzanki i piernikowe serca.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________

    Maryjny królewicz

    „Był młodzieńcem szlachetnym, rzadkich zdolności i godnego pamięci rozumu” – napisał o Kazimierzu królewiczu ks. Jan Długosz. Kazimierz odznaczał się kultem maryjnym, należał do konfraterni paulińskiej.

    Wikipedia.org

    ***

    Był synem Kazimierza Jagiellończyka. Jego matką była Elżbieta, córka cesarza Niemiec, Albrechta II. Jednym z jego wychowawców i nauczycieli był ks. Jan Długosz, kanonik krakowski. Na wychowanie królewicza mieli też wpływ dwaj późniejsi święci: profesor filozofii i teologii Jan z Kęt, który przygotowywał młodzieńca do sakramentu bierzmowania, oraz Szymon z Lipnicy, bernardyn, spowiednik przyszłego świętego Jagiellona.

    Ojciec upatrywał w Kazimierzu swego następcę. Podczas dwuletniego pobytu ojca na Litwie Kazimierz jako namiestnik rządził w Koronie. Jednak trudne, państwowe obowiązki umiał pogodzić z bogatym życiem duchowym. Od wczesnej młodości królewicz był gorliwym wyznawcą maryjnego kultu. Jego ulubioną modlitwą był hymn ku czci Maryi Omni die dic Mariae (Dnia każdego sław Maryję), którego autorstwo przypisuje się św. Bernardowi (zm. 1153).

    Kiedy w 1602 r. otwarto grób Kazimierza w katedrze wileńskiej św. Stanisława, w kaplicy Najświętszej Maryi Panny, jego ciało znaleziono nienaruszone mimo bardzo dużej wilgotności grobowca. Przy głowie Kazimierza zachował się tekst hymnu ku czci Maryi Omni die dic Mariae.

    Uroczystości kanonizacyjne odbyły się w 1604 r. w katedrze wileńskiej.

    Pochodząca z Wilna tradycja podkreśla, że królewicz zdobył miłość przez obronę ubogich i hojne jałmużny. Odznaczał się żarliwą pobożnością. Podania mówią o modłach królewicza przed świtem – klęczał przed zamkniętymi drzwiami wileńskiego kościoła, co mieli widywać strażnicy zamkowi.

    Dom Jagiellonów miał znaczące związki z Jasną Górą. Przystąpienie domu królewskiego w 1472 r. do konfraterni paulińskiej było aktem znacznej wagi.

    „Kolejne pokolenia rozpoznawały w Kazimierzu sprawiedliwego władcę, odznaczającego się takimi cnotami jak: sprawiedliwość, umiłowanie Ojczyzny i poddanego ludu, mądrość, długomyślność i duch służby. Dlatego chętnie stawiały go za wzór dla piastujących rządy w państwie, a ci brali go sobie za patrona. Właśnie przez wzgląd na tę miłość do swego narodu dostrzegały w nim również wielkiego opiekuna, także tych, którzy podlegają władzy. Dziś, na początku XXI wieku, mimo że tak bardzo zmieniły się społeczne realia, ten wzór i ten patronat nie tracą swej aktualności. Dałby Bóg, aby sprawujący władzę byli wpatrzeni na wzór św. Kazimierza, a wierni szukali w nim oparcia!” – powiedział o nim w 2002 r. św. Jan Paweł II.

    Św. Kazimierz
    ur. 3 października 1458 r. w Krakowie na Wawelu, zm. 4 marca 1484 r. w Grodnie

    ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 marca

    Święty Jan Józef od Krzyża, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Wirgiliusz z Arles, biskup
    ***
    Święty Jan Józef od Krzyża

    Karol Kajetan (Carlo Gaetano) urodził się 15 sierpnia 1654 r. na wyspie Ischia koło Neapolu, w szlacheckiej rodzinie, jako trzeci syn Giuseppe (Józefa) i Laury Gargiulo. Uczył się w szkole augustianów. W 1669 r., mając 15 lat, wstąpił do zakonu franciszkańskiego o najsurowszej regule (alkantarzyści – franciszkanie bosi zreformowani przez św. Piotra z Alkantary). Przyjął wówczas imię Jan Józef od Krzyża. Prowadził szalenie ascetyczny tryb życia: nieustannie pościł, nie pił wina, spał trzy godziny na dobę. Już w okresie formacji był wysoko oceniany przez przełożonych. Chociaż pragnął pozostać skromnym bratem zakonnym, w duchu posłuszeństwa 18 września 1677 r. przyjął święcenia kapłańskie.
    Na polecenie władz zakonnych zajął się zakładaniem nowych fundacji. Przyczynił się do powstania klasztorów w Hiszpanii i we Włoszech. Był reformatorem zakonu, mistrzem nowicjatu, a następnie prowincjałem. Człowiek wielkiej pokory, umartwienia i roztropności, obdarzony darem kontemplacji, prorokowania i bilokacji. Był kierownikiem duchowym i spowiednikiem wielu znanych ludzi, także świętych. Z jego rad korzystali kardynałowie, biskupi i osoby świeckie, często zajmujące wysokie stanowiska.
    Zmarł w Neapolu 5 marca 1734 roku w klasztorze św. Łucji (Santa Lucia al Monte); tam do dziś znajduje się jego grób. Kanonizowany został przez papieża Grzegorza XVI 26 maja 1839 r. Jest patronem wyspy Ischia. Doroczne obchody ku jego czci odbywają się na początku września i trwają przez 4 dni. Jedną z celebracji jest uroczysta procesja z relikwiami św. Jana Józefa od Krzyża wzdłuż portowych nabrzeży.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 marca

    Święta Róża z Viterbo,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Olegariusz, biskup
    ***
    Święta Róża z Viterbo

    Róża urodziła się w 1233 r. Jej rodzice zajmowali się rolnictwem. Legenda głosi, że dlatego nadano dziecku takie imię, gdyż było tak piękne, iż miało twarz podobną do róży. Mając 12 lat Róża wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Już wtedy musiała być bardzo dojrzała w wierze.
    Datą przełomową w jej życiu był rok 1250. Zachorowała wtedy śmiertelnie. Spokojna o swoje losy, modliła się żarliwie o powodzenie wyprawy krzyżowej w obronie Ziemi Świętej, na której czele stał św. Ludwik IX, król francuski (również tercjarz franciszkański). Kiedy cudownie wyzdrowiała, postanowiła całkowicie poświęcić się nawracaniu dusz do Boga. Przywdziała habit zakonny, zaczęła oddawać się surowym praktykom pokutnym w intencji nawrócenia grzeszników, a potem z krzyżem w ręku przebiegała ulice miasta, nawołując do pokuty. Swymi wystąpieniami wzbudziła gniew mieszkających w Viterbo patarynów i katarów (ruchy religijne, których idee w znacznej części zostały uznane za heretyckie), którzy zmusili ją i jej rodzinę do opuszczenia miasta. Już po opuszczeniu Viterbo, przebywając w Soriano, Róża otrzymała dar wizji, z której dowiedziała się o rychłym zakończeniu prześladowań Kościoła, wraz ze śmiercią cesarza Fryderyka II. Po jego śmierci, kiedy miasto zajęły wojska papieskie, Róża rzeczywiście mogła powrócić do rodzinnego domu, który przetrwał do dziś.
    Pod koniec życia Święta prosiła, by przyjęto ją do klasztoru klarysek w Viterbo. Odmówiono jej ze względu na stan zdrowia. Za radą spowiednika zamieniła swoje mieszkanie na osobisty “klasztor”, gdzie wraz z kilkorgiem przyjaciół poświęcała się modlitwie o uświęcenie ludzkich dusz. Wyczerpana pokutą i apostolstwem, zmarła w wieku niespełna 20 lat, 6 marca 1252 roku. Jej śmierć napełniła bólem mieszkańców całego miasta.
    Pan Bóg wsławił Różę za życia i po śmierci tak licznymi cudami, że jej grób stał się miejscem masowych pielgrzymek. Już w roku 1257 w obecności papieża Aleksandra IV odbyło się uroczyste przeniesienie relikwii Świętej do kościoła klarysek, gdzie do dzisiaj przechowywane są w szklanej trumnie. Mimo upływu czasu pozostały one w nienaruszonym stanie. Na wiadomość o cudownym uzdrowieniu jednego z kardynałów papież Kalikst III (+ 1458) przysłał na grób Świętej złotą różę. Równocześnie wyznaczył kanoniczną komisję dla zbadania jej życia i cudów. On też wpisał św. Różę do katalogu świętych (1458). Do dziś zachował się zwyczaj, że co roku w nocy z 3 na 4 września, w rocznicę przeniesienia jej szczątków (zachowanych w stanie nienaruszonym) z cmentarza do kościoła, przychodzi do jej grobu całe miasto i turyści, by wziąć udział w procesji z relikwiami, niesionymi w wysokiej wieży-relikwiarzu (tzw. macchina di Santa Rosa, niesiona przez 100 mężczyzn nazywanych facchini di Santa Rosa). Kiedyś starano się, by “wieża św. Róży” była jak najwyższa i jak najpiękniejsza. Dziś można oglądać wystawę tych wież-relikwiarzy. Benedykt XV ogłosił św. Różę patronką młodzieży żeńskiej Akcji Katolickiej. Patronuje ona także Viterbo, andaluzyjskiej Alcolei, kolumbijskiemu Santa Rosa de Viterbo, tercjarkom i emigrantom.
    W ikonografii Święta przedstawiana jest w sukni tercjarskiej, opasanej sznurem, najczęściej z krzyżem w dłoni lub z Matką Bożą z Dzieciątkiem. Jej atrybutem są róże, korona z róż, dyscyplina.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 marca

    Święte męczennice Perpetua i Felicyta


     pl.wikipedia.org
    Najświętsza Maria Panna z Dzieciątkiem oraz święte Felicyta i Perpetua

    Maria z Dzieciątkiem oraz święte Felicyta i Perpetua

    Perpetua i Felicyta żyły w II w. w starożytnym Thuburbo Minus, mieście położonym około 30 km od Kartaginy (dziś Teburbo w Tunisie). Perpetua w tajemnicy przed ojcem poganinem przyjęła wiarę chrześcijańską i zaczęła do niej przekonywać swych bliskich: brata Saturusa oraz niewolników – Felicytę, Rewokatusa, Sekundulusa i Saturninusa. Obie z Felicytą były młodymi mężatkami. Mąż Felicyty prawdopodobnie zginął razem z nią. Natomiast o mężu Perpetuy informacje są sprzeczne: raz czytamy, że był chrześcijaninem, w innych źródłach, że tak jak jej ojciec – poganinem.
    Oskarżone o bycie chrześcijankami, zostały pojmane i sprowadzone do Kartaginy. Perpetua miała malutkiego synka, w wieku niemowlęcym, którego przynoszono jej do karmienia. W tym samym czasie, będąca w ósmym miesiącu ciąży Felicyta, po ciężkim porodzie, przy wtórze grubiańskich uwag więziennego strażnika, powiła dziewczynkę, którą zaadoptował jeden z chrześcijan. Zgodnie bowiem z prawem rzymskim, matka, mająca w swoim łonie dziecię, nie mogła być stracona przed jego urodzeniem. Zachowały się autentyczne dokumenty, opisujące powyższe wydarzenia – pamiętnik pisany w więzieniu przez św. Perpetuę oraz relacja naocznego świadka. Mimo próśb ojca, który odwiedzał Perpetuę w więzieniu, kobieta nie wyrzekła się swojej wiary.

    Święte Perpetua i Felicyta
    Po krótkim procesie wszystkich więźniów skazano na rozszarpanie przez zwierzęta. Chwili triumfalnego wejścia na arenę nie dożył jedynie Sekundulus, który zmarł w więzieniu. Tuż przed męczeństwem Perpetua i Felicyta otrzymały chrzest, bowiem w czasie aresztowania były jeszcze katechumenkami. Męczennicy wymienili między sobą pocałunek pokoju. Na arenie wypuszczono na nie dzikie zwierzęta, które nie okazały się zbyt drapieżne. Jedynie dotkliwie poraniły kobiety. Gladiatorzy dobili je więc mieczami.
    Męczeństwo to stało się sławne w całym Kościele. Do dzisiaj liturgia przypomina imiona świętych “bohaterek wiary” Perpetuy i Felicyty w Kanonie Rzymskim (pierwszej Modlitwie Eucharystycznej), który jako jedyny był stosowany w każdej Mszy św. aż do 1969 r. (obecnie jest kilka modlitw eucharystycznych do wyboru). Imiona obu męczennic wymieniane są także w Litanii do Wszystkich Świętych. Późniejsza legenda uczyniła ze św. Felicyty matkę siedmiu synów, z którymi miała ponieść męczeństwo. Legenda ta wyraźnie nawiązuje do śmierci siedmiu braci machabejskich i ich bohaterskiej matki. Męczeńska śmierć miała miejsce 7 marca 202 lub 203 r.
    Perpetua i Felicyta są patronkami bezpłodnych kobiet.
    W ikonografii św. Perpetua przedstawiana jest w bogatym stroju patrycjuszki, z naszyjnikiem, welonem, zaś św. Felicyta – w skromnej sukni bez ozdób.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________

    Niesłychane męstwo kobiet

    Niesłychane męstwo kobiet
    Ołtarz świętych i Felicyty w bazylice Niepokalanego Poczęcia w Waszyngtonie/fot. David Shane/CC 2.0

    ***

    Patronkami dnia są dziś święte Perpetua i Felicyta, męczennice.

    Obie były młodymi mężatkami. Oskarżone jako chrześcijanki zostały pojmane i sprowadzone do Kartaginy. Święta Perpetua miała malutkiego synka, a św. Felicyta była w 8. miesiącu ciąży. 

    Męczeństwo to stało się sławne w całym Kościele. Liturgia przypominała imiona świętych „bohaterek wiary” Perpetuy i Felicyty w każdej Mszy św. aż do reformy liturgicznej w 1969 roku. 

    W ikonografii św. Perpetua przedstawiana jest w bogatym stroju patrycjuszki, z naszyjnikiem, welonem, zaś św. Felicyta – w skromnej sukni bez ozdób.

    o. Stanisław Tasiemski, dominikanin/Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 marca

    Święty Jan Boży, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Stefan z Obazine, opat
      •  Święta Beata, dziewica i męczennica
    ***
    Święty Jan Boży

    Jan Cidade urodził się w Portugalii w roku 1495. Ojciec Jana, Andrzej Ciudad, miał swój dom i mały warsztat rzemieślniczy. W pracy pomagała mu małżonka, Teresa Duarte. Gdy Jan miał 8 lat, zjawił się w jego domu jakiś pielgrzym wędrujący do Hiszpanii, prosząc o nocleg. Przy wieczerzy gość opowiadał o krajach, które zwiedził. Kiedy następnego dnia opuścił dom, zauważył przy sobie chłopca, który postanowił towarzyszyć kapłanowi w drodze. Uczynił to potajemnie przed rodzicami. Ci, pełni smutku, daremnie poszukiwali go po całej okolicy. Matka niebawem zmarła ze smutku, a ojciec wstąpił do franciszkanów. Nie wiemy, dlaczego kapłan nie odesłał chłopca do domu. Może myślał, że jest mu w domu bardzo źle, a może chłopiec nie chciał wrócić. Po 20 dniach forsownej drogi chłopiec nie mógł już iść dalej. Kapłan więc zostawił chłopca w mieście Oropesa u niejakiego Franciszka Mayorala, zarządcy owczarni pewnego hrabiego. Ten przyjął Jana jak syna i nazwał małego chłopca “Janem otrzymanym od Boga – a Deo“.
    Chłopiec przeżył w domu opiekuna kilkanaście lat. Przybrani rodzice tak pokochali młodzieńca, że chcieli go uczynić spadkobiercą swojego majątku i zamierzali mu oddać za żonę swoją jedyną córkę. Mając dwadzieścia kilka lat Jan opuścił dom opiekunów. Zaciągnął się do wojska. Zaczęło się typowe życie najemnego żołnierza: włóczęga, zawadiactwo, kieliszek, dziewczęta. Jan był zbyt uczciwy i religijny, by pozwalać sobie na wszystkie wybryki. Niemniej życie jego było w tym okresie bardzo dalekie od doskonałości chrześcijańskiej.
    Pewnego dnia Jan został posłany przez oficera z misją zaopatrzenia oddziału w konieczne wiktuały. Pobliski dwór zajmowali jednak Francuzi. Jan postanowił zaskoczyć ich brawurową szarżą. Koń zrzucił go jednak z siodła, tak iż cudem tylko uszedł niechybnej śmierci. Był to pierwszy głos napomnienia z nieba. Innym razem dowódca powierzył Janowi kasę oddziału. Niestety, w nocy Jana ktoś okradł. Podejrzenie padło na Jana. Został skazany na rozstrzelanie. Już zabierano się do egzekucji, kiedy nadjechał dowódca pułku i po zapoznaniu się z całą sprawą nakazał Jana uwolnić, ale wydalił go z wojska. Do końca życia Jan nie mógł sobie wytłumaczyć, jak się to stało, że tak cudownie został uwolniony, dosłownie w ostatnim momencie. W planach Opatrzności miał jeszcze żyć.

    Święty Jan Boży

    Jan powrócił do Oropesy. Opiekun przyjął go serdecznie, ale i teraz Jan nie zagrzał tu długo miejsca. Wybuchła wojna na wschodzie Europy. Jan ponownie zgłosił się do wojska. Po zawarciu pokoju przez obie strony Jan powrócił, jednak już nie do swojego opiekuna, ale w rodzinne strony. Tu dowiedział się o losie swoich rodziców. Uczyniło to na nim ogromne wrażenie. Z wielką skruchą odbył spowiedź z całego życia i udał się z pielgrzymką do Compostelli, do grobu św. Jakuba Apostoła. Pchany żarliwością o zbawienie duszy i chęcią poniesienia męczeńskiej śmierci udał się do Afryki, gdzie naprzeciw Gibraltaru była portugalska twierdza Ceuta. Przez kilka lat pracował tu ciężko przy fortyfikacji Ceuty, wspierając równocześnie pewnego szlachcica, skazanego przez króla na banicję w te strony wraz z rodziną (1533-1535). Okazji jednak do męczeństwa nie było. Arabowie nie byli też skłonni do przyjęcia wiary Chrystusa. Jan wrócił więc do Hiszpanii i przez krótki czas pracował w Gibraltarze. Za zaoszczędzone pieniądze kupił pobożne książki i założył małą księgarnię, by w ten sposób propagować dobrą prasę (1535-1536). Stąd udał się do Grenady. Założył tu księgarnię książek i obrazów religijnych (1538).
    20 stycznia 1538 r. odbywał się w Grenadzie odpust ku czci św. Sebastiana. Przybyło mnóstwo ludzi. Kazanie głosił słynny kaznodzieja, św. Jan z Avili. Kazanie wywarło na Janie wrażenie piorunujące. Ogarnął go ból za stracone dla wieczności lata. Wydał głośny jęk, rzucił się na ziemię, zaczął targać włosy i ubranie na sobie. Drapał sobie twarz, wołając: “Boże! Miłosierdzia!”. W takim też stanie wybiegł na ulicę. Otoczenie myślało, że postradał zmysły. Kilkunastu ludzi pobiegło za nim i rzuciło się na niego jako na szaleńca; związano go, wychłostano dotkliwie i zamknięto w domu dla obłąkanych. Dla Jana zaczęły się dni straszliwej katorgi fizycznej i duchowej. Metoda ówczesnego leczenia tego rodzaju zaburzeń psychicznych polegała bowiem na zamknięciu pacjenta w wilgotnym i zimnym lochu. Przykutego do ściany łańcuchem, bito do utraty przytomności i sił. Tak obchodzono się z Janem przez 40 dni. Jednak ku zdumieniu oprawców Jan nie tylko się nie bronił, ale zachęcał ich jeszcze: “Bijcie, bijcie to przeniewiercze ciało! Niech ponosi karę za swoje winy!” Stawał jednocześnie bardzo stanowczo w obronie swoich towarzyszy. Kiedy więc wypuszczono go na wolność, zaczął usługiwać nieszczęśliwym, by chociaż w części złagodzić ich dolę.Szybko Jan przekonał się, że sam niewiele zdziała. Za użebrane pieniądze zakupił własny dom, w którym mógł postawić 47 łóżek. W miarę napływu ofiar powiększał szpital i lepiej go zaopatrywał, by chorzy mieli jak największe wygody. Szczególną troską otaczał psychicznie chorych, których traktował z wielką łagodnością i dla których przeznaczył wydzieloną część szpitala. Sam każdego dnia odwiedzał swoich podopiecznych, chorych i ubogich, przewiązywał ich rany, pocieszał, leczył. Nie mniejszą troskliwość okazywał o potrzeby duchowe swoich podopiecznych, zapraszając kapłanów w każdą niedzielę ze Mszą świętą i kazaniem, a nawet z codzienną Komunią świętą. W ciągu dnia przewidział czas na wspólne modlitwy – poranne i wieczorne. Dla uniknięcia zarazy podzielił swój szpital na sektory. Za poradą św. Jana z Avili w szpitalu leczyli się wyłącznie mężczyźni. Na parterze były miejsca przeznaczone dla bezdomnych i ubogich wędrowców.
    Troska o leki, bieliznę, bandaże, łóżka, opłata służby i wyżywienie całej załogi wymagało od Świętego heroicznego poświęcenia. Codziennie udawał się na miasto i na umówionym placu zbierał żywność i ofiary pieniężne. Najczęściej one nie wystarczały. Wtedy udawał się do domów możnych, błagając o pomoc tymi znamiennymi słowy: “Pomóżcie sobie, wspomagając ubogich i chorych, bowiem błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”. Kiedy wyczerpał już wszystkie środki i zadłużył się, udał się do miasta Valladolid, gdzie był wtedy dwór królewski. Nie zawiódł się, dostał szczodry zasiłek od najprzedniejszych pań i panów dworu.
    W swojej żarliwości apostolskiej nie zapomniał o kobietach. Zajął się losem kobiet upadłych. Nawiedzał je osobiście i błagał o zmianę życia. Starał się o uczciwe zabezpieczenie ich losu, by nie musiały utrzymywać się z nierządu. Staruszki i samotne wdowy polecał poszczególnym rodzinom pod opiekę. Niemniej czuły był na los sierot, których wówczas nie brakowało, powierzając je rodzinom, które zapewniały im bezpieczny los. Wszyscy, którzy pomagali Janowi, zarówno kapłani, jak i świeccy (także lekarze), za swoją posługę nie żądali zapłaty.
    Jan wiedział jednak, że ciężaru, który na siebie nałożył, sam nie udźwignie. Nadto trapiła go troska o przyszłość dzieła. Zebrał więc koło siebie gromadkę podobnych szaleńców Bożych i tak założył nową rodzinę zakonną dla obsługi chorych i opuszczonych. Tak powstał zakon Braci Miłosierdzia, zwany u nas bonifratrami. Założycielowi zaś nadał miejscowy arcybiskup przydomek “Jana Bożego” i takim go znamy.

    Święty Jan Boży

    Zmarł na klęczkach 8 marca 1550 r. w wieku 55 lat. W poczet błogosławionych zaliczył Jana papież Urban VIII w 1630 roku, a papież Aleksander VIII wpisał jego imię do katalogu świętych (1690). Papież Leon XIII ogłosił św. Jana Bożego wraz ze św. Kamilem de Lellis patronem szpitali i chorych (1886). Papież Pius XI wyznaczył go na patrona pielęgniarzy i służby zdrowia. Relikwie Świętego znajdują się w kościele zakonu w Grenadzie. Jest ponadto patronem Grenady i księgarzy.
    W ikonografii przedstawiany jest w prostym habicie bonifratra. W ręku trzyma przekrojony owoc granatu, z którego wyrasta krzyż. Jego atrybutami są: cierniowa korona, żebrak na plecach, żebrak u stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Święty Jan Boży. Swoje życie poświęcił opiece nad chorymi

    Święty Jan Boży. Swoje życie poświęcił opiece nad chorymi
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Jan Ciudad, urodzony 8 marca 1495 roku, syn Andrzeja Ciudad i Teresy Duarte, bogobojnej rodziny rzemieślniczej z Montemor o Novo w Portugalii, mając lat dziesięć uciekł z domu, wiedziony żądzą poznania szerokiego świata i jego dziwów, o których opowiadał przygodny wędrowiec, przygarnięty na nocleg. W hiszpańskim miasteczku Oropeza wyczerpanym i chorym chłopcem zajął się zacny obywatel Mayoral. Tu znalazł św. Jan jakby drugi dom rodzicielski.

    Ukończył naukę w szkole parafialnej, pomagał w pracy, pasał owce, został wreszcie zarządcą dóbr hrabiego Feruz y Navas. Szczera pobożność, uczciwość i roztropność jednały mu serca opiekunów i przełożonych.

    Przyszedł jednak w jego życiu okres próby. Cichy, oddany młodzieniec ni stąd ni zowąd zgłosił się do wojska. Uczestniczył w kampanii francuskiej, pełnej przygód i niebezpieczeństw, potem w wojnie tureckiej na ziemi węgierskiej, wreszcie zniechęcony do awanturniczego życia powrócił do rodzinnego Montenor, ale rodziców nie zastał już przy życiu. Matka umarła ze zgryzoty wkrótce po jego ucieczce, ojciec w kilka lat później zgasł świątobliwie jako brat zakonny.

    Jan został teraz wędrownym księgarzem: sprzedawał książki religijne, niosąc towar na plecach od wsi do wsi. Z tego czasu datuje się widzenie, które wskazało mu drogę życia i nadało nowe imię. Gdy znużony wędrówką, zniechęcony i przygnębiony upadł na ziemię, ujrzał Dziecię Jezus i usłyszał głos: “Janie Boży, w Granadzie będzie twój krzyż”. Przybył więc do Granady, sprzedawał dalej swój towar, a równocześnie publicznie, na ulicach oddawał tak niezwykłym uczynkom pokutnym, że poczytano go za wariata i zamknięto w więzieniu. Tu poznał św. Jan, w jak strasznym położeniu znajdowali się umysłowo chorzy, których trzymano w lochach podziemnych i krwawo biczowano w mniemaniu, że ich w ten sposób się uleczy.

    Uwolniony po kilku miesiącach katuszy, postanowił resztę życia poświęcić chorym. Za radą spowiednika, błogosławionego Jana z Avilla, założył szpital w Granadzie i z heroicznym poświęceniem opiekował się chorymi. Znalazł współpracowników. Z nimi obsługiwał chorych w szpitalu, nawiedzał ubogich po zaułkach, żywił wdowy i sieroty, przyprowadzał zbłąkanych do pojednania z Bogiem.

    8 marca 1550 roku przeszedł do wieczności, w dniu swych urodzin, przeżywszy lat 55, z których 42 upłynęły mu w poszukiwaniu drogi Bożej, ostatnie 13 – w twardej, pełnej całkowitego oddania służbie miłości i nieszczęśliwych bliźnich.

    Gromadka jego synów duchowych dopiero w 1586 roku otrzymała konstytucję i zatwierdzenie Stolicy Apostolskiej jako zakon braci miłosierdzia (bonifratrzy). Kanonizowano go w 1690 roku; papież Leon XII ogłosił go patronem szpitali i chorych i polecił wzywać go w litanii za konających. W dziejach szpitalnictwa polskiego zapisali nasi bonifratrzy piękne karty; przybyli do Polski już w 1609 roku.

    W ikonografii przedstawiany jest w prostym habicie bonifratra. W ręku trzyma przekrojony owoc granatu, z którego wyrasta krzyż. Jego atrybutami są: cierniowa korona, żebrak na plecach, żebrak u stóp.

    adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 marca

    Święta Franciszka Rzymianka

    Święta Franciszka Rzymianka i jej Anioł Stróż

    Franciszka urodziła się w patrycjuszowskiej rodzinie w Perrione koło Rzymu w 1384 r. W bardzo młodym wieku wydano ją za Wawrzyńca di Ponziani. Z domu rodzicielskiego przeniosła się więc Franciszka do domu męża, na Zatybrze, w pobliże bazyliki św. Cecylii. Pan Bóg dał małżonkom troje dzieci, których wychowaniem zajęła się Franciszka osobiście, nie wyręczając się kobietami obcymi, jak to było wówczas zwyczajem w rodzinach magnackich. Dbała o dom i o służbę, zabiegając nie tylko o ich potrzeby doczesne, ale także wieczne. Troskliwa i zapobiegliwa żona i matka miała jeszcze czas, aby pomyśleć o ubogich w mieście. Zasłynęła z dobroczynności. Zaopatrywała także sąsiednie kościoły w szaty i naczynia liturgiczne. Zadziwiała również dobrocią, życzliwością i pomocą sąsiedzką. Zagoniona w ciągu całego dnia, umiała niejedną godzinę nocy poświęcić na słodką rozmowę z Bogiem.
    Z trojga dzieci Franciszki syn, Ewangelista, odszedł z tej ziemi w siódmym roku życia; jej jedyna córka, Agnieszka, zmarła w szóstym roku życia. Podczas wojny króla Neapolu z papieżem pałac Franciszki zrabowano, ponieważ wspomagała papieża, przez co straciła środki do życia i pozostała sama – męża i syna skazano na wygnanie. W czasie epidemii, jaka nawiedziła Rzym w latach 1413-1414, z narażeniem własnego życia usługiwała zarażonym. Po powrocie męża i syna z wygnania zachęciła Wawrzyńca do złożenia ślubu czystości. Odtąd Franciszka oddała się jeszcze gorliwiej modlitwie i posłudze ubogim. Rychło znalazły się szlachetne panie, które zapragnęły wieść podobny tryb życia. W taki sposób powstało stowarzyszenie Oblatek Benedyktynek z Góry Oliwnej, które wzięło sobie za cel uświęcenie członkiń przez modlitwę, uczynki pokutne i miłosierdzie. Franciszka osiadła z nimi przy kościele S. Maria Nova przy Forum Romanum i Colosseum.

    Święta Franciszka Rzymianka i jej Anioł Stróż

    Po śmierci ostatniego syna, a następnie męża, Franciszka przyjęła habit i zamieszkała przy tym kościele. W nim ją pochowano; zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat. Była obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie Pan Bóg nawiedził Franciszkę wizjami i darem ekstaz, zmysłem proroczym, mocą uzdrawiania, a nawet wskrzeszania umarłych. Największym jednak przywilejem, jakim miała się cieszyć Franciszka, w hagiografii nader rzadkim, to częste oglądanie przy sobie Anioła Stróża. Do katalogu świętych wpisał ją uroczyście Paweł V w 1609 roku.
    W ikonografii św. Franciszka przedstawiana jest w czarnej sukni i białym welonie, towarzyszy jej anioł. Na niektórych obrazach jej atrybutem jest osioł – symbol pracowitości, wytrwałości, cierpliwości, zdrowego rozsądku – oraz otwarta księga.
    nternetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Święta Franciszka Rzymianka: Kawa z Aniołem Stróżem

    Święta Franciszka Rzymianka: Kawa z Aniołem Stróżem
    św. Franciszka Rzymianka/Orazio Gentileschi

    ***

    Ludzie z wypiekami na twarzy opowiadali o jej niezwykłych wizjach, ekstazach i proroctwach. Wielu zawdzięczało jej uzdrowienie. Kroniki wspominają również o wskrzeszonych zmarłych.

    U ludzi to niemożliwe, u Boga na wszystko jest czas, zaświaty przyszły na świat i kręcą się wokół nas. I piją z nami herbatę, i sadzą cynie po wsiach – z głośników sączy się piosenka Budzyńskiego. Hmm.

    Jak uwierzyć, że zaświaty są na wyciągnięcie ręki? Jak zaprzyjaźnić się ze swoim aniołem? Wyjść poza dziecinną rymowankę: „Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój” i rozmawiać z nim jak z konkretną, pełną ognia istotą? Franciszka Rzymianka miała ten niezwykły dar. Często rozmawiała ze swoim Aniołem Stróżem. W jej życiu było wiele cudowności, ale ona, jak to zazwyczaj bywa, wcale ich nie szukała. Modliła się, a znaki i cuda były tylko potwierdzeniem trafności wyboru jej drogi.

    Urodziła się w 1384 roku w arystokratycznej rodzinie. Młodo wydano ją za mąż za Wawrzyńca di Ponziani. Miała z nim troje dzieci. I choć sąsiedzkie patrycjuszowskie rodziny zatrudniały do wychowania obce kobiety, Franciszka sama wychowywała swe pociechy. Mimo że od rana do wieczora miała ręce pełne roboty, jej dom na rzymskim Zatybrzu słynął z dobroczynności. Zaopatrywała kościoły w szaty i naczynia liturgiczne, karmiła i ubierała biedaków. Modliła się nocami, gdy jej dzieci już słodko spały. Dwoje z nich, siedmioletni synek Ewangelista i sześcioletnia córka Agnieszka, wcześnie zmarło.

    Gdy wybuchła wojna króla Neapolu z papieżem, pałac Franciszki obrabowano, a jej męża i syna skazano na wygnanie. Została sama, bez środków do życia. Większość na jej miejscu rozpaczałaby, ona była jednak pełna ufności. Gdy w Wiecznym Mieście wybuchła epidemia, na rzymskich placach często widziano ją, jak z narażeniem życia usługiwała zarażonym. Zamieniła swój pałac w szpital. „Zabierała zużyte łachmany i zabrudzoną odzież biedaków. Po oczyszczeniu i dokładnym naprawieniu, składała starannie, skrapiając wonnościami, jak gdyby miały służyć samemu Panu” – pisali świadkowie.

    Gdy mąż wrócił z wygnania, zachęciła go do złożenia ślubu czystości. Pełna życia Franciszka zarażała ufnością wszystkich dookoła. Nic dziwnego, że niebawem znalazły się kobiety, które zapragnęły żyć jak ona. Powstało stowarzyszenie Oblatek Benedyktynek z Góry Oliwnej. Siostry osiadły przy kościele tuż przy Koloseum. Po śmierci syna i męża Franciszka ubrała habit. Zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat.

    Jeszcze za jej życia ludzie z wypiekami na twarzy opowiadali o jej niezwykłych wizjach, ekstazach i proroctwach. Wielu zawdzięczało jej uzdrowienie. Kroniki wspominają również o wskrzeszonych zmarłych. Największym jednak przywilejem było częste widzenie Anioła Stróża. Jego obecność była dla niej tak naturalna jak rozmowa z najbliższymi. Teraz, gdy piszę te słowa, stoi przy mnie anioł. Panie, wierzę, ale proszę, zaradź memu niedowiarstwu. Franciszko z Rzymu, módl się za nami.

    Ludzie z wypiekami na twarzy opowiadali o jej niezwykłych wizjach, ekstazach i proroctwach. Wielu zawdzięczało jej uzdrowienie. Kroniki wspominają również o wskrzeszonych zmarłych.

    Żona, matka, zakonnica

    Żona, matka i zakonnica. Połączenie tych powołań wydaje się niemożliwe. A jednak św. Franciszce Rzymskiej to się udało. Przez czterdzieści lat łączyła życie małżeńskie z życiem ascezy, modlitwy i służby ubogim. Najoryginalniejszym z licznych mistycznych darów, było widzenie z własnym Aniołem Stróżem.

    Franciszka urodziła się w 1384 r. Jako 11-letnia dziewczynka postanowiła wstąpić do zakonu. Jednak posłuszna swoim zamożnym rodzicom wyszła z mąż za rzymskiego patrycjusza Wawrzyńca di Ponziani.

    Żyła w zgodnym związku, ponoć nigdy nie pokłóciła się z mężem. Wydała na świat trójkę dzieci, z których dwoje zmarło w dzieciństwie. Zajęta prowadzeniem domu znajdowała czas na modlitwę i pomaganie nędzarzom i chorym. Kiedy tylko ktoś z domowników potrzebował jej pomocy, przerywała modlitwę. Mówiła: „Mężatka musi, jeśli wzywają ją rodzinne obowiązki, zostawić Boga przed ołtarzem i znaleźć Go w domowej krzątaninie”. Legenda mówi, że kiedyś cztery razy przerywano jej modlitwę przy tym samym wersie psalmu, który odmawiała. Kiedy za piątym razem powróciła do modlitwy, znalazła ten wers zapisany złotymi literami. Mieszkała w pałacu na Zatybrzu.

    Gdy wybuchła wojna króla Neapolu z papieżem, pałac obrabowano, a jej męża i syna skazano na wygnanie. Franciszka została bez środków do życia, ale nie straciła ufności i doczekała się ich powrotu. Kiedy miasto ogarnęła epidemia dżumy, na ulicach rozdawała żywność i ubrania. Wokół niej gromadziły się kobiety, które tak jak ona chciały podjąć życie ascetyczne i działalność charytatywną. W 1425 roku Franciszka utworzyła kongregację oblatek benedyktyńskich. Sama przyjęła habit i zamieszkała w klasztorze dopiero po śmierci syna i męża. Była obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi: wizjami, ekstazami, zmysłem proroczym, mocą uzdrawiania, a nawet wskrzeszania umarłych. Zmarła 9 marca 1440 r., mając 56 lat. Pochowano ją w kościele S. Maria Nova przy Forum Romanum. Świętą ogłosił ją Paweł V w 1609 roku.

    Św. Franciszka chciała być zakonnicą, a prawie całe życie była żoną i matką, zakonnicą jedynie „półetatową”. Jej życie pokazuje, że nie każde pobożne pragnienie musi być koniecznie wolą Boga. Cała rzecz w tym, aby umieć to mądrze rozróżniać. Pomocą może być dobra rozmowa, a aniołem stróżem może okazać się mąż, żona, brat, siostra, przyjaciel czy spowiednik.

    Myśl: Nie każde pobożne pragnienie musi być koniecznie wolą Boga.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 marca

    Święty Dominik Savio


    Dominik urodził się w wiosce Riva di Chieri w Piemoncie w 1842 r. Jego ojciec był rzemieślnikiem, a matka krawcową. Rodzice wychowywali dzieci w głębokim poszanowaniu religii. Dominik już jako pięcioletni chłopiec służył do Mszy św., co wymagało od niego dużego samozaparcia, bo Eucharystię sprawowano wówczas tylko rano. Podobno, nie mając zegarka, wiele razy przychodził za wcześnie i modlił się klęcząc przed zamkniętymi drzwiami kościoła. Po Mszy uczył się w szkole prowadzonej przez proboszcza. Gdy zakończył w niej edukację, przeniósł się do kolejnej szkoły, do której musiał codziennie chodzić 8 km pieszo. Mawiał, że w drodze towarzyszą mu Jezus, Maryja i Anioł Stróż.
    Dnia 8 kwietnia 1849 roku, w Wielkanoc, przyjął pierwszą Komunię świętą. Ze strony księdza proboszcza był to akt wielkiej odwagi, gdyż w owych czasach panowało przekonanie, że do sakramentów należy dopuszczać w wieku znacznie późniejszym. O dojrzałości duchowej Dominika świadczą postanowienia, jakie napisał z okazji tej uroczystości w swojej książeczce do nabożeństwa:1) będę często spowiadał się i komunikował, ilekroć mi na to zezwoli mój spowiednik,
    2) będę święcił dzień święty,
    3) moimi przyjaciółmi będą Jezus i Maryja,
    4) raczej umrę aniżeli zgrzeszę.Mając 12 lat, Dominik spotkał św. Jana Bosko, który przyjął go do swego oratorium w Turynie. Nawiązała się między nimi szczególna duchowa więź.Pewnego dnia Jan Bosko miał do chłopców kazanie, w którym rozwinął trzy myśli:1) jest wolą Bożą, byśmy się stali świętymi;
    2) łatwo to można osiągnąć;
    3) w niebie czeka wielka nagroda dla tego, kto zostanie świętym.Dominik zwrócił się wtedy do księdza Bosko z tymi słowami: “Czuję potrzebę i pragnienie, aby zostać świętym. Nie myślałem nigdy, że jest to takie łatwe. Muszę zostać świętym. Niech mi ksiądz w tym dopomoże”. Na to wielki pedagog dał chłopcu taką odpowiedź: “Bądź zawsze wesoły, spełniaj dobrze swoje obowiązki i pomagaj kolegom”.
    Dominik swoją postawą dawał przykład innym chłopcom. Podejmował wiele inicjatyw, żeby pomagać tym, którzy gorzej uczyli się i robili mniejsze postępy na drodze duchowej. Był “prawą ręką” ks. Bosko. W bardzo młodym wieku otrzymał dar kontemplacji, ekstazy i inne nadprzyrodzone dary. Pewnego dnia zapukał do pokoju Jana Bosko błagając go, by natychmiast szedł z nim. Zaprowadził go do mieszkania umierającego protestanta, który pragnął pojednać się z Bogiem. Odległość od oratorium była znaczna. Dla św. Jana Bosko pozostało na zawsze zagadką, skąd Dominik dowiedział się o tym protestancie i o miejscu jego zamieszkania, skoro tu nigdy nie bywał. Nie wypadało zaś chłopca o to pytać. Kiedy indziej Dominik stanął przed bramą jednego domu i zadzwonił. Gdy mu otwarto, zapytał, kto tu umiera. Zaprzeczono, a gdy na jego naleganie zaczęto wypytywać po mieszkaniach, znaleziono samotną, umierającą staruszkę.
    Późną jesienią roku 1856 r. Dominik zaczął odczuwać wysoką gorączkę, gnębił go silny, uporczywy kaszel. Jan Bosko wezwał lekarza. Ten orzekł chorobę płuc, bardzo już zaawansowaną, i polecił, by chłopca natychmiast odesłać do rodzinnych stron. Kiedy Dominik żegnał św. Jana Bosko i kolegów, ze łzami w oczach powiedział: “Ja już tu nie wrócę”.
    Dominik zmarł 9 marca 1857 roku, w wieku zaledwie 15 lat, zaopatrzony sakramentami świętymi. W chwili śmierci miał powiedzieć do swojego ojca, który modlił się z nim, że widzi “piękne rzeczy”. Jego relikwie są w Turynie, w bazylice Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych w pobliżu relikwii św. Jana Bosko. Śmierć nie rozłączyła duchowego ojca i syna.
    Mimo bardzo młodego wieku, pośród zwyczajnych obowiązków codzienności, przebywając między rówieśnikami, Dominik Savio osiągnął świętość. Jej rozumienie zawarł w liście do przyjaciela: “Tu, na ziemi, świętość polega na tym, aby stale być rados
    nym i wiernie wypełniać nasze obowiązki”. Pius XI powiedział o nim: “Mały święty, ale gigant ducha”. Beatyfikowany w 1950 roku, kanonizowany w 1954. Dominik Savio to najmłodszy wyznawca, jakiego kanonizował Kościół. Jest patronem ministrantów i młodzieży.Ikonografia ukazuje Świętego z lilią lub z krzyżem w dłoni. Czasami stoi przed statuą Matki Bożej. Bywa przedstawiany z aniołem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Św. Dominik Savio – mały wielki gigant

    Św. Dominik Savio – mały wielki gigant
    Istockphoto

    ***

    Gdy zapukał do turyńskiego Oratoriom, z miejsca poprosił Jana Bosko: „Pomóż mi stać się świętym”.

    Zbyt młodzi na świętość – słyszę czasem. Naprawdę? – drapię się po głowie, zerkając na biografie najmłodszych świętych i błogosławionych Kościoła. Są wśród nich: trzynastoletnia Laura Vicuña, José Sanchez del Río, piętnastoletni Meksykanin, który 10 lutego 1928 roku oddał życie za wiarę, mały Faustino, zagorzały kibic CF Valencia (nie przepuszczał żadnego meczu!), który chorował na chorobę Hodgkina i któregoś dnia napisał: „Będę mówił »tak« wszystkiemu, co dobre”. Z Jezusem rozmawiał o wszystkim. 17.10.1960 roku zanotował: „Odmówiłem Różaniec. Odpowiadałem z biologii, poszło dobrze. Rozmawiałem dziesięć minut z Chrystusem, również o remisowym meczu Saragossa–Walencja, jak i o misjach…”. Papież Pius XII, gdy kanonizował w 1954 r. czternastoletniego Dominika Savio, powiedział: „Nie należy wierzyć w to, że młody wiek jest przeszkodą w drodze do świętości. Jest zapewne wielu świętych wśród dzieci, jak stwierdził mój poprzednik – Pius X”. A Pius X to ten papież, który w 1910 roku dopuścił do Komunii siedmiolatków.

    Dominik Savio urodził się 2 kwietnia 1842 roku w San Giovanni di Riva w piętrowym ceglanym domu rzemieślnika i krawcowej w wiosce oddalonej o 25 kilometrów od Turynu. Od wczesnego dzieciństwa zadziwiał rodzinę pobożnością. Już jako siedmiolatek, przed przyjęciem po raz pierwszy Komunii Świętej, nakreślił plan na życie: „Będę często przystępował do spowiedzi i tak często, jak mi mój spowiednik pozwoli, również do Komunii Świętej. Pragnę uczynić świętymi każdą niedzielę i uroczystości. Moimi przyjaciółmi będą Jezus i Maryja. Raczej umrzeć, niż zgrzeszyć”.

    W stolicy Piemontu dwunastolatek spotkał księdza, który nie tylko spacerował po linie, wdrapywał się na drzewa i miewał prorocze sny, ale stworzył nowy model wychowania, dotąd opartego przede wszystkim na systemie surowych kar. Jan Bosko zakazał wszelkiego rodzaju kar cielesnych i wprowadził rewolucyjną zasadę, że wychowawca ma być przyjacielem młodych. To on przyjął Dominika do swego Oratorium. Jaki był nastolatek? Uprzejmy, chętny do pomocy, radosny, łagodny, koleżeński, spokojny, obowiązkowy. Opiekował się chorymi i rozdzielał wojujących kolegów. Jeden z nich usłyszał od niego: „W tym miejscu produkujemy świętość. Głównym składnikiem jest codzienna radość”.

    Gdy 8 grudnia 1854 roku Pius IX ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, nastolatek oddał się całkowicie Maryi, a po dwóch latach, na rok przed śmiercią, z ekipą chłopaków stworzył Towarzystwo Niepokalanej.

    „Widzę go zawsze rozmodlonego. Nawet kiedy wszyscy opuszczą kaplicę, on pozostaje na osobistej modlitwie. Codziennie idzie podczas rekreacji na nawiedzenie Najświętszego Sakramentu” – opowiadali ci, którzy odwiedzali Oratorium.

    Zmarł 9 marca 1857 roku, a jego szczątki złożono w turyńskiej bazylice Maryi Wspomożycielki Wiernych. Nieprzypadkowo Pius XI nazwał go „małym, a raczej wielkim duchowym gigantem”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    10 marca

    Świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty

    Zobacz także:
      •  Święty Symplicjusz I, papież
      •  Święty Makary, biskup
    ***
    Świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty

    Do najsilniejszych ośrodków życia chrześcijańskiego w dawnej Armenii należała Sebasta. Dlatego też po wybuchu prześladowania Dioklecjana (+ 313) miasto to musiało złożyć szczególnie krwawe ofiary. Sam Dioklecjan był synem niewolnika w Dalmacji. Jednak dzięki wybitnym zdolnościom uzyskał wolność, w karierze wojskowej pokonywał kolejne stopnie aż został komendantem gwardii cesarskiej, a wreszcie cesarzem rzymskim. W roku 286 przybrał sobie do pomocy i do współrządów jako współcesarza Maksymiliana Herkulesa, a potem jeszcze dwóch innych – Galeriusza (305-311) i Konstancjusza Chlora. Maksymian i Galeriusz wykazywali szczególne okrucieństwo w stosunku do wyznawców Chrystusa. Ten sam kurs kontynuował na Wschodzie następca, cesarz Licyniusz (306-323).
    Właśnie za jego czasów poniosło śmierć męczeńską 40 Męczenników z Sebasty. Legion rzymski, do którego należeli, nosił zaszczytny przydomek Fulminatus, czyli Błyskawica. Namiestnik cesarza nakazał legionistom tego garnizonu złożyć ofiarę kadzidła na ołtarzu rzymskiego bożka. Żołnierze chrześcijańscy w liczbie 40 stanowczo odmówili. Jeden z nich, Cyrion, tak się odezwał do namiestnika, Agrykolanusa, gdy wychwalał męstwo tego legionu i jego zasługi: “Jeśli tak mężnie, jak mówisz, walczyliśmy za cesarza ziemskiego, jakże możesz przypuszczać, że postąpimy inaczej wobec naszego najwyższego Pana, jakim jest Bóg?” Aresztowano wszystkich, zaprowadzono do Sebasty, tam w więzieniu bito ich tak, aż powybijano im zęby, a w końcu skazano ich na zamrożenie.
    Bohaterscy żołnierze uczynili wówczas wspólny testament, w którym pożegnali się ze swoimi rodzinami i prosili, aby byli pochowani wszyscy razem. Tradycja chrześcijańska zachowała imiona owych 40 żołnierzy. Dnia 4 maja 320 roku zaprowadzono ich do Sebasty (dzisiaj Siwas), kazano im się rozebrać i tak nagich wystawiono na całą noc na trzaskający mróz. Zima wtedy była długa i mroźna. Męczennicy błagali Pana Boga tylko o jedno: aby wszyscy, tak jak czterdziestu ich rozpoczęło mękę, tak zdołali ją razem szczęśliwie zakończyć. Oprawcy mieli dla siebie przygotowane ciepłe miejsce. Równocześnie zachęcali skazanych, by ratowali swoje życie przez poddanie się woli cesarza. Podanie głosi, że jeden z legionistów faktycznie się załamał i złożył nakazaną ofiarę. Ale w jego miejsce poniósł męczeństwo jeden ze strażników, zachęcony koronami chwały, jakie ujrzał nad głowami męczenników. Tak więc wszyscy 40 ponieśli śmierć dla Chrystusa.
    Późniejsza wersja głosi, że męczennicy ponieśli śmierć przez zanurzenie każdego w przerębli jeziora. Kiedy wynoszono martwe już ciała, matka jednego z nich, Melitona, zauważyła, że on jeszcze żyje. Wówczas żołnierze odsunęli go na bok. Jednak bohaterska matka w obawie, by nie załamał się, sama wzięła syna na ręce i rzuciła na wóz, gdzie były ciała męczenników.
    Życzenie bohaterskich żołnierzy spełniono tylko częściowo. Pochowano bowiem ich ciała razem, ale niebawem rozdzielono ich relikwie i rozdano po wielu kościołach tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Męczeństwo legionistów wychwalali: św. Bazyli (+ 379), św. Grzegorz z Nyssy (+ 394), św. Efrem (+ 373), św. Gaudencjusz z Brescii (+ 410), św. Grzegorz z Tours (+ 594) i wielu innych. Miejsce ich wspólnego grobu nosi dzisiaj jeszcze turecką nazwę Kyrklar, co oznacza “Czterdzieści”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 marca

    Święty Konstantyn, prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Sofroniusz, biskup
    ***
    Święty Konstantyn

    Konstantyn był królem Szkocji (inne źródla podają, że Kornwalii). Urodzony około 520 r., wstąpił na tron w 537 r., prawdopodobnie po śmierci swojego ojca. Prowadził życie występne. Jednak opamiętał się i rozpoczął żarliwą pokutę. W roku 587 abdykował. Wstąpił do klasztoru irlandzkiego w Offaly. Po otrzymaniu święceń kapłańskich udał się do rodzinnego kraju, aby nieść Ewangelię. Poniósł śmierć męczeńską w 598 r.
    Święty Konstantyn jest czczony w dniu 9 marca w Walii i Kornwalii, 11 marca w Szkocji i 18 marca w Irlandii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 marca

    Święty Alojzy Orione, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Maksymilian, męczennik
    ***
    Święty Alojzy Orione

    Alojzy urodził się 23 czerwca 1872 r. jako syn kamieniarza w Pontecurone, w pobliżu Tortony (Włochy). Był najmłodszym z czterech braci. Imię Alojzy otrzymał na chrzcie dla upamiętnienia przedwcześnie zmarłego brata. Matka chciała chłopcu dać w św. Alojzym najpiękniejszy wzór do naśladowania. Orione otrzymał jeszcze jedno imię, Jan, gdyż właśnie 24 czerwca odbył się jego chrzest. W wieku 6 lat Alojzy rozpoczął naukę w szkole prywatnej w stopniu podstawowym. W wolnych godzinach pomagał w domu. W trzynastym roku życia zgłosił się do franciszkanów. Pozostał tam jednak niecały rok – musiał wracać do domu, gdyż rozchorował się na zapalenie płuc. Po powrocie do zdrowia pomagał ojcu w brukowaniu ulic i dróg.
    Miejscowy proboszcz poznał się na niezwykłych zaletach chłopca – zarówno moralnych, jak i duchowych. Dlatego umieścił go w internacie, który założył i prowadził św. Jan Bosko w Turynie (wrzesień 1886 r.). Orione miał wówczas 14 lat. Ponieważ należał do najlepszych uczniów, przełożeni mieli nadzieję, że młodzieniec zgłosi się do nowicjatu, by w szeregach salezjanów pracować dalej. Orione jednak po wewnętrznej walce uznał, że jego droga jest gdzie indziej. Wstąpił do diecezjalnego seminarium duchownego w Tortonie (październik 1889 roku). Miał wówczas 17 lat. Ponieważ rodziców nie było stać na opłacanie kosztów nauki w seminarium, mieszkał wraz z klerykami-kolegami w małej przybudówce, należącej do katedry, i usługiwał do Mszy świętej kanonikom. Równocześnie był stróżem katedry. 13 kwietnia 1895 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Miał wówczas 23 lata.
    Jako kleryk seminarium biskupiego Alojzy zbierał w swojej izdebce ubogich chłopców i uczył ich prawd wiary. Wspierał ich także materialnie, o ile tylko pozwalały na to jego skromne możliwości. Biskup, widząc wcześniej u Alojzego jako kleryka tę pracę apostolską, przeznaczył go już jako neoprezbitera do konwentu św. Klary, powierzając mu duchowe kierownictwo wobec tamtejszej młodzieży. Równocześnie młody kapłan udzielał się chętnie z kazaniami i rekolekcjami w okolicznych parafiach. Nawiedzał szpitale, więzienia, domy ubogich, by nieść pomoc duchową.
    Alojzy zdawał sobie wszakże sprawę z tego, że zadanie jest ponad siły i że należy zapewnić trwałość rozwiniętemu dziełu. Dlatego, podobnie jak św. Jan Bosko, zaczął sobie dobierać wśród wychowanków przyszłych kapłanów i wychowawców. Tak powstała w roku 1903 nowa rodzina zakonna pod nazwą Synów Bożej Opatrzności, zwana popularnie orionistami. Z czasem powstała także gałąź żeńska. Następnie Alojzy założył zakon kontemplacyjny, który miał stanowić duchowe i modlitewne zaplecze dla podejmowanej działalności.
    Alojzy zakładał szkoły, uczył w nich rzemiosła, przygotowywał do pracy na roli, tworzył internaty. Pełen troskliwości o zbawienie dusz nie zapomniał Don Orione także o misjach zagranicznych, zakładając placówki m.in. w Argentynie, Brazylii, Chile i Urugwaju, by nieść pomoc włoskim emigrantom.

    Święty Alojzy Orione

    Don Orione łączył aktywność z kontemplacją. Przeprowadził akcje ratunkowe po trzęsieniu ziemi w okolicach Mesyny oraz Reggio di Calabria w 1908 r. Na własnych rękach wynosił rannych, dostarczał żywność głodnym, starał się o dach nad głową dla bezdomnych, przygarniał do swoich domów sieroty. W rejonie klęski pozostał trzy lata, mobilizując wszelkie dostępne sobie środki do niesienia pomocy. Podobną pomoc niósł w mieście Marsica (Marsi) w Abruzzach, nawiedzonych trzęsieniem ziemi w roku 1915.
    Szczególnie ciepły stosunek żywił Alojzy do Polski. Mimo że nigdy w niej nie był, ukochał ją za jej szczególną wierność Bogu, za jej umiłowanie wolności i za szczególne nabożeństwo polskiego narodu do Najświętszej Maryi Panny. Zwykł był mawiać, że gdyby nie był Włochem, chciałby być Polakiem. Gdy 1 września 1939 roku Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę, kazał odprawić w intencji naszej Ojczyzny nabożeństwo błagalne o ratunek dla niej. Przy ołtarzu kazał umieścić biało-czerwoną flagę. Orioniści rozpoczęli pracę w Polsce jeszcze za życia Założyciela, w 1923 r.
    Alojzy Orione zmarł na zawał serca 12 marca 1940 r. w San Remo, powtarzając szeptem: “Jezu! Jezu! Idę!”. Jego ciało spoczywa w Tortonie, w założonym przez niego w 1931 r. sanktuarium Madonna della Guardia (Matki Bożej Czuwającej), najważniejszym kościele orionistów. Św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym w 1980 r. Jego kanonizacji dokonał 16 maja 2004 r. w Rzymie.
    Dziś Małe Dzieło Opatrzności Bożej to duża rodzina zakonna, do której należą księża i bracia – Synowie Bożej Opatrzności, Pustelnicy Bożej Opatrzności (zajmujący się ewangelizacją wsi), czynne Małe Siostry Misjonarki Miłosierdzia, siostry Sakramentki Niewidome, Siostry Kontemplatywne od Jezusa Ukrzyżowanego, Orioński Instytut Świecki oraz Ruch Świecki. Ich szczególnym charyzmatem jest praca wychowawcza wśród dzieci, młodzieży i dorosłych, ubogich i odtrąconych przez społeczeństwo. Pracę tę prowadzą orioniści na 4 kontynentach.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 marca

    Święta Krystyna, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święta Patrycja z Nikomedii, męczennica
      •  Święty Nicefor, biskup
    ***
    Święta Krystyna
    Krystyna urodziła się w Persji. Kiedy pogański król perski, Chozroes I, rozpoczął krwawe prześladowanie, św. Krystyna miała należeć do pierwszych osób, które padły jego ofiarą. Jej męczeńska śmierć miała nastąpić 13 marca 559 roku. Z dekretem prześladowczym Chozroesa łączył się pogrom, jaki poganie urządzili ludności chrześcijańskiej w Persji. Św. Krystyna musiała należeć do znakomitszych wśród nich, skoro tak prędko padła ofiarą prześladowania. Perskie imię Świętej miało brzmieć Jazdin. Święta ma nadto jeszcze imiona: Sira i Sirin.
    W ikonografii św. Krystyna przedstawiana jest w szacie matrony z palmą męczeńską w ręku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 marca

    Święta Matylda

    Święta Matylda, patronka fałszywie oskarżonych

    Święta Matylda, patronka fałszywie oskarżonych
    fot. G.Freihalter via Wikipedia, CC BY-SA 3.0
    ***
    św. Matylda von Ringelheim (Matylda Westfalska) urodziła się w 895 r. w Westfalii. Była córką księcia saskiego Teodoryka (Dietricha) i Reinhildy – pochodzącej z duńskiego rodu królewskiego. Matylda kształciła się i młode lata spędziła w klasztorze benedyktynek w Herford pod okiem babki ze strony ojca, także Matyldy – ksieni klasztoru. Lata tu spędzone będzie zawsze zaliczać do najpiękniejszych w życiu. Tu także zasmakowała w modlitwie i w służbie Bożej.
    Mając 14 lat, w 909 r., poślubiła Henryka Ptasznika, który w trzy lata potem został księciem Saksonii, a w roku 919 królem Niemiec. Znany jest w historii pod imieniem Henryka I (919-936). Życie królowej upływało w spokoju. Mąż dał jej zupełnie wolną rękę w czynieniu dobra. Dla Bożej chwały i dla dobra ubogich nie żałowała pieniędzy. Św. Matylda dała Henrykowi I pięcioro dzieci: Jadwigę, przyszłą żonę księcia Paryża Hugona Wielkiego, matkę Hugona Kapeta; następcę tronu Ottona, późniejszego cesarza Niemiec (Otton I Wielki, 962-973); Gerbergę, która wyszła za księcia Lotaryngii, a potem za króla Francji, Ludwika IV; Henryka I, późniejszego księcia Bawarii oraz św. Brunona I, od roku 953 arcybiskupa Kolonii.
    Z mężem swoim Matylda przeżyła jako wzorowa małżonka 25 lat. Po śmierci męża (2 lipca 936 r.) musiała patrzeć na wojnę domową, jaka wybuchła o tron królewski pomiędzy jej synami: Ottonem i Henrykiem. Zwycięzcą został Otton, a Henryk jako rekompensatę otrzymał księstwo bawarskie. Nowy władca wiele przykrości wyrządził matce, oskarżając ją o to, że jest zbyt rozrzutna na cele religijne. Sam jednak szafował państwowym majątkiem bez miary, gdyż prowadził stale wojny: najpierw ze swoim bratem, Henrykiem, potem z papieżem, z królem Czech i ze Słowianami na Wschodzie.
    Matylda cierpiała nad tym wszystkim. Popierała jednak syna w założeniu metropolii w Magdeburgu w roku 960 i zależnych od niej biskupstw: w Braniborze (Brandenburg), w Hobolinie (Hawelbergu) i w Oldenburgu, które były położone między Łabą a Odrą na terenach słowiańskich. Cesarzowi przyświecała myśl polityczna, by po prostu biskupstwa te były ośrodkami germanizacji. Królowej natomiast przyświecała myśl pozyskania Słowian dla wiary.
    W 955 r. królowa Matylda przeżyła śmierć swojego najstarszego syna, Henryka, a dziesięć lat później – najmłodszego, św. Brunona, arcybiskupa. Pod koniec życia dotknęło ją jeszcze jedno bolesne przeżycie – śmierć wnuka, biskupa Wilhelma z Moguncji, którą sama przewidziała.
    W ostatnich latach życia Matylda oddała się wyłącznie modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Codziennie przy swoim stole gościła ubogich, widząc w nich samego Pana Jezusa. Hojnie wspomagała kościoły i klasztory ze swoich osobistych majętności. Wystawiła dwa duże opactwa: benedyktynów w Northausen i benedyktynek w Kwedlinburgu. Dlatego ikonografia często przedstawia Świętą z kościołem i klasztorem w ręce. W opactwie w Kwedlinburgu spędziła końcowe lata życia. Tam też przeszła do wieczności 14 marca 968 roku w wieku 73 lat. Pochowano ją obok męża w Kwedlinburgu w kaplicy zamkowej. Od roku 1539 kościół ten jest w ręku protestantów. W roku 1858 katolicy wystawili ku czci św. Matyldy nowy kościół. Pierwszy życiorys królowej ukazał się już w wieku X – a więc tuż po śmierci Świętej. Drugi życiorys polecił napisać św. Henryk II, cesarz niemiecki. Jest patronką fałszywie oskarżonych, wdów, dużych rodzin, rodziców, którym zmarły dzieci.
    W ikonografii przedstawiana w stroju królowej. Jej atrybutami są: korona, budynek klasztoru, jałmużniczka.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________

    Święta Matylda – matka cesarza

    Święta Matylda - matka cesarza
    św. Matylda z Ringelheim/autor nieznany(PD)

    ***

    Źródła podają, że święta Matylda, znana także, jako Matylda von Ringelheim urodziła się w roku 895 w Engler, w Westfalii. Była córką księcia Teodoryka oraz Reihildy, wywodzącej się z duńskiej rodziny królewskiej.

    Młodość spędziła w klasztorze w Herford, nieopodal dzisiejszego miasta Bielefeld. W 909 roku wyszła za mąż za Henryka Ptasznika, króla Niemiec, zwanego także Henrykiem I. Spośród pięciorga ich dzieci, najbardziej znani są nam dziś późniejszy cesarz, Otton I oraz święty Brunon. Po śmierci Henryka doszło do sporu między synami o to, który z nich ma zostać następcą tronu, w wyniku czego, rozpętała się między nimi wojna domowa.

    Ówczesna napięta atmosfera oraz narastające konflikty, uderzyły także w samą Matyldę, którą doradcy Ottona mieli oskarżyć o defraudację dóbr z królewskiego skarbca, które ta przeznaczyła na cele charytatywne. Wygnano ją nawet w związku z tym z dworu, ale dzięki staraniom synowej Edyty, wkrótce na niego powróciła.

    Matylda ufundowała między innymi kapitułę w Kwedlinburgu, czy też klasztory w Duderstadt, Pöhlde, Grone i Nordhausen – dlatego też w ikonografii często ukazuje się ja z modelem kościoła. Codziennie miała też przy swym stole gościć osoby ubogie, dopatrując się w nich Chrystusa, stąd też przedstawia się ją również, jako królową rozdającą biednym jałmużnę, lub w towarzystwie świętego Brunona, w chwili, gdy dochodzi między nimi do pojednania z Ottonem I, z którym to, w 962 roku udała się nawet do Rzymu, gdzie otrzymał on cesarską koronę.

    Zmarła w Kwedlinburgu 14 marca 968 roku, gdzie pochowano ją w zamkowej kaplicy u boku męża. Szczególnym kultem otaczana jest w Bawarii i Saksonii.

    Najwięcej dowiadujemy się o niej z dzieła „Res Gestae Saxonicae” Widukinda z Korbei, benedyktyńskiego mnicha i kronikarza. Ów przebywający wówczas w klasztorze nieopodal miasta Höxter nad Wezerą zakonnik, jest autorem jednego z najważniejszych dokumentów historycznych traktujących o dziejach Europy w X wieku. Opisywał w nim m. in. walki Sasów z Frankami, ale też jako pierwszy wspomniał o państwie Mieszka I.

    Piotr Drzyzga/wiara.pl

    ________________________________________________________________________________

    Żywot świętej Matyldy, cesarzowej

    (Żyła około roku Pańskiego 968)

    Rzadko wielkość świecka tak szczerze jednoczy się z pokorną służbą Bożą, jak tego dała nam przykład święta Matylda. Była ona córką hrabiego Teodoryka w Westfalii, a wychowanie odebrała w klasztorze w Herfordzie, gdzie jej babka była przełożoną. W klasztorze nie tylko nauczyła się modlić, ale i wszelkich robót ręcznych, albowiem w owych czasach nawet córki wielkich domów musiały się zajmować ręczną pracą.

    Doszedłszy wieku panieńskiego, oddała rękę księciu saskiemu Henrykowi, który później wstąpił na tron jako cesarz, im więcej jednakże postępowała w świeckiej godności, tym więcej uniżała się przed Bogiem. Królewski swój pałac zamieniła na klasztor, w którym podwładnych swych ćwiczyła w pobożności. Uważała się za matkę strapionych i zasmuconych. Jałmużny dawała obfite, ale nigdy bez obroku duchownego; słowa zaś jej wywierały wielki wpływ, tak że niejeden nędzarz poprawiwszy się, bogobojne odtąd prowadził życie. Większą część nocy spędzała na modlitwie, rano zaś budowała wszystkich nabożnym słuchaniem Mszy świętej, po czym własnoręcznie rozdawała biednym jałmużny. Prawie codziennie zanosiła chorym pomoc tak cielesną, jak i duchowną, odwiedzała zbrodniarzy w ciemnych więzieniach często wstawieniem się swoim wyjednywała im ułaskawienie.

    Cesarz, będąc sam pobożnym, nie sprzeciwiał się małżonce we wykonywaniu dobrych uczynków, owszem zachęcał do nich. Henryk był z urodzenia popędliwy, żyli jednak w miłej zgodzie, albowiem Matylda anielską łagodnością umiała sobie pozyskać małżonka. Póki był rozgniewany, nic z nim nie mówiła, dopiero, gdy gniew ochłonął, rozpoczynała rozmowę i sprawy swoje przedkładała.

    Małżeństwo to pobłogosławił Bóg trzema synami i dwiema córkami. Najstarszy syn Otto został cesarzem, średni – ulubieniec Matyldy, – księciem bawarskim, a najmłodszy Bruno, który później w poczet Świętych został zaliczony, arcybiskupem kolońskim.

    Po dwudziestu trzech latach szczęśliwego pożycia Henryk wpadł w śmiertelną chorobę i przeznaczył Ottona na swego następcę. Żegnając żonę, rzekł: “Zaiste nikt nie miał żony wierniejszej i troskliwszej o wszystko dobre, niż ja. Dziękuję ci, żeś mnie hamowała w popędliwości, niejednokrotnie wspierała radą, odwracała od złego i zachęcała do sprawiedliwości i litości dla uciśnionych. Wszechmogącemu Bogu i przyczynie Świętych Pańskich polecam ciebie, dzieci i duszę moją”. Słowa umierającego cesarza wprawiły Matyldę w głęboki żal i smutek, więc natychmiast pospieszyła do kościoła, by się modlić za duszę umierającego małżonka.

    Król umarł w samo południe, a że jeden z kapłanów był jeszcze na czczo, przeto królowa dala odprawić za zmarłego Mszę św., po czym wziąwszy synów, zaprowadziła ich do włok i rzekła: “Zaklinam was, bójcie się Boga i służcie Mu jako najwyższemu królowi całego świata. Bądźcie zgodni i nie sprzeczajcie się o marne honory. Spojrzyjcie na ojca i uczcie się, jaki koniec bierze wszelka wielkość ziemska. Szczęśliwy, kto się sam poniża, a szuka tylko dóbr wiecznych. Nie troszczcie się o to, kto z was odbierze światową lub duchowną drogę, Pamiętajcie zawsze na słowa mądrości Bożej, że kto się poniża, będzie wywyższon, a kto się wywyższa, będzie poniżon”.

    Potem pochowała męża w Kwedlinburgu z królewską wspaniałością i ustanowiła zakład, w którym niewiasty obowiązane były modlić się za zmarłego cesarza. Wszystko, co Matylda mówiła jako matka swym dzieciom, to sama chciała wykonywać. Niebawem złożyła z siebie złociste szaty i zamknęła się w swoich pokojach, by się modlić i pokutować w samotności. Często w nocy wstawała z łoża, budziła sługę i udawała się z nią do kościoła, gdzie klęcząc przed Przenajświętszym Sakramentem przebywała na gorącej modlitwie aż do rana, po czym tajemnie wracała do komnaty.

    św. Matylda

    ***

    Zebrała się wreszcie rada panów krajowych celem wybrania nowego cesarza. Jedni głosowali za Ottonem jako pierworodnym, drudzy, na których wpływała Matylda, chcieli Henryka, z tej racji, że zmarły był ojcem Ottona nie jako król, lecz jako książę, Henryk zaś był pierwszym królewiczem. To wywołało zaciętą wojnę między braćmi, która skończyła się klęską Henryka.

    Matylda nie była bez winy w tej sprawie, za co ciężko musiała odpokutować, bo bracia, chociaż się wzajemnie nienawidzili, wspólnie zaczęli matkę prześladować. Pod pozorem, że przez jałmużny trwoni skarb państwa, odebrali jej wszelkie dochody, chcąc ją zmusić do wstąpienia do klasztoru. Matylda, wyzuta w ten sposób z własności, udała się do Westfalii, gdzie z pokorą znosiła ubóstwo.

    Tym czasem biskupi i panowie, których ta niezgoda braci i niesprawiedliwość wyrządzona matce wielce niepokoiły, zaczęli nalegać, aby położyli koniec temu zgorszeniu. Pierwszy upamiętał się Otto. Wyprawił po matkę świetne poselstwo i wezwał ją do siebie, wyjechał naprzeciw niej i padłszy przed nią na kolana, ze łzami błagał o przebaczenie. Matylda uściskała go i ucałowała, mówiąc: “Bądź spokojny, mój synu. Gdybym na to grzechami mymi nie zasłużyła, nie byłoby mnie to spotkało”. Niedługo też i Henryk przeprosił matkę, po czym obaj zwrócili jej dochody, dzięki czemu znowu mogła wspierać kościoły i ubogich.

    Pan Bóg objawił jej godzinę śmierci, na którą się też pilnie gotowała. Zwiedziła założone przez siebie klasztory, ubogich i chorych karmiła u swego stołu, zwiedzała domy nędzarzy, pielęgnowała chorych, nie omieszkując napominać ich do cnotliwego życia i pokuty. Budowała domy dla chorych, kazała opalać izby, gdzie by się nędzarze mogli ogrzać. Potem udała się do Kwedlinburga do klasztoru, gdzie spoczywał jej mąż. Tu chciała umrzeć, aby spocząć obok niego. Wkrótce potem przybył do Kwedlinburga arcybiskup koloński, jej krewniak, by ją wyspowiadać. Po spowiedzi chciała mu Matylda dać coś na pamiątkę, zapytała więc przełożonej, co by jeszcze miała własnego. “Nic – odpowiedziała przełożona – jak tylko kilka śmiertelnych prześcieradeł do owinięcia własnego ciała”. “Dać mu te prześcieradła – rzekła Matylda – on ich prędzej będzie potrzebował niż ja”.

    Przepowiednia ta sprawdziła się, gdyż arcybiskup w drodze powrotnej nagle zachorował i umarł, a Matylda dopiero w dwanaście dni później. W dniu śmierci kazała się położyć na włosiennicy, a głowę posypać popiołem. “Tak się godzi – rzekła – aby chrześcijanin umierał w włosiennicy i popiele!” Przeżegnawszy się, oddała Bogu ducha 14 marca 968 roku, tej samej godziny, w której zwykle rozdzielała jałmużny.

    Nauka moralna

    Wielu mniema, że żyjąc w świecie nie można się zastosować do ostrych przepisów ewangelicznych, jako też nie można dojść do doskonałości, a tym bardziej zostać Świętym. Rozumowanie to jest niedorzeczne, w każdym bowiem stanie, czy wysokim, czy niskim można dojść do możliwej dla śmiertelnych doskonałości. Mamy Świętych z najuboższych chatek i z warsztatów rzemieślniczych; są Święci, którzy nosili tiary papieskie, mitry biskupie lub korony królewskie i cesarskie, jak święta Matylda. Są Święci wojskowi, jak św. Sebastian i Czterdziestu Męczenników, lub delikatne niewiasty. Mamy więc Świętych każdego stanu, każdego wieku i każdej płci. Nie sądźmy również, aby liczba Świętych ograniczała się tylko do tych, których imiona znamy i których cześć publiczna przez Kościół święty jest zalecona; przeciwnie, jest ich o wiele, wiele więcej. Przeznaczeniem bowiem każdego człowieka jest osiągnięcie Nieba czyli zostania Świętym; gdyby to dla wszystkich ludzi nie było możliwe, Pan Bóg nie wymagałby tego, gdyż nie pozwoliłaby na to Jego dobroć i mądrość. Łaska Boska każdemu dopomaga, trzeba tylko z nią pracować, korzystać z środków, jakie podaje Kościół święty, a mianowicie pamiętać na słowa Zbawiciela: “Czuwajcie, a módlcie się, abyście nie weszli w pokusę” (Mat, 26,41).

    Modlitwa

    Boże, któryś serce świętej Matyldy cesarzowej, od zamiłowania marności tego świata odwracając, udarować raczył miłością Twoją i wielką nad biednymi litością; spraw miłościwie za jej pośrednictwem, prosimy, abyśmy serca nasze od znikomych dóbr ziemskich odwracając, a wedle możności naszej wspierając cierpiących bliźnich, dostąpili przyobiecanych przez Ciebie owoców najobfitszego miłosierdzia Twego. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

    św. Matylda, cesarzowa
    urodzona dla nieba 14.03.968 roku,
    wspomnienie 14 marca

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937r

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 marca

    Błogosławiony Artemides Zatti, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Klemens Maria Hofbauer, prezbiter
      •  Święta Ludwika de Marillac, zakonnica
    ***
    Błogosławiony Artemides Zatti

    Artemides urodził się w Boretto, w prowincji Reggio Emilia, we Włoszech, w dniu 12 października 1880 roku. Już jako dziewięcioletni chłopiec podjął pracę zarobkową, aby ulżyć rodzinie w ubóstwie. Pracował na gospodarstwie. Wstawał codziennie około godz. 3 w nocy i ruszał na pole. W końcu bieda przemogła i gdy miał 17 lat, cała rodzina wyemigrowała do Bahia Blanca w Argentynie, do wujka obiecującego pomoc w znalezieniu pracy.
    Artemides podejmował się różnych prac, by zarobić na chleb. Pomagał też swemu proboszczowi, ks. Carlo Cayallemu, salezjaninowi, w pracach duszpasterskich, zwłaszcza zaś w opiece nad chorymi. Od niego otrzymał książkę o życiu św. Jana Bosko. Po jej przeczytaniu obudziło się w nim pragnienie zostania salezjaninem. Edukację zakonną rozpoczął w Bernal, koło Buenos Aires. Tam też przybył pewnego dnia młody salezjanin chory na gruźlicę. Artemides zgłosił się do jego pielęgnacji. W niedługim czasie zakonnik zmarł, ale przebywanie przy łóżku chorego pozostawiło swoje ślady.
    Artemides zachorował i musiał przerwać studia. Lekarz poradził, aby wysłać chorego do domu leżącego wysoko w górach. Udał się na leczenie do domu salezjańskiego w Viedma (Rio Negro), gdzie Matce Bożej Nieustającej Pomocy złożył obietnicę, że całe swe życie poświęci trosce o chorych. Mieścił się tam szpital dla biedaków i bezdomnych. Wkrótce też za Jej wstawiennictwem odzyskał zdrowie i wstąpił do nowicjatu salezjanów. Złożył śluby czasowe brata zakonnego w dniu 11 stycznia 1908 roku, a trzy lata później śluby wieczyste.
    Przez 40 lat pracował z heroiczną gorliwością. Był kierownikiem szpitala św. Józefa, jednego z pierwszych w Patagonii, aptekarzem, asystentem na sali operacyjnej, pielęgniarzem, administratorem. Uważano go za prawdziwego “dobrego samarytanina”. Jego działalność nie ograniczała się do szpitala. Nie szczędząc trudu pomagał także z wielkim poświęceniem ubogim. Gdy potrzebował pomocy, zwracał się do znajomych mówiąc: “Nie chcielibyście pożyczyć Panu Bogu jakiegoś ubrania?” A innym razem: “Nie moglibyście pożyczyć Panu Bogu pieniędzy na szpital?” A gdy przybył ubogi Indianin, Artemides wołał: “Siostro, proszę przygotować łóżko Panu Bogu!” Jego prostota i ufność Bogu przełamywały wszelkie ludzkie trudności.
    Odznaczał się ewangeliczną miłością, będącą świadectwem niezwykłej stałości w wierze, a także cierpliwością i ofiarnością. Był bezwzględnie posłuszny przełożonym, choć niekiedy dostosowanie się do ich woli kosztowało go wiele wyrzeczeń. Gdy powierzono mu budowę kurii biskupiej, w wolnych chwilach zajmował się chorymi i ubogimi. Nazywano go “krewnym wszystkich biedaków”. W jego życiu przedziwnie przenikały się i uzupełniały życie czynne i kontemplacja, miłość bliźnich i dar z siebie, służba Kościołowi i własnemu zgromadzeniu.
    Zmarł po długim, oddanym służbie Bogu i bliźnim życiu, w dniu 15 marca 1951 roku w Viedmie. W uznaniu jego wielkich zasług tamtejsi mieszkańcy nazwali jego imieniem szpital i główną ulicę swego miasta oraz postawili ku jego czci pomnik. Do grona błogosławionych zaliczył go św. Jan Paweł II w dniu 14 kwietnia 2002 roku. Jak mówił podczas uroczystej homilii, “salezjański brat zakonny wraz ze swą rodziną opuścił diecezję Reggio Emilia, aby szukać lepszych warunków życia w Argentynie, kraju, o którym marzył ks. Bosko. Tam odkrył swe powołanie i wstąpił do zgromadzenia salezjanów, w którym oddał się gorliwej, profesjonalnej i pełnej miłości posłudze chorym. Prawie pięćdziesiąt lat przeżytych przez niego w Viedmie to historia wzorowego zakonnika, sumiennie wypełniającego swe obowiązki względem wspólnoty i bez reszty oddanego służbie potrzebującym”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________________________________


    16 marca

    Święty Gabriel Lalemant,
    zakonnik i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Renat Goupil, prezbiter i męczennik
    ***
    Gabriel Lalemant był jednym z francuskich misjonarzy jezuickich, pracujących w latach 1642-1649 wśród Indian Huronów i Irokezów w Ameryce Północnej, przede wszystkim w Kanadzie. Pracował i zginął razem z Janem de Brebeuf, który razem z Towarzyszami jest wspominany 19 października.

    Święty Gabriel Lalemant

    Gabriel urodził się w 1610 roku w Paryżu. Był synem adwokata. Mając 20 lat wstąpił do jezuitów. Studiował teologię w Bourges. Przyjąwszy świecenia kapłańskie w 1638 r., uczył w La Feche, Moulins i Bourges. W 1646 roku przybył do Quebecu, gdzie prowadził działalność ewangelizacyjną. W 1648 roku razem z Janem de Brebeuf podjął pracę misyjną wśród Indian w Kanadzie.
    Wielkie zasługi jako misjonarze w Kanadzie położyli jezuici, sulpicjanie i urszulanki (tzw. czarne). Największą przeszkodę dla ich pracy stanowiły odległości – olbrzymie, puste przestrzenie oraz dzikie szczepy Indian. Traktowali oni misjonarzy jako białych kolonizatorów, którzy przybyli tu jedynie w tym celu, by wydrzeć im ojczystą ziemię. Okrucieństwa, jakich dopuszczali się Europejczycy na Indianach, jeszcze bardziej zwiększały ich wrogość.
    Jednak praca misyjna powoli przynosiła owoce. W 1649 r. było już 7 tys. ochrzczonych Indian. Niestety, dzieło misjonarzy zostało zniszczone przez dzikich Irokezów. 16 marca 1649 r. napadli oni na wioski Huronów i wymordowali większość mieszkańców. Ze szczególną zawziętością dręczyli misjonarzy. Zachował się opis okrutnego męczeństwa o. Jana de Brebeuf. Prawdopodobnie w taki sam sposób zginął także o. Gabriel Lalemant. Razem z innymi jezuickimi męczennikami został beatyfikowany przez Piusa XI w 1925 roku, a kanonizowany w 1930 r.
    Następcy męczenników kontynuowali dzieło ewangelizacyjne. W 1674 r. udało się założyć pierwszą diecezję kanadyjską w Quebecu. Biskup Laval założył w tym mieście pierwsze seminarium duchowne, które dało początek francuskojęzycznemu uniwersytetowi, istniejącemu do dzisiaj pod nazwą Uniwersytet Laval.
    Od 1926 r. w Midland (w prowincji Ontario), w miejscu, gdzie odkryto grób Jana de Brebeuf i Gabriela Lalementa, istnieje sanktuarium Jezuickich Męczenników Kanadyjskich. Modlą się tam miejscowi Indianie oraz liczni przedstawiciele kanadyjskich imigrantów. Do tego miejsca od ponad 50 lat na uroczystość Wniebowzięcia Matki Bożej pielgrzymuje kanadyjska Polonia (od ok. 30 lat również w pieszej pielgrzymce, której towarzyszą co roku polscy biskupi).
    Sanktuarium to nawiedził w 1984 r. papież św. Jan Paweł II, który powiedział wówczas: “Przywołajmy na chwilę tych heroicznych świętych, których w tym miejscu czcimy, a którzy zostawili nam tak wspaniałe dziedzictwo”, a później dodał: “To sanktuarium męczenników jest miejscem pielgrzymek i modlitw, monumentem Bożego błogosławieństwa dla przeszłości, inspiracją dla nas, spoglądających w przyszłość”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 marca

    Święty Patryk, biskup

    Zobacz także:
      •  Święta Gertruda, ksieni
    ***
    Święty Patryk

    Patryk urodził się w Brytanii w 385 roku, w rodzinie chrześcijańskiej. Nosił celtyckie imię Sucat. Kiedy miał 16 lat, korsarze porwali go do Irlandii. Przez 6 lat był tam pasterzem owiec. W tym czasie nauczył się języka irlandzkiego. Na przypadkowym statku udało mu się zbiec do północnej Francji. Tam kształcił się w dwóch najgłośniejszych wówczas szkołach misyjnych: w Erinsi i w Auxerre. Podjął studium przygotowujące go do pracy na misjach. Był uczniem św. Germana z Auxerre. Przez jakiś czas przebywał w Italii i w koloniach mniszych na wyspach Morza Tyrreńskiego.
    W tym czasie zmarł w Irlandii, wysłany tam na misje przez papieża św. Celestyna I, biskup św. Palladiusz. Postanowiono na jego miejsce wysłać Patryka. Na biskupa wyświęcił go papież w roku 432 i wysłał go do Irlandii. Patryk zastał tam małe grupy chrześcijan, ale stanowiły one wyspy w morzu pogaństwa. Krajem rządzili naczelnicy szczepów i znakomitych rodzin. Kapłani pogańscy zażywali wielkiej powagi. Patryk swoim umiarem i podarkami zdołał większość z nich pozyskać dla wiary. Obchodził poszczególne rejony Zielonej Wyspy, wstępując najpierw do ich władców i prosząc o zezwolenie na głoszenie Ewangelii. W Armagh założył swoją stolicę, skąd czynił wypady na cały kraj.
    Nie jeden raz przeszkadzano mu w jego misji; zdarzały się zamachy na jego życie. Na ogół jednak praca jego miała ton spokojny. Spotykał się z życzliwością tak poszczególnych władców, jak i miejscowej ludności. Aby sobie nie zrażać władców niektórych grup etnicznych, dla poszczególnych szczepów ustanawiał biskupów. Kapłanów, których zadaniem było niesienie im pomocy, podobnie jak to uczynił św. Augustyn i św. German, zobowiązał do życia wspólnego na wzór klasztorów. Do liturgii wprowadził obrządek, jaki wówczas był powszechnie przyjęty w Galii (we Francji).
    Do nawrócenia całej wyspy św. Patryk potrzebował wielu ludzi. Misjonarze na jego apele zgłaszali się tłumnie. Największą wszakże pomocą byli dla niego mnisi. Z nich to tworzył ośrodki duszpasterskie. Tak więc w Irlandii powstał jedyny w swoim rodzaju zwyczaj, że opaci byli biskupami, a mnisi w klasztorach – ich wikariuszami. W tej pracy okazał się dla Patryka mężem opatrznościowym św. Kieran. Według podania Patryk miał wręczyć Kieranowi dzwon, którym tenże zwoływał mnichów i wiernych na wspólne pacierze liturgiczne. To było także osobliwością Irlandii. Zwyczaj dzwonienia rozpowszechnili mnisi irlandzcy po całej Europie. Patryk upowszechnił także zwyczaj usznej spowiedzi.
    Ostatnie dni swojego życia spędził Patryk w zaciszu klasztornym, oddany modlitwie i ascezie. Utrudzony pracą apostolską, oddał duszę Panu 17 marca 461 w Armagh (dziś Ulster, Północna Irlandia), które to miasto stało się odtąd stolicą prymasów irlandzkich. Patryk przeżył ok. 76 lat, w tym ok. 40 lat w Irlandii, która czci go jako swojego apostoła, ojca i patrona. Jest on również patronem Nigerii (nawróconej przez irlandzkich misjonarzy) oraz Montserrat, archidiecezji nowojorskiej, bostońskiej, Ottawy, Armagh, Cape Town, Adelajdy i Melbourne, a także inżynierów, fryzjerów, kowali, górników, upadłych na duchu oraz dusz w czyśćcu cierpiących. Czczony także jako opiekun wiosennych siewów i zwierząt domowych. Zwracają się do niego lękający się węży i ukąszeni przez nie.
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w biskupim stroju. Jego atrybutem jest liść koniczyny – dla podkreślenia, że Patryk rozpoczynał ewangelizowanie od wykładania prawdy o Trójcy Przenajświętszej, a także wąż. Inne atrybuty to mitra, pastorał, krzyż, księga, chrzcielnica, węże, harfa.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wspomnienie św. Patryka –

    wielkiego Europejczyka i patrona Irlandii

    17 marca Kościół powszechny wspomina w liturgii św. Patryka, niewolnika piratów, pasterza owiec, mnicha i biskupa, apostoła i patrona Irlandii. Dzień św. Patryka jest w Irlandii i wszędzie, gdzie żyją Irlandczycy wielkim świętem religijnym i narodowym. Wierni przypinają sobie tego dnia trójlistną koniczynę, symbol Trójcy Świętej, o której św. Patryk miał mówić na początku każdej swojej misji. Koniczynka jest też wyrazem nadziei na zjednoczenie Irlandii.

    św. Patryk/www,wikipedia.org

    ***

    Św. Patryk urodził się w rzymskiej Brytanii ok. 385 r. Był synem podoficera i diakona. Rodzina była chrześcijańska, ale odebrał świeckie wychowanie. Gdy miał 16 lat został uprowadzony przez irlandzkich piratów i przez sześć lat w niewoli pasł owce. W tym czasie nastąpił jego powrót do chrześcijaństwa. Na przypadkowym statku udało mu się uciec do Francji, gdzie kształcił się później w najsłynniejszych szkołach w Erinsi i w Auxerre.

    Gdy w Irlandii zmarł wysłannik papieski św. Palladiusz, papież Celestyn I wyświęcił Patryka w 432 r. na biskupa. Święty zastał tam tylko małe wspólnoty chrześcijan, otoczone i nękane przez pogańskie szczepy irlandzkie. Potrafił jednak zdobyć przychylność lokalnych władców, dla wybranych plemion ustanowił biskupów, którym dodał grono pomocników, żyjących wspólnie na sposób klasztorny. W ten sposób opaci klasztorów byli zarazem biskupami. Właśnie od św. Patryka wywodzi się rozpowszechniony później w całym świecie zwyczaj zwoływania na modlitwę za pomocą dzwonu. Według tradycji św. Patryk wręczył dzwon swojemu najbliższemu pomocnikowi, św. Kieranowi, który zwoływał na modlitwy mnichów i wiernych.

    Prawdopodobnie w 444 r. Patryk zbudował swój kościół biskupi w Armagh (Ulster, Północna Irlandia) a miasto to stało się stolicą prymasów Irlandii. Św. Patryk spędził w Irlandii 40 lat na intensywnym głoszeniu Ewangelii, modlitwie i ascezie. Do dziś miejscem kultu św. Patryka jest Croah Patrick, góra na której często spędzał on Wielki Post. Pod koniec życia św. Patryk z przerażeniem obserwował podbój Irlandii przez pogan, którzy wzięli do niewoli ogromne rzesze chrześcijan. Wydawało się, że efekt jego kilkudziesięcioletniej pracy ewangelizacyjnej zostanie zniszczony. Okazało się jednak, że chrześcijaństwo zapuściło wśród Irlandczyków bardzo głębokie korzenie i ocalało. Wielu mnichów irlandzkich było później misjonarzami kontynentu europejskiego.

    Apostoł Irlandii pozostawił po sobie kilka dzieł, z których najbardziej znane są „Wyznania” oraz „List do chrześcijańskich poddanych tyrana Korotyna”, który jest zachętą do wytrwania w wierze dla chrześcijan uwięzionych przez wojska pogańskiego władcy. Zmarł prawdopodobnie 17 marca 461 r. w Armagh.

    Saint Patrick’s Day (Dzień św. Patryka) jest jednym z największych świąt w katolickiej Irlandii. Tego dnia auta, domy, a nawet całe ciągi ulic udekorowane są w narodowe barwy zielono-biało-pomarańczowe. Tradycyjnie też Irlandczycy starają się tego dnia ubrać w zielone stroje, do których przypinają trójlistną koniczynkę, narodowy symbol Irlandii. Dzień św. Patryka obchodzony jest też uroczyście w USA I Australii, przeniesiony tam przez irlandzkich migrantów.

    Legenda mówi, że przy pomocy trójlistnej koniczyny Patryk starał się tłumaczyć pogańskim Irlandczykom tajemnicę Trójcy Świętej. W ikonografii jest często przedstawiany w szacie biskupiej z listkiem koniczyny w ręce i wężem u stóp. Legenda mówi, że swoim pastorałem wypędził węże z Irlandii. Patryk jest patronem ludzi gór, kowali, bednarzy, fryzjerów i pasterzy.

    W 2017 r. św. Patryk został wpisany do kalendarza liturgicznego Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Stróż Zielonej Wyspy, Patryk

    Fragment książki “Współtwórcy Europy”

    AUTOR/ŹRÓDŁO: WIKIMEDIA COMMONS, SICARR, LICENCJA: 0

    ***

    Mirewicz Jerzy SJ

    WSPÓŁTWÓRCY EUROPY

    Wydawnictwo WAM 2003


    Stróż Zielonej Wyspy

    Patryk

    ur. ok. 389, zm. 461

    Święty Patryk nie urodził się w Irlandii. Przywieźli go tam i sprzedali jako niewolnika Irowie po jednym z pirackich napadów na Brytanię. Miał wówczas lat szesnaście. Było to jego jedyne bogactwo. Chociaż bowiem pochodził z chrześcijańskiej, rzymsko-brytyjskiej rodziny, klerykalnej nawet, ponieważ jego ojciec był diakonem a dziadek kapłanem, to jednak jego uświadomienie religijne obejmowało zaledwie niejasne pojęcie Boga prawdziwego, a wykształcenie ogólne ograniczało się do początków języka łacińskiego. Zdobywał — zwłaszcza to pierwsze — własnym trudem myśli i serca przez sześć długich i samotnych lat, gdy na zielonych pastwiskach przymusowej ojczyzny pasł bydło swego pana. Pasterska służba, samotność i absolutna zależność od drugiego człowieka wiele go nauczyły. Wprawdzie sam będzie się później oskarżał o „wiejskość” swojej teologii oraz metody katechetycznej, a inni zarzucą mu wprost niedouczenie w tych dziedzinach, ale to właśnie on potrafił schrystianizować Irlandię, dla której mieszkańców był najpierw tylko niewolnikiem.

    W tym niewolniku jednak rosło pragnienie apostolstwa i wizja królestwa Bożego o tak szerokich horyzontach, że widział się w nim dalej sługą, ale już dobra duchowego swych panów. By zrealizować tę wizję, ucieka z Irlandii do Galii. Jak był ciekawy wszelkich informacji z zakresu życia duchowego w obcym kraju i jak je umiał zbierać, świadczy fakt, że trafia do świeżo założonej wspólnoty zakonnej w Lérins (Południowa Francja), a później do Auxerre, gdzie przyjął kapłaństwo i przez prawie dziesięć lat odbywał studia. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, w jak odmiennym świecie dotąd się wychowywał i dojrzewał psychicznie — w świecie odciętym od krystalizującej się cywilizacji europejskiej. Irlandia, podobnie jak Szkocja, nie zaznała okupacji rzymskiej z jej ujemnymi i dodatnimi skutkami. Zamknięta w swojej kulturze celtyckiej, oddzielona wodami oceanu od innych ośrodków myśli i działania, broniąca się przed obcymi wpływami oryginalnym kultem religijnym, w którym druidzi odgrywali ważną rolę, pozostawała na uboczu, podczas gdy przez dawne posiadłości Rzymu przeciągało nowe życie z całym bogactwem spraw i problemów. Żeby w Irlandii zaszczepić chrześcijaństwo, należało uwzględnić podstawowe cechy jej kultury oraz zapoznać się z duchem religii jej mieszkańców, nazywanych wówczas także Szkotami. Do nich to wysyła papież Celestyn I biskupa Palladiusza w 431 roku, by zorganizował tam rozproszonych chrześcijan w prawną jednostkę kościelną. Podając ten fakt, Prosper z Akwitanii używa określenia: ad Scottos in Christum credentes. Musiał więc ktoś przed 431 rokiem głosić w Hibernii naukę chrześcijańską, przyjmowaną jednak z wielkimi oporami, co może nam wytłumaczyć i niepowodzenie misji Palladiusza. Irlandia czekała jeszcze na prawdziwego apostoła.

    Honor ten i trud przypadły Patrykowi, który — jak sam wyznaje — we śnie usłyszał wzywający go głos Irów. Władze kościelne bez entuzjazmu potraktowały ofiarowanie się Patryka na pójście za tym głosem. Główną przeszkodą były braki w jego wykształceniu. Dobrze to świadczy o ludziach, od których zależał Patryk, że tak dbali, by misjonarze prawdziwej wiary byli wszechstronnie przygotowani do spełnienia swego obowiązku. W wypadku byłego niewolnika odgrywało rolę jeszcze i to, że posiadał bardzo nikłą znajomość języka łacińskiego — oficjalnego wówczas języka Kościoła. Do końca życia władał nim nieporadnie. Bano się więc, że nawet jego ceniona już wtedy gorliwość nie wystarczy, by przeważyć wpływ druidów na zwartą społeczność celtycką. Pisał o niej ówczesny kronikarz, że jest loricata — opancerzona przeciwko prawdzie i nie kruchym słowem, lecz taranem rozbijać ją trzeba.

    W bardzo kruche słowo uzbrojony, wybrał się jednak z otrzymanym od władz pozwoleniem i błogosławieństwem Patryk jako biskup do ziemi swojej niewoli. Może nie zdawali sobie sprawy jego zwierzchnicy z tego, z jaką mocą miał na tej ziemi stanąć i podbić ją Chrystusowi. A było nią zbierane doświadczeniem osobistym rozpoznanie charakteru ludu irlandzkiego połączone z wielką ku niemu miłością. Prawda zawsze jest najlepiej przekazywana w otoczce miłości. Tę tajemnicę odkrył „niedouczony” biskup i posłużył się nią jak kluczem. Nie był mu potrzebny taran.

    Był to prawdopodobnie rok 432, gdy Patryk rozpoczął pracę apostolską w Irlandii, przede wszystkim na jej zachodnich i północnych krańcach. Zdobył sobie uznanie i przyjaźń króla Loegaira, który wraz z innymi potentatami otoczył opieką jego duszpasterskie wysiłki. Najtrudniejsze — jak można się było spodziewać — miał przeprawy z druidami, nosicielami tradycji religijnej i kulturalnej Celtów. Korzystali ze swojego wpływu na jednolite pod względem kultu i wiary masy, by nawet władcom podsuwać rozwiązania w dziedzinie polityki. „Człowiek ze złotym sierpem” był symbolem siły ponadziemskiej, hierarchicznie zorganizowanej i nieubłaganie łamiącej wszelkie przeszkody. Przeciwstawił jej Patryk krzyż i słowo prawdy.

    Nie posiadamy szczegółowej i pewnej kroniki jego działalności. Pozostawił nam wprawdzie coś w rodzaju autobiografii Confessio (Wyznanie), ale ona nie daje pełnego obrazu przekształcania Irlandii z wyspy pogańskiej w wyspę świętych i uczonych. Tak bowiem (Insula sanctorumInsula doctorum) mówiono o niej w średniowieczu. Dla Patryka była ona najpierw wyspą trudu i niebezpieczeństw. A może trochę i rozczarowań, gdy jego styl apostołowania spotkał się z krytyką.

    Wprowadził bowiem w Irlandii odmienną od kontynentalnej, a nawet brytyjskiej, strukturę administracji kościelnej. Nie mógł jej oprzeć, jak w reszcie Europy, na ośrodkach miejskich, w których rezydowałby biskup, Pater et defensor civitatis. Miast w znaczeniu grecko-rzymskim tam nie było. Korzystając więc z tego, że wielu neofitów z najprzedniejszych również rodów pragnęło całkowicie poświęcić się doskonałości chrześcijańskiej, zakładał klasztory, naokoło których powstawały osiedla, zalążki przyszłych miast. Przełożony klasztoru, obdarzony zwykle sakrą i władzą biskupią, był odpowiedzialny nie tylko za swoją społeczność zakonną, ale i za wszystkich mieszkających w zasięgu jego misjonarskiej działalności. Mnisi irlandzcy odznaczali się od początku wielkim dynamizmem apostolskim i jednocześnie doskonałą taktyką zdobywania zwolenników dla nowej wiary. Przedstawiali bowiem chrystianizm jako naukę i system życia przyjęty przez wszystkie ówczesne cywilizowane narody, do których grona warto należeć, nie tracąc jednak nic z własnej kultury. Chrześcijanie Zielonej Wyspy, przyjmując w administracji kościelnej, studiach i liturgii język łaciński, wiedzieli, że łączą się nim z całością Kościoła jak mostem, a nie jak w krajach podległych kiedyś władzy rzymskiej — kajdanami. Ta ich postawa pewnej niezależności sprawiała, że potrafili walczyć o niektóre formy zewnętrzne rodzimego pochodzenia w praktykach religijnych (specjalny kształt tonsury kleryckiej, odmienny system obliczania daty Świąt Wielkanocnych itp.). Chrześcijaństwo zostało tutaj wszczepione w dobre drzewo celtyckiej kultury.

    Irlandczycy uważają to za dzieło Patryka. Dzieło tym cenniejsze, że dokonane przez „obcego człowieka”, człowieka z kręgu kultury Brytów, przybysza ze Wschodu, który mógł słusznie kierować się osobistymi pretensjami do narodu swoich krzywdzicieli. A tymczasem właśnie on występuje w ich obronie i to przeciwko swym pobratymcom z Brytanii, którzy pod wodzą plemiennych władców najeżdżali Irlandię, grabiąc, mordując i uprowadzając ludność w niewolę. Takim władcą był Korotyk, chrześcijanin, „niegodny tego imienia”, źródło cierpień wielu niewinnych Irów. Zaklinał go Patryk i błagał o pozostawienie w spokoju ludzi, którzy niedawno przyjęli wiarę w Chrystusa, a oto teraz prześladowani są przez Jego wyznawców. Gdy to nie pomogło, pisze list otwarty do żołnierzy Korotyka (Epistula ad Milites Corotici), przeważnie chrześcijan, ostro ich napominając, by nie brali udziału w grzesznych czynach tyrana. Chyba nie łatwo mu było zwracać się do nich w ten sposób: „Ułożyłem i własnoręcznie napisałem te słowa do przekazania i rozszerzenia wśród żołnierzy Korotyka, już nie moich współobywateli ani współobywateli świętych Rzymu, lecz obywateli miejsca zatracenia”. Ponad związki krwi, kultury i języka cenił on sobie bardziej wspólnotę wiary — jak przystało na prawdziwego apostoła — ale to nie pozbawiało go świadomości, że Irlandia nie jest jego domem rodzinnym, a jej mieszkańcy powołują się na inne drzewo genealogiczne. Przypomina nawet w tym liście krzywdy wyrządzone jemu oraz jego rodzinie przez Irów, którym on teraz, ze względu na Chrystusa, służy i służyć pragnie do końca swego życia. W takim bolesnym konkrecie stosunków międzynarodowych krystalizowało się pojęcie „rzeczpospolitej chrześcijaństwa”. Imponowało to prawdopodobnie podopiecznym Patryka. A pociągnięci przezeń i wychowani mnisi naśladowali jego szlachetny gest nakładania na wszelkie granice prawdy Chrystusowej.

    Stał się ten gest cechą charakterystyczną mnichów celtyckich. Peregrinari pro Christo, peregrinari pro amore Dei (pielgrzymować dla sprawy Chrystusowej i Bożej) było motywem wielkiej wędrówki irlandzkich zakonników, którzy uważali za jedną z zasad ascetycznych oderwanie się od najbliższych, od własnego kraju, by w środowisku obcym, często nieprzyjaznym głosić Ewangelię. Powoływali się na przykład Abrahama, o którym czytali w Księdze Rodzaju: „Jahwe rzekł do Abrahama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę… Abraham udał się w drogę, jak mu Jahwe rozkazał”. Ta mistyka dalekich dróg i odległych krajów wychowywała ludzi o szerokim spojrzeniu na sprawy całego świata, ludzi ofiarnych, ludzi rozkochanych w wielkich przygodach duchowych własnych i cudzych. Szukając tej przygody po mało wówczas znanych ziemiach Europy, scalali je przez wierność Kościołowi w jeden organizm. Tutaj więc również działał duch świętego Patryka. Ożywiony nim Kolumban (540—615) opuszcza Irlandię, udaje się do Francji, gdzie w Wogezach zakłada klasztor Luxeuil, stamtąd wyrusza do Nadrenii, by wreszcie po bardzo urozmaiconym życiu misjonarskim osiąść w Bobbio (północne Włochy), ostatnim etapie swojej wędrówki. Europa — jak każde ważne dzieło w historii — rosła ofiarami jednostek, które formującemu się jej organizmowi nadają duchową treść.

    Jednym z elementów tej treści jest świadomość własnych win i konieczności ich odpokutowania. Patryk wspominając swoją młodość, nazywa się peccator rusticissimus (grzeszny nieuk lub nieokrzesany grzesznik), by tym usprawiedliwić podejmowane przez siebie praktyki pokutne. Podpatrzyli dobrze tę postawę mnisi irlandzcy. Można powiedzieć, że w znacznej mierze oni nauczyli Europejczyków spowiadać się i zdobywać się na jasno określony gest zadośćuczynienia. Służyły do tego „katalogi grzechów z odpowiednimi za nie pokutami”, układane przez surowych, ale sprawiedliwych zakonników, odgrywających wówczas rolę sumienia społeczności wiernych. Kultura jednostkowa i zbiorowa otwarta na pojęcia winy, odpowiedzialności, kary i wyrównania rachunków jest kulturą zdrową. Wychowuje bowiem człowieka, który mówiąc o sobie: jestem grzesznikiem i szukam zmiłowania Pańskiego — zdaje sobie równocześnie sprawę z tego, że do źródła miłosierdzia prowadzi trudna droga naznaczona zawsze jakąś ofiarą i przypomnieniem o cenie ładu. Bohaterem średniowiecza był człowiek „o sercu skruszonym”. Istnieli oczywiście wówczas publiczni grzesznicy, wielcy zbrodniarze, którzy jednak, tknięci łaską i przyjmujący ją, przekształcali się w publicznych również pokutników. Biegła więc poprzez wszystkie klasy społeczne wyraźna linia podziału postaw i czynów ludzkich na złe i dobre. Przy tej granicy czuwali mnisi, którzy — jak ich wzór: Patryk — swoje sądy etyczne formowali przy najważniejszej i świętej relacji: stworzenie i Stwórca. Stosunek do Boga na pierwszym miejscu decydował o wartości moralnej czynów jednostki, wszystkie inne stosunki musiały mu być podporządkowane. Zakonnik miał obowiązek całą duszą przylgnąć do prawd Bożych przede wszystkim i światłem z nich czerpanym posługiwać się w rozwiązywaniu własnych i cudzych problemów. Z tych właśnie czasów pochodzi powiedzenie: Monachus canem agit in fide custodiens bona Domini (mnich w sprawach wiary czuwa jak pies przy dobrach Pana). Potrzebni byli tacy ludzie dbający o to, by w różnych miejscach i odmiennych kulturach chrześcijaństwo wrastało prawidłowo w każdą rzeczywistość, przekształcaną w dobrą naturalną pożywkę dla nadprzyrodzonych cnót. Nic dziwnego, że w tych czasach serca przepełnione radością i nadzieją przypadały do słów Psalmu 23: „Pan jest moim pasterzem; nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia mą duszę. Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię. Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

    Dla świętego Patryka „zielonym pastwiskiem” stała się cała Irlandia. Sam Bóg oprowadzał go po niej, każąc mu głosić prawdę jej mieszkańcom, by z nich znowu wielu wyruszyło na rozległe pastwiska Europy w poszukiwaniu zagubionych w pogaństwie lub herezji dusz. Obraz ten używany bardzo często w ówczesnym słownictwie ascetycznym i duszpasterskim doskonale charakteryzuje epokę nabrzmiałą dynamizmem apostolskim. Pięknie odwdzięczyła się Zielona Wyspa swemu Pasterzowi, rozgłaszając jego chwałę, a jeszcze bardziej sprawdzając trafność jego metody polegającej na indywidualnym działaniu wędrownych mnichów iroszkockich. Ilu ich było, trudno dociec. Pamięć o nich, nie związana z żadnym stałym miejscem pobytu, szybko wygasła. Zapisani w kronice macierzystego klasztoru jako pielgrzymi sprawy Chrystusowej, więcej już na jej karty nie wracali, chyba tylko jakąś legendą lub wyolbrzymioną przekazywaniem z ust do ust pogłoską o ich sukcesach apostolskich w krajach bez nazw, bez historii i bez określonego rzekami czy górami miejsca. Niektórzy badacze początków chrześcijaństwa w Polsce chcą ją widzieć w rzędzie tych krajów objętych działalnością pionierską misjonarzy irlandzkich na długo przed chrztem Mieszka. Hipotezy te odrzuca Aleksander Brückner w Dziejach kultury polskiej dwoma zdaniami: „Mnichom iryjskim przypisywano walny udział w tej mniemanej misji. Że jeden i drugi mnich iryjski między r. 966 a 1066 i do Polski trafił, nie myślimy przeczyć; są po nekrologach najdawniejszych klasztorów dwa, trzy najwyżej nazwiska iryjskie, ależ nic nas nie upoważnia odnachodzić tych misjonarzy i przed r. 966”. Nie tutaj miejsce na rozstrzyganie sporu między historykami. Wolno nam jednak przypuszczać, że gorliwa praca tych bezimiennych misjonarzy docierała przynajmniej pośrednio falami rozszerzającego się chrześcijaństwa do brzegów naszej prehistorii. Działało tutaj również prawo osmozy. Zasięg wpływów chociażby anonimowego apostoła prawdy Chrystusowej jest zawsze szerszy i trwalszy od tych, które się łączy z wielkimi imionami wodzów, filozofów, uczonych i artystów. Dlatego też i Polskę można w pewnej mierze uważać za dłużniczkę świętego Patryka. Przypominają to nam nawet dzwony, które zwołują z wież polskich kościołów na służbę Bożą wierzących, a niewierzącym i walczącym z Bogiem głoszą Jego miłosierną i sprawiedliwą obecność. Patryk bowiem rozpowszechnił zwyczaj posługiwania się dzwonami wzywającymi do uczczenia tajemnic zbawienia, miłosierdzia i sprawiedliwości.

    Takim również dzwonem — oczywiście w przenośni — była jego autobiografia zatytułowana Confessio (Wyznanie). Przerasta ona nawet intencje autora, który prawdopodobnie zamierzał objawić wobec Boga i ludzi swoją postawę wewnętrzną — źródło i wytłumaczenie misjonarskiego gestu. Ale dla uważnego czytelnika będzie zawsze głosem prawdy o człowieku wszystkich czasów, ponieważ mówi o zasadniczych relacjach stworzenia do Stwórcy — jest w niej bowiem wyznanie winy, wyznanie wiary i wyznanie chwały. Cały człowiek w sakralnej perspektywie. Pisał ją Patryk pod koniec życia, spiesząc się, by zdążyć opowiedzieć siebie Bogu i ludziom przed śmiercią. Et haec est confessio mea anteguam moriar — oto moje wyznanie zanim umrę.

    Nie ma w tym wyznaniu głębokiej filozofii ani subtelnych dociekań teologicznych. Treść jego nie została skojarzona z elegancją stylu. Autor używał łaciny ubogiej, od której Cycero, Hieronim i Augustyn odwróciliby się z zażenowaniem i z żalem, że z wykwintnych cesarskich pałaców klasyczny język przeprowadzono do stajenki. Widzieliby w tym upokorzenie pięknej mowy powstałej z natchnienia poetów, trudu prawników i sztuki retorów. Patryk nie zamierzał niczego i nikogo upokarzać poza sobą. Miał świadomość swojej nieporadności w posługiwaniu się łaciną, ale nie to było jego głównym zmartwieniem. Dopiero gdy zestawił grzechy swojej młodości z dobrocią i miłosierdziem Bożym, poczuł lęk a jednocześnie wdzięczność, że oto on, „prostak”, wciągnięty w wielkie sprawy królestwa Chrystusowego, ma swój udział w dziele zbawienia świata. Mógł więc śmiało nazwać się „kamieniem, który tkwił głęboko w błotnistej drodze, aż przyszedł potężny Pan i w miłosierdziu swoim podniósł go i umieścił na szczycie ściany domu swego”. W tym zdaniu jest cały Patryk, pokorny, ale zarazem rozradowany, że ma swoje miejsce w szeregu sług Bożych, tak jak on myślących o uczciwym spełnianiu obowiązku wobec Stwórcy i ludzkości.

    Przewidywał, jak bardzo będzie potrzebna cnota pokory nadchodzącej epoce. Oto bowiem chrześcijaństwu zaczęli się kłaniać królowie. Według świętego Augustyna tkwi w tym niebezpieczeństwo dla jego wyznawców. Zbyt łatwo przywyknąć by mogli do przypisywania sobie owoców łaski i mocy Bożej oraz cierpień i pracy tych męczenników i wyznawców, których dziedzictwo przejęli. Triumfalizm jest zwykle dzieckiem łatwizny. Patryk przyjmował wszystko na kolanach, z wdzięcznością i zdumiewaniem się, że aż tak wiele od Chrystusa, Kościoła i ludzi otrzymał. Zwraca się więc do swoich czytelników ze słowami: „Bądźcie przekonani i wierzcie niezachwianie, że to wszystko było darem Bożym”.

    Średniowiecze dało się przekonać Patrykowi i tym, którzy podobnie określali stosunek Stwórcy do stworzeń. Rozpoczynało swoje dzieje na kolanach, upatrując we wszystkim dar Boży. Była to mądra epoka. Sprawiedliwie oceniała człowieka z jego cnotami i wadami, ponieważ stawiała go zawsze przed trybunałem jedynego Sędziego i powoływała się stale na prawo najwyższe. Była to też epoka uczulona na obecność Boga jako Pana wszechrzeczy, od którego wszystko pochodzi i do którego wszystko wrócić musi. Tylko takiemu Panu służyć całą myślą i każdym czynem warto i trzeba, żeby w sobie ukształtować prawdziwą godność stworzenia rozumnego i wolnego.

    A gdy zbliżał się już zmierzch średniowiecza, człowiek, który łączył w sobie wszystkie jego dobre cechy — Joanna d’Arc — żegnał je, żegnając równocześnie swoje życie, wyznaniem: „Pan Bóg musi być pierwszy obsłużony”. Bóg pierwszy obsłużony to obsłużony też pięknie człowiek i kosmos. Z takiego bowiem gestu służby wyrosła sztuka, filozofia, literatura religijna i świecka średniowiecza. Wszystkie objawy życia zawierały w sobie dostojność i powagę liturgiczną, a liturgia znowu wypełniona była po brzegi żywą oraz głośno wyznawaną prawdą o wierzącym człowieku — o człowieku zachowującym jedność wewnętrzną dzięki zapatrzeniu się w blask królestwa Chrystusowego. Użyte wyżej określenia miały wówczas pełną wartość. Nie zamykano ich tylko w dziełkach ascetycznych i komentarzach Ewangelii. Zrośnięte nawet z szarą codziennością, potrafiły ją tak rozjaśniać, jak złoto-błękitne i purpurowe iluminacje ozdabiające karty ówczesnych manuskryptów opromieniały monotonne szeregi słów i zdań tekstu.

    Używając porównania dziejów chrześcijaństwa w Irlandii do sporządzonego pracowicie manuskryptu, możemy śmiało nazywać Patryka wspaniałym inicjałem, który te dzieje rozpoczyna. Inicjałem bogatym w treść wewnętrzną, w świętość, przy równoczesnej prostocie i nawet ubóstwie opowieści o zewnętrznych losach apostoła Irlandii. Wszystko, co o nim wiemy, znajduje się w jego autobiografii, bardzo oszczędnej, jeśli chodzi o zapis przygód życiowych. Może dlatego zbiegły się do jego postaci legendy, by dodać jej koloru i tak ją wprowadzić w wyobraźnię rodzącej się Europy chrześcijańskiej na równi z innymi bohaterami wiary, myśli i czynu. Widzimy więc w tych legendach Patryka wyrzucającego węże z Zielonej Wyspy albo trzymającego delikatnie w palcach trójlistną koniczynkę jako symbol tajemnicy Trójcy Świętej, albo jeszcze chroniącego przed burzą miejsce wspólnych modlitw. Legendy dorzucane do życia świętych są zwykle znakiem wdzięczności za ich ofiarowanie się na przewodników po trudnych drogach doskonałości chrześcijańskiej. Prawda jednak o nich będzie zawsze piękniejsza od najpiękniejszej legendy.

    Prawda o świętości Patryka da się streścić jego własnymi słowami, że „wszystko jest darem Bożym”. A więc i on jest darem, który czyni historię ludzkości milszą w oczach naszych, bardziej zrozumiałą i bliższą Chrystusa.

    opoka.pl/opr. ab/ab

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 marca

    Święty Cyryl Jerozolimski,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Edward, męczennik
    ***
    Święty Cyryl JerozolimskiCyryl urodził się około 315 roku w Jerozolimie. Pochodził z rodziny chrześcijańskiej, bardzo przywiązanej do wiary. Zwyczajem pobożnych rodzin od młodości zaprawiał się w ascezie chrześcijańskiej w jednym z klasztorów Palestyny. Z rąk biskupa Jerozolimy, św. Makarego, przyjął święcenia diakonatu (334), a z rąk jego następcy, św. Maksyma, otrzymał święcenia kapłańskie (344).
    Po śmierci Maksyma na stolicę jerozolimską został wybrany właśnie Cyryl. Ze względu na rangę pierwszej w świecie stolicy biskupiej wybór musiał zatwierdzić synod w Konstantynopolu, cesarz i papież. Cyryl z takim zapałem zabrał się do pasterzowania, że współczesny mu św. Bazyli Wielki (+ 379) nie szczędził mu najwyższych pochwał.
    Trzykrotnie był zsyłany na wygnanie z powodu zdecydowanej postawy wobec arian. Najpierw wystąpił przeciwko niemu ariański metropolita Cezarei Palestyńskiej, Akacjusz. Skłonił on ariańskiego cesarza Konstancjusza, żeby ten skazał Cyryla jako “heretyka” na wygnanie (351). Święty został zesłany do Tarsu, rodzinnego miasta św. Pawła Apostoła. Tamtejszy biskup przyjął go z wielką czcią. Synod w Seleucji potępił arianizm, Akacjusza skazał na wygnanie, a Cyryla odwołał z banicji. Po 9 latach Cyryl mógł wreszcie powrócić do swojej owczarni.
    Akacjusz jednak nie myślał bynajmniej ustąpić. Korzystając z ponownej życzliwości cesarza wymógł na nim, by na synodzie w Konstantynopolu Cyryl został ponownie potępiony i skazany na wygnanie. Tym razem tułaczka biskupa nie trwała długo, bo w kilka miesięcy potem kolejny cesarz, Julian Apostata, pozwolił mu powrócić.
    Żył spokojnie przez 19 lat. W tym czasie rozwinął pełną działalność, aby przywrócić jedność Kościołowi w Jerozolimie. Wtedy powstała większość jego katechez, czyli mów, w których wyjaśnił całokształt prawd wiary Chrystusowej.
    Po rychłej śmierci Juliana Apostaty panowanie objął znowu cesarz ariański, Walens (364-378). Cyryl musiał po raz trzeci opuścić swoją owczarnię. Pozostał na banicji przez 8 lat, aż do swojej śmierci, bowiem następca cesarza Walensa, Walentynian, także arianin, nie pozwolił mu wrócić.
    Cyryl pożegnał ziemię dla nieba daleko od diecezji 18 marca 386 roku, gdy miał ok. 71 lat życia, w tym 38 lat pasterzowania za sobą.
    Brał udział w Soborze Konstantynopolitańskim I w roku 381, który biskupom Konstantynopola przyznał pierwsze miejsce po Rzymie. W swojej spuściźnie literackiej zostawił dwie serie katechez: dla katechumenów i dla ochrzczonych. Jest to bodajże pierwszy systematyczny wykład nauki katolickiej i jeden z pierwszych traktatów o Najświętszym Sakramencie. Dzieje Chrystusa Pana św. Cyryl przedstawia jako dzieje zbawienia rodzaju ludzkiego. Tak też pojmuje historię biblijną. Od nawróconych żąda odmiany życia. Do najcenniejszych katechez zalicza się pięć katechez mistagogicznych, w których wykłada naukę Kościoła o chrzcie świętym, bierzmowaniu i Eucharystii. W katechezie o Najświętszym Sakramencie Cyryl wyraża głęboką wiarę w realną obecność Pana Jezusa, a Komunię świętą nazywa “wcieleniem z Chrystusem”.
    Leon XIII ogłosił w 1882 r. św. Cyryla Jerozolimskiego doktorem Kościoła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 marca

    Święty Józef
    Oblubieniec Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Marceli Callo, męczennik
    ***
    Święty Józef zaślubia Maryję

    W sprawie szczegółów życia św. Józefa musimy polegać na tym, co przekazały o nim Ewangelie. Poświęcają mu one łącznie 26 wierszy, a jego imię wymieniają 14 razy. Osobą św. Józefa zajmują się wprawdzie bardzo żywo także apokryfy: Protoewangelia Jakuba (z w. II), Ewangelia Pseudo-Mateusza (w. VI), Ewangelia Narodzenia Maryi (w. IX), Ewangelia Tomasza (w. II) i Historia Józefa Cieśli (w. IV), opowiadając o rodzinie Józefa, jego małżeństwie, pracy i śmierci; zbyt wiele w nich jednak legend, by można je było traktować poważnie. Niewiele mówią one także o latach dzieciństwa i wczesnej młodości Józefa.
    Józef pochodził z rodu króla Dawida. Wykazuje to św. Mateusz w genealogii przodków św. Józefa. Genealogię przytacza również św. Łukasz. Ta jednak różni się zasadniczo od tej, którą nam przekazuje św. Mateusz. Już Julian Afrykański (w. III) wyraża zdanie, że jest to genealogia Najświętszej Maryi Panny. Św. Łukasz, który podał nam tak wiele szczegółów z Jej życia, mógł nam przekazać i Jej rodowód. Na mocy prawa lewiratu św. Józef mógł być synem Jakuba, a równocześnie adoptowanym synem Helego, noszącego także w tradycji chrześcijańskiej imię Joachima, który był ojcem Najświętszej Panny. Tak więc genealogia przytoczona przez św. Łukasza wyliczałaby przodków Maryi rzeczywistych, a odnośnie do Józefa – jego przodków zalegalizowanych. Taka jest dzisiaj opinia przyjęta przez wielu biblistów.
    Mimo wysokiego pochodzenia Józef nie posiadał żadnego majątku. Na życie zarabiał stolarstwem i pracą jako cieśla. Zdaniem św. Justyna (ok. 100 – ok. 166), który żył bardzo blisko czasów Apostołów, Józef wykonywał sochy drewniane i jarzma na woły. Przygotowywał więc narzędzia gospodarcze i rolnicze. Autor Pseudoewangelii Filipa (w. III) nazywa Józefa stolarzem.
    Zaręczony z Maryją, Józef stanął przed tajemnicą cudownego poczęcia. Nie był według ciała ojcem Chrystusa. Był nim jednak według prawa żydowskiego jako prawomocny małżonek Maryi. Chociaż więc Maryja porodziła Pana Jezusa dziewiczo, to jednak wobec prawa żydowskiego i otoczenia Józef był uważany za ojca Pana Jezusa. Tak go też nazywają Ewangelie. W takiej sytuacji trzeba było wykazać, że Józef pochodził w prostej linii od króla Dawida, jak to zapowiadali prorocy.

    Święty Józef, oblubieniec Maryi

    Kiedy Józef dowiedział się, że Maryja oczekuje dziecka, wiedząc, że nie jest to jego potomek, postanowił dyskretnie usunąć się z życia Maryi, by nie narazić Jej na zhańbienie i obmowy. Wprowadzony jednak przez anioła w tajemnicę, wziął Maryję do siebie, do domu (Mt 1-2; 13, 55; Łk 1-2). Podporządkowując się dekretowi o spisie ludności, udał się z Nią do Betlejem, gdzie urodził się Jezus. Po nadaniu Dziecku imienia i przedstawieniu Go w świątyni, w obliczu prześladowania, ucieka z Matką i Dzieckiem do Egiptu. Po śmierci Heroda udaje się do Nazaretu. Po raz ostatni Józef pojawia się na kartach Pisma Świętego podczas pielgrzymki z dwunastoletnim Jezusem do Jerozolimy. Przy wystąpieniu Jezusa w roli Nauczyciela nie ma już żadnej wzmianki o Józefie. Prawdopodobnie wtedy już nie żył. Miał najpiękniejszą śmierć i pogrzeb, jaki sobie można na ziemi wyobrazić, gdyż byli przy św. Józefie w ostatnich chwilach jego życia: Jezus i Maryja. Oni też urządzili mu pogrzeb. Może dlatego tradycja nazwała go patronem dobrej śmierci.
    Ikonografia zwykła przedstawiać Józefa jako starca. W rzeczywistości był on młodzieńcem w pełni męskiej urody i sił. Sztuka chrześcijańska zostawiła wiele tysięcy wizerunków Józefa w rzeźbie i w malarstwie.Ojcowie i pisarze Kościoła podkreślają, że do tak bliskiego życia z Jezusem i Maryją Opatrzność wybrała męża o niezwykłej cnocie. Dlatego Kościół słusznie stawia św. Józefa na czele wszystkich świętych i daje mu tak wyróżnione miejsce w hagiografii. O św. Józefie pierwszy pisał Orygenes, chwaląc go jako “męża sprawiedliwego”. Św. Jan Złotousty wspomina jego łzy i radości; św. Augustyn pisze o legalności jego małżeństwa z Maryją i o jego prawach ojcowskich; św. Grzegorz z Nazjanzu wynosi godność Józefa ponad wszystkich świętych; św. Hieronim wychwala jego dziewictwo. Z pisarzy późniejszych, piszących o Józefie, wypada wymienić: św. Damiana, św. Alberta Wielkiego, św. Tomasza z Akwinu, św. Bonawenturę, bł. Jana Dunsa Szkota i innych. Pierwszy specjalny Traktat o 12 wyróżnieniach św. Józefa zostawił słynny kanclerz Sorbony paryskiej, Jan Gerson (1416). Izydor z Isolani napisał o św. Józefie pierwszą Summę (ok. 1528). Godność św. Józefa wysławiali w kazaniach św. Bernard z Clairvaux (+ 1153), św. Wincenty Ferreriusz (+ 1419), bł. Bernardyn z Faltre (+ 1494), bł. Bernardyn z Busto (+ 1500). Św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) wprost wyrażał przekonanie, że Józef osobnym przywilejem Bożym, jak Matka Najświętsza, został wskrzeszony i z ciałem wzięty do nieba oraz że w łonie matki został oczyszczony z grzechu pierworodnego. Podobną opinię wyraża św. Franciszek Salezy. O dozgonnej dziewiczości św. Józefa piszą: św. Hieronim, Teodoret, św. Augustyn, św. Beda, św. Rupert, św. Piotr Damiani, Piotr Lombard, św. Albert Wielki, św. Tomasz z Akwinu i wielu innych. Największą jednak czcią do św. Józefa wyróżniała się św. Teresa z Avila, wielka reformatorka Karmelu (+ 1582). Twierdziła ona wprost, że o cokolwiek prosiła Pana Boga za jego przyczyną, zawsze otrzymała i nie była nigdy zawiedziona. Wszystkie swoje klasztory fundowała pod jego imieniem. Jego też obrała za głównego patrona swoich dzieł. Doroczną uroczystość św. Józefa obchodziła bardzo bogato, zapraszając najwybitniejszych kaznodziejów, orkiestrę i chóry, dekorując świątynię, wystawiając najbogatsze paramenty liturgiczne. Podobnie św. Wincenty a Paulo ustanowił św. Józefa patronem swojej kongregacji misyjnej, przed nim zaś uczynił to św. Franciszek Salezy.
    Do szczególnych czcicieli św. Józefa zaliczał się również św. Jan Bosko. Stawiał on Józefa za wzór swojej młodzieży rzemieślniczej. W roku 1859 do modlitewnika, który ułożył dla swoich synów duchowych i chłopców, dodał nabożeństwo do 7 boleści i do 7 radości św. Józefa; dodał również modlitwę do św. Józefa o łaskę cnoty czystości i dobrej śmierci; wreszcie dołączył pieśń do św. Józefa. Propagował nabożeństwo 7 niedzieli do uroczystości św. Józefa. W tym samym roku Jan Bosko założył wśród swojej młodzieży Stowarzyszenie pod wezwaniem św. Józefa. W roku 1868 wydał drukiem czytanki o św. Józefie. Miesiąc marzec co roku obchodził jako miesiąc św. Józefa, czcząc Go osobnym, codziennym nabożeństwem i specjalnymi czytankami. Św. Leonard Murialdo, przyjaciel św. Jana Bosko, założył zgromadzenie zakonne pod wezwaniem św. Józefa (józefici).
    Jan XXIII (Józef Roncalli) wpisał imię św. Józefa do Kanonu Rzymskiego (Pierwsza Modlitwa Eucharystyczna). Wydał także osobny list apostolski o odnowieniu nabożeństwa do niebiańskiego Patrona (1961). Św. Józefa uczynił patronem II Soboru Watykańskiego (1962-1965). Decyzją Benedykta XVI, ogłoszoną już za pontyfikatu papieża Franciszka, w 2013 r. imię św. Józefa włączono także do pozostałych modlitw eucharystycznych.Na Wschodzie po raz pierwszy spotykamy się ze wspomnieniem liturgicznym św. Józefa już w IV wieku w klasztorze św. Saby pod Jerozolimą. Na Zachodzie spotykamy się ze świętem znacznie później, bo dopiero w wieku VIII. W pewnym manuskrypcie z VIII wieku, znalezionym w Centralnej Bibliotece Zurichu, znajduje się wzmianka o pamiątce św. Józefa obchodzonej 20 marca. W martyrologiach z wieku X: z Fuldy, Ratisbony, Stavelot, Werden nad Ruhrą, w Raichenau i w Weronie jest wzmianka o święcie św. Józefa dnia 19 marca. Pierwsze pełne oficjum kanoniczne spotykamy w wieku XIII w klasztorze benedyktyńskim: w Liege i w Austrii w klasztorze św. Floriana (w. XIII). Z tego samego wieku również pochodzi pełny tekst Mszy świętej. Serwici na kapitule generalnej ustanowili w 1324 roku, że co roku będą obchodzić pamiątkę św. Józefa. Podobnie uchwalili franciszkanie (1399) i karmelici (koniec w. XIV). O święcie tym wspomina Jan Gerson w 1416 roku na soborze w Konstancji. Do brewiarza i mszału rzymskiego wprowadził to święto papież Sykstus IV w 1479 roku. Papież Grzegorz XV w 1621 roku rozszerzył je na cały Kościół. Potwierdził je papież Urban VIII w 1642 roku. W wieku XIX przełożeni generalni 43 zakonów wystosowali prośbę do papieża i ojców soboru o ogłoszenie św. Józefa patronem Kościoła. Papież Pius IX przychylił się do prośby i dekretem Quaemadmodum Deus z dnia 10 września 1847 roku wprowadził odrębne święto liturgiczne Opieki świętego Józefa. Wysłał też list do biskupów świata z wyjaśnieniem i uzasadnieniem, jakie pobudki skłoniły go do ustanowienia tego święta.

    Święty Józef, Opiekun Zbawiciela

    Papież wyznaczył to nowe święto na III Niedzielę Wielkanocy. To święto obchodzili już przedtem karmelici (od roku 1680), augustianie (od 1700), a potem dominikanie z oktawą (1721). Papież Pius X przeniósł to święto na drugą środę po Wielkanocy i podniósł ją do rangi pierwszej klasy. Zmienił jednocześnie nazwę święta na: świętego Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny, Wyznawcy, Patrona Kościoła Powszechnego. Na dzień uroczystości wyznaczył tenże papież środę po drugiej niedzieli Wielkanocy. Papież Pius XII zniósł to święto, ale w jego miejsce w roku 1956 wprowadził nowe święto tej samej klasy: św. Józefa Pracownika (1 maja). Tak pozostało dotąd, z tym jednak, że ranga tego drugiego święta została obniżona do wspomnienia (1969). Tytuł zaś Patrona Kościoła Świętego Pius XII dołączył do święta 19 marca.
    Papież Benedykt XIII w roku 1726 włączył imię św. Józefa do litanii do Wszystkich Świętych. Benedykt XV włączył również wezwanie o św. Józefie do modlitw zaczynających się od słów: “Niech będzie Bóg uwielbiony” oraz włączył do Mszału osobną prefację o św. Józefie (1919). Papież Leon XIII wydał pierwszą w dziejach Kościoła encyklikę o św. Józefie: Quamquam pluries. Papież św. Pius X zatwierdził litanię do św. Józefa do publicznego odmawiania i dodał do niej wezwanie: “Święty Józefie, Opiekunie Kościoła Świętego”. Papież Leon XIII wprowadził do modlitw po Mszy świętej osobną modlitwę do św. Józefa (1884). Do dziś lokalnie bywa także obchodzone (w niektórych zakonach i miejscach) święto Zaślubin Maryi ze św. Józefem (23 stycznia).
    Apokryfy i pisma Ojców Kościoła wysławiają jego cnoty i niewysłowione powołanie – oblubieńca Maryi, żywiciela i wychowawcy Jezusa. Jest patronem Kościoła powszechnego, licznych zakonów, krajów, m.in. Austrii, Czech, Filipin, Hiszpanii, Kanady, Portugalii, Peru, wielu diecezji i miast oraz patronem małżonków i rodzin chrześcijańskich, ojców, sierot, a także cieśli, drwali, rękodzielników, robotników, rzemieślników, wszystkich pracujących i uciekinierów. Wzywany jest także jako patron dobrej śmierci.
    W ikonografii św. Józef przedstawiany jest z Dziecięciem Jezus na ręku, z lilią w dłoni. Jego atrybutami są m. in. narzędzia ciesielskie: piła, siekiera, warsztat stolarski; bukłak na wodę, kij wędrowca, kwitnąca różdżka (Jessego), miska z kaszą, lampa, winorośl.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    Cudowna ikona św. Józefa!

    Karmelitanki z Islandii zachęcają do medytacji

    KARMELITANKI BOSE ISLANDIA, YOUTUBE.COM

    ***

    Karmelitanki z Islandii zapraszają do modlitewnego spotkania z ikoną św. Józefa, która została napisana przez s. Miriam. „Ukazana na ikonie rzeczywistość materialna i duchowa mówi, kim św. Józef jest dla nas i kim może stać się dla każdego, kto zapragnie obrać go sobie za szczególnego patrona” – piszą siostry.

    „Św. Józef, mąż sprawiedliwy, człowiek prześwietlony Jezusem… Zapraszamy do otwarcia drzwi i serc św. Józefowi, który pragnie spotkać się z każdym z Was poprzez medytację Jego oddanego Jezusowi i Maryi życia ukazanego w ikonie napisanej w naszym klasztorze” – piszą siostry karmelitanki bose z Islandii.

    Siostry przygotowały niespodziankę. 19 marca 2021 roku nagrały medytację ikony św. Józefa. Ikona została napisana w klasztorze sióstr w 2009 roku przez s. Miriam. Poprzez tę ikonę siostry zapragnęły uczcić św. Józefa, jak również podziękować mu za jego nieustanną opiekę w ciągu dziejów klasztoru. Dlatego św. Józef z ikony nosi tytuł Patrona Karmelu w Hafnarfjordur na Islandii i Potężnego Wspomożyciela w każdej potrzebie.

    „Ukazana na ikonie rzeczywistość materialna i duchowa mówi, kim św. Józef jest dla nas i kim może stać się dla każdego, kto zapragnie obrać go sobie za szczególnego patrona i opiekuna. Jemu powierzamy intencje każdego z Was” – piszą siostry z Islandii.

    opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „O, jakże go kocham!”

    Święci, którym objawił się św. Józef

    Papież ogłasza "Rok św. Józefa"
    fot. Vatican News

    ***

    Opiekun Jezusa i oblubieniec Maryi ma swoje niekwestionowane miejsce w teologii i życiu Kościoła już od początków wspólnoty. Najwyraźniej nie zakończył swojej misji niecałe dwa tysiące lat temu, bo wciąż się objawia, w tym innym świętym.

    Poniżej kilka przykładów jego wizyt.

    Średniowieczne mistyczki

    Miejsca św. Józefa wśród niebian dotyczy wizja, którą miała trzynastowieczna cysterka, św. Gertruda z Helfty. W uroczystość Zwiastowania Pańskiego, podczas jutrzni, ujrzała ona Matkę Bożą tronującą w niebie, otoczoną świętymi.

    Kiedy chór mniszek śpiewał kolejne antyfony do psalmów, Gertruda widziała niebiańską liturgię. Jak zapisuje w Zwiastunie Bożej miłości: „Kiedy wymieniano imię św. Józefa, któremu była poślubiona dziewicza Matka, wszyscy święci z szacunkiem pochylali głowy, aby go uczcić, i spoglądali ku niemu życzliwie i przyjaźnie, wraz z nim radując się jego godnością”.

    Obraz ten podkreśla szczególne miejsce nazaretańskiego cieśli w niebie. Pośrednio też wskazuje na to, jak mocnym jest wstawiennikiem.

    O tym, jak dobrze i z jakim oddaniem opiekował się swoją rodziną, mogła zaświadczyć bł. Małgorzata z Citta di Castello. Mimo że urodziła się niewidoma, Pan udzielił jej tej łaski, że miała wizje Świętej Rodziny. Opowiadała o nich bliskim sobie osobom i z tych opowieści wiemy, iż widziała w nich także rolę, jaką odgrywał św. Józef: opiekuńczy, obecny, służący z miłością swoim Najbliższym. Obraz tego świętego mocno wrył się w duchowość Małgorzaty. Kiedy po śmierci otworzono podczas balsamowania jej serce, okazało się, że są w nim trzy klejnoty z wyrytymi na nich trzema „ikonami”: Dzieciątka, Maryi i właśnie św. Józefa.

    Techniczne wsparcie reformatorki

    Opiekun Jezusa był ukochanym świętym Teresy z Avili, a w jej pismach znajdziemy radosne wyznanie: „A dobry św. Józef? O, jakże go kocham!”. Ten zachwyt miał zresztą świetne podstawy. Nie bez powodu właśnie ta święta upowszechniła w Europie Zachodniej kult cieśli z Nazaretu.

    Wielka karmelitanka miała okazję poznać go osobiście, kiedy objawił się jej w towarzystwie Matki Bożej. Oboje nałożyli na nią świetlistą, białą szatę, w której zakonnica rozpoznała cnotę czystości. Następnie Maryja włożyła dłonie świętej w ręce swojego oblubieńca, zapowiadając, że będzie on jej szczególnym opiekunem.

    Święty Józef przyszedł do Teresy także podczas zmagań z jedną z fundacji. Nie było na nią pieniędzy i wydawało się, że nie będzie. Kiedy fundatorka mierzyła się z decyzją o rezygnacji, objawił się jej św. Józef i polecił, żeby bez obaw podjęła się tego dzieła, a środki się znajdą. Jak przyznaje sama wizjonerka, tak się stało, a pieniądze oraz pomoc przychodziła zawsze na czas, bywało, że z najbardziej zaskakujących stron.

    Fatimscy pastuszkowie

    Jednym z najbardziej znanych wydarzeń związanych z objawieniami w Fatimie jest cud słońca. Nasza gwiazda dzienna na oczach tysięcy zgromadzonych ludzi zadrżała i czym prędzej zaczęła wirować wokół swojej osi, po czym wydawało się, ze spada na ziemię.

    Kiedy słońce zaczęło powoli wracać na nieboskłon, trójka wizjonerów doświadczyła dodatkowej wizji. Zobaczyli w niej, obok słońca, Maryję i św. Józefa z Dzieciątkiem na ręku. Obaj wykonali nad przerażonym tłumem w geście błogosławieństwa znak krzyża. Po chwili widzenie się zmieniło – Józef znikł, a zamiast Dzieciątka pojawił się dorosły Pan, który powtórzył to błogosławieństwo. 

    W literaturze jest to interpretowane jako znak tego, jak ważną rolę w rodzinie odgrywa ojciec – mimo że Józef nie był ani wcielonym Bogiem, ani nie urodził się jako niepokalanie poczęty, to z racji swojej roli w rodzinie po ludzku był tym, który był jej głową. Był odbiciem Bożego ojcostwa.

    Opiekun sekretarki miłosierdzia

    Opis wizji św. Józefa znajdziemy także w Dzienniczku św. Faustyny Kowalskiej. W punkcie 1203 opisuje ona, że święty polecił jej, by nieustannie zachowywała do niego żywe nabożeństwo. Wskazał nawet właściwą formę – otóż każdego dnia miała odmówić Ojcze naszZdrowaś, MarioChwała Ojcu oraz Pomnij, o najczystszy Oblubieńcze. Następnie spojrzał na wizjonerkę z wielką czułością, dając w ten sposób poznać, jak bardzo wspiera powierzone jej dzieło miłosierdzia. Zapewnił też, że będzie się nią szczególnie opiekował i pomagał w potrzebie.

    Dalej św. Faustyna zapisuje, że odmawiała wskazane modlitwy, a te nigdy nie pozostały bezowocne – św. Józef był przy niej i służył swoim wsparciem.

    Modlitwa wskazana świętej przez św. Józefa

    Pomnij, o najczystszy Oblubieńcze Błogosławionej Dziewicy Maryi, mój najmilszy Opiekunie, święty Józefie, że nigdy nie słyszano, aby ktokolwiek, kto ucieka się pod Twoją opiekę i błaga o Twą pomoc, pozostał bez pociechy. Tą ufnością ożywiony przychodzę do Ciebie i z całą gorącością ducha Tobie się polecam. Nie odrzucaj mojej modlitwy, przybrany Ojcze Odkupiciela, ale racz ją przyjąć łaskawie i wysłuchać. Amen.

    Elżbieta Wiater /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Musimy na nowo odkryć osobę św. Józefa:

    Paweł Ozdoba

    (fot. Lawrence OP/Flickr)

    ***

    Św. Józef może stać na straży naszego życia duchowego, na straży nas samych, wspierać naszą drogę do zbawienia, umacniać nas, być faktycznym opiekunem i wychowawcą. My powinniśmy wpatrywać się w św. Józefa i kroczyć jego śladami. To droga do świętości – mówi prezes Centrum Życia i Rodziny, Paweł Ozdoba. 

    PCh24.pl: Jan XXIII włączył św. Józefa do Kanonu Rzymskiego, Benedykt XVI do wszystkich modlitw eucharystycznych. Można powiedzieć, że obserwujemy pewien pozorny zbieg okoliczności: z jednej strony obserwujemy od lat 60. Bezprecedensowy kryzys rodziny, z drugiej Kościół właśnie w tym czasie „podaje” nam św. Józefa.

    Paweł Ozdoba: Kult św. Józefa w ostatnich latach nieustannie się rozwija. Myślę też, że rozkwit wielu męskich wspólnot jest zasługą orędownictwa św. Józefa. Nie jest to przypadek: od dawna narzekamy na szeroko pojmowaną abdykację mężczyzn z ról społecznych i rodzinnych, kryzys męskości jest ewidentny. Wstawiennictwo św. Józefa sprawia, że odbudowujemy swoje męstwo. Stąd, jak sądzę, Kościół w swojej mądrości zachęca wiernych, żeby poświęcali się św. Józefowi, poznawali jego świętość i cechy, niezwykle potrzebne współczesnym mężczyznom.

    W Polsce istnieje jedno z najstarszych na świecie sanktuariów św. Józefa – Narodowe Sanktuarium św. Józefa w Kaliszu. Jaki jest „status” tego miejsca w polskim krajobrazie religijnym?

    Narodowe sanktuarium pozostaje wciąż nie do końca odkryte. Owszem, wiele osób je zna, odwiedziło je, pielgrzymowało do tego miejsca – przecież regularnie odbywają się pielgrzymki z całej Polski. Mimo wszystko można wciąż mówić o potrzebie dalszego informowania o tym miejscu – jak i w ogóle o św. Józefie. Wciąż zbyt mało osób zna św. Józefa w takim wymiarze, w jakim powinniśmy znać go jako wierni Kościoła. Samo sanktuarium może zaoferować każdemu pielgrzymowi wielkie dobra duchowe. Znajduje się tam cudowny obraz Świętej Rodziny. Modlitwa przed nim to wielka łaska dla każdego mężczyzny, męża, ojca – czy po prostu dla całej rodziny.

    Wśród wielu cnót św. Józefa na szczególne miejsce wybija się zwłaszcza w naszych czasach cnota czystości. O niej współczesne społeczeństwo w ogóle nie chce pamiętać…

    Rzeczywiście, św. Józef posiadał wiele cnót i wspaniałych cech, którymi powinien móc pochwalić się każdy mężczyzna. W dzisiejszym świecie pełnym rozwiązłości i nieczystości, świat może czerpać od św. Józefa, naśladować go, aby móc się oczyszczać z grzechu nieczystości, który jest tak powszechny i który – jak mówiła Matka Boża – tak mocno ciągnie ludzi do piekła.

    Polskim czcicielom św. Józefa dobrze znana jest historia ocalenia księży z niemieckiego obozu w Dachau. To właśnie dzięki wstawiennictwu św. Józefa wielu z nich uniknęło śmierci, przewidzianej dla nich przez oprawców zaledwie na kilka godzin po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów. Także dzisiaj wielu Polaków ucieka się do św. Józefa ze swoimi prośbami w różnych trudnych sytuacjach życiowych.

    Polska jest krajem maryjnym i to właśnie kult Najświętszej Maryi Panny jest szczególnie rozbudowany. To bardzo dobrze. Myślę jednak, że również Jej opiekun, mąż, ziemski towarzyszy – również on może stać na straży naszego życia duchowego, na straży nas samych, wspierać naszą drogę do zbawienia, umacniać nas, być faktycznym opiekunem i wychowawcą. Choćby rozwój duchowy w zakresie odpowiedzialności mężczyzn może postępować zwłaszcza wówczas, gdy będziemy iść do Józefa, wpatrywać się w jego postać, we wszystkie sceny ewangeliczne. Nigdy nie słyszymy jego głosu w Piśmie Świętym, ale jednocześnie możemy obserwować jego zachowanie. Przecież już w początkach dziejów Świętej Rodziny znalazł się św. Józef w bardzo trudnej sytuacji; potrafił jednak się w niej odnaleźć, opanować ją, co pozwoliło bezpiecznie narodzić się naszemu Zbawicielowi. Współczesny świat może wpatrywać się w św. Józefa i kroczyć jego śladami; to droga do świętości.

    Centrum Życia i Rodziny pragnie przenieść na uroczystość św. Józefa w dniu 19 marca Dzień Ojca. Podpisy pod petycją w tej sprawie zostały już złożone w Sejmie. Jak wygląda obecnie ta sprawa?

    Zakończyliśmy pewien etap kampanii „Dzień Ojca na nowo”. Łącznie pod inicjatywą ustanowienia Dnia Ojca na 19 marca, na uroczystość św. Józefa, podpisało się ponad 74 tys. osób. Podpisy trafiły do Pani Marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Oczekujemy teraz na wiadomości z sejmowej komisji petycji, bo tam trafiła nasza petycja. Jeżeli komisja zaopiniuje ją pozytywnie, to w kolejnym kroku petycja trafi pod obrady sejmu. Mamy nadzieję, że wówczas uchwała zostanie przegłosowana i Dzień Ojca zostanie ustanowiony na 19 marca. Wielu polityków wyrażało się pozytywnie o tej kampanii stąd mamy nadzieję, że tak się rzeczywiście stanie.

    Not. Pach/PCh.24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 marca

    Święta Aleksandra, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Maurycy Csak, zakonnik
      •  Święty Herbert, pustelnik
      •  Święty Wolfram, biskup
    ***
    Święta Aleksandra

    Aleksandra pochodziła z Ancyry w Galacji (dzisiejsza Ankara). Miała odmówić udziału w procesji z posążkami Artemidy i Ateny. Podczas wyznania wiary w Chrystusa została skazana na śmierć. Utopiono ją w bagnach, w pobliżu rodzinnego miasta, ok. 300 lub 310 r. wraz z sześcioma innymi kobietami, które wcześniej ślubowały dziewictwo i żyły poszcząc i pełniąc dobre uczynki. Były to: Klaudia, Eufrazja, Matrona, Julianna, Eutymia oraz najstarsza z nich, Teodozja. Przed utopieniem miały być wydane młodym mężczyznom na pohańbienie. Jednak ci uciekli, kiedy Teodozja pokazała im swoje siwe włosy. Wtedy wszystkie zostały w okrutny sposób torturowane: obnażono je, bito pałkami, obcinano piersi, ich ciała strugano ostrymi narzędziami aż do kości. Żadna z nich nie wyparła się Chrystusa.
    Ciała męczennic miał wydobyć z grzęzawisk, by je po chrześcijańsku pochować, Teodat (Teodot), siostrzeniec Teodozji (Tekusy), który od dawna pomagał chrześcijanom: odwiedzał ich w więzieniach, podnosił na duchu, ofiarował swój hotel na miejsce sprawowania liturgii. Po pochowaniu ciotki z Towarzyszkami został zdradzony przez sąsiadów i poniósł karę śmierci przez ścięcie. Jego ciało wraz z wydobytymi z grobu ciałami 7 męczennic spalono.
    Według innych hagiografów Aleksandra z Towarzyszkami po mękach została spalona żywcem w rozpalonym piecu.
    W ikonografii Święta przedstawiana jest zawsze w towarzystwie innych męczennic, z którymi poniosła śmierć. Między sobą różnią się praktycznie tylko kolorem szat. Aleksandra ma czerwony płaszcz i białą chustę na głowie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 marca

    Święty Mikołaj z Flüe, pustelnik

    Zobacz także:
      •  Święta Benedykta od Bożej Opatrzności Cambiagio Frassinello
    ***
    Święty Mikołaj z Flüe

    Mikołaj (znany również jako brat Klaus, Nicolaus de Rupe, Nicolas de la Roche) urodził się w 1417 r. w Flüe, w pobliżu Sachseln (w kantonie Unterwalden w Szwajcarii), nad Jeziorem Czterech Kantonów. Jego ojciec, Henryk, był skromnym i prostym góralem, ale miał taki autorytet, że piastował różne stanowiska, tak w sądownictwie, jak i w zarządzie i sejmiku lokalnym.
    Mikołaj początkowo zamierzał poświęcić się wyłącznie służbie Bogu. Wstąpił do benedyktynów w Engelberg. Ostatecznie jednak wrócił do świata, a nawet za radą rodziców wstąpił w związek małżeński. Z Dorotą Wyss miał 10 dzieci: 5 synów i 5 córek. Najmłodszy syn po zdobyciu stopnia akademickiego został proboszczem w Sachseln. Mieszkańcy kantonu mieli tak wielkie zaufanie do Mikołaja, że wybrali go na radcę i kantonalnego sędziego oraz deputowanego do federacji kantonów szwajcarskich. W latach 1433-1460 Mikołaj pełnił służbę wojskową w randze oficera. Wyróżniał się łagodnością w traktowaniu jeńców, opieką nad kościołami i nad ubogimi. To wszystko zyskiwało mu powszechny szacunek i miłość.
    Po kampanii wojennej, za zezwoleniem małżonki i zabezpieczywszy odpowiednio rodzinę, ponownie wstąpił do klasztoru reformowanych benedyktynów nazywających się “Przyjaciółmi Boga” (1467); miał już wtedy 50 lat. We śnie otrzymał jednak napomnienie, że wolą Bożą jest, aby w rodzinnych stronach jako pustelnik budował i zachęcał do bogobojnego życia swoich współziomków. Dlatego założył w Ranft w pobliżu Flüe mały domek i kapliczkę, gdzie modlitwę łączył z uczynkami pokutnymi. Sława pustelnika zaczęła ściągać do niego ciekawych i pobożnych. Korzystał z każdej okazji, by mówić o Panu Bogu i o konieczności zbawienia swojej duszy. Dopóki nie otrzymał własnego kapelana, chodził na Mszę do pobliskiego miasteczka, gdzie księdzem był jego syn.
    Kiedy w roku 1473 nieomal ponownie nie doszło do wojny z Austrią, Mikołaj podjął się trudu, by załagodzić zaogniony spór. W roku 1481 wybuchła wojna domowa między kantonami Szwajcarii. Wówczas Mikołaj uratował jedność Szwajcarii. Przez proboszcza Stans, Heimo am Grund, który przybył do niego po radę, przekazał, że każde z miast i kantonów musi się zrzec swoich specjalnych przywilejów i praw. Dzięki temu podpisano tzw. “umowy ze Stans” i utworzono Związek Szwajcarski. Wdzięczni mieszkańcy tego kraju nadali mu tytuł “Ojca Ojczyzny”. Popularnie zaś zwano go z niemiecka “Bratem Klausem” (Bruder Klaus).

    Święty Mikołaj z Flüe

    Był jednym z najwybitniejszych mistrzów medytacji i mistyków u schyłku średniowiecza. Obdarowany został niezwykłymi charyzmatami – przez 19 lat jego pożywieniem była wyłącznie Eucharystia. Fakt ten został potwierdzony kanonicznym procesem. Uciekano się do niego we wszelkich potrzebach, radzono się w najtrudniejszych sprawach, proszono o modlitwę. Nawrócił wiele zbłąkanych dusz.
    Zmarł 21 marca 1487 roku po krótkiej, ale bolesnej chorobie (spotyka się też datę 18 marca tego roku). Pan Bóg wsławił jego grób licznymi cudami, które zostały spisane w osobnej księdze. W roku 1501 powstał jego pierwszy żywot.
    Proces kanoniczny mógł się jednak rozpocząć dopiero w roku 1587, ze względu na okres wojen religijno-politycznych w Szwajcarii. 8 marca 1669 r. papież Klemens IX beatyfikował Mikołaja i zezwolił na jego kult, a papież Klemens X rozszerzył ten kult na całą Szwajcarię, a przede wszystkim na diecezję w Konstancji, na której terenie znajduje się Flüe i Sachseln. 15 maja 1947 r. papież Pius XII dokonał uroczystej kanonizacji Mikołaja, ogłaszając go równocześnie głównym patronem Szwajcarii. Jego ciało doznaje czci w kościele parafialnym w Sachseln, najbliższym miejsca urodzenia. Jest ponadto patronem papieskiej Gwardii Szwajcarskiej, sędziów, radnych, rodzin wielodzietnych.
    W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest w długiej pokutnej szacie, boso. Jego atrybutami są: kij wędrowca, wieniec z róż, krzak cierniowy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Św. Mikołaj z Flüe

    Święty pustelnik i mistyk (1417-1487).

    Znany również pod imieniem: brat Klaus, Nicolaus de Rupe, Nicolas de la Roche.

    Kaplica grobowa w Sachseln

    Urodził się 21 marca 1417 roku w rodzinie zamożnego chłopstwa – Henryka z Flüe
    i Emmy Ruobert, w kantonie Unterwalden. Jego rodzice byli bardzo pobożnymi ludźmi, którzy starali się dać swemu synowi jak najlepsze wykształcenie, jednocześnie pilnie dbając o naukę wiary. Wstąpił do benedyktynów w Engelberg, ale nie zdecydował się zostać mnichem i powrócił do rodzinnej miejscowości. W wieku trzydziestu lat Mikołaj ożenił się z Dorotą Wyss, spełniając wolę rodziców, mimo swoich skłonności do życia kontemplacyjnego i pełnego umartwień. Mieli dziesięcioro dzieci: pięciu synów i pięć córek. Był sędzią grodzkim i radcą. Miał zwyczaj budzić się każdej nocy i czytać Psałterz Najświętszej Maryi Panny.

    Dom we Flueli-Ranft w którym mieszkał św. Mikołaj

    Gdy miał pięćdziesiąt lat, św. Mikołaj miał wizję konia pożerającego lilię i zrozumiał, że była to alegoria zakłócania jego modlitw przez ziemskie troski. Długo rozważał to co usłyszał, aż w końcu za zgodą żony, zabezpieczywszy rodzinę, opuścił swój dom w habicie uszytym przez żonę, zabierając ze sobą jedynie różaniec i kij. Udał się do doliny Ranft, tam wybudował małą chatę i kapliczkę, gdzie żył modlitwą, postami i umartwieniami, sypiał na podłodze, nie miał nawet stołu.

    Kaplica i cela św. Mikołaja w Ranft

    Pewnej nocy niezwykłe światło przeniknęło celę św. Mikołaja, od tego momentu nie czuł głodu ani zimna, a przez następne dziewiętnaście lat przyjmował Komunię Świętą, która była jego jedynym pokarmem. Lokalne władze chcąc sprawdzić, czy rzeczywiście św. Mikołaj nie je ani nie pije, przez miesiąc blokowali możliwość kontaktowania się z pustelnikiem. Swego lekarza wysłał arcyksiążę Zygmunt, w pustelni zjawili się również wysłannicy cesarza Fryderyka III. Wszyscy stwierdzili, że Święty rzeczywiście przestrzega postu i odeszli pod wielkim wrażeniem jego pobożności i skromności. Dopóki nie otrzymał własnego kapelana, chodził na Mszę do pobliskiego miasteczka.

    Ludzie pielgrzymowali do niego z odległych stron, aby prosić go o modlitwę i radę.  Św. Mikołaj korzystał z każdej okazji, aby mówić o Panu Bogu i konieczności zbawienia swojej duszy. Wielu nawróciło się dzięki niemu.

    Proboszcz Heimo prosi św. Mikołaja o radę

    “Kroniki luzerneńskie”, Diebold Schilling, 1513r.

    Uznawany za ojca duchowego Szwajcarii i starej konstytucji (obowiązującej aż do rewolucji francuskiej). Gdy w 1481 roku Szwajcarii zagroziła wojna domowa między kantonami, proboszcz Stans, Heimo am Grund, udał się do św. Mikołaja i poprosił o radę. Ten przekazał, że każde z miast i kantonów musi się zrzec swoich specjalnych przywilejów i praw, pozwoliło to na podpisanie umowy ze Stans i utworzenie Związku Szwajcarskiego.

    Zmarł 21 marca 1487 roku, po bolesnej chorobie, która go zaatakowała krótko przed śmiercią. Został pochowany w Sachseln, niedaleko miejscowości gdzie się urodził.

    Do lat siedemdziesiątych XX wieku bogato zdobiony relikwiarz znajdował się w ołtarzu głównym, został zastąpiony prostym sarkofagiem umieszczonym pod stołem ołtarzowym.

    Płyta nagrobna św. Mikołaja w Sachseln

    Dnia 1 lutego 1648 roku papież Innocenty X zatwierdził kult św. Mikołaja,
    8 marca 1669 roku został beatyfikowany przez papieża Klemensa IX, a 15 maja 1947 roku został kanonizowany przez papieża Piusa XII i ogłoszony głównym patronem Szwajcarii.

    Patron:
    Szwajcarii, papieskiej Gwardii Szwajcarskiej, sędziów, radnych, rodzin wielodzietnych.

    Ikonografia:
    Przedstawiany jako bosy pustelnik z Jezusem Chrystusem, lub aniołem podającym mu Komunię, czasami z diabłem. Jego atrybutami są: krzak cierniowy, laska, kij, różaniec.

    Varia:
    Najmłodszy syn Doroty i św. Mikołaja został księdzem i doktorem teologii, wśród ich potomków było ponad trzydziestu kapłanów, a wnuk Świętego – Konrad Scheuber – został pustelnikiem, tak jak on.

    Lektura:
    Jacek Okoń “Pustelnik z Unterwalden. Święty Mikołaj z Flue”

    ze strony: Święci Pańscy

    ______________________________________________________________________

    Św. Mikołaj z Flue - przez 19 lat odżywiał się tylko Eucharystią
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Mikołaj z Flue – przez 19 lat odżywiał się tylko Eucharystią

    Mikołaj (znany również jako brat Klaus, Nicolaus de Rupe, Nicolas de la Roche) urodził się w 1417 r. w Flüe, w pobliżu Sachseln (w kantonie Unterwalden w Szwajcarii), nad Jeziorem Czterech Kantonów. Jego ojciec, Henryk, był skromnym i prostym góralem, ale miał taki autorytet, że piastował różne stanowiska, tak w sądownictwie, jak i w zarządzie i sejmiku lokalnym.

    Mikołaj początkowo zamierzał poświęcić się wyłącznie służbie Bogu. Wstąpił do benedyktynów w Engelberg. Ostatecznie jednak wrócił do świata, a nawet za radą rodziców wstąpił w związek małżeński. Z Dorotą Wyss miał 10 dzieci: 5 synów i 5 córek. Najmłodszy syn po zdobyciu stopnia akademickiego został proboszczem w Sachseln. Mieszkańcy kantonu mieli tak wielkie zaufanie do Mikołaja, że wybrali go na radcę i kantonalnego sędziego oraz deputowanego do federacji kantonów szwajcarskich. W latach 1433-1460 Mikołaj pełnił służbę wojskową w randze oficera. Wyróżniał się łagodnością w traktowaniu jeńców, opieką nad kościołami i nad ubogimi. To wszystko zyskiwało mu powszechny szacunek i miłość.

    Po kampanii wojennej, za zezwoleniem małżonki i zabezpieczywszy odpowiednio rodzinę, ponownie wstąpił do klasztoru reformowanych benedyktynów nazywających się “Przyjaciółmi Boga” (1467); miał już wtedy 50 lat. We śnie otrzymał jednak napomnienie, że wolą Bożą jest, aby w rodzinnych stronach jako pustelnik budował i zachęcał do bogobojnego życia swoich współziomków. Dlatego założył w Ranft w pobliżu Flüe mały domek i kapliczkę, gdzie modlitwę łączył z uczynkami pokutnymi. Sława pustelnika zaczęła ściągać do niego ciekawych i pobożnych. Korzystał z każdej okazji, by mówić o Panu Bogu i o konieczności zbawienia swojej duszy. Dopóki nie otrzymał własnego kapelana, chodził na Mszę do pobliskiego miasteczka, gdzie księdzem był jego syn.

    Kiedy w roku 1473 nieomal ponownie nie doszło do wojny z Austrią, Mikołaj podjął się trudu, by załagodzić zaogniony spór. W roku 1481 wybuchła wojna domowa między kantonami Szwajcarii. Wówczas Mikołaj uratował jedność Szwajcarii. Przez proboszcza Stans, Heimo am Grund, który przybył do niego po radę, przekazał, że każde z miast i kantonów musi się zrzec swoich specjalnych przywilejów i praw. Dzięki temu podpisano tzw. “umowy ze Stans” i utworzono Związek Szwajcarski. Wdzięczni mieszkańcy tego kraju nadali mu tytuł “Ojca Ojczyzny”. Popularnie zaś zwano go z niemiecka “Bratem Klausem” (Bruder Klaus).

    Był jednym z najwybitniejszych mistrzów medytacji i mistyków u schyłku średniowiecza. Obdarowany został niezwykłymi charyzmatami – przez 19 lat jego pożywieniem była wyłącznie Eucharystia. Fakt ten został potwierdzony kanonicznym procesem. Uciekano się do niego we wszelkich potrzebach, radzono się w najtrudniejszych sprawach, proszono o modlitwę. Nawrócił wiele zbłąkanych dusz.

    Zmarł 21 marca 1487 roku po krótkiej, ale bolesnej chorobie (spotyka się też datę 18 marca tego roku). Pan Bóg wsławił jego grób licznymi cudami, które zostały spisane w osobnej księdze. W roku 1501 powstał jego pierwszy żywot.

    Proces kanoniczny mógł się jednak rozpocząć dopiero w roku 1587, ze względu na okres wojen religijno-politycznych w Szwajcarii. 8 marca 1669 r. papież Klemens IX beatyfikował Mikołaja i zezwolił na jego kult, a papież Klemens X rozszerzył ten kult na całą Szwajcarię, a przede wszystkim na diecezję w Konstancji, na której terenie znajduje się Flüe i Sachseln. 15 maja 1947 r. papież Pius XII dokonał uroczystej kanonizacji Mikołaja, ogłaszając go równocześnie głównym patronem Szwajcarii. Jego ciało doznaje czci w kościele parafialnym w Sachseln, najbliższym miejsca urodzenia. Jest ponadto patronem papieskiej Gwardii Szwajcarskiej, sędziów, radnych, rodzin wielodzietnych.

    W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest w długiej pokutnej szacie, boso. Jego atrybutami są: kij wędrowca, wieniec z róż, krzak cierniowy.

    Brewiarz.pl

    ___________________________________________________________________________

    Mikołaj z Flüe – niezwykły święty na czas wojny

    Mikołaj z Flüe - niezwykły święty na czas wojny

    ***

    Kiedy docierają do nas przerażające doniesieniami z Ukrainy, trudno oprzeć się przekonaniu, że dziś jedynie baterie rakiet HIMARS i eskadry F-16 mogą odeprzeć barbarzyńskich najeźdźców lub udaremnić potencjalne konflikty w przyszłości. Ale czy potrafimy jeszcze uwierzyć, że autentyczna świętość może zapobiegać krwawym konfliktom? A przecież tak bywało w historii. Dziś, 21 marca, przypada wspomnienie św. Mikołaja z Flüe – Szwajcara, który wybrał zaskakującą drogę uświęcenia, a jego kluczowy udział w zażegnaniu bratobójczego konfliktu został dobrze udokumentowany.

    Cofnijmy się do jesieni średniowiecza. Jest początek XV w. – między Anglią a Francją toczy się wojna stuletnia, trwa Sobór w Konstancji, kończy się też Wielka Schizma Zachodnia, a papieżem zostaje Marcin V. Arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Trąba otrzymuje dla siebie i swych następców tytuł Prymasa Polski. W małej osadzie, zagubionej gdzieś wśród alpejskich hal kantonu Unterwalden, w dolinie potoku Melchaa, 21 marca 1417 r. przychodzi na świat syn zamożnych gospodarzy – Heiniego i Emmy von Flüe. Na chrzcie w kościele Krens nadano mu imię Mikołaj, prawdopodobnie po dziadku ze strony matki.

    Różaniec i halabarda

    Szwajcaria w tamtych czasach jest młodą, bo założoną w 1291 r. , konfederacją nielicznych jeszcze kantonów. Trzon społeczeństwa stanowią wolni chłopi, żyjący najczęściej z wypasu bydła na górskich połoninach. Ludzie zahartowani przez surową alpejską naturę, mocno stąpający po ziemi – są pracowici, wytrwali i waleczni. Wielu z nich bierze udział w walkach o interesy młodej i niewielkiej jeszcze ojczyzny, ale też w celach zarobkowych najmuje się do obcych armii. Oddziały szwajcarskich górali zbrojnych w halabardy lub długie piki o drzewcu z górskiej jodły sieją postrach na polach bitew XV – wiecznej Europy.

    Młodość Mikołaja upływała wśród rówieśników tak samo jak on przyswajających sobie pasterskie umiejętności – doglądanie bydła, dojenie krów, warzenie serów, ale też pracę w lesie. Chłopcy w wolnych chwilach wprawiali się w żołnierskim rzemiośle i brali udział w świętach strzeleckich. Młody Szwajcar zapewne wędrował też niekiedy ze stadami bydła na sprzedaż i to nie tylko do pobliskich miast, ale również za granicę, co wiązało się z przekraczaniem wielkich alpejskich przełęczy. Prawie na pewno Mikołaj nie uczęszczał do szkół i do końca życia pozostał niepiśmiennym.

    Z ustnych relacji przyjaciół, spisanych już po jego śmierci, dowiadujemy się, że Klaus często w odosobnieniu oddawał się modlitwie, od samego początku towarzyszyły mu też wizje mistyczne. Wizji gwiazdy jaśniejszej niż wszystkie inne miał doświadczyć już w łonie matki. Pełne symboli, nieraz malownicze obrazy, które widzi tylko przyszły święty, potwierdzają jego głęboko duchowe życie – biała wieża wyrastająca na alpejskiej łące, koń zjadający lilię, a później wizje niczym z obrazów Hieronima Boscha: ludzkie mrowie na otwartej przestrzeni zajęte budową ogrodzeń i mostów, pobierające przy tym myto, nie zwraca uwagi na strumienie oliwy, wina oraz miodu wypływające po dziesięciu stopniach ze wspaniałego pałacu.

    Pasterz z Unterwalden zaczyna też pościć o chlebie, wodzie i paru suszonych gruszkach, najpierw w piątki, a potem już cztery razy w tygodniu.

    Skomplikowana polityka młodej Konfederacji Szwajcarskiej wkracza w życie młodego Mikołaja – w spór pomiędzy Zurychem a Tyrolem włączają się też obywatele kantonu Unterwalden. Młody Klaus wyrusza na swoją pierwszą wojnę. Przyszło mu walczyć z brutalnymi najemnikami, przysłanymi przez króla francuskiego, zwanych Armagnacami. Syn gospodarzy von Flüe wykazuje się walecznością i odwagą, awansuje do stopnia kapitana. Z drugiej strony, według relacji towarzyszy broni, jak też jego biografów, wykazuje zdumiewającą w tamtych czasach łagodność, napominając żołnierzy: Przyjaciele, jeśli z Bożą pomocą pokonaliście nieprzyjaciela, oszczędźcie go i uhonorujcie swoje zwycięstwo wstrzemięźliwością i wielkością ducha.

    Mąż, ojciec, gospodarz i obywatel

    Mikołaj z Flüe wraca po wojnie do domu i przez chwilę myśli o przywdzianiu benedyktyńskiego habitu w najbliższym mu klasztorze, w Engelberg. Jednak za namową rodziców, po zasięgnięciu rady u miejscowego proboszcza i przemodleniu powołania decyduje się na małżeństwo – poślubia młodszą od siebie o 14 lat Dorotę Wyss.

    Odtąd prowadzi żywot przykładnego obywatela, gospodarza, męża i ojca dziesięciorga dzieci. Pan Bóg błogosławi jego sprawom, na farmie panuje dostatek. Do dziś we Flüeli-Ranft można podziwiać okazałe domostwo, które zaradny gospodarz wybudował dla swojej rodziny.

    Gospodarz na Flüeli-Ranft cieszył się zasłużonym mirem w okolicy – pobożny, zamożny, znany ze swojej mądrości. Nic dziwnego, że społeczność lokalna obdarzyła go zaufaniem, powierzając mu funkcję pełnomocnika w sporze o tzw. mokrą dziesięcinę (z jabłek i gruszek) z… miejscowym proboszczem, u którego niegdyś Mikołaj radził się w sprawie powołania. Kilka lat później przyszły święty został delegatem mieszkańców Obwalden w procesie z klasztorem w Engelberg. Głęboka pobożność nie przeszkadzała mu wejść w spór z duchownymi, gdy w grę wchodziły sprawy świeckie, a proces toczył się zgodnie z literą prawa. Wkrótce też mieszkańcy gminy powierzają mu urząd sędziego.

    Lecz oto już 40-letni, szanowany gospodarz z Flüeli-Ranft, znów rusza na wyprawę wojenną, której celem jest odbicie miasta Thurgau z rąk austriackiego księcia Zygmunta. Podczas tamtej wyprawy, Mikołaj wsławia się ocaleniem klasztoru św. Katarzyny w Diessenhofen. Kapitan von Flüe najpierw modli się żarliwie pod krzyżem nieopodal opactwa. Kiedy zyskuje pokój w sercu, nie pomny, że po ludzku ryzykuje swoją reputację oficera, a może i głowę, wyprasza u dowódców wyprawy, by nie puszczać z dymem murów konwentu, w których bronią się niedobitki wroga. Po uzyskaniu zgody w dowództwie, w ostaniej chwili wyrywa z rąk żołnierzy płonące żagwie. Wkrótce też zwolennicy księcia Zygmunta poddają się i opuszczają mury klasztoru, a wieść o chwalebnym czynie Mikołaja roznosi się w szeregach wojsk, wśród okolicznej ludności i zaskarbia mu wdzięczność Kościoła.

    Niedługo po powrocie z wyprawy wojennej wydaje się, że Unterwaldczyk osiąga szczyt swojego ziemskiego życia. Miejscowi postanawiają powierzyć mu godność landammanna – najwyższe stanowisko w kantonie. Lecz Mikołaj rezygnuje z propozycji zaszczytnego tytułu, a kiedy na jaw wychodzą korupcyjne praktyki wśród otaczających go radnych – o czym przekonuje go kolejna wizja mistyczna – rezygnuje również z funkcji sędziego.

    Święta decyzja

    W tym czasie rodzi się pragnienie jeszcze większego przylgnięcia do Boga. Coraz silniej dociera do Mikołaja przekonanie, że sumienna praca i służba na rzecz rodziny oraz społeczności lokalnej nie jest wystarczającą drogą do świętości. Pogrąża się w rozterkach, bezradnej modlitwie, atakują go pokusy. W Kerns probostwo obejmuje ks. Heimo am Grund, któremu Mikołaj powierza trudności duchowe, a ten zachęca go do codziennego rozważania Męki Pańskiej. To przynosi Szwajcarowi pokój ducha ale też pewność, żeby obrać drogę pustelnika Macieja Hattingera, którego poznał jeszcze w dzieciństwie. Wzmagają się wizje, stają się wręcz namacalne, kiedy np. spotyka trzy tajemnicze osoby, co do złudzenia przypomina nawiedzenie Abrahama pod dębami Mamre.

    W pięćdziesiątym roku życia Mikołaj z Flüe, podejmuje decyzję, która nawet w tamtych czasach wydaje się drastyczna. Po wielu błaganiach, uprosiwszy żonę, zostawia rodzinę i gospodarstwo. Po krótkim epizodzie wędrówki do Alzacji, wraca w rodzinne strony i zakłada pustelnię niedaleko rodzinnego domu. Odtąd przez kolejne 20 lat prowadzi żywot ascety – nic już nie odrywa go od głębokiej modlitwy i praktyk pokutnych.

    Godzinami medytuje też tajemniczy święty obraz, składający się z siedmiu medalionów. Miejscowi nazywają go odtąd Bratem Klausem. Potwierdzeniem właściwie wybranej przezeń drogi jest gruntownie udokumentowany (i sprawdzony przez biskupa Konstancji!) fakt, że pustelnik obywa się bez jedzenia i picia żyjąc tylko Eucharystią. Nie długo przyszło mu też cieszyć się odosobnieniem. Z całej Europy przybywają doń zarówno prostaczkowie jak i wielmoże, a przed jego pustelnią koczują nieraz tłumy. Brat Mikołaj ma bowiem charyzmat uzdrawiania i jasnowidzenia – za jego przyczyną dzieją się cuda. Eremita okazuje się też doskonałym rozjemcą w nawet najbardziej zapiekłych sporach. Pod koniec swojego pustelniczego życia charyzmatyk dokonuje cudu na skalę państwową.

    Ojciec Ojczyzny

    W latach 70. XV w. Konfederacja Szwajcarska składała się z ośmiu kantonów – Schwyz, Uri, Unterwalden, Luzern, do których dołączyły też Zug, Glurns oraz miasta Berno i Zurych z przyległymi ziemiami. Interesy i styl życia zamożnych miast coraz bardziej odróżniają się od życia w kantonach wiejskich. Lucerna zaś, otoczona murami z wieloma basztami, coraz mniej czuła związek z „leśnymi” kantonami, a coraz bardziej trzymała stronę miast.

    Kiedy Brat Klaus wiódł pustelnicze życie Szwajcaria prowadziła wojny z potężnym w owych czasach księstwem Burgundii. Dzielna piechota szwajcarska znów pokazała co potrafi rozbijając wojska Burgundów pod Murten i Nancy. Jednak podczas wojny kantony miejskie poprosiły o pomoc frankofońskie miasta Solura i Fryburg, nie będące wówczas w Konfederacji.

    To wszystko spowodowało poważne napięcie między kantonami wiejskimi a miejskimi. Osią sporu były: status Lucerny, „Związek w Związku wychodzący poza Związek” z miastami Solura i Fryburg oraz podział łupów wojennych.

    W lutym 1481 r. zwołano w mieście Stans zjazd przedstawicieli kantonów. Obrady trwały niemal rok. W grudniu wydawało się, że osiągnięto zgodę, wystarczyło tylko podpisać dokumenty. Lecz nagle, tuż przed świętami Bożego Narodzenia pojawiło się nieporozumienie, które urosło do niebotycznych rozmiarów, stawiając obradujące strony w stan jawnej wrogości – wszyscy mieli świadomość, że oznacza to krwawą i bratobójczą wojnę, a w efekcie rozpad Konfederacji!

    Obradom przysłuchiwał się miejscowy proboszcz z Kerns – Heimo am Grund. Widząc, że posłowie w bojowych nastrojach zbierają się do wyjazdu, ruszył z misją ostatniej szansy. Nie zważając na mróz i głęboki śnieg dotarł do oddalonej o kilkanaście kilometrów pustelni Mikołaja z Flüe. W nocy asceta podyktował duchownemu list do skonfliktowanych posłów. Po nieprzespanej nocy ksiądz ruszył w drogę powrotną.

    Było już po obiedzie, a przedstawiciel kantonów siodłali już konie. Niemal ze łzami w oczach proboszcz wybłagał u posłów ostatnie posiedzenie.

    List został odczytany. I nagle… cud! Już po chwili strony wróciły do rozmów i osiągnięto porozumienie – Das Verkommnis. Nikt już nie myślał o wojnie, Szwajcaria została ocalona! Z pewnością zadziałała tu sława, charyzma i opinia świętości otaczające pustelnika z Unterwalden. Lecz tylko Bóg wie, jak żarliwa była modlitwa Mikołaja i jak ciężka ofiara złożona z życia pełnego umartwień.

    Mikołaj z Flüe odchodzi w bolesnej agonii dokładnie w 70. roku życia, 21 marca 1487 r. Cuda za jego przyczyną nie ustają.

    W 1671 r. papież Klemens X zatwierdza kult błogosławionego na całą Szwajcarię.

    W 1947 r. papież Pius XII kanonizuje Brata Klausa.

    Kai/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 marca

    Święty Zachariasz, papież

    Święty Zachariasz

    Zachariasz był synem Polychroniusza z Kalabrii. Był Grekiem, ale urodzonym we Włoszech. Nie znamy szczegółów z jego lat młodzieńczych. Możliwe, że współpracował ze św. Grzegorzem III i był diakonem, którego podpis figuruje na synodzie rzymskim w roku 732.
    3 grudnia 741 roku został wybrany na stolicę Piotrową. Wybór Zachariasza na papieża nie wymagał już cesarskiego zatwierdzenia, niemniej jednak Zachariasz natychmiast po wyborze wysłał legatów do cesarza Konstantyna V Kopronyma (719-775), zawiadamiając go o wstąpieniu na tron św. Piotra i prosząc o przywrócenie kultu obrazów. Zachariasz był ostatnim z papieży tzw. wschodnich, który zwrócił się do cesarza o zatwierdzenie swojego wyboru.
    Łagodnością i życzliwością zjednał sobie lud Italii, cesarza i sąsiadów. Utrzymywał dobre stosunki z Konstantynopolem. Zawarł pokój z Longobardami, odzyskując część ziem i jeńców. Kiedy zaprzyjaźniony król Ratchis utracił tron, przyjął go do siebie. Zawarł sojusz z Frankami oraz udzielił poparcia Pepinowi Małemu. Zachariasz odrestaurował i upiększył wiele kościołów. Przeniósł swoją siedzibę z Palatynu do Lateranu i powiększył tamtejszy pałac.
    Zmarł w Rzymie po 11 latach pontyfikatu 15 marca 752 roku. Został pochowany w bazylice św. Piotra. Wszedł do literatury chrześcijańskiej jako tłumacz na język grecki łacińskich Dialogów św. Grzegorza Wielkiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 marca

    Święta Rafka, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Turybiusz z Mongrovejo, biskup
      •  Święty Józef Oriol, prezbiter
      •  Błogosławiony Metody Dominik Trćka, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Rafka
    Pietra Choboq Ar-Rayes przyszła na świat w dniu 29 czerwca 1832 roku w Himlaya, w libańskim regionie Metn. Wychowała się w rodzinie katolickiej. Na chrzcie otrzymała imię Boutroussyeh (Pietra). Jej rodzina po śmierci matki w 1839 roku znalazła się w trudnej sytuacji finansowej. Dlatego w 1843 roku jej ojciec wysłał córkę do pracy, jako służącą w domu zamożnego Libańczyka w Damaszku. Kiedy po czterech latach wróciła do domu, okazało się, że ojciec ożenił się po raz drugi. Zarówno macocha, jak jedna z ciotek chciały wydać ją za mąż, ale Boutroussyeh postanowiła swe życie poświęcić Bogu.
    Wstąpiła do Zgromadzenia Córek Maryi w Bikfaya. Rodzice próbowali przekonać ją do zmiany zdania, ale ona pozostała niewzruszona w swym postanowieniu. Po zakończeniu nowicjatu, w dniu 10 lutego 1856 roku, złożyła śluby zakonne. Dwa lata później skierowano ją do pracy w seminarium w Ghazir, które prowadzili jezuici. Pracowała w kuchni, uczyła się ortografii i arytmetyki, a w wolnym czasie pogłębiała znajomość języka arabskiego.
    Od 1860 roku była nauczycielką katechizmu i wychowawczynią w szkołach swojego zgromadzenia. Cztery lata później przeniesiono ją do Maad, gdzie razem z inną zakonnicą założyła szkołę dla dziewcząt. W tym okresie jej macierzyste zgromadzenie przechodziło poważny wewnętrzny kryzys. Siostra Boutroussyeh modliła się żarliwie, prosząc Boga o pomoc w podjęciu decyzji zgodnej z Jego wolą. Pewnego dnia w śnie ukazali się jej św. Jerzy, św. Szymon Słupnik i św. Antoni Pustelnik, który powiedział do niej: “Wstąp do Zakonu Libańskich Mniszek Maronickich”. Tak też uczyniła.
    Jeden z dobroczyńców Zgromadzenia Córek Maryi pomógł jej dostać się do klasztoru św. Szymona al-Qarn w Ad’tou. Rozpoczęła w nim nowicjat w dniu 12 lipca 1871 roku, a już w dniu 25 sierpnia następnego roku złożyła uroczyste śluby zakonne i przyjęła imię Rafka, na pamiątkę swojej matki. Przeżyła w tym klasztorze 26 lat, dając przykład posłuszeństwa, gorliwości w modlitwie, ascezy, poświęcenia i pracowitości.
    W październiku 1885 roku podczas modlitwy prosiła Boga, by dał jej udział w zbawczej męce Chrystusa. Kierowana łaską Bożą, cierpiała z powodu wielu dolegliwości, znosząc je z cierpliwością i pokorą. Jej modlitwy zostały wysłuchane. Z każdym rokiem Chrystus otaczał ją swym cierpieniem. W 1899 roku Rafka całkowicie straciła wzrok, a wkrótce także została sparaliżowana. Nieustannie dziękowała Bogu za wszystko, szczególnie za dar cierpienia. Zmarła w dniu 23 marca 1914 roku.
    Św. Jan Paweł II beatyfikował ją w dniu 17 listopada 1985 roku, a w dniu 10 czerwca 2001 roku włączył ją do grona świętych. Był to dzień uroczystości Trójcy Przenajświętszej. Do Watykanu przybyło kilkadziesiąt tysięcy rzymian i pielgrzymów z Włoch oraz z innych krajów i kontynentów, wśród nich m.in. 12 tysięcy Libańczyków. Papież powiedział wówczas: “Na Bliskim Wschodzie, tak ciężko doświadczonym przez liczne krwawe konflikty i tyle niezawinionych cierpień, świadectwo tej libańskiej zakonnicy pozostaje źródłem ufności dla wszystkich skrzywdzonych. Żyła ona zawsze w ścisłej więzi z Chrystusem i tak jak On nigdy nie zwątpiła w człowieka. Dlatego właśnie jej przykład jest wiarygodnym znakiem, ukazującym, że tajemnica paschalna Chrystusa wciąż przemienia świat, aby zakiełkowała w nim nadzieja nowego życia, ofiarowana wszystkim ludziom dobrej woli”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 marca

    Święty Oskar Romero, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Katarzyna Szwedzka, zakonnica
    ***
    Święty Oskar Romero

    Oskar Arnulf Romero Galdámez urodził się 15 sierpnia 1917 w Ciudad Barrios (departament San Miguel w południowo-wschodnim Salwadorze). Po studiach teologicznych w San Salvadorze i Rzymie przyjął 4 kwietnia 1942 r. w stolicy Włoch święcenia kapłańskie, po czym pracował duszpastersko do 1967 r. w parafiach diecezji San Miguel oraz jako wykładowca w seminarium duchownym i na uniwersytecie w stolicy kraju.
    W latach 1967-1974 był sekretarzem generalnym episkopatu Salwadoru, od 1970 do 1974 r. – biskupem pomocniczym stołecznej archidiecezji, w latach 1974-1977 biskupem Santiago de Maria, a w lutym 1977 został arcybiskupem metropolitą San Salvadoru. Zdobył szybko popularność wśród szerokich rzesz ludzi dzięki swemu zaangażowaniu społecznemu i kazaniom, które głosił w stołecznej katedrze. Arcybiskup walczył o prawa człowieka w ojczystym Salwadorze, odważnie krytykował przejawy niesprawiedliwości, potępiał akty przemocy obu stron rozdzierającej kraj wojny domowej. W latach 1978 i 1979 był dwukrotnie zgłaszany do Pokojowej Nagrody Nobla. W styczniu 1979 r. i w styczniu 1980 r. dwukrotnie spotkał się z Janem Pawłem II.

    Święty Oskar Romero i święty Jan Paweł II

    Jego zaangażowanie społeczne ściągnęło na niego niezadowolenie wojskowych, rządzących wtedy krajem. Zginął zastrzelony w dniu 24 marca 1980 r. podczas odprawiania Mszy św. w kaplicy stołecznego szpitala Opatrzności Bożej. O zlecenie tej zbrodni są podejrzani wysokiej rangi wojskowi, jednakże jej okoliczności nie zostały dotychczas wyjaśnione. Pogrzeb arcybiskupa stał się manifestacją ogromnej sympatii do niego, a jednocześnie stał się wyrazem protestu przeciw krwawym zbrodniom rządzącej krajem junty wojskowej.
    Jan Paweł II na wieść o śmierci arcybiskupa Romero nazwał go “gorliwym pasterzem” i dwukrotnie modlił się przy jego grobie w katedrze w San Salvadorze: w latach 1983 i 1990.3 lutego 2015 r. papież Franciszek zgodził się na promulgowanie dekretu o uznaniu męczeństwa arcybiskupa. Uroczysta beatyfikacja abp. Oscara Romero odbyła się 23 maja 2015 r. w San Salvadorze; ceremonii w imieniu papieża Franciszka przewodniczył kard. Angelo Amato SDB.
    W październiku 2016 r. Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie zostały zgłoszone trzy cuda przez wstawiennictwo bł. Oscara Romero, jednak każdy z nich po szczegółowym zbadaniu został odrzucony. 31 stycznia 2017 r. został przyjęty do rozpatrzenia czwarty cud uzdrowienia kobiety w ciąży Cecilii Maribel Flores w procesie diecezjalnym w San Salvadorze. Po uważnym zbadaniu sprawy 6 lutego 2018 r. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziła to uzdrowienie jako cud. Miesiąc później papież Franciszek podpisał dekret uznający cud za wstawiennictwem bł. Oscara Romero, co otworzyło drogę do jego kanonizacji, której papież dokonał 14 października 2018 r. w Rzymie podczas trwającego wtedy Synodu Biskupów na temat młodzieży.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 marca

    Zwiastowanie Pańskie

    Zobacz także:
      •  Święty Prokop, prezbiter
      •  Błogosławiona Jozafata Michalina Hordaszewska, dziewica
    ***
    Zwiastowanie - Albani

    Dzisiejsza uroczystość przypomina nam o tym wielkim zdarzeniu, od którego rozpoczęła się nowa era w dziejach ludzkości. Archanioł Gabriel przyszedł do Maryi, niewiasty z Nazaretu, by zwiastować Jej, że to na Niej spełnią się obietnice proroków, a Jej Syn, którego pocznie w cudowny i dziewiczy sposób za sprawą Ducha Świętego, będzie Synem samego Boga. Fakt, że uroczystość ta przypada często w trakcie Wielkiego Postu uzmysławia nam, że tajemnica Wcielenia jest nierozerwalnie związana z tajemnicą śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.Początki tej uroczystości są nadal przedmiotem dociekań. Najprawdopodobniej nie została ona wprowadzona jakimś formalnym dekretem władzy kościelnej, ale wyrosła z refleksji nad wydarzeniem tak szczegółowo przedstawionym na kartach Ewangelii.
    Uroczystość Zwiastowania zaczął najpierw wprowadzać Kościół Wschodni już od wieku V. Na Zachodzie przyjęło się to święto od czasów papieża św. Grzegorza Wielkiego (+ 604). Najstarszym świadectwem tego święta na Wschodzie jest homilia Abrahama z Efezu, wygłoszona najprawdopodobniej w Konstantynopolu między 530 a 550 r. Święto w Konstantynopolu potwierdzone jest w VI w., w Antiochii pod koniec VI w., w Jerozolimie w I połowie VII w. Na Zachodzie natomiast potwierdzenie znajdujemy w VII w. (Rzym i Hiszpania). W swoich początkach uroczystość ta miała wysoką rangę, gdyż była uważana za święto Pańskie. Akcentowano nie tyle moment zwiastowania, co wcielenia się Chrystusa Pana, czyli pierwszy akt Jego przyjścia na ziemię i rozpoczęcia dzieła naszego zbawienia. Tak jest i dotąd. Z czasem lud nadał temu świętu charakter maryjny, pierwszą osobą czyniąc Maryję jako “błogosławioną między niewiastami”, wybraną w planach Boga na Matkę Zbawiciela rodzaju ludzkiego. Liber Pontificalis papieża św. Sergiusza I (687-701) poleca, aby w święto Zwiastowania, podobnie jak w święto Ofiarowania Pana Jezusa, Narodzenia i Zaśnięcia Maryi wychodziła procesja z litanią z kościoła św. Hadriana do bazyliki Matki Bożej Większej. O święcie Zwiastowania wspominają synody w Toledo (656) i w Trullo (692). We Francji na ten dzień była przeznaczona osobna, bardzo piękna procesja.
    Wiadomo także, że już w IV wieku w Nazarecie powstała bazylika Zwiastowania. Wystawił ją bogacz żydowski, Józef z Tyberiady, który przeszedł na chrześcijaństwo. Wybudował on kościół na miejscu, gdzie według podania miał stać domek Świętej Rodziny. W roku 570 nawiedza tę bazylikę i opisuje pielgrzym, Antoni z Piacenzy. Przetrwała ona do wieku XI. Krzyżowcy na jej miejscu wystawili o wiele większą i bardziej okazałą. Ta z kolei przetrwała aż do roku 1955, kiedy to franciszkanie wystawili nową, obecnie istniejącą świątynię. W odległości ok. 200 metrów od niej znajduje się kościół św. Józefa. W wieku VI stał na tym miejscu kościół Matki Bożej Karmiącej. W pobliżu niego znajduje się także synagoga, zbudowana na miejscu tej, w której Chrystus często przebywał i nauczał. Pamiątką najpewniejszą z czasów Maryi jest jej studnia, jedyna zresztą w Nazarecie. Na tym miejscu stał kiedyś kościół poświęcony świętemu archaniołowi Gabrielowi.

    Zwiastowanie - Fra Angelico

    Nie mamy także pewności, dlaczego na obchód tajemnicy Zwiastowania wybrano właśnie dzisiejszy dzień. Najczęściej podaje się wyjaśnienie wiążące 25 marca z dniem, w którym celebrujemy Narodzenie Pańskie – 25 grudnia, a zatem datami, które dzieli dokładnie 9 miesięcy. Współcześni badacze genezy święta Zwiastowania wykluczają jednak ten element. Chrześcijanie pierwszych wieków przywiązywali wielką wagę do ostatnich dni marca i początku kwietnia. Związane to było z datą 14 Nizan w Starym Testamencie – ze świętem Paschy. Prawdopodobnie dlatego właśnie w ostatnich dniach marca wspominano moment Zwiastowania – początku Życia, które przez mękę, śmierć i z martwych powstanie odnowiło wszechświat.
    Powszechnie posługujemy się dwiema modlitwami, które upamiętniają moment Zwiastowania. Są to “Zdrowaś Maryjo” i “Anioł Pański”.Pozdrowienie Anielskie. Modlitwa ta składa się z pozdrowienia archanioła, z radosnego okrzyku św. Elżbiety i z modlitwy Kościoła. Na słowach pozdrowienia Gabriela – “łaski pełna” – Kościół oparł wiarę w Niepokalane Poczęcie Maryi. Skoro bowiem Maryja była pełna łaski, to nie mogła jej nigdy być pozbawiona. Słowa św. Elżbiety: “Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego” zawierają część pozdrowienia anioła (Błogosławionaś Ty między niewiastami). W ten sposób św. Elżbieta jakby chciała podkreślić, że znana jest jej tajemnica Zwiastowania, że w imieniu wszystkich niewiast świata winszuje Maryi tak wielkiej godności.
    Do wieku XVI odmawiano w Kościele tylko słowa anioła i Elżbiety. Papież św. Pius V oficjalnie wprowadził resztę słów, które do dnia dzisiejszego odmawiamy. Modlitwę Pozdrowienia Anielskiego odmawiały miliony wiernych i wielu świętych wielekroć na dzień. Do jej rozpowszechnienia przyczyniło się również “nabożeństwo trzech Zdrowaś”. Propagowało je wielu świętych, jak np. św. Leonard z Porto Maurizio (+ 1751), św. Alfons Liguori (+ 1787) i św. Jan Bosko (+ 1888). Jedni rozpowszechniali to nabożeństwo dla uproszenia sobie trzech cnót: wiary, nadziei i miłości; inni dla zachowania potrójnej czystości – niewinności, czystości, celibatu; inni wreszcie dla uproszenia sobie łaski dobrej śmierci i zbawienia duszy.
    Do liturgii Pozdrowienie Anielskie zostało wprowadzone w formie antyfony do Mszy świętej w IV Niedzielę Adwentu w wieku XII. Najwięcej jednak do rozpowszechnienia Zdrowaś Maryjo przyczyniła się praktyka odmawiania różańca świętego, gdzie tę modlitwę powtarza się obecnie aż 200 razy.Anioł Pański. Historia tej modlitwy sięga wieków średnich, kiedy to biciem dzwonów wyznaczano trzy pory dnia: rano, południe i wieczór. Z powodu braku zegarów był to zwyczaj bardzo praktyczny. Przez pobożne odmawianie tej modlitwy przypominamy sobie scenę Zwiastowania i to, co się w niej dokonało.
    Paweł VI w Adhortacji apostolskiej Marialis cultus tak zachęca do odmawiania tej modlitwy: “Gdy chodzi o modlitwę Anioł Pański, to chcemy jedynie powtórzyć naszą zachętę, prostą, lecz gorącą, aby zwyczajowe odmawianie tej modlitwy zostało zachowane. Mimo bowiem upływu wieków zachowuje ono swoją siłę i blask. Jest to modlitwa prosta, zaczerpnięta z Pisma świętego”. Papież sam tę modlitwę codziennie odmawia, często spotykając się przy tej okazji z wiernymi gromadzącymi się na placu św. Piotra, którym po modlitwie udziela błogosławieństwa.Scena Zwiastowania to jeden z ulubionych tematów malarstwa religijnego. Najdawniejszy wizerunek Maryi – z II w. – zachował się w katakumbach świętej Pryscylli. Maryja siedzi na krześle, przed Nią zaś stoi anioł w postaci młodzieńca, bez skrzydeł, za to w tunice i w paliuszu, który gestem ręki wyraża rozmowę. Podobne malowidło spotykamy z wieku III w katakumbach św. Piotra i Marcelina. Od wieku IV spotykamy Gabriela ze skrzydłami. Ma on w ręku laskę podróżną albo lilię. Na łuku tęczowym w bazylice Matki Bożej Większej w Rzymie wśród dziewięciu obrazów – barwnych mozaik – jest również scena Zwiastowania (z wieku IV). Maryja jest ubrana w bogate szaty i siedzi na tronie w świątyni jerozolimskiej w chwili, kiedy haftuje purpurową zasłonę dla świątyni. Na głowie ma królewski diadem. Nad Maryją unosi się Duch Święty w postaci gołębicy. W pobliżu jest archanioł Gabriel. Podobne ujęcie Zwiastowania w mozaice spotykamy w Parenze (w. IV).
    W jednym z kościołów Rawenny spotykamy mozaikę z wieku VI, na której Maryja jest przedstawiona, jak siedzi przed swoim domem i w ręku trzyma wrzeciono. Anioł stoi przed Nią z berłem. Podobną mozaikę spotkamy w bazylice świętych Nereusza i Achillesa w Rzymie (w. IX). Na Ewangeliarzu cesarza Ottona I (w. X) i w Sakramentarzu św. Grzegorza (w. X) spotykamy pięknie namalowane barwne sceny Zwiastowania. Podobnie piękne sceny Zwiastowania spotykamy w wieku XII w Ewangeliarzu z Gegenbach, z Hardhausen, św. Hildegardy i w rzeźbie w katedrze w Chartres. Tam również widzimy tę scenę na witrażu. Z wieku XIII pochodzi wspaniała mozaika w bazylice Matki Bożej na Zatybrzu w Rzymie. Scenę Zwiastowania unieśmiertelnili ponadto m.in.: Giotto, Szymon Marcin ze Sieny, Fra Angelico, Simone Martini, Taddeo Bartoli, Masaccio.
    Pierwsze wizerunki przedstawiają Maryję na tronie (do w. XII). Sztuka romańska (od w. XII) wprowadza ruch i usiłuje nawet oddać uczucia Maryi. Od wieku XIV Maryja otrzymuje często gałązkę oliwną. Anioł zaś trzyma prawie zawsze laskę podróżną, lilię, berło lub gałązkę oliwną. Maryja bywa przedstawiana w czasie modlitwy (klęcznik), z przędziwem, w domu lub koło domu, rzadko przy studni czy świątyni.
    Online Liturgy of the Hours/Reading Room

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 marca

    Święty Dobry Łotr

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Tomasz z Costacciaro
      •  Święty Ludger, biskup
      •  Święty Braulion, biskup
    ***
    Święty Dobry Łotr
    Święty Dyzmas (w prawosławiu Rach) to jeden z dwóch łotrów, powieszonych na krzyżu obok Jezusa. Informację o nim przekazuje św. Łukasz w swojej Ewangelii. Kiedy drugi z ukrzyżowanych z Jezusem łotrów urągał Mu, Dyzmas skarcił go mówiąc, że oni umierają słusznie, za swe zbrodnie, ale Jezus nic złego nie uczynił. Zwrócił się do Jezusa, prosząc, żeby wspomniał na niego, kiedy już przyjdzie do swego królestwa. A Jezus obiecał Dobremu Łotrowi – bo tak go od tego czasu nazywamy – że jeszcze dziś będzie z Nim w raju. Był to pierwszy swoisty akt kanonizacji, którego jeszcze na Krzyżu dokonał Chrystus.O Dobrym Łotrze pisało wielu Ojców Kościoła i świętych. Jego imię – Dyzmas – pochodzi z pism apokryficznych. Kościół wschodni czci go nawet jako męczennika. W Bolonii, w kościele św. Witalisa i w bazylice św. Stefana, oddawano cześć częściom krzyża, na którym Dobry Łotr miał ponieść śmierć. Pielgrzymi, udający się do Ziemi Świętej, chętnie nawiedzali miejscowość Latrum w pobliżu Emaus, która im przypominała postać Dobrego Łotra.Dobry Łotr jest symbolem Bożego Miłosierdzia; pokazuje, że nawet w ostatniej chwili życia można jeszcze powrócić do Boga. Św. Dyzmas jest patronem Gallipoli (Apulii), skruszonych złodziejów, więźniów, umierających, skazanych na śmierć i dobrej śmierci oraz kapelanów więziennych, pokutujących i nawróconych grzeszników. Stanowi wzór doskonałego żalu za grzechy.W ikonografii przedstawiany jest jako młodzieniec, również w wieku dojrzałym, a nieraz też jako starzec. Jego strojem jest opaska na biodrach lub krótka tunika. Atrybutami św. Dyzmy są krzyż, łańcuch, maczuga, miecz lub nóż.Warto wiedzieć, że dolna (trzecia) ukośna belka prawosławnego krzyża symbolizuje skazańców ukrzyżowanych z Chrystusem. Jej prawy kraniec, uniesiony do góry, wskazuje niebo, do którego poszedł Dobry Łotr. Lewy kraniec wskazuje piekło, do którego trafił ten, który nie wyraził skruchy.Episkopat Polski zdecydował w 2009 r, że dzień wspomnienia św. Dobrego Łotra obchodzony jest w Polsce jako Dzień Modlitw za Więźniów.
    Online Liturgy of the Hours/Reading Room

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 marca

    Święty Rupert, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Ernest, opat i męczennik
    ***
    Święty Rupert

    Rupert był pierwszym biskupem Salzburga. Należał do możnej rodziny franko-niemieckiej Robertynów, spokrewnionej z Karolingami. O pierwszych latach jego życia wiemy niewiele. Kształcił się w Niemczech, w klasztorze irlandzkim. Od roku 700 jako biskup misyjny przechodził obszary Bawarii, po Regensburg (Ratysbonę) i Lorch. Cieszył się sympatią księcia Bawarii, który udzielał mu pomocy koniecznej do jego pracy apostolskiej. Na ruinach rzymskiego miasta Juvanum (Salzburg) założył opactwo benedyktyńskie i wystawił pierwszy w Austrii kościół pod wezwaniem św. Piotra. Jako opat i biskup rządził nowo powstałą diecezją salzburską. Dla swojej krewnej, Erentrudy, Rupert wystawił benedyktyńskie opactwo żeńskie w Nonenberg, gdzie wkrótce Erentruda została opatką. Te dwa opactwa stały się prawdziwym błogosławieństwem dla Austrii.
    Rupert głosił niezmordowanie słowo Boże, gromadził koło siebie kapłanów i obsadzał nimi ważniejsze miejsca dla głoszenia Ewangelii i dla potrzeb duszpasterstwa. Słusznie też zasłużył sobie na tytuł apostoła Bawarii i Austrii.
    Data jego śmierci nie jest pewna. Przyjmuje się 27 marca ok. 720 roku. Został pochowany w założonym przez siebie opactwie w Salzburgu, w kościele św. Piotra. Św. Wigiliusz, jeden z uczniów Ruperta, przeniósł ciało Świętego do katedry (774). Równało się to z pozwoleniem na oddawanie czci publicznej. Zanim bowiem papieże nie zarezerwowali dla siebie prawa kanonizacji, czynił to miejscowy metropolita z biskupami, duchowieństwem i ludem. Św. Wigiliusz został także biskupem Salzburga, podniesionego niebawem do godności metropolii. O popularności Ruperta w Europie środkowej świadczy to, że ku jego czci wystawiono aż 125 kościołów.
    Online Liturgy of the Hours/Reading Room

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 marca

    Błogosławiona Joanna Maria de Maille, wdowa

    Zobacz także:
      •  Święty Guntram, król
    ***
    Błogosławiona Joanna Maria de Maille

    Joanna urodziła się w 1331 r. w szlacheckiej rodzinie na zamku La Roche, niedaleko Tours, we Francji. W młodym wieku wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka z Asyżu. W 1347 r. poślubiła młodego barona Roberta de Silly. Wkrótce po zawarciu małżeństwa oboje złożyli dozgonny ślub czystości. Małżonkowie pełnili dzieła miłosierdzia – wspierali ubogich, opiekowali się chorymi w czasie epidemii dżumy. W czasie wojny francusko-angielskiej baron de Silly dostał się do niewoli. Po wykupieniu wrócił do żony, ale wkrótce zmarł z trudów i wyczerpania.
    Joanna została zmuszona do opuszczenia posiadłości rodziny zmarłego małżonka i osiadła w Tours, w skromnym mieszkaniu przylegającym do klasztoru franciszkanów. Przed biskupem ponowiła ślub czystości. Wiodła życie pełne umartwienia, modlitwy i poświęcenia. Przez pewien czas przebywała w pustelni w Planche de Vaux, oddając się kontemplacji. Umartwiając się, włożyła na głowę koronę cierniową. Wróciła później do Tours i pracowała jako posługaczka w miejscowym szpitalu. Przypisuje się jej dar czynienia cudów.
    Umarła mając 82 lata w dniu 28 marca 1414 r. Została pochowana w habicie klarysek. Papież Pius IX (franciszkański tercjarz) beatyfikował ją w 1871 r. Jest patronką wdów, wygnańców, emigrantów, ludzi, którzy stracili rodziców, ofiar przemocy, ludzi wyśmiewanych dla ich pobożności i osób mających problemy rodzinne.
    Online Liturgy of the Hours/Reading Room

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 marca

    Święty Stefan IX, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm Temperiusz, biskup
      •  Święty Bertold, prezbiter
    ***
    Święty Stefan IX

    Stefan był synem Gozelona, diuka Lotaryngii, wnukiem ostatniego króla Italii. Wykształcenie uzyskał w Liège, w kościele św. Lamberta. W latach 1041-1048 był biskupem Liège. Papież Leon IX (jego kuzyn) zabrał go ze sobą do Rzymu, kiedy wracał z pielgrzymki do Niemiec i Francji. Piastował stanowisko kanclerza i bibliotekarza Kościoła rzymskiego. W tej roli towarzyszył papieżowi w jego wędrówkach po Europie. Pod koniec życia Leon IX wysłał go z poselstwem do Konstantynopola, ale misja nie przyniosła owoców; odwrotnie, przypieczętowała podział Kościoła.
    Po śmierci papieża Stefan udał się na Monte Cassino. Tam został 36. opatem. Wkrótce następca Leona IX, papież Wiktor II, mianował go kardynałem, prezbiterem kościoła św. Chryzogonusa. W roku 1057 wybrano go na stolicę Piotrową. Znany jest jako Stefan IX albo Stefan X – ze względu na błąd w numeracji, który sprostowano dopiero na Soborze Watykańskim II. Jako papież kontynuował reformy i zmiany zainicjowane przez św. Leona IX. Podjął wewnętrzną reformę Kościoła. Zwołał kilka synodów, na których potępiono symonię i małżeństwa kleru. Kapłani, którzy żyli w konkubinacie, mieli być usuwani z urzędu.
    Nie zdążył zrealizować planowanego wznowienia rozmów z Kościołem bizantyjskim, by zakończyć schizmę. Uniemożliwiła mu to choroba, z którą zmagał się niemal od wyboru na Stolicę Piotrową. Jego pontyfikat trwał niecały rok. Zmarł w 1058 r. we Florencji. Pochowany został w kościele św. Reparaty (na którego miejscu wznosi się dziś katedra Santa Maria del Fiore).
    Online Liturgy of the Hours/Reading Room

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 marca

    Święty Leonard Murialdo, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Amadeusz IX Sabaudzki, książę
    ***
    Święty Leonard Murialdo

    Leonard urodził się w Turynie i tam też dokonał swojego żywota. Pochodził z rodziny szlacheckiej, która kiedyś założyła osadę pod Turynem, Murialdo. Do dziś zachowały się ruiny zamku w Murialdo, siedziba pierwotnych właścicieli okolicy. Leonard przyszedł na świat 26 października 1828 roku. W następnym dniu został ochrzczony w kościele parafialnym S. Dalmazzo i otrzymał imiona Leonard Jan Chrzciciel Donat i Maria. Miał jednego brata i siedem sióstr.
    Kiedy miał 8 lat, rodzice oddali go do prywatnej szkoły, prowadzonej przez pijarów w Savonie. Po powrocie do Turynu studiował filozofię w kolegium św. Franciszka z Pauli, akredytowanym do tamtejszego uniwersytetu. Rozpoczął studia teologiczne, wieńcząc je doktoratem (1850). W rok potem otrzymał święcenia kapłańskie. Za zezwoleniem biskupa oddał się pracy duszpasterskiej na peryferiach Turynu, bardzo wówczas religijnie i materialnie zaniedbanych. Głosił słowo Boże, spowiadał, nawiedzał domy ubogich, szpitale, domy poprawcze i więzienia. W pracy tej zetknął się bezpośrednio ze św. Józefem Cafasso i ze św. Janem Bosko. Zakładał komitety do budowy nowych kościołów, których brak dawał się dotkliwie wtedy odczuwać w mieście. Popierał także konferencje św. Wincentego a Paulo, których celem było niesienie pomocy ubogim i opuszczonym. W latach 1857-1865 objął kierownictwo oratorium św. Alojzego, które założył św. Jan Bosko. Prowadził tam równocześnie szkołę świąteczną i codzienną wieczorową dla młodzieży pracującej; zorganizował także chór i orkiestrę. W roku 1858 miał szczęście towarzyszyć św. Janowi Bosko i bł. Michałowi Rua w pielgrzymce do Rzymu i brać udział w ich prywatnej audiencji u papieża Piusa IX. Należał bowiem do ich najbliższych współpracowników.
    W roku 1861 dołączył do szeroko wówczas zakrojonej wśród katolików akcji “uświęconej niedzieli”. W tym samym roku zorganizował akcję “świętopietrza”, by przyjść papieżowi z pomocą materialną, gdyż ten był w trudnej sytuacji. Wojska Garibaldiego zajmowały coraz to nowe obszary Państwa Kościelnego dla nowo rodzącego się państwa włoskiego. W tym czasie powstał w Europie wielki ruch, usiłujący skupić w swoich szeregach robotników katolickich i wywalczyć dla nich należne prawa. Na czele tego ruchu stanęli najwybitniejsi społecznicy katoliccy Niemiec, Francji i Anglii. Leonard udał się do tych krajów, by zetknąć się u samych źródeł z tym ruchem i przeszczepić go na ziemię włoską. Po dwóch latach (1865-1866) wrócił do Turynu i objął prowadzenie “Kolegium Rzemiosł”, które ufundował ks. Jan Cocchi. Przy tym kolegium pozostał już do śmierci, rozwijając stąd wszechstronną działalność społeczną i charytatywną przez 34 lata.Dla utrwalenia rozpoczętych dzieł założył nową rodzinę zakonną pod wezwaniem św. Józefa (józefitów). Był to rok 1867. Swoich synów duchowych zobowiązywał osobnym ślubem do obrony nieomylności papieża aż do gotowości przelania za tę prawdę krwi. Prawda o papieskiej nieomylności została zdefiniowana jako dogmat na Soborze Watykańskim I w 1869 roku. W roku 1870 założył “Stowarzyszenie Młodzieży św. Józefa” o nastawieniu wybitnie apostolskim, a w roku następnym (1871) “Stowarzyszenie Promotorów Katolickich w Turynie”. Za nimi poszły inne inicjatywy: “Związek Promotorów Katolickiego Laikatu”, “Dzieło Bibliotek Czytanek Katolickich”, “Unia Robotników Katolickich” itp. Jak bardzo na czasie było jego zgromadzenie, dowodzi tego fakt, że po zaledwie 3 latach liczyło ono już w Italii ok. 30 placówek.
    W roku 1872 Leonard wybrał się ponownie w podróż do Francji, gdzie uczestniczył w Kongresie Robotników Katolickich. Dnia 19 marca 1873 r. doszło do ostatecznego powstania józefitów. Stolica Apostolska zatwierdziła zgromadzenie w latach 1890 i 1897. Tak wielkim autorytetem cieszył się Leonard wśród rzeszy robotniczej, że został zaproszony do Rady Związków Robotników Katolickich w Turynie oraz jako członek Komisji od Spraw Kongresów i Zjazdów Katolickich.
    Umęczony tak różnorodną apostolską pracą, zmarł w wieku 72 lat na rękach współbraci i wychowanków w dniu 30 marca 1900 roku. Jego beatyfikacji w 1963 r. dokonał Paweł VI; on też ogłosił go świętym w 1970 r.
    Online Liturgy of the Hours/Reading Room

    ______________________________________________________________________________________________________________


    31 marca

    Święta Balbina, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Beniamin, diakon i męczennik
    ***
    Święta Balbina

    Posiadamy dwa dokumenty, które opisują życie i męczeństwo Balbiny. Niestety, pochodzą one z wieku VI i zawierają wiele legend, w których tak bardzo rozmiłowało się średniowiecze. Jeden z tych dokumentów to opis męczeńskiej śmierci papieża, św. Aleksandra, a drugi to opis męczeńskiej śmierci św. Balbiny i św. Hermeta.
    Balbina miała być córką św. Kwiryna, który na dworze cesarza Hadriana (117-138) piastował wysoki urząd trybuna wojskowego. Sam cesarz nie był początkowo nastawiony wrogo do chrześcijan, jak przed nim Neron i Domicjan. Pod wpływem apologii, jaką skierowali do niego w obronie chrześcijaństwa św. Arystydes i św. Kwadratus, zakazał on samosądów na chrześcijanach. Niestety, wydał dekret zezwalający na skazywanie na śmierć tych chrześcijan, którzy zostaną oskarżeni o wyznawanie wiary w Chrystusa i w sądzie nie wyrzekną się jej. Tak więc właśnie za panowania cesarza Hadriana ponieśli śmierć męczeńską papieże: św. Sykstus I (+ 125) i św. Telesfor (+ 136). Być może w tym czasie zginęli także św. Kwiryn, ojciec Balbiny, wraz z córką i wielu innych. Nie jest jednak pewne, czy św. Kwiryn i jego córka ponieśli śmierć męczeńską za cesarza Hadriana, czy też później, za panowania cesarza Marka Aureliusza (161-180), jak przypuszczają niektórzy hagiografowie. Jeżeli tak, dane o ich męczeństwie trzeba by przenieść na czas nieco późniejszy.
    Balbina miała przyjąć chrzest wraz ze swoim ojcem i z całą rodziną z rąk św. Aleksandra I, papieża (+ ok. 115). Przyczyną nawrócenia się całej rodziny miało być nagłe, cudowne uzdrowienie Balbiny, którą umierającą zaniesiono przed św. Aleksandra. Według podanych źródeł wielu młodzieńców z najszlachetniejszych rodzin rzymskich ubiegało się o rękę Balbiny. Jej ojciec zajmował wszak wysokie stanowisko i posiadał spory majątek. Balbina odrzuciła kategorycznie wszystkie oferty. To właśnie miało stać się przyczyną jej śmierci, gdyż zawiedzeni pogańscy konkurenci o jej rękę oskarżyli ją przed cesarzem, że jest chrześcijanką. Wraz z ojcem wtrącono ją do więzienia. Kiedy zaś nie załamała się na widok tortur, zadawanych jej ojcu, została ścięta mieczem.
    O kulcie św. Balbiny świadczy wystawiony w Rzymie w wieku VI kościół ku jej czci. W ołtarzu głównym znajduje się duży sarkofag, widoczny pod mensą, zawierający jej relikwie. Istniał także w Wiecznym Mieście cmentarz św. Balbiny.
    Online Liturgy of the Hours/Reading Room

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

  • MATKA BOŻA I ŚWIĘCI PAŃSCY – luty 2023

    Ku czci Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    papież Benedykt XVI


    1 lutego

    Święta Brygida z Kildare, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Rajmund z Fitero, opat
      •  Święta Weridiana
    ***
    Święta Brygida z Kildare

    Brygida z Kildare (nazywana także Irlandzką) urodziła się między rokiem 452 a 456 w Irlandii (w okolicach dzisiejszego Kildare albo Faughart w hrabstwie Louth). Była pogodna i hojna, energiczna i przedsiębiorcza, dobra i sprawiedliwa. Już od dzieciństwa tęskniła za życiem poświęconym Bogu. Od nieznanego z imienia biskupa otrzymała welon, symbol dozgonnego dziewictwa. Zaczęła gromadzić przy sobie dziewice o podobnych ideałach. Założyła dla nich w Kildare, na zachód od Dublina, pierwszy klasztor w Irlandii (nazwa Kildare pochodzi od iryjskiego Cill dara – kościół dębu). Klasztor ten niebawem zasłynął i dał początek wielu innym. Brygida niosła pomoc cierpiącym i ubogim, przemierzając wzdłuż i wszerz Zieloną Wyspę. Stale była w podróży.
    Zmarła w Kildare 1 lutego 523 lub 524 r. i została pochowana w istniejącej do dziś katedrze. Jednak w IX wieku, w okresie najazdu wojsk duńskich, relikwie ukryto. Zostały one odnalezione dopiero w XI w., a w roku 1185 biskup św. Malachiasz przeniósł je razem z relikwiami św. Patryka i św. Kolumbana do katedry w Downpatric. Niestety, król Henryk VIII kazał je zniszczyć. Część udało się uratować. Obecnie doznają czci w pięknym, kamiennym sarkofagu w Kildare (dzisiaj Cell Dara). Natomiast inna cząstka (prawdopodobnie relikwie głowy) znajdują się w kaplicy kościoła p.w. św. Jana Chrzciciela w Lumiar, niedaleko Lizbony.
    Święta Brygida z Kildare jest uważana za współapostołkę i patronkę Irlandii (obok św. Patryka i św. Kolumbana Starszego) oraz za matkę życia zakonnego na tej wyspie. Czczona jest jako opiekunka pracujących na roli. Jej kult szybko rozpowszechnił się w Irlandii, Anglii i krajach skandynawskich. Podobno już w średniowieczu dotarł nawet do Polski.
    Z VII w. zachował się staroirlandzki hymn ku czci św. Brygidy – najstarszy pomnik rodzimej literatury hagiograficznej Irlandii. Do dzisiaj żywa jest w Irlandii tradycja plecenia na 1 lutego wiklinowych krzyży świętej Brygidy, które mają chronić domy, a zwłaszcza zawartość spiżarni. Kultywowane są dawne zwyczaje nakazujące w wigilię św. Brygidy wysprzątać dom, upiec ciasto, przyjąć gości, w żadnym wypadku nie odmawiać potrzebującym. Domy i drzewa przy nich ozdabiane są wstążkami, które – według podań – dotyka Patronka wędrująca tego dnia po Irlandii.
    W ikonografii – św. Brygida przedstawiana jest w stroju opatki, w białym habicie i czarnym welonie, z pastorałem w ręku i księgą reguły zakonnej. Czasami rozdaje osełki masła. Jej atrybutami są: otwarta księga, u jej stóp krowa, pastorał ksieni, płomień nad głową, świeca w dłoni.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 lutego

    Ofiarowanie Pańskie

    Fra Angelico: Ofiarowanie Chrystusa w świątyni

    Nazwa obchodzonego 2 lutego święta wywodzi się od dwóch terminów greckich: Hypapante oraz Heorte tou Katharismou, co oznacza święto spotkania i oczyszczenia. Oba te święta były głęboko zakorzenione w tradycji Starego Testamentu.
    Na pamiątkę ocalenia pierworodnych synów Izraela podczas niewoli egipskiej każdy pierworodny syn u Żydów był uważany za własność Boga. Dlatego czterdziestego dnia po jego urodzeniu należało zanieść syna do świątyni w Jerozolimie, złożyć go w ręce kapłana, a następnie wykupić za symboliczną opłatą 5 syklów. Równało się to zarobkowi 20 dni (1 sykl albo szekel to 4 denary lub drachmy, czyli zapłata za 4 dni pracy robotnika niewykwalifikowanego). Równocześnie z obrzędem ofiarowania i wykupu pierworodnego syna łączyła się ceremonia oczyszczenia matki dziecka. Z tej okazji matka była zobowiązana złożyć ofiarę z baranka, a jeśli jej na to nie pozwalało zbyt wielkie ubóstwo – przynajmniej ofiarę z dwóch synogarlic lub gołębi. Fakt, że Maryja i Józef złożyli synogarlicę, świadczy, że byli bardzo ubodzy.Święto Ofiarowania Pańskiego przypada czterdziestego dnia po Bożym Narodzeniu. Jest to pamiątka ofiarowania Pana Jezusa w świątyni jerozolimskiej i dokonania przez Matkę Bożą obrzędu oczyszczenia.
    Kościół wszystkim ważniejszym wydarzeniom z życia Chrystusa daje w liturgii szczególnie uroczysty charakter. Święto Ofiarowania Pana Jezusa należy do najdawniejszych, gdyż było obchodzone w Jerozolimie już w IV w., a więc zaraz po ustaniu prześladowań. Dwa wieki później pojawiło się również w Kościele zachodnim.
    Tradycyjnie dzisiejszy dzień nazywa się dniem Matki Bożej Gromnicznej. W ten sposób uwypukla się fakt przyniesienia przez Maryję małego Jezusa do świątyni. Obchodom towarzyszyła procesja ze świecami. W czasie Ofiarowania starzec Symeon wziął na ręce swoje Pana Jezusa i wypowiedział prorocze słowa: “Światłość na oświecenie pogan i na chwałę Izraela” (Łk 2, 32). Według podania procesja z zapalonymi świecami była znana w Rzymie już w czasach papieża św. Gelazego w 492 r. Od X w. upowszechnił się obrzęd poświęcania świec, których płomień symbolizuje Jezusa – Światłość świata, Chrystusa, który uciszał burze, był, jest i na zawsze pozostanie Panem wszystkich praw natury. Momentem najuroczystszym apoteozy Chrystusa jako światła, który oświeca narody, jest podniosły obrzęd Wigilii Paschalnej – poświęcenie paschału i przepiękny hymn Exultet.
    W Kościele Wschodnim dzisiejsze święto (należące do 12 najważniejszych świąt) nazywane jest Spotkaniem Pańskim (Hypapante), co uwypukla jego wybitnie chrystologiczny charakter. Prawosławie zachowało również, przejęty z religii mojżeszowej, zwyczaj oczyszczenia matki po urodzeniu dziecka – po upływie 40 dni od porodu (czyli po okresie połogu) matka po raz pierwszy przychodzi do cerkwi, by w pełni uczestniczyć w Eucharystii. Ślad tej tradycji był kultywowany w Kościele przedsoborowym – matka przychodziła “do wywodu” i otrzymywała specjalne błogosławieństwo; było to praktykowane zazwyczaj w dniu chrztu dziecka i – tak jak wówczas także chrzest – poza Mszą św. Zwyczaj ten opisał Reymont w “Chłopach”.
    W Polsce święto Ofiarowania Pana Jezusa ma nadal charakter wybitnie maryjny (do czasów posoborowej reformy Mszału w 1969 r. święto to nosiło nazwę “Oczyszczenia Maryi Panny” – “In purificatione Beatae Mariae Virginis”). Polacy widzą w Maryi Tę, która sprowadziła na ziemię niebiańskie Światło i która nas tym Światłem broni i osłania od wszelkiego zła. Dlatego często brano do ręki gromnice, zwłaszcza w niebezpieczeństwach wielkich klęsk i grożącej śmierci. Niegdyś wielkim wrogiem domów w Polsce były burze, a zwłaszcza pioruny, które zapalały i niszczyły domostwa, przeważnie wówczas drewniane. Właśnie od nich miała strzec domy świeca poświęcona w święto Ofiarowania Chrystusa. Zwykle była ona pięknie przystrajana i malowana. W czasie burzy zapalano ją i stawiano w oknach, by prosić Maryję o ochronę. Gromnicę wręczano również konającym, aby ochronić ich przed napaścią złych duchów.
    Ze świętem Matki Bożej Gromnicznej kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd, trzymania żłóbków i choinek – kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia. Dzisiejsze święto zamyka więc cykl uroczystości związanych z objawieniem się światu Słowa Wcielonego. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa-Dziecię.

    Ofiarowanie Chrystusa w świątyni

    Od 1997 r. 2 lutego Kościół powszechny obchodzi ustanowiony przez św. Jana Pawła II Dzień Życia Konsekrowanego, poświęcony modlitwie za osoby, które oddały swoje życie na służbę Bogu i ludziom w niezliczonych zakonach, zgromadzeniach zakonnych, stowarzyszeniach życia apostolskiego i instytutach świeckich. Pamiętajmy o nich w podczas naszej dzisiejszej modlitwy na Eucharystii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 lutego

    Święty Błażej, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Oskar, biskup
      •  Święta Maria Klaudyna od św. Ignacego Thevenet, dziewica
    ***
    Święty Błażej

    Błażej pochodził z Cezarei Kapadockiej, ojczyzny św. Bazylego Wielkiego, św. Grzegorza z Nazjanzu, św. Grzegorza z Nyssy, św. Piotra z Sebasty, św. Cezarego i wielu innych. Był to niegdyś jeden z najbujniejszych ośrodków życia chrześcijańskiego. Błażej studiował filozofię, został jednak lekarzem. Po pewnym czasie porzucił swój zawód i podjął życie na pustyni. Stamtąd wezwano go na stolicę biskupią w położonej nieopodal Sebaście (wcześniej w Armenii, dziś Sivas w Turcji). Podczas prześladowań za cesarza Licyniusza uciekł do jednej z pieczar górskich, skąd nadal rządził swoją diecezją. Ktoś jednak doniósł o miejscu jego pobytu. Został aresztowany i uwięziony. W lochu więziennym umacniał swój lud w wierności Chrystusowi. Tam właśnie miał cudownie uleczyć syna pewnej kobiety, któremu gardło przebiła ość, uniemożliwiając oddychanie. Chłopcu groziło uduszenie. Dla upamiętnienia tego wydarzenia Kościół do dziś w dniu św. Błażeja błogosławi gardła. W niektórych stronach Polski na dzień św. Błażeja robiono małe świece, zwane “błażejkami”, które niesiono do poświęcenia i dotykano nimi gardła. W innych stronach poświęcano jabłka i dawano je do spożycia cierpiącym na ból gardła.
    Kiedy daremne okazały się wobec niezłomnego biskupa namowy i groźby, zastosowano wobec niego najokrutniejsze tortury, by zmusić go do odstępstwa od wiary, a za jego przykładem skłonić do apostazji innych. Ścięto go mieczem prawdopodobnie w 316 roku. Jest patronem m.in. kamieniarzy i gręplarzy, mówców, śpiewaków oraz wszystkich innych osób, które muszą dbać o swoje gardło i struny głosowe; jest także patronem chorwackiego miasta Dubrownik. Jego kult był znany na całym Wschodzie i Zachodzie. Przyzywany podczas chorób gardła, opiekun zwierząt, jeden z Czternastu Świętych Wspomożycieli.
    W ikonografii św. Błażej przedstawiany jest jako biskup, który błogosławi. Atrybutami jego są: jeleń, pastorał, ptaki z pożywieniem w dziobie, dwie skrzyżowane świece, zgrzebło – narzędzie tortur.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Błażej – na ból gardła

    Św. Błażej - na ból gardła
    św. Błażej z Sebasty/ autor nieznany (PD)

    ***

    Raz w roku podczas Eucharystii ma miejsce jeden z ciekawszych obrzędów. Po końcowej modlitwie kapłan zapala dwie specjalne świece. Następnie przygotowuje wiernych do udziału w specjalnym błogosławieństwie przemawiając: Prośmy Boga, który jest źródłem życia, o zdrowie gardła i o właściwe korzystanie z daru mowy, abyśmy go umieli używać na chwałę Bożą i pożytek ludzi.

    Św. Błażej, biskup Sebasty – miasta położonego na terenie dzisiejszej Turcji – umarł około 316 roku. Kościół wspomina tego męczennika 3 lutego. Tradycja sięgająca wczesnego średniowiecza przekazała pamięć o nim jako orędowniku i opiekunie wiernych, zwłaszcza w chorobach gardła. Za jego wstawiennictwem prosimy Boga o zdrowie gardła i o łaskę dobrego korzystania z daru mowy. Pod koniec Mszy świętej wierni otrzymują błogosławieństwo połączone z prośbą o zachowanie od chorób gardła i języka.

    Po błogosławieństwo wierni najczęściej podchodzą do stopni ołtarza. Kapłan nie tylko wypowiada stosowne słowa, ale i dotyka gardeł dwiema świecami. Warto sobie w tym dniu szczególnie uświadomić moc wiary. To ona decyduje o skuteczności sakramentaliów, do których Kościół zalicza błogosławienie gardeł. Są to znaki umacniające w nas łaski otrzymane w sakramentach i lepiej przygotowujące do ich przyjęcia. Tak więc nie ma żadnej magii w tym obrzędzie, bo nie dotyk ma moc uzdrawiania. Jest on jedynie zewnętrznym znakiem naszej wewnętrznej ufności we wstawiennictwo św. Błażeja.

    Modlitwa błogosławieństwa świec i wiernych:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Ty stworzyłeś cały świat. Z miłości zesłałeś nam swojego Syna, Jezusa Chrystusa, narodzonego z Maryi Dziewicy, aby leczył nasze choroby duszy i ciała. Dając świadectwo wiary, święty Błażej, chwalebny biskup, zdobył palmę męczeństwa. Ty, Panie, udzieliłeś mu łaski leczenia chorób gardła. Prosimy Cię, pobłogosław te świece i spraw, aby wszyscy wierzący za wstawiennictwem świętego Błażeja zostali uwolnieni od chorób gardła i wszelkiego innego niebezpieczeństwa i zawsze mogli Tobie składać dziękczynienie. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    Kapłan kropi wodą święconą zgromadzonych oraz świece. Następnie wierni proszący o błogosławieństwo podchodzą do celebransa, który – posługując się świecami zgodnie z miejscowym zwyczajem – błogosławi ich mówiąc:

    Za wstawiennictwem świętego Błażeja, biskupa i męczennika, niech Bóg zachowa cię od choroby gardła i wszelkiej innej dolegliwości. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 lutego

    Święta Maria de Mattias, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Joanna de Valois
      •  Święta Weronika
      •  Święta Katarzyna Ricci, dziewica
      •  Święty Jan de Brito, prezbiter i męczennik
      •  Święty Gilbert z Sempringham, prezbiter
      •  Święty Józef z Leonissy, prezbiter
    ***
    Święta Maria de Mattias

    Maria de Mattias urodziła się 4 lutego 1805 r. w Vallecorsa (Włochy), na pograniczu Państwa Kościelnego, w zamożnej i głęboko religijnej rodzinie. Jej dzieciństwo było szczęśliwe, pełne radości i beztroskie. Zgodnie ze zwyczajem epoki, nie chodziła do żadnej szkoły. Podczas częstych i długich rozmów ojciec zaszczepiał w niej miłość do Boga i podziw dla dzieła stworzenia. Niezatarte wspomnienia pozostawił w niej tragiczny okres walk bratobójczych, które w latach 1810-1825 toczyły się w okolicach jej rodzinnej miejscowości.
    Głębsze zainteresowanie religią i życiem duchowym zrodziło się w niej w 1822 r. pod wpływem misji ludowych głoszonych przez św. Kaspra Del Bufalo, wielkiego krzewiciela kultu Najświętszej Krwi Jezusa. Maria stała się poniekąd spadkobierczynią jego przesłania i kontynuatorką jego dzieła. Mając zaledwie 29 lat, za radą swego kierownika duchowego ks. Giovanniego Merliniego założyła w Acuto, niedaleko Rzymu, Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa. Nowa wspólnota zakonna rozpoczęła swą działalność w szkole, która została jej powierzona przez administratora apostolskiego diecezji Anagni.
    Maria, która sama nauczyła się czytać i pisać, nie ograniczała się do pracy w szkole, ale po lekcjach zbierała dziewczęta i kobiety, by uczyć je miłości do Jezusa i zasad życia chrześcijańskiego. Jej katechezy przyciągały wielu ludzi, a mężczyźni – głównie pasterze, którym ówczesna obyczajowość nie pozwalała uczestniczyć w organizowanych przez nią spotkaniach – słuchali jej w ukryciu. Z czasem stała się wielką i znaną kaznodziejką, cenioną przez dzieci i dorosłych, ludzi prostych i wykształconych. Niestrudzenie szerzyła kult Najświętszej Krwi, głosiła miłosierdzie i zabiegała o pokój i jedność między ludźmi. Nowe zgromadzenie rozwijało się bardzo szybko. Dzięki swej charyzmatycznej osobowości Maria założyła niemal 70 placówek we Włoszech, w Anglii i Niemczech.
    Beatyfikował ją papież Pius XII 1 października 1950 r., a kanonizował św. Jan Paweł II w Rzymie 18 maja 2003 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 lutego

    Święta Agata, dziewica i męczennica

    Święta Agata

    Agata (etymologicznie: “dobra”) zwana Sycylijską jest jedną z najbardziej czczonych w chrześcijaństwie świętych. Wiadomości o niej mamy przede wszystkim w aktach jej męczeństwa. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa istniał bowiem zwyczaj, że sporządzano akta męczenników; większość z nich nie doczekała do naszych czasów. Akta męczeństwa Agaty pochodzą dopiero z V wieku.
    Według opisu męczeństwa Agata urodziła się w Katanii na Sycylii ok. 235 r. Po przyjęciu chrztu postanowiła poświęcić się Chrystusowi i żyć w dziewictwie. Jej wyjątkowa uroda zwróciła uwagę Kwincjana, namiestnika Sycylii. Zaproponował jej małżeństwo. Agata odmówiła, wzbudzając w odrzuconym senatorze nienawiść i pragnienie zemsty. Trwały wówczas prześladowania chrześcijan, zarządzone przez cesarza Decjusza. Kwincjan aresztował Agatę. Próbował ją zniesławić przez pozbawienie jej dziewiczej niewinności, dlatego oddał ją pod opiekę pewnej rozpustnej kobiety, imieniem Afrodyssa. Kiedy te zabiegi spełzły na niczym, namiestnik skazał Agatę na tortury, podczas których odcięto jej piersi. W tym czasie miasto nawiedziło trzęsienie ziemi, w którym zginęło wielu pogan. Przerażony namiestnik nakazał zaprzestać mąk, gdyż dostrzegł w tym karę Bożą. Ostatecznie Agata poniosła śmierć, rzucona na rozżarzone węgle, 5 lutego 251 r.
    Jej ciało chrześcijanie złożyli w bezpiecznym miejscu poza miastem. Papież Symmachus (+ 514) wystawił ku jej czci w Rzymie przy Via Aurelia okazałą bazylikę. Kolejną świątynię w Rzymie poświęcił jej św. Grzegorz Wielki w roku 593. Wreszcie papież Grzegorz II (+ 731) przy bazylice św. Chryzogona na Zatybrzu wystawił ku jej czci trzeci rzymski kościół. Dowodzi to wielkiej czci, jaką otaczano ją w owych czasach. Obecnie ciało Agaty znajduje się w katedrze w Katanii. Wielkiej czci doznają jej relikwie, m.in. welon, dzięki któremu, jak niesie podanie, Katania niejeden raz miała doznać ocalenia.
    W dzień św. Agaty w niektórych okolicach poświęca się pieczywo, sól i wodę, które mają chronić ludność od pożarów i piorunów. Poświęcone kawałki chleba wrzucano do ognia, by wiatr odwrócił pożar w kierunku przeciwnym. W dniu jej pamięci karmiono bydło poświęconą solą i chlebem, by je uchronić od zarazy. Św. Agata jest patronką Sycylii, miasta Katanii oraz ludwisarzy. Wzywana przez kobiety karmiące oraz w chorobach piersi.
    W ikonografii św. Agata przedstawiana jest w długiej sukni, z kleszczami, którymi ją szarpano. Atrybutami są: chleb, dom w płomieniach, korona w rękach, kość słoniowa – symbol czystości i niewinności oraz siły moralnej, palma męczeńska, obcięte piersi na misie, pochodnia, płonąca świeca – symbol Chrystusa.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 lutego

    Święci męczennicy
    Paweł Miki i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święta Dorota, dziewica i męczennica
    ***
    Święty Paweł Miki i Towarzysze
    Na początku XVI wieku chrześcijaństwo w Japonii rozwijało się bardzo dynamicznie. Pierwszym misjonarzem w tym kraju był św. Franciszek Ksawery w latach 1549-1551. Niestety, pięknie zapowiadające się dzieło zostało prędko zatrzymane przez fanatyzm władców. Wybuchło nagłe, bardzo krwawe prześladowanie. Na te właśnie czasy przypada bohaterska śmierć św. Pawła Miki i jego 25 Towarzyszy. Wśród tych męczenników było 3 jezuitów, 6 franciszkanów i 17 tercjarzy franciszkańskich.
    Paweł Miki urodził się koło Kioto w zamożnej rodzinie w roku 1565. Miał zaledwie 5 lat, kiedy otrzymał chrzest – w Japonii w XVI w. zdarzało się to niezwykle rzadko. Kształcił się u jezuitów, do których w wieku 22 lat wstąpił. Będąc klerykiem, pomagał misjonarzom jako katechista. Po nowicjacie i studiach przemierzył niemal całą Japonię, głosząc naukę Chrystusa. Kiedy miał już otrzymać święcenia kapłańskie, w 1597 r. wybuchło prześladowanie. Aresztowano go i poddano torturom, aby wyrzekł się wiary. W więzieniu spotkał się z 23 Towarzyszami. Po torturach obwożono ich po mieście z wypisanym wyrokiem śmierci. Paweł wykorzystał okazję, by zebranym tłumom głosić Chrystusa. Więźniów umieszczono w więzieniu w pobliżu miasta Nagasaki. Dołączono do nich jeszcze dwóch chrześcijan, których aresztowano za to, że usiłowali nieść pomoc więźniom. Na naleganie prowincjała władze zgodziły się dopuścić do skazanych kapłana z sakramentami. Tę okazję wykorzystali dwaj nowicjusze, by na jego ręce złożyć śluby zakonne.
    Poza miastem ustawiono 26 krzyży, na których zawieszono aresztowanych chrześcijan. Paweł Miki jeszcze z krzyża głosił zebranym poganom Chrystusa, dając wyraz swojej radości z tego, że ginie tak zaszczytną dla siebie śmiercią. Zachęcał do wytrwania także swoich Towarzyszy. Męczennicy przeszyci lancami żołnierzy dopełnili swej ofiary 5 lutego 1597 r. Są to pierwsi męczennicy Dalekiego Wschodu. Do chwały błogosławionych wyniósł ich Urban VIII w roku 1627, a do chwały świętych – Pius IX w roku 1862. Ten sam papież doprowadził ponadto do beatyfikacji kolejnych 205 męczenników japońskich, którzy ponieśli śmierć w wieku XVII.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 lutego

    Błogosławiony Pius IX, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Ryszard, król
      •  Święty Teodor, żołnierz, męczennik
      •  Święta Koleta z Corbie, dziewica
      •  Święty Gwaryn, biskup
      •  Święty Jan z Triory, prezbiter i męczennik
    ***
    Błogosławiony Pius IX

    Jan Maria Mastai Ferretti przyszedł na świat w dniu 13 maja 1792 roku w Senigalii, we Włoszech, w rodzinie hrabiowskiej jako drugie dziecko Hieronima i Katarzyny Sollazi. Matka troszczyła się o religijne wychowanie i wrażliwość na potrzeby bliźnich. Rodzina głęboko przeżyła śmierć papieża Piusa VI, który umarł na wygnaniu w Walencji. Katolicy obawiali się o przyszłość Kościoła. Kościoły zamykano, mordowano biskupów, księży i świeckich wiernych Chrystusowi. Ale Opatrzność Boża czuwała nad Kościołem. Nowym papieżem został Pius VII.
    Tymczasem Jana Marię oddano na naukę do kolegium w Volterra w Toskanii. W młodości cierpiał na chorobę (prawdopodobnie epilepsję), z której został uzdrowiony za przyczyną Matki Bożej Loretańskiej. Wciąż głęboko przeżywał prześladowania Kościoła i jego pasterzy. Jego wujek, biskup Pesaro, został porwany i uwięziony za wierność nowemu papieżowi. Stryj, kanonik u Św. Piotra, za to samo został wypędzony z Rzymu. W końcu podniesiono rękę na papieża – uwięziono Piusa VII: najpierw w Sawonie, potem w Fontainebleau. Wydawało się, że władza doczesna papieży upadła pod ciężką ręką cesarza Napoleona I Bonaparte. Przyszłość przyniosła odmianę losu.
    W 1819 r. Jan Maria przyjął święcenia kapłańskie. Został wkrótce mianowany rektorem instytutu wychowawczego “Tata Giovanni”. W latach 1823-1825 towarzyszył nuncjuszowi apostolskiemu w Chile. Pełnił potem funkcję dyrektora rzymskiego hospicjum św. Michała.
    W 1827 roku, mając 35 lat, został biskupem Spoleto, a po pięciu latach – Imoli. Jako ordynariusz wyróżniał się wielką troską o dobro wiernych, otaczał opieką duchowieństwo i seminarzystów, popierał przedsięwzięcia wychowawcze i oświatowe. Przy tak wielu obowiązkach potrafił prowadzić głębokie życie duchowe. Wiele czasu poświęcał na modlitwę i kontemplację, ożywiany żarliwą pobożnością maryjną i kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Godność kardynalską otrzymał w 1840 roku. Sześć lat później, w dniu 1 czerwca 1846 roku, zmarł papież Grzegorz XVI. Świat katolicki czekał na wybór Ojca świętego.
    Nadeszła noc 14 czerwca 1846 roku. Dochodziła północ, kiedy za kilkudziesięcioma kardynałami zamknęła się brama konklawe. Zaczęło się pełne niepokoju oczekiwanie. Wszyscy zadawali sobie pytanie, kto przejmie stery Kościoła w obliczu nadchodzących politycznych zmian. Państwo Kościelne, od tysiąca lat przypisane następcom świętego Piotra, zaczynało chylić się ku upadkowi. Świecka władza papieży stawała się nieznośnym obciążeniem dla nich samych, jak i dla ich poddanych. Wiecznym Miastem coraz częściej wstrząsały bunty niezadowolonej ludności.
    Dwa dni później, w dniu 16 czerwca 1846 roku, Jan Mastai został wybrany na papieża. Przyjął imię Piusa IX – z wdzięczności dla Piusa VII, który wiele lat wcześniej zezwolił na udzielenie mu święceń. Tamta dyspensa była konieczna, w młodości bowiem Jan cierpiał na epilepsję, co w zwykłych warunkach zamykało drogę do kapłaństwa. Z tej samej zresztą przyczyny nie został wcześniej przyjęty do gwardii papieskiej. Po święceniach już nigdy ataki nie powtórzyły się. Teraz miał 54 lata.
    Pius IX był wielkim papieżem na trudne czasy. Jego uwagę pochłaniały w dużej mierze sprawy Państwa Kościelnego, którego integralność starał się zachować, zarazem reformując je od wewnątrz. Zreorganizował administrację, dopuścił do udziału w rządzie centralnym przedstawicieli prowincji, a wreszcie ogłosił konstytucję. Były to jednak półśrodki, które zadowalały tylko na krótki czas. Ponieważ droga do zjednoczenia Włoch wiodła przez uwolnienie się od zwierzchnictwa Austrii, większość Włochów spodziewała się, że wojska papieskie razem z nimi zaatakują Austrię. Pius IX, mimo wielkiej sympatii do ruchu narodowego, stanowczo odmówił.

    Błogosławiony Pius IX

    W listopadzie 1848 roku mianowany przez niego nowy premier, Pellegrino Rossi, został zamordowany. To był cios i dla papieża. Uznał, że nie może dłużej pozostać w Rzymie, bo to oznaczałoby zgodę na rewolucyjne zmiany. W jesienny poranek, w czarnej sutannie i w ciemnych okularach, wyjechał potajemnie z miasta. Udał się do Gaety, a potem do Neapolu. W tym czasie Rzym ogłosił się republiką i pozbawił papieża jego świeckiej władzy. Prawie nikt z ludzi Kościoła nie wyobrażał sobie wtedy, żeby papiestwo mogło skutecznie funkcjonować bez własnego państwa. Dlatego też Pius IX zdecydował się poprosić o zbrojną interwencję Francję, Austrię, Hiszpanię i Neapol.
    Udręczony sytuacją Pius IX, po powrocie do stolicy, całą administracją i polityką państwa obarczył konserwatywnego kardynała Antonellego. Sam chciał być przede wszystkim pasterzem Kościoła. Nie było to jednak do końca możliwe. Jego konserwatywne przekonania i wrogość do tendencji rewolucyjnych siłą rzeczy odbijały się na polityce państwa. To powodowało niepokoje społeczne i w efekcie trzeba było angażować coraz więcej sił policyjnych. Mimo wszystko udało się względnie ustabilizować gospodarkę. Wiele zostało też zrobione w dziedzinie architektury i sztuki: restaurowano zabytki, prowadzono wykopaliska, otwarto liczne zakłady dobroczynne. Wszystkie te zmiany mogły jednak tylko opóźnić nadejście nieuchronnego końca. Lecz dla papieża i wielu katolików ta nieuchronność była niemożliwa do przyjęcia.
    W 1860 roku wojsko Zjednoczonego Królestwa Włoskiego opanowało większość terytorium Państwa Kościelnego. Pius IX nie ustępował. Odrzucił propozycję rezygnacji z państwa za cenę suwerenności Rzymu. Sądził, że uderzy to w Kościół i uważał za swój obowiązek sprzeciwianie się temu bez względu na koszty. Osobom ze swego otoczenia powtarzał: “W ludzkich sprawach trzeba robić tyle, ile można, i tym się zadowolić, a resztę zawierzyć Opatrzności, która uleczy wady i niedostatki człowieka”. W 1864 roku ogłosił encyklikę Quanta cum, w której potępił między innymi racjonalizm, socjalizm, wolność prasy, równość kultów wobec prawa i nieskrępowaną wolność sumienia. Do encykliki dołączono Syllabus – wykaz 80 błędów nauk epoki, wśród których znalazły się socjalizm i komunizm, wolnomularstwo, nowoczesny liberalizm i odrzucanie władzy papieskiej.
    Nadchodził rok 1869. Od dłuższego czasu dojrzewała myśl zwołania soboru. Pius IX liczył, że dzięki niemu możliwe będzie przeciwstawienie się racjonalizmowi i wszystkiemu, co on ze sobą niesie. W grudniu zgromadzenie biskupów zostało otwarte. Ojcowie soboru pracowali z pośpiechem. Im też udzieliło się napięcie, które ogarnęło Europę. W powietrzu wisiała wojna Francji z Prusami, co musiało się odbić na losach Państwa Kościelnego. Rankiem dnia 18 lipca nad Rzymem przeszła ciężka burza, jakby zwiastując zbliżające się wydarzenia. Zebrani w auli soborowej biskupi, w blasku błyskawic i huku przewalających się nad miastem gromów, głosowali właśnie nad przyjęciem konstytucji Pastor aeternus, która formułowała dogmat o nieomylności papieskiej. Miażdżąca większość biskupów oddała głosy na “tak”.
    “Ten dogmat przyszedł w momencie, kiedy był najbardziej potrzebny” – mówiono później. Rzeczywiście, wzmacniał on autorytet następcy świętego Piotra właśnie wtedy, gdy bezpowrotnie tracił on oparcie w strukturach doczesnych. Po miesiącu, w związku z wybuchem wojny, Rzym opuścił korpus francuski. W dniu 15 września kilkutysięczny oddział papieski bez walki złożył broń przed nadchodzącymi wojskami włoskimi. Obszar świeckiej władzy papieża ograniczył się już tylko do murów Wiecznego Miasta. Pius IX kazał ich bronić, aż powstanie w nich wyłom. Działa oblegających dokonały tego wkrótce. W dniu 15 września, o godzinie dziesiątej, do Rzymu wkroczył generał wojsk włoskich Cadorna. Tak zakończył się tysiącletni etap dziejów Państwa Kościelnego.
    Ostatnie lata życia papież spędził w murach pałacu papieskiego, nie opuszczając ich ani razu. Na znak protestu ogłosił się “więźniem Watykanu”. Ten swoisty tytuł na ponad pół wieku miał przylgnąć do papieży, aż do czasu, kiedy państwo włoskie pojednało się z papiestwem i potwierdziło suwerenność państwa Watykan (w 1929 roku, gdy papież Pius XI podpisał traktaty laterańskie). Szczerze oddany Chrystusowi, uważał, że dla dobra Kościoła musi działać nawet wbrew swoim naturalnym cechom. Był bowiem człowiekiem o niezwykłym uroku osobistym, pełnym prostoty i zarazem wewnętrznej godności. Każdy, kto znał go bliżej, stawał się jego przyjacielem. Pod wrażeniem jego osobowości byli nawet niekatolicy. Kiedy jednak w grę wchodziły sprawy wiary, stawał się nieustępliwy.
    Papież odnowił hierarchię kościelną w Anglii i Holandii, popierał rozwój katolicyzmu w Ameryce Północnej, zawarł konkordaty z kilkunastoma krajami, czynnie występował w obronie praw Kościoła w Niemczech w okresie Kulturkampfu. Miało to szczególne znaczenie na terenach zaboru pruskiego, w Polsce, gdzie walka władz niemieckich z Kościołem katolickim zmierzała do osłabienia tożsamości religijno-narodowej polskiego narodu. Uwięzionego wówczas arcybiskupa gnieźnieńskiego Mieczysława Ledóchowskiego Pius IX mianował kardynałem. Występował w obronie unitów na Podlasiu, siłą zmuszanych przez carat do przejścia na prawosławie. Beatyfikował Andrzeja Bobolę i kanonizował Jozafata Kuncewicza. Przeciwstawiał się rusyfikacji nabożeństw na ziemiach polskich, poparł utworzenie w Rzymie przez zmartwychwstańców Kolegium Polskiego, w czasie powstania styczniowego apelował do Austrii i Francji, by pospieszyły Polsce z pomocą, a cara wzywał do zaprzestania represji.
    W 1854 r. Pius IX ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu NMP.
    Pius IX był jednym z tych papieży, którzy wytrwale pracowali nad podniesieniem do chwały ołtarzy wiernych synów i córki Kościoła. Podjął i daleko posunął wielką liczbę procesów kanonizacyjnych. Franciszka Salezego i Alfonsa Liguoriego, po skrupulatnym zbadaniu ich dzieł, ogłosił doktorami Kościoła.
    Zmarł w dniu 7 lutego 1878 roku w wieku 86 lat. Pozostawił po sobie dobrą pamięć i szczery żal katolików na całym świecie. Pontyfikat tego papieża, tercjarza franciszkańskiego, był – po św. Piotrze Apostole – najdłuższym w dziejach Kościoła katolickiego. Trwał 32 lata.
    Św. Jan Paweł II wprowadził go do grona błogosławionych w dniu 3 września 2000 roku. Jak mówił, Pius IX “pośród burzliwych wydarzeń swojej epoki był wzorem bezwarunkowej wierności wobec niezmiennego depozytu prawd objawionych. Wypełniając w każdych okolicznościach powinności swojej posługi, potrafił przyznać absolutne pierwszeństwo Bogu i wartościom duchowym (…) Był otoczony miłością wielu, ale także nienawidzony i oczerniany. Postawa Piusa IX (…) i podejmowane przezeń doraźne decyzje były wówczas i pozostają do dziś przedmiotem polemik, ale beatyfikując któregoś ze swoich synów, Kościół nie wyraża przez to uznania dla dokonanych przezeń wyborów historycznych, ale wskazuje go jako godnego naśladowania i czci ze względu na jego cnoty, ku chwale łaski Bożej, która w nich jaśnieje”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________


    7 lutego

    Błogosławiona Klara Ludwika Szczęsna, dziewica

    Błogosławiona Klara Ludwika Szczęsna

    Ludwika Szczęsna urodziła się 18 lipca 1863 r. w Cieszkach w ubogiej rodzinie. Została ochrzczona w kościele parafialnym w Lubowidzu. Była szóstym z siedmiorga dzieci Antoniego i Franciszki z domu Skorupskiej. W dzieciństwie nie otrzymała żadnego wykształcenia. Jako dwunastolatka straciła matkę, której zawdzięczała wychowanie religijne oraz przygotowanie do życia. To doświadczenie zbliżyło ją do Boga, przyspieszając proces jej duchowego dojrzewania. Przez kolejnych 5 lat mieszkała z ojcem i rodzeństwem oraz drugą żoną ojca. Ojciec usilnie namawiał ją do wyjścia za mąż, dlatego w 1880 r. Ludwika zdecydowała się na ucieczkę z rodzinnego domu, pragnąc swoje życie poświęcić Panu Bogu. Wyjechała do Mławy, gdzie przez pięć lat utrzymywała się z krawiectwa.
    Trafiła pod duchową opieką bł. o. Honorata Koźmińskiego. Dzięki jego prowadzeniu w 1885 r. wstąpiła do ukrytego Zgromadzenia Sług Jezusa, w którym m.in. apostołowała wśród służących. W Lublinie prowadziła pracownię krawiecką i pełniła funkcję przełożonej wspólnoty sióstr. Na prośbę ks. kan. Józefa Sebastiana Pelczara, profesora i rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, Zgromadzenie Sług Jezusa wysłało s. Ludwikę do Krakowa, gdzie prowadziła przytulisko dla służących. Rok później s. Ludwika podjęła trudną decyzję opuszczenia zgromadzenia i – po głębokim rozeznaniu – w dniu 15 kwietnia 1894 r. wraz z bł. Józefem Pelczarem założyła nowe zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek).
    W zgromadzeniu, w którym przyjęła imię Klara, została wybrana jego pierwszą przełożoną generalną. Współpracując z ks. Józefem Sebastianem, późniejszym biskupem przemyskim, wraz z nim otworzyła ok. 30 domów zakonnych, posyłając siostry do pracy wśród chorych i wśród dziewcząt, dla których tworzyła przytuliska i szkoły praktyczne na terenie Galicji i Alzacji.

    Błogosławiona Klara Ludwika Szczęsna

    Siostra Klara odznaczała się duchem ubóstwa, pokory oraz szacunkiem i miłością do drugiego człowieka. Cechowała ją miłość do Serca Bożego oraz szczególne nabożeństwo do Matki Bożej i św. Józefa. Dla sióstr była kochającą i wymagającą matką, uczyła umiłowania Serca Jezusowego nade wszystko i ofiarnej miłości bliźniego. Na drodze duchowego rozwoju miała w swoim życiu wspaniałych przewodników, m.in.: św. Józefa Sebastiana Pelczara, bł. Honorata Koźmińskiego oraz ks. Antoniego Nojszewskiego (rektora seminarium w Lublinie). Dewizą życia Klary Szczęsnej były słowa: “Wszystko dla Serca Jezusowego!”Matka Klara Szczęsna zmarła w Krakowie w opinii świętości w dniu 7 lutego 1916 r., w wieku 53 lat. Przez 22 lata, aż do śmierci, była przełożoną zgromadzenia, które w 1916 r. liczyło już ponad 120 sióstr i było zatwierdzone przez Stolicę Apostolską.W dniu 25 marca 1994 r. kard. Franciszek Macharski otworzył w Krakowie proces beatyfikacyjny Matki Klary. 20 grudnia 2012 r. papież Benedykt XVI podpisał dekret heroiczności jej cnót, a 5 czerwca 2015 r. papież Franciszek promulgował dekret o cudzie przypisywanym jej wstawiennictwu. Jej beatyfikacja odbyła się w sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie 27 września 2015 r. Przewodniczył jej ówczesny prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, kard. Angelo Amato.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 lutego

    Święta Józefina Bakhita, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Hieronim Emiliani
      •  Święty Idzi Maria od św. Józefa, zakonnik
    ***


    Józefina Bakhita urodziła się w 1868 r. w Sudanie. W wieku około 10 lat została porwana i stała się niewolnicą. Wielokrotnie sprzedawana kolejnym właścicielom, doświadczyła niemal wszystkich fizycznych i duchowych cierpień wynikających z niewolnictwa. Gdy ostatecznie znalazła się w rękach Callisto Legnani’ego, włoskiego konsula, odzyskała wolność. Wraz z nim udała się do Włoch, by zajmować się jego rodziną. Tam zetknęła się ze zgromadzeniem Córek Miłosierdzia, które podjęło trud jej religijnego wykształcenia. Po kilku miesiącach przygotowań Bakhita przyjęła chrzest i bierzmowanie. Otrzymała wówczas imię Józefina – jako znak nowego życia. Kilka lat później wstąpiła do zgromadzenia Córek Miłosierdzia w Wenecji. Przez następnych 50 lat służyła Bogu i współsiostrom, podejmując najprostsze prace: gotowanie, sprzątanie, szycie. Jej przyjemny wygląd i ciepły głos pomagał wielu biednym i opuszczonym, którzy przychodzili do klasztoru, w którym mieszkała. Po długotrwałej chorobie zmarła w 1947 r.
    W 1992 r. beatyfikował ją św. Jan Paweł II. W następnym roku, podczas swej podróży apostolskiej do Afryki, mówił: “Ciesz się, Afryko! Bakhita wróciła do ciebie: córka Sudanu, sprzedana w niewolę, cieszy się już wolnością – wolnością wiekuistą, wolnością świętych!” W październiku 2000 r. św. Jan Paweł II kanonizował Józefinę Bakhitę. Benedykt XVI w encyklice Spe salvi przytoczył natomiast jej życiorys jako przykład nierozerwalnej i determinującej relacji wiary i nadziei w życiu chrześcijan.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    Łzy św. Józefiny Bakhita

    1 października 2000 r., w strugach deszczu, na Placu św. Piotra w Rzymie Jan Paweł II kanonizował sudańską dziewczynę.

    flickr.com

    ***

    Była niewolnicą. Zabrano jej wszystko. Cały dziecięcy świat. Zapomniała nawet swojego imienia, bo przeżycia związane z niewolą były silniejsze niż pamięć o sobie. “Bakhitą”, tzn. “Szczęśliwą”, nazwali ją łowcy niewolników. Aż do śmierci pamiętała ciężar łańcuchów na nogach. Dlaczego została nazwana “Szczęśliwą”? Może szczęściem okazało się dla niej to, że żyła w dobie, gdy kończył się czas czarnego niewolnictwa?

    Przechodziła jak towar z rąk do rąk. Sprzedawano ją, licząc wartość jej ciała i sił do pracy. Kiedy pod koniec XX wieku Papież-Słowianin (slavus znaczy “niewolnik”) uczyni z niej wzór świętości, dostrzeże w niej chwałę dziewictwa. Jakby chciał przez to powiedzieć światu: nie ma takiej niewoli, w której nie można pozostać człowiekiem. Godności nie traci się wraz z zewnętrzną wolnością. Bakhita nie znała filozoficznych dystynkcji. Niebo otworzyło się nad nią, gdy pewnego dnia znalazła się jako pomoc domowa u włoskiego konsula. Wraz z nim wyjechała do Włoch, gdzie ostatecznie trafiła pod opiekę sióstr kanosjanek w Wenecji.

    Zbliżał się koniec XIX wieku. Europa oczekiwała przełomu stuleci: secesyjnie, arystokratycznie, balowo i bogato. Bakhita w tym czasie zagospodarowywała swoją wolność. Od lat nosiła w sercu pokorne uwielbienie dla nieznanego z imienia Stwórcy nieba i ziemi – także jej sudańskiego świata i świata, którego się uczyła we Włoszech. Tu Go poznała. Nie wahała się oddać Mu w niewolę. W 1890 r. przyjęła chrzest i ciągle potem wracała do tego wydarzenia. Całując chrzcielnicę, wyznawała: “Tu stałam się dzieckiem Bożym”. Tak samo wiek później czcił swoją chrzcielnicę Papież z Wadowic.

    Sześć lat po chrzcie Bakhita wypowiedziała Chrystusowi słowa zakonnych ślubów. Nazwała Go swoim Panem. Tota Tua. Jak to blisko papieskiego Totus Tuus.

    W zgromadzeniu przybrała imię Józefiny, by jak Opiekun Jezusa żyć w Jego cieniu i służyć Mu całą sobą. Czy wszystkie siostry pracujące jak Bakhita – w kuchni, pralni, jako krawcowe czy furtianki świadomie tkają z prozaicznych czynności szatę świętości? O czym wiedziała, co czuła ta sudańska niewolnica, gdy w zakonnym posłuszeństwie odkrywała przestrzeń wolności, czyli swą autentyczną świętość?

    W dniu kanonizacji Bakhity rzymskie niebo, zwykle słoneczne, zasnuło się ciężkimi od deszczu chmurami. Płakało. Równie przepełnione łzami były oczy św. Józefiny na kanonizacyjnym portrecie zwisającym z Bazyliki św. Piotra. W tych łzach i tych oczach zastygło doświadczenie ciężkiego życia. Mówią, że w chwili śmierci widzi się całe życie. Ona na łożu śmierci błagała: “Poluzujcie mi kajdany. Ciążą”. A potem z radością wołała: “Maryjo, Maryjo” – i przeszła na stronę Światłości.

    Na Placu św. Piotra sudańska młodzież tańczyła podczas procesji z darami. Jak w buszu na wioskowym placu. To był taniec radości i wyzwolenia za cenę świętego życia Bakhity. To był taniec zapoczątkowany w Adwencie, gdy podczas otwarcia Drzwi Świętych zabrzmiały afrykańskie trombity. Nadchodzi wiek zbratania na gruzach rzymskiego cyrku Nerona niewolników z Afryki, Europy, Azji, w domu świętych niewolników Chrystusa. “Nie ma już niewolnika… wszyscy jesteśmy jedno w Chrystusie”.

    Zagrały trombity Czarnego Lądu, czarna Święta spogląda na wielojęzyczny tłum u stóp najważniejszej Bazyliki Kościoła. Jaki będzie następny krok?

    Św. Bakhito – naucz nas odkrywać naszą drogę przez łzy i zniewolenia XXI wieku.

    Karol Klauza/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 lutego

    Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Apolonia, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Marian Szkot, opat
      •  Błogosławiona Euzebia Palomina Yenes, dziewica
      •  Błogosławiony Leopold z Alpandeire, zakonnik
    ***
    Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich

    Anna przyszła na świat w dniu 8 września 1774 roku w Flamschen, w Westfalii. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako dziecko razem z rodzeństwem (było ich dziewięcioro) wiele pracowała w domu i na gospodarstwie. Do szkoły chodziła tylko przez 4 miesiące. Nauczyła się jednak szyć i zarabiała na utrzymanie jako krawcowa. W dzieciństwie wyróżniała ją wielka i szczera pobożność. Już wtedy miała pierwsze wizje. Nie uważała ich za coś nadzwyczajnego. Była przekonana, że podobne wizje mają również inne dzieci. Wielokrotnie chciała wstąpić do klasztoru, ale było to trudne, bo nie miała posagu. Była zbyt uboga.
    Klaryski z Münster obiecały, że przyjmą ją, jeśli nauczy się grać na organach. W tym celu Anna Katarzyna zamieszkała u organisty Söntgena w Coesfeld. Nie znalazła jednak czasu na naukę, ponieważ opiekowała się jego liczną i biedną rodziną. Pomagała im we wszystkim, a w końcu oddała im nawet swoje oszczędności.
    Gdy miała 24 lata, ujrzała Chrystusa niosącego jej dwa wieńce – jeden z kwiatów, drugi cierniowy. Wtedy na jej głowie pojawiły się bolesne, krwawe rany. Od tego dnia, niczego nie wyjaśniając, zaczęła nosić na głowie opaskę. Potem, po wielu trudach, w 1802 roku, przyjęły ją augustianki w Agnetenbergu. Rok później złożyła śluby zakonne.
    Wszystkie swoje obowiązki wypełniała z wielką gorliwością. Dobrowolnie podejmowała się najcięższych i upokarzających zajęć. Jej gorliwość w przestrzeganiu reguły budziła podejrzliwość innych sióstr, które posądzały ją o hipokryzję. W klasztorze bardzo wiele wycierpiała, zarówno ze względu na otaczającą ją wrogość, jak i z powodu słabego zdrowia.

    Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich

    W okresie wojen napoleońskich, w 1811 roku, klasztor został zamknięty. Przeprowadzano wtedy przymusową laicyzację. Anna Katarzyna znalazła schronienie w Dülmen, w domu francuskiego kapłana J.M. Lamberta, który uciekł z Francji w czasach rewolucyjnych prześladowań Kościoła. Wkrótce po opuszczeniu klasztoru bardzo poważnie zachorowała i do końca życia nie podniosła się już z łóżka. W tym czasie otrzymała stygmaty – widzialny znak cierpień, które jednoczyły ją z ukrzyżowanym Chrystusem.
    Od tej pory zaczęło ją odwiedzać wielu ludzi i zyskała szczerych przyjaciół, takich jak jej lekarz doktor Franz Wesener czy Klemens Brentano, niemiecki poeta i prozaik, który przez 5 lat, począwszy od 1818 roku, codziennie spisywał jej mistyczne wizje, dotyczące szczegółów z życia Jezusa i Maryi. Zostały one opublikowane już po jej śmierci, w 1833 roku.
    Anna Katarzyna swoje cierpienia ofiarowywała za nawrócenie grzeszników i za dusze w czyśćcu cierpiące, które często prosiły ją o modlitwę. Była przy tym kobietą całkiem naturalną, nawet wesołą, ale mającą w sobie coś nieokreślonego. “Ona jakby widziała człowieka od środka” – mówili ci, którzy z nią rozmawiali. Miała dar rozpoznawania stanu ducha ludzkiego. Przez lata nie przyjmowała żadnych pokarmów, z wyjątkiem Komunii świętej.
    Zmarła w Dülmen w dniu 9 lutego 1824 roku.
    Od 2005 roku możemy w Polsce oglądać film “Pasja”, wybitnego reżysera i aktora Mela Gibsona. Obrazy tam przedstawione wiernie oddają wizje Błogosławionej. Są w swym wyrazie mocne, ale prawdziwe. Jest to pierwszy w historii film tak uczciwie i rzetelnie ukazujący wielkość cierpienia i ofiary Chrystusa.
    Podczas beatyfikacji Anny Katarzyny Emmerich, w dniu 3 października 2004 roku, św. Jan Paweł II powiedział: “Kontemplowała bolesną Mękę naszego Pana Jezusa Chrystusa i doświadczała jej w swoim ciele. Dziełem Bożej łaski jest to, że córka ubogich rolników, żarliwie szukająca bliskości Boga, stała się znaną mistyczką z landu Münster. Jej ubóstwo materialne stanowi kontrast z bogactwem życia wewnętrznego. Zdumiewa nas cierpliwość, z jaką znosiła dolegliwości fizyczne, a także wywiera na nas wrażenie siła charakteru nowej błogosławionej oraz jej wytrwałość w wierze. Siłę czerpała z Najświętszej Eucharystii. Jej przykład sprawił, że serca ubogich i bogatych, ludzi prostych i wykształconych otwierały się i z całą miłością oddawały Jezusowi Chrystusowi. Do dziś głosi wszystkim zbawcze orędzie: dzięki Chrystusowym ranom zostaliśmy uzdrowieni”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 lutego

    Święta Scholastyka, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Alojzy Wiktor Stepinac, biskup
    ***
    Święta Scholastyka i jej rodzony brat, św. Benedykt z Nursji
    Scholastyka pochodziła z Nursji (w środkowych Włoszech) i była siostrą bliźniaczką św. Benedykta. Na miejscu ich urodzenia stoi skromny kościół pw. św. Benedykta. W podziemiach kościoła pokazują część muru, który stanowił dom rodzinny Scholastyki i Benedykta.
    Scholastyka była niewątpliwie od dziecka pod urokiem św. Benedykta. Towarzyszyła też mu w jego podróżach i naśladowała jego tryb życia, poświęcony Panu Bogu. Kiedy Benedykt założył pierwszy klasztor w Subiaco, ona założyła podobny klasztor dla niewiast. Do dnia dzisiejszego istnieją tam dwa klasztory na pobliskich wzgórzach: w Subiaco męski klasztor św. Benedykta, a w Plombariola – żeński klasztor św. Scholastyki. Można także oglądać grotę, gdzie się spotykali na świętych rozmowach. Podobnie działo się na Monte Cassino.
    Kiedy spotkali się po raz ostatni na tej ziemi, ich rozmowa przedłużyła się do nocy. Benedykt chciał już odejść wraz ze swymi towarzyszami, ale siostra błagała go, by jeszcze pozostał. Kiedy ten jednak stanowczo się temu oparł i już zamierzał odejść, na prośbę Scholastyki zaczął padać tak silny deszcz, że zmusił go do pozostania całą noc. Święty brat uczynił swojej siostrze łagodną wymówkę: “Coś uczyniła, siostro moja? Nie mogę wrócić do braci, którzy dziwić się będą, że tak długo nie wracam”. Na to Święta: “Prosiłam cię, a ty mnie nie chciałeś wysłuchać. Zwróciłam się przeto do Boga i zostałam wysłuchana”. A potem ze słodką przekorą dodała: “Jeśli ci tak spieszno, to idź teraz”. Wypowiadała te słowa w czasie, kiedy ulewa szalała na zewnątrz.
    Scholastyka umarła trzy dni później, 10 lutego 547 r. Według relacji św. Grzegorza Wielkiego, zapisanej w jego “Dialogach”, trzeciego dnia po ostatnim spotkaniu, kiedy św. Benedykt patrzył ze swojej celi na świat i na klasztor, w którym żyła św. Scholastyka, ujrzał jej duszę w postaci białej gołąbki, unoszącej się do nieba. Posłał natychmiast braci po jej ciało i złożył je w grobie, który w kościele swego klasztoru przygotował dla siebie. Jej relikwie znajdowały się we Fleury, dokąd zostały przeniesione po najeździe Longobardów na klasztor na Monte Cassino i zniszczeniu go w roku 587. Obecnie są w Le Mans. Ich część otrzymało Monte Cassino.
    Scholastyka uważana jest za matkę duchową rodzin wszystkich benedyktynek. Czczona jest także jako patronka Le Mans i Subiaco.
    W ikonografii Święta przedstawiana jest z gołębiem. Sztuka religijna ukazuje św. Scholastykę w habicie benedyktyńskim. Jej atrybutami są: krzyż, księga, pastorał ksieni.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________

    Bardziej umiłowała

    To siostra bliźniaczka św. Benedykta z Nursji i matka duchowa wszystkich benedyktynek.


    św. Scholastyka z Nursji /Adobe.Stock.pl

    ***

    Życie Scholastyki nierozerwanie splotło się z życiem jej brata. Rodzeństwo przyszło na świat w rodzinie zamożnych i pobożnych patrycjuszy. Rodzice przewidzieli dla dzieci odmienne drogi życiowe, lecz wbrew ich planom przed rodzeństwem stała wspólna przyszłość. Scholastyka od najmłodszych lat pragnęła poświęcić się wyłącznie życiu dla Boga, co przed nią uczynił św. Benedykt. Podziwiała brata za jego żarliwą wiarę, determinację oraz troskę o dobro duchowe mnichów, którymi się opiekował.

    Po tym, jak św. Benedykt, wbrew oczekiwaniom rodziców, udał się na pustelnię, cały majątek, który miał odziedziczyć, przypadł Scholastyce. Jej jednak nie zależało na rzeczach materialnych, więc gdy umarli rodzice rodzeństwa, podążyła śladami brata. Gdy Benedykt założył męski klasztor w Subiaco, ona w pobliskim Plombariola powołała podobny klasztor dla kobiet i stała się matką duchową benedyktynek. Towarzyszyła bratu w podróżach, za nim podążyła na Monte Cassino.

    Pomimo silnej więzi Benedykt i Scholastyka widywali się tylko raz w roku, a ten czas spędzali na rozmowach o tym, co najbardziej ich fascynowało: o religii i Bogu. Ostatnią z takich rozmów opisał św. Grzegorz Wielki – papież nazwał ją tą, „która bardziej umiłowała”. Po tym spotkaniu Scholastyka zmarła; wkrótce Benedykt dołączył do niej w domu Pana.

    Św. Scholastyka ur. ok. 480 r. w Nursji zm. 10 lutego 542 r. lub 547 r. na Monte Cassino

     Ireneusz Korpyś/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________

    Uczona siostra

    Dziś pomódl się do św. Scholastyki
    fot. Own work, Wolfgang Sauber, 2011-06-04 via Wikipedia, CC 3.0

    ***

    Dlaczego? Ponieważ imię św. Scholastyki wywodzi się z łacińskiego słowa scholasticus, które oznacza osobę uczoną, studenta bądź nauczyciela. Ponadto Scholastyka była bliźniaczą siostrą św. Benedykta z Nursji, jednej z bardziej znanych kościelnych postaci.
    Św. Scholastyka z Nursji ur. 2 marca 480 r. zm. 10 lutego 543 r.

    Scholastyka żyła na przełomie V i VI stulecia w Italii, a konkretnie w Umbrii. Wzorując się na bracie Benedykcie, który założył pierwszy męski klasztor, uczyniła podobnie wobec kobiet. Tak powstały zakony benedyktynów i benedyktynek, a najbardziej znane związane z nimi miejsce to Monte Cassino.

    Święta Scholastyka odbiera szczególną cześć we francuskim Le Mans i włoskim Subiaco. W sztuce przedstawiana jest z gołębiem, ponieważ św. Benedykt miał ujrzeć jej duszę zaraz po jej śmierci w postaci białej gołębicy, która unosiła się do nieba. W ikonografii zobaczymy ją w habicie benedyktyńskim, a jej wyróżnikami są: krzyż, księga czy pastorał ksieni.

    Święta Scholastyka uchodziła za niezwykle skromną osobę. Można powiedzieć, że żyła w cieniu swego mądrego brata. Innymi słowy, medialna sława nie była jej do niczego potrzebna. Dlatego też może stanowić wzór cichego i pobożnego życia, zawsze w zgodzie z Bożą wolą.

    ks. Antoni Tatara/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________

    Żywot świętej Scholastyki, dziewicy

    (żyła około roku Pańskiego 540)

    W połowie piątego wieku żyła we Włoszech uczciwa, szlachetna rodzina. Długi czas małżeństwo było bezdzietni aż wreszcie Pan Bóg pobłogosławił im i urodziło się im dwoje dzieci – bliźnięta, które w Kościele świętym położyły fundament pod gmachy zakonne. Byli to święci Benedykt i Scholastyka. Święty Benedykt jest patriarchą zakonników na Zachodzie, a siostra jego matką zakonów żeńskich reguły św. Benedykta czyli Benedyktynek. Św. Benedykt, w młodym wieku udając się na pustynię, zrzekł się majątku na rzecz siostry, ale ta po śmierci rodziców również zapragnęła służyć tylko Bogu. Wówczas miał już święty Benedykt klasztor na górze zwanej Monte Cassino. Scholastyka udała się do brata po radę, a ten zbudował jej mieszkanie o 4 mile drogi od Monte Cassino i przepisał jej prawie taką samą regułę, jaką nadał swoim zakonnikom. Scholastyka ściśle zastosowała się do tych przepisów. Niezadługo przyłączyło się do niej kilka pobożnych panien i tak powstał pierwszy klasztor żeński, który później stał się kolebką przeszło 14.000 klasztorów. Czym święty Benedykt był dla klasztorów męskich, tym Scholastyka dla klasztorów żeńskich, to jest wzorem cnoty i pobożności. Przykładem swym prowadziła zakonnice do coraz większej doskonałości; wszystkie widziały w niej swą matkę, jak ona w nich swe córki duchowne.

    święta Scholastyka

    Żywot świętej Scholastyki upłynął w takim odosobnieniu od świata, że mało co doszło o nim do potomności. O jednym szczególe wspomina święty Grzegorz. Otóż święty Benedykt i święta Scholastyka widywali się raz do roku w pewnym miejscu u stóp góry Monte Cassino, spędzając czas na pobożnych rozmowach. Wieczorem dopiero posilali się skromną wieczerzą i wracali do swych klasztorów. Jednego razu – a było to ostatnie ich spotkanie – prosiła św. Scholastyka brata, aby z nią czuwał aż do rana. Benedykt odpowiedział, że reguła klasztorna nie pozwala nocować poza obrębem klasztoru, i że on, jako przełożony klasztoru, tym bardziej powinien jej przestrzegać. Św. Scholastyka nic na to nie odpowiedziała, lecz zaczęła się po cichu modlić. Nagle zachmurzyło się pogodne dotąd niebo, rozległ się grzmot straszliwy i zaczął padać tak gwałtowny deszcz, że w krótkiej chwili wszystkie drogi i ścieżki zostały zupełnie zalane wodą. Św. Benedykt rzekł z łagodnym wyrzutem: “Siostro, siostro, coś mi uczyniła! Niech ci to Bóg przebaczy!” Scholastyka odpowiedziała na to z uśmiechem: “Tyś mnie nie chciał wysłuchać, a oto Bóg zaraz mnie wysłuchał. Jeśli możesz, wracaj teraz do swego klasztoru!” I tak św. Benedykt musiał całą noc przebyć przy siostrze, której już żywej nie miał oglądać. W trzy dni później widział jej duszę wzlatującą do Nieba w postaci białej gołębicy. Ciało jej kazał sprowadzić na Monte Cassino i umieścić w grobie dla siebie przygotowanym. Śmierć świętej Scholastyki przypada na rok 542. Relikwie znajdują się w Le Mons we Francji.

    Nauka moralna

    Między przepisami, jakie święty Benedykt nadał świętej Scholastyce, znajdują się także następujące: “Miłuj Boga z całego serca twego, z całej duszy twojej i ze wszystkich sił twoich, a bliźniego twego, jak siebie samego. Nie czyń drugiemu tego, czego byś nie chciała, aby tobie uczyniono. Zaprzyj się sama siebie, a naśladuj Chrystusa. Poskramiaj namiętności ciała. Bądź przyjaciółką postu. Wykonuj uczynki miłosierdzia. Wystrzegaj się zwodniczego świata, a pamiętaj zawsze o sądzie ostatecznym”. – Nie są to reguły tylko dla samych zakonników i zakonnic, gdyż Zbawiciel nadał je wszystkim ludziom. Każdy chrześcijanin nie tylko może, ale powinien stosować się do tych przepisów. Żyjąc w czystości serca i duszy, miłując Boga nadewszystko, a bliźniego swego jak siebie samego, będziemy się podobać Bogu i możemy być pewni wiecznej szczęśliwości. “Błogosławieni niepokalani w drodze, którzy chodzą w zakonie Pańskim” (Ps. 118,1).

    Modlitwa

    Boże, któryś duszę świętej dziewicy Twojej, Scholastyki, dla okazania niewinności jej życia, w kształcie gołębicy do Nieba uniósł, daj nam za jej zasługami i wstawieniem się żyć tak niewinnie, ażebyśmy do wiecznej radości dojść zasłużyli. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa.

    św. Scholastyka
    urodzona dla świata 480 roku,
    urodzona dla nieba 542 roku,
    wspomnienie 10 lutego

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937r.

    .

    Więcej osiągnęła, albowiem więcej umiłowała

    Zakładki: 1.2.3.4.

    Scholastyka, siostra świętego Benedykta, od samego dzieciństwa poświęcona wszechmogącemu Bogu, miała zwyczaj raz w roku odwiedzać swojego brata. Mąż Boży przyjmował ją niedaleko poza bramą, w pomieszczeniu należącym do klasztoru.

    Pewnego dnia przybyła według zwyczaju, a czcigodny brat wyszedł ku niej ze swymi uczniami. Cały dzień spędzili na modlitwie i świętych rozmowach, a kiedy zapadł zmrok, spożyli wspólnie posiłek.

    Ponieważ do późnych godzin przeciągnęły się ich święte rozmowy, Scholastyka zwróciła się do brata ze słowami: “Proszę cię, nie odchodź ode mnie tej nocy. Aż do świtu rozmawiajmy o radościach nieba”. On jednak odparł: “Siostro, o czym ty mówisz? Żadną miarą nie mogę przebywać poza klasztorem”.

    Świątobliwa niewiasta, skoro usłyszała odmowę brata, oparła na stole złożone ręce i modląc się do wszechmogącego Boga pochyliła głowę. Kiedy zaś uniosła ją znad stołu, rozszalała się tak wielka burza z grzmotami i błyskawicami, zerwała się tak gwałtowna ulewa, iż ani Benedykt, ani towarzyszący mu bracia nawet na krok nie mogli odejść z miejsca, w którym przebywali.

    Wtedy to zmartwiony mąż Boży zaczął narzekać: “Niech Bóg wszechmogący wybaczy ci twój czyn, Siostro”. Lecz ona odpowiedziała: “Oto prosiłam cię, a nie chciałeś mnie wysłuchać. Poprosiłam więc Boga mego, i zostałam wysłuchana. Teraz więc odejdź, jeśli zdołasz. Pozostaw mnie i wracaj do klasztoru”.

    Tak więc ten, który nie chciał pozostać dobrowolnie, pozostał wbrew swojej woli. Cały czas czuwali przeto razem, znajdując pokrzepienie we wzajemnej wymianie świętych myśli.

    A nic w tym dziwnego, iż owej godziny Scholastyka przemogła brata. Albowiem zgodnie ze słowami świętego Jana: “Bóg jest miłością” było rzeczą zupełnie słuszną, aby więcej potrafiła ta, która więcej umiłowała.

    A kiedy w trzy dni później mąż Boży, znajdując się w swojej celi, podniósł oczy ku niebu, zobaczył, jak dusza jego siostry, opuściwszy ciało, ulatuje pod postacią gołębicy ku wyżynom nieba. Ciesząc się tak wielką jej chwałą, złożył Bogu dzięki hymnami i modlitwami. Posłał też braci, aby przynieśli jej ciało do klasztoru i złożyli w grobie, który przygotował dla siebie.

    Tak się stało, iż nawet grób nie rozdzielił tych, których umysły zawsze były zjednoczone w Bogu.

    Módlmy się. Obchodząc wspomnienie świętej Scholastyki, dziewicy, prosimy Cię, Boże, + abyśmy za jej przykładem służyli Tobie z wierną miłością * i osiągnęli szczęście przebywania z Tobą. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, + który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    Z Dialogów św. Grzegorza Wielkiego, papieża (księga 2,33)

    źródło: https://brewiarz.pl/ii_20/1002p/godzczyt.php3

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 lutego

    Najświętsza Maryja Panna z Lourdes

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz II, papież
      •  Święty Benedykt z Anianu, opat
      •  Święta Teodora II, cesarzowa
    ***
    Maryja Niepokalana objawia się św. Bernardecie w Lourdes
    W 1858 roku, w cztery lata po ogłoszeniu przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, Matka Boża zjawiła się ubogiej pasterce, św. Bernadecie Soubirous, w Grocie Massabielskiej w Lourdes. Podczas osiemnastu zjawień (w okresie 11 lutego – 16 lipca) Maryja wzywała do modlitwy i pokuty.
    11 lutego 1858 r. Bernadetta Soubirous wraz z siostrą i przyjaciółką udała się w pobliże Starej Skały – Massabielle – na poszukiwanie suchych gałęzi, aby rozpalić ogień w domu. Gdy dziewczyna została sama, usłyszała dziwny dźwięk podobny do szumu wiatru i zobaczyła światłość, z której wyłoniła się postać “Pięknej Pani” z różańcem w ręku. Odtąd objawienia powtarzały się.
    Bernadetta opowiedziała o tym wydarzeniu koleżankom, te rozpowiedziały o tym sąsiadom. Rodzice strofowali Bernadettę, że rozpowiada plotki; zakazali jej chodzić do groty, w której miała jej się ukazać Matka Boża. Cofnęli jednak zakaz, gdy zobaczyli, że dziecko gaśnie na ich oczach z udręki. Dnia 14 lutego dziewczęta udały się najpierw do kościoła i wzięły ze sobą wodę święconą. Gdy przybyły do groty, było już po południu. Kiedy w czasie odmawiania różańca ponownie ukazała się Matka Boża, Bernadetta, idąc za radą towarzyszek, pokropiła tajemniczą zjawę i wypowiedziała słowa: “Jeśli przychodzisz od Boga, zbliż się; jeśli od szatana, idź precz!”. Pani, uśmiechając się, zbliżyła się aż do brzegu wylotu groty i odmawiała różaniec.
    18 lutego Bernadetta udała się w pobliże groty z dwiema znajomymi rodziny Soubirous. Przekonane, że może to jest jakaś dusza czyśćcowa, poradziły Bernadecie, aby poprosiła zjawę o napisanie życzenia na kartce papieru, którą ze sobą przyniosły. Pani odpowiedziała: “Pisanie tego, co ci chcę powiedzieć, jest niepotrzebne”. Matka Boża poleciła dziewczynce, aby przychodziła przez kolejnych 15 dni. Wiadomość o tym rozeszła się lotem błyskawicy po całym miasteczku. 21 lutego, w niedzielę, zjawiło się przy grocie skał massabielskich kilka tysięcy ludzi. Pełna smutku Matka Boża zachęcała Bernadettę, aby modliła się za grzeszników. Tego dnia, gdy Bernadetta wychodziła po południu z kościoła z Nieszporów, została zatrzymana przez komendanta miejscowej policji i poddana śledztwu. Kiedy dnia następnego dziewczynka udała się do szkoły, uczące ją siostry zaczęły ją karcić, że wprowadziła tyle zamieszania swoimi przywidzeniami.
    23 lutego Matka Boża ponownie zjawiła się i poleciła Bernadecie, aby udała się do miejscowego proboszcza i poprosiła go, aby tu wystawiono ku Jej czci kaplicę. Roztropny proboszcz, po pilnym przeegzaminowaniu 14-letniej dziewczynki, rzekł do Bernadetty: “Mówiłaś mi, że u stóp tej Pani, w miejscu, gdzie zwykła stawać, jest krzak dzikiej róży. Poproś Ją, aby kazała tej gałęzi rozkwitnąć”. Przy najbliższym zjawieniu się Matki Bożej Bernadetta powtórzyła słowa proboszcza. Pani odpowiedziała uśmiechem, a potem ze smutkiem wypowiedziała słowa: “Pokuty, pokuty, pokuty”.
    25 lutego w czasie ekstazy Bernadetta usłyszała polecenie: “A teraz idź do źródła, napij się z niego i obmyj się w nim”. Dziewczę skierowało swoje kroki do pobliskiej rzeki, ale usłyszało wtedy głos: “Nie w tę stronę! Nie mówiłam ci przecież, abyś piła wodę z rzeki, ale ze źródła. Ono jest tu”. Na kolanach Bernadetta podążyła więc ku wskazanemu w pobliżu groty miejscu. Gdy zaczęła grzebać, pokazała się woda. Na oczach śledzącego wszystko uważnie tłumu ukazało się źródło, którego dotąd nie było. Woda biła z niego coraz obficiej i szerokim strumieniem płynęła do rzeki. Okazało się rychło, że woda ta ma moc leczniczą. Następnego dnia posłał do źródła po wodę swoją córkę niejaki Bouriette, kamieniarz, rzeźbiarz nagrobków. Stracił prawe oko przy rozsadzaniu dynamitem bloków kamiennych. Także na lewe oko widział coraz słabiej. Po gorącej modlitwie począł przemywać sobie ową wodą oczy. Natychmiast odzyskał wzrok. Cud ten zapoczątkował cały szereg innych – tak dalece, że Lourdes zasłynęło z nich jako pierwsze wśród wszystkich sanktuariów chrześcijańskich.
    27 lutego Matka Boża ponowiła życzenie, aby na tym miejscu powstała kaplica. 1 marca 1858 roku poleciła Bernadecie, aby modliła się nadal na różańcu. 2 marca Matka Boża wyraziła życzenie, aby do groty urządzano procesje. Zawiadomiony o tym proboszcz odpowiedział, że będzie to mógł uczynić dopiero za pozwoleniem swojego biskupa. 4 marca na oczach ok. 20 tysięcy ludzi został cudownie uleczony przy źródle miejscowy restaurator, Maumus. Miał on na wierzchu dłoni wielką narośl. Lekarze orzekli, że jest to złośliwy rak i trzeba rękę amputować. Kiedy modlił się gorąco i polecał wstawiennictwu Bernadetty, zanurzył rękę w wodzie bijącej ze źródła i wyciągnął ją zupełnie zdrową, bez ropiejącej narośli. Poprzedniego dnia pewna matka doznała łaski nagłego uzdrowienia swojego dziecka, które zanurzyła całe w zimnej wodzie źródła, kiedy lekarze orzekli, że dni dziecka są już policzone.
    Nastąpiła dłuższa przerwa w objawieniach. Dopiero 25 marca, w uroczystość Zwiastowania, Bernadetta ponownie ujrzała Matkę Bożą. Kiedy zapytała Ją o imię, otrzymała odpowiedź: “Jam jest Niepokalane Poczęcie”. Były to bardzo ważne słowa, ponieważ mijały zaledwie 4 lata od ogłoszenia przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi, który budził pewne kontrowersje. Warto zauważyć, że pojęcie to dla wiejskiej dziewczynki nie było ani zrozumiałe, ani nawet jej znane.
    Po dłuższej przerwie 7 kwietnia, w środę po Wielkanocy, Matka Boża ponownie objawiła się Bernadecie. Po rozejściu się tłumów policja pod pozorem troski o bezpieczeństwo publiczne i konieczności przeprowadzenia badań wody źródła, zamknęła dostęp do źródła i groty. Zabrano także do komisariatu liczne już złożone wota. Jednak Bernadetta uczęszczała tam nadal i klękając opodal modliła się. 16 lipca, w uroczystość Matki Bożej Szkaplerznej, Matka Boża pojawiła się po raz ostatni.
    18 stycznia 1862 roku komisja biskupa z Targes po wielu badaniach ogłosiła dekret, że “można dać wiarę” zjawiskom, jakie się przydarzyły w Lourdes. W roku 1864 ks. proboszcz Peyramale przystąpił do budowy świątyni. W roku 1875 poświęcił ją uroczyście arcybiskup Paryża Guibert. W uroczystości tej wzięło udział: 35 arcybiskupów i biskupów, 3 tys. kapłanów i 100 tys. wiernych. W roku 1891 Leon XII ustanowił święto Objawienia się Matki Bożej w Lourdes, które św. Pius X w 1907 r. rozciągnął na cały Kościół. Lourdes jest obecnie słynnym miejscem pielgrzymkowym, do którego przybywają tysiące ludzi, by czcić Matkę Bożą jako Uzdrowienie Chorych.
    Bernadetta wstąpiła w 1866 roku do klasztoru Notre Dame de Nevers i tam zmarła na gruźlicę w 1879 r. w wieku 35 lat. Pius XI w roku 1925 uroczyście ją beatyfikował, a w roku 1933 – kanonizował. Jej wspomnienie obchodzone jest 16 kwietnia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    W tym roku mija 165. rocznica

    objawień Matki Bożej w Lourdes

    W tym roku mija 165. rocznica objawień Matki Bożej w Lourdes. Za pośrednictwem czternastoletniej Bernadetty Soubirous Maryja prosiła o modlitwę za grzeszników, wzywała do pokuty oraz chciała, aby wybudowano na miejscu objawień kaplicę. Obecnie stoi tam sanktuarium gromadzące rokrocznie miliony pielgrzymów z całego świata.

    Adobe.stock.pl

    ***

    Uznane przez Kościół katolicki objawienia Matki Bożej w Lourdes we francuskich Pirenejach miały miejsce między 11 lutego a 16 lipca 1858 r. Zgodnie z nimi Maryja 18 razy ukazała się ubogiej czternastoletniej dziewczynie Bernadecie Soubirous, która nie umiała czytać ani pisać i mówiła tylko miejscowym dialektem.

    18 lutego “Biała Pani” powiedziała Bernadecie: “Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, ale w przyszłym”. W czasie ósmego objawienia poprosiła o modlitwę różańcową i pokutę za grzeszników mówiąc: “Pokutujcie i módlcie się do Boga o nawrócenie grzeszników”. Następnego dnia, 25 lutego Maryja wskazała dziewczynie miejsce na ziemi w grocie i kazała jej “napić się z tego zdroju, a potem się w nim obmyć”. Wkrótce z tego miejsca zaczął płynąć wartki strumień krystalicznej wody.

    Woda ze źródła w grocie Massabielle stała się znakiem Bożego działania. W pobliżu pobudowano specjalne baseny, w których każdego roku, po modlitwie, zanurza się setki tysięcy chorych. Kościół uznał oficjalnie 70 cudów i ok. 7 tys. uzdrowień, które nie dają się wyjaśnić naukowo. Siedem pierwszych cudów odegrało ważną rolę w uznaniu objawień za prawdziwe.

    27 lutego 1858 r. Matka Boża ponowiła życzenie, aby na tym miejscu Jej objawień powstała kaplica. Następnie 2 marca tego samego roku wyraziła życzenie, aby do groty urządzano procesje.

    W święto Zwiastowania Pańskiego, 25 marca, podczas szesnastego objawienia, “Piękna Pani” wyznała Bernadecie swoje imię mówiąc: “Jam jest Niepokalane Poczęcie”. Sytuacja miała miejsce cztery lata po ogłoszeniu przez papieża bł. Piusa IX, 8 grudnia 1854 r. dogmatu o Niepokalanym Poczęciu. Podając dziewczynie swoje imię, Maryja odpowiedziała na żądanie miejscowego proboszcza, dla którego miał to być znak potwierdzający prawdziwość prośby o wybudowanie w miejscu objawień kaplicy.

    Po raz ostatni Maryja ukazała się w Lourdes 16 lipca, w uroczystość Matki Bożej Szkaplerznej. Bernadetta wstąpiła w 1866 r. do zakonu Sióstr Miłosierdzia z Nevers, w którym w 1879 r. w wieku 35 lat zmarła na gruźlicę.

    Po wielu badaniach komisja biskupa z Targes 18 stycznia 1862 r. ogłosiła dekret, że “można dać wiarę” zjawiskom, jakie się przydarzyły w Lourdes. “Uważamy za pewne, że Maryja Niepokalana, Matka Boża, rzeczywiście ukazała się Bernadecie Soubirous 11 lutego 1858 r. i w dniach następnych osiemnaście razy w Grocie Massabielskiej, na peryferiach Lourdes, i że wszystkie te objawienia były prawdziwe. Wierni zatem mogą w nie wierzyć” – czytamy w dekrecie biskupa.

    W pobliżu groty Massabielskiej 1871 r. wzniesiono bazylikę pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Jednak, ze względu na stale powiększający się ruch pielgrzymkowy, wybudowano także bazylikę pw. Matki Bożej Różańcowej, którą poświęcono w 1887 r. Natomiast z okazji setnej rocznicy objawień, wybudowano trzecią bazylikę pw. Piusa X, zdolną pomieścić 25 tys. wiernych.

    W 1891 r. papież Leon XII ustanowił święto Objawienia się Matki Bożej w Lourdes, które papież św. Pius X w 1907 r. rozciągnął je na cały Kościół. Lourdes jest obecnie słynnym miejscem pielgrzymkowym, do którego przybywają tysiące ludzi, by czcić Matkę Bożą jako Uzdrowienie Chorych.

    Od 1908 r. w Lourdes odbywają się procesje ze świecami z modlitwą w kilku językach, w których uczestniczą chorzy na wózkach. Ludzie idą od groty, w której Bernadecie objawiła się Piękna Pani, wzdłuż rzeki Gave na plac Różańcowy.

    Papież Pius XI w 1925 r. beatyfikował Bernadette Soubirous, a w roku 1933 odbyła się jej kanonizacja.

    Przed pandemią Covid-19 liczące 16 tys. mieszkańców miasto Lourdes co roku przyjmowało około 3,5 mln pielgrzymów i turystów rocznie.

    Papież Jan Paweł II do sanktuarium w Lourdes pielgrzymował dwukrotnie. Pierwszy raz był w dniach 14-15 sierpnia 1983 r., kiedy przypadała 125. rocznica objawień i 50. rocznica kanonizacji Bernadety. Po raz drugi przybył do Lourdes 14 sierpnia 2004 r. na dwudniową pielgrzymkę, w 150. rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu NMP. Była to jego ostatnia podróż zagraniczna.

    Modląc się 14 sierpnia 2004 r. przed Grotą Massabielską Jan Paweł II wyznał, że przeżywa “okres życia naznaczony cierpieniem fizycznym, jednak nie mniej owocny w przedziwnym zamyśle Boga”. Jak zaznaczył, “w swojej posłudze apostolskiej zawsze pokładałem wielką ufność w ofierze, modlitwie i poświęceniu osób cierpiących”.

    “Kiedy klękam tu przy Grocie Massabielskiej, ze wzruszeniem odczuwam, że dotarłem do kresu mojej pielgrzymki. Ta grota, w której objawiła się Maryja, jest sercem Lourdes” – powiedział w czasie przemówienia do chorych podczas procesji różańcowej.

    Papież Benedykt XVI podczas pielgrzymki w Lourdes, 13 września 2008 r. zwrócił uwagę, że w czasie objawień Bernadetta odmawiała różaniec w obecności Maryi, która dołącza się do jej modlitwy na doksologię, czyli modlitwę “Chwiała Ojcu i Synowi…”.

    “Ten zdumiewający w pierwszej chwili fakt w rzeczywistości potwierdza głęboko teocentryczny charakter modlitwy różańcowej. Kiedy odmawiamy różaniec, Maryja niejako użycza nam swojego serca i spojrzenia, byśmy kontemplowali życie Jej Syna, Jezusa Chrystusa” – wskazał Benedykt XVI.

    Papież zwrócił uwagę, że procesja z zapalonymi świecami ukazuje “cielesnym tajemnicę modlitwy – we wspólnocie Kościoła, która łączy wybranych w niebie i pielgrzymujących po ziem. (…) Intencje, z którymi przychodzimy, wskazują na naszą głęboką jedność ze wszystkimi ludźmi cierpiącymi”.

    Z tarasu bazyliki Matki Bożej Różańcowej Benedykt XVI powiedział, że każdy wezwany jest do “odkrycia prostoty naszego powołania: wystarczy kochać”.

    W czerwcu 2019 r. papież Franciszek mianował delegata “ad nutum Sactae Sedis” ds. sanktuarium w Lourdes (podległego bezpośrednio Stolicy Apostolskiej). Został nim biskup pomocniczy w Lille, Antoine Hérouard. W liście do biskupa wyjaśnił, że jest to wyraz troski o duszpasterstwo pielgrzymów.

    18 stycznia 2022 r. minęła 160. rocznica uznania przez Kościół objawień Matki Bożej w Lourdes. W związku z tym, na lata 2022-2024 przygotowano program duszpasterski pod hasłem “Idź powiedzieć księżom, aby zbudowano tu kaplicę i niech tu przychodzą w procesji”. Zaczerpnięto je ze słów Maryi, wypowiedzianych do św. Bernadety 2 marca 1858 r. Podzielono je na trzy części. W roku 2022: “Idź powiedzieć księżom”; w roku 2023: “aby zbudowano tu kaplicę”, a w roku 2024 “Niech tu przychodzą w procesji”.

    Tygodnik Niedziela/PAP

    _________________________________________________________________________________

    "Pokuty, pokuty, pokuty". Objawienia Matki Bożej w Lourdes

    “Pokuty, pokuty, pokuty”

    Objawienia Matki Bożej w Lourdes

    11 lutego 1858 r. Bernadetta Soubirous wraz z siostrą i przyjaciółką udała się w pobliże Starej Skały – Massabielle – na poszukiwanie suchych gałęzi, aby rozpalić ogień w domu. Gdy dziewczyna została sama, usłyszała dziwny dźwięk podobny do szumu wiatru i zobaczyła światłość, z której wyłoniła się postać “Pięknej Pani” z różańcem w ręku.

    W 1858 roku, w cztery lata po ogłoszeniu przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, Matka Boża zjawiła się ubogiej pasterce, św. Bernadecie Soubirous, w Grocie Massabielskiej w Lourdes. Podczas osiemnastu zjawień (w okresie 11 lutego – 16 lipca) Maryja wzywała do modlitwy i pokuty.

    11 lutego 1858 r. Bernadetta Soubirous wraz z siostrą i przyjaciółką udała się w pobliże Starej Skały – Massabielle – na poszukiwanie suchych gałęzi, aby rozpalić ogień w domu. Gdy dziewczyna została sama, usłyszała dziwny dźwięk podobny do szumu wiatru i zobaczyła światłość, z której wyłoniła się postać “Pięknej Pani” z różańcem w ręku. Odtąd objawienia powtarzały się.

    Bernadetta opowiedziała o tym wydarzeniu koleżankom, te rozpowiedziały o tym sąsiadom. Rodzice strofowali Bernadettę, że rozpowiada plotki; zakazali jej chodzić do groty, w której miała jej się ukazać Matka Boża. Cofnęli jednak zakaz, gdy zobaczyli, że dziecko gaśnie na ich oczach z udręki. Dnia 14 lutego dziewczęta udały się najpierw do kościoła i wzięły ze sobą wodę święconą. Gdy przybyły do groty, było już po południu. Kiedy w czasie odmawiania różańca ponownie ukazała się Matka Boża, Bernadetta, idąc za radą towarzyszek, pokropiła tajemniczą zjawę i wypowiedziała słowa: “Jeśli przychodzisz od Boga, zbliż się; jeśli od szatana, idź precz!”. Pani, uśmiechając się, zbliżyła się aż do brzegu wylotu groty i odmawiała różaniec.

    18 lutego Bernadetta udała się w pobliże groty z dwiema znajomymi rodziny Soubirous. Przekonane, że może to jest jakaś dusza czyśćcowa, poradziły Bernadecie, aby poprosiła zjawę o napisanie życzenia na kartce papieru, którą ze sobą przyniosły. Pani odpowiedziała: “Pisanie tego, co ci chcę powiedzieć, jest niepotrzebne”. Matka Boża poleciła dziewczynce, aby przychodziła przez kolejnych 15 dni. Wiadomość o tym rozeszła się lotem błyskawicy po całym miasteczku. 21 lutego, w niedzielę, zjawiło się przy grocie skał massabielskich kilka tysięcy ludzi. Pełna smutku Matka Boża zachęcała Bernadettę, aby modliła się za grzeszników. Tego dnia, gdy Bernadetta wychodziła po południu z kościoła z Nieszporów, została zatrzymana przez komendanta miejscowej policji i poddana śledztwu. Kiedy dnia następnego dziewczynka udała się do szkoły, uczące ją siostry zaczęły ją karcić, że wprowadziła tyle zamieszania swoimi przywidzeniami.

    23 lutego Matka Boża ponownie zjawiła się i poleciła Bernadecie, aby udała się do miejscowego proboszcza i poprosiła go, aby tu wystawiono ku Jej czci kaplicę. Roztropny proboszcz, po pilnym przeegzaminowaniu 14-letniej dziewczynki, rzekł do Bernadetty: “Mówiłaś mi, że u stóp tej Pani, w miejscu, gdzie zwykła stawać, jest krzak dzikiej róży. Poproś Ją, aby kazała tej gałęzi rozkwitnąć”. Przy najbliższym zjawieniu się Matki Bożej Bernadetta powtórzyła słowa proboszcza. Pani odpowiedziała uśmiechem, a potem ze smutkiem wypowiedziała słowa: “Pokuty, pokuty, pokuty”.

    25 lutego w czasie ekstazy Bernadetta usłyszała polecenie: “A teraz idź do źródła, napij się z niego i obmyj się w nim”. Dziewczę skierowało swoje kroki do pobliskiej rzeki, ale usłyszało wtedy głos: “Nie w tę stronę! Nie mówiłam ci przecież, abyś piła wodę z rzeki, ale ze źródła. Ono jest tu”. Na kolanach Bernadetta podążyła więc ku wskazanemu w pobliżu groty miejscu. Gdy zaczęła grzebać, pokazała się woda. Na oczach śledzącego wszystko uważnie tłumu ukazało się źródło, którego dotąd nie było. Woda biła z niego coraz obficiej i szerokim strumieniem płynęła do rzeki. Okazało się rychło, że woda ta ma moc leczniczą. Następnego dnia posłał do źródła po wodę swoją córkę niejaki Bouriette, kamieniarz, rzeźbiarz nagrobków. Stracił prawe oko przy rozsadzaniu dynamitem bloków kamiennych. Także na lewe oko widział coraz słabiej. Po gorącej modlitwie począł przemywać sobie ową wodą oczy. Natychmiast odzyskał wzrok. Cud ten zapoczątkował cały szereg innych – tak dalece, że Lourdes zasłynęło z nich jako pierwsze wśród wszystkich sanktuariów chrześcijańskich.

    27 lutego Matka Boża ponowiła życzenie, aby na tym miejscu powstała kaplica. 1 marca 1858 roku poleciła Bernadecie, aby modliła się nadal na różańcu. 2 marca Matka Boża wyraziła życzenie, aby do groty urządzano procesje. Zawiadomiony o tym proboszcz odpowiedział, że będzie to mógł uczynić dopiero za pozwoleniem swojego biskupa. 4 marca na oczach ok. 20 tysięcy ludzi został cudownie uleczony przy źródle miejscowy restaurator, Maumus. Miał on na wierzchu dłoni wielką narośl. Lekarze orzekli, że jest to złośliwy rak i trzeba rękę amputować. Kiedy modlił się gorąco i polecał wstawiennictwu Bernadetty, zanurzył rękę w wodzie bijącej ze źródła i wyciągnął ją zupełnie zdrową, bez ropiejącej narośli. Poprzedniego dnia pewna matka doznała łaski nagłego uzdrowienia swojego dziecka, które zanurzyła całe w zimnej wodzie źródła, kiedy lekarze orzekli, że dni dziecka są już policzone.

    Nastąpiła dłuższa przerwa w objawieniach. Dopiero 25 marca, w uroczystość Zwiastowania, Bernadetta ponownie ujrzała Matkę Bożą. Kiedy zapytała Ją o imię, otrzymała odpowiedź: “Jam jest Niepokalane Poczęcie”. Były to bardzo ważne słowa, ponieważ mijały zaledwie 4 lata od ogłoszenia przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi, który budził pewne kontrowersje. Warto zauważyć, że pojęcie to dla wiejskiej dziewczynki nie było ani zrozumiałe, ani nawet jej znane.

    Po dłuższej przerwie 7 kwietnia, w środę po Wielkanocy, Matka Boża ponownie objawiła się Bernadecie. Po rozejściu się tłumów policja pod pozorem troski o bezpieczeństwo publiczne i konieczności przeprowadzenia badań wody źródła, zamknęła dostęp do źródła i groty. Zabrano także do komisariatu liczne już złożone wota. Jednak Bernadetta uczęszczała tam nadal i klękając opodal modliła się. 16 lipca, w uroczystość Matki Bożej Szkaplerznej, Matka Boża pojawiła się po raz ostatni.

    18 stycznia 1862 roku komisja biskupa z Targes po wielu badaniach ogłosiła dekret, że “można dać wiarę” zjawiskom, jakie się przydarzyły w Lourdes. W roku 1864 ks. proboszcz Peyramale przystąpił do budowy świątyni. W roku 1875 poświęcił ją uroczyście arcybiskup Paryża Guibert. W uroczystości tej wzięło udział: 35 arcybiskupów i biskupów, 3 tys. kapłanów i 100 tys. wiernych. W roku 1891 Leon XII ustanowił święto Objawienia się Matki Bożej w Lourdes, które św. Pius X w 1907 r. rozciągnął na cały Kościół. Lourdes jest obecnie słynnym miejscem pielgrzymkowym, do którego przybywają tysiące ludzi, by czcić Matkę Bożą jako Uzdrowienie Chorych.

    Bernadetta wstąpiła w 1866 roku do klasztoru Notre Dame de Nevers i tam zmarła na gruźlicę w 1879 r. w wieku 35 lat. Pius XI w roku 1925 uroczyście ją beatyfikował, a w roku 1933 – kanonizował. Jej wspomnienie obchodzone jest 16 kwietnia.

    za brewiarz.pl/brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    12 lutego

    Błogosławiony Józef Eulalio Valdés, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Reginald z Orleanu, prezbiter
      •  Błogosławiona Humbelina, mniszka
      •  Święty Melecjusz, patriarcha
    ***
    Błogosławiony Józef Eulalio Valdés

    Józef urodził się 12 lutego 1820 roku na Kubie. Miesiąc później został oddany do sierocińca. Wychowany w surowych warunkach, zachował pogodę ducha i serdeczność dla innych. Jako bardzo młody chłopiec oddawał się opiece nad chorymi, ofiarami epidemii cholery, która miała miejsce w 1835 roku.
    Odczytawszy w głębi swojego serca głos powołania, wstąpił do Zakonu Szpitalnego – bonifratrów. Przez kolejne 54 lata życia, aż do chwili śmierci, posługiwał w szpitalu jako usłużny i życzliwy pielęgniarz, później jako lekarz-chirurg. Zawsze z oddaniem wykonywał swoją pracę. Zajmował się biednymi i osobami z marginesu, troszcząc się o ich stan zdrowia, zapewniając wsparcie i pomoc materialną oraz duchową.
    Brat Józef Eulalio udowodnił swoje wielkie oddanie chorym, kiedy kubańscy przywódcy wydali dekrety delegalizujące działalność zakonów w całym kraju. Pomimo tych wydarzeń pozostał wierny swoim przekonaniom i głosowi powołania, nie pozostawiając szpitala i nie opuszczając chorych, których nazywał swoimi braćmi i siostrami. Posiadał szczególny dar rozwiązywania problemów i sporów rodzinnych.
    Zmarł 7 marca 1889 roku w Camaguey. Beatyfikowany został na Kubie w Camaguey przez kard. José Saraiva Martinsa w dniu 29 listopada 2008 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    13 lutego

    Błogosławiony Jordan z Saksonii
    zakonnik, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Eulogiusz, patriarcha
    ***
    Błogosławiony Jordan z Saksonii

    Jordan urodził się pod koniec XII w. w Borberge koło Paderborn (Westfalia w Niemczech). Studiował w Paryżu. Kiedy do stolicy Francji przybył św. Dominik Guzman, wywarł na Jordanie tak silne wrażenie, że ten odbył przed nim spowiedź z całego życia i 12 lutego 1220 r. przyjął z rąk bł. Reginalda z Orleanu habit zakonny. W dwa miesiące później jako jeden z czterech braci z klasztoru paryskiego uczestniczył w kapitule w Bolonii. Rok później, po kolejnej kapitule, został prowincjałem Lombardii. Natychmiast udał się do Bolonii, by stamtąd kierować powierzonymi sobie konwentami prowincji. W rok potem pożegnał ziemię św. Dominik (1221) i kapituła generalna w 1222 r. wybrała Jordana przełożonym generalnym całego zakonu. W rządzeniu zakonem był zatem pierwszym następcą św. Dominika, z którym łączyły go serdeczne stosunki.
    Przez 15 lat służył braciom i siostrom słowem, przykładem, listami i częstymi wizytacjami. W całej pełni ukazał się talent organizacyjny Jordana. Domy, a nawet całe prowincje szybko się mnożyły. Jordan niestrudzenie podróżował, wizytował placówki, odbywał kapituły generalne i prowincjalne, otwierał nowe domy. W ciągu 15 lat swoich rządów z 30 konwentów pomnożył liczbę domów zakonnych do 300, a liczbę współbraci z 300 powiększył do 4000! W samym Paryżu nałożył suknię zakonną 70 studentom tamtejszego uniwersytetu. Podobnie działo się na uniwersytetach w Bolonii, Kolonii i w Oksfordzie. Jednym z obłóczonych przez Jordana był św. Albert Wielki.
    Zredagował i opublikował konstytucje zakonne. Papież Grzegorz IX miał tak wielkie zaufanie do zakonu, że z jego właśnie szeregów mianował pierwszych inkwizytorów dla krajów i państw Europy celem obrony wiary. Bł. Jordan pozostawił pierwszy żywot św. Dominika Guzmana. Libellus de principiis Ordinis Praedicatorum (wydany po polsku jako Książeczka o początkach Zakonu Kaznodziejów) jest niezwykłym źródłem wiedzy o powstaniu i pierwszych latach Zakonu Kaznodziejskiego oraz o jego Założycielu.
    Jordan kierował zakonem z wielką łagodnością, a dzięki świętości swojego życia i szczególnemu darowi słowa, ogromnie go rozszerzył. Troszczył się także o wykształcenie zakonników. Był świetnym kaznodzieją. Miał poważny udział w misji dominikanów do Maroka i do Pieczyngów.
    Podczas podróży z wizytacji klasztorów w Prowincji Ziemi Świętej okręt, którym płynął, rozbił się na wybrzeżu syryjskim, w zatoce Pamfilii w Małej Azji. Jordan utonął 12/13 (?) lutego 1237 roku. Papież Leon XII zatwierdził kult, oddawany mu od dawna w Zakonie Kaznodziejskim (1826). Jego śmiertelne szczątki zdołano odnaleźć i pochowano je w konwencie św. Jana w Akce (Izrael).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    „O Diano, Ty smucisz się i cierpisz. Ja ginę z niepokoju”.

    Listy bł. Jordana do bł. Diany

    JORDAN Z SAKSONII
    Fr Lawrence Lew OP/Flickr

    ***

    W rok po wstąpieniu do zakonu kaznodziejskiego został prowincjałem. Po dwóch latach generałem. W czasie jego posługi liczba klasztorów wzrosła dziesięciokrotnie, a braci ponad trzynastokrotnie. Następca św. Dominika ujmuje swoją wrażliwością, kiedy zwraca się do kobiety. Poznajcie bł. Jordana z Saksonii.

    „Umiłowanej córce, najdroższej w Chrystusie siostrze”

    Średniowieczne historie o miłości to nie tylko rycerskie romanse, ale także apokryfy i epistolografie świętych. Znana jest przyjaźń między św. Klarą i św. Franciszkiem. Podobna relacja opisana jest na kartach listów bł. Jordana do bł. Diany, mniszki z Bolonii. Sama historia kilkunastoletniej dziewczyny, która ucieka z domu, zostaje siłą wyciągnięta z klasztoru przez swojego ojca, co przypłaca załamanym żebrem, aby po kilku latach ufundować klasztor dominikańskich mniszek zasługuje na uwagę. Błogosławieni spotykają się, kiedy Jordan sprawuje urząd prowincjała Lombardii. Z jego rąk Diana przyjmuje dominikański habit. Jordan staje się duchowym ojcem wspólnoty mniszek z Bolonii. Pisze do nich listy, dzięki którym poznajemy także niezwykłą relację z samą Dianą.

    O Diano, jakże nieszczęsny jest los nasz, który teraz znosimy: iż nie możemy obdarzać się wzajem miłością bez bólu i lęku. Ty smucisz się i cierpisz, bo nie dane Ci jest widzieć mnie bezustannie. Ja ginę z niepokoju, gdyż nieczęsto zdarza mi się mieć Cię przy sobie.

    Po listach generała do klasztoru mniszek moglibyśmy spodziewać się formalizmu. Nie znajdziemy go w tej osobistej korespondencji, pełnej słów zatroskania, wyrażających tęsknotę i zapewniających o dobrym stanie zdrowia nadawcy. Adresowane do „umiłowanej córki”, „najdroższej w Chrystusie siostry” listy ukazują relację ojcowską, gdy czytamy pouczenia odnośnie do modlitwy czy reguł życia zakonnego, ale także braterską, gdzie równie ważne są pytania o skręconą kostkę.

    Czy to jest przyjaźń czy to jest…?

    Przez piętnaście lat swojej pracy nieustannie był w podróży, odwiedzając osobiście klasztory i zakładając nowe fundacje w Niemczech, Szwajcarii i Danii. Odwiedzał Bolonię, kiedy tylko nadarzała się okazja. Jednak często jego plany były pokrzyżowane. Mimo ogromnej chęci spotkania z przyjaciółką, bł. Jordan zostawił świadectwo dojrzałego przyjmowania takich sytuacji:

    Jeśli zaś taka jest wola Boża, to nam nie pozostaje nic innego, jak tylko skłonić przed nią naszą własną wolę.

    Znajdujemy za to napomnienia kierowane do Diany, której gwałtownych uczuć możemy się domyślić:

    To, czego brakuje Ci z powodu naszej rozłąki, staraj się odszukać i pozyskać u najlepszego Twojego Przyjaciela, Jezusa Chrystusa.

    Relacja bł. Jordana i bł. Diany to przykład zakochanych ludzi, którzy pozostali wierni swojemu powołaniu. Ta niezwykła przyjaźń zaowocowała życiem, które w Kościele zostało potwierdzone jako święte, nadając Dianie i Jordanowi miano błogosławionych.

    Razem w niebie

    Życie Jordana zakończyło się nagle podczas powrotu z wizytacji klasztoru w Ziemi Świętej, kiedy jego statek rozbił się na Morzu Śródziemnym 12 lub 13 lutego 1237 r. Odnalezione ciało Błogosławionego zostało złożone w klasztorze w Akce. Niestety wraz ze statkiem na dno poszły także listy Diany do Jordana. Nie wiemy, czy bł. Jordan wiedział już wtedy o śmierci swojej przyjaciółki, która odeszła ponad pół roku wcześniej. W każdym liście błogosławiony zachęcał Dianę do coraz większego pragnienia nieba. Ich życie zakończyło się w podobnym czasie i razem stanęli przed tronem Boga:

    Miłujmy się w Chrystusie (…). Biegnijmy ku sobie, przynaglani miłością Jezusa, który jako Prawda prowadzi nas po tej drodze. Biegnijmy, abyśmy doszli do Tego, który, gdy życie nasze przemija, żyje i króluje w pełni życia w królestwie chwały.

    Dorota Szumotalska/Aleteial.pl

    Cytaty pochodzą z książki Najdroższej Dianie, bł. Jordan z Saksonii, wydawnictwo „W drodze”, Poznań 1998

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 lutego

    Święci Cyryl, mnich, i Metody, biskup
    patroni Europy

    Zobacz także:
      •  Święty Walenty, biskup i męczennik
    ***
    Święci Cyryl i Metody

    Cyryl urodził się w Tesalonikach w 826 r. jako siódme dziecko w rodzinie Leona, który był wyższym oficerem miejscowego garnizonu. Jego właściwe imię to Konstanty, imię Cyryl przyjął pod koniec życia, wstępując do zakonu. Po studiach w Konstantynopolu został bibliotekarzem przy kościele Hagia Sophia. Później usunął się na ubocze. Z czasem podjął w szkole cesarskiej wykłady z filozofii. Wkrótce potem, w 855 r. udał się na górę Olimp do klasztoru w Bitynii, gdzie przebywał już jego starszy brat – św. Metody.
    Na żądanie cesarza Michała III obaj wyruszyli do kraju Chazarów na Krym, aby rozwiązać spory religijne między chrześcijanami, Żydami i Saracenami. Cyryl przygotował się do tej misji bardzo starannie – nauczył się języka hebrajskiego (by dyskutować z Żydami) i syryjskiego (by prowadzić dialog z Arabami, przybyłymi z okolic Syrii). Po udanej misji został wysłany z bratem przez patriarchę św. Ignacego, aby nieść chrześcijaństwo Bułgarom. Pośród nich pracowali pięć lat. Następnie, na prośbę księcia Rościsława udali się z podobną misją na Morawy, gdzie wprowadzili do liturgii język słowiański pisany alfabetem greckim (głagolicę). Potem jeden z uczniów św. Metodego wprowadził do tego pisma majuskuły (duże litery) alfabetu greckiego. Pismo to nazwano cyrylicą. Cyryl przetłumaczył Pismo Święte na język starocerkiewno-słowiański. Inkulturacja chrześcijaństwa stała się przyczyną ich cierpień, a nawet prześladowań.
    Z Panonii (Węgier) bracia udali się do Wenecji, by tam dla swoich uczniów uzyskać święcenia kapłańskie. Jednak duchowieństwo tamtejsze przyjęło ich wrogo. Daremnie Cyryl przekonywał swoich przeciwników, że język nie powinien odgrywać warunku istotnego dla przyjęcia chrześcijaństwa. Bracia zostali oskarżeni w Rzymie przed papieżem św. Mikołajem I niemal o herezję. Posłuszni wezwaniu namiestnika Chrystusowego na ziemi, udali się do Rzymu. W tym jednak czasie zmarł papież św. Mikołaj I (+ 867), a po nim został wybrany Hadrian II. Ku radości misjonarzy nowy papież przyjął ich bardzo serdecznie, kazał wyświęcić ich uczniów na kapłanów, a ich słowiańskie księgi liturgiczne kazał uroczyście złożyć na ołtarzu w kościele Matki Bożej, zwanym Fatne.
    Wkrótce potem Cyryl wstąpił do jednego z greckich klasztorów, gdzie zmarł na rękach swego brata 14 lutego 869 r. Papież Hadrian (Adrian) urządził Cyrylowi uroczysty pogrzeb.Metody (jego imię chrzcielne – Michał) urodził się między 815 a 820 r. Ponieważ posiadał uzdolnienia wybitnie prawnicze, wstąpił na drogę kariery urzędniczej. W młodym wieku został archontem – zarządcą cesarskim w jednej ze słowiańskich prowincji. Zrezygnował z urzędu, wstępując do klasztoru w Bitynii, gdzie został przełożonym. Tam też przyjął imię Metody. Około 855 roku dołączył do niego jego młodszy brat, św. Cyryl. Odtąd bracia dzielą razem swój los w ziemi Chazarów, Bułgarów i na Morawach.
    Po śmierci Cyryla (w 869 r.) Hadrian II konsekrował Metodego na arcybiskupa Moraw i Panonii (Węgier) oraz dał mu uprawnienia legata. Jako biskup, Metody kontynuował rozpoczęte dzieło. Z powodu wprowadzenia obrządku słowiańskiego, mimo aprobaty Rzymu, był atakowany przez arcybiskupa Salzburga, który podczas synodu w Ratyzbonie uwięził go w jednym z bawarskich klasztorów. Spędził tam dwa lata (870-872). Interwencja papieża Jana VII przyniosła Metodemu utraconą wolność.
    Nękany przez kler niemiecki, Metody udał się ponownie do Rzymu. Papież Jan VIII przyjął go bardzo życzliwie i potwierdził wszystkie nadane mu przywileje. Aby jednak uspokoić kler niemiecki, dał Metodemu za sufragana biskupa Wickinga, który miał urzędować w Nitrze. W tym czasie doszło do pojednania Rzymu z Konstantynopolem. Metody udał się więc do patriarchy Focjusza, by mu zdać sprawę ze swojej działalności (881 lub 882). Został przyjęty uroczyście przez cesarza. Kiedy powracał, przyprowadził ze sobą liczny zastęp kapłanów. Powróciwszy na Morawy, umarł w Welehradzie 6 kwietnia 885 r.W roku 907 rozpadło się państwo wielkomorawskie, a z jego rozpadem został usunięty obrządek słowiański na rzecz łacińskiego. Mimo tego dzieło św. Cyryla i św. Metodego nie upadło. Ich językiem w liturgii nadal posługuje się kilkadziesiąt milionów prawosławnych i kilka milionów grekokatolików. Obaj święci (nazywani Braćmi Sołuńskimi – od Sołunia, czyli obecnych Salonik w Grecji) są uważani za apostołów Słowian. W roku 1980 papież św. Jan Paweł II ogłosił ich – obok św. Benedykta – współpatronami Europy, tym samym podnosząc dotychczas obowiązujące wspomnienie do rangi święta.
    W ikonografii Bracia Sołuńscy przedstawiani są w stroju pontyfikalnym jako biskupi greccy lub łacińscy. Czasami trzymają w rękach model kościoła. Św. Cyryl ukazywany jest w todze profesora, w ręce ma księgę pisaną cyrylicą. Ich atrybutami są: krzyż, księga i kielich, rozwinięty zwój z alfabetem słowiańskim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________

    Do Słowian!

    Do Słowian!
    Cyryl i Metody na płótnie Jana Matejki

    ***

    Głosili Ewangelię wśród usianych winnicami, ociekających moszczem morawskich wzgórz nieprzypadkowo okrzykniętych „Toskanią północy”.

    Państwo Wielkomorawskie powstało wcześniej od czeskiego! – powiedzą przy kieliszku słodkawej palavy Morawianie. Pielęgnują swe korzenie, tradycję i wiarę. To prawda, że Republika Czeska jest jednym z najbardziej ateistycznych krajów Europy (mniej religijni są jedynie Estończycy i Niemcy z byłej NRD), ale same Morawy są wyjątkiem. Przed laty w regionie trwała wielka akcja przepisywania Biblii, która była przypomnieniem misji ewangelizacyjnej wśród Słowian. „To do nas trafili w 863 r. sprowadzeni przez księcia Rościsława greccy misjonarze Cyryl i Metody – opowiadali Morawianie – a swą misję rozpoczęli w Velehradzie”. Nic dziwnego, że miasto to jest kolebką słowiańskiego chrześcijaństwa. Ogłoszeni patronami Europy Święci Cyryl i Metody czczeni są przez chrześcijan Wschodu i Zachodu, a Morawy mają naturalne predyspozycje do tego, by stać się mostem łączącym duchowe imperia.

    Cyryl (imię to przyjął pod koniec życia, wstępując do zakonu) urodził się w Tesalonice w 826 r. jako siódme dziecko w rodzinie wyższego oficera miejscowego garnizonu. W szkole cesarskiej wykładał filozofię. W 855 r. w klasztorze w Bitynii na górze Olimp dołączył do starszego brata – Metodego.

    Cesarz Michał III wysłał braci do kraju Chazarów na Krym, gdzie mieli być rozjemcami w sporze między chrześcijanami, Żydami i Saracenami. Potem ruszyli, by głosić Dobrą Nowinę Bułgarom, a po pięciu latach, na prośbę księcia Rościsława, udali się na Morawy. Wprowadzili do liturgii język słowiański pisany alfabetem greckim (głagolicę). – W pierwszych pokoleniach wszyscy, i rzymscy, i zachodni chrześcijanie, modlili się po grecku i w tym języku uprawiali teologię, jak choćby Ireneusz, biskup Lyonu – wyjaśnia abp Grzegorz Ryś. – Po dramacie wędrówki ludów w VII, VIII, a nawet IX stuleciu Rzym wydawał się bardziej wschodni niż zachodni. W latach 650–750 na siedemnastu papieży tylko pięciu było Rzymianami, jeden pochodził z Italii, pozostałych jedenastu związanych było z grecką tradycją kościelną (pięciu Syryjczyków, trzech Sycylijczyków i trzech Greków). A przecież to ciągle był czas, kiedy biskupa Rzymu wybierali sobie kler i lud miasta! Kiedy 14 lutego 869 r. w Rzymie umarł Cyryl, papież „rozkazał wszystkim Grekom, którzy byli Rzymie, a także i Rzymianom, zejść się ze świecami w ręku i śpiewać nad nim, i pogrzeb mu odprawić, jakby się odprawiało dla samego papieża”. A przecież grzebano greckiego mnicha, który w sam środek Europy przeszczepił wschodnią liturgię, tłumacząc greckie księgi na język słowiański! Gdy Cyryl i Metody przyszli do środkowej Europy z Konstantynopola, biskupi niemieccy leczyli ich ze wschodniej pobożności w ten sposób, że Metodego wsadzili do więzienia i prali od świtu do nocy, tak że sam papież musiał go z tego więzienia wyciągać i ratować najpierw jego życie, a potem misję na Morawach. Niemieckim biskupom wydawało się, że jeśli Kościół nie będzie łaciński, to nie będzie chrześcijański.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________________

    św. Cyryl i św. Metody

    święci Apostołowie Słowian, trwają bardzo mocno w pamięci Kościoła

    Budowali Europę Chrystusa

    pl.wikipedia
    ***

    Urodzili się w bogobojnej rodzinie w Tesalonikach (Słowianie znali to miasto pod nazwą Sołuń) leżących na pograniczu Słowiańszczyzny, ważnym ośrodku handlu i polityki Cesarstwa Bizantyjskiego. Wydarzeniem, które zmieniło ich życie, była prośba księcia Moraw o wysłanie misji ewangelizacyjnej dla jego ludu. Misja Cyryla i Metodego szybko przyniosła ogromny sukces, m.in. za sprawą przekładu liturgii na język słowiański, którego dokonali. Na prośbę księcia Rościsława wprowadzili do liturgii język słowiański pisany alfabetem greckim (głagolicę). Potem jeden z uczniów św. Metodego wprowadził do tego pisma majuskuły (duże litery) alfabetu greckiego. Pismo to nazwano cyrylicą. Ponadto Cyryl przetłumaczył Pismo Święte na język staro-cerkiewno-słowiański.

    Misja św. Metodego i św. Cyryla jest prototypem inkulturacji, jest wcieleniem Ewangelii w rodzime kultury, a także wprowadzeniem tych kultur w życie Kościoła. Wszystkie kultury narodów słowiańskich zawdzięczają swój rozwój dziełu Braci Sołuńskich, o czym przypominał w swojej encyklice Slavorum apostoli św. Jan Paweł II. Święci Apostołowie Słowian, tworząc oryginalny alfabet języka słowiańskiego, „wnieśli zasadniczy wkład w kulturę i literaturę wszystkich narodów słowiańskich” (n. 21).

    Św. Cyryl ur. w 826 r. zm. 14 lutego 869 r. Św. Metody ur. między 815 a 820 r. zm. 6 kwietnia 885 r.

    ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    _________________________________________________________________

    Rzesza słowiańska zgaszona przed świtaniem. Dzieje Cyryla i Metodego

    ***

    Od roku 1985 z rozporządzenia papieża Jana Pawła II kontynentowi europejskiemu patronują w Niebie święci Cyryl i Metody, którzy – jak czytamy w poświęconej im encyklice „Slavorum apostoli” tegoż papieża – „trwają w pamięci Kościoła razem z wielkim dziełem ewangelizacji, jakiego dokonali”. Ciśnie się na usta uwaga, iż dzieło to byłoby bez porównania większe i owocniejsze, gdyby nie stanęła mu na przeszkodzie zakompleksiona germańska buta.

    Przykro patrzeć, jak giną narody. Niemiło nawet wspominać te, które zmiotły z powierzchni ziemi bezlitosne wichry historii. Smutkiem napawa na przykład myśl o licznym ludzie słowiańskim żyjącym w wieku IX na wielkim obszarze od Donu po granice Jutlandii i od Jeziora Ładoga aż po wybrzeże Dalmacji, któremu nie dane było rozwinąć się z luźnej rodziny pokrewnych plemion w jeden naród. Choć posiadali większość cech definiujących narody, jak wspólny język, spójne terytorium i zbliżone modele życia społeczno-gospodarczego, zabrakło im jednego – świadomości narodowej. Zabrakło im spoiwa kulturowego, które może się skutecznie rozwinąć jedynie na bazie religii.

    We wczesnym średniowieczu pomiędzy chrześcijańskim od dawna Wschodem a chrześcijańskim od niedawna Zachodem rozlewało się ogromne morze pogaństwa etni słowiańskiej. Była to duchowa próżnia, gotowa na wypełnienie duchem nie tylko Chrystusowym, ale też islamskim (wszak Arabowie czaili się u wschodnich wybrzeży Morza Czarnego), a nawet judaistycznym (z Chazarami przecież żyła Słowiańszczyzna po sąsiedzku). Kościół nie mógł sobie pozwolić na pozostawienie tego pola misyjnego w stanie nieobsianym ziarnem prawdziwej wiary.

    Toteż z wolna przenikali na owe tereny misjonarze zarówno z Konstantynopola, jak i z Akwizgranu. Słowianie rychło nauczyli się bać tych przychodzących z Zachodu. Sasi bowiem zanadto przejęli się zewnętrznym podobieństwem, jakie łączy krzyż z mieczem. Zasadniczo trudno się temu dziwić – sami zostali ochrzczeni żelazną pięścią Karola Wielkiego i wychowani na prostym kodeksie śmierci za wszystko: ofiarę złożoną bożkom, morderstwo, niedotrzymanie postu…

    „Augustyński ideał państwa Bożego został przekształcony drogą prymitywnego uproszczenia w coś, co niebezpiecznie przypominało chrześcijańską wersję islamu z Karolem jako wodzem wiernych. Było to takie samo utożsamienie religii i polityki, taka sama próba narzucenia moralności drogą prawa i rozszerzania wiary przy pomocy wojny” – zauważa wybitny historyk katolicki Christopher Dawson.

    Ewentualny zarzut o anachroniczność powyższej obserwacji obalają świadectwa współczesnych Karolowi, którzy już wówczas podnosili krytykę jego metod chrystianizacyjnych. Nawet Alkuin – twórca podstaw cezaropapizmu zachodniego – z przerażeniem i odrazą komentował poczynania Franków w Saksonii: „Według świętego Augustyna, wiara przychodzi z woli, nie z przymusu. Jak można zmusić człowieka do wiary, skoro nie wierzy? Można go przymusić do chrztu, nigdy do wiary”.

    „Okrutny naród saski przyjął wiarę w prawdziwego Boga” – triumfalnie donosił Karol Wielki w liście do papieża Hadriana. Ale też dobrze przyswoił sobie lekcję chociażby z Verden, gdzie jednego dnia frankijscy woje ścięli lekką ręką – bagatela – cztery i pół tysiąca saskich jeńców. Sam przymuszony do chrztu przez przedstawicieli wyższej cywilizacji, nauczył się, że na tym właśnie ma polegać niesienie wiary poganom.

    Apostołowie Słowian

    Władca słowiańskiego państwa wielkomorawskiego, książę Rościsław, wyniesiony na tron przez króla wschodniofrankijskiego Ludwika Niemca w roku 846, cztery lata później postanowił uniezależnić się od swego protektora. W celu osłabienia frankijskich wpływów na swym terytorium wygnał zeń łacińskich księży, przybyłych głównie z Ratyznony, Passawy i Regensburga. Pragnąc jednak zachować chrześcijański charakter państwa poprosił papieża o przysłanie w ich miejsce innych księży, którzy poprowadzą dalej dzieło chrystianizacji. Wobec braku odpowiedzi ze Stolicy Apostolskiej Rościsław skierował taką samą prośbę do Konstantynopola: „Dla ludzi naszych, którzy wyrzekli się pogaństwa i trzymają się zakonu chrześcijańskiego, nie mamy nauczyciela takiego, który by w naszym własnym języku prawdziwą wiarę chrześcijańską wykładał. Poślij więc nam biskupa i nauczyciela takiego”.

    Patriarcha Konstantynopola wybrał do tego zadania profesora uniwersytetu konstantynopolskiego Konstantyna (powszechniej znanego pod imieniem Cyryl, przybranym po wstąpieniu do zakonu na krótko przed śmiercią). Ten zaś wraz ze swym starszym bratem Metodym, który miał mu towarzyszyć w wyprawie, z miejsca zabrał się za jej przygotowanie. Podchodząc do sprawy z pełnym profesjonalizmem, zaczął od przetłumaczenia na język Słowian, którym się biegle posługiwał, niezbędnych do pracy misyjnej tekstów ewangelicznych. W tym celu stworzył alfabet oddający cechy charakterystyczne mowy słowiańskiej, który nazwał gałgolicą (od słowiańskiego słowa głagol, czyli „słowo” lub „litera”). Warto zwrócić uwagę na fakt, iż alfabet oparty na fonetyce dialektu sołuńskiego, czyli używanego w okolicach Tesaloniki (nazywanej przez Słowian Sołuniem), skąd pochodzili Konstantyn i Metody, zostanie bez trudu zrozumiany na Morawach i w Panonii, co dowodzi, iż cała Słowiańszczyzna mówiła wówczas jednym językiem.

    W roku 863 Konstantyn-Cyryl i Metody wyruszyli do Wielkich Moraw, gdzie książę Rościsław przyjął ich z wielką radością i szacunkiem. Nie przeszkodziło im to jednak dostrzec, że chrześcijaństwo nie zawsze bywa mile widziane przez miejscową ludność. Przyczynę tego stanowiło zachowanie misjonarzy niemieckich, którzy – jak czytamy w „Żywocie Metodego” – „nie sprzyjali jej, ale podstępy knuli”. Niebagatelną rolę w rozdźwięku słowiańsko-germańskim odgrywała wzajemna obcość kulturowa, na której szczególnie cierpiało głoszenie kerygmatu. A przecież Słowo Boże musi dotrzeć do każdego w sposób dlań zrozumiały – i nie ma na świecie języka szczególnie predestynowanego do tego zadania. Bracia sołuńscy poszli więc „za ciosem” i przełożyli na słowiański liturgię kościelną.

    Ułatwiło to niepomiernie pracę misyjną – odbiór Dobrej Nowiny znacząco się poprawił. Jednakowoż – jak wskazuje „Żywot Konstantyna” – „gdy rozrastała się nauka Boża, od początku zazdrosny, przeklęty diabeł, nie mógł znieść tego dobra, ale wszedłszy w naczynia swoje zaczął podburzać wielu.” Przeciwko poczynaniom Cyryla i Metodego bowiem ostro zaprotestowali misjonarze niemieccy, zdaniem których w trzech tylko językach: łacinie, grece i hebrajskim wypada w piśmie chwalić Pana Boga. Oskarżyli więc braci o herezję.

    – Samiście heretycy! – grzmiał na to Konstantyn-Cyryl, który górował nad swymi adwersarzami wiedzą i szerokością horyzontów myślowych. – Toż to czysty pilacjanizm! Czyż to nie Piłat tak „wywyższył” te trzy języki umieszczając je na tabliczce przybitej do Chrystusowego krzyża?!

    „Czyż deszcz od Boga nie pada na wszystkich równo? A słońce czyż nie tak samo na wszystkich świeci? Czyż nie oddychamy wszyscy powietrzem jednakowo? Jakżeż więc nie wstydzicie się uznawać tylko trzy języki, a wszystkim innym ludom i językom kazać być ślepymi i głuchymi? Powiedzcie mi, czy Boga uważacie za tak słabego, że tego dać nie może, czy za tak zawistnego, że nie chce? My przecież znamy wiele ludów, które znają pismo i Bogu chwałę oddają, każdy w swoim własnym języku; wiadomo, że są to Ormianie, Persowie, Abazgowie, Iberowie, Sugdowie, Gotowie, Awarowie, Tursowie, Chazarowie, Arabowie, Egipcjanie, Syryjczycy i wiele innych” (czytamy w „Żywocie Konstantyna”).

    Nur für Deutsche

    Miał rację Konstantyn-Cyryl – łacina (która notabene weszła do oficjalnego kultu Kościoła dopiero w III wieku po Chrystusie i w której ani jedna jota, ani jedna kreska nie została napisana w oryginalnym tekście Pisma Świętego), ani też greka nie były jedynymi językami uznanymi przez Kościół w jego liturgii. Ówczesny Kościół katolicki pełnił przecież służbę Bożą w języku syryjskim, koptyjskim, ormiańskim, etiopskim, celtyckim, a nawet germańskim. Dlaczego nie mogłaby do tego grona dołączyć mowa Słowian, skoro święty Paweł w liście do Filipian wyraźnie naucza, „aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem, ku chwale Boga Ojca” (Flp 2, 11)? Wszelki, a zatem i słowiański. Tak rozumował równie uczony co świątobliwy apostoł z Tesaloniki.

    Niestety racjonalne rozumowanie Konstantyna zderzyło się z niedouczeniem jego germańskich adwersarzy. Niedouczeniem – dodajmy – wzmocnionym charakterystyczną dla przedstawicieli tego ludu butą, która nie pozwalała im pogodzić się z faktem, iż z ówczesnej Tesaloniki widać było nieporównanie szerszy horyzont niż z ówczesnego Frankfurtu. Za pozorną żarliwością niemieckiego duchowieństwa kryły się najzwyklejsze kompleksy marnych neofitów. Niemcy bowiem, przekonani do chrześcijaństwa bardziej młotkiem niż Słowem, ani w ząb nie rozumieli uniwersalizmu katolickiego, za to doskonale dostrzegli możliwość wprzęgnięcia struktur Kościoła we własne ekspansywne plany. Zresztą historia wkrótce wykaże dowodnie ich wszystkie próby tworzenia świata nur für Deutsche.

    Objawi się to chociażby w niechęci do ich własnego cesarza Ottona III, który będąc bardziej Grekiem niż Niemcem daleko wykraczał mentalnie poza ich ciasny nacjonalizm i zamyślił sobie – Gott bewahre! – w swój imperialny projekt włączyć na równych prawach słowiańskich podludzi. Z ulgą więc wrócą po jego przedwczesnej śmierci (czy aby na pewno naturalnej…?) do swego ulubionego Drang nach Osten. Po czym zawłaszczą cesarstwo, nazywając go – prawem kaduka – Świętym Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego, i skalają ideały zakonów rycerskich, formując szeregi Zakonu Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego. A to wszystko w rozkwicie średniowiecza, któremu przekonanie, że naród jest najwyższą wartością i najważniejszą formą uspołecznienia, było krańcowo obce! Później zresztą wcale nie będzie lepiej: od luterańskiej rewolty po deklarację, iż nie są filią Rzymu…

    Triumf sołuńskich braci

    Ale wróćmy do braci sołuńskich, na których tymczasem spadła prawdziwa lawina oskarżeń i intryg ze strony duchowieństwa frankońskiego, wobec czego postanowili oni odwołać się do papieża. Cyryl i Metody bowiem, choć pochodzili z Bizancjum, nie żywili najmniejszej wątpliwości, gdzie bije serce Kościoła i gdzie pracuje jego głowa. Zabrawszy więc ze sobą grupę uczniów ruszyli do Rzymu. Po drodze jednak zatrzymali się w Panonii, w Księstwie Błatneńskim rządzonym przez księcia Kocela, który przyjął ich tak życzliwie, iż postanowili zatrzymać się tam na pół roku, podczas którego to okresu zdołali zdziałać na polu ewangelizacyjnym jeszcze więcej niż podczas swego trzyletniego pobytu w państwie wielkomorawskim.

    Misja chrystianizacyjna Słowian nabierała przyspieszenia, gdy bracia sołuńscy zawitali do Stolicy Świętej. Oddali słowiańskie księgi liturgiczne w ręce papieża Hadriana II, który poświęcił je i złożył w bazylice Matki Bożej Większej, gdzie odśpiewano nad nimi liturgię świętą. „Potem zaś kazał papież dwu biskupom, Formozjuszowi i Gondrychowi, wyświęcić uczniów słowiańskich. Jakoż zostali wyświęceni i zaraz odprawili liturgię w kościele świętego apostoła Piotra w języku słowiańskim, a na drugi dzień w kościele świętej Petroneli, na trzeci w kościele świętego Andrzeja, a następnie w kościele wielkiego nauczyciela całego świata, apostoła Pawła, gdzie całą noc śpiewali sławiąc Boga po słowiańsku” („Żywot Konstantyna”).

    Rzym udzielił Cyrylowi i Metodemu pełnej aprobaty. „Ten jeden zwyczaj zachowujcie” – zastrzegł Ojciec Święty – „aby przy Mszy Świętej czytać najpierw lekcję i Ewangelię po łacinie, a potem po słowiańsku, aby się spełniło słowo Pana, że chwalić będą Pana wszystkie narody, a w innym miejscu, że wszyscy głosić będą różnymi językami wielkie dzieła Boże” („Żywot Konstantyna”).

    Z rzymskiej perspektywy widać było najszerzej. Widać było chociażby zbierającą się na wschodnim horyzoncie chrześcijaństwa burzę w postaci schizmy Focjusza. W takiej sytuacji jakże potrzebny był pewny sojusznik na Wschodzie, który by skutecznie przeciwdziałał rozłamowym poczynaniom zarozumiałych Bizantyjczyków patrzących z rosnącą niechęcią na Kościół rzymski. Rolę owego sojusznika, równoważącego wpływ Bizancjum na całość Christianitas mógłby z powodzeniem odegrać „trzeci świat” słowiański. Tym bardziej że ryt słowiański powstał w znacznej mierze na bazie liturgii zachodniej, a jego twórcy, choć wywodzili się z greckiego kręgu kulturowego, wyraźnie ciążyli ku Rzymowi.

    Teutońska furia

    Papież Hadrian II zatem powołał do życia nową prowincję kościelną z liturgią słowiańską poprzez wyłączenie Wielkich Moraw i Panonii spod jurysdykcji frankońskiej i wyświęcenie Metodego na arcybiskupa tych ziem z siedzibą w Sirmium (Konstantyn bowiem podczas pobytu w Rzymie nagle zachorował i wkrótce zmarł). Diecezja sirmeńska została nie tyle utworzona ex nihilo, co odtworzona – stanowiła bowiem, do chwili zdobycia Sirmium przez Awarów w roku 582, część wikariatu Ilirii bezpośrednio podległego papieżowi. A jej nowy włodarz – starszy brat sołuński, do tej pory pozostający jakby w cieniu młodszego – wkrótce dał się poznać jako człowiek nie mniej wielkiego ducha i nieustępliwej woli. Z wykształcenia prawnik, przed wstąpieniem do klasztoru, skąd go na wyprawę misyjną zabrał młodszy brat, zarządca jednej ze słowiańskich prowincji Imperium Romanum, w klasztorze opat, nie bał się stanąć do otwartej konfrontacji z knującymi przeciw niemu biskupami bawarskimi. Wściekle przez nich zaatakowany na synodzie w Ratyzbonie, że bezprawnie naucza na podległym im terenie, odparował śmiało:

    – Gdyby to był wasz teren, to bym go z daleka omijał, ale ta ziemia należy do świętego Piotra! To wy powodowani pychą i chciwością wychodzicie poza swoje granice wbrew prawu kościelnemu! 

    Nie mieli na to kontrargumentów, więc odwołali się do niezawodnego ultimae rationis – trybunał biskupów skazał Metodego na uwięzienie. Przesiedział na wyspie Reichenau na Jeziorze Bodeńskim sprawie trzy lata, zanim z wielkim trudem udało się papieżowi Janowi VIII (następcy Hadriana II) uwolnić go stamtąd.

    „Zuchwalstwo twoje przewyższa srogość i dzikość każdego tyrana” – pisał Ojciec Święty w liście do biskupa salzburskiego Adalwina. „Dręcząc naszego współbrata Metodego kaźnią więzienia, znęcając się nad nim przez to, iżeś go trzymał pod gołym niebem wystawionego na ostrość dokuczliwej zimy i słoty, odrywając go od rządzenia Kościołem jemu powierzonym, posunąłeś się do tego szaleństwa, że go kazałeś zawlec przed sąd biskupów i chłostać nawet chciałeś biczem, gdyby cię inni nie byli od tego odciągnęli. Czyż to, na Boga, są uczynki godne biskupa?!”

    Podobnie rugał papież biskupa fryzyjskiego Annona: „Na brata twego, Metodego, z ramienia Stolicy Apostolskiej pełniącego u pogan funkcję arcybiskupa wydałeś pseudowyrok i wtrąciłeś go do więzienia, odciągając go od pełnienia służby Bożej. Nadto, nie tylko nie doniosłeś o prześladowaniu i uwięzieniu twego brata w biskupstwie, lecz w Rzymie, gdy byłeś o niego przez naszych pytany, kłamliwie powiedziałeś, że los jego jest ci nieznany, chociaż wszystkich zadanych mu przez was udręczeń tyś był podżegaczem”.

    Ale ani stanowcze papieskie nakazy, ani suspensy spadające na niemieckich hierarchów nie skłoniły ich do uwolnienia Metodego. Doprowadziła do tego dopiero osobista interwencja wysłanego w tym celu do Niemiec legata papieskiego Pawła z Ankony.

    Zmaganie i klęska

    Metody powrócił więc na Morawy, gdzie zastał niekorzystny klimat polityczny. Książę Świętopełk, który obalił Rościsława, sprzyjał duchowieństwu niemieckiemu, nie rozumiejąc, że uniezależnienie się od niemieckiego protektoratu na niewiele się w dłuższej perspektywie zda, jeżeli Kościół w jego państwie pozostanie niemiecki. Duchowieństwo niemieckie z miejsca zaczęło intrygować przeciwko arcybiskupowi Sirmium. Mnożyły się oskarżenia, donosy, fałszywe listy, oszczerstwa, nawet usiłowania fizycznych ataków. Starszy brat sołuński nie dawał się jednak zastraszyć i niestrudzenie kontynuował dzieło misyjne wśród Słowian, dodatkowo pokrzepiony bullą Jana VIII, potwierdzającą wszystkie postanowienia Hadriana II. Czytamy w niej, iż „nie jest na pewno przeciwne wierze lub nauce Kościoła śpiewać Mszę w języku słowiańskim albo czytać Ewangelię i lekcję z Nowego i Starego Testamentu dokładnie przełożone i wyjaśnione oraz śpiewać oficjum, ponieważ Ten, kto jest Stwórcą trzech głównych języków: hebrajskiego, greckiego i łacińskiego, stworzył też wszystkie inne języki dla czci i chwały”.

    Nieustanne zmagania wyczerpywały jednak z wolna siły apostoła, który spodziewając się rychłej śmierci mianował swoim następcą jednego ze swych najdawniejszych uczniów imieniem Gorazd. Kiedy zmarł (w roku 885), odprawiono nad nim nabożeństwo żałobne w trzech językach: łacińskim, greckim i słowiańskim, i – jak napisał wybitny polski slawista Tadeusz Lehr-Spławiński – „był to ostatni bodaj moment, kiedy te trzy języki rozbrzmiewały w kościele morawskim jako równouprawnione. Śmierć Metodego rozpętała bowiem burzę, która zmiotła w krótkim czasie liturgię słowiańską z obszaru państwa wielkomorawskiego. Niemiecko-łacińskie duchowieństwo pod przewodem Wichinga [narzuconego Metodemu przez Niemców biskupa pomocniczego – przyp. JW.] podniosło zaraz głowę i rzuciło się do zajadłej walki przeciwko idei Metodego. Gorazd nie zdołał wcale objąć tronu arcybiskupiego”.

    Zabrakło wiernego sojusznika i opiekuna Słowian w osobie papieża Jana VIII, który umarł trzy lata wcześniej, otruty i dobity młotem przez swego krewniaka. Zaczynało się „ciemne stulecie” i wiek pornokracji w Kościele. Dla Kościoła słowiańskiego czas był szczególnie ciemny. Papież Stefan V, który zasiadł na Stolicy Apostolskiej niespełna pół roku po śmierci Metodego, potępił liturgię słowiańską i zakazał jej sprawowania pod karą ekskomuniki. W konsekwencji tego aktu uczniowie Cyryla i Metodego opuścili Wielkie Morawy i powędrowali do Bułgarii, gdzie za ich sprawą doszło wkrótce do wielkiego rozkwitu życia zakonnego i ostatecznej chrystianizacji państwa bułgarskiego. Niestety jednak pozbawiony wsparcia papieskiego Kościół słowiański wkrótce rozpłynie się tam w morzu prawosławia, i w roku 1054 wskutek wielkiej schizmy wschodniej na zawsze oderwie się od Kościoła katolickiego. Na Zachodzie zaś ulegnie latynizacji, czyli de facto germanizacji.

    Co by było, gdyby…?

    Warto sobie dobrze uświadomić, jakie owoce mogłaby przynieść misja Cyryla i Metodego, kontynuowana niestrudzenie przez ich uczniów, gdyby nie została stłamszona w zarodku? Bezkresny obszar Słowiańszczyzny od morza Czarnego i Adriatyku po Bałtyk i Morze Północne wyznający wiarę Chrystusową pod przewodnictwem Rzymu. „Gdyby zwyciężyła polityka Mikołaja I i jego następców Hadriana i Jana VIII – zauważa Christopher Dawson – „powstałaby zapewne na Bałkanach i w krajach naddunajskich nowa słowiańska prowincja chrześcijańska, niezależna od państwowych Kościołów cesarstwa bizantyjskiego i cesarstwa karolińskiego”. Prowincja jakże potrzebna papiestwu jako siła, na której mogłoby się ono oprzeć w narastającym konflikcie z coraz bardziej schizmatyckim Konstantynopolem, jak również w przyszłym zmaganiu o prymat z zachodnim cesarstwem. Kościół Zachodu przyjąłby oblicze nie germańskie lecz romańsko-słowiańskie. Tymczasem – jak pisze czeski bizantynolog, ksiądz František Dvorník – „dzieło Metodego stworzone na terenie patriarchatu rzymskiego, które miało być środkiem związania Słowian ze Stolicą Apostolską, przysłużyło się Kościołowi bizantyjskiemu i związało Słowian nie z Rzymem ale z Bizancjum”. Taki był skutek poczynań niemieckich biskupów, którzy uważali się za bardziej rzymskich niż sam papież.

    Ale nie skupiajmy się wyłącznie na Wschodzie. Pomyślmy również o zachodnich rubieżach Słowiańszczyzny – o zamieszkujących je Połabianach, którzy uporczywie trwali w pogaństwie praktycznie aż do XII wieku, z nieprzejednaną wrogością odnosząc się do wiary Chrystusowej, która w ich doświadczeniu przybierała twarz Henryka Lwa czy Albrechta Niedźwiedzia. O ileż łatwiej byłoby ich ochrzcić i przekonać do Ewangelii, gdyby nieśli ją im pobratymcy mówiący tym samym językiem, a nie bezduszni zdobywcy zainteresowani nie ich dobrem duchowym, lecz możliwością ich zniewolenia. Można beztrosko zawyrokować, że sami sobie winni, iż nie pojęli na czas (jak nasz Mieszko I), że dla chrześcijaństwa nie ma w Europie alternatywy, że czas pogaństwa definitywnie się skończył, że w ostateczności kto nie posłucha Słowa Bożego, ten posłucha miecza, ale nie będzie to sąd sprawiedliwy, bo obraz chrześcijaństwa, jaki im nieśli niemieccy margrafowie, zraziłby najżarliwszego entuzjastę.

    Gdyby więc przetrwał Kościół słowiański, jego misjonarze prędzej czy później (w rzeczy samej raczej prędzej niż później) dotarliby nad Łabę i Hawelę, a wówczas sprawy najprawdopodobniej potoczyłyby się analogicznie jak na Morawach, w Panonii czy w Bułgarii i wkrótce od Warny aż po Hamburg rozciągałaby się Wielka Rzesza Słowiańska. I to ona rozdawałaby karty w tym regionie starego kontynentu. A może i szerzej.

    Jerzy Wolak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    15 lutego

    Błogosławiony Michał Sopoćko, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Klaudiusz de la Colombiere, prezbiter
      •  Święty Zygfryd, biskup
    ***
    Błogosławiony Michał Sopoćko

    Michał Sopoćko urodził się 1 listopada 1888 roku w Juszewszczyźnie (zwanej też Nowosadami) w powiecie oszmiańskim na Wileńszczyźnie w ubogiej rodzinie szlacheckiej, pielęgnującej tradycje patriotyczne. Mimo problemów materialnych rodzice zadbali o podstawowe wykształcenie dzieci. Wybór drogi życiowej i wczesne odczytanie powołania Michał zawdzięcza moralnej postawie rodziców, ich głębokiej pobożności i miłości rodzicielskiej. Rodzina wspólnie modliła się i razem regularnie dojeżdżała wozem konnym na nabożeństwa do odległego o 18 km kościoła parafialnego.
    Po ukończeniu szkoły miejskiej w Oszmianie, w 1910 r. Sopoćko rozpoczął czteroletnie studia w seminarium duchownym w Wilnie. Naukę mógł kontynuować dzięki zapomodze przyznanej mu przez rektora. Święcenia kapłańskie otrzymał 15 czerwca 1914 r. Kapłańską posługę rozpoczął jako wikariusz w parafii Taboryszki koło Wilna.
    W 1918 r. otrzymał pozwolenie na wyjazd do Warszawy, na studia na Wydziale Teologicznym UW. Jednak choroba, a później działania wojenne uniemożliwiły mu podjęcie studiów. Zgłosił się na ochotnika do duszpasterstwa wojskowego. Prowadził działalność duszpasterską w szpitalu polowym i wśród walczących na froncie żołnierzy. Starał się wykonywać swoją posługę jak najlepiej mimo kolejnych kłopotów zdrowotnych. W 1919 r. Uniwersytet Warszawski wznowił działalność i ks. Sopoćko zapisał się na sekcję teologii moralnej oraz na wykłady z prawa i filozofii, które ukończył magisterium w 1923 r.; trzy lata później uzyskał tam tytuł doktora teologii. W latach 1922-1924 studiował także w Wyższym Instytucie Pedagogicznym. W czasie studiów był nadal kapelanem wojskowym (aż do roku 1929).
    W 1924 roku powrócił do rodzimej diecezji; w 1927 roku został mianowany ojcem duchownym, a rok potem – wykładowcą w Seminarium Duchownym i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.
    Po 1932 r. poświęcił się głównie pracy naukowej. Podjął naukę języków: niemieckiego, angielskiego i francuskiego, których znajomość ułatwiła mu studiowanie. Habilitował się w 1934 r. na Uniwersytecie Warszawskim. Pracy dydaktyczno-naukowej oddawał się aż do II wojny światowej. Pozostawił po sobie liczne publikacje z tego okresu.
    Od 1932 r. był spowiednikiem sióstr ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Tam spotkał siostrę Faustynę Kowalską, która od maja 1933 r. została jego penitentką. Spotkanie to okazało się ważne dla obojga. Ona znalazła w nim mądrego spowiednika, który był inspiratorem powstania jej Dzienniczka Duchowego, a on za jej przyczyną stał się czcicielem Miłosierdzia Bożego i stworzył podstawy teologiczne tego kultu. W Dzienniczku siostra Faustyna zapisała obietnicę Pana Jezusa, dotyczącą jej spowiednika, ks. Michała Sopoćki, który pomagał jej przekazać prawdę o Miłosierdziu Bożym:Tyle koron będzie w koronie jego, ile dusz się zbawi przez dzieło to.
    Nie za pomyślność w pracy, ale za cierpienie nagradzam (Dzienniczek, 90).W czasie okupacji niemieckiej, aby uniknąć aresztowania, musiał ukrywać się w okolicach Wilna. Był założycielem zgromadzenia zakonnego Sióstr Jezusa Miłosiernego (1941). Od 1944 r., gdy Seminarium Duchowne w Wilnie wznowiło działalność, wykładał w nim aż do jego zamknięcia przez władze radzieckie. Ponieważ groziło mu aresztowanie, wyjechał w 1947 roku do Białegostoku, gdzie w seminarium wykładał pedagogikę, katechetykę, homiletykę, teologię pastoralną i ascetyczną. Uczył też języków łacińskiego i rosyjskiego.
    Jeszcze przed wojną zaczął prowadzić intensywną akcję trzeźwościową w ramach Społecznego Komitetu Przeciwalkoholowego. W latach 50. zorganizował szereg kursów katechetycznych dla zakonnic i osób świeckich, a także wykłady otwarte o tematyce religijnej przy parafii farnej w Białymstoku. W 1962 r. przeszedł na emeryturę, ale do końca swych dni uczestniczył aktywnie w życiu diecezji, pracował naukowo i publikował. Zmarł w domu Sióstr Misjonarek przy ul. Poleskiej 15 lutego 1975 r., w dzień wspomnienia świętego Faustyna, patrona siostry Faustyny Kowalskiej. Został pochowany na cmentarzu w Białymstoku.
    30 listopada 1988 r. dokonano ekshumacji jego doczesnych szczątków w celu przeniesienia ich do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Białymstoku. 28 września 2008 r. w tym właśnie sanktuarium miała miejsce uroczysta beatyfikacja ks. Michała.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Nigdy się nie skarżył

    O nabożeństwie do Miłosierdzia Bożego, wielkiej pokorze i cierpieniu ks. Michała Sopoćki opowiada s. Bogdana Łasocha, misjonarka Świętej Rodziny.

    Ks. Michał Sopoćko był kapłanem rozmodlonym, ale mocno stąpającym po ziemi
     Archiwum Zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego/faustyna.pl

    Ks. Michał Sopoćko był kapłanem rozmodlonym, ale mocno stąpającym po ziemi

    ***

    O. Sebastian Wiśniewski, oblat Maryi Niepokalanej: Towarzyszyła Siostra bł. Michałowi Sopoćce, spowiednikowi św. Siostry Faustyny, w jego ostatnim roku życia. Jak Siostra wspomina ks. Sopoćkę?

    S. Bogdana Łasocha: W 1974 r. zostałam skierowana przez matkę generalną do domu zakonnego przy ul. Poleskiej w Białymstoku. Miałam opiekować się ks. Michałem Sopoćką, który był wtedy kapelanem naszej kaplicy i mieszkał w naszym domu. Miał już 86 lat i był bardzo schorowany. Warunki były u nas bardzo skromne. Przełożona oddała swój pokój księdzu kapelanowi i mieszkała razem ze mną w pokoju obok. Miała ze mną jedno wielkie utrapienie, bo ciągle ćwiczyłam grę na pianinie. Ksiądz Sopoćko też na pewno mnie słyszał, bo mieszkał za ścianą. Musiałam w tym czasie ćwiczyć i zdawać kolejne egzaminy w Warszawie, a poza tym miałam opiekować się ks. Sopoćką.

    Czy ks. Sopoćko dał się Siostrze poznać jako szczególny czciciel Miłosierdzia Bożego?

    Przypominam sobie, że zawsze podczas kazań ks. Sopoćko nawiązywał do Miłosierdzia Bożego. Pamiętam, że w niedzielę po Wielkanocy – która według Dzienniczka św. Siostry Faustyny miała być Niedzielą Miłosierdzia, a kult Bożego Miłosierdzia był ciągle wstrzymywany – ks. Sopoćko, mówiąc o Miłosierdziu Bożym podczas Mszy św. rozpłakał się. Nie dokończył tego kazania… Pamiętam też, że kiedy, jako uczennica Studium Muzycznego, wyjeżdżałam na zajęcia czy egzaminy, prosiłam go o modlitwę. Błogosławił mnie i mówił, żebym się modliła do Miłosierdzia Bożego, a kiedy wracałam, to zawsze pytał mnie, jak było, jak mi poszło…

    W 1959 r. kult Miłosierdzia Bożego został wstrzymany przez Stolicę Apostolską. To musiało być wyjątkowo trudne dla ks. Sopoćki…

    Prymas Stefan Wyszyński wrócił z Rzymu i chciał przekazać decyzję Kongregacji Świętego Oficjum ks. Sopoćce, który przyjął ją bardzo spokojnie. Później jednemu z zaprzyjaźnionych księży opowiedział: „Upokorzyłem się przed księdzem prymasem i powiedziałem: «Księże prymasie, proszę mi zadać pokutę za tyle zamieszania przeze mnie»”. Był bardzo pokorny… Kiedy rozmowa się kończyła, to prymas dodał mu otuchy i powiedział: „Życzę zwycięstwa, jeśli to będzie wolą Bożą, żeby wypłynęło to nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego”. Gdy wrócił od prymasa, to szybko pozbierał wszystkie obrazki z modlitwą do Miłosierdzia Bożego z kaplicy, przyniósł je do pokoju i powiedział: „Jest to dla mnie ból, ale jestem posłuszny Kościołowi”, a następnie włożył je do biurka.

    Wiemy, że stanowisko Rzymu w tej sprawie zmieniło się dopiero 3 lata po śmierci ks. Sopoćki. On jednak – chociaż sam był przekonany co do teologicznych podstaw kultu – przyjął ostrożność Stolicy Apostolskiej, jak Siostra wspomniała, ze spokojem. Czy wobec tego można powiedzieć, że ks. Sopoćko bardzo dużo od siebie wymagał? Czy był bardzo zasadniczy?

    To był naprawdę konkretny człowiek, wykształcony, jako jedyny w Białymstoku miał habilitację. W seminarium wykładał homiletykę i katechetykę. Był człowiekiem mocno stąpającym po ziemi. Poza tym to był bardzo rozmodlony kapłan. U niego było: „Tak, tak; nie, nie”. Nie było w ogóle niepotrzebnych słów. Kiedy go poznałam, był już bardzo zbolały i wychudzony. Myślę, że bolało go wszystko, przyjmował dużo lekarstw, ale nigdy się nie skarżył. Nigdy nie słyszałam, żeby się nad sobą użalał, heroicznie znosił cierpienie. Był bardzo umartwiony, taki człowiek dawnej ascezy. Ograniczał swoje potrzeby do minimum. Gdy kupiłyśmy mu buty, to on je komuś oddał, a sam chodził w starych kamaszach. W tych butach został też pochowany. Żył bardzo ubogo. Jeśli miał jakieś oszczędności, to oddawał je na założone przez siebie Zgromadzenie Sióstr Jezusa Miłosiernego. Siostry budowały wtedy dom generalny i on wszystko im oddawał. W swoim pokoju nie miał nawet nic do jedzenia. Wystarczały mu posiłki, które dostawał od sióstr. Czasami proponowałam mu herbatę, bo przyjmował tyle lekarstw, ale on za wszystko dziękował. Nie chciał niczego więcej. To był naprawdę zapracowany człowiek. Codziennie wstawał o czwartej rano. Przed Mszą św. spowiadał, a po niej zostawał jeszcze długo na dziękczynieniu. Po śniadaniu pisał na maszynie i dużo czytał, a miał już 86 lat.

    Siostra towarzyszyła ks. Sopoćce również w ostatnich jego godzinach…

    Tak. Pamiętam, że 11 lutego 1975 r. ks. Sopoćko, idąc na Mszę św., zasłabł. Zaprowadzono go do pokoju, a siostry wezwały lekarza, który powiedział, że to już jest początek agonii. Powiadomiłyśmy Kurię Diecezjalną i wtedy przyszło dwóch księży, którzy udzielili ks. Sopoćce sakramentu namaszczenia. Ksiądz Sopoćko bardzo cierpiał. Czuwałyśmy przy nim przez 3 czy 4 dni i noce. W pokoju u księdza była na szafie walizka. Ksiądz Sopoćko spojrzał na mnie i po chwili na tę walizkę. Zapytałam, czy ją podać. Odpowiedział, że tak, więc chwyciłam tę walizkę i ją otworzyłam, a tam była alba i fioletowy ornat. Przygotował sobie wcześniej na pogrzeb… W ostatnich dniach życia ks. Sopoćko wyraźnie przeżywał walkę duchową. On – zazwyczaj delikatny, spokojny, bardzo taktowny – sprawiał wrażenie, jakby walczył z jakimś niewidzialnym wrogiem. Jeden z kapłanów udzielił mu absolucji i odprawił Mszę św. o szczęśliwą śmierć, a my klęczałyśmy przy ks. Sopoćce i odmawiałyśmy chwalebną część Różańca. Gdy skończyłyśmy ostatnią tajemnicę – była to godz. 19.55 – ks. Sopoćko oddał ducha Panu. Był to dzień 15 lutego 1975 r.

    S. Bogdana Łasocha
    należy do Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny. Opiekowała się schorowanym bł. ks. Michałem Sopoćką do jego śmierci w 1975 r. Obecnie mieszka w klasztorze przy sanktuarium bł. Bolesławy Lament w Białymstoku.

    Świadectwo Rafała Dudzińskiego – męża i ojca czworga dzieci, członka Wspólnoty Bożego Ojcostwa, wojownika Maryi:
    Rok 2001 był przełomowy w moim życiu duchowym. Otrzymałem łaskę „nawrócenia”, wszystko nabrało nowego sensu i znaczenia. Pamiętam jak dziś rozmowę z siostrą zakonną, której tłumaczyłem, że księża powinni „to i tamto” zmienić w swoim życiu. Była to bardzo mądra osoba, która nie tłumaczyła mi wiele, tylko powiedziała: „Rafał, to nie ten kierunek, ty potrzebujesz rekolekcji, czyli spotkania z Bogiem Miłosiernym”. Zaproponowała mi rekolekcje u salwatorianów w Krakowie. Zanim jednak na nie dotarłem, zawitałem do Łagiewnik, ponieważ jako pokutę podczas spowiedzi dostałem do odmówienia Koronkę do Miłosierdzia Bożego. To miejsce, ta modlitwa, tak prosta i tak głęboka, poruszyły moje serce. Pamiętam do dziś prośbę, a raczej modlitwę, którą wówczas napisałem: „Dziękuję za wszystko i proszę o wszystko”. W dzieciństwie nie miałem kochającej się rodziny, ale podziękowałem za wszystko, jakby to, co złe, nie mogło przysłonić dobra, którego tak wiele doświadczyłem w moim życiu. Było to dla mnie jak nowe życie, wróciłem inny. Nie osądzałem księży, wybaczyłem rodzicom, odnowiłem relacje ze znajomymi, miałem inne serce, zagościło w nim miłosierdzie. W czasie rekolekcji wyspowiadałem się ze wszystkiego, dosłownie ze wszystkiego. W sercu miałem przekonanie, że Bóg o tym wszystkim wiedział, o całym moim życiu po ciemnej stronie i jednocześnie poczułem Jego ogromną miłość, która jest większa niż mój grzech. Zrozumiałem, że skoro jestem kochany, to też chcę się nauczyć kochać. Od tamtego momentu minęło 20 lat, w moim życiu wiele się zmieniło. Mam szczęśliwą rodzinę, czworo dzieci, mamy dom, który wyremontowaliśmy, byłem na Światowych Letnich Igrzyskach Olimpiad Specjalnych w Los Angeles jako trener Reprezentacji Polski w Bowlingu, ponieważ na co dzień pracuję z dziećmi i młodzieżą z niepełnosprawnością intelektualną. A to, co najważniejsze, mam do dziś – doświadczenie bezwarunkowej miłości Boga Ojca i wolne serce. Serce bez uzależnień, które zabijały we mnie radość życia i poczucie mojej wartości.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Błogosławiony ks. Sopoćko – spowiednik św. Faustyny Kowalskiej

    Błogosławiony ks. Sopoćko - spowiednik Św. Faustyny Kowalskiej
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Na potwierdzenie tego zdania można przywołać zdarzenie opisane w Dzienniczku, kiedy to pewna starsza zakonnica zwierzyła się siostrze Faustynie, że od paru lat cierpi wewnętrznie, ponieważ zdaje się jej, że wszystkie spowiedzi źle odprawiła, i ma wątpliwości, czy Pan Jezus jej przebaczył. Nie wierzyła też spowiednikowi, który był pewien ważności sakramentu pojednania.

    „Płacząc gorzko, nie chciała mnie puścić – relacjonuje apostołka miłosierdzia – i mówi mi:

    »Ja wiem, że Pan Jezus do siostry mówi«.

    A nie mogąc się od niej wyrwać, bo mnie chwyciła za ręce, więc przyrzekłam jej, że się za nią pomodlę. Wieczorem w czasie benedykcji usłyszałam w duszy te słowa:

    »Powiedz jej, że więcej rani moje serce jej niedowierzanie, aniżeli grzechy, które popełniła«

    Kiedy jej o tym powiedziałam, rozpłakała się jak dziecko i radość wielka wstąpiła w jej duszę. Zrozumiałam, że Bóg pragnął tę duszę pocieszyć przeze mnie, a więc chociaż mnie to wiele kosztowało, spełniłam życzenie Boże” (Dz. 628).

    UFNOŚĆ POMIMO GRZECHU

    Ksiądz Sopoćko przestrzegał, ażeby widzenie własnych braków i słabości nie zniechęcało nikogo do ufności. Wręcz przeciwnie: świadomość popełnianych grzechów powinna mobilizować do opierania się na Jezusie w ich usuwaniu, a więc do oddania ich w „trybunale miłosierdzia”, jakim jest konfesjonał.

    ADVERTISEMENT

    Osobom, które przygniecione są ciężarem popełnionych grzechów, trudno jest nieraz zaufać. A tymczasem – jak powtarzał wielokrotnie Pan Jezus św. Faustynie – te dusze mają szczególny dostęp do Jego serca.

    W Dzienniczku znajdziemy przejmującą rozmowę miłosiernego Boga z duszą w rozpaczy:

    „– Dusza […]: Czy to możliwe, żeby jeszcze dla mnie było miłosierdzie? – pyta pełna trwogi.

    – Jezus: Właśnie ty, dziecię moje, masz wyłączne prawo do mojego miłosierdzia. Pozwól mojemu miłosierdziu działać w tobie, w twej biednej duszy; pozwól, niech wejdą do duszy promienie łaski, one wprowadzą światło, ciepło i życie. […]

    – Dusza: O Panie, ratuj mnie sam, bo ginę, bądź mi Zbawicielem. O Panie, resztę wypowiedzieć nie jestem zdolna, rozdarte jest moje biedne serce, ale Ty, Panie…

    – Jezus nie pozwolił dokończyć tych słów duszy, ale podnosi ją z ziemi, z otchłani nędzy, i w jednym momencie wprowadza ją do mieszkania własnego Serca, a wszystkie grzechy znikły w okamgnieniu, miłości żar zniszczył je.

    – Jezus: Masz, duszo, wszystkie skarby mojego serca, bierz z niego, cokolwiek ci potrzeba. […] Nie zagłębiaj się w nędzy swojej, jesteś za słaba, abyś mówiła; lepiej patrz w moje serce pełne dobroci i przejmij się moimi uczuciami, i staraj się o cichość i pokorę. Bądź miłosierna dla innych, jako Ja jestem dla ciebie, a kiedy poczujesz, że słabną twe siły, przychodź do źródła miłosierdzia i krzep duszę swoją, a nie ustaniesz w drodze” (Dz. 1486).

    Niezależnie od tego, na jakim etapie drogi życia jesteśmy, troszczmy się o wzrost zażyłości z Panem Bogiem, szczególnie w sakramencie pojednania i Eucharystii. A kiedy przyjdą na nas ciężkie dni i niecodzienne wyzwania, nie zapominajmy o radzie bł. ks. Michała Sopoćki:

    „Gdy tedy mamy do spełnienia coś wielkiego i trudnego, zwracajmy się z ufnością do miłosierdzia Bożego, jak owa niewiasta chora, która się dotknęła szat Jezusa i poczuła się zdrowa (por. Mk 5,25-34)”.

    źródła: ks. Michał Sopoćko, Jezus Król Miłosierdzia. Artykuły z lat 1936-1975, Warszawa 2005; tenże: Dar Miłosierdzia. Listy z Czarnego Boru, Częstochowa 2008.

    ____________________________________________________________________________

    Bł. ks. Michał Sopoćko: Jak zwalczać diabelskie pokusy

    Bł. ks. Michał Sopoćko: Jak zwalczać diabelskie pokusy
    fot. via Pixabay

    ***

    “Jeśli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenia”(Syr 2,1)

    Ktokolwiek chce być prawym chrześcijaninem i nabyć prawdziwą cnotę, winien się przygotować na różnorakie pokusy, od których nawet Chrystus nie był wolny. (…) Wszyscy na ziemi pozostajemy jakby między dwoma biegunami: nad nami Bóg Miłosierny i najrozkoszniejsze niebo, a pod nami szatan złośliwy i piekło. Bóg nas wzywa ku sobie, zaszczepiając w nas wiarę, nadzieję i miłość, a szatan ciągnie ku sobie przez “pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pychę tego życia”(1J 2,16). Winniśmy zrobić wybór i przechylić się ku jednemu lub drugiemu biegunowi; neutralność tu jest niemożliwa: albo ulegniemy wezwaniu Miłosierdzia i cnoty, albo damy się porwać powabom występku. (…)

     Pokusy często powstają z naszej winy, z braku umartwienia i czuwania, z powodu niestałości umysłu i braku ufności w Miłosierdzie Boże. Jak łodzią bez steru rzucają bałwany, tak człowiek niestały i wylany na zewnątrz bywa miotany różnymi pokusami. Czasami pokusy przychodzą bez naszej winy i wówczas nie należy się niepokoić. Walka bowiem z pokusami nie jest wprawdzie przyjemną, ale nader pożyteczną. Dlatego Bóg pokusy dopuszcza i posługuje się nimi jak nieraz lekarz trucizną dla większego dobra duszy.

    Pokusa uczy pokory. Wielu ludzi żyje w złudzeniu, ukrywając przed sobą swą nędzę, jaką odkrywa pokusa, by nauczyć nas pogardzać sobą, a ufać Bogu. Piotr w wieczerniku był zuchwały mówiąc, że nigdy nie zdradzi Mistrza, a po upadku stał się nad wyraz pokorny i na pytanie Mistrza, czy miłuje Go, odpowiada, że “Ty wiesz, że Cię kocham”(J 21,17). Jak okręt winien być nieco zanurzony w wodzie, by się nie przewrócił, tak Bóg dopuszcza nam zanurzyć się w nędzy pokusy, by nas utrzymać w pokorze.

     Pokusa oczyszcza duszę i wyrywa ją ze złudnego niedbalstwa, czyniąc ją czujną i ostrożną. Jak morze wyrzuca męty i brudy, tak dusza miotana pokusą uwalnia się od złudzeń co do swej doskonałości. (…)

     Pokusa utwierdza duszę w cnotach i ułatwia postęp w doskonałościach. Bez walki nie ma zwycięstwa, a bez zwycięstwa nie ma cnoty, która się nabywa przez ustawiczne ćwiczenie. Jak drzewo narażone na wichry zapuszcza głęboko korzenie, tak dusza miotana pokusami umacnia się w cnocie. (…)

     Godność istoty rozumnej wykwita przede wszystkim z wolnej woli. Zasługą i chwałą istoty wolnej jest opór stawiany złym popędom, jaki się uwalnia przy zwalczaniu pokusy. Bóg pozostawił nas wolnymi, byśmy przy jego łasce samorzutnie czynili wybór. Dlatego dzierżymy w swym ręku wagę życia i śmierci, zła i dobra. Celem naszym ma być zjednoczenie z Bogiem, które możemy osiągnąć tylko aktami wolnymi. W ten sposób przez pokusy pomnażają się nasze zasługi i nagroda. “Błogosławiony mąż, który oprze się pokusie”(Jk 1,12).

    Wreszcie pokusa przyczynia się do pomnożenia chwały Boga i naszej. Po każdym naszym zwycięstwie nad szatanem Bóg jest uwielbiony, bo Jego żołnierz odniósł tryumf nad wrogiem orężem łaski. (…)

     Nie smućmy się, gdy na nas uderzają pokusy, bo Ten pozwala nas kusić, który chce nas udekorować koroną i nie pozwoli kusić nas nad to, co możemy. “Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania, abyście mogli przetrwać”(1Kor 10,13). (…)

     Aby odnieść pożytek z pokus, należy im zapobiegać, zwalczać je energicznie i po odniesionym zwycięstwie dziękować Bogu za pomoc. Znana jest zasada, że lepiej chorobie zapobiec, niż z niej się leczyć. (…) Tym bardziej doradza to nam chrześcijańska przezorność. Nie trzeba pokus się lękać, ale należy im raczej zapobiegać. Gdy zaś pokusa naciera, nie dowierzajmy sobie, a raczej ufnie prośmy Boga o pomoc i unikajmy okazji. (…)

     Modlitwa ufna stawia nas obok Boga i czyni nas niezwyciężonymi. Mamy się modlić z wielką ufnością w Miłosierdzie Boże, które nigdy nas nie zawiedzie. Módlmy się ustnie i myślą, prywatnie i publicznie, w chwilach spokoju, by się uzbroić przed atakiem przyszłych pokus, a gdy one nadejdą wzbudzajmy krótkie akty strzeliste, np. “Okaż mi, Panie, Miłosierdzie swoje”, “Jezu, ufam Tobie!”, “Zmiłuj się nade mną, Panie!” itp. (…)

     Fronda.pl/sł. B. ks. M. Sopoćko, Rozważania o Miłosierdziu Bożym i konferencje. O pokusach, AAB, T. LVII, mps, s. 288-293

    ____________________________________________________________________________

    Kto ma ufność w Miłosierdzie Boże, ten nie zginie
    bł. ks. Michał Sopoćko/fot. F. Czarnowski, CC BY SA 3.0, Wikimedia Commons

    ***

    Kto ma ufność w Miłosierdzie Boże, ten nie zginie

    POTRZEBA UFNOŚCI

    Istnieje legenda, że wszystkie cnoty, na czele ze sprawiedliwością, postanowiły opuścić ziemię, splamioną tylu występkami, a odejść do ojczyzny swojej, skąd przyszły – do nieba. Zebrały się wszystkie razem i ruszyły do bram niebieskich. Bramy jednak były zamknięte i odźwierny nie chciał ich do przybytku szczerości wpuścić, zapytując, dlaczego tak szybko z ziemi wracają. “Nie można już dłużej na ziemi wytrzymać – odrzekły – każda cnota jest tam poniewierana i prześladowana, a grzechy jak powódź świat zalewają”. “Wejdźcie – odrzekł odźwierny – tylko ty, ufność, wracaj na ziemię, by biedny człowiek nie popadł w rozpacz wśród tylu pokus i cierpień”. Na te słowa ufność wróciła, a z nią powróciły potem i wszystkie inne cnoty.

    W tej starej legendzie zawiera się głęboka myśl, że kto ma ufność w Miłosierdzie Boże, ten nie zginie, choćby wpadł w największe grzechy, albowiem z ufnością mogą wrócić do niego i inne cnoty. Dlatego ufność przyrównują do gołębicy Noego, która, wypuszczona z arki w czasie potopu, przyniosła mu gałązkę zieloną na znak, że wody opadły. Tak ufność zwiastuje, że Bóg jest miłosiernym Ojcem. Przyrównują ją również do latarni morskiej, która wskazuje rozbitkowi, że brzeg jest blisko, i że może do niego przy wysiłku dopłynąć. Tak ufność przyświeca ziemskiemu wędrowcowi w jego nieraz trudnej drodze życia, a błogie jej światło pociesza go, ożywia i wskazuje drogę do celu. (…) Ufność – jako spodziewanie się pomocy obiecanej – jest koniecznym warunkiem cnoty teologicznej nadziei, którą można przyrównać do kotwicy. Jak bowiem kotwica utrzymuje okręt na morzu i chroni go w czasie burzy od rozbicia się o skały ukryte, tak nadzieja w żegludze życia ludzkiego – niby kotwica o dwóch zębach – podtrzymuje w nas pragnienie [aby] posiąść w całej pełni dobro najwyższe – Boga i Jego dary, i ufa, czyli się spodziewa obiecanej w tym celu i wysłużonej przez Jezusa Chrystusa pomocy, czyli łaski potrzebnej.

    A jak konieczną jest ta łaska do zbawienia, tak konieczną rzeczą jest spodziewanie się jej, albo ufność, że Najmiłosierniejszy Zbawiciel tej łaski nie poskąpi, a udzieli jej hojnie. Przedmiotem nadziei jest sam Bóg, a przedmiotem ufności jest obietnica Boga, że udzieli nam potrzebnej pomocy. Najmiłosierniejszy Zbawiciel wielokrotnie obiecał nam swoją pomoc, gdy np. powiedział: “Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”(Mt 11,28). (…) To jest niedwuznaczna obietnica, uczyniona przez Tego, który nigdy nikogo nie zawiódł. Bóg w raju obiecał prarodzicom Mesjasza i zesłał Go wreszcie jako Syna swojego a Pana naszego Jezusa Chrystusa. Ten zaś Jezus z jednej strony powiada, że “beze Mnie nic nie możecie uczynić”(J 15,5), czyli żąda uznania naszej słabości, niemocy i nieudolności w sprawie naszego zbawienia. Z drugiej zaś strony zapewnia: “Wszystko, o co prosicie w modlitwie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie”(Mk 11,24), – wierzcie to znaczy ufajcie, jak wynika z kontekstu. Do tej ufności nawołuje Apostoł: “Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy doznali miłosierdzia i znaleźli łaskę pomocy w stosownej chwili”(Hbr 4,16).

    Czyli, że ufność jest koniecznym warunkiem Miłosierdzia Bożego. (…) Ufność przebija niebiosa i wraca stamtąd z błogosławieństwem, podczas gdy brak ufności powoduje oziębłość i przekształca się w zarozumiałość, a nawet ściąga karę.(…) Zdarzyć się może, że człowiek wśród burz tego życia straci wszystko, co stanowiło jego piękno i wartość: wiarę swą nadwyręży, porwie liny miłości, zbruka swe sumienie różnymi ciężkimi grzechami, ale jeżeli ma jeszcze kotwicę nadziei, której koniecznym warunkiem jest ufność, zaczepi się o dno Miłosierdzia Bożego i uniknie zupełnej zguby. (…) Ufność w Miłosierdzie Boże jest składową częścią żalu za grzechy, dlatego tylko ufający może się spodziewać odpuszczenia grzechów swoich w sakramencie pokuty. Toteż przygotowując się do spowiedzi (…)wzbudzajmy często akt ufności i patrząc na obraz Najmiłosierniejszego Zbawiciela, który Go nam przedstawia w momencie ustanowienia sakramentu pokuty, powtarzajmy często ten akt strzelisty, którego nauczył nas Zbawiciel: “Jezu, ufam Tobie!”.

    SKUTKI UFNOŚCI

    “A ja zaufałem Twemu miłosierdziu; niech się cieszy me serce z Twojej pomocy, chcę śpiewać Panu, który obdarzył mnie dobrem”(Ps 13,6)

    Ufność w Miłosierdzie Boże jest uznaniem wszechmocy, dobroci i litości Stwórcy. Przez takie uznanie składamy Bogu hołd najwyższy, który otwiera bramy nieba i sprowadza na duszę liczne łaski Boże. Dlatego Psalmista powiada: “łaska ogarnia ufających Panu”(Ps 32,10). Kto zaś ufa nie Bogu, lecz sobie, swemu rozumowi, bogactwom, stosunkom, ten stawia tamę Miłosierdziu Bożemu.(…) Ufność daje męstwo i siłę do wytrwania w najtrudniejszych okolicznościach życia. Dlatego św. Jan Chryzostom nazywa ufność hełmem, który zasłania duszę przed pociskami nieprzyjaciół. Dowodem tego jest Dawid, który bez broni wystąpił przeciwko uzbrojonemu Goliatowi i w imię Boga Najwyższego zwyciężył.

    Ufność w Miłosierdzie Boże chroni nas przed atakami piekła. Wszystkie pokusy najłatwiej zwyciężamy przez krótki akt strzelisty, skierowany do Najmiłosierniejszego Chrystusa: “Jezu, ufam Tobie!”(…). Ufność usuwa smutek i przygnębienie, a wlewa do duszy nadprzyrodzoną pociechę i radość. (…) Radość jest jedną z największych potrzeb życia. Czym światło dla rośliny, powietrze dla zwierząt, a woda dla ryby, tym jest radość dla człowieka. (…) Otóż ufność w Miłosierdzie Boże jest źródłem takiej radości, albowiem podnosi duszę znękaną, a krzyż życia czyni lżejszym i milszym. Dlatego św. Paweł raduje się wśród trudów apostolskich: “Raduję się w cierpieniach za was”(Kol 1,24). (…) Ufność czyni cuda, bo ma na usługi wszechmoc Boga i nieskończone Jego Miłosierdzie. (…) Mojżesz z ufnością uderza laską o skałę, a ze skały wytryska potok. Piotr i Jan z ufnością mówią do spotkanego kaleki: wstań i chodź, a ten natychmiast odzyskuje władzę w nogach (por. Dz 3,7). Gdy więc mamy do spełnienia coś wielkiego i trudnego, zwracajmy się z ufnością do Miłosierdzia Bożego, jak owa niewiasta chora, która się dotknęła szat Jezusa i poczuła się zdrową.

    Ufność w Miłosierdzie Serca Jezusowego daje pokój wewnętrzny, jak to mówi Psalmista: “Gdy się położę zasypiam spokojnie, bo tylko Ty, Panie, pozwalasz mi mieszkać bezpiecznie”(Ps 4,9). Jak dziecię spokojnie zasypia na ręku matki, nie obawiając się niczego, tak dusza ufająca Miłosierdziu Bożemu pozostaje zawsze zrównoważona, niczego się nie obawia, przed niczym się nie trwoży, bo wie, iż prędzej matka zapomni o dziecięciu swoim, niż Bóg o tych, którzy Mu zaufali. Dlatego Chrystus Pan ukazując się Apostołom po Zmartwychwstaniu pozdrawiał ich słowami: “Pokój wam”, albowiem Mu bardzo ufali. Znany obraz Miłosierdzia Bożego przedstawia nam Jezusa w tym właśnie momencie ukazania się Apostołom w Wieczerniku w dniu Zmartwychwstania wieczorem, a kto będzie czcić ten obraz i ufać Zbawicielowi, dozna niezamąconego pokoju. Ufność wreszcie zapewnia świetną nagrodę po śmierci, jak tego dowodzą liczne przykłady Świętych Pańskich.

    Oto św. Szczepan ufa Chrystusowi w dysputach z faryzeuszami, a gdy ci zaczęli na niego rzucać kamienie, on woła padając na ziemię: “Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego stojącego po prawicy Boga”(Dz 7,56), – i dla tej ufności nie lęka się pocisków. (…) Przypominajmy często umierającym ufność w Miłosierdzie Boże, co uchroni ich od trwogi i rozpaczy, a sprowadzi na ich łoże śmiertelne Anioła pokoju. Wobec tak błogich skutków ufności, każdy z nas winien ją w sobie często wzbudzać, szczególnie w czasie pokusy, w niepowodzeniach i nieszczęściach, w samotności i opuszczeniu przez ludzi, w cierpieniach i chorobach, a nawet i wówczas, gdy się nam będzie wydawać, że nawet Bóg nas opuścił. Tym bardziej wówczas garnijmy się do Najmiłosierniejszego Serca Zbawiciela, gdy nam odmawia swych pociech i nie wysłuchuje próśb naszych, gdy przygniata nas ciężkim krzyżem doświadczeń, jakich doznawali wszyscy święci. (…)

    W JAKI SPOSÓB UTWIERDZIĆ SIĘ W STAŁEJ UFNOŚCI BOGU?

    Pan Jezus w najrzewniejszych słowach i obrazach wzywa człowieka, by szedł za Nim drogą dziecięcej ufności i prostoty. “Ja jestem dobrym pasterzem”(J 10,11) – mówi, a ten jeden tytuł winien wzbudzać w sercu każdego chrześcijanina bezgraniczne zaufanie. W stosunku do Ojca Zbawiciel podaje siebie za Baranka, złożonego na całopalenie za grzechy całego świata, a w stosunku do nas jest to Pasterz dobry: On zna i miłuje swe owce, karmi je swą nauka i łaską, a nawet oddaje Ciało i Krew swoją na pokarm. (…) Dlaczego Bóg tak zaleca ufność? Dlatego, że ona jest hołdem złożonym Miłosierdziu Bożemu. Ufność to odpoczynek naszego umysłu, pogrążonego w stałej myśli o obecności Wszechmocnego i Miłosiernego Boga, pojmowanego raczej jako Ojca i Zbawiciela niż jako Pana.

    Ufność to zachęta i otucha zawsze dająca się pogodzić ze wszystkimi klęskami i próbami życia. Jakkolwiek głęboka w sercu byłaby boleść, jest jeszcze coś głębszego w nas samych: To Bóg obecny w duszy z całą swą potęgą, dobrocią i miłosierdziem. A ta zachęta w duszy chrześcijańskiej rośnie w miarę, jak się wzmagają cierpienia. Im bardziej dusza czuje się przytłoczoną i niemocną, tym więcej pojmuje, że ma liczyć tylko na pomoc Boga. (…) W jaki sposób utwierdzić się w stałej ufności Bogu? Trzeba przede wszystkim chcieć służyć Bogu, a chcieć szczerze, żyjąc prawdziwie po chrześcijańsku. Dusza nasza ma jedną słabą stronę, a jest nią główna namiętność. Bóg wymaga od nas tej jednej ofiary, a której od dawna Mu odmawiamy, albo przynajmniej złożenie jej odkładamy. Wobec ostatecznych naszych przeznaczeń, musimy w gorącej modlitwie Bogu przyrzec, że chcemy ofiarować Mu wszystko, czego od nas wymaga dla uświęcenia naszego.

    Taka stanowcza wola wytworzy w duszy pokój i ufność. Wszelkie wahanie przytłumia ufność, dlatego trzeba raz stanowczo się zdecydować. Po co te płonne wysiłki, by pogodzić wymagania Ewangelii z żądaniami świata? To się nigdy nie uda, bo kto się przywiązuje do świata, ogłasza się przeciwnikiem Jezusa. Cóż zyskamy stawiając opór łasce? Niepokój. Bóg jest naszą ostoją i naszym Wodzem w bojach naszych. On potrafi zawsze obrócić wszystko na dobro: nasze pokusy, przykrości, boleści, choroby, oschłości itp. tak, że nie ma dnia, godziny, chwili, w której nie moglibyśmy mówić z Prorokiem: “Oto Bóg jest zbawieniem moim! Będę miał ufność i nie ulęknę się, bo mocą moją i pieśnią moją jest Pan. On stał się dla mnie zbawieniem!”(Iz 12,2). (…) Ufność to klucz do Miłosierdzia Bożego, to naczynie, jakim czerpiemy ze skarbca litości Bożej.. “Jezu, ufam Tobie!”. (…) Jeszcze są dwie rady, jakie podaje Pismo św. dla utwierdzenia się w ufności – “Miej ufność w Panu i postępuj dobrze”(Ps 37,3), mówi Psalmista, byśmy nie roztrząsali, czy Bóg jest z nas zadowolony, ale raczej przypuszczali, że tak jest. Weźmy to za punkt wyjścia i czyńmy dobrze, pokładając w Bogu całą ufność.

    Drugą radę podaje Apostoł: “Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się!(…) Pan jest blisko”(Flp 4,4). Radość ma być tak silna i serdeczna, by nic nie mogło jej nadwyrężyć i zmienić. Niech to uczucie będzie nieodmienne, jak jego pobudka – Bóg. Wszystko niech się zmienia, prócz naszego względem Boga usposobienia.. (…) Bóg nam towarzyszy wszędzie, uśmierza burze, dodaje odwagi, leczy ułomności. Ręka Jego jest zawsze blisko nas, możemy ją chwycić ufną modlitwą. Nie traćmy odwagi, gdy wbrew naszym oczekiwaniom dotkną nas cierpienia, które wyleczą nas z wad ukrytych, jakie może przyniosłyby nam zgubę. Jak garncarz trzyma w piecu glinę, dopóki się nie stanie dobrą, tak Bóg każe nam pozostawać w piecu doświadczeń, dopóki nie wyćwiczymy się w cnocie. (…) Wreszcie ufność ma być połączona z tęsknotą, czyli pragnienie oglądania obietnic Bożych. (…) Tęsknota za Bogiem ma zagrzewać nas do ustawicznej pracy i zupełnego ofiarowania się Jemu. (…) Nie możemy dosyć ufać Bogu, ale nie wolno nam kusić Go, gdyż ufność prawdziwa nie jest ani zarozumiałością, ani bezwładnością.

    “Za łaską Boga jestem tym, czym jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna; przeciwnie, pracowałem więcej od nich wszystkich”(1Kor 15,10), mówi św. Paweł, czyli że jest dział dla łaski i dział dla naszej działalności. Nie jesteśmy zdolni do wszystkiego, więc i nie wymagajmy od siebie wszystkiego. Możemy mało, toteż i Bóg od nas nie żąda dużo, ale domaga się, byśmy z Jego łaską współpracowali. Jeżeli chcemy, chciejmy szczerze i czyńmy, co możemy, a modlitwa dopełni czynu, jak łaską dopełni naturę.

    bł. ks. Michał Sopoćko/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 lutego

    Święta Juliana, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Daniel, męczennik
      •  Błogosławiony Piotr z Castelnau, mnich i męczennik
    ***
    Święta Juliana

    Juliana żyła w III w. w Nikomedii. Była jedyną chrześcijanką w rodzinie. Ojciec, zaciekły poganin, zamierzał wydać córkę za prefekta miasta, Eleuzjusza. Dziewczyna jednak stanowczo oświadczyła, że za poganina za żadną cenę nie wyjdzie. Wobec odmowy ojciec kazał przyprowadzić ją przed sąd, któremu przewodniczył. Kiedy zachęty i groźby nie odnosiły skutku – nie mogąc pojąć, jak może odrzucać zaszczytną dla siebie ofertę małżeńską – poddał ją torturom, które sam jej wymierzył, a następnie skazał na śmierć przez ścięcie mieczem w 305 r.
    Śmiertelne szczątki męczennicy z Nikomedii przeniesiono do Pozzuoli we Włoszech, w czasie najazdu Longobardów wywieziono je do Kumy pod Neapolem (ok. 567), by w roku 1207 umieścić je w jednym z kościołów Neapolu. Tak wielka troska o relikwie Świętej świadczy, jak dużą czcią cieszyła się zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Niebawem relikwie św. Juliany, męczennicy, rozdzielono pomiędzy wiele kościołów Włoch, Hiszpanii i Holandii.
    W ikonografii św. Juliana przedstawiana jest w długiej szacie. Jej atrybutami są: u stóp diabeł w łańcuchach, korona, księga, krzyż, lilia, miecz, palma męczeńska.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 lutego

    Siedmiu Świętych Założycieli
    Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny

    Święci Założyciele Zakonu Serwitów NMP

    Do grona czczonych dziś Założycieli należeli: Aleksy Falconieri, Bartłomiej Amidei, Benedykt Antella, Buonfiglio Monaldi, Gerardino Sostegni, Hugo Lippi-Uguccioni oraz Jan Buonagiunta Monetti.
    Najbardziej znanym z nich jest św. Aleksy Falconieri. Był kupcem i mieszkał we Florencji w czasach, kiedy kraj przeżywał rozdarcie i bratobójcze walki. W 1215 roku w samą Wielkanoc przy Ponte Vecchio we Florencji miała pojawić się Matka Boża cała we łzach, opłakująca to, że Jej dzieci są między sobą rozdarte nienawiścią i wojną. Dnia 15 sierpnia 1233 roku Matka Boża miała pojawić się po raz drugi, okryta żałobą, pełna boleści. Reakcją na te objawienia było to, że wraz z sześcioma rówieśnikami, również florenckimi kupcami, Aleksy porzucił zajęcia i usunął się na ubocze, gdzie żył w ubóstwie i pokucie. Założył z nimi pobożną konfraternię, która podejmowała zadośćuczynienie za życie i grzechy współziomków. Z czasem przeniosła się ona na Monte Senario, gdzie powstał skromny dom i kaplica Matki Bożej. Członkowie konfraterni rozważali Mękę Pańską i mieli żywą cześć do Matki Bożej Bolesnej. Tak powstał nowy zakon, tzw. serwitów, czyli sług Maryi. Wspólnota przyjęła regułę św. Augustyna, a część konstytucji przejęła od dominikanów.
    Jako wędrowni kaznodzieje serwici przemierzyli Italię, Francję, Niemcy i Węgry. Dotarli nawet do Polski. W 1304 r. Stolica Apostolska zatwierdziła ich Zakon. Istnieje on do dzisiaj. Największą sławą okrył zakon św. Filip Benicjusz (+ 1285), który stał się prawodawcą tej rodziny zakonnej i najbardziej przyczynił się do jej rozpowszechnienia. Innym znanym serwitą był św. Peregryn Laziosi (+ 1345), patron chorych na raka. Niebawem powstał także zakon żeński, serwitek, którego założycielką była św. Juliana Falconieri (1270-1341), bratanica Aleksego.
    Aleksy zmarł 17 lutego 1310 r., dożywszy 100 lat. Papież Benedykt XIII wszystkich siedmiu pierwszych serwitów wyniósł do chwały ołtarzy w latach 1717-1725, a papież Leon XIII zaliczył ich w poczet świętych 15 stycznia 1888 roku jako Siedmiu Świętych Założycieli Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny (nazywanych także Braćmi z Monte Senario). Ich relikwie przechowywane są w sanktuarium na Monte Senario.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 lutego

    Błogosławiony Jan z Fiesole
    – Fra Angelico, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Teotoniusz, zakonnik
      •  Święta Konstancja
      •  Święty Flawian, patriarcha
    ***
    Fra Angelico: Noli me tangere

    Guido (lub Guidolino) da Pietro urodził się około 1400 roku w Castello Vecchio w Mugello (Toskania). W młodym wieku uczył się malarstwa we Florencji. Kiedy mając 20 lat odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego, wstąpił do zreformowanego konwentu dominikanów w Fiesole, który niedawno wybudował bł. Jan Dominici. Około 1420 roku otrzymał od niego habit oraz to samo imię. Śluby złożył około 1425 roku.
    Po otrzymaniu święceń kapłańskich był dwa razy wikariuszem swojego konwentu, a następnie jego przeorem. Wiernie wypełniał swoje obowiązki zakonne, a w swoich dziełach malarskich przekazywał braciom i wiernym Boże tajemnice, które kontemplował na modlitwie i w czasie studium świętej prawdy. Wezwany do Rzymu przez papieża Eugeniusza IV, wymalował dwie kaplice w kościele św. Piotra i w Pałacu Watykańskim. Na polecenie papieża Mikołaja V przyozdobił jego prywatną kaplicę i prywatny apartament (1445-1449). Pracował także w Kortonie, w konwencie św. Dominika (1438 r.) i w katedrze w Orvieto (1447 r.). Najbardziej znane są freski w konwencie San Marco we Florencji (dziś część klasztoru wydzielona jako Muzeum św. Marka).

    Fra Angelico: Św. Dominik adorujący Krzyż

    Gdy zwolniło się biskupstwo florenckie, Eugeniusz IV zaproponował jego objęcie Janowi. Brat Jan błagał papieża, aby nie musiał przyjmować tego obowiązku. “Był nie mniej znakomitym malarzem, jak i miniaturzystą, i niezwykle przykładnym mnichem” – zapisał Giorgio Vasari. Głównym źródłem jego natchnienia było Pismo Święte. Był człowiekiem prostym i uczciwym, ubogim i pokornym. Także jego malarstwo jest pełne kontemplacji Bożego piękna, a zarazem proste. Ze względu na to, że umiał połączyć cnotliwe życie ze sztuką, otrzymał przydomek Beato Angelico – anielski. Najczęściej jest nazywany Fra Angelico (Braciszek Anielski). Szeroko rozeszła się sława jego świętości i talentu.
    Zmarł w Rzymie 18 lutego 1455 roku, w konwencie Santa Maria sopra Minerva, gdzie do dzisiaj nad posadzką bazyliki znajduje się jego grób z marmurową podobizną. Beatyfikowany został przez św. Jana Pawła II w 1982 roku listem apostolskim motu proprio Qui res Christi gerit. W Polsce jest patronem historyków sztuki.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 lutego

    Święty Konrad z Piacenzy, pustelnik

    Święty Konrad z Piacenzy
    Konrad Confalonieri urodził się około roku 1290 w zamożnej, włoskiej rodzinie. Za młodu obrał sobie zawód rycerski. W roku 1313 w czasie polowania rozpalił ognisko dla wypłoszenia zwierzyny i wywołał pożar. Nie zdawał sobie sprawy, jaką klęskę żywiołową wywoła tym czynem. Namiestnik Piacenzy, Galeazzo Visconti, skazał na śmierć przypadkowo przyłapanego w lesie człowieka, podejrzanego o umyślny pożar lasu. Gdy Konrad się o tym dowiedział, natychmiast zgłosił się do namiestnika i wyznał swoją winę. Wynagrodził też pieniężnie wyrządzoną miastu szkodę. Oddał na ten cel cały swój majątek. Wydarzenie to stało się przełomem religijnym w życiu jego i małżonki, która wstąpiła do klasztoru klarysek w Piacenzy.
    Konrad natomiast zaczął prowadzić żywot wędrownego ascety. Wstąpił w 1315 r. do III zakonu św. Franciszka. Jako pielgrzym pokutny nawiedził wiele sanktuariów Italii. Osiadł w 1343 r. jako pustelnik w dolinie Noto koło Syrakuz na Sycylii, gdzie wiódł życie pełne wyrzeczenia. Miał dar prorokowania.
    Zmarł 19 lutego 1351 r. Pochowano go w Noto, w kościele św. Mikołaja. W roku 1485 jego śmiertelne szczątki umieszczono w srebrnej trumnie. Papież Urban VIII jego kult zatwierdzony dla diecezji syrakuskiej w roku 1515, potem rozszerzony na całą Sycylię (1544), rozciągnął także na zakony franciszkańskie (1625). Jest patronem osób cierpiących z powodu przepukliny.
    W ikonografii przedstawiany jako franciszkański pustelnik lub starzec z jeleniami i innymi zwierzętami. Jego atrybutami są: krzyż, dyscyplina, czaszka i księga.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 lutego

    Święci Franciszek i Hiacynta Marto, dzieci fatimskie

    Zobacz także:
      •  Święty Zenobiusz, prezbiter i męczennik
      •  Święty Eleuteriusz, biskup
    ***
    Franciszek i Hiacynta Marto, kanonizowani przez papieża Franciszka w Fatimie 13 maja 2017 r., to pierwsze wyniesione na ołtarze dzieci, które nie są męczennikami.

    Święty Franciszek Marto

    Franciszek Marto urodził się 11 czerwca 1908 r. w Aljustrel w parafii Fatima, należącej do diecezji Leiria-Fatima, jako szóste z siedmiorga dzieci ubogiego małżeństwa Manuela Pedro Marto i Olímpii de Jesus. 20 czerwca został ochrzczony w parafialnym kościele w Fatimie.
    Podobnie jak większość dzieci z ówczesnych portugalskich wiosek, chłopiec nie umiał czytać ani pisać. W wieku 8 lat rozpoczął pracę jako pastuszek, wypasając – wraz ze swoją siostrą Hiacyntą i kuzynką Łucją dos Santos – owce należące do rodziców. W 1916 roku był świadkiem trzech objawień Anioła Pokoju, który poprosił dzieci o modlitwę do Trójcy Przenajświętszej, Najświętszego Serca Jezusowego i Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. Wiosną i jesienią Anioł ukazał mu się na wzgórzu Cabeço, a latem – w pobliżu studni zwanej Arneiro.
    W 1917 r. Franciszek wraz z młodszą siostrą Hiacyntą i kuzynką Łucją, byli świadkami sześciu objawień maryjnych, które miały miejsce 13 maja, 13 czerwca i 13 lipca w Cova da Iria, 19 sierpnia w Valinhos, a następnie 13 września i 13 października ponownie w Cova da Iria. Podczas objawień, Franciszek widział postać Anioła i Maryi, jednak nie słyszał żadnego z wypowiadanych przez nich słów.
    Wkrótce po objawieniu z 13 lipca, kiedy Maryja powierzyła dzieciom tajemnice, rodzeństwo zostało aresztowane przez władze gminy Vila Nova de Ourém, lecz pomimo dwudniowego przetrzymywania w więzieniu i zastraszania dzieci nie wyjawiły treści orędzia przekazanego im przez Matkę Bożą.
    W październiku 1918 r. Franciszek zapadł na grypę “hiszpankę”, której epidemia panowała wówczas na Półwyspie Iberyjskim. Jego choroba trwała do wiosny 1919 r. 2 kwietnia Franciszek przystąpił do pierwszej spowiedzi, a następnego dnia przyjął Pierwszą Komunię Świętą, będącą zarazem wiatykiem. Zmarł 4 kwietnia 1919 r. Następnego dnia został pochowany na cmentarzu w Fatimie. 17 lutego 1952 r. nastąpiła ekshumacja jego ciała, które 13 marca przeniesiono do bazyliki fatimskiej.

    Święta Hiacynta Marto

    Hiacynta Marto urodziła się 11 marca 1910 r. w Aljustrel. Była najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa. 19 marca została ochrzczona w kościele parafialnym w Fatimie.
    W 1916 r. wraz z Franciszkiem i kuzynką Łucją dos Santos zaczęła wypasać owce należące do rodziców i wraz rodzeństwem była świadkiem trzech objawień Anioła: wiosną i jesienią na wzgórzu Cabeço, a latem w pobliżu studni Arneiro.
    W 1917 r. wraz z bratem i kuzynką doświadczyła także sześciu objawień Matki Bożej. W przeciwieństwie do Franciszka, Hiacynta słyszała słowa wypowiadane przez Maryję, choć rozmawiała z Nią jedynie Łucja.
    W październiku 1918 r. Hiacynta, podobnie jak brat, zaraziła się grypą “hiszpanką”, której powikłania doprowadziły do śmierci dziewczynki. Od 1 lipca do 31 sierpnia 1919 r. dziewczynka przebywała w szpitalu w Vila Nova de Ourém. W styczniu 1920 r. trafiła do ochronki w Lizbonie, a stamtąd do szpitala. Tam przeszła operację usunięcia dwóch żeber, która przyniosła bolesne komplikacje. 16 lutego 1920 r. po raz siódmy objawiła jej się Matka Boża. Po tym widzeniu Hiacynta przestała cierpieć.
    Zmarła wieczorem 20 lutego 1920 r., a przed śmiercią zdążyła przystąpić do pierwszej w życiu spowiedzi. Cztery dni później została pochowana w Vila Nova de Ourém. 12 września 1935 r. jej ciało przeniesiono na cmentarz w Fatimie i złożono obok ciała Franciszka, skąd 1 maja 1951 r. zostało przeniesione do bazyliki.

    Święta Hiacynta Marto

    Jak pisała w swoich “Wspomnieniach” s. Łucja dos Santos, Franciszek i Hiacynta po objawieniach, pomimo dziecięcego wieku, skoncentrowali swoje życie na Bogu, modlitwie i podejmowaniu różnorodnych ofiar i cierpień w intencji grzeszników. Oprócz modlitwy i wyrzeczeń, odwiedzali i pocieszali potrzebujących, a niekiedy udzielali im także rad. O ich duchowej dojrzałości świadczy także postawa wobec własnej śmierci, przed którą dzieci pocieszały bliskich i o której mówiły, że jest przejściem do nieba i spotkaniem z Bogiem. Podczas objawień Matka Boża zapowiedziała dwójce rodzeństwa, że wkrótce zabierze ich do nieba.Proces beatyfikacyjny rodzeństwa Marto toczył się w latach 1952-1979 i zakończył się promulgacją dekretu Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o heroiczności ich cnót. W 1999 r. została uznana autentyczność pierwszego z cudów za ich przyczyną, dotyczącego uzdrowienia franciszkańskiej tercjarki Marii Emilii Santos, która przez 20 lat pozostawała unieruchomiona z powodu choroby kości. Jan Paweł II beatyfikował Franciszka i Hiacyntę Marto 13 maja 2000 r. w Fatimie podczas swojej wizyty w Jubileuszowym Roku 2000.
    Następny cud uznany w procesie kanonizacyjnym dotyczył uzdrowienia brazylijskiego chłopca, do którego doszło w 2007 r. Wówczas, w trzy dni po tragicznym wypadku, podczas którego chłopiec wypadł z okna i doznał poważnych uszkodzeń mózgu, które groziły utratą życia lub głęboką niepełnosprawnością, dziecko w niewytłumaczalny sposób odzyskało zdrowie i sprawność. W marcu 2017 r. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych ogłosiła dekret uznający ten cud. Kanonizacji Franciszka i Hiacynty dokonał w Fatimie w 100. rocznicę objawień maryjnych papież Franciszek.
    Obecnie trwa proces beatyfikacyjny trzeciej uczestniczki objawień maryjnych, s. Łucji Dos Santos (1907-2005)
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    Dzień, który zmienił ich życie

    Dzieci fatimskie, którym objawiła się Matka Boża – Hiacynta, Łucja i Franciszek
    Archiwum sanktuarium w Fatimie
    Dzieci fatimskie, którym objawiła się Matka Boża – Hiacynta, Łucja i Franciszek

    ***

    Mówi s. Maria dos Anjos – siostrzenica s. Łucji, kuzynka Franciszka i Hiacynty. Każdego dnia na krzesełku przed rodzinnym domem s. Łucji w Aljustrel, w parafii Fatima, siada kobieta w czarnej chustce na głowie. Jej ubiór tak bardzo oddaje styl mieszkańców Fatimy z okresu objawień fatimskich, że spoglądając na nią, trudno uwierzyć, iż od pamiętnego 13 maja 1917 r. dzieli nas stulecie… Kobieta siedząca na krzesełku to Maria dos Anjos – siostrzenica s. Łucji dos Santos i kuzynka Franciszka i Hiacynty Marto. – Moja ciocia Łucja opowiadała, że Matka Boża była przepiękna. Miała kasztanowe włosy, Jej postać iskrzyła niby słońce; do tego stopnia, że w świetle tym trudno było odróżnić jej kontury. Ciotka na ziemi nigdy nie widziała tak pięknej kobiety – powtarza Maria dos Anjos dziennikarzom i pielgrzymom. – Pewnego dnia deszcz padał jak z cebra – opowiada. – W południe Łucja poprosiła, aby zwinąć wszystkie parasole, ponieważ Matka Boża się zbliża. Natychmiast się przejaśniło, zniknęły chmury. W tym samym momencie słońce zaczęło się obracać i przybierać tysiąc kolorów. Ludzie bali się, że zaraz na nich spadnie. Wielu więc na ten widok uklękło i zaczęło się modlić, myśląc, że to koniec świata…

    Tamtego dnia na wzgórzu Cova da Iria, co oznacza: Dolina Pokoju, trojgu dzieciom, portugalskim pastuszkom niepotrafiącym czytać ani pisać, zostały powierzone tajemnice i przesłanie cenne dla Kościoła. Łucja dos Santos miała wówczas 10 lat. Jej kuzyni: 9-letni Franciszek i 7-letnia Hiacynta Marto są dzisiaj najmłodszymi w historii Kościoła dziećmi niemęczennikami beatyfikowanymi, a wkrótce kanonizowanymi. Ale w 1917 r. nikt nie wierzył w widzenia pastuszków. Więzione przez lokalne władze dzieci zanosiły do Maryi modły o znak dla świata…

    Podczas objawień Franciszek Matkę Bożą tylko widział, Hiacynta Ją także słyszała, a jedynie Łucja z Nią rozmawiała.

    João Marto – brat Franciszka i Hiacynty miał wówczas 11 lat. Gdy stał przy swoim rodzeństwie, któremu objawiała się Matka Boża, nie widział Jej, ale zauważał, że kępka zarośli – zielone liście dębu – na których miała stać Maryja, po zakończeniu objawienia była wygnieciona…

    Majowy dzień zupełnie zmienił życie pastuszków. W objawieniach Matka Boża przepowiedziała im także przyszłość ich samych. Hiacynta i Franciszek mieli umrzeć bardzo szybko. Łucja dożyła 98 lat i to jej powierzone zostało niezwykłe zadanie… Któż nie zna fatimskiego przesłania i orędzia zostawionego przez „Panią jaśniejszą niż słońce”.

    W chwili swojej śmierci s. Łucja miała wypowiedzieć słowa: „Z Franciszkiem, Hiacyntą i Ojcem Świętym idziemy, idziemy, idziemy”… Być może w chwili śmierci dostąpiła ostatniego objawienia.

    Franciszek urodził się 11 czerwca 1908 r., Hiacynta – 11 marca 1910 r. Byli dziećmi Manuela i Olimpii. Od najmłodszych lat pomagali rodzicom w gospodarstwie, pasąc owce. Byli dziećmi rozumnymi i pobożnymi, a objawienia wpłynęły szczególnie na ich życie duchowe. Zmarli z powodu wirusa hiszpańskiej grypy, bardzo groźnego w tamtych czasach. U Franciszka spowodował on zapalenie płuc, przez co 4 kwietnia 1919 r. chłopczyk zmarł, Hiacynta natomiast zmarła po zapaleniu opłucnej 20 lutego 1920 r., niespełna rok po śmierci brata. Dzieci umierały w opinii świętości, ofiarowując swoje cierpienie za grzeszników, Hiacynta dodatkowo za papieża. Groby rodzeństwa znajdują się w bazylice Matki Bożej Różańcowej w Fatimie; w 2006 r. spoczęła przy nich s. Łucja. Proces beatyfikacyjny Hiacynty i Franciszka rozpoczął się w 1946 r. Uzdrowienie Marii Emilii dos Santos cierpiącej na gruźlicę kości, sparaliżowanej przez 22 lata, zostało rozpoznane jako trwałe i naukowo niewytłumaczalne za sprawą dzieci, które widziały Matkę Bożą. 13 maja 2000 r. w Fatimie Jan Paweł II dokonał ich beatyfikacji. 23 marca br., 17 lat później, papież Franciszek zatwierdził kolejny cud dokonany za sprawą fatimskich pastuszków.

    Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej jest jednym z najważniejszych miejsc pielgrzymowania, a objawienia fatimskie nie odnoszą się tylko do przeszłości. Wezwanie do nawrócenia, zmiany życia, pokuty i modlitwy nie traci na aktualności. Kanonizacja dwojga dzieci niesie ze sobą potwierdzenie wiarygodności objawień fatimskich przez Kościół.

    Aleksandra Zapotoczny/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________________

    Zakochane dzieci

    Zakochane dzieci
    Paulo Cunha/EPA/PAP

    ***

    Kanonizacja 10-letniej Hiacynty i 11-letniego Franciszka to najlepszy prezent papieża i Kościoła na Dzień Dziecka. Czego mogą nas nauczyć mali mistycy?

    Lubię to słynne zdjęcie, z którego trójka pastuszków spogląda z powagą i skupieniem. Franciszek – z lekko rozmarzonym wzrokiem, a najmłodsza Hiacynta – z jedną ręką pod bokiem – patrząca tak, jakby chciała powiedzieć światu: „Sprawa jest poważna, ale damy radę”. Zostali świętymi nie dlatego, że widzieli Maryję, ale dlatego, że z tak wielką gorliwością odpowiedzieli na wezwanie z nieba – podkreślano w procesie. Znamy sporo szczegółów z ich krótkiego, ale mocnego życia dzięki fenomenalnej pamięci kuzynki Łucji.

    Najmłodsi wyznawcy

    Na czym polegała ich świętość? Benedykt XVI akcentował, że Maryja przybyła do małych wizjonerów jak nauczycielka, która wprowadziła ich w dogłębne poznanie miłości Bożej, zapraszając „do zakosztowania samego Boga jako najpiękniejszej rzeczy ludzkiego istnienia”. Tak, święci to ludzie, którzy odkryli, że nie ma sprawy ważniejszej, cenniejszej, piękniejszej niż ta – poznać Boga, zasmakować w Jego miłości, zanurzyć się w Nim. Fatimskie dzieci, choć doświadczyły tak niezwykłej łaski, pozostały zwyczajnymi dziećmi. Lubiły się bawić, jak to dzieci. „Co mogliśmy innego robić, jeśli nie właśnie to?” – pytała Łucja. „Powinniśmy znieruchomieć jak nasza Założycielka (zgromadzenia, do którego wstąpiła) na ołtarzu?”. Zwyczajne dzieci, a jednak nadzwyczajne. Franciszek w chwili objawień miał 9 lat, Hiacynta – 7. Chłopak zmarł, gdy miał niecałe 11 lat, jego siostra – 10 lat. Nigdy Kościół nie kanonizował dzieci w tak młodym wieku. Wyjątkiem byli męczennicy. Święci młodziankowie zabici przez Heroda mieli mniej niż dwa lata.

    Benedykt XVI podkreślał w Fatimie w 2010 roku, że doświadczenie łaski uczyniło fatimskie dzieci „zakochanymi w Bogu, w Jezusie”. Papież zacytował słowa Hiacynty: „Tak się cieszę, że mogę powiedzieć Jezusowi, że Go kocham! Kiedy Mu to mówię wiele razy, wydaje się, że mam ogień w piersi, który mnie jednak nie pali”. Mały Franciszek mówił podobnie: „To, co mi się najbardziej podobało, to było widzenie Naszego Pana w tym świetle, które Nasza Pani umieściła nam na piersi. Tak bardzo kocham Boga”. Benedykt XVI stwierdził, że są to „niewinne i głębokie wyznania mistyczne”. Przekonywał też tych, którzy chcieliby zazdrościć pastuszkom ich wizji, że Bóg mieszka w każdym z nas głębiej, niż my sami żyjemy. Dlatego dusza każdego z nas może „poczuć dotyk Boga”. Potrzebna jest tylko „wewnętrzna czujność serca”, której niestety nam brakuje. Każdy z nas jest potencjalnym mistykiem, nie trzeba mieć prywatnego objawienia, aby doświadczyć ognia Bożej miłości – podpowiada nam papież senior.

    Chcę pocieszać Jezusa

    Franciszek i Hiacynta byli najmłodszymi dziećmi małżeństwa Manuela Pedro Marto i Olimpii de Jesus Dos Santos, prostych rolników z wioski Aljustrel należącej do parafii Fatima.

    Franciszek był chłopakiem spokojnym, delikatnym, mniej żywym niż jego młodsza siostra. „Zawsze uśmiechnięty, zawsze uprzejmy i ustępliwy. Bawił się ze wszystkimi dziećmi. Nigdy nie zwracał nikomu uwagi. Nieraz wycofywał się, gdy coś nie grało” – relacjonuje Łucja, którą początkowo irytował spokojny charakter kuzyna. Grywał często na piszczałce, którą zawsze przy sobie nosił. Lubił podziwiać gwiazdy, wschód Księżyca na niebie czy zachody Słońca. Kochał ptaki, często im się przyglądał i wołał na nie. Miał poetyczną duszę, ale był odważny i pomocny. Nie bał się nocy, bawił się z jaszczurkami i wężami, które znosił często do domu. Kiedy wraz z siostrą i kuzynką 13 sierpnia został zatrzymany przez starostę, przesłuchiwany i zamknięty w więzieniu, dodawał siostrzyczce odwagi. „Kiedyśmy odmawiali Różaniec w więzieniu – wspomina Łucja – zauważył, że jeden z więźniów klęczy w berecie na głowie. Podszedł do niego i powiedział mu: »Jeśli pan chce się modlić, to proszę zdjąć beret«. Ten biedny człowiek oddał mu go bez sprzeciwu, a Franciszek położył go na ławce. Podczas gdy badano Hiacyntę, Franciszek powiedział do mnie z największym spokojem i radością: »Jeśli nas naprawdę zabiją, będziemy niedługo w niebie! Wspaniale! Mnie nie zależy na niczym innym«”.

    Podobnie jak większość dzieci z ówczesnych portugalskich wiosek, chłopiec nie umiał czytać ani pisać. Od 1916 r. wraz z młodszą siostrą Hiacyntą i kuzynką Łucją dos Santos chodził paść owce należące do rodziców. W tym właśnie roku dzieci były świadkami trzech objawień anioła. W 1917 r. natomiast sześć razy ukazała się Piękna Pani: 13 maja, 13 czerwca i 13 lipca w Cova da Iria, 19 sierpnia w Valinhos, a następnie 13 września i 13 października ponownie w Cova da Iria. Franciszek widział postać anioła i Maryi, jednak nie słyszał żadnego z wypowiadanych przez nich słów.

    Te niezwykłe spotkania pogłębiły we Franciszku naturalne zamiłowanie do modlitwy, wręcz do kontemplacji. Chłopak nieraz oddalał się od siostry i kuzynki, aby modlić się w samotności. Lubił modlić się przed Najświętszym Sakramentem. Kiedy Łucja pytała go, dlaczego nie zawołał jej ani Hiacynty, aby razem się pomodlić, odpowiadał: „Wolę modlić się sam, aby rozmyślać i pocieszać Pana Jezusa, który jest taki smutny”. To zdanie stało się czymś w rodzaju motta Franciszka – chciał przede wszystkim pocieszać Jezusa, pocieszać Boga. „Ja bym chciał pocieszyć Pana Jezusa, a potem nawracać grzeszników, żeby Go już nie obrażali”. Ta koncentracja na Bogu, poczucie, że trzeba i można swoją modlitwą nieść Mu pociechę. To jest niezwykła lekcja. Zwykle bowiem raczej sami szukamy pociechy u Boga. I słusznie. Ale Franciszek uczy nas innej wrażliwości, wskazuje, że w Bogu jest ból odtrąconej miłości. To daje do myślenia, a jeszcze więcej – do nawrócenia.

    Dzieci w związku z objawieniami nie miały łatwego życia. Wciąż były pytane przez ludzi (w dobrej i złej wierze) o tajemnice przekazane przez Maryję. Ani Franciszek, ani Łucja nie doczekali uznania autentyczności objawień, więc żyli w ciągłym stanie podejrzenia o konfabulację. To było cierpienie. Dzieci znosiły to dzielnie, co więcej, same szukały umartwień dla siebie, aby pokutować za grzeszników. Nieraz odmawiały sobie jedzenia, które sprawiało im przyjemność (np. owoców, a czasem i wody w upalne dni). Kiedy znalazły kawałek sznura na drodze, podzieliły go na trzy części i obwiązały sobie wokół bioder.

    W październiku 1918 r. Franciszek zapadł na grypę hiszpankę, której epidemia zabiła kilkadziesiąt milionów ludzi na świecie. Chłopak miał wciąż w głowie zapowiedź Maryi z 13 maja, że pójdzie szybko do nieba, ale „musi jeszcze odmówić wiele Różańców”. Gdy był już bardzo chory, nie uskarżał się na ból, tylko na to, że nie ma już dość siły, by dokończyć modlitwę. „Franciszku, czy bardzo cierpisz?” – zapytała go kiedyś Łucja. Odpowiedział: „Tak, ale znoszę wszystko z miłości do Pana Jezusa i Matki Boskiej”. A innym razem: „Dosyć, ale nic nie szkodzi. Cierpię, żeby pocieszać Naszego Pana. Już niedługo pójdę do nieba!”. Franciszek chciał bardzo przyjąć Pierwszą Komunię, ale nie miał jeszcze 12 lat (wymaganego wówczas w Kościele wieku). Kiedy stan zdrowia bardzo się pogorszył, 2 kwietnia 1919 r. ksiądz przyszedł i wysłuchał jego pierwszej spowiedzi, następnego dnia przyniósł mu Pierwszą Komunię Świętą, która okazała się także jego ostatnią. Po przyjęciu Komunii św. Franek wyszeptał do Hiacynty: „Dzisiaj jestem szczęśliwszy od ciebie, dlatego, że mam w moim sercu Jezusa ukrytego. Idę do nieba, ale tam będę bardzo prosił Pana Jezusa i Naszą Panią, żeby was także zabrali niedługo do siebie”.

    Zmarł 4 kwietnia 1919 r. około 22.00. Następnego dnia został pochowany na cmentarzu w Fatimie.

    Kocham tak bardzo

    Hiacynta Marto urodziła się 11 marca 1910 r. w Aljustrel. Była najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa. 19 marca została ochrzczona w kościele parafialnym w Fatimie. Jej kuzynka Łucja wspomina, że mała Hiacynta lubiła bawić się z nią na podwórku: „Jej ulubioną grą była prawie zawsze zabawa w kamyczki lub guziki”. Inną jej ulubioną grą była zabawa w fanty: „Ten, który wygrywa, każe coś zrobić temu, który przegrał”. Uwielbiała tańczyć. Mała pasterka „bardzo chętnie brała białe baranki na kolana i siadała z nimi, ściskała je i całowała, a wieczorem przynosiła je na rękach do domu, aby się nie męczyły”. Była szczera, delikatna, bardzo wrażliwa. „Słysząc o cierpieniu Pana Jezusa, mała Hiacynta wzruszyła się i rozpłakała. Później wiele razy prosiła, aby jej powtórzyć historię męki Pańskiej. Płakała ze współczucia i mówiła: »Biedny Pan Jezus! Ja nigdy nie popełnię żadnego grzechu, bo nie chcę, aby Pan Jezus cierpiał jeszcze więcej«”. Bardzo chciała przyjąć Pierwszą Komunię Świętą. Hiacynta miała też drobne wady. Łucja wspomina, że miała drażliwy charakter, szybko się obrażała, gdy coś poszło nie po jej myśli, i siadała w kącie nadąsana. Lubiła wygrywać i przywiązywała się do rzeczy, np. do guzików wygranych w zabawie. Jako najmłodsze dziecko była nieco rozpieszczona przez rodziców. Dzieci bardzo lubiły jej towarzystwo.

    Hiacynta wraz z Franciszkiem i kuzynką Łucją była świadkiem trzech objawień anioła w 1916 r., a w następnym roku sześciu objawień Matki Bożej. Słyszała słowa wypowiadane przez Maryję, ale rozmawiała z Nią jedynie Łucja.

    Łucja wspomina, że Hiacynta po tych przeżyciach zwracała uwagę dzieciom i dorosłym, jeśli zrobili coś nieodpowiedniego. Mówiła: „Nie róbcie tego, obrażacie Boga, Pana naszego, który i tak jest już bardzo obrażany!”. Szła się bawić z dziećmi, jeśli obiecały jej, że będą grzeczne. „Pewnego dnia spotkała nas biedna kobieta, która uklękła przed Hiacyntą z płaczem i prosiła nas, abyśmy wstawili się do Matki Bożej o uleczenie z ciężkiej choroby. Hiacynta widząc przed sobą kobietę, zasmuciła się i wzięła ja za drżące ręce, aby jej pomóc wstać. Kiedy zauważyła, że nie potrafi, uklęknęła również i zmówiła z tą kobietą jedno „Zdrowaś”. Poprosiła kobietę, aby wstała, i powiedziała jej, że Matka Boża ją wyleczy. Hiacynta nie przestawała się modlić codziennie za tę kobietę, aż po jakimś czasie ta kobieta przyszła podziękować Matce Bożej za wyleczenie”. Łucja przytacza kilka innych przykładów łask, które przypisuje wstawiennictwu Hiacynty jeszcze za jej życia.

    Cała trójka szukała okazji do umartwień. Hiacynta pewnego dnia zerwała przypadkiem kilka pokrzyw. „Czując ból, ścisnęła je jeszcze bardziej w rękach i powiedziała do nas: »Patrzcie! Znowu coś, aby czynić pokutę!«. Od tej pory przyzwyczajaliśmy się do tego, by chłostać się czasem po nogach pokrzywami, aby Bogu jeszcze jedną złożyć ofiarę” – wspomina Łucja.

    W październiku 1918 r. Hiacynta, podobnie jak brat, zaraziła się grypą hiszpanką. Pamiętała o obietnicy Maryi z czerwca 1917 r., że zostanie zabrana do nieba, dlatego ze spokojem przyjęła początki choroby. Bardzo pragnęła przyjąć Komunię Świętą. To pragnienie nasilało się podczas choroby. Spytała kiedyś Łucję: „Czy w niebie też przyjmuje się Komunię św.? Jeśli tam się dostaje Komunię św., to ja będę ją przyjmować codziennie. Gdyby tak anioł przyszedł do szpitala, aby mi przynieść Komunię św.! Jakbym się cieszyła!”. Wiele wyznań wiary i miłości śmiertelnie chorej Hiacynty wyciska łzy z oczu: „Tak bardzo kocham Pana Jezusa i Matkę Bożą, że mi się nigdy nie sprzykrzy powtarzać Im, że ich kocham”. Tuż przed pójściem do szpitala powiedziała do Łucji: „Już niedługo pójdę do nieba. Ty tu zostaniesz, aby ludziom powiedzieć, że Bóg chce wprowadzić nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Kiedy nadejdzie czas, aby o tym mówić, nie kryj się. (…) Ach, gdybym mogła włożyć w serca wszystkich ludzi ogień, który płonie w głębi mojego serca i który sprawia, że kocham tak bardzo Serce Jezusa i Serce Maryi!”.

    Cierpiała bardzo, ale nie chciała mówić o tym rodzicom. Każdy ból chciała zamieniać w modlitwę zgodnie z poleceniem anioła z 1916 r.: „Ze wszystkiego, co możecie, składajcie Bogu ofiary jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, oraz za nawrócenie grzeszników”. Kiedy Hiacyncie trochę się polepszyło, siadała obok łóżka chorego Franciszka. Bardzo przeżyła jego śmierć. W chorobie miała kilka wizji Matki Bożej. Podczas jednej z nich Maryja dała jej wybór: albo szybko pójdzie do nieba, albo choroba potrwa dłużej, tak, by mogła ofiarować swoje cierpienia za innych. Hiacynta zgodziła się na tę dłuższą, bardziej wymagającą drogę. Od 1 lipca do 31 sierpnia 1919 r. dziewczynka przebywała w szpitalu w Vila Nova de Ourém, ale jej stan zdrowia nie uległ poprawie. W styczniu 1920 r. trafiła do ochronki Matki Bożej Cudownej w Lizbonie, a stamtąd do szpitala Dona Estefania. Tam przeszła operację usunięcia dwóch żeber. Zabieg, zamiast poprawy, przyniósł bolesne komplikacje. Dodatkowym cierpieniem psychicznym była dla niej niemożność zobaczenia się z Łucją. Cztery dni przed śmiercią ujrzała Maryję, która zapowiedziała kres jej cierpień. Tuż przed śmiercią zdążyła przystąpić do pierwszej w życiu spowiedzi. Proboszcz obiecał, że następnego dnia udzieli jej Komunii Świętej. Nie zdążył. Dziewczynka zmarła samotnie, z dala od rodziców, wieczorem 20 lutego 1920 r. w szpitalu w Lizbonie. Jej ciało ubrano w komunijną sukienkę i złożono do trumny. Została pochowana w Vila Nova de Ourém. 12 września 1935 r. jej ciało przeniesiono na cmentarz w Fatimie i pochowano obok grobu Franciszka, skąd 1 maja 1951 r. zostało przeniesione do bazyliki.

    Kanonizacja Franciszka i Hiacynty uczy tego, że świętość nie zależy od wieku. Ich gorliwość w modlitwie, miłość do Boga, Jezusa i Jego Matki, ich poczucie odpowiedzialności za innych, zwłaszcza pogrążonych w grzechach, mogą nas zawstydzać. Ale, jak kiedyś powiedział św. Jan Paweł II, święci są także po to, by nas zawstydzać. Ku naszemu nawróceniu.

    Święci Pastuszkowie z Fatimy, módlcie się za nami! Upraszajcie nam, letnim, choć trochę tego ognia, który płonął w was! 

    ks.Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny nr 21/2017

    ___________________________________________________________________________________

    Świece w godzinie mroku.

    Św. Franciszek i św. Hiacynta Marto

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Nie licząc tzw. świętych młodzianków, z chwilą kiedy papież dokonał ich kanonizacji, dzieci z Fatimy stały się najmłodszymi świętymi Kościoła. Oboje zasnęły w Panu, nie będąc jeszcze nastolatkami. „Kościół pragnie jak gdyby postawić na świeczniku te dwie świece, które Bóg zapalił, aby oświecić ludzkość w godzinie mroku i niepokoju” – mówił Jan Paweł II 13 maja 2000 roku, dokonując ich beatyfikacji. Uzdrowioną osobą, dzięki której rodzeństwo oficjalnie uznane zostało za święte, był mały chłopiec – tylko trochę mniejszy od nich…

    Dziecko wiszące nad przepaścią, próbujące sforsować parapet okna lub barierkę balkonu – skąd my to znamy? Jeśli macie dzieci, być może też tego kiedyś doświadczyliście albo śni wam się to w nocnych koszmarach. Taki właśnie przypadek wydarzył się brazylijskim małżonkom João Batiście i Lucilii Yurie. Około 20 wieczorem 3 marca 2013 roku ich mały pięcioletni synek Lucas bawił się z młodszą siostrą Eduardą w domu swojego dziadka w mieście Juranda, leżącym w północno- -wschodniej Brazylii.

    Co mu strzeliło do głowy, żeby zbyt niebezpiecznie zbliżyć się do okna? Nie wiadomo. W jego przypadku zabawy przy oknie zakończyły się jednak najgorzej, jak tylko mogły – wypadł. Niestety, okno znajdowało się wysoko – sześć i pół metra nad ziemią, a właściwie nad betonem. Uderzywszy z impetem o twarde podłoże, malec pogruchotał sobie czaszkę, a część tkanki mózgowej wypłynęła na zewnątrz. Nieprzytomnego chłopca zabrała karetka. Jego stan był krytyczny, zapadł w śpiączkę. Z placówki w Jurandzie wysłano dziecko w niemal godzinną drogę do szpitala w Campo Mourao. Po drodze jego serce dwa razy przestawało bić. Dawano mu niewielkie szanse na przeżycie – minimalne, prawie żadne.

    Lekarze walczyli jednak dzielnie o życie chłopca, zoperowali go w trybie pilnym i przewieźli na intensywną terapię. Zapowiedzieli jednak rodzicom, że nawet jeśli Lukas przeżyje, czeka go długa i żmudna rehabilitacja, być może do końca życia zostanie „roślinką”, a w najlepszym razie będzie miał poważne zaburzenia. Możemy sobie tylko wyobrażać, jak taka informacja musiała wstrzasnąć jego rodzicami. Jeszcze tak niedawno ich synek był kompletnie zdrowy, a teraz… Dramat!

    Jako osoby wierzące João i Lucilia upadli na kolana i wznieśli ręce do Jezusa i Matki Bożej Fatimskiej. Wiedzieli, że tylko cud może uratować ich synka. Poprosili też o modlitewną pomoc siostry z klasztoru sióstr karmelitanek bosych w Campo Mourao. Przejęte ich prośbą zakonnice rozpoczęły modlitewny szturm przed relikwiami fatimskich pastuszków. Wkrótce o pomoc pastuszków zaczęła modlić się cała rodzina – nie tylko rodzice, lecz także inni krewni i bliscy dziecka.

    Po operacji stan dziecka jednak pogarszał się i rozważano przeniesienie go do jeszcze bardziej specjalistycznej placówki.

    9 marca – sześć dni po wypadku, a dwa po rozpoczęciu modlitwy do Boga za przyczyną pastuszków – wydarzyło się jednak coś niesamowitego. Chłopiec nagle wybudził się ze śpiączki i… jakby nigdy nic mu się nie stało, nawiązał kontakt z otoczeniem! Mało tego – normalnie mówił, był sprawny psychicznie, umysłowo i fizycznie i nie wykazywał żadnych oznak jakiejkolwiek niepełnosprawności. Lekarze byli zszokowani, rodzice wniebowzięci. W ciągu kolejnych dni malca badano jeszcze wielokrotnie, obserwowano, by w końcu 15 marca – kompletnie zdrowego – wypuścić do domu. Cud był ewidentny. Chłopiec nie tylko przeżył i zachował pełną sprawność, lecz także utracony fragment jego mózgu dosłownie… odrósł.

    Niemal dokładnie cztery lata później – 23 marca 2017 roku – uzdrowienie małego Lukasa zostało oficjalnie zatwierdzone przez papieża Franciszka jako cud do kanonizacji błogosławionych Franciszka i Hiacynty Marto. W stulecie słynnych objawień maryjnych – 13 maja tego samego roku – w Fatimie papież kanonizował rodzeństwo Marto. Na uroczystości nie mogło zabraknąć uzdrowionego chłopca i jego rodziców, którzy nie kryjąc łez, opowiedzieli o tym, co ich spotkało podczas zorganizowanej w sanktuarium konferencji prasowej.

    Wyznali wówczas, że karmelitanki nie od razu zaczęły modlić się o uzdrowienie ich dziecka. Kiedy następnego dnia po wypadku zadzwonili do klasztoru, siostra, która odebrała telefon, nie przekazała wiadomości wspólnocie. Karmelitanki miały właśnie godzinę skupienia, a zakonnica ze słów dzwoniącego wywnioskowała, że dziecko i tak umrze, i postanowiła modlić się nie za chłopca, ale za rodzinę. Wspólnotową modlitwę przed relikwiami błogosławionych Franciszka i Hiacynty w intencji zdrowia dziecka siostry rozpoczęły dopiero po kolejnym telefonie – 7 marca. Zainicjowała ją jedna z karmelitanek, która usłyszawszy o rodzinnym dramacie, pobiegła przed stojące przy tabernakulum relikwie. „Pastuszkowie, ocalcie to dziecko, które jest dzieckiem takim jak wy” – pomodliła się, ulegając nagłemu natchnieniu. I pomogli.

    Wynagradzali za grzechy i zniewagi

    Franciszek i Hiacynta Marto byly zwykłymi dziećmi, pastuszkami owiec, z biednej pasterskiej, wielodzietnej, pobożnej rodziny. Lubiły się bawić, śpiewać i tańczyć. Kochały Jezusa i Maryję, z wypiekami na twarzy i przestrachem słuchały opowieści o Męce Zbawiciela.

    Franciszek (1908–1919) był spokojnym, poważnym chłopcem, uprzejmym i ustępliwym, cechowało go to, że nigdy niczym się nie przejmował. Jeśli chodzi o charakter, jego siostra Hiacynta (1910–1920) była jego przeciwieństwem. Żywa, uparta, swawolna i kapryśna dziewczynka często bywała nadąsana. Mówiono o niej wtedy, że „udaje osiołka”. Oboje wzdragali się jednak przed kłamstwem, a ich grzechy i grzeszki ograniczały się zasadniczo do nieposłuszeństwa rodzicom i drobnych dziecięcych „łobuzerstw”.

    Wydarzeniem ich życia były spotkania z Matką Bożą – objawienia doznawane w Fatimie w latach 1916 i 1917 roku. Towarzyszyła im wtedy kuzynka Łucja dos Santos. Objawienia zupełnie ich odmieniły. Zachęcone przez anioła i Matkę Bożą zaczęły się niezwykle gorliwie modlić i ponosić ofiary. Zmieniły się. Hiacynta stała się poważna, skromna i miła, a Frankowi w końcu zaczęło na czymś zależeć. Dziewczynka napominała inne dzieci, żeby nie obrażały Boga grzechami. Chłopiec często krył się w kościele, by adorować eucharystycznego Jezusa. Jego „specjalnością” stało się pocieszanie i rozweselanie Pana Jezusa za zniewagi, jakich doświadczał od ludzi, wynagradzanie mu za grzechy świata. Gotów był ponieść dla Niego każdą ofiarę. Hiacynta przejęła się zwłaszcza wizją piekła – losem zaślepionych grzeszników, którzy tłumnie idą na wieczne potępienie, bo nikt nie modli się za nich ani nie umartwia. Modliła się zatem i niestrudzona w wymyślaniu mniejszych i większych ofiar pokutowała „ile się tylko da”, aby ich nawrócić i wybawić od piekła; pragnęła wynagradzać za zniewagi wyrządzone Niepokalanemu Sercu Maryi i cierpieć za Ojca Świętego.

    Cała trójka wizjonerów cierpiała na skutek oskarżeń o kłamstwo. Nie szczędziły im ich świeckie władze, ich właśni rodzice, a nawet proboszcz ich parafii. Dzieci nie ugięły się jednak. To, co widzieli i opowiadali, było prawdą i – mimo próśb i gróźb – nie mieli najmniejszego zamiaru przyznać, że było inaczej. Przecież właśnie wtedy skłamałyby. Maryja powierzyła im także tajemnicę, której nie wolno im było zdradzić i chociaż na różne sposoby próbowano nakłonić dzieci do jej wyjawienia, nie pisnęły ani słówka.

    Franciszek i Hiacynta nie pożyli zbyt długo. Dobrowolnie zgadzając się na przyjęcie cierpień zesłanych nań przez Boga, niemal w tym samym czasie zachorowali na pogrypowe powikłania – zapalenie płuc (Franciszek) i opłucnej (Hiacynta). Wtedy też, podczas jednego z objawień Matka Boża powiedziała im, że wkrótce umrą i pójdą do nieba. I tak się stało.

    Jeszcze za ich życia wielu ludzi dzięki ich gorącej modlitwie doświadczyło nadzwyczajnych łask. Nie inaczej było po śmierci fatimskich dzieci.

    Usiądź! Możesz!

    Przypadek, który wzięto pod lupę przy beatyfikacji dzieci z Fatimy, dotyczył Marii Emilii Santos z Leirii (Portugalia). W 1946 roku 16-letnia Maria Emilia trafiła do szpitala z powodu wysokiej gorączki. Sądzono początkowo, że to grypa, a w końcu stwierdzono, że chodzi raczej o gorączkę reumatyczną. Dziewczynę wypisano wprawdzie ze szpitala, ale nadal źle się czuła.

    Dwa lata później doszły silne bóle nóg, przestała chodzić. W szpitalu i sanatorium spędziła kolejne długie lata – niemal cztery! Podejrzewano stan zapalny kręgów i rdzenia kręgowego, prawdopodobnie o podłożu gruźliczym. Zoperowano kręgosłup i kolana. Na próżno. Wypisano ją w końcu o domu, ale z powodu dotkliwych bólów dziewczyna nadal nie była w stanie chodzić. Nie było żadnej poprawy.

    Dziesięć lat później Maria Emilia nie mogła już nawet się czołgać. Ból, który odczuwała, był nieznośny. Obejrzał ją kolejny ortopeda i chciał ją nawet leczyć w Coimbrze lub Lizbonie, ale kobieta – czemu doprawdy trudno się dziwić – miała już dość lekarzy. Niestety, osiem dni po tej wizycie znów musiała się z nimi spotkać. Jej stan się pogorszył, wymagała kolejnej hospitalizacji. Trafiła do Szpitala Uniwersyteckiego w Coimbrze, gdzie przeszła drugą operację kręgosłupa. Z fatalnym skutkiem! Została paraplegiczką. Twierdząc, że na jej chorobę nie ma żadnego lekarstwa, odesłano ją do domu.

    8 stycznia 1978 roku na skutek gorączki kobieta po raz kolejny znalazła się w szpitalu w Leirii. Tym razem spędziła w nim kolejnych sześć lat! Po tym czasie przeniesiono ją do domu opieki pw. Świętego Franciszka. „Od tej pory do 1987 roku nie skonsultowała się z żadnym lekarzem, nie brała żadnych specjalnych leków, tylko środki przeciwbólowe, gdy ból był bardzo silny. Zawsze leżała na boku na łóżku, całkowicie zdrętwiała od pasa w dół. Mogła tylko poruszać rękami i głową. Modliła się, śpiewała i płakała, ale zniechęcenie, cierpienia i wielka trudność z zaakceptowaniem swojej sytuacji doprowadziły ją, jak sama przyznaje, do irytacji i protestów wobec tych, którzy jej służyli i chcieli tylko czynić jej dobro” – opisywał jej stan ojciec Fabrice Delestre.

    Pewnego dnia sanitarką przetransportowano kobietę do Fatimy. Właśnie od tego czasu Maria Emilia Santos zaczęła szczególną czcią otaczać Franciszka i Hiacyntę. Z nadzieją na polepszenie stanu zdrowia zaczęła odmawiać nowenny – jedną za drugą.

    Nadszedł 25 marca 1987 roku – uroczystość Zwiastowania Pańskiego. Maria Emilia była w swoim pokoju. Odmówiła różaniec i zaczynając kolejny dzień nowenny, westchnęła z wyrzutem: „Hiacynto, został tylko jeden dzień, aby skończyć kolejną nowennę i wciąż nic…?”. I właśnie wtedy spostrzegła, że z jej stopami dzieje się coś dziwnego. Poczuła silne ciepło i mrowienie. Przestraszyła się. Objawy narastały. „Usiądź! Możesz!” – mówił jakiś dziecięcy głosik. Kiedy usłyszała te słowa po raz trzeci, zdobyła się wreszcie na odwagę – odrzuciła kołdrę i… usiadła na łóżku. Usiadła! Mogła!

    Zadzwoniła zaraz potem po kogoś z personelu domu opieki, a gdy wreszcie przyszedł, poprosiła o zapalenie światła. Kiedy rozbłysło, pielęgniarka przeraziła się i zaczęła krzyczeć. Przestraszyła się siedzącej na łóżku kobiety. Wezwano dyrektorkę domu i resztę pracowników i mieszkańców. Nie mogli wyjść ze zdziwienia. Przecież dopiero co podczas mycia wyła z bólu. Od tej pory Maria Emilia zaczęła jeździć na wózku inwalidzkim. Na siedząco.

    Ale to nie był koniec tej historii. Kobieta modliła się nadal, tym razem prosząc pastuszków, by pomogli jej wstać.

    20 lutego 1989 roku przypadała 69. rocznica śmierci Hiacynty. „Jeśli zmusisz mnie dzisiaj do chodzenia, czy będę najszczęśliwszą kobietą na świecie?” – zapytała podczas modlitwy. A potem… wstała z wózka. Spróbowała zgiąć kolana i… nie poczuła bólu. Postawiła pierwsze kroki, a chwilę później, podpierając się laską… zaczęła chodzić. Po ponad 20 latach! Kiedy 10 lat później rozpatrywano to uzdrowienie w Watykanie, Maria Emilia poruszała się bez trudności.

    Także konsultorzy Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych uznali to za cud i w sposób oczywisty przypisali go wstawiennictwu Franciszka i Hiacynty. Na tej podstawie 13 maja 2000 roku Jan Paweł II beatyfikował Hiacyntę i Franciszka w Fatimie. Fatimscy pastuszkowie stali się tym samym najmłodszymi błogosławionymi w historii Kościoła, dystansując Dominika Savio, który zmarł na krótko przed swoimi 15. urodzinami.

    Wspólne cuda

    Ciekawostką jest, że w przypadku rodzeństwa Marto zastosowano nowe rozwiązanie proceduralne. Jan Paweł II zdecydował bowiem, że Hiacynta i Franciszek, z uwagi na to, że najważniejsze wydarzenia z ich życia – objawienia, cierpienia, jakich doświadczyli od władz, młody wiek, w którym zostali zabrani do nieba, dotyczyły ich obojga – nie potrzebują do swojej beatyfikacji i kanonizacji cudów zdziałanych osobno, ale wspólnie. Warunkiem było tylko to, by wyproszono je, przyzywając rodzeństwo. Swoją drogą – do tego, żeby tak małe dzieci zostały uznane za świętych, też potrzebne było specjalne papieskie zezwolenie.

    PCh24.pl./tekst pochodzi z albumu „Cuda Wielkich Świętych”, Henryk Bejda.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 lutego

    Święty Piotr Damiani, biskup i doktor Kościoła

    Święty Piotr Damian

    Piotr urodził się w 1007 roku w Rawennie, w licznej i niezamożnej rodzinie. Matka, zniechęcona licznym potomstwem, porzuciła niemowlę. Ledwie żywe odnalazła je służąca i oddała rodzinie. Po przedwczesnej śmierci rodziców Piotr znalazł drugą, lepszą matkę, w ukochanej siostrze, Rozelinie. Zaopiekował się nim starszy brat, Damian, od którego przyjął przydomek Damiani (czyli “od Damiana”). Początkowo brat obchodził się z Piotrem surowo. Święty musiał paść u niego świnie. Kiedy jednak Damian poznał się na niezwykłych zdolnościach brata, za radą siostry oddał go na studia do Rawenny, a następnie do Faenzy i Parmy.
    Po przyjęciu święceń kapłańskich Piotr został wykładowcą w jednej ze szkół parafialnych. Po pewnym czasie zrezygnował z czynnego życia. Udał się na pustkowie, a potem do klasztoru benedyktynów-eremitów. Został mnichem, a następnie w 1043 r. opatem eremu kamedulskiego w Fonte Avellana. Odnowił życie zakonne. Stał się doradcą wielu klasztorów i kierownikiem duchowym wielu uczniów, którzy garnęli się do niego. Ponieważ opactwo, w którym przebywał, nie było zdolne ich wszystkich pomieścić, założył dwa inne i ułożył dla nich osobną regułę. Z biegiem lat powstały dalsze ośrodki pustelnicze: w Marchii, Umbrii, Romanii i w Abruzzach. Piotr Damiani był przyjacielem kolejnych cesarzy: Henryka III i Henryka IV, doradcą papieży: Klemensa II, Damazego II, Leona IX i Stefana II. Ten ostatni mianował go w 1057 r. biskupem Ostii i kardynałem.
    Piotr Damiani pracował nad wewnętrzną odnową Kościoła. Bolał bardzo nad Kościołem Chrystusowym, dręczonym wówczas chorobą symonii i inwestytury. Władcy i możni panowie świeccy pod pozorem zasług, jakie położyli dla Kościołów lokalnych, żądali dla siebie w zamian przywilejów mianowania duchownych na stanowiska proboszczów, przełożonych klasztorów, rektorów świątyń, a nawet biskupów. Panowie ci ponadto, jako fundatorzy i opiekunowie kościołów, rezerwowali sobie także kontrolę nad majątkami, które do tych kościołów przydzielili, i mieszali się w wewnętrzne sprawy Kościoła. Piotr Damiani szeregiem pism zwalczał te nadużycia.
    Wielokrotnie bywał legatem papieskim na synodach i często pełnił funkcję mediatora. Mikołaj II wysłał go do Mediolanu, by w diecezji tamtejszej zaprowadził konieczne reformy. Papież Aleksander II trzymał Piotra stale przy sobie jako doradcę. W roku 1062 zlecił mu misję we Francji, by załagodził spór między biskupem Macon a słynnym opactwem benedyktyńskim w Cluny. Z tej okazji Piotr załatwił także sporne sprawy wśród biskupów: Reims, Sens, Tours, Bourges i Bordeaux. Po drodze odbył pielgrzymkę do grobów św. Majola i św. Odylona w Souvigny.
    Przez cały czas tęsknił za życiem mniszym. W 1067 r. otrzymał pozwolenie na powrót do Fonte Avellana i zrzekł się diecezji Ostii. Jednak nadal w razie konieczności służył papieżowi pomocą. W roku 1069 udał się do Frankfurtu nad Menem, gdzie zdołał przekonać cesarza Henryka IV, by nie opuszczał swojej prawowitej małżonki, Berty. W roku 1071 jako legat papieski współuczestniczył w konsekracji kościoła benedyktynów na Monte Cassino, a w roku następnym przybył do Rawenny, by tamtejszego biskupa, Henryka, pojednać ze Stolicą Apostolską.
    W drodze powrotnej zachorował i w nocy z 22 na 23 lutego 1072 r. zmarł niespodziewanie w klasztorze benedyktynów w Faenzy i w ich kościele został pochowany. W roku 1354 jego relikwie przeniesiono do wspaniałego grobowca, wystawionego ku jego czci w tymże kościele. Od roku 1898 jego śmiertelne szczątki spoczywają w katedrze, w osobnej kaplicy.
    Piotr Damiani był wielkim znawcą Biblii i Ojców Kościoła oraz znakomitym prawnikiem kanonistą. Należał także do najpłodniejszych pisarzy swoich czasów. Zostawił po sobie ok. 240 utworów poetyckich, 170 listów, 53 kazania, 7 życiorysów i kilka innych tekstów. Pisał rozprawy o stanie Kościoła i jego naprawie. Piętnował w nich zakorzenione nadużycia, symonię i nieobyczajność kleru. Zachował się wśród jego licznej korespondencji także list do antypapieża, Honoriusza, z pogróżkami kar Bożych. Napisał osobną rozprawę w obronie praw papieża i jego absolutnej niezawisłości od cesarza w sprawach kościelnych. Z dzieł ascetycznych wymienić należy piękną rozprawę o życiu pustelniczym. Święty przedstawił je w tak ponętnych barwach, że pociągnął nim bardzo wielu ludzi do zakonu kamedułów, któremu on właśnie zapewnił największy rozwój. Jedyny to w obecnych czasach istniejący jeszcze zakon pustelników. Papież Leon XII zatwierdził w roku 1821 kult św. Piotra Damiani i ogłosił go doktorem Kościoła. Jest wzywany przy bólach głowy.
    W ikonografii św. Piotr przedstawiany jest jako biskup w mitrze, jako kardynał w cappa magna lub jako mnich w habicie. Atrybuty: anioł trzymający kapelusz kardynalski, cappa magna, czaszka, krucyfiks.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 lutego

    Katedry świętego Piotra, Apostoła



    Ilustracja
    św. Piotr, obraz Petera Rubensa
    ***

    Do roku 1969 Kościół łaciński obchodził dwa święta związane ze Stolicą Piotrową: Katedry św. Piotra w Rzymie (18 I) i Katedry św. Piotra w Antiochii (22 II). Po reformie liturgii oba te święta zostały połączone w jedno pod wspólną nazwą: Katedry św. Piotra.
    Od IV w. chrześcijanie rzymscy znali i obchodzili święto Katedry świętego Piotra, wspominając, że Apostoł był biskupem tego miasta. W ten sposób składali hołd św. Piotrowi za to, że właśnie w Rzymie założył gminę chrześcijańską i miasto to obrał za stolicę chrześcijaństwa. Ponieważ jednak święto wypadało dawniej często podczas postu, dlatego w wielu stronach, np. w Galii, zaczęto je obchodzić 18 stycznia. Z biegiem lat ustaliły się zwyczajowo dwa święta: 18 stycznia Katedry św. Piotra w Rzymie, a 22 lutego Katedry św. Piotra w Antiochii. Według bowiem bardzo dawnej tradycji św. Piotr miał najpierw założyć swoją stolicę prymasa Kościoła Chrystusowego w Antiochii, gdzie przebywał kilka lat, zanim udał się ok. 42 roku do Rzymu i tam poniósł śmierć męczeńską. W 1558 roku papież Paweł IV ustalił ostatecznie 18 stycznia jako pamiątkę wstąpienia na tron rzymski św. Piotra, a 22 lutego na obchód święta objęcia stolicy w Antiochii. Oba święta obchodzone początkowo w Rzymie Paweł IV rozszerzył obowiązkowo na cały Kościół łaciński.
    W bazylice św. Piotra w Rzymie za głównym ołtarzem, w absydzie, jest tron (katedra), na którym miał zasiadać św. Piotr. Do V w. znajdował się on w baptysterium bazyliki św. Piotra. Drogocenna relikwia składa się jedynie z wielu kawałków drewna, spojonych od dawna bogato zdobionymi płytami z kości słoniowej. Słynny budowniczy bazyliki św. Piotra, Jan Wawrzyniec Bernini (+ 1680), zamknął ów tron w potężnej, marmurowej budowli. Ta właśnie katedra stała się symbolem władzy zwierzchniej w Kościele Chrystusa tak w osobie świętego Piotra, jak również jego następców. Święto to jest więc z jednej strony aktem wdzięczności Rzymian za to, że św. Piotr tak bardzo wyróżnił ich miasto, z drugiej zaś strony – jest okazją dla wiernych Kościoła okazania następcom św. Piotra wyrazu czci. Tron, na którym zasiadał św. Piotr, obecny stale w kościele, gdzie papież odprawia nabożeństwa i sprawuje liturgię dnia, jest nieustannym świadectwem, że biskupi rzymscy mają tę samą władzę nad Kościołem Chrystusa, jaką miał Piotr; że następcami Piotra mogą być tylko biskupi rzymscy.Teksty ewangeliczne podają nam wiele przykładów, że Chrystus Pan spomiędzy wszystkich Apostołów wyróżniał w sposób szczególniejszy św. Piotra. Warto przypomnieć w tym miejscu dwa: obietnicę prymatu i jej wypełnienie:”[…] I ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli Skała), i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 18-19).Wspomniany tekst znajduje się we wszystkich starożytnych kodeksach i przekładach. W jego autentyczność nie można więc naukowo wątpić. Słowa obietnicy są skierowane jasno i wyraźnie tylko do św. Piotra. Skierował zaś je Pan Jezus publicznie, wobec wszystkich Apostołów. Obrazy: opoka, klucze, władza związywania i rozwiązywania – to wszystko są znane powszechnie symbole władzy.
    Pan Jezus faktycznie oddał św. Piotrowi najwyższą władzę w swoim Kościele:”Gdy spożywali śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: «Szymonie, synu Jana, czy Mnie miłujesz więcej aniżeli ci?» Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś baranki moje». I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?» Odparł Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś owce moje». Powiedział mu po raz trzeci: «Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?» Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy kochasz Mnie?» I rzekł do Niego: «Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego Jezus: «Paś owce moje».” (J 21, 15-17)Chrystus w przekazaniu władzy posłużył się znanym powszechnie symbolem owczarni i pasterza. W słowach jednoznacznych, wobec świadków – Apostołów, uczynił Piotra pasterzem swojej owczarni. Ojcowie Kościoła przez termin “baranki” rozumieją wiernych, a przez wyraz “owce” – matki tychże baranków, czyli biskupów i kapłanów Kościoła.
    Piotr faktycznie sprawował najwyższą władzę w Kościele po wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Mamy na to wiele dowodów, które nam przekazał św. Łukasz w Dziejach Apostolskich. To Piotr proponuje w miejsce Judasza wybór następcy (Dz 1, 15-26). Jego propozycja zostaje przyjęta. Piotr przemawia do tłumu w dzień Zesłania Ducha Świętego (Dz 2, 5-38) i do najwyższej Rady żydowskiej (Dz 4, 5-12). Piotr został aresztowany przez Heroda jako głowa Kościoła (Dz 12, 1-19). To w końcu Piotr rozstrzyga na soborze apostolskim, żeby ewangelizację rozszerzyć także na pogan i że neofitów nawróconych z pogaństwa należy zwolnić z nakazów judaizmu (Dz 15, 1-12).
    O pobycie św. Piotra w Rzymie piszą Ojcowie apostolscy. Św. Klemens I Rzymski (koniec wieku I) pisze o męczeńskiej śmierci św. Piotra i Pawła w Rzymie. Św. Ignacy (+ 107) mówi w Liście do Rzymian: “Nie jak Piotr i Paweł rozkazuję wam”. Św. Papiasz (I-II w.) podaje, że Marek napisał Ewangelię wtedy, gdy Piotr był w Rzymie (Euzebiusz, Historia Kościoła, III, 39). Św. Ireneusz (+ 202) relacjonuje: “Mateusz wydał między Żydami w ich języku Ewangelię wtedy, gdy Piotr i Paweł w Rzymie głosili Ewangelię i zakładali Kościół” (Adversus haereses, III 1, c. 1). Tertulian (+ ok. 240) zapisał: “Jeśli przybędziesz do Italii, masz Rzym… O, jak szczęśliwy to Kościół, któremu całą naukę wraz ze swoją krwią przekazali Apostołowie, gdzie Piotr rodzajem męki zrównany z męką Pańską, gdzie Paweł ukoronowany śmiercią Jana” (De praescripto, c. 36). Wreszcie świadectwo św. Kajusa, kapłana rzymskiego (ok. 210): “Mogę pokazać ci groby Apostołów Piotra i Pawła. Bo gdy pójdziesz do Watykanu albo w kierunku Ostii, znajdziesz groby tych, którzy ten Kościół założyli” (Euzebiusz, Historia Kościoła, II, 25).
    Dowodem najwymowniejszym, że św. Piotr był w Rzymie i że tam poniósł śmierć męczeńską, jest jego grób. Według podania miał on znajdować się w bazylice św. Piotra pod konfesją. Badania przeprowadzone przed rokiem 1950 potwierdziły głos tradycji. Znaleziono tam śmiertelne szczątki Apostoła.Współcześnie wśród chrześcijan istnieją jednak spory dotyczące zakresu władzy papieża. Z tego powodu Sobór Watykański I (1870) wydał następujące orzeczenie dogmatyczne: “Nauczamy przeto i orzekamy, według świadectw Ewangelii, że Chrystus Pan bezpośrednio i wprost św. Piotrowi Apostołowi obiecał i powierzył prymat władzy nad całym Kościołem Bożym… Jeśliby tedy kto powiedział, że św. Piotr Apostoł nie jest przez Chrystusa Pana ustanowiony księciem wszystkich Apostołów i głową widzialną całego Kościoła walczącego, albo że otrzymał on od tegoż Pana naszego Jezusa Chrystusa wprost i bezpośrednio tylko honorowy a nie prawdziwy prymat władzy, niech będzie wyklęty”.Biskupi rzymscy zawsze uważali się i byli uważani za bezpośrednich następców św. Piotra Apostoła. Warto podać przynajmniej kilka przykładów:
    W latach 93-96 wybuchł w Koryncie spór gwałtowny pomiędzy wiernymi a tamtejszą hierarchią. Pomimo że żył jeszcze w Efezie św. Jan Apostoł, hierarchia Koryntu odwołuje się do biskupa Rzymu, którym był wówczas św. Klemens I. Ten wystosował do chrześcijan w Koryncie bardzo autorytatywny list.
    Św. Wiktor I ok. 190 roku wysyła do wszystkich biskupów list, wzywający ich, aby zwołali synody i rozpatrzyli sprawę daty Wielkanocy. Kiedy synod w Efezie uchwalił datę przeciwną tej, jaką wprowadził papież, św. Wiktor rzucił na tamtejszych biskupów klątwę.
    Św. Stefan I (+ 267) pod groźbą klątwy nakazał biskupom Afryki ze św. Cyprianem na czele uznać chrzest udzielony przez heretyków za ważny. Mimo oporu jednostek wszyscy biskupi opowiedzieli się wówczas za papieżem.
    Św. Juliusz I (+ 352) w liście do biskupów Afryki użala się, że bez jego wiedzy złożono ze stolicy biskupiej św. Atanazego, patriarchę Aleksandrii, a przecież powinni wiedzieć, “że jest zwyczajem naprzód pisać do nas, aby stąd według sprawiedliwości wszystko było rozstrzygnięte”. Tak więc papieże rozciągali władzę nawet nad patriarchami.
    Św. Syrycjusz (+ 399) uzasadnia troskę o czystość wiary tym, że “nosi ją w nas Apostoł Piotr, który nas, dziedziców swych, strzeże”.
    Na Soborze Efeskim (431) legat papieski zasiadał na honorowym miejscu zaraz obok cesarza. A oto fragment jego przemówienia: “Nikomu to nie jest wątpliwym, owszem wszystkim wiekom jest znane, że św. Piotr, Książę i Głowa Apostołów, kolumna wiary i fundament katolickiego Kościoła, otrzymał od Pana naszego Jezusa Chrystusa… klucze królestwa niebieskiego. Dana mu została władza związywania i rozwiązywania, który aż do tego czasu i zawsze w swych następcach żyje i sądzi. Tegoż tedy według kolejności następca, najświątobliwszy Ojciec nasz, biskup Celestyn, nas, zastępców swoich, na ten synod posłał”. Na ponad 200 biskupów tam zebranych nikt nie zaprotestował.
    Podobnie nikt nie wyraził sprzeciwu, kiedy na Soborze Chalcedońskim (451) przemówił legat papieski, nazywając papieża wprost “Głową wszystkich Kościołów”, chociaż było wówczas zgromadzonych ok. 600 biskupów. Kiedy odczytano na tymże soborze list papieża św. Leona, potępiający błędy Eutychesa, zgromadzeni ojcowie zawołali: “Piotr przez Leona przemówił!”.
    Stąd też Sobór Watykański I miał prawo orzec: “Nauczamy przeto i oświadczamy, że Kościół Rzymski z ustanowienia Pana posiada naczelną władzę nad wszystkimi Kościołami. Władza ta Kościołowi Rzymskiemu przysługuje na mocy zwykłego porządku rzeczy. Tę władzę biskup rzymski otrzymał bez niczyjego pośrednictwa… Względem niej mają też obowiązek hierarchicznej uległości i posłuszeństwa pasterze każdego obrządku i każdego stopnia godności oraz wierni, tak każdy z osobna, jako też wszyscy razem wzięci, nie tylko w sprawach wiary i obyczajów, ale również w tych, które należą do karności i rządów Kościoła na całym świecie… Jeśliby więc kto mówił, że papież ma tylko obowiązek nadzorowania lub kierowania, a nie najwyższą i pełną władzę rządzenia całym Kościołem… niech będzie wyklęty”.Dzisiejsze święto przypomina, że Stolica Piotrowa jest podstawą jedności Kościoła. Kościół modli się, aby “pośród zamętu świata nasza wiara pozostała nienaruszona”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 lutego

    Święty Polikarp, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Izabela Francuska, dziewica
      •  Błogosławiony Stefan Wincenty Frelichowski, prezbiter i męczennik
    ***
    Polikarp należy do Ojców Apostolskich. Mianem tym od XVII w. określa się świętych pisarzy kościelnych, którzy żyli jeszcze w czasach apostolskich i przekazali nam pewne treści pochodzące od Apostołów. Ojcowie ci są bezpośrednim łącznikiem pomiędzy uczniami Chrystusa a chrześcijaństwem lat późniejszych. Do Ojców tych zwykło się zaliczać wśród innych: św. Klemensa I Rzymskiego, papieża (+ 97), św. Ignacego z Antiochii (+ 110-117), św. Papiasza (w. II) i św. Polikarpa (+ ok. 156). Od Ojców Apostolskich należy odróżnić Ojców Kościoła, czyli tych świętych, którzy żyli w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, a swoją wiedzą i pismami przyczynili się do wyjaśnienia wiary i jej obrony przeciwko błędom. Jako datę graniczną dla Ojców Kościoła na Zachodzie zwykło się podawać rok 636, czyli śmierć św. Izydora z Sewilli, a na Wschodzie rok ok. 749, czyli śmierć św. Jana Damasceńskiego. Od Ojców Kościoła odróżniamy wreszcie doktorów Kościoła, którzy żyli w różnych czasach, a wyróżniali się niezwykłą wiedzą i obroną wiary.

    Święty Polikarp

    Według św. Ireneusza (+ 202), Polikarp był uczniem św. Jana Ewangelisty. Tertulian i św. Hieronim przekazali nam informację, że św. Jan Apostoł ustanowił swojego ucznia, Polikarpa, biskupem w Smyrnie (dzisiejszy Izmir), w Małej Azji. Około roku 107 św. Ignacy z Antiochii napisał piękny list do Polikarpa, kiedy był wieziony okrętem do Rzymu, by tam ponieść śmierć męczeńską, i zatrzymał się w Troadzie. W liście tym Ignacy oddaje Polikarpowi najwyższe pochwały, kiedy go nazywa dobrym pasterzem, niezłomnym w wierze i mężnym atletą Chrystusa. Takim przedstawiają go wszystkie świadectwa. Wiemy, że ok. 155 r. Polikarp przybył do Rzymu, by z papieżem Anicetem prowadzić rozmowy ustalające termin obchodzenia Wielkanocy. Świadczy to o wysokiej pozycji biskupa Smyrny.
    Według relacji pierwszego historyka Kościoła, Euzebiusza z Cezarei Palestyńskiej, Polikarp miał rządzić Kościołem w Smyrnie przez około 60 lat i ukoronować życie śmiercią męczeńską. Miał ponad 86 lat, kiedy oskarżono go o lekceważenie pogańskiej religii i jej obrzędów, jak też zwyczajów. Oskarżono go przed namiestnikiem (prokonsulem) rzymskim, Stacjuszem Kodratosem. Na oskarżenia Polikarp odpowiedział: “Osiemdziesiąt sześć lat służę Chrystusowi, nigdy nie wyrządził mi krzywdy, jakżebym mógł bluźnić memu Królowi i Zbawcy?” Kiedy zaś sędzia groził Świętemu, że go każe spalić żywcem, Polikarp odparł: “Ogniem grozisz, który płonie przez chwilę i wkrótce zgaśnie, bo nie znasz ognia sądu, który przyjdzie, i kary wiecznej”. Stacjusz skazał Polikarpa na śmierć przez spalenie na stosie. Gdy zaś płomienie nie chciały się imać męczennika, zginął od pchnięcia puginałem. Działo się to na stadionie w Smyrnie 22 lutego, najprawdopodobniej w 156 r., choć podaje się okres pomiędzy rokiem 155 a 169. Polikarp pozostawił po sobie cenny list do Filipian – świadectwo tradycji apostolskiej. Innym ważnym pomnikiem literatury starochrześcijańskiej jest opis jego męki (Martyrium Policarpi).W ikonografii św. Polikarp przedstawiany jest jako męczennik lub jako biskup. Wzywany do obrony przed czerwonką i bólem ucha.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________________-

    23 lutego

    Błogosławiony
    Stefan Wincenty Frelichowski,
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Stefan Wincenty Frelichowski

    Wincenty przyszedł na świat 22 stycznia 1913 roku w Chełmży. Wzrastał w rodzinie, w której panowała atmosfera wzajemnej życzliwości, wzajemnego wspierania, sumiennej pracowitości. Panowały tam staropolskie zwyczaje, szczera i niezakłamana miłość, duch wyważonej pobożności, głęboki patriotyzm. Siedmioletni Wicek był świadkiem wkroczenia do Chełmży wojska polskiego, które 20 stycznia 1920 roku przyniosło miastu i jego mieszkańcom wolność. Od tego momentu rozpoczął się nowy etap jego życia.
    W cieniu dawnej katedry Wicek, jak go wszyscy nazywali, spędził swoją młodość. W latach szkolnych związał się z harcerstwem. Zapalony wielkimi ideałami, odnajdywał radość w służbie drugiemu człowiekowi, działając w 24. Pomorskiej Drużynie Harcerskiej im. Zawiszy Czarnego. Wstąpił do niej w marcu 1927 r. W swoim pamiętniku tak pisał o swojej roli drużynowego: “Taka drużyna dawałaby swym członkom coś więcej niż samą karność i trochę wiedzy polowej i przyjemne obozy, lecz dawałaby im pełne wychowanie obywatela znającego dobrze swoje obowiązki dla Ojczyzny. Ja sam wierzę mocno, że państwo, którego wszyscy obywatele byliby harcerzami, byłoby najpotężniejszym ze wszystkich. Harcerstwo bowiem, a polskie szczególnie, ma takie środki, pomoce, że kto przejdzie przez jego szkołę, jest typem człowieka, jakiego nam teraz potrzeba”.
    Będąc uczniem ośmioklasowego męskiego gimnazjum humanistycznego w Chełmży, rozwijał swoje życie wewnętrzne w Sodalicji Mariańskiej. W 1930 roku został jej prezesem. Decyzja wstąpienia na drogę kapłaństwa nie przyszła mu łatwo. Nie było łatwo wszystko zostawić, ale nie utracił swojej naturalnej radości, którą nadal promieniował w nowym środowisku. Chciał oddać się na służbę Bogu. “Wiem, że to najlepsza droga. Ufam, że Jezus mi dopomoże, bo dla Niego ta ofiara. Wiem, że niegodny jej jestem, ale chcę być kapłanem wedle Serca Bożego. Tylko takim. Innym nie”. Jako diakon został kapelanem i sekretarzem biskupa Stanisława Okoniewskiego. W dniu 14 marca 1937 roku przyjął święcenia kapłańskie.
    Rok później został wikariuszem w parafii Wniebowzięcia NMP w Toruniu. Był gorliwym apostołem dzieci i chorych, pełniąc funkcję kapelana Chorągwi Pomorskiej ZHP i redaktora “Wiadomości Kościelnych”. Wciąż były w nim żywe młodzieńcze ideały.
    Gdy 7 września 1939 r. oddziały niemieckiego Wermachtu wkroczyły do Torunia, rozpoczęły się aresztowania. W dniu 17 października aresztowano ks. Frelichowskiego. Był on dla władz niemieckich szczególnie podejrzany ze względu na swoje zaangażowanie w ruchu harcerskim. Osadzony w Forcie VII, realizował nadal swoje ideały harcerskie. Uwięziona młodzież spontanicznie garnęła się do niego z wielką ufnością. Ksiądz sam wyszukiwał ludzi szczególnie smutnych i samotnych, chorych i słabych. Odtąd realizował powołanie kapłańskie w warunkach konspiracyjnych, w kolejnych niemieckich obozach koncentracyjnych w Stutthof, Grenzdorf, Sachsenhausen i Dachau. Organizował wspólne modlitwy, wyszukiwał najbardziej umęczonych i załamanych współwięźniów. Jeden z nich, późniejszy biskup chełmiński, ks. Bernard Czapliński, tak go wspominał: “Nikt nie zapomni owego Wielkiego Czwartku 1940 roku, gdyśmy mogli dzięki jego staraniom i zapobiegliwości – wprawdzie w sposób katakumbowy – odprawić pierwszą, od chwili aresztowania, Mszę świętą. W Sachsenhausen pełni dalej obowiązki kapelana nie tylko naszego, lecz również i rodaków. Wspomnę choćby słuchanie wychodzących z obozu transportów spowiedzi, które on organizował”.
    W Dachau Wincenty opiekował się chorymi na tyfus, przekradał się do ich baraków, by nieść im pomoc i umacniać Eucharystią. Sam nie dałby rady pomóc wszystkim umierającym. Udało mu się pozyskać 32 polskich księży, którzy zgłosili się, by na tych właśnie blokach pielęgnować zakażonych. Wszyscy oni bez wyjątku przeszli ciężki tyfus, a dwóch zmarło. Ksiądz Wincenty już wcześniej zaraził się tyfusem – zmarł w opinii świętości w dniu 23 lutego 1945 roku, na około dwa miesiące przed wyzwoleniem obozu. Wyjątkowość zmarłego kapłana uznali nawet hitlerowcy, pozwalając po raz pierwszy w obozie w Dachau na wspólne modlitwy przy trumnie, wyłożonej białym prześcieradłem, udekorowanej kwiatami. Współwięzień wyjął kilka kosteczek z jego palców, by przechować je jako relikwie, zanim spalono ciało w krematorium.
    Św. Jan Paweł II ogłosił ks. Frelichowskiego błogosławionym 7 czerwca 1999 roku w Toruniu podczas pielgrzymki do Ojczyzny. 22 lutego 2003 roku bł. Stefan Wincenty został ogłoszony patronem harcerstwa polskiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 lutego

    Święty Etelbert, król

    Zobacz także:
      •  Święty Marek Marconi, zakonnik
    ***
    [St+Ethelbert+2.jpg]
    Kościół p.w. św. Etelberta w Berkshire
    ***
    Etelbert I rozpoczął panowanie w Anglii jako ośmioletnie dziecko po śmierci ojca (560). W rządach wyręczała go początkowo przyboczna rada królewska. Długoletnie, bo trwające przez 50 lat rządy Etelberta, były dla Anglii wprost opatrznościowe. Nie tylko bowiem roztropnie rządził własnym małym królestwem, ale przyczynił się do zjednoczenia prawie wszystkich królestw Anglii, dotąd ze sobą skłóconych i będących w stanie nieustannej wojny. Udało mu się utworzyć coś w rodzaju konfederacji, unii królów angielskich.
    Był poganinem przez pierwszych 36 lat życia. Około 588 udał się do Paryża, gdzie za małżonkę pojął Bertę – córkę króla Merowingów frankońskich, Chariberta. Postawiono wszak warunek, że Etelbert zostawi całkowitą swobodę Bercie i jej kapelanowi, Letardowi, biskupowi z Senlis. Pobożna królowa tak wpłynęła na męża, że zgodził się nawiązać kontakt z Rzymem. Co więcej, nakłonił papieża św. Grzegorza I Wielkiego, aby ten przysłał misjonarzy do jego królestwa w Anglii. Na czele wyprawy stanął św. Augustyn z Canterbury. Przywiódł on ze sobą 40 mnichów-kapłanów benedyktyńskich. Przybyli oni do Kentu w samą Wielkanoc 597 roku. Król wyszedł św. Augustynowi i jego misjonarzom na spotkanie i zezwolił im swobodnie głosić nową wiarę.
    Sam też po kilku latach przyjął chrzest. Zachował się list św. Grzegorza do Etelberta i jego małżonki, w którym papież czyni wyrzut, że król tak późno zdecydował się na przyjęcie wiary. Etelbert jednak wolał tak ważny krok uczynić po poważnym namyśle i dokładnym zapoznaniu się z całokształtem wiary i moralności chrześcijańskiej. Był zresztą pierwszym władcą Anglii, który się na to zdobył. Z czasem i inni królowie poszli w jego ślady. Wśród nich niedługo wprowadził do siebie katolickich misjonarzy siostrzeniec Etelberta, Sebert, król Sussexu, który też przyjął chrzest. Córka Etelberta, św. Etelburda, wydana za króla Northumbrii (środkowowschodnia część Anglii), pozyskała go również dla Kościoła katolickiego.
    Etelbert ze wszystkich sił dopomagał misjonarzom w szerzeniu wiary. Dzięki jego pomocy i hojności wystawiono świątynie, zamienione niebawem na katedry: w Canterbury, Londynie i Rochester. Kiedy zaś utworzona została metropolia w Canterbury, przydzielono do niej biskupstwa w Rochester, w Londynie i w innych miastach, które król szczodrze uposażył.
    Etelbert nie tylko poszerzył granice swojego królestwa i zabezpieczył je od napaści wrogów, ale wyróżniał się jako doskonały administrator i prawodawca. Do naszych czasów zachował się szczęśliwie zbiór praw, które wydał. Zdradzają one pokrewieństwo z prawem salickim, skodyfikowanym przez króla Francji, Chlodwika. Świadczy to o żywym kontakcie między Galią a Anglią.
    Po około 64 latach życia i 56 latach rządów Etelbert zmarł 24 lutego 616 roku. Jego śmiertelne szczątki złożono w kościele świętych Piotra i Pawła w Canterbury przy jego małżonce, Bercie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    Św. Etelbert, król Kentu

    W 601 roku przybyła do Stolicy Apostolskiej grupa mnichów-misjonarzy z Wysp Brytyjskich, ogłaszając radosną wiadomość. Oto władca jednego z walczących ze sobą państewek pod wpływem swej świątobliwej małżonki i kapłana Augustyna pochylił głowę pod zbawienny strumień wody chrztu świętego i stał się członkiem Chrystusowego Kościoła. Nie od razu wszakże król Etelbert sprawił tę radość Namiestnikowi Chrystusa – miał za sobą prawie pięćdziesiąt lat rządów, zanim skosztował ze Zdroju Życia.

    Ówczesne tereny angielskie były podzielone na mnóstwo różnych władztw, które walczyły ze sobą o hegemonię, a ich liczba zmieniała się w zależności od wyników tych walk. Na południowym wschodzie znajdowało się państwo (obecnie hrabstwo) Kentu, którym rządził Etelbert. Pierwszym historycznym faktem jego biografii, jakiego jesteśmy pewni, jest ślub z córką króla Franków Childeberta – Bertą. Miało to miejsce około roku 588.

    Był to pierwszy wyraźny ruch, jaki Opatrzność Boża wykonała w ramach chrystianizacji królestwa – Childebert bowiem postawił warunek: wyda córkę za Etelberta, ale ona przyjedzie na jego dwór wraz ze swoim kapelanem. Tak pierwszy głosiciel Królestwa Bożego znalazł się w królestwie Kentu.

    Następnym krokiem było przysłanie przez papieża św. Grzegorza Wielkiego misjonarza św. Augustyna (późniejszego biskupa Canterbury). Przykład jego na wskroś chrześcijańskiego życia uwieńczył dzieło, które rozpoczęła pobożna Berta. Władca przyjął chrzest i szczerze przejął się misją rozszerzenia chrześcijaństwa na podległych mu ziemiach. Wkrótce za jego przykładem poszli inni władcy brytyjscy i tak prawdziwa religia ponownie zapuściła korzenie na terenach późniejszej zjednoczonej Anglii.

    Etelbert prowadził odtąd działalność fundacyjną, budując świątynie w Canterbury, Londynie i Rochester, które zostały wkrótce podniesione do godności katedralnej. Już w 598 roku praca misjonarzy przynosiła duże, odnotowane w korespondencji ze Stolicą Świętą owoce, wszelako po nawróceniu władcy stała się niezmiernie skuteczniejsza. Mądry monarcha, który sam poznał dogłębnie świętą wiarę, zanim przyjął chrzest, był świadom, że powinno być to aktem wolnej woli. Dlatego nakłaniał, a nie zmuszał poddanych, a mimo to liczbę nawróconych można liczyć w dziesiątkach tysięcy.

    Ojciec Święty Grzegorz I, wielki animator działalności misyjnej i niezłomny sternik łodzi Piotrowej, zachęcał władcę do zachowania i krzewienia wiary: „Chwalebny Synu, pilnie strzeż łaski, jaką otrzymałeś od Boga; staraj się w poddanych ci narodach szerzyć wiarę chrześcijańską” i zwracał się słowami świadczącymi o prawdziwym uznaniu dla króla Kentu: „Ten bowiem, którego czci szukacie i w narodach ją zachowujecie, rozsławi również imię Waszej Chwalebności nawet u przyszłych pokoleń. Bo tak niegdyś najpobożniejszy cesarz Konstantyn, odwodząc rzeczpospolitą rzymską od przewrotnych kultów bałwochwalczych, poddał ją i siebie Bogu wszechmocnemu, Panu naszemu, Jezusowi Chrystusowi, i sam z podległymi narodami całą duszą nawrócił się do niego. Skutek tego był taki, że mąż ów przyćmił swą chwałą imię władców starożytnych i tak w opinii, jak i dobrym działaniu przewyższył swych poprzedników. Niechże więc i teraz Wasza Chwalebność stara się wpoić królom i narodom jej poddanym znajomość jednego Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego.”

    Św. Beda Czcigodny odnotował, iż Etelbert sprawował rządy przez pięćdziesiąt sześć lat. Po tak długich rządach, odznaczywszy się nie tylko gorliwością religijną, ale także działalnością administracyjną i prawodawczą (jest autorem pierwszego zachowanego anglo-saskiego kodeksu prawnego), po wielu latach szczęśliwego pożycia z królową Bertą, oddał ducha Panu Bogu i został pochowany u boku ukochanej małżonki w kościele św. Marcina w Canterbury.

    Kościół wspomina św. Etelberta króla Kentu 24 lutego.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 lutego

    Święci męczennicy
    Alojzy Versiglia, biskup, i Kalikst Caravario, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Cezary z Nazjanzu, pustelnik
      •  Błogosławiony Dominik Lentini, prezbiter
      •  Święty Tarazjusz, patriarcha
    ***
    Święty Alojzy Versiglia

    Alojzy Versiglia urodził się 5 czerwca 1873 r. w Olivia Gessi koło Turynu. Wzrastał w pobożnej atmosferze domu rodzinnego. W wieku 12 lat rozpoczął naukę w turyńskim oratorium salezjańskim. Z czasem uległ wpływowi ks. Bosko i klimatowi niezwykłej pobożności oratorium. Wstąpił więc do bardzo młodego jeszcze zgromadzenia w roku śmierci jego Założyciela. Ukończył nowicjat w Foglizzo, a 11 października 1889 r. złożył uroczyste śluby zakonne. Widząc jego wielką gorliwość, wyznaczano mu coraz trudniejsze zadania. Po ukończeniu filozofii na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, zaczął uczyć kleryków w Foglizzo.
    Święcenia kapłańskie przyjął 21 grudnia 1895 r. Przez kolejnych 9 lat był dyrektorem nowo utworzonego nowicjatu w Genzano, niedaleko Rzymu. Ze swoich obowiązków wywiązywał się doskonale, wyróżniał się pracowitością i dobrocią. Żywił głębokie nabożeństwo do Maryi.
    W roku 1906 powierzono mu misje w Makao. Salezjanie mieli tam objąć portugalski sierociniec. Alojzy był kierownikiem pierwszej wyprawy do Chin, aby zapoczątkować tam dzieło ks. Bosko. Obowiązki przełożonego wspólnoty chrześcijańskiej wypełniał z wrodzoną gorliwością i zapałem. Prace budowlane, sprawy organizacyjne, niezliczone podróże apostolskie do misji porozrzucanych na wielkim obszarze – to wszystko kosztowało go wiele wysiłku, osłabiając siły już uszczuplone latami ascezy.
    W 1920 r. został mianowany wikariuszem apostolskim okręgu Schiu Chow, a rok później – biskupem tytularnym Cariste. Jego dzieło misyjne rozwijało się mimo politycznych zamieszek i nienawiści do obcokrajowców. Podczas podróży wizytacyjnej do Lin Chow, którą odbywał wraz z młodszym współbratem, ks. Kalikstem Caravario, który pracował na tutejszej placówce, zostali obydwaj napadnięci przez uzbrojonych żołdaków. Sprzeciwili się uprowadzeniu dziewcząt chińskich, które wraz z nimi podróżowały wynajętą barką do Lin Chow. To rozwścieczyło napastników, którzy żywili wielką nienawiść do wyznawców obcej im wiary.
    Biskup Versiglia był duchowo przygotowany do męczeństwa; uważał nawet, że jest ono potrzebne dla owocnego rozwoju misji. Przed śmiercią prosił tylko napastników, aby darowali życie młodemu ks. Caravario, którego sam niegdyś zachęcił do wyjazdu na misje. Jego prośba nie została wysłuchana: obaj salezjanie zostali zamordowani bestialsko 25 lutego 1930 r. Szczątki ciała biskupa Alojzego umieszczono w krypcie prokatedry w Schiu Chow.

    Święty Kalikst Caravario

    Kalikst Jakub Caravario urodził się w Courgne koło Turynu 8 czerwca 1903 r. Gdy miał pięć lat, jego rodzice przenieśli się do Turynu, gdzie zaczął uczęszczać do salezjańskiego oratorium św. Józefa. Kontynuował naukę w kolegium św. Jana. Wyróżniał się posłuszeństwem, pobożnością i działaniami apostolskimi podejmowanymi wśród kolegów. Mając 15 lat, postanowił wstąpić do salezjanów.
    19 września 1919 r. złożył śluby zakonne w Foglizzo i wyraził chęć podjęcia pracy misyjnej. Trzy lata później spotkał się z biskupem Alojzym Versiglia, który przyjechał, by wziąć udział w obradach kapituły generalnej. Zachęcony jego opowiadaniami o misjach, Kalikst poprosił przełożonych o zgodę na wyjazd do Chin.
    W kilka tygodni po złożeniu ślubów wieczystych (24 września 1924 r.) opuścił Włochy i ruszył na Daleki Wschód. Jego pierwszą placówką stał się sierociniec w Szanghaju: opiekował się tu chłopcami, ucząc się jednocześnie języka i studiując teologię. Gdy w 1927 r. miasto zostało zdobyte przez wojska Chang Kai Sheka, wyjechał najpierw do Makao, a potem przez dwa lata przebywał na wyspie Timor u brzegów Australii, gdzie wypędzeni z Chin salezjanie otrzymali parafię.
    Po powrocie do Chin znalazł się w Schiu Chow. Tutaj 18 maja 1929 r. przyjął z rąk biskupa Alojzego święcenia kapłańskie. Mimo młodego wieku był już wówczas skutecznym misjonarzem. Doskonale znał język, wykazywał się odwagą i zapałem w działaniach i pracy. W 1930 r., objeżdżając stacje misyjne, gorliwie przygotowywał wiernych do zapowiedzianej wizytacji biskupa. W drodze na miejsce zginął męczeńsko razem z biskupem Alojzym Versiglia w dniu 25 lutego 1930 r., stając w obronie niewinnych dziewcząt.

    Święci Alojzy i Kalikst

    Pogrzeb męczenników przekształcił się w wielką manifestację religijną. Powszechna cześć dla nich sprawiła, że już 6 lat po pogrzebie rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji obu salezjańskich męczenników w dniu 15 maja 1983 r. na placu św. Piotra w Rzymie. 1 października 2000 r. kanonizował 120 męczenników chińskich, a wśród nich biskupa Versiglia i ks. Caravario. Tym samym dzieło salezjańskie w Chinach zyskało patronów i orędowników w niebie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 lutego

    Święta Paula Montal, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksander, biskup
    ***
    Święta Paula Montal

    Paula Montal Fornés urodziła się 11 października 1799 r. niedaleko Barcelony w Hiszpanii. Otrzymała staranne i głębokie wychowanie religijne. W wieku 10 lat straciła ojca. Aby pomóc w utrzymaniu rodziny, zaczęła pracować jako hafciarka. Pomagała w swojej parafii w katechizacji dzieci i młodzieży. Przez to doświadczenie zobaczyła, jak ważne jest odpowiednie przygotowanie intelektualne i zawodowe młodych kobiet.
    W 1829 r., pokonując rozliczne trudności, udała się do Figueras i założyła tam pierwszą szkołę dla dziewcząt. Dbała w niej o formację chrześcijańską i ogólnoludzką. Wkrótce zaczęły powstawać kolejne szkoły. W 1847 r. założyła Zgromadzenie Córek Maryi Sióstr Szkół Pobożnych (pijarki). Od 1859 r. aż do śmierci przebywała w Olesa de Montserrat. Poprzez trud wychowawczy, a także przez ufną modlitwę uczestniczyła w przeżywaniu losów nowego zgromadzenia. W chwili jej śmierci liczyło ono 19 domów, w których mieszkało ponad 300 sióstr.
    Paula Montal Fornés od św. Józefa Kalasantego zmarła 26 lutego 1889 r. w Olesa de Montserrat. Beatyfikował ją św. Jan Paweł II w kwietniu 1983 r.; w listopadzie 2001 r. włączył ją do grona świętych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 lutego

    Święty Gabriel od Matki Bożej Bolesnej, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Leander, biskup
    ***
    Święty Gabriel od Matki Bożej Bolesnej

    Franciszek Possenti urodził się w Asyżu 1 marca 1838 r. Gdy miał 4 lata, zmarła jego matka. Jego ojciec piastował urząd gubernatora tego miasta i okolic z ramienia Stolicy Apostolskiej, gdyż obszar ten należał wówczas do Państwa Kościelnego.
    Pierwsze lata swojego życia Franciszek spędził w różnych miejscach, a to dlatego, że jego ojciec nie zdecydował się jeszcze, gdzie obrać sobie stałą rezydencję. W roku 1856 osiadł na stałe w Spoleto.
    Franciszek odbywał studia najpierw u Braci Szkół Chrześcijańskich, którzy pogłębili w nim zasady religijne, wyniesione już z domu. Od roku 1850 uczęszczał do kolegium jezuitów. Należał do najlepszych uczniów. Miał wówczas 12 lat. Sakrament bierzmowania przyjął z rąk arcybiskupa Jana Sabbioni. Dbał aż do przesady o swój wygląd zewnętrzny, lubił grę w karty, tańce, imprezy artystyczne, wieczorki towarzyskie, polowania.
    Po krótkim okresie zbyt swobodnej młodości 22 sierpnia 1856 r. wstąpił do klasztoru pasjonistów w Morovalle, gdzie przyjął imię zakonne Gabriel. Ojciec, który myślał o ożenieniu go z pewną panienką z dobrej rodziny, był stanowczo przeciwny, by jego syn szedł do zakonu – i to jednego z wówczas najsurowszych. Franciszek zdołał jednak przełamać opór ojca; jako 18-letni młodzieniec pożegnał bliskich i zapukał do bram nowicjatu. Obrał sobie zakon, którego celem było pogłębianie w sobie i szerzenie wśród otoczenia nabożeństwa do męki Pańskiej i do Matki Bożej Bolesnej. Te dwa nabożeństwa szczególnie przypadły mu bowiem do serca. One też uświęciły go tak dalece, że po niewielu latach wzniósł się aż na stopień heroiczny doskonałości chrześcijańskiej. Zachował się jego notatnik, w którym zapisywał postanowienia podejmowania coraz to nowych ofiar w duchu pokuty. Był gotów przyjąć wszystkie, choćby największe męki, byle tylko pocieszyć Serce Boże i Jego Matki.
    Zmarł na gruźlicę 27 lutego 1862 r., mając 24 lata, nie doczekawszy święceń kapłańskich. Włosi nazywają św. Gabriela Santo del sorriso – “Świętym uśmiechu”. Jest patronem kleryków i młodych zakonników. Papież św. Pius X ogłosił Gabriela błogosławionym (1908), a papież Benedykt XV wpisał go do katalogu świętych (1920). Papież Pius XI obrał św. Gabriela za patrona młodzieży włoskiej Akcji Katolickiej (1926). W roku 1953 papież Pius XII wyznaczył św. Gabriela na patrona diecezji Teramo i Atri na równi ze św. Bernardynem i św. Reparatą. Jego relikwie znajdują się w Sanktuarium św. Gabriela w Isola del Gran Sasso. Jest patronem studentów, działaczy Akcji Katolickiej oraz księży.
    Ksiądz Jan Twardowski napisał o nim krótki wiersz:

    O Gabrielu bledziutki,
    z bolesnym w ręku obrazkiem;
    jesteś mi cały – gdy kocham –
    Szczęśliwym wynalazkiem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 lutego

    Święty Hilary I, papież



    Obrońca Trójcy Świętej i pierwszy ekumenista – św. Hilary z Poitiers
    Witraż: w centrum św. Hilary, po lewej św. Mikołaj, po prawej św. Piotr – Rodhullandemu,
    CC BY-SA 4.0 www.creativecommons.org, via Wikimedia Commons
    ***

    Hilary pochodził z Sardynii. Był w Rzymie archidiakonem za czasów papieża Leona Wielkiego. Jako legat papieski uczestniczył w synodzie w Efezie (449). W aktach synodalnych zapisano, że zaprotestował przeciwko usunięciu patriarchy Konstantynopola, Flawiana, sprzeciwiającego się herezji monofizytów. Patriarcha bowiem został w okrutny sposób pobity i wtrącony do więzienia, w którym zmarł; synod ten nazywano później “zbójeckim”.
    Po śmierci Leona Wielkiego Hilary został wybrany na stolicę Piotrową 19 listopada 461 roku. Próbował uporządkować Kościół od strony administracyjnej, zwłaszcza na terenie Galii. W Rzymie wybudował m.in. klasztor i bazylikę św. Wawrzyńca za Murami, w której został pochowany. Był wielkim czcicielem św. Jana Ewangelisty, którego uczcił budując kaplicę przy baptysterium na Lateranie. Zbudował także kaplicę św. Jana Chrzciciela. Zmarł 29 lutego 468 roku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – luty 2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 Hyndland St. Glasgow, G11 5PS

    ____________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    I NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU 26 LUTY

    GODZ. 13.30 – GORZKIE ŻALE/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    REKOLEKCJE WIELKOPOSTNE 2023

    W DNIACH OD 16 – 19 MARCA:

    “WIARA RODZI SIĘ ZE SŁUCHANIA”.

    REKOLEKCJONISTĄ BĘDZIE PALLOTYN

    KS. MICHAŁ SENNICKI SAC

    Ksiądz Michał Siennicki: Pan Bóg bardzo uważnie słucha naszych próśb. Czasami nas wyprzedza
    Ksiądz Michał jest doktorem Prawa Kanonicznego. Tytuł naukowy otrzymał na Papieskim Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie. Był kapelanem Rejsu Niepodległości. Pracował na misjach Barbadosie. Obecnie jest prefektem studiów w Wyższym Seminarium Duchownym w Ołtarzewie. Również jest postulatorem procesu beatyfikacyjnego sługi Bożej siostry Wandy Boniszewskiej, która była zupełnie “ukryta przed światem”. Dzięki swojej badawczej pracy doprowadził do zakończenia diecezjalnego procesu beatyfikacyjnego sługi Bożego ks. Stanisława Szulmińskiego, pallotyna, który zginął w obozie pracy w Uchcie w 1941 roku oddając swoje życie w intencji pojednania wspólnot prawosławnych z Kościołem Katolickim.

    ___________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    ST PETER’S CHURCH, PARTICK, 46 Hyndland St. Glasgow, G11 5P

    ****

    16 MARCA – CZWARTEK III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 20. 00 – MSZA ŚW. – I NAUKA REKOLEKCYJNA

    __________________________________________________________________________________________

    17 MARCA PIĄTEK III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 18.00 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW. – II NAUKA REKOLEKCYJNA

    _________________________________________________________________________________________

    18 MARCA – SOBOTA III TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 17.00 – SPOTKANIE REKOLEKCYJNE

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. – III NAUKA REKOLEKCYJNA

    ________________________________________________________________________________________

    19 MARCA – IV NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU

    GODZ. 13.30 – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚW. – IV NAUKA REKOLEKCYJNA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA – 3 MARCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.30 – NABOŻEŃSTWO DROGI KRZYŻOWEJ

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA.

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    Małgorzata Maria Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Pan Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Przede wszystkim Komunia

    Pan Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty.

    ze strony: stacja 7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – 4 MARCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    KATECHEZA DLA RODZICÓW I DZIECI

    GODZ. 18.00

    MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z II NIEDZIELI WIELKIEGO POSTU

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    ______________________________________________________

    28 LUTEGO – 7 MARCA – 14 MARCA

    NIE BĘDZIE KATECHEZY DLA DOROSŁYCH

    W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    ______________________________________________________________________________________

    NAJBLIŻSZE SPOTKANIE – 21 MARCA – WTOREK IV TYGODNIA WIELKIEGO POSTU

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    4 PARK GROVE TERRACE, GLASGOW G3 7SD

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    __________________________________________________________________________________________________________

    22 MARCA – ŚRODA POPIELCOWA

    POCZĄTEK WIELKIEGO POSTU

    jest czasem szczególnym – czasem naszego nawrócenia

    000_9379QL.jpg
    Guglielmo Mangiapane / Pool / AFP / Vatican

    ***

    Środa Popielcowa rozpoczyna okres czterdziestodniowego przygotowania do najważniejszych uroczystości – Świąt Paschy, w którym dokonało się DZIEŁO ZBAWIENIA. Okres Wielkiego Postu trwa do początku liturgii Mszy Wieczerzy Pańskiej sprawowanej w Wielki Czwartek.

    W ŚRODĘ POPIELCOWĄ W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA – MSZA ŚW. O GODZ. 20.00

    W CZASIE LITURGII BĘDZIE OBRZĘD POSYPANIA GŁÓW POPIOŁEM, KTÓRY JEST ZNAKIEM NASZEJ GOTOWOŚCI DO POKUTY.

    Środa Popielcowa i Wielki Piątek – to są dwa dni w roku, w którym katolicy podejmują post ścisły.

    ________________________________________________________________

    Proch z nadzieją

    Proch z nadzieją
    fot. ks. Rafał Starkowicz/Gość Niedzielny

    ***

    Zwyczaj posypywania głów popiołem w pierwszym dniu Wielkiego Postu ma już prawie tysiąc lat. I wciąż jest czytelny.

    W słowniku synonimów „posypać sobie głowę popiołem” znaczy: przeprosić, uderzyć się w piersi, ugiąć przed kimś karku, ugiąć przed kimś głowy, uznać swoją winę, ukorzyć się, pójść do Canossy, pokajać się, upokorzyć się, skruszyć się… Popiół od wieków symbolizuje uniżenie i żal z powodu własnych błędów. Stosowano go w różnych kulturach dla wyrażenia skruchy i chęci przeproszenia albo też jako znak żałoby po śmierci kogoś bliskiego. Posypanie popiołem wyrażało także rozpacz z powodu przegranej wojny bądź skutków kataklizmu. Użycie tej symboliki w chrześcijaństwie oznacza przyznanie: Jestem słaby i sam nie jestem w stanie sobie poradzić. Uznaję swoją kruchość i niezdolność do osiągnięcia czegokolwiek bez Twojej łaski.

    Na długo zanim popiół stał się elementem liturgii, stanowił znak pokuty, pokornego przyjęcia porażki. W Biblii symbol ten występuje już w Księdze Hioba. „Kajam się w prochu i w popiele” – mówi Hiob, świadom swojej małości wobec Boga. „Córo mojego narodu, przywdziej wór pokutny i kajaj się w popiele!” – wzywa Jeremiasz, a Daniel wyznaje: „Zwróciłem więc twarz do Pana Boga, oddając się modlitwie i błaganiu w postach, pokucie i popiele”. W Księdze Judyty czytamy z kolei, że Izraelici, przeżywając ciężki lęk, „upadli na twarz przed świątynią, posypali głowy swoje popiołem i odziani w wory wyciągali ręce przed Panem”. A Juda Machabeusz i jego ludzie w rozterce „pościli, włożyli na siebie wory, głowy posypali popiołem i porozdzierali swoje szaty”. Wreszcie sam Jezus, wypowiadając „biada” nad Korozain i Betsaidą, stwierdza, że gdyby w Tyrze i Sydonie działy się podobne cuda, miasta te „już dawno w worze i w popiele by się nawróciły”.

    Znak popiołu

    Już w starożytności, gdy wyznawca Chrystusa popełnił szczególnie ciężki grzech, otrzymywał szansę pojednania z Kościołem po odbyciu surowej pokuty. Jej wyznaczeniu towarzyszył ceremoniał, który pomagał pokutnikom uświadomić sobie ciężar ich winy, a zarazem zrozumieć, jak wielką łaskę otrzymują, mogąc odpokutować swój grzech.

    Najstarsze świadectwo posłużenia się popiołem w liturgii rozpoczynającej okres pokuty pojawiło się w IX wieku w tekście benedyktyńskiego mnicha Reginone z opactwa w Prüm. Dwieście lat później na synodzie w Benewencie papież Urban II wprowadził w Kościele zwyczaj posypywania głów. Ustalono też, że popiół używany do obrzędu ma pochodzić z palm, które rok wcześniej zostały poświęcone w Niedzielę Palmową.

    „Na początku Wielkiego Postu wszyscy pokutnicy, którzy podjęli lub podejmą publiczną pokutę, stawią się u wejścia do kościoła przed biskupem miasta, ubrani w wory i bez obuwia, upadłszy twarzą do ziemi, uznając się winnymi swojego stanu; mają tam być dziekani, czyli archiprezbiterzy parafii, wraz ze świadkami, czyli prezbiterami pokutników, którzy mają starannie oceniać ich zachowanie” – zapisano w Pontyfikale Rzymskim, księdze liturgicznej z XII wieku. Następnie biskup nakładał pokuty odpowiednie do rodzaju popełnionej winy, po czym wprowadzał pokutników do kościoła i wraz z innymi duchownymi padał na twarz, modląc się o uwolnienie dla nich. „Wtedy, powstawszy do przepisanej modlitwy, nakłada na nich rękę, kropi wodą święconą, nakłada najpierw popiół, a potem włosiennicę na ich głowy, a wśród lamentów i wzdychania wymierza im karę na wzór Adama, który został wygnany z raju, tak i oni za swoje grzechy zostaną wygnani z kościoła” – czytamy.

    Biskup „nakłada najpierw popiół”… Dziś w liturgii nie stosuje się worów pokutnych i nie chodzi się boso, ale wciąż używa się popiołu.

    Proch to nie zgliszcza

    – Nasze zwyczaje pokutne są powiązane z tymi, które istniały w judaizmie. Posypywanie się popiołem oznaczało tam w ogóle pokutę. Było formą rezygnacji z ozdabiania swojego ciała dla okazania, że się pości. Tak zachowały się Judyta i królowa Estera. Obie posypały się popiołem na znak pokuty – zauważa ks. dr hab. Dominik Ostrowski. Wskazuje, że w liturgii mówi się jednak o prochu (łac. pulvis), podkreślając, że jest różnica między popiołem a prochem. – Popiół ma w moim odczuciu bardziej negatywne znaczenie niż proch. Popiół (łac. ­cinis) to są zgliszcza, to, co zostaje po spaleniu. Kiedy spalimy coś na popiół, nic już z tego nie można zrobić; to kompletna destrukcja, materiał jałowy. Myśl ta ma odbicie w pewnym ograniczeniu dotyczącym obrzędów pogrzebowych z kremacją. Jeśli powodem kremacji jest niewiara w zmartwychwstanie, a przez spopielenie własnego ciała chce się zamanifestować tę niewiarę i beznadzieję, negując teologię chrześcijańską, wtedy prawo kościelne odmawia katolickiego pogrzebu – zaznacza liturgista, przypominając, że jeśli za kremacją nie stoją sprzeczne z teologią poglądy, jest ona dopuszczalna (choć wcale nie zalecana). Zwraca uwagę, że Bóg w Księdze Rodzaju mówi do człowieka: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. – Prochem, nie popiołem. Proch nie jest materią całkowicie zniszczoną. Dlatego, choć w liturgii używamy popiołu, za tym znakiem stoi proch. Popiół nie może być budulcem, natomiast z prochu, przy użyciu odpowiedniego spoiwa, można coś odbudować. Wyraża to alternatywny werset przy posypywaniu popiołem: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Oznacza to: Owszem, jesteś prochem i nawet się w proch obrócisz, ale Bóg może cię z tego prochu podźwignąć – podkreśla ks. Dominik Ostrowski.

    Dla nowego życia

    Chrześcijańska nadzieja udziału w zmartwychwstaniu Chrystusa przebija w treści modlitwy błogosławieństwa popiołu, która bez istotnych zmian była używana w liturgii Kościoła przez tysiąc lat, a i do tej pory się z niej korzysta. Składa się z czterech części. Pierwsza podkreśla majestat Boga i Jego łaskę, która przynosi zdrowie ciała i ducha: „Wszechmogący wieczny Boże, zmiłuj się nad pokutującymi, okaż łaskę błagającym i racz posłać świętego anioła swego, aby pobłogosławił i uświęcił te popioły, niech staną się zbawiennym lekarstwem dla wszystkich pokornie wzywających Twojego świętego imienia, którzy oskarżają siebie świadomi swoich przewinień i opłakują przed Twoją Boską łaskawością swoje złe czyny, a także pokornie i z całych sił proszą najczystszy Twój majestat, i daj, przez wzywanie najświętszego imienia Twego, aby każdy, kto będzie nimi posypany dla odkupienia swoich grzechów, dostąpił zdrowia ciała i ochrony duszy”.

    Druga część nawiązuje do słów: „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Jej odpowiednik w odnowionej liturgii brzmi: „Boże, Ty nie chcesz śmierci grzeszników, lecz ich nawrócenia, wysłuchaj łaskawie nasze prośby i racz w swojej dobroci pobłogosławić ten popiół, którym zamierzamy posypać nasze głowy; spraw, abyśmy uznając, że jesteśmy prochem i w proch się obrócimy, przez gorliwe pełnienie czterdziestodniowej pokuty otrzymali odpuszczenie grzechów i nowe życie na podobieństwo Twojego zmartwychwstałego Syna”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Każdy z nas potrzebuje powracania na drogę nawrócenia, która prowadzi przez

    POST, MODLITWĘ I JAŁMUŻNĘ.

    Nawrócenie jest łaską. Rozpoczyna się od uznania swoich grzechów, które są ogromną niewdzięcznością wobec miłującego Boga od którego wszystko pochodzi. Moje usiłowanie dopasowywania Bożych darów do moich egoistycznych wyobrażeń rodzi niezmiennie dramaty i tragedie. Tak się dzieje od upadku pierwszych rodziców, bo nie potrafili przyjąć ani daru ani Dawcy. Dali się zwieść, bo zawierzyli nie Bogu, który nas stworzył z miłości i do miłości, ale temu, który jest ojcem kłamstwa.

    Post

    Post nie jest dietą. Dieta skupia nas na ciele, a post na duchu. Post jest ćwiczeniem się w wolności, przez podejmowanie wysiłku woli. Post, czyli powstrzymywanie się od jedzenia w ogóle, albo od jedzenia konkretnych potraw, przez ściśle określony czas, powinien prowadzić człowieka do jeszcze większego opanowania swoich pragnień. Motywem jest większa dyspozycyjność w szukaniu i realizowaniu woli Bożej. Droga ucznia Chrystusa, to droga współpracy z Bożą łaską. Ta z kolei, wymaga od nas zaangażowania, wysiłku woli i wewnętrznej wolności. Taką wewnętrzną wolność opisał św. Ignacy z Loyoli z 23 punkcie swoich Ćwiczeń Duchowych:

    Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją. Inne zaś rzeczy na obliczu ziemi są stworzone dla człowieka i aby mu pomagały do osiągnięcia celu, dla którego jest on stworzony.
    Z tego wynika, że człowiek ma korzystać z nich w całej tej mierze, w jakiej mu one pomagają do jego celu, a znów w całej tej mierze winien się od nich uwalniać, w jakiej mu są przeszkodą do tegoż celu.
    I dlatego trzeba nam stać się ludźmi obojętnymi [nie robiącymi różnicy] w stosunku do wszystkich rzeczy stworzonych, w tym wszystkim, co podlega wolności naszej wolnej woli, a nie jest jej zakazane [lub nakazane], tak byśmy z naszej strony nie pragnęli więcej zdrowia niż choroby, bogactwa [więcej] niż ubóstwa, zaszczytów [więcej] niż wzgardy, życia długiego [więcej] niż krótkiego, i podobnie we wszystkich innych rzeczach. [Natomiast] trzeba pragnąć i wybierać jedynie to, co nam więcej pomaga do celu, dla którego jesteśmy stworzeni».

    W Środę Popielcową – zgodnie z kanonami 1251-1252 Kodeksu Prawa Kanonicznego – obowiązuje wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i post ścisły (trzy posiłki w ciągu dnia, w tym tylko jeden – do syta). Prawem o wstrzemięźliwości są związani wszyscy powyżej 14. roku życia, a prawem o poście – osoby pełnoletnie do rozpoczęcia 60. roku życia. Prawo kanoniczne nie nakłada na wiernych natomiast obowiązku uczestniczenia w tym dniu w Eucharystii (chociaż jest to powszechną praktyką, z której nie powinno się rezygnować bez ważnej przyczyny)

    Modlitwa

    Nie chodzi o to, aby modlić się więcej, ale aby modlić się „głębiej”. Nie chodzi o to, żeby mnożyć modlitwy, ale żeby wreszcie modlitwa prowadziła rzeczywiście do najważniejszego, czyli do spotkania z Bogiem. Modlitwa niestety traktowana jest często jako magiczne zaklęcie… Im więcej – tym lepiej. Bliskie osoby często rozumieją się bez słów. Również modlitwa, im głębsza, tym prostsza. Im prostsza, tym częściej pozbawiona słów. Nawrócenie dokonuje się dzięki trwaniu w obecności Ojca, dzięki zapatrzeniu się w Jego oblicze, dzięki zasłuchaniu się w słowa, które wypowiada w milczeniu. Modlitwa staje się narzędziem nawrócenia, kiedy staje się rzeczywiście spotkaniem.

    Jałmużna

    Jałmużna jest pomocą w nawróceniu. Wyzwala nas z egoizmu, bo przesuwa nasze spojrzenie z nas samych na drugiego człowieka. Jałmużna, czyli dar serca, z tego co dla nas wartościowe, cenne dla innych. Im bardziej odczuwamy, że przywłaszczamy coś dla siebie, tym bardziej powinniśmy się tym z kimś podzielić z drugim. Jałmużną mogą być nie tylko pieniądze, choć to one często nas powolutku zniewalają i to bez względu na to ile posiadamy. Jałmużną może być czas, albo uwaga, która poświęcamy innym, zwłaszcza jeśli dotychczas czas i uwagę poświęcaliśmy tylko sobie. Jałmużna nie z tego co nam zbywa, ale z tego co ma dla nas największą wartość, do czego jesteśmy przywiązani pozwala nam wyzwolić się z egoizmu.

    Uczynki miłosierdzia względem duszy:

    1. Grzeszących upominać.
    2. Nieumiejętnych pouczać. 
    3. Wątpiącym dobrze radzić. 
    4. Strapionych pocieszać. 
    5. Krzywdy cierpliwie znosić. 
    6. Urazy chętnie darować. 
    7. Modlić się za żywych i umarłych. 

    Uczynki miłosierdzia względem ciała:

    1. Głodnych nakarmić.
    2. Spragnionych napoić. 
    3. Nagich przyodziać. 
    4. Podróżnych w dom przyjąć. 
    5. Więźniów pocieszać. 
    6. Chorych nawiedzać. 
    7. Umarłych pogrzebać.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    92. ROCZNICA OBJAWIENIA SIĘ PANA JEZUSA MIŁOSIERNEGO ŚW. FAUSTYNIE KOWALSKIEJ. DZIŚ TEN WIZERUNEK ZNANY JUŻ JEST NA CAŁYM ŚWIECIE Z PODPISEM: JEZU, UFAM TOBIE!

    To wydarzenie miało miejsce w celi płockiego klasztoru Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy Starym Rynku w niedzielę w dniu 22 lutego 1931 roku

    Wieczorem, kiedy byłam w celi – zapisała w swym „Dzienniczku” św. Siostra Faustyna – ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie” (Dz. 47)

    ***

    Pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego został namalowany w Wilnie w 1934 roku pod okiem samej Siostry Faustyny w pracowni Eugeniusza Kazimirowskiego, a wystawiony do publicznej czci po raz pierwszy w Ostrej Bramie w 1935 roku.

    Od tego czasu powstało wiele obrazów. Najbardziej znany jest łaskami słynący obraz Jezusa Miłosiernego pędzla Adolfa Hyły z kaplicy klasztornej Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia – Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Obraz ten powstał pod okiem krakowskiego kierownika duchowego Apostołki Bożego Miłosierdzia – o. Józefa Andrasza SJ, który poświęcił go w święto Miłosierdzia 16 kwietnia 1944 roku. Właśnie na tym wizerunku spełniły się słowa Pana Jezusa wypowiedziane do Siostry Faustyny przy pierwszym objawieniu: Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Przed tym obrazem modlą się nie tylko pielgrzymi z całego świata, którzy fizycznie przybywają do tego świętego miejsca, ale także internauci korzystając z transmisji on-line oraz gigapikselowej prezentacji na stronie: www.faustyna.pl .

    fot. Janusz Rosikon/Rosikon Press

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wola Pana Jezusa, którą przekazał s. Faustynie wypełniła się, gdy powstał słynny obraz Jezusa Miłosiernego z podpisem: „Jezu, ufam Tobie”, a Papież Polak wprowadził nowe święto kościelne – Niedzielę Miłosierdzia Bożego.

    „W myślach przemierzam ten świetlisty szlak, na którym św. Faustyna Kowalska przygotowywała się do przyjęcia orędzia o miłosierdziu – szlak od Łodzi i Warszawy, poprzez Płock, Wilno po Kraków” – te słowa wypowiedział papież Jan Paweł II, który 30 kwietnia 2000 roku w Rzymie wyniósł na ołtarze siostrę Faustynę.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ufam Tobie, Jezu

    Ufam Tobie, Jezu
    ISTOCKPHOTO; MONTAŻ STUDIO GN

    ***

    „Jezu, ufam Tobie”. Te trzy słowa są kluczem do Bożego miłosierdzia. „Łaski z Mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest – ufność” – mówi Jezus św. Faustynie. Ale pierwsza jest ufność Boga względem mnie. Ufność rodzi ufność.

    Siostra Faustyna notuje w „Dzienniczku”: „W pewnej chwili zapytał mnie spowiednik [bł. ks. Michał Sopoćko – przyp. T.J.], jaki ma być umieszczony ten napis, ponieważ to wszystko nie mieści się na tym obrazie. Odpowiedziałam, że się pomodlę i odpowiem na przyszły tydzień. Kiedy odeszłam od konfesjonału – i przechodząc koło Najświętszego Sakramentu – otrzymałam wewnętrzne zrozumienie, jaki ma być ten napis. Jezus mi przypomniał, jako mi mówił pierwszy raz, to jest, że te trzy słowa muszą być uwidocznione. Słowa te są takie: Jezu, ufam Tobie”. Sam Jezus niejako podpowiedział, na czym Mu najbardziej zależy. Na ufności! To słowo powraca w „Dzienniczku” jak refren. Dlaczego? Na pewno nie chodzi o mechaniczne powtarzanie słów: „Jezu, ufam Tobie” czy traktowanie ich jak magicznej formuły. Bogu nie zależy na słowach, lecz na sercu każdego z nas.

    Kwestia zaufania jest aktualna zwłaszcza w czasach, gdy tak wiele nieufności w nas i wokół nas… Na przykład gdy słyszę o nowych przepisach o ochronie danych osobowych, to myślę, że świat zwariował. Elektroniczne sieci, kamery, komórki, GPS-y, Facebook itd. sprawiają, że jesteśmy widoczni wszędzie i zawsze dla tych, którzy chcą nas znaleźć. Żeby ukryć ten fakt, wprowadzamy jakieś biurokratyczne procedury, dzięki którym dostajemy złudzenie ochrony naszej prywatności. To jakiś absurd. Obawiam się, że ta rzekoma ochrona danych osobowych będzie powodowała raczej narastanie wzajemnej nieufności między ludźmi, niż kogokolwiek przed czymkolwiek chroniła. W kulturze, która promuje narcyzów skoncentrowanych na swojej osobie, swoich prawach, obojętnych na dobro wspólne, będziemy dla siebie jeszcze bardziej anonimowi, nieufni i podejrzliwi.

    Co to ma wspólnego ze słowami: „Jezu, ufam Tobie”? Sądzę, że sporo. Jezus, jako Bóg i jako człowiek, zaprasza nas do postawy zaufania. Mówi nam: „Człowieku, zaufaj człowiekowi, sobie i innym” oraz: „Człowieku, zaufaj Bogu”. Gdzie jest ufność, tam powstają więzi międzyludzkie i te duchowe – z Bogiem. Tam jesteśmy bliżej nieba. Gdzie potęguje się nieufność, tam otwiera się droga do piekła.

    Między karykaturą a oryginałem

    Obraz Chrystusa jest nam potrzebny bardziej niż dawniej, bo jesteśmy coraz bardziej wzrokowcami. Kultura medialna jest dziś raczej kulturą obrazu niż słowa. Na ekranach naszych komputerów wciąż klikamy w ikonki. No właśnie, ikonki. Bądźmy więc wdzięczni, że Jezus daje nam obraz, ikonę. Trzeba ją tylko „rozklikać”, uruchomić. Nacisnąć „enter” – wchodzę. Tym „enterem” jest właśnie ufność.

    Słowa: „Jezu, ufam Tobie” są integralną częścią obrazu Jezusa Miłosiernego. Warto zwracać uwagę na to, gdy kupujemy reprodukcje łagiewnickiego lub wileńskiego wizerunku. Tych słów na obrazie Jezusa Miłosiernego nie może zabraknąć. Pan Jezus powiedział św. Faustynie: „Podaję ludziom naczynie, z którym mają przychodzić po łaski do źródła miłosierdzia. Tym naczyniem jest ten obraz z podpisem: Jezu, ufam Tobie”. I obiecał: „Przez obraz ten udzielać będę wiele łask dla dusz, a przeto niech ma przystęp wszelka dusza do niego”. Święty Paweł pisze: „On [Chrystus] jest obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1,15).

    Może wydawać się to dziwne, że Pan każe wykonać zakonnicy swój „portret” i zapewnia, że ten właśnie obraz będzie „naczyniem” na łaski. A może powodem tej wyjątkowej prośby jest fakt, że tak wiele fałszywych obrazów Boga stworzyliśmy sobie i wciąż stwarzamy? I nie chodzi w tej chwili o wizerunki w kościołach, ale o coś ważniejszego – o obraz Boga, który nosimy w sobie, w duszy. Jakże często jest on bardzo daleki od tego, który zostawił nam Chrystus w Ewangelii. Ta wewnętrzna „ikona” Boga bywa zniekształcona tak dalece, że zamiast zachęcać do ufności, bliskości czy modlitwy, może często odpychać od Boga, napawać lękiem, zniechęcać.

    W 2015 r. w kinach wyświetlano film pt. „Zupełnie Nowy Testament”. Bohaterem był Bóg, a dokładniej Jego karykatura. Bóg był ukazany jako zrzędny pijaczyna mieszkający w Brukseli, który siedzi w pidżamie i kapciach, pije wódkę, tyranizuje swoją rodzinę, całymi dniami przesiaduje przed „boskim” komputerem, zajmując się zatruwaniem ludziom życia przez przeróżne złośliwości. Film reklamowano jako „diabelsko śmieszną komedię”. Zaiste, było w tym coś diabolicznego. A gdzie szatan, tam i głęboki smutek maskowany rechotem. Przypominam ten film, bo jest to dobry przykład na to, jak bardzo zniekształcony obraz Boga może powstać w głowach i sercach współczesnych. Jeśli ktoś wyobraża sobie Boga jako patologicznego, zazdrosnego złośliwca, który utrudnia wszystkim życie swoimi przestarzałymi zasadami, to ostatnią rzeczą, jaką można zrobić, jest Mu zaufać. Robota diabła polega dokładnie na tym – na serwowaniu nam karykatury, zamiast autentycznego obrazu Boga, i osłabianiu zaufania do Niego.

    Tak było już w raju pod drzewem poznania dobra i zła. Nie ufajcie Bogu – wmawiał ludziom wąż starodawny. – On wam zabrania tylu rzeczy, bądźcie odważni, bądźcie sobą, wybierzcie wolność, czyli siebie. Ta diabelska propaganda w ciągle nowych wcieleniach mąci nam w głowach i sercach. Nie bez sukcesów, niestety. Dlatego tak aktualne są słowa: „Jezu, ufam Tobie”. To odpowiedź na tę odwieczną pokusę.

    Kto więcej zaufa, więcej otrzyma

    W takim kontekście doceńmy dar, jakim jest wizerunek Jezusa Miłosiernego. Chrystus w ten sposób przychodzi nam z pomocą. Jego istotą jest połączenie prawdy o ukrzyżowaniu („spojrzenie Jezusa powinno być jak z krzyża”) i zmartwychwstaniu. Jezus usilnie prosił s. Faustynę: „Niech ten obraz będzie wystawiony na widok publiczny, niech ludzie modlą się przed nim, niech pomaga im odnowić obraz Boga Miłosiernego w sobie. Niech poczują siłę Mojego kochającego spojrzenia, niech wejdą w promieniowanie Mojego miłosierdzia. Niech spływa na nich Moje błogosławieństwo i przebaczenie”.

    Jezus jest niewyczerpanym źródłem łask. Daje nam wszystko, co potrzebne do świętości. Ale warunek korzystania z tych łask jest jeden: zaufanie. „Łaski z Mojego miłosierdzia czerpie się jednym naczyniem, a nim jest – ufność. Im dusza więcej zaufa, tym więcej otrzyma. Wielką Mi są pociechą dusze o bezgranicznej ufności, bo w takie dusze przelewam wszystkie skarby swych łask. Cieszę się, że żądają wiele, bo Moim pragnieniem jest dawać wiele, i to bardzo wiele. Smucę się natomiast, jeżeli dusze żądają mało, zacieśniają swe serca”.

    Kiedy idziemy do źródła, możemy oczekiwać obfitości wody, ale jeśli nie zabierzemy ze sobą naczynia do czerpania, ta droga może okazać się daremna. Ksiądz Krzysztof Grzywocz podczas rekolekcji o ufności opowiadał m.in. historię pewnego człowieka, który modlił się przed wizerunkiem Jezusa w Łagiewnikach. Ów mężczyzna, patrząc na napis „Jezu, ufam Tobie”, ku własnemu zaskoczeniu wypowiedział nagle słowa: „Jezu, ja nie ufam Tobie”. Coś w nim pękło. Rozpłakał się, wzruszył. Odkrył, jak głęboko nie ufał ani sobie, ani innym, ani Bogu. I właśnie wtedy, gdy szczerze przed Jezusem przyznał się do swojej nieufności, miał wrażenie, że wreszcie modli się autentycznie. „Jaka ufność musiała go ogarnąć, aby takie słowa powiedzieć” – komentował ks. Grzywocz.

    Słyszałem kiedyś świadectwo dziewczyny, która opowiadała o początku swojej świadomej wiary. W jej parafii odbywało się przygotowanie do bierzmowania, nie zaliczyła obowiązkowych spotkań. Ostatnią szansą była oaza. Postanowiła „zapisać się na niby” do grupy oazowej, żeby załapać się na bierzmowanie. Animatorka na spotkaniu grupy postawiła pytanie: „Kim jest dla ciebie Jezus?”. Padały piękne odpowiedzi: jest Światłem, Dobrym Pasterzem, Drogą, Prawdą i Życiem, itd. Układała w głowie jakąś pobożną formułkę. Kiedy przyszła jej kolej, powiedziała głośno: „Jezus jest dla mnie nikim”. To był początek jej drogi wiary. Poczuła się przyjęta przez Jezusa ze swoją niewiarą, udawaniem. Tak się zaczęło w jej życiu coś pięknego.

    Przed Bogiem nie musimy niczego udawać, recytować pięknych zdań bez pokrycia. Przed Nim jesteśmy zawsze nadzy i nie musimy się tego wstydzić. Nie trzeba przykrywać swojej nędzy maską, grać pobożniejszych, niż jesteśmy. Możemy stanąć z naszym grzechem, brudem, zwątpieniem, nieczystością… Zapłakać jak Piotr. Poddać się. Bezbronnie. Ręce do góry. Panie, Ty wiesz, Ty wszystko wiesz.

    Ufność, czyli skok

    Jezu, ufam Tobie! Co znaczą te słowa? Jak je rozumieć?

    Jezu… Zauważmy, że zwracamy się tu do Pana po imieniu, bezpośrednio i osobiście. Nawet nie „Panie Jezu”, ale po prostu „Jezu”. „Nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).

    Ufam… Zaufanie pojawia się między osobami, które się znają, są sobie bliskie. Jeśli ufam Jezusowi, to znaczy, że znam Go na tyle, że mogę Mu ufać. Dzieci z natury ufają swoim rodzicom. Im bardziej jednak stajemy się dorośli, tym trudniej nam ufać. Tylko miłość burzy mur nieufności, podejrzliwości, dystansu. Ufam temu, o którym wiem, że mnie kocha i mi ufa. Ufność rodzi ufność. Aby zaufać, konieczna jest pokora, uznanie tego, że nie jestem samowystarczalny. Potrzebuję pomocy, potrzebuję kogoś, potrzebuję ciebie.

    Ufam… „Zaufał Panu, niech go Pan wyzwoli” (Ps 22). Tak wołano do Jezusa pod krzyżem. Zaufanie Jezusa do Ojca oznaczało wytrwałość w obliczu cierpienia i triumfu zła. Ufność nie traci nadziei w obliczu próby. Nie oczekuje natychmiastowej nagrody. Nie muszę wszystkiego rozumieć. Bóg wie lepiej. Ufność jest wciąż poddawana próbie. Wymaga nowych aktów woli, ponawiania zaufania. Każda pokonana próba wzmacnia ufność.

    Tobie… Jakbyśmy byli z Jezusem „na Ty”. Brzmi tu jakaś zażyłość. Święty Tomasz, gdy dotknął Zmartwychwstałego, wyznał: „Pan mój i Bóg mój”. Pan mu powiedział: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”. To błogosławieństwo dla ufających, czyli wierzących pośrodku ciemności. Ufność jest skokiem. Jak w tym starym przykładzie o dziecku, które miało wyskoczyć przez okno z płonącego domu, ale w kłębach dymu nie widziało ojca. – „Skacz” – woła tata. „Ale tato, ja ciebie nie widzę”. „Skacz, jestem, złapię cię, nie bój się”. To jest właśnie zaufanie. Nie teoria, ale decyzja, powierzenie się. Skok… w mocne ramiona Zbawcy, Ratownika.

    „Powiedz zbolałej ludzkości, niech się przytuli do miłosiernego serca mojego, a ja ich napełnię pokojem. Powiedz, córko moja, że jestem miłością i miłosierdziem samym. Kiedy dusza zbliża się do mnie z ufnością, napełniam ją takim ogromem łaski, że sama w sobie tej łaski pomieścić nie może, ale promieniuje na inne dusze”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK 23 LUTY – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA DLA HARCEREK I HARCERZY

    DZIŚ WSPOMINAMY PATRONA HARCERSTWA POLSKIEGO

    Przez całe życie, także w kapłaństwie, był wierny ideałom harcerstwa. Niósł pomoc innym do końca. Zmarł na tyfus w obozie koncentracyjnym Dachau.

    Bł. Stefan Wincenty Frelichowski, prezbiter
i męczennik
    bł. Stefan Wincenty Frelichowski, prezbiter i męczennik

    ***

    Błogosławiony Stefan Wincenty Frelichowski już w latach szkolnych związał się z harcerstwem. Działał w 24. Pomorskiej Drużynie Harcerskiej im. Zawiszy Czarnego, do której wstąpił w marcu 1927 r. Jako uczeń męskiego Gimnazjum Humanistycznego w Chełmży należał też do Sodalicji Mariańskiej i w 1930 r. został jej prezesem. Kiedy zdecydował się wstąpić na drogę kapłaństwa, tak to uzasadnił: „Wiem, że to najlepsza droga. Ufam, że Jezus mi dopomoże, bo dla Niego ta ofiara. Wiem, że niegodny jej jestem, ale chcę być kapłanem wedle Serca Bożego. Tylko takim. Innym nie”. Jeszcze jako diakon został kapelanem i sekretarzem bp. Stanisława Okoniewskiego. Święcenia kapłańskie otrzymał 14 marca 1937 r. Pracował jako wikariusz w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Toruniu. Angażował się szczególnie w pracę z dziećmi, prowadził apostolstwo chorych, pełnił również funkcję kapelana Chorągwi Pomorskiej ZHP i redaktora Wiadomości Kościelnych.

    Został aresztowany przez Niemców w Toruniu 17 października 1939 r. i osadzony najpierw w Forcie VII, a potem w kolejnych niemieckich obozach koncentracyjnych: Stutthof, Grenzdorf, Sachsenhausen i Dachau. Organizował wspólne modlitwy, wspierał najbardziej umęczonych i załamanych współwięźniów. „Żyjąc Bogiem, od pierwszych lat kapłaństwa szedł z bogactwem swojego kapłańskiego charyzmatu wszędzie tam, gdzie trzeba było nieść łaskę zbawienia” – powiedział w homilii Jan Paweł II podczas Mszy św. beatyfikacyjnej ks. Frelichowskiego 7 czerwca 1999 r. w Toruniu.

    W Dachau ks. Frelichowski opiekował się chorymi na tyfus, przekradał się do ich baraków, by nieść im pomoc i umacniać Eucharystią. Udało mu się pozyskać do tej posługi 32 polskich księży, którzy zgłosili się, by na tych blokach pielęgnować zakażonych.

    Ksiądz Frelichowski do końca pozostał wierny Chrystusowi. W swoich pamiętnikach zanotował: „O śmierci, dobry jest sąd twój. Patrząc na śmierć, nie tylko spostrzegamy to, co przeminie; to, do czego ona ma prawo, ale i to, do czego prawa nie ma, i to pielęgnujmy w życiu i o to się starajmy. Nie przeminie życie Boże, jakie w nas jest, a my w nim. Życie, to jest piękne i dusza w łasce jest piękniejsza od pierwszej piękności świata. I ta piękność duszy pozostanie zawsze”.

    22 lutego 2003 r. bł. Stefan Wincenty został ogłoszony patronem harcerstwa polskiego.

    Bł. Stefan Wincenty Frelichowski, prezbiter i męczennik
    ur. 22 stycznia 1913 r. w Chełmży
    zm. 23 lutego 1945 r. w Dachau

    ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 24 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.30 – DROGA KRZYŻOWA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ____________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 25 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW./ KATECHEZA DLA DZIECI I RODZICÓW

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚWIĘTA Z I NIEDZIELI POSTU

    INTENCJA MSZY ŚW. – ZA WSPÓLNOTĘ ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ BĘDĄ PODANE INTENCJE RÓŻAŃCOWE NA MIESIĄC MARZEC. ___________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Orędzie papieża Franciszka na Wielki Post 2023

    Jego słuchajcie
    Przemienienie Pańskie na Górze Tabor/fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***
    Jak do nas przemawia?

    Przede wszystkim w Słowie Bożym, które Kościół ofiarowuje nam w liturgii: nie pozwólmy, by padło ono w pustkę. Jeśli nie zawsze możemy uczestniczyć we Mszy Świętej, czytajmy czytania biblijne dzień po dniu, także z pomocą internetu. Oprócz Pisma Świętego, Pan przemawia do nas w braciach i siostrach, zwłaszcza w obliczach i historiach tych, którzy potrzebują pomocy.

    Drodzy bracia i siostry!

    Ewangelie Mateusza, Marka i Łukasza zgodnie opisują wydarzenie przemienienia Jezusa. Widzimy w nim odpowiedź Pana na niezrozumienie, jakie okazali mu jego uczniowie. Nieco wcześniej bowiem doszło do poważnej kontrowersji między Nauczycielem a Szymonem Piotrem, który po wyznaniu wiary w Jezusa jako Chrystusa, Syna Bożego, odrzucił Jego zapowiedź męki i krzyża. Jezus stanowczo go upomniał: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki!” (Mt 16, 23). A „po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno” (Mt 17, 1).

    Ewangelia o Przemienieniu Pańskim jest głoszona co roku w drugą niedzielę Wielkiego Postu. Rzeczywiście w tym okresie liturgicznym Pan bierze nas ze sobą i prowadzi na miejsce odosobnione. Nawet jeśli nasze normalne obowiązki wymagają od nas pozostania w naszych zwykłych miejscach, przeżywając powszedniość często powtarzaną, a niekiedy nudną, to w okresie Wielkiego Postu jesteśmy zaproszeni do „wejścia na wysoką górę” razem z Jezusem, aby przeżyć wraz ze świętym ludem Bożym szczególne doświadczenie ascezy.

    Asceza wielkopostna to usiłowanie, zawsze ożywiane łaską, do przezwyciężenia naszego braku wiary i oporów, żeby pójść za Jezusem drogą krzyżową. Tego właśnie, czego potrzebowali Piotr i inni uczniowie. Aby pogłębić naszą znajomość Nauczyciela, by w pełni zrozumieć i przyjąć tajemnicę boskiego zbawienia, realizowanego w całkowitym darze z siebie z miłości, musimy dać się Jemu prowadzić na miejsca odosobnione i w górę, odrywając się od przeciętności i próżności. Trzeba wyruszyć w drogę, drogę wiodącą pod górę, wymagającą wysiłku, ofiarności i koncentracji, jak wyprawa w góry. Te wymagania są ważne także dla procesu synodalnego, w realizację którego zaangażowaliśmy się jako Kościół. Warto, abyśmy podjęli refleksję nad tym powiązaniem, jakie istnieje między ascezą wielkopostną a doświadczeniem synodalnym.

    Na „rekolekcje” na górze Tabor Jezus zabiera ze sobą trzech uczniów, wybranych by byli świadkami wyjątkowego wydarzenia. Chce, aby to doświadczenie łaski nie było indywidualne, lecz wspólne, jak zresztą całe nasze życie wiary. Za Jezusem idzie się razem. I razem, jako Kościół pielgrzymujący w czasie przeżywamy rok liturgiczny, a w nim Wielki Post, idąc z tymi, których Pan postawił obok nas jako współtowarzyszy podróży. Podobnie jak w przypadku wejścia Jezusa i uczniów na górę Tabor, możemy powiedzieć, że nasza wielkopostna droga jest „synodalna”, ponieważ odbywamy ją razem na tej samej drodze będąc uczniami jedynego Nauczyciela. Wiemy bowiem, że On sam jest Drogą, a zatem – zarówno w drodze liturgicznej jak i synodalnej – Kościół nie czyni nic innego, jak tylko coraz głębiej i pełniej wchodzi w tajemnicę Chrystusa Zbawiciela.

    I dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Ewangelia opowiada, że Jezus „przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło” (Mt 17, 2). Tu jest „szczyt”, cel podróży. Po wejściu, przebywając z Jezusem na wysokiej górze trzem uczniom zostaje dana łaska ujrzenia Go w Jego chwale, jaśniejącego nadprzyrodzonym światłem, które nie pochodziło z zewnątrz, ale promieniowało z Niego samego. Boskie piękno tej wizji było nieporównywalnie większe niż jakikolwiek trud, jaki uczniowie mogliby podjąć, wchodząc na Tabor. Podobnie jak w każdej trudnej górskiej wyprawie: w miarę wchodzenia trzeba skoncentrować spojrzenie na ścieżce, ale panorama, która otwiera się na końcu, zaskakuje i odpłaca swoim cudem. Także proces synodalny często wydaje się żmudny i chwilami możemy się zniechęcić. Ale to, co czeka nas na końcu, to niewątpliwie coś wspaniałego i zaskakującego, co pomoże nam lepiej zrozumieć wolę Boga i naszą misję w służbie Jego królestwa.

    Doświadczenie uczniów na górze Tabor zostaje dodatkowo ubogacone, gdy obok przemienionego Jezusa pojawiają się Mojżesz i Eliasz, uosabiając odpowiednio Prawo i Proroków (por. Mt 17, 3). Nowość Chrystusa jest wypełnieniem Starego Przymierza i obietnic: jest nierozerwalnie związana z dziejami relacji Boga ze swoim ludem i odsłania jej głęboki sens. Podobnie proces synodalny jest zakorzeniony w tradycji Kościoła, a jednocześnie otwarty na nowość. Tradycja jest źródłem inspiracji do poszukiwania nowych dróg, unikania przeciwstawnych pokus stagnacji i improwizowanego eksperymentowania.

    Zarówno ascetyczna droga wielkopostna, jak i ta synodalna, mają za cel przemianę, tak osobistą, jak i eklezjalną. Przemianę, która w obu przypadkach znajduje swój wzór w przemienieniu Jezusa i dokonuje się dzięki łasce Jego paschalnego misterium. Aby takie przemienienie mogło się w nas w tym roku dokonać, chciałbym zaproponować dwie „ścieżki”, którymi można pójść, by wejść razem z Jezusem i razem z Nim osiągnąć cel.

    Pierwsza odnosi się do nakazu, jaki Bóg Ojciec kieruje do uczniów na górze Taborze, gdy ci kontemplują przemienionego Jezusa. Głos z obłoku mówi: „Jego słuchajcie” (Mt 17, 5). Pierwsza wskazówka jest więc bardzo wyraźna: słuchać Jezusa. Wielki Post jest czasem łaski na ile słuchamy Tego, który do nas mówi. A jak do nas przemawia? Przede wszystkim w Słowie Bożym, które Kościół ofiarowuje nam w liturgii: nie pozwólmy, by padło ono w pustkę. Jeśli nie zawsze możemy uczestniczyć we Mszy Świętej, czytajmy czytania biblijne dzień po dniu, także z  pomocą internetu. Oprócz Pisma Świętego, Pan przemawia do nas w braciach i siostrach, zwłaszcza w obliczach i historiach tych, którzy potrzebują pomocy. Ale chciałbym też dodać inny aspekt, bardzo ważny w procesie synodalnym: słuchanie Chrystusa dokonuje się także przez słuchanie naszych braci i sióstr w Kościele, przez to wzajemne słuchanie, które w niektórych fazach jest głównym celem, ale które zawsze pozostaje niezbędne w metodzie i stylu Kościoła synodalnego.

    Słysząc głos Ojca, „uczniowie, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się!» Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa” (Mt 17, 6-8). Oto drugie wskazanie na ten Wielki Post: nie chronić się w religijności składającej się z nadzwyczajnych wydarzeń, z sugestywnych doświadczeń, w obawie przed stawieniem czoła rzeczywistości z jej codziennymi zmaganiami, jej trudnościami i sprzecznościami. Światło, które Jezus ukazuje uczniom, jest przedsmakiem chwały paschalnej i ku niej trzeba zmierzać, idąc za „Nim samym”. Wielki Post jest ukierunkowany na Paschę: „rekolekcje” nie są celem samym w sobie, ale przygotowują nas do przeżywania męki i krzyża z wiarą, nadzieją i miłością, aby dotrzeć do zmartwychwstania. Także proces synodalny nie powinien nas łudzić, że dotarliśmy do celu, gdy Bóg daje nam łaskę niektórych mocnych doświadczeń komunii. Także i tam Pan powtarza nam: „Wstańcie i nie lękajcie się”. Zejdźmy na równinę i niech łaska, której doświadczyliśmy, podtrzymuje nas w byciu budowniczymi synodalności w zwyczajnym życiu naszych wspólnot.

    Drodzy bracia i siostry, niech Duch Święty ożywia nas w tym Wielkim Poście w naszym wchodzeniu na górę z Jezusem, by doświadczyć Jego Boskiego blasku i w ten sposób, umocnieni w wierze, abyśmy mogli podążać drogą razem z nim, który jest chwałą swego ludu i światłem pogan.

    Rzym, u św. Jana na Lateranie, 25 stycznia 2023 r., w święto Nawrócenia św. Pawła Apostoła.

    FRANCISZEK

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Gądecki zachęca, aby w Wielkim Poście również praktykować „post oczu”

    „Według badań, przeciętny użytkownik smartfona zagląda do niego 85 razy dziennie. Odtrutką na to zjawisko może się okazać „post oczu”, czyli ograniczenie kontaktu z mediami elektronicznymi”– mówił podczas Eucharystii sprawowanej w poznańskiej Katedrze w Środę Popielcową przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki.

    W homilii przewodniczący KEP zwrócił uwagę na rozpoczynającą się dzisiaj wielkopostną drogę, w czasie której „ludzie ochrzczeni, trwając na modlitwie i w czynnej miłości, przechodzą drogę swego duchowego oczyszczenia przez jałmużnę, modlitwę i post”.

    W homilii przewodniczący KEP zwrócił uwagę na rozpoczynającą się dzisiaj wielkopostną drogę, w czasie której „ludzie ochrzczeni, trwając na modlitwie i w czynnej miłości, przechodzą drogę swego duchowego oczyszczenia przez jałmużnę, modlitwę i post”.

    Abp Gądecki zaznaczył, że starotestamentalny post wyrażał skruchę i nawrócenie, w sposób widzialny. „W tych czasach praktyce postu często towarzyszyły inne zewnętrzne formy umartwienia: płacz, nakładanie worka na ciało, posypywanie głowy popiołem, padanie na twarz” – zauważył metropolita poznański.

    Przewodniczący KEP, przypominając praktyki wielkopostne, podkreślił, że jałmużna pozwala uwolnić się od przywiązania do dóbr ziemskich.

    „Jej praktykowanie uwalnia nas od chciwości i pomaga odkryć, że drugi człowiek jest naszym bratem, zaś my nie jesteśmy autonomicznymi właścicielami, lecz tylko zarządcami dóbr otrzymanych od Stwórcy. Winniśmy więc posługiwać nimi dla dobra bliźnich” – stwierdził abp Gądecki.

    Mówiąc o modlitwie, przekonywał, że „prawdziwa modlitwa jest siłą napędową świata, bo otwiera nas na Boga”.

    Przewodniczący KEP wskazał na pożytki płynące z praktykowania chrześcijańskiego postu.

    Zauważył, że post „pomaga nam unikać grzechu i tego wszystkiego, co do niego prowadzi”.

    „Odmawianie sobie pokarmu materialnego służy celem zaspokojenia o wiele większego głodu, jakiego człowiek doświadcza w swoim życiu, a mianowicie głodu i pragnienia Boga” – mówił metropolita poznański.

    Abp Gądecki zaznaczył, że kiedy pościmy, łatwiej jest nam pokonać pokusy i walczyć z nałogami.

    „Poszczenie zaprawia także do przeżycia braków w dziedzinie moralnej, zarówno własnych, gdyż pomaga w pokucie, jak i bliźnich, bo zwiększa zdolność do wybaczania, wspiera trwałość związków, wyzwala większą otwartość na drugiego człowieka. Przywraca harmonię z otoczeniem” – stwierdził metropolita poznański.

    Przewodniczący KEP podkreślił, że post powinien wiązać się ze wstrzemięźliwością od wszelkiego zła tak w myślach, słowach, jak i w czynach.

    Post, a więc wstrzemięźliwość od pokarmów, winien łączyć się także z „postem oczu”.

    „Jemy nie tylko ustami, dziś miliardy ludzi zajadają się wzrokiem. Według badań, przeciętny użytkownik smartfona zagląda do niego 85 razy dziennie. Odtrutką na to zjawisko może się okazać „post oczu”, czyli ograniczenie kontaktu z mediami elektronicznymi” – przekonywał abp Gądecki.

    Zauważył, że post miły Bogu zawsze owocuje dobrymi uczynkami, zgodnie ze starą chrześcijańską zasadą „moim postem ma się nakarmić głodny”.

    Metropolita poznański wskazał na różnicę między religijnym postem a różnego rodzaju postami podyktowanymi zdrowiem czy urodą.

    „Dziś w miejsce religijnego postu pojawiła się moda na różnego rodzaju oczyszczające głodówki, w imię urody, zdrowia, które współczesna medycyna pochwala, o ile – rzecz jasna – stosuje się je w sposób rozumny” – stwierdził przewodniczący KEP.

    Podkreślił, że „wszystkie te „świeckie” posty skoncentrowane są na ciele człowieka, jego wyglądzie i zdrowiu, co ma swoją wartość. Niemniej jednak największą wartość postu odkrywamy dopiero wtedy, gdy dostrzeżemy jego zbawienny wpływ na życie duchowe człowieka”.

    „Niech więc Wielki Post posłuży każdej osobie, rodzinie i chrześcijańskiej wspólnocie do pogłębienia tego, co karmi duszę, otwierając ją na miłość Boga i bliźniego” – powiedział abp Gądecki.

    Metropolita poznański zainaugurował też tegoroczne pielgrzymowanie po kościołach stacyjnych Poznania.

    Abp Gądecki rzuca wielkopostne wyzwanie i zachęca do praktykowania „postu oczu”

    Abp Stanisław Gądecki (episkopat.pl)/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cena miłości

    O biblijnej perspektywie przeżywania Wielkiego Postu i odkrywaniu miłości Boga do człowieka w tajemnicy paschalnej z s. dr hab. Judytą Pudełko PDDM rozmawia Monika M. Zając

    Siostra dr hab. Judyta Pudełko

    Monika M. Zając: Rozpoczął się Wielki Post. Czy przeżywanie tego świętego czasu w zgromadzeniu ma jakąś szczególną specyfikę?

    S. dr hab. Judyta Pudełko: Nasze przeżywanie Wielkiego Postu jest zupełnie normalne, związane z katolickim rozumieniem tego okresu. Przygotowujemy się do przeżywania najważniejszego wydarzenia w rzeczywistości naszej wiary, tj. misterium paschalnego. W Środę Popielcową słyszymy Ewangelię o trzech postawach, które powinny wyznaczać naszą wielkopostną drogę: modlitwa, post, jałmużna. Z ich perspektywy podejmujemy decyzje, intencje modlitewne czy wyrzeczenia, patrząc na bardzo konkretną sytuację, w jakiej znajdujemy się jako wspólnota, Kościół i świat.

    Jakie porady na ten szczególny czas odnajdziemy w Biblii?

    Jezus mówi nam, jaka jest rzeczywistość postu chrześcijanina. Będą pościć, gdy będzie im zabrany Pan Młody [Mt 9, 14-15]. Post chrześcijanina to nie jest asceza dla samej ascezy czy własnego udoskonalenia, ale jest bardzo ściśle połączona z osobą Chrystusa, naszego Pana i Mistrza, Oblubieńca Kościoła. Kiedy zanurzamy się w tajemnicę Jego cierpienia i krzyża, to również my jako część Jego Ciała, jako Jego Kościół, łączymy się z tym wszystkim, co towarzyszyło Mu podczas męki. Staramy się też szczególnie dostrzegać cierpiącego Chrystusa w drugim człowieku. Ale nie możemy też zapominać o niesamowicie pozytywnym wydźwięku tajemnicy paschalnej, że ona przynosi nam prawdę o odkupieniu. Człowiek powraca do Boga, dlatego że Bóg wyszedł najpełniej do człowieka w Chrystusie, że zapłacił najwyższą cenę oddając swojego Syna, wydając Go w ręce grzesznych ludzi.

    Grzech doprowadził do śmierci Syna Bożego, ale to On odniósł ostateczne zwycięstwo…

    Z tej wielkiej tragedii, jaką było zabicie Syna Bożego Bóg, wyprowadził największe dobro. Chrystus zmartwychwstał i obdarzył nas swoim niekończącym się życiem. To jest najważniejszy element tajemnicy paschalnej. I to jest powód również szczególnej radości i wdzięczności każdego chrześcijanina, aby odkrywać to każdego roku na nowo. Moja najgłębsza tożsamość, jaką jest bycie chrześcijaninem, wynika z tej prawdy, że Chrystus umarł i zmartwychwstał. Daje mi to zupełnie nowe spojrzenie na wszystko, co się dzieje w moim życiu i w świecie, który jest odkupiony przez Boga.

    Radość paschalna potwierdza się także w doświadczeniu naszego osobistego nawrócenia.

    Nawrócenie ma nas doprowadzić do tej świadomości, że wszystko czyni dla nas Bóg. Czasami za dużą wagę przykładamy do tego, że to my coś robimy dla Boga, że my się dla Niego umartwiamy, wyrzekamy wielu rzeczy. A te nasze wyrzeczenia czy umartwienia mogą nas jedynie otworzyć na przyjęcie daru Boga, bo to On czyni wszystko dla nas. My mamy się nawracać i wierzyć w Ewangelię. To było ośrodkiem orędzia Jezusa Chrystusa, który zaczął nauczać w Galilei, wzywając do nawrócenia i wiary w Ewangelię. Uwierz w to, że Bóg przychodzi cię zbawić, za darmo. Bóg nam daje wszystko. A naszym zadaniem w tym życiu jest to przyjąć.

    Jak zatem mądrze wyznaczać sobie wielkopostne postanowienia i cele? Bo można zbanalizować pewne praktyki, np. skupiając się na wyrzeczeniu słodyczy, zapominając przy tym o odnawianiu więzi z Chrystusem i przybliżaniu się do Niego…

    Liturgia I Niedzieli Wielkiego Postu zawsze wyprowadza nas na pustynię i pokazuje nam kuszenie Chrystusa. To nie były rzeczy złe, ale przeszkody, które demon próbował postawić na drodze Jego mesjańskiego posłannictwa. Kościół po to daje nam tę Ewangelię, abyśmy zadali sobie pytanie, co mi przeszkadza w relacji z Chrystusem, w byciu chrześcijaninem. Każdy musi sobie sam odpowiedzieć, jakie ma idole, bożki, to wszystko, co mi przysłania Boga i właściwą hierarchię wartości. Ten przysłowiowy cukierek jest pewnym symbolem wszystkiego, co się kojarzy z konsumpcją, z krążeniem wokół siebie, swoich potrzeb, z zaabsorbowaniem światem materialnym czy wirtualnym – to wszystko może nas tak wypełniać, że nie widzimy poza tym ani Boga, ani drugiego człowieka. Dlatego asceza powinna doprowadzić nas do wewnętrznej wolności, aby przyjąć dar nowego życia od zmartwychwstałego Chrystusa.

    Bywa tak, że okres 40-dniowego Wielkiego Postu dla niektórych staje się tylko okresem Wielkiego Tygodnia. W Niedzielę Palmową przypominają sobie, że trzeba pójść do spowiedzi, a może jeszcze wziąć udział w ostatniej Drodze Krzyżowej czy „Gorzkich żalach”. Jak dobrze zaplanować ten czas, aby nie stracić kolejnej szansy nawrócenia i odnowy życia, którą daje nam Kościół?

    Ważne jest uczestnictwo w rekolekcjach wielkopostnych, czy to parafialnych, czy prowadzonych w centrach duchowości. Możemy też skorzystać z konferencji, które odnajdziemy w Internecie. Następnie lektura Słowa Bożego, które prowadzi nas w tym czasie. Zwłaszcza Liturgia Słowa na każdą Niedzielę Wielkiego Postu, która w harmonijny sposób kieruje nas ku misterium paschalnego przeżywanego w Wielkim Tygodniu. Do 5. Niedzieli Słowo skoncentrowane jest wokół nawrócenia człowieka i Miłosierdzia Boga. Później przyglądamy się już Chrystusowi cierpiącemu.

    A jak dobrze przeżywać nabożeństwa pasyjne, aby nie stały się tyko tkliwą praktyką, swoistym wielkopostnym folklorem?

    Mają one nie tylko pobudzać nasze uczucia wobec ogromu cierpień Jezusa, ale przede wszystkim pokazać ogrom miłości Boga wobec nas, że odkupiła nas Jego miłość. Cierpienie było konkretną ceną, którą Bóg zapłacił w związku z grzechem człowieka. I temu mamy się przyglądać, widzieć, jak bardzo jesteśmy kochani przez Boga i jak bardzo On na nas czeka. Jest w stanie zapłacić każdą cenę za mnie.

    Siostra dr hab. Judyta Pudełko. Zgromadzenie Uczennic Boskiego Mistrza (PDDM), doktor teologii biblijnej, doktor hab. w dziedzinie nauk teologicznych, wykładowca Akademii Katolickiej w Warszawie.

      Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sakrament ratunkowy

    Witraż w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Brzezinach Śląskich.
    Witraż w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Brzezinach Śląskich.
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *****

    Spowiedź jest łaską, której ogromu nie pojmujemy. Czasami jednak przeczuwamy – zarówno penitenci, jak i spowiednicy.

    Był ciepły majowy wieczór 2017 roku. Zadźwięczał telefon ks. Łukasza Zygmunta, kapelana Państwowej Straży Pożarnej w Kielcach (obecnie także rzecznika prasowego diecezji kieleckiej). Dzwonił strażak, prosząc o natychmiastowe przybycie na miejsce wypadku.

    – Poszkodowana matka z dzieckiem. Potrzebne księdza wsparcie – usłyszał.

    Kiedy kapłan przybył na wskazane miejsce, zorientował się, że zdarzyła się tragedia. Ciało potrąconego czteroletniego dziecka leżało już za parawanem, nad nim płakała babcia. Strażacy wyjaśnili, że matka chłopca w ciężkim stanie została zabrana przez zespół ratunkowy.

    – Pojechałem do szpitala, żeby udzielić jej sakramentów. Przed salą intensywnej terapii zobaczyłem płaczącego męża potrąconej kobiety. Po spełnieniu posługi wróciłem na miejsce zdarzenia, ale nie dawała mi spokoju myśl, że ojciec zabitego dziecka pozostał w tej tragedii sam. Poczułem, że powinienem pojechać do jego domu – opowiada.

    Przybył tam już po zmroku. W domu światło było zgaszone. Mężczyzna siedział w pokoiku swojego syna i patrzył w jeden punkt.

    – Przedstawiłem się. Poznał mnie. Usiadłem, a on zaczął opowiadać o dziecku, o żonie. Mówił, że syn był wspaniały, grzeczny, że w nim pokładał swoje nadzieje. Czułem, jak wielki ból przeszywa jego duszę. Po chwili powiedział: „Proszę o modlitwę, bo ja nie umiem się teraz modlić”. Zacząłem się modlić Koronką do Bożego Miłosierdzia, potem Różańcem. W pewnym momencie ten człowiek poprosił mnie o spowiedź. Zaczął wyznawać swoje grzechy z całego życia. Płakał. Kiedy wyciągnąłem ręce nad jego głową, wypowiadając słowa rozgrzeszenia, miałem wrażenie, jakby ogarnęło go Boże światło – wspomina duchowny. Wciąż porusza go to, co nastąpiło w tym momencie. Mężczyzna wyprostował się. „Proszę księdza, ja mam dla kogo żyć. Moja żona walczy o życie, muszę zorganizować pogrzeb syna” – powiedział. Zaczął zapalać światło w całym domu.

    – Poczułem wtedy, jak sprawdzają się słowa, które wypowiedział Chrystus do apostołów po swoim zmartwychwstaniu: „Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone…”. Autentycznie czułem obecność Jezusa Chrystusa, który w tym cierpieniu przyszedł przez sakrament pokuty i pojednania do serca tego człowieka. Z ciemności zrodziło się światło, z niepokoju zrodził się wielki pokój, a z bólu nadzieja. Uświadomiłem sobie, że Pan Jezus, kiedy odpuszcza nam grzechy, przychodzi ze swoim pokojem – zamyśla się kapłan.

    Pokój Chrystusowy pozostał w sercu tego mężczyzny także w kolejnych dniach. Ksiądz na jego prośbę towarzyszył mu przy pożegnaniu z synem przed pogrzebem. – Widziałem, że cały czas mimo bólu, jaki przeżywał, Jezus Chrystus przytula go do swojego serca – wspomina. Zapewnia, że to było dla niego ważne doświadczenie: widzieć, jak realnie spowiedź daje pokój, którego świat dać nie może.

    – Jako kapelan straży pożarnej jestem obecny razem z psychologiem przy wielu różnych tragediach. Najczęściej on wysyła mnie jako pierwszego, żebym wyczuł sytuację, żebym ocenił, czy on jest potrzebny, czy też trzeba raczej modlitwy i Bożego ratunku. Bo są sytuacje, których człowiek nijak nie może wytłumaczyć ludzkim językiem, ale może pomóc błogosławieństwem czy sakramentalnym rozgrzeszeniem – zaznacza.

    Chciałam apostazji

    Spowiedź nie jest zabiegiem kosmetycznym. Chodzi w niej nade wszystko o odnowienie relacji z Bogiem.

    „Kiedy idę do spowiedzi, to po to, aby doznać uzdrowienia, uleczyć swoją duszę. Aby wyjść z większym zdrowiem duchowym. Aby przejść od nędzy do miłosierdzia. A centrum spowiedzi nie są grzechy, które wypowiadamy, ale Boża miłość, którą otrzymujemy i której zawsze potrzebujemy. W centrum spowiedzi jest Jezus, który czeka na nas, słucha nas i nam przebacza” – przypomina papież Franciszek. I dodaje: „Pamiętajmy o tym: w sercu Boga jesteśmy wcześniej niż nasze błędy”.

    Tej uprzedzającej miłości Boga doświadczyła niedawno Katarzyna z Rybnika. Przez 18 lat była w ruchu Hare Kriszna. Z początku bardzo się angażowała, ale jej zapał stopniowo gasł, tłumiony przez życiowe trudności. W końcu przestała wierzyć w boga Krisznę, ale też w ogóle w Boga. Mimo to narastał w niej gniew na Boga, w którego, jak deklarowała, nie wierzyła.

    – Kiedy w drodze do pracy przechodziłam koło bazyliki, strasznie wyzywałam na Jezusa, obwiniałam Go o wszystko, co wydarzyło się w moim życiu. I robiłam to najgorszymi epitetami, jakie znałam. Ponieważ wciąż byłam formalnie katoliczką, na początku minionego roku postanowiłam dokonać apostazji. Myślałam: nie wierzę w Boga, nie chcę mieć nic wspólnego z żadną religią, więc po co ta fikcja – opowiada.

    Już chciała sfinalizować formalności, ale przyszło jej do głowy, żeby najpierw zrobić kurs prawa jazdy. Jej instruktorem został Piotr, jak się później okazało – członek ewangelizacyjnej Wspólnoty Jezusa Miłosiernego. Nie rozmawiali o Bogu, nic nie wiedzieli o sobie.

    W nocy z 23 na 24 kwietnia minionego roku stało się coś dziwnego. – Przyśnił mi się Pan Jezus jako światło. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że to jest On. To światło jakby weszło we mnie i usłyszałam wewnątrz siebie: „Głoś moje miłosierdzie”. I koniec. To wszystko. Ale kiedy się obudziłam, moja rzeczywistość całkowicie się zmieniła. Zrodził się we mnie ogromny głód poznania Jezusa. To było dla mnie wielkie zaskoczenie. Kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje. Przecież przestałam wierzyć w Boga… – uśmiecha się.

    Z determinacją zaczęła szukać informacji o Jezusie w internecie, pytała znajomych, ale nie otrzymała satysfakcjonujących odpowiedzi. Aż nadszedł dzień, gdy miała ostatnią jazdę w ramach kursu.

    – Nagle to się we mnie skumulowało i mówię do Piotra: „Ty, ja się chyba nawróciłam”. Myślałam, że weźmie mnie za wariatkę, a on spojrzał na mnie i powiedział: „Tak? Kontynuuj”. Ja do niego: „A ty jesteś w ogóle wierzący?”. On potwierdził, więc zaczęłam opowiadać. Kiedy skończyłam, Piotr powiedział mi, że ten sen miałam w nocy przed świętem Miłosierdzia Bożego. „To nie jest przypadek” – stwierdził i zaprosił mnie na następny dzień na spotkanie Wspólnoty Jezusa Miłosiernego – wspomina Kasia.

    Piotr przed spotkaniem podarował jej Nowy Testament. „To jest najlepsza książka o Panu Jezusie” – powiedział.

    Na spotkaniu usiadła z tyłu kościoła. – Kiedy zaczęło się uwielbienie, ryczałam jak bóbr. Potężnie doświadczałam w tym uwielbieniu obecności Boga. Czułam, jakby robił operację na moim sercu. W nocy zaczęłam czytać Pismo Święte. Gdy doszłam do opisu tonącego Piotra i przeczytałam pytanie Jezusa: „Dlaczego zwątpiłeś?”, to było jakby do mnie. Potem każde spotkanie było dla mnie takie „łzawe” i głęboko mnie przemieniało. Ale już po pierwszym zaczęłam chodzić do kościoła. Razem z tym pojawiła się we mnie ogromna potrzeba spowiedzi, oczyszczenia, i pragnienie przyjmowania Komunii. Tylko że nie wiedziałam, jak do tego podejść. Gorąco modliłam się o możliwość wyspowiadania się, ale nie znałam żadnego księdza i to mnie blokowało. Jedynym „ludzkim”, znanym mi, był ksiądz Adrian, opiekun wspólnoty, ale nie miałam odwagi, żeby go poprosić. A potrzeba narastała. Aż któregoś dnia po spotkaniu ksiądz Adrian podchodzi i mówi: „Widzę, że regularnie przychodzisz. Jak tam u ciebie z sakramentami?”. Odpowiedziałam, taka dumna: „Chrzest, Komunia i bierzmowanie są” – bo nawet nie wiedziałam, że spowiedź to też sakrament. A on: „A u spowiedzi kiedy byłaś?”. Ja na to: „Eeee… 30 lat temu?”. Ksiądz upewnił się, czy rzeczywiście chcę się wyspowiadać i mówi: „To co, umawiamy się na poniedziałek?” – wspomina.

    To się dopełniło

    Katarzyna próbowała się przygotować. – Jak zobaczyłam w internecie te różne klucze do rachunku sumienia, to się zdziwiłam. O wielu rzeczach nawet nie wiedziałam, że to są grzechy. W końcu przygotowałam się po swojemu na podstawie Dekalogu i z ogromnym stresem poszłam. To był dla mnie akt dużej odwagi. Ksiądz czekał na mnie przed kościołem. Powiedziałam, że nie wiem, jak to się robi, nie pamiętałam żadnych formułek. On uspokoił mnie, powiedział, żebym się nie martwiła. Usiedliśmy w salce przy stoliku i już to mnie zdziwiło, że tak normalnie, a nie „w szafie”. I zaczęłam. To był odlot, że spowiadam się przed księdzem. Była to dla mnie pierwsza w życiu głęboka spowiedź, a przy tym także symboliczne pogodzenie się z Kościołem. Odczułam po niej ogromną radość i wielką ulgę; jakbym stała się o 20 kilo lżejsza. Miałam wrażenie, że Bóg mnie przytulił. Że stanęłam przed miłosiernym Bogiem, który już mi wcześniej wybaczył, ale teraz się to dopełniło. Czułam, że zostałam oczyszczona i spłynął na mnie ogromny pokój. Poczułam też wielkie zaufanie. Z niecierpliwością czekałam, żeby przyjąć Jezusa Eucharystycznego. Na drugi dzień, podczas Mszy wspólnotowej, poszłam pierwszy raz od 30 lat do Komunii. Dla mnie było to ogromne przeżycie i od tej pory zawsze, gdy przyjmuję Komunię, bardzo mnie to wzrusza. Mam poczucie, że ta spowiedź zamknęła pewien etap mojego życia. Poczułam, że jestem znów częścią Kościoła, z którego kiedyś odeszłam.

    Przebaczono mi

    Krytycy sakramentu pokuty uważają, że spowiedź jest utwierdzaniem człowieka w poczuciu bezgrzeszności. Nic podobnego. Spowiedź przynosi świadomość przebaczenia, a to zasadnicza różnica. W człowieku, który doświadcza Bożego przebaczenia, budzi się wdzięczność, a nie zarozumiałość. „Ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje” – mówi Jezus (Łk 7,47b). Tym samym ten, komu wiele wybaczono, wiele miłuje. To miłość pełna pokoju.

    – Ludzie dziś często udają się do różnych specjalistów. Owszem, to jest ważne, istotne. Bóg działa przez lekarzy. Niech jednak pamiętają o zwróceniu się do Tego, który potrafi leczyć rany duszy i wnosić pokój w nasze życie przez sakrament pokuty i pojednania – przekonuje ks. Łukasz Zygmunt.

    Spowiedź jest zdarzeniem przełomowym w życiu wielu chrześcijan. Przełom ten nie wynika z geniuszu spowiednika, lecz z miłosierdzia Bożego, które wylewa się na skruszonego grzesznika. Po naszej stronie jest decyzja syna marnotrawnego: „Wstanę i pójdę do mojego Ojca”.

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Chciwość

    Chciwość

    Modlitwa o wolność od chciwości

    Panie, Ty powiedziałeś: „Nie martwcie się o życie – o to, co będziecie jeść; ani o ciało – o to, w co będziecie się ubierać” (Łk 12,22) A ja mam tyle zmartwień na głowie i rachunków do zapłacenia.

    Proszę: „nie dawaj mi bogactwa ni nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym, bym syty nie stał się niewiernym, nie rzekł: »A któż jest Pan?« lub z biedy nie począł kraść i imię mego Boga znieważać”. (Prz 30,8-9)

    Jezu, sprzedany za trzydzieści srebrników, strzeż mnie od chciwość i niszczącej żądzy posiadania. Pomóż uwierzyć, że „więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu”. (Dz 20,35) Daj mi serce wrażliwe na biedę i hojne w dzieleniu się.


    Strzeżcie się chciwości! :. autor: ks. Tomasz Jaklewicz
    Chciwy chce mieć zawsze więcej, bez oglądania się na innych, a nawet ich kosztem. Nigdy nie mówi: „dosyć, wystarczy”. Im więcej ma, tym więcej chce. W panteonie współczesnych bóstw pieniądz zajmuje czołową pozycję.


    Chciwość rodzi śmierć :. autor: Marcin Jakimowicz
    Pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją Safirą, sprzedał posiadłość i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a pewną część przyniósł i złożył u stóp apostołów.


    Leki na grzechy :.
    Częścią cyklu „Zmartwienia Pana Boga” są obrazki z propozycjami modlitw, które nawiązują do grzechów głównych. Przy układaniu tej modlitwy miałem problem. Bo jaka właściwie cnota jest przeciwieństwem chciwości?

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wyzwolenie i uzdrowienie przez post.

    W jaki sposób post zbliża nas do Jezusa?

    Wyzwolenie i uzdrowienie przez post. W jaki sposób post zbliża nas do Jezusa?  - zdjęcie
    fot. pixabay.com

    ***

    SKACZESZ DO WODY ?

    Przekonajmy się na początku, czy jesteś zupełnie normalny. Wyobraź sobie, że pewnego grudniowego dnia idziesz wzdłuż rzeki. Jest siarczysty mróz. Nagle słyszysz krzyk tonącego dziecka. Ma ono 2 lub 3 latka. Jeśli to właśnie ty nie wskoczysz do wody, aby przyjść mu z pomocą, dziecko zginie. Co robisz? Czy skaczesz, chociaż wiesz, że woda jest lodowata? Tak ?

    Oczywiście, że skaczesz, bo chcesz uratować mu życie. Nie możesz pozwolić, by dziecko zginęło, skoro możesz je uratować. Przecież tak  łatwo jest wskoczyć do wody!

    Tak samo jest z postem. Pozwala on ci uratować wiele istnień ludzkich, nie dopuścić do śmierci wielu młodych ludzi i dzieci, do rozpadu wielu rodzin. Niestety, od prawie pół wieku na Zachodzie zapomnieliśmy o poście i dlatego śmierć zaczęła dokonywać niesłychanego wprost niesłychanego wprost spustoszenia. Czy zauważyliście zależność między zaniechaniem postu a nasileniem się napaści złego ducha? Szatan mógł łatwiej dostać się nawet do Kościoła, ponieważ jego drzwi nie były zamknięte. Matka Boża w Medjugoriu kieruje do nas pełne strapienia wołanie: „Zapomnieliście  o poście!”. Na Zachodzie został on porzucony, trzeba więc do niego powrócić. Jest to bardzo ważne. Matka Boża w Medjugoriu daje 5 podstawowych wskazań, które musimy wprowadzać w życie, jeśli chcemy być święci to znaczy mieć w sobie pełnię miłości a także zwyciężyć szatana. Są one podstawowe w naszej drodze do Boga. Drugie wskazanie jest właśnie tym, którego ludzie nie chcą stosować. W każdym zakątku świata mogę spotkać ludzi gorliwych, wprowadzających w życie słowa Matki Bożej z Medjugoria. Stwierdzam, że stosują się oni do  4 pozostałych wskazań: Msza św, czytanie Pisma św., spowiedź św., różaniec. Gdy jednak mówię do nich o poście, zwieszają głowę i nic nie odpowiadają , ponieważ go zaniechali. Nie zrozumieliśmy czym jest post!. W  Medjugoriu Matka Boża mówi o nim w bardzo piękny sposób. Odsłania piękno i sens postu jako potężnego narzędzia w naszych rękach, narzędzia mocy Bożej, działającej poprzez nas dokonującej niezwykłych rzeczy, których tak bardzo potrzebujemy.

    DWA DNI W TYGODNIU

    MATKA BOŻA prosi, byśmy pościli o chlebie i wodzie dwa dni w tygodniu – w środy i w piątki. Dlaczego właśnie w te 2 dni? Sama Matka Boża wraz ze św. Józefem, Jezusem i wszystkimi pobożnymi Żydami tamtych czasów – pościła 2 dni w tygodniu. W bardzo dawnym dokumencie Kościoła, Didache, pochodzącym z ok. 90 roku n.e., w którym pierwsi uczniowie mówią o życiu chrześcijan pierwszego wieku, czytamy: „Nie zachowujcie postu w tym samym czasie, co obłudnicy. Oni bowiem poszczą w poniedziałek i czwartek, wy natomiast pośćcie w środę i piątek”. To niezwykłe, że Matka Boża chce przywrócić tę tradycję pierwotnego Kościoła wg której sama żyła. Post wpisany jest w religię żydowską, w religię chrześcijańską, jak też i w inne religie. Stosuje go nawet medycyna i niektóre terapie. Każdy lekarz wie, że post jest dobry dla zdrowia.

    Matka Boża nie tłumaczy w swych orędziach, dlaczego mamy pościć właśnie w te dni. Miałam jednak okazję odkryć to dzięki członkom grupy modlitewnej, założonej przez Maryję w Medjugoriu. Przez całe lata nauczała ona tych młodych ludzi za pośrednictwem widzących. To piękne, że wszystko co czyni Maryja , ma tylko jeden cel: wskazywać na Jezusa. Przychodzi dla Jezusa, przychodzi po to, byśmy Go kochali, byśmy zbliżyli się do Jego Serca.

    W JAKI SPOSÓB POST ZBLIŻA NAS DO JEZUSA

    Maryja prosiła, by każdy czwartek był upamiętnieniem daru Eucharystii i kapłaństwa. Pamiątkę tę  mamy przeżywać z wielką miłością. Z radością, wiarą i dziękczynieniem mamy przypominać sobie, że Jezus dał nam swoje Ciało i Krew jako pokarm i napój.  Maryja jest tak bardzo rozmiłowana w Eucharystii, w Chlebie Życia, że daje nam całą środę na to, byśmy przygotowali się do przeżywania tej pamiątki. Maryja pragnie już od środy uwalniać nas od rozproszeń, od innych pokarmów, od zakupów, od przygotowywania posiłków i wszystkich trosk związanych z jedzeniem, abyśmy mogli rozsmakować się w chlebie, w tym pokarmie, który stanie się Ciałem samego Jezusa. Wybrał On bowiem właśnie chleb, by przemienić go w swoje Ciało. W środę nie powinniśmy myśleć o tym, co będziemy jeść następnego dnia. Mamy pościć z radością serca i rozsmakowywać się w chlebie. Mamy przygotowywać  się tak jak naród wybrany podczas swej wędrówki przez pustynię. Bóg zesłał im mannę, chleb z nieba. Lud, który miał prze niej przygotowywał. W taki sam sposób Maryja przygotowuje nas dzisiaj. W czwartek obchodzimy uroczystą pamiątkę ustanowienia Eucharystii, Chleba Życia. Ale Maryja nie chce, byśmy od razu w piątek zajadali się homarami po amerykańsku  czy innymi smakowitymi potrawami . Pragnie, byśmy w piątek nadal czuli smak chleba, aby jak najdłużej przeżywać tę tajemnicę . Podobnie jest z żydowskim szabatem. Dal Żydów jest to najważniejsze święto. Gdy nastaje wieczór i zachodzi słońce , gdy zbliża się koniec szabatu, Żydzi wciąż śpiewają Psalmy i hymny tak, jakby chcieli przedłużyć szabat. Nie chcą go utracić. Szabat jest jak narzeczona. Tak samo piątkowy post pozwala nam jak  najdłużej zachować smak chleba, który przypomina nam  Chleb Życia. Często wyobrażam sobie Matkę Bożą, która pozostała na ziemi wśród Apostołów po Wniebowstąpieniu Jezusa. Czy, gdy wchodziła do kuchni, mogła patrzeć na chleb tak samo, jak przed Ostatnią Wieczerzą? Gdy spoglądała na chleb, na pewno coś drżało w Jej matczynym Sercu: „Mój Syn przychodzi pod postacią chleba, to właśnie chleb stał się moim Synem”. – myślała z pewnością.  Można się domyślać, że nie patrzyła na chleb tak samo, jak na marchew czy ziemniaki. Patrząc na ziarna zboża, z których powstaje chleb, mamy przed oczami  całe dzieje Chrystusa, dzieje Odkupiciela. Gdy Jezus mówi w Ewangelii o ziarnie, widzimy siewcę  i ziarno, które musi obumrzeć. Dopiero gdy obumrze, przyniesie owoc obfity, wyda plon – 30-krotny, 60-krotny, 100-krotny. To całe dzieje śmierci i zmartwychwstania Chrystusa i owoców Odkupienia. Aby ziarno stało się chlebem, trzeba je zmiażdżyć, by zrobić niego mąkę i dopiero z mąki upiec chleb. Tak samo został zmiażdżony Jezus: całe Jego ciało, dusza i serce, cała Jego osoba. Ziarno pszeniczne mówi o historii miłości Jezusa do nas. Jezus pozwolił się zmiażdżyć, abyśmy mogli  Nim się karmić i być przebóstwieni przez ten pokarm. Mówiąc o Chlebie Życia, Jezus powiedział: „kto spożywa ten chleb, ma życie wieczne” Jaki to chleb? „Ten, który daje wam Syn Człowieczy, nie ten, który jedli wasi ojcowie i pomarli”  /J 6,49-51/

    Dlatego w środy i piątki powinniśmy żyć miłością do chleba i historią naszego Odkupienia. Matka Boża chce nas w tym zanurzyć nie tylko duchowo, lecz także w wymiarze materialnym. Maryja jest niewiastą żydowską, bardzo konkretną. Zaleca nam post o chlebie, aby zmusić nas niejako  do  przebywania z Jezusem. Skupia naszą uwagę na miłości i obecności Jezusa i pozwala, byśmy wraz z Nią wielbili GO za to, że w swej pokorze stał się chlebem. Oto prawdziwy sens postu. W samym Medjugoriu Matka Boża dała nam kilka przykładów dla zilustrowania orędzia, które do nas kieruje i ukazania dobrodziejstw, jakie przynosi post o chlebie i wodzie. Tradycja żydowska, a także tradycja chrześcijańska, która jest jej przedłużeniem, uczy nas, że post ma wielką moc przeciwko szatanowi. Sprawa ta jest bardzo ważna, bo dzisiaj  szczególnie zmagamy się z siłami zła. Matka Boża wielokrotnie powtarza w Medjugoriu, że dziś szatan jest tak silny, jak nigdy dotąd. Trudno ogarnąć spustoszenia, jakich dokonuje w rodzinach, w młodych i dzieciach. Niestety dzisiaj na Zachodzie panuje kultura śmierci. Wielu pielgrzymów przyjeżdża do Medjugoria w stanie załamania, ponieważ ich dzieci biorą narkotyki, uprawiają nierząd czy zdążają drogą prowadzącą do śmierci. Podczas spotkań za mną ich rodzice proszą, by widzący pomodlili się o uwolnienie ich dzieci od narkotyków, czy nierządu. Zapewniwszy ich o modlitwie , pytam: „czy pościliście w intencji waszego dziecka?”. W odpowiedzi słyszę: „Bardzo się modlimy, odprawiamy nowenny do Najświętszej Krwi Chrystusa, odmawiamy różaniec”! „Ale nie odpowiadacie na moje pytanie. Czy również pościcie?”. „Ale, siostro, modlimy się!”. Przypominam wówczas o tym, że Maryja mówi o wojnach, które toczą się w rodzinach, w sercach ich dzieci. Może to właśnie taka wojna niszczy teraz życie ich dziecka. „Drogie dzieci – mówi Maryja – postem i modlitwą można powstrzymać wojny.”. Matka Boża nie mówi najpierw o wojnach między narodami, ale o wojnach w łonie rodzin. Mówi, że wojna zaczyna się w naszym sercu. Jeśli nienawidzę mego brata, jeśli zamknęłam drzwi przed jakimś człowiekiem i źle go osądziłam, jeśli go potępiłam, jeśli czuję do niego zazdrość, jeśli go obmawiam, jeśli w moim sercu pozostaje gorycz, wtedy toczy się w nim wojna, która tylko wydostaje się na zewnątrz. To przede wszystkim taką wojnę matka Boża chce usunąć z naszego serca. Jedynym sposobem jest post i modlitwa. Jeśli znajdziecie jakiś inny sposób, to jest to sposób podejrzany.

    Trzeba z niego zrezygnować. Jezus mówi podobnie. Pewnego dnia Apostołowie powrócili zasmuceni, bo tym razem  nie mogli pokonać zła, a przecież mieli w sobie moc Chrystusa. Czynili  cuda, uzdrawiali, uwalniali od złych duchów. Tego dnia się nie udało. Jezus wytłumaczył im, dlaczego tak się stało: „Ten rodzaj złych duchów wyrzuca się tylko modlitwą i postem”. ?Mt 17,21/

    Nie zapominajmy o tych dwóch sposobach. Post to coś więcej, niż skok do lodowatej wody, by uratować jedno tonące dziecko. Gdy pościmy o chlebie i wodzie, nie grozi nam zapalenie płuc. Możemy za to uratować życie wielu ludziom nie zapadając na żadną chorobę. Post przywraca zdrowie. Z wielu badań wynika, że na Zachodzie je się o 1/3 za dużo w stosunku to tego, co jest niezbędne dla organizmu. Wiele chorób, a nawet przedwczesnych zgonów, spowodowanych jest nadmiarem pokarmu. Tak więc post zrobi nam dobrze.

    Rodzice, którzy błagacie o uzdrowienie waszego dziecka, dzieci, które błagacie o pojednanie waszych rodziców, wiedzcie, że macie tę moc. Nie módlcie się bez postu i nie pośćcie bez modlitwy. Wszyscy święci pościli.

    W pierwszych tygodniach objawień ludzie z wioski i okolic z wielką uwagą wsłuchiwali się w każde słowo matki Bożej. Mniej więcej dwa miesiące później po rozpoczęciu objawienia Maryja powiedziała: „Szatan ma wobec tej parafii niszczycielski plan. Drogie dzieci, proszę wszystkich parafian, by przez 3 dni pościli o chlebie i wodzie i odmawiali różaniec, aby odnieść zwycięstwo nad szatanem”. Wszyscy jak jeden mąż zrobili to o co prosiła Matka Boża. Przez 3 dni pościli i modlili się jednym sercem, by Maryja mogła zmiażdżyć głowę węża. Czwartego dnia Matka Boża powiedziała: „Drogie dzieci, dziękuję wam za modlitwy i post. Upadł szatański plan, odnieśliśmy zwycięstwo”. Nie powiedziała: „Odniosłam zwycięstwo”, ale: „Odnieśliśmy zwycięstwo”. Potrzebowała wieśniaków z parafii w Medjugoriu, aby zwyciężyć szatana. Jest to bardzo ważne, bo gdyby w tamtych dniach szatanowi udało się przeprowadzić swój plan, nie byłoby Medjugoria, nie byłoby tej całej rzeki błogosławieństwa, która rozlewa się po naszej ziemi od ponad 27 lat. Gdyby nie było Medjugoria, ileż ludzkich istnień nie zostałoby ocalonych, ileż rodzin nie zjednoczyłoby się na nowo, iluż młodych ludzi nie uniknęłoby samobójstwa!.Spójrzmy na dobro, jakie Medjugoriu przyniosło nam samym a wszystko dlatego, że kiedyś 500 parafian z tej wioski poświęciło 3 dni na to, by zwyciężyć szatana. Bóg mógł ofiarować światu Medjugoriu i miliony pielgrzymów mogą tam przybywać, by nabierać sił. Oto jaką moc ma ten, kto odpowiada „tak” na prośbę o post i modlitwę. W 1992 r. Matka Boża powiedziała do Iranki: „Drogie dzieci, proszę was, byście zwyciężali szatana”. Ależ kim ja jestem, bym mogła odnieść zwycięstwo nad szatanem? Czy Matka Boża prosi właśnie mnie, bym go zwyciężyła? Tak. Jestem dzieckiem Bożym i Maryja potrzebuje mnie, potrzebuje każdego z nas bez wyjątku. Mówi: „Kochane dzieci pragnę, abyście zrozumieli, że Bóg wybrał każdego z was, by go użyć w wielkim planie zbawienia ludzkości. Wy nie możecie pojąć, jak wielka jest wasza rola w planie zbawienia”. W tym samym orędziu skierowanym do Iranki Maryja wskazuje na broń, którą możemy zwyciężyć szatana: „Bronią, którą możecie zwyciężyć szatana, jest post i modlitwa. Módlcie się o pokój. Szatan chce zniszczyć tę odrobinę pokoju, którą macie”. W kwietniu 1992 r., gdy bomby zaczęły spadać na całą Bośnię-hercegowinę, a więc także wokół Medjugoria , patrzyliśmy na zniszczenie i śmierć. Pierwsze orędzie po tych bombardowaniach brzmiało: „Drogie dzieci….Tylko modlitwą i postem można wstrzymać wojnę…..Szatan chce w tych dniach zamętu sprowadzić na złą drogę jak najwięcej dusz. Dlatego wzywam was, abyście zdecydowali się na Boga a On was obroni i wskaże co powinniście czynić i jaką drogą iść”.

    Maryja mówiła to także przed wojną. Teraz musiała to powtórzyć.

    CIAŁO

    Dlaczego post tak bardzo osłabia szatana? Można powiedzieć, że wtedy, gdy ofiarujemy Bogu coś, co jest związane z naszym ciałem, oddajemy się MU naprawdę. Łatwo jest dać pieniądze, oddać swój czas, powiedzieć dobre słowo czy zaangażować się w jakąś służbę. Post dotyka nie tylko naszego ciała, lecz także czegoś witalnego. Musimy jeść, aby żyć. Post dotyka więc głębokiego zakorzenionych w nas przyzwyczajeń. Mówi o tym O.Slavko: „Post objawia nasze uzależnienia”. Gdy pościmy o chlebie i wodzie, widzimy, jak zaczynają migać w nas jakby małe światełka: kawa, papieros, wino, czekolada… Ale matka Boża nie przychodzi, by wytykać nam nasze przywiązania. Przychodzi po to, byśmy byli wolni, wyzwoleni. Uświadamiamy sobie, do jakiego stopnia jesteśmy przywiązani do naszych drobnych zwyczajów, do naszych planów. Gdy zaczynałam poć o chlebie i wodzie, od razu odkryłam radość, jaką daje wolność. Mogłam jeść, mogłam nie jeść. Było to dla mnie to samo. Pewna Angielka założyła zgromadzenie zakonne na prośbę Matki Bożej. Któregoś dnia spytałam ją, czy Maryja prosi jej wspólnotę o post. „Tak – odpowiedziała. Maryja prosi byśmy pościli codziennie”. „Codziennie? – spytałam. Ale to niemożliwe!”. „Ależ tak, pościmy codziennie – od drugiej do szóstej po południu”.

    Na to wybuchnęłam śmiechem, ale ona dodała: „My Anglicy, między 4 a 5 zawsze pijemy herbatę i jemy podwieczorek. Jeśli zabierze się Anglikowi herbatę, przestaje on być prawdziwym Anglikiem”. Każdy naród ma inny rodzaj przyzwyczajeń. Apostołowie często nie mieli czasu na jedzenie, ale to im nie przeszkadzało. Nie miało znaczenia, czy zjedli coś, czy te nie, bo ich najważniejszą troską było dzieło Boże. Gdy ofiarujemy coś, co związane jest z naszym ciałem to znak, że naprawdę oddajemy się Bogu. Post w pewien sposób stwarza przestrzeń w naszej duszy, sercu i ciele. Gdy nie jesteśmy zajęci jedzeniem, pojawia się owa przestrzeń dal Boga. Bóg zajmuje ją, przyjdzie do nas tak, jak nigdy przedtem. Jest to w naszym życiu niejako nowe terytorium przeznaczone wyłącznie dla Niego. Dlatego ci, którzy poszczą, mają szczególną wrażliwość i wyczucie duchowe. Otrzymują o wiele więcej natchnień niż ci, którzy nie poszczą.

    Pewna matka rodziny mieszkającej w Meksyku zaczęła pościć, ale potem przerwała post na rok. Po upływie roku na nowo go podjęła. Opowiadała mi, że w czasie gdy przestała pościć, w pewien sposób straciła natchnienie potrzebne do tego, by rozmawiać z dziećmi, mówić im o życiu, wprowadzać je w rzeczywistość. Ale, gdy tylko na nowo podjęła post powróciły dobre natchnienia. Słowa przychodziły spontanicznie. Czuła, że działa przez nią Duch Sw., i że  dziecko słucha jej całym sercem. To piękny przykład, mówiący o tej nowej przestrzeni, którą Duch Sw. Stwarza w nas przez post. To tak, jakby było w nas dodatkowe mieszkanie dla Trójcy Swiętej, które pozwalamy Jej zająć. Post jest przygotowaniem na spełnienie się dzieł Bożych i na wypełnienie się Jego woli wobec nas samych i wobec świata. Miałam wielką łaskę spotkania z pewnym świętym kapłanem, franciszkaninem, mieszkającym w pobliżu Medjugoria w Sirokim Briegu. Tysiące osób przybyło na jego pogrzeb. Miał on nie tylko dar uzdrawiania, lecz także potrafił czytać w duszach. Uzdrowił bardzo wiele dzieci. Mieszkańcy całej Bośni-Hercegowiny, a także Chorwacji, przyjeżdżali tam, by otrzymać jego błogosławieństwo. Natychmiast orientował się na czym polega czyjś problem. Gdy ktoś przychodził do niego z jakąś sprawą, on błogosławił go, to było wszystko. Uprawiał surową ascezę. Spał na ziemi i bardzo wiele pościł. Ta pełna miłości asceza pozwalała mu bardzo wiele wyjednać u pana. Stał się więc niezwykle popularny pomimo swego nieco gburowatego sposobu bycia.

    PRZYGOTOWANIE WIELKICH DZIEŁ BOŻYCH

    Jedna z moich znajomych Chorwatek z Medjugoria. Ivica, opowiadała mi historię, którą sama słyszała od swojej babci. Znała ona pewnego mnicha, do którego kiedyś przemówił Pan Bóg. Spytał go: „Zdenko, czy zgodzisz się pościć o chlebie i wodzie przez 7 lat?”. Mnich odp. Panu „tak”, co w rzeczywistości niewiele zmieniło jego obyczaje, bo bardzo często jego jedynym pożywieniem był chleb i woda. Pościł więc przez 7 lat. W ostatnim dniu siódmego roku Pan przemówił do niego jeszcze raz: „Zdenko czy zgodzisz się dodać do twojego postu jeszcze jeden rok”? Mnich i tym razem odp. „tak”. A w  ostatnim dniu ósmego roku – 24.06 1981 – w Medjugoriu po raz pierwszy objawiła się Matka Boża. Nie ma tu nic do dodania. Któż wie, jak w ukryciu przygotowywane są wielkie dzieła Boże? Tego dowiemy się w niebie.

    A oto inne zdarzenie związane ze wspomnianym franciszkaninem. Przyprowadzono do niego kobietę, którą codziennie przyłapywano na pijaństwie. W żaden sposób nie można było oderwać jej od alkoholu. Ojciec Zdenko powiedział do niej: „Nie będziesz już więcej piła. Obiecujesz?”. Kobieta obiecała a Ojciec pobłogosławił ją w imię Ojca i Syna i Ducha Swiętego . Nie piła przez następne 2 dni. Trzeciego dnia było bardzo ciepło i pokusa stawała się coraz silniejsza. Kobieta nalała  więc wina do dużego kubka i podniosła go do ust. W chwili, gdy jej wargi dotknęły brzegu kubka, zobaczyła nad kubkiem palec i usłyszała Gos O. Zdenko: „Mówiłem ci, żebyś  już więcej nie piła”. W szoku upuściła kubek na podłogę. Odtąd już na całe życie została uzdrowiona z alkoholizmu. Mnich ten po prostu modlił się i pościł. Ilu ludziom uratował życie?. Jest to tylko jedna z wielu anegdot. My także, tak samo jak on, możemy uczynić wiele dobra poprzez post i modlitwę. 25.07.1991 r. nasza matka prosiła: „W tym czasie pokój jest szczególnie zagrożony i Ja żądam od was, abyście odnowili post i modlitwę w waszych rodzinach. Drogie dzieci, pragnę żebyście zrozumieli powagę sytuacji i to, że wiele z tego, co się stanie zależy od waszej modlitwy”.

    POST JAKO OCHRONA

    Post ma jeszcze inny wymiar. Jest nim ochrona człowieka. Którzy rodzice i dziadkowie nie chcieliby, żeby ich dzieci i wnuki były chronione? Dzisiaj ubezpieczamy się na życie, na wypadek choroby czy powodzi. Ale ubezpieczenie na życie nigdy nikogo nie uchroniło od śmierci. Ubezpieczenie od wypadku działa tylko wtedy, gdy wypadek już nastąpił. W dodatku często okazuje się, że nie dopilnowaliśmy jakiegoś drobnego szczegółu a więc i tak nie wypłacają nam odszkodowania. Natomiast ubezpieczenie, jakim jest post , jest jak środek zapobiegawczy, chroni nas przed mogącym nadejść nieszczęściem. „Wiecie, drogie dzieci, że z waszą pomocą mogę uczynić wszystko i zmusić szatana, by nie kusił do zła i by oddalił się od tego miejsca. Szatan czyha, drogie dzieci, na każdego człowieka. Szczególnie pragnie w każdą codzienną sprawę wnieść niepokój u każdego z was”

    Przyznaję, że zdarza mi się wpadać w gniew, słysząc ludzi, którzy mówią: „Nie można wszędzie dopatrywać się szatana. W dodatku jego istnienie nie jest rzeczą pewną. Matka Boża  przypomniała w Medjugoriu, że szatan istnieje. Teologia Maryi na temat szatana zawarta jest w 4 zdaniach: Szatan istnieje. Dzisiaj jest tak silny jak nigdy przedtem. Działa nieustannie. Jego celem jest nasze zniszczenie: „Pragnie zniszczyć nie tylko ludzkie życie, ale i przyrodę i planetę, na której żyjecie”. Maryja mówi także: „Poprzez modlitwę możecie go całkowicie rozbroić a sobie zapewnić szczęście”.

    Jeśli mam 10 dzieci i wiem, że  na zewnątrz grasuje zbrodniarz, który chce mordować i gwałcić, czy nie ostrzegę moich dzieci? Czy powiem im: „Możecie spokojnie iść na spacer do lasu”? Byłabym  wtedy współmorderczynią moich dzieci! Nie mamy dziś prawa ukrywać przed dziećmi, że istnieje walka duchowa, że działa nie tylko dobry Bóg, ale że jest także wróg i piekło. Jezus umarł na krzyżu nie na żarty. Umarł by uwolnić nas od zła i piekła. Również nie na żarty od tylu lat posyła do nas swoją Matkę w Medjugoriu, aby uprzedzić nas, że czas się nawrócić, bo istnieje zło, bo mamy wroga, bo istnieje przeciwnik, który „krąży jak lew ryczący”. Nie na darmo Maryja mówi do nas: „Szatan teraz jak nigdy dotąd, chce pokazać światu swe haniebne oblicze i oszukać jak najwięcej ludzi na drodze śmierci i grzechu”. Maryja przestrzega nas nie bez powodu. Dziś we Francji liczba samobójstw jest większa niż kiedykolwiek. W wyniku samobójstw śmierć ponosi więcej ludzi, niż w wyniku wojen, raka czy wypadków drogowych. Poprzez post i modlitwę możemy zostać ochronienie. „Módlcie się tyle, ile to możliwe i pośćcie – mówi Maryja. Trwajcie w modlitwie i ofierze a Ja was ochronię i wysłucham waszych modlitw”. Matka Boża widzi, że potrzebujemy Jej ochrony. Mówi: „To są szczególne czasy i dlatego jestem z wami , aby was kochać i chronić. „Wiecie, że z waszą pomocą mogę uczynić wszystko”.

    Czy modląc się do Najświętszej Maryi Panny myślimy o tym, że może Ona wszystkiego dokonać? Często zachowujemy się tak, jakby Bóg nie był wszechmogący, jakby nie był w stanie nam pomóc. Spróbujcie wyobrazić sobie, co znaczą słowa Maryi: „Z waszą pomocą mogę uczynić wszystko”.

    OCZYSZCZENIE ZE ZŁA

    W Medjugoriu Maryja zachęca nas do „Oddania Bogu całego zła, które się w nas nagromadziło, aby mógł nas oczyścić ze wszystkich grzechów popełnionych w przeszłości. Tylko w ten sposób, drogie dzieci, będziecie mogły rozpoznać całe zło, które jest w was, i oddać je Panu, aby całkowicie oczyścił wasze serca. Dlatego módlcie się nieustannie i przygotowujcie wasze serca przez ofiarę i post”.

    Od czasu, gdy osiągnęliśmy wiek, w którym byliśmy zdolni do popełniania grzechów, popełniliśmy ich wiele i gromadziliśmy je w sobie. Nawet po wyznaniu grzechów nosimy w sobie ich skutki. Maryja zaś mówi nam, że przez swą modlitwę pomoże nam uwolnić się od skutków grzechów, które popełniliśmy w przeszłości.

    Musimy oddać Bogu przeszłe zło. Prosi nas Ona, byśmy przygotowali nasze serca. Przygotowujemy serca przez post, by Maryja mogła uzdrowić nas z tego, co pozostawiły w nas przeszłe grzechy. Taka jest prawdziwa Mama. Gdy dziecko przewróci się  i zrobi sobie krzywdę, mama będzie je leczyć, by jego upadek nie miał żadnych złych zastępstw. Z grzechów obmywa nas tylko Krew Chrystusa. Mama zaś naprawia szkody. Przez post zapraszamy Maryję, by to czyniła. Dokona się to szybciej.

    PODPOWIEDZI SZATANA

    Wszystko to przyprawia Złego o wściekłość. Nasz post go przepędził. Jest w nas nowa przestrzeń dla Boga. Bóg wyzwala nas z przeszłego zła. Matka Boa uzdrawia nas i przywraca nam piękno. Wróg pała nienawiścią.

    W 1983 r. Maryja Panna skierowała ostrzeżenie do grupy modlitewnej w Medjugoriu: „Bądźcie roztropni. Szatan kusi wszystkich, którzy postanowili poświęcić się Bogu. Będzie im sugerował, że za dużo się modlą, za dużo poszczą, że powinni być jak inni młodzi ludzie, którzy poszukują przyjemności. Niech go nie słuchają i nie będą mu posłuszni Gdy będą utwierdzeni w wierze, szatan już nie będzie mógł ich zwodzić”.

    W tej dziedzinie nie może zabraknąć nam rozsądku. Najświętsza Maryja Panna zarzuca nam często jego brak. Co będzie robił szatan, gdy tylko zdecydujemy się na post? Będzie podpowiadał: „Pościć dwa dni w tygodniu? To za dużo! Będziesz się wyróżniać spośród innych! Widzisz przecież, że w tych dniach masz smutną minę. Zobacz, jaki jesteś chudy i blady! Nawet jeśli jest środa, możesz przecież zjeść befsztyk, to ci dobrze zrobi. Bóg nigdy nie chciał, żebyś był słaby, a post cię osłabi. Rób tak jak inni. Nikt nie wygłupia się tak, jak ty! Korzystaj z życia i jedz, co chcesz! Korzystaj”.!

    Czy Jezus powiedział kiedykolwiek w Ewangelii: „Róbcie tak, jak wszyscy”? Nie, życie chrześcijańskie nie polega na tym, by postępować jak inni, ale – jak Jezus. Mamy być uczniami, którzy wszędzie podążają za panem i działają tak, jak ON. Gdy przychodzi pokusa” „Rób tak, jak wszyscy” możemy być pewni od kogo to pochodzi Jest dobry sposób oddania się w ręce szatana: robić to, co wszyscy. Gdy szatan nas kusi, nie starajmy się mu odpowiadać, nie róbmy tego głupstwa! Jeśli mówi do nas: „Powinieneś coś zjeść! Widzisz, jaki jesteś bledziutki! Przecież  wszyscy jedzą!” nie trzeba odpowiadać: „Ale ja mam ochotę pościć, idź precz, jesteś wstrętny!”. Nigdy tak nie róbcie. Z szatanem nigdy  nie można wchodzić w dialog. Jeśli szatan nas niepokoi, powinniśmy zwrócić się do Boga: „Panie, niepokoi mnie diabeł. Zrób coś!” Szatan jest sprytniejszy od nas Jeśli wciągnie nas w dialog, wpadniemy w pułapkę. Tak wpadła w pułapkę Ewa. Gdyby zamiast wchodzić w dialog z szatanem powiedziała do Boga: „Panie, przyszedł do mnie wąż i to co mówi, jest przeciwieństwem tego, co powiedziałeś Ty. Co mam robić?” wówczas nie zjadłaby jabłka.

    Kiedy nasz post będzie przynosił owoce? Jeżeli będziemy pościli sercem Często w środę i w piątek rano mamy pokusę niezadowolenia, zaczynamy utyskiwać. Gdy jednak wchodzimy w ducha postu z ową miłością Chleba Życia, z miłością do Jezusa, który jest najważniejszy, wtedy pościmy sercem, bo kochamy Jezusa.

    W 1984 r. matka Boża powiedziała: „Drogie dzieci!. Dziś was wzywam, byście zaczęli pościć z serca. Są ludzie, którzy poszczą, ponieważ wszyscy poszczą. Zaistniał obyczaj z którym nikt nie ma odwagi zerwać. Parafię proszę, by pościła z wdzięcznością za to, że Bóg pozwolił Mi pozostać tak długo w niej. Drogie dzieci, pośćcie i módlcie się z serca!”.

    Niech post będzie podziękowaniem za obecność Maryi, za Eucharystię.

    WYPEŁNIANIE SIĘ PLANÓW BOŻYCH

    Wszyscy pragniemy w pełni żyć powołaniem, jakie Bóg złożył w naszych sercach, gdy nas stwarzał. Chcielibyśmy, by wszystko się wykonało w dniu naszej śmierci. Chcielibyśmy usłyszeć, jak Pan mówi: „Cieszę się, bo pozwoliłeś mi wypełnić w tobie to wszystko, co dla ciebie zaplanowałem”. W 1985 r. Matka Boża powiedziała: „Szczególnie zachowajcie post. Gdyż poprzez post najwięcej osiągniecie i sprawicie Mi radość, bowiem wówczas spełni się cały plan, który Bóg postanowił zrealizować tu w Medjugoriu”.

    Gdy mówi Ona o planie w Medjugoriu, chodzi także  o plan dla każdego z nas. Poszcząc pozwalamy Bogu w pełni zrealizować Jego plan wobec nas, wobec naszej rodziny, wspólnoty. Pozwalamy Mu do końca wypełnić wszystkie Jego zamiary. Stwarzając nas, Bóg złożył w nas nadzieję. Kiedy się modlimy mamy nadzieję, że Bóg odpowie na naszą modlitwę. Podobnie Bóg. Patrząc  na nas, Am nadzieję, że pozwalamy rozrastać się wszystkim małym nasionkom, które złożył w naszym sercu i że zanim umrzemy, staniemy się podobni  do kwiatu otwartego na Jego łaskę, żyjąc w pełni owym „potencjałem” świętości, który w nas złożył. Post pozwala nam w pełni urzeczywistnić ów plan. Słuchajcie uważnie, to się wam spodoba. Czy pragniecie, by Bóg wysłuchał wszystkich waszych modlitw? Oto orędzie, które rozszerzy wasze horyzonty: „Modlitwa jest jedyną drogą, która prowadzi do pokoju. Jeśli modlicie się i prosicie, otrzymacie wszystko, o co będziecie prosić”.

    CZYŚCIEC

    Ci, którzy odeszli przed nami i teraz są w czyśćcu, bardzo cierpią. Jednym ze środków mogących przyczynić się do wyzwolenia dusz czyśćcowych jest post, który za nie ofiarujemy. Matka Boża w Medjugoriu mówi, że osoby te czekają na nasze modlitwy i ofiary. Post ma tu wielką moc. Przynieść kwiaty na grób kochanej osoby, postawić na komodzie jej zdjęcie, myśleć o dobru, które nam wyświadczyła, to bardzo miłe zwyczaje. Jednak w niczym jej  to nie pomaga. Jeśli chcemy przyspieszyć koniec jej straszliwych cierpień czyśćcowych  musimy pościć w jej intencji. Będzie to czyn bezinteresownej i doskonałej miłości, który uwolni ją od cierpień. Jeszcze raz nasza matka przychodzi nam z pomocą, dając nam po temu niezawodne środki. Oczywiście mówi nam o Mszy św. jako o najbardziej niezawodnym i najpiękniejszym sposobie pomocy duszom czyśćcowym, ale przypomina także o poście.

    UZDROWIENIA

    Matka Boża mówi również o uzdrowieniu. Wielu pielgrzymów prosi Maryję za pośrednictwem widzących, by wstawiała się za chorych. Bardzo leży Jej to na sercu. W czasie prawie każdego objawienia na górze Ivan mówi, że Gospa w szczególny sposób modliła się za chorych i za tych, których nosimy  w sercach. Jest Ona bardzo blisko wszystkich, którzy cierpią fizycznie, psychicznie i duchowo. Na początku objawień widzący zapytali Ją o kilkoro chorych. Tak odpowiedziała: „Miejcie silną wiarę, módlcie się i pośćcie a wyzdrowieją”.

    25.07.1982 r. dodała: „W intencji uzdrowienia chorych bardzo ważne jest odmawiać następ. Modlitwy : „Wierzę w Boga” siedem „Ojcze nasz”. „Zdrowaś Maryjo” i „Chwała” oraz pościć o chlebie i wodzie . dobrze jest nałożyć ręce na chorych i modlić się. Dobrze jest namaścić chorych poświęconym olejem”. Gdy w naszej rodzinie ktoś choruje, jesteśmy przede wszystkim zatroskani o leczenie. Uganiamy się za najlepszymi lekarzami, za najskuteczniejszymi lekarstwami, wyjeżdżamy do Ameryki na konsultacje z największymi specjalistami. Jesteśmy gotowi zrobić dosłownie wszystko, wydać majątek, dla ratowania życia chorego, np. : dziecka.

    Ale wszystko to jest o wiele prostsze. Nieraz wystarczy modlić się i pościć. W wielu przypadkach modlitwa i post mogą wyjednać cudowne uzdrowienie chorego. Sakrament chorych proponowany przez Kościół katolicki, przynosi wielu chorym uzdrowienie. Nawet jeśli nie jest to uzdrowienie fizyczne, to chory otrzymuje pokój serca. Nie czekajmy aż chory będzie bliski śmierci, by wezwać księdza z olejami świętymi. Często chory tak bardzo boi się księdza, że jego widok może przyspieszyć śmierć. Boimy się  sakramentu „ostatniego namaszczenia”, ale przecież namaszczenie to nie musi być ostatnie. Może być pierwsze. Gdy ktoś zachoruje, trzeba od razu wezwać księdza i zacząć pościć za chorego. Kiedyś przyszła do mnie pewna pani chora na raka. Mówiła: „Mój problem polega na tym, że w mojej rodzinie nie ma ani jednego wierzącego . Nikt nie będzie za nie się modlił ani pościł”. Odpowiedziałam jej, że wobec tego my będziemy to robić zamiast rodziny. Odwiedzajcie chorych, których rodziny się nie modlą, mówcie im o Bogu, zwiastujcie Dobrą Nowinę, powiedzcie im, że będziecie modlić się za nich i pościć. Wyjednacie u Pana wiele uzdrowień. Gdy widzący pytają  Matkę Bożą, czy uzdrowi jakiegoś chorego, Ona bardzo często odpowiada: „Ja nie mogę uzdrowić. Uzdrawia sam Bóg. Ale dzieci, módlcie się a Ja będę modlić się z wami. Wierzcie wytrwale, pośćcie i czyńcie pokutę. Bóg wszystkim przychodzi z pomocą. Ja nie jestem Bogiem. Potrzebuję waszych ofiar i waszych modlitw”.

    A DZIECI?

    Często wyjaśniam dzieciom, czym jest ofiara. Proszę, by zamknęły oczy zastanowiły się, co mogą ofiarować. Mówię, że wieczorem Matka Boża przyjdzie po ich ofiarę, bo codziennie obchodzi ona cały dom i zbiera wszystkie ofiary do swego wielkiego kosza. Wtedy dzieci mocno zamykają oczy, modlą się w skupieniu, a potem mówią jaką ofiarę znalazły. Dzieci są niezwykle wspaniałomyślne, łatwo przyjmują taką propozycję. Nie chodzi o to by zmuszać dzieci do postu o chlebie i wodzie dwa dni w tygodniu, ale gdy zobaczą, jak rodzice poszczą, spytają: „A ja tato? Ja też chcę coś ofiarować!” I wyrzekną się cukierka czy loda, nie zjedzą ulubionego deseru, zrezygnują z oglądania telewizji.

    Trzeba jednak uważać na dzieci, czasem są one aż nazbyt bystre. Mój 6-letni siostrzeniec Franciszek Józef zorientował się w sytuacji i pewnego wieczoru po modlitwie przed posiłkiem powiedział d ojca: „tato, ja też dzisiaj poszczę”. Ojciec odpowiedział : „Postem będzie dla ciebie to, że zjesz danie, którego nie lubisz”. W przypadku dzieci ważne jest dozowanie. Są one bardzo wielkoduszne, Zamiast 10 brzydkich słów powiedzą tylko jedno, dobrze rozumieją, kiedy trzeba zrobić jakiś wyjątek.

    ZAWIESZENIE PRAW NATURY

    Matka Boża powiedziała: „Postem i modlitwami można powstrzymać wojny, można zawiesić prawa naturalne”. Zbyt mało uwagi przywiązujemy do tego orędzia. Post i modlitwa może zawiesić prawa naturalne! Znaczy to, że nieszczęścia, które mogą się wydarzyć /lawiny, trzęsienia ziemi/ mogą nie nadejść, jeśli ktoś w wiosce pości. Podam przykład pewnej osoby, która kiedyś opowiadała mi o swoim życiu. Było ono wyjątkowo grzeszne. Pracowała w szpitalu jako pielęgniarka. Był tam pewien lekarz, który bardzo się za nią modlił i pościł /dowiedziała się o tym później/ Usiłowała popełnić samobójstwo a ponieważ była pielęgniarką, wiedziała jaką dawkę leków zażyć, żeby się otruć. Połknęła leki, ale nazajutrz rano obudziła się rześka i zdrowa, nie odczuwając żadnych negatywnych objawów. Po dawce, którą zażyła było to zupełnie nienormalne. Był to dla niej szok. Przez cały dzień mówiła sama do siebie: „ktoś nie chce, żebym umarła. Czy to Bóg?”. Szok ten sprawił, że kilka tygodni później otworzyła się na Boga. Gdy powróciła do wiary, lekarz, który od dawna modlił się za nią i pościł, powiedział jej o tym a ona od razu wszystko zrozumiała. Post tego lekarza zawiesił prawa naturalne, przeszkodził, by środki chemiczne wywołały efekt w jej organizmie. Jest to jeden z wielu przykładów. We wszystkich szkołach są gaśnice na wypadek pożaru. We wszystkich domach jest aspiryna na wypadek bólu głowy. To właśnie post jest taką gaśnicą, taką aspiryną, przeciwdziałającą złu, które rozprzestrzenia się w nas, w naszych rodzinach, w społeczeństwie, w Kościele.

    UZDRAWIACZE

    Mówiłam już, że przez post możemy wyjednać o wiele więcej uzdrowień, niż nam się zdaje i że zamiast biegać od lekarza do lekarza lepiej jest modlić się i pościć. Ale uwaga! Wielu ludzi chodzi dzisiaj do uzdrawiaczy. Trzeba wiedzieć, że owi uzdrawiacze pewnego pięknego dnia otrzymali swój ar, ale nie wiadomo dokładnie skąd ten dar pochodzi. We Wspólnocie Błogosławieństw  często świadczymy „Usługi dla poszkodowanych”, tzn. pomagamy ludziom leczonym przez uzdrawiaczy. Jeśli ktoś pójdzie do uzdrawiacza z bólem lewego kolana, być może kolano przestanie go boleć. Nie wie on jednak, że choroba jedynie zmieniła miejsce. Zaatakuje inny organ i stanie się jeszcze dokuczliwsza. Człowiek taki powtórnie odwiedzi uzdrawiacza, a ten będzie na nowo odprawiał swoje czary i być może po raz drugi usunie ból. Potem ból pojawi się gzie indziej po raz trzeci i będzie jeszcze większy. A pewnego dnia człowiek ten obudzi się z lękiem nie do opanowania, będzie ogarnięty chęcią śmierci samobójstwa. Dlaczego znajdujemy ciało młodego  człowieka wiszące na sznurze, koro wcześniej nic nie wskazywało na to, że chce on popełnić ten czyn? W wielu wypadkach okazuje się, że w przeszłości matka chodziła z nim do uzdrawiacza . Uzdrawiacze wypowiadają nieco dziwne słowa /czasem wymieszane z modlitwami chrześcijan. Używają tajnych formuł, w których niby przypadkiem wymieniają imię zdrajcy – Judasza. Robią masaże itd. Ale swój dar otrzymują często od innej osoby, która z kolei otrzymała go jeszcze od kogo innego. A u początku tego łańcucha jest czarownik, który otrzymał ten dar od szatana, ponieważ szatan może „uzdrawiać”. Jezus mi nam w Ewangelii, że w czasach ostatecznych fałszywi prorocy będą czynić znaki i wspaniałe cuda, aby – jeśli to możliwe – pozyskać sobie wybranych Bożych. Jest to prawda. A ponieważ szatan nie robi prezentów, więc przemieszcza jedynie chorobę, czyniąc ją jeszcze cięższą. Dlatego ci, którzy chodzą do uzdrawiaczy , wciąż zapadają na zdrowiu a ich choroba przechodzi z ciała do serca a z serca do duszy. Wszystko zaczyna się od zwykłej choroby fizycznej a kończy się pokusami samobójstwa, głęboką depresją, straszliwą nienawiścią…

    Fronda/ S.Emmanuel

    ______________________________________________________

    Te wypowiedzi przeszły bez echa

    – amerykańskiego prezydenta i premier Włoch

    o wielkości św. Jana Pawła II

    Te wypowiedzi przeszły bez echa – amerykański prezydent i premier Włoch o wielkości św. Jana Pawła II
    Jan Paweł II z Joe i Jill Biden Fot. via: Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    To nie były jedynie grzecznościowe, dyplomatyczne ukłony w stronę Polski. „Zdałem sobie sprawę, jaką siłę ma Polska”, „gigant wiary” – tak o św. Janie Pawle II podczas swojego niedawnego pobytu w Polsce mówili prezydent USA Joe Biden i premier Włoch Giorgia Meloni. Słowa światowych przywódców to znak, że papież z Polski jest postrzegany nie tylko jako wielki lider duchowy, ale też postać będąca drogowskazem dla katolików na całym świecie.

    Słowa Joe Bidena o św. Janie Pawle II wypowiedziane podczas spotkania z prezydentem Andrzejem Dudą mógł usłyszeć cały świat. Choć z oczywistych względów czołówki mediów zdominowały słowa obu przywódców o wsparciu dla Ukrainy, relacjach w ramach NATO i polsko-amerykańskim sojuszu, to należy również zwrócić uwagę na słowa przywódcy USA dotyczące papieża z Polski.

    Joe Biden przywołał swoje spotkanie ze Janem Pawłem II, do którego doszło w papieskiej bibliotece, gdy obecny prezydent USA był jeszcze młodym senatorem. Polityk wspominał, że wówczas napisał sprawozdanie, że Polska będzie wolna w ciągu roku. Następnie zadzwonił do niego papież z pytaniem o spotkanie, na co senator Biden – choć praktykujący katolik – żartował ze swych mniej konserwatywnych poglądów niż Ojciec Święty. 

    „Spotkałem się z nim, zakończyliśmy rozmowę, a rozmawialiśmy cały czas o Polsce, w ogóle nie wspomniał o katolicyzmie. Więc idziemy przez bibliotekę papieską, (…) zapytał mnie, czy chciałbym wspólne zdjęcie, ja mówię: oczywiście, jeśli Wasza Świątobliwość pozwoli, bardzo chętnie. Więc idziemy od biurka na drugi koniec sali, on podszedł, kładąc mi rękę na ramieniu i powiedział: senatorze, proszę pamiętać, że rozmawiałem z panem jako dumny Polak, nie jako papież, tylko jako Polak. I wtedy zdałem sobie sprawę, jaką siłę ma Polska” – relacjonował w miniony wtorek Joe Biden w trakcie rozmów w Pałacu Prezydenckim.

    Wiemy, że św. Jan Paweł II spotkał się z Joe Bidenem 12 kwietnia 1980 roku. Kilka dni później senator Biden w rozmowie z katolickim magazynem „The Dialog” z jego rodzinnego stanu Delaware, opisywał nadzwyczaj długą audiencję z papieżem jako okazję do rozmowy na temat skutków odejścia od polityki „odprężenia” Zachodu z ZSRR. 

    Biden powiedział wówczas, że zasięgnął rady papieża, jako przywódcy kościelnego i światowego, w sprawie Czechosłowacji i szerzej – jaki kurs powinny obrać Stany Zjednoczone w stosunkach z krajami Wschodu. Według relacji przyszłego prezydenta USA, papież wyraził zaniepokojenie rozwojem komunizmu na półkuli zachodniej, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej. „Świat musi uznać wielką dysproporcję między bardzo bogatymi i bardzo biednymi oraz iluzję komunizmu, że jest w stanie zapewnić jakąś równość” – takie słowa papieża przywoływał Joe Biden. 

    Ponadto – z relacji wówczas 37-letniego amerykańskiego senatora – wyczytujemy podziw dla postaci św. Jana Pawła II. Biden nazwał papieża-Polaka jednym z imponujących światowych przywódców, jakich kiedykolwiek spotkał, zwrócił też uwagę na osobisty magnetyzm, ciepło i poczucie humoru Ojca Świętego. Jak wspominał, papież argumentował, iż naród amerykański ma szczególne brzemię i nigdy nie zapomina o trudnej sytuacji jego rodzinnej Polski i Europy Wschodniej. Jako swoistą klamrę tamtych słów można odczytać dzisiejsze słowa Joe Bidena, prezydenta USA: „Stany Zjednoczone potrzebują Polski i NATO tak samo, jak NATO potrzebuje Stanów Zjednoczonych”. 

    O dziedzictwie św. Jana Pawła II wspomniała również premier Włoch Giorgia Meloni, która odwiedziła Polskę 19 lutego, w przeddzień przyjazdu Joe Bidena. Mówiąc o wielowymiarowych wątkach łączących Polskę i Włochy, szefowa rządu w Rzymie przywołała postać św. Jana Pawła II. „Historycznego giganta, giganta wiary” – podkreślała Meloni, przypominając, że dzień zaprzysiężenia jej rządu – 22 października – jest również liturgicznym wspomnieniem papieża Wojtyły. 

    Ojciec Święty był jedną z kilku postaci Kościoła – obok papieża Franciszka, św. Benedykta z Nursji i Służebnicy Bożej Chiary Corbelli Petrillo – wymienionych przez Giorgię Meloni w jej exposé, wygłoszonym we włoskim parlamencie pod koniec października ubiegłego roku. Św. Jan Paweł II to dla Giorgii Meloni „papież, mąż stanu, święty, którego miała zaszczyt poznać osobiście”. Puentując swoje exposé, podkreśliła, że papież z Polski był dla niej nauczycielem wolności.

    „Wolność, mawiał [św. Jan Paweł II], nie polega na robieniu tego, co lubimy, ale na posiadaniu prawa do robienia tego, co należy. Zawsze byłam wolnym człowiekiem, dlatego zamierzam robić to, co do mnie należy” – w ten sposób Giorgia Meloni zakończyła swoje exposé.

    Podane przykłady Giorgii Meloni i Joe Bidena, a więc polityków, których ideologicznie dzieli wiele, łączy przywiązanie do postaci św. Jana Pawła II. Dla wielu polityków na świecie, tych z lewa i z prawa, pozostaje on ważnym punktem odniesienia pomagającym działać i podejmować decyzje, o czym przekonujemy się szczególnie w czasach wielowymiarowego kryzysu. 

    Family News Service

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Na spotkanie z Jezusem,

    czyli „Stygmatyk z Manoppello”

    22 września 1968 roku w San Giovanni Rotondo, prawie dwadzieścia godzin przed swoją śmiercią, ojciec Pio odprawia ostatnią Mszę… Podczas celebracji nagle traci równowagę i osuwa się. Rejestrują to kamery.

    Fragment okładki
    Wydawnictwo AA/fragment okładki

    ***

    Tego samego dnia, o tej samej porze ojciec Domenico z Cese, posługujący w Manoppello, 200 km od San Giovanni Rotondo, wchodzi do kościoła i widzi, że w ławce na tzw. chórze za ołtarzem modli się… ojciec Pio. Omdlenie kapucyna było tym momentem, kiedy ojciec Pio poprzez dar bilokacji przeniósł się do Manoppello, by móc spojrzeć w Oblicze Chrystusa. Przed Chustą z Manoppello ojciec Pio wypowiada tajemnicze słowa…

    Tydzień później, podczas pogrzebu ojca Pio, kamery filmują ojca Domenico idącego w kondukcie żałobnym za trumną ojca Pio. Jednak dokładnie w tym czasie ojciec Domenico spowiada w konfesjonale w Manoppello; fakt, że nie opuścił w tym czasie klasztoru, potwierdził ówczesny rektor, zeznając w procesie beatyfikacyjnym ojca Domenico z Cese, który został otwarty osiem lat temu.

    Okazuje się, że obydwaj kapucyni – ojciec Pio i ojciec Domenico – spotykali się dzięki darowi bilokacji, i to nie jeden raz…

    Kim jest ojciec Domenico i jaki ma związek ze Świętym Obliczem, całunem przechowywanym w Manoppello opowiada książka autorstwa Aleksandry Zapotoczny „Stygmatyk z Manoppello” – Wydawnictwo AA, dobra lektura na Wielki Post.

    Ocalony

    Ojciec Domenico to kapucyn żyjący w Abruzji. Jako dziecko Emidio Petracca w cudowny sposób przeżył trzęsienie ziemi, które nawiedziło cały region w dalekim 1915 roku. Z gruzów odkopuje go nieznany mężczyzna, którego spotka po 52 latach. Jego twarz rozpozna w Świętym Obliczu, które jest przechowywane obecnie w Manoppello…

    Mistyk

    Życie kapłana było pełne niewytłumaczalnych sytuacji… Ojciec Domenico zazna objawienia: z krzyża, który nosił przy różańcu zauważy kapiące krople krwi. Krótko potem otrzyma stygmaty… Kapłan był obdarzony darem rozmnazania pokarmów, czytania w duszach, darem przepowiedni, bilokacji. Podczas całego życia towarzyszyły mu anioły, ale także nawiedzał go szatan. Podobnie jak ks. Dolindo Ruotolo także i ojca Domenico rekomendował wiernym ojciec Pio. Ojciec Domenico spotykał się z nim za pomocą bilokacji…

    Ułamek sekundy po Zmartwychwstaniu

    Całun przechowywany obecnie w Manoppello to chusta z przeźroczystego bisioru, na której widnieje oblicze Chrystusa – chociaż badania nie wykazały na niej żadnego pigmentu, żadnej farby. To właśnie ojciec Domenico jako pierwszy zorientował się, że twarz przedstawia Jezusa Zmartwychwstałego, a chusta ta, była obecna w grobie wraz z innymi płótnami m.in. całunem zwanym przez cały świat Całunem Turyńskim. Ojciec Domenico jest nazwany promotorem Świętego Oblicza, bo pragnął, aby cały świat poznał tę relikwie, płótno, na którym w niewytłumaczalny sposób Jezus zostawił swoje odbicie…

    ……

    „Stygmatyk z Manoppello” to pierwsza biografia ojca Domenico opublikowana w języku polskim. Zawiera fakty biograficzne, świadectwa o świętości kapucyna i liczne fotografie.

    …….

    Aleksandra Zapotoczny/Tygodnik Niedziela

    Aleksandra Zapotoczny – urodzona w Wadowicach, mieszka w Rzymie. Dziennikarka akredytowana w Biurze Prasowym Stolicy Apostolskiej. Autorka książek o świętych i relikwiach.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Bliźniacza dusza Ojca Pio. Matka Speranza

    Po spotkaniu z nią nawracali się nawet najbardziej zatwardziali ateiści.

    ***

    Dzięki darowi bilokacji wielokrotnie mogła odwiedzać św. Ojca Pio, choć dzieliły ich spore odległości. Wiele osób zwraca uwagę na podobieństwa między nią a zakonnikiem z Pietrelciny; zaczęto ją nawet nazywać bliźniaczą duszą św. Ojca Pio.

    Błogosławiona Matka Speranza, była mistyczką i stygmatyczką, założycielką Zgromadzenia Służebnic Miłości Miłosiernej oraz Zgromadzenia Synów Miłości Miłosiernej. Nadal jednak pozostaje postacią mało znaną w Polsce i nie zmienia tego nawet fakt, że wiele wątków jej biografii związanych jest ze św. Janem Pawłem II oraz orędziem miłosierdzia Bożego św. Siostry Faustyny. To dzięki Matce Speranzie przyśpieszono rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego s. Faustyny Kowalskiej, a swoim cierpieniem miała przyczynić się do ocalenia Jana Pawła II od pocisków wystrzelonych przez Alego Agcę. Nie bez powodu pierwszym miejscem, które odwiedził papież po rekonwalescencji, było sanktuarium w Collevalenzie, gdzie mieszkała mistyczka.

    Te i wiele innych wątków porusza w pasjonującej biografii bł. Matki Speranzy hiszpański pisarz José María Zavala. Książka jest pierwszym pełnym życiorysem stygmatyczki, który trafił do rąk polskich czytelników.

    Światowy rozgłos autor zdobył fenomenalną publikacją o św. Ojcu Pio. Teraz prezentuje sylwetkę swojej rodaczki, która całe życie poświęciła głoszeniu orędzia Miłosierdzia Bożego. Zavala pełnymi garściami czerpał ze świadectw zebranych w czasie procesu beatyfikacyjnego, które uzupełnił wywiadami z osobami żyjącymi u boku Matki Speranzy. Dzięki temu wiernie oddał charakter mistyczki i ukazał nieznane szerzej fakty z jej życia, również cuda, które jej towarzyszyły. Te ostatnie sprawiły, że dla wielu Matka Speranza była niczym anioł w habicie.

     Ireneusz Korpyś/ Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najpierw seanse spirytystyczne, a potem 50 razy zdrowaś Maryjo? Bartolo Longo nie od zawsze był święty!

    Dobrze znany scenariusz: pobożny syn wyjeżdża na studia, wpada w złe towarzystwo, oddala się od Boga i popełnia błędy. Najczęściej jednak nie osiągają one takich rozmiarów jak w przypadku Bartolo Longo, który przez lata żył jako satanistyczny kapłan.

    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo
    bł. Bartolo Longo
     Archiwum Sanktuarium w Pompejach
    Każdy grzesznik, nawet najbardziej upadły, może znaleźć ocalenie w Różańcu – tę myśl zapisał bł. Bartolo Longo

    Skrajne decyzje

    Jak wielu świętych, Bartolo wychował się w gorliwej, katolickiej rodzinie. Pobożni rodzice z południowych Włoch, dr Bartolomeo Longo i Antonina Luparelli, codziennie odmawiali Różaniec. W 1851 r. mając zaledwie 10 lat, chłopiec stracił ojca. Był to przełomowy moment w życiu młodego Włocha. Od tego tragicznego wydarzenia Bartolo coraz bardziej oddalał się od wiary katolickiej. Rozpoczynając studia prawnicze na uniwersytecie w Neapolu, pod wpływem m.in. profesorów dołączył do antyklerykalnego ruchu.

    Bartolo zaczął poszukiwać odpowiedzi na egzystencjalne pytania u wróżbitów. Brał udział w seansach spirytystycznych i orgiach. Publicznie wyśmiewał chrześcijaństwo i robił wszystko, co w jego mocy, by obalać katolickie wpływy w społeczeństwie i kulturze. Wkrótce pragnienie dotknięcia tego, co nadprzyrodzone, doprowadziło go do uprawiania satanizmu. Po okresie intensywnych nauk i rygorystycznych postów został wyświęcony na satanistycznego kapłana, po czym oddał swoją duszę demonowi.

    Załamanie psychiczne i przełom

    Im więcej Bartolo eksperymentował z siłami złego, tym bardziej pogrążał się w depresji i demonicznej obsesji. Radość całkowicie go opuściła. Zamiast niej były paranoje, nienawiść do ludzi i poddenerwowanie. Mężczyznę nękały diaboliczne wizje i koszmary. Ostatecznie przeżył załamanie psychiczne.

    Jego rodzina nie przestawała się za niego modlić. Za namową bliskich opętanego, katolicki profesor Vincenzo Pepe zgodził się porozmawiać z Bartolo. Zapytał go: „Czy chcesz umrzeć w zakładzie dla obłąkanych i być na zawsze potępionym?”. Profesor w końcu przekonał mężczyznę do wizyty u dominikanina o. Alberto Radenta, który po tygodniach długich rozmów, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa w 1865 r., umożliwił byłemu sataniście powrót do Kościoła i udzielił mu rozgrzeszenia.

    Wyrzuty sumienia

    W ramach pokuty przez dwa lata Bartolo pomagał w szpitalu dla nieuleczalnie chorych. Gorliwie się modlił. Został dominikaninem trzeciego stopnia. Pomimo odwrócenia się od grzechu i łaski spowiedzi świętej Bartolo jednak nie mógł sobie wybaczyć. Pewnego dnia, gdy załatwiał w Pompejach sprawy hrabiny Marianny de Fusco, wspomniał swoją grzeszną przeszłość. Później napisał: „Pewnego dnia na polach wokół Pompei przypomniałem sobie mój dawny stan jako kapłana szatana… Pomyślałem, że być może tak jak kapłaństwo Chrystusa jest na wieczność, tak też kapłaństwo szatana jest na wieczność. Tak więc, pomimo mojej pokuty, pomyślałem: nadal jestem poświęcony szatanowi (…). Poczułem głębokie poczucie rozpaczy i prawie popełniłem samobójstwo. Wtedy usłyszałam w uszach echo głosu brata Alberta powtarzającego słowa Najświętszej Maryi Panny: »Ten, kto propaguje mój Różaniec, będzie zbawiony!«. Padając na kolana, zawołałem: »Osiągnę zbawienie, ponieważ nie opuszczę tej ziemi bez rozpowszechnienia Twojego Różańca!«”.

    I tak też uczynił. Przy finansowym wsparciu hrabiny zbudował znaną na całym świecie bazylikę Matki Bożej Różańcowej w Pompejach. Założył szkoły i domy dziecka. Wspierał więźniów i ich potomstwo. Pisał książki o różańcu, nowenny i podręczniki do modlitwy. Zaprzyjaźnił się nawet z papieżem Leonem XIII, wielkim czcicielem Matki Bożej. Przez 50 lat wiernie propagował Różaniec, w tym Nowennę Pompejańską.

    Wkład na wieki

    Jan Paweł II beatyfikował Bartolo Longo w 1980 r., nazywając go „człowiekiem Maryi”. To właśnie w pismach bł. Bartolo polski papież znalazł inspirację do stworzenia Tajemnic Światła Różańca Świętego. Kiedy Jan Paweł II w swojej encyklice „Różaniec Najświętszej Maryi Panny” z 2002 r. przedstawił nowe tajemnice, nie zawahał się okazać podziwu temu świętemu człowiekowi, którego nawrócenie, a także późniejsze działania pokazały, że bez względu na to, jak bardzo oddalimy się od Boga, zawsze jest nadzieja na powrót do Naszego Stwórcy i szansa na nowe, święte życie.

    Anna Casanova/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opuściłem niedzielną Mszę św. Czy muszę od razu iść do spowiedzi?

    Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?

    W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.

    W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.

    Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.

    Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.

    Msza św. dla nie-chętnych

    Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).

    Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.

    Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.

    A jeśli nie mogę być na Mszy św.?

    Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.

    Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.

    Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.

    W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.

    Msza św. w sobotę wieczorem

    Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.

    Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego święci nie nudzili się na Mszy św?

    Pięć powodów

    O, nierozumni, co czynicie? Dlaczego nie śpieszycie do kościołów?

    Msza św. – to „korona modlitwy”.

    Święci o Mszy świętej

    Nudzicie się czasami na Mszy świętej? Nie martwcie się, nie osądzam was. Kiedy po jakimś czasie zaczęłam ponownie chodzić na Mszę św., strasznie się nudziłam. Ale eucharystyczna obecność Jezusa pociągała mnie coraz mocniej i po jakimś czasie szczerze pokochałam Mszę świętą. Zdałam sobie sprawę, że to moja najważniejsza modlitwa w ciągu dnia.

    Jak to określił kiedyś bł. Jakub Alberione, Msza św. to „korona modlitwy” i żadne działanie, które podejmujemy, aby zbliżyć się do Boga, nie da się porównać z uczestnictwem w niej.

    Być może i wy potrzebujecie wzmocnić swoją motywację do uczestnictwa w Eucharystii? Z pomocą przychodzą nam święci, którzy raczej się w kościele nie nudzili. Oto pięć wskazówek od nich:

    WIEDZIELI, ŻE W MSZY ŚW. UCZESTNICZĄ WRAZ Z ANIOŁAMI

    Nie istnieje msza z niską frekwencją. Kiedy będziecie uczestniczyli w Eucharystii z zaledwie kilkoma innymi wiernymi, pamiętajcie, że są pośród was aniołowie!

    Św. Grzegorz Wielki mówił, że „niebiosa się otwierają i rzesze aniołów zstępują, by wziąć udział w Świętej Ofierze”, a św. Augustyn dodał, że „anioły otaczają sprawującego ofiarę Mszy świętej kapłana i służą mu”.

    TWIERDZILI, ŻE EUCHARYSTIA TO ISTOTA ICH ŻYCIA

    Uczestnicząc w najbliższej mszy świętej, poproście Boga, by pokazał wam, jak bardzo wasza dusza pragnie łask Eucharystii. Tego samego pragnienia doświadczali święci.

    „Łatwiej byłoby światu przetrwać bez słońca, aniżeli bez Mszy świętej” – pisał św. Pio z Pietrelciny. Matka Teresa z kolei mówiła, że Eucharystia to pokarm duchowy, który podtrzymuje ją w codziennym utrudzeniu. „Bez tego nie wytrwałabym ani jednego dnia, ani jednej godziny” – wyznała święta.

    CHCIELI ODDAWAĆ CZEŚĆ BOGU

    Skoro kochacie Boga i odwzajemniacie Jego miłość do was, uczestnictwo we mszy świętej jest najwyższym z możliwych wyrazów tej miłości.

    „Jedna Msza święta więcej oddaje czci Panu Bogu, aniżeli wszystkie uczynki pokutne świętych, wysiłki apostołów, cierpienia męczenników, a nawet płomienna miłość Matki Najświętszej” – twierdził św. Alfons Liguori. Św. Jan Vianney mówił z kolei, że „wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza św. jest dziełem Bożym”.

    W MSZY ŚW. ODNAJDYWALI RADOŚĆ

    Bóg jest jedynym źródłem prawdziwego szczęścia. Wiedząc to, święci uczestniczyli w Eucharystii, aby odnaleźć prawdziwą radość.

    „Trzydzieści pięć lat temu do wiary przywiodła mnie radość z narodzin mojego dziecka. Ta radość odnawia się nieustannie, kiedy codziennie przyjmuję Ciało Pana naszego w czasie Eucharystii” – wyznała Dorothy Day.

    MIELI ŚWIADOMOŚĆ PONADCZASOWOŚCI MSZY ŚWIĘTEJ

    Msza jest uobecnieniem misterium paschalnego Jezusa Chrystusa. Oznacza to, że nie tyle wspominamy w jej trakcie Jego śmierć i zmartwychwstanie, lecz że ponownie przeżywamy je, sami wkraczamy w ten ponadczasowy moment.

    Bł. Jakub Alberione mówił, że „Jezus jest Barankiem, którego zabito, lecz który żyje na wieki, w każdym momencie odnawiając swoją mękę w nieustannym sprawowaniu mszy świętych na całym świecie”. Wiedział też o tym św. Jan Paweł II, który przypominał, że „msza święta uobecnia ofiarę krzyża”.

    Mogłabym znaleźć jeszcze wiele powodów, dla których warto uczestniczyć we Mszy świętej, moglibyśmy rozważać myśli kolejnych świętych. Chciałabym jednak zakończyć, przywołując ostatni cytat „motywacyjny” – słowa św. Leonarda z Porto Maurizio (który, jak sądzę, wypowiedział je ze złośliwym uśmiechem na twarzy): „O, nierozumni, co czynicie? Dlaczego nie śpieszycie do kościołów, aby wysłuchać tyle Mszy świętych, ile tylko się da?”.

    S. Theresa Aletheia Noble/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ PRZYJMUJEMY Z NALEŻNYM USZANOWANIEM DO UST

    ALBO NA RĘKĘ – WTEDY CIAŁO PAŃSKIE SPOŻYWAMY W OBECNOŚCI KAŁANA.

    PRZYJMUJĄC KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – NA SŁOWA KAPŁANA: CIAŁO CHRYSTUSA – ODPOWIADAMY: AMEN.

    *************************************************************************************************

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “TEN, KTO MNIE SPOŻYWA, BĘDZIE ŻYŁ PRZEZE MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC LUTY 2023

    Intencja papieska:

    (w poszerzonej wersji)

    *Módlmy się, aby wspólnoty parafialne uczestnicząc w Ofierze Mszy św., w której dokonuje się dzieło zbawienia przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, stawały się coraz bardziej wspólnotami wiary i otwartości, szczególnie wobec najbardziej potrzebujących. W drugiej Modlitwie Eucharystycznej o Tajemnicy pojednania Kościół, Matka nasza, wyznaje, że “wszyscy oddaliliśmy się od Ciebie, ale Ty sam, Boże, nasz Ojcze, stałeś się bliski dla każdego człowieka. Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twojej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom”.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Boża Matko, która dałaś nam cudowne miejsce w Lourdes, prosimy Cię, abyśmy byli wrażliwi na ludzkie cierpienie i mieli serce dobrego Samarytanina, który nie tylko zaopiekował się poranionym, ale i gospodarza gospody zachęcił: “Miej o nim staranie” (Łk 10, 35). W loretańskiej litanii wołamy do Ciebie: Uzdrowienie chorych, bo Ty, Boleściwa Matko, najlepiej wiesz co to jest cierpienie i czym jest ból nie tylko ciała, ale i ducha. Uproś siłę i odwagę dźwigającym swoją niemoc, aby wpatrując się w Ukrzyżowanego Twojego Syna zobaczyli, że wybawienie przyszło i wciąż przychodzi przez krzyż.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Tajemnice Różańcowe wraz intencjami zostały wysłane na maila w niedzielę 29 stycznia z adresu: e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś nie otrzymał, bardzo proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres: rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Na stronie Żywego Różańca: zr.kosciol.org – znajdują się intencje, Tajemnice Różańcowe, Patroni Róż oraz ogłoszenia.

    ____________________________________________________________________________

    JAK CO ROKU, WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W OKRESIE ADWENTOWYM, ORGANIZUJE DATKI NA RZECZ POTRZEBUJĄCYM. W TYM ROKU NASZĄ SKŁADKĘ PRZEZNACZYLIŚMY NA POMÓC SIOSTROM KLAWERIANKOM.

    BARDZO SERDECZNE DZIĘKUJĘ NASZYM STAROPOLSKIM: “BÓG ZAPŁAĆ” ZA WASZE ZROZUMIENIE I WSPANIAŁĄ CHOJNOŚĆ. SUMA 3000 FUNTÓW ZOSTAŁA JUŻ PRZEKAZANA NA POTRZEBY MISJI, KTÓRE PROWADZĄ SIOSTRY BŁOGOSŁAWIONEJ MARII TERESY LEDÓCHOWSKIEJ.

    ***

    W Afryce żniwo jest dojrzałe, serca pragną Boga, pragną wiary. Każdy uczynek miłosierdzia, także ten, który zaspakaja potrzeby materialne, np. głód, służy ratowaniu dusz.

    bł. Maria Teresa Ledóchowska

    ___________________________________________________________________________________________

    Odpusty dla odmawiających różaniec

    „Wiedz, że jakiekolwiek są już liczne odpusty udzielone Mojemu Różańcowi, Ja ubogacę go jeszcze więcej na każdą pięćdziesiątkę „Zdrowaś Maryja” dla tych, którzy będą go odmawiali bez grzechu śmiertelnego i pobożnie na kolanach. Każdemu zaś, kto wytrwa w odmawianiu go rozmyślając jego piętnaście tajemnic, uproszę jako nagrodę za tak dobrą przysługę, aby w końcu życia zostały mu całkowicie odpuszczone winy i kara za wszystkie jego grzechy… Niech ci się to nie wydaje niemożliwe, ponieważ łatwo Mi jest to uczynić, gdyż jestem Matką Króla Niebios, tego, który nazywa Mnie Pełną łaski; jeżeli więc jestem nią wypełniona, to mogę ją rozdzielać i udzielę jej obficie Moim drogim synom”. (MB do bł. Alana de Rupe)

    Czym jest odpust?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych.
    (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.
    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej.
    „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    Kiedy uzyskujemy odpust różańcowy?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    Warunki, które należy wypełnić dla uzyskania odpustu zupełnego:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).

    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.

    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy*

    Pozostałe warunki dla uzyskania każdego odpustu zupełnego:
    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    za: http://parafia.prabuty.pl/


    *„Dla uzyskania odpustów za odmawianie Różańca świętego, kiedyś należało odmawiać przynajmniej jedną trzecią część w całości, bez przerywania. Tylko członkowie wpisani do bractwa mieli przywilej i to jedynie przy odmawianiu obowiązującego w ciągu tygodnia różańca, że mogli oddzielać jeden dziesiątek od drugiego, bez względu na czas między jednym dziesiątkiem a drugim. Jednak św. Pius X zezwolił na to wszystkim wiernym. Dzisiaj więc wszyscy mogą zyskiwać odpusty różańcowe, odmawiając nawet każdy dziesiątek oddzielnie... Dlatego nikt nie może twierdzić, że brak mu czasu na częste, a nawet codzienne odmówienie chociażby jednej cząstki Różańca”. (o. Ludwik Fanfani OP) – za: https://rozaniec.maryjni.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ja trzymam różaniec – Maryja mnie

    … zwrócenie się ku Matce Bożej, aby od Niej czerpać wzór i duchowe siły.

    … zastanówmy się nad sensem i znaczeniem Różańca.

    fot. Karol Porwich/TYgodnik Niedziela

    *****

    Pamiętasz swój pierwszy różaniec? Pewnie z utęsknieniem czekałeś na moment, gdy w czasie przygotowań do I Komunii św. otrzymasz go z książeczką i medalikiem. Być może twój dziecięcy wzrok nie potrafił jeszcze wtedy wznieść się ponad ziemskie piękno koralików i schludnego futerału. I może nawet do dziś po prostu „nie czujesz” Różańca. Nie martw się. Św. Tereskę nużył i nie od razu umiała odkryć jego piękno. Bo z Różańcem jest jak z drzewem. Nie zachwycasz się samym pniem. Mimo że jest najważniejszy, to sam w sobie jest nudny. W podziw wprawia nas dopiero widok owoców. Różaniec również zachwyci cię dopiero wtedy, gdy po czasie zobaczysz jego owoce.

    Precz z nudą!

    Czy powtarzanie tych samych formułek na okrągło, przez pół godziny, nie jest bezsensownym i nudnym klepaniem? Bezsensowne to nie jest na pewno. A nudę da się pokonać. Po pierwsze – warto się wyleczyć z tego specyficznego rodzaju „stresu”, w jaki sami siebie wpędzamy: „muszę kontrolować uciekające myśli”, „muszę się skupić tylko na wypowiadanych słowach”. Stop! A kto tak każe? Gdzie znalazłeś nakaz bezwzględnego koncentrowania całej uwagi wyłącznie na kolejnych słowach „zdrowaśki”? Nie wymagaj od siebie myślenia o każdym słowie wypowiadanych formuł. One mają ci pomóc wejść w prawdziwą modlitwę. Modlitwę sercem. Regularnie wypowiadane słowa mają je „ukołysać”, by zaczęło medytować! Tak! Bo Różaniec to modlitwa medytacyjna! Tutaj chodzi o rozważanie konkretnych tajemnic, jakby przy „melodii” powtarzanych słów. Mam się skupiać na kolejnych tajemnicach, a nie na kolejnych „paciorkach”. Sens i piękno Różańca nie polega na panicznym skupianiu uwagi na nim samym, ale na „dostrojeniu serca”. Dzięki niemu dusza staje się otwarta na rozważanie prawd z życia Jezusa i Maryi, a po czasie zaczyna z nich czerpać mądrość do własnego życia.

    Co to znaczy „rozważać”?

    Modlitwa „Zdrowaś Maryjo” jest jak sama Matka Boża: pokorna, a niesłychanie potężna. Ma niezwykłą właściwość: potrafi koić duszę, wyciszać serce i skupiać uwagę na rozważanych tajemnicach. Żeby głęboko je rozważać, warto sobie pomóc gotowymi tekstami. Czyta się je przed każdą „dziesiątką”. Gdzie je znaleźć? Najlepsza jest Biblia. Znajdziesz w Ewangelii fragmenty pasujące do każdej tajemnicy. Piękniejszych rozważań nie ma. Poza tym połączenie owej „modlitwy otwartego serca” ze Słowem Bożym jest dla duszy jak skondensowana dawka najbardziej wartościowego pokarmu. Rozważania są też w modlitewnikach albo po prostu w necie i często opierają się nie tylko na Biblii, ale także na tekstach świętych autorów. Po przeczytaniu rozważania zaczynasz daną dziesiątkę. Na ustach masz „Zdrowaś Maryjo”, a w sercu przedłuża się spotkanie z Jezusem, tyle że już bez kartki. Rozważanie ma dać ci impuls. Resztę zrobi twoje serce, kołysane rytmem powtarzanych słów.

    Nie dobranocka, lecz kołysanka

    Różaniec możesz mówić lub śpiewać. Samemu albo wspólnie. Głośno albo szeptem. Tradycyjnie bądź „z dopowiedzeniami”. Niezależnie od formy – na pewno podziała na osoby, które omadlasz, i na ciebie, który się modlisz. Zawsze, gdy trzymasz różaniec w ręku, wiedz, że ciebie za rękę trzyma Maryja. A tam, gdzie jest Ona, zawsze wylewa się łaska. I zawsze zstępuje Duch Święty, który jest Dawcą pokoju i mądrości. Nie bój się, gdy w czasie modlitwy nagle się „rozproszysz” i przed oczami staną ci aktualne problemy czy bliskie osoby. O to właśnie chodzi! Różaniec tak działa. Maryja celowo wydobywa z serca na wierzch to, co je obciąża. I zaczyna to sortować. Porządkuje myśli. Pomaga rozeznać sytuację i podjąć decyzję. Wielu ludzi zaraz po zakończeniu Różańca doświadcza „dziwnego” spokoju. Inni wstając od modlitwy, nagle wiedzą, co mają robić, mimo że nawet nie prosili o jasność w danej sprawie. Gdy więc spostrzeżesz, że na modlitwie atakują cię jakieś myśli o sprawach i ludziach – od razu zanurzaj je w tej modlitwie! Oddawaj Matce Bożej! Uczyń z rozproszeń intencję modlitewną. I pozwól, by ta modlitwa dalej kołysała twoją duszę. To jest właśnie medytacja. Pokój wlewa się do serca. Wnętrze się kołysze, ale ty wcale nie usypiasz.

    I promise!

    Nie sposób wymienić wszystkich obietnic, jakie do Różańca przywiązuje Maryja. W objawieniach wskazuje na niego jako skuteczne narzędzie nawrócenia człowieka i jego bliskich. Odmawianie Różańca ma moc wyproszenia i zachowania pokoju w świecie. Na różańcu można wymodlić cuda, uzdrowienie, a nawet zatrzymanie wojen. Historia już nieraz potwierdziła nadzwyczajne ingerencje Boga w sprawy omadlane Różańcem. Warto wspomnieć choćby o Hiroszimie, wojnie na Bałkanach czy niedawnym odbiciu kolumbijskiej senatorki Ingrid Betancourt przez wojsko, które do akcji przygotowywało się przez Różaniec! Święci nazywali go „biczem na szatana”, a sam Chrystus powiedział św. Gertrudzie, że „Zdrowaś Maryjo” to „moneta, za którą nabywa się niebo”. Różaniec to taka niebiańska kroplówka, dzięki której za każdą „zdrowaśką” do twojego duchowego organizmu sączy się kolejna kropla mądrości i pokoju. Ten, kto odmawia Różaniec, zmusza diabła do kapitulacji, a siebie i świat na nowo chowa pod płaszcz Maryi.

    Módlmy się za wszystkie kobiety, aby Niepokalana była zawsze wzorem do naśladowania w ich życiu i uczyła wiernie trwać przy Chrystusie

    ks. Tomasz Podlewski/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Mimo gorliwej modlitwy o uzdrowienie ktoś nie doznaje tej łaski… co z tym zrobić?

    Po co się modlić o czyjeś uzdrowienie? Czy Bóg uzależnia życie i zdrowie danej osoby od ilości modlitw w jej intencji.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    *****

    Przy różnych okazjach składania sobie życzeń zazwyczaj słyszymy: „Na pierwszym miejscu życzę ci zdrowia, bo ono jest najważniejsze, zwłaszcza w dzisiejszych czasach”. Pewien mój znajomy miał zwyczaj odpowiadać, że od zdrowia ważniejsze jest szczęście, bo na Titanicu zdrowie mieli na ogół dobre, za to szczęścia im zabrakło. A tak poważnie mówiąc, wydaje się, że zdrowie urasta dzisiaj do rangi wartości absolutnej. Świadczą o tym nie tylko rosnąca w siłę moda na zdrowy tryb życia (to akurat dobrze), ale także zatrważająca ilość odżywek, suplementów diety, leków i wyrobów medycznych bez recepty, cudownych wyciągów z egzotycznych roślin i zwierząt oraz leków, które działają trzy razy mocniej niż te poprzednie. Ludzie poszukują życia bez bólu, ograniczeń, bez starzenia się, bez niepełnosprawności. Niewierzącym pozostaje do dyspozycji wybór mnóstwa cudownych preparatów, wierzący włączają w to jeszcze modlitwę. I nie jest to wcale ironia, ale próba pokazania, że zdrowie jest bardzo ważną wartością dla zarówno wierzących, jak i niewierzących.

    Tym, co zachęca chrześcijan do modlitwy o uzdrowienie, jest przede wszystkim fakt, że Pan Jezus w czasie pobytu na ziemi uzdrowił wielką liczbę ludzi, także tych, wobec których nawet dzisiejsza medycyna pozostawałaby bezradna. Dlaczego to robił? Oczywiście, można by odpowiedzieć bardzo prosto: bo kochał ludzi. I byłoby w tym wiele prawdy. Pozostaje jednak pewna wątpliwość: skoro Pan Jezus kocha wszystkich, to dlaczego uzdrowił tylko niektórych? Otóż uzdrowienia dokonywane przez Chrystusa miały bardzo konkretny cel. Kiedy uczniowie uwięzionego Jana Chrzciciela przyszli do Jezusa z pytaniem: „Czy ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”, Mistrz w odpowiedzi powołał się na znaki, których dokonywał: „Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi” (por. Mt 11). Uzdrowienia miały bowiem być zapowiedzią nadejścia ery mesjańskiej, którą przepowiadali prorocy. Jezus połączył więc w nich miłość do ludzi z objawieniem siebie jako Bożego Pomazańca.

    Uzdrowienia mocą Bożą nie skończyły się wraz z wniebowstąpieniem Jezusa. Jeszcze przed zmartwychwstaniem Chrystus nakazał Apostołom: „Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy!” (Mt 10, 8). Historia Kościoła dawniej i dziś pełna jest świadectw o dokonanych uzdrowieniach. Sam, posługując w różnych wspólnotach, słyszałem świadectwa ludzi, którzy byli przekonani, że swoje uzdrowienie zawdzięczają modlitwie własnej oraz swoich współbraci w wierze. Niektórych uzdrowień medycyna nie była w stanie wyjaśnić. Wierzę w ich prawdziwość! Czym jest jednak uzdrowienie w swojej istocie? Jest obdarowaniem człowieka pełnią sił na jakiś czas. Każdy uzdrowiony człowiek po jakimś czasie (nieraz mierzonym w dziesięcioleciach) podupadnie na zdrowiu, zachoruje i umrze. To tak, jak ze wskrzeszeniem Łazarza: piękny znak przyjaźni Jezusa, przyczynek do wiary dla wielu Żydów, zapowiedź zmartwychwstania. Ale wskrzeszony Łazarz kiedyś się zestarzał i umarł; tak jak każdy z nas oczekuje w grobie dnia zmartwychwstania umarłych i Sądu Ostatecznego. Nie chcę w ten sposób umniejszać wartości uzdrowienia, bo ono zawsze przynosi konkretne dobro, ale chcę powiedzieć, że zdrowie nie jest wartością absolutną. Jest taki fragment Ewangelii, w którym Pan Jezus bezkompromisowo zestawia wartość fizycznego zdrowia oraz wartość zbawienia i życia wiecznego: „Jeśli twoja ręka jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie, chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie umiera i ogień nie gaśnie” (Mk 9, 43-48). Dla uczniów Chrystusa bardzo ważne było to, by mieli dobrze poukładaną hierarchię wartości: zdrowie jest ważne, ale najważniejsze jest zbawienie. Jeśli tak mamy to ułożone, nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy się modlili o uzdrowienie z naszych chorób. Lecz jak to robić?

    Tu prześcigamy się w wynajdywaniu sposobów. Czasem ulegamy wrażeniu, że jedne formy modlitwy o uzdrowienie są bardziej skuteczne od innych. Pamiętam taką rozmowę z moją parafianką w jednej ze wspólnot, gdzie posługiwałem. Przyszła do mnie przed poranną Mszą św. i zapytała, czy w naszej parafii odprawiane są Msze św. o uzdrowienie. Odpowiedziałem, że tak, i że najbliższa taka Msza zacznie się za 5 minut. Była pozytywnie zaskoczona. Po Mszy św. przyszła do mnie jednak z pretensjami. Według niej, wcale nie była to Msza o uzdrowienie. Kilkanaście uczestniczących osób, żadnych specjalnych modlitw, nawet krótka homilia zupełnie nie o uzdrowieniu. I jak to tak? Próbowałem jej wtedy wytłumaczyć, że Pan Jezus także w czasie tej Mszy św. mógł dokonywać cudu uzdrowienia, jeśli znalazł potrzebną do tego wiarę. Nie była do końca przekonana. Czy więc Msze św. o uzdrowienie, w czasie których odmawiane są specjalne modlitwy, padają słowa rozeznania, osoby posługują modlitwą wstawienniczą, są pozbawione sensu? Otóż nie! Co jest potrzebne do uzdrowienia? Wiara! Jeśli modlitwy, pieśni uwielbienia, słowa poznania, wstawiennictwo współbraci pobudzają moją wiarę w możliwość uzdrowienia, to z pewnością mają swoją wartość. Bylebym tylko pamiętał, że uzdrawia Jezus, a nie forma, długość czy konkretny sposób modlitwy. To nie znaczy, że w modlitwie o uzdrowienie nie mogę być „namolny”. Pamiętacie przypowieść o wdowie i sędzim, który nie chciał jej wziąć w obronę (Łk 18, 1-8)? To właśnie upór i częstotliwość próśb spowodowały, że w końcu zdecydował się jej pomóc. Jezus uczy nas tutaj, że wytrwałość i determinacja w modlitwie mogą zmieniać Boże wyroki!

    Jednakże bywa i tak, że mimo gorliwej modlitwy o uzdrowienie ktoś nie doznaje tej łaski. Pozostaje sam na sam ze swoim cierpieniem. Często wtedy obraża się na Jezusa, choć On nigdy nie obiecywał swoim uczniom wolności od cierpienia. Może wtedy albo stać się osobą zgorzkniałą, żyjącą w poczuciu porażki, albo zrobić ze swoim cierpieniem to, co uczynił z nim Jezus: przemienić je w narzędzie współzbawiania świata. Znakomicie to rozumiał św. Paweł, który napisał: „Teraz raduję się, cierpiąc za was, i w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1, 24). Cierpienie nigdy nie stanie się dobrem. Możemy jednak, idąc za wzorem Jezusa, z czegoś, co dobrem nie jest, uczynić narzędzie zbawienia. Wymaga to jednak wielkiej dojrzałości w wierze.

    ks. Andrzej Cieślik/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TYM ROKU – 10 LUTEGO – WSPOMINAMY 83 ROCZNICĘ PIERWSZEJ WYWÓZKI NASZYCH RODAKÓW NA SYBERIĘ

    „Ludzie marli jak muchy”.

    Nikt nie policzy ilu Polaków leży na cmentarzach Sybiru

    (zdjęcie ilustracyjne. fot. AB/PCh24/pl)

    ***

    W 83. rocznicę pierwszej sowieckiej deportacji Polaków na Wschód – z Grażyną Jedlińską o niedoli wywózki i katorgi na Syberii rozmawia Adam Białous. 

    Skąd Pani pochodzi i kiedy się pani urodziła?

    Urodziłam się 16 lipca roku 1926 w gajówce Bagryny na Polesiu. Mój ojciec miał nazwisko Dauksza. W roku 1920, jako legionista, walczył z Sowietami. Później, do czasu wojny, był gajowym. Moja mama miała na imię Maria. Gdy rozpoczęła się wojna ojca zmobilizowano. Pracował na lotnisku wojskowym w Żabczycach. Tam zgromadzono samoloty Łoś, które ocalały po niemieckich bombardowaniach. Ojciec zginął 21 września 1939 roku. Zabili go białoruscy komuniści, miejscowe bojówki. Wywlekli ojca do lasu – w miejsce zwane Biały Jaz i tam zastrzelili.

    Pogrzebaliśmy ojca nocą na cmentarzu we wsi Rutka, bo nas z domu rodzinnego Sowieci wyrzucili i byliśmy u mojej babci w Rutce. Moja starsza siostra, tej nocy kiedy ojca zabili, miała sen. On jej się przyśnił i mówił „Ruscy bandyci mnie zastrzelili. Strzelili w płuca i w oko. Kiedy zawiadomieni przez miejscowych Polaków o śmierci ojca pojechaliśmy furą wysłaną sianem po jego umęczone ciało, dokładnie takie właśnie miał rany…

    Po moim ojcu został nam kuferek. On go dostał jak był w Legionach. Ten kuferek jest obecnie prezentowany na wystawie w Muzeum Sybiru w Białymstoku. Ja przekazałam go do tego muzeum, żeby ludzie pamiętali o moim ojcu i tych ciężkich czasach – oby nie wróciły.

    fot. AB/PCh24.pl

    ***

    Czy po wkroczeniu Sowietów 17 września 1939 oprócz Pani ojca zamordowano jeszcze innych Polaków?

    Wówczas w tym miejscu – Biały Jaz zastrzelono też kilku miejscowych Polaków m.in. z rodziny ziemiańskiej Skirmontów. Zabili Aleksandra, Bolesława i Helenę Skirmontów. Oni mieli majątek i dwór w Korzeniewie. Komuniści przyszli po nich do dworu. Wyprowadzili ich na rozstrzelanie. Wykopali dół. Żadne nie zgodziło się żeby zawiązać im oczy. Aleksander odwrócił się do nich twarzą i powiedział – strzelajcie. Jak to było, to ja wiem od siostry, która już nie żyje. Wiem też od niej, że jeden z tych katów, którzy strzelali do Skirmontów popełnił samobójstwo, sumienie go strasznie gryzło. To był miejscowy Białorusin – komunista.

    W jakich okolicznościach wywieziono was na Sybir?

    Mama wiedziała, że Sowieci będą chcieli nas wywieźć na Sybir. Dlatego ukrywaliśmy się jak tylko było można. Miałam troje rodzeństwa. Starszą siostrę i dwóch braci, ja byłam najmłodsza. Wydali nas białoruscy komuniści. Wywieźli nas z Rutki 10 lutego 1940 roku. Ja miałam wtedy 13 lat. Przyszli po nas o 4 rano. Całe szczęście, że trafił nam się ludzki NKWD-zista. Pozwolił się spokojnie spakować, dzięki czemu mama mogło sporo rzeczy zabrać ze sobą, co nas później uratowało.

    Zebrali nas, wszystkie rodziny do wywózki,  koło szkoły. Potem ruszyliśmy. Jechały 45 fury ludzi i dobytku. Padał śnieg. Mróz był siarczysty. Tak dojechaliśmy do Pińska na dworzec. Był tylko ludzki jęk i płacz. Wpakowali nas do bydlęcych wagonów. Wieźli i wieźli, bez końca. Nikt się do snu nie przebierał, było za zimno. W tych samych ubraniach przez miesiąc. Niby paliło się w jakiejś kozie, ale to wszystko ciepło uchodziło przez szpary w deskach wagonu. Za ubikacją robiła dziura wyrąbana w podłodze. Jechaliśmy w takich nieludzkich warunkach dwa miesiące. Potem jeszcze 700 kilometrów sańmi. Dużo ludzi, w tym dzieci i starcy poumierali po drodze. Zawieźli nas w miejsce, od którego północny biegun był oddalony zaledwie o 300 kilometrów. Tam w najciemniejszą noc można było czytać gazetę. Żyli w tym łagrze zesłańcy wojskowi. Mieszkaliśmy w drewnianym baraku, którego pokrycie dachu stanowił mech.

    Jakie były warunki żywieniowe ?

    Do czasu wybuchu wojny niemiecko – sowieckiej warunki życia były nienajgorsze. Chleba raczej starczało wszystkim. Ten kto pracował, dostawał kilogram cukru na miesiąc, dzieci po pół kilograma. Kiedy rozpoczęła się wyżej wspomniana wojna, stało się gorzej. Dostawaliśmy tylko po 80 deko suchego chleba dziennie. To była cała zapłata za naszą katorżniczą pracę. Był głód. Łatwiej było się wyżywić latem, bo można było grzybów nazbierać, czy najeść się tataraku. A tam lasy ogromne, bez końca. Jak raz nasza znajoma zapuściła się w tym lesie, to 16 dni błądziła, zanim ją znaleźli. Jadała co było w lesie i tak przeżyła. Dobrze, że nie trafiła na niedźwiedzia, albo wilka, bo to one by ją zjadły. My jak jechaliśmy siano kosić, to zawsze mieliśmy przygotowane kosy w razie ataku niedźwiedzia. Ja też w lesie zbłądziłam. Byłam m.in. gońcem z listami chodziłam i raz zabłądziłam jak wracałam. Modliłam się i po 6 kilometrach marszu znalazłam dobrą drogę. Dobrze, że przed zachodem słońca. 

    Czy katorżnicza praca zagrażała życiu?

    Nieludzka praca zimą była w lesie. Trzeba było ścinać drzewa i po kawałku wozić je nad rzekę. Dopiero wiosną, zwalano te kłody do rzeki i tak je transportowano. Praca była niebezpieczna. Ja pamiętam jedną Polkę o nazwisku Pietrucha, którą padające drzewo przygniotło na śmierć. Ale ofiar tej katorżniczej pracy było o wiele więcej. Opieka zdrowotna była taka, że najbliższy szpital znajdował się 100 kilometrów od naszego łagru. Poważnie ranni umierali więc przeważnie w drodze do szpitala.

    Czy wielu Polaków zmarło w miejscu katorgi?

    Ludzie chorowali na potęgę. Ja sama cudem wyszłam z duru brzusznego, który mnie mordował 21 dni. Wielu tam Polaków zmarło. Pamiętam jak do mojej mamy przychodzili rodacy i prosili ją o podarowanie jakiejś sukienki, żeby córkę czy żonę mieli w czym pochować. Mama dawała chętnie, mówiąc przy tym „jest przykazanie – umarłych pochować”. Mama miała te sukienki, bo wzięła je ze sobą, żebyśmy miały w czym do Polski wrócić. Ludzie umierali jak muchy. Moja koleżanka, wracała do Polski sama, bo na Sybirze zmarła cała jej rodzina. U rodziny Michałków zmarły rodzicom 2 dzieci. Dziewczynka miała 14 lat a jej braciszek 9. Dziewczynka kiedy umierała prosiła rodziców – „Pochowajcie nas razem ze Zdzisiem. Żebyśmy nie leżeli sami”. Taka była jej ostatnia prośba, żeby mogła spocząć w grobie razem z bratem. Ich mama dostała z tego wszystkiego pomieszania zmysłów. Tam gdzie żyliśmy założyliśmy cmentarz, ileż tam Polaków leży, dziś chyba nikt tego nie policzy.

    Jak wyglądała wasza droga powrotu do Polski?

    Pewna odwilż była, kiedy umówili się, chodzi mi o ten układ Sikorski – Majski, że będą robić w ZSRR armię polską generała Andersa. Ale nikt z naszych właściwie o tym nie wiedział, Ruscy nam nie powiedzieli. Dopiero kiedy armię Kościuszki robili, to już wtedy nam powiedzieli. Wtedy mój brat do tej armii wstąpił, dzięki temu nas, jego rodzinę, przewieźli z Syberii na Ukrainę. To było w roku 1943. Byliśmy wolni, ale głodni, dlatego trzeba było iść do pracy do kołchozu im. Woroszyłowa, założonego na ziemiach byłego, ogromnego majątku ziemskiego.

    Właściwie to pracowaliśmy tam w oddziale tego kołchozu, który nazywał się Grybionka. Chleba zawsze było w ZSRR mało. Moja mama marzyła tam, żeby chleba do syta się najeść. Dzięki Bogu doczekała się tego, kiedy wróciliśmy do Polski. 2 lipca 1946 roku, czyli po 8 latach na wywózce, wróciliśmy do Rutki na Polesiu, skąd nas wywieźli. Niestety te tereny zostały po stronie ZSRR. Mieszkaliśmy u wujka. Ciężko tam nam było się pomieścić. Więc jeszcze w roku 1946 wyjechaliśmy do Pińska. Ja tam zatrudniłam się w zakładach mięsnych, bo byłam już dorosła. Tam poznałam chłopaka, który wkrótce został moim mężem. Później wyjechaliśmy z mężem do Białegostoku, gdzie też pracowaliśmy w zakładach mięsnych. I tak dzieci porosły, życie zleciało. Mąż zmarł już kilka ładnych lat temu. Moje rodzeństwo już nie żyje, ja mam 96 lat i jestem ostatnia.

    Dziękuję za rozmowę

    Adam Białous/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 LUTEGO 2023

    Tomasz A. Żak: Przegrywanie i wygrywanie

    (Lukasz Dejnarowicz / Forum)

    ***

    I znów obchodzimy okrągłą rocznicę wybuchu Powstania Styczniowego. Już dziesięć lat temu w mediach publicznych okolicznościowe obchody promowano pod hasłem „Styczeń wolności”. Dzisiaj, tej medialnej „wolności” jest jeszcze więcej.  Ech, te rocznice! W tym roku możemy na przykład jeszcze świętować 80-tą rocznicę Konferencji w Teheranie, za rok niewątpliwie nie zapomnimy o 80-tej rocznicy Powstania Warszawskiego, a za dwa lata będzie okazja na uczczenie „osiemdziesiątki” Konferencji Jałtańskiej. Czemu, w jednym szeregu stawiam tragiczne zrywy narodowe wraz „kamieniami milowymi” zdrady Polski przez aliantów? Ponieważ, jak w tym gorzkim powiedzeniu, Polak znów jest głupi, pomimo szkód jakie wciąż ponosi jego wolność.

    Nie zamierzam tutaj wchodzić w trwający od pokoleń lechicki dyskurs: „Bić się czy nie bić”. Zdecydowanie bardziej chciałbym móc porozmawiać o tym, co robić po kolejnej przegranej mojej Ojczyzny. Zupełnie nie przekonują mnie tramtadrackie popisy propagandzistów, którzy dla sobie wiadomych politycznych celów wmawiają Polakom, jak to „pięknie jest z honorem lec”, bo przegrywając odnosimy „moralne zwycięstwo”. Takie właśnie narracje, niestety, są używane w ramach kampanii przywołujących rok 1863. Dopiero co Prezydent Andrzej Duda, zdecydowanie w duchu „internacjonalizmu”, mówił o tym przegranym powstaniu, jako o walce „za wolność naszą i waszą”, ale przede wszystkim wyraził przekonanie, że powstanie to „na zawsze pozostanie świadectwem nieujarzmionej siły wolności”. Dekadę wcześniej epatowano nas takim oto cytatem: „całe powstanie, łącznie z jego klęską, było szczeblem, być może tym najtrudniejszym, po którym naród polski wspinał się ku lepszej przyszłości”. Trzeba być kompletnym ignorantem, aby coś takiego „kupić”, ale – jak wiemy – proces ogłupiania społeczeństwa trwa od dawna, a więc nadawcy pewnie myślą, że można nam już ten kit sprzedać. Jak rozumiem, ta strategia dezinformacyjna podobne konkluzje skonstruuje dla hekatomby Powstania Warszawskiego albo i dla „Rzezi Wołyńskiej”…

    Tak dwa wieki temu, jak i dzisiaj, o losach narodów i państw ostatecznie nie decydują konfrontujący się ze sobą i nawzajem się zabijający żołnierze, ale konferujący przy zielonych stolikach macherzy od polityki. Można to porównać do losu indywidualnego Kowalskiego, który dał się namówić na wzięcie kredytu: podpisałeś i będziesz płacił. Ale jest i tak, że za Kowalskiego podpisuje kto inny (jak np. w Jałcie). Bywa też, że podpisuje ktoś kogo Kowalski wyznaczył swym pełnomocnikiem (np. w ramach mandatu wyborczego), ale Kowalski nie ma świadomości, co w jego imieniu ten „wybraniec” kontraktuje (np. w Lizbonie, albo w Nowym Jorku). Zdziwienie, oburzenie pojawia się później; najczęściej wtedy jak zaczynają przychodzić faktury do zapłaty. Te faktury proszę traktować metaforycznie, choć w realu wzrost kosztów i obciążeń podatkowo-składkowych w ramach „Polskiego Ładu” doprowadził już do likwidacji ponad 200 tys. polskich firm. Jeden z takich „zlikwidowanych” przedsiębiorców (zatrudniał 4 osoby) powiedział mi, że wolałby, jak jego dziadek, strzelać do Niemców na wojnie, bo tam jednak była szansa, aby przeżyć.

    Charte des droits fondamentaux ou la mort

    Wróćmy jednak do metafory, bo to, co materialne można stracić, można też odzyskać, a pokazuje nam to dowodnie polska historia. Gorzej, dużo gorzej jest z utratą narodowej tożsamości, z przekonstruowaniem moralnego dekalogu, a tutaj właśnie faktury wystawiane przez naszych „zachodnich partnerów” mnożą się i są coraz bardziej wygórowane. Progowym dla nas w tej kwestii było podpisanie w roku 2007 Traktatu Lizbońskiego, dokładnie 13 grudnia (ech, te daty!), w efekcie  czego zaimportowaliśmy do Polski całą paletę kolorowych zagrożeń, które dotąd mogliśmy oglądać bezpiecznie, bo z daleka, np. podczas podróży do Niemiec, Anglii czy przede wszystkim USA. Dziesięć lat później, europoseł Mirosław Piotrowski, tak podsumował ten „import”: „Traktat lizboński wszedł w życie wbrew woli obywateli, niejako tylnymi drzwiami. Dowodzą tego wypowiedzi czołowych europejskich polityków (…) Wprowadzono dokument ograniczający suwerenność krajów i wbrew ich woli, a niekiedy pod przymusem”.

    Kluczowe dyrektywy traktatu zawiera towarzysząca mu Karta Praw Podstawowych. Nazwa tego dokumentu jest zgrabną marketingową fasadą (prawie jak Deklaracja praw człowieka i obywatela z czasów rewolucji we Francji), którą można zmieniać, a przede wszystkim interpretować wedle życzenia tych, którzy sami siebie uczynili „strażnikami” owych „praw”. A wśród tych „praw” odnajdziemy np. ładnie się prezentujące w zapisie „poszanowanie życia prywatnego i rodzinnego”. Brzmi dobrze, ale autorom zdecydowanie nie chodzi o polskie rozumienie rodziny czy prywatności jako takiej. Im chodzi o osoby i środowiska LGBTIQ (czytaj: pederaści, lesbijki i inni odmieńcy seksualni); im chodzi o pełną i legalną aborcję wspieraną przez państwo; im chodzi o SRHR (czytaj: tzw. sprawiedliwość reprodukcyjna, czyli np. prawo do nie posiadania dzieci). Wszystko to nie tylko ma być dostępne, ale również promowane poprzez edukację. Jest w tym jeszcze jedna „sugestia”: należy „się przyjrzeć” (czytaj: monitorować i eliminować) „grupom antygenderowym i sprzeciwiającym się prawu do aborcji”. Za nieprzestrzeganie Karty są kary. Na przykład można „zamrażać” przysługujące państwom środki finansowe. Chyba Państwu to coś mówi, prawda?

    Sustainable Development Goals and all clear

    Naszej metafory nie jest w stanie zatrzymać nawet ocean. Oto jesienią roku 2015, w siedzibie głównej ONZ w Nowym Jorku odbył się tzw. „szczyt”. Na tym szczycie przyjęto ważny dokument zobowiązujący państwa członkowskie do określonych działań formalnych i organizacyjnych, skądinąd rozłożonych na 15 lat, z oczywistą w takich sytuacjach opcją korekt i dodawania potrzebnych „po drodze” treści. Cele Zrównoważonego Rozwoju (SDG) – tak zwie się to zadanie prawne i jak najbardziej kulturowe, obliguje również Polskę. W duchu globalizmu dokument ten zdefiniował sekretarz generalny ONZ, António Manuel de Oliveira Guterres: „Mamy przed sobą śmiałą agendę rozwoju. Teraz musimy pracować nad tym, żeby stała się ona rzeczywistością w życiu każdego człowieka na świecie.”

    Promowany przez ONZ dokument pełen jest nowomowy jak z komunistycznych czasów, w stylu: „skupimy się na dobrobycie ludzi”, „zmienimy świat na lepsze”. Nie zapomniano przy tym o współczesnych trendach typu – „przeciwdziałanie zmianom klimatycznym”. Agenda rozpisana na 17 celów definiuje 5 najważniejszych obszarów działania: „ludzie, nasza planeta, dobrobyt, pokój na świecie i partnerstwo”. Przypominam – to nowomowa, a więc wypowiadane czy zapisane słowa nie oznaczają tego, jak my je rozumiemy, ale to, jaka jest intencja „inżynierów dusz”. Na przykład, kiedy w szczegółowych zapisach czytamy o „ochronie życia ludzkiego na wczesnym etapie rozwoju oraz ochronie konstytucyjnych praw rodziców”, to musimy wiedzieć, że autorom tych słów chodzi o tzw. prawa reprodukcyjne i seksualne, które w praktyce mają ograniczać konstytucyjne gwarancje ochrony życia ludzkiego oraz prawa rodziców do wychowywania dzieci.

    Wszystko to jest od kilku lat dokładnie weryfikowane (w Polsce zajmuje się tym Główny Urząd Statystyczny) i oceniane według ustalonych dla projektu SDG „wskaźników”. Pierwszy raport realizacji celów zrównoważonego rozwoju w naszym państwie został przyjęty przez Radę Ministrów już w 2018 roku. Raporty są przekazywane do „centrali”. Rosnąca wobec Polski presja na promowanie antykoncepcji, seksualizacji dzieci poprzez edukację oraz zapewnienia niepełnoletnim możliwości aborcji bez wiedzy i zgody rodziców, wskazuje jednoznacznie na wciąż negatywną ocenę naszego „postępu” w zakresie SDG. Rządzący muszą przyspieszyć, to jasne!

    Будем жить, увидим

    Proszę nie być zdziwionym, że odwołując się do nietrafionych inwestycji („nietrafione” to taki eufemizm) w polskiej polityce, nic nie piszę o zaangażowaniu naszego państwa w wojnę na Ukrainie. To po prostu jest zbyt oczywiste, a wnioski nasuwają się same. Jest jednak istotna różnica – o ile te wymienione powyżej zobowiązujące „kontrakty” wymyślane były w zagranicznych ośrodkach decyzyjnych i gdzieś tam podpisywane, o tyle w tej „ukrainnej” sprawie decyzje formalne zapadają w Warszawie i są tutaj sygnowane, tak przez władzę wykonawczą jak i ustawodawczą.

    Kiedy traciliśmy nasze państwo z końcem XVIII wieku, odbywało się to na raty, konkretnie trzy – pierwsza w roku 1792, druga w 1793, a ostatnia w 1795. „Kredyt” zaciągnięty wcześniej przez rządzących u naszych sąsiadów spłaciliśmy wielopokoleniową utratą niepodległości, a „odsetki” były bardzo krwawe. Został nam jednak kraj rodzinny i rodowe srebra, czyli tożsamość. Inwestycje w sojusze, dokonane przez rządzących Polską międzywojenną, doprowadziły do drugiej utraty polskiego państwa, tej z 1939 roku, która nie tylko bardzo zubożyła nasze narodowe atuty, ale również wysoko podbiła koszty odsetek. Po roku 1945, w niesuwerennym komunistycznym państwie, wciąż jednak wiedzieliśmy kim jesteśmy. I choć polskość w dużej mierze musiała się ukrywać w kościelnej kruchcie, to ten depozyt dziadów uchowaliśmy aż do tzw. transformacji i… do kolejnych pomysłów inwestycyjnych realizowanych już przez nasze i już przecież demokratycznie wybrane władze… Proszę wybaczyć, ale nie chcę w tym tekście opisywać dalej tego, co Aleksander Bocheński w 1947 r. w swojej książce nazwał „dziejami głupoty w Polsce”. Pamflety i sarkazm mają krótki żywot, po którym pozostaje kac i zgryzoty. Jak mawiała moja babcia: Pożyjemy, zobaczymy.

    Wróćmy, drogi Czytelniku, do innej okrągłej rocznicy sygnującej się 80-tką. Dokładnie tyle lat temu urodziła się Wanda Rutkiewicz. Poznałem ją w Tatrach, czyli tam gdzie „wolności ołtarze”. W górach, które będą stały jak stały, choć my się „miniemy”. Dobrze jest związać się liną z kimś komu ufamy. Dobrze jest iść w górę, zawsze w górę, bez względu na to, jakie przeszkody staną nam na drodze. Z góry widać całą Polskę i do Pana Boga stąd bliżej. Potem trzeba tylko zejść w doliny i zrobić dobrą robotę. To jest mój pomysł na każdą, nie tylko jubileuszową kampanię.

    Tomasz A. Żak/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 11 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ MATKI BOŻEJ Z LOURDES

    SZCZEGÓLNY DZIEŃ PAMIĘCI O CHORYCH I CIERPIĄCYCH

    Our Lady of Lourdes
    Pascal Deloche | GoDong/Aleteia.pl

    ***

    Litania do Matki Bożej z Lourdes

    Kyrie eleison. Chryste eleison. Kyrie eleison.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata Boże,
    Duchu Święty Boże,
    Święta Trójco jedyny Boże,

    Najświętsza Panno w Lourdes objawiona, módl się za nami.
    Najświętsza Panno pokutę zalecająca,
    Najświętsza Panno, uzdrawiające źródło wskazująca,
    Najświętsza Panno potwierdzająca Swe Niepokalane Poczęcie,
    Niepokalana Córo Boga Ojca,
    Niepokalana Matko Syna Bożego,
    Niepokalana Oblubienico Ducha Świętego,
    Niepokalana Świątynio Trójcy Przenajświętszej,
    Niepokalane odzwierciedlenie Mądrości Bożej,
    Niepokalana Jutrzenko sprawiedliwości,
    Niepokalana Arko Przymierza,
    Niepokalana Dziewico krusząca głowę węża piekielnego,
    Niepokalana Królowo nieba i ziemi,
    Niepokalana skarbnico łask Boskich,
    Niepokalana drogo do Jezusa wiodąca,
    Niepokalana Dziewico wolna od grzechu pierworodnego,
    Niepokalana bramo niebios,
    Niepokalana Gwiazdo morza,
    Niepokalana Matko Kościoła świętego,
    Niepokalane źródło wszelkich doskonałości,
    Niepokalana przyczyno naszej radości,
    Niepokalany wzorze wiary,
    Niepokalane źródło Bożej miłości,
    Niepokalany znaku naszego zbawienia,
    Niepokalane światło Aniołów,
    Niepokalana nauczycielko Apostołów,
    Niepokalana chwało Proroków,
    Niepokalana potęgo Męczenników,
    Niepokalana opiekunko Wyznawców,
    Niepokalany wzorze dziewiczej czystości,
    Niepokalana radości ufających Tobie,
    Niepokalana obrono grzeszników,
    Niepokalana pogromicielko wszelkiego zła,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    O Maryjo bez grzechu poczęta
    Módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy.

    Módlmy się:
    Matko Najświętsza słynąca w Lourdes wielkimi łaskami, przez dobroć,
    jakiej dajesz tyle dowodów w tym wybranym miejscu, błagamy Cię pokornie, uproś nam wszystkie cnoty, aby nas uświęciły oraz wyjednaj nam zupełne zdrowie duszy i ciała i dopomóż, abyśmy go użyli na chwałę Boga, dla dobra bliźnich i zbawienia duszy.
    Amen.

    _________________________________________________

    11 lutego br. po raz kolejny Kościół obchodzi Światowy Dzień Chorego. Ustanowił go Jan Paweł II dnia 13 maja 1992 r. Wyznaczył wówczas jego datę na 11 lutego – wspomnienie Matki Bożej z Lourdes. Pierwszy taki dzień obchodzono właśnie w tym francuskim sanktuarium maryjnym. Podobnie będzie i w tym roku.

    Na każdy Dzień Chorego Ojciec Święty kieruje orędzie, apelując o podjęcie współpracy pomiędzy narodami biednymi i bogatymi, mającej na celu ochronę zdrowia i życia ludzkiego.
    W Dniu Chorego w wielu kościołach organizowane będą uroczyste liturgie, połączone z udzieleniem sakramentu chorych, który dzisiaj coraz częściej jest zapomniany i niedoceniony. Można zapytać: dlaczego? Być może dlatego, że w pewnym momencie zło zastosowało dla deprecjacji tego sakramentu świetną taktykę. Oto kiedyś zaopatrzono go w nazwę „ostatnie namaszczenie”. W tej sytuacji wzywano kapłana z namaszczeniem chorych w ostatnim momencie życia, kiedy człowiek umierał. To wielki błąd. Wypada przypomnieć, że sakramentem konających jest tak zwany Wiatyk, czyli Komunia święta.

    To ona jest sakramentem umierających, a nie namaszczenie chorych. Komunia św., zjednoczenie z Chrystusem tu na ziemi, daje gwarancję przekroczenia progu wieczności i wejścia w szczęście wieczne. Dlatego Wiatyku można udzielić człowiekowi nawet wtedy, gdy przyjął on już dwa razy Komunię św. w tym dniu. Uległ na przykład wypadkowi i w momencie śmierci można mu po raz trzeci udzielić Komunii św.

    Sakrament namaszczenia chorych jest czymś innym. Jest to znak sakramentalny zostawiony przez Chrystusa jako narzędzie uświęcenia naszego cierpienia. Przez ten sakrament Chrystus chce nam pokazać, że cierpienie nie musi człowieka niszczyć, może go doskonalić. W ten sposób Chrystus nadał ludzkiemu cierpieniu sens. Oto człowiek cierpiąc, może ubogacać siebie i innych. Św. Marek wspomina, że uczniowie Chrystusa namaszczali chorych i uzdrawiali. Św. Jakub mówi o tradycji pierwszych pokoleń chrześcijan: „Choruje ktoś wśród was? Niech sprowadzi kapłanów Kościoła, by się modlili nad nim i namaścili go olejem w imię Pana. A modlitwa pełna wiary będzie dla chorego ratunkiem i Pan go podźwignie, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone” (Jk 5, 14-15). Jakie są skutki tego sakramentu? Pierwszym, i to często, choć nie zawsze, widocznym efektem sakramentu namaszczenia, jest poprawa zdrowia chorego. Drugim skutkiem, tym razem w dziedzinie ducha, jest oczyszczenie z grzechów. Gdyby człowiek popełnił grzechy ciężkie, a nie mógł się spowiadać, czyli nie mógł skorzystać z sakramentu pokuty, to wtedy ten sakrament gładzi grzechy. Może więc być udzielony zarówno człowiekowi w stanie łaski uświęcającej, jak i grzesznikowi w stanie grzechu ciężkiego.

    Trzecim i chyba najważniejszym celem tego sakramentu jest pomoc potrzebna do wykorzystania czasu cierpienia i zachowania godnej postawy. Cierpienie bowiem jest wielką próbą. W chrześcijańskiej religii cierpienie jest przede wszystkim próbą wiary w prawdę, że Bóg jest Miłością. Właśnie w tym momencie potrzebna jest łaska odkrycia sensu cierpienia.


    Sakrament namaszczenia chorych pozwala człowiekowi wykorzystać cierpienie dla udoskonalenia własnego i dla zbawienia świata. Przez ten sakrament cierpienie, które jest ciężkim doświadczeniem, nie utrudnia, lecz pomaga w dostępie do Eucharystii.
    Nasuwa się logiczny postulat: ilekroć wybieramy się do szpitala, powinniśmy przyjąć namaszczenie chorych. Pobyt w szpitalu łączy się zazwyczaj z cierpieniem. Trzeba więc szukać pomocy Bożej w zrozumieniu i odpowiednim przeżyciu jego tajemnicy. Ludzie w podeszłym wieku, którzy czują się słabo, mogą przystępować do tego sakramentu namaszcenia chorych nawet raz w roku.


    11 lutego jest dla niejednego z nas szansą odkrycia całego bogactwa faktu, iż Chrystus w trosce o nasze zdrowie fizyczne, psychiczne i duchowe zostawił nam specjalny sakrament namaszczenia. Warto tego dnia w sposób szczególny dziękować Chrystusowi za tę Jego pełną miłości pamięć o wszystkich chorych. A jeśli nas samych dotyka – niezależnie od wieku – jakieś cierpienie, poprośmy o udzielenie tego sakramentu. Jest to głębokie religijne przeżycie, które umacnia człowieka, dodaje sił i umożliwia zachowanie chrześcijańskiej postawy w godzinach cierpienia.

    ks. Paweł Staniszewski/Tygodnik Niedziela

    ________________________________

    Boża Matko, która dałaś nam cudowne miejsce w Lourdes, prosimy Cię, abyśmy byli wrażliwi na ludzkie cierpienie i mieli serce dobrego Samarytanina, który nie tylko zaopiekował się poranionym, ale i gospodarza gospody zachęcił: “Miej o nim staranie” (Łk 10, 35). W loretańskiej litanii wołamy do Ciebie: Uzdrowienie chorych, bo Ty, Boleściwa Matko, najlepiej wiesz co to jest cierpienie i czym jest ból nie tylko ciała, ale i ducha. Uproś siłę i odwagę dźwigającym swoją niemoc, aby wpatrując się w Ukrzyżowanego Twojego Syna zobaczyli, że wybawienie przyszło i wciąż przychodzi przez krzyż.

    _________________________________

    Dzień Matki Bożej z Lourdes. “Na świecie istnieje miłość silniejsza od śmierci, od naszych grzechów i słabości” 

    Dziś dzień Matki Bożej z Lourdes. "Na świecie istnieje miłość silniejsza od śmierci, od naszych grzechów i słabości"
    Lourdes, grota/ fot. Roman Koszowski/Gość Niedzielny

    ***

    Ustanowiony przez św. Jana Pawła II Światowy Dzień Chorego, który przypada 11 lutego, we wspomnienie objawienia Matki Bożej w Lourdes, obchodzony jest w tym roku pod hasłem “Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”.

    Światowy Dzień Chorego został ustanowiony przez papieża dla całego Kościoła powszechnego 13 maja 1992 r. w liście do ówczesnego przewodniczącego Papieskiej Rady Duszpasterstwa Pracowników Służby Zdrowia kard. Fiorenzo Angeliniego. Ojciec Święty wyraził pragnienie, aby jeden dzień w roku był poświęcony “modlitwie, refleksji i dostrzeżeniu miejsca tych, którzy cierpią na duszy i na ciele”.

    Wyznaczył na ten dzień datę 11 lutego – wspomnienie Matki Bożej z Lourdes. W 1858 roku, w cztery lata po ogłoszeniu przez Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, Matka Boża ukazała się ubogiej pasterce, św. Bernadecie Soubirous, w Grocie Massabielskiej w Lourdes. Podczas osiemnastu objawień, w okresie od 11 lutego do 16 lipca.

    “Maryja rozpoczęła spotkanie z Bernadetą od znaku Krzyża, który w pewnym sensie jest syntezą naszej wiary” – zwrócił uwagę papież Benedykt XVI, 14 września 2008 – w czasie swojej pielgrzymki do Francji z okazji 150 rocznicy objawień w Lourdes.

    “Maryja mówi nam przez to, “że na świecie istnieje miłość silniejsza od śmierci, od naszych grzechów i słabości.(…) Zachęca wszystkich ludzi dobrej woli, wszystkich, którzy cierpią na duchu i na ciele, by podnosili oczy na Jezusowy Krzyż i w nim odnajdywali źródło życia, źródło zbawienia” – tłumaczył papież.

    W czasie objawienia 24 lutego 1858 Maryja dała Bernadecie nakaz: “Proście Boga o nawrócenie grzeszników”. Potem zapytała ją, czy “byłoby jej trudno uklęknąć i pocałować ziemię w akcie pokuty za grzeszników”. Tym samym Matka Boża zwróciła uwagę, że człowiek jest odpowiedzialny za zbawienie innych.

    W Lourdes Maryja nie nakazała Bernadecie przychodzić do groty, lecz zapytała ją, “czy byłaby tak dobra, by to uczynić”. Nie żądała także odmawiania różańca, ale sama dyskretnie, modląc się, zachęcała swym przykładem.

    “Biała Pani” wskazała także dziewczynce miejsce, z którego wytrysnęło źródło. Wkrótce mieszkanka Lourdes umoczyła sparaliżowaną rękę w wodzie wypływającej ze źródła i została uleczona. Pierwszy cud zapoczątkował szereg innych.

    18 stycznia 1862 roku komisja biskupa z Targes po wielu badaniach ogłosiła dekret, że “można dać wiarę” zjawiskom, jakie się przydarzyły w Lourdes. W roku 1864 ks. proboszcz Peyramale przystąpił do budowy świątyni. W roku 1875 poświęcił ją uroczyście abp Paryża Guibert. W uroczystości tej wzięło udział: 35 arcybiskupów i biskupów, 3 tys. kapłanów i 100 tys. wiernych. W roku 1891 papież Leon XII ustanowił święto Objawienia się Matki Bożej w Lourdes, które św. Pius X w 1907 r. rozciągnął na cały Kościół. Lourdes jest obecnie słynnym miejscem pielgrzymkowym, do którego przybywają tysiące ludzi, by czcić Matkę Bożą jako Uzdrowienie Chorych.

    “Sanktuarium w Lourdes ma być przede wszystkim miejscem spotkania z Bogiem na modlitwie, a także miejscem służby braciom, w szczególności przez przyjmowanie chorych, ubogich i wszystkich cierpiących. W tym miejscu Maryja przychodzi do nas jak Matka, zawsze gotowa pomagać swym dzieciom. Przez blask Jej oblicza przebija Boże miłosierdzie” – powiedział papież Benedykt XVI 14 września 2008 r.

    Od blisko 150 lat Lourdes gości każdego roku ponad 6 mln pielgrzymów i zwiedzających. Pandemia koronawirusa zatrzymała ruch pielgrzymkowy. 17 marca 2020 roku po raz pierwszy od początku objawień sanktuarium zostało zamknięte i wprowadzono modlitwę za pośrednictwem Internetu.

    Sanktuarium poinformowało w komunikacie, że w tym roku, w piątek, grota w Lourdes zostanie udostępniona pielgrzymom. Będą mogli wejść do bazyliki Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, dotknąć Skały Massabielle i zbliżyć się do cudownego źródła – poinformowało sanktuarium w komunikacie.

    Hasłem papieskiego orędzia na 30. Światowy Dzień Chorego są słowa “Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”.

    Franciszek zwraca uwagę, że “chory jest zawsze ważniejszy od choroby” i “trzeba wsłuchać się w głos pacjenta, jego lęki i obawy”. “Nawet wtedy, gdy nie można wyleczyć, zawsze można otoczyć opieką, zawsze można pocieszyć, zawsze można sprawić, by pacjent poczuł bliskość, która świadczy o zainteresowaniu osobą bardziej niż jej chorobą” – wskazał papież.

    Zaznaczył, że “w czasie, kiedy panuje kultura odrzucania, a życie nie zawsze jest uznawane za godne przyjęcia i przeżywania” katolickie instytucje opieki zdrowotnej nazwał “domami miłosierdzia”, które “mogą być przykładem ochrony i troski o każde istnienie, nawet najbardziej kruche, od jego początku aż po naturalny kres”.

    Papież podkreślił, że “bliskość wobec chorych i ich duszpasterstwo nie jest zadaniem tylko niektórych duszpasterzy specjalnie przygotowanych”. “Odwiedzanie chorych jest zaproszeniem skierowanym przez Chrystusa do wszystkich Jego uczniów” – napisał w orędziu Franciszek.

    Głównym uroczystościom 11 lutego w stołecznym sanktuarium Matki Bożej z Lourdes o godz. 11.00 będzie przewodniczył bp Jacek Grzybowski. W trakcie liturgii będzie udzielany sakrament namaszczenia chorych, który wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest sakramentem udzielanym osobom umierającym.

    Kodeks Prawa Kanonicznego wskazuje, że sakrament namaszczenia chorych można przyjmować kilka razy w ciągu życia. Dotyczy to osób, które “po wyzdrowieniu znowu ciężko zachorują lub jeśli w czasie trwania tej samej choroby niebezpieczeństwo stanie się poważniejsze” – czytamy w dokumencie. Mogą go również przyjąć osoby w sędziwym wieku.

    Gość Niedzielny

    ____________________________________________________________________________

    ŚW. JAN PAWEŁ II – DWUKROTNY PIELGRZYM DO LOURDES

    Św. Jan Paweł II jako pierwszy papież w historii odwiedził Lourdes i to dwukrotnie. Pierwszy raz w 1983 r., a drugi w 2004 r. i była to jego ostatnia podróż zagraniczna. Żadnemu z jego poprzedników to się nie udało. Za każdym razem pragnął, by jego pielgrzymka wyglądała tak jak pielgrzymka każdego spośród sześciu milionów chorych i cierpiących, przybywających do tego sanktuarium. A we wspomnienie Matki Bożej z Lourdes, obchodzone co roku 11 lutego, ustanowił światowy dzień modlitw w intencji ludzi chorych.

    Historia Lourdes, małej mieściny, leżącej we Francji  u podnóża Pirenejów , która w połowie XIX wieku liczyła zaledwie cztery i pół tysiąca mieszkańców jest zadziwiająca. Nie dochodziła tu nawet kolej. Kobiety i dzieci w większości zajmowały się wypasaniem owiec i krów, a mężczyźni pracą w pobliskim kamieniołomie. Dziś Lourdes to prawie dwudziestotysięczne miasteczko, corocznie odwiedzane przez blisko sześć milionów osób. Pielgrzymi przychodzą do groty, aby napić się wody ze źródła, które wytrysnęło podczas dziewiątego objawienia Bernadetcie Soubirous.  

    Od czasu objawień Matki Bożej, czyli od 1858 r. do Biura Lourdes ds. Obserwacji Medycznej zgłoszono ponad  siedem tysięcy cudów, z których oficjalnie uznanych zostało siedemdziesiąt. 

    Pierwszy z cudów miał miejsce podczas siedemnastego objawienia i dotyczył bohaterki tych wydarzeń – samej Bernadety Soubirus. Nazwano go „cudem świecy”. Wszyscy zebrani widzieli jak dziewczynka modliła się w ekstazie, a palce jej prawej ręki wyciągniętej w kierunku Niepokalanej zanurzone były w płomieniu świecy i to aż przez szesnaście minut, bo tyle trwało objawienie.  Zdarzenie obserwował miejscowy lekarz, doktor Pierre Dozous, który zbadał dłoń Bernadety i nie znalazł tam jakichkolwiek znaku poparzenia. 

    Wiele czasu upłynęło zanim Kościół oficjalnie uznał objawienia w Lourdes. Bernadeta Soubirous musiała znieść wiele cierpień, szykan i prześladowań z tego powodu. Wstąpiła do zakonu Sióstr Miłosierdzia w Nevers i tam zmarła w wieku 35 lat. Jej ciało nie uległo rozkładowi i zachowało się do dzisiaj. Można je oglądać w szklanej trumnie w kaplicy klasztoru w Nevers. 

    Urodziła się w rodzinie biednego młynarza. Nie była zbyt rozgarnięta, za to niezwykle chorowita. Astma odbierała jej siły. Nie umiała czytać ani pisać i posługiwała się dialektem. Nie znała prawd wiary i miała poważne problemy w opanowaniu katechizmu, ale odznaczała się żarliwą wiarą. 

    11 lutego 1858 roku, jak co dzień razem z siostrą i koleżanką, zbierała chrust na opał. Gdy została sama, nieopodal groty Massabielle, czyli „starej skały” – usłyszała jakby podmuch wiatru i zobaczyła wielką światłość, z której wyłoniła się piękna kobieca postać z różańcem w ręku. Gdy towarzyszki Bernadetki zobaczyły ją klęczącą z wzniesionymi oczami ku niebu, śmiały się z niej i drwiły. Początkowo Bernadeta nie chciała im nic powiedzieć, ale w końcu uległa natarczywym pytaniom. Prosząc do dochowanie tajemnicy, opowiedziała o „Pięknej Pani”. Już o powrocie do domu dziewczynki wszystko zdradziły, a Bernadetka musiała odbyć rozmowę z matką, która ją ostro zrugała i zabroniła chodzenia do groty. Widząc jednak jej wielką rozpacz zmieniła zdanie po kilku dniach. Już trzy dni później –  14 lutego Bernadeta i jej dwie towarzyszki najpierw poszły do kościoła po wodę święconą, a potem w miejsce pierwszego objawienia.  Gdy odmawiały różaniec Matka Boża znowu się ukazała. Wtedy Bernadetka zaczęła ją kropić wodą święconą i mówić:  „Jeśli przychodzisz od Boga, zbliż się; jeśli od szatana, idź precz!”. Piękna Pani z uśmiechem na ustach zbliżyła się aż do brzegu wylotu groty i bezgłośnie odmawiała różaniec.
    18 lutego Bernadetka wyposażona w papier i atrament poprosiła zjawę o napisanie Jej życzeń na kartce, którą ze sobą przyniosły. Usłyszała: „Pisanie tego, co ci chcę powiedzieć, jest niepotrzebne”. Matka Boża poprosiła, żeby dziewczynka przychodziła w to miejsce przez kolejnych piętnaście dni. 

    21 lutego, w niedzielę przy grocie razem z Bernadetką stało już kilka tysięcy ludzi. Wtedy Matka Boża prosiła, żeby Bernadetka modliła się za grzeszników. 

    25 lutego zgromadzeni zobaczyli, jak Bernadetta klęka i całuje ziemię. Na kolanach ruszyła w stronę rzeki, po czym zawróciła do groty. Schyliła się i wydrążyła dołek w suchej ziemi. Po chwili nabrała wody i podniosła do ust. W tym dniu Maryja powtórzyła: „Pokuty! Pokuty! Pokuty!”. Poleciła Bernadecie zjeść roślinę, która tam rosła, iść do źródła, napić się i obmyć się w nim. 

    Tak opisywała to spotkanie Bernadetka: 
    „Nie widząc źródła skierowałam się ku rzece. Pani jednak powiedziała mi, że to nie tam, i dała mi znak palcem, abym podeszła pod skałę. Zrobiłam tak. Znalazłam tam zaledwie odrobinę wody, jakby błoto, i z ledwością mogłam jej nabrać. Zaczęłam drążyć ziemię. Po chwili mogłam nabrać wody, ale trzy razy ją wyrzuciłam. Dopiero za czwartym razem mogłam się napić, tak bardzo woda była brudna”.  

    Źródełko, które wówczas wybiło, nigdy nie wyschło i wciąż jest narzędziem licznych uzdrowień.

    Spotkań z Maryją w ciągu paru miesięcy było osiemnaście. Ostatnie miało miejsce 16 lipca 1858 r. W przeciwieństwie do późniejszych objawień w Fatimie Matka Boża nie wyznaczała daty i godziny spotkania. Bernadeta pchana jakąś wewnętrzną siłą szła, by porozmawiać z Piękną Panią, która wzywała ludzi do modlitwy na różańcu i do pokuty. 

    Podczas trzynastego objawienia powiedziała: „Powiedz księżom, by wzniesiono tu kaplicę”. Bernadeta prośbę tę przekazała miejscowemu proboszczowi. Ten znalazł się w trudnej sytuacji, ponieważ władze kościelne nie życzyły sobie dalszego nagłaśniania tych wydarzeń i zabroniły procesji do groty. Proboszcz polecił Bernadetcie, by przy kolejnym widzeniu zapytała,  jak „zjawa”  ma na imię. Posłuszna Bernadeta zadała to  pytanie, ale nie uzyskała żadnej odpowiedzi. Zniecierpliwiony ksiądz oznajmił wszystkim, że kaplica zostanie zbudowana,  o ile postać wypowie swoje imię. 

    Kolejne dni nie przyniosły żadnych nowych wiadomości. Ci co nie wierzyli w prawdziwość objawień triumfowali. Ale Bernadetka dalej przychodziła pod grotę i w czasie szesnastego objawienia Matka Boża powiedziała jej: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Nie mogła widzieć ta mała analfabetka, że papież zaledwie cztery lata wcześniej ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu Maryi. To był dla proboszcza konkretny dowód na prawdziwość tych objawień. Matka Boża w Lourdes potwierdziła nauczanie Kościoła katolickiego.

    Matka Boża pragnęła, żeby na to miejsce przybywały pielgrzymki. Już sześć lat później, w roku 1864 przy poświęceniu figury zebrało się sześćdziesiąt tysięcy wiernych. Od roku 1872  się co rok odbywają narodowe pielgrzymki.  Pierwsza pielgrzymka Polaków przybyła tam już w roku 1867.  

    W czasie pielgrzymki do Lourdes w roku 1983 polski papież powiedział: 
    „Wydaje mi się, że w Lourdes jest obecna szczególna łaska. Posłanie jej proste i jasne, ale podstawowe. Zostało przekazane w sposób szczególnie silny, czysty i przejrzysty przez kilkunastoletnią dziewczynkę o duszy jasnej i odważnej.  Znaki są proste: wiatr, który przywodzi na myśl Ducha Świętego w dniu Zesłania, woda oczyszczająca i dająca życie, światło, znak krzyża, modlitwa różańcowa. Od początku chrześcijanie wezwani są, by przybywali tu tłumnie, całym Kościołem”.

    Jan Paweł II był pierwszym papieżem, który odwiedził Lourdes. Nawet Jan XXIII, który wyraził takie życzenie, nie zdołał zrealizować tej pielgrzymki. 

    Na drodze papieża Wojtyły do Lourdes również stawały różne przeszkody. Zamach 13 maja 1981 r., który uniemożliwił jego obecność na odbywającym się w tymże roku Międzynarodowym Kongresie Eucharystycznym. 

    Dwa dni przed jego przybyciem do Lourdes – 12 sierpnia 1983 r., miał miejsce akt wandalizmu przy pierwszej stacji Drogi Krzyżowej eksplodowała bomba. Wbrew wszelkim przeszkodom  papież wołał w Lourdes: 
    „Niech nasze modlitwy się złączą, aby ofiarować razem z Maryją gorące błaganie za cały świat. Za wszystkich cierpiących głód, okropności wojny, za wszystkich prześladowanych, za chorych i opuszczonych. W sposób szczególny módlmy się za tych, którzy są prześladowani za wiarę. To Chrystus w nich cierpi”.

    Ojciec św. podobnie jak miliony pielgrzymów – zapalił świecę i napił się wody ze źródła. Powiedział wówczas do chorych: 
     „Chciałbym Was wszystkich objąć, jednego po drugim, w sposób serdeczny moimi ramionami i zapewnić Was, jak bardzo Wam jestem bliski i solidarny z Wami. Czynię to w sposób duchowy, powierzając Was macierzyńskiej miłości Matki Pana i prosząc Ją, by wybłagała Wam Błogosławieństwo i pocieszenie Jej Syna Jezusa”.

    13 maja 1992 r., na pamiątkę pierwszego objawienia w Lourdes, 11 lutego – Jan Paweł II ustanowił – Światowy Dzień Chorego. Była to 75 rocznica objawień w Lourdes i jednocześnie 11 rocznica zamachu na Placu św. Piotra. Ojciec Święty, ustanawiając Światowy Dzień Chorego, chciał zwrócić uwagę na sens cierpienia, który w kategoriach ludzkich nie jest możliwy do zrozumienia i człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak wobec majestatu choroby z pokorą zwrócić się do lekarza dusz i ciał, jakim jest Jezus Chrystus. 

    Jan Paweł II kochał chorych i niepełnosprawnych i poświęcał im dużo swojej uwagi. Sam zyskał przydomek „papieża cierpienia”. Cudem przeżył zamach na Placu św. Piotra 13 maja 1981 r. i związane z nim liczne zabiegi i operacje, aż wreszcie przyszła ciężka, nieuleczalna choroba z bolesnymi zabiegami medycznymi.  

    Gdy w 2004 r. przybył po raz drugi do sanktuarium w Lourdes sam był schorowany i cierpiący. Składała się na nią modlitwa różańcowa, procesja z pochodniami i medytacja. Swe pierwsze kroki skierował do Groty Objawień. Długo klęczał, a jego twarz przenikała modlitewna zaduma połączona z wyraźnym śladem cierpienia. Na jego twarzy pojawiły się łzy. Do zebranych chorych powiedział: „Jestem jednym z was. Wasze modlitwy czynię swoimi”

    Druga wizyta w Lourdes w 2004 roku była jego ostatnią podróżą zagraniczną. Na twarzy Ojca św. pojawiły się łzy. Mówił tam o cierpieniu, którego sam doświadczał, a które kryje w sobie wielką tajemnicę. Jan Paweł II wypowiedział wtedy, w przejmujący sposób, znamienne słowa: „Klękając tutaj, przy grocie Massabielskiej, ze wzruszeniem odczuwam, że dotarłem do kresu mej pielgrzymki”

    Lidia Lasota/kalendarz rolników.pl/04.02.2021

    __________________________________________________________________

    Uzdrowienie chorych

    Matka Boża z Lourdes

    Był 11 lutego 1858 r. gdy 14-letnia Bernadetta zobaczyła w grocie nieopodal Lourdes Białą Panią. Podczas osiemnastu objawień Maryja wzywała do modlitwy i pokuty oraz prosiła o wybudowanie kościoła w miejscu objawień.

    O Lourdes – miasteczku leżącym u stóp Pirenejów – zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Maryja ukazała się tam w 1858 r. Bernardzie Marii Soubirous, zwanej przez bliskich Bernadetą. Rodzina dziewczyny była bardzo biedna. Sześć osób (rodzice i czworo dzieci) mieszkało w dawnej celi więziennej. Ojciec nie pracował. Zdarzało się, że młodszy brat Bernadety – Jean-Marie z głodu zjadał wosk z kościelnych świec.

    Śliczna dziewczyna w białej sukni

    11 lutego Bernadeta z siostrą i koleżanką poszła zbierać gałęzie na opał. Przy grocie Massabielskiej zobaczyła unoszącą się nad krzakiem śliczną dziewczynę w białej sukni, która w prawej dłoni trzymała różaniec. Bernadeta, naśladując ją, uczyniła znak krzyża i zaczęła odmawiać różaniec. Biała Pani włączała się w modlitwę tylko na „Chwała Ojcu…”, kończące każdą dziesiątkę. Potem – znikła.

    Już wieczorem niemal całe miasteczko wiedziało o dziwnym zjawisku. Matka, nie wierząc Bernadecie, orzekła, że pewnie był to diabeł. „Diabeł nie odmawia różańca” – odpowiedziała rezolutnie dziewczyna. Na kolejnych spotkaniach z Białą Panią towarzyszyły Bernadecie setki, a potem tysiące mieszkańców Lourdes. Podpowiadali jej, o co ma pytać „zjawę”. Bernadeta nawiązała z nią dialog.

    „Jestem Niepokalanym Poczęciem”

    18 lutego Biała Pani wypowiedziała znamienne słowa: „Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, ale w przyszłym„. Trzy dni później wezwała: „Módlcie się za grzeszników”, a po kolejnych trzech dniach: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”. Prosiła też, by księża wybudowali przy grocie kaplicę, i aby przychodzono tam w procesji. Miejscowy proboszcz domagał się jednak cudu, chciał też poznać imię Białej Pani. Odpowiedź padła 25 marca: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”.

    Cudowne źródło

    Biała Pani wskazała Bernadecie miejsce, z którego wytrysnęło źródło. Wkrótce wydarzył się pierwszy cud: mieszkanka Lourdes umoczyła sparaliżowaną rękę w wodzie wypływającej ze źródła i została uleczona.

    Osiemnaście spotkań Bernadety z Białą Panią zakończyło się 16 lipca. Już dwanaście dni później miejscowy biskup powołał komisję, która miała zbadać sprawę rzekomych objawień Matki Bożej. 18 stycznia 1862 r. w imieniu Kościoła orzekł o ich autentyczności.

    Zakończona misja

    Trzy lata później Bernadeta rozpoczęła nowicjat u sióstr posługujących chorym (Soeurs de la Charité et de l’Instruction Chrétienne de Nevers). W 1866 r. na zawsze opuściła Lourdes – przeniosła się do domu zgromadzenia w Nevers. – Moja misja w Lourdes jest skończona – oświadczyła. Rok później złożyła śluby zakonne. Została pomocnicą pielęgniarki w klasztornej infirmerii.

    Z pokorą znosiła upokorzenia ze strony innych sióstr, którym nie mieściło się w głowie, że Matka Boża mogła ukazać się prostej dziewczynie. Zdrowie Bernadety stale się pogarszało. Ostatnie pół roku spędziła w łóżku, które nazywała „białą kaplicą”. Umarła 16 kwietnia 1879 r. Miała zaledwie 35 lat.

    Po beatyfikacji w 1925 r., jej nienaruszone ciało umieszczono w relikwiarzu, w kaplicy klasztoru Saint-Gildard w Nevers, a osiem lat później została kanonizowana.

    70 cudów

    Od pierwszego uzdrowienia, 1 marca 1858 r., chorzy napływają do Lourdes, spodziewając się uzdrowienia ciała lub szukając sił do znoszenia cierpienia. Kościół katolicki uznał oficjalnie 70 cudów i ok. 7 tys. uzdrowień, których nie da się wyjaśnić naukowo. Siedem pierwszych cudów odegrało rolę w uznaniu objawień za prawdziwe.

    Od 1905 r. w sanktuarium działa biuro lekarskie, przyjmujące zgłoszenia przypadków uzdrowień i przeprowadzające wstępną konsultację wśród lekarzy obecnych w Lourdes. Jeśli wynik wstępnego dochodzenia jest pozytywny, sprawa jest przekazywana komitetowi medycznemu, który istnieje od 1947 r. Po przeprowadzeniu własnego dochodzenia wydaje on orzeczenie, że dany przypadek jest (lub nie jest) niewytłumaczalny według aktualnego stanu wiedzy medycznej.

    Lourdes – miejsce pielgrzymek

    Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, że gdy w 1992 r. Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, na jego datę wybrał dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Tam też, w 1993, 2004 i 2008 r. odbyły się centralne obchody tego Dnia.

    Do Lourdes przybywają nie tylko chorzy. Od 1873 r. odbywa się francuska pielgrzymka narodowa organizowana z inicjatywy ojców asumpcjonistów. W pierwszej pielgrzymce wzięły udział 492 osoby. Dziś pątników jest 6-8 tys.

    Od ponad 60 lat do Lourdes przybywa też międzynarodowa pielgrzymka wojskowa. W pierwszej, w 1958 r., uczestniczyli wyłącznie żołnierze francuscy i niemieccy. W następnych latach do udziału w pielgrzymce zapraszani byli żołnierze z innych krajów europejskich oraz Ameryki Północnej i Australii. Polska była w 1991 r. pierwszym krajem z byłego bloku komunistycznego, którego żołnierze uczestniczyli w pielgrzymce.

    Pokutujcie!

    Na 52 hektarach w sanktuarium znajdują się 22 miejsca kultu. Do najczęściej odwiedzanych należą: grota, górujące nad nią bazylika Niepokalanego Poczęcia i bazylika Różańcowa, oraz podziemna bazylika św. Piusa X. Tę ostatnią poświęcił w 1958 r. legat papieski kard. Angelo Giuseppe Roncalli, który kilka miesięcy później został papieżem. Wymagane przez liturgię trzy okrążenia świątyni wykonał w odkrytym samochodzie. Gdy dziennikarze poprosili go o kilka słów do Francuzów, bez wahania powtórzył słowa Matki Bożej: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”.

    Pielgrzymom przybywającym do Lourdes na stałe posługuje 30 kapelanów, pochodzących z różnych diecezji i zgromadzeń zakonnych, a także siostry z pięciu zgromadzeń. Wspomaga im 300 stałych i 100 sezonowych pracowników świeckich i ok. 7 tys. wolontariuszy. 

    Paweł Bieliński/KAI, zś/Stacja7

    _____________________________________________________

    BERNADETTE-SOUBIROUS-LOURDES-FR503675A.jpg
    Fred de Noyelle / Godong/Aleteia.pl

    ***

    „Głupia prostaczka”, której objawiła się Maryja. Poruszająca historia Bernadety Soubirous

    Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń.

    Od pierwszego objawienia w Lourdes w lutym 1858 roku ludzie traktowali małą wizjonerkę jak dzikie zwierzątko. Zresztą, po pewnym czasie Bernadeta sama czuła się zaszczuta. Ciągle ktoś chciał z nią rozmawiać, dyskutować albo przynajmniej na nią popatrzeć.

    Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze

    Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi.

    Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 roku wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata.

    Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię.

    Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu?

    Jednocześnie była w formacji. Jej bezpośrednią przełożoną była siostra ze szlacheckiej rodziny. Nie potrafiła zrozumieć, czemu Maryja objawiła się właśnie takiej „głupiej prostaczce”, a nie komuś z wysokiego rodu lub przynajmniej dobrze wykształconemu. Prawie do końca życia odrzucała prawdziwość tych wizji, a samą wizjonerkę uważała za małą spryciarkę, która chciała zwrócić na siebie uwagę i coś zyskać na twierdzeniu, że widziała Matkę Boga.

    Dlatego wyłapywała jej najmniejsze potknięcia, nie dawała zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowała, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.

    Praca św. Bernadety w szpitalu

    Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.

    Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.

    Modlitwa – najważniejsze zadanie Bernadety

    Jednocześnie wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania w pokoju i z dziękczynieniem cierpienia fizycznego i upokorzeń.

    Jednym z ostatnich była chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.

    Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko.

    Elżbieta Wiater/Aleteia.pl

    Testament Bernadety Soubirous

    Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuje Ci, Jezu.

    Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuje Ci, Matko.

    Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.

    Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…

    Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie „siostro Mario Bernardo” … dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…

    Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.

    Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: „Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.

    Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: „To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?”.

    Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.

    I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuję Ci, Jezu.

    _______________________________________________________________________________________

    Najświętszej Maryi Panny z Lourdes

    LOURDES
    Andreas Franz Borchert CC/Aleteia.pl

    ***

    Historia objawień

    Lourdes – miasteczku leżącym u stóp Pirenejów – zrobiło się głośno dzięki Matce Bożej. Maryja ukazała się tam w 1858 r. Bernardzie Marii Soubirous, zwanej przez bliskich Bernadetą. Rodzina dziewczyny była bardzo biedna. Sześć osób (rodzice i czworo dzieci) mieszkało w dawnej celi więziennej. Ojciec nie pracował. Zdarzało się, że młodszy brat Bernadety – Jean-Marie z głodu zjadał wosk z kościelnych świec.

    Bernadeta była ładną dziewczyną, jednak po przebytej chorobie nie rosła. Miała tylko 140 cm wzrostu. Chorowała na astmę. Nie umiała czytać ani pisać, mówiła tylko miejscowym dialektem. Nauka sprawiała jej trudność. W wieku 14 lat chodziła do szkoły razem z siedmiolatkami, aby lepiej poznać katechizm. Inaczej nie zostałaby dopuszczona do I Komunii świętej.

    11 lutego Bernadeta z siostrą i koleżanką poszła zbierać gałęzie na opał. Przy grocie Massabielskiej zobaczyła unoszącą się nad krzakiem śliczną dziewczynę w białej sukni, która w prawej dłoni trzymała różaniec. Bernadeta, naśladując ją, uczyniła znak krzyża i zaczęła odmawiać różaniec. Biała Pani włączała się w modlitwę tylko na „Chwała Ojcu”…, kończące każdą dziesiątkę. Potem – znikła.

    Już wieczorem niemal całe miasteczko wiedziało o dziwnym zjawisku. Matka, nie wierząc Bernadecie, orzekła, że pewnie był to diabeł. – Diabeł nie odmawia różańca – odpowiedziała rezolutnie dziewczyna. Na kolejnych spotkaniach z Białą Panią towarzyszyły Bernadecie setki, a potem tysiące mieszkańców Lourdes. Podpowiadali jej, o co ma pytać „zjawę”. Bernadeta nawiązała z nią dialog.

    18 lutego Biała Pani wypowiedziała znamienne słowa: „Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, ale w przyszłym”. Trzy dni później wezwała: „Módlcie się za grzeszników”, a po kolejnych trzech dniach: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”. Prosiła też, by księża wybudowali przy grocie kaplicę, i aby przychodzono tam w procesji. Miejscowy proboszcz domagał się jednak cudu, chciał też poznać imię Białej Pani. Odpowiedź padła 25 marca: „Jestem Niepokalanym Poczęciem”.

    Biała Pani wskazała Bernadecie miejsce, z którego wytrysnęło źródło. Wkrótce wydarzył się pierwszy cud: mieszkanka Lourdes umoczyła sparaliżowaną rękę w wodzie wypływającej ze źródła i została uleczona.

    18 spotkań Bernadety z Białą Panią zakończyło się 16 lipca. Już 12 dni później miejscowy biskup powołał komisję, która miała zbadać sprawę rzekomych objawień Matki Bożej. 18 stycznia 1862 r. w imieniu Kościoła orzekł o ich autentyczności.

    Trzy lata później Bernadeta rozpoczęła nowicjat u sióstr posługujących chorym (Soeurs de la Charité et de l’Instruction Chrétienne de Nevers). W 1866 r. na zawsze opuściła Lourdes – przeniosła się do domu zgromadzenia w Nevers. – Moja misja w Lourdes jest skończona – oświadczyła. Rok później złożyła śluby zakonne. Została pomocnicą pielęgniarki w klasztornej infirmerii.

    Z pokorą znosiła upokorzenia ze strony innych sióstr, którym nie mieściło się w głowie, że Matka Boża mogła ukazać się prostej dziewczynie. Zdrowie Bernadety stale się pogarszało. Ostatnie pół roku spędziła w łóżku, które nazywała „białą kaplicą”. Umarła 16 kwietnia 1879 r. Miała zaledwie 35 lat.

    Po beatyfikacji w 1925 r., jej nienaruszone ciało umieszczono w relikwiarzu, w kaplicy klasztoru Saint-Gildard w Nevers, a osiem lat później została kanonizowana.

    69 cudów

    Od pierwszego uzdrowienia, czyli od 1 marca 1858 r. chorzy napływają do Lourdes, spodziewając się uzdrowienia ciała lub szukając sił do znoszenia cierpienia. Kościół katolicki uznał oficjalnie 69 cudów spośród prawie 7 tys. uzdrowień, nie dających się wyjaśnić naukowo. Siedem pierwszych cudów przyczyniło się do uznania objawień za prawdziwe.

    Od 1905 r. działa w sanktuarium biuro, przyjmujące zgłoszenia przypadków uzdrowień i przeprowadzające wstępną konsultację wśród lekarzy obecnych w Lourdes. Jeśli wynik wstępnego dochodzenia jest pozytywny, sprawę przekazuje się Międzynarodowemu Komitetowi Medycznemu, który istnieje od 1947 r. Po przeprowadzeniu dochodzenia wydaje on orzeczenie, że dany przypadek jest (lub nie jest) niewytłumaczalny według aktualnego stanu wiedzy medycznej.

    W 2006 r. Komitet zaproponował nowe zasady orzekania w tych sprawach. Obok kryteriów naukowych, w ocenie uzdrowień, jakie się tam dokonują, brana jest teraz pod uwagę również wiara osoby uzdrowionej i świadectwo jej życia chrześcijańskiego. Badanie każdego uzdrowienia obejmuje trzy etapy, w wyniku których orzeka się kolejno o uzdrowieniu „niespodziewanym”, „potwierdzonym” i „o charakterze wyjątkowym”.

    Pierwszy etap badania przypadku uzdrowienia przez Komitet obejmuje odtworzenie historii choroby, określenie osobowości pacjenta, ocenę, czy dane uzdrowienie przekracza zwyczajowe przewidywania medycyny, i ustalenie okoliczności uzdrowienia. Niektóre sprawy są wówczas odrzucone, a inne są kwalifikowane jako „uzdrowienia niespodziewane”. W tym drugim przypadku biskup diecezji, na której terenie mieszka osoba uzdrowiona, zostaje poinformowany, że taki fakt miał miejsce i że prowadzone są w tej sprawie badania. W 2005 r. 40 osób odpowiadało w Lourdes kryterium „uzdrowienia niespodziewanego”.

    Drugi etap, dotyczący już wyłącznie „uzdrowień niespodziewanych”, polega na studiach porównawczych całej dokumentacji medycznej sprzed uzdrowienia i po nim, aby – przy udziale większej liczby ekspertów – potwierdzić „niecodzienny charakter” uzdrowienia. W 2005 r. zanotowano pięć przypadków tego typu. Chodzi o osoby cierpiące wcześniej na powypadkowe zwyrodnienie rdzenia, ciężki przypadek choroby Crohna (zapalenie jelita cienkiego), poważne stwardnienie rozsiane, zanik mięśni i raka nerki.

    Ostatni, trzeci etap, to uznanie „wyjątkowego charakteru uzdrowienia w obecnym stanie wiedzy naukowej”. Zebrana dokumentacja jest wówczas przekazywana przez biskupa Tarbes-Lourdes ordynariuszowi diecezji osoby uzdrowionej. Obecnie rozpatrywany jest tylko jeden taki przypadek. Chodzi o Francuzkę, która „nie życzy sobie reklamy i pragnie zachować anonimowość”. U kobiety tej stwierdzono złośliwego chłoniaka opłucnej, a także ostrą białaczkę rdzenia kręgowego, połączoną z zaatakowaniem mózgu i nerwu ocznego. Choroby leczono za pomocą chemioterapii, ale bez zadowalającego wyniku. Uzdrowienie nastąpiło bez powikłań ani nawrotów 15 lat temu i zbiegło się z aktami pobożności chorej do Matki Bożej z Lourdes – stwierdza orzeczenie Międzynarodowego Komitetu Lekarskiego.

    Zmiany obowiązujących dotąd zasad były konieczne, gdyż, przy obecnym rozwoju medycyny, trudno rozpatrywać przypadki według kryteriów przyjętych w sanktuarium w XIX wieku. Wątpliwości budziło zwłaszcza pojęcie choroby nieuleczalnej oraz wymaganie, aby osoba, która doznała cudownego uzdrowienia, nie była wcześniej leczona. – Każdy z chorych, którzy przyjeżdżają dziś do Lourdes wcześniej przeszedł chemioterapię. Trudno więc określić co jest zasługą medycyny, a co dziełem nadzwyczajnej interwencji Bożej – wyjaśnia współprzewodniczący Komitetu prof. François-Bernard Michel, francuski pneumoalergolog należący do Narodowej Akademii Medycyny.

    Obok pojęcia cudu, które nie uległo zmianie, zostało wprowadzone „pojęcie «wiarygodnego świadectwa» osób, których wyleczenie jest związane z Lourdes. Badanie w sprawie uzdrowienia będzie dotyczyć odtąd nie tylko choroby, ale także osoby uzdrowionej i jej świadectwa wiary chrześcijańskiej” – tłumaczy bp Perrier.

    Profesor Michel podkreśla, że nie chodzi tu o „cuda z przeceny”, nie ma bowiem mowy o obniżeniu wymogów naukowych w badaniu przypadków uzdrowienia. Brana natomiast będzie pod uwagę zarówno ścisłość naukowa, jak też „wiara i przekonania osoby, która doświadczyła gwałtownej zmiany swego stanu zdrowia”.

    Międzynarodowy Komitet Medyczny w Lourdes zamierza też zajmować się przypadkami uleczenia z chorób psychicznych i umysłowych. Wiele osób chorych na depresję czy przeżywających osobiste problemy, po pielgrzymce do tamtejszego sanktuarium odzyskuje ochotę do życia, widzi na nowo jego sens – twierdzi prof. Michel.

    Nie tylko chorzy

    Związek chorych z pirenejskim sanktuarium spowodował, że gdy w 1992 r. Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Chorego, na jego datę wybrał dzień pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Tam też, w 1993 i 2004 r. odbyły się centralne obchody tego Dnia.

    Sam papież miał odwiedzić sanktuarium w 1981 r., jednak przeszkodził mu w tym zamach na placu św. Piotra. Później Jan Paweł II przyjechał do Lourdes dwukrotnie – w 1983 i 2004 r. Gdy był tam po raz ostatni, kilka miesięcy przed śmiercią, siedząc na wózku inwalidzkim jako „chory pośród chorych”, drżącym głosem wypowiedział przejmujące słowa: „Ze wzruszeniem odczuwam, że dotarłem do kresu mej pielgrzymki”. Zapalił świecę i napił się wody ze źródła w grocie Massabielskiej – tak jak czynią to wszyscy pielgrzymi.

    Do Lourdes przybywają jednak nie tylko chorzy. Od 1873 r. odbywa się francuska pielgrzymka narodowa organizowana z inicjatywy ojców asumpcjonistów. W pierwszej pielgrzymce wzięły udział 492 osoby. Dziś pątników jest 6-8 tys.

    Od niemal pół wieku do Lourdes przybywa też międzynarodowa pielgrzymka wojskowa. W pierwszej, w 1958 r., uczestniczyli wyłącznie żołnierze francuscy i niemieccy. W następnych latach do udziału w pielgrzymce zapraszani byli żołnierze z innych krajów europejskich oraz Ameryki Północnej i Australii. Polska, w 1991 r., była pierwszym krajem z byłego bloku komunistycznego, którego żołnierze uczestniczyli w pielgrzymce.

    Sanktuarium w Lourdes jest też miejscem narodzin ogólnoświatowego ruchu osób niepełnosprawnych „Wiara i Światło”, założonego przez Jeana Vaniera wraz z Marie-Helene Mathieu. Powstał on podczas pierwszej międzynarodowej pielgrzymki osób niepełnosprawnych umysłowo, ich rodzin i przyjaciół do sanktuarium Matki Bożej w Lourdes na Wielkanoc 1971 roku.

    „Droga jubileuszowa”

    Ordynariusz Tarbes-Lourdes podkreśla, że obchody tegorocznego Roku Jubileuszowego zostały organizowane w perspektywie nowej ewangelizacji. „Sanktuaria i pielgrzymki zajmują obecnie ważne miejsce w życiu religijnym, szczególnie osób bardzo oddalonych od codziennych praktyk religijnych. Sanktuaria są miejscem cichej ewangelizacji” – zauważa bp Jacques Perrier. Na temat atrakcyjności sanktuariów dyskutowali uczestnicy Kongresu Maryjnego i Mariologicznego, jaki odbył się w Lourdes w dniach 4-8 września 2008 r. pod hasłem „Objawienia Matki Bożej: między historią, wiarą i teologią”.

    Bogaty kalendarz Roku Jubileuszowego obejmował też m.in. sympozjum nt. aktualności orędzia z Lourdes dziś i w przyszłości, Festiwal Muzyki Sakralnej i jubileuszową 50. Międzynarodową Pielgrzymkę Wojskową. Przez cały rok są tam również przyjmowane pielgrzymki narodowe, m.in. francuska, portugalska, tamilska, cygańska i pielgrzymka anglofonów.

    Chorzy przybywający do Lourdes mogą przejść „drogę jubileuszową”. Rozpoczyna się ona przy chrzcielnicy w kościele parafialnym, gdzie została ochrzczona Bernadeta Soubirous, aby uświadomić sobie, że przede wszystkim była ona chrześcijanką, a nie wizjonerką. Następnymi etapami drogi są: ubogie domostwo rodziny Soubirous, co pomoże w zrozumieniu Bożych wyborów, oraz grota Massabielska, gdzie można przypomnieć sobie treść objawień lourdzkich, wzywających do pokuty za grzeszników i potwierdzających niepokalane poczęcie Maryi. „Droga jubileuszowa kończy się w kaplicy hospicjum, gdzie Bernadeta przyjęła I Komunię św., co oznacza, że cały szlak prowadzi od chrztu do Eucharystii” – wyjaśnia bp Perrier.

    Z okazji jubileuszu br. Jean-Paul Lécot skomponował mszę. Natomiast o. Ivan Rupnik wykonał mozaiki na fasadzie bazyliki Matki Bożej Różańcowej, przedstawiające tajemnice światła.

    Pielgrzymom przybywającym do Lourdes na stałe posługuje 30 kapelanów, pochodzących z różnych diecezji i zgromadzeń zakonnych, a także siostry z pięciu zgromadzeń i jednego stowarzyszenia świeckich. Wspomaga ich niemal 300 stałych i ponad 100 sezonowych pracowników świeckich oraz ok. 7 tys. wolontariuszy. Roczny budżet sanktuarium wynosi 18 mln euro (ok. 90 mln zł), z których 90 proc. pochodzi z ofiar pielgrzymów, darowizn i spadków.

    Lourdes należy na najliczniej odwiedzanych sanktuariów maryjnych w Europie. Corocznie przybywa tam 6 mln osób z całego świata (w okresie od marca do października). W obecnym Roku Jubileuszowym spodziewanych jest ponad 8 mln pielgrzymów.

    Na 52 hektarach w sanktuarium znajdują się 22 miejsca kultu. Do najczęściej odwiedzanych należą: grota, górujące nad nią bazylika Niepokalanego Poczęcia i bazylika Różańcowa, oraz podziemna bazylika św. Piusa X. Tę ostatnią poświęcił w 1958 r. legat papieski kard. Angelo Giuseppe Roncalli, który kilka miesięcy później został papieżem. Wymagane przez liturgię trzy okrążenia świątyni wykonał w odkrytym samochodzie. Gdy dziennikarze poprosili go o kilka słów do Francuzów, bez wahania powtórzył słowa Matki Bożej: „Pokutujcie! Pokutujcie! Pokutujcie!”.

    KAI/Aleteia.pl

    _________________________________________________________________________

    Rzeźbiarz Matki Bożej

    Dla wielu naszych rodaków przybywających do Lourdes miłym zaskoczeniem jest wiadomość, że cudowna figura Matki Bożej w Grocie Massabielskiej, przed którą już od 140 lat modlą się miliony pielgrzymów, jest dziełem polskiego artysty. Pisał już na ten temat w obszernym artykule Bolesław Żynda w “Przewodniku Katolickim” z 9 lutego 1958 roku. Józef Hugo Fabisch pochodził z polskiej i chrześcijańskiej rodziny. Od rodziców otrzymał w spadku to, co najważniejsze – głęboką wiarę oraz szlachetne i wrażliwe na piękno i dobro serce słowiańskie. Jego matka, Franciszka Agata z domu Salon, urodziła się już we Francji (14 marca 1782 roku), w Eguilles (ujście Rodanu), natomiast ojciec, Karol Fabiś, przyszedł na świat 4 listopada 1759 roku w Andrychowie koło Wadowic. Jak wielu mieszkańców tej miejscowości, z zawodu był tkaczem. Po przybyciu do Francji kontynuuje swój zawód, prowadząc zakład tkacki w Aix-en-Provence. W tym mieście, 19 marca 1812 roku, urodził się im syn Józef.
    Nazwisko Fabiś z różnych względów, między innymi ze względu na trudność poprawnego wymawiania przez Francuzów, było przekształcane na Fabish i Fabisch… Sam artysta, jak wynika z dokumentów i listów, podpisywał się Fabisch.

    Czas wzrastania i poszukiwań

    Jak każdy dobry ojciec, Karol Fabiś pragnął wyuczyć syna zawodu, który sam wykonywał i przekazać mu to, co miał najlepszego – dorobek swego życia, warsztat tkacki.
    Jednak, widząc wielkie zdolności artystyczne syna, uszanował jego zamiłowanie i posłał go do miejscowej Szkoły Sztuk Pięknych. Po jej ukończeniu Fabisch podejmuje pracę, najpierw na miejscu, w Aix-en-Provence, a później jako profesor rysunków w liceum i Szkole Sztuk Pięknych w Saint-Etienne.
    Przełomowym momentem w jego życiu była podróż do Włoch, zwłaszcza do Rzymu i Florencji, podczas której odkrył swoje powołanie rzeźbiarza.
    W 1843 roku wystawia swoją pierwszą pracę “Magnificat”, która obecnie znajduje się w kościele Demi-Lune pod Lyonem. Wkrótce potem (1845) dostaje nominację na profesora rzeźby w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Lyonie.
    Jego bardzo liczne dzieła, wystawiane i nagradzane między innymi w Lyonie i Paryżu, można znaleźć przede wszystkim w kościołach Francji i poza jej granicami. W samym Lyonie mamy całą kolekcję jego rzeźb. Figury Fabischa, przedstawiające zwłaszcza Matkę Bożą, znajdujemy na przykład w takich kościołach Lyonu, jak św. Wincentego, św. Franciszka Salezego, św. Nizier, w kościele Szpitala Miejskiego, w kościele św. Polikarpa. Jego dziełem są figura Serca Jezusa Matki Bożej i główny ołtarz, a w katedrze: dwa ołtarze z płaskorzeźbami.
    W 1850 roku wygrywa konkurs wśród 32 artystów na figurę Matki Bożej, która umieszczona na wieży bazyliki Fourviére do dzisiaj góruje i czuwa nad Lyonem. To dzieło przynosi jemu największą sławę, tak za swój charakter monumentalny, jak i za zmysł religijny, z którego czerpał natchnienie.

    Nawet nagana jest pochwałą

    Jego dzieła są oceniane przez krytyków za godne mistrzów starożytnych, średniowiecznych i renesansu. W 1860 roku zostaje wybrany członkiem Akademii Nauk, Literatury i Sztuki w Lyonie. Ojciec Święty Leon XIII za całokształt twórczości religijnej ustanawia go Kawalerem Orderu Grzegorza Wielkiego.
    Jedyna nagana, jaka go spotkała, była związana z wykonaniem Muz na zamówienie rządu francuskiego. Przesiąknięty duchem laickim i wrogo nastawiony do Kościoła minister sztuk pięknych, oglądając gotowe rzeźby, z oburzeniem powiedział: “Nawet jego Muzy są klerykalne”. To powiedzenie zachwyciło ks. Peyramale, proboszcza Lourdes: “Muzy klerykalne! To najwznioślejszy sposób oceny i najpiękniejsza pochwała artysty”. Dlatego już 19 sierpnia 1863 r. pisze do swego biskupa Laurence w Tarbess: “Ta figura będzie arcydziełem z punktu widzenia sztuki i jednocześnie będzie przedstawiała Niepokalaną Dziewicę tak, jak Bernadetta Ją widziała”.
    Nie bez znaczenia przy wyborze Fabischa był też fakt, że to on właśnie wykonał piękną figurę Matki Bożej z La Salette i przy tej okazji rozmawiał z dziećmi, którym się Maryja ukazała. Posiadał więc ważne doświadczenie, jak to dzieło wykonać.
    Biskup Laurence z wielkim zadowoleniem przyjął wiadomość, że Józef Fabisch został wskazany przez fundatorki, panie Lacour, na wykonawcę figury Matki Bożej w Lourdes i kandydaturę tę bardzo chętnie zatwierdził.
    17 września 1863 roku przyjechał do Lourdes Józef Fabisch, aby samemu zobaczyć to cudowne miejsce i osobiście od Bernadetty dowiedzieć się, jak wyglądała Najświętsza Dziewica, której figurę miał wykonać. Bernadetta bardzo dokładnie przedstawiła, jak Maryja była ubrana, a nasz genialny artysta w sposób idealny na zawsze to utrwalił w białym, najczystszym kararyjskim marmurze.

    Spełnia wszelkie kryteria oceny

    Natychmiast po poświęceniu figury Matki Bożej w Grocie Massabielskiej, ksiądz kan. M. Fourcade, sekretarz generalny biskupstwa w Tarbes pisze: “Figura jest wspaniała. Przedstawia wiernie w najdrobniejszych szczegółach moment, w którym Najświętsza Maryja Panna wypowiada słowa: “Jestem Niepokalane Poczęcie””.
    Nieco później Norbert Caste-ret, specjalista w tej dziedzinie, okiem znawcy oceni samo artystyczne wykonanie rzeźby: “Suknia, umarszczona wokół szyi i przepasana w talii, jest arcydziełem delikatności, a biały welon, zarzucony na głowę i obejmujący niemal całą postać, jest tak lekki, że zdaje się najsłabszy wietrzyk będzie nim powiewał”.
    Podobna była też opinia ks. Blanca, według którego Józef Fabisch w tym wypadku przeszedł samego siebie, wykonując, jak to tylko jest możliwie wiernie i jednocześnie zgodnie z regułami sztuki, najsłynniejszą figurę Maryi, jako Niepokalanego Poczęcia, zwanej powszechnie Matką Bożą z Lourdes.
    Dla nas i dla milionów pielgrzymów, którzy już od 140 lat przed figurą Najświętszej Dziewicy nieustannie się modlą i zawsze zostają wysłuchani, ta figura to przede wszystkim święta ikona w rzeźbie, widoczny i prawdziwy znak obecności Tej, która jako Matka Chrystusa i nasza Matka gromadzi nas przy sobie.

    ks. Jan Robakowski/Przewodnik Katolicki

    _________________________________________________________________________

    Zapomniany twórca figury Matki Bożej z Lourdes

    Figura Matki Bożej z Lourdes

    Próżno szukać o nim informacji w polskich encyklopediach i słownikach. Zwraca na niego uwagę dopiero napisany w języku polskim przez Agatę i Zbigniewa Judyckich, a przetłumaczony na język francuski przez Ryszarda Zienkiewicza słownik biograficzny zatytułowany Polacy we Francji. W notatce na 62 stronie (bez wizerunku postaci) zaznaczono, iż Fabisch Józef Hugo, rzeźbiarz (19 marca 1812, Aix-en-Provence – 7 września, Lyon) (…) wyrzeźbił sławną statuę Matki Bożej do groty w Lourdes.
    Kim był?
    Niemiecki Allgemeines Lexicon der Bildenden Künstler von der Antike bis zur Gegenwart Begründet von Ulrich Thieme und Felix Becker podaje, że Józef Hugo Fabisch, który urodził się w Aix-en-Provence, tam ukończył Akademię Sztuk Pięknych jako uczeń Simona Saint-Jeana. Później był nauczycielem w Akademii Sztuk Pięknych w Lyonie. Z licznych jego prac leksykon wymienia m.in.: marmurowy posąg Joanny d’Arc jako dziecka (1845), grupę w marmurze Jezus u Marii i Marty (1850) do kościoła Hotel-Dieu w Lyonie, ogromny posąg Najświętszej Maryi Panny w wieży kaplicy Fourviére w Lyonie, przeznaczony do kaplicy w Neuilly posąg Marii Magdaleny, wystawiony w Salonie w Paryżu w 1853 r., a w roku następnym w Salonie w Lyonie i potem jeszcze w Paryżu (1855), medaliony w brązie Ludwika XIII, Henryka IV, Ludwika XIV, Anny Austriaczki, kamienne figury przedstawiające Sprawiedliwość i Prawdę oraz Herkulesa na fasadę ratusza w Lyonie, marmurową grupę Assunta do kościoła św. Franciszka w Lyonie, a w muzeum w Havre figurę Rebeka, wystawianą w paryskim Salonie w 1861 r.
    W 1864 r. została ukończona statua Najświętszej Maryi Panny, umieszczona w grocie w Lourdes (pierwotnie ustawiona w krypcie bazyliki). W następnym roku w krypcie bazyliki w Lourdes stanęła grupa kamienna, przedstawiająca św. Dominika, otrzymującego wieniec z róż.
    Józef Hugo Fabisz (obok wersji niemieckiej: „Fabisch” istnieje też wersja francuska – „Fabiche”) jest także autorem rozprawy De la Dignité de l’art. (O godności sztuki), przechowywanej w Akademii w Lyonie.
    Brakuje informacji o jego rodzinie: – tej, z której pochodził, i którą założył. Data jego urodzin (1812 r.) jest ważna w naszych dziejach, a i miejsce urodzin – Aix-en-Provence (Francja) zdaje się wskazywać, że ojciec był prawdopodobnie polskim żołnierzem napoleońskim i emigrantem.
    W dorobku artystycznym Józefa Fabisza zwraca uwagę koncentracja na tematach religijnych i portretach, co pośrednio świadczy o tym, co go najbardziej interesowało, ale i kim byli zamawiający u niego prace. Nie bez znaczenia jest wybór trudnego materiału, jakim jest marmur. Z kolei o wartości estetycznej jego dorobku świadczą odznaczenia: złoty medal za Rebekę i Order Grzegorza Wielkiego.
    Statuę Matki Bożej do bazyliki w Lourdes wykonał z marmuru kararyjskiego, chociaż w 1813 r. istniały już trzy dokumenty potwierdzające eksploatację miejscowych złóż piaskowca, marmuru, łupku i wapienia.
    Na podkreślenie zasługuje również wielka aktywność artystyczna Józefa Fabisza. Niemiecki leksykon wymienia najważniejsze jego rzeźby, a zatem były także inne, o mniejszym znaczeniu. Pamiętając o jego oddaniu się pracy dydaktycznej, należy dostrzec w tym dowód nie tylko pracowitości, ale i umiłowania zawodu.
    Józef Fabisz w pełni zasługuje na przypomnienie w ponad 100 lat po śmierci i w związku z 140. rocznicą istnienia figury Matki Bożej w Lourdes. Ten obowiązek spoczywa przede wszystkim na nas, rodakach, szczególnie na emigracji, zwłaszcza w Lyonie, gdzie są dokumenty jego działalności i ślady pobytu, i gdzie prawdopodobnie żyją także jego potomkowie. Tymczasem przynajmniej w przewodnikach po Lourdes należałoby zamieszczać wzmiankę o Józefie Fabiszu jako twórcy statuy, by w ten sposób ocalić go od zapomnienia.

    Barbara Kubicka-Czekaj/Tygodnik Niedziela

    _________________________________________________________________

    Figura Maryi w grocie Massabielle – polski akcent

    sanktuarium w Lourdes

    Grota Massabielle, fot. Brunner Emmanuel, Manu25, wikimedia

    ***

    Niedawno w słynnym sanktuarium Maryjnym w Lourdes, u stóp Pirenejów, z okazji Światowego Dnia Chorego zgromadziły się rzesze pielgrzymów. Każdego roku to miejsce nawiedzają miliony ludzi, a wśród nich wielu pielgrzymów z Polski. Przybysze kierują swoje kroki również do groty Massabielle, w której Bernadecie Soubirous osiemnaście razy objawiała się Maryja w 1858 r. Być może jednak wielu pątnikom znad Wisły nie do końca znany jest fakt, że figura Maryi znajdująca się w grocie jest dziełem Józefa Hugona Fabisia – urodzonego we Francji potomka polskiego imigranta.

    Józef Hugo Fabiś (fr. Joseph-Hugues Fabisch lub Fabiche) nie jest postacią dobrze znaną w Polsce. Jego nazwiska raczej nie znajdziemy w wielu encyklopediach. Niemniej zapisał się trwale w dzieje sanktuarium w Lourdes. W związku z tym warto przytoczyć najważniejsze fakty dotyczące jego pochodzenia, życia oraz pracy nad słynną dziś na całym świecie figurą Maryi. Jedną z przyczyn wyboru właśnie jego jako autora rzeźby było dość nietypowe zdarzenie.

    Joseph-Hugues Fabisch,

    wikimedia fr (domena publiczna)

    ***

    Z ziemi polskiej do Francji

    Ojciec Józefa Hugona – Karol Fabiś – urodził się w Andrychowie koło Wadowic 4 listopada 1759 r. Matka artysty – Franciszka Agata z domu Salon – przyszła na świat już we Francji; miało to miejsce 14 marca 1782 r. w Eguilles (ujście Rodanu). Karol Fabiś był tkaczem i w tym zawodzie działał również po przybyciu nad Sekwanę. 19 marca 1812 r., w Aix-en-Provence, gdzie mieścił się zakład tkacki Karola i Franciszki Agaty, urodził się właśnie Józef Hugon, któremu rodzice od dzieciństwa wpajali wrażliwość na piękno i dobro oraz wiarę katolicką i polskie tradycje. To wszystko miało później istotny wpływ na jego twórczość artystyczną. Józef tworzył jako Fabisch (lub Fabiche), gdyż Francuzi mieli problem z poprawną wymową polskiego nazwiska.

    Nie tkacz, lecz artysta

    Karol Fabiś jak wielu ojców miał wielkie marzenie, żeby syn zastąpił go kiedyś w wykonywanym zawodzie. Jak to się jednak często zdarza wśród dzieci i młodych ludzi, Józef Hugon miał inne zainteresowania niż rodzice, które zostały ostatecznie przez nich zaakceptowane. Po ukończeniu Szkoły Sztuk Pięknych młody artysta znalazł pracę w rodzinnej miejscowości, którą jednak opuścił obejmując stanowisko profesora w Saint-Etienne.

    Wśród jego zamiłowań artystycznych na pierwsze miejsce wysunęła się w końcu rzeźba. Na taki kierunek rozwoju zainteresowań duży wpływ miała podróż Józefa do Włoch, gdzie zafascynował się dziełami dłuta wybitnych artystów renesansu.

    Pierwszym dziełem Fabischa był „Magnificat”, które możemy podziwiać współcześnie w kościele Demi-Lune pod Lyonem. Generalnie rzecz ujmując liczne prace potomka polskiego imigranta były nagradzane i wystawiane w głównych ośrodkach Francji, jak Paryż czy Lyon. To właśnie w tym drugim mieście, gdzie od 1845 r. pracował, znajdziemy bodaj najwięcej dzieł Józefa Hugona, rozsianych po różnych kościołach. Chyba najsławniejszym z nich jest figura Matki Bożej z wieży bazyliki Fourviére. Ta monumentalna rzeźba została wybrana spośród prac 32 artystów, zgłoszonych do konkursu.

    Maryja z bazyliki Fourvière – rzeźba autorstwa Fabischa, fot. wikimedia fr (domena publiczna)

    ***

    Nagana, będąca… pochwałą, u początków figury z Massabielle

    Fabisch spotykał się z powszechnym uznaniem (papież Leon XIII ustanowił go nawet Kawalerem Orderu Grzegorza Wielkiego), choć w 1860 r. musiał się zmierzyć z naganą i to nie byle kogo, bo samego francuskiego ministra sztuk pięknych. Fabisch wykonał na zamówienie rządu kilka rzeźb przedstawiających muzy, jednak gdy ujrzał je wspomniany minister, zdeklarowany antyklerykał, miał podobno powiedzieć:

    Nawet jego muzy są klerykalne!

    Co dla jednego było naganą, dla kogoś innego stało się inspiracją. Ówczesny proboszcz parafii w Lourdes, ks. Peyramale, zachwycił się tą naganą i uznał ją za najwyższą pochwałę:

    Muzy klerykalne! To najwznioślejszy sposób oceny i najpiękniejsza pochwała artysty.

    W sierpniu 1863 r. proboszcz Lourdes napisał do miejscowego biskupa wskazując osobę Fabischa, który zdawał się być idealnym kandydatem do wykonania figury Maryi. Miał też niebagatelne doświadczenie w rzeźbieniu podobizn Maryi, gdyż była ona jego ulubionym motywem w pracy artystycznej. Stworzył już w tej materii kilka arcydzieł jak wspomniana Maryja z Lyonu oraz rzeźba Matki Boskiej wykonana dla innego sanktuarium francuskiego – w La Salette.

    Wykonać niewykonalne

    Prócz ks. Peyramale również fundatorki figury, panie Lacour, opowiedziały się za kandydaturą Fabischa, którą biskup Laurence zatwierdził z radością. Józef Hugo Fabisch przybył do Lourdes i m.in. na podstawie rozmów z Bernadetą zebrał potrzebne informacje do stworzenia dzieła, które zdawało się niewykonalne: jak z pomocą ludzkich narzędzi wyrzeźbić podobiznę Maryi, z całym jej ponadnaturalnym pięknem. Artysta na potrzeby swojego dzieła wykorzystał najczystszy kararyjski marmur.

    Bernadeta Soubirous w grocie Massabielle

    (zdjęcie z 1863)

    wikimedia (domena publiczna)

    ***

    I stało się – Józef Fabisch wykonał jedno ze swoich najwspanialszych dzieł, które znalazło uznanie wśród przedstawicieli Kościoła i znawców sztuki. Można powiedzieć, że powstała rzeźba paradoksalna, gdyż w możliwie najdoskonalszy sposób mistrz połączył w niej elementy i prawidła artystycznego fachu z czymś pozaziemskich i absolutnie niezwykłym.

    Odwiedzając grotę Massabielle warto chociaż przez chwilę pomyśleć o polskim artyście, który wpisując się w Maryjny nurt narodu polskiego stworzył to cudne dzieło dla największego francuskiego sanktuarium. Warto też westchnąć w jego intencji do Tej, której tak wspaniałą podobiznę stworzył.

    W Lourdes znajduje się dom Polskiej Misji Katolickiej, gdzie można się zatrzymać i wybrać do pobliskiego sanktuarium.

    Artur Hanulainformacje z Przewodnika katolickiego i Tygodnika Niedziela

    __________________________________________________________________________

    Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki

    Lourdes, Polacy i Żydzi. Zaskakujące wątki
    Sanktuarium w Lourdes/fot. Roman Koszowski/ Gość Niedzielny

    ***

    O niespodziewanych związkach słynnego miejsca objawień z Żydami, a także z Polską, mówi ks. dr Seweryn Wąsik SJ.

    Jarosław Dudała: Podobno figura Matki Bożej w grocie w Lourdes wyszła spod dłuta Polaka?
    O. Seweryn Wąsik SJ:
     Można tak powiedzieć. Historia była taka: żołnierz napoleoński pochodzący z Andrychowa na Podbeskidziu, tkacz pochodzenia żydowskiego po klęsce cesarza osiedla się we Francji. Czy jego rodzina przeszła na katolicyzm – nie wiadomo. Jego syn kształci się w Lyonie. Kończy Akademię Sztuk Pięknych. Zostaje jej profesorem. Jest rzeźbiarzem. Nazywa się Józef Hugo Fabisch (Fabiś).
    Proboszcz parafii w Lourdes, ks. Dominique Peyramale prosi go o przygotowanie statui Matki Bożej według wizji Bernadety Soubirous. Ustalają, że figura Matki Bożej będzie miała 1,88 m wysokości, że będzie wykonana z marmuru karraryjskiego. Bernadeta odrzuca kolejne wersje rzeźby. W końcu akceptuje jedną z nich. Córka prof. Fabischa zapamięta, że wrażenie, jakie zrobiła Bernadeta na jej tacie było takie, że on od tej pory codziennie odmawiał różaniec. Lourdes, Grota Massabielska (miejsce objawień).

    Zrobiła wrażenie na profesorze artystycznej uczelni?!
    Uderzające? Jeszcze bardziej uderzające, jest to, że Bóg przeprowadza swoje sprawy przez serca bardzo proste, a nie przez salony intelektualistów. Bóg nie wybiera dziewczynki z wyższych sfer Paryża, ale wybiera nastolatkę z marginesu. Z rodziny, która nie cieszyła się nawet najmniejszym szacunkiem. Dziś byłaby nazywana patologiczną.

    Dlaczego?
    Ojciec był utracjuszem, bezrobotnym. Chwytał się najniższych dorywczych, upokarzających prac. Rodzina Soubirous miała w Lourdes opinię ostatnich nędzarzy. Dlatego z początku do słowa Bernadety nikt nie będzie przywiązywać wagi.
    Tak też będzie to postrzegać sama Bernadeta. Będzie porównywać siebie do miotły: “Co robi się z miotłą, gdy skończy się sprzątać? Gdzie się ją stawia? Stawia się ją w kącie. Ja jestem potrzebna Świętej Dziewicy jak miotła. Gdy jej już nie potrzebują, stawia się ją za drzwiami. Tam jestem i pozostanę.”

    Dziś takie słowa są trudne do przełknięcia.
    Dla mnie św. Bernadeta jest odtrutką na współczesną kulturę selfie: gdy inni marzą o sławie, ona woli pozostać niezauważona, na marginesie. Chce pozostać w cieniu. Mówi: “To, co mnie dotyczy, już mnie nie dotyczy”. I tłumaczy: “Muszę odtąd należeć całkowicie do Boga, nigdy do siebie.” W duchowości ignacjańskiej nazywamy to ukierunkowaniem na Boga. Tymczasem teraz żyjemy w kulturze ukierunkowanej na samego siebie, na odnoszenie sukcesów, lajki i liczniki łapek w górę…

    …na samorealizację.
    Dokładnie! Bernadeta jest odtrutką na koncentrację na sobie. “Jeśli Święta Dziewica wybrała mnie, to dlatego, że byłam najbardziej niewykształcona. Gdyby znalazła gorszą ode mnie, to wybrałaby ją” – mówi. Pamiętajmy, że mówimy o 14-letniej analfabetce, która miała objawienia, których tak naprawdę do końca nie rozumie. Jest dzieckiem, przez które Pan Bóg chce przeprowadzić swoje sprawy.

    To tak, jak św. Tereska z Lisieux. Ona mówiła o sobie: “małe nic”.
    “Jestem nikim w Lourdes” – to są słowa Bernadety. Ona tak siebie nazywała, ale nie chodziło bynajmniej o to, żeby siebie poniżać. To nie było ani poczucie winy, ani niskie poczucie własnej wartości. Absolutnie! To była dziewczynka o nieprawdopodobnej wytrwałości wobec przeciwności. Spokojnie znosiła też spotkania z dziesiątkami tysięcy pielgrzymów, którzy w swojej dewocji chcieli ściągnąć każdą nitkę z jej ubrania.
    “Jestem zobowiązana wam powiedzieć o Niepokalanym Poczęciu, a nie zmusić was do uwierzenia” – mówiła. Tak przeżywała swoją misję: ma tylko opowiedzieć o doświadczeniu, które miała w grocie, a nie przekonywać nikogo.

    Bo niby jak dziecko z głębokiej prowincji miałoby przekonać paryskie elity…
    Salony intelektualno-polityczne Francji robiły wszystko, żeby jak najmniej ludzi jeździło do Lourdes. Nie prowadziła tam żadna linia kolejowa. Władze nie chciały jej budować, żeby ograniczyć dostęp pielgrzymów. Ale były minister transportu w rządzie Napoleona III –żydowskiego pochodzenia –  kupił złoża skalne w okolicach Lourdes. W efekcie już rok po objawieniach została zbudowana linia kolejowa, z której mogli korzystać pielgrzymi.

    Z Matką Bożą nikt nie wygra.
    Francuski salon polityczno-intelektualny był masońsko-antyklerykalny. Ale część tych ludzi po wizycie w Lourdes i spotkaniu z Bernadetą i tak uklękło przed figurą Matki Bożej w Grocie Massabielskiej. To udokumentowane. Wniosek jest taki, że także dla dzisiejszych elit i salonów jest nadzieja i światełko bijące z Lourdes.

    Co warto przeczytać o Lourdes i św. Bernadecie?
    Zachęcałbym do przeczytania “Pieśni o Bernadecie” – bestsellera, który miał już kilkanaście polskich wydań. To książka z 1941 r.
    Jej autorem był Franz Werfel. To był znany pisarz, urodzony w Pradze Żyd niemieckojęzyczny, przyjaciel Franza Kafki. Uciekając w czasie II wojny światowej do USA, przez przypadek trafił do Lourdes. Utknął tam, nie mając już możliwości przeprawienia się przez Pireneje. To, co tam przeżył, sprawiło, że uznał, iż swoje ocalenie zawdzięcza tajemnicy Pani z Lourdes oraz pirenejskim góralom – środowisku Lourdes. Obiecał, że jeśli przetrwa niemiecki horror zgotowany Żydom, spłaci dług, pisząc powieść o Bernadecie. Udało mu się uciec i napisać książkę (700 stron!), która zrobiła taką furorę, że Hollywood (Twentieth Century Fox) natychmiast wykupiło prawa do jej ekranizacji. I już w 1943 r., gdy Europie trwała wojna, w Hollywood powstał jeden z najpiękniejszych filmów o św. Bernadecie.
    Szefowie wytwórni obawiali się jednak krytyki. Spodziewali się, że niewierzący odrzucą film jako naiwną opowieść o dziewczynce, która miała halucynacje. Obawiali się też reakcji katolików, ponieważ odtwórczyni roli Najświętszej Panienki nie była osobą o wyszukanej moralności. Postanowili więc opatrzyć film mottem, mówiącym, że “tym, którzy wierzą w Boga nie są potrzebne żadne wytłumaczenia. A dla tych którzy w Boga nie wierzą, żaden wytłumaczenie nie jest możliwe”.
    Werfel zmarł cztery lata po napisaniu książki, w Beverly Hills.

    Jest też wydana po polsku książka Vittoria Messoriego.
    On z kolei poszedł drogą dziennikarza śledczego i napisał książkę: “Tajemnica Lourdes. Czy Bernadeta nas oszukała?”. Marketingowo dobrze uchwycony temat: czy prosta, uczciwa, pokorna góralka, nie mówiąca nawet po francusku, ale w dialekcie pirenejskim, nas oszukała? To oczywiście prowokacja. Ale książka jest bardzo dobra, analityczna. Dodajmy, że Kościół katolicki dość szybko uznał objawienia św. Bernadety za autentyczne. A w tym roku obchodzimy 90 rocznicę jej kanonizacji.

    Gość Niedzielny

    ks. dr Seweryn Wąsik SJ, dyrektor Domu Rekolekcyjnego św. Józefa w Czechowicach Dziedzicach, rekolekcjonista, kierownik duchowy, teolog duchowości ignacjańskiej, dziennikarz watykański (L’Osservatore Romano, Radio Watykańskie), pedagog. Od lat daje kursy Ćwiczeń duchowych według św. Ignacego Loyoli i kard. Carla Marii Martiniego. Autor serii formacyjnych audiobooków “Elementarz ignacjańskich” i słuchowiska radiowego “Ulmowie z Markowej”.

    __________________________________________________________________________


    Objawienia w Lourdes - gigantyczny dar Pana Boga dla ludzkości - zdjęcie
    fot. © Manuel González Olaecheay Franco via Wikipedia, CC BY-SA 3.0

    ***

    Objawienia w Lourdes – gigantyczny dar Pana Boga dla ludzkości

         Objawienia Matki Bożej w Lourdes w 1858 r. są niezwykle ważnym wydarzeniem historycznym i równocześnie wielkim Bożym darem dla Kościoła oraz całej ludzkości.

         W tym sanktuarium Jezus Chrystus za pośrednictwem swojej Matki, Maryi, nieustannie przemienia serca milionów pielgrzymów przybywających tam każdego roku, uzdrawiając ich dusze i ciała. To właśnie w takich miej scach j ak Lourdes w sposób namacalny odkrywa się prawdę słów Chrystusa: że to, co decyduje o historii ludzkości i wiecznym szczęściu każdego człowieka, jest zakryte przed “mądrymi i roztropnymi” – czyli takimi, którzy nie kierują się logiką wiary, natomiast “zostaje objawione prostaczkom” – czyli ludziom, dla których wiara w Jezusa Chrystusa staje się najcenniejszym skarbem. Kochający Bóg nieustannie do nas apeluje: “Jeżeli nie uwierzycie, nie zrozumiecie” (por. Iz 7, 9). To znaczy: jeżeli nie uwierzycie w istnienie tajemnicy Boga, który stał się prawdziwym człowiekiem w łonie Maryi Dziewicy, zamykacie sobie możliwość poznania prawdy i drogę życia wiecznego.

    Historia objawień

         Święta Bernadetta Soubirous przychodzi na świat 7 stycznia 1844 r. w pobożnej i biednej rodzinie młynarza Franciszka i Ludwiki Soubirous. W 1854 r. z powodu finansowego kryzysu rodzina musi opuścić młyn w Boly i przeprowadzić się do małego, nędznego mieszkania w Lourdes. Ich sytuacja materialna pogarsza się wtedy jeszcze bardziej. Ojciec i matka pracują jako najemni robotnicy. Bernadetta zastępuje ich w domu i opiekuje się młodszym rodzeństwem – siostrą Antosią oraz braćmi Janem-Marią i Justynem. Z tego powodu nie chodzi do szkoły i nie przygotowuje się do Pierwszej Komunii św.

         W 1855 r. epidemia cholery dociera do Lourdes. Umiera wielu ludzi. Zaraża się również jedenastoletnia Bernadetta. Choroba zrujnowała jej delikatny organizm – dziewczynka nabawiła się astmy, a później gruźlicy kości nóg, co stało się przyczyną jej śmierci w trzydziestym czwartym roku życia. Na początku września 1857 r. rodzice wysyłają Bernadettę do rodziny Avarantów w pobliskiej wiosce Bertres, aby pomagała tam w pasieniu owiec.

         Wkrótce podejmuj decyzję o jej powrocie do Lourdes. Bernadetta wraca 21 stycznia 1858 r. i rozpoczyna przygotowanie do Pierwszej Komunii św. oraz naukę w szkole podstawowej, którą prowadziły siostry z Nevers. W krótkim czasie Bernadetta nauczyła się płynnie pisać i czytać. Kiedy wracała ze szkoły, pomagała matce w pracach domowych i opiekowała się młodszym rodzeństwem. Bernadetta wychowywała się w atmosferze prostej i szczerej pobożności swoich rodziców, którzy codziennie modlili się razem z dziećmi. Przejęła od nich skarb żywej wiary i dziecięcego zaufania Bogu.

    Przełomowy dzień

         11 lutego 1858 r. Bernadetta razem z siostrą Antonią i sąsiadką Joanną wybrały się nad rzekę Gave, aby nazbierać suchych gałęzi do palenia w piecu. Kiedy podeszły do groty, nad którą wznosiła się skała, nazywana Massabielle, musiały przeprawić się przez przepływający tam strumień lodowatej wody. Po ściągnięciu butów Bernadetta zdejmowała pończochy, gdy nagle usłyszała dziwny szum wiatru. “Spojrzałam w stronę groty – pisała potem – i zobaczyłam, że z jej wnętrza wypłynął złocisty obłok, a tuż za nim wyszła tak niezwykle piękna Pani, jakiej nigdy w życiu nie widziałam. Miała białą szatę, welon także biały, błękitny pasek i żółte róże na stopach. Od razu popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się i pokazała mi, bym podeszła do Niej, jak gdyby była moją matką. Cały mój strach zniknął, ale wydawało mi się, że straciłam świadomość tego, gdzie jestem. Przecierałam oczy, zamykałam je, otwierałam, lecz Pani wciąż stała na tym samym miejscu, dalej uśmiechając się do mnie – aż zrozumiałam, że to wszystko nie jest złudzeniem. Nie myśląc o tym, co robię, wzięłam w ręce swój różaniec i uklękłam. Pani skinęła głową na znak aprobaty i sama także wzięła do rąk różaniec, który miała przewieszony przez prawe ramię. Kiedy chciałam zacząć odmawiać różaniec i próbowałam podnieść dłoń do czoła, rękę miałam jakby sparaliżowaną – i dopiero kiedy Pani się przeżegnała, ja mogłam zrobić to samo. Jednak modliłam się sama, a Pani tylko przesuwała paciorki różańca w palcach, nie mówiąc nic. Dopiero na końcu każdej dziesiątki różańca odmawiała ze mną Chwała Ojcu… Kiedy skończyłam, dała mi znak, abym się do niej zbliżyła, ale się nie ośmieliłam. Wtedy nagle znikła”.

         Kiedy dziewczynki zobaczyły klęczącą Bernadettę, zaczęły się z niej wyśmiewać, mówiąc, że jest głupią dewotką. Jednak po chwili zrozumiały, że coś musiało się stać, i dlatego uporczywie dopytywały się swej koleżanki, co to było. Początkowo Bernadetta nic im nie chciała powiedzieć, ale w końcu uległa; opowiedziała swym towarzyszkom o ukazaniu się tajemniczej Pani, prosząc je o zachowanie całkowitej tajemnicy. Jednak po powrocie do domu dziewczynki szybko wszystko wypaplały, a Bernadetta musiała w szczegółach opowiedzieć matce o swym tajemniczym widzeniu. Matka skrzyczała ją za to, twierdząc, że są to tylko przywidzenia, i zakazała jej chodzenia do groty.

    “Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie”…

         Spotkanie z tajemniczą piękną Panią, która wyglądała na młodą dziewczynę w wieku szesnastu lub siedemnastu lat, było dla Bernadetty tak wielkim przeżyciem, że od tamtej pory odczuwała wewnętrzne przynaglenie, aby jak najszybciej iść do groty na kolejne widzenie. Matka jednak kategorycznie zabraniała jej tego. Dopiero w niedzielę 14 lutego po Mszy św. uległa usilnym prośbom córki i wyraziła zgodę. Bernadetta razem z dwiema koleżankami natychmiast wyruszyły do groty Messabielle. Były uzbrojone w różańce oraz w butelkę ze święconą wodą. Chciały tajemniczą postać pokropić wodą święconą i w ten sposób sprawdzić, czy nie jest to przypadkiem jakaś pułapka złego ducha. Po drodze przyłączyły się do nich jeszcze inne dziewczynki. Bernadetta doszła pierwsza do groty i od razu uklękła do modlitwy różańcowej. “Zaledwie skończyłam pierwszy dziesiątek – pisze – ujrzałam tę samą Panią. Natychmiast zaczęłam kropić ją wodą święconą, mówiąc, aby została, jeśli przychodzi od Boga, a jeśli nie – aby odeszła. Równocześnie przyspieszyłam kropienie wodą. Pani uśmiechnęła się do mnie i pochyliła głowę. Im więcej kropiłam, tym bardziej uśmiechała się i potakiwała głową. (…) Kiedy skończyłam różaniec, postać znikła”. Trzeba podkreślić fakt, że tylko sama Bernadetta widziała objawiającą się Postać. W czasie widzenia była w ekstazie, cała pochłonięta tym, co widzi, jakby oderwana od rzeczywistości, ze wzrokiem utkwionym w jeden punkt.

         Po powrocie do domu Bernadetta usłyszała od matki, że już nigdy nie będzie jej wolno pójść do groty Massabielle. Wpływowa i bogata mieszkanka Lourdes, pani Peyret, trawiona wielką ciekawością, wymogła jednak na matce Bernadetty, aby ta zgodziła się na pójście swej córki na miejsce objawień. 18 lutego, w piątek, po porannej Mszy św. Bernadetta razem z paniami Peyret i Millet wyruszyły do Massabielle. Piękna Pani ponownie objawiła się i prosiła widzącą: “Czy będziesz uprzejma przychodzić tu przez piętnaście dni?”. Dziewczynka odpowiedziała, że z radością spełni Jej prośbę – i wtedy usłyszała: “Nie obiecuję ci szczęścia na tym świecie, lecz w innym”.

         W czasie czwartego i piątego objawienia (19 i 20 lutego) Bernadetcie towarzyszyła dosyć duża gromadka ludzi. 20 lutego Maryja nauczyła ją modlitwy, którą Bernadetta odmawiała codziennie przez całe życie, ale jej tekstu nikomu nie przekazała. Podczas szóstego objawienia (21 lutego) Matka Boża prosiła o modlitwę za grzeszników. Wtedy też niewierzący lekarz, dr Dozous, chciał “zdemaskować oszustwo” – i dlatego postanowił zbadać dziewczynkę podczas ekstazy. Został głęboko poruszony jej zachowaniem i doświadczył obecności wielkiej tajemnicy. Od tego momentu rozpoczął się proces jego nawracania się. W swoim oświadczeniu dr Dozous stwierdził, że podczas ekstazy twarz Bernadetty stawała się nieziemsko piękna. Oznaczało to, że dziewczynka nawiązywała z kimś autentyczny kontakt. Podczas swych widzeń miała regularny puls, swobodny oddech i absolutnie nic nie wskazywało na jej nerwowe podniecenie.

    Wezwanie do pokuty i nawrócenia

         Ponieważ coraz więcej ludzi zaczęło przybywać na miejsce objawień, władze bardzo się zaniepokoiły i próbowały przez zastraszanie i przesłuchania zabronić Bernadetcie przychodzenia do groty. Podczas siódmego objawienia (23 lutego) Maryja przekazała dziewczynce “trzy tajemnice” – dotyczące wyłącznie jej osoby – których Bernadetta nigdy nikomu nie wyjawiła. Matka Boża prosiła ją też o przekazanie księdzu proboszczowi prośby, aby wybudował kaplicę w miejscu objawień. Ksiądz Peyramale nie wierzył jednak w prawdziwość objawień i dlatego poprosił o czytelny znak – aby Bernadetta zapytała piękną Panią, jakie ma imię, gdyż on, jak powiedział, nie ma zwyczaju wierzyć tajemniczym nieznajomym. A jeśli zjawa nie powie, kim jest, to będzie wg niego oznaczało, że jest oszustką albo że Bernadetta ma halucynacje.

         Podczas ósmego objawienia Matka Boża przekazała orędzie wzywające do pokuty i nawrócenia oraz do modlitwy o nawrócenie grzeszników. Mówiła: “Pokutujcie i módlcie się do Boga o nawrócenie grzeszników”. Następnego dnia (25 lutego) Maryja wskazała Bernadetcie miejsce na ziemi w grocie i kazała jej “napić się z tego zdroju, a potem się w nim obmyć”. A ponieważ nie było tam żadnego źródła, zaskoczona dziewczynka zaczęła rozgrzebywac ziemię i po chwili zauważyła wypływającą wodę. Nabrała więc dłońmi mulistej cieczy, napiła się jej, a następnie obmyła nią twarz, przez co pobrudziła ją sobie całą błotem. Wkrótce z tego miejsca zaczął płynąć wartki strumień krystalicznej wody. Wiadomość o źródle, które wytrysnęło w grocie, szybko rozeszła się po okolicy. Woda z tego źródła stała się znakiem uzdrawiającej łaski Bożej. Świadczą o tym tysiące uzdrowień niewytłumaczalnych z naukowego punktu widzenia.

    Pierwsze cudowne uzdrowienia

         Następnego dnia Maryja nie objawiła się Bernadetcie, za to przy grocie wydarzył się pierwszy cud. Kamieniarz Luis Bouriette od dwudziestu lat nie widział na prawe oko, które zostało mu wybite podczas wypadku przy pracy. Żarliwie modlił się przed grotą Massabielle i kilkakrotnie przemył oczy wodą ze źródła. Wtedy stał się cud: jego prawe oko zostało na nowo stworzone, a Luis odzyskał zdolność widzenia.

         Drugie cudowne uzdrowienie nastąpiło 1 marca. Katarzyna Latapie po ciężkim wypadku i skomplikowanym złamaniu nie mogła otworzyć dłoni. Po modlitwie i zanurzeniu dłoni w źródle jej ręka powróciła do stanu przed wypadkiem.

         Woda ze źródła w grocie Massabielle stała się znakiem Bożego działania. W pobliżu pobudowano specjalne baseny, w których każdego roku, po modlitwie, zanurza się setki tysięcy chorych. Następują tam wtedy cudowne uzdrowienia fizyczne i duchowe. Badania wykazały, że jest to normalna woda, że nie ma ona żadnych właściwości antyseptycznych czy antybakteryjnych. Nie stwierdzono jednak żadnego przypadku zakażenia czy zachorowania przez kąpiel albo picie zanieczyszczonej wody z tych basenów, w których wcześniej zanurzono tysiące ludzi cierpiących na różne choroby. Jest to dla nauki wielka lekcja pokory wobec Bożej strategii działania, które wymyka się wszelkim laboratoryjnym badaniom i analizom. Nie jest to jakaś woda “magiczna”, ale zanurzenie się w niej, napicie się jej czy obmycie się nią ma być znakiem nawrócenia, zerwania z grzechem, całkowitego zawierzenia Bogu i pojednania się z Nim oraz gotowości pełnienia Jego woli. Wtedy woda z Lourdes staje się znakiem, poprzez który Bóg dokonuje uzdrowień fizycznych i duchowych.

         Podczas objawień 27 lutego przed grotą zgromadziło się około 1000 ludzi. Z każdym dniem było ich coraz więcej. 3 marca zebrało się około 4000 osób, a 4 marca było ich już blisko 8000. Wśród nich znajdowali się dziennikarze lokalnych czasopism, w których niezadługo ukazały się artykuły pełne kpin i ironii. Teksty te stały się głównym źródłem informacji dla dzienników z Paryża i innych wielkich miast francuskich. Tylko artykuły Romana Capdevielle’a, znakomitego redaktora Memoriał des Pyrenees, przedstawiały w sposób bezstronny, wyważony oraz obiektywny fakty z groty Massabielle.

         Tego samego dnia, po skończonym objawieniu przy grocie, Bernadetta wracała do domu. Przy drodze spotkała niewidomą dziewczynę, Eugenię Troy, dotkniętą nowotworem rakowatym oczu, którą serdecznie uściskała i ucałowała, a następnie poprosiła ją, aby obmyła się wodą ze źródła z groty Massabielle. Kiedy Eugenia to uczyniła, została natychmiast uzdrowiona. Wieść o tym cudzie rozeszła się naokoło lotem błyskawicy.

    “Jestem Niepokalanym Poczęciem”

         W święto Zwiastowania, 25 marca, w nocy Bernadetta czuje nagle silne wewnętrzne przynaglenie, dlatego już o godzinie 5 rano udaje się do groty, razem ze swoimi rodzicami. Było jeszcze ciemno i panowała głęboka cisza, ale w miejscu objawień zgromadziła się już duża grupa ludzi, a wśród nich komisarz Jacomet. W czasie modlitwy różańcowej Bernadetcie objawia się piękna Pani. Podczas wcześniejszych objawień dziewczynka wielokrotnie pytała Ją o imię, ale w odpowiedzi otrzymywała tylko uśmiech. Tym razem ponownie zapytała zjawę, kim jest, i wtedy otrzymała długo oczekiwaną odpowiedź: “Jestem Niepokalanym Poczęciem”. Bernadetta była zaskoczona tą odpowiedzią, gdyż nie wiedziała, co znaczy to dziwne imię “Niepokalanie Poczęta”, tym bardziej że nigdy o nim nie słyszała. Nie zdążyła się już jednak o nic więcej zapytać, ponieważ śliczna Pani zniknęła.

         Bernadetta szybko pobiegła do proboszcza Peyramale’a, aby przekazać mu to dziwne imię. Aby go nie zapomnieć, w drodze ciągle powtarzała: “Niepokalanie Poczęta”. Bernadetta nie wiedziała, że 8 grudnia 1854 r. w Bazylice Watykańskiej został uroczyście ogłoszony przez papieża Piusa IX dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryii Panny. Kiedy proboszcz usłyszał z ust Bernadetty imię “Niepokalanie Poczęta”, z wrażenia aż zaniemówił. Zrozumiał bowiem, że Maryja użyła teologicznie doskonałej formuły, która potwierdzała dogmat ogłoszony cztery lata wcześniej. Maryja jest Niepokalanie Poczętą, ponieważ od momentu swego poczęcia została zachowana od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, po to by mogła wypełnić misję Matki Zbawiciela. Dopiero wtedy proboszcz zrozumiał, że ma do czynienia z rzeczywistymi objawieniami Matki Bożej, a ta czternastoletnia dziewczynka, w swojej prostocie i niewiedzy, stała się przekazicielką orędzia Niepokalanej Pani dla całego świata. Widzenie 25 marca było przełomowe dla Bernadetty, gdyż dopiero wtedy dziewczynka zrozumiała, że ta piękna Pani, która się jej objawia, to Matka Boża, a nie jakaś dusza czyśćcowa czy też halucynacja, jak to niektórzy próbowali jej sugerować.

    Dwa ostatnie objawienia

         7 kwietnia miało miejsce siedemnaste objawienie. Podczas ekstazy Bernadetta nieświadomie przesunęła swą prawą dłoń nad palący się płomień świecy, którą trzymała w lewej ręce. Przez blisko kwadrans płomień przenikał jej przez palce, a mimo to dziewczynka nic nie czuła; na jej dłoni nie pozostał najmniejszy znak oparzenia. Obserwował to wszystko wspomniany wyżej dr Dozous, który po skończonej ekstazie Bernadetty przeprowadził na niej eksperyment: wziął drugą zapaloną świecę i dotknął nią ręki dziewczynki, która natychmiast krzyknęła z bólu i z oburzeniem powiedziała: “Pan mnie parzy!”. Dla dra Dozousa stało się wówczas oczywiste, że ma do czynienia z faktem nadprzyrodzonym, co definitywnie przekonało go o prawdziwości objawień.

         A przy grocie dokonywały się kolejne cudowne uzdrowienia – choćby takie jak to z 2 maja, kiedy to zrozpaczona matka przez 15 minut zanurzała w cudownym źródle swojego umierającego 18-miesięcznego synka. Już następnego dnia dziecko wróciło do pełni zdrowia.

         Nadzwyczajne uzdrowienia zaczęły przyciągać na miejsce objawień tysiące ludzi. Władze chciały jednak za wszelką cenę zatrzymać narastającą falę pielgrzymek i dlatego zamknęły dostęp do groty. Decyzją mera miasta stała się ona nielegalnym miejscem kultu religijnego. Nie poparł jednakże tego zarządzenia biskup i ludzie nadal tłumnie przybywali do Massabielle. Ponadto pielgrzymi zaczęli pisać petycje do ministra do spraw wyznań o odwołanie zarządzenia prefekta. Prócz tego mimo ponawianych gróźb ze strony władz ludzie kilkakrotnie zburzyli ogrodzenie broniące dostępu do groty. Wiele osób zostało z tego powodu osądzonych i skazanych lub ukaranych mandatami. Bernadetta w ogóle nie angażuje się w narastający konflikt pomiędzy ludźmi i władzą.

         Postawa władz radykalnie się zmieniła dopiero w końcu września 1858 r. Wówczas to cesarz Napoleon III, po cudownym uzdrowieniu swojego syna, nakazał otworzenie pielgrzymom dostępu do groty. Jego dziecko wyzdrowiało po napiciu się wody z cudownego źródła i spożyciu ziół pochodzących z Massabielle.

         Tymczasem z powodu pogarszającego się stanu zdrowia Bernadetta zostaje wysłana 8 maja na dwutygodniowe leczenie do pobliskiego sanatorium w Cauterets. Z wielkim utęsknieniem czekała i przygotowywała się na przyjęcie Pierwszej Komunii Świętej w dniu 12 czerwca 1858 r. Od tamtej chwili przyjmowanie Jezusa w Komunii św. stało się dla niej najważniejszym wydarzeniem i największym źródłem duchowej mocy. 16 lipca 1858 r., w święto Matki Boskiej z góry Karmel, po przyjęciu Komunii św. Bernadetta czuje wewnętrzne przynaglenie, aby udać się do groty na spotkanie z Niepokalaną Dziewicą. Dotarła tam tuż przed zachodem słońca. Podczas modlitwy różańcowej Matka Boża objawiła się jej po raz ostatni. Bernadetta mówiła, że Maryja wtedy milczała i że była piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

         Warto w tym miejscu odnotować znamienny fakt, że w czasie objawień, od 11 lutego do 16 lipca 1858 r., nie odnotowano w rejonie Lourdes żadnych przestępstw i nikt nie został w tym okresie skazany na karę więzienia.

    Epilog

         Objawienia Matki Bożej w Lourdes potwierdziły, że nauczanie Kościoła jest prawdą pochodzącą od Boga. 28 lipca 1858 r. ordynariusz Tarbes, bp Laurence, powołał komisję kanoniczną do zbadania prawdziwości objawień. Wielokrotnie przesłuchiwała ona Bemadettę i innych świadków, a także szczegółowo badała wszystkie przypadki cudownych uzdrowień. Po przyjęciu wyników prac komisji, 18 stycznia 1862 r., biskup Laurence wydał dekret uznający nadprzyrodzony charakter objawień w Lourdes. Czytamy w nim: “Uważamy za pewne, że Maryja Niepokalana, Matka Boża, rzeczywiście ukazała się Bernadecie Soubirous 11 lutego 1858 r. i w dniach następnych osiemnaście razy w Grocie Massabielskiej, na peryferiach Lourdes, i że wszystkie te objawienia były prawdziwe. Wierni zatem mogą w nie wierzyć”.

         W roku 1866 Bernadetta wstąpiła do zakonu sióstr miłosierdzia w Nevers i pozostała tam aż do swojej śmierci 16 kwietnia 1879 r. Lourdes tymczasem stało się jednym z największych sanktuariów w świecie. Obecnie każdego roku przybywa tam około 5 milionów pielgrzymów, aby prosić Maryję o uzdrowienie duszy i ciała. Sługa Boży Jan Paweł II dwukrotnie pielgrzymował do tego sanktuarium. Jego druga wizyta w Lourdes była zarazem jego ostatnią podróżą zagraniczną. Papież wypowiedział wtedy znamienne słowa: “Oto dotarłem do kresu mojej pielgrzymki”…



    ks. Andrzej Trojanowski TChr/Miesięcznik Miłujcie się!

    ______________________________________________________________________________________

    „Jam jest Niepokalane Poczęcie”

    Przesłanie z Lourdes zapowiedzią zwycięstwa Maryi

    (GS/PCh24.pl)

    ***

    Nie można myśleć o Niepokalanej Dziewicy, nie pamiętając jednocześnie o wężu, którego głowę zmiażdżyła Ona stopą w sposób triumfujący i ostateczny. Antychrześcijański duch rewolucyjny jest samym duchem szatana i niemożliwą byłoby rzeczą, aby osoba wierząca nie uznała udziału jaki ma szatan w pojawieniu się i szerzeniu destrukcyjnych błędów, począwszy od katastrofy religijnej wieku XVI (pseudo-reformacja) aż do katastrofy politycznej wieku XVIII (Rewolucja Francuska) i tego wszystkiego co nastąpiło później.

    11 lutego przypada rocznica pierwszego objawienia Matki Bożej w Lourdes. Fakt ten, w ogólnym zarysie, znany jest niemal każdemu. W 1854 r. wielki papież bł. Pius IX bullą Ineffabilis ogłosił Niepokalane Poczęcie Matki Bożej dogmatem wiary katolickiej. W 1858 r. między 11 lutego a 16 lipca Matka Boska ukazała się w Lourdes osiemnaście razy prostej dziewczynie z ludu Bernadetcie Soubirous, określając siebie mianem Niepokalanego Poczęcia. Od tej chwili miały miejsce rozliczne cuda. A cudowność Lourdes zaczęła jaśnieć niezwykłym światłem w oczach całego świata aż do dzisiejszych czasów. Cud potwierdzający dogmat, oto w skrócie związek pomiędzy wydarzeniami z 1854 i 1858 r.

    XIX wiek: problemy takie same jak dziś 

    Tymczasem mniej znany jest związek tych dwóch faktów z problemami połowy wieku XIX, tak odmiennymi od dzisiejszych, ale jednocześnie wykazującymi tak wiele podobieństw. Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu przez papieża bł. Piusa IX wywołało w całym cywilizowanym świecie głęboki wydźwięk. U większości wiernych, ogłoszenie dogmatu wzbudziło ogromny entuzjazm. Widok Namiestnika Jezusa Chrystusa wywyższonego w majestacie swojej władzy, by ogłosić dogmat w pełni wieku XIX, był niczym oglądanie wyniosłego wyzwania rzuconego triumfującemu sceptycyzmowi, który już wówczas zżerał od środka cywilizację zachodnią.

    Liberalizm: plaga XIX wieku

    W dodatku dogmat ten był dogmatem maryjnym. Jako, że liberalizm, inna plaga XIX wieku, zmierza z samej swojej natury do wielowyznaniowości, czyli afirmacji tego wszystkiego co różne religie mają wspólnego (co w ostateczności ogranicza się do nieokreślonego deizmu), i do niedoceniania, jeśli nie do formalnego odrzucenia tego wszystkiego co je dzieli. W ten sposób proklamacja nowego dogmatu maryjnego – dokładnie tak jak stało się to w niektórych środowiskach z ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu (rok 1950) – przedstawiała się ukrytym albo zdeklarowanym wielowyznaniowcom z 1854 jako poważna i nieoczekiwana bariera w realizacji ich zamierzeń.

    Dogmat o Niepokalanym Poczęciu dogłębnie uderzył w egalitarną mentalność

    Jednak do tego wszystkiego nowy dogmat, sam w sobie uderzał dogłębnie w mentalność egalitarną, która począwszy od 1789 r. (Rewolucji Francuskiej), despotycznie panowała na Zachodzie. Widok stworzenia wywyższonego w taki sposób ponad wszystkie inne, na mocy specjalnego przywileju, udzielonego w pierwszych chwilach Jej istnienia, jest czymś co nie mogło i nie może przestać boleć spadkobierców rewolucji, która proklamowała absolutną równość między ludźmi jako podstawę wszelkiego porządku, wszelkiej sprawiedliwości i wszelkiego dobra. Niekatolików, a także katolików mniej lub bardziej skażonych duchem 1789 r., bolało zaakceptowanie faktu, że Bóg powołał, a następnie tak niezwykle wyróżnił wśród stworzenia, tylko jeden byt – Maryję, podkreślając w ten szczególny sposób jego wyższość. I wreszcie sama natura przywileju jest czymś nieznośnym dla liberałów. Jeżeli ktoś dopuści istnienie grzechu pierworodnego z całym szeregiem ułomności duszy i nędzy ciała, które on przyniósł, musi zaakceptować, że człowiek potrzebuje autorytetu, któremu powinien być podporządkowany.

    Niepokalana Dziewica zmiażdżyła głowę węża 

    Nie można myśleć o Niepokalanej Dziewicy, nie pamiętając jednocześnie o wężu, którego głowę zmiażdżyła Ona stopą w sposób triumfujący i ostateczny. Antychrześcijański duch rewolucyjny jest samym duchem szatana i niemożliwą byłoby rzeczą, aby osoba wierząca nie uznała udziału jaki ma szatan w pojawieniu się i szerzeniu destrukcyjnych błędów, począwszy od katastrofy religijnej wieku XVI (pseudo-reformacja) aż do katastrofy politycznej wieku XVIII (Rewolucja Francuska) i tego wszystkiego co nastąpiło później. Jednocześnie oglądanie tak potwierdzonego triumfu swojej największej i niezmiennie nieugiętej nieprzyjaciółki było dla władcy ciemności najgorszym z upokorzeń. Stąd ten koncert głosów ludzkich i szatańskich ryków rozlegający się na całym świecie, podobny do ogromnej i gwałtownej burzy. Widok nieustraszonej i majestatycznej postaci Chrystusowego Namiestnika, pozbawionej wszystkich ziemskich środków i opartej jedynie na pomocy z Nieba, stającego wobec tej nawałnicy namiętności, groźnej nienawiści i wściekłej rozpaczy, był dla prawdziwych katolików źródłem takiej radości, jaką zapewne odczuwali apostołowie na widok postaci Zbawiciela, unoszącej się nad Jeziorem Genezaret, władczo rozkazującej wiatrowi i wodzie: „Venti et mare oboediunt ei”) (Wichry i jeziora są Mu posłuszne”) (Mt 8,27).

    Początek upadku antychrześcijańskiej utopii

    Tak jak w obliczu hord Hunów wszyscy dowódcy i namiestnicy Cesarstwa Rzymskiego pozwolili się pokonać lub musieli ratować się ucieczką, tak również w obliczu anty-chrześcijańskiej rewolucji, wielu z tych, którzy w doczesnym społeczeństwie mieli bronić Kościoła i cywilizacji chrześcijańskiej znajdowało się w stanie godnej pożałowania klęski. W tej sytuacji, ze szlachetnym wyczuciem powagi chwili, bł. Pius IX, jak św. Leon Wielki, był jedynym, który stawił opór przeciwnikowi i narzucił mu odwrót. Odwrót? Stwierdzenie wydaje się nazbyt śmiałe. Tymczasem nic bardziej prawdziwego. Począwszy od 1854 r. antychrześcijańska rewolucja zaczęła ponosić wielkie klęski. Oczywiście, zarówno pozornie jak i w rzeczywistości nadal poszerzała ona swoje panowanie nad światem. Egalitaryzm, zmysłowość, sceptycyzm odnosiły zwycięstwa coraz bardziej radykalne i o coraz większym zasięgu. Ale oto pojawiło się „coś” nowego. I to „coś”, będąc czymś skromnym, przygaszonym i niepozornym, ze swojej strony rosło niepowstrzymanie, by wreszcie zadać ostateczny cios rewolucji.

    Kościół stoi w centrum historii 

    Aby dobrze zrozumieć ten fundamentalny punkt należy uzmysłowić sobie rolę Kościoła w historii i kult Matki Bożej w Kościele. Kościół jest, w planach Boga, centrum historii. Jest on Mistyczną Oblubienicą Chrystusa, którą kocha On miłością jedyną i doskonałą i której zechciał podporządkować wszystkie stworzenia. Rzeczą oczywistą jest, że Oblubieniec nigdy nie opuszcza Oblubienicy i że dba on w najwyższym stopniu o Jej chwałę. Tak więc dopóki wierni dotrzymują wierności Naszemu Panu Jezusowi Chrystusowi, Kościół nie ma się czego obawiać. Nawet największe prześladowania przyczynią się do jego chwały. A zaszczyty i największe nawet powodzenie nie osłabią w wiernych poczucia obowiązku i miłości do Krzyża. To w sferze duchowej. Z drugiej strony, w sferze doczesnej, jeśli ludzie otworzyliby swoje dusze na wpływ Kościoła, zostanie im udostępniona droga do wszelkich powodzeń, pomyślności i wielkości. I odwrotnie, jeśli go porzucą, znajdą się na ścieżce katastrof i plag duchowych. Dla ludu, który raz znalazł się w kręgu Kościoła, istnieje jeden tylko normalny porządek rzeczy, którym jest cywilizacja chrześcijańska. A cywilizacja ta, przewyższająca wszystkie inne, bierze swój żywotny początek z Religii Katolickiej.

    Warunki rozkwitu Kościoła

    Jeśli chodzi o Kościół, istnieją dla niego trzy istotne warunki rozkwitu. Przede wszystkim szczególna cześć dla Najświętszego Sakramentu. Chrystus Pan obecny w Przenajświętszym Sakramencie jest słońcem Kościoła. Od niego pochodzą wszelkie dane nam łaski. Lecz łaski te muszą przejść przez Maryję. Bowiem Ona jest powszechną Pośredniczką, przez Którą idziemy do Jezusa, i przez Którą Jezus przychodzi do nas. Intensywny, światły i synowski kult maryjny jest przeto drugim warunkiem dla rozkwitu cnoty. Gdy Chrystus Pan, jest obecny w Przenajświętszym Sakramencie, lecz nie przemawia do nas, Jego głos usłyszeć możemy poprzez Ojca Świętego. Stąd posłuszeństwo względem następcy św. Piotra jest właściwym i logicznym owocem czci oddawanej Świętej Eucharystii i Matce Najświętszej. Gdy zatem spełnione są te trzy warunki, Kościół triumfuje. A gdy, przeciwnie, są przez ludzi zaniedbywane lub odrzucane, to prędzej czy później cywilizacja chrześcijańska podupada.

    Lourdes, głośne potwierdzenie dogmatu

    Lecz, aby obdarzyć większą chwałą swoją Matkę, Chrystus Pan uczynił jeszcze więcej. W Lourdes, jako głośne potwierdzenie dogmatu, uczynił to czego nigdy wcześniej nie widziano: ustanowił na świecie stale powtarzający się cud. Do tamtej pory cuda zdarzały się w Kościele sporadycznie. Lecz potwierdzone naukowo uzdrowienia w Lourdes (pochodzenia jak najbardziej nadprzyrodzonego) mają miejsce od 1858 roku i są niczym nieprzerwany strumień dobra w obliczu demoralizacji naszych czasów.

    Nieomylność papieża

    Z tego żarzącego się paleniska wiary, wznieconego ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu, powstało ogromne pragnienie. Najlepsze, najbardziej uczone i uprawnione elementy Kościoła pragnęły proklamacji dogmatu o nieomylności papieża. Bardziej niż ktokolwiek pragnął tego wielki bł. Pius IX. I dzięki ogłoszeniu tego dogmatu światu dany został rodzaj czci jaką otaczany jest Papież, co stanowiło nową klęskę dla bezbożności.

    Święta Eucharystia 

    Wreszcie nastąpił pontyfikat Świętego Piusa X, a wraz z nim zachęcanie wiernych do częstej, a nawet codziennej komunii, a także do komunii dzieci. Era wielkich eucharystycznych triumfów zaczęła błyszczeć jasnym płomieniem dla całego Kościoła. Przy tym wszystkim, jansenistyczna atmosfera została usunięta ze środowisk katolickich. Rozwijającym się ruchom modernistycznym, a później neomodernistycznym nie udało się unicestwić wielkich zwycięstw, które Kościół odnosił w walce ze swoimi wewnętrznymi wrogami.

    Wielki triumf i rozgoryczenie 

    Lecz można by zapytać co z tego wynikło dla walki Kościoła z jego wrogami zewnętrznymi? Czyż nie można powiedzieć, że wróg jest silniejszy niż kiedykolwiek, że zbliżamy się do tej epoki, wyśnionej przed wiekami przez oświeceniowych filozofów, brutalnego i całkowitego naukowego naturalizmu, zdominowanego przez materialistyczną technikę; powszechną republikę egalitarną, z której wymiecione zostaną wszelkie pozostałości nadprzyrodzonej religii? Czyż nie mamy przed oczami komunizmu, nie widzimy niebezpiecznego błądzenia samego społeczeństwa zachodniego, pozornie antykomunistycznego, lecz w rzeczywistości również zmierzającego do zrealizowania tego „ideału”?

    Cały świat jęczy w ciemnościach i w bólu 

    Tak. Bliskość tego niebezpieczeństwa jest nawet większa niż się powszechnie sądzi. Lecz nikt nie zważa na fakt o pierwszorzędnym znaczeniu. A w miarę jak dokonuje się przemiana świata zmierzająca do realizacji tego zgubnego zamiaru, opanowuje go głęboki niepokój. Jest to niepokój często nieuświadomiony, który jawi się jako coś nieokreślonego i wypełnionego pustką nawet kiedy jest świadomy. Jednak jego istnienia nikt nie odważy się zakwestionować. Można by powiedzieć, że cała ludzkość doznaje gwałtu, że przemocą dopasowuje się ją do wzoru sprzecznego z jej naturą i że wszystkie jej zdrowe tkanki kurczą się i stawiają opór. Lecz w końcu, odkąd zaczął się w wieku XV upadek cywilizacji chrześcijańskiej, cały świat jęczy w ciemnościach i bólu, dokładnie jak ten syn marnotrawny, gdy doszedł do granic poniżenia i nędzy z dala od domu ojca. W tej samej chwili, gdy niegodziwość zdaje się triumfować, jest w tym pozornym zwycięstwie coś z frustracji. Doświadczenie uczy nas, że to z takiego niezadowolenia rodzą się wielkie niespodzianki historii. W miarę jak tkanki kurczą się coraz bardziej, zwiększa się niepokój. Któż powiedziałby, że wspaniałe niespodzianki mogą brać początek właśnie stąd? Na krańcach grzechu i bólu znajduje się dla grzesznika bardzo często godzina Bożego Miłosierdzia… Otóż ten zdrowy i obiecujący niepokój jest owocem odrodzenia tkanki katolickiej wraz z wielkimi wydarzeniami, które wyżej wymieniłem. Tego odrodzenia, które odbiło się pozytywnie na tym, co jeszcze zachowało resztki życia i świętości we wszystkich sferach kultury tego świata.

    Wielki moment w dziejach 

    Był przeto wielki moment w życiu syna marnotrawnego, ten w którym jego duch pogrążony w ciemności grzechu dostąpił nowego światła, a jego wola nabrała nowych sił. Dotknięty łaską, znalazł się, bardziej świadomy niż kiedykolwiek, na rozdrożu: albo żałować i wrócić, albo trwać w błędzie i przyjąć jego konsekwencje aż do najbardziej tragicznego końca. Dobro jakie zasiało w nim prawe wychowanie, jak gdyby odradzało się cudownie w tej opatrznościowej chwili. Jednocześnie, z drugiej strony, tyrania złych przyzwyczajeń utwierdzała się w nim być może mocniej niż kiedykolwiek. Stoczyła się w nim wewnętrzna walka. I wybrał dobro. Resztę opowieści znamy z Ewangelii. Czy nie zbliżamy się przypadkiem do tej chwili? Czy wszystkie łaski nagromadzone dla grzesznej ludzkości poprzez ten rozwój głębokiej czci oddawanej Świętej Eucharystii, Matce Bożej i wierności papieżowi nie przyniosą wielkiego nawrócenia, właśnie w tragicznej sytuacji apokaliptycznego kryzysu, który zdaje się być nieunikniony?

    Nauka Lourdes

    Przyszłość zna jedynie Bóg. My, ludzie możemy jedynie domyślać się jej wedle reguł prawdopodobieństwa. Żyjemy w straszliwych czasach kar. Lecz czasy te mogą jednocześnie być zadziwiającymi czasami miłosierdzia. Jednak pod warunkiem, że zwrócimy oczy ku Maryi, Gwieździe Morza, która prowadzi nas poprzez burze. W ciągu stu lat, kierując się współczuciem dla grzesznej ludzkości, Matka Boska uczyniła dla nas najwspanialsze cuda. Czy to współczucie zgasło? Czy akty miłosierdzia Najlepszej z matek mogą mieć swój kres? Któż śmiałby tak uważać? Gdyby ktoś miał wątpliwości, Lourdes posłużyć tu może jako lekcja zaufania. Matka Boża na pewno przyjdzie nam z pomocą.

    Lourdes i Fatima

    Na pewno przyjdzie z pomocą. Jest to wyrażenie częściowo prawdziwe, a częściowo fałszywe. Gdyż w rzeczywistości Ona już zaczęła nam pomagać. Zdefiniowanie dogmatów o Niepokalanym Poczęciu i papieskiej nieomylności, odnowienie pobożności związanej z Eucharystią, ma swoje następstwa w epokowych wydarzeniach maryjnych za pontyfikatów, które nastąpiły po św. Piusie X. Matka Boża ukazała się w Fatimie za pontyfikatu Benedykta XV. Dokładnie w dniu, w którym Pius XII został wyświęcony na biskupa, 13 maja 1917 r. miało miejsce pierwsze objawienie. Za Piusa XI, orędzie fatimskie powoli i pewnie rozprzestrzeniało się po całym świecie. Przy tej samej okazji 75. rocznica objawień w Lourdes była świętowana z niepospolitą radością przez papieża, który oddelegował ówczesnego kardynała Pacellego, aby go reprezentował w czasie tych uroczystości. Pontyfikat Piusa XII został unieśmiertelniony przez ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu i Ukoronowaniu Matki Bożej jako Królowej Świata. W czasie jego pontyfikatu, kardynał Masella ukoronował w imieniu papieża wizerunek Maryi Panny w Fatimie. Są to jedne z licznych świateł, które stanowią świetlistą linię, łączącą grotę Massabielle i Cova da Iria.

    Królestwo Niepokalanego Serca Maryi

    Matka Boża w tych objawieniach doskonale nakreśliła alternatywę: albo się nawrócimy, albo nadejdzie straszliwa kara. Lecz w końcu Królowanie Niepokalanego Serca zapanuje na świecie. Innymi słowy, tak czy inaczej, przy większych lub mniejszych cierpieniach ludzi, Serce Maryi zatriumfuje. Oznacza to, że zgodnie z orędziem fatimskim, dni panowania bezbożności są policzone. Ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu oznacza początek ciągu wydarzeń, które doprowadzą do Królestwa Maryi.

    Plinio Correa de Oliveira – Catolicismo (nr 86, luty 1958)
    Oprac. Sławomir Olejniczak

    Artykuł pochodzi z pisma „Przymierze z Maryją” styczeń-luty 2004/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 LUTEGO 2023

    „Cierpienie jest tajemnicą Bożej pedagogiki”

    Ks. Marciniec: w procesie wychowania czasami są potrzebne gorzkie lekarstwa

    GS/PCh24.pl

    ***

    – Jeśli wmówimy sobie, że zdrowie i dobre samopoczucie są najważniejsze, to wtedy, kiedy się one skończą, nic nie będzie mieć sensu. Człowiek może żyć nieustannie w leku, bo boi się umierania – nie tylko tego ostatecznego, ale i egzystencjalnego: szef jest męczący i to mnie zabija, żona ma wady i to też mnie zabija, dzieci nie są takie zdolne, jak bym chciał, i tak powoli umieram. Człowiek żyje w lęku, w pewnej niewoli – mówi w rozmowie z tygodnikiem „Niedziela” ks. Jacek Marciniec, duszpasterz osób chorych i niepełnosprawnych.

    Kapłan przywołuje fragment Listu do Hebrajczyków, w którym czytamy, że Jezus przyszedł uwolnić wszystkich tych, którzy przez całe życie wskutek bojaźni śmierci byli podlegli niewoli. – To znaczy, że chce on nas wyzwolić z takiego patrzenia, że umieramy i nic dobrego nas już nie spotka, a naszą perspektywą jest wyłącznie cierpienie – podkreśla.

    Duchowny przypomina, że cierpienie jest nieodłącznym elementem życia i stanowi część naszego człowieczeństwa. – Ono jest wpisane w naszą egzystencję, ale nie chodzi o to, żebyśmy byli takimi przemądrzałymi rozmówcami Hioba, którzy chcą być nauczycielami sztuki cierpienia. Chodzi raczej o to, żeby spojrzeć na problem cierpienia z innej perspektywy, pamiętając, że jest to wielka tajemnica i trzeba zamilknąć z wielkim szacunkiem przed człowiekiem cierpiącym – zaznacza.

    – Cierpienie bywa próbą. (…) Cierpienie jest tajemnicą Bożej pedagogiki, ale to nie jest tak, że Pan Bóg daje cierpienie w sposób zimny, wyrachowany – to nie leży w Jego naturze. Przede wszystkim Bóg jest kochającym Ojcem. W procesie wychowania czasami są potrzebne gorzkie lekarstwa, ale mają one służyć naszemu rozwojowi, a ostatecznie naszemu zbawieniu. Nie można tego odseparować, odizolować i powiedzieć: a teraz dam ci cierpienie, zobaczymy, ile wytrzymasz. To byłoby nie tylko nie Boże, ale i nieludzkie. Bóg dopuszcza czasami pewne sytuacje, które są egzystencjalnie trudne, żeby wyprowadzić z tego nasze ostateczne szczęście – zbawienie – podsumowuje ks. Jacek Marciniec.

    PCh24.pl/źródło: tygodnik „Niedziela”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ PRZEZ WSTAWIENNICTWO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ ROZWAŻAJĄC SIEDEM MIECZY, KTÓRE PRZEBIŁY JEJ SERCE A KTÓRE ZAPOWIEDZIAŁ BYŁ STARZEC SYMEON W CZASIE OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ.

    fragment figury Matki Bożej Bolesnej

    ***


    MODLITWA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

              
    Matko Bolesna stojąca pod krzyżem, naucz nas trwać mężnie przy cierpiących i współcierpieć z nimi, jak Ty na Kalwarii. Matko Ukrzyżowanego i Matko wszystkich ludzi, oddawaj Ojcu Niebieskiemu ludzkie cierpienia, tak jak ofiarowałaś Mękę Twego Syna i swój ból matczyny. Ucz swoje dzieci przyjmować z gotowością każdą wolę Bożą, w cierpieniu zachować ufność, znosić je mężnie w zjednoczeniu z Chrystusem i ofiarowywać je z miłością dla zbawienia świata. Matko Bolesna, pomóż nam i wszystkim ludziom udręczonym, odkrywać w cierpieniu głęboki sens. Uproś, aby cierpienia chrześcijan stały się wynagrodzeniem Bogu za grzechy świata
    i przyczyniły się do jego zbawienia. Amen.

    KORONKA (RÓŻANIEC) DO SIEDMIU BOLEŚCI MATKI BOSKIEJ  

       
    Koronka (Różaniec) do Siedmiu Boleści Matki Bożej składa się z siedmiu tajemnic, w których rozważamy najboleśniejsze momenty z życia Matki Bożej. Rozważając te tajemnice w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.            

    W Imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.


    Modlitwa wstępna
    :

    Mój Boże, ofiarowuję Ci ten różaniec na cześć siedmiu boleści Maryi, na Twoją większą chwałę, moje nawrócenie i nawrócenie wszystkich ludzi na wiarę w Twego umiłowanego Syna, Jezusa Chrystusa- nasze zbawienie i naszą jedyną drogę do Ciebie, w jedności z Duchem Świętym, na wieki wieków. Amen!
    Ku Tobie Święta Matko wznosimy serca swoje, aby współczuć w Boleściach Twoich.

    BOLEŚĆ I – Proroctwo Symeona

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść, która przeszyła Serce Twoje, gdyś słyszała prorocze słowa starca Symeona o Męce Jezusa, Syna Twojego, racz nam wyjednać łaskę uświęcenia naszego życia i cierpliwego znoszenia cierpień i przeciwności.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ II – Ucieczka do Egiptu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść Twoją, której doznałaś uciekając z Synem Twoim przed Herodem do Egiptu, uproś nam łaskę wiernego poddania się Woli Bożej we wszystkim co nas spotyka.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ III – Szukanie Jezusa

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś szukając zgubionego Jezusa, uproś nam łaskę, abyśmy nigdy Go nie utracili. Tym, którzy zgubili Jezusa, na grzesznych drogach swojego życia dopomóż Go odnaleźć w Sakramentach Świętych.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ IV – Spotkanie z Synem na drodze Krzyżowej

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś spotkawszy Jezusa na drodze Krzyżowej, gdy na Swoich Ramionach dźwigał grzechy moje i całej ludzkości, uproś nam łaskę, abyśmy już nigdy nie obarczali Jezusa najmniejszymi grzechami. Prosimy Cie o łaskę miłości do Krzyża oraz cierpliwości i wytrwałości w niesieniu codziennych krzyży całego naszego życia dla ratowania dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ V – Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś u stóp Krzyża patrząc na Mękę i śmierć Twojego Syna, uproś nam łaskę szczerego żalu i pokuty oraz nawrócenie zatwardziałych grzeszników, szczególnie konających i Łaskę Miłosierdzia Bożego dla świata całego.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ VI – Maryja trzyma martwe Ciało Syna

    Matko Najboleśniejsza! Przez łzy, którymi obmywałaś Rany Jezusa złożonego w Twoich Ramionach oraz przez Twoje Matczyne i Krwawe łzy, które wylewasz nad całą grzeszną ludzkością stojącą w obliczu zagłady, prosimy Cię, ratuj dusze idące na potępienie, ratuj dusze w czyśćcu cierpiące, ratuj zagrożoną młodzież i nasze rodziny. Dla pocieszenia Twojego Zbolałego Serca i otarcia Twoich Łez ofiarujemy Ci Maryjo nasze serca, cierpienia, ofiary, łzy i modlitwy i całe nasze życie w ofierze miłości dla ratowania zagubionych dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ VII – Złożenie Jezusa W Grobie

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść rozstania z Jezusem złożonym w grobie, uproś nam łaskę, aby umarły w nas wszystkie złe skłonności i przywiązania do grzechu. Abyśmy żyli w świętości i miłości dla Chwały Bożej i ratowania dusz, przez Chrystusa i z Chrystusem, a po śmierci osiągnęli życie wieczne.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    Modlitwa na zakończenie: 

    O Święta Matko, którą Wszechmogący Bóg wybrał na Matkę Odkupiciela świata i upodobnił w cierpieniach do Swego Syna Ukrzyżowanego, niech boleść Twoja pobudzi nas do miłości Jezusa i Ciebie. O Królowo Męczenników, udziel nam podobnej cierpliwości i męstwa w znoszeniu cierpień z jakimi Ty stałaś pod krzyżem, Syna Twego. Amen.

    Na uczczenie łez, które Najświętsza Maryja Panna przy tych tajemnicach wylała oraz na uproszenie łaski odpustu przypisanego do tej modlitwy odmówmy 3 razy: Zdrowaś Maryjo…
    Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie…

    LITANIA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ


    Kyrie eleison! Chryste eleison! Kyrie eleison!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko
    Święta Panno nad pannami
    Matko męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca
    Matko Bolesna
    Matko płacząca
    Matko żałosna
    Matko opuszczona
    Matko stroskana
    Matko mieczem przeszyta
    Matko w smutku pogrążona
    Matko trwogą przerażona
    Matko sercem do krzyża przybita
    Matko najsmutniejsza
    Krynico łez obfitych
    Opoko stałości
    Nadziejo opuszczonych
    Tarczo uciśnionych
    Wspomożenie wiernych
    Lekarko chorych
    Umocnienie słabych
    Ucieczko umierających
    Korono Męczenników
    Światło Wyznawców
    Perło panieńska
    Radości Świętych Pańskich

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ___________________________________________________

    BOŻA MATKA BOLEŚCIWA

    Pannę Maryję nazywamy Najświętszą Panną. Nazwa ta odnosi się raczej do Jej obecnego stanu w niebie, bo gdy wyobrażamy Ją sobie żyjącą na ziemi, to najlepiej odpowiada Jej nazwa Matki Boskiej Bolesnej. To zupełnie zrozumiałe: cierpienie Chrystusa musiało odbić się na Maryi, przecież Ona była Mu najbliższą. Jeśli wichura złamie drzewo, to zniszczyć potrafi i kwiaty. Jeśli cierpiał Chrystus, to cierpiała i Maryja.

    Zwykle mówi się o siedmiu boleściach Najświętszej Panny, o jakich?

    1. Pierwsza boleść spotkała Ją jeszcze przed narodzeniem Pana Jezusa, kiedy musiała wyjść za mąż za Józefa i porzucić świątynię, przy której postanowiła spędzić całe życie na służbie Bożej. Dużo bólu kosztowała Ją ta decyzja, ale wykonała ją zgodnie z wolą Bożą.

    2. Druga boleść była dotkliwsza. Św. Józef z początku nie wiedział, że Bóg w cudowny sposób chce zesłać Swojego Syna na świat. Był zaskoczony niewytłumaczonym macierzyństwem Najświętszej Panny i postanowił z Nią zerwać. Możemy sobie wyobrazić, jak ten moralny cios dotknął Maryję!

    3. Niedługo potem nawiedza Ją nowy ból, oto szuka schronienia w świętą noc i nie znajduje go, idzie więc do zimnej groty pasterskiej, by tam wydać na świat Zbawiciela!…

    4. Czterdziestego dnia po Narodzeniu Chrystusa idzie do świątyni, by Go ofiarować Bogu, a tam stary Symeon przepowiada, że smutna przyszłość Ją czeka, miecz boleści przeszyje Jej duszę (Łk 2,35). Jaki smutek owładnął duszą Maryi po słowach Symeona! Bolesną jest rana fizyczna, ale stokroć bardziej boli rana zadana duszy. Słowa Symeona zraniły do głębi duszę Maryi i ciążyły nad Nią te koszmarne chmury smutku. Są słowa, które całe życie pamiętamy. Człowiek nie może zapomnieć ostatnich słów kochanych osób. Pamiętamy przestrogi konającego ojca, matki. Słowa Symeona tak głęboko utkwiły w sercu Maryi, że nie dawały Jej spokoju. Karmiąc małego Jezusa pamiętała, że chowa Go na mękę, na śmierć, że duszę Jej przeszyje miecz boleści.

    Wyobrażam sobie dom Nazaretański, pełen smutnego wyczekiwania śmierci Chrystusowej. Krajało się z bólu serce Maryi, kiedy słuchała w świątyni słów Izajasza proroka o mękach Zbawiciela, że będzie „mężem boleści”, „ubity”, „jako trędowaty” „uniżony”, „wzgardzony”, że przebiją Jego ręce i nogi… Wiadomości te musiały bardzo zasmucać serce Najświętszej Panny.

    5. Matka Boska przeżyła wiele utrapień, niedostatku i boleści w czasie ucieczki do Egiptu.

    6. Niedługo potem musiała się rozstać na pewien czas z 12-letnim Jezusem i z niepokojem szukać Go; było to jakby przygotowanie do rozstania się z Jezusem, skazanym na śmierć. Maryja chcąc zbliżyć się do nas, musiała przeżyć największe cierpienie: rozstać się ze Swym Synem.

    7. Był to największy ból, jakiego doznała Maryja. Pewnego dnia usłyszała smutną nowinę, że Judasz wydał Chrystusa, że żołdactwo z rozkazu przełożonych świątyni uwięziło Go, że Piotr się Go wyparł. Słyszała złowrogie okrzyki rozjuszonego tłumu — ukrzyżuj Go!… widziała Swego najukochańszego Syna biczowanego, w cierniowej koronie. Teraz rozumiemy dlaczego Kościół katolicki nazywa Najświętszą Pannę „Matką Bolesną”, „Królową Męczenników”, bo męką i cierpieniem duchowym przeżyła wszystkie boleści, jakie mogą spotkać człowieka. Chrystusa skazali na śmierć. Włożono Mu ciężki krzyż na ramiona. Pochód ruszył, słychać urągania, szyderstwa, potwarze. Chrystus ledwie idzie pod ciężarem krzyża.

    Na rogu jednej ulicy zachodzi wzruszająca scena, którą by się przejęli na pewno wrogowie Chrystusa, gdyby ich nie zaślepiała nienawiść. Tłum rozstąpił się, a przed skrwawionym Chrystusem stanęła Marja! Napróżno Ją wstrzymywali krewni, znajomi – koniecznie chciała widzieć Swego ukochanego Syna. Było to smutne spotkanie! „Im większa, miłość, tym głębszy ból” – mówi św. Augustyn.

    Im większa miłość! Czy może istnieć miłość macierzyńska, która by dorównała miłości Maryi? Kto znał tak dobrze Chrystusa, jak Ona? Dobrze wiedziała, kim jest Chrystus: że jest Synem Bożym bez grzechu, pełen doskonałości, mądrości, dobroci, miłości. A teraz na śmierć Go prowadzą!

    Nastąpiło ukrzyżowanie, śmierć i pogrzeb. Najświętsza Panna przez cierpienia musiała Sobie wysłużyć zasługi wobec Boga… dusza Jej, lgnąc do strasznego drzewa krzyża, godziła się z wolą Bożą. Co wycierpiała Maryja pod krzyżem, tego język ludzki nie jest w stanie wyrazić. Co przeżywała, kiedy Syn Jej konał, kiedy Go zdjęto z krzyża i umieszczono na Jej łonie! Św. Hieronim mówi, że tyle dostała ran, ile miał Chrystus na Swym ciele. Ból ten można opisać tylko słowami Pisma Świętego: „Wielkie jest jako morze skruszenie Twoje” (Lm 2, 13). Kiedyś śpiewałaś Magnificat – a teraz smucisz się i bolejesz? Smutną jesteś, bo  na wskroś przeszyta jest Twoja dusza. Słusznie możesz powiedzieć o Sobie słowami Noemi: „Nie nazywajcie Mię Noemi (to jest piękna), ale Mię zwijcie Mara (to jest gorzka), bo Mię gorzkością wielką napełnił Wszechmogący” (Rt 1,20). „Wy wszyscy, którzy idziecie przez drogę obaczcie i przypatrzcie się, jeśli jest boleść, jako boleść Moja?” (Lm 1 12).

    bp dr Tihamer Toth, Wierzę w Jezusa Chrystusa, Kraków 1934, s. 275-278

    ____________________________________________________________________________________________________________

    W cieniu proroctwa Symeona

    Matka Boska Bolesna. Obraz w klasztorze franciszkanów w Stambule.
    Matka Boska Bolesna. Obraz w klasztorze franciszkanów w Stambule/ fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    *******

    „A Twoją duszę przeszyje miecz boleści, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,35). Słowa Symeona wypełniły się pod krzyżem, gdzie stała Maryja, uczestnicząc w męce swojego Syna. Czy jednak cierpienie nie było obecne w innych momentach Jej życia?

    Cierpienie jest tajemnicą, dlatego trudno o nim mówić. Trudno też o nim pisać. I nie sposób je tłumaczyć. Cierpienie się przeżywa, przyjmuje i ofiarowuje. Wszystko to w zmaganiu z sobą samym, w obliczu Bogu, będąc wsłuchanym w bicie Jego serca. Być może dlatego Ewangelie, mówiąc o cierpieniu Maryi, przedstawiają je w bardzo specyficzny sposób. Dyskretny i symboliczny. Wspominają o nim bezpośrednio jedynie w trzech miejscach – podczas ofiarowania, poszukiwań dwunastoletniego Jezusa w świątyni i na Golgocie. Uważna lektura Ewangelii wskazuje jednak na to, że Maryja, biorąc aktywny udział w misji swego Syna, przeżywa trudności na każdym etapie swego życia. Męka Jezusa zapowiadana jest już w scenach tzw. Ewangelii dzieciństwa Jezusa. Warto czytać je z tej perspektywy, by zobaczyć, że Maryja stale uczestniczy w losie swego Syna.

    Miecz boleści

    Zacznijmy od sceny ofiarowania. W jerozolimskiej świątyni wypowiedziane zostaje proroctwo, które obejmie całe życie Maryi, aż do śmierci Syna na krzyżu. „Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,35). Nie przez przypadek słowa te padają tuż po radosnym hymnie uwielbienia, w którym Symeon wysławia Boga i zapowiada przyszłą misję Jezusa. Zbawiciel, którego sędziwy starzec ujrzał na własne oczy, będzie światłem narodów i chwałą Izraela, a jednocześnie znakiem sprzeciwu i kamieniem obrazy.

    Słowa wypowiedziane przez Symeona nie pozostawiają cienia wątpliwości – wielu sprzeciwi się radykalnej nowości Ewangelii przyniesionej przez Jezusa i pójdzie za własnymi wizjami wiary i pobożności. I właśnie tutaj, według narracji Łukasza, możemy szukać źródła bólu Maryi – sprzeciw wobec Syna będzie powodował rozdarcie w Jej wnętrzu. Zanim zobaczy włócznię, która przebije i otworzy Jego serce na krzyżu, będzie razem z Nim przeżywała każdy atak na Jego osobę, współodczuwała to wszystko, co wiąże się z odrzuceniem Jego nauki. Prawdopodobnie już od momentu zwiastowania Maryja żyła w przekonaniu, że Jej los jest nierozerwalnie spleciony z losem Jezusa. Proroctwo Symeona tylko to potwierdziło.

    Warto zwrócić uwagę na obraz miecza, który dla wielu komentatorów stanowi tajemnicę. Jest bowiem z jednej strony dobrze znanym narzędziem walki, z drugiej natomiast przywołuje na myśl wiele tych miejsc Starego Testamentu, w których jest mowa o gniewie i karze Boga. Dlaczego pojawia się w proroctwie Symeona?

    Prorok nawiązuje do niego jako do symbolu wszelkich prześladowań. Mówi o każdym rodzaju bólu, który będzie przeżywać Matka Boga. Zwłaszcza o tym, który związany jest z niewiarą ludzi w boskie posłannictwo Jej Syna, wrogością wobec Tego, którego oczekiwali od wieków, a którego odrzucili. Trudno więc proroctwo o mieczu boleści czytać jedynie w kontekście krzyża. Zwłaszcza że ewangelista Łukasz nie wspomniał o obecności Maryi pod krzyżem. Być może chciał w ten sposób zwrócić uwagę na to, że cień wspomnianego miecza kładzie się na całym Jej życiu, nie wyłączając tego, co stało się po wniebowstąpieniu. Jej los był związany z losem Syna, a następnie z pozostawioną przez Niego wspólnotą – Kościołem.

    Cień Egiptu

    Gdy Mędrcy ze Wschodu oddalili się, „oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem” (Mt 2,13a). Słowa zanotowane przez ewangelistę Mateusza wprowadzają w dramat sytuacji, którą przeżywała Święta Rodzina. Powód jest jasny, a cel ucieczki ściśle określony. Anioł mówi, że „Herod będzie szukał Dziecięcia, aby je zgładzić” (Mt 2,13b), a Józef, głowa Świętej Rodziny, pragnie ocalić Jezusa przed władcą, który oszalał z nienawiści. Wzmianka o planach zagłady Jezusa jest pierwszą realizacją proroctwa Symeona.

    Komentatorzy zaznaczają, że te słowa są aluzją do męki i śmierci Chrystusa. Intencje arcykapłanów i starszych określone są przez ewangelistę w taki sam sposób – domagają się oni zagłady Jezusa (por. Mt 27,20). Nie przez przypadek u progu życia Jezusa i u jego kresu władcy tego świata ukazani są w tym samym świetle.

    Ucieczka do Egiptu to nie tylko ucieczka przed zagrożeniem. To opowieść o odrzuceniu Jezusa, który w tajemniczy sposób streszcza w sobie historię całego Izraela. W ten sposób przedstawia tę scenę ewangelista Mateusz, który, opisując powrót z Egiptu, przywołuje słowa proroka Ozeasza: „Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem, i syna swego wezwałem z Egiptu” (Oz 11,1). Jezus, podobnie jak Izrael, wychodzi z Egiptu. Przejdzie także przez wody Jordanu, przyjmując chrzest od Jana, przeżyje wędrówkę przez pustynię, gdy będzie kuszony. Tutaj ujawniają się przenikliwość i głębia ewangelisty Mateusza. Budując narrację, ukazuje on Jezusa jako tego, który „przeżywa” historię swojego narodu, pełną bólu i niewierności. Utożsamia się z nią, biorąc ją na swoje barki. Z jedną jednak różnicą. Izrael jest przybranym, kolektywnie rozumianym synem Boga, który wielokrotnie okazywał niewierność. Jezus natomiast jest Synem jedynym, który okazał wierność. Jego oddanie sprawie Boga ujawni się także w kolejnej scenie z Ewangelii dzieciństwa.

    Poszukiwanie zagubionego Syna

    „Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go” (Łk 2,41-45).

    Pobyt Maryi, Józefa i Jezusa w Jerozolimie wiązał się ze zwyczajem, zgodnie z którym Żydzi po przekroczeniu dwunastego roku życia udawali się do Jerozolimy na trzy najważniejsze święta. Problem pojawia się w drodze powrotnej, gdy okazuje się, że Jezusa nie ma wśród wracających. Scena ta jest bardzo symboliczna. Ewangelista zaznacza, że Maryja z „bólem serca” poszukiwała zaginionego Syna, a gdy Go odnalazła siedzącego wśród nauczycieli, zapytała: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie” (Łk 2,48).

    Odpowiedź Jezusa jest niezwykle głęboka. „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mojego Ojca?” (Łk 2,49). Wskazanie na „powinność” nie jest przypadkowe. Będzie wracało jak refren w zapowiedziach dotyczących męki, śmierci i zmartwychwstania. Dwunastoletni Jezus, słuchający i zadający pytania nauczycielom, wydaje się wskazywać na swoją mękę.

    Inną więzią łączącą scenę w świątyni z wydarzeniami paschalnymi, jest wskazówka dotycząca czasu. Maryja i Józef poszukiwali Jezusa przez „trzy dni”. To aluzja do trzykrotnej zapowiedzi Jezusa, że „będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie” (Mt 16,21). Wszystkie te chwile, w których uczestniczyła Maryja, były przygotowaniem na moment, w którym cierpiący Syn powierzył Jej nową, duchową misję.

    Na szczycie Golgoty

    „A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: »Niewiasto, oto syn Twój«. Następnie rzekł do ucznia: »Oto Matka twoja«” (J 19,25-27). Słowa Jezusa wypowiedziane z krzyża mają niezwykły charakter. Nie tylko dlatego, że ich interpretacja wskazuje na troskę Zbawiciela o swoją Matkę. Maryja znajduje się w niezwykle trudnej sytuacji, traci jedynego Syna i nie może liczyć na opiekę męża. Ważniejsze w tej scenie jest jednak to, że w godzinie największej ciemności Jezus ustanawia nowe, duchowe więzi, a wskazując na nową rolę Matki i ucznia, nie wymienia ich imion. Przypadek? Raczej świadome wskazanie na to, że od tej chwili obie postacie zapowiadają nową rzeczywistość. Maryja staje się Matką rodzącego się Kościoła, a Jan jest jego reprezentantem.

    W tej perspektywie przeszyte serce Maryi nabiera nowego wymiaru. Jej duchowa boleść wpisuje się nie tylko w losy Jezusa, ale także w dzieje Jego Kościoła. Jej charakter zwięźle ujął Benedykt XVI w homilii wygłoszonej w Lourdes w 2008 roku: „U stóp Krzyża wypełnia się proroctwo Symeona – Jej matczyne serce zostaje przeniknięte cierpieniem zadanym Niewinnemu, zrodzonemu z Jej ciała. Jak Jezus zapłakał (por. J 11,35), tak również Maryja z pewnością płakała nad umęczonym ciałem swojego dziecka. Delikatność Maryi nie pozwala jednak poznać głębi Jej bólu. Można by powiedzieć, że – podobnie jak w przypadku Jej Syna – także Ją cierpienie doprowadziło do doskonałości (por. Hbr 2,10) i uczyniło zdolną do przyjęcia nowej misji duchowej, jaką powierzył Jej Syn (por. J 19,30) – miała stać się Matką Chrystusa w Jego członkach”.

    ks. Rafał Bogacki/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA (W TRZECI PIĄTEK KAŻDEGO MIESIĄCA). BARDZO DZIĘKUJĘ ZA ZROZUMIENIE TYM, KTÓRZY PRZYCHODZĄ KAŻDEGO MIESIĄCA, ABY OPRÓCZ KONTRYBUCJI, KTÓRĄ WPŁACAMY NA KONTO PARAFII ŚW. PIOTRA, RÓWNIEŻ I W TEN SPOSÓB PODZIĘKOWAĆ, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ KORZYSTANIA Z KOŚCIOŁA, KTÓRY JEST NIEDALEKO OD SPALONEGO ŚW. SZYMONA, A Z KTÓRYM TRZY POKOLENIA POLAKÓW OD CZASÓW II WOJNY ŚWIATOWEJ BYŁO BARDZO ZWIĄZANYCH. TUBYLCY PO PROSTU NAZYWALI GO “POLSKIM KOŚCIOŁEM”.

    ____________________________________________________________________________________________________________

    PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA – 2 LUTY 

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    UROCZYSTOŚĆ OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ


    „Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu” (Łk 2,22).

    Dzisiejsze święto Ofiarowania Pana Jezusa w świątyni, zwane w Polsce świętem Matki Bożej Gromnicznej, jest pierwszym w roku liturgicznym świętem maryjnym. Kalendarz liturgiczny roku kościelnego celebruje bowiem cztery uroczystości Matki Bożej: Niepokalane Poczęcie (8 grudnia), Boże Macierzyństwo (1 stycznia), Zwiastowanie Pańskie (25 marca) i Wniebowzięcie (15 sierpnia). Celebruje nadto trzy święta maryjne: jako pierwsze właśnie Ofiarowanie Pańskie (2 lutego), Nawiedzenie św. Elżbiety (31 maja) i Narodzenie Najświętszej Maryi Panny (8 września). W końcu w całym Kościele obchodzi się osiem wspomnień maryjnych: Najświętszej Maryi Panny z Lourdes (11 lutego); Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel (16 lipca); rocznicę poświęcenia rzymskiej bazyliki Najświętszej Maryi Panny (5 sierpnia); Najświętszej Maryi Panny Królowej (22 sierpnia); Najświętszej Maryi Panny Bolesnej (15 września); Najświętszej Maryi Panny Różańcowej (7 października); Ofiarowanie Najświętszej Maryi Panny (21 listopada); Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny (sobota po uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa). Wiele Kościołów lokalnych oddaje nadto cześć Matce Bożej w tytułach wpisanych w ich tożsamość chrześcijańsko-narodową, jak chociażby my Polacy świętujemy uroczystość Matki Bożej Królowej Polski (3 maja), czy Najświętszej Maryi Panny Jasnogórskiej (26 sierpnia), czy święto Matki Kościoła (poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego; wspomnienie to celebrują też Włosi, Hiszpanie, Francuzi, Portugalczycy, wiele krajów Ameryki Łacińskiej, ale nie kraje o tradycji protestanckiej, jak Niemcy czy Holandia).

    Dzisiejsze święto określane jest po grecku jako „Hypapante” (Spotkanie – w nawiązaniu do spotkania Świętej Rodziny z Symeonem i Anną). Bł. papież Paweł VI, który przeprowadził posoborową reformę kalendarza liturgicznego, określił dzisiejsze święto „połączonym wspomnieniem Syna i Matki”. „Celebruje ono bowiem – wyjaśniał Paweł VI, nawiązując do słów Symeona (Łk 2,29-35) – tajemnicę zbawienia dokonanego przez Chrystusa, z którym Najświętsza Dziewica najściślej się zespoliła jako Matka cierpiącego Sługi Jahwe, jako wykonawczyni zadania powierzonego dawnemu Izraelowi i jako wzór nowego ludu Bożego, który wśród wiary i nadziei ustawicznie jest doświadczany cierpieniami i prześladowaniami” (Marialis cultus, nr 7).

    W Polsce, nazywając dzisiejszy dzień świętem Matki Bożej Gromnicznej, widzimy w Maryi Tę, która sprowadziła na ziemię Chrystusa – Światłość świata, i która nas tym Światłem broni i osłania od wszelkiego zła, rozjaśniając drogi naszego życia. W przeszłości częściej niż dzisiaj brano do ręki gromnice, zwłaszcza w niebezpieczeństwach wielkich klęsk i grożącej śmierci, a także wówczas, gdy wiejskim, łatwopalnym domom groziły burze z piorunami. To od nich – gromów miały bronić poświęcone w święto Ofiarowania Pańskiego świece, zwane właśnie gromnicami. Gromnice do dziś zapala się i podaje się do ręki konającym, aby Maryja wprowadziła ich do wiekuistej światłości, chroniąc od napaści szatana i okazując im Jezusa, „jedyne Światło, które nie zna zmierzchu” (Obrzędy pogrzebu, nr 64).

    Z dzisiejszym świętem kończy się w Polsce okres śpiewania kolęd i nazajutrz rozbieramy w kościołach szopki bożonarodzeniowe; kończy się tradycyjny (a nie liturgiczny – ten skończył się świętem Chrztu Pańskiego) okres Bożego Narodzenia, zamyka się cykl ukazywania w liturgii Chrystusa jako Dziecko.

    Od 1997 r. w dzisiejsze święto Ofiarowania Pańskiego obchodzimy też Światowy Dzień Życia Konsekrowanego, ustanowiony przez św. Jana Pawła II. Wszak osoby obdarzone powołaniem do takiego stylu życia winny ofiarować Bogu całe swoje jestestwo, podobnie jak uczyniła to Maryja, która była pierwszą i najdoskonalszą uczennicą Chrystusa – prima et perfectissima Christi discipula (Marialis cultus, nr 35)co więcej, była niejako „pierwszą konsekrowaną” (Redemptionis donum (nr 17). Jako osoby konsekrowane jesteśmy więc wezwani, aby uobecniać Jej misję w Kościele i w świecie, przyjmując Ją jako pierwowzór naszej konsekracji w naśladowaniu Chrystusa i przedstawiając Ją Ludowi Bożemu przede wszystkim poprzez naśladowanie Jej cnót i odtwarzanie Jej postaw, aż do stania się znakiem Jej ustawicznej obecności wszędzie gdziekolwiek się znajdujemy.

    o. Szczepan T. Praśkiewicz OCD/karmel.pl

    ___________________________________________________________________________

    Przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie

    Prezentacja Jezusa /Wikipedia

    ***

    Starotestamentowe prawodawstwo zawiera polecenie, do którego posłusznie zastosowali się Maryja i Józef: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. W każdym pokoleniu Izraelitów żywa była pamięć o ocaleniu pierworodnych podczas wyjścia z Egiptu. Świadomość, że pierworodni chłopcy są absolutną własnością Boga, sprawiała, iż 40 dni po narodzinach byli Mu ofiarowywani w specjalnym obrzędzie. Jeżeli przyszli na świat w Jerozolimie czy jej sąsiedztwie, ten obrzęd odbywał się na terenie świątyni jako miejscu szczególnej obecności Boga. „Wykupienie” pierworodnego łączyło się z „oczyszczeniem” matki. Benedykt XVI napisał: „Maryja nie potrzebuje oczyszczenia po urodzeniu Jezusa: narodzenie to przynosi oczyszczenie świata. Jest jednak posłuszna Prawu i właśnie w ten sposób służy spełnieniu się obietnic” (Jezus z Nazaretu).

    Ofiarowanie Jezusa, jako wypełnienie Prawa, pełniej odsłania, kim jest Niemowlę urodzone w Betlejem. Malachiasz, jeden z ostatnich proroków biblijnego Izraela, zapowiadał przybycie długo wyczekiwanego Pana do świątyni, do którego ona należy. Jego przyjście stanie się czasem definitywnego wyboru, który ukaże sens wybrania Izraela i zapoczątkuje całkowicie nowy etap historii zbawienia, gdyż „przetopi, oczyści i przecedzi synów Lewiego”, czyli starotestamentowych kapłanów i kapłaństwo. Ofiarowanie Jezusa w świątyni zapowiada położenie kresu ofiarom składanym ze zwierząt i pokarmowym oraz zastąpienie ich jedyną ofiarą Baranka, który gładzi grzechy świata.

    Połączenia początku i kresu życia Jezusa Chrystusa dokonał autor Listu do Hebrajczyków – pisma, które dobitnie podkreśla związek Starego i Nowego Testamentu. Ofiarowanie w świątyni jest jednym z tych wydarzeń, przez które Jezus całkowicie i pod każdym względem upodobnił się do braci, czyli synów Izraela. Ale nie jest tylko jednym z nich, bo Jego człowieczeństwo łączy się z Bóstwem, wskutek czego odwieczny zwyczaj nabywa nowej treści. Jezus, upodabniając się do braci, „stał się miłosiernym i wiernym arcykapłanem dla przebłagania za grzechy ludu”. Ofiarowanie Pańskie zapowiada więc tajemnicę Krzyża.

    Na terenie świątyni jerozolimskiej powtórzyła się sytuacja z Betlejem: w ludzie Bożego wybrania nie zabrakło tych, którzy cierpliwie czekali na wypełnienie obietnic Bożych. Nagrodą za ich cierpliwą wytrwałość był dar właściwego rozpoznania Pana i oddania Mu chwały. Starzec Symeon, określany jako sprawiedliwy, pobożny i wyczekujący pociechy Izraela, wieńczy nadzieję wszystkich sprawiedliwych Starego Testamentu. Owocem jego wiary i mądrości stały się słowa skierowane do Maryi, zapowiadające przyjęcie, ale i sprzeciw wobec Boga, który przyszedł do swojej własności: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”. Sprzeciw wobec Jezusa boleśnie rani Jego Matkę. W geście Maryi trzymającej na rękach nowonarodzonego Syna nietrudno rozpoznać podobieństwo do Piety – Matki, na której kolanach spoczywa Jego martwe ciało.

    ks. prof. Waldemar Chrostowski/Niedziela Ogólnopolska

    ___________________________________________________________

    Tajemnica ofiarowania Pana Jezusa

    Ks. Jan Glapiak: Tajemnica ofiarowania Pana Jezusa - zdjęcie

    Ofiarowanie Jezusa w świątyni objawia najważniejszą prawdę o Jego relacji z Bogiem – to relacja zależności, w której dokonuje się także nasze zbawienie.

    Maryja i Józef przynieśli Jezusa do świątyni jerozolimskiej, aby Go przedstawić Panu, jak jest napisane w Prawie Pańskim (por. Łk 2, 22-23). Poddanie Jezusa temu obrzędowi ukazuje posłuszeństwo Prawu i przynależność Jezusa do stworzenia: oto Słowo Odwieczne Ojca przyszło rzeczywiście na ten świat; Syn Boży prawdziwie stał się człowiekiem. Jest to również przyjęcie tej prawdy, że człowiek wraz z całym stworzeniem pochodzi od Boga i ma do Niego wrócić.

    Całkowita zależność od Boga

    Jezus nie zostaje przyniesiony do domu Bożego, aby zostać wykupionym, jak nakazywały przepisy Prawa Mojżeszowego, ale zostaje przedstawiony Panu, czyli poświęcony Mu na służbę. Jezus jako Syn Boży pochodzi od Boga oraz całkowicie do Niego należy. Także nasze zbawienie dokonuje się w całkowitej zależności od Boga i w pełnym oddaniu Mu naszego życia. Ofiarowanie siebie Bogu prowadzi do zmiany jakościowej naszego życia. W Bogu ma źródło nasza godność, a zarazem moc do wypełniania życia dobrem.

    Dziękujmy więc Panu Bogu za dar życia i za czas, który jest nam dany, by czynić dobro. Dziękujmy za zdrowie i wrodzone umiejętności, za wykształcenie i pracę, za rodzinę i przyjaciół, bo to wszystko otrzymaliśmy od Niego. Dziękujmy Bogu, naszemu Stwórcy, przez Jezusa Chrystusa, naszego jedynego Pośrednika, w Duchu Świętym, który nas uświęca. Wdzięczność to cecha ludzi szlachetnych. Nasza wdzięczność wobec Boga to uznanie Jego wielkości i dobroci względem stworzeń. To także wyraz naszej wiary w Tego, który zawsze pragnie naszego dobra. Dlatego mówimy: „Ojcze nasz, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi” i z największą ufnością oddajemy Mu całe nasze życie, aby to, co dobre, w nas pomnożył, a zachował od tego, co złe, by nasze życie było prawdziwie na Jego chwałę i stanowiło dobry przykład dla innych. Często oddawajmy się Bogu za pośrednictwem Maryi, wypowiadając słowa: „Matko Boża, Niepokalana Maryjo! Tobie poświęcam ciało i duszę moją, wszystkie modlitwy i prace, radości i cierpienia, wszystko czym jestem i co posiadam. (…) Spraw więc, Wspomożycielko wiernych, aby cała moja rodzina, parafia i cała Ojczyzna były rzeczywistym królestwem Twego Syna i Twoim”.

    Maryja wzorem zawierzenia

    Z ufnością zwracajmy się do Boga przez Maryję, która jest dla nas wzorem całkowitego oddania się Bogu. Ona ciągle realizuje swoje słowa: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego” (Łk 1, 38). Podczas ofiarowania Pana Jezusa w świątyni Maryja słyszy słowa wypowiedziane przez starca Symeona: „A Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2, 35). Oznacza to, że w Jej życiu, oprócz tajemnic radosnych, będą także tajemnice bolesne. Ona będzie współcierpieć ze swoim Synem, kiedy nadejdzie Jego godzina. Będzie na drodze krzyżowej Jezusa i pod Jego krzyżem.

    W naszym życiu też są tajemnice bolesne. Jest wśród nas wiele osób cierpiących nie tylko ze względu na wiek. Jedni cierpią fizycznie, inni duchowo. Często od bólu fizycznego gorszy jest ból psychiczny, powodowany opuszczeniem, osamotnieniem, niezrozumieniem, krzywdą, czasami wyrządzoną przez najbliższych. A skoro tak jest, to zastanówmy się, czy Panu Bogu nie chodzi o to, abyśmy razem z naszą modlitwą ofiarowali Mu także nasze cierpienie? Bł. Jan Paweł II uczył nas tego – najpierw słowem, a potem przyjmowanym przez siebie cierpieniem – jak czerpać siły z Eucharystii poprzez łączenie swojej codziennej ofiary z Ofiarą Chrystusa dla dobra Kościoła i całej ludzkości. Albowiem nasz ból nie jest bezużyteczny, gdy jest złączony z cierpieniem Chrystusa. Wówczas jest on jak kropla wody, która – dodana do wina podczas Mszy świętej wraz z nim – przemienia się w Najdroższą Krew Chrystusa, wylaną dla zbawienia świata.

    Trwanie na modlitwie

    Przykładem życia całkowicie oddanego Bogu może być dla nas starzec Symeon. „Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczął na nim” (Łk 2, 25). Otrzymał on łaskę spotkania z Dzieciątkiem Jezus. Natomiast prorokini Anna „nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą” (Łk 2, 37). Pójdźmy w ich ślady. Wielu już tak uczyniło, chociażby uczestnicząc w Jerychach Różańcowych, które polegają na trwaniu przez siedem dni na modlitwie różańcowej przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Jak prawdziwie spełniają się wówczas słowa bł. Jana Pawła II, że modlitwa różańcowa jest kontemplowaniem oblicza Chrystusa w szkole Maryi!

    ks. Jan Glapiak/Fronda.pl

    _____________________________________________________________________

    Gromniczna Matka Jezusowego Światła

    Zaniesienie małego Jezusa do świątyni w Jerozolimie, „aby Go ofiarować Panu”, przez Maryję i Józefa, o którym pisze ewangelista Łukasz (por. Łk 2, 22-40), nazywano najpierw Świętem Spotkania, potem świętem Oczyszczenia Maryi, a dziś jest to święto Ofiarowania Pańskiego

    Piotr Stachiewicz, „Matka Boża Gromniczna”
    Piotr Stachiewicz, „Matka Boża Gromniczna”

    ***

    W Polsce święto Ofiarowania Pańskiego ma charakter zdecydowanie maryjny i zwykle zwane jest świętem Matki Bożej Gromnicznej. Tak jak Maryja wniosła Jezusa – Światło do świątyni jerozolimskiej, tak też przynosi dziś Jezusa – Światło wszystkim wierzącym. Symbolem tego Światła świata są poświęcane w kościołach gromnice.

    Jerozolimska tradycja

    W 1884 r. odnaleziony został rękopis ze szczegółowym zapisem pielgrzymki do Ziemi Świętej, którą prawdopodobnie od Wielkanocy 381 do Wielkanocy 384 r. odbyła hiszpańska pątniczka Egeria. Dzięki temu dokumentowi wiemy, że już pod koniec IV wieku w Palestynie obchodzono święto Czterdziestnicy, czyli Objawienia się oczekiwanego Mesjasza wybranej Reszcie Izraela, którą uosabiali starzec Symeon oraz prorokini Anna. Wówczas nazywano to wydarzenie Świętem Spotkania. 14 lutego – 40 dni po świętowaniu Bożego Narodzenia (w Palestynie Boże Narodzenie najpierw obchodzono 6 stycznia) wierni gromadzili się, aby upamiętnić dzień przyniesienia Jezusa do świątyni w Jerozolimie oraz dzień rytualnego oczyszczenia Maryi. Egeria była tak zachwycona procesją do Bazyliki Zmartwychwstania w Jerozolimie, że zanotowała w swoim dzienniku: „Wszystko odbywa się jak zwykle z największą radością, jak na Wielkanoc”. Szybko uroczystość ta na Wschodzie zyskała nazwę „Święto Spotkania”, ponieważ lud oczekiwał objawienia się obiecanego Mesjasza właśnie w świątyni jerozolimskiej.

    Dopiero w II wieku Święto Spotkania trafiło do kalendarza liturgicznego Kościoła w Rzymie. Wyznaczono jego celebrację na dzień 2 lutego, ponieważ 40 dni liczono od Bożego Narodzenia, które w Rzymie świętowano 25 grudnia. Z czasem akcenty przeżywania tego święta zostały przesunięte tak, że zyskało ono nową nazwę – „Święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny”. Pod tą nazwą funkcjonowało aż do reformy kalendarza liturgicznego, po Soborze Watykańskim II. Świętu przywrócono wówczas pierwotny charakter, nazywając je „Świętem Przedstawienia Pana”, co w Polsce zostało przetłumaczone, chyba niezbyt szczęśliwie, jako „Święto Ofiarowania Pańskiego” – lepsza byłaby nazwa: „Przedstawienia Pana”.

    Gromniczna

    2 lutego obchodzimy Święto Ofiarowania Pańskiego, Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny, Matki Bożej Gromnicznej. Nazwa nie jest najważniejsza, natomiast doniosła jest wielowiekowa tradycja, która łączy to święto z gromnicą, a więc świecą, którą w tym dniu pobłogosławi się w kościele na pamiątkę słów sędziwego Symeona, który dziękował Bogu, że już może odejść, bo jego oczy ujrzały zbawienie, „światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela” (por. Łk 2, 32). Maryja, jak każda izraelska kobieta, chciała się poddać oczyszczeniu po narodzinach Dziecka. Nie musiała tego robić, bo poczęła i porodziła dziewiczo, ale uczyniła to w wielkiej pokorze Służebnicy Pańskiej. Maryja z Józefem pragnęli jak najdokładniej wypełnić przepis Prawa. Dzień ten był równocześnie świętym dniem dla dwojga sędziwych sprawiedliwych Izraela, Symeona i Anny, którzy długo wyczekiwali Zbawiciela, trwając przy świątyni i błagając Boga, by ich oczy mogły ujrzeć Jego Syna. Czekali długo, więc gdy Maryja i Józef przynieśli Dzieciątko do świątyni, Symeon wyśpiewał pieśń uwielbienia Boga oraz otwarcia sobie bram nieba: „Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju” (Łk 2, 29).

    Jezusowe światło

    Poświęcona świeca, gromnica, jest symbolem Pana Jezusa, Światłości ze Światłości, ale jest też znakiem orędownictwa Jego Matki. Obraz Piotra Stachiewicza ukazuje Maryję z zapaloną gromnicą, na którym – jako Opiekunka ludzkich siedzib – odpędza wygłodniałe wilki. Podobną scenę utrwalił na rysunku Wojciech Grabowski. Dawniej, kiedy wilki rzeczywiście zagrażały ludziom w czasie długich i srogich zim, ci polecali się z ufnością Matce Boga, paląc gromnice jako znak Jej wstawiennictwa i opieki. Zapalano gromnice także w czasie nawałnic i burz, kiedy pioruny (piorun to inaczej grom, stąd „gromnica”) uderzały w drzewa, a nieraz i w zabudowania. Pożar domu oznaczał zazwyczaj utratę całego dobytku, dlatego ludzie gorąco prosili Matkę Bożą, by ich ratowała od piorunów i nawałnic.

    Tradycje związane z tym świętem drogie mi są od dzieciństwa. Dymem płomienia gromnicy znaczyliśmy krzyżyk na tragarzu sufitu izby oraz nad drzwiami i oknami. Obchodziliśmy zabudowania gospodarcze oraz okadzali dłonie do ciężkiej pracy w polu i w lesie. Ten zwyczaj nadal pielęgnuje się w domu mojej siostry w Słopnicach Królewskich. Gromnice zapala się przy konających, by mieli przed oczyma światłość wiekuistą i wzywali Maryję, Patronkę dobrej śmierci.

    Maryjo, chroń polski dom przed wilkami

    Co do wilków, te z lasu nie zagrażają nam już tak jak dawniej. Dziś jesteśmy narażeni raczej na spotkanie z innymi „wilkami”: to pokusy, grzechy, zmuszanie do życia, jakby Boga nie było. Duchowe drapieżniki, wilki z europejskich salonów oraz karczm zdrady narodowej, porywają niewinne dusze małych dzieci i młodzieży przez zło, które się zewsząd sączy w ludzkie umysły i zabija w duszach miłość Boga. Nigdy chyba jeszcze ludzie tak się nie chlubili popełnianym złem, jak czynią to teraz.

    Ufam, że nie dojdzie do oskarżenia Kazimiery Iłłakowiczówny o polski nacjonalizm i faszyzm, bo w wierszu „Matka Boska Gromniczna” napisała:„(…)

    „Faryzejskie oczy
    zdradliwie błyszczą nocą
    Mówiła im po imieniu
    – odpędzała gromnicą.

    Najedli się tego ognia,
    nasycili – na wieczność!
    Boją się go do dzisiaj
    i ratują ucieczką.

    Matko Boska Gromniczna
    – nad przeręblą stojąca
    Każ bać się tego ognia
    Tym, którzy mają wilcze serca”.
    (Luty 1980 r.)

    Niech wolno mi będzie zakończyć osobistą modlitwą z tomiku „W ramionach Matki”:

    „Zapal mnie ogniem Twego Syna
    niech osłonięty od wichur
    płaszczem Twego Serca
    płonę czystym ogniem
    i wypalę się do końca”.

    o. dr Jan Pach OSPPE, mariolog/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ MODLITW ZA OSOBY KONSEKROWANE

    Zgodnie z decyzją ojca świętego Jana Pawła II od roku 1997 w święto Ofiarowania Pańskiego Kościół szczególnie zwraca uwagę na osoby konsekrowane, które dziś ponawiają swoje oddanie na zawsze i całkowicie Panu Bogu, aby mógł w nich działać tak jak chce i bez żadnych zastrzeżeń. Pięknie wyraził istotę takiego oddania właśnie św. Jan Paweł II: „Człowiek nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego”.

    Osoby konsekrowane są żywym znakiem, że choć jesteśmy zanurzeni w doczesności, to celem naszego życia jest Królestwo Niebieskie. Życie konsekrowane jest drogą specjalnego naśladowania Jezusa Chrystusa i temu służą trzy rady ewangeliczne, które ślubują osoby konsekrowane: czystość, ubóstwo i posłuszeństwo.

    • czystość jest wyrazem prawdziwej miłości,
    • ubóstwo jest znakiem wolności od różnego rodzaju form zniewolenia,
    • posłuszeństwo zaś oznacza dyspozycyjność dla miłości. (wzięte z wypowiedzi bp Jacka Kicińskiego, klaretyna, przewodniczącego Komisji KEP ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego).

    ___________________________________________________

    Życie konsekrowane przez profesję rad ewangelicznych jest trwałą formą życia, w której wierni pod działaniem Ducha Świętego naśladując dokładniej Chrystusa, oddają się całkowicie umiłowanemu nade wszystko Bogu, ażeby – poświęceni z nowego i szczególnego tytułu dla chwały Boga, budowania Kościoła i zbawienia świata – osiągnąć doskonałą miłość w służbie Królestwa Bożego i stawszy się w Kościele wyraźnym znakiem, zapowiadać niebieską chwałę.

    Kodeks Prawa Kanonicznego, Kan. 573 – § 1

    WORLD DAY OF CONSECRATED LIFE

    Chrystus wzywa was, a świat na was czeka! Pamiętajcie, że królestwo Boże potrzebuje waszej hojności i pełnego poświęcenia. Nie zachowujcie się jak bogaty młody człowiek, który na zaproszenie Chrystusa nie był w stanie się zdecydować i zachował swój majątek. Zachowujcie się jak rybacy, którzy wezwanie przez Jezusa natychmiast porzucili wszystko i stali się rybakami ludzi.

    Musicie przywitać Maryję w swoim młodym życiu, jak apostoł Jan, który zabrał ją do swego domu. Pozwólcie jej stać się waszą Matką. Otwórzcie przed nią wasze serca i sumienia. Niech ona zawsze pomoże wam znajdować Chrystusa, aby „iść za Nim” na wszystkich ścieżkach życia.

    św. Jan Paweł II – 2 lutego 1989 r.

    ___________________________________________________________

    Ich modlitwa podtrzymuje świat

    polskie mniszki z zakonów klauzurowych

    (zdjęcie archiwalne GNIEZNO 19.11.2014 KLASZTOR KARMELITANEK BOSYCH KARMEL ŚWIĘTEJ RODZINY JEZUSA MARYI I JÓZEFA W GNIEZNIE / Fot. Henryk Przondziono / Gość Niedzielny / Forum)

    ***

    Siostry zakonów kontemplacyjnych, zwanych także klauzurowymi, stanowią niewielki odsetek wszystkich sióstr zakonnych. W Polsce jest ok. 1220 mniszek, na ogólną liczbę 16 tys. sióstr zakonnych, czyli stanowią zaledwie 8 procent. Jednak ta forma życia konsekrowanego ma swoje szczególne miejsce w Kościele i wciąż nie brakuje kobiet, które pragną służyć Bogu i ludziom w klasztorze zamkniętym, „za kratami”. Papież Jan Paweł II przypominał: „Kościół i świat otrzymują niemało światła i mocy od Pana dzięki ich ukrytemu i modlitewnemu życiu”. 2 lutego Kościół obchodzi Dzień Życia Konsekrowanego.

    Zakonami klauzurowymi nazywa się te zakony, w których obowiązuje zakaz wychodzenia na zewnątrz, tj. poza teren klasztoru. Sama nazwa – klauzura wywodzi się z łaciny, gdzie „claudere” oznacza zamykać, ogradzać.

    Pierwszym żeńskim klasztorem założonym na ziemiach polskich był klasztor benedyktynek. Ufundował go w XI w. Bolesław Chrobry dla swojej córki. Do najstarszych zakonów kontemplacyjnych działających w Polsce należą poza tym klaryski, karmelitanki, wizytki i benedyktynki-sakramentki. Ale w ostatnich latach pojawiły się w Polsce nowe wspólnoty monastyczne: betlejemitki (1998 r.), wspólnoty jerozolimskie (2006 r.) i anuncjatki (2009 r.). Ogółem w naszym kraju jest blisko 20 zakonów kontemplacyjnych – 13 zrzesza Konferencja Wyższych Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych, 6 jest poza tą strukturą.

    Ile jest mniszek w Polsce?

    Mimo ogólnego spadku powołań, co roku do zakonów kontemplacyjnych zgłaszają się nowe kobiety, pragnące wieść życie modlitwy i kontemplacji w ciszy klasztornych murów. W ubiegłym roku do furt tych klasztorów zapukało 26 osób, czyli o 7 więcej niż roku 2021. W 2022 r. formację w nowicjacie odbywały 32 kobiety, pięć lat wcześniej (2018 r.) było ich o 3 więcej. Liczba nowicjuszek w ostatnich latach utrzymuje się więc na dość stałym poziomie, choć porównując z pierwszymi latami XXI wieku spadła o przeszło połowę: w latach 2000-2007 formację w nowicjacie przeżywało przeciętnie od 60 do 80 kobiet (rekordowo 81 – w 2001 i 2003 roku). Według statystyk Konferencji, z ogólnej liczby 1165 mniszek w klasztorach (wraz z nowicjuszkami i postulantkami) większość złożyła już śluby wieczyste – 1062 siostry.

    Dane powyższe dotyczą zakonów zrzeszonych w Konferencji Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych. W Polsce jest jeszcze 6 domów zakonnych nieuwzględnionych w statystyce (poza KPŻKK), w których żyje ok. 50 mniszek. Można więc powiedzieć, że ogółem we wszystkich klasztorach żyje obecnie ok. 1220 mniszek.

    Najliczniejszy jest zakon karmelitanek bosych – jest ich 427. Na drugim miejscu plasują się klaryski, łącznie z klaryskami od wieczystej adoracji jest ich 245. Sióstr bernardynek jest 142.

    Najwięcej klasztorów na naszych ziemiach mają karmelitanki – 28. Trzy gałęzie klarysek (klaryski kapucynki, klaryski i klaryski od wieczystej adoracji) – 21, benedyktynki wraz z benedyktynkami sakramentkami mają 13 domów, a bernardynki 9.

    Panny mądre

    Socjolodzy religii zwracają uwagę, że często surowy klasztorny reżim przyciąga kobiety wykształcone, intelektualistki, które osiągnąwszy sukcesy w pracy zawodowej, a czasem także pozycję materialną, nagle poczuły duchową pustkę i potrzebę poświęcenia życia głębszym wartościom. Panuje nawet opinia, że za kratami klasztorów kontemplacyjnych żyją kobiety mądre, piękne i wykształcone. I nie jest to „ucieczka ze świata”, lecz raczej świadectwo, że istnieją wartości, którym warto poświęcić życie; dla wielu ludzi poza klasztorem – dowód na istnienie Boga. Ojciec Święty Jan Paweł II w liście apostolskim do osób konsekrowanych z okazji Roku Maryjnego w 1988 napisał: „Świat potrzebuje Waszego «ukrycia z Chrystusem w Bogu», nawet jeżeli nieraz krytykuje formy klasztornej klauzury”.

    Jak żyją mniszki?

    Siostry żyją za klauzurą, w miejscu, do którego nie mają wstępu osoby z zewnątrz. Same też nie opuszczają klasztoru, chyba że w wyjątkowych wypadkach, jak konieczność leczenia czy pogrzeb w rodzinie.

    Mieszkają w małych wspólnotach, aby życie zakonne było bardziej rodzinne, dlatego w Polsce żyją w blisko 90 klasztorach. Reformatorka zakonu karmelitańskiego św. Teresa z Avila chciała, aby wspólnoty liczyły tylko 13 osób; obecnie, zgodnie z konstytucjami, każdy dom karmelitański może mieć maksymalnie 21 mniszek. Zakonnice starają się, by siostry były też w różnym wieku, co daje namiastkę wielopokoleniowej rodziny. Klasztory najczęściej położone są w pięknych przyrodniczo miejscach, a wiele z nich stanowi zabytki wysokiej klasy.

    Czym się zajmują?

    Większość czasu mniszki poświęcają modlitwie, adoracji i kontemplacji. Kilka razy dziennie zgodnie z zakonną regułą odmawiają modlitwy brewiarzowe. W wielu zakonach starają się zachować bezwzględną ciszę, unikając rozmów. Ale nie wyłączają się ze świata, śledzą wiadomości głównie w telewizji, dbając by intencje modlitewne obejmowały współczesne cierpienia świata. Na stronie internetowej zakonów kontemplacyjnych zawsze znajduje się „skrzynka intencji”, gdzie drogą mailową można przekazać konkretną prośbę o modlitwę. Wiele osób kieruje prośby listownie, ale niektórzy szukają kontaktu bezpośredniego, w klasztornej rozmównicy, gdzie można przez kratę porozmawiać z mniszką. Wierni cenią sobie wstawiennictwo mniszek, znają skuteczność ich modlitw, a dla zakonnic to jeszcze jeden powód do dziękczynienia Panu i do radości, bo mniszki, z którymi możemy porozmawiać przez kratę, robią wrażenie szczęśliwych.

    Św. Benedykt z Nursji, żyjący w VI w., zwracał uwagę w regule zakonnej, że praca fizyczna sprzyja moralnej dyscyplinie, bezczynność́ natomiast to wróg duszy. Dlatego ilości czasu przeznaczonego na modlitwę powinien odpowiadać czas przeznaczony na pracę. Klasztory często mają własne ogrody, sady, a nawet całe gospodarstwa zaspokajające potrzeby mniszek. Ale zakonnice zajmują się też pracą, która przynosi dochód: wypiekają opłatki, haftują ręcznie i maszynowo szaty liturgiczne czy sztandary, np. dla szkół, malują obrazy, piszą książki, tłumaczą. Praca zarobkowa sióstr jest jednak często niewystarczająca, zwłaszcza że stare, zabytkowe klasztory wymagają remontów. Z pomocą mniszkom przychodzą wtedy diecezje.

    „Niech się więc umocnią wszystkie dusze konsekrowane do życia kontemplacyjnego, ponieważ Kościół i świat, który Kościół winien ewangelizować, otrzymują niemało światła i mocy od Pana dzięki ich ukrytemu i modlitewnemu życiu” – podkreślił św. Jan Paweł II w liście apostolskim „Litterae Encyclicae” adresowanym do wszystkich osób konsekrowanych z okazji Roku Maryjnego (1988 r.).

    ***

    Konferencja Przełożonych Żeńskich Klasztorów Kontemplacyjnych (KPŻKK) powstała w 1956 r. z inicjatywy prymasa Wyszyńskiego. Miała skonsolidować zakony klauzurowe w obliczu prześladowań ówczesnych władz. Zrzesza 83 przełożone klasztorów kontemplacyjnych, należących do 13 rodzin zakonnych. Są to: benedyktynki, benedyktynki sakramentki, bernardynki, dominikanki, kamedułki, karmelitanki, klaryski kapucynki, klaryski, klaryski od wieczystej adoracji, norbertanki, redemptorystki, wizytki, anuncjatki. Od roku 2021 jej przewodniczącą jest matka Teresa Wrona, karmelitanka bosa z Częstochowy, a jej zastępczynią matka Elżbieta Sander, klaryska z Krakowa.

    Dzień Życia Konsekrowanego, obchodzony 2 lutego w święto Ofiarowania Pańskiego, został ustanowiony przez papieża Jana Pawła II w 1997 r. Ofiary zbierane na tacę w tym dniu są przeznaczone na wsparcie zakonów klauzurowych.

    KAI/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________________

    W Polsce obecnie jest ponad 31,1 tys. osób konsekrowanych. Obok zakonnych wspólnot męskich (59) i żeńskich (105) – w tym gronie są także dziewice konsekrowane i wdowy poświęcone Bogu, jak również pustelnicy, członkowie wspólnot i instytutów kościelnych.

    MATKA RÓŻA CZACKA
    błogosławiona Matka Róża Czacka/z archiwum Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża

    Chciała służyć nie tylko „niewidomym na ciele”, ale także „niewidomym na duszy”

    ___________________________________________________________________________

    PO MSZY ŚWIĘTEJ

    ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Psychiatrzy i psycholodzy w szoku! Te modlitwy uzdrawiają z depresji
    fot. via Pixabay.com

    ***

    Psychiatrzy i psycholodzy w szoku!

    Te modlitwy uzdrawiają z depresji

    “Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię.” (Mt 11, 28-30). Złap się tej obietnicy, którą Chrystus złożył każdemu z nas. Oddaj swoje cierpienie Jezusowi.

    Modlitwa dla cierpiących na depresję

    Dobry Boże Ty znasz ciemności, które mnie otaczają. Wydaje mi się, że jakby otoczyła mnie chmura, tak że tracę całą moją perspektywę. I na dodatek mam wrażenie, że ona nigdy się nie podniesie. Wiem, że wcześniej udało mi się z tego wyjść, ale kiedy te uczucia znów przychodzą wszystko znowu się zaciemnia.

    Pomóż mi ufać Tobie w tym trudnym czasie. Wiem, że po deszczu znów przychodzi słońce, i że ponad chmurami słońce zawsze świeci.

    Proszę Cię jednak, umocnij to przekonanie w moim sercu, tak aby Twoja nadzieja mnie prowadziła.

    Wierzę, że Ty możesz mnie uzdrowić i całkowicie powierzam się Tobie. Udziel mi łask, których potrzebuję, aby wytrwać przy Tobie, aż Twoja uzdrawiająca miłość, która wiem, że nieustannie działa we mnie, w końcu przeniknie mnie i przyniesie ulgę, której potrzebuję. Amen.

    Modlitwa w chorobie psychicznej (za wstawiennictwem św. Judy Tadeusza)

    Pełen współczucia święty Judo Tadeuszu, który mocą Bożą przywróciłeś tak wielu ludziom zdrowie i jasność umysłu, wejrzyj na mnie (lub wymień imię osoby chorej psychicznie, za którą się modlisz) w moim cierpieniu.

    Ufny w Twoje potężne wstawiennictwo, błagam Cię, byś prosił Jezusa, miłosiernego Uzdrowiciela chorych, o uzdrowienie mnie (lub wymień imię chorej osoby).

    Spraw, bym (lub wymień imię chorej osoby) podźwignięty Jego miłością, otrzymał wielką łaskę zdrowia psychicznego. Amen.

    Modlitwa o uzdrowienie wewnętrzne

    Panie Jezu, Ty przyszedłeś po to, aby uzdrowić serca zranione i udręczone, proszę Cię, abyś uzdrowił urazy powodujące niepokoje w moim sercu. Proszę Cię w szczególny sposób, abyś uzdrowił tych, którzy są przyczyną grzechu. Proszę Cię, abyś wszedł w moje życie i uzdrowił mnie od urazów psychicznych, które mnie dotknęły w dzieciństwie i od tych ran, które mi zadano w ciągu całego życia.

    Panie Jezu, Ty znasz moje trudne sprawy, składam je wszystkie w Twoim Sercu Dobrego Pasterza. Proszę Cię, odwołując się do Twej wielkiej rany, otwartej w Twoim Sercu, abyś uleczył małe rany mojego serca.Ulecz rany moich wspomnień, aby nic z tego, co mi się przydarzyło, nie przysparzało mi cierpienia, zmartwień, niepokoju. Ulecz, Panie, wszystkie te urazy, które w moim życiu stały się przyczyną grzechu.

    Pragnę przebaczyć wszystkim osobom, które mi wyrządziły krzywdę. Wejrzyj na te urazy wewnętrzne, które mnie czynią niezdolnym do przebaczenia.Ty, który przyszedłeś uleczyć serca strapione, ulecz moje serce.

    Ulecz, Panie Jezu, moje wewnętrzne urazy, które są przyczyną chorób fizycznych. Oddaję Ci moje serce. Zechciej je przyjąć, Panie, i oczyścić. Napełnij mnie uczuciami Twego Boskiego Serca. Pomóż mi być pokornym i cichym.

    Ulecz mnie, Panie, z bólu, który mnie przytłacza z powodu śmierci drogich mi osób. Spraw, bym mógł odzyskać pokój i radość dzięki wierze, że Ty jesteś Zmartwychwstaniem i Życiem. Uczyń mnie prawdziwym świadkiem Twego Zmartwychwstania,Twego zwycięstwa nad grzechem i śmiercią, Twojej obecności jako Żyjącego wśród nas. Amen.

    Fronda.pl/przk/dowiary.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU W INTENCJI POKOJU, KTÓRY TYLKO CHRYSTUS PAN DAĆ MOŻE – “POKÓJ MÓJ DAJĘ WAM”…

    Modlitwa św. Jana Pawła II o pokój

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Polonia potrzebuje kapłanów

    Naszą największą troską jest ta o kapłanów i siostry zakonne do posługi poza granicami kraju – powiedział bp Piotr Turzyński, Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej. W piątek 10 lutego w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski w Warszawie odbyło się spotkanie członków i konsultorów Zespołu działającego przy Delegacie ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Jak podkreślił bp Piotr Turzyński, spotkanie było okazją m.in. do podsumowania aktywności, jakie podejmowano w minionym roku.

    – Zdaliśmy relacje z działalności prowadzonej w ostatnim czasie. Opowiedziałem, o problemach, które poznałem w trakcie moich spotkań i podróży, ale i o radościach, o pracy księży i sióstr zakonnych. Podobnie księża rektorzy z Anglii, Niemiec czy Francji relacjonowali, czym żyje Polonia – mówił bp Turzyński.

    Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej powiedział także o najważniejszym z problemów, z jakim zmaga się obecnie zagraniczne duszpasterstwo. – Zasadniczą i największą naszą troską jest ta o kapłanów do posługi za granicą. Chcielibyśmy, żeby Polonia była traktowana jak integralna część Kościoła w Polsce. Potrzeba troski o to, żeby również tam byli kapłani i siostry zakonne, którzy będą pomagać Polakom zachować wiarę i być przy Panu Bogu – powiedział bp Turzyński.

    Przewodniczący zespołu podkreślił także ogromną wartość wspólnych, regularnych spotkań, które pozwalają lepiej poznać potrzeby i problemy Polonii. – Widzimy, że zmniejszyła się liczna Polaków poza granicami kraju, ale duszpasterstwo jest bardzo różnorodne i myślę, że te pięknie żyjące parafie polonijne mogą być inspiracją dla duszpasterstwa w Polsce – dodał Delegat KEP ds. Duszpasterstwa Emigracji Polskiej.

    Biskup Piotr Turzyński podkreślił również, że wśród inicjatyw planowanych na ten rok, na szczególną uwagę zasługują dwa wydarzenia: wyjazd polsko-polonijnych delegacji na Światowy Dzień Młodzieży w Lizbonie oraz organizowany we wrześniu Światowy Kongres Rodzin Polonijnych w Gdańsku.

    BP KEP/Warszawa (KAI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Znamy datę beatyfikacji rodziny Ulmów!

    Beatyfikacja Sług Bożych Józefa i Wikorii Ulmów i ich siedmiorga dzieci odbędzie się 10 września 2023 r. w Markowej – poinformowała archidiecezja przemyska. Rodzina Ulmów została zamordowana podczas wojny przez Niemców za ukrywanie Żydów.

    Rodzina Ulmów
    Rodzina Ulmów/Muzeum Polaków Ratujących Żydów

    ***

    Podczas uroczystości beatyfikacyjnej przedstawicielem Ojca Świętego będzie kard. Marcello Semeraro, prefekt Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych.

    Józef i Wiktoria Ulmowie podczas II wojny światowej w swoim domu w Markowej na Podkarpaciu ukrywali dwie rodziny Żydów. Hitlerowcy dowiedzieli się o tym w wyniku donosu i 24 marca 1944 r. zamordowali przechowywanych Żydów oraz Ulmów wraz z szóstką małych dzieci. Wiktoria była wtedy w 9. miesiącu ciąży.

    W 1995 r. Wiktoria i Józef Ulmowie zostali uhonorowani pośmiertnie tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

    17 grudnia ub. roku papież Franciszek zatwierdził dekret o męczeństwie Rodziny Ulmów.

    Beatyfikowane zostanie małżeństwo Józef i Wiktoria Ulmowie oraz ich siedmioro dzieci: Stanisława, Barbara, Władysław, Franciszek, Antoni, Maria oraz dziecko nienarodzone, które miało przyjść na świat wiosną 1944 roku.

    W chwili niemieckiej zbrodni Wiktoria Ulma była w dziewiątym miesiącu ciąży. Historyk, wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Mateusz Szpytma, którego babcia była siostrą Wiktorii, przypomniał we wpisie na Facebooku, że poród rozpoczął się podczas zbrodni lub po wrzuceniu ciała kobiety do dołu. „Uznano, że chrzest nastąpił, ale nie z wody lecz z krwi” – zaznacza dr Mateusz Szpytma.

    Postulator w procesie beatyfikacyjnym ks. dr Witold Burda zwraca uwagę, że w teologii od dawna istnieje przekonanie, że w przypadku osób będących na przykład na drodze przygotowania do chrztu, pragnących go przyjąć, ale ponoszących śmierć za wiarę w Chrystusa, uznaje się, że owoce tego męczeństwa przynoszą takie same owoce jak przyjęcie sakramentu chrztu, jak przyjęcie łaski wiary.

    Ks. Burda przypomina też o konstytucji duszpasterskiej Soboru Watykańskiego II „Gaudium et spes”, gdzie stwierdzono, iż człowiek jest jedynym stworzeniem, którego Bóg chciał dla Niego samego. „Można spotkać też to piękne określenie, że człowiek jest koroną stworzenia, jakie wyszło z rąk Pana Boga. I to obejmuje wszystkie etapy ludzkiego życia – i ten prenatalny, i ten postnatalny” – zauważa ks. Burda.

    W 2016 roku w Markowej otwarto Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów. W uroczystości wziął udział prezydent Andrzej Duda, przedstawiciele Konferencji Episkopatu Polski z przewodniczącym abp. Stanisławem Gądeckim. Wydarzenie odbiło się szerokim echem w mediach polskich i zagranicznych.

    Od 24 marca 2018 roku – w rocznicę bestialskiej śmierci Ulmów ­– obchodzony jest Narodowy Dzień Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.

    Tygodnik Niedziela/BP KEP/KAI/przemyska.pl
    ______________________________________________________________________________________________________________

  • MATKA BOŻA i ŚWIĘCI PAŃSCY – styczeń 2023

    Ku czci Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    ojciec święty Benedykt XVI



    1 stycznia

    Święta Boża Rodzicielka Maryja

    Bogarodzica Maryja
    Pierwszy dzień Nowego Roku to ósmy dzień od Narodzenia Jezusa. Według prawa żydowskiego każdy chłopiec miał być tego dnia obrzezany. W oktawę Bożego Narodzenia, dziękując Bogu za przyjście na świat Chrystusa, Kościół obchodzi uroczystość Maryi jako Matki Bożej, przez którą spełniły się obietnice dane całej ludzkości, związane z tajemnicą Odkupienia. Tego dnia z wszystkich przymiotów Maryi czcimy szczególnie Jej macierzyństwo. Dziękujemy Jej także za to, że swą macierzyńską opieką otacza cały Lud Boży.Poświęcenie Maryi pierwszego dnia rozpoczynającego się roku ma także inne znaczenie. Matka Jezusa zostaje ukazana ludziom jako najdoskonalsze stworzenie, a zarazem jako pierwsza z tych, którzy skorzystali z darów Chrystusa. Pragnienie zaakcentowania specjalnego wspomnienia Matki Bożej zrodziło się już w starożytności chrześcijańskiej. Kościół zachodni już w VII wieku wyznaczył w tym celu dzień 1 stycznia.Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi to najstarsze maryjne święto. Do liturgii Kościoła wprowadził je dość późno papież Pius XI w roku 1931 na pamiątkę 1500. rocznicy soboru w Efezie (431). Pius XI wyznaczył na coroczną pamiątkę tego święta dzień 11 października. Reforma liturgiczna w roku 1969 nie zniosła tego święta, ale podniosła je do rangi uroczystości nakazanych i przeniosła na 1 stycznia.
    W Starym Testamencie jest wiele szczegółowych proroctw, zapowiadających Zbawiciela świata. Pośrednio dotyczą one także osoby Jego Matki. Niektóre z nich są nawet wyraźną aluzją do Rodzicielki Zbawiciela, np. zapowiedź dotycząca Niewiasty, która zetrze głowę węża-szatana (Rdz 3, 15). Jeszcze wyraźniej o Matce Mesjasza wspomina prorok Micheasz (Mi 5, 1-2). Jako proroctwo dotyczące Maryi traktuje się także zapowiedź Izajasza:Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel (Iz 7, 14).Poza tymi tekstami tradycja chrześcijańska uznaje wiele innych w znaczeniu typicznym (stanowiącym wzór, pra-obraz), jak np. królowa stojąca po prawicy króla (Ps 45, 10), oblubienica z Pieśni nad Pieśniami, zwycięska Judyta czy ratująca swój naród od niechybnej zguby bohaterska Estera.Maryja była córką świętych Joachima i Anny (tak przekazuje nam apokryf Protoewangelia Jakuba, pochodzący z roku ok. 150). To oni oddali ją do Świątyni (to także przekaz apokryficzny – wspomnienie tego wydarzenia obchodzimy w liturgii 21 listopada). Przez Boga została wybrana na Matkę Jezusa Chrystusa. Jej postać jest obecna na kartach Nowego Testamentu od chwili Zwiastowania po Zesłanie Ducha Świętego.
    Anioł Gabriel zwiastuje Jej narodzenie Syna, który będzie “Synem Najwyższego” (Łk 1, 26-38). Od tej chwili Maryja całkowicie oddaje się Bogu. Za wskazaniem anioła odwiedza swoją krewną, św. Elżbietę, matkę Jana Chrzciciela (Łk 1, 39-56). Wraz ze swym oblubieńcem, św. Józefem, w związku ze spisem ludności udaje się do Betlejem, miasta, z którego wywodzi się Jej ród (a także ród Józefa, Jej męża). Tutaj przychodzi na świat Jezus (Łk 2, 1-20). Zgodnie z żydowskim obyczajem ofiarowuje Syna w świątyni (Łk 2, 21-38). Wobec zagrożenia ze strony Heroda ucieka z Jezusem i św. Józefem do Egiptu (Mt 2, 13-18). Po śmierci króla wraca do Nazaretu (Mt 2, 19-23). Podczas pobytu w Jerozolimie przeżywa niepokój z powodu zagubienia swego Syna (Łk 2, 41-49). Na godach weselnych w Kanie poprzez Jej wstawiennictwo Jezus czyni swój pierwszy cud (J 2, 1-11).
    Synoptycy (św. Mateusz, św. Łukasz i św. Marek) wspominają, że Maryja towarzyszyła Panu Jezusowi w Jego wędrówkach apostolskich (Mt 12, 46-50; Mk 3, 31-35; Łk 8, 19-21). Maryja jest także świadkiem śmierci Chrystusa. Stoi pod krzyżem Jezusa, gdy Ten powierza Ją opiece swego umiłowanego ucznia Jana (J 19, 25-27). Pod krzyżem zostaje Matką Kościoła i ludzkości. Po ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu pozostaje wśród Apostołów w Jerozolimie.
    Maryja niewątpliwie jest osobą najbliższą Jezusowi ze względu na szczególną rolę w dziele zbawienia. Jej niezwykłe posłannictwo i miejsce w chrześcijaństwie odsłania tekst Apokalipsy.
    Według tradycji po wniebowstąpieniu Jezusa żyła jeszcze 12 lat. Niektóre dokumenty mówią, że mieszkała ze św. Janem w Efezie, inne – że nie opuszczała Jerozolimy. Pusty grób Maryi znajduje się obok Ogrodu Oliwnego w dolinie Cedron. Fakty z Jej życia, tytuły i wezwania modlitewne oraz cudowne wydarzenia, które miały miejsce za Jej przyczyną, Kościół rozważa w ciągu wielu świąt podczas całego roku liturgicznego.Spośród szczególnych przywilejów Maryi na pierwszym miejscu trzeba wymienić Jej Boskie macierzyństwo, które w dzisiejszej uroczystości czcimy. Kiedy Nestoriusz, patriarcha Konstantynopola, odważył się odróżniać w Jezusie Chrystusie dwie natury i dwie osoby, wtedy Maryję zaczął nazywać Matką Chrystusa-Człowieka i odmówił Jej przywileju Boskiego macierzyństwa. Jednak biskupi zebrani na soborze w Efezie (431) stanowczo odrzucili i potępili naukę Nestoriusza, wykazując, że Jezus miał tylko jedną osobę, której własnością były dwie natury: Boska i ludzka. Dlatego Maryja była Matką Osoby Jezusa Chrystusa w Jego ludzkiej naturze – była więc Matką Bożą. Prawda ta została ogłoszona jako dogmat. Zebrani na tym soborze biskupi Kościoła pod przewodnictwem legatów papieskich orzekli jednogłośnie, że nie tylko można, ale należy Maryję nazywać Matką Bożą, Bogurodzicą (greckie Theotokos). Maryja nie zrodziła Bóstwa, nie dała Panu Jezusowi natury Boskiej, którą On już posiadał odwiecznie od Ojca. Dała Chrystusowi Panu w czasie naturę ludzką – ciało ludzkie. Ale dała je Boskiej Osobie Pana Jezusa. Jest więc Matką Syna Bożego według ciała i w czasie, jak według natury Bożej i odwiecznie Pan Jezus jest Synem Bożym. Ta godność i ten przywilej wynosi Maryję ponad wszystkie stworzenia i jest źródłem wszystkich innych Jej przywilejów.
    Prawdę o Boskim macierzyństwie Maryi potwierdzono na soborach w Chalcedonie (451) i w Konstantynopolu (553 i 680), w konstytucji Pawła IV przeciwko arianom (socynianom) w roku 1555, w wyznaniu wiary Benedykta XIV (1743) oraz w encyklice Piusa XI Lux veritatis w 1931 roku.
    Kościół właściwie przez cały rok wysławia ten wielki przywilej Maryi. W codziennej Komplecie w antyfonie końcowej spotykamy słowa: “Witaj, Matko Zbawiciela!”, “Witaj, Królowo nieba, Pani aniołów!”, “Witaj korzeniu i bramo święta, z której Światło zeszło na ziemię!”, “Królowo nieba, wesel się, alleluja, albowiem, którego zasłużyłaś nosić, zmartwychwstał, jak przepowiedział, alleluja!”, “Witaj, Królowo… a Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż”.Macierzyństwo Maryi wobec Jezusa jest wyjątkowe, ponieważ jest dziewicze. Maryja była Dziewicą zawsze: przed porodzeniem Jezusa i po Jego urodzeniu, aż do śmierci. Kościół nie ustanowił osobnego święta dla podkreślenia tego tytułu. Łączy go jednak bezpośrednio z Boskim macierzyństwem. Prawdę o dziewiczym macierzyństwie ogłosił jako dogmat na Soborze Laterańskim I w roku 649. Jednak wiarę w tę prawdę Kościół wyraził również na soborach poprzednich, np. w Chalcedonie (451) i w Konstantynopolu (553). Nadto prawdę tę akcentuje w wyznaniach wiary, w orzeczeniach papieży, w pismach Ojców Kościoła i w liturgii.Pan Bóg godnością przewyższa wszystko, co tylko istnieje. Dlatego kult najwyższy, tak prywatny, jak i publiczny, należy się Panu Bogu. Maryja jest tylko stworzeniem, ale wśród stworzeń wyróżniona została najwyższą godnością. Dlatego Kościół oddaje Jej cześć szczególną, większą niż innym Świętym, co w liturgii nazywa się kultem hyperduliae – czcią wyjątkową. Kult Świętych jest zawsze względny i pośredni. Czcimy ich bowiem, ponieważ są przyjaciółmi Boga, a całą swoją godność i chwałę zawdzięczają Panu Bogu. To samo odnosi się również do Matki Bożej.
    W swoich początkach chrześcijaństwo na pierwszy plan wysuwało kult Pana Jezusa jako Wcielonego Słowa i Zbawiciela świata. W miarę jednak, jak nauka Chrystusa ogarniała coraz to nowe obszary, powiększało się też zainteresowanie osobą Matki Zbawiciela. Dlatego wspomnienie o Niej spotykamy u pierwszych Ojców Kościoła oraz w apokryfach. Kiedy zaczął rozwijać się kult męczenników, a zaraz potem wyznawców, kult Matki Bożej zyskiwał na znaczeniu. Od wieku IV można już mówić o powszechnym kulcie Maryi w Kościele. Wzrósł on po Soborze Efeskim (431), kiedy zaczęto stawiać ku czci Matki Bożej kościoły, otaczać kultem Jej obrazy, układać modlitwy, wygłaszać homilie i obchodzić Jej święta. Dzisiaj kult Matki Bożej w Kościele katolickim jest tak powszechny i żywy, że stanowi jedną z jego cech charakterystycznych. Do jego najważniejszych elementów należą:
    Dni i święta Maryi. W roku liturgicznym mamy kilkanaście obchodów maryjnych, co jest sytuacją wyjątkową – nikt inny nie jest tak często w liturgii wspominany. Niektórym z tych obchodów Kościół nadaje rangę najwyższą – uroczystości: Boskiego macierzyństwa Maryi (1 stycznia), Jej Wniebowzięcia (15 sierpnia) i Niepokalanego Poczęcia (8 grudnia). Dwa miesiące: maj i październik są miesiącami Maryi, w których Maryja odbiera szczególną cześć u wiernych. Są także święta lokalne, np. w Polsce – Królowej Polski (3 maja) czy Matki Bożej Częstochowskiej (26 sierpnia). Także poszczególne miejscowości czy zakony mają swoje święta. Sobota każdego tygodnia już od wczesnego średniowiecza była obchodzona jako dzień Maryi. W Okresie Zwykłym Kościół dozwala na odprawianie w soboty Mszy św. według specjalnego formularza o Matce Bożej.
    Świątynie pod wezwaniem Matki Bożej. Zaczęto je stawiać już od wieku IV. Dzisiaj są ich tysiące na całym świecie. Najdostojnieszą z nich jest bazylika Matki Bożej Większej w Rzymie.
    Obrazy i rzeźby Matki Bożej. Ikonografia w tej dziedzinie jest niezmiernie bogata. Obejmuje setki tysięcy obrazów i rzeźb. Pierwsze wizerunki Maryi spotykamy już w katakumbach w II w. – w katakumbach Pryscylli w Rzymie umieszczono literę M z krzyżem. Nadto na suficie jednej z krypt tych katakumb widzimy Maryję siedzącą na wysokim krześle niby na tronie albo na katedrze biskupiej. Jest ubrana w białą tunikę i ma welon dziewiczy na głowie. Na kolanach trzyma Dziecię Jezus. Powstały całe szkoły ikonografii maryjnej. Wiele obrazów i figur zasłynęło niezwykłymi łaskami, tak że zostały uznane za cudowne (jest ich ok. 3000, w tym kilkaset koronowano koronami papieskimi). Do sanktuariów maryjnych podążają milionowe rzesze pielgrzymów.
    Figury Maryi, stawiane na placach. W samym Awinionie we Francji jest ich 158. Wiele z nich przedstawia wysoką wartość artystyczną. W Rzymie znana jest kolumna Matki Bożej Niepokalanej na Placu Hiszpańskim, przed którą papież co roku zwyczajowo w każde święto Niepokalanej (8 grudnia) składa wiązankę kwiatów.
    Pisma teologów. Nie było pisarza kościelnego, który by nie podejmował tematyki maryjnej. Rocznie wychodzi kilkaset prac na temat Matki Bożej. Istnieją specjalne biblioteki, czasopisma i encyklopedie mariologiczne.
    Kongresy mariologiczne: miejscowe, diecezjalne, prowincjalne, krajowe, międzynarodowe. Rocznie przypada ich w różnych krajach kilka do dziesięciu, z okazji specjalnych – więcej. Pierwszy międzynarodowy kongres mariologiczny odbył się w Lyonie w dniach 5-8 września 1900 roku.Rozmaite nabożeństwa. Wystarczy wymienić najgłośniejsze: nabożeństwo 3 Zdrowaś Maryjo, koronki, różaniec, szkaplerze, medaliki, małe oficjum brewiarzowe (czyli Godzinki), nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca, nowenny, pielgrzymki, peregrynacje obrazów i figur Matki Bożej, prywatne i publiczne akty poświęcenia się Matce Bożej, Święte Niewolnictwo, Dzieło Pomocników Maryi.Maryja jest patronką Kościoła powszechnego, wielu diecezji, zakonów, krajów, miast oraz asysty kościelnej, lotników, matek, motocyklistów, panien, piekarzy, prządek, studentów i szkół katolickich.

    Maryja - Święta Boża Rodzicielka
    W ikonografii Najświętsza Maryja Panna jest – obok Jezusa – najczęściej występującą postacią. Sztuka chrześcijańska rozwinęła szereg typów Madonny: z Dzieciątkiem, Matki Bożej tkliwej, majestatycznej (w sztuce bizantyjskiej), tronującej, opiekuńczej, orędującej, dziewczęcej, surowej władczyni, królowej, mieszczki, wieśniaczki, wytwornej damy. Ukazywana jest jako Bogurodzica, Niepokalana, Bolesna, Wniebowzięta, Niewiasta z Apokalipsy, Różańcowa, Wspomożycielka, Królowa, Matka Kościoła.
    Jej atrybutami są m.in.: gołąb – symbol Ducha Świętego, siedem gołębi – oznaczających siedem darów Ducha Świętego, jagnię, jaskółka, jednorożec; ciała niebieskie: gwiazdy, księżyc, półksiężyc, słońce i gwiazdy; kwiaty: anemon, fiołek, irys, lilia, lilia w ręku – symbol Niepokalanej, róża, różany szpaler; drzewa: cedr, dąb, drzewo figowe; owoce: cytryna – znak cierpienia, goździk, jabłko – symbol Odkupienia, truskawka, winorośl, winogrono jako symbol Jezusa zrodzonego ze szlachetnego winnego szczepu; ciernie, łza, mały krzyż, krucyfiks, miecz, miecz w piersi, siedem mieczów, narzędzia męki w dłoniach anioła; Boskie Miasto, kielich, kielich z hostią, korona, księga, otwarta księga, naszyjnik, naszyjnik z korali, perła, różaniec, smok u stóp, studnia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 stycznia

    Święty Bazyli Wielki,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz z Nazjanzu, biskup i doktor Kościoła
    ***
    Święty Bazyli Wielki
    Bazyli urodził się w rodzinie zamożnej i głęboko religijnej w Cezarei Kapadockiej (obecnie Kayseri w środkowej Turcji) w 329 r. Wszyscy członkowie jego rodziny dostąpili chwały ołtarzy: św. Makryna – jego babka, św. Bazyli i Emelia (Emilia) – rodzice, jego bracia – św. Grzegorz z Nyssy i św. Piotr z Sebasty, oraz siostra – św. Makryna Młodsza. Jest to wyjątkowy fakt w dziejach Kościoła.
    Ojciec Bazylego był retorem. Jako taki miał prawo prowadzić własną szkołę. Młody Bazyli uczęszczał do tej szkoły, a następnie udał się na dalsze studia do Konstantynopola i Aten. Tu spotkał się ze św. Grzegorzem z Nazjanzu, z którym odtąd pozostawał w dozgonnej przyjaźni. W ławie szkolnej zasiadał z nimi także Julian, późniejszy cesarz rzymski (panował w latach 361-363, przez potomnych nazwany Apostatą ze względu na powrót do kultów pogańskich). W 356 r. Bazyli objął katedrę retoryki w Cezarei po swoim zmarłym ojcu. Tu przyjął chrzest w roku 358, mając 29 lat. Taki bowiem był wówczas zwyczaj, że chrzest przyjmowano w wieku dorosłym, w pełni rozeznania obowiązków chrześcijańskich.
    Przeżycia po śmierci brata poważnie wpłynęły na jego życie. W latach 357-359 odbył wielką podróż po ośrodkach życia pustelniczego i mniszego na Wschodzie: Egipcie, Palestynie, Syrii i Mezopotamii. Po powrocie postanowił poświęcić się życiu zakonnemu: rozdał swoją majętność ubogim i założył pustelnię w Neocezarei (obecnie Niksar w Turcji) nad brzegami rzeki Iris. Niebawem przyłączył się do niego św. Grzegorz z Nazjanzu. Razem sporządzili wówczas zestaw najcenniejszych fragmentów pism Orygenesa (Filokalia). Tam również Bazyli zaczął pisać swoje Moralia i zarys Asceticon, czyli przyszłej reguły bazyliańskiej, która miała ogromne znaczenie dla rozwoju wspólnotowej formy życia zakonnego na Wschodzie.
    Bazyli jest jednym z głównych kodyfikatorów życia zakonnego zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie chrześcijaństwa (miał ogromny wpływ na św. Benedykta z Nursji). Ideałem życia monastycznego Bazylego była braterska wspólnota, która poświęca się ascezie, medytacji oraz służy Kościołowi zarówno poprzez naukę wiary (poznawanie tajemnic Objawienia i obronę przeciw herezjom), jak i w działalności duszpasterskiej i charytatywnej.

    Święty Bazyli Wielki
    W 360 roku Bazyli wziął udział w synodzie, który odbył się w Konstantynopolu, a w dwa lata potem był świadkiem śmierci metropolity Cezarei Kapadockiej, Dioniusa. Jego następca, Euzebiusz, udzielił mu w 364 r. święceń kapłańskich. Po śmierci tegoż metropolity Bazyli został wybrany jego następcą (370). Jako arcybiskup Cezarei wykazał talent męża stanu, wyróżniał się także jako doskonały administrator i duszpasterz, dbały o dobro swojej owczarni. Bronił jej też niezmordowanie żywym słowem i pismem przed skażeniem herezji ariańskiej. Rozwinął w swojej diecezji szeroką działalność dobroczynną, budując na przedmieściach Cezarei kompleks budynków na potrzeby biednych i podróżujących (tzw. Bazyliada). Był człowiekiem szerokiej wiedzy, znakomitym mówcą, pracowitym i miłosiernym pasterzem.Zmarł 1 stycznia 379 r. Jego relikwie przeniesiono wkrótce do Konstantynopola wraz z relikwiami św. Grzegorza z Nazjanzu i św. Jana Chryzostoma. Obecnie znajdują się one w Brugii (Belgia), przewiezione tam przez Roberta II Jerozolimskiego (1065-1111), hrabiego Flandrii, uczestnika wypraw krzyżowych. Część relikwii znajduje się we Włoszech: głowa w Amalfi koło Neapolu, a ramię w kościele S. Giorgio dei Greci w Wenecji.
    Św. Bazyli razem z pozostałymi ojcami kapadockimi (Grzegorzem z Nazjanzu i Grzegorzem z Nyssy) gorliwie zwalczał herezję ariańską i ustalił treść dogmatu o Trójcy Świętej (“jedna natura, trzy hipostazy” – jeden Bóg w trzech Osobach). Pozostawił bogatą spuściznę literacką: szereg pism dogmatyczno-ascetycznych, homilii i 350 listów. Poprzez swój Asceticon stał się ojcem i prawodawcą monastycyzmu wschodniego. Jest twórcą liturgii wschodniej (tzw. bizantyńskiej). W Kościele Wschodnim doznaje czci jako jeden z czterech wielkich Ojców Kościoła. Na 1600-lecie śmierci św. Bazylego w dniu 2 stycznia 1980 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił list apostolski Patres Ecclesiae. Bazyli jest patronem bazylianów i sióstr św. Krzyża.
    W ikonografii św. Bazyli przedstawiany jest jako biskup w pontyfikalnych szatach rytu łacińskiego, a także ortodoksyjnego, jako mnich w benedyktyńskiej kukulli, eremita. Ma krótkie, czarne, przyprószone siwizną włosy, długą, szpiczastą brodę, wysokie czoło i garbaty nos. W lewej ręce trzyma Ewangelię, prawą błogosławi lub przytrzymuje Świętą Księgę. Jego atrybutami są: czaszka, gołąb nad głową, księga, model kościoła, paliusz, rylec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 stycznia

    Najświętsze Imię Jezus

    Zobacz także:
      •  Święta Genowefa, dziewica
      •  Błogosławiony Alan de Solminihac, biskup
      •  Święty Józef Maria Tomasi, kardynał
    ***
    Jezus Chrystus
    Istnieje wiele imion, którymi określano Syna Bożego. Już prorok Izajasz wymienia ich cały szereg: Emmanuel (Iz 7, 14), Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju (Iz 9, 6). Prorocy: Daniel i Ezechiel nazywają Mesjasza “Synem człowieczym” (Dn 7, 13), a Zachariasz powie o Nim: “a imię Jego Odrośl” (Za 6, 12). W Nowym Testamencie św. Jan Apostoł nazwie Syna Bożego “Słowem” (J 1, 1). Sam Jezus Chrystus da sobie nazwy: Syn człowieczy (Mt 24, 27. 30. 37. 39. 44), Światłość świata (J 8, 12), Droga, Prawda i Życie, Dobry Pasterz (J 10, 11; 14, 6) itp. Jednak imieniem własnym Wcielonego Słowa jest Imię Jezus. Ono bowiem zostało nadane Mu przez samego niebieskiego Ojca jako imię własne:W szóstym miesiącu (od zwiastowania Zachariaszowi narodzenia św. Jana Chrzciciela) posłał Bóg anioła Gabriela do miasta zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef (…). Anioł rzekł do Niej: “Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna i nadasz Mu imię Jezus” (Łk 1, 26-31).Św. Mateusz przypomina, że to samo polecenie otrzymał również św. Józef:Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: “Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów” (Mt 1, 20-21).Pod tym też imieniem Słowo Wcielone odbiera największą cześć. Etymologicznie hebrajskie imię Jezus znaczy tyle, co “Jahwe zbawia”. Tak więc imię było synonimem posłannictwa, celu, dla którego Syn Boży przyszedł na ziemię. Imię to nadano Synowi Bożemu w ósmym dniu po narodzeniu, który liturgicznie przypada dnia 1 stycznia. Św. Łukasz tak nam krótko opisuje to wydarzenie:Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie (Matki) (Łk 2, 21).

    Jezus Chrystus
    Sam Jezus powiedział o swoim Imieniu: Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: O cokolwiek byście prosili Ojca, da wam w imię moje. Do tej pory o nic nie prosiliście w imię moje: Proście, a otrzymacie, aby radość wasza była pełna (J 16, 23-24).Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego pili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie (Mk 16, 17-18).Apostołowie zawierzyli Chrystusowej obietnicy i spełniła się ona na nich w całej pełni. W imię Chrystusa czynili cuda. Św. Piotr do napotkanego kaleki od urodzenia mówi:Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź! (Dz 3, 6).Do zdumionego tym cudem tłumu Apostoł mówi:Przez wiarę w Jego Imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, Imię to przywróciło siły (Dz 3, 16).To samo wyznanie powtórzy także przed najwyższą Radą żydowską:Jeżeli przesłuchujecie nas w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka – którego wy ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych – że przez Niego ten człowiek stanął zdrowy… I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni (Dz 4, 10-12).Św. Paweł Imieniu Jezusa oddaje najwyższe pochwały:Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych (Flp 1, 8-10).Wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko (czyńcie) w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego (Kol 3, 17).Jako cel swojej całej niezmordowanej działalności apostolskiej św. Paweł wskazuje:Aby w was zostało uwielbione imię Pana naszego Jezusa Chrystusa (Dz 16, 18).Także św. Paweł w imię Jezusa czynił cuda. Do szatana, który opętał pewną dziewczynę, woła:Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł! (Dz 3, 6-7).Kult Imienia Jezus ma więc głębokie uzasadnienie w Piśmie Świętym. Tekstów to potwierdzających można by przytoczyć znacznie więcej (J 14, 13-14; Dz 5, 40-41; 9, 15-16; Hbr 1, 4; Rz 10, 13; 2 Kor 5, 20; Ap 7, 1-11). Św. Paweł tak się rozmiłował w tym Najświętszym Imieniu, że w swoich pismach wymienia je aż 254 razy.Kult Imienia Jezus jest żywy także w tradycji Kościoła. Św. Efrem, ilekroć napotkał to imię wypisane czy wyryte, całował je ze czcią. Orygenes o tym Imieniu pisze: “Imię Jezus – to imię Wszechmocnego… To imię Pańskie niech będzie błogosławione na wieki”. Św. Jan Złotousty mówi: “Imię Jezusa Chrystusa, gdy je uważnie rozważymy, oznajmia nam całe jego dobrodziejstwo. Nie bez przyczyny bowiem zostało nam dane. Jest ono skarbcem tysiąca dóbr”.
    Przepiękny hymn ku czci Imienia Jezus ułożył św. Bernard z Clairvaux: “Wszystkie Boże przymioty dają się słyszeć uszom moim na dźwięk Imienia Jezus. Czczym jest wszelki pokarm, gdy tym olejem nie jest namaszczony… Gdy piszesz, nie rozumiem, gdy tam nie czytam Jezusa. Gdy dyskusję wiedziesz i rozmawiasz, nie pojmuję, gdy nie dźwięczy w niej Imię Jezus… Jezus jest miodem w ustach moich, słodką melodią w uszach, radosną uciechą w sercu… Smuci się kto z was? Niech tylko Jezus przyjdzie do jego serca, niech wypłynie na jego usta – a oto wobec światłości Jego Imienia pierzchnie każda chmura i powróci wesele” (Sermo 15 super Cantica).
    Św. Bernardyn ze Sieny nosił ze sobą tablicę, na której złotymi głoskami był wypisany monogram Pana Jezusa; w każdym kazaniu Bernardyn adorował to Imię: “O Imię Jezusa, wyniesione ponad wszelkie imię! O Imię zwycięskie! Radości aniołów, szczęście sprawiedliwych, przerażenie potępionych… Umysł się miesza, język drętwieje, wargi niezdolne są wyrzec słowo, gdy się ma sławić Najświętsze Imię Jezusa”.
    Syn duchowy św. Bernardyna, bł. Władysław z Gielniowa, każde swoje kazanie rozpoczynał od Imienia Jezusa. W znanym wierszu o Męce Pańskiej każdą nową strofę rozpoczyna tym Najświętszym Imieniem. Kiedy w Wielki Piątek 1505 r. wymawiał Imię Jezus, wpadł w zachwyt i został porwany na oczach słuchaczy nad ambonę.
    Św. Wawrzyniec Justynian pisze: “W przeciwnościach, w niebezpieczeństwach, w lęku – w domu, na drodze, na pustkowiu, na falach – gdziekolwiek się znajdziesz, wszędzie wzywaj Imienia Zbawiciela”.
    Św. Redegunda, bł. Henryk Suzo i św. Joanna de Chantal na swoich piersiach wyryli Imię Jezusa. Św. Ignacy Loyola umieścił w herbie założonego przez siebie zakonu jezuitów monogram imienia Jezus.
    W wieku XV powstała litania do Imienia Jezus, co dowodzi powszechności kultu tegoż Imienia. Zwyczajem powszechnym we wszystkich niemal językach świata stało się pozdrowienie chrześcijańskie: “Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.Pan Jezus ma jeszcze imię drugie, nadane Mu przez proroków i Jego wiernych wyznawców. Jest nim greckie imię Chrystus (hebrajskie – Mesjasz). Oznacza ono tyle, co “namaszczony” lub “Pomazaniec Pański”. Namaszczano w Starym Testamencie królów i arcykapłanów, a Duchem Świętym byli namaszczeni prorocy. Chrystus Pan jest Królem; jest Kapłanem (por. Hbr 4, 14 – 12, 2); jest także Prorokiem – On bowiem był celem wszystkich proroctw. On również wiele rzeczy przepowiedział: o sobie, jak też odnośnie losów ludzkości i świata. Od imienia Chrystusa otrzymali także imię Jego wyznawcy, najpierw w Antiochii, potem niedługo w całym świecie:W Antiochii po raz pierwszy nazwano uczniów chrześcijanami (Dz 11, 26).Ojcowie Kościoła i święci wiele razy podkreślali wagę tego Imienia. Tertulian pisze: “Chrześcijanin – to drugi Chrystus”. Św. Pacjanowi przypisuje się piękne wyznanie: “Imię moje – chrześcijanin, nazwisko – katolik”. Św. Grzegorz z Nyssy napomina: “Jesteś chrześcijaninem, naśladuj Chrystusa… Nie noś tego Imienia na próżno”. Podobnie pisze św. Leon I Wielki: “Poznaj, chrześcijaninie, godność twoją… Pamiętaj, jakiego Ciała jesteś członkiem”. A św. Bernard przypomina: “Od Chrystusa nazywamy się chrześcijanami… Czyż przeto nie tą drogą, którą podążał Chrystus, i my powinniśmy podążać? Chrześcijanie otrzymali imię od Chrystusa. To zaś zobowiązuje do czynu chrześcijańskiego – byśmy, będąc spadkobiercami imienia, byli również spadkobiercami Jego cnót”.Do pierwszych i najpowszechniej spotykanych jeszcze dzisiaj symboli Jezusa Chrystusa należą Jego monogramy. W sztuce starożytnej były one wyrazem osoby. Najdawniejsze pochodzą już z wieku III. Do najdawniejszych należą: I X, co oznacza Jezus Chrystus; X P, co znaczy Chrystus; wreszcie najczęściej spotykane monogramy IHS lub grecką literę X (chi) i wpisaną w nią grecką literę P (ro) – są to dwie pierwsze litery od greckiego słowa XPISTOS, czyli Pomazaniec, Mesjasz. Ostatni symbol ma o tyle jeszcze wymowę, że wyraźnie określa, iż Chrystus stał się naszym Zbawicielem przez ofiarę krzyża. Symbol przedostatni natomiast wywodzi się od czasów cesarza Konstantyna I Wielkiego, kiedy to ów władca kazał na sztandarach swoich wojsk umieścić ten symbol (po roku 313). Najwięcej rozpowszechnił się też on w świecie. Często do tego symbolu dodawano inne, wieniec laurowy jako znak zwycięstwa, litery alfa i omega, co oznacza wieczność i bóstwo Jezusa Chrystusa itp.
    Od wieku XV bardzo popularny stał się monogram Pana Jezusa, złożony z trzech liter: IHS. Jest to “zlatynizowany” skrót grecki trzech pierwszych liter greckich od imienia Jezus (wielkimi literami: IHSOYS). Wreszcie symbolem Pana Jezusa najdawniejszym, bo sięgającym wieku II, jest słowo greckie Ichthys (“ryba”). Był to umowny znak rozpoznawczy dla chrześcijan w czasie prześladowań. W literach tego słowa chrześcijanie odczytywali skrót greckich słów: Jesous Christos Theou Yios Soter, co znaczy: Jezus Chrystus, Syn Boży, Zbawiciel.W Starym Testamencie tak wielką czcią otaczano imię Boga, że nie wolno go było wymawiać nawet kapłanom. Przy czytaniu publicznym zamieniano imię Jahwe na określenia zastępcze: Pan, Władca itp. Cześć Imienia Bożego wymaga, aby i dziś nie wymawiać go bez potrzeby. Drugie przykazanie Dekalogu mówi wyraźnie: “Nie będziesz brał Imienia Pana Boga twego nadaremnie”.Papież Klemens XII (+ 1534) pozwolił na osobne oficjum i Mszę świętą o Imieniu Jezus. Papież Innocenty XIII rozciągnął to święto na cały Kościół (1721), a papież św. Pius X wyznaczył je na niedzielę po Nowym Roku lub – gdy tej zabraknie – na 2 stycznia. Najnowsze, trzecie wydanie Mszału Rzymskiego, przypisało je jako wspomnienie dowolne na dzień 3 stycznia.Warto dodać, że chrześcijanie Wschodu praktykują Modlitwę Jezusową, polegającą na wielokrotnym powtarzaniu imienia Jezus, znaną od pierwszych wieków.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 stycznia

    Święta Elżbieta Seton, wdowa

    Zobacz także:
      •  Święta Aniela z Foligno, zakonnica
      •  Święty Cyriak Eliasz Chavara, prezbiter
      •  Święta Genowefa Torres Morales, dziewica
    ***
    Święta Elżbieta Seton
    Elżbieta urodziła się w Nowym Jorku 28 sierpnia 1774 roku. Stany Zjednoczone stawały się wówczas na skutek walk niepodległościowych (1773-1783) z kolonii angielskiej – nowym, niepodległym państwem. Elżbieta była córką protestanckich rodziców. Miała zaledwie trzy lata, kiedy zmarła jej matka. Wtedy ojciec dziecka, Ryszard Bayley, dyrektor nowojorskiego szpitala, wszedł po raz drugi w związek małżeński. Jednak ciągłe konflikty córki z macochą doprowadziły do tego, że Elżbieta została zmuszona opuścić dom w wieku 16 lat. W dwudziestym roku życia wyszła za nowojorskiego kupca, Wiliama Magee Setona (1794), z którym miała pięcioro dzieci. Niestety, mąż zbyt ryzykował w swoich transakcjach kupieckich. Niebawem doprowadził swoje przedsiębiorstwo do bankructwa. Dopóki żył zamożny ojciec Elżbiety, wspierał młodych małżonków finansowo. Jednak po jego śmierci musieli borykać się z biedą. Na domiar złego mąż zachorował na gruźlicę. Dla ratowania go oboje wybrali się do Włoch, do Livorno, w nadziei, że klimat przywróci zdrowie ukochanemu mężowi. Stało się jednak inaczej. Wiliam zmarł niebawem w tamtejszym szpitalu (1803).
    Po śmierci męża Elżbieta zatrzymała się jeszcze jakiś czas u przyjaciół. Atmosfera głęboko religijna i bezinteresowna miłość, jaką otoczono młodą wdowę, sprawiły, że Elżbieta zainteresowała się bliżej Kościołem katolickim. Odbyła pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej w Montenero. To tam, w czasie Mszy świętej, powzięła stanowcze postanowienie przejścia na katolicyzm. Formalnie uczyniła to po swoim powrocie do Stanów Zjednoczonych 14 marca 1805 roku. Naraziło to ją na nowe trudności, gdyż traktowano ją jako “zdrajczynię” swojej wiary i całkowicie odsunięto się od niej. Elżbieta nie tylko się tym nie załamała, ale doprowadziła nawet do tego, że i jej dzieci przeszły na katolicyzm.
    W Baltimore sulpicjanie zaproponowali jej kierowanie szkołą parafialną. W roku 1809 Elżbieta przeniosła się jednak do Emmitsburga, gdzie powstało centrum jej dzieł. Założyła zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Józefa. Regułę nowej rodziny zakonnej oparła na ustawach, jakie napisał św. Wincenty a Paulo dla swoich duchowych córek. Wprowadziła jedynie te zmiany, które okazały się konieczne dla jej czasów i w jej kraju.
    Elżbieta zakończyła swoje ziemskie życie wcześnie, bo w 47. roku życia, 4 stycznia 1821 r. Do grona błogosławionych włączył ją papież Jan XXIII 17 marca 1963 roku, a do chwały świętych wyniósł ją Paweł VI 14 września 1975 roku. W jej kanonizacji jako pierwszej obywatelki Stanów Zjednoczonych wzięło udział ok. 15 tys. pielgrzymów z USA wraz z przedstawicielami episkopatu i rządu. Jej relikwie znajdują się w kościele domu macierzystego w Emmitsburgu.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    5 stycznia

    Święty Jan Nepomucen Neumann, biskup

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Dydak Józef z Kadyksu, prezbiter
      •  Święty Edward Wyznawca, król
      •  Święty Szymon Słupnik
      •  Święty Karol Houben, prezbiter
    ***
    Święty Jan Nepomucen Neumann
    Jan Nepomucen Neumann urodził się 28 marca 1811 r. w Prochatyczach w ówczesnym Cesarstwie Austriackim (obecnie Czechy). Uczęszczał do szkoły prowadzonej przez pijarów w Budziejowicach. W 1831 r. wstąpił do seminarium duchownego, a dwa lata później podjął studia teologiczne w Pradze. Oprócz teologii, interesowały go także botanika i astronomia. Po ukończeniu studiów miał przyjąć święcenia kapłańskie. Miejscowy ordynariusz odmówił jednak udzielenia mu tego sakramentu ze względu na zbyt dużą ilość kapłanów w diecezji. Jan, za radą biskupa Federica Baragi, zwrócił się do biskupów w Ameryce, aby przyjęli go i wyświęcili na kapłana. Było to o tyle łatwiejsze, że już wówczas Jan znał osiem języków obcych.
    Tak też się stało. W 1836 r. przybył do USA z niewielką kwotą pieniędzy. Święceń udzielił mu biskup Nowego Jorku. Jan Nepomucen podjął pracę duszpasterską wśród niemieckich imigrantów zamieszkujących okolice Nowego Jorku. Odwiedzał chorych, uczył katechizmu, kształcił przyszłych nauczycieli i katechetów. Po czterech latach takiej pracy poczuł potrzebę życia bardziej wspólnego. Wstąpił więc do redemptorystów w Pitsburgu. W styczniu 1842 r. złożył pierwsze śluby i tym samym został pierwszym redemptorystą w Ameryce. Pracował w Ohio, Pensylwanii i Marylandzie.
    Po sześciu latach wytężonej, ale bardzo owocnej pracy, został mianowany wizytatorem, czyli przełożonym zakonu w Stanach Zjednoczonych. 10 lutego 1848 r. otrzymał obywatelstwo amerykańskie.
    Jego pracowitość i zaangażowanie zostały dostrzeżone. W marcu 1852 r. Jan Nepomucen Neumann otrzymał w Baltimore sakrę biskupią. Został ordynariuszem Filadelfii. Zorganizował system oświaty w diecezji, zwiększając liczbę szkół katolickich z jednej do dwustu. Dbał o poprawę warunków w parafiach. Wprowadził też – co było nowością w całym kraju – nabożeństwo czterdziestogodzinne. Pisał artykuły do wielu gazet i czasopism katolickich, opublikował także dwa katechizmy.
    Zmarł w wyniku udaru mózgu podczas spaceru jedną z ulic Filadelfii 5 stycznia 1860 roku. Został beatyfikowany w 1963 r. – podczas trwania II Soboru Watykańskiego – przez Pawła VI. Czternaście lat później, 19 czerwca 1977 r., ten sam papież ogłosił go świętym. W ten sposób Jan Neumann stał się pierwszym kanonizowanym Stanów Zjednoczonych. Jego relikwie spoczywają w narodowym sanktuarium w parafii św. Piotra Apostoła w Filadelfii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    5 stycznia

    Błogosławiona
    Marcelina Darowska, zakonnica

    Błogosławiona Marcelina Darowska
    Marcelina urodziła się 16 stycznia 1827 r. w Szulakach, w rodzinie ziemiańskiej. W młodości pracowała w majątku, a także uczyła wiejskie dzieci. Często też odwiedzała chorych. Od dzieciństwa myślała o życiu zakonnym; jednak zgodnie z wolą ojca w wieku 22 lat wyszła za mąż za Karola Darowskiego. Wkrótce urodziła syna i córkę. Obowiązki żony i matki wypełniała wzorowo, nie pamiętając o sobie. Po trzech latach małżeństwa jej mąż zmarł nagle na tyfus, w rok później zmarł ich maleńki synek.
    W celach leczniczych wyjechała za granicę. W Rzymie w czasie modlitwy zrozumiała, że jest wezwana do stworzenia zgromadzenia o charakterze wychowawczym. Jej ojcem duchowym był o. Hieronim Kajsiewicz. To on zapoznał ją z Józefą Karską, która także myślała o założeniu nowego zgromadzenia. Niestety, choroba córki Marceliny zmusiła ją do powrotu na Podole. Podjęła tu pracę społeczno-oświatową, pomagała chłopom w usamodzielnieniu się po uwłaszczeniu.
    Mając 27 lat związała się w Rzymie prywatnymi ślubami ze zgromadzeniem tworzącym się wokół o. Hieronima i Józefy Karskiej. W 1863 r., po śmierci Józefy, została przełożoną nowej wspólnoty. Pius IX, błogosławiąc temu dziełu, powiedział: “To zgromadzenie jest dla Polski”.
    W tym samym roku matka Marcelina przeniosła Zgromadzenie Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (niepokalanek) do Jazłowca (obecnie Ukraina). Otworzyła tam zakład naukowo-wychowawczy dla dziewcząt, który wkrótce stał się ośrodkiem polskości na terenie zaborów. Sercem pracy Zgromadzenia miało być wychowywanie dzieci i młodzieży. Wprowadziła nowatorską wówczas zasadę indywidualizacji w nauczaniu. Starała się nie tylko uczyć, ale przede wszystkim kształtować młode dziewczęta, aby mogły potem stać się dojrzałymi kobietami, żonami i matkami, zaangażowanymi w sprawy narodu i Kościoła.
    Po kilku latach otwarto kolejny zakład, w Jarosławiu. Z czasem powstały też placówki w Niżnowie, Nowym Sączu i Słonimie. W 1907 r. Marcelina wysłała siostry do nowego zakładu w Szymanowie, niedaleko Warszawy. Uzyskanie od rządu carskiego pozwolenia na otwartą pracę u wrót stolicy graniczyło z cudem. Zgoda jednak nadeszła. Obecnie w Szymanowie znajduje się dom generalny zgromadzenia.
    Marcelina zmarła 5 stycznia 1911 r. w Jazłowcu. Pozostawiła po sobie 144 tomy maszynopisów; stworzyła polską terminologię mistyczno-ascetyczną o zabarwieniu romantycznym. Beatyfikował ją św. Jan Paweł II w Rzymie 6 października 1996 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 stycznia

    Objawienie Pańskie – Trzej Królowie

    Pokłon Trzech Króli

    Pokłon Mędrców ze Wschodu złożony Dziecięciu Jezus, opisywany w Ewangelii przez św. Mateusza (Mt 2, 1-12), symbolizuje pokłon świata pogan, wszystkich ludzi, którzy klękają przed Bogiem Wcielonym. To jedno z najstarszych świąt w Kościele.Trzej królowie być może byli astrologami, którzy ujrzeli gwiazdę – znak narodzin Króla. Jednak pozostanie tajemnicą, w jaki sposób stała się ona dla nich czytelnym znakiem, który wyprowadził ich w daleką i niebezpieczną podróż do Jerozolimy. Herod, podejmując ich, dowiaduje się o celu podróży. Podejrzewa, że narodził się rywal. Na podstawie proroctwa w księdze Micheasza (Mi 5, 1) kapłani jako miejsce narodzenia Mesjasza wymieniają Betlejem. Tam wyruszają Mędrcy. Odnajdując Dziecię Jezus, ofiarowują Mu swe dary. Otrzymawszy we śnie wskazówkę, aby nie wracali do Heroda, udają się do swoich krajów inną drogą.Uroczystość Objawienia Pańskiego należy do pierwszych, które uświęcił Kościół. Na Wschodzie pierwsze jej ślady spotykamy już w III w. Tego właśnie dnia obchodził Kościół grecki święto Bożego Narodzenia, ale w treści znacznie poszerzonej: jako uroczystość Epifanii, czyli zjawienia się Boga na ziemi w tajemnicy wcielenia. Na Zachodzie uroczystość Objawienia Pańskiego datuje się od końca IV w. (oddzielnie od Bożego Narodzenia).
    W Trzech Magach pierwotny Kościół widzi siebie, świat pogański, całą rodzinę ludzką, wśród której zjawił się Chrystus, a która w swoich przedstawicielach przychodzi z krańców świata złożyć Mu pokłon. Uniwersalność zbawienia akcentują także: sama nazwa święta, jego wysoka ranga i wszystkie teksty liturgii dzisiejszego dnia.

    Pokłon Trzech Króli

    Ewangelista nie pisze o królach, ale o Magach. Ze słowem tym dość często spotykamy się w Starym Testamencie (Kpł 19, 21; 20, 6; 2 Krn 33, 6; Dn 1, 20; 2, 2. 10. 27; 4, 4; 5, 7. 11). Oznaczano tym wyrażeniem astrologów. Herodot, historyk grecki, przez Magów rozumie szczep irański. Ksantos, Kermodoros i Arystoteles przez Magów rozumieją uczniów Zaratustry.
    Św. Mateusz krainę Magów nazywa ogólnym mianem Wschód. Za czasów Chrystusa Pana przez Wschód rozumiano cały obszar na wschód od rzeki Jordanu – a więc Arabię, Babilonię, Persję. Legenda, że jeden z Magów pochodził z murzyńskiej Afryki, wywodzi się zapewne z proroctwa Psalmu 71: “Królowie Tarszisz i wysp przyniosą dary. Królowie Szeby i Saby złożą daninę. I oddadzą Mu pokłon wszyscy królowie… Przeto będzie żył i dadzą Mu złoto z Saby”. Przez królestwo Szeby rozumiano Abisynię (dawna nazwa Etiopii). Na podstawie tego tekstu powstała także tradycja, że Magowie byli królami. Tak ich też powszechnie przedstawia ikonografia.
    Prorok Izajasz nie pisze wprost o królach, którzy mają przybyć do Mesjasza, ale przytacza dary, jakie Mu mają złożyć: “Zaleje cię mnogość wielbłądów, dromadery z Madianu i Efy. Wszyscy oni przybędą ze Saby, ofiarują złoto i kadzidło” (Iz 60, 6). Kadzidło i mirra były wówczas na wagę złota. Należały bowiem do najkosztowniejszych darów.
    Św. Mateusz nie podaje także liczby Magów. Malowidła w katakumbach rzymskich z wieku II i III pokazują ich dwóch, czterech lub sześciu. U Syryjczyków i Ormian występuje ich nawet dwunastu. Przeważa jednak w tradycji Kościoła stanowczo liczba trzy ze względu na opis, że złożyli trzy dary. Tę liczbę np. spotykamy we wspaniałej mozaice w bazylice św. Apolinarego w Rawennie z wieku VI. Także Orygenes podaje tę liczbę jako pierwszy wśród pisarzy chrześcijańskich. Dopiero od wieku VIII pojawiają się imiona Trzech Magów: Kacper, Melchior i Baltazar. Są one zupełnie dowolne, nie potwierdzone niczym.Kepler usiłował wytłumaczyć gwiazdę betlejemską przez zbliżenie Jowisza i Saturna, jakie zdarzyło się w 7 roku przed narodzeniem Chrystusa (trzeba w tym miejscu przypomnieć, że liczenie lat od urodzenia Jezusa wprowadził dopiero w VI w. Dionizy Exiguus; przy obliczeniach pomylił się jednak o 7 lat – Jezus faktycznie urodził się w 7 roku przed naszą erą). Inni przypuszczają, że była to kometa Halleya, która także w owym czasie się ukazała. Jednak z całego opisu Ewangelii wynika, że była to gwiazda cudowna. Ona bowiem zawiodła Magów aż do Jerozolimy, potem do Betlejem. Stanęła też nad miejscem, w którym mieszkała Święta Rodzina. Św. Mateusz nie tłumaczy nam, czy tę gwiazdę widzieli także inni ludzie.
    Żydzi przebywali na Wschodzie, w Babilonii i Persji, przez wiele lat w niewoli (606-538 przed Chr.). Znane więc mogło być Magom proroctwo Balaama: “Wschodzi gwiazda z Jakuba, a z Izraela podnosi się berło” (Lb 24, 17). U ludów Wschodu panowało wówczas powszechne przekonanie, że każdy człowiek ma swoją gwiazdę.

    Pokłon Trzech Króli

    Kiedy Magowie przybyli do Syna Bożego? Z całą pewnością po ofiarowaniu Go w świątyni. Według relacji Ewangelisty, że Herod kazał wymordować dzieci do dwóch lat, wynika, iż Magowie przybyli do Betlejem, kiedy Chrystus miał co najmniej kilka miesięcy, a może nawet ponad rok. Magowie nie zastali Jezusa w stajni; św. Mateusz pisze wyraźnie, że gwiazda stanęła nad “domem” (Mt 2, 11). Było w nim jednak bardzo ubogo. A jednak Mędrcy “upadli przed Nim na twarz i oddali Mu pokłon”. Padano na twarz w owych czasach tylko przed władcami albo w świątyni przed bóstwami. Magowie byli przekonani, że Dziecię jest przyszłym królem Izraela.
    Według podania, które jednak trudno potwierdzić historycznie, Magowie mieli powrócić do swojej krainy, a kiedy jeden z Apostołów głosił tam Ewangelię, mieli przyjąć chrzest. Legenda głosi, że nawet zostali wyświęceni na biskupów i mieli ponieść śmierć męczeńską. Pobożność średniowieczna, która chciała posiadać relikwie po świętych i pilnie je zbierała, głosi, że ciała Trzech Magów miały znajdować się w mieście Savah (Seuva). Marco Polo w podróży na Daleki Wschód (wiek XIII) pisze w swym pamiętniku: “Jest w Persji miasto Savah, z którego wyszli trzej Magowie, kiedy udali się, aby pokłon złożyć Jezusowi Chrystusowi. W mieście tym znajdują się trzy wspaniałe i potężne grobowce, w których zostali złożeni Trzej Magowie. Ciała ich są aż dotąd pięknie zachowane cało tak, że nawet można oglądać ich włosy i brody”.
    Identyczny opis zostawił także bł. Oderyk z Pordenone w roku 1320. Jednak legenda z wieku XII głosi, że w wieku VI relikwie Trzech Magów miał otrzymać od cesarza z Konstantynopola biskup Mediolanu, św. Eustorgiusz. Do Konstantynopola zaś miała je przewieźć św. Helena cesarzowa. W roku 1164 Fryderyk I Barbarossa po zajęciu Mediolanu za poradą biskupa Rajnolda z Daszel zabrał je z Mediolanu do Kolonii, gdzie umieścił je w kościele św. Piotra. Do dziś w katedrze kolońskiej za głównym ołtarzem znajduje się relikwiarz Trzech Króli, arcydzieło sztuki złotniczej.

    Pokłon Trzech Króli

    Od XV/XVI w. w kościołach poświęca się dziś kadzidło i kredę. Kredą oznaczamy drzwi na znak, że w naszym mieszkaniu przyjęliśmy Wcielonego Syna Bożego. Piszemy na drzwiach litery K+M+B, które mają oznaczać imiona Mędrców lub też mogą być pierwszymi literami łacińskiego zdania:
    (Niech) Chrystus mieszkanie błogosławi – po łacinie:
    Christus mansionem benedicat. Zwykle dodajemy jeszcze aktualny rok. Król Jan Kazimierz miał zwyczaj, że w uroczystość Objawienia Pańskiego składał na ołtarzu jako ofiarę wszystkie monety bite w roku ubiegłym. Święconym złotem dotykano całej szyi, by uchronić ją od choroby. Kadzidłem okadzano domy i obory, a w nich chore zwierzęta. Przy każdym kościele stały od świtu stragany, na których sprzedawano kadzidło i kredę. Zwyczaj okadzania ołtarzy spotykamy u wielu narodów starożytnych, także wśród Żydów (Wj 30, 1. 7-9; Łk 1). W Biblii jest mowa o kadzidle i mirze 22 razy. Mirra to żywica drzewa Commiphore, a kadzidło – to żywica z różnych drzew, z domieszką aromatów wszystkich ziół. Drzew wonnych, balsamów jest ponad 10 gatunków. Rosną głównie w Afryce (Somalia i Etiopia) i w Arabii Saudyjskiej.
    W dawnej Polsce w domach pod koniec obiadu świątecznego roznoszono ciasto. Kto otrzymał ciasto z migdałem, był królem migdałowym. Dzieci chodziły po domach z gwiazdą i śpiewem kolęd, otrzymując od gospodyni “szczodraki”, czyli rogale. Śpiewało się kolędy o Trzech Królach. Czas od Bożego Narodzenia do Trzech Króli uważano tak dalece za święty, że nie wykonywano w nim żadnych ciężkich prac, jak np.: młocki, mielenia ziarna na żarnach, kobiety przerywały przędzenie.
    W ikonografii od czasów wczesnochrześcijańskich Trzej Królowie są przedstawiani jako ludzie Wschodu w barwnych, częstokroć perskich szatach. W X wieku otrzymują korony. Z czasem w malarstwie i rzeźbie rozwijają się różne typy ikonograficzne Mędrców.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 stycznia

    Święty Rajmund z Peñafort, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Lucjan, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Rajmund z Peñafort

    Rajmund, urodzony między 1170 a 1175 r. w Villafranca del Panades w pobliżu Barcelony (Hiszpania), w starej szlacheckiej rodzinie katalońskiej Peñafort, był spokrewniony z królem Aragonii. W szkole katedralnej ukończył trivium i quadrivium. Już jako dwudziestoletni młodzieniec wykładał filozofię w Barcelonie, nie otrzymując za swoją pracę wynagrodzenia. W tym też czasie wydał swoje pierwsze monumentalne dzieło: Summę prawa, podręcznik dla studentów prawa.
    U swoich uczniów starał się formować zarówno serce, jak i intelekt. Obdarzony głęboką wiedzą i osobistą kulturą, odznaczał się gorliwością w formowaniu przyszłych kapłanów, dla których napisał Summę nauki, pełną duszpasterskiej mądrości. W trzydziestym roku życia wyjechał do Bolonii, aby kontynuować studia nad prawem kanonicznym i cywilnym, tam też uzyskał stopień doktora. W 1218 roku biskup Barcelony, Berengariusz IV z Palou, zakładając wyższą szkołę dla kształcenia kleru swojej diecezji, zaprosił do współpracy Rajmunda jako wykładowcę. Po powrocie do Barcelony w roku 1219 Rajmund został mianowany kanonikiem, archidiakonem i wikariuszem generalnym. Berengariusz równocześnie zaprosił dominikanów, których w 1220 roku przysłał św. Dominik. Rajmund rychło zaprzyjaźnił się z nimi tak dalece, że wstąpił do nich w 1222 roku. Było to osiem miesięcy po śmierci świętego założyciela tego Zakonu.

    Święty Rajmund z Peñafort

    Rajmund pracował żarliwie nad nawróceniem Maurów i Żydów, a równocześnie opracowywał dzieło zawierające wskazówki dla spowiedników. Papież Grzegorz IX w 1230 r. wezwał go do Rzymu i mianował kapelanem pałacu apostolskiego, penitencjariuszem i swoim osobistym spowiednikiem. Jako doradca papieski Rajmund rozwinął szeroką i owocną działalność. To, co uznawał, że sprawie Bożej wyjdzie na lepsze, podsuwał Ojcu świętemu. Na dworze papieskim zapoznał się z najznakomitszymi osobistościami Kościoła owych czasów. Miał więc okazję również za ich pośrednictwem rozwijać działalność apostolską.
    W tym czasie napisał pracę z prawa kanonicznego, znaną jako “Pięć dekretów”. Była ona zbiorem dekretów biskupów rzymskich. W ciągu wieków nagromadziło się tak wiele zarządzeń i ustaw papieskich, także soborowych, że trudno było nawet znawcom rozeznać się w ich gąszczu. Papież Grzegorz IX bullą Rex Pacificus promulgował opracowany przez Rajmunda zestaw obowiązujących odtąd praw kanonicznych pod nazwą Decretales Gregorii IX.

    Święty Rajmund z Peñafort

    W 1236 r. Rajmund wrócił do Hiszpanii. Dwa lata później, w 1238 r., został na kapitule generalnej w Barcelonie wybrany generałem zakonu dominikanów, obejmując ten urząd po bł. Jordanie z Saksonii, który był bezpośrednim następcą św. Dominika. Miał wówczas ok. 60 lat. Natychmiast z właściwą sobie energią zabrał się najpierw – jako wytrawny jurysta – do przeredagowania konstytucji zakonnych. Zatwierdzono je na kapitułach w latach 1239-1241. Okazał się wspaniałym administratorem i organizatorem zakonu, który rozszerzał się po Europie błyskawicznie, ale któremu groziło rozluźnienie. Po dwóch latach zrezygnował z funkcji i ponownie poświęcił się apostolatowi.Napisał dzieła prawnicze: Summę pastoralną i Traktat o małżeństwie. Był spowiednikiem i doradcą króla Aragonii, Jakuba I, a także wielu mężów stanu. Pomimo bardzo czynnego życia i praktyk pokutnych, którymi trapił swoje ciało, dożył 100 lat. Umarł w Barcelonie 6 stycznia 1275 r. Jego pogrzeb był prawdziwą manifestacją. Wziął w nim udział sam król ze swoim dworem. Jego wspomnienie doroczne przypadało zawsze 23 stycznia; obecnie przeniesiono je na 7 stycznia, gdyż dzień ten jest najbliższy dnia jego zgonu. Relikwie jego spoczywają w Barcelonie, w katedrze św. Eulalii, w jednej z bocznych kaplic. 29 kwietnia 1601 roku został zaliczony do grona świętych przez papieża Klemensa VIII.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 stycznia

    Święty Daniel Comboni, biskup

    Święty Daniel Comboni
    Daniel Comboni urodził się 15 marca 1831 r. w Limone nad jeziorem Garda (północne Włochy). Jego rodzice byli prostymi rolnikami, mieli ośmioro dzieci, ale wszystkie – oprócz Daniela – zmarły w dzieciństwie lub młodości. Daniel już w latach szkolnych wykazywał talenty organizacyjne i przywódcze. Chętnie spotykał się z kolegami na wspólne odrabianie lekcji i modlitwę. Wysłano go do szkoły dla zdolnych, ale ubogich dzieci w Weronie. Szkoła miała charakter misyjny; co pewien czas przybywali do niej na odpoczynek misjonarze z Afryki.
    Daniel chętnie słuchał opowieści z dalekich krajów. To zrodziło w nim powołanie misyjne. Zorganizował Koło Przyjaciół Misji Afrykańskich. Wraz z czterema towarzyszami, po przyjęciu święceń kapłańskich, wyjechał do Afryki. Wcześniej jednak przeżywał poważny dylemat – jego wyjazd oznaczał pozostawienie bez opieki starych rodziców. Ostatecznie jednak podjął decyzję i opuścił kraj, podejmując pracę głównie wśród niewolników.
    Walczył gorliwie o to, by mieszkańcy Afryki mogli cieszyć się szacunkiem dla ich ludzkiej i chrześcijańskiej godności. 15 września 1864 roku, klęcząc u grobu świętego Piotra, Daniel otrzymał natchnienie Planu Odnowienia Afryki. Plan został zaaprobowany i poparty przez papieża Piusa IX. W 1867 r. ks. Comboni założył w Weronie Instytut Misyjny dla Afryki (w roku 1885, cztery lata po śmierci Daniela, Instytut przekształcono w zgromadzenie misjonarzy kombonianów) i koło przyjaciół “Dzieło Dobrego Pasterza” (dziś Dzieło Zbawiciela), a w 1872 r. – zgromadzenie sióstr dla misji w Afryce. W 1877 r. został wikariuszem apostolskim Afryki Środkowej i konsekrowany na jej pierwszego biskupa z siedzibą w Chartumie.
    Daniel zmarł 10 października 1881 r. w Chartumie w wieku tylko 50 lat. Zaledwie kilka dni przed śmiercią napisał w jednym z listów: “Naprawdę obchodzi mnie tylko, czy Nigeria się nawróci i czy Bóg mi da i zachowa te pomocne narzędzia, które mi dał i jeszcze zechce mi dać”. Został pochowany obok swojego polskiego poprzednika, o. Maksymiliana Ryłły. Proces beatyfikacyjny Daniela Comboniego rozpoczęto w Weronie w 1928 r. Do grona błogosławionych biskupa Daniela zaliczył św. Jan Paweł II 17 marca 1996 roku; on też ogłosił go świętym w dniu 5 października 2003 roku.Dziś w Afryce działa ponad 150 wspólnot komboniańskich. W wielu krajach tego kontynentu panuje wojna – praca misjonarzy polega tam na codziennym towarzyszeniu ludziom. W innych miejscach z kolei kombonianie starają się dotrzeć do najuboższych, np. na przedmieściach wielkich miast, w szpitalach i leprozoriach. Działają także poza Czarnym Lądem – m.in. w Brazylii, Peru, Meksyku czy na Filipinach. Do Polski kombonianie przybyli w 1986 toku, zakładając w Warszawie dom formacyjny i centrum duszpasterstwa powołaniowego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 stycznia

    Błogosławiona Eurozja Barban

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Tomasz, biskup
      •  Święty Wawrzyniec Iustiniani, biskup
      •  Święty Seweryn z Noricum
    ***
    Błogosławiona Eurozja Barban

    Eurozja urodziła się w 1866 roku w Quinto Vicentino, w rodzinie Luigi i Marii Fabris. Gdy miała 4 lata, cała rodzina przeniosła się do Maroli koło Torri di Quartesolo, gdzie Eurozja spędziła resztę swego życia. Tylko przez dwa lata mogła chodzić do szkoły podstawowej; potem musiała przerwać naukę, by pomagać rodzicom w gospodarstwie. W wolnych chwilach chętnie czytała Pismo święte, katechizm, Filoteę św. Franciszka Salezego i Duchowe wskazówki św. Alfonsa Marii Liguoriego. W wieku 12 lat przystąpiła do Pierwszej Komunii świętej. Od tej chwili codziennie przyjmowała Chrystusa w Komunii świętej; to sytuacja wyjątkowa, bo dopiero w 1905 roku Pius X zalecił oficjalnie w całym Kościele praktykowanie codziennej Komunii świętej.
    Eurozja wstąpiła do Stowarzyszenia Córek Maryi, które działało w jej rodzinnej parafii. Tam mogła służyć potrzebującym, ofiarować swe modlitwy osobom wymagającym opieki.
    5 maja 1886 roku wyszła za mąż za wdowca Carlo Barbana, ojca dwóch malutkich córeczek (trzecia zmarła krótko po urodzeniu). Jedna miała dwa miesiące, a druga około półtora roku. W małżeństwie tym przyszło na świat jeszcze dziewięcioro dzieci. Rodzina zaadoptowała też kolejnych czworo dzieci. Eurozja zdołała swą cierpliwością i łagodnością powoli zmienić konfliktowy charakter męża. W 1916 r. wstąpiła do tercjarzy franciszkańskich. Częsta modlitwa indywidualna i we wspólnocie, cierpliwe wykonywanie swych obowiązków, nieustanna troska o najbliższych – stały się jej całym życiem. Powszechnie nazywana była “Mamą Różą” (Mamma Rosa). Pomagała swym dzieciom odnaleźć Boże powołanie. Trzech synów przyjęło święcenia kapłańskie, w tym jeden – w zakonie franciszkańskim. Najmłodszy wstąpił do niższego seminarium w Vicenzy, lecz zmarł w 14. roku życia. Jedna z córek obrała życie konsekrowane w zgromadzeniu Sióstr Miłosierdzia, zaś jeden z adoptowanych synów wstąpił do zakonu franciszkańskiego.
    W 1930 r. Eurozja została wdową; przyjęła to z pokorą, poddając się woli Bożej. Zmarła 8 stycznia 1932 roku. Święty Jan Calabria, który znał Eurozję, tak w 1947 roku pisał do jednego z jej synów: “Przykład świętej matki byłby dziś bardzo skuteczny i opatrznościowy. W obecnych czasach powszechnego zagubienia trzeba jak nigdy przedtem takich przykładów, żeby powstrzymać szerzące się zepsucie i ocalić rodzinę, stanowiącą jedyny środek na uzdrowienie tak bardzo dziś chorego społeczeństwa”.
    Beatyfikacji Eurozji dokonał 6 listopada 2005 roku w Vincenzy, w imieniu Benedykta XVI, prefekt Kongregacji Sprawa Kanonizacyjnych, kardynał Jose Saraiva Martins.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 stycznia

    Święty Adrian z Canterbury, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Julian z Antiochii, męczennik
      •  Święty Andrzej Corsini, biskup
      •  Błogosławiona Alicja le Clerc, dziewica
    ***
    Święty Adrian

    Adrian (znany także jako Hadrian) urodził się w VII w. w północnej Afryce. W wieku ok. 10 lat przybył z rodziną do Neapolu, uciekając przed arabską inwazją. Wstąpił do klasztoru benedyktynów niedaleko Monte Cassino. Został z czasem opatem Niridanum, klasztoru na wyspie Nisida w Zatoce Neapolitańskiej. Papież św. Witalian (pontyfikat 657-672) nominował go dwukrotnie na arcybiskupa Canterbury. Adrian odmówił przyjęcia tego zaszczytu, gdyż uważał się za niegodnego. Na to miejsce zaproponował św. Teodora z Tarsu. Witalian zgodził się, ale mianował Adriana asystentem nowego arcybiskupa Canterbury. Obaj przez Francję wyruszyli w 668 r. do Brytanii.
    Podczas podróży Adrian został uwięziony przez Ebroina, burmistrza Neustrii we Francji, który podejrzewał, że Święty udaje się do angielskich królów z tajną misją od cesarza Konstansa II. Teodor musiał pojechać dalej sam. Kiedy Adrian został uwolniony, pojechał do Brytanii i tam został mianowany opatem w klasztorze świętych Piotra i Pawła w Canterbury (późniejsze opactwo św. Augustyna z Canterbury). Adrian wspierał biskupa Teodora w umacnianiu rzymskiego Kościoła w Anglii. Jemu przypisuje się zasługę utrwalenia chorału gregoriańskiego w angielskich kościołach.
    Opat Adrian przekształcił szkołę klasztorną w Canterbury w prężny ośrodek naukowy, w którym wiedzę pobierało wielu studentów, także z zagranicy. Oprócz prowadzenia studiów biblijnych, nauczał tam greki i łaciny, matematyki, poezji i astronomii. Tłumaczył też na staroangielski.
    Zmarł 9 stycznia 710 roku i został pochowany w klasztornym kościele. Jego grób stał się miejscem licznych pielgrzymek za sprawą cudów. Kiedy nastąpiło otwarcie grobu w roku 1091, ciało znaleziono w nienaruszonym stanie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 stycznia

    Święty Grzegorz z Nyssy, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Wilhelm z Bourges, biskup
    Święty Grzegorz z Nyssy

    Grzegorz urodził się w 335 r. w Cezarei Kapadockiej. Jego ojciec był retorem w szkole wymowy. Był młodszym bratem św. Bazylego, którego przypominał wyglądem zewnętrznym. Chrzest przyjął jako młodzieniec. Po ojcu obrał sobie zawód retora i wstąpił w związek małżeński.
    Po śmierci małżonki poświęcił się ascezie. Za namową św. Bazylego przyjął święcenia kapłańskie i wstąpił do założonego przez niego klasztoru położonego nad Morzem Czarnym. Stamtąd powołano go w roku 371 na biskupa Nyssy (obecnie Nevsehir w Turcji). W 380 roku został wybrany metropolitą Sebasty (współcześnie Sivas).
    Grzegorz znany był jako żarliwy kaznodzieja i interpretator Słowa Bożego. Uczestniczył w Soborze w Konstantynopolu (381 r.), gdzie był głównym autorem słów uzupełniających Nicejski Symbol Wiary, dotyczących nauki o Duchu Świętym. Sobór ten nazwał Grzegorza “filarem Kościoła”. Dla potomnych pozostał w pamięci jako człowiek otwarty i miłujący pokój, współczujący biednym i chorym. Był jednym z najwybitniejszych teologów Kościoła Wschodniego. Jego pisma wyróżniają się subtelnością filozoficzną. Od Orygenesa zapożyczył alegoryczną metodę w interpretacji Pisma świętego. Pozostawił po sobie bogatą spuściznę pism religijnych, m.in. ascetycznych i mistycznych, oraz komentarzy biblijnych. Papież św. Pius V (+ 1572) zaliczał go do doktorów Kościoła wschodniego, choć na żadnej oficjalnej liście doktorów Kościoła Grzegorz nie figuruje. Św. Grzegorz z Nyssy razem z bratem św. Bazylim i przyjacielem św. Grzegorzem z Nazjanzu nazywani są ojcami kapadockimi.
    Zmarł w wieku ok. 60 lat w dniu 10 stycznia ok. 395 roku.
    W ikonografii św. Grzegorz ukazywany jest jako grecki biskup. Trzyma ewangeliarz w lewej ręce, a prawą ma wyciągniętą w geście błogosławieństwa. Zazwyczaj jest przedstawiany ze św. Bazylim, od którego ma krótszą brodę i bardziej siwe włosy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 stycznia

    Święty Teodozy, opat

    Zobacz także:
      •  Święta Honorata, dziewica
    ***
    Święty Teodozy

    Teodozy urodził się ok. roku 424 w Mogariassos, w Małej Azji, w Kapadocji (obecna Turcja). Po św. Bazylim, św. Grzegorzu z Nazjanzu i św. Grzegorzu z Nyssy to już kolejny Święty, który pochodził z Kapadocji, gdzie kiedyś Kościół był w stanie swego najpełniejszego rozwoju.
    Tęskniąc za życiem bogobojnym, Teodozy opuścił rodzinne strony i udał się w podróż do Syrii, gdzie spotkał się ze św. Symeonem Słupnikiem. Nawiedził też w Ziemi Świętej miejsca uświęcone działalnością i męką Chrystusa. Osiadł tam jako pustelnik w jaskini położonej na szlaku z Jerozolimy do Betlejem. Niedługo zaczęli gromadzić się przy nim uczniowie. Mnisi zaadoptowali na swoje mieszkania okoliczne pieczary skalne. Święty wystawił w pobliżu nich domy dla pielgrzymów oraz warsztaty, by mnisi mieli zajęcie. Tak powstało miasteczko mnichów. Z czasem Teodozy miał tak wielu uczniów, że musiał wystawić oddzielne pawilony dla pielgrzymów o różnych narodowościach: Palestyńczyków, Greków, Syryjczyków, Ormian. W roku 494 patriarcha Jerozolimy, Salustiusz, powierzył Teodozemu (Teodozjuszowi) opiekę nad wszystkimi eremami Ziemi Świętej. Nad pustelnikami Palestyny powierzył zaś pieczę św. Sabie. Obaj święci żyli ze sobą w wielkiej przyjaźni.
    W owym czasie wybuchła herezja monofizytów, którzy twierdzili, że Pan Jezus miał tylko jedną naturę, Boską, nie posiadał natomiast, jak to głosi Kościół, oddzielnej natury ludzkiej. Sobór powszechny, zwołany przez papieża św. Leona I Wielkiego do Chalcedonu w 451 roku, potępił błędy monofizytów. Ci mieli jednak potężnego sprzymierzeńca w cesarzu Anastazym, który rozpoczął prześladowanie wyznawców prawowiernej wiary. Ofiarą prześladowań padł także ówczesny patriarcha Konstantynopola, Eliasz. Cesarz chciał dla nowej herezji pozyskać klasztory palestyńskie, licząc się z ich liczbą i znaczeniem. Przeciwstawił się temu jednak stanowczo Teodozy. Jako już 90-letni starzec osobiście obchodził wszystkie klasztory, by przestrzec je przed herezją i zachęcić do wierności orzeczeniom soboru. Cesarz skazał go za to na wygnanie. Po śmierci cesarza Teodozy powrócił jednak do swoich synów duchownych. Zmarł w wieku 105 lat.
    Jego ciało pochowano ze czcią w grocie Trzech Króli, gdzie według podania Święta Rodzina miała przyjąć Magów. Arabowie do dziś nazywają to miejsce Deir Dosi, czyli “Klasztorem św. Teodozego”. Klasztor przetrwał szczęśliwie do wieku XV. W stanie ruiny przejął go od beduinów w roku 1900 prawosławny patriarcha Jerozolimy i osadził tam mnichów prawosławnych.
    Teodozy otrzymał zaszczytny tytuł i przydomek Cenobiarchy, czyli “ojca wielu klasztorów”. Jego żywot zostawił potomnym jego uczeń, Teodor, biskup miasta Petra.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 stycznia

    Święta Tacjana, męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Elred z Rievaulx, opat
      •  Święty Bernard z Corleone, zakonnik
      •  Święty Marcin z León, prezbiter
      •  Święty Arkadiusz, męczennik
      •  Święty Antoni Maria Pucci, prezbiter
      •  Święta Małgorzata Bourgeoys, dziewica
    ***
    Święta Tacjana
    Martyrologium Rzymskie podaje, że Tacjana (Tatiana) była rzymianką i poniosła śmierć za cesarza Aleksandra. Martyrologium poszło za późnym pismem (VII w.), które zostało niemal w całości skopiowane z pasji męczennicy Martyny oraz z pasji Pryski. Zresztą wspomniane pasje także nie wzbudzają jakiegokolwiek zaufania i trudno byłoby je uznać za historyczne źródło. Trudno także na podstawie tych literackich pokrewieństw utożsamiać wspomniane męczennice, chociaż tak chcieli niektórzy badacze.
    Nie do odrzucenia jest natomiast hipoteza wybitnego znawcy Franchiego de’Cavalieri, który przypuszcza, że Tacjana rzymska jest identyczna z Tacjaną z Amasei, którą Breviarium Syriacum wspomina pod dniem 18 sierpnia. Tę ostatnią wymienia się wśród innych męczennic: Filancji, Eliany i Marcjany. Są to niemal pura nomina, imiona, które być może zostały przypadkowo zgrupowane w jedno, a wcześniej sygnalizowały wspomnienia odrębne, może nawet inaczej lokalizowane.
    Stosunkowo wczesny kult Tacjany w Rzymie jest dobrze zaświadczony.Tacjana urodziła się w rzymskiej rodzinie. Jej ojciec, chrześcijanin, wychowywał ją w miłości do Boga i Kościoła. Służyła w świątyni jako diakonisa.
    Według legendy, za panowania cesarza Aleksandra Sewera (+ 235), podczas jednego z chrześcijańskich nabożeństw Tatianę wraz z ojcem pojmano i zaprowadzono do świątyni Apolla. Tacjana miała tam zostać złożona w ofierze bożkowi. Gdy Tacjana pomodliła się za swych oprawców, nastąpiło trzęsienie ziemi i posąg bożka rozpadł się na części. Tacjanę poddano więc torturom: bito ją, wyłupiono jej oczy, ale jej rany bardzo szybko goiły się. Lew, mający rozszarpać Tacjanę, nie zrobił jej krzywdy, a ogień, do którego była wrzucana, nie spowodował oparzeń ani śmierci.
    Około roku 225-228 została ścięta mieczem. Jej ojciec również został skazany na śmierć, gdyż nie chciał porzucić wyznawanej przez siebie wiary.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 stycznia

    Błogosławiona Weronika Nagroni, mniszka

    Zobacz także:
      •  Święty Hilary z Poitiers, biskup i doktor Kościoła
    ***
    Błogosławiona Weronika Nagroni

    Weronika urodziła się w 1445 r. w Binasco (Lombardia we Włoszech). Pochodziła z bardzo ubogiej, wieśniaczej rodziny. W 1466 r. jako 22-letnia dziewczyna wstąpiła do surowego klasztoru sióstr augustianek św. Marty w Mediolanie, gdzie pozostała do śmierci. W tym klasztorze nauczyła się czytać i pisać, a przede wszystkim poznawać i kochać Boga. Była mistyczką. W kontemplacji była tak zaawansowana, że otrzymała dar łez, a nawet ekstaz. Duch Święty obdarzył ją szczególnymi darami i Bożą mądrością. Radzono się jej nawet w bardzo trudnych i zawiłych sprawach. Otrzymała dar proroctwa i czytania w sercach ludzkich. Naglona natchnieniem Bożym, udała się do Rzymu, aby błagać o zmianę postępowania papieża Aleksandra VI, który złym przykładem swojego prywatnego życia wiele zła wyrządził Kościołowi Chrystusowemu.
    Weronika zmarła w klasztorze 13 stycznia 1497 r. w wieku 52 lat. Pochowano ją w kościele zakonnym, a kiedy klasztor został zlikwidowany, relikwie przeniesiono do jej rodzinnej wioski – Binasco. Papież Leon X zezwolił na jej kult (1518), a potwierdził go papież Aleksander VIII w 1690 roku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 stycznia

    Błogosławiony Piotr Donders, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Odoryk z Pordenone, prezbiter
      •  Święty Feliks z Noli, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Piotr Donders
    Piotr Donders (po niderlandzku: Peerke Norbertus Donders) urodził się 27 października 1809 roku w Tilburgu w Holandii w rodzinie Arnolda Denis Dondersa i Petronili von den Brekel. Ze względu na trudną sytuację materialną, nie mógł chodzić do szkoły – musiał pracować w fabryce. Jednak dzięki pomocy duchownych z parafii, Piotr w wieku 20 lat mógł rozpocząć naukę w seminarium. 5 czerwca 1841 r. przyjął święcenia kapłańskie.
    Przełożeni skierowali go do pracy na misjach w holenderskiej kolonii w Surinamie (Ameryka Południowa). Piotr przybył tam we wrześniu 1842 r. i niezwłocznie podjął pracę duszpasterską. Jego praca polegała na docieraniu do pracowników plantacji położonych wzdłuż rzek, głoszeniu im Ewangelii i sprawowaniu sakramentów. W swoich listach wielokrotnie dawał wyraz oburzeniu z powodu brutalnego traktowania ludności afrykańskiej, zmuszanej do niewolniczej pracy. W ciągu ośmiu lat ochrzcił około 1200 osób.
    Podczas epidemii w 1851 r., angażując się w pomoc cierpiącym, sam padł ofiarą choroby. Zanim wrócił do zdrowia, podjął na nowo wysiłki duszpasterskie. W 1856 r. został przeniesiony do Batavi, gdzie mieszkało około 600 trędowatych. Z krótkimi przerwami pracował wśród nich do końca życia. Sam próbował ich leczyć, nie mogąc liczyć na pomoc ze strony władz. Dzięki nieustannym wysiłkom udało mu się poprawić warunki życia swoich podopiecznych. Kiedy w 1866 r. do Surinamu przybyli na misje redemptoryści, Piotr Donders poprosił o przyjęcie do Zgromadzenia.
    Rok później złożył pierwsze śluby zakonne. Swą uwagę skierował odtąd w stronę Indian Surinamu. Nauczył się ich języków, a potem zaczął przekazywać im prawdy wiary. W roku 1883 wikariusz apostolski, chcąc mu ulżyć w ciężkich obowiązkach, przeniósł go do Paramirabo, a następnie do Coronie. Jednak dwa lata później Piotr wrócił do Batavi. W grudniu 1886 r. zaczął chorować.
    Zmarł 14 stycznia 1887 r. w Batavi (obecnie Dżakarta) w Indonezji. Został pochowany w katedrze świętych Piotra i Pawła w Paramaribo (stolica Republiki Surinamu w Ameryce Południowej, dawniej Gujany Holenderskiej). Kiedy sława jego świętości rozeszła się poza granice Surinamu i rodzinnej Holandii, rozpoczęto proces beatyfikacyjny. Do grona błogosławionych włączył go św. Jan Paweł II 23 maja 1982 r. Obecnie trwa proces kanonizacyjny.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 stycznia

    Błogosławiony Alojzy Variara, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Paweł z Teb, pustelnik
      •  Święci Maur i Placyd, uczniowie św. Benedykta
      •  Święty Arnold Janssen, prezbiter
      •  Święci Franciszek de Capillas, prezbiter, i Towarzysze, męczennicy chińscy
    ***
    Błogosławiony Alojzy Variara

    Alojzy urodził się 15 stycznia 1875 roku w Viarigi w Piemoncie. Dzięki swemu tacie poznał oratorium na Valdocco, kierowane przez św. Jana Bosko. Przebywanie w tym środowisku wzbudziło w nim pragnienie zostania salezjaninem. Mając 12 lat, zamieszkał w macierzystym domu salezjanów w Turynie, jeszcze za życia św. Jana Bosko. Tu ostatecznie narodziło się i ugruntowało jego powołanie kapłańskie.
    Po ukończeniu nowicjatu w Foglizzo, w Turynie, 2 października 1892 roku złożył pierwsze śluby zakonne. Na kursie filozofii w Valsalice zetknął się z salezjaninem Michelem Unią, który odwiedził tamtejszą wspólnotę i opowiadał o swojej działalności wśród trędowatych w Kolumbii. Alojzy zapragnął udać się na misje. Został wybrany przez księdza Unię jako jedyny spośród 188 kandydatów. Do Kolumbii wyjechał jeszcze jako kleryk w 1894 roku. Salezjanie prowadzili szpital w Agua de Dios. Żyło tam 620 trędowatych i mniej więcej tyle samo zdrowych członków ich rodzin.
    Podczas studiów teologicznych Alojzy poświęcał wolny czas chorym. Bardzo szybko spostrzegł, że w leprozoriach nie ma dobrowolnych mieszkańców. Wszystkich sprowadzono tam siłą. Przybywali tam jak na zesłanie. Wcześniej pijaństwo i samobójstwa były rzeczą powszechną. Salezjanie wprowadzili porządek i przede wszystkim podchodzili do tych ludzi z miłością chrześcijańską. Aby ulżyć ich ciężkiej doli, Alojzy zorganizował najpierw grupę grajków, a potem założył dla nich szkołę muzyczną, teatr i stowarzyszenia religijne. Arcybiskup Bogoty Herrera y Restrepo, który udzielił mu święceń kapłańskich w dniu 17 kwietnia 1898 roku, był pełen podziwu dla jego zaangażowania apostolskiego. Wszyscy byli zdumieni, że wciąż był zdrowy. Trędowaci tak o nim mówili: “Jest wzorem cnoty, aniołem, człowiekiem niezwykłym, godnym podziwu i szacunku u wszystkich”.
    Już jako kapłan Alojzy zajął się przede wszystkim młodymi ludźmi. Wybudował dla nich w Agua de Dios schronisko nazwane na cześć Apostoła trędowatych “Michele Unia”. Założył także Zgromadzenie Córek Najświętszych Serc Jezusa i Maryi, które miało na celu opiekę nad młodzieżą. Reguła zgromadzenia przewidywała przyjmowanie do nowicjatu także dziewcząt trędowatych. Alojzy zachęcał siostry, “by uczynić ze swojej choroby rodzaj apostolstwa, oddać własne życie Bogu do dyspozycji”. Jednak nad nowym zgromadzeniem zebrały się ciemne chmury. Działalność ks. Alojzego spotkała się z niezrozumieniem i oporami ze strony miejscowych przełożonych, którzy uważali, że ten rodzaj pracy odbiega zbytnio od charyzmatu salezjańskiego. W związku z tym władze zgromadzenia wyznaczyły mu inne zadania. Został m.in. mistrzem nowicjuszy w Mosquerze, następnie kierownikiem oratorium w Bogocie, duszpasterzem w Baranquilli i Taribie.
    Cechował go nadzwyczajny zapał apostolski i heroizm w posłudze trędowatym. Odznaczał się wielką pokorą i posłuszeństwem wobec przełożonych. Poświęcił się Bogu jako ofiara miłości i wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Jezusa. Duchem tej wynagradzającej ofiary przepoił założone przez siebie zgromadzenie. Potrafił rozpoznać żywą obecność Pana w Kościele. Przybliżał swym życiem Jezusa chorym, ubogim i potrzebującym. Zgromadzenie przez niego założone otrzymało prawa papieskie dopiero w 1964 roku. Liczyło wówczas setki członkiń, posługujących chorym i cierpiącym na całym świecie.
    Zmarł dnia 1 lutego 1923 roku w Cucucie. Św. Jan Paweł II podczas jego beatyfikacji w dniu 14 kwietnia 2002 roku w Rzymie mówił: “Z Włoch (…) przybył do Kolumbii salezjanin, wierny naśladowca Jezusa miłosiernego i opiekun udręczonych. Od pierwszych chwil pobytu w tym kraju swe młode siły i liczne talenty poświęcił służbie trędowatym. Pierwszy salezjanin wyświęcony na kapłana w Kolumbii, zdołał skupić wokół siebie grupę konsekrowanych niewiast, a wśród nich trędowate albo córki trędowatych, które z powodu choroby nie zostały przyjęte do zgromadzeń zakonnych”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    16 stycznia

    Święty Marceli I, papież i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Joanna z Balneo, dziewica
      •  Święci Berard i Towarzysze, pierwsi męczennicy franciszkańscy
      •  Święty Honorat, biskup
    ***
    Święty Marceli I
    Marceli był synem Benedykta. Jako archiprezbiter odgrywał kluczową rolę w Kościele po śmierci papieża Marcelina, kiedy to przez trzy i pół roku na skutek prześladowań chrześcijan nie wybierano nowego biskupa Rzymu. Pontyfikat Marcelego I trwał krótko – od maja 306 roku do 16 stycznia 307 roku. Korzystając z chwilowej przerwy w dręczeniu Kościoła, związanej ze zmianą rządów w cesarstwie rzymskim, zreorganizował rozbitą w wyniku prześladowań administrację kościelną. Dużo przykrości doznał ze strony tzw. lapsi – chrześcijan, którzy w czasie prześladowań wyrzekli się wiary, a potem powracając do Kościoła nie chcieli poddać się wymaganym warunkom pokuty.
    Większość wspólnoty Kościoła rzymskiego wypowiedziała posłuszeństwo Marcelemu I z powodu rozbieżności w kwestii prawa do cofania lub przedłużania pokuty. Doszło do przelewu krwi i cesarz Maksencjusz (ok. 279-312) oskarżył papieża Marcelego I o wywołanie publicznych niepokojów. Obito go rózgami, a następnie zesłano na wygnanie. Zmuszono go, by został pasterzem bydła. Po wielu udrękach zakończył swoje życie w nędzy.
    Marceli jest patronem Raciborza oraz stajennych. Według panującej opowieści, w dzień Świętego – 16 stycznia 1241 roku – Tatarzy oblegli miasto Racibórz. Wówczas pojawił się na obłokach św. Marceli. Oddziały przelękły się tego niezwykłego widoku i odstąpiły od miasta. Wdzięczni mieszkańcy ufundowali figurę świętego papieża w kaplicy i na miejskim placu. Aż do roku 1871 dzień 16 stycznia obchodziło miasto jako swoją patronalną uroczystość z procesją po ulicach miasta. Obecnie, od 2010 r., w czasie obchodzonych w czerwcu Dni Raciborza, na Placu Dominikańskim odbywa się Jarmark św. Marcelego.
    W ikonografii św. Marceli przedstawiany jest w stroju papieskim. Jego atrybutami są: dyscyplina, konie przy żłobie, osioł.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 stycznia

    Święty Antoni, opat

    Święty Antoni i św. Paweł z Teb

    Antoni (zwany później Wielkim) urodził się w Środkowym Egipcie w 251 r. Miał zamożnych i religijnych rodziców, których jednak wcześnie stracił (w wieku 20 lat). Po ich śmierci, kierując się wskazaniem Ewangelii, sprzedał ojcowiznę, a pieniądze rozdał ubogim. Młodszą siostrę oddał pod opiekę szlachetnym paniom, zabezpieczając jej byt materialny. Sam zaś udał się na pustynię w pobliżu rodzinnego miasta. Tam oddał się pracy fizycznej, modlitwie i uczynkom pokutnym. Podjął życie pełne umartwienia i milczenia. Nagła zmiana trybu życia kosztowała go wiele wyrzeczeń, a nawet trudu. Jego żywot, spisany przez św. Atanazego, głosi, że Antoni musiał znosić wiele jawnych ataków ze strony szatana, który go nękał, jawiąc mu się w różnych postaciach. Doznawał wtedy umacniających go wizji nadprzyrodzonych.
    Początkowo Antoni mieszkał w grocie. Około 275 r. przeniósł się na Pustynię Libijską. Dziesięć lat później osiadł w ruinach opuszczonej fortecy Pispir na prawym brzegu Nilu. Miał dar widzenia rzeczy przyszłych. Słynął ze świętości i mądrości. Walki wewnętrzne, jakie ze sobą stoczył, stały się później ulubionym tematem malarzy (H. Bosch, M. Grünewald) i pisarzy (G. Flaubert, A. France).

    Święty Antoni Pustelnik

    Jego postawa znalazła wielu naśladowców. Sława i cuda sprawiły, że zaczęli ściągać uczniowie, pragnący poddać się jego duchowemu kierownictwu. Po wielu sprzeciwach zdecydował się ich przyjąć i odtąd oaza Faium na pustyni zaczęła zapełniać się rozrzuconymi wokół celami eremitów (miało ich być około 6000). Owe wspólnoty pustelników nazwano laurami. Wśród pierwszych uczniów Antoniego znalazł się św. Hilarion.
    W 311 r. Antoni gościł w Aleksandrii, wspierając duchowo prześladowanych przez cesarza Maksymiana chrześcijan. Spotkał się wówczas ze św. Aleksandrem, biskupem tego miasta i męczennikiem. Następnie, ok. 312 roku, udał się do Tebaidy, gdzie w grocie w okolicy Celzum, w górach odległych ok. 30 km od Nilu, spędził ostatnie lata życia. Stąd właśnie wybrał się do Teb, gdzie odwiedził św. Pawła Pustelnika. W latach 334-335 ponownie udał się do Aleksandrii. W roku 318 wystąpił tam bowiem z błędną nauką kapłan Ariusz. Znalazł on wielu zwolenników. Zatroskany o czystość wiary, żyjący jeszcze św. Aleksander zwołał synod, na którym około stu biskupów potępiło naukę Ariusza. Znalazł on jednak potężnych protektorów, nawet w samym cesarzu Konstantynie Wielkim, a przede wszystkim w jego następcy – Konstancjuszu, który rozpoczął bezwzględną walkę z przeciwnikami arianizmu. Dla ustalenia, po czyjej stronie jest prawda, Antoni udał się do Aleksandrii, gdzie biskupem był wówczas św. Atanazy. Po rozmowach z nim stał się żarliwym obrońcą czystości wiary wśród swoich uczniów.
    Cieszył się wielkim poważaniem. Korespondował m.in. z cesarzem Konstantynem Wielkim i jego synami. Zachowane listy Antoniego do mnichów zawierają głównie nauki moralne – szczególny nacisk kładzie w nich na poszukiwanie indywidualnej drogi do doskonałości, wsparte lekturą Pisma św.

    Święty Antoni Pustelnik

    Według podania św. Antoni zmarł 17 stycznia 356 roku w wieku 105 lat. Życie św. Antoniego było przykładem dla wielu nie tylko w Egipcie, ale i w innych stronach chrześcijańskiego świata. Jego kult rychło rozprzestrzenił się na całym Wschodzie. W roku 561 cesarz Justynian I przeniósł uroczyście jego relikwie do Aleksandrii. W roku 635 przeniesiono je do Konstantynopola. W wieku XII krzyżowcy zabrali je stamtąd do Francji do Monte-Saint-Didier, a w roku 1491 do Saint Julien koło Arles. Antoni jest patronem zakonu antoninów (powstałego w XII w. dla obsługi pielgrzymów przybywających do grobu św. Antoniego), dzwonników, chorych, hodowców trzody chlewnej (według legendy uzdrowił niewidome prosię), koszykarzy, rzeźników, szczotkarzy i ubogich. Orędownik w czasie pożarów. W ciągu wieków wzywano go podczas epidemii oraz chorób skórnych. Ku czci św. Antoniego Pustelnika wyrabiano krzyżyki w formie tau. Ku jego czci poświęcano również ogień, by chronił bydło od zarazy zwanej “ogniem”.
    W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest jako pustelnik, czasami w długiej szacie mnicha. Szczególne zainteresowanie artystów budził temat kuszenia św. Antoniego. Jego atrybutami są: jeden, dwa lub trzy diabły, diabeł z pucharem, dzwonek, dzwonek i laska, krzyż egipski w kształcie litery tau, księga reguły monastycznej, lampa, lampka oliwna, laska, lew kopiący grób, pochodnia, świnia, pod postacią której kusił go szatan, źródło.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Św. Antoni Wielki. Stawił opór legionom demonów

    The Torment of Saint Anthony /Wikimedia Commons

    ***

    Żyjący ponad sto lat – od połowy III do połowy IV wieku – pustelnik Antoni, nazywany Wielkim, Pustelnikiem albo Opatem, był jednym z bliskowschodnich Ojców Pustyni i uważany jest za twórcę anachoretyzmu. Anachoretami nazywano pustelników, którzy w samotnym życiu poszukiwali drogi zbawiennej – inaczej niż cenobici, którzy żyli we wspólnotach klasztornych. Abba Antoni jest postacią dość popularną, co znalazło swój wyraz chociażby w dużej ilości dzieł sztuki przedstawiających sceny z jego życia (takich jak kuszenie św. Antoniego).

    Rodem Egipcjanin, przyszedł na świat w miejscowości Keman w środkowej części kraju nad Nilem. Wywodził się z koptyjskiej rodziny, a więc był wychowany w wierze chrześcijańskiej. Od najmłodszych lat z wielką skwapliwością poszukiwał towarzystwa ludzi żyjących Wiarą, o czym pięknie pisze ks. Skarga w żywocie Świętego: „O kimkolwiek pobożnym, i świątobliwość jaką żywota prowadzącym, usłyszał, tam bieżał, jako pszczoła, miód cnót rozmaitych z każdego kwiecia zbierając”.

    W wieku dwudziestu lat został osierocony wraz z młodszą siostrą przez zamożnych rodziców. Pozostał jedynym opiekunem dziewczynki i zarządcą majątku. Sytuacja ta przysparzała mu niemałego zmartwienia, gdyż od jakiegoś czasu zamyślał o obraniu drogi pustelniczego żywota. Pewnego razu, gdy przyszedł na Mszę, był akurat odczytywany fragment Ewangelii o bogatym młodzieńcu poszukującym drogi doskonałości. Zrozumiał ten znak Boży. Dla swej siostry odnalazł opiekunów odpowiedniejszych niż młody samotny człowiek, jakim był, uposażył ją, a resztę majętności rozdał ubogim.

    Przeciwko legionom demonów

    Antoni ukrył się przed światem w ruinach nieopodal rodzinnej miejscowości. Wkrótce zgromadziło się wokół niego mnóstwo uczniów, on jednak uciekł przed sławą na Pustynię Libijską, gdzie ćwiczył się w bogomyślności i zaparciu samego siebie. Gdy tak postępował w dobrym, diabeł począł dręczyć go licznymi pokusami, chcąc koniecznie odwieść od kroczenia tą drogą. Naprzód próbował omamić go tym, co pozostawił w życiu świeckim, a więc majątkiem, wspomnieniem małej siostrzyczki i dostatkiem smakowitych pokarmów, a gdy to nie odniosło skutku, nieprzyjaciel ludzkiego zbawienia uderzył w punkt najczulszy męskiej natury, podsuwając nasilone pokusy przeciwko czystości. Poradził sobie Święty sposobami, jakie Kościół zalecał zawsze w podobnych przypadkach, mianowicie umartwieniem i rozważaniem rzeczywistości piekła oraz kar, jakie czekają tych chrześcijan, którzy ulegają grzechowi i nie chcą pokutować.

    Wciąż deptany przez dzielnego chrześcijanina przebiegły wąż zdecydował się przystąpić do otwartej walki, podobnie jak czynił to wiele wieków później z opierającym się jego zakusom świętym ojcem Pio. Napadł na młodzieńca z legionem demonów i tak dotkliwie pobił go, iż Antoni utracił przytomność. Na człowieku, który nosił mu regularnie jedzenie zrobił wrażenie umarłego. Ów dobry przybysz zaniósł go do miasta i już myślał o pogrzebie, gdy eremita przebudził się i poprosił o zaniesienie go z powrotem na pustynię. W żadnym wypadku nie chciał bowiem dezerterować z pola walki o wieczność i honor sługi Bożego.

    Wówczas szatan podjął ostatnią próbę złamania mężnego wyznawcy Chrystusowego. Zebrał „wojsko” ze wszystkich dzikich zwierząt, jakie zamieszkiwały tamte strony i przyprowadził je pod szałas Antoniego. Okryty ranami, pozbawiony możliwości ruchu Święty usłyszał złowrogie ryki wygłodniałych bestii. W tej chwili odczuł dobitnie, iż jedyną bronią, jaką posiada jest moc ducha ożywionego wiarą. Wykrzyczał pod adresem księcia ciemności i jego wysłanników, iż bez woli Bożej nic się nie dzieje i zakończył słowami: „Próżno się kusicie, znak krzyża świętego, a wiara w Pana naszego Jezusa Chrystusa mocnym mi a niezdobytym przeciw wam murem jest”. Trzykrotnie pokonany diabeł musiał ustąpić, co we właściwym sobie poetycznym stylu opisuje Skarga: „Zatem jako ćma od słońca i proch od wiatru nieprzyjaciele się rozproszyli i uciekli, a światłość go wielka z nieba nawiedziła”.

    Światło Wiary ze Wschodu

    W wielokilometrowym oddaleniu od wszelkich osad ludzkich św. Antoni odnosił tak spektakularne zwycięstwa nad mocami ciemności. Pan Bóg jednakże zechciał powołać go także do zewnętrznych czynności. Heroiczne cnoty egipskiego anachorety stawały się bronią w walce z pogaństwem i herezją – po dwakroć bowiem udawał się on do Aleksandrii, po raz pierwszy jeszcze w roku 311, gdy trwały ostatnie przed tak zwanym edyktem mediolańskim prześladowania, za drugim razem zaś w roku 335, aby wesprzeć św. Atanazego Wielkiego przeciwko błędom Ariusza. Po niesprawiedliwym wygnaniu świętego patriarchy z Aleksandrii obaj mężowie udali się wspólnie na pustynię, a Atanazy został na jakiś czas uczniem Antoniego. Jemu właśnie zawdzięczamy pierwszy i zawierający najpewniejsze informacje żywot słynnego anachorety.

    Ze swej lepianki na pustkowiu Święty wyruszał do pobliskich miast i wsi, aby nieść sprawiedliwość i pokrzepienie pokrzywdzonym. Prowadził także korespondencję z Konstantynem Wielkim i z jego synami, ułatwiając tym samym dostęp łaski Bożej do cesarskiego dworu, którego wrota otworzył dla prawdziwej religii właśnie Konstantyn. Wkład egipskiego świętego w życie Kościoła jest nie do przecenienia, kiedy bowiem ustały prześladowania wydające wspaniałe owoce męczeństwa, chrześcijaństwo potrzebowało nowych dróg świętości. Jedną z nich stało się właśnie radykalne zaprzeczenie własnych potrzeb w imię miłości Bożej, którego wzorem stał się św. Antoni.

    W obecnym miejscu odosobnienia również odnalazły go rzesze naśladowców, których tym razem przyjął za uczniów. Anachoreta z Pustyni Libijskiej nazywany jest opatem, choć nigdy formalnie tej funkcji nie pełnił, ale patronował tak wielkiej liczbie uciekinierów z duchowej pustyni świata (podobno było ich około sześciu tysięcy), że miano to wydaje się odpowiednie. Liczne rady duchowe kierował w listach do swych współbraci. Na podstawie jego nauk i stylu życia sporządzono regułę, która przekroczyła granice Bliskiego Wschodu, docierając nawet do Rzymu.

    Abba Antoni zmarł w wieku ponad stu lat i od razu został otoczony gorącym kultem. W VI wieku z polecenia cesarza Justyniana dokonano translacji jego relikwii do Aleksandrii, skąd w VII wieku trafiły do Konstantynopola podczas najazdu Arabów na Egipt. W XII wieku Krzyżowcy przenieśli je do Monte-Saint-Didier, w końcu zaś spoczęły w Saint Julien koło Arles.

    Kościół wspomina św. Antoniego Wielkiego 17 stycznia.

    PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 stycznia

    Święta Małgorzata Węgierska, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Regina Protmann, dziewica
    ***
    Święta Małgorzata Węgierska

    Małgorzata urodziła się 27 stycznia 1242 r. w twierdzy Klis. Była ósmym dzieckiem króla Węgier Beli IV i Marii Laskaris. Pochodziła z rodziny Arpadów, z której wywodzili się także: św. Stefan (+ 1038), jego syn św. Emeryk (+ 1031) i św. Władysław (+ 1095). Jej rodzonymi siostrami były: św. Kinga (+ 1292) i bł. Jolenta (+ 1298), a ciotkami – św. Elżbieta z Turyngii (+ 1231) i bł. Salomea (+ 1268). Jej dziadek po kądzieli był cesarzem bizantyjskim.
    Jeszcze przed swoim narodzeniem (w 1242 r.) została przez rodziców ofiarowana Bogu za ocalenie ojczyzny od najazdu Tatarów. W wieku około czterech lat powierzona została opiece mniszek Zakonu Kaznodziejskiego (dominikanek) w Veszprem (czyt.: Vesprem). Gdy chciano ją później zwolnić ze zobowiązań, aby mogła wyjść za mąż, odmówiła. Rodzina usiłowała ją bowiem za wszelką cenę wydobyć z zakonu i wydać za księcia kaliskiego, Bolesława Pobożnego, następnie za Ottokara II, króla czeskiego, wreszcie za króla Neapolu, Karola Andegaweńskiego. Wszystkie te ponętne propozycje stanowczo odrzuciła. Co więcej, w obecności prymasa Węgier i innych dostojników państwa uroczyście potwierdziła stanowczą wolę pozostania w zakonie, korony ziemskie oddając za koronę niebieską.
    Kiedy miała 10 lat, przeniosła się do klasztoru dominikanek na wyspie Lepri na Dunaju jako internistka, a niebawem jako zakonnica. Chociaż pochodziła z tak znakomitej rodziny, Małgorzata nie wstydziła się prac fizycznych, służebnych. Budowała wszystkich umiłowaniem ubóstwa, rezygnując chętnie nawet z rzeczy najpotrzebniejszych, czyniąc to z miłości do Chrystusa. Pan Bóg wyróżnił ją darem kontemplacji, wizji i charyzmatem proroczym. W wieku dwunastu lat, w Budzie, w klasztorze zbudowanym dla niej przez króla, złożyła śluby zakonne na ręce generała Zakonu Dominikańskiego, bł. Humberta z Romans. Doszła do godnej podziwu gorliwości i bez reszty odda się Chrystusowi Ukrzyżowanemu. Prowadziła życie surowe.

    Święta Małgorzata Węgierska

    Trwając w ascezie monastycznej i pełnieniu dzieł miłosierdzia, potrafiła połączyć ze sobą gorliwe starania o przywrócenie pokoju i niezwykłe męstwo w znoszeniu niesprawiedliwych podejrzeń z wielką miłością w stosunku do sióstr, dla których pragnęła spełniać najniższe posługi. Pełniła oficjum infirmerki – z wielkim oddaniem opiekowała się chorymi. Płonęła ogromną miłością do tajemnicy Eucharystii oraz męki Odkupiciela. Wyróżniała się również nabożeństwem do Ducha Świętego i Najświętszej Maryi Panny.
    Zmarła 18 stycznia 1270 roku w wieku 28 lat. Wyspę Lepri nazwano wyspą św. Małgorzaty i tak do dzisiaj się ona nazywa. Do grobu Małgorzaty spieszyły tłumy Węgrów. Obecnie grób ten jest zachowany, ale pusty, ponieważ szczątki Małgorzaty przeniesiono w 1782 r. do klasztoru klarysek w Pozsony (obecnie Bratysława), po kasacie klasztoru w Budapeszcie. Relikwie częściowo zniszczono w 1789 roku, a ocalałe części znajdują się w Esztergomie (Ostrzyhomiu), Gyor i Pannonhalmie.
    Proces beatyfikacyjny wymienia ok. 300 niezwykłych łask, otrzymanych za wstawiennictwem Małgorzaty. 28 lipca 1789 papież Pius VI zaliczył ją w poczet błogosławionych, a w poczet świętych włączył ją Pius XII 19 listopada 1943 roku.
    W ikonografii przedstawia się św. Małgorzatę w habicie dominikańskim, z królewską koroną złożoną u jej stóp, z lilią i księgą w ręce. Atrybutem jej są także stygmaty.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 stycznia

    Święty Józef Sebastian Pelczar, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
      •  Święty Mariusz, męczennik
      •  Błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
      •  Święty Makary Wielki, opat
      •  Święty Kanut Leward, król i męczennik
    ***
    Święty Józef Sebastian Pelczar

    Józef urodził się 17 stycznia 1842 roku w Korczynie koło Krosna, w rodzinie Wojciecha i Marianny, średniozamożnych rolników. Jeszcze przed urodzeniem został ofiarowany Najświętszej Maryi Pannie przez swoją pobożną matkę. Ochrzczony został w dwa dni po urodzeniu. Wzrastał w głęboko religijnej atmosferze. Od szóstego roku życia był ministrantem w kościele parafialnym. Po ukończeniu szkoły w Korczynie kontynuował naukę w Rzeszowie. Zdał egzamin dojrzałości w 1860 roku i wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. 17 lipca 1864 r. przyjął święcenia kapłańskie. Podjął pracę jako wikariusz w Samborze. W 1865 r. został skierowany na studia w Kolegium Polskim w Rzymie, na których uzyskał doktoraty z teologii i prawa kanonicznego. Oddawał się w tym czasie głębokiemu życiu wewnętrznemu i zgłębiał dzieła ascetyków. Zaowocowało to jego pracą zatytułowaną Życie duchowe, czyli doskonałość chrześcijańska. Przez dziesiątki lat służyła ona zarówno kapłanom, jak i osobom świeckim.
    Po powrocie do kraju w październiku 1869 r. został wykładowcą teologii pastoralnej i prawa kościelnego w seminarium przemyskim, a w latach 1877-1899 był profesorem i rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Obok zajęć uniwersyteckich był również znakomitym kaznodzieją, zajmował się też działalnością kościelno-społeczną. Odznaczał się gorliwością i szczególnym nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu, do Serca Bożego i Najświętszej Maryi Panny, czemu dawał wyraz w swej bogatej pracy pisarskiej i kaznodziejskiej. Podczas pobytu w Krakowie blisko związany był z franciszkanami konwentualnymi, mieszkał przez siedem lat w klasztorze przy ul. Franciszkańskiej. Wówczas wstąpił do III Zakonu św. Franciszka, a profesję zakonną złożył w Asyżu, przy grobie Biedaczyny.
    W trosce o najbardziej potrzebujących oraz o rozszerzenie Królestwa Serca Bożego w świecie założył w Krakowie w 1894 r. Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego (sercanek).
    W 1899 r. został biskupem pomocniczym, a 17 grudnia 1900 r. ordynariuszem diecezji przemyskiej. Jako gorliwy arcypasterz dbał o świętość diecezji. Był mężem modlitwy, z której czerpał natchnienie i moc do pracy apostolskiej. Ubodzy i chorzy byli zawsze przedmiotem jego szczególnej troski. Jego rządy były czasem wielkiej troski o podniesienie poziomu wiedzy duchowieństwa i wiernych. W tym celu często gromadził księży na zebrania i konferencje oraz pisał wiele listów pasterskich. Popierał bractwa i sodalicję mariańską. Przeprowadził także reformę nauczania religii w szkołach podstawowych. Z jego inicjatywy powstał w diecezji Związek Katolicko-Społeczny. Zwiększył o 57 liczbę placówek duszpasterskich. Dzięki pomocy biskupa sufragana Karola Fischera dokonywał często wizytacji kanonicznych w parafiach.
    W 1901 roku powołał do życia redakcję miesięcznika Kronika Diecezji Przemyskiej. W 1902 roku urządził bibliotekę i muzeum diecezjalne, założył Małe Seminarium i odnowił katedrę przemyską. Jako jedyny biskup w tamtych czasach, pomimo zaborów, odważył się w 1902 roku zwołać synod diecezjalny po 179 latach przerwy, aby oprzeć działalność duszpasterską na mocnym fundamencie prawa kościelnego. Wśród tych wszechstronnych zajęć przez cały czas prowadził także działalność pisarską. Posiadał rzadką umiejętność doskonałego wykorzystywania czasu. Każdą chwilę umiał poświęcić dla chwały Bożej i zbawienia dusz. Był ogromnie pracowity, systematyczny i roztropny w podejmowaniu ważnych przedsięwzięć, miał doskonałą pamięć. Oszczędny dla siebie, hojnie wspierał wszelkie dobre i potrzebne inicjatywy.
    Zmarł w Przemyślu 28 marca 1924 roku w opinii świętości. Beatyfikowany został w Rzeszowie 2 czerwca 1991 roku przez św. Jana Pawła II. Papież podczas homilii mówił wtedy m.in.: Święci i błogosławieni stanowią żywy argument na rzecz tej drogi, która wiedzie do królestwa niebieskiego. Są to ludzie – tacy jak każdy z nas – którzy tą drogą szli w ciągu swego ziemskiego życia i którzy doszli. Ludzie, którzy życie swoje budowali na skale, na opoce, jak to głosi psalm: na skale, a nie na lotnym piasku (por. Ps 31, 3-4). Co jest tą skałą? Jest nią wola Ojca, która wyraża się w Starym i Nowym Przymierzu. Wyraża się w przykazaniach Dekalogu. Wyraża się w całej Ewangelii, zwłaszcza w Kazaniu na górze, w ośmiu błogosławieństwach. Święci i błogosławieni to chrześcijanie w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Chrześcijanami nazywamy się my wszyscy, którzy jesteśmy ochrzczeni i wierzymy w Chrystusa Pana.

    18 maja 2003 r. św. Jan Paweł II kanonizował Józefa Sebastiana Pelczara razem z bł. Urszulą Ledóchowską. Powiedział wtedy:

    Święty Józef Sebastian Pelczar - obraz kanonizacyjny

    Dewizą życia biskupa Pelczara było zawołanie: “Wszystko dla Najświętszego Serca Jezusowego przez niepokalane ręce Najświętszej Maryi Panny”. To ono kształtowało jego duchową sylwetkę, której charakterystycznym rysem jest zawierzenie siebie, całego życia i posługi Chrystusowi przez Maryję.
    Swoje oddanie Chrystusowi pojmował nade wszystko jako odpowiedź na Jego miłość, jaką zawarł i objawił w sakramencie Eucharystii. “Zdumienie – mówił – musi ogarnąć każdego, gdy pomyśli, że Pan Jezus, mając odejść do Ojca na tron chwały, został z ludźmi na ziemi. Miłość Jego wynalazła ten cud cudów, (…) ustanawiając Najświętszy Sakrament”. To zdumienie wiary nieustannie budził w sobie i w innych. Ono prowadziło go też ku Maryi. Jako biegły teolog nie mógł nie widzieć w Maryi Tej, która “w tajemnicy Wcielenia antycypowała także wiarę eucharystyczną Kościoła”; Tej, która nosząc w łonie Słowo, które stało się Ciałem, w pewnym sensie była “tabernakulum” – pierwszym “tabernakulum” w historii (por. encyklika Ecclesia de Eucharistia, 55). Zwracał się więc do Niej z dziecięcym oddaniem i z tą miłością, którą wyniósł z domu rodzinnego, i innych do tej miłości zachęcał. Do założonego przez siebie Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego pisał: “Pośród pragnień Serca Jezusowego jednym z najgorętszych jest to, by Najświętsza Jego Rodzicielka była czczona od wszystkich i miłowana, raz dlatego, że Ją Pan sam niewypowiedzianie miłuje, a po wtóre, że Ją uczynił Matką wszystkich ludzi, żeby Ona swą słodkością pociągała do siebie nawet tych, którzy uciekają od świętego Krzyża, i wiodła ich do Serca Boskiego”.
    Relikwie św. Józefa Sebastiana Pelczara znajdują się w przemyskiej katedrze. W szczególny sposób święty biskup jest czczony w krakowskim kościele sercanek, gdzie znajduje się poświęcona mu kaplica.
    W ikonografii św. Józef Pelczar przedstawiany jest w stroju biskupim.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 stycznia

    Święty Sebastian, męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Fabian, papież i męczennik
      •  Święta Eustachia Calafato, dziewica
      •  Błogosławiony Euzebiusz z Ostrzyhomia, prezbiter
      •  Błogosławiony Angelo Paoli, prezbiter
    ***
    Święty Sebastian

    Informacji o Sebastianie dostarcza nam Opis męczeństwa nieznanego autora z roku 354 oraz komentarz św. Ambrożego do Psalmu 118. Według tych dokumentów ojciec Sebastiana miał pochodzić ze znakomitej rodziny urzędniczej w Narbonne (Galia), matka zaś miała pochodzić z Mediolanu. Staranne wychowanie i stanowisko ojca miało synowi utorować drogę na dwór cesarski. Miał być przywódcą gwardii cesarza Marka Aurelego Probusa (276-282).
    Według św. Ambrożego Sebastian był dowódcą przybocznej straży samego Dioklecjana. Za to, że mu wypomniał okrucieństwo wobec niewinnych chrześcijan, miał zostać przeszyty strzałami. “Dioklecjan kazał żołnierzom przywiązać go na środku pola do drzewa i zabić strzałami z łuków. Tyle strzał tedy utkwiło w nim, że podobny był do jeża, a żołnierze przypuszczając, że już nie żyje, odeszli” – zapisał bł. Jakub de Voragine OP w swojej średniowiecznej “Złotej legendzie”.
    Na pół umarłego odnalazła go pewna niewiasta, Irena, i swoją opieką przywróciła mu zdrowie. Sebastian, gdy tylko powrócił do sił, miał ponownie udać się do cesarza i zwrócić mu uwagę na krzywdę, jaką wyrządzał niewinnym wyznawcom Chrystusa. Wtedy Dioklecjan kazał go zatłuc pałkami, a jego ciało wrzucić do Cloaca Maxima. Wydobyła je stamtąd i pochowała ze czcią w rzymskich katakumbach niewiasta Lucyna. Był to prawdopodobnie rok 287 lub 288.
    Św. Sebastian cieszył się tak wielką czcią w całym Kościele, że należał do najbardziej znanych świętych. Rzym uczynił go jednym ze swoich głównych patronów. Papież Eugeniusz II (824-827) podarował znaczną część relikwii św. Sebastiana św. Medardowi do Soissons (biskupowi z terenów obecnej Francji). Relikwię głowy Świętego papież Leon IV (+ 855) podarował dla bazyliki w Rzymie pod wezwaniem “Czterech Koronatów”, która znajduje się w pobliżu Koloseum. Św. Sebastiana zaliczano do grona Czternastu Wspomożycieli. Nad grobem męczennika wybudowano kościół pod jego wezwaniem – to obecna bazylika św. Sebastiana za Murami (San Sebastiano fuori le Mura), gdzie spoczywają jego relikwie. W miejscu męczeństwa powstał drugi kościół, bazylika św. Sebastiana na Palatynie (San Sebastiano al Palatino). W bazylice św. Piotra w Watykanie znajduje się kaplica św. Sebastiana, która obecnie jest miejscem spoczynku św. Jana Pawła II.
    Sebastian jest patronem Niemiec, inwalidów wojennych, chorych na choroby zakaźne, kamieniarzy, łuczników, myśliwych, ogrodników, rusznikarzy, strażników, strzelców, rannych i żołnierzy. Poświęcono mu liczne i wspaniale dzieła. Jego męczeństwo natchnęło wielu artystów – malarzy, rzeźbiarzy, pisarzy i muzyków tej miary, co Messina, Rubens, Veronese, Ribera, Guido Reni, Giorgetti, Debussy.
    W ikonografii przedstawiany jest w białej tunice lub jako piękny obnażony młodzieniec, przywiązany do słupa albo drzewa, przeszyty strzałami. Czasami u jego nóg leży zbroja. Na starochrześcijańskiej mozaice w kościele św. Piotra w Okowach w Rzymie ukazany jest jako człowiek stary z białą brodą, w uroczystym dworskim stroju. Atrybuty Świętego: krucyfiks, palma męczeństwa, włócznia, miecz, tarcza, dwie strzały w dłoniach, przybity wyrok śmierci nad głową.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 lutego

    Święci Franciszek i Hiacynta Marto, dzieci fatimskie

    Zobacz także:
      •  Święty Zenobiusz, prezbiter i męczennik
      •  Święty Eleuteriusz, biskup
    ***
    Franciszek i Hiacynta Marto, kanonizowani przez papieża Franciszka w Fatimie 13 maja 2017 r., to pierwsze wyniesione na ołtarze dzieci, które nie są męczennikami.

    Święty Franciszek Marto

    Franciszek Marto urodził się 11 czerwca 1908 r. w Aljustrel w parafii Fatima, należącej do diecezji Leiria-Fatima, jako szóste z siedmiorga dzieci ubogiego małżeństwa Manuela Pedro Marto i Olímpii de Jesus. 20 czerwca został ochrzczony w parafialnym kościele w Fatimie.
    Podobnie jak większość dzieci z ówczesnych portugalskich wiosek, chłopiec nie umiał czytać ani pisać. W wieku 8 lat rozpoczął pracę jako pastuszek, wypasając – wraz ze swoją siostrą Hiacyntą i kuzynką Łucją dos Santos – owce należące do rodziców. W 1916 roku był świadkiem trzech objawień Anioła Pokoju, który poprosił dzieci o modlitwę do Trójcy Przenajświętszej, Najświętszego Serca Jezusowego i Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. Wiosną i jesienią Anioł ukazał mu się na wzgórzu Cabeço, a latem – w pobliżu studni zwanej Arneiro.
    W 1917 r. Franciszek wraz z młodszą siostrą Hiacyntą i kuzynką Łucją, byli świadkami sześciu objawień maryjnych, które miały miejsce 13 maja, 13 czerwca i 13 lipca w Cova da Iria, 19 sierpnia w Valinhos, a następnie 13 września i 13 października ponownie w Cova da Iria. Podczas objawień, Franciszek widział postać Anioła i Maryi, jednak nie słyszał żadnego z wypowiadanych przez nich słów.
    Wkrótce po objawieniu z 13 lipca, kiedy Maryja powierzyła dzieciom tajemnice, rodzeństwo zostało aresztowane przez władze gminy Vila Nova de Ourém, lecz pomimo dwudniowego przetrzymywania w więzieniu i zastraszania dzieci nie wyjawiły treści orędzia przekazanego im przez Matkę Bożą.
    W październiku 1918 r. Franciszek zapadł na grypę “hiszpankę”, której epidemia panowała wówczas na Półwyspie Iberyjskim. Jego choroba trwała do wiosny 1919 r. 2 kwietnia Franciszek przystąpił do pierwszej spowiedzi, a następnego dnia przyjął Pierwszą Komunię Świętą, będącą zarazem wiatykiem. Zmarł 4 kwietnia 1919 r. Następnego dnia został pochowany na cmentarzu w Fatimie. 17 lutego 1952 r. nastąpiła ekshumacja jego ciała, które 13 marca przeniesiono do bazyliki fatimskiej.

    Święta Hiacynta Marto

    Hiacynta Marto urodziła się 11 marca 1910 r. w Aljustrel. Była najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa. 19 marca została ochrzczona w kościele parafialnym w Fatimie.
    W 1916 r. wraz z Franciszkiem i kuzynką Łucją dos Santos zaczęła wypasać owce należące do rodziców i wraz rodzeństwem była świadkiem trzech objawień Anioła: wiosną i jesienią na wzgórzu Cabeço, a latem w pobliżu studni Arneiro.
    W 1917 r. wraz z bratem i kuzynką doświadczyła także sześciu objawień Matki Bożej. W przeciwieństwie do Franciszka, Hiacynta słyszała słowa wypowiadane przez Maryję, choć rozmawiała z Nią jedynie Łucja.
    W październiku 1918 r. Hiacynta, podobnie jak brat, zaraziła się grypą “hiszpanką”, której powikłania doprowadziły do śmierci dziewczynki. Od 1 lipca do 31 sierpnia 1919 r. dziewczynka przebywała w szpitalu w Vila Nova de Ourém. W styczniu 1920 r. trafiła do ochronki w Lizbonie, a stamtąd do szpitala. Tam przeszła operację usunięcia dwóch żeber, która przyniosła bolesne komplikacje. 16 lutego 1920 r. po raz siódmy objawiła jej się Matka Boża. Po tym widzeniu Hiacynta przestała cierpieć.
    Zmarła wieczorem 20 lutego 1920 r., a przed śmiercią zdążyła przystąpić do pierwszej w życiu spowiedzi. Cztery dni później została pochowana w Vila Nova de Ourém. 12 września 1935 r. jej ciało przeniesiono na cmentarz w Fatimie i złożono obok ciała Franciszka, skąd 1 maja 1951 r. zostało przeniesione do bazyliki.

    Święta Hiacynta Marto

    Jak pisała w swoich “Wspomnieniach” s. Łucja dos Santos, Franciszek i Hiacynta po objawieniach, pomimo dziecięcego wieku, skoncentrowali swoje życie na Bogu, modlitwie i podejmowaniu różnorodnych ofiar i cierpień w intencji grzeszników. Oprócz modlitwy i wyrzeczeń, odwiedzali i pocieszali potrzebujących, a niekiedy udzielali im także rad. O ich duchowej dojrzałości świadczy także postawa wobec własnej śmierci, przed którą dzieci pocieszały bliskich i o której mówiły, że jest przejściem do nieba i spotkaniem z Bogiem. Podczas objawień Matka Boża zapowiedziała dwójce rodzeństwa, że wkrótce zabierze ich do nieba.Proces beatyfikacyjny rodzeństwa Marto toczył się w latach 1952-1979 i zakończył się promulgacją dekretu Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o heroiczności ich cnót. W 1999 r. została uznana autentyczność pierwszego z cudów za ich przyczyną, dotyczącego uzdrowienia franciszkańskiej tercjarki Marii Emilii Santos, która przez 20 lat pozostawała unieruchomiona z powodu choroby kości. Jan Paweł II beatyfikował Franciszka i Hiacyntę Marto 13 maja 2000 r. w Fatimie podczas swojej wizyty w Jubileuszowym Roku 2000.
    Następny cud uznany w procesie kanonizacyjnym dotyczył uzdrowienia brazylijskiego chłopca, do którego doszło w 2007 r. Wówczas, w trzy dni po tragicznym wypadku, podczas którego chłopiec wypadł z okna i doznał poważnych uszkodzeń mózgu, które groziły utratą życia lub głęboką niepełnosprawnością, dziecko w niewytłumaczalny sposób odzyskało zdrowie i sprawność. W marcu 2017 r. Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych ogłosiła dekret uznający ten cud. Kanonizacji Franciszka i Hiacynty dokonał w Fatimie w 100. rocznicę objawień maryjnych papież Franciszek.Obecnie trwa proces beatyfikacyjny trzeciej uczestniczki objawień maryjnych, s. Łucji Dos Santos (1907-2005).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 lutego

    Św. Agnieszka. Piękność nieskalana
    fot. Screenshot YouTube (Duszpasterstwo Niesłyszących Sandomierz)

    ***

    Św. Agnieszka. Piękność nieskalana

    Agnieszka była w starożytności jedną z najbardziej popularnych świętych. Piszą o niej św. Ambroży, św. Hieronim, papież św. Damazy, papież św. Grzegorz I Wielki i wielu innych. Jako 12-letnia dziewczynka, pochodząca ze starego rodu, miała ponieść męczeńską śmierć na stadionie Domicjana około 305 roku.

    Na miejscu “świadectwa krwi” dzisiaj jest Piazza Navona – jedno z najpiękniejszych i najbardziej uczęszczanych miejsc Rzymu. Tuż obok, nad grobem męczennicy, wzniesiono bazylikę pod jej wezwaniem, w której 21 stycznia – zgodnie ze starym zwyczajem – poświęca się dwa białe baranki.

    Według przekazów o rękę Agnieszki, która złożyć miała wcześniej ślub czystości, rywalizowało wielu zalotników, a wśród nich pewien młody rzymski szlachcic oczarowany jej urodą. Ona jednak odrzuciła wszystkich, mówiąc, że wybrała Małżonka, którego nie potrafią zobaczyć oczy śmiertelnika. Zalotnicy, chcąc złamać jej upór, oskarżyli ją, że jest chrześcijanką. Doprowadzona przed sędziego nie uległa ani łagodnym namowom, ani groźbom. Rozniecono ogień, przyniesiono narzędzia tortur, ale ona przyglądała się temu z niewzruszonym spokojem.

    Wobec tego odesłano ją do domu publicznego, ale jej postać budziła taki szacunek, że żaden z grzesznych młodzieńców odwiedzających to miejsce nie śmiał się zbliżyć do niej. Jeden, odważniejszy niż inni, został nagle porażony ślepotą i upadł w konwulsjach. Młoda Agnieszka wyszła z domu rozpusty niepokalana i nadal była czystą małżonką Chrystusa.

    Zalotnicy znów zaczęli podburzać sędziego. Bohaterska dziewica została wtedy rzucona w ogień, ale kiedy wyszła z niego nietknięta, skazano ją na ścięcie. “Udała się na miejsce kaźni – mówi św. Ambroży – szczęśliwsza niż inne, które szły na swój ślub”. Wśród powszechnego płaczu ścięto jej głowę. Poszła na spotkanie Nieśmiertelnego małżonka, którego ukochała bardziej niż życie.

    Agnieszka jest patronką dzieci, panien i ogrodników. Według legendy św. Agnieszka, całkowicie obnażona na stadionie, została rzucona na pastwę spojrzeń tłumu. Za sprawą cudu okryła się płaszczem włosów. Imię Agnieszki jest wymieniane w I Modlitwie Eucharystycznej – Kanonie rzymskim. Artyści przedstawiają Agnieszkę z barankiem, gdyż łacińskie imię Agnes wywodzi się zapewne od łacińskiego wyrazu agnus – baranek. Dlatego powstał zwyczaj, że w dzień św. Agnieszki poświęca się baranki hodowane przez trapistów w rzymskim opactwie Tre Fontane (znajdującym się w miejscu ścięcia św. Pawła), a następnie przekazuje się je siostrom benedyktynkom z klasztoru przy kościele św. Cecylii na Zatybrzu. Z ich wełny zakonnice wyrabiają paliusze, które papież nakłada co roku 29 czerwca (w uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła) świeżo mianowanym metropolitom Kościoła katolickiego.

    W ikonografii św. Agnieszkę przedstawia się z barankiem mającym nimb lub z dwiema koronami – dziewictwa i męczeństwa. Nieraz obok płonie stos, na którym próbowano ją spalić. Jej atrybutami są ponadto: gałązka palmowa, kość słoniowa, lampka oliwna, lilia, miecz, zwój. W sztuce wschodniej św. Agnieszka przedstawiana jest w szatach żółtych (a nie czerwonych, jak męczennicy) i z krzyżem męczeńskim w ręce.

    za brewiarz.pl/brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 stycznia

    Święty Wincenty Pallotti, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wincenty, diakon i męczennik
      •  Błogosławiona Laura Vicuña, dziewica
      •  Błogosławiony Wilhelm Józef Chaminade, prezbiter
    ***
    Święty Wincenty Pallotti

    Wincenty Pallotti urodził się 21 kwietnia 1795 r. i pracował przez całe życie w Rzymie. Matka Wincentego, Magdalena de Rossi, była pobożną tercjarką franciszkańską, a ojciec, Piotr Pallotti – zamożnym kupcem i żarliwym miłośnikiem różańca; po latach Wincenty dziękował Bogu za “świętych rodziców”. Został ochrzczony następnego dnia po narodzeniu. Otrzymał wówczas imiona: Wincenty, Alojzy, Franciszek. Był trzecim z dziesięciorga dzieci. Po ukończeniu szkoły podstawowej i gimnazjalnej Wincenty zapisał się na studia filozoficzne, a potem teologiczne na papieskim uniwersytecie “Sapienza”, które uwieńczył podwójnym doktoratem. W czasie studiów zapoznał się ze św. Kasprem del Bufalo (+ 1837). Święcenia kapłańskie otrzymał w Rzymie 16 maja 1818 roku. Jako doktor filozofii i teologii, a także magister filologii greckiej, w latach 1819-1829 wykładał na uniwersytecie. W latach 1827-1840 był ojcem duchownym w wyższym seminarium rzymskim. Przez pewien czas pełnił funkcję duszpasterza wojskowego w państwie kościelnym (1842). Tworzył szkoły wieczorowe, stowarzyszenia cechowe dla robotników, sierocińce i ochronki dla dziewcząt.
    4 kwietnia 1835 roku założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego, charakteryzujące się nowatorskim programem duszpasterskim, który opiera się na współpracy świeckich i duchownych. Na czele Zjednoczenia miała stać nowa rodzina zakonna, Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego (SAC), która miała spełniać zadanie animatora wszystkich dzieł katolickiego apostolatu. Nową rodzinę zakonną związał jedynie przyrzeczeniem i profesją. Do dziś centralną część tego dzieła stanowią księża i bracia pallotyni oraz siostry pallotynki. Pallotyni zatwierdzeni zostali przez Stolicę Apostolską w roku 1904. Na ziemiach polskich pallotyni pojawili się w 1907 roku, już trzy lata po zatwierdzeniu Stowarzyszenia.
    Jeszcze za swojego życia Wincenty Pallotti otrzymał zaszczytny tytuł “apostoła Rzymu” i “drugiego św. Filipa Nereusza”. Nazywa się go również prekursorem Akcji Katolickiej, która swoje apogeum osiągnęła za rządów papieża Piusa XI (1922-1939). Święty może być uważany także za ojca współczesnego ruchu ekumenicznego – zapoczątkował Oktawę Modlitw o jedność po uroczystości Objawienia Pańskiego (obecnie jest ona obchodzona w dniach 18-25 stycznia). Pozostawił po sobie wiele pism.
    Zmarł 22 stycznia 1850 r. z powodu choroby, której nabawił się spowiadając w zimnym kościele, oddawszy swój płaszcz żebrakowi. Chociaż jego proces beatyfikacyjny rozpoczął się bardzo wcześnie, bo w dwa lata po jego śmierci, trwał długo właśnie z powodu rozległej działalności, jaką sługa Boży prowadził. Błogosławionym ogłosił Wincentego papież Pius XII 22 stycznia 1950 r. (dokładnie w setną rocznicę śmierci Wincentego), a do chwały świętych wyniósł go 20 stycznia 1963 r. Jan XXIII. Jest patronem hodowców winorośli.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 stycznia

    Błogosławieni
    Wincenty Lewoniuk i Towarzysze,
    męczennicy z Pratulina

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Henryk Suzo, prezbiter
      •  Błogosławiony Mikołaj Gross, męczennik
      •  Święty Ildefons, biskup
    ***
    Męczennicy z Pratulina

    Męczennicy z Pratulina byli prostymi chłopami z Podlasia. Zasłynęli niezwykłym męstwem i przywiązaniem do swej wiary podczas prześladowań Kościoła katolickiego, które miało miejsce na terenie zaboru rosyjskiego.
    Kościół unicki, będący w jedności z Rzymem, powstał na mocy Unii Brzeskiej z 1596 roku. Doprowadziła ona do zjednoczenia Kościoła prawosławnego na terenach Rzeczpospolitej z Kościołem katolickim i papieżem. Wyznawcy tego Kościoła, po zjednoczeniu, nazywani są powszechnie unitami.
    Prześladowania rosyjskie były wyjątkowo krwawe i dobrze zorganizowane. Carowie zaczynali likwidację Kościoła katolickiego od zniszczenia właśnie Kościoła unickiego. Czynili to planowo i systematycznie. W roku 1794 caryca Katarzyna II zlikwidowała Kościół unicki na podległych sobie ziemiach. W roku 1839 car Mikołaj I dokonał urzędowej likwidacji Kościoła unickiego na Białorusi i Litwie. W drugiej połowie XIX w. na terenach zajętych przez Rosję Kościół unicki istniał już tylko w diecezji chełmskiej, w Królestwie Polskim. Administracja carska zaplanowała likwidację także tego Kościoła. Car Aleksander II zaaprobował program prześladowań.
    Na styczeń 1874 roku zaplanowano wprowadzenie obrzędów prawosławnych do liturgii unickiej. Następnie mieli to zaakceptować wierni, a rząd rosyjski oficjalnie potwierdzał przystąpienie danej parafii do Kościoła prawosławnego. Wcześniej usunięto biskupa i kapłanów, którzy nie zgadzali się na reformy prowadzące do zerwania jedności z papieżem. Za swoją wierność zapłacili oni zsyłkami na Sybir, więzieniem lub usunięciem z parafii. Wierni świeccy, pozbawieni pasterzy, sami ofiarnie bronili swojego Kościoła, jego liturgii i jedności z papieżem, często nawet za cenę życia.
    W Pratulinie doszło do starcia z Kutaninem, carskim naczelnikiem powiatu. Żądał on, aby miejscowi parafianie oddali kościół nowemu duszpasterzowi. Ludność nie zgodziła się na oddanie świątyni. Mieszkańcy otrzymali kilka dni do namysłu. Kutanin powrócił do Pratulina w dniu 24 stycznia 1874 roku, ale nie sam, lecz z kozakami. Żołnierzami dowodził pułkownik Stein. Na wieść o tym przy cerkwi zebrała się niemal cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy cerkiewnych. Straszył zgromadzonych wojskiem. Otoczył kościół, zajmując pozycje za parkanem przykościelnym.
    Unici wiedzieli, że obrona świątyni może ich kosztować utratę życia. Szli do kościoła, aby bronić wiary i byli gotowi na wszystko. Żegnali się z bliskimi w rodzinach, ubierali się odświętnie, ponieważ, jak mówili, szło o najświętsze sprawy. Nie mogąc nakłonić unitów do rozejścia się ani groźbami, ani obietnicami łask carskich, dowódca dał rozkaz strzelania do zebranych. Widząc, że wojsko ma nakaz zabijania stawiających opór, wierni uniccy uklękli na cmentarzu świątynnym i śpiewem przygotowywali się do złożenia życia w ofierze. Umierali pełni pokoju, z modlitwą na ustach, śpiewając “Święty Boże” i “Kto się w opiekę”. Nie złorzeczyli prześladowcom, gdyż jak mówili: “słodko jest umierać za wiarę”.
    Pułkownik Stein wydał rozkaz, aby żołnierze się przegrupowali, a następnie ustawili bagnety na karabinach i przygotowali do odebrania cerkwi przemocą. Wśród obrońców byli dawni żołnierze carskiej armii, którzy znali zasady wojskowego rzemiosła. Wiedzieli, że żołnierze nie mogą postępować brutalnie wobec ludności cywilnej. Wojsko przekroczyło parkan i bijąc ludzi kolbami karabinów i kłując bagnetami, torowało sobie drogę do cerkwi.Przy świątyni w Pratulinie w dniu 24 stycznia 1874 roku poniosło śmierć za wiarę i jedność Kościoła 13 unitów. Byli to:
    Wincenty Lewoniuk, lat 25, żonaty, pochodził z Woroblina. Był człowiekiem pobożnym i cieszył się uznaniem u ludzi. Jako pierwszy oddał życie w obronie świątyni.
    Daniel Karmasz, lat 48, żonaty, pochodził z Lęgów. Jego syn mówił, że ojciec był człowiekiem religijnym. Jako przewodniczący bractwa podczas obrony kościoła stanął na czele z krzyżem, który do dzisiaj jest przechowywany w Pratulinie.
    Łukasz Bojko, lat 22, kawaler, pochodził z Lęgów. Brat zaświadczył, że Łukasz był człowiekiem szlachetnym, religijnym i cieszył się dobrą opinią wśród ludzi. W czasie obrony świątyni bił w dzwony.
    Konstanty Bojko, lat 49, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był ubogim rolnikiem i sprawiedliwym człowiekiem.
    Konstanty Łukaszuk, lat 45, żonaty, pochodził z Zaczopek. Był sprawiedliwym i uczciwym człowiekiem, szanowanym przez ludzi. W wyniku otrzymanych ran zmarł następnego dnia, zostawiając żonę i siedmioro dzieci.
    Bartłomiej Osypiuk, lat 30, pochodził z Bohukal. Był żonaty z Natalią i miał dwoje dzieci. Cieszył się szacunkiem mieszkańców. Był uczciwy, roztropny i pobożny. Śmiertelnie ranionego przewieziono go do domu, gdzie zmarł modląc się za prześladowców.
    Anicet Hryciuk, lat 19, kawaler, pochodził z Zaczopek. Był młodzieńcem dobrym, pobożnym i kochającym Kościół. Idąc do Pratulina z żywnością dla obrońców, powiedział do matki: “Może i ja będę godny, że mnie zabiją za wiarę”. Zginął przy świątyni 24 stycznia w godzinach popołudniowych.
    Filip Kiryluk, lat 44, żonaty, pochodził z Zaczopek. Wnuk zaświadczył, że miał opinię troskliwego ojca, dobrego i pobożnego człowieka. Zachęcał innych do wytrwania przy świątyni i sam oddał życie za wiarę.
    Ignacy Frańczuk, lat 50, pochodził z Derła. Był żonaty z Heleną. Miał siedmioro dzieci. Syn mówił, że ojciec starał się wychowywać dzieci w bojaźni Bożej. Wierność Bogu przedkładał nad wszystko. Idąc do Pratulina założył odświętne ubranie i ze wszystkimi się pożegnał, przeczuwając, że już nie wróci. Po śmierci Daniela podniósł krzyż i stanął na czele broniących świątyni.
    Jan Andrzejuk, lat 26, pochodził z Derła. Był żonaty z Mariną, miał dwóch synów. Uważany był za człowieka bardzo dobrego i roztropnego. Pełnił funkcję kantora w parafii. Odchodząc do Pratulina żegnał się ze wszystkimi, jakby to miało być ostatnie pożegnanie. Ciężko ranny przy kościele, został przewieziony do domu, gdzie niebawem zasnął w Panu.
    Maksym Gawryluk, lat 34, pochodził z Derła. Był żonaty z Dominiką. Cieszył się opinią dobrego i uczciwego człowieka. Ciężko ranny przy świątyni, umarł w domu dnia następnego.Onufry Wasyluk, lat 21, pochodził z Zaczopek. Był praktykującym katolikiem, uczciwym i szanowanym w miejscowości człowiekiem.
    Michał Wawryszuk, lat 21, pochodził z Derła. Pracował w majątku Pawła Pikuły w Derle. Cieszył się dobrą opinią. Ciężko ranny przy kościele, zmarł następnego dnia w domu.
    Męczeństwo w Pratulinie nie było faktem odosobnionym. Szczególnie od stycznia 1874 roku każda parafia unicka na Podlasiu pisała swoje męczeńskie dzieje. Car oficjalnie zlikwidował unicką diecezję chełmską w 1875 roku, a unitów zapisał wbrew ich woli do Kościoła prawosławnego. Wierni tego nie przyjęli i za swoją wierność Kościołowi katolickiemu płacili wielokrotnie śmiercią, zsyłkami na Sybir, więzieniem, karami. Pozostawionym bez pasterzy unitom z tajną posługą kapłańską śpieszyli księża katoliccy z Podlasia oraz misjonarze z Galicji i regionu poznańskiego. Mocna wiara unitów i solidarna pomoc Kościoła katolickiego pozwoliły przetrwać czas prześladowań i doczekać dekretu o wolności religijnej cara Mikołaja II z kwietnia 1905 roku. W tym właśnie roku większość unitów z Podlasia i lubelszczyzny przepisała się do parafii rzymskokatolickich, gdyż struktury Kościoła unickiego jeszcze wtedy nie istniały.
    Ponieważ o męczeństwie unitów z Pratulina zachowało się najwięcej dokumentów, biskup podlaski Henryk Przeździecki wybrał ich jako kandydatów na ołtarze i przedstawicieli wszystkich męczenników, którzy na Podlasiu oddawali życie za wiarę i jedność Kościoła.
    Unici z Pratulina i innych parafii zostali od samego początku uznani za męczenników przez swoje rodziny, przez parafian, przez lud na Podlasiu, a także przez Kościół powszechny. Hołd dla męczeńskiej śmierci unitów złożyli papieże Pius IX, Leon XIII i Pius XII. Ich ofiara pomogła mieszkańcom Podlasia zachować wiarę i tożsamość narodową w ciężkich czasach panowania ateistycznego komunizmu.
    Błogosławiony Wincenty Lewoniuk i 12 Towarzyszy byli mężczyznami w wieku od 19 do 50 lat. Z zeznań świadków i dokumentów historycznych wynika, że byli ludźmi dojrzałej wiary. Masakra przy kościele zapewne trwałaby dłużej, gdyby nie wypadek postrzelenia żołnierza przez innego kozaka. Przerwano więc ogień i żołnierze bez przeszkód dotarli do drzwi cerkwi, które otworzyli siekierą. Do świątyni wprowadzono rządowego proboszcza. Rozproszony lud zbierał swoich rannych, których było około 180 osób. Ciała zabitych leżały na cmentarzu kościelnym przez całą dobę. Potem pogrzebano je bezładnie, wrzucając do wspólnej mogiły, którą zrównano z ziemią, aby nie pozostawić żadnego śladu po pochówku. Miejscowi ludzie jednak dobrze zapamiętali to miejsce. Zostali pogrzebani przez wojsko rosyjskie bez szacunku i bez udziału najbliższej rodziny. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku grób męczenników został należycie upamiętniony. 18 maja 1990 roku szczątki Męczenników zostały przewiezione z grobu do świątyni parafialnej.
    Obrona świątyni otoczonej uzbrojonym wojskiem nie była skutkiem chwilowego przypływu gorliwości, ale konsekwencją głębokiej wiary mieszkańców Pratulina. Męczennicy uniccy pod wieloma względami są podobni do męczenników z pierwszych wieków chrześcijaństwa, kiedy to prości wierni ginęli za odważne wyznawanie wiary w Chrystusa.
    Do grona błogosławionych męczennicy pratulińscy zostali wprowadzeni przez św. Jana Pawła II w dniu 6 października 1996 roku, w rocznicę 400-lecia zawarcia Unii Brzeskiej. Trzy lata później, w czerwcu 1999 r. w homilii podczas Mszy św. odprawianej w Siedlcach papież mówił m.in.:
    Męczennicy z Pratulina bronili Kościoła, który jest winnicą Pana. Oni tej winnicy pozostali wierni aż do końca i nie ulegli naciskom ówczesnego świata, który ich za to znienawidził. W ich życiu i śmierci wypełniła się prośba Chrystusa z modlitwy arcykapłańskiej: “Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził (…). Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. (…) Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie” (J 17, 14-15. 17-19). Dali świadectwo swej wierności Chrystusowi w Jego świętym Kościele. W świecie, w którym żyli, z odwagą starali się prawdą i dobrem zwyciężać szerzące się zło, a miłością chcieli pokonywać szalejącą nienawiść. Tak jak Chrystus, który za nich w ofierze oddał samego siebie, by byli uświęceni w prawdzie – tak też oni za wierność prawdzie Chrystusowej i w obronie jedności Kościoła złożyli swoje życie. Ci prości ludzie, ojcowie rodzin, w krytycznym momencie woleli ponieść śmierć, aniżeli ulec naciskom niezgodnym z ich sumieniem. “Jak słodko jest umierać za wiarę” – były to ostatnie ich słowa.

    MĘCZENNICY Z PRATULINA
    Walery Eljasz-Radzikowski/Wikipedia | Domena publiczna
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 stycznia

    Święty Franciszek Salezy,
    biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Paula Gambara Costa, tercjarka
    ***
    Św. Franciszek Salezy

    Franciszek urodził się pod Thorens (w Alpach Wysokich) 21 sierpnia 1567 r. Jego ojciec, także Franciszek, był kasztelanem w Nouvelles i miał tytuł pana di Boisy. Matka, Franciszka, pochodziła również ze znakomitego rodu Sionnaz. Spośród licznego rodzeństwa Franciszek był najstarszy.
    W domu otrzymał wychowanie głęboko katolickie. Duży wpływ na jego późniejsze życie wywarła mamka Puthod i kapelan Deage. Jednak wpływ decydujący na wychowanie syna miała matka. Wyszła za pana di Boisy, gdy miała zaledwie 15 lat. On miał wówczas 45 lat, mógł być zatem dla niej raczej ojcem niż mężem. Wychowała 13 dzieci. Jej opiece było zlecone ponadto całe gospodarstwo i służba. Franciszka umiała znaleźć czas na wszystko, była bardzo pracowita, systematyczna, spokojna i zapobiegliwa. Właśnie przykład matki będzie dla Franciszka wzorem, jaki poleci osobom żyjącym w świecie, by nawet wśród najliczniejszych zajęć umiały jednoczyć się z Panem Bogiem.
    W roku 1573 jako sześcioletni chłopiec Franciszek rozpoczął regularną naukę w kolegium w La Roche-sur-Foron. W dwa lata później został przeniesiony do kolegium w Annecy, gdzie przebywał trzy lata. W tym też czasie przyjął pierwszą Komunię świętą i sakrament bierzmowania (1577). Kiedy miał 11 lat, zgodnie z ówczesnym zwyczajem otrzymał tonsurę jako znak przynależności do stanu duchownego. Kiedy miał zaledwie 15 lat, udał się do Paryża, by studiować na tamtejszym słynnym uniwersytecie. Ponadto w kolegium jezuitów studiował klasykę. W czasie tych studiów owładnęły nim wątpliwości, czy się zbawi, czy nie jest przeznaczony na potępienie. Właśnie wtedy wystąpił we Francji Kalwin ze swoją nauką o przeznaczeniu. Franciszek odzyskał spokój dopiero wtedy, gdy oddał się w niepodzielną opiekę Matki Bożej w kościele św. Stefana des Gres. Franciszek studiował ponadto na Sorbonie teologię i zagadnienia biblijne. Do rzetelnych studiów biblijnych przygotował się dodatkowo przez naukę języka hebrajskiego i greckiego.
    Posłuszny woli ojca, który chciał, by syn rozpoczął studia prawnicze, które mogły mu otworzyć drogę do kariery urzędniczej, Franciszek udał się z Sorbony do Padwy. Studia na tamtejszym uniwersytecie uwieńczył doktoratem. Wybrał się następnie do Loreto, gdzie złożył ślub dozgonnej czystości (1591). Potem odbył pielgrzymkę do Rzymu (1592). Kiedy syn powrócił do domu, ojciec miał już gotowy plan: zamierzał go wprowadzić jako adwokata i prawnika do senatu w Chambery i czynił starania, by go ożenić z bogatą dziedziczką, Franciszką Suchet de Mirabel. Franciszek jednak ku wielkiemu niezadowoleniu ojca obie propozycje stanowczo odrzucił. Natomiast zgłosił się do swojego biskupa, by ten go przyjął w poczet swoich duchownych. Święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1593 przy niechętnej zgodzie rodziców. Jednocześnie został prepozytem kolegiaty św. Piotra, co uczyniło go drugą osobą po miejscowym biskupie.

    Święty Franciszek Salezy

    W rok potem (1594) za zezwoleniem biskupa Franciszek udał się w charakterze misjonarza do okręgu Chablais, by umocnić w wierze katolików i aby próbować odzyskać dla Chrystusa tych, którzy odpadli od wiary i przeszli na kalwinizm. Właśnie ten rejon Szwajcarii został wówczas przyłączony do Sabaudii (1593). Wśród niesłychanych trudów Franciszek musiał przełęczami pokonywać wysokości Alp, dochodzące w owych stronach do ponad 4000 m. Odwiedzał wioski i poszczególne zagrody wieśniaków. Miał dar nawiązywania kontaktu z ludźmi prostymi, umiał ich przekonywać, swoje spotkania okraszał złotym humorem. Na murach i parkanach rozlepiał ulotki – zwięzłe wyjaśnienia prawd wiary. Może dlatego właśnie Kościół ogłosił św. Franciszka Salezego patronem katolickich dziennikarzy. Wśród jego cnót na pierwszy plan wybijała się niezwykła łagodność. Był z natury popędliwy i skory do wybuchów. Jednakże długoletnią pracą nad sobą potrafił zdobyć się na tyle słodyczy i dobroci, że przyrównywano go do samego Chrystusa.
    W epoce fanatyzmu i zaciekłych sporów Franciszek objawiał wprost wyjątkowy umiar i łagodność. Jego ujmująca uprzejmość i takt spowodowały, iż nazwano go “światowcem pośród świętych”. W kontaktach między ludźmi wyznawał zasadę: “Więcej much się złapie na kroplę miodu aniżeli na całą beczkę octu”. Według podania miał on w ten sposób odzyskać dla Kościoła kilkadziesiąt tysięcy kalwinów. W swojej żarliwości apostolskiej Franciszek posunął się do tego, że w przebraniu udał się do Genewy i złożył wizytę głowie Kościoła kalwińskiego, Teodorowi Beze, usiłując nakłonić go do powrotu na łono Kościoła katolickiego. Wizytę ponowił Franciszek aż trzy razy, chociaż nie dała ona konkretnych wyników.
    Misja w Chablais trwała 4 lata. W roku 1599 papież Klemens VIII mianował Franciszka biskupem pomocniczym. Po otrzymaniu sakry biskupiej Franciszek udał się ponownie do Chablais, by dokończyć tam swoją misję (1601).
    W 1602 r. został biskupem Genewy po śmierci biskupa Graniera. Z właściwą sobie żarliwością zabrał się natychmiast do dzieła. Rozpoczął od wizytacji 450 parafii swojej diecezji, położonej po większej części w Alpach. Niestrudzenie przemawiał, spowiadał, udzielał sakramentów świętych, rozmawiał z księżmi, nawiązywał bezpośrednie kontakty z wiernymi. Wizytował także klasztory. Zreformował kapitułę katedralną. Zdając sobie sprawę, jak wielkie spustoszenia może sprawić ignorancja religijna, popierał Bractwo Nauki Chrześcijańskiej. Za podstawę nauczania wiary służył katechizm, ułożony niedawno przez kardynała św. Roberta Bellarmina. Sam także cały wolny czas poświęcał nauczaniu. Stworzył nowy ideał pobożności – wydobył z ukrycia życie duchowe, wewnętrzne, praktykowane w klasztorach, aby “wskazywało drogę tym, którzy żyją wśród świata”. W roku 1604 zapoznał się Franciszek ze św. Joanną Franciszką de Chantal i przy jej współpracy założył nową rodzinę zakonną sióstr Nawiedzenia NMP (wizytek). Uzyskała ona zatwierdzenie papieskie w 1618 r. W 1654 r. przybyły one do Polski i zamieszkały w Warszawie. Zaproszony do Paryża w celu odbycia konferencji (1618-1619), Franciszek zapoznał się tu ze św. Wincentym a Paulo.
    Zmarł nagle w Lyonie, w drodze powrotnej ze spotkania z królem Francji, w dniu 28 grudnia 1622 r. Jego ciało przeniesiono do Annecy, gdzie spoczęło w kościele macierzystym Sióstr Nawiedzenia. Jego serce zatrzymały jednak wizytki w Lyonie. Beatyfikacja odbyła się w roku 1661, a kanonizacja już w roku 1665. Papież Pius IX ogłosił św. Franciszka Salezego doktorem Kościoła (1877), a papież Pius XI patronem dziennikarzy i katolickiej prasy (1923). Ponadto czczony jest jako patron wizytek, salezjanów i salezjanek (Towarzystwa św. Franciszka Salezego, założonego przez św. Jana Bosko); Annecy, Chabery i Genewy.
    Jego pisma wyróżniają się tak pięknym językiem i stylem, że do dnia dzisiejszego zalicza się je do klasyki literatury francuskiej. Do najbardziej znanych należą: Kontrowersje, Filotea, czyli wprowadzenie do życia pobożnego (1608) i Teotym, czyli traktat o miłości Bożej (1616). Zostało także sporo jego listów (ok. 1000).
    Co roku w dzień wspomnienia św. Franciszka Salezego papież ogłasza orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. W Polsce ten dzień obchodzony jest w III niedzielę września.
    Ikonografia przedstawia św. Franciszka Salezego w stroju biskupim – w rokiecie i mantolecie lub w stroju pontyfikalnym z mitrą na głowie. Jego atrybutami są: gorejąca kula ośmiopłomienna, księga, pióro, serce przeszyte strzałą i otoczone cierniową koroną trzymane w dłoni.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Św. Franciszek Salezy

    Katecheza papieża Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 2.03.2011

    foto: Fr Lawrence Lew OP/Flickr

    ***

    Drodzy bracia i siostry!

    «Dieu est le Dieu du coeur humain» — «Bóg jest Bogiem ludzkiego serca» (Traktat o miłości Bożej, I, XV): w tych pozornie prostych słowach odzwierciedla się duchowość św. Franciszka Salezego, wielkiego mistrza, biskupa i doktora Kościoła, o którym chciałbym wam dzisiaj mówić. Urodził się w 1567 r. w przygranicznym regionie Francji. Był synem hrabiego Boisy, ze starej szlacheckiej rodziny sabaudzkiej. Żył na przełomie XVI i XVII w., toteż przyswoił sobie najlepsze elementy nauki i zdobycze kultury kończącego się stulecia, łącząc z dziedzictwem humanizmu charakterystyczne dla prądów mistycznych otwarcie na absolut. Staranne wykształcenie otrzymał w szkole średniej w Paryżu, gdzie studiował również teologię, a potem w Padwie spełnił pragnienie swego ojca i ukończył celująco studia prawnicze, uzyskując doktorat in utroque iure — w zakresie prawa kanonicznego oraz prawa cywilnego. Gdy w pogodnym okresie młodości zaczął zastanawiać się nad myślą św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu, wpadł w głęboki kryzys i zaczął zadawać sobie pytania o swoje zbawienie wieczne i o to, co mu przeznaczy Bóg, a główne kwestie teologiczne swojej epoki przeżywał jako prawdziwy dramat duchowy. Modlił się gorąco, ale dręczyły go tak głębokie wątpliwości, że przez kilka tygodni nie mógł prawie nic jeść ani spać. W najtrudniejszym momencie próby udał się do kościoła dominikanów w Paryżu, otworzył serce i tak się modlił: «Cokolwiek się zdarzy, Panie, który masz wszystko w swoim ręku, i którego drogami są sprawiedliwość i prawda, cokolwiek rozporządziłeś w stosunku do mnie (…); Ty, który jesteś zawsze sprawiedliwym Sędzią i miłosiernym Ojcem, będę Cię miłował, Panie (…), będę Cię miłował tutaj, o mój Boże, i będę zawsze pokładał nadzieję w Twoim miłosierdziu, i zawsze będę Cię na nowo wielbił (…). O Panie Jezu, Ty będziesz zawsze moją nadzieją i moim zbawieniem w krainie żyjących» (I Proc. Canon., vol. I, art. IV). Dwudziestoletni Franciszek odnalazł pokój w radykalnej i wyzwalającej miłości Boga, która pozwala miłować Go nie prosząc o nic w zamian i ufać w miłość Bożą; nie pytać więcej, co Bóg ze mną pocznie: miłuję Go po prostu, niezależnie od tego, jak wiele mi daje lub nie daje. W ten sposób znalazł pokój, a problem predestynacji — który był przedmiotem dyskusji w tamtych czasach — rozwiązał się, ponieważ nie szukał niczego więcej niż to, co mógł mieć od Boga: po prostu Go miłował, zdawał się na Jego dobroć. Na tym polegał będzie sekret jego życia, który znalazł wyraz w jego głównym dziele, zatytułowanym: Traktat o miłości Bożej.

    Pokonując opór ojca, Franciszek poszedł za głosem Bożego powołania i 18 grudnia 1593 r. przyjął święcenia kapłańskie. W 1602 r. został biskupem Genewy, która była tak silnym ośrodkiem kalwinizmu, że siedziba biskupa znalazła się «na wygnaniu» w Annecy. Jako pasterz ubogiej i niespokojnej diecezji, znający zarówno surowość, jak i jej piękno, pisze: «Spotkałem Go [Boga] pełnego słodyczy i łagodności, pośród naszych wysokich i niedostępnych gór, gdzie wiele prostych dusz miłowało Go i adorowało prawdziwie i szczerze; a sarny i kozice biegały wśród groźnych lodów, by głosić Jego chwałę» (List do Matki de Chantal, październik 1606, w: Oeuvres, éd. Mackey, t. XIII, s.223). Oddziaływanie jego życia i nauczania na Europę tamtej epoki i w następnych stuleciach było jednakże ogromne. Był apostołem, kaznodzieją, pisarzem, człowiekiem czynu i modlitwy, z zaangażowaniem wprowadzał w życie ideały Soboru Trydenckiego; był uczestnikiem sporu i dialogu z protestantami, doświadczając coraz bardziej, że choć teologiczna dyskusja jest konieczna, to bardzo skuteczne są osobiste stosunki i miłość. Były mu powierzane misje dyplomatyczne na szczeblu europejskim, a także społeczne misje mediacyjne i pojednawcze. Św. Franciszek był jednak przede wszystkim przewodnikiem dusz: spotkanie z młodą kobietą, panią Charmoisy, natchnęło go do napisania jednej z najbardziej poczytnych książek epoki nowożytnej: Filotea, czyli droga do życia pobożnego; z jego głębokiej komunii duchowej z obdarzoną nadzwyczajną osobowością św. Joanną Franciszką de Chantal zrodziła się nowa rodzina zakonna, Zakon Nawiedzenia, nacechowany — tak jak pragnął tego Święty — przez całkowite poświęcenie się Bogu w prostocie i pokorze, w czynieniu nadzwyczajnie dobrych rzeczy zwyczajnych: «pragnę, by jedynym ideałem moich córek — pisze — było wielbienie [Naszego Pana] swoją pokorą» (List do Mgr de Marquemond, czerwiec 1615). W 1622 r., w wieku 55 lat, zakończył wypełnione apostolskimi trudami w ciężkich czasach życie.

    Franciszek Salezy żył stosunkowo krótko, ale bardzo intensywnie. Życie tego świętego jest wyrazem rzadko spotykanej pełni, przejawiającej się w spokojnych poszukiwaniach intelektualnych, ale także w bogactwie jego uczuć, w «słodyczy» jego nauczania, które wywarło wielki wpływ na świadomość chrześcijańską. W jego postępowaniu widoczne były różne aspekty, jakie pojęcie humanitas może przyjmować tak dzisiaj, jak w przeszłości: kultura i uprzejmość, wolność i delikatność, szlachetność i solidarność. W jego wyglądzie było coś z majestatu środowiska, w którym żył, z całą prostotą i naturalnością. Dawne słowa i obrazy, którymi się posługiwał, nieoczekiwanie mają w uszach dzisiejszego człowieka brzmienie ojczystego i swojskiego języka.

    Do Filotei, idealnego odbiorcy swojej Drogi do życia pobożnego (1607 r.), Franciszek Salezy kieruje wezwanie, które w tamtych czasach mogło sprawiać wrażenie rewolucyjnego. Jest to zachęta, by całkowicie oddać się Bogu, w pełni żyjąc w świecie oraz wykonując zadania związane z własnym stanem. «Moim zamiarem jest pouczyć tych, którzy żyją w mieście, w stanie małżeńskim, na dworze» (Wstępdo Drogi do życia pobożnego). Dokument, którym papież Pius IX ponad dwieście lat później ogłosi go doktorem Kościoła, kładzie nacisk na to rozszerzenie powołania do doskonałości, do świętości. Czytamy w nim: «[prawdziwa pobożność] dotarła aż do tronu królów, do namiotu dowódców wojsk, do sali, w której zasiadają sędziowie, do urzędów, sklepów, a nawet do szałasów pasterzy» (brewe Dives in misericordia, 16 listopada 1877 r.). Tak rodziło się dowartościowanie roli świeckich, troska o poświęcenie rzeczy doczesnych i uświęcenie spraw codziennych, na które położy nacisk Sobór Watykański II oraz duchowość naszych czasów. Powstawał ideał człowieczeństwa pojednanego, łączącego harmonijnie działalność w świecie i modlitwę, stan świecki i szukanie doskonałości, z pomocą łaski Bożej, która przenika człowieka i oczyszcza go, nie niszcząc, a wynosząc na Boże wyżyny. Teotymowi, dorosłemu chrześcijaninowi, dojrzałemu duchowo, dla którego kilka lat później przeznacza Traktat o miłości Bożej (1616 r.), św.Franciszek Salezy daje bardziej złożoną lekcję. Zakłada ona, na początku, precyzyjną wizję człowieka, pewną antropologię: «rozum» człowieka, co więcej — «dusza rozumna» przedstawiona w niej jest jako harmonijna budowla, świątynia, składająca się z wielu pomieszczeń rozmieszczonych wokół centrum, nazywana przez niego — i wielkich mistyków — «szczytem», «wyżyną» ducha lub «głębią» duszy. To punkt, w którym rozum, pokonawszy wszystkie stopnie, «zamyka oczy», a poznanie i miłość stają się jednym (por. księga I, rozdz. XII). W słynnym zdaniu św.Franciszek zawarł prawdę, że w swoim wymiarze teologalnym, Bożym, miłość stanowi rację istnienia wszystkich rzeczy, we wznoszeniu się ku górze bez pęknięć i przepaści: «Człowiek jest doskonałością wszechświata; duch jest doskonałością człowieka; miłość jest doskonałością ducha, a miłość chrześcijańska jest doskonałością miłości» (tamże, księga X, rozdz. I).

    W okresie bujnego rozwoju mistyki Traktat o miłości Bożej stanowi prawdziwą summę i jednocześnie fascynujące dzieło literackie. Jego opis drogi do Boga zaczyna się od tego, że uznaje on «naturalną skłonność» (tamże, księga I, rozdz. XVI), wpisaną w serce człowieka, choć jest on grzesznikiem, do umiłowania Boga ponad wszystko. Posługując się Pismem Świętym jako wzorcem, św.Franciszek Salezy mówi o zjednoczeniu Boga z człowiekiem, poprzez całą serię obrazów przedstawiających relację międzyosobową. Jego Bóg jest ojcem i panem, oblubieńcem i przyjacielem, ma cechy matki i karmicielki, jest słońcem, którego tajemniczym objawieniem jest nawet noc. Taki Bóg przyciąga do siebie człowieka więzią miłości, czyli prawdziwej wolności: «w miłości nie ma skazanych na ciężkie roboty ani niewolników, lecz wszystko sobie podporządkowuje w posłuszeństwie z tak rozkoszną siłą, że choć nic nie jest równie mocne jak miłość, to nic nie jest równie miłe jak jej siła» (tamże, księga I, rozdz. VI). W traktacie omawianego przez nas świętego znajdujemy głęboką medytację o ludzkiej woli oraz opis tego, jak ona się rodzi, przemija, umiera, aby żyć (por. tamże, księga IX, rozdz. XIII), całkowicie zdając się nie tylko na wolę Boga, ale na to, co Jemu się podoba, Jego bon plaisir — Jego upodobanie (por. tamże, księga IX, rozdz. I). W szczytowym punkcie zjednoczenia z Bogiem, oprócz porywów ekstazy kontemplacyjnej są też konkretne przejawy miłości, która staje się wrażliwa na wszystkie potrzeby innych i którą on nazywa «ekstazą życia i uczynków» (tamże, księga VII, rozdz. VI).

    Lektura książki o miłości Bożej, a zwłaszcza licznych listów, związanych z kierownictwem i przyjaźnią duchową, pozwala zauważyć, jak wielkim znawcą ludzkiego serca był św. Franciszek Salezy. Pisze w liście do św. Joanny de Chantal: «Oto reguła naszego posłuszeństwa, którą piszę wam wielkimi literami: Należy czynić wszystko z miłości, nic na siłę — bardziej kochać posłuszeństwo niż lękać się nieposłuszeństwa. Zostawiam wam ducha wolności, ale nie tego, który wyklucza posłuszeństwo, bo taka jest wolność świata, ale tego, który wyklucza przemoc, pochopność i nadmierne skrupuły» (List z 14 października 1604 r.). Nieprzypadkowo u źródeł wielu nurtów w pedagogice i duchowości naszych czasów odnajdujemy ślady tego właśnie mistrza, bez którego nie byłoby św. Jana Bosko ani heroicznej «małej drogi» św.Teresy z Lisieux.

    Drodzy bracia i siostry, w naszych czasach, gdy szukamy wolności, również w sposób burzliwy i pełen niepokoju, nie powinna nam umknąć aktualność tego wielkiego mistrza duchowości i pokoju, wpajającego swoim uczniom «ducha wolności», prawdziwej wolności, który jest uwieńczeniem fascynującego i wyczerpującego nauczania o tym, czym jest miłość. Św. Franciszek Salezy jest wzorem świadka chrześcijańskiego humanizmu; właściwym sobie stylem w często poetyckich przypowieściach przypomina, że we wnętrze człowieka wpisana jest głęboko tęsknota za Bogiem i że tylko w Nim znajduje on prawdziwą radość i najpełniejszą samorealizację.

    po polsku:

    Witam serdecznie obecnych tu Polaków. Św.Franciszek Salezy nauczał, że każdy człowiek odczuwa w swojej duszy tęsknotę za Bogiem. Tylko w Nim może znaleźć prawdziwą radość i spełnienie samego siebie. Zachęcał wszystkich, by jednoczyli się z Bogiem, trwali na modlitwie nawet wśród najbardziej licznych obowiązków. Niech ta zachęta będzie i dla nas ważnym przypomnieniem. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    L’Osservatore Romano/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 stycznia

    Nawrócenie św. Pawła, Apostoła

    Nawrócenie św. Pawła

    Szaweł urodził się w Tarsie w Cylicji (obecnie Turcja) około 5-10 roku po Chrystusie. Pochodził z żydowskiej rodziny silnie przywiązanej do tradycji. Byli niewolnikami, którzy zostali wyzwoleni. Szaweł odziedziczył po nich obywatelstwo rzymskie. Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Później przybył do Jerozolimy, aby studiować Torę. Był uczniem Gamaliela (Dz 22, 3). Gorliwość w strzeżeniu tradycji religijnej sprawiła, że mając około 25 lat stał się zdecydowanym przeciwnikiem i prześladowcą Kościoła. Uczestniczył jako świadek w kamienowaniu św. Szczepana. Około 35 roku z własnej woli udał się z listami polecającymi do Damaszku (Dz 9, 1n; Ga 1, 15-16), aby tam ścigać chrześcijan. Jak podają Dzieje Apostolskie, u bram miasta “olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos: «Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?» – «Kto jesteś, Panie?» – powiedział. A On: «Jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Wstań i wejdź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić» (Dz 9, 3-6).
    Po tym nagłym, niespodziewanym i cudownym nawróceniu przyjął chrzest i zmienił imię na Paweł.
    Po trzech latach pobytu w Damaszku oraz krótkim pobycie w Jerozolimie odbył trzy misyjne podróże: pierwszą – w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; drugą w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecią w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima.
    Św. Paweł, nazywany Apostołem Narodów, jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu.
    W Palestynie Paweł został aresztowany i był przesłuchiwany przez prokuratorów Feliksa i Festusa. Dwa lata przebywał w więzieniu w Cezarei. Gdy odwołał się do cesarza, został deportowany drogą morską do Rzymu. Dwa lata przebywał w więzieniu o dość łagodnym regulaminie. Uwolniony, udał się do Efezu, Hiszpanii (prawdopodobnie; jak podaje Klemens, “dotarł do kresu Zachodu”, a tak określano tereny Półwyspu Iberyjskiego) i na Kretę. W Efezie albo w Troadzie aresztowano go po raz drugi (64 r.). W Rzymie oczekiwał na zakończenie procesu oraz wyrok.
    Zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie mieczem w tym samym roku co św. Piotr Apostoł (67 r.). W Rzymie w IV wieku szczątki Pawła Apostoła złożono w grobowcu, nad którym wybudowano bazylikę św. Pawła za Murami. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.W ikonografii św. Paweł przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Tylko w spotkaniu z Chrystusem rozum otwiera się naprawdę

    Saint Paul
    Bartolomeo Montagna | Public Domain

    ***

    Katecheza papieża Benedykta XVI podczas audiencji generalnej (Temat: Nawrócenie św. Pawła) 3.09.2008

    Drodzy bracia i siostry!

    Dzisiejsza katecheza będzie poświęcona temu, co przeżył św. Paweł na drodze do Damaszku i co powszechnie nazywa się jego nawróceniem. Właśnie na drodze prowadzącej do Damaszku, na początku trzeciej dekady I w., po okresie, w którym Paweł prześladował Kościół, nastąpił decydujący moment w jego życiu. Sporo o tym pisano i, oczywiście, z różnych punktów widzenia. Pewne jest, że tam dokonał się przełom, całkowite odwrócenie perspektywy. Nieoczekiwanie zaczął on uważać za «stratę» i «śmieci» to wszystko, co wcześniej stanowiło dla niego najwyższy ideał, niemal rację jego istnienia (por. Flp 3, 7-8). Cóż się wydarzyło?

    Mówią o tym dwa rodzaje źródeł. Pierwsze, najbardziej znane, to opowiadania spisane przez Łukasza, który trzykrotnie opisuje to wydarzenie w Dziejach Apostolskich (por. 9, 1-19; 22, 3-21; 26, 4-23). Przeciętny czytelnik, być może, ma skłonność do zbytniego koncentrowania uwagi na niektórych szczegółach, jak światłość z nieba, upadek na ziemię, rozlegający się głos, nieoczekiwana ślepota, uzdrowienie jakby łuski spadły z oczu oraz post. Jednak wszystkie te szczegóły odnoszą się do tego, co najważniejsze w tym wydarzeniu: zmartwychwstały Chrystus ukazuje się jako wspaniała światłość i przemawia do Szawła, zmienia jego sposób myślenia i samo jego życie. Blask zmartwychwstałego oślepia go: w ten sposób również na zewnątrz ujawnia się to, co stanowiło jego wewnętrzną rzeczywistość — jego ślepota na prawdę, na światło, którym jest Chrystus. A potem jego definitywne «tak», powiedziane Chrystusowi podczas chrztu, na nowo otwiera mu oczy, sprawia, że rzeczywiście widzi.

    W starożytnym Kościele chrzest nazywano także «oświeceniem», ponieważ sakrament ten daje światło, pozwala naprawdę widzieć. To, o czym mówi teologia, w przypadku Pawła dokonuje się również fizycznie: po uzdrowieniu z wewnętrznej ślepoty naprawdę widzi. Tak więc św. Paweł został przemieniony nie przez jakąś ideę, lecz przez wydarzenie, przez przemożną obecność Zmartwychwstałego, w którą nigdy nie będzie już mógł powątpiewać, bo tak bardzo owo wydarzenie, spotkanie było oczywiste. Zmieniło ono w sposób zasadniczy życie Pawła. W tym sensie można i trzeba mówić o nawróceniu. Spotkanie to zajmuje centralne miejsce w relacji św. Łukasza. Mógł on wykorzystać opowiadanie, które narodziło się prawdopodobnie we wspólnocie w Damaszku. Wskazuje na to koloryt lokalny — obecność Ananiasza oraz nazwa ulicy i imię właściciela domu, gdzie Paweł się zatrzymał (por. Dz 9, 11).

    Drugim źródłem wiadomości o nawróceniu są Listy św. Pawła. On sam nie mówił nigdy szczegółowo o tym wydarzeniu. Zakładał bowiem, jak sądzę, iż wszyscy znali to, co istotne z tej jego historii. Wszyscy wiedzieli, że z prześladowcy stał się gorliwym apostołem Chrystusa. A stało się to nie dzięki własnym przemyśleniom, lecz w wyniku doniosłego wydarzenia, spotkania ze Zmartwychwstałym. Chociaż Paweł nie mówi o szczegółach, wielokrotnie wspomina o tym bardzo ważnym fakcie, a mianowicie, o tym, że także on jest świadkiem zmartwychwstania Jezusa, które zostało mu objawione bezpośrednio przez Jezusa, który jednocześnie powierzył mu misję apostolską. Najwyraźniej jest to ukazane w jego opowiadaniu o tym, co stanowi wydarzenie centralne historii zbawienia: o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa oraz ukazywaniu się świadkom (por. 1 Kor 15). Posługując się słowami najstarszej tradycji, którą również on przejął od Kościoła jerozolimskiego, mówi, że Jezus, ukrzyżowany, pogrzebany i zmartwychwstały, ukazał się po swoim zmartwychwstaniu najpierw Kefasowi, czyli Piotrowi, potem Dwunastu, następnie pięciuset braciom, którzy w większości żyli jeszcze w tamtym czasie, po czym Jakubowi, a jeszcze później wszystkim apostołom. Do tego opowiadania, przejętego z tradycji, dodaje: «W końcu, już po wszystkich, ukazał się także i mnie» (1 Kor 15, 8). W ten sposób daje do zrozumienia, że to stanowi fundament jego apostolstwa i nowego życia. Mamy również inne teksty, które mówią o tym samym: «Przez Jezusa Chrystusa otrzymaliśmy łaskę apostolstwa» (por. Rz 1, 5); a także: «Czyż nie widziałem Jezusa, Pana naszego?» (1 Kor 9, 1). W tych słowach nawiązuje do czegoś, o czym wszyscy wiedzą. I wreszcie w Liście do Galatów czytamy najbardziej popularny fragment (1, 15-17): «Gdy jednak spodobało się Temu, który wybrał mnie jeszcze w łonie matki mojej i powołał łaską swoją, aby objawić Syna swego we mnie, bym Ewangelię o Nim głosił poganom, natychmiast, nie radząc się ciała i krwi ani nie udając się do Jerozolimy, do tych, którzy apostołami stali się pierwej niż ja, skierowałem się do Arabii, a później znowu wróciłem do Damaszku». W tej «autoapologii» zdecydowanie podkreśla, że również on jest prawdziwym świadkiem Zmartwychwstałego, ma swoje posłannictwo, powierzone mu bezpośrednio przez Zmartwychwstałego.

    I tak możemy dostrzec, że obydwa źródła, Dzieje Apostolskie i Listy św. Pawła, są zbieżne i zgodne w podstawowym punkcie: Zmartwychwstały przemówił do Pawła, powołał go do apostolstwa, uczynił z niego prawdziwego apostoła, świadka zmartwychwstania, powierzył mu specyficzne zadanie głoszenia Ewangelii poganom, światu grecko-rzymskiemu. Jednocześnie Paweł pojął, że pomimo swej bezpośredniej relacji ze Zmartwychwstałym musi włączyć się we wspólnotę Kościoła, musi dać się ochrzcić, musi żyć w harmonii z innymi apostołami. Jedynie w tej wspólnocie ze wszystkimi będzie mógł być prawdziwym apostołem, jak pisze wyraźnie w Pierwszym Liście do Koryntian: «Tak więc czy to ja, czy inni, tak nauczamy i tak uwierzyliście» (15, 11). Istnieje tylko jedno głoszenie Zmartwychwstałego, ponieważ Chrystus jest jeden.

    Jak widać, w tych wszystkich tekstach Paweł nie interpretuje nigdy tego momentu jako nawrócenia. Dlaczego? Istnieje wiele hipotez, ale dla mnie powód jest oczywisty. Ten zwrot w jego życiu, ta przemiana całego jego istnienia nie była owocem procesu psychologicznego, dojrzewania albo intelektualnej i moralnej ewolucji, ale pochodzi z zewnątrz: nie była owocem jego myśli, lecz spotkania z Jezusem Chrystusem. W tym sensie nie było to po prostu nawrócenie, dojrzewanie jego «ja», lecz była to dla niego samego śmierć i zmartwychwstanie: obumarło jedno jego życie, a narodziło się z niego inne, nowe, z Chrystusem zmartwychwstałym. W żaden inny sposób nie można wytłumaczyć tej Pawłowej odnowy. Żadna analiza psychologiczna nie może wyjaśnić i rozwiązać tego problemu. Samo wydarzenie, decydujące spotkanie z Chrystusem stanowi klucz do zrozumienia tego, co się stało: śmierć i zmartwychwstanie, dokonane przez Tego, który się ukazał i rozmawiał z nim. W takim, głębszym sensie możemy i powinniśmy mówić o nawróceniu. To spotkanie stanowi rzeczywistą odnowę, która zmieniła wszystkie jego kryteria. Teraz może powiedzieć, że to, co wcześniej było dla niego istotne i zasadnicze, stało się dla niego «śmieciami»; nie jest już «zyskiem», lecz stratą, ponieważ teraz liczy się tylko życie w Chrystusie.

    Nie powinniśmy jednak myśleć, że było to dla Pawła wydarzenie odizolowane. Prawdą jest coś przeciwnego, ponieważ zmartwychwstały Chrystus jest światłem prawdy, światłem Boga samego. Poszerzyło to jego serce, uczyniło je otwartym na wszystkich. W tym momencie nie stracił nic z tego, co było dobre i prawdziwe w jego życiu, w jego dziedzictwie, ale pojął na nowo mądrość, prawdę, głębię prawa i proroków, przyswoił je w nowy sposób. Jednocześnie jego umysł otworzył się na mądrość pogan. Gdy całym sercem otworzył się na Chrystusa, zyskał zdolność do prowadzenia szerokiego dialogu ze wszystkimi, mógł stać się wszystkim dla wszystkich. Dzięki temu mógł rzeczywiście być apostołem pogan.

    A teraz zastanówmy się, co to oznacza dla nas? Znaczy to, że również dla nas chrześcijaństwo nie stanowi jakiejś nowej filozofii albo nowej moralności. Jesteśmy chrześcijanami tylko wówczas, gdy spotykamy Chrystusa. Oczywiście nie ukazuje się On nam w sposób tak przemożny, świetlany, jak Pawłowi, któremu ukazał się, by uczynić go apostołem wszystkich narodów. Ale również my możemy spotkać Chrystusa, czytając Pismo Święte, na modlitwie, w życiu liturgicznym Kościoła. Możemy dotknąć serca Chrystusa i poczuć, że On dotyka naszego. Jedynie dzięki osobistej relacji z Chrystusem, jedynie dzięki spotkaniu ze Zmartwychwstałym stajemy się naprawdę chrześcijanami. W ten sposób otwiera się nasz umysł, otwiera się cała mądrość Chrystusa i całe bogactwo prawdy. Tak więc prośmy Pana, by nas oświecił, by pozwolił nam w naszym świecie doświadczyć Jego obecności, i by w ten sposób obdarzył nas żywą wiarą, otwartym sercem, wielką miłością do wszystkich, miłością zdolną odnowić świat.

    Do Polaków:

    Pozdrawiam obecnych tu Polaków. Św. Paweł u bram Damaszku przeżył spotkanie z Chrystusem. To doświadczenie dało początek jego apostolskiej misji. Za jego wstawiennictwem proszę Boga, abyśmy wszyscy umieli dostrzegać Chrystusa obecnego w naszym życiu i byśmy byli Jego świadkami. Niech Bóg wam błogosławi.

    L’Osservatore Romano/opoka.pl/ opr. mg/mg

    ___________________________________________________________________________________

    Nawrócenie jest drogą do jedności chrześcijan

    ze strony Księży Marianów

    ***

    Rozważanie papieża Benedykta XVI przed modlitwą “Anioł Pański” 25.01.2009

    Drodzy bracia i siostry!

    W Ewangelii dzisiejszej niedzieli rozbrzmiewają słowa, którymi Jezus rozpoczął głoszenie nauki w Galilei: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» (Mk 1, 15). I właśnie dziś, 25 stycznia, obchodzimy Wspomnienie Nawrócenia św. Pawła. Ten korzystny zbieg okoliczności — zwłaszcza w obecnym Roku św. Pawła — pozwala nam zrozumieć prawdziwe znaczenie ewangelicznego nawrócenia — metànoia — na podstawie doświadczenia Apostoła. Prawdę mówiąc w przypadku Pawła niektórzy wolą nie używać tego określenia, ponieważ — jak twierdzą — on już był wierzącym, wręcz gorliwym żydem, nie przeszedł zatem drogi od niewiary do wiary, od bożków do Boga, ani nie musiał porzucić wiary żydowskiej, by przylgnąć do Chrystusa. W rzeczywistości doświadczenie Apostoła może być wzorem każdego autentycznego nawrócenia chrześcijańskiego.

    Nawrócenie Pawła zrodziło się ze spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem; to spotkanie radykalnie zmieniło jego życie. Na drodze do Damaszku Szaweł przeżył to, do czego wzywa Jezus w dzisiejszej Ewangelii: nawrócił się, ponieważ dzięki Bożemu światłu «uwierzył w Ewangelię». Jego i nasze nawrócenie polega na tym, by uwierzyć w umarłego i zmartwychwstałego Jezusa i otworzyć się na światło Jego Bożej łaski. Szaweł zrozumiał wówczas, że jego zbawienie nie było uzależnione od dobrych uczynków, których spełnienie nakazywało prawo, ale od tego, że Jezus umarł również za niego — prześladowcę — i zmartwychwstał. Ta prawda, która dzięki chrztowi oświeca egzystencję każdego chrześcijanina, zmienia kompletnie sposób, w jaki żyjemy. Nawrócić się znaczy, również dla każdego z nas, uwierzyć, że Jezus «wydał za mnie samego siebie», umierając na krzyżu (por. Ga 2, 20), zmartwychwstał i żyje ze mną i we mnie. Zawierzając mocy Jego przebaczenia, pozwalając, by On wziął mnie za rękę, mogę wydostać się z ruchomych piasków pychy i grzechu, kłamstwa i smutku, egoizmu i wszelkich fałszywych pewników, by poznać bogactwo Jego miłości i nim żyć.

    Drodzy przyjaciele, wezwanie do nawrócenia, wzmocnione przez świadectwo św. Pawła, dziś, gdy kończy się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan, ma szczególną wymowę, także w sensie ekumenicznym. Apostoł wskazuje nam, jaka powinna być nasza duchowa postawa, abyśmy mogli robić postępy na drodze do jedności. «Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonały, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa» (Flp 3, 12). Naturalnie my, chrześcijanie, nie osiągnęliśmy jeszcze pełnej jedności, która jest naszym celem, lecz jeśli pozwolimy Panu Jezusowi, by nas nieustannie nawracał, z pewnością nam się to uda. Niech Błogosławiona Dziewica Maryja, Matka jednego i świętego Kościoła, wyprosi dla nas dar prawdziwego nawrócenia, aby jak najszybciej urzeczywistniło się pragnienie Chrystusa: ut unum sint. Jej zawierzmy modlitewne spotkanie, któremu będę przewodniczył dziś po południu w bazylice św. Pawła za Murami i w którym wezmą udział jak co roku przedstawiciele Kościołów i Wspólnot kościelnych, istniejących w Rzymie.

    Światowy Dzień Chorych na Trąd

    Dziś przypada Światowy Dzień Chorych na Trąd, wprowadzony 55 lat temu przez Raoula Follereau. Kościół, naśladując Jezusa, otaczał zawsze szczególną troską osoby dotknięte tą chorobą, o czym świadczy również przesłanie, rozpowszechnione kilka dni temu przez Papieską Radę ds. Duszpasterstwa Chorych i Służby Zdrowia. Cieszę się, że Organizacja Narodów Zjednoczonych poprzez niedawno ogłoszoną deklarację Wysokiego Komisarza ds. Praw Człowieka wezwała państwa do opieki nad chorymi na trąd i ich krewnymi. Ze swej strony zapewniam ich o modlitwie i jeszcze raz zachęcam do dalszej pracy wszystkich, którzy wraz z nimi walczą o pełne odzyskanie zdrowia i udaną integrację społeczną.

    Nowy rok księżycowy

    W różnych krajach Azji Wschodniej trwają przygotowania do obchodów nowego roku księżycowego. Życzę ich mieszkańcom, by świętowali w radości. Radość jest wyrazem życia w harmonii z samym sobą, a można to osiągnąć tylko poprzez życie w harmonii z Bogiem i Jego stworzeniem. Oby żywa radość panowała zawsze w sercach wszystkich obywateli tych drogich mi krajów i promieniowała na świat!

    «Karawana Pokoju»

    A teraz bardzo serdecznie pozdrawiam dzieci z rzymskiej Akcji Katolickiej oraz kilku rzymskich parafii i szkół, które zorganizowały tradycyjną «Karawanę Pokoju». Pozdrawiam Kardynała Wikariusza, który im towarzyszy. Drogie dzieci, dziękuję wam za wierność, z jaką angażujecie się na rzecz pokoju, co wyraża się nie tylko w słowach, ale poprzez wybory i przedsięwzięcia, o czym opowie wasza przedstawicielka — Mariam, która pochodzi z Erytrei, ale teraz jest rzymianką i będzie do was mówić. Oddaję jej teraz głos.

    po polsku:

    Serdeczne pozdrowienie kieruję do Polaków. Obchodzimy dziś wspomnienie Nawrócenia św. Pawła Apostoła. W tym dniu szczególnie przemawia do nas wezwanie Chrystusa: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!» (Mk 1, 15). Na drodze realizacji tego wezwania niech towarzyszy wszystkim Boża łaska i błogosławieństwo.

    L’Osservatore Romano/opoka.pl opr. mg/mg

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 stycznia

    Święci biskupi Tymoteusz i Tytus

    Zobacz także:
      •  Święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci
      •  Święta Paula, wdowa
    ***
    TIMOTHY
    Lawrence OP CC
    ***
    Tymoteusz był wiernym i oddanym uczniem oraz współpracownikiem św. Pawła. Św. Paweł nazywa go “najdroższym synem” (1 Kor 4, 17), “bratem” (1 Tes 3, 2), “pomocnikiem” (Rz 16, 21), którego wspomina ze łzami w oczach (2 Tm 1, 4).
    Kiedy Apostoł Narodów zatrzymał się w czasie swojej drugiej podróży w miasteczku Listra, nawrócił dwie Żydówki: kobietę imieniem Lois i jej córkę, Eunikę. Synem tejże Euniki, a wnukiem Lois był św. Tymoteusz. Jego ojcem był zamożny Grek, poganin, który jednak pozwolił babce i matce wychować Tymoteusza w wierze mojżeszowej. Tymoteusz był młodzieńcem wykształconym. Znał Pismo święte i często się w nim rozczytywał. Wyróżniał się dobrymi obyczajami. Chrzest przyjął z rąk św. Pawła. Dlatego słusznie Apostoł nazywał go swoim synem. Dla ułatwienia Tymoteuszowi pracy wśród rodaków św. Paweł poddał go obrzezaniu.
    Św. Paweł często wysyłał Tymoteusza w trudnych i poufnych sprawach do poszczególnych gmin, które założył, m.in. do Koryntu, Filippi i Tesalonik. Jego też wyznaczył na biskupa Efezu, ówczesnej metropolii Małej Azji i stolicy rzymskiej prowincji. W czasie swoich podróży po Małej Azji, Achai (Grecji) i do Jerozolimy św. Paweł zabierał ze sobą Tymoteusza do pomocy w posłudze apostolskiej. Święty uczeń dzielił także ze swoim mistrzem więzienie w Rzymie (Flp 2, 19-23). Dwa Pawłowe listy do Tymoteusza znajdują się w kanonie ksiąg Nowego Testamentu. Paweł wydaje mu najpiękniejsze świadectwo i daje pouczenia, jak ma rządzić Kościołem w Efezie.
    Według podania, kiedy św. Jan Apostoł przybył do Efezu, Tymoteusz oddał się do jego dyspozycji. Kiedy zaś Apostoł został skazany na banicję na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana, Tymoteusz miał na nowo objąć biskupstwo w tym mieście.
    Tradycja głosi, że Tymoteusz miał ponieść śmierć męczeńską za Trajana z rąk rozjuszonego tłumu pogańskiego, kiedy miał odwagę publicznie zaprotestować przeciwko krwawym igrzyskom. Tłum miał rzucić się na starca i tak go pobić, że ten niebawem wyzionął ducha. Martyrologium Rzymskie podaje jeszcze inną wersję, że biskup miał występować przeciwko czci pogańskiej bogini Diany, która w Efezie miała swoje centralne sanktuarium. Możliwe, że obie przyczyny były powodem jego śmierci około roku 97. Dlatego do roku 1969 św. Tymoteusz odbierał chwałę jako męczennik. Ostatnia reforma liturgii czci go jednak jako wyznawcę w przekonaniu, że ostatnie chwile życia Tymoteusz spędził nie jako męczennik, mimo że w latach swojego pasterzowania wiele musiał wycierpieć dla sprawy Chrystusa.
    Jego relikwie przeniesiono z Efezu do Konstantynopola (356 r.) i umieszczono w bazylice Dwunastu Apostołów. W XII w. krzyżowcy wywieźli je do włoskiego miasta Termoli. Zamurowane, zostały odnalezione przypadkiem 7 maja 1945 roku.
    W ikonografii św. Tymoteusz przedstawiany jest w tunice lub jako biskup w liturgicznych szatach. U jego stóp leżą kamienie.

    Tytus znany jest wyłącznie z listów św. Pawła. Pochodził z rodziny grecko-rzymskiej, zamieszkałej w okolicy Antiochii Syryjskiej. Stamtąd bowiem Apostoł zabrał go do Jerozolimy. Został ochrzczony przez św. Pawła przed soborem apostolskim w 49 r. Obok Tymoteusza i św. Łukasza Ewangelisty Tytus należał do najbliższych i najbardziej zaufanych uczniów św. Pawła Apostoła. Towarzyszył mu w podróżach i na soborze apostolskim w Jerozolimie. Dowodem wyjątkowego zaufania, jakim młodego człowieka darzył św. Paweł, były delikatne misje, jakie mu powierzał. Jego to właśnie wysłał do Koryntu. Nie pozwolił go też obrzezać w przekonaniu, że jego praca apostolska będzie rozwijać się nie wśród Żydów, ale wśród pogan. W swoich Listach Apostoł Narodów oddaje Tytusowi najwyższe pochwały. Jeden list skierował wyłącznie do niego – tekst ten został włączony do kanonu Nowego Testamentu. Około roku 63 Paweł ustanowił Tytusa biskupem gminy chrześcijańskiej na Krecie.
    Tytus zmarł mając 94 lata. Według podania miał ponieść śmierć męczeńską w mieście Gortyna na Krecie za panowania cesarza Domicjana (81-96). Od roku 1969 Kościół zachodni, rzymski, oddaje mu cześć jako wyznawcy. Jego śmiertelne szczątki złożono w miejscu jego śmierci. Św. Andrzej z Jerozolimy, metropolita Krety (712-740), wygłosił ku czci św. Tytusa płomienne kazanie, nazywając go fundatorem Kościoła na Krecie, jego pierwszym pasterzem, kolumną, bramą obronną i ojcem wyspy. Po najeździe Saracenów na Kretę odnaleziono tylko relikwię jego głowy i umieszczono ją w relikwiarzu (823). W roku 1662 Wenecjanie zabrali ją do swego miasta i umieścili w bazylice św. Marka. Paweł VI w ramach ducha ekumenicznego zbliżenia nakazał tę relikwię zwrócić Kościołowi prawosławnemu. Wśród wielkich uroczystości została przewieziona na Kretę (12 maja 1966 roku) i umieszczona w mieście Heraklion (Iraklion).
    W ikonografii Święty przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutem jest księga.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    Tymoteusz i Tytus – najbliżsi współpracownicy Pawła

    Katecheza papieża Benedykta XVI podczas audiencji generalnej, 13.12.2006

    Drodzy Bracia i Siostry!

    Po obszernym omówieniu postaci wielkiego apostoła św. Pawła dziś przyglądniemy się jego dwóm najbliższym współpracownikom: Tymoteuszowi i Tytusowi. Są oni adresatami trzech listów, które tradycja przypisuje Pawłowi — dwa z nich skierowane są do Tymoteusza, a jeden do Tytusa.

    Tymoteusz to imię greckie, oznacza ono: «ten, który czci Boga». Łukasz wymienia go sześć razy w Dziejach Apostolskich, natomiast Paweł w swoich listach aż siedemnaście (ponadto raz występuje w Liście do Hebrajczyków). Stąd wniosek, iż cieszył się on wielkim poważaniem św. Pawła, chociaż Łukasz nie uważa za konieczne opowiedzenie o wszystkim, co go dotyczy. Apostoł w istocie powierzał mu ważne misje i widział w nim niemal swoje alter ego, jak wynika z jego wielkiej pochwały tego współpracownika, zawartej w Liście do Filipian: «Nie mam bowiem nikogo równego mu duchem (isópsychon), kto by się szczerze zatroszczył o wasze sprawy» (2, 20).

    Tymoteusz urodził się w Listrze (ok. 200 km na północny zachód od Tarsu), jego matka była Żydówką, a ojciec poganinem (por. Dz 16, 1). Fakt, że matka żyła w mieszanym małżeństwie i syn nie został obrzezany, pozwala nam przypuszczać, że Tymoteusz wzrastał w rodzinie nie bardzo praktykującej, choć napisane jest, że od dzieciństwa znał Pisma (por. 2 Tm 3, 14). Znamy imię jego matki — Eunice, a także jego babki — Lois (2 Tm 1, 5). Gdy Paweł nawiedził Listrę na początku drugiej podróży misyjnej, wybrał Tymoteusza na towarzysza, ponieważ «bracia z Listry i Ikonium dawali o nim dobre świadectwo» (Dz 16, 2), lecz obrzezał go «ze względu na Żydów, którzy mieszkali w tamtejszych stronach» (Dz 16, 3). Wraz z Pawłem i Sylasem Tymoteusz przemierzył Azję Mniejszą aż do Troady, skąd udał się do Macedonii. Wiemy również, że w Filippi, gdzie Paweł i Sylas zostali oskarżeni o zakłócanie porządku publicznego i uwięzieni za to, że sprzeciwili się wykorzystywaniu młodej dziewczyny jako wieszczki przez pewne osoby pozbawione skrupułów (por. Dz 16, 16-40), Tymoteusz został oszczędzony. Kiedy następnie Paweł był zmuszony udać się aż do Aten, Tymoteusz dołączył do niego w tym mieście i stamtąd został posłany do młodego Kościoła w Tesalonice, aby uzyskał wiadomości i umocnił go w wierze (por. 1 Tes 3, 1-2). Spotkał się znów z Apostołem w Koryncie, gdzie przyniósł mu dobre wieści o Tesaloniczanach, i współpracował z nim w ewangelizowaniu tego miasta (por. 2 Kor 1, 19).

    Spotykamy na nowo Tymoteusza w Efezie podczas trzeciej podróży misyjnej Pawła. Prawdopodobnie stamtąd Apostoł pisał do Filemona oraz do Filipian, i w obydwu listach Tymoteusz występuje jako jeden z nadawców (por. Flm 1; Flp 1, 1). Z Efezu Paweł wysłał go do Macedonii wraz z niejakim Erastem (por. Dz 19, 22), a potem również do Koryntu z zadaniem zawiezienia tam listu, w którym polecił Koryntianom, by go dobrze przyjęli (por. 1 Kor 4, 17; 16, 10-11). Występuje również w Drugim Liście do Koryntian jako jeden z nadawców, a kiedy Paweł pisze z Koryntu List do Rzymian, załącza w nim — obok pozdrowień od innych, również od Tymoteusza (por. Rz 16, 21). Z Koryntu uczeń wyruszył do Troady, położonej na azjatyckim wybrzeżu Morza Egejskiego, i tam czekał na Apostoła zdążającego do Jerozolimy pod koniec trzeciej wyprawy misyjnej (por. Dz 20, 4). Od tego momentu starożytne źródła zamieszczają tylko jedną wzmiankę o życiu Tymoteusza w Liście do Hebrajczyków. Czytamy: «Wiedzcie, że brat nasz, Tymoteusz, został zwolniony. Jeśli tylko wnet przybędzie, z nim razem zobaczę was» (13, 23). Konkludując, możemy powiedzieć, że Tymoteusz jawi się jako pasterz wielkiego formatu. Według późniejszej Historii kościelnej Euzebiusza, Tymoteusz był pierwszym biskupem Efezu (por. 3, 4). Część jego relikwii od r. 1239 znajduje się we Włoszech w katedrze w Termoli, w regionie Molise, dokąd dotarły z Konstantynopola.

    Jeżeli chodzi o postać Tytusa, którego imię pochodzi z łaciny, wiemy, że z urodzenia był Grekiem, czyli poganinem (por. Ga 2, 3). Paweł zabrał go ze sobą do Jerozolimy na tak zwany sobór apostolski, na którym zostało uroczyście zaakceptowane głoszenie poganom Ewangelii wolnej od uwarunkowań prawa Mojżeszowego. W skierowanym do niego liście Apostoł wychwala go, nazywając «dzieckiem swym prawdziwym we wspólnej wierze» (por. Tt 1, 4). Po wyjeździe Tymoteusza z Koryntu Paweł wysłał tam Tytusa, powierzając mu zadanie nakłonienia tej krnąbrnej wspólnoty do posłuszeństwa. Tytus przywrócił pokój między Kościołem Koryntu i Apostołem, który napisał do tej wspólnoty następujące słowa: «Pocieszyciel pokornych, Bóg, podniósł i nas na duchu przybyciem Tytusa. Nie tylko zresztą jego przybyciem, ale i pociechą, jakiej doznał wśród was, gdy nam opowiadał o waszej tęsknocie, o waszych łzach, o waszym zabieganiu o mnie (…). Tak więc doznaliśmy pociechy. A radość nasza spotęgowała się jeszcze bardziej przez tę radość, jakiej doznał Tytus, przez was wszystkich podniesiony na duchu» (2 Kor 7, 6-7. 13). Tytus został później jeszcze raz posłany do Koryntu przez Pawła — który pisze o nim: «jest moim towarzyszem i trudzi się ze mną dla was» (2 Kor 8, 23) — aby zorganizował tam zbiórkę na rzecz chrześcijan w Jerozolimie (por. 2 Kor 8, 6). Dalsze wiadomości pochodzące z listów pasterskich podają, że był biskupem Krety (por. Tt 1, 5), skąd na zaproszenie Pawła dołączył do Apostoła w Nikopolis w Epirze (por. Tt 3, 12). Następnie udał się do Dalmacji (por. 2 Tm 4, 10). Nie posiadamy innych informacji o późniejszych podróżach Tytusa i o jego śmierci.

    Konkludując, jeśli rozpatrujemy łącznie te dwie postaci, Tymoteusza i Tytusa, uświadamiamy sobie pewne bardzo znaczące fakty. Najważniejszym jest ten, że Paweł miał współpracowników w wypełnianiu swoich misji. Niewątpliwie pozostaje on Apostołem przez antonomazję, założycielem i pasterzem wielu Kościołów. Widać jednak jasno, że nie czynił wszystkiego sam, ale opierał się na zaufanych osobach, dzielących jego trudy i odpowiedzialne zadania. Następna uwaga dotyczy dyspozycyjności tych współpracowników. Źródła dotyczące Tymoteusza i Tytusa wyraźnie ukazują ich gotowość do podejmowania różnych zadań, polegających często na reprezentowaniu Pawła, także w niełatwych sytuacjach. Jednym słowem, uczą nas oni służyć ofiarnie Ewangelii, ze świadomością, że oznacza to również służbę samemu Kościołowi. Na koniec przyjmijmy polecenie Apostoła Pawła, przeznaczone dla Tytusa w skierowanym do niego liście: «chcę, abyś z całą stanowczością o tym mówił, że ci, którzy wierzą w Boga, mają się starać usilnie o pełnienie dobrych czynów» (Tt 3, 8). Przez nasze konkretne zaangażowanie powinniśmy i możemy odkryć prawdę tych słów i właśnie w tym czasie Adwentu spełniać wiele dobrych uczynków, by w ten sposób otworzyć bramy świata Chrystusowi, naszemu Zbawicielowi.

    Streszczenie katechezy w języku polskim, odczytane podczas audiencji generalnej:

    Święci Tymoteusz i Tytus, których dzisiaj wspominamy, to dwaj najbliżsi współpracownicy św. Pawła, towarzysze jego podróży misyjnych. Tymoteusz urodził się w Listrze w Azji Mniejszej. Jego ojciec był poganinem, matka Eunice — Żydówką. Przy boku św. Pawła pełnił posługę misyjną w Troadzie, Macedonii, Atenach, Tesalonice, Koryncie. Był pierwszym biskupem Efezu. Cieszył się wielkim autorytetem. Jego relikwie znajdują się w katedrze w Termoli.

    Św. Tytus był chrześcijaninem nawróconym z pogaństwa. Szczególnie umiłowany przez św. Pawła, towarzyszył mu na Soborze Jerozolimskim. Współpracował z Apostołem Narodów w Efezie i Macedonii. Został przez niego posłany do niepokornej wspólnoty Kościoła w Koryncie, a także był jego następcą w pierwszej gminie chrześcijańskiej na Krecie. Obydwaj święci, Tymoteusz i Tytus, są dla nas przykładem odpowiedzialności apostolskiej, poświęcenia w posłudze Ewangelii i oddania Kościołowi.

    Słowo Benedykta XVI do Polaków:

    Witam i pozdrawiam serdecznie Polaków. Św. Paweł w Liście do Tytusa zachęca: «ci, którzy wierzą w Boga, mają się starać usilnie o pełnienie dobrych czynów. Jest to dobre i pożyteczne dla ludzi» (Tt 3, 8). Miejmy to na uwadze szczególnie teraz, w Adwencie, gdy myślimy o ostatecznym przyjściu Chrystusa. Niech w tym czasie nie zabraknie naszych dobrych czynów. Z serca wam błogosławię.

    L’Osservatore Romano/opoka.pl/ opr. mg/mg

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 stycznia

    Błogosławiony Jerzy Matulewicz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk de Ossó y Cervelló, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Jerzy Matulewicz
    Jerzy urodził się 13 kwietnia 1871 roku w wielodzietnej rodzinie litewskiej, we wsi Lugine koło Mariampola na Litwie. Oboje rodzice umarli, gdy był małym dzieckiem. Był wychowywany przez swojego starszego brata Jana, niezwykle surowego i wymagającego człowieka. Pomimo kłopotów zdrowotnych i materialnych – często nie miał za co kupić podręczników – uczył się dobrze dzięki swojej niezwykłej pilności i pracowitości. Po kilku latach nauki na prawach eksternisty w gimnazjum (od 1883 r.) zachorował na gruźlicę kości. Musiał posługiwać się kulami. Choroba ta gnębiła go do końca życia. Już w gimnazjum pragnął zostać kapłanem. Jednakże dopiero w 1891 roku, jako dwudziestoletni młodzieniec, wstąpił do seminarium duchownego w Kielcach. Wówczas też zmienił swoje nazwisko z Matulaitis na Matulewicz. Zapamiętano go jako kleryka pełnego spokoju, wewnętrznej równowagi, otwartego i pracowitego. Gdy władze carskie zamknęły seminarium, kontynuował naukę w Warszawie, a następnie w Petersburgu. Tu przyjął święcenia kapłańskie 31 grudnia 1898 roku. W następnym roku ukończył Akademię Petersburską jako magister teologii. Doktorat uzyskał na uniwersytecie we Fryburgu Szwajcarskim.
    Powrócił do Kielc, gdzie podjął zajęcia jako profesor seminarium (do 1904 r.). Postępująca gruźlica kości spowodowała, że musiał poddać się ciężkiej operacji w jednym z warszawskich szpitali. Po kuracji rozwinął działalność społeczną w Warszawie, zakładając m.in. Stowarzyszenie Robotników Katolickich oraz gimnazjum na Bielanach. W 1907 roku objął katedrę socjologii w Akademii Duchownej w Petersburgu. Dojrzał w nim wówczas zamiar odnowienia i zreformowania zakonu marianów, skazanego przez władze carskie na wymarcie. 29 sierpnia 1909 roku, w kaplicy biskupiej w Warszawie, złożył śluby zakonne na ręce ostatniego żyjącego marianina ojca Wincentego Senkusa. Rok później ułożył nowe konstytucje dla marianów, którzy odtąd mieli być zgromadzeniem ukrytym. Jeszcze w tym samym roku Pius X potwierdził regułę. Pierwszy nowicjat odnowionej wspólnoty złożony z 2 profesorów i jednego ucznia został utworzony w Petersburgu. W 1911 r. we Fryburgu Szwajcarskim powstał drugi nowicjat, następnie powstał dom zakonny w Chicago, a podczas I wojny światowej dom na Bielanach pod Warszawą. W 1911 roku Jerzy Matulewicz został generałem zakonu, którym kierował do śmierci.
    Po zakończeniu działań wojennych ojciec Jerzy powołał Zgromadzenie Sióstr Ubogich Niepokalanego Poczęcia NMP, które szybko rozprzestrzeniło się na Litwie i w Ameryce. Założył również Zgromadzenie Sióstr Służebnic Jezusa w Eucharystii oraz wspierał zgromadzenia założone przez bł. o. Honorata Koźmińskiego. W 1918 roku Benedykt XV mianował go biskupem wileńskim. Udało mu się umocnić katolicyzm w diecezji. Na własną prośbę został zwolniony z obowiązków biskupa w sierpniu 1925 roku. Pragnął poświęcić się całkowicie kierowaniu zgromadzeniem marianów, lecz już w grudniu tego samego roku został mianowany wizytatorem apostolskim na Litwie. W ciągu dwóch następnych lat nieludzkimi wprost wysiłkami udało mu się zorganizować życie katolickie w tym kraju i naprawić stosunki ze Stolicą Apostolską.
    W trakcie prac nad zatwierdzeniem konkordatu, ojciec Jerzy umarł nagle po nieudanej operacji 27 stycznia 1927 r. Beatyfikowany został przez św. Jana Pawła II w 1987 roku podczas uroczystości z okazji 600-lecia Chrztu Litwy. Jego relikwie spoczywają w kościele w Mariampolu. Jest jednym z patronów Litwy.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 stycznia

    Święty Tomasz z Akwinu,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Święty Tomasz z Akwinu
    Tomasz urodził się na zamku Roccasecca niedaleko Akwinu (Włochy) w 1225 r. Jego ojciec, rycerz Landulf, był z pochodzenia Lombardczykiem, matka zaś była Normandką. Kiedy chłopiec miał 5 lat, rodzice oddali go w charakterze oblata do opactwa na Monte Cassino. Jednak Opatrzność miała inne zamiary wobec młodzieńca. Z niewyjaśnionych przyczyn opuścił on klasztor i udał się do Neapolu, gdzie studiował na tamtejszym uniwersytecie. Tam zapoznał się z niedawno założonym przez św. Dominika (+ 1221) Zakonem Kaznodziejskim. Rok wstąpienia do tego zakonu nie jest bliżej znany. Święty miał wtedy ok. 20 lat. Spotkało się to z dezaprobatą rodziny. Wszelkimi sposobami, włącznie z dwuletnim aresztem domowym, próbowano zmienić jego decyzję; bezskutecznie. Wysłano nawet jego własną siostrę, Marottę, by mu dominikanów “wybiła z głowy”. Tomasz jednak umiał tak do niej przemówić, że sama wstąpiła do benedyktynek.
    Przełożeni wysłali go na studia do Rzymu, a stamtąd około roku 1248 do Kolonii, gdzie wykładał na tamtejszym uniwersytecie głośny uczony dominikański, św. Albert Wielki (+ 1260), który miał wypowiedzieć prorocze słowa o Tomaszu: “Nazywamy go niemym wołem, ale on jeszcze przez swoją naukę tak zaryczy, że usłyszy go cały świat”. W Kolonii Tomasz przyjął święcenia kapłańskie. Po chlubnym ukończeniu studiów przełożeni wysłali go do Paryża, by na tamtejszej Sorbonie wykładał teologię. Był najpierw bakałarzem nauk biblijnych (1252-1253), z kolei wykładał Sentencje Piotra Lombarda (1253-1255). Zadziwiał wszystkich jasnością wykładów, wymową i głębią. Stworzył własną metodę, w której najpierw wysuwał trudności i argumenty przeciw danej prawdzie, a potem je kolejno zbijał i dawał pełny wykład.
    Na skutek intryg, jakie przeciwnicy dominikanów rozbudzili na Sorbonie, Tomasz po siedmiu latach powrócił do Włoch. Na kapitule generalnej został mianowany kaznodzieją (1260). Przez pewien czas prowadził także wykłady na dworze papieskim Urbana IV (1261-1265). W latach 1265-1267 przebywał ponownie w domu generalnym Zakonu – w klasztorze św. Sabiny w Rzymie. W latach 1267-1268 przebywał w Viterbo jako kaznodzieja papieski.
    Kiedy ucichła burza w Paryżu, przełożeni ponownie wysłali swojego czołowego teologa do Paryża (1269-1272). Po trzech latach wrócił do Włoch i wykładał na uniwersytecie w Neapolu (1272-1274). W tym samym czasie kapituła generalna zobowiązała go, aby zorganizował teologiczne studium generale dla Zakonu. Tomasz upatrzył sobie na miejsce tychże studiów Neapol.
    W roku 1274 papież bł. Grzegorz X zwołał do Lyonu sobór powszechny. Zaprosił także Tomasza z Akwinu. Tomasz jednak, mając 48 lat, po krótkiej chorobie zmarł w drodze na sobór w opactwie cystersów w Fossanuova dnia 7 marca 1274 roku. Z tego właśnie powodu do roku 1969 doroczną pamiątkę św. Tomasza Kościół obchodził właśnie 7 marca, w dzień śmierci. Ten dzień przypada jednak prawie zawsze w Wielkim Poście. Dlatego reforma liturgiczna doroczne wspomnienie świętego przesunęła wyjątkowo na 28 stycznia – a więc na dzień przeniesienia jego relikwii do Tuluzy w 1369 r.Akwinata wsławił się szczególnie niewinnością życia oraz wiernością w zachowywaniu obserwancji zakonnych. Właściwe Zakonowi zadanie, jakim jest służba Słowu Bożemu w dobrowolnym ubóstwie, znalazło u niego wyraz w długoletniej pracy teologicznej: w gorliwym poszukiwaniu prawdy, którą należy nieustannie kontemplować i przekazywać innym. Dlatego wszystkie swoje zdolności oddał wyłącznie na służbę prawdy. Sam starał się ją posiąść, skądkolwiek by pochodziła, i ogromnie pragnął dzielić się nią z innymi. Odznaczał się pokorą oraz szlachetnym sposobem bycia.
    Kaznodzieja, poeta, ale przede wszystkim wielki myśliciel, człowiek niezwykłej wiedzy, którą umiał połączyć z niemniej wielką świętością. Powiedziano o nim, że “między uczonymi był największym świętym, a między świętymi największym uczonym”. W swej skromności kilkakrotnie odmawiał propozycji zostania biskupem.Stworzył zwarty system nauki filozoficznej i teologii katolickiej, zwany tomizmem. Wywarł głęboki wpływ na ukierunkowanie zachodniej myśli chrześcijańskiej. Spuścizna literacka św. Tomasza z Akwinu jest olbrzymia. Wprost wierzyć się nie chce, jak wśród tak wielu zajęć mógł napisać dziesiątki tomów. Wyróżniał się umysłem nie tylko analitycznym, ale także syntetycznym. On jedyny odważył się dać panoramę całej nauki filozofii i teologii katolickiej w systemie zdumiewająco zwartym. Do najważniejszych jego dzieł należą: Summa contra gentiles, czyli apologia wiary przeciwko poganom, Kwestie dysputowane, Komentarz do “Sentencji” Piotra LombardaSumma teologiczna i komentarze do niektórych ksiąg Pisma świętego. Szczególną czcią Tomasz otaczał Chrystusa Zbawiciela, zwłaszcza na krzyżu i w tajemnicy Eucharystii, co wyraził w tekstach liturgicznych do brewiarza i mszału na uroczystość Bożego Ciała, m.in. znany hymn Zbliżam się w pokorze. Płonął synowską miłością do Najświętszej Maryi Panny.
    Jest patronem dominikanów, księgarni, studentów i teologów; opiekun podczas sztormów. Papież Jan XXII zaliczył go do grona świętych 18 lipca 1323 roku. Papież św. Pius V ogłosił go 11 kwietnia 1567 roku piątym doktorem Kościoła zachodniego. Papież Leon XIII ustanowił go 4 sierpnia 1880 roku patronem wszystkich uniwersytetów i szkół katolickich.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w białym habicie dominikańskim, w czarnej kapie i białym szkaplerzu. Jego atrybutami są: anioł, gołąb; infuła u nóg, której nie przyjął; kielich, kielich z Hostią, księga, laska, model kościoła, monogram IHS, monstrancja, pióro pisarskie, różaniec, słońce na piersiach, które symbolizuje jego Boską inspirację. Jego znakiem jest także Chrystus w aureoli.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Św. Tomasz z Akwinu (I)

    Św. Tomasz z Akwinu i paulini

    Katecheza papieża Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 2.06.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Po kilku katechezach poświęconych kapłaństwu i moim ostatnim podróżom powracamy dziś do naszego zasadniczego tematu, czyli do rozważań o niektórych wielkich myślicielach średniowiecza. Ostatnio zajmowaliśmy się wielką postacią św. Bonawentury, franciszkanina, a dziś chciałbym mówić o św. Tomaszu z Akwinu, którego Kościół nazywa Doctor communis. Mój czcigodny poprzednik, Papież Jan Paweł II, w swojej encyklice Fides et ratio przypomniał, że «Kościół słusznie przedstawiał zawsze św. Tomasza jako mistrza sztuki myślenia i wzór właściwego uprawiania teologii» (n. 43). Nie dziwi zatem, że w Katechizmie Kościoła Katolickiego św. Tomasz jest po św. Augustynie najczęściej cytowanym pisarzem kościelnym: aż 61 razy! Nazwano go również Doctor Angelicus, prawdopodobnie ze względu na jego cnoty, w szczególności ze względu na wzniosłość myśli i czystość życia.

    Św. Tomasz urodził się w 1224 lub 1225 r. w zamku, który jego szlachecka i zamożna rodzina posiadała w miejscowości Roccasecca, w pobliżu Aquino, nieopodal słynnego opactwa Monte Cassino, do którego posłali go rodzice, by tam otrzymał podstawowe wykształcenie. Kilka lat później przeniósł się do Neapolu, stolicy Królestwa Sycylii, gdzie Fryderyk II założył prestiżowy uniwersytet. Wykładano tam — bez ograniczeń, jakie obowiązywały na innych uczelniach — myśl greckiego filozofa Arystotelesa, z którą młody Tomasz zaczął się zapoznawać i od razu uchwycił jej wielką wartość. A przede wszystkim w tych latach spędzonych w Neapolu zrodziło się jego powołanie dominikańskie. Tomasza pociągnęły bowiem ideały zakonu, założonego kilka lat wcześniej przez św. Dominika. Jednak gdy przywdział dominikański habit, rodzina wyraziła swój sprzeciw wobec tego wyboru i Tomasz musiał opuścić klasztor i powrócić na jakiś czas do rodzinnego domu.

    W 1245 r., gdy był już pełnoletni, mógł wrócić na drogę, która była odpowiedzią na Boże powołanie. Został wysłany do Paryża, gdzie studiował teologię pod kierunkiem innego świętego, Alberta Wielkiego, o którym niedawno mówiłem. Między Albertem a Tomaszem nawiązała się prawdziwa i głęboka przyjaźń, a nauczyli się wzajemnie szanować i troszczyć o siebie do tego stopnia, że Albert chciał, by jego uczeń udał się z nim również do Kolonii, gdzie posłali go przełożeni zakonu, by założył studium teologiczne. Wtedy właśnie Tomasz zapoznał się ze wszystkimi dziełami Arystotelesa i jego arabskich komentatorów, które przedstawiał i wyjaśniał Albert.

    W tamtym okresie głęboki wpływ na kulturę świata łacińskiego wywarły dzieła Arystotelesa, które przez długi czas pozostawały nieznane. Były to pisma dotyczące natury poznania, nauk przyrodniczych, metafizyki, duszy i etyki, obfitujące w wiadomości i hipotezy, które wydawały się słuszne i przekonujące. Dawały kompletną wizję świata, która została wypracowana przez sam rozum, bez Chrystusa i przed Chrystusem, i która wydawała się narzucać rozumowi jako «właściwa» interpretacja; dlatego też zetknięcie się z tą filozofią i poznanie jej niezwykle fascynowało młodych ludzi. Wielu przyjęło entuzjastycznie, wręcz bezkrytycznie to ogromne dziedzictwo wiedzy starożytnej, która — jak się wydawało — mogła korzystnie odświeżyć kulturę, całkowicie otworzyć nowe horyzonty. Jednakże inni obawiali się, że pogańska myśl Arystotelesa stoi w sprzeczności z wiarą chrześcijańską, i nie chcieli jej studiować. Doszło do spotkania dwóch kultur: przedchrześcijańskiej kultury Arystotelesa, z jej radykalną racjonalnością, i klasycznej kultury chrześcijańskiej. Niektóre środowiska odrzucały Arystotelesa, m.in. ze względu na sposób, w jaki przedstawiali go komentatorzy arabscy — Awicenna i Awerroes. To oni właśnie przekazali światu łacińskiemu filozofię arystotelesowską. Dla przykładu, komentatorzy ci nauczali, że ludzie nie posiadają własnego intelektu, lecz istnieje jeden rozum uniwersalny, wspólna wszystkim duchowa substancja, która działa we wszystkich jako «jedyna», co stanowi odpersonalizowanie człowieka. Inną dyskusyjną tezą, rozpowszechnianą przez komentatorów arabskich, było twierdzenie, że świat jest wieczny jak Bóg. Nic dziwnego zatem, że w świecie uniwersyteckim, a także kościelnym rozgorzały niekończące się dyskusje. Filozofia Arystotelesa zdobywała popularność nawet wśród prostych ludzi.

    Jako uczeń Alberta Wielkiego Tomasz z Akwinu dokonał rzeczy o zasadniczym znaczeniu dla historii filozofii i teologii, powiedziałbym — dla historii kultury: przestudiował dogłębnie Arystotelesa i jego komentatorów oraz postarał się o nowe przekłady łacińskie oryginalnych tekstów greckich. Dzięki temu nie opierał się już jedynie na komentatorach arabskich, lecz mógł sam czytać teksty oryginalne. Skomentował większość dzieł Arystotelesa, oddzielając w nich to, co było wartościowe, od tego, co budziło wątpliwości lub należało w całości odrzucić, wykazując zbieżności z faktami chrześcijańskiego Objawienia oraz wykorzystując myśl arystotelesowską szeroko i trafnie we własnych pismach teologicznych. Ostatecznie Tomasz z Akwinu pokazał, że między wiarą chrześcijańską a rozumem istnieje naturalna zgodność. Wielkim dokonaniem Tomasza było to, że w tym momencie zetknięcia się dwóch kultur — w chwili, kiedy wydawało się, że wiara powinna ustąpić miejsca rozumowi — pokazał on, że są one sobie potrzebne, bowiem to, co jawiło się jako rozumne, ale niezgodne z wiarą, w rzeczywistości nie jest rozumne, a to, co jawiło się jako wiara sprzeczna z prawdziwą racjonalnością, w rzeczywistości nie jest wiarą; i tak powstała nowa synteza, która ukształtowała kulturę następnych stuleci.

    Ze względu na niezwykłe przymioty umysłu Tomasz został wezwany do Paryża, by wykładał w dominikańskiej katedrze teologii. Tam rozpoczął także swoją fenomenalną twórczość pisarską, którą uprawiał aż do śmierci: komentarze do Pisma Świętego, ponieważ jako profesor teologii przede wszystkim je wykładał, komentarze do pism Arystotelesa, monumentalne dzieła systematyczne, a wśród nich znakomita Summa Theologiae, traktaty i dysputy na różne tematy. Przy redagowaniu pism pomagało mu kilku sekretarzy, m.in. współbrat Reginald z Piperno, który wiernie mu towarzyszył i z którym łączyła go szczera i braterska przyjaźń, oparta na zażyłości i ogromnym zaufaniu. Świętych cechuje właśnie to, że pielęgnują przyjaźń, gdyż jest ona jednym z najszlachetniejszych odruchów ludzkiego serca i ma w sobie coś boskiego, jak sam Tomasz wyjaśniał w niektórych quaestiones Summa Theologiae, pisząc: «Miłość jest zasadniczo przyjaźnią człowieka z Bogiem, a także z bytami, które do Niego należą» (ii-ii, q. 23, a. 1).

    W Paryżu przebywał na stałe niedługo. W 1259 r. uczestniczył w Kapitule Generalnej Dominikanów w Valenciennes, będąc członkiem komisji, która ułożyła program studiów w Zakonie. Następnie, w latach 1261-1265 Tomasz przebywał w Orvieto. Papież Urban IV, który darzył go wielkim szacunkiem, zlecił mu opracowanie tekstów liturgicznych na święto Bożego Ciała — które jutro będziemy obchodzić — ustanowione po cudzie eucharystycznym w Bolsenie. Tomasz miał duszę wybitnie eucharystyczną. Przepiękne hymny, które śpiewa liturgia Kościoła, sławiące tajemnicę rzeczywistej obecności Ciała i Krwi Pańskiej w Eucharystii, przypisywane są jego wierze i jego mądrości teologicznej. W latach 1265-1268 Tomasz przebywał w Rzymie, gdzie prawdopodobnie prowadził Studium, czyli zakonny dom studiów, i gdzie zaczął pisać swoją Summa Theologiae (por. Jean- -Pierre Torrell, Tommaso d’Aquino. L’uomo e il teologo, Casale Monf., 1994, ss. 118- -184). W 1269 r. został ponownie wezwany do Paryża na drugi cykl wykładów. Studenci, co zrozumiałe, byli jego wykładami zachwyceni. Jeden z jego byłych uczniów oświadczył, że rzesze studentów uczęszczających na wykłady Tomasza były tak wielkie, że sale wykładowe ledwo mogły ich pomieścić. Dodał jeszcze, że «słuchanie Tomasza było dla niego osobiście wielkim szczęściem». Interpretacja Arystotelesa, jaką proponował Tomasz, nie była akceptowana przez wszystkich, ale nawet jego przeciwnicy w świecie akademickim, tacy jak np. Goffredo di Fontaines, przyznawali, że użytecznością i wartością nauka brata Tomasza przewyższała inne i służyła za punkt odniesienia dla nauczania wszystkich pozostałych uczonych. Być może również po to, by oderwać go od toczących się wówczas żywiołowych dysput, przełożeni wysłali Tomasza ponownie do Neapolu, aby był do dyspozycji króla Karola i, który pragnął zreorganizować studia uniwersyteckie.

    Tomasz poświęcał się nie tylko pracy badawczej i nauczaniu, ale także głosił kazania ludowi. Prości ludzie słuchali go chętnie. Powiedziałbym, że to naprawdę wielka łaska, kiedy teolog umie mówić do wiernych z żarem i prostotą. Z drugiej strony, posługa głoszenia zapewnia uczonym teologom zdrowy duszpasterski realizm i dostarcza żywotnych bodźców ich naukowym poszukiwaniom.

    Ostatnie miesiące ziemskiego życia Tomasza spowija szczególna, powiedziałbym tajemnicza atmosfera. W grudniu 1273 r. przywołał on do siebie swojego przyjaciela i sekretarza Reginalda, żeby mu powiedzieć, że postanowił przerwać wszelkie prace, ponieważ w trakcie odprawiania Mszy św. zrozumiał, dzięki nadprzyrodzonemu objawieniu, że wszystko, co do tej pory napisał, to tylko «sterta słomy». Owo tajemnicze wydarzenie pomaga nam dostrzec nie tylko osobistą pokorę Tomasza, ale również to, że wszystko, co jesteśmy w stanie pomyśleć i powiedzieć na temat wiary, choćby było najwznioślejsze i najszlachetniejsze, jest niczym wobec wielkości i piękna Boga, które zostaną nam w pełni objawione w raju. Kilka miesięcy później Tomasz, pogrążony w głębokiej medytacji, umiera podczas podróży do Lyonu, dokąd udawał się na Sobór Ekumeniczny, zwołany przez papieża Grzegorza X. Zmarł w opactwie cystersów w Fossanova, przyjąwszy z wielką pobożnością wiatyk.

    Całe życie i nauczanie św. Tomasza z Akwinu można zilustrować pewnym wydarzeniem, przekazanym przez dawnych biografów. Kiedy święty, jak to było w jego zwyczaju, wczesnym rankiem trwał na modlitwie przed Ukrzyżowanym w kaplicy św. Mikołaja w Neapolu, Domenico da Caserta, zakrystian, usłyszał toczący się tam dialog. Tomasz pytał z niepokojem, czy to, co napisał o tajemnicach wiary chrześcijańskiej, było słuszne. Ukrzyżowany odpowiedział: «Dobrze o Mnie napisałeś, Tomaszu. Czego pragnąłbyś w nagrodę?». A odpowiedź Tomasza, którą i my, przyjaciele i uczniowie Jezusa, chcielibyśmy zawsze Mu dawać, brzmiała: «Nic prócz tylko Ciebie samego, Panie!» (tamże, s. 320).

    Tragiczne zajścia w pobliżu Strefy Gazy

    Z głębokim niepokojem śledzę tragiczne zajścia w pobliżu Strefy Gazy. Pragnę wyrazić głębokie współczucie, jakim napełnił mnie los ofiar tych bolesnych wydarzeń, napawających niepokojem wszystkich, którym leży na sercu pokój w tym regionie. Jeszcze raz powtarzam z sercem przepełnionym smutkiem, że przemoc nie rozwiązuje sporów, lecz pogłębia ich dramatyczne skutki i rodzi nową przemoc. Apeluję do osób odpowiedzialnych za politykę lokalną i międzynarodową, aby nieprzerwanie poszukiwały właściwych rozwiązań, na drodze dialogu, aby mieszkańcom tych ziem zapewnić warunki sprzyjające życiu w zgodzie i spokoju. Zachęcam was, byście przyłączyli się do mnie w modlitwie za ofiary, ich rodziny i wszystkich cierpiących. Niech Pan wspiera wysiłki tych, którzy niestrudzenie działają na rzecz pojednania i pokoju.

    do Polaków:

    Z serdecznym pozdrowieniem zwracam się do Polaków. Moi drodzy, rozpoczęliśmy czerwiec — miesiąc poświęcony szczególnej czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. W tym kontekście niebawem zakończymy Rok Kapłański. Proszę was, abyście zawsze otaczali waszych duszpasterzy modlitwą. Niech napełnia ich ta miłość, której znakiem jest otwarte Serce Jezusa. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    ___________________________________________________________

    Św. Tomasz z Akwinu (II)

    Katecheza papieża Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 16.06.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Chciałbym dziś kontynuować omawianie postaci św. Tomasza z Akwinu, który był tak wielkim teologiem, że studiowanie jego myśli zostało wyraźnie zalecone przez Sobór Watykański ii w dwóch dokumentach, w dekrecie Optatam totius o formacji kapłańskiej i w deklaracji Gravissimum educationis, poświęconej wychowaniu chrześcijańskiemu. Zresztą już w 1880 r. papież Leon XIII, jego wielki czciciel, który pobudził rozwój studiów tomistycznych, ogłosił św. Tomasza patronem szkół i uniwersytetów katolickich.

    Podstawowym powodem, dla którego jest on tak wysoko ceniony, jest nie tylko treść jego nauczania, ale także zastosowana przez niego metoda, zwłaszcza nowa synteza filozofii i teologii i rozróżnienie pomiędzy nimi. Ojcowie Kościoła mieli do czynienia z różnymi filozofiami o charakterze platońskim, które przedstawiały kompletną wizję świata i życia, a zatem obejmowały również kwestię Boga i religii. W konfrontacji z tymi filozofiami wypracowali oni całościową wizję rzeczywistości, wychodząc od wiary i korzystając z elementów platonizmu, by odpowiedzieć na zasadnicze pytania ludzi. Wizję tę, opartą na objawieniu biblijnym i opracowaną przy pomocy platonizmu poprawionego w świetle wiary, nazwali oni «naszą filozofią». Słowo «filozofia» nie odnosiło się zatem do systemu czysto rozumowego, i jako takiego odrębnego od wiary, lecz do kompleksowej wizji rzeczywistości, wypracowanej w świetle wiary, przyswojonej jednakże i pomyślanej przez rozum; wizji, która oczywiście przekraczała zdolności samego rozumu, ale która również dla niego była zadowalająca. Dla św. Tomasza spotkanie z przedchrześcijańską filozofią Arystotelesa (zmarłego ok. 322 p.n.e.) oznaczało otwarcie nowej perspektywy. Filozofia arystotelesowska była oczywiście filozofią wypracowaną bez znajomości Starego i Nowego Testamentu, była wyjaśnieniem świata bez Objawienia, odwołującym się wyłącznie do rozumu. I ta jej konsekwentna racjonalność była przekonująca. Stara forma «naszej filozofii» ojców straciła zatem rację bytu. Należało na nowo przemyśleć relację zachodzącą między filozofią i teologią, wiarą i rozumem. Pojawiła się bowiem «filozofia» kompletna i sama z siebie przekonująca, racjonalność uprzednia wobec wiary, a następnie obok niej była «teologia», czyli myślenie z wiarą i w wierze. Pytanie, które się narzucało, było następujące: czy świat racjonalności, filozofii pomyślanej bez Chrystusa i świat wiary są do pogodzenia? Czy też się wykluczają? Wiele elementów przemawiało za nieprzystawalnością tych dwóch światów, ale św. Tomasz był głęboko przekonany, że są one do pogodzenia — a nawet, że filozofia wypracowana bez znajomości Chrystusa niejako czekała na światło Jezusa, które ją mogło dopełnić. To była właśnie ta wielka «przygoda», jaka spotkała św. Tomasza i określiła jego drogę jako myśliciela. Wykazanie odrębności filozofii i teologii, a zarazem ich wzajemnych powiązań było historyczną misją wielkiego mistrza. Jest zatem zrozumiałe, że w XIX w., kiedy stanowczo twierdzono, że nowoczesny rozum i wiara są nie do pogodzenia, papież Leon XIII wskazał na św. Tomasza jako przewodnika w dialogu między nimi. W swojej pracy teologicznej św. Tomasz założył i opisał ich wzajemne relacje. Wiara konsoliduje, integruje i oświeca dziedzictwo prawdy, przyswojone przez ludzki rozum. Ufność, jaką pokłada św. Tomasz w tych dwóch narzędziach poznania — wierze i rozumie — można przypisać przekonaniu, że jedno i drugie wywodzą się z tego jedynego źródła wszelkiej prawdy, jakim jest Boski Logos, który przejawia się zarówno w dziele stworzenia, jak i odkupienia.

    Wraz z uznaniem przystawalności rozumu i wiary trzeba z drugiej strony przyznać, że posługują się one różnymi metodami poznawczymi. Rozum przyjmuje prawdę na mocy jej wewnętrznej oczywistości, pośredniej bądź bezpośredniej; wiara natomiast przyjmuje prawdę ze względu na autorytet Słowa Bożego, które się objawia. Pisze św. Tomasz na początku swojej Summa Theologiae: «Są dwa rodzaje wiedzy: pierwszy opiera się o zasady poznawane przyrodzonym światłem rozumu; np. arytmetyka, geometria itp. Drugi opiera się o zasady poznane światłem nadrzędnej wiedzy; tak to np. optyka opiera się o zasady podane przez geometrię, a muzyka o zasady zaczerpnięte z arytmetyki; i w ten to właśnie drugi sposób nauka święta jest wiedzą; wszak opiera się o zasady poznane światłem nadrzędnej wiedzy, jaką jest wiedza Boga i świętych» (I, q. 1, a. 2; tł. Pius Bełch op).

    To rozróżnienie zapewnia autonomię zarówno naukom opartym na poszukiwaniach rozumu, jak i naukom teologicznym. Nie wskazuje jednakże na niezgodności, lecz zakłada raczej wzajemną i korzystną współpracę. Wiara bowiem chroni rozum przed utratą zaufania do własnych możliwości, pobudza go do otwierania się na coraz szersze horyzonty, zachęca do szukania fundamentów, a kiedy rozum zgłębia nadprzyrodzoną sferę więzi Boga i człowieka, wzbogaca jego dzieło. Na przykład, według św. Tomasza, rozum ludzki może na pewno stwierdzić istnienie jednego Boga, ale tylko wiara, która przyjmuje Boże Objawienie, może zetknąć się z tajemnicą Miłości Boga trójjedynego.

    Z drugiej strony, to nie tylko wiara pomaga rozumowi. Również rozum, posługujący się swoimi środkami, może w czymś ważnym przysłużyć się wierze, oddając jej trojaką przysługę, którą św. Tomasz podsumował we wstępie do swojego komentarza do De Trinitate Boecjusza: «dowodzenie tych prawd, które stanowią wstęp do wiary, (…); ujawnianie dzięki pewnym podobieństwom tego, co właściwe wierze (…) za pomocą porównań prawd wiary; odpieranie zarzutów tych, którzy występują przeciwko wierze» (q. 2, a. 2; Św. Tomasz z Akwinu, O poznaniu Boga, wydanie łacińsko-polskie, tł. Piotr Lichacz op, Mateusz Przanowski op, Mikołaj Olszewski, Kraków, 2005, s. 131). Cała historia teologii to w gruncie rzeczy dzieje tych wysiłków intelektu, który wykazuje inteligibilność wiary, możność wyrażania jej oraz jej wewnętrzną harmonię, jej sensowność i zdolność promowania dobra człowieka. Poprawność teologicznego rozumowania i jego rzeczywiste znaczenie poznawcze opierają się na wartości języka teologicznego, który według św. Tomasza, jest przede wszystkim językiem analogicznym. Dystans między Bogiem, Stworzycielem, i bytem Jego stworzeń jest nieskończony: niepodobieństwo jest zawsze większe od podobieństwa (por. ds, 806). Jednak pomimo tego, przy całej różnicy między Stwórcą i stworzeniem, istnieje analogia pomiędzy bytem stworzonym i bytem Stworzyciela, która pozwala nam mówić ludzkimi słowami o Bogu.

    Św. Tomasz oparł naukę o analogii nie tylko na argumentach czysto filozoficznych, ale również na fakcie, że sam Bóg przemówił do nas w Objawieniu, a zatem upoważnił nas do mówienia o Nim. Uważam, że ważne jest przypomnienie tej nauki. Pomaga nam ona bowiem odeprzeć niektóre zarzuty, wysuwane przez współczesny ateizm, odmawiający językowi religijnemu obiektywnego znaczenia i utrzymujący, że ma on jedynie wartość subiektywną lub po prostu emocjonalną. Zarzut ten rodzi się z faktu, że umysł pozytywistyczny jest przekonany, że człowiek nie poznaje bytu, a jedynie doświadczalne funkcje rzeczywistości. Wraz ze św. Tomaszem i wielką tradycją filozoficzną jesteśmy przekonani, że w rzeczywistości człowiek nie poznaje jedynie funkcji będących przedmiotem nauk przyrodniczych, lecz poznaje coś z samego bytu — poznaje na przykład osobę, «ty» drugiego człowieka, a nie tylko fizyczny i biologiczny aspekt jego bytu.

    W świetle tego nauczania św. Tomasza teologia twierdzi, że choć język religijny jest ograniczony, to ma on sens — dotyczy bowiem bytu — niby strzała kierująca się w stronę rzeczywistości, którą oznacza. Tę podstawową zgodność rozumu ludzkiego i wiary chrześcijańskiej widzimy w innej fundamentalnej zasadzie, na której opiera się myśl Akwinaty: łaska Boża nie unicestwia, ale zakłada i udoskonala naturę ludzką. Ta ostatnia nawet po grzechu nie jest całkowicie zdeprawowana, lecz zraniona i osłabiona. Łaska, udzielona przez Boga i przekazana poprzez tajemnicę Słowa Wcielonego, jest darem danym absolutnie darmo, dzięki któremu natura zdrowieje, otrzymuje umocnienie i pomoc w dążeniu do zaspokojenia wpisanego w serce każdego człowieka pragnienia, którym jest szczęście. Wszystkie władze istoty ludzkiej zostają oczyszczone, przemienione i wywyższone przez łaskę Bożą. Ważne zastosownie tej zasady dotyczącej natury i łaski widzimy w teologii moralnej św. Tomasza z Akwinu, co nadaje jej aktualność. W centrum nauczania w tej dziedzinie stawia on prawo nowe, które jest prawem Ducha Świętego. W optyce głęboko ewangelicznej z naciskiem podkreśla on, że prawo to jest łaską Ducha Świętego, daną tym wszystkim, którzy wierzą w Chrystusa. Z tą łaską łączą się nauczanie przekazane pisemnie i ustnie przez Kościół o prawdach doktrynalnych i moralnych. Św. Tomasz, podkreślając podstawową rolę w życiu moralnym działania Ducha Świętego, łaski, z której rodzą się cnoty teologalne i moralne, pozwala zrozumieć, że każdy chrześcijanin może wznieść się na wyżyny wskazane przez Kazanie na Górze, jeśli żyje w autentycznej więzi z Chrystusem, jeśli otwiera się na działanie Jego Ducha Świętego. Jednakże — dodaje Akwinata — «wprawdzie łaska jest skuteczniejsza niż natura, to jednak natura jest bardziej istotna dla człowieka» (Summa Theologiae, I-II, q. 94, a. 6 ad 2), i dlatego w perspektywie moralności chrześcijańskiej jest też miejsce dla rozumu, który zdolny jest rozeznać naturalne prawo moralne. Rozum może je rozpoznać rozważając, co należy czynić i czego należy unikać, by osiągnąć szczęście, którego każdy w swoim sercu pragnie, z czym wiąże się również odpowiedzialność za innych, a zatem dążenie do wspólnego dobra. Innymi słowy, cnoty człowieka, teologalne i moralne, są zakorzenione w naturze ludzkiej. Łaska Boża towarzyszy zaangażowaniu etycznemu, wspiera je i pobudza, ale — według św. Tomasza — wszyscy ludzie, wierzący i niewierzący, są wezwani do uznania wymogów natury ludzkiej, wyrażonych w prawie naturalnym, i do czerpania z niego światła przy formułowaniu praw stanowionych, a zatem tych, które władze obywatelskie i polityczne wydają w celu regulowania ludzkiego współżycia.

    Negowanie prawa naturalnego i odpowiedzialności, która się z nim wiąże, w dramatyczny sposób otwiera drogę do relatywizmu etycznego na płaszczyźnie indywidualnej i do totalitaryzmu państwa na płaszczyźnie politycznej. Obrona powszechnych praw człowieka i afirmacja absolutnej wartości godności osoby zakładają istnienie fundamentu. Czyż tym fundamentem nie jest prawo naturalne wraz z niezbywalnymi wartościami, które wskazuje? Sługa Boży Jan Paweł ii w swojej encyklice Evangelium vitae napisał słowa, którą są wciąż bardzo aktualne: «trzeba pilnie odkryć na nowo istnienie wartości ludzkich i moralnych, należących do samej istoty i natury człowieka, które wynikają z prawdy o człowieku oraz wyrażają i chronią godność osoby: wartości zatem, których żadna jednostka, żadna większość ani żadne państwo nie mogą tworzyć, zmieniać ani niszczyć, ale które winny uznać, szanować i umacniać» (n. 71).

    A zatem, na zakończenie Tomasz przedstawia nam koncepcję rozumu szeroką i budzącą zaufanie: szeroką, bo nie ogranicza się ona do tzw. rozumu empiryczno-naukowego, ale jest otwarta na pełnię bytu, a więc również na podstawowe i niezbywalne kwestie ludzkiego życia; budzącą zaufanie, bo rozum ludzki, zwłaszcza jeśli przyjmuje natchnienia płynące z wiary chrześcijańskiej, propaguje cywilizację uznającą godność osoby, nienaruszalność jej praw i wiążący charakter jej obowiązków. Nie dziwi więc, że nauka o godności osoby, mająca podstawowe znaczenie dla uznania niepodważalności praw człowieka, powstała w środowiskach intelektualnych, które przejęły spuściznę św. Tomasza z Akwinu, gdyż miał on o ludzkim stworzeniu najwyższe pojęcie. Swoim ściśle filozoficznym językiem zdefiniował osobę jako «coś najdoskonalszego w całej naturze, mianowicie to, co bytuje samoistnie w rozumnej naturze» (Summa Theologiae, I a, q. 29, a. 3).

    Głębia myśli św. Tomasza z Akwinu rodzi się — nigdy o tym nie zapominajmy — z jego żywej wiary i żarliwej pobożności, wyrażanej w natchnionych modlitwach, takich jak ta, w której prosi Boga: «Panie, mój Boże, udziel mi rozumu, abym mógł Cię poznać, pilności, abym Cię szukał, mądrości, abym Cię znajdował, postępowania, abym Ci się podobał, wytrwałości, abym Cię wiernie oczekiwał, i ufności, abym w końcu mógł Cię objąć» (Modlitwy i myśli, wybrał i przełożył o. Mirosław Wylęgała op, Warszawa, 2005, s. 19).

    do Polaków:

    Drodzy pielgrzymi polscy, jutro przypada wspomnienie św. Alberta Chmielowskiego. Pamiętając o jego poświęceniu na rzecz biednych, bezdomnych, nieuleczalnie chorych, jak on, otwórzmy serca na potrzeby naszych braci najbardziej potrzebujących pomocy. Uczmy się od niego, że «trzeba być dobrym jak chleb». Naśladujmy go w dążeniu do świętości. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

    _________________________________________________________________________

    Św. Tomasz z Akwinu (III)

    Najstarszy fresk przedstawiający św. Tomasza w bazylice Santa Maria Novella we Florencji.

    Najstarszy fresk przedstawiający św. Tomasza w bazylice Santa Maria Novella we Florencji

    *** 

    Katecheza papieża Benedykta XVI podczas audiencji generalnej 23.06.2010

    Drodzy bracia i siostry!

    Dzisiejszą, trzecią częścią rozważań nad św. Tomaszem z Akwinu pragnę zakończyć katechezy poświęcone tej postaci. Również po upływie ponad 700 lat od jego śmierci możemy się od niego wiele nauczyć. Wspomniał o tym także mój poprzednik papież Paweł VI, który w przemówieniu wygłoszonym 14 września 1974 r. w Fossanovie zapytał: «Mistrzu Tomaszu, czego możesz nas nauczyć?» Po czym odpowiedział: «Ufności w prawdę katolickiej myśli religijnej, która przez niego była broniona, wyłożona i otwarta przed zdolnością poznawczą ludzkiego umysłu» (Insegnamenti di Paolo VI, XII [1974], ss. 833-834). W tym samym dniu w Akwinie, mówiąc wciąż o św. Tomaszu, stwierdził: «My wszyscy, którzy jesteśmy wiernymi synami Kościoła, możemy i musimy, przynajmniej w pewnej mierze, być jego uczniami!» (tamże, s. 836).

    Skorzystajmy więc z lekcji św. Tomasza i z jego arcydzieła, którym jest Summa Theologiae. Jest to dzieło niedokończone, a mimo to monumentalne: zawiera 512 kwestii i 2669 artykułów. W ścisłym wywodzie, w którym w jasny i głęboki sposób ludzki umysł przygląda się tajemnicom wiary, św. Tomasz, przeplatając pytania i odpowiedzi, pogłębił nauczanie pochodzące z Piśma Świętego i ojców Kościoła, zwłaszcza św. Augustyna. W tej refleksji, w zetknięciu z prawdziwymi pytaniami swojej epoki, które często są również naszymi pytaniami, św. Tomasz, wykorzystując także metody i myśl filozofów starożytności, a szczególnie Arystotelesa, w sposób dokładny, przejrzysty i trafny formułuje prawdy wiary, w których prawda jest darem wiary, jaśnieje i staje się dostępna dla nas, dla naszej refleksji. Jednakże ten wysiłek ludzkiego umysłu — przypomina Akwinata swoim życiem — zawsze będzie oświecany przez modlitwę, przez światło, które pochodzi z Góry. Tylko ten, kto żyje z Bogiem i tajemnicami, może również zrozumieć, co one mówią. W Summa Theologiae św. Tomasz wychodzi od faktu, że są trzy różne sposoby bytu i istoty Boga: Bóg istnieje sam w sobie, jest początkiem i końcem wszystkich rzeczy, dlatego wszystkie stworzenia pochodzą od Niego i od Niego zależą; następnie Bóg jest obecny poprzez swoją łaskę w życiu i w działaniu chrześcijanina, świętych; i w końcu, Bóg jest obecny w szczególny sposób w Osobie Chrystusa, zjednoczonego realnie z człowiekiem Jezusem, i działa w sakramentach, które wypływają z Jego zbawczego dzieła. Dlatego to monumentalne dzieło (por. Jean-Pierre Torrell, La «Summa» di San Tommaso, Milano 2003, ss. 29-75), poszukiwanie «okiem teologicznym» pełni Boga (por. Summa Theologiae I, q. 1, a. 7) składa się z trzech części i jest opatrzone przez samego Doctor Communis — św. Tomasza — następującym komentarzem: «Głównym zagadnieniem nauki świętej jest podawanie wiadomości o Bogu, i to nie tylko o Bogu samym w sobie, ale także jako o początku i celu rzeczy, a zwłaszcza stworzenia rozumnego. Mając to na uwadze, będziemy mówić: pierwsze, o Bogu; drugie, o dążeniu stworzenia rozumnego do Boga; trzecie, o Chrystusie, który jako człowiek — w naszym dążeniu do Boga — jest dla nas drogą» (tamże, i, q. 2). Jest to swoiste koło: Bóg sam w sobie, który wychodzi z siebie i bierze nas za rękę, tak że z Chrystusem wracamy do Boga, jesteśmy zjednoczeni z Bogiem, i Bóg będzie wszystkim we wszystkich.

    Pierwsza część Summa Theologiae zgłębia zatem Boga samego w sobie, tajemnicę Trójcy Świętej i stwórczą działalność Boga. W tej części znajdujemy również głęboką refleksję nad autentyczną rzeczywistością istoty ludzkiej jako dzieła stwórczych rąk Boga, owocu Jego miłości. Z jednej strony, jesteśmy bytem stworzonym, zależnym, nie pochodzimy od samych siebie; ale z drugiej strony, mamy prawdziwą autonomię, toteż nie jesteśmy tylko czymś pozornym — jak mówią niektórzy filozofowie platońscy — ale rzeczywistością chcianą przez Boga jako taka, będącą wartością samą w sobie. W drugiej części św. Tomasz zastanawia się nad człowiekiem, działającym pod wpływem łaski, w jego dążeniu do poznania i kochania Boga, by być szczęśliwy w doczesności i w wieczności. Najpierw autor przedstawia teologiczne zasady działania moralnego, dociekając, w jaki sposób w wolnym wyborze człowieka czyniącego dobro łączą się rozum, wola i uczucia, do których dochodzi siła Bożej łaski, dawana za pośrednictwem cnót i darów Ducha Świętego, a także pomoc, której udziela także prawo moralne. Istota ludzka jest zatem bytem dynamicznym, który szuka samego siebie, usiłuje stać się samym sobą i w tym sensie usiłuje dokonywać czynów, które go kształtują, sprawiają, że naprawdę staje się człowiekiem; i tu dochodzą do głosu prawo moralne, łaska i własny rozum, wola i uczucia. Na tym fundamencie św. Tomasz zarysowuje fizjonomię człowieka, który żyje mocą Ducha i tym samym staje się ikoną Boga. Następnie Akwinata omawia trzy cnoty teologalne: wiarę, nadzieję i miłość, a potem przenikliwie analizuje ponad pięćdziesiąt cnót moralnych, zgrupowanych wokół czterech cnót kardynalnych — roztropności, sprawiedliwości, umiarkowania i męstwa. Na koniec rozważa różne powołania w Kościele.

    W trzeciej części Summy św. Tomasz zgłębia tajemnicę Chrystusa — drogi i prawdy — za którego pośrednictwem możemy na nowo połączyć się z Bogiem Ojcem. W tej części w niedościgły niemal sposób pisze o tajemnicy wcielenia i męki Jezusa, dodając do tego rozległy wykład o siedmiu sakramentach, ponieważ w nich wcielone Słowo Boże kieruje dobrodziejstwa płynące z wcielenia ku naszemu zbawieniu, ku naszej pielgrzymce wiary ku Bogu i ku życiu wiecznemu, pozostając materialnie niemal obecne w rzeczywistości stworzenia, dotykając naszego wnętrza. Omawiając sakramenty, św. Tomasz szczególną uwagę poświęca tajemnicy Eucharystii, którą otaczał tak wielkim nabożeństwem, że jak piszą jego dawni biografowie, miał zwyczaj przystawiać głowę do tabernakulum, tak jakby chciał usłyszeć bicie Bożego i ludzkiego Serca Jezusa. W jednym ze swych komentarzy do Pisma Świętego św. Tomasz pomaga nam pojąć doskonałość sakramentu Eucharystii, gdy pisze, że «skoro ten sakrament jest sakramentem męki Pańskiej, to zawiera w sobie Chrystusa cierpiącego. Dlatego wszelki skutek męki Pańskiej w całości jest także skutkiem tego sakramentu. Sakrament ten bowiem nie jest niczym innym jak aplikacją do nas męki Pańskiej» (In Ioannem, c. 6, lect. 6, n. 963; Komentarz do Ewangelii Jana, tł. Tadeusz Bartoś op, Kęty, 2002, s. 450). Rozumiemy zatem, dlaczego św. Tomasz i inni święci odprawiali Mszę św., płacząc z litości nad Panem, który składa z siebie ofiarę za nas, roniąc łzy radości i wdzięczności.

    Drodzy bracia i siostry, ucząc się od świętych, rozmiłujmy się w tym sakramencie! Uczestniczmy w Mszy św. ze skupieniem, aby uzyskać duchowe owoce, pożywiajmy się Ciałem i Krwią Pana, by nieustannie karmiła nas Boża łaska! Często i chętnie rozmawiajmy sam na sam z Najświętszym Sakramentem!

    To co św. Tomasz z naukową ścisłością wyłożył w swoich największych dziełach teologicznych, takich jak właśnie Summa Theologiae, a także Summa contra Gentiles, wyraził on również w swoich kazaniach, głoszonych dla studentów i wiernych. W r. 1273, rok przed śmiercią, przez cały Wielki Post głosił kazania w kościele San Domenico Maggiore w Neapolu. Kazania te zostały zebrane i zachowane: są to Opuscula, w których wyjaśnia on Skład Apostolski, tłumaczy modlitwę Ojcze nasz, omawia Dekalog i komentuje Zdrowaś Maryjo. Treść kazań Doktora Anielskiego odpowiada niemal całkowicie strukturze Katechizmu Kościoła Katolickiego. I rzeczywiście, w czasach takich jak nasze, gdy ponownie podejmuje się dzieło ewangelizacji, nigdy nie powinno zabraknąć w katechezie i kaznodziejstwie tych podstawowych tematów: tego, w co wierzymy, a zatem Symbolu wiary; tego, o co się modlimy, a zatem Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo; oraz tego, czym żyjemy, jak nas poucza Objawienie biblijne, a zatem prawa miłości Boga i bliźniego oraz Dziesięciu przykazań, w których wyjaśnione jest owo przykazanie miłości.

    Chciałbym przytoczyć kilka przykładów tego prostego, zasadniczego i przekonującego nauczania św. Tomasza. W swoim Wykładzie Składu Apostolskiego wyjaśnia on wartość wiary. Za jej pośrednictwem — mówi — dusza jednoczy się z Bogiem i powstaje zalążek życia wiecznego; życie zostaje ukierunkowane w sposób pewny, a my z łatwością zwalczamy pokusy. Temu, kto wysuwa zarzut, że wiara jest głupotą, bo każe wierzyć w coś, czego nie da się doświadczyć zmysłami, św. Tomasz daje bardzo rozbudowaną odpowiedź i wskazuje, że jest to wątpliwość bezpodstawna, bo umysł ludzki jest ograniczony i nie może poznać wszystkiego. Gdybyśmy mogli doskonale poznać wszystkie rzeczy widzialne i niewidzialne, tylko wówczas byłoby autentyczną głupotą akceptowanie prawd czystą wiarą. Ponadto nie można żyć, zauważa św. Tomasz, nie ufając doświadczeniu innych ludzi w tym, czego sami nie wiemy. Jest zatem rzeczą rozsądną dawanie wiary Bogu, który się objawia, oraz świadectwu apostołów: byli oni nieliczni, prości i ubodzy, przygnębieni po ukrzyżowaniu swojego Mistrza; jednakże w krótkim czasie nawróciło się wiele osób mądrych, szlachetnych i bogatych, które słuchały ich przepowiadania. Jest to rzeczywiście niezwykłe zjawisko historyczne, któremu trudno dać inne rozsądne wytłumaczenie niż to, że apostołowie spotkali się ze zmartwychwstałym Panem.

    Komentując artykuł Symbolu, mówiący o wcieleniu Słowa Bożego, św. Tomasz czyni kilka uwag. Stwierdza, że rozważanie tajemnicy wcielenia umacnia wiarę chrześcijańską; nadzieja staje się bardziej ufna dzięki myśli, że Syn Boży przyszedł do nas, jako jeden z nas, aby udzielić ludziom swojej boskości; miłość ożywia się, bo nie ma bardziej oczywistego znaku miłości Boga do nas niż widok Stworzyciela wszechświata, który sam staje się stworzeniem, jednym z nas. Na koniec, gdy rozważamy tajemnicę wcielenia Boga, czujemy, jak rozpala się w nas pragnienie, by złączyć się z Chrystusem w chwale. Posługując się prostym i trafnym porównaniem, św. Tomasz zauważa: «Gdyby ktoś miał brata, posiadającego któlewską godność, to będąc od niego daleko, szukałby możliwości, by się z nim spotkać i u niego pozostać. Tak i my, mając w Chrystusie brata, chcemy z Nim się połączyć i u Niego przebywać» (Wykład Pacierza, Poznań, 2005, Wykład Składu Apostolskiego, czyli Wierzę w Boga, tł. Kalikst Suszyło op, a. 4, 50, s. 50).

    Wprowadzając do modlitwy Ojcze nasz, św. Tomasz wykazuje, że jest ona sama w sobie doskonała, ma bowiem wszystkie pięć cech, którymi powinna się odznaczać dobrze skonstruowana modlitwa. Są nimi: ufne i spokojne zawierzenie; stosowna treść, bo — zauważa św. Tomasz — «Jest (…) rzeczą bardo trudną wiedzieć, czego trzeba pragnąć. Tylko bowiem rzeczy, o które godzi się prosić w modlitwie, możemy godziwie pożądać» (tamże, Wykład Modlitwy Pańskiej, czyli Ojcze nasz, tł. Marek Starowiejski, 3); a następnie właściwy porządek próśb, żarliwa miłość i szczerość pokory.

    Św. Tomasz, jak wszyscy święci, otaczał wielkim nabożeństwem Matkę Bożą. Nadał Jej piękne imię: Triclinium totius Trinitas, co znaczy miejsce, gdzie Trójca znajduje swój spoczynek, bowiem ze względu na wcielenie w Niej, tak jak w żadnym innym stworzeniu, trzy Boskie Osoby mieszkają i zaznają przyjemności i radości z życia w Jej duszy pełnej łaski. Za Jej wstawiennictwem możemy otrzymać wszelką pomoc.

    Słowami modlitwy, która tradycyjnie przypisywana jest św. Tomaszowi, a która w każdym razie odzwierciedla elementy jego głębokiej pobożności maryjnej, my też mówimy: «O najświętsza i najsłodsza Dziewico Maryjo, Matko Boga (…). W objęciach Twojej miłości powierzam Ci dziś (…) całe moje życie (…). Wyproś mi także, o najsłodsza Pani, prawdziwą miłość, którą z całego serca kochałbym Twojego najświętszego Syna, a po Nim nade wszystko Ciebie i bliźniego w Bogu i (…) ze względu na Boga» (Modlitwy i Myśli, tł. Mirosław Wylęgała op, Warszawa, 2005, s. 25- -29).

    do Polaków:

    Serdecznie witam polskich pielgrzymów. W sposób szczególny zwracam się do diakonów z krakowskiego seminarium duchownego. Za waszym pośrednictwem przesyłam moje pozdrowienie i błogosławieństwo wszystkim klerykom w Polsce. Bądźcie wdzięczni Bogu za dar powołania, pielęgnujcie je i przykładnym życiem dodawajcie odwagi innym, których Pan wzywa, aby nie wahali się odpowiadać: «Oto ja, poślij mnie» (Iz 6, 8). Niech Bóg błogosławi wszystkim tu obecnym!

    L’Osservatore Romano/opoka.pl/opr. mg/mg

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 stycznia

    Błogosławiona Bolesława Lament, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Aniela Merici, dziewica
      •  Święty Józef Freinademetz, prezbiter
      •  Błogosławiona Archaniela Girlani, dziewica
      •  Święty Walery, biskup
      •  Święty Sulpicjusz Sewer, biskup
    ***

    MARIA LAMENT


    Bolesława urodziła się 3 lipca 1862 roku w Łowiczu. Jej ojciec był rzemieślnikiem. Po niej w rodzinie przyszło na świat jeszcze siedmioro dzieci. Atmosfera domu, w którym się wychowała, przepojona była głęboką i prawdziwą religijnością, a Bolesława od dziecka kochała Boga i miała dar modlitwy.
    W 1880 roku ukończyła ze złotym medalem gimnazjum w Łowiczu. Tam też miała okazję poznać problemy religijne, narodowe i społeczne swojej epoki, co miało duże znaczenie dla jej duchowej formacji. Przez dwa lata uczyła się w Warszawie zawodu krawcowej, po czym otworzyła w Łowiczu własny zakład krawiecki, wykazując dużo inicjatywy, przedsiębiorczości i talentu organizacyjnego.
    Wkrótce zlikwidowała swoją pracownię i mając 22 lata razem z siostrą Stanisławą wstąpiła do zgromadzenia sióstr Rodziny Maryi w Warszawie. Jako postulantka wyróżniała się darem modlitwy, skupienia oraz wiernością obowiązkom. Po złożeniu pierwszej profesji była wychowawczynią dziewcząt w internatach zgromadzenia i instruktorką krawiectwa; uczyła także w szkołach podstawowych. Ujawnił się wtedy jej talent organizacyjny. Nie będąc pewna swego powołania, nie złożyła profesji wieczystej. W 1893 roku opuściła zgromadzenie. Rok później nagła śmierć ojca postawiła przed nią zadanie zapewnienia bytu matce i młodszemu rodzeństwu. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie. Tu Bolesława odznaczyła się szczególną wrażliwością na ludzką biedę, rozwinęła działalność charytatywną wśród ubogich i bezdomnych, prowadząc dom noclegowy na Pradze.
    Ojciec Honorat Koźmiński – jej duchowy przewodnik polecił, aby objęła stanowisko przełożonej świeckiego III zakonu św. Franciszka przy jednej z warszawskich parafii. Przeżywając boleśnie rozdarcie jedności Kościoła przez podziały chrześcijan, dostrzegła w sobie powołanie do pracy nad zjednoczeniem Kościoła przez troskę o braci odłączonych. W 1903 roku poszła za radą ojca Honorata i wyjechała razem z dwiema ochotniczkami do Mohylewa nad Dnieprem (Białoruś), aby zająć się tam katolickim wychowaniem młodzieży.
    W 1905 roku wszystkie trzy rozpoczęły nowicjat zakonny. Z pomocą jezuity, ojca Józefa Wiercińskiego, Bolesława Lament napisała konstytucje nowego zgromadzenia zakonnego Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny, którego celem było wspieranie zjednoczenia chrześcijan na Wschodzie z Kościołem katolickim i umocnienie wiary. Służyła gorliwie tej sprawie, przyczyniając się do wzajemnego zbliżenia katolików i prawosławnych. W 1906 roku wraz ze swymi dwoma towarzyszkami Bolesława Lament złożyła pierwsze śluby zakonne, a w rok później siostry przeniosły się do Petersburga, gdzie rozwinęły działalność wychowawczą wśród dzieci i młodzieży. W 1913 roku wszystkie trzy złożyły wieczyste śluby. W tym samym roku założyła internat dla młodzieży żeńskiej w Wyborgu, poszerzając działalność zgromadzenia na Finlandię.
    Stawiając siostrom i sobie wzór Świętej Rodziny, Bolesława naśladowała Ją w ubóstwie, umiłowaniu pracy, wytrwałości i delikatności. W jej duchowości uderza wierność woli Bożej, postawa wstawiennicza i wynagradzająca.
    Po wybuchu rewolucji październikowej zgromadzenie nie mogło prowadzić swojej działalności. Za naukę religii więziono siostry, jedna z nich została wywieziona na Syberię. Mężnie znosiły prześladowania i głód. Pozbawione domu i środków do życia, w 1921 r. wróciły do Polski. W 1922 roku w Chełmnie na Pomorzu siostry otoczyły opieką młode repatriantki z Rosji. Po raz pierwszy włożyły wówczas habity. W 1925 roku siostra Bolesława zorganizowała nowicjat w Piątnicy pod Łomżą, a w rok później przeniosła dom generalny do Ratowa w diecezji płockiej. W 1935 r. zrzekła się urzędu przełożonej generalnej zgromadzenia.
    Decyzją nowej przełożonej generalnej wysłana do Białegostoku, zorganizowała tam przedszkole, kursy kroju i szycia oraz gimnazjum. Z jej inicjatywy siostry podjęły pracę w dwóch internatach, domu noclegowym i stołówce dla bezrobotnej inteligencji. Otaczały też opieką więźniów. Jeden z domów zgromadzenia przeznaczyła na ośrodek opiekuńczy dla bezdomnych dzieci, utrzymując je ze skromnych zasobów zakonnych. Zorganizowała też, formalnie jako kursy do Pierwszej Komunii św., tajną szkołę, gdzie dzieci uczyły się przedmiotów zakazanych przez okupantów. Od 1941 r. Bolesława znosiła cierpliwie paraliż, zamieniając swe czynne apostolstwo na apostolstwo cierpienia i modlitwy. Przez całe życie była człowiekiem głębokiej modlitwy, umiała modlić się w każdej sytuacji, jednocząc się z Bogiem. Dała przykład życia ofiarnego i pełnego ufności do Boga.
    Zmarła 29 stycznia 1946 roku w Białymstoku w opinii świętości. Jej ciało przeniesiono do klasztoru w Ratowie i złożono w krypcie pod kościołem św. Antoniego. Beatyfikował ją w Białymstoku w 1991 roku św. Jan Paweł II. Mówił wtedy o niej:
    W głębokim poczuciu odpowiedzialności za cały Kościół, boleśnie przeżywała Bolesława rozdarcie jedności Kościoła. Sama doświadczyła wielorakich podziałów, a nawet nienawiści narodowych i wyznaniowych, pogłębionych jeszcze bardziej przez ówczesne stosunki polityczne. Dlatego też głównym celem jej życia oraz założonego przez nią zgromadzenia stała się jedność Kościoła, ta jedność, o którą modlił się w Wielki Czwartek w Wieczerniku Chrystus: “Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim Imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno” (J 17, 11). Służyła matka Lament sprawie zjednoczenia tam zwłaszcza, gdzie podział zaznaczał się ze szczególną ostrością. Nie szczędziła niczego, byleby umacniać wiarę i rozpalać miłość do Boga, byle tylko przyczynić się do wzajemnego zbliżenia katolików i prawosławnych: “Żebyśmy wszyscy – jak mówiła – miłowali się i stanowili jedno”. Pracę na rzecz jedności Kościoła, zwłaszcza na terenach wschodnich, uważała za szczególną łaskę Bożej Opatrzności. Długo przed Soborem Watykańskim II stała się inspiratorką ekumenizmu w życiu codziennym przez miłość.W ikonografii bł. Bolesława przedstawiana jest w habicie zgromadzenia. W dłoniach trzyma otwartą księgę.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 stycznia

    Błogosławiony Bronisław Markiewicz, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Hiacynta, dziewica
      •  Święty Teofil, męczennik
    ***
    Błogosławiony Bronisław Markiewicz

    Bronisław Markiewicz urodził się 13 lipca 1842 r. w Pruchniku koło Jarosławia. Otrzymał staranną formację religijną; nie uchroniło go to jednak przed pewnym załamaniem wiary podczas nauki w gimnazjum przemyskim. W 1863 r. wstąpił do seminarium duchownego. We wrześniu 1867 r. przyjął święcenia kapłańskie. Został skierowany do pracy duszpasterskiej w Harcie i w katedrze przemyskiej. Pragnął poświęcić się pracy z młodzieżą, dlatego podjął dodatkowe studia z pedagogiki, filozofii i historii na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1875 r. został proboszczem parafii Gać, a dwa lata później – w Błażowej. Od 1882 r. wykładał teologię pastoralną w seminarium duchownym w Przemyślu.
    Z czasem ks. Bronisław odkrył w sobie powołanie do życia zakonnego. W listopadzie 1885 r. wyjechał do Włoch i tam wstąpił do salezjanów. W marcu 1887 r. złożył śluby na ręce św. Jana Bosko. Z oddaniem i gorliwością wypełniał powierzane mu zadania. Z powodu surowego trybu życia zachorował na gruźlicę; uważano go za bliskiego śmierci. Udało mu się jednak odzyskać zdrowie. W marcu 1892 r., za pozwoleniem przełożonych, powrócił do Polski i został proboszczem w Miejscu Piastowym (koło Krosna).
    Oddał się tutaj pracy z młodzieżą, głównie z ubogimi i sierotami. Otworzył Instytut Wychowawczy, przez który troszczył się o materialną i zawodową przyszłość podopiecznych. W 1897 r. założył dwa nowe zgromadzenia zakonne pod opieką św. Michała Archanioła, oparte na duchowości św. Jana Bosko. Zostały one zatwierdzone dopiero po śmierci założyciela – gałąź męska w 1921 r., a żeńska – siedem lat później.
    W Miejscu Piastowym w 1892 r. ksiądz Markiewicz stworzył dom, w którym wychowały się setki chłopców. Obecnie jest tam sanktuarium św. Michała Archanioła i bł. Bronisława, dom generalny michalitów z muzeum Założyciela, dom centralny michalitek z muzeum misyjnym oraz duży zespół szkół dla młodzieży. W 1903 r. powstała też nowa placówka w Pawlikowicach koło Krakowa.
    Bronisław Markiewicz, wyczerpany pracą, zmarł 29 stycznia 1912 r. W 1958 r. rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny. Zakończył się on uroczystą beatyfikacją, dokonaną w Warszawie przez delegata papieskiego, kard. Józefa Glempa, w dniu 19 czerwca 2005 r.
    Obecnie michalici pracują w 15 krajach na całym świecie; podobnie michalitki, które mają kilkanaście domów w Polsce i 8 zagranicznych. Oba zgromadzenia należą do Rodziny Salezjańskiej. Znanym michalitą był tragicznie zmarły w 2001 r. bp Jan Chrapek.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 stycznia

    Święty Jan Bosko, prezbiter

    Święty Jan Bosko - zdjęcie z 16 marca 1886 r.

    Jan Bosko urodził się 16 sierpnia 1815 r. w Becchi (ok. 40 km od Turynu). Był synem piemonckich wieśniaków. Gdy miał 2 lata, zmarł jego ojciec. Jego matka musiała zająć się utrzymaniem trzech synów. Młode lata spędził w ubóstwie. Wcześnie musiał podjąć pracę zarobkową. Kiedy miał 9 lat, Pan Bóg w tajemniczym widzeniu sennym objawił mu jego przyszłą misję. Zaczął ją na swój sposób rozumieć i pełnić. Widząc, jak wielkim powodzeniem cieszą się przygodni kuglarze i cyrkowcy, za pozwoleniem swojej matki w wolnych godzinach szedł do miejsc, gdzie ci popisywali się swoimi sztuczkami, i zaczynał ich naśladować. W ten sposób zbierał mieszkańców swojego osiedla i zabawiał ich w niedziele i świąteczne popołudnia, przeplatając swoje popisy modlitwą, pobożnym śpiewem i “kazaniem”, które wygłaszał. Było to zwykle kazanie, które tego dnia na porannej Mszy świętej zasłyszał w kościele parafialnym.
    Pierwszą Komunię świętą przyjął w wieku 11 lat (1826). Gdy miał lat 14, rozpoczął naukę u pewnego kapłana-emeryta. Musiał ją jednak po roku przerwać po jego nagłej śmierci. W latach 1831-1835 ukończył szkołę podstawową i średnią. Nie mając funduszów na naukę, Jan musiał pracować dodatkowo w różnych zawodach, by zdobyć konieczne podręczniki i opłacić nauczycieli. Musiał także pomyśleć o własnym utrzymaniu, mieszkając na stancji. Dorabiał nadto dawaniem korepetycji.

    Święty Jan Bosko

    Po ukończeniu szkół średnich Jan został przyjęty do wyższego seminarium duchownego w Turynie. Tutaj pod kierunkiem św. Józefa Cafasso, wykładowcy i spowiednika, czynił znaczne postępy w doskonałości chrześcijańskiej (1835-1841). 5 czerwca 1841 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Za poradą św. Józefa Jan wstąpił do Konwiktu Kościelnego dla pogłębienia swojej wiedzy religijnej i życia wewnętrznego.
    8 grudnia 1841 roku napotkał przypadkowo 15-letniego młodzieńca-sierotę, zupełnie opuszczonego materialnie i moralnie. Od tego dnia zaczął gromadzić samotną młodzież, uczyć ją prawd wiary, szukać dla niej pracy u uczciwych ludzi. W niedzielę zaś dawał okazję do wysłuchania Mszy świętej i do przyjmowania sakramentów świętych, a później zajmował młodzież rozrywką. Ponieważ wielu z nich było bezdomnych, starał się dla nich o dach nad głową. Tak powstały szkoły elementarne, zawodowe i internaty, które rychło rozpowszechniły się w Piemoncie. “Zaniósł wiarę, światło i pokój tam, gdzie samotność rodziła nędzę” (z hymnu Liturgii Godzin).
    Ten apostoł młodzieży uważany jest za jednego z największych pedagogów w dziejach Kościoła. Zdawał sobie wszakże sprawę, że sam jeden tak wielkiemu dziełu nie podoła. Aby zapewnić stałą pieczę nad młodzieżą, założył dwie rodziny zakonne: Pobożne Towarzystwo św. Franciszka Salezego dla młodzieży męskiej – salezjanów (1859) oraz zgromadzenie Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych dla dziewcząt (1872). Będąc tak aktywnym, Jan potrafił odnajdywać czas na modlitwę i głębokie życie wewnętrzne. Obdarzony niezwykłymi charyzmatycznymi przymiotami, pozostawał człowiekiem pokornym i skromnym. Uważał siebie za liche narzędzie Boga.
    Rozwinął szeroko działalność misyjną, posyłając najlepszych swoich synów duchowych i córki do Ameryki Południowej. Dzisiaj członkowie Rodziny Salezjańskiej pracują na polu misyjnym na wszystkich kontynentach świata, zajmując jedno z pierwszych miejsc. W dziedzinie wychowania chrześcijańskiego św. Jan Bosko wyróżnił się nie tylko jako jeden z największych w dziejach Kościoła pedagogów, ale zostawił po sobie kierunek-szkołę pod nazwą “systemu uprzedzającego” (zachowawczego), który wprowadził prawdziwy przewrót w dotychczasowym wychowaniu. Ta metoda wychowawcza nie jest oparta na stosowaniu przymusu, lecz odwołuje się do potencjału dobra i rozumu, jakie wychowanek nosi w swoim wnętrzu. Wychowawca, w pełni szanując wolną wolę młodego człowieka, staje się mu bliski i towarzyszy mu na drodze autentycznego wzrastania. System zapobiegawczy polega na uprzedzaniu czynów podopiecznego tak, aby nie doprowadzić do zrobienia przez niego czegoś niewłaściwego.

    Święty Jan Bosko

    Nie mniejsze zasługi położył św. Jan Bosko na polu ascezy katolickiej, którą uwspółcześnił, uczynił dostępną dla najszerszych warstw wiernych Kościoła: uświęcenie się przez sumienne wypełnianie obowiązków stanu, doskonalenie się przez uświęconą pracę. Najświętsza Maryja Panna i św. Józef nie poszli w swoim życiu codziennym drogą nadzwyczajnych pokut czy też wielu godzin modlitwy. Wszystko jednak czynili dla wypełnienia woli Bożej, dla Jezusa. W ten sposób wszystkie ich czynności były aktem czci i miłości Bożej. Ta właśnie tak prosta i wszystkim dostępna asceza salezjańska wyniosła na ołtarze Jana Bosko, Michała Rua, jego następcę, Dominika Savio – jego wychowanka, Alojzego Orione – założyciela Małego Dzieła Boskiej Opatrzności (orionistów) oraz Marię Dominikę Mazzarello – współzałożycielkę Córek Maryi Wspomożycielki Wiernych, a także Alojzego Versiglia, biskupa, i Kaliksta Caravario, misjonarzy i męczenników w Chinach (+ 25 lutego 1930 r.).
    Cały wolny czas Jan poświęcał na pisanie i propagowanie dobrej prasy i książek. Początkowo wydawał je w drukarniach turyńskich. Od roku 1861 posiadał już własną drukarnię. Rozpoczął od wydawania żywotów świątobliwych młodzieńców, by swoim chłopcom dać konkretne żywe przykłady i wzory do naśladowania. Od roku 1877 dla wszystkich przyjaciół swoich dzieł zaczął wydawać jako miesięcznik, do dziś istniejący, Biuletyn Salezjański. Wszystkie jego pisma wydane drukiem to 37 tomów. Ponadto pozostawił po sobie olbrzymią korespondencję.
    W czasie kanonicznego procesu naoczni świadkowie w detalach opisywali wypadki uzdrowienia ślepych, głuchych, chromych, sparaliżowanych, nieuleczalnie chorych. Wiemy o wskrzeszeniu co najmniej jednego umarłego. Jan Bosko posiadał nader rzadki nawet wśród świętych dar bilokacji, rozmnażania orzechów czy kasztanów jadalnych. Zanotowano także przypadek rozmnożenia przez Jana Bosko konsekrowanych komunikantów. Najwięcej rozgłosu przyniosły mu jednak dar czytania w sumieniach ludzkich, którym posługiwał się niemal na co dzień, oraz dar przepowiadania przyszłości jednostek, swojego zgromadzenia, dziejów Italii i Kościoła.
    Jan Bosko zmarł 31 stycznia 1888 r. Pius XI beatyfikował ks. Bosko 2 czerwca 1929 r., a kanonizował 1 kwietnia 1934 r., w Wielkanoc. Jest patronem młodzieży, młodych robotników i rzemieślników.W chwili śmierci Założyciela zgromadzenie salezjanów miało 58 domów i liczyło 1049 członków. Obecnie ponad 16 000 salezjanów prowadzi 1830 placówek w 128 krajach świata. Rodzina Salezjańska, do której należą zakonnicy i świeccy żyjący duchowością ks. Bosko, liczy ponad 400 000 członków.
    Duchowi synowie św. Jana Bosko, zwani najczęściej salezjanami, przybyli do Polski w 1898 roku. Córki Maryi Wspomożycielki przybyły do Polski w roku 1922. Ze zgromadzenia salezjańskiego wyszli m.in. prymas Polski, kardynał August Hlond (1881-1948) i metropolita poznański Antoni Baraniak (1904-1977). Salezjaninem był bł. Bronisław Markiewicz (+ 1912), który założył na ziemiach polskich zgromadzenie św. Michała Archanioła (michalitów). Z grona polskich salezjanów wywodzi się także bł. August Czartoryski, beatyfikowany przez św. Jana Pawła II 25 kwietnia 2004 r.
    W ikonografii św. Jan Bosko przedstawiany jest jako kapłan w sutannie zakonnej. Najczęściej ukazywany jest w otoczeniu młodzieży, której poświęcił swoje życie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – styczeń 2023

    NIEDZIELA 29 STYCZNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚWIĘTEJ WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA SERDECZNIE ZAPRASZA DO SALI PARAFIALNEJ PRZY KOŚCIELE ŚW. PIOTRA WSZYSTKICH, KTÓRZY PRAGNĄ SPOTKAĆ SIĘ, ABY PRZY ŚPIEWIE KOLĘD PRZEŁAMAĆ SIĘ OPŁATKIEM I ZŁOŻYĆ SOBIE NAWZAJEM ŻYCZENIA NOWOROCZNE.


    31 STYCZNIA WTOREK

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego 2022 roku w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ___________________________________________________________________________

    PO MSZY ŚWIĘTEJ

    ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    zdjęcie witrażaze strony: Przymierze z Maryją

    ***

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    Małgorzata Maria Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Pan Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Przede wszystkim Komunia

    Pan Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty.

    ze strony: stacja 7.pl


    *****

    Matka Boża Fatimska
    Matka Boża Fatimska

    *****

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 5 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___

    MODLITWA ANIOŁA Z FATIMY

    “O mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię!
    Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą,
    nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i Ciebie nie kochają!”
    “Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty,
    uwielbiam Cię w najgłębszej pokorze, ofiarując najdroższe Ciało i Krew,
    Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa,
    obecne na wszystkich ołtarzach świata jako wynagrodzenie za zniewagi,
    świętokradztwa i obojętność jakimi jest On obrażany.
    I przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi,
    proszę Ciebie o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”. Amen.

    ***************

    OBJAWIENIA ANIOŁA PORTUGALII

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny trójka pastuszków: Łucja, Franciszek i Hiacynta – Łucja de Jesus dos Santos i jej kuzyni Franciszek i Hiacynta Marto – mieszkająca w wiosce Aljustrel, należącej do parafii fatimskiej – miała trzy objawienia Anioła Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.
     

    Pierwsze zjawienie się Anioła

    Pierwsze objawienie Anioła miało miejsce wiosną lub latem 1916 roku, przed grotą przy wzgórzu Cabeço, w pobliżu Aljustrel, i miało, zgodnie z opowiadaniem siostry Łucji, następujący przebieg:

    Bawiliśmy się przez pewien czas, gdy nagle silny wiatr zatrząsł drzewami, co skłoniło nas do popatrzenia, co się dzieje, ponieważ dzień był pogodny. Wtedy ujrzeliśmy w oddali, nad drzewami rozciągającymi się ku wschodowi, światło bielsze od śniegu, w kształcie przezroczystego młodego mężczyzny, jaśniejszego niż kryształ w promieniach słońca.

    W miarę jak się przybliżał, mogliśmy rozpoznać jego postać: młodzieniec w wieku około 14–15 lat, wielkiej urody. Byliśmy zaskoczeni i przejęci. Nie mogliśmy wypowiedzieć ani słowa.
    Gdy tylko zbliżył się do nas, powiedział:
    – Nie bójcie się. Jestem Aniołem Pokoju. Módlcie się ze mną.
    I klęcząc nachylił się, aż dotknął czołem ziemi. Pobudzeni nadprzyrodzonym natchnieniem, naśladując Anioła, zaczęliśmy powtarzać jego słowa:
    – O Mój Boże, wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię. Błagam Cię o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą w Ciebie, nie wielbią Cię, nie ufają Tobie i nie kochają Cię.
    Po trzykrotnym powtórzeniu tych słów podniósł się i powiedział:
    – Módlcie się tak. Serca Jezusa i Maryi uważnie słuchają waszych próśb.

    I zniknął. Atmosfera nadprzyrodzoności, jaka nas ogarnęła, była tak silna, że przez dłuższy czas prawie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego własnego istnienia, pozostając w tej samej pozycji, w której nas Anioł zostawił, i powtarzając ciągle tę samą modlitwę. Obecność Boga była tak silna i tak dogłębna, że nie ośmieliliśmy się nawet odezwać do siebie. Następnego dnia jeszcze czuliśmy się ogarnięci tą atmosferą, która znikała bardzo powoli.

    Żadne z nas nie zamierzało mówić o tym zjawieniu, ale zachować je w tajemnicy. Taka postawa sama się narzucała. Było to tak dogłębne, że nie było łatwo powiedzieć o tym choćby słowa. Zjawienie to zrobiło na nas większe wrażenie, chyba dlatego, że było pierwsze. 

    Drugie zjawienie się Anioła 

    Po raz drugi Anioł pojawił się latem 1916 roku, przy studni domu Łucji, blisko której bawiły się dzieci. Oto jak siostra Łucja opowiada to, co Anioł powiedział jej samej i jej kuzynom:
    – Co robicie? Módlcie się! Módlcie się dużo! Przenajświętsze Serca Jezusa i Maryi chcą okazać przez was miłosierdzie. Ofiarowujcie nieustannie modlitwy i umartwienia Najwyższemu.
    – Jak mamy się umartwiać? – zapytałam.
    – Z wszystkiego, co możecie, zróbcie ofiarę Bogu jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, i jako uproszenie nawrócenia grzeszników. W ten sposób sprowadźcie pokój na waszą Ojczyznę. Jestem Aniołem Stróżem Portugalii. Przede wszystkim przyjmijcie i znoście 
    z pokorą i poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle.
    I zniknął. Te słowa Anioła wyryły się w naszych umysłach jak światło, które pozwoliło nam zrozumieć, kim jest Bóg, jak nas kocha, jak chciałby być kochany. Pozwoliły nam również pojąć wartość umartwienia, jak ono Bogu jest miłe i jak dzięki niemu nawracają się grzesznicy.

    Trzecie zjawienie się Anioła

    Trzecie objawienie miało miejsce końcem lata i początkiem jesieni 1916 roku. Także i tym razem w grocie Cabeço. Potoczyło się ono, zgodnie z opisem siostry Łucji, w następujący sposób: 

    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła: „O Mój Boże wierzę w Ciebie, wielbię Cię, ufam Tobie i kocham Cię etc.!”
    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:
    – Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników.
    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:
    – Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga.
    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Przenajświętsza Trójco… etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu. A również osłabienie fizyczne, które nas ogarnęło, było wielkie.

    Nie wiem, dlaczego objawienia Matki Bożej wywołały w nas zupełnie inne skutki. Ta sama wewnętrzna radość, ten sam spokój i to samo poczucie szczęścia, ale zamiast tego fizycznego osłabienia, pewna wzmożona ruchliwość. Zamiast tego unicestwienia w Bożej obecności, wielka radość. Zamiast trudności w mówieniu, pewien udzielający się entuzjazm. Lecz pomimo tych uczuć odczuwałam natchnienie, aby milczeć, zwłaszcza o niektórych rzeczach. Podczas przesłuchań czułam wewnętrzne natchnienie, które mi wskazywało odpowiedzi, aby nie odbiegając od prawdy, nie ujawniać tego, co wtenczas powinnam była ukryć.

    Objawienia Anioła w roku 1916 poprzedzone były trzema innymi wizjami. W okresie między kwietniem a październikiem 1915 roku, Łucja wraz z trzema innymi dziewczynkami, Marią Rosą Matias, Teresą Matias i Marią Justiną, ujrzały, z tego samego wzgórza Cabeço, ponad lasem znajdującym się w dolinie, zawieszony w powietrzu jakiś obłok bielszy od śniegu, przezroczysty, 
    w kształcie ludzkiej postaci. Była to postać, jakby ze śniegu, którą promienie słoneczne czyniły nieco przezroczystą. Jest to opis samej siostry Łucji.

    z książki: “Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” autorstwa A. Borellego

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Podczas każdej Mszy świętej jest miejsce na Twoje osobiste intencje. Jak je składać?

    EUCHARYSTIA
    Shutterstock

    ***

    Jest podczas Mszy świętej kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu swoje prośby.

    Na początku każdej niemal Mszy świętej słyszymy, że jest odprawiana w jakiejś intencji. Najczęściej za zmarłych – o dar życia wiecznego. Czasami za żywych, o Boże błogosławieństwo i potrzebne im łaski. O co tu właściwie chodzi? Jaki jest sens „zamawiania” Mszy św. w jakiejś intencji? I czy to znaczy, że jeśli Msza św. jest za Kowalskiego, to moja modlitwa w jakiejś osobistej sprawie nie będzie już w trakcie tej Mszy św. wysłuchana?

    Co to znaczy „zamówić” Mszę świętą?

    Znaczy to tyle, że Kościół – czyli wspólnota sprawująca daną Eucharystię pod przewodnictwem kapłana – zgadza się prosić Pana Boga, aby dobrami duchowymi wynikającymi z tej Eucharystii obdarzył konkretną osobę lub grupę osób. Co to za dobra?

    Odpowiedź kryje się w odpowiedzi na pytanie: Czym jest Eucharystia? To uobecnienie Ofiary Jezusa, którą złożył Ojcu z samego siebie oddając swoje życie na krzyżu. W tej Jedynej Ofierze Jezus doskonale i w pełni zjednoczył się z Ojcem.

    My sprawując Eucharystię włączamy się w tę Ofiarę Jezusa, stajemy się jej uczestnikami, jej częścią – bierzemy w niej udział, a więc jednoczymy się „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” z Ojcem. „Intencja” oznacza, że robiąc to prosimy, by Pan Bóg w to zjednoczenie włączył konkretnego człowieka – by to zjednoczenie stało się przede wszystkim jego udziałem. A zjednoczenie z Bogiem, to nic innego jak zbawienie.

    Jeśli prosimy na przykład o zdrowie, o pomyślne zdanie egzaminu, o błogosławieństwo i tak dalej, to w tym sensie, że one mają służyć sprawie zbawienia konkretnego człowieka, czyli jego bycia zjednoczonym z Bogiem na zawsze.

    Nie da się ofiarować komuś nic cenniejszego

    W gruncie rzeczy nie można prosić o nic więcej, o nic lepszego. I nie można nikomu ofiarować nic więcej niż to. Nasze zaangażowanie – nasza uwaga, obecność, poświęcony czas, gorliwa modlitwa czy ofiara materialna związana z „zamówieniem” mszy wyrażają naszą miłość, która w Eucharystii staje się częścią doskonałej i pełnej miłości jednoczącej Chrystusa z Ojcem.

    Proste „zamówienie” Mszy św. (zakładające zasadniczo także jak najpełniejsze w niej uczestnictwo), to coś absolutnie najcenniejszego – wręcz bezcennego – co człowiek może dać drugiemu człowiekowi – żywemu lub zmarłemu. Aż dziwne, że „zamawianie” intencji staje się coraz mniej popularne.

    A co z „prywatnymi” intencjami?

    Czy to oznacza, że moje „prywatne” intencje nie zostaną przez Boga wysłuchane, kiedy modlę się w nich podczas Mszy św.? Najpierw sprostowanie. Nie ma „prywatnych” intencji, bo Msza św. to nie moje sam-na-sam z Bogiem, ale wspólne dzieło całego Kościoła.

    I to nie tylko tego zebranego w konkretnym miejscu, ale naprawdę całego. Tę mszę, w której bierzemy udział sprawuje wraz z nami „Kościół rozproszony po całym świecie”. Na znak tego w każdej Mszy św., w modlitwie eucharystycznej przywołuje się imię papieża i miejscowego biskupa, którego jedność z papieżem jest znakiem jedności naszej wspólnoty z całym Kościołem Powszechnym.

    To dlatego tuż przed śpiewem „Święty, Święty, Święty” poprzedzającym konsekrację przypominamy sobie, że modlimy się wraz z aniołami i świętymi. Poza tym w Mszy świętej modlimy się za cały świat i za wszystkich ludzi. Jeśli uważnie wsłuchamy się w Modlitwę Eucharystyczną, to usłyszymy w niej skierowane do Boga błagania: „aby ta Ofiara sprowadziła na cały świat pokój i zbawienie”, abyś pamiętał „o całym Twoim ludzie i o wszystkich, którzy szczerym sercem Ciebie szukają”, a także prośbę za wszystkich naszych zmarłych braci i siostry oraz „tych których wiarę jedynie Ty znałeś”. Krótko mówiąc: nie ma takiego człowieka, za którego Kościół nie modliłby się sprawując Eucharystię.

    Czas i miejsce na nasze osobiste prośby

    Jak wynika z powyższego jest – i to jak najbardziej – we mszy świętej miejsce na moje osobiste intencje. Są one włączone w błaganie całego Kościoła. I bardzo dobrze jest przychodzić na Eucharystię z takimi osobistymi intencjami. Dlaczego? Po pierwsze – jeśli mam takie osobiste intencje, to znaczy, że kocham. A miłość – moja słaba, ułomna, ludzka miłość – jednoczy mnie z nieskończenie kochającym Chrystusem, który ofiaruje się odwiecznie miłującemu Ojcu.

    Po drugie – ta osobista intencja „motywuje” mnie do jak najbardziej gorliwego i świadomego uczestnictwa w sprawowanej Mszy św. A przez takie uczestnictwo coraz bardziej jednoczę się z Bogiem, który na serio mnie słucha i „bierze sobie do serca” to i tych, których ja noszę w swoim człowieczym sercu.

    Specjalne momenty

    Jest podczas Mszy św. kilka takich momentów „szczególnie odpowiednich”, by przywołać i ofiarować Bogu te swoje prośby. Najpierw na samym początku, kiedy kapłan informuje wspólnotę w jakiej intencji sprawujemy Eucharystię.

    Pamiętajmy, że nie jest ona „konkurencyjna” względem tej naszej osobistej. Wręcz przeciwnie. Im gorliwiej włączam się w tę „wspólną”, tym bardziej kocham, a więc tym bardziej to co noszę w swoim sercu staje się Jezusowe – tym bardziej On to może oddawać i polecać Ojcu. Kolejny dobry moment to „ofiarowanie”, czyli moment, kiedy na ołtarz przynoszone są chleb i wino, a kapłan przedstawia je po cichu Bogu, prosząc by niebawem stały się „Pokarmem i Napojem Duchowym”.

    W tym czasie zazwyczaj zbierana jest tak zwana „taca”. Nie należy lekceważyć tego momentu. Moja materialna ofiara z pieniędzy, które przecież są mi tak bardzo potrzebne do życia bardzo dosłownie wyraża moją ofiarę duchową. Przy tym nie wolno „magicznie” myśleć, że im więcej dam, tym bardziej zostanę wysłuchany. Kłania się ewangeliczna historia o wdowim groszu, którym zachwycił się Jezus (Marek 12,43). Bóg zna moje możliwości i wie, co to dla mnie znaczy dać naprawdę dużo.

    Najważniejszy moment i „Boski Zakładnik”

    Najważniejszy moment to ten, kiedy przyjmuję Chrystusa w Komunii. On jest ze mną, jest we mnie, jest w moim sercu. Moje serce – wszystkie jego sprawy i troski – stają się Jego. Mogę śmiało powiedzieć Ojcu: Mam Twojego Syna. Chcę Ci go ofiarować, oddać. A wraz z nim samego siebie, a więc też wszystko i wszystkich, którzy są dla mnie ważni. Wszystko albo nic, Panie Boże!

    Ten „święty szantaż” zadziała zawsze, jeśli powoduje mną miłość do Boga i człowieka. Bo ta miłość to przecież Duch Święty, który działa w moim sercu i przyczynia się za mną w błaganiach, których sam nie potrafię ubrać w słowa. To moment, kiedy najpełniej – tu na ziemi – uczestniczę w życiu Trójcy Świętej. Jestem z Bogiem, jestem w Bogu. Moje serce zanurzone w Nim. Wszystko, co moje, staje się Jego. Wszystko i wszyscy.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Post eucharystyczny jest obowiązkowy.

    Czy zbyt łatwo o nim nie zapominamy?

    PRZYGOTOWANIE DARÓW
    Shutterstock

    ***

    Kogo obowiązuje post eucharystyczny? Jakie ma znaczenie? I jak liczyć czas postu?

    Uczono nas o nim podczas przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej, ale praktyka pokazuje, że często ulatuje nam z pamięci albo nie przykładamy do niego większej wagi. Tymczasem to podstawowy sposób przygotowania się do owocnego udziału w Mszy świętej.

    Obudzić pragnienie serca

    Powstrzymanie się od pokarmów i napojów podtrzymujących i uprzyjemniających nasze życie biologiczne ma uświadomić nam, że oto niebawem będziemy przyjmowali Pokarm i Napój dający nam życie duchowe i wieczne. Tak pisał o tym święty Efrem Syryjczyk:

    W Twym Chlebie ginie łakomstwo, Twój kielich unicestwia nieprzyjaciela – śmierć, co nas pożera. Spożywamy Cię, Panie, i pijemy nie tylko, by się nasycić, ale by żyć przez Ciebie.

    Fizyczny głód i pragnienie mają za zadanie rozbudzić naszą duchową tęsknotę za Jezusem w Eucharystii. Takie duchowe „przez żołądek do serca” à rebours.

    Niezwykły pokarm

    Post eucharystyczny znany był w Kościele już w pierwszych wiekach. Co prawda pierwsze pokolenie chrześcijan łączyło nieraz Eucharystię z braterską ucztą zwaną „agapą”, ale dość szybko zdecydowano się rozdzielić te dwa wydarzenia, a przyjmowanie Ciała Pańskiego poprzedzać czasem powstrzymywania się od jakichkolwiek innych pokarmów i napojów.

    Wynikało to z dużej wrażliwości na realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Uważano, że nie godzi się, by Chleb Eucharystyczny mieszał się w nas ze zwykłym, wcześniej przyjętym pożywieniem.

    Dziś może dziwić, a nawet śmieszyć nas takie „organiczne”, naturalistyczne podejście, ale powinno też sprowokować do pytania: Czy ja rzeczywiście zdaję sobie sprawę, że w Komunii przyjmuję naprawdę Ciało i Krew Boga?

    Komunia dla wytrwałych

    Pierwsze precyzyjne przepisy dotyczące postu eucharystycznego wprowadził w XVI w. Sobór w Trydencie. Ustalone tam zasady były bardzo surowe. Aby przystąpić do Komunii, należało powstrzymać się od jakiegokolwiek pokarmu oraz napoju od północy aż do momentu jej przyjęcia. Zasada ta obowiązywała wszystkich i bez jakichkolwiek wyjątków.

    Stąd Msze święte sprawowano zasadniczo tylko w godzinach porannych. Był to też jeden – choć nie jedyny – z powodów, dla których wierni nie przystępowali do Komunii zbyt często.

    Dopiero w 1953 r. papież Pius XII pozwolił na picie w tym czasie samej wody, a niedługo potem skrócił obowiązujący czas postu eucharystycznego do trzech godzin. Następna zmiana przyszła już po II Soborze Watykańskim, gdy papież Paweł VI określił minimalny czas postu do jednej godziny. W 1973 r. w instrukcji Immensae caritatis zezwolił też, by w przypadku osób chorych, starszych oraz opiekujących się nimi było to jedynie piętnaście minut.

    Post eucharystyczny dzisiaj

    Obowiązujący nas dzisiaj Kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. w kanonie 919 nakazuje powstrzymanie się od jakiegokolwiek pokarmu i napoju z wyjątkiem wody i lekarstw „przynajmniej na godzinę przed przyjęciem Komunii Świętej”.

    Post eucharystyczny nie obowiązuje osób w podeszłym wieku, chorych oraz opiekujących się nimi. Zwolniony z postu eucharystycznego jest też kapłan sprawujący drugą lub trzecią Mszę św. tego samego dnia, ale nie przed pierwszą Mszą św.

    Poza określonymi powyżej wyjątkami post eucharystyczny obowiązuje wszystkich wiernych i zasadniczo nie występuje możliwość dyspensowania (czyli zwalniania) od niego zarówno w przypadku przyjmowania Komunii podczas Mszy świętej, jak i poza nią. Czas postu eucharystycznego liczymy bowiem – o czym warto pamiętać – nie do chwili rozpoczęcia Mszy św., ale właśnie do przyjęcia Komunii św.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Opuściłem niedzielną Mszę św. Czy muszę od razu iść do spowiedzi?

    Czy każda wieczorna Msza św. sobotnia „zalicza” się za Mszę św. niedzielną?

    W każdą niedzielę na Mszy świętej słyszymy, że „z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia”. W statystycznej polskiej parafii to w 40 procentach prawda. Ponad połowa osób deklarujących się jako uczniowie Chrystusa regularnie unika spotkań ze swoim Mistrzem.

    W chrześcijaństwie nie chodzi w pierwszym rzędzie o spełnianie norm moralnych. Bycie chrześcijaninem polega przede wszystkim na życiu życiem danym nam przez Chrystusa. To życie jest darem Boga i do Niego należy „dystrybucja” tego daru oraz ustalanie zasad, na jakich się ona odbywa.

    Zasady te Zbawiciel wyłożył swoim uczniom, a oni byli uprzejmi przekazać je następnym pokoleniom i nic nowego się tu nie wymyśli. Są to sakramenty, a zwłaszcza ten, który nazywamy Najświętszym Sakramentem, czyli Eucharystia.

    Pomysł dyspensowania się od cotygodniowego powracania do źródła życia jest chybiony i śmiertelnie niebezpieczny. Jasne, że Pana Boga sakramenty nie „ograniczają” i ma możliwość zbawić także tego, kto nigdy do nich nie przystępował, ani o nich nie słyszał. Ale dobrowolna rezygnacja i lekceważenie tak pewnego i darmo ofiarowanego środka do zbawienia zakrawa nie tylko na głupotę i pychę, ale i na grubą niewdzięczność.

    Msza św. dla nie-chętnych

    Niedzielna Eucharystia nie jest więc dla chrześcijan aktywnością fakultatywną. Obowiązek uczestnictwa we Mszy św. w dni świąteczne nie jest ludzkim wymysłem. Kościół wyprowadza go nie tylko z trzeciego punktu Dekalogu, w którym mowa o święceniu dnia świętego, ale także ze słów samego Jezusa: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie (J 6,53).

    Rezygnując z niedzielnej Eucharystii nie tylko poważnie łamię jedno z trzech pierwszych przykazań Bożych i pierwsze spośród kościelnych, ale na własne życzenie dokonuję duchowego samobójstwa. Dobrowolnie zrywam swoją więź z Chrystusem i odcinam się od źródła życia.

    Aby do niego wrócić i móc w pełni uczestniczyć w Eucharystii przyjmując Komunię św., potrzebuję najpierw naprawić tę więź w sakramencie pokuty i pojednania.

    A jeśli nie mogę być na Mszy św.?

    Nad argumentami z serii „nie chce mi się” i „nudzi mi się” nie ma się co rozczulać. Jeśli chodzi o „nie czuję, żeby to mi coś dawało”, to Pan Jezus nie mówi: będziesz albo nie będziesz czuł, ale: będziesz albo nie będziesz miał życia.

    Zdarzają się jednak sytuacje, w których uczestnictwo w niedzielnej mszy świętej jest niemożliwe czy bardzo utrudnione. Jest ich wiele i nie sposób je wszystkie tutaj omówić. Inna jest sytuacja obłożnie chorego, inna opiekujących się nim, inna kogoś, komu dotrzeć do kościoła jest trudno czy niewygodnie, inna również, gdy jest to fizycznie niemożliwe.

    Jeśli rzeczywiście nie mogę, bo nie mam jak, to moja nieobecność – choć pozostaje z uszczerbkiem dla życia duchowego – grzechem nie jest. Grzechem nie może być coś, na co nie mam wpływu, bo grzech polega na przeciwnej Bogu decyzji.

    W tych wszystkich sytuacjach warto jednak starać się jak najuczciwiej odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście i naprawdę w żaden sposób nie mogę dotrzeć na Mszę św., czy też w którymś momencie rezygnuję z poniesienia związanego z tym trudu (dystansu, niedogodności, organizacji czasu) bo stwierdzam, że „nie warto”. Może trzeba zapytać samego siebie: Czego nie jest warte życie, które daje mi Jezus.

    Msza św. w sobotę wieczorem

    Kościół wychodzi naprzeciw potrzebom swoich dzieci, którym uczestnictwo w mszy w dzień świąteczny sprawia jakikolwiek kłopot. Robi to na tyle, na ile może, bo sakramenty nie stanowią jego własności, a jedynie powierzony mu przez Chrystusa depozyt.

    Kodeks prawa kanonicznego, który reguluje zasady życia katolików również w kwestiach związanych z korzystaniem z sakramentów, stwierdza: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego” (KPK kan. 1248 §1).

    Zatem jeśli wiem, że nie dam rady dotrzeć do kościoła w niedzielę, mogę spokojnie zrobić to w sobotę wieczorem. Z powyższego zapisu wynika też, że nie musi to być Msza św. sprawowana z formularza niedzielnego, czyli z hymnem „Chwała na wysokości”, dwoma czytaniami przed Ewangelią i wyznaniem wiary. Nawet jeśli będzie to zwykła „sobotnia” Msza św. lub na przykład Msza św. „ślubna” (ale sprawowana wieczorem!), uczestnicząc w niej, spełniam ów życiodajny – w gruncie rzeczy naprawdę niezbyt forsowny – obowiązek.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego święci nie nudzili się na Mszy św?

    Pięć powodów

    O, nierozumni, co czynicie? Dlaczego nie śpieszycie do kościołów?

    Msza św. – to „korona modlitwy”.

    Święci o Mszy świętej

    Nudzicie się czasami na Mszy świętej? Nie martwcie się, nie osądzam was. Kiedy po jakimś czasie zaczęłam ponownie chodzić na Mszę św., strasznie się nudziłam. Ale eucharystyczna obecność Jezusa pociągała mnie coraz mocniej i po jakimś czasie szczerze pokochałam Mszę świętą. Zdałam sobie sprawę, że to moja najważniejsza modlitwa w ciągu dnia.

    Jak to określił kiedyś bł. Jakub Alberione, Msza św. to „korona modlitwy” i żadne działanie, które podejmujemy, aby zbliżyć się do Boga, nie da się porównać z uczestnictwem w niej.

    Być może i wy potrzebujecie wzmocnić swoją motywację do uczestnictwa w Eucharystii? Z pomocą przychodzą nam święci, którzy raczej się w kościele nie nudzili. Oto pięć wskazówek od nich:

    WIEDZIELI, ŻE W MSZY ŚW. UCZESTNICZĄ WRAZ Z ANIOŁAMI

    Nie istnieje msza z niską frekwencją. Kiedy będziecie uczestniczyli w Eucharystii z zaledwie kilkoma innymi wiernymi, pamiętajcie, że są pośród was aniołowie!

    Św. Grzegorz Wielki mówił, że „niebiosa się otwierają i rzesze aniołów zstępują, by wziąć udział w Świętej Ofierze”, a św. Augustyn dodał, że „anioły otaczają sprawującego ofiarę Mszy świętej kapłana i służą mu”.

    TWIERDZILI, ŻE EUCHARYSTIA TO ISTOTA ICH ŻYCIA

    Uczestnicząc w najbliższej mszy świętej, poproście Boga, by pokazał wam, jak bardzo wasza dusza pragnie łask Eucharystii. Tego samego pragnienia doświadczali święci.

    „Łatwiej byłoby światu przetrwać bez słońca, aniżeli bez Mszy świętej” – pisał św. Pio z Pietrelciny. Matka Teresa z kolei mówiła, że Eucharystia to pokarm duchowy, który podtrzymuje ją w codziennym utrudzeniu. „Bez tego nie wytrwałabym ani jednego dnia, ani jednej godziny” – wyznała święta.

    CHCIELI ODDAWAĆ CZEŚĆ BOGU

    Skoro kochacie Boga i odwzajemniacie Jego miłość do was, uczestnictwo we mszy świętej jest najwyższym z możliwych wyrazów tej miłości.

    „Jedna Msza święta więcej oddaje czci Panu Bogu, aniżeli wszystkie uczynki pokutne świętych, wysiłki apostołów, cierpienia męczenników, a nawet płomienna miłość Matki Najświętszej” – twierdził św. Alfons Liguori. Św. Jan Vianney mówił z kolei, że „wszystkie dobre uczynki razem wzięte nie są warte jednej Mszy świętej, bo tamte są dziełami ludzkimi, a Msza św. jest dziełem Bożym”.

    W MSZY ŚW. ODNAJDYWALI RADOŚĆ

    Bóg jest jedynym źródłem prawdziwego szczęścia. Wiedząc to, święci uczestniczyli w Eucharystii, aby odnaleźć prawdziwą radość.

    „Trzydzieści pięć lat temu do wiary przywiodła mnie radość z narodzin mojego dziecka. Ta radość odnawia się nieustannie, kiedy codziennie przyjmuję Ciało Pana naszego w czasie Eucharystii” – wyznała Dorothy Day.

    MIELI ŚWIADOMOŚĆ PONADCZASOWOŚCI MSZY ŚWIĘTEJ

    Msza jest uobecnieniem misterium paschalnego Jezusa Chrystusa. Oznacza to, że nie tyle wspominamy w jej trakcie Jego śmierć i zmartwychwstanie, lecz że ponownie przeżywamy je, sami wkraczamy w ten ponadczasowy moment.

    Bł. Jakub Alberione mówił, że „Jezus jest Barankiem, którego zabito, lecz który żyje na wieki, w każdym momencie odnawiając swoją mękę w nieustannym sprawowaniu mszy świętych na całym świecie”. Wiedział też o tym św. Jan Paweł II, który przypominał, że „msza święta uobecnia ofiarę krzyża”.

    Mogłabym znaleźć jeszcze wiele powodów, dla których warto uczestniczyć we Mszy świętej, moglibyśmy rozważać myśli kolejnych świętych. Chciałabym jednak zakończyć, przywołując ostatni cytat „motywacyjny” – słowa św. Leonarda z Porto Maurizio (który, jak sądzę, wypowiedział je ze złośliwym uśmiechem na twarzy): „O, nierozumni, co czynicie? Dlaczego nie śpieszycie do kościołów, aby wysłuchać tyle Mszy świętych, ile tylko się da?”.

    S. Theresa Aletheia Noble/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adobe Stock

    ***

    KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ PRZYJMUJEMY Z NALEŻNYM USZANOWANIEM DO UST

    ALBO NA RĘKĘ – WTEDY CIAŁO PAŃSKIE SPOŻYWAMY W OBECNOŚCI KAŁANA.

    PRZYJMUJĄC KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ – NA SŁOWA KAPŁANA: CIAŁO CHRYSTUSA – ODPOWIADAMY: AMEN.

    *************************************************************************************************

    Co oznacza nasze „Amen”, które wypowiadamy podczas Komunii św. przyjmując „Ciało Chrystusa”?

    Kapłanowi, który rozdając Eucharystię mówi tobie: „Ciało Chrystusa”, odpowiadasz: „Amen” – to znaczy uznajesz łaskę i zaangażowanie, jakie pociąga za sobą stanie się Ciałem Chrystusa. Gdy przyjmujesz bowiem Eucharystię, stajesz się Ciałem Chrystusa. To bardzo piękne! Komunia, jednocząc nas z Chrystusem, wyrywając z naszego egoizmu, otwiera nas i jednoczy ze wszystkimi, którzy są jedno w Nim. Oto cud Komunii Świętej: stajemy się Tym, Którego otrzymujemy!

    Benedykt XVI –Jan Paweł II - Wielki Tydzień 2004

    Benedykt XVI –Jan Paweł II – Wielki Tydzień 2004 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “TEN, KTO MNIE SPOŻYWA, BĘDZIE ŻYŁ PRZEZE MNIE” (J 6,57)

    „Wiara Kościoła jest istotową wiarą eucharystyczną, a więc sakramentalną, i karmi się ona w szczególny sposób przy stole Eucharystii”. (papież Benedykt XVI)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Przez 13 lat żyła samą Eucharystią

    Nie jest to odosobniony przypadek w historii Kościoła. Święta Aniela z Foligno żyłą samą Eucharystią przez dwanaście lat; św. Katarzyna Sieneńska przez osiem, a Teresa Neumann przez trzydzieści sześć. W przypadku Aleksandriny całkowity brak przyjmowania pokarmów i płynów, któremu towarzyszył brak oddawania moczu, trwał trzynaście lat i siedem miesięcy.

    Było to przyczyną nieustannego cierpienia. Silnie odczuwała głód i pragnienie, ale gdy tylko wypijała choć kilka kropel wody – wymiotowała. Jednak nawet będąc w takim stanie, miała siłę modlić się, śpiewać i rozmawiać z odwiedzającymi, nawet przez wiele godzin. Zdarzały się krwotoki, pocenie i wymioty, mimo to jej organizm nie doznał na skutek tej sytuacji żadnego uszczerbku. Całkowity post rozpoczął się w Wielki Piątek 27 marca 1942 roku, po tym jak mistyczka po raz ostatni przeżyła mękę w sposób widoczny. Od tego dnia nie była w stanie już nic przełknąć. Dokonywała wielu prob, lecz za każdym razem natychmiast wszystko wymiotowała, czemu towarzyszyły wielkie boleści.

    Mogła jednak zawsze żywić się Eucharystią i czyniła to z wielką radością. Jezus powiedział jej poźniej, 7 grudnia 1946 roku: „Nie będziesz się już nigdy więcej odżywiać tu na ziemi. Twoim pokarmem będzie moje Ciało; twoją krwią – moja Boska Krew. Wielki jest cud twojego życia”. Zawsze była przy niej obecna Matka Boża. 25 września 1938 roku Pan powiedział jej: „Pędzisz swoje życie zawsze w moich rękach oraz w rękach twojej Matki. Zawsze towarzyszyliśmy ci na trudnych i okrutnych ścieżkach, które pokonywałaś. Nigdy nie upadłaś, gdyż my cię podtrzymywaliśmy”.

    Piątek – dzień męki

    Aleksandrina w dalszym ciągu w każdy piątek, a czasem również w inne dni, przeżywała mękę Pańską, choć bez zewnętrznych oznak. Przeżywała ją jednak w całości. Wyznała kiedyś ks. Umbertowi, że nieustannie czuje ból korony cierniowej. Wydawało jej się, jakby była na krzyżu: bez światła, bez życia, z przeogromnym bólem. Było to tak, jakby Jezus cierpiał w niej poszczególne etapy męki. Czuła otwarte rany oraz ranę w sercu, która wciąż się odnawiała, jakby przebijana coraz to nowym uderzeniem włóczni.

    Obecni niczego jednak nie zauważali. Kiedy ktoś na nią patrzył, widział tylko uśmiech na jej twarzy. Czas mijał szybko pośród zadziwienia rodziny tą egzystencją bez przyjmowania jakichkolwiek pokarmów. Wieść o tym fakcie prędko się rozeszła. Chora pragnęła, aby nikt o niczym nie wiedział i aby nikt o niej nie myślał, tymczasem każdego dnia musiała przyjmować odwiedzających, których liczba systematycznie rosła. Przychodzili ją odwiedzać lekarze, księża oraz ciekawscy. Zaczęły też krążyć podejrzenia i plotki: fakt ten wydawał się niemożliwy, musiała więc w tym być jakaś sztuczka. 27 lipca 1942 roku Aleksandrina pozwoliła sobie na skargę: „Ludzie czynią moje życie na ziemi smutnym i trudnym do zniesienia”. Jednak to jej przyjaciele jako pierwsi nie mogli wytrzymać sytuacji i zażądali wyjaśnień od osób kompetentnych: lekarzy i władz kościelnych.

    (…)

    Brak naukowego wyjaśnienia

    Aleksandrina została podana szeregowi wielu badań. Ostatecznie dr Araujo całkowicie się przekonał i żegnając się z siostrami, powiedział: „W październiku przyjadę was odwiedzić w Balasar, nie jako lekarz, lecz jako przyjaciel, który was poważa”. Dotrzymał słowa. Sporządził szczegółową relację końcową, w której czytamy, że dr Araujo z Krolewskiej Akademii Medycznej w Madrycie, specjalista chorób nerwowych i reumatycznych, poczuł się w obowiązku napisać artykuł naukowy zatytułowany „Znaczący przypadek inedii i anurii”.

    Potwierdził przede wszystkim, że Aleksandrina była całkowicie zdrowa psychicznie; w dalszej części przedstawił wyniki swoich kontroli. Rownież dr Azevedo i dr Lima, którzy obserwowali chorą przez tych czterdzieści dni, napisali drobiazgowe sprawozdanie.

    Artykuł zawiera fragmenty pochodzące z książki o. Gabriele Amorth „Ukryta w uśmiechu”, wyd. Esprit. “Ukryta w uśmiechu. Bł. Aleksandrina Maria da Costa”

    Opisali w nim skrupulatną kontrolę, podczas której chora zachowała całkowity post i wykazała się kompletną anurią, utrzymując przy tym zwykłą wagę oraz normalną temperaturę i ciśnienie; wyniki badań krwi były w normie; badana zachowała także pełnię władz umysłowych. Końcowy wniosek był następujący: „Nauka nie potrafi znaleźć naturalnych przyczyn tego, co wynikło z badań”. Proba ta była bardzo ciężka. Wyobraźmy sobie, ile razy Aleksandrinie podstawiano pod nos aromatyczne smakołyki.

    Zwróćmy uwagę, że mistyczka nigdy nie przyzwyczaiła się do tego postu, lecz zawsze, aż do śmierci doznawała głodu i pragnienia. Wypiłaby ocean wody! Myślała w takich chwilach: „Jak bardzo muszą cierpieć potępieni w piekle!”, gdyż wydawało jej się, jakby i ona cierpiała piekielne męczarnie. Często łączyła swoje cierpienia z głodem i pragnieniem, jakie Jezus żywił względem dusz. W tym właśnie celu Jezus wymagał od niej tej proby: dla zbawienia dusz. Chciał, aby Aleksandrina była widzialnym, nadzwyczajnym znakiem tego gorącego pragnienia Chrystusa, wyrażonego wprost w Piśmie Świętym: „[Bog] pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni” (1 Tm 2, 4).

    Na zakończenie możemy stwierdzić, że Aleksandrina skutecznie pokonała sceptycyzm lekarzy. Było to wycierpiane zwycięstwo, pełne upokorzeń, jednak ostatecznie prawda jej życia, podtrzymywanego wyłącznie Eucharystią, została w pełni udowodniona. Wracając do domu, Aleksandrina nie wiedziała, że czeka ją kolejna bitwa, dużo cięższa. Nie zda wała sobie sprawy z tego, że istnieje sceptycyzm dużo trudniejszy do pokonania od wątpliwości lekarzy: nieufność ze strony przedstawicieli Kościoła.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Plan godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu.

    Dwie podstawowe zasady

    05-15 min: Adoracja
    © Mari Tere | Shutterstock

    ***

    Poniżej przedstawiamy sprawdzony pomysł na godzinną adorację przed Najświętszym Sakramentem. Minuta po minucie.

    Do godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu wystarczy tabernakulum z wieczną lampką, Pismo Święte, ewentualnie także Katechizm Kościoła Katolickiego.

    Zachowaj dwie podstawowe zasady.

    Po pierwsze: nie bądź gadatliwy. Nie odklepuj modlitw i nie skupiaj się na tym, co jest przyczyną codziennych zmartwień. Bądź spokojny zewnętrznie i wewnętrznie.

    po drugie: bądź uważny. Adoracja to nie godzina czytań – fragmenty Pisma Świętego mają być jedynie wprowadzeniem do modlitwy. Poniższe wskazówki mogą okazać się pomocne w przypadku dekoncentracji uwagi, jednak można je dowolnie dostosowywać do własnych potrzeb.

    00-05 min: Rozpoczęcie

    Pierwsze 5 minut: Poproś o wsparcie Ducha Świętego, a następnie odmów akty wiary, nadziei i miłości. Powiedz Bogu, jak bardzo pragniesz w Niego uwierzyć, jak bardzo pragniesz Mu zaufać i jak bardzo pragniesz Go pokochać. Poproś, aby przymnożył ci wiary, nadziei i miłości. Dobra rada: modlitwy do Ducha Świętego oraz akty wiary, nadziei i miłości znajdziesz w modlitewniku lub w sieci.

    05-15 min: Adoracja

    Kolejne 10 minut: Adoruj Boga, który trzyma w swoim ręku wszechświat niczym nasionko. Bóg jest wszechmocny, dobry, piękniejszy niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić i bardziej realny, aniżeli wszystkie przedmioty wokół nas. Wyobraź sobie, że obok ciebie siedzi Chrystus Pan. Powiedz Mu: „Boże mój, uwielbiam Ciebie za Twoją wspaniałość z głębi mojej uniżoności. Ty jesteś wielki, a ja taki mały” lub odmawiaj „Chwała Ojcu i Synowi…” Powtarzaj te słowa tak długo, jak to będzie konieczne. Dobra rada: Odczytaj „Te Deum”. Fragmenty Pisma Świętego przydatne podczas adoracji: Wj 33, 18-23; Pnp 2, 8-17; Mt 2, 1-11; J 1, 1-18; Kol 1, 15-20; Flp 2, 6-11. Bądź skoncentrowany. Siedź, stój lub klęcz z szacunkiem. Dobra rada: Jeśli morzy cię sen, wstań!

    15-25 min: Akt skruchy

    Kolejne 10 minut: Zadośćuczynienie. Zbawia nie Twoja miłość do Boga, lecz Jego do ciebie. Zrób rachunek sumienia. Módl się o zadośćuczynienie za grzechy świata. Módl się: „O mój Jezu, przepraszam Cię. Wybacz mi” (wyobraź sobie Jezusa na krzyżu; ucałuj każdą Jego ranę). Dobra rada: Fragmenty Pisma Świętego stosowne do wyrażenia skruchy wobec Pana Boga: 1 Kor 13, 4-7; Kol 3, 5-10; 1 Tm 1, 12-17; Jk 3, 2-12; 1 J 1, 5-2:6; Psalmy pokutne: 6, 32, 38, 51, 102, 130, 142.

    25-40 min: Medytacja

    Kolejne 15 minut: Kontempluj działanie Boga. Możesz w myślach odprawić drogę krzyżową lub odmówić różaniec. Lub też: Medytacja za pomocą Pisma Świętego. Przeczytaj krótki fragment z Ewangelii. Wyobraź sobie przeczytaną scenę. Jak zareagował wówczas Chrystus? Pomyśl o trzech sytuacjach z własnego życia, do których można by odnieść dany fragment. Medytuj na temat każdego wersu. Medytacja za pomocą nauki Kościoła. Przeczytaj krótki fragment z Pisma Świętego lub Katechizmu, który odnosi się do nauczania Kościoła. Pomyśl, jaki był Boży zamysł i zastanów się, w jaki sposób odnosi się do ciebie (to może wyglądać np. tak: niedziela – zmartwychwstanie; poniedziałek – wcielenie; wtorek – miłosierdzie, pokuta; środa – Duch Święty; czwartek – Eucharystia; piątek – Męka Pańska; sobota – Maryja). Medytacja związana z życiem. Pogłębiając rachunek sumienia, przyjrzyj się własnemu życiu. W jaki rodzaj pychy popadasz najczęściej? Czy jest to egoizm (cenisz wyłącznie siebie samego), próżność (najbardziej cenisz zdanie innych), czy zmysłowość (cenisz głównie własną wygodę)? Módl się o przeciwieństwa tych grzechów: miłosierdzie (służbę przede wszystkim innym), wierność (dbaj najbardziej o zdanie Chrystusa), dyscyplinę (akceptacja własnych krzyży).

    40-50 min: Dziękczynienie

    Kolejne 10 minut: Wyraź wdzięczność za wszystkie dary otrzymane od Boga. On nie tylko cię stworzył, ale w każdej chwili podtrzymuje twoje istnienie z miłości. Dziękuj Mu za dosłownie wszystko. Nazwij konkretne dary Boże: jedzenie, schronienie, ubranie, zdrowie, rodzina, przyjaciele, nauczyciele, współpracownicy, dom. Przede wszystkim jednak podziękuj za dary duchowe – za wiarę, nadzieję, miłość, ten czas modlitwy, za religię katolicką i za uczniów, którzy dotarli do Ciebie. Dziękuj Bogu za wysłuchanie Twoich modlitw. Dziękuj Mu za otrzymane krzyże. Dziękuj Mu za to, że cię stworzył i zależy Mu na tobie tak bardzo, że oddał za ciebie życie. Dobra rada: fragmenty Pisma Świętego stosowne do dziękczynienia Pan Bogu: Rdz 1; Rdz 8, 15-22; Hi 1, 13-22; Dn 3, 46-; Mt 6, 25-34; Łk 17, 11-19; Ps: 8, 65, 66, 100, 111.

    50-55 min: Prośby

    Kolejne 5 minut: Poproś Pana Boga o to, czego potrzebujesz ty sam i inni. On jest królem wszechświata i jest wszechmocny, nawet jeśli nie jest to oczywiste. Módl się: za Kościół, w intencjach Ojca Świętego, za cierpiących, kapłanów i biskupów, osoby konsekrowane, o powołania, za ojczyznę i swoją rodzinę oraz o to, czego najbardziej potrzebujesz w życiu duchowym. Módl się o pokój i ochronę rodziny. Módl się za tych, którzy prosili cię o modlitwę.

    55-60 min: Zakończenie

    Ostatnie 5 minut: Postanów sobie, że – prowadzony światłem Ducha Świętego – podejmiesz realistyczne i wymierne działania. Nazwij je. Poproś o wstawiennictwo Matkę Bożą. Możesz w tym celu odmówić modlitwę maryjną (np. Pod Twoją Obronę).

    wybrane z tekstu:Tom Hoopes/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W PIERWSZĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚW. JEST NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    Matka Boża objawiając się we Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się po całym świecie, choć nie można nie zauważyć jak niewidzialna moc piekieł robi wszystko, aby zniweczyć to na nabożeństwo.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus ukazując się siostrze Łucji powiedział na czym polega praktykowanie tego nabożeństwa i dlaczego pięć sobót: “Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny”.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ PRZEZ WSTAWIENNICTWO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ ROZWAŻAJĄC SIEDEM MIECZY, KTÓRE PRZEBIŁY JEJ SERCE A KTÓRE ZAPOWIEDZIAŁ BYŁ STARZEC SYMEON W CZASIE OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU W INTENCJI POKOJU, KTÓRY TYLKO CHRYSTUS PAN DAĆ MOŻE – “POKÓJ MÓJ DAJĘ WAM”…

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W OSTATNIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA MSZA ŚWIĘTA ODPRAWIANA JEST W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ PANI MONIKA DOBROWOLSKA, GŁÓWNA ZELATORKA ŻYWEGO RÓŻAŃCA, PRZEDSTAWIA INTENCJE NA KOLEJNY MIESIĄC DZIELĄC SIĘ REFLEKSJĄ JAKA W TYCH INTENCJACH JEST ZAWARTA I PODAJE BIEŻĄCE INFORMACJE ZWIĄZANE Z RÓŻAŃCEM. SPOTKANIE KOŃCZYMY MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 14807.jpg
    fot. notoryczna / sxc.hu

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 STYCZNIA 2023

    Bydgoszcz: modlitwa tysięcy mężczyzn ze wspólnoty Wojownicy Maryi

    fot. You Tube / Wojownicy Maryi

    *****

    Bazylika świętego Wincentego a Paulo w Bydgoszczy była miejscem spotkania formacyjnego Wojowników Maryi z Polski, a także Europy. Kilka tysięcy mężczyzn dotarło do świątyni ze Starego Rynku, idąc i modląc się z różańcami w dłoniach.

    Podobne spotkania są organizowane kilka razy w roku. – Dzisiaj możemy powiedzieć, że Bydgoszcz jest dla nas stałym domem, do którego chętnie powracamy. Miejscem, w którym chcemy się formować – powiedział Łukasz Manikowski. Przedstawiciel wspólnoty w grodzie nad Brdą dodał, że celem jest umacnianie się w wierze. – Chodzi przede wszystkim o duchowy wzrost. Również o walkę, ale nie na miecze, a z różańcem. Modlimy się za rodziny, kapłanów, trwając na adoracji – dodał Manikowski.

    Jak przyznał w rozmowie lider Wojowników Maryi – ks. Dominik Chmielewski SDB, Bydgoszcz zawsze była i jest bliska jego sercu. – Jestem bydgoszczaninem i zawsze towarzyszyło mi pragnienie, by właśnie to miasto było maryjne. By było miejscem, w którym mężczyźni dojrzewać będą do bycia odpowiedzialnymi za swoje małżeństwa, rodziny, miejsca, gdzie żyją – powiedział. Salezjanin wyraził wdzięczność biskupowi Krzysztofowi Włodarczykowi za otwartość serca i życzliwe przyjmowanie Wojowników Maryi. – Tysiące mężczyzn przyjeżdżają, by modlić się za rodziny, małżeństwa, władze miasta. To jest coś niezwykłego i budującego – dodał.

    Był Różaniec, konferencja, Koronka do Bożego Miłosierdzia, ale i Najświętsza Ofiara. – Tym razem chcemy w sposób szczególny rozbudzić świadomość życia, które w każdej chwili może się skończyć. Nasze dni błyskawicznie mijają, stąd w każdej chwili powinniśmy być gotowi, by stanąć przed Bogiem i zdać Jemu relację – powiedział ks. Dominik Chmielewski SDB. Według niego na tym polega odpowiedzialność mężczyzny. – Jesteśmy zobligowani do tego, by brać odpowiedzialność za każdą decyzję, wybór, jakiego dokonujemy. I nie jest to straszenie, ale motywowanie do najpiękniejszych wyborów, wartościowego i świadomego życia – powiedział ks. Chmielewski SDB.

    W bazylice modlili się mieszkańcy z Polski, jak i ci mieszkający w Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Szwecji. Francji, Austrii i Niemiec. – Im bliżej jesteśmy Boga, tym mocniej uderza w nas zło. Różaniec motywuje do tego, by wciąż od siebie wymagać, pracować nad sobą poprzez formację – podsumował Ryszard Sudół, wicelider Wojowników Maryi grupy Warszawa-Siekierki.

    Kolejne ogólnopolskie spotkanie formacyjne Wojowników Maryi odbędzie się w lutym w Płocku.

    źródła: KAI, Twitter, PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Święty patron rodzinnej modlitwy”

    Poznaj Patricka Peytona

    Wiele osób mówiło o nim, że nie spotkało takiego mężczyzny, który kochałby jakąś kobietę tak jak ks. Peyton Matkę Bożą. Czcigodny Sługa Boży Patrick Peyton doskonale rozumiał, że Maryja zna Pana Jezusa najlepiej i kocha Go najmocniej ze wszystkich na świecie. Wiedział też, że najkrótsza droga do Niego prowadzi przez Matkę Bożą. Historia ks. Peytona jest dobrze znana wielu ludziom.

     „Wszystko dla Niej. Historia kapłana, który rozkochał świat w różańcu”

     

    ks. Patrick Peyton
    opublikowane dzięki uprzejmości Holy Cross Family Ministries
    ks. Patrick Peyton

    Ukazuje ona niemalże cudowny sposób, w jaki ten skromny, młody ksiądz inspirował miliony podczas ogromnych zgromadzeń modlitewnych, a także poprzez radio, telewizję i filmy w Hollywood. Znamy szereg opowieści o łaskach otrzymanych za jego wstawiennictwem, bo już teraz Amerykanie modlą się, by został on kanonizowany i ogłoszony „Świętym patronem rodzinnej modlitwy”.

    Przeczytaj fragment jego autobiografii pt. „Wszystko dla Niej”.

    Powołany do służby

    Gdy byłem nastolatkiem, służba do mszy była najwyższym możliwym wyróżnieniem i nadal pamiętam, jak odebrało mi mowę, gdy jeden z moich kolegów, John Barrett, napomknął mi pewnego dnia, że może to dla mnie zorganizować. Szybko przestało mi wystarczać służenie tylko do jednej mszy w niedzielę. Chodziłem na poranną mszę, potem zostawałem w kościele, żeby się pomodlić, albo ociągałem się, idąc za innymi w drodze do domu i czasem wracałem służyć jeszcze do drugiej i ostatniej mszy. W naszej społeczności panowały surowe, niepisane zasady, wśród których wysoką pozycję zajmował pogląd, że nie powinno się robić czegoś, co odstaje od normy. Wiedziałem, że ludzie śmieją się ze mnie za moimi plecami (a czasem nawet w mojej obecności) i stroją sobie żarty z mojej przesadnej pobożności. Ale nie umiałem się powstrzymać. Nie tylko byłem oczarowany służbą do mszy, ale zaczęła we mnie kiełkować potajemna ambicja zostania księdzem. Prędko zawładnęła ona moimi myślami. Brałem coraz mniej czynny udział w rozmowach i zabawach z innymi. Cieszyłem się, gdy wysyłano mnie do pilnowania krów, bo to oznaczało, że miałem trzymać je na wypasie w jednej części pola, bo na drugiej były posadzone ziemniaki, owies i zboże uprawiane na siano. Mogłem wtedy oddawać się mojemu marzeniu bez obaw, że ktoś mi przeszkodzi, i rozmyślałem o Bogu i Jego Najświętszej Matce, o pięknie nieba, a także modliłem się o realizację mojej wielkiej ambicji. Moje marzenie miało się wkrótce spełnić.

    „Rodzina, która modli się razem, trzyma się razem!”

    Jeśli w naszym domu była jakaś niezmienna zasada, to ta, że każdy z nas musiał uczestniczyć w modlitwie różańcowej, której przewodniczył mój ojciec. Nieważne, jak ciężki i długi dzień mieliśmy za sobą – czy kopaliśmy ziemniaki, cięliśmy torf, czy naprawialiśmy drogę. Bywało, że ktoś z nas zasypiał na klęczkach, ale zawsze budziliśmy go – z dobrocią, ale i stanowczością – by wrócił do modlitwy. Cała nasza rodzina chwaliła wtedy Boga, prosiła Go poprzez Jego Matkę o prowadzenie do przeznaczenia, które nam wyznaczył. Ta wieczorna scena stanowi moje najwcześniejsze i najtrwalsze wspomnienie. To z niego czerpię wzór i cel swojego życia.

    Wiele lat później ta scena wróciła do mnie ze zdwojoną siłą. Dokładnie pamiętam dzień, w którym ta luźna myśl przerodziła się w konkretny pomysł. Było to w ostatnią niedzielę stycznia 1942 roku, w dniu, który spędzaliśmy w seminarium na comiesięcznych rekolekcjach. Był ranek, a ja siedziałem sam w pokoju. Nagle zdałem sobie sprawę, że tutaj, w tym domu, mamy dziesięciu księży i sześćdziesięciu młodych mężczyzn, którzy w ciągu kilku następnych lat zostaną wyświęceni, i jeśli wszyscy razem będziemy się dość żarliwie modlić, możemy doprowadzić do zakończenia tej wojny. „Tylko jak powinniśmy się modlić i o co?” – pytałem samego siebie. Potrzebne było nie tylko zakończenie walk, ale atmosfera prawdziwego pokoju, pokoju serca, pokoju w domu, pokoju w rodzinie. Tak, powiedziałem sobie, oto klucz: rodzinna modlitwa, a w szczególności ta, która od stuleci konsekwentnie sprowadzała Boże łaski, która ocaliła chrześcijaństwo pod Lepanto, do której ustawicznie zachęcali, którą odmawiali i promowali święci i papieże. Różaniec. Moje myśli podążyły za tym pomysłem. Postanowiłem zwerbować do wielkiej Krucjaty Różańcowej nie tylko siedemdziesięciu mężczyzn, z którymi mieszkałem, ale miliony innych, podobnych do żołnierzy i marynarzy spod Lepanto – i nie tylko ich, ale też ich matki, ojców, braci i siostry; każdą rodzinę w Stanach Zjednoczonych, każdą rodzinę na świecie – by poświęciły zaledwie dziesięć minut dziennie na odmówienie tej samej modlitwy.

    Podjąłem decyzję, że poświęcę całe moje życie i wszystkie siły na promowanie rodzinnej modlitwy, zwłaszcza w formie różańca odmawianego każdego dnia lub wieczora przez rodzinę zgromadzoną razem we własnym domu. Nie miałem pojęcia, jak to zrobię. Byłem jeszcze studentem z historią choroby, która uniemożliwiała mi nawet wykonywanie codziennej pracy, bez środków, bez majętnych przyjaciół, bez wielkiego doświadczenia w kraju, w którym zamierzałem pracować – w kraju uchodzącym za materialistyczny, w kraju skomplikowanym, gdzie każde działanie wymagało specjalistycznego podejścia. Wiedziałem, że zostanę wyśmiany jako wizjoner lub głupiec. Ale nie obchodziło mnie to. Nie mogłem się powstrzymać. Właśnie to zamierzałem zrobić i wiedziałem, że mi się uda, ponieważ Matka Boża się o to zatroszczy. Nie moja reputacja była tu stawką, lecz Jej.

    Krucjata różańcowa oplata ziemię

    Moje kazania zawsze były identyczne co do meritum. Opowiadałem tę samą historię co ludziom podczas poprzednich rekolekcji, tę samą, co pasażerom statku, który wiózł mnie do Irlandii, tę samą, którą opowiadam wielkim tłumom na zgromadzeniach, które stały się nieodłączną cechą późniejszych krucjat. To moje osobiste świadectwo, moje orędzie o wielkich rzeczach, które mnie – Jej niegodnemu słudze – uczyniła Maryja. Są to te same sprawy, które próbuję opisać w niniejszej książce: piękny, uduchowiony dom i rodzina, w której się wychowałem, rodzinna miłość zrodzona i wzmacniana poprzez wspólną modlitwę do tego stopnia, że moja matka i siostra były gotowe ofiarować swoje życie, bym ja mógł przeżyć i wykonać wyznaczone mi zadanie głoszenia na cały świat chwały Bożej i prawdy o czułej miłości Jego Matki, jaką darzy wszystkich braci Chrystusa, czyli swoje dzieci.

    Nieraz pełni dobrych intencji przyjaciele zalecali mi, bym dopracował swoją toporną mowę. Sugerowali pełne wdzięku zdania i głębokie idee. Ale kiedy staję przed publicznością, zawsze wychodzi tak samo. Przed każdym wystąpieniem przeraża mnie myśl o nadchodzącym trudzie i z wdzięcznością przyjmuję oferowaną pomoc. Jednak kiedy staję na scenie lub na ambonie i razem ze swoimi słuchaczami wspólnie odmawiam Zdrowaś Maryjo z prośbą o Jej prowadzenie, zdaję sobie sprawę, że jestem jak ci dwaj mężczyźni pukający do drzwi, by poprosić o pisemne zobowiązanie. Nie jestem tam dla własnej korzyści, lecz wyłącznie dla Niej. Moje zadanie nie polega na tym, by robić na tych ludziach wrażenie elokwencją, lecz by opowiedzieć im o moim doświadczeniu i sprawić, by zrozumieli, jakie wspaniałe rzeczy zrobiła dla mnie Maryja. I choć zawsze mówię to samo, w pewnym sensie za każdym razem jest to dla mnie coś nowego. To jak pobożnie odmawiane Zdrowaś Maryjo – zawsze to samo pozdrowienie, jednak bezustannie odnawiane mocą ducha, z którą się je odmawia. Publiczność zawsze jest taka sama, bez względu na to, czy liczy tuzin, czy milion osób. Za każdym razem, gdy zwracam się do ludzi, jest tak, jakbym robił to pierwszy raz, i przechodzę przez takie samo cierpienie, jakie opisywał św. Paweł, mówiąc o stawianiu czoła zadaniom ponad siły, tak iż wątpił, czy uda mu się ujść cało z życiem, i w głębi duszy czuł na sobie wyrok śmierci, jak pisał do Koryntian. Tak samo jak on pamiętam jednak, że to wszystko jest konieczne, by przypominać nam, byśmy nie pokładali ufności w sobie samych, lecz w Bogu, który przywraca życie umarłym. W ten sposób znajduję siłę, by wejść na scenę lub stanąć przy ambonie i wygłosić świadectwo Bożej mocy. Mocy tego Boga, który poprzez swoją Najświętszą Matkę przywrócił mi siły, gdy po ludzku nie było już dla mnie nadziei, i który wysłał mnie na drogę głoszenia świadectwa Jego miłosierdzia i czułej miłości, jaką Jego Matka obdarza nas wszystkich.

    Gdy prowadzone w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie Krucjaty różańcowe się rozpędzały, zacząłem planować przeprowadzenie ich w innych krajach. Chciałem, aby różaniec oplótł całą ziemię. Nastał moment, że bezustannie podróżowałem – nie tylko z kraju do kraju, lecz z kontynentu na kontynent, pokonując trasę, która z pozoru nie miała żadnej logiki i spójności, ale która stopniowo utkała wokół Ziemi różańcowy wzór i niosła kolejnym milionom ludzi przesłanie o rodzinnej modlitwie […]. Często powtarzałem wiernym „Kiedy wyjeżdżałem do Ameryki, zabrałem ze sobą jeden bezcenny skarb: rodzinny różaniec, który jest najtrwalszą tradycją Irlandii. Ale dopiero, gdy ruszyłem w świat i zobaczyłem miejsca, w których ta tradycja jest nieobecna lub bardzo słaba, zdałem sobie sprawę z jej nieoszacowanej wartości. Przyjechałem tu tylko po to, by wam o tym powiedzieć. Proszę, byście wytrwali w tej tradycji i przekazali ją swoim dzieciom: dla własnego dobra, dla ich dobra i dla dobra przykładu, który my, Irlandczycy, niesiemy światu swoim oddaniem Matce Bożej”.

    *fragment pochodzi z przedmowy książki „Wszystko dla Niej. Historia kapłana, który rozkochał świat w różańcu”.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Odpusty dla odmawiających różaniec

    „Wiedz, że jakiekolwiek są już liczne odpusty udzielone Mojemu Różańcowi, Ja ubogacę go jeszcze więcej na każdą pięćdziesiątkę „Zdrowaś Maryja” dla tych, którzy będą go odmawiali bez grzechu śmiertelnego i pobożnie na kolanach. Każdemu zaś, kto wytrwa w odmawianiu go rozmyślając jego piętnaście tajemnic, uproszę jako nagrodę za tak dobrą przysługę, aby w końcu życia zostały mu całkowicie odpuszczone winy i kara za wszystkie jego grzechy… Niech ci się to nie wydaje niemożliwe, ponieważ łatwo Mi jest to uczynić, gdyż jestem Matką Króla Niebios, tego, który nazywa Mnie Pełną łaski; jeżeli więc jestem nią wypełniona, to mogę ją rozdzielać i udzielę jej obficie Moim drogim synom”. (MB do bł. Alana de Rupe)

    Czym jest odpust?

    Zgodnie z nauczaniem Kościoła: „Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy. Dostępuje go chrześcijanin odpowiednio usposobiony i pod pewnymi, określonymi warunkami, za pośrednictwem Kościoła, który jako szafarz owoców odkupienia rozdaje i prawomocnie przydziela zadośćuczynienie ze skarbca zasług Chrystusa i świętych.
    (…). Każdy wierny może uzyskać odpusty dla siebie lub ofiarować je za zmarłych” (KKK 1471).

    „Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (KKK 1473).

    a) Odpust zupełny – uwalnia od wszystkich kar doczesnych, należnych za grzechy odpuszczone co do winy w sakramencie pokuty.
    b) Odpust cząstkowy – darowanie części kary doczesnej.
    „Przez odpusty wierni mogą otrzymać dla siebie, a także dla dusz w czyśćcu, darowanie kar doczesnych, będących skutkiem grzechów” (KKK 1498).

    Kiedy uzyskujemy odpust różańcowy?

    Odpust zupełny możemy uzyskać wówczas, gdy modlitwę różańcową odmawiamy:

    • w kościele,
    • w miejscu publicznych modlitw,
    • w rodzinnym gronie,
    • w zakonnej wspólnocie,
    • w pobożnym stowarzyszeniu.

    Gdy modlitwie różańcowej towarzyszą inne okoliczności, Kościół wtedy mówi o udzieleniu odpustu cząstkowego.

    Warunki, które należy wypełnić dla uzyskania odpustu zupełnego:

    1. Odmówić w całości przynajmniej jedną z czterech części różańca (pięć tajemnic określonej części).

    2. Medytacji nad tajemnicami różańcowymi musi towarzyszyć modlitwa ustna.

    3. Podczas publicznego odmawiania różańca muszą być – w sposób dla danego miejsca właściwy – zapowiadane poszczególne tajemnice. W przypadku gdy modlitwę różańcową odmawiamy sami, wystarcza, że recytujemy modlitwy i że towarzyszy temu rozważanie stosownych tajemnic. Ważne jest, byśmy nie przerywali modlitwy, nim ją skończymy*

    Pozostałe warunki dla uzyskania każdego odpustu zupełnego:
    • Być w stanie łaski uświęcającej; a jeśli trzeba, przystąpić do sakramentu pokuty.
    • Przyjąć Komunię świętą.
    • Wykluczyć wszelkie przywiązanie do grzechu, nawet powszedniego, tzn. tolerowanie u siebie złych przyzwyczajeń lub dobrowolne trwanie w jakimś nałogu.
    • Wykonać z pobożnością dzieło obdarzone odpustem.
    • Odmówić modlitwę w intencjach Ojca Świętego (np. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo).

    Odpust zupełny można uzyskać tylko jeden raz w ciągu dnia, a cząstkowy – kilka razy dziennie. Należy wzbudzić intencję uzyskania odpustu. Odpusty możemy uzyskać dla siebie lub za zmarłych. Nie można ich przekazać żyjącym.

    za: http://parafia.prabuty.pl/


    *„Dla uzyskania odpustów za odmawianie Różańca świętego, kiedyś należało odmawiać przynajmniej jedną trzecią część w całości, bez przerywania. Tylko członkowie wpisani do bractwa mieli przywilej i to jedynie przy odmawianiu obowiązującego w ciągu tygodnia różańca, że mogli oddzielać jeden dziesiątek od drugiego, bez względu na czas między jednym dziesiątkiem a drugim. Jednak św. Pius X zezwolił na to wszystkim wiernym. Dzisiaj więc wszyscy mogą zyskiwać odpusty różańcowe, odmawiając nawet każdy dziesiątek oddzielnie... Dlatego nikt nie może twierdzić, że brak mu czasu na częste, a nawet codzienne odmówienie chociażby jednej cząstki Różańca”. (o. Ludwik Fanfani OP) – za: https://rozaniec.maryjni.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej opublikowało testament duchowy zmarłego papieża Benedykta XVI:

    Mój testament duchowy

    Gdy o tak późnej godzinie mojego życia spoglądam wstecz na dekady, przez które wędrowałem, widzę przede wszystkim, jak wiele mam powodów do wdzięczności. Dziękuję nade wszystko samemu Bogu, dawcy wszystkich dobrych darów, który obdarzył mnie życiem i przeprowadził przez różnorodne zamęty; który zawsze mnie podnosił, gdy zaczynałem się osuwać, który zawsze na nowo dawał mi światło swojego oblicza. Z perspektywy czasu widzę i rozumiem, że nawet ciemne i uciążliwe fragmenty tej drogi służyły mojemu zbawieniu i że właśnie w nich prowadził mnie dobrze.

    Dziękuję moim rodzicom, którzy dali mi życie w trudnych czasach i za cenę wielkich wyrzeczeń swoją miłością przygotowali mi wspaniałe gniazdo, które do dziś jaśnieje przez wszystkie moje dni jako jasne światło. Przenikliwa wiara mojego ojca nauczyła nas dzieci wierzyć i stała mocno jako przewodnik pośród wszystkich moich osiągnięć naukowych. Serdeczna pobożność i wielka życzliwość mojej matki pozostają dziedzictwem, za które nie mogę jej wystarczająco podziękować. Moja siostra służyła mi bezinteresownie i pełna życzliwej troski przez dziesiątki lat. Mój brat zawsze torował mi drogę jasnością swoich sądów, mocną stanowczością i pogodą ducha. Bez tego jego stałego poprzedzania mnie i towarzyszenia, nie byłbym w stanie znaleźć właściwej drogi.

    Z głębi serca dziękuję Bogu za wielu przyjaciół, mężczyzn i kobiet, których zawsze stawiał u mojego boku; za współpracowników na wszystkich etapach mojej drogi; za nauczycieli i uczniów, których mi dał. Z wdzięcznością powierzam ich wszystkie jego dobroci. I chciałbym podziękować Panu za mój piękny dom u bawarskiego podnóża Alp, w którym mogłem raz po raz oglądać blask samego Stwórcy. Dziękuję mieszkańcom mojej ojczyzny, że pozwolili mi wielokrotnie doświadczać piękna wiary. Modlę się, aby nasz kraj pozostał krajem wiary i proszę was, drodzy rodacy, abyście nie dali się odwieść od waszej wiary. Wreszcie dziękuję Bogu za całe piękno, którego mogłem doświadczyć na różnych etapach mojej drogi, ale szczególnie w Rzymie i we Włoszech, które stały się moim drugim domem.

    Wszystkich, których w jakiś sposób skrzywdziłem, proszę o wybaczenie z całego serca.

    To, co powiedziałem wcześniej o moich rodakach, mówię teraz do wszystkich, którym została powierzona moja posługa w Kościele: Trwajcie mocno w wierze! Nie dajcie się zmylić! Często wydaje się, że nauka – z jednej strony nauki przyrodnicze, z drugiej badania historyczne (zwłaszcza egzegeza Pisma Świętego) – ma do zaoferowania niepodważalne spostrzeżenia, które są sprzeczne z wiarą katolicką. Byłem z daleka świadkiem zmian w naukach przyrodniczych i widziałem, jak rozpływały się pozorne pewniki sprzeczne z wiarą, okazywały się nie nauką, lecz interpretacjami filozoficznymi tylko pozornie należącymi do nauki – tak jak wiara, oczywiście w dialogu z naukami przyrodniczymi, uczyła się lepiej rozumieć granice zakresu swoich twierdzeń, a tym samym swoją rzeczywistą naturę. Od sześćdziesięciu lat towarzyszę drodze teologii, zwłaszcza biblistyki, i widziałem, jak wraz ze zmieniającymi się pokoleniami upadają pozornie niewzruszone tezy, które okazywały się jedynie hipotezami: pokolenie liberałów (Harnack, Jülicher itd.), pokolenie egzystencjalistów (Bultmann itd.), pokolenie marksistów. Widziałem i widzę, jak z plątaniny hipotez wyłonił się i na nowo wyłania racjonalność wiary. Jezus Chrystus jest naprawdę Drogą, Prawdą i Życiem – a Kościół, przy wszystkich swoich niedoskonałościach, jest naprawdę Jego Ciałem.

    Na koniec pokornie proszę: módlcie się za mnie, aby Pan przyjął mnie do wiecznych mieszkań, mimo wszystkich moich grzechów i braków. Wszystkim powierzonym mi osobom, dzień po dniu płynie moja serdeczna modlitwa.

    Benedictus PP XVI

    ***

    Po Mszy św. pogrzebowej trumna z ciałem Benedykta XVI została złożona do grobu w Grotach Watykańskich. Jest to ten sam grób, w którym w latach 1963-2000 spoczywał św. Jan XXIII, a w latach 2005-2011 – św. Jan Paweł II.

    fot. Włodzimierz Rędzioch/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________
    Różne drogi prowadzą do Boga. Co przyciąga konwertytów do Kościoła?

    fot. caharris/Pixabay

    ***

    Co sprawia, że innowiercy albo bezwyznaniowcy, jak się określają, wstępują do Kościoła katolickiego? Na to fundamentalne pytanie można znaleźć wiele różnych odpowiedzi, jednak jest coś, co je łączy: konwertyci odnajdują w Kościele prawdę, piękno i dobro, niezależnie od czynów tych, którzy swoim postępowaniem podważają autorytet Chrystusowej Owczarni. Jednak również katolicy zmieniają wyznanie…

    Dwa lata temu biskup Gavin Ashenden, były anglikański kapelan Jej Królewskiej Mości Królowej Elżbiety II w wywiadzie udzielonym „National Catholic Register” rok po swoim nawróceniu na katolicyzm wskazywał, że odnalazł spokój, odczuł ulgę i towarzyszy mu nieustająca radość. Wyjaśnił, iż dotychczas musiał stale mierzyć się ze zmianą, a także ciągle oceniać poprzez pryzmat kwestii, czy coś podoba się „świeckim konsumentom anglikanizmu”.

    Tymczasem w Kościele katolickim istnieje „cudowna ciągłość” w odniesieniu do zakonów i sakramentów, „w przeciwieństwie do protestanckiej niespójności i wynikającego z niej zamieszania”.

    Hierarcha wskazał ponadto, że jest wielu anglikanów, którzy wiedzą, iż dni ich wyznania są policzone, ale obawiają się je porzucić. – Zaczynają podzielać perspektywę, która stała się jasna dla mnie około 20 lat temu: że anglikanizm był 400-letnim ekumenicznym eksperymentem, który ostatecznie nie powiódł się – stwierdził były duchowny protestancki, który 22 grudnia 2019 roku został przyjęty do Kościoła Katolickiego. Od tego czasu pomógł nawrócić się kilkudziesięciu innym osobom.

    Tym, co motywowało je do konwersji było „rosnące poczucie, że prześladowania, jakich Kościół doświadcza w naszym pokoleniu w różnych częściach świata, tragicznie staje się coraz bardziej powszechne i dosięgnie znacznej części Kościoła na Zachodzie”.

    Ashenden dwa lata temu wskazywał, że chociaż katolicyzm jest dziś równie słaby, co wspólnota anglikańska i równocześnie ulegają one sekularyzacji oraz doświadczają skutków szybkich przemian kulturowych, to jedynie Kościół ma środki, by z tym kryzysem sobie poradzić.

    Duchowny przestrzegł, by nie podążać drogą sekularyzmu, nie osłabiać nadprzyrodzonego wymiaru Kościoła, bo gdy „słabnie życie duchowe, modlitwa, zanika wymiar charyzmatyczny i prorocki”, to braki usiłuje się rekompensować działalnością społeczno-polityczną. Tymczasem powinno powrócić się do stricte religijnej posługi, uczyć ludzi modlitwy i pomagać im w budowaniu żywej relacji ze Stwórcą. – W człowieku nadal istnieje silne egzystencjalne pragnienie Boga – podkreślił.

    Ashenden przyznał, że bardzo zależy mu na rozwoju autentycznego życia monastycznego i w tym upatruje odrodzenia nadprzyrodzonego wymiaru Kościoła. Zachęca innych, by „nie dali się złapać w pułapkę zwodniczo błędnych obrazów katolicyzmu, a zamiast tego czytali świadectwa tak wielu, dla których powrót do domu, do Matki Kościoła, był chwilą niezapomnianego odmłodzenia i zrozumienia autentycznego chrześcijaństwa”.

    Były biskup anglikański został mianowany kapelanem królowej Elżbiety II w 2008 roku. Pełnił tę funkcję przez 9 lat. Zrezygnował po tym, jak w katedrze Szkockiego Kościoła Episkopalnego w Glasgow odczytano fragment Koranu zaprzeczający boskości Jezusa Chrystusa.

    Sefardyjski Żyd Gad Elmaleh

    Nie tak dawno temu, bo w listopadzie 2022 r. światowe media donosiły o nowym filmie popularnego francuskiego komika Gada Elmaleha, który opowiada o jego konwersji na katolicyzm. Nawrócenie showmana, aktora, reżysera, wywodzącego się z marokańskiej wspólnoty Żydów sefardyjskich, zelektryzowało opinię publiczną.

    Jewish Telegraph Agency 8 listopada podkreśliła, że „sukces Gada Elmaleha był powodem do dumy i pociechy dla francuskich Żydów, żyjących w obliczu widma antysemityzmu”. Dodano, że aktor „jednak powiedział podczas wywiadu telewizyjnego promującego jego nowy autobiograficzny film Reste un peu, że przechodzi na katolicyzm”.

    Elmaleh był „jednym z najbardziej znanych Żydów we francuskim przemyśle rozrywkowym w ciągu ostatnich dwóch dekad”. Syn marokańskich imigrantów słynął nie tylko „z niezwykle udanych skeczy, w których często odwoływał się do żydowskiej tożsamości” i został nominowany do Cezara, ale także z tego, że niegdyś był związany z Charlotte Casiraghi, córką księżnej Karoliny z Monako, z którą ma syna Rafaela.

    Według „El Mondo”, komik po chrzcie zamierza przyjąć imię Jean-Marie, na cześć Matki Chrystusa. To Ona miała przyciągnąć go do Kościoła, gdy miał około sześciu, może siedmiu lat. W wywiadzie udzielonym czołowej francuskiej gazecie „Le Figaro” mówił, że „Maryja Dziewica jest jego najpiękniejszą miłością”.

    Berberyjski Żyd z entuzjazmem opowiadał o swoim pierwszym spotkaniu z Matką Chrystusa. – Odkryłem Najświętszą Maryję Pannę przez przypadek, jako dziecko, w Notre Dame de Lourdes w Casablance. Idąc wbrew wskazówkom rodziców, bo ich wiara zabrania [wejścia do kościoła chrześcijańskiego], pchnąłem drzwi świątyni i stanąłem twarzą w twarz z gigantyczną figurą Najświętszej Maryi Panny, która patrzyła mi prosto w oczy. To nie była wizja, tylko zwykły posąg, ale przeraziłem się. Zalewając się łzami ze wzruszenia, ukryłam się w obawie przed złapaniem przez rodzinę, w obawie przed przekleństwami i przesądami. Pozostało to moją tajemnicą przez całe dzieciństwo. Od tego czasu, otrzymawszy cudowny medalik Maryi  jestem przekonany, że od dawna jestem pod opieką Dziewicy  noszę go jako przestrogę.

    Elmaleh został kilka lat temu zaproszony do koprodukcji musicalu Bernadette de Lourdes. Postać świętej Bernadetty Soubirous, której Matka Boża ukazała się w 1858 roku, zrobiła na nim ogromne wrażenie. Komentował wówczas: – Jestem tylko komikiem i nawet jeśli jestem wyznania mojżeszowego, staram się zrozumieć wszystkie wierzenia. Wzruszyła mnie historia Bernadetty. Przemówiła do mnie. To nie jest tylko bajka, to współczesne świadectwo o danym Słowie, wierze, prawdzie, które nikogo nie może pozostawić obojętnym, bez względu na wyznanie (…). Odkryłem ludzi, rodziny, które każdego roku poświęcają swój czas i serce chorym. Widziałem, jak pokolenie mojego syna wyciąga rękę do wrażliwych ludzi. Młodzież otwarta na świat, w miejscu pełnym osób w potrzebie. Chcę to podkreślić. W świecie, w którym jesteśmy wycofani, w którym sieci społecznościowe zabierają nam całe dnie, ci młodzi ludzie zaangażowani w kontakt z innymi dają świadectwo uniwersalnych wartości. To wszystko ogromnie mnie dotyka i porusza – zaznaczył.

    Żydowskiego komika „zainspirowały” do konwersji także pisma Jeana-Marie Lustigera (1926 – 2007), kardynała i byłego arcybiskupa Paryża, który z judaizmu przeszedł na katolicyzm. Był Żydem aszkenazyjskim. Jego rodzina wyemigrowała z Polski do Francji. Nawrócił się w wieku 14 lat. Wzbudzał jednak kontrowersje, a na jego pogrzebie odmówiono kadisz, żydowską modlitwę za pogrążonych w żałobie.

    Inną ważną postacią, o której wspomina, jest kardynał Robert Sarah, były prefekt Kongregacji Kultu Bożego. Oboje spotkali się w sanktuarium Paray-le-Monial, w opactwie Sénanque, gdzie Elmaleh od czasu do czasu odbywa rekolekcje.

    Elmaleh już jako nastolatek przeprowadził się z rodziną z Maroka do Kanady, a potem do USA, by wreszcie trafić do Francji. Studiował teologię. Komik dziwi się, że we Francji „zdecydowana większość katolików nie żyje otwarcie swoją wiarą”.

    Chociaż Dziewica Maryja „wzięła go pod swoje skrzydła” i towarzyszyła mu cały czas, Elmaleh bynajmniej nie wiódł moralnego życia. – Zwracałem się do Niej stopniowo i zacząłem prosić Ją o pomoc, zwłaszcza przed występami – przyznał. Komik w 2007 roku został wybrany przez widzów kanału telewizyjnego TF1 „najzabawniejszym człowiekiem roku”.

    O swojej drodze prowadzącej do nawrócenia opowiedział w filmie, który został przyjęty przez jednych z entuzjazmem, przez innych z dezaprobatą. W produkcji wystąpili rodzice, którzy nie mogli pogodzić się ze zmianą religii syna, chociaż postanowili go „mimo wszystko wspierać” – jak tłumaczył komik w talk show Quelle Epoque stacji France 2.

    Niektórzy fani, w tym Żydzi, gratulowali mu odważnej i duchowej podróży, podczas gdy inni go krytykowali. Jeszcze inni są sceptyczni i zastanawiają się, czy to aby nie jest jakiś chwyt marketingowy czy kolejny żart komika.

    Jeden z dominikańskich recenzentów produkcji wskazał, że to „chyba jedyny współczesny film, jaki widział, w którym katolicy i sposób, w jaki się modlą, nie są przedstawiani jako śmieszni czy odrażający. To miła zmiana”.

    Erik Ross dodał, że reakcja mamy komika, która powiedziała mu: „Skoro zmieniasz Boga, zmień także rodziców” (na co Elmaleh odparł, że wcale nie zmienia Boga Mojżesza i Abrahama, a jedynie głębiej go poznaje w Kościele katolickim), dotyka sedna tego, czego doświadcza wielu Żydów, którzy przyjmują chrześcijaństwo: – Zwykle nie postrzegają swojej religijnej ewolucji jako „zmiany Boga”. Myślą, że odnoszą się do tego samego Boga w nowy sposób. I żałują, że ich rodziny tego nie rozumieją.

    Jeszcze w 2014 roku Gad Elmaleh rozśmieszał publiczność w swoim show, z humorem i sympatią „kpiąc” z religii. Śmiejąc się z protestantów mówił, że „bardzo ich szanuje, bo to katolicy, którzy postawili na swoim”. O ateistach wspominał, że jest nimi „zafascynowany”, ponieważ „żeby codziennie w nic nie wierzyć, trzeba mieć wiarę”.

    Ojciec dwóch chłopców: Noego i Rafaela – każdy z innego związku (pierwszy z aktorką Anne Brochet) – nie założył szczęśliwej rodziny. Przekonuje jednak, że jego najnowszy film jest kroniką duchowej podróży jako nawróconego Żyda, przygotowującego się do chrztu chrześcijańskiego. Reste un peu, którego premiera miała miejsce 16 listopada 2022 r. we Francji, ma – zgodnie z zamiarem autora – zachęcić widzów do refleksji nad „fundamentalnymi kwestiami wiary, korzeni i dialogu międzyreligijnego”.  

    Utalentowany artysta, który kiedyś opuścił Maroko w poszukiwaniu sławy i fortuny – w międzyczasie stając się częścią rodziny królewskiej Monako dzięki wspomnianemu związkowi z Charlotte, córką księżnej Karoliny – obstaje przy tym, że to Dziewica Maryja „jest powodem, dla którego kocha katolicyzm”. To jest „teraz jego najpiękniejsza miłość”, prawdziwa „gwiazda filmowa”. I wciąż apeluje, aby katolicy z większą odwagą głosili Dobrą Nowinę. By przestali być „tacy dyskretni” i „nie cenzurowali swojej wiary”. W filmie mocno wybrzmiewa werset z Ewangelii: „I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy” (Mt 19, 29). Elmaleh mówi: – Bardzo mi się podoba to zdanie! To jest mądrość. Nadzieja życia wiecznego jest tym, co go ciągnie do katolicyzmu.

    Cameron Bertuzzi

    W tym samym miesiącu również dużym echem odbiła się decyzja popularnego protestanckiego prezentera YouTube, Camerona Bertuzziego, który ogłosił 17 listopada, że przechodzi na katolicyzm.

    Youtuber bierze udział w programie amerykańskiego episkopatu RCIA, który ma mu pomóc w przygotowaniu się do konwersji. Ostatecznie ma być przyjęty do Kościoła katolickiego w Wielkanoc 2023 r.

    Tym, co go przekonało, były argumenty przemawiające za papiestwem. Dociekał swojej wiary na gruncie intelektualnym. Tłumaczył, że miał otwarty umysł i ostatecznie powiedział sobie, że „pójdzie za dowodami, dokądkolwiek go doprowadzą, nawet jeśli ten wniosek będzie niewygodny dla niego i dla jego rodziny”.

    Protestanccy przyjaciele mieli być „bardzo pewni”, że ostatecznie badanie tej kwestii potwierdzi jego dotychczasową wiarę. Tymczasem autor stwierdził, że „odkrył, iż dowody zdecydowanie sugerują, że papiestwo jest prawdziwe”. W rozmowie z Mattem Fradd, popularnym katolickim gospodarzem kanału YouTube „Pints with Aquinas”, opowiadał o swoim nawróceniu.

    Bertuzzi wcześniej gościł na swoim kanale zarówno katolików, jak i niekatolików. Popularnego w kraju biskupa Roberta Barrona z diecezji Winona-Rochester pytał w filmie opublikowanym 25 września 2020 roku, dlaczego powinien zostać katolikiem. Dociekał tego także w rozmowach z katolickimi apologetami: Trentem Hornem i Jimmy Akinem z apostolatu Catholic Answers; z teologiem i profesorem Scottem Hahn; z księdzem Vincentem Lampertem, egzorcystą archidiecezji Indianapolis i innymi.

    Justin Kalan 6 grudnia 2022 r. z entuzjazmem komentował, że apolegetyka nie umarła. – Nawrócenie Bertuzziego jest nie tylko okazją do radości, ale także okazją do refleksji nad nieco kontrowersyjnym tematem: rolą apologetyki w ewangelizacji” – wskazywał, dodając, że niektórzy w kręgach katolickich i w ogóle chrześcijańskich „są pesymistami co do roli apologetyki i argumentują, że ma ona niewielką lub żadną rolę w procesie ewangelizacji.

    Autor zaznaczył, że tym, co przede wszystkim przyciąga innych do katolicyzmu, jest osobisty przykład życia, a nie argumenty i dywagacje intelektualne. „Ściśle mówiąc” – pisze Kalan na stronie wordonfire.org – „twierdzenie, że jedna osoba nawraca drugą, jest fałszywe. Przeciwnie, każde nawrócenie jest zasadniczo dziełem Ducha Świętego. Ale chociaż wszyscy możemy się zgodzić, że argumenty i dowody same w sobie nie poruszają serc i umysłów naszych bliźnich w kierunku konwersji, nie oznacza to, że nie odgrywają one żadnej roli, a nawet nie odgrywają większej roli w nawróceniu niektórych ludzi. Nawrócenie Camerona Bertuzziego dobrze to ilustruje”.

    Bertuzzi, który prowadzi kanał „Capturing christianity”, ma na celu „pokazanie intelektualnej strony wiary chrześcijańskiej”. Zgodnie z mottem C.S. Lewisa, pragnie obronić „zwykłe chrześcijaństwo”, czyli najważniejsze i fundamentalne elementy wiary chrześcijańskiej: istnienia Boga, boskości Pana Jezusa, historyczności Jego Zmartwychwstania itp.

    Na jego kanale gościli także ateiści. Debatował m.in. z takimi apologetami ateizmu, jak Alex O’Connor czy Stephen Woodford.

    Bertuzzi był ewangelikiem zanim nawrócił się na katolicyzm. Kwestionował m.in. realną obecność Pana Jezusa w Eucharystii, nie wierzył w istnienie piekła. Debaty i rozmowy z przedstawicielami różnych wyznań, niewierzącymi i przyjaciółmi miały mu pomóc w procesie rozeznania i uświadomienia sobie, że tak naprawdę to papiestwo jest głównym tematem jego dociekań.

    Nawrócenie popularnego youtubera miało być „niezwykłe, ponieważ było tak publiczne” i dokonywało się w trakcie prowadzonych przez niego rozmów. Obrazuje ono sposób myślenia, wyzwań i doświadczeń Bertuzziego w całym procesie konwersji. Młody człowiek poszukiwał prawdy i odnalazł ją w katolicyzmie, skupiając się na jednej z najbardziej charakterystycznych cech Kościoła: roli papiestwa.

    Ponoć miał go przekonać biblijny argument o proroctwie Eliakima o przekazaniu kluczy domu Dawidowego, które łączy z obietnicą przekazania kluczy przez Pana Jezusa świętemu Piotrowi. Bertuzzi te i inne dowody „za” i „przeciw” katolickiej doktrynie papiestwa osadził w analizie bayesowskiej (metoda wnioskowania statystycznego). Z podstawionych dowodów i analizy prawdopodobieństwa wyszło mu, że nauka o papiestwie jest prawdziwa i zdecydował się wstąpić do Kościoła.

    Był jeszcze jeden element, który go niejako przywiódł do prawdziwej wiatry: jako fotografa pociągało go piękno liturgii, architektury i innych aspektów Kościoła katolickiego. Urzekła go grekokatolicka liturgia. Spodobało mu się pięknie wydawane czasopismo „Word on Fire” poświęcone ewangelizacji i kulturze w USA. To było coś, co przyciągało go do wiary wraz z jej prawdą.

    Nawrócenie Bertuzziego niekiedy porównuje się do konwersji Johna Henry Newmana, protestanckiego duchownego, który został świętym katolickim, a który miał fides i wykorzystał ratio, aby dotrzeć do Kościoła katolickiego, w którym są sakramenty i sukcesja apostolska.

    Około 30 procent ludzi w ciągu całego swojego życia zmienia wiarę

    „The Oxford Handbook of Religious Conversion” wskazuje, że około 30 proc. osób w ciągu całego swojego życia zmienia religię i dotyczy to konwertytów nie tylko na katolicyzm, ale także z katolicyzmu na protestanckie wyznania, islam itp. Co jednak charakterystyczne, badanie Pew Research Center z 2009 r. sugeruje, że ludzie, którzy zmieniają przynależność religijną, znacznie rzadziej podają argumenty intelektualne, które ich przekonały do zmiany. Jednak to „działa” w przypadku nielicznej grupy osób. Sceptyków mają pociągać pozytywne skojarzenia z wyznawcami danej religii, potrzeba doświadczeń duchowych. „Pcha” ich „pociąg emocjonalny”.

    Niewątpliwie kwestia nawrócenia religijnego od dawna odgrywała ważną rolę w przemianach ludzi, społeczeństw i kultur na całym świecie. Jednak w ostatnich dziesięcioleciach wzrosło zainteresowanie konwersją religijną, ze względu na kontrowersje dotyczące zmieniającej się etyki i wynikające z tego konsekwencje społeczne, kulturowe oraz polityczne.

    Pew Research Center w badaniu z 2009 r. „Faith in Flux”, podawało, że Amerykanie – w porównaniu z innymi nacjami – częściej zmieniają swoją wiarę. Uczyniła tak około połowa dorosłych przynajmniej raz w życiu. Większość ma porzucać wiarę z dzieciństwa jeszcze przed ukończeniem 24. roku życia. Niektórzy porzucają swoje wyznanie więcej niż raz. Z roku na rok rośnie liczba osób, które nie czują się zrzeszone z żadną religią.

    Dwie trzecie byłych katolików i połowa byłych protestantów twierdzi, że pozostawili za sobą wiarę z dzieciństwa, ponieważ przestali wierzyć w jej nauki, a około czterech na dziesięciu twierdzi, że nie przynależą do żadnej wspólnoty, ponieważ nie wierzą w Boga lub nauki większości religii. Wiele osób, które tłumaczy, że zrobiło to częściowo dlatego, iż uważają ludzi religijnych za hipokrytów lub osądzających, zanadto skupiających się na zasadach lub dlatego, że przywódcy religijni są zbyt skupieni na władzy i pieniądzach. Znacznie mniej osób twierdzi, iż przestało wierzyć, ponieważ współczesna nauka dowodzi, że religia to tylko przesąd.

    Katolicyzm poniósł największą stratę w procesie opisywanych przemian. Jednak mniej niż trzech na dziesięciu byłych członków Kościoła twierdzi, że skandal związany z wykorzystywaniem seksualnym przez duchownych miał wpływ na ich decyzję o opuszczeniu katolicyzmu.

    Wielu protestantów zmienia dotychczasową denominację po części dlatego, że przenieśli się do nowej społeczności lub poślubili kogoś innego wyznania. Więcej niż jeden na czterech dorosłych Amerykanów (28 proc.) traci wiarę z dzieciństwa m.in. z powodu słabych praktyk religijnych i ta fundamentalna zmiana dokonuje się zwykle przed 24. rokiem życia. Konwersja zwykle następuje przed ukończeniem 36. roku życia i niewiele osób zgłasza zmianę wyznania po ukończeniu 50. roku życia.

    Na przykład najczęstszym powodem opuszczenia katolicyzmu przez byłych wiernych, którzy przeszli na protestantyzm, jest niezaspokojenie ich potrzeb duchowych (71 proc.).

    W Kościele konwertyci szukają prawdy i głębokiej duchowości. Nawet niezrzeszeni sugerują, że religia jest dla nich ważna i nie wykluczają, że pewnego dnia zwiążą się z jakimś wyznaniem.

    Jak ewangelizować?

    O tym, co robić i jak ewangelizować debatują biskupi na całym świecie. W 2016 roku, gdy głośno zrobiło się w związku z nadużyciami seksualnymi duchownych w Kościele amerykańskim, hierarchowie w Baltimore zastanawiali się, jak ewangelizować osoby niezwiązane z żadną duchową wspólnotą.

    Biskup Robert Barron, szef Komisji Ewangelizacji i Katechezy USCCB sugerował, że postępuje proces „masowego wyniszczenia narodu, zwłaszcza młodych” i wezwał innych biskupów, „aby przyjrzeli się temu, kim są niezrzeszeni, dlaczego odchodzą i jak ich odzyskać”.

    Hierarcha przywołał statystyki, z których wynikało, że na każdą osobę przystępującą dzisiaj do Kościoła przypada 6,45 odchodzących. Prawie ośmiu na dziesięciu opuszcza Kościół w wieku 23 lat, a mediana wieku, w którym można dokonać apostazji, wynosi zaledwie 13 lat.

    Dokąd idą? Około jednej czwartej staje się ewangelikami, a kolejne 25 procent przyłącza się do innej religii lub wyznania chrześcijańskiego, połowa to po prostu ateiści, agnostycy lub bez żadnej przynależności religijnej.

    Hierarcha zauważył, że większość ma raczej ambiwalentny, a nie wrogi stosunek do religii. Duchowny wysnuł wnioski, że młodzi odchodzą, ponieważ uważają, że religia kłóci się z nauką. Podał przykład kanadyjskiego psychologa, Jordana Petersona, który poprzez dyskusje na temat „Biblii” poniekąd ewangelizuje młodych. Jednak samo wspomnienie profesora psychologii zirytowało innych duchownych. Bp Barron zaznaczył, że „przyjrzał się temu zjawisku” i stwierdził, że „być może nie doceniamy tego, do czego zdolni są nasi młodzi ludzie. Może możemy również zająć się tymi problemami na wysokim poziomie” – sugerował.

    Biskup Christopher Coyne, chociaż zgodził się z oceną, że głównym powodem opuszczania Kościoła przez młodych ludzi jest brak wiary, to jednak zakwestionował hipotezę jakoby istniały wyraźne intelektualne powody, dla których nastolatkowie w wieku zaledwie 13 lat opuszczają Kościół.

    Hierarcha apelował, by brać pod uwagę tendencje, które pokazują, że milenialsi nie dołączają do parafii ani klubów towarzyskich w niemal takim samym tempie, jak kiedyś poprzednie pokolenia, a zatem może być trudniej do nich dotrzeć w ramach tradycyjnych granic życia parafialnego.

    Duchowny ostrzegł przed przywiązywaniem zbyt dużej wagi do ewangelizacji młodych, ponieważ oprócz młodych ludzi, którzy są zaangażowani w intelektualne debaty na temat religii na forach internetowych na temat ateizmu lub dyskusji Jordana Petersona na temat „Biblii”, jest wielu innych milenialsów bez wyższego wykształcenia, którzy nie biorą udziału w żadnej z tych aktywności.

    Podał przykład stanu Vermont, gdzie istnieje jeden z najwyższych wskaźników absolwentów szkół średnich, którzy jednak nie decydują się pójść na studia, lecz szukają pracy w małych firmach, wojsku lub innych zawodach.

    Co więc działa na rzecz ewangelizacji w jego diecezji? W przekonaniu hierarchy, najważniejszy jest przykład wiary dany dzieciom przez rodziców. Uważa, że ogromną rolę odgrywają inni dorośli, którzy poprzez stowarzyszenia świeckie nawiązują kontakty z dorosłymi niezwiązanymi z żadną wiarą. Świeccy katolicy w Burlington zaczęli tworzyć stowarzyszenia biznesowe i medyczne podobne do gildii sprzed wieków i w trakcie tego procesu byli w stanie budować przyjacielskie relacje, wspierać się nawzajem.

    – To Duch Święty, to niesamowite. Część ewangelizacji jest naprawdę podejmowana przez świeckich mężczyzn i świeckie kobiety, którzy rozumieją, że ewangelizacja jest relacyjna – sugerował. – Spotykają się, modlą, wspierają się nawzajem, a także rozmawiają o zmaganiach katolików w zawodzie lekarza lub katolików w środowisku biznesowym – dodał. Na przykład miejscowy medyk założył grupę katolickiego stowarzyszenia lekarskiego. Na spotkanie do jego domu przybyło około 40 osób zainteresowanych nawiązaniem i pogłębieniem relacji – zaznaczył Coyne.

    Biskup Barron chwalił ewangelizację za pośrednictwem mediów społecznościowych np. poprzez Word on Fire Ministries, FOCUS, St. Paul Street Evangelization. Docenił to, co robią Scott Hahn i Peter Kreefta. Dodał, że poza argumentami intelektualnymi jest „droga piękna” i „droga sprawiedliwości”.

    Pan Bóg trafia do ludzi w różny sposób

    Kwestia nawrócenia nie jest sprawą oczywistą, socjologiczną, kulturową, ale kwestią łaski. Pan Bóg trafia do ludzi w różny sposób. O wielu nawróceniach nie mamy pojęcia, ponieważ dokonują się głęboko w duszy człowieka i nie każdy chce o tym opowiadać. Marcus Freeman, nowy główny trener futbolistów The Fighting Irish na prestiżowym katolickim Uniwersytecie Notre Dame chciał utrzymać w tajemnicy, że się nawrócił i we wrześniu 2022 r. został przyjęty do Kościoła katolickiego, w którym od zawsze jest jego żona i sześcioro ich ochrzczonych dzieci. O konwersji zaczęły donosić media po tym, jak w biuletynie parafii pod wezwaniem św. Piusa X w Granger (Indiana) opublikowano ogłoszenie witające Freemana w Kościele.

    Inni, na przykład hollywoodzki aktor Shia LaBeouf, znany z ról w takich filmach jak „Transformers” i „Furia”, chętnie dzielili się opowieściami o tym, co doprowadziło go do konwersji. LeBeouf pozostawał pod ogromnym wrażeniem osobowości świętego Ojca Pio. Aktor odtwarzał na ekranie postać słynnego franciszkańskiego stygmatyka z Pietrelciny, który w sposób szczególny dbał o dusze zmarłych w czyśćcu. Zakonnik wszystkie cierpienia i udręki przyjmował i składał w ofierze Bogu za grzeszników i dusze cierpiące w czyśćcu. Rola Ojca Pio na ekranie doprowadziła aktora do nowo odkrytej miłości do wiary katolickiej. Zapoznał się m.in. z dziełami św. Augustyna. Zachwycił się pięknem i głębią tradycyjnej liturgii. Chętnie odmawia Różaniec. Wreszcie znalazł ulgę i spokój.

    Co ciekawe, studenci i studentki konwertyci na katolicyzm uniwersytetu Harvarda, można by powiedzieć siedliska bezbożników, mimo intelektualnego zaangażowania cenili sobie wpływ adoracji Najświętszego Sakramentu czy pozornie przypadkowe spotkania z księdzem na ulicy. To były impulsy, które doprowadziły ich do głębszych pytań o prawdę i wiarę. Niektórych skłoniło to do powrotu do wiary wyniesionej z domu rodzinnego,

    Ksiądz Donald Calloway, również konwertyta, wspominał niedawno, że kiedyś był ateistą, straszliwie zepsutym człowiekiem, rozrabiaką uzależnionym od narkotyków, który porzucił szkołę średnią. Syn wojskowego po przeniesieniu do Japonii szybko nawiązał kontakt z miejscową mafią zwaną yakuza. – Byłem małym kaukaskim chłopcem, który z plecakiem pełnych narkotyków i pieniędzy biegał do różnych kasyn na wyspie Honsiu, głównej wyspie Japonii – wspominał w filmie opowiadającym o jego nawróceniu.

    W pewnym momencie chłopak był poszukiwany przez rząd japoński i rząd Stanów Zjednoczonych, w tym przez amerykańskich wojskowych. W końcu zakuto go w kajdany i umieszczono w ośrodku odwykowym, ale zaraz po zwolnieniu nastąpił u niego nawrót choroby. Jak wspomina, „stale był na haju”, ale zdarzało mu się od czasu do czasu zastanawiać nad sensem życia, tyle że nie w kontekście religijnym.

    Pewnej nocy, jako prawie 21-letni mężczyzna, będąc w rodzinnym domu, bez rozpraszającej muzyki, odgłosów imprezy, szybko popadł w pesymizm, a potem dopadł go atak paniki i chciał popełnić samobójstwo. Chcąc wyrwać się z tego stanu naprędce złapał przypadkową książkę z półki rodziców. Opowiadała ona o objawieniach maryjnych.

    Przyznał, że matka była gorliwą katoliczką, ale on nie miał pojęcia, kim jest Najświętsza Maryja Panna. Zaczął czytać „o pięknej kobiecie imieniem Maria, która była matką Jezusa, i że była tak piękna, że doprowadzała małe dzieci do płaczu i upadania na kolana z powodu jej kobiecości i urody. To mnie fascynowało” – przyznał. – Myślę, że Bóg użył piękna Maryi Dziewicy, aby mnie zdobyć i była to genialna metoda, ponieważ zadziałała. Przeczytałem całą książkę w jedną noc i to zapoczątkowało moje radykalne zakochanie się w Jezusie Chrystusie – komentował.

    Następnego ranka ledwo był w stanie opowiedzieć mamie o swoim doświadczeniu. Ta w pośpiechu zaczęła szukać księdza. Zadzwoniła do kilku, prosząc, by jak najszybciej spotkali się z jej synem. Duchowni albo jeszcze spali, albo nie byli gotowi na poranne wyjście.

    Nawrócony komentował, że „księża nie pojmowali powagi sytuacji – konieczności spotkania o 6:30 rano, bez wcześniejszego uprzedzenia”. – W ich mniemaniu, co mogło być tak ważne, że nie mogło poczekać kilku godzin? – pytał retorycznie.

    W końcu olśniło go i zapytał mamę, czy czasami przed ich oknem nie znajduje się to miejsce, gdzie ludzie chodzą się modlić. – Rozumiejąc, o czym mówię, spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała: „Tak, Donnie. Biegnij!”.

    Niedługo potem udało mu się spotkać z księdzem, który zaprosił go, aby przyszedł i zobaczył, jak odprawia Mszę. Po Mszy ksiądz dał mu obraz przedstawiający Pana Jezusa. Potem wydarzenia już się same potoczyły…

    Wnuk Johna Wayne’a, hollywoodzkiej legendy, symbolu męskości i amerykańskich wartości, ks. Matthew Muñoz także wspominał i wyrażał dumę z nawrócenia dziadka, zaznaczając, że jego babcia, Josephine Wayne Saenz miała wspaniały wpływ na życie Wayne’a i „wprowadziła go w świat katolicki”.

    Dziadkowie Muñoza pobrali się w 1933 roku i mieli czworo dzieci, z których najmłodsza córka – Melinda – jest jego matką. Para rozwiodła się w 1945 roku. Josephine wyszła ponownie za mąż dopiero po śmierci Johna Wayne’a. Nigdy nie przestała modlić się o nawrócenie męża i ta modlitwa została wysłuchana w 1978 roku.

    Dlaczego tak wielu anglikanów zwraca się w kierunku Rzymu?

    Anglikańscy duchowni zastanawiają się, co jest takiego w Kościele, że tylu anglikanów – w porównaniu z mniejszą ilością luteran, metodystów i prezbiterian – zwraca się w kierunku Rzymu?

    Sugeruje się, że wyraźna zmiana w zakresie konwersji zaczyna się od Johna Henry’ego Newmana, od czasu jego przemiany w 1845 r. Od tego momentu nastąpił stały i nieproporcjonalny napływ anglikanów do Kościoła katolickiego, a w ostatnich latach proces ten nawet miał przyspieszyć. Dlaczego?

    Bo w Kościele katolickim anglikanie odnajdują prawdę i niezmienność zasad, niezależnie od tego, czy się one komuś podobają, czy nie. Nauki te są ugruntowane w samym objawieniu Jezusa Chrystusa i są przekazywane przez Pismo Święte oraz Tradycję apostolską, a w wierności Jezusowi Chrystusowi są podtrzymywane przez Magisterium Kościoła. Tu są sakramenty święte, a wśród nich Eucharystia, w której Jezus jest prawdziwie i substancjalnie obecny; małżeństwo, które jest związkiem jednego mężczyzny i jednej kobiety, święcenia kapłańskie, które mogą być udzielane jedynie mężczyznom. To tu mówi się o czynach wewnętrznie złych, a zatem zawsze złych, jak: eutanazja, aborcja, bluźnierstwa, sodomia itp. To są czyny, które nigdy nie mogą być aprobowane przez wierzących w Trójcę świętą, Dziewictwo Maryi, Jej Wniebowzięcie i Niepokalane Poczęcie. To w Kościele katolickim, gdzie jesteśmy pouczani i zachęcani do budowy osobistej relacji z Bogiem, możemy doświadczyć wolności, którą może dać tylko prawda.

    Jak naucza Katechizm Kościoła katolickiego: „Wolność jest zakorzenioną w rozumie i woli możliwością działania lub niedziałania, czynienia tego lub czegoś innego, a więc podejmowania przez siebie dobrowolnych działań. Dzięki wolnej woli każdy decyduje o sobie. Wolność jest w człowieku siłą wzrastania i dojrzewania w prawdzie i dobru; osiąga ona swoją doskonałość, gdy jest ukierunkowana na Boga, który jest naszym szczęściem” (1731).

    Niezależnie od tego, w jaki sposób Pan Bóg próbuje się „dobijać” do serc swoich dzieci – a przecież zależy Mu na zbawieniu wszystkich ludzi – jedno jest pewne: zarówno ci, którzy są już w Kościele, można rzec, są nominalnymi katolikami, jak i ci którzy dopiero do niego wstąpili, muszą stale pracować nad formowaniem swojego sumienia. Po to, by w gąszczu pułapek czyhających na każdego z nas nie zagubić się i by nie być antyświadectwem wiary. Przed nami długa droga do… życia wiecznego i wiemy, że nie będzie ona łatwa, lecz „jarzmo Jego jest słodkie”, a „brzemię lekkie”.

    Agnieszka Stelmach/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ja ateista, on papież – włoski matematyk o dialogu z Benedyktem XVI

    EPA/L’OSSERVATORE ROMANO/Misyjne drogi.pl

    ***

    Włoski matematyk prof. Piergiorgio Odifreddi poznał papieża Ratzingera, a potem często go odwiedzał po jego rezygnacji. Z nim też opublikował dwie książki o wierze i nauce i z dwóch przeciwstawnych pozycji zrodził się dialog na temat religii i kultury „Był to człowiek niezwykle kochany, był bardzo delikatny, łagodny, spokojny, z wyrafinowanym poczuciem ironii” – mówi Odifreddi w wywiadzie opublikowanym na portalu Vatican News.

    Zarówno wierzący, jak i niewierzący potrzebują siebie nawzajem: „agnostyk nie może zadowolić się tym, że nie wie, czy Bóg istnieje, czy nie, ale musi szukać i odczuwać wielkie dziedzictwo wiary; katolik nie może zadowolić się tym, że ma wiarę, ale musi szukać Boga jeszcze bardziej i w dialogu z innymi uczyć się Boga na nowo w głębszy sposób”. Słowa Benedykta XVI wypowiedziane do dziennikarzy 26 września 2009 r. podczas lotu do Czech wyraźnie świadczą o wartości, jaką papież senior zawsze przykładał do dialogu ze światem niewierzących.

    To właśnie z tej inspiracji zrodziła się w 2011 roku inicjatywa „Dziedzińca Pogan”, aby sprzyjać spotkaniom i dialogowi między wierzącymi i niewierzącymi oraz nawiązywaniu osobistych relacji z intelektualistami spoza chrześcijaństwa i świata religijnego. Wśród nich jest matematyk Piergiorgio Odifreddi, były profesor logiki na Uniwersytecie w Turynie i eseista, który wydał z Benedyktem XVI dwie książki: „Drogi papieżu teologu, drogi matematyku ateisto. Dialog między wiarą a rozumem” (2013) oraz „Na drodze w poszukiwaniu Prawdy. Listy i rozmowy z Benedyktem XVI” w 2022 r.

    Vatican News: Panie Profesorze, jak doszło do Pana przyjaźni z Benedyktem XVI?

    Prof. Piergiorgio Odifreddi: Powstała ona nieco przypadkowo. Jak powszechnie wiadomo, jestem osobą niewierzącą i jakieś piętnaście lat temu, w 2007 roku, napisałem książkę o chrześcijaństwie, być może przeciwko chrześcijaństwu, która nosiła tytuł „Dlaczego nie możemy być chrześcijanami”. Ta książka wywołała trochę skandalu, ponieważ jej ton nie był całkiem odpowiedni dla dialogu. Wydawnictwo Mondadori chciało to w pewnym sensie nadrobić i zaproponowało mi dialog z osobą wierzącą, aby mówić o tych sprawach, ale w sposób mniej „przyszpilający”, jak powie mi później kardynał Gianfranco Ravasi. W rzeczywistości, po zajęciu takiego stanowiska, trudno było rozmawiać z wierzącymi i dlatego napisałem fikcyjny dialog, komentując „Wprowadzenie w chrześcijaństwo” Ratzingera, bardzo ciekawą książkę, która zrobiła na mnie duże wrażenie. Napisałem tę książkę z pewną literacką przekorą. Komentowałem książkę tak, jakby to był dialog, a on mówił przez swój tekst – co Ratzinger zawsze robił, czyli mówił zarówno przez swoje pisma, jak i przez rozmowę. Był rok 2011, kiedy ukazała się ta książka, zatytułowana „Drogi papieżu piszę do ciebie”.

    W 2013 roku, po jego rezygnacji, spotkałem w kurii biskupa, który był przyjacielem księdza Georga Gänsweina i zapytałem go, czy moglibyśmy doręczyć książkę papieżowi, który teraz być może miał więcej wolnego czasu. Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie wysłania jej do niego, ponieważ panujący papież ma więcej do roboty niż słuchanie komentarzy ateisty. Rzeczywiście otrzymał ją, przeczytał i odpowiedział długim, kilkunastostronicowym listem. Wówczas zapytałem, czy możliwe byłoby opublikowanie listu jako dodatku do nowego wydania książki i powiedziano mi, że książka faktycznie musi być podpisana dwiema rękami, dwoma nazwiskami. To była nasza pierwsza książka, w 2013 roku.

    W tym momencie dość naturalna była prośba o przyniesienie mu książki i możliwość jednorazowego pójścia na rozmowę, ale myślałem, że to będzie ostatni raz. W rzeczywistości wtedy istniała już miedzy nami „iskra”, powiedzmy, poza polemiką na temat religii czy dyskusją na tematy teoretyczne, być może również dlatego, że nasze środowiska były w pewnym sensie podobne: obaj byliśmy profesorami uniwersyteckimi, obaj byliśmy seminarzystami. To on napisał do mnie pierwszy list po tym spotkaniu, dając mi kilka wskazówek na temat Pseudo-Dionizego, o którym rozmawialiśmy. W tym momencie zaczęła się korespondencja i przed pandemią Covida odwiedzałem go praktycznie co roku. Potem było już trudno.

    Vatican News: Jak wyglądała konfrontacja ateisty z papieżem?

    – To było bardzo ciekawe. Przede wszystkim konfrontacja była bardzo łatwa. Wielokrotnie już mówiono, że niezależnie od tego, co można by sądzić o jego stanowisku teologicznym, filozoficznym, a nawet politycznym i religijnym, był człowiekiem niezwykle kochanym, był bardzo delikatny, życzliwy, spokojny, z wyrafinowanym poczuciem ironii. Rozmowa z taką osobą była zatem bardzo przyjemna. Oczywiście był wielkim miłośnikiem książek. Miałem kiedyś okazję zobaczyć jego bibliotekę, która była nieskończona, którą miał w klasztorze Mater Ecclesiae.

    W rozmowach często polecał mi do przeczytania książki, nie tylko o tematyce religijnej. Na początku wymiana dotyczyła głównie tematów religijnych – to było oczywiste – ale później rozmawialiśmy np. o egiptologii. To on polecił mi, paradoksalnie, książkę Iana Assmana, egiptologa, który dowodził, że przemoc jest nieodłącznym elementem monoteizmu. Sama idea powiedzenia „mam tylko jednego Boga” kazała myśleć, że „wasi” bogowie są źli, „fałszywi i kłamcy”, jak mawiano, i że dlatego niesie to ze sobą przemoc. To osobliwe, że papież zaleca lekturę takiej książki temu, kto już w pewnym sensie tak myśli. Oznacza to, że miał szerokie spektrum lektur. Oczywiście nie zgadzał się z tą tezą, ale dzięki temu dyskurs był ciekawy. Czyli wtedy, gdy ktoś się nie zgadza, ale mimo to zabiera głos, dyskutuje i stara się wnieść własne pomysły, własne opinie.

    Vatican News: Jakie przesłanie płynie z waszej korespondencji i intelektualnej przyjaźni o dialogu między światem wierzących i światem niewierzących?

    – Chodzi właśnie o to: że można to zrobić, mimo że stoi się na zupełnie przeciwstawnych pozycjach. Trudno sobie wyobrazić dwa stanowiska bardziej od siebie odległe niż papież, który jest nie tylko wierzącym, ale głową Kościoła liczącego miliard i setki milionów wiernych, a po drugiej stronie ateista. Dwa zupełnie przeciwne stanowiska, które jednak nie przeszkadzają najpierw w konfrontacji na temat treści własnych poglądów, a więc w naszym przypadku na temat religii i ateizmu, a potem nie przeszkadzają w osobistym dogadaniu się. Nie mówię, że to jest nauka, nie mogę się do niego porównywać, był papieżem i teologiem, ale można się dogadać, nawet jeśli nie myśli się w ten sam sposób, zamiast prowadzić wojny czy policzkować się nawzajem.

    Vatican News: Papież Benedykt w swoich przemówieniach często poruszał się pomiędzy wiarą a nauką. Był w jednym z nich bardzo ciekawy fragment, w którym rozwodził się nad matematyką jako wynalazkiem człowieka, ale odpowiadającym stworzeniu…

    – Przemawiając do młodych ludzi wytoczył ten argument, że istnieje jakaś z góry ustalona harmonia w sposób Leibnizowski między obiektywnymi rzeczami natury a rzeczami subiektywnymi, takimi jak kultura i matematyka, a więc z myślą, że jeśli istnieje ta z góry ustalona harmonia, to jest ktoś, kto ją stworzył i jest to Bóg. Wtedy, chyba w 2007 lub 2008 roku, a więc na długo przed rozpoczęciem naszej wymiany zdań, próbowałem zaprosić go na festiwal matematyczny, który przez trzy lata organizowaliśmy w audytorium w Rzymie. To był trochę szalony pomysł, zaprosić papieża na festiwal matematyki, ale nie był nie na miejscu właśnie z tego powodu. Oczywiście nie wyobrażałem sobie, że przyjdzie na debatę publiczną, to nie była jego rola, ale może na audiencję, ponieważ było z nami kilku noblistów, ale nie było to możliwe. Zapytałem księdza Federico Lombardiego, który oprócz tego, że był rzecznikiem zarówno Ratzingera, jak i Bergoglio, jest również absolwentem matematyki. Mało tego, ma dyplom z matematyki w Turynie z logiki matematycznej z tego samego uniwersytetu, który ja skończyłem, mniej więcej w tych samych latach, i wtedy spróbowaliśmy.

    Kiedy napisałem „Drogi papieżu piszę do Ciebie”, poświęciłem rozdział właśnie temu tematowi, czyli temu, jak matematyka może być uznana za naukę najbliższą religii – nie tylko przez Ratzingera. Robiąc skok o tysiąclecia i cywilizację – Pitagoras myślał podobnie. Mistyków matematyków było wielu. Nawet z punktu widzenia wierzących czytałem kiedyś w „Avvenire”, że 15% matematyków jest wierzących, ale tylko 4% biologów. Sugeruje to, że matematyka może być bardziej otwartymi drzwiami do religii lub pewnego typu myślenia niż inne nauki. Ratzinger zawsze był na to bardzo wrażliwy. Rzeczywiście, przyniosłem mu kilka moich książek o matematyce. Rozmawialiśmy o św. Augustynie, który w „Państwie Bożym” używa wielu metafor matematycznych. Dużo z nim rozmawiałem o Gödlu, największym logiku XX wieku, który zaprezentował matematyczną interpretację ontologicznego dowodu św. Anzelma na istnienie Boga. Wracaliśmy do tego kilka razy. W rzeczywistości powiedział mi żartobliwie: „Zostaniesz wielkim teologiem!”. Więc część naszej relacji była oparta właśnie na teologii i matematyce.

    e-Kai

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nawrócony główny rabin Rzymu:

    Jezus to Mesjasz!!!

    Nawrócony główny rabin Rzymu: Jezus to Mesjasz!!!
    fot. Entheta via: Wikipedia CC 3.0/Głos Gminy Żydowskiej : organ Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie 10-11/1938

    ***

    Konwersja na katolicyzm rabina Izraela Zollera, do dziś jest zadrą w oku wielu Żydów, którzy nigdy nie zaakceptowali postępowania neofity z Rzymu, zarzucając mu oportunizm, wynikający z braku porozumienia z lokalną gminą. Poszukiwania byłego rabina Triestu i Rzymu były znacznie głębsze, niż powierzchowne tłumaczenia urażonych ortodoksów.

    Żyd z Polski

    Eugenio Zolli, dawniej Izrael Zoller, urodził się w polskich Brodach, niedaleko Lwowa, pod zaborem austriackim. Był najmłodszym synem z pięciorga rodzeństwa, matka wywodziła się z znanej rodziny rabinackiej i bardzo pragnęła, aby przynajmniej jedno z jej dzieci kontynuowało tradycje ojców.

    Był wszechstronnie wykształconym, wybitnym biblistą. Studiował biblistykę w szkole rabinackiej, a także filozofię i psychologię na uniwersytetach we Lwowie, Wiedniu i we Florencji. Był rabinem Triestu, wykładał literaturę hebrajską w Padwie, a następnie został naczelnym rabinem Rzymu. Dlatego jego nawrócenie wywołało prawdziwy szok wśród społeczności żydowskiej na całym świecie.

    „Papież Pius XII – papież Hitlera był bardzo dumny, ze chrztu rabina Rzymu” – szydzi rabin Tovia Singer, porównując go do króla Manassesa, który oddawał się kultowi Baala, zarzucając mu oportunizm i niewierność Prawu. Szczerze powiedziawszy tego typu ignorancja historyczna jest po prostu żenująca.

    Poszukiwania Zolli’ego były dużo bardziej skomplikowane, niż chciałby to widzieć rabin Singer. Już jako nastolatek Izrael zadawał trudne pytania: „Co robił Bóg, zanim stworzył świat? Dlaczego go uczynił?”. Ale naprawdę nurtował go krucyfiks, który widział u swojego przyjaciela Stanisława. Kim jest ten człowiek? Czy był zły? Dlaczego tak bronił prawdy, kosztem swojego życia?

    Ogromne wrażenie zrobiło na nim nowotestamentowe Kazanie na Górze. Postulaty, aby kochać swoich wrogów, przebaczać i błogosławić im, były czymś rewolucyjnym dla niego i pozostawiły w jego sercu trwały znak. Nowy Testament zaczął mu się wydawać logiczną kontynuacją Starego. Coraz wyraźniej zauważał, jak proroctwa Starego Testamentu realizują się na kartach Świętej Ewangelii.

    Doświadczenie wiary

    Zolli na własnej skórze doświadczył, gdy w czasie II wojny światowej, katoliccy duchowni, narażając własne życie ratowali Żydów. Według oficjalnych danych społeczności żydowskich, bezpośrednie interwencje Papieża Piusa XII, sprzeciwiające się rasowej polityce III Rzeszy, uratowały co najmniej 850 tys. Żydów. Papież rozluźnił regułę w klasztorach klauzurowych, aby tam ukrywać prześladowanych. Siostry zakonne same spały w piwnicach, odstępując swoje łóżka i cele potrzebującym.

    W 1943 r. gmina żydowska znalazła się w podbramkowej sytuacji. Dowódca SS półkownik Kapler zażądał od rabinów50 kgzłota w zamian za odstąpienie od deportacji mężczyzn. Przed upływem ultimatum społeczność zebrała tylko35 kg. Rabin Zoller w akcie desperacji zwrócił się do samego papieża. Jednak już wcześniej katolickie wspólnoty zebrały na ten cel brakujące15 kg. Hitlerowcy nie dotrzymali słowa i aresztowali następnej nocy 2 tys. mężczyzn.

    Zolli widział jak chrześcijanie, przepełnieni Duchem Jezusa Chrystusa, wypełniają Kazanie na Górze, jak oddają swoje życie za braci. Żydów ukrywały zwykłe katolickie rodziny, chroniły ich mury Watykanu, czy prywatnej papieskiej rezydencji w Pastel Gandolfo. Rabin był więc wdzięczny chrześcijanom za okazaną pomoc, osobiście wyraził podziękowania papieżowi.

    Pinchas Lapide były konsul Izraela we Włoszech powiedział po wyzwoleniu Rzymu, że „Kościół katolicki ocalił więcej żydowskich istnień podczas II wojny światowej, niż inne kościoły, instytucje religijne i organizacje powołane do tego celu, razem wzięte”.

    Zbytnia miłość rabina do Kościoła Katolickiego, nie przysparzała mu zwolenników w gminie, którzy coraz głośniej domagali się ustąpienia Zollera z funkcji wielkiego rabina Rzymu. To miało się wkrótce zmienić.

    Powołanie Izraela

    Podczas święta Wielkiego Przebaczenia w 1944 r. Izrael Zoller doświadcza mistycznej wizji Chrystusa Pana w synagodze, który mówi do niego: „Jesteś tu po raz ostatni. Odtąd pójdziesz za mną”. Po powrocie do domu jego żona Emma mówi, że widziała, gdy stał przed arką i torą, jakby Jezus Chrystus, odziany w biel położył dłoń na jego głowie i pobłogosławił mu”. Oboje wezmą chrzest w lutym 1945 r. , a ich córka, której ukazał się Chrystus we śnie, niespełna rok później.

    Zolli przeżywa najgłębsze doświadczenie swojego życia. Otrzymuje światło, znajduje odpowiedź, której szukał przez całe swoje życie. Czy ten człowiek, niesłusznie zabity na drzewie Krzyża, jest zapowiadanym przez proroka Izajasza cierpiącym Sługą, oczekiwanym Mesjaszem?

    Tak! Już w wydanej w 1938 r. książce „Nazarejczyk”, opisuje Chrystusa jako Mówcę, tego, który jest poświęcony, poucza i wyjaśnia, a potem cierpi i zmartwychwstaje. Zdał sobie sprawę, że Chrystus to Mesjasz, Mesjasz to Bóg, Chrystus to Bóg i w nim zrealizowało się proroctwo z 53 rozdziału Izajasza:

    „Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli?

    na kimże się ramię Pańskie objawiło?

    On wyrósł przed nami jak młode drzewo

    i jakby korzeń z wyschniętej ziemi.

    Nie miał On wdzięku ani też blasku,

    aby na Niego popatrzeć,

    ani wyglądu, by się nam podobał.

    Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,

    Mąż boleści, oswojony z cierpieniem,

    jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa,

    wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.

    Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,

    On dźwigał nasze boleści,

    a myśmy Go za skazańca uznali,

    chłostanego przez Boga i zdeptanego.

    Lecz On był przebity za nasze grzechy,

    zdruzgotany za nasze winy.

    Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas,

    a w Jego ranach jest nasze zdrowie.

    Wszyscyśmy pobłądzili jak owce,

    każdy z nas się obrócił ku własnej drodze,

    a Pan zwalił na Niego

    winy nas wszystkich.

    Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić,

    nawet nie otworzył ust swoich.

    Jak baranek na rzeź prowadzony,

    jak owca niema wobec strzygących ją,

    tak On nie otworzył ust swoich.

    Po udręce i sądzie został usunięty;

    a kto się przejmuje Jego losem?

    Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących;

    za grzechy mego ludu został zbity na śmierć.

    Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi,

    i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem,

    chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy

    i w Jego ustach kłamstwo nie postało.

    Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem.

    Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy,

    ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży,

    a wola Pańska spełni się przez Niego.

    Po udrękach swej duszy,

    ujrzy światło i nim się nasyci.

    Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu,

    ich nieprawości On sam dźwigać będzie.

    Dlatego w nagrodę przydzielę Mu tłumy,

    i posiądzie możnych jako zdobycz,

    za to, że Siebie na śmierć ofiarował

    i policzony został pomiędzy przestępców.

    A On poniósł grzechy wielu,

    i oręduje za przestępcami. (Iz 53)

    Zolli staje się prześladowany przez własną społeczność. Włoscy Żydzi oskarżają go o kolaborację z faszystami, zdradę tradycji, wreszcie skazują go na ostracyzm. Na chrzcie przyjmuje imię Eugenio, z wielkiego szacunku dla papieża. Czuje, że nawrócenie uzdrowiło jego wszystkie rany. Pracuje w Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie.

    Pan jest z nim do samego końca. Choruje ciężko na zapalenie płuc. „Umrę w pierwszy piątek o 15-tej” – prorokuje, chcąc zjednoczyć się w ten sposób ze swoim Zbawcą. Pan wysłuchuje jego prośby. Umiera w stanie łaski uświęcającej osiem dni później, w piątek 2 marca 1956 o godzinie trzeciej po południu…

    Tomasz Teluk/Fronda

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W uścisku Miłości. Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza i ofiarowała życie za nawrócenie swego narodu

    W uścisku Miłości. Niezwykła historia żydowskiej mistyczki, która rozpoznała Mesjasza i ofiarowała życie za nawrócenie swego narodu
    fot. screenshot YouTube (Siostry Kanoniczki Ducha Świętego)

    ***

    Nazajutrz po Dniu judaizmu w Kościele katolickim wspominamy absolutnie nieprzeciętną postać na kartach dziejów tegoż Kościoła. 18 stycznia 1919 roku, w wieku niespełna 20 lat przyjęła chrzest. 18 stycznia 1986 roku, w kolejną rocznicę swych narodzin do życia we wspólnocie Mistycznego Ciała Chrystusa odeszła do Pana, by zagubić się ze szczęścia w Jego „uścisku Miłości”. Oto niezwykła historia Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, córki narodu żydowskiego, nazywanej naszą, polską Edytą Stein.

    Św. Faustyna Kowalska opisuje w swym duchowym „Dzienniczku” pewne zdarzenie, jakie miało miejsce w pierwszych dniach lutego 1937 roku. Dzień dzisiejszy jest dla mnie tak wyjątkowy, pomimo że doznałam tyle cierpień, ale dusza moja opływa w radość wielką. W sąsiedniej separatce leżała ciężko chora Żydówka; przed trzema dniami byłam ją odwiedzić, odczułam w duszy ból, że już niedługo umrze i łaska chrztu świętego nie obmyje jej duszy. Pomówiłam z siostrą pielęgnującą, że jak będzie się zbliżać ostatnia chwila, żeby jej udzielić chrztu świętego, ale była ta trudność, że zawsze Żydzi byli przy niej. Jednak uczułam w duszy natchnienie, aby się pomodlić przed tym obrazem, który mi Jezus kazał wymalować; mam broszurkę, a na okładce jest odbitka z tego obrazu Miłosierdzia Bożego. I rzekłam do Pana: Jezu, sam mi powiedziałeś, że udzielać będziesz wiele łask przez obraz ten, więc proszę Cię o łaskę chrztu świętego dla tej Żydówki; mniejsza o to, kto ją ochrzci, byle została ochrzczona. Po tych słowach dziwnie zostałam uspokojona i mam zupełną pewność, że pomimo trudności woda chrztu świętego spłynie na jej duszę. I w nocy, kiedy była bardzo słaba, trzy razy do niej wstawałam, aby czuwać na stosowny moment, w którym by jej tej łaski udzielić. Rano czuła się jakby lepiej, po południu zaczęła się zbliżać ostatnia chwila; siostra pielęgnująca mówi, że trudno będzie jej udzielić tej łaski, ponieważ są przy niej. I nadszedł moment, że chora zaczęła tracić przytomność, a więc zaczęli biegać jedni po lekarza, inni znowuż gdzie indziej, aby chorą ratować, i tak [się stało], że pozostała sama chora, i siostra pielęgnująca udzieliła jej chrztu świętego. I nim się wszyscy zbiegli, to jej dusza była piękna, ozdobiona łaską Bożą i zaraz nastąpiło konanie; krótko trwało konanie, zupełnie jakby zasnęła. Nagle ujrzałam jej duszę wstępującą do nieba w cudnej piękności. O, jak piękna jest dusza w łasce poświęcającej; radość zapanowała w mojej duszy, że przed obrazem tym otrzymałam tak wielką łaskę dla tej duszy – czytamy w zapiskach polskiej apostołki Bożego Miłosierdzia.

    W przeciwieństwie do Żydówki, o której wspomina św. Faustyna, Chaje Kalb – jak zwała się przed wstąpieniem do zakonu Kanoniczek Ducha Świętego siostra Emanuela – nim znalazła się na łożu śmierci, miała za sobą już kilkadziesiąt lat życia w niezwykłej bliskości i zjednoczeniu miłości z Chrystusem, którego w swej młodości rozpoznała jako Tego, na Którego czekał jej izraelski naród.

     Chaje Kalb urodziła się w Jarosławiu 26 sierpnia 1899 roku w rodzinie żydowskiej, jako pierworodna z sześciorga dzieci Schie (Osiasa) Kalb i Jutte Friedwald. Cała codzienność w domu Kalbów bardzo mocno zakorzeniona była w tradycji judaistycznej. Rodzice dbali, by mała Chaje wraz z pozostałym rodzeństwem, poznawała historię i religię swego narodu.

    Helena, jak się do niej zwracają domownicy, zdobywa w Rzeszowie podstawowe wykształcenie. Tymczasem ojciec opuszcza rodzinny dom i w poszukiwaniu pracy (jak wielu wówczas) wyjeżdża do Ameryki. Chaje już nigdy więcej go nie zobaczy. Gdy dziewczyna ma 16 lat, umiera jej matka, zarażona tyfusem przez osoby, którymi się opiekowała. W wieku 19 lat bardzo poważnie zachoruje również sama Chaje. Krzyż zaznacza więc swą obecność niezwykle mocno i już na dobre staje na drodze jej życia. Ale na tym krzyżu i wraz z tym krzyżem przychodzi do niej sam Mesjasz, Ten przez nią Oczekiwany, Ten Upragniony.

    Przebywając przez pół roku na leczeniu w szpitalu, młoda Żydówka zetknęła się z pełniącymi tam swą pielęgniarską posługę siostrami zakonnymi. Doświadczając nieustannie ich dobroci, obserwuje bezinteresowność i ofiarność z jaką potrafią troszczyć się o powierzonych swej opiece pacjentów. To właśnie one przekazują jej Dobrą Nowinę o Chrystusie, świadectwem nie tylko słowa, lecz przede wszystkim ofiarnego życia. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż Chaje dostrzega, że ta pełna miłości bliźniego postawa zakonnic, jest bardzo mocno zakorzeniona i posiada swe źródło w ich życiu modlitwą, w ich głębokiej, żywej relacji z Bogiem.

    Bardzo znamienne, że w doświadczeniu łaski nawrócenia innej Żydówki, starszej od Chaje Kalb o 8 lat – Edyty Stein, znanej w zakonie karmelitanek bosych jako św. Teresa Benedykta od Krzyża, niezwykle istotne znaczenie odegrało pewne wydarzenie sprzed 1918 roku, które opisała ona następująco: Gdyśmy tam pozostawały [w katedrze] w nabożnym milczeniu, weszła jakaś kobieta obarczona koszykiem i uklękła w jednej z ławek na krótką modlitwę. Było to dla mnie coś zupełnie nowego. Do synagogi i zborów protestanckich, do których chodziłam, szło się tylko na nabożeństwo. Tu ktoś oderwał się od wiru zajęć, aby wstąpić do pustego kościoła, jakby na jakąś poufną rozmowę. Nigdy tego nie zapomnę“.

     Po wyjściu ze szpitala i powrocie do zdrowia Chaje Kalb, pomimo przeszkód czynionych jej ze strony rodziny, decyduje się przyjąć 18 stycznia 1919 roku Sakrament Chrztu Świętego w katedrze w Przemyślu, otrzymując wybrane przez siebie imiona Maria Magdalena. Poznałam prawdę i poszłam za nią. (…) Dusza moja otwierała się ku Bogu, jak kwiat ku słońcu. Gdy wspominam, o Jezu, te chwile pierwszej mojej gorliwości, ogarnia mnie wzruszenie i wdzięczność głęboka. Jak wówczas kochałam Ciebie! Jak nic trudnym, nic przykrym nie było dla mnie, by Ci miłość moją okazywać” – napisze potem w swoim „Dzienniku”.

    Młoda kobieta była cała otwarta na działanie łaski Bożej i to właśnie dlatego nowa wiara nie napotykała oporów w tym sercu, tak spragnionym żywego Boga. Chaje Kalb po prostu rozpoznała czas swego nawiedzenia, rozpoznała przechodzącego obok Chrystusa, Który Jest Drogą, Prawdą i Życiem. „Poznałam prawdę i poszłam za nią” – wyzna z ujmującą prostotą. 

    Jakże pięknym i znamiennym świadectwem podobieństwa przebiegu tego wspaniałego procesu otwarcia się na prawdę, jest doświadczenie Edyty Stein, która opisuje je w następującej relacji: Sięgnęłam do biblioteki po jakąś książkę, na chybił trafił. Wyciągnęłam pokaźny tom. Nosił tytuł:’ Życie św. Teresy od Jezusa’ napisane przez nią samą. Zaczęłam czytać. Lektura urzekła mnie. Czytałam jednym tchem, aż do końca. Gdy ją zamknęłam, powiedziałam sobie: to jest prawda!“.

    Niespełna 3 lata po przemyskim chrzcie Chaje Kalb, za naszą zachodnią granicą, w Bergzabern, 1 stycznia 1922 roku w Mistyczne Ciało Chrystusa, jakim jest wspólnota Kościoła, zostaje wszczepiona również inna córka narodu niegdyś wybranego przez Boga, 30-letnia wówczas doktor filozofii Edyta Stein. W 1933 roku wstąpi ona do kolońskiego Karmelu. Również i na tej drodze, oddania się Bogu na wyłączność wyprzedzi ją Żydówka z Jarosławia.

    Lektura „Wyznań” św. Augustyna wywiera na Kalb ogromne wrażenie i sprawia, że pragnie ona jeszcze ściślej i głębiej zjednoczyć się ze swym Boskim Oblubieńcem. Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. (…) W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie. Zawołałaś, krzyknęłaś, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. (…) Przeszyłeś moje serce, jak strzałą, Twoją nadziemską miłością – pisał w swym dziele święty Biskup z Hippony. Jakże przejmująco podobnie wybrzmi wyznanie Kalb: Boże mój, tyle czasu traciłam szukając Ciebie tam, gdzie Ciebie nie było! Lecz od tej chwili, o Boże, dla Ciebie tylko chcę żyć! Ty jesteś Wszystkim!.

    Pewnego wiosennego dnia ma miejsce niezwykłe wydarzenie w życiu 28-letniej kobiety, która będąc w stanie narzeczeństwa zmierza drogą ku małżeństwu. Idąc ulicą Szpitalną w pobliżu rynku w Krakowie Magdalena, niczym przed wiekami Szaweł zmierzający do Damaszku doznaje olśniewającego spotkania z Bożą łaską, które na zawsze zmieni dalsze jej życie. Oto, jak późniejsza siostra Emanuela relacjonowała później tamte niezwykłe chwile: Nagle – jasność niezmierna, zaciemniająca zupełnie słońce południowe, jasność wewnątrz i zewnątrz i jeden przepotężny głos, nabrzmiały radością Nieba: „Do klasztoru!”. Staję w miejscu, rozglądam się. Wszak zdaje mi się, że dom ten, koło którego stoję, wygląda na klasztor. Podchodzę do bramy, dzwonię, proszę o przyjęcie i – zostaję. Poprosiłam tylko, abym mogła napisać jeden list. Piszę: „Zapomnij o mnie, nie zastaniesz mnie już wśród świata. Do wyższych rzeczy jestem stworzona”

    Kobieta wstępuje do Zgromadzenia Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego de Saxia w Krakowie. W sierpniu 1928 roku rozpoczyna nowicjat, otrzymując habit zakonny i przyjmując imię Emanuela. 29 października 1933 roku składa śluby wieczyste. Bóg jest teraz dla niej Wszystkim. Jedno z Jezusem. Żyję tym cała, objęta, wchłonięta cała, nic już moje nie jest. Myśli moje, uczucia, życie, to tylko Jezus. Stale we mnie, stale ze mną…(…) Jezus jest wychowawcą najlepszym i najdoskonalszym. Gdyby dusze umiały Go słuchać, doprowadziłby je do zupełnego z Sobą podobieństwa. (…) Nic innego już nie wiem, tylko że Bóg jest Miłość, że porwała i pochłonęła mnie całkowicie ta Miłość. (…) Boże mój, szukać Ciebie dla Ciebie samego, to największe szczęście. Szukając Ciebie i tylko Ciebie – znajdę wszystko: moją miłość, moje życie, moje szczęście”.

     Dzięki zdobytym wcześniej kwalifikacjom s. Emanuela Kalb podejmuje pracę nauczycielki i wychowawczyni w różnych placówkach zgromadzenia. Powierzano jej również funkcje mistrzyni nowicjatu, przełożonej wspólnot, sekretarki generalnej, wikarii domu. Na drodze życia wewnętrznego, poza św. Augustynem, jej przewodnikami są wielcy mistycy karmelitańscy: św. Teresa z Avila, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Lisieux, bł. Elżbieta od Trójcy Świętej. Ale Najwyższy, Boski Przewodnik, Ten Który jako Jedyny Jest Drogą, i Prawdą, i Życiem pragnie osobiście prowadzić swą odnalezioną, umiłowaną córkę po duchowych ścieżkach ku zjednoczeniu z Nim.

    Siostra Emanuela doświadcza niezwykłej bliskości Boga, zostaje też obdarowana wieloma łaskami mistycznymi. Cóż mogę powiedzieć o tym blasku, którego dozwalasz mi niekiedy zakosztować. Wszak to tajemnica, którą można przeżywać, ale oddać w słowach niepodobna. (…) Ujrzałam jakąś Istotę, której określić nie mogę. Niby jakieś światło, jakieś Piękno, coś tak rozkosznego, tak niewypowiedzianego! To była MIŁOŚĆ – ISTOTA. To był jednak Jezus, choć poznałam tylko Istotę Miłości – wyzna Służebnica Boża. Patrz, miłuję cię nie jakąś ogólną, bezosobową miłością. Miłuję cię tkliwą, czułą miłością – powie jej Chrystus. Jak Bóg nas miłuje… to nie do przeżycia – zachwyca się żydowska zakonnica.

    Odkupiciel towarzyszy jej wiernie, również ze swym najcenniejszym skarbem duchowym, jakim jest dar uczestnictwa w Jego krzyżu. Kalb zostaje dotknięta utratą słuchu i przez niemal 40 lat, aż do końca swej ziemskiej pielgrzymki, żyje w głuchocie. Musi zrezygnować z pracy w szkole. Przyjmuje to bardzo pokornie i z ufnością. Znosić krzyż kalectwa i inne fizyczne dolegliwości, bez mówienia o nich. W cichości łączyć się z Ofiarą Zbawiciela” – zanotuje siostra Emanuela.

    Zewnętrzne uciszenie sprzyja też pogłębieniu niezwykłej, żywej relacji z Oblubieńcem. Boga znaleźć można tylko w milczeniu, w uciszeniu myśli i w uciszeniu woli, wolnej od nieumartwionych pragnień, które wnoszą niepokój, hałas i podniecenie. (…) Bez milczenia nie ma mowy o zjednoczeniu z Bogiem”. Tym bardziej, że przecież „nikt nie został święty bez wielkich cierpień. A cóż to wszystko znaczy wobec wieczności. Jedna kropla wobec oceanu(…) Trzeba się stać Jezusem Ukrzyżowanym, Ojciec Niebieski uzna nas tylko wtedy za swoje dzieci, gdy ujrzy, gdy rozpozna w nas Jezusa Ukrzyżowanego, Swego Syna. (…) Jezu… przede wszystkim daj mi ukochać Krzyż. Bo złudzeniem jest kochać Ciebie bez Twojego Krzyża. (…) Większą łaską jest cierpieć z Jezusem w milczeniu zupełnym, niż otrzymywać najwznioślejsze dary mistyczne – czytamy w zapiskach kanoniczki Ducha Świętego.

    Jeśli Mnie miłujesz, pomóż Mi zbawiać dusze– prosi ją Zbawiciel i dodaje: Potrzeba Mi dusz, które by wynagradzały wszystkie zniewagi, potrzeba Mi dusz, które by uwierzyły w Moją Miłość. Siostra Emanuela Kalb doskonale rozumie swoje posłannictwo. Powołanie do Zakonu nie jest tylko dla własnego uświęcenia, lecz by wynagradzać Bogu za grzechy świata i ratować dusze od zguby wiecznej – zapisze. Przyjmuje Boże zaproszenie do współpracy z Nim na drzewie Krzyża, w dziele rodzenia dusz dla wieczności.

    W swym „Dzienniku” opisze następujące zdarzenie. Odprawiając raz Drogę Krzyżową, ujrzałam nagle Pana Jezusa. W jednej ręce trzymał życie pełne pociech i szacunku ludzkiego, czci, jaką z sobą niesie gorliwość w służbie Bożej, oraz wszelkie błogosławieństwa jakich można doznać w życiu zakonnym. W drugiej ręce trzymał bezmiar męki, cierpień, bólów wszelkich, całe morze goryczy. Pan rzekł do mnie: „Wybieraj!”. Ty sam, Jezu, wybieraj dla mnie – odpowie zakonnica i doda:. Daj, co chcesz, wszystko mi będzie jednakowo miłe z Twojej Ręki. Tylko łaski Twojej nie odmawiaj’. „Otóż przeznaczyłem ci całe to morze goryczy i cierpień, ale nie bój się, prędzej Wszechmocy by Mi zabrakło, niż biednej duszy pomocy Mojej. (…) Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja” – usłyszy siostra Emanuela od Jezusa.

    Zasadniczą prawdą jest świadomość – wyzna Kalb – że prowadzi nas Miłość. Ona nad nami czuwa i żywi względem nas nieskończenie łaskawe zamiary. Musimy się im poddać z uległością i całkowitą ufnością.

    Cały swój ciężki krzyż, wszystkie cierpienia zarówno duchowe, jak i fizyczne, Siostra Emanuela ofiaruje Bogu w intencji swego, żydowskiego narodu, „by poznał Światło Prawdy, którą Jest Chrystus”. Czyni to już od 1935 roku.

    I znów, kilka lat później, w sierpniu 1942 roku, w odległym zakątku Europy, inna żydowska chrześcijanka – karmelitanka Edyta Stein, wybierając się w drogę do Domu Ojca, wiodącą przez męczeńską śmierć z rąk niemieckich oprawców, biorąc za rękę swą rodzoną siostrę, powie do niej: „Chodź, idziemy za nasz naród”.

    Bóg przyjmuje również ofiarę Siostry Emanueli Kalb. Wiele razy okazywał mi Pan Przenajświętszą Krew Swoją płynącą daremnie dla tak wielkiej liczby dusz. Z dziwną boleścią duszy zbierałam tę Krew Przenajdroższą. Wreszcie pewnego ranka stanął przede mną Pan Jezus. W ręku trzymał Przenajświętsze Serce Swoje, a poprzez palce spływała z tego Najświętszego Serca Przenajświętsza Krew obficie. Pan rzekł do mnie: Patrz – oto ostatni krzyk miłości. Oddaję ci Moją Krew. Wylewaj Ją nieustannie na twój naród, na Mój naród, szafuj hojnie, nie żałujofiaruj ją nieustannie Ojcu Mojemu za nawrócenie Izraela. Czynię cię szafarką Mojej Krwi. Nie zabraknie ci teraz cierpień. Nie bój się. Im bardziej będziesz Mi oddana, tym więcej ogarniać cię będzie Miłość Moja”.

    W innym miejscu Chrystus mówi do żydowskiej zakonnicy. „Twoją misją jest: wielką wiarą i gorejącą miłością wynagrodzić Mi za naród twój, który wzgardził Mną, nie chcąc uznać we Mnie swego Mesjasza”. Siostra Emanuela zapisuje w swym „Dzienniku” specjalną modlitwę zatytułowaną koronką za nawrócenie Izraela, z natchnienia Bożego do codziennego odmawiania, składającą się z powtarzanego na małych paciorkach wezwania: Przepuść, Panie, przepuść ludowi Twojemu.

    Siostra Emanuela Kalb, niczym żertwa ofiarna na ołtarzu, cała poświęca się i wyniszcza w tej upragnionej intencji: Jezu, ponad wszystkie rozkosze, jakich mogłabym zażywać, wybieram: być całopalną ofiarą w złączeniu z Tobą. Przeżyłam – nie zmysłami lecz umysłem – złączenie z Ukrzyżowanym. Rodzić dusze w cierpieniu! Na ziemi zresztą  nie pragnę innej miłości. On jest ‘Oblubieńcem Krwi’. Dusze poślubione miłości Boga – Chrystus ich Oblubieńcem. Łączą się z Nim, rodzą dusze do wieczności. Jeżeli celu tego nie osiągną przez ścisłe zjednoczenie z Bogiem, są bezpłodne; ich życie mija się z celem. Dawanie życia połączone jest z cierpieniem(…) Cierpienie wtedy ma wielką wartość, gdy ofiarowane jest tylko Panu Jezusowi, w złączeniu z Jego Męką, jako zupełnie czysty dar (…) Bez wielkiej ofiarności, bez wielkiego cierpienia nie ma wielkiej miłości. (…) Wycierpiałam wszystko, zdaje mi się, co człowiek może na ziemi wycierpieć.  Niech będzie za to Bóg uwielbiony! (…) Tak, warto cierpieć, warto ofiarować życie dla sprawy większej niż życie samo, zasługującej przeto, by wszystkie siły dla niej wyczerpać. 

    Jeszcze przed wstąpieniem do zakonu, lecz już po dostąpieniu łaski sakramentu Chrztu Świętego Kalb intensywnie wspierała swego brata i siostrę w ich drodze ku katolicyzmowi. W czasie II wojny światowej Służebnica Boża przygotowała też do chrztu 11 Żydów, którzy o to poprosili. Zdecydowanej większości z nich udało się przeżyć niemiecką okupację.

    Czy zgodzisz się przyjąć pokusy niewiary, aby inni uwierzyli?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Tak, Jezu, aby inni uwierzyli, aby Ciebie na wieki kochali, chcę wycierpieć te okrutne pokusy niewiary, które są mi już znane. Lecz Ty znasz moją słabość, wspieraj mnie, bym sama nigdy nie zwątpiła – odpowiada żydowska zakonnica.

    Pod koniec życia siostra Emanuela złożyła się Panu w ofierze, również w innej swej wielkiej intencji, za kapłanów, by wynagradzać za ich niewierności oraz wypraszać łaskę świętości dla nich. Zachęcał ją do tego Sam Odkupiciel. Oto jak relacjonuje to mistyczka: Naraz Pan Jezus stanął przed oczyma mej duszy. Patrzę, z oczu płyną Mu łzy. Jezu! – wołam w męce ducha. – „To kapłani zdradzają swoje kapłaństwo. To krwawe łzy Moje z Ogrójca. Za wybranie, za miłość – odrzucenie, niewiara. Pomóżcie, bo zginą! Nie przestałem ich miłować. Ratujcie ich, ofiarujcie za nich całe Moje życie, całą Moją mękę! Jestem stale we wszystkich Mszach Świętych jako Żertwa przed Ojcem. Bierzcie z tych skarbów! Łączcie się ze Mną! Ofiarujcie się, wynagradzajcie za zniewagi, módlcie się za kapłanów! (…) Chcę, byś Mi pomogła dźwigać cierpienia, bo bardzo cierpię za grzechy. Dziecko Moje, tobie powierzyłem ciężar grzechów niewiernych kapłanów. Módl się i cierp wraz ze Mną. Nie lękaj się. Nic ponad siły. Niech cię wspiera myśl, że cierpisz razem ze Mną. Jedno tylko zachowaj sumiennie: „Milczeć i cierpieć!Panie mój – odpowie siostra. Emanuela – jeżeli trzymasz mnie przy Sobie, zupełnie w Sobie, to przecież będę mogła u Ciebie wszystko uprosić, zwłaszcza, gdy proszę Cię tak stale, tak usilnie za kapłanów, którzy od Ciebie odeszli, by wrócili, przeprosili Ciebie.

    Chce Pan, by dusze wierne zechciały przez żarliwą modlitwę i wynagrodzenie błagać o nawrócenie kapłanów – zapisze Służebnica Boża, by w innym miejscu dodać: Wszystko jest owocem modlitwy.

    Siostra Emanuela Kalb zawsze z otwartym sercem przyjmowała każde zaproszenie Swego Oblubieńca  do podjęcia wysiłku współpracy z Nim w dziele rodzenia dusz dla Królestwa Bożego, poprzez modlitwę, ofiarę, wynagradzanie, niesienie im duchowej pomocy. Czy chcesz przyjąć na siebie pokusy dusz słabych, które by w nich uległy, gdyby nie twoja pomoc?” – zapytał ją kiedyś Chrystus. Jezu, chcę wszystko wycierpieć, byleś Ty był kochany – odpowiada natychmiast zakonnica.

    Uczułam, że jestem bardzo głodna. Nic nie znaczyło, że normalnie przyjmowałam posiłek w refektarzu. Głód był tak dotkliwy, że formalnie skręcał mi wnętrzności. Ach kraść, kraść w szkole, w kancelarii, gdziekolwiek i kupić coś do jedzenia, zakupić chleba, bułek, całą piekarnię wykupić, byle ten głód nasycić! Parę tygodni męczył mnie ten głód nieopisany, wraz z ciężką pokusą kradzieży. Pewnego dnia ujrzałam w duchu jakiegoś młodego człowieka, porządnie ubranego, lecz bardzo mizernie wyglądającego. – „Widzisz tego człowieka? Oto bezrobotny, którego zatrzymałaś nad brzegiem występku”. Wnet popadłam znowu w ciężkie pokusy przeciw powołaniu zakonnemu. Dręczyły mnie z taką siłą, że już powiedziałam spowiednikowi, że opuszczę zakon. Dręczyły mnie z taką siłą (…) i nie ustawały. Przetrwałam w tym utrapieniu mniej więcej trzy tygodnie. Naraz ujrzałam jakąś pracownię krawiecką. Dziewczęta pracowały przy stołach, a wśród nich młoda i bardzo miła zakonnica. – „Widzisz tę siostrę? Gdyby nie twoje cierpienia, opuściłaby swój zakon i zgubiłaby się w świecie”. Ach siostro, wyrzekłam mimo woli, gdybyś wiedziała, ile za ciebie cierpiałam! – relacjonuje mistyczka.

    Służebnica Boża Emanuela odznaczała się wielkim umiłowaniem Eucharystii. Jak Bóg cię ukochał, niech ci powie Eucharystia – pisała. Boże mój, cóż znaczą wszystkie najwznioślejsze łaski modlitwy, najwspanialsze zachwyty, wobec jednej Komunii Eucharystycznej! Tu jest takie zjednoczenie, takie wchłonięcie naszej istoty przez Boga, że stajemy się Nim, jedno, nierozdzielne. (…) Zrozumiałam, że nasze małe wysiłki, gdy podczas Mszy św. kładziemy je na ołtarzu, gdzie Chrystus, Ofiara jest obecny, nabierają nieskończonej wartości’. “Czy nie wiesz – pouczał ją Pan – że ofiarując Mi Syna Mego, Jego życie, Jego Mękę i śmierć, ofiarujesz Mi więcej, niż którykolwiek z największych świętych Starego Testamentu mógł Mi ofiarować? Gdy ofiarujesz Mi tę Przenajświętszą Ofiarę, nie mogę wówczas powiedzieć: „Zostaw Mnie w spokoju” (Wj 32,10). Kto w imię Jego prosi, nigdy nie prosi nadaremno – czytamy w zapiskach siostry kanoniczki Ducha Świętego.

    Od 1957 roku aż do końca swych ziemskich dni Siostra Emanuela przebywała w krakowskim klasztorze, włączając się, na ile mogła, w życie i pracę wspólnoty. W Zgromadzeniu Sióstr Kanoniczek Ducha Świętego przeżyła 59 lat.

    Zmarła w opinii świętości 18 stycznia 1986 roku w Krakowie, w 67-rocznicę przyjęcia sakramentu Chrztu i włączenia we wspólnotę Kościoła.

    W latach 2001-2003 przeprowadzono jej proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym. Dnia 13 maja 2005 roku w Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych rozpoczął się etap rzymski procesu. 14 grudnia 2015 roku Franciszek zezwolił na ogłoszenie dekretu o heroiczności jej życia i cnót. Odtąd przysługuje jej w Kościele tytuł Czcigodnej Służebnicy Bożej.

    Ty musisz zostać świętą! – powiedział jej kiedyś Pan i dodał: Chcę przypomnieć światu, że Kościół jest powszechny”. Całe życie Służebnicy Bożej, Siostry Emanueli Kalb, tej wciąż tak mało jeszcze znanej, wspaniałej córki Kościoła, a zarazem niezwykłej córki narodu żydowskiego, dla którego tak bardzo pragnęła, „by poznał on Światło Prawdy, którą jest Chrystus”, jest dla nas wszystkich wielkim wyzwaniem, ale zarazem i zaproszeniem, aby odświeżyć w sobie ducha wdzięczności za darmo nam daną łaskę wiary oraz Sakrament Chrztu Świętego, wszczepiający nas w Mistyczne Ciało Chrystusa, a także, by odkurzyć nieco już zapomniany, w jego nieocenzurowanej wersji, Akt Poświęcenia Rodzaju Ludzkiego Najświętszemu Sercu Jezusowemu (encyklika Annum Sacrum napisana w roku narodzin Chaje Kalb – 1899), autorstwa wielkiego papieża Leona XIII, i modlić się do Pana za wstawiennictwem Sł. B. Emanueli Kalb i św. Teresy Benedykty od Krzyża: “Wejrzyj okiem miłosierdzia swego na synów tego narodu, który niegdyś był narodem szczególnie umiłowanym. Niechaj spłynie i na nich, jako zdrój odkupienia i życia, ta Krew, której oni niegdyś wzywali na siebie. Zachowaj Kościół swój, o Panie; użycz mu bezpiecznej wolności. Użycz wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw aby ze wszystkiej ziemi od końca do końca jeden brzmiał głos: Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Jemu cześć i chwała na wieki. Amen”.

     ***

    Czy wiesz, co cię czeka?”. Ujrzałam nagle jakąś dziwną jasność, jakieś piękno niewypowiedziane, jakąś rozkosz niepojętą, ale to było jakoby tło. Wśród tej niepojętej szczęśliwości był Bóg. I On objął, ogarnął duszę w niewypowiedzianym uścisku Miłości. To trwanie w uścisku Miłości Boga jest właściwą istotą Nieba. Tu język ludzki nic nie wypowie. Tylko słowa świętego Pawła Apostoła można zastosować: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują…”. (Sł. B. Emanuela Kalb “Dziennik“)

    Siostro Emanuelo, módl się za nami i za swoim narodem!

    Fronda.pl

    ren/„Poznałam Prawdę i poszłam za Nią” Kraków 2008, ks. J. Machniak „Służebnica Boża Emanuela Kalb” Kraków 2012, o.M. Zawada OCD „Antologia mistyki polskiej tom 2” Kraków 2008.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Jacek Stefański: Tragiczny paradoks gorliwości Żydów
    fot. Dennis Jarvis, lic. CC BY-SA 2.0 via Flickr, zdj. edyt.

    ***

    Ks. Jacek Stefański:

    Tragiczny paradoks gorliwości Żydów

    „Dostrzegamy tragiczny paradoks w tym, że gorliwa wierność Bogu prowadzi Izraelitów do odrzucenia tego samego Boga, gdy przychodzi On do nich jako Mesjasz. Bo przecież Pan Jezus jest ostateczną odpowiedzią na pragnienie Bożego miłosierdzia, które Bóg zaszczepił w sercu każdego człowieka, a zwłaszcza w sercu synów Narodu Wybranego. Oni wyrażają pragnienie Bożego miłosierdzia w psalmach dawidowych po dzień dzisiejszy. Ubolewamy więc nad tym, że nasza ewentualna próba ewangelizacji wyznawców judaizmu byłaby odbierana przez nich jako zagrożenie lub atak” – mówił 17 stycznia 2010 roku ks. Jacek Stefański, wygłaszając w kaliskiej katedrze homilię z okazji Dnia Judaizmu.

    W swojej homilii duchowny wyszedł od perykopy opowiadającej o trędowatym, który prosił Chrystusa o uzdrowienie. Chrystus okazał mu miłosierdzie i uzdrowił go. Chciał jednak, aby po uzdrowieniu Izraelita ten zgodnie z Prawem Mojżeszowym udał się do Jerozolimy.

    – „Chrystus wiedział, że dla Izraelity, aby przyjąć Jezusa jako Mesjasza było ważne, aby dostrzec ciągłość między Starym Przymierzem a Nowym Przymierzem uwidaczniającym się w osobie Pana Jezusa. Właściwie do dzisiejszego dnia możemy zauważyć, że jedna z najważniejszych cech, którą Bóg obdarował naród żydowski od samego początku jest wierność i lojalność wobec swojej starotestamentalnej tożsamości” – mówił kaznodzieja.

    Wskazał, że w całej swojej historii, nawet w czasie prześladowań, Żydzi nie próbowali upodobnić się do społeczeństw, w których żyli. Nie ukrywali swojej tożsamości i religijności. Ta lojalność charakteryzuje Żydów do dzisiaj. Stała się ona jednak, podkreślił duchowny, tragedią. Przez tę tożsamość Żydzi odrzucili Chrystusa uznając, że stawiając się ponad Prawem Mojżeszowym chce On ją zniszczyć.

    – „Z tego powodu my dostrzegamy tragiczny paradoks w tym, że gorliwa wierność Bogu prowadzi Izraelitów do odrzucenia tego samego Boga, gdy przychodzi On do nich jako Mesjasz. Bo przecież Pan Jezus jest ostateczną odpowiedzią na pragnienie Bożego miłosierdzia, które Bóg zaszczepił w sercu każdego człowieka, a zwłaszcza w sercu synów Narodu Wybranego. Oni wyrażają pragnienie Bożego miłosierdzia w psalmach dawidowych po dzień dzisiejszy. Ubolewamy więc nad tym, że nasza ewentualna próba ewangelizacji wyznawców judaizmu byłaby odbierana przez nich jako zagrożenie lub atak” – mówił ks. Stefański.

    – „A nam wcale nie o to chodzi. Bardzo byśmy chcieli, aby nasi starsi bracia w wierze odkryli Pana Jezusa w Starym Testamencie i uznali Go za Mesjasza. Przeżywamy to wszystko dokładnie tak, jak Pan Jezus to przeżywał: Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani! Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta zbiera pod skrzydła, a nie chcieliście” (Mt 23,37)” – dodawał.

    Kaznodzieja przywołał przykład naczelnego rabina Rzymu Israela Zolliego. Jego nawrócenie na chrześcijaństwo wymagało ogromnej walki duchowej. W 1944 roku jednak przyjął chrzest. Na chrzcie przyjął imię Eugenio, chcąc w ten sposób wyrazić wdzięczność św. Piusowi XII – Eugenio Pacelliemu, za wszystko, co w czasie II wojny światowej zrobił dla Żydów. Zolli sam przeżył wojnę właśnie dzięki działaniom papieża.

    – „Israel Eugenio Zolli, człowiek urodzony w Polsce, były ortodoksyjny rabin, naoczny świadek tamtych czasów jest głosem skierowanym dzisiaj do tych wszystkich, którzy usiłują albo przemilczeć te fakty, albo je zniekształcić. Naoczny świadek zagłady hitlerowskiej, urodzony w Polsce, były ortodoksyjny rabin, uniwersytecki profesor – zafascynował się Panem Jezusem, odkrył w Nim Mesjasza, odkrył Boże miłosierdzie właśnie w Kościele katolickim. Kościół stał się dla niego miłosierną matką poprzez tysiące kapłanów, sióstr zakonnych i świeckich, którzy robili wszystko – nawet oddawali życie – aby ratować swoich starszych braci w wierze” – mówił w 2010 roku ks. Jacek Stefański.

    Fronda/kak/rzymski-katolik.blogspot.com

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Zmarła s. André Randon – najstarsza osoba świata

    Siostra Andre, czyli Lucile Randon, najstarsza osoba na świecie
    fot.Daniel Cole/AP Photo/East News

    ***

    W nocy z poniedziałku na wtorek (16/17) w domu dla osób starszych pod wezwaniem św. Katarzyny Labouré w Tulonie na południu Francji zmarła w wieku 118 lat szarytka. Siostra André Randon była najstarszą żyjącą osobą na świecie.

    Przyszła szarytka urodziła się 11 lutego 1904 r. w rodzinie hugenotów jako Lucile Randon. Jej dziadek pełnił funkcję pastora. W wieku 12 lat Lucile rozpoczęła pracę jako opiekunka dzieci, później była nauczycielką domową. Wśród jej pracodawców była m.in. znana rodzina producentów samochodów Peugeot.

    Mając 19 lat przeszła na katolicyzm, a w wieku 40 lat wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo (szarytek) w Paryżu. Przyjęła wówczas męskie imię André (Andrzej; forma żeńska brzmiałaby „Andrée”). Chciała w ten sposób udobruchać swego brata o tym imieniu, któremu nie podobało się jej powołanie zakonne. “To było jej pragnienie, aby dołączyć do ukochanego brata. Dla niej to uwolnienie” – powiedział David Tavella, odpowiedzialny za komunikację w Sainte-Catherine-Laboure, domu opieki dla niesamodzielnych osób starszych, w którym mieszkała siostra André. Siostra Andre w ostatnich latach życia była niewidoma i posługiwała się wózkiem inwalidzkim.

    Zakonnica przez 28 lat pracowała w szpitalu w Vichy, opiekując się osobami starszymi i sierotami, po czym sama wycofała się do domu opieki w Les Marches w Sabaudii. Stamtąd w 2009 r., w wieku 105 lat, przeniosła się do Tulonu na południu Francji.

    25 kwietnia ub.r., po śmierci Japonki Tanaki Kane, s. André stała się najstarszą żyjącą osobą na świecie.

    Tytuł najstarszej żyjącej osoby na świecie obecnie należy do Hiszpanki Mari Branyas Morera, urodzonej 4 marca 1907 r. Najstarszą osobą w historii o potwierdzonej metryce pozostaje zaś Francuzka Jeanne Calment, która zmarła 4 sierpnia 1997 r., przeżywszy 122 lata i 164 dni.

    Siostra André jako szarytka 28 lat pracowała w szpitalu w Vichy, a także w departamencie Drôme w południowo-wschodniej Francji. Opiekowała się sierotami i osobami starszymi. Na emeryturze przez 30 lat mieszkała w domu starców w Sabaudii, a po 105. urodzinach przeniesiono ją do podobnego ośrodka szarytek w Tulonie.

    – Ludzie mówią, że praca zabija. Mnie praca utrzymywała przy życiu. Pracowałam do wieku 108 lat – powiedziała s. André, która rzeczywiście opiekowała się nieraz osobami młodszymi od siebie.

    – Ludzie powinni sobie nawzajem pomagać i kochać się, zamiast nienawidzić. Gdyby tak było, byłoby znacznie lepiej – powiedziała siostra André w dzień swoich 118. urodzin. Za jej życia na Stolicy Apostolskiej było 10 papieży. Długowieczna była także jej siostra bliźniaczka, która zmarła w 2018 r.

    Warto dodać, że najstarszą Polką, która zmarła w sierpniu minionego roku, była Tekla Juniewicz z Gliwic (miała 116 lat i 70 dni). Pani Tekla była wychowanką szarytek, a więc tego samego zakonu, do którego należała s. André.

    Katolicka Agencja Informacyjna/Gość Niedzielny 

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Spowiedź to droga nawrócenia. Krótka historia sakramentu pokuty i pojednania
    fot. Hernán Piñera via Flickr, CC BY-SA 2.0

    *****

    Spowiedź to droga nawrócenia.

    Krótka historia sakramentu pokuty i pojednania

    Ukrzyżowany i zmartwychwstały Jezus przekazał Kościołowi misję udzielania ludziom łaski przebaczenia. W ciągu dziejów zmieniały się formy sakramentu pokuty i pojednania.

    Historia każdego sakramentu zaczyna się od Jezusa Chrystusa. Nie inaczej jest w przypadku sakramentu pokuty i pojednania. Jezus nie tylko wzywał do nawrócenia, ale – co widać doskonale w scenie z paralitykiem – sam udzielał ludziom odpuszczenia grzechów. Czynił to na mocy swojej Bożej władzy (jako Syn Boży), ale zarazem czynił to jako człowiek (co tak bulwersowało faryzeuszy).

    Już w tej historii można dopatrzeć się zapowiedzi przekazania Boskiej władzy przebaczenia wspólnocie Kościoła. Otwarcie mówi o tym Jezus dopiero po śmierci i zmartwychwstaniu. Sakrament spowiedzi jest bowiem owocem Paschy. To przez krzyż i zmartwychwstanie dokonało się pojednanie ludzi z Bogiem. Owoce tego Jezusowego dzieła pojednania mają być przekazywane ludziom poprzez Kościół. „Wieczorem owego pierwszego dnia… przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł (do apostołów): »Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane«” (J 20,19.22-23).

    Pan Jezus nie określił precyzyjnie, jak ma wyglądać sprawowanie sakramentu pokuty. Dał Kościołowi Ducha Świętego, który jest gwarancją Bożej obecności, a apostołom udzielił władzy „odpuszczania” i „zatrzymywania”. Historia sakramentu pokuty pokazuje, jak ta niezmienna władza była konkretnie sprawowana w zmieniających się warunkach historycznych. Ów skarb, jakim jest moc jednania ludzi z Bogiem, jest przechowywany w glinianym naczyniu Kościoła. Moc idzie od Boga, ale przez posługę kapłanów, którzy sami jako grzesznicy miłosierdzia potrzebują. 

    Jednorazowa i publiczna pokuta 

    Już w Listach i Dziejach Apostolskich pojawia się problem grzechu występującego po chrzcie świętym. Budziło to zgorszenie i pewne zażenowanie młodej wspólnoty. W początkach Kościoła to chrzest był traktowany jako sakrament pojednania z Bogiem. Przyjmowali go dorośli, którzy wyznawali wiarę i nawracali się. Zanurzając się w wodzie chrztu, „topili” starego, grzesznego człowieka i zaczynali nowe życie. Panowało mocne przekonanie, że życie po chrzcie może i powinno być życiem wolnym od grzechu. Doświadczenie pokazało, że było to zbyt optymistyczne. Dzieło „Pasterz” Hermasa (ok. 150 po Chr.) jest najstarszym świadectwem mówiącym o odpuszczeniu grzechów po chrzcie. Przez kilka wieków dominowało w Kościele przekonanie, że po chrzcie pokuta jest możliwa tylko raz. Przyjmowano, że jest jakby drugim chrztem. Przy czym chodziło o ciężkie grzechy, za jakie uważano cudzołóstwo, morderstwo i apostazję.

    Problem pokuty nasilił się w związku z prześladowaniami chrześcijan przez Rzym. Nie wszyscy jednak byli gotowi na męczeństwo, niektórzy wypierali się Chrystusa (tzw. lapsi – upadli). Potem, gdy ustały prześladowania, chcieli wrócić do Kościoła, ale rygoryści odmawiali im tego prawa. W Kościele zwyciężyło jednak przekonanie, że nie należy im odmawiać Bożego miłosierdzia. Grzesznik musiał wyrazić przed wspólnotą swój żal i postanowienie poprawy. Następnie odbywał publiczną pokutę, którą nakładał na niego biskup (tzw. pokuta kanoniczna). Dopiero po okresie ekspiacji biskup udzielał przebaczenia, nakładając ręce i wypowiadając słowa rozgrzeszenia. Do VI wieku pokuta miała charakter jednorazowy i publiczny. 

    Wynalazek mnichów

    Spowiedź indywidualną zawdzięczamy mnichom pochodzącym z Irlandii i Wielkiej Brytanii. Tak zwani mnisi iroszkoccy stali się wielkimi ewangelizatorami północnej i zachodniej Europy w VI i VII wieku. Oni rozpowszechnili w całym Kościele spowiedź uszną przed kapłanem i praktykę osobistej pokuty. Od VI wieku spowiadano się już częściej niż raz. Zwykle wtedy, gdy ktoś popełnił grzech ciężki. Nadal jednak było tak, że najpierw trzeba było odpokutować grzech, a potem u tego samego kapłana, który nałożył pokutę, prosić o rozgrzeszenie. Mnisi tworzyli tzw. księgi penitencjarne, zawierające katalogi wszelkich możliwych grzechów oraz odpowiadających im pokut zwanych taryfowymi. Określano precyzyjnie formę i czas pokutowania. Ciekawostka: duchowni mieli znacznie surowsze pokuty niż świeccy.

    Księgi z taryfowymi pokutami okazały się jednak ślepym zaułkiem. Pojawiały się wynaturzenia, bogaci zaczynali zastępować pokutne czyny określoną sumą pieniędzy. Około X wieku ustaliła się reguła, że penitent zaraz po wyznaniu grzechów uzyskuje rozgrzeszenie, a pokutę odprawia po spowiedzi. Porzucono księgi pokutne. Pokuta po spowiedzi stawała się coraz bardziej symboliczna. Na Soborze Laterańskim IV (1215 r.) zadecydowano, że wszyscy wierni mają obowiązek osobiście przynajmniej raz w roku wiernie wyznać wszystkie swoje grzechy kapłanowi. Później, już na Soborze Trydenckim (1545–1563), doprecyzowano, że obowiązek ten dotyczy jedynie grzechów ciężkich. Oczywiście chodzi o grzechy, których człowiek po dokładnym zbadaniu siebie jest świadomy. W roku 1304 papież Benedykt XI usankcjonował tzw. spowiedź generalną. Chodzi o spowiedź z całości życia, albo jakiegoś jego etapu, w której wyznajemy grzechy już wcześniej wyznane i odpuszczone. Spowiedź generalna jest nadal praktykowana i bywa pożyteczna w pewnych przełomowych życiowych momentach (np. przed ślubem czy święceniami).

    Średniowieczny Kościół rozwinął teologię sakramentu pokuty. Spierano się o rozłożenie akcentów. Święty Tomasz z Akwinu, jak zwykle, szukał mądrej równowagi. Akcentował, że na skuteczność sakramentu składają się zarówno elementy subiektywne, czyli akty samego penitenta: żal połączony z postanowieniem poprawy, wyznanie grzechów i zadośćuczynienie, jak i element obiektywny, którym jest sakramentalne rozgrzeszenie. W porównaniu z pierwszymi wiekami Kościoła najważniejsza zmiana polegała na odejściu od przesadnego akcentowania uczynków pokutnych, jakby „wypracowywania” przebaczenia. Pozostałością po starożytnej surowej praktyce pokutnej pozostała teologia odpustów.

    Negowanie i obrona spowiedzi 

    Marcin Luter, twórca reformacji, sam do końca życia spowiadał się. Ale w swoich pismach raz uznaje spowiedź za sakrament, raz ją odrzuca. Nie podobało mu się kościelne przykazanie nakazujące przynajmniej raz w roku spowiadać się. Tak mocno akcentował konieczność zaufania Bożemu miłosierdziu, że negował znaczenie samej absolucji i ludzkich wysiłków pokutnych. Jak w wielu innych sprawach, tak i w tej wylał dziecko z kąpielą. Kościoły wyrosłe z reformacji ostatecznie odrzuciły spowiedź.
 Wspomniany już Sobór Trydencki w odpowiedzi na reformację uporządkował nauczanie o spowiedzi. Potwierdził nauczanie św. Tomasza z Akwinu. Akcentował, że spowiedź jest sakramentem powtarzalnym, że rozgrzeszenia może udzielać tylko kapłan. Potwierdził znane już wcześniej rozróżnienie na żal doskonały (z miłości) i niedoskonały (z lęku). Do otrzymania rozgrzeszenia wystarczy żal niedoskonały. To nauczanie pozostaje nadal aktualne.

    Na Soborze Watykańskim II zwrócono uwagę na wspólnotowy wymiar sakramentu pokuty. Podkreślono, że spowiedź to nie tylko pojednanie z Bogiem, ale także z Kościołem. Utrzymano jednak jako podstawową formę sakramentu indywidualną spowiedź. Drugą formą jest pojednanie większej liczby penitentów wraz z indywidualną spowiedzią. Trzecia forma, czyli tzw. absolucja generalna, jest możliwa tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Jan Paweł II w adhortacji „Reconciliatio et paenitentia” (1984 r.) zwrócił uwagę, że spowiedź nie jest tylko rodzajem procedury sądowej przed trybunałem miłosierdzia, ale ma również charakter „leczniczy”. „Pragnę leczyć, a nie oskarżać”, mówi św. Augustyn. „To dzięki lekarstwu spowiedzi doświadczenie grzechu nie przeradza się w rozpacz” – komentuje papież. „Każdy konfesjonał to uprzywilejowane i błogosławione miejsce, w którym (…) rodzi się nowy, nieskażony i pojednany człowiek – pojednany świat!”.

    Spowiedź w wielu krajach przeżywa kryzys. Konfesjonały służą tam za schowki na szczotki i szmaty. Księża przestali spowiadać, więc ludzie przestali chodzić do spowiedzi. Zachodnia cywilizacja głównie przy pomocy armii psychologów i medialnych inżynierów społecznych dokonuje zastępczego świeckiego „rozgrzeszenia”. Wmówiono społeczeństwom i niestety także wierzącym, że są bez winy. Mówimy już tylko o słabości, o rozpadzie małżeństwa, wypaleniu, niedostosowaniu czy traumie z dzieciństwa.

    Tam, gdzie nie ma przyznania się do winy, nie ma też nawrócenia i spowiedzi. Wtedy zło staje się nieuleczalne.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Liturgia.wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O tych grzechach Jezus powiedział, że nie będą odpuszczone
    fot. pixabay.com

    ***

    O tych grzechach Pan Jezus powiedział, że nie będą odpuszczone

    „Każdy grzech i bluźnierstwo będą odpuszczone ludziom, ale bluźnierstwo przeciwko Duchowi nie będzie odpuszczone. Jeśli ktoś powie słowo przeciw Synowi Człowieczemu, będzie mu odpuszczone, lecz jeśli powie przeciwko Duchowi Świętemu, nie będzie mu odpuszczone ani w tym wieku, ani w przyszłym” (Mt 12, 31n.). Zapowiedź Chrystusa jest bardzo stanowcza i groźna. Na czym polega zatem grzech przeciwko Duchowi Świętemu?

    Katechizm Kościoła Katolickiego św. Jana Pawła II wyjaśnia, że choć miłosierdzie Boże jest nieskończone, to ten, „kto świadomie odrzuca przyjęcie ze skruchą miłosierdzia Bożego, odrzuca przebaczenie swoich grzechów i zbawienie darowane przez Ducha Świętego”. Katechizm konkluduje, że „taka zatwardziałość może prowadzić do ostatecznego braku pokuty i do wiecznej zguby”. Współczesny Katechizm uważa zatem, że istotą grzechu przeciwko Duchowi Świętemu, przed którym szczególnie ostrzegał Pan Jezus, jest odrzucenie Bożego miłosierdzia. Św. Robert kard. Bellarmin, doktor Kościoła, tak pisał o ewentualnym przebaczeniu tego grzechu: „To przebaczenie jest bardzo rzadkim i trudnym, bo trudno i rzadko się zdarza, iżby ci, którzy wpadają w te grzechy, przyszli do prawdziwej pokuty”.

    Katechizm św. Piusa X uwzględniał hierarchię pośród grzechów ciężkich. Na samym dole tej piramidy jest siedem grzechów głównych (pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo). Poważniejsze są grzechy wołające o pomstę do nieba (rozmyślne zabójstwo, grzech sodomski, uciemiężanie ubogich oraz wdów i sierot, zabieranie lub zatrzymywanie umówionej zapłaty sługom i robotnikom). Z kolei do najcięższych grzechów należą te skierowane przeciw Duchowi Świętemu:

    1. O łasce Bożej rozpaczać – popełnia się ów grzech wtedy, gdy człowiek świadomie popada w rozpacz, mówiąc sobie, że nie ma już dla niego ratunku, że Bóg nie może kochać tak wielkiego grzesznika, jak ten człowiek. Jest to wątpienie w Boże miłosierdzie, które uwarunkowane jest pokutą.

    2. Przeciwko miłosierdziu Bożemu zuchwale grzeszyć – to dość częsta postawa, szczególnie wśród ludzi w młodym wieku, przejawiająca się poprzez mówienie sobie: „Po co teraz będę się spowiadał? Poczekam, aż będę stary – wówczas będzie czas na pokutę, a teraz się wyszaleję”. Kościół przestrzega, że nie znamy dnia ani godziny, kiedy może nas spotkać śmierć, a po niej sąd.

    3. Uznanej prawdzie chrześcijańskiej się sprzeciwiać – to w sposób stały i świadomy mówienie „nie” oficjalnej nauce Kościoła. Może mieć charakter wybiórczy, np. „Wierzę w to, co mówi się w kościele. Ale za nic nie uwierzę, że mieszkanie ze sobą przed ślubem jest grzechem! Bóg nie jest taki, by się o to obrażał”.

    4. Bliźniemu łaski Bożej zazdrościć – już sama zazdrość jest grzechem, a zazdrość o Boże błogosławieństwo jest grzechem szczególnym. Za każdą łaskę Bożą człowiek winien jest dziękczynienie, nawet jeśli czasowo Bóg wystawia nas na próbę, a naszym znajomym udziela rozlicznych łask.

    5. Na zbawienne napomnienia zatwardziałe mieć serce – grzech ten polega na stałym sprzeciwianiu się pobożnym natchnieniom lub upomnieniom zatroskanych osób (rodziców, przyjaciół, księży) o nasze trwanie w grzechu.

    6. Rozmyślnie trwać w „niepokucieˮ – może się przejawiać poprzez świadomość tego, że jest się w stanie grzechu śmiertelnego, że w najbliższym czasie trzeba będzie się wyspowiadać, a pomimo to grzeszy się nadal, nie widząc różnicy między jednym a wieloma popełnionymi grzechami.

    Kajetan Rajski, “Droga”/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Spowiedź to nie psychoterapia!


    Ks. prof. Paweł Bortkiewicz odpowiada Biedroniowi!

    (fot. AdobeStock Oprac. GS/pch24.pl)

    *****

    – Ci, którzy ubolewają nad tą rzekomą „przemocą psychiczną”, jaka dokonuje się ich zdaniem podczas spowiedzi, wpisują się dokładnie w paradygmat opisany przez Onufrego Zagłobę, który mówił, że „diabeł ubrał się w ornat i ogonem na Mszę dzwoni” – mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr.

    Czy pamięta Ksiądz profesor swoją pierwszą spowiedź przed pierwszą Komunią Świętą?

    Minęło wiele lat, ale pamiętam jakby to było wczoraj. Było to dla mnie wielkie przeżycie, jak zresztą cały okres przygotowania do pierwszej spowiedzi i pierwszej Komunii Świętej. Katecheta, który razem z proboszczem przygotowywali nas do pierwszej spowiedzi, na każdym kroku podkreślali, że nie mówimy naszych grzechów kapłanowi, tylko wyznajemy je przed Panem Bogiem. Kapłan jest tylko pośrednikiem, który w Bożym imieniu udziela lub nie udziela nam rozgrzeszenia. To Pana Boga prosimy by: „był miłościw mnie grzesznemu, całym sercem skruszonemu”. Boga, nie spowiednika!

    Przez wiele lat, jako uczeń szkoły podstawowej i średniej, spowiadałem się u mojego księdza proboszcza, wspaniałego, nieżyjącego już prałata Dominika Kostiala. Miał on swój konfesjonał ulokowany w sąsiedztwie bocznego ołtarza Serca Jezusowego. Zawsze przed lub po spowiedzi zatrzymywałem się przy tym ołtarzu i odmawiałem litanię do Serca Jezusowego.

    Pozwolę sobie przywołać również trochę żartobliwą sytuację: do spowiedzi u ks. Kostiala były liczne kolejki. Zdarzało się, że stawałem na ich końcu. Robiłem to w taki sposób, żeby ksiądz prałat mnie dostrzegł. Gdy tak się stało to kiwał ręką i zapraszał mnie z końca kolejki do spowiedzi. Być może nie zawsze służyło to wzrostowi duchowemu osób czekających w kolejce, ale ja cieszyłem się, że jestem w ten sposób uprzywilejowany.

    Na marginesie dodam, że całe pokolenie moich kolegów, którzy razem ze mną wstąpili do seminarium i zostali kapłanami podkreśla, że po ludzku patrząc, to właśnie ks. Kostialowi zawdzięczamy nasze powołanie. On był dla nas przykładem kapłana naśladującego ze wszystkich sił, całym sercem i duszą Chrystusa – Najwyższego i Wiecznego Kapłana.

    Ja z kolei pamiętam, że przed pierwszą spowiedzią mój proboszcz ks. Sławomir Orłowski mówił do mnie i moich rówieśników, że spowiedź to nie są żarty; że rachunek sumienia, to nie szukanie na siłę grzechów i obwinianie się na siłę. Spowiedź ma być szczera, czyli przypomnijmy sobie, co złego zrobiliśmy, komu sprawiliśmy przykrość, czy pamiętaliśmy o modlitwie etc. Bądźmy szczerzy, bo przed Bogiem i tak niczego nie ukryjemy. 25 lat później dowiaduję się, że spowiedź to „forma przemocy psychicznej”…

    Ci, którzy ubolewają nad tą rzekomą „przemocą psychiczną”, wpisują się dokładnie w paradygmat opisany przez Onufrego Zagłobę, który mówił, że „diabeł ubrał się w ornat i ogonem na Mszę dzwoni”.

    To są po prostu niedorzeczności wygłaszane przez ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z Kościołem, z wiarą katolicką, z praktyką sakramentów etc. Jeżeli nawet wspominają, że doświadczyli poprzez spowiedź jakiejś traumy w dzieciństwie, to naprawdę ciężko mi w to uwierzyć, że akurat teraz – w czasie, kiedy wszystkie rewolucyjne armaty są wymierzone w Kościół, sakramenty i katolików – przypomnieli sobie o tym.

    Niestety takie głosy, że spowiedź to „forma przemocy psychicznej”, przerażają… Przerażają swoją nonszalancją, swoją arogancją i czymś, co dla nas – katolików jest, najdelikatniej to ujmując, ocieraniem się o świętokradztwo i bluźnierstwo. Mamy bowiem do czynienia z myleniem pewnych porządków: porządku sakramentalnego z jakimś pseudo-psychoterapeutycznym działaniem.

    Sygnał do ataku na spowiedź dał europoseł Robert Biedroń. Co ten człowiek powiedział: „Czy opowiadasz obcej osobie, np. sprzedawczyni w sklepie, o tym, że masz fantazje seksualne na temat kolegi lub koleżanki, albo kierowcy autobusu? Nie! Więc dlaczego podczas spowiedzi opowiadasz o tym obcemu księdzu? Dlaczego ktoś Cię do tego zmusza? To absurd. Uważam, że spowiedź dzieci powinna być zakazana”. Jak to jest, że Biedroń w pierwszej kolejności wymienia „fantazje seksualne”, jako główny argument, że spowiedź u dzieci powinna być zakazana?

    Z panem Biedroniem różni mnie kilka spraw. Po drugie: on jest homoseksualistą, a ja jestem mężczyzną. Po pierwsze zaś: ja jestem kapłanem, a pan Biedroń nie. To oznacza, że ja wysłuchałem tysięcy spowiedzi, a on nie.

    Nigdy nie spotkałem się z mówieniem o jakichś fantazjach seksualnych. Zdarzało się w przypadkach ocierających się o sferę opętania, że mówiono o tym, iż pojawiają się w czasie świętych wydarzeń, liturgii, modlitwy jakieś skojarzenia seksualne. To był jednak wyjątek. Takie wyznania grzechów były bardzo bolesne również dla mnie i na tym zakończę.

    Nigdy jednak nie spotkałem się z tym, żeby ktoś z jakąś lubością mówił mi podczas spowiedzi o jakichś fantazjach seksualnych, jak sugeruje pan Biedroń. Ludzie spowiadają się na ogół z tego, co jest sferą codzienności. Nie wiem jak wygląda ta codzienność w przypadku pana Biedronia, ale w przypadku zwykłych katolików ta sfera dotyczy sfery kontaktów z najbliższymi, sfery rozmów, gestów, czynów; sfery codziennej miłości etc. Jeszcze bardziej wypowiadane są grzechy w odniesieniu do Pana Boga, bo tym właśnie jest grzech – zerwaniem relacji człowiek – Stwórca. Padając na kolana przed Bogiem podczas spowiedzi – PRZED BOGIEM A NIE KAPŁANEM – SPOWIEDNIKIEM – wyznajemy nasze grzechy, nasze zaniedbania określające naruszenie wierności, która ma być i jest odpowiedzią na Bożą Miłość. Tej wierności, która powinna być wyrażana w codziennej modlitwie, w regularnym życiu sakramentalnym etc. To są grzechy zwykłych katolików w Polsce, którzy przystępują do spowiedzi.

    Podejrzewam, że Biedroń czytając te słowa z miejsca oskarży Księdza profesora o złamanie tajemnicy spowiedzi…

    Nie mówię o grzechach konkretnych osób, tylko o zjawisku grzechu. Nie wymieniłem ani nie zasugerowałem żadnej osoby.

    Tajemnica spowiedzi dotyczy odniesienia konkretnego grzechu do konkretnej osoby. Chodzi na przykład o sytuację, w której opisywałbym grzech, który może być znany w konkretnym środowisku, przypisany do konkretnej osoby. Natomiast ogólne wymienianie grzechów, tak jak to uczyniłem, nie ma nic wspólnego z naruszeniem tajemnicy spowiedzi.

    A co, jeśli lewica wykorzysta politycznie i ideologicznie słowa Księdza profesora? Na przykład: Polacy spowiadają się, że nie chodzą do kościoła, więc Kościół jest im niepotrzebny!

    To, że ludzie wyznają przy spowiedzi grzechy kradzieży, grzechy związane z czynieniem antykoncepcji, grzechy opuszczania Mszy Świętej, gniew, lenistwo, pychę etc. jest, że tak powiem, czymś normalnym i powszechnie znanym. To nie jest żadne stygmatyzowanie społeczeństwa i trzeba bardzo dużo złej woli, żeby tak twierdzić. O tym samym mówią socjologowie, którzy badają pewne zjawiska społeczne. Różnica jest taka, że obserwacje socjologów wynikają z pewnych danych ankietowych, a obserwacje duszpasterzy wynikają z bezpośredniego doświadczenia i mają ten dodatkowy walor, że są poczynione nie w sposób czysto statystyczny, tylko w sposób głęboko egzystencjalny i jednocześnie, co trzeba bardzo mocno podkreślić, w przeciwieństwie do opisu czysto statystycznego spowiedź jest po to czyniona, żeby wyznając grzechy odkryć w sobie dobro! Istotą każdej spowiedzi jest to, że Pan Bóg niezależnie od warstwy zła, jaką wyznajemy, która niejednokrotnie sprawia, że sami przestajemy w siebie wierzyć, przestajemy sobie ufać, mówi do nas „Ja tobie ufam. Ja cię nie potępiam. Ja wciąż w ciebie wierzę. Idź i nie grzesz więcej”. Tego nie zapewni żaden psychoterapeuta. Tego nie zapewni żadna psychologia. Tego nie zapewni samo zewidencjonowanie swoich grzechów. Tu potrzebny jest kontakt egzystencjalny, w którym kapłan jest pośrednikiem w relacji grzesznika z Bogiem. To jest doświadczenie absolutnie unikalne i absolutnie wyzwalające człowieka i przemieniające jego życie.

    Lewica przedstawia spowiedź jako „przesłuchanie przy konfesjonale”. A co z rachunkiem sumienia? Co z żalem za grzechy i mocnym postanowieniem poprawy? Co w końcu z zadośćuczynieniem? To już nie jest ważne?

    To wynika z ułomności umysłowej, która nie pozwala dostrzec całej rzeczywistości. Jest to również konsekwencja porzuconej czy lekceważonej wiary. Może jest to jakaś amnezja, która wyparła to, co kiedyś ci ludzie poznali i czego się dowiedzieli. Może jest to kwestia złej woli, żeby wydobyć całość rzeczywistości sakramentu spowiedzi?

    Spowiedź to cały proces, a nie tylko wygłoszenie kilku formułek przy konfesjonale. Spowiedź to kilka elementów, które są zapożyczane w sposób często bardzo ułomny przez różne współczesne terapie psychologiczne. Chociażby rachunek sumienia. Przecież on niejednokrotnie pod innymi nazwami funkcjonuje w różnych terapiach. Jedni nazywają to spojrzeniem w siebie. Inni byciem szczerym. Zresztą to bycie szczerym często kończy się tym, że trzeba wyznać całe swoje życie drugiemu, obcemu człowiekowi, albo grupie terapeutycznej. Bardzo często wezwanie „bądź szczery” jest w tym wypadku ponaglaniem do wyznania wszystkich błędów, win i wypaczeń przed publicznością. Na to prawie nikt nie zwraca uwagi. Dla mnie osobiście jest to rzecz bardzo niepokojąca i bardzo trudna do zaakceptowania – takie publiczne wyznawanie własnych ułomności, popełnionego zła etc., a potem dyskusja z innymi na ten temat, którzy albo nam przytakują i mówią, że nas rozumieją, albo nas atakują, bo oni zrobiliby to inaczej, lepiej, mądrzej etc.

    Wróćmy jednak do kwestii spowiedzi. Rachunek sumienia to nie tylko oskarżanie się o zło. Rachunek sumienia to bilans dokonanego przez nas dobra i zła. Nie zapominajmy, że dostrzegając w sobie zło możemy również dostrzec dobro, to co udało nam się osiągnąć w kategoriach sprawności moralnej.

    Mamy żal za grzechy, a więc głębokie odniesienie się do tajemnicy Męki Chrystusa, do Jego dzieła zbawczego. Dzięki temu możemy uświadomić sobie, że to zło moralne, które każdy z nas, w jakiś sposób doświadcza nie jest wyłącznie kwestią naszej świadomości. To jest kwestia obiektywna! To jest kwestia tak dalece obiektywna, że Bóg oddał za nią swoje życie, żeby nas z tej złej rzeczywistości wyzwolić.

    Mamy mocne postanowienie poprawy, a więc projekt reformy życia, projekt naprawczy naszego życia. To jest projekt, który w różnych instytucjach i w różnych grupach, ale także i w życiu osobistym jest elementem niezbywalnym.

    Mamy w końcu zadośćuczynienie, czyli próbę restytucji popełnionego zła i aktywizacji dobra.

    To jest cały zespół elementów, które mają przeogromne znaczenie i ogromny walor w rozwoju życia duchowego i osobowego. Jeżeli ktoś tego nie dostrzega to po prostu traci tę wielką szansę, jaką daje mu życie sakramentalne.

    Kiedy zaczęto domagać się, żeby ksiądz spowiednik był również, a może przede wszystkim psychologiem?

    Jest to kwestia kilkudziesięciu ostatnich lat. Taki stan rzeczy wiąże się przede wszystkim z poczuciem tego, że z jednej strony poczucia i świadomości zła nie da się wyeliminować, bo ono zawsze w nas było, jest i będzie. Natomiast jeżeli udało się wyeliminować w jakimś stopniu doświadczenie sakralności, to w tym momencie rolę kapłana przejmuje psychoterapeuta, a kapłan, który chce się odnaleźć w tym świecie często niestety stara się bardziej być psychoterapeutą niż kapłanem.

    Raz jeszcze chciałbym zwrócić uwagę: zło, o którym tutaj mówimy, nie jest tylko kwestią świadomości, to jest kwestia obiektywna i ta kwestia obiektywna mogła zostać zgładzona tylko przez czyn zbawczy Chrystusa i może być odkupiona wyłącznie przez Chrystusa. Dlatego też żadna psychoterapia nie jest w stanie zastąpić sakramentu pokuty i pojednania.

    Z całym szacunkiem dla pracy i posługi psychoterapeutów – rola kapłana jest rolą absolutnie wyjątkową i nieporównywalną nawet z najlepszymi psychoterapeutami. Może powiem tak bardzo obrazoburczo, ale nawet bardzo słaby duchowo czy intelektualnie kapłan odgrywa o wiele bardziej znaczącą rolę, ponieważ on jest narzędziem w rękach Boga, który jest w stanie uwolnić człowieka od zła. To nie ksiądz uwalnia! To Pan Bóg uwalnia człowieka od zła!

    Jak zdaniem Księdza profesora Robert Biedroń zareagowałby na słowa: „moje dzieci, moja sprawa, to ja będę decydował jak je wychowuje”, albo „chcesz rozdziału państwa od Kościoła, więc dlaczego chcesz decydować o tym, co Kościołowi wolno, a co nie i w to, w jakiej wierze chce wychować moje dzieci”?

    Te słowa zaadresowałbym nie tylko do pana Biedronia, ale do bardzo wielu ludzi znanych i nieznanych, takich, którzy często zabierają głos na różnych forach społecznościowych krzycząc z jednej strony o rozdziale państwa i Kościoła, a z drugiej ewidentnie naruszając granicę. Wchodzą oni na teren Kościoła i próbują ustalać zasady życia kościelnego i duchowego. To jest ewidentne przekroczenie kompetencji i ogromna niekonsekwencja.

    Skoro mówimy o rozdziale państwa i Kościoła, to niech ci, którzy są poza Kościołem projektują swoje życie w ramach społeczności bezwyznaniowej, jeśli tego potrzebują. Niech jednak szanują prawa ludzi wierzących, na przykład wierzących rodziców, by ci kierowali się swoją wiarą i swoimi zasadami moralnymi w wychowaniu dzieci.

    Czy nie jest tak, że skoro wrogowie spowiedzi nie spowiadają się, to zgodnie z lewicowym podejściem do życia należy wymusić na wszystkich, żeby też tego nie robili wprowadzając zamordyzm prawny?

    Nie można tego wykluczyć. Być może ci ludzie właśnie tak uważają. Jestem jednak przekonany, że pod wpływem takich głosów niewielu katolików zrezygnuje ze spowiedzi. Ponadto prosiłbym czytelników PCh24.pl o modlitwę za wrogów spowiedzi i wrogów Kościoła, żeby się nawrócili, żeby wrócili do Kościoła, żeby uwierzyli w Chrystusa Zmartwychwstałego, żeby odkryli piękno i moc, które Chrystus w Kościele udziela każdemu człowiekowi, który zechce do Niego rzeczywiście przyjść.

    Spowiedź „NIE”, bo człowiek przed 18. rokiem życia jest do niej niedojrzały psychicznie. Ci sami ludzie ubolewają, że w Polsce nie ma seksedukatorów uczących dzieci o LGBT, o zmianie płci, o gender, o aborcji etc. Tutaj nie trzeba mieć 18 lat?

    To jest absurd i to bardzo złowrogi. Oskarża się tutaj Kościół, a konkretnie sakrament spowiedzi o jakiś przymus, o przemoc psychiczną, o grzebanie komuś w głowie i wyciąganie straszliwych spraw życia seksualnego, co jest kompletną niedorzecznością, co po prostu nie ma miejsca. Naprawdę żaden spowiednik nie dokonuje jakiejś wiwisekcji człowieka – ani dziecka, ani dorosłego. Nie pyta go: „Co robiłeś 30 stycznia o godzinie 16.00, o kim wtedy myślałeś, na kogo patrzyłeś? Na pewno nie kłamiesz? Ale na pewno?!”.

    Jak zaś wygląda scenariusz zajęć, które są proponowane przez twórców tzw. standardów edukacji seksualnej tak mocno promowane przez lewicę? Przypomnę w największym skrócie: na każdym etapie rozwoju dziecka zalecają one na przykład: dokonywanie masturbacji, zapoznawanie się z antykoncepcją, naukę o aborcji jako podstawowym prawie reprodukcyjnym człowieka, propagowanie polimorficznych związków obejmujących różne konfiguracje etc.

    I ci właśnie ludzie, którzy tworzą w swoich umysłach jakieś wyimaginowane sytuacje perwersyjne, nieistniejące w konfesjonale są zupełnie ślepi, głusi, bezwonni na takie działania jak nauka masturbacji dzieci przedszkolnych, które są programowane przez nich samych.

    W czasie tzw. pandemii koronawirusa obserwowaliśmy atak lewicy na Mszę Świętą i sakrament Eucharystii. Ich zdaniem wirus był „niezwykle pobożny”, atakował przede wszystkim w kościołach, a zwłaszcza podczas przyjmowania Komunii Świętej. Od wielu tygodni pojawiają się w lewicowej prasie artykuły o humanistycznym ślubie, humanistycznym chrzcie, humanistycznym pogrzebie etc. Teraz mamy atak na spowiedź… Przypadek?

    Nie ma przypadków. Sakramenty Kościoła katolickiego bez wątpienia są czymś nie do przyjęcia dla tzw. liberalnej lewicy. Podstawowa prawa jest taka: sakrament jest działaniem Pana Boga! To nie jest happening, to nie jest przedstawienie, to nie jest rytuał, to nie jest wydarzenie społeczno-twórcze czy zawiązywanie jakiejś wspólnoty za pomocą metod psychologicznych i artefaktów. To są działania, które są działaniami zbawczymi Boga, w których Bóg po prostu osobiście interweniuje swoją mocą, miłością i łaską.

    Rozumiem, że lewica może mieć poważne trudności z przyjęciem tej prawdy o sakramentach, ale dla nas – ludzi wierzących – ta prawda powinna być ze wszech miar oczywista i dlatego nie powinniśmy w żaden sposób godzić się na jakąś humanizację tego, co jest Boskie, bo najlepszej humanizacji dokonuje sam Pan Bóg wchodząc w ludzkie życie, stając się dla nas człowiekiem, stając się dla nas Chlebem Eucharystycznym, stając się znakiem sakramentalnym czy to podczas chrztu, czy to podczas bierzmowania czy to podczas pokuty.

    To jest najlepsza, najbardziej znacząca humanizacja naszego życia i „lepszej”, proszę nam wielce szanowna lewico, nie projektować.

    Bóg zapłać za rozmowę.

    Tomasz D. Kolanek/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Uczucia w życiu duchowym. Pomagają? Przeszkadzają?

    Uczucia w życiu duchowym. Pomagają? Przeszkadzają?
    ks. prof. Stanisław Zarzycki SAC/archiwum autora

    ***

    Czy kierowanie się emocjami w życiu duchowym to egzaltacja? Odpowiada ks. prof. Stanisław Zarzycki SAC, teolog duchowości.

    Jarosław Dudała: Czy Ks. Profesor obawia się uczuć w życiu duchowym?

    Ks. prof. Stanisław Zarzycki SAC:  Ja się nie obawiam, ponieważ wiele się na ten temat dowiedziałem dzięki różnym mistrzom. Ale wiem, że człowiek może się obawiać uczuć w życiu duchowym w tym sensie, że nasze życie jest czasem mniej, czasem bardziej uporządkowane.

    Co to znaczy: nieuporządkowane?

    To znaczy: poddane namiętnościom, takim jak: nienawiść, gniew, pycha, żądza, pożądliwość Jeśli któraś z nich zdominuje postawę człowieka, to wtedy rozum traci swoją siłę przekonania i człowiek postępuje – niestety – niedobrze.

    Nie chce chyba Ks. Profesor powiedzieć, że dając człowiekowi uczucia, Pan Bóg zastawił na niego pułapkę?

    Nie! Pan Bóg dał nam uczucia jako jeden ze składników naszego ludzkiego uposażenia. Do nich należy na pierwszym miejscu rozum, który nam daje zdolność poznania prawdy na płaszczyźnie naturalnej i otwarcia się na prawdy wiary na płaszczyźnie nadprzyrodzonej, metafizycznej. Kolejny element tego uposażenia to wola – ta piękna instancja, która pozwala nam wybierać dobro czy zło, pozwala decydować. Niektórzy mówią, że wola jest w nas władzą królewską…

    A do czego w życiu duchowym potrzebne są nam uczucia?

    Mogą spełniać wiele funkcji – pod warunkiem, że nie traktujemy ich w sposób wyemancypowany, ale jako harmonijnie współdziałające z rozumem i wolą.

    Jakie to funkcje?

    Według św. Franciszka Salezego, uczucia – a zwłaszcza miłość, która jest uczuciem par excellence, chociaż jest nie tylko uczuciem, bo jest też aktem woli – budzi w człowieku ducha, otwiera go na Pana Boga, sprawia, że on pragnie Boga. Wielkie pragnienia, które przeżywali święci, były wyrazem także ich bogatego życia uczuciowego. Zakładają one zarazem jakieś doświadczenie Boga i są wyrazem dążenia do zjednoczenia z Nim.

    Po drugie, uczucia podnoszą ducha, dają człowiekowi siłę żywotną, witalną. Rozszerzają jego serce rozumiane w sensie biblijnym, jako duchowe wnętrze człowieka.  Gdy mamy wielkie pragnienia duchowe, otwieramy się na łaskę Bożą i wchodzimy w relację z Bogiem, także na płaszczyźnie duchowo-uczuciowej.

    Ale najważniejszą rolę uczuć widziałbym w tym, że  nadają życiu duchowemu dynamikę. Spośród nich zwłaszcza miłość jest motorem życia duchowego. Jeśli ktoś kieruje się miłością i przeżywa ją w taki sposób, że chce odpowiedzieć na miłość Bożą, że poszukuje żywej relacji z Bogiem, to wtedy – jak mówi Franciszek Salezy –  miłość staje się życiem jego duszy. Wtedy jego duchowość nie jest martwa czy poddana stagnacji albo formalizmowi.

    Z drugiej strony, rozum podpowiada np. uczestnikom modlitw we wspólnotach charyzmatycznych, że Bóg jest godzien wielkiej czci; ich wola decyduje, że chcą tę cześć Bogu oddać, a ich emocje reagują na to żywo. Mimo to, od innych wierzących słyszą, że są “nawiedzeni”. Albo jeśli ktoś znajduje Boga w pełnej emocji sztuce, to słyszy, że to tylko bezwartościowa egzaltacja.

    Rzeczywiście padają takie oskarżenia. One mogą być uzasadnione, ale nie muszą. Nieraz padają one ze strony tych, którzy kierują się duchowością intelektualną czy duchowością obowiązku. Nie rozumieją oni takich postaw, może nie mają wrażliwości uczuciowej i dlatego lekceważą trochę ten wymiar afektywny (emocjonalny) życia duchowego.

    Z drugiej strony, bywa i tak, że rzeczywiście niektóre osoby wpadają w egzaltację, a potem ich postawa nie osiąga takiej spójności, która pozwala na łączenie modlitwy z życiem i wypełnianiem swoich obowiązków. Podlegają oni wahaniom afektywnym, zbytniemu falowaniu – wtedy taki zarzut byłby słuszny.

    Jeśli nawet ktoś kieruje się duchowością obowiązku to słyszał pewnie o Norwidzie, który pisał, że “piękno na to jest, aby zachwycało – do pracy”. A jeśli nie, to słyszał przynajmniej, że należy “służyć Bogu z weselem” i że “radosnego dawcę miłuje Bóg”. Podkreślam słowa dotyczące emocji, żeby pokazać, że nawet pracy czy wypełnianiu obowiązków nie chodzi tylko o samą wolę i sam rozum.

    Tak! Piękno, które nas pociąga, jest ważne w naszym życiu – także w życiu duchowym.

    Piękno było za mało doceniane w duchowości zachodniej. O wiele mniej niż na chrześcijańskim Wschodzie. Tam ikona (używana w modlitwie) pełniła rolę elementu piękna pociągającego duchowo. U nas było tego mniej. Może dlatego jesteśmy na to piękno za mało wrażliwi?

    Myślę jednak, że jeśli ktoś czyni postępy w życiu duchowym, to odkrywa piękno duchowe. Staje się coraz bardziej wrażliwy. Bo wrażliwość można w sobie kształtować. Jest takie przekonanie, że wrażliwość to cecha wrodzona – jedni ją mają, inni nie. Amadeo Cencini, włoski autor łączący pięknie teologię z psychologią, mówi, że wrażliwość to dyspozycja do przyjęcia wartości  i że człowiek w każdym wieku może swoją wrażliwość udoskonalić.

    Spytam więc raz jeszcze: do czego są potrzebne uczucia w życiu duchowym? Jak to wygląda na różnych jego etapach?

    One się przydają na każdym etapie.

    Na każdym? Nie tylko na początku?

    To temat na długi wykład. Odnosząc się do tego, co mówi św. Franciszek Salezy, mogę powiedzieć, że na każdym etapie one są ważne, ale rzeczywiście najszerzej opisuje on etap początkowy, na którym powinno dokonać się oczyszczenie i podstawowe uporządkowanie uczuć negatywnych, namiętności.

    Najwięcej mówi o tym w kontekście modlitwy. Mówi o medytacji jako pierwszym czy drugim etapie modlitwy wewnętrznej. Inspiruje się tu mocno nauką św. Teresy z Avila. Mówi, że poprzez rozważania wydarzeń z życia Jezusa czy prawd z Pisma Świętego należy się tak usposobić i pozwolić, żeby Duch Święty wzbudził w nas pozytywne uczucia: miłość do Boga i bliźniego, skruchę, żal za grzechy, nadzieję, pragnienie czynienia miłosierdzia itd. Św. Franciszek Salezy mówi, że nie należy się spieszyć z medytacją myślną. Uważa, że nie jest rzeczą konieczną, żeby przemedytować jakąś prawdę, rzecz od początku do końca, ale – jeśli pojawiają się w nas uczucia duchowe – lepiej zatrzymać się. Radzi tak: „jeśli twój umysł znajduje upodobanie, światło, owoc w tym, co rozważasz, postępuj jak pszczoły, które nie opuszczają kwiatu, aż zbiorą miód”. To wyraźne nawiązanie do metody św. Ignacego Loyoli, ale akcent położony na uczuciowość jest jeszcze silniejszy. Chodzi o to, żeby ta uczuciowość się w nas rozbudziła. Wtedy duchowa dynamika dążenia do Boga staje się  silniejsza. Z tymi uczuciami trzeba łączyć postanowienia. Wtedy wola wkracza do medytacji i sankcjonuje pewne uczucia – te pozytywne, duchowe rodzące się na podłożu wiary i miłości do Boga. Mówi: “tak!” Popiera je. Wzmacnia tę postawę. A przez to odcina się od przywiązań, uczuć negatywnych, namiętności. W ten sposób dokonuje się w nas przezwyciężenie “starego człowieka”, o którym pisze św. Paweł.

    Ta metoda jest stale aktualna. To duchowość dla wszystkich.

    ***

    ks. prof. Stanisław Zarzycki SAC, dr hab. teologii, emerytowany wykładowca KUL; autor kilku książek, m. in. “Rozwój życia duchowego i afektywność. Studium na podstawie pism  św. Franciszka Salezego”  (Wydawnictwo KUL, Lublin 2008) i wielu artykułów (w tym kilku o duchowości tegoż świętego), przez kilkanaście lat redaktor zeszytu piątego Roczników Teologicznych KUL, poświęconego teologii duchowości.

    Gość Niedzielny 24/01/2023

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC STYCZEŃ 2023

    Intencja papieska:

    *Módlmy się, aby wychowawcy byli wiarygodnymi świadkami, ucząc braterstwa, a nie rywalizacji, i pomagając w szczególności najbardziej bezbronnym młodym ludziom. 

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * W Nowym Roku Pańskim już dziękuję Ci, Panie Jezu Chryste, za wszystko co Twoja dobroć zechce postawić na mojej drodze. Zdając sobie sprawę z mojej małoduszności proszę tylko o łaskę odwagi, abym nie bał się przyjmować Twoich darów, które przecież zawsze są pełne miłosierdzia – choć po ludzku wydają się tak często trudne do przyjęcia.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Tajemnice Różańcowe wraz intencjami zostały wysłane na maila w sobotę 31 grudnia z adresu: e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś nie otrzymał, bardzo proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres: rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Na stronie Żywego Różańca: zr.kosciol.org – znajdują się intencje, Tajemnice Różańcowe, Patroni Róż oraz ogłoszenia.

    ____________________________________________________________________________

    JAK CO ROKU, WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W OKRESIE ADWENTOWYM, ORGANIZUJE DATKI NA RZECZ POTRZEBUJĄCYM. W TYM ROKU PRAGNIEMY POMÓC SIOSTROM KLAWERIANKOM.

    BARDZO SERDECZNE DZIĘKUJĘ NASZYM STAROPOLSKIM: “BÓG ZAPŁAĆ” ZA WASZE ZROZUMIENIE I WSPANIAŁĄ CHOJNOŚĆ. SUMA 3000 FUNTÓW ZOSTAŁA JUŻ PRZEKAZANA SIOSTROM KLAWERIANKOM.

    ***

    W Afryce żniwo jest dojrzałe, serca pragną Boga, pragną wiary. Każdy uczynek miłosierdzia, także ten, który zaspakaja potrzeby materialne, np. głód, służy ratowaniu dusz.

    bł. Maria Teresa Ledóchowska

    ___________________________________________________________________________________________

    22 stycznia w Kościele katolickim

    Niedziela Słowa Bożego

    Zgodnie z motu proprio papieża Franciszka „Aperuit illis” w Kościele katolickim w III niedzielę okresu zwykłego obchodzony jest Niedziela Słowa Bożego. W tym roku przypada ona 22 stycznia. Jej celem jest pogłębianie świadomości znaczenia Pisma Świętego w życiu wierzących oraz w liturgii.

    W nocie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zaznaczono, że “poprzez teksty biblijne odczytywane podczas liturgii, sam Bóg mówi do swojego ludu i sam Chrystus głosi swoją Ewangelię”.

    ______________________________________________________________________

    Biblista ks. prof. Bardski:

    Biblia nie jest jakąś magiczną księgą, ale świadectwem Bożej miłości

    Biblia nie jest jakąś magiczną księgą, ale świadectwem Bożej miłości na przestrzeni dziejów; Znajomość Pisma Świętego pozwala lepiej poznać Chrystusa – powiedział PAP biblista ks. prof. Krzysztof Bardski z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego.

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    W Kościele katolickim jest dziś obchodzona Niedziela Słowa Bożego. Została ona ustanowiona motu proprio papieża Franciszka “Aperuit illis” i wyznaczona na III niedzielę okresu zwykłego. Ideą tego dnia jest pogłębianie świadomości znaczenia Pisma Świętego w życiu wierzących oraz w liturgii, która włącza w żywy i stały dialog z Bogiem.

    “Papież Franciszek w +Misericordia et misera+ powiedział, że jego +gorącym pragnieniem jest, aby Słowo Boże było coraz bardziej czczone, znane i upowszechniane, aby przez nie można było lepiej zrozumieć tajemnicę miłości, która wypływa z tego źródła miłosierdzia+” – powiedział PAP ks. prof. Krzysztof Bardski.

    “Poprzez teksty biblijne odczytywane podczas liturgii, to sam Bóg mówi do swojego ludu i sam Chrystus głosi swoją Ewangelię” – czytamy w nocie Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

    Biblista zastrzegł, że “poza znaczeniem doktrynalnym, jako źródła (wraz z tradycją) prawd wiary, Biblia w wymiarze indywidualnym pozwala głębiej poznać Chrystusa”. “Sobór Watykański II i Katechizm Kościoła Katolickiego wskazuje, że przez częste czytanie Pisma Świętego człowiek +nabywa najwyższą wartość poznania Chrystusa+” – wskazał biblista.

    Zaznaczył, że “chrześcijaństwo nie jest religią księgi, ale żywego Słowa, jakim jest Jezus Chrystus”. “Cały Pierwszy (Stary) Testament prowadzi ku Jezusowi a Nowy Testament świadczy o Nim. Biblia nie jest jakąś magiczną księgą, która spadła z nieba, ale świadectwem Bożej miłości na przestrzeni dziejów, której szczytem, doskonałym wypełnieniem jest Jezus” – wyjaśnił biblista.

    Powiedział, że powstawanie Biblii było procesem obejmującym ponad tysiąc lat. “Od przekazów ustnych, sięgających drugiego tysiąclecia przed Chrystusem, aż po ostatnie pisma Nowego Testamentu, powstałe pod koniec pierwszego wieku po Chrystusie. Początkowo księgi Pierwszego (Starego) Testamentu stanowiły odrębne zwoje a każdy miał swoją historię” – powiedział ks. prof. Bardski.

    “Biblię hebrajską, czyli Pierwszy (Stary) Testament, chrześcijanie uznają za Słowo Boże podobnie jak Żydzi” – zaznaczył.

    “Świadectwa historyczne pochodzące z II w. po Chr. wskazują na to, że we wspólnotach chrześcijańskich w różnych regionach cesarstwa rzymskiego te same pisma uważano za natchnione, to znaczy odczytywano je na zgromadzeniach liturgicznych jako Słowo Boże oraz cytowano jako Słowo Boże. Problem stanowią jedynie tzw. księgi deuterokanoniczne, czyli te, które znalazły się w greckiej wersji Pierwszego (Starego) Testamentu, którą posługiwali się pierwsi chrześcijanie, ale nie było ich w Biblii Hebrajskiej. Są one uznawane za natchnione przez Katolików i Prawosławnych, nieuznawane zaś przez wiele Kościołów nurtu protestanckiego.

    Pytany, które księgi mamy wspólne z judaizmem, ks. prof. Bardski powiedział, że “cała Biblia Hebrajska, a więc Tora, Prorocy i Pisma, wchodzie w skład Pierwszego (Starego) Testamentu”.

    Wyjaśnił, że apokryfy są to “pisma powstałe w II w. po Chrystusie i później, nawiązujące tematyką do wydarzeń i postaci biblijnych”. “Literatura apokryficzna obejmuje teksty, które mogą zawierać jakieś dalekie odniesienia do historii, w przeważającej większości jednak są to budujące opowiadania, rozwijające w sposób cudowny i fantazyjny niektóre wątki biblijne” – powiedział ks. prof. Bardski.

    Na pytanie, po które z apokryfów warto sięgnąć, przyznał, że “lektura apokryfów jest trudna i wymaga gruntownej wiedzy biblijnej, teologicznej oraz znajomości kontekstu historycznego i mentalności właściwej ludziom żyjącym w okresie późnej starożytności”. “Chodzi o to, aby mieć odpowiedni dystans i krytycyzm w odniesieniu do zawartych w nich treści” – zastrzegł.

    Powiedział, że “w języku polskim mamy w opracowaniu ks. prof. Marka Starowieyskiego całość apokryfów Nowego Testamentu”. “W ramach tego dzieła przetłumaczyłem apokryficzne dzieje św. Pawła, które na przykład opisują jego śmierć męczeńską, o której nie wspomina Biblia” – wskazał. (PAP)

    Magdalena Gronek/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 sposoby na codzienne czytanie Pisma Świętego

    4 sposoby na codzienne czytanie Pisma Świętego
    fot. Józef Wolny/ GOŚĆ NIEDZIELNY

    ****

    Pismo Święte można czytać na wiele sposobów.

    Czytania z dnia? Lectio continua? A może lectio divina? Sposobów jest kilka, każdy ma inne zalety. Najważniejsza jednak nie jest metoda, a systematyczność. Bo Słowo Boże jest pokarmem dla duszy. Poznaj 4 propozycje na czytanie Pisma Świętego.

    1.Ewangelia (lub czytania) z dnia. Największą zaletą tej metody jest bycie na bieżąco z tym, czym w liturgii żyje Kościół. Każdego dnia sięgamy do Ewangelii lub całego zestawu czytań, które są czytane tego dnia podczas Mszy Świętej. Ten sposób praktykowany przed Eucharystią pozwala nam lepiej skoncentrować się na Liturgii Słowa, jest dobrym pomysłem na przygotowanie do uczestnictwa we Mszy Świętej. Pomocnymi narzędziami są tutaj aplikacje czy drukowane książeczki z Ewangelią na każdy dzień roku liturgicznego, w których często tekst czytania jest opatrzony wprowadzeniem czy komentarzem.

    2.  Lectio continua. To metoda ciągłego czytania Pisma Świętego – od początku do końca. Ilu z nas przeczytało w życiu Biblie chociaż raz w całości? Lectio continua to właśnie sposób na przeczytanie całości. Każdego dnia po fragmencie. Nie wymaga dodatkowych narzędzi, ani wielkiej ilości czasu. Każdego dnia czytamy jeden fragment: np. rozdział lub akapit. Rozpoczynając od Księgi Rodzaju, nie pomijając żadnego fragmentu. Ta metoda z pewnością pomoże nam uporządkować w głowie historie biblijne, ale też wzbudzi ciekawość i może zmotywować do dalszych poszukiwań biblijnych.

    3. Lectio Divina, czyli pobożne czytanie. To metoda wymagająca więcej czasu, ale też pozwalająca wejść głębiej w rozważanie Słowa Bożego. Nie ma w niej pośpiechu, istotne jest zasmakowanie Słowa. Wybierając fragment Pisma Świętego spotkanie ze Słowem dzielimy na cztery etapy: czytanie, medytację, modlitwę i kontemplację. W pierwszym etapie wybieramy mały fragment Pisma i czytamy. Warto w tym czasie podkreślić słowa i fragmenty, które szczególnie nas poruszają. W etapie drugim wracamy do czytania i szczególnie koncentrujemy się na tych fragmentach, które dotknęły naszego serca. Zatrzymujemy się na nich dłużej, staramy się przetrawić, tak, aby zostało w nas na dłużej. Trzeci etap to modlitwa przemedytowanymi fragmentami. To pierwszy etap, w którym to my mówimy do Boga. Ostatnia część lectio divina – kontemplacja – to już czysty dar, który możemy od Boga otrzymać lub też nie. Doświadczenie głębokiej bliskości Boga. 

    4. Filakterie. To czytanie i zapisywanie tych fragmentów, które w czasie lektury poruszyły nas najbardziej. Z taka karteczką, na której zapisaliśmy Słowo Boże nie rozstajemy się przez jakiś czas, w wolnych chwilach wracamy do tego Słowa, pozwalamy mu być obecnym w naszej codzienności. Staramy się nim modlić.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 22 STYCZNIA

    UROCZYSTOŚĆ ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    ZAŁOŻYCIELA STOWARZYSZENIA APOSTOLSTWA KATOLICKIEGO KSIĘŻY PALLOTYNÓW

    VINCENT-PALLOTT
    Public Domain

    ***

    Zakon Jezuitów otrzymał od swojego Założyciela motto:

    DLA WIĘKSZEJ CHWAŁY BOGAAD MAIOREM DEI GLORIAM

    Założyciel Księży Pallotynów swoim duchowym synom przekazał 4 zawołania:

    DLA NIESKOŃCZONEJ CHWAŁY BOGA – AD INFINITAM DEI GLORIAM

    DLA ZBAWIENIA DUSZ – AD SALVANDAS ANIMAS

    DLA ZNISZCZENIA GRZECHU – AD DESTRUENDUM PECATUM

    PAX CHRISTI – POKÓJ CHRYSTUSOWY

    ________________________________________________________________

    „O Boże, jakże ograniczone są nasze siły!
    Pocieszmy się jednak, że najdobrotliwszy Bóg znajduje upodobanie już w samych naszych pragnieniach,
    a więc przez nie już składamy Mu hołd uwielbienia!
    A zatem wszędzie tam, dokąd nie dociera skuteczność naszych uczynków, przeniknąć zdołamy,
    rozwijając na skrzydłach pragnień lot pokory i ufności”

    „Przypominaj sobie często, że jeśliby inni mieli do dyspozycji twoje środki i możliwości czynienia dobra, byliby wielkimi świętymi.”

                                                             św. Vincenty Pallotti

    ________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 13 STYCZNIA

    PIERWSZY DZIEŃ NOWENNY PRZED UROCZYSTOŚCIĄ

    ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    Jan Ekiert (1907-1993), Wincenty Pallotti (1963) © SAC

    ***

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

    P. Módlmy się. Wszechmogący Boże, oświeć światłem wiary i rozpal żarem miłości nasze serca, abyśmy jako wspólnota zgromadzona wokół św. Wincentego Pallottiego, mogli godnie uczcić Twój majestat i przyczynić się do budowania Królestwa Bożego i zjednoczenia wszystkich ludzi wokół Twojego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa. Który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków.

    W. Amen.


    ROZWAŻANIA NA POSZCZEGÓLNE DNI NOWENNY:

    Wprowadzenie

    Dzień I   Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Dzień II Stworzenie człowieka

    Dzień III   Powołanie do świętości

    Dzień IV Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Dzień V Naśladowanie Chrystusa

    Dzień VI   Maryja, Królowa Apostołów

    Dzień VII   Misja Ewangelizacyjna

    Dzień VIII  Jedność chrześcijan

    Dzień IX   Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Zakończenie


    WPROWADZENIE:

    Nowenna jest modlitwą o charakterze błagalnym, odmawianą zwyczajowo przed każdą większą uroczystością lub wspomnieniem świętego, do którego ma się szczególne nabożeństwo. Odmawia się ją indywidualnie lub wspólnie przez dziewięć kolejnych dni dla uproszenia szczególnej łaski przez wstawiennictwo osoby, którą w nowennie przyzywamy.

    Proście, a otrzymacie, kołaczcie, a otworzą wam, szukajcie, a znajdziecie – powiedział Pan Jezus do swoich uczniów.

    Nowenna jest nie tylko przygotowaniem do obchodu jakiegoś ważnego wydarzenia, ale jest także dobrą okazją do zintensyfikowania swoich próśb, dlatego też modlitwa odmawiana przez kolejnych dziewięć dni ma niezwykłą skuteczność. Warto przy okazji odprawiania nowenny podjąć jakieś dodatkowe drobne wyrzeczenia, umartwienia, dobre uczynki, przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania, uczestniczyć w Eucharystii i przyjąć Komunię Świętą.

    Nowenna przez wstawiennictwo św. Wincentego Pallottiego odprawiana jest przed jego liturgicznym wspomnieniem (w dniach od 13 do 21 stycznia), ma szczególną wymowę.

    13 stycznia 1850 roku, w ostatnim dniu Oktawy Epifanii, ks. Wincenty Pallotti posługiwał w konfesjonale. W czasie jednej ze spowiedzi zauważa, że jego penitent jest zziębnięty i nie ma na sobie wierzchniego okrycia. Zdejmuje wtedy swój płaszcz i oddaje go człowiekowi w potrzebie, co staje się z kolei przyczyną jego własnego przeziębienia. Przez kolejnych 9 dni choroba rozwija się i przeradza w zapalenie opłucnej. Wincenty Pallotti odchodzi do Pana w dniu 22 stycznia. Nowenna ta jest zatem niejako „czuwaniem przy łóżku konającego ks. Wincentego”.

    Przez tych dziewięć kolejnych dni rozważać będziemy dziewięć „kroków św. Wincentego”, czyli tych wszystkich spraw, którymi on żył. Wspólnie z nim będziemy kontemplowali Nieskończoną Miłość i Miłosierdzie Boga, stworzenie człowieka, nasze powołanie do świętości, posłannictwo Jezusa Chrystusa jako Apostoła Ojca Przedwiecznego i nasze naśladowanie Chrystusa, szczególną obecność NMP Królowej Apostołów, misję ewangelizacyjną Kościoła, budowanie jedności chrześcijan oraz Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego – dzieło, któremu poświęcił swoje życie.

    Niech zatem ta modlitwa i te rozważania będą dla nieskończonej chwały Boga i przyczynią się ku naszemu uświęceniu, zbawieniu dusz naszych i naszych bliźnich oraz zniszczeniu grzechu.

    _________________________________________

    DZIEŃ I (piątek 13 stycznia)

    Bóg jest Miłością Nieskończoną i Miłosierdziem

    Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga, (…) bo Bóg jest miłością. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że to On sam nas pierwszy umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować (…). Bóg jest miłością, kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.

    I List św. Jana Apostoła (4,7-16)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Bóg w Istocie swej to Miłość odwieczna, nieskończona i miłosierna bez granic; ja zaś, choć nieskończenie niegodny, aby w sercu mym rozlana była miłość Boża, to jednak ufam mocno, że Bóg, który jest Miłością w swej Istocie, przepaja mnie miłosiernie odwieczną swą i nieskończoną miłością, i ufam, że niweczy we mnie przez to całą mą świecką i przyziemną miłość oraz wszelkie jej następstwa i wszelkie myśli, słowa i uczynki, jakie spełniałem wbrew miłości Boga i bliźniego. I żywię nadto nadzieję, że niweczy mnie przez to na duszy, jak w ciele i w czynach tak dalece, że jestem jakby mnie nigdy nie było i jakbym nigdy nie miał być na świecie i że we mnie i we wszystkim był i jest zawsze Bóg – Miłość z Istoty swej odwieczna, niezmierna, nieskończona, niepojęta i bezgranicznie miłosierna – sam Bóg, wszystkie Boskie Osoby, wszystkie nieskończone przymioty.

    Wybór Pism, t. III, s. 249-250

    ____________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty jako jedyne źródło miłości pierwszy nas umiłowałeś, abyśmy napełnieni bogactwem Twojej łaski, mogli żyć jedynie dla Twej miłości. Ty w ciągu wieków zapewniałeś nas o Twojej dobroci względem nas, a w tych ostatecznych czasach zesłałeś nam Twojego Umiłowanego Syna, a naszego Pana Jezusa Chrystusa, który jest pełnym objawieniem Twojej miłości i wierności. On to, umiłowawszy nas do końca, wydał samego siebie na okup za nasze grzechy, a umierając na drzewie krzyża, przywrócił nam życie wieczne. Dziękując Tobie za tak wielkie dary i wierząc, że jako nasz Najlepszy Ojciec pragniesz jedynie naszego szczęścia, ośmielamy się Ciebie prosić (o oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ II (sobota 14 stycznia)

    Stworzenie człowieka

    Bóg rzekł: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!”. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił (…). A Bóg widział, że wszystko, co uczynił było bardzo dobre.

    Księga Rodzaju (1, 26-31)

    mal. Bruno Zwiener

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Człowiek jest, jak nas o tym poucza święta wiara, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, Bóg zaś ze samej swej istoty jest miłością. A zatem człowiek na mocy samego aktu stwórczego jest żywym obrazem miłości Bożej. Bóg zaś, który ze samej swej istoty jest miłością, w swojej zewnętrznej działalności zawsze się skłania do działania na korzyść człowieka i to tak bardzo, że Syna swego Jednorodzonego zesłał, aby Ten swoją śmiercią krzyżową odkupił rodzaj ludzki. Jak Chrystus „stał się dla nas posłuszny aż do śmierci i to śmierci krzyżowej”, tak też i człowiek winien, w miarę swoich możliwości, naśladować Boga, okazując przy pomocy swoich uczynków czynną miłość bliźniemu, którym jest każdy człowiek zdolny do poznania Boga, niezależnie od warstwy społecznej, strefy geograficznej, narodowości itd. Dlatego też człowiek, mając na uwadze samą istotę aktu stwórczego, nie może się uchylać od przykazania miłości. Przyjąwszy zaś, że przykazanie miłości bliźniego, nakazujące nam kochać bliźniego jak siebie samego, jest naszym obowiązkiem, każdy już łatwo może sobie uświadomić, że nikt nie kocha siebie samego, jeśli całym sercem, całą duszą i wszystkimi siłami nie stara się w sposób skuteczny o własne zbawienie wieczne; i to, że nikt nie kocha bliźniego swego jak siebie samego, jeżeli nie stara się o wieczne zbawienie bliźniego tak, jak o swoje.

    Wybór Pism, t. I, s. 59-60

    _________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, Ty jeden jesteś Bogiem żywym i prawdziwym, Ty jesteś przedwieczny i trwasz na wieki. Tylko Ty, Boże, jesteś dobry i jako jedyne źródło życia powołałeś wszystko do istnienia, aby napełnić swoje stworzenia dobrami i wiele z nich uszczęśliwić jasnością Twojej chwały. Wysławiamy Cię, Ojcze święty, bo jesteś wielki i wszystkie stworzenia głoszą Twoją mądrość i miłość. Ty stworzyłeś człowieka na swoje podobieństwo i powierzyłeś mu cały świat, aby służąc Tobie samemu jako Stwórcy, rządził wszelkim stworzeniem. Dlatego też ośmielamy się wzywać Twego Świętego Imienia i z ufnością, że zostaniemy wysłuchani, ośmielamy Cię prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ III (niedziela 15 stycznia)

    Powołanie do świętości

    Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie objawiło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się to objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Każdy, kto pokłada w Nim tę nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty.

    I Listu św. Jana Apostoła (3, 2-3)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pomiędzy innymi łaskami, o które zwracam się z prośbą do mojego Ojca Niebieskiego, mojego nade wszystko najukochańszego oblubieńca Jezusa i mojej nade wszystko najukochańszej Matki Marii, aniołów i świętych, i błagam wszystkie inne stworzenia o wyjednanie tego za mnie, proszę, by Pan prowadził mnie drogą, że tak powiem, nieskończenie świętą, bezpieczną, doskonałą i ukrytą przed oczyma ludzi; proszę o dar świętej wytrwałości w dobrym i nieustające pomnażanie żarliwości w świętej służbie Bożej, a to ku nieskończonej chwale i czci Boga, oraz korzyści wszystkich dusz. Świętość jest konieczna. Ufam wielce dobroci Boga, że dla zasług świętych, aniołów, Marii i Jezusa wpoi ufność otrzymania tej łaski, która uświęca i sprawia, iż dla samej chwały Boga dokonujemy największych rzeczy i że zaszczepi we mnie najwyższe stopnie świętości i doskonałości.

    Postanowienia i dążenia, 116, 211 i 81

    ______________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, źródło życia i świętości, tylko Ty jesteś święty i godzien wszelkiej chwały. Ty z miłości stworzyłeś człowieka i powołujesz go do świętości, aby mógł we wspólnocie z Tobą przebywać w Twojej chwale i radować się Twoją obecnością. Dlatego słusznie Cię sławi wszelkie stworzenie, bo przez Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, staliśmy się Twoimi przybranymi dziećmi, a mocą Twojego Świętego Ducha ożywiasz nas i uświęcasz. Przez zasługi i wstawiennictwo wszystkich Świętych, wdzięczni za Twoje wielkie miłosierdzie względem nas, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IV (poniedziałek 16 stycznia)

    Apostoł Ojca Przedwiecznego

    Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: „Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swojego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie chwałą, którą miałem u Ciebie wpierw, zanim świat powstał”.

    Ewangelii według św. Jana (17, 1-5)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Przykazanie zaś miłości, które wszystkim nakazuje wielbić i ponad wszystko kochać Boga, a bliźniego swego miłować jak siebie samego, zobowiązuje nas również do starania się wszelkimi możliwymi sposobami o wieczne zbawienie tak swoje, jak i bliźniego. Staje się to jeszcze bardziej oczywiste, gdy przypomnimy sobie to, co mówi Duch Święty: „Każdemu z osobna dał Bóg rozkazanie o bliźnim jego”. Każdemu więc Bóg przykazał się troszczyć o wieczne zbawienie bliźniego. A ponieważ w wypełnianiu tego przykazania winniśmy naśladować Jezusa Chrystusa, który jest Apostołem Ojca Przedwiecznego, przeto życie Jezusa Chrystusa, będące Jego apostolstwem, ma być dla każdego wzorem apostolstwa. A że wszyscy są wezwani i, co więcej, zobowiązani do naśladowania Jezusa Chrystusa, przeto wszyscy powołani są do apostolstwa stosownie do swojego stanu i zawodu. Ale ponieważ nie wszyscy przestrzegają przykazania miłości Boga i bliźniego tak doskonale, jak to przykazał Jezus Chrystus, mówiąc: „Bądźcie doskonałymi, jak Ojciec wasz Niebieski jest doskonałym”, stąd też nie wszyscy zasługują na miano „apostoła”. Jednak miłość Pana naszego Jezusa Chrystusa pobudza każdego człowieka do czynów apostolskich, aby każdy mógł zasłużyć na miano „apostoła” i zdobyć zasługę oraz cieszyć się chwałą, dzięki wstawiennictwu Królowej Apostołów, Najświętszej Maryi.

    Wybór Pism, t. I, s. 39

    ___________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Panie, nasz Boże, Ty objawiłeś nam Umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa jako Apostoła posłanego przez Ciebie dla dokonania dzieła naszego zbawienia. On to za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, narodził się z Maryi Dziewicy i był do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu. Ubogim głosił dobrą nowinę o zbawieniu, jeńcom wyzwolenie, a smutnym radość. Aby wypełnić Twoje postanowienie, wydał się na śmierć krzyżową, a zmartwychwstając, zwyciężył śmierć i odnowił życie, abyśmy żyli już nie dla siebie, ale jedynie ku Twojej chwale. Wdzięczni za tak wspaniały dar Twojej miłości, z dziecięcą ufnością ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ V (wtorek 17 stycznia)

    Naśladowanie Chrystusa

    Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swojej duszy szkodę poniesie? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi i wtedy odda każdemu według jego postępowania”.

    Ewangelia według św. Mateusza (16, 24-27)

    Żyć w duchu świętego Wincentego Pallottiego

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    „Przeznaczył nas, abyśmy się stali na podobieństwo Syna Jego, żeby On był pierworodnym między wieloma braćmi” (por. Rz 8, 29). Święty Paweł Apostoł przestrzega nas, że Bóg chce, abyśmy dla osiągnięcia naszego jedynego, uszczęśliwiającego celu stali się podobni do Jego Jednorodzonego Syna, który dla nas stał się człowiekiem i który jest naszym pierworodnym Bratem. Naśladowanie zatem Pana naszego Jezusa Chrystusa jest tak niezbędne, jak niezbędne jest samo nasze zbawienie. Stąd też podstawową Regułą naszego najmniejszego Stowarzyszenia ma być życie Pana naszego Jezusa Chrystusa, po to, by naśladować Go w pokorze i z ufnością możliwie jak najdoskonalej we wszystkich Jego poczynaniach w życiu ukrytym i w publicznej posłudze ewangelicznej. Z tego powodu powinniśmy podejmować zawsze, najdoskonalej jak potrafimy, wysiłki zmierzające do tego, by nasze życie stawało się stale coraz bardziej podobne do życia pierworodnego naszego Brata Jezusa Chrystusa.

    Wybór Pism, t. II, s. 314

    _________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Ojcze święty, wielbimy Ciebie, przez umiłowanego Syna Twojego Jezusa Chrystusa, za wspaniały plan Twojej miłości względem nas. On jest Słowem Twoim, przez które wszystko stworzyłeś. Jego nam zesłałeś jako Zbawiciela i Odkupiciela, który stał się człowiekiem za sprawą Ducha Świętego i narodził się z Dziewicy. On, spełniając Twoją wolę, nabył dla Ciebie lud święty, gdy wyciągnął swoje ręce na krzyżu, aby śmierć pokonać i objawić moc Zmartwychwstania. On swoim życiem wezwał nas do naśladowania, abyśmy upodobniwszy się do Niego, mogli osiągnąć życie wieczne w Twoim Królestwie. Za te znaki Twojej dobroci wychwalamy Cię i z ufnością Ciebie prosimy (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VI (środa 18 stycznia)

    Maryja, Królowa Apostołów

    Wtedy wrócili do Jerozolimy. Przybywszy tam, weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, i Jakub, i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, brat Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego. Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym.

    Dzieje Apostolskie (1, 12-14; 2, 1-4)

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Postanawiam przedstawiać sobie (często to w sobie odnawiać), że w jakimkolwiek będę się znajdował miejscu, będę wraz ze wszystkimi stworzeniami w jerozolimskim Wieczerniku, gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego; i jak Apostołowie pozostawali tam z Najświętszą Maryją, tak będę sobie też wyobrażał, iż jestem tam z moją nade wszystko najukochańszą Matką Maryją i z nade wszystko najbardziej umiłowanym Oblubieńcem Jezusem, którzy – uważam to za pewne – jako moi najosobliwsi Obrońcy sprawią, że spłynie na mnie i na innych obfitość Ducha Świętego. A jak pragnę, aby ta obfitość Pańskiego Ducha pomnażała się we mnie i we wszystkich stworzeniach, w każdym, tak ze wszystkimi stworzeniami zostawać pragnę zawsze w tymże Wieczerniku. Tak też częściej wedle możności przedstawiać sobie będę, że kiedy ja i inne stworzenia trwamy w Wieczerniku, zstępuje na nas obfitość i pełnia Ducha Świętego. Pragnę z niej odnosić owoce tak obfite, jakie odnosiliby z niej wszyscy Święci, Apostołowie i Maryja.

    Wybór Pism, t. III, s. 46-47

    __________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty w cudowny sposób wybrałeś Maryję na Matkę Twojego Jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa. Ona, przyjmując niepokalanym sercem Twoje Słowo, poczęła Je w dziewiczym łonie i otaczała macierzyńską troską początek Kościoła, rodząc jego Założyciela. Przyjmując pod krzyżem testament Bożej miłości, wzięła za swoje dzieci wszystkich ludzi, którzy przez śmierć Chrystusa narodzili się do życia wiecznego. Gdy Apostołowie oczekiwali obiecanego Ducha Świętego, łączyła swe błagania z prośbami uczniów Chrystusa i stała się wzorem modlącego się Kościoła. Wyniesiona do niebieskiej chwały otacza macierzyńską miłością Kościół pielgrzymujący i wspiera go w dążeniach do wiecznej ojczyzny, aż nadejdzie pełen blasku dzień Pański. Wysławiając tak wielkie dzieła Twojej miłości oraz pokładając ufność we wstawiennictwo i zasługi naszej Matki i Królowej, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VII (czwartek 19 stycznia)

    Misja ewangelizacyjna

    Jedenastu zaś uczniów udało się do Galilei, na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza na niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przekazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”.

    Ewangelia według św. Mateusza (28, 16-20)

    São Vicente Pallotti

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Pobożne nasze Zjednoczenie, a jeszcze bardziej Stowarzyszenie Księży, stanowiące część wewnętrzną i dynamizującą tegoż Zjednoczenia, oddaje się od samego początku swego istnienia krzewieniu Królestwa Pana naszego Jezusa Chrystusa; poruszone zaś do żywego tkliwą miłością wyrażoną przez samego Odkupiciela w słowach: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście więc Pana żniwa, aby wysiał robotników na żniwo swoje” (Mt 9, 37-38), czuło się zawsze jak najbardziej zaangażowane do współdziałania, za pośrednictwem niezawodnego środka zalecanego przez Chrystusa w postaci modlitwy, w pozyskiwaniu ewangelicznych pracowników.

    Wybór Pism,t. II, s. 187

    __________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Boże, nasz Ojcze, Ty chcesz, aby wszystkie ludy i narody Ciebie poznały i jedynie Ciebie wielbiły jako swojego Pana i Stwórcę. Ty posłałeś na świat swojego Umiłowanego Syna Jezusa Chrystusa, aby wszystkim ludziom przyniósł zbawienie. Przez Niego posyłasz nieustannie głosicieli Dobrej Nowiny, aby Twoje Imię było wysławiane po całej ziemi. Ty powołałeś Kościół, aby był dla narodów sakramentem zbawienia i aby z wszystkich narodów wzrastał jeden lud święty. Wysławiamy Ciebie Boże, za wielkie dzieła Twojej Miłości i z pokorą ośmielamy Cię prosić (o…  oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ VIII (piątek 20 stycznia)

    Jedność chrześcijan

    Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. Bojaźń ogarniała wszystkich, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, którzy uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdawali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali posiłek w radości i prostocie serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś pomnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia.

    Dzieje Apostolskie (2, 42-47)

    św. Vincenty Pallotti namalowany przez Oskara Kokoschka 







    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Jezus Chrystus zapowiedział czas, kiedy cały świat zjednoczy się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem. Nasza modlitwa o nadejście Królestwa podoba się Panu. Nasze dobre czyny, żarliwe modlitwy sprawiedliwych i wstawiennictwo Błogosławionej Dziewicy Maryi sprawią, że dzień ten nadejdzie. Mamy nadzieję, że przez naszą żarliwą modlitwę Bóg pozwoli, by już wkrótce nadszedł ten dzień, kiedy ujrzymy świat jako jedną Owczarnię pod jednym Pasterzem.

    Modlitewnik SAK, s. 70-71

    ________________________________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący, wieczny Boże, nieustannie Ciebie wychwalamy i Tobie za wszystko składamy dzięki, przez naszego Pana Jezusa Chrystusa. Przez Niego bowiem doprowadziłeś nas do poznania Twojej prawdy, abyśmy złączeni węzłem jednej wiary i chrztu świętego, stali się członkami Jego Ciała. Przez Niego udzieliłeś wszystkim narodom Twojego Ducha Świętego, który działając przez rozmaite dary, jest Sprawcą jedności. Duch Święty zamieszkuje w Twoich przybranych dzieciach, napełnia cały Kościół i nim kieruje. Wierzymy, że przez nasze pokorne modlitwy przybliża się dzień, kiedy wszystkie ludy i narody zgromadzą się jako jedna Owczarnia pod jednym Pasterzem oraz ufamy, że wysłuchasz nasze prośby (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ IX (sobota 21 stycznia)

    Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego

    Jezus tak modlił się za swoich uczniów: „Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś pochodzi od Ciebie. Słowo bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. Ja za nich proszę. Ojcze święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My, wszyscy oni stanowili jedno. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem, i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich.

    Ewangelia według św. Jana (17, 7-9a, 11b. 25-26)

    MATKA BOŻEJ MIŁOŚCIobraz Dcassarottiego na relikwiarzu św. WINCENTEGO PALLOTTIEGO

    ***

    Z PISM ŚW. WINCENTEGO PALLOTTIEGO:

    Celem Stowarzyszenia jest większa chwała Boża, uświęcenie i zbawienie wieczne duszy własnej i dusz naszych bliźnich przez życie czynne i bogomyślne i przez uczynki miłosierdzia co do ciała i duszy. Chodzi też o to, by wiodąc życie w pokorze i w prawdziwej zawisłości, jednoczyć świętym węzłem współzawodniczącej miłości i gorliwości duchowieństwo świeckie i zakonne w pełnieniu dzieł świętego posługiwania, aby w ten sposób skuteczniej zapewnić zbawienie dusz, a także, by wszystkich wiernych bez różnicy płci wszelkiego stanu, godności, stanowiska, tak pojedynczo, jak zbiorowo, zapraszać do tego, by każdy, wypełniając rzetelnie przykazanie miłości Boga i bliźniego, przyczyniał się wedle swej możliwości do wspierania dzieł podejmowanych ku większej chwale Bożej i dla zbawienia dusz, bądź przez bezinteresowne prace osobiste, bądź przez składanie jałmużny czy ofiar wszelkiego rodzaju, bądź przynajmniej poprzez modlitwy. Dlatego to nasze Stowarzyszenie stara się samo o przyłączanie wszystkich wiernych bez różnicy płci oraz deleguje innych, aby się o to starali. Ci zaś przyłączeni do naszego Stowarzyszenia stanowią Pobożne Zjednoczenie, zwane też Apostolstwem Katolickim.

    Wybór Pism, t. II, s. 314-315

    _____________________________________________________

    MODLITWA DNIA:

    P. Wszechmogący i miłosierny Boże, Jedyne Źródło jedności i pokoju, Ty wszystkich ludzi, stworzonych dla chwały Twojego Imienia i odkupionych przez Krzyż Twojego Syna, zbierasz mocą Twojego Ducha w jedną rodzinę ludzką. Ty zgromadziłeś wszystkie narody i ludy ziemi w jedności Kościoła i dajesz wszystkim ludziom błogosławioną nadzieję swojego Królestwa. Ojcze święty, uwielbiamy Cię za to, że zechciałeś posłużyć się świętym Wincentym Pallottim dla budowania jedności w świecie i szerzenia Dobrej Nowiny. Pobudzeni przeto tak wspaniałym przykładem apostolskiej gorliwości, ośmielamy się Ciebie prosić (o… oraz) o łaski, których nam potrzeba. Przez Chrystusa, Pana naszego.

    W. Amen.

    _____________________________________________________________________________________________

    Z Dekretu Apostolskiego przyznającego

    ks. Wincentemu Pallottiemu cześć należną świętym

    Kanonizacja Pallottiego

    Wincenty Pallotti urodził się w Rzymie, dnia 21 miesiąca kwietnia, roku 1795, następnego dnia został ochrzczony w Bazylice Św. Wawrzyńca in Damasco. Od rodziców, którzy byli bardzo religijni, zaczerpnął wspaniałe wzory wszystkich cnót, tak że będąc trzyletnim dzieckiem zwykł już prosić Świętą Rodzicielkę Boga, aby uczyniła go świętym. Mając lat dziesięć, uprosił, aby mu po raz pierwszy pozwolono przystąpić do Komunii świętej; od tego dnia codziennie brał udział w Uczcie Eucharystycznej. Za poradą swojej pobożnej matki, ponieważ nie odznaczał się zdolnościami umysłowymi, odprawił modlitewną nowennę do Ducha Świętego i dzięki otrzymanej łasce stał się zdolnym do nauki, tak że łatwo już mógł przerobić wymagane dyscypliny, zdobyć doktoraty z filozofii i teologii i spełniać akademicki urząd na Uniwersytecie Sapienza, wyjaśniając alumnom teologiczne zagadnienia. Ten poważny urząd spełniał przez dziesięć lat z najwyższym podziwem i pożytkiem uczniów.

    Postępując w latach, stwierdził w sposób pewny, że jest wzywany do kapłaństwa. Wahając się czy wstąpić do jakiegoś zakonu, czy też w szeregi duchowieństwa świeckiego, wybrał wreszcie to ostatnie i włożył szatę kościelną. A ponieważ w tym czasie niesprawiedliwe prawo państwowe zabraniało przyjmować młodzieńców do świętych Seminariów, Wincenty pozostał w domu, gdzie celem należytego przygotowania się do kapłaństwa nieustannie oddawał się tak dziełom pobożności, jak i nauce. Nie zaniedbał umartwiania ciała, sypiał na ziemi, pościł czy też spożywał gorsze potrawy. Tego rodzaju umartwienia, dla odpokutowania za swoje grzechy i za grzechy innych ludzi, powiększał z każdym dniem, aż do końca swojego życia.

    Święcenia kapłańskie otrzymał w dniu 16 maja 1818 roku; zapalony gorliwością duszpasterską stał się apostołem miasta Rzymu, pamiętając w swoim życiu na słowa Pawła Apostoła: „Miłość Chrystusa przynagla nas“ (2 Kor 5,14). Aby religijnie ukształtować przede wszystkim młodzieńców, otworzył w Rzymie elementarne szkoły, w których rzemieślnicza młodzież zbierała się w godzinach wieczornych i zapoznawała się z chrześcijańską nauką oraz uczyła się czytać i pisać. Podjął się w świętym Seminarium Rzymskim obowiązków ojca duchownego oraz obowiązków spowiednika alumnów w Kolegiach: Rozkrzewiania Wiary, Szkockim, Greckim, Angielskim i Irlandzkim – aby w ten sposób służyć jak najlepiej tym, którzy zostali powołani do kapłaństwa. […]

    Mając na uwadze słowa Apostoła: „Kto nie miłuje brata swego, którego widzi, jakże może miłować Boga, którego nie widzi?“ (1 J 4,20) – wspomaganie biednych uważał za wielką radość; często, aby ich wesprzeć, oddawał im swoje łóżko czy pozbywał się swojego płaszcza. Miłość jego do chorych przejawiała się wspaniale wtenczas zwłaszcza, gdy w roku 1837 grasowała w Rzymie epidemia cholery. Nie szczędził wtedy swoich sił, aby w miarę swoich możliwości zaopatrzyć chorych Sakramentami świętymi i przynieść im pociechę, nie dbając przy tym o swoje zdrowie i życie.

    […] gorąco pragnął, aby wszyscy ludzie, stworzeni na obraz Boży, oddawali Bogu należną cześć, chciał również u wszystkich katolików na ziemi ożywić i umocnić prawdziwą i czynną wiarę; zaś tych, którzy tkwili jeszcze w próżnym pogaństwie, pociągnąć do chrześcijańskich obrzędów. Aby ten swój zamiar zrealizować, założył w roku 1835 Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego*, którego celem jest […] – „wzrost, obrona i rozszerzanie miłości i katolickiej wiary, pod specjalną opieką Niepokalanej Matki Bożej, Królowej Apostołów, w całkowitej zależności od Papieża“. Zjednoczenie to obejmuje trzy klasy członków: wpierw kapłanów i braci; następnie siostry, do których należy opieka nad dziełami miłosierdzia; i wreszcie ludzi świeckich obojga płcizakonników z różnych zakonów, którzy specjalnymi prawami albo przynajmniej modlitwą przyczyniają się do realizacji celów tego Zjednoczenia.

    […] Troską swoją ogarniał [Pallotti] również chrześcijan, którzy byli odłączeni od Stolicy Apostolskiej, aby i oni jak najprędzej wrócili do jednej Owczarni Chrystusowej; postarał się, iżby przez osiem dni po Objawieniu Pana naszego Jezusa Chrystusa zanoszono specjalne modlitwy i w sposób uroczysty sprawowano liturgię katolików wschodnich oraz wygłaszano kazania w różnych językach. Uroczystości te, jako że w nich brali udział ludzie z różnych narodów, ojcowie kardynałowie, biskupi, zakonnicy z różnych zakonów, alumni seminariów i kolegiów rzymskich, w przedziwny sposób ukazywały jedność i powszechność Rzymskiego Kościoła.

    […] gdy swoje życie poświęcał, aby przyczynić się do uśmierzenia istniejących rozruchów, aby Kościół mógł się cieszyć pełną i nienaruszoną wolnością, aby jego Papież mógł się uratować i czuć się bezpiecznym – wtenczas to dnia 13 stycznia 1850 roku niespodziewanie zachorował, wyglądało jednak, że w stanie jego zdrowia nastąpiła pewna poprawa. Z łoża jednak, ku zdziwieniu wszystkich, już nie chciał powstać. Życzył nawet, aby go pokrzepiono Wiatykiem i namaszczono olejami świętymi; podnosząc na duchu swoich synów, zmarł w dniu, który przepowiedział, to jest 22 tegoż miesiąca i roku.

    Jan XXIII

    Rzym, 20 stycznia 1963 rok

    _______________________________________________________________________________________________________

    św. Wincenty Pallotti: kapłan otwarty na miłość

    Homilia św. Jana Pawła II wygłoszona 22 czerwca 1986 roku w kościele Świętego Zbawiciela na Fali w Rzymie ku czci Św. Wincentego Pallottiego

    „Będę głosił imię Twoje swym braciom” Ps. 21,23.

    1) Te słowa 21 psalmu mówił Jezus na krzyżu, a jako pośrednik między człowiekiem a Bogiem mówi je dalej i w tej eucharystycznej celebrze; głosi Boga w dalszym ciągu, pełniąc swe zadanie ostatecznego objawiciela Ojca „pośród zebrania” – to znaczy w Kościele, którego jest Głową; w dalszym ciągu wielbi On Boga i wzywa wszystkie ludy odkupione Jego własną Krwią, by Bogu oddawały chwałę oraz przez wewnętrzną odmianę wracały do Niego.

    Podobne wezwanie i podobne słowa odbijają się – czujemy to dziś – niby echo i w tej świątyni, jakby szły do nas od wielkiego naśladowcy Jezusa Chrystusa – świętego Wincentego Pallottiego, który w ciągu całego swojego życia był niestrudzonym zwiastunem ewan­gelicznego orędzia zbawienia.

    Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie!

    Wobec wszystkich obecnych tu członków pallotyńskiej Rodziny i wobec zbożnych wielbicieli świętego Wincentego Pallottiego pragnę wyrazić prawdziwą radość, że jestem tu z Wami i że Ofiarę Mszy św. sprawuję na tym ołtarzu, który strzeże przecennych relikwii Waszego świętego Założyciela.

    Przyszedłem odwiedzić to miejsce i tę Wspólnotę, ponieważ moje osobiste dzieje były przeplatane licznymi i ważnymi spotkaniami z duchowymi synami świętego Wincentego Pallottiego. Wadowice – moje rodzinne miasto – są kolebką polskich Pallotynów; moje z nimi kontakty były częste w okresie mej młodości, a szczególnie w czasie mego posługiwania kapłańskiego i biskupiego. Ponadto z tym miejscem i z tą Wspólnotą łączy mnie jeszcze szczególniejszy motyw. Nie bez wzruszenia i wdzięczności pamiętam teraz ów daleki dzień roku 1946, kiedy to jako młody kapłan, przybywszy do Rzymu dla doskonalenia mych studiów na papieskich uczelniach, zostałem przyjęty przez tę Wspólnotę. Jakkolwiek mój pobyt nie trwał tu zbyt długo, okazał się jednak wystarczający, by nie zapomnieć już o owym klimacie braterskiej pogody, jakim tu mogłem oddychać.

    Ale dzisiejsza moja wizyta ma jeszcze głębsze uzasadnienie, znajduje się w mym wielkim podziwie dla Osoby i Dzieła Waszego Założyciela, w podziwie, który potęgował się w częstych kontaktach ze sławnym Waszym współbratem, którego wspominam nie bez tęsknego żalu: z ojcem Wilhelmem Móhlerem, długoletnim przełożonym generalnym Waszego Stowarzyszenia, a także członkiem Papieskiej Rady dla Świeckich. W czasie Soboru Watykańskiego II pracowaliśmy razem nad tekstem Dekretu o apostolstwie świeckich, Apostolicam actuositatem, który zawiera uroczyste potwierdzenie trwałej wartości idei „Apostolstwa Katolickiego”, założonego i proklamowanego już w wieku ubiegłym przez Wincentego Pallottiego.

    Dlatego wizyta moja ma być aktem wdzięczności dla Waszego Założyciela, owego świętego Kapłana rzymskiego, którego niezapomniany mój poprzednik Jan XXIII nazwał „mężem mądrym o wybitnej świętości, który w swoim czasie… przyniósł zaszczyt włączeniu i przynależności do kleru pierwszej diecezji katolicyzmu,… niezmordowany apostoł, kierownik sumień, budziciel świętego entuzjazmu, wspaniały w różnych swych poczynaniach” (Discorsi, Messaggi, Colloąui, V, 1962-1963, s. 86 i 90).

    2) Oddając mu hołd chciałbym też wraz z Wami, Drodzy Bracia i Siostry, zastanowić się nieco nad początkami i nad twórczą siłą Jego charyzmatu.

    Wincenty Pallotti pragnął żyć w nieprzerwanym i w stale coraz to bardziej pogłębianym zjednoczeniu z Chrystusem tak dalece, że chciał być w Niego całkowicie przemieniony. Miał zwyczaj powtarzać tę oto modlitwę, która pozwala nam dostrzec wielkość jego chrześcijańskiego i kapłańskiego serca: „Niech będzie zniweczone życie moje, a życie Jezusa Chrystusa niech będzie moim życiem” (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 158 nn; passim). W podtrzymywanym przez długie lata kontakcie z Panem przez nieustanną modlitwę, przez wsłuchiwanie się i zatapianie w słowo Boże, w budującym sprawowaniu Eucharystii i sakramentu pojednania, przyswoił sobie usposobienie Chrystusa, pragnącego wszak zbawienia wszystkich ludzi i doprowadzenia ich do Ojca. W kapłańskim sercu Wincentego Pallottiego znajdowało oddźwięk tętniące Serce Jezusa, Dobrego Pasterza, wychodzącego na poszukiwanie zagubionej owieczki.

    Zagłębiając się w rozważanie przykazania miłości Boga i bliźniego Wincenty Pallotti pojął, jak niemożliwe jest kochać Boga bez miłowania bliźniego i jak niemożliwe jest kochać naprawdę bliźniego bez zaangażowania się w wieczne jego zbawienie. Otwierając się na miłość Bożą, wlaną weń przez Ducha Świętego, przynaglany miłością Chrystusa, pracował bez wytchnienia dla wiecznego zbawienia ludzi. A zatem Apostolat Katolicki zrodził się ze zbawczej miłości Chrystusa. Wincenty Pallotti pracował niestrudzenie nad odwagą wiary i nad rozpaleniem miłości wśród wszystkich katolików, by stali się apostołami Chrystusa, gorliwymi świadkami wiary i prawdziwego oddania się braciom, szczególnie ubogim i potrzebującym pomocy. Przeżywając na nowo posłanie Księgi Izajasza (Iz 58, 7-8 10-11), jakiego słuchaliśmy w pierwszym czytaniu, a jakie odnosi się do prawdziwego kultu należnego Bogu, mnożył inicjatywy zmierzające do pobudzania chrześcijan, aby w osamotnionym i słabym bracie dostrzegali cierpiące oblicze Chrystusa. Jednocześnie był przekonany, że za podstawę oddawania się braciom należy uznać miłość Boga, która jest ponad wszystkie charyzmaty. W tym sensie mógł powtarzać za św. Pawłem: „I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wydał na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał” (1 Kor 13,3); są to moce wyrażenia z „Hymnu Miłości”, jakie liturgia słowa dała nam do rozważenia.

    3) Wincenty Pallotti był głęboko przekonany, że autentyczne apostolstwo Kościoła bez działania Ducha Świętego jest niemożliwe. Widział to jasno w Jezusie Chrystusie, który swe apostolstwo – dzieło zbawienia – wykonał pod działaniem Ducha Świętego (Łk 4,18 nn); widział to w Najśw. Maryi, która otwarta na Ducha Świętego i na Niego zdana stała się nie tylko Matką Apostoła Ojca, ale i Matką uczniów Chrystusa; widział to i we wspólnocie wieczernikowej – wspólnocie, która posłuszna wyrażonemu na ostatku pragnieniu Jezusa, trwała na modlitwie w oczekiwaniu na Ducha.

    Wiecie dobrze, jak ważny dla Pallottiego był sens i wartość Wieczernika. Zanim został kapłanem, powziął już postanowienie trwania na zawsze w Wieczerniku z Maryją i wszystkimi stworzeniami, aby otrzymać obfitość darów Ducha Świętego (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, X, 86 n.). A kiedy, niewolny od niepewności, nieporozumień i doświadczeń, kładł podwaliny pod swe Dzieło, to właśnie w wieczernikowej wspólnocie przepojonej Duchem Świętym odkrywał prawdziwą naturę i ideał własnej fundacji. Oto fragment z jego Testamentu: „Kiedy skończyłem pisanie Reguł Pobożnego Domu Miłosierdzia, to wtenczas podczas czytania w Życiorysie Najśw. Dziewicy o tym, jak Apostołowie po Zesłaniu Ducha Świętego udali się w różne strony świata, by tam głosić Ewangelię świętą, Pan nasz Jezus Chrystus ukształtował w moim umyśle prawdziwe pojęcie natury i zadań Pobożnego Zjednoczenia, dostosowane do ogólnego celu, jakim jest powiększanie, obrona i rozszerzanie pobożności oraz katolickiej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opera Completa, III, 27).

    Święty Wasz Założyciel dał w sobie przykład człowieka, który się otwiera na Ducha, przyjmuje Go ochoczo i pozwala kierować się tym Duchem, który jest duszą Kościoła, a zatem źródłem życia i dynamizmu wszelkiego apostolstwa; czuł w sobie żarliwe pragnienie zbawiania dusz, a zastanawiając się często nad miejscem w Ewangelii dotyczącym „rozesłania Apostołów” – któregośmy słuchali – chciał odpowiedzieć na naglące wezwanie Jezusa: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Łk 10,2). Wincenty Pallotti modlił się wiele i wiele działał; a czynił to w tym celu, aby Bóg w Kościele wzbudził liczne i święte powołanie, i by wielu młodych entuzjastycznie i wielkodusznie podjęło apel Jezusa, by iść i głosić światu: „Bliskie jest… Królestwo Boże!” (Łk 10,9).

    Chciałbym się jeszcze zatrzymać na innym, wiele mówiącym aspekcie życia i apostolskiej działalności świętego Wincentego Pallottiego. Chodzi o jego synowską, czułą i żarliwą cześć do Najśw. Maryi Panny. Ten wielki czciciel Maryi pragnął miłować Ją – gdyby to było możliwe – nieskończenie (Vincenzo Pallotti, Opere Complete, X, 538 n.), nadawać Jej najpiękniejsze tytuły (tamże, 156 n.), kochać Ją miłością Ojca, Syna i Ducha Świętego (tamże, 677). Chciał, by jego własna fundacja była niby akt hołdu wobec Najśw. Dziewicy, obranej – z tytułem Królowej Apostołów – na niebieską Patronkę Dzieła. Postąpił tak w tym celu, aby Ona uzyskiwała od Boga wszelkie dary niezbędne do tego, by Apostolat Katolicki istniał i był płodny w Kościele oraz by rozszerzył się szybko na całym świecie; w szczególności zaś, by „wszyscy ludzie, tak świeccy, jak i duchowieństwo świeckie oraz zakonnicy, z każdego stanu, zawodu i stanowiska, mieli w Najśw. Maryi, po Jezusie Chrystusie, najdoskonalszy wzór katolickiej gorliwości i doskonałej miłości. Maryja bowiem, aczkolwiek nie obdarzona kapłańską godnością, tak dalece się poświęciła dziełom dla większej chwały Boga i zbawienia dusz, że swymi zasługami przewyższyła Apostołów, stąd też Kościół słusznie Ją pozdrawia jako Królowę Apostołów; zasłużyła Ona w pełni na ten tytuł, gdyż o wiele bardziej niż Apostołowie pracowała około rozkrzewiania świętej wiary” (Vincenzo Pallotti, Opere Comple-te, I, 6 n.).

    A zatem podążając wiernie i wielkodusznie za przykładem Waszego świętego Założyciela kochajcie Maryję, uwielbiajcie Maryję, wzywajcie Maryję, naśladujcie Maryję!

    5) Spotkanie dzisiejsze nie może się ograniczyć do zwykłego wspomnienia rzeczy minionych, ale ma nas pobudzić do refleksji także nad tym, co jest obecnie, jak i do spoglądania w przyszłość. Niech Chrystusowa miłość przynagla nas do niestrudzonego działania, aby Kościół był rzeczywiście światłością świata i solą ziemi lub też, jak poucza Sobór Watykański II, „powszechnym sakramentem zbawienia” (Lumen gentium, 48).

    Chociaż idea, według której wszyscy ochrzczeni mają prawo i obowiązek być apostołami – prawo i obowiązek oparte na własnym „być chrześcijaninem” (Apostolicam actuositatem, 3) – i chociaż idea Apostolstwa Katolickiego nie budzi już niepokojów czy sporów, jak to miało miejsce w wieku ubiegłym, niemniej jego pełnienie co do skuteczności nie jest jeszcze w Kościele tym apostolstwem, jakiego można by się słusznie spodziewać, zwłaszcza po pouczeniach Soboru Watykańskiego II.

    Dlatego dziś chciałbym powiedzieć Wam po raz wtóry to, co powiedziałem do Członków Waszej Kapituły Generalnej: „Bardzo mi jest miłe to Wasze zobowiązanie, jakie zamierzacie wziąć na siebie, by zawsze z coraz to większą wielkodusznością odpowiadać na potrzeby Kościoła w duchu Waszego Założyciela…, by tchnąć nowe życie w tę formę apostolstwa, która zrzesza wiernych w dziele ewangelizacji i uświęcania, do jakiego cały Kościół został wezwany, zarówno w swej Głowie, jak i członkach, by rozwijać to w świecie dzisiejszym i przyszłym” (Discorso al Capitolo Generale dei Pallottini, 17 listopada 1983, n. 3; Insegnamenti, VI (2, s. 1113).

    Utwierdzajcie się dalej w tym zobowiązaniu, aby to, co w duchu proroczym zapowiedział Wincenty Pallotti i co autorytatywnie potwierdził Sobór Watykański II stało się szczęsną rzeczywistością, i by wszyscy chrześcijanie byli autentycznie apostołami Chrystusa w Kościele i świecie! Amen.

    __________________________________________________________________________________________________________________________

    TESTAMENT DUCHOWY ZAŁOŻYCIELA

    W chwili mej śmierci do moich Najukochańszych Braci Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, aby się starali je rozwijać, wkładając w to całe serce, umysł, duszę i wszystkie siły.

    1. Pan nasz Jezus Chrystus kierując się swoim nieskończonym miłosierdziem, przez wzgląd na zasługi i orędownictwo swojej Najświętszej Matki Niepokalanej Maryi, Aniołów i Świętych, nie biorąc pod uwagę mojej niegodności, jaką zmierzyć można tylko w świetle Jego nieskończonej doskonałości, raczył sprawić, że od samego początku mogłem należeć do Pobożnego Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, założonego w Rzymie za pozwoleniem wyższej władzy kościelnej i oddanego pod szczególną opiekę Najświętszej Maryi, Królowej Apostołów, celem powiększania, obrony i szerzenia pobożności oraz katolickiej wiary.

    Kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym
    kościół św. Zbawiciela na Falach. Rzym/fot. Włodzimierz Rędzioch

    ____________________________________________________________________________

    Mistyk i apostoł

    …. Wielu założycieli zakonnych, zwłaszcza w XIX wieku, czerpało pełnymi garściami ze szkoły ignacjańskiej, której twórcą był św. Ignacego Loyola (1491-1556) – założyciel zakonu Jezuitów. Wśród nich był również św. Wincenty Pallotti. W biografii poświęconej Pallottiemu pióra włoskiego benedyktyna (zresztą biskupa) Luigi Vaccari – brata jednego z pierwszych towarzyszy Wincentego Pallottiego, Franciszka Vaccari, czytamy, iż „Pallotti przygotowując Reguły dla swojego Stowarzyszenia Księży i Braci, inspirował się Konstytucjami Towarzystwa Jezusowego napisanymi przez św. Ignacego z Loyoli”. Więcej, pierwsze nasze Konstytucje, które zostały zatwierdzone w 1904 roku, były w dużej części dziełem jezuity ojca Nixa. Niestety, nie wyczuł on do końca charyzmatu pallotyńskiego. Dopiero w latach odnowy posoborowej, po tzw. „Kapitule Nadzwyczajnej” z 1968/69 roku, pallotyni powrócili do charyzmatu założycielskiego w jego oryginalnej formie.

    Co zaś do ignacjańskich śladów w duchowości pallotyńskiej, należy zwrócić uwagę na następujące elementy. Św. Ignacy założył zakon jezuitów dla obrony i szerzenia wiary oraz dla większej chwały Bożej i pożytku dusz. Podobną misję wyznaczył sobie Pallotti. Założył Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego dla ożywiania wiary i rozpalania miłości; dla nieskończonej chwały Bożej oraz dla zniszczenia grzechu i dla zbawienia dusz.

    W historii duchowości szczególne znaczenie mają 30-dniowe rekolekcje pod nazwą Ćwiczenia duchowne, których św. Ignacy jest autorem. On sam przeżył je i opisał podczas swojego pobytu w Manresa. Ćwiczenia te stały się pierwowzorem dla chrześcijańskich rekolekcji. Ignacy przypomina w nich, że człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem. Stąd nazwa własna „ćwiczenia”. Trzy wieki później, podobne – choć nieco krótsze, bo 10-dniowe ćwiczenia – zaproponował św. Wincenty Pallotti, zwłaszcza dla wzrostu żarliwości i gorliwości ewangelicznej wśród duchowieństwa. Jako metodę, według której owe ćwiczenia powinny być prowadzone, Wincenty zasugerował metodę św. Ignacego z Loyoli. Pallotti znał dobrze tę metodę, i to z podwójnego tytułu: ponieważ sam praktykował ćwiczenia ignacjańskie, i sam je prowadził. W pallotyńskich archiwach nie brakuje dokumentów, które to potwierdzają. Na przykład „Regulamin do przestrzegania przez kierownika duchowego podczas ćwiczeń duchowych według św. Ignacego z Loyoli, przygotowywane z polecenia ojca Claudio Acquaviva, przełożonego generalnego Towarzystwa Jezusowego”. Regulamin ów, w dziesięciu punktach, jest przepisany własną rękę Pallottiego (por. OOCC XI, s.826-829).

    Ks. Wincentemu bardzo odpowiadała dynamika ćwiczeń ignacjańskich. „Ćwiczenia duchowe proponowane przez św. Ignacego Loyolę – pisał, są środkiem dobrze znanym i bardzo odpowiednim, ponieważ zdolnym przemienić człowieka i odziać go w człowieka nowego, to znaczy naszego Pana Jezusa Chrystusa. Dlatego nikt nie będzie nigdy z nich zwolniony, nawet ten, którego cnoty, godność, ranga i kwalifikacje byłyby bardzo uznane” (por. OOCC II, s. 282). Więcej, Pallotti zaleca w napisanej przez siebie Regule, aby każdy nowicjat rozpoczynał się czterema tygodniami Ćwiczeń ignacjańskich (por. OOCC II, s.282); seminarzyści i inni członkowie Zgromadzenia mają je odprawiać co roku podczas dziesięciu dni (por. OOCC II, s. 183-187); misjonarze mają je odprawić w formie 30-dniowej przed wyjazdem na misje (por. OOCC II, s.253); nawet wybory przełożonego generalnego winny być poprzedzone 10-dniowymi ćwiczeniami duchowymi (por. OOCC III, s.17).

    O św. Wincenty Pallottim mówiono, że był „apostołem i mistykiem”. Powstały nawet o nim biografie pod tym właśnie tytułem w językach niemieckim, angielskim, francuskim i polskim. Jezuici mówią natomiast o św. Ignacym z Loyola, że był „mistykiem i apostołem”. W rzeczy samej, Ignacy i Wincenty – to mistycy, którzy budzili, niepokoili, prowokowali, poruszali…

    Każdy z nas ma tendencję do „duchowej hibernacji” i życia na powierzchni. Człowiek lubi się urządzić i okrzepnąć, boć to przecież wygodne i spokój dające zajęcie. Ignacy i Wincenty uważali natomiast, że w życiu trzeba ciągle praktykować, ćwiczyć, próbować, podejmować wyzwania… Dlatego obaj nazywali siebie „pielgrzymami”, ludźmi w drodze. Uważali, że człowiek wierzący winien ciągle być w szkole. Ma prawo do eksperymentowania i do błędów. Nie jest przecież mistrzem, tylko uczniem, nowicjuszem. Nie musi mieć samych szóstek. Nie staje się bowiem doskonałym od razu.

    I ostatnia lekcja wypływająca prosto ze skarbca Ignacego i Wincentego: trzeba zawsze robić to, co po ludzku możliwe! A więc wlać ewangeliczną wodę do stągwi, odwalić kamień od grobu Łazarza, przynieść pięć chlebów i dwie ryby. Resztę zrobi Bóg. „Taką będzie pierwsza reguła tych, którzy działają – pisał Ignacy. Ufaj Bogu tak, jak gdyby powodzenie spraw zależało we wszystkim od ciebie a w niczym od Boga. Jednocześnie, włóż w sprawę cały twój wysiłek, tak, jakby Bóg miał zrobić wszystko sam, a ty nic”. Wincenty Pallotti zaś pisał: „Bóg może uczynić o wiele więcej niż to, o co Go prosimy lub co możemy sobie wyobrazić. Chce jednak, abyśmy my czynili wszystko to, co na tym świecie jest w naszej mocy”.

    I jeszcze jedno. Warto przypomnieć, iż zakon jezuitów odegrał w Polsce szczególną rolę. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka, św. Andrzej Bobola, św. Melchior Grodziecki czy bł. Jan Beyzym – apostoł trędowatych na Madagaskarze. Poza tym, jezuita Jakub Wujek jest tłumaczem pierwszej drukowanej Biblii w Polsce; Piotr Skarga był wybitnym kaznodziejom; Maciej Sarbiewski, to poeta zwany polskim Horacym; Franciszek Bohomolec jest ojcem komedii polskiej; Adam Naruszewicz był nie tylko biskupem, ale też historykiem i poetą; a Grzegorz Piramowicz sekretarzem Komisji Edukacji Narodowej.

    ks. Stanisława Stawicki SAC/ Re/cogito

    _____________________________________________________________________________________

    Nasze stałe zamieszkanie –

    Wieczernik i Nazaret

    Kiedy z polityki lub innej dziedziny życia społecznego odchodzi jakiś lider, często namaszcza swojego następcę. Pan Jezus odchodząc do Ojca, nie pozostawia nam w spadku kogoś lub coś, ale Ducha (Świętego) czyli relacje. Ojciec kocha Syna. Rozpoznaje się we wszystkim, co Syn powiedział lub uczynił w Jego imię. Syn kocha Ojca. Nigdy nie przestał karmić się Jego obecnością i wypełniać Jego woli. Duch Święty to właśnie owa relacja między Ojcem i Synem. To On jest nam dany, abyśmy kontynuowali przygodę wiary.

    Podobnie jest z N.M.P. Królową Apostołów, którą św. Wincenty Pallotti zostawił nam w spadku jako patronkę i wzór apostolskiego zaangażowania, a którą świętujemy każdego roku w wigilię przed Zesłaniem Ducha Świętego, czyli dziś. Otóż, Pallotti zachęca nas bardziej do więzi z Maryją, niż do jej kultu. Fundamentem jego maryjności była bowiem relacja z Maryją. Różaniec, nabożeństwa majowe czy napisana przez niego tzw. „Trylogia Maryjna”, pojawiały się jako sposób i język do podtrzymywania tej relacji. Nic więc dziwnego, że scena z Wieczernika stanie się dla Pallottiego modelem i przestrzenią realizacji powołania apostolskiego.

    Całą duchowość dotyczącą Królowej Apostołów, św. Wincenty wyraził w obrazie namalowanym z jego inspiracji w 1848 roku przez włoskiego malarza Serafino Cesaretti. Artysta zamówienie przyjął, lecz poprosił niemieckiego kolegę po fachu, Fryderyka Overbeka (1789-1869) działającego w tym czasie w Rzymie, o wykonanie szkicu. Overbek uczynił o co go poproszono, wykonując szkic w formacie mniej więcej kartki A4. Tak więc malując obraz o bardzo dużych rozmiarach (158/256), Cesaretti wzorował się zarówno na szkicu Overbeka jak i na wskazaniach Pallottiego, któremu zależało, by w Wieczerniku, obok Maryi i Apostołów, znalazły się również kobiety, o których mowa w Dziejach Apostolskich. Według zamysłu św. Wincentego, symbolizują one powołanie ludzi świeckich do apostolstwa.

    Przez około 30 lat obraz ten znajdował się w głównym ołtarzu kościoła SS. Salvatore in Onda. Jednak po dokonaniu renowacji kościoła i wybudowaniu baldachimu nad ołtarzem (około 1876 roku) obraz stał się mało widoczny. Dlatego przeniesiono go w inne miejsce Domu Generalnego, a w 1935 roku trafił ostatecznie do nowo wybudowanego w Rzymie kościoła p.w. Królowej Apostołów przy Via Ferrari, w dzielnicy Prati. Tam też pozostał po dzień dzisiejszy.

    I jeszcze jedno. Ikony „Wieczernika”, tak dla niego ważnej, Pallotti nigdy nie rozdzielał od ikony „Świętej Rodziny z Nazaretu”. Chciał nawet, aby Dom z Nazaretu służył jako „nić przewodnia” dla wszystkich wspólnot Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Jednocześnie odsyłał swoich uczniów do permanentnego przebywania w „Wieczerniku Jerozolimskim”, tam gdzie Apostołowie otrzymali Ducha Świętego. Dla uchwycenia pełnej dynamiki charyzmatu pallotyńskiego, nie mamy więc prawa oddzielać tych dwóch ikon: Wieczernika i Nazaretu.

    Myśl tę wyraził bardzo ciekawie w 1996 roku ówczesny generał pallotynów, ks. Séamus Freeman: „Czasem myślimy o Nazarecie i o Wieczerniku jako o doświadczeniach odrębnych – pisze Freeman. – Są tacy, którzy przyznają wyłączny priorytet jednemu lub drugiemu. Inni myślą, że jedno następuje naturalnie po zaistnieniu drugiego. Nie tak jednak było w życiu Wincentego Pallottiego. On chciał być obecnym nieustannie w tych dwóch miejscach jednocześnie, wskazując w ten sposób zasadniczą współzależność między obydwoma doświadczeniami. Jako Pallotyni potrzebujemy tych dwu miejsc jednocześnie i nierozerwalnie”.

    Trzeba nam zatem zapytać, skąd to naleganie Pallottiego, by uczynić jednocześnie z Nazaretu i Wieczernika nasze stałe zamieszkanie? Wynika ono z faktu, iż Pallotti pragnął, aby założone przez niego wspólnoty stawały się „laboratoriami apostołów”, w których przenikają się wzajemnie: milczenie i skrzyżowanie dróg, życie ukryte i życie publiczne, interioryzacja i uzewnętrznienie, modlitwa i działanie, formacja ciągła i apostolstwo. Zależało mu bowiem na tym, aby apostoł tak doświadczył spotkania z Bogiem, by obok jego świadectwa nie dało się przejść obojętnie.

     ks. Stanisław Stawicki SAC/Re/cogito 

    ________________________________________________________________________________

    Św. Wincenty Pallotti – spowiednik papieży

    „Obowiązek ten jest dla mnie zaszczytnym upokorzeniem. Bo nigdy nie poczułem się godnym takiego zadania. Przedziwne są drogi Boże, któż je zdoła pojąć” – mówił o. Mariusz Paczóski, franciszkanin, o swojej posłudze spowiednika papieża Benedykta XVI. Przypomnę, że spowiednik Papieża Emeryta zmarł 20 czerwca 2012 roku w Rzymie.

    Czy podobnie myślał Wincenty Pallotti jako spowiednik papieży? Prawdopodobnie tak! Ten prosty rzymski ksiądz diecezjalny nie zakładał przecież w dniu swoich święceń kapłańskich, że swoją posługą w konfesjonale obejmie także namiestnika Chrystusa, i to niejednego, a warto sobie uświadomić, że posługa ta nie była wtedy żadną synekurą. W tamtych burzliwych czasach było to zadanie niezmiernie złożone, ponieważ papież był nie tylko namiestnikiem Chrystusa, ale również głową Państwa Kościelnego. Pallotti, jako spowiednik, znajdował się więc w bardzo delikatnej sytuacji.

    Zacznijmy od papieża Grzegorza XVI. Przyczynił się on nie tylko do ogromnej ekspansji misyjnej Kościoła katolickiego, potępiając niewolnictwo jako niegodne chrześcijan, ale również potępił ideę wolności sumienia i rozdział Kościoła od państwa.Niektórzy historycy Risorgimento uważają go za najbardziej reakcyjnego papieża XIX w.Jego konserwatyzm był tak duży, że nie zgodził się nawet na budowę kolei żelaznej w Państwie Kościelnym. Miał nawet powiedzieć, korzystając z francuskiej gry słów, że jest to „droga do piekła”: chemin de fer, chemin d’enfer („droga żelazna, drogą do piekła”). Gdy sobie uświadomimy ponadto, że w tych konserwatywnych posunięciach, papież kameduła, wspomagany był przez swego sekretarza stanu, kardynała Alojzego Lambruschini, którego spowiednikiem był również Pallotti – sprawa wydaje się nader skomplikowana.

    Jedno jest pewne, mówiąc po ludzku, relacje Pallottiego z papieżem Grzegorzem XVI okazały się bardzo owocne dla tego pierwszego. Papież Capellari błogosławił bowiem, i to zamaszyście, Zjednoczeniu Apostolstwa Katolickiego (1835), wprowadzeniu w Rzymie uroczystych obchodów Oktawy Epifanii (1836), otwarciu na Via Giulia pierwszego Kolegium Misji Zagranicznych (1837), czy też Domu Miłosierdzia (Pia Casa – 1838), który stanie się kolebką Sióstr Apostolstwa Katolickiego. Można i trzeba powiedzieć, że lata pontyfikatu Grzegorza XVI stanowią najpłodniejszy okres działalności apostolskiej Wincentego Pallottiego.

    Po śmierci papieża kameduły (1 czerwca 1846 roku), wiele osób oczekiwało, że nowy papież będzie bardziej liberalny i bardziej reformatorski. Takim właśnie wydawał się Giovanni Mastai Ferretti – Pius IX, którego pierwsze gesty potwierdzały reputację „liberała”. Chodzi zwłaszcza o nominację na Sekretarza Stanu kardynała Gizzi, bardzo znanego i lubianego przez Rzymian; o dekret amnestii z 17 lipca 1846 roku; czy też o przychylność wobec niektórych księży otwartych na nowoczesne idee, jak Mgr Corboli Bussi i ojciec Joachim Ventura. Jednakże, po kilku miesiącach ogromnej popularności, mit „papieża liberała” rozpłynie się wobec oczywistości faktów. Od początku roku 1848, niemal wszyscy ci, którzy witali Piusa IX jako tryumfatora włoskiej jedności, przyłączyli się do tych, którzy czekali na godzinę rewolucji. Wybuchła ona 15 listopada 1848 roku, zapoczątkowana przez zabójstwo szefa rządu Państwa Kościelnego, hrabiego Pellegrino Rossi. W Rzymie są to dni rozruchów i zamętu. Kościoły i klasztory stają się teatrem straszliwych scen. Sam papież z pomocą ambasadorów Francji i Bawarii ucieka i chroni się w Gaeta, na terytorium neapolitańskim. Po tej ucieczce, księża, zakonnicy i zakonnice, którzy pozostali w Rzymie żyją w ciągłym zagrożeniu. Niektórzy muszą się ukrywać, gdyż są poszukiwani. Wśród nich Don Vincenzo Pallotti. Rewolucjoniści oskarżali go o wpływ na zmianę stanowiska papieża.

    Prawdą jest, że Wincenty Pallotti nigdy nie czuł najmniejszej sympatii do zasad liberalnych i że sposób, w jaki rozwijały się wypadki po wyborze Piusa IX, mógł tylko umocnić jego przekonania. Ale będąc bardzo bliski Grzegorzowi XVI, pozostał on tak samo bliski Piusowi IX. Dlatego też, podczas gdy jedni zaliczali go do gregoriani, inni patrzyli na niego jak na ulubieńca Piusa IX. Prawdę mówiąc Don Vincenzo był równocześnie jednym i drugim, ponieważ rozłamy i podziały w Kościele uważał za zarazę. Pojednawczy charakter i brak stronniczości predysponowały go bardziej do budowania mostów niż murów.

    Okres, w jakim stosunki między Pallottim i Mastai Ferretti stają się najbardziej intensywne, to lata 1846-1848. Dokładnie, od daty 16 czerwca 1846 roku, kiedy to kardynał Mastai zostaje wybrany papieżem, do 6 kwietnia 1848 roku, dnia, w którym Pallotti udał się do niego na Kwirynał po raz ostatni. Francuzki biograf ks. Pawła de Geslin, jednego z pierwszych towarzyszy Pallottiego, twierdzi, iż „Don Vincenzo odwiedzał co tydzień Ojca Świętego w towarzystwie księdza Paolo”, czyli Pawła de Geslin. Było rzeczywiście stosowne w tamtym czasie, by być w towarzystwie kogoś, gdy odwiedzało się papieża. De Geslin, który towarzyszył Pallotiemu, czekał zawsze w przedpokoju do chwili aż ten drugi powróci (Por. Bruno Bayer, Paul de Geslin, compagnon de saint Vincent Pallotti, Edition du Dialogue, Paris 1972, s. 118). Potwierdza to Antonmaria Bonetti, który w biografii o Piusie IX tak zaznacza: „Spowiedników Piusa IX w czasie jego pontyfikatu było prawdopodobnie czterech. Pierwszym był ksiądz Pallotti, drugim kanonik Graziosi, trzecim kardynał Patrizi, jego wikariusz, i czwartym Mons. Marinelli, jego zakrystian” (Por. Antonmaria Bonetti, Pio IX ad Imola e Roma. Memorie inedite di Francesco Minocheri di lui famigliare segreto, Napoli 1892, s. 47). Rzeczywiście, w pierwszych latach pontyfikatu Piusa IX, wizyty Pallottiego u papieża są bardzo częste. Nie tylko pełni on rolę jego spowiednika, ale papież Mastai okazuje mu, podobnie jak całemu Dziełu Apostolstwa Katolickiego, dużo życzliwości. Między innymi, 19 listopada 1847 roku, zatwierdza na wieczność darowiznę kościoła i klasztoru SS. Salvatore in Onda na rzecz Zgromadzenia księży i braci Apostolstwa Katolickiego; dwa razy (13 stycznia 1847 i 12 stycznia 1848 roku) uczestniczy osobiście w Oktawie Epifanii organizowanej przez Pallottiego i obchodzonej co roku w Sant’Andrea della Valle; nadaje członkom Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego przywilej udziału w dobrach duchowych wszystkich zakonów, zgromadzeń i pobożnych związków istniejących w Kościele; zezwala i popiera projekt pierwszych „pallotynów” zbudowania w Londynie katolickiej świątyni pod wezwaniem świętego Piotra; pozwala w końcu, aby Don Vincenzo używał dla swej Fundacji nazwy „Zjednoczenie Apostolstwa Katolickiego”.

    Pallotti nie był dłużny papieżowi Mastai. Nigdy go nie opuścił, choć nie zawsze podzielał przyjęte przez niego stanowisko. Oto trzy małe, lecz wymowne przykłady…

    U samego początku pontyfikatu Piusa IX, Don Vincenzo poleca wydrukować pewien tekst, który adresuje do swych współbraci w kapłaństwie, nadając mu tytuł: „List grzesznika, który gorąco pragnie swego nawrócenia korzystając z okazji wyboru na Stolicę Piotrową Piusa IX, i który prosząc o łaskę prawdziwego i stałego nawrócenia, przywołuje doń wszystkich swych współbraci grzeszników, takich jak on sam” (OCL V, 320-322). Zaznaczmy, że ów list, bez daty i nazwiska, został podpisany przez „bardzo niegodnego brata rzymianina”. Dopiero zeznania w procesie informacyjnym złożone 20 lipca 1869 roku przez ks. Feliksa Randaniniego, poświadczyły, że autorem tego listu był Pallotti. Tekst ten dobitnie świadczy o pojednawczym charakterze ks. Wincentego, sygnalizując jednocześnie, w sposób inteligentny i pełen szacunku, bolesne podziały wśród duchowieństwa rzymskiego. Faktycznie, francuski historyk tamtej epoki, Roger Aubert, zapisuje, że „jeszcze nie minęło sześć tygodni od nastania nowego papieża, a już niektórzy kapelani sióstr zakonnych nakłaniali swe podopieczne do modlitwy, by Bóg odwrócił od Kościoła zło, które mogłoby nań spaść pod rządami liberalnego papieża” (Por. Roger Aubert, Le pontificat de Pie IX, s.17). Otóż Pallotti, postrzegany przez swych współbraci księży jako gregoriano, stara się pozyskać stronników poprzedniego systemu, licznych w Kurii i wśród duchowieństwa Państwa Watykańskiego, aby otworzyli się na „nowość”, stając się współpracownikami papieża Mastai.

    Drugi przykład dotyczy postawy Pallottiego po ucieczce Piusa IX do Gaety. Don Vincenzo nie podważa jego decyzji. Zaprasza lud rzymski, biskupów, księży, zakonników i zakonnice, by modlili się, ufali Bogu i pozostali wierni Kościołowi i papieżowi. W tym celu układa i każe kilkakrotnie wydrukować „Modlitwy do odmawiania, najlepiej przed Najświętszym Sakramentem, na czas nieszczęść i klęsk” (Por. Vincenzo Pallotti, Le preghiere, a cura di Ansgario Faller, Città del Vaticano 1982, s. 270-271). Trzecia inicjatywa podjęta przez Wincentego Pallottiego świadczy nie tylko o jego solidarności z Piusem IX zbiegłym do Gaety, ale również o jego zaangażowaniu i twórczej wierności w tym czasie rozruchów i bolesnej próby. Poleca wydrukować w dzienniku rzymskim Il Costituzionale, najbardziej znaczące urywki listu świętego Bernarda z Clairvaux, skierowanego do Rzymian, a pisanego wtedy, gdy ci ostatni, podburzeni przez Arnaldo da Brescia, zbuntowali się przeciwko papieżowi Eugeniuszowi III, zmuszając go do ucieczki do Francji (Por. Luigi Huetter, Il Pallotti, Pio IX e i Gesuiti, „Fides”, n°11, novembre 1948, s. 297). Wszystkie te inicjatywy pokazują jak gorliwie, twórczo i spójnie Don Vincenzo angażował się podczas rzymskich tempus tribulationum. Cytowany powyżej Luigi Huetter, określa postawę Wincentego Pallottiego w scenariuszu politycznym lat 1848/49 jako „wzorową, odważną i godną podziwu” (Por. Luigi Huetter, Il clero romano nel’48, „Capitolium”, fascicolo aprile-settembre, Roma 1948, s. 45-54; „Il clero romano nel’49”, Capitolium, fascicolo settembre-ottobre, Roma 1949, s. 379-390). Jedno jest pewne, Pallotti nie dał się sparaliżować wydarzeniom. Wiedział, że przeszkody zewnętrzne – tak chętnie i z taką determinacją przez nas diagnozowane i analizowane – wcześniej czy później, łatwiej czy trudniej, są pokonywane lub same ustępują. Najbardziej niebezpieczną dla ewangelizacji jest utrata gorliwości. Jest to przeszkoda największa, ponieważ pochodzi z wewnątrz Kościoła. Poza tym brak gorliwości sam nie ustępuje. Łatwo go też usprawiedliwić i zakamuflować przy pomocy równie uczonych, co atrakcyjnych argumentów. Oto dlaczego Don Vincenzo, zamiast „diagnozować i analizować”, stara się przede wszystkim ożywiać gorliwość kleru rzymskiego, zachęcając do działania spójnego, przejrzystego i jednoznacznego.

    W taki właśnie sposób postępował Wincenty Pallotti w stosunku do swoich dwóch penitentów papieży: Grzegorza XVI i Piusa IX. Miał tę samą twarz tak dla pierwszego jak i dla drugiego. A nie tracąc „soli w sobie” (Mk 9, 50), zachowywał pokój ze wszystkimi.

    ks. Stanisław Stawicki SAC/Re/cogito

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 – 25 STYCZNIA

    Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan

    Pod hasłem “Czyńcie dobro; szukajcie sprawiedliwości” (por. Iz 1,17) od 18 do 25 stycznia przeżywamy kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Zgodnie z tradycją, wierni różnych wyznań spotkają się na ekumenicznych nabożeństwach, aby wspólnie modlić się o jedność Chrystusowej owczarni.

    “Pan Jezus podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś. A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wy­konania. A teraz Ty, Ojcze, otocz Mnie u siebie tą chwałą, którą miałem u Ciebie pierwej, zanim świat powstał.
    Objawiłem imię Twoje ludziom, których Mi dałeś ze świata. Twoimi byli i Ty Mi ich dałeś, a oni zachowali słowo Twoje. Teraz poznali, że wszystko, cokolwiek Mi dałeś, po­chodzi od Ciebie. Słowa bowiem, które Mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyję­li i prawdziwie poznali, że od Ciebie wysze­dłem, oraz uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi. Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje, i w nich zostałem otoczony chwa­łą. Już nie jestem na świecie, ale oni są jeszcze na świecie, a Ja idę do Ciebie. Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrze­głem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo. Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jesz­cze na świecie, aby moją radość mieli w so­bie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jaki Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświę­ceni w prawdzie.
    Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stano­wili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi da­łeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiło­wał tak, jak Mnie umiłowałeś. Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedli­wy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę ob­jawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowa­łeś, w nich była i Ja w nich”. 
    (J 17,1-26)

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    – Mam nadzieję, że tegoroczny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan przysłuży się ich zbliżeniu – uważa ks. Sławomir Pawłowski SAC, sekretarz Rady KEP ds. Ekumenizmu. – Kościół Katolicki ma świadomość, że ekumenizm jest ważny, ponieważ podział między chrześcijanami utrudnia głoszenie Ewangelii i jest zgorszeniem dla świata – dodał pallotyn.

    Ks. Pawłowski wskazał też na wyzwania dialogu ekumenicznego, które zaobserwować można głównie w obszarze edukacji. – Chodzi o to, aby katolicy, którzy stanowią większość chrześcijan w Polsce, lepiej znali swoich braci i siostry z innych wyznań: ich historię, ich teologię i duchowość. Temu oczywiście może służyć prywatna lektura, ale jeszcze lepiej spotkanie – modlitewne i nie tylko – powiedział ks. Pawłowski.

    _____________________________________________________________________________

    Jak doszło do pierwszego nieszczęsnego podziału Kościoła na Wschodni i Zachodni?

    Zaczęło się po prostu od dwóch słów w wyznaniu wiary. Na początku IX wieku frankońscy mnisi, którzy mieszkali na Górze Oliwnej śpiewając tzw. Credo dodawali owe dwa “nieszczesne słowa”: Filio-que. Podsłuchał to pewien grecki mnich z klasztoru św. Saby. No i się zaczęło. Uniesiony gorliwością zaczął podburzać lokalną ludność przeciwko mnichom z Góry Oliwnej twierdząc, że to jawna herezja. W ten sposób doszła ta wieść do papieża Leona III i również Karola Wielkiego. I tak jak w domino – wystarczy pchnąć pierwszy kawałek zabawki i reszta leci już sama. Albo jak mała kula śniegowa – gdy tylko zacznie się turlać w dół – potem wiadomo co się dzieje. I tak się rozpoczęła pierwsza wielka schizma wschodnia (1054 rok) i trwa po dziś dzień.

    Wyznanie wiary Kościoła Katolickiego brzmi dokładnie tak:         

    WIERZĘ W DUCHA ŚWIĘTEGO, PANA I OŻYWICIELA, KTÓRY OD OJCA I SYNA POCHODZI, KTÓRY Z OJCEM I Z SYNEM WSPÓLNIE ODBIERA UWIELBIENIE I CHWAŁĘ; KTÓRY MÓWIŁ PRZEZ PROROKÓW…

    A Prawosławni przyczepili się do zdania Pana Jezusa: “Ja będę prosił Ojca a innego Pocieszyciela da wam”… – twierdząc – skoro musi prosić Ojca – to znaczy, że sam nie może dać i wyznają: “Duch Święty od Ojca pochodzi”.

    I tak ludzki umysł, wypełniony pychą, ma tę skłonność dywagować, kombinować o niedoszacowaniu roli Syna albo Ojca w łonie w Trójcy Przenajświętszej, która jest przede wszystkim tajemnicą naszej wiary, którą mam przyjąć całkowicie i bez mojego wymądrzania się.  

    ks. Marian

    ___________________________________________________________________________

    W tygodniu modlitw o jedność chrześcijan dobrze jest modlić się Modlitwą z Wielkiego Piątku. Jest to jedyny dzień, w którym Kościół nie sprawuje Eucharystii. Ołtarz jest zupełnie obnażony: bez krzyża, świeczników i obrusów. Liturgia Męki Pańskiej sprawowana jest wokoło godz. 15.00

    Po odczytaniu Męki Pańskiej kapłan rozpoczyna Modlitwę Powszechną:

    1. ZA KOŚCIÓŁ ŚWIĘTY
    Módlmy się, najmilsi, za święty Kościół Boży, niech nasz Bóg i Pan obdarzy go pokojem i jednością i strzeże go na całej ziemi, a nam pozwoli wieść życie ciche i spokojne na chwałę Boga, Ojca Wszechmogącego.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Ty w Chrystusie objawiłeś swoją chwałę wszystkim narodom, + strzeż dzieła Twego miłosierdzia, * aby Twój Kościół, rozszerzony na cały świat, trwał z niewzruszoną wiarą w wyznawaniu Twojego imienia. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    2. ZA PAPIEŻA
    Módlmy się, za naszego papieża Franciszka, niech nasz Bóg i Pan, który go wybrał do wykonywania władzy biskupiej, zachowa go w zdrowiu i bezpieczeństwie dla swojego Kościoła świętego, aby rządził świętym ludem Bożym.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Twoja mądrość wszystkim kieruje, + wejrzyj łaskawie na nasze prośby i w swojej dobroci racz zachować wybranego dla nas papieża, * aby lud chrześcijański, który od Ciebie otrzymuje przewodników, pod zwierzchnictwem najwyższego pasterza wzrastał w zasługach swej wiary. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    3. ZA WSZYSTKIE STANY KOŚCIOŁA
    Módlmy się, za naszych biskupów: Williama Nolana i Stanisława Gądeckiego, za wszystkich biskupów, kapłanów, diakonów, za wszystkich, którzy służą Kościołowi i za cały lud wierny.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Twój Duch uświęca całą społeczność Kościoła i nią rządzi, + wysłuchaj nasze pokorne prośby za wszystkie stany Kościoła, * aby dzięki Twojej łasce wszyscy wiernie Tobie służyli. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    4. ZA KATECHUMENÓW
    Módlmy się, za katechumenów, niech nasz Bóg i Pan otworzy wnętrza ich serc i bramy swojego miłosierdzia, aby dotrzymawszy w kąpieli odrodzenia odpuszczenie wszystkich grzechów, złączyli się z nami w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Ty nieustannie ubogacasz swój Kościół nowym potomstwem; + pomnóż wiarę i zrozumienie u katechumenów, * aby odrodzeni w wodzie chrztu świętego, zostali zaliczeni do grona Twoich przybranych dzieci. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    5. O JEDNOŚĆ CHRZEŚCIJAN
    Módlmy się, za wszystkich braci wierzących w Chrystusa: niech nasz Bóg i Pan sprawi, aby dążyli do prawdy, niech ich zgromadzi i zachowa w swoim jednym Kościele.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże Ty gromadzisz rozproszonych, a zgromadzonych zachowujesz w jedności, + wejrzyj łaskawie na wyznawców Twojego Syna, * i spraw, niech wszyscy, których uświęcił jeden chrzest, złączą się w prawdziwej wierze i bratniej miłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    6. ZA ŻYDÓW
    Módlmy się, za Żydów, do których przodków Pan Bóg przemawiał, aby pomógł im wzrastać w miłości ku Niemu i w wierności Jego przymierzu.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący wieczny Boże, Ty dałeś swoje obietnice Abrahamowi i jego potomkom; + wysłuchaj łaskawie prośby swojego Kościoła,* aby lud, który niegdyś był narodem wybranym, mógł osiągnąć pełnię odkupienia. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    7. ZA NIEWIERZĄCYCH W CHRYSTUSA
    Módlmy się, za tych, którzy nie wierzą w Chrystusa, aby i oni napełnieni światłem Ducha Świętego, mogli wkroczyć na drogę zbawienia.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, spraw, aby niewierzący w Chrystusa, postępując zgodnie z sumieniem znaleźli prawdę; + i abyśmy przez wzrost we wzajemnej miłości oraz w pełniejszy udział w tajemnicy Twego życia, * stali się w świecie doskonalszymi świadkami Twojej miłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    8. ZA NIEWIERZĄCYCH W BOGA
    Módlmy się, za wszystkich, którzy nie uznają Boga, aby w szczerości serca postępowali za tym, co słuszne, i tak mogli odnaleźć samego Boga.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, Ty stworzyłeś wszystkich ludzi, aby zawsze Ciebie szukali, a znajdując Cię, doznali pokoju; + spraw łaskawie, aby wszyscy mimo przeszkód i niebezpieczeństw, dostrzegali znaki Twojej dobroci oraz świadectwo dobrych czynów tych ludzi, którzy w Ciebie wierzą * i z radością wyznali wiarę w Ciebie, jedynego prawdziwego Boga i Ojca wszystkich ludzi. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    9. ZA RZĄDZĄCYCH PAŃSTWAMI
    Módlmy się, za wszystkich rządzących państwami: niech nasz Bóg i Pan kieruje ich umysłami i sercami według swojej woli, abyśmy wszyscy żyli w prawdziwej wolności i pokoju.

    Modlitwa w ciszy. Po niej kapłan śpiewa:

    Wszechmogący, wieczny Boże, w Twoim ręku są ludzkie serca i od Ciebie pochodzą prawa wszystkich ludów; + wejrzyj łaskawie na tych, którzy nami rządzą, + aby na całym świecie panował trwały pokój i pomyślność narodów, a religia cieszyła się wolnością. Przez Chrystusa, Pana naszego. W. Amen.

    10. ZA STRAPIONYCH I CIERPIĄCYCH
    Módlmy się, najmilsi, do Boga Ojca Wszechmogącego, aby oczyścił świat z wszelkich błędów, odwrócił od nas choroby, głód oddalił, otworzył więzienia, rozerwał kajdany, raczył dać bezpieczeństwo i szczęśliwy powrót podróżującym, zdrowie chorym, a umierających obdarzył zbawieniem.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Uroczystość Objawienia Pańskiego – jedno z najstarszych świąt chrześcijańskich

    Uroczystość Objawienia Pańskiego - jedno z najstarszych świąt chrześcijańskich
    Podróż Magów, James Tissot.WIKIPEDIA

    ***

    6 STYCZNIA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 19.00

    UROCZYSTA MSZA ŚWIĘTA

    PRZED MSZĄ ŚW. GODZINNA ADORACJA I MOŻLIWOŚĆ SPOWIEDZI ŚW.

    ***

    Tajemnica Objawienia Pańskiego.

    Benedykt XVI odczytuje trzy symbole: klucze do odnalezienia Boskiego światła

    Benedykt XVI o Tajemnicy Objawienia Pańskiego
    ALBERTO PIZZOLI / AFP

    ***

    Dla Benedykta XVI jest to uroczystość, w której możemy sobie uświadomić, że nasze życie nie przebiega tylko na poziomej osi łączącej punkt A (narodziny) z punktem B (śmierć), ale ma również kierunek pionowy – prowadzi nas w górę, do nieba i nowej, tajemniczej rzeczywistości poza czasem ziemskim.

    Magowie (Trzej Królowie), Gwiazda, szlak do betlejemskiego żłóbka wiodący pośród głębokiej nocy, złoto, mirra i kadzidło – uroczystość Objawienia Pańskiego niesie ze sobą, podobnie jak noc wigilijna, zestaw znaków oddziałujących na nasze uczucia, budujących specyficzny, świąteczny klimat.

    Benedykt XVI zachęcał, abyśmy nie zatrzymywali się na samych nastrojach i uczuciach, ale spojrzeli głębiej i przekonali się, jak wielka i wspaniała tajemnica kryje się za objawieniem się Boga w ludzkiej postaci.

    Benedykt XVI: Boże Narodzenie i Epifania

    „Należy uwolnić ten okres bożonarodzeniowy od zbyt moralistycznej i sentymentalnej otoczki. Obchody Bożego Narodzenia to nie tylko ukazywanie przykładów do naśladowania, takich jak pokora i ubóstwo Pana, Jego dobroć i miłość do ludzi; stanowią one raczej zachętę do tego, byśmy pozwolili Temu, który przyjął nasze ciało, by całkowicie nas przemienił” – powiedział Benedykt XVI podczas katechezy na audiencji generalnej 5 stycznia 2011 r., w wigilię uroczystości Objawienia Pańskiego.

    Niezbadane wyroki bożej Opatrzności sprawiły, że tego samego dnia, 11 lat później, na placu św. Piotra świat łączył się, uczestnicząc w ostatniej drodze emerytowanego papieża. Jest w tym wydarzeniu ładunek symboliki: teolog, którego przez całe życie fascynowało zgłębianie śladów objawienia Bożego, zakończył ziemskie życie w okresie bożonarodzeniowym, pomiędzy dwoma uroczystościami pokazującymi wcielenie Boskiego Słowa i jego objawienie się człowiekowi: Narodzeniem Pańskim i Epifanią (Objawieniem Pańskim).

    Objawienie Pańskie: to nie są rocznice

    Papież Benedykt XVI nieustannie zachęcał, aby schodzić do głębi wydarzeń i symboli, zwłaszcza tych, które odnajdujemy w liturgii i życiu sakramentalnym Kościoła, ale również na kartach Ewangelii. Uwrażliwiał – jak w katechezie wygłoszonej tuż przed Bożym Narodzeniem 21 grudnia 2011 r. – że w liturgii wydarzenia z Betlejem przekraczają granice przestrzeni i czasu, stając się aktualne, a ich efekt trwa pomimo upływu czasu w naszym ludzkim rozumieniu.

    Narodzenie i Objawienie Pańskie nie są, pomimo tego, że miały miejsce w konkretnym czasie ziemskich dziejów, jedynie świętowaniem rocznicy doniosłych wydarzeń historycznych. Bóg objawia się tu i teraz, choć niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekiwalibyśmy poprzez potoczne rozumienie pojęcia „objawienie”, czyli tajemnicze i wieloznaczne wizje, często o wydźwięku pełnym lęku i obaw co do przyszłości.

    Do Objawienia Bożego możemy dotrzeć w sposób bardzo prosty, w najbliższym kościele, gdzie sprawowana jest liturgia 25 grudnia i 6 stycznia, w której wydarzenia z niepozornej groty w Betlejem otwierają dla nas perspektywę wieczności.

    Objawienie Boże dzieje się w każdej chwili życia

    Analizując ewangeliczną symbolikę Bożego Narodzenia i Objawienia Pańskiego w dodatkowej, trzeciej części słynnej trylogii Jezus z Nazaretu, poświęconej dzieciństwu Chrystusa, Benedykt XVI podkreślał, że Pismo Święte celowo podaje kontekst geograficzny i historyczny tych dwóch wydarzeń. Wskazuje, że zarówno Narodzenie, jak i Epifania, miały miejsce na konkretnym obszarze: w Judei, prowincji ówczesnego Cesarstwa Rzymskiego i pod miasteczkiem Betlejem, w czasach, gdy cesarzem był August, a królem prowincji żydowskiej Herod.

    Znajdujemy tu echa refleksji teologicznej Josepha Ratzingera dotyczącej wieczności (eschatologii), w której zauważał, że czas boski i ludzki, wieczność i doczesność, mimo że odmienne od siebie, nieustannie się ze sobą przecinają i łączą, podobnie jak w Chrystusie natura ludzka i cielesna złączyła się z naturą boską i duchową.

    Epifania to uroczystość, w której znów możemy sobie uświadomić, że całe nasze życie nie przebiega tylko na poziomej osi łączącej punkt A (narodziny) z punktem B (śmierć), ale ma również kierunek pionowy – prowadzi nas w górę, do nieba i nowej, tajemniczej rzeczywistości poza czasem ziemskim.

    Na ten aspekt uwrażliwia nas również prefacja mszalna używana w liturgicznym okresie Bożego Narodzenia, trwającym do Chrztu Pańskiego, która woła: „poznając Boga w widzialnej postaci, zostaliśmy przezeń porwani do umiłowania rzeczy niewidzialnych”. Papież Benedykt XVI uczył nas, że Objawienie Boże wciąż trwa i dzieje się w każdej chwili naszego życia.

    Symbole „święta Trzech Króli”

    Dzieciństwie papież sporo uwagi poświęcał trzem symbolom-kluczom towarzyszącym Objawieniu Pańskiemu. Pierwszych z nich są postacie Magów, znanych w wielu tradycjach jako Trzej Królowie lub Mędrcy przybyli ze Wschodu, aby oddać chwałę Dzieciątku narodzonemu w Betlejem.

    Benedykt XVI zaznacza, że grecki termin magoi, którym posłużył się ewangelista Mateusz, miał w starożytności bogatą gamę znaczeń i był różnorako nacechowany. Z jednej strony pozytywnie – oznaczał mędrców i astrologów, a więc ludzi obdarzonych darem mądrości i wiedzy ścisłej, rozumiejących mechanizmy przyrody i kosmosu. Ale także ów grecki termin bywał rozumiany pejoratywnie, odnosząc się do zwodzicieli i oszustów.

    Benedykt przyznaje, że ta dwuznaczność jest użyta w Ewangelii celowo, wskazuje bowiem, że sama religijność może mieć charakter wieloznaczny – być drogą autentycznego poznania prawdy (także na drodze nauki), które będzie prowadzić zawsze do objawiającego się ludziom Chrystusa, ale również mieć charakter fałszywy i zwodniczy, poszukujący nie Syna Bożego, ale celów niszczycielskich, za którym kryją się złe intencje, przeciwstawne Bogu i zbawieniu.

    Papież przywołał również inne interpretacje, które wskazywały, iż celowo magów jest trzech, co może symbolizować trzy okresy w życiu ludzkim: młodość, dojrzałość i starość – każdy z nich na swój wyjątkowy sposób zbliża nas do Boga i doświadczenia Jego epifanii.

    Dary złożone Jezusowi

    Kard. Ratzinger podkreślał również inne greckie słowo, którym Ewangelia opisywała hołd Magów wobec Dzieciątka – proskynesis, co w tradycji wschodniej oznacza głęboką adorację i pokorę, dosłownie może być tłumaczone jako „padnięcie na twarz”.

    Wraz z tym głębokim gestem Mędrcy ofiarowują małemu Jezusowi dary, które w konkretnej sytuacji Świętej Rodziny wydawać się mogą nieprzydatne i niepraktyczne. Są one jednak zapowiedzią przyszłych wydarzeń z historii zbawienia i trzech wymiarów misji Chrystusa: królewskiej, która objawiła się już w betlejemskim żłóbku (złoto), synostwa Bożego, które objawi się w czasie chrztu w Jordanie (kadzidło) oraz męki na krzyżu (mirra).

    Gwiazda Betlejemska

    W końcu – Gwiazda, która wskazywała Magom drogę do groty w Betlejem. Benedykt XVI przywołał w jej wyjaśnieniu sprzeczne, wydawałoby się, opinie. Wskazał, że wschodni ojcowie Kościoła, np. święci Jan Chryzostom i Ignacy Antiocheński, tłumaczyli, że Gwiazda Betlejemska nie była klasycznym, astronomicznym ciałem niebieskim, ale objawieniem cudownej Bożej mocy i wewnętrznego światła, które przyprowadziło Mędrców do maleńkiego Chrystusa.

    Papież proponował jednak, aby, biorąc pod uwagę rozwój nauk przyrodniczych, nie odrzucać teorii astronomicznej, powołując się na odkrycia Jana Keplera i innych astronomów mówiące, że w roku 6 lub 7 naszej ery nastąpiła koniunkcja Jowisza, Saturna i Marsa oraz pojawiła się supernowa – niezwykle jasno święcąca gwiazda.

    Benedykt XVI był zdania, że Gwiazda pokazuje ludziom wszystkich epok, że przyroda, świat stworzony i kosmos są uniwersalnym „językiem”, który może poruszyć ludzką świadomość do poszukiwania tej jednej i niezastąpionej gwiazdy, jaką jest Jezus Chrystus.

    Żywa teologia Benedykta XVI

    Refleksja teologiczna Josepha Ratzingera – Benedykta XVI, pełna erudycji i spojrzenia interdyscyplinarnego, ucząca samodzielności myślenia, ale również otwarcia na niezgłębione tajemnice Boże, może być znakomitym wprowadzeniem do świętowania Objawienia Pańskiego i Bożego Narodzenia.

    W tym świętowaniu ostatecznie chodzi bowiem o odnalezienie Boskiego światła w codziennym życiu i otaczającej nas rzeczywistości, w których Chrystus chce pokazać nam pełne miłości i pokoju oblicze, które przemieni nas i cały świat stworzony.

    Łukasz Kobeszko /Aleteia.pl

    Bibliografia: Benedykt XVI, „Jezus z Nazaretu, Dzieciństwo”. Znak, Kraków 2012

    ______________________________________________________________________________________________________________


    Uroczystość Objawienia Pańskiego

    Prawdziwe przyjście Syna Bożego do naszego życia

    Uroczystość Objawienia Pańskiego, zwana potocznie świętem Trzech Króli, jest trzecią po Uroczystości Zmartwychwstania i Bożego Narodzenia uroczystością w Kościele świętym. Jej status wynika z samej natury i celu Objawienia. Chrystus bowiem nie dokonał działa zbawienia poza nami. To nie jest tak, że przez swoją śmierć Syn Boży uwolnił nas od grzechów, otworzył nam drogę do nieba i wszyscy ludzie automatycznie w tym zbawieniu mają udział. Zbawienie polega bowiem na udziale w życiu Bożym. Zatem, by mieć udział w zbawieniu należy przyjąć objawiającego się Chrystusa, przyjąć wiarę, poznać Boga, a poznawszy, pokochać Go. Przez Objawienie Tajemnica Boga, wewnętrzne życie Trójcy Świętej staje się nam dostępne.

    Przyjmując wiarę nie tylko poznajemy treść prawd wiary, ale mamy rzeczywisty udział w poznaniu Boga. Przez miłość nadprzyrodzoną mamy natomiast udział w wewnętrznym życiu Boga. Dlatego, w Ewangelii według św. Jana Chrystus mówi: „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J 17, 3). W taki sposób potencjalnymi adresatami Objawienia są wszyscy ludzie, gdyż wszyscy są przeznaczeni do życia wiecznego. Niestety współcześnie coraz częściej mniema się, że nie każdy człowiek z konieczności musi poznać Chrystusa aby być zbawionym. I dlatego tak istotne jest przypominanie nam o doniosłości i tajemnicy tej uroczystości.

    Obecnie przeżywając tę uroczystość skupiamy się przede wszystkim na ewangelicznej scenie pokłonu trzech mędrców ze Wschodu. Tradycyjnie jednak uroczystość ta akcentowała trzy różne wydarzenia, którymi oprócz pokłonu królów były jeszcze: Chrzest Pański oraz cud dokonany podczas wesela w Kanie Galilejskiej. Wszystkie te trzy wydarzenia odkrywają nam pewne tajemnice związane z tą uroczystością.

    Pokłon mędrców (Pismo nie podaje nam ich liczby. Tradycja wiążąc ową scenę z darami złożonymi Zbawicielowi, zapowiedzianymi przez proroka Izajasza, mówi nam dopiero o tym, że było ich trzech) jest opowieścią o tym, że adresatami Objawienia są poganie, czyli ci, którzy nigdy jeszcze nie usłyszeli o Zbawicielu. Co ciekawe sama opowieść informuje nas, że królowie przybyli pokłonić się nowonarodzonemu Królowi wiedzeni gwiazdą. Tradycja widziała w tym przedziwnym wydarzeniu odblask katolickiej nauki o objawieniu przez stworzenie. Bóg w pełni objawił się w Chrystusie. To objawienie było pełne nie tylko ze względu na to, że we wcieleniu objawiła się pełnia tajemnicy Boga, ale też dlatego, gdyż to objawienie nie jest czymś od Boga oderwanym. Syn jest Słowem Ojca, jest obecnością Boga pośród ludzi. W jakiś sposób jednak Bóg objawia się również przez stworzenie. Księga Mądrości oraz List św. Pawła do Rzymian mówią nam, że z samego piękna i porządku stworzonego świata każdy człowiek może poznać istnienie Boga, co również potwierdza nam uroczyście Sobór Watykański I, ogłaszając jako dogmat prawdę, że światłem naturalnego rozumu możemy poznać istnienie Boga. O tym objawieniu odczytywanym z księgi przyrody mówią nam już ojcowie Kościoła. Święty Justyn na przykład jasno twierdził, że po całym świecie rozsiane są ziarna Prawdy. Jednakże zaznaczyć należy, że przez stworzenie możemy poznać jedynie istnienie Boga, natomiast nie poznajemy Jego wewnętrznej Tajemnicy – nie poznajemy kim On naprawdę jest. Owa prawda o Jego istnieniu nie ma również mocy zbawczej, gdyż nie daje nam przystępu do Jego życia. W naturze bowiem nie odnajdujemy samego Boga, a jedynie Jego odblask. Nie jest prawdą, że całe stworzenie jest  święte, to znaczy, że we wszystkim jest obecny Bóg. Owszem, Bóg jest wszechobecny, ale świat stworzony nie jest sakramentem dającym nam udział w Jego miłości. Zatem stworzenie mówi nam o Jego istnieniu podobnie jak blask księżyca mówi nam o istnieniu źródła tego blasku, którym jest słońce.

    Podobną zależność widzimy w opowieści o mędrcach ze Wschodu. Idą oni wiedzeni gwiazdą. Gwiazda nie jest jednak Bogiem i Zbawicielem, nie daje również przystępu do Zbawiciela, ale wiedzie nas ku spotkaniu z Nim. Filozofia, zachwyt nad światem stworzonym, życie zgodne z naturą czy nawet z prawem naturalnym nie jednoczy nas z Bogiem i nie daje zbawienia, ale przysposabia ludzki umysł i wolę na przyjęcie Prawdy objawionej w Chrystusie, a właściwie na przyjęcie samego Chrystusa. Zatem każdy człowiek winien szukać Boga. Świat jest znakiem wskazującym na Stwórcę. Błędem jest jednak mniemanie, że jeśli ktoś żyje zgodnie z naturą, to jest blisko Boga. Jest wtedy blisko bożego stworzenia. Życie zgodne z naturą prowadzi zatem do rozwoju naturalnej religijności, jednakże ta religijność domaga się wypełnienia prawdziwym życiem Bożym, a to się dokonuje tylko w Kościele. Błędem jest również mniemanie, że plemiona pierwotne poprzez swoją bliskość naturze mogą nas nauczyć czegoś o Bogu. Światło odbite przez powierzchnię księżyca nigdy nie będzie mogło powiedzieć więcej o naturze słońca niż samo słońce.

    Drugie wydarzenie wspominane w tej uroczystości to Chrzest Chrystusa w Jordanie. Tutaj adresatami Objawienia są Żydzi wyczekujący na Mesjasza. W Jordanie Chrystus objawia się wobec Narodu Wybranego. Chrystus jest przecież spełnieniem proroctw Starego Prawa. Błędne jest zatem mniemanie jakoby judaizm miał być alternatywną drogą do zbawienia. Błędem jest twierdzenie, że Żydom nie powinniśmy głosić Chrystusa, lecz winniśmy dbać jedynie o pielęgnowanie przez nich samych religii swoich przodków. Judaizm przecież to nie jest samo Prawo mojżeszowe, ale jest to jeszcze (lub raczej winno być) składanie ofiar oraz wyczekiwanie na przyjście Mesjasza. Bez oczekiwania Mesjasza Judaizm staje się pozbawiony celu, a przecież Mesjasza innego już nie będzie. Zatem spełnieniem Starego Testamentu jest tylko Chrystus. Ofiary również w judaizmie nie były celem samym w sobie. Były one zaledwie cieniem i zapowiedzią jedynej doskonałej Ofiary Chrystusa. Podobnie rzecz ma się z Prawem. Owszem, treść przymierza zawartego między Izraelem a Bogiem na Synaju mówi, że każdy, kto będzie zachowywał Prawo dostąpi zbawienia. Problem jest tylko w tym, że bez udziału w życiu Bożym, bez przyjęcia Chrystusa nikt nie jest w stanie wypełnić nakazów Prawa, a kto by przekroczył chociażby tylko jeden nakaz Prawa, jak wskazuje na to św. Paweł w Liście do Rzymian, ten łamie całe Prawo. Natomiast uświęcenie, wszczepienie w Chrystusa, które daje nam przystęp do życia Bożego sprawia, że człowiek staje się w Nim zdolny do wypełnienia przykazań Bożych. Zatem drugą grupą, dla której przyjęcie Objawienia jest konieczne są Żydzi.

    Trzecie wydarzenie Uroczystości Objawienia Pańskiego to cud w Kanie Galilejskiej. Ten cud jest objawieniem mesjańskiej godności Chrystusa wobec swoich uczniów. Można więc powiedzieć, że Objawienie skierowane jest również do tych, którzy już są uczniami Chrystusa. I to może budzić nasze zastanowienie. Przecież uczniowie to chrześcijanie, czyli ci, którzy już uwierzyli i zostali włączeni w Jego Mistyczne Ciało (Kościół). Jednakże w tym wydarzeniu wyraża się prawda, że nie wystarczy formalnie być uczniem, formalnie należeć do Kościoła. Chrześcijaństwo nie jest martwą skorupą i powłoką zbudowaną z obrzędów i reguł. Chrześcijaństwo to nowy sposób życia. Dlatego do zbawienia nie jest wystarczająca formalna przynależność do Kościoła. Należy jeszcze w życiu spełniać polecenie wyrażone przez Maryję: „zróbcie wszystko co powie wam mój Syn”. Natomiast sam cud również mówi nam coś o dynamice życia chrześcijańskiego. Życie chrześcijańskie i przyjęcie Objawienia nie jest tylko czymś zewnętrznym, ale jest czymś przemieniającym. Kiedy żyjemy życiem Kościoła, to nasze życie, czyli to, co naturalne (woda), przemienia się i uczestniczy w życiu nadprzyrodzonym, w życiu samego Boga i w Jego miłości (wino).

    Zatem Objawienie to prawdziwe przyjście Syna Bożego do naszego życia. Prawdziwa obecność. Prawdziwe spotkanie i odkrycie Tajemnicy Boga, oraz włączenie nas w tę Tajemnice. I do tego pięknego, innego i prawdziwego życia powołani są wszyscy. Stwierdzić, że ktoś nie musi poznać Chrystusa, to stwierdzić, że istnieje jeszcze jakaś inna droga zbawienia, albo że istnieje inne zbawienie niż życie w jedynym i prawdziwym Bogu. Ale przecież nie ma innego zbawienia niż to, które zostało nam dane w Chrystusie. Więc życie zgodne z naturą lub też religia mojżeszowa nie są substytutami tego zbawienia lub alternatywnymi drogami do niego. One są zaledwie zapowiedzią i przygotowaniem pełni Objawienia w Chrystusie. Zatem zaniechać głoszenia Chrystusa wobec kogoś może oznaczać tylko dwie rzeczy: że albo nie rozumiemy czym jest zbawienie, albo nie kochamy każdego człowieka i nie chcemy obdarzyć go blaskiem chwały, która nam w Chrystusie została ukazana. I w jednym i w drugim przypadku jest to fatalny błąd i znamię wskazujące, że być może jeszcze sami tak naprawdę prawdziwego Objawienia nie przyjęliśmy.

    o. Jan Strumiłowski/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kreda i kadzidło:

    Zwyczaje związane ze świętem Trzech Króli kryją duchową głębię

    Dziś Święto Trzech Króli zdaje się jednym z mniej docenianych spośród nakazanych katolickich uroczystości. Tymczasem obchodzenie Epifanii zakorzeniło się jako zwyczaj już wśród pierwszych chrześcijan – a związane z nim tradycje kryją głębię teologicznych znaczeń. W uroczystość Narodzenia Pańskiego warto poświęcić im trochę uwagi i z głębszą świadomością uczcić Boga objawiającego się człowiekowi.

    Nazwa

    Pojęcie Epifanii zaczerpnięto z języka greckiego, w którym oznacza ono tyle, co „ukazanie się”. W swojej istocie sednem tej uroczystości jest uwielbienie Boga za to, że dał się poznać człowiekowi, szczególnie przez zesłanie na świat Swojego Syna. Choć współcześnie w Polsce święto to znamy pod nazwą „Trzech Króli”, to pierwotnie pokłon mędrców ze wschodu nowonarodzonemu Mesjaszowi był tylko jednym spośród trzech wydarzeń, wspominanych przez Kościół 6 stycznia.

    Dla tego jednego z najstarszych obchodów Kościoła centralne były również Chrzest Pana Jezusa w Jordanie oraz uroczystość w Kanie Galilejskiej. Co mają one wspólnego z Kacprem, Melchiorem i Baltazarem, którzy przybyli do Betlejem za przewodem gwiazdy, by oddać hołd Zbawicielowi?

    Wszystkie te zdarzenia w szczególny sposób wskazywały na Chrystusa, jako na wyczekiwanego Mesjasza, którego przyjście zapowiedzieli prorocy. Pokłon trzech magów rozumie się przy tym tradycyjnie, jako symbol zwycięstwa Chrystusa nad pogańskimi wierzeniami. Przyniesione przez nich podarunki – złoto, kadzidło i mirra – miały oddać cześć Chrystusowi jako Królowi, Bogu i Człowiekowi. W Kanie Galilejskiej za prośbą Matki Bożej Chrystus dokonał pierwszego cudu na oczach zebranego grona apostołów, po którym, jak poucza Ewangelia, dwunastu „uwierzyło w Niego”. W Jordanie z kolei na Jezusa, jako obiecanego światu Zbawiciela, wskazał Jan Chrzciciel.

    Kreda – wyznanie wiary

    Co może niektórych zaskoczy, według licznych interpretacji, pisane przez chrześcijan na drzwiach „CMB” w tę uroczystość odnosi się ani nie do imion trzech króli, ani nie jest błogosławieństwem domu… Stanowi po prostu formę wyznania wiary poprzez utworzenie akronimu od pierwszych trzech liter łacińskich nazw tych wydarzeń.

    Skoro jednak już do kredy dotarliśmy, to warto zaznaczyć, że zwyczaj pieczętowania drzwi symbolem wiary w Boga stanowi nawiązanie nie tylko do wydarzeń związanych z Objawieniem się Boga w Jego Jednorodzonym Synu. Jak czytamy w Księdze Wyjścia podobnie Izraelici zdobili odrzwia krwią zabitego w noc Paschy baranka, aby zesłany jako jedna z plag na Egipcjan „anioł śmierci” ominął bezpiecznie ich domostwa. W końcu prawdziwym „Barankiem” ofiarowanym dla naszego zbawienia jest Chrystus, a wiara w niego daje nam wybawienie…

    W tradycji głęboko zapisał się również pogląd interpretujący oznaczanie drzwi jako prośbę o błogosławieństwo domostwa – w takim wypadku sporządzony kredą skrót należałoby odczytywać jako Christus Mansionem Benedicat.

    Ludowa pobożność skojarzyła jednak skrótowiec z imionami Trzech Króli, którzy ostatecznie stali się czołowymi bohaterami obchodów Uroczystości Narodzenia Pańskiego. Takie rozumienie inskrypcji, w dodatku spolonizowanej do postaci KMB, spotka się najczęściej.

    Dlaczego właściwie to monarchowie ze wschodu stali się zdecydowanie dominującymi w święto Epifanii bohaterami? Może to mieć związek z ustanowieniem osobnych wspomnień dwóch Chrztu Pańskiego i Cudu w Kanie Galilejskiej. Wciąż jednak oba te cudowne wydarzenia wielokrotnie wspominane są podczas świątecznej liturgii.

    Kadzidło – obecność Boga

    Tradycyjnym i wartym kultywowania zwyczajem jest okadzanie wszystkich pomieszczeń w domu – tradycja ta został częściowo zarzucona – tym bardziej więc warto zadbać by piękna woń kadzidła w Uroczystość Narodzenia Pańskiego rozeszła się po naszych mieszkaniach. Symbolizuje ona Bożą obecność, a także ochronę przed duchowymi zagrożeniami – tak potrzebną w dzisiejszych, bezbożnych czasach.

    Dawniej świętowanie Uroczystości Objawienia Pańskiego wiązało się także ze śpiewami chodzących od domu do domu kolędników. W kościołach święcono złoto – tradycyjnym wypiekiem towarzyszącym wiernym w ten dzień było… ciasto migdałowe. Te liczne tradycje zostały dziś zapomniane, zastępują je jednak nowe. Np. Od kilku po ulicach polskich miast maszerują orszaki trzech króli, których uczestnicy składają swoje wyznanie wiary. 

    Choć część tradycji zdaje się, że zginęła bezpowrotnie, to nie przecież przywiązanie do zwyczajów pozostaje najważniejsze. Wszystkie ono pomagają nam jedynie oddać hołd Bogu za to, że dał się poznać każdemu z nas. To właśnie zachowane tej świadomości – o przepięknej treści Święta Trzech Króli zdecyduje o tym, czy będziemy z niego odnosili duchowy pożytek.  

    Filip Adamus/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W kościele św. Piotra o godz. 19:15 – KONCERT KOLĘD

    DO WSPÓLNEGO ŚPIEWANIA ZAPRASZAJĄ:

    Cantabo Tibi, Agnieszka Hertmanowska, Marcin Głodzinski oraz przyjaciele.

    wstęp wolny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 STYCZNIA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ.18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z UROCZYSTOŚCI CHRZTU PAŃSKIEGO

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    *****

    Matka Boża Fatimska
    Matka Boża Fatimska

    *****

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 STYCZNIA – NIEDZIELA CHRZTU PAŃSKIEGO (w liturgii kończy się okres Bożego Narodzenia)

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    PRZED MSZĄ ŚW. – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    fot. cathopic/Misyjne drogi.pl

    ***

    Kościół katolicki obchodzi dziś w liturgii święto Chrztu Pańskiego. Kończy ono okres Bożego Narodzenia, choć w polskiej tradycji jeszcze do 2 lutego śpiewa się kolędy i nie rozbiera się szopki.

    Święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest w pierwszą niedzielę przypadającą po uroczystości Objawienia Pańskiego.

    Najstarszej tradycji tego święta należy szukać w liturgii Kościoła wschodniego, ponieważ pomimo wyraźnego udokumentowania w Ewangeliach chrzest Jezusa nie posiadał w liturgii rzymskiej oddzielnego święta. Dekretem Świętej Kongregacji Obrzędów z 23 marca 1955 r. ustanowiono na dzień 13 stycznia, w miejsce dawnej oktawy Epifanii, wspomnienie chrztu Jezusa Chrystusa. Posoborowa reforma kalendarza liturgicznego w 1969 r. określiła ten dzień jako święto Chrztu Pańskiego. Pominięto wyrażenie “wspomnienie” i przesunięto jego termin na niedzielę przypadająca po 6 stycznia.

    Teksty modlitw związane ze świętem Chrztu Pańskiego odzwierciedlają bardzo dokładnie i szczegółowo przekazy Ewangelii. Podkreślają przy tym związek tego święta z uroczystością Objawienia Pańskiego.

    Chrystus już jako dorosły, 30-letni mężczyzna, przychodzi nad brzeg Jordanu, by z rąk Jana Chrzciciela, swojego poprzednika, przyjąć chrzest. Chociaż sam nie miał grzechu, nie odsunął się od grzesznych ludzi: wraz z nimi wstąpił w wody Jordanu, by dostąpić oczyszczenia. W ten sposób uświęcił wodę. Najszczegółowiej to wydarzenie zrelacjonował św. Mateusz, choć opis chrztu Jezusa zostawili wszyscy trzej synoptycy.

    W dniu chrztu Jezus został przedstawiony przez swojego Ojca jako Syn posłany dla dokonania dzieła zbawienia. Misję Chrystusa potwierdza swym świadectwem Bóg Ojciec. Zamknięte przez grzech Adama niebiosa otwierają się, na Jezusa zstępuje Duch Święty. Z nieba daje się słyszeć jednoznaczny głos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________________

    Jak rozumieć Chrzest Pański?

    Celebrujemy święto Chrztu Pańskiego, przypominające nam o chrzcie przyjętym przez Chrystusa z rąk Jana Chrzciciela. Opis tego wydarzenia pozostawiło nam trzech Ewangelistów; wiemy także, że jest to wydarzenie rozpoczynające publiczną misje Zbawiciela, objawiając zarazem Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Jak powinniśmy rozumieć to wydarzenie?

    Na początek kilka uwag historycznych. Źródeł tej celebracji szukać należy w tradycjach wschodu, weszła ona do kalendarza rzymskiego późno, bo w roku 1955. Jak pamiętamy, chrześcijaństwo narodziło się w świecie grecko-rzymskim, naturalnie więc na przestrzeni wieków wewnątrz Kościoła istniała wymiana między „łacinnikami” a chrześcijanami języka greckiego; wiemy zresztą, że początkowo językiem liturgii była właśnie greka, istniał okres, w którym łacina i greka używane były równolegle. Zresztą, aż do roku 1969 w liturgii papieskiej posługę pełniło także dwóch duchownych rytu bizantyjskiego, lekcja i Ewangelia proklamowane były także i w języku greckim, a pewien powrót do tej starej tradycji nastąpił za czasów pontyfikatu Jana Pawła II. To jednak zupełnie inny temat…

    Wiemy, że niedziela – jako dzień Zmartwychwstania Pańskiego – była dla chrześcijan od samego początku dniem świętym. Celebracja odkupieńczej śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa stanowiła historycznie pierwszy szczyt roku liturgicznego, Wielkanoc – jak wskazuje Martyrologium Rzymskie – była festum festorum oraz solemnitas solemnitatum. Drugi „szczyt” celebracji wiązał się ze świętowaniem Narodzin Pańskich. Kolejnym starożytnym zwyczajem było obchodzenie dni poświęconych Matce Bożej; dalej jeszcze: apostołom oraz męczennikom, jako tym, którzy poprzez świadectwo krwi w sposób szczególny złączyli się z Chrystusem i orędują za nami w niebie. Wiemy także, że życie religijne i kościelne pierwszych chrześcijan było bardzo… lokalne. Naturalnie więc pojawiła się konieczność określania porządku świąt i wspomnień celebrowanych przez dany Kościół lokalny, w danej prowincji i krainie. Dysponujemy w tym zakresie ciekawymi pomnikami przeszłości, warto tu wymienić dla przykładu zachowany po dziś dzień kalendarz świętego Wilibrorda (ok. 658 – 739), apostoła Fryzów. Rozszerzanie się chrześcijaństwa wymagało także organizacji życia kościelnego wśród ludów przyjmujących Ewangelię, a więc także i określenia pewnego porządku świątecznych celebracji liturgicznych i wspomnień, później zaś zadbania o spójność i pewną uniwersalność reguł rządzących czasem świętym.

    Dlaczego więc Kościół zwraca dziś naszą uwagę na Chrzest Pański? Wydarzenie to posiada szczególny charakter: od niego rozpoczyna się publiczna działalność Chrystusa, stanowi objawienie tajemnicy Trójcy Świętej, a zarazem symboliczny koniec „starotestamentalnego” etapu historii Zbawienia.

    Jan Chrzciciel to ostatnia wielka postać rzeczywistości Starego Testamentu, ostatni wysłannik Boga: jego zadanie polega na zapowiadaniu nadchodzącego już Mesjasza, przygotowaniu Żydów do tego, by w Niego uwierzyli. Świadectwo Ewangelii jest bardzo wymowne: tak, jak u proroka Izajasza, Jan jest „posłańcem”, który przygotowuje drogę, „wołającym na pustyni”, udzielającym chrztu z wody, zapowiadając inny, większy i ważniejszy chrzest. Jan Chrzciciel jest pewny swego zadania, jak i tego, Kogo poprzedza: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym” (Mk 1, 7-8). Chrystus jest źródłem życia i zbawienia, Bogiem-człowiekiem dającym nam wodę żywą, źródłem życia naszej duszy i przyczyną naszej nadziei; Jan przedstawia się jako niegodnego sługę, niewolnika.

    Mesjasza poprzedzał jednak wielki prorok na wzór Eliasza: prowadzący surowe, ascetyczne życie, żyjący w samotności, ubóstwie, pogardzie wobec ducha tego świata, płonąc gorliwą miłością Boga. Korneliusza a Lapide tłumaczy nam dokładnie, na czym polegało „pierwszeństwo” Jana: „1. W swych narodzinach, jako że narodził się sześć miesięcy przed Chrystusem. 2) W Chrzcie, bowiem chrzcił zanim chrzcił Chrystus, a nawet ochrzcił Chrystusa. 3) W nauczaniu, pokutą którą przygotowywał drogę Chrystusowi. 4) Wskazując Jezusa jako Mesjasza i Baranka Bożego, który zgładzi grzechy świata. 5) Znosząc śmierć męczeńską zanim doświadczył jej Chrystus. 6) Wstępując na łono ojców w otchłani i zwiastując im Chrystusa, który wkrótce nadejdzie i przyniesie im wolność”.

    Natrafiamy tu na interesujący szczegół: zgodnie z żydowskim prawem, mężczyzna mógł stawać przed ludem i nauczać dopiero wtedy, gdy osiągnął 30. rok życia, wiek ten uznawano za osiągnięcie dojrzałości. Chrystus spełnił ten zapis – Zbawiciel wypełnia zapowiedzi proroków i prawo. Dalej: Jan przygotował się do wypełnienia swego zadania przebywając na pustyni, po przyjęciu chrztu z wody Chrystus także udał się na pustynię. Natrafiamy tu na ważną dla nas wskazówkę: modlitwa, samotność, przebywanie na „pustyni”, duchowe przygotowanie, odcięcie się od „świata” stanowi ważny element życia wewnętrznego. Święty Augustyn stwierdził wręcz, że nie będzie dobrym kapłanem ten, kto nie był wpierw dobrym mnichem – kto nie przygotował się poprzez modlitwę, post, samotność, odejście od sposobu myślenia tego świata.

    Zatrzymajmy się na chwilę przy kwestii samego chrztu. Jan udzielał chrztu z wody, ludzie chrzest ten przyjmujący „wyznawali swoje grzechy”. Był to „chrzest” szczególny, przypominający o rytualnych obmyciach tamtych czasów; znak odejścia od zła, pokuty, zwrócenia się ku Bogu, wewnętrznej odnowy. Jan był świadom, że sam potrzebuje chrztu („To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?”), Chrystus jednak rozwiązuje ten dylemat: „Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe” (Mt3, 15).

    Św. Łukasz przedstawia nam także takie oto świadectwo Jana Chrzciciela o Mesjaszu: „Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym”. Przypomina nam ono o proroctwie Symeona: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą” (Łk 2, 34). Chrystus jest sędzią, o sądzie mówi nam m.in. przypowieść o chwaście, który nie zostanie wyrwany, aby wraz z nim nie wyrwana została pszenica. „Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli” (Mt 13, 24), swoim sługom mówi ów człowiek: „zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza” (Mt 13, 30).

    msf/PCh24pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Pięć skutków Chrztu Świętego
    fot. via Pixabay.com

    *****

    Pięć skutków Chrztu Świętego

    Katechizm Kościoła Katolickiego, zgodnie z duchem posoborowej teologii, wskazuje na 5 zasadniczych skutków sakramentu chrztu., dzięki którym staje się on wydarzeniem misteryjnym, wprowadzającym człowieka w chrześcijańską nowość życia.

    Są nimi: uwolnienie od grzechu pierworodnego, synostwo Boże, wszczepienie w Jezusa Chrystusa, wszczepienie w Kościół święty oraz udział w posłannictwie Chrystusa i Kościoła (KKK 1213). 

    Uwolnienie od grzechu pierworodnego 

    Św. Jan Chrzciciel, udzielając chrztu pokuty przez obmycie w wodach Jordanu, zapowiada chrzest w Duchu i ogniu (Mt 3,11). Duch jest obiecanym darem mesjańskim, zaś ogień wskazuje na sąd, który aktualizuje się z chwilą przyjścia Mesjasza (J 3,18-21). Z tego względu w nauce św. Pawła, obmycie z pierworodnej winy ma wydźwięk pozytywny. Jest nie tyle wspomnieniem grzechu Adama, co przede wszystkim wskazaniem na nową jakość ludzkiej egzystencji. Apostoł pisze bowiem o „obmyciu odradzającym i odnawiającym w Duchu Świętym” (Tt 3, 5). Duch Święty w sakramencie chrztu przywraca pierwotną niewinność, integruje wewnętrzne rozdarcie człowieka i stwarza nowy ład, czyniąc chrześcijanina swoją świątynią (l Kor 3,16-17; 6,19). Jest to istotnie nowe narodzenie (J 3,5-7), w wyniku którego powstaje nowe życie i nowe stworzenie (2 Kor 5,17). Na skutek buntu pierwszych ludzi została poważnie zakłócona harmonia człowieka z Bogiem, ze sobą i całym Bożym stworzeniem (Rdz 1,26). Dzięki łasce chrztu ta przepaść została pokonana. Natomiast utracone przez grzech pierworodny „obraz i podobieństwo Boże” na nowo stały się udziałem ochrzczonego poprzez Chrystusa, który jest „obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia…” (Kol 1,15). 

    Św. Paweł istotę tej prawdy oddaje posługując się analogią do śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Zanurzenie w wody chrztu reprezentuje Jego śmierć i pogrzebanie, zaś wyjście z wody symbolizuje Jego zmartwychwstanie i zjednoczenie z Nim (Rz 6,3-4; Kol 2,12). Podobnie liturgia Wigilii Paschalnej, przywołując wydarzenia zbawcze, w cudownym przejściu Izraelitów przez Morze Czerwone widzi analogię do chrztu. Jest to przejście z niewoli grzechu do wolności dzieci Bożych mających obietnicę uczestnictwa w Królestwie Bożym. 

    Nieodłącznym zatem warunkiem nowego życia w Chrystusie jest śmierć grzechowi, czyli nawrócenie. Związek chrztu i nawrócenia wyraźnie pojawia się już w popaschalnej katechezie Apostołów. Na pytanie tłumów, poruszonych zesłaniem Ducha Świętego, co mają czynić, św. Piotr odpowiada: „Nawróćcie się […] i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego” (Dz 2,38). 

    W chrześcijańskiej ascezie nawrócenie nadal pozostaje warunkiem chrztu, ale jest zarazem jego koniecznym następstwem i poniekąd dopełnieniem. W przypadku chrztu dziecka jego nawrócenie zastępuje wiara Kościoła i zobowiązanie rodziców naturalnych oraz chrzestnych do wychowania nowo ochrzczonego we wierze. Z chwilą dojścia do używania rozumu, ochrzczony ma obowiązek dokonać świadomego wyboru Chrystusa i pójścia za Nim (naśladowanie Chrystusa).

    Chrzest zatem jako nowe życie implikuje w sposób konieczny życie duchowe, przez które należy rozumieć życie w Chrystusie, życie wg Ducha Świętego (VC 93). 

    Synostwo Boże

    Następstwem „odradzającego obmycia w Duchu Świętym” jest przywrócenie człowiekowi synostwa Bożego i uczestnictwo w życiu Osób Trójcy Przenajświętszej (KKK 1265). Uczy o tym Sobór Watykański II, stwierdzając, że ochrzczeni „[…] w chrzcie wiary stali się prawdziwie synami Bożymi […] a przez to rzeczywiście świętymi. Toteż powinni oni zachować w życiu i w pełni urzeczywistniać świętość, którą otrzymali z daru Bożego” (LG 40). 

    Przywrócenie człowiekowi godności dziecka Bożego, utraconej przez grzech pierworodny, i uświęcenie go, wyraża sam obrzęd nałożenia białej szaty podczas sprawowania sakramentu chrztu. Symbolizuje ona stan świętości, niewinności i łaski. 

    Wskutek chrztu w człowieku zamieszkuje Trójjedyny Bóg (J 14,23). W posoborowej teologii to samoudzielanie się Trójosobowego Boga człowiekowi rozumiane jest jako istota łaski uświęcającej (K. Rahner, Podstawowy wykład wiary, Wwa 1987, 102-106). Bóg jako Miłość (1 J 4, 8), czyniąc na nowo człowieka podobnym sobie, pragnie mu się udzielać. Chce, aby odrodzony przez chrzest człowiek uczestniczył w szczęściu Boskich Osób, dlatego uzdalnia go do uświęcająco-zbawczego dialogu ze Sobą i wyposaża w niezbędne do tego usprawnienia, jakimi są: cnoty teologalne wiary, nadziei i miłości, a ponadto dary Ducha Świętego, jako najbardziej proporcjonalne środki do zjednoczenia z Bogiem, a zarazem „dynamizmy przeobrażające”. To nadprzyrodzone wyposażenie, udzielanie w chwili chrztu, tradycyjnie nazywa się organizmem duchowym (KKK 1266). 

    Dzięki temu nadprzyrodzonemu wyposażeniu chrześcijanin otrzymuje zadatek życia wiecznego i obietnicę udziału w Królestwie Bożym na prawach dziedzica (Rz 8,17; Ga 3,29; 4,7). Zatem już w chwili chrztu człowiek zostaje wezwany i uzdolniony do świętości. Mając to na uwadze Sobór Watykański II przypomniał niezmienną naukę Kościoła świętego o powszechnym powołaniu wszystkich ochrzczonych do świętości (LG 39). 

    W ten sposób we chrzcie dokonuje się zapoczątkowanie życia duchowego, którego celem jest osiągnięcie pełni zjednoczenia dziecka Bożego z Ojcem w majestacie Boskich Osób, a więc świętość i doskonałość na miarę Boga Ojca i ze względu na Niego (Mt 5,48). 

    Wszczepienie w Chrystusa

    W ekonomii zbawczej jedyną drogą do Ojca jest Słowo Wcielone – Jezus Chrystus. To w Jego imię udzielany jest chrzest Jako Bóg-Człowiek „zburzył on rozdzielający nas mur” (Ef 2,14). Przez Niego Bóg pojednał nas z Sobą (2 Kor 5,18). On jest „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1,15), a zatem jedynym i najdoskonalszym wzorem aktualizacji w sobie przywróconego nam „obrazu i podobieństwa”. Istotnym zatem aspektem chrztu jest idea naszego wszczepienia w Chrystusa i wypływającej z tego powinności życia na Jego podobieństwo (chrystoformizacja). Prawdę tę na różne sposoby rozwija św. Paweł, pisząc m.in. że przez chrzest człowiek jest ukształtowany na Jego podobieństwo (Rz 8,29), przyobleka się w Niego (Ga 3,27) i dzięki temu jako „usynowiony w Synu” wraz z Nim będzie miał udział w życiu wiecznym (1 Kor 4,8; Ef 2,6). Wszyscy ochrzczeni podlegają temu uchrystusowieniu, aż osiągną pełnię doskonałości (Ef 1,10; 4,13). Szczytem tego procesu jest integracja z Chrystusem, o której św. Paweł zaświadcza w słowach: „Teraz zaś już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).

    To całkowite i bezwarunkowe oddanie się Chrystusowi stanowi podstawową konsekrację, na bazie której możliwa jest każda inna konsekracja osób w Kościele świętym. Dla podkreślenia doniosłości chrztu jako podstawowej konsekracji, w okresie posoborowym wiele rodzin zakonnych odeszło od starodawnego zwyczaju zmiany imienia z chwilą przyjęcia do nowicjatu, natomiast zachowuje imię chrzcielne. 

    Chrzest wszczepia nas w Chrystusa i daje udział w Jego życiu, kształtuje wedle Niego i nadaje nam Jego rysy (SC 6). To ukształtowanie na wzór Chrystusa dokonuje się mocą Ducha Świętego, którego On posłał, aby dopełnił w sercach wierzących dzieła odkupienia i uświęcenia. Niekiedy mówi się, że Chrystus jest życiem duszy (bł. C. Marmion). Jest nim właśnie przez Ducha Świętego, który stale z Chrystusa bierze i nam daje (J 16, 8-15). Jak uczy Jan Paweł II, „pod wpływem Ducha Świętego dojrzewa i umacnia się ów człowiek wewnętrzny, czyli «duchowy». […] Dzięki łasce uczynkowej, która jest darem Ducha Świętego, człowiek wchodzi w «nowość życia», zostaje wprowadzony w Boży i nadprzyrodzony jego wymiar” (DeV 58). 

    Konsekwencją chrzcielnego wszczepienia w Chrystusa jest zatem życie chrześcijańskie na Jego wzór. Wymownym tego symbolem w obrzędzie chrztu jest zapalona świeca – znak Zmartwychwstałego Pana, światłości świata. 

    Wszczepienie w Kościół święty

    Wszczepienie w Chrystusa przez chrzest jest równoznaczne z wszczepieniem w Jego Mistyczne Ciało Kościół święty. Podkreśla to św. Paweł pisząc: „Wszyscy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało” (1 Kor 12,13). 

    Pogłębienie tej prawdy znajdujemy w nauczaniu Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Stając się członkiem Kościoła, ochrzczony «nie należy już do samego siebie» (1 Kor 6,19), ale do Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał. Od tej chwili jest powołany, by poddał się innym i służył im we wspólnocie Kościoła, by był «posłuszny i uległy» (Hbr 13,17) przełożonym w Kościele, by ich uznawał z szacunkiem i miłością. Z chrztu wynikają odpowiedzialność i obowiązki. Ochrzczony posiada równocześnie prawa w Kościele; ma prawo do przyjmowania sakramentów, do karmienia się słowem Bożym i korzystania z innych pomocy duchowych Kościoła” (KKK 1269). 

    Między chrztem a misterium Kościoła zachodzi istotny związek przyczynowo-skutkowy, rodzaj sprzężenia zwrotnego. Z woli Chrystusa chrzest udzielany jest w Kościele i przez Kościół. Z drugiej strony właśnie przez chrzest Kościół jako społeczność ochrzczonych wyznawców Chrystusa buduje się i rozwija. 

    Sakrament chrztu wciela w żywy organizm Kościoła, który jako widzialna struktura składa się z trzech stanów życia: duchowieństwa, osób konsekrowanych i laikatu. Podstawą zrodzenia się powołania do każdego z tych stanów jest chrzest w Kościele świętym. Otrzymany na chrzecie „charakter sakramentalny” (osobowość sakramentalna) nie tylko wiernych uzdalnia czy wręcz konsekruje do sprawowania kultu chrześcijańskiego, ale także zobowiązuje do budowania Mistycznego Ciała Chrystusa przez świadectwo życia naznaczonego miłością (KKK 1273). 

    Udział w posłannictwie Chrystusa i Kościoła

    Ta konfiguracja do Chrystusa przez chrzest oznacza uczestnictwo w godności Syna Bożego, a tym samym udział w Jego potrójnym posłannictwie: kapłańskim, prorockim i królewskim (LG 9-15).

    Katechizm Kościoła Katolickiego kładzie akcent na uczestnictwo ochrzczonych w kapłańskiej godności i misji Chrystusa. Są oni bowiem „wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem Bogu na własność przeznaczonym”, aby ogłaszać „dzieła potęgi Tego, który ich wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła” (1 P 2,9; KKK 1268). Chrzest zatem jest podstawą kapłaństwa powszechnego wiernych, od którego kapłaństwo urzędowe różni się „istotą a nie stopniem tylko, są sobie jednak wzajemnie przyporządkowane, jedno i drugie bowiem we właściwy sobie sposób uczestniczy w jednym kapłaństwie Chrystusowym” (LG 10). Według nauki Soboru Watykańskiego II, wypełniają je współdziałając w ofiarowaniu Eucharystii. „Pełnią też to kapłaństwo przez przyjmowanie sakramentów, modlitwę i dziękczynienie, świadectwo życia świątobliwego, zaparcie się siebie i czynną miłość” (LG 10). 

    Ochrzczeni mają także udział w proroczej funkcji Chrystusa, która zobowiązuje ich do tego, aby szerzyli o Nim świadectwo przede wszystkim przez życie wiary i miłości, a także „składanie Bogu ofiary chwały”. Szczególnym przejawem funkcji profetycznej ochrzczonych jest wielkoduszne przyjmowanie rozmaitych charyzmatów, a także posługiwanie nimi dla chwały Bożej i dobra Kościoła świętego” (LG 12). 

    Szczególną formą realizacji prorockiego posłannictwa Chrystusa i Kościoła, do którego zobowiązuje chrzest, jest ewangelizacja i kształtowana odpowiednio do tego misyjna duchowość. Wierność misyjnemu nakazowi, jaki dał Chrystus Kościołowi (Mt 28,19-20), sprawia, że chrzest, jako fundament życia duchowego, jest zarówno darem, jak i zadaniem. „Nie ma zatem żadnego członka, który by nie uczestniczył w posłannictwie całego Ciała, lecz każdy ma nosić w sercu swoim Jezusa jako świętość, a duchem proroctwa dawać świadectwo o Jezusie” (PO 2). 

    Przez chrzest. człowiek dostępuje także udziału w królewskiej godności Chrystusa (LG 26). Ochrzczeni, zwłaszcza świeccy, wynikające z tej godności posłannictwo aktualizują przede wszystkim pielęgnując stan „królewskiej wolności”, co wyraża się w samozaparciu i odrzucaniu każdego przejawu grzechu w życiu osobistym i społecznym, a także przez pokorną i cierpliwą służbę bliźnim, przez którą możliwe staje się uporządkowanie skażonego grzechem świata. „W powszechnym zaś wypełnianiu tego zadania świeckim przypada szczególnie wybitne miejsce” (LG 36). 

    Nikt z tych, którzy przez chrzest zostali wszczepieni w Chrystusa i Kościół nie może wymówić się od pełnienia posłannictwa kapłańskiego, prorockiego i królewskiego, które stanowią zasadniczy wymiar duchowości chrztu. 

    Duchowość chrzcielna 

    Duchowość chrześcijańska z samej swej istoty jest duchowością chrzcielną. Świadomość chrztu winna zatem kształtować postawy chrześcijanina względem Boga, bliźniego, samego siebie i całego Bożego stworzenia. W nich ma wyrażać się ta „nowość życia”, kształtowana w Kościele świętym na wzór Chrystusa pod tchnieniem Ducha Świętego. 

    Ponieważ chrzest na ogół przyjmowany jest w nieświadomości niemowlęctwa, dlatego domaga się ciągłego uświadamiania i pogłębiania. Uprzywilejowaną do tego okazją jest celebracja Wigilii Paschalnej, podczas której dokonuje się odnowienia przymierza chrztu. Każde niedzielne pokropienie wodą święconą na rozpoczęcie Mszy św. także przypomina pamiątkę chrztu. Tę samą treść wyraża każdorazowe pobożne przeżegnanie się wodą święconą, zwłaszcza podczas wchodzenia do świątyni. 

    O dowartościowaniu roli chrztu w chrześcijańskiej duchowości świadczy m.in. pełne godności obchodzenie dorocznych imienin (bardziej niż urodzin), powiązane z przeżyciem Eucharystii i – jeśli trzeba – przystąpieniem do spowiedzi. Z tym wiąże się konieczność poznania daty i miejsca swojego chrztu. 

    Przechowywane wśród domowych pamiątek: świeca chrzcielna, biała szata czy inne przedmioty mają dla ochrzczonego nie tylko wielką wartość emocjonalną, ale także przypominają o godności dziecięctwa Bożego, otrzymanego na chrzcie, a zarazem o odpowiedzialności wobec Boga i Kościoła za łaskę chrztu. 

    Jak wielką rolę w duchowości chrześcijańskiej odgrywa chrzest, świadczy postawa Jana Pawła II, który podczas I pielgrzymki do Ojczyzny nawiedzając rodzinny kościół w Wadowicach (7 VI 1979), zatrzymał się przy chrzcielnicy na modlitwę, a potem powiedział: „Kiedy patrzę wstecz, widzę, jak droga mojego życia poprzez środowisko tutejsze, poprzez parafię, poprzez moją rodzinę, prowadzi mnie do jednego miejsca, do chrzcielnicy w wadowickim kościele parafialnym. Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do Łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 VI 1920 roku”. 

    ks. Marek Chmielewski/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Po co chrzcić dzieci. Ks. Edward Staniek o sakramencie chrztu
    fot. via Pixabay.com

    *****

    Po co chrzcić dzieci.

    Ks. Edward Staniek o sakramencie chrztu

    Czy należy udzielać chrztu dziecku, czy człowiekowi dorosłemu? W Kościele od początku udzielano chrztu dzieciom, zwłaszcza wtedy, kiedy w ich oczy zaglądała śmierć. W starożytności jednak zdecydowaną przewagę miał chrzest ludzi dorosłych. Jak więc? I czym tak właściwie jest sakrament chrztu?

    1. Sakramentalna obecność Chrystusa

    W refleksji i dyskusji nad sakramentami należy nieustannie mieć na uwadze trzy tajemnice: Boga, Chrystusa i Kościoła. Wszystkie religie świata uznają istnienie Boga i liczą się z Jego prawem. Chrześcijanie wierzą nadto we wcielenie Syna Bożego, czyli w Jezusa Chrystusa prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka. Katolicy i prawosławni wierzą w założony przez Niego, trwający nieprzerwanie od zesłania Ducha Świętego Jego Kościół.

    Chrystus został na ziemi w założonym przez siebie Kościele. Taka była Jego decyzja. Ktokolwiek chce się z Nim spotkać, znajdzie Go w Kościele. Zasadniczo tę obecność Jezusa sprowadzić można do trzech form. Jest obecny w spotkaniu świętych ludzi. Gdzie dwóch albo trzech jest zgromadzonych w imię Moje, tam Ja jestem. Druga forma obecności to teksty natchnione. Jezusa można spotkać w Piśmie Świętym czytanym w duchu wiary. Trzecia forma Jego obecności to sakramenty.

    Sakramenty są ustanowionymi przez samego Chrystusa widzialnymi znakami Jego obecności i działania na ziemi. Licząc się z naszymi możliwościami odbioru Chrystus postanowił posłużyć się znakami podpadającymi pod zmysły, po to, by dać nam pewność, że przeżywamy spotkanie z Nim. Są to znaki niezawodnie skuteczne, o ile spełnimy postawione przez Boga warunki. To jest mniej więcej tak, jakby Chrystus zostawił w Kościele olbrzymie źródło energii i kilka urządzeń służących do jej przetwarzania np. na światło, ciepło lub moc zdolną poruszać maszyny. To ta energia jest ukryta w konsekrowanym Chlebie i Winie. To jest Eucharystia. Natomiast jej wykorzystanie jest możliwe przez pozostałe sakramenty święte. I trzeba wyraźnie podkreślić, że jest to decyzja Chrystusa, a nie Kościoła. Kościół tylko obsługuje to wielkie urządzenie i tylko on ma monopol na sakramenty. Tak postanowił Chrystus. Ktokolwiek chce spotkać się z Chrystusem obecnym w sakramentach, może spotkać Go wyłącznie w Kościele. Stąd twierdzenie — Chrystus “tak”, a Kościół “nie” — jest nieporozumieniem, to jest wyznanie całkowitej nieznajomości zarówno Chrystusa, jak i Kościoła.

    Sakramenty są organicznie związane z Eucharystią. Chrzest daje prawo podejścia do Komunii Świętej. Jeżeli ktoś straci to prawo, może je odzyskać przez sakrament pokuty. Każdego, kto karmi się Komunią Świętą, czeka trudne świadectwo na ulicy, w domu, w zakładzie pracy. Ten kontakt ze światem wymaga dodatkowego wyposażenia w odwagę i mądrość, czego udziela sakrament bierzmowania. Człowiek chory, chcąc mieć pełny udział w Eucharystii, nie tylko przez jej przyjmowanie, ale i składanie z Chrystusem siebie w ofierze, ma do dyspozycji sakrament chorych. Małżonkowie, jeśli chcą w duchu Ewangelii rozwijać swoją miłość, podchodzą do Eucharystii związani sakramentem małżeństwa. Kapłan, jak już wiemy, jest sługą ołtarza odpowiedzialnym za to, by to wielkie urządzenie Bożej energii na ziemi ustawicznie mogło działać.

    O tych sakramentach, o umiejętności korzystania z nich, i o bogactwie, jakie jest w nich ukryte, pragnę mówić w najbliższych miesiącach. Serdecznie zapraszam do udziału w tych katechezach wszystkich, których interesuje piękno i bogactwo Kościoła Chrystusowego i naszej wiary. Rozważania te potrzebne są nie tylko do odkrycia swojej godności, ale również do twórczych rozmów i do odpierania zarzutów, jakie nam stawia świat.

    2. Znak ustanowiony przez Boga

    W Starym Testamencie jest szereg wydarzeń, zanotowanych przez autorów natchnionych, które zapowiadały ustanowienie sakramentu chrztu świętego i pomagają nam odkryć jego bogactwo.

    Takim obrazem jest potop. Najczęściej dostrzegamy w nim karę, ale to nie tylko kara. Woda została wykorzystana przez Boga do zmycia grzesznej ziemi, aby w odnowionym i oczyszczonym świecie sprawiedliwi mogli rozpocząć nowe życie.

    Drugim wymownym obrazem jest przejście Izraelitów przez Morze Czerwone. Kiedy potomkowie Abrahama, uciekając z niewoli egipskiej, przechodzą przez wodę, zyskują wolność. Otwiera się przed nimi droga do Ziemi Obiecanej. Przez wodę zyskują wolność.

    Na pustyni Mojżesz dwukrotnie przez wodę ratuje naród od śmierci. Raz wyprowadza wodę ze skały, drugi raz gorzką wodę uzdatnia do picia.

    W refleksji nad tajemnicą chrztu świętego pragnę zatrzymać się nad wydarzeniem zapisanym w Drugiej Księdze Królewskiej. Jest tam stosunkowo dokładna relacja z życia proroka Elizeusza, największego cudotwórcy przed przyjściem Chrystusa na ziemię. Otóż Syryjczycy napadli na Izrael i zagarnęli niewolników. Wśród nich na dwór dowódcy wojsk syryjskich dostała się młoda izraelska dziewczyna. Odkrywa ona, że jej pan, Naaman, jest trędowaty. Choroba ta uchodziła wówczas za nieuleczalną i tylko interwencja Boga mogła położyć jej kres. Radzi ona, by pan pojechał do proroka, który jest w Izraelu, a ten go uleczy. Król syryjski wysyła więc Naamana do króla izraelskiego z poleceniem, by ten go uleczył. Król przeczytał list, rozdarł szaty i pyta, czy to nie prowokacja i szukanie zaczepki do wojny. Wówczas prorok Elizeusz prosi króla, by wysłał Naamana do niego, dla przekonania się, że jest prorok w Izraelu. Naaman przyjechał ze wspaniałym orszakiem i stanął przed domem Elizeusza. A ten nie wychodząc do niego, przez sługę polecił mu: Idź i obmyj się siedem razy w Jordanie. Otoczony dworem Naaman, czuje się upokorzony. Prorok nie wyszedł, nie oglądnął, nie dotknął jego ran. Co to za lekarz? Czy wody Jordanu są rzeczywiście takie cudowne? Czyż wody rzek syryjskich nie są lepsze? Cóż to za leczenie przez siedmiokrotne zanurzenie w wodzie? Nie podchodzi do polecenia proroka z punktu widzenia wiary, lecz rozważa je na płaszczyźnie mędrkowania, zamkniętej w ciasnych granicach ludzkiej logiki. Rozgniewany chce wrócić do swojego kraju. Na szczęście jego słudzy są mądrzejsi i przekonują go, że gdyby prorok kazał mu uczynić coś bardzo trudnego, to by to zrobił, dlaczego więc nie uczyni tak prostej rzeczy. Naaman był mądrym dowódcą i umiał słuchać mądrych podwładnych. Zanurzył się siedmiokrotnie w Jordanie i wyszedł z niego bez trądu. Wrócił do proroka, chciał mu płacić. Przywiózł bogate dary, dziesięć talentów srebra i sześć tysięcy syklów złota. Elizeusz powiada: nic nie przyjmę, bo to jest dzieło Boga, a nie moje. W takim razie Naaman prosi: daj mi kilka worków ziemi, chcę bowiem wrócić do swojego kraju i zbudować ołtarz, aby składać ofiarę tylko temu Bogu, który ma moc uzdrowić z trądu.

    Obserwował to uczeń proroka, Gechazi, i żal mu było, że taki majątek przemknął mu koło nosa. Postanowił chociaż jego część zatrzymać dla siebie. Dopędził Naamana i powołując się kłamliwie na proroka, wyżebrał u uzdrowionego dwa talenty srebra i dwa ubrania. Kiedy stanął przed Elizeuszem, dowiedział się, że skoro wziął srebro i ubrania Naamana, to weźmie również jego trąd. Gechazi zostaje trędowaty. Taka jest relacja autora natchnionego.

    To wydarzenie, do którego odwołuje się Chrystus w Ewangelii, zawiera bogatą treść. Dowiadujemy się z niego, że sakrament chrztu, który tu jest zapowiedziany w formie figury, jest ustanowionym przez Boga znakiem. W Jordanie nie było cudownej wody, to była zwykła woda. Nie wystarczy się wykąpać pięć, sześć razy, trzeba to uczynić tyle razy, ile polecił Bóg — siedem. Nie każdy, który się wykąpie w Jordanie, będzie czysty. Ten znak jest wyraźnie przeznaczony dla tego jednego trędowatego, dla Naamana. To Bóg zapewnił, że jeśli ten dokładnie zrealizuje polecenie, On sam będzie obecny w tym obrzędzie, dotknie go i oczyści. Wielka prawda — Bóg leczy, posługując się takim prostym znakiem.

    Znak jest bardzo czytelny. Trąd był traktowany jako brud, należało się z niego oczyścić. Uważano, że trąd ciała jest znakiem grzesznej duszy, która wyrzuca na zewnątrz to, co ją gnębi.

    Dziś odkrywamy coraz pełniej psychofizyczną jedność człowieka i możemy jeszcze lepiej rozumieć sakramentalne znaki. To, co jest na zewnątrz, w naszej postawie, działaniu, objawia to, co jest w środku, w nas. Słuchałem relacji psychologa. Wspominał on, że w swojej praktyce spotkał sparaliżowanego do połowy ginekologa, który ciągle strzepywał ręce. Długie analizy wykazały, że było to pragnienie strząśnięcia z rąk krwi. Już niewiele i niewyraźnie mówił, ale na zewnątrz wyrażał to, co było w głębi jego serca. Oby ten człowiek odkrył, że jest ustanowiony sakrament, w którym może swoje skrwawione ręce oczyścić.

    Takich elementów, które ujawniają na zewnątrz to, co jest w środku, możemy obserwować dużo. Rozmawiałem z człowiekiem, który ciągle klął. Pytam: czy pan nie próbował opanować języka? “Próbowałem, powiada — ale to się nie da. To nie wystarczy nie mówić, to jest we mnie. To jest tak jak z wrzodem, który dojrzewa i musi pęknąć”. Mówię mu: trzeba by ten wrzód uleczyć. “Ma ksiądz rację, tylko wtedy trzeba by było uleczyć całe moje życie”. Klątwa to zewnętrzny znak jego duchowej choroby. Z obfitości serca mówią usta.

    Celowo zrelacjonowałem całość opisu Księgi Królewskiej, przytaczając dramat sługi proroka z powodu zabranych pieniędzy. To również ma charakter typiczny. Otóż łaska sakramentu jest zawsze darem Boga. Sługa, który uczestniczy w przekazywaniu tego daru, nie może z tego powodu brać pieniędzy. <204>le się stało, że w naszej praktyce połączono pieniądze z udzielaniem sakramentów. Jest rzeczą jasną, że kapłan powinien mieć na chleb, ale nie powinno się łączyć pieniędzy z szafowaniem sakramentami. Utrzymanie kapłana winno być na nowo przedyskutowane i ustawione tak, by przekazane mu pieniądze nie przysłaniały wielkości łaski zawartej w sakramentach.

    Kończąc to pierwsze rozważanie dotyczące chrztu w oparciu o opis starotestamentalny stawiam pytanie: W jakiej mierze rozumiemy, że w znakach sakramentalnych jest obecny Bóg? W jakiej mierze jesteśmy podobni do Naamana przed oczyszczeniem w Jordanie, a w jakiej po oczyszczeniu? Czy wiemy, że tym znakiem posługuje się Bóg? Za chwilę będziemy świadkami sakramentalnego spotkania z Bogiem w Eucharystii. Czy odejdziemy od ołtarza szczęśliwi jak Naaman?

    3. Obrzędy chrztu świętego

    Jest kilka różnych form udzielania chrztu świętego. Już na przełomie I i II wieku autor nieznanego nam dokumentu pochodzącego z Syrii pisze w ten sposób: “Chrzcijcie w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego w wodzie bieżącej, jeśli nie masz wody bieżącej, chrzcij w stojącej. Jeśli nie możesz znaleźć zimnej, to w ciepłej, gdybyś zaś nie miał ani jednej, ani drugiej, wylej trzykrotnie wodę na głowę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Podstawową formą chrztu jest zanurzenie. Słowo greckie “chrzest”, przełożone na język polski, znaczy “zanurzyć”. Szukano wody bieżącej, tzn. żywej, która płynie ze źródła. Symbolika źródła i wody bieżącej była czytelna. Chodziło o stały dostęp do wody, której nigdy nie braknie. Chrzest był ważny, jeśli woda była stojąca, w jakimś zbiorniku, jeśli takiej wody nie można było znaleźć, wystarczyło polać głowę proszącego o sakrament, wymawiając słowa: ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Ta prosta instrukcja podana w Nauce Dwunastu Apostołów była doskonalona i rozbudowywana od IV wieku, kiedy to rzesze ludzi przychodziły do Kościoła, kiedy powstawały wspaniałe bazyliki, a obok nich budowano tak zwane baptysteria.

    Chrzest powinien być udzielany u wejścia do świątyni, bo przez chrzest wchodzimy do Kościoła. W starożytności budowano specjalne baptysteria, niektóre z nich zachowały się do naszych czasów. Między innymi odkryto fundamenty baptysterium w Mediolanie, w którym św. Ambroży, biskup tego miasta, w 387 roku ochrzcił św. Augustyna oraz jego syna. Ponieważ ten sam św. Ambroży zostawił nam w dwóch dziełach dokładne wyjaśnienie obrzędu chrztu, mając odkopane fundamenty baptysterium, możemy dokładnie odtworzyć cały obrzęd.

    Baptysterium w Mediolanie miało średnicę ośmiu metrów. To była dość duża budowla. Wokół były krużganki, w środku basen z wodą. Woda sięgała 80 cm. Na jednym brzegu stał biskup, do drugiego podchodził ten, który miał być ochrzczony. Zrzucał z siebie szaty. Był to znak symboliczny, zrzucenia z siebie dawnego życia. Wchodził do wody i dochodził na środek basenu, gdzie czekali na niego dwaj diakoni lub prezbiterzy, a jeśli chrzczona była kobieta, czekały dwie diakonisy. Kiedy kandydat do chrztu znalazł się między nimi, oni na swoich rękach, kładąc go na plecy trzykrotnie zanurzali w wodzie, a biskup wypowiadał słowa: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Obrzęd miał miejsce z reguły w Wielką Sobotę.

    Po tym trzykrotnym zanurzeniu nakładano na ochrzczonego białą szatę i w niej podchodził do biskupa, który z dłoni wylewał mu na głowę konsekrowaną oliwę, udzielając sakramentu bierzmowania. Po czym przechodził do świątyni, do ołtarza, gdzie po raz pierwszy mógł uczestniczyć we Mszy świętej. Na całej Mszy świętej mógł być obecny wyłącznie człowiek ochrzczony.

    Przy tej rekonstrukcji obrzędu chrztu warto zaznaczyć, iż wszystkie jego istotne elementy są zachowane w Kościele do dnia dzisiejszego. Najważniejszym jest samo zanurzenie. Są w nim zawarte trzy prawdy. Pierwsza to oczyszczenie. Człowiek w chrzcie zostaje oczyszczony. Kąpiel ciała symbolizuje oczyszczenie duszy.

    Druga prawda. Trzykrotne zanurzenie w wodzie przypominało trzy dni pobytu ciała Chrystusa w grobie. Chrzest to udział w tajemnicy śmierci i zmartwychwstania. W chrzcie człowiek powstaje do nowego życia. Podchodzi do Eucharystii, aby mieć udział w tym jedynym pokarmie, który gwarantuje zmartwychwstanie ciała. W przeżywaniu tajemnicy duchowego zmartwychwstania pomagał fakt, że chrztu udzielano w Wielką Sobotę, w liturgicznym wspomnieniu śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

    Trzecia prawda zawarta w słowach: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, czyli zanurzam ciebie w Bogu. Odtąd całe twoje życie jest zanurzone w Bogu. Oto trzy wymiary tajemnicy sakramentalnego znaku.

    Obok wejścia do świątyni mamy kropielnicę. Wchodząc mamy ręką dotknąć święconej wody i zrobić znak krzyża świętego: W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego przypominając sobie, że jesteśmy ochrzczeni i dlatego możemy podejść do ołtarza, by wziąć udział w świętej Ofierze.

    4. Wyrzeczenie się świata

    W chrzcie Bóg uświęca człowieka. Nie każdy jednak, kto wejdzie do wody i nad którym zostaną wypowiedziane sakramentalne słowa, faktycznie zostanie przez Boga uświęcony. Aby to mogło nastąpić, człowiek musi chcieć zostać uświęcony. Dlatego Bóg oczekuje od niego doniosłej decyzji, dokonania wyboru między perspektywami realizacji życia na ziemi.

    Jedna to perspektywa życia doczesnego, ograniczonego barierą śmierci. Dla wielu śmierć jest rozwiązaniem wszystkich, nawet najtrudniejszych problemów. Ma to miejsce wówczas, gdy jest traktowana jako definitywny koniec ludzkiej egzystencji. Kto tak pojmuje życie, szuka szczęścia doczesnego i godzi się na logikę tego świata. Chce jak najlepiej się tu urządzić i wygrać doczesność. Taka jest jedna perspektywa życia.

    Druga perspektywa uwzględnia możliwość nieśmiertelnego życia. Śmierć nie jest kresem. Istnieje szansa wejścia w świat wieczności, świat wiecznego szczęścia. W tej perspektywie obowiązuje logika wiary. Kto chce podejść do chrztu, musi zobaczyć te dwie różne perspektywy realizacji ludzkiego życia i dokonać wyboru. Ten wybór jest zasadniczy. Świadomie i dobrowolnie decyduję się na to, że moje życie traktuję jako drogę do życia wiecznego. Wybieram perspektywę nieśmiertelności. Wtedy trzeba zgodzić się na to, że nic, co jest ziemskie, nie może być ostatecznym celem mojego życia, jest tylko etapem, jest dobrem, po które, o ile mi nie przeszkadza w zdobywaniu nieśmiertelności, mogę sięgnąć, ale nie jest ono celem mojego życia. To spojrzenie na doczesność jako na drogę, jako na środek, który pomaga w osiągnięciu wyższego celu, nie jest równoznaczne z odrzuceniem doczesności, z negatywnym spojrzeniem na to, co ziemskie. Przeciwnie, dopiero wtedy człowiek zaczyna rozumieć Pana Boga, który po stworzeniu wspaniałego świata powiedział, że “to wszystko jest bardzo dobre”. Ale ta ziemska droga jest tak bogata i pełna uroku, że kusi, by zatrzymać się na niej samej. Doczesne dobra wołają: zostań, nie martw się, nie wysilaj się, zatrzymaj się tylko przy nas. Ten, kto podchodzi do chrztu, musi powiedzieć: nigdy tego nie zrobię. Nigdy nie zdecyduję się na myślenie o moim życiu wyłącznie w kategoriach doczesnych. Zawsze chcę pamiętać o tym, że każdy dzień zbliża mnie do innego, nowego życia.

    Kościół, chcąc ułatwić podjęcie tej decyzji, stawia kandydatowi do chrztu trzy pytania.

    Czy wyrzekasz się grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych? Grzech jest nieporządkiem, grzech to bałagan. Każdy bałagan ogranicza naszą wolność. Wystarczy popatrzeć do szafy: jeśli w niej nie jest poukładane, to chcąc coś znaleźć, tracimy czas i denerwujemy się. Jeśli w niej wszystko jest na swoim miejscu, jesteśmy panami sytuacji, jesteśmy wolni. Jeśli bałagan jest w mieszkaniu, człowiek w nim ginie. Jeśli w mieszkaniu jest porządek, człowiek jest jego panem. Pierwsze pytanie postawione kandydatowi do chrztu dotyczy jego decyzji życia w świecie Bożego porządku. Świat jest rządzony prawami ustanowionymi przez Stwórcę, ochrzczony godzi się na szanowanie tych praw, wiedząc, że ile razy popełni grzech, traci wolność. Chce żyć w świecie ładu i porządku po to, aby był człowiekiem wolnym, chce żyć według logiki Bożego prawa, aby nie stracić wolności.

    Czy wyrzekasz się wszystkiego, co prowadzi do zła, aby cię grzech nie opanował? Chodzi tu o decyzję zachowania higieny ducha, chodzi o to, by człowiek przestrzegał zasad, o których mówi Chrystus. Jeśli cię ręka gorszy, odetnij ją, jeśli oko, wyłup je, jeśli noga, odetnij ją. Chodzi o wielkie wartości, o coś, co może być tak samo cenne jak oko, ręka i noga i co może zagrażać duchowi w naszej wędrówce do świata wielkich wartości. Kiedy ręka zatrzymała się na jakiejś wartości doczesnej i nie chce jej puścić, ochrzczony musi się zdecydować na to, że ją odetnie, aby zachować wolność. To trudna i bolesna decyzja. Tę właśnie decyzję podejmuje człowiek podchodzący do wody chrzcielnej. Jeśli jakakolwiek wartość doczesna zagrozi perspektywie mojego dojścia do domu Ojca Niebieskiego, wtedy z niej rezygnuję, chociażby to miało tak boleć, jak odcięcie własnej ręki.

    Czy wyrzekasz się szatana, który jest głównym sprawcą grzechu? Kandydat do chrztu musi realnie potraktować księcia tego świata. Chodzi tu o potężną siłę zła, z którą trzeba przez całe życie walczyć. Rodzimy się w świecie doczesności i mamy przed sobą perspektywę śmierci. Książę tego świata, który stracił szczęście wieczne, z zazdrości chce nas wszystkimi dostępnymi mirażami zatrzymać w doczesności, abyśmy nigdy nie uczestniczyli w szczęściu, które on bezpowrotnie utracił.

    Wchodząc do wody chrzcielnej wiem, że rozpocznę drogę, która jest nie tylko wspaniała, piękna i kusząca różnymi przemijającymi dobrami, abym się przy nich zatrzymał, ale również wiem, że będę musiał walczyć z rozbójnikiem, który na niej czeka, chcąc mi przeszkodzić w dotarciu do domu Ojca Niebieskiego. Przed chrztem mam podjąć decyzję, że nie chcę mieć żadnych układów z księciem tego świata. Tylko ten, kto podjął taką decyzję i zdecydował się na wejście w świat wiary, wchodząc do wody i przyjmując chrzest W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego może być uświęcony przez Boga. Jeśli tej decyzji nie ma, to może być zanurzony w wodzie i słyszeć wypowiedziane słowa, a świętości nie otrzyma. Tak jest, gdy mamy do czynienia z chrztem człowieka dorosłego. Tak jest również, gdy rodzice przynoszą dziecko, bo w trosce o jego szczęście chcą ustawić je od razu na drodze życia wiecznego. Oni też biorą odpowiedzialność za wychowanie dziecka do wartości chrześcijańskich.

    Jeśli człowiek świadomie i dobrowolnie podejdzie do chrzcielnicy, to perspektywa jego chrześcijańskiego życia otwiera się jako droga piękna i wspaniała. Jeśli natomiast ta decyzja jest niedowartościowana i chodzi tylko o ceremonie, a decyzja jest nie podjęta, to wchodzimy w pozorne chrześcijaństwo, które nie daje uświęcenia ani żadnej mocy wewnętrznej, nie zmienia człowieka, a rodzi szereg nieporozumień. Wyrzeczenie się świata to jest punkt wyjścia, sam fundament chrześcijańskiego życia. Ta jedna decyzja — wiem, jaką perspektywę życia wybieram i z jakiej rezygnuję — kształtuje wszystkie dni życia, każdą godzinę, każdą sekundę, wymaga wierności. Zdecydowałem, powiedziałem przed Bogiem, mam być słowny. Obok nas żyją ludzie, którzy nigdy tego wyboru nie dokonali. Wybrali doczesność, niech wygrają doczesność, to ich sprawa. My wybieramy doczesność tylko jako drogę do wyższych wartości. Toteż umiemy się nią cieszyć i posługiwać tak, by pomagała nam w realizacji głównego celu naszego życia. Tak stawia sprawę Bóg. Tak ustawione jest wejście w świat wiary, chodzi o realizm i odpowiedzialność za decyzję.

    5. Wyznanie wiary

    Ostatnio zwróciłem uwagę na wagę decyzji, jaką musi podjąć człowiek podchodzący do sakramentu chrztu. Wyjaśniłem pierwszą część dotyczącą wyrzeczenia się świata. Ale samo wyrzeczenie nie jest twórcze. Człowiek nie potrafi się wyrzec tego, co posiada, jeśli nie zobaczy wyższej wartości. Tak jest i w tej decyzji. Trzeba znaleźć drogocenną perłę, aby dla niej móc sprzedać wszystko, co człowiek posiada. Jeśli ktoś perły nie znalazł, to nie może sprzedawać tego, co ma w ręku. Ten, kto podchodzi do chrztu świętego, już znalazł drogocenną perłę i dlatego jest gotów oddać doczesność, by posiąść nieśmiertelność. Od samego początku chrześcijanin, który podchodził do chrztu po wyrzeczeniu się świata, publicznie wyznawał swoją wiarę. Na kilka dni przed swoim chrztem otrzymywał tekst wyznania wiary, ten, którym posługujemy się w każdą niedzielę, uczył się tego tekstu na pamięć, przychodził do świątyni, stawał przed wiernymi i osobiście składał wyznanie wiary (dlatego jest ono sformułowane w liczbie pojedynczej “Wierzę w jednego Boga”). To było wielkie przeżycie, kandydat do chrztu wybierał świat, który jest światem Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego. Św. Augustyn wspomina o takim wyznaniu wiary jednego z najsłynniejszych profesorów retoryki starożytnego Rzymu Mariusza Wiktoryna, który w latach pięćdziesiątych IV wieku po długich latach poszukiwań odkrył chrześcijaństwo i który, mimo że Rzymianie otaczali go wielkim szacunkiem jako piewcę bóstw pogańskich, publicznie wyznał swoją wiarę, zdumiewając swych dotychczasowych wielbicieli przejściem na chrześcijaństwo.

    Kościół chcąc pomóc w sformułowaniu tej decyzji, stawia przed chrztem świętym trzy pytania: “Czy wierzysz w Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi?”, kandydat do chrztu odpowiada “wierzę”. “Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa, Syna Jego Jedynego, Pana naszego, narodzonego z Maryi Dziewicy, umęczonego i pogrzebanego, który powstał z martwych i zasiada po prawicy Ojca?” — “wierzę”. “Czy wierzysz w Ducha Świętego, święty Kościół powszechny, świętych obcowanie, odpuszczenie grzechów, zmartwychwstanie ciała i życie wieczne?” — “wierzę”.

    W tym publicznym wyznaniu wiary nie chodzi jednak ani o deklarację słowną, ani o czysto intelektualne uznanie, że jest Bóg Ojciec, Syn i Duch Święty.

    Podobno amerykańscy uczeni odkryli galaktykę, która jest sześćset milionów razy większa aniżeli nasza. Nie ma żadnych podstaw, aby im nie wierzyć, ale w tym momencie, kiedy wierzę w istnienie takiej galaktyki, w moim życiu nic się nie zmienia, jakie ono było, takie jest. To jest prawda, ja im wierzę, sam nie będę przeprowadzał badań, ale ta prawda nie ma żadnego związku z moim życiem, ona nie rzutuje na mój dzień dzisiejszy, na moją postawę. Nie o taki akt wiary chodzi w chrzcielnym wyznaniu. Tu chodzi o osobiste spotkanie z Bogiem Ojcem, Synem i Duchem Świętym, chodzi o przymierze. Człowiek wyciąga rękę do Boga Ojca jak syn, jak córka i chce, by Ojciec tę rękę przyjął i uścisnął. Chodzi o wejście w środowisko Boże, o nawiązanie bezpośredniego kontaktu z Bogiem Ojcem, Synem i Duchem Świętym. To jest oświadczenie człowieka: ja chcę należeć do Waszej Bożej rodziny, chcę dzielić Wasze życie. Po wyznaniu czekam na odpowiedź Boga. Jest ona zawarta w sakramentalnym znaku: Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Ojciec wyciąga do mnie jak do dziecka rękę, Syn przyjmuje za brata, a Duch wypełnia moje serce Bożą miłością. Przymierze jest zawarte. Jestem w nowym świecie.

    Wierzę na podstawie mądrej refleksji nad całym otaczającym światem, który każdym szczegółem mówi, że Bóg jest. Wierzę na podstawie mądrej refleksji nad tajemnicą objawienia przekazaną w Piśmie Świętym i tradycji. Wierzę w oparciu o świadectwo wielu bohaterów, którzy na przestrzeni dwudziestu wieków wybrali ewangeliczne życie. Po takiej decyzji człowiek nie może się dziwić, że obok niego pozostają ludzie należący do tego świata i żyjący tylko doczesnością. Jeśli oni takiej decyzji nie podjęli, to niech się cieszą tym, co zamyka się w doczesności. Chrześcijanin ma przed sobą nieśmiertelność i dlatego wykorzystuje doczesność już z perspektywą tej nieśmiertelności, inaczej korzysta ze wszystkich darów, jakie są w zasięgu jego ręki.

    Takie są konsekwencje chrzcielnej decyzji wyrzeczenia się świata, nabrania dystansu wobec doczesności i wejścia w świat wiary, w świat samego Boga. Tych, którzy żyją tylko doczesnością, mamy kochać nawet wtedy, kiedy oni nas nienawidzą, a mogą nas nienawidzieć, ponieważ nie potrafią nas wykorzystać do swoich czysto doczesnych celów. Tak było w życiu Chrystusa, i tak jest w życiu każdego Jego ucznia. My jednak jak Bóg, nasz Ojciec, kochamy każdego, nawet tych, którzy nas nienawidzą. Taka jest konsekwencja przejścia przez chrzcielną wodę i zawarcia wiecznego przymierza z Bogiem.

    Zastanówmy się, jak często sprawdzamy, czy nasze codzienne życie jest konsekwencją tego wyboru, jakiego dokonaliśmy na chrzcie świętym, czy żyjemy doczesnością, czy też żyjemy w przyjaźni z Bogiem Ojcem, Synem i Duchem Świętym, wiedząc, że już dziś żyjemy w wieczności.

    6. Godność dziecka Bożego

    Jakie są skutki Bożego działania w sakramencie chrztu? Przede wszystkim serce człowieka zostaje oczyszczone z wszelkiego grzechu. Nie ma takich grzechów na ziemi, których by woda chrzcielna nie obmyła. Może ktoś popełnić grzechy na miarę Stalina, Hitlera czy im podobnych, gdyby jednak nawrócił się i poprosił o chrzest, to z wszystkich swoich zbrodni, z wszystkich złych czynów zostaje oczyszczony. Wiemy, że nie dokonuje się to mechanicznie, jest bowiem potrzebne nawrócenie człowieka, które obejmuje akt żalu i postanowienia poprawy, co wyraża się w wyrzeczeniu grzechu i okazji do niego. Ten skutek chrztu jest bardzo istotny, dlatego że człowiek staje się, mówiąc naszym językiem, sterylnie czysty. Wszystko, cokolwiek zgromadził w sercu, a co nie było cenne, zostaje usunięte, zostaje oczyszczone. Gdyby taki człowiek umarł bezpośrednio po chrzcie, ma prawo wejścia do nieba.

    Samo oczyszczenie to nie tylko przygotowanie do tego, by Bóg mógł wypełnić człowieka nowym życiem. W chrzcie następuje jakościowa przemiana. Św. Paweł chcąc wytłumaczyć tę tajemnicę, która dokonuje się w ta- jemnicy chrztu, posługuje się porównaniem, nawiązując do aktu adopcji. Sierota bez jakichkolwiek odniesień do matki i ojca, bez jakichkolwiek odniesień do rodzeństwa, zostaje adoptowana i wprowadzona do domu. Kiedy się w nim znajdzie, dom otwiera przed nią perspektywę miłości, której dotychczas nie miała, miłości do ojca, do matki, do rodzeństwa. Ta miłość wnosi w życie sieroty jakościową zmianę. Już nie jest sierotą, ma ojca, matkę i rodzeństwo. Jest kochana i może kochać. Jest członkiem rodziny.

    W chrzcie świętym Bóg wyznając nam swoją miłość, adoptuje nas. Jesteśmy Jego umiłowanym dzieckiem. Mocno akcentuję ten skutek chrztu świętego — jestem kochany przez samego Boga. Mogę kochać Boga i całą Jego rodzinę. Dla tego, kto odkryje i przeżyje tę prawdę, programem życia staje się Ojcze nasz, a więc troska o chwałę własnego Ojca, własnego domu, troska o rozszerzanie Jego królestwa, o współpracę z Nim. Święć się Imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja. A równocześnie ten nowy układ daje mu gwarancję, że od Ojca otrzyma codzienny chleb, że od Ojca otrzyma przebaczenie grzechów, że od Ojca otrzyma pomoc w unikaniu zła, a gdyby znalazł się w rękach zła, On go wybawi. To jest ewangeliczny program życia.

    Życie ochrzczonego, jako dziecka Boga, zyskuje nowy, wieczny wymiar. Jego dobre czyny przynoszą chwałę Ojcu i całej Bożej rodzinie, a złe czyny są kompromitacją nie tylko ochrzczonego, ale Boga i Jego rodziny.

    Przypominam, że aby być chrześcijaninem, nie wystarczy wierzyć w Boga Ojca, nie wystarczy wierzyć w Bóstwo i Człowieczeństwo Jezusa Chrystusa i nie wystarczy wierzyć w istnienie Ducha Świętego. To jest tylko przygotowanie. Każdy katechumen w to wierzy. Chrześcijanin to człowiek, który uwierzył, że jest dzieckiem Boga, odkrył swoją nową godność, spojrzał na siebie w świetle prawdy, którą Bóg objawia w chwili chrztu świętego. Jeśli ktoś uświadomi sobie, że jest dzieckiem kochanym przez Boga, znikają wszystkie kompleksy. Nie można mieć kompleksów, jeśli się jest dzieckiem Boga. Życie zamienia się w wielkie dziękczynienie za doczesność, bo gdybym nie istniał, to nie mógłbym być adoptowanym dzieckiem Boga.

    Wraz ze świadomością godności dziecka Bożego po- jawia się potężna moc, która pozwala przeciwstawić się grzechowi, i to nie na zasadzie walki. Chodzi o to, że nikt z mądrych ludzi nie wprowadzi bydła do pięknego pałacu i nie zamieni salonu w stajnię. Jeśli zajmuję szałas, to stosunkowo łatwo wprowadzę doń owce czy bydło i zamieszkam z nimi. Ale jeśli jest to pałac, w którym spotykam się z Bogiem, to już nie potrafię tego zrobić. W człowieku ochrzczonym jest tak duże wyczucie piękna i dobra Bożego świata, że nie sięgnie po wartości, które by go pomniejszyły.

    Człowiek, który przeżywa świadomie swoją godność dziecka Bożego, potrafi podjąć każde powołanie, nawet najtrudniejsze. Kochające dziecko nie powie Ojcu “nie”, zawsze wykona Jego wolę. Tak jest z wiernością małżeńską, kapłańską, zakonną, tak jest z wykonywaniem nawet bardzo trudnych zawodów czy z podjęciem zadań — opieki nad chorymi rodzicami czy kalekim rodzeństwem.

    Jeszcze raz pragnę zaakcentować to, co w refleksji nad chrztem świętym jest najistotniejsze. My najczęściej podchodzimy do chrztu jako do obrzędu, który posiada swoje konsekwencje prawne. Chrześcijanin to człowiek, który wierzy, że Bóg jest jego Ojcem, że Chrystus jest jego Bratem i że Duch Święty jest duchowym tlenem, bez którego nie potrafi żyć. Bóg mnie kocha. W tych trzech słowach jest zawarte odkrycie wielkiej godności własnej. Jeśli Bóg mnie kocha, to muszę stanowić wartość cenniejszą niż cały materialny wszechświat, bo z materialnym światem Bóg nie może nawiązać kontaktu na płaszczyźnie miłości. Świat nie odpowie miłością, bo do tego jest potrzebna wolność, do tego jest potrzebne serce. Bóg mnie kocha, ja mogę na Jego miłość odpowiedzieć. Oto tajemnica chrztu świętego. Po to przyniesiono nas kiedyś do chrzcielnicy i za to powinniśmy dziękować Bogu.

    7. Wymowne znaki

    W refleksji nad tajemnicą chrztu świętego zwróciłem ostatnio uwagę na odkrycie wielkiej godności, jaką człowiek otrzymuje w tym sakramencie. Wprowadza on jakościową zmianę. Czyni nas dziećmi Boga wszechmogącego. Chcąc pomóc możliwie w pełni odkryć bogactwo skutków chrztu świętego, Kościół w liturgii tego sakramentu stosuje trzy znaki, przy pomocy których chce dotrzeć do naszej świadomości z bogactwem łaski otrzymanej na chrzcie świętym. Powtarzam, że to są znaki, do których nie ma dołączonych dodatkowych łask. Jeśli więc ktoś zostanie ochrzczony w domu w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i tych trzech znaków już nie otrzyma, chrzest jego jest ważny i równie owocny, jak wówczas kiedy jest ochrzczony w kościele z całą liturgiczną oprawą sakramentu chrztu. O jakie znaki chodzi? Bezpośrednio po chrzcie kapłan namaszcza czoło ochrzczonego krzyżmem, czyli konsekrowaną oliwą. Dla nas gest ten jest mało czytelny, natomiast jest jasny dla ludzi mieszkających w basenie Morza Śródziemnego i dla ludzi Wschodu. Dla nich oliwa jest znakiem dobrobytu, bogactwa, obfitości. Tym znakiem posługuje się Bóg. W Starym Testamencie namaszczano króla, arcykapłana oraz te przedmioty, które Bóg przejmuje na własność. Przez namaszczenie Bóg mówi: ten człowiek, ta rzecz, jest moją własnością. Namaszczenie to pewna forma opieczętowania. Pieczęć jest znakiem przymierza, jakie Bóg zawiera z człowiekiem. Ten znak krzyża świętego, uczyniony nowo ochrzczonemu na czole, ma mu przypominać, iż w jego duszy zostaje wyciśnięte znamię, którego już nie potrafi nigdy usunąć. To znamię dla zbawionych będzie powodem do chluby, dla potępionych będzie źródłem dodatkowych cierpień i wstydu. Zło, które odniosło zwycięstwo i potrafiło uwięzić dziecko samego Boga, traktuje takiego więźnia jako szczególnie cenny łup.

    Drugim znakiem jest biała szata. Już w starożytności ochrzczeni byli ubierani w białe szaty na znak radości i jako symbol czystości. Jeśli dziś udzielamy chrztu ludziom dorosłym, to oni również chcą przez cały tydzień przeżywać to swoje nawrócenie w sposób uroczysty, zachowując odświętny strój. Kilkakrotnie spotkałem kobiety, które przez cały tydzień po swoim chrzcie chodziły do Komunii św. w jasnych kostiumach. W starożytności ten strój obowiązywał przez siedem dni i dlatego pierwszy tydzień po Wielkanocy został nazwany Białym Tygodniem.

    Biała szata to symbol szaty godowej, o której Chrystus mówi w przypowieści o zaproszonych na ucztę, ganiąc człowieka, który znalazł się bez tej szaty przy stole. Dziś są kłopoty z wkomponowaniem tego uroczystego stroju w nasze życie. W pewnej mierze udało się to w odniesieniu do kobiet. Dziewczynki do pierwszej Komunii podchodzą w białych sukienkach. Kto wie, czy zamiast tej maleńkiej białej szaty, którą się podaje dziecku, nie byłoby lepiej przy chrzcie świętym podać już materiał na sukienkę do pierwszej Komunii świętej. Wówczas ten znak byłby znacznie wymowniejszy. Ponieważ dość często dar ten przygotowują rodzice chrzestni, jego przeznaczenie na ubranie czy sukienkę do pierwszej Komunii świętej byłoby bardzo wymowne. Zawierając sakramentalne małżeństwo kobiety podchodzą do ołtarza również w białej sukni, taka jest tradycja.

    Trudniej o znalezienie eleganckiego stroju dla ochrzczonego mężczyzny, stroju, który miałby przypominać, że jego właściciel należy do Boga.

    Trzeci znak, którym posługuje się Kościół, to zapalona świeca. Jest to symbol wiary. W Wigilię Paschalną wnosimy do świątyni płonącą świecę, tak zwany paschał, przypominającą nam Chrystusa. To ona właśnie stoi w kościołach parafialnych przy chrzcielnicy i jej płomień jest przekazany ochrzczonemu lub rodzicom jako symbol wiary. Symbolika świecy ma dwa wymiary. Sama świeca jest znakiem doczesnego życia, a jej płomień znakiem wiary — świeca jest ograniczona, ona się topi, jest przeznaczona na spalenie. Płomień jest światłem, które karmi się woskiem. Świeca stopniowo zamienia się w płomień. Z tym, że jak świeca nie może siebie zapalić, tak nikt z nas nie potrafi sam siebie zapalić. Wiarę otrzymujemy, znakiem tego jest zapalona świeca. Dramat rozpoczyna się wówczas, gdy świeca naszego życia gaśnie, a nie jest przetapiana przez wiarę. Niebo nie jest miejscem przechowywania świec, lecz jest nagrodą za to, że całe życie do końca zostało przepalone, zamienione w światło dla Boga i bliźnich.

    Z chrzcielną świecą ludzie powinni wędrować przez całe życie. Znam takich, którzy na swojej świecy chrzcielnej wypisali datę chrztu, dołożyli potem datę pierwszej Komunii świętej, datę swojego ślubu, i to są daty etapów ich drogi życia. Z tą świecą podchodzimy do święceń kapłańskich, z tą świecą chcemy również umierać, dowodząc, że zachowaliśmy wiarę otrzymaną na chrzcie świętym. Kilka razy w roku Kościół zachęca do publicznego wyznania wiary ze świecą w ręku. Przychodzimy wówczas do świątyni wyznać, że moja wiara płonie, że nie zgasła.

    Przed dwudziestu pięciu laty wyjeżdżała z Polski na zawsze młoda kobieta, wtedy nie można było tego czynić oficjalnie. Pakując swoją małą torbę włożyła do niej świecę chrzcielną. Matka jej mówi: “po co ty to bierzesz, ta świeca cię zdradzi”. Córka popatrzyła na nią, mówiąc: “Ona mnie przeprowadzi. Ja muszę ze światłem jechać nie tylko przez granicę, ale i urządzić sobie tam życie w świetle wiary”. I rzeczywiście, świeca ją przeprowadziła. Nikt jej nie kontrolował. Stosunkowo łatwo znalazła środowisko, w którym potrafiła zbudować dla siebie dom. To jest wyznanie wiary.

    Na zakończenie pragnę postawić pytanie dotyczące trzeciego znaku. Wszyscy zostaliśmy oświeceni, upływają lata, długość naszej świecy się skraca, jak świecimy dla Boga i dla ludzi? Czy nasza wiara jest światłem dostrzegalnym w domu, w gronie najbliższych i przez tych, których spotykamy na co dzień? Jak troszczymy się o światło wiary otrzymane na chrzcie świętym?

    8. Wspólnotowy wymiar chrztu

    Tydzień temu w oparciu o symbolikę namaszczenia, białej szaty i świecy, znaków które ubogacają liturgię chrzcielną, ukazałem bogactwo skutków chrztu świętego z punktu widzenia indywidualnego. Dziś pragnę zwrócić uwagę na społeczny aspekt chrztu. Przez chrzest święty stajemy się członkami Kościoła, wchodzimy w wielką wspólnotę aniołów i ludzi świętych. Chciałbym przypomnieć, że nie ochrzczeni nie należą do Kościoła. Ponieważ poza Kościołem nie ma zbawienia, więc każdy musi przejść przez bramę chrztu świętego. Wrócę do tego tematu, kiedy omówię trzy rodzaje chrztu: chrzest z wody, chrzest krwi i chrzest pragnienia. To stwierdzenie jest aktualne również w formie pozytywnej. Każdy ważnie ochrzczony należy do Kościoła Chrystusowego. Chrzest jest ważny nie tylko w Kościele katolickim, jest takim również w Kościołach wschodnich i w wielu Kościołach reformowanych, protestanckich. Przez chrzest ważnie udzielony ochrzczeni należą do Kościoła Chrystusowego, co więcej, tej przynależności już nie można utracić. To jest tak jak z przynależnością do rodziny. Każdy przychodzi na świat w ściśle określonej rodzinie, może się tej rodziny wyrzec, ale nigdy nie przestanie być synem tej matki, synem tego ojca. Tak jest i z Kościołem. Można się Kościoła wyrzec, ale Kościół zostaje zawsze matką ochrzczonego. I ta przynależność ma wymiar wieczny.

    Znakiem włączenia człowieka do wspólnoty Kościoła świętego jest nadanie mu w czasie chrztu imienia. Mówiąc naszym językiem zyskujemy wówczas osobowość prawną. Z tym, kto ma imię, można wejść w osobowy kontakt. Jest to ważne zarówno w odniesieniu do Boga, jak i w odniesieniu do współbraci w Kościele.

    Można by było wygłosić cały cykl kazań na temat imienia. Bóg sam nadaje imię Adamowi. Bóg sam wielokrotnie zapowiada, jakie imię otrzyma ten, który się urodzi. Imię dla Boga jest znakiem osobowego odniesienia do człowieka. Bezimiennie trudno wchodzić w osobowy kontakt. Chciałbym tu podkreślić, że zostaliśmy ochrzczeni “w Imię Ojca, w Imię Syna i w Imię Ducha Świętego”, to znaczy w momencie chrztu Bóg objawił nam swoje Imię. Z punktu widzenia religijnego jest to wydarzenie bardzo ważne. Bóg mówi do nas zawsze po imieniu. Przełomowym momentem na drodze mistycznego zjednoczenia z Bogiem jest usłyszenie z ust samego Boga własnego imienia. Dla wszystkich mistyków jest to początek nowej, tysiące razy głębszej, relacji do Boga. Bóg zarówno na sądzie, jak i w wieczności będzie się do nas zwracał po imieniu.

    Imię pozwala nam również nawiązać kontakt z braćmi, przez nie należymy do wspólnoty. Przez chrzest jesteśmy włączeni do Kościoła, który możemy dostrzec oczami wiary. Królestwo Chrystusa to Królestwo, które obejmuje niebo, czyściec i miliony ludzi wierzących na ziemi. Chodzi o wielkie obcowanie świętych, o spotkanie Bożych przyjaciół. Odkrycie tego wymiaru stanowi ważny moment w życiu człowieka wierzącego, ponieważ zostaje on wyzwolony z samotności, wie, że blisko ma wspaniałych przyjaciół.

    Przez chrzest zostajemy włączeni w Kościół funkcjonujący na ziemi. Zostajemy ochrzczeni w kościele parafialnym. Chrzcielnica jest tylko w kościele parafialnym, dlatego że podstawową komórką Kościoła na ziemi jest parafia. Gdy człowiek zostaje ochrzczony na terenie danej parafii, staje się jej członkiem. Ta parafia jest jego kościołem rodzinnym.

    Po chrzcie człowiek zostaje wpisany w księgę metrykalną. Kościół od wielu wieków prowadzi takie księgi. W tym wyprzedził wszystkie inne instytucje państwowe. Jest to duży wkład Kościoła w rozwój kultury. Dziś księgi metrykalne stanowią ważne źródło historyczne. Księga metrykalna jest tylko tam, gdzie jest chrzcielnica. Dlatego z praktycznego punktu widzenia nie powinno się chrzcić dziecka poza kościołem parafialnym. Ciocia nie może decydować o tym, że nie lubi kościoła parafialnego i dlatego ochrzcimy dziecko w innym, rektoralnym lub zakonnym kościele. Takie ustawienie jest błędne. Po kilkudziesięciu latach dziecko będzie szukało swojej metryki i nie będzie wiedziało, gdzie ona jest, bo gdzie indziej będzie mieszkać, a gdzie indziej zostało ochrzczone. Jeśli zostanie ochrzczone w kościele parafialnym, to znalezienie metryki jest stosunkowo łatwe. To jest pewien kościelny ład. Dlaczego następne pokolenia mają się na nas denerwować?

    Po wpisaniu w księgę metrykalną człowiek staje się członkiem rodzinnej parafii i zyskuje wszystkie prawa, a równocześnie podejmuje obowiązki, jakie są określone w Kodeksie Prawa Kanonicznego. W całym świecie Kościół ma jedno Prawo Kanoniczne. My na kazaniach o tym Prawie nie mówimy, wy czasami głową o to Prawo boleśnie uderzacie, gdy załatwiacie sprawy w kancelarii parafialnej. Trzeba jednak wiedzieć, że jest jeden Kodeks Prawny obowiązujący w całym Kościele Katolickim, z małymi uzupełnieniami lokalnymi. Ten jeden Kodeks obowiązuje każdego ochrzczonego, czyli członka Kościoła.

    Co z przynależności do parafii zyskujemy dziś? Po pierwsze zapewnienie o stałej modlitwie. Proboszcz parafii ma obowiązek w każdą niedzielę ofiarować Mszę świętą za wszystkich swoich parafian. Dlatego, czy wy o tym wiecie, czy nie, w każdą niedzielę, w każde święto nakazane, ksiądz proboszcz modli się, składa ofiarę i prosi dla was o błogosławieństwo. Czy ktoś jest w Pekinie, Argentynie, czy Australii, modlitwa proboszcza dociera do niego. To jest ważny moment. Parafia modli się za wszystkich swoich członków i wszyscy mają udział w tej modlitwie.

    Po drugie. Mamy zapewnioną opiekę duchową, a więc ochrzczony zawsze może wezwać kapłana do posługi wobec chorych, może poprosić o rozgrzeszenie i Komunię świętą, ma do tego prawo.

    Po trzecie. Mamy prawo do wsparcia materialnego, kiedy nasza sytuacja jest krytyczna. Każda parafia prowadzi akcję charytatywną i zajmuje się opuszczonymi. Mamy prawo do pomocy i z tego prawa trzeba korzystać.

    Jakie są obowiązki wynikające z przynależności do Kościoła? Jednym jest obowiązek troski o parafialną świątynię, o jej piękno, o budowę, rozbudowę i remont. Świątynia to nasz wspólny dom. Drugim obowiązkiem jest odpowiedzialność za utrzymanie kapłana. Trzecim, odpowiedzialność za współbraci, za organizowanie i niesienie im pomocy. Czwartym jest obowiązek godnego reprezentowania parafialnej wspólnoty.

    Zdarza się, że korzystamy z pomocy innych kościołów. Jesteśmy zebrani w krakowskim kościele, który należy do parafii św. Anny. Takich świętych obiektów należących do tej parafii jest pięć i wszystkie są związane z parafią. Korzystamy z innych ośrodków ponieważ parafie są za duże. Niemniej związek z rodzinną parafią, z tą chrzcielnicą, przy której zostaliśmy ochrzczeni, powinien pozostać na całe życie. Kiedyś podeszła do mnie kobieta, która przyjechała do parafii po pięciu latach. Przyniosła ofiarę na odnowienie chrzcielnicy. “Tu zostałam ochrzczona, a teraz mieszkam już za granicą, ale tu jest mój rodzinny kościół”. Piękne wyznanie wiary i znak tej troski, by kościół rodzinny dalej rozwijał się, żył i wielbił Boga.

    Podziękujmy dziś za przynależność do wielkiej wspólnoty zbawionych. Podziękujmy za chrzest, za naszą rodzinną parafię, za tych, którzy nas chrzcili. Pamiętajmy, że gdziekolwiek na świecie podejdziemy do ołtarza, na którym jest sprawowana Eucharystia, tam jest nasz dom.

    9. Obowiązki chrzestnych

    Chrzest włącza nas we wspólnotę Kościoła. Chodzi równocześnie o wspólnotę świętych oraz o wspólnotę Kościoła widzialnego na ziemi. Świadkiem włączenia we wspólnotę Kościoła widzialnego jest kapłan, który udziela chrztu i wpisuje w księgę metrykalną, oraz tak zwani rodzice chrzestni. Oni są obecni przy chrzcie po to, aby w razie potrzeby, w późniejszych latach zaświadczyć, iż dany człowiek został ochrzczony, i aby w imieniu wspólnoty ludzi wierzących wziąć odpowiedzialność za przyszłe losy tego dziecka. Chodzi o odpowiedzialność za wiarę, którą otrzymuje ochrzczony, i odpowiedzialność za jego losy doczesne. W tej sytuacji rodzice chrzestni winni być wierzący, praktykujący i mieć poczucie odpowiedzialności za przyjęte na siebie obowiązki. Winni żyć w zgodzie z prawem Bożym i z prawem Kościoła. Dlatego nie należy prosić do posługi przy tym sakramencie takich, którzy są w konflikcie z przykazaniami. Nie zawsze wśród bliskich są ludzie, którzy mogą podjąć odpowiedzialność za religijne wychowanie dziecka, wówczas należy szukać ludzi prawych wsród dalszych znajomych, a niekiedy nawet wprost porozmawiać z kapłanem, kto w parafii mógłby być ojcem lub matką chrzestną. Bywa, że rodzice chrzestni powinni podjąć całą odpowiedzialność za losy dziecka tu na ziemi. Podaję konkretny wypadek. Matka pięciorga dzieci umiera na raka, półtora roku później ojciec ginie w wypadku samochodowym. Zostają małe dzieci. Każde jest ochrzczone. W sumie mają dziesięciu rodziców chrzestnych. Gdyby oni się spotkali i zorganizowali dla dzieci dom, rzecz z pewnością by się udała. Jedna dziesiąta wkładu to stosunkowo niedużo. Perspektywa wychowania tych dzieci i stworzenia im domu, przy współpracy rodziców chrzestnych była realna. Tymczasem z tych dziesięciu matka chrzestna jednego dziecka podjęła obowiązek czuwania nad tą gromadką, a wszyscy inni umyli od tego ręce. Pytam, dlaczego zgodzili się na chrzestnych, skoro nie chcieli podjąć obowiązków. To się rzadko zdarza w tym wymiarze, ale może zaistnieć.

    Chrzestni powinni w czasie Mszy świętej chrzcielnej przystąpić do Komunii świętej. Jest to bowiem dowód ich pełnego uczestniczenia w życiu Kościoła. Niestety dziś przy płytkim rozumieniu chrześcijaństwa najczęściej motywem doboru rodziców chrzestnych są pieniądze. Chodzi bowiem o drogie prezenty. Warto pamiętać, iż prezenty przy wszystkich uroczystościach religijnych są bardzo niebezpieczne. Po pierwsze dlatego, że przysłaniają samo spotkanie z Bogiem. Trwają dyskusje na temat otrzymanych prezentów z okazji pierwszej Komunii świętej, chrztu, a nawet z okazji bierzmowania, a nie ma dyskusji na temat wielkiego daru, jaki w sakramencie podaje Bóg. Przynoszący prezenty stają się ważniejsi aniżeli Bóg, który udziela łaski.

    Drugie niebezpieczeństwo drogich prezentów polega na tym, że dzielą ludzi. Osobiście znam wiele sytuacji, w których poróżnienie między ludźmi nastąpiło na skutek tego, że matka chrzestna przyniosła wielki dar, a ojciec chrzestny mały. Czy chrzest to okazja do dzielenia ludzi? Ktoś może dużo mieć, lecz winien się liczyć z tym, by dając jakikolwiek prezent nie wyrządzić krzywdy dziecku, a równocześnie tym, którzy prezent chcą przekazać, a nie stać ich na to. W prezentach chrzestnych chodzi głównie o jakiś dar religijny, który byłby pamiątką spotkania człowieka z Bogiem, jakkolwiek mogą również być dary o charakterze doczesnym, takie które przydadzą się dziecku.

    Najważniejsze jednak, by rodzice chrzestni ofiarowali dziecku swoją przyjaźń, swoje serce i gotowość pomocy w jego życiu, bez względu na to, w jakiej znajdzie się sytuacji. Czasami trzeba pomóc w szkole lub w załatwieniu pracy, czasami trzeba pomóc w studiach. Należy pomóc rodzicom dziecka, kiedy ono jest chore. To jest odpowiedzialność za szczęście tego dziecka. Dziecko powinno liczyć na rodziców chrzestnych, to znaczy mieć do nich zaufanie i cenić ich autorytet.

    Przyjęcie chrzcielne winno mieć charakter religijny. Stół jest potrzebny jako miejsce objawiania radości, przy stole powinniśmy się spotkać z sobą i ciągle trzeba pamiętać, by przy tym stole nie obrazić Boga. W polskich układach szczególnie chodzi o to, by nie było zgorszenia przez pijaństwo. Dotyczy to wszystkich innych religijnych spotkań przy stole, a więc z okazji Pierwszej Komunii świętej, bierzmowania, ślubu kościelnego czy nawet prymicji.

    Kończąc tę krótką refleksję chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że rodzice chrzestni nie są koniecznie potrzebni do tego, by chrzest był ważny. Są sytuacje, kiedy nie może być żadnego świadka. Na przykład pielęgniarka odbiera dziecko, które jest bardzo słabe, i pyta się matki czy może ochrzcić dziecko. Jeśli matka powie, że tak, może je ochrzcić bez rodziców chrzestnych i chrzest będzie ważny. Dziecko zostanie włączone do Kościoła i wypełnione łaską uświęcającą.

    Podziękujmy dziś za rodziców chrzestnych, którzy uczestniczyli w akcie naszego ubogacenia wtedy, kiedy zostaliśmy wypełnieni łaską uświęcającą i włączeni do Kościoła. Podziękujmy za nich, jeśli nam pomagali w życiu, i pomódlmy się za nich, jeśli o nas zapomnieli. Jeśli natomiast ktoś z nas jest ojcem lub matką chrzestną, to trzeba dziś postawić pytanie, czy ten obowiązek jest przez nas spełniony dobrze. Jeśli nie musimy pomagać materialnie, to zastanówmy się, czy nasza pomoc duchowa, dobra rada, braterskie upomnienie i modlitwa towarzyszy dziecku, a winna towarzyszyć do końca naszego życia.

    10. Aktualne pytania

    Dziś chciałbym odpowiedzieć na kilka pytań, które łączą się z udzielaniem chrztu świętego. Pierwsze z nich: kto może ochrzcić człowieka? Może to uczynić każdy, kto tylko chce to uczynić zgodnie z wymaganiami Kościoła. Każdy może być szafarzem chrztu świętego. Chrzest nie jest zarezerwowany dla kapłanów. Wiemy, że przez chrzest człowiek otrzymuje łaskę uświęcającą, stąd też prawo do udzielania chrztu posiada każdy człowiek dobrej woli. Może udzielić ważnie chrztu świętego ten, kto nie posiada łaski uświęcającej i sam żyje w grzechu. Jest tak dlatego, że łaska łączy się ściśle z samym sakramentalnym znakiem, a nie zależy od świętości szafarza, czyli tego, kto udziela chrztu. Człowiek udzielający chrztu, nawet gdyby był w grzechu ciężkim, nie popełnia grzechu, chodzi tu bowiem o wieczne dobro tego, kto ma być ochrzczony.

    Chrztu można udzielić, kiedy dostęp do kapłana jest trudny. Tak było przez wiele lat na terenie Związku Radzieckiego, gdzie chrztu udzielali ludzie świeccy. Może to mieć miejsce na polskiej ziemi, kiedy ktoś umierający prosi o chrzest, a kapłan nie może przybyć, czy też wówczas, gdy rodzi się słabe dziecko i grozi mu śmierć. Wówczas chrztu może udzielić matka dziecka, ojciec albo osoba, która towarzyszy matce przy porodzie. Jeśli takie dziecko wraca do pełni sił, można przynieść je do kościoła celem uzupełnienia obrzędu. Jeśli kapłan ma stuprocentową pewność, że osoba udzielająca chrztu uczyniła to w sposób właściwy, modli się przy tym dziecku i przeprowadza je przez wszystkie obrzędy towarzyszące, nie udzielając mu już chrztu, dlatego że tego sakramentu nie można udzielić dwukrotnie. Jeśli kapłan ma wątpliwości, czy osoba udzielająca chrztu zrobiła to poprawnie, może ponowić obrzęd warunkowo.

    Następne pytanie, dziś coraz częściej stawiane: Czy należy udzielać chrztu dziecku, czy człowiekowi dorosłemu? W Kościele od początku udzielano chrztu dzieciom, zwłaszcza wtedy, kiedy w ich oczy zaglądała śmierć. W starożytności jednak zdecydowaną przewagę miał chrzest ludzi dorosłych. Wielu chrześcijan nawet odkładało chrzest na ostatnie dni swojego życia. Warto dodać, że dorosły człowiek nie musi przed chrztem się spowiadać, gdyż spowiedź jako sakrament jest przeznaczona dla tych, którzy już są ochrzczeni. Najczęściej jednak, chcąc ukoronować swoje nawrócenie, które łączy się ze zmianą życia i wejściem w świat wiary, proszą o dłuższą rozmowę, w czasie której podsumowywują z punktu widzenia dobra i zła dotychczasowe życie. Takiej rozmowy oczekują, nie jest to jednak spowiedź i gdyby tej rozmowy nie było, ich chrzest jest ważny. W starożytności dość często odkładano chrzest, bo sakrament pokuty, o którym tu będziemy mówili, był połączony z bardzo surową dyscypliną pokutną. Za pewne grzechy, które człowiek wyznał, zwłaszcza grzechy publiczne, musiał pokutować dziesięć, piętnaście lat, a niekiedy do końca życia. Nie chcąc więc ryzykować, wielu odkładało chrzest aż do ostatnich dni. Miało to miejsce nawet w rodzinach bardzo pobożnych. Ponieważ jednak nagła śmierć uniemożliwiała przyjęcie chrztu, Kościół — widząc olbrzymie ryzyko utraty zbawienia — wezwał rodziców do odpowiedzialności za zbawienie dziecka i — jeśli to tylko możliwe — do chrzczenia go stosunkowo szybko po narodzeniu.

    Czy dziś w Kościele polskim jest oficjalnie prowadzony obrzęd chrztu dorosłych? W Krakowie, w kościele św. Marka, jest prowadzony katechumenat dla ludzi dorosłych, którzy nie są ochrzczeni. W tym kościele można zobaczyć, jak wygląda obrzęd chrztu dorosłych w liturgii Wigilii Paschalnej. Ci, którzy nie mogą uczestniczyć w tym zbiorowym przygotowaniu, mogą być przygotowani przy swojej parafii.

    Po Soborze Watykańskim II postawa Kościoła wobec chrztu dziecka uległa pewnej zmianie, nie z tej racji, aby Kościół nie chciał, aby dziecko było ochrzczone, ale z tej racji, że mamy obecnie w Kościele dużą liczbę ludzi, którzy nie praktykują. Zrezygnowali z przystępowania do Komunii świętej, a chcą, aby ich dziecko było ochrzczone. Tam zaś, gdzie nie ma widoków na religijne wychowanie dziecka, Kościół odmawia chrztu dzieciom. Wyjątek stanowi choroba. Dziecko ochrzczone pozostaje w rękach rodziców, jeśli więc oni sami nie cenią wartości religijnych, trudno, aby pielęgnowali je w sercu dziecka. Proszę się nie dziwić, bo obecnie możecie się spotkać z sytuacją, w której kapłan powie, nie udzielimy chrztu dziecku, lecz zostawimy to albo do Pierwszej Komunii Świętej (może sami rodzice powoli do religijnych wartości dorosną), albo do pełnej dojrzałości dziecka. Takich sytuacji w Polsce jest coraz więcej. Mówimy, że Polska jest katolicka, ale niski poziom życia religijnego w rodzinach świadczy o tym, że trzeba do tego określenia podejść bardzo ostrożnie.

    Kończąc zwracam uwagę jeszcze na jedno aktualne zjawisko. Młodzi ludzie mają pretensje, że rodzice za nich zadecydowali, że ich “rzucili” w świat wiary, w który oni w ogóle nie chcieli wchodzić. Według nich rodzice nie mają prawa podejmować takich decyzji. Trzeba postawić sprawę jasno. Chodzi o pytanie, czy młody człowiek może mieć pretensje o to, że ma zdrowe oczy. Wiara to są nowe oczy, to wejście w świat wiecznych wartości. Czy można mieć pretensje o to, że ktoś wyprowadził mnie z ciemności i wprowadził w świat światła? Ktokolwiek rozumie, czym jest chrzest, może być tylko i wyłącznie wdzięczny temu, kto wprowadził go w światło wiary. Zarzut świadczy o kompletnym niezrozumieniu tego, czym jest chrzest. Podejmując rozmowy z ludźmi na te tematy, trzeba pytać, czym według danego człowieka jest chrzest, co on daje? Małe dziecko liczące sześć lat przychodzi do ojca i mówi: tato, kiedy ty mnie wreszcie ochrzcisz, bo ja bez chrztu nie mam nawet prawa wejść do kościoła. Wytłumaczyli mu to rówieśnicy na podwórku przed blokiem. To jest świadomość wartości. A jeśli ktoś ma pretensje, że nie pozwolono mu zostać w świecie ciemności i wprowadzono go w świat jasności, to trudno z takim człowiekiem dyskutować.

    Podziękujmy dziś Bogu za tych, którzy zatroszczyli się o nasz chrzest i wprowadzili nas w świat wiary.

    11. Rodzaje chrztu

    Dziś kończymy naszą refleksję nad tajemnicą sakramentu chrztu. Przede wszystkim pragnę zwrócić uwagę na różnicę, jaka istnieje między chrztem, którego udzielał Jan, i chrztem, którego udzielali i udzielają do dziś uczniowie Jezusa Chrystusa.

    Do Jana przychodzili wierzący Żydzi i słuchając jego kazań, odkrywali, jak wielkim błędem w ich życiu były grzechy. Przyznawali się przed nim do tych grzechów, wyznawali je, co było połączone z aktem żalu. Jan zanurzał ich w wodach Jordanu i tak oczyszczonych odsyłał do domu. Święty Łukasz Ewangelista wyraźnie zaznacza, że Jan udzielał chrztu “na odpuszczenie grzechów”.

    Chcąc odkryć zasadniczą różnicę, jaka istniała między chrztem Jana a chrztem Jezusa Chrystusa, trzeba sobie uświadomić, że chrzest Jana nie był w stanie udzielić człowiekowi Ducha Świętego. Posłużę się porównaniem. Nasze serce podobne jest do naczynia, do którego zbieramy różne wartości, czasami zamiast wartości zbieramy śmieci, których się później wstydzimy. Chcemy je z serca wysypać. To jest wyznanie grzechów. Następnie trzeba to serce wymyć. To jest gest zanurzania w wodzie. Serce jest wprawdzie czyste, ale serce jest puste. Ponieważ św. Jan nie mógł udzielić Ducha Świętego, ludzie na podstawie żalu otrzymywali odpuszczenie grzechów przez nich popełnionych. Chrzest Jana nie mógł zgładzić grzechu dziedzicznego, grzechu pierworodnego. Z wody Jordanu wychodzili ludzie czyści, ale ich serce było puste.

    I oto przychodzi do Jana Chrystus. Nie miał On nic w swoim sercu, czego musiałby się wstydzić. Nie złożył więc wyznania grzechów, ponieważ ich nigdy nie popełnił. Podszedł do Jana, prosząc, by zanurzył Go w tej wodzie. Jan się broni: To Tyś powinien mnie ochrzcić, a nie ja Ciebie. Jezus poleca: zanurz, bo to jest wielka lekcja, której chcemy udzielić, Ja, Ojciec i Duch Święty, całej ludzkości. Chcemy pokazać, na czym polega tajemnica sakramentu chrztu. Zanurz. Jan spełnia to polecenie. Chrystus wychodzi na brzeg i w tym momencie następuje publiczne wypełnienie Chrystusa Duchem Świętym. Duch Święty zstępuje na Chrystusa. Od tego momentu Chrystus będzie rozlewał tego Ducha Świętego już w sposób widzialny, czy w formie cudów, a więc działania Bożego, czy na zasadzie pouczenia, czyli głoszenia nauki Bożej. Oto zasadnicza różnica między chrztem Jana, a sakramentem chrztu, który na brzegu Jordanu został objawiony. Kto przyjmuje sakrament chrztu, jego serce zostaje wymyte z grzechów i wypełnione Bogiem. To jest największe wydarzenie. Naczynie już nie jest puste, jest nie tylko czyste, ale jest pełne Boga.

    Wykorzystując to porównanie, pragnę uświadomić również drugą rzecz. Mianowicie, my najczęściej oceniamy ludzi na podstawie wartości samego naczynia. Jeżeli mam drogocenną wazę chińską, pięknie ozdobioną, to choćby ona była pusta, to w naszych oczach przedstawia wartość tysiące razy większą, aniżeli kubek zrobiony z gliny. Tak szacujemy ludzi.

    Co się dokonuje na chrzcie świętym? Na chrzcie naczynie serca zostaje wypełnione wartością, która miliardy razy przewyższa wartość samego serca. Dlatego Kościół z polecenia Boga udziela chrztu dzieciom, ludziom upośledzonym i kalekim. Są to naczynia z punktu widzenia tego świata mało wartościowe, czasami nawet stawiamy pytanie, jaki jest sens podtrzymywania życia w takim naczyniu. Otóż chciałbym wyraźnie podkreślić, że po chrzcie świętym te “marne” naczynia ze względu na zawartość przedstawiają miliardy razy większą wartość, aniżeli najpiękniejszy wazon chiński, jaki jest na ziemi. Niebo to jest miejsce, gdzie się gromadzą serca pełne Ducha Świętego, pełne Boga. Czyli wejście do nieba nie zależy od wartości samego naczynia, tylko od tego, czy ono jest pełne Boga czy nie. To jest wielki gest miłosierdzia Bożego. W oparciu o to porównanie możemy zrozumieć, dlaczego Kościół tak bardzo zabiega, by sakrament chrztu świętego mógł być udzielony możliwie przez każdego, kto chce tym sakramentem szafować. Nie jest to, jak wspomniałem, sakrament zarezerwowany dla kapłana, lecz każdy człowiek dobrej woli, nawet niewierzący, może udzielić chrztu, dlatego że chodzi o Boże bogactwo przelane w serce człowieka. To nas wzywa do wielkiej ostrożności w ocenie człowieka. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni. To jest to myślenie Boga, które jest zupełnie inne, aniżeli nasze. Człowiek wierzący, jeśli potrafi dostrzec bogactwo Ducha Świętego ukryte w naczyniu serca, czasem bardzo skromnym, nawet uszkodzonym, z wielkim szacunkiem pochyli się nad każdym człowiekiem. Tu niejednokrotnie rozmijają się drogi nasze i drogi Boże. To jest niezwykle istotny element, na który szczególnie zwracam uwagę, ponieważ wzywa on nas do wielkiego dziękczynienia Bogu za to, że nasze serca stały się mieszkaniem Boga, bo inaczej nie byłoby nas przy tym ołtarzu. To chrzest dał nam prawo gromadzić się blisko źródła, w którym bije miłość Boga.

    Jeśli tak jest, jeśli tylko serce wypełnione Bogiem może dostąpić zbawienia, czyli znaleźć się w niebie, to powstaje pytanie, czy ludzie, którzy nie zostali ochrzczeni, nie dostaną się do nieba. Kościół od samego początku uczy, że istnieją trzy rodzaje chrztu: chrzest z wody i Ducha Świętego, czyli sakrament, o którym mówimy. Drugi to chrzest z krwi i Ducha Świętego. Tam, gdzie mamy do czynienia z męczeństwem za wiarę, człowiek nie musi być zanurzony w wodzie, a zostaje wypełniony Duchem Świętym. Sama bowiem wiara w tej sytuacji wystarczy, aby serce zostało oczyszczone i wypełnione Duchem Świętym. Stąd też męczeńska śmierć to chrzest krwi. W niebie jest wielu ludzi, zwłaszcza z terenów misyjnych czy z pierwszych wieków chrześcijaństwa, którzy dostąpili zbawienia i są kanonizowani, czyli uznani za świętych, a nie zostali ochrzczeni w wodzie, tylko we własnej krwi.

    Wreszcie istnieje chrzest pragnienia. Każdy, kto autentycznie pragnie zjednoczyć się z Bogiem, choć może o chrzcie nic nie wiedzieć i o Kościele nic nie słyszeć, to jeśli jego serce jest wypełnione pragnieniem i tęsknotą nawiązania kontaktu z Bogiem, Duch Święty wypełnia je sobą. Wielu ludzi, przez wszystkie wieki, dostaje się do nieba na podstawie tego chrztu pragnienia. To są ludzie, którzy duchowo należą do Kościoła. Będziemy bardzo zdziwieni, gdy w Królestwie Bożym zobaczymy miliony ludzi. Św. Augustyn powiedział słynne zdanie: “Kościół ma wielu ludzi, którzy nie należą do Boga, i Bóg ma wielu ludzi, którzy nie należą do Kościoła”. W tym zdaniu jest właśnie wyrażona prawda o przynależności do Kościoła na podstawie chrztu pragnienia.

    Kończymy refleksję nad tajemnicą chrztu. Za tydzień przejdziemy do sakramentu bierzmowania. Chciałbym wezwać do wielkiego dziękczynienia Bogu za to, że nasze serce, wcale nie najpiękniejsze, nie genialne, lecz zwyczajne nasze serce, które oprócz Boga my sami najlepiej znamy, zechciał On wypełnić sobą i uczynić swoją świątynią. Od tego chrztu przedstawiamy wartość miliardy razy większą — nie tylko dla Boga, ale dla wszystkich, którzy myślą po Bożemu — aniżeli genialni ludzie, których serce nie zostało zamienione na Bożą świątynię.

    ks. Edward Staniek, ,,Uwierzyć w Kościół”

    mp/mateusz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwo-zbrodnia w Wielkiej Brytanii: kolejna osoba ukarana za modlitwę pod „kliniką” aborcyjną

    fot. Pixabay

    ***

    Po brutalnym zatrzymaniu brytyjskiej kobiety za cichą modlitwę pod placówką zbrodniczego przemysłu aborcyjnego przyszedł czas na kolejnego obywatela. Tym razem służby ukarały ojca chłopca zamordowanego przed laty w jednej z tzw. „klinik” za pojawienie się pod jej murami i modlitwę o zbawienie dziecka.

    Weteran wojenny Adam Smith-Connor przed dwiema dekadami popełnił życiowy błąd – uczestniczył w dzieciobójstwie własnego syna w jednej z brytyjskich placówek aborcyjnych. Jak wspomina, sam sfinansował wtedy morderczą procedurę – której teraz głęboko żałuje. Konsekwencje tej decyzji wciąż prześladują go po latach od tragicznego wydarzenia – przyznaje Brytyjczyk.

    Jak wyjaśnia, własne doświadczenie nauczyło go, jak krzywdząca jest aborcja, wbrew propagandzie lewicowych środowisk i przemysłu aborcyjnego. Szczególnie rani ona kobiety i niszczy rodziny, podkreśla Smith-Connor.

    Pogrążony w żalu z powodu śmierci własnego syna i swojego udziału w niej, mężczyzna postanowił udać się pod oddział aborcyjny prowadzony przez tzw. British Pregnancy Advisory Service w Bournemouth. Tam stanął plecami do morderczej placówki i rozpoczął milczącą modlitwę za duszę zmarłego chłopca, a także innych zamordowanych nienarodzonych, ich rodziny oraz personel morderczego centrum.

    Modlitwę mężczyzny przerwał funkcjonariusz policji, który zbliżywszy się spytał o cel jego obecności nieopodal aborcyjnej placówki. Adam Smith-Connor zgodnie z prawdą wyjaśnił, że modli się o duszę zmarłego dziecka. Odpowiedź ta stała się powodem jego prawnych problemów.

    W odpowiedzi funkcjonariusz wyraził współczucie z powodu straty mężczyzny… jednocześnie jednak poinformował go, że podejrzewa go o przekroczenie przepisów „bezpieczeństwa wewnętrznego”. Po rozpoczęciu czynności obywatel został ukarany mandatem. Prawnicy z organizacji Alliance Defending Freedom starają się jednak o uchylenie nałożonej kary.

    Wprowadzone przez władze Bournemouth, Christchurch i Poole przepisy, zabraniające modlitwy przed dzieciobójczymi placówkami, mają rzekomo przeciwdziałać „antyspołecznym” postawom. Będą obowiązywały przez najbliższe 3 lata.

    źródło: catholicnewsagency.com/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 1 STYCZNIA 2023 – NOWY ROK

    UROCZYSTOŚĆ

    ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI MARYI

    Święto dwóch tajemnic

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    ***

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego…

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    Za odmówienie hymnu “O Stworzycielu Duchu przyjdź” w Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Dlaczego św. Jan Paweł II całował ziemię?

    Złe duchy nie mogły tego znieść!!!

    Ksiądz Marian Rajchel, egzorcysta z diecezji przemyskiej, opowiadał, że podczas jednego z egzorcyzmów demon wrzasnął: Ten Wasz PAPIEŻ!!! On tym pocałunkiem więcej nam szkody czyni niż WY WASZYMI egzorcyzmami! Jeden taki pocałunek gorszy niż 1500 egzorcyzmów. Dla nas to był tylko piękny gest – mówił ks. Marian. – Nie… to była miłość do tej ziemi i zły duch to dobrze odczytał.

    Chodziło o pocałunek, który Jan Paweł II składał na ziemi za każdym razem, gdy przybywał do jakiegoś kraju. Tego pocałunku nauczył się od św. Jana Marii Vianneya, proboszcza z Ars, który czynił to samo, przekraczając granicę parafii, do której został posłany. Innym razem, jak mówił egzorcysta, Zły nie wytrzymał: Najgorszy był dzień jego urodzenia… powtórnego, dla nieba. Na jego wezwanie ja pierzchnąć muszę.

    Francesca z Umbrii

    Bywało i tak, że Jan Paweł II sam sprawował egzorcyzmy. Jedna z takich sytuacji wydarzyła się w Watykanie w pierwszych latach pontyfikatu. Biskup Ottorino Pietro Alberti ze Spoleto wziął pod ramię kobietę i wspólnie z jej proboszczem, księdzem Baldino, wprowadził ją do pokoju. Francesca, 22-letnia mieszkanka Umbrii, stawiała opór. To był wyjątkowo trudny przypadek. Ani Alberti, ani nikt inny w jego diecezji nie mógł sobie dać z tym rady. Już kiedyś w Spoleto miała miejsce podobna sytuacja. W 1951 roku miejscowy egzorcysta, ksiądz Corrado Balducci, nie potrafił wypędzić złego ducha z pewnej starszej kobiety. Zawiózł ją do ówczesnego papieża Piusa XII, który uwolnił nieszczęśliwą. Czy papież z Polski pomoże Francesce?

    Jan Paweł II wszedł do pokoju. Kobieta natychmiast rzuciła się na ziemię i zaczęła wrzeszczeć. Tarzała się po podłodze i krzyczała, krzyczała tak głośno, że słychać to było w pobliskich pomieszczeniach. Papież otworzył rytuał egzorcyzmów i zaczął się modlić. Minuta, dwie, trzy. Wrzask nie ustawał. Francesca przewracała się z boku na bok, kręciła się, wydawało się, że za chwilę oczy wyskoczą jej z orbit.

    – Jutro odprawię za ciebie Mszę – powiedział Jan Paweł II. Kobieta znieruchomiała. Usiadła na podłodze i spojrzała na Ojca Świętego. Miała zupełnie inny wzrok niż przed chwilą. Jej oczy patrzyły rozumnie, była w nich jakaś pogoda i spokój. Wstała.

    – Co się stało? – zapytała.

    – Francesca, wróciłaś, odzyskaliśmy cię! – proboszcz Baldino był zachwycony. – Modlitwy Ojca Świętego uwolniły cię od demona. Jan Paweł II przyglądał się jej uważnie. – Pierwszy raz widzę coś podobnego, to prawdziwa scena biblijna – powiedział. Uścisnął Francescę, pobłogosławił ją i wyszedł.

    Zły duch to nie symbol

    Jezus wielokrotnie uwalniał ludzi od złych duchów. Miał nad nimi władzę, którą one rozpoznawały i poddawały się jej. Tak było w tamtych, odległych czasach. Ale teraz, w XXI wieku? Nawet wśród ludzi Kościoła nierzadki był pogląd, że ewangeliczne opisy egzorcyzmów to pełne wschodniej przesady symboliczne opowieści. Niechętnie tłumaczono zło działaniem niewidzialnych mocy. Przyjaciel Jana Pawła II, francuski pisarz André Frossard, podjął nawet polemikę z tymi poglądami, publikując książkę „36 dowodów na istnienie diabła”.

    Papież nie potrzebował tych dowodów. Wystarczyło zobaczyć Auschwitz, posłuchać opowieści więźniów obozów koncentracyjnych, pomyśleć o Katyniu. Diabolos, ten który przeciwstawia sobie ludzi, rozbija jedność, posługuje się kłamstwem, wprowadza zamęt w ludzkie dusze – tego dnia był tak blisko niego. Ale uciekł. Wystarczyło jedno zdanie: Jutro odprawię za ciebie Mszę.

    Paweł Zuchniewicz

    (artykuł ukazał się w numerze 20 (kwiecień 2014) Miesięcznika Egzorcysta)

    Demon w Watykanie. Egzorcyzmy Karola Wojtyły
    fot. screenshot – YouTube (Krzysztof Tomczak)

    ***

    Demon w Watykanie. Egzorcyzmy Karola Wojtyły

    Św. Jan Paweł II nieraz stawał twarzą w twarz z demonem, zdarzało mu się też poddawać egzorcyzmom przybyłych do Watykanu wiernych. Za czasów swojego pontyfikatu wspierał egzorcystów, których posługa była wcześniej postrzegana jako relikt średniowiecza i z tej racji często lekceważona. Fabio Msrchese Ragona, włoski dziennikarz w swojej najnowszej książce „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje” odna-lazł jedną z najbliższych Karolowi Wojtyle osób, aby przekonać się, w co warto wierzyć, a co lepiej włożyć między bajki. Przeczytaj fragment książki.

    Na przestrzeni lat opowiadano o odprawianych przez polskiego papieża rytuałach najróżniejsze historie. Oficjalnie możemy przeczytać przynajmniej o trzech odprawionych przez ojca świętego egzorcyzmach, jeden odbył się w 1982, drugi w 1984, a trzeci w 2000 roku. Nie można jednak wykluczyć, że takich epizodów, skrzętnie ukrywanych przed oczami świata, było więcej.

    24 maja 1987 roku, przemawiając do wiernych w sanktuarium św. Michała Archanioła w Monte Sant’Angelo nieopodal Foggii, Jan Paweł II powiedział: „Ta walka z demonem, tak często kojarzona z postacią archanioła Michała, nadal jest aktualna, ponieważ demon wciąż żyje i działa na tym świecie. W istocie zło, które w nim jest, panujący w społeczeństwie nieład, niekonsekwencja człowieka i wewnętrzny rozłam, którego tenże człowiek staje się ofiarą, są nie tylko efektem grzechu pierworodnego, lecz także skutkiem nieustających i ukrytych poczynań szatana, owego zagrażającego naszej moralnej równowadze burzyciela, którego św. Paweł nie waha się nazywać «bogiem tego świata»”.

    Świadectwo

    Spotykam się w Rzymie z człowiekiem, który przez dwadzieścia siedem lat żył u boku Jana Pawła II, podążając za nim jak cień i robiąc miliony fotografii. To Arturo Mari, oficjalny fotograf papieża – urodzony w 1940 roku, dystyngowany, zawsze elegancki w swoich ciemnych garniturach. Mówi z charakterystycznym dla regionu Lacjum akcentem. – Miewałem lepsze dni – wyjaśnia z porozumiewawczym śmiechem, zanim rozmowa schodzi na temat egzorcyzmów. – Opowiem jedynie to, co widziałem na własne oczy, pomijając rzeczy, które znam z opowieści – dodaje, a ja mogę tylko zaakceptować tę jakże uprzejmą i szczerą propozycję. Zaczynamy od „najnowszego” egzorcyzmu. Karol Wojtyła odprawił go przed dwudziestu laty, we wrześniu 2000 roku, na dziewczynie o imieniu Sabrina. Arturo, który był świadkiem tej sceny, poprawia krawat, robi głęboki wdech i sięga pamięcią do tamtych szczególnych chwil. Kiedy audiencja generalna na placu św. Piotra dobiegła końca, ks. Stanisław (Dziwisz, będący wówczas osobistym sekretarzem Jana Pawła ii) podszedł do papieża, aby uprzedzić go, że jedna z obecnych tam młodych kobiet najprawdopodobniej jest opętana. Ojciec święty pobłogosławił wiernych z papamobile, po czym skierował się ku sektorowi, w którym przebywała dziewczyna, i polecił kierowcy się zatrzymać. Było to przy Bramie Dzwonów, w dość ustronnym miejscu. Dziewczyna była drobna, mogła ważyć trzydzieści pięć–czterdzieści kilogramów.

    Obok stało czterech papieskich tragarzy, a także dwóch watykańskich żandarmów. Wszyscy byli słusznej postury, można by rzec: prawdziwe osiłki! A jednak nie potrafili zapanować nad dziewczyną. Ojciec święty wysiadł z jeepa, przeżegnał się i zaczął się niespiesznie posuwać w stronę opętanej, odmawiając półgłosem łacińskie modlitwy. Im był bliżej, tym gwałtowniej dziewczyna złorzeczyła. Ciskała przekleństwa gardłowym głosem, który brzmiał jak głos mężczyzny. Wołała: „kuternoga!”, „przeklęty!”, „idź sobie!”, „dziad!”. Papież nie przestawał się modlić, a ona miotała się, tocząc z ust żółtą pianę. Nagle rozległ się krzyk demona: „Wiesz, że nie dam ci rady!”. Trwało to cztery, może pięć minut, które jednak wydawały się wiecznością. W dziewczynę jakby wstąpiły niespożyte siły. Szarpała się i wyrywała żandarmom. Gdy Jan Paweł II dokończył modlitwę i podszedł jeszcze bliżej, diabeł ponownie się rozjuszył: „Nie dotykaj mnie! Odejdź, przeklęty!”. Wtedy papież musnął czoło dziewczyny i udzieli jej błogosławieństwa. Powietrze rozdarł przerażający krzyk. Opętana osunęła się na ziemię i przez chwilę wyglądała, biedaczka, jak nieżywa. Potem z rozpromienioną twarzą wyciągnęła ręce, a ojciec święty uścisnął je i ją pogładził. Gdy doszła już do siebie, poszliśmy dalej.

    Królestwo zła istnieje

    W marcu 1981 roku, odprawiając w Bazylice św. Piotra przedświąteczną mszę dla studentów, Karol Wojtyła przypominał młodzieży: Chrystus potwierdza istnienie złego ducha i jego królestwa, w którym panują ściśle określone zasady. Zasady te wymagają nadzwyczaj logicznych działań, ponieważ to właśnie dzięki logice „królestwo zła” nie tylko istnieje, lecz także rozwija się w ludziach, ku którym się kieruje. Szatan nie może działać wbrew własnym zasadom, zły duch nie może przepędzić złego ducha. Tak mówi Chrystus. I pozostawiając wysnucie ostatecznych wniosków słuchaczom, dodaje: „A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże” ( Łk 11, 20).

    Arturo Mari nadal pamięta te słowa. I determinację, z jaką polski papież od pierwszych chwil po wyborze na biskupa Rzymu toczył boje z demonem. Papieski fotograf przypomina sobie również inny niewielki, ale jakże znaczący epizod z pierwszych lat pontyfikatu Jana Pawła II: otóż pewnego dnia, gdy Wojtyła odprawiał w Pałacu Apostolskim nabożeństwo różańcowe, demon zaznaczył swoją obecność.

    Zgromadziliśmy się w Auli Błogosławieństw. To było w czasie, gdy ojciec święty nie miał jeszcze nadmiaru obowiązków i w każdą sobotę wieczorem odmawiał różaniec z wiernymi, którzy przybywali do Pałacu Apostolskiego na modlitwę. Kiedy robiłem zdjęcia, wydarzyło się coś, co z miejsca przykuło moją uwagę. Zauważyłem dziewczynę, stała przy barierkach, które oddzielały wiernych od papieża. W pewnym momencie, gdy wszyscy recytowali różaniec, uklękła na posadzce i zaczęła powtarzać dziwnym głosem: „Zabierz mnie stąd, zabierz mnie stąd”. Papież modlił się żarliwie, młoda kobieta prawdopodobnie umknęła jego uwadze. Kiedy ponownie odwróciłem się w jej stronę, pełzła w kierunku wyjścia. Po chwili już jej nie było. Ten jakże osobliwy, jedyny w swoim rodzaju epizod wywarł na Arturze tak wielkie wrażenie, że chociaż minęło już niemal czterdzieści lat, fotograf nadal go pamięta. W jego wspomnieniach żyje również przemowa, którą Jan Paweł II wygłosił bez przygotowania we wrześniu 1988 roku, zwracając się po wspólnym obiedzie do osiemnastu biskupów oraz grupki salezjanów, którzy przyjęli go w stolicy Piemontu. „Turyn – powiedział wówczas Wojtyła – był dla mnie zagadką. Dzieje zbawienia uczą nas jednak, że tam, gdzie są święci, pojawia się również ktoś inny. Ktoś, kto przedstawia się cudzymi imionami, zamiast podać własne. Nazywa się go księciem tego świata, demonem. Któraż partia, któraż ideologia nie chciałaby być księciem tego świata?”. Te ostre jak nóż słowa wywarły na zgromadzonych wielkie wrażenie, a zarazem dowiodły, że ochrona wiernych przed niecnymi poczynaniami diabła bezustannie zaprzątała myśli Wojtyły.

    Fronda.pl

    Fragment pochodzi z książki „Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu po Medjugorje”, Wydawnictwo Esprit.

    Fabio Msrchese Ragona/„Mam na imię Szatan. Historie egzorcyzmów od Watykanu do Medjugorje”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Michale Archaniele broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha   bądź nam obroną. Niech mu rozkaże Bóg, pokornie prosimy, a Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    Za pontyfikatu papieża Leona XIII (1878-1903) masoneria nasiliła swoją działalność i mocno przystąpiła do ataku na Kościół katolicki. Dlatego Leon XIII wydał encyklikę Humanum genus, 20 kwietnia 1884 r., w której ukazał główne założenia masonerii, jej strukturę, metody działania, zagrożenia, jakie stwarza, i sposoby jej przeciwdziałania.

    Dwa lata później Papież Leon XIII napisał specjalną modlitwę (inwokację) do św. Michała Archanioła pod wpływem przerażającego widzenia demonów, które gromadziły się nad Wiecznym Miastem, aby je osaczyć. Nie znamy jednak dokładnie szczegółów tego widzenia. Jest pewne, że Papież napisał tę modlitwę, i 29 lipca 1886 r., polecił Sekretarzowi Kongregacji Obrzędów rozesłać ją do wszystkich Ordynariuszy świata, aby kapłani odmawiali ją wraz z wiernymi, klęcząc, po każdej tzw. Mszy św. cichej, tzn. nie śpiewanej. Inwokację do św. Michała Archanioła poprzedzały modlitwy do Matki Bożej (por. Decreta Liturgica, 1886, f. 44A, Archiwum Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, Ex Archiwum Kongregacji Obrzędów).

    Giuseppe Ferrari, we włoskim miesięczniku Madre di Dio [Matka Boża] (n. 2, luty, 1984, s. 4), w artykule pt. La visione diabolica di Leone XIII (Widzenie diabelskie Leona XIII), przytacza fragment artykułu o. Domenico Pechenino, zamieszczonego w czasopiśmie o niewątpliwej powadze Ephemerides Liturgicae (rok 1955, ss. 58-59), w którym wspomina o widzeniu, jakie miał Leon XIII. Pisze tam:  Nie pamiętam dokładnie roku… Pewnego rana wielki papież Leon XIII odprawił swoją Mszę św. i uczestniczył w drugiej, w ramach dziękczynienia, jak to miał zwyczaj czynić. W pewnej chwili zobaczono, że energicznie podniósł on głowę, potem utkwił mocno wzrok w czymś nad głową celebransa. Patrzył nieruchomo, bez poruszania powiekami, ale z uczuciem strachu i zdziwienia, zmieniając kolor i rysy twarzy. Coś niezwykłego, wielkiego, działo się w nim… Wreszcie, jakby wracając do siebie, czyniąc lekki, ale energiczny ruch ręką, wstał. Udał się do swojej Biblioteki Prywatnej. Jego najbliżsi współpracownicy udali się za nim z pośpiechem i niepokojem. Zapytali go delikatnie: „Czy Ojciec Święty nie czuje się dobrze? Czy potrzebuje czegoś?” Odpowiedział: „Nic, nic”, i zamknął się w pokoju. Po upływie pół godziny kazał wezwać Sekretarza Kongregacji Obrzędów, wręczył mu kartkę papieru, i polecił mu wydrukować napisany na niej tekst i rozesłać go do wszystkich Ordynariuszy świata. Co ta kartka zawierała? – Modlitwę, którą odmawiamy po Mszy św. wspólnie z wiernymi, z prośbą do Maryi i żarliwym wezwaniem do „Księcia wojsk niebieskich”, prosząc Boga, aby „strącił szatana do piekła”(Co więcej, zarządził, aby odmawiano tę modlitwę klęcząc).

                O widzeniu papieża Leona XIII i jego modlitwie wspomniał też kard. Nasalli Rocca w swoim Liście Pasterskim na Wielki Post (Bologna 1946). Kardynał pisał: Leon XIII osobiście napisał tę modlitwę… Słowa: „które krążą po świecie” (złe duchy), mają wyjaśnienie historyczne, które wiele razy powtarzał mi sekretarz osobisty Papieża ks. prałat Rinaldo Angeli. Leon XIII miał naprawdę widzenie złych duchów, które gromadziły się nad Wiecznym Miastem (Rzymem); z tego jego doświadczenia pochodzi modlitwa, którą chciał, aby była odmawiana w całym Kościele. Tę modlitwę sam Papież odmawiał głosem drżącym i mocnym: słyszałem go wiele razy w bazylice watykańskiej. Nie tylko tę modlitwę napisał: ale napisał także, własnoręcznie, specjalny egzorcyzm.

    Sobór Watykański II, dokonując reformy liturgicznej, zniósł modlitwy wprowadzone przez papieża Leona XIII, odmawiane bezpośrednio po Mszy św. cichej.  

    Od kilkunastu lat, za zgodą władz kościelnych, modlitwa do św. Michała jest odmawiana po Mszy św. w Zgromadzeniu św. Michała Archanioła i w parafiach przez niego prowadzonych.

      Szatan nadal podstępnie działa we współczesnym świecie. W Polsce ciągle, niestety – pisze ks. prof. Czesław Bartnik – nasilają się ataki na prawowierny Kościół, na etykę ewangeliczną i ogólnoludzką… Niewątpliwie w ogóle „diabeł wstępuje w serca wielu” (por. J 13, 27; Nasz Dziennik, 15-17 kwietnia 2006, s. 15). Ks. arcybiskup Angelo Comastri, autor tekstu Drogi Krzyżowej w 2006 r., której przewodniczył Benedykt XVI w Koloseum, napisał: Zagubiliśmy sens grzechu. Dziś przez oszukańczą propagandę szerzy się głupia apologia zła, absurdalny kult szatana, szalone pragnienie łamania zasad, kłamliwa i pusta wolność, która wynosi kaprys, wadę i egoizm, ukazując je jako zdobycze cywilizacji (stacja III). Wydaje się, że mamy do czynienia… z diaboliczną pychą, która zamierza zmieść rodzinę (stacja VII).

    Odmawiajmy codziennie modlitwę do św. Michała Archanioła w intencji Ojca Świętego i Kościoła Świętego, w intencji rodzin, dzieci i młodzieży,

    Do walki ze złem, pod sztandarem św. Michała Archanioła, zachęcał gorąco błogosławiony ks. Bronisław Markiewicz pisząc: Stójmy przy św. Michale, dzierżącym zwycięską ręką chorągiew Krzyża Chrystusowego, i pamiętajmy, że pod tą chorągwią, idąc naprzód i walcząc, pokonamy szczęśliwie wszystkie zasadzki i napaści złego ducha… (por. Powściągliwość i Praca, wrzesień 1902).

                                                                                            ks. Edward Data CSMA

    Modlitwy papieża Leona XIII do odmawiania na klęcząco we wszystkich Kościołach na świecie po Mszy św. cichej:

    Kapłan wraz z wiernymi odmawia Trzy Zdrowaś Mario, a następnie:

    Witaj, Królowo, Matko miłosierdzia, życie słodyczy i nadziejo nasza, witaj! Do Ciebie wołamy, wygnańcy synowie Ewy. Do Ciebie wzdychamy jęcząc i płacząc na tym łez padole. Przeto, Orędowniczko nasza, Twoje miłosierne oczy na nas zwróć. A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego po tym wygnaniu nam okaż. O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo.

    K. Módl się za nami, święta Boża Rodzicielko.

    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Pana Chrystusowych.

    Módlmy się:

    Boże, Ucieczko nasza i Mocy, wejrzyj łaskawie na lud do Ciebie wołający, i za wstawiennictwem chwalebnej i Niepokalanej Panny, Bogarodzicy Maryi, z błogosławionym Józefem, Jej Oblubieńcem, i błogosławionymi Apostołami Piotrem i Pawłem i wszystkimi Świętymi: racz miłościwie i łaskawie wysłuchać modlitw, które zanosimy do Ciebie o nawrócenie grzeszników, o wolność i o podwyższenie Świętej Matki, Kościoła. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Czasopismo Któż jak Bóg

       __________________________________________________________________________________       

    LITANIA DO ŚWIĘTEGO MICHAŁA ARCHANIOŁA

    Kyrie eleison, Chryste eleison, Kyrie eleison.
    Chryste, usłysz nas, Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże – zmiłuj się nad nami!
    Synu odkupicielu świata, Boże,
    Duchu Święty, Boże, .
    Święta Trójco, Jedyny Boże,
    Święta Maryjo, Królowo Aniołów – módl się za nami!
    Święty Michale Archaniele,
    Święty Michale Książę przesławny,
    Święty Michale dzielny w walce,
    Święty Michale pogromco szatana,
    Święty Michale postrachu złych duchów,
    Święty Michale wodzu wojska niebieskiego,
    Święty Michale zwiastunie Bożej chwały,
    Święty Michale radości Aniołów,
    Święty Michale zaszczycie nieba,
    Święty Michale przedstawiający Najwyższemu prośby nasze,
    Święty Michale obrońco dusz sprawiedliwych,
    Święty Michale posłanniku Boga,
    Święty Michale przewodniku nasz w modlitwie,
    Święty Michale nasza tarczo w pokusach,
    Święty Michale warownio ludu Bożego,
    Święty Michale stróżu i patronie Kościoła,
    Święty Michale dobroczyńco sławiących Cię narodów,
    Święty Michale chorąży zbawienia,
    Święty Michale aniele pokoju,
    Święty Michale prowadzący dusze do wiecznej światłości,
    Święty Michale zwierzchniku w niebie,
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    przepuść nam, Panie!
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    wysłuchaj nas, Panie!
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata,
    zmiłuj się nad nami!

    P. Módl się za nami, święty Michale Archaniele,
    W. Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.

    Módlmy się. Wszechmogący wieczny Boże, który św. Michała Archanioła ustanowiłeś obrońcą Kościoła i zwierzchnikiem raju, udziel za jego wstawiennictwem Kościołowi pomyślności i pokoju, a nam łaski w tym życiu i chwały w wieczności. Przez Chrystusa Pana na­szego. Amen.


    AKT POŚWIĘCENIA SIĘ MICHAŁOWI ARCHANIOŁOWI

    O wielki Książę niebieski, najwierniejszy stróżu Kościoła, święty Michale Archaniele, oto ja, chociaż bardzo niegodny Twego oblicza, jednak ufając Twojej dobroci, powodowany potężnym wpływem Twoich modlitw i licznymi Twymi dobrodziejstwami, staję przed Tobą w towarzystwie mego anioła stróża i w obecności wszystkich aniołów niebieskich, których biorę za świadków mego nabożeństwa ku Tobie. Ciebie dziś obieram za swego szczególnego obrońcę i orędownika. Postanawiam sobie mocno czcić Cię zawsze. Bądź przy mnie przez całe życie moje, abym nigdy nie obraził Pana Boga myślą, słowem lub uczynkiem. Broń mnie przeciw wszystkim pokusom szatańskim, głównie atakującym wiarę i czystość, a w godzinę śmierci uproś pokój mej duszy i zaprowadź mnie do ojczyzny wiecznej. Amen

    MODLITWY DO ŚW. MICHAŁA ARCHANIOŁA W RÓŻNYCH INTENCJACH 

    O PORANKU
    Święty Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga i całkowicie oddałeś się spełnianiu Jego świętej woli. Wstaw się za mną do Stwórcy, abym dzisiaj za Twoim przykładem, na początku nowego dnia, otwierając się na działanie Ducha Świętego, w każdej chwili dawał się Bogu, wypełniając z miłością Jego świętą wolę. Niech razem z Tobą wołam bez ustanku: Któż jak Bóg! Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    O POKORĘ
    Święty Michale Archaniele, pogromco szatana, ducha pychy, pomóż mi zwalczyć mój egoizm, który nie chce poddać się Bogu i Jego świętej woli. Wstawiaj się za mną do Pana, abym zachwycony Bogiem wołał do Niego w każdej chwili mego życia: Któż jak Bóg! Amen.

    W WALCE ZE ZŁYMI DUCHAMI
    Święty Michale Archaniele, który podjąłeś walkę ze smokiem, ze złym duchem, i zwyciężyłeś! Prosimy Cię, abyś zawsze wstawiał się do Boga za każdym człowiekiem atakowanym przez złego ducha. Naucz nas, święty Michale Archaniele, zwyciężać orężem wiary i miłości. Strzeż naszych dusz i pomóż nam pokonywać wszelkie ataki szatana – naszego odwiecznego wroga. Pomagaj nam zjednoczyć się z Bogiem, który jest naszą mocą. Amen. W imię Boga w Trójcy Jedynego, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, uciekajcie złe duchy z tego miejsca, nie patrzcie, nie słuchajcie, nie niszczcie i nie wprowadzajcie zamieszania do naszej pracy i naszych planów, które poddajemy zbawczemu projektowi Boga. Nasz Bóg jest waszym Panem i rozkazuje wam: oddalcie się i nie wracajcie więcej tutaj. Amen. Boże, Najwyższy nasz Panie, Twoją Boską mocą uczyń nas niewidzialnymi dla naszych wrogów! Święty Michale Archaniele, który wraz z aniołami zwyciężyłeś szatana w niebie, dopomóż nam zwyciężyć go na ziemi.

    O OBRONĘ KOŚCIOŁA
    Patronie Kościoła powszechnego i szczególny opiekunie Stolicy Apostolskiej, święty Michale Archaniele, błagam Cię z żywą wiarą i ufnością w Twe orędownictwo, racz bronić i strzec świętej Oblubienicy Chrystusa. Okaż się wielkim stróżem Kościoła w tych czasach, kiedy jest on atakowany przez nieprzyjaciół. Otocz przemożną opieką osobę Namiestnika Chrystusowego; w sercach wiernych chrześcijan wzbudź cześć dla zastępcy Jezusa Chrystusa na ziemi. Niech będą posłuszni Jego głosowi i darzą miłością Ojca wszystkich dzieci Bożych. Książę Kościoła i odwieczny stróżu ludu Bożego, racz powiększyć liczbę wiernych, powołać na usługi gorliwych apostołów i wielkodusznych obrońców sprawy Bożej. Nie pozwól, aby triumfowała nieprawość. Broń Stolicy Piotrowej, śpiesz jej z pomocą w każdej potrzebie, zwiąż jak najsilniej serca wszystkich wiernych z ośrodkiem jedności katolickiego świata. Amen.

    O DOBRĄ ŚMIERĆ
    Święty Michale Archaniele, chwało Kościoła pielgrzymującego, któremu Bóg zlecił przyjmowanie dusz po śmierci, oddaję się Twojej przemożnej opiece. Broń mojej duszy przed złym duchem i wszelkimi jego pokusami. Przyjmij mnie w godzinę śmierci do wiekuistej chwały, abym wraz z Tobą wychwalał Boga na wieki. Amen.

    __________________________________________________________________________________

    Papież Leon XIII

    W OBLICZY HISTORII

    w stulecie śmierci

    Kiedy Leon XIII obejmował władzę w Kościele po Piusie IX, w roku 1878, papiestwo i Kościół były zewsząd atakowane w niezwykły sposób. Kiedy Rzym został ogarnięty grupami piemontystów, niejeden przewidywał, że Pius IX będzie ostatnim Papieżem! Kiedy w r. 1881 przenoszono jego szczątki, motłoch, pod wpływem sekt przeciwnych religii, rzucał kamieniami w kondukt żałobny wyjąc:
    „Do Tybru – padlinę!”
    Papież Pius IX wiele się spodziewał po swoim następcy, nawet jeśli by pozostał jak i on za murami Watykanu. Mówił:
    „Wszystko zmieniło się wokół mnie, mój system i moja polityka miały swój czas, lecz jestem zbyt stary, aby zmienić kierunek. To będzie zadanie mojego następcy.”
    Zasiadając na tronie św. Piotra, w wieku 68 lat, Joachim Pecci nie chciał Kościoła oblężonego, wciąż w defensywie. Od początku swego pontyfikatu zadeklarował, że jedynie chrześcijaństwo jest zdolne zniszczyć do korzeni choroby współczesnego społeczeństwa. Trzeba więc było pilnie odbudować chrześcijańskie obyczaje. Czyż się nie znajdzie w klasycznej doktrynie Kościoła odpowiedzi na potrzeby współczesnych? Dla promowania chrześcijaństwa odnowionego i przystosowanego do epoki Leon XIII dysponował programem, jaki miał czas dopracować, gdy był jeszcze biskupem Peruzy w latach 184678.
    Bóg ofiarował mu pontyfikat wyjątkowo długi, 25-letni, aby skonkretyzował plan rechrystianizacji społeczeństwa we wszystkich dziedzinach: społecznej, intelektualnej i duchowej.

    PAPIEŻ – DYPLOMATA. CEL: ODBUDOWAĆ MIĘDZYNARODOWY WIZERUNEK PAPIESTWA

    Na Joachima Pecci, urodzonego w 1810 r., wywarł wielki wpływ sposób, w jaki jego ojciec administrował radą miasta w Carpineto. Książę Ludwik Pecci posiadł bowiem sztukę godzenia sprzecznych interesów, rozsądzania konfliktów i kojenia serc.
    W wieku 33 lat jego syn będzie miał okazję po raz pierwszy wykazać się sztuką dyplomacji, kiedy zostanie wysłany jako nuncjusz do Belgii, po przyjęciu sakry biskupiej. W latach 1843-1846 udało mu się, z pomocą biskupów, zapobiec zajęciu szkół katolickich przez państwo. Potem został zausznikiem króla Leopolda I znawcy europejskiej sceny politycznej. Po rozmowach z biskupem na tematy delikatne król wzniósł kiedyś okrzyk:
    „Zaprawdę, Ekscelencjo, jesteście równie dobrym politykiem, co wyśmienitym prałatem”.
    Jako papież, Leon XIII stwierdził z goryczą, iż większość państw w Europie i w Ameryce przyjęło politykę antykatolicką. Idee wolności, rozszerzone przez rewolucję francuską usunęły Kościół niemal ze wszystkich sfer. Nie słuchano go już! Czy chodziło zatem o zahamowanie parowca dziejów?
    Głęboka mądrość papieża, jego giętkość w negocjacjach, pozwoliła mu najpierw ujrzeć schyłek twardego kanclerza niemieckiego Bismarcka. Powoli udało mu się zniwelować wszystkie prawa Kulturkampfu, który prześladował katolików.
    Dzięki dyplomatycznej zwinności Namiestnika Chrystusa w Szwajcarii, Belgii, Portugalii, w Hiszpanii i w krajach Ameryki Łacińskiej katolicy mogli przeciwstawić się atakom swych przeciwników i odnieść sukcesy. Udało mu się ustanowić stosunki dyplomatyczne z prawosławną Rosją i z krajami protestanckimi, takimi jak Anglia, Stany Zjednoczone czy Norwegia.
    Jego przeciwnik Bismarck znalazł jedynie w nim sędziego, który rozstrzygnął konflikt pomiędzy Niemcami i Hiszpanią kłócącymi się o Wyspy Karolińskie na Oceanie Spokojnym! Uśmierzył nawet spory o granice pomiędzy Peru i Ekwadorem (1893), Haiti i Dominikaną (1895), Chile i Argentyną (1903) i inne.
    Jednak walki najbardziej niewdzięczne musiał toczyć we Francji i we Włoszech. W sprawie aneksji stanów papieskich nie było możliwe żadne zbliżenie pomiędzy nim a antyklerykalnym rządem włoskim. Podczas gdy niektórzy doradzali mu wygnanie – on, jak jego poprzednik – poszedł za radą św. Jana Bosko:
    „Niechaj wartownik stoi na swym posterunku, strzegąc Skały Boga!”
    W stosunkach z Francją, zwaną niegdyś najstarszą córą Kościoła, wzięło górę niezrozumienie. Pomimo zajadłych ataków świeckiej Republiki na nauczanie i katolickie fundacje, Leon XIII radził mądrze Francuzom, przeżywającym nostalgię za monarchią, by przyłączyli się do Republiki. Nie posłuchali go i konflikt jedynie się zaostrzył. Później zdano sobie sprawę z mądrości jego punktu widzenia, gdyż we Francji, jak gdzie indziej, ideałem stało się ustanowienie uczciwych relacji pomiędzy dwoma potęgami: władzą Boga i władzą cezara.
    Mądra dyplomacja papieża przyniosła owoce: w 1903 roku, w wieku 93 lat, Leon XIII mógł ujrzeć wokół swego tronu przedstawicieli wszystkich państw. Przybyli oddać królewski hołd człowiekowi pokój czyniącemu, „latarni ludzkości”, świętującej 25 lat pontyfikatu.

    PAPIEŻ – SPOŁECZNIK. CEL: POGODZIĆ KOŚCIÓŁ ZE ŚWIATEM PRACY

    To naturalne, że Leon XIII stał się „papieżem robotników”. W jego rodzinnym mieście rozpoznawano pałac Pecci’ch po tłumie ubogich, którzy przybywali tam, aby otrzymać pomoc. To w ten sposób biskup Peruzy, podczas głodu w 1854 roku, zmobilizował swą kuzynkę, aby ofiarowała ze swych dóbr posiłek głodnym.
    Od połowy stulecia był uważny na wszystkie ruchy społeczne, które rodziły się pośród oświeconych katolików, tu i tam, w świecie. Szukały one rozwiązania dla robotników, którzy byli w sytuacji nie do zniesienia. Ruchy te były ożywiane przez pionierów takich jak biskup Kettler w Niemczech, Manning we Francji.
    Od 1884 roku wraz ze spotkaniami Unii Fryburskiej zrodziło się autentyczne Międzynarodowe Chrześcijaństwo. Lecz pomiędzy tymi przebłyskami było zbyt wiele różnic dotyczących porządku społecznego.
    Leon XIII odczuwał, że był to moment zaproponowania wszystkim jednej, bezdyskusyjnej doktryny społecznej. Był rok 1891 powstała encyklika Rerum Novarum. Najpierw ujawnił w niej liberalizm ekonomiczny, który po zlikwidowaniu starych korporacji pozostawiał robotnika na pastwę wszechmocnego szefa i obecnych wszędzie świętych praw rynku.
    Ileż warte jest lekarstwo na to w postaci socjalkomunizmu? To system niesprawiedliwy, który gwałci prawo do własności, aby ustanowić równość… w ogołoceniu. To system brutalny, który wychwala nienawiść i niezgodę pomiędzy klasami społecznymi. To system niebezpieczny, gdyż ślepo zawierza opatrzności Państwa, które twierdzi, iż zastąpi opatrzność rodziny i Boga.
    Jako prawdziwe lekarstwo na społeczną konfrontację we wszystkich krajach Leon XIII proponuje chrześcijańskie braterstwo i solidarność klas. Zrodzone z naturalnych różnic, niezbędne do życia społecznego, klasy społeczne powinny się harmonijnie uzupełniać i żyć w równowadze. „Nie ma kapitału bez pracy ani pracy bez kapitału”. Praca jest szlachetna i domaga się słusznej zapłaty. Państwo zaś powinno wspierać najsłabszych przez adekwatne prawodawstwo.
    W sposób śmiały, jak na tę epokę, papież oświadcza w końcu, iż robotnicy mają prawo tworzyć związki dla obrony swych prawnych interesów. Przybyła jakby z opóźnieniem w tym stuleciu encyklika miała jednak niemały oddźwięk we wszystkich środowiskach. Została nazwana wielką kartą odbudowy ekonomicznej i społecznej współczesnego świata. Bez tej doktryny sprawiedliwości i mądrości, rozpacz robotników byłaby całkowita, a komunizm mógłby na ruinach wojny z lat 1914-1918 wytoczyć swą ostatnią walkę!

    PAPIEŻ – INTELEKTUALISTA. CEL: OTWORZYĆ KOŚCIÓŁ DLA WSPÓŁCZESNYCH BADAŃ NAUKOWYCH

    W epoce, w której duch racjonalistyczny zaczynał wszędzie królować, było sprawą życiową, by klucze św. Piotra posiadał w swych dłoniach intelektualista, który mógłby wyposażyć katolików w narzędzia poszukiwań, cenne dla przyszłości. Od początku swego pontyfikatu, głosząc powrót do św. Tomasza, Leon XIII ofiarował solidne podstawy doktrynalne myśli katolickiej, co pozwoliło odnowić nauczanie w seminariach. Tomizm proponował system kompletny, rozwiązujący ogół problemów. Z nim dysponowało się pierwszą systematyzacją teologii. Ogół doktryny chrześcijańskiej jest zorganizowany naukowo i obiektywnie zbudowany. Dla św. Tomasza ten sam Bóg oświetla ducha i daje wiarę, człowiek więc bez wahania może posługiwać się swoim rozumem, aby wniknąć w inteligencję Boskiej myśli.
    Aby odpowiedzieć na życzenie papieża powstał w 1879 roku, na Uniwersytecie w Louvain (Belgia), Wyższy Instytut Filozofii, który od razu odniósł sukces dzięki przyszłemu kardynałowi Mercier. We Francji prace neotomisty J. Maritaina wywarły wpływ na całe pokolenie katolickich pisarzy, takich jak Claudel, Bernanos czy Papini.
    Powstają w licznych miastach rozmaitych krajów (Paryż, Chicago, Waszyngton, Santiago, Lima i inne) uniwersytety katolickie, które odegrają wielką rolę w zrównoważeniu odniesień pomiędzy nauką i wiarą.
    Historia chrześcijańska interesuje w sposób szczególny naszego papieża. Trzeba było móc odpowiedzieć tym, którzy czerpali z historii jedynie elementy ukazujące, że chrześcijaństwo było utkane wyłącznie z mrocznych głupstw.
    Dla Leona XIII: „najlepszym sposobem na odpieranie oszczerstw i kłamstw wymyślanych przeciw Kościołowi jest udawanie się do źródeł”. Proponuje zasadę: „Niechaj historia nie ośmiela się mówić nic fałszywego ani taić niczego prawdziwego!” Według niego, należy przestać taić mroczne punkty z historii Kościoła, gdyż „nie ma się on czego obawiać w obliczu prawdy”.
    Zaledwie w rok po swoim wstąpieniu na tron św. Piotra ma odwagę otworzyć dla badaczy archiwa watykańskie, zamknięte od XVI w. Dom wydawniczy Leonine otwiera swe podwoje, aby umożliwić konsultacje dzieł Biblioteki Watykańskiej i publikuje swe katalogi. Rzym wzbogaca się o szkołę paleografii i dyplomacji. Ta nowa polityka stanie się natchnieniem dla publikacji „Historii papieży” w 1886 r., której dokonał L. von Pastor.
    Ojcowie Bollandyści biorą sobie do serca zastosowanie metody krytyki historycznej dla oczyszczenia historii świętych. Nie sposób wystarczająco podkreślić wagi tej odnowy studiów nad historią katolicyzmu.
    Ponieważ racjonalni historycy interesowali się coraz bardziej Biblią, Leon XIII doszedł do wniosku, że jedynie wysiłek naukowy, na poziomie tego, jaki podejmowali przeciwnicy, umożliwi stawienie im czoła. W encyklice Providentissimus Deus (1893) nakłania katolików do udzielenia im odpowiedzi.
    Zachęca do egzegezy Pisma Świętego, byle tylko unikało się dwóch niebezpieczeństw: zuchwałości i nadmiernego konserwatyzmu. Na czele nowego ruchu stanął dominikanin ojciec Lagrange, który w Jerozolimie rozpoczął w 1890 r. dzieło, które później zostanie nazwane Szkołą Biblijną. To w ten sposób rozpoczęto odnowę biblijną, która miała się stać jednym z głównych wydarzeń nowoczesnego katolicyzmu.

    PAPIEŻ – CZUJNY PASTERZ. CEL: ZACHOWAĆ, ODNOWIĆ I ROZSZERZYĆ CHRZEŚCIJAŃSTWO

    Znamy Leona XIII jako papieża-społecznika czy też papieża-polityka, tymczasem był on też człowiekiem Bożym, o głębokiej wierze i wielkiej pobożności. Zrodziły się one bardzo wcześnie, kiedy mały Joachim wraz ze swą matką udawał się do kaplicy Zwiastowania, aby się pogrążyć w modlitwie.
    To w tej kaplicy, zbudowanej przez jego rodzinę, jako dorastający chłopiec wyrył na kamieniu słowa ku czci Świętej Dziewicy:
    „Ciebie, o Maryjo, kochałem jak matkę już jako małe dziecko. Ufam, że umrę otoczony miłością tej czułej matki, po gorliwej pracy dla ożywienia miłości i nieustannego jej pomnażania.”
    W dziesięciu encyklikach poświęconych Matce Bożej nie zaniedbał żywej zachęty do modlitwy różańcowej. Jeśli on właśnie poświęcił miesiąc październik Maryi, to uczynił tak dlatego, że według niego ocalenie Kościoła Świętego zależało do naszej Niebieskiej Matki.
    Jak ośmiu papieży, którzy go poprzedzali, począwszy od Klemensa XII w 1738 roku, tak samo i Leon XIII odczuł obowiązek ujawnienia potajemnego przeciwnika, który starał się na tysiąc sposobów zniszczyć Kościół. W r. 1884, poświęcił całkowicie masonerii bo o niej tu mowa encyklikę Humanum Genus:
    „To czego chcą, to łagodnie zjednać dla swej sprawy osoby posługujące dla spraw świętych, a potem po wpojeniu w nie nowych idei, uczynić z nich buntowników przeciw legalnej władzy”.
    Kilka miesięcy później, podczas wizji po Mszy św., Leon XIII usłyszał wyraźnie, iż szatan uzyskał od Boga czas dla doświadczania Kościoła. Zwierzył się swemu sekretarzowi, Rinaldo Angeli, że widział mnóstwo demonów rzucających się na wieczne miasto, aby je osaczyć.
    Papież, pod wpływem tej wizji, od razu zredagował przeciw szatanowi modlitwę do św. Michała Archanioła, którą odmawiali kapłani na całym świecie po każdej Mszy św., na kolanach. Czy trzeba było ją usunąć po zakończeniu ostatniego Soboru, korzystając ze zmian wprowadzanych do liturgii?…
    Tymczasem 24 maja 1987 r. w sanktuarium św. Michała na Górze Gargan papież Jan Paweł II podkreślił, iż demon bardziej niż kiedykolwiek dotąd działa w obecnym świecie:
    „Ta walka przeciwko złemu duchowi, która znamionuje św. Michała Archanioła, toczy się także dzisiaj, ponieważ zły duch wciąż żyje i działa w świecie. Rzeczywiście zło, które w nim jest widoczne, nieład, który spotyka się w społeczeństwie, niespójność człowieka, wewnętrzne pęknięcie, którego jest ofiarą, są nie tylko następstwami grzechu pierworodnego, ale także skutkiem niegodziwego i mrocznego działania szatana.”
    Aby przetrwać jako chrześcijanin w społeczności zmaterializowanej, oddanej kultowi pieniądza Leon XIII zaproponował czerpanie natchnienia z ubóstwa ewangelicznego św. Franciszka.
    Bł. Fryderyk Ozanam, francuski katolicki działacz świecki, profesor Sorbony, napisał:
    „Kierując zachęty do III Zakonu Franciszkańskiego Leon XIII uspokajał urazy klas ubogich i jednał je z bogatymi, nauczał o tym, by nie zazdrościć i umacniał rozluźnione więzi chrześcijańskiej społeczności.”
    Leon XIII był powszechnym pasterzem. Po pierwsze dlatego, iż zachęcił 60 tysięcy misjonarzy do zaniesienia przesłania Ewangelii do najbardziej oddalonych krańców ziemi. Po drugie dlatego, że stał się pierwszym papieżem „ekumenicznym” czasów nowożytnych. W rzeczywistości jedność Kościoła była jego stałą troską. Jego marzeniem było przyprowadzenie do owczarni Kościołów oderwanych w wyniku schizmy. W swoim liście Ad Anglos wychwalał godne podziwu przejawy chrześcijaństwa angielskiego. Miał nadzieję na zbliżenie z Anglikami, odgrywając rolę mediatora wobec Irlandczyków kuszonych do podjęcia narodowościowego buntu.
    Potem zwrócił się z uroczystym apelem do chrześcijan oddzielonych na Wschodzie, w encyklice Praeclara. Leon XIII zaproponował całkiem nowe podejście. Według niego uznanie odmienności obrzędów i tradycyjnej autonomii duchownych mogło przygotować drogę do zbliżenia. Zasadą staje się więc, by już nie wymagać przyjęcia łaciny, lecz by uznać narodowe obrządki i prawomocność prawosławnych patriarchów. Ta nowa postawa Rzymu pozwoliła na powrót do owczarni Kościoła Armeńskiego, z patriarchą na czele, Kościoła unickiego Ukrainy i Białorusi, Kościoła nestoriańsko-chaldejskiego, a w końcu egipskich koptów, po odrodzeniu patriarchatu w Aleksandrii.
    Tę nowoczesną ludzkość, w jakiej chrześcijanie będą mogli odtąd lepiej się zintegrować, Leon XIII, w 1899 r. u progu XX wieku, poświęcił uroczyście Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.
    W r. 1903 – w godzinie śmierci papieża – widać już odmłodzenie, jakie przyniósł on Kościołowi powszechnemu! Zdołał z niezwykłą siłą przywrócić osaczonemu Watykanowi miejsce pośrodku ludzi – zwłaszcza poprzez pielgrzymki, celebracje, jubileusze, które przyprowadzały do Rzymu niezliczone tłumy. Był ojcem wszystkich, których wyzyskiwano: robotników, rolników, czarnych niewolników, do których wyzwolenia zdążał.
    Jego geniusz polegał na tym, iż bez naruszania dziedzictwa dogmatycznego głęboko zmodyfikował odniesienia pomiędzy Kościołem a światem współczesnym. Dzięki niemu człowiek współczesny mógł zachować pełnię swych wierzeń i niezbywalną wolność. We wszystkich wielkich dziedzinach życia udzielił wskazówek, które po 100 latach zachowują nadal całą swą aktualność. Podziwiajmy pracę Ducha Świętego, który wzbudza zawsze papieży wyjątkowych, gdy Kościół tego potrzebuje.

    JeanMarc Derzelle
    Artykuł pochodzi ze Stella Maris, nr 398, str. 2830. Przekład z franc.: Ewa Bromboszcz

    Modlitwy PAPIEŻA Leona XIII

    Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    O Jezu najsłodszy, Odkupicielu rodzaju ludzkiego, wejrzyj na nas, korzących się przed obliczem Twoim. Twoją jesteśmy własnością i do Ciebie należeć chcemy.
    Oto dzisiaj każdy z nas oddaje się dobrowolnie Najświętszemu Sercu Twojemu, aby jeszcze ściślej zjednoczyć się z Tobą. Wielu nie zna Ciebie wcale, wielu odwróciło się od Ciebie wzgardziwszy przykazaniami Twymi. Zmiłuj się nad jednymi i drugimi, o Jezu najłaskawszy, i pociągnij wszystkich do świętego Serca swego. Królem bądź nam, o Panie, nie tylko wiernym, którzy nigdy nie odstąpili od Ciebie, ale i synom marnotrawnym, którzy Cię opuścili. Spraw, aby do domu rodzicielskiego wrócili co prędzej i nie zginęli z nędzy i głodu.
    Króluj tym, których albo błędne mniemania uwiodły, albo niezgoda oddziela; przywiedź ich do przystani prawdy i jedności wiary, aby rychło nastała jedna owczarnia i jeden pasterz. Użycz Kościołowi Twemu bezpiecznej wolności. Udziel wszystkim narodom spokoju i ładu. Spraw, aby ze wszystkiej ziemi, od końca do końca, jeden brzmiał głos:
    Chwała bądź Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Jemu cześć i chwała na wieki.
    Amen.

    Modlitwa-EGZORCYZM do św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha, bądź naszą obroną.
    Niech go Bóg pogromić raczy, pokornie o to prosimy.
    A Ty, wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

    AKT POŚWIĘCENIA SIĘ NAJŚWIĘTSZEJ RODZINIE

    Jezu, Zbawicielu nasz Najdroższy, przyszedłeś na świat, aby go oświetlić Swoją nauką i własnym przykładem. Większość swego życia ziemskiego spędziłeś w ubogim Domku Nazaretańskim, w pokornym poddaniu się Maryi i Józefowi, a przez to uświęciłeś tę Rodzinę, która miała być wzorem dla wszystkich chrześcijańskich rodzin.
    Przyjmij łaskawie naszą rodzinę, która się Tobie dzisiaj oddaje i poświęca. Broń, strzeż i utwierdzaj nas w Twej świętej bojaźni, pokoju, zgodzie i miłości chrześcijańskiej, abyśmy stali się podobni do Boskiego Wzoru Twojej Świętej Rodziny i w ten sposób wszyscy razem, bez wyjątku, osiągnęli wieczne szczęście.
    Maryjo, Najmilsza Matko Jezusa i nasza Matko, przez Twoje pełne miłości wstawiennictwo uczyń to nasze poświęcenie się miłym Jezusowi i wyjednaj nam Jego łaski i błogosławieństwo.
    Święty Józefie, Najtroskliwszy Opiekunie Jezusa i Maryi, wspieraj nas Swoją modlitwą we wszystkich naszych duchowych i doczesnych potrzebach, abyśmy mogli wraz z Maryją i Tobą chwalić Jezusa, naszego Boskiego Zbawiciela przez całą wieczność.
    Amen.

    Modlitwa do św. Józefa

    Do Ciebie, święty Józefie, uciekamy się w naszej niedoli.
    Wezwawszy pomocy Twej Najświętszej Oblubienicy z ufnością również błagamy o Twoją opiekę. Przez miłość, która Cię łączyła z Niepokalaną Dziewicą Bogarodzicą i przez ojcowską Twą troskliwość, którą otaczałeś Dziecię Jezus, pokornie błagamy:
    Wejrzyj łaskawie na dziedzictwo, które Jezus Chrystus nabył Krwią swoją i swoim potężnym wstawiennictwem dopomóż nam w naszych potrzebach.
    Opatrznościowy Stróżu Bożej Rodziny, czuwaj nad wybranym potomstwem Jezusa Chrystusa. Oddal od nas, ukochany Ojcze, wszelką zarazę błędów i zepsucia.
    Potężny nasz Wybawco, przybądź nam łaskawie z niebiańską pomocą w tej walce z mocami ciemności. A jak niegdyś uratowałeś Dziecię Jezus z niebezpieczeństwa, które groziło Jego życiu, tak teraz broń świętego Kościoła Bożego od wrogich zasadzek i od wszelkich przeciwności.
    Otaczaj każdego z nas nieustanną opieką, abyśmy za Twoim przykładem i Twoją pomocą wsparci mogli żyć świątobliwie, umrzeć pobożnie i osiągnąć wieczną szczęśliwość w niebie.
    Amen.

    FRAGMENT ENCYKLIKI „Humanus Genus”

    Sekta masońska powstała wbrew prawu ludzkiemu i Bożemu, jest zgubna nie tylko dla chrześcijaństwa, ale i dla państwa świeckiego i dlatego pod najcięższymi karami, jakie Kościół zwykł wymierzać przeciwko winowajcom, zakazała wstępować do tego towarzystwa.
    Oburzeni tym spiskowcy, sądząc, że czy to wyszydzając, czy spotwarzając Stolicę Apostolską, zdołają uniknąć skutków tych wyroków albo je osłabią, zaczęli Papieży, którzy przeciwko nim wystąpili, oskarżać, że albo niesprawiedliwie wyrokowali, albo że w wyrokach swych za daleko się posunęli. (…)
    Dlatego skoro tylko objęliśmy rządy Kościoła, czuliśmy i widzieliśmy zaraz, iż temu tak wielkiemu złu przeciwstawieniem naszej powagi wedle możności opór stawać należy. Jako też nie raz już, korzystając z nadarzającej się sposobności, przedstawialiśmy niektóre ważniejsze zasadnicze prawdy, na których podkopanie przeważnie zdawała się wpływać przewrotna nauka masońska.
    I tak np. w encyklice arcanum staraliśmy się wziąć w obronę i rozwinąć prawdziwe i rzetelne pojęcie rodziny, która źródło i pochodzenie swe z małżeństwa wywodzi; następnie w encyklice diuturnum określiliśmy, według zasad mądrości chrześcijańskiej, formę władzy politycznej, jako w dziwnej zgodzie będącą z samą istotą rzeczy, i z dobrem narodów i książąt. Obecnie zaś, za przykładem Poprzedników Naszych postanowiliśmy wprost na cel wziąć samo towarzystwo masońskie, całą jego naukę, jego zamiary, jego sposób myślenia i działania, aby lepiej naświetlić zgubny wpływ jego, a tym samym zapobiec szerzeniu się tej zabójczej zarazy. (…)
    Główną zasadą naturalistów, jak już sama ich nazwa wskazuje, jest ta, że natura ludzka i rozum ludzki we wszystkich sprawach mają być naszym wodzem i nauczycielem. Postawiwszy taką zasadę, albo się mniej troszczą o obowiązki względem Boga, albo też pojęcie o tych obowiązkach spaczają przewrotnymi i błędnymi zdaniami. Zaprzeczają bowiem, iżby jakakolwiek tradycja boskiego była początku, nie przyjmują w religii żadnego dogmatu, żadnej prawdy, której by rozum ludzki pojąć nie zdołał, nie przyjmują żadnego nauczyciela, któremu obowiązani byliby wierzyć dla samej powagi jego urzędu.
    Ponieważ zaś szczególnym i jemu jednie właściwym zadaniem Kościoła Katolickiego jest naukę od Boga sobie powierzoną, jako też powagę nauczycielstwa wraz z innymi środkami do zbawienia pomocnymi w całej pełni posiadać i nietykalnie przechowywać: dla tego przeciw niemu zwraca się najsilniej nienawiść i zapalczywość nieprzyjaciół.
    Przypatrzmy się teraz, do czego zmierza sekta masońska w sprawach religijnych, mianowicie, gdzie ma wolność po temu, a przekonamy się, że dąży do tego, aby zapatrywania naturalistów we wszystkim w czyn zamienić. Od dawna i uporczywie pracuje ona nad tym, aby urząd nauczycielski i powaga Kościoła żadnego w państwie nie miały znaczenia. Dlatego też głoszą całemu światu tę zasadę i walczą w jej obronie: że Kościół od państwa zupełnie odłączyć należy. W ten sposób chcieli by najzbawienniejszy wpływ Kościoła na prawodawstwo i administrację państw zupełnie usunąć; w następstwie zaś bezpośrednim wszystkie stosunki państwowe bez względu na prawa i zasady Kościoła urządzać. I nie dość im na tym, żeby nie uwzględniano Kościoła, tego najlepszego przewodnika; oni jeszcze nieprzyjaźnie godzić nań, i obrażać go muszą.
    I w rzeczy samej pozwalają sobie dziś z katedr, w pismach i żywym słowem bezkarnie uderzać na same fundamenty Kościoła: nie przepuszczają dziś żadnym prawom Kościoła, nie szanują urzędów jego, które ma od Boga samego. Swobodę działania jego jak najbardziej ograniczono, i to za pomocą ustaw, które wprawdzie na pozór nie zdają się wywierać gwałtu, w rzeczy samej jednakże wolność Kościoła krępują. (…)
    Tak się dzieje, że nieustannie patrzeć musimy na to, jak ludziom podsuwane bywają liczne podniety żądz i namiętności; jak szerzą się czasopisma i rozprawy, pozbawione wszelkiego wstydu i umiarkowania; jak na scenach przedstawiane bywają widowiska swawolne; jak tematy dzieł sztuki bezwstydnie dobierane według prawideł tak zwanego weryzmu; jak subtelnie wymyślane są różne wyrafinowane sposoby życia miękkiego i zniewieściałego; jak wreszcie wynajdywane wszelkiego rodzaju ponęty, aby z ich pomocą uśpiona dzielność i cnota nie stawiała oporu. Zbrodniczy to zaiste sposób działania, atoli niezaprzeczenie konsekwentny u tych, którzy odrzucają nadzieję niebieskiej nagrody, a wszelką szczęśliwość ludzką na rzeczach znikomych opierają i niejako w ziemi topią. Cośmy powyżej powiedzieli, to potwierdza rzecz trudniejsza do wypowiedzenia niż do uwierzenia. Ponieważ bowiem ludziom chytrym i przebiegłym najpowolniej służą istoty, których duch znikczemniały i zwątlony jest panowaniem namiętności, przeto znaleźli się pomiędzy wolnomularzami tacy, co twierdzili: że rozmyślnie i systematycznie dążyć należy do tego, aby motłoch przesycić dogadzaniem wszelkim jego żądzom, gdyż wtedy bez oporu żadnego do wszystkiego da się użyć.
    Co się tyczy domowego pożycia, to cała nauka naturalistów w tym mniej więcej się zamyka: że małżeństwo nie jest niczym więcej jak zwyczajnym kontraktem; że słusznie rozerwać je można, skoro kontrahentom tak się spodoba; że władzy świeckiej służy prawo wyrokowania w sprawach małżeńskich; że w wychowaniu dzieci nie ma im się wpajać żadnej pozytywnej religii; i każdemu, gdy dorośnie, ma być pozostawiony wybór religii, jaka mu się będzie podobała. Zupełnie to samo wyznają masoni, a nie tylko wyznają, ale od dawna też starają się w życie wprowadzić i w stały zwyczaj zamienić. W wielu państwach, i to nawet katolickich, istnieją ustawy, wedle których te tylko małżeństwa uważane być mają za ważne, które cywilnie zostały zawarte; w innych krajach dozwolone są rozwody; w innych starają się jak najszybciej to samo przeprowadzić. Tak więc do tego wszystko dąży, aby zmienić istotę małżeństwa, tj. zamienić je w związki niestałe i przemijające, które jedynie namiętność kojarzy, i namiętność też znów zrywa.
    Sekta wolnomularzy dąży również z największym wysiłkiem do tego, aby zagarnąć pod swą władzę wychowanie młodzieży, w tym przekonaniu, że miękki i giętki wiek łatwo wedle woli swojej ukształtować i nagiąć zdołają, w którą stronę zechcą, i że w ten sposób najprędzej wychowają państwu takich obywateli, jakich sobie życzą. Dlatego też nie dopuszczają sług Kościoła ani do nauczania, ani do nadzoru kształcącej się młodzieży; a w wielu miejscach dopięli już tego, że wychowanie młodzieży znajduje się wyłącznie w ręku świeckich ludzi, i że przy nauce obyczajów starannie pomija się wzmiankę o największych i najświętszych obowiązkach, które człowieka z Bogiem łączą.
    20 kwietnia 1884

    Vox Domini KATOLICKIE WYDAWNICTWO EWANGELIZACYJNE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    To jedna z najlepszych duchowych książek ubiegłego roku. Dlaczego się o niej nie dyskutuje?

    To jedna z najlepszych duchowych książek ubiegłego roku. Dlaczego się o niej nie dyskutuje?
    o. Dysmas de Lassus, przeor Wielkiej Kartuzji/Twitter

    ***

    O “Zagrożeniach i wypaczeniach życia zakonnego” pióra przeora Wielkiej Kartuzji o. Dysmasa de Lassusa mówi ks. prof. Andrzej Muszala.

    • Posłuszeństwo zakonne to nie rezygnacja z myślenia i odpowiedzialności za własne czyny. Ślepe posłuszeństwo to nie dojrzałość, a infantylizm.
    • Wola Boża i wola przełożonego to nie to samo.
    • Pokora jest podstawą życia zakonnego. Ale jeśli jest fałszywie pojęta, może prowadzić nawet do samobójstwa.
    • Kościół w Polsce jeszcze się nie uwolnił od jansenizmu, czyli myślenia typu: “musisz zasłużyć na niebo, musisz wycierpieć się, musisz przejść jak najwięcej upokorzeń, musisz doznawać bólu: duchowego, fizycznego. Wtedy Pan Bóg jest zadowolony”.

    Jarosław Dudała: Zakony to piękna tradycja Kościoła. Nieraz jednak ich życie jest niezrozumiane, a jego wartość – kwestionowana.

    Ks. prof. Andrzej Muszala: Zakony są integralną i niezwykle cenną cząstką Kościoła. Powstały w starożytności jako wyraz pragnienia wielu chrześcijan radykalnego oddania się na służbę Ewangelii. Zakonnicy i zakonnice, mnisi i mniszki to ludzie z krwi i kości, którzy żyją heroiczną miłością do Boga i ludzi według ślubów posłuszeństwa, ubóstwa i czystości. Stanowią sól ziemi, zaś ich wspólnoty są oazami modlitwy oraz miejscami, w których ludzie mogą wykuwać piękne człowieczeństwo nie tylko w naturalnym, ale też nadprzyrodzonym wymiarze. „Ile samotność i cisza pustelni niesie miłośnikom swoim pożytku i boskiej radości, wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli. Tu bowiem ludzie dzielni mogą powracać do siebie, o ile tylko zechcą, i mieszkać ze samym sobą, stale pielęgnować zalążki cnót i żywić się szczęśliwie owocami raju” – pisze św. Bruno, założyciel kartuzów.

    Autor książki, o której rozmawiamy, także jest kartuzem.
    Dysmas de Lassus jest przeorem Wielkiej Kartuzji, a tym samym przełożonym generalnym kartuzów – zakonu, który istnieje już prawie tysiąc lat i jest najsurowszym w Kościele katolickim. Równocześnie jest zakonem o olbrzymim bogactwie życia duchowego i kontemplacyjnego. O. de Lassus jest także konsultantem watykańskiej Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego. Przez wiele lat osoby konsekrowane zwierzały mu się z różnych kwestii, także trudnych sytuacji, jakich doświadczyły w swoich wspólnotach zakonnych. I tak powstała książka „Zagrożenia i wypaczenia życia zakonnego”, która stała się bazą dla refleksji nad właściwym funkcjonowaniem zakonów we Francji, jak i w innych krajach. To lektura dla wszystkich zakonników i zakonnic – przełożonych, jak i podopiecznych.

    ADVERTISEMENT

    Pisząc o zagrożeniach i wypaczeniach życia zakonnego, de Lassus podkreśla, że błędem jest utożsamienie woli przełożonego z wolą Boga. Bo to nie jest to samo.
    To dotyczy zwłaszcza tych wspólnot zakonnych, w których obserwowany jest przerost autorytetu przełożonego. Może się zdarzyć, że nawet nieświadomie wytwarza on wokół siebie swoisty „kult jednostki”. Wiąże ze sobą niektórych ludzi, otacza się swoistą “gwardią przyboczną” – to trzy, cztery osoby, które mu schlebiają, wyszukują winowajców we wspólnocie, ujawniają sekrety, są jego „uszami i oczami” i czerpią z tego korzyści jak np. „życie w bliskości przełożonego, korzystanie z jego zaufania, ewentualnie posiadanie jakiejś odrobiny władzy” (s. 69). To niebezpieczne. Przełożeni rzeczywiście sprawują władzę, lecz jest ona służbą. Jak pisze autor, nie jest to władza „nad kimś”, ale „dla kogoś”. „Bóg cię ustanowił sługą twoich synów. Nie każ im zatem czynić tego, co się tobie podoba, ale to, co jest dla nich dobre. Twoim obowiązkiem jest oddawać się ich potrzebom, a nie naginać ich do twojej woli, gdyż zostali ci oni powierzeni nie po to, abyś stanął ponad nimi, ale abyś im służył” – czytamy (s. 105).

    Co to praktycznie znaczy?
    Przede wszystkim słuchanie podopiecznych, bycie do ich dyspozycji. Przełożony winien traktować ich z miłością i szacunkiem, z łagodnością i pokorą, jest bowiem jednym z nich. Owocem sprawowania władzy jako służby jest osobisty rozwój członków danej wspólnoty. Przy nim stają się oni szczęśliwi – pisze o. de Lassus.
    Przychodzi mi na myśl stwierdzenie z wywiadu, jaki przeprowadzono z dawnym arcybiskupem Paryża Michelem Aupetitem, który zapytany przy obejmowaniu urzędu, jaki jest główny cel jego posługi, odpowiedział: „chciałbym, żeby moi księża byli szczęśliwi”.

    Ciekawe, czy podwładni przeora Wielkiej Kartuzji też są szczęśliwi.
    W ubiegłym roku miałem okazję spędzić kilka dni w Wielkiej Kartuzji i dość długo rozmawiać z o. de Lassusem. Miałem wrażenie, że spotkałem się z człowiekiem niezwykle pokornym, wsłuchującym się w moje pytania, rozumiejącym mnie, jakbyśmy się znali od dawna – a przecież widziałem go po raz pierwszy w życiu.
    Mogłem też stwierdzić, że żyjący tam kartuzi są bardzo radośni. Był między nami zrozumiały dystans – oni są pustelnikami i nie chciałem zaburzać rytmu ich życia – ale kiedy któryś z nich mnie spotkał, to zawsze albo się uśmiechnął, albo z daleka pomachał ręką. Widać było, że są na swoim miejscu.

    Władza zakonna ze swej istoty wymaga posłuszeństwa. O. de Lassus podkreśla jednak, że nie można na tej podstawie żądać czegoś sprzecznego z regułą czy konstytucjami zakonnymi, a tym bardziej czegoś sprzecznego z prawem Bożym, np. kłamstwa. Co więcej, posłuszeństwo dotyczy tego, co podwładny ma zrobić, a nie tego, co ma myśleć.
    Istnieje niebezpieczeństwo nadużycia ślubu posłuszeństwa, który składają zakonnicy i zakonnice. Chrystus był posłuszny Ojcu, nie wyrugowało to jednak w Nim niezależnego myślenia. Zapraszał ludzi, oni zaś szli za Nim. Przekroczenie granicy następuje wtedy, gdy w imię posłuszeństwa ingeruje się w sposób myślenia zakonnika: „masz myśleć tak, jak przełożony”. Efektem tego jest wymuszona służalczość, to znaczy: „odkładam na bok mój rozum, przełożony wszystko wie, ja ślepo wykonuję jego polecenia, nie zastanawiając się nawet, czy nie wykraczają poza normy Prawa Bożego”. De Lassus pisze, że w niektórych przypadkach obowiązkiem zakonnika jest sprzeciw, np. gdyby przełożony namawiał go do ukrycia jakiejś defraudacji finansowej. Wówczas nie może zrezygnować z własnego osądu i wykonać nieetycznego polecenia, lecz ma powiedzieć: „nie, tego zrobić nie mogę”. Może przeżywać z tego powodu wewnętrzny dylemat, gdyż z jednej strony będzie chciał postępować uczciwie, z drugiej zaś – może się bać narazić się swojemu przełożonemu.

    Bo też może to mieć dla niego poważne skutki…
    A jednak nie można ulec lękowi. Nie można popaść w służalczość, czyli podporządkowanie swojego myślenia wbrew sumieniu i Prawu Bożemu. Posłuszeństwo nie może być rezygnacją z odpowiedzialności za własne czyny.

    Z drugiej strony istnieje pokusa, żeby umywać ręce, zasłaniając się wolą przełożonego.
    Widzę to zwłaszcza w żeńskich zgromadzeniach zakonnych. Często siostry uważają, że to, co powie przełożona, jest święte. Owszem, przełożona może mieć rację, ale pozostawianie jej całkowitej decyzyjności eliminuje aktywne myślenie zakonnic. Ich osobowość ulega skarłowaceniu. W efekcie pytają przełożoną o wszystko: czy mają założyć czarny sweter czy niebieski… To infantylizacja.
    O. Wojciech Giertych OP, teolog papieski, pisze w książce “Wiara i uczucia”, że człowiek staje się dojrzałym, kiedy wykonuje świadome i wolne akty ludzkie, tzn. używając własnego rozumu i woli. Jeżeli zakonnicy czy zakonnice nie aktywują tych dwóch władz duchowych, znaczy to, że rezygnują z własnej dojrzałości. Jest w tym coś chorego.

    Niezwykle ważną rzeczą w życiu duchowym jest pokora. Ale jeśli jest fałszywie pojęta, może prowadzić do strasznych skutków. Jeśli ktoś w zakonie ciągle słyszy, że jest niczym, to jest to prawda, ale tylko w takim kontekście: “jesteś synem/córką Boga, a więc synem/córką królewską, masz swoją wielką godność”. Tymczasem jeśli słyszy się tylko: “jesteś niczym”, to może to prowadzać nawet do samobójstwa – pisze de Lassus.
    To tragiczna prawda. Zdarzają się przypadki samobójstw wśród zakonników, a także księży. Właśnie z powodu zgnębienia ich. Dotyczy to zresztą nie tylko zakonów, lecz także wspólnot, których liderzy wmawiają swym członkom, że są nikim, „śmieciem”, jednym wielkim grzechem. Bywa, że ludzie porywają się na swoje życie – nawet ojcowie rodziny. To straszne. Znam przypadki osób, które tak były formowane (a raczej zdeformowane) i doszły na skraj rozpaczy. Niektóre sobie z tym nie poradziły…


    Czym jest pokora? To życie w prawdzie. Stwierdzenie „jestem niczym, jestem samym grzechem”, to tylko niewielka cząstka prawdy o człowieku. Owszem, jesteśmy grzesznikami, lecz jesteśmy przede wszystkim dziećmi Boga, stworzeni na Jego obraz. Jesteśmy ludem świętym, przeznaczonym do zjednoczenia z Chrystusem. Każda owca jest w oczach Bożych bezcenna. Dobry Pasterz jest gotów pozostawić dziewięćdziesiąt dziewięć, by szukać tej jednej. Oto pełna prawda o człowieku. Mamy wówczas świadomość, że wszystko otrzymaliśmy od Boga za darmo i jedyną właściwą postawą jest wdzięczność oraz życie miłością. Wtedy zakonnik jest szczęśliwy.

    O. de Lassus pisze, że pomijanie zalet zakonników czy zakonnic powoduje, że przestają oni myśleć, że są godni bycia kochanym przez Boga. Nie widzą w Nim już Ojca. To ma katastrofalne skutki i dla psychiki, i dla duszy.
    W jego książce pada nawet mocne określenie: “psychologiczne morderstwo” (s. 47). Jeżeli zakonnik jest publicznie upokarzany – przed wspólnotą, przed świeckimi – to bynajmniej nie ćwiczy go to w pokorze, lecz zazwyczaj przynosi odwrotny skutek. Bo jaka jest w tym miłość bliźniego? Moim zdaniem, nie ma żadnej.
    Fałszywie pojęta pokora może prowadzić do wytworzenia fatalnego osądu o sobie. Czasem brakuje zwykłej ludzkiej życzliwości. Przełożony musi być człowiekiem pełnym empatii, wrażliwości i miłości wobec swoich braci/sióstr.
    I druga rzecz – brak ludzkiej i duchowej formacji, zwłaszcza wśród sióstr. W zakonach męskich większość członków odbywa studia teologiczne. Tymczasem zakonnice nieraz nie znają swojej godności. Zbyt rzadko słyszą, że są umiłowanymi córkami Boga, oblubienicami Chrystusa. Że mają swoją wielką wartość i obdarzone są talentami. Dlatego powinno się im zapewnić formację w postaci dobrej teologii duchowości, wykładów z etyki, patrystyki, dogmatyki, a nawet literatury. Powinno się rozwijać ich myślenie: “kim naprawdę jestem?” Przełożona winna zatroszczyć się o to, aby siostry miały na to czas. I dobrą bibliotekę w domu. Tymczasem jeśli siostra jest ciągłe zamknięta w jednej aktywności, np. w kuchni, zakrystii czy pralni i nie daj Boże słyszy jeszcze upokarzające słowa, to zamyka się w sobie, gnuśnieje i kurczy duchowo. I co ma zrobić w wieku 40-50 lat? Akceptuje ten stan i wegetuje tak do śmierci. Albo opuszcza zakon, lecz wówczas zostaje bez środków do życia, bez perspektyw. Doświadcza życiowej porażki w straszliwej samotności.

    Bywa i tak, że osoba, która ma fatalne samopoczucie, słyszy, że to… świetnie! Bo to znaczy, że umiera dla siebie i to jest właśnie to, o co chodzi. Tymczasem ona jest na granicy ludzkiej wytrzymałości.
    Polski Kościół jeszcze nie uwolnił się od jansenizmu. Czyli myślenia typu: “musisz zasłużyć na niebo, musisz wycierpieć się, musisz przejść jak najwięcej upokorzeń, musisz doznawać bólu: duchowego, fizycznego. Wtedy Pan Bóg jest zadowolony. Tak odpokutujesz swoją grzeszność i może zostaniesz wpuszczony do Królestwa Niebieskiego. Masz małą szansę, ale możesz na to jakoś liczyć”. Czyli: ciągle trzeba zasługiwać i odprawiać nabożeństwa wynagradzające. Może intencje takiego myślenia są dobre, ale to nie jest logika ewangeliczna. Logiką ewangeliczną jest miłość, dar z siebie.
    Antidotum na takie postawy jest przesłanie św. Teresy z Lisieux. Siostry z jej klasztoru też żyły w duchu jansenistycznym, Teresa zaś nie poszła tą drogą. Mówiła: „Nie! Bóg nie jest taki. Bóg jest prosty! Jest Ojcem! Do nieba idziemy za darmo. Wiem, że On i tak mi da szczęście wieczne, dlatego z wdzięczności chcę przeżyć moje życie jako dar z siebie dla Niego i dla innych”. To jest zupełnie inne myślenie. Życie chrześcijańskie – także życie zakonne – jest pieśnią wdzięczności za nieskończoną miłość Boga do nas. To radość, szczęście i jeden wielki akt miłości.

    Jest jeszcze jedno słowo kluczowe w formacji duchowej: “ogołocenie”. Ono się pojawia w Piśmie Świętym i u wielkich mistyków, ale – jak podkreśla o. de Lassus – to, co wolno robić Bogu, tego nie wolno robić człowiekowi z jego własnej inicjatywy. Bo jeśli człowiek sam siebie ogałaca, zanim wypełni go Bóg – czyli, jak mówi de Lassus, czyni własną metodę z tego, co jest Bożą łaską– to prowadzi to do choroby duchowej, która nazywa się acedią. Inaczej mówiąc, tylko Bóg może ewentualnie poprowadzić człowieka do postawy ogołocenia, ale dając mu siebie wcześniej w takim stopniu, że to ogołocenie – choć trudne – nie będzie już dla człowieka doświadczeniem niszczącym.
    Chrystus sam siebie ogołocił, “uniżył samego siebie i stał się podobnym do ludzi”. Ale uczynił to dobrowolnie z miłości do ludzi. Nie można nikogo ogałacać na siłę. Ogołocenie jest co najwyżej środkiem, podczas gdy nieraz robi się z niego cel: “musisz się ogołocić, musisz stać się nikim”. Wówczas rzeczywiście można wpaść w depresję lub acedię. Acedia, niestety, została usunięta z katalogu wad głównych. W starożytności uważano ją za ósmy grzech główny, który jakby zamykał klamrą całą listę. Ową listę rozpoczynała pycha, kończyła zaś – acedia, czyli brak motywacji do jakiegokolwiek wysiłku. Swoiste wypalenie. Stan, kiedy człowiekowi się już niczego nie chce. Stan wegetacji. To bardzo niebezpieczne. Grzech może pobudzić do decyzji powstania, acedia zabija ową decyzję w zarodku.
    Widzę czasem acedię także wśród księży: “nic nie zmieniać, dobrze jest, jak jest, w parafii jakoś się kręci, katecheza idzie do przodu, choć uczniów na niej coraz mniej “. Nawet Mszę święta można odprawiać rutynowo. Wśród zakonników może być podobnie: “zaakceptowałem ten stan, jakoś żyję, mam swój ciepły kąt, zostawcie mnie w spokoju”. Często acedia jest wynikiem takiego wymuszonego ogałacania, że w końcu nie zostaje już nic z pierwotnej gorliwości.

    Nie ma też ludzkiego rozwoju: intelektualnego czy emocjonalnego.
    To kolejna ważna kwestia. Wiemy, że łaska buduje na naturze. Jeżeli uczucia są tłumione czy wręcz piętnowane, to jest to niewłaściwie. Oczywiście istnieje i druga skrajność: tak zwana nieuporządkowana uczuciowość, kiedy emocje biorą górę nad rozumem. Nad tym też trzeba pracować, aby nadać uczuciom pewne ramy. Ale nie można ich tłamsić ani wypierać.
    Tak samo jeśli chodzi o rozwój intelektualny – formacja powinna trwać do końca życia.
    Człowiek powinien rozwijać swoje zainteresowania, pasje i talenty. Wspólnota zakonna ma go w tym wspierać i pomagać mu. Ktoś dochodzi się do pięknego człowieczeństwa i głębokiej mądrości w wieku 70 lat czy więcej. I przeciwnie – jeśli w wieku 30-40 lat ktoś popadł w acedię, to duchowo staje się martwy, choć na zewnątrz jego ciało przejawia oznaki życia.

    Istnieje też pokusa bezrefleksyjnego, automatycznego odtwarzania historycznych wzorów świętości. Oczywiście, mamy wspaniałe postacie wielkich świętych z minionych wieków: zakonników, kapłanów czy świeckich, ale ich kopiowanie prowadzi czasem do śmieszności, a bywa, że do tragedii.
    Kościół jest organizmem żywym, cały czas się rozwija. Podobnie jak i świat. W każdej epoce zmienia się mentalność ludzi. Dlatego przykładanie wzorców np. XVI-wiecznej Hiszpanii do dzisiejszego stylu życia nie jest ani możliwe, ani sensowne. Nie chodzi o to, żeby naśladować świętych w ich życiu, zewnętrznych praktykach, czy ubiorach, ale jedynie w ich wielkiej miłości do Boga. Także teologia się rozwija. W ostatnich stu latach wniosła bardzo wiele cennych refleksji, między innymi pozytywne spojrzenie na człowieka, co jest owocem rozwoju myśli personalistycznej.
    No bo czym jest prawdziwe życie duchowe? To nie praktyki, które stosowali święci (biczowania, zimno, spanie na gołej ziemi czy na kamieniach). To nie duchowa kulturystyka. Życie duchowe to wprowadzanie w ruch cnót boskich: wiary, nadziei i miłości. One zaś w każdej epoce wyrażają się w inny sposób. Np. to, co pisze św. Jan Klimak w “Drabinie raju”, jest oparte na tradycji synajskiej z VII wieku, która zupełnie nie przystaje do mentalności współczesnego Europejczyka. Przełożeni wychowani w poprzedniej epoce muszą zrozumieć, że ludzie młodzi mają zupełnie inne myślenie o świecie i o sobie, mają poczucie własnej wartości i nie zrezygnują z indywidualnego myślenia. Jeżeli nie odnajdą się we wspólnocie zakonnej, odejdą.

    To wymaga od przełożonych, żeby akceptowali ryzyko związane z takimi poszukiwaniami.
    Zakonnicy powinni mieć możliwości przejawiania własnej inicjatywy. Nieraz mają bardzo dobre intuicje i mogą pociągać do Boga wielu ludzi, lecz nie mogą tego czynić, bo albo przełożeni im na to nie pozwalają, albo przenoszą z jednego klasztoru do drugiego. Uważają, że wszelkie nowości są atakiem na ducha reguły.

    Jako człowiek świecki muszę powiedzieć, że ta książka była dla mnie interesująca, ponieważ wiele problemów, o których pisze o. de Lassus nie dotyczy tylko zakonów, ale wszelkich wspólnot i instytucji kościelnych: urzędów, organizacji charytatywnych, wspólnot świeckich, ale także rodzin, bo przecież rodzina też jest małym domowym Kościołem.
    Zgadzam się. Można by rozszerzyć myśl de Lassusa z zakonów na funkcjonowanie chrześcijan w różnych wspólnotach, na funkcjonowanie Kościoła w ogóle.
    Widzę pewne niebezpieczeństwo w naszym lokalnym Kościele. Polega ono na tym, że tłumaczymy inercję przywiązaniem do tradycji: “mamy prawdę, niczego nie zmieniajmy, bo może się to źle skończyć “. Brakuje odważnej refleksji na miarę ks. Franciszka Blachnickiego. Dlatego duchowo obumieramy, nie rozwijamy się. To może doprowadzić do tego, że w końcu nasze kościoły będą puste.

    ks. Andrzej Muszala – teolog, bioetyk, zastępca dyrektora Międzywydziałowego Instytutu Bioetyki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Autor książek z bioetyki oraz duchowości chrześcijańskiej.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa św. Jana Pawła II o pokój

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 17 LUTY – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – SPRZĄTANIE KOŚCIOŁA (W TRZECI PIĄTEK KAŻDEGO MIESIĄCA). BARDZO DZIĘKUJĘ ZA ZROZUMIENIE TYM, KTÓRZY PRZYCHODZĄ KAŻDEGO MIESIĄCA, ABY OPRÓCZ KONTRYBUCJI, KTÓRĄ WPŁACAMY NA KONTO PARAFII ŚW. PIOTRA, RÓWNIEŻ I W TEN SPOSÓB PODZIĘKOWAĆ, ŻE MAMY MOŻLIWOŚĆ KORZYSTANIA Z KOŚCIOŁA, KTÓRY JEST NIEDALEKO OD SPALONEGO ŚW. SZYMONA, A Z KTÓRYM TRZY POKOLENIA POLAKÓW OD CZASÓW II WOJNY ŚWIATOWEJ BYŁO BARDZO ZWIĄZANYCH. TUBYLCY PO PROSTU NAZYWALI GO “POLSKIM KOŚCIOŁEM”.

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Matka Boża i Święci Pańscy – grudzień

    Ku czci Wszystkich Świętych

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    ojciec święty Benedykt XVI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 grudnia

    Święta Katarzyna Laboure,
    dziewica i zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Sylwester I, papież
    ***
    Święta Katarzyna Laboure

    Katarzyna urodziła się 2 maja 1806 r. w burgundzkiej wiosce Fain-les-Moutiers, w licznej rodzinie chłopskiej (była dziewiąta z jedenaściorga rodzeństwa). Kiedy miała 9 lat, zmarła jej matka. Nigdy nie uczęszczała do szkoły. Po pogrzebie matki Katarzynę zabrała ciotka Małgorzata. W tym czasie starsza siostra Katarzyny wstąpiła do Sióstr Miłosierdzia (szarytek). Kiedy rodzeństwo rozeszło się, ojciec wezwał Katarzynę, by pomogła mu w prowadzeniu gospodarstwa. Miała wówczas zaledwie 12 lat. Z całą energią zabrała się do nowych obowiązków, zajmując się ponadto wychowaniem najmłodszego brata i siostry.
    Kiedy miała 20 lat i przekonała się, że w domu jej pomoc nie jest już nagląco potrzebna, wyznała ojcu, że pragnie wstąpić do szarytek. Ojciec stanowczo jednak odmówił i wysłał córkę do Paryża, do jej brata, Karola, żeby mu pomagała prowadzić tam skromną restaurację. Nie czuła się tam jednak dobrze i dlatego też, na własną rękę, przeniosła się do bratowej, by pomagać jej w prowadzeniu pensjonatu. Równocześnie nawiązała kontakt z siostrami miłosierdzia. Wstąpiła do nich w 24. roku życia. Po odbyciu postulatu i trzech miesięcy próby odbyła nowicjat w domu macierzystym zakonu w Paryżu. W domu na rue du Bac w Paryżu doznała mistycznych łask. Rzadki to wypadek, by już w nowicjacie, a więc na progu życia zakonnego, Pan Bóg obdarzał swoich wybrańców darem wysokiej kontemplacji aż do ekstaz i objawień. Katarzyna należała do tych szczęśliwych wybranek. Najgłośniejszym echem odbijały się po świecie objawienia dotyczące “cudownego medalika”. Było ich w sumie pięć. Najbardziej znane są dwa.
    W nocy z 18 na 19 lipca 1830 roku, kiedy Francja przeżywała rewolucję lipcową, w której został obalony król Karol X, podczas snu ukazał się Katarzynie anioł, zbudził ją i zaprowadził do kaplicy nowicjackiej. Tam zjawiła się jej Matka Boża, która skarżyła się na publiczne łamanie przykazań, zapowiedziała kary, jakie spadną na Francję i zachęciła Katarzynę do modlitwy i uczynków pokutnych.
    Kilka miesięcy później, w nocy z 26 na 27 listopada 1830 roku, ten sam anioł w podobny sposób obudził Katarzynę i zaprowadził ją do kaplicy. Szarytka ujrzała Najświętszą Maryję Pannę stojącą na kuli ziemskiej, depczącą stopą łeb piekielnego węża. W rękach trzymała kulę ziemską, jakby chciała ją ofiarować Panu Bogu. Równocześnie Katarzyna usłyszała głos: “Kula, którą widzisz, przedstawia cały świat i każdą osobę z osobna”. Niebawem obraz zmienił się. Matka Boża miała ręce szeroko rozwarte i spuszczone do dołu, a z Jej dłoni tryskały strumienie promieni. Usłyszała ponownie głos: “Te promienie są symbolem łask, jakie zlewam na osoby, które Mnie o nie proszą”. Święta ujrzała następnie literę M z wystającym z niej krzyżem, dokoła 12 gwiazd, a pod literą M dwa Serca: Jezusa i Maryi. Dokoła postaci Maryi z rękami rozpostartymi ujrzała napis: “O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Pod koniec tego objawienia Katarzyna otrzymała polecenie: “Postaraj się, by wybito medale według tego wzoru”.
    Katarzyna o swoim objawieniu oraz o otrzymanym poleceniu zawiadomiła spowiednika, o. Aladela. Ten nie chciał sam decydować, ale poradził się arcybiskupa Paryża. Arcybiskup po wstępnym zbadaniu sprawy orzekł, że nie widzi w tym nic, co sprzeciwiałoby się nauce katolickiej. 30 czerwca 1832 roku wybito 1500 pierwszych medalików. Dla bardzo wielu łask zyskały one sobie tak wielką sławę, że zaczęto je szybko określać mianem “cudownego medalika”. W ciągu 10 lat w samym tylko Paryżu wybito w różnych wielkościach ponad 60 milionów jego egzemplarzy. W roku 1836 arcybiskup Paryża zarządził kanoniczne zbadanie objawień oraz łask, jakie wierni otrzymali przez cudowny medalik. Raport komisji stwierdził wiarygodność tak objawień, jak i cudów. Wtedy biskup wydał oficjalną aprobatę.
    Cudowny Medalik Niepokalanej nie był pierwszą w dziejach Kościoła katolickiego tego rodzaju formą czci Matki Bożej. Znaleziono już z wieku IV dwa medaliony z wizerunkiem Matki Bożej. Papieże w wiekach średnich podobne medale błogosławili i rozdzielali pomiędzy wiernych. Papież św. Pius V w 1566 roku udzielił nawet odpustu zupełnego dla tych, którzy będą go nosić. Z czasem jednak przestano je nosić. Cudowny medalik przywrócił ten chwalebny zwyczaj, a ponieważ współczesne medaliki są małe i bardzo lekkie, dlatego wiele osób bardzo chętnie je nosi. Nazwę “cudowny medalik” zatwierdziła Stolica Święta, a papież Leon XIII dekretem z dnia 23 lipca 1894 roku zezwolił na coroczne obchodzenie święta Objawienia Cudownego Medalika (dnia 27 listopada).

    Cudowny Medalik

    Mimo sławy objawień Katarzyna pozostała cicha i nieznana. Nie uczyniła bowiem ze swego objawienia sprawy publicznej – powiedziała o nim jedynie swojemu spowiednikowi. W 1831 r. Katarzyna znalazła się w hospicjum przy ulicy Picpus i tam, w ukryciu, dokończyła swego skromnego życia, wypełnionego uciążliwymi posługami około starców. Zmarła 31 grudnia 1876 r. Ciało Świętej spoczywa w kaplicy nowicjatu w domu macierzystym sióstr w Paryżu. W 24 lata po objawieniu medalika Niepokalanej papież Pius IX ogłosił dogmat Niepokalanego Poczęcia Maryi (1854), a w 4 lata potem Matka Boża objawiła się jako Niepokalane Poczęcie św. Bernadetcie Soubirous (1858). Beatyfikacji Katarzyny dokonał papież Pius XI 28 maja 1933 roku, a do chwały świętych wyniósł ją papież Pius XII w 1947 roku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 grudnia

    Święty Egwin, biskup

    Święty Egwin

    Egwin urodził się w VII w. Kształcił się u benedyktynów w Worcester. Tam został mnichem, a potem kapłanem. W 693 r. powołano go na biskupstwo w rodzinnym mieście. Stał się reformatorem życia kościelnego. Bronił świętości małżeństwa, stawał w obronie sierot i wdów. Był doradcą Eldera, króla Mercji, jego syna Kenreda oraz Offy I, króla wschodnich Sasów. Podczas pobytu w Rzymie otrzymał od papieża zgodę na rezygnację z biskupstwa. W ostatnich latach życia pełnił obowiązki opata w założonym przez siebie opactwie w Evesham. Osiedlenie się tam było poprzedzone objawieniem Maryi, która powiedziała Egwinowi, gdzie chce mieć swój klasztor.
    Zmarł 30 grudnia 717 r. Po śmierci dokonał wielu cudów: przywracał wzrok i słuch, uzdrawiał chorych. Jego relikwie były otaczane tak wielkim kultem, że w 1077 roku trzeba było przebudować opactwo w Evesham, by mogło pomieścić napływ pielgrzymów.
    W ikonografii św. Egwin przedstawiany jest w stroju biskupim, w ręku ma rybę, która w pyszczku trzyma klucz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 grudnia

    Święty Tomasz Becket, biskup i męczennik

    Święty Tomasz Becket

    Tomasz urodził się w 1118 r. w Londynie. Jego ojciec był zamożnym kupcem normandzkim w tym właśnie mieście. Również jego matka była Normandką.
    Pierwsze nauki Tomasz pobierał u kanoników regularnych w Merton, a na studia wyższe przeniósł się do Paryża. Po powrocie do Londynu pomagał ojcu w jego handlowych interesach, a równocześnie pełnił funkcję w skarbowym urzędzie miejskim. Udał się na dwór prymasa Anglii, Teobalda, do Canterbury. Prymas przyjął go do swojego kleru i wysłał na dalsze studia prawnicze do Bolonii i Auxerre; kiedy zaś po ich ukończeniu Tomasz powrócił, mianował go archidiakonem Canterbury (1154). W roku następnym (1155) król Henryk II obrał go swoim lordem kanclerzem, a po śmierci prymasa, 7 lat później, wybrał go jego następcą. Tomasz zmienił wtedy radykalnie styl życia, podejmując ascezę. Dotychczasowy dworak, ambitny karierowicz, nagle nawrócił się i stał się mężem Kościoła w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Jako prymas zrezygnował natychmiast z urzędu kanclerza królewskiego, chociaż godność ta dawała mu majątek i duże wpływy w państwie. Po przyjęciu święceń kapłańskich i sakry biskupiej przywdział włosiennicę, zaczął wieść życie ascetyczne, oddawać się modlitwie i uczynkom miłosierdzia. Stał się także nieustraszonym obrońcą praw Kościoła. Dawniejsze oddanie królowi zamienił na głęboką troskę o Kościół, o zachowanie jego praw i przywilejów.
    Próby poszerzenia zakresu i kompetencji sądów królewskich kosztem sądów kościelnych oraz ograniczenia władzy Kościoła spowodowały konflikt Tomasza z królem. W roku 1164 król ogłosił tzw. Konstytucje Klarendońskie, ograniczające znacznie prawa Kościoła na rzecz króla. Prymas swojej pieczęci ani podpisu na znak zgody pod nimi nie położył. Gdy zaś papież Aleksander III potępił te regulacje, to samo uczynił i prymas Anglii. Król wezwał wówczas Tomasza przed swój sąd w Northampton. Zamierzał go aresztować, uwięzić i urządzić proces. Prymas odwołał się do papieża i wezwał biskupów, by nie brali w nim udziału. Sam zaś potajemnie, w przebraniu, opuścił Anglię i udał się do Francji, do Pontigny, a potem do Sens (1164). Po 6 latach, w 1170 r., dzięki interwencji papieża i króla Francji, Henryk II zgodził się na powrót Tomasza do kraju. Traktował go jednak jako niewdzięcznika i głowę opozycji.
    Spokój trwał niezbyt długo. Kiedy król przebywał w Normandii, usłużni dworacy donosili mu, co dzieje się w Anglii. Pewnego dnia Henryk II miał zawołać: “Poddani moi to tchórze i ludzie bez honoru! Nie dochowują wiary swemu panu i dopuszczają, żebym był pośmiewiskiem jakiegoś tam klechy z gminu”. Czterej rycerze z otoczenia króla za zezwoleniem monarchy jeszcze tej samej nocy udali się do Anglii i wpadli do Canterbury, do pałacu prymasa. Nie zastali go tam, gdyż właśnie w katedrze odprawiał Nieszpory. Dobiegli do ołtarza i z okrzykiem “Śmierć zdrajcy!” zarąbali go na śmierć. Ranili również kapelana arcybiskupa, który usiłował prymasa bronić. Działo się to 29 grudnia 1170 roku.
    Przy ubieraniu biskupa do pogrzebu znaleziono na jego ciele włosiennicę i krwawe ślady od biczowania się. Zbrodnia wywołała oburzenie w całej Anglii i w świecie. W zaledwie trzy lata po męczeńskiej śmierci papież Aleksander III ogłosił Tomasza świętym i męczennikiem Kościoła. Król dla uwolnienia się od kar kościelnych, które groziły mu nawet utratą tronu (jako wyklęty z Kościoła według średniowiecznego prawa nie mógł być królem wyznawców Chrystusa) rozpoczął pokutę. Odbył pieszą pielgrzymkę do grobu św. Tomasza i przyrzekł wziąć udział w wyprawie krzyżowej, ale zamieniono mu ją na obowiązek wystawienia trzech kościołów (1174). Grób św. Tomasza stał się celem licznych pielgrzymek. Kazał go zniszczyć dopiero król Henryk VIII w 1538 roku.
    Św. Tomasz Becket jest obok św. Jerzego drugim patronem Anglii; jest także patronem duchownych.
    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju biskupim. Jego atrybutami są: model kościoła, krzyż, miecz, palma męczeńska.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 grudnia

    Święci Młodziankowie, męczennicy

    Rzeź świętych Młodzianków

    Dwuletnim, a nawet młodszym chłopcom zamordowanym w Betlejem i okolicy na rozkaz króla Heroda św. Ireneusz, św. Cyprian, św. Augustyn i inni ojcowie Kościoła nadali tytuł męczenników. Ich kult datuje się od I wieku po narodzinach Chrystusa. W Kościele zachodnim Msza za świętych Młodzianków jest celebrowana – tak jak Msze święte Wielkiego Postu – bez radosnych śpiewów; kolor liturgiczny – czerwony.
    Wśród Ewangelistów jedynie św. Mateusz przekazał nam informację o tym wydarzeniu (Mt 2, 1-16). Dekret śmierci dla niemowląt wydał Herod Wielki, król żydowski, kiedy dowiedział się od mędrców, że narodził się Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski. W obawie, by Jezus nie odebrał jemu i jego potomkom panowania, chciał w podstępny sposób pozbyć się Pana Jezusa.
    Za czasów Heroda panowało przekonanie, że wszystko w państwie jest własnością władcy, także ludzie, nad którymi władca ma prawo życia i śmierci. Jeśli mu stoją na przeszkodzie, zagrażają jego życiu lub panowaniu, może bez skrupułów w sposób gwałtowny się ich pozbyć. Historia potwierdza, że Herod był wyjątkowo ambitny, żądny władzy i podejrzliwy. Sam bowiem doszedł do tronu po trupach i tylko dzięki terrorowi utrzymywał się u władzy. Był synem Antypatra, wodza Idumei. Za cel postawił sobie panowanie. Dlatego oddał się w całkowitą służbę Rzymianom. Dzięki nim jako poganin otrzymał panowanie nad Ziemią Świętą i narodem żydowskim z tytułem króla. Wymordował żydowską rodzinę królewską, która panowała nad narodem przed nim: Hirkana II, swojego teścia; Józefa, swojego szwagra; Mariam, swoją żonę; ponadto trzech swoich synów – Aleksandra, Arystobula i Antypatra; arcykapłana Arystobula; Aleksandrę, matkę Mariamme i wielu innych, jak to szczegółowo opisuje żyjący ok. 70 lat po nim historyk żydowski, Józef Flawiusz (Dawne dzieje Izraela). Jeszcze przed samą swoją śmiercią, by nie dać Żydom powodu do radości, ale by wycisnąć łzy z ich oczu i w ten sposób “upamiętnić” swój zgon, rozkazał dowódcy wojska zebrać na stadionie sportowym w Jerychu najprzedniejszych obywateli żydowskich i na wiadomość o jego śmierci wszystkich zgładzić. Na szczęście nie wykonano tego polecenia. Te i wiele innych faktów wskazuje, kim był Herod i czym było dla takiego okrutnika pozbawienie życia kilkudziesięciu niemowląt.
    Bibliści zastanawiają się nad tym, ile mogło być tych niemowląt? Betlejem w owych czasach mogło liczyć ok. 1000 mieszkańców. Niemowląt do dwóch lat w takiej sytuacji mogło być najwyżej ok. 100; chłopców zatem ok. 50. Jest to liczba raczej maksymalna i trzeba ją prawdopodobnie zaniżyć. Szczegół, że Herod oznaczył wiek niemowląt skazanych na śmierć, jest dla nas o tyle cenny, że pozwala nam w przybliżeniu określić czas narodzenia Pana Jezusa. Pan Jezus mógł mieć już ok. roku. Herod wolał dla “swego bezpieczeństwa” wiek ofiar zawyżyć.
    Czczeni jako flores martyrum – pierwiosnki męczeństwa, Młodziankowie nie złożyli świadomie swojego życia za Chrystusa, ale niewątpliwie oddali je z Jego powodu. Zatriumfowali nad światem i zyskali koronę męczeństwa nie doświadczywszy zła tego świata, pokus ciała i podszeptów szatana.
    Ikonografia podejmowała często ten tak dramatyczny temat dający wiele możliwości artystom. Dlatego wśród malarzy i rzeźbiarzy, którzy wykonali obrazy przedstawiające “Rzeź Niewiniątek”, figurują m.in.: Giovanni Francesco Baroto, Mikołaj Poussin, Guido Reni, Dürer, Romanino, Piotr Brueghel, Bartolomeo Schedoni, Rubens i wielu innych. W Padwie, w bazylice św. Justyny, a także w kilkunastu innych kościołach, można oglądać “relikwie” Młodzianków. Są one oczywiście nieprawdziwe, ale dowodzą, jak wielki w historii Kościoła był kult Świętych Młodzianków.
    Święci Młodziankowie są uważani za patronów chórów kościelnych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________________

    Święci Młodziankowie. Pierwiosnki męczeństwa skąpane we krwi

    Święto obchodzone 28 grudnia poświęcone zostało ofiarom rzezi niewiniątek (Mt 2,16), dokonanej na rozkaz namiestnika Galilei Heroda (73–4 r. p. n. e.). Św. Ireneusz i św. Cyprian  w swoich pismach otwarcie przyznawali im tytuł męczenników. Zgodnie z tradycją, ofiary Heroda otrzymały chrzest krwi, traktowani byli jako pierwiosnki męczeństwa. Chrześcijanie widzieli także w tym wydarzeniu spełnienie proroctwa Jeremiasza, który napisał: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich nie ma”.

    Święty Augustyn poświęcił małym męczennikom osobną homilię, w której tłumaczył: „Niech się raduje Kościół, płodna matka tylu bojowników niebieskich i tak wspaniałych dziwów. Oto ów wróg bezbożny nigdy nie byłby zdolny przez najtkliwszą życzliwość tyle pożytku przynieść tym błogosławionym Młodziankom, ile im przysporzył przez swoją nienawiść. Dzisiejsze święto nas poucza, że w jakiej mierze na błogosławione Niemowlęta rzuciło się zło, w takiej też obfitości spłynęło na nich błogosławieństwo”. Betlejem przyniosło Chrystusowi „zastęp niewinnych i nieletnich dzieci”. Z tego też powodu dzieci, „które bezbożność Heroda oderwała od piersi matek, słusznie są nazywane kwiatami męczenników. Są to pierwsze pąki Kościoła rozwinięte wśród niewiary, a przedwcześnie zwarzone mroźną zawiścią prześladowania”.

    Wśród Ewangelistów tylko św. Mateusz podał informację o rzezi dzieci mającej na celu zgładzenie Mesjasza. Jak szacowali bibliści, w Betlejem zamieszkanym wówczas przez około 1000 mieszkańców żyło wówczas najpewniej ok. 100 dzieci obojga płci poniżej drugiego roku życia. Liczba zgładzonych chłopców szacowana była na ok. 30-40.

    Sam Herod, co potwierdzają ówcześni historiografowie, słynął z okrucieństwa. Do władzy doszedł dzięki serii mordów, jego ofiarami padli m.in. poprzednia rodzina królewska, teść, szwagier, żona i trzech synów i wielu, wielu innych. Chcąc uczynić z końca własnej władzy powód smutku dla poddanych, rozkazał zgromadzić najznamienitszych spośród królestwa Judei i zgładzić ich wszystkich w chwili własnej śmierci. Panujący wówczas cesarz August miał stwierdzić, że „lepiej jest być wieprzem u Heroda niż jego synem”. Żydzi, pamiętając jego rządy, zniszczyli miejsce pochówku tyrana w trakcie powstania przeciwko Rzymianom.

    Cześć oddawaną świętym młodziankom potwierdzają już źródła z III wieku, kult rozpoczął się prawdopodobnie w wieku II . Do kalendarza liturgicznego ich święto wprowadzono w V wieku. Ku ich czci wznoszono liczne kaplice i świątynie, są uważani za patronów kościelnych chórów.

    oprac. mat/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 grudnia

    Święty Jan, Apostoł i Ewangelista

    Święty Jan Ewangelista

    Jan był synem Zebedeusza i Salome, młodszym bratem Jakuba Starszego (Mt 4, 21). Jeśli chodzi o zestaw tekstów ewangelicznych, w których jest mowa o św. Janie, to ich liczba stawia go zaraz po św. Piotrze na drugim miejscu. Łącznie we wszystkich Ewangeliach o św. Piotrze jest wzmianka aż na 68 miejscach (193 wiersze), a o św. Janie na 31 miejscach (90 wierszy).
    Początkowo Jan był uczniem Jana Chrzciciela, ale potem razem ze św. Andrzejem poszedł za Jezusem (J 1, 35-40). Musiał należeć do najbardziej zaufanych uczniów, skoro św. Jan Chrzciciel z nimi tylko i ze św. Andrzejem przebywał właśnie wtedy nad rzeką Jordanem. Jan w Ewangelii nie podaje swojego imienia. Jednak jako naoczny świadek wymienia nawet dokładnie godzinę, kiedy ten wypadek miał miejsce. Rzymska godzina dziesiąta – to nasza godzina szesnasta. Po tym pierwszym spotkaniu Jan jeszcze nie został na stałe przy Panu Jezusie. Jaki był tego powód – nie wiemy. Być może musiał załatwić przedtem swoje sprawy rodzinne. O ostatecznym przystaniu Jana do grona uczniów Jezusa piszą św. Mateusz, św. Marek i św. Łukasz (Mt 4, 18-22; Mk 1, 14-20; Łk 5, 9-11).
    Jan pracował jako rybak. O jego zamożności świadczy to, że miał własną łódź i sieci. Niektórzy sądzą, że dostarczał ryby na stół arcykapłana – dzięki temu mógłby wprowadzić Piotra na podwórze arcykapłana po aresztowaniu Jezusa. Ewangelia odnotowuje obecność Jana podczas Przemienienia na Górze Tabor (Mk 9, 2), przy wskrzeszeniu córki Jaira (Mk 5, 37) oraz w czasie konania i aresztowania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym (Mk 14, 33).
    Kiedy Jan wyraził zgorszenie, że ktoś obcy ma odwagę wyrzucać z ludzi złe duchy w imię Jezusa (sądził bowiem, że jest to wyłączny przywilej Chrystusa i Jego uczniów), otrzymał od Pana Jezusa odpowiedź: “Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami” (Mk 9, 37-38).
    Pewnego dnia do Pana Jezusa przybyła matka Jana i Jakuba z prośbą, aby jej synowie zasiadali w Jego królestwie na pierwszych miejscach, po Jego prawej i lewej stronie. Pan Jezus wiedział, że matka nie uczyniła tego sama z siebie, ale na prośbę synów. Dlatego nie do niej wprost, ale do nich się odezwał: “Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” Kiedy zaś ci odpowiedzieli: “Możemy”, otrzymali odpowiedź: “Kielich mój pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej czy lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował” (Mt 20, 21-28; Mk 10, 41-52).
    Szczegół ten zdradza to, że nawet tak świątobliwy Jan nie całkiem bezinteresownie przystąpił do Pana Jezusa w charakterze Jego ucznia. Przekonany, że wskrzesi On doczesne królestwo Izraela na wzór i co najmniej w granicach królestwa Dawida, marzył, by w tym królestwie mieć wpływowy urząd, być jednym z pierwszych ministrów u Jego boku. Samemu jednak wstydząc się o to prosić, wezwał interwencji swojej matki. Potem zrozumie, że chodzi o królestwo Boże, duchowe, o zbawienie ludzi – i odda się tej wielkiej sprawie aż do ostatniej godziny życia. Warto tu tylko uzupełnić, że według relacji Marka to oni sami: Jan i Jakub zwrócili się do Chrystusa z tą dziwną prośbą, nie wyręczając się przy tym matką.
    Chrystus nadał Janowi i Jakubowi, jego bratu, drugie imię – “Synowie gromu” (Łk 9, 51-56). Jan zostaje wyznaczony razem ze św. Piotrem, aby przygotowali Paschę wielkanocną. Podczas Ostatniej Wieczerzy Jan spoczywał na piersi Zbawiciela. Tylko on pozostał do końca wierny Panu Jezusowi – wytrwał pod krzyżem. Dlatego Chrystus z krzyża powierza mu swoją Matkę, a Jej – Jana jako przybranego syna (J 19, 26-27).
    Po zmartwychwstaniu Chrystusa Jan przybywa razem ze św. Piotrem do grobu, gdzie “ujrzał i uwierzył” (J 20, 8), że Chrystus żyje. W Dziejach Apostolskich Jan występuje jako nieodłączny na początku towarzysz św. Piotra. Obaj idą do świątyni żydowskiej na modlitwę i dokonują u jej wejścia cudu uzdrowienia paralityka (Dz 3, 1 – 4, 21). Jan z Piotrem został delegowany przez Apostołów dla udzielenia Ducha Świętego w Samarii (Dz 8, 14-17). We dwóch przemawiali do ludu, zostali pojmani i wtrąceni do więzienia (Dz 4, 1-24). O Janie Apostole wspomina także św. Paweł Apostoł w Liście do Galatów. Nazywa go filarem Kościoła (Ga 2, 9).
    Jan przebywał przez wiele lat w Jerozolimie (Ga 2, 9), potem prawdopodobnie w Samarii, a następnie w Efezie. To tam napisał Ewangelię i trzy listy apostolskie. Wynika z nich, że jako starzec kierował niektórymi gminami chrześcijańskimi w Małej Azji. Z Apokalipsy dowiadujemy się, że były to: Efez, Smyrna, Pergamon, Tiatyra, Sardes, Filadelfia i Laodycea.
    Tradycja wczesnochrześcijańska okazywała żywe zainteresowanie losami św. Jana Apostoła po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Pana Jezusa. Św. Papiasz (ok. 80-116) i św. Polikarp (ok. 70-166) szczycą się nawet, że byli uczniami św. Jana. Podają nam pewne cenne szczegóły z jego późniejszych lat. Podobnie św. Ireneusz (ok. 115-202) przekazał nam zaczerpnięte z tradycji niektóre wiadomości. Także w pismach apokryficznych znajdujemy o życiu Jana okruchy prawdy. Z tych wszystkich źródeł wynika, że Jan głosił Ewangelię albo w samej Ziemi Świętej, albo w jej pobliżu, a to ze względu na Matkę Bożą, nad którą Chrystus powierzył mu opiekę. Po wybuchu powstania żydowskiego Jan schronił się zapewne w Zajordanii, gdzie przebywał do końca wojny, tj. do roku 70 (zburzenie Jerozolimy). Stamtąd udał się do Małej Azji, gdzie pozostał aż do zesłania go na wyspę Patmos przez cesarza Domicjana (81-96). Po śmierci cesarza Apostoł wrócił do Efezu, by tu za panowania Trajana (98-117) zakończyć życie jako prawie stuletni starzec. Potwierdzają to św. Ireneusz i Polikrates, biskup Efezu (ok. 190 roku).
    W wieku II lub III powstał w Małej Azji apokryf Dzieje Jana. Przytacza go m.in. Focjusz. Do naszych czasów dochowały się jego znaczne fragmenty. Według tego pisma Domicjan wezwał najpierw Jana do Rzymu. Nie miał jednak odwagi skazać starca na gwałtowną śmierć, dlatego zesłał go na wygnanie na wyspę Patmos, by na tej skalistej, niezaludnionej wyspie Morza Egejskiego zginął powolną śmiercią. Na szczęście chrześcijanie nie zapomnieli o ostatnim świadku Chrystusa. Główną treścią apokryfu są cuda, jakie Jan miał zdziałać w Rzymie i w Efezie. W opisach znajduje się tak wiele legendarnych motywów, że trudno wydobyć z tego apokryfu prawdę. Utrwaliło się podanie, że Domicjan usiłował najpierw w Rzymie otruć św. Jana. Kielich pękł i wino się rozlało w chwili, gdy Apostoł nad nim uczynił znak krzyża świętego. Wtedy cesarz kazał go męczyć we wrzącym oleju, ale Święty wyszedł z niego odmłodzony. Przez kilkaset lat (do roku 1909) 6 maja było nawet obchodzone osobne święto ku czci św. Jana w Oleju.
    Jan miał mieć ucznia, którego w sposób szczególniejszy miłował i z którym łączył wielkie nadzieje. Ten wszakże wszedł w złe towarzystwo i został nawet hersztem zbójców. Apostoł tak długo go szukał, aż go odnalazł i nawrócił. Euzebiusz z Cezarei pisze, że Jan nosił diadem kapłana, że organizował gminy i ustanawiał nad nimi biskupów, a w Efezie miał wskrzesić zmarłego.
    Swoją Ewangelię napisał Jan prawdopodobnie po roku 70, kiedy powrócił do Efezu. Miał w ręku Ewangelie synoptyków (Mateusza, Marka i Łukasza), dlatego jako naoczny świadek nauk Pana Jezusa i wydarzeń z Nim związanych nie powtarza tego, co już napisano, uzupełnia wypadki szczegółami bliższymi i faktami przez synoptyków opuszczonymi. Nigdzie wprawdzie nie podaje swojego podpisu wprost, ale podaje go pośrednio, kiedy pisze na wstępie: “I oglądaliśmy Jego chwałę” (J 1, 14), zaś w swoim pierwszym liście napisze jeszcze dobitniej: “To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce” (1 J 1, 1). Ewangelię św. Jana zna św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 107) i cytuje ją w swoich listach. Zna ją również św. Justyn (+ ok. 165), a Fragment Muratoriego (160-180) pisze wprost o św. Janie jako autorze Ewangelii.
    Pierwszymi adresatami Ewangelii św. Jana byli chrześcijanie z Małej Azji. Znali oni dobrze Jana, nie musiał się więc im przedstawiać. W owych czasach rozpowszechniały się pierwsze herezje gnostyckie: ceryntian, nikolaitów i ebionitów. Dlatego Ewangelia św. Jana nie ma charakteru katechetycznego, jak poprzednie, a raczej historyczno-teologiczny. Jan wykazuje, że Jezus jest postacią historyczną, że jest prawdziwie Synem Bożym. Tradycja za symbol słusznie nadała mu orła, gdyż głębią i polotem przewyższył wszystkich Ewangelistów.
    Według podania, cesarz Nerwa (96-98) miał uwolnić św. Jana z wygnania. Apostoł wrócił do Efezu, gdzie zmarł niebawem ok. 98 roku. Jako więc jedyny z Apostołów zmarł śmiercią naturalną. Dlatego podczas dzisiejszej liturgii celebrans nosi szaty białe, a nie – jak w przypadku wszystkich pozostałych Apostołów – czerwone. Pierwszą wzmiankę o grobie św. Jana w Efezie ok. 191 roku podaje w liście do papieża św. Wiktora Polikrates, biskup Efezu. Papież św. Celestyn I w liście swoim do ojców soboru efeskiego z 8 maja 431 roku winszuje im, że mogą czcić relikwie św. Jana Apostoła. Św. Grzegorz z Tours (+ 594) wspomina o cudach, jakie działy się przy tym grobie. Badania archeologiczne, przeprowadzone w 1936 roku, potwierdziły istnienie tego grobu. Dzisiaj z wielkiej metropolii, jaką niegdyś był Efez, pozostały jedynie ruiny, a na nich powstała mała wioska turecka.

    Święty Jan Ewangelista

    Jan jest patronem Albanii i Azji Mniejszej; ponadto aptekarzy, bednarzy, dziewic, zawodów związanych z pisaniem i przepisywaniem: introligatorów, kopistów, kreślarzy, litografów, papierników, pisarzy oraz owczarzy, płatnerzy, skrybów, ślusarzy, teologów, uprawiających winorośl oraz wdów. Kult św. Jana Apostoła w Kościele był zawsze bardzo żywy. Najwspanialszą świątynię wystawiono mu w Rzymie. Jest nią bazylika na Lateranie pod wezwaniem świętych Jana Chrzciciela i Jana Apostoła. Zwana jest również bazyliką Zbawiciela – matką wszystkich kościołów chrześcijaństwa, gdyż jako pierwsza była uroczyście konsekrowana przez papieża św. Sylwestra I (+ 335) i dotąd jest katedrą papieską. Nadto w Rzymie wystawiono św. Janowi Apostołowi jeszcze inne kościoły, np. przy Bramie Łacińskiej (ante Portam Latinam), gdzie Apostoł miał być męczony w rozpalonym oleju. Do Jana Apostoła szczególne nabożeństwo miały św. Gertruda i św. Małgorzata Maria Alacoque. Właśnie w dniu dzisiejszym, w dniu jego święta miały objawienia dotyczące nabożeństw do Serca Pana Jezusa. Szczególnym nabożeństwem do św. Jana Apostoła wyróżniali się kiedyś w Polsce krzyżacy. Wystawili też oni szereg kościołów ku jego czci.
    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako stary Apostoł, czasami jako młodzieniec w tunice i płaszczu, rzadko jako rybak. Najczęściej występuje w scenach będących ilustracjami tekstów Pisma św.: jest jedną z centralnych postaci podczas Ostatniej Wieczerzy, Jan pod krzyżem obok Maryi, Jan podczas Zaśnięcia NMP, Jan na Patmos, Jan i jego wizje apokaliptyczne. Bywa – błędnie – przedstawiany w scenie męczeństwa, zanurzony w kotle z wrzącą oliwą. Czasem na obrazach towarzyszy mu diakon Prochor, któremu dyktuje tekst. Jego atrybutami są: gołębica, kielich z Hostią, kielich zatrutego wina z wężem (wąż jest symbolem zawartej w kielichu trucizny-jadu; na tę pamiątkę podaje się dzisiaj w wielu kościołach wiernym poświęcone wino do picia, by nie szkodziła im żadna trucizna), kocioł z oliwą, księga, orzeł w locie, na księdze lub u jego stóp, siedem apokaliptycznych plag, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________

    27 grudnia – wspomnienie św. Jana, Apostoła i Ewangelisty

    Dziś, 27 grudnia, Kościół obchodzi wspomnienie św. Jana, Apostoła i Ewangelisty. W tym dniu święci się wino, które podaje się wiernym do picia. Jest to bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza.

     Adobe Stock

    ***

    Jan był prorokiem, teologiem i mistykiem. Był synem Zebedeusza i Salome, młodszym bratem Jakuba Starszego. Jan pracował jako rybak. O jego zamożności świadczy fakt, że miał własną łódź i sieci. Niektórzy sądzą, że dostarczał ryby na stół arcykapłana – dzięki temu być może mógł wprowadzić Piotra na podwórze arcykapłana po aresztowaniu Jezusa. Ewangelia odnotowuje obecność Jana podczas Przemienienia na Górze Tabor, przy wskrzeszeniu córki Jaira oraz w czasie konania i aresztowania Jezusa w Ogrodzie Oliwnym.

    W Dziejach Apostolskich św. Jan występuje jako nieodłączny towarzysz św. Piotra. Obaj idą do świątyni żydowskiej na modlitwę i dokonują u jej wejścia cudu uzdrowienia paralityka.

    Jan przebywał przez wiele lat w Jerozolimie, potem w Samarii, następnie w Efezie. Tam też napisał Ewangelię i trzy listy apostolskie. Wynika z nich, że jako starzec kierował niektórymi gminami chrześcijańskimi w Małej Azji. Z Apokalipsy natomiast dowiadujemy się, że były to: Efez, Smyrna, Pergamon, Tiatyra, Sardes, Filadelfia i Laodycea.

    W dniu św. Jana święci się wino, które podaje się wiernym do picia. Jest to bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza. Związana jest z pewną legendą, według której św. Jan miał pobłogosławić kielich zatrutego wina. Wersje tego przekazu są różne. Jedna mówi, że to cesarz Domicjan, który wezwał apostoła do Rzymu, by tam go zgładzić, podał mu kielich zatrutego wina. Św. Jan pobłogosławił go, a kielich się rozpadł.

    Dziś ta tradycja ma inną wymowę. Głównym przesłaniem Ewangelii według św. Jana jest miłość. Dlatego, gdy podaje się owo wino, mówi się „pij miłość św. Jana”. Bo wino – sięgając do biblijnych korzeni – oznacza szczęście, radość, ale również cierpienie i miłość. Czerwony, a taki był najczęstszy jego kolor, to barwa miłości.

    Jan jest patronem Albanii i Azji Mniejszej, a także aptekarzy, zawodów związanych z pisaniem i przepisywaniem.

    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako stary Apostoł, czasami jako młodzieniec w tunice i płaszczu, rzadko jako rybak.

    brewiarz.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 grudnia

    Święty Szczepan, diakon
    pierwszy męczennik

    Ukamienowanie świętego Szczepana

    Greckie imię Stephanos znaczy tyle, co “wieniec” i jest tłumaczone na język polski jako Stefan lub Szczepan. Nie wiemy, ani kiedy, ani gdzie św. Szczepan się urodził. Jego greckie imię wskazywałoby na to, że był nawróconym hellenistą – Żydem z diaspory, zhellenizowanym, czyli posługującym się na co dzień językiem greckim. Nie są nam znane szczegóły jego wcześniejszego życia. Jego dzieje rozpoczynają się od czasu wybrania go na diakona Kościoła. Apostołowie w odpowiedzi na propozycję św. Piotra wybrali siedmiu diakonów dla posługi ubogim, aby w ten sposób odciążyć uczniów Chrystusa oraz dać im więcej czasu na głoszenie Ewangelii. W gronie tych siedmiu znalazł się Szczepan. Nie ograniczył się on jednak wyłącznie do posługi ubogim. Według Dziejów Apostolskich, “pełen łaski i mocy Ducha Świętego” głosił Ewangelię z mądrością, której nikt nie mógł się przeciwstawić.
    Został oskarżony przez Sanhedryn, że występuje przeciw Prawu i Świątyni. W mowie obrończej Szczepan ukazał dzieje Izraela z perspektywy chrześcijańskiej, konkludując, że naród ten stale lekceważył wolę Boga (Dz 6, 8 – 7, 53). Publicznie wyznał Chrystusa, za co został ukamienowany (Dz 7, 54-60). Jest określany mianem Protomartyr – pierwszy męczennik.
    Oskarżycielami Szczepana przed Sanhedrynem żydowskim byli inni zhelenizowani Żydzi, z wymienionych w tekście Dziejów Apostolskich synagog. Wynika stąd, że Szczepan zaczął od nawracania swoich rodaków, do których mógł przemawiać w ich własnym języku, czyli po grecku. Zadziwia znajomością dziejów narodu żydowskiego i wskazuje, że powołaniem narodu wybranego było przygotowanie świata na przyjście Zbawiciela. Żydzi nie tylko sprzeniewierzyli się temu wielkiemu posłannictwu, ale nawet zamordowali Chrystusa. Stąd oburzenie, jakie wyrywa się z ust Szczepana.
    Był to rok 36, a więc od śmierci Chrystusa Pana upłynęły zaledwie 3 lata. Prozelici musieli praktykować i wypełniać, podobnie jak Apostołowie i uczniowie Chrystusa, także prawo judaizmu z przyjęciem obrzezania, pogłębione jedynie o nakazy Ewangelii. Dopiero sobór w Jerozolimie w roku 49/50 zdecydował, że poganie nawróceni na chrześcijaństwo nie są zobowiązani do zachowania prawa mojżeszowego. Same niemal imiona greckie wskazują, jak wielkie były wpływy helleńskie w czasach apostolskich w narodzie żydowskim. Nadto wynika z tekstu, że pieczę nad ubogimi zlecono głównie nawróconym hellenistom, aby nie mieli żalu, że są krzywdzeni przez wiernych pochodzenia żydowskiego.
    Autor Dziejów Apostolskich podkreśla, że przy śmierci Szczepana był obecny Szaweł, późniejszy Apostoł Narodów, którego św. Łukasz stanie się potem uczniem. Pilnował szat oprawców. Był oficjalnym świadkiem kamienowania – reprezentował Sanhedryn.
    Bibliści zastanawiają się, jak mogło dojść do jawnego samosądu oraz morderstwa, skoro każdy wyrok śmierci był uzależniony od podpisu rzymskiego namiestnika, jak to widzimy przy śmierci Pana Jezusa. Właśnie wtedy, w 36 roku Piłat został odwołany ze swojego stanowiska, a nowy namiestnik jeszcze nie przybył. Żydzi wykorzystali ten moment, by dokonać samosądu na Szczepanie, co więcej, rozpoczęli na szeroką skalę akcję niszczenia chrześcijaństwa: “Wybuchło wówczas wielkie prześladowanie w Kościele jerozolimskim” (Dz 8, 1).
    Kult Szczepana rozwinął się natychmiast. Jednakże na skutek zawieruch, jakie nawiedzały Ziemię Świętą, w tym także Jerozolimę, zapomniano o jego grobie. Odkryto go dopiero w 415 roku. Skoro udało się go rozpoznać, to znaczy, że św. Szczepan musiał mieć grób wyróżniający się i z odpowiednim napisem. O znalezieniu tego grobu pisze kapłan Lucjan. Miał mu się zjawić pewnej nocy Gamaliel, nauczyciel św. Pawła, i wskazać grób swój i św. Szczepana w pobliżu Jerozolimy (Kfar Gamla, czyli Beit Jamal). Chrześcijanie, uciekając przed oblężeniem Jerozolimy i w obawie przed jej zburzeniem przez cesarza Hadriana, zabrali ze sobą śmiertelne szczątki tych dwóch czcigodnych mężów i we wspomnianej wiosce je pochowali. Gamaliel bowiem miał zakończyć życie jako chrześcijanin. Na miejscu odnalezienia ciał biskup Jerozolimy, Jan, wystawił murowaną bazylikę; drugą zbudował w miejscu, gdzie według podania Szczepan miał być ukamienowany. Bazylikę tę upiększyli św. Cyryl Jerozolimski (439) i cesarzowa św. Eudoksja (460).
    Imię Szczepana włączono do Kanonu rzymskiego. Jest patronem diecezji wiedeńskiej; kamieniarzy, kucharzy i tkaczy.
    Z dniem św. Szczepana łączono w Polsce wiele zwyczajów. Podczas gdy pierwszy dzień Świąt spędzano w zaciszu domowym, wśród najbliższej rodziny, w drugi dzień obchodzono z życzeniami świątecznymi sąsiadów, dalszą rodzinę i znajomych. W czasie Mszy świętej rzucano w kościele zboże na pamiątkę kamienowania Świętego. Wieczór 26 grudnia nazywano “szczodrym”, gdyż służba dworska składała panom życzenia i otrzymywała poczęstunek, a nawet prezenty. Po przyjęciu smarowano miodem pułap i rzucano ziarno. Jeśli zboże przylgnęło, było to dobrą wróżbą pomyślnych zbiorów.
    Zaskoczenie może budzić fakt, że Kościół w drugim dniu oktawy Świąt Bożego Narodzenia umieścił święto św. Szczepana. Być może stało się tak po to, byśmy zapatrzeni w żłóbek Chrystusa nie zapomnieli, że ofiara ze strony Boga dla człowieka pociąga konieczność także ofiary ze strony człowieka dla Boga, chociażby ona wymagała nawet krwi męczeństwa.

    Święty Szczepan

    W ikonografii św. Szczepan występuje jako młody diakon w białej tunice lub w bogato tkanej dalmatyce. Jego atrybutami są: księga Ewangelii, kamienie na księdze lub w jego rękach, gałązka palmowa.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    O. Placyd Koń dla Frondy: Czy śmierć Szczepana zmieniła Szawła?
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    O. Placyd Koń dla Frondy: Czy śmierć Szczepana zmieniła Szawła?

    O. Placyd Koń dla Frondy: Czy śmierć Szczepana zmieniła Szawła?

    Tomasz Wandas, Fronda: Ukamienowanie św. Szczepana. Jaki jest związek pomiędzy zamordowaniem św. Szczepana, a tym, kim stał się później św. Paweł? Czy może nie ma takiego związku? Co na ten temat mówi Pismo? 

    o. Placyd Koń OFM: Jestem przekonany, że taki związek pomiędzy śmiercią diakona Szczepana, a przyszłym nawróceniem Szawła istnieje, ale w Piśmie św. nie mamy jego wyraźnego potwierdzenia. Tertulian sformułował sławne zdanie: „Krew męczenników nasieniem nowych chrześcijan”. Ten starożytny pisarz wyraził pewną ogólną zasadę uznawaną przez Kościół, natomiast św. Augustyn pójdzie jeszcze dalej, i w mowie na cześć pierwszego męczennika powie już bardzo konkretnie na temat interesującego nas związku: „Jeśli św. Szczepan nie modliłby się w ten sposób, Kościół nie miałby Pawła”. Chodzi tu oczywiście o jego modlitwę za jego morderców (Dz 7, 60).

    Zauważmy, że o ile Tertulian wskazuje na krew męczenników czyli ich ofiarę z życia, która rodzi chrześcijan, Doktor Kościoła podkreśla modlitwę Szczepana, jako istotny i decydujący element w śmierci męczeńskiej pierwszego męczennika. Czyżby chciał przez to powiedzieć, że modlitwa jest ważniejsza niż sama śmierć męczeńska? Nie, chodzi o coś innego. Cierpienie, choćby największe, a nawet śmierć, nie ma przed Bogiem znaczenia, jeśli cierpiący czy umierający nie ma w sobie Bożej miłości. Dopiero miłość, która jest owocem i znakiem obecności Ducha Świętego w człowieku, nadaje wartość ludzkiemu cierpieniu i śmierci; to ona sprawia, że „drogocenna jest w oczach Pana śmierć Jego czcicieli” (Ps 116, 15 BT).

    Jak wielka była miłość św. Szczepana?

    Miłość obecna w Szczepanie i wyrażona w jego modlitwie za prześladowców czyni go podobnym do jego Mistrza. Na to podobieństwo w śmierci pierwszego męczennika do Króla męczenników wskazuje św. Łukasz. Św. diakon w czasie kamienowania, na krótko przed śmiercią, woła: „Panie, nie licz im tego grzechu!” (Dz 7, 60 BT). Szczepan umierając modli się za swoich oprawców, podobnie jak Pan na krzyżu: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią“ (Łk 23, 34). Tych podobieństw jest więcej. Zarówno Pan, jak i Jego uczeń ponoszą śmierć poza miastem. Pan Jezus umierając powierza swego ducha w ręce Ojca (Łk 23, 46); św. Szczepan powierza swego ducha w ręce Jezusa: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego!” (Dz 7, 59). W obu tych zdaniach św. Łukasz, autor trzeciej Ewangelii i Dziejów Apostolskich, używa tego samego wyrażenia: „donośnym głosem”. To dodatkowy element wskazujący na podobieństwo w śmierci św. Szczepana do boskiego Zbawiciela (jednak niezauważalny w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia, ponieważ grecki zwrot fone megale został przetłumaczony w Łk 23, 46: „donośnym głosem”, a w Dz 7, 59: „głośno”).

    Bezpośrednio przed rozpoczęciem kamienowania i po jego zakończeniu św. Łukasz wspomina Szawła. Pilnuje on szat tych, którzy rzucają kamienie (7, 58) i „zgadza się na zabicie go” (8, 1). Czy to ma jakieś znaczenie? Tak, jestem skłonny zobaczyć w tym delikatną aluzję natchnionego autora wskazującą na związek pomiędzy zachowaniem Szawła, a śmiercią Szczepana, oraz pomiędzy modlitwą pierwszego męczennika, a nawróceniem przyszłego Apostoła Narodów.

    Wśród tych wymienionych podobieństw jest też jedna różnica, jak się wydaje, zamierzona przez autora. Chodzi o przestawioną kolejność cytowanych powyżej zdań. O ile Pan Jezus najpierw modli się o przebaczenie dla swoich prześladowców, a dopiero później powierza swego ducha w ręce Ojca, co jest następstwem jak najbardziej zrozumiałym, czy wręcz naturalnym, Szczepan czyni dokładnie odwrotnie: najpierw wypowiada słowa o powierzeniu swego ducha Jezusowi, a następnie modli się za godzących na jego życie.

    Czy śmierć św. Szczepana wpłynęła bezpośrednio na nawrócenie Szawła?

    Trzeba tu zauważyć, że śmierć św. Szczepana nie przyniosła natychmiastowego nawrócenia Szawła. Wręcz przeciwnie, stała się początkiem prześladowań młodego Kościoła w Jerozolimie (Dz 8, 1). Urodzony w Tarsie, ale zdobywający wykształcenie w Jerozolimie uczeń Gamaliela bierze w nich aktywny udział: „A Szaweł niszczył Kościół, wchodząc do domów, porywał mężczyzn i kobiety i wtrącał do więzienia” (Dz 8, 3). Kiedy w Jerozolimie nie widział już pola do działania, udał się do arcykapłana z prośbą o „listy do synagog w Damaszku, aby mógł uwięzić i przyprowadzić do Jeruzalem mężczyzn i kobiety, zwolenników tej drogi, jeśliby jakichś znalazł” (Dz 9, 2). I właśnie w czasie podróży do Damaszku zmartwychwstały Pan ukazuje się prześladowcy: „’Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?’ Kto jesteś, Panie?’ – powiedział. A On: ‘Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz’” (Dz 9, 4-5). Te słowa zapisał św. Łukasz. Natomiast św. Augustyn wkłada w usta Pana jeszcze inne: „Dlaczego powstałeś przeciwko Mnie dla swojej własnej zguby, zamiast upokorzyć się dla twojego dobra? Szawle, Szawle, co mam z tobą zrobić? Za tak wiele zła, które popełniłeś przeciwko Mnie, powinienem był cię skazać na zatracenie, ale Mój Szczepan modlił się za ciebie”.

    O czym to świadczy? 

    Tu widać kolejny element wskazujący na związek, a przynajmniej pewne podobieństwo pomiędzy męczeństwem pierwszego męczennika, a nawróceniem Szawła: obydwaj w tych decydujących momentach otrzymują widzenie Jezusa. Szczepan mówi o tym głośno: „Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga” (Dz 7, 56). Jego słowa zostały uznane przez żydów za bluźnierstwo i stały się bezpośrednim powodem ukamienowania diakona. Podobnie Szaweł na drodze do Damaszku widzi Pana (zob. Dz 26, 16. 19) i słyszy Jego głos, co staje się dla niego początkiem nowego życia. Dotąd w Jego uczniach prześladował Pana; teraz będzie cierpiał dla Jego imienia. Aż do tej pory usiłował zniszczyć Kościół; po spotkaniu z Panem z taką samą gorliwością będzie starał się zanieść Ewangelię o zbawieniu w Jezusie Chrystusie wszystkim narodom. Na drodze prowadzącej do Damaszku dokonuje się nawrócenie Szawła: prześladowca Jezusa staje się Jego apostołem. Jest to wydarzenie tak ważne dla historii zbawienia, że w Dziejach Apostolskich zostało zapisane aż trzykrotnie (9, 1-19; 22, 3-21; 26, 12-19).

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 grudnia

    Święty Piotr Nolasco, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Anastazja, męczennica
    ***
    Święty Piotr Nolasco

    Piotr Nolasco urodził się w Barcelonie; prawdopodobnie pochodził z rodziny irlandzkiej, która w XI wieku osiedliła się w Hiszpanii. W wieku 15 lat stracił ojca, a pięć lat później – także matkę. Przedwczesne sieroctwo uwrażliwiło go na ludzką niedolę. Jego żywoty głoszą, że po śmierci rodziców rozdał majątek pomiędzy biednych, a sam przystał do krucjaty przeciwko albigensom pod wodzą Szymona Montforta. Po odniesionym w 1209 r. zwycięstwie nad albigensami udał się do Nolasco, do sanktuarium Maryi w Montserrat, gdzie oddał się Jej pod szczególną opiekę.
    W tym czasie dowiedział się o wielkim ucisku, jakiego doznają chrześcijanie w niewoli muzułmańskich Arabów w południowej Hiszpanii. Udał się tam osobiście, by na miejscu zbadać sprawę. Wzruszony do głębi ich niedolą, postanowił zaapelować do rodaków, dobrać sobie towarzyszy i wykupywać z niewoli chrześcijan. Pierwsza akcja, jaką zorganizował, miała skutek nadzwyczajny. Zdołał wykupić 300 niewolników chrześcijańskich. Istniał wprawdzie w tym samym prawie czasie założony zakon trynitarzy, ale ci działali głównie na terenie Francji i Włoch, a ich głównym celem był wykup niewolników chrześcijańskich z północnej Afryki, dzisiejszego Maroka, Algieru i Tunisu.

    Matka Boża ukazuje się św. Piotrowi Nolasco

    W nocy z 1 na 2 sierpnia 1218 roku Piotrowi Nolasco objawiła się Matka Boża i poleciła mu założenie zakonu od wykupu niewolników. Król Aragonii, Jakub I, poparł inicjatywę i obiecał pomoc pieniężną. Św. Rajmund z Peñafort, wówczas jeszcze kanonik katedry w Barcelonie, przyrzekł napisać dla nowej rodziny zakonnej regułę. 10 sierpnia 1218 r. biskup Barcelony, Beranger, obłóczył w katedrze Piotra wraz z jego 12 towarzyszami w białe habity, by podkreślić, że właściwą założycielką nowej rodziny zakonnej jest sama Najświętsza Maryja Panna. Król darował zakonnikom szpital św. Eulalii w Barcelonie. Obok zakonu NMP od Wykupu Niewolników (mercedariuszy) powstał zakon rycerski, który osobnym ślubem zobowiązywał stowarzyszonych do walki z Maurami aż do uwolnienia z ich ręki całej Hiszpanii. Natomiast mercedariusze składali czwarty ślub: oddania się w razie konieczności w niewolę Arabów dla uwolnienia chrześcijan.
    Zakon zatwierdził papież Grzegorz IX bullą wydaną w 1235 roku. Na Soborze Lyońskim w 1245 roku papież Innocenty IV zakon potwierdził i ubogacił przywilejami. Dekret podpisało 12 kardynałów obecnych na soborze. W następnym roku papież wydał drugą bullę, w której powiększył przywileje. Przyczyniły się one znacznie do spopularyzowania i rozszerzenia zakonu. Krucjata podjęta przez króla Jakuba I powiodła się tak dalece, że Maurom odebrano Walencję i całą okolicę. Wówczas król przeznaczył jeden z meczetów arabskich w Walencji na kościół dla mercedariuszy. Założono tam również ich klasztor, aby łatwiej im było zajmować się niewolnikami chrześcijańskimi, będącymi jeszcze pod okupacją Maurów. Piotr wraz ze swoimi towarzyszami wykupił w ten sposób kilka tysięcy chrześcijan. Jako starzec towarzyszył jeszcze królowi św. Ferdynandowi III w zbrojnym zajęciu Sewilli w 1249 r. W tym samym roku wziął udział w kapitule generalnej swojego zakonu w Barcelonie.
    O ostatnich latach działalności Piotra wiemy mało. Jedni autorzy podają jako datę jego śmierci rok 1249, inni aż rok 1258. Pewny jest dzień jego zgonu – był to 25 grudnia. Relikwie św. Piotra z Nolasco, złożone w kościele zakonu, w ciągu burzliwych wieków zaginęły. Cześć oddawaną mu od dawna po starannym procesie kanonicznym zatwierdził papież Urban VIII w 1628 roku, w roku 1664 papież Aleksander VII rozciągnął ją na cały Kościół.
    Obecnie zakon mercedariuszy w swoich dwóch gałęziach liczy ponad 1000 zakonników i ponad 150 domów. W Hiszpanii, Ameryce Południowej i Środkowej znane są sanktuaria Matki Bożej de Mercedes, czyli od Wykupu Niewolników. Istnieją także siostry mercedariuszki, także w dwóch gałęziach. Razem jest ich ok. 300. Mają łącznie kilkanaście klasztorów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 grudnia

    Święci Adam i Ewa, pierwsi rodzice

    Adam i Ewa byli pierwszymi rodzicami. W Martyrologium Rzymskim nie ma o nich wzmianki. Jednakże Bibliotheca Sanctorum nazywa ich wprost świętymi. Nie ma też ani jednego wśród pisarzy kościelnych, który by miał odwagę umieszczać rodziców rodzaju ludzkiego wśród potępionych.

    Święci Adam i Ewa

    Adam był pierwszym człowiekiem, praojcem ludzkości. Imię “Adam” wywodzi się od słowa hebrajskiego Adamah, co znaczy tyle, co ziemia, aby podkreślić myśl natchnionego autora, że ciało pierwszego człowieka powstało z materii i do niej powróci (Rdz 3, 19). Nie jest wykluczone, że wyraz “Adam” wywodzi się od słowa sumeryjskiego ada-mu, czyli “mój ojciec” – dla podkreślenia tego, że cały rodzaj ludzki wywodzi się ze wspólnego pnia. Według relacji biblijnej o stworzeniu, Bóg ulepił Adama “z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia” (Rdz 2, 7), czyli ducha, czyniąc go zdolnym do samodzielnej egzystencji fizycznej i religijno-moralnej. Ukształtował go na swój “obraz i podobieństwo” (Rdz 1, 26; 5, 1). Z Ewą, swą niewiastą, Adam cieszył się rajem – pełnią szczęścia. Po grzechu pierworodnym stracił szczególną i wyjątkową więź z Bogiem. Musiał pracować i w pocie czoła zdobywać chleb powszedni. Był pierwszym rolnikiem.
    Będąc ojcem ziemskim, jest figurą Chrystusa, od którego pochodzimy według ducha (Rz 5, 12-21; Kol 1, 15; 3, 9-10; 1 Tm 2, 13-14).

    Święci Adam i Ewa

    Ewa to pierwsza kobieta, pramatka, małżonka Adama (Rdz 3, 20; 4, 1; Tb 8, 6; 2 Kor 11, 3; 1 Tm 2, 13). Jej imię oznacza “życie”, jak to tłumaczy Pismo święte: “bo stała się matką wszystkich żyjących” (ludzi) (Rdz 3, 20). Opis stworzenia jej “z żebra Adama” podkreśla tożsamość człowieczeństwa kobiety i mężczyzny. Zwiedziona przez szatana, popełniła grzech, powodując nieszczęście duchowe i egzystencjalne. Grzech i kara nie przekreśliły zawartego w błogosławieństwie Bożym daru przekazywania życia, choć sprowadziły cierpienia i trudy. Ewa urodziła Kaina, Abla, Seta i innych.
    Ewa jest figurą Maryi, przez którą przyszło na świat zbawienie.Z opisów biblijnych wynika, że pierwsi ludzie po stworzeniu byli święci. Ich ciała miały nie podlegać cierpieniom ani śmierci. Ich rozum był światły, a wola skłonna do dobrego. Byli szczęśliwi. Ich stan, jak też miejsce przebywania, Biblia nazywa “ogrodem”. Aby jednak te wszystkie dary nie były bez żadnej zasługi ze strony człowieka, Pan Bóg wystawił go na bliżej nam nieznaną próbę, którą Biblia w sposób obrazowy przedstawia jako zakaz spożywania owocu z drzewa zakazanego. Pierwsi rodzice, za namową szatana, nie wypełnili polecenia Bożego, dlatego utracili wszystkie przywileje otrzymane w raju. Pan Bóg w swoim miłosierdziu zapowiedział jednak Zbawiciela świata, który wyjdzie z rodzaju ludzkiego i pokona szatana: przywróci zakłócony przez grzech pierworodny ład – ludziom da zbawienie, a Panu Bogu pełne wynagrodzenie.
    Jak żywe było zainteresowanie losami pierwszych ludzi w pierwotnym chrześcijaństwie, świadczy apokryf z I wieku zatytułowany Życie Adama i Ewy. Do naszych czasów dochował się w kilku językach. W języku greckim ma on tytuł Apokalipsa Mojżesza. Według niego, losy naszych pierwszych rodziców miały być objawione Mojżeszowi na Górze Synaj, kiedy Pan Bóg przekazał mu Dekalog i rozmawiał z nim przez 40 dni. Po wypędzeniu z Edenu pierwsi rodzice postanowili pokutować, aby Pana Boga przebłagać za swój grzech. Ewa zanurzyła się w wodach Tygrysu na 37 dni, a Adam w Jordanie na dni 40. Po 18 dniach zjawił im się szatan i zwiastował im w postaci anioła, że ich pokuta jest już niepotrzebna, gdyż Pan Bóg przebaczył im grzech. Adam poznał wszakże złego ducha, który był sprawcą wszystkich nieszczęść ludzkich, i uczynił mu z tego powodu gorzkie wyrzuty. Wtedy diabeł przyznał się, że skusił pierwszych rodziców z zazdrości i z nienawiści do rodzaju ludzkiego. Jedna z legend głosi, że Adam miał być pochowany w okolicach Hebronu, inna zaś podaje, że na Kalwarii, gdzie krople Krwi umierającego Chrystusa padły poprzez szczeliny spękanej trzęsieniem ziemi na czaszkę Adama.
    Powszechne jest przekonanie, że Adam i Ewa pokutą zadośćuczynili Bogu w tej mierze, w jakiej byli zdolni to uczynić. Zbawiciel zaś, Syn Boży, tak obficie zadośćuczynił za winę naszych prarodziców i tak wiele nam przyniósł dobra, że Kościół ma odwagę śpiewać w liturgii Wigilii Paschalnej: O szczęśliwa wino Adama!
    Autor Księgi Mądrości wychwala mądrość Bożą, że “ustrzegła Prarodzica (…) i wyprowadziła go z jego upadku” (Mdr 10, 1). Św. Augustyn w jednym ze swoich listów pisze o bogobojnym życiu Adama i Ewy. W Kościele wschodnim natrafiamy na ślady formalnego kultu Adama i Ewy. Pierwszą niedzielę Adwentu poświęca się przodkom Pana Jezusa. W kanonie na ten dzień kapłani modlą się słowami: “Oddajemy chwałę najpierw Adamowi, który zaszczycony ręką Boga Stworzyciela i ustanowiony naszym pierwszym ojcem, zażywa błogosławionego pokoju ze wszystkimi wybranymi w przybytkach niebieskich”.
    Ikony greckie oraz obrazy łacińskie, kiedy przedstawiają tajemnicę zstąpienia Chrystusa do otchłani, niemal z reguły na pierwszym miejscu przedstawiają Adama i Ewę, wyprowadzanych przez Chrystusa z piekieł i prowadzonych do nieba. W niektórych ikonach wschodnich Chrystus wprost trzyma za ręce naszych prarodziców. Przy bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie istnieje kaplica poświęcona św. Adamowi. Apokryf grecki z V w. O zstąpieniu (Chrystusa) do otchłani wśród dusz oczekujących Zbawiciela Adamowi oddaje szczególne pochwały.
    W ikonografii ukazuje się Adama i Ewę w scenach biblijnych: stworzenie Ewy obok Adama leżącego na ziemi; scena w raju: Adam w przepasce z liści figowych stoi pod drzewem wraz z Ewą, która podaje mu owoc zerwany z drzewa (czasami winogrona); Adam i Ewa wypędzani z raju przez anioła. Atrybutami naszych prarodziców są: baranek, kłos i łopata – symbol troski o pożywienie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    Święci prarodzice

    Adam i Ewa
    ADAM I EWA. WYGNANIE Z RAJU. SCENA Z DRZWI BAZYLIKI ŚW. PIOTRA W RZYMIE. fot. Henryk Przondziono

    ***

    Wieczorna Wigilia rozpoczynająca Boże Narodzenie nie jest jedynym powodem do świętowania w dniu 24 grudnia. Tego dnia wspominamy także Adama i Ewę – prarodziców wszystkich ludzi.

    Adam jest pierwszym człowiekiem stworzonym przez Boga. Kobieta, później dowiadujemy się o jej imieniu Ewa, jest towarzyszką życia Adama – mężczyzny. Oboje pochodzą od Boga, są zatem równi godnością, przewyższającą inne istoty żywe. Wedle biblijnego opisu pierwsi rodzice byli obdarzeni darem nieśmiertelności i szczególnej bliskości z Bogiem. Jednak w wyniku nieposłuszeństwa stan pierwotnej harmonii został zburzony. Adam i Ewa zaczęli podlegać cierpieniu i innym niedoskonałościom ludzkiej natury, zniekształconej przez grzech. Mieli 3 synów: Kaina, Abla i Seta. Adam miał żyć 930 lat.

    Kim byli Adam i Ewa i czy istnieli naprawdę? Pierwsze rozdziały księgi Rodzaju, a zarazem całego Pisma Świętego, przedstawiają prawdy dotyczące stworzenia świata i człowieka przez Boga. Pismo Święte nie jest traktatem przyrodniczym, lecz księgą religijną, przekazującą prawdę potrzebną do poznania Boga i osiągnięcia zbawienia. Biblijny opis nie zajmuje się prawdami przyrodniczymi o kolejności powstania różnych form materii oraz istot żywych, nie jest też zapisem kronikarskim. W tekście księgi Rodzaju odnajdziemy dwa opisy stworzenia. Nie jest to sprzeczność czy pomyłka redakcyjna. Oba w swej różnorodnej formie literackiej przekazują komplementarne prawdy o Bożym dziele.

    Pochodzenie słowa “Adam” z hebrajskiego sugeruje pewien związek z ziemią. W innych językach starożytnych Bliskiego Wschodu wyraża ojca czy narodzenie. Najpopularniejsze znaczenie tego słowa wskazuje na pierwszego człowieka, stworzonego przez Boga. Jednak “adamah” ma także znaczenie zbiorowe – oznacza rodzaj ludzki. Dlatego też można interpretować biblijny opis jako przedstawienie najważniejszych prawd o wszystkich ludziach, których “pierwowzorem” indywidualnym lub grupowym jest Adam.

    W związku z powstaniem hipotezy ewolucji niesłusznie zaczęto podważać opisy Księgi Rodzaju. Jednocześnie podejmowana jest uproszczona obrona dosłownej, literalnej interpretacji tych rozdziałów Biblii. Obecnie teologowie określają opis stworzenia jako mit o początkach. Nie oznacza to jednak zrównania przekazu natchnionego z bajką. Mit w tym przypadku jest rozumiany jako sposób przekazu objawionej prawdy za pomocą języka symbolicznego i alegorycznego. Hipoteza naturalnej ewolucji nie musi być interpretowana jako sprzeczna ze szczególną Bożą interwencją w dzieje stworzonego świata.

    Szóstego dnia, jako ukoronowanie dzieła stworzenia, Bóg powołał do istnienia człowieka: mężczyznę i kobietę. Obdarzył ich płodnością i powierzył im opiekę nad pozostałymi stworzeniami. Człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, obdarzony darem życia (podobnie jak inne żywe organizmy) i dodatkowym tchnieniem Bożym (często określanym jako dusza). Godność człowieka płynie też z tego, że Stwórca ulepił go (z gliny, mułu czy ziemi) własnymi rękoma. Ciało ludzkie utworzone z materii jest świętym dziełem Bożym.

    W swej godności Adam i Ewa są sobie równi. Małżeństwo kobiety i mężczyzny jest zgodne z Bożym planem i obdarzone błogosławieństwem Stwórcy. Można je nazwać pierwszym, “naturalnym” sakramentem.

    Imię Ewa najprawdopodobniej jest związane z życiem. Biblijna Ewa jest matką rodzaju ludzkiego. Upadek pierwszych rodziców – grzech, spowodował jednak konieczność odnowienia ludzkości. Powiązanie dnia 24 grudnia z pierwszymi rodzicami wskazuje równocześnie na odnowienie dzieła stworzenia, które dokonało się przez Wcielenie Syna Bożego. Maryja, Boża Rodzicielka, jest nazywana Nową Ewą, świętą i doskonałą. Jezus Chrystus jest Nowym Adamem, z którego odradza się skażona grzechem natura ludzka, obdarowana przez Niego zbawieniem.

    Różnice w opisie stworzenia mężczyzny i kobiety są źródłem licznych poważnych i humorystycznych komentarzy. Talmud, żydowski komentarz do Biblii, wyjaśnia rolę biblijnego żebra m.in. w ten sposób. Kobieta nie została utworzona ze nogi mężczyzny, aby mu nie służyła. Nie została stworzona z jego głowy, aby nim nie rządziła. Została utworzona z jego żebra, aby była bliska jego sercu.

    Niektórzy tłumaczą, że mężczyzna utworzony z mułu był skazany na przemijanie i powrót do ziemi. Dzięki kobiecie ludzkość może przekazywać dar życia kolejnym pokoleniom. Pięknie w staropolskiej formie grę hebrajskich słów “isz” – mężczyzna, “iszszah” – wzięta, utworzona z mężczyzny, oddał ks. Jakub Wujek, pisząc o: mężu i mężynie.

    Czy Adam i Ewa zostali potępieni i słusznie mogą być oskarżani o sprowadzenie grzechu na całą ludzkość? Pismo Święte odbiega od oskarżeń pierwszych rodziców. Należy im się szacunek. Rodowód Jezusa wedle św. Łukasza rozpoczyna się od “Adama, syna Bożego” (3, 38). Św. Paweł pisze co prawda, że przez Adama wszyscy zgrzeszyli, ale jednocześnie ukazuje, że przez Nowego Adama, Chrystusa, wszyscy dostępują usprawiedliwienia.

    W liturgii Wielkiej Soboty jedno z czytań opisuje wejście Chrystusa do Otchłani, w której ogłasza zbawienie czekającemu nań Adamowi. Adam i Ewa uczą, że w każdym z ludzi, stworzonych na obraz i podobieństwo Boga, a więc dobrych w głębi swej natury, tkwi także jakaś niepojęta skłonność do zła. Każdy dotknięty jest słabością i może ulegać namowom do grzechu.

    Wschodnie ikony, przedstawiające zstąpienie Zbawiciela do Otchłani, ukazują jak Chrystus wyprowadza stamtąd pierwszych rodziców. Przy bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie istnieje kaplica poświęcona św. Adamowi. W liturgii wschodniej słyszymy modlitwę: “Oddajemy chwałę najpierw Adamowi, który zaszczycony ręką Boga Stworzyciela i ustanowiony naszym pierwszym ojcem zażywa błogosławionego pokoju ze wszystkimi wybranymi w przybytkach niebieskich”.

    Według tradycji żydowskiej, grób Adama miał się znajdować na Kalwarii, Legenda starochrześcijańska głosi, że Krew Pana Jezusa na krzyżu spływała na czaszkę Adama. Dlatego dość często malowano u stóp krzyża czaszkę. Później widziano w tym symbol tajemnicy Odkupienia: Krew Chrystusa zmyła przede wszystkim grzech pierworodny, a z nim i nasze grzechy. Ufamy, że dzięki Chrystusowi dramat, który rozegrał się u początku czasów ma szczęśliwe wypełnienie.

    Nikt z pisarzy kościelnych nie odważył się umieścić rodziców rodzaju ludzkiego wśród potępionych. Co prawda w Martyrologium Rzymskim brak wzmianki o Adamie i Ewie. Jednak w przygotowywanej nowej wersji przewidziano dla nich miejsce, a niektóre katalogi od dawna umieszczają ich wśród świętych. 

    wiara.pl/kai

    _____________________________________________________________________________

    Adam i Ewa

    Adam i Ewa - Adam et Eve, 1988
    Adam i Ewa/1988
    Jan LEBENSTEIN (1930-1999)

    ***

    Księga Rodzaju zawiera dwa opisy stworzenia człowieka pochodzące z różnych tradycji. Zestawione one zostały obok siebie przez ostatniego redaktora tej Księgi.

    Bóg stworzył człowieka z miłości, bo chciał go kochać. Ale Księga Rodzaju mówi, że tak został stworzony tylko mężczyzna. Kobieta została stworzona „dla Adama”, żeby nie czuł się samotny. Czy Ewa jest tylko dodatkiem do mężczyzny? – zapytuje czytelnik ‘Gościa Niedzielnego’.
    Otóż Księga Rodzaju zawiera dwa opisy stworzenia człowieka pochodzące z różnych tradycji. Zestawione one zostały obok siebie przez ostatniego redaktora tej księgi. Trzeba je czytać równolegle, ponieważ uzupełniają się nawzajem. Każdy z nich zwraca uwagę na inny aspekt tajemnicy stworzenia. W opisie pierwszym czytamy: „Stworzył Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27). Jednym tchem wymienieni tutaj są i mężczyzna, i kobieta. Obydwoje stworzeni na obraz Boży, czyli – jak można wnioskować – tak samo kochani przez Boga, tak samo chciani przez Niego, obdarzeni równą godnością człowieczeństwa.

    Opis drugi (Rdz 2,4–25) opowiadający o stworzeniu Ewy z żebra Adama jest tak naprawdę próbą wyjaśnienia, skąd się wzięło małżeństwo. To nie jest przecież opis „jak było”, ale jest to mowa symboliczna. Proszę zwrócić uwagę na puentę tego fragmentu: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz, 2,24). To, że Ewa powstała z żebra Adama oznacza, że jest tej samej co on natury, podkreśla ich jednakową godność i uzasadnia, dlaczego, mówiąc prosto, mają się ku sobie. Adam i Ewa są nazwani w oryginale isz oraz iszsza.

    Mamy tu ten sam rdzeń (śladem tego jest w np. w języku angielskim: man i woman). To wymowny dowód na wzajemną równość. Tak więc proszę się nie obawiać: Bóg na pewno kocha kobiety tak samo mocno jak mężczyzn. A to, że kobieta ma być „pomocą” dla mężczyzny, czyli jego małżonką, to chyba nic poniżającego, no, chyba, że dla smutnych feministek.

    Inny z czytelników “Gościa” dzieli się następującą wątpliwością: “Wobec ludzi zastosowano zasadę zbiorowej odpowiedzialności, mam na myśli „naznaczenie” ludzi grzechem pierworodnym. To przeczy regułom sprawiedliwości”.

    Odpowiadam więc: prawda o grzechu pierworodnym ulega zbanalizowaniu, kiedy traktujemy ją tak: Adam zgrzeszył, Pan Bóg się pogniewał i wszystkich ukarał. Grzech pierworodny mówi o działaniu zła (grzechu), a nie o działaniu Boga. Zło ma to do siebie, że szkodzi innym. Skutki każdego grzechu nie ograniczają się osoby, która go popełniła. To nie Bóg naznaczył ludzi „grzechem pierworodnym”, ale to owoc grzechu człowieka.

    To jest jakaś tajemnica solidarności w złu, misterium nieprawości. Patrząc na historię ludzkości, widać jak grzech jednego człowieka zatruwa życie innym, nieraz na zawsze. Zgadza się, to niesprawiedliwość, ale nie Boga, ale człowieka, który popełnia zło. Na szczęście grzech ostatecznie nie ma przyszłości i historia dzięki Chrystusowi to nie tylko historia grzechu, ale także historia zbawienia.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    Stworzenie Adama

    Stworzenie Adama
    “Stworzenie Adama”, 1510, fresk/Kaplica Sykstyńska/Michelangelo (Michał Anioł)

    ***

    Twórca renesansowy
    Michał Anioł jest uważany za największego, obok Leonarda da Vinci, artystę w historii. Był architektem, rzeźbiarzem, rysownikiem i malarzem. We wszystkich tych dziedzinach stworzył wspaniałe arcydzieła. Pisał także wiersze.
    Jego twórczość łączy cechy dojrzałego renesansu z zapowiedziami nowego stylu: baroku. Odchodził on bowiem od spokoju kompozycji swych poprzedników. Jego dzieła są pełne dynamiki i dramatyzmu.
    Jego malarstwo uważa się za “rzeźbiarskie”. Artysta skupia się bowiem głównie na kompozycji, zagadnieniu formy w przestrzeni, nie przywiązując wagi do koloru i światłocienia. W jego obrazach dominuje bogactwo ekspresji i intensywność psychologiczna.
    Był uczniem malarza Domenico Ghirlandaio i rzeźbiarza Bertolda di Giovanni. Jego działalność artystyczna jest związana z Bolonią (1494-1495), Florencją (1501-1505, 1517-1534), a przede wszystkim z Rzymem (1496-1501, 1505-1517, 1534-1564), gdzie twórczość artysty objęta została mecenatem papieskim.
    Michał Anioł to polskie tłumaczenie imienia artysty: Michelangelo.

    Rzeźbiarz z pędzlem
    Najwspanialszym dziełem malarskim Michała Anioła są freski w watykańskiej Kaplicy Sykstyńskiej, wykonane w latach 1508-1512 na zamówienie papieża Juliusza II.
    Artysta długo nie chciał się podjąć tego zadania, twierdząc, że nie jest malarzem, lecz architektem i rzeźbiarzem. Nigdy wcześniej nie malował fresków. Praca specjalistów, których sprowadził do pomocy, nie zadowalała go jednak. Odprawił więc wszystkich i pracował sam, stopniowo poznając tajniki tej trudnej techniki. Sam nawet mieszał farbę.
    Pokrycie 800 metrów kwadratowych sklepienia zajęło mu cztery lata. Powstało jedno z najwybitniejszych dzieł w historii. Specjaliści uważają je za “syntezę wszystkich sztuk plastycznych”. Gładkie, spłaszczone sklepienie (tzw. zwierciadlane) Kaplicy artysta podzielił bogatym szkieletem malowanej “architektury” z ram i gzymsów, ożywionej “rzeźbiarskimi” (również malowanymi) figurami. W wyodrębnionych w ten sposób polach umieścił malowidła. Całość tworzy niezwykle spójną kompozycję.

    Prehistoria Odkupienia
    Tematem fresków jest zaczerpnięta z Księgi Rodzaju prehistoria Odkupienia ludzkości, od stworzenia świata, poprzez grzech pierworodny, aż po historię Noego. Cykl jest ideowym uzupełnieniem malowideł pokrywających ściany Kaplicy, przedstawiających historię Zbawienia, ukończonych wcześniej przez malarzy florenckich i umbryjskich.

    Akt stworzenia
    Stworzenie Adama jest najsławniejszym z fresków namalowanych przez Michała Anioła. Przedstawia chwilę, w której Bóg Ojciec daje życie pierwszemu człowiekowi.
    Z lewej strony widzimy Adama, leżącego na ziemi. Jego bezwładnie uniesiona ręka niemal styka się z pełną energii ręką Boga, niesionego przez aniołów z prawej strony. Dar życia w tym właśnie momencie “spływa” na Adama. Ciało Adama unosi się, jakby przyciągane przez Stwórcę. Z postaci Boga emanuje siła, Adam łagodnie poddaje się Jego woli.

    Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz…
    Fresk jest także ilustracją zdania z Księgi Rodzaju: “Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz” (Rdz 1,27).
    Postaci Boga i Adama są do siebie podobne. Aby podkreślić to wrażenie, artysta namalował obie sylwetki tak, że ułożone są niemal identycznie. Zapewnia to przy okazji symetrię całej kompozycji.

    Dzieło Michała Anioła jest tak sugestywne, że gesty stykających się rąk Boga i człowieka stały się od tego czasu alegorią aktu stworzenia.

    wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 grudnia

    Święta Maria Małgorzata d’Youville

    Zobacz także:
      •  Święty Serwulus
    ***
    Święta Maria Małgorzata d'Youville

    Maria Małgorzata przyszła na świat w dniu 15 października 1701 roku w Varennes, w prowincji Quebec w Kanadzie. Była najstarszą spośród sześciorga dzieci Cristoforo Dufrost de Lajemmerais i Marii Renee Gaultier. Kiedy miała zaledwie siedem lat, umarł jej ojciec. Rodzina żyłaby w skrajnej nędzy, gdyby nie pomoc pradziadka, Pierre’a Voucher. To on sfinansował jej wyjazd do szkoły urszulanek w Quebec. Po powrocie do domu Małgorzata była nieocenioną pomocą dla matki, zajęła się też edukacją braci i sióstr. Wyrosła na piękną, młodą, wykształconą pannę i wszystko wskazywało na to, że dobrze wyjdzie za mąż.
    Tymczasem wszystko się skomplikowało, kiedy jej matka wyszła za mąż za irlandzkiego lekarza, którego społeczność małego Varennes nie zaakceptowała. Rodzina Małgorzaty przeniosła się do Montrealu, gdzie 21-letnia Małgorzata spotkała Francois’a d’Youville. Wkrótce, bo już w dniu 12 sierpnia 1722 roku, wyszła za niego za mąż. Niedługo po ślubie mąż przestał interesować się rodziną i coraz częściej znikał z domu. Okazało się, że zajmował się nielegalnym handlem alkoholem wśród Indian. Ta wiadomość stała się dla Małgorzaty wielkim ciężarem. Tymczasem po ośmiu latach małżeństwa, kiedy kolejne, szóste już dziecko miało przyjść na świat, mąż zachorował i zmarł, mając zaledwie 30 lat. Małgorzata została sama z dwojgiem dzieci (czworo zmarło w niemowlęctwie). Mimo tych tragedii Małgorzata nie załamała się. Jej wiara jeszcze bardziej się umocniła. Żeby spłacić ogromne długi, jakie zaciągnął mąż, i zarobić na utrzymanie siebie i synów, otworzyła niewielki sklepik. Choć jej samej nie było lekko, pomagała każdemu, kto potrzebował pomocy, wszystkim się dzieliła z biedniejszymi od siebie. Pewnego razu wzięła do domu biedną, bezdomną i niewidomą kobietę, żeby się nią opiekować. Wierzyła mocno, że to sam Bóg działa w jej życiu. Jej postawa wzbudzała podziw i pociągała innych do naśladowania. Jej dwaj synowie zostali kapłanami.
    Przykład jej zaufania do Boga i poświęcenia się dla ubogich spodobał się trzem młodym kobietom, które postanowiły jej pomóc. Początek 1737 roku był decydującym czasem dla Małgorzaty. Złożyła przysięgę Bogu, że w jego imię poświęci się ubogim. Zawsze walczyła o prawa biednych i pokrzywdzonych, narażając się na złośliwości i krytykę swoich krewnych i sąsiadów; teraz jeszcze bardziej oddała się tej posłudze. Robiła to mimo wielu przeszkód – nawet gdy była chora i jedna z jej towarzyszek umarła, a jej dom zniszczył pożar. Te przeciwności tylko ją wzmocniły.
    Dnia 2 lutego 1745 roku Małgorzata i jej dwie towarzyszki odnowiły przysięgę poświęcenia się całkowicie pomocy biednym i opuszczonym. Stało się to początkiem zgromadzenia szarych sióstr. Dwa lata później Małgorzacie – “Matce ubogich”, jak ją już zaczęto nazywać, zaproponowano objęcie kierownictwa szpitala Charon Brothers w Montrealu, któremu groziło zamknięcie. Małgorzata z siostrami odbudowała szpital i została jego dyrektorką. Z pomocą sióstr i świeckich współpracowników założyła fundację dla biednych i chorych. Pan Bóg wciąż doświadczał swą apostołkę. W 1765 roku pożar zniszczył doszczętnie szpital. Choć po ludzku rzecz biorąc wszystko runęło, wiara i męstwo Małgorzaty pozostały niewzruszone. W tym tragicznym zdarzeniu dostrzegła obecność Boga. Mając 64 lata podjęła się heroicznej pracy odbudowy budynku, z przeznaczeniem na dom opieki dla najuboższych. Otworzyła pierwszy w Ameryce Północnej dom dla porzuconych dzieci.
    Wyczerpana pracą na rzecz biednych, zmarła w dniu 23 grudnia 1771 roku. Jej ofiarność i miłość ubogich nie została zapomniana. 3 maja 1959 roku papież bł. Jan XXIII beatyfikował Małgorzatę, nazywając ją matką powszechnego miłosierdzia. W dniu 9 grudnia 1990 roku została ona uroczyście wprowadzona do grona świętych przez papieża św. Jana Pawła II.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 grudnia

    Święta Franciszka Ksawera Cabrini,
    dziewica i zakonnica

    Święta Franciszka Cabrini

    Franciszka urodziła się jako ostatnia z trzynaściorga dzieci w dniu 15 lipca 1850 r. w Lombardii. Jej rodzicami byli Augustyn Cabrini i Stella Oldini. O religijności rodziny świadczy fakt, że wszyscy uczestniczyli codziennie we Mszy świętej, a pracę traktowali jako swojego rodzaju posłannictwo na ziemi. Wieczorami w domu czytano katolickie pisma.
    Kiedy Franciszka miała 20 lat, w jednym roku utraciła oboje rodziców. Po studiach nauczycielskich pracowała przez dwa lata w szkole. Próbowała poświęcić się na wyłączną służbę Bożą, ale z powodu słabego zdrowia nie przyjęto jej ani u sercanek, ani u kanonizjanek. Wstąpiła przeto do Sióstr Opatrzności (opatrznościanek), u których przebywała 6 lat (1874-1880). Zakon został założony do opieki nad sierotami. Po złożeniu ślubów została przez założyciela, biskupa Lodi, mianowana przełożoną zakonu. Miała wówczas 27 lat. Wtedy to obrała sobie imię Franciszki Ksawery, marzyła bowiem od dziecka, by zostać misjonarką.
    14 listopada 1880 r. założyła z siedmioma towarzyszkami zgromadzenie Misjonarek Najświętszego Serca Jezusowego, którego celem była praca zarówno wśród wierzących, jak i niewierzących. Napisała również regułę dla nowej rodziny zakonnej. Za cel postawiła zakonowi pracę wśród wiernych i niewiernych dla zbawienia dusz nieśmiertelnych. W 1888 roku udała się do Rzymu, gdzie założyła dom zgromadzenia. Tu przy ołtarzu św. Franciszka Ksawerego złożyła ze swoimi towarzyszkami ślub pracy na Wschodzie.
    Potem zetknęła się z biskupem Placencji, Scalabrinim, a ten wskazał jej inne pole działania. Mówił o losie włoskich emigrantów za oceanem. Leon XIII zachęcił ją, by tam podjęła pracę ze swoimi siostrami. Papież zwolnił Franciszkę od ślubu pracy na Wschodzie. Siostry udały się więc do Stanów Zjednoczonych. Pracowały w oratoriach świątecznych, w więzieniach, w katechizacji, szkolnictwie parafialnym, posługiwały chorym. Za oceanem powstało wiele nowych domów, samo zaś zgromadzenie uzyskało w 1907 r. aprobatę Stolicy Apostolskiej. Franciszka przekazała mu duchowość ignacjańską, równocześnie wyryła jednak na nim rysy swej własnej osobowości, przenikniętej duchem wiary i gotowością misjonarską. Wkrótce powstały nowe domy w Chinach i Afryce.
    Franciszka Ksawera zmarła cicho, bez cierpień i agonii w Chicago 22 grudnia 1917 roku, w 67. roku życia. Zostawiła 66 placówek i 1300 sióstr. Za dyspensą papieża Piusa XI proces kanoniczny odbył się w trybie przyspieszonym, tak że już w roku 1938 tenże papież dokonał beatyfikacji Sługi Bożej, a w 8 lat potem papież Pius XII wyniósł ją uroczyście do chwały świętych. Franciszka jest patronką emigrantów.
    W ikonografii św. Franciszka Ksawera przedstawiana jest w stroju zakonnym, zgodnie z fotografią z 1914 r. Jej atrybutem jest Boże Serce.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    21 grudnia

    Święty Piotr Kanizjusz,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Piotr Friedhofen, zakonnik
    ***
    Święty Piotr Kanizjusz
    Piotr Kanizjusz urodził się 8 maja 1521 r. w Nijmegen (Holandia) jako syn Jakuba Kanijs, który pełnił w tym mieście urząd burmistrza. Młody Piotr już w dzieciństwie zdradzał oznaki swojego powołania, gdyż lubił służyć podczas nabożeństw liturgicznych i “odprawiać msze” – jak mawiał. Ojciec chciał skierować go na studia prawnicze, ale Piotr udał się do Kolonii na wydział teologii. Tutaj spędził 10 lat (1536-1546) z wyjątkiem jednego roku, kiedy to zatrzymał się na uniwersytecie w Lowanium (1539-1540). Już w czasie studiów nastawiał się Kanizy na apologetykę. Dlatego też ze szczególną pilnością studiował prawdy atakowane przez protestantów. W roku 1540 zdobył tytuł magistra nauk wyzwolonych.
    W 1543 r. wstąpił do jezuitów, których św. Ignacy Loyola założył zaledwie przed 9 laty, w 1534 r. Piotr szybko zaczął cieszyć się tak wielkim autorytetem, że nie będąc jeszcze kapłanem, trzykrotnie został wysłany do cesarza Karola V, wówczas władcy Hiszpanii, Niemiec i Niderlandów (Holandii i Belgii), aby ten usunął arcybiskupa Kolonii, elektora Hermana, jawnie sprzyjającego protestantyzmowi. W roku 1546 Piotr przyjął święcenia kapłańskie. Jako znakomity teolog został wezwany przez biskupa Augsburga, kardynała Ottona Truchsess, by mu towarzyszył na soborze w Trydencie w charakterze teologa-konsultora (1547). Na uniwersytecie w Bolonii uzyskał tytuł doktora teologii. Skierowano go do krajów germańskich, aby powstrzymał napór protestantyzmu.
    Przez 30 lat Piotr Kanizjusz niezmordowanie pracował, by zabliźnić rany, zadane Kościołowi przez kapłana-apostatę, Marcina Lutra. Brał czynny udział we wszelkich zjazdach i obradach dotyczących tej sprawy. Prowadził misje dyplomatyczne między cesarzem, panami niemieckimi a papieżem. Ułatwiał nuncjuszom papieskim oraz legatom ich zadania. W wykładach na uniwersytecie w Ingolstadcie wyjaśniał ze szczególną troską zaatakowane prawdy, wykazywał błędy nowej wiary. Był wszędzie, gdzie uważał, że jego obecność jest potrzebna dla Kościoła. Jego misji sprzyjało to, że cesarzem był wówczas Ferdynand I (1566-1569), wychowanek jezuitów, któremu sprawa katolicka leżała bardzo na sercu.
    W 1556 roku św. Ignacy mianował Piotra pierwszym prowincjałem nowo utworzonej prowincji niemieckiej, która liczyła wówczas zaledwie 3 domy: w Ingolstadcie, w Wiedniu i w Pradze. Pod rządami Kanizego w latach 1566-1569 powstało 5 kolejnych konwentów: w Monachium, w Innsbrucku, w Dillingen, w Trynau i w Hali (Tyrol). Nadto powstała w północnych Niemczech druga prowincja. W 1558 r. Piotr odbył krótką podróż do Polski (Kraków, Łowicz, Piotrków Trybunalski), towarzysząc nuncjuszowi Kamilowi Mentuati. Cieszył się przyjaźnią kardynała Hozjusza.
    Największą wszakże sławę Piotr Kanizy zyskał sobie pismami. Do najcenniejszych należą te, które wyszły z jego praktycznego, apologetycznego nauczania. Są to Katechizm Mały, Katechizm Średni i Katechizm Wielki, przeznaczone dla odbiorców o różnym stopniu przygotowania umysłowego. Katechizmy Piotra w ciągu 150 lat doczekały się ok. 400 wydań drukiem. Nie mniej wielkim wzięciem i popytem cieszyło się potężne dzieło św. Kanizego Summa nauki katolickiej, na którą złożyły się jego wykłady, dyskusje i kazania. Dzieło to stało się podstawą do wykładów teologii na katolickich uniwersytetach i do kazań.
    Ostatnie lata życia spędził Piotr Kanizy we Fryburgu Szwajcarskim (1580-1597). Zmarł tam 21 grudnia 1597 roku. Zaraz po jego śmierci Niemcy, Austria i Szwajcaria rozpoczęły starania o jego kanonizację. Jeszcze za jego życia ukazał się jego pierwszy żywot, napisany przez o. Jakuba Kellera. Aktu beatyfikacji dokonał dopiero w 1864 roku papież Pius IX, a do katalogu świętych i doktorów Kościoła wpisał go uroczyście papież Pius XI w 1925 roku. Relikwie św. Piotra Kanizego spoczywają w kościele jezuitów we Fryburgu szwajcarskim.
    Zachowały się szczęśliwie dwa portrety św. Piotra, wykonane jeszcze za jego życia. Jest nazywany “apostołem Niemiec”. Patronuje diecezji Brixen, czczą go także Innsbruck oraz szkolne organizacje katolickie w Niemczech.
    W ikonografii przedstawia się św. Piotra Kanizego w sutannie jezuity. Jego atrybutami są: katechizm, krucyfiks, młotek, pióro.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 grudnia

    Święci Makary i Eugeniusz, prezbiterzy

    Zobacz także:
      •  Święty Dominik z Silos, opat
    ***
    Święty Makary

    Makary i Eugeniusz byli kapłanami w Antiochii. Publicznie wystąpili przeciw decyzjom i zachowaniu Juliana Odstępcy. Pochwycono ich i torturowano, a następnie zesłano do Mauretanii. Trudno ustalić, gdzie wówczas przebywali: w miejscowości o nazwie Gildona (Gildoba) czy też w oazie na pograniczu dzisiejszego Egiptu i Libii. Tam prowadzili działalność misyjną. Nie ma jednoznacznych dokumentów na temat ich męczeńskiej śmierci. Męczeństwo przypisuje się im zapewne w znaczeniu szerszym, obejmującym śmierć na wygnaniu. Pamięć o nich utrwaliło kilka utworów hagiograficznych, przy czym niektóre zlokalizowały wygnanie Makarego i Eugeniusza w Arabii. Wspominano ich w różnych dniach: Grecy 20 grudnia, Martyrologium Hieronimiańskie 23 stycznia, a grecka Passio 22 lutego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 grudnia

    Błogosławiony Urban V, papież

    Zobacz także:
      •  Święty Anastazy I, papież
    Błogosławiony Urban V
    Wilhelm urodził się w 1310 roku w Grisac, we Francji (Langwedocja), jako syn Wilhelma Grimoarda, pana tejże miejscowości, oraz Anfelisy, hrabiny Montferrand. Jako chłopiec wstąpił do benedyktynów w Chirac. Po otrzymaniu na uniwersytecie doktoratu z obojga praw, wykładał jako profesor na uniwersytetach w Montpellier, w Tuluzie i w Awinionie. Następnie piastował urząd opata Saint-Germain w Auxerre i w opactwie św. Wiktora w Marsylii. Jako doskonały znawca prawa i dyplomata był nieraz wysyłany z różnymi misjami przez papieży awiniońskich.
    Wybrany został papieżem po śmierci Innocentego VI w dniu 28 września 1362 roku. Przyjął imię Urbana V. Koronacja odbyła się 6 listopada tegoż roku. Kierował Kościołem przez 8 lat. Od początku założył sobie dwa cele: krucjatę przeciwko Turkom i unię z Kościołem wschodnim. Pierwszy z nich skończył się niepowodzeniem. Państwa Europy, skłócone ze sobą, nie chciały narażać się na tak wielkie ryzyko. Tylko Piotr z Lusignano poszedł za wołaniem papieża, zdobył nawet na krótko Aleksandrię egipską, ale – osamotniony – musiał się wycofać w 1363 r.
    Sprawa unii zapowiadała się pomyślniej. Drogą wielu zabiegów oraz dyplomacji udało się skłonić cesarza wschodnio-rzymskiego, Jana V Paleologa, aby przybył osobiście do Rzymu i w obecności delegatów papieskich oraz kardynałów pojednał się z Kościołem łacińskim (1369). Cesarz wszakże zażądał w zamian za pojednanie pomocy politycznej przeciwko Turkom, którzy już bezpośrednio zaczęli zagrażać Konstantynopolowi. Sułtani Osman (1289-1362) i Orchan (1326-1359) zajęli już prawie całą Azję Mniejszą. W 1346 roku Turcy Osmańscy przeszli do Europy przez Dardanele. Po klęsce pod Nikopolis (Bułgaria) w 1396 roku, syn Jana V Paleologa, Manuel II (1391-1425), usiłował jeszcze na własną rękę werbować ochotników europejskich, jednak z nikłym powodzeniem. Wysłał również delegatów na sobór do Konstancji w 1417 r., ale sam się już na nim nie zjawił. Ostatecznie więc i ten cel nie został przez Urbana V urzeczywistniony. Wprawdzie na soborze we Florencji (5 lipca 1439 r.) doszło do pojednania, ale dość szybko unia rozpadła się.
    W odróżnieniu od swojego dworu papież żył skromnie. Wiele czasu poświęcał modlitwie. Sam wysoko wykształcony, popierał uniwersytety i pomagał w studiach ubogiej młodzieży. Nie mogąc wypełnić planów krucjaty i unii, zwrócił szczególną uwagę na karność kościelną, na rozbudzenie gorliwości u kapłanów.
    Urban V zapisał się w historii tym, że uniezależnił się od królów francuskich i, mimo gwałtownego sprzeciwu kardynałów francuskich, opuścił Awinion i powrócił do Rzymu. Do tego powrotu nagliły papieża św. Katarzyna Sieneńska (+ 1380) i św. Brygida (+ 1373), która papieżowi groziła w imieniu Chrystusa rychłą śmiercią, jeżeli do Rzymu nie powróci. Trzeba było zorganizować prawdziwą flotę, by przewieźć całą kurię papieską i jej dobra. Miało to miejsce 16 października 1367 roku. Niestety, papież nie pozostał w Rzymie długo. Po 58 latach nieobecności papieża w Rzymie możnowładcy rządzili się jak u siebie. Przyjazd papieża zapowiadał koniec ich panowania. Na tle powstałych zamieszek papież został zmuszony do powrotu do Awinionu w 1370 r. Dopiero następca Urbana V mógł już na stałe powrócić do Rzymu w 1377 r. W ten sposób zakończyła się tzw. “niewola awiniońska”, trwająca 68 lat (1309-1377).
    Przeżyte trudy i niepokoje wyczerpały siły papieża do tego stopnia, że zaraz po swoim powrocie do Awinionu rozchorował się ciężko i 19 grudnia 1370 roku przeniósł się do wieczności. Po śmierci Urbana jego ciało zabrał z Awinionu jego brat, kardynał Anioł Grimoard, i przewiózł je do Marsylii, do kościoła opactwa św. Wiktora. Grób papieża był licznie nawiedzany przez wiernych. Pius IX w 1870 roku zaliczył Urbana V w poczet błogosławionych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 grudnia

    Święci męczennicy
    Paweł Mi, Piotr Doung-Lac i Piotr Truat

    Zobacz także:
      •  Święty Auksencjusz, biskup
    ***
    Święci męczennicy wietnamscy

    Pierwsi misjonarze, którzy przynieśli wiarę chrześcijańską do Wietnamu, przybyli tam w 1533 r. Ich działalność nie spotkała się z przychylnością władz, które wydalały obcokrajowców ze swojego terytorium. Przez kolejne trzy stulecia chrześcijanie byli prześladowani za swoją wiarę. Wielu z nich poniosło śmierć męczeńską, zwłaszcza podczas panowania cesarza Minh-Manga w latach 1820-1840. Zginęło wtedy od 100 do 300 tysięcy wierzących. Stu siedemnastu męczenników z lat 1745-1862 św. Jan Paweł II kanonizował w Rzymie 18 czerwca 1988 r. (ich beatyfikacje odbywały się w czterech terminach pomiędzy 1900 i 1951 rokiem). Wśród nich jest 96 Wietnamczyków, 11 Hiszpanów i dziesięciu Francuzów; było to ośmiu biskupów i pięćdziesięciu kapłanów; pozostali to ludzie świeccy. Prawie połowa kanonizowanych (50 osób) należała do Rodziny Dominikańskiej. Ponieważ zamieszkiwali oni teren apostolatu Tonkin Wschodni (położony na wschód od rzeki Czerwonej), który papież Innocenty XIII powierzył dominikanom z Filipin, nazywa się ich często męczennikami z Tonkinu.Wspominani dziś trzej bracia: Paweł Mi, Piotr Doung-Lac oraz Piotr Truat byli katechumenami. Gdy wybuchło prześladowanie chrześcijan w Wietnamie, aresztowano ich, wtrącono do więzienia i poddano torturom. Zamęczono ich przez uduszenie. Beatyfikowani zostali w 1900 r., a kanonizowani w 1988 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 grudnia

    Święty Łazarz, biskup

    Zobacz także:
      •  Święty Jan z Mathy, prezbiter
      •  Święty Józef Manyanet y Vives, prezbiter
    ***
    Święty Łazarz

    Łazarz był bratem Marii i Marty. Mieszkali razem w Betanii, na wschodnim zboczu Góry Oliwnej. Chrystus darzył ich swoją przyjaźnią i bywał w ich domu. Kiedy Łazarz zmarł i został pochowany, Jezus przybył do Betanii i wskrzesił go (J 11, 1-44). Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11).
    Według starej tradycji wschodniej Łazarz po Zesłaniu Ducha Świętego udał się na Cypr i był tam biskupem. Średniowieczna legenda opowiada o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta.
    W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 grudnia

    Błogosławiony Sebastian Maggi, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Adelajda, cesarzowa
      •  Błogosławiona Maria od Aniołów, dziewica
    ***
    Błogosławiony Sebastian Maggi

    Urodził się około 1414 r. w starym szlacheckim rodzie gwelfów – zwolenników władzy papieża. Mając piętnaście lat wstąpił w swym rodzinnym mieście do dominikanów i przyjął imię Sebastian. Wyróżniał się przywiązaniem do reguł życia zakonnego, gorliwością religijną i czystością życia. Studia ukończył w Padwie.
    Był jednym z największych dominikańskich kaznodziejów swoich czasów. Wygłaszał nauki w Weronie, Padwie, Brescii, Bolonii i Piacenzie. Wiele czasu i energii poświęcił też zreformowaniu lombardzkich klasztorów w Mantui, Brixen i Bolonii. Doprowadził do przeniesienia i przebudowy klasztoru w Mediolanie. W latach 1480-1483 oraz 1495-1496 był generalnym wikariuszem prowincji lombardzkiej. Wtedy to papież Aleksander VI polecił, by Sebastian wystąpił przeciwko reformatorskim działaniom Hieronima Savonaroli, skierowanym przeciwko kurii rzymskiej. Zadanie to było trudne dla Sebastiana, bo był spowiednikiem Hieronima. Stąd też zawsze świadczył na korzyść Savonaroli, gdy ktoś zaatakował go jako człowieka.
    Sebastian Maggi był dobrym przełożonym: surowym wobec siebie, a łagodnym i cierpliwym wobec innych. W drodze na wizytację do jednego z klasztorów zachorował i zmarł w Genui 16 grudnia 1496 r. Sława świętości i cudów przy jego grobie sprawiły, że proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 1753 r., a siedem lat później, 15 kwietnia 1760 r., beatyfikował go papież Klemens XIII.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 grudnia

    Święta Maria Crocifissa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Karol Steeb, prezbiter
    ***
    Święta Maria Crocifissa

    Paula di Rosa urodziła się 6 listopada 1813 roku w Brescii (Włochy) jako córka Klemensa i księżnej Kamili Albani z Bergamo. Rodzice dali jej wszechstronne wykształcenie oraz religijne wychowanie. Kiedy miała 11 lat, zapadła na ciężką chorobę, którą przeszła szczęśliwie. Wcześnie straciła matkę. Jako sierota obrała sobie za matkę Najświętszą Maryję Pannę. Oddana do szkoły i na wychowanie sióstr wizytek, uczyniła duże postępy w nauce i w cnotach chrześcijańskich. W wieku 17 lat wróciła do domu. Kiedy ojciec zaproponował jej małżeństwo, odmówiła i w 19. roku życia złożyła ślub dozgonnej czystości.
    Równocześnie podjęła się kierownictwa nad 70 pracownicami w przędzalni ojca w Acquafreddzie, rozwijając wśród nich prawdziwie misyjną i apostolską pracę w latach 1831-1836. Podobną chrześcijańską pracę rozwijała, ilekroć przebywała w wiejskiej, letniej posiadłości rodzinnej w Capriano (Brescia), zajmując się ze szczególną troskliwością biednymi i chorymi, dopomagając miejscowym kapłanom w pracy nad młodzieżą żeńską, w misjach, w rekolekcjach lub w różnych inicjatywach kościelno-społecznych. Jej bohaterstwo zabłysło w czasie epidemii cholery, kiedy to z całym poświęceniem usługiwała zarażonym. W latach 1836-1839 podjęła się pracy w dwóch szkołach dla głuchoniemych oraz w instytucjach przeznaczonych dla opuszczonych kobiet i dziewcząt narażonych na utratę niewinności.
    Pod kierownictwem wytrawnego kierownika duchowego, ks. Faustyna Pinzoni, postanowiła założyć stowarzyszenie pielęgniarek dla posługi chorym. Po otrzymaniu zezwolenia od władz państwowych w 1840 Paula zebrała 32 dziewczęta, przeszkoliła je i udała się z nimi do szpitala kobiecego w Brescii. Przekonała się bowiem, że oprócz pomocy lekarskiej chorzy potrzebują stałej opieki. Tak powstało zgromadzenie Służebnic Miłości. W rok potem Paula otworzyła drugi podobny szpital w Cremonie. Świątobliwy ojciec z radością wspierał te wszystkie wysiłki i inicjatywy swojej córki. Na dom centralny dla powstającej nowej rodziny zakonnej przeznaczył zakupiony pałac w Brescii. Starał się ponadto o poparcie władz. W 1844 roku Rzym wydał dekret pochwalny, a w roku 1847 papież Pius IX zatwierdził warunkowo na czas próby konstytucje, napisane przez ks. Pinzoni. W roku 1852 Paula w uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego złożyła śluby i przybrała imię zakonne Maria Crocifissa (Maria od Chrystusa Ukrzyżowanego). Wraz ze swoją przełożoną przyjęło habit 18 sióstr.
    Siostry dały o sobie znać przede wszystkim w czasie zarazy, jaka kilkakrotnie nawiedziła północne Włochy. Ich bohaterskie poświęcenie zyskało im powszechne uznanie. Maria patrzyła z radością, jak mnożyły się nowe fundacje. W roku 1855 było ich już siedem. Pewna, że dzieło ma zapewnione trwanie, mogła spokojnie odejść. W czasie ćwiczeń duchowych w Mantui zasłabła (26 listopada), ukończyła je wszakże i udała się do macierzystego domu w Brescii, gdzie 15 grudnia 1855 roku oddała Bogu ducha w wieku zaledwie 42 lat. Jej ciało, pochowane początkowo w grobowcu rodzinnym, zostało umieszczone w kościele domu macierzystego w Brescii. Do chwały błogosławionych wyniósł ją papież Pius XII w 1940 roku, a do chwały świętych – ten sam papież w roku 1954.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 grudnia

    Święty Jan od Krzyża,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Wenancjusz Fortunat, biskup
    ***
    Święty Jan od Krzyża

    Jan de Yepes był trzecim z kolei dzieckiem Gonzaleza de Yepes i Katarzyny Alvarez. Przyszedł na świat w 1542 roku w Fontiveros, w pobliżu miasta Avila (Hiszpania). Miał dwóch braci: Ludwika i Franciszka, ale pierwszy z nich zmarł niedługo po urodzeniu. Warunki w domu były bardzo ciężkie, gdyż rodzina wyrzekła się Gonzaleza za to, że będąc szlachcicem śmiał wziąć za żonę dziewczynę z ludu. Jeszcze cięższe warunki nastały, kiedy zmarł ojciec. Jan miał wówczas dwa i pół roku. Matka przeniosła się z dziećmi do Arevalo (1548), a potem do Medina del Campo (1551). Jan został oddany do przytułku. Potem pracował w szpitalu, by następnie próbować różnych zawodów u kolejnych majstrów: w tkactwie, krawiectwie, snycerstwie, jako malarz, jako zakrystian, wreszcie jako pielęgniarz. Za zebrane z trudem pieniądze uczył się w kolegium jezuickim w Medinie (1559-1563), jednocześnie pracując na swoje utrzymanie. W roku 1563, mając 21 lat, wstąpił do karmelitów i wtedy obrał sobie imię Jan od św. Macieja. W zakonie napotkał na znaczne rozluźnienie. Dlatego gdy składał śluby, czynił to z myślą o profesji według dawnej obserwancji. Po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicznych w Salamance, w 25. roku życia otrzymał święcenia kapłańskie (1567).
    W dniu swojej Mszy prymicyjnej spotkał św. Teresę z Avila, która podjęła się dzieła reformy żeńskiej gałęzi Karmelu. Te dwie bratnie dusze zrozumiały się i postanowiły wytężyć wszystkie siły dla reformy obu rodzin karmelitańskich. W następnym roku św. Teresa namówiła pewnego szlachcica, żeby ofiarował dom w Duruelo na założenie pierwszej fundacji reformy. Tam przeniósł się Jan wraz z dwoma przyjaciółmi, których pozyskał dla reformy. 28 listopada 1568 r. złożyli ślub zachowania pierwotnej reguły. Jan przybrał sobie wówczas imię Jana od Krzyża. Postanowił pozostać wierny reformie, choćby “miał to przypłacić życiem”. Wkrótce okazało się, że będzie miał okazję dać dowód tej wierności. W latach 1569-1571 został wybrany na mistrza nowicjatu. W roku 1570 musiał jednak przenieść klasztor do Pastrany. W roku 1571 został rektorem pierwszego klasztoru karmelitów w Alcali, który przyjął reformę. Równocześnie pełnił obowiązki spowiednika karmelitanek zreformowanych w Avila (1572-1577).
    W postępowaniu Jana przełożeni dopatrzyli się niesubordynacji. Obawiali się rozkładu zakonu. Posypały się napomnienia i nakazy. Gdy Jan okazywał się na nie głuchy, został aresztowany w Avila w nocy z dnia 2 na 3 grudnia 1577 roku i siłą zabrany do Toledo. Wtrącony do więzienia klasztornego, był nie tylko pozbawiony wolności, ale skazany na głód i częstą chłostę. Nie załamał się jednak. Jak sam pisał, w “paszczy wieloryba” przebył 9 miesięcy. Pan Bóg w tych miesiącach udręki zalewał go potokami pociech mistycznych. “Noce ciemne” długiego więzienia wykorzystał dla doświadczenia nie mniej bolesnego stanu, kiedy Pan Bóg pozornie opuszcza swoich wybranych, by ich zupełnie oczyścić i ogołocić z niepożądanych pragnień, uczuć i przywiązań.
    15 sierpnia 1578 roku udało mu się uciec z zakonnego więzienia w Toledo po długich i żmudnych do tego przygotowaniach. Bracia z własnego klasztoru przyjęli go z wielką radością. 9 października tego roku wziął udział w kapitule, na której został wybrany przełożonym konwentu w Jaen, w Andaluzji. W roku następnym (1579) otworzył nowy dom reformy, w Baeza, gdzie pozostał jako przełożony do 1582 r. W roku 1581 z domów zreformowanych karmelitów utworzona została osobna prowincja. Zezwolił na to papież Grzegorz XIII specjalnym breve z 22 lipca 1580 roku.
    Cierpienia Jana podjęte dla reformy zaczęły owocować. Gorliwi zakonnicy widzieli w nim męczennika sprawy i zaczęli przekonywać się do reformy. Mnożyły się także nowe fundacje dzięki hojności panów duchownych i świeckich. W roku 1582 Jan został mianowany przełożonym domu w Granadzie, a trzy lata później kapituła wybrała go wikariuszem prowincji Andaluzja. W 1587 r. zrzekł się tego urzędu i został ponownie mianowany przełożonym konwentu w Granadzie.
    Kiedy liczba zreformowanych klasztorów zaczęła rosnąć i powstawały nowe prowincje, papież Sykstus V zezwolił na wybór osobnego wikariusza generalnego dla prowincji zreformowanych, ale generał miał być jeszcze wspólny dla obu rodzin karmelu. Papież miał bowiem nadzieję, że niebawem cały zakon przyjmie reformę. W roku 1588 odbyła się pierwsza kapituła generalna prowincji zreformowanych.
    Jednak stronnictwo złagodzonej reguły wzięło górę. Jan został usunięty ze wszystkich urzędów i jako zwykły zakonnik zakończył niebawem życie w klasztorze w Ubedzie 14 grudnia 1591 roku w wieku zaledwie 49 lat. Umierał zupełnie osamotniony, bowiem św. Teresa z Avila dawno już nie żyła – przeszła do nieba 4 października 1582 roku.
    Najbardziej sławny stał się Jan od Krzyża dzięki swoim pismom. Było ich znacznie więcej, ale spalono je zaraz po śmierci w obawie, by nie dostały się do rąk wrogów zakonu jako materiał przeciwko złagodzonej regule. Pozostały 22 dzieła, w tym kilkanaście utworów poetyckich, które dla mistyki chrześcijańskiej mają wprost bezcenną wartość. Najważniejsze są dwa z nich: Noc ciemna i Pieśń duchowa. Są one perłą w światowej literaturze mistyki. Oba dzieła początek swój wywodzą z więzienia w Toledo. One też przysporzyły Janowi tytuł doktora Kościoła; dzięki nim zwany jest on także doktorem mistycznym. Dzisiaj jego dzieła są przełożone na wszystkie znane języki świata i należą do klasyki dzieł mistycznych.
    Nie mniejszym powodzeniem cieszą się dotąd Droga na Górę Karmel i Żywy płomień. Nikt dotąd nie poddał stanów mistyki tak subtelnej analizie, jak właśnie Jan od Krzyża. Św. Teresa z Avila zostawiła wprawdzie także poważne dzieła z zakresu mistyki chrześcijańskiej, ale podeszła ona do problemu raczej od strony praktycznej, podczas gdy Jan wskazał na podstawy teologiczne mistyki. Miał także wybitne zdolności plastyczne. Umiał rysunkiem, poglądowo, przedstawić nawet bardzo skomplikowane drogi mistyki (np. szkic Góra doskonałości). Chyba to jedyny wypadek w dziejach mistyki katolickiej. Najsłynniejszym rysunkiem, zachowanym do dziś (i przechowywanym jako relikwia) jest szkic Ukrzyżowanego Chrystusa, utrwalona na kartce wizja z objawienia w Avila (1572-1577). Rysunek ten stał się inspiracją dla współczesnych twórców (m.in. Salvadore Dali namalował obraz zatytułowany Chrystus św. Jana od Krzyża).
    Relikwie Doktora Mistycznego znajdują się w kościele karmelitów w Segovii. Beatyfikowany został przez papieża Klemensa X w 1675 r., a kanonizowany w 1726 r. przez Benedykta XIII. Pius XI ogłosił go doktorem Kościoła w 1926 r. Jest patronem karmelitów bosych.
    W ikonografii św. Jan od Krzyża przedstawiany jest w habicie karmelitańskim. Jego atrybutami są: otwarta księga, krucyfiks, lilia, orzeł u jego stóp.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    „Noc ciemna”.

    Czy św. Jan od Krzyża miał depresję?

    św. Jan od Krzyża. Źródło: wikimedia.org/ Francisco de Zurbarán / ze zbiorów Muzeum Archidiecezjalne w Katowicach

    ***

    Specyfika nocy ciemnej, którą opisuje św. Jan od Krzyża, oraz refleksja nad stanem nazywanym przez specjalistyczną literaturę psychologiczną depresją, skłania do szukania w tych dwóch fenomenach podobieństw. W oparciu o wiedzę i praktykę terapeutów, a także pracę kierowników duchowych, można wysnuć wniosek, iż zarówno noc wiary, jak i depresja są stanami, które przejawią się w podobny sposób. Przy założeniu, że oba fenomeny są dwiema odrębnymi rzeczywistościami, nie sposób nie zapytać, czy jest możliwe, aby się wzajemnie przenikały. Innymi słowy, czy jest możliwe, by komponentem duchowej nocy była choroba?

    Wysoko rozwinięte społeczeństwa określić można mianem społeczeństw depresyjnych ze względu na dotykający je problem depresji, która stała się chorobą społeczną. Zdaniem wielu filozofów, żyjemy w cywilizacji smutku. Coraz więcej ludzi nosi w sobie ból chaosu, do istoty którego należy wewnętrzna sprzeczność, rozbicie, zatracie granic, nieład. Najprostsze rzeczy stają się trudnymi. Człowiek w depresji przedstawia się niemal jako bezradne dziecko. W cięższych stanach bywa nawet niczym niemowlę, delikatne, nadwrażliwe, kompletnie zdane na pomoc innych.

    Smutek towarzyszący tej chorobie ogarnia cierpiącego na nią w ten sposób, iż każdy, nawet błahy, problem jawi się prawie jako nierozwiązywalny. Człowiek gubi się, nie wie, co wybrać, w którą stronę pójść. Wobec otaczającej rzeczywistości chory odczuwa bezsilność. Porusza się w niej z trudem, w spowolnionym tempie, czasem tkwi w jednej pozycji przez długi czas. Bywa, że nie może nawet płakać, choć chęć uzewnętrznienia się przez łzy jest wielkim jego pragnieniem. Świat traci kolory, gaśnie słońce codzienności, dominuje ciemność.

    Stan osoby chorej na depresję przypomina do pewnego stopnia położenie człowieka poddanego specyficznemu cierpieniu, o którym pisał św. Jan od Krzyża. Nazywane „nocą ciemną” doświadczenie hiszpańskiego karmelity to niezgłębione misterium ludzkiego cierpienia, a więc choroby, kruchość istnienia, brak sensu życia, samotność, bolesne doświadczenie grzechu, zanik żywotnych sił, odczucie pozornej nieobecności Boga, jakich doświadcza człowiek, gdy pragnie się z Nim zjednoczyć. Symbolika nocy nie jest tu przypadkowa. Wpisana w tę część doby ciemność przenika do wnętrza osoby, pochłaniając rzeczy widoczne w świetle dnia. Dostrzegalne dotychczas kształty zdają się ujawniać nieznane zarysy. Milknie gwar, ustaje pośpiech, dają się słyszeć dźwięki rozproszone w rytmie dnia.

    Realistyczne odniesienia nocy kosmicznej do doświadczenia ciemności duchowej jest bardziej zrozumiałe, gdy wnikliwiej wczyta się w dzieło mistyka. W tak zwanej biernej nocy zmysłów Bóg zaciemnia duszę do tego stopnia, że nie wie ona, w jaki sposób zwrócić się do Stwórcy. Odczuwanie w tym stanie cierpienie zdaje się być prawdziwym krzyżowaniem. Po nocy zmysłów przychodzi bierna noc ducha, która uśmierca człowieka zmysłowego. Ciemności są wówczas tak wielkie, że następuje oczyszczenie władz pamięci, rozumu i woli. W tym czasie możliwa jest kontemplacja, dzięki której dusza otrzymuje nowe poznanie. Umysł ludzki oślepiony jest Boskim światłem, które utrzymuje duszę w ciemności, dopóki nie zniszczony zostanie dawny, przyrodzony sposób poznania. Tak rozpalony Bożym światłem człowiek gotowy jest na przyjęcie darów Ducha Świętego, które pozwalają mu bezpiecznie zjednoczyć się z Bogiem.   

    To zjednoczenie jest możliwe dzięki gwałtownemu oczyszczeniu z wszelkiej niedoskonałości. Wiąże się to jednak z cierpieniem, w tym także z cierpieniem psychicznym, tak charakterystycznym dla depresji. Stąd rodzi się pytanie: czy noc ducha należy odczytywać jako przenikanie się stanów chorobowych i nadprzyrodzonych? Niewątpliwie procesu przyspieszonego rozwoju duchowego, jakiemu podlega osoba doświadczająca nocy ciemnej, nie można ujmować wyłącznie z perspektywy teologicznej. Człowieka należałoby postrzegać jako całość, stąd nie powinien nikogo nawet dziwić wpływ działania Ducha Bożego na zdrowie psychiczne i fizyczne ludzi. W świetle analiz znawców tematu nocy ciemnej w powiązaniu z depresją, zawartość treściowa, formalna i grafologiczna rękopisów Doktora Karmelu wskazuje na występujące u niego oznaki osobowości depresyjnej. Stosowana w opisie początkowych stanów mistycznych terminologia pozwala dostrzec stany, które sam mistyk nazywa melancholią. Z tego powodu decyduje się na wprowadzenie pewnych kryteriów, które określałyby podobieństwa i różnice pomiędzy chorobą a działaniem Boga. Hiszpański święty nie wyklucza współistnienia także obu tych rzeczywistości. Wprawdzie, według karmelity, noc ciemna jest stanem cięższym niż sama melancholia, to chory na nią dramatyczniej doświadcza duchowych ciemności ze względu na intensyfikację symptomów chorobowych, jakie wówczas występują. Tak więc, prowadzącego do zjednoczenia z Bogiem procesu duchowego wzrastania nie można utożsamiać z jednostką chorobową, mimo że choroba może stanowić jeden z jej aspektów.

    Do takich wniosków doszli badający problem nocy ciemnej niektórzy psychiatrzy. Przykładowo, Laigner-Levastine i Mardon-Robinsona opowiadają się za uznaniem depresji jako komponent doświadczenia, o którym pisze św. Jan od Krzyża. W kontekście zaburzeń natury psychicznej przejawem duchowej nocy może być: apatyczny nastrój, poczucie beznadziejności, spowolnienie ruchowe, rozmyślanie o śmierci, brak poczucia własnej wartości, samopotępienie. Stanowi temu towarzyszy głęboki smutek. Jednak zarówno depresja, jak i noc ciemna mogą się stać drogą z ciemności do światła, ze śmierci do życia. Wszystko zależy od postawy wobec doświadczanego cierpienia. Człowiek obdarzony łaską wiary w przeżywanych wydarzeniach widzi obecność miłującej ręki Opatrzności. Zatem wszystkie cierpienia, również te, które składają się na noc ciemną czy depresję, nie stanowią dla niego przekleństwa, ale są okazją, by przeżywać je na sposób Boży.

    Taką postawę zdaje się prezentować św. Matka Teresa z Kalkuty, której przeżycia sprawiają jednak badaczom problematyki nocy ciemnej niemały problem. Poczucie „straszliwej samotności” i odrzucenia przez Boga, jakich doświadczała, rodzą wątpliwości odnośnie jej mistycznej drogi. Zmagania świętej z ciemnością i samotnością wprowadzają inne niż u św. Jana od Krzyża odcienie doznania duchowej nocy. Mimo ewidentnych różnic, doświadczenie albańskiej zakonnicy jej kierownik duchowy, ojciec Joseph Nauner, identyfikuje z drogą hiszpańskiego karmelity. Jak pisał, Była to po prostu noc ciemna, którą znają wszyscy mistrzowie życia duchowego, choć nigdy nie zetknąłem się z tym, by była ona tak głęboka i by trwała przez tak wiele lat, jak to było u niej. Można to przetrwać jedynie w pewności ukrytej Bożej obecności i zjednoczenia z Jezusem. Sama założycielka zgromadzenia Misjonarek Miłości dobrze znała dzieła św. Jana od Krzyża. Świadczy o tym jej korespondencja, w której z uznaniem odnosiła się do twórczości mistyka. Właśnie czytam jego dzieła – wspomina. Jak cudownie pisze on o Bogudzieła św. Jana od Krzyża zdają się książkami, które jestem w stanie trochę zrozumieć, i czasami przynoszą mi radość – jego pisma wzbudzają we mnie głód Boga…

    Niezależnie od trudności w jednoznacznym wskazaniu charakteru przeżyć laureatki Pokojowej Nagrody Nobla, warto zauważyć, iż optyka wiary pozwala dostrzec, że zarówno noc ciemna, jak i depresja poddane są Bożej logice działania i w dalszej perspektywie mogą służyć osiągnięciu celu, jakim jest Zjednoczenie z Bogiem. Takie podejście znakomicie oddają słowa Pauliny Hornik zawarte w artykule pt. „Mistyka czy depresja? Noc ciemna św. Jana od Krzyża a noc psyche”: Wiara daje człowiekowi przekonanie, że Bóg jest obecny w każdej chwili jego życia. Gdyby bowiem Ten, który podtrzymuje wszystko w istnieniu, opuścił jakiś moment ludzkiej egzystencji, wówczas tej chwili by nie było. Jeśli zatem Bóg jest obecny, to znaczy, że każda sekunda ludzkiego życia niesie w sobie boski sens. Boża miłość jest także blisko ludzi pogrążanych w depresji. Ten, który nie nadłamie trzciny ani nie zgasi tlącego się knotka świecy (por. Iz 42,3), nie opuszcza ludzi tak głęboko zranionych. A więc, dzięki Bożej obecności, również to wszystko, co dzieje w depresji, naznaczone jest sensem[1].

    Przywołana myśl wpisuje się w spostrzeżenie włoskiego duchownego, abp. Brunona Forte, który był zdania, że teologia może zaoferować psychologii ostateczną perspektywę sensu mającą swe źródło w Bogu. Ale by wypełnić to zadanie, teologia musi pozostać wierna swej najgłębszej tożsamości. Jedynie taka teologia, która będzie ściśle i rygorystycznie „teologiczna” – pisał – a zatem będzie miała na sercu Wiekuistego i będzie mówić o Bogu jako o wyłącznym Przedmiocie swego zainteresowania, uznając w nim zarazem żywy Podmiot, przemawiający do niej poprzez słowo i milczenie, na które usiłuje odpowiedzieć, będzie mogła nawiązać autentyczny i znaczący dialog z psychologią opierającą się na wizji człowieka otwartej na Tajemnicę.

    Wydaje się, że dzieło XVI-wiecznego mistyka pt. „Noc ciemna” stanowi szczególnie nośny obszar dialogu teologii z psychologią. 

    Anna Nowogrodzka – Patryarcha/PCh24.pl

    [1] Hornik Paulina. (2015). Mistyka czy depresja? „Noc ciemna” św. Jana od Krzyża a noc „psyche”. „Poznańskie Studia Teologiczne” (2015), T. 29, s. 265-282.

    opinie:

    • „Droga na górę Karmel”, „Noc ciemna”, „Pieśń duchowa”, „Żywy płomień miłości”, tworzą jedną całość. Nie można omawiać jedynie „Nocy ciemnej”, bez odniesienia się do pozostałych dzieł. Nie wystarczy tylko przeczytać (nawet kilka razy, tak jak ja), żeby dokładnie zrozumieć o czym pisze doktor Kościoła. Do tego potrzebny jest szczególny dar Ducha świętego i osobiste przeżycie tego fenomenu wiary.
    • Moim zdaniem to nieporozumienie. Człowiek cierpiący na depresję nie ma motywacji do niczego. W biografii św. Jana od Krzyża, znakomitej z resztą moim zdaniem, o. Jose Vincente Rodrigueza widać, ze przez cały czas św. Jan mimo tragicznych okoliczności uwięzienia w klasztorze Toledo, ogromnych cierpień fizycznych i psychicznych, codziennie mimo znikomej ilości światła odmawiał Brewiarz. Konia z rzędem temu, kto znajdzie przypadek podobnej determinacji u osoby chorej na depresję. Już sama karkołomna ucieczka z klasztoru sugeruje, że nie miał depresji, bo człowiek z depresją poddałby się losowi i nie zamierzałby wykonywać takiego wysiłku dla ratowania swojego, w jego mniemaniu, bezsensownego życia.
    • Kolejnym dowodem na brak depresji jest żywa miłość do Boga. Człowieka w depresji generalnie przestaje obchodzić cokolwiek, najczęściej towarzyszy temu utrata wiary. W przypadku św. Jana było wręcz przeciwnie, jego wiara był tym silniejsza im bardziej cierpiał. Podobna sytuacja ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus. W depresji człowiek jest skupiony na sobie i swoim cierpieniu, nic innego go nie obchodzi. W nocy duchowej wszystko odnosi się do Boga, a o sobie pamięta się tylko w kontekście grzechów i obrazy Boskiej. Głębie duszy pozostają nienaruszone, choć ciało i psychika doznaje cierpień, a nawet dusza trapiona wyrzutami wyjątkowo uwrażliwionego sumienia za swoje grzechy. Ale w głębi jest pokój.
    • Warto to też porównać z przeżyciami św. o. Pio. Jak to możliwe, żeby człowiek z depresją był osoba tak pogodną i ciepłą na zewnątrz tak jak o. Pio? Każdy psychiatra wie, że nie ma takiego przypadku. Depresja mocno się uzewnętrznia i tych cierpień nie da się ukryć, nie mówiąc już o tym, żeby to maskować serdecznym uśmiechem. A przecież jego cierpienia były ogromne, o czym świadczą jego listy do kierownika duchowego.
    • Mam wrażenie, że to pomieszanie pojęciowe wynika stąd, że dla człowieka czasów współczesnych tajniki wyższych stanów życia duchowego są zupełnie obce, bo nigdy nie doświadczone i dlatego psychiatrzy próbują ściągać je do poziomu czysto naturalnych doświadczeń. Moim zdaniem różnica jakościowa jest ogromna, choć z pozoru cierpienia nam laikom mogą się wydawać podobne.

    ______________________________________________________________________________

    5 rzeczy, których możesz się nauczyć od św. Jana od Krzyża

    © Ralph Hammann – Wikimedia Commons, Public domain, via Wikimedia Commons

    ***

    Święty Jan od Krzyża to jedna z wielkich postaci Kościoła, był człowiekiem kontemplacji i czynu, mistrzem życia duchowego i reformatorem życia zakonnego. Jego życie i pozostawione przez niego pisma duchowe wskazuje nam na Boga i drogę, jaką każdy z nas musi pokonać. Każdy z nas może wstąpić do szkoły św. Jana od Krzyża, skorzystać z jego Bożej mądrości, rad i doświadczeń.

    Nasze życie jest drogą ku Bogu, jej początkiem jest Chrzest, czyniący nas nowym stworzeniem, nowym człowiekiem. Pismo Święte i Tradycja Kościoła wskazują nam, jak powinniśmy na tej drodze postępować, pamiętając że – jak wskazuje „Didache” – „dwie są drogi, jedna życia i jedna śmierci. Przedział zaś wielki między dwiema tymi drogami”. Nic dziwnego więc w tym, że już w odległej przeszłości święci i pisarze chrześcijańscy analizowali reguły rządzące życiem wewnętrznym, badali etapy „drogi życia”, wewnętrzne poruszenia służące dążeniu do Boga i od Niego oddalające. Święty Augustyn wskazywał na postęp w miłości, święty Klemens Aleksandryjski rozróżniał wiarę świadomą, infantylną i nie w pełni świadomą, uczył o dojrzałości życia wewnętrznego polegającej na służbie Bogu w imię bezinteresownego umiłowania Boga, święty Bonawentura opisywał drogę duszy do Boga, święta Teresa z Lisieux pozostawiła nam swą małą drogę.

    Święty Jan od Krzyża pozostawił nam swoisty przewodnik dla tych, którzy kroczą drogą życia w szkole Karmelu, ofiarował nam wskazówki pozwalające określić, w jakim znajdujemy się miejscu, co powinniśmy czynić, czego unikać, z czym walczyć. Na tym polega bogactwo Kościoła: Chrystus uświęca i oświeca, Jego święci pozostawiają nam przeróżne pomoce, napomnienia i myśli, byśmy mogli z nich korzystać na drogach naszego postępowania, to „duchowy ekwipunek” pozostawiony nam przez wielkich minionych wieków, ekwipunek, z którego powinniśmy korzystać zgodnie z poleceniem „co szlachetne – zachowujcie!” (1 Tes 5, 21).

    Ktoś mógłby sądzić, że karmienie się dziełami mistyków jest rzeczą właściwą tylko i wyłącznie dla szczególnie wybranych – nic bardziej mylnego. Konieczne jest jedynie właściwe nastawienie, chęć szukania Boga, praktykowanie Bożych nakazów i… pokora. Musimy starać się rozumieć zalecenia tak, jak rozumiał je Autor – tu z pomocą przychodzi nam wielka tradycja Karmelu, łatwo możemy zaopatrzyć się w pomoce udzielające odpowiedzi na pytania, jak należy rozumieć poszczególne punkty tej nauki duchowej. Musimy zdać się na Boga, pozwolić Mu działać: niech On nas prowadzi i oczyszcza. Święty Paweł pozostawił każdemu z nas bardzo jasne wezwanie: „Weź udział w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa!” (2 Tm 2, 3). Święty Jan od Krzyża może nauczyć nas wielu rzeczy, a to jedynie kilka z nich:

    1.Naszym celem jest sam Bóg, to ku Niemu podążamy, On sam jest celem naszego życia, „naszych” postępów. Droga ta nie jest jednostajna, zmienia się towarzyszący jej krajobraz, zmieniają się trudności i doświadczenia; zmieniamy się także i my. Jej logika jest prosta, wyrażają ją słowa św. Jana Chrzciciela: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3, 30), tak abyśmy u kresu naszej podróży mogli powiedzieć „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20). Celem drogi jest nasze zjednoczenie się z Bogiem, postęp polega na oczyszczaniu się ze wszystkiego, co Bogu niemiłe i upodabnianiu się do Boga. Postęp nie jest naszą zdobyczą, musimy pozwolić prowadzić się Bogu „drogą pewną i prostą”, zaangażować naszą wolę. Mamy oczyścić się ze wszystkiego, co Bogu niemiłe, zaprowadzić właściwy porządek tak w wymiarze cielesnym (zmysłowych relacji ze światem, działaniu naszych zmysłów wewnętrznych, wyobraźni i fantazji), jak i duchowym (pamięci, rozumu i woli…). Łatwo więc pojąć, że jest to rzeczą obcą duchowi tego świata, głupstwem w oczach pogan. A jednak: to nie tylko droga ku Bogu, to także droga… odzyskania samego siebie.

    2.Każdy posiada swą własną drogę do Boga, wiemy jednak w ogólności, co na tej drodze napotkamy, jakie są jej etapy i ich charakterystyczne cechy. Wiemy, że mamy dążyć do doskonałego pragnienie Boga, doskonałej miłości, ogołocenia się ze wszystkiego, co Bogu przeczy, ale także i tego… co nie jest Bogiem. To droga odrzucenia wszystkiego, co nie ma wartości, umartwienia zmysłów, wyrzeczenia się siebie, „ciemnych nocy” zmysłów i ducha, w trakcie których Bóg przekształca duszę. A równocześnie, to droga dziecka, o które troszczy się sam Bóg, zapewniając to, czego w danym momencie potrzebujemy.

    3.W życiu duchowym, w ruszeniu z miejsca, w którym właśnie się znajdujemy, natrafiamy na określone przeszkody. Lekarstwo może przynieść efekt tylko wówczas, gdy zostanie wybrane w sposób odpowiadający chorobie. Przeszkadzać nam mogą rzeczy doczesne, nawet te godziwe – kiedy zaczynają zajmować nienależne im miejsce, stają się zbyt ważne, przysłaniają ważniejsze, a w końcu i samego Boga. Jak o ludziach popadających w to nieszczęście uczył św. Jan, „pożądania ich raczej wzrastają ustawicznie w miarę, jak oddalają się od źródła, które jedno mogłoby ugasić ich pragnienie. Tym źródłem jest Bóg”. Inna przeszkoda wiązać się może z doznaniami zmysłowymi, przeszkodą może być także samo zawężenie naszej perspektywy, skupienie się na dobrach moralnych: dobre uczynki mogą prowadzić także i do pychy, przekonania o własnej doskonałości czy wyjątkowości – a czynić je powinniśmy wyłącznie dla Boga.

    4.Przeszkodą na naszej drodze ku Bogu może być także zbytnie poszukiwanie… dóbr nadprzyrodzonych. „Należą do nich dar mądrości i wiedzy, jakiego Bóg udzielił Salomonowi, jak również łaski, które wymienia św. Paweł (7 Kor 12, 9-11): wiara, łaska uzdrawiania, czynienie cudów, dar proroctwa, dar rozpoznawania duchów, tłumaczenie mów i rozmaitość języków” („Droga na Górę Karmel” III, 30, 1). Dlaczego? „Według zdrowej nauki teologicznej można by to wyrazić tak: weselcie się, jeśli wasze imiona zapisane są w księdze żywota. Jest więc jasne, że człowiek może się radować jedynie z postępowania drogą wiodącą do życia wiecznego, a tą drogą są czyny spełniane w miłości. Na co bowiem się przyda i jaką ma wartość wobec Boga to, co nie jest miłością Bożą?” („Droga na Górę Karmel” III, 30, 5). Postępowi ku Bogu przeszkadza nieuporządkowane poszukiwanie sensacji, darów proroctwa czy języków – wszystko powinno mieć miejsce w Bogu, dla Boga i dla dobra bliźnich. To wielka szkoła duchowego realizmu: święty Jan uczy nas że takie nieuporządkowana dążność do dóbr nadprzyrodzonych przynosi wielkie szkody: rodzi naiwność, tendencję oszukiwania samego siebie i podatność na bycie oszukiwanym przez innych, pomniejsza wiarę odciągając od Boga, rozbudza namiętność uniemożliwiającą traktowanie rzeczy takimi, jakimi są w Bożym świetle, a w końcu, prowadzi do wykorzystywania takich darów w sposób naganny. Wszystko u Boga ma swoją miarę i właściwe miejsce – to miara, którą i my powinniśmy posiąść.

    5.Bóg daje nam to, co potrzebujemy – daje nam to także i w czasie, kiedy tego potrzebujemy. A równocześnie, chce abyśmy ostatecznie byli od wszystkiego wolni, tak by pozostał sam Bóg i Jego miłość.

    Dziś, kiedy wspominamy wielkiego świętego Jana od Krzyża, Doktora Kościoła, sięgnijmy po pomoc, którą nam pozostawił, po jego pisma – duchowy ekwipunek na drogę chrześcijańskiego życia. Pisma te odnaleźć można w Internecie, warto je nabyć i prowadzić regularną lekturę duchową, pozwalając, by przemawiały one do nas stopniowo, na przestrzeni czasu. Każdy z nas został wezwany przez Boga do tego, by przebyć drogę na Górę Doskonałości, każdemu z nas Bóg ofiarowuje swoją łaską i pomoc.

    msf/PCh.pl

    ______________________________________________________________________________________________


    Doktryna św. Jana od Krzyża.

    Przepiękny traktat – skarb literatury duchowej

    „Jest dziesięć stopni miłości. Dusza pokonując kolejne stopnie, łączy się z Bogiem przez zjednoczenie miłości. Pierwszy stopień miłości sprawia, że dusza zaczyna chorować na swoją wielką korzyść. Jej choroba to  g o r ą c z k a   m i ł o ś c i, która sprawia, że traci smak i przywiązanie do wszystkich rzeczy ziemskich. Tak jak chory traci smak wobec wszelkiego pożywienia i napoju, tak dusza uderzona tą chorobą miłości traci smak wobec wszelkich rzeczy zmysłowych”.

    Portal PCh24.pl oraz pismo Polonia Christiana objęły patronat medialny nad polską edycją Doktryny św. Jana od Krzyża, autorstwa jezuity Scaramellego. Ten przepiękny trzyczęściowy traktat jest skarbem ukrytym w dziedzinie literatury duchowej.

    Ojciec Scaramelli SJ (1687–1752) w czasach świetności katolicyzmu we Włoszech był autorem powszechnie znanym i szanowanym. Swoją popularność zawdzięczał niezwykłej klarowności myśli, solidnej kulturze teologicznej i przede wszystkim – głębokiej duchowości.

    Kto kiedykolwiek czytał św. Jana od Krzyża, zapewne spotkał się z pewną trudnością odbioru myśli Doktora Mistycznego. W niniejszej książce Scaramelli dokonał wielkiego dzieła systematyzacji i syntezy nauczania Mistyka oraz przedstawienia go na sposób praktyczny.

    Zatem książka ta jest podręcznikiem życia duchowego. Cel ostateczny życia człowieczego może być tylko jeden, a jest nim: zjednoczenie z Bogiem. Zjednoczenie to zachodzi na dwa sposoby: pierwszym jest zjednoczenie upodobnienia; drugie jest mistycznym zjednoczeniem miłości. Na czym polegają te zjednoczenia, to już opowie sam Autor, wyjaśniając swoją intencję.

    Rozdział IX

    Przedstawia dziesięć stopni drabiny Boskiej miłości według nauczania św. Bernarda, św. Tomasza oraz św. Jana od Krzyża

                   Jest dziesięć stopni miłości. Dusza pokonując kolejne stopnie, łączy się z Bogiem przez zjednoczenie miłości.

                    Pierwszy stopień miłości sprawia, że dusza zaczyna chorować na swoją wielką korzyść. Jej choroba to  g o r ą c z k a   m i ł o ś c i, która sprawia, że traci smak i przywiązanie do wszystkich rzeczy ziemskich. Tak jak chory traci smak wobec wszelkiego pożywienia i napoju, tak dusza uderzona tą chorobą miłości traci smak wobec wszelkich rzeczy zmysłowych. Ta święta gorączka nie rozpali się we władzach duszy, jeżeli nie zejdzie ogień z wysoka: z wysoka spuścił ogień na kości moje[1]. Na tym pierwszym stopniu miłości dusza wstępuje natychmiast w oczyszczenie ducha, ponieważ – jak powiedzieliśmy – nie znajduje już przyjemności, smaku ani punktu oparcia w żadnej rzeczy stworzonej.

                    Kiedy już oderwie się od wszystkiego, wstępuje na drugi stopień, gdzie  s z u k a   s i ę  jedynego  B o g a. Szuka się Go intensywnie, bez ustanku czy odpoczynku, jak święta oblubienica: Wstanę… szukać będę tego, którego miłuje dusza moja[2]. Na tym stopniu cała dusza w utrapieniu i niepokoju wyrusza szukać swojego Ukochanego. Szuka Go w każdym miejscu i w każdym czasie. Kiedy mówi, kiedy rozmawia, kiedy milczy, kiedy pracuje – szuka swojego Oblubieńca. Kiedy śpi, kiedy czuwa, kiedy je – myśli cały czas, rozmyśla o Nim. Wszystkie myśli i pragnienia kieruje ku Niemu. Te są owymi utrapieniami miłości, które omówiliśmy w ostatnim oczyszczeniu.

                    Z tej miłosnej udręki i niepokoju na drugim stopniu zdobywa siłę miłości i przechodzi na trzeci stopień – czynienia  w i e l k i c h   r z e c z y  dla Boga bez zmęczenia i ustanku. Byłoby tu wielkim pocieszeniem dla duszy wyniszczyć się tysiące razy dla służby Bożej, jak widzieliśmy zapał w takich dusza w procesie ich oczyszczenia. W tym miejscu wielkie czyny duszy wydają się małe, a wiele prac – odrobiną. Mnóstwo czasu poświęcane na służbę Pańską wydaje się chwilą. Wszystko to dzieje się za sprawą wielkiego płomienia miłości, który wznieca pożądanie rzeczy nieporównywalnie większych.

                    Teraz dusza żyje w wielkim cierpieniu, ponieważ wszystko, co czyni dla Boga, wydaje się jej niczym, i sądzi, że jest leniwa. Dusza uważa się za gorszą od wszystkich innych, ponieważ z jednej strony widzi doskonale, na co zasługuje Bóg, z drugiej – widzi jak jej pobożność jest mała i niedoskonała. Dlatego nie może nic innego czynić, jak jedynie gardzić sobą i uważać się za mniejszą od wszystkich.

                    Z żarliwości uczynkowej tego trzeciego stopnia dusza przechodzi do silniejszej żarliwości –  c i e r p i e n i a   n i e u s t a n n e g o  dla Boga, bez męczenia się i bez nasycenia, na czym polega czwarty stopień. Na tym stopniu dusza nie szuka własnego pocieszenia ani przyjemności w żadnej rzeczy – ani w Bogu, ani poza Bogiem. Szuka jedynie upodobania Bożego za wszelką cenę. A ponieważ wie, że to polega na cierpieniu, dlatego rozpalony duch w tym silnym płomieniu miłości trzyma ciało w takim poddaństwie, że w ogóle nie zwraca na nie uwagi oraz szanuje je mniej niż drzewo swój liść. A to wszystko czyni nie ze względu na oczekiwaną zapłatę, lecz jedynie ze względu na to, że Bóg na to zasługuje, oraz na wynagrodzenie za to, co od Niego otrzymała. Pan Bóg jednak nie mogąc oglądać umiłowanej duszy w długich boleściach, często ją odwiedza z ogromną słodyczą.

                    W żarliwym pożądaniu cierpienia na tym piątym stopniu dusza rozpala się coraz bardziej i rozpala w sobie niecierpliwe  p r a g n i e n i e   z j e d n o c z e n i a   s i ę  z Bogiem. Każde miejsce zamieszkania sprawia jej cierpienie, wydaje się jej ciężkie i długie. Wciąż już wydaje jej się, że znalazła swoje Dobro i objęła je, lecz widząc, że to płonne nadzieje, popada w wielką boleść. Tutaj dusza musi otrzymać Tego, którego kocha, albo umrze, jak powiedziałem – zdarza się to takim duszom w procesie ich oczyszczenia.

                    W miłości niecierpliwej tego piątego stopnia dusza  z d o b y w a   ł a t w o ś ć  w biegu i locie w stronę Boga bez zmęczenia, na czym polega szósty stopień.

                    Jak tęskni jeleń do źródeł wód, tak tęskni dusza moja do ciebie, Boże[3]. Dusza na tym stopniu miłości jest prawie całkowicie oczyszczona. Przez to powiększa i potęguje się jej miłość, która sprawia, że z łatwością szybuje w stronę Boga. Na tym stopniu częste są duchowe uniesienia, w których dusza coraz bardziej przybliża się do Boga, często pociągając za sobą nawet ciało[4].

                    Lekkość w miłości na tym szóstym stopniu sprawia, że dusza staje się  m ę ż n a  i  w a l e c z n a  w przybliżaniu się do Boga w gwałtownej miłości, na czym polega siódmy stopień. Teraz dusza nie pozwala prowadzić się osądowi, aby spocząć. Żadna rada jej nie cofnie ani też żaden wstyd jej nie zatrzyma, ponieważ gorliwość, którą Bóg wewnątrz niej sprawił, czyni ją waleczną i zapalczywą. To jest miłość oblubienicy mówiącej: Niech mię pocałuje pocałunkiem ust swoich[5].

                    Tu należy przestrzec, aby dusza nie była zapalczywa z Bogiem, jeżeli nie odczuwa wewnętrznej łaski Boga, która ją ku temu pchnie, aby jej zapalczywość nie zmieniła się z cnotliwej w wadliwą i aby nie spadła ze stopnia miłości, na który wstąpiła. Królowa Estera nie może przystępować do Boga z gwałtownością, jeżeli wcześniej nie odczuwa łaski buławy Króla skłonionej ku niej.

                    Gorliwość oraz pomocna ręka, którą Bóg wyciąga do duszy, powodują, że dusza postanawia zaryzykować i rzucić się w Jego stronę w gorliwej miłości. W końcu obejmuje Go i jednoczy się z Nim w zjednoczeniu miłości, co jest ósmym stopniem, a przy tym mówi wraz z oblubienicą: Znalazłam tego, którego miłuje dusza moja. Pojmałam go i nie puszczę[6].

                    Tutaj dusza znajduje się na szczycie swojego szczęścia, lecz nie trwa w nim nieustannie. Inaczej cieszyłaby się rodzajem chwały[7] już na tym świecie. Wraca moment rozdzielenia się jedności miłości i krótkie są te okresy czasu, w których pozwala się na bycie oblubienicy przy Oblubieńcu. Zostało to nazwane stanem  n a r z e c z e ń s t w a   d u c h o w e g o, gdyż umiłowani muszą oddalać się od siebie.

                    Na dziewiątym stopniu dusza słodko gorzeje w Bogu. Jest to stopień  d o s k o n a ł y c h, którzy słodko płoną w Bogu. Ten płomień jest wynikiem działania Ducha Świętego w tym zjednoczeniu, które mają trwale z Bogiem. Pozostają oni zawsze zjednoczeni z Bogiem – albo aktualnie, albo habitualnie[8]. Dobra tego stanu, który nazywa się stanem  m a ł ż e ń s t w a   z   B o g i e m, są niezliczone i niewyrażalne. Jest to najwyższy stan, jaki można osiągnąć na tym świecie. W innym miejscu coś o nim jeszcze powiemy.

                    Dziesiąty i ostatni stopień w tej drabinie miłości jest to  z j e d n o c z e n i e  w świętej miłości, która powoduje upodobnienie duszy do Boga. Jest ona całkowicie uszczęśliwiona w chwale niebieskiej, do której wstępują ci nieliczni, którzy przeszli przez inne stopnie miłości w obecnym życiu i przez nie zostali doskonale oczyszczeni.

    +++

    Premiera: 25 marca 2022

    Liczba stron: 252

    Format: 140 x 208

    Sztywna oprawa, wstążka, złote tłoczenia

    [1] De excelso misit ignem in ossibus meis (Lm 1,13).

    [2] Surgam… et quaeram quem diligit anima mea (Pnp 3,2).

    [3] Quemadmodum desiderat cervus ad fontes aquarum ita desiderato anima mea ad te, Deus (Ps 41,2).

    [4] Myślę, że autor ma na myśli duchowe lewitacje spowodowane ogromną miłością. Występowały one np. u św. Józefa z Kupertynu, gdy słyszał imię Maryi, u św. Ignacego z Loyoli, gdy odmawiał brewiarz, czy u św. Wawrzyńca z Brindisi podczas Mszy świętej [przyp. tłum.].

    [5] Osculetur me osculo oris sui (Pnp 1,1).

    [6] Inveni quem diligit anima mea: tenui eum nec dimittam (Pnp 3,4).

    [7] Chwała – światło, które otrzymują błogosławieni w niebie, a które jest źródłem ich szczęścia [przyp. tłum.].

    [8] Wł. abituale [przyp. tłum.].

    __________________________________________________________________________________

    To jest coś bardziej subtelnego

    To jest coś bardziej subtelnego
    Słynny rysunek Chrystusa na krzyżu autorstwa św. Jana od Krzyża/fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Wieczory uwielbienia czy różaniec są dobre, ale… istnieje droga prowadząca dalej. O. Serafin Maria Tyszko OCD mówi o jej opisie u św. Jana od Krzyża. Dziś jego liturgiczne wspomnienie.

    Jarosław Dudała: Załóżmy, że prowadzę jakieś życie wewnętrzne. Słyszałem, że św. Jan od Krzyża był wielkim mistrzem duchowości. Skąd mam wiedzieć, czy jego pisma to coś dla mnie?

    O. Serafin Tyszko OCD: Ścieżek na drodze, którą jest Jezus, jest wiele. Ale jeżeli coś we mnie iskrzy, jeśli budzą się jakieś pragnienia na wspomnienie o św. Janie, to dlaczego nie miałbym uważać, że Duch Pański mnie do tego zaprasza?

    Może dlatego, że św. Jan jest trudny? Nawet św. Teresa Wielka mówiła, że nie do końca go rozumie.

    To, o czym o pisze Jan (o przeobrażającym zjednoczeniu), a także Teresa – przynajmniej do piątych mieszkań “Zamku wewnętrznego” włącznie – jest absolutnie dla wszystkich chrześcijan! A że Teresa nie do końca rozumiała Jana, to nic dziwnego. Nie ma co tego dramatyzować. Każdy z nas idzie własną ścieżką i druga osoba nigdy nie staje się mną.

    Czyli nie trzeba być mnichem, mniszką czy zakonnikiem, żeby osiągać szczyty kontemplacji?

    Gdyby to ode mnie zależało, to spokojnie beatyfikowałbym brata św. Teresy od Jezusa (miał na imię Lorenzo), brata św. Jana od Krzyża (Francisco) czy siostrę św. Elżbiety od Trójcy Świętej – Małgorzatę. Małgorzata, mama 9 dzieci (jedno wcześnie zmarło), która w wieku 42 lat została wdową, osiągnęła szczyty życia kontemplacyjnego w życiu małżeńsko-rodzinnym. Wzrastała przy tym w życiu kontemplacji i miłości bez szczególnego nauczania ze strony innych, poza podpowiedziami jej klauzurowej siostry.

    Albo taka babcia Hala, która spotkałem w 1990 r. w Ukrainie. Dziś ma 91 lat. Przy niewielkim moim udziale poddała się pewnym Bożym działaniom, w tym intensywnej nocy ciemnej. Jestem przekonany, że prowadzi głębokie życie kontemplacyjne w ramach swojego świeckiego życia.

    Kwestią jest tylko to, czy dana osoba zgodzi się na prowadzenie Boże, czerpiąc z doświadczenia Jana czy Teresy.

    Zapytam więc przewrotnie: dla kogo nie jest św. Jan? Czego nie można u niego znaleźć?

    Początków życia duchowego. Sam zresztą pisał, że jest szereg dobrych książek o początkach medytacji, dlatego on nie będzie się tym zajmował. – Chcę pisać o punktach stycznych, kiedy Duch Pański przeprowadza duszę z jednego poziomu na drugi, czyli o nocach ciemnych – deklarował Jan. (Teresa w ramach tzw. próby miłości w trzecim mieszkaniu “Zamku wewnętrznego” mówi, że chce pisać o tym, jakie przeobrażenia i jakie oczyszczenia są potrzebne.) I wreszcie – w różnych momentach – Jan pisze o szczytach: w “Pieśni duchowej” czy “Żywym płomieniu miłości”.

    Jeżeli ktoś chce czerpać z Jana początki życia duchowego, to trochę u niego znajdzie, ale niewiele.

    Jeżeli ktoś chce pytać, na czym polega medytacja chrześcijańska, to też nie.

    Wątku ewangelizacyjnego – kerygmatycznego, pierwszej metanoi  – tam się nie znajdzie.

    Trochę można znaleźć w życiorysie św. Teresy, ale nie jest to opracowane w sposób systematyczny.

    Pisał Ojciec w książce “Geniusz św. Jana od Krzyża”, że droga, którą proponuje św. Jan, to droga bez atrakcji. I że jeżeli nie wyciszy się w sobie pewnego rodzaju pobożności, to w ogóle nie można wejść na tę drogę.

    Może tak być, może tak być…

    Pisałem to w 1988-1989 roku. Dziś bym tak tego nie nazwał. Nie mówiłbym o “braku atrakcji”. Ale tym kluczu układ podstawowy jest prosty: czy dana osoba szuka zjednoczenia ze sobą Ojca, Syna i Ducha Świętego przez wcielone Słowo Boga żywego, jakim jest Jezus, czy szuka Jego Osoby i zjednoczenia z Nim, czy raczej szuka wrażeń.

    Dziś napisałbym, że Jan nie zachęca do zatrzymywania się na wrażeniach – ale to też trzeba dobrze rozumieć. Jan mówił: – Proszę bardzo: jeśli interesują cię dary, przeżycia, doznania i jest ci to potrzebne, to ja nie będę dyskutować z Duchem Świętym. Ale podpowiadam ci: jeśli nie pójdziesz w ubóstwo ducha, nie oderwiesz się od tego, to to, co na pewnym etapie w życiu duchowym ci służyło, na innym etapie będzie ci przeszkadzać.

    Chce Ojciec powiedzieć, że aby pójść głębiej za św. Janem, trzeba przestać chodzić na wieczory uwielbienia, przestać odmawiać różaniec?

    Nie, to zła interpretacja.

    Główny problem jest taki: czy dana osoba chce zostać: niewolnikiem religijnym, strachliwym wobec Boga, czy chce – i to jest częstsze – zostać najemnikiem Boga, czyli osobą, która mówi o opłacalności (“co ja będę z tego miał, że będę odmawiał różaniec?”, “co ja będę z tego miał, że będę prowadził życie liturgiczne?” itd., itd.) Jeżeli dana osoba się na tym zatrzyma, to nie pójdzie dalej.

    To nierzadkie zjawisko. Mam kontakt z wieloma dawnymi znajomymi z ruchu oazowego czy odnowy charyzmatycznej, którzy z różnych powodów tak się przyzwyczaili do doznań, przeżyć czy nawet głębszych doświadczeń, tak się przyzwyczaili do modlitw ustnych w pewnym kluczu, że dalej nie mogą pójść. Bo nie chcą wejść w większą pustkę, świętą pustkę, noc ciemną, to, co Jan nazywa próżnią – czyli głębokie ubóstwo duchowe, które sprawia, że moja przestrzeń duchowa jest otwarta na dalsze działanie. Zatrzymują się na tym poziomie. I wtedy to przeszkadza.

    Natomiast to, co się dzieje po drodze, jest dobre, jeśli ta osoba daje się prowadzić dalej. Jeśli  nie prowadzi modlitw ustnych na kilometry i tony, paplając i próbując zakląć Boga, żeby jej coś dał – ze zbawieniem włącznie.

    Jak zaczniesz chodzić na modlitwę dla Niego, żeby to On “więcej z tego miał”, to dokonuje się jakieś pogłębienie. I wówczas rewidujesz swoje dotychczasowe zaangażowanie modlitewne – nie musisz go odrzucać. Stanowisko typu: “To ja już w ogóle nie będę uwielbiał” byłoby dziwaczne.

    A że mogę się na tej atrakcji, przeżyciu, wrażeniu zatrzymać – to zupełnie inna kwestia. To się zdarza: dana osoba nie chce wejść w świętą, pierwszą, błogosławioną, będącą darem Bożym noc ciemną – czyli przejście z poziomu sentido (poziomu płytko-emocjonalnego, płytko-racjonalistycznego, podstawowo-wyobrażeniowego, fantazyjnego, doznaniowego) na poziom espiritu. Wówczas rzeczy, o których pan wspomniał – które na pewnym etapie były potrzebne, bo wyprowadziły tę osobę ze śmierci duchowej albo z bylejakości czy przeciętności kościelnej –  te rzeczy zostają przywłaszczone i zaczynają przeszkadzać. To myślenie typu: “To ma być, a jak mi Pan Bóg tego nie da, to mogę się na Niego obrazić”. I  zaczyna się latanie po miejscach, w których “to” dają… A Bóg mówi: “Wcale nie musisz tam latać. Ja jestem w tobie, tylko na inny sposób. Czy jesteś gotów przejść przez błogosławioną ciemną noc? Czy jesteś gotów zostawić to, co było, na rzecz ubóstwa duchowego, czyli poddania się Duchowi Bożemu, w którym wchodzisz w darmowość, bezinteresowność, a nie atrakcyjność, wrażeniowość, doznaniowość itd.?”

    Wiele osób, które przyjeżdżają do nas na rekolekcje, wywodzi się z tego nurtu doznaniowego. Problem pojawia się, gdy proponuje im się coś idącego dalej. Wtedy zdarza się, że pojawia się lekkie przerażenie, bo człowiek do czegoś się przyzwyczaił, zna to, to jest jego. A kiedy wchodzi w noc ciemną, duchowe podpórki i częściowo ziemia trzęsą się, jakby nie było oparcia. Jan od Krzyża pisze o kimś takim: “oparty, a bez oparcia”. Bo nie odczuwa tego, ale jest oparty na samym Bogu. Do tej pory mógł być oparty na darach, doznaniach, wrażeniach, na przeżyciach, a Osoba była na drugim miejscu. Pytanie brzmi: czy pragnę za wszelką cenę Osoby i Jej prowadzenia, czy bardziej pragnę mieć coś dla siebie, np. doznania religijno-charyzmatyczne czy jakiekolwiek inne. I tutaj problem mają absolutnie wszyscy: czy są z różańca, czy z modlitwy ustnej, tzw. charyzmatycznej czy jakiejkolwiek innej.

    A wcześniej czy później każda taka osoba stanie przed propozycją nocy ciemnej. Zgodzi się – pójdzie dalej. Nie zgodzi się – będzie krążyć na jakimś poziomie. Bóg to będzie tolerował przez jakiś czas: “Dobrze, jeśli tak sobie życzysz, wrócę za jakiś czas i znów zaproponuję ci coś dalej”. To jest niezmiernie dyskretna historia!

    Załóżmy, że zgodzę się pójść dalej. Co będzie dalej?

    Dalej będzie większa prostota i głębsze zjednoczenie, ale bardziej z Osobą aniżeli z działaniami Osób Boskich, bynajmniej Ich nie odrzucając. Będzie głębsze doświadczenie, ale już niekoniecznie doznaniowe, przeżyciowe. Wtedy dokonuje się paschalne “odkręcenie się” od samego siebie, a kręcenie się wokół Niego. Silniejsze stają się wiara, nadzieja i miłość jako najistotniejsze elementy życia Bożego we mnie. I zaczynam bardziej prowadzić życie w Duchu Świętym (u Teresy to jest w czwartym mieszkaniu “Zamku wewnętrznego”) aniżeli religijno-pobożnościowe, religijno-moralne. Jestem gotów na dobre paschalne cierpienia. Jestem gotów na bardziej ofiarną, ale roztropną służbę. Jestem bardziej gotowy na całkowite wydanie się Jemu: “zdobądź mnie, przejmij mnie, ja nie chcę już należeć do siebie, chce należeć do Ciebie”. Jan mówi, że jeśli taka osoba pozwoli żeby ją przekroczyć, Bóg – żeby jej nie zniechęcić – przeważnie daje jej pewne doświadczenia, których nie można już nazwać odczuciami, wrażeniami, atrakcjami. To jest coś bardziej subtelnego. Opisuje to zarówno w “Pieśni duchowej”, jak i w “Żywym płomieniu miłości”. To jest nieporównywalne do tego, co się działo na poziomie sentido. On tamtego poziomu nie neguje, mówi tylko: “Idź na skróty. Dlaczego idziesz drogą zmysłowo-wyobrażeniową, zamiast iść drogą duchową?”

    Św. Paweł o tym samym pisze do Koryntian: nie neguję, stwierdzam, że macie wszystkie dary łaski”. Ale – mówi dalej – duchowi nie jesteście. Nie jesteście pneumatikoi. Podpowiedzieć wam, dlaczego nie jesteście pneumatikoi? Jesteście sarkikoi, czyli ludźmi starego człowieka, tyle że już z pierwszymi darami, pierwocinami Ducha. Ale duchowymi w sensie ścisłym (pneumatikoi ), poddanymi Duchowi jeszcze nie jesteście. Jesteście sarkikoi (my to tłumaczymy jako “cieleśni”, ale to nie jest do końca prawidłowe), bo zdarzają się u was takie a takie rzeczy. Ale nie neguję, że nie brak wam żadnych darów łaski.

    I dokonuje się wreszcie w niektórych przypadkach – nie we wszystkich – przeobrażające, oblubieńcze, zaślubiające zjednoczenie z Bogiem, gdy ta osoba jest do głębi wolna, jest uwolniona od opinii ludzkiej i uwolniona od przywłaszczania sobie rzeczy duchowych. Jest głęboko uboga i nic jej nie brakuje. Jest miłosierna wobec braci – nie potrafi osądzać. Jest służebna, ale mądrze – ponieważ łączy w sobie miłość miłosierną z prawdą i sprawiedliwością w rozumieniu biblijnym. Może mieć pewne doświadczenia duchowe i może ich nie mieć. Może być w głębokiej oschłości przez resztę życia, ale jest cała zjednoczona i nie odchodzi od Boga.

    Przeważnie ludziom towarzyszą przy tym pewne doświadczenia – niekoniecznie ekstatyczne, jak u Teresy; u Jana było tego prawdopodobnie mniej, przynajmniej nic o tym nie pisze.

    Taki człowiek jest przeobrażająco zjednoczony z Bogiem. Jest u celu tego, co może się wydarzyć po tej stronie.

    Potem jeszcze Jan opisuje rzeczy zupełnie niezwykłe: taka osoba jest na tyle poddana Duchowi Świętemu, że sama tchnie Ducha Świętego.

    Ponieważ w jej duszy jest niebo (już teraz, nie gdzieś daleko), ponieważ ma życie wieczne w Chrystusie, Duch Święty czasem podwiewa zasłonę i ta osoba jakby zaczyna widzieć Boga, chociaż nie w sensie absolutnym – nie tak, jak po drugiej stronie. Ma też prawdziwe owoce Ducha Świętego: miłość (agape), radość, pokój…

    Niektórzy są w tym kluczu widoczni, niektórzy bardzo ukryci. Taka babcia Hala… Niewiele osób odkryło, że to jest osoba prawdopodobnie głęboko zjednoczona z Bogiem. Jest uboga, prosta. Nie jest przeznaczona na świecznik.

    To są piękne rzeczy! Ale bez nocy ciemnej to jest niemożliwe.

    ***

    o. Serafin Maria Tyszko (ur. 1953) jest karmelitą bosym. Pochodzi ze Słupska. W Karmelu od 1979 r., kapłanem jest od roku 1985. Ponad 3 lata pracował w Ukrainie, 18 lat spędził w karmelitańskim eremickim domu modlitwy w Drzewinie koło Pruszcza Gdańskiego, obecnie (od 7 lat) w będącym w budowie klasztorze rekolekcyjnym na Zwoli koło Poznania.

    Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________________

    Mistyk i reformator

    Św. Jan od Krzyża
    św. Jan od Krzyża/wikipedia.org

    ***

    Święty Jan od Krzyża – Doktor Mistyczny, w świecie Jan de Yepes, urodził się w rodzinie Gonzaleza de Yepes i Katarzyny Alvarez w 1542 r. w Fontiveros, w pobliżu miasta Ávila (Hiszpania). W 1563 r. wstąpił do karmelitów i obrał sobie imię Jan od św. Macieja. W zakonie napotkał znaczne rozluźnienie. Gdy składał śluby, czynił to z myślą o profesji według dawnej obserwancji. Po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicznych w Salamance w 1567 r. – w 25. roku życia – otrzymał święcenia kapłańskie.

    W dniu swojej Mszy św. prymicyjnej spotkał św. Teresę z Ávili, która podjęła się dzieła reformy żeńskiej gałęzi Karmelu. W następnym roku św. Teresa namówiła pewnego szlachcica, żeby ofiarował dom w Duruelo na założenie pierwszej fundacji reformy. Tam przeniósł się Jan wraz z dwoma przyjaciółmi, których dla tego celu pozyskał, i 28 listopada 1568 r. złożyli ślub zachowania pierwotnej reguły. Jan przybrał sobie wówczas imię Jan od Krzyża. W latach 1569-71 sprawował funkcję mistrza nowicjatu. W 1570 r. musiał jednak przenieść klasztor do Pastrany. W 1571 r. został rektorem pierwszego klasztoru Karmelitów w Alcali, który przyjął reformę. Równocześnie pełnił obowiązki spowiednika karmelitanek zreformowanych w Ávili (1572-77).

    Przełożeni Jana dopatrzyli się jednak jego niesubordynacji. Posypały się na niego napomnienia i nakazy. Gdy Jan na nie nie zareagował, został aresztowany w Ávili w nocy z 2 na 3 grudnia 1577 r. i siłą zabrany do Toledo, do zakonnego więzienia, gdzie przeżył „noc ciemną”. 15 sierpnia 1578 r. udało mu się uciec z Toledo. Bracia z jego klasztoru przyjęli go z wielką radością. 9 października tego roku wziął udział w kapitule, na której został wybrany na przełożonego konwentu w Jaen, w Andaluzji. W 1579 r. otworzył nowy dom reformy w Baezie, gdzie pozostał jako przełożony do 1582 r. Następnie został mianowany przełożonym domu w Granadzie, a 3 lata później kapituła wybrała go na wikariusza prowincji Andaluzja. W 1587 r. zrzekł się jednak tego urzędu i został ponownie mianowany przełożonym konwentu w Granadzie.

    Przełomowy był rok 1588 – wówczas odbyła się pierwsza kapituła generalna prowincji zreformowanych. Podczas obrad kapituły górę wzięło stronnictwo złagodzonej reguły. Jan został usunięty ze wszystkich urzędów, a niebawem – 14 grudnia 1591 r., w wieku zaledwie 49 lat, jako zwykły zakonnik zakończył życie w klasztorze w Úbedzie.

    Święty Jan od Krzyża zostawił po sobie ważne pisma z zakresu duchowości i mistyki, m.in. „Noc ciemna”, „Pieśń duchowa”, „Droga na Górę Karmel” i „Żywy płomień miłości”. Został beatyfikowany przez papieża Klemensa X w 1675 r., a kanonizowany przez Benedykta XIII w 1726 r. Pius XI w 1926 r. ogłosił go doktorem Kościoła.

    Pisma św. Jana od Krzyża miały wpływ m.in. na duchowość św. Teresy Benedykty od Krzyża (Edyty Stein) – to jemu poświęciła swoją ostatnią przed męczeńską śmiercią książkę pt. „Wiedza Krzyża”. Z doktryną mistyczną św. Jana od Krzyża jeszcze w czasie II wojny światowej zapoznał się Karol Wojtyła. Teologię mistyczną tego świętego późniejszy papież Jan Paweł II zgłębiał w czasie studiów seminaryjnych, a podczas studiów w Rzymie napisał pracę doktorską nt. „Zagadnienie wiary w dziełach św. Jana od Krzyża”.

    Tygodnik Niedziela

    _________________________________________________________________________________________

    Czym jest doświadczenie „nocy ciemnej” w życiu duchowym?

    – Dogłębne wewnętrzne nawrócenie to proces, a zarazem jedno z ważniejszych zadań „nocy ciemnej”. Wymaga on gotowości do poświęcenia, zaparcia się samego siebie, ofiary. Jaka jest różnica pomiędzy duchową „ciemną nocą” – która jest okazją do wzrostu, a depresją, wymagającą specjalistycznego leczenia.

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ***

    A oto tekst rozmowy:

    – Kogo dotyczy „noc ciemna” w życiu duchowym?

    Piotr Słabek: Dotyczy wszystkich, którzy zakochali się w Bogu i chcą się z nim jak najściślej zjednoczyć. „Noc ciemna” pomoże im w oderwaniu się od rzeczy tego świata, które rozpraszają i oddalają od Stwórcy.

    Bo przecież noc ułatwia zwrócenie wzroku jedynie w kierunku Boga. Paradoksalnie to bliskość i intensywność światłości sprawia, że nic nie widzimy i postrzegamy nieskończoną jasność jako nieprzeniknioną ciemność.

    Natomiast każde szczere pragnienie bliskości Boga, wcześniej czy później nieodłącznie wiąże się z oczyszczeniem, odsunięciem od siebie wewnętrznych i zewnętrznych rzeczy, spraw, które rozpraszają i oddalają od Boga.

    Oczyszczanie jest głównie skierowane przeciw korzeniom namiętności, pożądań. Według Ewagriusza z Pontu są nim egoizm i miłość własna. Doświadczenie „nocy” pomaga pokonywać egoizm, lenistwo, niecierpliwość, zazdrość, osądzanie bliźnich, obmowę, szukanie siebie we wszelkich praktykach pobożnych. W procesie tym dokonuje się oczyszczenie z uzależnień, wyzwolenie się z ciasnych schematów myślowych oraz różnorakich przywiązań, przyzwyczajeń, uprzedzeń.

    – Czy w życiu codziennym można przeżywać „noc ciemną”?

    – W jakimś stopniu ”noc ciemna” wpisuje się w życie każdego chrześcijanina, a szczególnie w życie codzienne. Dlaczego tak jest? Przede wszystkim z tego powodu, że podczas nocy sam Bóg oczyszcza nas i przemienia na głębokim poziomie naszego serca. To poziom, do którego sami nie jesteśmy w stanie dotrzeć.

    To zasadnicza różnica między tzw. oczyszczeniem czynnym, (tym którego dokonujemy naszymi siłami) a biernym (którego dokonuje Bóg). Oczyszczenie bierne dotyczy głębi serca, podświadomości.

    W najskrytszych zakamarkach naszego serca – jak wyjaśniał św. Jan od Krzyża – jest „tron”. A na nim wygodnie siedzi nasze „ja” i nie zamierza nikomu ustąpić miejsca. Jeśli zaprosimy tam Boga, to doświadczenie Jego miłości zintegruje nas wewnętrznie i stopniowo pozwoli zdetronizować nasze „ja”. Jeśli Bóg jest na swoim miejscu tzn. na tronie naszego serca i życia, to wszystko inne jest również na swoim miejscu.

    Trzeba więc pozwolić „dać się przemieniać” przez Boga na Jego obraz. I to jest trudne bo nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Człowiek podświadomie nie chce oddać inicjatywy Bogu. Nie chce, by Bóg działał w jego wnętrzu i przemieniał go. Nasze “ja” chce wyznaczyć kierunek naszemu życiu, chce zawsze mieć inicjatywę.

    Dogłębne wewnętrzne nawrócenie to proces, a zarazem jedno z ważniejszych zadań „nocy ciemnej”. Wymaga on gotowości do poświęcenia, zaparcia się samego siebie, ofiary.

    – W jaki sposób możemy kroczyć poprzez „noc ciemną”? Kto jest naszym przewodnikiem na tej drodze?

    – Przewodnikami jest pragnienie, tęsknota za Bogiem i przede wszystkich wiara, ciągle oczyszczana w „nocy ciemnej”.

    Droga pozornej ciemności, pustki i nicości jest w istocie drogą poznania Boga. Jest to droga przebóstwienia dokonującego się w życiu codziennym – tu i teraz.

    Paradoksalnie noc ciemna jest jakąś formą kontemplacji Boga, można by powiedzieć „kontemplacji ciemnej”. Rozwinięta szczególnie w tradycji wschodniej teologia negatywna tzw. teologia apofatyczna, ciągle wskazuje na to, że Bóg jest nieskończoną tajemnicą, jest nieskończenie inny od nas i od tego co nas otacza. O wiele więcej o Nim nie wiemy niż wiemy. Na drogę modlitwy kontemplacyjnej wkraczamy przez zachwyt i zauroczenie się Bogiem.

    – Jak rozeznać czym jest „noc ciemna” a czym nie jest?

    – Doświadczeniu „nocy” towarzyszy oschłość, bezradność, brak pewności, pokusy, załamania. By przetrwać ten rodzaj biernego oczyszczenia, konieczna jest stałość, ufność, zawierzenie Bogu, cierpliwość, wytrwałość, pokorna nadzieja.

    Każdy człowiek przeżywa swój rodzaj nocy. Jest ona wcześniej czy później doświadczeniem każdego, kto pragnie pójść za Bogiem i prowadzić głębokie życie duchowe. Kto szuka bliskich relacji z Bogiem i tęskni za Nim, ten jej doświadczy.

    Człowieka wtedy otacza niezmierzona światłość, którą odbiera się jako nieprzenikniętą ciemność. Jest to czas, gdy trudno odczuć obecność Boga, która naznaczona jest przede wszystkim milczeniem. Mamy wówczas doświadczenie nieobecności Boga.

    – Czy istnieją różnice miedzy doświadczaniem „nocy ciemnej” a doświadczeniem depresji?

    – Zarówno w depresji jak i w „ciemnej nocy” ludzie doświadczają własnej bezsilności, bezbronności, samotności, opuszczenia i wyobcowania. Czują się bezwartościowi, wewnętrznie odwróceni, winni i grzeszni. Przeżycie to jest przesycone lękiem, beznadziejnością i bezsensownością. Na tym jednak kończą się podobieństwa.

    Lekką depresję można często pomylić z „acedią” (duchową depresją), nie z „nocą ciemną”. Istnieje zasadnicza różnica między depresją zwłaszcza głęboką, a „nocą ciemną”.

    „Noc ciemna” jest poprzedzona duchowym doświadczeniem. Jest to przede wszystkim religijne doświadczenie ludzi pragnących Boga, którzy idą w Jego kierunku. Ból i cierpienie jest spowodowane brakiem odczuwalnego doświadczenia Bożej obecności. Tam gdzie jest autentyczna „noc ciemna”, tam jest prawdziwe doświadczenia duchowe. W sytuacji tej, mimo bólu, cierpienia, człowiek stawia czoła swojemu codziennemu życiu, nie zaniedbuje swoich obowiązków. Głęboka depresja, często ze względu na swój przebieg jest w stanie tak osłabić cały organizm człowieka, że jakakolwiek aktywność zawodowa czy rodzinna jest w zasadzie wykluczona.

    Doświadczenie „nocy ciemnej” może osłabiać naszą aktywność zawodową, ale jej zupełnie nie wyklucza, jest to bowiem doświadczenie duchowe, a nie choroba łącząca objawy psychiczne z fizjologicznymi.

    Przykładem tego zjawiska było długotrwałe przeżywanie „nocy ciemnej” św. Matki Teresy, przy jednoczesnym, mocnym zaangażowaniu w pomoc potrzebującym i niezwykłą aktywność dotyczącą akcji charytatywnych jak i kierowania zgromadzeniem zakonnym.

    Duchowe doświadczenie ma psychologiczne podstawy. Depresja wpływa na ludzką psychikę, podobnie jak szereg innych chorób np. cukrzyca, niedoczynność tarczycy itp. Nie ma jednak powodu by przeakcentować jej wymiar duchowy. Na depresję mogą cierpieć osoby religijne, podobnie jak chorują na inne różne choroby w tym i choroby psychiczne.

    Depresję trzeba leczyć farmakologicznie i psychoterapeutycznie, bo prowadzi do zrujnowania psychiki i ciała, wyniszcza cały organizm, uniemożliwia radzenie sobie z codziennością.

    Natomiast „Noc ciemna” poddaje w wątpliwość obraz własnej osoby, obraz Boga. Oczyszcza duchowo z różnych iluzji religijnych, jednak nie eliminuje z życia codziennego i nie prowadzi do długiej hospitalizacji.

    Jednym z elementów, pozwalających odróżnić czy ktoś cierpi na depresję, czy przeżywa noc ciemną jest wewnętrzna wolność. Ciężkiej depresji towarzyszy apatia i wyczerpanie organizmu, pacjent opada z sił, czuje się wewnętrznie przymuszony czy zniewolony swym psychicznym stanem do smutku i beznadziei. Najbardziej niebezpieczny moment jest przy leczeniu farmakologicznym wtedy, gdy pacjent nabiera więcej sił fizycznych – pozostawiony bez opieki może zrealizować często występujące w tej chorobie myśli samobójcze.

    W „nocy ciemnej” cierpienie wiąże się z wewnętrzną pustką i brakiem doświadczenia Boga. Jest to noc próby wiary czy nawet jej okresowej utraty. Nie czuje się, że Bóg w ogóle istnieje. Z braku doświadczania Boga wynika doświadczenie małości, grzeszności i słabości. Ma ono jednak inny wymiar niż postawy depresyjne, gdzie człowiek całkowicie widzi wszystko w czarnych kolorach, jest odcięty od siebie i od obecności drugiego człowieka, pełen rozpaczy.

    Nawet pośrodku ciemnej nocy, można się czuć mimo wszystko wolnym. Pragnienie i tęsknota Boga są jednocześnie powodem olbrzymiego cierpienia jak i większej miłości.

    Tygodnik Niedziela/Kai

    _________________________________________________________________________________________

    Św. Jan od Krzyża narysował ten szkic po mistycznej wizji Ukrzyżowanego. Zobacz!

    Cristo_San_Juan_de_la_Cruz,_detalle_detalle
    Aleteia

    ***

    Niezwykły rysunek, będący esencją duchowości św. Jana od Krzyża, stał się inspiracją dla jednego z dzieł Salvadora Dalego.

    Lektura pism św. Jana od Krzyża, jednego z największych mistyków w dziejach, przybliżyła do Boga rzesze wiernych. Niewielu jednak zna przedstawienie ukrzyżowanego Chrystusa, które święty narysował po jednej ze swoich mistycznych wizji.

    Św. Jan od Krzyża wykonał ten mały szkic (o wymiarach zaledwie 6 x 5 cm) w trakcie pobytu w Avili. Przebywał tam na zaproszenie św. Teresy od Jezusa jako spowiednik karmelitanek w klasztorze pw. Wcielenia w latach 1572-1577.

    Św. Jan od Krzyża i jego rysunek

    Jak donosiły współczesne świętemu kroniki, św. Jan miał wizję ukrzyżowanego Chrystusa, którą przedstawił następnie na skrawku papieru. Święty podarował później rysunek jednej z miejscowych sióstr karmelitanek. Szkic ten przechowywany jest obecnie w tym samym klasztorze w prostym relikwiarzu z pozłacanego drewna i mogą go podziwiać odwiedzający klasztorne muzeum.

    Cristo_San_Juan_de_la_Cruz,_detalle_detalle

    Mistyczna wizja świętego

    Genialne dzieło ukazuje martwego Chrystusa w momencie, w którym oddał ducha na krzyżu. Choć szkic jest bardzo małych rozmiarów, nieodmiennie wywołuje w patrzącym wielkie wzruszenie. Porusza zwłaszcza widok rąk, rozdartych w miejscach wbitych w nie gwoździ oraz ramion, wyrwanych ze stawów pod ciężarem zwisającego z krzyża ciała.

    Olbrzymie wrażenie robi też obraz ciężko opadłej na pierś głowy Chrystusa, przez co niewidoczna staje się twarz Zbawiciela. Nogi, nie mogąc stanowić żadnego oparcia dla ciała, uginają się i zapadają pod jego ciężarem.

    Ukrzyżowany Jezus ukazany jest z prawej strony, z góry, jakby z perspektywy Boga Ojca, wzruszonego największą z możliwych ofiarą – z samego siebie – jaką złożył Jego własny Syn na odkupienie za grzechy całej ludzkości.

    Artyzm rysunku św. Jana od Krzyża

    Rysunek pomaga lepiej zrozumieć jeden z tekstów tego Doktora Kościoła pt. Droga na Górę Karmel. Autor opisuje w nim ścieżkę pokonywaną przez duszę do mistycznego zjednoczenia się z Bogiem.

    W tekście odnaleźć można słowa przypisywane Bogu, kierowane do kogoś poszukującego prywatnych objawień. Bóg Ojciec wyjaśnia: „Wszystko już powiedziałem przez Słowo, będące moim Synem i nie mam już innego słowa; czyż mogę ci więcej odpowiedzieć albo objawić coś więcej ponad to?” (2Dg 22, 5.7).

    „Patrz dobrze, a w Chrystusie odkryjesz spełnione i urzeczywistnione swoje pragnienia, a nadto jeszcze wiele więcej… Jeżeli szukasz u mnie słowa pociechy, spojrzyj na mego Syna, posłusznego z miłości ku mnie i uciśnionego, a znajdziesz prawdziwą pociechę” (2Dg 22, 5-6).

    Mistycyzm i artyzm rysunku św. Jana od Krzyża tak bardzo urzekły Salvadora Dalego, że ten w 1951 roku namalował swoje słynne dzieło pt. „Chrystus św. Jana od Krzyża”.

    Cristo_de_San_Juan_de_la_Cruz,_Dalí

    Jesús Colina/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 grudnia

    Święta Łucja, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święta Odylia (Otylia), opatka
    ***
     
    Wikipedia
    ***
    Łucja pochodziła z Syrakuz na Sycylii. Najstarszy żywot św. Łucji pochodzi z V wieku. Według niego Święta miała pochodzić ze znakomitej rodziny. Była przeznaczona dla pewnego młodzieńca z niemniej szlachetnej rodziny. Kiedy udała się z pielgrzymką na grób św. Agaty do pobliskiej Katanii, aby uprosić zdrowie dla swojej matki, miała się jej ukazać sama św. Agata i przepowiedzieć śmierć męczeńską. Doradziła jej też, by przygotowała się na czekającą ją ofiarę. Kiedy więc Łucja powróciła do Syrakuz, cofnęła wolę wyjścia za mąż i rozdała majętność ubogim; złożyła także ślub dozgonnej czystości. Gdy wkrótce wybuchło prześladowanie chrześcijan, kandydat do jej ręki zadenuncjował ją jako chrześcijankę. Kiedy nawet tortury nie załamały bohaterskiej dziewicy, została ścięta mieczem. Działo się to 13 grudnia ok. 304 roku. Święta miała 23 lata (lub 28, bo w życiorysach można spotkać rok 286 jako datę urodzenia).
    Legenda ozdobiła heroiczną śmierć św. Łucji pewnymi szczegółami, których autentyczność trudno sprawdzić. Święta miała być m.in. wiedziona na pohańbienie do domu publicznego, ale żadną siłą nie mogli oprawcy ruszyć jej z miejsca, nawet parą wołów. Kiedy sędzia nakazał spalić ją na stosie, ogień jej nie tknął. Sędzia wtedy w obawie rokoszu skazał ją na ścięcie. Jednak i to przeżyła. Przyniesiona do domu, poprosiła jeszcze o Komunię świętą i dopiero po jej przyjęciu zmarła. Autor opisu jej męczeńskiej śmierci zostawił nadto przepiękny dialog Świętej z sędzią, swego rodzaju arcydzieło nauki moralnej ku zachęcie chrześcijan i ich podbudowaniu.
    Posiadamy tak mało informacji o św. Łucji, że niektórzy historycy byli skłonni wykreślić ją z Martyrologium Rzymskiego. W roku 1894 znaleziono jednak w Syrakuzach na cmentarzu św. Jana starożytny napis w języku greckim, który orzeka, że grób ten wystawiła swojej pani Łucji niejaka Euschia.
    Relikwie św. Łucji były między rokiem 1204 a 2004 przechowywane w Wenecji, która po 800 latach zdecydowała się je “wypożyczyć” Syrakuzom. Imię Łucji od czasów św. Grzegorza Wielkiego wymienia się w Kanonie rzymskim. Jest patronką Szwecji oraz Toledo; ponadto także krawców, ociemniałych, rolników, szwaczek, tkaczy; orędowniczką w chorobach oczu.
    W Skandynawii otoczona jest wielkim kultem. Jej wspomnienie jest świętem światła, kiedy to dzieci zgodnie z tradycja idą w pochodzie prowadzonym przez dziewczynę w wieńcu z zapalonymi świecami na głowie. Tradycja wróżb w dzień św. Łucji spotykana jest także w innych krajach, choćby u słowackich górali. Polscy górale także pamiętają o św. Łucji – od tego dnia przepowiadają pogodę na cały kolejny rok. Jest to również tradycyjny dzień rozpoczęcia przygotowań do Godów.

    W ikonografii przedstawia się św. Łucję w stroju rzymskiej niewiasty z palmą męczeństwa w ręce i z tacą, na której leży para oczu. Według bowiem dawnej legendy miała mieć tak duże i piękne oczy, że ściągała nimi na siebie powszechną uwagę. Widząc zachwyt nawet u oprawców, kazała sobie oczy wyłupić. Na tę pamiątkę w dzień jej dorocznego święta w Syrakuzach niesie się na drogocennej tacy “oczy św. Łucji”. Św. Łucja była tak dalece czczona jako patronka od chorób oczu, że nawet Dante modlił się do niej, kiedy zaczął chorować na oczy (Raj, Pieśń 32, 136). Atrybutami św. Łucji są: lampa, miecz, palma męczeństwa, płomień u stóp; na tacy oczy, które jej wyłupiono; sztylet.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    fot. wikipedia.org

    ***

    Łucja z Syrakuz. Święta o pięknych oczach

    Miała tak piękne oczy, że zachwycali się nimi nawet jej oprawcy. Dlatego przez wieki chrześcijanie prosili ją o modlitwę w chorobach oczu. Dziś w liturgii wspominamy św. Łucję z Syrakuz, dziewicę i męczennicę.

    Syrakuzy – miasto kilkunastu świętych

    Życie i śmierć dziewicy i męczennicy, św. Łucji, związane są z Syrakuzami – miastem założonym w 734 r. przed narodzeniem Chrystusa. Syrakuzy były niegdyś najbogatszym i najludniejszym miastem na Sycylii, stolicą niezależnego państwa. W 212 r. przed Chrystusem zdobyli je Rzymianie. Zginął wtedy w obronie miasta największy w starożytności matematyk i fizyk świata, Archimedes. Miasto wydało kilkunastu świętych, ale wśród nich pierwsze miejsce zajmuje św. Łucja, która żyła na początku III wieku (być może w latach 286-304, jak piszą niektórzy jej hagiografowie).

    Oskarżona przez męża

    Według najstarszego przekazu datowanego na V w., święta pochodziła ze znakomitej rodziny. Była przeznaczona dla równie zamożnego młodzieńca. Kiedy jednak udała się z pielgrzymką do grobu św. Agaty do pobliskiej Katanii, aby uprosić o zdrowie dla matki, miała jej się ukazać ta święta i przepowiedzieć męczeńską śmierć; radziła też przygotować się na czekającą ją ofiarę.

    Kiedy Łucja powróciła do Syrakuz, cofnęła obietnicę zamążpójścia, rozdała swoje majętności i złożyła ślub dozgonnej czystości. Niebawem wybuchło prześladowanie chrześcijan, najkrwawsze w dziejach chrześcijaństwa. Wtedy niedoszły małżonek oskarżył Łucję, że jest chrześcijanką i 13 grudnia ok. 304 r. została ścięta mieczem; miała 23 lata.

    Nieugięta chrześcijanka

    Została pochowana we wczesnochrześcijańskich katakumbach, nad którymi już w VI wieku, jak wspomina papież św. Grzegorz I Wielki, wznosił się kościół i klasztor jej imienia, w obecnych Nowych Syrakuzach. Tenże papież wprowadził imię św. Łucji do kanonu Mszy św.

    Początkowo czczono Łucję jako nieugiętą chrześcijankę, która została wpisana w poczet świętych za trwałość w wierze.

    Mieszkańcy jej rodzinnych Syrakuz, potomkowie cywilizacji greckiej, a nie bizantyjskiej czy arabskiej, są powściągliwi i mają wyczucie dobrego smaku, a obchody świętej Łucji nie mają tam w sobie nic z ludowego festynu. Wokół kultu „ich” świętej nie powstał żaden przemysł pamiątek czy dewocjonaliów.

    Santa Lucia

    W Rzymie pierwszy kościół ku czci świętej męczennicy wystawił papież Honoriusz I (625-638). Na mozaice bazyliki św. Apolinarego (Nuovo) w Rawennie znajduje się wizerunek świętej pochodzący z VI w. Kiedy w 718 r. z polecenia cesarza Leona III zaczęto niszczyć wizerunki świętych, relikwie św. Łucji przeniesiono do Corfino w Abruzzach, potem wróciły do Syrakuz. W 1204 r. krzyżowcy zabrali je do Wenecji, gdzie w 1313 r. wystawiono ku czci świętej osobny kościół i tam złożono jej doczesne szczątki.

    W 1860 r., ze względu na budowę dróg, kościół został rozebrany, a relikwie św. Łucji przeniesiono do kościoła św. Jeremiasza, gdzie przebywały do 7 października 1981 r., kiedy to zostały wykradzione. Obecny kościół pochodzi z XVIII w. Relikwie umieszczono w kaplicy nad jednym z kanałów weneckich, na której zewnętrznym szczycie wyświetla się widoczna z daleka postać św. Łucji, otaczana czcią przez weneckich gondolierów. Na całym świecie, również i w Polsce znana jest i chętnie śpiewana włoska piosenka „Santa Lucia”.

    W grudniu 2004 r., po dziesięciu stuleciach doczesne szczątki św. Łucji wróciły do rodzinnych Syrakuz. Wenecjanie zastrzegli, że „to tylko pożyczka”, obawiając się, by wierni Syrakuz nie potraktowali tego jako ostatecznego zwrotu.

    Patronka chorób oczu

    Św. Łucja ma trzy sanktuaria: w kościele św. Jeremiasza w Wenecji, w Syrakuzach oraz w kościele klaretynów w Rzymie. Według legendy, św. Łucja miała piękne, wielkie oczy, które przyciągały powszechną uwagę. Widząc zachwyt nawet u oprawców, kazała je sobie wyłupić. Na tę pamiątkę w dzień jej dorocznego święta w Syrakuzach niesie się na drogocennej tacy „oczy św. Łucji”. Św. Łucja była tak dalece czczona jako patronka chorób oczu, że modlił się do niej m.in. Dante, gdy tracił wzrok.

    Aż do czasu wprowadzenia przez papieża Grzegorza XII reformy kalendarza w 1582 r. wspomnienie św. Łucji przypadało 25 grudnia, gdy była najciemniejsza i najdłuższa noc w roku. Z tą nocą wiązały się legendy o demonach pochodzące jeszcze z czasów przedchrześcijańskich. Tradycja ta „przeszła” na św. Łucję, którą straszono leniwe służące i niegrzeczne dzieci. Straszono też każdego, kto po odmówieniu wieczornej modlitwy „Anioł Pański” wychodził na dwór. Tego też dnia nie wolno było piec chleba, tkać ani szyć, a kto się odważył to robić, narażał się na gniew Łucji.

    Z czasem jednak zapomniano o tamtych zwyczajach i pojawiły się przyjemniejsze, np. nagradzanie drobnymi upominkami za dobre uczynki. Z czasów przedchrześcijańskich pozostało jedynie „powitanie światła”, a więc – pielęgnowane w wielu miejscach, zwłaszcza w regionie alpejskim i w Skandynawii – pochody ze światłami.

    Noc świętej Łucji

    Od kilku wieków znany jest zwyczaj wróżenia przyszłości: w dniu św. Łucji dziewczęta nacinają kawałek kory na gałązce wierzbowej i opasują to miejsce. Odkrywają je ponownie w Nowy Rok, szukając znaków, z których – podobnie jak z wosku lanego w andrzejki – przepowiadają sobie przyszłość. Szczególnie odważne dziewczęta wychodzą w noc św. Łucji na dwór, żeby zobaczyć cień świętej, który też wróży przyszłość.

    W austriackim Burgenlandzie sieje się 13 grudnia pszenicę w doniczkach. Jeśli ziarna wykiełkują do Bożego Narodzenia, zapowiada to dobre żniwa w nadchodzącym roku. Są też regiony, gdzie w dzień św. Łucji, podobnie jak w dzień św. Barbary, ścina się wiśniowe „gałązki św. Łucji”, które zakwitną na Boże Narodzenie. W dzień św. Łucji w niektórych regionach sprawiano prezenty małym dziewczynkom.

    Dzień, w którym obchodzone jest wspomnienie św. Łucji, jest także dniem astronomicznego „zatrzymania się Słońca”, po czym kilkanaście dni później – w Boże Narodzenie – następuje przełom czasu i zaczyna przybywać dnia. Nawiązuje do tego polskie przysłowie: „Święta Łuca dnia przyrzuca”.

    Stacja 7pl/KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 grudnia

    Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

    Zobacz także:
      •  Święty Finian, opat
      •  Błogosławiony Hartmann, biskup
    ***
    Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

    Jak głosi przekaz, 12 grudnia 1531 roku Matka Boża ukazała się Indianinowi, św. Juanowi Diego. Mówiła w jego ojczystym języku nahuatl. Ubrana była we wspaniały strój: w różową tunikę i błękitny płaszcz, opasana czarną wstęgą, co dla Azteków oznaczało, że była brzemienna. Zwróciła się ona do Juana Diego: “Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”.
    Początkowo biskup Meksyku Juan de Zumárraga nie dał wiary Indianinowi. Ten poprosił więc Maryję o jakiś znak, którym mógłby przekonać biskupa. W czasie kolejnego spotkania Maryja kazała Indianinowi wejść na szczyt wzgórza. Chociaż w Meksyku w grudniu kwiaty nie kwitną, rosły tam przepiękne róże. Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza, opuszczony z przodu jak peleryna, a z tyłu podwiązany na kształt worka). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan natychmiast udał się do biskupa i w jego obecności rozwiązał rogi swojego płaszcza. Na podłogę wysypały się kastylijskie róże, a biskup i wszyscy obecni uklękli w zachwycie. Na rozwiniętym płaszczu zobaczyli przepiękny wizerunek Maryi z zamyśloną twarzą o ciemnej karnacji, ubraną w czerwoną szatę, spiętą pod szyją małą spinką w kształcie krzyża. Jej głowę przykrywał błękitny płaszcz ze złotą lamówką i gwiazdami, spod którego widać było starannie zaczesane włosy z przedziałkiem pośrodku. Maryja miała złożone ręce, a pod stopami półksiężyc oraz głowę serafina. Za Jej postacią widoczna była owalna tarcza promieni.
    Właśnie ów płaszcz Juana Diego, wiszący do dziś w sanktuarium wybudowanym w miejscu objawień, jest słynnym wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe. Na obrazie nie ma znanych barwników ani śladów pędzla. Na materiale nie znać upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po przypadkowym oblaniu żrącym kwasem. Oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię. W źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci.
    Płaszcz z wizerunkiem Maryi w dniu 24 grudnia 1531 r. w uroczystej procesji biskup przeniósł ze swojej rezydencji do kaplicy wybudowanej w pobliżu wzgórza Tepeyac, spełniając tym samym życzenie Maryi. Obecnie jest to największe sanktuarium maryjne świata, gdzie przybywa co roku około 12 milionów pielgrzymów.

    Matka Boża z Guadalupe - Opiekunka nienarodzonych

    Największym cudem Maryi była pokojowa chrystianizacja meksykańskich Indian. Czas Jej objawień był bardzo trudnym okresem ewangelizacji tych terenów. Do czasu inwazji konkwistadorów Aztekowie oddawali cześć Słońcu i różnym bóstwom, pośród nich Quetzalcoatlowi w postaci pierzastego węża. Wierzyli, że trzeba ich karmić krwią i sercami ludzkich ofiar. Według relacji Maryja miała poprosić Juana Diego w jego ojczystym języku nahuatl, aby nazwać Jej wizerunek “święta Maryja z Guadalupe”. Przypuszcza się, że “Guadalupe” jest przekręconym przez Hiszpanów słowem “Coatlallope”, które w náhuatl znaczy “Ta, która depcze głowę węża”.
    Gdy rozeszła się wieść o objawieniach, o niezwykłym obrazie i o tym, że Matka Boża zdeptała głowę węża, Indianie zrozumieli, że pokonała Ona straszliwego boga Quetzalcoatla. Pokorna młoda Niewiasta przynosi w swoim łonie Boga, który stał się człowiekiem, Zbawicielem całego świata. Pod wpływem objawień oraz wymowy obrazu Aztekowie masowo zaczęli przyjmować chrześcijaństwo. W ciągu zaledwie sześciu lat po objawieniach aż osiem milionów Indian przyjęło chrzest. Dało to początek ewangelizacji całej Ameryki Łacińskiej.
    3 maja 1953 roku kardynał Miranda y Gomez, ówczesny prymas Meksyku, na prośbę polskiego Episkopatu oddał Polskę w opiekę Matki Bożej z Guadalupe. Do dziś kopia obrazu z meksykańskiego sanktuarium znalazła się w ponad stu kościołach w Polsce. Polacy czczą Madonnę z Guadalupe jako Patronkę życia poczętego, ponieważ przedstawiona jest na obrazie w stanie błogosławionym.Opracowano na podstawie materiałów “Godziny Różańcowej” z 16.12.2001
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Guadalupe: Matka Indian

    Guadalupe: Matka Indian
    Matka Boża z Guadelupe/CUDOWNY WIZERUNEK (PD)

    ***

    Objawienia prywatne miały czasami ogromne konsekwencje dla życia całych społeczności. Powodowały nawrócenia i wzrost religijności. Największe konsekwencje miało chyba objawienie, do którego doszło 9 grudnia 1531 r. na wzgórzu Tepeyac w Meksyku. Indianin Juan Diego ujrzał wówczas Matkę Bożą. Okazało się to punktem zwrotnym w ewangelizacji Ameryki, dało początek masowym nawróceniom Indian.

    Wbrew temu co się często sądzi nawracanie rdzennych mieszkańców Ameryki w XVI wieku nie odbywało się pod przymusem. Indianie dobrowolnie przyjmowali nową wiarę. Jak trwałe i silne były te nawrócenia niech świadczy ogromna religijność panująca obecnie w Ameryce Łacińskiej. Katolicy stanowią we wszystkich krajach tego kontynentu przygniatającą większość. Jest ich procentowo znacznie więcej niż katolików w byłych europejskich koloniach azjatyckich i afrykańskich. A przecież misjonarze pracowali wszędzie z jednakowym zaangażowaniem!

    Jak dziś twierdzą uczeni, religia katolicka padła w Ameryce na podatny grunt. Choćby dlatego, że w ważniejszych miejscowych wierzeniach kluczowe było składanie bogom ofiar z ludzi. W miejscach kultowych ginęły co roku tysiące osób. Hiszpańscy misjonarze relacjonowali w XVI wieku jak wielkie wrażenie robiły na Indianach opowieści o Bogu, który nie tylko, że nie wymagał ofiar z ludzi, ale wręcz sam złożył siebie w ofierze. A do tego Bóg ten był tak potężny, że choć był jeden, to “pokonał” wszystkich bogów miejscowych.

    W poszukiwaniu pocieszenia

    W ciężkich dla pokonanych Indian czasach, gdy cały ich dotychczasowy świat zawalił się w gruzy i utracili wiarę w “starych” bogów, zaczęli więc szukać pocieszenia u “nowego” Boga, który był nie tylko potężny, ale także dobry. Przeszkadzało im jednak, że był to Bóg obcych najeźdźców, którzy zamienili ich w niewolników i dopuszczali się zbrodni. Jak więc mogli pokochać Boga białych ludzi?

    I wtedy w podbitej przez Hiszpanów Ameryce rozeszła się wieść, że Matka Syna Bożego, który oddał życie za ludzi, ukazała się Indianinowi, przygarnęła go i nazwała swym synem. Obiecała opiekować się nie tylko nim, ale wszystkimi Indianami, pocieszać ich i ocierać ich łzy.

    Św. Juan Diego Cuauhtlatoatzin

    W dodatku była nie tylko dobra, ale też święta, taka jaką wszyscy chcą widzieć matkę. Był to rok 1531. Europejczycy podbijali Amerykę już od prawie 40 lat. Wielu Indian nie miało rodzin. Mnóstwo było sierot, a także dzieci poczętych podczas gwałtów. I oto pojawia się Matka, której można zaufać i powierzyć swe troski. Indianie zawierzyli jej masowo. Doszło do nawróceń na skalę nie spotykaną nigdy wcześniej ani potem. Podbity lud odnalazł swoją matkę, która nie wahała się przygarnąć prostego indiańskiego rolnika, Juana Diego.

    Miliony prosiły o chrzest

    Franciszkański zakonnik Toribio de Benavente, który przybył do Meksyku w roku 1524 i zwany był przez Indian “Motolinia”, co znaczy “biedny i pokorny”, pisał, że: “bardzo liczni przychodzą się ochrzcić, nie tylko w niedziele i dni do tego naznaczone, ale każdego zwykłego dnia, dzieci i dorośli, zdrowi i chorzy, ze wszystkich powiatów; kiedy bracia odwiedzają ich osady, Indianie wychodzą na drogę z dziećmi w ramionach, dźwigają na plecach cierpiących i wyprowadzają nawet zgrzybiałych starców aby ich ochrzczono… Kiedy podchodzą do chrztu, czasem się modlą, choć niekiedy zachowują niewłaściwie; jedni proszą na kolanach albo wznoszą wyciągnięte ręce, kuląc się przy tym i jęcząc, drudzy przyjmują go wśród płaczu i westchnień”.

    Do końca lat trzydziestych XVI wieku ochrzczono ok. 8 milionów ludzi. Prawie wszyscy mieszkańcy Meksyku stali się chrześcijanami. Kościół uzyskał w Nowym Świecie dwa razy więcej wiernych niż stracił w Europie w wyniku Reformacji.

    wiara.pl

    _______________________________________________________________________________

    Matka Boża z Guadalupe i tajemnicze 23,5 stopnia nachylenia. Jej spojrzenie obejmuje całą ludzkość

    OUR LADY OF GUADALUPE

    Nachylenie osi obrotu Ziemi wobec płaszczyzny orbity ziemskiej wokół Słońca wynosi około 23,5 stopnia. Taki sam jest kąt nachylenia głowy Matki Bożej na wizerunku Matki Bożej z Guadalupe!

    Święto Matki Bożej z Guadalupe

    „Oczywiście. Pomodlę się za ciebie” – powiedziałem mojemu przyjacielowi, prawnikowi, który późno poczuł powołanie i został klerykiem, a następnego dnia czekał go egzamin. Miał problemy z metafizyką i ucząc się do egzaminu z tego przedmiotu, był kłębkiem nerwów.

    Następnego dnia było święto Matki Bożej z Guadalupe. Jadąc do pracy tego ranka, rutynowo robiłem w myślach mój plan dnia. Wtedy przypomniałem sobie, że obiecałem pomodlić się za mojego przyjaciela.

    Mógłbym zmówić krótką modlitwę właśnie tu, w samochodzie, pomyślałem, albo mógłbym pojechać w specjalne miejsce…

    Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe w Des Plaines, w stanie Illinois, znajduje się tylko sześć mil od mojego biura, ale nigdy dotąd tam nie byłem. Postanowiłem więc pojechać tam podczas przerwy obiadowej i ofiarować Matce Najświętszej mojego przyjaciela kleryka.

    Sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe

    Okazało się, że tego przedpołudnia w pracy miałem więcej do zrobienia niż się spodziewałem. Moja praca obejmuje różne obowiązki związane z programami nauczania dla szkół w Park Ridge w stanie Illinois.

    Jednym z nich jest zarządzanie programem nauczania przedmiotów ścisłych. Są wśród nich zajęcia z podstaw astronomii. Wspominam o tym tylko po to, żeby wyjaśnić to, co miało nastąpić w trakcie mojej wizyty w sanktuarium.

    Gdy tam dojechałem, było już za piętnaście pierwsza. Był lekki mróz, a niebo było jasne i intensywnie błękitne. Poprosiłem przechodnia, żeby wskazał mi drogę do sanktuarium. Wkrótce znalazłem się wśród kilku tysięcy pielgrzymów, którzy przybyli tam na obchody święta.

    Skąpane w słońcu sanktuarium pławiło się w świetle, a powietrze nagle zrobiło się ciepłe. Pielgrzymi przekazywali kolorowe bukiety pracownikom, którzy układali kwiaty wokół kapliczki z repliką tilmy.

    Modlitwa przed Maryją

    Miejsce wypełniała cisza i absolutny spokój. I nagle przypomniałem sobie, dlaczego się tam znalazłem. Spojrzałem w górę, na tilmę i złapałem się na tym, że otwieram swoje serce przed Maryją.

    Jak dziecko opowiedziałem jej o moim przyjacielu kleryku i jego niepokoju związanym z egzaminami. Potem mówiłem o innych sprawach, osobno wspominając moich bliskich.

    Kiedy skończyłem, rozejrzałem się. Tysiące pielgrzymów robiło to samo: otwierało swe serca przed jedną i tą samą Matką. Wszyscy byliśmy jej dziećmi i wszyscy przyszliśmy, by być tam z nią.

    Nachylenie głowy Matki Bożej

    Spojrzałem jeszcze raz na pelerynę. W szybie kapliczki, dokładnie tam gdzie zobaczyłbym głowę Maryi, odbijała się tarcza słońca. Zamiast jej lekko przechylonej na bok twarzy, widziałem tylko odbicie blasku słońca.

    Zauważyłem, że rozbłysk światła promieniującego ze szczytu odbitej tarczy słonecznej miał takie samo nachylenie jak głowa na tilmie. Zrobiłem zdjęcie tego, co widziałem, przypominając sobie podstawowy fakt astrofizyki. Nachylenie osi obrotu Ziemi wobec płaszczyzny orbity ziemskiej wokół Słońca wynosi około 23,5 stopnia.

    Wracając na parking, spojrzałem w stronę Słońca. Zobaczyłem ten sam pionowy blask nachylony w kierunku Ziemi. Zrobiłem kolejne zdjęcie. O ile stopni przechyla głowę Matka Boża na tilmie? –  zastanawiałem się.

    Zaproszenie dla wszystkich

    Następnego dnia postanowiłem przyjrzeć się temu bliżej. Używając cyfrowej wersji obrazu Matki Bożej, jaki widać na oryginalnej tilmie, narysowałem jedną prostą, pionową linię, zaczynając od czubka Jej głowy.

    Potem pociągnąłem drugą linię, która szła pod kątem, pod którym pochylona jest głowa. Umieściłem kątomierz w punkcie, gdzie przecięły się te dwie linie. 23,5 stopnia!

    Mój rysunek był prosty, a moja znajomość astronomii zaledwie podstawowa. Nie wiedziałem wtedy, że ktoś inny, dr Juan Hernández Illescas, już dokonał tego odkrycia w 1981 roku. Ale z dziecięcą fascynacją zastanawiałem się, co to odkrycie może oznaczać.

    Wcześniej słyszałem spekulacje rozmaitych komentatorów, że pochylenie głowy Maryi oznacza jej pokorę. To bardzo możliwe. Ale teraz mam nowe spojrzenie na tę kwestię. Ze swojego miejsca w niebie, odziana w słońce, Matka Boża z Guadalupe kieruje swój wzrok pod kątem 23,5 stopnia, by objąć spojrzeniem całą ludzkość. Ludzkość, która odsunęła się od Boga.

    Widząc teraz wyraźnie wszystkie swoje dzieci, woła do każdego z nich: chrześcijanina i muzułmanina, protestanta i katolika, ateisty i deisty, wyznawcy new age, hindusa, buddysty i żyda. Ona zaprasza nas wszystkich, byśmy otworzyli przed Nią nasze serca.

    Przesłanie Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe

    Jeśli Najświętsza Maria Panna z Guadalupe ma dla nas jakieś zasadnicze przesłanie, to jest nim wieść, że cały świat ma matkę. A jeśli to prawda, to Dziecko, które Ona ma urodzić – jak to przedstawiono na tilmie – przychodzi do nas w tym czasie jako Zbawiciel całego świata. Wcielenie. Bóg staje się człowiekiem. Czy może być myśl bardziej pocieszająca?

    Jeśli o mnie chodzi, od tej pory będę zawsze pamiętać święto Matki Bożej z Guadalupe jako moje 23,5 stopnia pocieszenia.

    A.J. Clishem/Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Płaszcz św. Juana Diego i 4 tajemnice wizerunku Matki Bożej z Guadalupe

    GUADALUPE
    Public Domain

    ***

    „Ayate” Juana Diego, czyli jego płaszcz z agawy, jest nadal w doskonałym stanie i stanowi jedyny na świecie tego typu ubiór z XVI w., który przetrwał do dziś.

    Św. Juan Diego po raz pierwszy zobaczył tajemniczą postać Matki Bożej 9 grudnia 1531 roku. Przedstawiła mu się tak: „Jestem Maryją, Niepokalaną Dziewicą, Matką prawdziwego Boga, który daje życie i je zachowuje”.

    Pamiątkę owego (najwcześniej zaakceptowanego przez Kościół) objawienia maryjnego stanowi dziś nie tylko wspomnienie liturgiczne Matki Bożej z Guadalupe (12 grudnia), lecz także coś innego. A mianowicie niezwykły wizerunek Maryi utrwalony na płaszczu Juana Diego. Wizerunek ów kryje liczne tajemnice. Przedstawimy tu 4 z nich.

    1. Tajemnica trwałości płaszcza

    Zacznijmy od tego, że płaszcz Juana Diego, na którym znajduje się podobizna Maryi, utkany jest z grubych i szorstkich włókien agawy (kaktusa rosnącego w obu Amerykach). Jest to materiał bardzo nietrwały – maksymalnie może przetrwać 30 lat.

    Dodajmy, że w 1787 r. dr Jose Ignacio Bartolache namalował dwa obrazy omawianego wizerunku, właśnie na materiale identycznym, jak materiał płaszcza świętego. Jeden z nich zawiesił w kościele Matki Bożej z Guadalupe, drugi w pobliskim budynku nazwanym El Pocito. Oba obrazy rozpadły się z powodu wilgotnego miejscowego powietrza, jeszcze przed upływem 10 lat.

    Natomiast „ayate” Juana Diego, czyli jego płaszcz z agawy, jest nadal w doskonałym stanie i stanowi jedyny na świecie tego typu ubiór z XVI w., który przetrwał do dziś. Przyczyną może być to, że materiał „ayate” w tajemniczy sposób odpycha od siebie insekty, bakterie, grzyby i kurz.

    2. Tajemnica trwałości wizerunku

    Nie tylko materiał, na którym utrwalono wizerunek Maryi, powinien ulec zniszczeniu. To samo tyczy się owego wizerunku. Teraz jest on za szybą. Jednak co najmniej 100 lat wisiał bez żadnego zabezpieczenia.

    Dotykały go tysiące rąk, pielgrzymi pocierali o niego różne przedmioty. Był wystawiony na bezpośrednie oddziaływanie dymu z kadzideł i ogromnej liczby świec. W efekcie barwy powinny wyblaknąć, a obraz sczernieć. Tak się jednak nie stało.

    3. Tajemnica odporności na uszkodzenia

    Kolejną tajemnicą jest odporność wizerunku z Guadalupe na uszkodzenia różnego pochodzenia. Odporności tej dowodzi historia.

    Najpierw, w 1795 r. niechcący oblano lewą stronę wizerunku kwasem azotowym, używanym do czyszczenia ramy, w którą był oprawiony. Kwas nie zniszczył obrazu, a powinien. Pojawiła się jedynie plama, która po jakimś czasie po prostu zniknęła (według innych źródeł mała plama jednak przetrwała).

    W 1921 r. miał miejsce drugi atak, tym razem zamierzony. Wtedy bowiem w bazylice podczas odprawiania mszy świętej wybuchła bomba zegarowa. Do wazonu na kwiaty, stojącego tuż przy podobiźnie Madonny, włożył ją urzędnik prywatnego sekretariatu antykatolickiego prezydenta Meksyku Alvara Obregona, któremu to urzędnikowi towarzyszyli ubrani po cywilnemu żołnierze. Wizerunek Maryi, mimo bliskości silnego ładunku wybuchowego, nie doznał żadnego uszkodzenia.

    4. Tajemnica braku farb

    Już w 1936 r. laureat nagrody Nobla Richard Kuhn stwierdził na „ayate” Juana Diego brak jakichkolwiek farb. Włókna płaszcza są więc prawie samą celulozą, z którą nie wiążą się żadne – właściwe farbom – składniki: pigmenty mineralne lub barwniki pochodzenia zwierzęcego albo roślinnego. Oczywiście nie ma też barwników syntetycznych.

    Z punktu widzenia chemii podobizna Maryi po prostu… nie istnieje! A wywieszony w meksykańskiej bazylice materiał jest zwykłym płaszczem.

    Wyjaśniły to trochę amerykańskie badania z 1979 r. Według nich kolorystyka Madonny z Guadalupe ma cechy ubarwienia ptaków i owadów. Nie jest – w związku z tym – do osiągnięcia sztuką malarską.

    Prześwietlenie podczerwienią wykazało zresztą, że powierzchnia pod badanym wizerunkiem nie była przygotowana do malowania farbami, czyli zagruntowana. Bez gruntowania zaś nie da się nic namalować na materiale z agawy. To samo prześwietlenie wskazało też na nieobecność szkicu ewentualnego obrazu oraz na brak werniksu – lakieru chroniącego dzieło przed kurzem i zmianą barw.

    Eryk Łażewski /Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________________

    Guadalupe: wszędzie tu są obrazy „Jezu ufam Tobie” i wizerunki św. Jana Pawła II

    OUR LADY OF GUADALUPE,SAINT JOHN PAUL
    Giancarlo Giuliani | CPP

    ***

    To taka Częstochowa razy dziesięć. Maryja przyszła tu do Azteków, bo byli biedni, najbiedniejsi, pozbawieni władzy. Nie do jezuitów ani nie do kolonizatorów.

    Z dr Annąmarią Orla-Bukowską, antropologiem społecznym i adiunktem w Instytucie Socjologii UJ, o jej wizycie w Guadalupe rozmawia Małgorzata Bilska.

    Małgorzata Bilska: Dużo podróżujesz. Niedawno w ramach wymiany uczelnianej byłaś w Meksyku i odwiedziłaś sanktuarium Maryjne w Guadalupe. Coś cię tam zaskoczyło?

    Annamaria Orla-Bukowska: Przystanek metra o nazwie Guadalupe, który jest przy sanktuarium. Znajduje się ono w mieście Meksyk, stolicy kraju, która ma 20 mln mieszkańców. Tyle, ile Nowy Jork.

    Guadalupe to największe sanktuarium katolickie świata. W Krakowie mamy przystanek Łagiewniki-Sanktuarium. Tyle, że tramwajowy. (śmiech)

    To prawda. Wykładałam gościnnie na UNAM, Universidad Nacional Autónoma de México. Dziekan, prof. badań historycznych Jorge Traslosheros, bardzo chciał oprowadzić mnie osobiście po Guadalupe. Jest ateistą, ale w swoim gabinecie ma na ścianie obrazek Matki Bożej z Guadalupe (prezent od byłej studentki), a na biurku obok komputera – Jej figurkę (kupił ją sam).

    Cały czas mówił mi o Janie Pawle II. Chwalił go, że jak zaczął pielgrzymować dookoła świata, to najpierw przyjechał do Meksyku. Polska była drugim krajem. Sprawdziłam i rzeczywiście – w styczniu 1979 r. Jan Paweł II był na Dominikanie i w Meksyku.

    Pierwsza pielgrzymka była do Ameryki Południowej, skąd pochodzi papież Franciszek. Symbolicznie. Prof. Traslosheros jego także podziwia?

    Ma mieszane uczucia, ponieważ Franciszek jest jezuitą…

    No tak, jezuici przybyli z konkwistadorami. Nawracać Indian.

    Tak. Sanktuarium to ogromny ośrodek, taka Częstochowa razy dziesięć. Zajechaliśmy na wielki, podziemny parking. Do klasztoru prowadzi szeroki bulwar. Mnóstwo ludzi. Jakaś kobieta poruszała się na klęczkach w stronę nowej bazyliki.

    Są dwie. Pierwotny kościół (barok meksykański) jest stary, chyli się do ziemi. Można go zwiedzać i byliśmy tam, ale z roku na rok przyjeżdża coraz więcej osób i nie byłoby to bezpieczne. W latach siedemdziesiątych XX w. postawiono nowy kościół i przeniesiono do niego ikonę. Jest okrągły, wielki i współczesny.

    Sanktuarium to cały kompleks budynków. Z prawej strony jest jeszcze kolejna kapliczka, nad bazyliką stoi następny kościół. Jest nawet kapliczka dla ludzi z ruchu Anonimowych Alkoholików. W każdej kapliczce i kościele znajduje się replika obrazu Matki Bożej z Guadalupe.

    Ale też – co mnie uderzyło – figura czy obraz Jana Pawła II. I wszędzie wisi obraz Jezusa Miłosiernego z napisem „Jesús, en Ti confio”. Na jednym znalazłam „Jezu ufam Tobie” po polsku, było to bardzo wzruszające! Widziałam osoby, które klęczały i modliły się przed tymi obrazami, więc kult Bożego Miłosierdzia jest tam żywy.

    Obraz Maryi nie został namalowany ludzką ręką, a płótno, na którym widnieje wizerunek, dawno powinno się rozpaść. Maryja przyszła do rdzennych mieszkańców Ameryki i przybrała postać podobną do nich. Ma indiańskie rysy twarzy i karnację. To najstarsze (1531), uznane objawienie Maryjne.

    Moment, w którym Matka Boża objawia się Indianinowi Juanowi Diego jest w sztuce ludowej przedstawiany w różny sposób. W jednym regionie robi się „drzewa życia”. Wyglądają tak, jak drzewo z Edenu, ale z mnóstwem figurek: Adama, Ewy, węża itd. Prawie zawsze jest też na drzewkach Matka Boska z Guadalupe i Juan Diego.

    Obraz natomiast jest cudowny. Mój przewodnik (niewierzący) opowiadał, że ktoś kiedyś podłożył bombę koło ikony. W gablocie, w nowej świątyni, jest krucyfiks z metalu – cały pogięty w wyniku wybuchu. Tak silny był ładunek, tak wysoka temperatura. Krzyż był blisko ikony i ona powinna była się spalić. Nic jej się nie stało.

    Obraz wisi bardzo wysoko, a między nim a ołtarzem jest otwarta przestrzeń. Jeżeli ktoś chce zrobić ikonie zdjęcie, musi zejść poniżej poziomu, gdzie odprawiają msze. I wejść na jeden z trzech równoległych, ruchomych chodników, którymi podjeżdża się równolegle do ściany z obrazem.

    Rodzaj taśmociągu?

    Z jednej strony to jest dobre, bo nie trzeba przepychać się łokciami. Wszyscy jadą razem, trzymając aparaty i telefony, co jest bardzo śmieszne. Ale i bardzo praktyczne. Moja mama narzekała, że na Jasnej Górze grupa zawsze przechodziła przed obrazem tak szybko, a wszyscy tak się pchali, że w ogóle nie mogła się skupić na obrazie.

    A ty miałaś czas, żeby pogawędzić z Maryją?

    Kiedy weszliśmy, trwała msza. Co najmniej 40 minut byłam z Maryją, siedziałam przed nią… Potem weszłam na ruchomy chodnik i zrobiłam zdjęcie. Czułam, że jestem przed „naszą” Matką Boską.

    Jezus wcielił się w konkretne ciało i naród, jednak nie ma w Nim Żyda ani poganina, kobiety ani mężczyzny itd. Wcielił się w człowieka. Maryja również jest wzorem człowieka. Może najbardziej to widać na obrazie w Guadalupe, który leczy nas z wyobrażeń o jej słowiańskiej urodzie. W Maryi nie ma Meksykanki, Polki, Amerykanki, Niemki, Japonki, Libanki czy Kenijki.

    Wydała mi się nasza w sensie „moja” – nas wszystkich. Nie – nasza polska. Maryja przyszła do Azteków, bo byli biedni, najbiedniejsi, pozbawieni władzy. Nie do jezuitów. Nie do kolonizatorów. Nie do Hiszpanów. Nie do inkwizytorów.

    Tak samo jak w Fatimie wybrała dzieci nie z bogatego domu, tylko ze wsi. Kiedyś Bóg wysłał do zwyczajnej dziewczyny Archanioła Gabriela. Ona też była uboga.

    Małgorzata Bilska/Aleteia.pl.

    ___________________________________________________________________________________

    Niech kontynent nadziei będzie także kontynentem życia

    Homilia w bazylice Matki Bożej z Guadalupe podczas podróży do Meksyku i Stanów Zjednoczonych (23.01.1999)


    św. Jan Paweł II

    ***

    Msza św. w bazylice Matki Bożej z Guadalupe. 23 stycznia 1999 – Meksyk

    Ponad 500 kardynałów, arcybiskupów i biskupów oraz ok. 5 tys. kapłanów, przybyłych z Meksyku i innych krajów Ameryki, sprawowało Eucharystię z Janem Pawłem II w środę 23 stycznia w bazylice Matki Bożej w Guadalupe. Uroczysta liturgia stanowiła uwieńczenie prac Specjalnego Zgromadzenia Synodu Biskupów poświęconego Ameryce, które obradowało w Watykanie na przełomie listopada i grudnia 1997 r. «Było to doświadczenie bratniego spotkania ze zmartwychwstałym Panem — powiedział w homilii Ojciec Święty — droga do nawrócenia, komunii i solidarności w Ameryce». Papież ogłosił, że święto Matki Bożej z Guadalupe, obchodzone w Meksyku 12 grudnia, będzie odtąd celebrowane we wszystkich Kościołach lokalnych całego kontynentu, a przedstawicielom tych Kościołów wręczył przed końcowym błogosławieństwem egzemplarze adhortacji apostolskiej «Ecclesia in America», zawierającej postulaty i sugestie duszpasterskie niedawnego Synodu.

    Drodzy Bracia w biskupstwie i w kapłaństwie, drodzy Bracia i Siostry w Panu!

    1. «Gdy (…) nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty» (Ga 4, 4). Czym jest pełnia czasów? Od strony ludzkiej historii pełnia czasu jest określoną datą: jest tą nocą betlejemską, w której przychodzi na świat Syn Boży, zgodnie z zapowiedziami proroków — jak dzisiaj słyszeliśmy w pierwszym czytaniu: «Pan sam da wam znak: Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie go imieniem Emmanuel» (Iz 7, 14). Te słowa, wypowiedziane wiele wieków wcześniej, wypełniły się tej nocy, kiedy poczęty za sprawą Ducha Świętego w łonie Dziewicy Maryi Syn przyszedł na świat.

    Narodzenie Chrystusa poprzedzone zostało zwiastowaniem Gabriela. Później Maryja udała się z posługą do domu swojej krewnej Elżbiety. Przypomina o tym dzisiejsze czytanie z Ewangelii św. Łukasza, przytaczając niezwykłe i prorocze pozdrowienie Elżbiety i wspaniałą odpowiedź Maryi: «Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy» (Łk 1, 46-47). Liturgia dzisiejsza przypomina nam te wydarzenia.

    2. Czytanie z Listu do Galatów ukazuje nam z kolei Boży wymiar tej pełni czasu. Słowa apostoła Pawła zawierają syntezę całej teologii narodzin Jezusa, a wraz z tym odpowiedź na pytanie, czym jest pełnia czasu. Jest to fakt niezwykły: Bóg wszedł w dzieje człowieka. Bóg, który jest sam w sobie niezgłębioną tajemnicą życia; Bóg, który jest Ojcem i wyraża siebie przedwiecznie we współistotnym Synu, przez którego wszystko się stało (por. J 1, 1. 3); Bóg, który jest jednością Ojca i Syna, zespoloną tchnieniem przedwiecznej miłości, którą jest Duch Święty.

    Chociaż nasze ludzkie słowa są zbyt słabe, ażeby mówić o niezgłębionej tajemnicy Trójcy, prawdą jest, że człowiek ze swej doczesnej kondycji został powołany do udziału w tym Bożym życiu. Syn Boży narodził się z Maryi Dziewicy, ażeby podnieść nas do godności Bożego synostwa. Ojciec wysłał do serc naszych Ducha swego Syna, w którym wołamy: «Abba, Ojcze!» (por. Ga 4, 6). Oto więc jest pełnia czasu, która spełnia wszelkie oczekiwania historii i ludzkości: objawienie Bożej tajemnicy, udzielonej ludziom przez dar przybrania za synów.

    3. Pełnia czasu, o której mówi Apostoł, związana jest z dziejami człowieka. Stając się człowiekiem, Bóg przyjął jakby nasz ludzki czas, przeniknął dzieje człowieka historią zbawienia. Historia ta ogarnia poniekąd całe dzieje świata i ludzkości, od stworzenia do spełnienia, rozwija się jednak poprzez ważne daty i wydarzenia. Taką datą jest również zbliżający się rok 2000 od narodzenia Chrystusa, rok Wielkiego Jubileuszu, do którego Kościół przygotowuje się także poprzez nadzwyczajne zgromadzenia Synodów, poświęcone poszczególnym kontynentom. Jedno z tych zgromadzeń obradowało pod koniec 1997 r. w Watykanie.

    4. Dzisiaj w bazylice w Guadalupe, maryjnym sercu Ameryki, dziękujemy Bogu za Specjalne Zgromadzenie Synodu Biskupów poświęcone Ameryce, które stało się prawdziwym wieczernikiem eklezjalnej komunii i kolegialnej miłości pasterzy Kościoła z północy, centrum i południa kontynentu — komunii przeżywanej wraz z Biskupem Rzymu. Było to doświadczenie bratniego spotkania ze zmartwychwstałym Panem — droga do nawrócenia, komunii i solidarności w Ameryce.

    Dzisiaj, w rok po obradach tego zgromadzenia synodalnego, a zarazem w stulecie Synodu Plenarnego Ameryki Łacińskiej, który odbył się w Rzymie, przybywam tutaj, aby u stóp metyskiej Matki Bożej z Tepeyac, Gwiazdy Nowego Świata, złożyć adhortację apostolską Ecclesia in America, zawierającą postulaty i sugestie duszpasterskie niedawnego Synodu, oraz zawierzyć Matce i Królowej tego kontynentu przyszłość jego ewangelizacji.

    5. Pragnę wyrazić wdzięczność wszystkim, którzy swoją pracą i modlitwą sprawili, że zgromadzenie synodalne mogło się stać świadectwem żywotności wiary katolickiej w Ameryce. Dziękuję także archidiecezji prymasowskiej Meksyku i jej arcybiskupowi, kard. Norberto Rivera Carrera, za gościnne przyjęcie i ofiarną pomoc. Pozdrawiam serdecznie liczną grupę kardynałów i biskupów, przybyłych z wszystkich części kontynentu, obecnych tu kapłanów i seminarzystów, których wielka liczba napełnia serce Papieża radością i nadzieją. Moje pozdrowienie sięga poza mury tej bazyliki i ogarnia wszystkich, którzy pozostając na zewnątrz, uczestniczą w tej liturgii, a także wszystkich ludzi różnych kultur, grup etnicznych i narodowości, którzy tworzą bogatą i wielokształtną rzeczywistość Ameryki.

    6. «Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana» (Łk 1, 45). Te słowa, które Elżbieta kieruje do Maryi, noszącej w łonie Chrystusa, można zastosować także do Kościoła na tym kontynencie. Błogosławiony jesteś, Kościele w Ameryce, który przyjmując Dobrą Nowinę zrodziłeś do wiary wiele narodów. Błogosławiony jesteś, bo uwierzyłeś, błogosławiony jesteś, bo zachowałeś nadzieję, błogosławiony jesteś, bo umiłowałeś, gdyż obietnica Boża spełni się! Heroiczne wysiłki misjonarzy i godne podziwu dzieła ewangelizacyjne minionych pięciu stuleci nie okazały się daremne. Dzisiaj możemy powiedzieć, że dzięki temu Kościół w Ameryce jest Kościołem nadziei. Wystarczy wspomnieć o wielkiej żywotności bardzo licznej młodzieży, o wyjątkowym znaczeniu, jakie przypisuje się rodzinie, o rozkwicie powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego, a nade wszystko o głębokiej religijności ludu. Nie zapominajmy, że w przyszłym tysiącleciu, które rozpocznie się niebawem, Ameryka będzie kontynentem o największej liczbie katolików.

    7. Jak jednak podkreślili Ojcowie Synodalni, Kościół w Ameryce, choć ma powody do radości, musi też stawiać czoło poważnym problemom i trudnym wyzwaniom. Ale czyż to powinno nas zniechęcać? W żadnym wypadku, ponieważ «Jezus Chrystus jest PANEM» (Flp 2, 11). On zwyciężył świat i posłał swojego Ducha, aby wszystko uczynił nowe. Czy zatem zbyt śmiała jest nadzieja, że po tym zgromadzeniu synodalnym — pierwszym Synodzie amerykańskim w dziejach — na tym kontynencie w większości chrześcijańskim ukształtuje się bardziej ewangeliczny styl życia i dzielenia się dobrami? Istnieje wiele dziedzin, w których chrześcijańskie wspólnoty z północy, centrum i południa Ameryki mogą dawać świadectwo braterskich więzi, jakie je łączą, okazywać czynną solidarność i brać udział we wspólnych programach duszpasterskich, wnosząc w nie własne bogactwo duchowe i materialne.

    8. Apostoł Paweł uczy nas, że gdy nadeszła pełnia czasu, Bóg zesłał swojego Syna zrodzonego z niewiasty, aby odkupił nas od grzechu i uczynił nas Jego synami i córkami. Dlatego nie jesteśmy już sługami, ale dziećmi i dziedzicami Boga (por. Ga 4, 4-7). Kościół musi zatem głosić Ewangelię życia i z proroczą mocą występować otwarcie przeciw kulturze śmierci. Niech kontynent nadziei będzie także kontynentem życia! Tego się domagamy: życia i godności dla wszystkich! Dla wszystkich istot poczętych w łonach matek, dla dzieci ulicy, dla ludów indiańskich i dla Afroamerykanów, dla imigrantów i uchodźców, dla młodych pozbawionych perspektyw na przyszłość, dla ludzi starszych, dla tych, którzy doświadczają wszelkich form ubóstwa czy dyskryminacji.

    Drodzy bracia i siostry, nadszedł czas, aby na waszym kontynencie raz na zawsze położyć kres wszelkim atakom na życie. Nigdy więcej przemocy, terroryzmu i handlu narkotykami! Nigdy więcej tortur i innych form przemocy! Trzeba położyć kres nieuzasadnionemu stosowaniu kary śmierci! Nigdy więcej wyzysku słabszych, dyskryminacji rasowej i izolacji ubogich! Nigdy więcej! Nie można tolerować wszystkich tych przejawów zła, które wołają o sprawiedliwość do nieba, a dla chrześcijan są wezwaniem do zmiany stylu postępowania i do udziału w życiu społecznym bardziej zgodnego z ich wiarą. Musimy budzić sumienia ludzi Ewangelią, aby uświadomić im w pełni ich wzniosłe powołanie dzieci Bożych. Ta świadomość nakłoni ich do budowania lepszej Ameryki. Trzeba koniecznie przybliżyć nową wiosnę świętości na tym kontynencie, tak aby działanie szło w parze z kontemplacją.

    9. Pragnę zawierzyć i ofiarować przyszłość kontynentu Najświętszej Maryi Pannie, Matce Chrystusa i Kościoła. Dlatego z radością ogłaszam dziś, że postanowiłem, aby dzień 12 grudnia był obchodzony w całej Ameryce jako liturgiczne święto Matki Bożej z Guadalupe.

    O Matko, Ty znasz drogi, którymi podążali pierwsi głosiciele Ewangelii w Nowym Świecie, od wysp Guanahani i Espańola aż po puszcze Amazonii i szczyty Andów, docierając do Ziemi Ognistej na południu oraz do wielkich jezior i gór północy. Wspomagaj Kościół, który prowadzi swoje dzieło w krajach Ameryki, aby pozostał na zawsze Kościołem ewangelizującym i odnowił w sobie ducha misyjnego. Dodaj otuchy wszystkim, którzy poświęcają życie dla Jezusa i dla rozszerzenia Jego Królestwa.

    O słodka Pani z Tepeyac, Matko z Guadalupe! Przedstawiamy Ci tę niezliczoną rzeszę wiernych, którzy w Ameryce modlą się do Boga. Ty, która zamieszkałaś w ich sercach, nawiedzaj i umacniaj rodziny, parafie i diecezje całego kontynentu. Spraw, aby chrześcijańskie rodziny przykładnie wychowywały swoje dzieci w wierze Kościoła i w miłości do Ewangelii, tak aby były zasiewem powołań apostolskich. Wejrzyj dzisiaj na młodych i dodaj im sił, aby szli za Jezusem Chrystusem.

    O Pani i Matko Ameryki! Utwierdź wiarę naszych świeckich braci i sióstr, aby we wszystkich dziedzinach życia społecznego, zawodowego, kulturalnego i politycznego działali zgodnie z prawdą i nowym prawem, które Jezus przyniósł ludzkości. Spojrzyj litościwie na udrękę tych, którym dokucza głód, samotność, odrzucenie i brak wykształcenia. Spraw, abyśmy umieli dostrzec w nich Twoje umiłowane dzieci, i rozpal w nas miłość, abyśmy spieszyli im z pomocą w potrzebie.

    Święta Dziewico z Guadalupe, Królowo pokoju! Wybaw kraje i narody kontynentu. Spraw, aby wszyscy, rządzący i obywatele, nauczyli się żyć w prawdziwej wolności, działając zgodnie z wymogami sprawiedliwości i poszanowania praw człowieka, tak aby pokój mógł zapanować na zawsze.

    Ku Tobie, Pani z Guadalupe, Matko Jezusa i Matko nasza, wszyscy Twoi synowie i córki w Ameryce zwracają się z miłością i czcią, chwaląc Cię nieustannie.

    Przed końcowym błogosławieństwem Ojciec Święty powiedział:

    Dziękuję za ten wspaniały dar, który stąd zabiorę. Raz jeszcze mogłem z radością sprawować liturgię w tej bazylice, umiłowanej przez wszystkich Meksykanów, wszystkich Amerykanów, synów pokoju. Dziękuję wam za modlitwy, które codziennie zanosicie za mnie i w intencji mojej posługi Piotrowej. Wiem, że będziecie dalej się modlić. Bardzo dziękuję.

    L’Osservatore Romano 4/99/opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 grudnia

    Święta Maria Maravillas od Jezusa, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święty Damazy I, papież
      •  Błogosławiony Dawid, mnich
      •  Święty Wicelin, biskup
    ***
    Święta Maria Maravillas od Jezusa

    Maria Maravillas Pidal y Chico de Guzmán urodziła się 4 listopada 1891 r. w Madrycie. Pochodziła z najwyższych sfer arystokracji hiszpańskiej. Była nawet spokrewniona z rodami królewskimi. Ojciec jej był działaczem Partii Konserwatywnej i z jej ramienia piastował wysokie stanowiska w administracji państwowej. Był ministrem robót publicznych, przewodniczącym Rady Państwa, a nawet ambasadorem przy Stolicy Apostolskiej. Na miejsce urodzenia swojego trzeciego dziecka, Marii, rodzice wybrali Madryt, choć mieszkali wówczas w Rzymie.
    Dziewczynka początkowo był wychowywana przez babcię, która była równocześnie jej matką chrzestną. Na życzenie matki, pochodzącej z Cohedin, córeczka otrzymała imię Maria de las Maravillas (Maria od Cudów) na cześć patronki tej miejscowości.
    Nauką Marii zajmowali się prywatni nauczyciele zatrudnieni przez jej rodziców. Uczyła się języków francuskiego i angielskiego oraz gry na fortepianie. Babcia podsuwała jej do czytania żywoty świętych, a ona dużo i chętnie czytała. To, co w nich wyczytała, starała się praktykować w swoim życiu, np. modliła się z rozkrzyżowanymi rękami, narzucała sobie różnego rodzaju praktyki pokutne. Podczas wakacji w San Sebastian mała markiza namówiła brata i siostrę do zabawy w ubogich. Dzieci przebrały się za żebraków i na ulicach prosiły o jałmużnę, którą potem przekazywały naprawdę biednym.
    Gdy Maria zaczęła dorastać, jej opiekunem duchowym został o. López, jezuita. Od dziecka była bardzo gorliwą katoliczką. Codziennie rano uczestniczyła we Mszy św. Nie chciała też korzystać z przywilejów jej klasy. Za to z siostrą szarytką odwiedzała i udzielała pomocy materialnej ubogim rodzinom w dzielnicy nędzarzy, zwanej Las Injurias (krzywdy). Tam chętnie ubierała, karmiła i uczyła katechizmu zaniedbane dzieci.
    Z jej zachowania otoczenie szybko wywnioskowało, że myśli o pójściu do zakonu. Jej surowy ojciec był temu przeciwny, chociaż sam był postrzegany jako apostoł, bo chętnie pomagał zakonom i był człowiekiem głęboko wierzącym. Mimo to musiała poczekać. Gdy chorował przed śmiercią, która nastąpiła w grudniu 1913 r., przez kilka miesięcy Maria była jego pielęgniarką. Opiekowała się nim z oddaniem dniem i nocą.
    Po śmierci ojca nic nie stało już na przeszkodzie w realizacji powołania Marii. Dzięki lekturze dzieł św. Jana od Krzyża i św. Teresy od Jezusa oraz osobistym kontaktom z karmelitankami postanowiła, że właśnie wśród nich jest jej miejsce. Wybrała karmelitański klasztor El Escorial w Madrycie. Uzyskała zgodę matki i kierownika duchowego, chociaż nie bez trudności.
    Do klasztoru wstąpiła 12 października 1919 r., a 21 kwietnia 1920 r. otrzymała habit zakonny. Jako nowicjuszka, ucząc się życia zakonnego, wiele godzin dziennie poświęcała modlitwie, ale też spełniała zwykle prace codzienne, jak karmienie drobiu, sprzątanie, szycie szkaplerzy. Pierwsze śluby zakonne złożyła 7 maja 1921 r. Wkrótce za swój spadek po ojcu postanowiła ufundować klasztor w Cerro de los Angeles (przedmieścia Madrytu) obok ogromnego pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa. Śluby wieczyste złożyła 30 maja 1924 r. w Getafe, gdzie zamieszkała w prowizorycznym klasztorze z kilkoma innymi siostrami w oczekiwaniu na dokończenie budowy. Otwarcie klasztoru nastąpiło 26 października 1926 r. w uroczystość Chrystusa Króla. Wyżej wspomniany pomnik stał w geograficznym centrum Hiszpanii. Przed nim 30 maja 1919 r. król Alfons XIII poświęcił naród hiszpański Sercu Jezusa, a ciągła modlitwa karmelitanek miała być przedłużeniem i potwierdzeniem tego aktu.

    Święta Maria Maravillas od Jezusa

    Zaledwie półtora roku po profesji Maria Maravillas została mistrzynią nowicjuszek, a w czerwcu 1926 r., z nominacji biskupa, również przeoryszą. Przeoryszą różnych klasztorów była już do końca życia, a obowiązki mistrzyni nowicjuszek pełniła do 1967 r. Maria Maravillas była niewątpliwie najaktywniejszą karmelitanką bosą XX w., porównywaną niekiedy do św. Teresy z Avila, wielkiej reformatorki Karmelu z XVI w. Była zwolenniczką powrotu do źródeł reformy terezjańskiej.
    Gdy wybuchła w Hiszpanii wojna domowa, w lipcu 1936 roku karmelitanki z Cerro de los Angeles musiały opuścić klasztor. Przez pewien czas mieszkały u urszulanek w Getafe, a potem w prywatnym domu w Madrycie. Dzięki zdolnościom dyplomatycznym matki Marii (być może odziedziczonym po jej ojcu), zgromadzenie uzyskało zgodę na wyjazd do Francji. Wkrótce jednak siostry powróciły do opanowanej przez reżim generała Franco Hiszpanii i zamieszkały w Las Batuecas. Były tam ruiny pierwszego klasztoru eremickiego karmelitów bosych, założonego przez o. Tomasza od Jezusa w 1602 r. W 1939 r. matka Maravillas z częścią zgromadzenia wróciła do zdewastowanego klasztoru w Cerro de los Angeles.
    Ponieważ klasztor w Cerro był przepełniony z powodu napływu nowych sióstr, przyciąganych sławą świętości Marii Maravillas, postanowiła ona założyć nowy klasztor w Mancera de Abajo. Sama kierowała budową klasztoru, dojeżdżając do niego pociągiem z Cerro. Kilka lat zajęły jej starania o zakupienie ruin klasztoru w Duruelo, gdzie jej mistrz, św. Jan od Krzyża, rozpoczynał życie zakonne według ducha św. Teresy od Jezusa. Początkowo żądania finansowe właściciela okazały się zbyt wygórowane; nawet ona, mimo że miała możliwość pozyskania bogatych dobrodziejów, nie mogła tyle zapłacić. W końcu przyszedł jednak czas na osiedlenie się karmelitanek w Duruelo, które to miejsce św. Teresa od Jezusa nazywała “stajenką betlejemską”. Ku radości matki Maravillas siostry wiodły tu bardzo ubogie życie.
    Przyszła święta rozumiała potrzeby robotników, budowała mieszkania dla bezdomnych, troszczyła się o opuszczone dzieci, a dla zakonnic klauzurowych, które źle czuły się w szpitalach ogólnodostępnych, otworzyła hospicjum, gdzie mogły korzystać z opieki lekarskiej.
    Od roku 1961 mieszkała w założonym przez siebie klasztorze w Aldehuela. Często chorowała na zapalenie płuc, zdarzały się jej też ataki serca; surowy tryb życia wyczerpywał jej siły fizyczne. Mimo to nie ustawała w działaniach, zwłaszcza że był to okres głębokich przemian w życiu Kościoła po II Soborze Watykańskim. Matka Maria troszczyła się bardzo, aby założone przez nią klasztory pozostałe wierne idei reformy św. Teresy, dlatego utworzyła z nich Stowarzyszenie św. Teresy, zatwierdzone w 1973 roku przez Stolicę Apostolską. W roku następnym została wybrana przewodniczącą Stowarzyszenia.
    Nigdy nie narzekała, lecz gdy jej córki pytały, jak się czuje, odpowiadała: “Córki, ja nigdy dobrze się nie czułam” – i aby umniejszyć znaczenie tych słów, dodawała: “W moim wieku to normalne”. Tak było aż do 5 grudnia 1974 r., gdy obudziła się z gorączką. 8 grudnia, w uroczystość Niepokalanej, przyjęła Wiatyk i namaszczenie chorych. Powoli gasła. W nocy 9 grudnia matka Dolores od Jezusa, podprzeorysza z La Aldehuela, powiedziała do niej czułym głosem: “Odchodzisz do nieba, moja matko”, a ona, ze spojrzeniem promieniującym szczęściem, odpowiedziała: “Co za radość! Dlaczego nie powiedziała mi matka o tym wcześniej?”
    W czasie tych dni powtarzała łamiącym się głosem: “My naprawdę jesteśmy szczęśliwe. Jakie to szczęście umierać karmelitanką!” W środę, 11 grudnia, o godzinie 16.20, otoczona przez swą wspólnotę z La Aldehuela odeszła do domu Pana. Papież św. Jan Paweł II beatyfikował ją 10 maja 1998 r. w Rzymie, a kanonizował 4 maja 2003 r. w Madrycie. W uroczystościach kanonizacyjnych udział wzięło kilkuset kardynałów, arcybiskupów i biskupów hiszpańskich oraz wielu innych, przybyłych z całego świata, a także ponad 2 000 kapłanów. Ze strony Zakonu uczestniczył w nich przełożony generalny karmelitów bosych o. Luis Aróstegui. Obecna była również hiszpańska rodzina królewska i wielu przedstawicieli władz cywilnych i wojskowych. Wzięła w nich udział spokrewniona z Marią Maravillas królowa Belgii Fabiola.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 grudnia

    Najświętsza Maryja Panna Loretańska

    Zobacz także:
      •  Święty Grzegorz III, papież
    ***
    Figura Matki Bożej Loretańskiej z Dzieciątkiem

    Kult Matki Bożej Loretańskiej wywodzi się z sanktuarium domu Najświętszej Maryi Panny w Loreto. Jak podaje tradycja, jest to dom z Nazaretu, w którym Archanioł Gabriel pozdrowił przyszłą Matkę Boga i gdzie Słowo stało się Ciałem. Sanktuarium w Loreto koło Ankony (we Włoszech) jest pierwszym maryjnym sanktuarium o charakterze międzynarodowym i stało się miejscem modlitw wiernych. Wewnątrz Domku nad ołtarzem umieszczono figurę Matki Bożej Loretańskiej, przedstawiająca Maryję z Dzieciątkiem na lewej ręce. Rzeźba posiada dwie charakterystyczne cechy: jedna dalmatyka okrywa dwie postacie, a twarze Matki Bożej i Dzieciątka mają ciemne oblicza. Pośród kaplic znajdujących się w bazylice warto wspomnieć Kaplicę Polską, ozdobioną freskami w latach 1920-1946, przedstawiającymi dwa wydarzenia z historii Polski: zwycięstwo Jana III Sobieskiego pod Wiedniem oraz cud nad Wisłą.2000 lat temu w ciepłym klimacie Palestyny ludzie znajdowali schronienie w grotach wykuwanych w skałach. Czasem dobudowywano dodatkowe pomieszczenia. I tak pewnie postąpili Joachim i Anna, bo ich dom znajdował się obok groty, zbyt małej dla powiększającej się rodziny. Już pierwsi chrześcijanie otaczali to skromne domostwo opieką i szacunkiem. Między innymi cesarzowa Helena w IV w. zwiedziła je, pielgrzymując po Ziemi Świętej, i poleciła wznieść nad nim świątynię. Obudowany w ten sposób Święty Domek przetrwał do XIII w., chociaż chroniący go kościół był parokrotnie burzony i odbudowywany.
    Gdy muzułmanie zburzyli bazylikę chroniącą Święty Domek, sam Domek przetrwał, o czym świadczą wspomnienia pielgrzymów odwiedzających w tym czasie Nazaret. Jednak po 1291 r. brakuje już świadectw mówiących o murach tego Domku. Kilka lat później domek Maryi “pojawił się” we włoskim Loreto. Dało to pole do powstania legendy o cudownym przeniesieniu Świętego Domku przez anioły.
    Okazało się, że legenda ta wcale nie jest taka daleka od prawdy. W archiwach watykańskich znaleziono dokumenty świadczące o tym, że budynek z Nazaretu został przetransportowany drogą morską przez włoską rodzinę noszącą nazwisko Angeli, co po włosku znaczy aniołowie. Cała operacja przeprowadzona była w sekrecie ze względu na niespokojne czasy i strach o to, by cenny ładunek nie wpadł w niepowołane ręce. Była to na tyle skomplikowana akcja, że bez udziału Opatrzności i wojska anielskiego wydaje się, że była nie do przeprowadzenia. Nie od razu przewieziony budynek znalazł się w Loreto. Trafił najpierw do dzisiejszej Chorwacji, a dopiero po trzech latach pieczołowicie złożono go w całość w lesie laurowym, stąd późniejsza nazwa Loreto. Nie ulega też wątpliwości, że to ten sam Domek. W XIX w. prowadzono szczegółowe badania naukowe, które w pełni potwierdziły autentyczność tego bezcennego zabytku.
    Do Loreto przybywali sławni święci, m.in. Katarzyna ze Sieny, Franciszek z Pauli, Ignacy Loyola, Franciszek Ksawery, Franciszek Borgiasz, Ludwik Gonzaga, Karol Boromeusz, Benedykt Labre i Teresa Martin.
    Jest to miejsce szczególnych uzdrowień i nawróceń. Papież Leon X w swojej bulli wysławiał chwałę tego sanktuarium i proklamował wielkie, niezliczone i nieustające cuda, które za wstawiennictwem Maryi Bóg czyni w tym kościele.
    Ciekawa jest także historia papieża Piusa IX i jego uzdrowienia, które zawdzięcza właśnie Matce Bożej z Loreto. Według historyków, młody hrabia Giovanni Maria Mastai-Ferretti już od wczesnego dzieciństwa poświęcony był Dziewicy Maryi. Jego rodzice wraz z dziećmi każdego roku jeździli do Świętego Domu. Początkowo ich syn miał być żołnierzem broniącym Stolicy Apostolskiej. Zachorował jednak na epilepsję. Lekarze przepowiadali bliski koniec. Jednak za namową papieża Piusa VIII postanowił poświęcić się całkowicie służbie Bożej. Odbył pielgrzymkę do Loreto, aby błagać o uzdrowienie. Ślubował tam, że jeśli otrzyma tę łaskę, wstąpi w stan kapłański. Gdy Święta Dziewica wysłuchała go, po powrocie do Rzymu został księdzem, mając 21 lat.
    To właśnie papież Pius IX ogłosił światu dogmat o Niepokalanym Poczęciu. “Oprócz tego, że został mi przywrócony wzrok, to jeszcze ogarnęło mnie ogromne pragnienie modlitwy. To było największe wydarzenie w moim życiu, bo właśnie w tym miejscu narodziłem się z łaski i Maryja odrodziła mnie w Bogu, gdzie Ona poczęła Jezusa Chrystusa”.Warto pamietać, że rejon Marchii Ankońskiej, gdzie leży Loreto, był w lipcu 1944 r. wyzwolony spod władzy hitlerowców przez 2. Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa. Bitwa o Loreto i później bitwa o Ankonę to wielki sukces militarny Polaków w ramach tzw. Kampanii Adriatyckiej. Włosi byli wdzięczni Polakom za uchronienie najcenniejszych zabytków, w tym Domku Loretańskiego. W Loreto, u stóp bazyliki, znajduje się polski cmentarz wojenny, gdzie pochowanych jest ponad 1080 podkomendnych gen. Władysława Andersa. Natomiast wewnątrz bazyliki jest polska kaplica. W jej ołtarzu widać portrety polskich świętych: św. Jacka Odrowąża, św. Andrzeja Boboli i św. Kingi.Z Loreto związana jest też Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, która rozbrzmiewa również w polskich kościołach i kapliczkach każdego roku, zwłaszcza podczas nabożeństw majowych. Mimo że w historii powstało wiele litanii maryjnych, to powszechnie i na stałe przyjęła się właśnie ta, którą odmawiano w Loreto. Została ona oficjalnie zatwierdzona przez papieża Sykstusa V w 1587 r.

    Wnętrze kościoła w polskim Loretto

    Święty Domek w Loreto stał się wzorem do urządzania podobnych miejsc kultu w całym chrześcijańskim świecie. Również w Polsce wybudowano kilka Domków Loretańskich (znane miejsca to Gołąb, Głogówek, Warszawa-Praga, Kraków, Piotrkowice, Bydgoszcz).
    Bardzo znane jest sanktuarium maryjne w Loretto niedaleko Wyszkowa. Jego początki sięgają 1928 roku. Wówczas bł. Ignacy Kłopotowski, założyciel Zgromadzenia Sióstr Loretanek i ówczesny proboszcz parafii Matki Bożej Loretańskiej w Warszawie, zakupił od dziedzica Ziatkowskiego duży majątek – Zenówkę nad Liwcem w pobliżu Warszawy. 27 marca 1929 roku zmieniono urzędową nazwę miejscowości na Loretto, nawiązując w ten sposób bezpośrednio do Sanktuarium Świętego Domku Matki Bożej w Loreto.
    Na początku była tu tylko skromna kapliczka w lesie. Z uwagi na wzrastającą liczbę wiernych przychodzących na nabożeństwa, konieczne było wybudowanie dużej kaplicy poświęconej Matce Bożej Loretańskiej. Mimo utrudnień ze strony PRL-owskich władz, prace rozpoczęto w 1952 roku. Pierwsza Msza św. została odprawiona 19 marca 1960 roku. Prace nad wykończeniem kaplicy trwały przez wiele lat.
    Ostateczny wystrój nadał kaplicy artysta Jerzy Machaj, a jej poświęcenia dokonał 19 lutego 1984 r. ks. bp Jerzy Modzelewski. Początkowo kaplica była pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej. W 1981 roku sprowadzono z Włoch wierną kopię figury Matki Bożej Loretańskiej. Od tej pory kaplica znana jest pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej. Obecnie w polskim Loretto mieści się klasztor sióstr loretanek i dom nowicjatu, dom dla osób starszych pod nazwą “Dzieło Miłości im. ks. Ignacego Kłopotowskiego”, domy rekolekcyjne, wypoczynkowe i kolonijne. Sanktuarium to jest celem pielgrzymek nie tylko z okolicznych dekanatów i parafii. Odpust w Loretto odbywa się w niedzielę po święcie Narodzenia Matki Bożej, czyli po 8 września. Wierni modlą się przed figurą Matki Bożej Loretańskiej i przy grobie bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    Loreto – sanktuarium Świętego Domku

    Loreto – sanktuarium Świętego Domku
    Sanktuarium w Loreto/MACERATESI OLIVIER (PD)

    ***

    Kyrie elejson, Chryste elejson – wciąż wpatrzony w prześliczną figurę Czarnej Madonny rozpoczynam litanię loretańską, która wypływa z głębi mojego serca.

    Matko Zbawiciela…, Matko dziewicza…, Bramo Niebieska…, Wspomożenie Wiernych…, Gwiazdo Zaranna…, Królowo Aniołów… Jakże piękna to modlitwa i zarazem jaka prosta. I jak pięknie brzmi w tym miejscu, w Świętym Domku, gdzie modlitwa zdaje się unosić do nieba z dymem świec zapalonych przez cudowną figurą. Święta Boża Rodzicielko… – wysłuchaj próśb naszych, okaż się Matką i pomóż nam stać się takimi, jak Ty. 

    W ujęciu chrześcijańskim ludzkie ciało nie jest postrzegane jako więzienie udręczonej duszy, nie jest też czymś złym, ani żadną rzeczą. Jest kimś, jest konkretną osobą. Należy jednak tutaj wspomnieć, że jednostka ludzka nie ogranicza się tylko do ciała, gdyż posiada również nieśmiertelną duszę. Sfera ducha i ciała są nierozłączne u każdego człowieka. Dusza aktywuje, ożywia ciało. Ciało zaś wyraża duszę. Tak więc człowiek nie zamieszkuje swojego ciała, on nim po prostu jest. Gdyby każdy z nas nie był ciałem, nie potrzebowałby ciała swoich rodziców, aby zaistnieć na świecie. Każdy człowiek jest niepowtarzalny, jest unikatowy. Każdy z nas posiada cechy tylko sobie charakterystyczne oraz zdolności i charyzmaty, którymi obdarzył nas Bóg. Wśród wszystkich istot ludzkich żyjących na naszej planecie, nie znajdzie się żadna taka druga osoba, która miałaby taką samą twarz jak my, taką samą strukturę kodu genetycznego czy nawet taką samą barwę głosu lub układ linii papilarnych.

    Każdy z nas jest prawdziwym arcydziełem, który wyszedł spod ręki Boga dzięki miłości naszych rodziców. Stwórca powołał nas do istnienia na długo przed tym, zanim zaczęliśmy istnieć w realiach naszego świata. Każdy z nas wezwany jest do poszanowania własnego ciała i ciała drugiego człowieka. Jednak przesadna troska o ciało oraz przedmiotowe traktowanie swojego ciała lub ciała drugiego człowieka zakłócają porządek ducha. We współczesnym świecie sfera ducha coraz częściej spychana jest na drugi plan, albo co gorsze zapomina się o niej w ogóle. Tam gdzie nie ma potrzeby wiary w Boga, sfera ducha już dawno została zapomniana. Wszystko co proponuje nam dzisiejszy świat jest ukierunkowane na wygodę ciała. Począwszy od reklam, którymi każdy z nas jest bombardowany i z których dowiadujemy się, że taki czy inny produkt zapewni nam fizyczne piękno, witalność i obdarzy nas szczęściem, wmawia się współczesnemu człowiekowi, że raj na ziemi może zagwarantować odpowiednie konto w banku, odpowiedni wygląd czy posiadanie rzeczy, dzięki którym będzie się w pełni realizował.

    Szkoda tylko, że wśród ludzi zamożnych coraz więcej jest takich, którzy odczuwają wewnętrzną frustrację, pustkę a nawet i brak samorealizacji, mimo iż posiadają więcej niż inni, mimo iż posiadają „cudowne” produkty i najlepsze rzeczy, którymi dzisiejszy rynek może się poszczycić. Czy aby na pewno świat może podarować człowiekowi nieprzemijające szczęście? Czy aby na pewno wystarczy zaspakajać tylko potrzeby ciała, aby odczuwać szczęście?

    Człowiek jest istotą religijną, posiada również sferę ducha. Nic i nikt nie jest w stanie zaspokoić jego duchowych potrzeb, jak tylko sam Bóg. Żaden magiczny produkt, żadne cudo technologiczne nie mogą zaspokoić łaknącego ducha. Biedni są ci, którzy postawili wszystko na zaspokojenie potrzeb ciała, a zapomnieli o Bogu. Ludzie, w których nie ma Bożego światła, są chodzącymi trupami. Ludzkie ciało, jak mówi święty Paweł (1 Kor 6, 19-20), jest świątynią Ducha Świętego, który w nas zamieszkuje i dlatego trzeba nam chwalić Boga w naszym ciele. Świat, w którym nie respektuje się potrzeb duchowym, jest światem konsumpcyjnym, pozbawionym często moralnych norm.

    Jak to jest możliwe, że we współczesnej Europie, która bierze przecież swojej korzenie z chrześcijaństwa, trzeba zamykać kościoły, bo nie ma wiernych, którzy mogliby się nimi opiekować. Nie ma wiernych, którzy gromadziliby się w kościołach i dlatego w Holandii czy w Niemczech kościoły są sprzedawane i zamieniane na różnego typu hale targowe, sklepy czy miejsca, w których organizuje się pokazy mody. Coraz częściej zapominamy, że jesteśmy ciałem i duszą i że jesteśmy wezwani do troski zarówno o sferę ciała, jak i ducha. Jezus Chrystus, poprzez Swoje przyjście na świat w ludzkim ciele, w sposób nadzwyczajny uświęcił naturę każdego człowieka. To uświęcenie można odnieść również i do ciała, w którym mamy siebie zbawiać, gdyż nie zostało ono nam dane, aby je bezcześcić, poddawać rządzom czy rozpuście. Jezus, którego ponowną pamiątkę narodzin będziemy wkrótce przeżywać, wskazuje na świętość naszych ciał, które kiedyś – już jako uwielbione – na zawsze połączą się z naszą duszą. O prawdzie o Bożym Wcieleniu świadczymy za każdym razem, kiedy składamy wyznanie wiary, mówiąc: „(…) i przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem”.

    Prawda o Bożym Wcieleniu od wieków głoszona jest również w jednym z największych sanktuariów maryjnych świata – w Loreto. Tutaj właśnie znajduje się Święty Domek (z włoskiego Santa Casa), w którym – według tradycji – Jezus, Wcielone Słowo, wychowywał się i dorastał podczas Swego życia w Nazarecie u boku Maryi i Józefa. Tutaj też nastąpiło spotkanie Maryi z Archaniołem Gabrielem. Stara tradycja głosi, a współczesne odkrycia historyczno – archeologiczne  potwierdzają, że w Loreto przechowuje się dom nazaretański Niepokalanej. Dziś wiemy, że ziemskie mieszkanie Maryi składało się z dwóch pomieszczeń: groty wykutej w skale, którą czci się po dzień dzisiejszy w Nazarecie oraz części dobudowanej z kamienia, przylegającej do skalnej ściany. Według tradycji, w XIII wieku, kiedy krzyżowcy zostali ostatecznie wyparci z Palestyny, domurowana część domu Maryi została przeniesiona do Loreto. Badania naukowe wykazały, że kamienie wykorzystane do budowy Świętego Domku zostały obrobione w sposób popularny w Galilei za czasów Chrystusa.

    Kiedy Jan XXIII przybył do Loreto jako pielgrzym 4 października 1962 roku, tak powiedział: „Wcielenie Słowa Bożego jest właściwym uzasadnieniem modlitwy Anioł Pański, którą wierni rozsiani po całym świecie z pobożnością odmawiają. Zagłębienie się w tę prawdę stwarza jakby rodzinną atmosferę, wprowadza ludzi w zachwyt rozważania tego powiązania nieba z ziemią jakie zaistniało przez Wcielenie i Odkupienie. Jest więc rzeczą uzasadnioną i jak najbardziej właściwą, by w Świętym Domku odmawiano Anioł Pański rozważając tajemnicę Zwiastowania i Wcielenia Bożego Słowa.”   

    Santa Casa

    Loreto, obok Fatimy i Lourdes, jest dzisiaj jednym z najbardziej znanych sanktuariów maryjnych Europy i świata. Leży ono nad Adriatykiem, w regionie Marche i jest oddalone od stolicy tego regionu, Ancony, ok. 27 km.. Wierni odwiedzają to niezwykłe miejsce od siedmiuset lat. Sanktuarium stało się sławne dzięki obecności figury Czarnej Madonny i Świętego Domku. Każdego roku ok. czterech milionów pielgrzymów nawiedza to święte miejsce. Wśród wielu pątników, którzy przybywali do tego sanktuarium na przestrzeni wieków, byli i papieże, wraz z Janem Pawłem II i Benedyktem XVI na czele, który spotkał się tutaj z młodymi na początku września tego roku. Sercem tego miejsca jest Święty Domek, który stoi w centralnej części bazyliki. Jego rozmiary nie są imponujące (9,5 na 4 metry) w stosunku do majestatycznej świątyni. Wnętrze Świętego Domku jest pełne prostoty, a jego kamienne ściany są surowe. Tylko gdzieniegdzie widać resztki starych fresków. Z pojawieniem się tej niezwykłej relikwii na włoskiej ziemi związana jest pewna legenda. Otóż, kiedy Turcy zajęli Ziemię Świętą, zamożna rodzina De Angelis (Aniołowie) postanowiła uratować z Nazarety domek, w którym mieszkała św. Rodzina. Dzięki ich staraniom przywieziono go w częściach na statku do Loreto. Nazwisko tej rodziny – Aniołowie – przyczyniło się do stworzenia legendy, która opowiada, że Santa Casa została przeniesiona przez anioły z nieba nad łąkami i morzami w bezpieczne miejsce, do Loreto. Od końca XV wieku nad Świętym Domkiem wznosi się późnogotycka – renesansowa bazylika  na planie krzyża łacińskiego, przed którą wznosi się 75 metrowa dzwonnica, skrywająca w swoim wnętrzu 9 dzwonów wygrywających melodię na cześć Czarnej Madonny.

    Od zewnątrz Święty Domek pokryty jest ścianami z marmuru według projektu Andrei Sansovino, na których przedstawiono sceny z życia Maryi i proroków. Na szczególną uwagę zasługuje scena przedstawiająca Narodzenie Maryi, Zwiastowanie i Narodzenie Jezusa.

    Loretańska Madonna

    Cudowna figura Matki Bożej z Loreto, która znajduje się w głównym ołtarzu Świętego Domku, została wykonana z drzewa cedrowego rosnącego w ogrodach watykańskich. Jest twórcą był artysta Celleni, który w roku 1922 wyrzeźbił nową figurę Matki Bożej, wzorując się na modelu Quattriniego. Współczesna figura jest kopią XIV – wiecznej figury, która uległa zniszczeniu na skutek pożaru w 1921 roku. Papież Jan XXIII podczas swej pielgrzymki do Loreto ukoronował figurę Madonny z Dzieciątkiem na lewym ramieniu. To właśnie tutaj modlił się o powodzenie rozpoczynającego się Soboru Watykańskiego II (1962-1965), którego był inicjatorem.

    Dzieciątko Jezus oprócz korony ma również inne insygnia królewskie: w lewej ręce trzyma jabłko: symbol władzy nad światem. Jego prawa ręka wskazuje na złoty krzyż umieszczony na czubku królewskiego jabłka. Cudowna figura ubierana jest w długą, zdobioną suknię, która nazywa się dalmatyką. Pierwotna figura Matki Bożej była niemal cała czarna od świec i lamp oliwnych palących się przed nią. Nowej figurze również nadano ciemną barwę. Kult Madonny z Loreto sięga XIV wieku. W 1387 roku małe sanktuarium zostało po raz pierwszy obdarzone przywilejem odpustowym. Stąd też pochodzi znana na całym świecie litania loretańska, którą w Loreto odmawiano już w okresie średniowiecza, a która dopiero w 1587 roku została oficjalnie zatwierdzona przez papieża Sykstusa VI.

    Kult Madonny z Loreto rozwijał się błyskawicznie. Właściwie od końca XV wieku, kiedy nad Świętym Domkiem wybudowano piękną bazylikę, ukształtowała się tradycja budowy podobnych domków w innych kościołach na całym świecie. Jednym  z najsłynniejszych Domków Loretańskich jest ten, który znajduje się w Pradze i jest potocznie nazywany praskim Loreto. Na terenie Europy najwięcej Domków Loretańskich znajduje się właśnie na terenie Czech. Jest ich aż 48. Matka Boża Loretańska w sposób szczególny została wybrana i ukochana przez lotników. Jest ich patronką.

    Polskie pamiątki w Loreto

    W bocznych nawach bazyliki loretańskiej znajduje się 25 kaplic. Jedną z nich jest kaplica polska, usytuowana tuż obok amerykańskiej i niemieckiej. W jej centralnej części znajduje się ołtarz Serca Jezusowego. Prace dekoratorskie w jej wnętrzu wykonał włoski artysta Arturo Gatti. Nad ołtarzem znajduje się witraż przedstawiający żołnierzy generała Andersa gaszących pożar, jaki ogarnął kopułę bazyliki w nocy z 5 na 6 lipca 1944 roku. W kaplicy znajduje się również tablica ufundowana w 1979 roku przez żołnierzy II Korpusu, na której można przeczytać: „Królowo Korony Polskiej, módl się za nami” oraz „Na chwałę poległych z Pułku Ułanów Karpackich: Tobruk, Monte Cassino, Loreto, Ancona, Bolonia, 1940 – 1945”

    Natomiast na ścianach polskiej kaplicy znajdują się freski przedstawiające hołd, jaki różne stany składają Królowej Polski, scena Jana III Sobieskiego w zwycięskiej pozie na koniu po odsieczy wiedeńskiej oraz Cud nad Wisłą ukazujący bitwę wojsk polskich dowodzonych przez marszałka Józefa Piłsudskiego. Polacy, którzy tak tłumnie nawiedzają loretańskie sanktuarium, kierują swoje kroki również i na cmentarz, gdzie znajduje się aż 1080 grobów polskich żołnierzy, którzy brali udział w walkach na adriatyckiej linii frontu. To niezwykłe miejsce zostało poświęcone 6 maja 1946 roku.

    Przesłanie z Loreto

    Loreto jest jednym z najpiękniejszych sanktuariów, które kiedykolwiek było mi dane nawiedzić. Śmiało mogę powiedzieć, że „naraził” mnie nim mój przyjaciel. Atmosfera Świętego Domku i widok Czarnej Madonny jest czymś nadzwyczajnym. Pielgrzymi, którzy razem ze mną nawiedzali to miejsce, zawsze zachwycali się pięknem bazyliki i widokiem Czarnej Madonny. To miejsce nie przestaje przypominać, że Bóg z miłości ku nam przyjął ciało małego, słabego dziecka a Maryja Loretańska, nie przestaje ukazywać Go każdemu, kto na Nią spogląda. Jan Paweł II, który podczas swojego pontyfikatu nawiedził to miejsce aż 4 razy i zostawił tu również złotą różę,  tak mówił: „W Loreto tajemnica rzeczywistości Bożego Narodzenia i Świętej Rodziny staje się w pewnym sensie dotykalna, staje się doświadczeniem osobistym, wzruszającym i przemieniającym. Myśl o skromnym domku, w którym Słowo Wcielone żyło przez lata, przekonuje pielgrzyma, że Bóg naprawdę kocha człowieka takiego, jakim jest, że wzywa go, prowadzi, oświeca, przebacza mu i go zbawia.”    

    Loreto nieustannie przypomina, że święta Bożego Narodzenia nie mogą się tylko ograniczać do porządków domowych, robienia zakupów, pieczenia ciast czy strojenia choinki. Te święta mają bowiem głębokie przesłanie: Jezus stąpił na ziemię, aby podzielić się Swoją miłością z każdym człowiekiem, może i ty też dla tej prawdy porozmawiasz z kimś, z kim dawno już nie rozmawiałeś, nie rozmawiałaś, bo złość wtargnęła w twoje serce? Jezus przychodzi, by podźwignąć nas z naszych upadków i dać nam zbawienie. On przychodzi do nas podobnie jak do tego człowieka, co wpadł do studni, z której nie mógł się wydostać. Jakaś osoba o dobrym sercu, która przechodziła tamtędy powiedziała: „Bardzo mi przykro z twego powodu. Uczestniczę w twoim nieszczęściu.” Pewien polityk, zaangażowany w sprawy społeczne, przechodząc obok studni powiedział: „To logiczne, prędzej czy później ktoś musiał tam wpaść.” Człowiek pobożny powiedział: „Jedynie źli ludzie wpadają do studni.” Uczony zastanawiał się, w jaki sposób człowiek znalazł się w studni. Polityk opozycyjny postanowił złożyć oświadczenie przeciwko rządowi. Dziennikarz przyrzekł napisać artykuł polemiczny w gazecie w następną niedzielę. Smutna osoba stwierdziła: „Moja studnia jest gorsza.” Humorysta zaśmiał się: „Wypij kawę, to cię podniesie na duchu.” Optymista zaś powiedział: „Mógłbyś czuć się gorzej.” Pesymista dorzucił: „Osuniesz się jeszcze niżej.” A Jezus? Co zrobił? Jezus, widząc człowieka, podał mu rękę i wyciągnął ze studni.

    Wojciech Solosz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 grudnia

    Święty Juan Diego

    Zobacz także:
      •  Święta Leokadia, dziewica i męczennica
      •  Święty Piotr Fourier, prezbiter
    ***
    Święty Juan Diego

    Juan Diego urodził się w 1474 r. w wiosce Tlayacac, odległej o ok. 20 km od obecnej stolicy Meksyku. Rodzice dali mu indiańskie imię Cuauhtlatoatzin, które w języku Azteków znaczy “Mówiący Orzeł”. Należał do najbiedniejszej, a zarazem najliczniejszej klasy społeczności Azteków. Ciężko pracował na roli i zajmował się wyrabianiem mat w zamieszkanym przez plemię Nahua mieście Cuautitlan, zdobytym przez Azteków w 1467 r. Gdy państwo Azteków zostało podbite przez Hiszpanów (1519-1521), Juan Diego wraz z żoną Malitzin (Maria Łucja) przyjęli w 1524 r. chrzest, prawdopodobnie z rąk hiszpańskiego misjonarza, franciszkanina o. Torbio de Benavente. Otrzymał imię Juan Diego. Byli jednymi z pierwszych nawróconych Azteków. W kilka lat później, w 1529 roku, Maria Łucja zmarła, nie pozostawiając potomstwa. Po jej śmierci Juan Diego przeniósł się do swego wuja do Tolpetlac.
    Juan Diego był bardzo gorliwym chrześcijaninem. W każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo kilkanaście mil ze swojej wioski do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć we Mszy św. i katechizacji. Podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 9 grudnia 1531 r., na wzgórzu Tepeyac objawiła mu się Matka Boża. Zgodnie z życzeniem Maryi, na wzgórzu wkrótce wybudowano kaplicę, w której umieszczono Jej cudowny wizerunek odbity na płaszczu Indianina. Juan Diego zamieszkał w pokoju, przygotowanym dla niego obok świątyni. Spędził tam resztę życia, opowiadając przybywającym do sanktuarium pielgrzymom o objawieniach, wyjaśniając prawdy wiary i przygotowując wielu do chrztu. Zmarł 30 maja 1548 r. w wieku 74 lat i został pochowany na wzgórzu Tepeyac.
    6 maja 1990 r. św. Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, a 31 lipca 2002 r., podczas swojej kolejnej pielgrzymki do Meksyku, włączył go do grona świętych.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Św. Juana Diego

    web-saint-dec-09-juan-diego-public-domain

    Św. Juan Diego Cuauhtlatoatzin – urodził się ok. 1474 r. w mieście Cuauhtitlán, należącym do Królestwa Texcoco (Meksyk). Jego pierwotne imię Cuauhtlatoatzin w języku Cziczimeków znaczyło: «Mówiący orzeł» lub «Ten, kto mówi jak orzeł». Był człowiekiem świeckim i ojcem rodziny. Został ochrzczony przez pierwszych misjonarzy franciszkańskich prawdopodobnie w 1524 r., gdy miał ok. 48 lat. W 1529 r. zmarła mu żona María Lucía.

    Życie Juana było proste i uczciwe. Był dobrym i bogobojnym chrześcijaninem. Pokorny, posłuszny i cierpliwy, postępował zgodnie z sumieniem i dawał przykład innym.

    Źródła historyczne podają, że po raz pierwszy Matka Boża ukazała mu się w sobotę 9 grudnia 1531 r., kiedy szedł wczesnym rankiem do Tlatelolco na Mszę św. i katechezę prowadzoną przez franciszkanów. Ujrzał wtedy piękną postać kobiecą, odzianą w różową tunikę i błękitny płaszcz, która przedstawiła mu się jako «Święta Maryja zawsze Dziewica, Matka prawdziwego Boga» i poprosiła, by na tym miejscu została zbudowana świątynia, w której będzie czczony Jej Syn. Poleciła Juanowi przekazać to życzenie władzom Kościoła w Meksyku.

    Początkowo misjonarze franciszkańscy, a także biskup Juan de Zumárraga odnieśli się do Juana Diego nieufnie. Maryja podczas następnych objawień — które trwały do 12 grudnia 1531 r. — nalegała, by Jej polecenie rychło zostało spełnione. Juan Diego poprosił Ją wówczas o znak, który pomógłby przekonać biskupa. Matka Boża powiedziała mu, by udał się na szczyt wzgórza Tepeyac i nazbierał dla Niej kwiatów. Choć było to miejsce jałowe i w dodatku pokryte lodem, Juan Diego rzeczywiście znalazł tam piękne, wielobarwne kwiaty, które zebrał i okrył swoim płaszczem.

    Gdy bp Zumárraga rozwinął płaszcz, zebrani zobaczyli na nim wizerunek Maryi. Wkrótce na wzgórzu Tepeyac powstał mały kościółek, który stał się celem licznych pielgrzymek Indian, Metysów i Hiszpanów. Szczególną czcią wiernych został otoczony wizerunek Matki Bożej — który w cudowny sposób pojawił się na płaszczu Juana Diego i zachował się do dziś — oraz Jej przesłanie pełne miłości i miłosierdzia skierowane nie tylko do ludności Meksyku, ale całego świata.

    Za zgodą biskupa Juan Diego zamieszkał w pobliżu kościoła i służył w nim Panu oraz Jego Matce. Zostawił wszystko, co miał, by poświęcić resztę życia modlitwie i głoszeniu Ewangelii. Zmarł w 1548 r. i został pochowany w kościele, przy którym pracował.

    Kult Juana Diego zaczął się szerzyć w Meksyku zaraz po jego śmierci. Jednym ze świadectw tego kultu jest świątynia, którą wzniesiono w Cuauhtitlán, miejscu urodzenia Juana Diego, a którą poświęcono Matce Bożej.

    6 maja 1990 r. Ojciec Święty wyniósł go do chwały ołtarzy podczas uroczystej Mszy św. sprawowanej w bazylice pw. Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe w stolicy Meksyku.

    z serwisu: Ewangelia na co dzień/Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________________

    św. Juan Diego, (Cuanhtlatohua)

    (1474-1548r.)

    Meksyk

    Pierwszy czciciel Pani z Guadalupe

    ks. Lucjan Kamieński SDB

    Juan Diego, któremu objawiła się Matka Boża z Guadalupe


    Ojciec Święty Jan Paweł II
    podczas swej wizyty w Meksyku
    31 lipca 2002r. wyniósł Juana Diego do chwały ołtarzy.
    Został on pierwszym świętym Indianinem.

    Tereny dzisiejszego Meksyku od dawna zamieszkiwały różne plemiona, w tym również Majowie, którzy wówczas tworzyli silne państwo i charakteryzowali się wysoką kulturą. W XI stuleciu imperium Majów podbili Aztekowie, którzy przywędrowali z północy kontynentu i osiedlili się na tym terenie. Aztekowie stopniowo podporządkowywali sobie tubylcze plemiona oraz niweczyli kulturę Majów. Konkwista hiszpańska (1519-21r.) pod wodzą Hernána Cortésa położyła kres imperium Azteków.

    Ewangelizacja
    “Nowej Hiszpanii”, czyli Meksyku

    Kilka lat po konkwiście na tych terenach rozpoczęła się ewangelizacja. Dokładnie 12 czerwca 1524 r. w porcie Veracruz wysiadło na brzeg 12 franciszkanów i rozpoczęło swoją misję. Wśród pierwszych nawróconych był Indianin “Cuauhtlatohua”, znany później jako Juan Diego. Jego indiańskie imię znaczy “ten, który mówi jak orzeł”. Niewiele możemy powiedzieć o życiu nawróconego Indianina przed przyjęciem go na łono Kościoła. Wiemy tylko, że urodził się w 1474r. w indiańskiej wiosce w pobliżu dzisiejszej stolicy Meksyku. Wraz z żoną ciężko pracował na roli, a ponadto zajmował się wyrobem mat. Oboje z żoną w 1524r. zostali ochrzczeni, przyjmując imiona chrześcijańskie: Juan Diego i Maria Lucia.

    Objawienia “Ślicznej Pani”

    W sobotę 9 grudnia 1531r. Juan Diego szedł do kościoła na Mszę św., kiedy – przechodząc obok wzgórza Tepeyac – usłyszał przepiękny śpiew ptaków. Wiedziony ciekawością, wdrapał się na szczyt góry, ale wtedy śpiew ptaków zmienił się w słodki głos kobiecy. Juan Diego obok dawnej pogańskiej świątyni ujrzał niewiastę o rysach i w stroju kobiety meksykańskiej. Tajemnicza “Śliczna Pani”, jak ją nazywał Juan Diego, oznajmiła mu, że jest “Maryją Dziewicą Matką Boga”. Poleciła mu, aby udał się do bp. Juana de Zumárragi i przekazał mu Jej przesłanie, że pragnieniem Matki Bożej jest, aby na wzgórzu Tepeyac zbudować świątynię ku Jej czci.

    Spotkania z bp. Zumárragą

    Podczas spotkania w pałacu bp Zumárraga nie potraktował Juana Diego poważnie. Sądził bowiem, że to tylko urojenia pobożnego Indianina. Juan Diego znalazł się więc w sytuacji niezwykle trudnej: z jednej strony było życzenie Matki Bożej związane z budową świątyni, a z drugiej – sceptycyzm władz kościelnych. Podczas następnego spotkania z bp. Zumárragą w niedzielę 10 grudnia biskup zażądał od Juana Diego dowodu, że te objawienia są prawdziwe. Poniedziałek 11 grudnia Juan Diego spędził przy łożu ciężko chorego wuja Juana Bernardina. W ten sposób chciał niejako zapomnieć o zleceniu “Ślicznej Pani” oraz o żądaniu bp. Zumárragi.

    12 grudnia 1531r.

    Wczesnym rankiem 12 grudnia Juan Diego szedł do kościoła, aby sprowadzić księdza do umierającego wuja. Mimo że zmienił trasę, aby uniknąć ponownego spotkania ze “Śliczną Panią”, Matka Boża sama wyszła mu na spotkanie, polecając, aby wszedł na wzgórze i nazrywał świeżych kwiatów, które zaniesie do pałacu biskupiego jako dowód na prawdziwość objawień.

    Juan Diego, któremu objawiła się Matka Boża z Guadalupe

    ***

    Trzy dowody prawdziwości objawień

    Maryja zapewniła Juana Diego, że jego wuj powróci do zdrowia, i tak się stało. To był pierwszy znak.

    Kwiaty, w tym dorodne róże kastylijskie, które Indianin zebrał na wzgórzu Tepeyac, były drugim cudownym znakiem Maryi – na tym skalistym terenie, a na dodatek w porze zimowej, nie było mowy o jakiejkolwiek wegetacji, a tym bardziej o występowaniu tu dorodnych róż kiedykolwiek.

    Gdy Juan Diego w pałacu biskupim wysypał z indiańskiego płaszcza, (zwanego tilma), róże, obecni ujrzeli na suknie wizerunek Niewiasty o rysach Meksykanki, ubranej w płaszcz koloru turkusowego, którą okalały złociste promienie. Niewiasta – Matka Boża z Guadalupe wyglądała dokładnie tak, jak opisywał Ją Juan Diego. Był to trzeci dowód na prawdziwość objawień Matki Bożej.

    Podobizna Matki Bożej z Guadalupe, odbita na płaszczu Indianina, 26 grudnia 1531r. procesjonalnie została przeniesiona do prowizorycznej kaplicy na wzgórze Tepeyac. Kaplica była potem przebudowywana, aż w 1895r. wzniesiono na tym miejscu okazałą bazylikę, którą w 1976 r. zastąpiono nowoczesną budowlą sakralną.

    Tygodnik “niedziela” Nr 50 – 10 grudnia 2006r.

    * * *

    12 grudnia

    Najświętszej Matyi Panny z Guadalupe

    Objawiła się w 1531r. azteckiemu Indianinowi św. Juanowi Diego na wzgórzu Tepeyac, w okolicach dzisiejszego miasta Meksyk.

    Jest to najstarsze objawienie maryjne oficjalnie uznane przez Kościół katolicki. Juan Diego urodzony około 1474r. Przed chrztem, który przyjął w wieku lat 50, nosił azteckie imię Cuanhtlatohua co znaczy: “ten, który mówi jak orzeł”.

    Matka Boża ukazała się mu kilka razy. W ostatnim dniu objawień, 12 grudnia, w niewyjaśniony do dziś sposób na okryciu Indianina pojawił się obraz Matki Bożej. Obraz ten został następnie umieszczony w kaplicy wybudowanej na miejscu objawień.

    A obok kaplicy, w ofiarowanym przez biskupa domku, mieszkał przez 17 lat Juan Diego. Zmarł w 1548 r.

    Bazylika Matki Bożej z Guadalupe jest obecnie największym sanktuarium maryjnym na świecie – rocznie przybywa do Meksyku 12 min pielgrzymów.

    Kolejnymi co do wielkości ruchu pielgrzymkowego sanktuariami są:
    Lourdes – 6 min,
    Fatima – 5 min,
    Jasna Góra w Częstochowie – 4 min pielgrzymów rocznie.

    Tygodnik “niedziela” Nr 50 – 10 grudnia 2006r.

     góra

    * * *

    .

    Podróż apostolska Papieża Jana Pawła II
    do Gwatemali i Meksyku, 29.07 – 2.08.2002r.

    Msza św. i kanonizacja bł. Juana Diego. 31 lipca 2002r.

    Homilia Jana Paweła II

    Niech będzie waszym wzorem,
    niech wskazuje drogę do Maryi

    Zakładki: 1.2.3.4.5.6.

    1. {{Wysławiam Cię, Ojcze (…) że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie}} (Mt 11,25).

    Drodzy bracia i siostry, te słowa Jezusa z dzisiejszej Ewangelii są dla nas szczególną zachętą, byśmy wysławiali Boga i dziękowali Mu za dar pierwszego świętego wywodzącego się z rdzennej ludności kontynentu amerykańskiego.

    Z wielką radością przybyłem w pielgrzymce do tej bazyliki Matki Bożej z Guadalupe, serca kultu maryjnego Meksyku i Ameryki, aby ogłosić świętym Juana Diego Cuauhtlatoatzina, prostego i pokornego Indianina, który kontemplował słodkie i pogodne oblicze Dziewicy z Tepeyac, tak drogie mieszkańcom Meksyku.

    2. Dziękuję za miłe słowa, jakie skierował do mnie kard. Norberto Rivera Carrera, arcybiskup Meksyku, jak również za gorące przyjęcie przez wiernych z tej prymasowskiej archidiecezji; wszystkich serdecznie pozdrawiam. Z serca pozdrawiam także kard. Ernesto Corripio Ahumadę, emerytowanego arcybiskupa Meksyku, oraz pozostałych kardynałów, biskupów meksykańskich, z Ameryki, Filipin i innych miejsc świata. Dziękuję w szczególności panu prezydentowi i przedstawicielom władz cywilnych za obecność na tej uroczystości.

    Bardzo gorąco witam dziś ludność tubylczą, licznie przybyłą z różnych regionów kraju, reprezentującą rozmaite grupy etniczne i kultury, które tworzą bogatą i zróżnicowaną rzeczywistość Meksyku. Papież zapewnia was o swej bliskości, głębokim szacunku i podziwie i przyjmuje was po bratersku w imię Pana.

    3. Jaki był Juan Diego? Dlaczego Bóg zwrócił na niego uwagę? Księga Eklezjastyka, jak słyszeliśmy, poucza nas, że tylko Bóg {{jest potężny i przez pokornych bywa chwalony}} (por. 3,20). Podobnie słowa św. Pawła, odczytane podczas tej Liturgii, rzucają światło na ten Boży sposób dokonania zbawienia: {{Bóg wybrał (…) to, co nieszlachetnie urodzone według świata oraz wzgardzone (…), tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga}} (1Kor 1,27-29).

    Ze wzruszeniem czyta się relacje guadalupskie, napisane w sposób delikatny i z wielkim uczuciem. Według nich, Dziewica Maryja, Służebnica {{wielbiąca Pana}} (por. Łk 1,46), objawia się Juanowi Diego jako Matka prawdziwego Boga. Daje mu Ona jako znak wspaniałe róże, a gdy on pokazuje je biskupowi, odkrywa na swym płaszczu święty wizerunek Matki Bożej.
    {{Guadalupe – jak napisali biskupi Meksyku – naznaczyło początek ewangelizacji, której dynamika przeszła wszelkie oczekiwania. Orędzie Chrystusa, przekazane przez Jego Matkę, przenikało główne elementy kultury miejscowej, oczyszczało je i nadawało im ostateczny sens zbawczy}} (14 maja 2002, n. 8). Tak więc Guadalupe i Juan Diego mają głębokie znaczenie dla Kościoła oraz misji i stanowią wzór ewangelizacji doskonale osadzonej w kulturze.

    4. {{Pan patrzy z nieba, widzi wszystkich synów ludzkich}} (Ps 33[32],13) – powtarzaliśmy za psalmistą, raz jeszcze ponawiając wyznanie naszej wiary w Boga, który nie zważa na różnice rasy czy kultury. Juan Diego, przyjąwszy chrześcijańskie orędzie bez rezygnowania ze swej rdzennej tożsamości, odkrył głęboką prawdę o nowej ludzkości, w której wszyscy są powołani, by być dziećmi Bożymi w Chrystusie. Umożliwił tym samym owocne spotkanie dwóch światów i stał się protagonistą nowej tożsamości narodu meksykańskiego, głęboko związanego z Dziewicą z Guadalupe. Jej metyskie oblicze wyraża duchowe macierzyństwo, obejmujące wszystkich Meksykanów. Dlatego świadectwo jego życia winno nadal zachęcać do kształtowania narodu meksykańskiego, szerzenia braterstwa między jego synami i w coraz większym stopniu sprzyjać powrotowi Meksyku do jego źródeł, wartości i tradycji.

    To szlachetne zadanie budowania lepszego Meksyku, bardziej sprawiedliwego i solidarnego, wymaga współpracy wszystkich. W szczególności konieczne jest dziś popieranie słusznych dążeń rdzennej ludności, poszanowanie i obrona autentycznych wartości każdej grupy etnicznej. Meksyk potrzebuje swoich Indian, a Indianie potrzebują Meksyku!

    Umiłowani bracia i siostry ze wszystkich grup etnicznych Meksyku i Ameryki, wynosząc dziś do chwały ołtarzy Indianina Juana Diego, pragnę wam okazać, że Kościół i Papież są z wami wszystkimi, otaczają was miłością i zachęcają do stawiania czoła z nadzieją trudnym sytuacjom, w jakich żyjecie.

    5. W tym decydującym momencie historii Meksyku, już po przekroczeniu progu nowego tysiąclecia, polecam możnemu wstawiennictwu św. Juana Diego radości i nadzieje, obawy i troski umiłowanego narodu meksykańskiego, który jest tak bliski mojemu sercu.

    Bł. Juanie Diego, dobry Indianinie i chrześcijaninie, którego prosty lud zawsze uważał za świętego męża! Prosimy cię, towarzysz Kościołowi meksykańskiemu w jego pielgrzymowaniu, aby z każdym dniem stawał się coraz bardziej misyjny i coraz lepiej ewangelizował. Dodawaj otuchy biskupom, wspieraj kapłanów, wzbudzaj nowe i święte powołania, wspomagaj wszystkich, którzy swe życie oddają sprawie Chrystusa i szerzenia Jego królestwa.

    Bł. Juanie Diego, mężu prawy i wiarygodny! Polecamy ci naszych wiernych braci i siostry świeckich, aby czując się powołani do świętości, wnosili ducha Ewangelii we wszystkie środowiska życia społecznego. Błogosław rodziny, umacniaj małżonków w ich życiu małżeńskim, wspieraj wysiłki rodziców wychowujących po chrześcijańsku swe dzieci. Wejrzyj życzliwie na udrękę tych, którzy cierpią fizycznie i duchowo, których dotyka ubóstwo, samotność, którzy doświadczają zepchnięcia na margines społeczeństwa czy przykrych skutków ignorancji. Niech wszyscy – rządzący i podwładni – postępują zawsze zgodnie z wymogami sprawiedliwości i poszanowania godności każdego człowieka, przyczyniając się w ten sposób do utrwalania pokoju.

    Umiłowany Juanie Diego Cuauhtlatoatzin! Wskazuj nam drogę prowadzącą do Czarnej Madonny z Tepeyac, aby nas przyjęła do swego Serca, gdyż Ona jest Matką kochającą i litościwą, która prowadzi do prawdziwego Boga. Amen.

    Przed udzieleniem końcowego
    błogosławieństwa Papież powiedział:

    Na zakończenie uroczystości kanonizacyjnej Juana Diego pragnę jeszcze raz pozdrowić was wszystkich, którzy w niej uczestniczyliście – wielu w tej bazylice, inni na zewnątrz, a jeszcze inni za pośrednictwem radia i telewizji. Serdecznie dziękuję za uczucia, jakie okazywali mi ludzie spotykani na ulicach podczas mojego przejazdu. W osobie nowego świętego macie wspaniały przykład człowieka prawego, o nienagannych obyczajach, lojalnego syna Kościoła, posłusznego pasterzom, kochającego Maryję Dziewicę, dobrego ucznia Jezusa. Niech będzie on wzorem dla was, którzy tak go kochacie, i niech oręduje za Meksykiem, aby zawsze pozostał wierny. Zanieście wszystkim przesłanie tej uroczystości oraz pozdrowienie i wyrazy miłości Papieża dla wszystkich Meksykanów.

    opr. mg/mg

    Copyright C by L’Osservatore Romano (10-11/2002) and Polish Bishops Conference

    źródło http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/
    homilie/kanonizacja_jdiego_31072002.html

    ______________________________________________________________________________________________________________


    8 grudnia

    Niepokalane Poczęcie
    Najświętszej Maryi Panny

    Bartolome Esteban Murillo: Niepokalana Maryja

    Prawda o Niepokalanym Poczęciu Maryi jest dogmatem wiary. Ogłosił go uroczyście 8 grudnia 1854 r. bullą Ineffabilis Deus papież Pius IX w bazylice św. Piotra w Rzymie w obecności 54 kardynałów i 140 arcybiskupów i biskupów. Papież pisał tak:Ogłaszamy, orzekamy i określamy, że nauka, która utrzymuje, iż Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia – mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego, jest prawdą przez Boga objawioną i dlatego wszyscy wierni powinni w nią wytrwale i bez wahania wierzyć.Tym samym kto by tej prawdzie zaprzeczał, sam wyłączyłby się ze społeczności Kościoła, stałby się odstępcą i winnym herezji.Maryja od momentu swojego poczęcia została zachowana nie tylko od wszelkiego grzechu, którego mogłaby się dopuścić, ale również od dziedziczonego przez nas wszystkich grzechu pierworodnego. Stało się tak, chociaż jeszcze nie była wtedy Matką Boga. Bóg jednak, ze względu na przyszłe zbawcze wydarzenie Zwiastowania, uchronił Maryję przed grzesznością. Maryja była więc poczęta w łasce uświęcającej, wolna od wszelkich konsekwencji wynikających z grzechu pierworodnego (np. śmierci – stąd w Kościele obchodzimy uroczystość Jej Wniebowzięcia, a nie śmierci). Przywilej ten nie miał tylko charakteru negatywnego – braku grzechu pierworodnego; posiadał również charakter pozytywny, który wyrażał się pełnią łaski w życiu Maryi.Historia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu jest bardzo długa. Już od pierwszych wieków chrześcijaństwa liczni teologowie i pisarze wskazywali na szczególną rolę i szczególne wybranie Maryi spośród wszystkich ludzi. Ojcowie Kościoła nieraz nazywali Ją czystą, bez skazy, niewinną. W VII wieku w Kościele greckim, a w VIII w. w Kościele łacińskim ustanowiono święto Poczęcia Maryi. Późniejsi teologowie, szczególnie św. Bernard i św. Tomasz z Akwinu zakwestionowali wiarę w Niepokalane Poczęcie Maryi, ponieważ – według nich – przeczyłoby to dwóm innym dogmatom: powszechności grzechu pierworodnego oraz konieczności powszechnego odkupienia wszystkich ludzi, a więc także i Maryi. Ten problem rozwikłał w XIII w. Jan Duns Szkot, który wskazał, że uchronienie Bożej Rodzicielki od grzechu pierworodnego dokonało się już mocą odkupieńczego zwycięstwa Chrystusa. W 1477 papież Sykstus IV ustanowił w Rzymie święto Poczęcia Niepokalanej, które od czasów Piusa V (+ 1572 r.) zaczęto obchodzić w całym Kościele.
    W czasie objawień w Lourdes w 1858 r. Maryja potwierdziła ogłoszony zaledwie cztery lata wcześniej dogmat. Bernardecie Soubirous przedstawiła się mówiąc: “Jestem Niepokalane Poczęcie”.Kościół na Wschodzie nigdy prawdy o Niepokalanym Poczęciu Maryi nie ogłaszał, gdyż była ona tam powszechnie wyznawana i praktycznie nie miała przeciwników.
    Warto zwrócić uwagę, że teologia rozróżnia niepokalane poczęcie i dziewicze poczęcie. Niepokalane poczęcie dotyczy ustrzeżenia Maryi od chwili Jej poczęcia od grzechu pierworodnego (przywilej, cud w porządku moralnym). Dziewicze poczęcie polega natomiast na tym, że Maryja poczęła w sposób dziewiczy “za sprawą Ducha Świętego” Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa (przywilej, cud w porządku natury).Kościół Wschodni ustalił tylko jeden typ ikonograficzny w X w. Obraz przedstawia spotkanie św. Joachima ze św. Anną przy Złotej Bramie w Jerozolimie. W tym bowiem momencie według tradycji wschodniej miał nastąpić moment poczęcia Maryi. Ikonografia zachodnia jest bogatsza i bardziej różnorodna. Do najdawniejszych typów Niepokalanej (XV w.) należy Niewiasta z Apokalipsy, “obleczona w słońce”. Od czasów Lourdes powstał nowy typ. Ostatnio bardzo często spotyka się także Niepokalaną z Fatimy. Dokoła obrazu Niepokalanej często umieszczano symbole biblijne: zamknięty ogród, lilię, zwierciadło bez skazy, cedr, arkę Noego.

    Niepokalana Maryja

    Zgodnie z kanonem 1246 Kodeksu Prawa Kanonicznego w dniu dzisiejszym mamy obowiązek uczestniczyć w Eucharystii. Jednakże na mocy dekretu Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 4 marca 2003 r. Polacy są zwolnieni z tego obowiązku (ze względu na fakt, że nie jest to dzień ustawowo wolny od pracy). Nie jesteśmy zatem zobowiązani do udziału we Mszy św. i powstrzymania się od prac niekoniecznych. Jeśli jednak mamy taką możliwość – powinniśmy wziąć udział w Eucharystii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Niepokalane poczęcie

    Poznawać i czcić Niepokalaną jak św. Maksymilian Kolbe

    Dziś Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny
    CEA. / CC 2.0

    ***

    Przed 150 laty, 8 grudnia 1854 r., bł. Pius IX ogłosił uroczyście dogmat Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.
    Ta maryjna prawda stała się od początku dominantą życia św. Maksymiliana Kolbego, który poświęcił się służbie Niepokalanej, wcielaniu w życie dogmatu Niepokalanego Poczęcia.
    Nasz Święty może nas nadal uczyć poznawać i czcić Niepokalaną Matkę Chrystusa.
    Przywołajmy zatem jego świadectwo.

    Poznać Niepokalaną

    Św. Maksymilian często podkreślał, że po ogłoszeniu dogmatu Niepokalanego Poczęcia nie możemy się już zadowolić wiedzą, jaką o Niepokalanej miały poprzednie pokolenia. Naszemu Świętemu chodziło o odpowiedź na fundamentalne pytanie, które jak refren powracało w jego myślach: kim jesteś, o Niepokalana?; kim jesteś, o Pani?; kim jesteś, o Niepokalane Poczęcie? Na kształt tej odpowiedzi niewątpliwy wpływ wywarła tradycja franciszkańska. „Nasz zakon – pisał o. Kolbe – od początku swego istnienia przez siedem wieków nieustannie rozwijał złotą nić sprawy Niepokalanego Poczęcia – Najświętszej Maryi Panny”. Św. Maksymilian przy różnych okazjach będzie się odwoływał do tej franciszkańskiej tradycji na czele z nauczaniem bł. Jana Dunsa Szkota. Z drugiej strony – na ukształtowanie się myśli św. Maksymiliana w kwestii Niepokalanego Poczęcia wywarły wpływ objawienia maryjne w Lourdes, które miały miejsce cztery lata po ogłoszeniu dogmatu przez bł. Piusa IX. Św. Maksymilian będzie często nawiązywał do słów, jakie w Lourdes usłyszała Bernadetta: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. O. Kolbe zestawi tę odpowiedź Pani z Groty Massabielskiej z odpowiedzią, jaką Bóg dał Mojżeszowi na Górze Horeb. W jednej ze swoich konferencji stwierdzi: „Pan Bóg, objawiając się Mojżeszowi, powiedział o sobie: «Jam jest, który jest» (Wj 3, 14) – to znaczy, że jest istnieniem samym. Matka Najświętsza zapytana przez Bernadettę, jak się nazywa, odpowiedziała: «Jam jest Niepokalane Poczęcie» – oto definicja Niepokalanej”. Dziewica Maryja różni się zatem zasadniczo od Boga, gdyż On istnieje od wieków, jest wieczny, a Ona zaczęła istnieć w czasie – jest poczęciem, jest stworzeniem. Jej poczęcie jest jednak poczęciem nieskalanym, bez zmazy, co odróżnia Maryję od pozostałych stworzeń. O. Kolbe stwierdza: „Niepokalana mówi o sobie: «Jam poczęcie», ale w przeciwieństwie do wszystkich innych ludzi «poczęcie niepokalane»”. Tak więc dla św. Maksymiliana słowa „poczęcie” i „niepokalane” stanowią niejako definicję Maryi.
    Na tym jednak nie kończy się refleksja naszego Świętego o Niepokalanej. Istotny i oryginalny wkład w tę refleksję wnoszą jego rozważania na temat relacji między Niepokalaną a Duchem Świętym.
    O. Kolbe nazywa Ducha Świętego – jako owoc miłości Ojca i Syna – poczęciem niestworzonym, wiecznym. Jest to poczęcie nieskończenie święte, niepokalane. Zauważa przy tym, że istnieje szczególna analogia, więź pomiędzy poczęciem Maryi i poczęciem Ducha Świętego. Podkreśla w tym kontekście, że Niepokalana to „najdoskonalsze podobieństwo Istoty Bożej w stworzeniu czysto ludzkim”. Swoje rozważania św. Maksymilian podsumowuje wnioskiem, że imię Maryi – Niepokalane Poczęcie jest w istocie imieniem Ducha Świętego, co stanowi oczywistą konsekwencję oblubieńczej więzi Ducha Świętego i Maryi. To Duch Święty dał własne imię Maryi. „Jeżeli w stworzeniach – czytamy w pismach św. Maksymiliana – oblubienica otrzymuje nazwę oblubieńca dlatego, że do niego należy, z nim się jednoczy, do niego się upodabnia i staje się w zjednoczeniu z nim czynnikiem twórczym życia, o ile bardziej nazwa Ducha Przenajświętszego – Poczęcie Niepokalane jest nazwą Tej, w której On żyje miłością płodną w całym porządku nadprzyrodzonym”.
    Można zatem przyjąć, że w swojej odpowiedzi na pytanie: „kim jesteś, Niepokalana?” św. Maksymilian poszedł dalej niż bł. Pius IX. Mówiąc o „zachowaniu Maryi od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego”, Papież ukazał bowiem niepokalane poczęcie od strony negatywnej, podczas gdy o. Kolbe ujmuje je bardziej od strony pozytywnej. Niepokalane poczęcie Maryi jest dla naszego Świętego nie tylko Jej wolnością od grzechu pierworodnego, ale także, i przede wszystkim, Jej doskonałością, Jej świętością. Z tego też względu św. Maksymiliana można nazwać prekursorem nauczania Soboru Watykańskiego II, a także nauczania Jana Pawła II. W dokumentach ostatniego Soboru czytamy, „że przyjął się u świętych Ojców zwyczaj nazywania Bogarodzicy całą świętą i wolną od wszelkiej zmazy grzechowej, jakby utworzoną przez Ducha Świętego i ukształtowaną jako nowe stworzenie” (KK 56). A z kolei Jan Paweł II podkreśla, że Anioł zwiastowania pozdrawiając Maryję słowami „pełna łaski” nazywa Ją tym samym jakby „nowym imieniem” (por. RM 8). Można w tym dostrzec, wyrażoną językiem Objawienia, analogię do rozważań św. Maksymiliana o Niepokalanym Poczęciu jako „definicji” czy też właśnie „imieniu” Maryi, odsłaniającym istotową prawdę Jej osoby.

    Żyć duchem oddania Niepokalanej

    Refleksja teologiczna św. Maksymiliana była ukierunkowana na działanie. Chodziło mu zaś ostatecznie o wcielenie w życie ludzi tego ideału, jaki stanowi Niepokalana. Jak wiadomo, o. Kolbe często powtarzał: „Niepokalana – oto nasz ideał”. Ona sama osiągnęła bowiem taki stopień identyfikacji z Bożym ideałem, że nie da się Jej oddzielić od Boga – jest zatem doskonałym wzorcem, ku któremu powinny być skierowane wszystkie ludzkie dążenia. Wszyscy – jak podkreślał nasz
    Święty – powinni tak kształtować swoją osobowość, aby jak najprędzej do Niej się upodobnili i niejako w Nią się zamienili. Tajemnica Niepokalanej jako ideału i wzorca tkwi w Jej doskonałym posłuszeństwie Bogu. Św. Maksymilian świadomy tego stwierdza: „Trzeba by więc powiedzieć duszom, co i jak Niepokalana w konkretnych okolicznościach by myślała, mówiła, czyniła, żeby najdoskonalsza miłość Niepokalanej ku Bożemu Sercu rozpłomieniała na ziemi (…) chodzi o bezgraniczne, coraz intensywniejsze potęgowanie miłości stworzenia ku Stwórcy”.
    Podstawowym warunkiem osiągnięcia jak najgłębszej identyfikacji z Niepokalaną jest zjednoczenie naszej woli z Jej wolą, a przez to z wolą Bożą. Maryja bowiem, jak wiadomo, w idealny sposób dostosowała swoją wolę do woli Boga, mówiąc w chwili zwiastowania: „niech mi się stanie” (por. Łk 1, 38). Stąd też o. Kolbe zachęcał do używania takich zwrotów, jak: „wola Niepokalanej”, „niech się dzieje wola Niepokalanej”, „Niepokalana tak zrządziła”. W owym „zbliżaniu się woli” – naszej i Niepokalanej – dochodzi z jednej strony do głosu prawda o naszym naśladowaniu Maryi, a z drugiej chodzi tutaj o rzeczywistość Jej pośrednictwa. „Bóg dał nam tę drabinę białą – pisał św. Maksymilian – i chce, byśmy po Niej do Niego aż doszli, a raczej, by Ona, przytuliwszy nas do swej matczynej piersi, aż do Boga nas przyniosła. Ale to są tylko różne obrazy, podobieństwa, analogie – dodawał nasz Święty. – Rzeczywistość jest bez porównania piękniejsza, wznioślejsza…”.
    Żeby wyrazić swoją zależność od Niepokalanej – podkreślał o. Kolbe – używano wielu różnorodnych określeń, jak np. „sługa Maryi”, „sługa Niepokalanej”, „dziecko Maryi”, a także „rzecz i własność Maryi”. „Wszystkie te nazwy i wszystkie inne w rzeczy samej jedno i to samo oznaczają, i wszyscy ci, co ich używają, pragną całkowitego oddania się Matce Bożej”. Jedną miarą tego oddania, jaką widzi o. Kolbe, jest to, by była „Niepokalana twoja – a ty Jej”. Mówiąc o owocach oddania się Niepokalanej, św. Maksymilian zauważa: „Jeśli my Jej, to i nasze wszystko jest Jej, i Pan Jezus przyjmuje wszystko od nas jak od Niej, jak rzeczy Jej. I Ona nie może wtedy pozostawić tych czynności niedoskonałych, ale czyni je godnymi siebie, to jest niepokalanymi bez najmniejszej zmazy (…). Tak więc dusza oddana Niepokalanej powinna swobodnie iść za natchnieniem serca i o wiele śmielej zbliżać się i do Tabernakulum, i do Krzyża, i do Trójcy Przenajświętszej, bo to już nie ona sama się zbliża, ale z Matką Niebieską, Niepokalaną…”.
    Przez takie bezgraniczne oddanie się Maryi, wyrastające i opierające się na dogmacie Niepokalanego Poczęcia, wzrasta poczucie odpowiedzialności za innych ludzi. Można powiedzieć, że oddanie proponowane przez naszego Świętego wprost ze swej istoty prowadzi do apostolstwa. Apostolstwo jest prostym i koniecznym następstwem oddania się Niepokalanej. Świadczy o tym przede wszystkim całe życie św. Maksymiliana. Podkreślał on, że oddani Niepokalanej mają działać „pod Jej opieką, to jest jako narzędzia w Jej niepokalanych rękach, i za Jej pośrednictwem, to jest używając środków przez Nią podanych”. Ojcu Maksymilianowi zależało bardzo na tym, by stać się „użytecznym narzędziem” w rękach Niepokalanej. Wymagał on od tych, którzy oddali się Matce Bożej, aby ciągle doskonalili się, okazując Jej całkowite posłuszeństwo. W tym miejscu można dostrzec swego rodzaju kontynuację ducha apostolatu maryjnego św. Maksymiliana, opartego na akcie oddania Matce Bożej, w papieskim nauczaniu Jana Pawła II. Ojciec Święty, zwłaszcza w swoich ostatnich dokumentach: liście Rosarium Virginis Mariae i encyklice Ecclesia de Eucharistia, zaprasza nas do „szkoły Maryi”, by w niej „uczyć się Chrystusa”, by móc Go skutecznie „głosić”. Zaprasza, by w kontekście celebracji Eucharystii „przyjmować” ciągle na nowo Chrystusowy dar Matki, wyrażając zgodę na to, „aby Ona nam towarzyszyła”.
    Św. Maksymilian Kolbe może być zatem i dzisiaj naszym mistrzem i przewodnikiem w poznawaniu i czci oddawanej Niepokalanej. Wsłuchajmy się raz jeszcze w jego słowa: „Niepokalana – oto nasz ideał. Samemu do Niej się zbliżyć, do Niej się upodobnić, pozwolić, by Ona opanowała nasze serce i całą naszą istotę, by Ona żyła i działała w nas i przez nas, by Ona miłowała Boga naszym sercem, byśmy do Niej należeli bezgranicznie – oto nasz ideał. Promieniować na otoczenie, zdobywać dla Niej dusze, by przed Nią także serca bliźnich się otwarły, by zakrólowała Ona w sercach wszystkich – oto nasz ideał”.

    ks. Teofil Siudy/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wąż pod stopami Niepokalanej. Dwa serca, obietnice, cuda i tajemnica Niepokalanego Poczęcia

    cudowny medalik z wizerunkiem Maryi
    Deloche Lissac | Godong

    ***

    Ojciec Kolbe próbował nawrócić młodego człowieka, nazywającego siebie dumnie heretykiem. „Wszelkie argumenty zawiodły, z grzeczności jednak przyjął Cudowny Medalik. Potem proponowałem mu spowiedź. – Nie jestem przygotowany, żadną miarą – brzmiała odpowiedź. Lecz w tym samym momencie padł na kolana…”.

    „Maryja dała Cudowny Medalik, więc to nasza kulka, by trafić w serca” – mówił św. Maksymilian Kolbe, który dla założonego w 1917 r. Rycerstwa Niepokalanej wybrał Cudowny Medalik jako znak rozpoznawczy. W medalu Niepokalanej widział symbol trwającej walki szatana z Kościołem, w której Kościół zawsze zwycięża, a także znak osobistej więzi, która rodzi się między Maryją a tym, kto go nosi.

    Ojciec Kolbe rozdawał Cudowne Medaliki do końca życia. Dbał, by bracia z Niepokalanowa też je rozdawali. Nosił w habicie specjalny, skórzany futeralik pełen medali Niepokalanej. Ile zawiesił ich na szyjach przygodnie spotkanych ludzi? To wie tylko Bóg.

    Dlaczego św. Maksymilian wybrał Cudowny Medalik?

    Rajmund Kolbe urodził się w 1894 r., a więc sześćdziesiąt cztery lata po objawieniu, w którym w paryskiej kaplicy św. Katarzyna Labouré zobaczyła Maryję i usłyszała od niej zapewnienie, że „wszyscy, którzy będą nosili medalik, dostąpią wielkich łask, szczególnie jeśli go będą nosili na szyi, a tych, którzy Jej ufają, obdarzy wieloma łaskami”.

    Kolbe po raz pierwszy usłyszał o Cudownym Medaliku Niepokalanej 20 stycznia 1917 r., w Rzymie. Przełożony franciszkańskiego domu opowiedział historię spektakularnego nawrócenia żyda Alfonsa Ratisbonne’a, które dokonało się, w sposób cudowny, za przyczyną Niepokalanej, 75 lat wcześniej.

    Ratisbonne aktywnie zwalczał katolicyzm, wywołując tym przede wszystkim lęk w sercach swoich przyjaciół. Jeden z nich, Teodor de Bussières, 16 stycznia 1842 r. ofiarował Alfonsowi Cudowny Medalik i zawiesił go na jego szyi. Sprawy potoczyły się błyskawicznie.

    Cztery dni później Ratisbonne brał udział w przygotowaniach do pogrzebu w rzymskim kościele Sant’Andrea delle Fratte. Nagle, w ekstatycznej i niespodziewanej wizji, zobaczył Maryję.

    „Ujrzałem stojącą na ołtarzu, żywą, dużą, majestatyczną, przepiękną i miłosierną Przenajświętszą Maryję Pannę, podobną w postawie i strukturze wizerunkowi z Cudownego Medalika Niepokalanej. Jakaś nieodparta siła popchnęła mnie ku Niej. Zdawała się mówić: «Tak jest dobrze». W obecności Przenajświętszej Maryi Panny, chociaż nie wyrzekła ani słowa, zrozumiałem ohydę stanu, w jakim tkwiłem, brzydotę grzechu, piękno religii katolickiej. Jednym słowem – zrozumiałem wszystko…” – wyznał później w świadectwie o swym nawróceniu.

    Nawrócenie Alfonsa Ratisbonne’a przyczyniło się do oficjalnego uznania medalika przez Stolicę Apostolską, a młody ojciec Maksymilian, porwany tą historią, bardzo często odwiedzał kościół Sant’Andrea delle Fratte. Zapragnął też odprawić swoją pierwszą mszę po przyjęciu święceń kapłańskich właśnie przy ołtarzu, gdzie nawrócił się Alfons. 16 października 1917 r., gdy założył Rycerstwo Niepokalanej, wybrał Cudowny Medalik jako jego emblemat i tarczę.

    Kaplica Cudownej Madonny w bazylice mniejszej św. Andrzeja della Fratte
    Kaplica Cudownej Madonny w bazylice św. Andrzeja della Fratte w Rzymie, gdzie Matka Boża ukazała się Alfonsowi Ratisbonne’owi

    fot.Marek Bazak/East News

    ***

    Uwierzył Niepokalanej w ciemno

    „Jej medalik rozdawać, gdzie tylko się da: dzieciom, by zawsze go na szyi nosiły, i starszym, i młodzieży zwłaszcza, by pod Jej opieką miała dosyć sił do odparcia tylu pokus i zasadzek czyhających na nią w naszych czasach. A już tym, co do kościoła nie zaglądają, do spowiedzi boją się przyjść, z praktyk religijnych szydzą, z prawd wiary się śmieją, zagrzęźli w błoto moralne, albo poza Kościołem w herezji przebywają – o, tym to już koniecznie medalik Niepokalanej ofiarować i prosić, by zechcieli go nosić, a tymczasem gorąco Niepokalaną błagać o ich nawrócenie.

    Wielu nawet wtedy radę znajduje, gdy kto nie chce w żaden sposób przyjąć medalika. Ot, po prostu wszywają go po kryjomu do ubrania i modlą się, a Niepokalana prędzej czy później okazuje, co potrafi” – radził ojciec Maksymilian.

    W ten sposób kontynuował zapoczątkowaną w Paryżu tradycję. Od 1832 r., gdy dwa lata po objawieniach medalik został wybity, niemal natychmiast zaczęli się po niego zgłaszać różni ludzie, nie tylko katolicy. Przychodzili protestanci, żydzi, niewierzący i żyjący jawnie w grzechu.

    Święta Katarzyna czasem pytała: „– Nie macie wiary, na co się wam medalik przyda? – To prawda, siostro, ale medalik ochronił tylu innych, to i nas ochroni” – padała odpowiedź. Siostry Miłosierdzia nikomu więc nie odmawiały daru. Powołano nawet specjalny urząd, który dbał o wybijanie i rozpowszechnianie medalu Niepokalanej.

    Jean Guitton, badacz objawień, pisał, że medalik objawiony przez Niepokalaną „mogą nosić mądrzy i szaleńcy, mądrzy i ignoranci, wierzący i niewierzący”. I co najważniejsze – to nie Ona nazwała go cudownym, ale ludzie, którzy przyjęli go z wiarą i zaczęli doświadczać cudów w swoim życiu.

    Obraz o. Maksymiliana Kolbego, który namalował br. Felicissimus Sztyk OFMConv.
    Obraz o. Maksymiliana Kolbego, który namalował br. Felicissimus Sztyk OFMConv.

    fot. Archiwum franciszkanów w Niepokalanowie

    ***

    Dar Maryi

    Ojciec Maksymilian często opowiadał o Cudownym Medaliku i niezwykłych wydarzeniach, w jakich brał udział, a które były z nim bezpośrednio związane. Jedną z nich jest historia z Zakopanego, gdy o. Kolbe próbował nawrócić młodego człowieka, nazywającego siebie dumnie heretykiem.

    „Wszelkie argumenty zawiodły, z grzeczności jednak przyjął Cudowny Medalik. Potem proponowałem mu spowiedź. – Nie jestem przygotowany, żadną miarą – brzmiała odpowiedź. Lecz w tym samym momencie padł na kolana, jakby wyższą siłą zmuszony. Spowiedź się zaczęła, młody człowiek płakał jak dziecko. Niepokalana zwyciężyła” – opowiadał.

    „Najświętsza Panna dała ludzkości Cudowny Medalik, który niezliczonymi cudami uzdrowień i szczególnie nawróceń potwierdził niebieskie swe pochodzenie. Sama Niepokalana objawiając go obiecała wszystkim, co go nosić będą, wiele łask; ponieważ zaś nawrócenie i uświęcenie jest Bożą łaską, Medalik Cudowny będzie najlepszym środkiem do osiągnięcia naszego celu. Dlatego też stanowi on pierwszorzędną broń Rycerstwa. Jest to kulka, którą godzi wierny Rycerz nieprzyjaciela, tj. zło, ratując tym sposobem złych” – mówił św. Maksymilian.

    Katecheza Cudownego Medalika

    „Wielu ludzi uciska zło moralne, którego symbolem jest wąż. Na Medaliku wąż jest pod stopami Niepokalanej, zgodnie z zapowiedzią Bożą, że Ona zetrze jego głowę. Obraz ten budzi u grzeszników ufność do najświętszej Panny, stąd modlą się: „O Maryjo bez grzechu poczęta…”, a Ona rozsiewa promienie łask, które oświecają umysły i rozpalają serca. Tą drogą następuje nawrócenie i uświęcenie.

    Druga strona medalika przedstawia dwa serca: Jezusa i Maryi, przypominając oddanym Niepokalanej, że głównym motywem ich działalności jest miłość Serca Jezusowego, która chcą też wszystkich zapalić przez Niepokalaną, przez kochające Ją serca” – mówił św. Maksymilian.

    O Cudownym Medaliku wypowiedział się Kościół oficjalnie w Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii. Uznał w nim natchnione streszczenie teologii maryjnej. Ze względu na jego bogatą symbolikę bywa nazywany „mikrokosmosem maryjnym”.

    Cudowne medaliki używane przez o. Maksymiliana Kolbego
    Cudowne medaliki używane przez o. Maksymiliana Kolbego

    fot. Archiwum franciszkanów w Niepokalanowie

    ***

    Wielka tajemnica Niepokalanego Poczęcia

    Wielki Rycerz Niepokalanej, św. Maksymilian, wyróżnił trzy aspekty mariologiczne wywodzące się z paryskich objawień i przesłania medalika: przywilej Niepokalanego Poczęcia, pośrednictwo i rozdawnictwo łask oraz zwycięstwo Maryi i Jej królowanie w duszach tych, którzy uwierzą w Jej orędownictwo.

    W medaliku, którego niebiańskie pochodzenie potwierdziła niezliczona ilość cudów i nawróceń, widział potężne narzędzie – również apostolskie i duszpasterskie – którym można wspomagać ludzi w dążeniu do dobra, nawrócenia i świętości.

    Według św. Maksymiliana objawienie medalika miało za zadanie przede wszystkim skierować nas nie tyle na same dary, ale na wielką tajemnicę Niepokalanego Poczęcia, którym sam Bóg, w Maryi, wywyższył człowieka przygotowując miejsce na akt wcielenia.

    Po co to wszystko? Aby przybliżyć każdego z nas do Serca Jezusa, które pod Jej Niepokalanym Sercem nabierało ludzkich kształtów. Niepokalane Poczęcie oznacza też możliwość i zdolność Maryi do pośredniczenia w rozdawaniu łask. Dlatego tytuły Pośredniczka, Szafarka, Rozdawczyni to nic innego, jak inne imiona Maryi.

    Medalik – znak miłości

    „Cudowny Medalik wyraża to, że motywem naszego działania jest miłość do Najświętszego Serca Jezusowego, to znaczy miłość Boga. Na tym polega doskonałość i uświęcenie, do których chcemy pociągnąć wszystkich teraz i w przyszłości za pośrednictwem Niepokalanej i Jej kochającego Serca (jak na medaliku), ponieważ imię Maryi ściśle złączone jest z krzyżem Jezusa” – uczył św. Maksymilian.

    Złoty, srebrny, albo tłoczony na cienkiej blaszce. Nie musi przedstawiać żadnej materialnej wartości. Nie jest amuletem, przedmiotem przynoszącym szczęście. Medalik jest tylko znakiem. Komunikuje o wierze w rzeczywistość niematerialną, nadprzyrodzoną, należącą do wymiaru ducha i objawienia.

    Dlaczego jest cudowny? Bo Maryja, w czasie objawienia w 1830 r. złożyła obietnicę, dała swoje słowo, że ci, którzy będą go nosić, doświadczą Jej pomocy. Ci, którzy będą to robić z ufnością, nigdy się nie zawiodą. I te rzesze potwierdziły, że mówiła prawdę – doświadczyli cudów.

    Źródła:

    Winowska M., „Szaleniec Niepokalanej: święty Maksymilian Maria Kolbe”.
    Katarzyna Labouré a Cudowny Medalik. Dokumenty autentyczne 1830-1876.
    Kolbe M. OFMConv, Pisma, cz.1, Niepokalanów 2007.
    J. Guitton, Odczytanie orędzia z Rue du Bac dla naszych dni.
    S.C. Napiórkowski, Niepokalana Wszechpośredniczka. Idea maryjna św. Maksymiliana.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Cudowny medalik i związane z nim łaski. Jak wyglądała wizja św. Katarzyny Labouré?

    KAPLICA CUDOWNEGO MEDALIKA
    fot. REPORTER

    ***

    “W dniu 27 listopada 1830 r., który wypadł w sobotę przed pierwszą niedzielą Adwentu, o wpół do szóstej wieczorem, usłyszałam dźwięk, jakby szelest jedwabnej sukni. Odwróciłam się w tym kierunku i zobaczyłam Najświętszą Maryję Pannę na wysokości obrazu św. Józefa”.

    W1830 roku 24-letnia Zoe Labouré doznała niezwykłego objawienia. Odbywała wtedy nowicjat u sióstr szarytek, założonych przez św. Wincentego a Paulo. Doświadczyła ona już wcześniej objawień tego świętego, a innym razem zobaczyła (i nawet dotykała) samą Maryję.

    Matka Boża zapowiedziała wtedy powierzenie Katarzynie (to zakonne imię Zoe) niezwykłej misji, „która będzie ją kosztowała wiele trudu”. Słowa te spełniły się niebawem. Zacytujmy tu samą „widzącą”.

    Wizja św. Katarzyny Labouré

    W dniu 27 listopada 1830 r., który wypadł w sobotę przed pierwszą niedzielą Adwentu, o wpół do szóstej wieczorem, w czasie głębokiego milczenia po przeczytaniu tematu do medytacji, usłyszałam dźwięk, jakby szelest jedwabnej sukni, z balkonu koło obrazu św. Józefa.

    Odwróciłam się w tym kierunku i zobaczyłam Najświętszą Maryję Pannę na wysokości obrazu św. Józefa. Najświętsza Dziewica stała. Była wzrostu średniego, cała ubrana na biało. Biel jej sukni była bielą jutrzenki… takie sukienki nosiły zwykle panny. Zakrywały one szyję i miały proste rękawy. Jej głowę okrywał biały welon, który spadał po obu stronach aż do stóp. Pod welonem jej włosy skręcone były opaską ozdobioną koronką, która wystawała w górę na trzy centymetry, czyli na szerokość dwóch palców, bez fałd, lekko opierając się o włosy…

    Jej stopy spoczywały na białej kuli, a właściwie półkuli – w każdym razie ja widziałam tylko półkulę… Ręce miała lekko wzniesione i trzymała w nich bardzo swobodnie złotą kulę, jak gdyby ofiarowując ją Bogu. Na szczycie kuli znajdował się mały złoty krzyżyk. Kula ta przedstawiała kulę ziemską. Oczy Najświętszej Maryi Panny były teraz wzniesione ku niebu, a nie opuszczone. Twarz była tak piękna, że nie potrafię tego opisać…

    Nagle na Jej palcach zobaczyłam pierścienie, po trzy na każdym palcu. U nasady palców były największe, w środku średnie, a na końcach palców najmniejsze. Każdy pierścień był wysadzany drogimi kamieniami… Większe kamienie rzucały większe promienie, a mniejsze – mniejsze promienie. Promienie wychodzące ze wszystkich stron zalewały cały spód, tak że już nie widziałam stóp Najświętszej Maryi Panny.

    W chwili, kiedy się Jej przyglądałam Najświętsza Maryja Panna spuściła oczy i spojrzała na mnie. Usłyszałam głos mówiący te słowa: „Ta kula, którą tu widzisz, przedstawia cały świat, a szczególnie Francję, i każdego człowieka z osobna”. Chodziło oczywiście o złotą kulę z krzyżem, wspomnianą powyżej. Głos też powiedział: „Blask promieni jest symbolem łask, które Maryja wylewa na wszystkich, którzy Ją o nie proszą”.

    Polecenie wybicia cudownego medalika

    Objawienie trwało nadal. Blask promieni się wzmagał. Nagle, jak zapisała Katarzyna:

    Wokół Najświętszej Maryi Panny utworzyła się rama w kształcie nieco owalnym. Wewnątrz ramy widniał napis ze złotych liter: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”.

    Napis ten w kształcie półkola zaczynał się na wysokości prawej dłoni, przechodził ponad głową i kończył się na wysokości lewej dłoni. Złota kula znikła w potokach jasnego światła płynącego ze wszystkich stron. Dłonie odwróciły się, a ramiona ugięły w dół pod ciężarem bogactwa otrzymanych łask.

    Dodajmy, że zamiast białego półokręgu, pod stopami Maryi była wtedy kula ziemska z wężem.

    Widząc to wszystko, nowicjuszka usłyszała polecenie, aby starała się o wybicie medalika według wzoru, który stanowiła widziana przez nią postać Matki Bożej.

    Zobacz nasze wideo o cudownym medaliku:

    Obietnica związana z medalikiem

    Do nakazu dodana była obietnica wielkich łask dla noszących medalik „z ufnością”. Po tych słowach obraz zaczął się odwracać i wizjonerka ujrzała drugą stronę medalika:

    Duże M z poprzeczką i krzyżem. Pod literą M znajdowały się Serca Jezusa i Maryi – jedno z koroną cierniową, a drugie przebite mieczem.

    Spowiednik wizjonerki ks. Aladel na początku lekceważył jej doznania. W końcu jednak porozmawiał na ich temat z arcybiskupem Paryża. Ten okazał przychylność i nie miał nic przeciwko wybiciu pierwszych medalików.

    W latach 1832-1836 wybito ich w sumie około miliona. Przyniosły tak wielkie dary, że zaczęto je nazywać „cudownymi”. A nazwę „cudowny medalik” Stolica Apostolska zatwierdziła w 1838 r.

    Cytaty pochodzą z książek: E. Hanter, „Dar Niepokalanej. Cudowny Medalik”; W. Łaszewski, „Cudowny Medalik. Klucz do skarbnicy łask”.

    Eryk Łażewski/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 grudnia

    Święty Ambroży, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Józefa Rossello, dziewica
    ***

    web-saint-dec-07-ambrose-public-domain

    św. Ambroży i cesarz Teodozjusz
    Obraz Antoona van Dycka z XVII wieku
    /
    WIKIPEDIA (PD)
    ***

    Ambroży urodził się około 340 r. w Trewirze, ówczesnej stolicy cesarstwa (dziś w Niemczech). Jego ojciec był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii. Biskupstwo powstało tu już w wieku III/IV, od wieku VIII było już stolicą metropolii. Po św. Marcelinie i po św. Uraniuszu Satyrze, Ambroży był trzecim z kolei dzieckiem namiestnika.
    Podanie głosi, że przy narodzeniu Ambrożego, ku przerażeniu matki, rój pszczół osiadł na ustach niemowlęcia. Matka chciała ten rój siłą odegnać, ale roztropny ojciec kazał poczekać, aż rój ten sam się poderwał i odleciał. Paulin, który był sekretarzem naszego Świętego oraz pierwszym jego biografem, wspomina o tym wydarzeniu. Ojciec po tym wypadku zawołał: “Jeśli niemowlę żyć będzie, to będzie kimś wielkim!”. Wróżono, że Ambroży będzie wielkim mówcą. W owych czasach był zwyczaj, że chrzest odkładano jak najpóźniej, aby możliwie przed samą śmiercią w stanie niewinności przejść do wieczności. Innym powodem odkładania chrztu był fakt, że ten sakrament przyjęcia do grona wyznawców Chrystusa traktowano nader poważnie, z całą świadomością, że przyjęte zobowiązania trzeba wypełniać. Dlatego Ambroży przez wiele lat był tylko katechumenem, czyli kandydatem, zaś chrzest przyjął dopiero przed otrzymaniem godności biskupiej. Potem sam będzie ten zwyczaj zwalczał.
    Po śmierci ojca, gdy Ambroży miał zaledwie rok, wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Rzymu. Tam uczęszczał do szkoły gramatyki i wymowy. Kształcił się równocześnie w prawie. O jego wykształceniu najlepiej świadczą pisma, które pozostawił. Po ukończeniu nauki założył własną szkołę. W 365 roku, kiedy Ambroży miał 25 lat, udał się z bratem św. Satyrem do Syrmium (dziś: Mitrovica), gdzie była stolica prowincji Pannonii. Gubernatorem jej bowiem był przyjaciel ojca, Rufin. Pozostał tam przez 5 lat, po czym dzięki protekcji Rufina Ambroży został mianowany przez cesarza namiestnikiem prowincji Ligurii-Emilii ze stolicą w Mediolanie. Ambroży pozostawał na tym stanowisku przez 3 lata (370-373). Zaledwie uporządkował prowincję i doprowadził do ładu jej finanse, został wybrany biskupem Mediolanu, zmarł bowiem ariański biskup tego miasta, Auksencjusz. Przy wyborze nowego biskupa powstał gwałtowny spór: katolicy chcieli mieć biskupa swojego, a arianie swojego (arianizm kwestionował równość i jedność Osób Trójcy Świętej, został potępiony ostatecznie na Soborze Konstantynopolitańskim w 381 r.).
    Ambroży udał się do kościoła na mocy swojego urzędu, jak również dla zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Kiedy obie strony nie mogły dojść do zgody, jakieś dziecię miało zawołać: “Ambroży biskupem!” Wszyscy uznali to za głos Boży i zawołali: “Ambroży biskupem!” Zaskoczony namiestnik cesarski prosił o czas do namysłu. Skorzystał z nastającej nocy i uciekł z miasta. Rano jednak ujrzał się na koniu u bram Mediolanu. Widząc w tym wolę Bożą, postanowił więcej się jej nie opierać. O wyborze powiadomiono cesarza Walentyniana, który wyraził na to swoją zgodę. Dnia 30 listopada 373 r. Ambroży przyjął chrzest i wszystkie święcenia, a 7 grudnia został konsekrowany na biskupa. Rozdał ubogim cały swój majątek. Na wiadomość o wyborze Ambrożemu swoje gratulacje przesłali papież św. Damazy I i św. Bazyli Wielki.
    Pierwszym aktem nowego biskupa było uproszenie św. Bazylego, by przysłał mu relikwie św. Dionizego, biskupa Mediolanu, wygnanego przez arian do Kapadocji (zmarł tam w 355 r.). Św. Bazyli chętnie wyświadczył tę przysługę delegacji mediolańskiej. Relikwie powitano uroczyście. Z tej okazji Ambroży wygłosił porywającą mowę, którą wszystkich zachwycił. Odtąd będzie głosił słowo Boże przy każdej okazji, uważając nauczanie ludu za swój podstawowy pasterski obowiązek. Sam również w każdy Wielki Post przygotowywał osobiście katechumenów na przyjęcie w Wielką Sobotę chrztu. W rządach był łagodny, spokojny, rozważny, sprawiedliwy, życzliwy. Kapłani mieli więc w swoim biskupie najpiękniejszy wzór dobrego pasterza.
    Wielką wagę przykładał do liturgii. Jego imieniem do dziś jest nazywany ryt, który miał spory wpływ na liturgię rzymską i który został zachowany do dzisiaj; celebracje w liturgii ambrozjańskiej dozwolone są w diecezji mediolańskiej i we włoskojęzycznej części Szwajcarii.
    Ambroży dał się poznać jako pasterz rozważny, wrażliwy na krzywdę ludzką. Wyróżniał się silną wolą, poczuciem ładu, zmysłem praktycznym. Cieszył się wielkim autorytetem, o czym świadczą nadawane mu określenia: “kolumna Kościoła”, “perła, która błyszczy na palcu Boga”. Ideałem przyświecającym działalności św. Ambrożego było państwo, w którym Kościół i władza świecka wzajemnie udzielają sobie pomocy, a wiara spaja cesarstwo.

    Św. Ambroży
    fot.opoka.pl
    ***
    Dla odpowiedniego przygotowania kleru diecezjalnego Ambroży założył rodzaj seminarium-klasztoru tuż za murami miasta. Życiu przebywających tam kapłanów nadał regułę. Sam też często ich nawiedzał i przebywał z nimi. Był wszędzie tam, gdzie uważał, że jego obecność jest wskazana: w roku 376 wziął udział w Syrmium w wyborze prawowitego biskupa, a w dwa lata potem w tym samym mieście uczestniczył w synodzie przeciw arianom. Wziął także udział w podobnym synodzie w Akwilei, na którym usunięto ostatnich biskupów ariańskich (381). W roku 382 Ambroży wziął udział w synodzie w Rzymie, zwołanym przez papieża przeciwko apolinarystom (kwestionującym równość boskiej i ludzkiej natury Chrystusa) oraz przeciwko antypapieżowi Ursynowi. W roku 383 udał się do Trewiru, by omówić pilne sprawy kościelne.
    W roku 378 przeniosła się do Mediolanu matka cesarza Walentyniana II, Justyna, jawna zwolenniczka arian. Zabrała jedną z bazylik dla swoich wyznawców i obsadziła ariańskimi duchownymi swój zamek. Na swym 12-letnim synu wymogła, żeby prefektem (namiestnikiem) miasta mianował poganina, Symmacha, a gubernatorem całego okręgu mediolańskiego Pretestata, innego poganina. W tym czasie legiony ogłosiły cesarzem Maksymiana. Walentynian II, niepewny o swój los, przeniósł się do Mediolanu, ulegając we wszystkim matce-ariance. Gdy Ambroży udał się do Wenecji na początku roku 386, Justyna wymogła na cesarzu, żeby wydał dekret równouprawnienia dla arian z groźbą kary śmierci dla ich “prześladowców”. Kiedy zaś Ambroży powrócił do Mediolanu, nakazała ariańskiemu biskupowi Mercurino Aussenzio zająć dla arian bazylikę Porziana. Uprzedzony przedtem o niebezpieczeństwie, Ambroży zamknął się w tej właśnie bazylice wraz z ludem. Straż cesarska wraz z arianami otoczyła kościół, ale Ambroży ich do niego nie wpuścił. Oblężenie trwało przez szereg dni i nocy (podobno aż dwa miesiące). Mieszkańcy Mediolanu donosili pokarm oblężonym. Ponieważ mogło to skończyć się rewoltą, arianie musieli ustąpić, gdyż stanowili już wówczas mniejszość. Wywołało to ogromny entuzjazm, a Ambrożemu przyniosło daleki rozgłos. W dwa lata potem zmarła Justyna. Ponieważ wzrastała liczba wiernych, a w mieście były tylko trzy kościoły, Ambroży wystawił dalsze dwa oraz kilka kaplic.
    Pod wpływem Ambrożego cesarz Gracjan zrzekł się tytułu i stroju arcykapłana, jaki przynależał cesarzom rzymskim, usunął posąg Zwycięstwa oraz zniósł przywileje kapłanów pogańskich i westalek. Nie mniej serdeczne stosunki łączyły Ambrożego z następcą Gracjana, cesarzem Teodozjuszem Wielkim, który również na pewien czas obrał sobie w Mediolanie stolicę. Cesarz, nie bez wpływu biskupa Mediolanu, dekretem z roku 390 nakazał trzymać się orzeczeń soboru nicejskiego (325), w roku następnym zabronił wróżb i ogłosił kary za powrót do pogaństwa. W 390 roku wybuchły zamieszki w Tesalonice, w Macedonii. Cesarz łatwo je uśmierzył, lecz w swojej zapalczywości kazał zebrać się mieszkańcom miasta w amfiteatrze i wymordował ponad 7000 osób. Kiedy wracał z Werony do Mediolanu, Ambroży, wstrząśnięty wypadkami w Tesalonice, wystosował do niego list pełen czci, ale i wyrzutu, prosząc Teodozjusza, aby za tę publiczną, głośną zbrodnię przyjął publiczną pokutę. Jak wielki miał Ambroży autorytet, świadczy fakt, że cesarz pokutę wyznaczoną przyjął i przez trzy miesiące nie wstępował do kościoła (jako grzesznik). Pod wpływem kazań św. Ambrożego nawrócił się św. Augustyn, którego biskup ochrzcił w 387 r.
    W roku 392 Ambroży udał się aż do Kapui, by wziąć udział w synodzie zwołanym dla potępienia herezji, która Maryi odmawiała dziewictwa. Chciał udać się także do Pawii, by wziąć udział w instalacji nowego biskupa (397). Niestety, zabrakło mu sił. Pożegnał ziemię dla nieba dnia 4 kwietnia 397 roku, mając ok. 57 lat. Pochowano go w Mediolanie w bazylice, która dzisiaj nosi nazwę św. Ambrożego, obok śmiertelnych szczątków świętych męczenników Gerwazego i Protazego.
    Pozostawił po sobie liczne pisma moralno-ascetyczne i dogmatyczne oraz hymny – te weszły na stałe do liturgii. Bogatą spuściznę literacką stanowią przede wszystkim kazania, komentarze do Ewangelii św. Łukasza, mowy i 91 listów. Pracowity żywot zakończył traktatem o dobrej śmierci. Z powodu bogatej spuścizny literackiej został zaliczony, obok św. Augustyna, św. Hieronima i św. Grzegorza I Wielkiego, do grona czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego. Jego święto ustalono w rocznicę konsekracji biskupiej. Jest patronem Bolonii i Mediolanu oraz pszczelarzy.W ikonografii św. Ambroży przedstawiany jest w stroju pontyfikalnym. Malarze często ukazywali go w grupie czterech ojców Kościoła. Jego atrybutami są: bicz o trzech rzemieniach, dziecko w kołysce, gołąb i ptasie pióro jako znak boskiej inspiracji, księga, krzyż, mitra, model kościoła, napis: “Dobra mowa jest jak plaster miodu”, pastorał, pióro, ul.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Św. Ambroży,  biskup i doktor Kościoła. Dzięki jego kazaniom nawrócił się św. Augustyn
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Św. Ambroży, biskup i doktor Kościoła. Dzięki jego kazaniom nawrócił się św. Augustyn

    Ambroży urodził się około 340 r. w Trewirze, ówczesnej stolicy cesarstwa (dziś w Niemczech). Jego ojciec był namiestnikiem cesarskim, prefektem Galii. Biskupstwo powstało tu już w wieku III/IV, od wieku VIII było już stolicą metropolii. Po św. Marcelinie i po św. Uraniuszu Satyrze, Ambroży był trzecim z kolei dzieckiem namiestnika.

    Podanie głosi, że przy narodzeniu Ambrożego, ku przerażeniu matki, rój pszczół osiadł na ustach niemowlęcia. Matka chciała ten rój siłą odegnać, ale roztropny ojciec kazał poczekać, aż rój ten sam się poderwał i odleciał. Paulin, który był sekretarzem naszego Świętego oraz pierwszym jego biografem, wspomina o tym wydarzeniu. Ojciec po tym wypadku zawołał: “Jeśli niemowlę żyć będzie, to będzie kimś wielkim!”. Wróżono, że Ambroży będzie wielkim mówcą. W owych czasach był zwyczaj, że chrzest odkładano jak najpóźniej, aby możliwie przed samą śmiercią w stanie niewinności przejść do wieczności. Innym powodem odkładania chrztu był fakt, że ten sakrament przyjęcia do grona wyznawców Chrystusa traktowano nader poważnie, z całą świadomością, że przyjęte zobowiązania trzeba wypełniać. Dlatego Ambroży przez wiele lat był tylko katechumenem, czyli kandydatem, zaś chrzest przyjął dopiero przed otrzymaniem godności biskupiej. Potem sam będzie ten zwyczaj zwalczał.

    Po śmierci ojca, gdy Ambroży miał zaledwie rok, wraz z matką i rodzeństwem przeniósł się do Rzymu. Tam uczęszczał do szkoły gramatyki i wymowy. Kształcił się równocześnie w prawie. O jego wykształceniu najlepiej świadczą pisma, które pozostawił. Po ukończeniu nauki założył własną szkołę. W 365 roku, kiedy Ambroży miał 25 lat, udał się z bratem św. Satyrem do Syrmium (dzisiejsze Mitrovica), gdzie była stolica prowincji Pannonii. Gubernatorem jej bowiem był przyjaciel ojca, Rufin. Pozostał tam przez 5 lat, po czym dzięki protekcji Rufina Ambroży został mianowany przez cesarza namiestnikiem prowincji Ligurii-Emilii ze stolicą w Mediolanie. Ambroży pozostawał na tym stanowisku przez 3 lata (370-373). Zaledwie uporządkował prowincję i doprowadził do ładu jej finanse, został wybrany biskupem Mediolanu, zmarł bowiem ariański biskup tego miasta, Auksencjusz. Przy wyborze nowego biskupa powstał gwałtowny spór: katolicy chcieli mieć biskupa swojego, a arianie swojego (arianizm kwestionował równość i jedność Osób Trójcy Świętej, został potępiony ostatecznie na Soborze Konstantynopolitańskim w 381 r.).

    Ambroży udał się do kościoła na mocy swojego urzędu, jak również dla zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Kiedy obie strony nie mogły dojść do zgody, jakieś dziecię miało zawołać: “Ambroży biskupem!” Wszyscy uznali to za głos Boży i zawołali: “Ambroży biskupem!” Zaskoczony namiestnik cesarski prosił o czas do namysłu. Skorzystał z nastającej nocy i uciekł z miasta. Rano jednak ujrzał się na koniu u bram Mediolanu. Widząc w tym wolę Bożą, postanowił więcej się jej nie opierać. O wyborze powiadomiono cesarza Walentyniana, który wyraził na to swoją zgodę. Dnia 30 listopada 373 r. Ambroży przyjął chrzest i wszystkie święcenia, a 7 grudnia został konsekrowany na biskupa. Rozdał ubogim cały swój majątek. Na wiadomość o wyborze Ambrożemu swoje gratulacje przesłali papież św. Damazy I i św. Bazyli Wielki.

    Pierwszym aktem nowego biskupa było uproszenie św. Bazylego, by przysłał mu relikwie św. Dionizego, biskupa Mediolanu, wygnanego przez arian do Kapadocji (zmarł tam w 355 r.). Św. Bazyli chętnie wyświadczył tę przysługę delegacji mediolańskiej. Relikwie powitano uroczyście. Z tej okazji Ambroży wygłosił porywającą mowę, którą wszystkich zachwycił. Odtąd będzie głosił słowo Boże przy każdej okazji, uważając nauczanie ludu za swój podstawowy pasterski obowiązek. Sam również w każdy Wielki Post przygotowywał osobiście katechumenów na przyjęcie w Wielką Sobotę chrztu. W rządach był łagodny, spokojny, rozważny, sprawiedliwy, życzliwy. Kapłani mieli więc w swoim biskupie najpiękniejszy wzór dobrego pasterza.

    Wielką wagę przykładał do liturgii. Jego imieniem do dziś jest nazywany ryt, który miał spory wpływ na liturgię rzymską i który został zachowany do dzisiaj; celebracje w liturgii ambrozjańskiej dozwolone są w diecezji mediolańskiej i we włoskojęzycznej części Szwajcarii.

    Ambroży dał się poznać jako pasterz rozważny, wrażliwy na krzywdę ludzką. Wyróżniał się silną wolą, poczuciem ładu, zmysłem praktycznym. Cieszył się wielkim autorytetem, o czym świadczą nadawane mu określenia: “kolumna Kościoła”, “perła, która błyszczy na palcu Boga”. Ideałem przyświecającym działalności św. Ambrożego było państwo, w którym Kościół i władza świecka wzajemnie udzielają sobie pomocy, a wiara spaja cesarstwo.

    Dla odpowiedniego przygotowania kleru diecezjalnego Ambroży założył rodzaj seminarium-klasztoru tuż za murami miasta. Życiu przebywających tam kapłanów nadał regułę. Sam też często ich nawiedzał i przebywał z nimi. Był wszędzie tam, gdzie uważał, że jego obecność jest wskazana: w roku 376 wziął udział w Syrmium w wyborze prawowitego biskupa, a w dwa lata potem w tym samym mieście uczestniczył w synodzie przeciw arianom. Wziął także udział w podobnym synodzie w Akwilei, na którym usunięto ostatnich biskupów ariańskich (381). W roku 382 Ambroży wziął udział w synodzie w Rzymie, zwołanym przez papieża przeciwko apolinarystom (kwestionującym równość boskiej i ludzkiej natury Chrystusa) oraz przeciwko antypapieżowi Ursynowi. W roku 383 udał się do Trewiru, by omówić pilne sprawy kościelne.

    W roku 378 przeniosła się do Mediolanu matka cesarza Walentyniana II, Justyna, jawna zwolenniczka arian. Zabrała jedną z bazylik dla swoich wyznawców i obsadziła ariańskimi duchownymi swój zamek. Na swym 12-letnim synu wymogła, żeby prefektem (namiestnikiem) miasta mianował poganina, Symmacha, a gubernatorem całego okręgu mediolańskiego Pretestata, innego poganina. W tym czasie legiony ogłosiły cesarzem Maksymiana. Walentynian II, niepewny o swój los, przeniósł się do Mediolanu, ulegając we wszystkim matce-ariance. Gdy Ambroży udał się do Wenecji na początku roku 386, Justyna wymogła na cesarzu, żeby wydał dekret równouprawnienia dla arian z groźbą kary śmierci dla ich “prześladowców”. Kiedy zaś Ambroży powrócił do Mediolanu, nakazała ariańskiemu biskupowi Mercurino Aussenzio zająć dla arian bazylikę Porziana. Uprzedzony przedtem o niebezpieczeństwie, Ambroży zamknął się w tej właśnie bazylice wraz z ludem. Straż cesarska wraz z arianami otoczyła kościół, ale Ambroży ich do niego nie wpuścił. Oblężenie trwało przez szereg dni i nocy (podobno aż dwa miesiące). Mieszkańcy Mediolanu donosili pokarm oblężonym. Ponieważ mogło to skończyć się rewoltą, arianie musieli ustąpić, gdyż stanowili już wówczas mniejszość. Wywołało to ogromny entuzjazm, a Ambrożemu przyniosło daleki rozgłos. W dwa lata potem zmarła Justyna. Ponieważ wzrastała liczba wiernych, a w mieście były tylko trzy kościoły, Ambroży wystawił dalsze dwa oraz kilka kaplic.

    Pod wpływem Ambrożego cesarz Gracjan zrzekł się tytułu i stroju arcykapłana, jaki przynależał cesarzom rzymskim, usunął posąg Zwycięstwa oraz zniósł przywileje kapłanów pogańskich i westalek. Nie mniej serdeczne stosunki łączyły Ambrożego z następcą Gracjana, cesarzem Teodozjuszem Wielkim, który również na pewien czas obrał sobie w Mediolanie stolicę. Cesarz, nie bez wpływu biskupa Mediolanu, dekretem z roku 390 nakazał trzymać się orzeczeń soboru nicejskiego (325), w roku następnym zabronił wróżb i ogłosił kary za powrót do pogaństwa. W 390 roku wybuchły zamieszki w Tesalonice, w Macedonii. Cesarz łatwo je uśmierzył, lecz w swojej zapalczywości kazał zebrać się mieszkańcom miasta w amfiteatrze i wymordował ponad 7000 osób. Kiedy wracał z Werony do Mediolanu, Ambroży, wstrząśnięty wypadkami w Tesalonice, wystosował do niego list pełen czci, ale i wyrzutu, prosząc Teodozjusza, aby za tę publiczną, głośną zbrodnię przyjął publiczną pokutę. Jak wielki miał Ambroży autorytet, świadczy fakt, że cesarz pokutę wyznaczoną przyjął i przez trzy miesiące nie wstępował do kościoła (jako grzesznik). Pod wpływem kazań św. Ambrożego nawrócił się św. Augustyn, którego biskup ochrzcił w 387 r.

    W roku 392 Ambroży udał się aż do Kapui, by wziąć udział w synodzie zwołanym dla potępienia herezji, która Maryi odmawiała dziewictwa. Chciał udać się także do Pawii, by wziąć udział w instalacji nowego biskupa (397). Niestety, zabrakło mu sił. Pożegnał ziemię dla nieba dnia 4 kwietnia 397 roku, mając ok. 57 lat. Pochowano go w Mediolanie w bazylice, która dzisiaj nosi nazwę św. Ambrożego, obok śmiertelnych szczątków świętych męczenników Gerwazego i Protazego.

    Pozostawił po sobie liczne pisma moralno-ascetyczne i dogmatyczne oraz hymny – te weszły na stałe do liturgii. Bogatą spuściznę literacką stanowią przede wszystkim kazania, komentarze do Ewangelii św. Łukasza, mowy i 91 listów. Pracowity żywot zakończył traktatem o dobrej śmierci. Z powodu bogatej spuścizny literackiej został zaliczony, obok św. Augustyna, św. Hieronima i św. Grzegorza I Wielkiego, do grona czterech wielkich doktorów Kościoła zachodniego. Jego święto ustalono w rocznicę konsekracji biskupiej. Jest patronem Bolonii i Mediolanu oraz pszczelarzy.

    W ikonografii św. Ambroży przedstawiany jest w stroju pontyfikalnym. Malarze często ukazywali go w grupie czterech ojców Kościoła. Jego atrybutami są: bicz o trzech rzemieniach, dziecko w kołysce, gołąb i ptasie pióro jako znak boskiej inspiracji, księga, krzyż, mitra, model kościoła, napis: “Dobra mowa jest jak plaster miodu”, pastorał, pióro, ul.

    dam/brewiarz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 grudnia

    Święty Mikołaj, biskup


    fot. Basphoto/radio Bobola
    ***
    Mikołaj urodził się w Patras w Grecji ok. 270 r. Był jedynym dzieckiem zamożnych rodziców, uproszonym ich gorącymi modłami. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale także wrażliwością na niedolę bliźnich. Po śmierci rodziców swoim znacznym majątkiem chętnie dzielił się z potrzebującymi. Miał ułatwić zamążpójście trzem córkom zubożałego szlachcica, podrzucając im skrycie pieniądze. O tym wydarzeniu wspomina Dante w “Boskiej komedii”. Wybrany na biskupa miasta Miry (obecnie Demre w południowej Turcji), podbił sobie serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale także troskliwością o ich potrzeby materialne. Cuda, które czynił, przysparzały mu jeszcze większej chwały. Kiedy cesarz Konstantyn I Wielki skazał trzech młodzieńców z Miry na karę śmierci za jakieś wykroczenie, nieproporcjonalne do aż tak surowego wyroku, św. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, by uprosić dla swoich wiernych ułaskawienie.
    Kiedy indziej miał swoją modlitwą uratować rybaków od niechybnego utonięcia w czasie gwałtownej burzy. Dlatego odbiera cześć również jako patron marynarzy i rybaków. W czasie zarazy, jaka nawiedziła jego strony, usługiwał zarażonym z narażeniem własnego życia. Podanie głosi, że wskrzesił trzech ludzi, zamordowanych w złości przez hotelarza za to, że nie mogli mu zapłacić należności. Św. Grzegorz I Wielki w żywocie Mikołaja podaje, że w czasie prześladowania, jakie wybuchło za cesarzy Dioklecjana i Maksymiana (pocz. wieku IV), Święty został uwięziony. Uwolnił go dopiero edykt mediolański w roku 313. Biskup Mikołaj uczestniczył także w pierwszym soborze powszechnym w Nicei (325), na którym potępione zostały przez biskupów błędy Ariusza (kwestionującego równość i jedność Osób Trójcy Świętej).
    Po długich latach błogosławionych rządów Mikołaj odszedł po nagrodę do Pana 6 grudnia (stało się to między rokiem 345 a 352). Jego ciało zostało pochowane ze czcią w Mirze, gdzie przetrwało do roku 1087. Dnia 9 maja 1087 roku zostało przewiezione do włoskiego miasta Bari. 29 września 1089 roku uroczyście poświęcił jego grobowiec w bazylice wystawionej ku jego czci papież bł. Urban II.
    Najstarsze ślady kultu św. Mikołaja napotykamy w wieku VI, kiedy to cesarz Justynian wystawił mu w Konstantynopolu jedną z najwspanialszych bazylik. Cesarz Bazyli Macedończyk (w. VII) w samym pałacu cesarskim wystawił kaplicę ku czci Świętego. Do Miry udawały się liczne pielgrzymki. W Rzymie św. Mikołaj miał dwie świątynie, wystawione już w wieku IX. Papież św. Mikołaj I Wielki (858-867) ufundował ku czci swojego patrona na Lateranie osobną kaplicę. Z czasem liczba kościołów św. Mikołaja w Rzymie doszła do kilkunastu. W całym chrześcijańskim świecie św. Mikołaj miał tak wiele świątyń, że pewien pisarz średniowieczny pisze: “Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci”. W XIII wieku pojawił się zwyczaj rozdawania w szkołach pod patronatem św. Mikołaja stypendiów i zapomóg.
    O popularności św. Mikołaja jeszcze dzisiaj świadczy piękny zwyczaj przebierania się ludzi za św. Mikołaja i rozdawanie dzieciom prezentów. Podobiznę Świętego opublikowano na znaczkach pocztowych w wielu krajach. Postać św. Mikołaja uwieczniło wielu malarzy i rzeźbiarzy. Wśród nich wypada wymienić Agnolo Gaddiego, Arnolda Dreyrsa, Jana da Crema, G. B. Tiepolo, Tycjana itd. Najstarszy wizerunek św. Mikołaja (z VI w.) można oglądać w jednym z kościołów Bejrutu.
    W Polsce kult św. Mikołaja był kiedyś bardzo popularny. Jeszcze dzisiaj pod jego wezwaniem jest aż 327 kościołów w naszej Ojczyźnie. Po św. Janie Chrzcicielu, a przed św. Piotrem i Pawłem najpopularniejszy jest św. Mikołaj. Do najokazalszych należą kościoły w Gdańsku i w Elblągu. Ołtarzy Mikołaj posiada znacznie więcej, a figur i obrazów ponad tysiąc. Zaliczany był do Czternastu Orędowników. Zanim jego miejsce zajął św. Antoni Padewski, św. Mikołaj był wzywany we wszystkich naglących potrzebach.



    Postać Świętego, mimo braku wiadomości o jego życiu, jest jedną z najbardziej barwnych w hagiografii. Jest patronem Grecji, Rusi, Antwerpii, Berlina, Miry, Moskwy, Nowogrodu; bednarzy, cukierników, dzieci, flisaków, jeńców, kupców, marynarzy, młynarzy, notariuszy, panien, piekarzy, pielgrzymów, piwowarów, podróżnych, rybaków, sędziów, studentów, więźniów, żeglarzy.
    W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub greckiego. Jego atrybutami są m. in.: anioł, anioł z mitrą, chleb, troje dzieci lub młodzieńców w cebrzyku, trzy jabłka, trzy złote kule na księdze lub w dłoni (posag, jaki według legendy podarował biednym pannom), pastorał, księga, kotwica, sakiewka z pieniędzmi, trzy sakiewki, okręt, worek prezentów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    Mikołaj jako biskup historia

    Pierwsze dary św. Mikołaja

    Opowiadanie pochodzi z książki “Szaleńcy Boży”.

    Dom ubogiego Symforiona kamieniarza stał przy głównym placu Myry, górującym wysoko nad piaskowzgórzem licyjskim. W oddali błękitniało morze. Białe żagle, podobne motylom, skupiały się wokoło błyszczących w słońcu portowych ramion Andriaku. Plac był duży, nieustannie wypełniony tłumem ruchliwym i gwarnym, wieczną radość dla oczu dziecięcych stanowiącym, przeto Prakseda, Sekundus i Ab-don, nędzne potomstwo ubogiego Symforiona, przesiadywali całe dnie przed domem, sycąc oczy, by oszukać głód żołądka. Nagie ich ciałka wystalizną kości jaskrawo wyrażały zadawnioną biedę. Zapadłe głęboko oczy wpierały się pożądliwie w nieosiągnięty nigdy przedmiot marzeń: gorące placki miodne, maczane w oliwie, grubego handlarza Gorgona, sąsiada. Gdy na cienkim trójzębie żelaznym rozdawał placki szczęśliwcom, mogącym zapłacić za nie ćwierć obola, oliwa kapała na gorącą blachę, przypalając się z sykiem, i rozkoszna woń dochodziła aż ku dzieciom, powodując łaskotanie w krzyżu i napływ śliny do wyschniętej grdyki.
    Tuż za Gorgonem stara jednooka Tryscylla sprzedawała gołębie. Powiązane za nóżki parami, podlatywały wkoło niej, trzepocąc. Prócz gołębi handlowała też dziewczętami, długie chwile trawiąc na szeptach z bogatą młodzieżą myreńską, do której szczerzyła bezzębne, krzywe usta. Wróżbiarz Thalesus zapraszał ręką przechodniów do wnętrza zasnutej oponą izby, w której smrodliwych ciemnościach ukazywał w wiadrze wody przyszłe losy. Rój much brzęczał opodal nad rozłożonym mięsiwem przed kramem rzeźnika. Psy bezpańskie płowe wałęsały się między nogami przechodniów. Środkiem placu przelewał się ruchliwy tłum, pstro i barwnie przyodziany. Filozofowie w białych tunikach szli poważnie, rozmyślnie nie widząc przechodniów. Za nimi śpieszyli skryby. Nieraz zdarzało się, że na jednym końcu placu stawał na kamiennym podwyższeniu retor, na przeciwnym zaś sofista, do zupełnego schrypnięcia głosu starając się przekrzyczeć wzajemnie i przyciągnąć tłum do siebie. Podjudzani przez rozbawionych słuchaczy, kończyli nieraz dysputę pięściami. W dnie świąteczne przesuwały się wśród modłów procesje diakonów i pobożnych diakonis w długich zasłonach na twarzach. Czasem wstrząsał miastem żelazny krok legij, dążących z Północy na Południe albo ze Wschodu na Zachód. Rzemienne skórznie zrudziałe były od śniegów lub popękane od gorących piasków. Drgały mocą stalowe golenie, kolana. Szczękały tarcze, władne wznieść Cezara, olśniewały w słońcu miecze, zdolne powalić wybrańca. Przed zwartym ich wężem rozstępował się z dala tłum i gród zalegała cisza. Oni zaś szli mimo, nie spoglądając na boki, zapatrzeni w daleką swą drogę, we własną rzymską nieodpartą moc. Gdy wieczór zapadał, do wygłodniałych dzieci powracał równie jak one wychudły ojciec Symforion, cały dzień pracujący w kopalniach marmuru, w twardym trudzie zdobywający prawo do nędznego życia. Przynosił dzieciom garść fig i suchy placek jęczmienny, po czym układali się na spoczynek przed drzwiami niskiego domostwa. Plac zalegała cisza. Czerwone latarnie błyskały u drzwi winiarni. Gdy i one zgasły, maleńkie samotne światło ponad bazyliką jak baczne oko czuwało nad uśpionym miastem. Każdy z mieszkańców spojrzawszy w tę stronę wiedział, że to płonie lampka zatlona ku czci Matki Bożej, przed której obrazem sędziwy biskup Myry, świątobliwy Epiphanes, trawi dnie i noce na nieustannej modlitwie. Z dawna pacierzami jeno dzielił sobie czas, niewidomym od lat będąc.
    Wiekowy był biskup, z łoża z trudem dźwigający się przy pomocy pilnych diakonów. Rozluźnione więzy starczego ciała z trudem przytrzymywały duszę, która lada dzień uleci. Uleciałaby już pewno, gdyby nie troska, do ziemi wiążąca. Podziela ją całe miasto: Nie masz biskupa następcy! Słusznie przypuszczają ludzie, że działają tu złe czary. Bo raz po raz diakom i Rada przywodzą przed starca kapłanów co najprzedniejszych, najświątobliwszych, uczonych, prosząc by ręce na którego z nich położył, następcą swoim mianując — na próżno, bo bezsilnie opadają starcze dłonie. Do zmartwiałego ucha Głosy tajemne, nieodparte, szepcą: Nie tego naznaczysz!… I próżno wypatruje starzec ślepe oczy, czekając na godniejszego. Stawali już przed nim z całej Licji ludzie godni wielkiego zaszczytu i urażeni odeszli. Wrócił do swojej pustelni, uśmiechając się wyrozumiale nad starczym dziwactwem biskupa, świątobliwy anachoreta Hierofanus. Odszedł uczony teolog Baladon. Lud szemrał niezadowolony. Lada dzień biskup zemrze i trza będzie chyba do dalekiej Aleksandrii słać, do tamtejszego kościoła. Skołatany, serdecznie bolejący nad tym stanem rzeczy Epiphanes czuwał nocami, w modlitewnym wysiłku daremnie starając się rozeznać, od kogo pochodził więżący dłoń jego Głos. Był to głos Boga? Nie byłże to — o udręko! — głos demona?! Wspierając utrudzone, rozeschłe ciało o klęcznik, modlił się starzec bezsenny.
    Z pięknego swego domu, na przeciwnym końcu placu tuż przy domku kamieniarza stojącego, patrzył uparcie w światełko migocące w komnatce biskupa — Mikołaj, syn Euzebiuszowy. Młody był, brzydki i nieśmiały. Dziwaczna nieśmiałość pętała go od dziecka niby sieć. Stronił od ludzi, których lękał się w cichym swym sercu. Bezpieczny byłby i wolny gdzieś na dalekiej pustyni, los zaś uczynił go dziedzicem wielkiego majątku, z którym nie wiedział, co począć. Noce jego były bezsenne i nużące ciężką troską. Nie chciał bogactwa, a jak by je rozdać, nie wiedział. Nieśmiałość kleiła mu wargi, gdy pragnął rozważnej porady starszyzny. Zawezwać ubogich, niech biorą? Ścierpnął i skulił się w sobie na myśl, że ogłoszono by go dobroczyńcą i wyniesiono w triumfie na plac. Zbierała ochota rzucić wszystko i nocą ujść z domu, lecz wstrzymywała myśl o chciwym krewniaku, który przyjdzie, dom opuszczony zajmie i twardą dłonią zacięży nad niewolnikami. Udarował ich wolnością — oni przedsię padli mu do nóg, błagając, by im pozostać pozwolił… I plątał się bezradnie wśród swych bezużytecznych dostatków, których podjąć i dobroczynnym potokiem między ludzkość skierować nie umiał.
    Świt błysnął, różowiąc góry. Ranny wiew odświeżył skołataną głowę. Stroskany młody bogacz spojrzał z ganku w dół, gdzie kamieniarz Symforion ziewał, powstając do pracy. Dzieci spały, nagie, skulone pod chłodem nocy, podobne do sinych trupków. Nagły ból ścisnął serce Mikołaja.
    Zaprawdę — pomyślał — wszystko na świecie jest lżejsze i do zniesienia łatwiejsze niż niedola małych dzieci. Współczującym okiem ogarnąć można każdy ból i pójść swoją drogą spokojnie, jeno nie cierpienie dziecka. Człek dojrzały zna przyczynę i powody swego bólu. Człek dojrzały zapaśnikiem jest świadomym — dzisiaj leży powalony, kto wie zaś, czyli sam nie tłoczył przeciwnika wczoraj? Któż odgadnie, jaki odwet gotuje mu jutro? Lecz krzywda dziecka cięższa jest niż świat. Niewinne oczy, zachodzące łzami z bolesnym zdziwieniem nad złem, palące są i niezapomniane jak wyrzut Boga samego. Niewinność Chrystusowa mieszka w drobnym ciałku nie znającym grzechu ni jego przyczyny. Kto miłuje Chrystusa, miłować musi ponad wszystko inne — dzieci. Przez nie dojdzie ku Niemu najłacniej. Biada życiu, które krzywdzi małych! Szczęśliwy, kto krzywdę dziecinną nagrodzi…
    Stukot oddalających się spiesznie sandałów obudził w nocy Praksedę córkę Symforiona. Ciemna postać w naciągniętym głęboko kapturze mignęła w zdziwionych oczach dziewczynki. Odwróciła się na drugi bok, by zasnąć ponownie, gdy zapach bliski, nęcący poderwał ją na nogi. Instynktem głodnego zwierzęcia wyczuła jadło w pobliżu. Sięgnęła ręką — znalazła. Ze zdławionym piskiem zdziwienia kopnęła w chude żebra braci. Na wpół przytomni ze snu, rzucili się na nią, na zdobycz. Nie mówili nic. W mroku nocnym węchem i dotykiem raczej niż oczami rozpoznawali, zachłystując się spazmem rozkoszy, z widzenia jeno znajome mięsiwo pieczone w szafranie, węgorze tłuste w oliwie i placki lepkie od miodu, wonne od korzeni. Jedli żarłocznie, pomrukując z rozkoszy, jak to czynią zwierzęta, aż gdy szczęki im ustały, a kałdunki po raz pierwszy w życiu stały się pełne i ciężkie, przebudzili śpiącego opodal ojca. Ubogi kamieniarz, ostrożnym człowiekiem będąc, nie zadowolił się samym faktem radosnym. Nasyciwszy głód, zapragnął wiedzieć, skąd spadły dary nieznane. Lecz Prakseda nie umiała nic powiedzieć. Obudziła się, bo nieznajomy człowiek biegł przez plac. Poczuła placki, bo leżały tuż obok… Zatliwszy olejny kaganek, Symforion podjął ostrożnie resztę zapasów, by skryć je w izbie przed okiem zawistnych sąsiadów — i radość odjęła mu mowę: oto jeszcze lniana szatka, w sam raz dla Praksedy, i opończe ciepłe, wielbłądzie dla chłopców, i woreczek dzwoniący, a w nim… Ach! ach! a!… Przyciskając go oburącz do piersi, nędzarz dygotał jak liść. Nie będą już nigdy głodni! Ukląkł, bijąc pokłony Stwórcy, a także i bogom, nie wiedział bowiem, kto mu ten dar zesłał. Dziękował więc we łzach Jezusowi i Jowiszowi zarazem. Najświętszej Pannie i Afrodycie. Naraz pomyślał, że niechybnie okradziono kogoś w mieście, i złodziej, spłoszony, zdobycz swą przy nich podrzucił. Wszakże dziewczyna uciekającego słyszała. Zgarnął oburącz skarb, przenosząc go w głąb ciemnej nory, zwanej domem, przykazując srogo dzieciom nic nikomu o zdarzeniu nie opowiadać, natomiast pilnie słuchać, gdy obwoływacz stratę ogłosi. Lecz obwoływacz nie ukazał się wcale na placu, na którym dwóch retorów potykało się na słowa od straży rannej do schyłku dnia — aż słuchacze, zakładający się o to, który przetrzyma, wodę im z winem podawali dla pokrzepienia.
    Ubogi dotychczas kamieniarz nie wiedział, co o tym myśleć. Nie wiedział również, że następnej zaraz nocy dzieci uboższego jeszcze niż on Nazariusza takiż sam skarb przy ubogim swoim posłaniu znalazły i że równie jak on ostrożny Nazariusz zalecił dzieciom milczenie. Z kolei bogatymi się zbudziły i małe córki starej Darii, wdowy niemocą ruszonej, potem Rustykus i Klemens, sieroty po Tymoteuszu tragarzu. Wtedy przestano się już ukrywać i wieść huknęła wśród ludzi, że dobroczynny demon nawiedza miasto w nocy, rozdaje królewskie dary. Zapewne obdzieli z kolei wszystkich mieszkańców?
    Z radosnym wzruszeniem myśleli bogaci kupcy, jakie skarby tajemniczy gość musi zachowywać dla nich, skoro tak hojnie obdziela nędzarzy, niewartych spojrzenia. Kimże był? Aniołem? Demonem dobrym? Gdy nie kwapił się iść z darami pomiędzy bogaczy, gotowi go byli ogłosić duchem piekieł, czartem, i dary na ogień skazać. Że znajdowały się jednak między nimi misternie z drzewa lub kamienia rzeźbione wyobrażenia Baranka albo Gołębicy, musiano uznać niebiańskie pochodzenie dobroczyńcy. Tymczasem nie mijała noc, by ktoś z ubogich, dzieci mających, obdarowany nie został. W mieście nie mówiono już o niczym innym, z grozą, zawiścią, uniesieniem i błogosławieństwem lub oczekiwaniem. Bądź co bądź podnosiło to ogromnie znaczenie grodu. Myra dotychczas szczyciła się, że wylądował w niej kiedyś Paweł z Tarsu, Apostoł narodów, a przejeżdżał cesarz Hadrian, obwożący po całym świecie frasobliwą, niespokojną duszę. Do tych odwiedzin przybywały nowe, nierównie wszakże znaczniejsze.

    Nikt dotąd nie widział tajemniczego przybysza. Zjawiał się, gdzie się go nie spodziewano, i rzuciwszy do wnętrza domu lub przed progiem tłumok z darami, znikał bez śladu. Niektórzy zaręczali, że widzieli świetlisty rąbek mknącej szaty i rozpoznawali Archanioła Gabriela. Inni stwierdzali, że pojawieniu się Geniusza towarzyszył nagły wicher, a wraz czar schodził na głowy mieszkańców, klejąc im oczy nieprzepartym snem. Więc grube przekupki, omijane dotychczas przez Ducha, kiwały frasobliwie głowami, zapewniając, że nieczyste to muszą być moce.
    Wśród ogólnego zaciekawienia prawie niepostrzeżenie przechodziła inna sprawa, zaszczytu miastu nie przynosząca, nie ogadana ani roztrząśnięta jak by należało przez gawiedź rynkową. Oto Mikołaj syn Euzebiuszowy, po którym słusznie spodziewać się było można statku i pobożnej obyczajności, zostawszy dziedzicem nie byle majątku, zamknął się przed ludźmi, by wieść życie gorszące i haniebne. Co dzień wieczorem (opowiadali z żalem niewolnicy) młody pan wymykał się z domu, by wrócić dopiero o świcie. Przepadał bez wieści i darmo próbowano go śledzić.
    Pozornie niezręczny, nabierał chytrości węża, gdy chodziło o zmylenie śladów. Raz wyzwoleńcowi imieniem Jonas udało się go dostrzec:
    w ciemnej opończy i kapturze szczelnie nasuniętym na głowę wałęsał się po najgorszej, odległej dzielnicy miasta. Czego tam szukał?… Co więcej, starszy wyzwoleniec Theobaldus, zaufany nieboszczyka Mikołajowego ojca, zajrzał kiedyś ukradkiem do skarbca domowego i z przerażeniem zauważył w nim znaczny ubytek. Mikołaj trwonił fortunę z trudem zbieraną przez pobożnego a zapobiegliwego Euzebiusza! Niewątpliwie hołdował grzesznym miłostkom greckim, przez Kościół najsurowiej potępionym.
    Starsi mężowie starali się nakłonić świątobliwego Epiphanesa, by grzesznika do siebie zawezwał i powagą biskupią poprawę życia nakazał, lecz starzec obojętny był na te namowy.
    — Zali kto go na grzechu zdybał? — zapytywał.
    Darmo było zdziecinniałemu ślepcowi tłumaczyć, iż niepotrzebny jest widok grzechu samego, tam gdzie ogólne, niezbite o winie trwa przekonanie. Na koniec więc dawni przyjaciele i towarzysze nieboszczyka Euzebiusza, Markus Ancilla, najbogatszy kupiec w mieście, zapalczywy Chrystofor, żeglarz i łagodny Lucjus, trzymający gospodę w Andriaku, zeszli się, by synowi przyjaciela sumienie roztrząsać. Dość długo stukali kołatką u wrót, zanim niewolnik otworzył i dostojników do atrium wprowadził. Markus trącił znacząco Chrystofora w bok i obaj smutnie pokiwali głowami, rozglądając się dokoła.
    Wykwintne niegdyś mieszkanie wiało opuszczeniem. Na zapylonym marmurze tabliczek nie zapisał się od dawien dawna żaden gość. Jedynie przed obrazem Najświętszej Dziewicy, umieszczonym w miejscu, gdzie pogańskimi czasy stał ołtarzyk bóstw domowych, płonęła lampka oliwna jak dawniej.
    Na odgłos kroków odwrócili głowy. Mikołaj stał przed nimi, schylając się w kornym ukłonie. Nieśmiała jego twarz wyrażała najwyższe zakłopotanie, szerokie usta uśmiechały się niepewnie, a z całej postawy bił lęk nieczystego sumienia. Obrzucili go surowo badawczym wejrzeniem, siadając wygodnie na ławie.
    — Mikołaju, synu Euzebiuszowy! — zagaił rzecz Markus Ancilla z powagą. — Jako przyjaciele ojca twego pobożnej pamięci przyszliśmy cię spytać, co czynisz…
    — Zgorszenie miastu dajesz, którego ścierpieć nie możemy! — przerwał porywczo Chrystofor.
    — Zbawienie duszy narażając — westchnął Lucjus, składając ręce na wydatnym brzuchu.
    — Noce poza domem spędzasz — podjął surowo Ancilla — majątek nikczemnie marnujesz. Nie po to ojciec twój zapobiegliwie go gromadził…
    — Hańbisz się! Tajnej rozpuście oddajesz!
    — Powiadają już, żeś wiary świętej odstąpił, do pogańskich praktyk bezecnych należąc… Mikołaj potrząsnął głową przecząco.
    — Oby tak nie było!… Dokąd zatem chodzisz nocami?
    — Gadaj zaraz, a szczerze!
    — W imieniu gminy żądamy!
    A gdy oskarżony milczał uparcie, mnąc kraj sukni w drżących palcach, w sercu poważnych mężów wezbrał słuszny gniew.
    — Biada ci, nieszczęśniku, który w szpony szatanów popadłeś! — zagrzmiał Chrystofor. — Biada ci! Ratować będziem twą duszę, z wolą czy bez woli, obaczysz!
    Wyszli wzburzeni, otrzepując na progu starannie sandały. Mikołaj stał bez ruchu. Wyzwoleniec odprowadził ich do drzwi.
    — Nie tak nas tu niegdyś przyjmowano — sapnął doń gniewnie Chrystofor. — Na taki żar nawet kropli wina nie podałeś, Symforionie!
    — Nie mamy wina w domu, dostojny panie! — szepnął wyzwoleniec.
    — Nie ma wina?! Cóż podajecie do stołu?
    — Mleko kozie — westchnął sługa. — Młody pan przaśnymi plackami, figami i mlekiem żyje, a my z nim — dokończył żałośnie.
    — Słyszeliście, szlachetni przyjaciele? — zagadnął za wrotami do towarzyszy Markus Ancilla. — W nocy fortunę trwoni na rozpustę, w domu zasię służbę głodzi…
    — Czary to pogańskie! Czary! Tesalijskie jędze go zmamiły. Widziały praczki onegdaj podle gaju, któren ku wybrzeżu schodzi, korowód owych czarownic, przy miesiącu tańce swoje sprawujących…
    — Uchowaj Boże! — wzdrygnął się z lękiem Lucjus.
    — Na świętego Walentego męczennika! W gaju?! Toż tam Mikołaja, rzekomo wracającego z Andriaku, widziano!
    — Baczycie?!
    — Nie tylko dla pamięci cnotliwego Euzebiusza, lecz dla spokoju całego miasta, które za sprawą jednego apostaty nawiedzone przez demony być może, należy swawolę Mikołaja grzesznika ukrócić — stwierdził uroczyście Chrystofor.
    Weszli do winiarni, gdzie znajomi zwartym kołem otaczali Serwiliusza owocarza. Geniusz dobroczynny nawiedził jego dom tej nocy. Mała Lucylla zdążyła zobaczyć, gdy znikał, długi szmat barwnej materii. Dziecko, jak to dziecko, upierało się, że była to sakwa z kwiecistego bławatu zeszyta, z której Geniusz wytrząsnął swe dary, niewątpliwie zaś musiał to być kraj szaty lub skrzydła.
    Lecz trzej mężowie słuchali tego obojętnie. Co tam Geniusz! Dotąd nie był u nich i u innych, co najprzedniejszych. Nierównie więcej pochłania ich uwagę sprawa Mikołaja. Obiecali sobie roztoczyć baczny nadzór nad grzesznikiem.
    Jakoż w parę dni później już go wykryli, przemykającego się nocą pod ścianami.
    — Mikołaju! Mikołaju! Stój!
    Słysząc wołanie porwał się uciekać. Skoczyli za nim. Wnet przyłączyli się do nich sąsiedzi, zwabieni hałasem. Mikołaj pędził jak jeleń, daremnie starając się zmylić pogoń w zawiłej plątaninie uliczek. Tłum, krzycząc i grożąc, biegł za nim. Gorliwsi kamieniami sięgali. Zbudziło się całe miasto.
    Nieczuły z dawna na gwary zewnętrzne, w rozmyślaniach dusznych zatopiony, sędziwy biskup Epiphanes roztworzył szeroko w ciemność niewidome oczy. Wrzawa rozbudzonego miasta biła w okna, nie dochodząc doń. Daleki o całe światy od wrzaskliwych ludzi z dołu, uniósł się, zasłuchany w Głosy tajemne, Boskie, zza krawędzi świata dochodzące, których dźwięk tak jest odległy, iż czterdzieści lat ciszy straszliwej pustyni zaledwie nieraz wystarczy, aby je uchem pochwycić. Nakaz, tyle lat oczekiwany, przyszedł nareszcie i bił weń rozkazująco, mocno, nieodparcie. Przyłożył dłonie do czoła, by uciszyć szum, wypełniający suchą czaszkę niby morską konchę, i treść nakazu rozeznać. Zapragnął wstać i pójść, choć nie wiedział jeszcze, dokąd. Nie było nikogo w pobliżu. Diakoni zbiegli na dół, zwabieni krzykiem na placu, przeto sam dźwignął z wysiłkiem zniedołężniałe ciało. Drżącymi rękoma zmacał biskupie swe szaty. Włożył na głowę infułę. Podpierając się laską-krzywulą, schodził po schodach, wiedziony czuciem nieomylnym.
    Głosy śpiewały wokoło i w nim. Rozeznawał je teraz wyraźnie: ptaszęcym chórem dzwoniły:
    Naznacz go! Naznacz go! Naznacz go i spocznij rad…
    Szedł ciemną nawą kościoła, szczęśliwy, wyciągając w ciemności ramiona ku temu, kogo głos zwiastował… Nareszcie będzie mógł spocząć!… Czuł już wieczną wiosnę duszy, ku której wyzwolić się osiągnie prawo. Odrzuci larwę cielesną starości jak łachman przykry, zetlały.
    Zachwiał się nagle, bo człowiek uciekający upadł mu do nóg bezwładnie. Rozświegotały się Głosy, rozjaśniła się twarz starca. Niezbicie czując, iż trzyma w ramionach następcę, nie pytał, kim był ów człowiek ani skąd się wziął. Nie wiedział, że równocześnie wtargnął do kościoła groźny i wzburzony tłum. Blask pochodni rozświecał głęboką noc bazyliki. W tym świetle ujrzano starca, jak radosnymi rękami zdejmował z głowy infułę, tyle lat na głowie ciążącą, i wciskał na głowę zbiega. Z szyi krzyż, z ręki laskę pasterza krzywulę. W gorączce szczęśliwej zsuwał z sękatego palca pierścień, drżącą ręką szukał dłoni, na którą ametyst nasunie. A ustroiwszy, odwrócił go twarzą ku wyjściu i wzniósł wysoko błogosławiące dłonie nad głową wybrańca. Nie słyszał gniewnego szemrania. Tłum, zaskoczony, nie chciał ustąpić bynajmniej. Omyłka świątobliwego ślepca była zbyt widoczna i gorsząca. Szacunek wstrzymywał, rozsądek nakazywał przeciwdziałać rychło. Ruszono naprzód stanowczo. A w tejże chwili, wpółprzytomny ze wstydu i przerażenia, Mikołaj upuścił zawiniątko, kurczowo dotąd przy piersi trzymane. Upadło z szelestem na ziemię. Okrągłe placuszki z miodu, radość dzieci, potoczyły się po stopniach aż pod nogi tłumu.
    — Sakwa Geniusza! — wykrzyknęła ze zdumieniem mała Lucylla, córka owocarza.

    ZOFIA KOSSAK-SZCZUCKA/wiara.pl

    ____________________________________________________________________________________

    Święty Mikołaj - biskup, nie ,,krasnal'' z reklamy Coca Coli!
    fot. Ilja Repin, Aleksa Pietrow, domena publiczna, Wikimedia Commons, edytowane

    ***

    Święty Mikołaj – biskup, nie ,,krasnal” z reklamy Coca Coli!

    6 grudnia to doskonała okazja, aby przypomnieć, że prawdziwy święty Mikołaj nie ma za wiele wspólnego z postacią w czerwonym szlafroku, która pojawiła się w kulturze masowej za sprawą reklamy Coca Coli. Dziś wspominamy Świętego Mikołaja- biskupa.

    Mikołaj urodził się w Patras w Grecji ok. 270 r. Był jedynym dzieckiem zamożnych rodziców, uproszonym ich gorącymi modłami. Od młodości wyróżniał się nie tylko pobożnością, ale także wrażliwością na niedolę bliźnich. Po śmierci rodziców swoim znacznym majątkiem chętnie dzielił się z potrzebującymi. Miał ułatwić zamążpójście trzem córkom zubożałego szlachcica, podrzucając im skrycie pieniądze. O tym wydarzeniu wspomina Dante w “Boskiej komedii”. Wybrany na biskupa miasta Miry (obecnie Demre w południowej Turcji), podbił sobie serca wiernych nie tylko gorliwością pasterską, ale także troskliwością o ich potrzeby materialne. Cuda, które czynił, przysparzały mu jeszcze większej chwały. Kiedy cesarz Konstantyn I Wielki skazał trzech młodzieńców z Miry na karę śmierci za jakieś wykroczenie, nieproporcjonalne do aż tak surowego wyroku, św. Mikołaj udał się osobiście do Konstantynopola, by uprosić dla swoich wiernych ułaskawienie.

    Kiedy indziej miał swoją modlitwą uratować rybaków od niechybnego utonięcia w czasie gwałtownej burzy. Dlatego odbiera cześć również jako patron marynarzy i rybaków. W czasie zarazy, jaka nawiedziła jego strony, usługiwał zarażonym z narażeniem własnego życia. Podanie głosi, że wskrzesił trzech ludzi, zamordowanych w złości przez hotelarza za to, że nie mogli mu zapłacić należności. Św. Grzegorz I Wielki w żywocie Mikołaja podaje, że w czasie prześladowania, jakie wybuchło za cesarzy Dioklecjana i Maksymiana (pocz. wieku IV), Święty został uwięziony. Uwolnił go dopiero edykt mediolański w roku 313. Biskup Mikołaj uczestniczył także w pierwszym soborze powszechnym w Nicei (325), na którym potępione zostały przez biskupów błędy Ariusza (kwestionującego równość i jedność Osób Trójcy Świętej).
    Po długich latach błogosławionych rządów Mikołaj odszedł po nagrodę do Pana 6 grudnia (stało się to między rokiem 345 a 352). Jego ciało zostało pochowane ze czcią w Mirze, gdzie przetrwało do roku 1087. Dnia 9 maja 1087 roku zostało przewiezione do włoskiego miasta Bari. 29 września 1089 roku uroczyście poświęcił jego grobowiec w bazylice wystawionej ku jego czci papież bł. Urban II.

    Najstarsze ślady kultu św. Mikołaja napotykamy w wieku VI, kiedy to cesarz Justynian wystawił mu w Konstantynopolu jedną z najwspanialszych bazylik. Cesarz Bazyli Macedończyk (w. VII) w samym pałacu cesarskim wystawił kaplicę ku czci Świętego. Do Miry udawały się liczne pielgrzymki. W Rzymie św. Mikołaj miał dwie świątynie, wystawione już w wieku IX. Papież św. Mikołaj I Wielki (858-867) ufundował ku czci swojego patrona na Lateranie osobną kaplicę. Z czasem liczba kościołów św. Mikołaja w Rzymie doszła do kilkunastu. W całym chrześcijańskim świecie św. Mikołaj miał tak wiele świątyń, że pewien pisarz średniowieczny pisze: “Gdybym miał tysiąc ust i tysiąc języków, nie byłbym zdolny zliczyć wszystkich kościołów, wzniesionych ku jego czci”. W XIII wieku pojawił się zwyczaj rozdawania w szkołach pod patronatem św. Mikołaja stypendiów i zapomóg.

    O popularności św. Mikołaja jeszcze dzisiaj świadczy piękny zwyczaj przebierania się ludzi za św. Mikołaja i rozdawanie dzieciom prezentów. Podobiznę Świętego opublikowano na znaczkach pocztowych w wielu krajach. Postać św. Mikołaja uwieczniło wielu malarzy i rzeźbiarzy. Wśród nich wypada wymienić Agnolo Gaddiego, Arnolda Dreyrsa, Jana da Crema, G. B. Tiepolo, Tycjana itd. Najstarszy wizerunek św. Mikołaja (z VI w.) można oglądać w jednym z kościołów Bejrutu.
    W Polsce kult św. Mikołaja był kiedyś bardzo popularny. Jeszcze dzisiaj pod jego wezwaniem jest aż 327 kościołów w naszej Ojczyźnie. Po św. Janie Chrzcicielu, a przed św. Piotrem i Pawłem najpopularniejszy jest św. Mikołaj. Do najokazalszych należą kościoły w Gdańsku i w Elblągu. Ołtarzy Mikołaj posiada znacznie więcej, a figur i obrazów ponad tysiąc. Zaliczany był do Czternastu Orędowników. Zanim jego miejsce zajął św. Antoni Padewski, św. Mikołaj był wzywany we wszystkich naglących potrzebach.

    Święty Mikołaj Postać Świętego, mimo braku wiadomości o jego życiu, jest jedną z najbardziej barwnych w hagiografii. Jest patronem Grecji, Rusi, Antwerpii, Berlina, Miry, Moskwy, Nowogrodu; bednarzy, cukierników, dzieci, flisaków, jeńców, kupców, marynarzy, młynarzy, notariuszy, panien, piekarzy, pielgrzymów, piwowarów, podróżnych, rybaków, sędziów, studentów, więźniów, żeglarzy.

    W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest w stroju biskupa rytu łacińskiego lub greckiego. Jego atrybutami są m. in.: anioł, anioł z mitrą, chleb, troje dzieci lub młodzieńców w cebrzyku, trzy jabłka, trzy złote kule na księdze lub w dłoni (posag, jaki według legendy podarował biednym pannom), pastorał, księga, kotwica, sakiewka z pieniędzmi, trzy sakiewki, okręt, worek prezentów.

    brewiarz.pl, Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 grudnia

    Błogosławiony Narcyz Putz,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Saba Jerozolimski, prezbiter
      •  Błogosławiony Filip Rinaldi, prezbiter
    ***
    Błogosławiony Narcyz Putz w seminarium

    Narcyz Putz urodził się 28 października 1877 r. w Sierakowie, w Wielkopolsce. Chrzest przyjął 25 listopada 1877 r. w sierakowskim kościele parafialnym pw. Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. Uczęszczał do gimnazjum św. Marii Magdaleny (zwanego też “Marynką”) w Poznaniu, gdzie w 1898 r. uzyskał świadectwo dojrzałości. Następnie studiował filozofię i teologię w seminarium duchownym w Poznaniu.
    Święcenia kapłańskie przyjął w 1902 r. w Gnieźnie z rąk Prymasa Polski, arcybiskupa Floriana Stablewskiego. Został administratorem parafii św. Andrzeja Apostoła w Boruszynie; potem pracował także w Obrzycku, Szamotułach i Wronkach. Narcyz nie tylko wykonywał posługę kapłańską, ale udzielał się także w różnych polskich stowarzyszeniach działających w zaborze pruskim. Uczestniczył w ruchu spółdzielczym w Szamotułach. Pracował społecznie w bankach ludowych i instytucjach charytatywnych.
    Najbardziej zapamiętano jego odczyty z historii Polski. Występował przeciwko wywłaszczaniu polskiej ziemi, pomagał przy zakładaniu organizacji skupiającej polskich rolników. W jednym z przedwojennych czasopism pisano o nim: “Jako młody wikary pracuje przez szereg lat w parafii szamotulskiej i stacza sławne boje z początkującą naówczas w Wielkopolsce Polską Partią Socjalistyczną. Poza gorliwą pracą w kościele pracuje w organizacjach parafialnych, narodowych i oświatowych, jak również w ruchu spółdzielczym”.
    Tuż przed wybuchem I wojny światowej został proboszczem w parafii św. Jadwigi Śląskiej we wsi Mądre, w powiecie średzkim. W czasie wojny wspomagał stowarzyszenia i związki Polaków żyjących i pracujących w głębi ówczesnych Niemczech, zwłaszcza w Saksonii, gdzie corocznie bywał. Był też prezesem Towarzystwa Czytelni Ludowych na powiat średzki oraz prezesem Banku Ludowego w pobliskim Zaniemyślu.
    Cztery lata później, w 1918 r., tuż przed końcem wojny i odrodzeniem Rzeczpospolitej, został komendarzem (pełniącym obowiązki proboszcza) w parafii pw. św. Mikołaja w Ludzisku. Organizował powstańców, z którymi pośpieszył na pomoc w oswobodzeniu przez nich Inowrocławia w 1919 roku. Od 1920 r. był administratorem okręgu duszpasterskiego przy kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. W 1924 r. kościół ten stał się sercem nowo erygowanej bydgoskiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jej pierwszym proboszczem został ks. Narcyz.

    Błogosławiony Narcyz Putz

    Był skutecznym polonizatorem okręgu i parafii, w owych latach zamieszkałych w dużej mierze przez Niemców – dopiero po 1920 r. zaczęła przybywać na te tereny ludność polska. Zapoczątkował odwiedzanie parafian w ich domach, organizował polskie duszpasterstwo. Gdy proporcja Polaków do Niemców na to pozwoliła, zlikwidował kazania po niemiecku (Niemców na Mszę św. przychodziło bowiem niewielu). Pomimo skarg mniejszości niemieckiej nie uległ ich presji.
    Szczególną uwagę przywiązywał do duszpasterstwa dzieci. Był współorganizatorem i jednym z najaktywniejszych członków Komitetu Kolonii Feryjnych, dla którego zakupił gospodarstwa w Jastrzębcu pod Bydgoszczą. W 1924 r. z wyjazdów wakacyjnych skorzystało ok. 200 dzieci. Oprócz spełniania rozlicznych obowiązków duszpasterskich, aktywnie uczestniczył w życiu społecznym miasta. Od 1920 r. zasiadał w radzie miejskiej. Wchodził w skład kilku deputacji: bibliotecznej, teatralnej, szkolnej oraz komisji gospodarczej.
    W 1925 r. otrzymał instytucję kanoniczną na beneficjum dużej parafii i kościoła pw. św. Wojciecha w Poznaniu. Jako proboszcz kontynuował prace restauratorskie i upiększające w świątyni. W 1930 r. został mianowany przez kard. Augusta Hlonda honorowym radcą duchownym, a w 1937 r. kanonikiem honorowym Kapituły Metropolitalnej w Poznaniu. Pełnił funkcję inspektora duchownego nauki religii. Podobnie jak w Bydgoszczy, i tu zajmował się dziećmi.
    Jednym z charakterystycznych rysów jego pasterzowania była umiejętność budowania kościołów i tworzenia wokół nich nowych parafii. W Poznaniu stało się tak w przypadku kościoła pw. św. Stanisława Kostki na Winiarach, kościoła pw. św. Jana Vianneya na Sołaczu i kościoła pw. Matki Bożej Częstochowskiej w Naramowicach. Nie zaniedbywał biednych, z myślą o nich prowadził tanie kuchnie.
    Miał opinię dobrego kaznodziei i spowiednika. Bardzo aktywnie uczestniczył w pracach nad tworzeniem i rozwojem katolickich czasopism religijnych w Poznaniu. W końcu lat 20-tych i w latach 30-tych ubiegłego wieku był redaktorem wielu poznańskich pism parafialnych o treści wychowawczo-pastoralnej. Również w Poznaniu aktywnie uczestniczył w życiu politycznym i społecznym.
    Wybuch II wojny światowej zastał go w Warszawie. 4 października 1939 r. został aresztowany przez niemieckie gestapo i uwięziony na Pawiaku. Zwolniono go po dwóch tygodniach. Powrócił do Poznania, ale już 9 listopada 1939 r. Niemcy ponownie go aresztowali i tym razem już nie wypuścili. Osadzili go w osławionym Forcie VII, poznańskim obozie koncentracyjnym, gdzie przeszedł prawdziwą gehennę. Pijani niemieccy SS-mani nawet w nocy nie dawali mu spokoju, bili go i grozili bronią, pastwili się nad nim. Mimo różnego rodzaju szykan i tortur, zachowywał cierpliwość i wspierał współcierpiących nieszczęśników. Zachował pogodę ducha. W grypsie do siostry z 27 grudnia 1939 r. pisał: “Wilja była trochę smutna, ale Bóg pomoże. Zdrów jestem. Wspaniałą miałem brodę, ale ją we wilję zgoliłem […] Uściski. Z Bogiem. N.”.
    24 kwietnia 1940 r. przewieziono go do niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Dachau. Był to pierwszy transport więźniów polskich do tego miejsca kaźni. 6 czerwca 1940 r. osadzono go w obozie koncentracyjnym KL Mauthausen. Pracował tam niewolniczo w kamieniołomach i przy budowie obozu. Cierpiał na dławicę piersiową, nie miał jednej nerki, a mimo tego przetrwał skrajnie trudne warunki egzystencji obozowej. Nie tylko przetrwał – dalej sprawował, na ile warunki pozwalały, posługę kapłańską, po kryjomu organizując modlitwy i nabożeństwa oraz podnosząc współwięźniów na duchu.
    Po pół roku, 8 grudnia 1940 r., przewieziono go z powrotem do KL Dachau, gdzie otrzymał numer obozowy 22064. Tam pracował najpierw na plantacjach, a później w pończoszarni. Słynne były inicjowane przez niego Godzinki i Gorzkie Żale. Nazywano go “hetmanem duchowym”, który pocieszał i podnosił na duchu swoim optymizmem i radosnym przyjmowaniem doświadczenia Bożego. Cieszył się sympatią wszystkich polskich więźniów.
    Wyczerpany ciężkimi warunkami i zapaleniem płuc, zmarł 5 grudnia 1942 r. w baraku dla niezdolnych do pracy w Dachau. Świadek zeznał, że ostatnim zabiegiem w tym niemieckim “szpitalu” był dany ks. Narcyzowi zastrzyk benzyny. Jego ciało spalono w obozowym krematorium.
    13 czerwca 1999 r. ks. Narcyz Putz został beatyfikowany w Warszawie przez św. Jana Pawła II w gronie 108 męczenników, ofiar II wojny światowej. Dwa lata wcześniej, 3 czerwca 1997 r., w czasie Mszy św. w Poznaniu, papież przypominał czasy życia i posługi ks. Narcyza: “Ileż to razy wiara i nadzieja narodu polskiego była wystawiana na próbę, na bardzo ciężkie próby w tym XX wieku, który się kończy! Wystarczy przypomnieć pierwszą wojnę światową i związaną z nią determinację tych wszystkich, którzy podjęli zdecydowaną walkę o odzyskanie niepodległości. Wystarczy przypomnieć międzywojenne dwudziestolecie, w czasie którego trzeba było wszystko budować właściwie od początku. A potem przyszła druga wojna światowa i straszliwa okupacja w wyniku układu między Niemcami hitlerowskimi a Rosją sowiecką, który przesądził o wymazaniu Polski jako państwa z mapy Europy. Jakże radykalnym wyzwaniem był ten okres dla nas wszystkich, dla wszystkich Polaków! Rzeczywiście, pokolenie drugiej wojny światowej spalało się poniekąd na wielkim ołtarzu walki o utrzymanie i zapewnienie wolności Ojczyzny”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 grudnia

    Święta Barbara, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Damasceński, prezbiter i doktor Kościoła
      •  Błogosławiony Archanioł Canetoli, prezbiter
      •  Błogosławiony Piotr ze Sieny, tercjarz
      •  Błogosławiony Adolf Kolping, prezbiter
      •  Święty Jan Calabria, prezbiter
    ***
    Święta Barbara

    Nie wiemy dokładnie ani kiedy, ani w jakich okolicznościach św. Barbara z Nikomedii poniosła śmierć. Przypuszcza się, że zapewne ok. roku 305, kiedy nasilenie prześladowań za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305-311) było największe. Nie znamy również miejscowości, w której Święta żyła i oddała życie za Chrystusa. Późniejszy jej żywot jest utkany legendą.
    Według niej była piękną córką bogatego poganina Dioskura z Heliopolis w Bitynii (Azja Mniejsza). Ojciec wysłał ją na naukę do Nikomedii. Tam zetknęła się z chrześcijaństwem. Prowadziła korespondencję z wielkim filozofem i pisarzem Orygenesem z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Ojciec dowiedziawszy się o tym, pragnąc wydać ją za mąż i złamać opór dziewczyny, uwięził ją w wieży. Jej zdecydowana postawa wywołała w nim wielki gniew. Przez pewien czas Barbara była głodzona i straszona, żeby wyrzec się wiary. Kiedy to nie poskutkowało, ojciec zaprowadził ją do sędziego i oskarżył. Sędzia rozkazał najpierw Barbarę ubiczować, jednak chłosta wydała się jej jakby muskaniem pawich piór. W nocy miał ją odwiedzić anioł, zaleczyć jej rany i udzielić Komunii św. Potem sędzia kazał Barbarę bić maczugami, przypalać pochodniami, a wreszcie obciąć jej piersi. Chciał ją w takim stanie pognać ulicami miasta, ale wtedy zjawił się anioł i okrył jej ciało białą szatą. Wreszcie sędzia zrozumiał, że torturami niczego nie osiągnie. Wydał więc wyrok, by ściąć Barbarę mieczem. Wykonawcą tego wyroku miał się stać ojciec Barbary, Dioskur. Podobno ledwie odłożył miecz, zginął rażony piorunem. Barbara poniosła męczeńską śmierć w Nikomedii (lub Heliopolis) ok. 305 roku.
    Być może tak nietypowa śmierć, zadana ręką własnego ojca, rozsławiła cześć św. Barbary na Wschodzie i na Zachodzie. Żywoty jej ukazały się w języku greckim, syryjskim, koptyjskim, ormiańskim, chaldejskim, a w wiekach średnich we wszystkich językach europejskich. W wieku VI cesarz Justynian sprowadził relikwie św. Barbary do Konstantynopola. Stąd zabrali je Wenecjanie w 1202 roku do swojego miasta, by przekazać je z kolei pobliskiemu Torcello, gdzie znajdują się w kościele św. Jana Ewangelisty.
    Również w Polsce kult św. Barbary był zawsze bardzo żywy. Już w modlitewniku Gertrudy, córki Mieszka II (XI w.), wspominana jest pod datą 4 grudnia. Pierwszy kościół ku jej czci wystawiono w 1262 r. w Bożygniewie koło Środy Śląskiej. Poza Polską św. Barbara jest darzona wielką czcią także w Czechach, Saksonii, Lotaryngii, południowym Tyrolu, a także w Zagłębiu Ruhry. W Nadrenii uważana jest za towarzyszkę św. Mikołaja – warto wiedzieć, że w wielu miejscach to właśnie ona obdarowuje dzieci prezentami.

    Święta Barbara

    Jako patronkę dobrej śmierci czcili św. Barbarę przede wszystkim ci, którzy na śmierć nagłą i niespodziewaną są najbardziej narażeni: górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze, więźniowie itp. Polecali się jej wszyscy, którzy chcieli sobie uprosić u Pana Boga śmierć szczęśliwą. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Nie zawiódł się. Kiedy znalazł się w śmiertelnej chorobie na łożu boleści, a właściciel wynajętego przez Kostków domu nie chciał jako zaciekły luteranin wpuścić kapłana z Wiatykiem, wtedy zjawiła mu się św. Barbara i przyniosła Komunię świętą. Barbara jest ponadto patronką archidiecezji katowickiej, Edessy, Kairu; architektów, cieśli, dzwonników, kowali, ludwisarzy, murarzy, szczotkarzy, tkaczy, wytwórców sztucznych ogni, żołnierzy (szczególnie artylerzystów i załóg twierdz). Jest jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli.
    W ikonografii św. Barbara przedstawiana jest w długiej, pofałdowanej tunice i w płaszczu, z koroną na głowie, niekiedy w czepku. W ręku trzyma kielich i Hostię. Według legendy tuż przed śmiercią anioł przyniósł jej Komunię św. Czasami ukazywana jest z wieżą, w której była więziona (wieża ma zwykle 3 okienka, które miały przypominać Barbarze prawdę o Trójcy Świętej), oraz z mieczem, od którego zginęła. Atrybuty: anioł z gałązką palmową, dwa miecze u jej stóp, gałązka palmowa, kielich, księga, lew u stóp, miecz, monstrancja, pawie lub strusie pióro, wieża.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    3 grudnia

    Święty Franciszek Ksawery, prezbiter

    Święty Franciszek Ksawery

    Franciszek urodził się 7 kwietnia 1506 r. na zamku Xavier w kraju Basków (Hiszpania). Jego ojciec był doktorem uniwersytetu w Bolonii, prezydentem Rady Królewskiej Navarry. W 1525 r. Franciszek podjął studia teologiczne w Paryżu. Po uzyskaniu stopnia magistra przez jakiś czas wykładał w College Domans-Beauvais, gdzie zapoznał się z św. Piotrem Faberem (1526), zaś w kilka lat potem (1529) ze św. Ignacym Loyolą. Niebawem zamieszkali w jednej celi. Mieli więc dosyć okazji, by się poznać, by przedstawić swoje zamiary i ideały. Równocześnie Franciszek rozpoczął na Sorbonie studia teologiczne z zamiarem poświęcenia się na służbę Bożą. Duszą całej trójki i duchowym wodzem był św. Ignacy. Razem też obmyślili utworzyć pod sztandarem Chrystusa nową rodzinę zakonną, oddaną bez reszty w służbę Kościoła Chrystusowego. Potrzeba nagliła, gdyż właśnie w tym czasie Marcin Luter rozwinął kampanię przeciwko Kościołowi, a obietnicą zagarnięcia majątków kościelnych pozyskał sporą część magnatów niemieckich i z innych krajów Europy.
    Dnia 15 sierpnia 1534 roku na Montmartre w kaplicy Męczenników wszyscy trzej przyjaciele oraz czterej inni towarzysze złożyli śluby zakonne, poprzedzone ćwiczeniami duchowymi pod kierunkiem św. Ignacego. W dwa lata potem wszyscy udali się do Wenecji, by drogą morską jechać do Ziemi Świętej. W oczekiwaniu na statek usługiwali w przytułkach i szpitalach miasta. Kiedy jednak nadzieja rychłego wyjazdu zbyt się wydłużała, gdyż Turcja spotęgowała wtedy swoją ekspansję na kraje Europy, a w jej ręku była ziemia Chrystusa, wszyscy współzałożyciele Towarzystwa Jezusowego udali się do Rzymu. Tam Franciszek otrzymał święcenia kapłańskie 24 czerwca 1537 roku; miał już 31 lat. W latach 1537-1538 Franciszek apostołował w Bolonii, a potem powrócił do Rzymu, gdzie wraz z towarzyszami oddał się pracy duszpasterskiej oraz charytatywnej. Dnia 3 września 1540 r. papież Paweł III zatwierdził ustnie Towarzystwo Jezusowe, a 27 września tego samego roku osobną bullą dał ostateczną aprobatę nowemu dziełu, które niebawem miało zadziwić świat, a Kościołowi Bożemu przynieść tak wiele wsparcia.
    W tym samym czasie przychodziły do św. Ignacego naglące petycje od króla Portugalii, Jana III, żeby wysłał do niedawno odkrytych Indii swoich kapłanów. Św. Ignacy wybrał grupę kapłanów z Szymonem Rodriguezem na czele. Ten jednak zachorował i musiał zrezygnować z tak dalekiej i męczącej podróży. Wówczas na jego miejsce zgłosił się Franciszek Ksawery. Oferta została przez św. Ignacego przyjęta i Franciszek z małą grupą oddanych sobie towarzyszy opuścił Rzym 15 marca 1540 roku, by go już więcej nie zobaczyć. Udał się zaraz do Lizbony, stolicy Portugalii, aby załatwić wszelkie formalności. Wolny czas w oczekiwaniu na okręt poświęcał posłudze wobec więźniów i chorych oraz głoszeniu słowa Bożego.

    Święty Franciszek Ksawery

    7 kwietnia 1541 roku, zaopatrzony w królewskie pełnomocnictwa oraz mandat legata papieskiego, wyruszył na misje do Indii. Po długiej i bardzo uciążliwej podróży, w warunkach nader prymitywnych, wśród niebezpieczeństw (omalże nie wylądowali na brzegach Brazylii), przybyli do Mozambiku w Afryce, gdzie musieli czekać na pomyślny wiatr, bowiem żaglowiec nie mógł dalej ruszyć. Franciszek wykorzystał czas, by oddać się posłudze chorych. W czasie zaś długiej podróży pełnił obowiązki kapelana statku. Wszakże trudy podróży i zabójczy klimat rychło dały o sobie znać. Franciszek zapadł na śmiertelną chorobę, z której jednak cudem został uleczony. Kiedy dotarli do wyspy Sokotry, leżącej na południe od Półwyspu Arabskiego, okręt musiał ponownie się zatrzymać. Tu Franciszek znalazł grupkę chrześcijan zupełnie pozbawioną opieki duszpasterskiej. Zajął się nimi, a na odjezdnym przyrzekł o nich pamiętać. Wreszcie po 13 miesiącach podróży 6 maja 1542 roku statek przybył do Goa, politycznej i religijnej wówczas stolicy portugalskiej kolonii w Indiach. Spora liczba Portugalczyków żyła dotąd bez stałej opieki kapłanów. Święty zabrał się energicznie do wygłaszania kazań, katechizacji dzieci i dorosłych, spowiadał, odwiedzał ubogich. Następnie zostawił kapłana-towarzysza w Goa, a sam udał się na tak zwane “Wybrzeże Rybackie”, gdzie żyło około dwadzieścia tysięcy tubylców-rybaków, pozyskanych dla wiary świętej, lecz bez duchowej opieki. Pracował wśród nich gorliwie dwa lata (1543-1545).
    W 1547 roku Franciszek zdecydował się na podróż do Japonii. Za płatnego tłumacza służył mu Japończyk Andziro, który znał język portugalski. Był on już ochrzczony i bardzo pragnął, aby także do jego ojczyzny zanieść światło wiary. Franciszek mógł jednak udać się do Japonii dopiero w dwa lata potem, gdy Ignacy przysłał mu więcej kapłanów do pomocy. Dzięki nim założył nawet dwa kolegia jezuickie w Indiach: w Kochin i w Bassein. W kwietniu 1549 roku z portu Goa Franciszek wyruszył do Japonii. Po 4 miesiącach, 15 sierpnia wylądował w Kagoshimie. Tamtejszy książę wyspy przyjął go przychylnie, ale bonzowie stawili tak zaciekły opór, że musiał wyspę opuścić. Udał się na wyspę Miyako, wprost do cesarza – w nadziei, że gdy uzyska jego zezwolenie, będzie mógł na szeroką skalę rozwinąć działalność misyjną. Okazało się jednak, że cesarz był wtedy na wojnie z książętami, którzy chcieli pozbawić go tronu. Udał się więc na wyspę Yamaguchi, ubrał się w bogaty strój japoński i ofiarował tamtejszemu władcy bogate dary. Władca Ouchi-Yshitaka przyjął Franciszka z darami chętnie i dał mu zupełną swobodę w apostołowaniu. Wtedy udał się na wyspę Kiu-siu, gdzie pomyślnie pokierował akcją misyjną. Łącznie pozyskał dla wiary około 1000 Japończyków. Zostawił przy nich dwóch kapłanów dla rozwijania dalszej pracy, a sam powrócił do Indii (1551). Uporządkował sprawy diecezji i parafii, utworzył nową prowincję zakonną, założył nowicjat zakonu i dom studiów.
    Postanowił także trafić do Chin. Daremnie jednak szukał kogoś, kto by chciał z nim jechać. Chińczycy bowiem byli wówczas wrogo nastawieni do Europejczyków, a nawet uwięzili przybyłych tam Portugalczyków. Udało mu się wsiąść na okręt z posłem wice-króla Indii do cesarza Chin. Przybyli do Malakki, ale tu właściciel statku odmówił posłowi i Franciszkowi dalszej żeglugi, przelękniony wiadomościami, że może zostać aresztowany. Wtedy Franciszek wynajął dżonkę i dojechał nią aż do wyspy Sancian, w pobliżu Chin. Żaden jednak statek nie chciał płynąć dalej w obawie przed ciężkimi karami, łącznie z karą śmierci, jakie czekały za przekroczenie granic Chin.
    Franciszek, utrudzony podróżą i zabójczym klimatem, rozchorował się na wyspie Sancian i w nocy z 2 na 3 grudnia 1552 roku oddał Bogu ducha zaledwie w 46. roku życia. Ciało pozostało nienaruszone rozkładem przez kilka miesięcy, mimo upałów i wilgoci panującej na wyspie. Przewieziono je potem do Goa, do kościoła jezuitów. Tam spoczywa do dnia dzisiejszego w pięknym mauzoleum – ołtarzu. Relikwię ramienia Świętego przesłano do Rzymu, gdzie znajduje się w jezuickim kościele Il Gesu we wspaniałym ołtarzu św. Franciszka Ksawerego.
    Z pism św. Franciszka pozostały jego listy. Są one najpiękniejszym poematem jego życia wewnętrznego, żaru apostolskiego, bezwzględnego oddania sprawie Bożej i zbawienia dusz. Już w roku 1545 ukazały się drukiem w języku francuskim, a w roku 1552 w języku niemieckim.
    Do chwały błogosławionych wyniósł Franciszka Ksawerego papież Paweł V w 1619 roku, a już w trzy lata potem, w 1622 r., kanonizował go papież Grzegorz XV wraz z Ignacym Loyolą, Filipem Nereuszem, Teresą z Avila i Izydorem Oraczem. W roku 1910 papież św. Pius X ogłosił św. Franciszka Ksawerego patronem Dzieła Rozkrzewiania Wiary, a w roku 1927 papież Pius XI ogłosił go wraz ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus głównym patronem misji katolickich. Jest patronem Indii i Japonii oraz marynarzy. Orędownik w czasie zarazy i burz.
    W ikonografii św. Franciszek Ksawery przedstawiany jest w sukni jezuickiej obszytej muszlami lub w komży i stule. Niekiedy otoczony jest gronem tubylców. Jego atrybutami są: gorejące serce, krab, krzyż, laska pielgrzyma, stuła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________________

    3 grudnia

    Żywot świętego
    Franciszka Ksawerego, jezuity

    (żył około roku Pańskiego 1552)

    Na akademii paryskiej zasłynął około roku 1533 jako profesor filozofii młody szlachcic Franciszek, rodem ze zamku Ksawier pod Pampeluną w Hiszpanii. Równocześnie z nim chodził do akademii szlachcic hiszpański Ignacy, którego serce dążyło do wyższego celu. Młody Ignacy odgadł w uczonym Franciszku Ksawerym narzędzie wybrane i nie szczędził starań i zabiegów, aby go pozyskać dla Chrystusa. Nie przestawał przypominać mu pamiętnych słów Zbawiciela: “Co pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a szkodę by poniósł na duszy?” W uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny ślubował Franciszek wraz z Ignacym i pięciu innymi poświęcić życie nawracaniu niewiernych i zbawieniu duszy, a ustąpiwszy z katedry profesorskiej, zajął się nauką teologii.

    Gdy w jakiś czas potem król portugalski Jan III zwrócił się do Ignacego z prośbą o kilku zakonników, którzy by mieli chęć udać się na misje do Indii Wschodnich, Ignacy wyznaczył na ten cel Franciszka Ksawerego i jeszcze drugiego kapłana.

    Otrzymawszy błogosławieństwo papieża Pawła III odbył Franciszek pielgrzymkę do obrazu Matki Boskiej w Lorecie, do której miał osobliwsze nabożeństwo, a potem wybrał się przez Alpy do Lizbony. W podróży przechodził około rodzinnego zamku, w którym żyła jeszcze ukochana matka, ale z tęsknoty oglądania jej uczynił ofiarę Bogu i kazał ją tylko przez drugich pożegnać tymi słowy: “Spodziewam się wkrótce i na wieki oglądać cię w Niebie”. W stolicy Portugalii mieszkał przed wybraniem się w drogę nie w pałacu królewskim, lecz w szpitalu, poświęcając cały czas pielęgnowaniu chorych. Podróż do Indii trwała trzynaście miesięcy. Po wylądowaniu w Goa poprosił o ciasną komórkę w szpitalu i torował sobie drogę do serc pogan w ten sposób, że nasamprzód starał się usunąć zgorszenia między tamtejszymi chrześcijanami. Rano pierwszym jego zajęciem było krzepienie ciała i duszy więźniów i chorych. Potem przechodził wszystkie place i ulice miasta z dzwonkiem w ręku i zapraszał dzieci i doroślejszych do kościoła na nauki katechizmowe. Za pośrednictwem dzieci zjednywał sobie zaufanie i wdzięczność rodziców. Wielka była ilość grzeszników, którzy wskutek jego zabiegów szczerze się nawrócili, i pogan, którzy prosili o chrzest święty. Założył także seminarium w celu wychowywania i kształcenia młodych współpracowników. Później udał się do szczepu Parawasów, którzy już dawniej byli przyjęli chrzest, ale dla braku nauki i kapłanów popadli znowu w pogaństwo. Po przybyciu zdziałał wiele cudów przy chorych i zmarłych, co na krajowcach uczyniło niesłychane wrażenie. Uprzejmością i gorliwością w nauczaniu pozyskał sobie wszystkich, a ziarno przez niego rzucone wydało tysiąckrotny plon. Aby ten plon nie zniszczał, budował Franciszek kościoły, uregulował nabożeństwo, a najzdatniejszych nowonawróconych mianował nauczycielami. Następnie udał się do Trawankoru, gdzie za widoczną przyczyną niewyczerpanej łaski Bożej zaraz w pierwszym miesiącu ochrzcił dziesięć tysięcy pogan i w krótkim czasie poświęcił 45 kościołów. Sława św. cudotwórcy rozeszła się po całych Indiach. Zewsząd go zapraszano, wszędzie z radością witano. Błogie skutki działalności spowodowały go do napisania prośby do świętego Ignacego, aby mu przysłał jeszcze więcej misjonarzy.

    Gdy na wyspie Terrate założył liczną parafię, doszła go wiadomość, że mieszkańcy Mory, nienawidzący Portugalczyków, zamordowali przyjaciela jego Simona, który ich nawrócił do chrześcijaństwa, i popadli znowu w bałwochwalstwo. Franciszek bez namysłu wybrał się do nich w drogę. Odradzano mu tę podróż, gdyż klimat tych stron był niezdrowy, mieszkańcy byli osławieni jako rozbójnicy, a skwary tamtejsze były dla cudzoziemców nieznośne. Na te przestrogi tak odpowiedział: “Gdyby to były kopalnie złota, srebra i drogich kamieni, gdyby tam można liczyć na obfity połów pereł, każdy by tam poszedł, nie pytając o niebezpieczeństwa. Czyż by kupiec miał okazywać więcej odwagi w nadziei obfitego zysku i zbogacenia, aniżeli misjonarz chrześcijański, któremu wiadomo, że może tam pozyskać dla Nieba dusze nieśmiertelne? Choćby mi się udało ocalić tylko jedną duszę, nie powinienem się ulęknąć nawet największego niebezpieczeństwa”.

    Pojechał więc, zdobył dla Chrystusa dwa największe miasta i zbawiennie wpłynął na poprawę obyczajów ich mieszkańców. Potem udał się do miasta Goa, powitał przybyłych z Europy misjonarzy i każdemu z nich wyznaczył teren działania.

    Zamiast wypocząć po mozolnej pracy, wsiadł na statek pogańskiego rozbójnika morskiego i puścił się do Japonii, leżącej na wschodnim krańcu Azji. Wylądował na brzegu wyspy bez broni, bez funduszów, bez znajomości języka krajowego, bez pomocy obcej, polegając jedynie na Bogu i nadziei, że Wszechmocny udzieli mu daru porozumienia się z rozmaitymi szczepami osiadłymi na wyspach, tworzących cesarstwo japońskie. Głoszenie Ewangelii było tu niesłychanie trudne, a nawet niebezpieczne, gdyż kapłani we wszystkim stawiali mu nieprzezwyciężone przeszkody, mimo to jednak zdołał w ciągu półtrzecia roku zasiać tyle ziarna Boskiego, że posiew ten w chwili jego odjazdu bujnie się rozkrzewił, bo po trzydziestu latach było w Japonii już około czterysta tysięcy chrześcijan.

    święty Franciszek Ksawery

    ***

    Ksawery przyszedł do przekonania, że nawrócenie Japonii pójdzie szybszym krokiem, jeśli przedtem przyjmą wiarę Chrystusową Chińczycy, którzy mieli u Japończyków wielkie znaczenie, pospieszył przeto do Goa, ażeby się przysposobić na tę ważną misję. Sprzysięgli się przeciw niemu ludzie i żywioły, aby zniweczyć jego usiłowania, ale mimo to dotarł aż do wyspy Sancian, skąd miał już niedaleko do Chin, celu swej tęsknoty. Wtem zapadł na ciężką febrę; leżąc w nędznej, słomianej chacie, pozbawiony pomocy, z cierpliwością znosił boleści przedśmiertne i skonał z obliczem niebieską radością rozjaśnionym dnia 2 grudnia 1552, licząc lat czterdzieści sześć. Święte jego zwłoki spuszczono do grobu w kościele jezuitów w Goa. Paweł V ogłosił go w roku 1619 Błogosławionym, a Grzegorz XV zaliczył w roku 1622 w poczet Świętych Pańskich; święte “Stowarzyszenie rozszerzania wiary” czci w nim swego patrona.

    Nauka moralna

    Podajemy na tym miejscu zdarzenie z życia świętego Franciszka, które jeszcze lepiej da nam poznać ducha, jaki ożywiał tego świętego apostoła.

    Będąc w Indiach zadał sobie Ksawery dużo pracy, aby nawrócić pewnego portugalskiego szlachcica, który chlubił się ze swego niedowiarstwa i bezbożności. Wesołą gawędką udało mu się pozyskać jego zaufanie i przychylność, po czym starał się przemówić mu do serca i wykazać konieczność pokuty i pojednania się z Bogiem. Szlachcic odpowiedział na napomnienia i przestrogi drwinkami i szyderczym uśmiechem. Nie zwątpił jednak Ksawery i nie poprzestał na tym, lecz przy każdej sposobności ponawiał prośby i przestrogi. Wszystkie usiłowania były nadaremne. Pewnego dnia wyszli razem na przechadzkę do pobliskiego zagajnika. Ksawery wznowił rozmowę o miłosierdziu i sprawiedliwości Bożej. Naraz ukląkł, obnażył plecy, wydobył spod habitu dyscyplinę i tak się nią osmagał, że krew zaczęła spływać mu po ciele, przy czym w te słowa odezwał się do szlachcica: “Czynię to dla twej duszy, a uczyniłbym daleko więcej, byle by ją uratować! Ale cóż by znaczyła ta drobnostka wobec tego, co Jezus Chrystus dla ciebie uczynił? Czyż by męka Jego i okrutna śmierć nie miały wzruszyć twego serca?” Po czym wzniósłszy oczy w Niebo westchnął: “O Jezu, nie patrz na to, czym ja biedny grzesznik chciałbym Cię przebłagać, lecz na własną Przenajświętszą Krew, i racz się nad nami zmiłować”. – Szlachcic stanął jakby w ziemię wryty. Nie mogąc pojąć ogromu takiej miłości bliźniego, ukląkł obok Ksawerego, prosząc, aby przestał się katować, obiecał poprawę i wiernie dotrzymał słowa.

    Modlitwa

    Boże, któryś ludy Indii chciał przez nauki i cuda świętego Franciszka Ksawerego wcielić do Twego Kościoła, spraw łaskawie, abyśmy naśladowali przykłady cnót jego, jak i wielbili jego wspaniałe cnoty. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937r

    ***.

    św. Franciszek Ksawery
    urodzony dla świata 7.04.1506 roku
    urodzony dla nieba 2.12.1552 roku
    beatyfikowany 1619 roku
    kanonizowany 1622 roku
    wspomnienie 3 grudnia

    _________________________________________________________________________________

    Marzyciele

    tekst Sebastian Musioł

    W epoce powolnych statków żaglowych św. Franciszek Ksawery przemierzył pół świata w poszukiwaniu pogan, których chciał zdobyć dla Chrystusa. Spieszył się. W XVI wieku chrześcijańska pozostawała tylko Europa. Choć umierał, nie spełniwszy marzenia, jego duchowi uczniowie dokonali misyjnej rewolucji.

    Siódmego kwietnia 1541 roku, zaopatrzony w królewskie pełnomocnictwa oraz mandat legata papieskiego, Franciszek Ksawery wyrusza na misje do Indii. Jezuita, żołnierz Chrystusa, pragnie zdobywać dla Niego świat.

    Urodził się 34 lata wcześniej, 7 kwietnia 1506 roku, na zamku Xavier w Hiszpanii. Zdolny, ambitny i wysportowany młodzieniec studiuje filozofię w Paryżu. Dzieli pokój z Ignacym Loyolą. Kiedy powstaje Towarzystwo Jezusowe, przyłącza się do niego bez wahania.

    W poszukiwaniu “typowych pogan”

    Po 13 miesiącach podróży i męczących postojów, 6 maja 1542 roku, do Goa przybija statek z Franciszkiem Ksawerym na pokładzie. Goa to stolica portugalskiej kolonii w Indiach. Portugalczycy od pół wieku starają się zaszczepić tu własne obyczaje. Burzą świątynie hinduskie, a uczonych hinduistów zmuszają do niszczenia własnych ksiąg religijnych.

    Misyjny szlak św. Franciszka Ksawerego

    ***

    Franciszek Ksawery natychmiast zadziwia gorliwością ewangelizatora. Początkowo jego metody nie różnią się od kolonialnych. Dość szybko jednak zauważa, jak marne dają one efekty.

    Obraz B. E. Muriilo: “Franciszek Ksawery rozpoczyna swoją działalność misyjną”, olej na płótnie, muzeum w Hartford (USA)

    ***

    Przemyślawszy sprawę, Ksawery uznaje, że najważniejsze jest udzielanie chrztu. Po stosunkowo krótkiej katechezie włącza więc do Kościoła całe rzesze nawróconych. Podobno pewnego razu ochrzcił kilka tysięcy osób naraz. Aż do jego czasów nie znano działań misyjnych na tak wielką skalę.

    Szukając “typowych pogan”, którzy jeszcze nie słyszeli o Chrystusie, z wypiekami słucha opowieści o Japonii i Chinach-dopiero odkrywanych dla Europy. W 1549r. ląduje w Kraju Kwitnącej Wiśni. Władze japońskie zrazu nie stawiają mu przeszkód. Oporni są jednak bonzowie buddyjscy, ludzie są nieufni. Nie rozumieją, dlaczego mają słuchać ubogiego mnicha z obcego świata. Tu szacunek budzi człowiek o pewnym znaczeniu społecznym. Dlatego Ksawery wymaga, by jezuici nie ukrywali swej wiedzy i już samym dostojnym strojem zwracali na siebie uwagę, jako ludzie mający coś do przekazania. Kiedy stanie przed władcą, przywdzieje bogaty strój japoński i ofiaruje mu bogate dary.

    Dotrzeć do Państwa Środka

    Misja w Japonii powoli się rozwija, a Ksawery marzy o Chinach – najpotężniejszym państwie Dalekiego Wschodu. Zamkniętym i niezbadanym, o wspaniałej kulturze i historii. Daremnie jednak szuka kogoś, kto by chciał z nim jechać. Chińczycy byli wówczas wrogo nastawieni do Europejczyków, a nawet uwięzili przybyłych tam Portugalczyków. Niespożyty Franciszek wsiada mimo to na okręt z posłem wicekróla Indii do cesarza Chin. Przybywa do Malakki, ale tu właściciel statku odmawia posłowi i Franciszkowi dalszej jazdy. Wtedy wynajmuje dżonkę, na której dociera aż do wyspy Sancian. Niemal widać wybrzeże Kraju Środka. Utrudzony podróżą i zabójczym klimatem choruje. Umiera w nocy z 2 na 3 grudnia 1552 roku, w zaledwie 46. roku życia.

    Powyżej Matteo Ricci przygotowywał dla Chińczyków mapy z objaśnieniami w ich języku.

    ***

    Marzenie Ksawerego jednak nie umiera. W tym samym roku, kiedy umiera Franciszek, we włoskiej miejscowości Macerata przychodzi na świat Matteo Ricci. 31 lat później stanie na chińskiej ziemi, a nawet zaprzyjaźni się z cesarzem Chin. Ten gruntownie wykształcony w zakresie prawa, filozofii, fizyki, astronomii i matematyki jezuita dokonał prawdziwej rewolucji w dziele misyjnym. Metoda Ricciego, znana jako inkulturacja, nie od razu zyskała uznanie. Narodziła się zaś pod wpływem porażek, do jakich nieuchronnie prowadziły próby przeszczepiania mentalności europejskiej w krajach Wschodu.

    Portret Matteo Ricciego, namalowany w 1610r. przez chińskiego Jezuitę Yu Wen-hui

    ***

    Matteo Ricci zamierza postępować zgodnie z metodą apostołów, czyli “stać się Chińczykiem dla Chińczyków”. Dlatego początkowo ubiera się jak mnisi buddyjscy. Przyjmuje nazwisko Li Ma-tou. Nie spieszy się, by chrzcić i nie uznaje chrztów masowych. W pierwszym roku swego pobytu w Chinach sakramentu chrztu udziela tylko jednemu choremu biedakowi. I znowu okazuje się, że w kraju uczonych mandarynów w największej cenie jest wykształcenie. Ricci upodobnia się więc do mandarynów z brodami i długimi włosami. Poznaje niuanse prowadzenia dysputy, uczy się rytu picia herbaty. Opanowuje skomplikowany ceremoniał grzeczności i uprzejmości. A przy tym doskonale mówi w dialekcie mandaryńskim, kreśli precyzyjne mapy i zdumiewa fotograficzną pamięcią.

    Choć Mszę świętą odprawia tylko po domach i nie głosi kazań, wielu urzędników i uczonych zbliża się do Chrystusa. Matteo Ricci uważa, że nowi chińscy chrześcijanie nie powinni w żadnym wypadku rezygnować z lojalności wobec swego kraju; a po wtóre – chrześcijańskie objawienie tajemnicy Boga nie niszczy niczego, co piękne, dobre, prawdziwe i święte w starożytnej tradycji chińskiej; przeciwnie, dowartościowuje ją i udoskonala. Taka działalność misyjna nie jest nastawiona na szybkie sukcesy. Żniwo zostanie zebrane później.

    Guru z Włoch

    W Indiach misyjne dzieło św. Franciszka Ksawerego kontynuuje tymczasem Roberto de Nobili. W 1605 r. przybywa do Goa, gdzie obserwuje bezradność Portugalczyków. De Nobili nie rozumie, dlaczego misjonarze uzależniają udzielenie chrztu od wyrzeczenia się przynależności do kast, na które było podzielone społeczeństwo indyjskie. Przecież żaden Hindus z wyższej kasty nie pozwoli się ochrzcić europejskiemu księdzu, który obcował z niższymi kastami!

    Roberto de Nobili ubierał się i żył jak hinduski asceta. Wiedział, że tylko w ten sposób może pozyskiwać Hindusów dla Chrystusa

    ***

    De Nobili udaje się na południe kraju, do Maduraj, ponad-tysiącletniego ośrodka kultury hinduskiej. Zgodnie ze swym pochodzeniem ogłasza, że należy do kasty wojowników. Ubiera się i żyje jak hinduski asceta. Zamiast sutanny – widomego znaku obcości kulturowej – przywdziewa strój hinduskiego nauczyciela – guru. Goli głowę, nosi kij bambusowy w jednej ręce, a naczynie z wodą w drugiej, a także znak z pasty sandałowej na czole i święty sznur owinięty wokół szyi. Próbuje akomodacji, czyli dopasowania Dobrej Nowiny do zwyczajów i kultury indyjskiej. Włada sanskrytem, a święte księgi wedyjskie interpretuje w świetle Ewangelii.

    Braminów, członków najwyższej kasty w społeczności indyjskiej, nie zwalcza, ale pozyskuje dla Chrystusa. Nowo ochrzczonym pozwala zachowywać ich dotychczasowe zwyczaje: rytualną kąpiel poranną, używanie pasty sandałowej, noszenie świętego sznura i pęku włosów z tyłu głowy. Nie muszą nawet zmieniać imion.

    Kiedy umiera w 1656 roku, w misji madurajskiej żyje 40 tys. katolików należących do różnych kast.

    Ojciec Narodu

    Nowoczesne metody stosowane przez jezuitów w XVI wieku nie wszystkim się podobały. Zostały one nawet zakazane przez papieża Benedykta XIV. Dopiero Sobór Watykański II zaaprobował inkulturację i akomodację misyjną.

    Dzisiaj misjonarz starannie przygotowuje się do wyjazdu. Poznaje obyczaje, dzieje i kulturę ludu, któremu pojedzie głosić Ewangelię. Mówi o Jezusie w języku zrozumiałym dla słuchaczy. Misjonarz okazuje się często Ojcem Narodu. Bywa, że po raz pierwszy spisuje przysłowia, podania i opowieści. Tworzy słowniki i… tłumaczy Pismo Święte.

    POMOC DLA MISJONARZY
    Dzieło Pomocy “Ad Gentes” 12 marca rozpoczyna swoją działalność. Jego celem jest gromadzenie pomocy dla misjonarzy. Do jego powstania przyczyni! się apel Benedykta XVI do polskich biskupów: “…proszę Was, abyście zachęcali Waszych prezbiterów do podejmowania posługi misyjnej czy też pracy duszpasterskiej w krajach, w których brak duchowieństwa. Wydaje się, że jest to dziś szczególne zadanie, a nawet w pewnym sensie obowiązek Kościoła w Polsce. Posyłając jednak kapłanów za granicę, zwłaszcza na misje, pamiętajcie, aby zapewnić im oparcie duchowe i wystarczającą pomoc materialną”. Komisja Episkopatu ds. Misji przypomina też słowa Jana Pawła Wielkiego: “Dla każdego wierzącego, tak jak i dla całego Kościoła, sprawa misji winna być na pierwszym miejscu, ponieważ dotyczy wiecznego przeznaczenia ludzi i odpowiada miłosiernemu planowi Bożemu”.

    Tygodnik “Gość Niedzielny” Nr 11 – 12 marca 2006r.

    ***

    św. Franciszek Ksawery

    kapłan

    (3 grudnia, wspomnienie)

    KARTKA Z KALENDARZA

    św. Franciszek KsaweryMisje chrześcijańskie w ostatnim pięćsetleciu nie są do pomyślenia bez Franciszka Ksawerego. Urodził się 7 kwietnia 1506r., poznał Ignacego Loyolę i wspierał go przy zakładaniu Zakonu Jezuitów. W 1541 r. wyruszył do Indii, gdzie w Goa rozpoczął działalność misyjną w zupełnie nowym duchu. Dostosowywał się do zwyczajów i rytów miejscowej ludności, uczył się jej języka i poznawał jej religię. W ten sposób stał się “prekursorem nowożytnych misji”. Następnie udał się do Japonii i starał się dotrzeć do Chin. Zanim jednak spełniło się to jego życzenie, zmarł 10 listopada 1552r.
    Tygodnik PARAFIANIN nr 42(133) 30 listopada 2003r.

    ___________________________________________________________________________

    Człowiek ignacjański

    Człowiek ignacjański
    św. Franciszek Ksaweryportret ARCHIWUM JEZUITÓW / STUDIO GRAFICZNE GN

    ***

    Misjonarz wszech czasów św. Franciszek Ksawery był tak skuteczny w ewangelizacji, bo był wręcz modelowym przykładem człowieka ignacjańskiego – mówi jezuita o. Bartłomiej Hućko. Dziś wspomnienie liturgiczne św. Franciszka Ksawerego.

    Jarosław Dudała: Ludzie z czołówek portali internetowych ogłaszają swe apostazje, a proboszczowie martwią się, czy ktoś przyjdzie na roraty czy różaniec. Tymczasem św. Franciszek Ksawery w ciągu jednego dnia ochrzcił 200 osób, a w ciągu miesiąca – 10 tysięcy! Naturalnie rodzi się pytanie: jak on to zrobił?

    O. Bartłomiej Hućko SJ: Hm! Taki problem rodzi się wtedy, gdy nie zajmujemy się życiem duchowym, tylko życiem rytualno-pobożnościowym. Życie rytualno-pobożnościowe tak naprawdę nie wymaga relacji z Chrystusem. Tymczasem to, że działanie Franciszka Ksawerego miało taki rozmach i takie owoce, wynikało nie z tego, że pracował dla Jezusa, Kościoła i Ewangelii spektakularnie i na masową skalę, ale z tego, że było to w najgłębszym stopniu rozeznane wewnętrznie, pogłębione i zanurzone w szczerej relacji z Chrystusem. Dla niego Chrystus to była żywa osoba. A relacji z Nią, nauczył się od Ignacego z Loyoli.

    Franciszek, syn prezydenta Rady Królewskiej króla Nawarry, przestał marzyć o kościelnych zaszczytach w Pampelunie, po odbyciu ćwiczeń duchowych pod kierunkiem św. Ignacego.
    Tak! Stało się to w Paryżu. I nietypowo, bo… na raty. Ignacy potrafił wydobyć z Franciszka jego potencjał, ale był w tym bardzo cierpliwy. Franciszek jako jedyny z pierwszych jezuitów, którzy złożyli śluby zakonne na paryskim Montmartre, zrobił to, choć nie odbył  pełnego cyklu Ćwiczeń duchowych. Najpierw przeszedł z Ignacym jedynie ich część, odpowiadającą rekolekcjom nazywanym dziś “Fundamentem”. Ignacy czekał na ten moment ponad dwa i pół roku. Dopiero po tym rozciągniętym w czasie spotkaniu z człowiekiem, który jest wiarygodny, który żyje z Bogiem na co dzień, Franciszek osobiście zdecydował się na doświadczenie Ćwiczeń i to nie w całości. Dokończył je po złożeniu ślubów zakonnych. To ewenement, który pokazuje delikatność, łagodność i cierpliwość Ignacego. Zawsze bowiem dopasowywał metodę do osoby, jaką Pan stawiał mu na drodze. A ludzie mają o nim nieraz zupełnie inne wyobrażenie…

    Franciszek Ksawery też z początku nie lubił Ignacego. Może dlatego, że obaj byli Baskami, twardymi góralami?
    Obaj pochodzili z tego samego regionu, ale ich rodziny stawały po przeciwnych stronach ówczesnych konfliktów politycznych i społecznych. To przynajmniej na początku budowało pewną niechęć czy dystans. Ignacy potrafił jednak wydobyć z Franciszka jego potencjał, używając do tego świetnego narzędzia, jakim są Ćwiczenia duchowe.

    Czym one właściwie są?
    Pokażę to na osobie samego Franciszka Ksawerego. Bo on jest wręcz modelem człowieka ignacjańskiego. To jest model człowieka ćwiczeń duchowych. Wiemy to z akt jego procesu kanonizacyjnego. (A był kanonizowany razem ze św. Ignacym Loyolą i św. Teresą Wielką.) Z akt tych wynika, że Ignacy ukochał Franciszka, choć początki były trudne, bo zobaczył, jak wielkiej przemiany dokonały we Franciszku relacje z Ignacym oraz pojedyncze ćwiczenia duchowe.

    Jak to się dokonało?
    Franciszek stał się człowiekiem, który myśli po ignacjańsku, to znaczy: i globalnie, i lokalnie. Myśli całościowo o życiu, o Bogu, o relacji człowieka z Panem, o Kościele, a zarazem myśli bardzo punktowo: chrzcimy konkretne osoby, działamy w konkretnym kontekście, potrzebujemy konkretnych postaw. To jest myślenie niesamowicie ignacjańskie. Próbujemy ująć całość, a zarazem szukamy skutecznych sposobów jak zadziałać w detalach, żeby to było najskuteczniejsze, najwyższej jakości, a także skierowane na największą chwałę Bożą. Czyli, wymiar duchowy ma się łączyć z bardzo kompetentną działalnością praktyczną.
    Podkreślam, kompetentną i na wysokim poziomie świadomości sytuacyjnej! Franciszek Ksawery i Ignacy Loyola nie przez przypadek studiowali w Paryżu na Sorbonie. Bo to była najlepsza uczelnia w tamtym świecie, w tamtym czasie.

    Czyli: nie wystarczy być pobożnym.
    Dla własnego zbawienia – wystarczy. Dla pracy dla Kościoła, dla stania się narzędziem w ręku Pana Boga – to niekoniecznie wystarczy. Trzeba być jeszcze człowiekiem uformowanym, pogłębionym intelektualnie i duchowo.

    Jaka pamięć o Franciszku Ksawerym przetrwała w waszym zakonie?
    Najlepsza. To pamięć o człowieku, który jest modelem tego, do czego mogą doprowadzić dobrze odprawione Ćwiczenia duchowe.

    Mówi o tym Ojciec po raz kolejny. Co konkretnie zawiera w sobie ten model?
    Model ten zawiera – po pierwsze – nieprawdopodobne doświadczenie bycia ukochanym przez Boga. To ono sprawia, że nic innego nie ma już znaczenia. Znaczenie ma tylko człowiek i jego relacja z Panem Bogiem. Mówi się, że Franciszek pracował supra vires, czyli ponad zwykłe ludzkie siły i możliwości. A to było zbudowane właśnie na podstawie Fundamentu ignacjańskiego, w którym odkrył on magis, czyli “bardziej”, “więcej” – ale nie w sensie ilości, a większej miłości. W duchowości ignacjańskiej chodzi nie o robienie dużo, ale o kochanie bardzo.
    Kolejny element: kiedy Ignacy wysyłał Franciszka na misję życia na Dalekim Wschodzie, widział, że Franciszek zajmie się tam… wszystkim. Tak też się stało. Franciszek już na miejscu, w Azji zobaczył, jakie są tam istotne punkty odniesienia. Zobaczył, że państwem kluczowym dla regionu – uwaga, to jest XVI wiek! – są Chiny, a nie – jak wszyscy myśleli – Indie. Dlatego robił wszystko, by dostać się do Chin i od nich zacząć ewangelizację Azji. Początkowo pracował w Indiach, ale popłynął do Japonii, bo rozpoznawał, że kraj ten pozostawał w tamtym czasie, pod dużym wpływem kultury chińskiej. Na terenie misyjnym tworzył najpierw struktury – budował szpitale, seminaria, tworzył prowincje jezuickie, budował komunikację dla Europejczyków i ewangelizatorów pomiędzy tym regionami. To jest myślenie człowieka ignacjańskiego, który zajmuje się – właśnie – wszystkim.

    Jak to możliwe, że człowiek wychowany w chrześcijańskiej Europie był w stanie tak dobrze komunikować się ze starymi kulturami Indii czy Japonii, które są tak różne od jego własnej?
    Pomagała w tym zawarta w książeczce “Ćwiczenia duchowe” zasada praesupponendum (punkt 22). To jest tak naprawdę zasada komunikacji in genere. Mówi ona, że w spotkaniu z „innym” mamy wydobywać z niego to, co jest w nim najpiękniejsze, najlepsze – i na tym bazować, na tym pracować, to doceniać, ocalając tę inność. Jezuici odnosili tak wielkie sukcesy ewangelizacyjne i misjonarskie dlatego, że wchodzili w lokalną mentalność i kulturę.
    Poza tym, Franciszek Ksawery był człowiekiem wybitnej inteligencji. Nauczył się języka tamilskiego i malajskiego. Uczył się też języka japońskiego, choć w porównaniu z innymi językami regionu jest on bardzo trudny. Swoich współpracowników misjonarzy jezuitów uczył natomiast, by spisywali gramatyki poznawanych języków i uczyli się je formalizować, bo to posłuży do głębokiej penetracji środowisk i kultur, w które wchodzą.
    Franciszek był także naukowcem. Zajmował się m.in. kartografią, lingwistyką, prawem, naukami biblijnymi.
    To wszystko, co opisaliśmy powyżej, oznacza, że był osobą najgłębiej duchową – bo taka osoba najgłębiej wchodzi w realia, w których się porusza.
    Nie ma głębszego i bardziej syntetycznego zanurzenia w realia życia niż doświadczenie duchowe. Tego Franciszek nauczył się od Ignacego Loyoli.

    Znów wraca Ojciec do Ćwiczeń duchowych. Więc raz jeszcze spytam: o co chodzi w tych ćwiczeniach?
    Najkrócej mówiąc, chodzi o odnalezienie siebie w relacji do Pana Boga i nauczenie się rozeznawania duchowego. To jest klucz do rozumienia skuteczności i rozmachu Franciszka Ksawerego: on działał na wszystkich poziomach na zasadzie rozeznawania duchowego. Czyli: badał okoliczności, odnosił się do nich zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą i doświadczeniem, przedstawiał to wszystko Panu Bogu i dopiero potem podejmował działania. Tak rozpoznawał, w co najlepiej lokować swój potencjał i siły, żeby to wywarło skutek – jak mówił Ignacy – największy, powszechny i na chwałę Bożą.

    Czym to rozeznanie różni się od zwykłego, rozsądnego myślenia i planowania?
    Tym, że bazuje na doświadczeniu bycia absolutnie przyjętym przez Pana Boga. Na partnerstwie w relacjach z Panem Bogiem. I nie na szukaniu mojego – sukcesu, egoizmu, tego, co mnie się wydaje, tylko na szukaniu prawdziwego dobra, które pochodzi od Boga. Tu wszystko opiera się na wierze, że On jest głównym Podmiotem podtrzymującym i prowadzącym świat, a nie nasze chęci, pomysły, nasze nawet najciekawsze programy.

    Dziś też mamy całe – mentalne, cyfrowe – kontynenty, których języków trzeba się nauczyć.
    Ludzie o mentalności zbudowanej na Ćwiczeniach duchowych nie boją się świata, ale towarzyszą światu. Widzą w nim potencjał i szanse. Bo podobnie, jak sami zostali ukochani i przyjęci przez Boga, mogą kochać i przyjmować innych – nie rzadko ludzi o totalnie innej wrażliwości, innej antropologii, totalnie innej filozofii życia i totalnie innym doświadczeniu religijnym.

    Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 grudnia

    Błogosławiony Rafał Chyliński, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Jan Rusbroch, prezbiter
      •  Święta Blanka Kastylijska
      •  Błogosławiona Maria Aniela Astorch, dziewica
    ***
    Błogosławiony Rafał Chyliński

    Melchior Chyliński urodził się 6 stycznia 1694 r. we wsi Wysoczka (woj. poznańskie) w rodzinie szlacheckiej. Jego rodzice Arnold Jan i Marianna Kierska wychowali go w wierze chrześcijańskiej. Do chrztu podawało go dwoje bezdomnych z przytułku sąsiadującego z majątkiem rodzinnym. Prawdopodobnie odwiedzając ich, młody Melchior poznał trudny los ludzi ubogich. Ukończył szkołę parafialną w Buku, a następnie kolegium humanistyczne jezuitów w Poznaniu, założone przez ks. Jakuba Wujka, autora polskiego przekładu Biblii. W 1712 roku zaciągnął się do wojska, prawdopodobnie jako zwolennik króla Stanisława Leszczyńskiego, gdzie przez trzy lata doszedł do stopnia oficerskiego i został komendantem chorągwi (w tej kwestii biografowie nie są zgodni; niektórzy uważają, że służył w rajtarii króla Augusta II Sasa, pod marszałkiem Joachimem Flemmingiem).
    Trzy lata później opuścił wojsko, gdzie cierpiał widząc demoralizację żołnierzy i nie mogąc pogodzić się z bratobójczymi walkami (był to okres wojen między zwolennikami dwóch królów, wspominany do dziś w przysłowiu “Od Sasa do Lasa”). Wkrótce potem wstąpił do franciszkanów konwentualnych w Krakowie. 4 kwietnia 1715 r. został obłóczony i otrzymał imię zakonne Rafał. Śluby wieczyste złożył już 26 kwietnia następnego roku, a w czerwcu 1717 r. przyjął święcenia kapłańskie. Życie ascetyczne łączył z posługą misyjną. Przebywał w klasztorach w Radziejowie, Poznaniu, Warszawie, Kaliszu, Gnieźnie i Warce nad Pilicą. Najdłużej pracował w Łagiewnikach koło Łodzi i w Krakowie. Niektórzy biografowie uważają, że powodem tak częstych przenosin była okazywana biednym miłość, bo o. Rafał rozdawał na jałmużnę wszystko, co sam miał, a często i całe zapasy klasztornej spiżarni. We wszystkich miejscach, gdzie posługiwał, z zapałem głosił kazania i prowadził katechizację, dał się poznać jako doskonały spowiednik. Szerzył apostolstwo miłości i miłosierdzie wśród biednych, cierpiących, kalek – dla których był troskliwym i cierpliwym opiekunem. Ponad wszystko przedkładał miłość do Boga. Powtarzał często: “Miłujmy Pana, wychwalajmy Pana zawsze, nigdy Go nie obrażajmy”. Dla wynagrodzenia Panu Bogu za grzechy świata wybrał drogę pokuty, licznych umartwień, wyrzeczeń i surowych postów (pod habitem nosił włosiennicę, a spał zawsze w nieogrzewanej celi). Z radością wychwalał Pana, wiele czasu poświęcał na modlitwę osobistą. Swoim życiem w zgodzie z Ewangelią wyrażał ogromną miłość do Boga. Był gorącym orędownikiem ufności w łaskawość Boga i wstawiennictwo Najświętszej Maryi Panny, którą czcił z ogromną pobożnością i synowskim oddaniem. Jego pobożność oraz miłosierdzie zjednały mu za życia opinię świętości.
    Kiedy w 1736 roku wybuchła epidemia w Krakowie, niezwłocznie pospieszył z pomocą, opiekując się troskliwie chorymi i umierającymi. Nie dbając o swoje bezpieczeństwo, spędzał w lazarecie dnie i noce, wykonując wszelkie posługi przy chorych, pocieszając, spowiadając i przygotowując konających na śmierć. Po dwóch latach, gdy epidemia w Krakowie ustała, powrócił do Łagiewnik, gdzie opiekował się ubogimi, rozdając im jedzenie i ubranie. Pełną miłości i pokory opiekę nad chorymi przerwała choroba, zmuszając go do pozostania w celi zakonnej. Chorując przez trzy tygodnie, dawał przykład wielkiej cierpliwości, z jaką znosił wszelkie cierpienia. Współbracia uważali, że przepowiedział dzień swojej śmierci, prosząc w przededniu o udzielenie sakramentów.

    Grób bł. Rafała Chylińskiego

    Zmarł 2 grudnia 1741 r. w Łagiewnikach koło Łodzi. Tam znajdują się jego relikwie, do których pielgrzymki rozpoczęły się niemal od razu po pogrzebie. Kult o. Rafała, podtrzymywany cudami, które dokumentowali współbracia, przetrwał 250 lat. Proces beatyfikacyjny, przerwany przez rozbiory Polski, został wznowiony w naszych czasach.
    Ojca Rafała beatyfikował 9 czerwca 1991 r. św. Jan Paweł II w Warszawie w czasie Mszy św. odprawianej w Parku Agrykola. Papież powiedział w homilii: “To, że przez tak długi czas nie zaginęła pamięć o jego świętości, jest świadectwem, że Bóg jakby specjalnie czekał na to, aby Jego sługa mógł zostać ogłoszony błogosławionym już w wolnej Polsce. Bardzo się nad tym zastanawiałem, czytając jego życiorys. Jego życie jest związane z okresem saskim, a wiemy, że były to smutne czasy (…), były to czasy jakiegoś zadufania w sobie, bezmyślności, konsumizmu rozpanoszonego wśród jednej warstwy. I otóż na tle tych czasów pojawia się człowiek, który pochodzi z tej samej warstwy. Wprawdzie nie z wielkiej magnaterii, ale ze skromnej szlachty, w każdym razie z tej, która miała wszystkie prawa społeczne i polityczne. I ten człowiek, czyniąc to, co czynił, wybierając powołanie, które wybiera, staje się – może nawet jest – protestem i ekspiacją. Bardziej niż protestem, ekspiacją za wszystko to, co niszczyło Polskę. (…) Jego życie ukryte, ukryte w Chrystusie, było protestem przeciwko tej samoniszczącej świadomości, postawie i postępowaniu społeczeństwa szlacheckiego w tamtych saskich czasach, które wiemy, jaki miały finał. A dlaczego dziś nam to Opatrzność przypomina? Dlaczego teraz dopiero dojrzał ten proces przez wszystkie znaki z ziemi i z nieba, że można ogłosić ojca Rafała błogosławionym? Odpowiedzcie sobie na to pytanie. Odpowiadajmy sobie na to pytanie. Kościół nie ma gotowych recept. Papież nie chce wam podpowiadać żadnej interpretacji, ale zastanówmy się wszyscy, ilu nas jest – 35 milionów Polaków – zastanówmy się wszyscy nad wymową tej beatyfikacji właśnie w Roku Pańskim 1991”.
    W ikonografii bł. Rafał przedstawiany jest w habicie franciszkańskim i ze stułą. Jego atrybutami są: księga na stole, dyscyplina, krzyż. Wiele oddziałów Caritas przyjęło go za swojego patrona.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________________

    Bł. Rafał Chyliński – święty stąd

    Kiedyś opiekun ubogich, dziś orędownik w uleczeniu z choroby alkoholowej i nowotworowej. – Widać na te biedy teraz jest potrzebny – mówi o. Krzysztof Świderek, gwardian i proboszcz sanktuarium św. Antoniego i bł. Rafała Chylińskiego w Łodzi-Łagiewnikach.

    Grób bł. Rafała Chylińskiego
    Grób bł. Rafała Chylińskiego/Maria Niedziela

    ***

    Ojciec gwardian pokazuje księgi podziękowań i próśb kierowanych do bł. Rafała. Pisane na karteczkach, są od jakiegoś czasu kserowane i drukowane. Niektóre pisane drżącą ręką matki, żony, dzieci proszących o zdrowie rodzica, o wydobycie z nałogu… Na innych pewnie pozostały ślady łez, strach, ból ale też wielka nadzieja. Że on pomoże.

    – Niektóre są powielane, przynoszone kolejny raz, z taką ogromną determinacją – wyjaśnia o. Krzysztof. I z wiarą… Czasem w cud.

    Jego ślady

    To jedyne miejsce w naszej archidiecezji, gdzie pochowany jest błogosławiony. Święty stąd. Ten, który posłany był właśnie do tych ludzi. Czy jego ślady nadal tu są? W kaplicy stoi drewniana, prosta trumna, w której spoczywają jego doczesne szczątki. To już wielka łaska dla tego miejsca. Wiedzą o tym ci, którzy przychodzą, by się tu pomodlić. Czy ci, którzy w każdy czwartek uczestniczą w nabożeństwie do o. Rafała Chylińskiego.

    – Wiele osób przychodzi do niego w niedziele, zostaje po Mszach św. albo na dziękczynienie udaje się do jego kaplicy – tłumaczą franciszkanie. Ale idąc do łagiewnickiego sanktuarium, można spotkać go po drodze. Jest jadłodajnia jego imienia. Przypomina o posłudze, jaką pełnił „dziadowski biskup”. W XVIII wieku wszystko oddawał potrzebującym, ubogim, nieszczęśliwym i chorym. Prawie 300 lat później tu, ci ludzie, otrzymują pomoc – paczki, ciepłą zupę, dobre słowo.

    Pomoc

    Jest też płaskorzeźba na klasztornym murze – przedstawiająca Chrystusa na krzyżu. Zniszczona, czeka na renowację. To znak – stała tu kiedyś tzw. przybudówka, w której przyszły święty mieszkał razem ze swoją mamą. Dla tych, co wiedzą, jest więc i tu promyk świętości Rafała.

    Przy klasztorze działa, niedawno założona, fundacja bł. Rafała Chylińskiego. Ma to być wsparcie ubogich, rodzin, zwłaszcza tych z dysfunkcjami, ale też w planach jest działalność na polu edukacyjnym. Słyszę też o rondzie im. bł. Rafała – niedaleko od klasztoru, o patronowaniu zgierskiemu MOPS-owi czy dziecięcemu szpitalowi w Łagiewnikach. Pełno go tutaj, a przecież nie każdy o nim wie.

    – W środowisku łódzkiej pomocy jest dosyć znany – zauważa o. Krzysztof i mówi o relikwiach franciszkanina, jakie trafiły do kaplicy największego DPS-u w Łodzi. Przypomina też o relikwiach wydawanych parafiom – w ciągu 2,5 roku było ich ponad pięćdziesiąt – to relikwie I stopnia z kości. I potwierdza, że bł. Rafał na tyle, ile może, zaznacza się. – On ściąga tu ludzi i broni się na swoim lokalnym terenie – uważa gwardian. Nawet Franciszkański Zakon Świeckich w naszym regionie ma go za swojego patrona.

    Wymagający i serdeczny

    W biografiach można wiele o nim przeczytać. O jego działalności, o cudach, które działy się po śmierci. O tym, że był nie tylko oddany ubogim, ale że dał się poznać jako żarliwy spowiednik czy egzorcysta. Z namalowanych obrazów wyłania się postać zakonnika pewnie pełnego pokory i zaufania.

    Ale jak się dowiedzieć, jaki był? Teraz, po tych set latach? Pytam więc ojca gwardiana, jakim człowiekiem był bł. Rafał. – Z jednej strony to prosty, skromny kapłan. Z drugiej dosyć surowy, wymagający, dlatego też niezrozumiały w swoim środowisku – mówi o swoich odczuciach o. Krzysztof. – Był odsuwany na bok, niewygodny dla wspólnoty, ale ktoś, kto znał go blisko, widział jego wielką serdeczność do drugiego człowieka. Bardzo identyfikuję się z jego osobą i posługą – dodaje.

    I tłumaczy, jak kult o. Rafała żywy jest wśród kleryków franciszkańskiego seminarium. – Widzę ich często modlących się przy trumnie, jak tylko mają czas, to przychodzą tu do niego – mówi. I zaznacza, że jego postawa jest wzorem – bycia blisko ludzi, kierownictwa duchowego, pomocy drugiemu. A spuścizna, którą zostawił, choćby w postaci stałego konfesjonału – ciągle żyje. W sanktuarium można bowiem skorzystać z sakramentu pokuty każdego dnia.

    Pomaga i uzdrawia

    Idąc śladem o. Rafała, nie sposób nie pójść też do usytuowanych w lesie kapliczek. Także tej, którą Niemcy spalili – św. Walentego. To tu, według przekazywanych z pokolenia na pokolenie informacji, jest pochowana mama bł. Rafała, którą z taką miłością do końca się opiekował. Bł. Rafał jest też pewnie w uroku tego miejsca, jego ślady odciśnięte są na klasztornej posadzce, jego dłonie na skradzionym i odzyskanym kielichu, jego duch w świętości tego sanktuarium… Pomaga, uzdrawia, prowadzi.

    – Może to jego rola? – zastanawiają się osoby modlące się przy jego grobie. I czekają na jego formalną świętość. Choć przecież dla nich to prawdziwy wielki święty. Dlatego niektórzy ze wzruszeniem dotykają jego trumny.

    Anna Skopińska/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 grudnia

    święty Karol de Foucauld, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy jezuiccy Edmund Campion, prezbiter, i Towarzysze
      •  Święty Eligiusz, biskup
    ***
    Błogosławiony Karol de Foucauld

    Karol de Foucauld urodził się 15 września 1858 r. w katolickiej, arystokratycznej rodzinie w Strasburgu. Dwa dni później przyjął sakrament chrztu świętego. 13 marca 1864 r. umarła jego matka, a w pięć miesięcy później ojciec. Małym Karolem i jego młodszą siostrą Marią od tej pory zajmował się dziadek Karol Morlet, pułkownik w stanie spoczynku. 28 kwietnia 1872 r. przyszły błogosławiony przyjął pierwszą Komunię świętą.
    W sierpniu 1874 roku zdał maturę, a w październiku tego roku wstąpił do szkoły jezuitów w Paryżu na ulicy des Postes. Na dalsze zachowanie i poglądy Karola źle wpłynęły jego spotkania z cyganerią literacką. Odszedł od religii już w parę miesięcy od przybycia do Paryża. Został wyrzucony ze szkoły dwa lata później. Zaczął wtedy prowadzić beztroski tryb życia w towarzystwie przypadkowych kolegów.
    3 lutego 1878 roku umarł jego dziadek i opiekun, pułkownik Morlet. Pół roku później Karol uzyskał pełnoletność i wszedł w posiadanie majątku rodzinnego. Wkrótce wstąpił do szkoły kawalerii w Saumur. W dalszym ciągu prowadził nieuporządkowane życie. Nic więc dziwnego, że szkołę ukończył w 1880 r. ze złymi wynikami. Udał się do Setifu w Algierii w randze podporucznika. Jednak w armii nie był długo, bo już w marcu 1881 roku został wydalony za brak dyscypliny i złe prowadzenie – sprowadził do obozu kochankę, którą przedstawił jako swoją żonę. Karol próbował początkowo powrócić do armii. Kiedy w maju 1881 roku wybuchło w Algierii powstanie Bou Amama, wziął udział w kampanii w południowym Oranie. Wsławił się nawet bohaterską postawą, za co został odznaczony. Mimo to po pewnym czasie złożył dymisję i udał się do Algieru, aby uczyć się języka arabskiego. Tam przez 18 miesięcy przygotowywał się do wyprawy naukowej po Maroku, na którą wybrał się w latach 1883-1884 w przebraniu rabina, ponieważ jako chrześcijaninowi grozić mu mogła śmierć z rąk muzułmanów. Podróżował także po południowych terenach Algierii oraz Tunezji. W tym czasie pragnął też zrehabilitować się w oczach rodziny.
    Owocem jego podróży była książki Reconnaissance au Maroc, która zawierała wiele ważnych informacji etnologicznych. Otrzymał za nią złoty medal Towarzystwa Geograficznego w Paryżu. Powrócił do Francji, nie umiał jednak już żyć jak dawnej w Paryżu. Ponownie udał się do Algierii i chociaż tu zakochał się w młodej kobiecie – Marie-Marguerite Titre, wybrał się w podróż po pustyni Magrebu, gdzie zdecydował, że odtąd będzie żył w celibacie.
    Po powrocie do Paryża zamieszkał u zamężnej siostry, nieopodal kościoła pod wezwaniem św. Augustyna. Podczas długich modlitw w tym i innych kościołach powtarzał modlitwę: “Boże mój, jeśli istniejesz, spraw, abym Cię poznał”. 29 lub 30 października 1886 roku spotkał w kościele św. Augustyna wikarego ks. Huvelin, z którym zaczął odtąd prowadzić długie rozmowy religijne. Zaprzyjaźnili się i gdy Karol poprosił go o znalezienie kierownika duchowego, ten nakazał mu najpierw przystąpienie do spowiedzi. Tak zaczęło się trwałe nawrócenie Karola, a ks. Huvelin pozostał jego kierownikiem duchowym aż do jego śmierci.
    Od tej pory de Foucauld rozpoczął intensywne życie duchowe. W sierpniu 1888 r. odwiedził klasztor trapistów w Fontgombault. W końcu listopada wyjechał na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Boże Narodzenie w sposób szczególny przeżył w Betlejem. 5 stycznia odwiedził Nazaret, który go zachwycił i pobudził do kontemplacji ukrytego życia Jezusa. 14 lutego wrócił do Paryża. Potem odbył rekolekcje w kilku klasztorach. W bazylice Montmartre 6 czerwca 1889 r. zawierzył swoje życie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Wszystko to prowadziło do tego, że Karol postanowił iść drogą powołania zakonnego w ukryciu przed światem. W połowie stycznia 1890 r. pożegnał się z rodziną i wstąpił do trapistów w klasztorze Matki Bożej Śnieżnej w Masywie Centralnym, przyjmując imię zakonne Maria Alberyk (Marie-Albéric).
    W czerwcu 1890 r. na własną prośbę przeniósł się do ubogiego klasztoru filialnego Matki Bożej Śnieżnej w Akbes w Syrii. Spędził w nim sześć lat. Mnisi, poza modlitwą i kontemplacją, pracowali w polu i przy budowie dróg. 2 lutego 1892 r. Karol de Foucauld złożył pierwsze śluby zakonne. Jako mnich ciągle myślał o życiu bardziej ubogim i odosobnionym. Został wysłany do Staouéli w Algierii.

    Błogosławiony Karol de Foucauld

    Wrócił jeszcze na studia do Rzymu, ale przełożeni uznali, że Bóg wyznaczył mu szczególną drogę. 14 lutego 1894 r. został zwolniony ze ślubów prostych i złożył dwa śluby prywatne: czystości i nie posiadania niczego poza narzędziami potrzebnymi do pracy fizycznej. Został wysłany do klasztoru klarysek w Nazarecie, gdzie potrzebna była pomoc przy pracach w gospodarstwie. Był tam skromnym bratem. Zamieszkał w komórce na narzędzia i czuł się szczęśliwy. Za namową ksieni zakonu klarysek w 1901 r. przyjął święcenia kapłańskie.

    Wyjechał do Beni-Abbes, na południu Algierii, niedaleko granicy marokańskiej. Jadąc tam zdawał sobie sprawę, że na tych słabo zaludnionych terenach nie będzie miał misyjnych osiągnięć, ale nie miało to dla niego znaczenia. Chciał cichego życia, by móc się nieustannie modlić. Zawsze jednak był otwarty na ludzkie problemy. Otaczał opieką niewolników, karmił ich i podtrzymywał na duchu. Ściągał na siebie gniew miejscowego biskupa Guérina za krytykowanie niesprawiedliwych poczynań kolonizatorów francuskich. W 1903 roku planował wyjazd do Maroka, ale zrezygnował na rzecz ewangelizacji Tuaregów. W sierpniu 1903 roku zajmował się rannymi podczas bitwy pod Tanghit. W 1904 roku udał się w kolumnie żołnierzy do krainy Tuaregów, gdzie pozostał do stycznia 1905 roku.
    W 1905 r. osiedlił się w Tamanrasset, gdzie zaprzyjaźnił się z szefem Tuaregów Mussą Ag Amastanem. Gdy na przełomie 1906 i 1907 r. był bliski śmierci, miejscowa ludność zaopiekowała się nim. Noszono go na rękach i karmiono jak niemowlę kozim mlekiem, nie pozwalając, by wpadł w depresję.
    W tym czasie Karol de Foucauld pisał regułę swojej wymarzonej wspólnoty Małych Braci Jezusa, która powstała niestety dopiero po jego śmierci. W 1910 r. wysłał gotowe statuty do Rzymu, lecz odpowiedzi nigdy nie otrzymał. W czerwcu 1915 roku skończył po jedenastu latach prace nad słownikami.
    W 1916 r. wybuchła wojna między miejscowymi plemionami. Walki i napady rabunkowe objęły niemal całą południową Saharę. Karol został zmuszony do ufortyfikowania swojej pustelni w Tamanrasset. Gdy wieczorem 1 grudnia 1916 r. grupa uzbrojonych jeźdźców otoczyła fort, prawdopodobnie pilnujący go uzbrojony szesnastolatek wystrzelił ze strachu i przypadkowo zabił Karola. Pustelnia została splądrowana, a Najświętszy Sakrament wyrzucono w piasek pustyni. Gdy przybyli tam francuscy oficerowie, zobaczyli leżące obok Karola Ciało Jezusa. Jeden z nich ukląkł, podniósł Hostię i przyjął Komunię. Ciało brata Karola de Foucauld od 1929 r. złożone jest w El Goléa.
    Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym został zamknięty 4 marca 2003 roku w Mediolanie. Beatyfikacja odbyła się 13 listopada 2005 roku w Rzymie a
    kanonizacja 14 maja 2022.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Ostatni z ostatnich

    Wizerunek świętego przy wejściu do katedry w Viviers.
    Wizerunek świętego przy wejściu do katedry w Viviers.
    fot. Józef Wolny

    ***

    Czy w byciu niepotrzebnym można odnaleźć sposób na życie? To paradoks, ale tak. Na tym przecież polega życie każdego porządnego mnicha. Na tym też polegało życie Karola de Foucauld.

    Wysokie słońce i wysoka temperatura w porze poobiedniej drzemki nie motywują do pracy. Ale z okien diecezjalnego domu pielgrzymkowego machają dwie roześmiane Włoszki – siostra Silvia i siostra Francesca. Wołają głośno, żeby iść w kierunku bramy. A na równie głośne pytanie, czy to aby dobra pora i czy nie powinny właśnie mieć sjesty, odpowiadają ze śmiechem, że z tą sjestą to ściema i że we Włoszech tylko mężczyźni mają sjestę. To zapewne żart. Tym bardziej że nie jesteśmy we Włoszech, ale we Francji.

    Szczęśliwy człowiek

    Viviers. Niewielka miejscowość (160. miejsce w regionie Rodan-Alpy!), jakieś trzy i pół tysiąca mieszkańców, ale za to siedziba diecezji. W katedrze z ogromnego nagrobnego pomnika patrzy w pustą przestrzeń biskup o trzech imionach: Józef Michał Fryderyk Bonnet. Doskonale wyrzeźbione, grube fałdy szat przygniatają go niemal w całości, prawie jak dręczące go problemy z psychiką. Na nagrobku nie ma śladu tej fobii na punkcie tłumu zebranego w jednej przestrzeni, która sprawiła, że do wyświęcenia Karola de Foucauld potrzebował wsparcia w postaci biskupa seniora. Było to 9 czerwca 1901 roku. Dużo czasu musiało upłynąć, zanim po nawróceniu, pobycie w klasztorze trapistów i u sióstr klarysek w Nazarecie przyszły święty zrozumiał, że pragnienie absolutnego zjednoczenia z ofiarą Jezusa Chrystusa może realizować doskonalej, pomimo poczucia niegodności, jako kapłan.

    Silvia i Francesca mieszkają nieopodal katedry. Nieobecna akurat Christina to trzecia z bezhabitowych zakonnic, Uczennic Ewangelii. Jest ich około 50 – we Włoszech, w Albanii, we Francji i w Algierii. Ewidentnie zainspirowane duchowością Karola de Foucauld, kładą nacisk przede wszystkim na ewangelizację sposobem… nazaretańskim. Ukryte życie Jezusa, tłumaczą, to podstawa ich charyzmatu. Do tego słowo Boże i accoglienza – dość trudna do oddania w języku polskim postawa, bo oznaczająca zarówno gościnność, jak i przyjmowanie kogoś w sensie otwartości na niego, a to przecież znacznie więcej. Karol de Foucauld był w tej dziedzinie praktykiem. Czy był szczęśliwy, skoro całe życie jakby poszukiwał właściwego miejsca na ziemi? – Był – odpowiada zdecydowanie Francesca i dodaje, że jego poszukiwania okazały się właściwie poszukiwaniami Boga, a skoro tylko Go znalazł, doświadczył szczęścia. Silvia kiwa głową, przynosząc książkę, w której natychmiast odnajduje odpowiedź na zadane pytanie, z którym kolejni rozmówcy – opat klasztoru trapistów i biskup Viviers – będą mieli problem. Czyta fragment medytacji nad psalmami autorstwa Karola: „Tak więc ja, Boże, mimo tylu błędów, mimo nędzy, w jakiej jestem pogrążony, tylko dlatego, że moje serce nie jednoczy się z niezbożnymi, że nie trwam dobrowolnie w grzechu, a moja wola jest złączona z Twoim Prawem i rozważam je, by je wypełniać… jedynie dlatego, w Twojej nieskończonej dobroci (…) mówisz mi, że będę szczęśliwy, szczęśliwy szczęściem prawdziwym, szczęśliwy w dniu ostatecznym (…). Ty raczysz mnie pocieszać: przyniesiesz owoc w swoim czasie, mówisz mi” (polski przekład Aleksandry Frej, Warszawa 2007). Szczęśliwy, bo wierzący w obiecane szczęście przyniesionego owocu? Zapewne, a najlepsze owoce wydał po śmierci.

    Święty z fotografii

    Prowadząc do znajdującego się w tym samym budynku archiwum Karola de Foucauld, Silvia pokazuje tabliczki z nazwami poszczególnych pokojów, którymi są nazwy miejscowości związanych z kolejnymi etapami jego życia. Potrafi opowiadać o Karolu godzinami, z żarem w oczach i głosie, z doskonałą znajomością szczegółów i emocjami zdradzającymi autentyczną fascynację. Trudno ogarnąć to wszystko, co wraz z Danielem Gay, archiwistą diecezjalnym, przynosi i pokazuje. Dziesiątki listów, pamiątek, fotografii. – Lubił się fotografować – mówi o Karolu de Foucauld z uśmiechem Silvia. Nie do końca wiadomo, czy żartuje, czy nie. Do fotografii, znalezionej ostatnio przez blisko osiemdziesięcioletniego brata Xaviera Gufflet, dołączony jest jednak krótki opis: „Sfotografowano mnie, o czym nie wiedziałem, gdy błogosławiłem budowę kaplicy”. Opublikowano ją w najnowszym specjalnym wydaniu „Le Figaro”, w całości poświęconym nowemu świętemu. Na jego okładce Karol jak żywy patrzy przejmującym i jednocześnie łagodnym wzrokiem prosto w twarz czytelnika. Okładka jakby trochę w stylu glamour, błyszcząca, prześliczna, z pewnością by mu się nie spodobała. Za jego plecami sypie się złoty piasek i choć wielki tytuł uzupełnia całość obrazka komentarzem, że Karol to „głos na pustyni”, można odnieść wrażenie, że graficy prezentują tę pustynię w złocistej poświacie, w ramach niezwykłej przygody życia jakiegoś Indiany Jonesa, celebryty, który stara się podobać. A przecież wiele lat upłynęło od momentu, gdy Karol usłyszawszy kazanie swojego nowego duchowego przewodnika, księdza Huvelina, postanowił wygrać z Bogiem grę o ostatnie miejsce. „Tak bardzo ostatnie zajął miejsce, że nikt nie mógł Mu go odebrać…” – ksiądz Huvelin, który w kazaniu powiedział tak o Jezusie, miał prawdopodobnie ogromny dar oddawania prostymi słowami spraw najpoważniejszych. Te słowa tak bardzo trafiły do młodego Karola de Foucauld, że nie potrafił w życiu znaleźć miejsca, które byłoby wystarczająco „ostatnie”. Bracia w syryjskim klasztorze dodawali tłuszcz do zupy, a sałatę polewali oliwą. To znaczyło dla niego, że żyli „na bogato”. Za bogato. Siostry z Nazaretu, u których mieszkał w komórce jako robotnik, do dzisiaj opowiadają, że jedynym posiłkiem, który przyjmował, był kawałek suchego chleba i trochę wody. Ten kawałek łamał potem na tyle części, ile biednych nazaretańskich dzieciaków czekało na niego przed drzwiami.

    Zarówno w archiwum, jak i w kaplicy seminaryjnej, w której przyjmował święcenia kapłańskie, wiszą malowidła na płótnie, których autorem był Karol, a które w „Le Figaro” określono jako rodzaj malarstwa prymitywnego. Słusznie zresztą, bo to postaci Maryi i Jezusa czy ilustracje tajemnic różańcowych namalowane bardzo prostą kreską. – To kopie – wyjaśnia siostra, ale w pewnym momencie w sali, w której znajduje się wystawa o Karolu, pokazuje schowane w szufladach oryginały. Nietrwały materiał, na którym malował, sprawia, że farba blaknie. Trudno o lepszy symbol powolnego znikania w Bogu własnego „ja” człowieka, który za młodu bohatersko walczył, nieprzyzwoicie się prowadził i odważnie podejmował wyzwania egzotycznych podróży.

    Gotowy na wszystko

    „Ojcze, powierzam się Tobie…” – to najbardziej znana z modlitw Karola. Rozpoczął ją od słów: Je m’abandonne à Toi, co można by przetłumaczyć: „powierzam się”, „oddaję się Tobie” albo symbolicznie: „opuszczam siebie w Tobie”. Tego samego słowa użył we francuskim przekładzie Pisma Świętego Jezus na krzyżu, wołając: „Dlaczegoś Mnie opuścił?”. „Opuszczam siebie w Tobie” po polsku nie brzmi dobrze. A szkoda, bo faktycznie taka jest wymowa całej modlitwy. De Foucauld napisał dalej: „Uczyń ze mną, co zechcesz. Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci. Jestem gotów na wszystko…”. Wszystkiego też spróbował, by w końcu zrozumieć, że opuścić siebie oznacza zrobić z siebie nikogo.

    Droga do klasztoru trapistów w Notre Dame des Neiges, do którego wstąpił Karol, jest, oględnie rzecz ujmując, dość wymagająca. Zwłaszcza dla tych, którym na ostrych zakrętach wąskiego pasa drogi, za którym znajduje się przepaść, robi się niedobrze. Ryzyko jest spore, a oczy trzeba mieć naokoło głowy i patrzeć zawsze we właściwym kierunku. Zupełnie jak w życiu mnicha, można by pomyśleć, a skojarzenie to jest całkiem właściwe, bo któż bardziej niż trapista podejmuje ryzyko życia… zmarnowanego? Czy komfort naszego życia zależy od tego, na ile czujemy się potrzebni? Zapewne, skoro tak sądzą psychologowie, a w miejscach, w których silne więzi społeczne powodują, że nawet bardzo podeszli wiekiem członkowie rodzin wciąż w jakiś sposób im się przysługują, żyje się dłużej. Czy w byciu niepotrzebnym można odnaleźć sposób na życie? A na tym przecież polega życie porządnego mnicha.

    Trochę ponad pół wieku dzieli śmierć dwóch podobnych pod tym względem zakonników. Pierwszy z nich zmarł w 1916 roku, 1 grudnia, trafiony kulą raczej przypadkowo wystrzeloną przez nastolatka. Drugi, w 1968 roku w Bangkoku, dokładnie 27 lat po tym, jak wstąpił do trapistów, zmarł porażony łazienkowym wentylatorem, zapewne równie przypadkowo popsutym. Karol de Foucauld i Tomasz Merton – szalenie popularni obecnie, a pierwszy z nich dodatkowo otoczony nimbem świętości, wynoszony właśnie na ołtarze. Merton podobno pod koniec życia uporczywie głosił „monastyczny niepokój” i – jak napisał Marcin Cielecki – było to sięgnięcie do samego rdzenia doświadczenia monastycyzmu, z „jego pierwotnym oddechem egipskich pustyń”. Mnich w takim ujęciu to człowiek „zbędny”, niekonieczny.

    Fundament Kościoła

    Opat trapistów Notre Dame des Neiges, ojciec Hugues, na strapionego nie wygląda, wręcz przeciwnie – tryska energią i humorem. Trapista z czterdziestoletnim stażem, od dwudziestego roku życia w klasztorze, jest – jak podkreśla – szczęśliwy. Choć moment to trudny, bo rozmowa toczy się w dniach, w których do klasztoru ściągają liczni dziennikarze, by udokumentować ostatnie dni trapistów w tym miejscu. Zostało ich pięciu, w tym dwóch chorych, więc postanowili je opuścić.

    Na pytanie, dlaczego akurat ten klasztor wybrał Karol de Foucauld, opat odpowiada bez namysłu: – Bo był najbiedniejszy, położony w górach i życie tutaj było bardzo trudne. – A czy był, zdaniem ojca, szczęśliwy, skoro wiecznie poszukiwał swojego miejsca? W tym klasztorze też za długo nie pobył… Opat kiwa głową, bo nikt go dotąd o to nie pytał. – To dobre pytanie – odpowiada. – Myślę, że w La Trappe był bardzo szczęśliwy i bardzo kochany – wszyscy bracia go lubili. Zależało mu na tym, żeby naśladować Jezusa jak najbardziej radykalnie, szukając ostatniego miejsca, i to dało się w klasztorze odczuć. Myślę, że wciąż poszukiwał najlepszego sposobu naśladowania Go – dodaje.

    Mała grupka mnichów w klasztornym kościele śpiewa psalmy, którym przysłuchuje się kilkoro ludzi. Pomiędzy opatem a młodym trapistą z Korei stoi prosty pastorał, obaj mnisi zwróceni są w kierunku krzyża. Z pewnością nie jest to ten sam krucyfiks, pod którym klękał Karol de Foucauld. Wśród klasztornych pamiątek znajdują się jego kapłański kielich i patena. Ojciec Hugues, wskazując na nie, opowiada o Karolu, a zapytany o to, co właściwie w jego współbracie powinno najbardziej przemówić do ludzi XXI wieku, w którym mówi się o kryzysie Kościoła, odpowiada: – Naśladowanie Chrystusa. Zorientowanie całego życia na Niego. To przecież jest jedyny fundament Kościoła.•

    KAROL DE FOUCAULD

    KALENDARIUM 15 września 1858 r. – przychodzi na świat w Strasburgu (Francja) 1864 r. – umierają jego rodzice 1876 r. – wstępuje do szkoły oficerskiej Saint-Cyr styczeń 1882 r. – opuszcza wojsko 1883–1884 – podróżuje po Maroku październik 1886 r. – przeżywa nawrócenie 16 stycznia 1890 r. – wstępuje do klasztoru Matki Bożej Śnieżnej (trapiści) w Masywie Centralnym 9 czerwca 1901 r. – przyjmuje święcenia kapłańskie 28 października 1901 r. – przybywa do Beni-Abbes w Algierii 1904 r. – przenosi się do Tamanrasset 1 grudnia 1916 r. – zostaje zastrzelony przez nastoletniego chłopca 13 listopada 2005 r. – beatyfikowany przez Benedykta XVI 15 maja 2022 r. – kanonizacja.

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny 19/2022

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Sample

    Karol de Foucauld:

    Nasz brat jest niesprawiedliwy: pozwólmy mu dopełnić tej niesprawiedliwości

    “Trzeba być miłosiernym, nachylać swoje serce ku każdej nędzy, zarówno cielesnej, jak i przede wszystkim duchowej. Choroby duszy są bowiem nieskończenie poważniejsze niż choroby ciała, ponieważ zagrażają odkupionemu przez Chrystusa wiecznemu życiu i szczęściu człowieka, i to nie na kilka lat, ale na całą wieczność” – pisał Bł. Karol de Foucauld.

    /

    Dzięki uprzejmości Redakcji “Życia Duchowego”, przedstawiamy Państwu tekst Bł. Karola de Foucauld.

    Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje.

    (Mt 10, 40)

    Przyjąć bliźniego to przyjąć cząstkę Jezusa, cząstkę Jezusowego ciała; Jezus słucha tego, co mówimy do bliźniego, i przyjmuje to, co czynimy naszym braciom; do Niego mówimy i Jemu czynimy…

    Z jakąż więc miłością, szacunkiem i radością winniśmy pragnąć czynić jak najwięcej dobra dla duszy czy ciała tych, których spotykamy na swojej drodze, zgodnie z ich i naszymi możliwościami; z jakąż czułością winniśmy przyjąć każdą ludzką istotę, kimkolwiek by ona była!… Ubogiego, który nieśmiało puka do drzwi, przełożonego, który w imię Kościoła i Stolicy Apostolskiej przychodzi odwiedzić nas wszystkich, wszystkich, wszystkich; ubogiego i biskupa, wszystkich, wszystkich, bo przyjmując ich, przyjmujemy Jezusa!

    To na tym fundamencie sprawiedliwy, który “żyje w wierze”, buduje swoje zachowania, swoje związki z bliźnim, nie widząc w nich niczego innego jak tylko cząstkę ciała Jezusa.

    Byłem głodny, a daliście Mi jeść.

    (Mt 25, 35)

    Nasz Pan daje nam tu prawdziwy motyw jałmużny, najpotężniejszy ze wszystkich, choć są jeszcze inne motywy: trzeba dawać jałmużnę z posłuszeństwa dla nakazu, tylekroć przez Boga powtarzanego; trzeba być posłusznym, by Go naśladować, Jego, który tak hojnie nas obdarza, naśladować Jezusa, który tyle dał; trzeba dawać, ponieważ miłość Boga zobowiązuje nas do przenoszenia miłości, jaką mamy dla Niego, na ludzi – Jego ukochane dzieci; trzeba dawać przez dobroć, aby praktykować, kultywować tę cnotę, którą należy kochać dla niej samej, ponieważ jest ona jednym z atrybutów Boga, Jego piękna, doskonałości i, w rezultacie, samym Bogiem; wszelako choć każdy z motywów dawania jałmużny jest w zupełności wystarczający, to najbardziej porywające ze wszystkich jest to, że cokolwiek czynimy dla bliźniego, czynimy dla samego Jezusa; i tu właśnie znajdujemy kryterium, według którego winniśmy zmieniać i reformować nasze życie, kierować naszymi działaniami, słowami i myślami… Wszystko, co czynimy dla bliźniego, czynimy dla Jezusa…

    Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: “Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.

    (Mt 9, 13)

    Trzeba być miłosiernym, nachylać swoje serce ku każdej nędzy, zarówno cielesnej, jak i przede wszystkim duchowej. Choroby duszy są bowiem nieskończenie poważniejsze niż choroby ciała, ponieważ zagrażają odkupionemu przez Chrystusa wiecznemu życiu i szczęściu człowieka, i to nie na kilka lat, ale na całą wieczność… Troszczyć się nie tylko o owce łagodne i zadbane, pozostawiając “czarne owce” ich nieszczęsnemu losowi, lecz kochać należy wszystkich ze względu na Boga, Ojca i Zbawiciela, otaczając szczególną troską chorych i grzeszników, ponieważ oni tego najbardziej potrzebują.

    Jezus daje nam całe swoje ciało do kochania; wszystkie Jego członki zasługują z naszej strony na jednakową miłość, bo wszystkie do Niego należą: jedne są zdrowe, inne chore: jeśli wszystkie powinny być równo kochane, to chore członki wymagają szczególnej troski, tysiąc razy większej niż pozostałe: zanim będziemy skrapiać inne perfumami, zadbajmy o te zranione, posiniaczone, chore, to znaczy o tych wszystkich, którzy mają potrzeby ciała i duszy, a szczególnie o tych ostatnich, czyli grzeszników… Możemy czynić dobrze wszystkim ludziom za pomocą modlitwy, pokuty czy własnego uświęcenia.

    Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?

    (Łk 6, 41)

    Miłość nie zważa na wady tego, którego kocha, lecz usiłuje je sobie wytłumaczyć, jeśli nie może ich nie widzieć, modli się, żeby znikły; gdy nie może ich usprawiedliwić, odwraca od nich oczy, by myśleć o pięknie i zaletach miłowanej osoby oraz o własnych brakach wyrażając w ten sposób swoją pokorę… Gdy się kocha, jest się tak małym, tak pokornym przed tym, którego się kocha, widzi się samego siebie tak nędznego i tak biednego, a tego, kogo się kocha, doskonałego i pięknego. Jeśli naszego bliźniego uważamy za pełnego wad, a siebie samych za dobrych, to zapłaczmy nad sobą, ponieważ upadliśmy bardzo nisko, jesteśmy pozbawieni miłości, zarozumiali i ślepi, nie ma w nas także ani pokory, ani prawdy: jesteśmy daleko od Boga, który jest miłością, od Boga, który jest prawdą, od Jezusa pokornego Serca; płaczmy, płaczmy nad sobą, módlmy się, prośmy w modlitwach, błagajmy Boga, byśmy się mogli nawrócić, błagajmy świętych, aniołów, ludzi, żeby nam wyprosili nawrócenie, i pracujmy ze wszystkich sił, by się poprawić, bo tkwimy w bardzo głębokiej przepaści.

    Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam sobie przypomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj.

    (Mt 5, 23-24)

    Zachowujmy pokój ze wszystkimi ludźmi i usiłujmy go przywracać, kiedy został zakłócony: wychodźmy zawsze naprzód, czyniąc pierwsze kroki przez miłość dla tych, którzy są naszymi braćmi w Bogu; gdy nie mamy racji, róbmy to z tym większym pośpiechem, bo zobowiązuje nas do tego sprawiedliwość; gdy racji nie ma nasz brat, róbmy to z zapałem, przez troskę o dobro jego duszy, dla jego nawrócenia; w każdym wypadku róbmy to śpiesznie i z całego serca, żeby między dziećmi Boga panowały miłość, pokój i jedność.

    Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą.

    (Łk 6, 27)

    Kochajmy nieprzyjaciół, kochajmy z całego serca te chore członki ciała Jezusa, tych obciążonych winą braci, którzy pozostają naszymi braćmi i mogą się w każdej chwili nawrócić, te istoty, za które Jezus przelał swoją krew i które wciąż woła do siebie, te dusze uczynione na obraz Boga, stworzone dla nieba, w którym będą królować być może w lepszym miejscu niż nasze… Czyńmy dobrze tym, którzy nas nienawidzą, wyświadczajmy wszelkie możliwe dobro ich duszom i ciałom, módlmy się za nich, ofiarujmy w ich intencji naszą pokutę (ponieważ Pismo Święte ukazuje nam wszędzie pokutę jako nieodłączną towarzyszkę modlitwy), wyświadczajmy im wszelkie dobro, na które nam pozwala Bóg i posłuszeństwo wobec Niego, okazujmy im dobrą wolę, usłużność, życzliwość, obdarzajmy ich jałmużną, jeśli są ubodzy, opieką, jeśli są chorzy, i wszystkim, co jest dla nich dobre; czyńmy to z posłuszeństwa słowu Jezusa i z chęci naśladowania Go, by wyświadczać wszelkie dobro Jego chorym członkom, by zyskiwać te dusze dla Boga, “gromadząc rozżarzone węgle miłości nad ich głowami” i zło dobrem zwyciężając, a ich nienawiść naszymi dobrymi uczynkami.

    Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty.

    (Łk 6, 29)

    Jakiż dobry jesteś, mój Boże!… Jak czuły Ojciec, pragnący trwałej miłości między wszystkimi swoimi dziećmi, który chce, by dla zachowania pokoju znosiły łagodnie, z cierpliwością i bez sprzeciwu jedne drugich, znosiły wszelki gwałt, zniewagi, a nawet śmierć, woląc raczej umrzeć niż zranić swego brata; tym bardziej chcesz, by między Twoimi dziećmi nie było nawet cienia kłótni o dobra materialne i żeby nigdy nie został między nimi zmącony pokój przez przywiązanie do dóbr doczesnych i przez słowa: “moje” i “twoje”…

    Uczysz także, byśmy raczej pozwolili sobie odebrać przez niesprawiedliwych braci wszystkie dobra, nawet te niezbędne, jak szaty okrywające ciało, niż przez stawianie oporu i protesty zburzyli miłość i pokój, które powinny panować w rodzinie. O Boże miłości, o dobry Ojcze, jakże chciałbyś widzieć między nami, Twoimi dziećmi, miłość, pokój i zgodę!

    /

    Pozwólmy się bez sprzeciwu ogołocić, okraść, obedrzeć ze wszystkiego, co mamy, chociaż zgoda na spoliczkowanie i wyrządzanie sobie krzywdy jest szczególnie przeciwna naszej zepsutej naturze i pogańskim ideom tego świata; nie ma jednak nic w tym dziwnego, że myśli Boże są różne od myśli ludzkich. One bowiem, jak mówi Bóg, są od siebie tak odległe jak wschód od zachodu. Nic zatem dziwnego, że natchnienia łaski są tak przeciwne podszeptom zepsutej natury. Pozwólmy więc sobie raczej zabierać, wyrywać nawet największe dobra i najbardziej potrzebne przedmioty, niż przez kłótnie i protesty, walki i potyczki zburzyć braterską miłość…

    Nasz brat jest niesprawiedliwy: pozwólmy mu dopełnić tej niesprawiedliwości, modląc się za niego, pozwólmy się ogołocić, odstąpmy wszystko, nie “sprzeciwiajmy się złu”, ograniczmy się do braterskiego napomnienia, jeśli zechce nas słuchać, i usiłujmy go nawrócić braterskim zwróceniem uwagi, tak jak uczy nas tego Jezus. Zresztą cóż my odstępujemy? Czymże są największe dobra, jeśli nie odrobiną błota. A to wszystko, co nam się zdaje, że posiadamy, jak długo będziemy mieć? Nasze życie tu, na ziemi, to tylko dwie chwile. Jeśli spojrzymy na przemijające dobra w świetle wieczności, zrozumiemy bez trudu to, o czym mówi Bóg, żebyśmy porzucili wszystko bez oporu, jakkolwiek wydawałoby się ważne i nieodzowne, gdyż wszystko, co ziemskie, jest nieskończenie małe, a niezbędna jest nam jedynie cnota…

    W tym świetle widać wyraźnie, że najmniejszy wzrost miłości między ludźmi, w rodzinie dzieci Bożych, ma tysiąc razy większą wartość i tysiące razy większe znaczenie niż wszystkie dobra materialne świata.

    “Kościół zwycięża, gdy zwycięża miłość”. “Bóg zwycięża, gdy zwycięża miłość”… Jeśli więc nasz brat, choćby najbardziej obciążony winami, niegodziwiec, łotr, chce zabrać naszą własność, cokolwiek by to było, wielki majątek czy noszona przez nas szata, strzeżmy się, by go nie wymyślać: obejmijmy go i dajmy mu, czego chce: jesteś moim bratem, to, co moje, jest i twoje; trochę marności nie odłączy mnie od mego brata; kocham cię, bierz wszystko, co chcesz, jeśli chcesz, bierz więcej, bierz wszystko, bo wszystko, co mam, jest twoje, umiłowany bracie, kocham cię, wszystko, co posiadam, jest twoje… To jest przykazanie Jezusa, to również przykład, jaki nam daje, pozwalając się ogołocić ze wszystkiego, umierając na krzyżu bez stawiania oporu i modląc się za tych, którzy Go ogołocili i przyprawili o śmierć.

    Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi.

    (Łk 6, 29)

    Jakiż dobry jesteś, Boże mój! W swojej miłości, jaką masz dla wszystkich ludzi, chcesz, by się zachowywali między sobą tak, jak czuły ojciec chce, by jego własne dzieci postępowały jedne z drugimi… Chcesz widzieć panujący między nimi pokój, taką uległość, taką wyrozumiałość, takiego ducha delikatności i czułości, że gdy jeden dopuści się jakiejś niesprawiedliwości, inni mu natychmiast ustępują, by nie zakłócać owego pokoju i jedności, bo uważają, że cokolwiek by się zdarzyło, zawsze zwyciężą, gdy tylko zwycięża miłość… Oto trwały pokój i wypróbowana miłość braterska, których pragniesz wśród swoich dzieci, i dlatego dajesz nam to przykazanie: Jeśli cię ktoś uderzy… i wiele innych.

    Jeśli nas ktoś uderzy w policzek, nadstawmy mu drugi, dosłownie i w przenośni: jeśli nas ktoś obraża, nie oddajmy mu zniewagą, jeśli nas uderzy, nie bijmy agresora, nadstawmy policzek albo grzbiet, czyniąc znak krzyża; jeśli nas kto zrani, nie brońmy się, nadstawmy szyję jak baranek, by nie sprowokować walki ze swoim bratem, ale go raczej zwyciężyć łagodnością, naśladując Bożego Baranka, który bez stawiania oporu pozwolił, by Go policzkowano, opluto, bito pięściami, zelżono, zasłonięto Mu oczy, biczowano, ukoronowano cierniem, obarczono krzyżem, poraniono i zabito, gdy jednym słowem, jednym aktem woli mógł powalić do swoich stóp wszystkich napastników i każdego z nich unicestwić.

    Znośmy więc wszystkie obelgi, krzywdy, drwiny, przemoc, ciosy, rany, więzy, śmierć, modląc się za tych, którzy nienawidzą… “Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Dziękując Bogu za to, że raczył pozwolić, byśmy my, tak niegodni, upodobnili się do naszego Pana, ofiarujmy Mu z miłością to wszystko, co musimy znosić… Jezus daje nam tu wyraziste świadectwo i nie mniej wyrazisty przykład. Idźmy krok w krok za naszym Umiłowanym, za wonią Jego pachnideł.

    bł. Karol de Foucauld, Miłość bliźniego, tłum. B. Dyduła SJ, “Życie Duchowe”, 53/2008, s. 93-96

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    O człowieku, któremu nic się nie udało

    Gapie na placu Broglie w Strasburgu zadzierają głowy do góry. Na ogromnym gmachu wiszą dwie solidne tablice. Napis na pierwszej głosi: “Tu wznosił się dom, gdzie 15 września 1858 roku narodził się Ojciec de Foucauld, dawny oficer kawalerii, badacz Maroka, zdradziecko zamordowany przez Senussów 1 grudnia 1916”. Na drugiej napisano: “W tym domu po raz pierwszy rozbrzmiał hymn Marsylianka ułożony dla armii przez Rougeta de Lisle w 1792 roku”. Hymn Francji? To jest coś! Kto by się przejmował jakimś badaczem Maroka…

    Karol de Foucauld przegrywa konkurencję już na starcie. I tak właściwie ułożyło się całe jego życie. Patrząc po ludzku: niczego nie osiągnął. Nic mu się nie udawało. Marzył o założeniu wspólnoty, zmarł samotny jak palec, pisząc dramatyczne słowa: “Ziarno umiera, nie przynosząc owocu. Ja, który tylko potrafię marzyć, niczego w życiu nie osiągnąłem”. Wkrótce zostanie ogłoszony błogosławionym.

    Planował, skrupulatnie rozrysowywał, przelewał marzenia na papier. Nie widział owoców swej pracy. Bóg wysłuchał jego gorących modlitw i zrealizował marzenia, ale uczynił to dopiero po jego śmierci. Jak grzyby po deszczu powstają malutkie wspólnoty zafascynowane drogą, którą szczegółowo opisał. Mali Bracia i Małe Siostry Jezusa adorują Boga na całym świecie, odnajdując Jego blask w najbłahszych sytuacjach dnia. Ich pustelniami są często wysokie mieszkalne bloki, na adorację jeżdżą windami, a zamiast podmuchu pustynnego wiatru ich twarze muskają spaliny samochodów. Nie zmieniło się tylko jedno: jak Karol de Foucauld szeptają: “Ojcze, powierzam się Tobie, uczyń ze mną, co zechcesz. Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci. Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko”.

    Bardziej świnia niż człowiek

    “Komu jeszcze pasztecik z gęsich wątróbek z truflami? A kto chce kawioru?” – Karol ogarnął wzrokiem rozbawione towarzystwo. Lgnęli do niego: miał suto zastawiony stół, świetne trunki, najlepsze cygara. “Szczęściarz! Dostać taki spadek, po dziadku!” – szeptali z zazdrością. Głośno zaś wołali: “Dolej nam jeszcze tego czerwonego wina, jest wyborne!”.

    “Liczą się jedynie przyjemności” – wyznaje młodzieniec. Jak wielu dokoła zafascynowany jest wiedzą i techniką. “A Bóg? Ani Go zmierzyć, ani zważyć…” – zniechęca się. Pogrąża się z dnia na dzień. W swych listach opowiada o tamtym czasie dosadnie: “Straciłem wiarę. Nigdy nie byłem w tak opłakanym stanie ducha. Byłem cały egoizmem, bezbożnością, pragnieniem zła. Byłem jak oszalały. Byłem bardziej świnią niż człowiekiem”. Miał być żołnierzem, porzuca jednak szybko karierę wojskową. Jest podekscytowany: wyrusza na niebezpieczną wyprawę badawczą do Maroka. Ryzyko jest ogromne, Afryka wrze.

    Dla jego rodaków sprawa jest jasna: muzułmanin to wróg. Myślący w podobny sposób młodziutki podróżnik przeciera oczy ze zdumienia: jest poruszony ogromną gościnnością marokańskich muzułmanów. Widząc, z jaką czcią padają na kolana, by na kolorowych dywanikach oddać cześć Bogu, nieśmiało pyta: “Czyżby On istniał?”. Później napisze nawet: “Myślałem o tym, by zostać muzułmaninem”. Zaczyna z pasją uczyć się arabskiego, czyta Koran. Widząc opłakane skutki niewolnictwa, pisze oburzony: “Biada wam obłudnicy, którzy na znaczkach umieszczacie »wolność, równość, braterstwo«, a zaciskacie kajdany niewolnikom. Karzecie kradzież kurczaka, a pozwalacie na kradzież człowieka”.

    Poruszony wraca do Francji. Jest czule przyjęty przez swą głęboko chrześcijańską rodzinę. Niczego nie narzucają, od czasu do czasu dyskretnie podrzucając jedynie książki o duchowości. Karol pochłania je, ale czuje się pusty. Coraz więcej czasu spędza jednak w kościele. Jest rozdarty: z jednej strony nie widzi w nim żadnych znaków Żyjącego, z drugiej nie może obok niego przejść obojętnie. Świątynia przyciąga go jak magnes. “Zacząłem chodzić do kościoła bez wiary, ale tylko tam czułem się dobrze i spędzałem długie godziny, powtarzając dziwną modlitwę »Mój Boże, jeśli istniejesz, daj się poznać!«” – opowiada po latach. W październiku 1886 roku długo rozmawia z poznanym w Paryżu ks. Huvelin: “Poprosiłem o lekcje religii, a on mi kazał uklęknąć i wyspowiadać się i natychmiast posłał mnie do Komunii”. Karol wychodzi z kościoła jako wierzący chrześcijanin. W twarz uderza go chłodny wiatr znad Sekwany. Jest październik 1886 r. Świeżo upieczony chrześcijanin ma 28 lat. Nic już nie będzie takie samo jak dawniej…

    Kamień pod głową łachmaniarza

    Nowa religia pochłania wszystkie jego zmysły. Pielgrzymuje konno przez Ziemię Świętą. “Oczy Jezusa spoczywały na tych samych wzgórzach, winnicach i horyzontach!” – gorączkuje się, patrząc na rosłą Górę Błogosławieństw. Pochyla się, dotyka ziemi Nazaretu. A więc tu żył w ukryciu Mesjasz? W głowie neofity rodzi się szalony pomysł: będzie żył jak On. Schowany, ukryty przed wzrokiem ciekawskich, służąc najbardziej odrzuconym. “Nie chcę przejechać przez moje życie w pierwszej klasie, podczas gdy Ten, którego kocham przebył je w ostatniej” – pisze. Nieustannie coś notuje. Jego drobniutkie pismo pokrywa zeszyty, karteczki, białe koperty.

    Chowa się w malutkim klasztorze w Syrii. Dwudziestu mnichów żyje w krytych słomą domkach z desek i gliny. Sześć godzin dziennie modlą się, sześć pracują. “Karol zawsze buduje, często cieszy, ale czasami przeraża” – szeptają o nim bracia. Jest radykalny, bardzo wymagający wobec siebie, surowy. Za wszelką cenę pragnie naśladować ubóstwo Mesjasza. Po kilku latach podejmuje karkołomną decyzję: zamieszka samotnie na pustyni. Jego lapidarna notatka zapowiada smak nowego wyzwania. Pisze: “A teraz nieznane”.

    Początkowo mieszka w Nazarecie. Przebiera się w proste robocze ubranie, podaje się za służącego. Siostry zakonne dyskretnie obserwują dziwaka: przychodzi i cały dzień spędza na modlitwie w małej kapliczce klasztoru. Domyślająca się jego przeszłości przeorysza podejmuje ryzyko: zatrudnia go jako ogrodnika. Karol śpi na deskach, pod głowę podkłada kamień. Mimo to pisze, że czuje się jak “pączek w maśle”. Wraca na krótko do Francji, ale w jego głowie już na dobre gości myśl: resztę życia spędzi na pustyni. Pod przeraźliwie prażącym słońcem, przy pięćdziesięciu stopniach w cieniu, będzie wiódł ukryte życie Mistrza z Nazaretu. Nie będzie Go głosił słowami, lecz życiem. Otoczony rozpalonym piachem i kamieniami.

    Małe jest piękne

    Odtąd całe jego życie związane jest z Saharą. Wyświęcony na kapłana w 1901 r. wyjeżdża najpierw do Beni-Abees, potem do Tamanrasset, gdzie próbuje być po prostu bratem Tuaregów – pustynnych koczowników. Uczy się ich języka, godzinami tłumaczy poezje, opowiadania, przysłowia. Jest konsekwentny: codziennie poświęca na to aż dziesięć godzin. Kocha ten prosty naród ze wzajemnością. “To okropne myśleć, że taki dobry człowiek pójdzie po śmierci do piekła, bo nie jest muzułmaninem” – załamują ręce proste wieśniaczki. Mimo wszystko uważają go za świętego. Karol nie stara się ich nawracać.

    Wobec islamu jest cichym świadkiem Jezusa. “Boże mój, polecam Ci z całej duszy ich nawrócenie. Ofiaruję Ci za nich moje życie, za nawrócenie Maroka, za ludy Sahary, za wszystkich niewiernych” – modli się na palącym stopy piasku pustyni. Jego słowa: “Odrzuć ducha podboju, który jest bardzo daleki od sposobu działania i mówienia Jezusa. Duch walczący jest w tych, co nie są chrześcijanami lub są złymi chrześcijanami i tylko widzą nieprzyjaciół, których należy zwalczać” – powinni wziąć sobie do serca katolicy między Odrą a Bugiem. “Chcę prowadzić w krajach niechrześcijańskich ciche życie Jezusa w Nazarecie” – zdradza pustelnik.

    Przebiega setki kilometrów pustyni, jada dziennie trzy daktyle popijane mlekiem, mieszka w trzcinowych szałasach. Marzy, by skupić wokół siebie braci, którzy porwani ideałem ubóstwa zamieszkają z nim na pustyni, siedząc w ciszy przed Panem. Narzuca sobie jednak tak surową dyscyplinę, że nikt nie ma odwagi przyłączyć się do niego. Nieśmiałe próby zwerbowania zakonników kończą się ucieczką niedoszłych pustelników. Karol pozostaje sam jak palec. Palec, który nieustannie wskazuje na niebo.

    Żyje blisko Pana, przez ostatnie lata śpi nawet tuż przy Najświętszym Sakramencie, a jednocześnie boleśnie doświadcza rozdarcia. Ucieka przed światem, a przez cały dzień przybiegają do niego miejscowi. Chcą pogadać, proszą o pomoc. Czarnoskórzy chłopcy zaglądają do ubogiej izdebki, w której ślęczy nad tłumaczeniami. Ma precyzyjny plan zorganizowania Sahary, nikt jednak nie chce go zrealizować. Patrząc po ludzku, przegrywa dzień po dniu.

    Ginie 1 grudnia 1916 r. zamordowany w czasie rozruchów w Hoggarze. Chce do końca pozostać wśród swoich czarnoskórych przyjaciół, ale dla wrogo nastawionego plemienia Senussów jest przede wszystkim “niewiernym” Francuzem. Piętnastoletni chłopak, który pilnuje pustelnika, zdezorientowany pociąga za spust. Pada strzał, a wychudzony mnich w przykrótkim białym habicie, opasany solidnym różańcem, w sandałach własnej roboty, osuwa się na ziemię. Na jego piersi wyhaftowane serce z napisem “Jesus – Caritas” wypełnia się prawdziwą krwią. Kilka kropel spada na rozrzucone na ziemi karteczki.

    Na jednej z nich zapisał kiedyś swe największe pragnienie: “O czym marzę w sekrecie, to coś bardzo prostego, małego liczebnie, przypominającego pierwsze wspólnoty pierwotnego Kościoła. Mała rodzina, małe ognisko monastyczne, maleńkie i bardzo proste”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ___________________________________________________________________________

    „Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko” – szeptał. I tak żył.

    Mnich jest człowiekiem nieużytecznym – pisał o. Michał Zioło, trapista. Wiśta wio, łatwo powiedzieć… Ilekroć odwiedzałem zakony kontemplacyjne i rzucałem to hasło, słyszałem: „Ależ nie! Nie jesteśmy nieużyteczne! A kto ugotuje, kto posprząta?”. Nawet u benedyktynek ukrytych przed światem w watykańskich ogrodach usłyszałem: „Robimy pyszną marmoladę morelową dla Ojca Świętego!”.

    „Nikt nie chce być nieużyteczny. Bo to jest śmierć dla człowieka” – wyjaśniał o. Zioło. „Ale jeśli się wybiera nieużyteczność, to w tym wyborze tkwi pytanie, które święty Benedykt kazał powtarzać kapłanom wchodzącym do wspólnoty: »Przyjacielu, po coś przyszedł?«. To bardzo oczyszcza intencje. Nieużyteczność to jest niezadowalanie się tym, co już mamy, ale pewna otwartość, bo może coś nowego się wydarzy”.

    „Przyjacielu, po coś przyszedł?” To pytanie musiał zadawać sobie Wielki Nieudacznik, samotny jak palec, zdesperowany Karol de Foucauld, wołający: „Ziarno umiera, nie przynosząc owocu. Ja, który tylko potrafię marzyć, niczego w życiu nie osiągnąłem”. Choć ruszył na pustynię, by nawracać muzułmanów, pozostał na niej, by… żyć jako ich brat. „Boże mój, polecam Ci z całej duszy ich nawrócenie. Ofiaruję Ci za nich moje życie, za nawrócenie Maroka, za ludy Sahary, za wszystkich niewiernych” – pisał. „Oby każdy mógł powiedzieć w godzinie śmierci: »Płakałem z tymi, którzy płaczą«”.

    To przedziwne w chrześcijaństwie: będąc w miejscu ukrytym, wywieramy ogromny wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Nie musimy stać na podium, w świetle reflektorów, na scenie. „Imponują nam zazwyczaj rzeczy okazałe i widowiskowe. Tymczasem życie święte ukryte jest w głębinach” – notował Abraham Joshua ­Heschel.

    Karol był człowiekiem paradoksów. Umierał samotnie. Nie domyślał się, że tysiące małych braci i sióstr ruszy jego pustynnym śladem.

    Nawrócił się dzięki muzułmanom, oddał im całe serce, a zastrzelił go jeden z nich. Na jego pogrzebie licznie zgromadzeni wyznawcy islamu płakali, że jako katolik nie trafi do nieba…

    Gdy przed laty w jednym z komentarzy zacytowałem jego zdanie: „Jestem bardziej świnią niż człowiekiem”, w sieci zawrzało. Rozpętała się gorąca dyskusja. „Jak można mieć tak niską samoocenę?” – pytali internauci. A sam de Foucauld w tak dosadny sposób opisywał styl hulaszczego życia hedonisty, jakie prowadził za młodu. „Liczą się jedynie przyjemności” – opowiadał bez zbędnego owijania w bawełnę. „Straciłem wiarę. Nigdy nie byłem w tak opłakanym stanie ducha. Byłem cały egoizmem, bezbożnością, pragnieniem zła. Byłem jak oszalały”.

    Pytanie o Boga spędzało mu sen z powiek. Godzinami przesiadywał w kościołach („Chodziłem tam bez wiary, powtarzając dziwną modlitwę: »Mój Boże, jeśli istniejesz, daj się poznać!«”). Duchowe poszukiwania doprowadziły go do odkrycia, że Jezus aż przez 30 lat żył w ukryciu Nazaretu, a publicznie działał „jedynie” przez 3 lata. Francuz podjął decyzję: chcę być jak On – mały, pokorny, niezauważony.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • ogłoszenia – grudzień 2022

    Znowu jest mi dane przeżywać kolejne Boże Narodzenie.

    Znowu ożył czas wigilijnego stołu, czas jedyny i niepowtarzalny.

    Jak dobrze było w ten grudniowy wieczór

    być otulonym życzliwością i ciepłem serdecznych osób.

    Obecny czas jest czasem przemijania, które jak chmury na niebie,

    choć słońce zasłonić potrafią, to jednak promieni ciepła nie ugaszą.

    W takiej scenerii zachmurzonego nieba łatwo jest wejść w smutek,

    łatwo ugrząźć w żalu, bo z roku na rok przybywa pustych miejsc przy stole.

    Nie mogę jednak nie zauważyć jak maleńkie paciorki różańca, palcami przesuwane, skrywają w sobie wielką moc odsłaniając cudowny i jedyny,

    bo prawdziwy Boży świat.

    Błogosławione niech będą Tajemnice Radosne, bo aż cztery tysiące lat wyczekiwane.

    Błogosławione niech będą Tajemnice pełne Bożego Światła

    oświetlające właściwe dróżki człowieczego pielgrzymowania.

    Błogosławione niech będą Tajemnice, które, mimo że przynoszą ból,

    bo są jak ziarna wrzucone w ziemię i muszą obumrzeć,

    aby narodziło się Boże Dziecię,

    także i w moim Betlejemie.

    Błogosławione niech będą Tajemnice pełne Bożej Chwały,

    bo są Nadzieją,

    że blisko jestem i z tymi, którzy już wierzyć nie muszą

    i z tymi, w których wiara, nadzieja i miłość wciąż rośnie wypełniając puste miejsca.

    To są moje życzenia. Proszę, przyjmij je.

    ks. Marian

    Anno Domini MMXXII

    ***

    Sprawdzamy, czy to, co czytamy w Ewangeliach o narodzinach Jezusa to sama  prawda czy wymyślone bajeczki - Joe Monster

    ***

    24 GRUDNIA – SOBOTA – WIGILIA BOŻEGO NARODZENIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PASTERKA – GODZ. 21.30

    ***

    W BOŻE NARODZENIE I W DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT:

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 14.00

    ***

    Oktawa Bożego Narodzenia

    W liturgii obchody Bożego Narodzenia trwają osiem dni. Oktawa (łac. octavus – ósmy) jest to czas w liturgii obejmujący ważną uroczystość i siedem dni po niej następujących. Ma ona swoją wielowiekową tradycję.

    Najwcześniej w III w. powstała oktawa Zmartwychwstania Pańskiego, w czasie której odbywały się nabożeństwa i katechezy dla nowo ochrzczonych dorosłych. Po przyjęciu chrztu w Noc Paschalną konieczne było wtajemniczenie (tzw. mistagogia) w pełniejsze rozumienie tajemnicy zbawienia (co działo się w oktawie). W VII wieku ukształtowała się oktawa Bożego Narodzenia, później Bożego Ciała i Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    W obrządku rzymskim odnowionym na polecenie Soboru Watykańskiego II zachowane zostały tylko dwie formalne oktawy: Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia.

    Drugi dzień oktawy Bożego Narodzenia, 26 grudnia, poświęcony jest św. Szczepanowi, diakonowi i pierwszemu męczennikowi. Kult liturgiczny św. Szczepana znany jest od IV wieku. W państwie Karolingów, a następnie w innych krajach zachodnich i północnych św. Szczepan stał się patronem koni, dlatego 26 grudnia święcono owies. W niektórych parafiach zwyczaj ten nadal jest pielęgnowany.

    Trzeci dzień oktawy, 27 grudnia, poświęcony jest św. Janowi Apostołowi. Jego kult liturgiczny istniał już od IV wieku. W dniu św. Jana święci się wino i podaje się wiernym do picia: Bibe amorem s. Joannis. To bardzo stara tradycja Kościoła, sięgająca czasów średniowiecza. Związana jest z pewną legendą, według której św. Jan miał pobłogosławić kielich zatrutego wina. Wersje tego przekazu są różne. Jedna mówi, że to cesarz Domicjan, który wezwał apostoła do Rzymu, by tam go zgładzić, podał mu kielich zatrutego wina. Św. Jan pobłogosławił go, a kielich się rozpadł.

    Dziś ta tradycja ma inną wymowę. Głównym przesłaniem Ewangelii według św. Jana jest miłość. Dlatego, gdy podaje się owo wino, mówi się „pij miłość św. Jana”. Bo wino – sięgając do biblijnych korzeni – oznacza szczęście, radość, ale również cierpienie i miłość. Czerwony, a taki był najczęstszy jego kolor, to barwa miłości.

    Czwarty dzień oktawy, 28 grudnia, to święto Młodzianków, wprowadzone do liturgii w V wieku. Młodziankowie to dzieci z Betlejem i okolicy, które niewinnie musiały oddać życie dla Chrystusa. Historia tego wydarzenia stała się treścią obchodu liturgicznego.

    Dni następne, to jest 29, 30 i 31 grudnia, zgodnie z prawami oktawy, są dalszym ciągiem obchodów Bożego Narodzenia. W tym czasie przypadają dwa wspomnienia dowolne – św. Tomasza Becketa, biskupa i męczennika (29 grudnia) i św. Sylwestra I, papieża (31 grudnia).

    Z kolei Święto Świętej Rodziny, które Kościół katolicki co roku obchodzi w pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu, w tegorocznej oktawie Bożego Narodzenia wypada 1 stycznia, kiedy obchodzona jest uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. W tym roku święto Świętej Rodziny zostało zatem przeniesione na piątek 30 grudnia.

    Kult Najświętszej Rodziny szerzył się w XVII wieku jako spontaniczna reakcja na demoralizujące skutki wojny trzydziestoletniej (1618 – 1648), które w szczególny sposób dotknęły rodzin. Kult Najświętszej Rodziny zwracał wtedy uwagę na wzór życia rodzinnego.

    Święto to zaczęto obchodzić systematycznie w różnych krajach począwszy od XVIII wieku, a zatwierdził je papież Leon XIII. Natomiast decyzją papieża Benedykta XV zaczęto je obchodzić w całym Kościele. Na stałe do liturgii wprowadzono je za pontyfikatu papieża Leona XIII, który na prośbę kard. Bausa, arcybiskupa Florencji, 20 listopada 1890 r. wydał dekret aprobujący “kult czci zwrócony ku Rodzinie Świętej”. Teksty liturgiczne na święto Najświętszej Rodziny ułożył papież Leon XIII. Jego dziełem również są przepiękne hymny kościelne, przeznaczone na ten dzień. Czytania tak są dobrane, by wyakcentować biblijne sceny, w których występuje rodzina. Teksty Pisma świętego podkreślają równocześnie obowiązki członków rodziny…

    Ostatni dzień oktawy Bożego Narodzenia wypada 1 stycznia – uroczystość Maryi Bożej Rodzicielki. Jest to także Światowy Dzień Pokoju, z okazji którego Ojciec Święty ogłasza swe orędzie pokojowe, kierowane do wszystkich ludzi dobrej woli….

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 30 GRUDNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    UROCZYSTOŚĆ ŚWIĘTEJ RODZINY

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU/SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ***

    Święta Rodzina jako wzór oddania się Bogu

    Ojciec Święty Jan Paweł II nie miał wątpliwości, że rodzina jest najważniejsza, dlatego też prawie połowę swego wysiłku duszpasterskiego skoncentrował właśnie na rodzinie. Miał niezwykły dar rozumienia istoty małżeństwa i rodziny.

    Graziako/Tygodnik Niedziela

    ***

    W dzisiejszym świecie, gdzie coraz bardziej widoczny jest kryzys rodziny, gdzie nieustannie poszukuje się wzorców i autorytetów, lekarstwem może okazać się model Świętej Rodziny jako wzór do naśladowanie w codziennym życiu. Święta Rodzina z Nazaretu jest doskonałym przykładem najpełniejszego rozwinięcia cnót Bożych: wiary, nadziei i miłości, a także poszanowania woli Bożej i przestrzegania przykazań Bożych.

    Ich codzienne, skromne, proste, ubogie życie jest miłe Bogu w każdej czynności i w każdej minucie ich życia. Mimo ucisku i ciężkich doświadczeń panuje tam pokój, szczęcie i radość – owoc Ducha Świętego. Są oni nadzwyczajnym przykładem na to, że życie w bliskości i miłości z Bogiem jest niezwykle szczęśliwe i owocne. Święta Rodzina pokazuje nam, że szczęście nie zależy od władzy czy bogactwa i wszelkich uciech „wielkiego świata”.

    Ukazuje nam życie skromne i pokorne, ciche i pracowite, ale zarazem wielkie, bo nakierowane jest bezpośrednio na Boga. Nie chcieli podobać się światu, ale w każdej chwili swojego życia Bogu i tylko Bogu. Ich niezwykła skromność i zaufanie Panu stworzyły niezwykłą harmonię rodzinną. Poprzez wzajemny szacunek, zrozumienie, nakierowanie na potrzeby drugiego człowieka, czyli – „co mogę dla ciebie zrobić?”, stworzona została atmosfera idealna do wzrostu i wychowania dziecka, do wypoczynku po ciężkiej pracy czy rozwijaniu nowych umiejętności itp. Święta Rodzina jest wzorem i światłem dla całej ludzkości. Ukazuje nam prawdziwy sens i piękno życia ludzkiego, które może się zrealizować przez miłość i poszanowanie Boga. Jest wspaniałym drogowskazem na dzisiejsze „czasy egoizmu”, gdzie zamykając się we własnym indywidualizmie, dominuje w nas często stary człowiek, czyli człowiek zamknięty na działanie Ducha Świętego; człowiek ogarnięty pychą, chciwością, nieczystością itp.

    Człowiek nakierowany na siebie, czyli – „co możesz dla mnie zrobić?”, przyczyniający się w ten sposób do wyniszczania własnej rodziny i w zależności od zasięgu swego oddziaływania także społeczeństwa.
    Niech więc „każda chrześcijańska rodzina – domowy Kościół – wzmocniona obecnością Chrystusa, tak jak Święta Rodzina wzmocniona obecnością Dzieciątka Jezus pielgrzymuje w czasie i do końca wieków, idąc na spotkanie Boga Ojca. Na tej drodze współczesne rodziny kroczą śladami wędrówki odbytej już kiedyś przez Świętą Rodzinę, która szła jako pierwsza w tej pielgrzymce wiary, którą jest życie”.

     Klaudia Skrobańska/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Święty Józef, wróg „współczesności”. Czego uczy nas Opiekun Świętej Rodziny?

    Wraz z nadejściem Bożego Narodzenia uwagę wszystkich wiernych przyciągnie przychodzący na świat Chrystus, a z nim Święta Rodzina i jej opiekun – święty Józef. Tej otoczonej powszechnym kultem postaci warto poświęcić chwilę refleksji. Charyzmat świętości Józefa właściwie ukierunkowuje bowiem człowieka, by w życiu wywiązywał się ze swoich powinności, zamiast być skupionym na zaspokajaniu własnych oczekiwań. To pod wieloma względami przeciwieństwo trendów i mód zakorzenionych głęboko w mentalności współczesnego człowieka – odtrutka, po którą warto sięgnąć przy okazji Uroczystości Narodzenia Pańskiego.

    Przyznajmy to otwarcie: do logiki naszych czasów postać cieśli z Galilei pasuje jak pięść do nosa. Więcej, dla przeciętnego „millenialsa” święty Józef byłby postacią tragiczną – jego życie całkowicie zdominowała bowiem ingerencja Opatrzności – wybierając poślubioną przez niego kobietę na Matkę Wcielonego Słowa, a jego samego na opiekuna Świętej Rodziny. Z kolei cieśla z Nazaretu na fakt ten odpowiadał… jak święty – nie tęsknił za samorealizacją, a świadomy swoich obowiązków wobec Boga i powierzonej mu Maryi z Jezusem, doskonale pełnił przypisaną mu rolę.

    Józef nie tylko przyjął „bez wybrzydzania” swoje powołanie. Był także mężczyzną czynu i konkretu. Pismo Święte nie dostarcza nam opisu jego wewnętrznych poruszeń czy zmagań. Przeciwnie: sceny, w których występuje opiekun Świętej Rodziny są z natury skrótowe i pozbawione szczegółów – to opis działania, a nie doświadczeń. Przyjrzymy się chociażby widzeniu anioła z pierwszego rozdziału Ewangelii Mateuszowej: „(…) Oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów. (…) Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł” (Mt 1,18 – 25).

    Dla roszczeniowego hedonisty rodem z rocznika 2000 atrakcyjność opiekuna Świętej Rodziny jest trudna do pojęcia. Józef nie mógł ułożyć sobie życia według własnych oczekiwań. Obca mu była również emocjonalna ckliwość, która chociaż pozwoliłaby w podejmowanych trudach znaleźć pociechę łechcących samoocenę doznań. A jednak… to właśnie na tym trudnym do zaakceptowania przez współczesnych ideale spoczęło bezpieczeństwo samego Boga – Człowieka… Z kolei przez wieki na jemu podobnych spoczywał cały cywilizacyjny porządek. W czym tkwi zatem sekret świętego Józefa?

    Odpowiedzią jest nic innego, jak etyka obowiązku, czyli podejście do życia obce naszym czasom. Dla Józefa i innych postaci żyjących według tej wykładni oczywistym priorytetem są ich powinności względem rodziny, Boga, wspólnoty – osobista satysfakcja albo trafia na drugi plan, albo wypływa wprost z ich realizacji. Równie dobrze podejście to można nazwać…. miłością.

    Użycie tego słowa w odniesieniu do postaci św. Józefa to dziś element kluczowej walki o pojęcia. Wszelkiej maści „postępaki” będą chciały nam wmówić, że oblubieniec Matki Bożej w „miłości” był niespełniony, że brakowało jej w jego życiu – nie mógł bowiem dowolnie zaplanować rodziny ze swoją żoną a codzienność całkowicie wypełniła mu ciężka praca i służba… Romantyzacja tego pojęcia zatoczyła szerokie kręgi i niemałe spustoszenie sieje właśnie w gronach rodzinnych. Dziś przecież wielu uważa, że „miłość” między małżonkami może się wyczerpać, albo że można jej szukać w kilku związkach naraz…

    Podobnemu błędowi ulega również sporo katolików, którzy myśląc o poszukiwaniu „miłości” w życiu tęsknią tak naprawdę za zakochaniem czy bliskością – nie zaś za pełnią – czynieniem dobra i poświęcaniem się dla swoich bliskich.

    Dla wszystkich, którzy myślą w podobny sposób, „miłość” to jedynie uczucie – w istocie jednak martwe, bo bez uczynków, jak poucza święty Paweł. Przy takiej interpretacji zbędne, a nawet zgubne byłoby wynoszenie jej do rangi, jaką otrzymała w naszej cywilizacji. W centrum Christianitas znalazła się bowiem właśnie ta – czynna, gotowa do ponoszenia ofiar miłość, a nie roszczeniowe poszukiwanie ckliwych doznań.

    Gdyby to ostatnie przepełniało świętego Józefa, zbliżając go mentalnie do współczesnego człowieka, z całą pewnością zamiast zwięzłego biblijnego opisu jego dokonań, mielibyśmy długie wersety opowiadające o tragedii, do których doprowadziła walka o prawo do samorealizacji i poszukiwanie siebie mężczyzny, który miał roztoczyć opiekę nad Bożym Dziecięciem. Podobne historie, wszak bez udziału boskiego elementu, pisze na co dzień rzeczywistość – rozbite rodziny, rozwody, zdrady…

    Dziś każdy staje przed wyborem, w czym chce widzieć cel swojego życia – w budującej służbie na wzór pokornego cieśli, czy w destruktywnej „samorealizacji” według przykładu statystycznego rozwodnika. W tym tkwi właśnie ponadczasowa – a szczególnie wyraźna w naszych czasach – dydaktyka opiekuna Świętej Rodziny. Ona pozwala pytanie to rozstrzygnąć mądrze.

    Filip Adamus/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Krzyż w życiu Świętej Rodziny

    Wikimedia Commons

    ***

    Ksiądz Karol Bołoz Antoniewicz SJ, przez biografów nazwany „Piewcą i Miłośnikiem Krzyża” napisał w jednej ze swoich pieśni słynne już dzisiaj słowa: „W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie, w krzyżu miłości nauka”. Nie były one pokłosiem religijnej zadumy, lecz wyrazem życiowych zmagań z przeciwnościami losu jego ziemskiej tułaczki. O błogosławieństwie przyjętego w kluczu Chrystusowego Krzyża cierpienia mówi cała historia Kościoła. Ukazuje nam to również życie Świętej Rodziny.

    Czy istnieje recepta na szczęście? Tak! Człowiek może być naprawdę szczęśliwy tylko wówczas, gdy będzie w tym, co przeznaczył dla niego Bóg. Odpowiedź na Boże powołanie do życia kapłańskiego lub zakonnego, w rodzinie jest zawsze sprawą wolną i osobistą. Każdy wybór nieodłącznie wiąże się jednak z trudem i wątpliwościami, bo szczęśliwe życie w Bożym zamyśle nie oznacza drogi usłanej różami. By pomóc istocie ludzkiej wytrwać w realizacji zadań wynikających z obowiązków stanu, Stwórca daje nam nie tylko łaskę, ale też przykład w osobie Jezusa Chrystusa.

    Świadczy o tym wypowiedziane przez Boga Ojca zdanie na Górze Tabor: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. Jego słuchajcie!”(Mt, 17, 5). A Jezus mówi do wszystkich: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” (Łk, 9, 23). Trudna jest ta mowa, ale nikt z nas jednakowoż nie uniknie krzyża. Jeśli uciekniemy przed jednym, na nasze ramiona nałożony zostanie drugi. Ale jedynie ten, który przeżywać  będziemy w kluczu Jezusowego Krzyża ma znaczenie. Uczy nas tego życie Świętej Rodziny.

    Kiedy z wiarą i uwagą prześledzimy losy tej niezwykłej wspólnoty, dostrzeżemy w historii tworzących ją osób indywidualny oraz wspólny trud egzystencji. W pierwszej kolejności należy zauważyć, że dom Józefa i Maryi był materialnie bardzo ubogi. Wiemy o tym z ewangelicznego zapisu, w którym mowa o złożonej przez rodziców Jezusa w świątyni ofierze. Przewidziana w związku z urodzeniem przez kobietę ofiara oczyszczenia w postaci dwóch synogarlic dotyczyła najuboższych wśród biednych. Jednak to nie bieda była tym krzyżem, który wyczytać możemy z biblijnego przekazu. Zanim narodził się Boży Syn, związek Jego ziemskich rodziców został poddany niecodziennej próbie. Gdy Maryja okazała się być brzemienną, jak mówi nam Słowo Boże, mąż jej powziął decyzję, by potajemnie się z nią rozstać. Oblubieniec Bożej Rodzicielki doskonale zdawał sobie sprawę, że rozwijające się pod sercem Maryi dziecko nie jest jego. Możemy sobie tylko wyobrazić zawód, jakiego doznał na widok skrywanej przed nim od tygodni tajemnicy. Wszystkie jego życiowe plany, pragnienia i zamiary przestały istnieć niczym poruszony powiewem wiatru domek z kart. Św. Józef w swojej decyzji o dyskretnym oddaleniu małżonki jawi nam się bardzo po ludzku. Targające nim wątpliwości są przyczyną powziętego względem Maryi zamysłu.

    W doświadczeniu Józefa widzimy, że z krzyżem, który niesie, nierozerwalnie związana jest samotność. Że zmaga się w pojedynkę z czymś nieprzekazywalnym. I tak, mierzącemu się z trudną do przyjęcia rzeczywistością Bóg daje Słowo. Co ciekawe, odpowiedź otrzymuje we śnie. W Piśmie Świętym sen jest stanem bliskim śmierci. Dlatego obraz ten interpretuje się czasem w taki sposób, że Józef, by pełnić wolę Boga, musiał dla siebie umrzeć. Otrzymał wprawdzie wszystko, co było mu potrzebne, ale był to nie jego plan. Czy oznacza to, że Bóg posłużył się Józefem niczym trybkiem w wymyślnej przez siebie machinie?

    Warto zauważyć, że miłość do Maryi wymagała uszanowania jej decyzji, co wiązało się z przyjęciem – do pewnego stopnia – jej krzyża. Wypowiadając w chwili zwiastowania swoje zbawienne dla nas fiat („niech mi się stanie według słowa twego” Łk 1,39), Boża Rodzicielka zgodziła się nie tylko na niesprawiedliwe podejrzenia męża, ale też na brak godnych warunków w wydaniu na świat Zbawiciela, na niewygody ucieczki i tułaczego życia w Egipcie, na udręki towarzyszące jej poszukiwaniom „zagubionego” Jezusa w świątyni jerozolimskiej, w końcu na Jego Krzyż na Kalwarii.

    Józefowe fiat w tym kontekście było więc przyjęciem z miłością Maryi, która zdecydowała się wypełnić Boży plan. Niemniej jednak w zamyśle tym przypadł mu wyjątkowy przywilej – miał nadać Dziecku Imię, a potem Je wychować. Wartość Bożego Słowa objawia się tu poprzez wyjaśnienie Józefowi zbawiennej roli jego krzyża.

    W historii Świętej Rodziny widzimy zatem wyraźnie, że z przyjęcia krzyża rodzi się czyste dobro, choć nieraz zupełnie inne niż pragnęliśmy. Że w każdej trudnej sytuacji jest coś, co możemy zrobić. Że czasem musimy podjąć zadanie większe niż nasz osobisty plan, wówczas mamy okazję złożyć z siebie bezinteresowny dar i tym samym stać się naprawdę człowiekiem. Że to nas nie zabije, lecz uczyni nieśmiertelnymi. W tym właśnie przejawia się paradoks przyjętego w odpowiedzi na Boże wezwanie krzyża, który bardzo dobrze oddają Jezusowe słowa: „Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa”( Łk 9,24).

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Najświętsza Rodzino, obrazie Trójcy Przenajświętszej na ziemi, wspomagaj nas
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Najświętsza Rodzino, obrazie Trójcy Przenajświętszej na ziemi, wspomagaj nas

    Litania do Świętej Rodziny

    Kyrie elejson, Chryste elejson, Kyrie elejson.
    Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami.
    Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże – zmiłuj się nad nami.
    Jezu, Synu Boga żywego, który stając się człowiekiem z miłości ku nam, uświęciłeś więzy rodzinne – zmiłuj się nad nami.

    Najświętsza Rodzino, obrazie Trójcy Przenajświętszej na ziemi, wspomagaj nas.
    Najświętsza Rodzino, doskonały wzorze wszelkich cnót,
    Najświętsza Rodzino, wzgardzona w Betlejem od ludzi, ale uczczona śpiewem aniołów,
    Najświętsza Rodzino, odbierająca hołd pasterzy i mędrców,
    Najświętsza Rodzino, wysławiona przez starca Symeona,
    Najświętsza Rodzino, prześladowana i wygnana do obcej ziemi,
    Najświętsza Rodzino, żyjąca w ukryciu i nieznana,
    Najświętsza Rodzino, wierna przepisom prawa Pańskiego,
    Najświętsza Rodzino, której Opiekun jest wzorem miłości ojcowskiej,
    Najświętsza Rodzino, której Matka jest wzorem miłości macierzyńskiej,
    Najświętsza Rodzino, której Dziecię jest wzorem posłuszeństwa i miłości synowskiej,
    Najświętsza Rodzino, patronko i opiekunko wszystkich rodzin,
    Najświętsza Rodzino, ucieczko nasza w życiu i nadziejo w godzinę śmierci,

    Od wszystkiego, co by mogło zakłócać spokój i jedność serc, zachowaj nas Najświętsza Rodzino
    Od rozproszenie umysłu i serca,
    Od oziębłości w służbie Bożej,
    Od szukania przyjemności i wygód światowych,
    Od przywiązania do dóbr ziemskich,
    Od pragnienia próżnej chwały,
    Od złej śmierci,

    Przez najdoskonalsze zjednoczenie serc Waszych, zachowaj nas Najświętsza Rodzino.
    Przez Wasze ubóstwo i pokorę,
    Przez Wasze doskonałe posłuszeństwo,
    Przez smutki i bolesne przejścia Wasze,
    Przez prace i trudy Wasze,
    Przez modlitwy i milczenie Wasze,
    Przez doskonałość czynów Waszych,

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    K.: Rodzino Święta i czcigodna, uciekamy się do Ciebie z miłością i nadzieją.
    W.: Daj nam poznać skutki Twej zbawiennej opieki.

    Módlmy się: Boże, Ty w Świętej Rodzinie dałeś nam wzór życia, spraw, abyśmy złączeni wzajemną miłością, naśladowali w naszych rodzinach Jej cnoty i doszli do wiecznej radości w Twoim domu. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    adonai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy w piątek 30 grudnia obowiązuje post?

    fot. Pixabay

    ***

    Co do zasady w każdy piątek obowiązuje katolików post. Bywa jednak, że obowiązek wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych zostaje w tym dniu zniesiony

    W pierwszą niedzielę po Bożym Narodzeniu Kościół katolicki obchodzi święto Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa. W tym roku nie ma jednak niedzieli wypadającej pomiędzy Bożym Narodzeniem a 1 stycznia, kiedy to z kolei Kościół obchodzi uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. W związku z tym na piątek 30 grudnia przeniesione zostało święto Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa.

    Zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego post w piątki nie obowiązuje jedynie wówczas, gdy w ten dzień wypada uroczystość, w dniu w randze uroczystości lub jeżeli zostanie udzielona dyspensa …

    misericors.org,pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 31 GRUDNIA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 17.00 – ADORACJA DZIĘKCZYNNA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM NA ZAKOŃCZENIE STAREGO ROKU 2022

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚWIĘTA

    W dniu dzisiejszym za odmówienie hymnu “Te Deum laudamus” (Ciebie Boga wysławiamy), można uzyskać odpust zupełny.

    ***

    Modlitwa na zakończenie roku

    Panie,
    na końcu tego roku chciałbym Ci podziękować
    za wszystko, co od Ciebie dostałem.
    Dziękuję Ci za życie i za miłość,
    którą otrzymałem i którą dałem,
    za kwiaty, powietrze i słońce,
    za szczęście i za troski,
    za to, co było możliwe
    i za to, co nie było możliwe.

    Oddaję Ci wszystko, co w tym roku zrobiłem:
    wykonaną pracę,
    rzeczy, które wyszły spod moich rąk
    i to wszystko, co zdołałem moimi rękami zbudować.

    Powierzam Ci ludzi, którzy mnie kochają,
    i których ja kocham,
    moich nowych przyjaciół, tych, którzy są blisko,
    tych, którzy się oddalili,
    tych, którzy zakończyli swoje życie,
    tych, którzy prosili mnie o pomoc
    i tych, którym zdołałem pomóc,
    tych, z którymi dzielę życie,
    obowiązki, smutki i radości.

    Dzisiaj, Panie, proszę Cię: wybacz mi
    źle wykorzystany czas, niemądrze wydane pieniądze,
    wypowiadanie bezużytecznych słów, lekceważenie miłości.

    Wybacz mi puste działania,
    źle wykonane prace,
    życie bez entuzjazmu,
    poświęcanie zbyt krótkiego czasu na modlitwę,
    moje zapominalstwo i to, że milczałem, kiedy należało mówić.
    Pokornie proszę o Twoje przebaczenie.

    Panie czasu i wieczności,
    Twoje jest dzisiaj i jutro, przeszłość i przyszłość.
    W perspektywie nowego roku,
    który niebawem się zacznie,
    powierzam Ci raz na zawsze
    wszystkie te dni, które pozwolisz mi jeszcze przeżyć.

    Dzisiaj proszę Cię dla siebie i dla moich bliskich
    o pokój, szczęście,
    siłę, odwagę,
    miłosierną miłość i mądrość.

    Chcę być codziennie pełen optymizmu i życzliwości.
    Zamknij moje uszy na wszelki fałsz,
    moje usta na kłamstwa, egoistyczne słowa
    i na inne słowa, które mogą kogoś zranić.

    Za to otwórz całe moje jestestwo na wszystko, co dobre,
    żeby Twoje błogosławieństwo mogło napełnić mojego ducha
    i żebyś rozsiewał je wokół mnie.

    Napełnij mnie dobrocią i szczęściem,
    by ci, którzy ze mną żyją,
    mogli znaleźć w moim życiu coś z Ciebie.

    Panie, daj mi szczęśliwy rok
    i naucz mnie głosić moim życiem Twoje błogosławieństwa.

    W imię Jezusa, amen.

    autor: Arley Tuberquia/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA 1 STYCZNIA 2023 – NOWY ROK

    UROCZYSTOŚĆ

    ŚWIĘTEJ BOŻEJ RODZICIELKI MARYI

    Święto dwóch tajemnic

    MSZA ŚWIĘTA W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA O GODZ. 14.00

    ***

    OUR LADY;ICON
    Public Domain

    ***

    Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego…

    Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi

    Taki jest liturgiczny tytuł ostatniego dnia świątecznej oktawy Narodzenia Pańskiego, przypadającej pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego. Wyznajemy w nim wiarę, że Maryja jest „Theotokos” – „Bogurodzicą”.

    Dla nas, nazwanie Maryi „Matką Bożą” jest czymś zupełnie oczywistym. Warto jednak pamiętać, że tytuł ten był w historii powodem wielu teologicznych sporów, dotyczących w rzeczywistości prawdy o naturze Syna Bożego.

    Czy możemy się jednak dziwić, że prawda o dwojakiej, boskiej i ludzkiej naturze Chrystusa jawiła się jako tajemnica tak trudna do wyobrażenia? Wierzymy, że Maryja urodziła Jezusa w Jego ludzkiej naturze. Ale Ten, którego urodziła jest Synem Przedwiecznego Ojca, Synem Bożym, Osobą Boską.

    zarazem naprawdę jest jej Synem. Dlatego właśnie nazywamy ją Matką Bożą. Przez fakt swego macierzyństwa Maryja „gwarantuje” też prawdziwość człowieczeństwa Jezusa, kwestionowaną nieraz (podobnie jak boskość) w czasie toczonych w starożytności teologicznych dysput. „Wielka Boga-Człowieka Matko!” – wołał, wyznając tę właśnie wiarę, Prymas Stefan Wyszyński w Jasnogórskich Ślubach Narodu.

    Obrzezanie Pańskie

    Tak właśnie, do czasu ostatniej reformy liturgicznej, brzmiała nazwa świątecznego dnia, kończącego oktawę Narodzenia Pańskiego. Obrzezanie Pańskie. Wydarzenie często wstydliwie przemilczane, jak coś dziwnego, czy wręcz nieprzyzwoitego.

    „Kiedy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Chłopca, nadano Mu imię Jezus, którym nazwał Go anioł jeszcze przed Jego poczęciem” – słyszymy w Ewangelii przeznaczonej na dzisiejsze święto.

    Obrzezanie Jezusa jest ważnym znakiem. Ukazuje bowiem realność Jego człowieczeństwa. Potwierdza również żydowskość Jezusa i Jego włączenie w Przymierze z Izraelem.

    W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy: „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, urodzony jako Żyd z córki Izraela w Betlejem (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem. (…) W tym celu Bóg odwiecznie wybrał na Matkę swego Syna córkę Izraela, młodą Żydówkę z Nazaretu w Galilei”.

    Człowieczeństwo Jezusa jest realne i konkretne. Przed pozbawianiem Jezusa więzi z żydowskością i odrywaniem Go od korzeni przestrzegał Jan Paweł II. „Chrystus jawiłby się niczym meteor, który przypadkiem trafił na ziemię, pozbawiony wszelkich więzi z ludzką historią” – mówił. Było by to błędne rozumienie sensu historii zbawienia i podważenie istoty prawdy o wcieleniu. „Jezus jest Żydem i na zawsze nim pozostanie” – głosi Kościół.

    Święto dwóch tajemnic

    Te dwie tajemnice: boskiego macierzyństwa Maryi i żydowskiego człowieczeństwa Jezusa, splatają się nierozłącznie w tym świątecznym dniu. Bez ich przyjęcia, nie zrozumiemy sensu historii zbawienia.

    ks. Grzegorz Michalczyk/Aleteia.pl

    ***

    Za odmówienie hymnu “O Stworzycielu Duchu przyjdź” w Nowy Rok, można uzyskać odpust zupełny.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Modlitwa św. Jana Pawła II o pokój

    Karol Porwich/Niedziela

    ***

    Boże ojców naszych, wielki i miłosierny! Panie życia i pokoju, Ojcze wszystkich ludzi. Twoją wolą jest pokój, a nie udręczenie. Potęp wojny i obal pychę gwałtowników. Wysłałeś Syna swego Jezusa Chrystusa, aby głosił pokój bliskim i dalekim i zjednoczył w jedną rodzinę ludzi wszystkich ras i pokoleń.

    Usłysz krzyk wszystkich Twoich dzieci, udręczone błaganie całej ludzkości. Niech już nie będzie więcej wojny – złej przygody, z której nie ma odwrotu, niech już nie będzie więcej wojny – kłębowiska walki i przemocy. Spraw, niech ustanie wojna (…), która zagraża Twoim stworzeniom na niebie, na ziemi i w morzu.

    Z Maryją, Matką Jezusa i naszą, błagamy Cię, przemów do serc ludzi odpowiedzialnych za losy narodów. Zniszcz logikę odwetów i zemsty, a poddaj przez Ducha Świętego nowe rozwiązania wielkoduszne i szlachetne, w dialogu i cierpliwym wyczekiwaniu – bardziej owocne niż gwałtowne działania wojenne. Amen.

    Święta Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami,

    Święty Benedykcie, módl się za nami,

    Święci Cyrylu i Metody, módlcie się za nami,

    Święta Brygido, módl się za nami,

    Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami,

    Święta Katarzyno ze Sieny, módl się za nami.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Trzy wizje św. Faustyny sprawią, że lepiej przeżyjesz Boże Narodzenie

    witraż ze św. Faustyną Kowalską
    Monkpress/East News/Aleteia.pl

    ***

    „Dziecię Jezus stanęło przy mnie na rogu klęcznika i obiema rączętami trzymało się ramienia mojego – wdzięczne i radosne, wzrok pełen głębi i przenikliwości. Po Komunii świętej ujrzałam Jezusa takiego samego w sercu swoim i czułam Go przez cały dzień fizycznie, rzeczywiście w sercu swoim” – zapisała siostra Faustyna

    Św. Faustyna Kowalska znana jest z tego, że dużo widziała. Mimo że całe swoje życie była prostą siostrą zakonną i nie zwiedzała świata, zobaczyła więcej niż niejeden człowiek: Jezusa. I to nie tylko tego, którego znamy z obrazu „Jezu, ufam Tobie”. Widziała też Dzieciątko Jezus.

    Wizje św. Faustyny

    Pan Jezus, zgodnie z zapisami św. Faustyny zawartymi w Dzienniczkuobjawił się jej dwadzieścia razy jako Dzieciątko. To niezwykłe wydarzenie było nie tylko ogromnym przeżyciem dla Sekretarki Bożego Miłosierdzia, ale może też wpłynąć na nas. Dlaczego w ogóle Jezus objawiał się jako Dziecko?

    Sam Jezus w Ewangelii stawia dziecko jako wzór do naśladowania: „Jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18,3). Sam Bóg, aby zaprowadzić swoje panowanie na ziemi, stał się mały. Wizje, które miała św. Faustyna, są przypomnieniem, dlaczego Pan stał się Dzieckiem i mogą nam pomóc lepiej przeżyć Boże Narodzenie.

    Kulminacyjny moment świąt Bożego Narodzenia

    W czasie Mszy świętej znowuż ujrzałam małe Dzieciątko Jezus, niezmiernie piękne, które z radością wyciągało rączęta do mnie. Po Komunii świętej usłyszałam te słowa: Ja zawsze jestem w sercu twoim, nie tylko w chwili, kiedy Mnie przyjmujesz w Komunii świętej, ale zawsze (Dzienniczek, 575).

    W radiu i telewizji już od dawna słyszymy o „magii świąt”. O tym jedynym i niepowtarzalnym okresie w roku, gdzie gasną spory, a rodzina siada do wspólnego stołu. W rozmowach przypomina się najśmieszniejsze historie z dzieciństwa i można w końcu odpocząć. 

    To ważne sprawy, które tworzą magię tego czasu. Ale my nie na magii budujemy nasze życie, a na wierze! 

    Kulminacyjnym momentem Bożego Narodzenia nie jest przecież wigilia – to wprowadzenie i przygotowanie. Uczta z bliskimi przed ucztą z Najbliższym. Wizja św. Faustyny przypomina nam, o co chodzi w świętach Bożego Narodzenia – by Chrystus zamieszkał w nas, a nie ma na to doskonalszego sposobu, niż Komunia święta. Zaniedbajmy dwanaście potraw i sianko, ale nie czyste serce i Komunię świętą.

    Jezus w żłobie? Jezus w grobie?

    Dziecię Jezus stanęło przy mnie na rogu klęcznika i obiema rączętami trzymało się ramienia mojego – wdzięczne i radosne, wzrok pełen głębi i przenikliwości. Jednak kiedy kapłan złamał Hostię, Jezus stanął na ołtarzu i został złamany, i spożyty przez tego kapłana. Po Komunii świętej ujrzałam Jezusa takiego samego w sercu swoim i czułam Go przez cały dzień fizycznie, rzeczywiście w sercu swoim (Dzienniczek, 343).

    Kiedy pierwszy raz przeczytałem opis tej wizji, byłem zdziwiony. Jak to? Dziecię Jezus złamane i spożyte przez kapłana na oczach Faustyny? Co zobaczyła święta siostra? Czy nie było to makabryczne doświadczenie?

    Nie wiem, jak dokładnie wyglądała ta scena, ale przypomina mi o najważniejszych świętach w roku, gdy obchodzimy pamiątkę złamania Jezusa i tego, że dał się nam spożyć. Chodzi oczywiście o Wielkanoc.

    Pisarze ikon dobrze rozumieli związek Bożego Narodzenia z Wielkanocą. Dzieciątko Jezus na ikonach leży w kamiennym żłobie przypominającym grób i jest owinięte w pieluszki, które wyglądają jak całun. Bóg stał się człowiekiem, by z miłości do nas umrzeć i powstać z martwych. Boże Narodzenie to początek naszego zbawienia.

    Kim On jest?

    W pewnym dniu po Komunii świętej nagle ujrzałam Dzieciątko Jezus, które stało przy moim klęczniku, trzymając się obiema rączętami klęcznika. Chociaż to małe Dziecię, jednak przeniknęła duszę moją bojaźń i lęk, [bo] widzę w Nim swego Sędziego, Pana i Stwórcę, przed którego świętością drżą aniołowie, a z drugiej strony duszę moją zalewa miłość niepojęta, gdzie mi się wydaje, że konam pod jej wpływem (Dzienniczek, 566).

    Wielu z nas ma fałszywy obraz Boga. Czasami widzimy w Nim surowego sędziego, który z lubością karze nas na każdy błąd. Innym razem dostrzegamy w Nim pobłażliwego dziadka, którego nie obchodzi nasze zachowanie. Ta wizja św. Faustyny ukazuje niezwykle bogaty obraz Jezusa.

    Z jednej strony widzimy małe Dzieciątko – ufne, piękne i delikatne, które wzbudza ogromną miłość u Sekretarki Bożego Miłosierdzia. Z drugiej Faustyna drży z bojaźni, bo widzi w Nim Pana, Stwórcę i Sędziego. Jeden obraz nie wyklucza drugiego! 

    Bóg jest potężny, silny i wszechmocny. Sprawuje władzę nad całym światem, ale jednocześnie jest dobry, łaskawy i przepełniony miłosierdziem. I taki właśnie chce przyjść do nas, jako małe Dziecko, które obdarzy nas pełnią miłości.

    Dariusz Dudek/Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________________________

    Św. Teresa od Dzieciątka Jezus i cud „całkowitego nawrócenia” w Boże Narodzenie

    Thérèse de Lisieux
    Sainte Thérèse de Lisieux/Office central de Lisieux

    ***

    Co się tak naprawdę stało? „Teresa nie była już taka sama, Jezus zmienił jej serce” – pisze Guy Gaucher OCD. Wyszła z dzieciństwa przez całkowite nawrócenie i była gotowa do duchowej walki, którą miała stoczyć za murami karmelu.

    Była noc wigilijna z piątku na sobotę 1886 r. „Tej nocy promiennej, która jaśniała doskonałościami Trójcy Przenajświętszej, Jezus, słodkie małe Dzieciątko, w jednej chwili zmienił noc mojej duszy w strumienie światła…” – pisała św. Teresa od Dzieciątka Jezus w Dziejach duszy. Co właściwie stało się wtedy w domu rodziny Martin w Buissonnets?

    Tereska: rodzinna maskotka

    Trzynastoletnia Teresa żyje pragnieniem wstąpienia do karmelu, podejmuje różne praktyki – modlitewne i pokutne – ale nie może sobie poradzić ze swoją wrażliwością i płaczliwością. Stara się, ale byle drobiazg wytrąca ją z równowagi.

    Nie umie wykonywać domowych prac, bo jest najmłodsza i te zazwyczaj podejmują starsze siostry. Nie garnie się do porządków, bo zanim zorientuje się, że coś jest do zrobienia, już zostaje zrobione przez kogoś z domowników.

    „Kilka razy przyszła mi ochota pościelić łóżko” – pisze o tym okresie, ale próbuje robić to raczej po to, by zwrócić uwagę sióstr i otrzymać pochwałę, a nie dlatego, że rzeczywiście widzi taką potrzebę, albo chce pomóc.

    Od wczesnej śmierci jej matki każda z sióstr próbuje nie tylko jej matkować, ale wyręczać ją w każdej, nawet najdrobniejszej sprawie. Teresa wciąż traktowana jest jak małe bobo, wieczna dzidzia, rodzinna maskotka, którą nadmierna troska rozpieszcza i w rezultacie osłabia.

    Nieznośna

    Miota się, bo z jednej strony jest świadoma konieczności praktykowania cnót, ale z drugiej nie potrafi poradzić sobie ze swoimi ograniczeniami. Dusza chce zdobywać szczyty, ciało i wrażliwość wciąż jeszcze są pełne dziecięcych ograniczeń. Na każdy sprzeciw reaguje płaczem.

    „Moja nadmierna uczuciowość czyniła mnie nieznośną. Jeśli komuś z mych ukochanych sprawiłam mimo woli choćby najmniejszą przykrość, wówczas zamiast przejść nad tym do porządku dziennego, płaczem powiększałam swoją winę, zamiast ją zmniejszyć. Płakałam jak Magdalena, a kiedy przestawałam płakać z powodu samej winy, płakałam dlatego, że przedtem płakałam…. Nie pomogły żadne perswazje, nie byłam w stanie zdobyć się na poprawę z tej brzydkiej wady” – pisała.

    Byłą świadoma tego, że postępuje źle, że zasmuca domowników, ale w żaden sposób nie potrafiła sobie z tym sama poradzić. Dodatkowy niepokój wzbudzał fakt, że ta cecha może być przeszkodą we wstąpieniu do klasztoru.

    „Nie wiem, jak mogłam się łudzić słodką myślą o wstąpieniu do karmelu, będąc równocześnie jeszcze w dziecinnych powijakach! Dobry Bóg musiał sprawić mały cud, bym w jednej chwili dojrzała” – wyznawała w Dziejach duszy. I sprawił. Uczynił go w „niezapomnianym dniu Bożego Narodzenia”.

    Zranione serce wrażliwej Teresy

    Po powrocie z pasterki, 25 grudnia 1886 r., jak zawsze, zgodnie z tradycją Teresa poszła zabrać swoje buciki z kominka. Zwyczaj ten, zarezerwowany dla mniejszych dzieci, podtrzymywano w przypadku Teresy tylko dlatego, że była najmłodsza.

    „Tatuś lubił patrzeć na moją radość, słuchać wesołych okrzyków towarzyszących wyciąganiu coraz to nowych niespodzianek z zaczarowanych bucików” – wspominała. W te święta chciała doświadczyć podobnej radości, choć wiek lat trzynastu lokował ją raczej wśród innych reakcji, mimo to po powrocie do domu ustawiła buciki na kominku. I wtedy usłyszała słowa taty, które bardzo ją zabolały.

    „Całe szczęście, że w tym roku będzie to po raz ostatni!” – rzekł pan Martin. Siostry wiedziały, co teraz będzie, spodziewały się godzin płaczu i dąsów. Zranione serce wrażliwej Teresy, które dotąd domagało się ciągłej uwagi i atencji, z pewnością zafunduje rodzinie dramatyczną noc Bożego Narodzenia.

    Siostra Celina, sama bliska płaczu, czekała na rozwój wydarzeń. Wszyscy czekali.

    Jezus zmienił jej serce

    Tymczasem wydarzyła się rzecz zaskakująca. Zaskakująca dla samej Teresy, którą uwaga tatusia dotknęła do żywego. Tłumiąc łzy zbiegła ze schodów, sięgnęła po buciki i przełykając zranioną dumę, z radością, wyjęła z nich wszystkie niespodzianki. Nie czuła żalu! Nie rozpłakała się! Czuła radość! Tatuś się śmiał, Celina nie dowierzała, a ona, Teresa, odzyskała na zawsze „moc duszy, którą utraciła w wieku lat czterech i pół”.

    Co się tak naprawdę stało? „Teresa nie była już taka sama, Jezus zmienił jej serce” – pisze biskup Guy Gaucher OCD. Wyszła z dzieciństwa przez całkowite nawrócenie i była gotowa do duchowej walki, którą miała stoczyć za murami karmelu.

    „To była łaska wyjścia z dzieciństwa. Rozpoczęłam, jakby to powiedzieć, bieg olbrzyma” – pisała.

    Agnieszka Bugała/Aleteia.pl

    źródła:
    Teresa od Dzieciątka Jezus, „Dzieje duszy”.
    Guy Gaucher OCD, „Św. Teresa z Lisieux, biografia”.

    ______________________________________________________________________________________

    Boże Narodzenie – geneza i tradycje

    W Boże Narodzenie Kościół wspomina prawdę, że jednorodzony i odwieczny Syn Boży stał się człowiekiem i przyjął ograniczoną, śmiertelną ludzką naturę. Narodzenie Chrystusa, dokonane w ogromnym ukryciu, niemal w całkowitej tajemnicy, stało się świętem powszechnym, które przynajmniej na kilka dni przemienia oblicze Ziemi przynosząc pokój, pojednanie, wzajemną życzliwość. W Polsce święto to ma szczególnie charakter rodzinny.

    Bazylika Grobu Świętego w Jerozolimie

    Bazylika Grobu Świętego w Jerozolimie/fot. Grażyna Kołek/Niedziela

    ***

    Boże Narodzenie ukazuje jak bardzo Bogu zależy na człowieku: “Tak Bóg umiłował świat, że Syna swojego dał” (J 3,16). Przez Wcielenie spełniła się obietnica, Bóg stał się naprawdę Emmanuelem – “Bogiem z nami”, a człowiek dzięki temu stał się prawdziwym dzieckiem Bożym.

    Dzięki temu została objawiona prawda o powszechnym braterstwie i godności każdego człowieka, bez względu na różnice kulturowe, rasowe, społeczne czy intelektualne. Bóg Ojciec jest wzorem wszelkiego prawdziwego ojcostwa, fizycznego i duchowego.

    Początki świąt Bożego Narodzenia

    Polski patrolog, ks. prof. Józef Naumowicz, jako pierwszy naukowiec ustalił, że pierwsze uroczyste obchody Bożego Narodzenia miały miejsce w Betlejem w IV wieku.

    Przez pierwsze trzy wieki chrześcijaństwa nie obchodzono Bożego Narodzenia. Wcześniej celebrowano przede wszystkim Wielkanoc. Świętowanie Bożego Narodzenia rozpoczęło się dopiero w IV wieku, gdy skończył się okres prześladowań chrześcijan. W oparciu o źródłowe można dowieść, że pierwsze oficjalne obchody tych świąt miały miejsce po wybudowaniu bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem w pierwszej połowie IV wieku z inicjatywy św. Heleny.

    W oparciu o współczesne badania, w tym ks. prof. Naumowicza, można dowieść, że obchody Bożego Narodzenia nie były związane z zastąpieniem żadnych wcześniejszych świąt pogańskich, jak dotychczas sądzono. Obchodzenie rocznicy przyjścia na świat Chrystusa nie ma nic wspólnego z importowanym ze starożytnego Rzymu czy Egiptu świętem Słońca.

    W Betlejem w 328 r. poświęcono Bazylikę Narodzenia Jezusa, wybudowaną dla uczczenia miejsce narodzin Chrystusa. Ustalił się także zwyczaj, że w wigilię święta patriarcha udawał się z Jerozolimy w procesji do Betlejem, odległego ok. 8 km i tam w Grocie Narodzenia odprawiał w nocy Mszę św., którą później nazwano “Pasterką” w nawiązaniu do ewangelicznej opowieści o pasterzach, którzy jako pierwsi oddali pokłon nowonarodzonemu Chrystusowi. Po czym obywało się całonocne czuwanie w bazylice wybudowanej nad Grotą Narodzenia. W ten sposób zaistniały pierwsze wigilie jak i pierwsza pasterki. I ta tradycja kontynuowana jest do dziś.

    Początkowo obchody w Betlejem miały miejsce 6 stycznia, a w późniejszym okresie 25 grudnia. Chodziło o symboliczną wymowę przesilenia zimowego, kiedy to dzień jest najkrótszy a noc najdłuższa. Przesilenie zimowe najlepiej bowiem obrazuje fakt przyjścia Zbawiciela, które jest przedstawione jako nastanie światłości. Światło, które rozświetla mroki nocy, to symbol narodzin Chrystusa, który pojawia się w Ewangeliach. Światłość ta objawiła się w nocy pasterzom i prowadziła później Mędrców. Choć faktycznie przesilenie zimowe ma miejsce z 22 na 23 grudnia, to w czasach rzymskich uznawano, że następuje ono 25 grudnia – i dlatego wówczas ustanowiono Boże Narodzenie.

    W 335 roku zwyczaj obchodzenia Bożego Narodzenia dotarł z Betlejem do Rzymu, a stąd do innych krajów.

    Historia świątecznej choinki

    Zwyczaj strojenia choinek na Boże Narodzenie zna dziś cały chrześcijański świat. Jednak zwyczaj ten nie ma swoich korzeni w starożytności chrześcijańskiej ani w pozostałości jakichś kultów pogańskich, lecz powstał dość późno. W Europie zachodniej sięga końca XV wieku a na ziemiach polskich zakorzenił się na dobre dopiero w XIX stuleciu, choć już w 1698 r. można było kupić świąteczną choinkę na jarmarku w Gdańsku.

    Jak wiadomo, święta Bożego Narodzenia zaistniały w IV wieku na terenie Bliskiego Wschodu. I choć od początku towarzyszyły im pewne dekoracje roślinne, na ogół w postaci wieńców, którymi ozdabiano domy, co zresztą było charakterystyczne dla starożytności, to nie od tego rodzaju dekoracji wywodzi się zwyczaj stawiania choinek.

    Prawdziwa geneza choinki – jak dowodzi ks. Naumowicz – ma charakter nie etnograficzny, lecz stricte teologiczny. Już niektórzy autorzy bizantyjscy, np. św. Efrem Syryjczyk w swoim “Hymnie o Bożym Narodzeniu” często wymieniał postacie ze Starego Testamentu, łącznie z Adamem i Ewą. Narodzenie Jezusa interpretowane bywało coraz częściej jako powrót do utraconego raju. Mogło się to dokonać tylko dzięki interwencji samego Boga, który stając się człowiekiem, przywrócił ludziom możliwość korzystania z owoców rajskiego drzewa życia.

    Rajskie drzewo, protoplastą choinki

    Popularność rajskich motywów sprawiła, że w średniowiecznych kalendarzach zaczęto umieszczać wspomnienie o Adamie i Ewie 24 grudnia. Pierwsi rodzice uosabiali oczekiwanie całej ludzkości na przyjście Zbawiciela. Stąd w średniowieczu, w wielu miejscach Europy popularne stały się przedstawienia bożonarodzeniowe, zwane dramatami o Adamie i Ewie.

    I stąd właśnie wywodzi się zwyczaj bożonarodzeniowych choinek. W tych przedstawieniach dekoracja sceniczna obejmować musiała także drzewo, którego owoc stał się powodem upadku Adama i Ewy. W Niemczech skąd pochodzą pierwsze przekazy o bożonarodzeniowych choinkach, była to na ogół jodła bądź świerk, gdyż 24 grudnia trudno było znaleźć kwitnącą jabłoń. Na nich zawieszano czerwone jabłka. Po zakończeniu misteriów odprawianych 24 grudnia, nazajutrz w dzień Bożego Narodzenia drzewa te przenoszono najpierw do kościołów, a później zaczęto nimi zdobić także miejskie domy.

    Ojczyzną bożonarodzeniowej choinki jest dokładnie Alzacja końca XV wieku, leżąca na granicy Francji i Niemiec. Najstarszy przekaż sięga roku 1492 a dotyczy dekoracji choinkami jodłowymi katedry w Strasburgu i 9 innych tamtejszych kościołów. Dość szybko, bo już w XVI wieku choinkowy zwyczaj rozpowszechnił się w całej niemieckiej Nadrenii, a stamtąd zaczął przenikać do innych regionów Europy. A dotyczył nie tylko kościołów, ale i cechów, bractw, miejskich stowarzyszeń, ratuszy i szpitali.

    Ważnym nośnikiem zwyczaju strojenia choinek była Hanza, czyli związek północnych miast portowych, leżących głównie nad Bałtykiem. Już w 1510 r. odnotowano choinkę bożonarodzeniową w Rydze, a nieco później w Tallinie, Bremie i wreszcie w Gdańsku, gdzie pierwsze informacje o choinkach pochodzą z 1698 r. To właśnie Gdańsk jest pierwszym miastem na terenie Rzeczypospolitej, gdzie w schyłku XVII stulecia zaczęto dekorować choinki. Jednak nie przeniósł się on wówczas na inne tereny Polski.

    Dość wcześnie choinki bożonarodzeniowe pojawiły się w Rosji, a jak zawsze w tym kraju, było to następstwem ukazu wydanego przez Piotra Wielkiego w 1699 r. Wiemy, ze car ten był zapatrzony w kulturę niemiecką i stąd zapożyczył ten zwyczaj.

    We Francji, w Wersalu pierwszą choinkę postawiono w 1738 r. na życzenie Marii Leszczyńskiej, żony króla Ludwika XV.

    Do “Nowego Świata”, czyli do Ameryki, choinka zawędrowała w XVIII wieku, dzięki żołnierzom niemieckim biorącym udział w wojnie o niepodległość USA. Szerszą popularność zyskała tam w następnym stuleciu.

    W tym samym czasie choinki pojawiły się w licznych miejscach w Europie, np. w Wiedniu, w Cieszynie, we Wrocławiu, Pradze i w Paryżu.

    Co ciekawe, na terenie Austrii czy Czech spotkać je można było nie tylko w domach chrześcijańskich, ale i żydowskich, gdzie towarzyszyły obchodom święta świateł czyli Chanuki. Zwyczaj ten wprowadził w swym wiedeńskim domu Theodor Herzl, twórca współczesnego syjonizmu.

    Na początku XX wieku choinka stanowiła już nieodłączny element Bożego Narodzenia. Nic dziwnego, że pojawiła się na froncie w okopach I wojny światowej. Przy niej spotykali się nawet i składali sobie życzenia żołnierze wrogich armii.

    Choinki w Polsce

    Palmę pierwszeństwa ma Gdańsk, gdzie jak potwierdza dokument w 1698 roku – nie tylko stawiano choinki w domach, ale można je było kupić w tym mieście, na świątecznym jarmarku.

    Jednak powszechny zwyczaj ustawiania choinek na święta w Polsce zakorzenił się dopiero w XIX stuleciu. Wcześniej na terenach Rzeczypospolitej ustawiano na święta Bożego Narodzenia w izbach po snopku zboża w każdym rogu, a na stole i na podłodze rozścielano siano, na pamiątkę tego, że Pan Jezus urodził się w stajence. Ważnym elementem świątecznego wystroju była również szopka, której geneza nawiązywała do jasełek, jakie zainicjował św. Franciszek z Asyżu.

    Pierwsze źródłowe informacje o choinkach w Warszawie pochodzą z przełomu XVIII i XIX wieku. a był to zwyczaj przyjęty od Prusaków. Odrębną natomiast tradycję miało drzewko wigilijne na południu Polski, zwłaszcza w Krakowie i okolicach. Był to krzak jodłowy lub świerkowy zawieszany na pułapie w izbie. A zwano go sadem i zawieszano na mim owoce i słodycze. Zwyczaj ten przyszedł z południowych Niemiec. Podobnie było na Podhalu, gdzie drzewko wiszące u sufitu określano mianem “podłaźnika”. Zawieszano na nim także dekoracje sporządzane z opłatków.

    Świąteczny opłatek

    Opłatek, to następny istotny element obrzędów bożonarodzeniowych, charakterystyczny dla ziem dawnej Rzeczypospolitej. Istniał, zanim tu pojawiła się tradycja choinkowa. Centralnym wydarzeniem wieczerzy wigilijnej, już od XVIII stulecia, było łamanie się na jej początku opłatkiem. Cyprian Norwid opisywał go “jako typowo polski zwyczaj, nieznany w innych krajach”, nazywając opłatek “chlebem pokoju i nieba”.

    Naprawdę jednak – jak dowodzi ks. Naumowicz – pierwsze opłatki wieszane na drzewie świątecznym pojawiły się w Alzacji w XVII wieku, ale miały one charakter dekoracyjny i symboliczny. Choć niekonsekrowane, hostie przywoływały w symboliczny sposób misterium wcielenia.

    W Polsce zwyczaj sporządzania choinkowych ozdób z opłatka rozwinął się w sposób wyjątkowy poczynając od XVIII stulecia. Specjalną kulistą formę miała ozdoba z opłatków na południu Polski, wieszana u dołu sadu. Była to przestrzenna konstrukcja przypominająca kulę ziemską, wyklejana z kolorowych opłatków, nazywana światem. Ozdoby z opłatków miały tez różne inne formy, a przede wszystkim gwiazdki.

    Choinkowe mity

    Ks. Naumowicz w swojej książce: “Historia świątecznej choinki” – konsekwentnie rozprawia się z wieloma mitami, zakorzenionymi w nauce a głównie w etnografii, o pogańskim pochodzeniu chrześcijańskiej choinki bożonarodzeniowej. Niektórzy badacze uważają, że pierwowzorów bożonarodzeniowego drzewka należy szukać w głębokiej przedchrześcijańskiej przeszłości, w pierwotnym kulcie drzew, który miał cechować religie dawnych ludów, m.in. germańską i słowiańska.

    Tymczasem badacz dowodzi, że rodowód choinki w Europie jest stricte chrześcijański. U jego podstaw leżą motywy drzewa życia, które rosło w raju, oraz światłości zstępującej na świat w Boże Narodzenie, co choinka symbolizuje.

    Innym dowodem, że choinka nie ma rodowodu pogańskiego, jest fakt, ze Kościół nigdy i nigdzie tego nie wypominał. Walczył najwyżej z pewnymi ludowymi wierzeniami, które towarzyszyły obchodom Bożego Narodzenia.

    Niewiele wspólnego z prawdą ma także legenda, mówiąca o tym, że “wynalazcą” choinki był Marcin Luter, twórca Reformacji. Tymczasem ks. Naumowicz udowadnia, że pogląd ten powstał dopiero w połowie XIX stulecia, a być może Luter dekorował swój dom choiną, ale dlatego, że podczas jego życia były one już popularne w Niemczech.

    Watykan – najmłodsza tradycja

    Najmłodszą tradycją związaną z choinką, jest choinka ustawiana na Placu św. Piotra w Rzymie. Pierwsze drzewo na tym głównym placu Watykanu ustawiono dopiero w 1982 r. na życzenie Jana Pawła II. Od tego czasu choinkę do Watykanu przysyła każdego roku inny region Europy. W 1997 r. przywieziono tam drzewo z polskich Tatr. W tym roku polska choinka zawitała do Watykanu po raz drugi – tym razem okazałe drzewko pochodzi z Mazur.

    Na Placu św. Piotra choinka sąsiaduje z szopką, która jest włoską rodzimą tradycją, wywodzącą się od św. Franciszka. Zwyczaj ustawiania szopki bożonarodzeniowej pochodzi od św. Franciszka z Asyżu, który w 1223 r. pragnąc uroczyście i pobożnie przeżyć święto kazał do groty nanieść siana i przyprowadzić woła i osła a następnie zwołał swoich braci. Kiedy ludzie licznie zgromadzili się przy żłóbku, św. Franciszek odczytał Ewangelię a następnie wszyscy śpiewali radosne pieśni na chwałę Dzieciątka.

    Marcin Przeciszewski/Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    24 GRUDNIA – SOBOTA – WIGILIA BOŻEGO NARODZENIA

    Adam i Ewa – pierwsi rodzice

    Wieczorna Wigilia rozpoczynająca Boże Narodzenie nie jest jedynym powodem do świętowania w dniu 24 grudnia. Tego dnia wspominamy Adama i Ewę – prarodziców wszystkich ludzi. Adam jest pierwszym człowiekiem stworzonym przez Boga. Kobieta, później dowiadujemy się o jej imieniu Ewa, jest towarzyszką życia Adama – mężczyzny. Oboje pochodzą od Boga, są zatem równi godnością, przewyższającą inne istoty żywe.

    Zstąpienie do Otchłani. Jezus, Adam i Ewa

    ***

    Wedle biblijnego opisu pierwsi rodzice byli obdarzeni darem nieśmiertelności i szczególnej bliskości z Bogiem. Jednak w wyniku nieposłuszeństwa stan pierwotnej harmonii został zburzony. Adam i Ewa zaczęli podlegać cierpieniu i innym niedoskonałościom ludzkiej natury, zniekształconej przez grzech. Mieli 3 synów: Kaina, Abla i Seta. Adam miał żyć 930 lat.

    Pochodzenie słowa “Adam” z hebrajskiego sugeruje pewien związek z ziemią. W innych językach starożytnych Bliskiego Wschodu wyraża ojca czy narodzenie. Najpopularniejsze znaczenie tego słowa wskazuje na pierwszego człowieka, stworzonego przez Boga. Jednak “adamah” ma także znaczenie zbiorowe – oznacza rodzaj ludzki. Dlatego też można interpretować biblijny opis jako przedstawienie najważniejszych prawd o wszystkich ludziach, których “pierwowzorem” indywidualnym lub grupowym jest Adam.

    W związku z powstaniem hipotezy ewolucji niesłusznie zaczęto podważać opisy Księgi Rodzaju. Jednocześnie podejmowana jest uproszczona obrona dosłownej, literalnej interpretacji tych rozdziałów Biblii. Obecnie teologowie określają opis stworzenia jako mit o początkach. Nie oznacza to jednak zrównania przekazu natchnionego z bajką. Mit w tym przypadku jest rozumiany jako sposób przekazu objawionej prawdy za pomocą języka symbolicznego i alegorycznego. Hipoteza naturalnej ewolucji nie musi być interpretowana jako sprzeczna ze szczególną Bożą interwencją w dzieje stworzonego świata.

    Szóstego dnia, jako ukoronowanie dzieła stworzenia, Bóg powołał do istnienia człowieka: mężczyznę i kobietę. Obdarzył ich płodnością i powierzył im opiekę nad pozostałymi stworzeniami. Człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, obdarzony darem życia (podobnie jak inne żywe organizmy) i dodatkowym tchnieniem Bożym (często określanym jako dusza). Godność człowieka płynie też z tego, że Stwórca ulepił go (z gliny, mułu czy ziemi) własnymi rękoma. Ciało ludzkie utworzone z materii jest świętym dziełem Bożym.

    W swej godności Adam i Ewa są sobie równi. Małżeństwo kobiety i mężczyzny jest zgodne z Bożym planem i obdarzone błogosławieństwem Stwórcy. Można je nazwać pierwszym, “naturalnym” sakramentem.

    Imię Ewa najprawdopodobniej jest związane z życiem. Biblijna Ewa jest matką rodzaju ludzkiego. Upadek pierwszych rodziców – grzech, spowodował jednak konieczność odnowienia ludzkości. Powiązanie dnia 24 grudnia z pierwszymi rodzicami wskazuje równocześnie na odnowienie dzieła stworzenia, które dokonało się przez Wcielenie Syna Bożego. Maryja, Boża Rodzicielka, jest nazywana Nową Ewą, świętą i doskonałą. Jezus Chrystus jest Nowym Adamem, z którego odradza się skażona grzechem natura ludzka, obdarowana przez Niego zbawieniem.

    Czy Adam i Ewa zostali potępieni i słusznie mogą być oskarżani o sprowadzenie grzechu na całą ludzkość? Pismo Święte odbiega od oskarżeń pierwszych rodziców. Należy im się szacunek. Rodowód Jezusa wedle św. Łukasza rozpoczyna się od “Adama, syna Bożego” (3, 38). Św. Paweł pisze co prawda, że przez Adama wszyscy zgrzeszyli, ale jednocześnie ukazuje, że przez Nowego Adama, Chrystusa, wszyscy dostępują usprawiedliwienia.

    W liturgii Wielkiej Soboty jedno z czytań opisuje wejście Chrystusa do Otchłani, w której ogłasza zbawienie czekającemu nań Adamowi. Adam i Ewa uczą, że w każdym z ludzi, stworzonych na obraz i podobieństwo Boga, a więc dobrych w głębi swej natury, tkwi także jakaś niepojęta skłonność do zła. Każdy dotknięty jest słabością i może ulegać namowom do grzechu.

    Wschodnie ikony, przedstawiające zstąpienie Zbawiciela do Otchłani, ukazują jak Chrystus wyprowadza stamtąd pierwszych rodziców. Przy bazylice Grobu Pańskiego w Jerozolimie istnieje kaplica poświęcona św. Adamowi. W liturgii wschodniej słyszymy modlitwę: “Oddajemy chwałę najpierw Adamowi, który zaszczycony ręką Boga Stworzyciela i ustanowiony naszym pierwszym ojcem zażywa błogosławionego pokoju ze wszystkimi wybranymi w przybytkach niebieskich”.

    Według tradycji żydowskiej, grób Adama miał się znajdować na Kalwarii, Legenda starochrześcijańska głosi, że Krew Pana Jezusa na krzyżu spływała na czaszkę Adama. Dlatego dość często malowano u stóp krzyża czaszkę. Później widziano w tym symbol tajemnicy Odkupienia: Krew Chrystusa zmyła przede wszystkim grzech pierworodny, a z nim i nasze grzechy. Ufamy, że dzięki Chrystusowi dramat, który rozegrał się u początku czasów ma szczęśliwe wypełnienie.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wołanie o miłość

    Bóg stał się człowiekiem, ponieważ w samych początkach ludzkości został popełniony grzech pierworodny, który objął wszystkich ludzi. Wykupić ludzi z niewoli grzechu nie mógł żaden człowiek. Mógł to zrobić jedynie Bóg – mówi ks. prof. Waldemar Chrostowski, jeden z najlepszych znawców Biblii na świecie.

     

    Adobe Stock

    ***

    Krzysztof Tadej: … Bóg przychodzi do każdego z nas. Do tych, co wierzą, ale i do tych, którzy Go odrzucają. Rok temu, 24 grudnia, papież Franciszek powiedział, że wszechmogący Bóg rodzi się tam, gdzie nie ma świateł, gdzie nie ma blasku, nie ma chórów anielskich. O Jezusie powiedział: „Leży Dziecię w surowym ubóstwie żłóbka…”.

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Zanim papież Franciszek wypowiedział te słowa, równie piękne myśli wyraził Benedykt XVI. W jednej z bożonarodzeniowych homilii stwierdził, że kiedy Jezus przychodził na świat, to nie miał nic. Dosłownie nic, żadnego zaplecza materialnego. Ale przychodząc na świat w skrajnym ubóstwie, miał wszystko, czego najbardziej potrzebował. Tym, czego człowiek najbardziej potrzebuje, jest miłość. I tę miłość Jezus otrzymał od swoich rodziców – Maryi i Józefa. Można być zamożnym, opływać we wszystko, ale jeśli człowiek nie otrzyma tego, co jest mu naprawdę potrzebne, nigdy nie będzie w pełni szczęśliwy.

    Przypomina mi się piosenka zespołu The Beatles z czasów mojej młodości All You Need Is Love – Wszystko, czego potrzebujesz, to miłość. Boże Narodzenie uświadamia nam właśnie tę prawdę. Gdy obserwujemy dramaty porzuconych żon i mężów, opuszczonych dzieci, tragicznych rozstań i samotności, widzimy, że łączy je jedno – wielkie wołanie o miłość. To wołanie odzwierciedla najgłębszy sens Bożego Narodzenia.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak dobrze przeżyć Wigilię? Oto „liturgia domowa”, która zaprasza Boga do stołu

    CZYTANIE PISMA ŚWIĘTEGO PRZED KOLACJĄ
    Halfpoint | Shutterstock

    ***

    O wieczerzy wigilijnej pomyślcie jak o mszy. Stół stanie się domowym ołtarzem i koniecznie trzeba przeczytać fragment Ewangelii o narodzeniu Jezusa w Betlejem.

    Stół jak ołtarz

    Przy żadnej innej okazji – jak właśnie w wigilijny wieczór – tak bardzo nie jest widoczne, że nasz rodzinny stół staje się domowym ołtarzem. Gromadzimy się wokół niego, by świętować. Płoną na nim świece, nakryty jest białym obrusem, a pod nim spoczywają „relikwie” Jezusowego żłóbka w postaci kilku źdźbeł siana.

    Wieczerza wigilijna jest „liturgią domową”. Ma przecież swój porządek, kanon, nieodzowne, symboliczne elementy, gesty, a nawet słowa. Skoro to „rodzinna msza”, to nie powinno na niej zabraknąć także Słowa Bożego.

    Jaki fragment przeczytać?

    Warto rozpocząć wigilię od przeczytania fragmentu Ewangelii według świętego Łukasza: rozdział 2, wersety 1-7 (tekst poniżej).

    W ten sposób przypominamy sobie, co świętujemy i kończymy na zdaniu, które mówi, że Maryja urodziła Jezusa w stajence, „gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie”.

    To ostatnie zdanie uświadamia nam, że w całym tym świętowaniu chodzi o to, by nasz dom i rodzina stały się tą „gospodą”, w której znajdzie się miejsce dla Jezusa.

    Bóg w dom

    Jeśli po wieczerzy wybierzemy się do kościoła na mszę „pasterską”, to usłyszymy tam dalszy ciąg tej Ewangelii, mówiący o ogłoszeniu nowiny o narodzinach Boga-Człowieka pasterzom. I hołdzie, jaki Mu złożyli.

    Przy rodzinnym stole chcemy jednak skupić się na tym „domowym”, bardzo intymnym wymiarze spotkania z przychodzącym na świat Bogiem. Wieczerza wigilijna ma nam przypomnieć i pomóc zapamiętać, że Bóg pragnie przychodzić do nas w naszym domu. Pośród codziennych spraw, radości i trosk – tak samo, jak przychodzi w kościele podczas liturgii i przez sakramenty.

    Najważniejszym może sposobem tego Jego przychodzenia jest przychodzenie w drugim człowieku – moim bliskim: matce, ojcu, dziecku, siostrze, bracie, kuzynie, przyjacielu, znajomym. Drugi człowiek niesie mi ukrytego w sobie Boga – moc Jego łaski i Jego miłości.

    ks. Michał Lubowicki/Aleteia.pl

    Plan wigilijnej modlitwy

    1. Znak krzyża.
    2. Fragment Ewangelii: Łk 2,1-7 (tekst znajdziesz poniżej).
    3. Prośby: za wszystkich chrześcijan, za potrzebujących, za tych, którzy święta spędzają samotnie, za naszych zmarłych.I w naszych intencjach (można je wypowiedzieć na głos). Każde wezwanie kończymy: „Ciebie prosimy – Wysłuchaj nas, Panie”.
    4. Ojcze nasz.
    5. Błogosławieństwo przygotowanego jedzenia. Na przykład: „Panie Boże, pobłogosław te dary i tych, którzy je przygotowali. I naucz nas dzielić się chlebem i miłością. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”. Albo własnymi słowami.
    6. Można też zaśpiewać w tym momencie jakąś kolędę (na przykład: Wśród nocnej ciszy albo Bóg się rodzi).
    7. Dzielenie opłatkiem.
    8. Siadamy do stołu.

    Ewangelia na wigilię [Łk 2,1-7]

    W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz.

    Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna.

    Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie.

    _______________________________________________________________________

    Opłatek

    Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,
    Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,
    Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny
    Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie.
    Ten biały kruchy opłatek, pszenna kruszyna chleba,
    a symbol wielkich rzeczy, symbol pokoju i nieba.
    Na ziemię w noc wtuloną, Bóg schodzi jak przed wiekami.
    Braćmi się znowu poczyńmy, przebaczmy krzywdy, gdy trzeba.
    Podzielmy się opłatkiem, chlebem pokoju i nieba.

    Wacław Rolicz-Lieder

    ******

    Dlaczego jest święto Bożego Narodzenia?
    Dlaczego wpatrujemy się w gwiazdę na niebie?
    Dlaczego śpiewamy kolędy?
    Dlatego, żeby się uczyć miłości do Pana Jezusa.
    Dlatego, żeby podawać sobie ręce.
    Dlatego, żeby się uśmiechać do siebie.
    Dlatego, żeby sobie przebaczać.

    ks. Jan Twardowski

    *****

    Kolęda Dla Nieobecnych

    A nadzieja znów wstąpi w nas
    Nieobecnych pojawią się cienie
    Uwierzymy kolejny raz
    W jeszcze jedno Boże Narodzenie
    I choć przygasł świąteczny gwar
    Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
    Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
    Wbrew tak zwanej ironii losu

    Daj nam wiarę, że to ma sens
    Że nie trzeba żałować przyjaciół
    Że gdziekolwiek są, dobrze im jest
    Bo są z nami choć w innej postaci
    I przekonaj, że tak ma być
    Że po głosach tych wciąż drży powietrze
    Że odeszli po to by żyć
    I tym razem będą żyć wiecznie

    Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
    Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
    Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
    I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole

    A nadzieja znów wstąpi w nas
    Nieobecnych pojawią się cienie
    Uwierzymy kolejny raz
    W jeszcze jedno Boże Narodzenie
    I choć przygasł świąteczny gwar
    Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
    Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
    Wbrew tak zwanej ironii losu

    Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
    Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
    Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
    I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole

    Zbigniew Antoni Preisner / Szymon Piotr Mucha

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ARABSKA MADONNA Z DZIECIĄTKIEM, ALBERT AUBLET
    Arabska Madonna z Dzieciątkiem, Albert Aublet/Wikipedia | Domena publiczna

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ NA RÓŻAŃCU W INTENCJI POKOJU, KTÓRY TYLKO CHRYSTUS PAN DAĆ MOŻE – “POKÓJ MÓJ DAJĘ WAM”…

    ***

    W OSTATNIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA MSZA ŚWIĘTA ODPRAWIANA JEST W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    PO MSZY ŚWIĘTEJ PANI MONIKA DOBROWOLSKA, GŁÓWNA ZELATORKA ŻYWEGO RÓŻAŃCA, PRZEDSTAWIA INTENCJE NA KOLEJNY MIESIĄC DZIELĄC SIĘ REFLEKSJĄ JAKA W TYCH INTENCJACH JEST ZAWARTA I PODAJE BIEŻĄCE INFORMACJE ZWIĄZANE Z RÓŻAŃCEM. SPOTKANIE KOŃCZYMY MODLITWĄ RÓŻAŃCOWĄ.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 14807.jpg
    fot. notoryczna / sxc.hu

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń.

    Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC GRUDZIEŃ 2022

    Intencja papieska:

    * Módlmy się, aby organizacje wolontariatu i zajmujące się promocją człowieka znalazły osoby pragnące angażować się na rzecz dobra wspólnego oraz aby szukały wciąż nowych dróg współpracy na poziomie międzynarodowym.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Boża Matko, prosimy Cię ucz nas jak zawierzyć dane nam życie tak całkowicie i bez zastrzeżeń Bożej woli. Bądź z nami w ten Adwentowy czas, abyśmy lepiej niż dotychczas rozpoznali Twojego Syna a Pana naszego, który w nędznej szopie urodzony “swoje Bóstwo wydał na ubóstwo dla zbawienia naszego”.

    *** 

    Intencja dodatkowa dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II),

    św. Moniki i bł. Pauliny Jaricot: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    _________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 18 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 19 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – św. Filomena

    _____________________________________________________________________________

    Tajemnice Różańcowe wraz intencjami zostały wysłane na maila w środę 30 listopada z adresu: e-rozaniec@kosciol.org (jeśli ktoś nie otrzymał, bardzo proszę o kontakt z Zelatorem Róży, albo na adres: rozaniec@kosciolwszkocji.org)

    Na stronie Żywego Różańca: zr.kosciol.org – znajdują się intencje, Tajemnice Różańcowe, Patroni Róż oraz ogłoszenia.

    ____________________________________________________________________________

    JAK CO ROKU, WSPÓLNOTA ŻYWEGO RÓŻAŃCA W OKRESIE ADWENTOWYM, ORGANIZUJE DATKI NA RZECZ POTRZEBUJĄCYM. W TYM ROKU PRAGNIEMY POMÓC SIOSTROM KLAWERIANKOM.

    BARDZO SERDECZNE DZIĘKUJĘ NASZYM STAROPOLSKIM: “BÓG ZAPŁAĆ” ZA WASZE ZROZUMIENIE I WSPANIAŁĄ CHOJNOŚĆ. SUMA 3000 FUNTÓW ZOSTAŁA JUŻ PRZEKAZANA SIOSTROM KLAWERIANKOM.

    ***

    W Afryce żniwo jest dojrzałe, serca pragną Boga, pragną wiary. Każdy uczynek miłosierdzia, także ten, który zaspakaja potrzeby materialne, np. głód, służy ratowaniu dusz.

    bł. Maria Teresa Ledóchowska

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    OBJAWIENIA ANIOŁA POKOJU

    Rok przed objawieniami Najświętszej Maryi Panny – Łucja, Franciszek i Hiacynta przeżywali trzykrotne spotkania z Aniołem Portugalii, zwanego też Aniołem Pokoju.

    Trzecie objawienie miało miejsce na początku jesieni 1916 roku, tak jak poprzednie w grocie Cabeço. Siostra Łucja opisuje je w następujący sposób: 


    Gdy tylko tam przyszliśmy, padliśmy na kolana i dotknąwszy czołami ziemi, poczęliśmy powtarzać słowa modlitwy Anioła:

    O Boże mój, wierzę w Ciebie, uwielbiam Ciebie, ufam Tobie i miłuję Ciebie. Proszę Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i Ciebie nie miłują”.

    Nie pamiętam, ile razy powtórzyliśmy tę modlitwę, kiedy ujrzeliśmy błyszczące nad nami nieznane światło. Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy Anioła trzymającego kielich w lewej ręce, nad którym unosiła się hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Zostawiwszy kielich i hostię zawieszone w powietrzu, Anioł uklęknął z nami i trzykrotnie powtórzyliśmy z nim modlitwę:

    Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty. W najgłębszej pokorze cześć Ci oddaję i ofiaruję Tobie Przenajdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego na ołtarzach całego świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi jest On obrażany. Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i przez przyczynę Niepokalanego Serca Maryi, proszę Cię o łaskę nawrócenia biednych grzeszników”.

    Następnie powstając, wziął znowu w rękę kielich i hostię.
    Hostię podał mnie, a zawartość kielicha dał do wypicia Hiacyncie i Franciszkowi, jednocześnie mówiąc:

    “Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga”.

    Potem znowu schylił się aż do ziemi, powtórzył wspólnie z nami trzy razy tę samą modlitwę: „Trójco Przenajświętsza … etc.” i zniknął.

    Natchnieni nadprzyrodzoną siłą, która nas ogarniała, naśladowaliśmy Anioła we wszystkim, to znaczy uklękliśmy czołobitnie jak on i powtarzaliśmy modlitwy, które on odmawiał. Siła obecności Boga była tak intensywna, że niemal zupełnie nas pochłaniała i unicestwiała. Wydawała się pozbawiać nas używania cielesnych zmysłów przez długi czas. W ciągu tych dni wykonywaliśmy nasze zewnętrzne czynności, jakbyśmy byli niesieni przez tę samą nadprzyrodzoną istotę, która nas do tego skłaniała.
    Spokój i szczęście, które odczuwaliśmy, były bardzo wielkie, ale tylko wewnętrzne, całkowicie skupiające duszę w Bogu…

    ____________________________________________________________________________________________________________

    Niesamowity cud eucharystyczny, który wciąż trwa!
    fot. via: Pixabay (norbert47)

    ***

    Niesamowity cud eucharystyczny, który wciąż trwa!

    Włoskie miasto Siena, położone w Toskanii na trzech malowniczych wzgórzach, jest słynne w całym świecie nie tylko ze wspaniałej średniowiecznej architektury, “piazza del Campo” i św. Katarzyny, lecz przede wszystkim z Eucharystycznego cudu, nieustannie trwającego od 1730 r. Wbrew wszelkim prawom fizycznym i chemicznym, 223 Hostie, które zostały konsekrowane 14 sierpnia 1730 r. do dzisiejszego dnia zachowują zadziwiającą świeżość, nie ulegając nawet w minimalnym stopniu procesom psucia. Nawrócony na katolicyzm duński pisarz G. Joergensen, napisał w 1914 r., że jest to jeden z największych w świecie, nieustannie trwających cudów.

    Historia tego niesamowitego cudu rozpoczęła się wieczorem 14 sierpnia 1730 r. w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Wszyscy mieszkańcy Sieny zgromadzili się w katedrze, aby celebrować uroczyste nieszpory. Inne kościoły w mieście były w tym czasie zamknięte. Złodzieje wykorzystali tę okazję i włamali się do bazyliki św. Franciszka. Poszukując drogocennych rzeczy, wyłamali drzwiczki tabernakulum i zabrali ze sobą srebrną puszkę pełną konsekrowanych Hostii.

    Franciszkanie zorientowali się dopiero rano, że nocą miała miejsce kradzież. Wiadomość o świętokradztwie szybko rozeszła się wśród mieszkańców. Miasto pogrążyło się w żałobie, a władze nakazały, aby wszelkimi sposobami ścigać złodziei. Następnego dnia, późnym rankiem jeden z mieszkańców znalazł pokrywę skradzionej puszki z Hostiami. Dwa dni później kleryk Paolo Schiawi, uczestnicząc we Mszy św. w sanktuarium Matki Bożej w Provenzano zauważył, że w stojącej obok niego skarbonce jest pełno białych Hostii. Po Mszy św. natychmiast powiadomił miejscowego proboszcza – don G. Bozzegoli. Po otwarciu skarbonki znaleziono 351 Hostii pobrudzonych i pokrytych pajęczyną. Dokładnie wszystkie oczyszczono i poinformowano miejscowego arcybiskupa, który niezwłocznie przybył do Provenzano, aby wspólnie z Franciszkanami stwierdzić, czy były to rzeczywiście Hostie skradzione z bazyliki św. Franciszka. Dokładne oględziny potwierdziły przypuszczenia, że odnaleziono poszukiwane Hostie. Było ich dokładnie 348 całych i 6 połówek. Następnego dnia arcybiskup A. Zondadari, w uroczystej procesji, w której wzięło udział blisko 3000 mieszkańców z pochodniami i krzyżami pokutnymi, przeniósł odnalezione Hostie do bazyliki św. Franciszka. Napływ wiernych z okolicznych wiosek i miasteczek był tak wielki, że Hostie całymi dniami musiały być wystawione do publicznej adoracji. Ludzie z wielką wiarą i miłością adorowali święte Hostie, starali się w ten sposób wynagrodzić Bogu za świętokradztwo. Przeszło 100 odnalezionych Hostii rozdzielono wiernym podczas Komunii św. Im więcej upływało jednak czasu od tego wydarzenia, tym bardziej Franciszkanie i ludzie utwierdzali się w przekonaniu, że odnalezionych Hostii nie należy dawać już do spożywania, ale zachować je do publicznej adoracji. W miarę upływu miesięcy i lat wszyscy z wielkim zdumieniem konstatowali, że Hostie nie wykazują najmniejszych oznak starzenia się i zachowują zadziwiającą świeżość i przyjemny zapach.

    Pierwszego oficjalnego rozpoznania Hostii dokonał 14 kwietnia 1780 r. o.Carlo Yipera, Generał zakonu Franciszkanów. W dekrecie napisał: “Fakt zachowania się świętych Hostii w absolutnej świeżości przez 50 lat, uznaliśmy za prawdziwy cud.”

    Następne rozpoznanie cudownie zachowanych Hostii, miało miejsce 9 lutego 1789 r. przez arcybiskupa Tiberio Borghese. W sprawozdaniu napisał: “Zarówno ja sam, jak i towarzyszące mi osoby, z pomocą lupy skrupulatnie oglądaliśmy Hostie, które zostały rozłożone na dwóch patenach. Stwierdziliśmy ich niezwykłą świeżość i nienaruszony charakter.”

    Arcybiskup przeprowadził eksperyment zostawiając na 10 lat niekonsekrowane hostie w opieczętowanej puszce, tuż obok Hostii konsekrowanych. Kiedy po 10 latach puszka ta komisyjnie została otwarta, wtedy okazało się, że z niekonserwowanych hostii pozostał tylko ciemnożółty proszek. Komisja pod przewodnictwem biskupa stwierdziła, że fakt ten jeszcze bardziej potwierdza trwający nieustannie cud zachowania w doskonałej świeżości Hostii konsekrowanych w 1730 r.

    15 czerwca 1815 r. arcybiskup Sieny zlecił specjalnej komisji, złożonej z teologów i lekarzy przeprowadzenie kolejnego rozpoznania świętych Hostii. Po dokładnych oględzinach komisja potwierdziła cudowny fakt ich nieustannej świeżości. Podobnych rozpoznań i badań w ciągu historii było wiele. Najpoważniejsze przeprowadzono w 1914 r. na polecenie papieża Piusa X. Badania przeprowadziła grupa wybitnych naukowców i profesorów ze Sieny i Pizy. Badania mikroskopijne wykazały, że Hostie zostały wykonane z przaśnej pszenicznej mąki, która zachowała się w doskonałym stanie. Testy stwierdziły normalną zawartość krochmalu. Komisja przypomniała, że przaśny chleb mógłby się przechować przez dłuższy czas tylko wtedy, gdyby został przygotowany w sterylnych warunkach i był przechowywany w antyseptycznym pojemniku. Natomiast Hostie wypieczone były w tradycyjny sposób i przechowywano je w normalnych warunkach, a więc były wystawione na działanie powietrza i różnych mikroorganizmów. Powinny więc były ulec rozkładowi już po kilkunastu latach. Komisja stwierdziła, że doskonale zachowane Hostie, o zadziwiającej świeżości i wspaniałym zapachu, wbrew wszelkim prawom fizycznym i chemicznym, świadczą o wielkim cudzie, którego nauka nie potrafi wyjaśnić. Głównym ekspertem przeprowadzającym badania był światowej sławy chemik prof. Siro Grimaldi. W swoim oświadczeniu między innymi napisał: “Doskonale zachowane święte cząstki niesfermentowanego chleba są zjawiskiem wyjątkowym, które obala naturalne prawo zachowania materii organicznej. Ten fakt jest unikatem w annałach nauki.”

    Kolejne badania przeprowadzono 3 czerwca 1922 r., z okazji przeniesienia świętych Hostii do nowego ostensorium. Wyniki badań okazały się identyczne z poprzednimi. Został potwierdzony stan doskonałego zachowania i świeżości Hostii. W 1950 r. wykonano nowe drogocenne ostensorium, w którym zostały umieszczone cudowne Hostie. Niestety, stało się ono wielką pokusą dla złodziei, którzy w nocy z 5 na 6 sierpnia 1951 r. skradli je, a święte Hostie rozsypali na dnie tabernakulum. Powiadomiony o kradzieży ks. arcybiskup osobiście policzył Hostie. Były wszystkie 223 cale i dwie połówki.

    Do dnia dzisiejszego Hostie zachowują miły zapach przaśnego chleba, pozostają nienaruszone i lśniące, jakby były przed kilkoma dniami wypieczone. Trzeba pamiętać, że Hostie te, konsekrowane w 1730 r. są rzeczywiście Ciałem Chrystusa. Przez ten cudowny znak Jezus Chrystus pragnie uświadomić wszystkim ludziom, że Eucharystia to jest On sam, rzeczywiście obecny w swoim zmartwychwstałym Ciele. Powinniśmy z całego serca dziękować Bogu za ten cudowny znak, dany dla umocnienia naszej wiary w rzeczywistą obecność Zmartwychwstałego Chrystusa w Eucharystii.

    Cudowne Hostie są wystawiane do adoracji wiernych siedemnastego dnia każdego miesiąca, w rocznicę odnalezienia ich po kradzieży w 1730 r. Każdego roku w uroczystość Bożego Ciała są niesione w procesji ulicami Sieny. Uczestniczą w niej tysiące wiernych.

    Światowej sławy włoski fizyk Enrico Medi po badaniach cudownie zachowanych Hostii napisał: “Historia gwarantuje absolutną kontynuację cudu: są to zawsze te same Hostie z 14 sierpnia 1730 r. Ludzka wiedza zachowuje milczenie wobec tego faktu zwielokrotnionego 223 razy, który nieustannie trwa od przeszło 2,5 wieku. Nie tylko nie potrafi go wyjaśnić, lecz z cala pewnością wie, że nie jest możliwe jego wyjaśnienie, a to dlatego, że fakt ten trwa na przekór wszystkim najbardziej znanym i prostym prawom natury. Mamy tutaj do czynienia z interwencją Przyczyny, która nie jest przedmiotem badań nauki. Ta bezpośrednia interwencja Boga jest cudem w ścisłym tego słowa znaczeniu, który nieustannie trwa przez wieki, aby świadczyć o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii.”

    Aby oddać cześć cudowi Eucharystycznemu, do Sieny pielgrzymowali święci i papieże: św. Jan Bosko, św. Pius X, bł. Benedykt XV, Pius XI, Pius XII, bł. Jan XXIII, Paweł VI.

    Ojciec Święty Jan Paweł II podczas pobytu w Sienie 14 września 1980 r. długo adorował Jezusa obecnego w cudownych Hostiach. Na koniec adoracji wydał okrzyk pełen zachwytu: Tu jest obecność!

    fronda.pl/”Miłujcie się”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ___________________________________________________________________________________________

    8 GRUDNIA – CZWARTEK – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    MSZA ŚWIĘTA O GODZ. 19.00

    UROCZYSTOŚĆ NIEPOKALANEGO POCZĘCIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY

    8 grudnia Godzina Łaski

    Dogmat o Niepokalanym Poczęciu został ogłoszony przez Piusa IX w dniu 8 grudnia 1854. Odtąd co roku obchodzimy ten dzień jako jedno z największych świąt maryjnych. Czym jest Niepokalane Poczęcie? Otóż Maryja od pierwszego momentu swego istnienia, jak podaje Kościół,

    mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmogącego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego – została zachowana jako nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego.

    ****

    Dzień 8 grudnia jest też wiązany z Godziną Łaski

    godzina laski

    Święto Niepokalanego Poczęcia łączy się też z objawieniem Maryi. Otóż 8 grudnia 1947 r. w Montichiari we Włoszech Maryja objawiła się Pierinie Gilli i powiedziała:

    Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia, w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie, ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu.

    ***

    Niewielu w Polsce słyszało o objawieniach Matki Bożej w Montichiari-Fontanelle, choć przyjęło się już w licznych parafiach nabożeństwo zwane Godziną Łaski. Przypada ono w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny – 8 grudnia od godziny 12 do 13. U jego początków są właśnie objawienia Matki Bożej Róży Duchownej we włoskim Montichiari

    Warto przypomnieć, że Kościół oficjalnie nie potwierdził tych objawień, choć zezwolił na kult Maryi w sanktuarium w Montichiari.

    O niewielkim miasteczku w północnej Italii, u podnóża Alp, 20 km od Brescii, zrobiło się głośno tuż po II wojnie światowej. Wówczas to, w roku 1946, najpierw w Montichiari, a potem – w następnych latach – w położonej nieco na uboczu dzielnicy Fontanelle Matka Boża wielokrotnie ukazała się Pierinie Gilli, pielęgniarce z miejscowego szpitala. Dzięki tym objawieniom miasteczko zupełnie zmieniło swój charakter, m.in. w górującym nad okolicą starym zamku, zwanym obecnie Zamkiem Maryi, ulokowano ośrodek dla ludzi chorych i starych, natomiast przy źródle w Fontanelle – według życzenia Maryi – powstał ogromny ośrodek leczniczy z basenami z leczącą wodą z poświęconego przez Najświętszą Pannę źródła.

    Pierina Gilli

    Powiernicą Matki Bożej – jak wspomniałem – była Pierina Gilli, urodzona 3 sierpnia 1911 r. w wiosce San Giorgio pod Montichiari. Pochodziła ona z biednej, wielodzietnej rodziny. Gdy jej ojciec, Pancrazio, zmarł wskutek ran odniesionych podczas I wojny światowej, mała Pierina trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Sytuacja materialna rodziny poprawiła się, kiedy jej matka, Rosa, wyszła powtórnie za mąż, i Pierina mogła wrócić do domu. Była jednak źle traktowana przez ojczyma. W trudnych chwilach – jak wspominała – śpiewała Litanię loretańską do Matki Bożej, by powstrzymać jego agresję.

    W wieku 18 lat podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu w Montichiari. Przekonana od dzieciństwa o opiece Matki Bożej, pragnęła wstąpić do zakonu, jednak z powodu słabego zdrowia i braku posagu nie została przyjęta. Nie załamując się, oddała Maryi swoje życie. Postanowiła równocześnie praktykować uczynki miłosierdzia i pokuty. Pod wpływem duchowych natchnień złożyła prywatny ślub czystości i odmówiła zamążpójścia. Celem wybranej przez nią drogi było uświęcenie własne, a także ofiarowanie praktyk pokutnych oraz cierpień za przeżywających trudności kapłanów oraz osoby konsekrowane.

    Ponownie starała się o przyjęcie do zakonu w 32. roku życia. Choć została przyjęta do Zgromadzenia Służebnic Miłosierdzia, nie złożyła ślubów wieczystych, głównie z powodu nękających ją ciężkich chorób. W wieku 35 lat po raz pierwszy miała widzenie Matki Bożej.

    Objawienia Róży Duchownej

    Pierwsze objawienie Pierina przeżyła 24 listopada 1946 r. podczas pracy w szpitalu. Ujrzała płaczącą Madonnę z zanurzonymi w piersi trzema mieczami. Szatę Maryi zdobiły trzy róże: biała, czerwona i złota. Maryja nazwała siebie Różą Duchowną. Głównym przesłaniem była prośba o szerzenie kultu Matki Bożej Róży Duchownej w intencji uświęcenia dusz konsekrowanych. Kiedy Pierina opowiedziała o tym widzeniu swojemu spowiednikowi, nie znalazła zrozumienia, co więcej – nakazał jej milczenie.

    Podczas kolejnych widzeń i mistycznych ekstaz Pierina widziała Matkę Bożą w różnych miejscach: w domowym oratorium, w szpitalnej sali, w domowej kaplicy, w kościołach… Świadkami tych objawień były setki osób. W licznych orędziach Matka Boża nawiązywała do wielkich objawień: w Lourdes – nazywając się Niepokalanym Poczęciem; w Fatimie – pragnąc, aby rozwijano w zgromadzeniach zakonnych nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca i czczono Ją pod wezwaniem Róży Duchownej (Mistycznej); na rue du Bac w Paryżu – nakazując wybicie medalika podobnego do tego z 1830 r., kiedy to miały miejsce objawienia św. Katarzynie Labouré. Już bodaj z tego wynika, że przesłania Maryi w Montichiari okazały się bardzo kościelne, a tym samym uniwersalne, stąd też figury Matki Bożej Róży Duchownej zaczęto wkrótce stawiać w wielu kościołach na całym świecie.

    Fenomenem tych objawień jest wspomniana Godzina Łaski: 60 minut między godz. 12.00 a 13.00 w dniu 8 grudnia, czyli w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. Oto Jej słowa: „Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu”.

    Słowo Kościoła

    Objawienia z Montichiari przez wiele lat nie były zatwierdzone przez Kościół, mimo że potwierdziły je cuda uzdrowień, zjawiska świetlne i słoneczne oglądane wielokrotnie w Montichiari, a nawet to, że papież Paweł VI miał na swoim biurku statuę pielgrzymującej Madonny Róży Duchownej.

    Biskup Brescii Giacinto Tredici, który ostatecznie musiał wydać werdykt o prawdziwości objawień, nie będąc im przeciwny, sugerował Pierinie Gilli życie w ukryciu. Ta pokornie zastosowała się do zaleceń i przez wiele lat mieszkała w skromnym domku przy franciszkańskim klasztorze w Fontanelle, gdzie spotykała się z pielgrzymami w swojej niedużej kaplicy. Aż do śmierci prowadziła pustelnicze życie. Poświęciła się modlitwie i pokucie, jednak nigdy nie przywdziała habitu zakonnego. Zmarła w opinii świętości 12 stycznia 1991 r., nie doczekawszy się zatwierdzenia objawień. Jej grób i miejsca objawień odwiedza rocznie ponad 100 tys. pielgrzymów.

    Kolejny biskup Brescii, Giulio Sanguinetti, widząc, jak statuy Maryi z trzema różami na piersiach lub też z trzema mieczami zdobywają świat, 15 sierpnia 2000 r. uznał kult Matki Bożej Róży Duchownej z objawień w Montichiari. Przesłał także list do dwóch stowarzyszeń, które spontanicznie zajmowały się miejscami kultu w Fontanelle. Poinformował je o mianowaniu „kapłana, który ma zająć się sprawą kultu, w osobie Pierino Bosellego, dyrektora diecezjalnego wydziału do spraw liturgii”. Wkrótce w Montichiari powstało nowe stowarzyszenie, utworzone z dwóch dotychczasowych, zatwierdzone przez biskupa i przez proboszcza Montichiari ks. Franco Bertoniego. Jego celem jest szerzenie pobożności do Matki Bożej w Fontanelle. To nowe stowarzyszenie nazywa się Róża Duchowna – Fontanelle.

    Uznanie objawień Róży Duchownej wpłynęło na jeszcze liczniejsze fundowanie świątyń pod tym wezwaniem, powstały nowe ruchy religijne; także wiele osób, które odwiedzają i poznają Montichiari, odkrywa powołanie kapłańskie lub zakonne. Chociaż więc objawienia w Montichiari-Fontanelle nie wniosły szczególnie wiele nowego czy to do teologii, czy do pobożności maryjnej, to należałoby napisać, że Bóg zawsze wybiera sobie tylko znany i właściwy moment na swoje przesłanie do Kościoła i świata. Orędzie Matki Bożej z Montichiari jest wołaniem o zagrożoną świętość kapłanów i osób konsekrowanych, jest wezwaniem do modlitwy, do podejmowania dzieł zadośćuczynienia i pokuty szczególnie za tych kapłanów, którzy przeżywają kryzys wiary, a nierzadko odchodzą z drogi powołania lub nawet otwarcie zaczynają walczyć z Kościołem.

    Czesław Ryszka/Niezbędnik katolika

    ___________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is u2.jpg
    fot. ze strony: Parafia rzymsko-katolicka p.w. Wniebowzięcia NMP
    Rzeszów – Zalesie

    ***

    Jak odprawić Godzinę Łaski?

    To szczególna godzina i dobrze będzie, jeśli zdołasz wykorzystać ją całą. Im więcej czasu spędzisz z Maryją, tym więcej łask spłynie na ciebie i tych, których nosisz w sercu. Dlatego postaraj się oddać Niepokalanej całą świętą godzinę. Jeżeli to niemożliwe, przybliż się do Jej Niepokalanego Serca na tyle czasu, na ile cię stać. Każda chwila, którą spędzisz przytulony do obietnicy Matki Bożej, okaże się bezcenna!

    Zacznij od przypomnienia sobie obietnic Matki Najświętszej.

    “W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”.

    Skup się na modlitwie i zapytaj siebie: “Co obiecuje mi Matka Najświętsza?”. Ona zapewnia, że Godzina Łaski “zaowocuje wieloma nawróceniami”.

    Proś o łaskę nawrócenia dla tych, którzy jej najbardziej potrzebują.

    “Serca zatwardziałe i zimne jak ten marmur zostaną dotknięte Bożą łaską i staną się wiernymi czcicielami naszego Pana, i będą Go szczerze miłować (…)”.

    Proś o tę łaskę dla siebie i najbliższych.

    “Przez to nabożeństwo uzyskacie wiele łask duchowych i cielesnych”.

    Nie bój się prosić o łaski – nawet największe!

    “Nasz Pan, mój Boski Syn, Jezus, ześle swe przeobfite Miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą stale modlić się za swych grzesznych braci (…)”.

    Proś o łaskę nawrócenia dla grzeszników.

    “Każdy, kto będzie modlić się w tej intencji i wylewał łzy pokuty, odnajdzie pewną drabinę niebieską, przez me macierzyńskie Serce będzie też miał zapewnioną opiekę i łaskę”.

    A teraz podziękuj za tę łaskę, którą ci dziś Matka Najświętsza gwarantuje!

    W tym momencie możesz zacząć rozmawiać z Maryją modlitwami, które są najbliższe twemu sercu. Odmów Różaniec, przeplatając go aktami miłości (Boże, choć Cię nie pojmuję…) i żalu za grzechy (Ach, żałuję za me złości…). Wyznaj swą wiarę w Boga (Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego), wychwalaj Jego dobroć (Chwała na wysokości Bogu), oddaj się Maryi pod opiekę (Cały jestem Twój, o Maryjo). To słowa szczególnie miłe Maryi. One otworzą dla ciebie Jej Serce, ciebie zaś niech otworzą na Jej dary.

    Adonai.pl

    ____________________

    OD GODZ. 12.00 – 13.00 KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO BĘDZIE OTWARTA

    _________________

    Zdaniem ks. dr. hab. Roberta Skrzypczaka z Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie „Godzina łaski” związana z Niepokalanym Poczęciem ma dzisiaj co najmniej potrójny kontekst.

    Pierwszy dotyczy objawień Matki Bożej w Lourdes i modlitwy do Maryi Niepokalanie Poczętej, będącej szczególną prośbą o uratowanie świata przed zalewem grzechu i siebie samego przed zgorszeniem. Drugi to tradycja przywoływania Maryi w trudnych momentach jako tej, która chroni Kościół przed „zabrudzeniem wiary”. Trzeci kontekst dotyczy ochrony życia dzieci poczętych.

    Ks. Skrzypczak tak precyzyjne wyznaczenie pory na modlitwę porównuje z objawieniami, jakich doświadczyła św. Faustyna Kowalska: „Usłyszała, że godz. 15.00, która według ewangelicznego przekazu, jest godziną śmierci Jezusa, to czas szczególnej łaski”. Przypomina, że św. Faustyna mówiła też o godzinie trzeciej w nocy, jako o szczególnym momencie wysłuchiwania modlitw. Jednak dodaje: „Modlimy się nie tylko w «Godzinę łaski», ale przez cały dzień świętowania Niepokalanie Poczętej”.

    ze strony: Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    69. rocznica Apelu Jasnogórskiego.

    Wieczorna modlitwa Polaków

    8 grudnia mija 69. rocznica Apelu Jasnogórskiego, wieczornej modlitwy kierowanej do Maryi, Królowej Polski, w intencji Kościoła i Ojczyzny.

    fot. Karol Porwich/Tygodnik Niedziela

    ***

    Jako odrębne nabożeństwo maryjne sprawowane o godz. 21.00 zostało po raz pierwszy odprawione 8 grudnia 1953 r. z prośbą o uwolnienie więzionego wówczas Prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego, ale jego genezy należy szukać w pierwszym dniu „jasnogórskiej wolności”, 4 listopada 1918 r.

    Modlitwa Apelu posiada swoją historię, ale najważniejszą częścią jest fakt aresztowania Prymasa Tysiąclecia – Stefana kard. Wyszyńskiego. Wtedy to właśnie rozpoczęto na Jasnej Górze intensywne modlitwy o jego uwolnienie. 8 grudnia 1953 r. wprowadzono codzienny Apel w intencji Kościoła w Polsce, doświadczającego prześladowań ze strony władz systemu totalitarnego.

    Zachętę do modlitwy apelowej skierował do jasnogórskich pielgrzymów ówczesny przeor klasztoru o. Jerzy Tomziński, który mówił: „Staniemy wszyscy na jasnogórski Apel codziennie o godzinie dziewiątej wieczorem, przeniesiemy się myślą i modlitwą na Jasną Górę. Wszyscy jak nas jest 30 mln Polaków na całym świecie, wszyscy o jednej godzinie, gdziekolwiek będziemy, czy w pracy, czy na ulicy, czy w kinie, czy na zabawie, wszyscy zbratani jedną myślą, jednym polskim sercem, stajemy przy naszej Pani i Królowej, przy Matce i Pocieszycielce, aby prosić i żebrać za Polskę, za Naród”.

    Pierwotnej genezy Apelu Jasnogórskiego można się jednak doszukiwać już w 1918 r., gdy 4 listopada polscy żołnierze z 22. Pułku Piechoty, dowodzeni przez ppor. Artura Wiśniewskiego, wyzwolili Jasną Górę spod okupacji austriackiej. Wtedy to o 21.15 stanęli wraz z paulinami przed Cudownym Obrazem Królowej Polski i dziękowali za odzyskaną po 123 latach zaborów wolność.

    W czasie II wojny światowej kpt. Władysław Polesiński, pilot, podczas próbnego lotu usłyszał nagle jakby wewnętrzny rozkaz: „Zniż lot, ląduj!” Wylądował szczęśliwie, a po tym, jak wysiadł, samolot eksplodował. Było to o godz. 21.00. Gdy po powrocie do domu opowiedział swojej żonie o tym wydarzeniu, ona zapytała go, którego to było dnia i o której godzinie. Okazało się, że właśnie tego dnia o godz. 21.00 polecała go Matce Bożej. Kapitan stanął „na baczność”, zasalutował i zwrócił się do Matki Bożej Jasnogórskiej, meldując się Jej jako swemu Dowódcy, od którego otrzymał wewnętrzny nakaz ratujący go od śmierci. Odtąd czynił to codziennie.

    Kapitan Władysław Polesiński, wcześniej skłócony z Panem Bogiem, nawrócił się, zmienił życie i założył wśród oficerów polskich katolicką organizację – „Krzyż i Miecz”. Członkowie tej organizacji mieli w zwyczaju codziennie o godz. 21.00 meldować się na apel przed Matką Bożą Częstochowską. W tej historii upatruje się też genezy Apelu Jasnogórskiego.

    W obozie koncentracyjnym Dachau w 1942 r. z inicjatywy bł. ks. Stefana Wincentego Frelichowskiego powstała grupa modlitewna, która o godz. 21.00 spotykała się duchowo z Matką Bożą, zdając Jej raport wierności i miłości. Z kolei w okupowanym kraju ks. Leon Cieślak, pallotyn, szerzył praktykę duchowej łączności z Jasną Górę wśród młodzieży akademickiej i w zespołach Sodalicji Mariańskiej. Również jezuita ks. Aleksander Kisiel, duszpasterz sodalicji w Warszawie, propagował w czasie wojny i po niej „raport rycerski”, przypominający swą formą Apel Jasnogórski. Pamiątką z owych czasów są obrazki Matki Bożej Jasnogórskiej, gdzie na odwrocie czytamy: „Apel Jasnogórski o dziewiątej wieczorem. Matko Najświętsza, jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”. Obrazków tych wydrukowano milion. To właśnie wtedy pojawiło się po raz pierwszy zestawienie obok siebie słów „jestem, pamiętam, czuwam”. Wkrótce ks. Kisiel dokonał zmiany nazwy z „raportu rycerskiego” na Apel Jasnogórski. Miało to miejsce najprawdopodobniej w 1948 r.

    W pierwszym Apelu 8 grudnia 1953 r. uczestniczyło zaledwie kilka osób, które zgromadzone przed Cudownym Obrazem prosiły o uwolnienie internowanego wówczas Prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego i za Ojczyznę.

    Nowe impulsy dla Apelu jako wieczornego nabożeństwa maryjnego dały Jasnogórskie Śluby Narodu z 1956 r., potem do jego upowszechnienia przyczyniła się peregrynacja kopii Cudownego Obrazu Matki Bożej. Z okazji rozpoczęcia tzw. „czuwań soborowych” w 1962 r. ówczesny przeor Jasnej Góry o. Anzelm Radwański podjął decyzję, aby praktykę wieczornego spotkania z Królową Polski ożywić i pogłębić. Postanowiono więc na tę wyjątkową chwilę odsłaniać Cudowny Obraz i nadać temu nabożeństwu bogatszą oprawę. Najczęściej od Apelu zaczynały się czuwania modlitewne wiernych w intencji prac ojców Soboru Watykańskiego II. Tak pomyślana modlitwa zaczęła gromadzić nie tylko pielgrzymów przybyłych na „czuwania soborowe”, ale także mieszkańców Częstochowy.

    Po powrocie kard. Stefana Wyszyńskiego na stolicę prymasowską Apel wzbogacił się o specjalne modlitewne rozważania i intencje. Odtąd Prymas Tysiąclecia błogosławił o godz. 21.00 całej Polsce i Polonii rozsianej po wszystkich kontynentach.

    Postawa Prymasa Wyszyńskiego, który nie tylko na Jasnej Górze, ale wszędzie gromadził wiernych na to wieczorne spotkanie z Królową Polski przyczyniła się do spopularyzowania modlitwy apelowej. Największym promotorem i animatorem Jasnogórskiego Apelu był Jan Paweł II.

    W 2003 r. papież z Polski tak mówił: „stale powtarzam tę modlitwę, zanosząc przed oblicze Czarnej Madonny wszystkie sprawy Polski, świata i Kościoła na całym okręgu ziemi. Nie przestaję też zachęcać do nieustannego powracania do tej miłości, jaka w niej jest zawarta. To jest źródło ufności na każdy czas. Modlę się, aby wszyscy, którzy zwracają się do Jasnogórskiej Pani, obficie z tego źródła czerpali i znajdowali umocnienie na trudnych drogach trzeciego tysiąclecia”.

    Dziś ta wieczorna modlitwa gromadzi miliony Polaków obecnych na Jasnej Górze i rozsianych po całym świecie. Od 1995 r. Apel Jasnogórski jest codziennie transmitowany przez Radio „Jasna Góra” a za jego pośrednictwem przez inne stacje. Codzienna transmisję prowadzi także telewizja „Trwam”. Apel został też przełożony na sześć języków.

    Codziennie o 21.00 na Jasnej Górze bije największy dzwon Królowej Polski – „Maryja”. Przypomina, że Matka Boża od ponad 300 lat nosi polską koronę. Na to szczególne nabożeństwo maryjne składają się: pradawna pieśń „Bogurodzica”, trzykrotnie śpiewany hejnał: Maryjo, Królowo Polski, modlitewne rozważanie, dziesiątka różańca, antyfona „Pod Twoją obronę”, wezwania „Królowo Polski i Matko Kościoła” oraz błogosławieństwo, którego udziela prowadzący rozważanie albo któryś z dostojników kościelnych. Całość trwa ok. 20 minut. Jego słowa powtarzają wszyscy razem, ale jednocześnie każdy składa przyrzeczenie osobiście: „Jestem! Pamiętam! Czuwam!”.

    Przez te dziesiątki lat Apel Jasnogórski stał się modlitwą całej katolickiej Polski, która chce trwać mocno przy Krzyżu i Kościele, modląc się przez wstawiennictwo Królowej naszego Narodu. Dzięki Janowi Pawłowi II Apel wszedł do dziedzictwa Kościoła powszechnego przez nadanie mu światowego wymiaru w „Apelu Młodych”, który został odmówiony podczas VI Światowego Dnia Młodzieży w sierpniu 1991 r.

    Kai/Jasna Góra/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    80 lat temu papież Pius XII poświęcił Rosję i świat Niepokalanemu Sercu Maryi

    Dzisiaj, w uroczystość 8 grudnia przypada 80. rocznica aktu dokonanego przez Piusa XII, w którym Kościół świadomie wypełnił prośbę Matki Bożej. Czyn papieża jest dla nas gwarancją, że przesłanie z Fatimy zostało skierowane przez samego Boga. Prośba Maryi jest skierowana także do każdego z nas – powiedział Family News Service dyrektor Sekretariatu Fatimskiego w sanktuarium na Krzeptówkach ks. dr Krzysztof Czapla SAC, znawca przesłania z Fatimy, w 80. rocznicę uroczystego aktu poświęcenia Rosji i świata Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Matka Boża Fatimska
    Matka Boża Fatimska

    ***

    Maryja w 1917 r. zapowiedziała, że przyjdzie, aby prosić o poświęcenie Rosji. W 1929 r. wyjaśniła, że to papież w jedności z biskupami całego świata żeby uratować Rosję, ma ją poświęcić Niepokalanemu Sercu Maryi.

    „Ten akt, który miał miejsce w 1942 r. nie tylko rozpoczął drogę Kościoła przez uznanie objawień fatimskich, bo to się stało decyzją biskupa diecezji Leiria-Fatima już w 1939 r., ale oto papież Pius XII w odpowiedzi na prośbę Maryi uczynił to, o co Ona prosiła” – przypomniał ks. Krzysztof Czapla. Zdaniem ks. Czapli papież Pius XII poprzez swój akt podkreślił jak ważne jest przesłanie z Fatimy, która wpisuje się istotnie w dzieje Europy i świata.

    Znawca Fatimy przypomniał, że już 31 października 1942 r. w orędziu radiowym skierowanym do narodu portugalskiego, na zakończenie uroczystości fatimskich w Portugalii, papież wspomniał o prośbie Maryi i dokonał poświęcenia Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi. Ten sam akt ponowił uroczyście 8 grudnia 1942 r. w Watykanie. „Było to niezwykle ważne, bo oto Piotr naszych czasów wypełnił to, co jest w treści orędzia fatimskiego. Papież był świadomy skali zniszczeń spowodowanych II wojną światową, ogarniającą cały świat. Skoro Maryja prosiła o ratowanie świata przed wojną, papież spełnił Jej prośbę” – podkreślił dyrektor Sekretariatu Fatimskiego w sanktuarium na Krzeptówkach. „Mamy zatem do czynienia z czymś niezwykle ważnym także w kontekście obecnej wojny” – dodał.

    W treści aktu z 1942 r. nie padło słowo „Rosja”, ale Łucja, jedna z wizjonerek fatimskich, nie kładła akcentu na słowo, ale szczególną intencję poświęcenia Rosji przez papieża w jedności z biskupami całego świata. Pius XII dokonał zawierzenia w 25. rocznicę objawień fatimskich, a także 25. rocznicę swojej sakry biskupiej.

    Inicjatywy z 1942 r. znalazły swoją kontynuację w wydarzeniach kolejnych lat. 4 maja 1944 r. Ojciec Święty Pius XII ustanowił święto Niepokalanego Serca Maryi, aby przypomnieć, że w treści orędzia jest prośba o nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi.

    13 maja 1946 r. poprzez swojego legata kard. Masella papież koronował figurę Matki Bożej Fatimskiej w Kaplicy Objawień w Cova da Iria, ogłaszając ją tym samym Królową świata i pokoju. „Uczynił to w 300. rocznicę uzyskania przez Portugalię niepodległości, gdy kraj oddał się pod opiekę Maryi, wybierając Ją na swoją Patronkę i Królową” – zaznaczył ks. Krzysztof Czapla.

    W 1954 r. Pius XII ogłosił encyklikę „Ad Caeli Reginam” („Do Królowej nieba”), w której ustanowił dzień Maryi Królowej na 22 sierpnia. „Skoro papież ukoronował Maryję w znaku Jej figury w Portugalii na Królową świata i pokoju i kiedy ustanowił święto przez tę encyklikę, to z tym dniem związał jednoznacznie prośbę z Fatimy, by poświęcać się Niepokalanemu Sercu Maryi. Właśnie ten dzień powinien być dniem, kiedy cały Kościół ponawia akt poświęcenia Niepokalanemu Sercu Maryi z 8 grudnia 1942 r.” – zaznaczył znawca Fatimy.

    Dyrektor Sekretariatu Fatimskiego w sanktuarium na Krzeptówkach zachęcił do życia orędziem Fatimy na co dzień. „Jeśli Piotr naszych czasów uczynił to, co było do niego skierowane, jest to przykład dla nas, żebyśmy także my, widząc co się dzieje w świecie, uczynili to, co jest prośbą Maryi skierowaną do nas. Jeśli spełnimy to, o co Maryja prosi, nadejdzie czas pokoju, nawrócenie Rosji i triumf Jej Niepokalanego Serca” – podsumował.

    Maryja objawiała się w Fatimie od maja do października 1917 r. każdego 13. dnia miesiąca, z wyjątkiem sierpnia, kiedy objawienie miało miejsce 19. dnia. W swoim orędziu Matka Boża prosiła o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu Sercu oraz ustanowienie nabożeństwa temu Sercu poświęconego. Poprosiła też o codzienną modlitwę różańcową, pokutę i nabożeństwo wynagradzające pięciu pierwszy sobót miesiąca (spowiedź, Komunia św., część Różańca, 15 minut medytacji nad jedną lub kilkoma tajemnicami).

    Family News Service/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Adwent. Czas oczekiwania

    Adwent to bogaty w symbolikę, czterotygodniowy okres przygotowania do Bożego Narodzenia oraz wzmożonego oczekiwania na koniec czasów i ostateczne przyjście Jezusa Chrystusa...

    fot. Bożena Sztajner/Niedziela

    ****

    Dla chrześcijan Adwent to radosny czas przygotowania na przyjście Pana. Adwent odnosi się zarówno do naszego duchowego przygotowania na przyjście Boga w ludzkim ciele, jak i na Jego ostateczne przyjście w Jezusie na dzień Sądu nad światem.

    Adwent pochodzi od łacińskiego słowa: adventus (greckie: parusia) i według myśli biblijnej oznacza przyjście lub objawienie się Tego, „który ma przyjść”, lub Tego, którego Bóg obiecał ludziom jako Zbawcę.

    Adwentowe czytania mszalne dotyczą m.in. dramatycznych nawoływań proroków, którzy zachęcają do nawrócenia, podkreślają zbliżający się kres czasu i ostateczne nastanie Królestwa Bożego. Równocześnie jednak Kościół przypomina o nadziei, jaka wiąże się z paruzją, czyli ponownym przyjściem Chrystusa – w każdej Mszy św. padają słowa: „abyśmy zawsze wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu, pełni nadziei oczekiwali przyjścia naszego Pana Jezusa Chrystusa”.

    Roraty

    Najbardziej charakterystycznym zwyczajem adwentowym, zwłaszcza w Polsce, są Roraty. Jest to Msza św. sprawowana ku czci Najświętszej Maryi Panny, zwykle bardzo wcześnie rano. Wierni, często w ciemnościach przenikniętych jedynie blaskiem trzymanych w ręku świec, wraz z Maryją czekają na wybawienie jakie światu przyniosły narodziny Zbawiciela.

    W niektórych miejscach na roratnich Mszach na początku w procesji z kruchty kościoła do ołtarza z lampionami w ręku idą dzieci. Mszę św. rozpoczyna się przy wyłączonych światłach, mrok świątyni rozpraszają jedynie świece i lampiony. Dopiero na śpiew „Chwała na wysokości Bogu” zapala się wszystkie światła w kościele.

    Uczestnictwo dzieci w Mszach roratnich wiąże się ze zwyczajem podejmowania różnych dobrych postanowień na czas Adwentu. Dzieci często zapisują te postanowienia na kartkach, składanych następnie przy ołtarzu. Mają one wyrażać wewnętrzne przygotowanie do Bożego Narodzenia i chęć przemiany życia.

    Z Roratami związany jest zwyczaj zapalania specjalnej świecy ozdobionej mirtem, nazywanej roratką. Symbolizuje ona Maryję, która jako jutrzenka zapowiada przyjście pełnego światła – Chrystusa. Innym zwyczajem jest zawieszanie w kościele wieńca z czterema świecami oznaczającymi cztery niedziele Adwentu. Z upływem kolejnych tygodni podczas Rorat zapala się odpowiednią liczbę świec. Świece i lampiony tak często używane w liturgii adwentowej wyrażają czuwanie. Nawiązują one do ewangelicznych przypowieści m.in. o pannach mądrych i głupich. Światło jest też wyrazem radości z bliskiego już przyjścia Chrystusa.

    Nazwa „roraty” pochodzi od pierwszego słowa łacińskiej pieśni na wejście śpiewanej w okresie Adwentu – „Rorate coeli” (Niebiosa, spuśćcie rosę).

    W liturgii adwentowej obowiązuje fioletowy kolor szat liturgicznych. Jako barwa powstała ze zmieszania błękitu i czerwieni, które odpowiednio wyrażają to co duchowe i to co cielesne, fiolet oznacza walkę między duchem a ciałem. Zarazem połączenie błękitu i czerwieni symbolizuje dokonane przez Wcielenie Chrystusa zjednoczenie tego co boskie i tego co ludzkie. Wyjątkiem jest III niedziela Adwentu – tzw. Niedziela „Gaudete” (radujcie się). Obowiązuje w niej różowy kolor szat liturgicznych, który wyraża przewagę światła, a tym samym bliskość Bożego Narodzenia.

    Liturgia

    Adwent dzieli się na dwa podokresy, z których każdy ma odrębne cechy, wyrażone w dwóch różnych prefacjach adwentowych.

    Pierwszy podokres obejmuje czas od pierwszej niedzieli Adwentu do 16 grudnia, gdy czytane są teksty biblijne zapowiadające powtórne przyjście Zbawiciela na końcu świata i przygotowujące do spotkania z Chrystusem Sędzią. Dni powszednie w tym okresie przyjmują wszystkie obchody wyższe rangą (tzn. wspomnienia dowolne, obowiązkowe, święta i uroczystości).

    Oczekiwanie na przyjście Dzieciątka

    Drugi okres Adwentu, od 17 do 24 grudnia, to bezpośrednie przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia. W tym okresie w dni powszednie można obchodzić jedynie święta i uroczystości.

    Dawniej Adwent był czasem szczególnej aktywności różnych bractw. Przy kościołach istniały kapele rorantystów, które śpiewem i muzyką uświetniały celebracje, przez co przyciągały wiernych i upowszechniały zwyczaj Rorat. W XIX w. w Warszawie istniało również bractwo roratnie, które ze sprzedaży świec uzyskiwało fundusze na pomoc ludziom ubogim. Obecnie corocznie podobną akcję sprzedaży świec prowadzi pod hasłem katolicka Caritas, prawosławna Eleos i ewangelicka Diakonia.

    Historia

    Pierwsze ślady obchodzenia Adwentu spotykamy w IV w. między innymi w liturgii galijskiej i hiszpańskiej. Z pewnością Adwent nie istniał, dopóki nie ustalono stałej daty świąt Narodzenia Pańskiego. Została ona wyznaczona dopiero w II połowie IV wieku. W Hiszpanii pierwsze wzmianki o przygotowaniu do obchodu Narodzenia Pańskiego (choć nie jest ono określane mianem Adwentu) pochodzą z roku 380. W tradycji gallikańskiej Adwent miał charakter pokutny i ascetyczny (post, abstynencja, skupienie), co wspomina św. Hilary (+ 367). W Rzymie okres przygotowania do Narodzenia Pańskiego został wprowadzony dopiero w drugiej połowie VI wieku. Adwent miał tu charakter liturgicznego przygotowania na radosne święta Narodzenia Pańskiego, ze śpiewem Alleluja, Te Deum laudamus, z odpowiednim doborem czytań i formularzy, bez praktyk pokutnych.

    Od czasów św. Grzegorza Wielkiego (590-604) Adwent w Rzymie obejmował już 4 tygodnie. Był to czas bezpośredniego, liturgicznego przygotowania na obchód pamiątki historycznego przyjścia Chrystusa. Na początku IX w. Adwent nabiera także charakteru eschatologicznego – staje się czasem przygotowania na ostateczne przyjście Chrystusa. Od tego czasu znaczenie Adwentu łączy te dwie tradycje.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 GRUDNIA – IV NIEDZIELA ADWENTU – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1639489362.jpg
    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ****

     W I Niedzielę Adwentu pierwsza zapalona świeca jest świecą Proroka, bo jest świecą nadziei – symbolizującej proroków, którzy zapowiadali przyjście Mesjasza.

    W II Niedzielę Adwentu druga zapalona świeca jest świecą Betlejemską – świecą pokoju, bo wskazuje miejsce, w którym narodził się Pan nasz, Jezus Chrystus, Zbawiciel świata.

    W III Niedzielę Adwentu trzecia zapalona świeca jest świecą pasterzy – świecą radości, bo przypomina pasterzy, którzy jako pierwsi ujrzeli Maleńkiego Jezusa i ogłosili światu „radosną nowinę”. Ta Niedziela jest Niedzielą “Gaudete” czyli Radujcie się. Również na tę radość wskazuje różowy kolor świecy.

    Dziś w IV Niedzielę Adwentu czwarta zapalona świeca jest świecą aniołów czyli świecą Miłości, bowiem aniołowie, objawiając się pasterzom wskazali im grotę betlejemską, w której narodziło się Boże Dziecię.

    ****

    GODZ.13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ.14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ___________________________________________________________________________________________

    W IV TYGODNIU ADWENTU MSZA ŚWIĘTA RORATNIA:

    W PONIEDZIAŁEK, WE WTOREK, W ŚRODĘ I W CZWARTEK

    W KAPLICY IZBIE JEZUSA MIŁOSIERNEGO O GODZ. 7.00 RANO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 GRUDNIA – PIĄTEK KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ.18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ.19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Legenda o czterech świecach adwentowych

    mała dziewczynka śmieje się stojąc przy wieńcu adwentowym
    Lisa-S | Shutterstock/Aleteia.pl

    ****

    Płoną cztery świece, ale dzieje się z nimi coś niepokojącego.

    Cztery świece adwentowe paliły się jedna po drugiej.

    Pierwsza świeca westchnęła, mówiąc: „Nazywam się Pokój, świecę bardzo jasnym światłem, ale ludzie nie chcą pokoju, nie chcą mnie”. Jej płomień w końcu osłabł i zgasł.

    Wtedy druga świeca powiedziała: „Nazywam się Wiara, ale stałam się zbyteczna. Ludzie nie chcą już znać Boga”. I również zgasła.

    Smutnym i cichym głosem odezwała się trzecia świeca: „Mam na imię Miłość i nie mam już siły płonąć. Ludzie mnie ignorują, widzą tylko samych siebie, a nie tych, których powinni kochać”. I trzecia świeca w końcu też zgasła.

    W pewnym momencie do pokoju weszło dziecko i zobaczyło, co dzieje się z wieńcem adwentowym. Ze łzami w oczach wykrzyknęło do świec: „Waszą rolą jest palić się, a nie gasnąć!”.

    Wtedy odezwała się czwarta świeca: „Nie bój się! Dopóki ja płonę, możemy ponownie zapalić inne świece… Mam na imię Nadzieja”.

    Dziecko wzięło płomień Nadziei i rozpaliło na nowo Pokój, Wiarę i Miłość…

    (ze strony Aleteia.pl)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    “Wielki współczesny poeta cnót teologalnych, Charles Péguy, napisał, że Wiara, Nadzieja i Miłość to trzy siostry, dwie duże i jedna mała. Idą ulicą, trzymając się za ręce: dwie duże, Wiara i Miłość, po bokach, a mała dziewczynka Nadzieja w środku. Widząc je, każdy by pomyślał, że to te dwie duże ciągną tę małą w środku. To nieprawda! To ona wszystko ciągnie. Bo jeśli brakuje Nadziei, wszystko się zatrzymuje. Jeśli mielibyśmy nadać tej dziewczynce imię, to może być tylko jedno: Maryja. To Ona, która tutaj na padole – jak mówi inny wielki poeta cnót teologalnych, Dante Alighieri – dla śmiertelników jest nadziei żywym źródłem”. (kard. Cantalamessa)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 GRUDNIA – PIERWSZY CZWARTEK MIESIĄCA  

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO – MSZA ŚWIĘTA – godz. 19.00

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – ADORACJA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    W PIERWSZE CZWARTKI MIESIĄCA KOŚCIÓŁ ZACHĘCA NAS DO MODLITWY ZA KAPŁANÓW.

    ***

    Panie Jezu, Ty wybrałeś Twoich kapłanów spośród nas i wysłałeś ich, aby głosili Twoje Słowo i działali w Twoje Imię. Za tak wielki dar dla Twego Kościoła przyjmij nasze uwielbienie i dziękczynienie. Prosimy Cię, abyś napełnił ich ogniem Twojej miłości, aby ich kapłaństwo ujawniało Twoją obecność w Kościele. Ponieważ są naczyniami z gliny, modlimy się, aby Twoja moc przenikała ich słabości. Nie pozwól, by w swych utrapieniach zostali zmiażdżeni.Spraw, by w wątpliwościach nigdy nie poddawali się rozpaczy, nie ulegali pokusom, by w prześladowaniach nie czuli się opuszczeni. Natchnij ich w modlitwie, aby codziennie żyli tajemnicą Twojej śmierci i zmartwychwstania. W chwilach słabości poślij im Twojego Ducha. Pomóż im wychwalać Twojego Ojca Niebieskiego i modlić się za biednych grzeszników. Mocą Ducha Świętego włóż Twoje słowo na ich usta i wlej swoją miłość w ich serca, aby nieśli Dobrą Nowinę ubogim, a przygnębionym i zrozpaczonym – uzdrowienie. Niech dar Maryi, Twojej Matki, dla Twojego ucznia, którego umiłowałeś, będzie darem dla każdego kapłana. Spraw, aby Ta, która uformowała Ciebie na swój ludzki wizerunek, uformowała ich na Twoje boskie podobieństwo, mocą Twojego Ducha, na chwałę Boga Ojca. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 GRUDNIA – PIERWSZY PIĄTEK MIESIĄCA KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ.18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ.19.00 – MSZA ŚWIĘTA WYNAGRADZAJĄCA NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA ZA GRZECHY NASZE I GRZECHY CAŁEGO ŚWIATA

    zdjęcie witrażaze strony: Przymierze z Maryją

    ***

    W pierwszy piątek miesiąca wielu wiernych przystępuje do spowiedzi i Komunii świętej. Na czym polega praktyka 9 pierwszych piątków miesiąca i co się z nią wiąże?

    Pierwsze piątki miesiąca nie są obce wielu wiernym. Większość dzieci słyszy o nich na katechezie, zachęca się je też do tej praktyki tuż po Pierwszej Komunii. Dla dużej części osób pierwsze piątki miesiąca pozostają już na stałe dniem spowiedzi i Komunii świętej. Skąd wzięła się ta praktyka?

    Małgorzata Maria Alacoque

    Powiedział o niej sam Jezus francuskiej siostrze zakonnej, św. Małgorzacie Marii Alacoque w czasie objawień. Przez ponad półtora roku ukazywał jej On swoje Serce płonące miłością do ludzi i zranione ich grzechami. Św. Małgorzata usłyszała od Jezusa o obietnicach, jakie daje On czcicielom jego Serca.

    Wśród nich pojawia się i ta: „Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci”.

    Wielka obietnica

    Pan Jezus ukazał się św. Małgorzacie jako ubiczowany. Z czasem obietnicę tę nazwano „Wielką”, jako największą, jakiej człowiek może dostąpić w czasie ziemskiego życia. Jezus obiecuje praktykującym 9 pierwszych piątków miesiąca, że nie umrą nie będąc w stanie łaskie uświęcającej. W najstarszym polskim miesięczniku katolickim, „Posłańcu Serca Jezusowego”, można przeczytać niezwykłą historię związaną z tą obietnicą.

    Jedna z więźniarek obozu Ravensbrück została wyznaczona do egzekucji. Nie mogła uwierzyć, że po wielokrotnym odprawieniu dziewięciu piątków umrze bez sakramentów świętych. Tak się jednak złożyło, że choć dwukrotnie wzywano ją do tzw. transportu, z którego nie było już powrotu, w obu wypadkach niespodziewanie polecono jej wrócić do obozu. Dotrwała do czasu, gdy do obozu przemycono puszkę z komunikantami. Została stracona w dniu, w którym przyjęła Komunię św.

    Przede wszystkim Komunia

    Pan Jezus w swojej obietnicy mówi o przyjęciu Komunii świętej w kolejne 9 pierwszych piątków, nie o samej spowiedzi. Aby jednak przystąpić do Komunii, trzeba być w stanie łaski uświęcającej, więc dobrze poprzedzić ją sakramentem pokuty.

    ze strony: stacja 7.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 GRUDNIA – PIERWSZA SOBOTA MIESIĄCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ.16.00 – KATECHEZA DLA DZIECI I RODZICÓW W SALI PRZY KOŚCIELE

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ.18.00 – MSZA ŚWIĘTA WIGILIJNA Z II NIEDZIELI ADWENTU

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA SKIEROWANE PRZECIWKO NIEPOKALANEMU SERCU NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.

    *****

    Matka Boża Fatimska
    Matka Boża Fatimska

    *****

    Prośba Maryi, Bożej Matki, która jest i naszą Matką,

    wciąż czeka na spełnienie – pięć pierwszych sobót miesiąca.

    Matka Boża objawiając się w Fatimie trojgu pastuszkom – bł. Hiacyncie, bł. Franciszkowi i Łucji – powiedziała, że Pan Jezus chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca, aby ludzie Ją lepiej poznali i pokochali. To nabożeństwo ma również charakter wynagradzający Jej Niepokalanemu Sercu za zniewagi wyrządzone przez ludzi. Tym, którzy będą je z wiarą praktykować, Maryja obiecała zbawienie. Poprzez to nabożeństwo mogą się oni przyczynić do ocalenia wielu ludzi od potępienia i zapowiadanych przez Matkę Najświętszą katastrof cywilizacyjnych. Nabożeństwo to uzyskało aprobatę kościelną i od tej pory rozwija się na całym świecie.

    Orędzie fatimskie nie zostało definitywnie zakończone wraz z cyklem objawień w Cova da Iria, w roku 1917. Dnia 10 grudnia 1925 r. siostrze Łucji ukazali się w celi domu zakonnego św. Doroty w Pontevedra Najświętsza Maryja Panna i obok niej Dzieciątko Jezus opierające się na świetlistej chmurze. Dzieciątko położyło jej dłoń na ramieniu, a Maryja pokazała jej w drugiej dłoni Serce otoczone cierniami. Wskazując na nie, Dzieciątko napomniało wizjonerkę tymi słowami: – Zlituj się nad Sercem twej Najświętszej Matki okolonym cierniami, które niewdzięczni ludzie wbijają w każdej chwili, a nie ma nikogo, kto by przez akt zadośćuczynienia te ciernie powyjmował.

    Maryja dodała: – Córko moja, spójrz na Serce moje otoczone cierniami, które niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność w każdej chwili wbijają. Przynajmniej ty pociesz mnie i przekaż, że tym wszystkim, którzy w ciągu pięciu miesięcy, w pierwsze soboty, wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec i będą mi towarzyszyć przez kwadrans, rozważając 15 tajemnic różańcowych, w intencji zadośćuczynienia Mnie, w godzinę śmierci obiecuję przyjść z pomocą, ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia.

    W dniu 15 lutego 1926 roku siostrze Łucji na nowo ukazało się w Pontevedra Dzieciątko Jezus. Podczas tego objawienia siostra Łucja przedstawiła Dzieciątku pewne trudności, jakie będą miały niektóre osoby, żeby przystąpić do spowiedzi w sobotę i poprosiła, by spowiedź była tak samo ważna podczas kolejnych ośmiu dni. Pan Jezus odpowiedział: – Tak, spowiedź może być ważna o wiele więcej dni, pod warunkiem, że gdy będą Mnie przyjmować, będą w stanie łaski uświęcającej i wyrażą intencję zadośćuczynienia za znieważenie Niepokalanego Serca Maryi. Siostra Łucja podniosła jeszcze kwestię dotyczącą sytuacji, w której ktoś w momencie spowiedzi zapomni sformułować intencję, na co Pan Jezus odpowiedział następująco: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję.

    Podczas czuwania w nocy z dnia 29 na 30 maja 1930 roku, Pan Jezus przemówił do siostry Łucji, podając jej rozwiązanie innego problemu: – Praktykowanie tego nabożeństwa będzie dopuszczone również w niedzielę po pierwszej sobocie, jeżeli moi księża – ze słusznych powodów – przyzwolą na to. Przy tej samej okazji, nasz Pan dał Łucji odpowiedź na jeszcze inne pytanie: – Dlaczego pięć sobót, a nie dziewięć albo siedem, dla uczczenia cierpień Matki Bożej? – Moja córko, powód jest bardzo prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi: 1. Bluźnierstwa przeciwko Niepokalanemu Poczęciu. 2. Przeciw dziewictwu Matki Bożej. 3. Przeciw Jej boskiemu macierzyństwu, przy równoczesnym sprzeciwie uznania Jej za Matkę rodzaju ludzkiego. 4. Czyny tych, którzy usiłują publicznie wpoić w serca dzieci obojętność, pogardę, a nawet nienawiść do tej Matki Niepokalanej. 5. Czyny takich, którzy profanują wizerunki Najświętszej Panny.

    Elementy nabożeństwa

    Spowiedź wynagradzająca. Należy do niej przystąpić w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca, przed nią lub nawet po niej, byleby tylko przyjąć Komunię świętą w stanie łaski uświęcającej. Do spowiedzi można przystąpić nawet tydzień przed lub po pierwszej sobocie. Gdy podczas jednego z objawień siostra Łucja zapytała Pana Jezusa, co mają uczynić osoby, które zapomną powiedzieć przed wyznaniem swoich grzechów o intencji wynagradzającej, otrzymała odpowiedź: – Mogą to uczynić przy następnej spowiedzi, wykorzystując w tym celu pierwszą nadarzającą się okazję. Według wyjaśnienia siostry Łucji, następne trzy elementy tego nabożeństwa powinny być spełnione w pierwszą sobotę miesiąca, choć dla słusznych powodów, spowiednik może udzielić pozwolenia na wypełnienie ich w następującą po pierwszej sobocie niedzielę.

    Komunia święta wynagradzająca.

    Część różańca świętego. Należy odmówić pięć tajemnic w intencji wynagradzającej. Można rozważać którąkolwiek z części różańca.

    Rozważanie. Następnym elementem tego nabożeństwa jest rozważanie jednej lub wielu tajemnic różańcowych w ciągu przynajmniej 15 minut. Matka Najświętsza nazwała ten rodzaj modlitwy „dotrzymywaniem Jej towarzystwa”, co można zrozumieć w ten sposób, iż mamy rozmyślać wspólnie z Matką Najświętszą.

    Można w tym celu, jako pomoc w rozmyślaniu, przeczytać uważnie odpowiadający danej tajemnicy fragment Pisma Świętego albo książki, wysłuchać konferencji lub kazania. Temu rozważaniu także powinna towarzyszyć intencja wynagradzająca.

    Obietnice Matki Najświętszej

    1. Tym, którzy będą praktykować to nabożeństwo, obiecuję ratunek. Przybędę w godzinę śmierci z całą łaską, jaka dla ich wiecznej szczęśliwości będzie potrzebna.

    2. Te dusze będą obdarzone szczególną łaską Bożą; przed tronem Bożym jako kwiaty je postawię.

    W praktyce pięciu sobót należy przede wszystkim położyć nacisk na intencję wynagrodzenia, a nie osobiste zabezpieczenie na godzinę śmierci. Jak w praktyce pierwszych piątków, tak i pierwszych sobót nie można poprzestać tylko na dosłownym potraktowaniu obietnicy, na zasadzie „odprawię pięć sobót i mam zapewnione zbawienie wieczne”. Do końca życia będziemy musieli stawiać czoła pokusom i słabościom, które spychają nas z właściwej drogi, ale nabożeństwo to stanowi wielką pomoc w osiągnięciu wiecznej szczęśliwości. Aby je dobrze wypełnić i odnieść stałą korzyść duchową, trzeba, aby tym praktykom towarzyszyło szczere pragnienie codziennego życia w łasce uświęcającej pod opieką Matki Najświętszej. Jeśli na pierwszym miejscu postawimy delikatną miłość dziecka, które pragnie ukoić ból w sercu ukochanego Ojca i Matki, ból zadany obojętnością i wzgardą tych, którzy nie kochają – bądźmy pewni, że nie zabraknie nam pomocy, łaski i obecności Matki Najświętszej w godzinie naszej śmierci.

    PCh24.pl/Fatima.pl.

    *****

    Spełnijmy prośbę Matki.

    *****

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA PO MSZY ŚWIĘTEJ PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM MODLIMY SIĘ PRZEZ WSTAWIENNICTWO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ ROZWAŻAJĄC SIEDEM MIECZY, KTÓRE PRZEBIŁY JEJ SERCE A KTÓRE ZAPOWIEDZIAŁ BYŁ STARZEC SYMEON W CZASIE OFIAROWANIA PANA JEZUSA W ŚWIĄTYNI JEROZOLIMSKIEJ.

    Radków
    fot. Jan Nitecki/Radków/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 GRUDNIA WTOREK

    KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również te spotkania są zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 27A4A7E9-6ED8-4ED3-8FDB-25824FF9BE6B.webp

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    godz. 18.30 – KATECHEZA

    godz. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    godz. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ___________________________________________________________________________

    „Zapal Światło Wolności”

    W 41. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, 13 grudnia o godzinie 19.30, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, abp Stanisław Gądecki włączył się w akcję społeczną Instytutu Pamięci Narodowej „Zapal Światło wolności”.

    fot. NONAME_13/PIXABAY.COM

    ***

    Dziś w oknie pałacu arcybiskupiego w Poznaniu zapłonie symboliczne światło upamiętniające ofiary komunistycznych represji.

    Do akcji włączył się także ks. Leszek Gęsiak SJ, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, który zachęca do pielęgnowania pamięci o wydarzeniach z grudnia 1981 roku. Ta świeca, która zapłonie w naszych oknach, to nie tylko wyraz pamięci o ofiarach stanu wojennego, ale także okazja do refleksji nad historią, którą w tamtych dniach przepełniały cierpienie i lęk. W blasku światła wolności opowiadajmy młodym Polakom, jak zapamiętaliśmy tamte dni, jak je przeżywało ówczesne pokolenie. Patrząc z niepokojem na trwającą w Ukrainie wojnę módlmy się, aby taki scenariusz, jaki zgotowały Polakom władze komunistyczne w 1981 roku już nigdy się nie powtórzył – apeluje rzecznik.

    Zainicjowana przez Instytut Pamięci Narodowej kilka lat temu akcja społeczna „Zapal Światło wolności” nawiązuje do gestu solidarności, jaki wobec Polaków żyjących w stanie wojennym, w Wigilię Bożego Narodzenia po pamiętnym 13 grudnia 1981 roku, wykonali – w Pałacu Apostolskim papież Jan Paweł II oraz w Białym Domu Ronald Reagan, prezydent Stanów Zjednoczonych – ale także inni mieszkańcy ówczesnego wolnego świata.

    KAI, pa/Stacja7

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 GRUDNIA – SOBOTA – KAPLICA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 10.00 – SPOTKANIE BIBLIJNE: KOBIETY W PIŚMIE ŚWIĘTYM

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ.18.00 – MSZA ŚWIĘTA Z IV NIEDZIELI ADWENTU

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    OD 17 – 18 GRUDNIA (SOBOTA i NIEDZIELA) JEST MOŻLIWOŚĆ WZIĘCIA UDZIAŁU W WARSZTATACH ROZWOJU OSOBISTEGO NA TEMAT:

    “EGO” – CO TO JEST I CO Z TYM MOŻNA ZROBIĆ?

    Warsztaty przeznaczone są dla każdego, niekoniecznie tylko dla par. Bowiem nie tylko w małżeństwie dobrze jest pomagać sobie i zachęcać się nawzajem do rozwoju. Te warsztaty mogą w tym pomóc.

    Warsztaty będą prowadzić: ks. Jarosław Szymczak i Katarzyna Gołębieska z Instytutu Studiów nad Rodziną, który ma swoją siedzibę w Łomiankach.

    Zapisy: fpr.glasgow@gmail.com, 07999025963 – Anna Sołecka 

    ______________________________________________________________________________________________________________